background image
background image

Morgan Rice

 
 

MARSZ WŁADCÓW

 

 

 

(KSIĘGA 2 KRĘGU CZARNOKSIĘŻNIKA)

 
 

 

 

Przekład: Michał Głuszak

 

 

 

 

 

 

 

Tytuł oryginału

 

A MARCH OF KINGS

 
 
 

background image

O autorce

 
 
Morgan  Rice  plasuje  się  na  samym  szczycie  listy  najpopularniejszych  autorów  powieści  dla

młodzieży. Swoją renomę zawdzięcza cyklom opowieści pod tytułem THE VAMPIRE JOURNALS –
obejmujący  jedenaście  ksiąg  (kolejne  w  trakcie  pisania);  THE  SURVIVAL  TRILOGY  –
postapokaliptyczny  dreszczowiec  obejmujący  dwie  księgi  (kolejna  w  trakcie  pisania);  KRĄG
CZARNOKSIĘŻNIKA – epickie fantasy, obejmujące trzynaście ksiąg (kolejne w trakcie pisania)

Książki  jej  autorstwa  dostępne  są  w  wersjach  audio  i  drukowanej,  i  zostały  przetłumaczone  na

język niemiecki, francuski, włoski, hiszpański, portugalski, japoński, chiński, szwedzki, holenderski,
turecki, węgierski, czeski oraz słowacki (kolejne wersje językowe w trakcie opracowywania).

TURNED (Ksiega 1 cyklu Vampire Journals) oraz WYPRAWA  BOHATERÓW  (Księga  1  cyklu

Krąg Czarnoksiężnika) dostępne są nieodpłatnie w Sklepie Play!

Morgan  chętnie  czyta  wszelkie  wiadomości  od  was.  Zachęcamy  zatem  do  kontaktu  z  nią  za

pośrednictwem  strony  www.morganricebooks.com,  gdzie  będziecie  mogli  dopisać  swój  adres  do
listy  emaili,  otrzymać  bezpłatną  wersję  książki  i  darmowe  materiały  reklamowe,  pobrać  bezpłatną
aplikację,  otrzymać  najnowsze,  niedostępne  gdzie  indziej  wiadomości,  połączyć  się  poprzez
Facebook i Twitter i po prostu pozostać w kontakcie!

 
 

background image

Wybrane komentarze do książek Morgan Rice

 
 
KRĄG  CZARNOKSIĘŻNIKA  zawiera  wszystko,  co  niezbędne,  aby  odnieść  natychmiastowy

sukces: fabułę, kontrspisek, tajemnicę, dzielnych rycerzy, rozwijające się bujnie związki uczuciowe i
złamane  serca,  podstęp  i  zdradę.  Zapewni  rozrywkę  na  wiele  godzin  i  zadowoli  czytelników  w
każdym wieku. Zalecana jako stała pozycja w biblioteczce każdego czytelnika fantasy.

Books and Movie Reviews, Roberto Mattos
 
Rice  robi  świetną  robotę  wciągając  czytelnika  w  swoją  opowieść  od  samego  jej  początku;

wykorzystuje doskonałe jakościowo opisy wykraczające poza zwykłą scenerię.... Ładnie napisane i
łatwo się czyta.

–Black Lagoon Reviews (komentarz dotyczący Turned)
 
Idealna  opowieść  dla  młodych  czytelników.  Morgan  Rice  zrobiła  świetną  robotę  budując

niezwykły  ciąg  zdarzeń…  Orzeźwiająca  i  niepowtarzalna.  Skupia  się  wokół  jednej  dziewczyny…
jednej  niezwykłej  dziewczyny!  Wydarzenia  zmieniają  się  w  wyjątkowo  szybkim  tempie.  Łatwo  się
czyta. Zalecany nadzór rodzicielski.

–The Romance Reviews (komentarz dotyczący Turned)
 
Zawładnęła  moją  uwagą  od  samego  początku  i  do  końca  to  się  nie  zmieniło...  To  historia  o

zadziwiającej przygodzie, wartkiej i pełnej akcji od samego początku. Nie ma tu miejsca na nudę.

–Paranormal Romance Guild (komentarz dotyczący Turned)
 
Kipi akcją, romansem, przygodą i suspensem. Sięgnij po nią i zakochaj się na nowo.
– vampirebooksite.com (komentarz dotyczący Turned)
 
Wspaniała  fabuła.  To  ten  rodzaj  książki,  którą  ciężko  odłożyć  w  nocy.  Zakończona  tak

nieoczekiwanym i spektakularnym akcentem, iż będziesz natychmiast chciał kupić drugą część, tylko
po to, aby zobaczyć, co będzie dalej.

–The Dallas Examiner (komentrz dotyczący Loved)
 
Rywal  ZMIERZCHU  oraz  PAMIĘTNIKÓW  WAMPIRÓW.  Nie  będziesz  mógł  oprzeć  się  chęci

czytania do ostatniej strony. Jeśli jesteś miłośnikiem przygody, romansu i wampirów to ta książka jest
właśnie dla ciebie!

–Vampirebooksite.com (komentarz dotyczący Turned)
 
Morgan Rice udowadnia kolejny już raz, że jest szalenie utalentowaną autorką opowiadań… Jej

książki  podobają  się  szerokiemu  gronu  odbiorców  łącznie  z  młodszymi  fanami  gatunku  fantasy  i
opowieści  o  wampirach.  Kończy  się  niespodziewanym  akcentem,  który  pozostawia  czytelnika  w
szoku.

–The Romance Reviews (komentarz dotyczący Loved)
 
 
 

background image
background image

 

Książki z cyklu KRĄG CZARNOKSIĘŻNIKA autorstwa Morgan Rice

 

 

 

A QUEST OF HEROES (Book #1) – Wyprawa Bohaterów
A MARCH OF KINGS (Book #2) – Marsz Władców
A FATE OF DRAGONS (Book #3) – Los Smoków
A CRY OF HONOR (Book #4) – Zew Honoru
A VOW OF GLORY (Book #5) – Blask Chwały
A CHARGE OF VALOR (Book #6) – Szarża Walecznych
A RITE OF SWORDS (Book #7) – Rytuał Mieczy
A GRANT OF ARMS (Book #8) – Ofiara Broni
A SKY OF SPELLS (Book #9) – Niebo Zaklęć
A SEA OF SHIELDS (Book #10) – Morze Tarcz
A REIGN OF STEEL (Book #11) – Żelazne Rządy
A LAND OF FIRE (Book #12) – Kraina Ognia
A RULE OF QUEENS (Book #13) – Rządy Królowych

 

 

 

 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI
ROZDZIAŁ CZWARTY
ROZDZIAŁ PIĄTY
ROZDZIAŁ SZÓSTY
ROZDZIAŁ SIÓDMY
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
ROZDZIAŁ JEDENASTY
ROZDZIAŁ DWUNASTY
ROZDZIAŁ TRZYNASTY
ROZDZIAŁ CZTERNASTY
ROZDZIAŁ PIĘTNASTY
ROZDZIAŁ SZESNASTY
ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY
ROZDZIAŁ OSIEMNASTY
ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI

 

 

background image

– Jestli to sztylet, co przed sobą widzę,

Z zwróconą ku mej dłoni rękojeścią?

Pójdź, niech cię ujmę! Nie mam cię, a jednak

Ciągle cię widzę–

 

 

William Shakespeare

 

 

 

 

 

background image
background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

background image
background image

 
Król MacGil wszedł niepewnym krokiem do swej komnaty. Wypił znacznie za dużo wina. Ściany

wirowały wokół, a w głowie dudniło jeszcze od wieczornej uczty. Jakaś kobieta, której imienia nie
znał  nawet,  przywarła  do  niego  obejmując  go  w  pasie.  Z  chichotem  i  bluzką  w  połowie  już  zdjętą
prowadziła  go  do  jego  łoża.  Dwóch  strażników  zamknęło  za  nimi  dyskretnie  drzwi  i  znikło
bezszelestnie.

MacGil nie miał pojęcia, gdzie była teraz królowa. Tej nocy nawet o to nie dbał. Rzadko dzielił z

nią  łoże  –  królowa  zazwyczaj  udawała  się  na  spoczynek  do  swojej  komnaty,  zwłaszcza  kiedy  w
zamku odbywały się uczty trwające do późnej nocy. Wiedziała o słabościach króla i widocznie nie
przejmowała  się  nimi.  Jakby  nie  było,  był  królem.  MacGilowie  zaś  zawsze  rządzili,  korzystając  z
posiadanych praw.

Komnata  zawirowała  gwałtownie  w  jego  oczach.  Odtrącił  kobietę  nie  mając  już  ochoty  na  te

sprawy.

– Zostaw mnie samego! – rozkazał i odepchnął ją.
Kobieta stanęła w miejscu, zszokowana i zraniona jego słowami. Drzwi do komnaty otwarły się.

Strażnicy powrócili, chwycili ją za ręce i wyprowadzili. Na nic zdały się jej protesty, które wkrótce
ucichły, zdławione zamkniętymi drzwiami.

MacGil  usiadł  na  skraju  swego  łoża  z  głową  podpartą  na  rękach.  Próbował  powstrzymać

pulsujący w niej ból. Jakoś do tej pory nigdy nie zdarzało się, żeby pojawiał się tak wcześnie, zanim
jeszcze  alkohol  przestał  krążyć  w  jego  krwi.  Ten  wieczór  był  jednak  inny.  Wszystko  zmieniało  się
błyskawicznie.  Uczta  trwała  w  najlepsze;  przed  sobą  miał  wyborne  mięsiwa  i  mocne  wino,  kiedy
nagle ten chłopiec, Thor, pojawił się niewiadomo skąd i wszystko zepsuł. Najpierw ten jego wyskok
i głupia opowiastka o śnie, a potem miał jeszcze czelność wytrącić kielich z królewskich dłoni.

Później  zaś  napatoczył  się  ten  pies,  który  wychłeptał  rozlane  wino  i  padł  trupem  na  oczach

wszystkich.  MacGil  nie  mógł  się  od  tego  momentu  pozbierać.  Kiedy  zdał  sobie  sprawę,  iż  właśnie
ktoś  spróbował  go  otruć,  poczuł,  jakby  go  ktoś  młotem  zdzielił.  Ktoś  chciał  go  zamordować.  Nie
mieściło się to w jego głowie. Ktoś przechytrzył jego straże, jego testerów wina i jadła. Tylko jeden
oddech dzielił go od śmierci. Myśl ta wstrząsała nim wciąż na nowo.

Przypomniał  sobie,  jak  straże  zabierały  Thora  do  lochów.  Zastanawiał  się,  czy  jego  rozkaz  był

słuszny. Z jednej strony chłopiec nie mógł w żaden sposób wiedzieć, że wino w kielichu było zatrute,
jeśli sam nie dolał trucizny do niego lub w jakiś sposób nie był w to zamieszany. Z drugiej zaś strony
wiedział, że Thor posiadał ukryte, tajemne moce – zbyt tajemnicze – i być może mówił prawdę: być
może rzeczywiście zobaczył to wcześniej w swoim śnie. Być może Thor uratował mu tak naprawdę
życie, a on odesłał do lochów jedyną, prawdziwie mu wierną osobę.

Myśli  te  wywołały  tylko  kolejną  falę  bólu  głowy.  Począł  rozcierać  przeorane  zmarszczkami

czoło, próbując pojąć jakoś to wszystko. Zbyt dużo jednak wypił tej nocy, jego umysł brnął we mgle,
myśli  kłębiły  się  i  nie  potrafił  dotrzeć  do  sedna.  Było  zbyt  gorąco  –  kolejna  letnia,  parna  noc.
Godziny  spędzone  na  nieposkromionym  objadaniu  się  i  opilstwie  sprawiły,  iż  teraz  jego  ciało
buchało gorącem. Zaczął oblewać się potem.

Zrzucił z siebie opończę, potem wierzchnią szatę, aż została na nim jedynie koszula. Starł pot z

brwi i brody, poczym odchylił się i ściągnął potężne buty jeden po drugim. Zwinął palce u stóp, kiedy
poczuł chłodne powietrze. Siedział ciężko oddychając i próbując odzyskać równowagę. Jego brzuch
urósł dziś i stał się nieznośnym ciężarem. Kopnięciem ułożył nogi na łożu, a jego głowa spoczęła na
poduszce. Westchnął, spojrzał w górę, ponad baldachim, na sufit i modlił się, żeby w końcu komnata
przestała wirować.

background image

Kto chciałby mnie zabić? po raz wtóry zastanawiał się. Pokochał Thora niczym własnego syna i

coś mu mówiło, że to nie mogła być jego sprawka. Dumał nad tym, kto jeszcze mógłby to być, jaki
motyw  miała  ta  osoba  i  co  najważniejsze,  czy  spróbuje  ponownie.  Czy  był  bezpieczny?  Czy  słowa
Argona były rzeczywiście prawdziwe?

Czuł,  jak  powieki  robią  się  coraz  cięższe,  a  odpowiedź  na  jego  pytania  wymyka  się  jego

umysłowi. Gdyby tylko jego myśli były bardziej przejrzyste, być może rozwikłałby tą zagadkę. Ale i
tak  musiałby  poczekać  do  rana,  do  spotkania  ze  swymi  doradcami,  aby  wszcząć  dochodzenie.
Pytanie, które formowały jego myśli nie dotyczyło tego, kto miałby pożądać jego śmierci – ale raczej,
kto  tego  nie  chciał.  Królewski  dwór  obfitował  w  chętnych  do  przejęcia  jego  tronu:  ambitnych
generałów;  wiecznie  manipulujących  członków  rady;  żądnych  władzy  arystokratów  oraz
możnowładców, szpiegów; odwiecznych rywali; skrytobójców nasyłanych przez McCloudów – być
może również wysłanników z Wilds. A być może był to ktoś znacznie mu bliższy.

Zamrugał powiekami kiedy poczuł, iż zapada w sen. Coś jednak zwróciło jego uwagę. Jego oczy

zarejestrowały  jakiś  ruch.  Rozejrzał  się  i  stwierdził,  że  to  nie  byli  jego  strażnicy.  Przymknął  oczy
nieco zdezorientowany. Jego straż nigdy nie pozostawiała go samego. W gruncie rzeczy nie pamiętał,
kiedy  ostatni  raz  był  tu  sam.  Nie  przypominał  sobie  też,  że  wydał  im  rozkaz  opuszczenia  komnaty.
Jeszcze dziwniejszy był fakt, że drzwi do niej były otwarte na oścież.

W  tej  samej  chwili  usłyszał  hałas  dolatujący  z  drugiego  końca  pokoju  i  obrócił  się  w  tym

kierunku. Ktoś czaił się pod przeciwległą ścianą w cieniu. Nagle wyszedł na światło rzucane przez
pochodnie – wysoki, chuderlawy mężczyzna w czarnej pelerynie i kapturze zakrywającym jego twarz.
MacGil  zamrugał  powiekami  kilka  razy  zastanawiając  się,  czy  nie  ma  zwidów.  Na  początku  był
przekonany, że to cienie i rozbłyski rzucane przez pochodnie grają na jego wyobraźni.

Chwilę  później  jednak  zjawa  była  już  kilka  kroków  bliżej  i  szybko  podchodziła  do  jego  łoża.

MacGil próbował skupić wzrok w przygasłej poświacie, zobaczyć, kim była ta postać. Instynktownie
zaczął  siadać  na  łożu  i  jako  wytrawny  wojownik  sięgnął  do  pasa  po  miecz  lub  choćby  sztylet.  Ale
rozebrał się niemal do naga i nie miał pod ręką żadnej broni. Usiadł bezbronny na łóżku.

Postać  podchodziła  coraz  szybciej,  sunęła  niczym  wąż  nocną  porą.  Kiedy  MacGil  usiadł,

przyjrzał  się  jej  twarzy.  Komnata  wciąż  wirowała  i  jego  zamroczony  umysł  nie  pojmował
wszystkiego, ale przez jedną chwilę mógłby przysiąc, że zobaczył swego syna.

Gareth?
Serce  MacGila  przepełniła  nagła  trwoga,  kiedy  przyszło  mu  do  głowy  pytanie,  co  też  jego  syn

mógł tu robić, bez zapowiedzi swej wizyty i do tego tak późno w nocy.

– Mój synu? – zawołał.
MacGil dostrzegł złowrogi zamysł w oczach mężczyzny i to mu wystarczyło – wyskoczył z łóżka.
Postać  poruszała  się  jednak  zbyt  szybko.  Natarła  na  króla  i  zanim  ten  zdążył  podnieść  rękę  w

swej obronie, w powietrzu dał się zauważyć błysk metalu i ostrze zanurzyło się w jego piersi.

MacGil  wrzasnął  głębokim  okrzykiem  bólu  i  zdziwił  się  słysząc  samego  siebie.  Był  to  bitewny

okrzyk, który słyszał już w życiu zbyt wiele razy. Okrzyk śmiertelnie ranionego wojownika.

Poczuł,  jak  zimny  metal  przedziera  się  przez  jego  żebra,  przecina  mięśnie,  miesza  się  z  jego

krwią  i  wnika  coraz  głębiej  i  głębiej,  przynosząc  ból,  jakiego  nie  mógłby  sobie  wyobrazić.
Wydawało się mu, że trwa to wieki. Wciągnął gwałtownie powietrze i poczuł smak gorącej, słonej
krwi w buzi. Coraz ciężej było mu oddychać. Zmusił się, aby spojrzeć w górę, na twarz napastnika.
Zdziwił się. To nie był jego syn. To ktoś inny. Ktoś, kogo rozpoznawał. Nie pamiętał dokładnie, ale
był to ktoś z jego otoczenia. Ktoś wyglądający podobnie do jego syna.

Jego umysł pogrążył się w chaotycznej próbie przypisania imienia do tej twarzy.

background image

Mężczyzna  stał  nad  MacGilem  trzymając  wciąż  sztylet,  kiedy  król  zdołał  podnieść  rękę  i

odepchnąć  przeciwnika,  powstrzymać  go.  Poczuł  przypływ  siły  wprawionego  w  boju  wojownika,
siłę  swych  przodków,  jakąś  część  siebie,  która  czyniła  go  królem  i  sprawiała,  że  nie  chciał  się
poddać. Jednym potężnym pchnięciem, z całych swych sił odepchnął od siebie skrytobójcę.

Mężczyzna okazał się chudszy i znacznie bardziej słabowity niż przypuszczał MacGil. Poleciał w

tył  izby  z  krzykiem  potykając  się  co  chwilę.  MagGil  wstał,  z  największym  wysiłkiem  chwycił  za
rękojeść  i  wyszarpnął  sztylet  ze  swej  piersi.  Cisnął  nim  przez  całą  długość  komnaty,  a  ten  upadł  z
metalicznym dźwiękiem na kamiennej posadzce, ślizgiem doleciał do przeciwległej ściany i walnął o
nią z hukiem.

Mężczyzna  zerwał  się  na  nogi.  Jego  kaptur  zesunął  się  z  głowy  i  MacGil  dostrzegł,  jak

przeciwnik patrzył na niego szeroko rozwartymi ze strachu oczyma. Król zaczął iść w jego stronę, ten
jednak  odwrócił  się  i  pobiegł  przez  komnatę  zatrzymując  się  jedynie  po  to,  aby  zabrać  ze  sobą
narzędzie zbrodni.

MacGil próbował pobiec za nim, ale mężczyzna okazał się zbyt szybki. Królewską pierś przeciął

przeraźliwy ból i MacGil poczuł, że słabnie.

Stał  w  swej  komnacie  spoglądając  w  dół  na  sączącą  się  z  rany  krew,  wprost  na  jego  dłonie  i

opadł na kolana.

Czuł, jak jego ciało pogrąża chłód. Odchylił się i spróbował krzyknąć.
– Straże – odezwał się słabym głosem.
Wziął głęboki oddech i cierpiąc niemal agonalny ból, zdołał wykrzesać z siebie głęboki okrzyk.

Okrzyk byłego władcy.

– STRAŻE! – zawył.
Gdzieś  z  oddali  doleciały  do  niego  odgłosy  kroków.  Zbliżały  się  powoli.  Usłyszał  otwierane

gdzieś drzwi i wyczuł, że ktoś zmierza w jego kierunku. W tej chwili ściany jego komnaty ponownie
zawirowały, tym razem jednak nie z powodu przepicia.

Ostatnią rzeczą, jaką zobaczył była zimna, kamienna podłoga, która uniosła się nagle na spotkanie

z jego twarzą.

 
 
 

background image
background image

ROZDZIAŁ DRUGI

background image
background image

 
Thor  chwycił  żelazną  kołatkę  potężnych  drewnianych  drzwi  i  pociągnął  z  całych  sił.  Otworzyły

się z wolna skrzypiąc niemiłosiernie i przed chłopcem pojawiła się królewska komnata. Zrobił jeden
krok  i  kiedy  minął  próg  poczuł,  jak  włosy  zjeżyły  mu  się  na  rękach.  Wyczuwał  panujące  wewnątrz
potężne zło, które niczym mgła wisiało w powietrzu nieruchomo.

Zrobił kilka kroków w kierunku ciała, a raczej bezwładnej sterty leżącej na podłodze. Zewsząd

dobiegał  odgłos  ognia  trzaskającego  na  rozwieszonych  na  ścianach  pochodniach.  W  jakiś  sposób
dotarło do niego, że to król leży martwy na posadzce, że został zamordowany, a on, Thor, przybył za
późno.  Zdziwił  się,  gdyż  nigdzie  w  pobliżu  nie  było  żadnych  strażników,  nikogo,  kto  mógłby
uratować władcę.

Podszedł  do  ciała  i  poczuł,  jak  nogi  odmawiają  mu  posłuszeństwa;  uklęknął  na  kamiennej

posadzce, chwycił za ramię, zimne już niestety, i przewrócił króla na plecy.

Oto leżał przed nim z szeroko otwartymi oczyma MacGil, jego dotychczasowy król. Martwy.
Thor  spojrzał  w  górę  i  zobaczył  stojącego  nad  sobą  sługę.  W  jego  ręce  spoczywał  wielki,

wysadzany  kamieniami  kielich,  ten,  który  Thor  zapamiętał  z  uczty.  Naczynie  zrobione  było  ze
szczerego  złota  i  przyozdobione  szeregami  rubinów  i  szafirów.  Spoglądając  na  Thora  sługa  wylał
powoli zawartość kielicha na królewską pierś. Wino rozlało się dokoła ochlapując przy okazji całą
twarz Thora.

Thor  usłyszał  pisk,  odwrócił  się  i  zobaczył  swego  sokoła  Estopheles  siedzącą  na  królewskim

ramieniu. Ptak nachylił się i zlizał wino z policzka władcy.

Wtem  usłyszał  jakiś  hałas  i  ujrzał  nad  sobą  Argona  spoglądającego  na  niego  gniewnym

wzrokiem. W jednej ręce trzymał lśniącą koronę, w drugiej zaś swoją laskę.

Podszedł do Thora i zdecydowanym ruchem nałożył koronę na jego głowę. Thor poczuł jej ciężar.

Poczuł,  jak  otok  dopasowuje  się  idealnie  do  jego  głowy,  jak  metal  otula  jego  skronie.  Spojrzał  ze
zdziwieniem na Argona.

– Teraz ty jesteś królem – oświadczył druid.
Chłopiec  przymknął  powieki,  a  kiedy  je  otworzył  zobaczył  przed  sobą  wszystkich  członków

legionu,  Srebrnej  Gwardii,  setki  mężczyzn  i  chłopców  cisnących  się  w  komnacie,  wszystkich
zwróconych twarzą do niego. Uklękli naraz i pochylili się przed nim nisko. Ich twarze sięgały niemal
podłogi.

– Nasz panie – odezwali się chórem.
Thor poderwał się nagle ze snu. Usiadł wyprostowany i rozejrzał się dokoła, oddychając ciężko.

Otaczał go mrok i wilgotne powietrze. Zdał sobie sprawę, że siedzi na kamiennej podłodze, plecami
oparty  o  mur.  Zmrużył  wzrok  i  dostrzegł  w  oddali  kraty,  a  za  nimi  migocące  światło  pochodni.
Wówczas  przypomniało  mu  się  wszystko:  te  lochy  i  jak  został  do  nich  zaciągnięty  przez  straże  po
uczcie.

Przypomniał sobie, jak strażnik zdzielił go po twarzy. Musiał wówczas stracić przytomność. Nie

miał  pojęcia  na  jak  długo.  Wyprostował  się,  a  jego  oddech  zrobił  się  jeszcze  cięższy.  Spróbował
otrząsnąć się z tego, o czym właśnie śnił. To było okropne, ale też tak bardzo realne. Modlił się w
duchu,  żeby  tylko  nie  okazało  się  prawdziwe.  Że  król  nie  umarł.  Wizerunek  zmarłego  władcy
nieustępliwie katował jego myśli. Czy rzeczywiście zobaczył prawdę? Czy to tylko jego wyobraźnia
płatała figle?

Poczuł jak ktoś kopnął jego stopę i zobaczył stojącą nad sobą osobę.
– Najwyższy czas, żebyś się obudził – usłyszał czyjś głos. – Czekam już godzinami.
W  panującym  tu  przytłumionym  świetle  Thor  dostrzegł  zarysy  twarzy  chłopca,  mniej  więcej  w

background image

tym samym wieku co on. Był szczupły i niski. Miał zapadłe policzki i ospowatą skórę, a jednak z jego
zielonych oczu wyzierała uprzejmość i inteligencja.

– Jestem Merek – powiedział. – Twój więzienny towarzysz. Za co siedzisz?
Thor  wyprostował  się  próbując  zebrać  myśli.  Oparł  się  o  mur,  przeczesał  włosy  palcami  i

spróbował przypomnieć sobie cokolwiek, poskładać wydarzenia w całość.

– Mówią, że próbowałeś zabić króla.
–  Bo  tak  było  i  jeśli  kiedykolwiek  wyjdzie  zza  tych  krat,  to  rozerwiemy  go  na  strzępy  –  ktoś

warknął.

Rozległ  się  brzęk  cynowych  kubków  uderzanych  o  metalowe  kraty.  Thor  dostrzegł  korytarz  w

całości  wypełniony  celami,  a  w  nich  więźniów  –  groteskowe  postacie  przeciskające  swe  twarze
przez kraty. W migoczącym świetle pochodni chłopiec dostrzegł, jak spoglądali na niego szyderczo.
Większość z nich była nieogolona, brakowało im zębów, a co niektórzy wyglądali tak, jakby spędzili
tu już wiele lat. Był to okropny widok i Thor zmusił się, aby odwrócić wzrok. Czy rzeczywiście był
tu teraz? Czy utknął z tymi wszystkimi ludźmi tutaj na wieki?

– Nie przejmuj się nimi – powiedział Merek. – W tej celi jesteśmy tylko ty i ja. Nie wejdą tu. Mi

zaś nie mogłoby bardziej zależeć na tym, żebyś otruł króla. Sam chętnie bym to zrobił.

– Nie otrułem króla – oburzył się Thor. – Nikogo nie otrułem. Próbowałem go uratować. Jedynie

wytrąciłem mu kielich z rąk.

–  A  skąd  wiedziałeś,  że  wino  było  zatrute?  –  krzyknął  ktoś  z  celi  znajdującej  się  głębiej  w

korytarzu. – Czary jakieś pewnie?

Zewsząd, z każdej strony korytarza, dał się słyszeć cyniczny śmiech współwięźniów.
– Jasnowidz się trafił! – zakpił któryś z nich wywołując kolejną salwę śmiechu.
– Nie, to był zwyczajnie szczęśliwy traf! – ryknął ktoś jeszcze – ku uciesze pozostałych.
Thor  spojrzał  na  nich  spode  łba  mając  im  za  złe  te  oskarżenia.  Chciał  wszystko  wyjaśnić,  ale

wiedział, że to tylko strata czasu. Poza tym nie musiał bronić się przed tymi rzezimieszkami.

Merek zlustrował Thora wzrokiem pozbawionym sceptycyzmu. Popatrzył na niego zamyślony.
– Wierzę ci – odparł po cichu.
– Naprawdę? – spytał Thor.
Merek potrzasnął jedynie ramionami.
– Jakby nie patrzeć, jeśli zamierzałbyś otruć króla, czy naprawdę byłbyś na tyle głupi, żeby mu o

tym powiedzieć?

Po czym odwrócił się i odszedł kilka kroków dalej, usiadł pod ścianą naprzeciw Thora.
Teraz to Thor poczuł zainteresowanie.
– A za co ty tutaj jesteś? – zapytał.
– Jestem złodziejem – odparł Merek nieco zbyt dumnie.
Thora  zbiły  te  słowa  z  tropu.  Nigdy  nie  przebywał  w  towarzystwie  złodzieja,  takiego

prawdziwego złodzieja. Jemu samemu nigdy nie przyszło na myśl, aby coś ukraść. Dziwiło go, że inni
ludzie byli skłonni to robić.

– Dlaczego to robisz? – zapytał Thor.
Merek wzruszył ramionami.
–Moja  rodzina  nie  ma  nic  do  jedzenia,  a  przecież  muszą  coś  jeść.  Nie  mam  żadnego

wykształcenia  ani  też  jakiejś  konkretnej  umiejętności.  Złodziejski  fach  to  wszystko,  co  znam.  Nic
większego, głównie jedzenie. Cokolwiek, co pomoże im przetrwać. Przez wiele lat uchodziło mi to
na sucho. Złapali mnie raz. Teraz jestem tu już trzeci raz. Trzeci jest najgorszy.

– Dlaczego? – spytał Thor.

background image

Przez chwilę Merek był cicho, potem potrząsnął powoli głową. Thor widział, jak oczy chłopca

napełniają się łzami.

– Królewskie prawo jest surowe. Nie ma wyjątków. Trzecie wykroczenie i odcinają ci dłoń.
Thora przepełniło przerażenie. Spojrzał na ręce Mereka; obydwie były na swoim miejscu.
– Jeszcze po mnie nie przyszli – powiedział Merek. – Ale przyjdą.
Thor poczuł się okropnie. Merek odwrócił wzrok jakby się czegoś wstydził. Thor zrobił to samo

nie chcąc o tym myśleć.

Thor  oparł  głowę  o  swe  ręce.  Próbował  nie  zwracać  uwagi  na  pulsujący  w  nich  ból  i

uporządkować  swe  myśli.  Ostatnie  dni  minęły  w  zawrotnym  tempie:  tyle  rzeczy  wydarzyło  się  tak
szybko. Z jednej strony miał poczucie, że odniósł sukces, uznanie: zobaczył przyszłość, przewidział
próbę  otrucia  MacGila  i  ocalił  go  od  śmierci.  Być  może  jednak  można  zmienić  czyjś  los,  nagiąć
czyjeś przeznaczenie. Czuł dumę: uratował swego króla.

Z  drugiej  strony  był  teraz  tu,  w  lochach  i  nie  mógł  oczyścić  swego  imienia.  Wszystkie  jego

nadzieje  i  marzenia  legły  w  gruzach.  Jakiekolwiek  szanse  na  jego  pobyt  w  legionie  uleciały  z
wiatrem. Teraz będzie miał szczęście, jeśli nie spędzi tutaj reszty swych dni. Bolała go świadomość,
że  MacGil,  który  przyjął  go  jak  ojciec,  jedyny  prawdziwy  ojciec,  jakiego  Thor  miał,  myślał,  że
chłopiec  próbował  go  naprawdę  zabić.  Bolało  go  to,  iż  Reece,  jego  najlepszy  przyjaciel,  mógł
uwierzyć, że Thor próbował zabić jego ojca. Lub jeszcze coś gorszego – Gwendolyn. Pomyślał o ich
ostatnim spotkaniu – o tym, jak pomyślała, że odwiedza burdele i poczuł, jakby wszystko, co w jego
życiu było dobre, zostało mu nagle odebrane. Zastanawiał się, dlaczego to właśnie jemu te wszystkie
rzeczy się przytrafiają. Chciał przecież jedynie czynić dobro.

Nie  wiedział,  co  się  z  nim  teraz  stanie.  Nie  dbał  o  to.  Chciał  tylko  oczyścić  swe  imię.  Chciał,

żeby  ludzie  zrozumieli,  że  nie  próbował  zaszkodzić  królowi;  że  jego  moce  były  prawdziwe,  że
naprawdę mógł zobaczyć przyszłość. Nie wiedział, co teraz się z nim stanie, ale jedno było pewne:
musiał się stąd wydostać. W jakikolwiek sposób.

Zanim skończył o tym myśleć usłyszał odgłos czyichś kroków. Ciężkie buciory waliły w kamienną

posadzkę  korytarza.  Potem  usłyszał  brzęk  kluczy  i  chwilę  później  pojawił  się  przysadzisty  strażnik
więzienny,  ten  sam  mężczyzna,  który  zaciągnął  tu  Thora  i  uderzył  go  w  twarz.  Na  sam  jego  widok
Thor  poczuł  ból  w  policzku.  Po  raz  pierwszy  w  zasadzie  świadomie  go  odczuł.  I  napełniła  go
fizyczna odraza do strażnika.

–  Czyż  to  nie  nasz  mały  pypeć,  który  próbował  zabić  króla  –  burknął  gniewnie  strażnik

przekręcając  żelazny  klucz  w  zamku.  Po  kilku  niesionych  echem  kliknięciach  sięgnął  za  kraty  i
otworzył drzwi do celi. W jednej ręce trzymał kajdany, a u jego pasa zwisał niewielki topór.

– Jeszcze dostaniesz za swoje – powiedział do Thora z szyderczym uśmiechem na twarzy. – Teraz

jednak  przyszła  pora  na  ciebie,  złodziejaszku.  Trzeci  raz  –  powiedział  uśmiechając  się  złośliwie  –
żadnych wyjątków.

Nachylił  się  ku  Merekowi,  chwycił  go  niedbale,  wygiął  rękę  chłopca  do  tyłu  i  zacisnął  na  niej

kajdany. Potem przymocował drugi koniec kajdan do haka w murze. Merek wrzasnął i szarpnął dziko
za  kajdany  próbując  się  uwolnić,  ale  nadaremno.  Strażnik  podszedł  go  od  tyłu,  unieruchomił  w
żelaznym uścisku, chwycił wolną rękę chłopca i ułożył na kamiennym występie.

– To cię oduczy kraść – warknął.
Odpiął  topór  od  swego  pasa  i  uniósł  wysoko  nad  głowę.  W  jego  otwartych  szeroko  ustach

sterczały ohydne zęby. Mężczyzna warczał przeciągle.

– NIE! – wrzasnął Merek.
Thor siedział bez ruchu sparaliżowany strachem. Widział jak strażnik opuszcza swą broń mierząc

background image

w  nadgarstek  Mereka.  Zdał  sobie  sprawę,  iż  za  chwilę  dłoń  chłopca  zostanie  odcięta  od  ręki  i  to
jedynie z powodu mało znaczącej kradzieży pożywienia, które miało pomóc przetrwać jego rodzinie.
Niegodziwość tego, co się właśnie przed nim działo płonęła w Thorze. Wiedział, że nie może na to
pozwolić. To po prostu było niesprawiedliwe.

Nagle poczuł, jak jego ciało ogarnia fala gorąca, jak płynie od jego stóp w górę i emanuje z jego

dłoni,  jak  nagle  gdzieś  w  środku  zapłonął  żar.  Czas  zwolnił  i  Thor  poczuł,  że  może  poruszać  się
szybciej  niż  strażnik.  Czuł  upływ  każdej  sekundy,  każdy  najmniejszy  ruch  zawisłego  w  powietrzu
topora. Poczuł w dłoni kulę palącej energii i cisnął nią w strażnika.

Obserwował oniemiały, jak żółta kula popłynęła z jego dłoni wprost w kierunku twarzy strażnika.

Jej  ślad  rozświetlił  na  chwilę  ich  małą  celę.  Uderzyła  mężczyznę  w  głowę,  a  ten  w  jednej  chwili
wypuścił  z  ręki  topór  i  poleciał  w  powietrzu  w  kierunku  przeciwległej  ściany,  uderzył  o  nią  z
impetem  i  upadł  bez  ruchu.  Thor  ocalił  Mereka  o  ułamek  sekundy.  Ostrze  topora  niemal  dosięgło
swego celu.

Merek spojrzał na niego szeroko otwartymi oczyma.
Strażnik potrząsnął głową i począł wstawać z zamiarem powstrzymania Thora. Chłopiec jednak

czuł w sobie gorejącą moc i kiedy strażnik zdołał stanąć mu naprzeciw, Thor podbiegł, wyskoczył w
powietrze  i  kopnął  strażnika  w  klatkę  piersiową.  Czuł  w  sobie  moc,  jakiej  jeszcze  nigdy  nie
doświadczył.  Strażnik  ponownie  poleciał  w  kierunku  muru  i  z  trzaskiem  walnął  o  ścianę,  po  czym
osunął się bezwładnie, tym razem pozbawiony przytomności.

Merek stał unieruchomiony szokiem. Thor wiedział dokładnie, co należało teraz zrobić. Chwycił

topór, podbiegł do łańcucha więżącego Mereka, przyłożył go do kamiennej ściany i rąbnął toporem. Z
łańcucha  poleciała  wielka  iskra.  Merek  wzdrygnął  się,  podniósł  głowę  i  spojrzał  na  łańcuch
dyndający aż do ziemi – i zrozumiał, że był wolny.

Spojrzał na Thora z otwartą buzią.
– Nie wiem, jak ci dziękować – powiedział. – Nie wiem, jak to zrobiłeś, czymkolwiek to było,

ani kim jesteś – a raczej czymkolwiek jesteś – ale zawdzięczam ci życie. I jestem winien przysługę, a
to dług, który traktuję bardzo poważnie.

– Nic mi nie jesteś winien – powiedział Thor.
– O nie – odparł Merek i chwycił Thora przedramię. – Teraz jesteś moim bratem. I jakoś, kiedyś

odwdzięczę się ci.

To  powiedziawszy  odwrócił  się,  wybiegł  z  celi  i  ruszył  wzdłuż  korytarza  wywołując  okrzyki

współwięźniów.

Thor rozejrzał się, popatrzył na nieprzytomnego strażnika i otwarte drzwi celi. Wiedział, że i on

musiał coś zrobić. Okrzyki więźniów z każdą chwilą przybierały na sile. Wyszedł z celi, popatrzył w
obydwu kierunkach i zdecydował się pobiec w stronę przeciwną do tej, którą wybrał Merek. Wszak
nie zdołają złapać ich obydwu naraz.

 
 

background image
background image

ROZDZIAŁ TRZECI

background image
background image

 
Biegł ukrytymi w mroku nocy chaotycznymi uliczkami królewskiego dworu, a panujący wszędzie

zgiełk i tumult napawały go zdumieniem. Tłumy ludzi otaczały go ze wszystkich stron, zdawałoby się
czymś  poruszone.  W  dłoniach  wielu  osób  płonęły  pochodnie  rozświetlając  mrok  i  rzucając
kontrastujące  cienie  na  ich  twarze.  Zamkowe  dzwony  biły  nieustannie  niskim  tonem  z
jednominutowym interwałem. Thor wiedział dobrze, co to oznaczało. Śmierć. Dzwony pogrzebowe.
Jedyną osobą w królestwie, dla której mogłyby akurat tej nocy dzwonić, był król.

Serce zabiło mu szybciej, kiedy przyszło mu coś na myśl. Sztylet, który ujrzał w swym śnie – czy

to mogła być prawda?

Musiał się upewnić. Zatrzymał chłopca biegnącego w przeciwnym kierunku.
– Dokąd to? – zażądał wyjaśnień – Skąd to całe zamieszanie?
– Nie słyszałeś? – odparł z desperacją chłopiec. – Król umiera! Zasztyletowany! Ludzie zbierają

się  pod  królewską  bramą,  aby  usłyszeć  jakieś  wieści.  Jeśli  to  prawda,  okropne  czasy  nas  czekają.
Możesz to sobie wyobrazić? Królestwo bez władcy?

To  powiedziawszy,  strącił  dłoń  Thora,  odwrócił  się  i  pobiegł  przed  siebie.  Wkrótce  zniknął  w

panującym dokoła mroku.

Thor  stał  z  mocno  bijącym  sercem.  Nie  chciał  pogodzić  się  z  taką  rzeczywistością.  Jego  sny  i

przeczucia były czymś więcej niż zwykłym urojeniem. Widział przyszłość. I to już dwa razy. Czuł, jak
ogarnia  go  przerażenie.  Jego  moce  okazywały  się  znacznie  większe  niż  był  tego  świadom.  I
wyglądało  na  to,  że  z  każdym  dniem  stawały  się  jeszcze  potężniejsze.  Do  czego  to  wszystko
zmierzało?

Zastanawiał się, dokąd powinien teraz pójść. Uciekł z lochów, jednak teraz nie miał pojęcia, co

robić dalej. Z pewnością wkrótce straże królewskie – a może nawet cały dwór – zaczną go szukać.
Jego  ucieczka  sprawiła  jedynie,  iż  teraz  jego  wina  wydawała  się  bardziej  rzeczywista.  Z  drugiej
strony  jednak,  czy  to,  że  był  w  celi,  kiedy  MacGil  został  pchnięty  sztyletem,  w  jakiś  sposób  nie
oczyszczało go z zarzutów? A może raczej wskazywało go jako współwinowajcę?

Nie mógł ryzykować. Najwyraźniej nie było teraz w królestwie nikogo, kto byłby w nastroju, aby

myśleć racjonalnie. Wszyscy wokoło wydawali się żądni krwi. A on prawdopodobnie szybko stałby
się  kozłem  ofiarnym.  Musiał  ukryć  się,  pójść  gdzieś,  gdzie  mógłby  przeczekać  burzę,  oczyścić  swe
imię  i  wrócić  do  legionu.  Najbezpieczniej  byłoby  –  jak  najdalej  stąd.  Powinien  uciec,  ukryć  się  w
swej wiosce, albo jeszcze dalej, tak daleko, jak tylko zdołałby dojść.

Thor jednak nie chciał iść tą najbezpieczniejszą z dróg; nie takim był człowiekiem. Chciał zostać

tutaj,  oczyścić  swoje  dobre  imię  i  zachować  miejsce  w  legionie.  Nie  był  tchórzem  i  nie  uciekał.
Ponad  wszystko  chciał  ujrzeć  MacGila  zanim  ten  umrze  –  jeśli  jeszcze  żył.  Musiał  się  z  nim
zobaczyć.  Czuł,  jak  przytłacza  go  ciężar  winy  powodowanej  tym,  że  nie  zdołał  powstrzymać
zamachu.  Z  jakiego  powodu  dane  mu  było  ujrzeć  śmierć  króla,  jeśli  nie  mógł  nic  z  tym  zrobić?  I
dlaczego w jego wizji król został otruty, jeśli tak naprawdę został dźgnięty sztyletem?

Nagle  przyszedł  mu  na  myśl  Reece.  Reece  był  jedyną  osobą,  której  mógł  zaufać,  która  nie

wydałaby  go  straży,  a  może  nawet  udzieliła  mu  schronienia.  Czuł,  że  Reece  mu  uwierzy.  Reece
wiedział, że miłość Thora do króla była prawdziwa. Jeżeli ktokolwiek był w stanie oczyścić Thora z
zarzutów, to z pewnością był to Reece. Musiał go tylko znaleźć.

Pobiegł  szybko  tylnymi  alejkami,  przeciskając  się  i  lawirując  w  tłumie,  coraz  dalej  od

królewskiej  bramy,  w  kierunku  zamku.  Wiedział,  gdzie  znajduje  się  komnata  Reece’a  –  we
wschodnim skrzydle, blisko zewnętrznego muru miejskiego – i miał nadzieję, że Reece tam teraz jest.
Jeśli tak, może uda mu się zwrócić jego uwagę, aby pomógł mu dostać się jakoś na zamek. Miał złe

background image

przeczucie.  Jeśli  zostanie  na  ulicach  jeszcze  jakiś  czas,  ktoś  go  w  końcu  rozpozna.  Wówczas  całe
zgromadzone tu pospólstwo rozedrze go na strzępy.

Pokonywał  kolejne  ulice,  a  jego  stopy  ślizgały  się  po  pokrytej  błotem  nawierzchni.  W  końcu

dotarł do kamiennego muru zewnętrznych szańców. Trzymając się jak najbliżej ściany, biegł wzdłuż
niej tuż pod czujnym okiem rozstawionych co kilka kroków strażników.

Kiedy  dotarł  pod  okno  Reece’a,  podniósł  z  ziemi  gładki  kamień.  Na  szczęście  strażnicy

przeoczyli  jego  starą,  zaufaną  procę,  kiedy  prowadzili  go  do  lochów.  Wyjął  ją  teraz  zza  pasa,
umieścił w niej kamień i strzelił.

Dzięki  swojej  precyzyjnej  dokładności  w  trafianiu  do  celu,  wystrzelony  pocisk  poleciał  ponad

zamkowym  murem  wprost  w  otwarte  okno  komnaty  Reece’a.  Thor  usłyszał,  jak  kamień  trzasnął  w
przeciwległą  ścianę.  Czekał  skulony  przy  murze  tak,  żeby  żaden  z  królewskich  strażników,  którzy
drgnęli usłyszawszy ten stukot, go nie odkrył.

Przez chwilę nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Thor poczuł jak serce w nim zamiera. Może

jednak Reece’a nie było w środku. W takim razie Thor musiał uciekać. W żaden inny sposób nie był
w  stanie  zapewnić  sobie  tu  bezpiecznej  przystani.  Wstrzymał  oddech.  Serce  waliło  mu  mocno.
Czekał obserwując okienny otwór komnaty Reece’a.

Po chwili, która zdawała się trwać wiecznie, Thor zdecydował się już odejść, kiedy ktoś wyjrzał

przez okno, przytrzymał się parapetu oburącz i rozejrzał dookoła z wyrazem zdziwienia na twarzy.

Thor wstał, odszedł od muru kilka kroków i machnął ręką wysoko.
Reece zerknął w dół i zauważył go. Jego twarz rozjaśniała w momencie, kiedy rozpoznał Thora

w  świetle  pochodni,  widocznego  nawet  z  tej  odległości.  Thorowi  spadł  kamień  z  serca  na  widok
radości na twarzy młodego królewicza. Wiedział już to, na czym mu tak zależało: Reece go nie wyda.

Reece dał mu znać, żeby chwilę zaczekał i Thor z powrotem przykleił się do muru i kucnął nisko.

Zaraz potem jeden ze strażników spojrzał w jego stronę.

Thor  czekał  nie  wiedząc  jak  długo,  przygotowany  rzucić  się  do  ucieczki  przed  strażnikami  w

każdej chwili. Po chwili z wrót w zewnętrznym murze wypadł Reece. Ciężko oddychając rozglądał
się wszędzie, aż w końcu dostrzegł Thora.

Podbiegł do niego i objął ramionami. Thor ucieszył się ogromnie. Nagle usłyszał pisk, spojrzał w

dół i ku swej radości zobaczył Khrona, zawiniętego w poły koszuli Reece’a. Kot niemal wyskoczył
w powietrze, kiedy Reece sięgnął by podać go Thorowi.

Krohn  –  to  nieustające  rosnąć  kocię  białego  lamparta,  które  Thor  kiedyś  ocalił  –  skoczył  w

ramiona Thora, kwiląc, popiskując i liżąc twarz chłopca, kiedy on tulił je do siebie.

Reece uśmiechnął się.
–  Próbował  pójść  za  tobą,  kiedy  zabierali  cię  z  sali.  Zatrzymałem  go  i  upewniłem,  że  będzie

bezpieczny.

Thor klepnął go po ramieniu z wdzięczności. I roześmiał się, gdyż Krohn nie przestawał go lizać.
–  Też  za  tobą  tęskniłem,  koleżko  –  zaśmiał  się  i  pocałował  kota.  –  Cicho  już,  bo  strażnicy  nas

usłyszą.

Krohn ucichł, jakby zrozumiał słowa Thora.
– Jak udało ci się uciec? – spytał Reece tonem pełnym zdziwienia.
Thor  wzruszył  ramionami.  Nie  wiedział  tak  naprawdę,  co  odpowiedzieć.  Nadal  niezręcznie  mu

było  mówić  o  swych  mocach,  których  i  tak  nie  rozumiał.  Nie  chciał,  żeby  inni  myśleli  o  nim  jak  o
jakimś dziwolągu.

– Chyba miałem szczęście – odrzekł. – Nadarzyła się okazja, więc z niej skorzystałem.
– Aż dziw, że te tłumy nie rozerwały cię na strzępy – powiedział Reece.

background image

– Jest ciemno i sądzę, że nikt mnie nie rozpoznał. W każdym razie jeszcze nie.
–  Wiesz,  że  w  tej  chwili  każdy  żołnierz  w  królestwie  szuka  właśnie  ciebie?  I  że  ktoś  pchnął

sztyletem mojego ojca?

Thor potaknął głową z poważną miną. – Co z nim?
Reece spuścił wzrok ze smutku.
– Źle – odparł z grymasem. – Umiera.
Thor poczuł, jak druzgocąca była dla niego ta wiadomość, jakby chodziło o jego własnego ojca.
–  Wiesz,  że  nie  miałem  z  tym  nic  wspólnego,  prawda?  –  spytał  Thor  z  nadzieją  w  głosie.  Nie

ważne,  co  myśleli  inni.  Zależało  mu  jedynie  na  tym,  aby  jego  najlepszy  przyjaciel,  najmłodszy  syn
MacGila, wiedział, że Thor jest niewinny.

– Oczywiście – odparł Reece. – Inaczej nie byłoby mnie tutaj.
Thor poczuł wielką ulgę i poklepał Reece’a po ramieniu z wdzięczności.
–  Ale  reszta  królestwa  nie  będzie  tak  ufna  –  dodał  Reece.  –  Najbezpieczniej  byłoby  dla  ciebie

gdzieś  daleko  stąd.  Dam  Ci  swego  najszybszego  wierzchowca  i  prowiant  i  odeślę  jak  najdalej.
Musisz się ukryć i zaczekać, aż to wszystko ucichnie, aż znajdą prawdziwego zabójcę. Nikt tu teraz
nie myśli trzeźwo.

Thor potrząsnął głową.
– Nie mogę wyjechać. Wyglądałoby to tak, jakbym był winien. Chcę, żeby inni wiedzieli, że to

nie ja zrobiłem. Nie mogę uciec przed swymi problemami. Muszę oczyścić swoje dobre imię.

Teraz Reece pokręcił przecząco głową.
– Jeśli tutaj zostaniesz, znajdą cię. Znów wtrącą do lochów – a potem zostaniesz stracony – jeśli

przedtem nie rozszarpie cię tłum.

– Muszę podjąć to ryzyko – odparł Thor.
Reece  przyglądał  się  mu  poważnie  przez  dłuższą  chwilę,  a  w  jego  spojrzeniu  najpierw  widać

było troskę, potem zaś podziw. W końcu Reece pokiwał powoli głową.

– Jesteś dumny. I głupi. Bardzo głupi. Dlatego cię tak lubię.
Uśmiechnął się, a Thor odwzajemnił jego gest.
–  Muszę  zobaczyć  się  z  twoim  ojcem  –  powiedział  Thor.  –  Muszę  chociaż  raz  spróbować

wytłumaczyć  mu  wszystko,  porozmawiać  twarzą  w  twarz,  powiedzieć,  że  to  nie  byłem  ja,  że  nie
miałem z tym nic wspólnego. Jeśli wówczas postanowi wydać na mnie wyrok, niech tak już będzie.
Ale muszę ten raz spróbować. Chcę, żeby o tym wiedział. Proszę, daj mi jedną szansę.

Reece  spoglądał  na  niego  poważnie.  Próbował  ocenić  prawdomówność  swego  przyjaciela.  W

końcu, po chwili, która zdawał się trwać wieczność, pokiwał głową twierdząco.

–  Mogę  zaprowadzić  cię  do  niego.  Znam  tylne  wejście  prowadzące  do  jego  komnaty.  Ale  to

będzie  ryzykowne.  Kiedy  już  dostaniesz  się  do  środka,  będziesz  zdany  tylko  na  siebie.  Nie  będzie
odwrotu.  Nie  będę  mógł  już  nic  więcej  dla  ciebie  zrobić.  To  może  skończyć  się  twoją  śmiercią.
Jesteś pewien, że chcesz skorzystać z tej szansy?

Thor pokiwał głową twierdząco z powagą.
– No dobra – powiedział Reece, sięgnął nagle w dół, wydobył płaszcz i rzucił do Thora.
Thor  złapał  go  i  spojrzał  na  podarunek  ze  zdziwieniem;  zorientował  się,  że  Reece  musiał  już

wcześniej to zaplanować.

Reece uśmiechnął się, kiedy Thor podniósł na niego wzrok.
– Wiedziałem, że będziesz na tyle durny, żeby tu zostać. Niczego innego nie spodziewałbym się

po moim najlepszym przyjacielu.

 

background image
background image
background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

background image
background image

 
Gareth  przemierzał  swoją  komnatę  przeżywając  ponownie  wydarzenia  tej  nocy.  Jego  myśli

przepełniała obawa. Nie mógł uwierzyć w to, co stało się w trakcie uczty. Wszystko poszło nie tak.
Nie  mógł  zrozumieć,  w  jaki  sposób  ten  głupi  chłopak,  Thor,  przybysz,  wpadł  na  trop  jego  spisku  z
trucizną – co więcej, zdołał przechwycić kielich. Wrócił myślą do tej chwili, w której zobaczył, jak
Thor  poderwał  się  i  wytrącił  kielich,  kiedy  usłyszał  dźwięk  uderzenia  kielicha  o  posadzkę,  kiedy
zobaczył, jak wino rozlewa się na podłodze, a wraz z nim wszystkie jego marzenia i aspiracje.

W tej jednej chwili Gareth był skończony. Wszystko, do czego dążył zostało zniszczone. A kiedy

pies wychłeptał wino i padł martwy – wiedział, że to jego koniec. Zobaczył całe swoje życie przed
oczyma, jak zostaje wykryty, skazany na dożywocie w lochach za próbę zabicia swego ojca. Lub co
gorsza,  stracony.  Bez  sensu.  Nigdy  nie  powinien  wprowadzać  tego  planu  w  życie,  ani  odwiedzać
wiedźmy.

Przynajmniej  szybko  zareagował.  Korzystając  z  okazji  poderwał  się  na  nogi  i  jako  pierwszy

przypisał całą winę Thorowi. Patrząc na to teraz był z siebie dumny, że tak szybko zadziałał. Coś go
natchnęło i o dziwo chyba zadziałało. Kiedy wywlekli Thora z sali, wszyscy wrócili do ucztowania.
Oczywiście, nic już nie było później takie samo, ale przynajmniej podejrzenia padły całkowicie na
tego chłopca.

Gareth  modlił  się  tylko,  aby  tak  już  pozostało.  Od  ostatniej  próby  zamachu  na  MacGila  minęły

dziesiątki lat i Gareth obawiał się, że ewentualne dochodzenie skończy się na dokładnym zbadaniu tej
sprawy.  Patrząc  wstecz,  uświadomił  sobie,  jaką  głupotą  była  próba  otrucia  króla.  Jego  ojciec  był
niezwyciężony.  Powinien  zdawać  sobie  z  tego  sprawę.  Przeholował.  Teraz  zaś  nie  mógł  oprzeć  się
poczuciu,  że  podejrzenie  padnie  na  niego,  i  że  jest  to  tylko  kwestia  czasu.  Będzie  musiał  zrobić
wszystko,  co  w  jego  mocy,  aby  udowodnić  winę  Thora  i  doprowadzić  do  jego  egzekucji  zanim
będzie za późno.

Przynajmniej w pewnej mierze się zrehabilitował: po nieudanej próbie zabójstwa, odwołał jego

wykonanie. Teraz czuł  ulgę. Będąc świadkiem  niepowodzenia własnego spisku,  zdał sobie sprawę,
że jednak jakaś, głęboko ukryta jego część nie pragnęła zabójstwa jego ojca, nie chciała mieć jego
krwi  na  swych  rękach.  Nie  zostałby  królem.  Mógł  nigdy  już  nim  nie  być.  Lecz  po  wydarzeniach
dzisiejszej  nocy  pogodził  się  z  tym,  Przynajmniej  będzie  wolny.  Nie  zniósłby  tego  stresu,  gdyby
kolejny  raz  miał  przez  to  wszystko  przechodzić:  tych  tajemnic,  skrytych  konszachtów,  bezustannej
obawy, iż zostanie odkryty. Dla niego było to aż za dużo.

Przemierzając  komnatę  tam  i  z  powrotem  w  końcu  powoli  zaczął  się  uspokajać.  Noc  już  robiła

się późna i kiedy zaczynał dochodzić do siebie, kiedy miał kłaść się spać, nagle dobiegł go łoskot.
Odwrócił  się  w  kierunku  drzwi  i  ujrzał  Firtha.  Jego  oczy  były  otwarte  szeroko,  ogarnięte
szaleństwem. Chłopiec wpadł do komnaty, jakby go gonili.

– Nie żyje! – krzyknął. – Nie żyje! Zabiłem go! Nie żyje!
Firth wpadł w histerię, zawodził jękliwie i Gareth nie mógł zrozumieć, o czym on mówił. Upił

się?

Firth  przebiegł  przez  całą  komnatę  wrzeszcząc  piskliwie,  płacząc,  wymachując  rękoma  nad

głową. Wtedy właśnie Gareth dostrzegł jego dłonie pokryte krwią i żółtą, zaplamioną na czerwono
tunikę.

Jego serce zabiło mocniej. Firth właśnie kogoś zabił. Ale kogo?
– Kto nie żyje? – zażądał odpowiedzi. – O kim mówisz?
Firth  jednak  nadal  histeryzował,  nie  potrafił  skupić  uwagi.  Gareth  podbiegł  do  niego,  chwycił

stanowczo za ramiona i potrząsnął nim całym.

background image

– Odpowiadaj!
Firth otworzył oczy i począł gapić się na niego wzrokiem oszalałego konia.
– Twój ojciec! Król! Zginął! Z mojej ręki!
Na te słowa Gareth poczuł, jakby ktoś wbił mu sztylet w serce.
Spojrzał  na  Firtha  szeroko  otwartymi  oczyma,  zastygły  w  bezruchu,  czując  jak  całe  jego  ciało

drętwieje. Zwolnił uścisk, cofnął się o krok i spróbował złapać oddech. Cała ta krew – wiedział, że
Firth mówi prawdę. Nie potrafił tego pojąć. Firth? Chłopiec stajenny? Najbardziej niezdecydowany
człowiek wśród jego przyjaciół? Zabił jego ojca?

– Ale…jak to możliwe? – wysapał Gareth. – Kiedy?
– W jego komnacie. – odparł Firth. – Teraz, przed chwilą. Dźgnąłem go sztyletem.
Prawda  wyzierająca  z  tych  słów  zaczęła  powoli  do  niego  docierać.  Gareth  wziął  się  w  garść,

zauważył  otwarte  drzwi  do  komnaty,  podbiegł  i  zatrzasnął  je  z  hukiem,  upewniwszy  się,  iż  straże
niczego  nie  widziały.  Na  szczęście  korytarz  był  pusty.  Zaciągnął  ciężki,  żelazny  rygiel  i  wrócił
pospiesznym  krokiem.  Firth  nadal  histeryzował  i  Gareth  musiał  go  uspokoić.  Potrzebował  kilku
odpowiedzi.

Chwycił  Firtha  za  ramiona,  odwrócił  do  siebie  i  spoliczkował  na  tyle  mocno,  że  chłopiec

przestał łkać. W końcu, po chwili, Firth popatrzył na niego skupionym wzrokiem.

– Powiedz mi wszystko – zimnym głosem zażądał Gareth. – Opowiedz mi dokładnie, co się stało.

Dlaczego to zrobiłeś?

–  Co  masz  na  myśli  mówiąc  dlaczego?  –zapytał  zmieszany  Firth.  –  Chciałeś  go  zabić.  Twoja

trucizna nie zadziałała. Pomyślałem, że mogę ci pomóc. Myślałem, że właśnie tego chcesz.

Gareth potrząsnął głową. Chwycił za poły jego koszuli i potrząsnął nim raz, potem znowu.
– Dlaczego to zrobiłeś? – wrzasnął.
Czuł  jak  jego  cały  świat  się  rozpada.  Był  wstrząśnięty  odkryciem,  że  jednak  czuł  skruchę  z

powodu  ojca.  Nie  potrafił  tego  zrozumieć.  Jeszcze  kilka  godzin  temu  chciał  ponad  wszystko
zobaczyć, jak jego ojciec umiera otruty przy stole. A teraz wiadomość, że został zabity zabolała go
niczym  śmierć  najlepszego  przyjaciela.  Czuł  przytłaczające  wyrzuty  sumienia.  Jakaś  jego  część  nie
chciała jednak tej śmierci – zwłaszcza zadanej w taki sposób. Ręką Firtha. I nie przy użyciu ostrza.

– Nie rozumiem – załkał Firth. – Kilka godzin temu sam próbowałeś go zabić. Ten cały spisek z

kielichem. Sądziłem, że będziesz mi wdzięczny!

Ku swemu zdziwieniu, Gareth wziął zamach i zdzielił Firtha po twarzy.
– Nie kazałem ci tego robić! – wyrzucił z siebie Gareth. – Nigdy nie mówiłem, żebyś to zrobił.

Dlaczego  go  zabiłeś?  Spójrz  na  siebie.  Cały  jesteś  we  krwi.  Teraz  obaj  jesteśmy  skończeni.  Nie
minie wiele czasu, jak straże przyjdą po nas.

–  Nikt  nic  nie  widział  –  zawołał  błagalnym  tonem  Firth.  Prześliznąłem  się  w  trakcie  zmiany

warty. Nikt mnie nie zauważył.

– A gdzie sztylet?
– Nie zostawiłem go tam – odparł dumnie Firth. – Nie jestem głupi. Pozbyłem się go.
–  A  jakiego  użyłeś?  –  zapytał  Gareth.  Jego  myśli  zaprzątały  teraz  wszelkie  implikacje  czynu

Firtha. Czuł skruchę, ale zaraz potem obawę. Myślał o każdym szczególe, każdym śladzie, który mógł
pozostawić ten bełkoczący dureń, czymkolwiek, co prowadziłoby do niego.

–  Użyłem  takiego,  którego  nie  można  rozpoznać  –  odparł  dumny  z  siebie  Firth.  –  Tępe,  nijakie

ostrze, które znalazłem w stajni. Były tam jeszcze cztery takie same. Nie do wyśledzenia – powtarzał
ciągle.

Gareth poczuł, jak jego serce stanęło na chwilę.

background image

–  Czy  to  nie  był  krótki  nóż  z  czerwonym  trzonkiem  i  zagiętym  ostrzem?  Zawieszony  na  ścianie

przy moim koniu?

Firth skinął twierdząco, aczkolwiek niepewnie głową.
Gareth spojrzał na niego wściekle.
– Ty głupcze. To ostrze akurat bardzo łatwo rozpoznać!
– Ale przecież nie miało żadnych znaków! – zaprotestował przestraszonym, trzęsącym się głosem

Firth.

– Na ostrzu nie ma znaków – ale za to jest na rękojeści! – ryknął Gareth.
–  Na  spodzie!  Nie  sprawdziłeś  dokładnie.  Ty  głupcze!  Gareth  podszedł  bliżej.  Jego  twarz

pokrywała się purpurą. – Na spodzie ma wyrzeźbione godło mojego wierzchowca. Każdy, kto dobrze
zna rodzinę królewską może powiązać to ostrze ze mną.

Utkwił spojrzenie w Firthie, który znieruchomiał niczym pień. Miał ochotę go zabić.
– Co z nim zrobiłeś? – spytał z naciskiem Gareth. – Powiedz, że masz go przy sobie. Powiedz, że

przyniosłeś go tutaj. Błagam.

Firth przełknął ślinę.
– Starannie go ukryłem. Nikt nigdy go nie znajdzie.
Gareth skrzywił się jedynie.
– Gdzie dokładnie?
– Wrzuciłem go do kamiennego zsypu, zamkowego szaletu. Opróżniają go co godzinę, prosto do

rzeki. Nie martw się, mój panie. Nóż już dawno spoczywa głęboko na jej dnie.

Nagle  zabiły  zamkowe  dzwony.  Gareth  odwrócił  się  i  podbiegł  do  otwartego  okna.  Jego  serce

przepełniała  panika.  Wyjrzał  na  zewnątrz  i  dostrzegł  na  dole  jeden  wielki  chaos,  tłumy  ludzi
otaczające  zamek.  Te  dzwony  mogły  oznaczać  tylko  jedno:  Firth  nie  kłamał.  Rzeczywiście  zabił
króla.

Gareth poczuł jak ciało oblewa zimny pot. Nie mógł pojąć, iż to on sprowadził tak wielkie zło. I

że to Firth, ze wszystkich znanych mu ludzi, był jego egzekutorem.

Nagle rozległo się głośne walenie do drzwi, które otwarły się z impetem, a do komnaty wpadło

kilku królewskich strażników. Przez chwilę Gareth był pewien, iż przyszli go aresztować.

Ku jego zdziwieniu jednak stanęli na baczność i czekali na jego znak.
–  Mój  panie,  twego  ojca  próbowano  zasztyletować.  Zamachowiec  jest  na  wolności.  Proszę,

zostań w swojej komnacie. Król jest poważnie ranny.

Usłyszawszy ostatnie słowa Gareth poczuł, jak włosy stają mu na głowie.
– Ranny? – powtórzył, a słowo to niemal utknęło mu w gardle. – Więc żyje jeszcze?
–  Tak,  mój  panie.  I  niech  Bóg  ma  go  w  swej  opiece.  Przeżyje  i  powie  nam,  kto  dokonał  tego

haniebnego czynu.

Po czym strażnik ukłonił się szybko i pospiesznym krokiem opuścił komnatę, zatrzaskując za sobą

drzwi.

Garetha  ogarnęła  wściekłość.  Chwycił  Firtha  za  ramiona,  przeciągnął  przez  komnatę  i  cisnął  o

kamienną ścianę.

Firth spojrzał na niego oszalałym wzrokiem, oniemiały z przerażenia.
– Coś uczynił? – wrzasnął Gareth. – Teraz obaj jesteśmy skończeni!
– Ale…ale… – zająknął się Firth. – Byłem pewien, że nie żyje!
– Jesteś pewien wielu rzeczy – odparł Gareth – ale we wszystkim się mylisz!
Nagle przyszła mu do głowy pewna myśl.
– Ten sztylet. Musimy go odzyskać, nim będzie za późno.

background image

– Ale, mój panie, ja go wyrzuciłem – powiedział Firth. – Jest już w rzece!
– Wrzuciłeś go do zsypu. To nie koniecznie znaczy, że jest już w rzece.
– Ale najprawdopodobniej właśnie tam jest! – odparł Firth.
Gareth nie mógł już znieść paplaniny tego durnia. Wyminął go i wybiegł przez drzwi, a zaraz za

nim podążył Firth.

– Pójdę z tobą. Pokażę ci dokładnie, gdzie go wyrzuciłem – powiedział Firth.
Gareth zatrzymał się w korytarzu, obrócił i popatrzył na niego spode łba. Firth cały był we krwi.

Aż dziw, że straże tego nie zauważyły. Mieli szczęście. Firth stał się kulą u nogi jak nigdy dotychczas.

–  Powiem  to  tylko  raz  –  warknął.  –  Wracaj  do  mojej  komnaty,  przebierz  się,  a  te  rzeczy  spal.

Pozbądź  się  wszelkich  śladów  krwi.  Później  opuść  zamek.  Nie  zbliżaj  się  do  mnie  tej  nocy.
Rozumiesz mnie?

Gareth  odepchnął  go  od  siebie,  po  czym  odwrócił  się  i  pobiegł.  Puścił  się  biegiem  przez

korytarz, w dół po spiralnych schodach, coraz niżej i niżej w kierunku pomieszczeń dla służby.

W końcu wpadł do podziemi wywołując zaciekawienie kilkoro służby. Właśnie czyścili potężne

gary  i  gotowali  wodę  w  kubłach.  W  ceglanych  piecach  huczał  ogień.  Służba  ubrana  w  zaplamione
fartuchy ociekała potem.

W odległej części izby Gareth dostrzegł wielki kubeł. Co chwilę wpadało do niego z chlupotem

łajno i odpadki.

Gareth podbiegł do najbliżej stojącego sługi i chwycił go desperacko za ramię.
– Kiedy ostatni raz opróżniliście pojemnik? – zapytał.
– Kilka minut temu wynieśli go nad rzekę, mój panie.
Gareth  obrócił  się  i  wybiegł  z  izby.  Szybkim  tempem  przemierzył  kolejne  korytarze,  wbiegł  z

powrotem po spiralnych schodach i wydostał się na zewnątrz, w chłodne nocne powietrze.

Pokonał trawą pokryte pole i biegł dalej sapiąc ciężko w kierunku rzeki.
Gdy dotarł na miejsce, schował się za wielkim drzewem, tuż przy brzegu rzeki. Obserwował, jak

dwóch służących unosi wielkie żelazne naczynie i nachyla je ku wartkiemu nurtowi rzeki.

Zaczekał,  aż  słudzy  odwrócą  kubeł  do  góry  nogami  i  opróżnią  go  całkowicie,  aż  zawrócą  i

zaniosą go z powrotem na zamek.

W końcu poczuł zadowolenie. Nikt nie zauważył jakiegokolwiek sztyletu. Gdziekolwiek teraz był,

porwała go rzeka i uniosła w dal ku nicości. Jeśli jego ojciec miał umrzeć tej nocy, nie istniał żaden
ślad prowadzący do zabójcy.

Ale czy na pewno?
 

background image
background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

background image
background image

 
Thor  biegł  tuż  za  Reece’em,  z  Krohnem  u  swego  boku.  Lawirowali  tylnymi  korytarzami

zmierzając do komnaty króla. Reece poprowadził ich przez ukryte w kamiennej ścianie schody. Przy
świetle trzymanej w ręce pochodni przeciskali się jeden za drugim przez oszałamiającą wręcz ilość
wąskich przejść i zakrętów wewnątrz murów zamku. Wspięli się po wąskich kamiennych schodach,
które  prowadziły  do  kolejnego  korytarza.  W  końcu  skręcili  i  przed  ich  oczyma  ukazały  się  kolejne
schody. Thor nie mógł się nadziwić, jak zawiłą drogą podążali.

– To przejście wybudowano setki lat temu – wytłumaczył Reece szeptem. Ciężko dysząc dodał –

Za pradziada mojego ojca, trzeciego króla z rodziny MacGil. Zlecił budowę tuż po oblężeniu – miała
to  być  droga  ucieczki.  Jak  na  ironię,  zamek  nigdy  już  nie  był  oblegany,  a  te  korytarze  popadły  w
niepamięć  na  setki  lat.  Wyjścia  pozabijano  deskami.  Znalazłem  je  będąc  jeszcze  dzieckiem.  Lubię
czasami  korzystać  z  nich,  aby  przemieszczać  się  po  zamku  bez  zwracania  czyjeś  uwagi.  Kiedy
byliśmy  młodsi,  Gwen,  Godfrey  i  ja  bawiliśmy  się  tutaj  w  chowanego.  Kendrick  był  na  to  już  za
stary, zaś Gareth nie chciał się z nami bawić. Żadnych pochodni, taką mieliśmy zasadę. Ciemno, choć
oko wykol. Strasznie to wtedy wyglądało.

Thor  starał  się  nadążyć  za  Reece’em,  który  odnajdował  drogę  z  szokującym  wręcz  kunsztem.

Było oczywiste, że znał każdy odcinek na pamięć.

– Jak ty w ogóle rozpoznajesz te wszystkie zakręty? – spytał ze zdziwieniem Thor.
–  Gdybyś  dorastał  na  zamku  od  młodości,  pierwsze  co  zaczęłoby  ci  doskwierać  to  samotność.

Zwłaszcza, jeśli wszyscy wkoło są od ciebie starsi, a ty jesteś zbyt młody, aby wstąpić do legionu,
poza  którym  nie  ma  tu  nic  do  robienia.  Postawiłem  sobie  za  cel,  taką  misję,  odkryć  wszelkie
zakamarki tego miejsca.

Znowu  skręcili,  po  czym  zeszli  po  trzech  kamiennych  schodkach,  przecisnęli  się  przez  wąski

otwór w murze i zeszli po ciągnących się daleko w dół schodach. W końcu Reece zatrzymał się przy
grubych, dębowych, pokrytych kurzem drzwiach. Przyłożył do nich ucho i zaczął nasłuchiwać. Thor
podszedł bliżej.

– Co to za drzwi? – spytał.
– Ciii – odparł Reece.
Thor zamilkł i sam przyłożył ucho. Krohn stał za nim spoglądając w górę.
– Tylne drzwi do komnaty mojego ojca – wyszeptał Reece. – Chcę usłyszeć, kto jest tam teraz z

nim.

Thor słuchał z walącym sercem stłumionych głosów dobiegających zza drzwi.
– Wygląda na to, że w środku jest pełno ludzi – powiedział Reece.
Odwrócił się i spojrzał na Thora wymownie.
– Wpadniesz w sam środek burzy. Są tam jego generałowie, jego doradcy i rodzina – wszyscy. I

jestem pewien, że każdy z nich szuka właśnie ciebie, jego domniemanego mordercy. Jakbyś wszedł w
tłum chętny zlinczować cię bez pytania. Jeśli mój ojciec nadal uważa, że to ty próbowałeś go otruć,
będziesz skończony. Jesteś pewien, że chcesz to zrobić?

Thor  przełknął  ślinę  głośno.  Teraz  albo  nigdy,  pomyślał.  Zaschło  mu  w  gardle,  gdy  zdał  sobie

sprawę, iż właśnie w tej chwili nadszedł jeden z punktów zwrotnych jego życia. Najłatwiej byłoby
teraz  odejść,  uciec  od  tego  wszystkiego.  Mógłby  wieść  spokojne  życie  z  dala  od  królewskiego
dworu, gdzieś tam. Ale mógł też przejść przez te drzwi i najprawdopodobniej spędzić resztę życia w
lochu, z łachudrami – bądź nawet zostać stracony.

Wciągnął głęboko powietrze i podjął decyzję. Musiał zmierzyć się z własnymi demonami twarzą

w twarz. Nie mógł się wycofać.

background image

Skinął głową. Bał się otworzyć usta. Obawiał się tego, że jeśli je otworzy, to może zmieni zdanie.
Reece  również  skinął  głową,  z  wyrazem  aprobaty  na  twarzy.  Popchnął  żelazną  klamkę  i  natarł

ramieniem na drzwi.

Thor zmrużył gwałtownie oczy, kiedy drzwi otworzyły się i stanęli w świetle pochodni. Byli w

samym środku komnaty. Reece i Krohn stanęli tuż przy nim.

Król  leżał  na  swym  łożu,  a  wszędzie  dokoła  tłoczyli  się  ludzie.  Przynajmniej  dwa  tuziny:

niektórzy pochylali się nad władcą, inni klęczeli. Byli tam jego doradcy i generałowie, jak również
Argon,  królowa,  Kendrick,  Godfrey  –  nawet  Gwendolyn.  Zastygli  w  czuwaniu  przy  łożu  śmierci,  a
Thor właśnie zakłócił tę bądź, co bądź prywatną, rodzinną sprawę.

W komnacie panował ponury nastrój. Wszyscy przybrali poważną minę. MacGil leżał wsparty na

poduchach. Thor poczuł ulgę, kiedy spostrzegł, że król jeszcze żyje – przynajmniej w tej chwili.

Wszystkie  twarze  zwróciły  się  jak  na  komendę  w  kierunku,  gdzie  tak  nagle  pojawili  się  Thor  i

Reece,  ku  kompletnemu  zaskoczeniu  czuwających.  Thor  zdał  sobie  sprawę,  jaki  to  musiał  być  dla
nich szok ujrzeć ich tak nagle wychodzących z ukrytych drzwi w ścianie prosto na środek izby.

– To ten chłopak! – krzyknął ktoś w tłumie i wskazał na Thora z wyrazem nienawiści na twarzy. –

To on próbował otruć króla!

Ze wszystkich stron wyskoczyli strażnicy i rzucili się na chłopca. Thor nie wiedział, co robić. Z

jednej  strony  chciał  zawrócić  i  uciec.  Wiedział  jednak,  że  musi  przeciwstawić  się  rozwścieczonej
gawiedzi, że musi rozstać się z królem w pokoju. Wziął się więc w garść. Straże już niemal miały go
w swych rękach. Krohn podszedł bliżej i warknął ostrzegawczo w ich kierunku.

Nagle chłopiec poczuł, jak gdzieś z głębi jego ciała wypływa fala gorąca i rozchodzi się po nim

całym. Podniósł rękę bezwiednie, skierował dłoń w kierunku zgromadzonych i posłał tą wzbierającą
falę energii przed siebie.

Ku jego zdziwieniu wszyscy stanęli jednocześnie w pół kroku, kilka stóp dalej, jakby obróceni w

lód. Jego moc, czymkolwiek była, pulsująca już teraz w całym jego ciele, trzymała ich na dystans.

–  Jak  śmiesz  wchodzić  tu  i  używać  swoich  czarów,  chłopcze!  –  ryknął  Brom,  najwyższy  rangą

generał  królewski,  i  chwycił  za  swój  miecz.  –  Czy  jedna  próba  zabicia  naszego  króla  ci  nie
wystarczy?

Podszedł do Thora z uniesionym orężem. W tej chwili chłopiec poczuł, jak coś w nim się budzi,

uczucie  silniejsze  niż  wszystkie,  jakich  do  tej  pory  doświadczył.  Zwyczajnie  zamknął  oczy  i  skupił
się. Czuł energię wibrującą w mieczu Broma, jego kształt, metal, z którego został zrobiony i w jakiś
sposób zjednoczył się z nim. Wewnętrznym głosem nakazał mu się zatrzymać.

Brom stanął jak wryty z szeroko otwartymi oczyma.
–  Argonie!  –  krzyknął  Brom  odwróciwszy  się  do  druida.  –  Powstrzymaj  te  czary  w  tej  chwili!

Zatrzymaj tego chłopca!

Argon wyszedł przed tłum i powoli opuścił swój kaptur. Popatrzył na Thora swym intensywnym,

płonącym spojrzeniem.

–  Nie  widzę  powodu,  aby  go  powstrzymywać  –  odparł  Argon.  –  Nie  przybył  tu,  by  wyrządzić

komuś krzywdę.

– Oszalałeś? Prawie zabił naszego króla!
– Tak ci się wydaje – powiedział Argon. – Ja widzę coś innego.
– Zostawcie go – dobiegł ich chropawy, głęboki głos.
Wszyscy  zwrócili  się  w  kierunku  MacGila,  który  właśnie  usiadł  na  swym  łożu.  Rozejrzał  się

dokoła  ledwie  przytomnym  wzrokiem.  Widać  było,  ile  wysiłku  kosztowało  go  wypowiedzenie  tych
dwóch słów.

background image

– Chcę rozmawiać z tym chłopcem. To nie on mnie ranił. Widziałem twarz tego mężczyzny i to nie

był ten chłopiec. Thor jest niewinny.

Powoli wśród zgromadzonych dało się odczuć odprężenie. Thor również rozluźnił swój umysł i

zwolnił ich ze swego władania. Straże wycofały się, spoglądając na niego z rezerwą tak, jakby był
nie z tej ziemi, i schowały niepotrzebny już oręż do pochew.

–  Chcę  z  nim  rozmawiać  –  powiedział  MacGil.  –  W  cztery  oczy.  Wy  wszyscy.  Zostawcie  nas

samych.

–  Mój  królu  –  wtrącił  Brom.  –  Czy  naprawdę  sądzisz,  że  to  bezpieczne?  Tylko  ty  panie  i  ten

chłopiec?

–  Nie  pozwalam  go  tknąć  –  odparł  MacGil.  –  Teraz  opuście  nas.  Wszyscy.  Łącznie  z  moją

rodziną.

W  pomieszczeniu  zapanowała  grobowa  cisza.  Wszyscy  spoglądali  po  sobie  najwidoczniej  nie

mając pojęcia, co robić. Thor zaś stał wrośnięty w ziemię i nie mógł zrozumieć, co się dzieje.

W końcu, podążając jeden za drugim, wszyscy, również członkowie rodziny królewskiej, opuścili

komnatę.  Reece  i  Krohn  wyszli  jako  ostatni.  Komnata  opustoszała  tak  nagle,  jakby  jeszcze  przed
chwilą nie była zatłoczona.

Drzwi zamknęły się. Tylko Thor i król – sami, w otaczającej ich ciszy. Chłopiec nie mógł w to

uwierzyć. Widok leżącego króla, bladego, zmagającego się z bólem ranił Thora bardziej niż mógł to
opisać.  Nie  wiedział  dlaczego,  ale  czuł,  jakby  to  jakaś  jego  część  umierała  tu,  na  tym  łożu.  Tak
bardzo chciał, żeby król poczuł się lepiej.

– Podejdź tu, mój chłopcze – rzekł władca słabym, ochrypłym głosem, niemal szeptem.
Thor  pokłonił  się,  podszedł  bliżej  i  uklęknął.  Król  podniósł  z  trudem  rękę.  Thor  chwycił  ją  i

złożył pocałunek.

Chłopiec  podniósł  wzrok  i  dostrzegł,  że  MacGil  uśmiecha  się  słabo.  Ku  swemu  zdumieniu

poczuł, jak gorące łzy zraszają jego policzki.

–  Mój  panie  –  zaczął  Thor  pospiesznie  nie  mogąc  już  powstrzymać  w  sobie  wszystkiego.  –

Proszę,  uwierz  mi.  To  nie  ja  ciebie  otrułem.  Wiedziałem  o  spisku  tylko  dzięki  mojemu  snu.  Dzięki
jakiejś mocy, której nawet nie znam. Chciałem tylko cię ostrzec. Błagam, uwierz mi–––

MacGil podniósł dłoń i Thor zamilkł.
–  Myliłem  się  co  do  ciebie  –  powiedział.  –  Czyjaś  inna  ręka  musiała  zadać  mi  cios  żebym

zrozumiał, że to nie ty. Starałeś się jedynie mnie uratować. Wybacz mi. Pozostałeś lojalny do końca.
Być może jedyny lojalny członek mego dworu.

– Tak bardzo chciałbym się mylić – odparł Thor. – Tak bardzo chciałbym, żebyś był zdrów panie.

Żeby moje sny były tylko iluzją; żebyś nigdy nie został zabity. Może się myliłem. Może przeżyjesz.

MacGil potrząsnął głową przecząco.
– Mój czas już nadszedł – powiedział.
Thor  przełknął  ślinę  mając  nadzieję,  że  to  nieprawda,  przeczuwając  jednak,  że  było  tak,  jak

mówił król.

– Czy wiesz panie, kto dopuścił się tego haniebnego czynu? – Thor zadał pytanie, które gnębiło

go od momentu złowieszczego snu. Nie mógł pojąć, kto mógłby chcieć zabić króla, ani dlaczego.

MacGil spojrzał w sufit, mrużąc oczy z wysiłku.
–  Widziałem  jego  twarz.  Twarz  kogoś,  kogo  dobrze  znam,  ale  z  jakiegoś  powodu  nie  potrafię

skojarzyć.

Odwrócił się i spojrzał na Thora.
–  Teraz  to  już  nie  ma  znaczenia.  Nadeszła  moja  pora.  Czy  to  z  jego  ręki,  czy  też  kogoś  innego,

background image

koniec jest taki sam. To, co teraz się liczy – powiedział i chwycił za nadgarstek Thora z siłą, która
zaskoczyła chłopca – to to, co się stanie, kiedy odejdę. Do nas będzie należeć królestwo bez króla.

MacGil  przyjrzał  się  chłopcu  z  przejęciem,  którego  ten  nie  rozumiał.  Thor  nie  wiedział  zbyt

dokładnie, o czym mówił król – czego, jeśli w ogóle, od niego żądał. Chciał zapytać, ale widział, z
jaką trudnością przychodziło mu złapać oddech i nie chciał mu przerywać.

–  Argon  miał  co  do  ciebie  rację  –  powiedział  powoli  puszczając  go  z  uścisku.  –  Twoje

przeznaczenie jest o wiele większe od mojego.

Usłyszawszy  te  słowa,  Thor  poczuł,  jak  przeszywa  go  prąd.  Jego  przeznaczenie?  Większe  niż

króla? Już sama myśl o tym, że król trudziłby się, aby rozmawiać o nim z Argonem wykraczała poza
jego pojmowanie. A jego słowa, że niby przeznaczenie Thora było większe niż króla – co też mógł
mieć na myśli? Czy król MacGil w swoich ostatnich chwilach padł ofiarą urojeń?

– Wybrałem ciebie… przyjąłem cię do mojej rodziny nie bez powodu. Czy wiesz o czym mówię?
Thor potrząsnął głową przecząco, chcąc rozpaczliwie poznać tę przyczynę.
– Nie wiesz, dlaczego chciałem, abyś tu był, właśnie ty, w moich ostatnich chwilach?
– Wybacz mi, mój panie – odparł Thor kręcąc głową. – Naprawdę nie wiem.
MacGil uśmiechnął się słabo, a jego oczy zaczęły się zamykać.
– Daleko stąd leży rozległa kraina. Dalej niż Wilds. Dalej nawet niż ziemie smoków. To kraina

należąca do druidów. Z niej pochodzi twoja matka. Tam musisz się udać po wszelkie odpowiedzi.

Oczy MacGila otworzyły się szeroko i spojrzały na Thora z mocą, której chłopiec nie rozumiał.
–  Losy  naszego  królestwa  od  tego  zależą  –  dodał  król.  –  Nie  jesteś  jak  oni  wszyscy.  Jesteś

wyjątkowy. Dopóki nie zrozumiesz, kim jesteś, nasze królestwo nie zazna spokoju.

Zamknął oczy, a jego oddech stał się płytki. Każdy wydech poprzedzał gwałtowny wdech. Jego

uścisk  na  ręce  Thora  zelżał  powoli.  Chłopiec  poczuł  jak  łzy  wypełniają  mu  oczy.  Jego  umysł
przetwarzał  jak  oszalały  każde  słowo,  które  wypowiedział  do  niego  król.  Próbował  znaleźć  w  tym
wszystkim sens. Nie mógł jednak się skupić. Czy dobrze wszystko usłyszał?

MacGil  zaczął  mówić  coś  szeptem,  ale  tak  cichym,  że  Thor  nie  mógł  rozróżnić  poszczególnych

słów. Nachylił się nisko i przyłożył ucho do ust króla.

Król uniósł głowę ostatni raz, ostatnim wysiłkiem wydobył z siebie słowa:
– Pomścij mnie.
Nagle znieruchomiał. Przez chwilę leżał tak jeszcze, po czym jego głowa opadła na bok, a jego

oczy otworzyły się szeroko, zastygłe w bezruchu.

Martwe.
– NIE! – jęknął Thor.
Jego krzyk zawodu musiał być na tyle donośny, że zaalarmował straże, gdyż chwilę potem Thor

usłyszał,  jak  drzwi  otwarły  się  za  nim  z  impetem  i  do  komnaty  wpadły  dziesiątki  ludzi.  Gdzieś  w
zakamarkach świadomości docierał do niego cały ten rwetes. Słyszał niewyraźne bicie dzwonów, raz
po raz. Ich łoskot dudnił mu w głowie, zlewając się w jeden rytm z pulsowaniem krwi w skroniach.
Wszystko  stało  się  jedną  wielką  plamą,  gdy  chwilę  później  komnata  zaczęła  wirować  bez
opamiętania.

Thor zasłabł. Opadł na kamienną posadzkę omdlały.
 

background image
background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

background image
background image

 
Gareth  poczuł  na  twarzy  podmuch  powietrza  i  podniósł  wzrok,  zamrugał  oczyma,  aby

powstrzymać  cisnące  się  do  oczu  łzy  i  spojrzał  na  blade  światło  wstającego  właśnie  pierwszego
słońca.  Dzień  dopiero  się  zaczynał,  a  mimo  to  w  tym  tak  odległym  miejscu,  na  skraju  klifów
Kolviana,  zgromadziły  się  setki  ludzi,  krewnych  rodziny  królewskiej,  przyjaciół  i  wiernych
poddanych mających nadzieję, że uda im się wziąć udział w uroczystościach pogrzebowych. Za nimi
zaś,  powstrzymywane  przez  armię,  cisnęły  się  tłumy  pospólstwa,  tysiące  ludzi  chętnych  obejrzeć  tą
ostatnią  posługę.  Smutek  na  ich  twarzach  był  jak  najbardziej  szczery.  Jego  ojciec  był  uwielbiany.
Tego był pewien.

Gareth  stał  z  resztą  najbliższej  rodziny  czuwającej  w  półkolu  przy  ciele  ojca,  które  ułożone  na

deskach umocowanych do lin miało za chwilę zniknąć w znajdującym się pod nim otworze w ziemi.
Argon  przystanął  przed  tłumem,  ubrany  w  szkarłatne  szaty,  które  zakładał  tylko  z  okazji  pogrzebu.
Spoglądał na króla z nieprzeniknionym wyrazem na twarzy, którą częściowo zakrywał kaptur. Gareth
usiłował  rozpaczliwie  rozszyfrować  tą  twarz,  zorientować  się,  co  wie  Argon.  Czy  wie,  że  Gareth
zabił  swego  ojca?  A  jeśli  tak,  czy  powie  wszystkim  –  czy  raczej  pozwoli,  by  przeznaczenie
zdecydowało, co dalej?

Na jego nieszczęście,  Thor, ten nieznośny  chłopak, został oczyszczony  z zarzutów; najwyraźniej

nie mógł wbić sztylet w króla, będąc jednocześnie zamknięty w lochach. Nie wspominając już o tym,
że to jego ojciec, sam król oznajmił wszystkim, że Thor jest niewinny. Dla Garetha oznaczało to złe
wieści. Już zorganizowano zebranie rady, aby zbadać tą sprawę, sprawdzić każdy szczegół związany
z  zabójstwem  króla.  Serce  Garetha  waliło  mocno,  kiedy  tak  stał  z  rodziną  i  przypatrywał  się
zmarłemu,  którego  ciało  miało  za  chwilę  spocząć  w  grobie;  chciał  zapaść  się  pod  ziemię  razem  z
nim.

Dotarcie po śladach do Firtha było tylko kwestią czasu – a kiedy już to się stanie, Gareth pogrąży

się  razem  z  nim.  Musiał  działać  szybko,  musiał  odwrócić  uwagę,  przypisać  winę  komuś  innemu.
Zastanawiał się, czy stojące przy nim osoby podejrzewały go o to morderstwo. Równie dobrze mógł
popaść  w  paranoję.  Rozejrzał  się  dokoła  po  ich  twarzach,  ale  żadna  nie  była  zwrócona  w  jego
kierunku. Widział swoich braci, Reece’a, Godfreya i Kendricka; swoją siostrę Gwendolyn; i matkę,
której twarz spowijał smutek. Wyglądała jak w transie. Od śmierci jego ojca stała się zupełnie inną
osobą, ledwie się odzywała. Słyszał, iż na wieść o śmierci króla coś w niej pękło, doznała czegoś w
rodzaju  paraliżu.  Połowa  jej  twarzy  zastygła  w  bezruchu.  Kiedy  otwierała  buzię,  żeby  coś
powiedzieć, jej słowa wydobywały się nazbyt powoli.

Przyjrzał  się  twarzom  członków  królewskiej  rady  stojących  tuż  za  królową.  Naczelny  generał

Brom i dowódca legionu Kolk stali na przedzie, a za nimi niezliczone rzesze królewskich doradców.
Wszyscy  z  udawanym  smutkiem  na  twarzy.  Ale  Gareth  wiedział  dobrze,  że  wszyscy  ci  ludzie,
wszyscy  członkowie  rady,  doradcy  i  generałowie  oraz  wszyscy  możnowładcy  i  cała  arystokracja
zebrana  za  nimi,  nie  przejmowali  się  zbytnio  tym  wydarzeniem.  Z  ich  twarzy  wyzierały  ambicje.
Pożądali władzy. Gareth czuł, że przyglądając się królowi, zastanawiali się, komu z nich uda się teraz
przywłaszczyć tron.

Ta sama myśl kołatała się w głowie Garetha. Co ich teraz czeka, co wydarzy się w następstwie

tak chaotycznego zabójstwa? Gdyby to był prosty, zwykły zamach, a winę przypisano komuś innemu,
wówczas  plan  Garetha  byłby  idealny  –  to  on  odziedziczyłby  tron.  Wszak  to  on  był  pierworodnym,
prawowitym  synem.  Jego  ojciec  oddał  tron  Gwendolyn,  ale  nikogo  oprócz  rodzeństwa  nie  było  na
tym spotkaniu i królewskie życzenie nie zostało nigdy usankcjonowane. Gareth znał radę. Wiedział,
jak poważnie traktowała przepisy prawa. Bez ratyfikacji jego siostra nie mogła objąć rządów.

background image

Wszystko więc znów sprowadzało się do niego. Jeśli wszystko potoczy się zgodnie z literą prawa

–  a  Gareth  był  zdeterminowany  zrobić  wszystko,  aby  tak  się  właśnie  stało  –  wówczas  tron  będzie
musiał wpaść w jego ręce. Tak stanowiło prawo.

Jego  rodzeństwo  będzie  z  nim  walczyć;  nie  miał  co  do  tego  wątpliwości.  Przypomną  sobie

spotkanie  z  ojcem  i  prawdopodobnie  będą  się  domagać,  aby  to  Gwendolyn  objęła  rządy.  Kendrick
nie  spróbuje  przejąć  władzy  –  ma  zbyt  czyste  serce.  Godfrey  jest  apatyczny.  Reece  za  młody.  To
Gwendolyn  była  dla  niego  jedynym  realnym  zagrożeniem.  Ale  Gareth  był  dobrej  myśli.  Nie  sądził,
aby  rada  była  gotowa  zaakceptować  kobietę  –  co  dopiero  nastolatkę  –  jako  władcę  Kręgu.  A  bez
ratyfikacji królewskiego wyboru rada miała świetną wymówkę, aby nie wziąć Gwen pod uwagę.

Jedynym zagrożeniem, jakie podsuwał mu jego umysł, był zatem Kendrick. Wszak to on, Gareth,

był tym, znienawidzonym przez ogół, zaś Kendricka uwielbiało zarówno pospólstwo, jak i żołnierze.
W tych okolicznościach zawsze istniała jakaś szansa, że rada przekaże tron Kendrickowi. Im szybciej
Garethowi uda się objąć władzę, tym szybciej z niej skorzysta i wyeliminuje Kendricka.

Nagle poczuł szarpnięcie. Spojrzał w dół i zauważył, że to zasupłana lina wpija mu się w dłoń.

Zorientował  się,  iż  zaczęli  opuszczać  trumnę  ojca  do  grobu.  Rozejrzał  się.  Pozostałe  rodzeństwo
trzymało liny podobnie jak on i popuszczało je z wolna. Trumna po stronie Garetha przechyliła się
gdyż  za  późno  zaczął  puszczać  swoją  linę.  Złapał  ją  swoja  drugą  ręką  i  wyrównał  poziom  z
pozostałymi. Jakaż ironia: nawet po śmierci ojca nie potrafił go zadowolić.

W oddali biły zamkowe dzwony. Argon stanął naprzeciw wszystkich i podniósł dłoń.
– Itso ominus domi ko resepia
Zapomniany język Kręgu. Język królów, używany przez przodków przez tysiące lat. Język, który

prywatni  korepetytorzy  wpajali  Garethowi  przez  całe  jego  dzieciństwo  –  język,  który  będzie  mu
potrzebny, kiedy już przejmie władzę.

Nagle Argon zatrzymał się, podniósł wzrok i spojrzał prosto na Garetha. Królewicz poczuł, jak

zimny  dreszcz  przeszył  jego  ciało,  jak  przejrzyste  oczy  druida  świdrowały  go  na  wskroś  palącym
ogniem. Gareth zaczerwienił się. Zaczął zastanawiać się, czy właśnie teraz całe królestwo patrzy na
niego,  czy  ktokolwiek  wie,  co  oznacza  to  spojrzenie.  Zrozumiał,  że  Argon  wie  o  jego  udziale  w
morderstwie. Jednakże Argon pozostawał tajemniczy, zawsze powstrzymując się przed ingerencją w
zawiłości ludzkiego losu. Czy będzie milczał?

– Król MacGil był dobrym władcą, sprawiedliwym – powiedział powoli Argon swym głębokim,

nieludzkim głosem.

– Przynosił chlubę i sławę swoim przodkom, bogactwo i pokój temu królestwu, jakiego nie było

nam  dane  uświadczyć  od  wieków.  Jego  życie  zakończyło  się  przedwcześnie,  zgodnie  z  wolą  Boga.
Ale pozostawił po sobie spuściznę obfitą i bogatą. Teraz od nas zależy, czy to dziedzictwo utrzymamy
i wzbogacimy.

Zamilkł na chwilę.
–  Wielkie  i  złowrogie  niebezpieczeństwo  czyha  po  każdej  stronie  naszego  królestwa.  Za

kanionem,  chronionym  jedynie  przez  naszą  energetyczną  tarczę,  leżą  ziemie  barbarzyńców  i
potworów,  które  najchętniej  rozszarpałyby  nas  na  strzępy.  Wewnątrz  Kręgu,  naprzeciw  naszych
Highlands,  żyje  klan,  który  czeka  tylko,  żeby  nas  skrzywdzić.  Żyjemy  w  niesłychanym  dobrobycie  i
pokoju, ale nasze bezpieczeństwo nie będzie trwać bez końca.

–  Dlaczego  bogowie  zabierają  nam  kogoś  w  sile  wieku  –  króla  dobrego,  mądrego  i

sprawiedliwego? Dlaczego jego przeznaczeniem była śmierć zadana w ten sposób? Jesteśmy niczym
więcej, niż pionkami, kukiełkami w rękach losu. Nawet będąc u szczytu swoich sił, możemy skończyć
pod ziemią. Pytanie, z którym przychodzi nam się zmagać, to nie do czego dążymy – ale kim chcemy

background image

się stać.

Argon  spuścił  głowę.  Gareth  czuł,  jak  jego  dłonie  płoną  żywym  ogniem  od  powoli  puszczanej

liny. W końcu trumna uderzyła o dno z głuchym dźwiękiem.

– NIE! – rozległ się czyjś krzyk.
To  Gwendolyn.  Ogarnięta  histerią  rzuciła  się  ku  krawędzi  otworu,  jakby  chciała  do  niego

skoczyć. Reece podbiegł szybko, chwycił ją i odciągnął do tyłu. Kendrick podszedł, by mu pomóc.

Gareth jednak nie miał dla niej współczucia; czuł raczej zagrożenie. Jeśli chciała znaleźć się pod

ziemią, mógł to zorganizować.

O tak, naprawdę był gotów to zrobić.

 
Thor  stał  kilka  stóp  od  ciała  króla  MacGila  i  obserwował,  jak  znika  w  ziemi.  Widok  ten

obezwładniał  go  bez  reszty.  Król  wybrał  urzekające  miejsce  na  swój  pochówek  –  na  skraju
najwyższego klifu królestwa, sięgające wysoko niemal do samych chmur. Pierwsze słońce wchodziło
powoli  na  nieboskłon,  zabarwiając  chmury  odcieniami  pomarańczy,  zieleni,  żółcieni  i  róży.  Dzień
jednak tonął we mgle, która nie chciała ustąpić, jakby to królestwo samo przywdziało żałobę. Stojący
obok niego Krohn zakwilił cicho.

Thor usłyszał pisk, spojrzał w górę na Estopheles, która krążyła na niebie wysoko, przyglądając

się im wszystkim. Thor nadal czuł się otępiały; nie mógł uwierzyć w wydarzenia ostatnich dni, że stał
teraz  tutaj  pośród  rodziny  króla  patrząc,  jak  mężczyzna,  którego  w  tak  krótkim  czasie  zdążył
pokochać,  znika  w  ziemi.  Wydawało  się  to  niemożliwe.  Ledwie  go  poznał,  pierwszego  człowieka,
który  stał  się  mu  prawdziwym  ojcem,  a  tak  szybko  został  mu  odebrany.  Ponad  wszystko,  Thor  nie
mógł przestać myśleć o ostatnich słowach króla:

Nie  jesteś  jak  oni  wszyscy.  Jesteś  wyjątkowy.  Dopóki  nie  zrozumiesz,  kim  jesteś,  nasze

królestwo nie zazna spokoju.

Co król miał na myśli? Kim był tak naprawdę? W jaki sposób był wyjątkowy? Skąd król o tym

wiedział? Co też losy królestwa miały wspólnego z Thorem? A może król tylko majaczył?

Daleko  stąd  leży  rozległa  kraina.  Dalej  niż  Wilds.  Dalej  nawet  niż  ziemie  smoków.  To  kraina

należąca do druidów. Z niej pochodzi twoja matka. Tam musisz się udać po wszelkie odpowiedzi.

Skąd  MacGil  mógł  wiedzieć  o  jego  matce?  Skąd  wiedział,  gdzie  mieszka?  I  jakiego  rodzaju

odpowiedzi miała dla niego? Thor zawsze zakładał, że nie żyje – myśl, że jednak mogła być wśród
żywych  zelektryzowała  go.  Był  zdecydowany,  bardziej  niż  kiedykolwiek,  odszukać  ją,  znaleźć  w
jakikolwiek  sposób.  By  poznać  odpowiedzi,  odkryć,  kim  naprawdę  jest  i  dlaczego  jest  taki
wyjątkowy.

W  trakcie,  kiedy  ciało  MacGila  opadało  do  grobu  przy  akompaniamencie  bijących  dzwonów,

Thor zastanawiał się nad okrutnymi zawiłościami losu; dlaczego dane mu było wejrzeć w przyszłość,
zobaczyć  jak  zabijają  tego  wielkiego  człowieka  –  a  jednocześnie  pozbawiono  go  mocy  uczynienia
czegokolwiek  w  tym  względzie?  W  pewnym  sensie  żałował,  iż  ujrzał  to  wszystko,  że  wiedział
wcześniej, co się stanie; chciałby być jednym z tych wielu nieświadomych niczego, przypadkowych
osób, wstać pewnego dnia i dowiedzieć się, że król umarł. Tymczasem teraz czuł, jakby był częścią
tego wszystkiego. W jakiś sposób czuł się winny, jak gdyby mógł bardziej się postarać.

Zastanawiał  się,  co  teraz  stanie  się  z  królestwem.  Ziemią  bez  króla.  Kto  będzie  rządzić?  Czy,

zgodnie  z  przypuszczeniami  wszystkich,  będzie  to  Gareth?  Thor  nie  mógł  wyobrazić  sobie  niczego
gorszego.

Przyjrzał  się  zgromadzonym  ludziom.  Na  twarzach  arystokracji  i  możnowładców  przybyłych  z

background image

najdalszych zakątków królestwa dostrzegł surowość i powagę. Z tego, co mówił Reece, stali przed
nim potężni i wpływowi ludzie, włodarze tego niespokojnego królestwa. Nie potrafił przestać myśleć
o tym, kim mógł być zabójca. Sądząc po wyrazie twarzy tych wszystkich ludzi, każdy był podejrzany.
Wszyscy  oni  będą  rywalizować  o  wpływy.  Czy  królestwo  czeka  rozpad?  Czy  ich  armie  wystąpią
przeciw  sobie?  Jaki  będzie  jego  los?  Co  z  legionem?  Rozwiążą  go?  Czy  wojsko  króla  również
podzieli ten los? Czy Srebrna Gwardia zareaguje buntem, jeśli to Gareth zostanie królem?

I czy po tym wszystkim, co się stało, ktokolwiek naprawdę uwierzy, że Thor jest niewinny? Czy

zmuszą go do powrotu do jego wioski? Miał nadzieję, że nie. Kochał to, co tutaj miał; chciał ponad
wszystko pozostać tu, w legionie. Chciał, żeby wszystko było jak dawniej, żeby nic się nie zmieniło.
Jeszcze  kilka  dni  temu  królestwo  wydawało  się  takie  mocne,  tak  trwałe.  MacGil  wyglądał,  jakby
mógł dzierżyć władzę po wieki. Jeżeli coś tak bezpiecznego, tak stałego mogło nagle rozpaść się –
jaką nadzieję mogli mieć pozostali. Nic już nie było trwałe dla niego.

Kiedy  Gwendolyn  próbowała  wskoczyć  do  grobu  za  ojcem,  Thor  poczuł  jak  jego  serce  pęka  z

żalu.  Chwilę  potem,  kiedy  Reece  powstrzymywał  ją  przed  skokiem,  do  grobu  zbliżyli  się  służący  i
zaczęli zasypywać otwór, a Argon kontynuował ceremonialne inwokacje. Przez chwilę jakaś chmura
przysłoniła  pierwsze  słońce.  Thor  poczuł,  jak  w  ten  szybko  nagrzewający  się  poranek,  zerwał  się
zimny  wiatr  i  musnął  mu  plecy.  Usłyszał  jęk  i  spojrzał  w  dół  na  Krohna,  który  odwzajemnił
spojrzenie.

Nie miał pojęcia, co przyniosą kolejne dni, lecz jednej rzeczy był pewien: musi porozmawiać z

Gwen. Musi powiedzieć jej, jak mu przykro, jaka rozpacz w nim zamieszkała po śmierci jej ojca, i że
nie  jest  sama.  Nawet  jeśli  zdecyduje  się  już  nigdy  z  nim  nie  spotkać,  musiał  jej  wytłumaczyć,  że
został fałszywie oskarżony, że do niczego nie doszło wtedy w burdelu. Chciał dostać szansę, jedną
jedyną, aby wyprostować sprawy, zanim Gwen odprawi go na dobre.

Kiedy  na  grób  poleciała  ostatnia  grudka  ziemi,  a  dzwony  biły  nieustannie,  tłum  zaczął  się

przemieszczać:  rzędy  ludzi  ciągnące  się  po  widnokrąg,  wijące  się  wzdłuż  klifu,  ustawiały  się  w
kolejce  do  świeżo  ubitej  ziemi  na  grobie  króla.  Każdy  poddany  trzymał  w  ręce  czarną  różę.  Thor
podszedł do grobu, uklęknął i złożył swoją na pokaźnym już stosie pozostałych róż. Krohn zawył.

Kiedy  tłumy  ludzi  zaczęły  się  rozpraszać,  kłębić  bezładnie  i  rozchodzić  w  każdym  możliwym

kierunku, Thor zauważył, że Gwen, pogrążona w rozpaczy, wyrwała się z uścisku Reece’a i zaczęła
uciekać.

– Gwen! – zawołał za nią.
Nic nie mogło jej jednak w tej chwili pocieszyć. Przedzierała się przez gęsty tłum. Biegła polną

drogą wzdłuż krawędzi klifu. Thor nie mógł patrzeć na nią w takim stanie; musiał spróbować z nią
porozmawiać.

Zaczął  również  przedzierać  się  przez  tłum,  z  Krohnem  przy  nodze,  lawirować  raz  w  tą,  raz  w

drugą  stronę,  próbując  nadrobić  dzielącą  ich  odległość.  W  końcu  udało  mu  się  uwolnić  ze  ścisku.
Zobaczył Gwen biegnącą w oddali.

– Gwendolyn! – wrzasnął.
Biegła  dalej.  Thor  ruszył  za  nią  z  podwojoną  szybkością.  Krohn  biegł  tuż  za  nim  skowycząc.

Chłopiec  biegł  coraz  szybciej  i  szybciej,  aż  jego  płuca  wypełnił  żar,  ale  w  końcu  udało  mu  się
dogonić Gwen.

Chwycił ją za ramię i zatrzymał.
Odwróciła  się  gwałtownie.  Jej  zaczerwienione  oczy  tonęły  we  łzach,  a  jej  długie  włosy

przykleiły się do policzków. Strąciła jego rękę.

– Zostaw mnie w spokoju! – krzyknęła. – Nie chcę cię widzieć! Nigdy więcej!

background image

–  Gwendolyn  –  odparł  błagalnym  tonem  Thor.  –  Nie  zabiłem  twego  ojca.  Nie  miałem  nic

wspólnego z jego śmiercią. Sam to powiedział. Nie rozumiesz? Próbowałem go chronić, nie ranić.

Próbowała uciec, ale przytrzymał ją za nadgarstek i nie puszczał. Nie mógł na to pozwolić – nie

tym razem. Walczyła z nim, ale nie próbowała już uciekać. Była zbyt zajęta płaczem.

–  Wiem,  że  go  nie  zabiłeś  –  powiedziała.  –  Ale  nie  czyni  cię  to  w  żadnej  mierze  lepszym.  Jak

śmiesz  przychodzić  i  rozmawiać  ze  mną  po  tym,  jak  upokorzyłeś  mnie  przed  wszystkimi?  I  to
zwłaszcza teraz, ze wszystkich możliwych chwil.

– Ale nie rozumiesz. Do niczego nie doszło w tym burdelu. To wszystko kłamstwa. Nic z tego nie

jest prawdą. Ktoś rzuca na mnie oszczerstwa.

Zmrużyła oczy.
– A więc chcesz mi wmówić, że nie poszedłeś do tamtego burdelu?
Thor zawahał się nie będąc pewien, co odpowiedzieć.
– Tak. Poszedłem tam ze wszystkimi.
– I mówisz, iż nie wszedłeś do komnaty z obcą kobietą?
Thor spuścił wzrok. Był zażenowany i nie wiedział jak zareagować.
– Przypuszczam, że tak, ale–––
– Żadnego ale – przerwała mu. – Przyznajesz się zatem do tego. Jesteś ohydny. Nie chcę mięć z

tobą nic wspólnego.

Rozpacz  na  jej  twarzy  ustąpiła  wściekłości.  Przestała  płakać.  Ogarnął  ją  szał.  Opanowała  się,

objęła go zimnym spojrzeniem, podeszła i powiedziała:

–Nie chcę oglądać twojej twarzy. Nigdy, przenigdy. Rozumiesz? Nie wiem, co też przyszło mi do

głowy,  żeby  spędzić  z  tobą  tyle  czasu.  Moja  matka  miała  rację.  Jesteś  tylko  zwykłym  chłopem,
człowiekiem z pospólstwa.

Jej słowa ubodły go do żywego. Miał wrażenie, iż wbiła mu sztylet w serce.
Puścił jej rękę i cofnął się kilka kroków. Być może Alton miał rację. Być może Thor był jedynie

jej kolejną zabawką.

Odwrócił  się  bez  słowa  i  zaczął  od  niej  odchodzić.  Krohn  wiernie  podążył  za  nim.  Po  raz

pierwszy, od kiedy tu przybył, Thor zaczął zastanawiać się, co jeszcze go tu trzymało.

 
 

background image
background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

background image
background image

 
Gwendolyn stała na skraju klifu obserwując, jak Thor odchodzi. Czuła rozdzierający ból, jakiego

jeszcze  nigdy  w  życiu  nie  doświadczyła.  Najpierw  jej  ojciec;  a  teraz  Thor.  Ten  dzień  był  inny  od
wszystkich. Nie była w stanie opisać głębi smutku, który rozdzierał ją na myśl o śmierci ojca; śmierci
zadanej przez jakiegoś skrytobójcę; o tym, że w jednej krótkiej chwili zabrano go jej. To po prostu
nie było w porządku. Był światłem jej życia, a jakiś obcy człowiek odebrał go jej na zawsze.

Kiedy  Gwen  dowiedziała  się  o  tym,  sama  chciała  umrzeć.  Ostatnia  noc  przypominała  jeden

niekończący  się  koszmar,  a  poranek  przyniósł  jego  najgorszy  moment.  Kiedy  opuszczono  ciało  ojca
do grobu, chciała skoczyć za nim i już nigdy nie wyjść.

Kiedy  wydostała  się  ze  ścisku  tłoczącego  się  pospólstwa,  przyszło  jej  na  myśl,  że  mogłaby

skoczyć z klifu. Ale wtedy pojawił się Thor.

Jego widok w jakiś sposób wyrwał ją z odrętwienia, rozchmurzył i oderwał od myśli o ojcu –

choć z drugiej strony sprawił, że wszystko wyglądało o wiele gorzej. Nadal była na niego wściekła,
nadal trawiła ją złość za to, jak ośmieszył ją swym zachowaniem w burdelu. Zaryzykowała związek z
chłopcem z pospólstwa, a on udowodnił wszystkim jaka jest lekkomyślna. Łącznie z jej matką. Czuła
wstyd większy niż to sobie można wyobrazić.

A  teraz  miał  czelność  pokazać  się  tu,  próbować  wszystko  naprawić  i  jednocześnie  przyznać

samemu, iż poszedł tam i był z tą kobietą. Sama ta myśl wystarczyła, że zrobiło się jej niedobrze.

Obserwując jak Thor z Krohnem oddalają się z klifu pospiesznym krokiem, poczuła wbrew sobie

tęsknotę, rozpacz; zastanawiała się, czy może wydarzyć się jeszcze coś gorszego. Spojrzała w dal, w
nie  kończące  się  przestworza,  ponad  kotlinami  i  dolinami  klifów  Kolviana,  na  zachodnią  część
królestwa. Wiedziała, że gdzieś tam, dalej niż mogła zobaczyć, leżały Highlands, a za nimi królestwo
McCloud’ów. Zastanawiała się, czy jej siostra już tam dotarła, wraz z mężem, czy korzysta z życia.
Miała szczęście, że była tak daleko stąd.

Z drugiej strony jednak jej siostra nigdy nie była blisko z ich ojcem. Gwen zastanawiała się, czy

w ogóle wieści o jego śmierci, kiedy już tam dotrą, obejdą ją jakkolwiek. Gwen ze wszystkich dzieci
była z nim w najbardziej zażyłych stosunkach. Reece i Kendrick również. Widziała jaki ból sprawiła
im ta wiadomość. Godfrey nienawidził ojca, chociaż teraz, kiedy mu się przyglądała, ze zdziwieniem
stwierdziła, że i on był zasmucony.

I  był  jeszcze  Gareth.  Nadal  wyglądał  na  zimnego  i  pozbawionego  emocji,  jak  zwykle  z  resztą,

nawet  w  obliczu  śmierci  ojca.  Coś  absorbowało  jego  myśli,  jakby  jego  wzrok  pochłaniał  każdy
aspekt władzy, której tak desperacko pożądał.

Ta  myśl  sprawiła,  że  przeszedł  ją  dreszcz.  Przypomniała  sobie  pamiętną  przemowę  ojca,

wyznaczającą  ją  do  objęcia  rządów  w  królestwie  w  jakiejś  odległej  przyszłości,  w  dniu,  którego
była  pewna,  że  nie  ujrzy.  Przypomniała  sobie  swoją  przysięgę,  że  będzie  rządzić.  Teraz  zaś  stała
tutaj,  z  losami  królestwa  spoczywającymi  w  jej  dłoniach.  Czy  zmuszą  ją  do  rządzenia?  Miała
nadzieję, że nie. Przecież nie ją. A jednak, złożyła przysięgę ojcu, że tak postąpi. Co ją czekało?

– Tutaj jesteś – dobiegł ją czyjś głos.
Odwróciła się i zobaczyła Reece'a, który stał kilka stóp od niej i przyglądał z troską.
– Martwiłem się o ciebie.
–  A  co,  myślałeś,  że  skoczę?  –  odburknęła  zbyt  ostro.  Nie  miała  zamiaru  odpowiadać  w  ten

sposób, ale wszystko się w niej gotowało i ledwo nad sobą panowała.

– Nie, oczywiście że nie – odparł Reece. – Martwiłem się o ciebie i to wszystko.
– Nie martw się – odrzekła. – Jestem twoją starszą siostrą. Potrafię zadbać o siebie.
–  Nigdy  nie  twierdziłem  inaczej  –  powiedział  Reece  w  samoobronie.  –  Chcę  tylko,  żebyś

background image

wiedziała… nie jesteś jedyną osobą, która cierpi. Też kochałem ojca.

Gwen  zastanowiła  się  nad  tym.  Dostrzegła  łzy  w  jego  oczach  i  wiedziała,  że  jej  brat  ma  rację,

zachowywała się egoistycznie. Śmierć ich ojca przyniosła im wszystkim cierpienie.

– Przepraszam – powiedziała łagodnym tonem. – Wiem, że go kochałeś. I wiem, że on również

kochał ciebie. I to bardzo. W zasadzie sądzę, że to w tobie najbardziej widział samego siebie.

Reece spojrzał na nią smutnym, pełnym nadziei wzrokiem. Wyglądał na bardzo zagubionego. Jego

widok łamał jej serce. Kto się nim teraz zajmie? Miał czternaście lat. Nie był już chłopcem, ale też
jeszcze  nie  mężczyzną.  Był  w  wieku,  w  którym  każdy  chłopiec  najbardziej  potrzebuje  swego  ojca,
mężczyznę, na którym mógłby się wzorować. Od śmierci króla ich matka popadła niemal w katatonię,
wycofała się, stała się nieobecna dla nich wszystkich. Starsza siostra Gwen wyjechała; Garetha nigdy
nie było w pobliżu; Godfrey mieszkał wręcz w pijalni; a Kendrick całe dnie spędzał na polu bitwy.
To Gwen przypadł teraz obowiązek zastąpienia mu matki i ojca.

– Wszystko się ułoży – powiedziała zebrawszy w sobie odwagę. – Dla nas wszystkich.
– Czy to Thora widziałem idącego tą drogą? – spytał Reece.
Na samą myśl o tym Gwen poczuła ucisk w żołądku.
– Tak – odpowiedziała beznamiętnie. – I go odesłałam.
– Dlaczego? – spytał ostrożnie. – Myślałem, że jesteście sobie bliscy.
Gwen odchrząknęła.
– Już nie. Nie po tym, co zrobił.
– A co on zrobił? – zapytał z wybałuszonymi oczyma.
– Jakbyś nie wiedział? Jakby całe królestwo nie wiedziało, jak mnie ośmieszył?
– Ciebie? O czym ty mówisz? – spytał z nieudawaną ciekawością.
Przyjrzała  się  mu  uważnie.  Rzeczywiście  wyglądał  tak,  jakby  nie  wiedział.  Zaskoczyło  ją  to.

Wyobrażała  sobie,  że  całe  królestwo  wie,  że  wszyscy  śmieją  się  z  niej  za  jej  plecami.  A  może  nie
było tak źle, jak myślała; może nie było tak źle, jak mówił Alton.

– Słyszałam wszystko o jego wyczynach w burdelu. O chwilach spędzonych z tymi kobietami.
Reece otworzył szeroko usta.
– I od kogo to niby słyszałaś?
Gwen zamilkła. Nagle straciła pewność siebie.
– Cóż, od Altona oczywiście.
Reece uśmiechnął się.
– I mu uwierzyłaś?
Gwen  utkwiła  w  nim  spojrzenie.  Poczuła  niepokój  i  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  nie  popełniła

okropnego błędu.

– Co masz na myśli? – zapytała.
–  Byłem  tam  tego  dnia  razem  z  nim  –  powiedział  Reece.  –  Wszyscy  tam  byliśmy.  Cały  legion.

Wracaliśmy  z  polowania.  Nie  zrobił  nic  złego.  To  była  raczej  karczma,  aniżeli  burdel.  W  zasadzie
siedziałem koło niego, kiedy przyszły kobiety. Thor zdziwił się, kiedy zobaczył, że były tam jakieś.
Próbował uciec nawet. Ludzie wypchnęli go na przód. Z własnej woli tam nie poszedł.

– Tak czy inaczej, poszedł – skwitowała oskarżycielskim tonem Gwen.
Reece pokręcił głową stanowczo.
– Ktoś wprowadził cię w błąd. Thor nic nie zrobił. Dotarł do podestu schodów i zemdlał. Padł

na  ziemię  zanim  któraś  z  kobiet  zdążyła  wziąć  go  w  obroty.  Nie  dotknął  żadnej  z  nich.  Zapewniam
cię. Alton cię okłamał. To Alton zrobił z ciebie pośmiewisko. Twoja cześć nie została splamiona.

Gwen poczuła jak krew się w niej zagotowała. Ulga, jaką odczuła była obezwładniająca, ale taki

background image

sam  był  jej  wstyd.  Myliła  się  co  do  Thora.  Przypomniała  sobie  ostre  słowa,  jakimi  go  uraczyła.
Nigdy nie zamierzała nazwać go chłopem. Nie wiedziała nawet, dlaczego to zrobiła. Mówiła z taką
wyniosłością i arogancją; poczuła odrazę do siebie samej. Jak mogła być tak okrutna?

– Co dokładnie mu powiedziałaś? – spytał Reece.
Gwen spuściła wzrok.
– Coś głupiego. Bardzo, bardzo głupiego. Coś, czego nie miałam na myśli.
Poczuła  się  przytłoczona;  objęła  Reece’a  rękoma  i  przytuliła  do  niego.  Reece  odwzajemnił  się

tym samym, a ona zaczęła płakać.

– Tęsknię za naszym ojcem – powiedziała.
– Wiem – odparł stłumionym głosem ponad ramieniem,. – Też za nim tęsknię.
Reece wypuścił ją z objęcia i spojrzał w jej oczy.
– Porozmawiam z Thorem. Cokolwiek mu powiedziałaś, spróbuję to załagodzić.
Gwen potrząsnęła głową powoli, niepewna.
– Niektórych rzeczy nie da się cofnąć – odparła łagodnym głosem.
 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

 
 
Gareth wszedł do wielkiego zamkowego holu razem ze swymi braćmi: Kendrickiem, Godfreyem,

Reece’em oraz siostrą  Gwen. Pomieszczenie wypełniały  setki ludzi króla  kłębiących się bezładnie,
poruszonych ostatnimi wydarzeniami. Niewielka grupka rodzeństwa podążała przez tłum, przyjmując
kondolencje od rycerzy przybyłych na dwór ze wszystkich prowincji Kręgu.

– Kochaliśmy twego ojca, panie – powiedział jakiś przysadzisty rycerz, którego Gareth nigdy nie

widział. – Był wspaniałym królem.

Gareth nie znał tych ludzi – i nie zależało mu na poznaniu ich. Nie chciał ich współczucia. Nie

podzielał  go.  Teraz,  kiedy  miał  czas  zastanowić  się  nad  tym,  oswoić  z  nową  rzeczywistością,  był
zadowolony, że jego ojciec nie żyje. MacGil nigdy nie znalazł w sobie miłości dla niego. Mimo że
jeszcze  poprzedniej  nocy  Gareth  czuł  się  wewnętrznie  rozdarty,  teraz  zaczął  inaczej  o  tym  myśleć.
Teraz  czuł  wielką  ulgę  –  wręcz  radość  ze  zwycięstwa  –  iż  jego  morderczy  spisek  odniósł  sukces.
Mimo,  że  nie  zabił  króla  własnoręcznie,  że  jego  ojciec  umarł  w  zupełnie  inny  sposób,  niż  to
zaplanował, przynajmniej to on zapoczątkował te wydarzenia. Nic z tego by się nie wydarzyło, gdyby
nie on.

Rozejrzał  się  po  otaczających  go  rycerzach,  popatrzył  na  cały  tłum,  jeden  wielki  chaos  i

zszokowany zdał sobie sprawę, że to on ponosił za wszystko odpowiedzialność. To on jeden zmienił
ich życie, nieważne, czy byli tego świadomi, czy nie.

Kilkoro sług pomagało rodzeństwu przedzierać się przez tłum do odległej sali, w której czekali

na  nich  członkowie  królewskiej  rady.  Gareth  czuł  ucisk  w  piersiach  na  myśl  o  tym,  co  ich  tam
czekało. Naturalnie musieli wybrać następcę. Nie mogli pozwolić na to, aby królestwo pozostało bez
władcy.  To  tak,  jakby  pozbawić  statek  steru.  Gareth  żywił  nadzieję,  że  to  jego  wskażą.  Bo  kogo
innego?

Może  wykorzystają  to  spotkanie  i  jego  siostrę  ogłoszą  nowym  władcą.  Przyjrzał  się  swemu

rodzeństwu. Szli razem z nim, z kamiennym wyrazem twarzy, milczący. Zastanawiał się, czy będą z
nim wałczyć o tron. Prawdopodobnie tak będzie. Nienawidzili go. Poza tym, ich ojciec jasno dał im
do zrozumienia, że to Gwen powierza obowiązek władania królestwem. Nadszedł jedyny moment w
jego życiu, kiedy musi podjąć walkę. Jeśli to spotkanie rozegra z powodzeniem, wyjdzie z niego jako
król.

Jednocześnie zastanawiał się, czując pewien niepokój, że może właśnie wpada w zastawioną na

niego pułapkę. Może wezwali go, żeby oskarżyć w obecności wszystkich, aby przedstawić dowód, że
to  on  zabił  swego  ojca;  może  wywleką  go  z  sali  i  wykonają  egzekucję.  Miotały  nim  przeróżne
emocje,  od  optymizmu  po  obawy,  kiedy  tak  zastanawiał  się  nad  możliwymi,  drastycznymi
zakończeniami tego spotkania.

W  końcu  przedarli  się  przez  tłum,  który  najwyraźniej  czekał  tylko  na  to,  aby  usłyszeć

postanowienia  rady.  Przeszli  pod  łukowymi  drzwiami,  które  stojący  nieopodal  czterej  strażnicy
zamknęli natychmiast za nimi.

Przed  nimi  stał  wielki,  półkolisty  stół  rady,  za  którym  siedzieli  doradcy  króla  –  w  tym  samym

miejscu,  które  zajmowali  ich  przodkowie  od  setek  lat.  Dziwnie  było  znaleźć  się  tu  i  nie  zobaczyć
ojca  siedzącego  na  tronie.  Wielki,  złoty  tron  stał  opustoszały,  po  raz  pierwszy  w  ich  życiu.
Członkowie Rady siedzieli naprzeciw niego, jakby w oczekiwaniu na to, iż władca spadnie z nieba i
ich poprowadzi.

Rodzeństwo  podeszło  na  środek  pomieszczenia,  pomiędzy  dwie  części  stołu,  odwróciło  się  i

background image

stanęło naprzeciw rady. Serce Garetha waliło mocno. Doradcy przyglądali się im ponuro i Gareth nie
mógł powstrzymać się od podejrzeń, iż może właśnie czeka go przesłuchanie. Wśród nich, lekko na
uboczu,  na  filigranowym  tronie  siedziała  królowa  w  otoczeniu  swej  świty.  Pustym  wzrokiem
obserwowała całe zajście, nie ruszając się ani na chwilę, pozostawała pod wpływem silnego szoku.

W samym centrum stołu siedział Aberthol, najstarszy z członków rady, uczony i historyk, mentor

królów od trzech pokoleń. Wyglądał na prawdziwie wiekowego człowieka, poorany zmarszczkami,
ubrany  w  swą  królewską,  purpurową  szatę,  którą  nosił  zapewne  jeszcze  przed  narodzinami  ojca
Garetha.  Był  najstarszy  i  najmądrzejszy,  dlatego  też  pozostali  członkowie  rady  jemu  powierzali
prowadzenie  narad.  Po  jego  stronach  siedzieli  Brom,  Kolk,  skarbnik  Owen;  królewski  doradca  do
spraw  zewnętrznych  Bradaigh;  główny  poborca  podatkowy  Earnam;  królewski  doradca  do  spraw
ludu Duwayne; oraz przedstawiciel arystokracji Kelvin. Zebrani razem robili duże wrażenie. Gareth
przyglądał  się  im,  próbując  zauważyć  oznaki  potępienia  u  któregokolwiek  doradcy.  Nikt  jednak  nie
patrzył bezpośrednio w jego stronę.

Aberthol odchrząknął spoglądając w dół na jakiś zwój, po czym podniósł wzrok na rodzeństwo.
– Rada pragnie rozpocząć spotkanie od złożenia naszych najszczerszych kondolencji w związku

ze śmiercią waszego ojca. Był wspaniałym człowiekiem i wspaniałym królem. Jego nieobecność na
tej sali i w całym królestwie będzie dotkliwie odczuwana. Sądzę, że mogę uczciwie powiedzieć, że
to  królestwo  nigdy  już  nie  będzie  takie  samo  bez  niego.  Znałem  go  od  chwili,  kiedy  nauczył  się
chodzić. Doradzałem jego ojcu. Był mi drogim przyjacielem. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy,
aby odszukać jego zabójcę.

Powoli zlustrował ich wszystkich. Kiedy utkwił wzrok w Garethie, ten próbował nie popaść w

paranoję.

–  Znam  was  od  momentu  waszych  narodzin.  Jestem  pewien,  że  wasz  ojciec  jest  z  was  bardzo

dumny.  Chcielibyśmy  dać  wam  czas  na  opłakiwanie  ojca,  ale  są  sprawy  nie  cierpiące  zwłoki,
związane z rządzeniem królestwem. Z tego powodu was tu wezwaliśmy.

Odchrząknął.
–  Najpilniejszą  sprawą  jest  śledztwo  w  sprawie  zabójstwa  waszego  ojca.  Powołamy  komisję,

która  zbada  powód  i  okoliczności  jego  śmierci,  jak  również  doprowadzi  zabójcę  przed  oblicze
sprawiedliwości.  Do  tego  czasu  myślę,  że  żaden  poddany  w  tym  królestwie  nie  będzie  mógł
spokojnie spać. Włączając w to również mnie.

Gareth mógłby przysiąc, że widział, jak spojrzenie starca zatrzymało się na nim. Zastanawiał się,

czy  aby  nie  skrywało  jakiejś  wiadomości  dla  niego.  Odwrócił  wzrok  próbując  o  tym  nie  myśleć.
Rozmyślał zawzięcie o planie odwrócenia ich uwagi od siebie. Musiał wrobić kogoś w to zabójstwo
i to szybko.

–  Tymczasem,  nasze  królestwo  pozbawione  zostało  króla.  Żyjemy  w  niespokojnym  świecie,  w

którym nie można czuć się bezpiecznie. Im dłużej pozostajemy bez władcy, tym więcej czasu dajemy
konspiratorom  chętnym  przejąć  władzę  i  obalić  królewski  dwór.  Nie  muszę  wspominać  o  tym,  że
wielu ludzi chętnie siebie widziałoby na tronie.

Westchnął.
–  Prawo  Kręgu  mówi,  że  władza  królewska  przechodzi  z  ojca  na  jego  pierworodnego  syna.  W

tym  przypadku,  nad  czym  ubolewam,  na  pierwszego  pełnoprawnego  syna  –  bez  obrazy  dla  ciebie
Kendricku.

Kendrick pochylił głowę.
– Żadnej nie żywię, panie.
– W takim razie oznacza to – odparł Aberthol odchrząkując – że władza musi przejść na Garetha.

background image

Usłyszawszy  te  słowa,  Gareth  poczuł  dreszcz  emocji,  przypływ  siły,  którego  nie  był  w  stanie

opisać.

– Ależ panie, a co z naszą siostrą Gwendolyn? – zagaił natychmiast Kendrick.
– Gwendolyn? – odparł Aberthol ze zdziwieniem.
–  Zanim  nasz  ojciec  umarł  –  kontynuował  Kendrick  –  powiedział  nam,  że  jego  życzeniem  jest,

aby to Gwendolyn objęła po nim tron.

Twarz  Garetha  nabiegła  krwią,  gdy  wszystkie  twarze  skierowały  się  w  stronę  Gwendolyn.

Spuściła wzrok na ziemię, zrozpaczona, może nawet zawstydzona. Gareth zakładał, że oto dała niezły
pokaz pokory. Prawdopodobnie chciała rządzić bardziej nawet niż on.

– Czy to prawda, Gwendolyn? – spytał Aberthol.
– Tak, panie – odrzekła delikatnym głosem, wciąż wpatrując się w podłogę. – Tego życzył sobie

mój ojciec. Kazał mi przysiąc, że zaakceptuję jego wolę. I przyrzekłam. Teraz żałuję. Nie przychodzi
mi do głowy żadna inna rzecz, której mogłabym mniej pożądać.

Zaskoczeni członkowie rady wydali z siebie stłumiony okrzyk podekscytowania i niepokoju.
– Żadna kobieta nie rządziła jeszcze tym królestwem – powiedział poruszony Brom.
– Tym bardziej taka młoda – dodał Kolk.
Jeśli przekażemy władzę dziewczynie – powiedział Kelvin – arystokraci z pewnością podniosą

bunt, zaczną rywalizować o władzę. Nasza pozycja osłabnie.

–  Nie  wspominając  o  McCloudach  –  dodał  Bradaigh.  –  Zaatakują  nas.  Będą  chcieli  nas

przetestować. Aberthol podniósł rękę i powoli wszyscy zamilkli. Siedział przy stole z dłonią wspartą
o jego blat, wyglądając jak starożytne drzewo, które tu właśnie zapuściło swoje korzenie.

–  Czy  takie  było  królewskie  życzenie,  czy  nie,  nie  do  nas  należy  o  tym  rozstrzygać.  Nie  to  jest

ważne. Ważne jest prawo. A z punktu widzenia prawa, ostatni, choć bardzo niezwykły wybór króla
dotyczący jego następcy nigdy nie został ratyfikowany. A bez tego, nic nie staje się prawem.

– Ale stałoby się nim na następnym zebraniu rady! – powiedział Kendrick.
–  Być  może  –  odparł  Alberthol  –  ale  na  nieszczęście  króla  to  spotkanie  nigdy  się  nie  odbyło.

Zatem  nie  mamy  pisemnego  potwierdzenia,  ani  ratyfikacji  zmieniającej  jego  wybór  w  prawny
dokument.

– Ale mamy świadków! – krzyknął Kendrick żarliwym tonem.
– To prawda! – krzyknął Reece. – Byłem tam!
– Ja również! – krzyknął Godfrey.
Gareth trzymał język za zębami nawet wtedy, gdy wszyscy spojrzeli na niego. Wszystko gotowało

się w nim ze złości. Czuł, jakby jego marzenia rozpadały się tu i teraz. Gardził swoim rodzeństwem
bardziej niż kiedykolwiek. Wyglądało tak, jakby zmówili się wszyscy przeciw niemu.

– Obawiam się, że świadkowie nie wystarczą, kiedy na szali leży sprawa tak ważna jak rządzenie

królestwem  –  powiedział  Aberthol.  –  Wszystkie  oficjalne  dekrety  muszą  zostać  ratyfikowane  przez
radę. Bez tego nie mogą stać się prawem. Co oznacza, że musimy postąpić zgodnie z nim tak, jak to
robili  od  stuleci  królowie  z  rodziny  MacGil:  najstarszy,  pierworodny  dziedziczy.  Przykro  mi
Gwendolyn.

–  Matko!  –  wrzasnął  Kendrick  błagalnym  tonem  w  kierunku  królowej.  –  Znasz  życzenia  króla!

Zrób coś! Powiedz im!

Lecz królowa siedziała niewzruszona z rękoma złożonymi na kolanach, zapatrzona w dal. Była w

katatonicznym stanie i nic do niej nie docierało.

Po chwili ciszy Kendrick odwrócił się do rady.
– Ale to niewłaściwe! – wrzasnął. – Bez względu na to, czy wybór króla został ratyfikowany, czy

background image

nie, taka była jego wola. Wola naszego ojca. Wszyscy mu służyliście. Powinniście to uszanować. Nie
Gareth powinien rządzić, a Gwendolyn.

– Mój drogi bracie, proszę, będzie dobrze – powiedziała Gwen łagodnym tonem do Kendricka i

położyła swą dłoń na jego ręce.

– A kto miałby decydować, że to nie ja powinienem rządzić? – w końcu krzyknął Gareth, kipiąc

ze  złości  i  nie  mogąc  się  już  dłużej  powstrzymywać.  –  Wszak  to  ja  jestem  pierworodnym  synem
króla. W przeciwieństwie do ciebie – prychnął Gareth do Kendricka.

Twarz Garetha nabiegła krwią ze złości i od razu pożałował swych słów. Wiedział, że powinien

się  zamknąć,  zaczekać,  aby  wyglądało  to  tak,  jakby  przejął  rządy  z  niechęcią.  Ale  nie  potrafił  się
powstrzymać.  Widział  w  spojrzeniu  Kendricka,  jak  bardzo  go  zranił  swoimi  słowami.  I  poczuł
zadowolenie z tego powodu.

–  Wystarczy  –  powiedział  powoli  Aberthol,  –  Prawo  jest  prawem.  Przykro  mi.  Garethcie,  synu

króla  MacGila,  zgodnie  z  pradawnym  prawem  Kręgu,  niniejszym  ogłaszam  cię  ósmym  królem  z
rodziny  MacGil  Zachodniego  Królestwa  Kręgu.  Niech  wszyscy  tutaj  zebrani  o  tym  usłyszą:  czy
uznajecie naszą proklamację?

– Tak jest! – padła odpowiedź.
Rozległ się metaliczny dźwięk uderzenia żelaznej laski, który poniósł się echem po całej sali.
Gareth  wzdrygnął  się  czując,  jak  jego  ciało  przeszywa  dreszcz.  Wraz  z  tym  dźwiękiem  poczuł

uniesienie.

Wraz z tym dźwiękiem stał się królem.
 

background image
background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

background image
background image

 
Król  McCloud  jechał  na  czele  niewielkiego  oddziału  wojskowego.  Miał  na  sobie  bitewny

rynsztunek  oraz  zbroję  w  kolorze  spalonej  pomarańczy  charakterystycznej  dla  McCloudów.  Był
rosłym, tęgim mężczyzną, w barach szeroki na dwóch, bez grama tłuszczu. Miał krótko przyciętą rudą
brodę,  długie  włosy  w  całości  niemal  pokryte  siwizną,  szeroki  nos,  którego  kształt  przypominał  o
wielu odbytych bitwach oraz jeszcze szerszą szczękę. Był człowiekiem, który niczego w życiu się nie
boi.  Mając  dopiero  pięćdziesiąt  lat,  znany  był  już  jako  najbardziej  agresywny  i  brutalny  władca  z
rodziny McCloudów. O taką reputację zabiegał i taką hołubił.

McCloud był człowiekiem, który z życia wyciska wszystko, co ono może zaoferować. To, czego

nie  dostawał,  brał  sam.  W  rzeczy  samej  lubił  brać  więcej,  niż  mógł  otrzymać.  Uwielbiał  sprawiać
innym  przykrość.  Czerpał  przyjemność  z  rządzenia  żelazną  ręką  w  swoim  królestwie.  Nie  lubił
okazywać  litości.  Swoich  żołnierzy  dyscyplinował  jak  żaden  król  z  McCloudów,  którzy  przed  nim
rządzili.  I  przynosiło  to  efekty.  Jego  wojownicy  jechali  teraz  za  nim  w  idealnym  szyku,  żaden  nie
ośmieliłby się odezwać do niego, czy też zrobić cokolwiek wbrew jego woli. Dotyczyło to też jego
syna, królewicza, który mu towarzyszył wraz z kilkunastoma najlepszymi łucznikami jadącymi tuż za
nim.

McCloud  i  jego  oddział  spędzili  cały  dzień  na  ostrej  jeździe  konnej.  Wczesnym  rankiem

przekroczyli  wschodnią  przełęcz  kanionu.  Galopowali  dalej  na  wschód,  przez  piaszczyste  równiny
Nevari, cały czas przygotowani na ewentualną zasadzkę. Kontynuowali jazdę bez żadnego postoju, aż
drugie  słońce  skończyło  swoją  wędrówkę  po  nieboskłonie.  W  końcu  McCloud,  pokryty  tak  jak  i
reszta jego oddziału równinnym kurzem, dostrzegł na horyzoncie Morze Ambrek.

Jego  uszy  wypełniał  tętent  końskich  kopyt,  kiedy  poczuł  zapach  morskiego  powietrza.  Było

chłodne  letnie  popołudnie,  drugie  słońce  chyliło  się  nad  horyzontem  zabarwiając  go  odcieniami
turkusu  i  różu.  McCloud  czuł,  jak  jego  włosy  smaga  wiatr.  Chciał  już  tam  stanąć,  na  brzegu.  Lata
minęły, od kiedy ostatni raz widział ocean: wyprawa na te terytoria, poza kanion, pięćdziesiąt mil z
dala od bezpiecznych terenów, wiązała się z dużym ryzykiem. McCloudowie mieli oczywiście swoją
flotę  pływającą  po  dostępnych  wodach,  podobnie  jak  MacGilowie  po  swojej  stronie  Kręgu.  Mimo
to, wyprawy poza chronione energetyczną tarczą wody, były ryzykowne. Od czasu do czasu Imperium
zawłaszczało  jakiś  statek  i  McCloudowie  nic  nie  mogli  na  to  poradzić.  Flota  Imperium  znacznie
przewyższała ich liczebnie.

Tym  razem  było  jednak  inaczej.  Statek  McCloudów  został  przechwycony  na  morzu  przez

jednostkę  Imperium.  Zazwyczaj  Imperium  żądało  później  okupu.  McCloud  nigdy  nie  płacił,  z  czego
był  dumny;  zamiast  tego  pozwalał  Imperium  wymordować  załogę  statku.  Nie  miał  zamiaru
rozzuchwalać Imperium.

Coś  jednak  się  zmieniło,  gdyż  tym  razem  statek  wraz  z  załogą  został  odesłany  z  wiadomością:

chcieli spotkać się z McCloudem. McCloud przypuszczał, że mogło chodzić tylko o jedno: pokonanie
kanionu. Inwazję Kręgu. Oraz sprzymierzenie się w celu obalenia MacGilów. Imperium już od wielu
lat zabiegało u McCloudów o to, by pozwolili im pokonać kanion, przejść przez tarczę energetyczną,
by  wpuścili  ich  do  wewnątrz  Kręgu,  aby  podbić  i  zdominować  ostatnie  niepodległe  tereny  na
planecie. W zamian proponowali podział władzy.

McClouda nurtowało jedno pytanie: ile z tego miało być dla niego? Ile Imperium było skore mu

dać? Przez długie lata odrzucał ich propozycje. Teraz jednak dużo się zmieniło. MacGilowie urośli
nadmiernie  w  siłę  i  McCloud  zaczął  sobie  zdawać  sprawę  z  tego,  iż  może  już  nigdy  nie  zrealizuje
swych planów kontrolowania całego Kręgu bez pomocy z zewnątrz.

Kiedy  zbliżali  się  do  plaży,  McCloud  rzucił  okiem  na  świeżo  upieczoną  małżonkę  swego  syna,

background image

jego  trofeum  zdobyte  na  MacGilach.  Jaką  głupotą  wykazał  się  MacGil  oddając  swoją  córkę.  Czy
naprawdę  myślał,  że  w  ten  sposób  uzyska  pokój  między  nimi?  Czy  myślał,  że  McCloud  jest  tak
miękki,  tak  tępy?  McCloud  zaakceptował  oczywiście  pannę  młodą,  tak  samo  jakby  zaakceptował
stado bydła. Zawsze lepiej było mieć coś w zanadrzu, jakieś karty przetargowe. Ale nie oznaczało to,
że gotów jest zawrzeć pokój. Jeśli już, to te zaślubiny tylko go rozzuchwaliły. Sprawiły, że jeszcze
bardziej  pożądał  części  Kręgu  należącej  do  MacGilów.  Zwłaszcza  po  tym,  jak  wpuścili  go  na
królewski  dwór  i  pokazali  możliwe  zdobycze.  McCloud  chciał  tego  wszystkiego  tylko  dla  siebie.
Żarliwie pożądał tylko dla siebie.

Wjechali  na  piaszczystą  plażę.  Kopyta  zapadały  się  w  piasku  i  McCloud  zmieniał  co  chwilę

ułożenie  w  siodle,  aż  dojechali  do  linii  wody.  Poczuł  powiew  chłodnej  mgły  na  policzku.  Dobrze
było być tu znowu, na plaży, po tylu latach. Życie uczyniło go królem i był zbyt na to zajęty, ale to w
takie dni jak dziś przyrzekał sobie, że porzuci wszystkie obowiązki i zacznie żyć pełnią życia.

Dostrzegł  karawanę  czarnych  okrętów  Imperium  znikającą  co  chwilę  za  falami  na  widnokręgu.

Płynęły  pod  żółtą  banderą  z  czarną  tarczą  pośrodku,  z  dwoma  sterczącymi  rogami  na  górze.
Najbliższy z nich był jakieś sto jardów od brzegu i stał już na kotwicy, oczekując ich przyjazdu. Za
nim zakotwiczyły dwa tuziny innych statków. McCloud zastanawiał się, czy jest to tylko pokaz siły,
czy też Imperium urządziło na niego zasadzkę. Musiał podjąć ryzyko. Miał nadzieję, że chodziło o to
pierwsze. Poza tym, zabicie ich nikomu nie przyniosłoby pożytku: nie pomogłoby to w przekroczeniu
kanionu, a o to przecież tak naprawdę im chodziło. Z tego powodu też McCloud wziął ze sobą tylko
tuzin  wojowników.  Pomyślał,  że  dzięki  temu  będzie  wyglądał  na  silniejszego.  Aczkolwiek,
przyprowadził  swoich  najlepszych  łuczników,  czekających  na  sygnał  by  wypuścić  zatrute  strzały,
jeśli zaistniałaby taka konieczność.

Zatrzymał  się  ze  swymi  ludźmi  na  skraju  wody.  Ich  konie  dyszały  ciężko.  Zsiadł  ze  swego

wierzchowca. Jego ludzie również zsiedli, po czym otoczyli go kordonem. Załoga statku musiała już
ich zauważyć, gdyż po chwili opuszczono łódź, w której siedział tuzin dzikusów. Przygotowywali się
do  zejścia  na  ląd.  McCloud  przyjrzał  się  żaglom  i  poczuł  ucisk  w  żołądku:  nienawidził  prowadzić
interesy  z  tymi  dzikusami,  tymi  potworami  gotowymi  zdradzić  go,  przekroczyć  kanion  i  najechać
obydwie części Kręgu, jeśli tylko byłoby to możliwe.

Ludzie McClouda zacieśnili kordon wokół króla.
– Na pierwszą oznakę kłopotów zapalcie strzały i wypuście w powietrze. Celujcie w ich żagle.

Możecie puścić całą flotę z dymem dwunastoma strzałami na każdy statek.

– Tak, najjaśniejszy panie – chórem odpowiedzieli łucznicy.
Syn  McClouda  Devon  stał  przy  jego  boku  razem  ze  swą  żoną,  kobietą  z  MacGilów,  która

rozglądała się nerwowo. To McCloud wpadł na pomysł, aby przyprowadzić ją tutaj. Chciał wzbudzić
w  niej  strach.  Chciał,  żeby  wiedziała,  iż  jest  teraz  własnością  McClouda,  iż  jej  bezpieczeństwo
zależy od nich i tyko od nich. Chciał, by zdała sobie sprawę, iż jej ojciec i jego królestwo znajdują
się daleko stąd, i że już nigdy tam nie wróci.

I odnosiło to skutek. Przerażona, przylgnęła praktycznie do Devona. A Devon, ten głupawy syn,

wydawał  się  upajać  tą  chwilą.  Nie  dostrzegał  w  tym  wszystkim  niczego  istotnego.  McCloud
zauważył ze wstrętem, że chłopak zachowywał się jakby był w niej zadurzony.

– Czego oni mogą od nas chcieć? – zapytał Devon zbliżywszy się do ojca.
–  Czego  innego  mieliby  chcieć  –  prychnął  McCloud  –  jak  nie  otwarcia  wrót  do  kanionu,  głupi

chłopcze.

– Wpuścisz ich? Zawrzesz z nimi umowę?
McCloud  odwrócił  się  i  popatrzył  na  chłopca  gniewnym  wzrokiem  tak  długo,  aż  ten  odwrócił

background image

głowę.

– Nigdy i z nikim nie dyskutuję o moich intencjach. Poznasz moją decyzję, kiedy ją podejmę. A

tymczasem stój i obserwuj. I ucz się.

Stali  w  ciszy  wyczekując,  aż  łódź  Imperium  dobije  do  brzegu.  Pozostało  jeszcze  kilkanaście

minut  solidnego  wiosłowania  na  przekór  falom,  które  załamywały  się  w  kierunku  oceanu  w  tych
dziwnych  prądach  Ambreka,  na  dobre  sto  jardów  od  brzegu  i  trzeba  było  walczyć  z  nimi  zaciekle,
żeby dotrzeć do plaży. McCloud był szczęśliwy, że to nie on siedział za wiosłem. Pamiętał ze swych
młodzieńczych lat, jak ciężka to była praca. Statek to wspinała się, to opadała w takt napływających
fal.

Nagle McCloud usłyszał odgłos galopującego konia. Nie oczekiwał nikogo obcego w otoczeniu

kilku  mil  –  to  nie  miało  sensu.  Natychmiast  wzmógł  swoją  czujność.  Jego  ludzie  odwrócili  się
również  i  dobyli  swych  mieczy,  lub  chwycili  za  łuki  gotowi  na  atak.  McCloud  właśnie  tego  się
obawiał: czy to jednak była pułapka?

Obserwując  horyzont  nie  dostrzegł  zbliżającej  się  armii.  To,  co  zobaczył  zdumiało  go.

Pojedynczy wierzchowiec galopował przez równiny podnosząc tumany kurzu, wprost w ich kierunku.
Był  to  jeden  z  jego  ludzi,  odziany  w  pomarańczowe  szaty  z  niebieskimi  pasami  na  barkach
oznaczającymi posłańca.

Posłaniec  galopujący  przez  te  jałowe  ziemie  musiał  podążać  za  nimi  aż  z  królestwa.  McCloud

zaczął  zastanawiać  się,  co  mogło  być  aż  tak  pilne,  że  jego  ludzie  wysłali  za  nim  posłańca  w  te
odległe tereny. Musiał nieść ważne wiadomości.

Posłaniec  podjechał  do  nich,  zeskoczył  z  konia  zanim  ten  jeszcze  na  dobre  się  zatrzymał  i

zataczając się i dysząc mocno podszedł do McClouda, klęknął i ukłonił się.

– Najjaśniejszy panie, przynoszę wieści z królestwa – powiedział oddychając gwałtownie.
–  No,  jakie?  –  rzucił  McCloud  zniecierpliwiony,  zerkając  co  chwilę  ponad  ramieniem,  by

sprawdzić odległość łodzi Imperium od brzegu. Dlaczego posłaniec musiał przybyć akurat teraz, ze
wszystkich możliwych chwil? Kiedy akurat musiał mieć się na baczności wobec Imperium.

– No już, wyduś to z siebie – wrzasnął.
Posłaniec stał dysząc ciężko cały czas.
– Najjaśniejszy panie, król MacGil nie żyje.
Wśród jego ludzi podniósł się okrzyk zdziwienia – najgłośniejszy wydał jednak sam McCloud.
– Nie żyje? – zapytał nie mogąc tego pojąć. Przecież dopiero co opuścił jego dwór, dwór króla u

szczytu swej potęgi.

– Zamordowany – odparł posłaniec. – Zasztyletowany w swej własnej komnacie.
Tuż  za  nim  podniósł  się  okropny  wrzask.  McCloud  odwrócił  się  i  zobaczył  córkę  MacGila

zawodzącą żałośnie, wymachującą rękoma w histerii.

– NIE! – krzyknęła. – Ojcze!
Wrzeszczała i młóciła rękoma. Devon próbował ją powstrzymać, złapać w ramiona, ale nie udało

się mu jej uspokoić.

– Puszczaj! – krzyczała. – Muszę wracać. Natychmiast! Muszę się z nim zobaczyć!
– On nie żyje – powiedział Devon.
– NIE! – jęknęła.
McCloud nie mógł pozwolić, aby Imperium zobaczyło, jak jedna z jego kobiet zawodzi, nie daje

się kontrolować. Nie chciał też, aby zdradziła im najnowsze wieści. Musiał ją uciszyć.

Podszedł  do  niej  i  zdzielił  w  twarz  tak  mocno,  że  straciła  przytomność.  Opadła  w  ramiona

Devona, który spojrzał na ojca przerażony.

background image

– Coś uczynił? – krzyknął. – To moja żona! – warknął oburzony.
– To moja własność – poprawił go McCloud. Patrzył na syna gniewnie tak długo, aż ten odwrócił

wzrok.

McCloud odwrócił się do posłańca.
– Jesteś pewien, że nie żyje?
–  Całkowicie,  najjaśniejszy  panie.  Cała  należąca  do  nich  część  Kręgu  jest  w  żałobie.  Jego

pogrzeb odbył się dziś o poranku. Jest martwy.

– Co więcej – dodał posłaniec – wybrali już nowego króla. Jego pierworodnego syna, Garetha.
Gareth.  McCloud  pomyślał  przez  chwilę.  Idealnie.  Najsłabszy  z  całego  rodzeństwa.  Ten,  z

którego będzie najgorszy król. McCloud nie mógłby prosić o lepsze wieści.

Skinął  głową  powoli  pocierając  brodę,  namyślając  się  nad  tym,  co  usłyszał.  Z  pewnością

sprzyjające  to  były  wieści.  W  samą  porę.  MacGil,  jego  rywal,  martwy  w  końcu  po  tylu  latach.
Zamordowany.  Zastanawiał  się  przez  kogo.  Chciałby  podziękować  temu  człowiekowi.  Żałował
jedynie,  że  to  nie  on  tego  dokonał.  Wysyłał  oczywiście  skrytobójców  od  lat,  próbował  infiltrować
dwór, ale nigdy nie odniósł sukcesu. A teraz, tam gdzie on ponosił porażkę, udało się to jednemu z
ludzi MacGila.

To wszystko zmieniało.
McCloud  odwrócił  się,  podszedł  do  brzegu  i  obserwował,  jak  łódź  Imperium  zbliżała  się  do

niego.  Wspinała  się  na  fale  i  była  już  niemal  trzydzieści  jardów  od  brzegu.  McCloud  podszedł  do
wody  i  stanął  sam,  kilka  stóp  od  swych  ludzi,  z  rękoma  na  biodrach,  rozmyślając.  Te  wieści
zmieniały  charakter  jego  spotkania  z  Imperium.  Z  martwym  MacGilem  i  jego  słabowitym  synem  na
tronie,  MacGilowie  będą  bezbronni.  Rzeczywiście  nadeszła  idealna  pora  na  atak.  Teraz  pomoc
Imperium mogła być nawet zbędna.

Łódź dobiła do brzegu. McCloud cofnął się, kiedy zatrzymała się na piachu, a jego ludzie otoczyli

go z obu stron. W łodzi znajdował się przynajmniej tuzin mężczyzn, dzikusów noszących na biodrach
jasnoczerwone  przepaski  Wilds.  Kiedy  stanęli,  McCloud  zauważył,  jacy  byli  potężni  i  imponujący.
McCloud  sam  był  słusznej  postury,  a  mimo  to  te  dzikusy  przewyższały  go  o  głowę,  miały  szerokie
ramiona  i  mięśnie  naprężone  pod  czerwoną  skórą.  Ich  szczęki  były  równie  potężne,  podobne  do
zwierzęcych,  ich  oczy  osadzone  zbyt  szeroko  i  nosy  zapadłe,  tworzące  niewielkie  trójkąty  na  ich
twarzach. Ich wąskie usta, długie kły i zakrzywione żółte rogi wyrastające z łysych głów sprawiały,
że nawet McCloud musiał przyznać, że się ich bał. Stały przed nim prawdziwe potwory.

Ich  przywódca  Andronicus  stał  na  tyle  łodzi.  Był  jeszcze  wyższy  od  pozostałych.  Prawdziwy

przedstawiciel  swego  gatunku.  Był  niemal  dwukrotnie  wyższy  od  McClouda,  a  jego  żółte  oczy
błyszczały,  kiedy  uśmiechał  się  złowieszczo  ukazując  rząd  ostrych  zębów.  Zeskoczył  z  łodzi  i  w
dwóch  krokach  był  już  na  brzegu.  Miał  na  sobie  błyszczący  naszyjnik,  sznur  zrobiony  ze  złota,  na
którym  wisiały  skurczone  głowy  jego  wrogów.  Dotknął  go  ręką,  która  tak  jak  i  u  pozostałych,
zakończona była trzema ostrymi pazurami.

Zeskoczył na piasek, a jego ludzie za nim, tworząc wokół niego półkole.
Andronicus.  McCloud  słyszał  o  nim  opowieści.  Słyszał  o  jego  okrucieństwie,  barbarzyństwie,

żelaznym władaniu całym Imperium, każdą jedną prowincją poza Kręgiem. Nigdy w pełni nie wierzył
w to, jak imponujący jest Andronicus, aż do tej pory. Czuł to teraz na własnej skórze. Po raz pierwszy
od niepamiętnych dni czuł się zagrożony, nawet w otoczeniu swoich żołnierzy. Pożałował, że zgodził
się na to spotkanie.

Andronicus  podszedł  bliżej  prostując  ręce  dłońmi  do  góry,  ukazując  swe  lśniące  pazury.

Uśmiechnął się szeroko, co bardziej przypominało grymas, a z jego gardła wydobył się bulgoczący

background image

dźwięk.

– Pozdrawiam – powiedział niemożliwie głębokim głosem. – Przywozimy ci prezent z Wilds.
Skinął głową, a jeden z jego ludzi wyszedł naprzód trzymając w rękach wielką, zdobioną drogimi

kamieniami  skrzynię.  Skrzyła  się  w  promieniach  późnego,  popołudniowego  słońca  i  McCloud
spojrzał na nią w podziwie.

Służący otworzył wieko, sięgnął do środka i wyjął odciętą głowę jakiegoś mężczyzny. McCloud

patrzył  z  przerażeniem:  głowa  należała  do  mężczyzny  w  wieku  około  pięćdziesięciu  kilku  lat,  oczy
szeroko otwarte w śmiertelnym spojrzeniu, z krzaczastą czarną brodą i krwią nadal ociekającą z tego,
co  pozostało  po  jego  szyi.  McCloud  wpatrywał  się  w  to  ze  zdziwieniem.  Podniósł  wzrok  na
Andronicusa, próbując wyglądać na niewzruszonego.

– To podarek? – zapytał McCloud. – Czy groźba?
Andronicus uśmiechnął się.
– I to i to – odparł. – W naszym królestwie panuje zwyczaj, iż jako podarek ofiarowuje się głowę

jednego z twoich wrogów. Mówi się, że jeśli wypijesz krew z jego gardła, kiedy jest jeszcze świeża,
posiądziesz siłę wielu.

Sługa wyprostował ręce i McCloud chwycił zakrwawione, zmierzwione włosy głowy i podniósł

ją wysoko. Jej widok wzbudził w nim wstręt, lecz nie chciał zdradzić swych uczuć przed dzikusami,
więc ze spokojem oddał ją jednemu ze swoich ludzi, nie patrząc na nią ponownie.

– Dziękuję – powiedział.
Andronicus uśmiechnął się jeszcze szerzej, a McClouda naszło osobliwe przeczucie, że olbrzym

przejrzał go na wylot. Nie był na to przygotowany.

– Czy wiesz, dlaczego zwołaliśmy to spotkanie? – spytał Andronicus.
– Zgaduję – odparł McCloud – iż potrzebujecie naszej pomocy, aby wejść do Kręgu. Aby przebyć

kanion.

Andronicus kiwnął głową. Jego oczy rozbłysły czymś w rodzaju podniecenia i pożądania.
– Tego chcemy i to bardzo. Wiemy też, że możesz nam to zapewnić.
–  Dlaczego  nie  pójdziecie  do  MacGilów  –  McCloud  zadał  pytanie,  które  spędzało  mu  sen  z

powiek. – Dlaczego my?

– To zakute łby. W przeciwieństwie do was.
–  Ale  dlaczego  uważacie,  że  my  jesteśmy  inni?  –  spytał  McCloud  chcąc  go  sprawdzić,

zorientować się ile on wie.

–  Moi  szpiedzy  donieśli  mi,  iż  nie  jesteście  ze  sobą  w  dobrych  stosunkach.  Wy  chcecie

kontrolować  Krąg.  Ale  też  wiecie,  że  do  tego  nie  dojdzie.  Jeśli  rzeczywiście  tego  chcecie,  to
będziecie  potrzebować  silnego  sprzymierzeńca,  który  pomoże  wam  osiągnąć  wasz  cel.  Wpuścicie
nas do Kręgu, a my pomożemy wam zająć jego drugą połowę.

McCloud  przyglądał  się  mu  uważnie,  zastanawiając  się  nad  jego  słowami.  Oczy  Andronicusa

pozostawały  nieprzeniknione.  Wielkie  i  żółte  migotały  nieustannie.  Nie  miał  pojęcia,  o  czym  myśli
teraz Andronicus.

– A czego chcecie w zamian? – spytał.
Andronicus uśmiechnął się.
–  Oczywiście,  kiedy  nasza  armia  pomoże  wam  przejąć  Krąg,  wówczas  zostanie  on  częścią

Imperium.  Będziecie  jednym  z  naszych  suwerennych  terytoriów.  Będziesz  odpowiadał  przede  mną,
ale będziesz mógł rządzić według swoich zasad. Pozwolę ci władać całym Kręgiem. Zatrzymasz dla
siebie wszystkie zdobycze. W ten sposób obaj wygramy.

Pocierając brodę, McCloud bacznie mu się przyglądał.

background image

–  Ale  jeśli  to  ja  zatrzymam  wszystkie  łupy  i  będę  mógł  rządzić  według  uznania,  co  ty  na  tym

zyskasz?

Andronicus ponownie się uśmiechnął.
Krąg jest jedynym królestwem na tej planecie, którego nie kontroluję. Nie podoba mi się coś, nad

czym nie mogę zapanować. Nagle jego uśmiech przemienił się w grymas. McCloud mógł przez krótką
chwilę dostrzec w nim złość. – To daje zły przykład innym królestwom.

Fale morskie załamywały się dookoła nich, a słońce skłoniło się niżej ku horyzontowi. McCloud

zastanawiał  się.  Takiej  odpowiedzi  oczekiwał,  ale  na  najważniejsze  pytanie  wciąż  nie  otrzymał
odpowiedzi.

– A skąd mam wiedzieć, że mogę wam zaufać? – zapytał.
Andronicus uśmiechnął się szeroko.
– Znikąd – odparł.
Szczerość  tej  odpowiedzi  zadziwiła  McClouda,  ale  też  jak  na  ironię  sprawiła,  że  uwierzył  mu

jeszcze bardziej.

– Jednak i my nie wiemy, czy możemy zaufać tobie – dodał. Wszak wewnątrz Kręgu nasze wojska

będą bezbronne. Możecie znów zamknąć barierę, kiedy już będziemy wewnątrz, i urządzić pułapkę na
naszych ludzi. Musimy zaufać sobie nawzajem.

– Tylko że wy macie o wiele więcej ludzi, niż my – odparł McCloud.
– Ale każde życie jest cenne – powiedział Andronicus.
McCloud  wiedział,  że  to  kłamstwo.  Czy  naprawdę  myślał,  że  w  to  uwierzy?  Andronicus  miał

miliony żołnierzy do swej dyspozycji, a McCloud słyszał opowieści, jak poświęcał wielomilionową
armię, aby zdobyć kawałek lądu tylko po to, żeby coś udowodnić. Czy zrobiłby to samo, aby zdradzić
McClouda?  Czy  pozwoliłby  mu  władać  Kręgiem  i  później  któregoś  dnia,  kiedy  McCloud  najmniej
będzie się tego spodziewał, zabić go również?

McCloud  przemyślał  to.  Jeszcze  do  wczoraj  podjąłby  takie  ryzyko:  jakby  nie  było,  mógłby

kontrolować  cały  Krąg,  usunąć  MacGilów  i  według  swego  zamysłu  zdradzić  Imperium  jako
pierwszy, wykorzystać dzikusów do podbicia Kręgu, po czym reaktywować tarczę i wybić utkniętych
w jej wnętrzu wojowników Imperium.

Dziś  jednak,  usłyszawszy  wieści  o  śmierci  MacGila,  o  tym,  że  Gareth  jest  jego  następcą,

McCloud rozumował inaczej. Może pomoc Imperium w ogóle nie będzie mu potrzebna. Szkoda, że ta
wiadomość  nie  dotarła  do  niego  wcześniej,  zanim  zgodził  się  na  to  spotkanie.  McCloud  nie  chciał
jednak  całkowicie  rezygnować  z  Imperium;  mogą  się  przydać  kiedy  indziej.  Musiał  opóźnić  ich
zakusy, zdobyć trochę czasu by wypróbować nową strategię.

Pogłaskał  swoją  brodę  udając,  iż  zastanawia  się  nad  tą  ofertą.  Fale  nieugięcie  załamywały  się

wokoło, a niebo pokryło się purpurą.

– Jestem wdzięczny za taką ofertę. Rozważę ją dokładnie.
Andronicus  podszedł  do  niego  nagle  tak  blisko,  że  McCloud  poczuł  jego  śmierdzący  oddech  i

zobaczył  jego  niezadowoloną  minę.  Pomyślał,  że  może  go  obraził  i  poczuł  nagłą  chęć  dobycia
miecza. Ale był zbyt zdenerwowany, aby to zrobić. Ten potwór mógł rozedrzeć go na strzępy, gdyby
chciał.

–  Oby  nie  za  długo  –  wysyczał.  Cały  jego  dobry  humor  nagle  gdzieś  znikł.  –  Nie  lubię  ludzi,

którzy  potrzebują  czasu  do  namysłu.  A  i  moja  oferta  nie  będzie  wkrótce  aktualna.  Jeśli  nas  nie
wpuścisz,  znajdziemy  inną  drogę.  A  jeśli  dostaniemy  się  tam  sami,  zmiażdżymy  was.  Miej  to  na
uwadze rozważając wszelkie możliwości.

McCloud popatrzył na niego spode łba, czując jak się czerwieni. Nikt nigdy nie mówił do niego

background image

w ten sposób.

–  Czy  to  groźba?  –  spytał.  Chciał,  aby  jego  pytanie  zabrzmiało  pewnie,  ale  wbrew  sobie

wypowiedział je trzęsącym się głosem.

Z  płuc  Andronicusa  wydobył  się  głęboki,  gardłowy  dźwięk.  McCloud  pomyślał  najpierw,  że  to

kaszel, ale chwilę potem zdał sobie sprawę, iż Andronicus się roześmiał.

– Ja nigdy nie grożę – powiedział w dół do McClouda. – Przekonasz się o tym i to aż za dobrze.
 

background image
background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

background image
background image

 
Thor  szedł  ze  zwieszoną  głową,  przybity,  kopiąc  co  chwilę  kamyki  zalegające  na  drodze.

Towarzyszyli mu Krohn i Estopheles, która krążyła nad nimi wysoko. Powolnym krokiem zmierzał do
koszar legionu. Od pogrzebu i spotkania z Gwen czuł przytłaczające przygnębienie. Ból, który poczuł,
gdy  trumna  z  królem  MacGilem  zniknęła  w  ziemi,  pozbawił  go  czegoś  –  jakby  jakaś  jego  część
spoczęła w grobie razem z nim. Król przygarnął go pod swe skrzydła, okazał życzliwość, podarował
Estopheles  i  był  mu  ojcem.  Thor  czuł,  jakby  był  mu  coś  winien.  Jakby  jego  zadaniem  było  ocalić
króla, ale go zawiódł. Dzwony biły, a jemu wydawało się, iż ogłaszają jego porażkę.

Do  tego  doszło  jeszcze  spotkanie  z  Gwen.  Był  pewien,  że  nienawidziła  go  i  nic,  co  powie,  nie

zmieni  jej  zdania.  Co  gorsza,  wyjawiła  dziś  swoje  prawdziwe  myśli:  stwierdziła,  iż  Thor  jest
niższego stanu. Że pochodzi z pospólstwa. Wyglądało na to, że Alton we wszystkim miał rację. Myśl
ta przybiła go jeszcze bardziej. Najpierw stracił króla; potem dziewczynę, którą pokochał.

Podążając  z  powrotem  do  legionu  zdał  sobie  sprawę,  że  jest  on  jedyną  rzeczą,  która  mu  tutaj

pozostała.  Nie  obchodziła  go  jego  wieś,  ani  też  ojciec,  czy  jego  bracia.  Gdyby  nie  legion,  Reece  i
Krohn, nic by go tutaj nie trzymało.

Krohn  zawył  i  Thor  podniósł  głowę.  Zobaczył  przed  sobą  koszary.  Królewska  chorągiew

powiewała w połowie wysokości. Dostrzegł tuziny nadąsanych chłopców. Widział też, że ogarnął ich
posępny  nastrój.  Był  dzień  żałoby.  Król,  ich  przywódca,  został  zamordowany,  a  co  gorsza,  nikt  nie
wiedział,  kto  to  zrobił.  I  dlaczego.  Wszędzie  wokoło  panował  nastrój  niepewności  i  oczekiwania.
Czy armia zostanie rozwiązana? I legion razem z nią?

Kiedy  przechodził  pod  wielką,  kamienną  bramą,  dostrzegł  nieufne  spojrzenia.  Legioniści

zatrzymywali  się  i  przyglądali  mu.  Dopiero  co  poprzedniej  nocy  został  wrzucony  do  lochów.  Thor
był pewien, że plotki o jego udziale w próbie otrucia króla już się rozeszły. Czy ci chłopcy wiedzieli,
że został oczyszczony z zarzutów? Czy nadal go podejrzewali? Czy raczej mieli go za bohatera, który
próbował uratować króla?

Nie  mógł  rozeznać  się  po  wyglądzie  ich  min.  Ale  wyczuwał  napięcie  i  był  pewien,  że  był

przedmiotem wielu rozmów.

Kiedy  wszedł  do  wielkiego,  drewnianego  budynku  koszar,  zobaczył  dziesiątki  chłopców

pakujących  swe  rzeczy  i  różne  przedmioty  do  płóciennych  worków.  Wyglądało  to  tak,  jakby  cały
legion się pakował. Rozwiązali legion? Pomyślawszy to, poczuł ogromną panikę.

– Tutaj jesteś – dobiegł go głos, który od razu rozpoznał.
Odwrócił  się  i  zobaczył  O’Connora  uśmiechającego  się  w  charakterystyczny  dla  niego

dobroduszny  sposób.  Jego  jasne,  rude  włosy  i  piegi  dopełniały  tylko  wyglądu.  Objął  ramieniem
Thora.

–  Jakbym  nie  widział  cię  od  kilku  dni.  Wszystko  w  porządku?  Słyszałem,  że  wylądowałeś  w

lochach. Co się stało?

– Hej, patrzcie, to Thor! – ktoś wrzasnął.
Thor  odwrócił  się  i  spostrzegł  Eldena  biegnącego  w  ich  kierunku.  Na  jego  twarzy  panował

przyjacielski uśmiech. Podbiegł do Thora i objął go ramieniem. Thor nadal nie mógł uwierzyć, jak
Elden  zmienił  swoje  zachowanie  wobec  niego  po  uratowaniu  mu  życia  za  kanionem.  Zwłaszcza,
kiedy przypominał sobie jego wręcz wrogie wcześniejsze występki.

Razem z Eldenem podeszli też bliźniacy Conval i Conven.
– Cieszę się, że wróciłeś – powiedział Conven i uściskał Thora.
– Ja też – dodał Conval.
Thor  czuł  wielką  ulgę  widząc  ich  wszystkich  razem,  zwłaszcza,  gdy  zdał  sobie  sprawę,  że  nie

background image

podejrzewali go o jakikolwiek udział w morderstwie.

–  To  prawda  –  odparł  Thor  spoglądając  na  O’Connora,  nie  wiedząc,  na  które  pytanie

odpowiedzieć najpierw. – Wrzucili mnie do lochów. Na początku sądzili, że miałem coś wspólnego z
otruciem króla. Ale po jego zabójstwie zorientowali się, że to nie ja.

– Więc cię wypuścili? – spytał O’Connor.
Thor zastanowił się. Nie był pewien, co odpowiedzieć.
– No, nie dokładnie. Sam uciekłem.
Spojrzeli na niego wielkimi oczyma.
– Uciekłeś? – spytał Elden.
– Kiedy już się wydostałem, pomógł mi Reece. Zaprowadził mnie do króla.
– Widziałeś się z królem zanim umarł? – zapytał zszokowany Conval.
Thor pokiwał głową.
– Wiedział, że jestem niewinny.
– Co jeszcze powiedział? – spytał O’Connor.
Thor  zawahał  się.  Jakoś  śmiesznie  byłoby  powiedzieć  im  o  tym,  co  król  mówił  mu  o  jego

przeznaczeniu, o byciu wyjątkowym. Nie chciał, żeby wyglądało to tak, jakby się chwalił, lub miał
jakieś omamy, ani też wzbudzać zazdrość. Postanowił więc nie wspominać o tym i podzielić się tylko
zakończeniem tej historii.

Thor spojrzał mu w oczy. – Powiedział: Pomścij mnie.
Pozostali spuścili wzrok zasmuceni.
– Wiesz, kto to może być? – spytał O’Connor.
Thor potrząsnął głową przecząco.
– Wiem tyle, co i wy.
– Chętnie bym go złapał – powiedział Conven.
– No, ja też – dodał Elden.
–  Czegoś  nie  rozumiem  –  powiedział  Thor  rozglądając  się  dokoła.  –  Dlaczego  wszyscy  się

pakują? Opuszczają koszary?

– Owszem – odrzekł O’Connor. – Łącznie z tobą.
Sięgnął  za  siebie,  chwycił  płócienny  worek  i  rzucił  nim  w  Thora.  Worek  uderzył  go  mocno  w

klatkę, jednak ten chwycił go, zanim upadł na ziemię.

– Co masz na myśli? – zapytał ze zdziwieniem Thor.
– Rytuał Stu Dni zaczyna się już jutro – odparł Elden. – Wszyscy przygotowują się do niego.
– Stu dni? – spytał Thor.
– Czy ty cokolwiek wiesz? – spytał Conval.
– Wygląda na to, iż musimy nauczyć to pacholę wszystkiego – dodał Conven.
Podszedł do Thora i położył mu rękę na ramieniu.
– Nie martw się mój druhu. W legionie zawsze jest mnóstwo do nauczenia. Sto Dni to sposób na

uczynienie z nas wszystkich zahartowanych wojowników – i wyplenienie tych najsłabszych. To rytuał
przemiany.  Każdego  roku  latem  wysyłają  nas  na  studniowe  wyczerpujące  ćwiczenia,  jakie  tylko
można sobie wyobrazić. Powracają tylko nieliczni. Dla nich zarezerwowane są honory, broń i stałe
miejsce w legionie.

Thor rozejrzał się nadal nie rozumiejąc. – Ale dlaczego się pakujecie?
– Bo Rytuał jest gdzie indziej. Wysyłają nas daleko stąd. Musimy przebyć kanion, ziemie Wilds,

pokonać Morze Tartuwiańskie i całą drogę do Wyspy Mgieł. Sto dni piekła. Wszyscy się tego boją.
Lecz  musimy  przez  to  przejść,  jeżeli  mamy  pozostać  w  legionie.  Nasz  okręt  odpływa  jutro,  więc

background image

pakuj się szybko.

Thor zerknął na swój wór z niedowierzaniem. Ledwo mógł pojąć, że oto ma spakować nieliczne

swe rzeczy, przejść przez kanion i Wilds, zaokrętować się i spędzić sto dni na wyspie ze wszystkimi
członkami legionu. Na samą myśl o tym czuł już podekscytowanie. Ale też i przerażenie. Nigdy nie
był na statku, nigdy nie przepłynął morza. Cieszył się tylko na myśl, że będzie mógł podnieść swoje
umiejętności. Miał nadzieję, że przetrwa, że nie odpadnie.

– Zanim się spakujesz, powinieneś zgłosić się do swojego rycerza – powiedział Conven. – Teraz,

kiedy Erec wyjechał, jesteś giermkiem Kendricka, prawda?

Thor skinął głową. – Tak, jest gdzieś tutaj?
–  Był  na  zewnątrz  z  pozostałymi  rycerzami.  Przygotowywał  swego  konia  i  wiem,  że  szukał

ciebie.

Wszystko  się  w  nim  gotowało.  Na  myśl  o  Rytuale  czuł  ekscytację,  którą  trudno  byłoby  opisać.

Chciał sprawdzić swoje możliwości, dojść do granic swojej wytrzymałości, potwierdzić, że jest tak
dobry, jak pozostali. I jeśli wróci – czego był pewien – przybędzie jako silniejszy wojownik.

– Na pewno mam do was dołączyć? Pozwolili mi? – zapytał.
–  Oczywiście,  że  tak  –  odparł  O’Connor.  –  Pod  warunkiem  jednak,  że  twój  rycerz  nie  zechce,

abyś tu został. Musisz mieć jego pozwolenie.

–  Poproś  go  –  powiedział  Elden.  –  Załatw  to  szybko.  Przygotowania  zajmują  dużo  czasu.  Już

jesteś daleko w tyle. Łodzie nie będą czekać. A nikt, kto nie popłynie, nie może pozostać w legionie.

–  Sprawdź  w  zbrojowni  –  powiedział  O’Connor.  –  Widziałem  tam  Kendricka  jeszcze  przed

godziną.

Thor  nie  potrzebował  zachęty.  Wybiegł  z  koszar  i  popędził  przez  pola  w  kierunku  zbrojowni.

Krohn miauczał i biegł tuż przy nim.

Chwilę później dotarł na miejsce. Dysząc ciężko, rozejrzał się i dostrzegł Kendricka. Stał sam w

budynku, zapatrzony w ścianę obwieszoną halabardami. Wyglądał na zamyślonego, zmagającego się z
emocjami. Thor poczuł, jakby zakłócił jego prywatność, i ogarnęło go uczucie winy.

Kendrick  odwrócił  się.  Jego  oczy  były  zaczerwienione  od  płaczu.  Thorowi  przyszedł  na  myśl

pogrzeb  króla,  przypomniał  sobie,  jak  Kendrick  opuszczał  jego  trumnę  do  grobu,  i  poczuł  się
strasznie.

–  Wybacz  mi,  panie  –  powiedział  złapawszy  oddech.  –  Przepraszam,  że  ci  przeszkodziłem.  Już

sobie idę.

Kiedy Thor odwrócił się gotowy do wyjścia, usłyszał dźwięczny głos Kendricka.
– Nie. Zostań. Chciałbym z tobą porozmawiać.
Thor  odwrócił  się  i  czekał  w  ciszy,  podzielając  ból  Kendricka.  Po  długiej  chwili,  w  której

Kendrick przyglądał się broni, odezwał się w końcu.

– Mój ojciec… kochał cię bardzo. Ledwo cię znał, lecz widziałem, jaką miłością pałał do ciebie.

Była prawdziwa.

– Dziękuję ci, panie. Ja również kochałem twego ojca.
– Nikt w królestwie, ani na królewskim dworze nie uważa mnie za jego prawdziwego syna. Tylko

dlatego, iż narodziłem się z innej kobiety.

Kendrick zwrócił się w kierunku Thora i spojrzał z determinacją.
–  Ale  ja  jestem  jego  synem.  Na  równi  z  pozostałymi.  Był  mi  ojcem.  Jedynym  ojcem.  Ojcem  z

krwi. To, że nie pochodzę od tej samej matki nie oznacza, że jestem kimś gorszym. Znów pogrążył się
w myślach. Sięgnął do ostrza wiszącego na ścianie i sprawdził dotykiem jego czubek. Oczy zaszły mu
łzami.

background image

–  Krótko  go  znałem  –  powiedział  Thor  –  ale  z  tego,  co  widziałem,  to  kochał  cię  i  popierał.

Uważam, że kochał cię tak samo prawdziwie i mocno jak pozostałych.

Kendrick pokiwał głową i Thor dostrzegł w jego oczach wdzięczność.
–  Był  dobrym  człowiekiem.  Czasami  bywał  okrutny  i  surowy.  Ale  był  dobry,  zawsze

sprawiedliwy. Nasze królestwo nigdy już nie będzie takie same bez niego.

– Żałuję, że nie ty jesteś królem – powiedział Thor. – Byłbyś najlepszym władcą ze wszystkich.
Kendrick przyjrzał się kolejnemu ostrzu.
–  Nasze  królestwo  rządzi  się  swoimi  prawami  i  muszę  ich  przestrzegać.  Nie  czuję  zazdrości

wobec  mego  brata  Garetha.  Prawo  mówi,  że  to  on  powinien  rządzić  i  tak  się  stanie.  Martwię  się
jednak z powodu siostry. Pominięto ją. Nie takie było życzenie mego ojca. Ja jednak nie czuję żalu.
Nie  wiem,  czy  Gareth  będzie  dobrym  królem.  Ale  takie  jest  prawo,  a  prawo  nie  zawsze  jest
sprawiedliwe. Nie idzie na kompromis– taka już jego natura.

Odwrócił się do Thora i zmierzył go wzrokiem.
– Dlaczego tu przyszedłeś? – zapytał.
– Ponieważ Erec wyjechał, powiedziano mi, iż mam teraz służyć tobie jako giermek. To wielki

zaszczyt mój panie.

–  A,  Erec  –  odrzekł  Kendrick  i  odwrócił  głowę.  Jego  oczy  wypełniało  szkliste  spojrzenie.  –

Najznakomitszy rycerz, jakiego mamy. Wyjechał na swój rok Selekcji, nieprawdaż? Tak, cieszę się,
że mam tu ciebie za giermka, choć jestem pewien, że to długo nie potrwa. Wróci. Nigdy nie potrafił
opuścić królewskiego dworu na długo.

Na jego twarzy nagle pojawił się wyraz zrozumienia.
– Więc przychodzisz do mnie z prośbą o pozwolenie na wyjazd na Rytuał, prawda? – spytał.
– Tak, panie. Jeśli tobie to odpowiada. Jeżeli nie, jestem gotowy pozostać tu i służyć tobie.
Kendrick potrząsnął głową.
–  Każdy  młody  członek  legionu  musi  przejść  ten  rytuał,  rytuał  przemiany.  Chciałbym  zatrzymać

cię  tu,  ale  byłoby  to  samolubne  i  nie  będę  cię  powstrzymywał.  Jedź.  Wrócisz  jako  silniejszy
wojownik i o wiele lepszy giermek.

Thor  poczuł  ogromną  wdzięczność  wobec  Kendricka.  Chciał  zapytać  go  o  to,  czego  można  się

spodziewać na Rytuale, ale właśnie w tej chwili drzwi do zbrojowni rozwarły się z hukiem.

Odwrócili  się  i  ujrzeli  Altona  ubranego  w  królewskie  szaty  oraz  dwóch  towarzyszących  mu

strażników.

–  Oto  i  on!  –  krzyknął  Alton  wskazując  wyniośle  na  Thora.  –  To  on  uderzył  mnie  w  trakcie

wczorajszej  uczty.  Zwykły  prostak,  uwierzycie?  Uderzył  członka  rodziny  królewskiej.  Pogwałcił
nasze prawo. Aresztujcie go!

Strażnicy  zaczęli  zbliżać  się  do  Thora,  kiedy  wystąpił  przed  nim  Kendrick  i  dobył  miecza.

Zbrojownię wypełnił dźwięk pocieranego metalu. Widok wściekłego Kendricka z dobytym mieczem
sprawił, że strażnicy zatrzymali się gwałtownie.

– Podejdźcie bliżej, a poznacie cenę – zagroził Kendrick.
Thor  usłyszał  w  jego  głosie  coś  głębokiego,  ciemnego,  ton,  którego  nigdy  w  życiu  jeszcze  nie

słyszał. Straże musiały też to wyczuć, gdyż ani drgnęły.

– To ja jestem członkiem rodziny królewskiej – poprawił Kendrick. – Najbliższym członkiem. Ty

Altonie  nim  nie  jesteś.  Jesteś  synem  trzeciego  kuzyna  króla.  Straże,  odpowiadacie  najpierw  przede
mną,  a  nie  przed  tym  samozwańcem.  A  Thor  jest  mym  giermkiem.  Nie  wolno  wam  go  tknąć.  Ani
teraz, ani kiedykolwiek.

– Ale złamał prawo! – jęknął Alton zaciskając dłonie w kułak jak niemowlak. – Pospólstwu nie

background image

wolno bić rodziny królewskiej!

Kendrick uśmiechnął się.
– W tym przypadku cieszę się bardzo, że to zrobił. W rzeczy samej, gdybym tam był, sam bym cię

złoił. Cokolwiek zrobiłeś, jestem pewien, że sobie zasłużyłeś – a nawet więcej.

Alton spojrzał z nachmurzoną miną, cały się czerwieniąc.
–  Myślę,  że  straże  mogą  już  sobie  iść.  No  chyba,  że  wolicie  podejść  bliżej  i  zapłacić  za  to

odpowiednią cenę. Tak naprawdę to aż mnie świerzbi, żeby użyć miecza.

Strażnicy  popatrzyli  na  siebie  nieufnie,  po  czym  odwrócili  się,  schowali  miecze  i  dostojnym

krokiem opuścili zbrojownię. W środku pozostał tylko Alton, który ze złością obserwował wyjście
straży.

– Proponuję, żebyś szybko za nimi podążył, zanim zrobię godny użytek z tego miecza.
Kendrick zrobił krok do przodu, a Alton nagle odwrócił się i wybiegł.
Kendrick uśmiechnął się, schował miecz i odwrócił się do Thora.
– Nie wiem, jak mam ci dziękować – powiedział Thor.
Kendrick podszedł do niego i położył dłoń na ramieniu.
– Już to zrobiłeś. Sam widok wyrazu twarzy tego pypcia poprawił mi humor.
Kendrick zaśmiał się i Thor również. Potem spojrzał na chłopca z całkowitą powagą.
– Mój ojciec nie przygarniał ludzi pod swe skrzydła ot tak. Widział w tobie coś wielkiego. Ja też

to  widzę.  Dasz  nam  powód  do  dumy.  Jedź  na  Rytuał  i  wyróżnij  się.  Jedź  i  stań  się  wojownikiem,
jakim wiem, że będziesz.

 

 

 
 
Thor  przemierzał  skąpane  w  letnim  słońcu  pola  poza  zabudowaniami  legionu.  Towarzyszył  mu

Krohn.  Drugie  słońce  chyliło  się  już  ku  horyzontowi,  rozlewając  się  po  całym  niebie  w  postaci
widowiskowych róży, pomarańczy i fioletów. Krohn miauknął zadowolony z tego, iż Thor prowadził
go  coraz  dalej  i  dalej,  dając  mu  okazję  do  biegania,  zabawy,  gonitwy  za  zwierzętami  i  złapania
kolacji.  Trzymał  właśnie  w  swej  paszczy  ursutuaya,  dziwne  stworzonko  wielkością  zbliżone  do
królika, z fioletowym futerkiem i trzema głowami, które złapał kilka minut wcześniej.

Krohn rósł w oczach z każdym dniem. Był już dwa razy większy niż wtedy, kiedy Thor go znalazł.

Miał  też  coraz  więcej  ochoty  na  bieganie  i  zażywanie  ruchu.  Zrobił  się  też  bardziej  swawolny  i
wymagał od Thora, aby ten zabierał go coraz dalej i ganiał razem z nim. Jeśli chłopiec nie biegał z
nim  tyle,  na  ile  kot  miał  ochoty,  zwierzak  kąsał  mu  niby  żartem  kostki  stóp  i  nie  dawał  spokoju,
dopóki  ten  nie  zaczął  go  gonić.  Wówczas  Krohn  odskakiwał  z  piskiem  zadowolenia  i  uciekał  tak
długo, aż Thor się zmęczył.

Dzień  miał  się  ku  końcowi,  kiedy  Thor  postanowił,  iż  przyda  mu  się  przerwa  od  koszar  oraz

całych  tych  szaleńczych  przygotowań.  Był  już  zupełnie  spakowany,  podobnie  jak  inni  i  wszyscy
zdawali się odliczać godziny do wymarszu i opuszczenia Kręgu. Thor nie wiedział dokładnie, kiedy
wyruszą  w  drogę.  Oznajmiono  mu  jedynie,  iż  nastąpi  to  w  przeciągu  najbliższych  dwóch  dni.  W
koszarach  panowała  napięta  atmosfera  i  podenerwowanie,  przeplatane  obawą  przed  podróżą,  i
żałobą po królu. Jakby czas wielkich zmian zaskoczył ich nagle i omiótł całkowicie.

Thor chciał ostatni raz przed wyprawą pobyć sam, oczyścić umysł nadal pochłonięty myślami o

śmierci  króla  i  spotkaniem  z  Gwendolyn.  Przyszedł  mu  na  myśl  również  Erec  oraz  to,  gdzie  może

background image

teraz  przebywać.  Czy  kiedykolwiek  wróci?  Pomyślał,  jak  niestałe  było  życie:  wszystko  wydawało
się trwałe, a tak rzadko takim pozostawało. Sprawiało to, iż czuł się jednocześnie bardziej i mniej
ożywiony.

– Nic nie jest tym, czym się wydaje – dobiegł go czyjś głos.
Thor  odwrócił  się  na  pięcie  i  ku  swemu  zaskoczeniu  ujrzał  przed  sobą  Argona  odzianego  w

szkarłatną  szatę,  dzierżącego  swą  laskę,  wpatrzonego  w  odległy  horyzont  i  ogromne  przestworza
otwartego nieba.

Thor zdziwił się jak zwykle, w jaki sposób Argon pojawił się tu tak nagle. Spojrzał na niego i

poczuł zarazem lęk i ekscytację.

–  Szukałem  cię  po  pogrzebie  –  powiedział  Thor.  –  Mam  tyle  pytań  do  ciebie.  Miałem  jeszcze

zanim król został zabity. Lecz nie mogłem cię znaleźć.

–  Nie  zawsze  chcę,  aby  mnie  znaleziono  –  powiedział  Argon.  Jego  oczy  błyszczały

jasnoniebieskim światłem.

Thor gapił się na niego i zastanawiał, co Argon w tej chwili widzi. Czy widzi przyszłość? Czy

powiedziałby mu o niej, gdyby ją zobaczył?

– Wyruszamy jutro – powiedział Thor – na Rytuał Stu Dni.
– Wiem – odparł Argon.
– Czy wrócę tu z powrotem? – zapytał Thor.
Argon odwrócił wzrok.
– Czy nadal będę w legionie? Czy zaliczę ten sprawdzian? Czy zostanę wielkim wojownikiem?
Argon wpatrywał się w dal beznamiętnie.
– Wiele pytań – powiedział i znów się odwrócił. Thor zrozumiał, że nie otrzyma odpowiedzi na

żadne z nich.

–  Jeśli  wyjawię  ci  przyszłość,  może  to  wpłynąć  na  jej  zmianę  –  dodał  Argon.  –  Każdy  twój

wybór tworzy twoją przyszłość.

– Ale przecież widziałem przyszłość MacGila – powiedział Thor. – W tym śnie. Widziałem, że

umrze. Mimo to próbowałem pomóc i nic to nie dało. Jaki sens miała ta przepowiednia? Wolałbym
nigdy się o tym nie dowiedzieć.

– Ah tak? – spytał Argon. – Ale ta wiedza zmieniła przyszłość. Miał zostać otruty. Zapobiegłeś

temu.

Thor spojrzał na niego zdumiony. Nigdy nie pomyślał o tym w ten sposób.
– Ale został zabity tak czy owak. – odparł Thor.
– Ale nie przy użyciu trucizny, a od sztyletu. Nie wiesz, jaki skutek ta niewielka zmiana będzie

miała na losy tego królestwa.

Thor zastanowił się nad tymi słowami. Głowa go rozbolała. Za dużo musiał pojąć. Nie rozumiał

dokładnie, co Argon starał się mu podpowiedzieć.

–  Król  chciał  zobaczyć  się  ze  mną  przed  śmiercią  –  kontynuował  natychmiast  spragniony

odpowiedzi  Thor.  –  Dlaczego  ze  mną?  Ze  wszystkich  ludzi?  I  co  miał  na  myśli  mówiąc  o  mojej
matce? O moim przeznaczeniu większym od jego? Czy to były tylko słowa umierającego człowieka?

– Sądzę, że wiesz, iż były czymś o wiele ważniejszym – odparł Argon.
–  A  więc  to  prawda?  –  spytał  Thor.  –  Moje  przeznaczenie  jest  większe  nawet  od  jego?  Jak  to

możliwe? On był królem. Ja jestem nikim.

– Tak uważasz? – ripostował Argon.
Podszedł  kilka  kroków,  stanął  nie  dalej  niż  stopę  od  Krohna  i  spojrzał  na  niego.  Krohn

zamiauczał,  po  czym  odwrócił  się  i  uciekł.  Thor  poczuł  chłód,  kiedy  Argon  prześwietlił  go

background image

wzrokiem.

– Bóg nie wybiera arogantów do spełnienia swej woli. Wybiera ludzi pokornych. Tych najmniej

prawdopodobnych. Tych, których nikt nie zauważa. Nigdy o tym nie myślałeś? Przez te wszystkie dni
spędzone na gospodarstwie, doglądając owiec twojego ojca w wiosce? To są fundamenty wojownika
–  prawdziwego  wojownika.  Pokora.  Rozwaga.  To  z  nich  wykuty  jest  wojownik.  Nigdy  tego  nie
wyczułeś? Że byłeś kimś ważniejszym niż to, co robiłeś. Że zostałeś stworzony dla innego celu?

Thor zastanowił się i zorientował, że rzeczywiście tak było.
– Tak – odparł. – Czułem, że… być może moim przeznaczeniem były większe rzeczy.
– A teraz, kiedy się pojawiają, nadal w to nie wierzysz? – spytał Argon
– Ale dlaczego ja? – spytał Thor. – Jakie moce posiadam? Jakie jest moje przeznaczenie? Skąd

pochodzę? Kim była moja matka? Dlaczego wszystko w życiu musi być takie zagadkowe?

Argon powoli potrząsnął głową.
– Przyjdzie dzień, kiedy dowiesz się tego wszystkiego. Musisz jednak dużo się jeszcze nauczyć.

Musisz  najpierw  stać  się  tym,  kim  jesteś.  Twe  moce  są  potężne.  Nie  wiesz  jednak,  jak  się  nimi
posługiwać. W twym ciele płynie potężna rzeka, ale nadal ukryta jest pod powierzchnią. Musisz ją
wydobyć. Dużo się nauczysz podczas tych stu dni. Ale pamiętaj, to dopiero początek.

Thor wpatrywał się w Argona zastanawiając się, ile ten widzi.
– Żyję tylko w poczuciu winy – powiedział Thor. Rozpaczliwie chciał wytłumaczyć Argonowi,

tej jedynej osobie, która go rozumiała, co ma na myśli. – Król umarł, a ja wciąż żyję. Czuję, że to ja
ponoszę winę za jego śmierć. I ta myśl sprawia okropny ból.

Argon spojrzał na niego.
– Jeden król umiera i jego miejsce zajmuje kolejny. Tak już ten świat funkcjonuje. Tron nie może

pozostać  pusty.  Królowie  będą  przepływać  niczym  rzeka  przez  nasz  Krąg.  Wszystko  niby  trwałe,  a
jednak  ulotne.  Nic  na  tym  świecie  –  ani  ja,  ani  ty  –  nie  może  powstrzymać  tego  prądu.  To  parada
marionetek w służbie przeznaczenia. To marsz władców.

Thor westchnął i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w horyzont.
–  Ścieżki  wszechświata  są  nieprzeniknione  –  kontynuował  dalej  Argon.  –  Nie  zrozumiesz  ich.

Tak,  to  prawda,  że  ciężko  z  tym  żyć.  Ale  musimy.  Nie  mamy  wyboru.  I  pamiętaj  –  powiedział
uśmiechając się do Thora w sposób, który go przeraził – pewnego dnia i ty dołączysz do MacGila.
Twój czas tutaj jest krótki niczym rozbłysk światła. Nie pozwól, by życie przygniotło cię poczuciem
strachu,  winy,  czy  żalu.  Wykorzystaj  każdą  jego  chwilę.  Najlepsze,  co  możesz  teraz  uczynić  dla
MacGila, to żyć. Żyć pełnią życia. Rozumiesz mnie?

Argon  wyprostował  ręce  i  położył  na  ramionach  Thora.  Chłopiec  poczuł,  jakby  dwa  ognie

wypalały  mu  ręce.  Druid  patrzył  na  niego  w  takim  skupieniu,  iż  Thor  musiał  w  końcu  odwrócić
głowę i zamknąć oczy.

Podniósł  ręce  by  ochronić  oczy  i  nagle  wszystko  zniknęło.  Podniósł  wzrok,  ale  Argona  już  nie

było. Zniknął.

Thor stał osamotniony na polu, rozglądając się we wszystkich kierunkach. Nie widział nic poza

otwartym niebem, rozległymi równinami; jedynie wiatr wył niemiłosiernie.

 

 

 
 
Była  chłodna  letnia  noc.  Thor  siedział  przy  ognisku  w  towarzystwie  innych  członków  legionu  i

background image

słuchał głuchych dźwięków trzaskającego w ogniu drewna. Oparł się na łokciach i zapatrzył w nocne
niebo, na którym w oddali błyskały odcieniami czerwieni i pomarańczy gwiazdy. Zastanawiał się jak
to  miał  w  zwyczaju  nad  odległymi  światami  leżącymi  gdzieś  tam  daleko.  Czy  były  planety
nieprzeorane  kanionami,  morza  niestrzeżone  przez  smoki,  królestwa  niepodzielone  armiami?
Zastanawiał się nad naturą losu i przeznaczenia.

Ogień  trzaskał  głośno.  Spojrzał  ponad  płomieniami  na  siedzących  dokoła  towarzyszy  broni,

przygarbionych,  z  rękami  obejmującymi  kolana,  ponurych  i  nie  mogących  doczekać  wyprawy.
Niektórzy piekli kawałki mięsa nabite na patyki.

– Chcesz? – dobiegł go jakiś głos.
Thor  odwrócił  się  i  zobaczył  Reece’a.  Siedział  przy  nim  i  w  ręce  trzymał  kij  obleczony  jakąś

brejowatą substancją. Rozejrzał się i stwierdził, że i inni chłopcy otrzymali przekąskę.

– Co to? – spytał i wziął do ręki, po czym dotknął białej mazi. Była lepka.
–  Sap  z  drzewa  sigilowego.  Trzeba  go  upiec.  Zaczekaj,  aż  zmieni  kolor  na  fioletowy.  Jest

wyśmienity. I będzie ostatnią tak smaczną rzeczą, którą zjesz przez dłuższy czas.

Thor obserwował jak inni chłopcy trzymali swoje kije w ogniu, a nawleczona na nie substancja

skwierczała. Thor włożył swój kij do ognia i zdumiał się, kiedy jego posiłek najpierw cały pokrył
się bąblami, a później zaczął zmieniać kolory. Zobaczył wszystkie kolory tęczy, zanim w końcu masa
stała się niezmiennie fioletowa.

Wyciągnął ją z ognia i posmakował. Zdziwił się, jaka była smaczna. Słodka i ciągnąca się. Jadł

kęs za kęsem.

Po  jego  drugiej  stronie  siedzieli,  wesoło  przeżuwając,  Elden,  O’Connor  oraz  bliźniacy.  Thor

rozejrzał się i zauważył, że legion podzielił się na naturalne kliki. Przy różnicy wieku między 14 a 19
lat  oraz  liczbie  chłopców  sięgającej  niemal  stu  w  legionie,  każda  grupa  wiekowa  liczyła  po
kilkunastu  chłopców.  Dziewiętnastolatkowie  ledwie  zauważali  czternastolatków.  Wydawało  się,  że
każdy  rocznik  trzyma  ze  sobą.  Patrząc  na  twarze  dziewiętnastolatków,  Thor  nie  mógł  uwierzyć  w
dzielącą ich różnicę wieku – w porównaniu z jego grupą, wyglądali jak dorośli mężczyźni. Wyglądali
nawet, jakby byli za starzy, aby być w legionie.

– Czy oni też idą? – zapytał Reece’a. Nie musiał dodawać dokąd. Wszyscy myśleli tej nocy tylko

o jednym, i o niczym innym nie rozmawiali.

– Oczywiście – odparł Reece. – Wszyscy idą. Bez wyjątków. Każdy rocznik.
–  Jedyna  różnica  –  wtrącił  Elden  –  jest  taka,  że  kiedy  wrócą,  ich  członkowstwo  w  legionie

dobiegnie końca. 19 lat to ostateczny wiek. Później kończą szkolenie.

– I potem co? – spytał Thor.
Jeśli  przeżyją  swój  ostatni  Rytuał  –  odparł  Reece  –  stają  przed  królem,  który  decyduje  o  tym,

który  z  nich  zostanie  rycerzem.  Następnie,  kiedy  już  zostaną  wybrani,  wyjeżdżają  na  posterunki  i
patrolują  całe  królestwo.  Muszą  odbyć  dwuletnią  rotację.  Wówczas  wracają  na  królewski  dwór  i
mogą ubiegać się o przyjęcie do Srebrnej Gwardii.

– Czy może się tak zdarzyć, że nie zaliczą swego ostatniego Rytuału? Po tych wszystkich latach? –

spytał Thor.

Reece zmarszczył brwi.
– Z każdym rokiem i dla każdego rocznika inaczej to wygląda. Słyszałem opowieści o tych, co nie

wrócili, bez względu na wiek.

Chłopcy ucichli. Thor utkwił spojrzenie w płomieniach, zastanawiając się, co może ich czekać.

Po dłuższej chwili dobiegł ich jakiś tumult. Odwrócili się i zobaczyli, jak na środek ich kręgu wszedł
Kolk  z  dwoma  wojownikami  u  boku.  Stanęli  tyłem  do  ogniska.  Kolk  zmierzył  wszystkich  srogim

background image

spojrzeniem i wolnym krokiem obszedł dokoła zaglądając w oczy wszystkich chłopców.

–  Wypocznijcie  i  najedzcie  się  –  powiedział.  –  To  będzie  wasza  ostatnia  taka  okazja.  Od  tego

momentu  nie  jesteście  już  chłopcami.  Jesteście  mężczyznami.  Czeka  was  najtrudniejsze  sto  dni  w
waszym  życiu.  Kiedy  wrócicie  –  jeśli  wrócicie  –  ci  z  was,  którym  się  to  uda  nareszcie  będą  coś
warci. W tej chwili jesteście nikim.

Kolk chodził dokoła powolnym krokiem, wyglądając tak, jakby chciał wzbudzić strach w każdym

z nich.

–  Rytuał  Stu  Dni  to  nie  test  –  ciągnął  dalej.  –  To  nie  są  ćwiczenia.  To  rzeczywistość.  To,  co

robiliście  tutaj,  czy  to  próbne  walki  czy  trening  –  to  były  ćwiczenia.  Ale  przez  następne  sto  dni
zapomnijcie  o  tym.  Wchodzicie  na  teren  objęty  wojną.  Przekroczymy  kanion,  będziemy  poza
ochronną  tarczą,  będziemy  wędrować  przez  Wilds,  terytorium  pozbawione  jakiejkolwiek  ochrony.
Wejdziemy  na  łodzie  i  przepłyniemy  Morze  Tartuwiańskie.  Będziemy  na  wodach  należących  do
wroga,  daleko  od  brzegu.  Popłyniemy  na  wyspę,  na  której  nie  ma  naszych  ludzi,  która  nie  jest
chroniona przed atakami z zewnątrz, która leży w samym centrum Imperium. Możemy w każdej chwili
wpaść w pułapkę. Wszędzie wokół będą czyhały siły wroga. A niedaleko stamtąd czają się smoki.

–  Bez  wątpienia  będziemy  musieli  walczyć.  Kilku  z  naszych  wojowników  będzie  wam

towarzyszyło,  lecz  w  większości  przypadków  będziecie  zdani  tylko  na  siebie.  Będziecie
mężczyznami zmuszonymi toczyć męskie bitwy. Czasami na śmierć i życie. W ten sposób nauczycie
się  walki.  Niektórzy  z  was  zginą.  Inni  zostaną  dożywotnio  okaleczeni.  Jeszcze  inni  odpadną  ze
strachu.  A  ta  niewielka  garstka,  która  powróci  –  ci  zasłużą  na  swoje  miejsce  w  legionie.  Jeśli
zanadto  boicie  się  tej  wyprawy,  nie  pokazujcie  się  jutro  na  oczy.  Każdego  roku,  właśnie  z  tego
powodu,  kilku  z  was  pakuje  się  i  opuszcza  legion.  Jeśli  jest  wśród  was  ktoś  taki,  to  niech  zrobi  to
teraz. Nie chcemy tchórzy wśród nas.

To powiedziawszy Kolk odwrócił się i odszedł wraz ze swymi kompanami.
Wśród  chłopców  podniosły  się  ożywione  szepty.  Spoglądali  na  siebie  z  uwagą,  a  na  twarzach

wielu z nich rysował się strach.

–  Czy  tam  jest  naprawdę  aż  tak  źle?  –  O’Connor  spytał  chłopca  siedzącego  tuż  za  nim.  Był

starszy, miał może 18 lat i wpatrywał się w płomienie ze szczęką zaciśniętą w grymasie.

Pokiwał głową.
– Za każdym razem jest inaczej – odparł. – Wielu z moich kompanów nie powróciło. Jest tak, jak

powiedział – to będzie prawdziwa przeprawa. Najlepsza rada, jaką mogę ci dać jest taka: przygotuj
się na walkę na śmierć i życie. Powiem ci jeszcze jedno: jeśli uda ci się wrócić, będziesz lepszym
wojownikiem, niż mógłbyś się tego spodziewać.

Thor  zaczął  zastanawiać  się,  czy  da  sobie  radę.  Czy  jest  wystarczająco  twardy?  Jak  zareaguje,

kiedy  trafi  w  sam  środek  bitwy  na  śmierć  i  życie?  Jak  przetrwa  sto  dni  takich  walk?  I  jaki  będzie,
kiedy wróci? Wyczuwał, iż nie będzie już taki sam. Nikt z nich nie będzie. A oni wszyscy w tym będą
uczestniczyć.

Spojrzał  na  twarz  Reece’a  i  zauważył,  jak  bardzo  strapiony  był  jego  towarzysz.  Zdał  sobie

sprawę, iż przygniatał go inny ciężar. Myśli o ojcu.

– Przykro mi – powiedział do niego Thor.
Reece  nie  odpowiedział,  tylko  wolno  skinął  głową.  Jego  oczy  tonęły  we  łzach,  kiedy  tak

wpatrywał się w ziemię.

– Chcę tylko wiedzieć, kto to zrobił – powiedział Reece. – Chcę wiedzieć, kto go zabił.
– Ja też – odezwał się niczym echo Elden.
– I my – zawtórowali bliźniacy.

background image

– Czy powiedział ci cokolwiek na ten temat? – Reece zapytał Thora. – W tych ostatnich minutach,

które z nim spędziłeś, czy powiedział ci, kto to zrobił?

Thor wyczuł, że wszyscy spojrzeli na niego. Próbował przypomnieć sobie, co król powiedział.
– Powiedział, że widział sprawcę. Ale nie potrafił skojarzyć jego twarzy.
– Ale czy był to ktoś, kogo znał? – naciskał Reece.
– Tak, tak powiedział – odparł Thor.
– Ale to tylko trochę zawęża krąg podejrzanych – powiedział O’Connor. – Król zna więcej osób,

niż my kiedykolwiek poznamy.

– Wybacz – dodał Thor. – Nie powiedział nic więcej.
– Ale byłeś tam razem z nim w jego ostatnich chwilach – naciskał dalej Reece. – Co jeszcze ci

powiedział?

Thor zawahał się. Nie wiedział, ile może mu powiedzieć. Nie chciał, by Reece poczuł zazdrość,

ani też nie chciał wywołać takich uczuć u któregokolwiek z kompanów. Co miał powiedzieć? Że król
powiedział,  iż  przeznaczenie  Thora  było  większe  od  jego?  Takie  słowa  mogły  jedynie  wzbudzić
zazdrość i nienawiść.

– Wiele nie mówił – odparł. – Leżał w ciszy.
– To dlaczego chciał zobaczyć się z tobą? Akurat z tobą – tuż przed swoją śmiercią? Dlaczego nie

chciał widzieć mnie? – naciskał Reece.

Thor  siedział  bez  ruchu  nie  wiedząc,  co  ma  odpowiedzieć.  Zdał  sobie  sprawę,  jak  źle  musiał

czuć  się  Reece.  Jako  jego  syn.  Syn  króla,  który  w  swych  ostatnich  chwilach  wolał  porozmawiać  z
kimś obcym. Nie wiedział, co powiedzieć, żeby go pocieszyć. Musiał szybko coś wymyślić.

– Chciał, żebym przekazał ci, jak bardzo bliski mu byłeś – skłamał Thor. – Sądzę, że łatwiej było

mu powiedzieć o tym komuś obcemu.

Poczuł, jak Reece przygląda mu się bacznie, sprawdza, czy Thor nie skłamał.
W  końcu  Reece  odwrócił  się  i  spojrzał  w  dal  najwidoczniej  zadowolony  z  takiej  odpowiedzi.

Thor czuł się źle z tym, iż nie wyjawił mu całkowitej prawdy. Nienawidził kłamać i nigdy tego nie
robił. Ale nie wiedział, co ma w tej sytuacji powiedzieć. A nie chciał zranić swego przyjaciela.

– To jak teraz będzie z mieczem? – zapytał Conval.
Reece odwrócił się i spojrzał na niego.
– Co masz na myśli?
– No wiesz. Miecz Dynastii. Teraz, kiedy król nie żyje, następny z linii MacGilów będzie miał

okazję spróbować go podźwignąć. Słyszałem, że korona przypadła Garethowi. To prawda?

Wszyscy chłopcy siedzący dokoła ogniska, nawet ci starsi, ucichli i spojrzeli na Reece’a.
Reece pokiwał powoli głową.
– Tak – odparł.
– To oznacza, że Gareth spróbuje – powiedział O’Connor.
Reece wzruszył ramionami.
– Zgodnie z tradycją. Owszem. Jeśli taki będzie jego wybór.
– Myślisz, że będzie w stanie go podnieść? – spytał Elden. – Myślisz, że to on jest wybrańcem?
Reece prychnął z drwiną
– Żarty sobie stroisz Jest moim bratem, ale tylko przez krew. Nie z wyboru. Nie mam nic z nim

wspólnego.  Nie  jest  wybrańcem.  Nie  jest  nawet  królem.  Zaledwie  królewiczem.  Gdyby  mój  ojciec
żył, Gareth nigdy nie zostałby królem. Założę się o moją głowę, że nie udźwignie tego miecza.

– Poza tym, jak to będzie wyglądało w oczach innych królestw, jeśli nasz nowy król podejmie tę

próbę  i  poniesie  klęskę?  –  spytał  Conval.  –  Kolejny  zawód  w  rodzinie  MacGilów.  Będziemy

background image

wyglądać na słabeuszy.

– Chcesz powiedzieć, że mój ojciec był słabeuszem – warknął poirytowany Reece.
– Nie – odparł Conval wymijająco. – Nie to miałem na myśli. Mówię tylko, że nasze królestwo

będzie wyglądać na słabe, jeśli nowy król nie da rady podnieść miecza. Może to stanowić zachętę do
zaatakowania nas.

Reece wzruszył ramionami.
–  Nic  nie  możemy  na  to  poradzić.  Kiedy  nadejdzie  odpowiedni  czas,  pewnego  dnia,  któryś  z

MacGilów podniesie ten miecz.

– Może ty nim będziesz? – powiedział Elden.
Wszyscy utkwili wzrok w Reece’ie.
– Jakby nie patrzeć – dodał Elden – jesteś drugim pełnoprawnym synem króla.
– Godfrey również – odparł Reece. – Jest też ode mnie starszy.
– Lecz Godfrey nigdy nie obejmie rządów. A po Garethie zostajesz ty.
– Nic z tego nie ma teraz znaczenia – powiedział Reece. –To Gareth jest królem. Nie ja.
– Może nie na długo – powiedział któryś z pozostałych chłopców głębokim głosem dobiegającym

gdzieś z tłumu.

–  A  co  to  ma  znaczyć?  –  zapytał  Reece  przyglądając  się  twarzom  w  poszukiwaniu  autora  tych

słów.

Ale odpowiedziała mu tylko cisza, a wszyscy odwrócili wzrok.
– Krążą pogłoski o rewolcie – wydobył z siebie w końcu Elden. – Gareth to nie ty. Nie jest też

jednym z nas. Narobił sobie wielu wrogów. Zwłaszcza w legionie oraz Srebrnej Gwardii. Wszystko
może się teraz wydarzyć. Pewnego dnia możesz odkryć, że to ty zostałeś władcą.

Reece poczerwieniał.
–  Zostanę  królem,  ale  tylko  zgodnie  z  prawem.  Nie  w  takich  okolicznościach.  Nie  z  powodu

wczesnej  śmierci  mego  ojca,  ani  też  dlatego,  że  Gareth  został  zdradzony.  Poza  tym,  mój  najstarszy
brat Kendrick byłby o wiele lepszy ode mnie.

– Lecz on nie ma prawa zostać królem – powiedział O’Connor.
– Cóż, jest jeszcze moja starsza siostra Gwendolyn. To ona miała rządzić zgodnie z ostatnią wolą

ojca.

– Że niby kobieta miałaby zasiąść na tronie? – krzyknął zdumionym tonem któryś z chłopców. –

To się nigdy nie stanie.

– Ale takie było jego życzenie – upierał się Reece.
– No, ale teraz jego życzenie nie zostanie spełnione, co? – zauważył ktoś inny.
Reece potrząsnął głową powoli.
– Jesteśmy w garści Garetha na dobre i na złe – powiedział.
– Kto wie, co zastaniemy, kiedy tu wrócimy za sto dni? – nadmienił Elden.
Grupa zamilkła, a wszyscy zapatrzyli się w płomienie.
Thor  siedział  pochłonięty  myślami.  Na  wzmiankę  o  Gwendolyn  poczuł  ucisk  w  żołądku.

Odwrócił się i szeptem zapytał Reece’a: – A twoja siostra, czy widziałeś się z nią po pogrzebie?

Reece popatrzył na niego i powoli skinął głową.
– Rozmawiałem z nią. Oczyściłem twe imię. Wie, że do niczego nie doszło w tym burdelu.
Thor  poczuł  wielką  ulgę,  poczuł  jak  pierwszy  raz  od  dłuższego  czasu  schodzi  z  niego  napięcie.

Jego wdzięczność za to, co zrobił Reece była nie do opisania.

– Czy powiedziała, że chciałaby się znowu ze mną spotkać? – zapytał Thor z nadzieją w sercu.
Reece potrząsnął głową.

background image

– Przykro mi bracie. Ona należy do tych dumnych. Nie lubi przyznawać się do własnych błędów.

Nawet jeśli jest w błędzie.

Thor odwrócił się i popatrzył w ogień. Rozumiał. Czuł pustkę w sercu, która jednak dała mu siłę.

Czekało go sto długich dni i najlepiej byłoby, gdyby nie musiał niczym się martwić.

 

 

*

 

 

 
Thor  stał  w  komnacie  króla,  przy  jego  łożu.  Wewnątrz  panował  mrok,  rozświetlany  jedynie

migoczącym ogniem pochodni, zawieszonej na odległym końcu komnaty. Zrobił trzy kroki w kierunku
króla,  uklęknął  i  wziął  jego  dłoń.  Oczy  króla  były  zamknięte.  Z  jego  twarzy  emanował  spokój.  Był
zimny i nieruchomy i Thor czuł, że nie żyje.

Korona  MacGila  nadal  spoczywała  na  jego  głowie.  Nagle  do  wewnątrz  wleciała  Estopheles,

zanurkowała i usiadła na głowie króla. Chwyciła koronę swym dziobem i odleciała przez okno. Thor
widział  jak  jej  wielkie  skrzydła  młóciły  powietrze,  kiedy  ptak  wznosił  się  z  koroną  coraz  wyżej  i
wyżej.

Spojrzał z powrotem na króla. Na jego miejscu leżał jednak Gareth. Thor cofnął rękę odruchowo,

a  kończyna  Garetha  przemieniła  się  w  węża.  Spojrzał  wyżej  i  zauważył,  że  twarz  Garetha  zaczęła
przypominać głowę kobry. Jego skóra pokryła się łuskami, a język wysuwał się co chwilę w stronę
Thora. Gareth uśmiechnął się złowrogo, a jego oczy zaszły żółcią.

Thor zmrużył oczy, a kiedy je otworzył zobaczył, że jest z powrotem w swojej wiosce. Domy i

ulice  wyglądały  na  opuszczone,  drzwi  i  okna  otwarte  na  oścież,  jakby  wszyscy  opuścili  wieś  w
pośpiechu.

Poszedł drogą, którą pamiętał z dzieciństwa. Kurz kłębił się wszędzie dokoła. Dotarł do swego

dawnego domu, niewielkiej budowli pokrytej białą gliną, której drzwi również były otwarte.

Wszedł  do  środka  nachylając  się  w  przejściu  i  zobaczył  swego  ojca  siedzącego  przy  stole  na

samym środku izby, odwróconego do niego plecami. Chłopiec zaczął okrążać izbę z walącym sercem.
Nie chciał widzieć się z ojcem, ale jednocześnie coś go do tego zmuszało.

Dotarł  do  drugiego  końca  stołu  i  usiadł  naprzeciw  ojca.  Jego  nadgarstki,  objęte  wielkimi

żelaznymi kajdanami, były przykute do drewna. Ojciec patrzył na niego surowym wzrokiem.

– Zabiłeś naszego króla – powiedział.
– Nie zabiłem go – odparł Thor.
– Nigdy nie byłeś częścią tej rodziny – rzekł ojciec.
Serce Thora waliło mocno, kiedy próbował pojąć słowa ojca.
–  Nigdy  cię  nie  kochałem!  –  krzyknął  ojciec,  wstał  i  zrzucił  z  siebie  kajdany.  Podszedł  kilka

kroków  w  kierunku  Thora  a  łańcuchy  zadzwoniły  w  powietrzu.  –  Nigdy  ciebie  nie  chciałem!  –
wrzasnął.

Natarł  na  Thora  z  podniesionymi  pięściami,  jakby  chciał  go  udusić.  W  chwili,  kiedy  jego  ręce

zacisnęły się na szyi Thora, ten przymknął oczy.

Stał na dziobie statku – potężnego, drewnianego okrętu wojennego. Statek zanurzał się co chwilę

głęboko w wodzie, po czym unosił wysoko, a fale rozbijały się o niego ze wszystkich stron. Thor stał
za  sterem.  Przed  nim  frunęła  Estopheles,  nadal  trzymając  w  dziobie  królewską  koronę.  W  oddali
ukazała się wyspa. Wyrastała z morza spowita mgłą. A jeszcze dalej na niebie ujrzał płomień. Niebo

background image

przykryły ciemnofioletowe chmury, a słońca stały w swoim bliskim sąsiedztwie.

Usłyszał okropny ryk i wiedział już, iż przed sobą miał Wyspę Mgieł.
Poderwał się ze snu. Usiadł, głęboko wciągając powietrze. Rozejrzał się dokoła.
To był tylko sen. Leżał w koszarach oświetlonych wczesnym światłem poranka. Pozostali chłopcy

spali wszędzie wokoło. Serce waliło mu niemiłosiernie. Sięgnął ręką, by zetrzeć pot z czoła. Ten sen
wydawał się tak realny.

– Wiem coś o złych snach chłopcze – dobiegł go czyjś głos.
Thor odwrócił się i ujrzał Kolka stojącego nieopodal. W pełni ubrany, ręce skrzyżował na piersi

i spoglądał na śpiących chłopców.

– Pierwszy wstajesz. To dobrze. Przed nami długa podróż. A twe koszmary to tylko początek.
 

background image
background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

background image
background image

 
Gareth  stał  w  otwartym  oknie  swojej  komnaty  i  obserwował,  jak  świt  wstaje  nad  jego

królestwem.  Jego  królestwem.  Dobrze  brzmiały  te  słowa.  Jeszcze  dziś  zostanie  królem.  On,  a  nie
jego ojciec. On – Gareth MacGil. Ósmy z rodu MacGilów. Korona spocznie na jego głowie.

Był  to  początek  nowej  epoki.  Nowego  panowania.  Jego  wizerunek  będzie  na  każdej  monecie.

Jego  postument  stanie  przed  zamkiem.  Jeszcze  kilka  tygodni  i  imię  jego  ojca  będzie  zaledwie
wspomnieniem,  faktem  zdegradowanym  do  kilku  linijek  w  księgach  historii.  Teraz  nadeszła  jego
pora, jego czas, by błyszczeć. Dzień, na który czekał przez całe swe życie.

Tak naprawdę całą noc spędził na nogach nie mogąc zasnąć. Wiercił się i przewracał na łóżku,

potem chodził po izbie w tę i z powrotem, spocony i nękany zimnymi dreszczami. Tych kilka chwil,
kiedy udało mu się zdrzemnąć, wypełnił niespokojny sen. Widział twarz swego ojca wpatrującą się
w niego, ganiącą go tak samo jak za życia. Teraz jednak ojciec nie mógł już go ruszyć. Teraz to on
decydował  o  wszystkim.  Otworzył  oczy  i  sprawił,  że  ten  obraz  znikł  z  jego  myśli.  To  on  był  w
świecie żywych, nie jego ojciec. On sam, jedyny.

Ledwo  pojmował  wszystkie  zmiany,  jakie  dokoła  niego  zachodziły.  Niebo  jaśniało  z  każdą

chwilą i robiło się coraz cieplej. Wiedział, że za kilka godzin otrzyma koronę, królewskie szaty oraz
berło.  Wszyscy  królewscy  doradcy  i  generałowie,  wszyscy  ludzie  w  tym  królestwie  będą  jemu  się
kłaniać. Będzie miał kontrolę nad armią, legionem i skarbcem. W zasadzie nie będzie takiej rzeczy,
której nie mógłby kontrolować. Nie będzie nikogo, kto nie będzie musiał kajać się przed nim. To tej
władzy tak pożądał przez całe swoje życie. I teraz była ona w jego posiadaniu. Nie jego siostry, ani
też  żadnego  z  jego  braci.  Udało  mu  się  do  tego  doprowadzić.  Być  może  przedwcześnie.  Pomyślał
jednak,  że  i  tak  któregoś  dnia  korona  należałaby  do  niego.  Dlaczego  miał  czekać  całe  życie,
zmarnować  swoje  najlepsze  lata  na  oczekiwanie?  Królem  powinien  zostać  w  młodości,  a  nie  jako
stary człowiek. On tylko sprawił, że wszystko wydarzyło się nieco wcześniej.

Jego ojciec dostał to, na co zasługiwał. Całe życie krytykował go, nie chciał zaakceptować takim,

jakim  był.  Teraz  Gareth  zmusi  ojca,  by  go  zaakceptował  zza  grobu,  czy  to  mu  się  podoba,  czy  nie.
Zmusi go, by skierował swój wzrok na swego najmniej kochanego syna, jako na władcę, tego samego
syna, którego nigdy nie chciał. Taka była kara za rezygnację z okazywania mu miłości, za jej brak od
samego początku. Gareth nie potrzebował już jej. Teraz całe królestwo miało obdarzyć go miłością i
oddawać mu cześć. I zamierzał wycisnąć z niego tyle, ile się da.

Nagle usłyszał pukanie do drzwi. Dźwięk żelaznej kołatki uderzanej o drewno rozbrzmiał w całej

komnacie.  Zdążywszy  się  już  ubrać,  odwrócił  się  i  podszedł  do  drzwi.  Otworzył  je  jednym
szarpnięciem  z  radosną  myślą,  że  robi  to  już  ostatni  raz.  Od  dzisiaj  będzie  spał  gdzie  indziej  –  w
komnacie  króla.  Słudzy  będą  stać  przy  jego  drzwiach  z  obu  stron  gotowi  mu  służyć  przez  okrągłą
dobę.  Nigdy  więcej  nie  dotknie  klamki.  Królewska  świta,  wojownicy,  służba,  ktokolwiek,  kogo
zechce  widzieć  w  swoim  pobliżu  będą  gromadzić  się  przy  nim  tłumnie.  Już  sama  ta  myśl  była
elektryzująca.

– Najjaśniejszy panie – dobiegł go chór głosów.
Tuzin jego strażników ukłoniło się nisko, kiedy otworzył drzwi.
Jeden z jego doradców wyszedł przed szereg.
– Przybyliśmy towarzyszyć ci na ceremonię koronacji.
–  Dobrze  więc  –  powiedział  starając  się  wypowiedzieć  te  słowa  z  opanowaniem,  aby  nie

zabrzmiało to tak, jakby wyczekiwał na ten moment przez całe swoje życie.

Ruszył  przed  siebie  z  podniesioną  brodą,  doskonaląc  już  od  tej  chwili  królewski  wygląd.  Miał

zamiar  pozwolić,  by  ten  dzień  go  przemienił  i  żądać  od  wszystkich  wkoło,  by  w  ich  spojrzeniach

background image

dokonała się taka sama przemiana.

Szedł  po  czerwonym  dywanie  wyłożonym  dla  niego  wzdłuż  kamiennej,  zamkowej  posadzki,

między dwoma szeregami straży ustawionych po obu jego stronach, oczekujących na jego nadejście.
Wolnym,  przemyślanym  tempem  pokonywał  korytarz  za  korytarzem,  upajając  się  każdą  chwilą.
Wszędzie, gdzie się pojawił, straże kłaniały mu się nisko.

– Najjaśniejszy panie – powtarzali jeden za drugim, jak domino.
Miło  było  słyszeć  te  słowa.  Brzmiały  wręcz  cudownie,  gdy  kroczył  śladami  ojca,  który  jeszcze

wczoraj przemierzał tę samą drogę.

Pokonał  ostatni  zakręt.  Słudzy  otworzyli  przed  nim  strzeliste  dębowe  drzwi,  ciągnąc  ze

wszystkich  sił  za  ich  żelazne  kołatki.  Otworzyły  się  ze  skrzypnięciem  i  ukazały  ogromną,
ceremonialną  salę.  Gareth  oczekiwał  tłumów,  ale  to,  co  zobaczył  zbiło  go  z  tropu:  tysiące
najznamienitszych  i  najważniejszych  mieszkańców  dworu,  arystokracji,  rodziny  królewskiej,  setki
wojowników  Srebrnej  Gwardii  wypełniały  pomieszczenie  po  brzegi.  Wszyscy  znieruchomieli  na
jego  widok.  Ubrani  w  swe  najlepsze  szaty,  które  założyli  na  tę  najważniejszą  uroczystość,  stali  w
równych odstępach wyznaczonych ławami. Tysiące ludzi odwróciło się by spojrzeć na niego i oddać
pokłon.

Gareth nie mógł uwierzyć. Wszyscy ci ludzie zgromadzili się tu wyłącznie dla niego. Nic i nikt go

już teraz nie powstrzyma. To był jego czas. Już za chwilę korona spocznie na jego głowie, a tego nikt
już nie będzie w stanie mu odebrać. Aż go świerzbiło, żeby poczuć jej ciężar na głowie.

Szedł nieśmiało wzdłuż przygotowanej do tego nawy, stawiając krok za krokiem po pluszowym,

czerwonym  dywanie  wyścielającym  drogę.  Na  jego  końcu  znajdowały  się  ołtarz  i  tron.  Tam  tez
oczekiwał na niego Argon oraz kilku członków królewskiej rady.

– Słuchajcie, słuchajcie! Niechaj wszyscy przyjmą i powitają nowego króla!
–  Słuchajcie!  –  odezwał  się  chór  okrzyków,  tysięcy  głosów  wypełniających  salę,  niesionych

echem  wysoko  pod  katedralne  sklepienie.  Nagle  odezwała  się  muzyka.  Dźwięki  lutni  przygrywały
Garethowi, kiedy ten rozpoczął ceremonialny marsz do tronu. Widział twarze, które rozpoznawał od
razu oraz takie, których nie kojarzył w ogóle. Byli tam ludzie, którzy zwykli patrzeć na niego jak na
kolejnego,  zwyczajnego  chłopca,  oraz  ci,  którzy  nie  zwracali  na  niego  nigdy  uwagi.  Teraz  oni
wszyscy musieli okazywać mu szacunek. Teraz mógł żądać od nich całkowitej uwagi.

Minął  swe  rodzeństwo  stojące  obok  siebie.  Godfreya,  Kendricka,  Gwendolyn  i  Reece’a.  Za

Reece’em stał ten chłopak, Thor. Wszyscy oni byli mu solą w oku. Nieważne. Wkrótce pozbędzie się
ich. Kiedy zasiądzie na tronie i obejmie władzę, rozprawi się z każdym z nich z osobna. Wszak on
sam wiedział najlepiej, że najgorszy wróg czyha w najbliższym otoczeniu.

Wyminął swoją matkę, królową, która wpatrywała się w niego z dezaprobatą. Nie potrzebował

już  jednak  jej  poparcia,  nigdy  więcej.  Teraz  to  on  był  jej  królem.  Teraz  to  ona  odpowiadała  przed
nim.

W  końcu,  wyminąwszy  wszystkich,  dotarł  do  tronu.  Muzyka  rozbrzmiała  jeszcze  głośniej,  kiedy

wchodził  po  schodach  z  kości  słoniowej  na  podwyższenie,  gdzie  oczekiwał  Argon  przyodziany  w
swe najlepsze ceremonialne szaty.

Gareth  stanął  przed  nim.  W  tym  momencie  wszyscy  –  tysiące  ludzi  zgromadzonych  na  sali  –

usiedli. Muzyka ucichła i zapanowała grobowa cisza.

Gareth  spoglądał  na  Argona,  który  patrzył  na  niego  tak  intensywnie,  iż  wydawało  się,  że  jego

przejrzyste  oczy  prześwidrują  go  na  wskroś.  Gareth  chciał  odwrócić  głowę,  ale  zmusił  się  do
porzucenia tej myśli. Zaczął ponownie się zastanawiać, co Argon widział. Czy widział przyszłość?
Lub, co gorsza, czy widział przeszłość? Czy widział to, czego Gareth się dopuścił? A jeśli tak, czy

background image

był gotowy to ujawnić?

Zapamiętał w myślach, żeby pozbyć się również Argona. Miał zamiar wyeliminować każdego z

najbliższego otoczenia swego ojca – każdego, kto mógł go podejrzewać.

Zebrał  się  w  sobie,  kiedy  Argon  zaczął  przemawiać.  Modlił  się  w  duchu,  żeby  druid  nie

powiedział niczego, co wskazałoby jego, jako zabójcę.

–  Los  zechciał  –  oznajmił  Argon  wyważonym  głosem  –  iż  zgromadziliśmy  się  tu  wszyscy,  by

opłakiwać  stratę  wspaniałego  króla,  a  jednocześnie  uznać  koronację  jego  syna.  Prawo  Kręgu
nakazuje, by rządy przejął pierworodny, prawowity syn. A jest nim Gareth MacGil.

Każde jego słowo, każda pojedyncza fraza była dla Garetha oznaką potępienia. Dlaczego Argon

musiał użyć akurat tych słów, położyć nacisk na wyraz prawowity?  Gareth  odebrał  to  za  oczywisty
afront. Wiedział dokładnie, że druid dawał mu do zrozumienia, iż wolałby widzieć Kendricka na jego
miejscu. Gareth przyrzekł sobie, że Argon jeszcze za to zapłaci.

– Jako czarnoksiężnik rodziny MacGilów od siedmiu pokoleń, mam obowiązek złożyć koronę na

twojej  głowie  Garethie  w  nadziei,  że  wypełnisz  najważniejsze  obowiązki  króla  Kręgu.  Czy  ty,
Garethie, przyjmujesz ten przywilej?

– Przyjmuję – odpowiedział Gareth.
– Czy ty, Garethie, przysięgasz utrzymywać i bronić praw naszego wspaniałego królestwa?
– Przysięgam.
– Czy ty, Garethie, przysięgasz pójść w ślady twego ojca, we wszystkim, co czynił, oraz twoich

przodków  i  chronić  Krąg,  utrzymać  kanion  i  bronić  nas  przed  wszystkimi  wrogami,  którzy  czyhają
wewnątrz i na zewnątrz królestwa?

– Przysięgam.
Argon  wpatrywał  się  w  niego  długo  surowym  wzrokiem,  beznamiętnie,  aż  w  końcu  sięgnął  po

wielką, zdobioną klejnotami koronę, tą, którą nosił jego ojciec, podniósł wysoko i zaczął opuszczać
na głowę Garetha. Cały czas nucił w kółko to samo w dawno zapomnianym języku Kręgu.

– Atimos lex vi mass primus
Recytował  swoim  głębokim,  gardłowym  głosem  jeszcze  przez  jakiś  czas.  W  końcu  przestał  i

umieścił koronę na czole Garetha.

– Z prawa nadanego mi przez Zachodnie Królestwo Kręgu, ja Argon niniejszym ogłaszam ciebie

Garethie ósmym królem z rodu MacGil.

W sali rozległy się przytłumione oklaski, którym daleko było do entuzjazmu. Gareth odwrócił się

i stanął naprzeciw swoich poddanych. Stali wszyscy uprzejmie, a Gareth przyglądał się ich twarzom.

Cofnął  się  o  dwa  kroki  i  zasiadł  na  tronie  ojca,  zatonął  w  nim  czując  pierwszy  raz  jak  to  jest

wesprzeć  ramiona  na  wysłużonych  poręczach.  Siedział  wpatrując  się  w  swoich  poddanych,  którzy
spoglądali na niego z nadzieją, a może też z obawą. Widział też tych, którzy nie wiwatowali, którzy
patrzyli na niego sceptycznie.

Dobrze zapamiętał sobie ich twarze. Każdy z nich za to zapłaci.

 

 

*

 
 
Thor  opuścił  królewski  zamek  w  otoczeniu  członków  legionu.  Wszyscy  zostali  zmuszeni  by

uczestniczyć  w  ceremonii  przed  wyruszeniem  na  wyprawę.  Czuł  pustkę.  Robiło  mu  się  niedobrze,
kiedy  stał  tam  i  obserwował  koronację  Garetha.  Wszystko  wyglądało  tak  nierzeczywiście.  Jeszcze

background image

kilkanaście godzin wcześniej na tym samym tronie siedział MacGil, niezłomny, z tą samą koroną na
głowie, dzierżąc to same berło. Jeszcze tak niedawno całe królestwo oddawało honory jego władcy.
Co stało się z ich lojalnością?

Oczywiście rozumiał, że królestwo powinno mieć pana i że tron nie mógł stać pusty przez dłuższy

czas.  Ale  czy  nie  można  było  poczekać  jeszcze  trochę?  Czy  taka  już  była  jego  natura,  że  nie
pozostawał  pusty  przez  więcej  niż  tylko  kilka  godzin?  Co  takiego  było  w  tronie,  we  władzy  i  w
tytułach,  że  wszyscy  garnęli  się,  by  je  zdobyć?  Czy  Argon  miał  rację?  Czy  marsz  władców  miał
trwać w nieskończoność? Czy może jednak kiedyś miał się zakończyć?

Obserwując  Garetha  na  tronie,  Thor  doszedł  do  wniosku,  że  tron  bardziej  będzie  przypominał

złote więzienie, niż symbol władzy. Odkrył też, iż było to miejsce, którego nigdy nie chciałby zająć.

Przypomniał  sobie  ostatnie  słowa  MacGila  o  jego  przeznaczeniu,  o  tym,  że  jest  większe  niż

samego króla. Zadrżał. Modlił się, żeby król nie miał na myśli, iż kiedyś to Thor zostanie królem –
ani  tu,  ani  nigdzie  indziej.  Polityka  nie  interesowała  go  zupełnie.  Chciał  zostać  wielkim
wojownikiem.  Chciał  chwały.  Chciał  walczyć  u  boku  swych  braci,  pomagać  potrzebującym.  To
wszystko. Chciał zostać wodzem na polu bitwy, ale nie poza nim. Nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że
każdy przywódca, który dążył do objęcia władzy, zawsze kończył skorumpowany.

Wydostał się z tłumu razem z innymi legionistami. Wszyscy byli nadąsani, że ich podróż została

odłożona tylko po to, by złożyć hołd nowemu królowi. Dzień ten ogłoszono świętem narodowym i nie
mogli wyruszyć aż do następnego poranka. Oznaczało to kolejny dzień spędzony na przesiadywaniu,
opłakiwaniu poprzedniego króla i kontemplowaniu wywyższenia Garetha. Była to ostatnia rzecz, jaką
Thor  miał  ochotę  robić.  Z  niecierpliwością  oczekiwał  wymarszu,  przebycia  kanionu,  wejścia  na
łódź,  odetchnięcia  morskim  powietrzem,  które  wyostrzyłoby  jego  zmysły,  pozostawienia  tego
wszystkiego za sobą i rzucenia się w wir ćwiczeń, jakiekolwiek legion mu zgotuje.

Kiedy wychodzili bramą zamkową, podszedł do niego Reece i dźgnął ostro palcem między żebra.

Thor odwrócił się i spostrzegł, iż Reece coś mu pokazuje. Odwrócił się w tym kierunku i ledwo mógł
uwierzyć w to, co zobaczył.

W niewielkim oddaleniu od nich stała Gwendolyn. Ubrana była w suknię z czarnego jedwabiu i

patrzyła wprost na niego.

– Chce z tobą rozmawiać – powiedział Reece. – Idź do niej.
O’Connor,  Elden,  bliźniacy  i  jeszcze  kilku  chłopców  uraczyło  go  serią  ochów  i  achów

popychając Thora łokciami.

– Kochaś ma randkę! – krzyknął O’Connor.
– Biegnij lepiej do niej, zanim zmieni zdanie! – powiedział Elden.
Thor zaczerwienił się i popatrzył na Reece’a, próbując zignorować pozostałych.
– Nie rozumiem. Myślałem, że nie chce mnie widzieć na oczy.
Reece potrząsnął powoli głową i uśmiechnął się.
– Pewnie doszła już do siebie – odparł. – Idź do niej. Nie wyruszymy przed jutrem. Masz dużo

czasu.

Thor usłyszał skowyt i spojrzał w dół na Krohna, który popędził galopem do Gwendolyn. Thor

nie potrzebował dalszej zachęty– pobiegł za lampartem pośród szyderczych okrzyków przyjaciół. Ale
nie  przejmował  się  nimi.  Nic  go  w  tej  chwili  nie  obchodziło  poza  myślą,  że  za  chwilę  znów  ją
zobaczy. Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo za nią tęsknił – jak wielki ból odczuwał w sercu aż do
teraz, kiedy zobaczył ja kolejny raz.

Thor  pobiegł  zygzakiem  za  Krohnem  przez  tłum.  W  końcu  dotarł  do  niej.  Stała  w  niewielkim

oddaleniu od wejścia do zamku, on przed nią, popychany przez setki ludzi opuszczających zamek po

background image

ceremonii.  Patrzyła  na  niego  z  poważną  miną.  Poczuł  smutek,  że  po  jej  wielkiej  radości,  która
rozświetlała jej twarz nie pozostał żaden ślad. Zastąpiła ją powściągliwość, żałobna aura. A jednak
w  jakiś  sposób  sprawiało  to,  iż  wyglądała  jeszcze  piękniej  w  surowym  świetle  poranka.  Krohn
skoczył do jej nóg, ale ona nie odwracała wzroku od Thora.

I znowu stał przed nią i nie miał bladego pojęcia, co powinien powiedzieć. Już miał wydusić coś

z siebie, kiedy zabrała głos.

–  Wybacz  mi  moje  wczorajsze  słowa  –  powiedziała  miękkim  głosem.  –  O  tym,  że  jesteś  z

pospólstwa. Że jesteś niższego stanu. Nie miałam tego na myśli. Po prostu byłam zdenerwowana. To
do mnie niepodobne. Wybacz mi.

Serce Thora przepełniła radość. Nie mógł uwierzyć, że znów okazywała mu życzliwość.
– Nie musisz przepraszać – powiedział.
– Muszę. Nie miałam tego na myśli. Reece powiedział, że to, co o tobie usłyszałam, to były same

kłamstwa. Myliłam się. Powinnam wiedzieć lepiej, a nie słuchać innych. Powinnam dać ci szansę.

Spojrzała na niego swymi zdumiewająco błękitnymi, hipnotyzującymi oczyma, które sprawiły, że

nie mógł zebrać myśli.

– Dasz mi jeszcze jedną szansę? – spytała.
Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
– Oczywiście.– Spuścił wzrok i zaczął kopać leżące na ziemi kamyki. – Tak naprawdę to nigdy

nie straciłem nadziei, że zmienisz zdanie, bo i ja go nie zmieniłem.

Spojrzała  na  niego  i  pierwszy  raz  od  jakiegoś  czasu  na  jej  twarzy  zawitał  uśmiech.  Wielki

uśmiech, który podniósł Thora na duchu. Z miejsca poczuł się o połowę lżejszy.

Wszędzie dokoła przepychali się opuszczający zamek ludzie. Gwen chwyciła jego dłoń, a dotyk

jej miękkiej skóry poraził go.

– Chodź ze mną – powiedziała.
Thor czuł na sobie spojrzenia wszystkich cisnących się i popychających ich w każdą stronę ludzi

i sam zapragnął opuścić to miejsce.

– Gdzie idziemy? – zapytał.
– Zobaczysz.
Bez wahania pozwolił jej poprowadzić się przez tłum przy bocznym murze zamku i na zewnątrz,

na otwartą przestrzeń.

 

 

 

 

 
Szli  trzymając  się  za  ręce  przez  pola  pokryte  kwiatami,  skąpane  w  świetle  porannego  słońca.

Krohn  dreptał  za  nimi  wesoło.  Drugie  słońce  wchodziło  dopiero  na  nieboskłon.  Zapowiadał  się
piękny,  słoneczny  dzień.  Minęli  zagajnik  drzew  w  pełnym  rozkwicie,  udekorowanych  biało–
zielonymi  i  turkusowymi  kwiatami,  wśród  których  nurkowały  i  buszowały  rozmaite  ptaki.  Wspinali
się dalej na niewielkie wzniesienie, krocząc po dywanie z kwiecia sięgającego im do kolan. W końcu
dotarli na szczyt.

Rozpościerał  się  stamtąd  niesamowity  widok.  Thor  odwrócił  się  i  zobaczył  królewski  dwór

sięgający w dal w każdym kierunku. Bezchmurne niebo mieniło się błękitami i żółcieniami. Tylko hen
daleko na horyzoncie zawisła bez ruchu jedna chmura.

background image

Silniejsze  wrażenie  wywarł  na  nim  jednak  widok,  który  zobaczył  odwróciwszy  się  w  drugą

stronę  –  miejsce  pochówku  króla  MacGila.  Niewielki,  świeżo  usypany  kopiec  ziemi,  oznaczony
długą żerdzią zakończoną okręgiem z osadzoną wewnątrz podobizną sokoła, symbolem ich królestwa,
wyróżniał się na tle wyniosłych klifów Kolviana. Wysoko na niebie rozległ się pisk. Thor dostrzegł
Estopheles, która zanurkowała i wylądowała na czubku żerdzi. Spojrzała na Thora i Gwen, uniosła
skrzydła i wrzasnęła ponownie. Potem opuściła je i usiadła wygodnie na żerdzi.

Thor i Gwen popatrzyli na siebie zaintrygowani zachowaniem sokoła.
– Zwierzęta zawsze będą dla mnie tajemnicą – powiedział Thor.
– Wyczuwają różne rzeczy – odpowiedziała Gwen. – Rzeczy, których my nie dostrzegamy.
Zdziwił  się,  że  byli  tu,  nad  świeżym  jeszcze  miejscem  pochówku,  tylko  we  dwoje.  Myśl  ta

sprawiła  mu  ból.  Dzień  wcześniej  król  mógł  wydawać  rozkazy  każdemu,  wezwać  tysiące  ludzi
jednym tylko skinieniem; a teraz, kiedy już nie żył, nikt nie przychodził, by oddać mu hołd.

Gwen  uklęknęła  i  położyła  na  grobie  pęk  turkusowych  kwiatów,  które  zebrała  po  drodze.  Thor

uklęknął przy niej i zmiótł zalegające na grobie kamienie. Krohn wszedł między nich, położył się na
kopcu, spuścił głowę i zakwilił.

Klęcząc  u  grobu  słyszeli  jedynie  świst  wiatru  hulającego  dokoła.  Nagle  przemożne  uczucie

smutku  ogarnęło  Thora.  Jednocześnie  pocieszył  go  fakt,  iż  był  w  tej  chwili  dokładnie  tam  gdzie
chciał. Razem z MacGilem. Razem z Gwen. A nie we dworze, oglądając koronację królewicza. Ani
nigdzie indziej.

– Wiedział, że jego koniec jest bliski – powiedziała Gwen.
Spojrzał na nią. Patrzyła w dół na grób.
– Kilka dni temu kazał mi usiąść i słuchać. Mówił o swojej śmierci. Dziwnie to brzmiało. Tylko

się zmartwiłam. Kazałam mu przestać, ale nie chciał mnie słuchać. Nie, dopóki mu nie przyrzekłam.

– Co przyrzekłaś? – spytał Thor.
Gwen zamilkła, starła łzę z policzka i ułożyła kwiaty na jego grobie w idealny wzór. Po długiej

chwili, w końcu odchyliła się i westchnęła.

– Kazał mi przysiąc, że jeśli umrze, ja będę rządzić jego królestwem.
Odwróciła  się  i  spojrzała  na  Thora.  Jej  piękne,  błękitne  oczy  tonęły  we  łzach,  rozświetlone

porannym światłem obu słońc. Były najpiękniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek widział. I uprzytomnił
sobie zaskoczony, że mówiła prawdę.

– Ty? Miałabyś rządzić? – spytał z przejęciem.
Jej twarz spochmurniała.
– Sądzisz, że się nie nadaję? – spytała oskarżycielskim tonem.
Thor zająknął się.
–  Nie,  nie,  no  oczywiście,  że  tak.  Nie  chciałem,  żeby  to  tak  zabrzmiało.  Ja,  ja  tylko  jestem

zaskoczony. Nie miałem o tym pojęcia.

Wyraz jej twarzy złagodniał.
–  Też  byłam  zaskoczona.  Nie  było  to  coś,  czego  bym  pragnęła.  Ale  powiedziałam  mu,  że  to

uczynię. Nie przestawał nalegać, dopóki nie złożyłam przysięgi.

–  To…  ja  już  nic  nie  rozumiem  –  odparł  zdezorientowany  Thor.  –  Dlaczego  to  Gareth  został

koronowany, a nie ty?

Spojrzała z powrotem na grób.
– Życzenie mego ojca nigdy nie zostało ratyfikowane. Rada nie zastosowała się do jego wyboru.
– Ale to nieuczciwe – krzyknął Thor czując jak wzbiera w nim oburzenie. – Nie tego chciał twój

ojciec!

background image

Wzruszyła ramionami.
– Jest jak jest – odparła. – Naprawdę, nie chciałabym tego.
– Ale to nie w porządku, że akurat Gareth ma rządzić.
Westchnęła, otarła łzę z policzka i zebrała się w sobie.
– Powiadają, że każde królestwo ma takiego władcę, na jakiego zasługuje – odpowiedziała.
Jej słowa zawisły w powietrzu. Kiedy Thor zastanowił się nad tym, zrozumiał, że Gwen była o

wiele  mądrzejsza  niż  mógł  przypuszczać.  Zdał  sobie  też  sprawę,  jak  dobrym  władcą  by  była.  Jego
złość wzmógł dodatkowo fakt, że została pominięta, że życzenie jej ojca zostało zignorowane.

–  Lecz  naprawdę  martwię  się  o  nasze  królestwo  –  powiedziała  –  o  naszą  część  Kręgu.  Kiedy

McCloudowie  dowiedzą  się  o  koronacji  Garetha,  tylko  ich  to  rozzuchwali.  Wszystkich  naszych
wrogów  także.  Gareth  nie  jest  typem  prawdziwego  władcy  i  oni  to  wiedzą.  Narazi  nas  to  na  duże
niebezpieczeństwo.

Thor  zastanawiał  się  nad  wszystkimi  konsekwencjami  zabójstwa  króla.  Wydawały  się  nie  mieć

końca.

–  Lecz  najbardziej  nie  daje  mi  spokoju  to,  że  nikt  nie  zna  jego  zabójcy.  Muszę  się  tego

dowiedzieć.  Nie  spocznę  dopóki  tego  nie  odkryję.  Czuję,  że  i  dusza  mego  ojca  nie  zazna  do  tego
czasu spokoju. Sprawiedliwości musi stać się zadość. Nie ufam nikomu we dworze. Zbyt wielu jest
tam szpiegów i każdy żyje tylko kłamstwem. W zasadzie, jesteś jedyną osobą, której mogę zaufać, a
to  dlatego,  że  jesteś  z  zewnątrz.  Tobie  oraz  moim  braciom  –  Kendrickowi  i  Reece’owi.  Nikomu
innemu.

– Czy masz jakiekolwiek podejrzenia, komu mogłoby zależeć na jego śmierci? – spytał.
– Mam i to wiele. I wiele tropów do zbadania. Podążę za każdym z nich i nie spocznę, póki nie

znajdę zabójcy.

Jej słowa brzmiały niczym oświadczenie, kiedy wypowiadała je wpatrując się w grób ojca. Thor

czuł, z jak dużym przekonaniem to powiedziała i był pewien, że dowie się, kto to zrobił.

Po dłuższej chwili Gwen wstała. Thor również. Stali przy sobie zapatrzeni w grób.
– Chciałabym uciec stąd jak najdalej – powiedziała. – Zostawić to miejsce za sobą. Jakaś część

mnie  najchętniej  nigdy  by  już  tu  nie  wróciła.  Nienawidzę  tego  wszystkiego.  Nie  wiem,  dokąd  to
wszystko  zmierza,  lecz  przeczuwam,  że  skończy  się  tragicznie.  Śmiercią.  Zdradą.  Zabójstwem.
Nienawidzę tego dworu. Nienawidzę bycia w rodzinie królewskiej. Chciałabym wieść proste życie.
Chciałabym, żeby mój ojciec był zwykłym rolnikiem. Wówczas nadal by żył. A to o wiele więcej dla
mnie znaczy niż całe królestwo.

Czując jej ból, Thor objął jej dłonie swymi. Nie cofnęła się.
– Już wkrótce sam będę daleko stąd – powiedział.
Odwróciła się i spojrzała na niego. W jej oczach dostrzegł strach.
– O czym ty mówisz?
Jutro  wyruszamy  w  podróż,  cały  legion.  Na  Rytuał  Stu  Dni.  Popłyniemy  łodziami  na  odległą

wyspę, aby ćwiczyć. Nie wrócę przed jesienią. Jeśli w ogóle wrócę.

Gwen wyglądała na przybitą. Powoli potrząsnęła głową.
– Życie bywa okrutne – powiedziała. – Wszystkie nieszczęścia naraz. Na jej twarzy pojawił się

nagle wyraz zdecydowania.

– Kiedy odpływa łódź?
– Z samego rana.
Uścisnęła jego dłoń.
– To mamy cały dzień dla nas – odrzekła z uśmiechem. – Wykorzystajmy go do ostatka.

background image

Thor uśmiechnął się do niej.
– Ale jak? – spytał.
Uśmiech na jej twarzy tylko się pogłębił.
– Znam idealne miejsce.
Odwróciła się i pociągnęła za sobą. Razem biegli przez pola trzymając się za ręce, z Krohnem u

boku.  Thor  nie  miał  pojęcia,  gdzie  go  prowadziła,  ale  tak  długo,  jak  był  z  nią  nic  innego  się  nie
liczyło.

 

 

 

 

 
Podążali  polami  pełnymi  kwiatów,  pokonując  niewielkie  pagórki,  a  Thor  zachwycał  się  każdą

chwilą spędzoną w towarzystwie Gwen. Wyczuwał, że i ona była radosna. Lecz już nie w tak bujny i
serdeczny  sposób,  który  rozświetlał  wszystko  wkoło.  Jej  tryskający  energią  śmiech  ustąpił  miejsca
ponuremu i poważnemu, który zrodził się wraz ze śmiercią jej ojca.

Szli  polami,  które  mieniły  się  wszystkimi  kolorami  tęczy,  od  róży  i  zieleni  do  fioletów  i  bieli.

Krohn  biegał  dokoła  nich,  jazgocząc  i  podskakując,  wyglądając  na  szczęśliwszego  nawet  od  nich.
Dotarli do wielkiego wzgórza, a kiedy weszli na jego szczyt, Gwen zatrzymała się, a Thor zaraz obok
niej. Wrósł w ziemię oniemiały z wrażenia. W oddali tuż przed horyzontem zobaczył wielkie jezioro.
Jasnobłękitna,  błyszcząca  w  słońcu  woda  była  przeźroczysta  i  czystsza  od  wszystkich,  jakie  Thor
widział  w  swoim  życiu.  Wokoło  piętrzyły  się  strzeliste  góry,  a  ich  klify,  niczym  żywe,  mieniły  się
przeróżnymi kolorami w porannym słońcu.

–  Jezioro  klifów  –  powiedziała.  –  Jest  bardzo  stare;  schowane  tak  dobrze,  iż  nikt  tu  nie

przychodzi.  Odkryłam  je,  kiedy  byłam  dzieckiem.  Miałam  dużo  czasu  i  spędzałam  go  na  pieszych
wędrówkach. Widzisz tą wysepkę, o tam? –spytała wskazując palcem.

Thor zmrużył oczy przed słońcem połyskującym na wodzie i dostrzegł ją. Małą wysepkę położoną

na samym środku jeziora, daleko od brzegu.

– To tam uciekałam będąc dzieckiem. Przeprawiałam się na tej niewielkiej łódce – powiedziała

wskazując tym razem na pokrytą mchem łódkę na brzegu – i sama wiosłowałam. Czasami spędzałam
tam całe dni, z dala od wszystkich. Nikt inny nie mógł tam dotrzeć. Jest to jedyne miejsce nieskalane
jeszcze obecnością nikogo poza mną.

Odwróciła  się  i  spojrzała  na  Thora.  On  również  na  nią  patrzył.  Jej  oczy  jarzyły  się  wszelkimi

kolorami nieba i po raz pierwszy od śmierci króla wydawały się prawdziwie żywe.

– Chcę cię tam zabrać – powiedziała – podzielić się tym z tobą.
Usłyszawszy te słowa, Thor poczuł wzruszenie; tak blisko Gwen nie był jeszcze nigdy.
– Będę zaszczycony – odpowiedział.
Chwyciła jego dłoń i nachyliła się; on również i ich usta spotkały się w pocałunku. Magicznym

pocałunku  –  słońce  wyszło  zza  chmury,  a  Thor  poczuł  jak  po  jego  ciele  rozlewa  się  miłe  ciepło.
Miała miękkie, delikatne wargi. Thor dotknął jej niewiarygodnie gładkiego policzka.

Trwali  w  pocałunku  jeszcze  przez  długi  czas.  W  końcu  Gwen  odsunęła  się  i  z  uśmiechem  na

twarzy chwyciła jego dłoń. Zaczęli schodzić ze wzgórza po łagodnej, opadającej do samego brzegu
jeziora grani i leżącej tam łódki. Thor nie mógł się doczekać.

background image

 
Płynęli  po  spokojnych,  jasnobłękitnych  wodach  jeziora.  Thor  wiosłował  i  wpatrywał  się  w

siedzącą  naprzeciw  niego  Gwen.  Po  chwili  dopłynęli  do  piaszczystego  brzegu  wyspy.  Wyskoczył  z
łodzi,  wciągnął  ją  dalej  na  ląd  i  podał  rękę  Gwen,  która  przy  jego  pomocy  zeskoczyła  na  pokryty
błyszczącym,  czerwonym  piaskiem  brzeg.  Krohn  wyskoczył  zaraz  za  nią  i  zaczął  ganiać  dokoła
popiskując radośnie.

Thor  chwycił  dłoń  Gwen  i  pozwolił  jej  poprowadzić  się  w  głąb  wysepki.  Przybrzeżny  piasek

szybko  ustąpił  połaciom  trawy  i  kwiatów.  Wyspa  rozbrzmiewała  dźwiękiem  kołyszących  się,
egzotycznych,  strzelistych  drzew,  które  chyliły  się  wszędzie  dokoła  smagane  letnią  bryzą,  raz  w  tą,
raz w drugą stronę. Z drzew zaś opadały wszędzie niczym śnieg białe płatki kwiatów. Gwen miała
rację– to miejsce było zaczarowane.

Gwen zachichotała. Jej nastrój widocznie się poprawił. Chwyciła Thora za rękę i poprowadziła

ledwo  widocznym  szlakiem  przez  wijące  się  wszędzie  dokoła  zielone  ścieżki.  Po  sposobie  w  jaki
szła, domyślił się, że znała tu każdy kąt na pamięć. Zastanawiał się, dokąd go prowadzi.

Co chwilę skręcali i zmieniali kierunek. Thor uchylał się często przed zwisającymi tu i ówdzie

gałęziami. W końcu dotarli na małą polanę schowaną wśród drzew w samym środku wyspy. Thor ze
zdumieniem  zauważył  ruiny  niewielkiej,  niszczejącej,  kamiennej  budowli.  Jej  ściany  stały  jeszcze,
lecz  wnętrze  świeciło  pustkami  od  dawien  dawna.  Otwarta  z  każdej  strony,  wystawiona  była  na
działanie  żywiołów,  a  jej  podłogę  pokrywała  warstwa  grubego,  miękkiego  mchu.  Na  jej  środku
wyrastał z ziemi i piął się łagodnie w górę podest tworzący niewielkie, naturalnie nachylone łoże.

Gwen pociągnęła Thora i razem legli obok siebie na plecach, spoglądając na nieboskłon. Krohn

podbiegł i położył się przy Gwen. Chichotała i głaskała kota, a Thor zaczął się zastanawiać, czy aby
Krohn nie lubił jej bardziej od niego. Oparł głowę na rękach na mokrym mchu, i spojrzał w górę na
dwa słońca, jasne, turkusowożółte niebo, drzewa kołyszące się na wietrze i opadające z nich płatki
kwiatów. Letnia bryza zagrała dźwięcznie na ścianach budowli i Thor miał przez chwilę wrażenie, że
razem z Gwen są ostatnimi ludźmi na ziemi. Czuł się tak, jakby udało im się uciec od wszelkich trosk,
jakby  byli  w  bezpiecznym,  chronionym  miejscu,  gdzieś,  gdzie  nikt  nie  mógł  ich  tknąć.  Poczuł  się
rozluźniony jak nigdy przedtem i nie chciał już nigdzie stąd odejść.

Poczuł jej dłoń na swojej i spojrzał na Gwen. Ich palce splotły się, a dotyk jej skóry przyniósł mu

jeszcze większą ulgę. Wszystko na świecie miało nareszcie sens.

Leżąc w ciszy i rozkoszując się chwilą relaksu Thor pomyślał o jutrze, o tym, że będzie musiał ją

opuścić – i ta myśl zabolała go bardzo. Tak jak z wielką ekscytacją oczekiwał wyruszenia na Rytuał,
tak teraz myśl o rozstaniu z Gwen zasmuciła go bardzo. Po tym wszystkim przez co przeszli– śmierci
króla, ich nieporozumieniu i późniejszym pogodzeniu –w końcu czuł, że jest w odpowiednim miejscu.
Zastanawiał się, czy to rozstanie tego nie zepsuje. I jak będzie wszystko wyglądało za te sto dni, czy
nadal będzie jej na nim zależało?

– Żałuję, że muszę jutro wyjechać, zostawić cię tutaj samą – powiedział. Czuł się nieswojo i miał

nadzieję, że jego słowa nie zabrzmiały zbyt rozpaczliwie.

Ku jego zdziwieniu odwróciła się i spojrzała na niego, a jej twarz była uśmiechnięta.
–  Miałam  nadzieję,  że  to  powiesz.  O  niczym  innym  nie  myślałam  od  chwili,  kiedy  mi

powiedziałeś  o  wyprawie.  Myśl  o  tym,  że  musisz  wyjechać  sprawia  mi  ból  nie  do  opisania.  Twój
widok był jedyną rzeczą, która dała mi pocieszenie.

Uścisnęła  jego  dłoń,  przywarła  do  niego  i  pocałowała.  A  on  odwzajemnił  jej  pocałunek.

Całowali się jeszcze przez długą chwilę, po czym ponownie położyli się i leżeli przy sobie.

– A co z twoją matką? – spytał Thor. – Czy nadal zabrania ci widywać się ze mną?

background image

Gwen wzruszyła ramionami.
–  Od  śmierci  ojca  jest  zupełnie  inną  osobą.  Nie  poznaję  jej.  Nie  odzywa  się  ani  słowem  do

nikogo.  Nic,  tylko  patrzy.  Sądzę,  że  jakaś  jej  część  umarła  razem  z  nim.  Nie  wyobrażam  sobie,  że
mogłaby nagle wstać i nas rozdzielić. A nawet jeśli, nie dbam już o to. Jestem sobą. Coś wymyślę.
Wyjadę stąd, jeśli będzie trzeba.

Zaskoczyły go te słowa.
– Opuściłabyś królewski dwór? Dla mnie?
Spojrzała na niego i pokiwała głową. W jej oczach widział miłość. Widział, że była prawdziwa i

jego serce przepełniła wdzięczność.

– Ale dokąd mielibyśmy pójść? – zapytał.
– Gdziekolwiek. Tak długo jak jestem z tobą, to nieważne.
Jego  serce  załomotało.  Nie  mógł  uwierzyć,  że  to  powiedziała.  Wszak  było  to  dokładnie  to,  o

czym sam myślał.

– Zabawne – powiedziała miękkim głosem – jak niektórzy ludzie pojawiają się w twoim życiu w

odpowiedniej  chwili.  Ty,  który  pojawiłeś  się  w  moim  z  chwilą  śmierci  mojego  ojca.  Dziwne.  Nie
wiem,  co  bym  uczyniła,  gdyby  ciebie  tu  nie  było.  I  pomyśleć,  że  prawie  cię  straciłam.  I  to  przez
głupie nieporozumienie.

– Sam często się nad tym zastanawiam – odparł Thor. – Co by było, gdybym nie spotkał Argona

tamtego dnia w lesie? Co by było, gdybym nie spróbował dostać się na królewski dwór i dołączyć do
legionu? Co by było, gdybym nigdy ciebie nie spotkał? Jak bardzo różniłoby się moje życie?

Zapadła długa, krzepiąca cisza.
–  Ciężko  pojąć,  że  już  jutro  będziesz  tak  daleko  stąd  –  powiedziała.  –  Na  łodzi,  na  wodach

oceanu, w odległej krainie, pod zupełnie innym niebem.

Podniosła się i spojrzała na niego. W jej oczach dostrzegł zaciętość.
–  Obiecujesz,  że  wrócisz  do  mnie?  –  zapytała  nagle  zaniepokojona.  Widział,  jak  bardzo  to

przeżywała. Jednak nie odstraszyło go to – jego uczucia pozostały niezmienione.

Spojrzał na nią z taką samą powagą.
– Obiecuję – odpowiedział.
–  Przysięgnij  –  powiedziała.  –  Przysięgnij,  że  wrócisz.  Że  nie  zostawisz  mnie  tutaj.  Że  bez

względu na wszystko wrócisz dla mnie.

Wyprostowała ręce, a Thor złapał je i spojrzał w jej oczy z równie głęboką powagą.
– Przysięgam – odpowiedział. – Wrócę dla ciebie. Bez względu na wszystko.
Gwen  wpatrywała  się  w  jego  oczy  przez  długą  chwilę,  po  czym  nachyliła  się  i  pocałowała  go

namiętnie. Ujął jej policzki w swe dłonie i przyciągnął do siebie. Próbował wyryć w swej pamięci
to,  jak  miękka  była  jej  skóra,  jak  dźwięczał  jej  głos,  jak  pachniały  jej  włosy,  zachować  te
wspomnienia  głęboko  w  umyśle,  żeby  nawet  za  sto  dni  ich  nie  zapomnieć.  Lecz  w  tym  momencie
odezwały się jego moce. Jego szósty zmysł podpowiadał mu szeptem, nawet w tej chwili radosnego
uniesienia, że pewnego dnia ich miłość spowije mrok. I że przysięga, którą przed chwilą złożył może
kosztować go życie.

 

background image
background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

background image
background image

 
Pierwsze słońce wstało już wiele godzin temu, a drugie właśnie chyliło się ku horyzontowi. Erec

jechał  cały  ten  czas  bez  przystanku.  Polna  ścieżka  wreszcie  ustąpiła  coraz  szerszemu  traktowi,
którego  powierzchnia,  wygładzona  i  utwardzona,  stawała  się  z  każdym  krokiem  mniej  wyboista.  W
miejsce zalegających na niej kamieni o ostrych krawędziach pojawiły się delikatne otoczaki, które z
kolei  zastąpiły  białe  gładkie  muszelki.  Erec  wiedział  już,  że  jest  coraz  bliżej  miasta.  Z  czasem
pojawili się ludzie podróżujący piechotą, dźwigający wszelkiego rodzaju dobra i towary. Ich głowy
przykrywały  szerokie  kapelusze  chroniące  przed  upalnym  słońcem.  Na  drodze  robiło  się  coraz
tłoczniej. Ludzie zmierzali w obydwu kierunkach, niektórzy prowadzili woły, inni jechali powozami.
Był cudowny letni dzień. Sądząc po ilości przejechanych dni, Erec zakładał, że zbliża się do Savarii,
twierdzy  Południa.  Miasto  słynęło  z  pięknych  kobiet,  mocnego  wina  oraz  wspaniałych  rumaków.
Erec słyszał o nim już wiele razy, lecz nigdy jeszcze nie miał okazji go odwiedzić. Był jeszcze jeden
powód,  dla  którego  Savaria  była  tak  popularna:  co  roku  odbywał  się  tu  turniej  walki  na  kopie.
Nagrodą dla zwycięzcy była panna, którą sam mógł sobie wybrać na żonę. Kobiety z całego Kręgu
przybywały  tu  zatem  z  nadzieją,  że  zostaną  wybrane.  Zjeżdżali  się  tu  również  sławni  rycerze  ze
wszystkich prowincji z nadzieją na zwycięstwo.

Erec  pomyślał,  iż  było  to  najlepsze  miejsce,  od  którego  mógł  zacząć  swój  rok  Selekcji.  Nie

oczekiwał, że to tu znajdzie żonę, i to tak od razu, ale mógł przynajmniej poćwiczyć i utrzymać swe
umiejętności walki na kopie na wysokim poziomie. Będąc prawą ręką króla, najlepszym rycerzem w
królestwie, Erec nie wątpił, że mógł pokonać każdego przeciwnika. I nie była to oznaka pychy, tylko
wiedza o swoich umiejętnościach w porównaniu z innymi rycerzami. Minęło wiele lat, od kiedy ktoś
go pokonał. To, że nie potrafił znaleźć sobie żony było zupełnie inną historią.

Wjechał na wzgórze, a kiedy dotarł na jego szczyt ujrzał przed sobą wielkie, rozległe miasto: z

zamkami, balustradami, wieżami i szpicami oraz potokiem leniwie przepływającym w ich okolicy. Ze
wszystkich  stron  okalał  je  starożytny,  gruby  na  dwóch  chłopa  mur.  Savaria  była  pięknym  miastem,
uroczym wręcz, lecz nie aż tak wielkim, co królewski dwór, mimo to słusznych rozmiarów. Budynki o
niskich  sklepieniach  były  w  całości  zbudowane  z  kamienia.  Ich  dachy  pokrywała  dachówka,  a  z
wielu  kominów  unosił  się  wolno  dym.  Kiedy  Erec  wstrzymał  konia,  aby  przyjrzeć  się  miastu,
dostrzegł  czujkę  na  jednej  z  wysokich  miejskich  wież  –  chłopca  odzianego  w  czerwono–zielone
kolory Południa. Młodzian skoczył na nogi i zaczął szaleńczo wymachiwać rękoma w kierunku Ereca.
Zadął na długiej trąbie – witając i ogłaszając w ten sposób przybycie głównego strażnika króla. Erec
zauważył  też,  że  krata  za  zwodzonym  mostem  uniosła  się  i  przejechali  pod  nią  dwóch  konnych
jeźdźców, po czym ruszyli galopem w jego kierunku.

Przyszło mu na myśl, że członkowie Srebrnej Gwardii bardzo rzadko zapuszczali się tak daleko

na  południe,  oraz  że  przybycie  jednego  z  nich,  a  zwłaszcza  kogoś  bezpośrednio  z  królewskiego
dworu,  wystarczyło  by  ogłosić  dzień  niemal  świętem.  A  już  sam  fakt,  że  oto  przybył  Erec  –
najbardziej hołubiony członek Srebrnej Gwardii oraz królewski czempion – musiał wywołać niezłe
zamieszanie.  Widział  z  tej  odległości  entuzjazm  chłopca,  zbierające  się  tłumy  ludzi  na  wieżach  i
radość jeźdźców jadących by go powitać.

Zatrzymali  dyszące  od  wysiłku  konie  i  powitali  Ereca  uśmiechem  schowanym  pod  rudymi

brodami Savarian.

– Mój panie – zawołał jeden z nich. – To wielki zaszczyt gościć cię w naszych progach! Minęło

wiele lat od momentu, kiedy ostatni raz odwiedził nas ktoś z królewskiego dworu.

– Co cię do nas sprowadza? – spytał drugi z przybyłych. – Festiwal?
–  Owszem  –  odparł  Erec.  Właśnie  rozpoczął  się  mój  rok  Selekcji.  Obawiam  się,  że  byłem  jak

background image

dotąd zbyt wybredny.

Obaj żołnierze zareagowali na te słowa śmiechem.
–  To  akurat  mogę  zrozumieć  –  powiedział  ten  pierwszy.  –  Nie  udało  mi  się  znaleźć  żony  przed

moim rokiem Selekcji, ani przed jego ukończeniem. Dostałem więc żonę z przydziału. I rozpaczam z
tego powodu po dziś dzień! – powiedział z rubasznym śmiechem. – Nie ma dnia, żeby nie suszyła mi
głowy i przypominała, że jej nie wybrałem!

Erec zaśmiał się.
–  Mój  rok  Selekcji  zaczyna  się  w  przyszłym  sezonie  –  powiedział  drugi  żołnierz.  –  Mam

nadzieję, że uda mi się wybrać jakąś pannę do tego czasu.

– Cóż, Dopiero wyruszyłem w swoją podróż – powiedział Erec. – Nie wiem, czy to tutaj znajdę

przyszłą żonę. Ale z ochotą obejrzę wasze miasto. I stanę w szranki w turnieju.

–  I  bardzo  dobrze,  mój  panie  –  odpowiedział  dobrodusznym  tonem  jeden  z  jeźdźców.  –  Nasz

książę  z  największą  przyjemnością  ugości  cię  panie.  Nam  zaś  uczynisz  zaszczyt,  jeśli  pozwolisz
towarzyszyć  sobie  do  zamku.  Musisz  wiedzieć,  że  przyjazd  królewskiej  prawicy  to  dla  nas  ważne
wydarzenie! W naszych progach będziesz traktowany jak członek rodziny królewskiej!

Erec roześmiał się.
–  Żaden  ze  mnie  członek  rodziny  królewskiej  –  powiedział  ze  skromnością.  –  Jestem  tylko

zwykłym rycerzem.

–  Daleko  ci  do  tego,  panie  –  skwitował  drugi  mężczyzna.  –  Słyszeliśmy  opowieści  o  twych

podbojach w odległych krainach.

– Wykonuję tylko swoje obowiązki wobec króla. Nic poza tym. A propos, będę zaszczycony, jeśli

zechcecie towarzyszyć mi w drodze do miasta. Jedźmy więc do księcia!

Zawrócili  i  w  trójkę  pojechali  kłusem  drogą  ku  uciesze  i  zadziwieniu  gromadzącej  się  coraz

licznie gawiedzi, chcącej chociaż na chwilę ujrzeć Ereca.

Przejeżdżając  przez  masywną,  łukowatą,  zbudowaną  z  kamienia  bramę  Savarii,  Erec  nie  mógł

wyjść z podziwu jak wiele ludzi przyszło, by go zobaczyć. Pojechali dalej, ku centralnemu miejscu
miasta:  szerokiemu  placowi  z  kamienną  posadzką,  otoczonemu  starożytnymi,  kamiennymi  murami.
Książę w otoczeniu tuzina swych ludzi wyjechał już im naprzeciw, by powitać Ereca. Razem z nim
pojawiły  się  dziesiątki  kobiet  ubranych  w  swe  najlepsze  szaty,  mających  nadzieję,  że  uda  im  się
przyciągnąć uwagę Ereca. Każda piękniejsza była od poprzedniej. Erec nie mógł w to uwierzyć. Tyle
zainteresowania i to wyłącznie jego osobą? Poczuł się bardziej popularny niż na to zasługiwał.

W  miarę  jak  książę  zbliżał  się  do  niego,  Erec  przypomniał  go  sobie.  Spotkał  go  już  raz,  we

dworze  królewskim,  z  okazji  jakiegoś  królewskiego  wydarzenia.  Był  wysoki  i  szczupły,  idealnie
wyprostowany; wyglądał mężnie i walecznie. Tuż obok księcia Erec z radością zauważył jednego ze
swych dawnych braci broni, byłego członka Srebrnej Gwardii i wojownika, u którego boku stoczył
wiele bitew. Byli w tej samej grupie w legionie. Jego widok przywołał wiele dawnych wspomnień.
Przeszli  razem  wiele  i  z  wielu  tarapatów  udało  im  się  razem  wydostać.  Brandt.  Z  ciepłym
spojrzeniem jego zielonych oczu oraz blond brodą wyglądał dokładnie tak, jakim pożegnał go Erec
wiele lat temu.

Twarz  Brandta  rozjaśnił  szeroki  uśmiech,  kiedy  wraz  z  księciem  zeskoczyli  ze  swoich

wierzchowców. Erec również zsiadł ze swego i pospieszył im na powitanie.

–  Erec,  ty  skurczybyku!  –  zawołał  Brandt  śmiejąc  się  rubasznie.  –  Zawsze  myślałem,  że  nie

wytkniesz nosa z królewskiego dworu!

I objął go serdecznie.
– Nigdy nie myślałem, że cię jeszcze kiedykolwiek zobaczę, stary druhu.

background image

–  Twoja  obecność  raduje  nas  niezmiernie!  –  powiedział  książę  i  uściskał  Ereca  serdecznie

ramieniem. – Wiele lat minęło, od kiedy ostatni raz się widzieliśmy. Jesteś tu wielce mile widziany.
Twoja wizyta znaczy dla nas tyle, co przyjazd samego króla.

– STRAŻE! – odwrócił się i ponad ramieniem zawołał książę.
Kilku strażników podbiegło szybko do niego.
–  Przygotować  salę  bankietową!  Wszyscy  będziemy  dziś  świętować  na  cześć  naszego  brata

Ereca.

– Słuchajcie, słuchajcie! – wiwatował wesoło tłum.
– A co sprowadza cię tutaj? – spytał Brandt. – Czy król przysyła cię do nas?
– Obawiam się, że nie. Tym razem przybywam z… osobistą misją.
Brandt przyjrzał się mu uważnie, zmarszczył brwi, po czym jego twarz rozjaśnił uśmiech.
– Nie mów – powiedział Brandt. – Ty psie! Doczekałeś się swego roku Selekcji! Nie znalazłeś

nikogo,  co?  Ty  skurczysynu!  Wiedziałem!  Wiedziałem,  że  się  będziesz  ociągał!  Zawsze  bardziej
pociągała cię broń aniżeli niewiasty. Nigdy nie mogłem zrozumieć, na co tak czekasz. Połowa kobiet
w królewskim dworze rzucała ci się do nóg.

Erec ryknął śmiechem.
– Też nie wiem, na co mi było tak czekać, przyjacielu. Ale masz rację, oto jestem. Pomyślałem, iż

mógłbym wziąć udział w waszym turnieju.

– Ooo! – krzyknęli razem.
– Staniesz zatem w szranki? – spytał książę. – W takim razie wynik turnieju jest już przesądzony!

Bo któżby miał wygrać z tobą?

–  Ja  mogę  utrudnić  mu  trochę  to  zadanie!  –  zawołał  Brandt.  –  W  rzeczy  samej.  Ostatnio,  jeśli

mnie pamięć nie myli, to ja dawałem ci lanie na terenie legionu.

Erec roześmiał się.
– Tak sądzisz? – spytał Erec.
– Tak. Mieliśmy po dziesięć lat. I nie miałeś żadnej szansy! – krzyknął Brandt.
Erec zaśmiał się ponownie.
– Od tego czasu nigdy już cię nie pokonałem – w zasadzie nikt cię nie pokonał, więc nie jest tak

źle. Zawsze jednak mogę spróbować ponownie, co? – zapytał Brandt roześmiany.

Brandt objął Ereca ramieniem i poprowadził przez tłum w kierunku zamku. Książę wraz ze swoją

świtą podążyli za nimi.

– Z drogi zbóje! – krzyknął pogodnym głosem Brandt. – Mamy tu prawdziwego rycerza Srebrnej

Gwardii!

Erec zaśmiał się kolejny raz. Dobrze było spotkać się po latach ze starym przyjacielem.
– Może i jesteś lepszy w walce, ale to ty padniesz pierwszy pod stół od napitku! – powiedział

Brandt po drodze.

– Jeszcze zobaczymy – odparł Erec.
–  Twój  udział  w  turnieju  wywoła  prawdziwą  sensację  –  powiedział  książę.  Zwłaszcza  wśród

tych pań. Tylko popatrz. Każda jedna gapi się na ciebie. Cóż, przybyły tu z najodleglejszych zakątków
Kręgu by znaleźć męża – i to ty ze wszystkich najbardziej się nadajesz!

Na wieczornej uczcie – dodał Brandt – będziesz miał okazję przyjrzeć się im wszystkim z bliska.

Wszystkie,  co  do  jednej  tam  się  stawią.  Będziesz  miał  z  czego  wybierać.  Mam  nadzieję,  że
oświadczysz  się  którejś  dziś  wieczór.  Tak,  to  z  pewnością  znacznie  podniesie  poziom
zainteresowania naszymi zawodami!

Szli  dalej  wśród  tłoczącej  się  gawiedzi,  dziesiątek  kobiet  i  innych  rycerzy,  którzy  chcieli

background image

przyjrzeć  się  nowo  przybyłej  konkurencji.  Erec  był  szczęśliwy  mogąc  iść  w  towarzystwie  starego
przyjaciela,  czując  się  bardzo  mile  widzianym  gościem.  Z  utęsknieniem  myślał  o  wieczornej
zabawie, zwłaszcza po całym dniu spędzonym w siodle. Był też trochę przytłoczony: nie był pewien,
czy jest gotowy już tego wieczora wybrać narzeczoną.

Jednak mijając kobiety, jedna piękniejsza od drugiej, miał wrażenie, że dzisiejsza noc wszystko

zmieni.

 

background image
background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

background image
background image

 
Był wczesny poranek. Godfrey siedział przy barze niewielkiej oberży, czując jak wypity już o tej

porze  alkohol  uderza  do  głowy.  Był  to  najgorszy  tydzień  ze  wszystkich,  które  mógł  spamiętać.
Najpierw śmierć i pogrzeb jego ojca; potem ceremonia koronacyjna jego brata Garetha. Musiał się
napić.  Wszak,  w  jaki  inny,  lepszy  sposób  mógłby  uczcić  brata,  którego  nienawidził?  W  jaki  inny,
lepszy sposób pożegnać ojca, który nienawidził i nie aprobował go przez całe jego życie?

Siedząc  w  otoczeniu  dwóch  kompanów  od  kufla  –  Akortha,  wysokiego  i  przysadzistego

mężczyzny nie pierwszej już młodości, którego twarz zakrywała niechlujna, ruda broda oraz Fultona,
chudego i starszego o zbyt zachrypniętym głosie i z twarzą przedwcześnie postarzałą od przepicia –
Godfrey ze zdziwieniem stwierdził, że pogrąża się w rozpaczy. Zawsze uważał, że dzień, w którym
umrze  jego  ojciec  będzie  dniem  radosnego  świętowania,  dniem,  w  którym  wreszcie  będzie  miał
swego ciemiężcę z głowy, w którym w końcu będzie mógł swobodnie pić i żyć własnym życiem bez
narażania  się  na  przykre  konsekwencje.  W  pewnej  mierze  tak  się  stało.  Czuł  coś  jakby  ulgę,
wyzwolenie,  iż  nie  było  już  ojca,  który  mógłby  patrzeć  na  niego  z  dezaprobatą.  Czuł  większą
swobodę  wyboru  własnego  sposobu  na  życie,  możliwości  picia  przez  całe  dni  bez  obawy  przed
kolejnymi oskarżeniami.

Jednak  ku  swemu  zdziwieniu  czuł  też  nieoczekiwany  przypływ  skruchy.  Coś  w  nim,  głęboko

ukrytego  i  stłumionego,  coś,  z  czego  nie  zdawał  sobie  sprawy,  zaczęło  kipieć,  budzić  się  do  życia.
Nie  mógł  uwierzyć,  że  w  jakiejś  mierze  pogrążał  się  w  smutku  z  powodu  śmierci  ojca.  Chciał  tak
naprawdę,  aby  ten  nadal  żył.  Pożądał  jego  aprobaty.  Żeby  choć  przez  chwilę  jego  ojciec
zaakceptował to, kim był jego syn, jakie życie sobie wybrał. Nawet jeśli tak bardzo różniło się od
jego.

Dziwna rzecz, ale nie czuł się wyzwolony. Zawsze oczekiwał, że w dniu, w którym umrze jego

ojciec, będzie mógł pić do woli, a nawet jeszcze więcej, że zamknie się z kompanami w oberży na
długi czas. Lecz teraz, kiedy ten dzień nadszedł, Godfrey nie miał już jakoś ochoty na picie. Czuł w
sobie  coś,  czego  nie  doświadczył  jeszcze  nigdy  w  życiu,  pragnienie  by  wyjść  i  coś  zrobić.  Coś
odpowiedzialnego, choć nie wiedział, co by to miało być. Dziwne było to uczucie. Coś sprawiało, że
faktycznie czuł się tak, jakby był na miejscu ojca.

–  Jeszcze  jedna!  –  krzyknął  Akorth  do  oberżysty,  który  podbiegł  do  nich  z  nową  kolejką  trzech

kufli wypełnionych spienionym piwem i wcisnął jeden do rąk Godfreya.

Godfrey podniósł go, przyłożył do ust i pił długo głośno łykając, czując jak napitek uderza mu do

głowy. Rozejrzał się i zorientował, że nikogo poza nimi tu nie było. Nie zdziwił się jednak, gdyż był
to dopiero wczesny ranek. A on chciał, żeby ten cały dzień już się skończył.

Spojrzał  w  dół  na  swoje  buty  ubrudzone  ziemią  z  miejsca  pochówku  ojca  i  znów  ogarnął  go

smutek.  Nie  potrafił  wyrzucić  ze  swej  głowy  widoku  ciała  ojca  znikającego  w  ziemi.  Sprawiał,  że
zaczynał  myśleć  o  swojej  śmiertelności,  o  tym  jak  spędził  swe  życie  do  tej  pory,  i  jak  będzie
wyglądać jego reszta. Ponad wszystko jednak, sprawiał, że Godfrey zaczął zdawać sobie sprawę, iż
je zmarnował. Był jeszcze młody, miał zaledwie osiemnaście lat, ale czuł, przynajmniej częściowo,
że  było  już  dla  niego  za  późno,  że  stał  się  tym,  kim  teraz  był.  Ale  czy  na  pewno?  Może  istniała
jeszcze nadzieja, że zmieni swe życie całkowicie? Że stanie się takim synem, jakiego chciał zawsze
widzieć jego ojciec?

– Myślisz, że dla mnie już za późno? – zapytał Akortha odwróciwszy się do niego i odłożywszy

swój  kufel  na  blat.  Akorth  dokończył  kufel  trzymany  w  jednej  ręce  i  upił  duży  łyk  z  trzymanego  w
drugiej. Odłożył go w końcu i beknął głośno.

– Co masz na myśli?

background image

–  Żeby  stać  się  porządnym  obywatelem.  Wojownikiem.  Lub  aby  zrobić  coś  wartościowego.

Gdyby przyszła mi na coś kiedykolwiek ochota. Coś dobrego.

– Znaczy coś odpowiedzialnego, wartościowego ze swoim życiem? – spytał.
– Tak.
– Znaczy zostać jednym z nich? – wtrącił Fulton.
– Tak – odparł Godfrey. – Gdybym zechciał. Myślicie, że już na to za późno?
Akorth wybuchnął potężnym śmiechem, od którego zatrząsł się cały bar, i walnął dłonią w blat.
– Zaszło ci chłopcze to wszystko za skórę, co? – ryknął Akorth. – Aż strach słyszeć takie słowa u

ciebie! Dlaczego niby chciałbyś być jednym z nich? Nie wyobrażam sobie nic bardziej nudnego.

– Wiedziesz piękne życie tu, przy nas – powiedział Fulton. – Przed nami jeszcze wiele lat. Po co

je marnować na robieniu czegoś odpowiedzialnego, kiedy możesz marnować je na piciu?

Fulton zaśmiał się głośno ze swego żartu, a Akorth dołączył do niego.
Godfrey  odwrócił  się,  spojrzał  na  swój  kufel  i  zaczął  zastanawiać  się,  czy  mieli  rację.

Częściowo  się  z  nimi  zgadzał:  właśnie  w  ten  sposób  zawsze  rozumował,  usprawiedliwiał  swoje
dotychczasowe  życie,  swoją  egzystencję.  Nie  mógł  jednak  zaprzeczyć,  że  nachodziły  go  ostatnio
myśli, ze może jednak jest coś jeszcze. Że może dość już miał dotychczasowego marnotrawstwa.

Przede  wszystkim  jednak  czuł,  że  rośnie  w  nim  gniew.  I  co  dziwne,  chęć  wymierzenia

sprawiedliwości. Nie w stosunku do ojca, ale do jego mordercy. Być może chodziło tylko o to, żeby
zrozumieć.  Chciał  –  nie,  musiał  –  dowiedzieć  się,  kto  zabił  jego  ojca.  Komu  zależało  na  jego
śmierci?  I  dlaczego?  Jak  udało  im  się  przechytrzyć  wszystkie  straże?  W  jaki  sposób  uniknęli
pojmania?

Rozważał  wszystkie  możliwości  raz  po  raz;  myślał  o  ludziach,  którym  mogłoby  zależeć  na

śmierci  króla.  Z  jakiegoś  powodu,  cały  czas  jego  myśli  wracały  do  brata  –  Garetha.  Do  spotkania
ojca z ich całym rodzeństwem, tego, które tak obcesowo opuścił, tego, na którym ojciec wyznaczył
swego następcę. Dowiedział się później, że ojciec wybrał Gwendolyn. Był to najprawdopodobniej
jedyny słuszny wybór, jakiego dokonał w całym swoim życiu – i jedyny, z którego powodu Godfrey
poczuł  szacunek  do  ojca.  Godfrey  pogardzał  Garethem:  jego  brat  był  złym,  wiecznie  spiskującym
intrygantem.  Odcięcie  Garetha  od  władzy  było  chyba  najmądrzejszą  decyzją  ze  wszystkich,  jakie
podjął w swoim życiu ich ojciec. A mimo to, stało się to, co się stało. Gareth został królem.

Coś nie dawało mu spokoju, coś, co nie chciało zniknąć i cały czas nakręcało jego rozważania o

Garethie.  W  jego  oczach  dostrzegał  nienawiść,  już  od  najwcześniejszych  lat  dzieciństwa.
Zastanawiał się, czy przypadkiem Gareth nie miał coś wspólnego z zabójstwem ich ojca. W rzeczy
samej,  coś  mu  mówiło,  że  tak  właśnie  było.  Nie  wiedzieć,  dlaczego.  Wiedział  też,  że  nikt  nie
potraktuje go poważnie. Nie Godfreya – tego pijusa.

Mimo to jednak coś kazało mu poszukać odpowiedzi. Jeśli nie z innego powodu, to przynajmniej

dlatego,  aby  zrekompensować  te  wszystkie  lata  ojcu,  nadrobić  zmarnowany  czas.  Jeśli  nie  mógł
zdobyć przychylności ojca za życia, to może uda się to po jego śmierci.

Siedział  przy  barze  rozcierając  czoło,  próbując  skupić  się  na  swych  myślach,  dotrzeć  do  sedna

tego wszystkiego. Coś czaiło się w ciemnych zakątkach jego świadomości, jakaś wiadomość, która
uparcie go dręczyła. Jakiś obraz, wspomnienie. Nie mógł dokładnie sobie przypomnieć, ale wiedział,
że to było ważne.

Kiedy tak siedział łamiąc sobie głowę i próbując zagłuszyć odgłosy śmiechu, nagle to do niego

dotarło. Tamtego dnia, w lesie widział Garetha i Firtha, jak szli dokądś razem. Przypomniał sobie, że
wydało mu się to wtedy dziwne. Nie potrafili powiedzieć, ani gdzie idą, ani gdzie byli.

Nagle usiadł prosto jak porażony. Zwrócił się w kierunku Akortha.

background image

– Pamiętasz ten dzień w lesie, kiedy spotkaliśmy mojego brata Garetha?
Akorth  zmarszczył  brwi  w  widocznym  wysiłku  zebrania  myśli  wbrew  alkoholowemu

otumanieniu.

– Pamiętam, jak widzieliśmy go razem z tym jego kochasiem! – zadrwił Akorth.
– Szli za rączkę, jak mniemam! – wtrącił Fulton i wybuchnął śmiechem.
Godfrey próbował się skoncentrować. Nie miał nastroju wysłuchiwać ich żartów.
– Ale przypominacie sobie chyba, z którego kierunku szli?
– Z którego? – spytał skonsternowany Akorth.
– Spytałeś ich, ale nie odpowiedzieli – powiedział Fulton.
Godfrey pomyślał o czymś i myśl ta wydała mu się bardzo prawdopodobna.
–  Dziwne,  nie?  Spacerowali  sobie  sami  tak  pośrodku  niczego?  Pamiętasz,  co  miał  na  sobie?

Pelerynę  z  kapturem  w  upalny  letni  dzień?  Idąc  szybkim  krokiem  tak,  jakby  dokądś  zmierzał  lub
stamtąd wracał.

Wraz z każdym swoim słowem Godfrey przekonywał się coraz bardziej do tego pomysłu.
Akorth spojrzał na niego, zakłopotany.
– Co takiego próbujesz nam powiedzieć? – zapytał. – Jeśli oczekujesz ode mnie, że to rozgryzę,

to trafiłeś pod zły adres przyjacielu. Powiem ci tylko tyle, że jeśli chcesz dotrzeć do sedna, napij się
jeszcze! – krzyknął i zaryczał śmiechem.

Godfrey  mówił  jednak  poważnie.  Jego  umysł  wyostrzył  się  i  nie  miał  zamiaru  pozwolić,  by

cokolwiek go rozproszyło.

–  Myślę,  że  gdzieś  szedł  –  dodał  wypowiadając  swe  myśli  na  głos.  –  Myślę,  że  obaj  dokądś

zmierzali. I sądzę, że nie mieli dobrych zamiarów.

Odwrócił się i spojrzał na swych kompanów.
– I sądzę, że miało to coś wspólnego ze śmiercią mego ojca.
Akorth i Fulton zamilkli w końcu i przyjrzeli mu się. Uśmiech na ich twarzy znikł jak kamfora.
– To śmiały domysł – powiedział Akorth.
– Oskarżasz brata i jego kochanka o to, że zabili króla? – spytał Fulton.
Oberżysta stanął jak wryty i również spojrzał na niego.
Próbował  to  rozgryźć.  Jego  umysł  pracował  na  zwiększonych  obrotach.  Czuł  napięcie.  Miał

świadomość istnienia celu, misji, którą musiał podjąć. Było to uczucie całkiem mu obce.

– Dokładnie to powiedziałem – powiedział w końcu.
– Niebezpieczna gadka – ostrzegł go oberżysta. – Twój brat jest teraz królem. Ktoś usłyszy twoje

słowa i wylądujesz w lochu.

Mój  ojciec  jest  królem  –  poprawił  go  Godfrey  żelaznym  tonem.  Czuł  w  sobie  przypływ  nowej

siły.  –  Mój  brat  Gareth  tylko  nosi  koronę.  Nie  jest  królem.  Raczej  królewiczem  jak  ja.  I  to
beznadziejnym.

Oberżysta tylko pokręcił głową i odwrócił wzrok.
–  Dokąd  oni  wtedy  szli?  Co  tam  jest,  w  tym  lesie?  –  Godfrey  spytał  Akortha  z  nagłym

zaniepokojeniem, chwytając go za nadgarstek.

– Spokojnie, mój przyjacielu, nie trzeba się tak od razu denerwować–––
– Zapytałem, co tam jest? – zażądał Godfrey niemal krzykiem.
Akorth rzucił mu spojrzenie, którego Godfrey nigdy jeszcze u niego nie widział. Był wstrząśnięty.

Być może nawet poczuł szacunek.

– Co w ciebie wstąpiło? Nie znam odpowiedzi na twoje pytania. Nie mam pojęcia.
– Chwila, coś tam jednak jest – powiedział Fulton.

background image

Godfrey odwrócił się i spojrzał na niego.
–  Nie  dokładnie  tam,  ale  w  pobliżu.  Blackwood.  Kilka  mil  dalej.  Krążą  pogłoski  o  chacie

wiedźmy ukrytej gdzieś w lesie.

– Chacie wiedźmy? – powtórzył powoli Godfrey. Myśl ta przebiła go niczym włócznia.
– No tak. Tyle, że to plotka. Myślisz, że to tam szli?
Godfrey stoczył się ze swego stołka, przewracając go jednocześnie i jednym susem pokonał izbę.

Jego kompani skoczyli na nogi i ruszyli za nim.

– Gdzie idziesz? – zawołał Akorth. – Straciłeś rozum?
Godfrey  otworzył  drzwi  jednym  szarpnięciem.  Ostre  poranne  światło  uderzyło  go  w  twarz

sprawiając, że pierwszy raz od długiego czasu poczuł, że naprawdę żyje. Zatrzymał się, odwrócił i
ostatni raz objął spojrzeniem całą gospodę.

– Zamierzam odszukać mordercę mojego ojca.
 

background image
background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

background image
background image

 
Steffen skulił się pod batem swego pana. Zgiął się w pół i przygotował na kolejne razy spadające

na jego plecy. Zakrył rękoma tył głowy próbując ochronić ją przed najgorszym uderzeniem.

–  Kazałem  ci  opróżnić  kubeł,  kiedy  był  pełen!  Patrz,  jakiego  bałaganu  narobiłeś!  –  wrzeszczał

jego pan.

Steffen nienawidził, jak się na niego wrzeszczało. Urodził się zdeformowany: z garbem wyrosłym

na  plecach  oraz  przedwcześnie  postarzałym  wyglądem  był  obiektem  krzyków  i  obelg  od
najmłodszych lat swego dzieciństwa. Nigdy nie pasował ani do swego rodzeństwa, ani do przyjaciół,
nikogo.  Jego  rodzice  próbowali  udawać,  że  go  po  prostu  nie  ma,  a  kiedy  już  podrósł  trochę,
wyrzucili go z domu pod jakimś błahym pretekstem. Byli z jego powodu wiecznie zażenowani.

Od tamtej chwili jego życie było ciężkie i pozbawione jakiegokolwiek towarzysza. Musiał radzić

sobie  sam.  Po  latach  wykonywania  najróżniejszych  rzeczy,  żebrania  na  ulicach,  kiedy  zmusił  go  do
tego  los,  znalazł  w  końcu  zajęcie  we  wnętrzu  królewskiego  zamku,  harując  z  pozostałą  służbą  w
pomieszczeniach  z  kubłami  na  odchody.  Jego  zadanie  od  wielu  lat  polegało  na  tym,  że  czekał  aż
wielki, żelazny kubeł wypełni się ściekami z pięter położonych wyżej i następnie wynosił go z innym
sługą tylnymi drzwiami zamku, potem przez pola aż do rzeki, do której wylewali jego całą zawartość.

Przez  te  wszystkie  lata  nauczył  się  wprawnie  wykonywać  swoją  pracę,  a  ponieważ  jego  ciało

uległo deformacji, zanim jeszcze się narodził, taszczenie kubła nie mogło już bardziej mu zaszkodzić.
Smród ekskrementów był oczywiście nie do zniesienia, jednak nauczył się go blokować. Nauczył się
odpływać myślami w odległe miejsca, fantazje. Wyobrażał sobie inne barwne światy i przekonywał
samego siebie, że był wszędzie, tylko nie tu. Jednym z jego darów w życiu była bogata wyobraźnia i
niewiele było mu trzeba, by przenosić się w inne krainy. Innym darem była umiejętność obserwacji.
Wszyscy go lekceważyli, ale on widział i słyszał wszystko. I wchłaniał niczym gąbka. Był o wiele
bardziej wrażliwy i spostrzegawczy niż ktokolwiek przypuszczał.

Z tego powodu, tego dnia, kiedy sztylet odbijając się od kamiennych ścian spadł zsypem do kubła,

tylko  Steffen  to  zauważył.  Usłyszał  niewielką  różnicę  w  plusku,  jaki  wywołał.  To  nie  było  nic
ludzkiego,  raczej  metalicznego.  Usłyszał  prawie  niesłyszalny  dźwięk  metalu  osiadającego  na  dnie
kubła – i od razu zrozumiał, że coś było nie tak. Coś się nie zgadzało. Ktoś wrzucił coś do zsypu, coś,
czego nie powinien zrzucać, czy to przez przypadek, czy raczej naumyślnie.

Steffen  zaczekał  chwilę  gdy  nikt  nie  patrzył  i  podszedł  do  kubła  po  kryjomu,  podwinął  rękaw,

zatkał  nos  i  sięgnął  w  głąb  niemal  po  szyję.  Przesuwał  dłoń  po  dnie,  aż  w  końcu  to  znalazł.  Miał
rację: coś tam było – długie i metalowe. Chwycił i wyciągnął. Czuł, zanim jeszcze to zobaczył – to
był  sztylet.  Wyjął  szybko,  przyjrzał  się  przez  krótką  chwilę,  poczym  owinął  szmatą  i  ukrył  za
obluzowaną cegłą.

Teraz, kiedy wszystko ucichło, rozejrzał się, upewnił jeszcze raz, że nikt go nie widzi i nie grozi

mu żadne niebezpieczeństwo, podbiegł do cegły, wyjął sztylet z pakunku i obejrzał go dokładnie. Był
niepodobny  do  żadnych,  jakie  do  tej  pory  widział.  Z  pewnością  nie  należał  do  kogoś  z  nizin
społecznych. Raczej do arystokracji. Był dziełem sztuki, bardzo wartościowym i drogim.

Podniósł  w  kierunku  światła  rzucanego  przez  pochodnię  i  obrócił  w  każdą  stronę.  Zauważył

jakieś  plamy.  Plamy,  których  nie  dawało  się  usunąć.  Zorientował  się  przerażony,  że  to  krew.
Przypomniał sobie, że ostrze wpadło do kubła tej samej nocy, kiedy zamordowano króla. Jego ręce
zaczęły się trząść, kiedy zdał sobie sprawę, że może właśnie trzymał narzędzie tej zbrodni.

– Jaki ty głupi jesteś! – wrzasnął jego pan zadając mu kolejne razy batem.
Steffen  schylił  się  i  stojąc  do  mężczyzny  tyłem  szybko  zawinął  sztylet,  modląc  się  i  mając

nadzieję, że ten nic nie zauważył. Kiedy przyszedł obejrzeć sztylet, kubeł został bez nadzoru i fekalia

background image

przelały się przez jego brzegi. Nie przypuszczał, że jego pan będzie tak blisko.

Przyjął bicie jak każdego dnia, bez względu na to, czy dobrze wykonał swój obowiązek, czy źle.

Zacisnął szczękę w nadziei, że bicie zaraz ustanie.

– Jeśli z tego kotła znów się wyleje, upewnię się, że cię stąd wyleją! Albo nie. Gorzej – zakują

cię  w  kajdany  i  wrzucą  do  lochu.  Ty  głupi  zdeformowany  garbusie!  Nie  wiem,  dlaczego  się  z  tobą
zadaję!

Jego  pan,  gruby,  dziobaty  i  niedowidzący  mężczyzna  wziął  zamach  i  uderzył  go  kolejny  raz  i

znowu  i  znowu.  Zazwyczaj  bicie  kończyło  się  w  tym  momencie,  ale  widocznie  tego  dnia  był  w
szczególnie  bojowym  nastroju,  bo  razy  padały  wciąż  bez  ustanku.  Wydawało  się,  że  nigdy  nie
skończy.

W końcu coś w Steffenie pękło. Nie mógł znieść więcej.
Nie namyślając się zareagował błyskawicznie: chwycił rękojeść sztyletu, obrócił się i wbił go w

klatkę piersiową swego pana.

Mężczyzna  wydobył  z  siebie  przerażony  okrzyk,  a  jego  oczy  wyszły  z  orbit.  Stał  nieruchomo

spoglądając w dół ze zdziwieniem.

Steffena ogarnął szał. Cały, tłumiony latami gniew znalazł nagle ujście.
Skrzywił się, chwycił mężczyznę za szyję i ścisnął jedną ręką. Drugą ponownie wbił w jego ciało

i powoli ciągnął w górę, rozcinając mostek i dalej w kierunku serca. Po jego dłoni polała się gorąca
krew.

Był  w  szoku,  że  zdobył  się  na  odwagę  i  to  zrobił  –  i  czerpał  przyjemność  w  każdej  sekundzie

swego  czynu  Przez  lata  ten  mężczyzna,  ten  potwór  znęcał  się  nad  nim,  bił,  kiedy  mu  na  to  przyszła
ochota. Teraz w końcu się za to zemścił. Po tych wszystkich latach. Po tym całym znęcaniu się.

–  Oto,  co  cię  czeka  za  bicie  mnie  –  powiedział.  –  Myślisz,  że  tylko  ty  tu  rządzisz?  I  jak  ci  się

teraz to podoba?

Mężczyzna syczał i dyszał, aż w końcu upadł na podłogę.
Martwy.
Steffen  spojrzał  na  niego,  stertę  leżącą  bezładnie  na  ziemi  z  wystającym  z  klatki  piersiowej

sztyletem. O tej późnej nocnej porze nikogo innego tu nie było. Steffen rozejrzał się, z zadowoleniem
stwierdził, że izba była pusta, wyjął sztylet z ciała zabitego, zawinął w szmatę i schował do kryjówki
za cegłą. Coś w tym ostrzu, jakaś zła energia sprowokowała go do jego użycia.

Stojąc i przyglądając się ciału swego pana, nagle poczuł przypływ paniki. Co on takiego zrobił?

Nigdy w całym swoim życiu nie uczynił nic podobnego. Nie miał pojęcia, co w niego wstąpiło.

Schylił się, podniósł ciało, zarzucił na swój bark, po czym przechylił się i wrzucił je do kubła.

Ciało wylądowało na dnie z głośnym pluskiem, całe skąpane w nieczystościach. Na szczęście kubeł
był głęboki i ciało zniknęło pod ich powierzchnią.

Na  następnej  zmianie  Steffen  wyniesie  kubeł  ze  swoim  kompanem,  człowiekiem  permanentnie

upitym do tego stopnia, że nigdy nie wie, co jest w środku, który zawsze odwraca od niego głowę,
zatyka nos, by nie czuć odoru. Nie zorientuje się nawet, że tym razem kubeł jest cięższy. W nocy nie
zauważy ciała, które porwane przez prąd odpłynie w dal.

Steffen miał nadzieję, że prosto do piekła.
 

background image
background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

background image
background image

 
Gareth  siedział  na  tronie  ojca  w  przepastnej  sali  rady.  Właśnie  odbywało  się  jej  pierwsze

spotkanie. Gareth czuł, że w środku cały dygocze. Naprzeciw niego, przy półkolistym stole siedzieli
doradcy jego ojca. Wszyscy wytrawni i zaprawieni w boju weterani przybyli tu, do tej imponującej
sali,  na  zebranie  i  właśnie  wpatrywali  się  w  niego  z  powagą  i  powątpiewaniem.  Cała  ta  sytuacja
przerastała  go.  Rzeczywistość  dopiero  do  niego  docierała.  To  był  tron  jego  ojca.  Jego  sala.  Jego
sprawy.  Ponad  wszystko  jednak,  jego  ludzie.  Każdy  z  nich  był  lojalny  wobec  jego  ojca.  Gareth
zastanawiał się w duchu, czy nie podejrzewali go o morderstwo. Wmawiał jednak sobie, że wpada w
paranoję. Mimo to, cała ta sytuacja robiła się z każdą chwilą coraz bardziej uciążliwa.

Pierwszy  raz  też  odczuł,  z  czym  wiązało  się  władanie  królestwem.  Całe  to  brzemię,  decyzje  i

odpowiedzialność,  jaka  spoczywała  na  jego  barkach.  Czuł  się  żałośnie  nieprzygotowany.  Zawsze
marzył o byciu królem. Rządzenie, zajmowanie się codziennymi, przyziemnymi sprawami królestwa
zdecydowanie wykraczało poza sferę jego marzeń.

Minęło  już  wiele  godzin.  Przedyskutowali  różne  sprawy,  a  on  nie  potrafił  podjąć  decyzji  w

żadnej z nich. Miał wrażenie, jakby każdy przedstawiony problem miał na celu ukazać jego słabości,
powstrzymać,  udowodnić  całkowitą  ignorancję.  Zorientował  się  szybko,  że  brak  mu  ojcowskiej
przenikliwości, jego rozsądku, doświadczenia we władaniu królestwem. Nie posiadał kompetencji,
które  pozwoliłyby  podjąć  te  decyzje.  Wiedział  też,  już  w  chwili  ich  podjęcia,  że  wszystkie  były
błędne.

Ponad  wszystko  jednak  nie  potrafił  się  skupić  będąc  świadomym  tego,  iż  śledztwo  w  sprawie

zabójstwa jego ojca nadal trwa. Nie potrafił stłumić obawy, czy i kiedy trop powiedzie do niego. Lub
do  Firtha,  co  oznaczałoby  prawie  to  samo.  Nie  mógł  usiedzieć  spokojnie  na  tronie  dopóki  nie  był
pewien,  że  jego  pozycja  była  niezagrożona.  Wymyślił  już  plan  wrobienia  kogoś  innego  w  to
zabójstwo. Ryzykowny, lecz nie mniejszy niż spisek na życie jego ojca.

– Najjaśniejszy panie – powiedział jeden z doradców. Wszyscy oni patrzyli na niego z porażającą

powagą. Osobą, która zabrała głos był Owen, skarbnik jego ojca. Spojrzał na stół, na zalegający na
nim długi zwój. Im bardziej go rozwijał, tym dłuższy się wydawał.

– Obawiam się, że nasz skarbiec bliski jest bankructwa. Sytuacja jest poważna. Ostrzegłem o niej

twego  ojca,  lecz  nie  podjął  żadnych  działań.  Nie  chciał  obciążać  nowym  podatkiem  ani  ludu,  ani
możnowładców. Szczerze powiedziawszy, nie miał żadnego planu. Przypuszczam, że myślał, iż jakoś
to  będzie.  Lecz  sytuacja  nie  poprawiła  się.  Musimy  wykarmić  armię.  Naprawiać  broń,  opłacić
kowali,  wykarmić  i  zająć  się  końmi.  A  nasz  skarbiec  jest  niemal  pusty.  Jaka  jest  twoja  propozycja
mój panie?

Gareth siedział zamyślony, zastanawiając się, co zrobić. Nie miał żadnego pomysłu.
– Co ty być radził zrobić? – zapytał.
Owen  odkaszlnął  i  spojrzał  na  niego  podenerwowany.  Wyglądało  na  to,  że  pierwszy  raz  król

poprosił go o podzielenie się z nim opinią.

–  Cóż…,  mój  panie…,  ja…  zaproponowałem  twemu  ojcu,  iż  nałożymy  podatek  na  lud.  Jego

zdaniem jednak był to zły pomysł.

–  To  jest  zły  pomysł  –  wtrącił  Earnan.  –  Ludzie  zbuntują  się  przeciwko  jakiemukolwiek

podatkowi. A bez poparcia ludu, nie będziesz miał nic, mój panie.

Gareth  odwrócił  się  i  spojrzał  na  młodzieńca  siedzącego  po  jego  prawicy  w  niewielkim

oddaleniu.  Był  to  jego  przyjaciel  Berel,  chłopak,  z  którym  dorastał  i  którego  ambicje  i  cynizm
dorównywały  cechom  Garetha.  Gareth  przyprowadził  ze  sobą  grupkę  własnych  doradców,  swoich
przyjaciół,  aby  zrównoważyć  podział  władzy  na  sali  oraz  posłuchać  rad  kogoś  w  swoim  wieku.

background image

Nowego pokolenia. Już przy wejściu stary strażnik robił problemy, kiedy Gareth chciał wpuścić ich
na salę.

– A ty co o tym myślisz, Berel? – zapytał.
Berel  nachylił  się  do  przodu,  zmarszczył  brew  i  bez  chwili  zastanowienia  odparł  swoim

głębokim,  pewnym  siebie  głosem:  –  Opodatkuj  ich.  Opodatkuj  potrójnie.  Niech  ludzie  poczują
jarzmo nowej władzy. Spraw, by się ciebie bali. To jedyny sposób by rządzić.

– A skąd niby wiesz, na czym to polega? – zawołał Aberthol do Berela.
– Wybacz, najjaśniejszy panie, ale kim jest ten młodzieniec? – zawołał Brom równie oburzony. –

Jesteśmy radą królewską. Nigdy nie usankcjonowaliśmy nowych członków naszej rady.

– Rada ma robić to, co ja postanowię – wtrącił Gareth. – To jeden z moich nowych doradców.

Berel. I podoba mi się jego pomysł. Nałożymy na lud potrójny podatek. Napełnimy nasze skrzynie, a
co więcej, sprawimy, że ludzie będą cierpieć z powodu tych obciążeń. Wówczas zrozumieją, że to ja
jestem królem. I że to mnie mają się obawiać – bardziej niż mojego ojca.

Aberthol pokręcił głową.
–  Najjaśniejszy  panie,  chciałbym  ostrzec  przed  tak  drastycznymi  krokami.  Umiar  jest

najważniejszy. Takie posunięcie jest lekkomyślne. Zrazisz poddanych do siebie.

–  Moich  poddanych  –  rzucił  Gareth.  –  Dokładnie  tym  są.  I  zrobię  z  nimi,  na  co  mi  przyjdzie

ochota. Ta sprawa jest zamknięta. Co jeszcze macie dla mnie?

Doradcy obejrzeli się po sobie i wymienili zatroskane spojrzenia.
Nagle wstał Brom.
–  Najjaśniejszy  panie,  z  całym  szacunkiem,  nie  mogę  zasiadać  w  radzie,  która  nie  uwzględnia

naszych opinii. Zasiadam w tej radzie od lat i jestem tu, by ci służyć z szacunku dla twego ojca. Lecz
nie  jesteś  moim  królem.  On  był.  I  nie  zamierzam  służyć  w  żadnym  zgromadzeniu,  które  nie  ma
poważania  i  szacunku  dla  swych  założycieli.  Przyprowadziłeś  młode,  obce  osoby,  które  nie  mają
pojęcia  o  władaniu  królestwem.  Nie  będę  uczestniczył  w  tej  farsie.  Niniejszym  zrzekam  się
członkowstwa w tej radzie.

Brom  odsunął  swe  krzesło  ze  zgrzytem,  wstał  i  opuścił  pomieszczenie,  jednym  szarpnięciem

otworzywszy drzwi i z hukiem je za sobą zatrzasnąwszy. Głuchy dźwięk odbijał się echem po całej
sali przez kilka chwil.

Serce  Garetha  waliło  mocno.  Czuł  jak  poszczególne  karty  jego  tali  upadają  wkoło.  Czy  nie

posunął się zbyt daleko?

–  Nieważne  –  powiedział.  –  Nie  potrzebujemy  go.  Przedstawię  własnego  doradcę  do  spraw

wojskowych.

–  Nie  potrzebujemy,  mój  panie?  –  zawtórował  Aberthol  niczym  echo.  –  Jest  naszym  naczelnym

generałem i był najlepszym przyjacielem twego ojca.

– Doradcy mego ojca nie są moimi doradcami – zagroził Gareth. – Nastał nowy czas. Czy jest tu

jeszcze ktoś niezadowolony z takiego stanu rzeczy? Jeśli tak, może również wyjść w tej chwili.

Jego serce waliło mocno, kiedy siedział oczekując, że cała reszta doradców również opuści salę.
Ku  swemu  zdziwieniu  zobaczył,  że  jednak  nikt  się  nie  ruszył.  Wszyscy  patrzyli  na  niego

unieruchomieni szokiem. Czuł, że musi zaznaczyć swoją władzę, sprawić, żeby to królestwo stało się
jego własnością.

Spotkanie ciągnęło się już od kilku godzin. Gareth czuł spływający po nim pot i chciał je mieć już

z głowy.

– Jakieś inne wieści, czy możemy już skończyć – spytał bezceremonialnym tonem.
–  Najjaśniejszy  panie,  jest  jeszcze  jedna  ważna  sprawa  –  powiedział  Bradaigh.  –  Wieści  o

background image

śmierci  twego  ojca  dotarły  już  do  wszystkich  granic  Kręgu,  jak  również  do  McCloudów.  Nasi
szpiedzy donieśli o ich spotkaniu z oddziałem Wilds. Mówi się, że gotują się do ataku. Albo sami,
albo z pomocą Imperium. Mogą pozwolić dzikusom z Wilds wejść wschodnim przejściem kanionu.
Sugeruję, aby zmobilizować nasze siły i podwoić patrole na terenie Highlands.

Gareth  siedział  jak  przyrośnięty,  nie  mając  pewności,  co  czynić.  Nigdy  nie  miał  jakichkolwiek

zdolności w zakresie spraw wojskowych i myśl o inwazji McCloudów napawała go przerażeniem.

–  McCloudowie  nie  pozwolą,  by  Imperium  przekroczyło  kanion  –  powiedział  w  końcu.  –  Sami

naraziliby się na niebezpieczeństwo. Mogą jednak nas zaatakować, nawet jeśli moja siostra została
ich królewną. Może nie powinniśmy czekać. Może my pierwsi powinniśmy zaatakować ich.

– Zaatakować ich bez przyczyny? – spytał Kevin. – I wywołać wojnę w całym Kręgu?
Oparłszy  policzek  na  dłoni,  Gareth  począł  rozważać  wszystkie  możliwości.  Zastanawiał  się,

kiedy to się skończy. Chciał już stąd wyjść. Przestać myśleć o tych wszystkich problemach. Chciał też
mieć już z głowy najważniejszą jego troskę – śledztwo w sprawie zabójstwa jego ojca.

– Rozważę, co należy zrobić – powiedział szorstko. – W międzyczasie, muszę podnieść znacznie

pilniejszą  sprawę,  a  mianowicie  zabójstwo  mego  ojca.  Poinformowano  mnie,  że  morderca  został
ujęty.

– Co!?
– Co mówisz, mój panie?
– Kto? Jak?
Wszyscy doradcy naraz zaczęli przekrzykiwać się. Niektórzy wstali z emocji i oburzenia.
Gareth uśmiechnął się w duchu. Zdał sobie sprawę, że udało mu się skupić ich uwagę na tym, na

czym  mu  zależało.  Odwrócił  się  i  kiwnął  głową  na  Firtha,  który  stojąc  do  tej  pory  pod  ścianą,
wkroczył  na  środek  trzymając  coś  małego  w  dłoni.  Firth  dał  niezłe  przedstawienie  podając  to
Garethowi,  który  podniósł  wysoko,  aby  wszyscy  dobrze  się  przyjrzeli.  Wychylił  się  do  przodu  na
swym tronie, a w jego ręce była niewielka fiolka.

–  Kazarczy  korzeń.  Ten  sam,  którego  użyto  najpierw,  aby  otruć  mego  ojca  w  trakcie  uczty.  Jak

widzicie, flakon jest prawie pusty. Znaleziono go w komnacie mordercy jeszcze tej samej nocy.

– Ale kim jest zabójca, mój panie? – krzyknął Aberthol.
– Z bólem to oznajmiam – powiedział powolnym, pełnym udawanego smutku głosem – że to mój

najstarszy brat. Pierworodny syn mojego ojca. Kendrick.

– Co!
– Skandal!
– Nie może być! – zawołali razem.
– Ach, obawiam się, że to prawda – odparł Gareth. – Zebraliśmy wiele dowodów. W tej chwili

właśnie, kiedy rozmawiamy, rozkazałem odnaleźć go i aresztować. Zostanie uwięziony i skazany za
śmierć mojego ojca.

Doradcy zaczęli mamrotać między sobą oburzeni.
–  Ale  przecież  to  Kendricka  najbardziej  miłował  twój  ojciec!  –  krzyknął  Duwayne.  –  Był  mu

najbardziej lojalny ze wszystkich.

– To jakaś pomyłka – zawołał Bradaigh.
– No i nasza komisja wciąż jeszcze bada tę sprawę! – wrzasnął Kelvin.
– Możecie odwołać dochodzenie – odparł Gareth. – Właśnie się skończyło.
– To ma sens – powiedział Firth postąpiwszy kilka kroków na przód. – Miał motyw. Jest synem

pierworodnym. Pominiętym przy sukcesji. Musiało mu zależeć na zemście, na tym, żeby to on usiadł
na tronie.

background image

Doradcy odwrócili się w jego kierunku i popatrzyli z zatroskaniem, sceptycznie.
–  Mylisz  się  –  powiedział  Aberthol.  –  Kendrick  nie  ma  takich  ambicji.  Jest  lojalnym

wojownikiem.

Zgromadzeni  w  sali  mężczyźni  zaczęli  debatować  między  sobą,  a  Gareth  obserwował  ich  ze

skrywanym uśmiechem. Właśnie tego chciał: zasiać zwątpienie w ich umysłach. Osiągnął to, co sobie
obmyślił.  Znalazł  kozła  ofiarnego,  podrzucił  dowody  świadczące  przeciw  niemu  i  dał  sobie
wymówkę,  by  go  uwięzić.  Nie  miał  zamiaru  dopuścić  do  procesu.  Pozwoli,  by  całe  królestwo
dowiedziało się, że sprawa została załatwiona szybko i bezproblemowo. W międzyczasie zaś usunie
jedno z zagrożeń dla swej korony.

Usiadł  wygodnie,  zadowolony  z  siebie,  i  obserwował  z  przyjemnością  chaos,  który  wywołał

Zaczynał zdawać sobie sprawę, że to mu odpowiadało, takie rządzenie.

Bardzo mu to odpowiadało.
 

background image
background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY

background image
background image

 
Szeroką,  polną  drogą,  która  wydawała  się  nie  mieć  końca,  maszerował  liczny  oddział  wojska

złożony  z  członków  legionu.  Wśród  nich  był  Thor,  a  u  jego  boku  szli  Reece,  O’Connor,  Elden  i
bliźniacy.  Krohn  trzymał  się  wiernie  jego  nogi.  Wiele  godzin  spędzili  już  w  drodze  do  odległego
kanionu, przygotowując się wewnętrznie na pierwszy etap podróży ku Morzu Tartuwiańskiemu. Thor
powrócił  z  nocnego  spotkania  z  Gwen  wcześnie.  Obudził  się  o  brzasku  i  przybywszy  do  koszar
dołączył  do  pozostałych,  którzy  dopiero  wstawali.  Przygotował  wszystko,  chwycił  swój  worek,
procę i broń i wyszedł z pozostałymi w samą porę wymarszu.

Nie mógł uwierzyć, że wyrusza w podróż z tymi wszystkimi chłopcami, w drogę, która miała stać

się najtrudniejszymi stu dniami w jego życiu – w drogę, podczas której jego chłopięcy świat zniknie,
a  on  stanie  się  mężczyzną.  Serce  mu  waliło,  gdy  rozmyślał  o  tym  z  niecierpliwością.  Czuł  w
powietrzu  ogólnie  panujący  nastrój  podekscytowania,  ale  też  i  napięcie.  Niektórzy  chłopcy  szli  w
podskokach, inni zaś w ciszy, a na ich twarzach rysował się strach. Kiedy Thor przybył do koszar nad
ranem  dowiedział  się,  że  dwóch  członków  legionu  uciekło  w  nocy.  Najprawdopodobniej  byli  zbyt
przerażeni,  aby  wyruszyć  na  Rytuał.  Cieszył  się,  iż  żaden  z  jego  nowo  poznanych  przyjaciół  nie
poszedł w ich ślady.

Thor  również  mógł  czuć  strach,  jednak  na  jego  szczęście  był  zbyt  zajęty  myślami  o  innych

sprawach. O Gwendolyn. Wspólnie spędzona noc przesłoniła jego świat niczym chmura. Nie potrafił
otrząsnąć  się  z  widoku  jej  twarzy,  dźwięku  jej  głosu,  jej  energii.  Jakby  była  tu  teraz  przy  nim.
Poprzedni dzień i noc były niemal magiczne, najlepsze w całym jego życiu. Jego serce biło mocniej
na  każdą  myśl  o  niej.  Świadomość,  że  istniała  sprawiała,  że  czuł,  że  wszystko  będzie  dobrze  bez
względu  na  to,  co  wydarzy  się  na  Rytuale.  Tak  długo,  jak  należała  do  niego,  miał  powód  by
przetrwać, miał powód by wrócić. Ta wiedza pozwoli mu przejść przez wszystko.

Razem opłakiwali jej ojca, a obecność Gwen u jego boku przyniosła mu spokój i pociechę, której

nie  czuł  wcześniej;  możliwość  podzielenia  się  wszystkim  z  nią  czyniła  życie  bardziej  znośnym.
Zbliżyła ich również do siebie. Zamknął oczy i ponownie zobaczył jezioro, jego białobłękitne wody,
wyspę tak ustronną i odosobnioną; było to najbardziej magiczne miejsce, w którym kiedykolwiek był.
Przypomniał  sobie,  jak  spoglądali  na  gwiazdy  przez  całą  długą  noc,  jak  leżała  w  jego  ramionach.
Przespała w ten sposób całą noc. Żadne z nich nie zdjęło swego ubrania, ale całowali się długo, aż w
końcu zwinęła się w kłębek i położyła głowę na jego piersi. Pierwszy raz jakaś dziewczyna spała w
jego ramionach. Czasami zapłakała, a on wiedział, że myślała wtedy o swym ojcu.

Thor  obudził  się  wraz  z  pierwszym  światłem  poranka,  które  skąpało  horyzont  w  pięknej

czerwieni  wstającego  pierwszego  słońca.  Wszystko  wydawało  się  na  miejscu.  Obudził  się  nadal
trzymając  Gwen  w  ramionach,  czując  jej  ciężar  na  sobie,  jej  ciepło,  idealny  i  absolutny  spokój
letniego poranka. Wiała lekka bryza i drzewa kołysały się nad nim, a cały świat wydawał się idealny.
Pierwszy raz obudził się w prawdziwie dobrym nastroju, ze świadomością, że do kogoś należał, że
ktoś  go  kochał.  Pierwszy  raz  czuł,  że  ktoś  go  pragnął  i  miało  to  dla  niego  większe  znaczenie  niż
mógłby to opisać.

Rozstali  się  rankiem  w  smutku.  Thor  musiał  pospieszyć  się,  żeby  zdążyć  na  wymarsz  legionu.

Płakała cicho, łzy spływały po policzkach, a ona przytuliła się do niego i nie puszczała go przez długi
czas.

– Przysięgnij znowu – wyszeptała – że wrócisz.
– Przysięgam – odpowiedział.
Nadal  pamiętał  wyraz  jej  zapłakanych  oczu,  pełnych  nadziei  i  tęsknoty,  kiedy  patrzyła  na  niego

we wczesnym porannym świetle. To spojrzenie podtrzymywało go na duchu. Nawet teraz widział jej

background image

oczy maszerując drogą ze wszystkimi braćmi z legionu.

– Wcale nie uśmiecha mi się znowu przekroczyć kanion – dobiegł go czyjś głos.
Thor  otrząsnął  się,  spojrzał  ponad  ramieniem  i  zobaczył  Eldena  kilka  stóp  dalej  i  jego  twarz

pełną obawy. W oddali widać już było zarys mostu– wschodnie przejście przez kanion. Wzdłuż stały
setki żołnierzy.

– Tym razem będzie inaczej – powiedział Reece. – Idziemy całą grupą. W Wilds będziemy tylko

chwilę. Zaraz potem wsiądziemy na łodzie. Do wybrzeża prowadzi prosty szlak. Nie zapuścimy się
zbyt głęboko w ich terytorium po drodze do oceanu.

O’Connor dodał:
– Mi też nie.
– Mimo to, będziemy poza kanionem i wszystko może się zdarzyć – powiedział Conval.
Zapanowało  milczenie.  Thor  słuchał  odgłosów  setek  butów  miażdżących  kamienie,  dyszenie

idącego tuż obok Krohna, ciężko stąpających koni prowadzonych przez niektórych wojowników. Czuł
zapach  wierzchowców  i  pot  przerażonych  ludzi.  Sam  jednak  nie  czuł  strachu.  Raczej
podekscytowanie i przemożną tęsknotę za Gwendolyn.

– Pomyśleć tylko, że kiedy wrócimy w następnym sezonie, wszyscy będziemy inni – powiedział

O’Connor. – Nikt już nie będzie taki sam.

– Jeśli wrócimy – poprawił go Reece.
Thor przyjrzał się uważnie wszystkim chłopcom i mężczyznom otaczającym go ze wszech stron i

zastanowił się nad tymi słowami. Nic już nie będzie takie samo. Czuł, że świat nieustannie zmienia
się wokół niego, w każdej minucie każdego dnia; tak trudno było wytrwać przy czymkolwiek. Chciał
zatrzymać to wszystko, ale nawet wówczas wiedział, że nie jest w stanie.

 

 

 
 
W końcu dotarli do wschodniego przejścia kanionu. Stanęli na chwilę zanim weszli na most. Thor

widział  w  oczach  swych  braci  legionistów  podziw  i  przerażenie.  Przypomniał  sobie,  jak  pierwszy
raz  zobaczył  ten  most  i  zrozumiał,  co  teraz  czuli.  Nawet  w  tej  chwili,  spoglądając  na  niego  po  raz
drugi, czuł ten sam respekt, strach i zdziwienie: most ciągnął się w nieskończoność, znikał z oczu, a
przepaść po obu jego stronach nie miała dna. Mimo, że setki królewskich żołnierzy stały rozstawione
wzdłuż  mostu,  pierwszy  krok  postawiony  na  nim  wydawał  się  krokiem,  od  którego  nie  było  już
powrotu.

Zaczęli wchodzić na most maszerując w ciszy. Thor czuł, jak z każdym krokiem rosła stawka. To

nie  było  już  jakieś  ćwiczenie;  opuszczali  właśnie  rzeczywistą  barierę  ochronną  Kręgu.  Teraz  mieli
być  prawdziwymi  wojownikami,  tam  gdzieś  na  terenach  Wilds,  gdzie  ktokolwiek  i  kiedykolwiek
mógł ich zabić. Teraz mieli tylko jeden wybór: życie lub śmierć.

Wszyscy  stłoczyli  się  trochę  ciaśniej,  w  miarę  jak  posuwali  się  coraz  dalej.  Thor  widział,  jak

inni  zaciskali  pięści,  wzmocnili  uchwyt  na  mieczach,  widział  ich  nerwy  napięte  jak  postronki.
Wyjący  wiatr  smagał  ich  ze  wszystkich  stron.  Większość  z  nich  zerkała  co  chwilę  w  przepaść,
natychmiast cofając się od krawędzi mostu. Wbrew sobie, Thor również spojrzał w dół i od razu tego
pożałował: ujrzał skok prosto w nicość, którego koniec spowijała gęsta mgła. Przełknął głośno ślinę
i  ponad  tysięczny  już  raz  zaczął  zastanawiać  się  nad  magią  tego  miejsca.  Krohn  pisnął  i  podszedł
bliżej do Thora, ocierając się o jego kostki.

background image

Ich marsz trwał wieczność, a rozpiętość kanionu wydawała się nie mieć końca.
Thor  usłyszał  odległy  pisk  i  spostrzegł  Estopheles  szybującą  wysoko  i  krążącą  nad  nimi.

Zanurkowała i strzelistym lotem skierowała się dokładnie w jego kierunku. Odwinął płócienny rękaw
i podniósł rękę w nadziei, że ptak na niej wyląduje. Zamiast tego jednak sokół leciał wprost na niego,
a Thor zauważył, że trzymał coś w szponach, coś, co wyglądało na zwój. Kiedy podleciała blisko,
rozwarła  szpony  i  upuściła  go.  Zawiniątko  poszybowało  w  powietrzu  i  wylądowało  tuż  obok  jego
stopy. Wrzasnęła jeszcze raz, po czym załopotała skrzydłami i odleciała.

Krohn  podbiegł  do  zwoju,  chwycił  zębami  i  przyniósł  Thorowi.  Chłopiec  schylił  się  i  z

zaciekawieniem podniósł zwitek pergaminu.

– Co to? – spytał Reece.
– Może jakaś wiadomość? – nadmienił O’Connor.
Trzymając zwój blisko siebie, Thor rozwinął go powoli, w ukryciu przed wszystkimi.
Była to oczywiście wiadomość skierowana wyłącznie do niego. Zanim jeszcze zdążył rozwinąć

zwój do końca, zauważył odręczne pismo i od razu zgadł, od kogo był ten list. Trzymając go jeszcze
bliżej ciała zasłonił go zazdrośnie. List od Gwen.

Maszerując dalej, czytał z trzęsącymi się rękoma:
 
Wiele  dni  minie  zanim  znów  się  zobaczymy.  Możliwe,  że  nie  zobaczymy  się  już  nigdy.  Nie

potrafię opisać tego, co czuję. Nie mogę przestać myśleć o tobie. Jestem przy tobie w każdej twojej
podróży, dokądkolwiek się udajesz. Wiedz, że moje serce spoczywa w twoich dłoniach. Nie upuść
go. Myśl o mnie. I wróć do mnie.

 
Twoja wiecznie miłująca
 
Gwendolyn
 
– Co tam masz? – zapytał Elden.
– Jaką wiadomość dostałeś? – zachęcająco powiedział Conval.
Thor  jednak  zwinął  list  i  wetknął  do  kieszeni  nie  będąc  pewnym,  czy  chciał,  aby  inni  się

dowiedzieli.

– Czy to od mojej siostry? – spytał Reece po cichu.
Thor zaczekał, aż nikt na niego nie patrzył i pokiwał twierdząco głową.
Reece kiwnął również i odwrócił się w kierunku drogi.
–  Zakochała  się  w  tobie,  mój  przyjacielu.  Mam  nadzieję,  że  będziesz  dobrze  ją  traktował.  Jest

delikatna. I jest mi naprawdę droga.

Serce  Thora  zabiło  szybciej,  kiedy  przeczytał  w  myślach  jej  wiadomość  jeszcze  raz.  Dziwne.

Sam  nie  potrafił  myśleć  o  niczym  innym  tylko  o  niej,  a  tu  wiadomość  od  niej  spada  nagle  prosto  z
nieba. Jakby jego myśli objawiły się w rzeczywistości. Kochał ją bardziej, niż mogłyby wyrazić to
jakiekolwiek słowa i w jakiejś mierze już zaczął odliczać dni do swego powrotu. Po raz pierwszy od
dłuższego czasu czuł, że było coś stałego, przy czym mógłby wytrwać.

Nie miał pojęcia, ile czasu minęło zanim w końcu zeszli z mostu na ziemiste podłoże po drugiej

stronie  kanionu.  Odczuł  to  jak  jakiś  energetyczny  wstrząs.  Poczuł  opuszczenie  Kręgu,  wyjście  poza
ochronną energię tarczy. W jednej chwili uświadomił sobie brak bezpiecznej aury.

Inni  musieli  odnieść  podobne  wrażenie,  gdyż  widział  ich  spięcie,  ich  dłonie  spoczywające  na

broni,  ich  spojrzenia.  Wszyscy  razem  ruszyli  ścieżką  wiodącą  w  głąb  ciemnego  lasu,  a  dokoła

background image

podniosły się dziwne, zwierzęce odgłosy.

Kolk wyszedł przed szereg i zwrócił się twarzą do pozostałych.
–  Macie  zostać  razem,  blisko  jak  jeden  zespół,  z  wyciągniętą  bronią.  Przejdziemy  ten  las

wspólnie.  Wiele  mil  dzieli  nas  od  oceanu.  Nasze  łodzie  oczekują  gotowe  do  podróży.  Nasi  ludzie
chronią je. Armia Imperium rozbiła swój obóz zbyt daleko, by stanowić jakiś problem. Mogą jednak
zdarzyć się pojedyncze próby ataku. Miejcie się na baczności.

Mijały godzina za godziną, ścieżka zwęziła się, niebo pociemniało, a oni maszerowali wijącym

się szlakiem coraz głębiej w ciemny las. Obce im odgłosy zwierząt nie ustawały ani na chwilę. Thor
cały czas szedł w gotowości. Czasami usłyszeli odgłosy jakiejś szamotaniny w gałęziach, wzdrygali
się nie raz, ale nic ich nie zaatakowało.

Po  wielu  godzinach  las  przerzedził  się  i  Thor  zobaczył  w  oddali  rozbijające  się  o  brzeg  fale

Morza Tartuwiańskiego. Poczuł ulgę, ale też i obawę. Nawet z tej odległości był w stanie usłyszeć
łoskot fal i wyczuć różnicę w powietrzu. Między nimi a morzem rozpościerała się szeroka równina, i
tak daleko jak okiem sięgnąć nie było ani jednego śladu wroga. Odetchnął z ulgą.

Potężny drewniany okręt z luźno trzepoczącymi na wietrze żaglami oczekiwał na nich przy brzegu.

Dokoła pełnili wartę ludzie króla.

– Udało się! – Powiedział O’Connor.
–  Jeszcze  nie  –  powiedział  Elden.  –  Dotarliśmy  do  łodzi.  To  wszystko.  Nadal  czeka  nas

przeprawa przez ocean. A to będzie znacznie gorsze.

– Słyszałem, że wyspa jest oddalona o wiele dni drogi – powiedział Conval. – Morskie fale są

ponoć potężniejsze, niż człowiek jest w stanie wytrzymać. Pogoda jest okropna, a na morzu spotkać
można zarówno potwory, jak i wrogie okręty. Nasza podróż nawet się jeszcze nie zaczęła.

Thor  spojrzał  na  łodzie  dumnie  stojące  na  horyzoncie,  na  ich  lśniące  bielą  żagle,  na  drugie

słońce, które właśnie wyszło zza chmur i poczuł podniecenie. Krąg pozostawili już za sobą.

 
 

background image
background image

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

background image
background image

 
Erec siedział na honorowym miejscu przy stole w wielkiej sali bankietowej wypełnionej setkami

gości księcia. Nie przypuszczał, że jego przyjazd wywoła tyle zamieszania i czuł się z tego powodu
trochę przytłoczony. Wiedział, że jest ważną osobą w królestwie, zwłaszcza ze względu na łączące
go  z  królem  relacje,  ale  nie  oczekiwał,  że  książę  zada  sobie  aż  tyle  trudu  by  powitać  go  z  tak
przesadnymi  honorami.  Mijał  już  drugi  dzień  ucztowania  na  cześć  Ereca  oraz  oczekiwania  na
rozpoczęcie turnieju. Stół Ereca zastawiony był dobrym jadłem i winem. Jeśli nie stanie wkrótce do
walki, jego umiejętności mogą okazać się nieco stłumione.

Oparł  się  wygodniej  na  poduchach  i  rozejrzał  dokoła.  Widział  rycerzy  ze  wszystkich  zakątków

Kręgu,  odzianych  w  różnokolorowe  ubiory,  mówiących  z  różnym  akcentem  i  zachowujących  się  w
odmienny sposób. Ich wygląd robił wrażenie. Książę był przekonany, iż Erec pokona ich wszystkich,
ale Erec niczego nie brał za pewnik. Nauczył się tego w czasie ćwiczeń. Służba pilnowała, by jego
kielich nie pozostawał pusty, lecz on sączył wino powoli. Turniej zaczynał się następnego dnia, więc
chciał być w dobrej formie. Wszak jego czyny i dokonania świadczyły o królu, przynajmniej w jego
mniemaniu. A to było coś, co traktował bardzo poważnie.

Czy jednak znajdzie tu żonę było zupełnie inną sprawą. Uśmiechał się pod nosem kiedykolwiek

przychodziły  mu  do  głowy  te  myśli.  Przez  ostatnie  dwa  dni  przedstawiono  mu  chyba  wszystkie
wspaniałe kobiety w królestwie. I rzeczywiście, kiedy rozejrzał się po sali, ujrzał dziesiątki pięknych
kobiet  i  nie  mógł  nie  zauważyć,  że  większość  z  nich  patrzyła  na  niego.  Wydawało  się  też,  że  był
obiektem zazdrości ucztujących mężczyzn, którzy zabiegali o względy tych niewiast. Erec jednak nie
czuł zazdrości ani potrzeby stawania w konkury. Poznał wszystkie te panny i był pod ich wrażeniem;
każda z nich piękniejsza, lepiej ułożona, ubrana w bardziej wymyślne odzienie niż poprzednia. Czuł
się  zaszczycony  mogąc  poznać  je  wszystkie,  ale  już  wiele  lat  temu  przyrzekł  sobie,  że  w  wyborze
żony zda się na swój wewnętrzny instynkt. Z jakiegoś tajemniczego powodu nie poczuł jak dotąd tej
charakterystycznej  wibracji.  Nie  zamierzał  być  wybredny.  Był  przekonany,  że  te  wszystkie  kobiety
stanowią  dobry  materiał  na  żonę,  lecz  nie  dla  niego;  nie  czuł  po  prostu,  iż  któraś  z  nich  mu
odpowiadała.

–  Erecu  z  Prowincji  Południowej  Wyspy  Kręgu,  pozwól,  że  przedstawię  ci  Dessbar  z  Drugiej

Prowincji  Lowlands  –  powiedział  książę  do  niego,  kiedy  wstał  by  powitać  kolejną  wspaniałą
niewiastę. Parada powitań wydawała się nie mieć końca. I ta kobieta była bardzo ładna, odziana w
białe jedwabie od stóp do głów. Złożyła ukłon, wyciągnęła dłoń i uśmiechnęła się uprzejmie.

– To przyjemność powitać cię, panie.
– Przyjemność po mojej stronie – powiedział Erec, stojąc przez grzeczność i całując koniuszki jej

dłoni.

–  Dessbar  pochodzi  ze  Szmaragdowych  Równin,  z  arystokratycznej  rodziny  ze  wschodu.  Jej

matka  jest  kuzynką  królowej  w  trzeciej  linii.  Ma  więc  w  sobie  szlachecką  krew.  Stanowi  świetną
partię – powiedział książę.

Erec pokiwał głową z uprzejmością, nie chcąc obrazić niewiasty, ani też księcia.
– Widzę, iż wywodzi się ze wspaniałego rodu – odparł Erec i ukłonił się krótko. – To zaszczyt

poznać cię, pani.

To powiedziawszy złożył jeszcze jeden pocałunek na jej dłoni i usiadł na swoim miejscu. W jej

spojrzeniu pojawiło się rozczarowanie, jakby chciała jeszcze z nim porozmawiać; tak samo wyglądał
książę.

Erec  nie  poczuł  jednak  do  niej  nic,  co  miałby  poczuć  poznawszy  tę  jedyną.  A  zależało  mu,  by

potraktować wybór żony z takim samym podejściem, z jakim podchodził do bitwy – z determinacją i

background image

przejęciem.

Uczta  trwała  w  najlepsze  do  późnych  godzin  nocnych.  Erec  cieszył  się,  że  przynajmniej  mógł

porozmawiać ze swym starym przyjacielem Brandtem, który siedział po jego prawej stronie. Dzielili
się  opowieściami  o  stoczonych  bitwach  już  pół  nocy  i  nie  przerwali,  nawet  kiedy  ogień  przygasł  i
ludzie zaczęli opuszczać salę.

– A pamiętasz tamto wzgórze? – spytał Brandt. – Naszą czwórkę na patrolu? Naprzeciw całego

oddziału McCloudów?

Erec pokiwał głową. – Aż za dobrze.
– Przysięgam, gdyby nie ty, już dawno byłbym trupem.
Erec potrząsnął głową. – Miałem szczęście.
–  Ty  nigdy  nie  masz  szczęścia  –  powiedział  Brandt.  –  Jesteś  najwspanialszym  rycerzem  w

królestwie.

– To prawda – wtrącił książę siedzący po jego drugiej stronie. – Obawiam się o życie każdego,

komu przyjdzie z tobą jutro walczyć.

– Nie byłbym tego taki pewien – odparł ze skromnością Erec. – Wygląda na to, że zgromadziłeś

tu liczne zastępy wojowników.

– To prawda – powiedział książę. – Zjechali się tu ze wszystkich stron Kręgu. Wydawałoby się,

że  każdy  chce  tej  samej  rzeczy  pod  słońcem  –  porządnej  kobiety.  Tylko  bogowie  wiedzą  dlaczego.
Jak już jedną zdobędziesz, robisz wszystko by się jej pozbyć!

Mężczyźni wybuchnęli zgodnym śmiechem.
– Jutro z pewnością będzie ciekawie – dodał książę. – Jednak nie mam wątpliwości co do ciebie.
–  Jedyny  problem  –  wtrącił  Brandt  –  to  to,  że  zwycięzca  wybiera  brankę.  A  znając  ciebie  nie

wybierzesz żadnej – i obrazisz je wszystkie!

Erec potrząsnął głową.
– Nikogo nie chcę obrażać – powiedział. – Przypuszczam… myślę, że po prostu jeszcze jej nie

odnalazłem.

–  Chcesz  powiedzieć,  że  żadna  z  tych  panien,  które  tu  przybyły,  ci  nie  odpowiada?  –  zapytał

książę z nutą niedowierzania w głosie.

–  Poznałeś  kilka  najwspanialszych  kobiet,  którymi  może  poszczycić  się  mój  dwór.  Każdy

mężczyzna umarłby dla nich – a jutro, może i do tego dojdzie.

– Nie chcę urazić nikogo, mój panie – powiedział Erec. – Nie uważam też siebie za lepszego od

tych niewiast. Przeciwnie, z pewnością ich walory są większe od moich. Po prostu… no cóż… czuję,
że poznam swoją, jak tylko ją zobaczę. Nie chcę wybierać pochopnie.

–  Pochopnie!  –  krzyknął  Brandt.  –  Miałeś  na  to  dwadzieścia  pięć  lat!  Ile  czasu  jeszcze

potrzebujesz?

Roześmiali się obaj.
– Po prostu wybierz jedną – dodał Brandt – obarcz siebie jakąś i dołącz do reszty naszej żałosnej

kompanii. Jakby nie patrzeć, niedola ceni sobie towarzystwo! A i nasze królestwo musi się zaludniać!

Zaśmiali  się  znowu.  Erec  odwrócił  wzrok  nieco  skrępowany  tą  całą  rozmową  i  zamarł.  Po

drugiej stronie sali stała służka w wieku może osiemnastu lat, z długimi blond włosami i wielkimi,
migdałowymi,  zielonymi  oczyma.  Miała  na  sobie  zwyczajne  odzienie  służby,  niemal  szmaciane  i
chodziła dokoła pomieszczenia, od osoby do osoby, rozlewając wino do kielichów. Trzymała głowę
nisko  schyloną,  nigdy  nie  zerkając  na  kogokolwiek.  Była  pełna  pokory;  Erec  nie  widział  jeszcze
nikogo takiego. Tłoczyła się z resztą służących dziewcząt, uwijając się przy ciężkiej pracy. Nikt nie
zwracał  na  nie  uwagi.  Należały  do  służby,  a  tutaj  we  dworze,  kwestia  przynależności  do  klasy

background image

społecznej była traktowana bardzo poważnie: służbę postrzegano tak, jakby nie istniała. Jej ubiór był
poplamiony, a jej włosy były jak niemyte od wielu dni. Wyglądała na przygnębioną.

A  jednak  w  chwili,  w  której  Erec  ją  zauważył,  poczuł,  jakby  uderzył  go  piorun.  Czuł,  jak

emanowała  czymś,  co  sprawiało,  że  była  wyjątkowa.  Była  dumna  niczym  członek  rodziny
królewskiej. Coś mu mówiło, że była inna niż wszystkie.

Podeszła bliżej napełniając cały czas kielichy biesiadników i Erec mógł przyjrzeć się dobrze jej

twarzy. I aż wstrzymał oddech. Nigdy jeszcze w całym swym życiu, czy to spotykając kogoś, czy też
w  obecności  rodziny  królewskiej  nie  czuł  się  w  ten  sposób.  Miał  zawsze  nadzieję,  że  to  uczucie
przyjdzie kiedyś do niego, pomimo, że nie wiedział, czy jest w stanie go doświadczyć.

Była wspaniała. Aż zaniemówił z wrażenia. Musiał dowiedzieć się, kim była.
– Kim jest tamta kobieta? – zapytał księcia i skinął głową w jej stronę.
Zarówno  książę  jak  i  kilkoro  podekscytowanych  biesiadników  odwróciło  się  we  wskazanym

kierunku.

– Kogo masz na myśli? Esmeraldę? Tą w błękitnej sukni?
– Nie – odpowiedział Erec cały czas wskazując. – Ją.
Wszyscy podążyli za jego wzrokiem w ciszy, skonsternowani.
– Masz na myśli tą służącą? – spytał książę.
Erec przytaknął głową.
Książę wzruszył ramionami.
– A któż to wie? Jedna ze służących – powiedział lekceważąco. – Dlaczego pytasz? Znasz ją?
– Nie – odparł Erec, a jego głos uwiązł w gardle. – Ale mam taki zamiar.
Dziewczyna podeszła bliżej i nachyliła się by napełnić kielich Ereca. Był tak nią zafascynowany,

że zapomniał unieść swe naczynie.

W końcu spojrzała na niego. Kiedy to zrobiła, kiedy jej oczy napotkały jego wzrok, poczuł że cały

świat zapadł się pod ziemię.

–  Mój  panie?  –  spytała  wpatrując  się  w  niego.  Jej  oczy  uwięzły  w  jego  oczach;  w  tej  chwili

rozszerzyły się również. Teraz i ona wyglądała na zauroczoną. Jakby spotkali się ponownie po latach.

– Mój panie? – powtórzyła po kilku sekundach. – Czy mam napełnić twój kielich?
Erec wpatrywał się na nią zapominając o dobrych manierach, zbyt osłupiały, by wydusić z siebie

słowo. Po kilku sekundach, w końcu, ruszyła dalej. Oglądała się co chwilę i spoglądała na niego nad
swoim ramieniem.

W końcu postawiła dzban na miejsce, odwróciła się i wybiegła z sali.
Erec wstał bezustannie śledząc ją wzrokiem.
– Muszę ją poznać – powiedział do księcia.
– ? – zapytał książę zszokowany.
– Ale ona jest tylko służącą. Po cóż miałbyś ją poznawać? – zapytał Brandt.
Erec wstał zelektryzowany. Pierwszy raz wiedział dokładnie, czego chce.
– To jej chcę. To dla niej będę jutro walczył.
– Dla niej? – spytał Brandt zaszokowany i stanął przy Erecu.
Książę dołączył do nich.
–  Możesz  wybrać  którąkolwiek  kobietę  w  królestwie,  po  obu  stronach  Kręgu.  Możesz  wybrać

księżniczkę.  Córkę  możnowładcy.  Kobietę  z  posagiem  bogatym  niczym  całe  królestwo.  A  ty
wybierasz ją? Służącą?

Ich  słowa  jednak  nie  speszyły  go  ani  na  chwilę.  Obserwował  zahipnotyzowany,  jak  wybiegła  z

sali do bocznej komnaty.

background image

– Dokąd ona idzie? Muszę wiedzieć – zażądał.
– Erecu, czy jesteś tego pewien? – zapytał Brandt.
– Robisz poważny błąd – dodał książę. – I uczynisz afront wszystkim kobietom, zwłaszcza tym z

najwyższych sfer.

Erec odwrócił się do niego i powiedział wprost:
–  Nie  chcę  nikogo  znieważać  –  odparł.  –  Ale  to  jest  kobieta,  którą  zamierzam  poślubić.  Czy

pomożesz mi ją znaleźć?

Książę kiwnął na służącego, który ruszył z miejsca, by wypełnić tę misję.
Podniósł rękę i poklepał Ereca po ramieniu, a na jego twarzy pojawił się serdeczny uśmiech.
– To prawda, co mówią o tobie, mój przyjacielu. Nie zdajesz się na cudzy osąd. I chyba właśnie

to cenię w tobie najbardziej.

Książę westchnął.
– Odnajdziemy ci tę służkę. I zeswatamy was ze sobą!
Wokół Ereca podniosły się radosne okrzyki, a wszyscy podchodzili i klepali go po plecach. Ale

on  nie  zwracał  na  to  uwagi.  Jego  umysł  skupił  się  tylko  na  jednym:  na  niej.  Czuł  bez  cienia
wątpliwości, że odnalazł miłość swego życia.

 

background image
background image

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

background image
background image

 
Gareth stał w komnacie swego ojca, w której zapadały ważne decyzje, wyglądając przez okno na

królewski  dwór  dokładnie  w  ten  sam  sposób,  w  jaki  uwielbiał  to  robić  jego  ojciec.  Ojciec  zwykł
przechadzać  się  po  krużgankach,  Gareth  nie  czuł  jednak  takiej  potrzeby.  Był  absolutnie  szczęśliwy,
stojąc tu, wewnątrz tej komnaty, przy krawędzi okna, z rękoma założonymi luźno za plecami i ukryty
w cieniu, spoglądając na swój lud.

Jego lud. Teraz byli jego ludem.
Stał  wrośnięty  w  ziemię,  z  koroną  od  momentu  koronacji  leżącą  pewnie  na  jego  głowie.  Nie

zdejmie  jej.  Miał  też  na  sobie  należącą  do  jego  ojca  biało  czarną  opończę  mimo,  że  panował  letni
skwar, a w ręce ściskał ojcowskie, złote berło. Zaczynał czuć się jak król – prawdziwy król – i już
uwielbiał to uczucie. Wszyscy jego poddani kłaniali mu się, kiedy przechodził. Jemu, a nie jego ojcu.
To sprawiało, że czuł przypływ energii odmienny od tych, które miewał do tej pory. Wszystkie oczy
zwracały się ku niemu, o każdej porze dnia.

Naprawdę  tego  dokonał.  Udało  mu  się  zabić  ojca,  zatuszować  tę  zbrodnię  i  zniszczyć  wszelkie

przeszkody  stojące  na  jego  drodze  do  władzy.  I  wszyscy  się  na  to  nabrali.  Teraz,  kiedy  już  go
ukoronowali, nie było odwrotu. Nic już nie mogli zrobić, by to zmienić.

Jednak teraz, kiedy już był królem, nie bardzo wiedział, co robić. Marzył o tej chwili przez całe

swe życie; kiedy już to osiągnął, nie wiedział, co dalej. Od kiedy został królem, odniósł wrażenie, że
bycie nim oznaczało samotność. Stał tutaj, w tej komnacie, już kilka godzin i obserwował dwór. W
pomieszczeniu poniżej oczekiwała na niego królewska rada. Postanowił, że mogą jeszcze poczekać
jakiś czas. Był królem i mógł każdemu kazać na siebie czekać, jak długo miał na to ochotę.

Obserwując  swój  lud  zastanawiał  się,  w  jaki  sposób  mógłby  umocnić  i  zabezpieczyć  swoją

pozycję.  Na  początek  uwięzi  Kendricka.  Niedługo  potem  odbędzie  się  jego  egzekucja.  Zbyt  duże
ryzyko wiązało się z obecnością Kendricka, pierworodnego syna i najbardziej wielbionego z całego
rodzeństwa,  na  dworze.  Uśmiechnął  się  na  myśl,  że  właśnie  w  tej  chwili  straże  szukają  go,  i  chcą
uwięzić.

Potem  sprawi,  że  umrze  Thor.  Również  on  stanowił  zagrożenie  zważywszy  na  to,  jak  bliskie

stosunki  łączyły  go  z  ojcem  Garetha;  kto  wie,  co  ojciec  powiedział  mu  na  łożu  śmierci?  Może
zidentyfikował Firtha. Gareth był zadowolony z siebie, iż wprowadził w życie plan zabójstwa Thora,
opłacił  członka  legionu,  by  ten  wykonał  zlecenie:  kiedy  dotrą  na  Wyspę  Mgieł,  zwabi  Thora  w
pułapkę i pozbędzie się go. Był pewien, że Thor nigdy nie wróci.

Kiedy już wyeliminuje Kendricka i Thora, zajmie się Gwen. Ona również stanowiła zagrożenie.

Wszak  ostatnim  życzeniem  ojca  było,  aby  to  ona  objęła  rządy.  Tak  długo  jak  ona  żyła,  istniała
możliwość wybuchu rewolty.

W końcu, pozostawała jeszcze jedna, najważniejsza sprawa, która nie dawała mu spokoju: Miecz

Dynastii.  Czy  ma  spróbować  go  unieść?  Gdyby  mu  się  udało,  wyróżniłby  się  spośród  wszystkich
MacGilów,  którzy  przed  nim  władali  królestwem.  Wszyscy  ludzie  pokochaliby  go  już  na  wieki.
Oznaczałoby  to,  że  jest  wybrańcem,  tym,  którego  przeznaczenie  wybrało  do  rządzenia.
Uprawomocniłoby  to  jego  pozycję  i  zapewniło  bezpieczne  panowanie  po  wieki.  Odkąd  był  małym
chłopcem marzył o chwili, kiedy podniesie upragniony oręż.

Po części był pewien, że tego dokona.
Jednak  całkowicie  nie  był  o  tym  przekonany.  Drzwi  do  jego  komnaty  otwarły  się  nagle.  Gareth

odwrócił się z niechęcią, kto mógł być aż tak zuchwały, żeby bezceremonialnie przerwać rozmyślania
króla.  Na  widok  Firtha  jego  mina  zrzedła.  Firth  wkroczył  do  komnaty  między  strażnikami,  którzy
spojrzeli  na  króla  tępym  wzrokiem.  Firth  stał  się  zbyt  bezczelny  od  czasu  koronacji  Garetha  –

background image

zachowywał się, jakby rządził królestwem razem z nim. Gareth miał mu za złe, że ten wtargnął w ten
sposób.  Zastanawiał  się,  czy  nie  popełnił  błędu  wywyższając  Firtha,  mianując  go  swoim  doradcą.
Jednak z drugiej strony musiał przyznać, że dobrze było go zobaczyć. Miał już dość samotności. Nie
wiedział też, z kim mógłby się przyjaźnić teraz, kiedy był królem. Wyglądało na to, że odizolował się
od wszystkich dokoła.

Gareth skinął na straże, które zamknęły drzwi za Firthem. Firth pokonał dzielącą ich odległość i

objął Garetha ramionami. Odchylił się i próbował go pocałować, ale Gareth odwrócił głowę.

Nie miał nastroju zadawać się teraz z nikim. Niespodziewany gość zakłócił jego myśli.
Firth spojrzał na niego zranionym wzrokiem, ale zaraz potem uśmiechnął się.
–  Najjaśniejszy  panie  –  powiedział  przeciągając  ostatnie  słowo.  –  Czyż  nie  uwielbiasz,  jak

zwracają  się  do  ciebie  w  ten  sposób?  To  tak  do  ciebie  pasuje!  –  klasnął  rękoma  z  zachwytu.  –
Uwierz! Jesteś królem. Tysiące poddanych jest gotowych stawić się na każde twoje zawołanie. Teraz
możemy zrobić wszystko.

– My? – zapytał mrocznym głosem Gareth.
Firth zawahał się.
– Miałem na myśli... ty, panie. Uwierz w to! Cokolwiek zechcesz. Tu i teraz, wszyscy oczekują

twej decyzji.

– Jakiej decyzji?
– Odnośnie miecza – powiedział Firth. – Całe królestwo o tym szepcze. Tylko o tym rozmawiają.

Czy spróbujesz go podnieść?

Gareth przyjrzał się mu badawczo. Firth był znacznie bardziej spostrzegawczy niż mógł się tego

spodziewać. Być może dobrze zrobił, że uczynił go swoim doradcą.

– I co miałbym według ciebie zrobić?
– Musisz podnieść miecz. W innym przypadku wyjdziesz na zbyt słabego. Pomyślą, że nie jest ci

pisane  być  królem.  Ponieważ  w  ich  oczach,  gdybyś  naprawdę  czuł,  że  masz  prawo  rządzić,
przynajmniej spróbowałbyś go dobyć.

Gareth zastanowił się nad tym przez chwilę. W tych słowach kryła się prawda. Może Firth miał

rację.

–  Poza  tym  –  powiedział  Firth  z  uśmiechem  na  twarzy  i  podszedł  bliżej,  wziął  go  pod  ramię  i

poprowadził do okna – tobie pisane było zostać królem. Jesteś wybrańcem.

Gareth odwrócił się i spojrzał na niego, już teraz czując się staro.
– Nie, nie jestem – odpowiedział szczerze. Przywłaszczyłem tron, a nie został mi on przekazany.
– To nie oznacza, że nie jest ci pisany – powiedział Firth. – W tym życiu dostajemy tylko to, co

jest  nam  przeznaczone.  Niektórzy  przyjmują  swój  los,  inni  muszą  go  sobie  wybrać.  A  to  czyni  cię
wspanialszym, mój panie, a nie gorszym. Pomyśl o tym – powiedział. – Jesteś jedynym MacGilem,
który przejął tron, a nie czekał bezczynnie, aż mu go przekażą. Czy to nic dla ciebie nie znaczy? Dla
mnie  owszem.  Dla  mnie  oznacza  to,  że  ty,  ty  jedyny  ze  wszystkich  MacGilów  masz  podnieść  ten
miecz i rządzić już na wieki. I kiedy to juz zrobisz to pomyśl: wszyscy ludzie, ze wszystkich zakątków
Kręgu,  będą  kłaniać  ci  się  nisko  już  na  zawsze.  Zjednoczysz  Krąg.  Nikt  nie  będzie  wątpił  w
prawowitość twojej władzy.

Gareth odwrócił sie i spojrzał na Firtha. Jego oczy błyszczały od ekscytacji i wyczekiwania.
– Musisz spróbować!
Gareth  odsunął  się  od  niego  i  zaczął  chodzić  po  pomieszczeniu.  Rozmyślał  nad  tymi  słowami,

chciał  dobrze  rozważyć  ich  sens.  Firth  miał  trochę  racji.  Może  rzeczywiście  jego  przeznaczeniem
było  zostać  królem.  Może  nie  doceniał  siebie,  był  dla  siebie  zbyt  surowy.  Wszak  jego  ojciec  miał

background image

umrzeć  –  inaczej  by  do  tego  nie  doszło.  Może  to  wszystko  potoczyło  się  w  ten  sposób,  gdyż  on,
Gareth,  miał  zostać  lepszym  królem.  Tak,  może  rzeczywiście  zabójstwo  ojca  miało  służyć  dobru
królestwa.

Nagle  usłyszał  zgiełk,  odwrócił  sie  i  spojrzał  na  królewski  dwór.  W  dole  szła  parada,  ludzie

świętowali koronację nowego króla, na wietrze trzepotały sztandary. Jego żołnierze maszerowali w
równym szyku. Był, idealnie piękny letni dzień. Spoglądając w dół na to wszystko nie mógł oprzeć
się  wrażeniu,  że  właśnie  tak  miało  być.  Tak,  jak  to  ujął  Firth,  gdyby  nie  było  mu  pisane  zostać
królem, nigdy by nim nie został i nie stałby tutaj w tej chwili.

Wiedział, że była to najważniejsza decyzja na drodze do jego panowania. Musiał podjąć ją w tej

chwili. Żałował, że nie ma w pobliżu Argona, że ten nie może służyć mu teraz radą. Wyczuwał jednak
również, że Argon go nienawidzi. Nawet gdyby dał mu jakąś radę, Gareth zastanawiałby się, czy to ta
odpowiednia.

Westchnął  i  odwrócił  się  od  okna.  Nadszedł  czas  podjęcia  pierwszej  ważnej  decyzji  w  jego

panowaniu.

– Wezwij straże – rozkazał Firthowi, który odwrócił się i szedł w kierunku drzwi. – Przygotujcie

salę dynastyczną.

Stanął  i  odwrócił  się  w  kierunku  Firtha,  który  również  stanął  i  wpatrywał  się  w  niego  z

ekscytacją.

– Zamierzam podnieść miecz.
 

background image
background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

background image
background image

 
Król McCloud siedział na swym wierzchowcu na szczycie Highlands. Wokół niego zgromadzili

się jego syn, najważniejsi generałowie i setki ludzi. Wszyscy wpatrywali się właśnie z chciwością w
część  Kręgu  należącą  do  MacGilów.  Był  letni  dzień  i  lekka  bryza  zwiewała  jego  długie  włosy  do
tyłu. Wpatrywał się w rozciągającą się przed nim obfitą krainę z zazdrością. Pożądał jej od zawsze,
tak  samo  jak  jego  ojciec  i  ojciec  jego  ojca.  Bogatsza  strona  Kręgu  opływała  w  żyźniejsze  ziemie,
głębsze  rzeki,  urodzajną  glebę  i  czystszą  wodę.  Jego  część  Highlands,  strona  McCloudów,  była
zadowalająca,  może  nawet  dobra.  Natomiast  z  pewnością  nie  była  wyborna.  Nie  była  ziemią
MacGilów. Nie posiadała najlepszych winnic, najwartościowszego mleka, najjaśniejszych promieni
słońca. I McCloud, podobnie jak jego ojciec, był zdecydowany to zmienić. MacGilowie cieszyli się
lepszą połową Kręgu wystarczająco długo; teraz nadeszła pora, by McCloudowie z niej skorzystali.

Siedząc  na  szczycie  Highlands  i  rozglądając  się  po  ziemiach  MacGilów  pierwszy  raz  od  kiedy

był podrostkiem, McCloud pałał optymizmem. Już sam fakt, że mógł być w tym miejscu tak wysoko,
mówił mu wszystko, co chciał wiedzieć. W przeszłości MacGilowie zawsze strzegli Higlands z taką
skrupulatnością,  że  McCloudowie  nie  mogli  znaleźć  choćby  niewielkiej  drogi  do  przejścia  –  a  z
pewnością  nie  mogli  siedzieć  sobie  ot  tak  w  miejscu,  w  którym  był  teraz  McCloud.  Jego  ludzie
oczyścili ten teren w wyniku jednej, niewielkiej potyczki. MacGilowie rzeczywiście nie spodziewali
się ataku ze strony swych odwiecznych przeciwników. Albo, jak przypuszczał McCloud, nowy król
MacGil był słaby i nieprzygotowany. Gareth. Spotkał go kilka razy przy różnych okazjach. W żadnej
mierze nie przypominał swego ojca. Pomyśleć, że królestwo znajdowało się obecnie w jego rękach –
śmiechu warte.

McCloud rozpoznawał nadarzającą się okazję, jak tylko się pojawiała – a ta była jedyna taka w

jego życiu. Nie mógł pozwolić jej zaprzepaścić. Mógł uderzyć w MacGilów mocno, raz na zawsze
rozprawić się z nimi, głęboko na ich terytorium, zanim zdołają pozbierać się po śmierci byłego króla.
McCloud zakładał, że nadal będą pogrążeni w smutku, że nie będą wiedzieć, jak reagować na rządy
nowicjusza na tronie. Jak do tej pory, jego założenia okazywały się słuszne.

Przypuszczenia  McClouda  sięgały  nawet  wyżej.  Był  przekonany,  że  zabójstwo  MacGila

wskazywało na rozłam w dynastii MacGilów. Ktoś dokonał tego zamachu i zrobił to bardzo dobrze.
MacGilowie mieli słabe punkty i to na całej linii, a to oznaczało słabość, podział. Same pozytywne
znaki. Wszystkie wskazywały na rozłam w królestwie. I wszystkie wskazywały, że McCloudowie w
końcu,  po  bardzo  długim  czasie  otrzymują  swą  szansę  na  rozprawienie  się  z  MacGilami  raz  na
zawsze, na władanie całym Kręgiem.

McCloud  uśmiechnął  się  na  tą  myśl,  przynajmniej  na  tyle,  na  ile  go  było  stać  –  niewielkie

wygięcie  kącików  ust,  które  ledwo  co  poruszyło  jego  gęstą,  sztywną  brodą.  Czuł  jak  jego  ludzie
spoglądają na niego przeczesującego wzrokiem horyzont w oczekiwaniu na pierwszy znak, co robić,
jak  postąpić.  To,  co  widział  przed  sobą  sprawiało  mu  potężną  radość.  Małe  wioski  położone  na
bukolicznych  wzniesieniach,  dym  ulatujący  z  kominów,  rolnicy  zbierający  owoce  –  a  przede
wszystkim żadnych patroli jak okiem sięgnąć. MacGilowie stali się niedbali.

Jego uśmiech tylko się pogłębił. Już wkrótce to będą jego kobiety. Wkrótce to będą jego owce.
– DO ATAKU! – wrzasnął McCloud.
Jego  ludzie  zareagowali  wiwatem,  bitewnym  okrzykiem.  Wszyscy  dosiadali  koni,  wszyscy

dzierżyli swe miecze.

Ruszyli  jak  jeden  do  ataku.  Setki  żołnierzy  przypuściły  szarżę  w  dół  po  zboczu  góry.  McCloud

jechał pierwszy, jak zwykle. Wiatr rozwiewał jego włosy. Pędził po stromym zboczu i czuł wielkie
podekscytowanie.  Poganiał  bezlitośnie  swego  konia  kopniakami  i  galopował  szybciej  i  szybciej.

background image

Nigdy jeszcze nie czuł się tak ożywiony.

 

background image
background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

background image
background image

 
Kendrick  siedział  na  długiej  drewnianej  ławie  w  Galerii  broni,  wśród  dziesiątek  towarzyszy

broni – członków Srebrnej Gwardii. Przyglądał się uważnie swemu mieczowi, który właśnie ostrzył.
Był zrozpaczony. Odejście ojca zraniło go bardziej niż można to wyrazić. Całe życie przejmował się
tym, jak świat traktuje jego relacje z królem. MacGil był mu jedynym, prawdziwym ojcem. Był tego
pewien. Czuł to głęboko w swym sercu. Traktował go jak prawdziwego ojca, a i sam MacGil miał go
za  prawdziwego  syna.  Jego  rzeczywistego,  pierworodnego  syna.  A  jednak  w  oczach  całego  świata
był nieprawy. Dlaczego? Tylko dlatego, że ojciec wybrał inną kobietę na królową.

To było niesprawiedliwe. Zaakceptował swoją rolę bastarda i zachowywał się, jak przystało na

porządnego  syna  z  szacunku  dla  swojego  ojca.  Posłusznie  tłumił  swe  uczucia  przez  całe
dotychczasowe  życie.  Teraz  jednak,  kiedy  ojciec  nie  żył,  a  zwłaszcza  kiedy  Gareth  został  królem,
Kendrick nie potrafił pogodzić się z takim stanem rzeczy. Narastało w nim oburzenie. Nie chciał być
królem.  Pragnął  tylko,  aby  reszta  świata  w  końcu  uznała  go  za  pierworodnego  syna  MacGila,
prawowitego w tej samej mierze, co jego przyrodnie rodzeństwo.

Ostrzył  miecz  pocierając  o  niego  kamieniem  raz  po  raz,  wydobywając  z  niego  przenikliwy

dźwięk, który roznosił się po całej sali. Myślał o tym wszystkim, czego nie zdążył powiedzieć ojcu.
Żałował,  że  nie  było  wystarczająco  czasu,  aby  podziękować  mu,  wyrazić  wdzięczność  za  to,  że
wychował  go  jak  własnego  syna,  powiedzieć,  że  bez  względu  na  to  co  myślał  świat,  był  jego
prawdziwym  ojcem,  a  on  jego  prawdziwym  synem.  Powiedzieć  to,  czego  nigdy  nie  mówił:  że  go
kocha.

Zbyt wcześnie mu go odebrano. I bez ostrzeżenia.
Pocierał  miecz  wciskając  kamień  w  metal  coraz  mocniej  w  miarę,  jak  budziła  się  w  nim

wściekłość.  Odnajdzie  mordercę  ojca.  I  sam  go  zabije.  Był  tego  pewien.  Przychodziło  mu  na  myśl
wielu  podejrzanych  i  godzina  za  godziną  rozważał  wszystkie  możliwości.  Niestety,  jego  myśli
wracały  najczęściej  do  jednej  osoby,  o  której  obawiał  się  myśleć.  Kogoś  z  jego  najbliższego
otoczenia. Jego przyrodniego brata, Garetha.

Nie potrafił powiedzieć dlaczego to on cały czas przychodził mu do głowy, czy miał z tym jakiś

związek?  Przypominał  sobie  spotkanie  z  ojcem,  z  jaka  wściekłością  Gareth  zareagował  na  to,  że
został  pominięty  na  rzecz  swojej  siostry  Gwendolyn.  Kendrick  wychowywał  się  razem  z  nim.
Dzieliła ich niewielka różnica wieku. Zdążył poznać krętacką naturę Garetha i to aż za dobrze. Jak
daleko  sięgał  pamięcią,  Gareth  zazdrościł  mu  tego,  że  był  starszy,  że  był  pierworodnym.  Zawsze
traktował  Kendricka  jako  przeszkodę.  Gareth  nie  powstrzymałby  się  przed  niczym,  aby  zdobyć
koronę.

Przychodzili  mu  do  głowy  również  inni  podejrzani.  Ojciec  miał  wielu  nieprzyjaciół,  wrogów

królestwa, przeciwników, których pokonał w walce, rywalizujących z nim możnowładców. Ludzie ci
jednak byli poza najbliższym otoczeniem Kendricka, łatwiej mu było spekulować na ich temat. Miał
nadzieję, że to jedna z tych osób okaże się rzeczywistym zabójcą. Miał zamiar przyjrzeć się każdej z
nich z osobna. Lecz bez względu na to jak usilnie próbował się na nich skupić, w jego umyśle uparcie
pojawiał się obraz przyrodniego brata.

Odchylił  się  i  rozejrzał  po  innych  członkach  Srebrnej  Gwardii.  Wszyscy  zajmowali  się  swoją

bronią. Dzień był szary i ponury. Letnie słońce niespodziewanie ustąpiło miejsca mgle i deszczowi.
Dzień,  który  przychodził  po  letnim  przesileniu,  od  zawsze  przynosił  wielkie  zmiany.  W  ten  dzień
żołnierze przeglądali swoją broń, pielęgnowali ją i przygotowywali się do nowego sezonu. Również
tego  dnia  legion  wyruszał  na  Rytuał.  Kendrick  przypomniał  sobie  swego  nowego  giermka  Thora  i
uśmiechnął się; polubił tego chłopaka i spodziewał się po nim wiele.

background image

Obserwował pozostałych członków Gwardii. Wielu z nich było od niego starszych; doświadczeni

wojownicy  siedzieli  dookoła  stołu  i  żartowali  sobie,  doglądając  swej  bądź  co  bądź  robiącej
wrażenie broni. Kendrick był wdzięczny, jak zwykle, że mógł być jednym z nich. Zaakceptowali go
jako pełnoprawnego członka – na co w pełni sobie zresztą zasłużył. Na początku, kiedy był jeszcze
młody, ludzie witali go z rezerwą. Wielu przypuszczało, że był tu tylko ze względu na jego ojca lub
też, że będąc członkiem rodziny królewskiej, będzie patrzył na nich z góry. Z czasem jednak, powoli,
zapracował na ich szacunek, wywalczył swoje miejsce stając z nimi ramię w ramię w najcięższych
bitwach. Zaczęli dostrzegać, że był im podobny i z czasem nauczyli się traktować go jak jednego ze
swoich. Był z tego bardzo dumny. Kiedykolwiek ktoś okazywał mu przychylność z powodu tego, że
był synem króla, zawsze nalegał, żeby traktować go jak pozostałych. Z czasem ludzie zauważyli, że
jest  szczery  i  autentyczny,  i  pokochali  go.  Po  tych  wszystkich  latach  wiedział,  że  stał  się  ich
największym ulubieńcem z całej rodziny królewskiej – kochali go nawet bardziej niż jego ojca. Był
w  zasadzie  jedynym,  któremu  Srebrna  Gwardia  oddawała  szacunek  i  traktowała  jak  prawdziwego
wojownika.

Znaczyło  to  dla  niego  więcej  niżeli  cokolwiek,  co  do  tej  pory  osiągnął.  Jedyną  rzeczą  jakiej

zawsze  pragnął  było  stać  się  prawdziwym  i  szanowanym  wojownikiem  Srebrnej  Gwardii.
Rozglądając się dokoła widział ten szacunek w oczach swych towarzyszy broni. Był nawet pewien,
że  zwłaszcza  wśród  młodszych  wiekiem  zaczął  uchodzić  za  przywódcę.  Po  śmierci  jego  ojca
niejeden  z  nich  podszedł  do  niego  i  wyraził  swoją  konsternację  z  powodu  tego,  że  to  nie  on  został
nowym królem. Czuł, że to jego chcieli widzieć na czele. Ale ojciec jasno przedstawił swą wolę. To
Gwen  miała  rządzić,  a  on  ponad  wszystko  szanował  życzenia  ojca.  To  miało  dla  niego  największe
znaczenie.

Z drugiej strony, miał Garethowi za złe, że uzurpował sobie prawo do tronu. Martwił się losami

królestwa.  Gwen  nie  była  jeszcze  wystarczająco  silna,  by  poprowadzić  rewoltę.  Gdyby  do  tego
doszło,  wolał  przejąć  władzę  od  Garetha  chociażby  po  to,  by  zadbać  o  dobro  Kręgu.  Kiedy  Gwen
będzie starsza i bardziej obyta, z chęcią przekaże jej władzę.

–  Jak  ci  się  podobała  ceremonia?  –  spytał  Atme,  siedzący  przy  nim  wojownik,  który  właśnie

polerował  trzonek  swojego  topora.  Był  rycerzem  z  natury  gwałtownym  o  jasnorudych  włosach  i
brodzie. Pochodził z odległych wschodnich krańców królestwa. Kendrick stoczył wiele bitew u jego
boku. Był jego bliskim i zaufanym przyjacielem.

– Co myślisz o wyborze twego młodszego brata na króla? – dodał.
Kendrick  spojrzał  na  niego,  zobaczył  jego  szczery  wyraz  twarzy,  jak  również  wielu  innych

siedzących dokoła rycerzy Gwardii chętnych usłyszeć, co ma do powiedzenia. Widział w ich oczach,
jak bardzo im zależało, żeby to on był ich królem – i jak wiele obaw mieli w związku z rządami jego
brata. Nikt nie ufał Garethowi. To było oczywiste.

Zastanawiał się, jak i co odpowiedzieć. Wiedział ze sposobu, w jaki Atme wypowiedział słowo

„młodszego”,  że  ten  go  podpuszcza.  Chciał  powiedzieć:  To  strasznie  niesprawiedliwe.  Gareth  nie
nadaje się na króla. To będzie katastrofa. Powali królestwo na kolana. Mój ojciec nigdy tego nie
chciał. Pewnie przewraca się teraz w grobie. Coś trzeba z tym zrobić
.

Lecz  nie  mógł  tego  powiedzieć.  Nie  w  towarzystwie  tych  ludzi.  Nie  teraz.  Zniechęciłby  ich  i

prawdopodobnie doprowadził do przewrotu. Musiał dobrze przemyśleć swoje następne posunięcie,
w jaki sposób najlepiej rozegrać tą sytuację. W tej sytuacji musiał bardzo zważać na słowa.

– Czas odkryje przeznaczenie wszech rzeczy – odpowiedział obojętnym tonem.
Rycerze  odwrócili  swe  spojrzenia,  kiwając  głowami  niby  zadowoleni  z  takiej  odpowiedzi.

Kendrick wiedział jednak, że wcale tak nie było.

background image

Nagle usłyszał potężny łomot dochodzący zza drzwi Galerii. Wszyscy zwrócili swe oczy w tym

kierunku,  a  do  wewnątrz  wpadło  kilkunastu  królewskich  strażników.  Kendricka  zdziwił  fakt,  że
przybyli  tu,  do  sali  należącej  do  Srebrnej  Gwardii,  bezceremonialnie  dzierżąc  miecze  w  dłoniach.
Nigdy  się  to  jeszcze  nie  zdarzyło.  Gwardziści,  wprawieni  w  boju  wojownicy,  zareagowali
gwałtownie odwracając się w kierunku strażników i bacznie się im przyglądając.

Strażnicy  królewscy  przemierzyli  szybkim  krokiem  salę  kierując  się  wprost  na  Kendricka.

Spoglądali  na  niego  surowym  wzrokiem  i  Kendrick  zaczął  zastanawiać  się,  o  co  też  mogło  im
chodzić.  Wyczuwał  ich  zniecierpliwienie  i  pomyślał,  że  może  przychodzą  do  niego  z  prośbą  o
pomoc.

Zatrzymali się przed nim i jeden z nich, mianowany jeszcze przez jego ojca, mężczyzna noszący

imię  Darloc,  którego  Kendrick  od  razu  rozpoznał,  a  który  służył  lojalnie  jego  ojcu  od  lat,  wystąpił
przed wszystkich z ponurą miną na twarzy.

–  Kendricku  z  Klanu  MacGil  Zachodniego  Królestwa  Kręgu  –  zaanonsował  oficjalnym,

grobowym wręcz głosem, począwszy czytać rozwinięty przed sobą zwój. – Niniejszym oświadczam,
że zgodnie z królewskim rozkazem, zostajesz aresztowany jako zdrajca królestwa za zamordowanie
króla MacGila.

Włosy zjeżyły się Kendrickowi na głowie, a całym ciałem wstrząsnął lodowaty dreszcz.
Na  sali  rozległ  się  okrzyk.  Jego  towarzysze  broni  zaczęli  powoli  podnosić  się  od  stołów,

poirytowani  i  pełni  napięcia.  Gęsta  cisza  spowiła  całe  pomieszczenie,  a  wszyscy  spojrzeli  na
Kendricka w oczekiwaniu na jego reakcję.

Kendrick  wstał  powoli,  próbując  oddychać  normalnie,  zrozumieć,  o  co  chodzi.  Poczuł  jak  całe

życie przeleciało mu przed oczyma.

Przyjrzał  się  uważnie  twarzy  Darloca,  przeoranej  zmarszczkami  i  zastygłej  w  ponurym

spojrzeniu. Widział, że strażnik mówił poważnie.

–  Darlocu  –  powiedział  Kendrick  wyważonym  tonem,  zmuszając  się  do  zachowania  spokoju,  a

jego głos odbił się echem od ścian. – Znasz mnie od moich narodzin. Wiesz, że to nieprawda.

Powieka Darloca drgnęła lekko.
– Mój panie – odparł smutno Darloc. – Obawiam się, że moje osobiste poglądy nic tu nie znaczą.

Jestem  jedynie  królewskim  sługą  i  wykonuję  tylko  jego  rozkazy.  Proszę  mi  wybaczyć.  Masz  rację.
Sam nigdy nie uwierzyłbym w taką potwarz. Jednak moje osądy zależą od osądów króla. Obawiam
się, iż muszę wykonać ten rozkaz.

Kendrick  wpatrywał  się  w  niego,  widział  powagę  na  jego  twarzy,  fakt  jak  bardzo  był

zdenerwowany, miotany wewnętrznym konfliktem, że postawiono go w tej sytuacji. Zrobiło mu się go
autentycznie żal.

Nie  potrafił  jednak  pojąć,  jak  zuchwały  to  był  zarzut:  jego  własny  brat  oskarżył  go  o

zamordowanie ich ojca. Mogło to oznaczać tylko jedno: Gareth poczuł się zagrożony. I miał coś do
ukrycia.  Potrzebował  kozła  ofiarnego  i  to  natychmiast.  Nieważne,  jak  mało  przekonujący  był  ten
wybór.  Dzięki  temu  Kendrick  utwierdził  się  w  przekonaniu,  że  to  jednak  Gareth  był  mordercą.
Poczuł,  jak  wzbiera  w  nim  świeża  gorycz  i  złość  –  nie  dlatego,  że  miał  trafić  do  więzienia,  ale
dlatego, że poczuł się w obowiązku postawić Garetha przed obliczem sprawiedliwości.

– Przykro mi Kendricku, ale mam zamiar cię zabrać – powiedział Darloc i skinął na jednego ze

swych ludzi.

Kiedy żołnierz zrobił krok, Atme nagle skoczył na równe nogi i jak błyskawica pojawił się przed

Kendrickiem, dobywając miecza.

– Jeśli chcesz tknąć Kendricka, będziesz musiał najpierw pokonać mnie – powiedział grobowym

background image

tonem.

Nagle  całe  pomieszczenie  wypełnił  odgłos  dobywanych  mieczy.  Wszyscy  członkowie  Gwardii

jak jeden mąż skoczyli na nogi i stanęli twarzą w twarz ze strażnikami.

Darloc  stał,  wyglądając  na  przerażonego,  i  dopiero  teraz  zdał  sobie  sprawę,  że  przeliczył  się

sromotnie,  przychodząc  tutaj.  Dotarło  też  do  niego,  że  królestwo  dzielił  już  tylko  jeden  krok  od
niszczącej wojny domowej.

 
 

background image
background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

background image
background image

 
Gwen stała na piaszczystym brzegu oceanu, którego fale załamywały się blisko jej stóp – potężne,

gwałtowne grzywy uderzały w nie z wystarczającą siłą, żeby co chwilę się chwiała. Stała próbując
utrzymać  się  na  nogach  i  obserwowała,  jak  wielki  okręt  rozwinął  żagle  do  drogi.  U  jego  steru  stał
Thor  i  machał  do  niej  ręką.  Estopheles  siedziała  na  jego  ramieniu  i  wpatrywała  się  w  Gwen
złowieszczo. Spojrzenie sokoła zmroziło jej krew.

Thor  uśmiechał  się.  Po  chwili  zobaczyła,  jak  jego  miecz  wyślizgnął  się  zza  pasa  i  runął  do

oceanu. Co dziwne, on nawet tego nie zauważył. Nadal uśmiechał się do Gwen i machał ręką, a ona
poczuła nagle niepokój.

Rozległe  wody,  które  do  tej  pory  wydawały  się  tak  spokojne,  rozszalały  się  nagle,  a  ich

kryształowoniebieska  barwa  ustąpiła  spienionej  czerni.  Widziała,  jak  statek  zakołysał  się
gwałtownie, miotany falami oceanu. Thor jednak stał uśmiechając się wciąż i machając do niej, jakby
nic się nie stało. Nie mogła pojąć, co się dzieje. Niebo za Thorem, które jeszcze przed chwilą było
czyste,  przesiąknęło  szkarłatem,  a  chmury  zdawały  się  nacierać  w  szaleńczym  ataku.  Nagle
błyskawica rozświetliła na chwilę wszystko dokoła, po czym uderzony piorunem żagiel okrętu stanął
w  ogniu.  Chwilę  później  cały  statek  objęły  płomienie.  Okręt  zaczął  nabierać  prędkości,  odpływał
coraz szybciej i szybciej, wsysany coraz głębiej i głębiej przez potężne prądy oceanu.

– THOR! – wrzasnęła Gwen.
Wydała z siebie jeszcze jeden pisk, kiedy okręt zamienił się w kulę ognia i wessany przez ciemny

czerwony nieboskłon, zniknął z horyzontu.

Spojrzała w dół. Wysoka fala rozbiła się o jej pierś zwalając ją z nóg na plecy. Próbowała się

czegoś przytrzymać – lecz nadaremnie. Czuła jak ocean wciąga ją coraz głębiej, coraz szybciej, jak
jego prądy pochłaniają ją, a kolejna fala rozbija się o jej twarz.

Krzyknęła!
Otworzyła  oczy  i  zobaczyła,  że  znajduje  się  w  komnacie  swego  ojca.  Wewnątrz  było  pusto  i

panował  przenikliwy  chłód.  Była  noc.  Zatknięte  gęsto  w  ścianie  pochodnie  rozświetlały  wnętrze
migocącym światłem. Nagle dostrzegła sylwetkę jakiejś osoby. Stała na parapecie okna, odwrócona
do  niej  plecami.  Od  razu  wyczuła,  że  to  jej  ojciec.  Miał  na  sobie  królewskie  futra,  a  na  głowie
koronę, która wyglądała na większą niż kiedykolwiek.

– Ojcze? – spytała podchodząc bliżej.
Powoli odwrócił się i spojrzał na nią. Obleciał ją strach. Jego twarz w połowie pozbawiona była

skóry,  oczy  wystawały  z  oczodołów,  a  ciało  uległo  znacznemu  rozkładowi.  Objął  ją  okropnym
spojrzeniem, pełnym rozpaczy, i wyciągnął rękę w jej kierunku.

– Dlaczego mnie nie pomścisz? – jęknął.
Gwen zatkało oddech w piersiach. Przerażona pospieszyła do niego.
Zaczął  odsuwać  się  od  niej.  Prawie  chwyciła  go  za  rękę  –  ale  było  już  za  późno.  Osunął  się

powoli do tyłu i poleciał w dół.

Krzyknęła,  podbiegła  do  okna  i  wysunęła  głowę.  Jej  ojciec  spadał  w  czerń  coraz  szybciej  i

szybciej. Ziemia zapadła się pod nim i wydawało się, że leci do samego jej wnętrza. Nie usłyszała
odgłosu upadku jego ciała.

Nagle  dobiegł  ją  brzęk  z  wewnątrz  komnaty.  Odwróciła  się  i  zlustrowała  wzrokiem  całe

pomieszczenie.  Jego  korona.  Musiała  spaść  mu  z  głowy  i  teraz  toczyła  się  po  posadzce,  wydając
głuchy,  metaliczny  dźwięk.  Zaczęła  obracać  się  dookoła  własnej  osi,  wydając  coraz  głośniejszy
brzęk, aż w końcu zatrzymała się na samym środku pustej podłogi.

Skądś powróciły do niej jego słowa:

background image

– Pomścij mnie!
Poderwała  się  ze  snu.  Usiadła  wyprostowana  na  łóżku  ciężko  oddychając.  Przetarła  oczy  i

zeskoczyła  z  materaca.  Podbiegła  do  okna  próbując  otrząsnąć  się  z  tego  okropnego  koszmaru.
Nabierając  w  dłonie  lodowatej  wody  z  miski  stojącej  przy  oknie  spryskała  twarz  kilka  razy  i
wyjrzała na zewnątrz.

Świtało  już.  Królewski  dwór  trwał  pogrążony  w  ciszy.  Wschodzące  pierwsze  słońce  skąpało

okolicę we wczesnych promieniach. Wyglądało na to, że wstała pierwsza. Sen był okropny. Bardziej
przypominał wizję. Jej  serce waliło mocno,  kiedy próbowała odtworzyć  wszystkie szczegóły. Thor
umierający  na  tym  statku.  Czuła,  że  to  była  jakaś  wiadomość,  coś  jakby  przepowiednia  przyszłości
aniżeli tylko zwykły sen. Serce jej pękło na myśl, że Thor, o czym była przekonana, wkrótce umrze.

I do tego jeszcze ten przerażający wizerunek ojca, jego rozkładających się zwłok. Jawna nagana

skierowana  pod  jej  adresem.  Wszystko  było  takie  rzeczywiste,  tak  prawdziwe,  że  nie  mogła  już
później zasnąć. Chodziła po komnacie nie wiedząc, co czynić ze sobą.

Bez  namysłu  podeszła  do  łóżka  i  zaczęła  się  ubierać,  o  wiele  wcześniej  niż  zwykle.  Czuła,  że

musi coś z tym zrobić. Cokolwiek. Coś, co sprawi, że znajdzie mordercę swego ojca.

 

 

 
 
Trzeźwy  i  osamotniony  po  raz  pierwszy  od  wielu  lat,  Godfrey  pokonywał  puste,  zamkowe

korytarze skąpane we wczesnym, porannym świetle pierwszego słońca. Dziwne to było uczucie. Nie
mógł  przypomnieć  sobie,  kiedy  ostatni  raz  cały  dzień  spędził  bez  picia,  albo  bez  swoich  pijanych
towarzyszy.  To  osamotnienie  i  powaga  były  dla  niego  czymś  nowym.  Zdał  sobie  sprawę,  że  w  ten
właśnie  sposób  czuli  się  ludzie  wiodący  zwykły  ziemski  żywot.  Okropieństwo.  Nuda.  Nienawidził
tego  uczucia.  Chciał  popędzić  z  powrotem  do  karczmy,  do  swych  przyjaciół,  sprawić,  żeby  to
wszystko odeszło. Zwykłe życie nie było dla niego.

Pierwszy raz jednak w życiu przeciwstawił się swoim odruchom. Nie wiedział, co go naszło, ale

obraz  ciała  jego  ojca  opuszczanego  do  grobu  coś  w  nim  zmienił;  od  śmierci  ojca  coś  w  nim
wzbierało.  Był  jak  kocioł  zawieszony  nad  niewielkim  paleniskiem;  odczuwał  niezadowolenie  i
niepokój  jak  nigdy  wcześniej.  Czuł  się  nieswojo  we  własnej  skórze.  Po  raz  pierwszy  spojrzał  na
siebie  surowym  okiem.  Ocenił  siebie  na  nowo,  sposób,  w  jaki  żył  do  tej  pory  i  jak  może  spędzić
resztę swoich dni. Kiedy popatrzył w lustro na siebie, nie spodobało mu się to, co tam ujrzał.

Godfrey  spojrzał  również  na  swoich  przyjaciół  w  nowym  świetle.  Nie  mógł  znieść  widoku  ich

twarzy.  A  zwłaszcza  swojej.  Tego  ranka,  pierwszy  raz  w  życiu,  smak  piwa  zaleciał  mu  zgnilizną.
Pierwszy  raz,  od  kiedy  tylko  sięgał  pamięcią  wszystko  widział  wyraźnie,  miał  świadomość  swych
myśli i uczuć. A musiał to dziś rozważyć na trzeźwo, zebrać myśli. Ponieważ coś w nim płonęło, coś,
czego w pełni nie pojmował, co zmuszało go by szukać mordercy ojca.

Być  może  było  to  poczucie  własnej  winy,  świadomość  nie  do  końca  rozwiązanych  spraw,  jego

stosunku do ojca; być może właśnie w ten sposób mógł zasłużyć na jego akceptację. Jeśli nie za życia
ojca, to przynajmniej po jego śmierci. A gdyby udało mu się znaleźć zabójcę ojca, mógłby również
zrehabilitować się, zrewanżować za te wszystkie zmarnowane lata życia.

Czuł,  jak  pali  go  niesprawiedliwość  tego  wszystkiego.  Nienawidził  tego,  że  jego  brat  Gareth

zasiadł  na  tronie.  Gareth  zawsze  knuł  jakieś  intrygi,  manipulował,  był  oziębłym  kanalią,  która  nie
kochała nikogo oprócz siebie. Zawsze kręcił się przy podejrzanych typach, potrafił rozpoznać takiego

background image

z  odległości  mili.  Widział  w  jego  oczach  zło  wzbierające  i  błyszczące,  wydobywające  się  niczym
spod  ziemi.  Był  człowiekiem,  który  pożądał  władzy,  który  chciał  dominować  nad  wszystkimi.
Godfrey  wiedział,  że  Gareth  gra  nieczysto.  Był  też  pewien,  że  jego  brat  miał  coś  wspólnego  ze
śmiercią ich ojca.

Pokonał  kolejne  schody,  następny  korytarz  i  z  rosnącym  chłodem  w  sercu  wszedł  w  korytarz

wiodący  do  komnaty  ojca.  Znane  mu  dobrze  ściany  wywołały  wspomnienia,  jeszcze  zbyt  świeże,  o
tym,  jak  szedł  tędy  ostatni  raz,  jak  został  wezwany,  jak  ojciec  zganił  go.  Zawsze  z  nienawiścią
pokonywał ten ostatni kawałek drogi prowadzący do komnaty króla.

Aczkolwiek  teraz  poczuł  zupełnie  coś  innego,  jakieś  nowe  doznanie:  jakby  szedł  korytarzem

opanowanym przez ducha. Niemal wyczuwał obecność ojca, z każdym krokiem, który stawiał.

Dotarł do ostatnich drzwi i stanął przed nimi. Były wielkie, w kształcie łukowatej bramy, grube

na  stopę  i  wyglądały,  jakby  miały  z  tysiąc  lat.  Zastanawiał  się  jak  wielu  MacGilów  używało  tych
drzwi. Dziwnie było widzieć je bez straży wokoło. Jakby wszystkim było już obojętne, że jego ojciec
kiedykolwiek tutaj żył.

Drzwi  były  zamknięte.  Chwycił  za  ich  żelazną  klamkę  i  popchnął.  I  kiedy  otworzyły  się  z

pradawnym skrzypnięciem, wszedł do środka.

W środku było jeszcze bardziej upiornie. Pusta komnata pulsowała witalnością jego ojca. Łoże

było nadal zasłane. Szaty ojca leżały ułożone na nim w poprzek, opończa wisiała w rogu, a jego buty
stały przy palenisku. Przez otwarte okno wleciał nagle podmuch letniej bryzy i Godfrey poczuł chłód;
poczuł  stojącego  przy  sobie  ojca.  Bryza  wydęła  płócienne  połacie  baldachimu  na  łożu  króla  i
Godfrey  nie  potrafił  powstrzymać  się  od  myśli,  że  oto  przemawia  do  niego  ojciec.  Poczuł
przytłaczający wręcz smutek.

Chodził dookoła komnaty, czując chłód na myśl o tym, że to właśnie tutaj zamordowano ojca. Nie

wiedział  dokładnie,  czego  szuka,  ale  miał  wrażenie,  że  właśnie  tutaj,  gdzie  to  wszystko  się
wydarzyło,  należy  zacząć.  Być  może  była  tu  jakaś  niewielka  wskazówka,  coś,  co  przeoczono,  a  co
mogło  pomóc  mu  wpaść  na  jakiś  pomysł.  Założył,  że  królewska  rada  przeczesała  już  dokładnie  to
pomieszczenie. Ale chciał chociaż spróbować. Musiał spróbować, dla własnego dobra.

Lecz po jakimś czasie dokładnych oględzin nie znalazł nic, żadnej wskazówki, która rzuciłaby się

mu w oczy.

– Godfrey? – dobiegł go kobiecy głos.
Obrócił się na pięcie zaskoczony, nie spodziewając się tu obecności kogokolwiek. Zobaczył swą

młodszą siostrę Gwendolyn.

– Wystraszyłaś mnie – powiedział i odetchnął. – Nie wiedziałem, że jest tu ktoś poza mną.
– Wybacz – odparła, po czym weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi. – Drzwi były otwarte.

Również nie myślałam, że ciebie tu znajdę.

Zmrużył oczy i przyjrzał się jej dokładnie. Wyglądała na zagubioną i zatroskaną.
– Co ty tutaj robisz? – zapytał ją.
– Mogłabym zadać ci to samo pytanie – odpowiedziała. – Jest jeszcze bardzo wcześnie. Musiałeś

zostać tu sprowadzony podobnie jak ja.

Godfrey obejrzał się dokoła, szukając znaków, że ktoś ich obserwuje lub podsłuchuje. Zdał sobie

jednocześnie sprawę, że ogarnia go paranoja. Powoli i z rezerwą pokiwał głową.

Godfrey zawsze dbał o Gwen. Z całego rodzeństwa była jedyną osobą, która go nie krytykowała.

Zawsze  cenił  ją  za  jej  wrażliwość  i  współczucie.  Wyczuwał,  że  ze  wszystkich  członków  rodziny
królewskiej  ona  jedna  była  gotowa  uwierzyć  w  niego,  dać  mu  drugą  szansę.  I  czuł,  że  mógł  jej
powiedzieć wszystko, że nigdy nie wykorzystałaby tego przeciwko niemu.

background image

–  Masz  rację  –  odparł.  –  Rzeczywiście  coś  mnie  tu  przyciągnęło.  W  zasadzie  nie  potrafiłbym

podać innej przyczyny.

– Ja tak samo – powiedziała Gwen. – Jego śmierć była tak niespodziewana. Tak gwałtowna. Nie

spocznę,  ani  nie  nacieszę  się  życiem  dopóki  nie  będę  wiedziała,  że  złapaliśmy  jego  mordercę.
Miałam straszny sen. I to on mnie tu sprowadził.

Godfrey pokiwał głową. Rozumiał.
Obserwował ją jak chodziła po komnacie i próbowała pojąć to wszystko. Widział cierpienie na

jej  twarzy  i  zdał  sobie  sprawę,  jak  bolesne  musiało  to  być  również  dla  niej.  Wszak  to  ona  była  w
największej zażyłości z ojcem. Najbliżej z nich wszystkich.

–  Pomyślałem,  że  jeśli  tu  przyjdę,  to  może  cos  znajdę  –  powiedział,  chodząc  dokoła  komnaty,

zaglądając w każdy kąt, pod łóżkiem, sprawdzając każdy szczegół. – Nic jednak tu nie ma.

Gwen również zlustrowała komnatę, chodząc powoli dokoła jej.
– Co sądzisz o tych plamach? – spytała.
Odwrócił się i podbiegł w miejsce, które wskazywała. Na posadzce zobaczył zarys plamy ledwie

odróżniającej  się  od  ciemnego  kamienia.  Podążając  za  śladami  skierował  się  do  okna,  a  kiedy
znaleźli się w świetle słońca, ujrzeli je dokładniej: plamy krwi. Chłód wstrząsnął jego ciałem. Plamy
pokrywały posadzkę i kamienne ściany wszędzie wokoło. Zdał sobie sprawę, że to krew jego ojca.

– Musiało dojść do ostrej walki – powiedziała idąc po śladach wewnątrz komnaty.
– Okropne – odrzekł.
– Nie wiem dokładnie, co spodziewałam się tu znaleźć – ale sądzę, że chyba tylko zmarnowałam

czas. Nic innego tutaj nie widzę.

– Ani ja – powiedział Godfrey.
– Być może istnieją inne miejsca, które należałoby sprawdzić – dodała.
– Gdzie?
Wzruszyła ramionami. – Gdziekolwiek, ale nie tu.
Godfrey  poczuł  kolejny  powiew  bryzy  i  przejmujący  chłód,  który  nie  chciał  dać  mu  spokoju.

Poczuł nagłe pragnienie opuszczenia tej komnaty i to samo ujrzał w oczach Gwen.

Jak na komendę odwrócili się i ruszyli do drzwi.
Kiedy  jednak  już  miał  je  otworzyć,  dostrzegł  coś,  co  zwróciło  jego  uwagę,  co  sprawiło,  że

zatrzymał się gwałtownie.

– Stój – powiedział. – Patrz tutaj.
Gwen obróciła się i podeszła za nim kilka kroków do paleniska. Podniósł dłoń i palcem dotknął

pozostawionej na ścianie plamy krwi.

– Ta plama jest inna od reszty – powiedział. – Jest w innej części komnaty. I jest jaśniejsza.
Wymienili zdziwione spojrzenia i przyjrzeli się jej dokładnie.
– Może to z narzędzia zbrodni – dodał. – Może zabójca próbował ukryć je w murze.
Godfrey  dotykał  kamieni,  szukał  jakiegoś  obluzowanego,  lecz  nic  nie  znalazł.  Wówczas  Gwen

zatrzymała się i wskazała na palenisko.

– Tam – rzekła.
Spojrzał, lecz nie ujrzał niczego.
– Za paleniskiem. Widzisz? Otwór w ścianie. To zsyp. Zsyp na odpady.
– No i? – zapytał.
– To plamy ze sztyletu. Są wszędzie dokoła. Spójrz.
Rzucili  się  na  kolana  i  przyjrzeli  z  bliska.  Ze  zdumieniem  odkrył,  że  miała  rację.  Plamy

prowadziły wprost do zsypu.

background image

– Tą drogą powędrował sztylet – wydedukowała. – Musiał wrzucić go do zsypu.
Odwrócili się i spojrzeli na siebie. Wiedzieli, gdzie teraz muszą iść.
Kubeł ściekowy – powiedział.

 

 

 
 
Godfrey i Gwen schodzili po kamiennych, zamkowych schodach, które opadały po spirali w dół,

w głąb czeluści zamku, głębiej, niż Godfrey kiedykolwiek zszedł. Zaczynało się mu kręcić w głowie,
kiedy w końcu doszli do żelaznych drzwi. Odwrócił się do Gwen.

– To mi wygląda na pomieszczenia dla służby – powiedział. – Przypuszczam, że kubeł ściekowy

znajduje się za tymi drzwiami.

– Sprawdźmy – powiedziała.
Godfrey  uniósł  pięść  i  walnął  kilka  razy  w  drzwi.  Po  chwili  usłyszeli  czyjeś  kroki.  W  końcu

drzwi otwarły się przed nimi. Ujrzeli pociągłą, poważną twarz jakiegoś mężczyzny.

– Tak? – zapytał staruszek, widocznie długoletni już sługa.
Godfrey spojrzał na Gwen, a ona potaknęła głową.
– Czy tu znajduje się kubeł ściekowy? – zapytał.
– Tak – odparł mężczyzna. – Oraz część kuchni. – Co was tu sprowadza?
–  Zanim  Godfrey  zdążył  odpowiedzieć,  mężczyzna  zmrużył  oczy  i  w  jego  spojrzeniu  dostrzegli

nagłe olśnienie.

– Chwila – dodał – czy wy nie jesteście dziećmi króla MacGila? W jego spojrzeniu pojawił się

teraz szacunek. – A jakże – odpowiedział sobie. – Co wy tutaj robicie?

– Proszę – powiedziała łagodnym tonem Gwen, poczym postąpiła krok do przodu i położyła rękę

na jego nadgarstku. – Wpuść nas. Mężczyzna cofnął się i otworzył szeroko drzwi, a oni weszli szybko
do środka.

Godfrey  patrzył  z  niedowierzaniem  na  pomieszczenie,  w  którym  nigdy  jeszcze  nie  był,  chociaż

znajdowało  się  przecież  w  miejscu,  gdzie  spędził  całe  swe  dotychczasowe  życie.  Byli  w
najgłębszych czeluściach zamku, w przestronnej komnacie, w której mrok rozświetlały sporadyczne
pochodnie. Wszędzie stały stoły służące do przygotowywania jedzenia. W paleniskach huczał ogień,
a  nad  nim  wisiały  wielkie  kotły  z  bulgoczącą  zawartością.  Z  pewnością  miejsce  to  przystosowane
było do obecności dziesiątek służących. Poza mężczyzną, który otworzył im drzwi, nie było tu jednak
nikogo.

–  Przychodzicie  o  dziwnej  porze  –  powiedział.  –  Nie  zaczęliśmy  jeszcze  przygotowywać

śniadania. Reszta służby zjawi się tu wkrótce.

– Nic nie szkodzi – odpowiedział Godfrey. – Jesteśmy tu z innego powodu.
– Gdzie znajduje się kubeł ściekowy? – zapytała Gwen nie marnując czasu.
Mężczyzna spojrzał na nich ze zdziwieniem.
– Kubeł ściekowy? – powtórzył niczym echo. – Ale po co wam to wiedzieć?
– Proszę, po prostu nam go pokaż – powiedział Godfrey.
Sługa gapił się chwilę na niego swymi oczyma umieszczonymi na pociągłej twarzy z zapadłymi

policzkami, po czym odwrócił się i poprowadził ich przez izbę.

Stanęli przed wielką, kamienną jamą, w której spoczywał ogromny sagan, tak duży, że trzeba było

aż  dwóch  ludzi,  żeby  go  unieść;  tak  duży,  że  wystarczył  na  nieczystości  z  całego  zamku.  Stał  pod

background image

zsypem wiodącym gdzieś hen w górę. Godfrey wyczuł jego smród i aż go cofnęło.

Podeszli  razem  z  Gwen  bliżej  i  obejrzeli  dokładnie  ściany  otaczające  kubeł.  Mimo  usilnych

starań nie zauważyli żadnych plam, nic niezwykłego.

Spojrzeli w dół na sagan, ale był pusty.
–  Nic  tam  nie  znajdziecie  –  powiedział  sługa.  –  Opróżniają  go  co  godzinę.  O  każdej  pełnej

godzinie.

Godfrey pomyślał, że może marnują czas. Westchnął. Popatrzyli na siebie i wymienili spojrzenie

pełne rozczarowania.

– Czy chodzi o mojego pana? – spytał w końcu sługa przerywając ciszę.
– Twego pana? – spytała Gwen.
– No, tego, który zaginął.
– A zaginął? – spytał Godfrey.
Sługa przytaknął skinięciem głowy.
– Zniknął pewnej nocy i do tej pory nie wrócił do pracy. Krążą pogłoski, że go zabili.
Godfrey i Gwen wymienili spojrzenie.
– Powiedz nam coś więcej – ponagliła Gwen.
Zanim  jednak  zdążył  odpowiedzieć,  otwarły  się  tylne  drzwi  po  drugiej,  odległej  stronie

pomieszczenia i do środka wszedł człowiek, którego wygląd zbił Godfreya z tropu. Był niski, krępy,
a co najważniejsze, jego plecy były zdeformowane, wygięte i przygarbione. Szedł utykając na jedną
nogę, z widocznym wysiłkiem unosząc swoją głowę, powoli w ich kierunku.

W końcu stanął przed nimi rozglądając się w przód i w tył między Godfreyem i sługą.
–  To  wielki  przywilej,  że  zechcieliście  zaszczycić  nas  swą  obecnością  –  powiedział  garbus  i

ukłonił się.

–  Steffen  będzie  wiedział  znacznie  więcej  o  tej  sprawie  niż  ja  –  dodał  drugi  sługa

oskarżycielskim tonem. Było oczywiste, że nie przepadał za Steffenem.

To  powiedziawszy,  sługa  odwrócił  się  i  pospiesznym  krokiem  opuścił  izbę  wychodząc  przez

tylne drzwi. Steffen odprowadził mężczyznę wzrokiem.

Godfrey i Gwen wymienili spojrzenie.
– Steffenie, czy możemy z tobą porozmawiać? – spytała Gwen łagodnie, próbując go uspokoić.
Steffen spojrzał na nich ze zdenerwowania wykręcając ręce.
–  Nie  wiem,  co  wam  powiedział,  ale  on  zawsze  kłamie.  I  plotkuje  –  powiedział  Steffen

przybrawszy obronny ton głosu. – Ja nic nie zrobiłem.

– Nic takiego nie powiedzieliśmy – odparł Godfrey, również próbując go uspokoić. Ewidentnie

Steffen miał cos do ukrycia. Godfrey musiał się dowiedzieć, co to było, bo czuł, że miało związek ze
śmiercią ich ojca.

–  Chcemy  porozmawiać  z  tobą  o  naszym  ojcu,  królu  –  powiedziała  Gwen.  –  O  tej  nocy,  kiedy

umarł. Czy przypominasz sobie coś niezwykłego? Jakąś broń, która spadła zsypem do kubła?

Steffen wił się i patrzył w dół nie chcąc spojrzeć im w oczy.
– Nic nie wiem o żadnym sztylecie – powiedział.
– A kto mówił, że to sztylet? –złapał go za słowo Godfrey.
Steffen  odwrócił  wzrok  z  miną  winowajcy,  a  Godfrey  wiedział,  że  odkrył  jego  kłamstwo.  Ten

człowiek zdecydowanie coś przed nimi ukrywał. To dodało mu odwagi.

Steffen nic nie odpowiedział, jedynie dłubał palcami nóg w ziemi i dalej wykręcał swoje ręce.
– Nic nie wiem – powtórzył. – Nie zrobiłem nic złego.
Godfrey i Gwen wymienili porozumiewawcze spojrzenie. Znaleźli kogoś ważnego. Jednocześnie

background image

było oczywiste, że sługa nie zamierzał nic więcej im powiedzieć. Godfrey czuł, że musi coś zrobić,
zmusić go do mówienia.

Podszedł i stanowczym ruchem położył rękę na jego ramieniu. Steffen podniósł wzrok i spojrzał

na niego zawstydzony niczym szkolny zawadiaka. Godfrey zmarszczył gniewnie brwi, wzmocnił swój
chwyt i przytrzymał w miejscu.

–  Wiemy,  co  stało  się  z  twoim  panem  –  powiedział  blefując.  –  Teraz,  albo  powiesz  nam

wszystko, co wiesz o zabójstwie naszego ojca, albo wtrącimy cię do lochu i nigdy więcej nie ujrzysz
słońca. Wybór należy do ciebie.

Stojąc  tak  Godfrey  czuł,  jak  siła  ojca  wstępowała  w  jego  ciało.  Czuł  pierwszy  raz  tą

nadprzyrodzoną  siłę,  która  krążyła  w  jego  żyłach,  we  krwi  królów  z  rodziny  MacGil  od  pokoleń.
Pierwszy raz w życiu, czuł się silny, pewny siebie, godny. Czuł się jak MacGil, akceptowany przez
ojca.

Steffen  musiał  również  to  poczuć,  ponieważ  w  końcu,  po  bardzo  długiej  chwili,  przestał  się

kręcić. Podniósł wzrok, spojrzał Godfreyowi w oczy i skinął głową na zgodę.

– Nie uwięzicie mnie? – spytał. – Jeśli wam powiem?
– Nie – odparł Godfrey. – O ile nie miałeś nic wspólnego ze śmiercią naszego ojca. To mogę ci

obiecać.

Steffen oblizał usta, namyślając się. W końcu, po długiej chwili skinął głową.
– W takim razie dobrze – powiedział. – Powiem wam wszystko, co wiem.
 

background image
background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI

background image
background image

 
Thor  siedział  w  łodzi,  ściśnięty  z  innymi  na  drewnianych  ławach  w  równym  rzędzie,  oburącz

trzymając  grube  drzewce  i  wiosłując  nieustannie.  Krohn  kulił  się  u  jego  stóp.  Letnie  słońce
wyciskało  z  niego  siódme  poty,  któryś  już  dzień  z  rzędu,  jakie  spędzili  dotychczas  na  morzu.
Oddychał  ciężko  i  zastanawiał  się,  czy  kiedykolwiek  się  to  skończy.  Podróż  wydawała  się  trwać
wiecznie. Na początku unosiły ich żagle. Potem jednak wiatr nagle zamarł i wszystkich chłopców na
statku obarczono wiosłowaniem.

Siedział  mniej  więcej  na  środku  długiej  i  wąskiej  łodzi.  Za  sobą  miał  Reece’a,  przed  nim  zaś

siedział  O’Connor.  Zastanawiał  się  cały  czas,  jak  długo  dadzą  radę  tak  wiosłować.  Nigdy  nie
pracował  tak  ciężko  przez  tak  długi  czas.  Każdy  jego  mięsień  drgał  ze  zmęczenia.  Jego  barki,
nadgarstki,  ramiona,  bicepsy,  plecy,  szyja,  a  nawet  uda  –  wszystkie  one  miały  za  chwilę
zastrajkować.  Ręce  trzęsły  mu  się,  a  dłonie  starte  były  do  żywego  mięsa.  Kilku  innych  członków
legionu  padło  już  z  wycieńczenia.  Ta  wyspa,  czymkolwiek  by  nie  była,  wydawała  się  leżeć  po
drugiej stronie świata. Modlił się o wiatr.

Pozwolono im wypocząć przez krótką chwilę w nocy, pospać w piętnastominutowych zmianach,

kiedy to inni ich wyręczali. Leżał na plecach w środku czarnej nocy, z Krohnem zwiniętym w kłębek
tuż obok, i patrzył na niebo. Była to najczarniejsza, ale zarazem najczystsza noc, jaką kiedykolwiek
widział.  Cały  świat  wypełniały  mieniące  się  na  czerwono  i  żółto  gwiazdy.  Na  szczęście  letnia
pogoda utrzymywała się nadal i nie było jeszcze zbyt zimno. Oceaniczna, wilgotna bryza schłodziła
jego ciało i zasnął w sekundzie – tylko po to, żeby za chwilę znowu go obudzono. Zastanawiał się,
czy to też wliczało się w Rytuał, czy w ten sposób próbowali ich złamać.

Myślał poważnie o tym, co ich jeszcze czeka i czy zdoła sobie z tym poradzić. Zaburczało mu w

żołądku. Zeszłej nocy dali mu tack, niewielki pasek solonej wołowiny i taką samą flaszkę rumu do
popicia. Połowę tego dał Krohnowi, który połknął to ledwie rozgryzając zębami, i załkał o jeszcze.
Thor czuł się okropnie z tym, że nie miał dla niego nic więcej. Sam jednak nie zjadł nic porządnego
od wielu dni i zaczynał tęsknić za domowymi wygodami.

–  Jak  długo  jeszcze  będzie  to  trwało?  –  usłyszał  głos  jakiegoś  chłopca,  starszego  od  siebie  o

kilka lat, który zwrócił się z tym pytaniem do innego.

– Wystarczająco długo, żeby nas wszystkich pozabijać – odkrzyknął któryś, oddychając głośno.
– Byłeś już na tej wyspie – krzyknął jeszcze inny do starszego chłopaka, który wiosłował uparcie

z ponurym wyrazem twarzy. – Jak długo jeszcze zanim tam dotrzemy? Jak daleko jeszcze?

Starszy chłopiec, wysoki i umięśniony wzruszył ramionami.
– Ciężko powiedzieć – odparł. – Nie dotarliśmy jeszcze nawet do deszczowej ściany.
– Deszczowej ściany? – krzyknął ktoś inny.
Ale  ten  duży  chłopiec,  sapiący  z  wysiłku,  zamilkł  ponownie  i  cała  łódź  pogrążyła  się  w  ciszy.

Jedynym  dźwiękiem,  który  nieustannie  dolatywał  do  uszu  Thora  był  odgłos  wioseł  uderzających  w
taflę wody.

Thor  spuścił  wzrok  po  raz  setny,  mrużąc  oczy  przed  oślepiającym  światłem  słońca.  Nie  mógł

nadziwić  się  żółtej  barwie  wody.  W  niektórych  miejscach  była  przeźroczysta,  zwłaszcza  tuż  pod
powierzchnią  i  widział  tam  różne  egzotyczne  stworzenia  pływające  wzdłuż  łodzi,  ciągnące  się  za
nimi, jakby chciały ich dogonić. Zobaczył też długiego, fioletowego węża, niemal tej samej długości
co  ich  łódź,  z  tuzinem  głów  rozmieszczonych  wzdłuż  ciała.  W  miarę,  jak  płynęli  dalej,  głowy
wysuwały się z ciała w powietrze i kłapały ostrymi niczym brzytwa zębami. Thor nie mógł pojąć, co
robiło to stworzenie. Czy oddychało w ten sposób? Czy próbowało złapać jakieś owady? Czy może
była to groźba pod ich adresem?

background image

Ciężko było mu wyobrazić sobie, jakie inne dziwne stworzenia przyjdzie im spotkać tam, dokąd

zmierzali. Próbował nie myśleć o tym. Była to inna cześć świata i wszystko było możliwe. Czy i to
miało być częścią treningu? Miał złe przeczucie, że raczej tak.

Jeden z chłopców, wysoki i słabowity, którego Thor pamiętał z placu treningowego, nagle osunął

się  na  swym  wiośle  i  upadł  około  dziesięć  stóp  dalej.  Zatoczył  się  na  boki  i  padł  z  głuchym
tąpnięciem na drewniany pokład. Był to ten sam chłopiec, który podczas ćwiczenia z tarczami bał się
je  wykonać  i  który  musiał  z  tego  powodu  przebiec  kilka  okrążeń  więcej.  Thorowi  zrobiło  się  go
wtedy żal i nadal czuł to samo.

Bez namysłu przestał wiosłować i skoczył w jego kierunku. Jak przez mgłę dotarło do niego, że

postąpił  wbrew  zasadom,  lecz  zrobił  to  odruchowo  na  widok  kompana  legionisty  w  kłopotach.
Obrócił  go  i  spojrzał  na  jego  twarz.  Była  zbyt  czerwona,  jego  skóra  płonęła  od  słońca,  a  usta
wyschły i popękały. Żył, ale jego oddech był płytki.

– Wstawaj! – ponaglił go Thor trzęsąc nim całym.
Zamrugał oczami.
– Już więcej nie dam rady – odpowiedział słabym głosem.
– Wstawaj! – wyszeptał natarczywie Thor. – Wstawaj, zanim cię zobaczą!
– THORGRINIE! – wrzasnął Kolk.
Thor poczuł mocne kopnięcie w krzyż i poleciał twarzą na pokład. Kiedy uderzył dłońmi i twarzą

w drewnianą podłogę poczuł piekący ból.

– CO TO MA NIBY ZNACZYĆ!?
Thor poczuł gniew, twarz zaczerwieniła mu się ze złości, ale powstrzymał się przed zrobieniem

czegoś pochopnie. Odwrócił się i spojrzał w górę.

– Przewrócił się – zaprotestował. – Ja tylko chciałem pomóc–
– NIGDY nie opuszczasz swojego miejsca! Z ŻADNEGO powodu! Nie pieścimy się tu z nikim.

Jeśli ma upaść, niech upadnie! – wrzasnął Kolk górując nad Thorem, z rękoma opartymi na biodrach.
Thor poczuł przypływ świeżej nienawiści do tego człowieka. Bardziej niż jego kopniak dopiekło mu
to,  że  krzyczał  na  niego  na  oczach  wszystkich  chłopców.  Zraniło  to  jego  dumę  i  poprzysiągł  mu
zemstę. Czasami Kolk był zbyt ostry jak na dowódcę.

Krohn podbiegł do jego nóg i warknął na Kolka.
Na jego widok Kolk znieruchomiał nabrawszy szacunku. Wskazał jedynie trzęsącym się palcem

miejsce Thora przy wiośle.

– A teraz wracaj tam! – wrzasnął. – Albo wyrzucę cię z tej łodzi własnoręcznie!
Thor podniósł się na kolano i nagle dostrzegł coś ponad ramieniem Kolka, co sprawiło, że zamarł

z wrażenia.

– UWAŻAJ! – wrzasnął i wskazał na coś.
Kolk odwrócił się, ale było już za późno. Thor nie miał wyjścia: runął przed siebie i zbił Kolka z

nóg – w samą porę.

Ułamek  sekundy  później  rozległ  się  donośny  huk  i  nadleciała  kula  armatnia,  wprost  na  nich.

Świsnęła ponad pokładem dokładnie w miejscu, w którym przed chwilą stał Kolk. Praktycznie otarła
się o jego głowę, kiedy przewracał się na pokład. Przypaliła wierzchni reling i roztrzaskała drzewce,
ale  o  dziwo  nie  wyrządziła  szkody  łodzi.  Poleciała  dalej  i  z  głośnym  chlupotem  wylądowała  w
wodzie.

Dzięki  ostrzeżeniu  Thora  wszyscy  zdołali  na  czas  dać  nura  na  podłogę.  Potem,  razem  jak  na

komendę wychylili się nad burtę i rozejrzeli.

W oddali na horyzoncie ujrzeli potężny czarny statek, jego wiosła miarowo uderzające w wodę

background image

przybliżały  go  do  nich  szybko.  Na  jego  maszcie  powiewała  żółta  flaga  z  symbolem  czarnej  tarczy
pośrodku i dwoma rogami sterczącymi na jej szczycie.

– Okręt Imperium! – krzyknął Kolk.
Zbliżał się szybko. Wielkie działo było wycelowano prosto w ich kierunku, a na pokładzie było

przynajmniej  stu  żołnierzy.  Ich  statki  nie  mogły  się  równać.  Imperialny  był  większy,  miał  armatę  i
liczniejszą załogę. Co gorsze, byli to dzikusy: potężne bestie, obrośnięte mięśniami, z czerwoną skórą
i rogami wyrastającymi z łysych głów, z żółtymi oczyma, małym trójkątem zamiast nosa, niemożliwie
szerokimi  szczękami,  rzędem  ostrych  niczym  brzytwa  zębów  i  dwoma  kłami  wystającymi  po  obu
stronach paszczy. Te potężne stworzenia stały na pokładzie z mieczami w rękach, a z ich ust ciekła
ślina na widok innego statku.

– DO GALER! – wrzasnął Kolk stanąwszy z powrotem na nogi.
Chłopcy rzucili się do wioseł. Thor ledwie pojmował, co się wkoło niego działo, co miał robić.

Starsi chłopcy jednak wydawali się wiedzieć, co do nich należy.

– ŁUCZNICY NA RUFĘ! – wrzasnął Kolk. – Przygotować strzały! Wszyscy inni podpalić je!
Wszędzie  dokoła  niego,  starsi  i  bardziej  zdyscyplinowani  chłopcy,  pospiesznie  wyjęli  łuki  i

strzały z koszy stojących głębiej na łodzi i podbiegli do burty. Młodsi legioniści zanurzyli gałgany w
oliwie, nawinęli na końce strzał i podpalili.

Thor chciał pomóc. Dostrzegł łucznika, który właśnie schylał się po gałgan, gdyż nie miał nikogo

do  pomocy.  Podbiegł  do  niego,  zanurzył  gałgan  w  oliwie,  przywiązał  do  końca  jego  strzały  i
podpalił,  kiedy  łucznik  nałożył  ją  na  cięciwę.  Wystrzelił  natychmiast,  podobnie  jak  tuzin  innych
chłopców.

Płonące  strzały  popłynęły  w  powietrzu  i  w  większości  wpadły  do  wody  z  sykiem,  nie

doleciawszy do celu. Kilka wylądowało na statku przeciwnika. Niestety, trafiły one w pokład, z dala
od potężnych żagli będących ich celem. Pierwsza salwa nie dokonała żadnych zniszczeń.

Załoga Imperium jednak zdążyło przestawić armatę i wystrzelić ponownie.
– PADNIJ! – wrzasnął Kolk.
Z  mocno  bijącym  sercem  Thor  runął  na  pokład  twarzą  najpierw,  jak  wszyscy  pozostali  –  i

przyciągnął  do  siebie  Khrona.  Rozległ  się  kolejny  łoskot  i  następna  kula  przeleciała  nad  nimi
ocierając się o drewno i wyrywając je tym razem z trzaskiem. Zdołała zniszczyć dużą część relingu,
roztrzaskując drewno na kawałki i posyłając w każdym kierunku niczym pociski.

– DO ŁUKÓW! – wydarł się Kolk.
Łucznicy  zajęli  swoje  pozycje.  Thor  rzucił  się  do  pomocy,  odpalił  grot  strzały  i  podał

łucznikowi, który umieścił ją natychmiast na cięciwie i wypuścił w powietrze. Okręt wroga był już
bliżej i tym razem mieli więcej szczęścia. Statek Imperium zbliżał się coraz szybciej, nieustraszony,
bez  obawy  pokonując  dzielącą  ich  odległość.  Dzieliło  ich  już  zaledwie  pięćdziesiąt  jardów.
Prawdopodobnie liczyli na to, że podpłyną o wiele szybciej i strzały nie wyrządzą im szkody.

I to był ich błąd. Tym razem kilkadziesiąt płonących pocisków spadło na żagle. Dzikusy ugasiły

kilka, reszta jednak zajęła się ogniem. Chwilę później cały takielunek był już w ogniu.

– PADNIJ! – wrzasnął Kolk.
Thor  rzucił  okiem  na  okręt  wroga  w  samą  porę,  aby  zauważyć  dzikusów  ustawiających  się  na

krawędzi relingu i ciskających dzidami w ich łódź.

Thor dał nura na podłogę przyciągając Krohna do siebie. Serce waliło mu mocno, kiedy włócznie

przelatywały ze świstem wszędzie dokoła. Słyszał jak przebijały ich drewniany pokład.

Nagle dobiegł go wrzask. Odwrócił się i zobaczył starszego chłopca, który przytrzymywał ramię

rozszarpane włócznią i broczące krwią. Thor objął krótkim spojrzeniem resztę załogi. Na szczęście

background image

nikt inny nie odniósł poważniejszych obrażeń, ani tym bardziej nie stracił życia. Większości udało się
w porę schować.

Spojrzał w tył na statek Imperium, który był już niedaleko. Może ze trzydzieści jardów. Widział

nabiegłe  żółcią  oczy  dzikusów.  Ich  statek  płonął,  ale  wojownicy  zdawali  się  tym  w  ogóle  nie
przejmować.  Wiosłowali  z  podwojoną  siłą  skupieni  na  dotarciu  do  łodzi  legionu,  a  nawet
wyprzedzeniu jej. Khron warczał i syczał na obcy statek.

– WŁÓCZNIE! – krzyknął Kolk podbiegając do nich i chwytając jedną samemu. – RZUCAĆ ZA

RUFĘ!

Wszędzie  dokoła  Thora  chłopcy  rzucili  się  by  wyciągać  włócznie  tkwiące  w  drewnianym

pokładzie.  Thor  podbiegł  do  jednej  i  wyrwał.  Była  długa  i  gruba,  i  tkwiła  głęboko  w  pokładzie;
musiał użyć całej siły, żeby ją wyciągnąć.

Ale udało mu się. Podbiegł do burty i rozejrzał się za możliwym celem. Stojący za nim Reece i

Elden rzucili swe włócznie, ale nie doleciały do okrętu i wpadły z chlupotem do wody. Mało która z
rzuconych  przez  chłopców  włóczni  doleciała  do  celu.  Te  kilka,  które  tam  dotarły,  nie  trafiły  w
nikogo.

Thor  skupił  wzrok  na  pojedynczej,  grubej  linie,  wysoko  na  okręcie  wroga,  która  utrzymywała

główny maszt na miejscu. Zamknął oczy, skupił się i poczuł przypływ mocy, ciepło rozlewające się
po całym ciele. Pozwolił, żeby ta moc przejęła kontrolę, pokierowała nim.

Podszedł kilka kroków do przodu, wziął szeroki zamach i wypuścił włócznię w powietrze.
Obserwował, jak frunęła w kierunku statku. Czuł dumę, gdyż leciała prosto do celu.
Idealny rzut.
Włócznia przecięła linę na pół. Ta trzasnęła głośno i chwilę potem płonące żagle opadły prosto

na pokład wroga zalewając go falą ognia.

Wśród bestii, które zapłonęły niczym pochodnie, rozległy się wrzaski i krzyki. Chwilę później ich

statek zakołysał się gwałtownie, pochylił na bok i wywrócił do góry dnem. Dzikusy wskakiwały do
wody jak oszalałe.

Legioniści  wydali  z  siebie  okrzyk  zwycięstwa,  a  Thor  zastanawiał  się,  czy  ktokolwiek  widział

jego rzut.

– Nieźle – powiedział ktoś, a jakiś chłopiec, którego nie znał, poklepał go po ramionach.
Odwrócił  się  i  zobaczył  innych,  którzy  przyglądali  się  mu  z  podziwem.  Czuł,  jak  rozsadzała  go

duma. Poczucie zwycięstwa. Na początku obleciał go strach na widok statku Imperium, gdy dotarło
do  niego,  że  rzeczywiście  udało  się  im  ich  pokonać,  czuł,  że  wszystko  jest  możliwe.  Czuł,  że  jeśli
udało się im to przetrwać, mogli przetrwać wszystko.

Właśnie wtedy usłyszał krzyk: – FLOTA IMPERIUM!
Podniósł wzrok i zobaczył jednego z legionistów siedzącego wysoko na maszcie, wypatrującego i

wskazującego na horyzont.

Thor  podbiegł  do  relingu  z  innymi  i  spojrzał  w  tym  kierunku.  Mina  mu  zrzedła.  Daleko  na

horyzoncie zobaczył całą flotę statków Imperium.

Serce biło mu mocno. W żaden sposób nie pokonają tylu statków naraz. Nie zdążą też wrócić do

Kręgu. Było już po nich.

– DESZCZOWA ŚCIANA! – krzyknął ktoś inny.
Thor  odwrócił  się  w  tamtym  kierunku  i  zobaczył  na  horyzoncie  coś  w  rodzaju  wodnego  muru.

Nigdy  czegoś  takiego  nie  widział.  Był  idealny,  letni  dzień;  żadnej  chmury  na  niebie  –  a  jednak  na
horyzoncie widniała ściana deszczu. Trwała nieruchomo, jak wodospad pośrodku niczego.

– Co to? – Thor spytał Reece’a stając za nim.

background image

– To granica oddzielająca nasz świat od drugiego. Od Smoczego Morza.
– DO WIOSEŁ!  WIOSŁOWAĆ W TAMTĄ  STRONĘ! – krzyknął  Kolk rozpaczliwie. Pierwszy

raz Thor usłyszał w jego głosie strach.

Rzucił się w kierunku swego miejsca i zaczął wiosłować z całych sił, podobnie jak wszyscy. Ich

łódź  ruszyła  pędem  wprost  na  ścianę,  a  kiedy  zbliżyli  się  do  niej,  prąd  morski  zaczął  wsysać  ich
głębiej do środka niczym wir. Thor odwrócił się i zobaczył, że okręty Imperium ścigały ich nadal.

– A co ze statkami Imperium? – zawołał Thor do Reece’a.
Reece potrząsnął głową.
– Nie popłyną dalej. Nie przez deszczową ścianę.
– A dlaczego? – spytał Thor.
– To zbyt niebezpieczne. Nie zaryzykują. Za tą ścianą rozpościera się morze pełne potworów.
Thor spojrzał na wodę i zaczął się zastanawiać.
– Jeśli jest zbyt niebezpieczne dla nich, jaką my mamy szansę?
Reece potrząsnął głową.
– To jedyna droga. Nie mamy wyboru.
Kiedy  zbliżyli  się  do  ściany  Thor  usłyszał  potężny  huk  spadającej  wody.  Poczuł  nawet  z  tej

odległości  powietrze  przesiąknięte  nadmiarem  wilgoci.  Kiedy  spojrzał  do  tylu  zobaczył,  że  statki
Imperium wstrzymały pościg.

Czuł ulgę, że pozbyli się wroga, jednak narastał w nim również strach przed tym, co go czekało.

Krohn zakwilił. Ciało Thora pochłonęła lodowata woda, świat stał się niewyraźną plamą, przywarł
do  masztu  ze  wszystkich  sił,  podobnie  jak  inni  chłopcy  na  statku.  Próbował  się  utrzymać,  lecz  nie
udało się i ześliznął się po całej szerokości pokładu w dół. Woda wciskała się do jego oczu, uszu i
nosa.  Kiedy  wyrzucił  przed  siebie  ramiona  młócąc  nimi  powietrze  –  i  spróbował  złapać  oddech,
płuca  wypełniły  się  wodą.  Zdążył  jedynie  pomyśleć:  jeśli  te  wody  były  zbyt  niebezpieczne  dla
Imperium, to jakie przerażające stwory musiały tam żyć?

 

background image

 

Książki z cyklu KRĄG CZARNOKSIĘŻNIKA autorstwa Morgan Rice

 

 

 

A QUEST OF HEROES (Book #1) – Wyprawa Bohaterów
A MARCH OF KINGS (Book #2) – Marsz Władców
A FATE OF DRAGONS (Book #3) – Los Smoków
A CRY OF HONOR (Book #4) – Zew Honoru
A VOW OF GLORY (Book #5) – Blask Chwały
A CHARGE OF VALOR (Book #6) – Szarża Walecznych
A RITE OF SWORDS (Book #7) – Rytuał Mieczy
A GRANT OF ARMS (Book #8) – Ofiara Broni
A SKY OF SPELLS (Book #9) – Niebo Zaklęć
A SEA OF SHIELDS (Book #10) – Morze Tarcz
A REIGN OF STEEL (Book #11) – Żelazne Rządy
A LAND OF FIRE (Book #12) – Kraina Ognia
A RULE OF QUEENS (Book #13) – Rządy Królowych

 

 

 

 

background image

O autorce

 
 
Morgan  Rice  plasuje  się  na  samym  szczycie  listy  najpopularniejszych  autorów  powieści  dla

młodzieży. Swoją renomę zawdzięcza cyklom opowieści pod tytułem THE VAMPIRE JOURNALS –
obejmujący  jedenaście  ksiąg  (kolejne  w  trakcie  pisania);  THE  SURVIVAL  TRILOGY  –
postapokaliptyczny  dreszczowiec  obejmujący  dwie  księgi  (kolejna  w  trakcie  pisania);  KRĄG
CZARNOKSIĘŻNIKA – epickie fantasy, obejmujące trzynaście ksiąg (kolejne w trakcie pisania)

Książki  jej  autorstwa  dostępne  są  w  wersjach  audio  i  drukowanej,  i  zostały  przetłumaczone  na

język niemiecki, francuski, włoski, hiszpański, portugalski, japoński, chiński, szwedzki, holenderski,
turecki, węgierski, czeski oraz słowacki (kolejne wersje językowe w trakcie opracowywania).

TURNED (Ksiega 1  cyklu Vampire Journals)  oraz WYPRAWA BOHATERÓW  (Księga 1 cyklu

Krąg Czarnoksiężnika) dostępne są nieodpłatnie w Sklepie Play!

Morgan  chętnie  czyta  wszelkie  wiadomości  od  was.  Zachęcamy  zatem  do  kontaktu  z  nią  za

pośrednictwem  strony  www.morganricebooks.com,  gdzie  będziecie  mogli  dopisać  swój  adres  do
listy  emaili,  otrzymać  bezpłatną  wersję  książki  i  darmowe  materiały  reklamowe,  pobrać  bezpłatną
aplikację,  otrzymać  najnowsze,  niedostępne  gdzie  indziej  wiadomości,  połączyć  się  poprzez
Facebook i Twitter i po prostu pozostać w kontakcie!