Wernic Wiesław
Old Gray
Siwowłosy
Przytrafiło się to — dokładnie sobie zapamiętałem — 10 kwietnia 1889 roku. Godzinę
równieŜ mogę podać: kilka minut po dziesiątej rano.
Znajdowałem się wówczas gdzieś (słowo „gdzieś" najbardziej pasuje do okoliczności) na
północ od doliny Missouri i równocześnie na południe od rzeki Mlecznej. A więc, jak łatwo
odgadnąć, na obszarach terytorium Montany, która w kilka miesięcy później, bo w
listopadzie, uzyskała prawa stanowe jako czterdziesty pierwszy stan Unii amerykańskiej.
Jechałem na północ, ku granicy Kanady. Jeszcze przed jej przekroczeniem miałem się
spotkać z Karolem Gordonem, nieodstępnym towarzyszem moich dalekich wypraw.
Z wysokości końskiego grzbietu wypatrywałem^więc znajomej sylwetki jeźdźca, a
równocześnie mogłem podziwiać zieleniejącą w wiosennym słońcu prerię, ogromną niby
morze, ograniczoną na dalekim zachodzie szczytami Gór Skalistych. Czułem się świetnie, jak
zwykle na początku kaŜdej podróŜy, nim zmęczenie da znać o sobie, nim ciało, odwykłe od
fizycznego Wysiłku, po wielu dniach i nocach dostosuje się wreszcie do nowego rytmu Ŝycia
wśród pierwotnej przyrody. Moja beztroska została ukarana. Nieoczekiwana klęska przy-
gniotła mnie do ziemi. W przenośni i dosłownie!
Pędziłem lekkim kłusem, spoglądając daleko, aby
5
w porą dostrzec ślad linii kolejowej, jaka miała (w myśl informacji Karola Gordona)
przeciąć mi drogę. Nagle — stało się! Wyleciałem z siodła niby wyrzucony procą. Na
szczęście nie zahaczyłem butem o strzemię, upadłem więc na piersi, nie na głowę, co
najprawdopodobniej uchroniło mnie od skręcenia karku, jak to się popularnie określa. Lekko
oszołomiony dźwignąłem się i spojrzałem na wierzchowca. Usiłował równieŜ powstać.
Bezskutecznie. Miał złamaną nogę. Trafił kopytem w głęboką norę. Zorientowałem się, Ŝe
cała przestrzeń dokoła podziurawiona została niczym sito podziemnymi mieszkaniami
piesków preriowych, chociaŜ nie dostrzegłem nigdzie ani jednego przedstawiciela tego
gatunku. Najprawdopodobniej z jakichś tajemniczych powodów opuściły swoje osiedle. A
moŜe wymarły? Ciekawie zajrzałem do kilku norek — w Ŝadnej nie znalazłem nawet śladu
czworonoŜnych lokatorów. Tym, którzy niewiele wiedzą o pieskach preriowych powiem, Ŝe
są to stworzonka długości około dwunastu cali *, waŜące niewiele ponad dwa funty **, a set-
ki takich osobników zamieszkuje podziemne jamki wygrzebane pod poszyciem traw. Osiedli
tych dniem i nocą strzegą specjalne straŜe, alarmujące o niebezpieczeństwie przenikliwym
gwizdaniem. Wielokrotnie byłem świadkiem takich alarmów, wielokrotnie obserwowałem,
jak pasący się beztrosko tłumek zabawnych zwierzątek błyskawicznie znika pod ziemią.
Wszystko to prawda, jednak nigdy jeszcze nie stałem się ofiarą preriowych piesków, a ściślej
mówiąc ich mieszkań. I oto przyszło mi — z jakŜe cięŜkim sercem! — zastrzelić własnego
wierzchowca, nabytego zaledwie przed trzema dniami. Innego wyjścia nie było!
Koń, który złamał nogę, skazany jest niestety na
12 cali, czyli ok. 30 cm 2 funty, czyli ok. 900 g
6
ś
mierć. Słyszałem co prawda, Ŝe pewien hodowca zdołał ocalić swe ulubione zwierzę.
Podobno trzymał je przez wiele tygodni w stajni, podwiesiwszy nad podłogą na specjalnie
sporządzonych pasach, aŜ zestawiona i ogipsowana noga zrosła się. Jakoby po tym zabiegu
koń poruszał się zupełnie sprawnie.
MoŜe to prawda, moŜe to bajka. Nie mogłem tego sposobu wypróbować — nie miałem ani
pasów, ani stajni w pobliŜu.
W ponurym nastroju zwaliłem uprząŜ na jeden stos i spojrzałem na zegarek. Wskazywał
osiem minut po dziesiątej. O dwunastej miałem spotkać się z Karolem Gordonem tuŜ przy
torach linii kolejowej, biegnących z zachodu na wschód. Taka była nasza umowa. Lecz
gdzieŜ te tory? Milę przede mną? Dwie? Dziesięć? Siadłem i zapaliłem fajkę. Trzeba
odpocząć przed dalszą wędrówką. I to z takim cięŜarem na plecach!
PrzecieŜ same siodło waŜyło trzydzieści funtów, mimo Ŝe naleŜało do tych lŜejszych,
kowbojskich, kalifornijskiego typu. A derka? A wypchane juki? A wincze-ster, pled do
spania, metalowy kociołek? To wszystko miałem teraz dźwigać na własnym karku, z
perspektywą całodziennej włóczęgi przez bezdroŜa. I co pocznie Karol? Zapewne po
bezskutecznym wypatrywaniu mnie przed, za i na samym szczyciev nasypu ruszy na
poszukiwanie. JakŜe jednak łatwo minąć się niepostrzeŜenie wśród pagórkowatego kraju...
Wypaliłem fajkę, podniosłem się, spojrzałem na stos bagaŜy — poczułem przedsmak tego,
co mnie czeka. Po chwili zrolowany pled spoczął na mojej szyi niczym chomąto, siodło —
na karku, oba juki obciąŜyły me dłonie. I wtedy okazało się, Ŝe na ziemi spoczywa jeszcze
winczester i kociołek. CzemuŜ to natura nie wyposaŜyła człowieka w dodatkową parę rąk?
JednakŜe moja pomysłowość pozwoliła pokonać trudności. Ko-
7
ciołek przywiązałem postronkiem do pasa, a broń wsadziłem pod pachą. No i — w drogę!
Nie uszedłem kilku kroków, gdy zrolowany pled przekrzywił się, a siodło runęło
między trawy. Musiałem raz jeszcze wszystko zaczynać od początku. I znów podjąłem
męczący marsz. Zwieszające się strzemiona biły mnie po nogach, pled drapał szyję, a cięŜar
siodła i juków nie pozwalał wyprostować pleców. Po przejściu stu jardów poczułem się u
kresu sił. Jeszcze tylko dziesięć kroków — nakazałem sobie. Policzywszy do dziesięciu,
zmusiłem się do następnych.
Słońce sięgnęło szczytu nieba i praŜyło jak w najgorętszy dzień lata. Spływając strugami
potu, marzyłem tylko o tym, aby zrzucić z siebie nieszczęsny bagaŜ, zwalić się na ziemię,
wypić wiadro wody. Nieziszczalne marzenie, bo jak okiem sięgnąć nie rósł najlichszy na-
wet krzaczek i Ŝadna struga nie przecinała mej drogi. Wreszcie dostrzegłem coś, co
zapowiadało upragniony koniec mordęgi. Oto przede mną, nie dalej niŜ o pół mili, biegło
wzniesienie zbyt regularnego kształtu, aby mogło być dziełem przyrody. Z zachodu na
wschód, ginąc między wzgórzami, ciągnął się kolejowy nasyp. Lecz to nie wszystko. U
stóp nasypu pasł się koń, a obok leŜał człowiek. Karol Gordon?!
Usiłowałem wydać powitalny okrzyk, jednak gardło miałem wyschnięte, a język
sztywny jak kołek. Zdołałem tylko cicho zabełkotać. Więc brnąłem w milczeniu poprzez
trawy, zataczając się z kaŜdym krokiem, aŜ znalazłem się tak blisko konia i człowieka, Ŝe
mogłem stwierdzić pomyłkę. To nie Karol odpoczywał na murawie, lecz ktoś zupełnie mi
obcy.
Jeszcze kilka jardów... Ostatkiem sił zwaliłem z siebie cięŜar, by paść na zbocze
nasypu. Co za ulga! Serce biło jak młot, w uszach szumiało, kark zdrętwiał, ręce i nogi
były całkowicie bezwładne. Gdyby w tej chwili
8
szarŜowało na mnie stado bizonów, nie zdołałbym się poruszyć.
I trudno się dziwić. Był to przecieŜ wysiłek podjęty po wielu miesiącach Ŝycia w
mieścIeThie wymagającego ode mnie większej sprawności fizycznej.
Gdybyś mógł spojrzeć teraz w lustro — usłysza
łem jak przez watę chropawy głos. — Wyglądasz ni
czym rak wyjęty z wrzątku.
Nie starczyło mi siły na odpowiedź. Dyszałem tylko cięŜko, chrapliwie.
—
Twarz masz opuchniętą, a oczy całkiem na wierz
chu. Kto słyszał tak gnać w samo południe? Straciłeś
konia? Oczywiście! Przez tę przeklętą łączkę, dziurawą
jak rzeszoto. Domyślam się, Ŝe złamał nogę. Kiepska
sprawa. Trzymaj...
Ujrzałem nad głową dłoń ściskającą płaską butlę obszytą skórą.
— Woda? — wyszeptałem półprzytomnie.
— A cóŜ by innego?
Usiadłem. Chwyciłem butelkę i przyłoŜyłem do warg. JakŜe mi ulŜyło!
— Dziękuję — powiedziałem juŜ bardziej normalnym tonem, zwracając naczynie. —
Gdybym tak mógł jeszcze napoić... Do licha! PrzecieŜ juŜ nie mam wierzchowca,
musiałem go zastrzelić.
— Przykre — zauwaŜył nieznajomy. — Lecz słuŜę ci dobrą nowiną. Jeśli pomaszerujesz
wzdłuŜ toru, ot tam — wskazał ręką — za milę dostrzeŜesz zabudowania farmy, gdzie bez
trudu nabędziesz nowe zwierzę.
— Czy tam jest jeziorko?
— Jest. Byłeś juŜ kiedy w tych stronach?
— Nigdy, lecz mój przyjaciel, z którym mam się spotkać gdzieś tu przy nasypie
kolejowym, powiedział, abym kierował się na gospodarstwo połoŜone nad jeziorkiem.
9
—
To jesteś na dobrej drodze? Zapalisz?
Wydobył dwa cygara i spoczywaliśmy chwilą w milczeniu, wypuszczając ustami sine
obłoczki dymu.
Zerknąłem na zegarek. Od momentu kiedy padł mój koń, minęło prawie półtorej
godziny. Powinienem natychmiast wstać i ruszyć, lecz sama myśl o nowym wysiłku
obezwładniała mnie.
—
JuŜ dobrze po jedenastej — zauwaŜył nieznajomy
spoglądając w niebo.
Nigdy nie potrafiłem opanować sztuki orientowania się w czasie z połoŜenia słońca i
wyglądu nieba.
—
To samo pokazuje zegarek — popatrzyłem na nie
go z uznaniem. — Znakomite cygaro, dziękuję.
Coś tam mruknął w odpowiedzi i pogrąŜył się w zadumie. Miałem teraz okazję przyjrzeć
mu się dokładnie. Nosił odzieŜ, która na pewno wzbudziłaby zainteresowanie przechodniów
w jakimkolwiek mieście. Skórzana kurta z kozłowej skóry, nieco połatana, opadała na
spodnie równieŜ skórzane, czarnej barwy. Buty o krótkich cholewach musiały na
nogach właściciela przewędrować wiele setek mil, znać to było po nich. Głowę zdobił
szerokoskrzydły kowbojski kapelusz, mocno wypłowiały. Jeden z tych, które w razie
potrzeby moŜna napełnić wodą, by napoić konia. Spod kapelusza sterczały kosmyki włosów
barwy śniegu, kontrastujące z cerą twarzy spalonej słońcem i wiatrem. Gdyby nie ubiór i
rysy oblicza, moŜna by uznać tego człowieka za
Indianina.
Wierzchowiec nieznajomego pasł się kilka kroków dalej, nie rozsiodłany, i nie róŜnił
się niczym od tysięcy koni uŜywanych przez rolników jako siła robocza. Ot, zupełnie
przeciętne zwierzę.
Skończyłem palić i utkwiłem wzrok w dalekiej linii horyzontu marząc, iŜ nagle zza tej
linii wyskoczy galopujący jeździec. Oczywiście — Karol Gordon. Byłoby to najlepsze
zakończenie przygody.
10
I co za zbieg okoliczności! Jakby na potwierdzenie mych pragnień nieznajomy sąsiad
nagle zauwaŜył:
—
Mamy gościa.
Wytrzeszczyłem oczy. Falista preria była tak samo pusta, jak przez cały okres mej
dotychczasowej wędrówki.
W złym kierunku patrzysz. Bardziej w prawo.
Teraz skrył się za pagórkiem. O, jest!
Rzeczywiście! — krzyknąłem uradowany. — Szu
ka mnie przyjaciel.
— Ten sam, z którym umówiłeś się nad jeziorkiem?
— Właśnie on.
— To dlaczego nadciąga z południa zamiast z zachodu?
—
Nie wiem. MoŜe wyjechał naprzeciw?
Dalekiego wędrowca dostrzegałem juŜ wyraźniej.
Gnał wprost na nas, lecz jego sylwetka coraz mniej przypominała postać Karola.
—
To jednak nie on — westchnąłem.
W ciągu następnych minut rozpoznałem maść konia, strój jeźdźca, a nawet rysy twarzy.
Młody, schludnie ubrany chłopak nie wyglądał na przybysza z dalekich stron, jego odzieŜ
była zbyt czysta, a wierzchowiec zbyt wypoczęty.
Zatrzymał się o krok, energicznie ściągając cugle. Niewiele brakowało, a najechałby na
moje wyciągnięte nogi.
— śebyś tylko nie skręcił karku, chłopcze, przy takich sztuczkach — odezwał się
siwowłosy.
—
Nie martw się, dziaduniu, i siedź spokojnie, a ty... — to było do mnie — podnieś
rączki w górę. No, juŜ!
Głos zabrzmiał dźwięcznie, prawie wesoło, lecz ujrzałem utkwione we mnie ponure
spojrzenie. Och, to nie był Ŝart.
11
Podniosłem ręce na widok wycelowanej lufy rewolweru.
—
Czego chcesz?
Roześmiał się nonszalancko.
—
Pragnę przetrząsnąć twoje bagaŜe. Nie ruszaj się,
bo...
Lufa colta zatańczyła ńa wysokości moich piersi. W tej chwili padł strzał, colt
wyleciał z dłoni napast-
13
nika, a na murawę pociekła czerwona struŜka. Chłopak krzyknął, skręcił koniem w miejscu i
pognał w bok.
—
Wracaj do tatusia, syneczku! — krzyknął siwowło
sy. — I więcej nie próbuj takich sztuczek!
Ostatnich słów uciekający na pewno nie słyszał. Skryło go najbliŜsze wzniesienie gruntu.
—
Ale masz oko! — powiedziałem do sąsiada. — Tak
trafić!
—
Nie taka znowu sztuka. Smarkacz nie zwracał na
mnie uwagi, pukawka leŜała pod ręką. Strzeliłem z kolana. Znasz ten sposób?
— Znam, bardzo zawodny.
— Wystarczy nieco wprawy i dobra broń.
Podniósł z ziemi długą dwururkę i podał. Obejrzałem. Była to istna armata o kalibrze
rzadko spotykanym. CięŜka. Obie lufy lśniły błękitną stalą, jakby przed chwilą opuściły
rusznikarski warsztat. Tylko kolba, pełna rys i drobnych wgłębień, świadczyła o długim
uŜywaniu.
— AleŜ to waŜy...
— Łatwo się przyzwyczaić, za to odrzut słaby, a celność znakomita. SłuŜy mi od
dwudziestu prawie lat, i nie zamieniłbym jej nawet na te najnowsze automatyczne
cuda.
— Myślę, Ŝe nadaje się na niedźwiedzie.
— A jakŜe. Lecz nie tylko. Sam widziałeś. Pomyślałem, iŜ zdumiewający strzał był w
znacznie
większym stopniu wynikiem bystrego oka (i sprawnej ręki niŜ rusznikarskiej techniki.
Strzał z kolana, jak go niektórzy nazywają, polega na tym, Ŝe lufę strzelby przykłada się
do uda i odpowiednio zginając nogę w kolanie naprowadza muszkę na cel. Jest to
prawdziwa sztuka, której sprostać nie potrafią nawet biegli myśliwi. Po co więc strzelać z
kolana? Po to, aby zmylić przeciwnika. PrzyłoŜenie kolby do ramienia jest przecieŜ
14
ostrzeŜeniem, lecz mało kto zwróci uwagę na pozornie niedbały ruch ręki przysuwającej
broń do nogi.
Siwowłosy wstał, przeszedł parę kroków i podniósł jakiś ciemny przedmiot spoczywający
wśród traw.
Rykoszet — stwierdził podając mi na otwartej
dłoni potęŜnego colta. — Ot, tu... — wskazał na błyszczącą rysę. — Celowałem w
magazynek, kula ześliznęła się i smarkacz dostał w rękę.
Siadł tuŜ przy mnie, wydobył krótki myśliwski nóŜ i coś tam począł majstrować przy
broni.
popatrz — odezwał się po chwili.
Spojrzałem. Stalowy walec, w którym umieszcza się kule, został wyjęty.
—
Jak myślisz? Co z tym zrobię? — Nie czekając
na odpowiedź dodał: — właśnie to.
Zamachnął się ramieniem. Kawałek stali wyleciał wysoko, a potem zginął wśród traw.
Reszta broni odbyła podobną drogę, tyle Ŝe w innym kierunku.
— Ot, i wszystko. Nigdy juŜ Ŝaden spragniony wraŜeń łobuz nie skorzysta z tego colta.
— Nie mogę pojąć, co skłoniło chłopaka do napadu. — Nie wyglądał na krwawego
mordercę ani na złodzieja.
— Pozory mylą, lecz chyba masz rację. Co go skłoniło? Chęć pokazania swej odwagi,
szukanie przygody, którą moŜna by pochwalić się przed rówieśnikami. Och, mnóstwo
przyczyn!
— Po nauczce, jaką otrzymał, na pewno odejdzie mu chętka do następnego napadu.
MoŜe tak, moŜe nie. Kto raz wkroczył na niebezpieczną ścieŜkę, niełatwo z niej
schodzi.
- CóŜ znowu! — zaprotestowałem. — Nie słyszałeś o rewolwerowcach, którzy drugą
połowę Ŝycia spędzili jako uczciwi obywatele kraju, często stawiani innym za wzór?
- A jakŜe, słyszałem. Lecz jeszcze częściej o bandy-
15
tach, dla których spokojne Ŝycie jest tylko drobnym fragmentem w ich przestępczej
działalności. Niekiedy dłuŜszym, niekiedy krótszym. Ot, choćby dla przykładu Henry
Brown. Jego sprawa była głośna. Znasz tę historię?
Zaprzeczyłem.
—
To jest przykład potwierdzający moją teorię.
Browna spotkałem w Caldwell. Taka mieścina przy
dawnym szlaku przepędu bydła, zwanym chisholmskim.
Wiesz, co to jest?
—
Wiem — odparłem nieco podraŜniony i równocze
ś
nie rozbawiony.
Siwowłosy widać uznał mnie za typowego przedstawiciela gromady greenhornów,
ludzi niedoświadczonych i niezaradnych, a równocześnie bezgranicznie zarozumiałych.
Pojawiali się coraz częściej na Dzikim Zachodzie, w miarę jak ten Zachód cywilizował
się, a linie kolejowe ułatwiały podróŜowanie.
Szlak chisholmski? Była to trasa masowych przepędów bydła, jakie przez blisko
dwadzieścia lat gnano z pastwisk Teksasu na północ, dopóki rozbudowa kolei nie
połoŜyła kresu uciąŜliwym wędrówkom.
—
Caldwell — mówił dalej Siwowłosy (tak go w my
ś
lach począłem nazywać) — leŜy na południu Kansasu,
niedaleko granic Oklahomy. Tam właśnie przybył
w czerwcu 1882 roku Henry Brown, wędrując właśnie
chisholmskim szlakiem wprost z południa. Nie wyglą
dał na obdartusa. Ubranie nosił takie, na jakie stać
kowboja lub trapera, któremu nie powodzi się ani bar
dzo źle, ani bardzo dobrze. Poza tym posiadał dwa sze-
ś
ciostrzałowe rewolwery i mocno sfatygowany wincze-
ster. Takim go właśnie ujrzałem. Nie nudzi cię moje |
opowiadanie?
'
Zaprzeczyłem całkiem szczerze. Bardzo lubię przysłuchiwać się opowieściom
związanym z dziejami Dzikiego Zachodu — często wprawdzie ubarwianym przez kolej-
16
nego narratora, ale przecieŜ zawsze tkwiło w nich ziarno prawdy.
—
Brown przybywszy do Caldwell zgłosił się do burmistrza z prośbą o jakąkolwiek
pracę. Burmistrz skwapliwie skorzystał z okazji. Musisz wiedzieć, Ŝe Caldwell,
podobnie jak wiele pogranicznych miasteczek, nie cieszyło się dobrą opinią.
Mieszkańcy byli zbyt potulni, a nieproszeni goście, ściągający tu z południa i zachodu,
nazbyt przedsiębiorczy. Nie mijał tydzień bez krwawej bijatyki. Na krótko przed
przybyciem Browna pijani kowboje zastrzelili miejscowego marszala *. Brown został
jego następcą.
Trzeba przyznać, Ŝe wzorowo pełnił słuŜbę. Razem ze swym pomocnikiem, Benem
Wheelerem, oczyścił miasto z włóczęgów, szulerów i rewolwerowców. Prawie nie
uŜywając broni. Miejscowa gazeta pisała o nim pochwalne hymny, nazywając go
człowiekiem pociągającym za cyngiel szybciej niŜ wszyscy mieszkańcy południowego
zachodu. Była to oczywista bzdura, bowiem Brown w okresie dwu lat swego
urzędowanie tylko dwukrotnie za cyngiel pociągnął. Po raz pierwszy, gdy pijany
Indianin opierał się aresztowaniu; po raz drugi, gdy miejscowy szuler sięgnął po
rewolwer.
JuŜ po sześciu miesiącach pracy Brown otrzymał w prezencie nowy winczester z
napisem na srebrnej plakietce: „Za cenne usługi — wdzięczni obywatele Caldwell".
Istotnie mieli być za co wdzięczni, bo Caldwell stało się najbardziej spokojnym,
najbardziej bezpiecznym ze
Marszal — odpowiednik szeryfa; z tą tylko róŜnicą, Ŝe szeryf jest wybierany przez
mieszkańców, marszal pochodzi z nominacji władz miasta, okręgu, terytorium lub nawet rządu
federalnego. Marszalowie urzędowali na terenach, które nie uzyskały jeszcze samorządowych
praw stanów. Jednak zdarza się, iŜ szeryfowie wielkich miast przybierają tytuły marszali uzna-
jąc, iŜ taka nazwa bardziej odpowiada ich godności.
—
Old Gray
17
wszystkich miast i osiedli Kansasu; Brown w swym prywatnym Ŝyciu mógł słuŜyć za wzór
innym. Nigdy nie pił, nie grał w karty, nawet nie uŜywał tytoniu. Po prostu chodząca cnota!
Co ty na to?
Mruknąłem, Ŝe trafiają się tacy, ale raczej rzadko.
—
Prawda. Według mnie lepiej unikać tego rodzaju
osobników. KaŜdy człowiek ma swoje słabości, tak juŜ
ś
wiat został stworzony. U jednych szybko je zauwaŜasz,
inni tak potrafią się kryć, Ŝe uchodzą za aniołów. I na
gle taki anioł okazuje się istnym diabłem. Najgorsze,
Ŝ
e trudno przewidzieć, w jakich okolicznościach, poj
mujesz?
Uśmiechnąłem się na taki wywód.
— To znaczy — odparłem — Ŝe Brown okazał się diabłem w anielskiej skórze?
—
OtóŜ to! Wyobraź sobie, Ŝe w marcu 1884 roku Brown poślubił miłą panienkę i kupił
dom. Miasto szalało z radości wierząc, Ŝe teraz Brown na zawsze zostanie w Caldwell, a
gdzie szukać lepszego marszala? JakieŜ było zdziwienie i przeraŜenie, gdy w miesiąc po
ś
lubie Brown zniknął. Gubiono się w domysłach, lecz jeszcze nie tracono nadziei, Ŝe
wzorowy marszal powróci. Nieco później sprawa się wyjaśniła, przyprawiając niektórych
o cięŜką chorobę nerwową: Brown wraz ze swym pomocnikiem Benem Wheelerem
opuścili miasto. Nigdy nie dowiemy się dlaczego. W drodze spotkali dwu włóczących się
kowbojów teksaskich. Historia zdąŜyła zanotować ich imiona i nazwiska: Bill Smith i
John i Wesley. O czym ta czwórka rozmawiała na pustkowiu,' nietrudno się domyślić, bo
razem ruszyli najkrótszą1 drogą do miasta Medicine Lodge, pięćdziesiąt pięć mil od
Caldwell. Przybyli tam wczesnym rankiem. Bill objął straŜ przed wejściem do banku,
pozostała trójka wkroczyła do wnętrza. W biurze znajdował się tylko kasjer i prezes.
Strzelono do prezesa, raniąc go cięŜko, strzelono do kasjera, trafiając go śmiertelnie, ale
pa-
18
dając zdołał zatrzasnąć pancerne drzwi skarbca. Głośny huk zaalarmował przechodniów.
Bandyci wybiegli z lokalu, wskoczyli na konie i ruszyli galopem poprzez zaludniające się
ulice. Nie znali miasta, nie znali okolicy, po kilku godzinach, ścigani przez liczną grupę,
zapędzili się w głąb kanionu bez wyjścia. Po krótkiej wymianie strzałów poddali się.
Odprowadzono ich do miasta i zamknięto w areszcie. Lecz na tym sprawa się nie kończy.
Gdy szczegóły napadu stały się powszechnie znane, rozwścieczony tłum zebrał się przed
więzieniem i mimo oporu szeryfa wtargnął do środka. Więźniów wywleczono. Brown
wyrwał się i rzucił do ucieczki. Po kilku krokach padł przeszyty kulami. Pozostałą trójkę
wyprowadzono za granice miasta i powieszono na gałęziach samotnego wiązu. Tak
zakończyła się próba rabunku.
— A co mówiono w Caldwell na temat śmierci tego wzorowego marszala?
— Ba! — wykrzyknął Siwowłosy. — Nikt z mieszkańców Caldwell nie wierzył, Ŝe to
Brown dokonał napadu. Gdy gazeta w Medicine Lodge opisała przebieg wydarzeń, uznano
tę informację za kłamstwo, za próbę pohańbienia najlepszego z marszali. Sporo jeszcze
czasu minęło, zanim ujawniony Ŝyciorys Browna pozbawił tę postać anielskich skrzydeł.
Sprawa nabrała rozgłosu nawet poza granicami Kansas. Okazało się, Ŝe Brown cieszył się
niemałą popularnością i w Nowym Meksyku, i w Teksasie. Ponurą popularnością. W 1878
roku zabił okręgowego szeryfa i dwu jego pomocników, później ukradł tabun koni w
dolinie rzeki Pecos i uciekł z nim do Teksasu, gdzie parał się karcianą szulerką. Potem, nie
wiadomo dlaczego, uspokoił się. I juŜ w roku 1880 został pomocnikiem szeryfa okręgu
Oldham, wzorowo pełniąc swą słuŜbę. Z kolei powędrował do Caldwell. Zaledwie jednak
dwa lata wytrwał w roli wzorowego stróŜa prawa. Stare nawyki wzięły górę. Dlatego
powia-
19
dam: kto raz wkroczył na przestępczą ścieŜkę, niełatwo z niej schodzi.
Nie zgadzałem się z taką opinią. Słyszałem o wielu przestępcach, którzy po odbyciu
więziennej pokuty nigdy więcej nie dopuścili się najdrobniejszego wykroczenia.
—
Pewnie zrozumieli — twierdziłem — Ŝe Ŝaden
z nich nie uniknie sprawiedliwości. Uda się sto razy,
wpadnie za sto pierwszą próbą rabunku czy oszustwa.
Dlaczego? Bo takich ludzi rozzuchwala początkowe po
wodzenie i coraz bardziej lekcewaŜą groŜące im niebez
pieczeństwa.
Spojrzał na mnie i przymruŜył Ŝartobliwie oko.
— Filozof z ciebie! Jednak w tym, co mówisz, sporo jest prawdy. W ostatecznym
rachunku Ŝadne przestępstwo się nie opłaca. Tylko Ŝe o tym nie wiedzą ci, którzy je
popełniają. A dlaczego popełniają? Z mnóstwa przyczyn, a jedną z nich jest Ŝądza
przygód. Im bardziej ryzykownych, tym bardziej upragnionych. Widzisz, ten chłopak
nasłuchał się czy teŜ naczytał bajęd o rzekomym bohaterstwie ludzi określanych ogólnym
mianem „desperados", czyli „straceńców", i stara się ich naśladować. Ot, i cała prawda.
— śal mi go.
— A mnie Ŝal jego ojca. Musi mieć kłopoty z takim synalkiem, jeśli sam jest uczciwym
człowiekiem.
Podczas naszej rozmowy słońce zdąŜyło minąć szczyt nieba — termin mego spotkania z
Karolem dawno juŜ upłynął. Podniosłem się, spojrzałem z rozpaczą na stos rzemieni, juków
i siodło.
— Czas na mnie — powiedziałem.
— Nie spiesz się. Znowu ktoś tu zmierza. MoŜe to nasz chłopaczek wraca?...
Rzeczywiście, zza linii horyzontu wychynęła malutka figurka. Rosła z kaŜdą sekundą.
Wydobyłem z juków lornetkę.
20
Nie — stwierdziłem — to nie chłopak. Na szczę
ś
cie.
Uniosłem broń i trzykrotnie wystrzeliłem w niebo. Głos strzałów rozbrzmiał w przestrzeni
słabym echem.
—
Oszalałeś?! — krzyknął Siwowłosy.
.— To mój przyjaciel. Jestem tego pewien.
—
Niepotrzebny hałas. Jeśli ten twój przyjaciel ma
oczy, znajdzie nas i bez tej kanonady.
Zerwałem kapelusz z głowy i począłem nim machać. Jeździec musiał zauwaŜyć te sygnały,
bo nagle zboczył z dotychczasowego szlaku i gnał prosto w naszym kierunku. W końcu
zbliŜył się na odległość juŜ tylko kilku jardów.
—
Karol! — wrzasnąłem.
Zeskoczył z konia nie czekając, aŜ zwierzę zatrzyma się, i podbiegł.
—
W porę przybywasz — zawołałem nie kryjąc radości.
/
— I ja tak myślę — odparł.
Uściskał mnie, zerknął na Siwowłosego, rozejrzał się dokoła.
— Nic się tu nie działo? — zapytał.
— A jakŜe! Skąd wiesz?
— Mówiono mi o dwóch bandytach, jacy pojawili się w tych stronach. O... straciłeś
konia?
— Złamał nogę. Co to za historia z bandytami?
— Niebezpieczna historia. — Siadł na zboczu nasypu, trzymając strzelbę między
kolanami. — Czekałem na ciebie wędrując wzdłuŜ torów, a później odwiedziłem farmę.
Milę stąd. Nic tam o tobie nie słyszeli. Wtedy właśnie przygnał syn farmera. Był ranny w
dłoń. Opowiadał, Ŝe napotkał dwu obwiesiów, którzy usiłowali go obrabować, lecz stawił
opór i wrócił tylko z drobną szramą.
— Na prawej ręce? — zagadnąłem.
— Na prawej. MoŜesz sobie wyobrazić, jak się zanie-
21
pokoiłem tą informacją. No, ale juŜ wszystko w porządku.
— Słuchaj, Karolu, obejrzałeś ranę chłopca?
—
Tak. Drobne zdarcie skóry.
— Oczywiście. Bo to był rykoszet. Kula trafiła w nasadę rewolweru i ześliznęła się po
niej.
— Najprawdopodobniej nie mylisz się, lecz skąd o tym wiesz? Byłeś świadkiem?
— I świadkiem, i niedoszłą ofiarą.
— Co takiego?! Więc jednak bandyci tu zawitali.
— Nie było Ŝadnych bandytów, myślę, Ŝe nigdy nie istnieli. Ci dwaj obwiesie, o których
mówił syn far- I mera, to... my! — wskazałem na siebie i na Siwowłosego. — Ten ranny
chłopiec to gałgan i kłamca.
— AleŜ...
— Wysłuchaj do końca. Gdyby nie mój towarzysz — znowu skinąłem głową w kierunku
nieznajomego — zo- 1 stałbym dokładnie oczyszczony z pieniędzy i broni. Zaskoczył
mnie ten chłystek jak najprawdziwszego
greenhorna.
—
Jak to się stało?
Opowiedziałem szczegółowo o przebiegu zdarzenia.
— Strzał z uda! — wykrzyknął mój przyjaciel. — i Ho, ho! Nie byle jaka to sztuka.
Gratuluję! — zwrócił 1 się do Siwowłosego. — Lecz doprawdy trudno mi uwie- i rzyć,
Ŝ
e napastnikiem jest syn farmera. Bardzo sympa- I tyczny chłopak. MoŜe to tylko zbieg
okoliczności?
— Zdumiewający zbieg! Ta sama rana na tej samej
dłoni.
— Poznałbyś chłopca?
— Oczywiście.
—
No to jedziemy na farmę. Rzecz się tam rozstrzygnie, a przy okazji nabędziemy
konia. Dziwnie się składa — powiedział półŜartem — Ŝe ile razy okoliczno-ści nie
pozwalają mi towarzyszyć ci w drodze, tyle \ razy wpadasz w tarapaty.
22
Lecz jakoś z nich wychodzę. Natomiast ty, Ka-
olu nie potrafisz dotrzymywać terminów. Albo spóźniasz się kilka godzin, albo teŜ znikasz
przed umówionym spotkaniem. Przybyłem do Fort Benton tak, jak było ustalone, a tam
dowiedziałem się, Ŝe przed dwoma dniami wyjechałeś „gdzieś na prerię", wyznaczając mi
nasyp kolejowy jako punkt orientacyjny. Ładny punkt! Ciągnący się milami!
Lecz w pobliŜu farmy nad jeziorkiem. Prosiłem
Irvina, aby ci o tym powiedział.
—
I powiedział, lecz ja nie miałem pojęcia, gdzie ta
farma się znajduje. Jak mogłeś tak postąpić?
Moje pretensje były uzasadnione. Miejsce spotkania wybrał Karol. Fort Benton,
miasteczko nad górną Missouri, dobrze znałem. Miejscowy szeryf, Vincent Irvin, którego
Karol chciał odwiedzić, równieŜ był mi znany. Wydawało się więc, Ŝe nasze spotkanie nie
nastręczy Ŝadnych trudności. JakieŜ więc było moje zdumienie, rozczarowanie i prawie...
złość, gdy go nie zastałem. Dodam, Ŝe Fort Benton leŜy niedaleko kanadyjskiej granicy,
którą obaj zamierzaliśmy przekroczyć. Tymczasem musiałem odbyć długą wędrówkę po bez-
droŜach w poszukiwaniu kolejowego nasypu i jakiejś tam farmy nad jeziorkiem, straciłem
konia i niewiele brakowało, a stałbym się ofiarą rabunku.
Zwróciłem się do Karola:
—
MoŜe zechciałbyś mi wyjaśnić przyczynę twego
zniknięcia z Benton? Bo Irvin nie zdradził się ani słów
kiem.
Skinął głową, co mogło oznaczać, Ŝe przyznaje mi rację, i wesoło odpowiedział:
■
—
Obiecuję wyjaśnić ci wszystko w stosownym czasie i miejscu.
Tu zerknął na Siwowłosego. Nie nalegałem dłuŜej: jeśli Karol pragnął zachować tajemnicę
wobec obcych, na pewno nie była to błahostka.
23
—
Zgoda — oświadczyłem. — A teraz w drogę, po
konia. Zabierz manatki i nie pędź zbyt szybko. Moje
nogi juŜ dosyć się napracowały.
Wskoczył na swego wierzchowca.
;— Najpierw podaj mi siodło — zarządził.
Przez cały czas, to znaczy od chwili pojawienia się mego przyjaciela, Siwowłosy nie
odzywał się. Teraz niespodziewanie zagadał:
— Jedziecie na farmę przy jeziorku, jeśli dobrze zrozumiałem.
— Tak — uprzedziłem Karola.
— Ruszam z wami.
Było to bezceremonialne wproszenie się do towarzystwa. Nie oponowałem jednak, ten
człowiek niedawno uratował mnie przed grabieŜą.
—
Będzie nam bardzo miło — odparłem.
Coś tam mruknął, a głośno powiedział:
— Chcę poinformować farmera o postępku jego syna. Jeśli nie został w to
wtajemniczony. Przed laty gościłem nad jeziorkiem, a Sam Harfield wyświadczył mi
kilka usług. Wyglądał na uczciwego człowieka i mam nadzieję, Ŝe się nie zmienił.
— Więc znasz tego chłopca! — wykrzyknąłem. — To dziwne, Ŝe cię nie poznał.
—
Nie mógł mnie poznać, gdyŜ go nigdy dotąd nie
widziałem. Harfield wspominał o swym synu, przeby
wającym gdzieś w dalekim mieście. Pewnie teraz wró
cił. Wszystko się okaŜe, co ma się okazać. Jedźmy.
Uwinął się tak szybko, jakby był młodzieniaszkiem. Nie byłem tym zaskoczony. Podczas
wspólnych z Karolem wędrówek niejeden raz spotykałem ludzi, którzy w miastach
wiedliby Ŝycie spokojne, unikając fizycznego wysiłku, a tu na prerii znakomicie dawali
sobie radę, prześcigając niejednego gołowąsa. Sądzę, Ŝe wielka Ŝywotność traperów,
eksplorerów i w ogóle west-manów wywodzi się ze zdrowszego trybu Ŝycia na Da-
24
lekim Zachodzie. Obcowanie na co dzień z surową dla człowieka przyrodą staje się źródłem
energii na długie lata. Dziś coraz mniej takich ludzi. Powoli wykrusza się grupa samotnych
wędrowców, a w miarę rozbudowy sieci kolejowej zwiększa się z roku na rok liczba zadu-
fanych w sobie mieszczuchów, dostatecznie zasobnych w pieniądze, by stać ich było na
parotygodniowe wycieczki krajoznawcze". Rzecz jasna, Ŝe tacy mają słabe lub całkiem
błędne pojęcie o wędrówkach przez pustkowia, a od popełniania głupstw nie potrafi ich
ustrzec zabierana w taką „podróŜ" słuŜba, równie niedoświadczona jak jej pracodawcy.
Przed laty spotkaliśmy na swej ścieŜce kawalkadę takich mieszczuchów. Jedynym w tej
gromadzie człowiekiem, który miał nieco oleju w. głowie, był wynajęty przewodnik. Gdyby
nie nasza interwencja, sprawa zakończyłaby się tragicznie.
Na bezkresnych terenach Dzikiego Zachodu tego rodzaju ludzie są niebezpieczni sami dla
siebie, bo usiłują wprowadzić miejskie nawyki tam, gdzie nie sposób ich utrzymać nie
ryzykując własnym Ŝyciem. Powiem szczerze: i ja kiedyś byłem taki. Na szczęście, dla mnie
— przez krótki okres.
Siwowłosy skończył obrządzać konia i zwrócił się do mnie:
—
Z kim jedziesz?
Miałem zamiar odpowiedzieć, Ŝe oczywiście z Karolem, jeśli tylko Siwowłosy zgodzi się
wieźć moje bagaŜe, lecz mój przyjaciel słusznie zauwaŜył:
—
Na dwu nie ma miejsca na moim koniu, skorzy
staj, Janie, z zaproszenia.
Siadłem za plecami nieznajomego i ruszyliśmy wzdłuŜ kolejowego nasypu. Nie była to
przyjemna wędrówka, bo chociaŜ kłusowaliśmy wolno, jazda we dwójkę na grzbiecie
jednego zwierzęcia zawsze jest uciąŜliwa. W miarę jak coraz boleśniej tłukła mnie po
biodrze kol-
25
ba winczestera, którego musiałem przewiesić przez plecy, nabierałem coraz większego
wstrętu do takiego sposobu podróŜowania. ToteŜ z niecierpliwością wypatrywałem
zabudowań farmy. A co nas czeka na farmie? Jeśli młody napastnik jest synem gospodarza?
Tym, którzy nigdy dotąd nie słyszeli o wiernym towarzyszu mych dalekich wypraw,
naleŜy się kilka słów informacji.
Karola Gordona poznałem przypadkowo, pracując jako lekarz szpitala w Milwaukee nad
jeziorem Michigan. Do szpitala Gordon trafił, a raczej przywlókł się, z paskudną raną uda —
dzieło pazurów szarego niedźwiedzia Gór Skalistych, zwanego grizzli. Rana goiła się szybko
dzięki staraniom znachora plemienia Czarnych Stóp, wśród których Gordon przebywał przez
pewien czas po wypadku. Wbrew rozsądkowi i przestrogom Indian zbyt wcześnie jednak
wyruszył na następną wędrówkę. W jakim celu? Powiem krótko: Gordon parał się
zanikającym juŜ traperstwem: polował na futerkowe zwierzęta, co — jak później
stwierdziłem — przynosiło niemałe zyski. Podczas swej samotnej wyprawy na bezludne
obszary północnej Kanady, gdzie cennych czworonogów jeszcze nie brakuje, Gordon o mało
nie zginął. Wpadł w bagno i cudem chyba zdołał się wydostać na twardszy grunt, lecz długie
przebywanie w grzęzawisku spowodowało otwarcie się starej rany. Gdy zgłosił się do
szpitala, jego noga dotknięta była gangreną, a zakaŜenie groziło mu śmiercią. W takiej
sytuacji jedynym ratunkiem mogła być amputacja. Jednak potrzebna jest na to zgoda pacjen-
ta, a Gordon energicznie się sprzeciwił.
Powiem krótko: Karol Gordon został wyleczony przy pomocy ziół dostarczonych do
szpitala przez dwu indiańskich wojowników z plemienia Czarnych Stóp. Im
26
zawdzięczał powrót do normalnego Ŝycia, nie mnie. Jednak podczas rekonwalescencji
wielokrotnie dziękował mi za opiekę i pomoc. W rzeczywistości ta pomoc była całkowicie
biernej natury: mogłem się sprzeciwić zastosowaniu nie zbadanych, nie znanych mi indiań-
skich leków. Nie uczyniłem tego, chociaŜ było to ryzyko groŜące surowymi konsekwencjami
w wypadku zgonu chorego. Czemu zdecydowałem się na takie ryzyko? Ot, po prostu, wobec
braku zgody pacjenta na przeprowadzenie operacji, nie widziałem innego sposobu ratowania
jego Ŝycia. A ten sposób okazał się skuteczny.
Cokolwiek sądziłoby się o indiańskich sposobach leczenia, faktem jest, Ŝe opierają się one
na doskonałej znajomości ziół i sposobach stosowania liści czy kory rozmaitych gatunków
drzew i krzewów. Takie ziołolecznictwo wymaga rzecz jasna odpowiedniej wiedzy,
przekazywanej przez indiańskich czarowników z pokolenia na pokolenie. Doprawdy szkoda,
Ŝ
e oficjalna medycyna dotychczas nie zainteresowała się tym.
Moja znajomość z Karolem Gordonem nie zakończyła się jednak na poŜegnaniu w murach
szpitala. Później, znacznie później dowiedziałem się od Karola, jakie wiódł Ŝycie. Przed laty
pracował jako kowboj na duŜej farmie w okolicach Chicago. JednakŜe skusiła go stugębna
fama o odkryciu pokładów złota w Czarnych Górach, w Południowej Dakocie. Bardziej
zresztą zadecydowała o tym chęć przeŜycia przygody niŜ pragnienie bogactwa. Kowboje
nigdy nie naleŜeli do ludzi o wysokim poziomie kultury. Prymitywni w obejściu — do tego
stopnia, Ŝe niektórzy hodowcy wynajmujący kowbojów do przepędu bydła, jako warunek
zatrudnienia stawiali zakaz uŜywania wulgarnych słów — często analfabeci. OtóŜ Karol
Gordon w tym zbiorowisku zaliczał się do wyjątków. Nie tyl-
27
ko bowiem ukończył szkołę, lecz czytał, a nawet dosłownie „poŜerał" ksiąŜki.
Dlaczego więc został kowbojem? Przyczyną stało się przedwczesne sieroctwo. Po śmierci
rodziców znajomy ojca przyjął chłopca do pracy na farmie. A kiedy dowiedział się o jego
zamiłowaniu do lektury, uprzystępnił mu własną bibliotekę. Tam Karol znalazł szereg
ksiąŜek traktujących o Dzikim Zachodzie i zafascynowany tą tematyką zapragnął sprawdzić
własne siły, a jednocześnie porównać ksiąŜkowe opisy z rzeczywistością. I to było głównym
motywem jego wyjazdu na ziemie Południowej Dakoty.
Gordon wrócił ze swej wyprawy bogatszy o niejedno doświadczenie i... o pękaty woreczek
złotego piasku. Jak mi później opowiadał, wtedy równieŜ nauczył się podstawowych zasad
traperstwa od poznanego wojownika z plemienia Dakotów. Potem przyłączył się do
karawany osadniczej, gospodarował na własnej farmie, aŜ paroletnia katastrofalna susza
zmusiła go do sprzedaŜy ziemi. Wraz z towarzyszem niedoli, Vincen-tem Irvinem, wyruszył
na północ. Nieoczekiwany zbieg okoliczności pokrzyŜował ich plany zagospodarowania się
na nowej ziemi. Vincent Irvin został wybrany szeryfem Fort Benton, a Karol Gordon jął się
traperstwa. Spotkałem go właśnie w tym okresie jego Ŝycia. W 1880 roku namówił mnie do
krótkiej wyprawy myśliwskiej na ziemie Dalekiego Zachodu i Północy. Zasmakowałem w
tego rodzaju wędrówkach i odtąd co roku, wczesną wiosną, wyruszałem przy boku przyja-
ciela poznawać kraj, jego mieszkańców i jego przyrodę. Gordon nauczył mnie jazdy konnej,
celnego strzelania i szeregu innych umiejętności nieodzownych podczas włóczęgi po
bezdroŜach. Dzięki niemu poznałem Ŝycie i zwyczaje Indian, a nawet zaprzyjaźniłem się z
plemieniem Czarnych Stóp, do siedzib których Karol dwukrotnie mnie zaprowadził. To od
nich uzyska-
28
lem zaszczytny przydomek Orlego Pióra. Nigdy go nie uŜywałem, traktując to wyróŜnienie
ponad miarę moich skromnych usług, jakie wyświadczyłem „czerwonym braciom".
Z Karolem Gordonem wędrowałem przez południową Kanadę, Arizonę, Nowy Meksyk,
Oklahomę. Ba, nawet zwiedziliśmy północny Meksyk zaproszeni tam przez wspólnego
przyjaciela, Pedro Gonzalesa. A teraz oto czekał mnie daleki szlak, wiodący ku północy
poprzez prerie środkowej Kanady. Takie bowiem były nasze, a przede wszystkim Karola,
zamierzenia.
W swej wędrówce mieliśmy odwiedzić wsie Czarnych Stóp, bitnego plemienia, którego
tereny rozciągają się po obu stronach granicy Stanów i Kanady, sięgając na południe poza
ś
rodkowy bieg rzeki Mlecznej, a na północy — dopływów Północnego Saska tche-wanu.
Kraina to jeszcze pierwotna, gdzie łatwiej napotkać łosia, wapiti lub antylopę niŜ białego
wędrowca. śerują tam jeszcze resztki bizonów wytępionych na południu, a bobrowe Ŝeremia,
wśród spiętrzonych wód strumieni bez nazwy, nie naleŜą do rzadkości. Cieszyłem się na
myśl, Ŝe znowu ujrzę kraj, w którym przed laty, przy boku Karola, przeŜyłem swą pierwszą
westmańską przygodę.
Na farmie
Linia torów wiodła nas najkrótszą drogą na zachód, poprzez krainę falistą, porośniętą
wiosenną trawą, gdzieniegdzie ograniczoną ścianą lasów porastających zbocza wzgórz.
Oczy moje cieszyły się pięknem kraj- j obrazu, lecz radość mąciła niewygoda jazdy.
ToteŜ z westchnieniem ulgi przyjąłem zapowiedź końca po-j droŜy — budowle róŜnego
kształtu i wielkości, widocz-1 ne z grzbietu pagórka, na który wspięły się nasze konie. Obok
tych zabudowań mieniła się w słońcu czarna jak sadze plama wody. Jeziorko.
Nim zjechaliśmy w dolinę, obskoczyła nas sfora i szczekających psów, którą dopiero
rozpędził nad jeŜ- j dŜający kowboj.
—
Wszystko w porządku?! — krzyknął do Ka
rola.
— W porządku.
— Pan Harfield kazał mieć oko na otoczenie.
— I słusznie, lecz tym razem oko moŜna nieco przy- ] mknąć — wesoło odpowiedział mój
przyjaciel. I do-i dał: — Z tym napadem to coś nie tak...
Zostawiliśmy zdumionego kowboja. Raźnym kłusem) podjechaliśmy pod szeroką werandę
jednego z najokazalszych domów. Stał najbliŜej jeziorka, którego cie-i mne wody oblewały
piaszczystą łachę w odległości kilku zaledwie kroków.
30
pierwszy zeskoczyłem z końskiego zadu — dobrze mi się ta jazda dała we znaki! Daszek
werandy rzucał cień na ścianę, na okna i otwarte drzwi, tak Ŝe trudno było dostrzec czy ktoś
znajduje się wewnątrz. Przez paliki balustrady otaczającej werandę ujrzałem tylko psa.
Olbrzyma, chyba rasy nowofunlandzkiej. Gapił się na mnie przez szparę, później ziewnął
przeciągle, pokazując zębiska, jakich nie powstydziłby się niedźwiedź. CięŜkie i leniwe
zwierzę wyglądało niczym uosobienie łagodności. Bez wahania postawiłem więc nogę na
pierwszym schodku i wspiąłbym się na drugi, gdyby Karol nie chwycił mnie za ramię.
— Nie spiesz się — przestrzegł.
— O co chodzi?
— O psa.
— O tego poczciwego leniucha? — zdziwiłem się.
— Tak. Jego pozorna ospałość i powolność są zwykłym oszustwem. Jeśli wkroczysz na
werandę, rzuci się na ciebie nawet bez warknięcia. Tak go wytresowano.
Cofnąłem się.
—
Masz rację — powiedział Siwowłosy — to be
stia, lecz i nieoceniony stróŜ w tych dzikich stro
nach.
—
Taki dozorca moŜe być kłopotliwy dla samego
gospodarza — zauwaŜyłem.
—
Oh, nic podobnego. Hej, Sam! — krzyknął. —
Zabierz stąd swego smoka!
Z mrocznej głębi budynku nikt się nie odezwał. Siwowłosy zawołał po raz drugi i dopiero
wówczas w drzwiach zamajaczyła czyjaś sylwetka. Na werandę wyszedł męŜczyzna w białej
koszuli i takiej barwy spodniach, ale pomiętych i nie pierwszej czystości, jakby ich
posiadacz przez długie godziny tarzał się po podłodze.
—
Nareszcie jesteś — stwierdził Siwowłosy.
31
Człowiek w czystej koszuli i brudnych portkach zal trzymał się, wytrzeszczył oczy i
ryknął śmiechem.
— Nie! To nieprawdopodobne! Kogo ja widzę?!
— Przestań wrzeszczeć.
— To z radości. Jeszcze się nie zdarzyło, abyś przybył w odpowiedniejszej chwili.
Zupełnie jak na Ŝądanie. Marzyłem o tobie od kilku godzin. I oto jesteś. Co za traf! Co
za traf!
— Czy z powodu tych bandytów, którzy zaatakowali twego syna?
— JuŜ wiesz? Niesłychane!
— Wiem. Nie wymachuj ręką, bo zgubisz śrubę, którą z takim mozołem wygrzebałeś
spod łóŜka. Ciekawe, kiedy ostatnio szorowano podłogę w twojej budzie? A teraz
odpędź psa.
Farmer znowu zahuczał śmiechem.
— Przy mnie jest łagodny jak baranek.
— Zabierz go.
— No dobrze. Quiet! — krzyknął na psa. — Marsz stąd! Tam! — wskazał na drzwi.
Zwierzę dźwignęło się z zaskakującą jak na swe rozmiary zręcznością i zniknęło w
głębi domu.
— Zaiste, stosowne imię * — mruknąłem do Karola. — Jak na kpiny.
— Wybaczcie, panowie — dopiero teraz farmer zwrócił się do nas. — Straciłem
głowę ujrzawszy przyjaciela. Po tylu latach. Proszę na górę. Teksas! — ryknął. — Hej,
Teksas! Rusz się. Co ja mam z tym chłopakiem!
Machnął ręką i w tej chwili coś stuknęło o deski.
— Mówiłem: nie gestykuluj tak gwałtownie — powiedział Siwowłosy.
— O, do licha!
Farmer schylił się i bezradnie rozglądał dokoła.
Q u i e t (ang.) — spokojny
32
Wpadła w szparę — poinformował Siwowłosy.
AleŜ ty masz wzrok! Hej, Teksas!
Daj nam coś do picia. Twój Teksas pewnie śpi
w jakim
ś
kącie.
Old Gray, Old Gray — zaśmiał się rolnik — za
wsze jesteś wszechwiedzący. Bo na przykład, w jaki
sposób odgadłeś, Ŝe ja tę nieszczęsną śrubę wydoby
łem spod łóŜka?
Wystarczy nieco spostrzegawczości. Poznałem po
twoich spodniach. Otrzep je chociaŜ, bo wyglądasz jak najgorszy brudas świata.
Farmer nic na to nie odpowiedział. Wzruszył ramionami i odszedł w głąb domu.
— Uwaga —' zwrócił się do nas Siwowłosy zniŜając głos — sprawę syna ja z nim
omówię. Wy nie wspominajcie ani słówkiem.
— Dlaczego? — zdziwiłem się, bo przecieŜ cała ta paskudna historia wiązała się
przede wszystkim ze mną.
— Daj spokój, Janie — wtrącił się Karol. — Obaj jesteśmy tu obcy, więc lepiej
milczmy.
Osłupiałem. Czemu mój przyjaciel okazał się tak ustępliwy? Chętnie
porozmawiałbym w cztery oczy z młodzieniaszkiem próbującym zbójeckiego procede-
ru, jednak — dla świętego spokoju — machnąłem lekcewaŜąco ręką, jakby cała sprawa
przestała mnie interesować.
Farmer wrócił po kilku minutach niosąc w dłoniach i pod pachami butelki z
zielonkawego szkła. Za nim stąpał wysoki i chudy dryblas w szerokoskrzydłym
kapeluszu i kowbojskim pasie wokół bioder. Dźwigał sporej wielkości okrągły stół,
który z łomotem postawił na środku werandy.
—
A teraz krzesła — zarządził farmer. — śywo, Ŝy
wo, Teksas! Ruszasz się jak mucha w miodzie.
- Old Gray
33
A więc to był Teksas. Oczywiście — przezwisko, nie nazwisko. Na pewno przybysz z
Teksasu. Wreszcie siedliśmy na trzcinowych fotelach.
—
Piwo, panowie — oświadczył gospodarz. — Spro
wadziłem je dopiero wczoraj. Niezłe, zupełnie niezłe.
Hej, stary chłopie — zwrócił się do Siwowłosego —
na twoją cześć!
Napełnił szklanki.
Spróbowałem, istotnie napój był godny uznania.
— Więc odnalazł pan poszukiwaną osobę? — zagadał Harfield do Karola.
— Tak, nawet nie trwało to długo.
— Wszystko dobre, co się dobrze kończy.
Farmer znowu zahuczał śmiechem. Jego głos musiał robić na kaŜdym nowym słuchaczu
zaskakujące wraŜenie. Zazwyczaj bowiem takim basem mówią męŜczyźni tędzy,
najczęściej potęŜni. Nasz gospodarz był szczupły, niskiego wzrostu i raczej niepozorny.
—
Ha — odezwał się znowu. — I ja potrafię od
gadywać, niczym Old Gray.
35
—
Ja nie odgaduję — sprzeciwił się Siwowłosy -
ja wiem.
—
Bujasz, stary chłopie. Pijcie, panowie — zwrócił
się do nas. — Butelek nie zabraknie. Pełnych!
Pomyślałem, Ŝe rolnik czy hodowca moŜe z niego jest dobry, lecz sposobem bycia nie
róŜni się od miejskiego andrusa. Niejeden raz spotykałem podobnych mu farmerów, tak
ograniczonych umysłowo, Ŝe trudno było mi pojąć, w jaki sposób potrafili zagospodarować
ugory i stawiać czoło rozlicznym przeciwnościom, póki Ŝelazny szlak nie połączył ich
posiadłości ze światem, czyniąc je w ten sposób bardziej bezpiecznym miejscem
zamieszkania.
A przecieŜ ich gospodarka rolna przynosiła wspaniałe efekty. Porozumieć się z nimi nie
było łatwo, a to głównie z powodu ich zdumiewającej niemal dziecinnej wiary dawanej
bajędom i obraŜania się na słuchacza usiłującego sprostować mylne informacje. Hardzi i
pewni siebie, a równocześnie przeraŜająco ciemni. Z nich to przecieŜ wywodzili się
zwolennicy linczu, rendŜerzy * ścigający przestępców, niemniej okrutni od ściganych, oraz
— niegdyś — łowcy skalpów, wzorujący się na najbardziej krwawych zwyczajach in-
diańskich.
Obcowanie z Samem Harfieldem przez dłuŜszy czas było na pewno uciąŜliwe, zwłaszcza
dla takiego mieszczucha jak ja. Ledwie tu przybyliśmy, a juŜ począłem marzyć o jak
najszybszym opuszczeniu farmy.
— No i co z tą bandą rabusiów? — zagadnął gospodarz. — Widzieliście ją?
— Nie — odparł za nas dwu Siwowłosy. — Sprawa nie jest prosta.
— O czym ty mówisz?
RendŜerzy — uzbrojeni ochotnicy czuwający -Jiad bezpieczeństwem osad.
36
.— Na ten temat porozmawiamy później.
— AleŜ... ja rozesłałem ludzi, aby mieli baczenie na bydło i konie.
— MoŜesz ich pościągać z powrotem.
— Nie Ŝartujesz?
— Ani mi to w głowie.. Ręczę ci, Ŝe Ŝadna banda nie buszuje w okolicy.
— CzyŜby ich Jack przepłoszył?
— Twój syn? — zapytał Siwowłosy.
— Właśnie.
— Nigdy go tu nie spotkałem.
— Ba, chłopak uczy się w mieście. U mnie bywa tylko przez parę tygodni w roku. Nie
chcę, aby wyrósł z niego tępy i głupi farmer. Ojca mego nie stać było na taki wydatek, ale
mnie stać. śle postępuję?
— Doskonale. Lecz... przepraszam, kto opiekuje się w mieście twoim synem?
— Babka i matka. Na pewno dobrze nad nim czuwają.
— Na twoim miejscu nie byłbym tego zbyt pewny... — mruknął Siwowłosy.
— Old Gray — zaniepokoił się farmer — ty coś przede mną ukrywasz!
— Pogadamy o tym później, a teraz odwołaj kowbojów.
Farmer wzruszył ramionami i ryknął swym tubalnym głosem w kierunku drzwi:
—
Teksas! Teksas!
Tym razem przywołany zjawił się prawie natychmiast.
—
Słuchaj uwaŜnie. Weźmiesz siwka, pojedziesz do
Billa i powiesz mu, Ŝe moŜe juŜ wracać. Potem od
szukasz Corsona, za torami, i Rodericka, kręci się po
Prerii. Niech wszyscy wracają. Na twoją odpowiedzial
ność — spojrzał na Siwowłosego.
■
—
Zgoda, na moją odpowiedzialność!
37
— Teksas! Poczekaj! Zanim wyruszysz, sprowadź tu Jacka, muszę wam, panowie,
przedstawić syna. Gdzie on się kręci?
— Widziałem go przy koniach.
— Powiedz, Ŝeby tu zaraz przyszedł.
Poczułem się bardzo nieprzyjemnie. Ojciec nieświadomie szykował konfrontację
napastnika z napadniętymi.
— Chwileczkę, Teksas — wtrącił się Siwowłosy, a zwracając do farmera: — Chętnie
poznałbym twego syna, lecz jeszcze nie teraz. Nie przeszkadzaj mu bawić się końmi,
nieszkodliwa to zabawa. Bo nie ma nic gorszego od nudy. StrzeŜ swego syna przed nudą,
ona rodzi złe myśli.
— Nie rozumiem — burknął Harfield. — Opowiadasz mi zagadki, o co ci chodzi?
— O to, Ŝebyś nie wzywał syna. Zawsze ci dobrze radziłem, Sam. Posłuchaj mnie i tym
razem.
— Coś knujesz, Oid Gray, a ja, prosty rolnik, nie potrafię się w tym wyznać. Ale dobrze
juŜ, dobrze. Teksas, nie przywołuj Jacka. Odejdź. A teraz, Gray, opowiedz o sobie. Gdzieś
był, coś porabiał?
Zaiste farmer musiał być wyjątkowo tępym człowiekiem, jeśli dziwaczna prośba
Siwowłosego nie wzbudziła w nim niepokoju.
—
No, Old Gray, powiedz, znalazłeś swój dom?
Siwowłosy pokręcił przecząco głową.
Spojrzałem nań pytająco. JakiegoŜ to domu szukał nasz przypadkowy towarzysz? Karola
musiały równieŜ zaciekawić te słowa, bo poruszył się niespokojnie, aŜ zatrzeszczał
trzcinowy fotel. Sądziłem, iŜ podejmie temat, lecz on tylko rozparł się wygodniej i milczał.
— Sam skarŜy się na zagadki, a równocześnie je zadaje — uśmiechnął się do nas
Siwowłosy.
— Oni — zwrócił się do gospodarza — nic nie wiedzą o Ŝadnym domu i na pewno ich to
nie interesuje.
Sfi
—
AleŜ... — zaoponowałem.
Skrzywił się zabawnie.
—
Widzicie, moi drodzy, to jest po prostu Ŝart, nic
więcej. Lecz Sam traktuje go ze śmiertelną powagą.
Wyjaśnię, Ŝeby nie było nieporozumienia. Opowiada
łem kiedyś Samowi, Ŝe w mieszkaniu moich rodziców
wisiał obraz, namalowany przez serdecznego przyja
ciela ojca. Wielki obraz w złoconych ramach. Widać
było las, taki jak wygląda wczesną jesienią: poŜółkłe
liście klonu na zrudziałej murawie polanki otoczonej
z trzech stron kolumnami potęŜnych drzew, między
którymi czai się mrok nadciągającego wieczoru. Po
stronie czwartej, nieco w głębi, wznosił się parterowy,
drewniany dom z pozłocistych, świeŜych desek, z małą
werandką pośrodku. Samotny, blady liść orzecha spo
czywał na stopniu schodków tej werandy... Nie nu
dzę was?
Zaprzeczyłem energicznie. Nie posądzałem Siwowłosego o tyle liryzmu...
—
A więc, werandką przykryta była szpiczastym
daszkiem spadającym na oba boki, niŜej dwa okna
z prawej, dwa z lewej, a w szybach odbijały się zorze
zachodu. Czy na polance widniała jeszcze ostatnia smu
ga światłości uciekającego dnia? JuŜ nie pamiętam,
chyba tak, bo było dość jasno i od zrudziałej murawy
ostro odcinały się postacie dwu małych, czarnych nie
dźwiadków. Mocowały się, stojąc na tylnych łapach.
Ludzi nie było, chociaŜ dom nie wydawał się opusz
czony. MoŜe skryli się w jego głębi, spoglądając po
przez lśniące szyby na baraszkujących malców? Z oba
wy przed niedźwiedzią mamą, która gdzieś niedaleko
musiała czuwać nad igraszkami dzieci? A dokoła cisza.
Czy moŜna ciszę namalować? Widać moŜna — odpo
wiedział sam sobie. — Spoglądałem na ten obraz co
dziennie. Moje marzenia wiodły mnie w głąb tego la
su. Stałem ukryty za drzewem lub deptałem poszy-
ci?
cie, wdychając zapach wilgoci. I zadawałem sobie pytanie: kto skrył się za oknami i
przygląda się zwierzętom? Bo byłem pewien, Ŝe ktoś je obserwuje. Zabawne, prawda?
Fantazja dziecka nie ma granic. Myślałem sobie: nagle uchylą się drzwi, a spłoszone nie-
dźwiadki uciekną... OtóŜ... ten dom na polance chyba gdzieś stał lub stoi po dziś dzień. Kto
wie, moŜe kiedyś trafię na samotną polanę. — Wydało mi się, Ŝe westchnął. — Wędrujecie
na północ?
— Na północ — odparł Karol.
— MoŜe wam uda się odnaleźć taki dom? Wzniesiono go na terenie Kanady, z tego kraju
przywiózł swe szkice artysta, zanim przeniósł je na płótno. Et, dziecinada — zakończył
weselszym głosem. — KaŜdy na starość ma jakiegoś bzika. Oto dlaczego Sam zapytał
mnie, czy znalazłem swój dom.
Obaj z Karolem milczeliśmy. Kim był Old Gray? Czy jego opowieść to wspomnienie, Ŝart
czy teŜ kryje w sobie fragment historii Ŝycia tego człowieka? Tak nie potrafiłby opowiadać
Ŝ
aden traper ani rolnik, ani od-ludek-westman. Po co szukał tajemniczego domu? Bo, Ŝe
szukał, byłem tego pewien. I nie bez celu opisał go nam tak dokładnie. A moŜe taki obraz w
ogóle nie istniał?
Ciszę przerwało dalekie klaskanie końskich kopyt, a później przeciągły ryk krów gnanych
zapewne do wodopoju.
Farmer podniósł kolejną butelkę, napełnił szklanki
—
Rozklejasz się, Old Gray — zauwaŜył rubasz-;
nie. — Coś ci się przywidziało z tą chałupą. A twój
pacykarz na pewno wszystko zmyślił. Widziałem w
salonach róŜne malunki kobiet. Myślałem, Ŝe którąś
z nich spotkam, ale okazało się, Ŝe to wszystko były
wymyślone postacie.
Nawet się nie uśmiechnąłem na tę prymitywną: uwagę.
40
__ Bywa i tak — odpowiedział Siwowłosy — bywa • inaczej. Nie jestem pewien,
czy obraz malowano
natury... Po prostu lubię wspominać swe dzieciństwo.
Nie kaŜdy tak myśli. — Po licho to komu? —
wzruszył ramionami Harfield. — Jeszcze raz przeŜywać stare kłopoty?
Znowu zajął się butelkami.
. Niekiedy i to potrzebne — stwierdził Old Gray
sięgając po szklankę.
Rozmowa się urwała. Za spadzistym dachem jakiejś szopy chowało się słońce. Nad
szczytową belką sterczał jeszcze czerwony, półkolisty rąbek dziennej gwiazdy. Ten fakt
oznaczał dla mnie jedno: będziemy nocować na farmie. Nikt nie wyrusza w drogę z końcem
dnia, bez pilnej potrzeby. Nie było nam pilno. Niestety! Irytował mnie i draŜnił nasz
gospodarz. Nie potrafiłem odgadnąć, co mogło łączyć tych dwóch ludzi ulepionych przecieŜ
z zupełnie innej gliny! Po co Siwowłosy zwierzał się ze swych marzeń czy wspomnień,
których tamten nie potrafił zrozumieć? A moŜe tu chodzi o nas dwu?
ś
eby nie koń! Ten koń był przyczyną, dla której musiałem tu tkwić. A do tej pory sprawa
kupna zwierzęcia nie doczekała się najmniejszej wzmianki.
—
Karolu — szepnąłem — a koń...
Siwowłosy usłyszał moje słowa. Coś jakby cień uśmiechu przemknęło po jego
ciemnej twarzy.
—
Sam — odezwał się. — Oni potrzebują konia,
dobrego kłusaka na daleką drogę.
—
Konia? Da się zrobić. Czemu nie?
Przerwał i wzrok swój skierował na dwa wierzchowce stojące przed werandą: Karola i Old
Graya.
Niezbyt gościnny, a moŜe tylko nierozgarnięty farmer dotąd nie zainteresował się
zwierzętami. ;■ ' Dwa konie! — wykrzyknął. — Ten kasztan to
41
przecieŜ twój, Old Gray. Przybyliście na jednym koniu? Dlaczego?
— Ośla łączka — wyjaśnił krótko Siwowłosy.
— Rozumiem. Kiedyś straciłem tam swego osła. Stąd poszła nazwa — wyjaśnił Karolowi
i mnie. — Pieski preriowe dawno z tej łączki uciekły, a szkoda. Swoim piskiem ostrzegały
jadących. To pan stracił zwierzę? — zwrócił się do mego przyjaciela.
— Nie — odparłem — to ja.
—
Oczywiście pański koń złamał nogę...
—• Tak — przyświadczyłem ponuro.
—
No, to chodźmy —- zaproponował nieoczekiwa
nie. — Właśnie zwierzęta spędzają do korrali, a jesz
cze dość widno.
Podniosłem się pierwszy i ruszyliśmy za gospodarzem. Teraz mogłem lepiej przyjrzeć się
otoczeniu. Dom, w którym nas przyjmowano, stanowił centralny punkt farmy. Bowiem inne
zabudowania tworzyły wokół niego półkole o długim promieniu. Jedne migotały róŜowymi
szybami, w których przeglądało się gasnące słońce, inne okazywały gołe, ślepe ściany,
jeszcze inne składały się wyłącznie z dachów wspartych na palach. Nad samym jeziorkiem
widać było za ogrodzeniem spore połacie zrytej kopytami ziemi — korrale.
Ludzi zauwaŜyłem niewielu. Dwu męŜczyzn wprowadzało do jakiejś szopy wóz na
wysokich kołach, dwu innych, w asyście szczekającego psa, zaganiało po-: wolne stado
krów.
—
Tam — Harfield wskazał w kierunku jeziorka.
Na brzegu, rozdeptanym, gliniastym i mokrym, tabun klaczy i źrebiąt krąŜył wchodząc
i wychodząc. z wody. Konie opuszczały głowy ku czarnej, migotliwej powierzchni. Stawały
nieruchomo, z pyskami za-; nurzonymi w wodzie, waląc się z szelestem po zadach długimi
ogonami.
Dwu kowbojów z wysokości siodeł spoglądało na
42
zWierz
ę
ta, na jezioro i na kolejowy nasyp biegnący po przeciwległej stronie jeziorka.
Z kupnem konia zdałem się całkowicie na Karola — znał się na tych sprawach. Gdy stado
juŜ kłusowało 0d wodopoju, wskazał dwie biegnące na końcu sztuki. Harfield dał znak
kowbojom, frunęły lassa niczym la-, tające węŜe, spadają na szyje wybranych czworonogów.
W chwilę później przyprowadzono je do nas, a reszta stada znikła w tumanach kurzu.
Schwytane wierzchowce zatrzymały się podrzucając głowami, chrapiąc i bijąc kopytami
w zdeptaną ziemię. Uspokoiły się na głos Karola — umiał przemawiać do zwierząt, czego ja
nigdy nie potrafiłem. Wszystkie dwie sztuki były jednakowej maści, kasztany, a róŜniły się
tylko tym, Ŝe jeden miał białą strzałkę na czole, drugi — ciemny pas między chrapami. Gdy
Karol oglądał pierwszego, Siwowłosy zajął się drugim koniem.
— MoŜesz go zabrać, Sam. Nie nadaje się.
— Co takiego? — oburzył się farmer. — W moim stadzie nie ma koni, które by się nie
nadawały! Co mu zarzucasz?
— Ma skrocza.
— Skrocza? A jeśli nawet! To co? Takie wierzchowce są bardzo wytrzymałe i ścigłe.
—
- Nie zaprzeczam, jednak zostawiają wyraźny ślad.
— I cóŜ z tego? Kogo obchodzą końskie ślady?
— Ej, Sam, Sam! Niezbyt mądrze brzmi twoje pytanie. Jakbyś nie wiedział, Ŝe końskie
tropy bardzo wielu interesują.
Harfield wzruszył ramionami.
—
Nie jestem tropicielem, nie jestem traperem i nie
przybyłem tu, aby wałęsać się po górach. Dla rolnika
koń to jest koń, Ŝeby nawet miał krowie racice. Byle
dobrze chodził w zaprzęgu lub galopował pod siodłem.
43
Rozbawiła mnie ta sprzeczka, lecz nie wtrącałem się do niej, chociaŜ i ja wiedziałem, co to
jest skrocze. Konie stąpają w ten sposób, Ŝe najpierw wysuwają lewą nogę przednią i prawą
tylną, następny krok — to prawa przednia i lewa tylna. Niekiedy jednak trafia się zwierzę-
odmieniec: stawia równocześnie dwie lewe nogi, potem dwie prawe, jak wielbłąd, co powo-
duje lekkie kołysanie się grzbietu. Słyszałem, Ŝe takie wierzchowce są bardzo szybkie, lecz
prawdą jest równieŜ, Ŝe odciski ich kopyt róŜnią się od odcisków normalnych koni i łatwo
wpadają w oko nawet niezbyt wytrawnego tropiciela. W mieście, w osadzie, w gospo-
darstwie — nie ma to Ŝadnego znaczenia. Ale na Dalekim Zachodzie wyróŜniający się ślad
moŜe zawaŜyć tragicznie na Ŝyciu jeźdźca. Co prawda ani Karola, ani mnie nikt nie tropił, -
nie jechaliśmy na wojenną wyprawę lecz... licho nie śpi! Dobra to zasada: nie wyróŜniać się
ani ubiorem zbyt jaskrawym, ani rumakiem zbyt wspaniałym, ani zachowaniem zwracającym
uwagę innych.
— Oni tego konia nie kupią — mruknął Old Gray.
— Nie kupimy — potwierdził Karol.
— No, to sprawdzimy drugiego kandydata — Siwowłosy zbliŜył się do gniadosza z białą
strzałką na czole, odebrał koniec lassa z rąk kowboja, skrócił je owijając wokół ramienia,
chwycił za grzywę wierzchowca i natychmiast znalazł się na jego grzbiecie. Był to skok
wymagający nie byle jakiej sprawności fizycznej.
— No, no... — cmoknąłem na widok takiej sztuki.
— Nie rób niemądrej miny — szepnął Karol. — Na pewno niejedno jeszcze cię zadziwi...
Tymczasem Siwowłosy, posługując się wyłącznie lassem i kolanami, pokazał znakomitą
szkołę jazdy: raz stępa, raz galopem, raz kłusem. Przyglądałem się temu pełen zachwytu i
zazdrości jednocześnie. Nigdy
44
nie osiągnę takiej' sprawności, choćbym przez sto lat nie schodził z siodła. A przecieŜ nie
zaliczałem się do kiepskich jeźdźców. Lecz z umiejętnością powodowania koniem rzecz ma
się podobnie jak z grą na instrumentach muzycznych: rzadko kto zostaje mistrzem mimo
długoletniej nauki. Nasz nowy znajomy okazał się prawdziwym mistrzem. O mało nie
zaklaskałem, gdy zatoczywszy ostatnie koło zatrzymał wierzchowca.
—
Bierzcie go — powiedział zeskakując. — Jest
ś
cigły i wytrzymały, a poza tym posłuszny. Jeśli co
kolwiek znam się na rzeczy. A ty — zwrócił się do
farmera — nie Ŝądaj zbyt wygórowanej ceny. Odbi
jesz sobie na kim innym.
Gospodarz machnął lekcewaŜąco ręką i rozkazał kowbojowi, aby przyprowadził wybrane
zwierzę pod werandę.
—
Czas na posiłek — powiedział do nas. — Chodź
my, panowie.
Tym razem wkroczyliśmy do wnętrza domu. Pokój wyglądał ponuro. ChociaŜ zwisająca z
sufitu naftowa lampa ledwo mŜyła, dostrzegłem brud' wyzierający z kaŜdego kąta, a z
uginających się przy byle stąpnięciu desek wzbijały się obłoczki kurzu.
—
Siadajcie — zaprosił Harfield.
Siedliśmy. Stołek trzeszczał pode mną przy kaŜdym poruszeniu, a i stół chwiał się
niepokojąco. Na blacie, wątpliwej czystości, ustawiono pięć cynowych talerzy, bliźniaczo
podobnych do dostarczanych przez intenden-turę Ŝołnierzom naszej armii. Siwowłosy
równieŜ musiał to dostrzec, bo nagle zapytał:
— Dawno u ciebie biwakowali Ŝołnierze? ZałoŜę się, Ŝe najdalej przed rokiem.
— Zgadłeś! — zahuczał śmiechem Harfield. — Nic nie ujdzie twej uwadze. Miejcie się
na baczności, panowie. On doszuka się dziury nawet w całym. Tek-
45
sas! — ryknął odwracając głowę. — Długo mamy czekać?
Teksas, tym razem opasany białą ścierką, pojawił się natychmiast, niosąc oburącz sporą
rynkę, z której buchała chmurka pary.
— Gdzie Jack? — zapytał farmer.
— Mówił, Ŝe go ręka boli i poszedł spać.
— Co takiego? Wszystko przez te miejskie wychowanie! Słyszałeś, Old Gray? Chłopak
ma lekko startą skórę na dłoni i juŜ robi z siebie inwalidę. Ale ja myślę, Ŝe po prostu... boi
się! Tak przeŜywa ten napad... Powiedz, Old Gray, czy pobyt w mieście pozbawia
męŜczyznę odwagi? Kiedy ja zaorywałem tu pierwszy zagon, idąc za pługiem miałem
przewieszonego przez ramię remingtona. Pojmujesz?
Zapytany skinął głową.
— Czarne Stopy — rzekł krótko. — ChociaŜ... ostatnie walki toczyły się na tych ziemiach
w 1877 roku: Lamę Deer, Big Hole i Bear Paws, jeśli mi pamięć dopisuje.
— Walki! — wykrzyknął farmer. — Co ty uwaŜasz za walkę? Armaty, piechota,
szarŜująca kawaleria? Lecz gdy banda czerwonych skór obiegnie dom farmera i spali go
wraz z mieszkańcami, to juŜ się nie liczy! Teksas, nie stój jak kołek w płocie. Dawaj, co
tam masz.
To, co miał Teksas, okazało się gulaszem z baraniego mięsa. Jadłem go wyszczerbionym
widelcem i cynową łyŜką. Jak widać, Harfield nie dbał o elegancję sztućców.
Jedząc rozmyślałem o chłopcu. Na pewno nas zauwaŜył i poznał, a teraz trząsł się ze
strachu przed konfrontacją.
—
Na szczęście — podjął farmer — Indian widzia
łem tylko z daleka. Miałem tu paru zuchów nieźle
umiejących władać bronią, a nawet przyplątał się ja-
46
kiś traper. Gościłem go przez dwa miesiące, chociaŜ z Ŝywnością było kiepsko. Lecz dobrą
strzelbę w dobrych rękach ceniło się wówczas wyŜej od jedzenia. Wy tego nie znacie —
zwrócił się do mnie i do Karola — a wyobrazić sobie trudno.
— Kto wie — mruknął Siwowłosy — moŜe znają?
— E, tam! Teksas, dawaj piwo! Jak tu przybyłem, zaraz wzięliśmy się do budowy. Z
tamtej strony jeziorka rósł las, niewiele z niego pozostało. Pierwsze drzewa poszły na
blokhauz. Tęga to była robota. Dźwignęliśmy we czwórkę prawdziwy fort z palisadą. Na-
reszcie moŜna było bezpieczniej spać, lecz przed samym świtem kolejny wartownik budził
wszystkich. Wiadomo, świt to ulubiona pora napadów czerwono-skórych. Takie to były
czasy. Mało kto o nich pamięta.
— Lecz przecieŜ Ŝaden napad się nie zdarzył — wtrącił Old Gray.
— Na szczęście. W przeciwnym wypadku moŜe nie popijalibyśmy teraz piwa. Wasze
zdrowie!
OpróŜniłem szklankę i skromnie zauwaŜyłem, Ŝe warto by zanotować takie wspomnienia.
Harfiełd wytrzeszczył na mnie oczy, a Siwowłosy roześmiał się.
— Zapewne, zapewne — przytaknął — jednak Sama nikt nie zmusi do pisania. On tego
nie lubi.
— A nie lubię. Zbyt mądra to dla mnie sztuka. CóŜ, prosty jestem człowiek, za to mój
syn...
W ten sposób rozmowa wkroczyła na niebezpieczną ścieŜkę. Siwowłosy teŜ to zauwaŜył,
bo natychmiast przerwał wywody farmera:
— Gdzie nam szykujesz nocleg, Sam?
— W domku gościnnym. Zapomniałeś o domku gościnnym?
—
Ta stara buda jeszcze stoi?
— Ho, ho! I to wcale mocno.
47
Dobrze. A teraz kaŜ nakarmić i napoić nasze konie.
—
Oczywiście. Teksas! Hej, Teksas!
Przywołany wysłuchał polecenia i oświadczył, Ŝe
przekaŜe je jakiemuś tam Dickowi.
—
Niech umieści konie w stajni, nie w korralu.
— Ani w stajni, ani w korralu — zaprotestował Old Gray. — Taki juŜ jestem, Ŝe lubię swoje
zwierzę mieć na oku.
— Słyszałeś, Teksas? A wasze wierzchowce, panowie?
Wiadomo, Ŝe konie w stajni lepiej zabezpieczone są przed kradzieŜą, więc juŜ otwierałem usta, aby
oznajmić o swym wyborze, gdy Karol kopnął mnie pod stołem i oświadczył, Ŝe podziela pogląd Old
Graya i Ŝe on sam nigdy nie sypia z dala od swego wierzchowca. Było to oczywiste kłamstwo, którego
celu nie mogłem pojąć.
Teksas odszedł, a w kilka minut później dobiegło mych uszu głuche tupotanie kopyt. Zapewne
niewidoczny naszym oczom Dick spełniał polecenie.
Skończyliśmy sączyć piwo, Old Gray poczęstował wszystkich cygarem i zaczął się targ o konia.
JednakŜe, choć najbardziej zainteresowaną osobą byłem ja, bo chodziło przecieŜ o konia dla mnie, nie
miałem moŜliwości zabrania głosu. Rozmowę, która chwilami przeradzała się w kłótnię, prowadzili
Siwowłosy i farmer. Jakoś nie mogli dojść do porozumienia. Harfield zmieniał zdanie, wycofywał się,
raz okazując wyraźną chciwość na pieniądze, to znów odgrywając rolę gościnnego gospodarza,
gotowego oddać przyjaciołom całe swe mienie, nie tylko konia.
Mało nie parsknąłem śmiechem, gdy farmer całkiem serio oświadczył, Ŝe najchętniej podarowałby
nam wierzchowca, gdyby nie chwilowe trudności natury pienięŜnej.
48
JuŜ zdecydowałem się przerwać ten targ i akceptować wygórowaną cenę, gdy raptem
Harfield skapitulował. WyłoŜyłem trzydzieści dolarów, zapłatę niezłą z uwagi na brak
jakichkolwiek kupców na farmerską stadninę, i w czwórkę ruszyliśmy ku „gościnnemu
domkowi".
Znakomicie go określił Old Gray: buda i to chyba najstarsza na farmie, zapewne
przerobiona z blokhauzu, bo okienka i drzwi były wąziutkie, a ściany zbite z nie
okorowanych bali, między które ponapychano mchu, siana i gliny.
Gdy wkroczyliśmy do środka, Harfield usiłował zapalić naftową lampę, co mu się
wreszcie z wielkim trudem udało, jako Ŝe wiatr buszujący we wnętrzu gasił płomień.
Teraz dopiero ujrzałem izbę: podłoga z polepy, zardzewiały Ŝelazny piecyk z kominem
w kształcie rury wyprowadzonej ukośnie ku otworowi w ścianie, dwie prymitywne
ławy, stół z nogami wbitymi w ziemię oraz cztery legowiska, coś w rodzaju skrzyń
zbitych z desek, wypełnionych sianem i słomą.
—
Oto — oświadczył z dumą gospodarz — moja pierwsza siedziba. Trzyma się
krzepko i posiada tyle wygód, ile ich wymaga prawdziwy męŜczyzna wędrujący po
Dzikim Zachodzie. Zapewniam was, Ŝe kiedyś była jedynym budynkiem w promieniu
stu mil.
Na pewno miał rację, lecz ten fakt nie umniejszył mego rozczarowania. Sądziłem, Ŝe
w przededniu długiej wyprawy na prerie Kanady prześpię się raz jeszcze na normalnym
łóŜku. Nic z tego!
Karol krytycznym okiem ogarnął ciemne wnętrze, później zapytał, kiedy ostatnio
zmieniano ściółkę w legowiskach i czy przypadkiem nie nocował tu jakiś zawszony i
zapchlony brudas.
Pytanie i w treści, i w tonie nie zabrzmiało grzecznie, lecz przecieŜ nocleg, jaki
zaofiarował nam farmer, był oczywistym uchybieniem prawom gościnności. CóŜ
4 — Old Gray
49
było robić? Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Zresztą Harfield zapewnił nas
powaŜnie, Ŝe ściółkę w łóŜkach (powiedział: „łóŜkach"!) zmieniono zaledwie przed godziną,
w przewidywaniu naszego noclegu, a „zawszonych brudasów" nigdy nie wpuszczał pod swój
dach. J^o takim oświadczeniu nie pozostawało nam nic innego jak uprzejmie podziękować za
tak wspaniałe miejsce do spania, co farmer przyjął z wielce zadowoloną miną. Nasze konie
przywiązano do palików wbitych w ziemię obok drzwi. Miały tak sterczeć przez całą noc, co
przecieŜ nie jest najlepszym odpoczynkiem dla zwierząt. Nie mogłem zrozumieć, I dlaczego
Karol przystał na to. Niecierpliwie wyczeki-wałem okazji, aby go o to zapytać. Wreszcie
farmer ruszył ku drzwiom, Ŝycząc nam dobrego odpoczynku. Siwowłosy ujął go pod ramię.
—
Przepraszam — zwrócił się do nas — muszę
omówić pewne sprawy z Samem.
Znikli w ciemnościach wieczoru.
— Co to wszystko znaczy, Karolu? — wybuchnąłem. — Dlaczego się zgodziłeś, aby
nasze konie męczyły się przez całą noc? A przede wszystkim wyjaśnij wreszcie, czemu
nie czekałeś na mnie w Fort Benton, jak było umówione!
— Och — stęknął — tyle pytań. Oczywiście... — przerwał raptownie. — Uwaga, ktoś
idzie...
Słuch go nie mylił. W otworze drzwi ukazała się głowa Siwowłosego.
— Nie kładźcie się, póki nie wrócę — zaszeptał. — Później wyjaśnię.
— W porządku — odparł Karol. Usłyszeliśmy skrzypienie oddalających się kroków.
— Co to wszystko znaczy? — powtórzyłem. Dlaczego słuchasz się we wszystkim tego
Siwowłosego? PrzecieŜ to zupełnie obcy człowiek!
50
Mój przyjaciel zaśmiał się cicho.
— Dla ciebie obcy. Ja o nim juŜ coś niecoś słyszałem.
— Więc co z tego? — zacietrzewiłem się.
— Wyratował cię z kłopotu, zapomniałeś juŜ, Janie?
— Nie zapomniałem, jednak to nie powód, Ŝeby się zgadzać na wszystko, co on
proponuje. Choćby z tymi końmi.
— Nie krzycz! Po co wszyscy dokoła mają nas słyszeć? Nocą dźwięki niosą się daleko.
Miał rację, opanowałem się.
—
Więc któŜ to jest? — zagadnąłem spokojnie.
—
Tak na dobrą sprawę... nie wiem.
Parsknąłem śmiechem.
—
UwaŜasz, Ŝe gadam od rzeczy? Rzeczywiście nie
wiem kim jest Old Gray, ale słyszałem o nim na pew
no więcej niŜ nasz gruboskórny gospodarz. Lecz to
chowam dla siebie.
—•
A dla mnie? — zagadnąłem, ciągle jeszcze rozbawiony.
— Dla ciebie nie mam tajemnic.
— Domyślam się, Ŝe Siwowłosy musi być kimś niezwykle waŜnym — powiedziałem
zgryźliwie — skoro przytakujesz kaŜdemu jego słowu.
— Nie mylisz się, Janie. Old Gray to nieprzeciętna postać.
— Ho, ho! AŜ tak?
— Właśnie tak. Buszuje po preriach i górach nie od dziś. Nie muszę ci wyjaśniać, co
oznacza dodatek „old" przed nazwiskiem czy zawołaniem?
Kiwnąłem głową. Doskonale wiedziałem. Słowo „old" * na Dzikim Zachodzie nie
pozostaje w Ŝadnym związku z wiekiem osoby,. która zasłuŜyła na takie
Old— (ang.) — stary
5 i
określenie, lecz z jej doświadczeniem, z nabytą mądrością o Ŝyciu i o ludziach Zachodu.
— A Gray? — zapytałem. — Sądzisz, Ŝe to nazwisko?
— Nie. Tyle Ŝe pasuje do barwy jego włosów. Z tego się narodziło. Przezwisko,
pseudonim czy jak tam chcesz.
— Dobrze — zgodziłem się — lecz słowo „old" uzyskiwał niejeden westman i nie widzę
w tym nic nadzwyczajnego.
— Bo wiesz mniej ode mnie.
— Pewnie. I ciągle czekam na informacje. Kołujesz jak lis obok nory.
— Bo nie wiem, czy zdąŜę... Old Gray poszedł pogadać z farmerem o wyczynie synka.
Rozmowa, przypuszczam, będzie burzliwa, ale kto wie, jak się zakończy. Dlatego zgodnie
z radą nie połoŜymy się spać. MoŜe jednak uda mi się powiedzieć ci wszystko, co sam
wiem o tym człowieku. OtóŜ Old Gray... po raz pierwszy usłyszałem o nim w związku z
haniebną aferą Masakry nad Piaskowym Strumieniem. Słyszałeś o tym?
Zaprzeczyłem.
—
Ta historia wydarzyła się w 1864 roku, chyba
w listopadzie, w Kolorado.
Uśmiechnąłem się:
— Wybacz moją nieświadomość — rzekłem — lecz wówczas miałem zaledwie trzynaście
lat.
— I ja niewiele więcej. Zainteresowałem się Piaskowym Strumieniem znacznie później.
Sprawa była dość głośna i rozeszła się echem po całym kraju.
UłoŜyłem się na mojej skrzyni moŜliwie wygodnie, zaszeleściło siano.
— Szykujesz się do snu?
— Po prostu przygotowuję się do wysłuchania dłuŜszej opowieści — oświadczyłem.
52
— I słusznie. Teraz opowiem ci o niejakim Janie Chivingtonie, bohaterze afery, który w
1860 roku osiedlił się w Denver. Był wówczas kaznodzieją metodystów, lecz jego
wygórowana ambicja kazała mu szukać kariery na innym polu.
— O, do diabła! — wrzasnąłem zrywając się z pryczy.
— Nie podoba ci się pan Chivington? — z podejrzanym akcentem zagadnął Karol.
— DajŜe spokój! — krzyknąłem. — W tej trawie kryją się roje pcheł.
Zrzuciłem kurtę, kamizelę i koszulę. Plecy mnie swędziały i piekły jak od ukłuć kaktusa.
— Nasz farmer to dziki człowiek! — złościłem się. — Jak mógł proponować taki nocleg?
— On tu nie sypia — odparł filozoficznie mój przyjaciel — więc nie wie.
— Ale ty? Nie odgadnę jakim cudem, aleś ty chyba wiedział, Karolu, i nie ostrzegł! —
wykrzyknąłem z wyrzutem.
— Ja tylko podejrzewałem...
Wy trzepałem swą odzieŜ, a jeśli któraś z pcheł skoczyła na Karola przy tej operacji, to
dobrze mu tak!
— Poczekaj, jeszcze się na tobie odegram... A teraz gadaj dalej.
— A więc... gdy wybuchła wojna domowa i w Kolorado utworzono 1 pułk kawalerii,
Chivington otrzymał propozycję objęcia funkcji kapelana. Odmówił. Oświadczył, Ŝe
pragnie walczyć. Wstąpił do pułku, uzyskał stopień oficerski. W następnym roku jednost-
ka ta wyruszyła na wojnę i walczyła w Nowym Meksyku, gdzie Chivington odznaczył się
prowadząc szarŜę na południowców. Wrócił do Denver jako bohater. Później dowódca
pułku zrezygnował ze słuŜby. Jego miejsce zajął Chivington. W tym samym 1862
roku
53
przybył do Denver John Evans, mianowany gubernatorem terytorium. Chivington począł
marzyć o tym urzędzie. Uznał, Ŝe moŜe taki cel osiągnąć słuŜąc w wojsku. Sytuacja mu
sprzyjała, bo w tym czasie na terenie Kolorado nasilały się starcia osadników z Indianami.
Do Chivingtona — który sam siebie ogłosił naczelnym dowódcą całego terytorium — coraz
częściej zgłaszali się farmerzy i górnicy Ŝądając ochrony. Chivington raz po raz wysyłał tu i
tam swe oddziały. Przestań się wreszcie drapać!
Dobrze mu było mówić! Widocznie moją pryczę pchły specjalnie sobie upodobały.
Z dalszej relacji Karola wynikało, Ŝe wałki toczyły się w lecie, zamarły zimą, a Ŝadna ze
stron nie uzyskała przewagi. Wtedy to gubernator terytorium zwrócił się do ministra wojny
w Waszyngtonie o przysłanie dziesięciu tysięcy Ŝołnierzy. Propozycja zupełnie
bezsensowna, Armia Unii zmagała się z Konfederatami * i wszystkie swe jednostki musiała
kierować na linię frontu. Co prawda w Kolorado utworzono 2 pułk kawalerii, lecz został on
natychmiast przerzucony do sąsiedniego stanu Kansas, celem odparcia ofensywy. W takiej
sytuacji gubernator Evans otrzymał zgodę naczelnych władz wojskowych na utworzenie
trzeciego pułku, złoŜonego z ochotników zobowiązanych do słuŜby jedynie na okres stu dni.
Chętnych nie było jednak wielu. Spokojni farmerzy i obywatele miast nie chcieli brać
udziału w studniowej awanturze. Wreszcie w 1864 roku, pułk się uformował, lecz z ludzi
najgorszego gatunku — awanturników, koniokradów i róŜnych innych niebieskich ptaków.
Czas spędzali na próŜniactwie, pijaństwie, grze w karty, i tylko Ŝołd
Mowa o wojnie między południowymi (Konfederaci) a północnymi (Unia) stanami (1861—1864),
zakończonej zwycięstwem Unii.
54
państwowy pobierali ochoczo. Ot, banda nicponiów, nie zdyscyplinowana, rozpuszczona.
Ten 3 pułk ochotników miał być uŜyty przeciw Indianom, tak aby studniowy termin słuŜby
został dotrzymany — a tymczasem z końcem lata i wczesną jesienią napady Indian ustały.
Dwa najbliŜsze plemiona, Czejenowie i Arapaho, zajęte były całkowicie polowaniem na bi-
zony, a jednocześnie coraz więcej zwolenników zyskiwała pokojowa agitacja Czarnego
Kotła, jednego z przywódców Czejenów, który uwaŜał, Ŝe wobec liczebnej przewagi bladych
twarzy tylko trwały pokój moŜe ocalić czerwonoskórych przed klęską. Dlatego wódz udał się
do Waszyngtonu, spotkał z prezydentem Lincolnem i otrzymał od niego olbrzymią flagę
amerykańską. W czerwcu 1864 roku gubernator Evans wydał proklamację skierowaną do
Indian, obiecując pełne bezpieczeństwo osobiste tym, którzy oddadzą się pod opiekę armii.
Czarny Kocioł przystał na tę propozycję. Pokojowo nastawione plemiona nadciągnęły i —
zgodnie z Ŝądaniem Evansa — załoŜyły obóz nad Piaskowym Strumieniem, czterdzieści mil
od fortu Lyon we wschodnim Kolorado. Gubernator nie był zadowolony z takiego obrotu
sprawy, a Chivington — wręcz wściekły. Obaj liczyli na odmowę Indian, co stałoby się pre-
tekstem do wojny.
W listopadzie 1864 roku studniowy termin słuŜby bliski był końca, a ochotnicy nawet nie
powąchali prochu. Chivington począł się odgraŜać, Ŝe wymorduje wszystkich Indian, gdy
tylko nadarzy mu się okazja. Lecz okazja jakoś nie nadchodziła.
Z końcem listopada Chivington przybył z siedmiuset ludźmi do fortu Lyon, gdzie
oświadczył, Ŝe postanowił zaatakować obóz Indian nad Piaskowym Strumieniem. A gdy
oficerowie załogi fortu zaprotestowali, wykrzyknął: „Niech będzie przeklęty, kto sprzyja In-
dianom! Przybyłem tu, aby pozabijać wszystkich In-
55
dian i wierzę, Ŝe mam prawo uŜyć wszelkich środków dla osiągnięcia tego celu!"
Wieczorem opuścił fort i o świcie 29 listopada jego oddział zatrzymał się nie opodal
obozowiska Czarnego Kotła. Jak później wykazało śledztwo, w obozie przebywało pięciuset
Indian, w tym dwie trzecie kobiet i dzieci. Większość wojowników znajdowała się na wy-
prawie łowieckiej. Ufni w opiekę armii nie wystawili Ŝadnych straŜy, jedynie paru chłopców
pilnowało koni. Chivington rozkazał schwytać wszystkie wierzchowce, aby Ŝaden z
czerwonoskórych nie zdołał uciec.
Dopiero wtedy Indianie zorientowali się w sytuacji. Czarny Kocioł wciągnął na maszt
amerykańską flagę otrzymaną od prezydenta Lincolna, a poniŜej białą flagę poddania się.
Biała Antylopa, jeden z wodzów Czejennów, rzucił się naprzeciw Ŝołnierzom, wołając po
angielsku: Zatrzymać się! Zatrzymać się!" i padł przeszyty kilkoma kulami.
ś
ołnierze strzelali na oślep z karabinów i rewolwerów. Kilku wojowników zdąŜyło
chwycić za broń i otoczywszy grupę kobiet i dzieci poprowadziło ją w górę strumienia.
Czterdzieści kobiet, które schroniły się w ziemnej jamie, wysłało sześcioletnią dziewczynkę
z białą flagą. Została zabita po przejściu kilku kroków. śołnierze wywlekli kobiety, zabili je
i oskalpowali. Tymczasem Indianie, którzy zdołali doprowadzić kobiety i dzieci do miejsca,
gdzie wysoki brzeg zapewnił im bezpieczeństwo, wrócili, aby walczyć.
Z nastaniem nocy Ŝołnierze wycofali się, a ocaleni od pogromu Indianie powędrowali
pieszo do oddalonego o pięćdziesiąt mil obozu myśliwców. Było zimno. Termometr tej nocy
wskazywał zero stopni *.
W masakrze nad Piaskowym Strumieniem zabitych zostało 98 kobiet i dzieci oraz 25
wojowników. śoł-
W skali Fahrenheita (0°F równa się —18 °C)
56
nierze stracili 9 ludzi, 38 było rannych, głównie w wyniku własnej, bezładnej strzelaniny.
Trzeci pułk wrócił do Denver wioząc jako trofea ponad sto indiańskich skalpów. Uciecha
była wielka, lecz nie trwała długo.
— I tu wreszcie dochodzę do sprawy Old Graya — powiedział Karol.
— On tam był? — zapytałem.
— Nie wiem, czy był, lecz w miejscowej prasie, a później w gazetach innych stanów
ukazały się alarmujące informacje. Pod wieloma z nich figurowało przezwisko Old Graya.
Opinia publiczna potępiła mord. Poczęto Ŝądać śledztwa i sądów wojskowych. Chivin-gton
zwąchał pismo nosem i przed końcem roku zwolnił ze słuŜby wszystkich Ŝołnierzy 3 pułku,
zalecając im opuszczenie nie tylko Denver, lecz i terytorium Kolorado. Sam czmychnął do
Kalifornii. Utworzone trzy komisje śledcze przeprowadziły szczegółowe dochodzenie i
potępiły zbrodniczy akt. Jednak nikt nie stanął przed sądem. Winni masakry — Ŝołnierze i
oficerowie — rozproszyli się po całym kraju. Jedynym rezultatem był koniec wojskowej i
politycznej kariery Chivingtona. Ot, tak właśnie sprawa wyglądała.
—
Hm... —; rzekłem po chwili milczenia. — Takich jak Old Gray było wielu. W jego
postępowaniu nie dostrzegam nic nadzwyczajnego. Niczym nie ryzykował.
— Łatwo tak twierdzić — oburzył się Karol. — Lecz trzeba sporej odwagi, aby
przeciwstawić się ówczesnej opinii. Czyn Chivingtona uznano za bohaterstwo. Bez
wystąpienia Old Graya zapewnie nikt nie dowiedziałby się, jak wyglądała prawda.
— No, więc dowiedzieliśmy się — stwierdziłem chłodno — co jednak nie przywróciło
Ŝ
ycia pomordowanym.
57
— A czego byś chciał?! — wykrzyknął Karol. — CóŜ więcej mógł zrobić
Old Gray?
— Zgoda — odparłem — oczywiście ja teŜ wysoko sobie cenię odwagę
Old Graya, mimo to nadal nie pojmuję, dlaczego na kaŜdym kroku
ustępujesz" temu człowiekowi.
— Bo jest znakomitym myśliwym, wspaniałym wywiadowcą, dzielnym
człowiekiem, a poza tym... niesłychanie tajemniczą postacią. Włóczy się po
Dzikim Zachodzie i nagle znika na całe miesiące. Nie jest traperem ani
eksplorerem, więc za co kupuje naboje czy konie? Niektórzy podejrzewają
go, Ŝe pozostaje na słuŜbie Narodowej Agencji Wywiadowczej Allana Pin-
kertona *, lecz on nikogo nie ściga!
Wzruszyłem ramionami:
—
■
Tajemnicza postać... dzielny człowiek... niektórzy
Narodowa Agencja Wywiadowcza, załoŜona w USA w 1850 r., zajmowała się ściganiem
przestępców.
59
podejrzewają... — powtórzyłem sceptycznym tonem. — Widzę go po raz pierwszy, nigdy dotąd o nim
nie słyszałem. Nawet od ciebie, Karolu.
— Prawda — przyznał niechętnie. — Jakoś się nie zgadało, A poza tym... przez długi czas
myślałem, Ŝe Old Gray J;o tylko mit czy legenda... Mało to razy fantazjowano o nie istniejących
westmanach lub odkrywcach złotych gór? Nawet udział Old Graya w głośnej niegdyś krwawej
awanturze w Minnesocie przez długi czas między bajki kładłem. Pewnie o Minnesocie równieŜ nie
słyszałeś.
— Minnesota! — wykrzyknąłem, nieco podraŜniony słowem „równieŜ". — Znam tę historię.
Bardzo dokładnie.
— Byłeś wówczas małym chłopcem.
— Tak, jedenastoletnim. Niewiele interesowały mnie wtedy sprawy wielkiego świata, lecz w
Minnesocie zginął brat mojej matki i jego dwoje dzieci, moi rówieśnicy, z którymi bawiłem się w
traperów, west-manów i czerwonoskórych!
— No, to wyobraź sobie, Ŝe Old Gray bawił wówczas w Minnesocie, a moŜe nawet specjalnie się
tam udał, aby ratować niedoszłe ofiary rzezi. I uratował ich niemałą liczbę, podobno około dwustu
osób: kobiet i dzieci oraz z setkę męŜczyzn. Wszystkich zdołał wyprowadzić tylko sobie znanymi
ś
cieŜkami z samego środka trwającej od pięciu dni walki.
— Hm... — mruknąłem — jeśli to prawda, z Old Graya nie lada zuch. Jeśli to prawda, bo ileŜ w
takim razie lat sobie liczy?
— Prawda, prawda, a co się tyczy jego lat, mówią, Ŝe Ŝycie na prerii znakomicie przedłuŜa
sprawność fizyczną. Nie słyszałeś o dziewięćdziesięcioletnich traperach zwijających się jak
czterdziestolatki? Ano cóŜ! Wiek Old Graya jest taką samą tajemnicą jak jego całe Ŝycie.
60
Zamyśliłem się. OdŜyły w mej pamięci tamte czasy. W sierpniu 1862 roku wybuchła na
terenie stanu Minnesota rebelia Dakotów, zwanych równieŜ Siuksami, odłamu Santi, niczym
bezpośrednio nie sprowokowana. Zginęło wówczas czterystu pięćdziesięciu osadników,
zaskoczonych nagłym atakiem. Wojsko wysłane pod dowództwem pułkownika Sibleya,
dopiero po czterech tygodniach opanowało sytuację.
— Przyznaję, Ŝe wielkiej trzeba było odwagi, aby ratować nieszczęśników.
— A widzisz! — oŜywił się Karol. — Lecz gdybyś znał jeszcze inne relacje o czynach
Siwowłosego! Powiadają, Ŝe upolował dwanaście szarych niedźwiedzi, Ŝe przy dziesięciu
stopniach mrozu * przebył na śnieŜnych rakietach przestrzeń ośmiu mil **, dźwigając na
plecach rannego trapera. Miało się to wydarzyć nad Północną Saskatchewan, w samym
sercu głuszy i w pełni zimy.
— No, no — mruknąłem — jeśli to prawda, czyn godny podziwu. Lecz dobrze wiesz, jak
ludzie potrafią przesadzać i fantazjować. Jedno jest dla mnie pewne: Old Gray strzela
znakomicie. Dzięki temu synek farmera nie obłupił mnie ze skóry. A teraz powiedz mi,
Karolu, a raczej wytłumacz się wreszcie, czemu nie czekałeś na mnie w Fort Benton?
— Uff! Wiedziałem, Ŝe o to zapytasz... Musisz mi wybaczyć. W Fort Benton
dowiedziałem się, Ŝe Old Gray krąŜy po okolicy. Nawet nie wyobraŜasz sobie, jak bardzo
pragnąłem go poznać. A tu trafiała się okazja. JakŜe mogłem ją przepuścić? Wyznaczyłem
ci nowe spotkanie, przy torach kolejowych, niedaleko farmy. Miejsce ściśle określiłem,
więc dotrzeć nie było trudno. Ot i wszystko. Zresztą, dziwnym zbiegiem
-10CF, czyli -24°C 8 mil, czyli 12,8 km
61
okoliczności spotkałem Old Graya właśnie jadąc na 1 spotkanie z tobą.
— Dlaczego swój zamiar trzymałeś w tajemnicy? 1 W Fort Ben ton nikt nie potrafił mi
wyjaśnić, co było 1 przyczyną twego' odjazdu.
— Vincent Irvin znał powód mego wyjazdu. Tylko j on jeden.
— Lecz mi nie powiedział — oburzyłem się.
— Prosiłem, aby milczał. Dla ciebie taka informacja nie miała Ŝadnego znaczenia.
Obawiałem się, Ŝe ty, Ja- 1 nie, po prostu z nudów na własną rękę teŜ poczniesz | szukać
Siwowłosego.
— Na pewno tak nie postąpiłbym, lecz nawet...
— OtóŜ to właśnie! ZaleŜało mi bardzo i nadal zaleŜy na tym, aby Old Gray nie domyślił
się, Ŝe go po- I szukiwałem, a ty, przepraszam cię, ale nie znając całej sprawy, mógłbyś mi
popsuć szyki.
Wzruszyłem ramionami.
— Nie bardzo rozumiem, po co taka tajemnica?
— Old Grąy to bardzo dziwny człowiek. Mówiono 1 mi, Ŝe jeśli wyczuje, Ŝe ktoś się
nim zainteresował, natychmiast daje drapaka. Pamiętaj o tym.
—
. Będę pamiętał — odparłem grzeczniutko — jak równieŜ o czymś innym jeszcze.
— O czym?
— śe niejaki Karol Gordon, do niedawna mój wierny przyjaciel, stał się nagle nieufny i
podejrzliwy. Ale nie będę ci przeszkadzał. Baw się w detektywa.
Przyznaję, nie umiałem ukryć goryczy. MoŜe nawet doszłoby między nami do
ostrzejszej wymiany zdań, lecz okoliczności na to nie pozwoliły. Zamiast odpowiedzi
Karol podniósł wskazujący palec.
—
Ktoś idzie!
Dwa czy trzy razy pociągnąłem dym z fajeczki, zanim usłyszałem odgłos kroków, a
później zaskrzypiały
32
uchylone drzwi. W raŜącym świetle lampy wyłoniła się z mroku sylwetka Old Graya.
— Nie śpicie. To bardzo dobrze. Za chwilę odjeŜdŜam. Myślę, Ŝe postąpicie podobnie.
— Co takiego?! — wykrzyknąłem.
— Harfield oszalał, a ja nie potrafiłem przywrócić mu rozumu. Zamiast wyłoić synowi
skórę dobrym postronkiem, postanowił jutro zorganizować rozprawę sądową.
— Co takiego? — powtórzyłem.
— Mówię wyraźnie: rozprawę sądową. Jego trzech kowbojów utworzy grono
sędziowskie, ciebie— tu spojrzał na Karola — ma uprosić, abyś podjął się roli
oskarŜyciela, my dwaj — kiwnął głową w moją stronę — mamy być świadkami i
poszkodowanymi równocześnie.
— A sobie jaką wyznaczył rolę? — zapytał Karol.
— Obrońcy.
—
AleŜ to idiotyzm! — wykrzyknąłem. — I po co?
Siwowłosy wzruszył ramionami.
— śebym to ja wiedział. MoŜe Samowi chodzi o uniewinnienie syna, a moŜe o
przykładne, publiczne ukaranie?
— Jedno drugie wyklucza — stwierdził Karol.
— I ja tak sądzę. Próbowałem przekonać Harfielda, aby zaniechał zabawy, lecz on jest
uparty jak muł, a rozumu posiada nie więcej. Twierdził, Ŝe taki sąd najsprawiedliwiej
sprawę rozpatrzy. Ładny sąd, w którym wyrokować mają trzej pracownicy farmera! Od-
mówiłem udziału w tej hecy i pokłóciliśmy się. Dlatego odjeŜdŜam. A wy?
Nim Karol zdąŜył otworzyć usta, zerwałem się z ławy.
—
Ruszamy. I tak nie zmruŜyłbym oczu przez całą
noc.
63
— Z powodu Sama Harfielda? — zapytał Siwowłosy, a w jego głosie zabrzmiała nutka
wesołości.
— Albo z powodu pcheł, od których roi się w tych barłogach — zaŜartował Karol.
Wyszliśmy na dwór. KaŜdy z nas obejrzał swą szkapę, załadował skromne bagaŜe i
sprawdził broń. Siwowłosy pierwszy wskoczył na siodło.
—
Jedźcie za mną — rozkazał — wyprowadzę was
najkrótszą drogą.
Poczłapaliśmy stępa w indiańskim szyku. Karol w ariergardzie. Czy ktoś spostrzegł naszą
ucieczkę — po dziś dzień nie wiem. Nikogo po drodze nie zauwaŜyłem. Za to psów ukazała
się cała sfora. Gnały za nami szczekając hałaśliwie. Objechaliśmy jeziorko, przebyli
kolejowe tory. Dopiero wówczas zaniechały pogoni.
— Na północ? — zapytał Old Gray obracając się w siodle.
— Tak — odparł Karol.
— To odprowadzę was kawałek. Znam nieco te strony. Za godzinę dotrzemy do miejsca,
gdzie moŜna bezpiecznie przespać resztę nocy.
Nie czekając na naszą zgodę puścił się kłusem. KsięŜyc wspinał się ku szczytowi nieba,
preria pojaśniała.
Tak więc, jeden za drugim, trzej milczący jeźdźcy jechali równie milczącą prerią, niczym
duchy wędrujące północną porą przez uroczyska.
Botanik
Alberta to jedna z trzech środkowych prowincji Kanady, określanych wspólnym
mianem: „preriowe".
Do roku 1870 stanowiła część olbrzymiego Kraju Księcia Ruperta, stanowiąc
własność Kompanii Zatoki Hudsona, przedsiębiorstwa, którego handlowe placówki
zwane faktoriami pokrywały rzadką siecią cały prawie obszar. Kompania zajmowała
się skupem skór i futer, sprzedaŜą wszystkiego, co potrzebne było łowcom biało- i
czerwonoskórym — co konieczne było dla Ŝycia nielicznych w tych stronach
farmerów. Handel prowadzono przewaŜnie wymienny.
W maju 1882 roku stworzono nową jednostkę administracyjną, ochrzczoną
imieniem Alberty na cześć Ŝony generalnego gubernatora Kanady (z ramienia
Londynu), księŜniczki Ludwiki Karoliny Alberty, czwartej córki królowej Anglii,
Wiktorii *.
Południowe obszary Alberty stanowią faliste prerie, porosłe niską trawą, ciągnące
się na przestrzeni 200 mil ** od granicy ze Stanami Zjednoczonymi, aŜ po rzekę Red
Deer. Dalsza, środkowa część Alberty
W roku 1905 do okręgu administracyjnego Alberty przyłączono okręg Athabaska, tworząc nową
prowincję z zachowaniem nazwy — Alberta.
200 mil, czyli 320 km
5 — Old Gray
65
jest równieŜ prerią, lecz poprzecinaną płytkimi dolinami, gdzieniegdzie szerokimi grzbietami
górskich wzniesień, nieregularnie porosłą kępkami wierzb, drzewami J bawełnianymi,
topolami, brzozami i świerkiem. Największą rzeką jest tu Saskatchewan.
Wielkie lasy, pierwotne bory, pokrywają północny obszar Alberty. Tysiące małych jezior
— wśród których największe: Athabaska oraz Mniejsze Jezioro Niewolnicze — stanowią
raj dla myśliwych i rybaków.
Takim to krajem wędrowaliśmy we trójkę podczas pierwszej nocy pobytu na kanadyjskiej
ziemi. Konie biegły prawie bezszelestnie po miękkim podłoŜu świeŜych traw, a księŜyc
dodawał tej nocnej wyprawie tajemniczego uroku. Nasz przewodnik milczał, więc i ja nie
otwierałem ust, zresztą... nawet nie bardzo mi się chciało. Trud poprzedniego dnia dał mi
się we znaki. Piwo, którym tak hojnie częstował nas farmer, równieŜ podziałało: marzyłem
o śnie jak nigdy dotąd i czułem, Ŝe jeśli nadal będziemy posuwać się w ta kim tempie,
zapadnę w drzemkę. Na szczęście płaszczyzna prerii poczęła się obniŜać, aŜ w dole
ujrzałem drugi księŜyc zerkający ku nam z gładkiej powierzchni bezszelestnie płynącej
wody.
Siwowłosy skręcił. Przez kilka minut jechaliśmy z prądem rzeki aŜ do punktu, gdzie
zakole nurtu utworzyło długi i wąski półwysep. Old Gray zeskoczył z siodła.
—
Chodźcie za mną. To dobre miejsce na nocleg.
Miejsce istotnie było doskonałe. Półwysep u nasady miał szerokość zaledwie trzech
kroków — stanowiła ją porośnięta rzadką trawą grobelka. Nawet mysz nie mogłaby się tędy
przemknąć nie zauwaŜona. Dalej teren rozszerzał się we wszystkich kierunkach, tworząc
regularne koło. Półwysep dzięki temu przypominał kuchenną patelnię o długiej rączce. Na
samym środku rosła kępa drzew i krzaków. LeŜąc wśród nich moŜna
66
było swobodnie obserwować rzekę i ląd, samemu nie będąc widzianym. Rozbiliśmy obóz.
Grunt był suchy, pokryty darnią i zeschłym igliwiem świerków. Pachniało Ŝywicą i
wilgotnym oddechem wody. Rozkul-baczyliśmy konie, przywiązali na długich linkach do
drzew, wymościliśmy sobie legowiska.
— A teraz spać! — powiedział Old Gray.
— Bez nocnej warty? — zdobyłem się na uwagę. Zaśmiał się cicho.
—
W tym miejscu... zbyteczne. A poza tym mam
bardzo czujny sen. Mój człapak równieŜ. Pusto tu do
koła na dziesiątki mil. Ani ludzi, ani drapieŜników.
Dobranoc.
Skoro tak zdecydował człowiek, którego Karol uznawał za znakomitego westmana,
głupotą byłoby sprzeciwiać się. Zwłaszcza z mojej strony. Zostawiłem ostateczną decyzję
Karolowi, lecz on nawet nie mruknął.
Otuliłem się kocem, pod głowę podsunąłem siodło i patrzyłem poprzez gałęzie wysokich
ś
wierków na niebo rozjaśnione blaskiem księŜyca. Zmęczenie powinno pogrąŜyć mnie
natychmiast w głębokim śnie. Jednak nie potrafiłem zasnąć. Albo zbyt duŜo wraŜeń przeŜy-
łem tego pierwszego dnia wyprawy, albo teŜ nie dostosowałem się jeszcze do odmiennych
warunków Ŝycia. LeŜałem z otwartymi oczami, wsłuchany w ciszę mąconą ledwie
dosłyszalnym pluskiem fal. Myśli moje krąŜyły wokół postaci to Sama Harfielda, to Old
Graya. Harfield okazał się nieokrzesanym — i to ponad przeciętną miarę — rolnikiem i
niczym więcej. Lecz kim był Siwowłosy? Nie wystarczyły mi informacje Karola. Tym
bardziej, Ŝe nie pochodziły z pierwszej ręki, lecz od jakichś nie znanych mi osób, nie
znanych równieŜ Karolowi. Dziwne, Ŝe mój przyjaciel, tak zawsze ostroŜny w swych sądach
i rozwaŜny, dawał im wiarę. Więc chyba nie powiedział wszystkiego. MoŜe nie zdąŜył? A
moŜe nie chciał...
67
—
Do licha z tym wszystkim — szepnąłem. — Jeśli;
zaraz nie zasnę, jutro będę czuł się jak na pół zdechłe
cielę.
Nic mi nie pomogło takie rozumowanie. Zamykałem i otwierałem oczy, widziałem, jak
księŜyc płynie po niebie, na koniec usłyszałem daleki głos kujota. I chyba dopiero wówczas
zacząłem zapadać w drzemkę.
Obudził mnie poranny wietrzyk, lecz przede wszystkim — tupotanie końskich nóg i trzask
łamanych gałęzi. Siadłem. Kilka kroków ode mnie, poza zasięgiem drzew i krzewów, płonął
wielki ogień, a Karol łamał na kolanie uschłe konary świerków i rzucał je do ogniska. Nieco
dalej, nad samą wodą, sterczał Old Gray, tuŜ obok koni, które opuszczały i podnosiły głowy,
na przemian pijąc, na przemian parskając i waląc kopytami w ziemię. RóŜowy świt
stopniowo gasł, a dzień nadbiegał z dalekiego wschodu zielonej prerii. Karol zauwaŜył moje
przebudzenie.
— Idź się umyć — mruknął i dodał Ŝartobliwie: — wyglądasz, jakby cię przed chwilą
odwiązano od pala męczarni.
— Pół nocy oka nie zmruŜyłem — poskarŜyłem się ziewając. — Dobrze radzisz —
ziewnąłem po raz drugi.
Wydobyłem ze swego tłumoczka ręcznik, mydło (przedmiot rozlicznych Ŝartów Karola i
wszystkich spotykanych wędrowców) i pomaszerowałem w dół rzeczki, aby mydliny nie
zatruły wodopoju. Lekko szczękając zębami bohatersko skoczyłem w nurt. Kiedy parskając,
kłusem wróciłem do obozowiska, kawa juŜ bulgotała, boczek smaŜył się na patykach pod
pieczą Karola, a Old Gray siedział oparty o pień i ćmił fajeczkę.
— Zawsze tak? — spytał spojrzawszy na mnie.
— Zawsze — odparłem — jeśli tylko w pobliŜu znajduje się rzeka lub jezioro, lub
jakakolwiek dziura pełna wody.
68
—
Słusznie — kiwnął głową. — Lecz z tego wynika,
Ŝ
e z ciebie tylko przypadkowy bywalec prerii.
W jego słowach nie zabrzmiał nawet cień złośliwości, jednak dotknęło mnie określenie
„przypadkowy". ChociaŜ oczywiście miał rację. Bo przecieŜ moje wędrówki po Dzikim
Zachodzie ograniczały się do trzech--czterech miesięcy w roku. Byłem istotnie „przypad-
kowym" bywalcem prerii.
Zjedliśmy boczek, popili kawą i jeszcze przez chwilę siedzieliśmy przy wygaszonym
ognisku w milczeniu paląc fajki. Cienie drzew skracały się coraz bardziej, bo słońce pełzło
wyŜej i wyŜej po bezchmurnym niebie. Zapowiadał się gorący dzień.
— Jesteśmy nad rzeką Mleczną — poinformował Old Gray — jak zapewne wam
wiadomo. Nie pytam, dokąd się udajecie, ja jadę na wschód.
— My na północny-zachód — powiedział Karol zgodnie z prawdą, bo tylko taki kierunek
jazdy mógł nas doprowadzić do siedzib Czarnych Stóp.
— A więc ścieŜki nasze w tym miejscu się rozchodzą.
Oczyścił fajeczkę, wstał, obrządził konia, skoczył na siodło i ruszył powoli przez
grobelkę.
— Bywajcie!
— Jeszcze raz dziękuję! — zawołałem za nim.
— Głupstwo! Kto wie, czy kiedyś nie odwdzięczysz mi się w podobny sposób?
Skręcił koniem w lewo i zmusił zwierzę do galopu. Widzieliśmy go jeszcze chwilę jako
ruchomy, znikający punkt wśród bezkresnej płaszczyzny, później ciemna plamka znikła.
— Ruszamy? — zapytałem.
— Tak ci pilno, Janie? Myślę, Ŝe jeszcze nie wypocząłeś po wczorajszym dniu.
— Karolu, ty coś knujesz.
— Nie knuję, lecz zamyślam. Słowo „knucie" ozna-
69
cza przecieŜ podstępną działalność na czyjąś szkodę, a ja nie chcę nikomu szkodzić.
— No, no — zauwaŜyłem ironicznie — jaki to z cie bie językoznawca. Po co mamy tu
tkwić niczym dwa kołki w płocie?
— Twoja podejrzliwość jest niczym nie uzasadnio na. Sprawa polega na tym, Ŝe jeŜeli
natychmiast rui szymy w drogę moŜe to wyglądać na chęć obserwowania Old Graya.
— PrzecieŜ udaje się w zupełnie odmiennym kie runku.
— Nie dałbym i centa, Ŝe tak jest naprawdę. Old Gray zachował się bardzo sympatycznie
w stosunku do nas, pomijając juŜ fakt, Ŝe wyciągnął ciebie z biedy Jest w rozmowie
bezpośredni i szczery, lecz ta szcze rość na pewno ma swe granice. Po cóŜ miałby informo-
^j wać dwu nieznajomych o kierunku czy celu swej wy prawy? Zresztą... sprawdzimy.
— Co takiego?! — oburzyłem się. — Masz zamiar szpiegować Siwowłosego?!
— Nie denerwuj się, Janie. Chcesz jeszcze kawy?. Nie mam zamiaru go szpiegować,
jak mówisz, czy tro pić. Sprawdzenie moŜe być wynikiem przypadku nie zaleŜnego od
naszej woli.
— Nie rozumiem. PrzecieŜ powinniśmy jechać w| wręcz przeciwnym kierunku? Na
zachód, nie na wschód.
— Prawda, prawda. Mówisz jak najmądrzejszy geograf świata. Bieda z tym, Ŝe jadąc na
zachód trzeba przebyć rzekę, a w tym miejscu bród nie istnieje. Ręczę ci za to. Sam chyba
zauwaŜyłeś, jak tu głęboko?
— Istotnie — przyznałem — cztery kroki od brzegi; nie potrafiłem zmacać gruntu.
— Tak zawsze dzieje się na wiosnę. Rzeka Mleczna bardzo przybiera o tej porze roku. Po
co ryzykować gdy nic nas do tego nie zmusza?
70
— Więc naleŜy poszukać brodu.
— Oczywiście. Bród jest, leŜy niecałą milę w kierunku, w którym udał się Old Gray.
Dlatego właśnie tu siedzimy zamiast deptać mu po piętach. Przyznasz, Ŝe w ten sposób
postępujemy bardzo elegancko.
— Nadzwyczajnie elegancko! — parsknąłem śmiechem. — A Ŝe przy okazji jazdy na
zachód pewien znakomity traper potrafi sprawdzić dokąd wiodą tropy naszego
poprzednika... to juŜ się nie liczy!
— Będzie to tylko przypadek, nie świadome działanie. Zresztą... jeśli sądzisz, Ŝe mój plan
jest karygodny, wymyśl coś innego.
Nie mogłem wymyślić, nie znałem przecieŜ brodów Mlecznej Rzeki. Przyznałem się do
tego szczerze, lecz zaraz zadałem pytanie:
— Nie mogę pojąć, czemu tak interesujesz się tym człowiekiem?.
— Zwykła, nieszkodhwa ciekawość. JuŜ ci o tym wspominałem. Takich ludzi, jak Old
Gray, coraz mniej teraz na preriach. Powód wystarczający.
— Jeśli to wszystko prawda, co o nim słyszałeś.
— CzyŜby przez ciebie przemawiała zazdrość? — roześmiał się tak serdecznie, Ŝe nawet
nie zdąŜyłem się oburzyć, bo zaraz dodał: — MoŜemy juŜ powolutku szykować się do
drogi.
I tak zakończyła się nasza sprzeczka. Nie pierwsza tego typu. Zdarzało się niejeden raz, Ŝe
spieraliśmy się zaŜarcie, lecz takie spory nigdy nie wpłynęły na zmianę naszego wzajemnego
stosunku.
Zwinęliśmy manatki, osiodłali wierzchowce i ruszyli trop w trop za Old Grayem.
Widoczny był to trop i — jak to się mówi — nawet ślepiec musiałby go dostrzec. Po
przebyciu zapowiedzianej przez Karola mili, odciski końskich kopyt skręciły ku wodzie i
znikły w jej głębi.
— Skorzystał z brodu — stwierdził mój przyjaciel.
— To jasne.
71
—
Wcale nie jasne, bo udając się na wschód, nie po
trzebowałby przebywać rzeki akurat w tym miejscu.
Idźmy za jego przykładem.
Bez trudu przeprawiliśmy się na drugi brzeg. Tam jednak na próŜno rozglądałem się za
zdeptanymi trawami i odciskami podków.
— Stanęło na moim — stwierdził triumfalnie Karol. — Old Gray powędrował korytem
rzeki, pewnie jej brzegiem, i dokładnie zatarł w ten sposób wszelkie ślady. On dobrze
wiedział, Ŝe skorzystamy z tego samego brodu. To facet kuty na cztery nogi! A czy udał
się na wschód, to takŜe wątpliwe.
— Zwykła ostroŜność — stwierdziłem — i nie ma w tym nic dziwnego. Ruszajmy!
— Ruszajmy — powtórzył Karol i klepnął konia po zadzie.
Rzeka Mleczna została za nami, a przed nami — preria porosła niską trawą, bardzo
stosowna dla szybkiej jazdy. W ten teŜ sposób przebywaliśmy ją dąŜąc ku terenom Czarnych
Stóp, graniczących z Mleczną Rzeką. Na południu ziemie Czarnych Stóp przekraczały
granicę Stanów, zajmując północny skraj Montany, na północ — biegły po północną
Saskatchewan.
Plemię Czarnych Stóp to w rzeczywistości federacja aŜ trzech sprzymierzonych ze sobą
ludów: właściwych Czarnych Stóp zwanych równieŜ Siksika, oraz Piegan i Blood. We
wczesnych latach XVIII wieku podstawą ich utrzymania były bizony. Polowali na nie pieszo,
bo dopiero około 1750 roku Czarne Stopy uzyskali konie od swych południowych sąsiadów,
Szoszonów. Broń palną dostarczyli biali handlarze. WyposaŜone w ten sposób trzy bratnie
plemiona stały się groźnymi przeciwnikami zarówno sąsiadów, jak i nielicznych jeszcze
wówczas traperów.
Czarne Stopy pierwotnie zamieszkiwali dolinę północnej Saskatchewan, koło czterystu
mil na wschód od
72
Gór Skalistych. Później, w pierwszej połowie XIX wieku, przewędrowali na zachód,
zajmując teren na południe od północnej Saskatchewan aŜ po górną Missouri w obecnej
Montanie. Przez dobre ćwierć wieku uniemoŜliwiali prowadzenie działalności traperskiej.
Dopiero w roku 1855 zawarty został traktat pokojowy z rządem Stanów Zjednoczonych.
Określił on granice ziem plemiennych leŜących w Stanach (nie w Kanadzie!) oraz zezwalał
białym na budowę dróg oraz wznoszenie fortów. W roku 1888 Czarne Stopy sprzedali
znaczną część swej ziemi w Montanie, a grupy Czarnych Stóp w Kanadzie odstąpiły część
terytorium rządowi Kanady juŜ w roku 1877. W zamian za to rząd kanadyjski zatwierdził ich
wieczyste prawa do pozostałej ziemi w stosunku: jedna mila kwadratowa na kaŜdą indiańską
rodzinę *, zapłacił jednorazowo po 25 kanadyjskich dolarów kaŜdemu z wodzów, 15 dolarów
kaŜdemu z pomniejszych przywódców i po 12 dolarów kaŜdemu z pozostałych członków
plemienia. Władze zobowiązały się równieŜ do płacenia wodzom co roku po 25 dolarów,
przywódcom po 15 i pozostałym po 5 dolarów. Prócz tego plemię otrzymuje corocznie 2
tysiące dolarów na zakup amunicji.
Za taką sumę „blade twarze" nabyły dla swego osadnictwa obszar 42 400 mil
kwadratowych. Szczęśliwie złoŜyło się dla Indian, Ŝe osadnictwo nigdy nie przybrało tak
gwałtownych, intensywnych rozmiarów, jak na Dzikim Zachodzie Stanów Zjednoczonych.
Olbrzymie przestrzenie i brak aŜ do roku 1883 połączeń kolejowych między gęsto
zaludnionymi prowincjami południowo-wschodniej Kanady a jej prawie pustym zachodem
przyczyniło się do zachowania ziem południowej Alberty prawie w stanie nie naruszonym.
Gdy bawiłem wraz z Karolem u kanadyjskich Czarnych Stóp
Mila kwadratowa, czyli 2,6 km* (260 ha)
73
w roku 1881 i następnym, poza wioskami Indian i nielicznymi faktoriami Kompanii Zatoki
Hudsona witała nas pustka dziewiczej przyrody. Co prawda rzecz działa się przed siedmiu
laty, lecz i obecnie pierwszy dzień wędrówki nie doprowadził nas do Ŝadnej farmy białego
osadnika. A dalej? Bardziej na zachód?
Karol zagadnięty w tej sprawie uspokoił mnie.
— MoŜesz się nie lękać. Nie powstały tu jeszcze ani wielkie miasta, ani małe osady.
Drogi naleŜą do rzadkości, a na podgórzu i w głębi Gór Skalistych nie dokonały się Ŝadne
zmiany. Nawet resztki bizonów krąŜą gdzieś na północy. Nie widziałem ich, lecz
opowiadali mi o tym traperzy powracający znad Athabaski.
— Lecz tamte obszary nie naleŜą do Czarnych Stóp — zauwaŜyłem.
— A nie naleŜą — przyznał. — Ci Indianie zmienili się w przykładnych kowbojów i
wypasają stada domowego bydła na swych równinach.
Wiedziałem o tym. JuŜ przed siedmiu laty, wobec stale malejącej ilości bizonów,
starszyzna Czarnych Stóp, po długich dyskusjach i licznych sprzeciwach, zdecydowała się na
zakup pewnej liczby bydła domowego. Karol i ja — w wyniku niezwykłego zbiegu oko-
liczności — w powaŜnym stopniu przyczyniliśmy się do realizacji tego zamierzenia *,
chociaŜ nie bardzo mogłem sobie wyobrazić Indian jako pastuchów. Wiedziałem jednak, Ŝe
hodowla bydła moŜe uchronić Czarne Stopy przed nędzą i głodem. Nie chroniły ich bowiem
skromne fundusze płacone członkom plemienia w zamian za odebrane tereny łowieckie.
Pocieszała mnie myśl o nie oznaczonych ściśle granicach rezerwatu, zwłaszcza wśród
obszarów górskich i o łatwości ich umyślnego lub przypadkowego przekraczania. To da-
Historia ta została opisana w ksiąŜce pt. „Tropy wiodą przez prerię".
74
wało ezerwonoskórym szansę docierania na obszary bardziej zasobne w łowną zwierzynę aŜ
do czasu, kiedy zagęszczenie osiedli białych uniemoŜliwi im organizowanie takich wypraw.
Tak oto wyglądała sytuacja plemienia, jakie zamierzaliśmy w najbliŜszym czasie
odwiedzić. W tej chwili przebywaliśmy co najmniej o setkę mil od najbliŜszej wioski
czerwonoskórych, a o kilka setek od najbliŜszego skupiska bladych twarzy. JakieŜ więc było
moje zdziwienie, gdy w porze południa dostrzegłem w dali ruchomy, czarny punkt
poruszający się po linii prostopadłej do kierunku naszej jazdy.
— Popatrz — podałem Karolowi lornetkę.
— Dwa konie — poinformował. — Trudno coś więcej stwierdzić, chyba tylko tyle, Ŝe nie
są to Indianie. Ani czerwone kurty. Widać by było dokładnie.
Mówiąc o czerwonych kurtach Karol miał na myśli kanadyjską Konną Policję, noszącą
takie właśnie mundury.
— Jedziemy naprzeciw? — zagadnąłem.
— Nie widzę powodu do zmiany drogi.
Decyzja była słuszna, jako Ŝe w tym jedynie kierunku posuwając się mogliśmy trafić na
wodę. Jechaliśmy od wielu godzin suchą równiną, a nasze skórzane wory napełnione nad
Rzeką Mleczną były juŜ w połowie puste. Do tego słońce piekło nieznośnie, a nad całą prerią
unosiła się jakby nikła mgiełka — nieomylna oznaka długotrwałej pogody i upałów.
Karol znał miejsce, w którym istniało — jak twierdził — spore, nigdy nie wysychające
jeziorko. Nad nim mieliśmy pobyć dwa, trzy dni, aby odpocząć i zapolować na któregoś z
przedstawicieli płowej rodziny sarn, jeleni czy antylop.
Ruchomy punkt rósł nam w oczach. JuŜ teraz mogłem stwierdzić, Ŝe był nim samotny
jeździec z jucznym koniem. Posuwał się wolniej od nas i my właśnie
75
przecięliśmy jemu drogę. Karol zeskoczył na ziemię.
—
Poczekamy — oświadczył w odpowiedzi na mą
zdziwioną minę. — Samotny wędrowiec, moŜe potrze
buje pomocy?
Przyznałem mu rację. Zsiadłem, zarzuciłem wierzchowcowi linkę na szyję, a drugi koniec
okręciłem wokół palika wbitego w ziemię. Taki palik zawsze woziłem w jukach. Drobiazg,
lecz nieodzowny podczas podróŜy po bezleśnej prerii. Odkryłem mały dołek, spocząłem na
jego zboczu i półleŜąc, półsiedząc znowu sięgnąłem po lornetkę. Karol uprzedził mnie.
—
Posuwa się nadal w naszym kierunku — mruknął
odrywając szkła od oczu. — Chyba nas jeszcze nie wi
dzi. Ciekawe, jak się zachowa, gdy dostrzeŜe konie?
Wokół nas rozciągała się preria lekko falista, usiana miniaturowymi pagórkami i
dolinkami. Dlatego nieznany wędrowiec od czasu do czasu znikał nam z oczu, aby po chwili
ukazać się na szczycie kolejnego pagórka. Nie liczyłem, ile przebył w ten sposób dolin i
wzgórz; na którymś tam zatrzymał się.
— ZauwaŜył nas — powiedziałem. — Co teraz uczyni?
— Łatwo odgadnąć. Będzie się namyślał bardzo długo. Trzeba go zachęcić.
—
Po co?
— Bo kaŜdy napotkany na bezludziu wędrowiec jest źródłem nowych wiadomości.
Niekiedy zbytecznych, niekiedy bardzo przydatnych.
Zdjął kapelusz i pomachał nim w powietrzu. Raz, drugi, trzeci.
— Nabrał odwagi — stwierdził podchodząc do konia. — Wyciągnij broń, Janie.
— Dla obrony przed nowymi wiadomościami? — roześmiałem się.
— Dla bezpieczeństwa. Wiadomości nigdy nie są tak złe jak niekiedy ludzie, którzy je
dostarczają.
76
— Więc po kiego licha przyzwałeś tego włóczęgę?
— To moŜe być zupełnie porządny człowiek. Podniosłem się, wyciągnąłem winczester
z kabury
i stanąłem oparty o łęk siodła.
— ZbliŜa się bardzo powoli — szepnąłem. — Musi być pełen strachu.
— Nie sądź po pozorach. Trudno się dziwić samotnemu, gdy na swej drodze spotyka aŜ
dwu obcych.
Jeździec znajdował się obecnie w odległości jakichś stu jardów. Wstrzymał konie,
zeskoczył i znowu ruszył ku nam, kryjąc się za siodłem swego wierzchowca.
—
Hej! — krzyknął i przystanął.
Karol jeszcze raz pomachał kapeluszem. Ten gest powtórnie zachęcił i natchnął odwagą
wędrownika. Teraz juŜ bez wahania ruszył w naszą stronę.
— O co chodzi? — zagadnął zatrzymując się o jakieś dziesięć kroków przed nami. Lewą
ręką trzymał końską uzdę, w prawej dzierŜył długą broń.
— Ot, przyjacielskie spotkanie — odpowiedział Karol, ostentacyjnie chowając swego
winczestera.
— Ano... to witajcie! Przyznam, Ŝe stęskniłem się za ludzką twarzą, lecz ostroŜność
przede wszystkim. Co tu robicie?
— Polujemy — odparłem.
— A gdzie zwierzyna? — zapytał podejrzliwie.
— To dopiero pierwszy dzień naszej wyprawy.
— Aha.
Za przykładem Karola schował broń, zbliŜył się i kolejno uścisnął nam dłonie.
—
Nazywam się Fryderyk Randall, jestem doktorem
nauk * uniwersytetu w Ottawie. Pozwólcie, Ŝe spocznę.
Puścił uzdę i rozciągnął się na trawie.
Doktor nauk (Doctor of Science) w danym wypadku ozna cza doktora nauk
przyrodniczych, według nomenklatury angielskiej.
77
Ubawiło mnie to dokładne przedstawienie się, raczej nie praktykowane na
Dalekim Zachodzie. Wobec tego i nam nie wypadało zataić swych nazwisk.
Jednak nie podałem swego zawodu. Niczym nie umotywowana ostroŜność
kazała mi tak właśnie postąpić.
Nieznajomy przyjął naszą prezentację bez wraŜenia.
—
Traperzy — powiedział. — Ciekawy to zawód
i chyba juŜ zanikający.
Przytaknąłem dodając z pewną przesadą, Ŝe niestety zwierzyna łowna
zaczyna stawać się rzadkością.
—
Prawda — powiedział. — Od wielu dni jestem
w drodze i ani razu Ŝaden z czworonogów nie znalazł
się w zasięgu mej strzelby. Co prawda — dodał z wa
haniem — kiepski ze mnie myśliwy i nie w takim celu
wybrałem się na prerię.
— Więc nic pan nie upolował — wyraził ubolewanie Karol. — To z
jedzeniem pewnie krucho?
— Byłem na to przygotowany. Dlatego woŜę z sobą całą spiŜarnię.
Przewidywanie to cenna cecha kaŜdego naukowca, a ja, skromny adept
przyrodniczej wiedzy, pragnę za takiego uchodzić.
Zabrzmiało to nieco sztucznie i jakoś samochwalczo mimo podkreślenia
własnej skromności.
78
Zerknąłem na jego konie pasące się niemrawo, złą- I czone ze sobą długą linką, i
drgnąłem. Oba miały siodła na grzbietach. A zwierzę juczne zamiast siodła dźwi-ga przecieŜ
dwie potęŜne, skórzane lub płócienne torby zwieszające się po obu stronach. W tych torbach
moŜna wieźć nie byle jaki ładunek. Na konia wyposaŜonego w siodło niewiele da się
upakować, zaledwie derkę, kil- I ka naczyń oraz tyle tylko jedzenia i amunicji, ile moŜ- j na
zmieścić w niewielkich jukach siodła.
Nieznajomy zauwaŜył moje zdziwienie.
—
Zabrałem dwa wierzchowce pod siodło — wyja
ś
nił — bo gdy jedno zwierzę się zmęczy, przesiadam
się na drugie. Wielka to wygoda. Nie uwaŜacie, pano- i
wie?
Z trudem opanowałem uśmiech. PrzecieŜ w ten sposób mógł rozumować jedynie
greenhorn. Drugi koń, uwiązany na lince, zmniejszał szybkość jazdy. Doświadczony
westman tylko w takim wypadku zabierał dwa konie, gdy wiózł duŜy bagaŜ. Oczywiście
drugie zwie- | rzę dźwigało wtedy jedynie juki, nie siodło.
Jednak nie tylko zbyteczny kłusak ze zbytecznym siodłem, lecz i sam strój „pana doktora"
nie był odpo-wiedhi do podróŜy poprzez pustkowia: czarny, sukienny garnitur, równie czarny
kapelusz, i — dziw nad I dziwy! — półbuty świetnie nadające się do spacerów po ulicach
miast, w Ŝadnym jednak wypadku do wę- | drówki po bezdroŜach.
Czego tu szukał tak kiepsko wyekwipowany czło- j wiek?
— Chyba — zauwaŜył Karol — przydałyby się panu dodatkowe juki zamiast
dodatkowego siodła. Tym bardziej Ŝe, jak pan zauwaŜył, polowanie nie daje rezulta- I tów.
— Ach tam... — machnął lekcewaŜąco ręką — ostatecznie mogę trafić na faktorię
Kompanii Hudsona, w której za pieniądze kupię wszystko, czego mi bra-
80
kuje. A co się tyczy polowań... Trafiłem na stado dzikich indyków, zastrzeliłem dwa.
Jadam niewiele i jeszcze nie wyczerpałem swych zapasów.
— Długo pan w drodze? — zainteresował się Karol.
— Od tygodnia. Przepraszam, nie macie wody? Podałem mu manierkę. Pił
bardzo powoli.
—
Serdecznie dziękuję. Od świtu nie miałem ani
kropli w ustach. Nocowałem nad jakąś sadzawką. Oka
zała się pełna pijawek. Moje konie zaspokoiły pragnie
nie, ja... nie potrafiłem się zmusić.
W tym momencie Karol zakaszlał podejrzanie, a ja, Ŝeby odwrócić uwagę od
dziwnego ataku astmy mego przyjaciela, zapytałem:
— Dlaczego wybrał pan tak uciąŜliwy sposób podróŜowania? Nie lepiej dyliŜansem,
wozem lub, gdzie to moŜliwe, kolejowym wagonem?
— Pociąg nie załatwiał sprawy, ani dyliŜans. A biorąc wóz musiałbym zaangaŜować
woźnicę. Bo, widzicie panowie, ja kompletuję rośliny dla naszego gabinetu botaniki.
Nie sposób je zrywać przez okno wagonu lub dyliŜansu.
— Oczywiście — przyznałem. — Jak widzę, jest pan kanadyjskim Tomaszem
Nuttal — powiedziałem z galanterią.
Spojrzał na mnie pytająco, jakby nie pojął komplementu. Jego milczenie trwało
kilka sekund. Wreszcie odpowiedział.
—
Och nie. Jestem tylko skromnym uczniem wiel
kiej nauki. Gdzie mnie tam do takich sław?
Było to zgodne z prawdą. Tomasz Nuttal miał sławę na skalę światową. Botanik i
równocześnie ornitolog, zwany Kolumbem przyrody Dzikiego Zachodu, przedsiębrał
w pierwszej połowie XIX wieku szereg dalekich wypraw na mało zbadany zachód
Ameryki, a efektem tych podróŜy były setki przywiezionych roślin, gatunków nie
znanych dotąd. Coś niecoś wiedziałem o To-
6 — Old Gray
31
maszu Nuttal, chociaŜ nie interesowała mnie ani botanika, ani ornitologia. Dlatego dziwne
wydało mi się wahanie osoby, która podawała się za doktora nauk przyrodniczych. CzyŜby
„pan doktor" nie słyszał o znakomitym przyrodniku?
Jak to dobrze, Ŝe nie zdradziłem swego zawodu! Lepiej, aby ten dziwny przybysz brał nas
za „ciemnych jak tabaka w rogu" traperów. Jeśli bowiem nie jest tym, za kogo się podaje,
zaniecha ostroŜności i łatwiej go będzie przyłapać na nieuctwie.
Wstałem, podszedłem do swego konia i począłem grzebać w jukach, gorączkowo
zastanawiając się jak by tu mojego przyjaciela odciągnąć na bok.
— Karolu! — zawołałem.
— O co chodzi?
— Nie mogę znaleźć...
— Czego?
— Pozwól na chwilę. Dźwignął się niechętnie.
— O co chodzi? — powtórzył stając tuŜ obok.
—
Szukam zapałek — odparłem głośno, a szeptem
dodałem: — Nie zdradź, Ŝe jestem lekarzem. O, są! —
wykrzyknąłem wydobywając z juku pudełko.
Wróciliśmy na poprzednie miejsca, Karol, jak zawsze, potrafił zachować niefrasobliwy
wyraz twarzy wobec najbardziej nawet zaskakujących wiadomości.
—
- Pewnie pan ma sporo kłopotów z przechowywaniem zbiorów — zagadnąłem chytrze
nieznajomego. — Juki siodeł nie stanowią najlepszego dla nich schowka.
—
Interesuje to pana?
—
Nic się na tym nie znam, lecz wydaje mi się...
-— Coś panu pokaŜę.
Zerwał się lekko i zwinnie, co równieŜ wydało mi się podejrzane (praca naukowa raczej
nie sprzyja zachowaniu sprawności fizycznej), lecz moje podejrzenie rychło doznało nie lada
klęski.
82
Randall pogrzebał w jukach i wrócił niosąc dwa pudełka. Usiadł między nami i pokazał
jedno z nich. Dopiero teraz mogłem stwierdzić, Ŝe nie było pudełkiem. Na pierwszy rzut oka
wyglądało jak podłuŜna torba z bardzo grubej skóry zamknięta klapą przez całą szerokość.
—
Proszę otworzyć — zachęcił mnie pan doktor.
Przekręciłem błyszczące kółeczko, uchyliłem przykrywy. Z wnętrza wionął zapach
suszonych ziół. To dziwne opakowanie wykonane zostało jednak nie z grubej skóry, lecz z
blachy pokrytej skórką jedynie od zewnątrz. Musiałem przybrać zdziwiony wyraz twarzy, bo
botanik zagadnął:
— Nie widział pan nigdy czegoś takiego? To bardzo wygodny podręczny schowek na
rośliny.
— Chyba widziałem coś podobnego w witrynie sklepowej, lecz nie miałem pojęcia, do
czego słuŜy. Cały czas nosi pan zbiory w tym pudełku?
— O, nie. Szybko pokruszyłyby się. Rośliny są bardzo delikatne, a uszkodzone stają się
bezwartościowe dla naszych kolekcji. Dlatego posiadam jeszcze drugi pojemnik.
To powiedziawszy rozwinął cielęcą skórkę szczelnie przylegającą do prostokątnego
przedmiotu. Ujrzałem niby grubą księgę o kartkach ze sztywnej tektury. Gdy Randall począł
je wolniutko odwracać, ukazały się na kaŜdej stronicy starannie rozpięte przy pomocy wą-
skich pasków papieru liście, łodygi i kwiaty. Ten widok przekonał mnie ostatecznie o
bezzasadności podejrzeń. Randall musiał być rzeczywiście botanikiem, lecz równocześnie
greenhornem mającym słabe pojęcie o warunkach koczowniczego Ŝycia, na które się
zdecydował.
W odpowiedzi na me pytanie odparł (z dumą w głosie), Ŝe po raz pierwszy przebywa na
prerii.
Zaiste tylko człowiek zupełnie niedoświadczony mógł
83
zdecydować się na samotną wyprawę. Co prawda obecnie preria przestała być rojną areną
walk poszczególnych plemion indiańskich, lecz nadal pozostała miejscem ucieczek i
wędrówek najróŜniejszych niespokojnych duchów, często przestępców kryjących się tu
przed zasięgiem oficjalnego wymiaru sprawiedliwości.
Podczas rozmowy i oglądania zbiorów mogłem dobrze przyjrzeć się Randallowi. NaleŜał
na pewno do osób bardzo dbających o swój zewnętrzny wygląd. Jego odzieŜ nie nosiła
Ŝ
adnych śladów wędrówki odbywanej w tak niewygodnych warunkach. Nie była ani po-
plamiona, ani pomięta. Nie widziałem w niej dziur wypalonych iskrami ogniska. Jak on to
potrafił? Nie mam f pojęcia. Jednak nabrałem doń szacunku właśnie za tę schludność.
Doktor Randall był szczupłym, średniego wzrostu męŜczyzną o pociągłej twarzy,
ciemnych oczach, długim nosie i czarnej, bez jednego siwego włoska czuprynie. Mówił
wolno, jak gdyby zastanawiając się nad kaŜdym słowem. Robił wraŜenie człowieka
panującego nad swymi uczuciami, moŜe nawet nieco oschłego.
—
No — odezwał się Karol spoglądając w niebo —
na nas juŜ czas. Trzeba się ruszać, jeśli przed zmro
kiem mamy dotrzeć do jeziorka. A pan, doktorze? Do
kąd pan zmierza?
Zagadnięty wskazał ręką na wschód. Karol pokręcił głową na znak dezaprobaty.
— Posiada pan zapas wody?
— Nie. Tamte pijawki wyglądały tak obrzydliwie.
— Ba, mało kto za nimi przepada. Jednak muszę panu zwrócić uwagę, Ŝe kierunek
drogi, jaką pan obrał, jest bardzo niedogodny. Tam rozciąga się sucha preria. W okresie
co najmniej trzech dni jazdy nie znajdzie pan wody.
Randall stropił się.
84
— Więc cóŜ mi pan radzi?
— Jechać z nami. Co prawda w ten sposób wędrówka się przedłuŜy, jednak niezbyt wiele.
Za to nie zabraknie podgórskich strumieni, rzek i jezior.
— Muszę się zastanowić.
— Oczywiście, lecz ja ostrzegam.
Randall zamilkł na kilka długich chwil. Medytował. Typowy nawyk greenhorna nie
ufającego bardziej od siebie doświadczonym.
— Więc tam nie znajdę ani kropli wody?
— Kroplę moŜe tak — odparł Karol Ŝartobliwie — lecz nie więcej. Nawet deszcz pana
nie uratuje. Sądzę, Ŝe przez następne dni nie będzie padać.
— Skąd pan o tym wie? — zdumiał się.
— Wystarczy spojrzeć na niebo i sprawdzić kierunek wiatru.
Znowu popadł w zadumę.
— Doktorze — wtrąciłem się zniecierpliwiony. — Traci pan czas. Pora ruszać. W
przeciwnym wypadku i my dwaj nie dotrzemy do wody przed nastaniem nocy.
— Trzeba się zdecydować — poparł mnie Karol.
— A panowie dokąd zmierzają?
— Na północny zachód — wyjaśnił mój przyjaciel.
— A więc w zupełnie innym kierunku niŜ ja.
— Jednak niewiele pan nadłoŜy drogi jadąc z nami przez kilka godzin. Później naleŜy
skręcić na południe, a najbliŜsza rzeka zaprowadzi na wschód.
— Zgoda — odparł dźwigając się z ziemi. — Będę wam towarzyszył.
Wskoczyliśmy na siodła i Karol powiódł nas truchtem w sobie tylko wiadomą stronę. Nie
mogliśmy szybciej posuwać się ze względu na drugiego konia Randalla.
Słońce świeciło nam prosto w twarze, bo przetoczyło się juŜ na zachodnią połać nieba.
Rozgrzana preria buchała Ŝarem. W gardle znowu mi zaschło, lecz nau-
85
czony starym doświadczeniem postanowiłem tak długo i wstrzymać się od picia, jak tylko
będzie to moŜliwe.
Zapasowy koń Randalla okazał się zwierzęciem na-rówistym i raz po raz starał się
wyprzedzać wierzchowca, do którego został uwiązany. Kiedy indziej przysta- j wał,
szarpiąc linkę, jakby pragnął ją zerwać. Mimo ] tych przeszkód przed wieczorem
dotarliśmy na szczyt 1 trawiastej wyniosłości, porosłej małym, lecz gęstym laskiem.
Zeskoczyłem z wierzchowca za przykładem Karola, Randall uczynił to samo i w ten
sposób prze- I brnęliśmy gęstwinę. Zbocze przeciwległe, niezbyt strome, pokrywała świeŜa
zieleń traw. Widok był rozległy i piękny. Od stóp wzgórza ciągnęły się hen w dal niskie
skupiska krzewów. Między nimi biegły tu i tam I wydeptane, wąskie ścieŜki — tędy
zwierzęta szły do j wodopoju. Na dalszym planie sterczała ponad zarośla- 1 mi grupa
wysokich sosen, a jeszcze dalej — kępa sze- 1 ściu brzóz. Miejsce wydało mi się dziwnie
znajome. Sosny, brzozy, zarośla, trawiaste zbocze... AleŜ tak!
—
Karolu — o mało nie krzyknąłem — gdzieś ty nas
przyprowadził?
Uśmiechnął się.
— Byłem ciekaw, czy rozpoznasz po tylu latach.
— Po ośmiu latach — zauwaŜyłem. — Jezioro Jele- I nia! Tam, tam... — wskazałem ręką.
— Znakomicie! Posiadasz wyrobioną pamięć wzroko- i wą. No to... prowadź.
I poprowadziłem bezbłędnie.
Szliśmy wolno przez gąszcz zarośli, splątanych traw I i paproci. Jeszcze kilka krzewów
dzikiego bzu i oto m ukazała się gładka powierzchnia wody, róŜowiejąca I w pierwszych
blaskach zachodu. Jezioro Jelenia!
Zatrzymałem się nad brzegiem. Opadły mnie wspo-M mnienia. Tu przecieŜ przed ośmiu
laty spędziłem w towarzystwie Karola swój pierwszy nocleg, a nazajutrz o świcie
wykąpałem się w prawie lodowatej wodzie, i
Ta właśnie kąpiel doprowadziła nas do odkrycia, w wyniku którego nasza dalsza wędrówka
myśliwska uległa powaŜnym komplikacjom.
Stare to dzieje, a przecieŜ, tkwiąc teraz nad wodą, widziałem dokładnie, Ŝe okolica nie
uległa Ŝadnym zmianom. Jedynie krzaki bardziej się rozrosły, a z drzewek powstały potęŜne
pnie sosen. A moŜe tylko tak mi się zdawało? Bo cóŜ to znaczy dla przyrody osiem lat?
Wiek drzew mierzy się przecieŜ na setki takich lat.
—
Nie smęć się, Janie — powiedział Karol — co było, to było, a teraz pora rozkulbaczyć
konie.
Wybraliśmy miejsce suche, na granicy łączki i zarośli, zdjęli siodła z końskich grzbietów,
a następnie napoili zwierzęta. Randall dokładnie nas naśladował. Godne to pochwały,
bowiem w ten sposób mógł się nauczyć podstawowych zasad Ŝycia westmanów. Z kolei ja
naniosłem sporo połamanych gałęzi, a Karol zajął się kucharzeniem. Bardzo lubił pitrasić,
natomiast nie znosił szorowania garnków. PoniewaŜ niczego dotąd nie upolowaliśmy,
wieczorny posiłek nie naleŜał do zbyt udanego: wędzony boczek, a więc mięso w postaci naj-
mniej ulegającej zepsuciu, do tego suchary, nieco twarde, lecz za to wytrzymałe na pleśń.
Skorzystaliśmy równieŜ z sucharów doktora Randalla. Tak długo nalegał, aŜ zgodziłem się
otworzyć hermetycznie zamkniętą puszkę. I nie poŜałowałem tego. Były o niebo lepszej
jakości od naszych. PrzysmaŜony na patykach boczek nie wydał mi się specjałem, lecz w
braku czego innego... Zdaje się, Ŝe mój organizm w ten sposób poczynał bronić się przed
nadmiarem zwierzęcego tłuszczu. Jest rzeczą wielokrotnie stwierdzoną, Ŝe ludzie
spoŜywający zbyt wiele tłuszczu, a zbyt mało lub wcale owoców i jarzyn, po pewnym czasie
zapadają na choroby Ŝołądkowe. OtóŜ samotny wędrowiec prerii — traper, eksplorer lub po
prostu szukający przygód westman — przez
87
miesiące wędrówek zdany jest tylko na własne zapasy Ŝywności lub na własną strzelbę. Jeśli
ta ostatnia zawiedzie go, będzie jadł wyłącznie boczek lub słoninę. Zdarza się, Ŝe zmuszony
jest przerwać swą wędrówkę i szukać najbliŜszego osiedla, zapada bowiem na groźną
chorobę, jaką przerwać moŜe tylko zmiana poŜywienia. Mimo wszystko byłem dobrej myśli
mając za towarzysza tak znakomitego myśliwca, jak Karol Gordon.
Gdy skończyliśmy wieczorny posiłek, udałem się nad brzeg jeziora wyszorować garnek
po kawie, a później wróciłem, aby wypalić fajkę przy dogasającym ognisku. Moi towarzysze
juŜ zdąŜyli to uczynić, więc trzy obłoczki dymu unosiły się nad naszymi głowami.
—
Nie jest to najprzyjemniejsze dla mnie miejsce —
powiedziałem wyjmując z ust cybuch.
Karol pokiwał głową, niby potwierdzając mą opinię, jednak zaraz dodał:
—
Co było, to było, a w pobliŜu nie ma innego zbior
nika wody.
Randall spojrzał pytająco na mego przyjaciela.
— Przepraszam, czy oznacza to, Ŝe przeŜyliście panowie w tej okolicy jakąś
niebezpieczną przygodę? CzyŜby główną rolę grał w niej jeleń?
— Owszem — odparłem — ujrzeliśmy tutaj wspaniałego rogacza w towarzystwie dwu
łani, i stąd nazwa, nie figurująca zresztą na Ŝadnej mapie. Ale nie jest to dla mnie
przyjemne miejsce, bo przed ośmiu laty straciło tutaj Ŝycie dwu ludzi. Nam przypadkowo
udało się znaleźć ich zwłoki, a w dwa tygodnie później i mordercę *.
— Napad? — zainteresował się Randall.
— Tak. Pospolity napad rabunkowy, a chociaŜ sprawcę równieŜ spotkała śmierć, nie
przywróciło to Ŝycia
Opis tej historii zawarty jest w powieści pt. „Tropy wiodą przez prerię".
83
ofiarom. Zostały pochowane niedaleko stąd, na skraju lasu.
Randall jakby zmarkotniał.
—
To straszne — stwierdził. — Nigdy nie przypu
szczałem, Ŝe preria moŜe być widownią takich scen.
Gdyby nie wspomnienie tamtych ponurych chwil, pewnie parsknąłbym śmiechem. CóŜ za
naiwny green-horn?
Ś
ciemniło się na dobre, pierwsze gwiazdy poczęły migotać na niebie.
— Pora spać — oświadczył Karol. — Czuję zmęczenie w kościach.
— A nocna warta? — zapytałem w nadziei, Ŝe w tak cichym, ustronnym miejscu mój
przyjaciel zrezygnuje z przykrego dla mnie obowiązku. Gdzie tam!
— Będzie warta, jak ją nazywasz.
Porozrzucał nieco grubszych patyków na skraju ogniska, a później złamał dwa cieńsze i
ukrył je w garści tak, by wystawały jedynie ich końce.
—
Ciągnij, Janie. DłuŜszy... do północy, krótszy... od
północy do świtu.
Zdziwił mnie. Mieliśmy czuwać jedynie we dwu? Lecz natychmiast zreflektowałem się.
Na czujność doktora Randalla nie wolno było liczyć. Wyciągnąłem dłuŜszy patyczek, więc
zamiast mościć sobie legowisko, sprawdziłem, czy mój winczester jest nabity, czy lufa nie
została zaprószona kurzem. JakŜe chętnie rozciągnąłbym się na miękkim kocu, z głową
wspartą na siodle, z nogami wyciągniętymi w stronę Ŝarzących się węgli ogniska. Nic z tego!
—
Przepraszam, panowie — odezwał się Randall. —
Zdaje się, Ŝe macie zamiar czuwać w nocy?
Zgodnie przytaknęliśmy.
—
Jeśli tak, czemu mnie wyłączyliście z tego obo
wiązku?
Wytłumaczyłem jak najbardziej delikatnie, Ŝe nocne
89
dyŜury wymagają nieco doświadczenia, jakie nabywa się dopiero po dłuŜszym pobycie
wśród pustkowi i Ŝe... hm... takiego doświadczenia nie zdobywa się przecieŜ po kilku dniach
wędrówki. Przyznał mi rację i równocześnie stwierdził, Ŝe nigdy nie czuwał w nocy.
— KtóŜ by wówczas spał za mnie? — zauwaŜył wesoło.
— No to proszę się kłaść. RównieŜ i za mnie — dodałem Ŝartobliwie.
— Będzie mi trochę głupio. Czy nie mógłbym panu towarzyszyć? MoŜe w ten sposób
czegoś się nauczę?
Nie wypadało odmówić.
— Zgoda. Lecz broń niech pan odłoŜy — dodałem widząc, Ŝe sięga po swą strzelbę. —
Proszę usiąść za tym krzakiem — wskazałem ręką — nie czynić hałasu i nasłuchiwać. Ja
zbadam teren dokoła.
— A gdyby coś się zdarzyło?
— Wówczas naleŜy obudzić mego przyjaciela.
Karol, otulony pledem po uszy, widać jeszcze nie zasnął, bo wymamrotał coś gniewnie.
Machnąłem ręką i ruszyłem między zarośla. Moim celem nie było penetrowanie zbyt wielkiej
przestrzeni wokół obozowiska. Nasz botanik przecieŜ nie gwarantował bezpieczeństwa
ś
piącemu Karolowi. Więc tylko obszedłem pobrzeŜe naszego biwaku, co jakiś czas
przystając i nasłuchując, a później wyszedłem z zarośli na łączkę, która łagodną pochyłością
spływała ku jeziorku. Miało kształt owalny. Niezbyt wielkie, dzieliło się na dwie części,
jakby dwie zatoki, dzięki półwyspowi wrzynającemu się głęboko w wodę. Stanąłem na
brzegu, prawie naprzeciwko cypla półwyspu. Noc była ciemna, bezksięŜycowa. Ledwo
dostrzegałem smugę przeciwległego lądu, porośniętego czarnym lasem i gęstwą niskich
krzewów. Przed ośmiu laty z tego chyba miejsca popłynąłem wprost ku półwyspowi. Lecz
był to ranek, a teraz zapadała noc i tylko wariat odwaŜyłby się na postępek tak karko-
90
łomny. Coś przeleciało bezszelestnie nad wodą. Nietoperz. Z gatunku tych, które spędzają
dnie ukryte w dziuplach drzew lub wisząc na gałęziach. Przemknął i zniknął, dosłownie jak
duch. W chwilę później usłyszałem skrzekliwy dźwięk, coś w rodzaju „kew-kew", i nad moją
głową przefrunął ptak. Znałem dobrze ten głos, wydawała go sowa błotna, gnieŜdŜąca się
zwykle wśród trzcin i oczeretów. I znów po chwili usłyszałem cichy plusk, gładka toń
zmarszczyła się, a charakterystyczna smuga roztrącanej wody świadczyła, Ŝe płynie po niej
jakiś duŜy czworonóg. Dostrzegłem rozłoŜyste rogi jelenia wirgińskiego, którego najczęściej
moŜna było spotkać wśród lasów i prerii, podobnie jak antylopy.
JakŜe tajemniczo brzmiały te odgłosy nocy. Lecz dla mnie oznaczały równieŜ, Ŝe poza
naszą trójką nikt inny nie obozował nad jeziorem. Zwierzęta nie zachowywałyby się tak
beztrosko.
Pomaszerowałem jeszcze kawałek brzegiem, lecz gdy woda chlupnęła pod nogami,
zawróciłem. Prawdopodobnie w tym miejscu część jeziora, porosła trawami, zmieniła się w
bagno. Niebezpiecznie było iść dalej.
Wracałem, jak to się określa, wilczym chodem, ciesząc się w duchu, Ŝe zaskoczę Randalla
tak, jak przed laty zaskakiwał mnie Karol. Niepotrzebne okazały się moje wysiłki — pan
doktor spał jak suseł pod krzakiem, gdzie mu kazałem czuwać. Konie stały spokojnie.
Cisnąłem na Ŝar ogniska kilka gałązek, Ŝeby ze szczętem nie wygasło, lecz sam cofnąłem się
między krzewy, chociaŜ od wody wiatr lekko dmuchał przenikliwą wilgocią. Wartownik
powinien być ostatnim człowiekiem, jakiego mógłby zauwaŜyć napastnik, a nie pierwszym,
oświetlonym blaskiem ognia. I tak czuwałem do północy. Wtedy obudziłem Karola i — dość
bezceremonialnie — pana doktora. Zdarzało się, Ŝe traper, westman, czy kowboj, gwałtownie
wyrwany ze snu, odruchowo
91
łapał za broń i strzelał do rzekomego napastnika. Ran-5 dali nie był westmanem, nie
posiadał przy sobie bro-j ni, a przede wszystkim — w karygodny sposób zaniedbał swego
obowiązku. Był tak rozespany, Ŝe ledwie dowlókł się do ogniska, aby na nowo zachrapać.
Uczyniłem podobnie.
Rankiem okazało się, Ŝe jestem największym leniem. Karol juŜ krzątał się przy ogniu, a
Randall poszedł się myć nad wodę. Niezbyt chętnie zrzuciłem z siebie koc. Było bardzo
chłodno i bolały mnie wszystkie mięśnie od leŜenia na twardym posłaniu. Zawsze
odczuwałem takie dolegliwości podczas pierwszych noclegów po długiej, zimowej
przerwie. Po kilkunastu dniach potrafiłem juŜ spać nawet na kamieniach.
—
Karolu! — zawołałem między jednym ziewnięciem
a drugim. — Chyba nam nigdzie się nie spieszy?
Przerwał mieszanie kawy w garnku.
— O co chodzi? Wiesz, Ŝe jedziemy do Czarnych Stóp.
— Wiem, lecz jeśli nawet osiągniemy cel o kilka dni później, nikt na tym nie ucierpi.
— Na pewno nie ucierpi, lecz tobie po prostu nie chce się wstawać, ty leniu.
— Słuchaj — powiedziałem, by zyskać na czasie — przyszło mi do głowy, Ŝe
moglibyśmy chociaŜ kawałek drogi dotrzymać Randallowi towarzystwa. Szkoda byłoby
jego i jego zbiorów, gdyby nie dotarł do Ottawy.
— Kiedy to wymyśliłeś?
— Dzisiejszej nocy.
— Gdy ujrzałeś, jak spał zamiast czuwać?
— Skąd o tym wiesz? Lecz to prawda, właśnie wówczas. Kompletny z niego greenhorn.
— Ale do tej pory jakoś dawał sobie radę?
— Szczęśliwe zrządzenie losu.
— Nie przesadzaj, Janie. Preria stała się spokojną krainą. Indianie nie napadają, a puma
i grizzli grasują
92
tylko na podgórzu lub w górach. Bizony równieŜ nie stratują pana doktora, bo ich tu nie ma.
Czym się trapisz?
— Tym, Ŝe ten człowiek wygląda na całkowicie bezradnego. Jeśli na przykład zwichnie
nogę albo straci konia, umrze z głodu i pragnienia.
— Musiałyby paść oba konie. Zresztą, gotów jestem towarzyszyć kawałek drogi
Randallowi. Gotów jestem zaopatrzyć go w dodatkową Ŝywność. PrzecieŜ w końcu
znajdziemy antylopy lub dzikie indyki. Zastanawiam się, czy o zmierzchu nie spróbować
polowania? Lecz nie Ŝądaj ode mnie niczego więcej. Udajemy się do Czarnych Stóp, nie
do Ottawy.
— Zgoda. Zaraz mu o tym powiem.
— Oczywiście. PrzecieŜ to twój pomysł.
Gdy kawa poczęła kipieć, a suchary zarumieniły się, nadszedł Randall z ręcznikiem,
mydłem i przyborami do golenia. Podczas posiłku zapoznałem go ze swoim planem.
Myślałem, Ŝe się ucieszy. Nic podobnego. Nawet wydał mi się zaniepokojony. Podziękował
mi serdecznie, lecz oświadczył, Ŝe nie moŜe przyjąć pomocy. śe nigdy nie potrafiłby
odpłacić czymś podobnym, Ŝe czułby się skrępowany, Ŝe świetnie da sobie radę wędrując
samotnie. Innymi słowy wykręcał się (to jest chyba najlepsze określenie), jak umiał, przed
naszym dłuŜszym towarzystwem. Bardzo mnie to zdziwiło.
— Proszę się zastanowić — nalegałem. — PodróŜ po tych ziemiach stwarza mnóstwo
niebezpieczeństw. Sam pan mówił, Ŝe jest kiepskim strzelcem.
— No tak — przerwał mi — jednak nie strzelam kulą w płot. PokaŜę panom, co potrafię.
Nie, nie! Jeszcze raz dziękuję. Sam sobie dotychczas dawałem radę, to i dalej jakoś
będzie.
Dopił kawy, otarł usta i odszedł do swych bagaŜy. Po chwili wrócił niosąc broń.
—
Proszę.
93
Podał mi gwintówkę produkcji znanej firmy „Henry". Stary model, chyba jedna z
pierwszych długich 1 broni ładowana przy pomocy dźwigni umieszczonej pod spustem.
— Sędziwy okaz — zauwaŜyłem.
— Tak — przyznał. — Nabyłem go od rusznikarza, który zapewniał, Ŝe jest lepsza od
najnowszych egzem- I plarzy.
Karol równieŜ przyjrzał się strzelbie.
— Rusznikarz miał rację — powiedział krótko.
— A teraz — zaproponował Randall — pokaŜę panom, Ŝe coś niecoś znam się na
strzelaniu.
Podniósł z ziemi suchy, brunatnej barwy patyk, nie I dłuŜszy i nie grubszy od
wskazującego palca, połoŜył go na liściu bzu, wziął broń i odmierzył, głośno licząc, sto
kroków. ZłoŜył się, strzelił. Widziałem, jak liść drgnął, a spoczywający na nim
patyczek po prostu I zniknął. Jeśli to nie był przypadek (co podejrzewałem), | strzał wypadł
znakomicie.
Pogratulowaliśmy Randallowi proponując, aby zo- I stał z nami do jutra i wziął udział w
polowaniu. Od- I mówił. Wobec tego odstąpiłem mu część naszej Ŝywno- | ści, przede
wszystkim boczek, na wypadek gdyby mu | szczęście łowieckie nie dopisało. Przyjął i bardzo
ucie- 1 szył się z daru.
—
Niech pan mi zdradzi, doktorze — zapytałem —
w jaki sposób znajduje pan właściwy kierunek drogi? 1
Wydobył z juków mapę i kompas.
—
W taki — odparł podając mi jedno i drugie.
Mapę obejrzałem wraz z Karolem. Była znakomita: 1
potęŜny, w ósemkę złoŜony arkusz, na którym zazna- i czono wszystkie szlaki wodne,
wzgórza, a nawet bar- | dziej przetarte ścieŜki — wszystko, co znajdowało się j na wschód
od Gór Skalistych, na zachód od rzeki Swię- I tego Wawrzyńca i na północ od granicy
Stanów Zjedno- f czonych. Mapa nie obejmowała więc całego terenu Ka-
94
nady, lecz dzięki temu była bardziej dokładna. Nieco obeznany z kartografią człowiek
potrafiłby przy jej pomocy wędrować bezbłędnie w obranym przez siebie kierunku.
Ta mapa i kompas uspokoiły mnie co do dalszych losów pana doktora. Uścisnęliśmy
sobie" dłonie, Randall wskoczył na siodło i prowadząc na lince zapasowego konia zniknął
wśród drzew. Tak oto zakończyło się nieprzewidziane spotkanie.
Pozostaliśmy jeszcze dwa dni nad brzegiem jeziora. Miałem okazję popływać dowoli, a
wieczorem — ustrzelić wspaniałego jelenia. Cały dzień spędziliśmy na Ŝmudnej i nudnej
robocie pieczenia i suszenia takiej ilości mięsa, Ŝe obiecałem sobie na przyszłość polować
wyłącznie na dzikie indyki.
Trzeciego dnia rankiem wyruszyliśmy w dalszą drogę. Jak zwykle — prowadził Karol.
W Ukrytym Mieście
Jeśli derka wisząca nad wejściem do tipi jest uniesiona, przyjacielowi wolno wejść do
wnętrza. Jeśli jest opuszczona, naleŜy dać znać o swej wizycie i cierpliwie czekać, aŜ
gospodarz sam zaprosi.
Gdy męŜczyzna wchodzi do tipi, powinien zatrzymać się po prawej stronie wejściowego
otworu, póki gospodarz nie zaprosi go dalej. Trzeba wówczas usiąść po lewej jego ręce,
nieco z tyłu. Kobieta natomiast wchodzi do tipi za męŜczyzną i kieruje się w stronę lewą.
Gość-męŜczyzna siada ze skrzyŜowanymi nogami (jak to się potocznie nazywa: po
turecku), kobieta ma przykucnąć na piętach lub półleŜeć.
Gdy gość zostaje zaproszony na ucztę, powinien przynieść swą własną łyŜkę i miskę, a
jeść wszystko, co mu podadzą. Odmowa stanowi cięŜką obrazę gospodarza.
Siadając przy ognisku nie wolno przechodzić między osobami zgromadzonymi dokoła,
naleŜy obejść je od tyłu.
W grupie zgromadzonych męŜczyzn rozpocząć rozmowę wolno tylko najstarszym. Młodzi
powinni milczeć, póki nie zostaną zaproszeni do rozmowy przez kogoś starszego.
Gdy gospodarz zaczyna czyścić swą fajkę, to znak zakończenia wizyty. Trzeba wówczas
opuścić tipi.
96
Tak brzmią podstawowe zasady poprawnego zachowania się w indiańskiej
społeczności. Niby łatwe do zapamiętania i przestrzegania, a przecieŜ iluŜ to białych
mimo woli uchybiło przepisom dobrego wychowania, zyskując sobie opinię gburów
lub — gorzej jeszcze! — wrogów czerwonoskórych. Niekiedy z nieprzestrzegania
indiańskich zwyczajów wynikały jedynie zabawne nieporozumienia. Oto na przykład
pewien traper, który mieszkał na pustkowiu i tęsknił za widokiem ludzkiej twarzy,
ucieszył się, gdy kiedyś pod wieczór zawitali doń dwaj znajomi wojownicy z
zaprzyjaźnionego plemienia. Wracali z polowania, lecz droga do ich wioski była długa,
a wędrówka zimową nocą niebezpieczna.
Traper starał się jak najlepiej przyjąć gości. Usadził ich przed ogniem buzującym w
metalowym piecyku i na początek poczęstował tytoniem. Sam równieŜ zapragnął
zapalić. Wydobył fajeczkę. ZauwaŜył, Ŝe nie została dokładnie opróŜniona z popiołu.
Podniósł z podłogi patyk i począł nim oskrobywać wnętrze fajki. Wojownicy
dostrzegli tę czynność. Natychmiast powstali i opuścili chatę, nim zdumiony traper
odzyskał głos. Zastanawiał się długo, czym mógł obrazić czerwonych braci, a w końcu
spojrzał na fajkę — zrozumiał.
O tym myślałem jadąc z Karolem ku tej dziwnej wiosce indiańskiej, której nazwa
przetłumaczona na język bladych twarzy brzmi: Ukryte Miasto. Co to takiego?
Wojownicy Czarnych Stóp nie Ŝyją w wielkich skupiskach. Dzielą się na grupy,
które rozproszone na olbrzymiej przestrzeni prowadzą samodzielne polowania, a
mieszkają nad brzegami rozlicznych rzek, na dnie jarów wypłukanych przez te rzeki,
co chroni ich, zwłaszcza w zimie, przed mroźnymi wiatrami z północy, a sąsiedztwo
wody nie tylko zapewnia dostateczną ilość niezbędnego do Ŝycia napoju, lecz równieŜ i
ryb. Tylko w wypadku wojny męŜczyźni zbierali się na wspólną wyprawę. Jednak
wojny naleŜą juŜ do przeszłości.
7 — Old Gray
97
Przetrwał natomiast zwyczaj wspólnego gromadzę-nia się na doroczne święto
obchodzone w pełni lata, przewaŜnie pod koniec lipca, zwane Tańcem Słońca. Przez kilka
lub kilkanaście dni trwają tańce obrzędowe, śpiewy, pantomimy obrazujące sceny z
polowań lub walk, a centralnym punktem uroczystości jest przyjęcie dorastających
chłopców do grona wojowników. Muszą oni jednak przejść dość okrutną próbę męskości:
tańczyć aŜ do upadłego wokół słupów, do których są przywiązani długimi rzemieniami.
Rzemienie te zostają przewleczone poprzez nacięcia na skórze tańczących. Poddany takiej
próbie chłopak powinien, nie okazując bólu, uwolnić się od rzemieni, wyrywając je wraz z
kawałkami skóry. Blade twarze traktują tego rodzaju praktyki jako szczyt okrucieństwa i
zabraniają ich. Jednak z wątpliwym sukcesem, poniewaŜ Taniec Słońca odbywa się w
Ukrytych Miastach — osiedlach, do których prawie nigdy nie umie trafić funkcjonariusz
kanadyjskich władz.
Bawiłem juŜ raz w takim Ukrytym Mieście Czarnych Stóp, a nawet obserwowałem
Taniec Słońca. JakŜe bardzo musieli ufać Karolowi wodzowie Czernych Stóp do-
puszczając go (wraz ze mną) do uczestnictwa w uroczy-stości. Teraz miałem znowu
odwiedzić Ukryte Miasto, lecz czułem się znacznie pewniej niŜ poprzednio. Przede
wszystkim dlatego, Ŝe od tamtych dni nauczyłem się coś niecoś języka Algonkinów, jakim
posługują się Czarne Stopy. Nauczył mnie Karol. Teraz przepowiadałem sobie w myślach
potoczne zwroty oraz... zasady dobrego wychowania, aby nie palnąć głupstwa takiego, jak
wspomniany traper.
Jechaliśmy ku północy. Podgórze dźwigało się powoli kopiastymi wzgórkami, po których
dmuchał wiatr, a trawy kłoniły się tak, Ŝe ze szczytu kaŜdego wznie- I sienią daleka
preria wyglądała niczym falujące morze.
Na dalekim zachodzie ogromniało postrzępionymi wierchami pasmo Kordylierów —
przedłuŜenie Gór Skalistych. Siwe wierzchołki towarzyszyły nam odtąd przez cały czas
podróŜy.
Tego dnia, następnego i jeszcze jednego. Wreszcie późnym popołudniem szumiąca
pianami rzeczka doprowadziła nas do celu. Wypływała ona z boru porastającego podnóŜa i
zbocza coraz wyraźniejszych wysoczyzn. Lecz pojedyncze drzewa rosły tu i tam na łące,
niby rozproszeni zwiadowcy nadciągającej kolumny lasu. Po jednej stronie bulgocącej wody,
równym szeregiem, stały stoŜkowate namioty. To było właśnie Ukryte Miasto. W języku
Algonkinów jego nazwa brzmi: Oden--na-ka-inne-he-ka j.
Opadła nas gromada wychudłych, warczących psów, lecz nie ukazał się ani jeden
człowiek. JakŜe inaczej wyglądało to samo miejsce przed siedmiu laty! Wówczas koczowały
tu chyba tysiące wojowników przybyłych zarówno z Montany, jak i z północnych obszarów
kanadyjskiej Alberty. Wtedy po raz pierwszy w Ŝyciu miałem okazję przyjrzeć się takiej
masie czerwonoskó-rych i to ubranych odświętnie, a więc niezwykle barwnie, na tę
uroczystość Tańca Słońca. Teraz mieliśmy kwiecień. Ten prosty fakt tłumaczył panującą
ciszę i pustkę. Jednak ludzie tu byli. Wiedziałem, Ŝe wiele par oczu obserwuje nas z wnętrza
tipi, a moŜe i zza pni drzew? A wieść o przybyciu bładych twarzy w jakiś tajemniczy sposób
przemknie z krańca po kraniec Ukrytego Miasta i dotrze do uszu osoby, od której decyzji
zaleŜy, w jaki sposób mają być przyjęci niespodziewani goście.
Zsiedliśmy z koni, psy biegały dokoła, lecz w Ŝadnym tipi nie uniosła się derka i nikt nie
wyszedł na powitanie.
—
Długo będziemy tak samotnie spacerować? — zapytałem szeptem.
99
—
Niedługo. Wiem, w którym miejscu stoi chata Czerwonej Chmury.
Czerwonej Chmury... przeszłość stanęła mi przed oczyma. JakŜe kolorowa!
Zdarzyło się wówczas, Ŝe w samym sercu Kordylierów napotkałem stado górskich owiec.
Zabiłem jedną, a reszta uciekła w popłochu. Gdy zmierzałem do nieruchomo leŜącej sztuki,
na tle jasnego nieba ukazał się potęŜny ptak. Zataczał kręgi, aŜ nagle runął w dół i wbił się
szponami w moje myśliwskie trofeum. ZłoŜyłem się do strzału. Napastnik jakby przeczuł me
zamiary, bo błyskawicznie poderwał się do nowego lotu. Zarzuciłem owcę na plecy. Nie
minęła chyba i minuta, gdy uderzenie skrzydeł strąciło z mej głowy kapelusz. Ujrzałem
potęŜne szpony i cisną wszy cięŜar ledwie zdąŜyłem uskoczyć. Ptak uderzył na mnie
powtórnie. Obroniłem się kolbą, a gdy odleciał, przyłoŜyłem broń do ramienia i dwukrotnie
pociągnąłem za spust. Za drugim strzałem — padł kilka kroków ode mnie. Podszedłem,
dotknąłem go końcem lufy. Ani drgnął. Nareszcie mogłem mu się przyjrzeć. Miał
czarnobrunatne pióra, potęŜny dziób i porośnięte puchem nogi. Rozpiętość jego skrzydeł, jak
później zmierzyłem, dochodziła sześciu stóp, a więc równała się wzrostowi wysokiego
męŜczyzny. Był to orzeł, z gatunku orłów przednich, jeden z najsilniejszych drapieŜników
ptasiego rodu. Zdarza się, jak i mnie się zdarzyło, Ŝe atakuje człowieka, a jeśli człowiek nie
ma przy sobie broni palnej lub długiego kija, powinien czym prędzej się wycofać.
Zajęty walką nie zauwaŜyłem, Ŝe spieszył mi na pomoc czarodziej Czarnych Stóp —
Czerwona Chmura. Później w Ukrytym Mieście, na zakończenie Tańca Słońca, czarodziej
wespół z drugim wojownikiem odegrał przed zgromadzonymi pantomimę przedstawiającą
moją walkę z potęŜnym ptakiem. Wtedy nadano mi przezwisko: Orle Pióro. Nigdy go nie
uŜywałem i poza
100
Karolem oraz Czarnymi Stopami mało kto o tym wiedział.
Dodam, Ŝe orle pióra są u czerwonoskórych w wysokiej cenie. Nie znającym się na rzeczy
powiem, Ŝe jeszcze przed kilku laty w handlu wymiennym między Indianami oraz między
Indianami a wędrownymi białymi handlarzami za piętnaście duŜych orlich piór moŜna było
otrzymać średniej jakości konia lub trzy funty tytoniu, lub nakrycie tipi sporządzone z
bizoniej skóry, lub nawet strzelbę z setką ładunków. Orzeł bowiem jest uwaŜany za ptaka
cudownego, a jego pióra ma prawo nosić na głowie jedynie ten wojownik, który wsławił się
wybitnym czynem. Niektóre plemiona, jak na przykład Hopi, Ŝyjące w pueblach Arizony,
wierzą Ŝe orły są duchami ludzi zamieszkujących specjalne domy w niebie. Tam przebywa
wódz orłów, który raz do roku wypuszcza swój lud, by budował gniazda, składał i wy-
siadywał jaja. Na orły poluje się, lecz niekiedy równieŜ chwyta Ŝywcem. Jest to bardzo
niebezpieczna dla myśliwego próba zręczności. Hopiowie chwytają ptaki młode, zabierają je
do swych wiosek i hodują tak długo, aŜ pióra ptaka stwardnieją. Wtedy orzeł zostaje zabity,
oskubany, a jego szczątki zakopane na odludziu, w dziurze głębokiej na dwie stopy,
wysypanej mąką kukurydzianą. W grób wbija się patyk, aby ułatwić orłowi wydostanie się na
powierzchnię i powrót do nieba.
W okresie poprzedniego pobytu wśród Czarnych Stóp zabiłem równieŜ szarego
niedźwiedzia i doprawdy świecić mi musiała wówczas nad głową szczęśliwa gwiazda jeśli
— jako kiepski jeszcze myśliwy — jednym strzałem, oddanym wprost w rozwartą paszczękę
drapieŜnika, połoŜyłem go trupem. Z pazurów niedźwiedzia zrobiono naszyjnik — cel
zazdrości białych i czerwonych traperów. Nigdy go nie nosiłem. W mieście — poniewaŜ nie
pasował do miejskiego stroju, na prerii —
101
poniewaŜ bałem się zgubić. Teraz, ogarnięty lekką pychą na wspomnienie tamtych
wydarzeń, poŜałowałem, Ŝe nie mam na sobie tego dowodu męskiej odwagi.
Szliśmy powoli wśród szpaleru indiańskich chat, aŜ na koniec w którejś z nich uniosła się
derka i w dziennym blasku ukazała się jakŜe znajoma mi twarz. Wysoki Orzeł! Nie mogłem
się mylić, rysy jego oblicza doskonale zachowały się w mej pamięci.
Podniósł prawicę na. znak powitania. Uczyniliśmy podobnie. Wówczas wódz zbliŜył się,
uścisnął mego przyjaciela kładąc dłonie na obu jego ramionach, z kolei na moich.
—
Wiedziałem — rzekł głębokim gardłowym gło
sem — ie moi bracia przybędą tu, nim kresu dobiegnie
DuŜa Wiosna.
Mówił po angielsku prawie bezbłędnie, lecz dla określenia pory roku uŜył indiańskiej
nazwy. — DuŜa Wiosna oznacza miesiąc kwiecień. Czy naprawdę przewidział nasze
przybycie — raczej wątpiłem. Mimo, Ŝe Indianie posiadają w stopniu znacznie większym niŜ
blade twarze zdolność przewidywania, nie zrozumiałą dla nas, irracjonalną.
Wysoki Orzeł jest naczelnym wodzem Czarnych Stóp, wybranym przez przywódców
poszczególnych grup plemiennych, które Ŝyją w dość znacznych od siebie odległościach.
Grupy te, jak juŜ wspomniałem, zbierają się na doroczny Taniec Słońca, gdy wybrać trzeba
najwyŜszego wodza, lub w wypadku wojny.
—
Wejdźcie — odezwał się podnosząc kotarę zakry
wającą otwór tipi.
Wkroczyliśmy do półmrocznego wnętrza i stanęli po prawej stronie, jak kaŜe dobry
obyczaj. Dopiero gdy gospodarz siadł na stosie derek, zajęliśmy miejsca, po jego lewej ręce.
Ku mej radości i tu leŜały derki, co pozwoliło mi uniknąć siedzenia ze skrzyŜowanymi
nogami. Niezbyt to wygodna pozycja dla kogoś, kto przez dwie
102
trzecie roku korzysta z krzeseł lub foteli. Milczeliśmy czekając, aŜ Wysoki Orzeł odezwie się
pierwszy. Trwało to dość długo. Pośpiech w rozpoczynaniu rozmowy, według tutejszych
przekonań, cechuje nierozwaŜnych młodzików. Wreszcie wódz przemówił:
— Moi bracia wybierają się na łowy. W górach widziałem dzikie owce i kozły, a na
podgórzu antylopy i jelenie. Moi biali bracia przybyli w dobrą porę. Lecz bizonów tu nie
ma — dodał z ledwie dostrzegalnym odcieniem smutku, chociaŜ oblicze jego pozostało tak
samo nieodgadnione, nie zdradzając Ŝadnych uczuć.
— Wiemy, Ŝe bawoły stąd odeszły — stwierdził Karol. — Czy Wysoki Orzeł nie słyszał o
stadach wędrujących na dalekiej północy?
Wódz zamyślił się. -
—
Tak — odparł. — Tak — powtórzył — za wielką
rzeką, którą biali zwą Pokojową, i jeszcze dalej, za je
ziorem Athabasca, i jeszcze dalej, za Wielkim Jezio
rem Niewolniczym. Tam naleŜy szukać. Mówiono mi
o leśnych bizonach. One nie wędrują na południe, a my
nie szukamy ich tak daleko. Niebezpieczny to szlak
i nigdy synowie Czarnych Stóp nie rozbijają swych tipi
poza północną Saskatschewan.
Była to prawda. Z lektury wiedziałem, Ŝe plemię to nie przekraczało granic swych terenów
tak daleko ku północy. Słyszałem równieŜ o leśnych bizonach, chociaŜ nigdy jeszcze nie
oglądały ich moje oczy.
— Opowiadali traperzy — zabrał głos Karol — Ŝe w okolicy Jeziora Niewolniczego, na
leśnych nizinach, Ŝyje jakaś odmiana bizonów. Podobno są mniejsze od preriowych. Nie
odbywają wędrówek zapewne dlatego, Ŝe małym stadom wystarcza pokarm, jaki znajdują
na miejscu. Daleka tam droga i — tu zwrócił się do mnie — chyba nie zamierzasz, Janie,
ich szukać?
— Nie zdąŜylibyśmy wrócić przed zimą — odparłem.
103
—
A jednak — szepnął wódz — mój ojciec opowiadał o bladej twarzy, która wyruszyła
znad jeziora Athaba-sca, dotarła do Wielkiego Jeziora Niewolniczego, a później z biegiem
potęŜnej rzeki do ojca wszystkich rzek. Blada twarz zabrała ze sobą ośmiu wojowników i
trzy kanoe. Czterdzieści razy widzieli, jak wschodziła dzienna gwiazda, zanim dotarli do ojca
wód, lecz to nie był ten, którego szukali.
104
— Mackenzie — szepnął Karol. — Aleksander Mac-kenzie, pierwszy biały, który
przemierzył ląd Północnej Ameryki z zachodu na północ i ze wschodu na zachód. O nim
to mówi Wysoki Orzeł.
— Słowa mego brata są prawdziwe. Niech opowiada.
— Mackenzie liczył sobie zaledwie dwadzieścia pięć lat, gdy począł szukać legendarnego
przejścia północno-zachodniego, mającego łączyć Atlantyk z Pacyfikiem.
— I nigdy go nie odnalazł — zauwaŜyłem — poniewaŜ takie przejście nie istniało.
— Oczywiście. Aleksander Mackenzie pracował w roku 1789 w spółce handlowej,
angielskiej Kompanii Północno-Zachodniej, i ona sfinansowała jego przedsięwzięcia. Gdy
okazało się, Ŝe rzeka, którą płynął, przywiodła go nie do brzegów Pacyfiku, lecz do
Oceanu Arktycznego, był zrozpaczony. Jednak imię dzielnego podróŜnika uwieczniła
później nazwa wielkiej rzeki: Mackenzie.
— Ta blada twarz — odezwał się znowu Wysoki Orzeł — zawitała w pobliŜe naszych
siedzib. Tak opowiadał ojciec. Nieznajomy przypłynął Rzeką Pokojową na wielkiej łodzi,
z Fort Fork aŜ do miejsca, w którym silny prąd uniemoŜliwił dalszą Ŝeglugę. Wówczas on i
jego ośmiu ludzi ciągnęło łódź od strumienia do strumienia. Przebyli szczyty gór, aŜ dotarli
do Złej Rzeki *. Jej rwący nurt przewrócił łódź, nikt jednak nie utonął. Szli dalej, dopóki
nie napotkali wojowników plemienia zwanego przez blade twarze Bella Coola. Kanoe tych
wojowników przewiozło wędrowców aŜ na wybrzeŜe wielkiej wody, w której kryje się
słońce. Po czym wrócili na wschód i Ŝaden nie padł w drodze.
—
Tak istotnie było — potwierdził Karol. — Macken
zie szukał z uporem przejścia do Pacyfiku i wreszcie
Zła Rzeka — obecnie rzeka Fraser.
106
znalazł je, lecz tak trudne do przebycia, Ŝe nie posiada praktycznej wartości.
—
Howgh! — potwierdził wódz.
Podniósł się wolno, a my za nim.
—
Chata dla mych braci jest przygotowana. Niech
idą za mną.
Nie uszliśmy daleko, zaledwie kilka kroków. Indiańskie tipi, jakie nam wyznaczono, stało
w pobliŜu tipi wodza. Tak bliskie sąsiedztwo miało świadczyć o powaŜaniu, jakim się
cieszymy. Mniej cenionym wyznacza się tipi stojące na krańcach wsi i nigdy w pobliŜu do-
mostw plemiennej starszyzny.
Wysoki Orzeł uniósł derkę wiszącą nad wejściowym otworem, uczynił zapraszający gest
ręką i bez słowa oddalił się. Weszliśmy. W okrągłym wnętrzu panował półmrok. Jedynie z
góry, przez otwór, którym ulatywał dym z ogniska, wpadał snop światła. Pod ścianami leŜały
kolorowe pledy, a podłogę wyścielały niedźwiedzie skóry.
Trzeba było zabrać uprzęŜe i broń. Wysoki Orzeł o naszych wierzchowcach juŜ widać
pomyślał, bo gdy skończyliśmy rozkulbaczać zwierzęta, zjawił się jak spod ziemi indiański
wyrostek. Zarzucił dwa lassa na końskie szyje, wskoczył na grzbiet mego wierzchowca i
pognał galopem ku skrajowi wioski. Mogliśmy juŜ być spokojni o los zwierząt.
—
Co teraz? — zagadnął Karol rzuciwszy bagaŜe do
tipi.
Spojrzałem na koce, na futra i... ziewnąłem.
— Spać mi się chce — wyznałem szczerze.
— No to... przyjemnych snów.
Nie wiem, czy moje sny były przyjemne czy nieprzyjemne, poniewaŜ nie zapamiętałem
Ŝ
adnego. Karol siedział przy wejściu. Ćmił fajeczkę. Widocznie usłyszał, Ŝe się obudziłem,
bo nie odwracając głowy powiedział:
—
Czy wiesz, Ŝe był tu Old Gray?
107
— Kiedy?
—
Przedwczoraj.
— Przedwczoraj? — zdumiałem się. — A to jakim cudem?
— I ja się nad tym zastanawiam. Albo ma lepszego od naszych wierzchowca, albo teŜ zna
krótszą drogę.
— Nic nam nie wspominał...
— Ba, nawet zatarł swoje tropy. Mówiłem, Ŝe to bardzo dziwny człowiek. Czerwona
Chmura opowiadał mi przed chwilą, Ŝe Old Gray pytał, czy ostatnio nie kręcił się w tych
stronach jakiś obcy człowiek.
— Chyba nie nas miał na myśli?
— Na pewno nie. PrzecieŜ mówił o jednym człowieku. A poza tym poinformował
czarownika o spotkaniu z nami.
Roześmiałem się.
— CóŜ ci tak wesoło?
— Ach, zrozumiałem, w jaki sposób Wysoki Orzeł przewidział nasze przybycie. A
brzmiało to tak tajemniczo!
— Do licha! Chyba się nie mylisz, chociaŜ... nasza obecność na prerii nie świadczyła
jeszcze o tym, Ŝe tu zawitamy.
— EjŜe! Sam mi opowiadałeś, Ŝe ile razy bawisz w tych stronach, tyle razy odnawiasz
stare znajomości. O twoim zwyczaju dobrze wiedzą Czarne Stopy.
— Prawda — mruknął.
Szarzało juŜ, gdy zasiedliśmy wielkim kręgiem dokoła ogniska. Karol, ja, Wysoki Orzeł,
Czerwona Chmura, Długi Niedźwiedź i czterech innych wybitnych wojowników, których
przezwisk nie byłem w stanie zapamiętać. Przystąpiliśmy do obrzędu palenia fajki pokoju.
Było to jak gdyby odnowienie naszej przyjaźni, bowiem taką fajkę paliłem tutaj juŜ przed
ośmiu laty, jako towarzysz Karola Gordona, choć jeszcze zupełny green-horn.
108
I oto znowu spoglądałem na długi cybuch zakończony główką wyrzeźbioną
w czerwonym kamieniu, zwanym catlinitem. Od nazwiska słynnego
podróŜnika *. On to właśnie, zjednawszy sobie przyjaźń indiańskich plemion,
uzyskał w roku 1837, jako pierwszy z białych, zgodę na pobranie próbek
dziwnego minerału, którego pokłady znajdują się w pobliŜu miejscowości
Pipestone w Minnesocie, uznawanej przez wszystkich Indian za teren święty,
ziemię wiecznego pokoju, gdzie zakazane są jakiekolwiek walki i zakaz ten
był zawsze przestrzegany.
Tam przez wieki całe udawali się pielgrzymi czerwo-noskórych po kamień
do wyrobu główek fajkowych. Nie do wszystkich jednak, lecz do tych, które
uŜywano podczas waŜnych uroczystości. Indianie palą bowiem tytoń i na co
dzień, chociaŜ starsi przestrzegają młodych przed tym nałogiem, twierdząc, Ŝe
częste palenie tytoniu szkodzi płucom i przez to czyni wojowników mniej
sprawnymi w walce. Na co dzień Indianie uŜywają mniejszych i nieozdobnych
fajek, często sporządzonych z jednej grubej kości zwierzęcej. Odświętną
fajkę, starannie zabezpieczoną przed zniszczeniem, wódz lub czarownik
troskliwie przechowywał w swoim własnym tipi lub wigwamie. Takie fajki
pokoju uŜywane były równieŜ jako swoiste przepustki, chroniące przed napa-
dem, gdy wojownicy jednego plemienia udawali się do siedzib wrogów celem
wykupu jeńców lub zawarcia pokojowego traktatu.
Teraz Czerwona Chmura trzymał w blasku płomieni długi, chyba na 30 cali
* ustnik, świecący kolorowymi paciorkami, owinięty jedwabną wstęgą i
końskim włosiem. Była to fajka zwana kalumetem.
Jerzy Catlin (1796—1872) jest twórcą 900 obrazów ludzi i przyrody Dzikiego
Zachodu. 30 cali, czyli ponad 75 cm
109
Nazwę tę, rzecz zaskakująca, przejęły plemiona od francuskich osadników północno-
wschodniej Kanady. Bowiem gdy Francuzi po raz pierwszy ujrzeli w rękach Indian nie znane
im dotąd fajki o tak długich cybuchach, uznali je za... fujarki! Francuska nazwa fujarki,
chalumeau, zmieniona została później na: kalumet. Cybuchy do kalumetów wyrabia się z
drąŜonych, długich gałęzi szarego jesionu, wierzby lub drzewa bawełnia nego.
Gdy siedzieliśmy milcząc wokół ogniska, Czerwona Chmura począł wolno nabijać główkę
fajki tytoniem wyjmowanym ze skórzanego podłuŜnego woreczka, zdobnego białymi i
czarnymi paciorkami. Następnie przygniótł tytoń Ŝółtym patyczkiem z okrągłą główką,
okręconym czerwonym sznurkiem. Wykonawszy w skupieniu tę czynność, wyciągnął z
ogniska płonącą drzazgę, przytknął do warg cybuch i rozŜarzył wnętrze główki. Indianie
znają tytoń dziko rosnący w pewnych częściach kraju, niektóre plemiona nawet go uprawiają,
lecz to, czym napychają fajki, jest mieszaniną nie prze-fermentowanych, tylko pokrajanych
liści tytoniu oraz kory wierzbowej i łąkowych ziół .Ta mieszanina zwie się kinnikinnik, które
to słowo właśnie oznacza mieszankę.
Nie radzę nikomu z bladych twarzy, uczestniczących w obrzędzie po raz pierwszy,
zaciągnąć się dymem. Smak jego jest nieprzyjemny, a moc taka, Ŝe potrafi zwalić z nóg
najsilniejszego, co mogłoby być przyjęte przez Indian za dowód nieszczerości.
Ja sam nigdy nie zaciągałem się dymem kinnikinni-ku, nie zaciągnąłem się i teraz, gdy
przypadła moja kolej i podano mi kalumet. Przyjąłem go z naleŜnym, widocznym dla
wszystkich szacunkiem, zgodnie ze starodawnym zwyczajem. To znaczy — ujmując cybuch
obu dłońmi, trzymając najpierw w poprzek, później powoli obracając, aby przytknąć go do
warg. Pociągnąłem dym
110
pięć razy. Za pierwszym razem wydmuchnąłem go ku niebu, za następnymi — w cztery
strony świata. Od okolicznościowego w takich razach przemówienia uchronił mnie Karol,
zabierając głos w imieniu nas obu, i to w języku Algonkinów, uŜywanym przez Czarne
Stopy.
Treści wygłoszonych przemówień nie przytaczam, ani Karola, ani innych uczestników
kalumetu. Wszystkie były do siebie bardzo podobne, to znaczy — obiecujące przybyszom
wieczystą przyjaźń oraz Ŝyczące takich sukcesów, Ŝe gdyby się one choć w jednym procencie
spełniły (a wysłuchałem ich niemało), Ŝyłbym wiecznie jako najpotęŜniejszy i najbogatszy
człowiek świata. I słusznie postępują doświadczeni westmani nie traktując takich Ŝyczeń
powaŜnie, lecz równocześnie udając, Ŝe przyjmują je z wiarą w ich spełnienie. Inne
postępowanie zraziłoby Indian, a nawet mogłoby zmienić ich przyjacielski stosunek na
wrogi. śyczenia składane podczas tego obrzędu mają dla nich duŜą wagę. Wielokrotnie
oglądałem ich rozjaśnione oblicza i słyszałem: „uff, uff!" — okrzyki zachwytu i zdumienia
zarazem, gdy Karol pompatycznym tonem wygłaszał swą mowę, naszpikowaną taką ilością
praktycznie nie osiągalnych przez gospodarzy sukcesów, Ŝe najbardziej tępa blada twarz
uznałaby ją za kpiny ze zdrowego rozsądku. Na tym kończę swe uwagi, bo nastąpiły waŜniej-
sze sprawy. Do nich zaliczę (jakŜe wówczas byłem głodny!) pieczeń z antylopy. CóŜ —
zaspokojenie potrzeb fizycznych bywa często w tych stronach bardzo istotnym problemem.
Indianie rzadko kiedy przysmaŜają pieczeń na sposób białych, to znaczy nadzianą na patyk
i obracaną nad płomieniem. Wojownicy zajmują się kucharzeniem prawie wyłącznie podczas
wypraw wojennych lub myśliwskich, na które nie zabierają kobiet. Inaczej rzecz wygląda w
indiańskiej wiosce. Tam squaw wznosi nie-
111
zbyt wysoki, drewniany trójnóg i zawiesza na nim rzemień, dobrze zmoczony, aby nie zajął
się od ognia, z nabitymi na poprzeczny patyk drewnianymi klockami. Na tych klockach
układa się natarte wonnymi ziołami mięso, które piecze się nad niewielkim ogniskiem. Pło-
mień podgrzewa klocki prawie aŜ do zwęglenia się drewna, ale wtedy mięso gotowe jest do
spoŜycia. Taka pieczeń zawsze jest nieco surowa, lecz dzięki temu nie sucha. Kto lubi
krwiste befsztyki, byłby zadowolony. Ja teŜ byłem zadowolony, bowiem potrawy, jakie
przygotowywaliśmy z Karolem zawsze były tak przypalone, Ŝe oskrobywaliśmy je noŜem z
grubej warstwy węgla.
Cynową miskę z płatami pieczeni podały Wysokiemu Orłowi dwie squaw, a my, jako
goście, próbowaliśmy jej pierwsi.
SpoŜywanie posiłku odbywało się w milczeniu, lecz gdy ostatni kęs zniknął w ustach
biesiadników, Czerwona Chmura podniósł dłoń na znak, Ŝe pragnie przemawiać.
—
Nasi biali bracia — zaczął czarodziej — wybierają się na łowy. Czeka ich wiele
przygód, lecz wyjdą z nich zwycięsko, pokonają wroga i wrócą do swych tipi w porze
Małego Kasztana. Tak powiedziały mi duchy lasu, duchy prerii i zwierząt, które na niej Ŝyją.
Howgh!
Z trudem powstrzymywałem uśmiech słuchając tej przepowiedni. Gdybym był
jasnowidzem... Ba, lecz któŜ, poza Czerwoną Chmurą, to potrafi? Bo jednak słowa
czarownika sprawdziły się. Ale wtedy, gdy ich słuchałem siedząc przy ognisku, wydawały
mi się baj durzeniem niewartym chwili uwagi.
Następny zabrał głos Wysoki Orzeł oświadczając, Ŝe wyrusza z białymi braćmi: Wielkim
Bobrem (czyli Karolem) i Orlim Piórem (czyli mną), aby ich strzec i stać u boku w chwili
niebezpieczeństwa i walki. Co za pomna
pa tyczna mowa! JakaŜ to walka miała nas czekać na spokojnej od lat prerii i wśród pustkowi
górskich dolin? PrzecieŜ odkąd Indianie przenieśli się do rezerwatów, ustały nie tylko
międzyplemienne krwawe spory, lecz i wszelkie wyprawy zbrojnych wojowników.
Byłem zaskoczony tą — przecieŜ nie do odrzucenia — propozycją wodza.
Prawdopodobnie tylko on sam będzie nam towarzyszyć. Bowiem gromada czerwono-
skórych, buszująca, nawet w najlepszych intencjach, poza granicami rezerwatu, wzbudziłaby
niepokój wśród farmerów i patroli Konnej Policji. Kto wie, czy nie zostałby ogłoszony stan
alarmu i ściągnięte wojskowe oddziały? Rzecz ciekawa: gdy Indian zmuszono traktatami do
nie przekraczania granic wyznaczonych im ziem i na wielkim amerykańskim lądzie prawie Ŝe
ustały walki z czerwonoskórymi, zagorzali wrogowie autochtonicznej ludności tego kraju
wyraŜali smętny Ŝal, Ŝe bezpowrotnie mija niepowtarzalna epoka wielkich czynów, wielkiej
odwagi i wielkich przygód...
Tak to sobie rozmyślałem podczas przemówień, wpatrzony w płomienie dogasającego
ogniska.
8 — Old Gray
Spotkania
Wielką trawiastą doliną, ograniczoną na zachodzie i na wschodzie bliźniaczo podobnymi
grzbietami postrzępionych gór, wędrowało na końskich grzbietach trzech męŜczyzn.
Dwu z nich nosiło stroje doskonale pasujące do tej pustej i dzikiej okolicy — skórzane
buty i spodnie, wełniane, kraciaste koszule i kapelusze o szerokich rondach, chroniących
zarówno przed skwarem, jak i przed deszczem. Trzeci z jeźdźców jeszcze bardziej pasował
do dziewiczego pejzaŜu. Wystarczyło spojrzeć na jego twarz, wystarczyło spojrzeć na
legginy, mokasyny i koszulę, by nie tylko zorientować się, Ŝe był Indianinem, ale i określić
jego przynaleŜność plemienną. Nie jest to zbyt trudną sztuką dla kogoś, kto od lat wędruje po
prerii i wśród gór, chociaŜ zupełnie nie osiągalną dla greenhorna.
Trzej wędrowcy posiadali długą broń. Biali — ukrytą w skórzanych kaburach
zwieszających się z siodeł, czerwonoskóry trzymał bardzo wysoką dwururkę w prawej dłoni,
lufą opartą o łęk. Konie przedstawiały się mniej okazale niŜ jeźdźcy, a najgorzej wyglądał
wierzchowiec wojownika: chudy i kudłaty podjezdek, z długim ogonem i długą grzywą. Lecz
kto z tego faktu wyciągnąłby niepochlebny wniosek o tym wierzchowcu, popełniłby błąd.
Koń Indianina był najczystszej krwi
114
mustangiem a niepozorną postać wyrównywała z nadmiarem olbrzymia wytrzymałość
fizyczna, duŜa odporność na głód i pragnienie, a przede wszystkim — szybkość, jaką mógł
rozwinąć. Mustang, po przejściu indiańskiej tresury, przypominał zachowaniem myśliw-
skiego psa. Ze swym czułym powonieniem i doskonałym słuchem potrafił ostrzec właściciela
przyuczonymi i cichymi parsknięciami o zbliŜaniu się obcego człowieka lub zwierzęcia.
Wymieniona trójka posuwała się powoli i — wbrew indiańskim zwyczajom — obok
siebie. Spoglądali dokoła uwaŜnie, jednak nieco leniwie, w przeciwieństwie do ludzi
tropiących upatrzony ślad. Raczej ciekawi otoczenia, które świeŜością wiosennej zieleni i
dziwacznym kształtem górskich szczytów, kępami drzew i wodami licznych strumyków
torujących sobie drogę przez dolinę, przyciągać musiało wzrok nawet mało wraŜliwego na
piękno przyrody człowieka.
Pora była wczesna i choć słońce przed kilkoma godzinami wyjrzało zza wschodniego
pasma wzniesień, daleko jeszcze mu było wędrować ku szczytowi nieba. Lekki wietrzyk
przyjemnie chłodził twarze, niosąc zapach ziół. Czułem go przy kaŜdym oddechu, bowiem
wśród jeźdźców posuwających się środkiem doliny znajdowałem się i ja. Dwaj inni — to
Karol Gordon i Wysoki Orzeł.
W wiosce indiańskiej, w Ukrytym Mieście, spędziliśmy aŜ trzy dni. Nic nie zmuszało do
pośpiechu, a nasi czerwonoskórzy przyjaciele pragnęli pokazać swe osiągnięcia gospodarcze.
JakŜe zmieniły się czasy! Jeszcze przed dziesięciu laty podstawą utrzymania Czarnych
Stóp było myślistwo, lecz zniknięcie bizonieh stad stworzyło pokaźną lukę w zaopatrzeniu w
Ŝ
ywność, mimo Ŝe po dzień dzisiejszy wędruje po tych ziemiach sporo płowej zwierzyny.
115
Wodzowie Czarnych Stóp trafnie przewidzieli skutki zniknięcia bizonów. NaleŜało szybko
obmyślić środki ratunku! Były dwa wyjścia: uprawa roli albo hodowla. Jedynie nieliczne
plemiona, głównie na ziemiach południowego zachodu, uprawiały rolę. I zajmowały się tym
wyłącznie kobiety, podobnie jak zbieraniem dzikiego ryŜu, dzikich owoców i jarzyn.
MęŜczyźni rzadko kiedy wykonywali tę rzekomo hańbiącą pracę. Dlatego usiłowania
bladych twarzy mające zachęcić Indian do rolnictwa kończyły się niepowodzeniem. Mądrzy
wodzowie Czarnych Stóp nawet nie próbowali skłonić swego ludu do rolnictwa.
Zdecydowali rozwinąć hodowlę bydła. Wprawdzie i ten projekt początkowo spotkał się z
oporem. Pasterstwo bardzo odbiegało od odwiecznych pojęć o prawdziwym Ŝyciu
wojownika. Gdyby nie upór Wysokiego Orła i Czerwonej Chmury, nigdy nie doszłoby do
realizacji projektu. A oto teraz, po siedmiu latach od chwili mojego pobytu w Ukrytym
Mieście, ujrzałem potęŜne stada krów, pilnowane przez konnych wojowników — na wzór
kowbojów. I chyba po raz pierwszy w dziejach czerwonych narodów Indianin poznał smak
krowiego mleka. Tu warto dodać, Ŝe indiańskie niemowlęta i małe dzieci nie były dotychczas
karmione mlekiem, a antyhigieniczny system odŜywiania stał się jedną z przyczyn duŜej
ś
miertelności wśród najmłodszych.
Jechaliśmy środkiem doliny, której krańców nie mogłem dostrzec nawet przy pomocy
lornetki. Nad brzegami strumyków przecinających nasz szlak widziałem liczne tropy
czworonogów — antylop, jeleni, łosi. Tylko raz zauwaŜyłem w miękkiej glinie ślad łap
zakończonych pazurami. Zatrzymaliśmy się w tym miejscu. Uznałem te odciski za
ś
wiadectwo niedawnej obecności misia, i poczułem się niezbyt dobrze wspomniawszy na
swe stare spotkanie z grizzlim, które omal nie skończyło się dla mnie tragicznie.
Karol równieŜ stwierdził, Ŝe to niedźwiedź buszował tu przed paru godzinami, lecz nie
grizzli. Odciski łap były zbyt małe, a kilka kłaków futra zostawionych wśród zarośli miało
czarnobrązową barwę. A więc nie szary rozbójnik gór, lecz raczej barribal, czyli niedźwiedź
czarny, drapieŜnik niezbyt groźny dla człowieka i podobno tak dobroduszny, Ŝe — jak
podŜartowują sobie traperzy — moŜna go nawet nauczyć robótek na drutach. Krótko
pogadaliśmy na ten temat rozwaŜając, czy warto tropić misia. Uznaliśmy jednak, Ŝe po zimo-
wym śnie niedźwiedź musi być chudy, mięso łykowate, a futro mało warte.
Wkrótce krajobraz zaczął się zmieniać. Zieloną płaszczyznę urozmaiciły liczne kępy
drzew. Takie tereny powszechnie nazywane są parkami.
Skorzystaliśmy z najbliŜszej kępy, gdy słońce zbyt mocno poczęło dogrzewać. Nad
płytkim strumieniem, w cieniu drzew, legli moi towarzysze, a ja wraz z nimi. Konie
rozkulbaczone, lecz spętane, piły wodę i skubały trawę. Wysoko sunęły po niebie pierzaste
obłoki, jakiś ptak o szerokich skrzydłach zataczał kręgi w powietrzu, a inny, ukryty wśród
gałęzi, odzywał się zabawnym głosem: najpierw wywodził trele, później wydawał dźwięk
podobny do klaskania.
Odpoczywaliśmy w milczeniu. LeŜałem wsłuchując się w delikatny bulgot strumyka, w
głos nieznanego ptaka i w szum drzew. Nagle wydało mi się, Ŝe dołączył się jakiś inny
dźwięk. WytęŜyłem słuch, lecz nie potrafiłem stwierdzić, co to takiego. Brzmiał przeciągle,
coś w rodzaju „hooo...".
— Karolu — przerwałem milczenie — słyszysz? Drgnął, wyrwany z zadumy.
— Co mam słyszeć? — ziewnął.
— Głos. Dziwny głos.
—
Och, to pewno ptak-przedrzeźniacz. Śmieszne
stworzenie. Potrafi naśladować nie tylko trele swych
117
pobratymców, lecz nawet dźwięk mechanicznych uderzeń.
— To nie ptak — uparłem się.
— Wydaje ci się.
Jak na złość tajemnicze „hooo" umilkło.
— Słyszałem głos przypominający wołanie człowieka.
— MoŜe to był... kujot?
— Karolu — oburzyłem się. — Nie ulegam słuchowym halucynacjom, a kujocich
szczekań nasłuchałem się dosyć. Poczekaj chwilę, moŜe na nowo się odezwie.
Jednak nikt czy nic nie dało znać o sobie. I to przez pełną godzinę. Zacząłem
przypuszczać, Ŝe Karol miał rację.
Wskoczyliśmy na siodła i ruszyli w dalszą drogę. A wówczas, po przebyciu mili czy
półtorej, „hooo!" powtórzyło się. Tym razem znacznie wyraźniej.
—
Słuchajcie! — krzyknąłem.
Karol zatrzymał konia.
— Hm — mruknął. — śaden czworonóg tak się nie odzywa. Co myśli o tym Wysoki
Orzeł?
— Człowiek — odparł wódz. — Tam — wskazał ręką przed siebie i nieco w lewo, gdzie
poczynały się dźwigać pierwsze zbocza górskie.
Ruszyliśmy kłusa, później galopem. Wspaniała była to jazda. Kopyta końskie roztrącały z
szumem gęste łodygi traw, a tętentu prawie Ŝe nie było słychać na tym miękkim,
szmaragdowym dywanie. Galopowaliśmy chyba z piętnaście minut, aŜ Wysoki Orzeł
zatrzymał wierzchowca i rozejrzał się dokoła, nieco bezradnie. Bo głos znowu zamilkł, a
wśród doliny porośniętej drzewami trudno dostrzec zwierzę lub człowieka.
— Widzicie co? — zapytał Karol.
— Trop — odparłem spokojnie i niedbale, chociaŜ duma rozsadzała mi piersi.
No, bo takie wygi preriowe, jak Indianin i Karol, przeoczyły wyraźny ślad biegnący
poprzez murawę.
118
—
Spójrzcie — i pokazałem ścieŜkę nadłamanych
i przyduszónych roślin.
Coś na kształt uśmiechu przemknęło przez oblicze wodza.
—
Orle Pióro ma sokoli wzrok, a my ogłuchliśmy na
mowę prerii.
AŜ sapnąłem z zadowolenia na taką pochwałę, chociaŜ pełną przesady.
Podczas naszej podróŜy rozmowa toczyła się po angielsku. Wódz władał tym językiem
dość poprawnie, na pewno lepiej niŜ ja mową Czarnych Stóp. Karol znał świetnie oba.
Więc ze strony Wysokiego Orła była to specjalnie okazywana mnie uprzejmość. Rozumia-
łem go doskonale, chociaŜ niekiedy wtrącał do angielszczyzny indiańskie zwroty.
Moi towarzysze zsiedli z koni, podeszli do tropu. Z wysokości siodła widziałem pasmo
pogniecionych traw, w jedną stronę ciągnące się prościutko ku północy, w drugą —
skręcające ku zboczu górskiemu. * — Dziwna historia — powiedział Karol. — Dwa podkute
wierzchowce trzy do czterech godzin temu przybyły tu z zachodu. I skierowały się ku
wzniesieniom. Po czym wróciły prawie tą samą ścieŜką. Dlaczego?
Jak gdyby w odpowiedzi na pytanie zabrzmiało: „hooo! hooo!"
Był to głos ludzki, nie ulegało wątpliwości. Pognaliśmy w tamtą stronę.
—
Koń! — zawołałem na widok zwierzęcia przywią
zanego długim rzemieniem do konara potęŜnego świer
ku. Pierwszego z grupy pięciu wyniosłych olbrzymów.
Przy pniu stał człowiek. Wrzasnął na nasz widok, juŜ nie Ŝadne: „hooo", lecz po prostu:
—
Ratujcie, dŜentelmeni! Piekielne rzemienie ani
rusz nie chcą puścić!
Rzeczywiście — nie chciały puścić. Nieznajomy był bardzo mocno przywiązany do
drzewa długim lassem.
119
Kto go tak urządził i z jakiego powodu? Dlaczego nie zakneblowano mu ust?
CzyŜby napastnikowi zaleŜało na tym, aby więzień mógł wzywać pomocy?
Pierwszy zeskoczyłem z siodła. Przy pomocy myśliwskiego noŜa
uwolniłem nieboraka. O mało nie runął na ziemię.
—
Dziękuję — przemówił ochrypłym głosem. — Ba
łem się, Ŝe z nadejściem nocy zjawi się tu jakiś pie
kielny grizzli i połknie mnie razem z rzemieniami. Po
zwólcie dŜentelmeni, Ŝe usiądę.
Natychmiast to uczynił.
—
Nie ma chyba nic gorszego, niŜ tak stać jak słup
przydroŜny, z którym kaŜdy moŜe uczynić, co zechce.
Nogi mi zdrętwiały — wyjaśnił.
121
Mówił szybko, nieco piskliwie, co czyniło zabawne wraŜenie.
— Jeśli kiedykolwiek spotkam tych, co mnie tak urządzili... — urwał, ale spostrzegłem,
Ŝ
e z pasją zaciska pięści.
— Ilu ich było? — rzeczowo spytał Karol.
— Dwu, ale ja widziałem tylko jednego. Drugi pew- , nie pilnował koni. Wracałem
spokojnie z gór, a oni na mnie napadli.
— Tak bez powodu?
— Powód był, nielichy! Znalazłem bonanzę, niewielką, po prostu maciupinkę, o tam...
— wskazał na dalekie szczyty, gdzie nad pasmami lasów srebrzyły się w słoń-su skaliste
turnie. — Wybrałem wszystko, do ostatniego ziarnka, i hajda z powrotem! Wydostałem
się z tych paskudnych gór, a później w dwa dni do tego właśnie miejsca doprowadziły
mnie jakieś złe demony. I stało się nieszczęście. Tego ranka upolowałem dwa indyki, a
Ŝ
e woreczek aŜ pękał od złotego piachu, wszystko wyglądało jak najlepiej. Indyki były
smaczne, miejsce wymarzone na nocleg, więc połoŜyłem się spać. A rankiem... ani ręką,
ani nogą nie mogłem ruszyć. Tak mnie elegancko opakowano. Wtedy ich zauwaŜyłem.
Bobrowali w moich manatkach. Zacząłem prosić, aby mi dali spokój, bo ja tylko biedny
traper. Na to jeden z nich roześmiał się i powiedział, Ŝe dopiero teraz zbiednieję, i
potrząsnął moim woreczkiem. Na nic się nie zdały zapewnienia, Ŝe po raz pierwszy w
Ŝ
yciu, i to zwykłym przypadkiem, odkryłem Ŝyłkę złota, Ŝe po raz drugi takie szczęście
juŜ mnie nie spotka. Ten z woreczkiem wrzasnął Ŝebym „zamknął jadaczkę", bo ją
zaknebluje. Jestem spokojnym człowiekiem, dŜentelmeni, nie lubię awantur, zamilkłem.
Chyba postąpiłem rozsądnie?
— Bardzo rozsądnie — potwierdził powaŜnie Karol, lecz w głosie dosłyszałem lekką
nutkę wesołości. — No i co dalej?
122
— Ano... przywiązali mnie do tego właśnie pnia. Przeklęty drab, który tego dokonał, kpił
sobie radząc, bym wracał do mojej bonanzy. W końcu oświadczył, Ŝe w nagrodę za moje
poprawne zachowanie się nie knebluje mi ust. Dodał jeszcze, Ŝe krępuje mnie delikatnie,
więc na pewno potrafię sam się oswobodzić. Powiedział równieŜ, Ŝe mu jest bardzo
przykro z powodu ograniczenia mej swobody ruchów, jednak nie Ŝyczy sobie, abym go
dopadł gdzieś w dalszej drodze. Słyszycie, dŜentelmeni? Ograniczył swobodę ruchów! A
ja mogłem zaledwie poruszać głową i palcami w butach. Bodaj go piekło pochłonęło!
Mimo Ŝe mi zostawił konia i broń. Mówił, Ŝe ma miękkie serce i wcale nie pragnie, abym
umarł z głodu na tym pustkowiu. Tak sobie kpił z bezbronnego. Później wskoczył na
siodło i odjechali.
— A gdzie był ten drugi? — MoŜesz opisać, jak wy-wyglądali? — wypytywał Karol.
— Hm... Najbardziej mnie zdziwiło, Ŝe ten, który mnie wiązał, nosił się z miejska.
Rozumiecie, dŜentelmeni, o czym myślę?
Przytaknęliśmy. Ja i Karol, bo Wysoki Orzeł przez cały czas rozmowy milczał jak głaz.
Nieznajomy nie zwracał nań uwagi, sądząc zapewne, Ŝe czerwonoskóry jest tylko wynajętym
przez nas przewodnikiem, a nie towarzyszem wyprawy.
— Powiem krótko, ten bandyta miał czarne włosy, czarny kapelusz i czarne ubranie. To
wszystko.
— Niewiele — zauwaŜyłem sceptycznie. — Takich ludzi mogą być miliony.
—
Ale nie na prerii, nie na prerii! — zaprotestował przybysz. — śaden westman nie
załoŜy na nogi miastowych półbucików, dobrych na spacery po ulicznym bruku.
— Półbuty? — zainteresował się Karol.
— A jakŜe! Oczywiście bez ostróg.
Zdumiałem się. Lecz kiedy właśnie chciałem głośno wyjawić swą myśl, mój przyjaciel
znaczącym gestem przyłoŜył palec do ust.
—
Porozmawiamy o tym później, Janie. A teraz...
jak wyglądał drugi napastnik?
Zagadnięty wzruszył ramionami.
— Albo ja wiem? Wcale go nie oglądałem. Pewnie pilnował koni.
— Nawet gdy odjeŜdŜali?
— Ba, wskoczyli na wierzchowce za moimi plecami. PrzecieŜ nie mogłem odwrócić się, a
oni zniknęli jak duchy. Jeszcze raz dziękuję wam i nigdy nie zapomnę. Zostaniecie tu na
noc? Chętnie się przyłączę do towarzystwa. Nie ma nic gorszego od samotnej wędrówki.
Poczułem to na własnej skórze.
Chciałem odpowiedzieć, Ŝe nie mamy nic przeciw temu, lecz nie zdąŜyłem. Przeszkodził
mi Wysoki Orzeł.
— Preria nie ma granic, lecz czas moich białych braci jest ograniczony. Ruszamy.
Howgh!
— A ja?
— Czy bladej twarzy coś dolega?
— No... nie.
— Czy koń potrafi unieść go na grzbiecie?
— Oczywiście — odparł nieznajomy, a wyraz zdziwienia odmalował się na jego twarzy.
—
Więc niech zostanie lub rusza własną ścieŜką.
Były to bardzo ostre słowa, wręcz grubiańskie. Nie
mogłem pojąć, co w zachowaniu nieznajomego tak bardzo rozgniewało Wysokiego Orła.
ś
eby nieco złagodzić wraŜenie, zaproponowałem, Ŝe moglibyśmy zostawić trochę Ŝywności.
Podziękował.
W minutę później ruszyliśmy ku północy.
—
Bywajcie! — wrzasnął za nami.
Tylko ja pomachałem kapeluszem na poŜegnanie. Ani Karol, ani wódz nawet się nie
odwrócili. Przez pierwsze pół godziny pędziliśmy równolegle do
124
zboczy doliny, aŜ dotarliśmy do strumienia przecinającego nam szlak. Wysoki Orzeł wjechał
w wodę, lecz zamiast skierować się ku przeciwległemu brzegowi, posuwał się środkiem
koryta, ku wschodowi. Naśladowaliśmy go. Co skłoniło wodza do wybrania drogi mającej
zatrzeć nasze tropy, nie wiedziałem. Wędrówka korytem rzeczki trwała dość długo. Wreszcie
wyjechaliśmy na brzeg i odtąd aŜ do zmierzchu pędzili to kłusem, to galopem.
Obóz wypadł nam nad małym jeziorkiem, w cieniu kilku drzew bawełnianych. Język mnie
— jak to się popularnie określa — świerzbił, lecz bohatersko powstrzymałem się od pytań aŜ
do chwili, gdy rozpaliliśmy ognisko. Nasz wieczorny posiłek wypadł skromnie. Tego dnia
nie upolowaliśmy nawet marnego indyka, pozostał więc wędzony boczek, suchary i kawa.
Nadaremnie czekałem, aŜ Karol lub Wysoki Orzeł wyjaśnią przyczynę tak niegrzecznego i
pospiesznego rozstania się z uratowanym przez nas człowiekiem. Dlatego odwaŜyłem się
zapytać:
—
Wytłumacz mi, Karolu, co to wszystko znaczy?
Zamiast niego odezwał się Indianin.
—
Tamta blada twarz mówiła dwoma językami.
Oznaczało to, Ŝe wędrowiec kłamał. Jaki jednak po
wód skłonił wodza do takiej oceny?
Karol okazał się mniej wstrzemięźliwy w słowach.
— Sądzisz, Ŝe był to traper?
— MoŜe traper, moŜe eksplorer — wzruszyłem ramionami. — Najprawdopodobniej i
jedno, i drugie.
— Najprawdopodobniej... kłamca, nie umiejący kłamać z sensem.
— Bezpodstawne posądzenie —'oburzyłem się.
— Tak ci się tylko wydaje. Widziałeś ładunek jego konia?
— Widziałem.
— Więc zapewne zwróciłeś uwagę na kilof?
125
— Na kilof? Nie przypominam sobie. Jednak... chyba on nie miał kilofa?
— Nie miał, Ani miski do przemywania złotego piasku, ani łopaty.
Rzeczywiście, poszukiwacz złota bez kilofa, bez łopaty? Gdyby nawet znalazł
przypadkiem złotą Ŝyłę, czym wydobyłby kruszec? Palcami? Absurd.
— Być moŜe skłamał — przyznałem niechętnie — lecz niewinne to kłamstwo.
— Tak? To skąd miał złoto, które rzekomo mu zrabowano?
Na to pytanie nie znalazłem odpowiedzi.
— A moŜe je ukradł? — monologował Karol — a moŜe w ogóle go nie miał? Więc niby z
czego mieli go okraść napastnicy?
— No, racja... — przyznałem.
— Więc nie dziw się, Ŝe Wysoki Orzeł chciał jak najszybciej pozbyć się tak podejrzanego
towarzystwa.
— JuŜ się nie dziwię — odparłem — jednak zastanawia mnie opis jednego z napastników.
Z ubioru i barwy włosów wyglądał na Fryderyka Randalla.
— OtóŜ to właśnie! — przerwał mi Karol. — Czy wyobraŜasz sobie doktora-greenhorna
napadającego na sprytnego włóczęgę?
— Nie wyobraŜam sobie — przyznałem szczerze.
— A ja — mówił dalej Karol — przypuszczam, Ŝe sprawa przedstawiała się wręcz
odwrotnie. To ten włóczęga był złodziejem, a Randall jakimś cudem umiał się obronić.
Karę ograniczył do skrępowania napastnika licząc, Ŝe wkrótce sam uwolni się z więzów.
— To nieprawdopodobne — zaprotestowałem. — Po pierwsze dlatego, Ŝe moim zdaniem
pan doktor nie potrafiłby tego dokonać, po drugie, Ŝe tam było dwu rzekomych
napastników.
— Jeśli ten włóczęga nie kłamał. A moŜe zresztą Randall spotkał kogoś po drodze?
126
—
Lecz... te półbuciki bez ostróg! Wszystko mi psują. Randall jest niedołęgą, niezdolnym do
pokonania pre-riowego wygi. Ale opis ubrania pasuje doń jak ulał. CzyŜ to moŜliwe, aby po
prerii w tym samym czasie podróŜowało dwu ludzi jednakowo ubranych?
— Nie wykluczam tej moŜliwości. Jednak był to chyba Randall.
— Tajemnicza historia — mruknąłem.
— MoŜe i tajemnicza. Jedno w niej jest jasne: uwolniony przez nas człowiek nie parał się
eksplorerstwem. Co o tym sądzi czerwony brat?
— Język Wielkiego Bobra powiedział prawdę, a jego myśli odkryły właściwy trop.
Howgh!
Wobec takiej opinii skapitulowałem. Wydarzenia, jakie nastąpiły później, dowiodły
jednak, Ŝe ze słusznych pozornie przypuszczeń czy domniemań moŜna wyciągnąć fałszywe
wnioski. Ja się myliłem, lecz mylili się równieŜ Karol i Wysoki Orzeł.
Tego wieczoru nie mówiliśmy juŜ więcej o nieoczekiwanym spotkaniu. Gdy gwiazdy
zaczęły mrugać na ciemniejącym niebie, przygasiłem ognisko. Kolejność dyŜurów, jak
zwykle, rozstrzygnęło losowanie. Wyciągnąłem najkrótszy patyczek, co oznaczało pierwszą
wartę. Wielce zadowolony — bo dzięki temu nie groziło mi przerwanie nocnego spoczynku
— po dwu godzinach pełnienia swego obowiązku obudziłem Wysokiego Orła, otuliłem się
kocem i zasnąłem jak niedźwiedź w zimowej gwarze. JakŜe krótko dane mi było spać. O
czwartej nad ranem obudził mnie huk dwu strzałów, a w kilka minut później Karol i wódz
przyciągnęli świeŜo upolowaną antylopę. Ta zbyt wielka w stosunku do naszych potrzeb
ilość mięsa opóźniła poranny wymarsz. Wysoki Orzeł przysmaŜył co prawda znakomite,
krwiste steki, lecz ile ich moŜna zjeść za jednym razem?
Po szybko spoŜytym śniadaniu moi towarzysze za-
127
jęli się pilnie zamianą reszty antylopiego mięsa na kawałki pieczeni. Tylko w takim stanie
mogło ono przetrwać najbliŜsze dwa, trzy dni. Nadmiar mięsa powoduje równie powaŜne
kłopoty jak jego niedostatek, ba, pociąga za sobą karygodne marnotrawstwo. Traperzy i
westmani często zostawiali całe sztuki upolowanej zwierzyny, wykrawając z nich drobne
kawałki na jednorazowy posiłek. Następnego dnia znowu polowali i historia się powtarzała.
Wytrzebienie bizonów było, poza innymi przyczynami, rezultatem tego rodzaju
postępowania.
PoniewaŜ dwu ludzi całkowicie wystarczyło do preparowania zapasu na dalszą wędrówkę,
ja zająłem się czyszczeniem i pojeniem wierzchowców. Gdy na koniec puściłem je na świeŜą
trawę, poczułem nieodpartą chęć snu. Zabrałem koc i siodło i powlokłem się w zaciszne
miejsce wśród drzew. MoŜe ktoś by powiedział, Ŝe prawdziwy westman tak by nie postąpił?
Hm... jednak ja bardzo kiepsko daję sobie radę z oprawianiem czworonogich trofeów i
bardziej bym przeszkadzał niŜ pomagał. Obudził mnie Karol wrzeszcząc:
—
Wstawaj, śpiochu!
Znów ruszyliśmy w,kolorowy świat pierwotnej przygody. Słońce juŜ wyjrzało zza gór,
wśród wysokich traw błyszczały ostatnie krople wysychającej rosy. Dzień zapowiadał się
pięknie, było mi lekko na duszy i radośnie. Cieszyła mnie myśl, Ŝe przez miesiące przebywać
będę z dala od zakurzonych, dusznych ulic i murów miasta, od monotonnego trybu Ŝycia. Tu
wszystko było odmienne. Nawet wiatr, który nagle, gdy słońce minęło szczyt nieba, zleciał
na nas ze skalistych turni. Jednocześnie kłębiaste zwały chmur nadbiegły z zachodu i dokoła
pociemniało. Błyskawica wy-prysnęła z czarnego nieba, srebrnym zygzakiem połączyła
firmament z ziemią. W chwilę później odgłos
128
grzmotu wypełnił dolinę, powracając ku nam czterokrotnym echem.
Wysoki Orzeł podniósł prawicę.
—
Niech moi bracia pospieszają za mną.
Skręcił koniem i pojechał wprost ku niedalekim zboczom górskiego masywu.
Gnaliśmy galopem poprzez ciemność rozświetlaną raz po raz błyskawicami. Konie
chrapały i kładły uszy po sobie, a ja nie potrafiłem powstrzymać się od myśli, Ŝe jeśli
przypadkiem wjedziemy na teren skopany przez pieski preriowe, oznaczać to będzie
koniec naszej wyprawy. W najlepszym wypadku stracę po raz drugi wierzchowca, w
najgorszym — skręcę kark.
Po jakimś czasie Karol zatrzymał się i zeskoczył na ziemię. Od tego miejsca pięła się
wąska steczka, pokryta drobnym gruzem. Mimo coraz gęściej szego mroku widziałem
dokładnie zad konia mego przyjaciela i wiodłem swego wierzchowca krok w krok za
tamtym. ŚcieŜka stawiała się coraz bardziej stroma. Nagle Karol zniknął mi z oczu.
Zupełnie jakby pod ziemię się zapadł. Wkroczyłem w ciemność. Ogarnął mnie chłód i
cisza mącona jedynie odgłosami stąpania ludzi i zwierząt. Znalazłem się wewnątrz
skalnej jaskini.
Za moimi plecami niebo rozjarzyło się na kilka sekund zielonkawym światłem,
którego blask rozproszył ciemności. Ujrzałem wodza, Karola, gładkie ściany groty i jej
półkoliste sklepienie. Po chwili zamigotał malutki płomyczek, zniŜył się ku ziemi i
zaraz czerwony jęzor ognia ogarnął wiązkę chrustu piętrzącą się na środku
piaszczystego dna jaskini. To Wysoki Orzeł tak szybko odnalazł zgromadzony tu opał.
Przez kogo — nawet nie usiłowałem odgadnąć.
W tym nowym oświetleniu jaskinia wydawała się długa, bez końca. Wódz powiódł
nas w daleką głąb, gdzie wąski korytarz przekształcał się w półokrągłą komnatę. Tu
umieściliśmy wierzchowce. Ku memu
9 — Olg Gray
129
zdziwieniu zobaczyłem mały zbiornik owalnego kształtu, jakby wykuty ludzką ręką w
twardym podłoŜu. Ciurkał doń strumyk wody nie przelewając się poza brzegi. Widocznie
musiał gdzieś znajdować się jakiś niewidoczny odpływ. Ujrzałem równieŜ stos wyschłych
traw nastroszonych pod kamienną ścianą. Ktoś widać gospodarował w tej jaskini,
zaopatrując ją w opał i paszę dla zwierząt. Spora sterta grubych konarów — i do tego
porąbanych — spoczywała tuŜ przy wejściu. A za tym wejściem nadal błyskało i grzmiało,
aŜ wreszcie lunął deszcz tak gwałtowny i gęsty, Ŝe zdawało się, jakby wodospad spadał z
górskich wysoczyzn nad kamiennymi wrotami naszego schroniska.
Siedłiśmy na derkach wokół trzaskających iskrami gałęzi i grzali dłonie. Bardzo się
ochłodziło.
— Pewnie przyjdzie nam tu nocować — smętnie zauwaŜył Karol. — Kiedy Wysoki Orzeł
odkrył tę jaskinię?
— Nie ja ją odkryłem, lecz człowiek o srebrnych włosach, którego wy nazywacie Old
Gray.
— To tajemniczy człowiek. Co wie o nim Wysoki Orzeł? — zapytał Karol.
— Zjawia się niespodziewanie jak chinook, gorący wiatr, który topi śniegi na szczytach
gór i prerię z białej odmienia w zieloną. Później znika, jak znika chinook, i rzeki na nowo
stają w swym biegu. Jego słowa są dobre, a serce nie zna trwogi.
— Old Gray — dodał po chwili milczenia wódz — pomógł nam odszukać złodziei bydła.
—
Dawno to było? — zaciekawił się Karol.
Wysoki Orzeł wyprostował dwa palce swej dłoni.
—
Rosła wówczas świeŜa trawa. Złodzieje zjawili
się w nocy, tam — wskazał ręką za siebie.
Ten gest nie określał nawet w przybliŜeniu miejsca napadu, lecz dla nas nie miało to
znaczenia.
—
Blade twarze zabiły jednego wojownika, a dwu
130
raniły. Porwały dziesięć razy po dziesięć i jeszcze raz tyle krów, które pasły się u podnóŜa
gór. Dopiero nad ranem powiedziano mi o tym. Ruszyliśmy, gdy dzienna gwiazda poczęła
wspinać się po skalnych ścieŜkach. Lecz tamci zmylili tropy. Rozdzieliły się na cztery strony.
Byli chytrzy jak lisy.
—
Dwieście sztuk bydła zostawia bardzo wyraźny
ś
lad — wtrąciłem.
Kiwnął głową.
—
Orle Pióro nie myli się. Siad był wyraźny. Zbyt
wyraźny, dlatego kłamliwy. Nie wiedzieliśmy, który
mi tropami naleŜy wędrować. Wtedy zjawił się Old
Gray. Zdawało się, Ŝe wyskoczył z wnętrza góry, jak
duch, a to była właśnie ta jaskinia. Widział, jak skra
dzione bydło pędzono ku północy, jak podzielono je
na cztery stada. Moi biali bracia wiedzą, jak trudno
jest zatrzeć ślady wielu krów i jak trudno zmusić je
do szybkiego biegu. Złodzieje liczyli na to, Ŝe podzie
liwszy stado zdołają ukraść chociaŜ jego część. Kaza
łem moim wojownikom równieŜ podzielić się. Old Gray
przekonał mnie, Ŝe nie jest to konieczne. Ruszyliśmy
jednym tylko tropem. Old Gray radził jechać powoli,
aby tamci nabrali przekonania, Ŝe zaniechaliśmy po
ś
cigu. Posłuchałem go i nikt nie sprzeciwił się moim
rozkazom. Jednak wiedziałem, Ŝe serca wojowników
Czarnych Stóp nie są chętne takiej wędrówce. Noc
spadła na ziemię, a oczy nasze nie dostrzegły końca
tropu. Legliśmy wśród traw. Nikt nie odezwał się, lecz
ja począłem wątpić w prawdę słów białego brata. I rze
kłem sobie, Ŝe gdy minie następny dzień, a nie dości
gniemy porwanych krów, roześlę wojowników tam
i tam — tu rozłoŜył ręce jak kierunkowskazy — gdzie
wschodzi dzienna gwiazda i gdzie kryje się w ojcu
wód, i gdzie staje u szczytu nieba. Jednak tak nie po
stąpiłem.
Umilkł i.,spojrzał na nas badawczo.
131
— Znaleźliście stado — krótko stwierdził Karol.
— Znaleźliśmy — potwierdził wódz. — Spełniło się wszystko, o czym mówił Old Gray.
Złodzieje najpierw gnali bydło w czterech grupach, później połączyli je. Nad wielką rzeką,
której wezbrane wody nie zezwoliły na przejście. Rozpierzchli się na nasz widok jak
indyki, gdy orzeł poczyna krąŜyć na niebie.
— Ruszyliście w pogoń? — pytał Karol. Wysoki Orzeł wykonał gest
przeczenia.
— Wasze mustangi były zmęczone? Znowu gest przeczenia.
— Old Gray radził zaniechać pościgu. Tłumaczył nam, Ŝe gdy krew splami trawę prerii,
przybędą czerwone kurty. On tak powiedział: „czy moi bracia pragną oglądać ludzi, którzy
otoczą wioski Czarnych Stóp, Ŝądając wydania wojowników, jacy walczyli ze złodziejami,
czy teŜ chcą spokojnie powrócić na pastwiska wraz z odzyskanym stadem?" Więc
zawróciliśmy.
— A Old Gray? — zapytałem.
— Odprowadził nas tylko do skały, w której znajduje się ta jaskinia. Rzekł, Ŝe odtąd ma
ona być schronieniem znanym tylko jemu i wojownikom naszego narodu. Później
odjechał.
— Dokąd? — wtrąciłem.
— KtóŜ wie, dokąd wiatr wieje? Old Gray wędruje własnymi ścieŜkami. Zjawia się i
znika, jak duch prerii, o którym opowiadają najstarsi przy wieczornych ogniskach. Howgh!
Ostatnie słowo oznaczało, Ŝe temat został wyczerpany. Więc ani ja, ani Karol nie
powróciliśmy do niego. Tak zakończyła się jeszcze jedna próba dowiedzenia się czegoś
więcej o Siwowłosym.
Następnego dnia, jeszcze leŜąc na wiązce siana, ujrzałem światło poranka sączące się
poprzez otwór
132
jaskini, jakieś zamazane, niewyraźne. Wnętrze naszego schroniska wypełniał dym drapiący
w gardle i wyciskający łzy z oczu.
— Wstawaj — rozkazał Karol. — Musimy stąd uciekać. Fu, jak dusi!
— Co się stało?
— śadnego przewiewu. Popatrz!
Podszedłem do wyjścia. Za skalnymi drzwiami, powyŜej i poniŜej, kłębiły się tumany
nieprzeniknionych mgieł.
—
A to pięknie — mruknąłem. — Pogoda wyma
rzona do jazdy.
—
Wolisz tkwić w tej dziurze?
Zaprzeczyłem.
—
No, to siadaj. Tu masz suchary, tu boczek, a tu
kawa. Zwijaj się, a ja zagaszę ognisko.
Skończyłem śniadanie i wybiegłem przed jaskinię. Otaczała mnie wata! Gęsta, wilgotna
wata. Do tego ciepła. Coś obrzydliwego. Poczułem na twarzy, na rękach kropelki wilgoci. I
w tę watę mieliśmy się teraz zagłębić. JakŜe paskudnie zapowiadał się dzień!
W ciemnym wnętrzu groty zatupotały kopyta. Wysoki Orzeł wiódł trójkę naszych
wierzchowców.
Ś
cieŜka, którą naleŜało zejść, wydała mi się drogą samobójców. Wiedziałem, Ŝe z prawej
strony spada w dół prawie pionowa ściana skalna, obecnie niewidoczna. Z lewej — podobna
ś
ciana pnie się ku górze. NieostroŜny krok mógł zakończyć się katastrofą. Moje wędrówki z
Karolem nauczyły mnie nie przeceniać niebezpieczeństw, ale teŜ ich nie lekcewaŜyć. Jednak
tym razem czułem zwykły ludzki strach, a odwagi nie dodawało zachowanie się
wierzchowca, którego prowadziłem trzymając krótko za uzdę. Koń chrapał, chwilami
przystawał okazując groźne dla mnie i dla siebie oznaki zdenerwowania. Klepałem go po
szyi, a nawet przemawiałem doń czule, byle tylko odzyskał spokój.
133
Po kilkunastu dalszych krokach wszystko powtarzało | się od nowa.
Zejście, mimo Ŝe posuwaliśmy się jak ślimaki, nie trwało długo obliczając według
zegarka, lecz dla mnie była to droga bez końca. Rzeczywiście jej końca nie potrafiłem
dostrzec, oddzielony kurtyną mgieł. Gdy znalazłem się wraz z towarzyszami u stóp góry,
byłem mokry od potu z gorąca i z fizycznego wysiłku.
Widoczność na dole wcale nie była lepsza. Mogliśmy jednak posuwać się śmielej po
płaskiej równinie. Poprzez kłębiące się opary dostrzegałem trawy i krzewy rosnące w
odległości piętnastu-dwudziestu kroków ode mnie, dalej wszystko rozpływało się w białej
mgle.
Pierwszy ruszył Wysoki Orzeł. Czekałem, aŜ Karol zajmie kolejne miejsce, lecz on
skinął na mnie.
— Lepiej, jeśli pojadę na końcu — wyjaśnił.
— Spodziewasz się zasadzki? — zaŜartowałem.
— Przy takiej widoczności łatwo się zgubić. Pojechaliśmy truchtem. Starałem się
trzymać tak
blisko wodza, aby móc obserwować jego plecy i zad mustanga. Wiedziałem, Ŝe mgła
stanowi zawsze niebezpieczeństwo dla jeźdźca, nawet gdy posuwa się znaną sobie drogą, a
cóŜ dopiero w trakcie wędrówki przez obcy mu teren? Liczyłem na to, Ŝe Wysoki Orzeł po-
trafi nas uchronić od przykrych niespodzianek. Posiadał przecieŜ instynkt człowieka
pierwotnego, zatracony przez nas — blade twarze — wśród zdobyczy cywilizacji.
Smętnie przedstawiała się nasza wędrówka. Nie tylko z powodu Ŝółtwiego tempa, lecz i
z powodu milczenia, jakie musieliśmy zachować. Przy braku widoczności słuch bowiem
powinien zastąpić wzrok. Co pewien czas obcierałem twarz mokrą od kropelek rosy, a kark
mego konia lśnił wilgocią. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się jechać w takiej duchocie
poprzez ścianę tumanów, poprzez kraj, o którym wiatr nagle zapomniał. A do
134
tego jakŜe męczyły ciągła czujność i nadsłuchiwanie. KtóŜ z nas potrafił odgadnąć, co kryje
się przed nami? Człowiek, zwierzę drapieŜne, a moŜe po prostu jakaś jama, przez którą koń
moŜe złamać nogę. CzyŜ nie lepiej było przeczekać ten dzień w jaskini?
Tak sobie myślałem wpatrzony w plecy Wysokiego Orła. Nagle plecy te przestały się
kołysać charakterystycznym dla wolno jadącego człowieka ruchem. Błyskawicznie
ś
ciągnąłem wodze. Niewiele brakowało, a potrąciłbym indiańskiego mustanga.
Wysoki Orzeł podniósł rękę. Powtórzyłem ten znak Karolowi. Natychmiast ucichł odgłos
końskich stąpań i ogarnęła mnie cisza tak intensywna, jakby zamarło wszelkie Ŝycie, a świat
pogrąŜył się w pustce. Bardzo nieprzyjemne uczucie. Czemu wódz nakazał nam stanąć?
Delikatnym ruchem wyciągnąłem broń, lufę oparłem na łęku. Mijały sekundy, później
minuty, a zza białej kurtyny rozciągniętej dokoła nas nie wyjrzało ani zwierzę, ani człowiek.
—
Co tam? — szepnąłem.
Wódz odwrócił głowę i podobnym szeptem odpowiedział:
—
Rzeka.
Zdziwiłem się. CóŜ to za powód do przerwania jazdy? I dlaczego Wysoki Orzeł słowo
„rzeka" wypowiedział w języku Algonkinów? Chyba musiał być czymś bardzo przejęty i
mimo woli uŜył ojczystej nazwy.
Usłyszałem teraz plusk, jakby ktoś szedł przez wodę. Plusk powtórzył się, ba — wiele
plusków, jak gdyby grupa ludzi lub czworonogów przeprawiała się w poprzek nurtu
niewidocznej rzeczki. Wytrzeszczyłem oczy i po chwili przez białe opary dostrzegłem zama-
zaną sylwetkę jeźdźca. Posuwał się wolno, wprost na nas, coraz bliŜej i bliŜej, aŜ na koniec
moje oczy rozróŜniły barwę jego stroju — jaskrawoczerwoną kurtę.
135
Wsunąłem broń do kabury. Wysoki Orzeł odwrócił głowę i rzekł:
—
Czerwone kurty. Niech Wielki Bóbr przemówi.
Wierzchowiec Karola z szelestem roztrącanych traw
przesunął się obok mnie i z kolei wyprzedził indiańskiego mustanga.
— Hej, tam! — zabrzmiało z głębi mgły. — Zatrzymać się!
— Hej, tam! — odkrzyknął Karol obruszony gru-biańskim wezwaniem. — ZbliŜcie się,
nie jesteśmy poŜeraczami niemowląt!
— Co takiego?!
— Właśnie to. Czekamy na dzielnych chłopców. Schowajcie flinty. No jazda, śmiało!
Karol miał ostry język, lecz wiedział kiedy go uŜyć. Po jego zaproszeniu ukazał się nie
jeden, lecz trzech jeźdźców w czerwonych kurtach, granatowych spodniach ze złotymi
lampasami, długich butach i szero-koskrzydłych, okrągłych kapeluszach. Takie mundury nosi
kanadyjska policja, której pełna nazwa brzmi: Północno-zachodnia Konna Policja *.
Powstała w roku 1873 jako siła zbrojna dla ochrony prawa i porządku na obszarach
zachodnich prerii. Przez parę pierwszych lat swego istnienia jej głównym zadaniem była
ochrona osadników i robotników budujących linie kolejowe przed napadami Indian. Później
obowiązki te zostały rozszerzone na zwalczanie przestępstw kryminalnych, wzorem policji
innych krajów.
Z historią powstania Konnej Policji związana jest pierwsza grupowa wyprawa, skierowana
na bezdroŜa kanadyjskiego Dalekiego Zachodu. Oto 8 lipca 1874
Nazwa policji dwukrotnie uległa zmianie: w 1904 r. dodano słowo: „Królewska", od 1920 r. — Królewska
Kanadyjska Konna Policja.
136
roku wyruszyła z punktu zbiórki, leŜącego o 60 mil na południe od Winnipeg, długa (jakoby
na dwie mile) kolumna koni i wozów. Brało w niej udział 275 ludzi, 310 koni, 142 woły w
zaprzęgach, 93 sztuki bydła przeznaczonego na mięso, 114 lŜejszych wozów i 73 platformy
cięŜarowe. Policjanci zostali wyposaŜeni w krótką broń palną, w dwie armatki i dwa
moździerze. Oddział ubrano w szkarłatne kurty tej samej barwy, jaką nosiły regularne pułki
brytyjskiej armii.
Wędrówka trwała cztery miesiące, przebyto ponad tysiąc mil bardzo trudnego szlaku.
Trzaskały osie wozów na bezdroŜach, a na obszarach pozbawionych wody padały z
pragnienia i głodu zwierzęta. Mimo to wyprawa spełniła swe zadanie i to bez strat w
ludziach: zlikwidowano przemyt wódki dostarczanej z południa, szmuglowanej poprzez
granicę Stanów Zjednoczonych, wyłapano handlarzy rozpijających Indian, zawarto szereg
pokojowych umów z miejscowymi plemionami, co pozwoliło na wzniesienie pierwszych w
tej okolicy fortów. Nie była to jedyna tego rodzaju wyprawa, lecz największa, stanowiąca
generalny egzamin dla powstałej przed rokiem słuŜby bezpieczeństwa. JednakŜe praca w
policji kanadyjskiej nie jest łatwa, wymaga równieŜ duŜej sprawności fizycznej i
umiejętności orientowania się wśród bezkresnych obszarów. Dla zachęty do tej
niebezpiecznej słuŜby, kaŜdy policjant — który by przez trzy lata wykonywał wzorowo swe
obowiązki — moŜe otrzymać bezpłatnie 160 akrów ziemi pod uprawę i osiedlić się na niej,
pełniąc jednocześnie rolę opiekuna osadników okolicznego terenu.
Z przedstawicielami takiej na pół wojskowej organizacji spotkaliśmy się obecnie. Był to
oczywiście przypadek, lecz jakŜe dziwnym mi się wydał, gdy środkowy z czerwonych
jeźdźców wrzasnął wesoło:
—
Do licha! Co za niespodzianka! Karol Gordon! Co tu porabiasz, chłopie?
137
— Mitchell, jeśli mnie oczy nie mylą! — odkrzyknął Karol. — Ciągle na
słuŜbie?
— Ciągle.
Podjechali do siebie strzemię w strzemię, poczęli się ściskać i poklepywać po
plecach tak energicznie, aŜ zląkłem się, Ŝe obaj wylecą z siodeł. Gdy nastąpił kres
hucznej radości, Mitchell poprawił kapelusz i zagadnął rzeczowym tonem:
138
—
Kogo tam wiedziesz z sobą, Karolu? Przez tę pie
kielną mgłę nie widać ani świata, ani ludzi.
—
Janie — powiedział mój przyjaciel — ukaŜ się...
Podjechałem trzy kroki.
— Hę? — mruknął policjant. — Twarz jakby znajoma, lecz skąd?
— PrzecieŜ spotkaliśmy się juŜ dwa razy, sierŜancie...
— Janie, gdzieś podział oczy? Tylko mgła potrafi cię usprawiedliwić. PrzecieŜ to
porucznik Gary Mitchell!
— Bardzo przepraszam.
— Głupstwo. Och, juŜ wiem! Pan towarzyszył Karolowi. Na prerii. Oczywiście. A
później była Osada Dziesiątej Mili.
- -=- W następnym roku spotkaliśmy się powtórnie — wtrąciłem.
— Zgadza się. Pan jest tym wędrującym lekarzem, który szuka guza. To jasne. A kto to
ten trzeci? Indianin? Przewodnik?
— Znasz go równieŜ — zauwaŜył Karol. — Wysoki Orzeł nam towarzyszy.
— Dokąd zmierzacie?
— Do miejsca, gdzie moŜna by jeszcze napotkać antylopy, jelenie i wielkorogie owce.
— Na pewno coś się za tym kryje.
— Przysięgam... — zabawnym tonem odparł zagadnięty.
— Daj spokój, daj spokój. Ja tylko Ŝartuję.
— Ech, Gary, Gary. Nawet w Ŝartach wyłazi z ciebie policyjna dusza. A teraz puścisz nas
czy będziesz trzymał we mgle?
— Co ty gadasz! Chodźcie, moi drodzy. Tam z tyłu, nad rzeczką, znajduje się mały
cypelek. Doskonałe miejsce do pogawędzenia o tym i owym. Nie chmurz się, Karolu, to
tylko propozycja, nie rozkaz.
140
Zawrócił koniem prawie w miejscu. To samo uczynili dwaj jego podkomendni. Nasza
trójka poczłapała ich śladem. Mgła wydawała się rzednąć. Wkrótce dostrzegłem ciemny pas
zarośli, jakie ciągnęły się na prawo i na lewo, niknąc w białych tumanach. W końcu
dojrzałem i wodę — szary nurt, nad którym wisiały jak susząca się bielizna porozciągane
pasemka mgły.
—
Tu zaczyna się przesmyk — ostrzegł nas głos po
rucznika — lepiej zejść z koni.
DroŜyna była wąska. Czułem, jak pod nogami grunt lekko się ugina, a przy kaŜdym
stąpnięciu bulgocze niczym najprawdziwsze bagno. Nieco dalej teren rozszerzał się. Mitchell
się zatrzymał.
— MoŜecie puścić zwierzęta — powiedział. — Jesteśmy na półwyspie.
— KtóŜ to moŜe wiedzieć — nieco zgryźliwie zauwaŜył Karol. — Wyprowadziłeś nas na
grzęzawisko. Paskudne miejsce.
— Nie takie paskudne, jak się wydaje. Dalej jest zupełnie sucho. Sam zobaczysz, jak tylko
mgła opadnie.
Jednak Karol nie dał się przekonać.
—
Wydobądź kołek, Janie — zwrócił się do mnie —
i dobrze uwiąŜ konia, jeśli nie chcesz go stracić.
Poza Karolem i mną nikt inny nie przywiązał konia. Wysoki Orzeł posiadał
wytresowanego mustanga i mógł polegać na jego rozwadze, lecz postępowanie trójki
policjantów wydało mi się co najmniej lekkomyślne.
—
Siadajmy — zaproponował Mitchell. — Sucho tu
i bezpiecznie, a zresztą... 0'Neil, idź na koniec cypla
i nasłuchuj.
Trawa okazała się nieco wilgotna wbrew twierdzeniu porucznika. Sucho na pewno tu nie
było, a czy bezpiecznie?
141
— No więc? — zaczął Karol. — O co chodzi? Czuję, Gary, Ŝe głowa ci puchnie od
nadmiaru przygotowanych pytań.
— Przesadzasz. Dawno jesteście w drodze?
— Powiedzmy... pięć dni, jeśli pamięć mnie nie zawodzi.
— Hm... nie jest to zbyt ścisła odpowiedź, ale mniejsza z tym. Spotkałeś kogo w ciągu
tych pięciu dni?
— Cały tłum wędrowców.
— Karolu! To powaŜna sprawa.
— O, na pewno. Sprawa powaŜna i tajemnicza. Jeśli nam nie ufasz, nie pytaj. Jeśli ufasz,
powiedz wreszcie, o co chodzi. I zdecyduj się na to, nim mgła opadnie, bo wówczas nie
pozostaniemy tu ani chwili dłuŜej.
— No i po co te dąsy — zagadał Mitchell. — Przed wami nie mam powodu niczego
ukrywać. Chciałem sprawę wyjaśnić na końcu, lecz skoro sobie Ŝyczysz...
— śyczę — twardo odpowiedział Karol. — Znamy się przecieŜ od dawna, więc nie
traktuj nas jak pierwszych lepszych włóczęgów, których bierze się na spytki.
— Przepraszam — głos porucznika naprawdę zabrzmiał przepraszająco. — Wszystko
przez mgłę. Działa mi na nerwy. I cała ta awantura... Posłuchajcie. Przed dwoma bodajŜe
tygodniami dokonano napadu na pociąg linii Pacyfiku. Siedem mil na zachód od stacji
Acton, wieczorem, w miejscu gdzie tory zataczają dość ostry łuk i maszynista musi
hamować. Najpierw odczepił ktoś wagony znajdujące się zaraz za ambulansem
pocztowym, a w kilka minut później i sam ambulans. W ten sposób parowóz pojechał dalej
juŜ tylko z dwoma wozami bagaŜowymi.
— I maszynista nic nie zauwaŜył? — zdziwił się Karol.
— Owszem, spostrzegł, Ŝe coś nie jest w porządku,
142
lecz dopiero po przebyciu ponad mili. Podobno dlatego, Ŝe zaraz za łukiem szyny biegną
pochyłością w dół. Pociąg tam jedzie szybciej. Tak brzmi raport, jaki nam dostarczono, bo w
Acton nie byłem. Maszynista, zauwaŜywszy zgubę, cofnął się i odnalazł ambulans wraz z
dwuosobową załogą. Obaj pracownicy poczty zostali związani, wnętrze wagonu opróŜnione
z najcenniejszego ładunku: około pięćdziesięciu tysięcy dolarów zapakowanych w dwa
skórzane, zaopatrzone w specjalne zamki i oplombowane worki. Według zeznań
uwolnionych, w Acton wpuścili do wagonu męŜczyznę w mundurze kolejarza. Bardzo ich o
to prosił mówiąc, Ŝe pragnie się wyspać po całonocnej słuŜbie, a wagony pasaŜerskie są
przepełnione. W kilkanaście minut później poczuli, jak wagon zwalnia biegu. Lecz to ich nie
zaniepokoiło. Na tym odcinku trasy pociągi zawsze hamują ze względu na ostry zakręt.
Dopiero gdy ambulans zatrzymał się, doszli do wniosku, Ŝe coś jest nie w porządku. Myślę,
Ŝ
e były to dwie niedołęgi. Bo z kolei, zaskoczeni przez tego kolejarza, pod groźbą rewolweru
otworzyli drzwi wagonu. Wówczas wskoczył tam drugi rabuś. Obu pocztowców, jak juŜ
mówiłem, skrępowano, zrewidowano i zabrano klucze od pancernego schowka, w którym
przewoŜono pieniądze. Resztę łatwo' odgadnąć. Rabusie czmychnęli.
— Oczywiście mieli konie w pobliŜu — zauwaŜył Karol.
— A mieli, lecz ten fakt został stwierdzony dopiero następnego dnia. Niedaleko miejsca
napadu znaleziono odciski kopyt dwu wierzchowców. Nim maszynista na nowo
zmontował cały skład pociągu i cofnął się do Acton, było juŜ dobrze po dziesiątej
wieczorem. Nim z Acton wyruszył patrol policji, dobiegła północ. Dzięki temu na ślady
natrafiono dopiero rankiem następnego dnia. Trop był wyraźny, Ŝe ślepy by dostrzegł,
143
więc wszystko zapowiadało się pomyślnie, a zakończyło... fatalnie.
— MoŜesz dalej nie mówić — odezwał się Karol. — Niczego nie znaleziono, trop został
zgubiony. To jasne.
— Mylisz się. Znaleźli, a jakŜe! Najpierw kolejarską kurtę i czapkę, nieco później oba
rozprute worki po pieniądzach. Nic więcej.
— Wszystko to oznacza, Ŝe ty, Gary, gonisz rabusiów. To chyba beznadziejny pościg. Po
tylu dniach od chwili napadu zdołali ukryć się tam, gdzie ich nawet diabeł nie odnajdzie.
Pewnie w którymś z wielkich miast. Ba, przecieŜ nie masz ich rysopisów! Będziesz
rewidował wszystkich napotkanych po drodze wędrowców? Grzebał w ich bagaŜach? —
wyraził swe wątpliwości Karol.
— Zbyt szybko wnioskujesz, stary wygo. Gdyby rzecz wyglądała tak, jak przypuszczasz,
nie włóczyłbym się po wertepach Lecz mój pościg ma sens. A dlaczego, jak sądzisz?
Mój przyjaciel wzruszył ramionami.
— Odkryłeś jakieś nowe ślady?
— Nie. Ale wiem, za kim gonię.
— Brawo! Masz cień nadziei, Ŝe twój wyścig zakończy się pomyślnie. Rozpoznano
rabusiów?
— I tak, i nie. Wyobraźcie sobie, Ŝe przed rokiem na tej samej linii dokonano podobnego
napadu: odczepiono wagony, kiedy pociąg na zakręcie zwalniał biegu. W ambulansie
pocztowym równieŜ jechał obcy męŜczyzna, rzekomo kolejarz. Gdy wagon stanął, zjawił
się drugi rabuś. Potem odkryto ślady dwu koni. Niestety gwałtowne deszcze całkowicie
zatarły końskie tropy. Tak więc ostatni napad był wiernym powtórzeniem poprzedniego.
Ktoś sobie opracował schemat. I doszedł do wniosku, Ŝe jest on bezbłędny. Udało się za
pierwszym razem, uda się za drugim.
Mimo woli wykonałem głową ruch przeczenia.
144
Twierdzenie porucznika uznałem za naciągnięte. ZauwaŜył to.
— Pan się nie zgadza, doktorze?
— Sądzę — odparłem — Ŝe dokładne powtórzenie akcji o niczym jeszcze nie
ś
wiadczy. Trafiają się przecieŜ znakomici naśladowcy, a pierwszy rabunek na pewno
został dokładnie opisany przez wszędobylskich reporterów gazet. Nie było tak?
— Było. Napad został opisany nawet dwukrotnie. Powtórnie, gdy schwytano jednego
ze sprawców. Niestety, ten waŜniejszy czmychnął na dobre.
— Połowiczny sukces — sceptycznie zauwaŜył Karol.
— Znowu się mylisz. Twoja niewiara w nasze moŜliwości bywa doprawdy
chorobliwą — Ŝachnął się Mitchell.
— No, no. Nie sierdź się. Jestem pełen uznania dla twych osiągnięć, lecz tym razem
przeszkody na drodze do celu są chyba nie do pokonania.
— Wiem o tym. Nasz poprzedni sukces wcale nie okazał się połowicznym, bo
schwytany wspólnik napadu był doskonałym źródłem informacji. Od niego wiemy, Ŝe
rabusie zaraz po napadzie rozdzielili się, kaŜdy ze swoją częścią łupu, przy czym
schwytany posiadał niewielką część zrabowanych pieniędzy. Twierdził Ŝe tyle
otrzymał. Na pewno było to zgodne z prawdą. W śledztwie wyszły na jaw dalsze
szczegóły. Człowiek ten naleŜał do słuŜby kolejowej i trudnił się scze-pianiem i"
rozczepianiem wagonów. Niebezpieczna to praca, nic dziwnego, Ŝe marzyła mu się
bezpieczniejsza, lepsza kariera Ŝyciowa. I nagle błysnęło mu światełko nadziei. W
podrzędnym barze pewnego dnia spotkał jakiegoś „eleganta" — tak go określał —
który postawił mu kilka kolejek oraz wypytywał dokładnie o jego pracę. Po tygodniu
znowu spotkali się i znów rozmowa dotyczyła pracy na kolei. „Elegant" pytał
10 — Old Gray
143
między innymi, czy wagony mogą się same odczepić podczas jazdy.
— Oszczędź nam tych detali, Gary — zaprotestował Karol — bo nie skończysz przed
nocą. Zgaduję juŜ: wagony ,same" się poodczepiały w odpowiednim czasie i miejscu. Czy
ten schwytany wspólnik jechał pociągiem?
— Nie, wskoczył, gdy pociąg zwolnił na zakręcie. Poodczepiał wagony, a gdy ambulans
stanął, a parowóz odjechał, znajdował się na dachu tego ambulansu. W pocztowym
ambulansie odbywał swą podróŜ jedynie „elegant" przebrany zą kolejarza. Tak zeznał.
— A konie? Kto przyprowadził konie? — zapytał Karol.
— Konie czekały w pobliŜu. Przyprowadził je właśnie pracownik kolejowy, o którym
mówię. Uwiązał zwierzęta, później wskoczył do wagonu. Lecz nie to jest waŜne.
NajwaŜniejsze, Ŝe nasz kolejarz podał nam dokładny rysopis zbiegłego. Dobrze mu się
przyjrzał. Twierdzi, Ŝe do końca Ŝycia nie zapomni nawet jednej zmarszczki na twarzy
tego człowieka, który go skusił czy raczej opętał.
— KimŜe jest ten twój „elegant"? — zniecierpliwił się Karol.
— Niejaki Joe Shoes, albo Joe Starr, albo Joe Kelly. MoŜe słyszałeś o nim?
— PrzecieŜ nie słuŜę w policji — zaśmiał się Karol — i nie ścigam przestępców. Zgaduję
jednak, Ŝe ta mnogość nazwisk nie ułatwia sprawy.
— Nie mylisz się. To typowy błękitny ptaszek, fruwał tam, gdzie bez pracy moŜna Ŝyć.
Nawet wygodnie. Na podstawie rysopisu policja dogrzebała się w archiwach sądowych i
więziennych osoby pasującej jak ulał do sylwetki „eleganta". Bo „elegant" juŜ raz siedział
w areszcie za kradzieŜ koni. Po kilku tygodniach zdo-
146
łał uciec i ślad po nim zaginął. Teraz jest jasne, Ŝe oba napady na pociągi były jego dziełem.
— Czy pan jest tego pewien? — wtrąciłem się. — Wiele ludzi podobnych do siebie
mieszka w tym kraju i o pomyłkę nietrudno.
— Jestem pewien, doktorze. Cała policja jest tego pewna. PrzecieŜ uwięzieni w
ambulansie pocztowcy równieŜ mieli czas dobrze przyjrzeć się rzekomemu kolejarzowi
podczas ostatniego napadu. Ich informacje pokrywają się dokładnie z informacjami
schwytanego przed rokiem wspólnika. Dorzucili ponadto wiele szczegółów, na przykład
związanych z obuwiem rabusia.
— Z obuwiem? — zdziwiłem się.
— A tak, doktorze. To niby drobiazg, przecieŜ bardzo obciąŜający pana Shoes. Proszę
odgadnąć skąd wzięło się to przezwisko? *
— MoŜe pracował u szewca?
— Gdzie tam! Mam ja swoją teorię, a ona mi powiada, Ŝe kaŜdy zawodowy złodziej,
rabuś czy po prostu bandyta po kilku latach działalności otrzymuje przezwisko nadane mu
przez przestępczy światek. Takie przezwisko zazwyczaj ukazuje jakąś charakterystyczną
cechę danej osoby: sposób wysławiania się, deformację fizyczną, ubiór. Joe Kelly czy Joe
Shoes chodził w półbutach. MoŜe ma zniekształcone stopy, dlatego nie nosi długich
butów, a moŜe zaleŜy mu na elegancji? W kaŜdym razie w obu wypadkach napastnik nosił
półbuciki! Zabawne, co?
— Sprytnie to wykalkulowałeś, ani słowa! Jednak nie bierzesz pod uwagę zbiegu
przypadkowych okoliczności. One często prowadzą fałszywym tropem. IleŜ to ludzi nosi
półbuciki!
— Zgoda, lecz kto uŜywa takiego obuwia do długiej wędrówki na końskim grzbiecie?
Shoes (ang.) — półbuty, trzewiki
147
— Kto? — roześmiałem się — a chociaŜby pan Fryderyk Randall z Ottawy!
— Ech, doktorze! Po miejskich ulicach najczęściej spaceruje się w półbutach.
— AleŜ Randalla spotkaliśmy nie w mieście, lecz na prerii. Tutaj!
Mitchell wyprostował się gwałtownie.
— Kiedy?
— Przed paru dniami, lecz proszę do tego faktu nie przywiązywać wagi. Nie sposób
przecieŜ podejrzewać botanika z Ottawy o napad na pociąg.
— Botanika? A skąd wiecie, Ŝe jest botanikiem?
— Oglądaliśmy jego zielnik — wyręczył mnie w odpowiedzi Karol — poza tym... to
skończony niedołęga i cud prawdziwy, Ŝe jeszcze się uchował i nie zginął z głodu na
prerii. Widzisz więc, Gary, Ŝe to obuwie nie jest takim najpewniejszym atutem.
— Hm, moŜe masz rację. Ale... opowiedzcie mi o tym człowieku.
— O naszym botaniku? Doskonale. Więc... kiedyŜ to było? — zwróciłem się do Karola.
— Nie pamiętasz?
— No... krótko po rozstaniu się z Old Grayem...
-— Old Gray! — zainteresował się policjant. — Dlaczego mi o nim nie wspomniałeś,
Karolu?
— Musisz o wszystkim wiedzieć? Old Gray nie nosi półbutów.
— Nie kpij. Słucham, doktorze — zwrócił się do mnie.
— Według moich obliczeń Randalla spotkaliśmy pięć dni temu.
— Pozwól — przerwał mi nagle Karol i nie czekając na zgodę opisał bardzo dokładnie
wygląd botanika, a nawet sposób wysławiania się.
— Nie, to nie jest Joe Shoes — pokiwał głową Mitchell. Nawet kolor włosów się nie
zgadza. Joe ma ja-
148
sne, wasz botanik ciemne, no i rzeczywiście wyjątkowy niedołęga. Nikogo więcej nie
spotkaliście?
— Owszem — odparł Karol — przedziwnego typa, który skarŜył się, Ŝe go obrabowano.
ChociaŜ ja podejrzewam, Ŝe to on właśnie próbował rabunku. Za co został przykładnie
ukarany.
— Brzmi to nieco zagadkowo. Nie bądź taki skąpy w słowach, Karolu.
— To juŜ moŜe ja opowiem — powiedziałem. — Karol od początku był uprzedzony do
tego nieszczęśnika.
Streściłem, jak mogłem najdokładniej, dziwne spotkanie z dziwnym eksplorerem. Mitchell
wysłuchał mnie uwaŜnie, zadał kilka pytań związanych z wyglądem uratowanego przez nas
człowieka.
— Rzeczywiście dziwna historia — stwierdził. — Lecz to nie jest osobnik, za którym
gonię. Pan powiedział, doktorze, Ŝe napadło go dwu ludzi?
— Tak twierdził, ale jednocześnie wyznał, Ŝe widział tylko jednego i tylko jednego nam
opisał. A ten jeden, och prawda, byłbym zapomniał... nosił półbuty!
Karol zaśmiał się cicho.
— Widzisz, Gary? Preria aŜ roi się od miejskiego obuwia. I co ty na to?
— Opisany napastnik — dodałem — bardzo mi przypominał doktora Randalla.
Mówiliśmy o tym, pamiętasz, Karolu?
— Pamiętam — stwierdził krótko.
— Chciałbym ujrzeć tego odkrywcę skarbów — wyraził swe Ŝyczenie porucznik. —
Kiedy napotkaliście go?
— Przed dwoma dniami.
— Daleko stąd?
— W tej samej dolinie — wyjaśniłem. — On bardzo nawet pragnął nam towarzyszyć, lecz
Karol sprzeciwił się temu.
149
— Dlaczego?
— Bo — wytłumaczył Karol — uznałem tego typa za kłamcę.
— Jaka szkoda — westchnął policjant. — Ja potrafiłbym z niego wydobyć prawdę. Kto
wie, moŜe to właśnie Joe Shoes tak go potraktował? Gdyby nie mgła, natychmiast
ruszyłbym w pościg. Prawdziwy pech.
— Przypuszczasz, Ŝe ten Shoes od dwu tygodni kręci się po prerii? Nieprawdopodobne. Z
pewnością schronił się gdzieś w mieście.
— MoŜe tak, moŜe nie. Postawiliśmy na nogi wszystkich ludzi, w pobliŜu nie ma
większych miast, a w osiedlach kaŜdy przybysz zwraca na siebie uwagę. Jemu pozostaje
tylko jedna droga ratunku: przedostać się przez granicę Stanów. A Old Gray nie
wspominał wam o jakimś przypadkowym spotkaniu?
— Nie — odparłem.
— Dziwny z niego człowiek. Wygląda na to, Ŝe czegoś tu szuka. A moŜe kogoś?
Próbowałem pociągnąć go za język. To chytra sztuka i nic z tego nie Wyszło.
— Old Gray po prostu poluje — zauwaŜyłem.
— Poluje, to pewne, lecz ile razy go spotkam, tyle razy odnoszę wraŜenie, Ŝe nie
polowanie jest głównym celem jego wędrówek.
— PrzecieŜ nie ambulanse pocztowe — zaŜartowałem.
— Och nie! Znam się trochę na ludziach i taką myśl dawno juŜ wykluczyłem. Spójrzcie
— zmienił nagle temat — przeciera się.
Tuman mgieł rzednął. Jeszcze w dole kłębiła się wata, lecz wyŜej białe pasma rozpływały
się. Błysnęło słońce. W jego promieniach dostrzegłem oba brzegi rzeczki, a po chwili
rosnące dalej kępy drzew i krzewów.
— No — odezwał się Karol wstając — chyba juŜ nas puścisz?
— Puszczę, puszczę, stary kpiarzu. PrzecieŜ ja was
150
w ogóle nie zatrzymywałem. Pomyślnych łowów, Karolu, wielu trofeów, doktorze, a tobie,
Wysoki Orle, chociaŜ jednej bizoniej skóry. Gdyby jednak... — przerwał i machnął ręką.
— Zgaduję, co chciałeś powiedzieć — rzekł mój przyjaciel. — Gdybyśmy napotkali
twojego eleganta, mamy go aresztować. Nie tak?
— Wspaniale odczytujesz cudze myśli. Lecz nic z tego. Nie macie niestety prawa go
aresztować.
— I nie mamy zamiaru. Od czego są czerwone kurty?
— Oczywiście. Jaka szkoda, Ŝe nie jedziemy w tym samym kierunku.
— Janie! — zawołał Karol komicznie przeraŜonym głosem. — Wskakuj na siodło. Jeszcze
chwila a porucznik Mitchell zaangaŜuje nas jako zwiadowców. Bywaj, Gary!
Zagadki
Trzy następne dni upłynęły dość monotonnie. Jedynym urozmaiceniem naszej wędrówki
było upolowanie jelenia z gatunku wapiti, który niespodziewanie, w samo południe, wyszedł
nam naprzeciw z wysokich traw. Wiatr dął w naszym kierunku i wspaniały rogacz został
chyba równie jak my zaskoczony spotkaniem. Trofeum przypadło w udziale Karolowi. Zapo-
wiedź zmiany jadłospisu przyjąłem z wielką radością, przysmaŜanego boczku miałem dość
— jak mi się zdawało — na całe Ŝycie. Spotkało mnie gorzkie rozczarowanie. Upolowana
sztuka była samcem nie pierwszej juŜ młodości, a jej mięso okazało się twarde i Ŝyłowate. Po
prostu nie do jedzenia. Karol przyznał, Ŝe strzelając do jelenia strzelił... kapitalne głupstwo.
Wiadomo bowiem, Ŝe wapiti Ŝyją w niewielkich grupkach, a samotnicy to z zasady bardzo
wiekowe sztuki, niegodne strzału. I tak mogliśmy jedynie podziwiać wspaniałe rogi, waŜące
chyba ze 100 funtów*. Stanowiłyby ozdobę mojego gabinetu w Milwaukee i obiekt zazdrości
wielu myśliwych. Lecz zarówno cięŜar, jak i rozmiary uniemoŜliwiły transport. Przyszło
więc zostawić i poroŜe, i mięso. Jedynie skórę, uprzednio natartą
100 funtów, czyli ponad 45 kg 152
/ ciepłym popiołem drzewnym, aby zbytnio nie stwardniała, zabrał
Wysoki Orzeł.
Widocznie jednak los postanowił wynagrodzić nam monotonię dotychczasowej wędrówki
i dostarczyć tak zwanych silnych wraŜeń. Czwartego dnia, licząc od spotkania z Mitchellem,
dotarliśmy do końca doliny, nad poprzeczny, zielony wał. Nie była to przeszkoda trudna do
sforsowania. Ot, po prostu trawą pokryte wzniesienie. Coś w rodzaju niskiej przełęczy
między dwoma równoległymi pasmami stromych zboczy. Nawet nie zsiadaliśmy z koni.
Przed nami niewielkie skałki tu i tam sterczały na zboczu, a dalej u krańca pochyłości
wiosenna ruń falowała aŜ ku dalekiemu horyzontowi. Na prawo wał przełęczy, niczym
szeroka grobla, piął się ku niebosięŜnym turniom, na lewo stromizna była nieco łagodniejsza.
Przełęcz dźwigała się stopniowo, by wpłynąć niczym zielona rzeka w skalną bramę,
strzeŜoną przez dwie kamienne iglice. To juŜ druga przełęcz, znacznie wyŜej usytuowana.
Zatrzymaliśmy konie.
—
Owce — powiedział Wysoki Orzeł i wskazał dłonią tam, gdzie ciemne iglice bodły
błękitne niebo swymi szpicami.
Widoczność była znakomita, jednak nie dostrzegłem ani śladu czworonogów. Sięgnąłem
po lornetkę. Zawsze ją zabieram na dalekie wyprawy, a Karol, który początkowo pokpiwał z
mego nawyku, podczas którejś wizyty w Milwaukee zaopatrzył się w równie dobre szkła.
Dopiero teraz na tle kamiennej ściany dojrzałem podłuŜną głowę, zwieńczoną parą
potęŜnych, ku tyłowi zakrzywionych rogów. KtóŜ by nie poznał tego mieszkańca gór —
owcę wielkorogą, zwaną równieŜ wielkorogiem. Jej brunatne, miejscami szarawe runo
prawie stapiało się z barwą skały. Skąd się tu wziął mieszkaniec niedostępnych szczytów?
153
—
Ładna sztuka — zauwaŜył pogłosem Karol. —
GdybyŜ tak podeszła nieco bliŜej...
— Nawet nie marz o tym. Dziwne, czemu zawędrowała w dolinę. Słyszałem, Ŝe te
zwierzęta jedynie zimą opuszczają górne partie skał.
— MoŜe ją coś wystraszyło? Patrz — szepnął Karol — stoi nieruchomo, ani drgnie.
Jestem pewien, Ŝe nas widzi. Jednak nie ucieka.
— ŚcieŜka — powiedział Wysoki Orzeł. — Jeśli moi bracia zostawią konie... — wykonał
dłonią ruch kolisty. — Za tamtą skałą znajduje się przejście.
Pojąłem, o co mu chodzi. OtóŜ w połowie odległości między nami a skalną bramą biegła w
bok wąska, z osypiska piargów powstała dróŜka. Niedostępna dla wierzchowca, ale nadająca
się do pieszej wspinaczki.
— Co ty na to, Karolu?
— Warto spróbować. MoŜe w ten sposób zdołamy zbliŜyć się na odległość strzału.
Idziemy?
— Idziemy? — powtórzyłem spoglądając na wodza.
— Im więcej osób, tym większy hałas — odparł Indianin. — Zostanę tutaj.
Wydobyłem broń i ruszyłem krok w krok za Karolem. ChociaŜ szanse upolowania owcy
wydawały się nikłe, ani mi w głowie było rezygnować. Mój przyjaciel stąpał powoli,
stawiając długie posuwiste kroki. Naśladowałem go. KaŜdy szybszy ruch mógł spłoszyć
zwierzę.
Trawiaste podłoŜe urwało się, zaczęła się stromizna usiana ostrymi kamykami, które mimo
naszej ostroŜności usuwały się spod nóg z cichym szelestem. Spociłem się z wysiłku, zanim
osiągnęliśmy kamienną platformę, ograniczoną z przeciwległej strony wałem bezładnie
narzuconych kamieni. Za tym wałem leŜała skalna brama. Wspiąłem się, wystawiłem głowę.
Owca znajdowała się tam, w tym samym miejscu, w którym
154
zauwaŜyliśmy ją na początku. Zdumiewające! Dlaczego tkwiła bez ruchu? Nie skusiła jej
obfitość poŜywienia, bo jak okiem sięgnąć szare skały, bez źdźbła trawy ani nawet mchu.
Jednak odległość między nami a zwierzęciem okazała się nadal zbyt wielka, tym bardziej Ŝe
załamanie kamiennej iglicy częściowo kryło owcę. W takich warunkach celny strzał był
więcej niŜ wątpliwy. NaleŜało jeszcze kawałek podejść. Lecz przeciwległy stok kamiennego
wału tworzył prawie prostopadłe zbocze.
—
Co teraz? — szepnąłem do Karola. — Rezygnuje
my?
PrzyłoŜył do oczu lornetkę, popatrzał w dół, później w bok i pokręcił przecząco głową.
—
Skoro juŜ tutaj jesteśmy...
Jak on sobie to wyobraŜał? Wzruszyłem ramionami i pokazałem palcem groźną stromiznę.
Znowu przecząco potrząsnął głową. Wyciągnął dłoń poziomo.
—
Tam — szepnął mi w ucho. — Tam jest obej
ś
cie. Widzę...
Pochylony pomaszerował wzdłuŜ kamiennego wału, aŜ do miejsca gdzie skalna platforma
zmieniała się w wąski grzbiet kształtu siodła, o bokach opadających łagodnie na obie strony.
Ruszyłem za nim, coraz niŜej i niŜej, aŜ zaledwie kilka stóp wysokości dzieliło nas od
poziomu, na którym znajdowała się owca. Karol chwycił mnie za ramię, przytrzymał, jakby
przycisnął ku ziemi, co oznaczało, Ŝe mam tu zostać, połoŜył palec na wargach. Później
skradającym się krokiem począł schodzić. Nie trwało to długo. Ujrzałem, jak skulił się,
prawie rozpłaszczył i... zawrócił.
— To na nic — szepnął znalazłszy się obok mnie. — Owca czmychnie, nim naciśniemy
cyngiel. Ale po tamtej stronie wije się ścieŜka znacznie wygodniejsza.
— Daj spokój — powiedziałem zniechęcony.
155
—
A jednak... — uparł się. — Kto wie? Zostań tu, Janie, spróbuję po raz ostatni. Zajmę
stanowisko przy ścieŜce.
Nic na to nie odpowiedziałem. Po kilku krokach mój przyjaciel skrył się między skałami.
Czekałem ze wzrokiem utkwionym w spadającą przede mną pochyłość. Tylko tu mogła
pojawić się spłoszona owca. Upłynęło kilka minut, gdy usłyszałem łoskot. Coś jakby wielki
głaz runęło z wysokości, za moimi plecami. Odwróciłem się natychmiast i znieruchomiałem.
Bowiem widok, jaki ujrzały moje oczy, zaskoczyłby nawet najbardziej doświadczonego
trapera.
Kilkanaście kroków ode mnie, po zboczu siodła, na którym stałem, biegł potęŜny
czworonóg o skudłaco-nym, brązowoszarym futrze. Zdrętwiałem.
Oto po raz drugi w Ŝyciu spotkałem największego z drapieŜników Ameryki, jeśli nie
ś
wiata? Waga jego sięga niekiedy ponad tysiąc funtów *, jednak nie przeszkadza mu to
biegać niezwykle szybko, nawet po trudnej drodze. Grizzli tym róŜni się od innych gatunków
niedźwiedzi, Ŝe atakuje nie sprowokowany, a jedno dotknięcie jego łapy, zakończonej
ostrymi jak stal pazurami, zdziera z ofiary skórę. Jeśli nie zostanie trafiony w głowę, umie
ranny gnać za strzelcem jeszcze dobre kilkadziesiąt jardów.
Teraz znalazłem się oko w oko z sapiącym potworem, nie mogąc uskoczyć chociaŜby za
skalny załom. Automatycznym ruchem przycisnąłem kolbę do ramienia. O czym wówczas
myślałem? Chyba w ogóle nie myślałem, kierując muszkę w sam środek czoła zwierzęcia.
Nie było to łatwe. Potwór raz pochylał łeb, raz go podnosił, a wściekłe chrapanie brzmiało
mi w uszach jak dzwon bijący na trwogę. Wiedziałem, Ŝe szary niedźwiedź zawsze atakuje
przednimi łapami, musi więc
1000 funtów, czyli ponad 450 kg
156
się wyprostować. Sięga wtedy wzrostem, a częściej jeszcze przewyŜsza dorosłego
męŜczyznę. Nie wolno czekać na tę ostatnią chwilę, bo byłaby równieŜ ostatnią w Ŝyciu
myśliwego.
JuŜ miałem pociągnąć za cyngiel, gdy rozległ się huk wystrzału. Jeden, po sekundzie
drugi. Niedźwiedź raptownie zwolnił biegu, zakołysał się i... padł!
— Zabiłeś go! — wrzasnął mi nad uchem Karol.
— Ja? -— odparłem na pół przytomny.
— AleŜ zabiłeś!
Zsunął się po pochyłości i lufą swej strzelby dźgnął nieruchomy stos Ŝółtoszarego futra.
— Martwy jak głaz, gratuluję ci.
— AleŜ to nie ja!
— Czemu się wypierasz? Po co ta zabawa w skromność?
— Daję ci słowo, Ŝe nie zdąŜyłem wystrzelić. To pewnie Wysoki Orzeł.
Rozejrzeliśmy się dokoła. Ani śladu Indianina. Zeszedłem pochyłością, ostroŜnie
dotknąłem martwe trofeum, obejrzałem łeb zwierzęcia. Dosięgły go dwa pociski: jeden w
ś
rodek czoła u nasady nosa, drugi — dziw nad dziwy — w oko! Po takim jednym strzale
kaŜde inne zwierzę padłoby na miejscu, lecz grizzli potrafił jeszcze biec spory kawałek.
— Jak to się stało? — wypytywał Karol.
— Ten potwór zaskoczył mnie, gdy wypatrywałem owcę.
— I nadal twierdzisz, Ŝe nie strzeliłeś?
— Nadal.
— Ha, wobec tego jakiś znakomity myśliwy musiał cię uprzedzić. Lecz gdzieŜ on moŜe
być?
— Nie wiem. Poczekajmy chwilę, na pewno się zgłosi po swą zdobycz.
Czekaliśmy minutę, dwie, dziesięć...
—
Jakoś nie nadchodzi — zauwaŜył nieco ironicz-
157
nym tonem mój przyjaciel. — A moŜe w ogóle nie istnieje?
— Chyba powinniśmy go poszukać. MoŜe wpadł w jakąś szczelinę biegnąc
mi na pomoc...
— Nie fantazjuj — przerwał mi w połowie zdania. — Zresztą, dobrze,
popatrzymy.
Ruszyliśmy sprawdzać. Tu i tam. Tędy i owędy. Bez rezultatu. Na skałach i
kamiennych piargach nie ma sposobu odszukać jakichkolwiek śladów.
Wreszcie zadyszani i wściekli, siedliśmy na płaskim głazie.
— A moŜe jednak strzelałeś? Przypomnij sobie.
V
— Nie rób ze mnie idioty! — krzyknąłem w zdenerwowaniu, — UwaŜasz,
Ŝ
e straciłem zmysły?
— Wybacz, lecz doprawdy nie wiem, co mam o tym wszystkim sądzić.
— Ja równieŜ — odparłem nieco gwałtownie, bowiem posądzenie mego towarzysza
dopiekło mi do Ŝywego. Zdarza się niekiedy, Ŝe pod wpływem wielkiego wzruszenia straci
się na pewien czas świadomość, lecz przecieŜ w takim stanie nie moŜna połoŜyć trupem
szarego niedźwiedzia!
— A co z owcą? — zapytałem po chwili przerwy.
— Uciekła. Twoje dwa... przepraszam... czyjeś dwa strzały spłoszyły ją i mnie. Szukamy
dalej?
— Niewiele brakuje, a uwierzę w duchy spieszące na pomoc samotnym myśliwym.
Poczekaj — zastanowiłem się — czemu owca nie uciekała na nasz widok?
— Nie wiem.
— A ja domyślam się. OtóŜ przed sobą miała trzech ludzi, z lewej strony drogę odciął jej
grizzli, a z prawej — tajemniczy strzelec.
— Wygląda to prawdopodobnie, lecz gdzieŜ ten strzelec? Zapadł się pod ziemię? Jakoś
trudno uwierzyć w istnienie człowieka dobrowolnie rezygnującego z kłów i pazurów
szarego niedźwiedzia.
— MoŜe nie kaŜdy — odparłem — przywiązuje taką wagę do myśliwskich trofeów?
Jednak jeszcze raz naleŜy przeszukać najbliŜszą okolicę. Pójdę po Wysokiego Orła.
— Idź. I zostań przy koniach. Aby ich przypadkiem nie uprowadził tajemniczy strzelec.
Nie lubię takich tajemnic.
Pobiegłem ścieŜką poprzez urwiska i piargi ku zielonej przełęczy. W kilku słowach
wyjaśniłem sytuację. Wódz kiwnął głową i ruszył pod górę. Zostałem sam, W niezbyt
spokojnym nastroju. Nie z powodu grizzli. Było rzeczą wątpliwą, by mógł się tu pojawić
drugi taki okaz. Nękała mnie myśl o dziwnym strzelcu. Dlaczego się krył?
160
Nasłuchiwałem jakichkolwiek odgłosów, wytrzeszczałem oczy w kierunku skalnej
bramy — wszystko na próŜno. Rozbudzona fantazja podsuwała najprzeróŜniejsze
obrazy. Raz widziałem juŜ Karola i wodza rozmawiających z okutanym w skóry
męŜczyzną, kiedy indziej, jak spuszczali się na dno stromej rozpadliny, aby nieść
ratunek leŜącemu nieruchomo człowiekowi. Czas upływał, nieobecność moich
przyjaciół przeciągała się ponad miarę mej cierpliwości. Wreszcie ich dostrzegłem.
Tam, w górze. Niby parę karzełków. Nikt im nie towarzyszył. Gdy na koniec podeszli
ku mnie, Karol powiedział:
—
To musiał być chyba duch, który rozpłynął się
w powietrzu. Szukaliśmy dokładnie, a wszystko, co zna
leźliśmy, to te dwie łuski.
Podał je na otwartej dłoni.
—
LeŜały na kamieniu — wyjaśnił — kilkanaście
kroków od miejsca, w którym padł niedźwiedź. Poza
tym Ŝadnych śladów. Teraz juŜ uwierzyłem, Ŝe to nie
ty, Janie, strzelałeś.
Więc jednak mnie podejrzewał!
Łuski nie mogły pasować do mojej broni, zbyt były wielkie. To ostatecznie
przekonało Karola.
— Zabieram na pamiątkę — oświadczyłem wrzucając mosięŜne gilzy do kieszeni.
— A co z niedźwiedziem? Nie porwał go duch gór?
— Spoczywa tam, gdzie padł.
— Mięsa nie zabierzemy?
— Nie. Przede wszystkim dlatego, Ŝe nie nasza to zdobycz, a w dodatku misio jest
chudy jak szkielet po zimowym poście. Zresztą... wykroję jedną łapę. Chyba da się
zjeść.
Kiedy przy wieczornym ognisku obgryzaliśmy pokrajane w paski i przypieczone
mięso, wciąŜ powracałem do sprawy tajemniczego strzelca, który wybawił mnie ze
ś
miertelnego niebezpieczeństwa. Dlaczego wzgar-
11 — oid Gray
161
dził podziękowaniem i cennym trofeum? Zwłaszcza pazurami. U Indian wojownik noszący
naszyjnik z pazurów grizzli cieszy się specjalnym szacunkiem. Za odwagę — oczywiście.
Czemu więc nieznany myśliwy zrezygnował z kłów i pazurów? CzyŜby aŜ tak bardzo się
spieszył? Dokąd?
— Chyba nie mylisz się — zauwaŜył Karol. — Ten jegomość widać gnał na umówione
spotkanie, bardzo dlań waŜne. I tak naleŜy wszystko wytłumaczyć. Przyznam, Ŝe nigdy
dotąd nie zetknąłem się z podobnie dziwnym wydarzeniem.
— Czy moi bracia są tego pewni?
Zgodnie wytrzeszczyliśmy oczy na Wysokiego Orła. Zaskoczył nas niespodziewanym
pytaniem.
— O czym myśli Wysoki Orzeł? — zdołałem wykrztusić.
— On nie chciał, aby go widziano. Ktoś z was juŜ go dawniej spotkał.
— Lecz czemu miałby się kryć?
Wódz wykonał dłońmi gest mający oznaczać niewiedzę.
— PrzecieŜ — nie ustawałem — gdyby był naszym wrogiem...
— Nie kończ — wpadł mi Karol w słowa. — Gdyby był naszym wrogiem, strzeliłby
raczej do ciebie lub do mnie, a nie do niedźwiedzia. To jasne! A poza tym któŜ i z jakiego
powodu miałby dybać na nasze Ŝycie?
— A chłopak z farmy! — wydałem okrzyk. — Nie, nie! — zaprzeczyłem sam sobie. —
Gadam głupstwa. Farma daleko, a człowiek, który połoŜył dwoma strzałami grizzli, mógł
być tylko naszym sojusznikiem. Chyba Ŝe nie potrafię logicznie rozumować.
— Rozumujesz znakomicie, Janie, lecz w tym wydarzeniu kryje się jakaś tajemnica, której
nie potrafimy zgłębić. Trochę mnie to denerwuje, a uspokoję
162
się dopiero wtedy, gdy znajdziemy się nieco dalej. Nie lubię niewidzialnych osób, nawet
jeśli działają na naszą korzyść.
Nocą przy ledwie Ŝarzącym się ognisku czuwałem nad snem moich towarzyszy. Spętane
konie zapewne teŜ spały. Na nasze dwa niewielką zwracałem uwagę. Zostały nabyte od
farmerów, a więc wyhodowane w warunkach przytępiających naturalne instynkty zwierząt.
Czworonóg pozostający pod opieką człowieka po prostu zatraca je, jako zbyteczne. Z
mustangami rzecz ma się inaczej. Zawsze na pół dzikie, mimo tresury indiańskiej, zachowują
wszystkie cechy zwierząt Ŝyjących "na swobodzie, przede wszystkim słuŜącą samoobronie
czujność.
Mustang Wysokiego Orła tkwił nieco dalej. Nie odpowiadało mu sąsiedztwo naszych
wierzchowców. Prawdopodobnie koń domowy przesiąka jakimś obcym zapachem. Właśnie
na tego mustanga baczną zwracałem uwagę wiedząc, Ŝe nim cokolwiek usłyszę lub zobaczę,
uprzedzi mnie -— bardziej ode mnie wraŜliwy — kudłaty, niepozorny indiański konik. I
zaraz zaalarmuje: cichym parsknięciem, lekkim uderzeniem kopyt lub tylko ruchem uszu.
Przez pierwszą godzinę mego czuwania mustang nawet nie drgnął, pod koniec drugiej —
czymą się zaniepokoił. Wyciągnął szyję, podniósł głowę, jakby chcąc wzrokiem przeniknąć
ciemności nocy. Z winczesterem gotowym do strzału ruszyłem na obchód obozowiska,
przystając co kilka kroków. Nasłuchiwałem. Początkowo bez rezultatu. JednakŜe po jakimś
czasie wydało mi się, Ŝe ciszę mąci szelest roztrącanej trawy. Znieruchomiałem. Szmer nie
powtórzył się. Być moŜe, zbliŜył się jakiś strachliwy czworonóg, znęcony zapachem nie-
dźwiedziej łapy, której resztkę odłoŜyliśmy na śniada-
163
nie. Poczuł mnie i uciekł. Prawdopodobnie kujot. O to zwierzą najłatwiej zarówno na
prerii, jak i na skrajach lasów. GdzieŜ zresztą nie kręci się ten niegroźny dla człowieka
drapieŜnik? Niegroźny, poniewaŜ odŜywia się jedynie małymi gryzoniami, rzadko
odwaŜa się atakować owce czy kozy. W przeciwieństwie do swego krewniaka, wilka,
Ŝ
yje i poluje samotnie lub co najwyŜej
parami.
Po kilku minutach bezowocnego krąŜenia podszedłem do mustanga. Tym razem czujny
czworonóg nie okazywał Ŝadnych oznak niepokoju. To mnie utwierdziło w przekonaniu,
Ŝ
e nocnym gościem musiał być kujot, lękliwie usiłujący zbadać sytuację. Nie było co
dłuŜej
się trapić.
Znów wróciłem do rozpamiętywania minionego dnia. Raz jeszcze poczułem ciarki na
skórze, kiedy wspomniałem kudłatego olbrzyma i groŜące mi śmiertelne nie-
bezpieczeństwo.
Opowiadano mi kiedyś, Ŝe dwu młodych wojowników Czarnych Stóp wybrało się raz
na polowanie w dolinę rzeki Łuku, mając dwie strzelby i jeden tylko nóŜ. Po długiej
wędrówce dostrzegli na przeciwległym brzegu szarego niedźwiedzia. Odległość niezbyt
wielka, umoŜliwiała celny strzał. Ale młodym wojownikom nie odpowiadał tak łatwy
sposób upolowania grizzli. Gdy zwierzę wkroczyło w szumiący nurt, porzucili palną broń,
wskoczyli do wody i popłynęli naprzeciw, tak Ŝe niedźwiedź znalazł się między nimi.
Głęboko było i zwierzę musiało równieŜ płynąć, tracąc przez to szybkość ruchów. Gdy
sapiąc ze złości skierowało się ku jednemu z przeciwników, drugi chwycił je za kudły,
zwracając uwagę na siebie. Taka zabawa powtórzyła się wielokrotnie, aŜ cała trójka,
płynąc z prądem, przebyła z pół mili. Dopiero gdy grizzli poczuł grunt pod łapami, jeden
z myśliwych uderzył go w bok noŜem, natychmiast odskoczył i oddał nóŜ towarzyszowi.
Ten
1
164
z kolei przebił drugi bok zwierzęcia. Ciosy okazały się śmiertelne. Woda wyrzuciła na brzeg
martwego drapieŜnika. Wojownicy ściągnęli zeń skórę, wycięli najsmaczniejsze płaty mięsa
i powrócili do swojej wioski.
Historia powyŜsza wydaje się bajką, jednak prawdomówność Indian nie pozwala w nią
wątpić. Gdyby bowiem bojownik przypisywał sobie czyny, których nie dokonał, a prawda
ujawniłaby się, stałby się pośmiewiskiem dla wszystkich. Lęk przed taką hańbą po-
wstrzymuje nawet najbardziej zarozumiałych od wyolbrzymiania swej dzielności lub swego
sprytu. I dlatego, chociaŜ polowanie na grizzli noŜem graniczy z szaleństwem, nie wątpiłem
ani przez sekundę, Ŝe tak było. Dodam: Ŝaden z wojowników nie przekroczył wówczas
dwudziestu lat. Prawdopodobnie bardziej doświadczony Indianin uŜyłby jednak broni palnej.
Moja warta dobiegła kresu. Obudziłem Karola i zająłem jego wygrzane legowisko.
Na drugi dzień natknęliśmy się — przypadkiem — na stadko antylop zwanych
widłorogami, od kształtu poroŜa. Zwierzęta wyskoczyły przed nami z gąszczu krzewów i
gnały z szybkością, której nie dorówna najbardziej ścigły koń. Nic dziwnego, Ŝe nie
zdąŜyłem sięgnąć po broń. Ale Wysoki Orzeł zdąŜył i jednym strzałem połoŜył biegnącą w
ogonie stada sztukę. Pozostałe znikły w tumanie kurzu, wdzięcznie skacząc. Wyglądało to
bardzo pięknie, powiedziałbym: elegancko. Dzięki tym właśnie bardzo zręcznym, bardzo
długim skokom antylopy zalicza się do najszybszych czworonogów świata.
Musieliśmy natychmiast przerwać podróŜ, Ŝeby zdobycz oprawić, pociąć i upiec. Dzień
zapowiadał się gorący i kilka godzin słońca wystarczyłoby, Ŝeby mięso
165
stało się niejadalne. Obserwowałem, jak Wysoki Orzeł na przemyślnie skonstruowanym
ruszcie z wilgotnych patyków przypiekał płaty polędwicy, wreszcie oświadczyłem, Ŝe nic tu
po mnie i Ŝe pójdę spenetrować okolicę.
—
Nie odchodź zbyt daleko — przestrzegł Karol. — W upalne dni niedźwiedzie schodzą
z gór szukać ochłody w dolinach.
Podziękowałem za troskę, ścisnąłem broń w garści i ruszyłem. Połowa doliny błyszczała
w słońcu, drugą skrywał cień szczytów. Dął lekki wietrzyk kołysząc źdźbłami traw. Pora
była więc wymarzona, ani zbyt gorąca, ani zbyt chłodna. Rozglądałem się dokoła, depcząc
łąkę, po której w tym roku chyba Ŝaden człowiek nie stąpał, jeśli w ogóle kiedykolwiek tu
zawitał.
Uszedłem z pół miii, pilnie szukając tropów zwierzyny. Nie dla polowania, mięsa
mieliśmy dosyć, lecz po prostu dla sportu. Poza odciskami racic antylop nic więcej nie
zdołałem dostrzec. Zawiedziony skręciłem w bok, gdzie teren dźwigał się łagodnie ku górze.
W okularach mej lornetki pojawiły się przedziwnie ukształtowane turnie. Niektóre
przypominały wieŜe starych zamków, inne — strzeliste iglice gotyckich kościołów, jeszcze
inne — warowne mury cytadel. Pasma zieleni — wątłych drzewek, krzaków, traw — pięły
się prawie do połowy wysokości, a dalej juŜ tylko mchy i lita skała.
Skierowałem lornetkę nieco niŜej i wtedy u stóp góry ukazała się czarna, nieregularna
plama. Oczywiście wejście do jaskini.
Byłem pewien, Ŝe przygotowywanie antylopiego mięsa potrwa co najmniej kilka godzin,
jeśli nie do wieczora. A to oznaczało nocleg w tym samym miejscu. Miałem więc sporo
czasu, a poza tym bliskość jaskini zapewniała znakomite schronienie na wypadek deszczu.
Ruszyłem. Droga nie była ani długa, ani trudna. Wej-
166
ś
cie do jaskini okazało się dostatecznie wysokie, by wprowadzić konie.
Oślepiony blaskiem słońca, niewiele mogłem dostrzec w ciemnym korytarzu. Cofnąłem się
by nazbierać suchych gałęzi, aŜ powstał mały stos, który złoŜyłem na progu jaskini.
Musiałem zmarnować sporo zapałek, nim wątły płomyk buchnął ku górze, ale po minucie
rozszerzył się juŜ w spore ognisko. Wkroczyłem do chłodnego wnętrza. Dziwny,
nieprzyjemny odór kazał mi się zatrzymać. CzyŜby tu mieszkały jakieś czworonogi? MoŜe
drapieŜnik, który pozostawił resztki swej uczty?
Nasłuchiwałem, lecz Ŝaden dźwięk nie dobiegł mych uszu. Pomny przestróg Karola
powinienem był zrezygnować ze zbadania groty, lecz przekorna ciekawość wzięła górę nad
zdrowym rozsądkiem. Szybko zgromadziłem nową, większą jeszcze porcję opału, ognisko
buchnęło wysoko, drŜące blaski rozświetliły ciemność migotając na kostropatych ścianach i
pókolistym sklepieniu.
Grota nie sięgała daleko. Zwał gruzów zamykał ten kamienny tunel. Lecz znacznie bliŜej
spoczywał jakiś dziwny przedmiot. Trącony końcem lufy, nawet nie drgnął. Schyliłem się.
To był but! Podniszczony, męski but!
Schyliłem się po raz drugi usiłując podnieść trzewik. Bezskutecznie. Włosy zjeŜyły się na
mej głowie. W bucie tkwiła bowiem... noga.
Nie potrafię opisać nagłego przeraŜenia, jakie mnie ogarnęło. I chyba nie moŜna się temu
dziwić. Przetarłem oczy, makabryczny obraz nie znikał. Wróciła mi przytomność. Nakaz
obowiązku zagłuszył wszystko inne: Klęknąwszy rozpocząłem badanie. Pominę szczegóły.
Faktem jest, Ŝe właściciel buta był martwy od wielu dni.
Ognisko zgasło, ciemność ogarnęła grotę. Szaleńczym
167
biegiem popędziłem do ogniska. Moja twarz musiała wyraŜać moje uczucia, bo Karol
zaniepokoił się:
—
Co się stało? Jak ty wyglądasz?!
Zdyszanym urywanym głosem próbowałem wyjaśnić co odkryłem. Mój przyjaciel w lot
pojął, o co chodzi.
— Do licha! To pewnie robota grizzli lub pumy.
— Nie wiem. Nie wydaje mi się.
— MoŜe biedak spadł z jakiejś turni i resztką sił dowlókł się do jaskini?
— Szkoda czasu na rozwaŜania — burknąłem. — Powinieneś zobaczyć.
— Słusznie — zgodził się.
— No to idźcie obaj. Ja dopilnuję mięsa. Karol zawahał się:
— Właściwie ty, jako lekarz...
— Lekarz nie ma juŜ tam nic do roboty.
— A stwierdzić przyczynę zgonu nie łaska?
— Po tylu dniach? Jak ty sobie to wyobraŜasz? I co to da?
— A jednak...
— Dobrze — odparłem niechętnie.
Poszliśmy. Doznałem lekkiej satysfakcji, gdy Karol juŜ ani wspomniał o stwierdzeniu
przyczyny śmierci. Jedno było pewne: nieboszczyk nie nosił Ŝadnych widocznych na ciele
obraŜeń. Karol przeszukał jego ubranie. Nic nie znalazł. Sądząc po odzieŜy na pewno nie był
to westman. Bawełniana bluza, bawełniane spodnie, czapka z daszkiem... Zdjąłem ją z głowy
biedaka w nadziei, Ŝe na podszewce odnajdę naszywkę firmy. Podszewka nie istniała.
Wnętrze pokrywały plamy skrzepłej krwi, a z boku, z lewej strony, ukazał się malutki, okrą-
gły otworek. Taki sam łatwo juŜ dał się odnaleźć nad skronią.
—
Karolu — rzekłem podnosząc się z klęczek — ten
człowiek zginął od kuli.
Trzeba było dokonać smutnego obrzędu przykrycia
168
zwłok górą Ŝwiru- Innego sposobu nie było, nie mieliśmy kilofa lub choćby łopaty. Potem
Karol przy płonącym łuczywie zbadał krok po kroku całe wnętrze jaskini. Bez rezultatu.
ś
adnych śladów, Ŝadnego przedmiotu ani broni. To samo na ścieŜce przed jaskinią — poza
odciskami naszego obuwia. Widać ulewny deszcz, jaki nas niedawno zaskoczył, padał i
tutaj, zacierając wszelkie tropy. Ponuro wyglądało dokonane przez nas
odkrycie.
Szkoda, Ŝe nie ma tu Mitchella — zauwaŜyłem
podczas powrotnej drogi. — Bo moŜe to jego Joe Shoes?
AleŜ... — Ŝachnął się Karol — przecieŜ Shoes
według opisu porucznika wygląda na eleganckiego jegomościa. A półbuty? Zapomniałeś o
półbutach? Nieboszczyk miał na nogach stare, sfatygowane buci-
ska.
— Prawda — mruknąłem. — Tyle wiemy, Ŝe nic nie wiemy. Tajemnicze zwłoki i
tajemniczy sprawca. Jednak... przydałby się. tu Mitchell.
— Ech, najgenialniejszy tropiciel świata nic tu nie odkryje, porucznik równieŜ.
Znacznie, znacznie później bieg wypadków mnie przyznał rację, nie Karolowi.
W obozie Wysoki Orzeł nadal przypiekał mięso. Zwyczajem Indian o nic nie zapytał, lecz
po jego spojrzeniu poznałem, jak bardzo był zaintrygowany. Wysłuchał uwaŜnie relacji i
zagadnął:
—
■
Moi bracia nie zauwaŜyli niczego więcej?
—•
Nie — odparliśmy prawie jednocześnie.
—
Pójdę tam — poinformował krótko.
Zabrał rusznicę i oddalił się szybkim, posuwistym krokiem. Nie było sensu przekonywać
go, Ŝe traci tylko czas.
Pomogłem Karolowi krajać, piec i odkładać na bok gotowe plastry antylopiej polędwicy.
Wódz zastał nas C13gle jeszcze zatrudnionych przy tej robocie. Stanął
169
przy ognisku i pokazał na wyciągniętej dłoni — guzik! Czarny, rogowy guzik. Z gatunku
tych, jakie zdobią marynarki miejskich elegantów.
—
Przed wejściem do jaskini — wyjaśnił.
Obejrzeliśmy dokładnie ten drobiazg, tak nieodłącznie związany ze strojem bladych
twarzy, i wyrazili podziw dla sokolich oczu znalazcy. Nawet się nie uśmiechnął.
— Takich guzików nie było przy ubraniu zabitego.
— Nie było — przytaknął Karol. — Guzik zgubił ktoś inny. Być moŜe morderca, być
moŜe przypadkowy wędrowiec, który kiedyś nocował w grocie. Popatrz, Janie. Jeszcze
zachowały się nitki.
Istotnie w rowkach guzika tkwiło kilka czarnych pasemek.
— CóŜ nam to da — westchnąłem. — Nawet w sądzie byłby to wątpliwy dowód, a w
sytuacji, gdy nie ma przestępcy, ten guzik nie ma Ŝadnej wartości,
— Jednak zachowam go — powiedział mój przyja*-ciel.
— A zachowaj. MoŜe ci się przyda, kiedy zgubisz własny — zaŜartowałem.
Wbrew moim pesymistycznym przewidywaniom kuchenne zajęcia zostały zakończone na
długo przed końcem dnia. Mogliśmy więc kontynuować podróŜ, obładowani mięsem jak trzy
rzeźnicze sklepy.
W miarę jazdy krajobraz się zmieniał. Strzeliste turnie po lewej stronie nadal nam
towarzyszyły, lecz kopulaste pagórki po przeciwnej — poczęły maleć, zniŜać się. aŜ w ogóle
znikły. Tu dolina wlewała się niczym rzeka w ocean bezmiernego stepu.
Gdy słońce połową czerwonej tarczy zapadło za grzbiety gór, rozbiliśmy nocny biwak.
Szukając stosownego miejsca, odkryłem za sennie ciurkającym poni-kiem czarną, wypaloną
w darni plamę z resztkami zwęglonych patyków. Ktoś tu koczował przed nami, lecz
170
chyba dość dawno, jako Ŝe popiół zmyły juŜ deszcze lub rozdmuchał wiatr.
— Roj nie czyni się na prerii — zauwaŜyłem pomagając Karolowi zbierać chrust. Spojrzał
na mnie nieco zdziwiony.
— No, policz. Najpierw spotkaliśmy Old Graya...
— To nie było na prerii kanadyjskiej, lecz w pobliŜu farmy, w zamieszkałej okolicy.
— Zgoda — ustąpiłem. — Wobec tego pierwsze spotkanie wypadło z botanikiem.
— No?
— Drugie... z podejrzanym typem, którego uwolniliśmy z więzów.
— I na tym koniec.
— Jak to? A Mitchell? —■ On się nie liczy.
— Dlaczego?
—
Bo wędrówka po prerii stanowi jego zawodowy
obowiązek.
—
- Poddaję się — odparłem wesoło. — Lecz co sądzisz o tajemniczym strzelcu?
—
Widziałeś go?
"*
— AleŜ, Karolu! Chyba kpisz? To był przecieŜ człowiek, nie zjawa.
— Lecz nie spotkałeś go, więc nie wciągaj na swoją listę.
— A nieboszczyk w grocie?
—
Ten się liczy. Odkryliśmy epilog na pewno ponurej historii. Temu trudno zaprzeczyć.
Jednak, Janie... jeszcze przed pół wiekiem podobnych przypadkowych odkryć westmani
dokonywali wcale nie mniej, mimo Ŝe osadnictwo znajdowało się w7 powijakach.
— A ten ślad po ognisku?
— Bardzo stary, jak sam widzisz... CóŜ w nim nadzwyczajnego?
Skapitulowałem. Ostatecznie Karol posiadał większe
171
ode mnie doświadczenie, a po pustkowiach wędrował, gdy mnie się o tym nawet nie śniło.
Ani tej nocy, ani czterech następnych dni nie zaszło nic, co mogłoby uzasadnić moje
twierdzenia. Preria drzemała rozleniwiona promieniami wiosennego słońca, a jedyni jej
mieszkańcy, rogate czworonogi — moŜe antylopy, moŜe wapiti lub mulaki — umykali przed
nami w takiej odległości, Ŝe o polowaniu nie było co marzyć. Zresztą nie było potrzeby. Ani
Karol, ani ja, ani tym bardziej Wysoki Orzeł nie naleŜeliśmy do osób szukających rozrywki
w bezsensownym tępieniu zwierzyny. Wieziony zapas mięsa uzupełniał Karol rybami, gdy
tylko napotkał większą rzeczkę. Przy pomocy haczyka (na kaŜdą wyprawę zabierał ich
kilkadziesiąt), zwykłego sznurka i witki, zastępującej wędzisko, dokonywał przedziwnych
sztuk. Łapał na kawałek mięsa, na jakąś muszkę, a nawet na źdźbło trawy! Usiłowałem go
naśladować, jednak wyniki uzyskiwałem mizerne. Ryby po prostu kryły się przede mną.
Piękne to były dni. Pogoda dopisywała, a ja juŜ na nowo i całkowicie przywykłem do tak
odmiennego niŜ w mieście *4rybu Ŝycia. Nawet o nieboraku ukrytym w grocie coraz rzadziej
myślałem. A tajemniczy strzelec? Och, jego wspominałem juŜ tylko jako aktora przygody, o
której będę opowiadać znajomkom po powrocie do miasta. Na pewno nikt mi nie uwierzy.
Lecz przecieŜ olbrzymie, bezludne, dzikie obszary zachodu Stanów i Kanady wciąŜ jeszcze
kryją wiele tajemnic nieodgadnionych. I dramatów, których przyczyn próŜno byś szukał z
braku środków i nieobecności aktorów.
Opowieści
W tej wyprawie nie mam jakoś szczęścia do koni. Pierwszy złamał nogę, drugi okulał!
Gdy to zauwaŜyłem, ogarnęła mnie rozpacz. Na szczęście okazało się, Ŝe koń zgubił tylko
podkowę. A mogło być znacznie gorzej, na przykład pęknięcie kopyta, nadwyręŜenie lub
nawet zerwanie ścięgna wyłączające zwierzę raz na zawsze ze słuŜby człowiekowi. Miałem
do wyboru: albo rozkuć w ogóle wierzchowca, albo zastąpić zgubę nową podkową. Lecz w
obu wypadkach potrzebny był kowal. Gdzie szukać kowala na prerii?
Wędrowaliśmy wówczas — jak twierdził Wysoki Orzeł — gdzieś niezbyt daleko od koryta
rzeki Red Deer. Ta lokalizacja, mało dokładna, nie stanowiła Ŝadnej wskazówki, jak dotrzeć
do najbliŜszego osiedla. Karol nie potrafił przypomnieć sobie, czy znajduje się gdzieś w
okolicy jakaś farma. Sytuację uratował wódz twierdząc, Ŝe nad Red Deer istnieje placówka
Kompanii Zatoki Hudsona *.
Historia Kompanii sięga aŜ 1659 roku i tak związana jest z dziejami Kanady, Ŝe warto ją
przypomnieć.
OtóŜ w tym_właśnie 1659 roku dwaj francuscy eks-plorerzy i handlarze futrami: Piotr
Radisson i Medard Groseilliers wrócili z wyprawy łowieckiej znad mało
Oryginalna nazwa brzmi: Hudson's Bay Company.
173
wówczas znanych regionów Jeziora Górnego. Przywieźli do francuskiego wtedy Montrealu
aŜ sześćdziesiąt łodzi pełnych skór i... zostali przez władze kolonii ukarani wysoką grzywną
za prowadzenie handlu bez zezwolenia. Skóry skonfiskowano. Na nic się zdała skarga
wysłana aŜ do ParyŜa. Rozgoryczeni traperzy zwrócili się do Anglików, proponując im
zawiązanie spółki dla eksploatacji zwierząt futerkowych w rejonie Zatoki Hudsona i w roku
1670, w Londynie, utworzono przedsiębiorstwo nazwane Kompanią Zatoki Hudsona. Król
angielski nadał jej monopol na handel skórkami w północnej części Ameryki.
Kompania nie ograniczyła się do własnych wypraw myśliwskich. Zaczęła równieŜ
skupować futra od Indian i białych traperów. Dla usprawnienia tego handlu wzniesiono na
terytorium dzisiejszej Kanady szereg faktorii handlowych, budowli o charakterze obronnym.
Stały się one pierwszymi fortami dalekiego zachodu i północy. I pierwszymi placówkami
zaopatrującymi tubylców i białych myśliwych w sprzęt, narzędzia, ubrania, tytoń, broń i
amunicję — jako Ŝe skup skórek odbywał się głównie drogą wymiany towarów. Agenci
Kompanii w znacznej mierze przyczynili się do ograniczenia wojen międzyplemiennych
wśród Indian — wojny przecieŜ zakłócały handel i niekorzystnie wpływały na obroty.
W roku 1869 Kompania Zatoki Hudsona — faktyczny administrator obszarów połoŜonych
między zatoką a wybrzeŜem Pacyfiku — straciła swe przywileje. Została zmuszona do
przekazania angielskim władzom Kanady nadane przez króla Karola II (w 1670 roku)
uprawnienia i terytoria. Składały się na nie ziemie objęte nazwą Kraju Ruperta, które później
weszły w granice prowincji: Quebecku, Ontario, Manitoby, Saskatchewanu, Alberty i
Terytoriów Północno-Za-
174
chodnich. PotęŜny obszar o powierzchni półtora miliona mil kwadratowych *.
W zamian za to zrzeczenie się Kompanii wypłacono półtora miliona angielskich funtów
oraz zagwarantowano prawo utrzymywania faktorii i prowadzenia handlu, lecz juŜ nie na
warunkach wyłączności.
Faktorie Kompanii stały się prawdziwym dobrodziejstwem na bezludnych, pozbawionych
osad ludzkich terytoriach. Tylko one potrafiły zaopatrywać myśliwych i plemiona indiańskie
w poŜądane artykuły przemysłowe i spoŜywcze. Odegrały równieŜ pewną rolę w zago-
spodarowaniu pustych ziem. Z biegiem lat wokół budynków faktorii, zwłaszcza tam, gdzie
gleba była urodzajna i karczunek lasów zbyteczny poczęły wyrastać rolnicze farmy i małe
miasteczka, w których rzemieślnicy mogli zakładać warsztaty.
Do takiej właśnie osady miał nas zaprowadzić Wysoki Orzeł. Rezygnuję z opisu tego
fragmentu naszej wędrówki. Była monotonna i powolna. Z troski o mego wierzchowca.
Dosłownie wlekliśmy się noga za nogą, część drogi odbyłem nawet pieszo, aby nie męczyć
zwierzęcia. Wreszcie ujrzałem na gładkiej jak stół płaszczyźnie dachy domostw.
Niespodziewanie podbiegł ku nam rozjeŜdŜony kołami wozów trakt. Wysoki Orzeł zeskoczył
ze swego mustanga. Rozejrzał się dokoła i oświadczył:
— Moi bracia pojadą dalej sami. Będę ich oczekiwał tutaj — wskazał ręką na odległą
kępę drzew i krzewów.
—
Dlaczego Wysoki Orzeł nas opuszcza? — zaniepokoiłem sią.
—
Blade twarze nie zawsze widzą w nas braci.
Wyjaśnienie zwięzłe, lecz zrozumiałe dla kaŜdego,
1,5 miliona mil kwadratowych, czyli 3,9 miliona km2
175
kto choć trochę orientował się w stosunkach istniejących między bladymi twarzami a
czerwonoskórymi.
Czarne Stopy, podobnie jak szereg innych plemion, zepchnięto w obręb wyznaczonych
terenów — rezerwatów — wprawdzie bardzo rozległych i o granicach raczej
teoretycznych, jednak pojawienie się Indianina w osadzie mogło wywołać niezbyt
przyjazne reakcje mieszkańców. Lepiej nie ryzykować.
Ruszyliśmy więc tylko we dwóch nierówną drogą ciemnoczerwonej barwy, która
powiodła nas ku mostkowi przerzuconemu nad wodą. To właśnie rzeka Red Deer toczyła
pod nim swe fale, a zaraz na drugim brzegu, jak odczytałem z napisu umieszczonego na
tablicy przydroŜnej, leŜało miasteczko o tej samej nazwie: Red Deer. Zakurzona, jakby
zapomniana osada, pełna jednak nieuchwytnego uroku, podobna do wielu miasteczek
pogranicza Dzikiego Zachodu.
Droga zmieniła się w ulicę, bo chociaŜ w dalszym ciągu była wyboista, po obu stronach
wyrosły zabudowania. Było południe, rozgrzane powietrze wisiało bez ruchu nad ziemią i
nad dachami domostw, wzniesionych nie z drewna — gdzieŜ go tu szukać? — lecz z darni,
wyglądających na opuszczone. Pozamykane okna, zawarte drzwi, puste werandki i tak
samo puste ogródki, widoczne gdzieniegdzie za drewnianymi sztachetami.
W gardle mi zaschło, a język stwardniał na kołek, marzyłem o szklance wody lub piwa.
Karol musiał równieŜ odczuwać pragnienie, bo nagle wesoło za- I krzyknął:
— Saloon! Widzisz, Janie? Z nieba nam spadł. Tu najlepiej nas poinformują, gdzie
szukać kuźni.
— Oczywiście — zgodziłem się skwapliwie — a przy okazji chyba spróbujemy...
— Piwa! Oczywiście!
Przyczłapaliśmy przed parterowy domek, uwiązali
176
zwierzęta do wbitych w ziemię palików i wkroczyli na werandę. Z prawej strony drzwi
wisiał wielki plakat — list gończy. Jego treść zgadzała się z tym, co opowiadał nam
porucznik Mitchell. Konna Policja tą drogą poszukiwała człowieka o nazwisku Joe
Shoes lub Joe Starr, lub teŜ Joe Kelly. Ścigany dokonał rabunku pieniędzy wiezionych
w ambulansie pocztowym pociągli linii Pacyfiku, niedaleko stacji Acton.
Dalej następował rysopis: wzrost średni, włosy blond, oczy siwe, ubrany w czarny
garnitur, na nogach półbuty. Cechy charakterystyczne: wyraŜa się poprawnie, nie
przeklina, potrafi prowadzić rozmowę na kaŜdy temat. Bardzo inteligentny. Lat około
czterdziestu, wygląda młodo. Interesuje się przyrodą. Doskonale jeździ konno. I tak
dalej, i tak dalej.
Dalsza część listu gończego dotyczyła wspólnika grabieŜy, o którym porucznik
Mitchell zaledwie wspomniał. Tym wspólnikiem był niejaki Henry Kleen, pracownik
kolejowy, lat trzydzieści siedem. Blondyn, oczy niebieskie, wzrost ponad przeciętny,
odziany w drelichowe szare ubranie, buty z krótkimi cholewkami, płócienną czapkę z
daszkiem. Mało rozgarnięty, szorstki. Kiepsko jeździ konno.
PoniewaŜ myśli moje wciąŜ wracały do przeŜytych w ostatnich dniach wydarzeń,
niemal machinalnie szepnąłem:
— Ten Kleen dziwnie jest podobny do nieboszczyka z groty...
— Rzeczywiście — mruknął — lecz teraz na ten temat ani słówka! Chodźmy!
Sala gospody nie była duŜa. Z lewej strony szynkwas, z prawej kilka stolików.
Słońce zaglądało do wnętrza przez zakurzone szyby, a w smugach światła wirowały
drobniutkie pyłki. I niestety, było tu jeszcze goręcej niŜ na dworze.
Barman zerknął na nas podejrzliwie, a gdy Karol
12 — Old Gray
177
zaŜądał piwa, jakby ogłuchł. Przypatrywał się Karolowi, jeszcze dłuŜej gapił
się na mnie, wreszcie stwierdził:
— Wyście nietutejsi.
— Nietutejsi — odparłem. — A czy piwo jest tylko dla tutejszych?
Drgnął, jakby wyrwany ze snu.
178
— Ach, nie. Tylko... W butelkach czy z beczki?
— Z beczki — zdecydował Karol.
— JuŜ się robi... — i podał nam dwa pełne kufle. — Trzy dolary.
— Ile? — zdumiałem się.
— Po półtora dolara za kufel — wyjaśnił.
Karol tylko kiwnął głową i zapłacił. Targować się nie było sensu, choć w mieście taka
sama porcja kosztowała pięćdziesiąt centów, więc nawet biorąc pod uwagę trudności
transportu — padliśmy ofiarą wyjątkowego zdzierstwa.
— Skandal — zauwaŜyłem wręcz wściekły.
— Ano, bywa i tak — westchnął mój towarzysz. — Nic na to nie poradzimy.
Nigdy jeszcze nie dźwigałem kufla zwykłego piwa ostroŜniej, niŜ teraz. Byle nie uronić
ani kropli tak drogocennego płynu.
—
Hej! — ozwał się rzeźwy głos. — Chodźcie tutaj,
do cienia.
Obejrzałem się. Zbyt gwałtownie, bo nieco piany pociekło po szkle.
W kącie salki, istotnie w cieniu, za okrągłym stolikiem tkwił Old Gray!
Tym razem rzeczywiście rozlałem piwo. Z wraŜenia. Karol wykazał więcej opanowania i
zaraz podszedł do Siwowłosego.
—
Siadajcie. Radzę zrzucić kurtki i zdjąć kapelusze.
AleŜ upał! Chyba z 90 stopni *.
Przytknąłem kufel do ust. W porównaniu z temperaturą otoczenia piwo wydało mi się
zupełnie chłodne.
— Co u was słychać? — zagadnął Siwowłosy. — Jak łowy?
— Łowy dość średnio — odparłem. — Mój koń zgubił podkowę.
90°F, czyli 32 °C
180
— O, to przykre. Pechowy koń — uśmiechnął się. — Warsztat kowalski mieści się kilka
domów dalej. Zaprowadzę was. Będziecie tu nocować?
— Nie — powiedział Karol i dodał ciszej —• ktoś na nas czeka.
— Nowy towarzysz drogi? Dlaczego nie przyszedł do saloonu?
— To Wysoki Orzeł.
— Ach tak? Mój stary znajomy. Rozsądnie postąpił omijając tę dziurę. Czerwonoskórzy
raczej nie są mile widziani w tych stronach. Napijecie się jeszcze?
— Dziękuję. Tutejszy barman niezbyt chętnie obsługuje gości. Gapił się na nas z minutę,
nim napełnił kufle — zgryźliwie zauwaŜył Karol.
Old Gray zaśmiał się cicho.
— Czytaliście list gończy? Wisi na zewnątrz.
— Owszem.
— Właściciel knajpy bardzo się nim przejął. Prawdopodobnie podejrzewa kaŜdego
przybysza o bandycką profesję. Chyba jesteśmy jedynymi dziś gośćmi w Red Deer. Mnie
tu znają, ale was nie. No, chodźmy. Czas ucieka, a ja teŜ mam tu coś do załatwienia.
Wyszliśmy. Ulica wyglądała tak samo pusto jak przed półgodziną. Miałem wraŜenie, Ŝe
rozpalona ziemia parzy mnie poprzez podeszwy butów. W saloonie było podobnie gorąco,
lecz za to sporo cienia, do którego chętnie bym wrócił.
Zgodnie z informacją Siwowłosego warsztat kowalski znajdował się w odległości zaledwie
kilkudziesięciu kroków od knajpy. W ciszy panującej na wymarłej ulicy było słychać
metaliczny stuk młota.
Podkucie mojego konia trwało zaledwie parę minut.
— A teraz — oświadczył Old Gray — zaprowadzę was do faktorii.
— Po co? — zaniepokoiłem się perspektywą nowej włóczęgi.
181
—
Chodź, chodź — odparł Karol. — MoŜe znajdzie
my coś dla uzupełnienia zapasów.
O jakich zapasach myślał? Juki naszych siodeł puchły od ładunku. Nie brakowało ani
kawy, ani soli, ani sucharów. Mięsa mieliśmy aŜ za duŜo.
—
To naprawdę blisko — pocieszył mnie Siwowło
sy, — Nie poŜałujecie.
Poczłapałem na końcu, prowadząc konia, zadowolony, Ŝe zwierzę juŜ nie kuleje. Old Gray
nie kłamał. Faktoria hudsońskiej kompanii leŜała w odległości jakichś dwustu kroków od
kuźni i chyba tu kończyło się osiedle, bo ulica — na pewno.
Ujrzałem palisadę z zaostrzonych bali, poczerniałych od starości, gdzieniegdzie
porośniętych siwym mchem. PotęŜna, niska brama wiodąca w głąb dziedzińca stała
otworem. Na naroŜnych wieŜyczkach palisady nikt juŜ nie czuwał z bronią gotową do
strzału. Bo i po co? Przeminęły z szumem preriowego wiatru czasy, kiedy wokół małego
fortu paliły się ogniska, a tłum wojowników obozował przez kilkanaście dni jesieni lub
wiosny, przywoŜąc na wymianę myśliwskie trofea, a wywoŜąc broń, proch, kule i nic nie
warte świecidełka dla swych squaw. Zresztą magazyny dzisiejszych faktorii nie
przedstawiały juŜ tak cennej wartości, jak choćby pięćdziesiąt lat temu. MoŜe jeszcze na
dalekiej północy, w rejonie Jukonu czy teŜ na bezmiernych i bezmiernie dzikich obszarach
Terytoriów Północno-Zachodnich zaopatrzenie w towary wyglądało kiepsko, lecz tu, na po-
łudniu, sieć handlowa zgęstniała, a szlaki kolejowe skróciły czas transportu. Więc tylko nad
Wielkim Jeziorem Niewolniczym lub nad brzegami wciąŜ mało zbadanej rzeki Mackenzie
wznosiły się czujnie strzeŜone przed napadami placówki Hudson's Bay Company, nadal od-
grywające rolę fortów i nadal przeŜywające swą pełną przygód historię, obsługując traperów
oraz wojownicze
182
plemiona Indian i Eskimosów, których swobody tam jedynie nie krępowały granice
rezerwatów.
—
Tędy — powiedział Old Gray,
Minął dwa wozy kryte pałąkcwatymi budami, później jakąś szopę, skąd zapachniało
sianem i końskim potem, aŜ zatrzymaliśmy się przed piętrowym domem o wąskich oknach i
równie wąskich schodkach wiodących ku wysokiemu parterowi. Nasze przybycie musiał ktoś
tam zauwaŜyć, bo nagle uchyliły się drzwi obite Ŝelaznymi antabami,
— Hi! * — wrzasnął obcy głos. — Old Gray!
— Właśnie ja. I moi przyjaciele.
— Witajcie! KaŜdy gość na cenę złota. Proszę, proszę bardzo...
Za sionką długą jak kiszka i podobnie wąską znajdował się pokój z okratowanymi oknami,
przypominający podrzędny sklepik. Szeregi półek z nie malowanych desek ciągnęły się
wzdłuŜ ścian, a na wysokim kontuarze tkwiła potęŜna waga. Wszędzie porozstawiane były
beki, beczułki, zwoje koców, bele materiału, uprzęŜe, pasy, blaszane puszki i butle z
kolorowymi nalepkami. Przedziwna mieszanina woni wypełniała wnętrze. Czułem ostry
zapach skór, dziegciu, smoły, tytoniu i czegoś tam jeszcze.
—
To jest Kit Curson — Siwowłosy przedstawił nam
gospodarza. — Najlepszy myśliwy wśród handlarzy
i najlepszy handlarz wśród myśliwych!
Padli sobie w objęcia — na dowód starej i serdecznej zaŜyłości.
—
Pozwólcie, panowie, dalej... — skłonił się kierow
nik faktorii. ~ Bardzo się cieszę z waszego przybycia.
Tu świat nadal jeszcze zabity deskami, a kaŜdy gość
Hi (czytaj: haj) — przetłumaczy się: witaj, cześć.
183
to fura nowin. Dawidzie! — krzyknął ku uchylonym drzwiom. — Zastąp mnie tutaj i zobacz,
kto to do nas zawitał!
Zawiasy skrzypnęły. Ujrzałem czarnookiego i czarnowłosego chłopaka, o cerze lekko
opalonej i nieco wystających kościach policzkowych. Indianin lub Metys.
— Dawid Green — przedstawił mi przybysza Cur-son.
— Old Gray! — wykrzyknął chłopiec radośnie.
Nie padli sobie w objęcia, lecz Siwowłosy objął serdecznie młodzieńca i poklepał po
plecach.
—
Jak się masz, Dawidzie! Mam ci sporo do opowie
dzenia, ale to później. Moi towarzysze drogi — wska
zał na nas.
Uścisnęliśmy dłonie i przeszli do następnej izby, przypominającej trochę biuro, a trochę
pokój mieszkalny. Za biurem przemawiał stół zawalony grubaśny-mi foliałami, nad którymi
ś
lęczał jegomość nieokreślonego wieku. Za pokojem mieszkalnym — tapczan nakryty
niedźwiedzią skórą, szafa i stolik z lustrem.
Jegomość nieokreślonego wieku podniósł głowę.
— O, pan Gray — ucieszył się.
— Witaj, Basil — powiedział Siwowłosy i nie zatrzymując się poprowadził nas dalej,
przez jeszcze jedne drzwi. Tu widać kończyła się biurowa część faktorii, o czym
ś
wiadczyło wręcz odmienne umeblowanie: stół obstawiony krzesłami, kredens, ścienny
zegar, jakaś konsolka, a na ścianach niedźwiedzie futra. Wszystko to, z wyjątkiem skór,
musiało ongiś przebyć setki kilometrów, nim trafiło do Red Deer.
— Rozgośćcie się — poprosił Curson.
Sięgnął do kredensu, postawił na stole pudełko cygar i olbrzymią jak miednica
popielniczkę.
—
Spróbujcie, znakomite. Ja znikam na chwilę.
Chwila przeciągnęła się, jednak cygara bardzo nam
pomogły skrócić czas oczekiwania. Na koniec gospo-
184
darz wrócił dźwigając kilka butelek i szklanek. Widok ten przyjąłem z nie ukrywanym
zadowoleniem.
.— Pijcie wolno, jest zimne jak lodowce Jukonu.
Nie przesadził. W jaki sposób przy takim upale zdołał zamrozić napój? Zapytałem.
— W piwnicy tego domu tryska źródełko. Zimne, aŜ ręce drętwieją. Dawnymi czasy
róŜnie się tu działo, a Ŝe faktoria została pomyślana jako budynek obronny, zaopatrzenie w
wodę miało wielkie znaczenie.
— A gdzie Peggy i chłopcy? — zapytał Old Gray.
— Synów spodziewam się lada dzień, a Ŝona zjawi się za chwilę. Skąd przybywasz, jeśli
wolno zapytać?
— Oczywiście. śadna tajemnica. Przywędrowaliśmy prosto z... tutejszego saloonu, a przy
okazji zawadzili o kowala.
— Dlaczego nie przyprowadziłeś panów od razu do mnie?
— Po pierwsze dlatego, Ŝe chciałem posłuchać, co ludzie gadają o liście gończym, po
drugie, Ŝe spotkaliśmy się dopiero w saloonie.
— Ach, więc to taka świeŜa znajomość.
— Mylisz się. Znajomość zawarliśmy jeszcze po tamtej stronie granicy, a dziś znowu
nasze ścieŜki przypadkowo się spotkały. Oni wędrują za zwierzyną, a po drodze zgubili
podkowę.
— A ty? Jak tam twoje sprawy?
— Bez zmian. Niestety.
Ta wymiana zdań zabrzmiała dla mnie niezrozumiale. JakimiŜ to sprawami mógł parać się
Old Gray?
— Dowiedziałeś się czego w saloonie? — zagadnął znowu Curson.
— Miałem pecha. Poza tu obecnymi towarzyszami nawet pies z kulawą nogą nie zajrzał
do knajpy.
—
r A barman?
—
Nauczył się listu gończego na pamięć i teraz w
kaŜdym przybyszu podejrzewa bandytę.
185
Roześmieli się.
Zerknąłem na Karola. Siedział nieruchomy jak mumia. CzyŜby Old Gray ścigał sprawców
napadu na pociąg? W jakim charakterze? Z tego, co o nim wspomniał porucznik Mitchell,
wcale nie wynikało, iŜby pozostawał na słuŜbie policji. Zaintrygowany tym greenhom
zapytałby wprost o cel wędrówki. I strzeliłby głupstwo! Byłoby to pogwałceniem
niepisanego prawa prerii, które głosi, Ŝe nie naleŜy pytać przypadkowo poznanego człowieka
ani o to, skąd przybywa, ani o to, dokąd się udaje, ani o to, czego szuka. A poza tym —
najpewniej nie uzyskałbym wyjaśnienia, a obraził zagadniętego.
Zamyśliłem się głęboko, tak Ŝe dopiero Karol przywrócił mnie rzeczywistości, lekko
pociągnąwszy za ramię. Zerwałem się z krzesła, Ŝeby powitać panią Peggy Curson, której
wejścia nie dostrzegłem.
Nie będę opisywać ze szczegółami naszej wizyty w faktorii. O jednym tylko wspomnę.
OtóŜ po bardzo obfitym posiłku Old Gray pierwszy podniósł się od stołu.
— Wybaczcie — przeprosił — muszę chwilkę pogawędzić z Dawidem.
— Ale dzisiaj nie odjedziesz? — zaniepokoił się Curson.
— Ba, to zaleŜy właśnie od tej rozmowy. Jeszcze raz przepraszam.
Wyszedł.
— Dawid to Indianin? — dałem upust swej ciekawości.
— Metys — odparł Curson. — Ojciec biały, matka z plemienia Piegan. Jest sierotą i wiele
zawdzięcza Old Grayowi. Nie zna pan tej historii?
— Nie — odparłem szykując się juŜ do wysłuchania interesującej opowieści. Jednak
zawiodłem się srodze.
— Proszę zapytać się Old Graya. Nie lubię mówić o cudzych sprawach. Dawid jest
pracownikiem faktorii, spisuje się znakomicie.
186
I na tym skończyła się moja próba uchylenia rąbka tajemniczej zasłony otaczającej postać
Siwowłosego.
Następne pół godziny rozmawialiśmy o zwierzętach łownych spotykanych w okolicy, o
synach Cursona uczących się w dalekim mieście, o ostrych zimach, jakie nawiedzają Red
Deer, o starych dziejach Kompanii Zatoki Hudsona.
Wreszcie zjawił się Oid Gray.
—
Czas na nas — przypomniałem Karolowi.
Skinął głową na znak aprobaty I poczęliśmy się Ŝegnać, mimo protestów gospodyni i
gospodarza.
— Oni muszę jechać — poparł nas Siwowłosy. — Mają umówione spotkanie.
— Ha, skoro tak... lecz ty zostaniesz.
— Zostanę. Kto wie — powiedział — gdy juŜ wskakiwaliśmy na siodła — czy znowu się
nie zobaczymy? Powodzenia w łowach! I pozdrówcie Wysokiego Orła.
Wodza odnaleźliśmy bez trudu. Biały pewnie by zrzędził, Ŝe kazaliśmy mu tak długo
czekać. Wysoki Orzeł nawet nie mruknął. Gdy Karol, pragnąc usprawiedliwić tak długą
naszą nieobecność, wspomniał o Old Grayu, Indianin zauwaŜył:
—
On jest szybki jak wiatr. Pojawia się i znika, kie
dy zechce.
Później, a była to juŜ druga połowa dnia, pędziliśmy prerią, mając słońce za plecami, a
przed sobą zielone morze falujących traw. Potem zieleń poróŜowiała od czerwonych zórz na
zachodzie i wkrótce zapadł wieczór.
Tej nocy dręczyły mnie sny-koszmary. Budziłem się, znów zasypiałem i na nowo śnił mi
się Old Gray ze strzelbą w dłoni, który wskazywał coś, czego nie potrafiłem dostrzec, a
później grzmiały odgłosy strzałów tak długo, aŜ wyrwały mnie ze snu, przywracając
rzeczywistości. Z ulgą przejąłem kolejną wartę, a szary świt rozpędził ostatecznie nocne
mary.
Chyba jednak w moim śnie tkwiło coś z wieszczej
187
przepowiedni, bo nim dzień upłynął, dognał nas Old Gray.
Tylko Wysoki Orzeł nie okazał zdziwienia. My obaj wytrzeszczyliśmy oczy.
— Hej! Czemu się tak na mnie gapicie?
— Głupstwo — zaśmiał się Karol. — Po prostu przypuszczaliśmy, Ŝe nie tak prędko
opuścisz Red Deer.
— Na to się zanosiło początkowo. Później przyszła odmiana... Nie spotkaliście kogo po
drodze?
— Nikogo.
— A jakieś tropy?
— śadnych.
— Szkoda — mruknął. Rozkulbaczywszy konia siadł obok nas.
— Ostatni raz jadłem o świcie.
Podzieliliśmy się mięsem antylopy, potem zapalili fajki.
— Sprawa wygląda tak — powiedział Siwowłosy dmuchając dymem — Ŝe ten jegomość z
gończego listu kręci się w tych stronach. Podobno usiłował przemknąć się na południe, ale
tam aŜ gęsto od czerwonych kurtek. Zwijają się, jak potrafią, bardzo im zaleŜy na schwyta-
niu rabusia. Przypadkowo wiem coś o tym.
— Porucznik Mitchell opowiadał nam szczegóły...
—
Mitchell?! — przerwał mi. — Był tu? Kiedy?
Karol wyręczył mnie, opowiadając o przypadkowym
spotkaniu.
— Ach tak... — westchnął Siwowłosy — jaka szkoda. Nic nie wspomnieliście o tym w
Red Deer.
— Jakoś się nie zgadało.
— Szkoda, wielka szkoda — powtórzył. — Mitchell na pewno jest lepiej poinformowany,
niŜ ten policjant, na którego natknąłem się w Red Deer.
— O co chodzi? — zdumiałem się.
— O to, Ŝe obecność Mitchella pozwoliłaby uniknąć wielu kłopotów.
188
— Jakich kłopotów? — z kolei zdziwił się Karol.
— Czy któryś z was widział kiedykolwiek Joego Shoes?
— AleŜ skąd! — wykrzyknąłem.
— No, to moŜecie go spotkać, nawet obozować wspólnie, nie wiedząc, z kim macie do
czynienia.
— Na pewno — potwierdziłem. — Lecz przecieŜ nie wybraliśmy się na prerię ścigać
przestępców.
Uśmiechnął się.
— Oczywiście. Jednak warto pomyśleć i o własnym bezpieczeństwie. Shoes to przecieŜ
groźny typ. Wiele przemawia za tym, Ŝe jest to ten sam człowiek, którego spotkałem przed
laty, rabuś i morderca. Chyba potrafiłbym go rozpoznać.
— No, to Mitchell juŜ nie jest potrzebny — zauwaŜyłem Ŝartobliwie.
— Owszem, potrzebny. Nie mamy prawa aresztować nikogo.
—
Właśnie. To samo mówił porucznik.
Old Gray zasępił się.
— Po waszym odjeździe — podjął — zjawił się w faktorii pewien traper, a w godzinę
później konny policjant. Obaj twierdzili to samo: Shoes zamierzał przedrzeć się przez
granicę amerykańską, jednak zawrócił.
— Kto go widział?
— O tym ani traper, ani policjant nie potrafili nic rozsądnego powiedzieć.
— Wygląda na to, Ŝe się nie wymknie — zauwaŜyłem.
— MoŜe próbować drogi na północ.
— Do Jukonu?! — krzyknąłem. — AleŜ to szaleństwo.
— I ja tak sądzę, lecz desperat potrafi odwaŜyć się na najbardziej ryzykowny krok. Być
moŜe spróbuje równieŜ górskiego szlaku do Montany. Droga piekielnie
189
trudna, lecz stwarzająca mnóstwo moŜliwości ukrycia się. Przyszłość pokaŜe.
—
Jeśli pokaŜe — wyraziłem wątpliwość.
Old Gray nic nie odpowiedział. Skończył ćmić fajeczkę, wytrząsną! popiół,
—
A teraz, skoro juŜ wiecie, czego moŜna się spo
dziewać, niech kaŜdy dobrze wytrzeszcza oczy i nad
stawia uszu podczas nocnej straŜy.
Istotnie, nie wolno było bagatelizować faktu obecności na prerii niebezpiecznego
osobnika. Noc jednak upłynęła spokojnie, a rankiem razem z Siwowłosym ruszyliśmy
dalej. Old Gray zamierzał zapolować, lecz z tego polowania nic nie wyszło aŜ do południa,
a po południu zainteresowała nas zupełnie inna sprawa.
Gdy pędziliśmy prerią, Siwowłosy pierwszy dostrzegł czarną plamę wśród traw. Ślad po
ognisku. Zatrzymaliśmy konie. Old Gray zeskoczył.
—
Nie zsiadajcie — przestrzegł. — Zbyt wiele nóg
zadepcze ślady.
Tkwiliśmy w siodłach, a on krąŜył wokół czarnej plamy, z głową opuszczoną, podobny
do ptaka biegusa polującego na jaszczurkę lub węŜa. Co pewien czas podnosił nie
dopalony patyk i grzebał nim w popiele lub w trawie, raz nawet przykląkł. Widać nie
osiągnął Ŝadnych rezultatów, bo zwrócił się do Indianina:
—
Niech Wysoki Orzeł pomoŜe mi...
Ubodło mnie to troszkę. PrzecieŜ Karol słynął jako znakomity tropiciel, a i ja coś niecoś
potrafiłem.
Wódz bez słowa przystąpił do poszukiwań. We dwójkę dreptali tu i tern. Do znudzenia
długo. I po licho?
—
Dwa konie — streścił Old Gray wyniki badań — ■
lecz człowiek tylko jeden, chyba Ŝe obaj noszą buty
jednakowe. Obozował lub obozowali przed kilkunastu
godzinami. A oto pamiątka.
Wyciągnął ku nam dłoń i pokazał spory czarny guzik.
190
—
Ktoś sieje guziki po drodze —- zauwaŜyłem. —
PokaŜ no, Karolu, tamten.
Guziki były bliźniaczo podobne.
—
Skąd macie ten drugi? — zainteresował się Siwo
włosy.
Opowiedziałem po krotce o naszym odkryciu w jaskini.
— Czy Mitchell o tym wie?
— Na jaskinię trafiliśmy juŜ po spotkaniu z porucznikiem — odparłem.
— Mitchell ma wyjątkowego pecha. ChociaŜ... są to fabryczne guziki przyszywane do
tysięcy ubrań. Jednak zbieg okoliczności jest zastanawiający. Ten sam człowiek mógł
obozować w jaskini i tutaj. Ten sam człowiek mógł być mordercą odkrytej przez was
ofiary. W jakim celu?
Uznałem, Ŝe tego rodzaju rozwaŜania do niczego nie prowadzą, zagadnąłem więc
niecierpliwie:
— Jedziemy?
— Dziwna historia — mruknął Old Gray dosiadając konia.
— Ba, zapewne — odparłem — lecz jeszcze dziwniejsza mnie się przytrafiła. Z
niedźwiedziem.
— A cóŜ takiego?
Wydało mi się, Ŝe Old Gray się uśmiechnął. Opowiedziałem o grizzlim.
— Bardzo ciekawe — stwierdził, —- Nie zobaczyliście strzelca?
— Po godzinnych poszukiwaniach daliśmy spokój. Zaczynam wierzyć, Ŝę duchy krąŜą po
górach, aby ratować nieostroŜnych wędrowców. Jak to wytłumaczyć?
— MoŜe mu się spieszyło? MoŜe gonił za czymś bardziej dla niego wartościowym od
futra niedźwiedzia i podziękowań? KtóŜ odgadnie?
— Jednak dziwny to postępek.
— Świat pełen jest dziwnych postępków. W drogę!
191
I to było wszystko, co miał do powiedzenia w tej sprawie Siwowłosy.
Towarzyszył nam jeszcze przez dwa dni i dwie noce. Cały czas pilnie wypatrywał
kolejnych śladów po ogniskach, lecz bezskutecznie. Dostrzegłem, Ŝe staje się coraz bardziej
markotny. Pod koniec drugiego dnia zdobyłem się na odwagę i zagadnąłem o przyczynę
złego humoru.
—
Podejrzewam — odparł — Ŝe odkryte przez nas
ognisko rozpalał mój dawny znajomy. Poszukuję go
w waŜnej sprawie i jak na złość nie potrafię dości
gnąć.
Zapytałem, na czym opiera swe przypuszczenie — chyba nie na znalezionym guziku?
Roześmiał się. Po raz pierwszy od wielu godzin.
— Oczywiście, Ŝe nie. Czarne guziki zdobią garnitury wielu męŜczyzn. Po prostu wiem,
Ŝ
e mój znajomek właśnie przebywa w tych stronach, dlatego interesuje mnie kaŜdy
człowieczy trop.
— A moŜe to był Shoes? — wyraziłem przypuszczenie.
— MoŜe tak, moŜe nie. Dowodów brak.
Zaniechałem dalszych pytań. Natarczywość wyglądałaby na niegrzeczne wścibstwo. A
poza tym... dość juŜ miałem całej tej historii. Dopiero nieco później, skojarzywszy pewne
sprawy, doszedłem do wniosków bardzo interesujących, zarówno mnie, jak i kaŜdego
przeciętnego człowieka. Zwłaszcza przebywającego na prerii, lecz wtedy jeszcze o tym nie
wiedziałem.
Poczęliśmy rozglądać się za dogodnym miejscem noclegu. Drzewa i krzewy gdzieniegdzie
widzieliśmy, natomiast wody ani śladu. Za radą Karola jechaliśmy tak daleko jeden od
drugiego, jak na to pozwalała widoczność. Posuwając się w ten sposób zwiększało się
prawdopodobieństwo napotkania jakiejś rzeczki czy jeziorka. Bo wielkich rzek nie było w
tych stronach,
192
a wielkie jeziora leŜały na północ i na wschód od prze-bywanej przez nas trasy.
Tym razem ja odkryłem wspaniałe miejsce na biwak: kępę drzew otaczających
stawek o wodzie przejrzystej i zimnej niczym lód. Gdzieś od spodu biło źródło a
nadmiar wody wypływał wąskim strumykiem, który po kilkudziesięciu jardach po
prostu... znikał, wsiąkał w piaszczystą glebę.
Wspominam o tym miejscu nie bez powodu. Bo tam właśnie, przy wieczornym
ognisku, Old Gray ćmiąc fajeczkę opowiedział nam historię, jaka wydała mi się
najdziwniejszą z dziwnych, podobną do gawęd, którymi skracali sobie czas na
postojach osadnicy ciągnący na zachód lub traperzy. W takich gawędach tkwiło
zazwyczaj tyleŜ zmyślenia, co i prawdy, więc nie trzeba ich uznawać wyłącznie za
bajki. I podejrzewam, Ŝe z opowiadaniem Old Graya sprawa miała się podobnie.
—
Słonko juŜ zachodzi, lecz chyba jeszcze nie pój
dziemy spać? Słyszeliście o historii Balfourów? Na
pewno nie.
Potrząsnąłem głową na znak całkowitej nieświadomości.
—
W pewnym mieście naszego wschodu — zaczął
Old Gray pykając z fajki — ani wielkim, ani małym,
Ŝ
ył przed laty zamoŜny przemysłowiec. Fabrykant bry
czek, powozów, a przede wszystkim dyliŜansów. Nie
ź
le mu się powodziło, jako Ŝe sieć linii kolejowych
była podówczas rzadka, zwłaszcza na Dalekim Zacho
dzie. PrzecieŜ dopiero w 1869 roku nastąpiło połącze
nie torami Atlantyku z Pacyfikiem, a do tego czasu
dyliŜans odgrywał rolę najwygodniejszego środka ko
munikacji. Ten przedsiębiorca był z pewnych wzglę
dów człowiekiem niezwykłym. Swych zainteresowań
nie ograniczał bowiem, jak wielu jemu podobnych, do
spraw związanych jedynie z produkcją konnych po-
13 — Old Gray
193
jazdów. W którymś tam roku, skonstruowawszy ulepszoną partię wehikułów, wybrał się w
daleką drogę karawaną złoŜoną z takich właśnie wozów. Chciał sprawdzić, jak jego wozy
spisywać się będą podczas długiej podróŜy. Jednak, o ile mi wiadomo, powodem głównym
wycieczki stała się nieprzeparta chęć ujrzę- i nia dalekich przestrzeni z ich pięknem i grozą, o
czym sporo informacji podawała prasa wschodnich stanów. W zasiedziałym mieszczuchu
odŜyły stare tęsknoty jego dziadka, znanego łowcy futerek z czasów, kiedy wędrówka na
zachód od doliny Missisipi uznawana była za czyste szaleństwo.
Przemysłowiec, nazwijmy go panem Hopkinsem, zabrał na swą wyprawę serdecznego
przyjaciela, jeszcze ze szkolnej ławy. Przyjaciel był rysownikiem i mała-rzem, raczej
biednym niŜ bogatym, i pewnie nigdy by nie ukończył kosztownych studiów, gdyby nie
finansowa pomoc Hopkinsa. Zdarzają się takie wypadki. Dla wygody nazwijmy tego
malarza panem Balfourem. Dla wygody, zaznaczam, poniewaŜ sprawa nazwisk nie gra w
mej opowieści Ŝadnej roli.
Tak więc Hopkins i Balfour podróŜowali własnym wozem. Wrócili cali i zdrowi do
rodzinnego miasta, bogatsi o doświadczenia, których nie mogliby zdobyć w Ŝaden inny
sposób.
Balfour przywiózł z wędrówki kilkadziesiąt szkiców oraz skórę upolowanego przez
siebie bizona. Jednego z ostatnich. Skóra zdobiła ścianę w jego mieszkaniu, szkice
przemieniły się w olejne obrazy o nie małej wartości. Znalazły się na specjalnie
zorganizowanej wystawie i szybko trafiły do rąk licznych amatorów zachodniej egzotyki.
Chyba po raz pierwszy w swym Ŝyciu malarz pozbył się finansowych kłopotów.
Natomiast Hopkins przywiózł, poza wraŜeniami, futro niedźwiedzie oraz kompletny strój
indiański, nabyty od wojownika jednego z mniej wrogich plemion.
Od czasu tej eskapady coś się zmieniło w jego Ŝyciu. Bo chociaŜ nadal produkował pojazdy
róŜnej wielkości i przeznaczenia, obok zawodowych zajęć, niejako równolegle z nimi,
rozwijać się poczęło jego nowe zainteresowanie. Nie mające nic wspólnego z pomnaŜaniem
dochodów. Wręcz przeciwnie, raczej je uszczuplające.
Przemysłowiec zaangaŜował się finansowo i uczuciowo w zbieranie najróŜniejszych
przedmiotów mających jakikolwiek związek z historią Dzikiego Zachodu. Nabyty w czasie
wyprawy strój indiański zapoczątkował kolekcję. Zakończyła ją śmierć Hopkinsa. Z jego
zbiorów i z fundacji, jaką ustanowił testamentem, powstało jedno z największych muzeów
historii naturalnej naszego kraju. Lecz cofnijmy się w czasie.
Balfour, zachęcony sukcesem, jaki odniosły jego obrazy ukazujące przyrodę i ludzi
Dzikiego Zachodu, postanowił tworzyć dzieła o takiej właśnie tematyce. W poszukiwaniu
nowych wraŜeń zapuszczał się coraz dalej w głąb mało znanych ziem: na zachód i na północ.
Stał się pierwszym rysownikiem-westmanem.
Zbiegiem okoliczności obaj przyjaciele wstąpili w związki małŜeńskie w tym samym
miesiącu tego samego roku.
Zmiana kawalerskiego stanu w niczym nie wpłynęła na ich wzajemne stosunki, na
codzienne zajęcia i zainteresowania. Obu urodzili się synowie. Przyjaźń między ojcami
przeszła na synów. Potomek Balfoura juŜ w młodzieńczych łatach począł zdradzać
zainteresowanie i zdolności sztuką, ojciec cieszył się, Ŝe znalazł godnego następcę.
Przewidywania sprawdziły się.
Inaczej ułoŜyła się Ŝyciowa kariera syna Hopkinsa. Bardziej interesowało go ojcowskie
hobby — kolekcjonowanie odzieŜy, broni, dzieł sztuki indiańskiej — niŜ produkcja konnych
pojazdów. Zresztą stale gęstniejąca sieć linii kolejowych zmniejszyła zapotrzebowanie na
wozy. Tak więc syn przemysłowca sprzeniewierzył się
195
ojcu. Nie powozy go pociągały, lecz ksiąŜka i pióro. Jeszcze za Ŝycia ojca rozpoczął pracę w
jednym z dzienników wschodu, a po zgonie rodzica sprzedał fabrykę, by bez reszty zająć się
pisarstwem. Wkrótce później zmarli i rodzice Balfoura, lecz stara, wierna przyjaźń między
młodym dziennikarzem i młodym rysownikiem nie wygasła. I podobnie jak ich ojcowie
ruszyli na Dziki Zachód — jeden rysować, drugi pisać korespondencje. Warunki podróŜy
były lepsze niŜ ongiś za Ŝycia fabrykanta wozów, lecz przecieŜ nadal trudne. Linie kolejowe
nie wszędzie docierały, a najpiękniejsze partie kraju leŜały wciąŜ wśród bezdroŜy i pustkowi.
Ale obu przyjaciołom to właśnie najbardziej się podobało.
Po pierwszej paromiesięcznej wyprawie odbyli drugą, trzecią i czwartą. W ten sposób
poznali tajniki Ŝycia na prerii i w górach. Piątą wyprawę odbył młody Balfour samotnie i
przywiózł z niej... indiańską dziewczynę. Gdy ją sprezentował dziennikarzowi, tamten za
głowę się złapał. Odprowadził przyjaciela na bok i zapytał:
„
Co ty chcesz z nią uczynić?"
„
Raczej: z niej — odparł tamten. — Chcę z niej uczynić własną Ŝonę".
„
Oszalałeś? Człowieku, zastanów się. PrzecieŜ, ona nawet nie potrafi poprawnie mówić po
angielsku! A na pewno nie umie czytać".
„
To ją nauczę. Według zwyczajów Indian jest juŜ moją Ŝoną, a wkrótce będzie nią według
praw bladych twarzy".
„
Poczekaj! Nie tak prędko. Przemyśl swą decyzję, bardzo cię o to proszę".
„
JuŜ przemyślałem. Czy moŜesz mi pomóc?"
I tak się zaczęła ta zupełnie nowa historia. Nie jedyna w naszym kraju. Na pewno wiecie,
Ŝ
e mieszane małŜeństwa, zwłaszcza w pierwszych latach osadnic-
196
twa, nie naleŜały do rzadkości, a i dzisiaj niekiedy się trafiają.
— Oczywiście — przytaknąłem. — Świadczy o tym wzrastająca ilość Metysów wśród
ludności obu Ameryk.
— OtóŜ to! Lecz poślubienie indiańskiej dziewczyny przez trapera, eksplorera czy nawet
rolnika, gospodarzącego gdzieś na zachodnim pograniczu a sprowadzenie Indianki do
miasta białych to dwie róŜne sprawy. Farmerzy czy traperzy decydowali się na takie związ-
ki często wyłącznie ze względów osobistego bezpieczeństwa. śona-Indianka, zwłaszcza
gdy była córką któregoś z wodzów, gwarantowała przyjaźń plemienia. Poza tym warunki
jej nowego Ŝycia drobnym tylko ulegały zmianom, a poziom umysłowy męŜa i ludzi z
najbliŜszego otoczenia wcale nie był wyŜszy, często nawet niŜszy od jej własnego.
Indianki — Ŝony białych czuły się bardzo dobrze, najczęściej znacznie lepiej od squaw
czerwonoskórych wojowników.
W przypadku młodego Balfoura wszystko przedstawiało się odmiennie. Wręcz groźnie dla
niego i dla wybranki. Początkujący rysownik i malarz, chociaŜ bardzo zdolny i zyskujący
uznanie w kręgach zawodowców i amatorów, musiał liczyć się z tak zwaną opinią publiczną.
ś
ona Indianka mogła stać się magnesem przyciągającym doń ludzi. Egzotyczne małŜeństwo
— niemal reklamą zwiększającą popyt na jego obrazy. Lecz Ŝona-analfabetka, nie umiejąca
sklecić jednego zdania w poprawnej angielszczyźnie, której poza tym obce były towarzyskie
zwyczaje, Ŝona usiłująca wejść po schodach jak po drabinie, to znaczy na czworakach,
woniejąca zjełczałym tłuszczem — wszystko to mogło młodego Balfoura narazić na
ś
mieszność, na drwiny, na niewybredne Ŝarty i złośliwości, a w końcu złamać mu karierę.
Hopkins, który odziedziczył po ojcu nie tylko fabry-
187
kę, lecz i kupiecki rozsądek, i trzeźwy pogląd na świat, w lot dostrzegł niebezpieczeństwo.
„
Henry — zwrócił się do Balfoura — co uczynisz, jeśli za twoją Ŝoną ściągnie tu jej
ojciec, wuj, brat i tuzin innych krewnych? Gdzie im rozbijesz tipi i jak przyjmiesz ludzi,
którzy na pewno uwaŜają cię za wybitną wśród bladych twarzy osobistość?"
„
Mam nadzieję, Ŝe nie przyjadą. Zbyt daleka to droga".
„
A jeśli jednak zjawią się tutaj?"
„
To... to... chyba ucieknę!"
W tym miejscu obaj parsknęli śmiechem. ChociaŜ problem był powaŜny. Wizyta
krewnych Indianki była raczej nieprawdopodobna, natomiast niebezpieczeństwo tkwiło w
tym, jak ludzie, wśród których obracał się Henry Balfour, odniosą się do jego postępku i jego
egzotycznej Ŝony.
Myślę, Ŝe bez pomocy Hopkinsa Henry popełniłby wiele głupstw, pozraŜał sobie
wszystkich i w ten sposób zakończył swą artystyczną karierę. Na szczęście miał dość
zaufania i rozsądku, aby zastosować się do rad przyjaciela. I oto po długich rozwaŜaniach i
znacznie krótszych poszukiwaniach znaleźli pensjonat, gdzie umieszczono Indiankę. Jej
wygląd wzbudził zachwyt właścicielki, jej zachowanie — z trudem maskowaną wesołość.
Z kolei obaj przyjaciele znaleźli kogoś, kto podjął się nauczyć dziewczynę języka
angielskiego w słowie i piśmie, a kierowniczka pensjonatu — za dodatkowym
wynagrodzeniem — przyjęła na swe barki cięŜar edukacji towarzyskiej i sposobu bycia
obowiązującego w społeczeństwach bladych twarzy.
Nie szło to łatwo, chociaŜ uczennica okazała się niezwykle pojętna. Najtrudniej było
wytłumaczyć jej cel tych wszystkich poczynań, Henry Balfour sam ją przekonał. Przez
pierwsze tygodnie dziewczyny nie wy-
198
puszczano na rojne ulice miasta i korzystała jedynie ze spacerów po ogrodzie, budząc
zrozumiałą sensację wśród współlokatorów, zwłaszcza męŜczyzn, bo była śliczna. JednakŜe
przechadzki po niewielkim ogrodzie dla osoby wyrosłej wśród nie ograniczonych niczym
przestrzeni stanowiły to samo, co dreptanie po więziennym podwórku człowieka
korzystającego dotychczas z nieskrępowanej wolności. Indianka poczęła się buntować i tylko
obecność Balfoura poprawiała jej humor. Ale stałe towarzyszenie narzeczonej nie zezwalało
na wyjazdy. Henry Balfour odtworzył juŜ wszystkie krajobrazy Dalekiego Zachodu na
płótnach i z przyczyn czysto ekonomicznych („wychowanie" narzeczonej kosztowało sporo)
zaczął malować portrety co bardziej snobistycznych obywateli miasta. Wiele mu w tym
dopomógł Hopkins, zarówno przez swe znajomości, jak przez chytrze zamaskowaną reklamę
prac swego przyjaciela, o którym bądź w formie wywiadów, bądź krótkich felietonów pisał
na łamach swego dziennika.
Minęło kilka najgorszych dla indiańskiej dziewczyny tygodni odosobnienia. Osoba ucząca
ją angielskiego podjęła się oprowadzania egzotycznego przybysza po mieście. „Przybysz"
został odziany w strój białych sąuaw, by uniknąć zbyt wielu natarczywych spojrzeń. Kto
jednak przyjrzał się dokładniej cerze i rysom twarzy pięknej dziewczyny, ten musiał
odgadnąć jej pochodzenie.
Po kilku miesiącach nauki angielskiego dodatkowo obciąŜono uczennicę rozmowami z
pewnym zakonnikiem. PrzecieŜ Ŝaden chrześcijański duchowny nie udzieliłby ślubu
pogance!
I tu znowu Hopkins okazał się bardzo pomocny. Wynalazł pastora, który przez wiele lat
bawił na zachodzie i północy, gdzie poznać mógł obyczaje i wierzenia czerwonoskórych,
dzięki czemu rozmowy między po-
199
ganka a pastorem przebiegały gładko i były zrozumiałe dla obu stron.
Dalsza edukacja objęła początki arytmetyki, geografii i historii. W sumie cała nauka trwała
prawie dwa lata i zaiste podziwiać naleŜy zarówno upór Balfoura, jak i wytrwałość młodej
squaw.
Gdy po upływie tego czasu obaj przyjaciele wyprawili huczne przyjęcie dla kolegów,
znajomych i znajomych znajomych — nikt z gości nie mógł uwierzyć, by elegancka, młoda
miss miała coś wspólnego z czerwo-noskórą rasą, poza lekkim podobieństwem rysów twarzy.
W dwa miesiące później odbył się ślub młodej pary, a miejscowe gazety poświęciły temu
wydarzeniu sporo miejsca na swych łamach. Co nie pozostało bez wpływu na dalszy przebieg
Ŝ
yciowej kariery Balfoura. Młode damy uznały to małŜeństwo za wysoce romantyczne,
męŜowie młodych dam zdumiewali się nad odwagą Balfoura. „Romantyczna" para
zapraszana bywała na pikniki, przyjęcia, bale, wszędzie budząc zainteresowanie, Balfour
natomiast otrzymywał częściej zamówienia na portrety. Przyjmował te zamówienia z...
konieczności, nadal marząc o powrocie do swych ukochanych krajobrazów, do surowego
piękna Gór Skalistych, pierwotnych borów i nie tkniętych pługiem prerii.
AŜ nadszedł dzień, w którym marzenia swoje zrealizował. Wyruszył na Dziki Zachód. Nie
sam. Z Ŝoną i przyjacielem. Była to wspaniała trzymiesięczna wyprawa, podczas której —
rzecz zrozumiała — pani Anna (takie bowiem otrzymała „białe" imię) w swych
westmańskich osiągnięciach pobiła na głowę obu męŜczyzn. Jednak nie złoŜono wizyty w jej
rodzinnym plemieniu. MałŜonka wcale się przy tym nie upierała, a małŜonek doszedł do
wniosku, Ŝe prezentacja półdzikim krewnym kobiety tak gruntownie przemienionej z
Indianki w „bladą twarz" mogłaby wywołać oburze-
200
nie wśród co bardziej konserwatywnych wojowników. Lepiej nie ryzykować.
Balfour przywiózł z tej podróŜy sporo szkiców czarno-białych, a takŜe akwarel
przedstawiających wędrownych traperów, indiańskich przewodników, konie, wozy zwane
„okrętami prerii" oraz antylopy gnające przez równiny. Hopkins natomiast powrócił ze
stosem notatek, Anna — z mnóstwem wspomnień.
Takich wspólnych wypraw odbyli kilka. Jedna na długo pozostała w ich pamięci, ta — na
wielbłądach.
— Na wielbłądach! — wykrzyknąłem przerywając wątek opowiadania. — Chyba nie tu,
lecz w Afryce?
— Nie w Afryce. Mało kto wie lub pamięta, Ŝe na południu Stanów przez niezbyt długi
czas próbowano uŜywać do transportu właśnie wielbłądów.
— Nic o tym nie słyszałem — zainteresował się Karol. — Czy to nie bajka?
— Nie bajka. Najprawdziwsza prawda. Na kilka lat przed wybuchem wojny domowej
armia Stanów Zjednoczonych zakupiła w Egipcie trzydzieści cztery wielbłądy. Chodziło o
sprawdzenie uŜyteczności tych zwierząt przy transporcie ludzi i towarów poprzez bez-
drzewne i bezwodne, pustynne obszary Zachodu. Pierwsza taka wyprawa, do Kalifornii,
udała się znakomicie. Stwierdzono, Ŝe wielbłądy są- odporne na ukąszenia grzechotników,
Ŝ
e mogą obywać się bez wody przez wiele dni, Ŝywić szałwią, a nawet ostem, którego nie
tknie ani koń, ani muł. Wielbłądy nie lękały się wody, gdy przyszło przebywać w bród
rwące strumienie i głębokie rzeki, no i potrafiły unieść tyle ładunku, co cztery muły.
Na wiadomość o wynikach tych doświadczeń grupa osób zainteresowanych transportem
załoŜyła Kompanię Amerykańskiego Wielbłąda. Zwierzęta zakupiono jednak nie w Egipcie,
lecz w Azji, uznając, Ŝe będą odporniejsze na zimno. Szybko nastąpiło rozczarowa-
201
nie. Okazało się bowiem, Ŝe wielbłądy były niezwykle złośliwe, bez Ŝadnych powodów
atakowały ludzi zębami, pluły im w twarze jadowitą śliną, a konie, muły i woły płoszyły się
na ich widok, co doprowadzało do ostrych zatargów z właścicielami. Poza tym — amatorów
jazdy na grzbiecie wielbłąda nie znalazło się wielu. Powstał kłopot z angaŜowaniem
przewoźników. Uciekali od wielbłądów jak od zarazy. I tak cały pomysł okazał się chybiony.
Kompania sprzedała kilka zwierząt cyrkom, resztę po prostu puściła wolno na bezludne
prerie. Azjatyckie zwierzęta nie potrafiły aklimatyzować się, jak europejskie konie. PodróŜni
widywali je jeszcze przez kilka lat, jak błąkały się tu i tam, później wszelkie ślad po nich
zaginął. Prawdopodobnie padły ofiarą chorób i drapieŜników. Lecz wracam do historii
małŜeństwa Balfourów.
Urodziło się im dziecko, syn. W okresie niemowlęctwa i jeszcze przez kilka następnych lat
przyszło zrezygnować z dalekich wypraw, poprzestając jedynie na krótkich wycieczkach,
bądź teŜ — w pełni upalnego lata — przenosić się do wynajętej przez malarza podmiejskiej
willi. W tym to okresie Balfour był juŜ wziętym rysownikiem, a Hopkins napisał swą
pierwszą ksiąŜkę poświęconą ludziom i sprawom Dalekiego Zachodu. Nie nudzę was za
bardzo?
Szczerze zaprzeczyliśmy. Co do mnie, przepadałem za tego typu opowieściami. PrzecieŜ to
one składały się na historię wielkiego kraju. Myślę, Ŝe Karola równieŜ zainteresowały dzieje
dwu przyjaciół. Z zupełnie jednak innych przyczyn, niŜ sądziłem.
—
Jeśli więc was nie nudzę — ciągnął dalej Old Gray — posłuchajcie, co wydarzyło się
dalej. Nie mamy zresztą nic innego do roboty.
Młody Balfour uczęszczał normalnie do szkoły, a gdy nieco podrósł i zmęŜniał, począł
brać udział w letnich wyprawach rodziców i oczywiście Hopkinsa. Ten ostatni
202
stał się jak gdyby czwartym członkiem rodziny. Bowiem Hopkins nie oŜenił się, lecz to juŜ
zupełnie inna sprawa.
Nie we wszystkich jednak wędrówkach młody Bal-four uczestniczył. Nie w takich, które
były zbyt uciąŜliwe lub niebezpieczne. Oddawano go wówczas do internatu lub wysyłano na
letnie obozy amerykańskich skautów.
Którejś wiosny małŜeństwo, we dwójkę jedynie, wyruszyło nie na zachód, lecz na północ,
do Kanady. Tym razem Hopkins nie mógł im towarzyszyć, zatrzymała go w mieście praca
zawodowa. Ale zajął się opieką nad młodym Balfourem.
PodróŜnicy wrócili z wyprawy dopiero późną jesienią, przywoŜąc nieprawdopodobną
nowinę: uzyskali od władz kilkanaście akrów lasu i łąki w cichym zakątku na podgórzu i
postanowili zbudować dom, ba, nawet juŜ sprowadzili drwali do karczowania kawałka
puszczy. Drzewo miało schnąć aŜ do najbliŜszej wiosny. W początkach lata zamówiony
przedsiębiorca zobowiązał się wybudować dom. Hopkins osłupiał.
„
Chyba oszaleliście?"
Wybuchnęli śmiechem.
„
Chcecie opuścić miasto? Zamieszkać w głuszy? No i jakie to koszty!"
Odpowiedzieli, Ŝe mają zamiar tam mieszkać tylko przez parę miesięcy w roku, nigdy
zimą. A co się tyczy kosztów, są mniejsze niŜ moŜna by sądzić. Ziemia za darmo, budulec za
darmo, a zapłata cieślom i drwalom nie przekroczy rozsądnej kwoty.
„
No dobrze — ustąpił Hopkins — a plan budynku? Musisz zapłacić architektowi".
„
Zapomniałeś — odpowiedział Balfour — Ŝe jestem nie tylko malarzem, lecz i
rysownikiem. Obraz domu mam juŜ w głowie, lecz to moja tajemnica. Przyjedziesz tam
dopiero wtedy, kiedy dom będzie gotowy i godny
203
przyjęcia najbardziej wybrednych gości. Anna równieŜ nie pojedzie tam wcześniej. Pragnę
jej sprawić architektoniczną niespodziankę".
Hopkins przez pewien czas łudził się, Ŝe wariacki pomysł wyparuje z głowy przyjaciela
podczas zimowych miesięcy. Nic z tego. Balfour zapalił się do swego projektu i wczesną
wiosną, mimo Ŝe nocami jeszcze chwytały przymrozki, ruszył na północ. Sam. Ku
niezadowoleniu Hopkinsa i lekkiemu niepokojowi Anny. Wrócił w lipcu, nieco wychudły,
opalony i, pełen energii. Oświadczył, Ŝe dom stoi pod dachem, Ŝe ma nawet szyby w oknach,
studnię z pompą i werandę. Nic juŜ nie brakuje z wyjątkiem wyposaŜenia wnętrz.
„
Jak to załatwisz?" — zafrasował się Hopkins.
„
Bardzo prosto: kupuję wóz, dwa muły, angaŜuję woźnicę i ruszam za tydzień razem z
Anną. Potrzebny sprzęt, niezbyt drogi, nabędę w najbliŜszym mego domu miasteczku i sam
przetransportuję. Opiekuj się chłopcem i naszym mieszkaniem."
„
To znaczy, Ŝe nie pojadę z wami?"
„
Jeszcze nie teraz. Przyjedziemy po ciebie, kiedy wszystko zostanie uporządkowane.
Zgoda?"
CóŜ, musiał się zgodzić. Po dwu dniach Balfour pokazał przyjacielowi pojazd świeŜo
wyprodukowany w dawnych zakładach Balf oura-seniora. Był to wehikuł zdatny do długich
podróŜy, coś pośredniego między dyliŜansem a wozem cięŜarowym. Tak wygodny, jak tylko
moŜe być wygodny tego rodzaju środek lokomocji.
Nieco później Hopkins miał okazję obejrzeć zaprzęg złoŜony z dwu mułów oraz
zgodzonego do nich woźnicę. Był to młody męŜczyzna przybyły, jak poinformował go
Balfour, z Kanady w poszukiwaniu lepszej pracy. Dotychczas bowiem pracował jako
woźnica i kowboj na jednym z farmerskich gospodarstw niedaleko Montrealu. Balfour
znalazł go przypadkowo i zaangaŜował. Nowo przyjęty sprawiał wraŜenie człowieka
inteli-
204
gentnego, uprzejmego i nie lękającego się pracy. CzegóŜ więcej wymagać?
W następnym tygodniu państwo Balfour ruszyli w drogę. Minął miesiąc, podczas którego
Hopkins rzetelnie wywiązywał się z opieki nad synem przyjaciół. Minęły jeszcze dwa
tygodnie. Hopkinsa nie niepokoił brak wiadomości. Rozumiał, Ŝe wyposaŜenie domu musi
potrwać długo: Ŝe wyjazdy do miasteczka, zakup mebli, a później ich transport zabiorą
Balfourom mnóstwo czasu. Lecz nagle dziennikarz zaalarmowany został depeszą (wówczas
juŜ istniały między niektórymi mia-.stami połączenia telegraficzne *) nadaną przez szpital w
Edmonton, wzywający go pilnie w sprawie małŜeństwa Balfour.
Hopkins pognał na północ, uŜywając róŜnych środków lokomocji, jako Ŝe Edmonton,
wówczas zupełnie małą mieścinę, nie łączyła jeszcze ze światem Ŝadna linia kolejowa.
Gdy wreszcie Hopkins dotarł do celu, od lekarza miejscowego szpitalika dowiedział się,
Ŝ
e przybył za późno! Oboje Balfourowie nie Ŝyli. Zmarli na skutek cięŜkich obraŜeń
zadanych im przez nieznanego napastnika.
Jak się czuł Hopkins usłyszawszy tę wiadomość, moŜecie sobie wyobrazić. Jednak nie
pogrąŜył się w bezradnej rozpaczy, lecz począł badać przyczyny tragedii. Oto Balfourowie
zostali znalezieni przypadkowo przez patrol konnej policji około pięćdziesięciu mil na pół-
nocny zachód od Edmonton. Oboje, na pół przytomni, poranieni kulami rewolwerowymi,
leŜeli przy wygasłym ognisku na prerii, niedaleko swego wozu. Konie znikły. Przywróceni
do przytomności zdołali powiedzieć, Ŝe napastnikiem był wynajęty przez nich woźni-
Pierwsza depesza w Północnej Ameryce została nadana juŜ w 1844 r. z Waszyngtonu do
Baltimore w USA.
205
ca o nazwisku Joe Royer. Zginęły wszystkie pieniądze zabrane na drogę, broń i nieco
Ŝ
ywności.
Rannych z wielkim trudem przywieziono do Edmon-ton, lecz prymitywny szpitalik nie
rozporządzał odpowiednim zestawem środków koniecznych do uratowania Ŝycia. Przed
ś
miercią Henry Balfour poprosił o wezwanie Hopkinsa. I tak oto skończyła się ta okropna
historia...
Old Gray przerwał i począł ponownie napełniać fajkę tytoniem. Milczałem wstrząśnięty tą
opowieścią. Milczał Karol; milczał, jak zwykle małomówny, Wysoki Orzeł.
Wypadek, o którym opowiedział Siwowłosy, nie był niestety wyjątkowym w dziejach
Dzikiego Zachodu, jednak dotąd sądziłem, Ŝe tego rodzaju dramatyczne wydarzenia
rozgrywały się raczej na zachodzie Stanów Zjednoczonych niŜ w Kanadzie i raczej przed
wieloma dziesiątkami lat. Szybko podsumowałem wypadki, z jakimi zetknęliśmy się w
ostatnich tygodniach. Oto jakiś Joe Starr czy Joe Shoes zatrzymywał pociąg, oto nieznany
włóczęga skarŜył się, Ŝe go okradziono, oto zwłoki tajemniczego wędrowcy odkryte przeze
mnie w górskiej grocie. Teraz — relacja Old Graya... Głośno wyjawiłem swe myśli sądząc,
Ŝ
e Old Gray powie nam dokładniej, kiedy to się stało, lecz on nie odezwał się, nadal
całkowicie zajęty fajką.
— A bandyta? — zagadnąłem zniecierpliwiony. — Schwytano go?
— Nie — zaprzeczył zwięźle. — To wszystko, co mogę wam opowiedzieć.
Nie pytałem więcej, chociaŜ tyle pytań miałem na końcu języka. Na przykład: jak
potoczyło się Ŝycie syna Balfourów? Co przedsięwziął Hopkins, aby odnaleźć mordercę?
Czy Balfourowie wieźli aŜ tak znaczną sumę pieniędzy, Ŝe skusiła ona woźnicę do popeł-
nienia zbrodni?
206
— Jednak mylisz się, Janie — zabrał głos Karol. — Nie trzeba sięgać daleko w
przeszłość, aby przypomnieć sobie o napadach na podróŜnych. Zapamiętałem bardzo
dobrze przedziwną historię szeregu rabunków dokonanych przez jednego tylko człowieka.
— Masz na myśli Karola Bolesa? — niespodziewanie zagadnął Old Gray.
— Właśnie jego.
— Obiło mi się to o uszy. Jeśli znasz szczegóły, opowiedz.
Ja nic nie wiedziałem o Ŝadnym Karolu Bolesie, więc nastawiłem uszu.
—
To działo się zaledwie czternaście lat temu, w ro
ku 1875 — zaczął mój przyjaciel. — W lipcu owego
roku zamaskowany męŜczyzna uzbrojony w dubeltów
kę zatrzymał dyliŜans na szczycie wzgórza, niedaleko
miejscowości Copperpolis, w Kalifornii. Rozkazał woź
nicy zrzucić z dachu skrzynkę, w której znajdowały
się pieniądze. Gdy woźnica zawahał się, napastnik
krzyknął: „Jeśli ośmieli się strzelić, dajcie mu dobrą
nauczkę, chłopcy!"
Woźnica zerknął w bok i zauwaŜył wystające nad nierównościami gruntu lufy strzelb
wymierzone wprost w niego. Szybko zwalił skrzynkę na ziemię. Bandyta otworzył ją przy
pomocy siekiery i począł wyjmować z wnętrza woreczki pełne złotych monet. W tym mo-
mencie oszalała z przeraŜenia pasaŜerka dyliŜansu wyrzuciła przez okno sakiewkę z
pieniędzmi. Bandyta podniósł sakiewkę i zwrócił mówiąc, Ŝe nie ma zwyczaju rabować
podróŜnych. Bowiem skrzynka ze złotymi monetami nie stanowiła własności Ŝadnego z po-
dróŜnych, lecz firmy ekspedycyjnej i bankowej „Wells, Fargo i Sp.'\
OpróŜniwszy skrzynkę rabuś skoczył między przydroŜne krzewy i zniknął. Woźnica
zdecydował się zabrać rozbite opakowanie. Zeskoczył z kozła, lecz rów-
207
nocześnie z przeraŜeniem stwierdził, Ŝe strzelby nadal są w niego
wycelowane. Stał niezdecydowany, co czynić. Po jakimś czasie
zastanowiła go całkowita cisza i zupełny bezruch. Okazało się, Ŝe były
to zwykłe kije, umieszczone rzędem w krzakach. Tak oto zakończył
się pierwszy rabunek. Gdy szcze-
208
goły napadu opublikowano w gazetach, zdumiewano się nad sprytem i bezczelnością
bandyty. Według zeznań woźnicy miał on na twarzy maskę, a na sobie luźny jasny
prochowiec. Buty napastnik owinął kawałkami sukna, by nie zostawić śladów.
Poszukiwanie nie dało wyników. Nikt nigdy takiej osoby nie widział poza woźnicą i
pasaŜerami dyliŜansu. Zresztą sprzecznych i nieprawdopodobnych zeznań podróŜnych nie
moŜna było traktować powaŜnie. PrzeŜyte chwile strachu nie pozwoliły im zapamiętać Ŝad-
nego sensownego szczegółu.
Po kilku miesiącach wydarzył się drugi podobny ra bunek. Miał taki sam przebieg. Znowu
ukazał się podobnie ubrany człowiek z wymierzoną w woźnicę dubeltówką. Zrzuconą
skrzynkę znowu rozbił siekierą, a wypatroszywszy wnętrze znikł w przydroŜnych krzakach.
A w sierpniu 1877 roku dokonano trzeciego napadu. Na dyliŜans jadący z Fort Ross do
Duncan Mills. Wszystko odbyło się identycznie. Tyle, Ŝe na koniec bandyta włoŜył do
rozbitej skrzynki świstek papieru z wypisanym wierszem, przy czym kaŜda linij ka nosiła
inny charakter pisma. Na dole stronicy widniał podpis: Black Bart. Człowiek, który mi o tym
wydarzeniu opowiadał, nie pamiętał treści tego poematu. Zdawało mu się, Ŝe autor skarŜył
się na swój los, Ŝe cięŜko i długo pracował, lecz zbyt często następowano mu na odciski.
Po jakimś czasie spokoju zapomniano o bandycie. Nie na długo. Znów dał znać o sobie
kolejnym rabunkiem. ZauwaŜono juŜ wówczas, Ŝe niekiedy napady dzieliły od siebie
miesiące, niekiedy tylko godziny. Zdarzyło się, Ŝe napastnik w ciągu jednej doby obrabował
dwa dyliŜanse w miejscach odległych od siebie o trzydzieści mil.
PoniewaŜ poszkodowaną była zawsze firma transportowa „Wells, Fargo i Sp." (samotny
rabuś nigdy
210
nie okradał podróŜnych), ona to podniosła gromki alarm. Utworzyła oddział własnych
detektywów, który usiłował wytropić nieuchwytnego wroga. Przesłuchano dziesiątki
ranczerów i farmerów zamieszkałych w sąsiedztwie miejsc napadów. Po zestawieniu i
porównaniu zeznań detektywi stwierdzili bardzo interesujący fakt: wielu rolników spotykało
w pobliŜu miejsc rabunków zupełnie obcego im wędrowca. Z opisów postaci wynikło, Ŝe
człowiek ten był męŜczyzną szczupłym, trzymającym się prosto, siwowłosym, w wieku
czterdziestu, pięćdziesięciu lat, wzrostu niskiego, ubranym nędznie, w zniszczonych butach,
w sztywnym kapeluszu o małej główce i wąskim rondzie. Zawsze widywano go z
przewieszoną przez ramię zwiniętą derką.
Detektywi przypuszczali, Ŝe w tej właśnie derce ukrywał siekierę i strzelbę. Farmerzy
twierdzili, Ŝe człowiek ten podawał się za robotnika, a kiedy zapraszano go na posiłki,
zabawiał całe towarzystwo interesującą rozmową, Zapytywani zgodnie utrzymywali, Ŝe jest
to bardzo sympatyczny pan. Dodatkowa informacja mówiła o jego zamiłowaniu do dalekich
pieszych wycieczek. Śledztwo potwierdziło ten fakt. Bandyta nigdy nie uŜywał konia, aby
nie zostawić odcisków podków, a jednak potrafił w ciągu jednej nocy oddalić się o
kilkanaście mil od miejsca napadu. Kiedyś wysłana pogoń ścigała go na przestrzeni
sześćdziesięciu mil bezdroŜnego kraju, nim ostatecznie zgubiła wszelki ślad.
W lipcu 1878 roku samotny rabuś zatrzymał dyliŜans jadący z Quincy do Oroville i zabrał
cenne przesyłki, stanowiące, jak zwykle, własność przedsiębiorstwa „Wells-Fargo". W
rozbitej siekierą skrzynce bandyta zostawił drugi swój wiersz z podpisem Black Bart.
Firma „Wells, Fargo i Sp." wydrukowała w tysiącach egzemplarzy coś w rodzaju listu
gończego, wy-
211
znaczając osiemset dolarów nagrody za schwytanie bandyty — co równieŜ nie dało Ŝadnych
rezultatów.
AŜ któregoś dnia... DyliŜans jechał zwykłą trasą. Obok woźnicy siedział młody chłopak,
który wybrał się na polowanie. Niedaleko miejscowości Copperpolis, u stóp wzgórza,
chłopiec zeskoczył z kozła i poszedł szukać śladów zwierzyny. DyliŜans powoli piął się na
szczyt, gdzie przed laty Bart po raz pierwszy dokonał napadu. I wtedy zza krzaków
wyskoczył zamaskowany człowiek (oczywiście Black Bart) Ŝądając wydania skrzynki z
pieniędzmi firmy „Wells-Fargo". Ale skrzynka umieszczona została nie na dachu pojazdu,
lecz we wnętrzu. Napastnik kazał woźnicy wyprząc konie, odprowadzić je poza szczyt
pagórka, sam natomiast rzucił się ku skrzynce, która jak się okazało była przybita do podłogi
dyliŜansu. Zaczął więc siekierą podwaŜać wieko, ale nie ustępowało łatwo.
Tymczasem młody myśliwiec nie znalazłszy tropów wrócił od drugiej strony pagórka,
gdzie spotkał woźnicę z końmi. Woźnica wyrwał strzelbę z rąk chłopaka, podbiegł na szczyt i
strzelił do pochylonego nad skrzynką bandyty. Dwukrotnie pociągał za spust i dwukrotnie
chybił — czemu trudno się przecieŜ dziwić. Wtedy chłopak odebrał mu strzelbę i sam
wystrzelił, kiedy napastnik rzucił się juŜ do ucieczki. Potknął się, upadł, lecz w sekundę
później poczołgał i zniknął w przydroŜnych zaroślach.
Gdy na miejsce wypadku przybyli detektywi, znaleźli na drodze leŜącą w pyle lornetkę,
sztywny kapelusz, brzytwę oraz chustkę do nosa, a na chustce znak pralni: XF07.
Poczęto szukać tej pralni. Znaleziono ją w San Francisco. Właściciel przedsiębiorstwa
oświadczył, Ŝe chustkę wraz z inną bielizną oddał mu do prania niejaki Karol Bolton,
zamoŜny górnik, który często zatrzymuje się w hotelu „Webb House". Na prośbę
detektywa
212
właściciel udał się razem z nim do hotelu. Poszukiwany Bolton akurat znajdował się w hallu.
Wygląd Bol-tona zgadzał się z opisami farmerów, lecz odzieŜ róŜniła się całkowicie. W
przeciwieństwie do poszukiwanego Barta — Karol Bolton ubrany był bardzo elegancko: na
głowie miał czarny, sztywny kapelusz, w ręku trzcinkę, w krawat wpiętą szpilkę z
diamentem, diamentowy pierścień na palcu, a złota dewizka zwieszała się z kieszeni
kamizelki. Mimo tak odmiennego stroju chustka była przekonującym dowodem, Ŝe Karol
Bolton to właśnie Black Bart — groźny rabuś i dziwaczny poeta, pozostawiający na miejscu
przestępstwa swoje utwory.
Dalsze śledztwo wykazało, Ŝe jest to włóczykij i niebieski ptaszek, nigdy dotąd nie
parający się pracą. Sąd w San Quentin skazał go na sześć lat więzienia. Jako okoliczność
łagodzącą wzięto pod uwagę fakt, Ŝe nigdy nikogo nie zabił ani nawet nie ranił oraz to, Ŝe
zwrócił większość swoich łupów, bowiem Ŝył oszczędnie, nie szastając pieniędzmi. I tak się
to skończyło.
—
Zawsze tak się kończy — zauwaŜyłem. — Ban
dyta nie ma szans ujścia sprawiedliwości. Prędzej czy
później wpada. Twoje opowiadanie, Karolu, raz jeszcze
potwierdza moją tezę.
Old Gray wypalił fajkę, wyjął cybuch z ust i spojrzał na mnie przenikliwie.
—
Obyś się nie mylił, przyjacielu...
Kolejne tajemnice
Rankiem doszło do rozstania z Siwowłosym. Odjechał na południe, wracając po naszych
ś
wieŜych jeszcze tropach. A my — dalej na północ.
Ś
wierzbił mnie język, aby zapytać Karola, co sądzi o opowiadaniu Old Graya. Jednak
krępowała mnie obecność Indianina. Po co wtajemniczać Wysokiego Orła w sprawy bladych
twarzy? Wódz był człowiekiem godnym największego zaufania, lecz sposób myślenia Indian
róŜni się od naszego. Gdyby na przykład z czyichś rąk zginęli jego przyjaciele, na pewno tak
długo ścigałby zabójcę, aŜ by go dopadł i albo sam padł ofiarą, albo oskalpował i zabił
przeciwnika. Niestety, Indianie nadal nie potrafią pojąć dziwnej dla nich sprawiedliwości
bladych twarzy.
Dodam, Ŝe same blade twarze sporo uczyniły, aby takie zrozumienie utrudnić.
Jechałem więc krok w krok za Karolem rozpamiętując opowieść Siwowłosego.
Zastanawiałem się, skąd Old Gray znał tak dokładnie szczegóły wydarzenia. Przypomniało
mi się, co kiedyś mówił o obrazie znajdującym się w mieszkaniu jego rodziców. Obrazie —
jak twierdził wówczas na farmie Old Gray — namalowanym przez serdecznego przyjaciela
jego ojca. Cz tym serdecznym przyjacielem nie był właśnie Balfour-
214
-senior, malarz? A jeśli tak... czyŜby Siwowłosy... Tak, to nikt inny, tylko Roger Hopkins!
Takie odkrycie olśniło mnie, lecz tylko na mgnienie oka. Bzdura! — odpowiedziałem sam
sobie. Po pierwsze dlatego, Ŝe zarówno nazwisko Balfour jak i Hopkins były nazwiskami
zmyślonymi, przecieŜ Old Gray dał nam to wyraźnie do zrozumienia. Po drugie dlatego, Ŝe
niejeden artysta-malarz ofiarowuje znajomym swe dzieła. Tak więc przypuszczenia moje
mogły opierać się na prostym zbiegu okoliczności. Doszedłszy do tego wniosku powinienem
był zaniechać dalszych rozwaŜań, lecz natura ludzka jest przekorną i często skłania
człowieka do zupełnie zbytecznego wnikania w obce mu sprawy. Tak teŜ działo się ze mną.
Bowiem z kolei począłem dumać nad losami syna Balfoura. Co z nim mogło się stać? Czy
przyjaciel rodziców potrafił pokierować Ŝyciem chłopca w sposób właściwy? I nagle —
kolejne olśnienie! Czemu to Dawid Green, pracownik faktorii Hudsona, tak serdecznie
powitał Old Graya? Jako stary znajomy czy teŜ moŜe... wychowanek?
Lecz sam Old Gray nie bardzo spieszył się do faktorii, przecieŜ spotkaliśmy go w
saloonie! Więc chyba uczuciowe więzy łączące Siwowłosego z Dawidem nie były aŜ tak
silne.
— Do licha z tym wszystkim! — krzyknąłem czując, Ŝe gubię się w tej zawikłanej historii
i we własnych podejrzeniach.
— Co się stało, Janie?! — zdumiał się Karol.
— Och, nic. Po prostu wdałem się w zbyteczne rozwaŜania i wpakowałem się na zupełne
bezdroŜa myślowe.
— Nie wysilaj się — uśmiechnął się porozumiewawczo — i daj spokój bezdroŜom.
Wiem, o co ci chodzi.
Udałem zdziwioną minę.
—
O historię, której niedawno wysłuchaliśmy.
215
— Stałeś się jasnowidzem, Karolu.
— śadna to sztuka. ZauwaŜyłem twą marsową twarz, zmarszczone czoło i zacięte
usta. To widoczny znak, Ŝe nie o zabawnych sprawach rozmyślasz i na pewno nie o naszej
wędrówce. CóŜ więc potrafiło cię I tak ponuro nastroić? Czy moja opowieść o kalifornij- I
skim rabusiu? Od razu to wykluczyłem, bo stara to
i przebrzmiała historia. Jednak pozostała druga, nie zakończona. Więc tylko do niej
szukałeś rozwiązania. Ot i wszystko.
— Znakomicie — odparłem — zgadza się.
— No, to przestań sobie łamać głowę nad zagadka- ' mi, które do ciebie nie naleŜą i
których nie odgadniesz.
— To wcale nie jest takie pewne — zaprotestowałem. Ale... masz rację.
k I na tym zakończyła się nasza rozmowa.
Wieczorem nad malutką rzeczką postanowiliśmy spróbować polowania. O świcie. Woda
ś
ciąga okoliczne czworonogi wieczorem i rankiem. Dogodniejszy jest świt, widać wtedy
lepiej niŜ o zmroku.
Natychmiast po posiłku przeszliśmy się wzdłuŜ strumienia, aby zbadać, w jakich
miejscach antylopy, jelenie czy wapiti korzystają z wodopojów.
Wszędzie zauwaŜyliśmy tropy kujotów, co bardzo popsuło nam humor, jako Ŝe tam gdzie
chmara kujotów obsadzi brzeg, nie pojawi się Ŝaden godny strzału przedstawiciel płowej
zwierzyny. Bo chociaŜ kujoty najczęściej Ŝywią się mięsem królików i zajęcy, trafia się, Ŝe
atakują równieŜ kozy, a nawet antylopy, i to z duŜym prawdopodobieństwem sukcesu. Kuj
ot naleŜy bowiem do najszybszych przedstawicieli prerio-wej fauny, prawie dorównuje w
biegu antylopie.
Na szczęście, nieco dalej ujrzeliśmy odciski drobnych racic — dowód, Ŝe poszukiwana
przez nas zwierzyna takŜe przychodzi tu do wodopoju.
Prawie nad samą rzeczką ciągnął się jakby róŜaniec
216
falistych pagórków, zza których moŜna obserwować nurt i przeciwległy brzeg, nie będąc
zauwaŜonym. Następnego dnia było jeszcze szaro, gdy we trójkę ruszyliśmy ku tym
pagórkom. Wiatr wiał w naszym kierunku, więc sytuacja układała się pomyślnie.
Ja zająłem skrajną pozycję, za najdalej wysuniętym wzniesieniem. Karol, po mej lewej
ręce, kilkadziesiąt kroków w bok. Wysoki Orzeł — na lewym skrzydle.
Ucichł szelest traw pod naszymi stopami. Skryłem się wśród nierówności gruntu, z lufą
winczestera wysuniętą, z kolbą dotykającą ramienia. PrzyłoŜyłem do oczu lornetkę. Jeszcze
wisiała nad ziemią szara opona ustępującej nocy, lecz widoczność poprawiała się z kaŜdą
sekundą. Niestety, przeoczyłem naturalną przeszkodę: linię krzaków gęsto porastających
przeciwległy brzeg. Paskudna niespodzianka. Krzaki bardzo utrudniały obserwację, a
zwierzynę mogłem zauwaŜyć dopiero wtedy, gdyby przedarła się przez zarośla. Straciłem
nadzieję na jakiekolwiek trofeum myśliwskie. Na zmianę stanowiska było juŜ za późno. Co
za pech!
Spoczywałem bez ruchu i w bardzo ponurym nastror ju. Po kilku minutach wietrzyk
dmuchający mi w twarz przyniósł na swych skrzydłach odgłos miękkiego tupotu licznych
stóp. ChociaŜ zarośla ani drgnęły.
Przycisnąłem mocniej kolbę do ramienia, lewą ręką podparłem lufę, palec połoŜyłem na
spuście. Czekanie wydało mi się straszliwie długie. Wreszcie krzewy rozstąpiły się. Z ich
zielonej głębi wyprysnęły trzy antylopy. Stanęły tuŜ nad wodą, nieruchome jak posągi.
CzyŜby coś przeczuły? Jeszcze czekałem. Nagle zabrzmiał huk wystrzału. Jeden drugi,
trzeci... Mój palec nacisnął cyngiel w ostatniej sekundzie. Antylopy poderwały się do skoku.
Strzeliłem po raz,drugi. Jedna sztuka runęła i leŜała bezwładnie na granicy lądu i wody.
Pozostałe dwie zniknęły wśród drŜących witek i liści. Podniosłem się.
217
—
Hej! — zawołałem w kierunku stanowiska Ka
rola. — Jest! Chodźcie!
Po minucie ukazał się Karol, za nim Wysoki Orzeł.
— I co? — nie potrafiłem powściągnąć zniecierpliwienia.
— Ano, obaj spudłowaliśmy. Gratuluję, Janie. Gdzie ona?
— Tam — pokazałem przed siebie.
Podszedł bliŜej. Moje trofeum wyglądało z tego miejsca jak ruda plama na zieleni
murawy. Przebrnęliśmy rzeczkę, bardzo płytką, w chwili gdy róŜowe zorze zapaliły się na
niebie, a ostatnie cienie nocy pierzchały przed rodzącym się dniem.
Duma rozsadzała mi pierś. No bo jakŜe? Tacy dwaj znakomici strzelcy, jak Karol i
Wysoki Orzeł, wracali z polowania z pustymi rękami. Co prawda ja miałem zwierzynę
wprost przed sobą, a oni z boku i znacznie dalej, jednak...
— No i co sądzisz o tym, Karolu? — zagadnąłem chełpliwie, podczas gdy mój przyjaciel
oglądał antylopę.
— Znakomity strzał — stwierdził. — Wprost pod lewą łopatkę. Ile razy strzelałeś?
— Dwa.
— Hm... nie dostrzegam śladu drugiej kuli, pewnie pudło.
— Liczy się wynik ostateczny: ja mam antylopę, a ty nie.
— Oczywiście, oczywiście. Najlepszy strzelec potrafi spudłować, i odwrotnie... —
spojrzał na mnie z szelmowską miną.
— Zabieramy antylopę? Czuję wściekły głód, lecz na samą myśl o boczku niedobrze mi
się robi.
— Jeszcze chwilkę — zaprotestował Karol. — Strzelałeś dwa razy, więc moŜe i druga
antylopa została trafiona? Trzeba sprawdzić.
218
—
Sprawdzaj. Ale... raczej wątpię... To byłby zbyt
wielki sukces.
Karol poszedł pierwszy, rozgarniając liściaste witki, ja za nim, za mną wódz. Nie Ŝywiłem
wielkich nadziei na drugie trofeum, lecz wszystko przecieŜ moŜe się wydarzyć.
Przebrnąłem przez gąszcz i stanąłem jak wryty. Przede mną na nagiej płaszczyźnie rosły
trzy drzewa, jedno obok drugiego. Przy drzewach stał koń z siodłem na grzbiecie i szczypał
trawę. Obok leŜało jakieś zawiniątko, a za zawiniątkiem... Poczułem, jak mi serce zaczyna
bić mocniej, jak zimny pot występuje na czoło. Dostrzegłem nieruchomą postać ludzką, nad
którą pochylał się Karol.
— Co się stało?! — krzyknąłem otrząsnąwszy się z odrętwienia.
— Przykra historia — odparł mój przyjaciel, jakoś powoli, przeciągle.
Jednym skokiem znalazłem się przy nim.
—
Obawiam się, Janie, Ŝe twoja wiedza juŜ mu nie
przywróci Ŝycia. Dostał kulę w plecy.
Ukląkłem. Nieznany człowiek spoczywał twarzą do ziemi. Na jego kurcie widniała
czerwona plama krwi, jeszcze nie całkowicie zakrzepłej. Zbadałem puls. Nie bił. OstroŜnie
odwróciliśmy ciało. Ukazała się twarz.
— Patrz! — krzyknąłem. — PrzecieŜ to ten sam, którego odwiązaliśmy od drzewa!
— Rzeczywiście! On. CóŜ to za historia... Wiesz co, Janie, obejrzyj go jednak dokładnie.
Obejrzałem. Ściągnęliśmy nawet kurtę, by zbadać ranę. Musiała spowodować
natychmiastowy zgon.
Wysoki Orzeł stał chwilę nad zabitym, przyglądał mu się uwaŜnie, a później, nie rzekłszy
słowa, opuścił nas. Dlaczego? Nie wiedziałem i nie zastanawiałem się nad tym. Interesowało
mnie zupełnie co innego.
—
Wygląda na to, Ŝe ja go zabiłem... — szepnąłem
podnosząc się z klęczek. — Ten drugi strzał dosięgnął tego biedaka. On zginął zaledwie
przed kilku minutami. Co za okropność!
— Nie mylisz się?
— Niestety, na pewno nie. Jestem mordercą.
— AleŜ to przypadek, Janie! KtóŜ mógł przewidzieć, Ŝe na linii strzału znajdzie się
człowiek? O tak wczesnej porze? Co on tu robił? Dlaczego zachowywał się tak cicho?
Obozowaliśmy w pobliŜu, czemu nas nie odwiedził?
Wzruszyłem ramionami.
— Nawet rozsądna odpowiedź na twe pytania, Karolu, nie przywróci mu Ŝycia.
— Trzeba go pochować.
Skinąłem głową niezdolny do wymówienia słowa.
— Lecz najpierw... — Karol ukląkł, przejrzał ubranie zmarłego, jednak nie znalazł nic,
co by mogło nam wyjaśnić, kim był nieznajomy.
— Pójdę po nóŜ myśliwski, ułatwi nam wykopanie grobu.
— Idź. I przynieś narzędzia chirurgiczne.
221
— Po co?
— śeby wydobyć kulę.
— AleŜ...
— UwaŜam to za konieczne.
Z zamętem w głowie i rozpaczą w sercu powlokłem się poprzez zarośla, poprzez rzekę.
Nasze konie pasły się spokojnie, nasze siodła nadal spoczywały wokół wygasłego ogniska.
Wydobyłem z juku myśliwski nóŜ. Wydobyłem swe lekarskie pudełko. Wróciłem.
— Doskonale — stwierdził Karol.
— Czy to konieczne?
— Konieczne. Chyba nie pierwszy raz przystępujesz do wykonania takiego zabiegu?
— Nie pierwszy raz, lecz nigdy w tak okropnej dla mnie sytuacji.
— Weź się w garść, I zaczynaj. Ja się rozejrzę dokoła.
Odszedł.
Zabrałem się do sondowania rany. Nawet najtrudniejszy z zabiegów, jakich tyle
dokonałem w szpitalu w Milwaukee, nigdy nie wydawał mi się tak trudny, a równocześnie
tak bezsensowny, jak ten właśnie!
Wydobyłem pocisk, gdy mój towarzysz zdąŜył wrócić. Podałem mu kulę, nawet nie
spojrzawszy na nią. Podniosłem się dopiero na okrzyk Karola.
— Do licha! A to coś nowego!
— Co się znowu stało?
— Ten nabój nigdy nie wyleciał z lufy Ŝadnego win-czestera. Mogę na to przysiąc.
— Co?! — wrzasnąłem.
—
Właśnie to. Spójrz tylko.
Wyrwałem mu z ręki stoŜkowaty kawałek ołowiu.
Karol się nie mylił. To nie był pocisk z winczestera.
Odetchnąłem głęboko. Co za ulga! Więc strzał nie z mojej dłoni!
222
— Wiesz — odezwałem się do Karola — wiele tobie zawdzięczam, lecz tego, Ŝe kazałeś
mi wyjąć kulę, nie zapomnę do końca Ŝycia...
— Nie przesadzaj.
— UwaŜałbym się mimo wszystko za mordercę. CóŜ, Ŝe przypadkowego? Fakt pozostawał
faktem, a prawo karze nawet za przypadkowy mord.
— Lecz nie w takim przypadku. A z tego zdarzenia płynie nauka, Ŝe na prerii nawet
drobiazg moŜe mieć olbrzymie znaczenie.
— Oczywiście — potwierdziłem. — Mam nauczkę na przyszłość. Lecz... kto zabił tego
człowieka? Ile razy strzelaliście, ty i Wysoki Orzeł?
— Po razie.
— A ja usłyszałem trzy huki, zanim pociągnąłem za cyngiel — wykrzyknąłem.
— Nie mylisz się?
— Doskonale pamiętam.
— Z tego wynika, Ŝe ten trzeci strzał, a moŜe drugi, oddał ktoś inny. Ktoś, kto wiedział o
naszym polowaniu i wykorzystał je dla popełnienia zbrodni. Po czym uciekł.
Pokręciłem głową z powątpiewaniem.
— Nie takie to pewne, jak ci się wydaje. Zabójstwo mogło być przypadkowe. Kręcił się w
pobliŜu jakiś myśliwy, czekając podobnie jak my na antylopy, a zabity znalazł się
niespodziewanie na linii jego strzału.
— I zamiast biec na pomoc swej ofierze, uciekł?
— Przestraszył się. Nie uwaŜasz tego za prawdopodobne?
— Hm... mogło się tak zdarzyć. Ale to gałgan i tchórz. Chciałbym się z nim spotkać.
— Ja równieŜ.
— Jednak twoje tłumaczenie posiada wiele słabych punktów. ZdąŜyłem nieco zbadać
najbliŜszą okolicę. Zastrzelony nocował o kilka kroków stąd.
223
— To jeszcze nie obala moich przypuszczeń.
— Wstrzymaj się chwilkę. Zaraz usłyszysz o bardzo dziwnych sprawach. OtóŜ... zabity
nie rozpalił ogniska. Czemu to wędrowiec prerii rezygnuje z ognia, aby się ogrzać i
zagotować wodę?
— MoŜe nie miał opału?
— PrzecieŜ opał miał pod ręką. Popatrz, ile tu leŜy uschłych gałązek.
— Rzeczywiście — przyznałem. — Gadam głupstwa.
— Ano, widzisz. Powód musiał być inny. Jak sądzisz?
— Nie chciał zdradzać swej obecności.
— OtóŜ to właśnie! Lecz przed kim tak się ukrywał?
— MoŜe przed nami? Mógł dostrzec nasze ognisko.
— Pewnie, Ŝe mógł. ChociaŜ to tylko przypuszczenia. ZałóŜmy, Ŝe nas zauwaŜył i poznał.
PrzecieŜ raczej przyłączyłby się do towarzystwa swych niedawnych wybawicieli? A nie
trząsł się z zimna przez całą noc.
— Lecz... jeśli się nas lękał?
— Z jakiego powodu?
— Skąd mogę wiedzieć?
— Zbyt fantazjujesz, Janie. A teraz następna zagadka: dlaczego zerwał się ze snu tak
wczesnym świtem?
— Pewnie chciał zapolować.
— I dlatego osiodłał konia i spakował manatki? Czy to nie dziwne?
— Istotnie — przyznałem — nawet bardzo dziwne. Wygląda na to, Ŝe ten człowiek
szykował się do odjazdu, do ucieczki. Czy nie przed nami? Dostrzegł płomień naszego
ogniska, lecz nie zbadał, kto przy nim siedzi. Nauczony przykrym doświadczeniem,
zdecydował się zniknąć. To wszystko tłumaczy.
— Z wyjątkiem kuli w plecach.
224
— Przypadkowy myśliwy... — wtrąciłem.
— Zbyt wiele tu przypadków. Mam nadzieję, Ŝe gdy Wysoki Orzeł wróci, staniemy
się nieco mądrzejsi w tej sprawie. Z jednym tylko jestem gotów zgodzić się z tobą, Ŝe
ten biedak nie wiedział, Ŝe to właśnie my jesteśmy jego sąsiadami. PrzecieŜ
rozdzielały nas wysokie zarośla. MoŜe nie zauwaŜył malutkiej łuny naszego ogniska?
Gdyby przyszedł do nas, Ŝyłby. A teraz, Janie, spełnijmy swój ludzki obowiązek.
Niewdzięczna to była praca. Najpierw wycięliśmy noŜem prostokąt darni, a później
bardzo długo wybierali ziemię. Na koniec zwłoki spoczęły w grobie, nad którym
usypaliśmy mały kopczyk i obłoŜyli darnią.
— Wracamy — powiedział Karol.
— Jak to?! Nie chcesz sprawdzić, dokąd uciekł morderca?
— Czyni to właśnie Wysoki Orzeł. Chyba moŜna mu zaufać? Nie sądzisz?
— AleŜ... na pewno.
— No, to chodźmy do koni. Mam nadzieję, Ŝe nadal znajdują się tam gdzieśmy je
zostawili. Wielka nieostroŜność, lecz niech nas z niej tłumaczą niezwykłe
okoliczności. Szybciej, Janie!
— A ten wierzchowiec? — wskazałem palcem na samotnego czworonoga nadal
szczypiącego trawę.
— Zabieraj go.
Prawie biegiem przebrnęliśmy zarośla i rzeczkę. Nie sprawdziły się obawy mego
przyjaciela. Nikt nie odwiedził naszego obozowiska, zwierzęta spokojnie pasły się, a
manatki leŜały nie tknięte.
—
PomóŜ, Janie, rozpalić ognisko. Wysoki Orzeł mo
Ŝ
e wrócić lada chwila, a tu tyle jeszcze roboty.
Pomogłem. Później przyciągnęliśmy moją antylopę i zajęli się nią. Przy okazji wyszła
na jaw zagadka drugiej kuli: utkwiła w szyi zwierzęcia.
Praca dobiegała końca, gdy zjawił się wódz. Z jego
15 — old Gray
225
nieruchomych rysów twarzy nie wyczytałem nic, a pytać byłoby — zgodnie z indiańskim
zwyczajem — nie-grzecznością. Usiadł, przyjął kubek świeŜo zagotowanej kawy i kawał
upieczonej antylopiej polędwicy. Zapaliliśmy fajki.
Niecierpliwie czekałem, kiedy wreszcie wódz przemówi. Zapewne aby go sprowokować,
Karol opowiedział o naszych odkryciach. Poskutkowało. Wódz kiwnął głową na znak
aprobaty.
—
Dwa konie bladych twarzy — poinformował zwięźle. — Tam — wskazał ręką za
rzeczkę. — Odjechali, nim ranna gwiazda wzeszła na niebo. Tam — pokazał ku zachodowi.
— Obozowisko — po raz trzeci wyciągnął dłoń, tym razem ku północy.
Tego rodzaju oszczędność, a raczej skąpstwo słów jest denerwujące dla bladej twarzy. Kto
nie stykał się z Indianami, ten nie potrafi zorientować się w treści ich wypowiedzi i łączyć
ich z wymową gestów. Zadaje wówczas mnóstwo pytań, czym pogrąŜa się w opinii swych
rozmówców, poczynających uwaŜać białego za niedojdę. Strzegłem się tego rodzaju
postępowania. Lecz miałem zawsze Karola u boku, a ten w lot pojmował w czym rzecz. Tak
stało się i teraz.
Z dalszych, równie zwięzłych wypowiedzi Wysokiego Orła powstał dość wyraźny obraz
tego, co rozegrało się przed świtem, prawie tuŜ obok naszego ogniska. ZasłuŜyliśmy na dobre
baty za brak czujności! Ano, zdarza się nawet najlepszemu westmanowi, genialnemu
tropicielowi śladów, Ŝe pewnego dnia lub nocy oczy jego stają się mniej widzące, a uszy
mniej czułe.
Wysoki Orzeł, jak się okazało, powędrował bardzo daleko tajemniczym tropem dwu koni,
który się kończył, a równocześnie zaczynał przy obozowisku zabitego. Ten ostatni, jak juŜ
wspomniałem, nocował w pobliŜu nas. Znacznie dalej biwakowało dwu ludzi (bo dwa
konie). Zostawili wyraźny ślad po ognisku. Ta para
226
ruszyła o świcie w naszym kierunku. Prawdopodobnie juŜ wczoraj. Czy był to pościg? Być
moŜe. Dwaj nieznajomi spędzili noc ostatnią, podobnie jak zabity, za rzeczką. Musieli
zerwać się o świcie i zaskoczyć nieszczęśnika w trakcie naszego polowania, nim zdąŜył do-
siąść konia. Po dokonaniu zbrodni natychmiast zawrócili ku swemu dawnemu obozowisku,
po czym skręcili w stronę gór.
Tak to wyglądało, jeśli oczywiście mój pogląd o równoczesnym polowaniu trzech grup
myśliwych (to znaczy — i nas), z których Ŝadna nic nie wiedziała o sąsiadach, był
niesłuszny. Bez względu jednak na to, czy zabójstwo było wynikiem działania umyślnego,
czy teŜ — wypadkiem, postępek dwu jeźdźców stał się czynem haniebnym. Uciekli nie
troszcząc się o przypadkową ofiarę swych strzałów. Jeśli to był przypadek...
—
Czy moi bracia pragną ścigać morderców? — za
gadnął wódz.
Zdaje się, Ŝe był przekonany o złych intencjach uciekinierów.
Nie potrafiłbym odpowiedzieć odmownie, mimo Ŝe zgoda na propozycję Wysokiego Orła.
zmieniała sens naszej wycieczki. Zamiast beztroskich łowów — niebezpieczna pogoń!
—
Pragniemy — rzekł Karol. — I chyba naleŜy na
tychmiast ruszać w drogę. Lecz co począć z taką ilością
ś
wieŜego mięsa? — zafrasował się.
Pozornie był to problem mało waŜny. Jednak zabezpieczenie mięsa przed zepsuciem
stawało się sprawą o wielkim dla nas znaczeniu. Udając się w pościg naleŜało zrezygnować z
polowań — zabierały mnóstwo czasu, a odgłos strzałów mógł zdradzić naszą obecność. Lecz
czym Ŝywić się w drodze?
Biorąc to pod uwagę przedłuŜyliśmy nasz pobyt nad rzeczką do chwili, gdy ostatni płat
dziczyzny został
227
upieczony. We trójkę gorliwie i bez sekundy wytchnienia przypiekaliśmy długie pasma
mięsa, aŜ nareszcie z antylopy pozostały jedynie niejadalne części. Do wieczora pozostało
jeszcze sporo godzin, gdy nasze konie, z jeźdźcami na siodłach, przebrnęły rzeczkę, a wraz z
nimi luzak, smętny spadek po zabitym człowieku.
Wysoki Orzeł prowadził nas tropem wyraźnym, Ŝe widać go było z wysokości
zwierzęcych grzbietów. Bardzo to sprzyjało szybszej jeździe.
W jakieś pół godziny osiągnęliśmy obozowisko, o którym mówił wódz. Tu na Ŝyczenie
Karola przerwaliśmy wędrówkę. Mój przyjaciel obszedł dokoła wypalony krąg poczerniałej
ziemi, przyjrzał się odciskom końskich kopyt, nieźle widocznym dokoła, pogrzebał patykiem
wśród resztek zwęglonych drzazg i gałęzi, zbadał miejsce, gdzie pognieciona, zbita trawa
ś
wiadczyła, Ŝe najprawdopodobniej spoczywał tu przez dłuŜszy czas śpiący człowiek.
—
No tak — stwierdził zaniechawszy dalszych poszukiwań — niczego nie zostawili.
Jedno mnie zastanawia: dlaczego nie obozowali nad samą wodą?
Ba, któŜ z nas potrafiłby odpowiedzieć na takie pytanie?
Siad od tego miejsca skręcał ku zachodowi, bardzo wyraźny. Natomiast mniej wyraźny, a
więc dawniejszy trop ciągnął się ku północy. Zapewne z tamtego kierunku nadciągnęli tu
obaj nieznani jeźdźcy, a moŜe — przed nimi — ich późniejsza ofiara. Stary trop nas nie
interesował.
Udaliśmy się wzdłuŜ szlaku tak wydeptanego, Ŝe miejscami czynił wraŜenie ścieŜki. Wiódł
nas najpierw ku górom, lecz w którymś miejscu skręcił ku rzeczce i prowadził jej brzegiem.
Po jakiejś godzinie jazdy trafiliśmy do lasu, którędy płynął nasz strumień. Drzewa
gdzieniegdzie rosły tuŜ nad wodą, gdzieniegdzie linia boru cofała się, a ziemię pokrywały
bagienne mchy
228
i sitowia świadczące, Ŝe grunt tu podmokły. Trzeba było je omijać i przepychać się przez
gąszcz zsrośli. Lecz i tu drogę nam przerywały niebezpieczne rozlewiska, zmuszające do
uciąŜliwych objazdów. W efekcie — straciliśmy trop z oczu. Pocieszałem się myślą, Ŝe na
tym bezdroŜu nie istnieje Ŝaden inny moŜliwy kierunek jazdy poza tym, jaki obraliśmy.
Ludzie ścigani przez nas równieŜ nie mieli wyboru, musieli posuwać się wzdłuŜ rzeczki.
Więc spodziewałem się, Ŝe wkrótce na nowo odkryjemy ich tropy. Wreszcie bór skończył się,
zamiast drzew wyrosły skały o dziwacznych kształtach, znowu zmuszające do objazdów.
Nurt strumienia bulgotał, przelewając się po oślizłych głazach, na których nawet
najzręczniejszy koń natychmiast straciłby równowagę.
Szepnąłem do Karola, Ŝe przecieŜ za kaŜdą z mijanych skał doskonale mogli się ukryć
ś
cigani przez nas ludzie. I albo przeczekać nasz przejazd, albo teŜ zdmuchnąć całą naszą
trójkę, podobnie jak swą poprzednią ofiarę.
— Jeśli to oczywiście nie był wypadek — dodałem nie wyzbywszy się wciąŜ jeszcze
wątpliwości.
— Nic na to nie moŜemy poradzić — odparł. — Co najwyŜej dobrze wytrzeszczać oczy.
— UwaŜasz, Ŝe potrafię przebić wzrokiem litą skałę? — zakpiłem.
— No, to co radzisz?
— Zejść z koni. Będzie bezpieczniej.
— Lecz wolniej. Poza tym nie bardzo wierzę, aby oni przypuszczali, Ŝe ktokolwiek ich
ś
ciga.
Pokłusował ku przodowi, dopędził Wysokiego Orła i zapewne podzielił się z nim mymi
obawami, bo wódz zeskoczył z siodła, a my poszliśmy za jego przykładem. Posuwaliśmy się
nieco wolniej, lecz i tak skały, załomy i wyboje nie zezwalały nam nawet na kłus.
Z kolei zagrodził drogę granitowy, prawie pionowy
229
mur, nie do przebycia nawet dla piechura. Zboczyliśmy ku rzece. Kamienna zapora nie
sięgała jej nurtu, zostawiając wolny pas pobrzeŜa. Wędrowaliśmy, mając po prawej ręce
postrzępione, wysokie skałki brązowo-czerwonej barwy. Bardzo się uradowałem
dostrzegłszy na miękkim piasku odciski końskich podków. A więc we właściwym
kierunku wiódł nas obrany szlak.
Teren przed nami stopniowo dźwigał się ku coraz wyŜszym szczytom, na zachód.
Było juŜ dobrze po południu, gdy zatrzymała nas kolejna ściana, wysoka na
kilkadziesiąt stóp. Spod tej właśnie skały wypływał strumień, pędząc w dół poprzez
miniaturową łączkę — jedyny zielony punkt wśród szarzyzny piargów, piasków i
kamieni. Wyglądało na to, Ŝe ku wyŜszym partiom gór nie prowadzi Ŝadne przejście. A
przecieŜ na łączce widać było odciski kopyt.
— Przeszli tędy jakieś dwie, trzy godziny temu — stwierdził Karol. — I chyba nie
zapadli się pod ziemię...
— Nader słuszna uwaga — odparłem ironicznie. — Pewnie przebili głowami skałę,
bo innej drogi jakoś nie widzę. Pozwolisz, Ŝe zapalę fajkę?
— Nie jesteśmy na wycieczce — zgromił mnie.
— Spójrz, jak wyglądają nasze konie! Chyba naleŜy im się kilka minut odpoczynku.
Wysoki Orzeł z filozoficznym spokojem usiadł w cieniu skały. A juŜ się bałem, Ŝe
Karol będzie gnał dalej. Przyznam bowiem, Ŝe nogi dobrze mnie rozbolały. Miejska
zima odzwyczaiła od dalekich spacerów, a ten był wyjątkowo trudny.
Wyruszyliśmy po godzinie. Trzeba było wyminąć kamienną przeszkodę aŜ do
miejsca, gdzie stroma, wijąca się steczka prowadziła w górę. Ile wysiłku kosztowało
forsowanie tej wyniosłości! Ślady znowu znikły na kamiennych osypiskach.
230
— Tamci poszli z pewnością inną drogą — westchnąłem głośno.
— Orle Pióro się myli — odparł zwięźle wódz nie zaprzestając wspinaczki.
Na koniec osiągnęliśmy grzbiet, a raczej przełęcz w tym grzbiecie, i zjechali w dół, w głąb
zielonej doliny. Na jej dnie odnalazł się zagubiony trop, wiodący prosto ku następnemu
łańcuchowi gór. Wysoki Orzeł miał rację!
ZbliŜała się wieczorna szarówka. Karol zauwaŜył, Ŝe tropy pochodzą sprzed trzech godzin
najwyŜej. Tę pomyślną wiadomość przyjąłem obojętnie, tak juŜ byłem zmordowany. Na
szczęście zatrzymaliśmy się tu na noc. Wody w dolinie nie było, zwierzęta trzeba było
napoić tą z zapasu wiezionego w skórzanych workach.
— Po licha nam dodatkowy koń? — zdenerwowałem się widząc, jak duŜo ubyło
drogocennego płynu. — Nie lepiej go puścić?
— Nie — sprzeciwił się Karol. — Kto wie, co nas jeszcze czeka? Zapasowy
wierzchowiec moŜe okazać się niezbędny.
— Utrudnia jazdę — upierałem się.
— Co o tym sądzi Wysoki Orzeł?
— Konia naleŜało zostawić na prerii — powiedział Indianin. — Tu zginie z braku wody.
W ten sposób sprawa została rozstrzygnięta, ku memu niezadowoleniu. Luzaka bowiem
wiedliśmy na przemian, a na ostatnim odcinku drogi juŜ mi ręka zdrętwiała od ściskania
rzemiennych uzd aŜ dwu prowadzonych czworonogów.
Następnego dnia czekał nas szlak nie mniej uciąŜliwy. Póki mieliśmy przed sobą dolinę,
jazda odbywała się kłusem, a nawet galopem, lecz nieco później trop wijący się jak wąŜ
znowu doprowadził ku wzniesieniom, a ze wzniesień — ku stromiznom. Trzeba było, któryŜ
to juŜ raz, zrezygnować z jazdy na rzecz pieszej
231
wędrówki. Nie mogłem pojąć, czemu ścigani przez nas wybrali tak karkołomną trasę.
Na to pytanie odpowiedział Wysoki Orzeł, lecz dopiero wieczorem. Nieoczekiwanie
trafiliśmy wówczas nad siklawę rwącą ze zbocza niedostępnej skały. Dokoła, mimo
nieurodzajnego gruntu, rosła skąpa trawa — poŜywienie górskich owiec i kozic. W tej
kotlince gęsto było od zarośli kosodrzewiny tak przesyconej Ŝywicą, Ŝe płonęła niczym
smolne pochodnie.
Według obliczeń Karola znajdowaliśmy się zaledwie 'i o parę mil od tamtych i kto wie, czy
na równinie nie dałoby się ujrzeć ich przez lornetki.
Na równinie, lecz tu górskie wzniesienia uniemoŜliwiały widoczność.
Skorzystałem z miniaturowego wodospadu, by się wreszcie dobrze umyć z kurzu i potu.
Czynność ta wy- 1 magała z mej strony sporej odwagi, przeraźliwie zimna = woda o mało
nie zwaliła mnie z nóg, tym bardziej Ŝe prąd okazał się niezwykle silny. Lecz po tym zabiegu
opuściło mnie znuŜenie i przy wieczornym posiłku czu- I łem się tak rześko, jakbym tego
dnia nie pozostawił za | sobą kilku mil wspinaczki.
Pełen energii Ŝwawo zabrałem się do mięsa, kawy ] i sucharów. Rozpierała mnie Ŝądza
czynów. To znak, Ŝe wreszcie złapałem „drugi oddech". Co oznacza takie określenie, wie
kaŜdy zamiłowany w długich wędrów- 1 kach piechur. JuŜ po godzinie lub dwu pierwszego
mar- I szu poczyna odczuwać szybko postępujące zmęczenie. > Jeśli podda mu się i
przerwie wędrówkę, nigdy nie od- | czuje tego, co przynosi „drugi oddech". Jeśli natomiast
potrafi zdobyć się na wysiłek, by iść dalej, po pewnym czasie dolegliwości ustąpią.
Jeśli chodzi o mnie, „drugi oddech" oznaczał coś więcej niŜ przezwycięŜenie skutków
uciąŜliwego marszu. Był bowiem sygnałem, Ŝe po wielomiesięcznym poby- j cie w mieście
mój organizm na nowo dostosował się do I
232
odmiennych warunków Ŝycia. Począłem głośno zastanawiać się, dlaczego uciekinierzy nie
obrali dogodniejszej trasy.
—
Pewnie nie wiedzą, Ŝe ta droga będzie dla ciebie
tak uciąŜliwą — zaŜartował Karol. — Gdy ich dopę-
dzimy, poproś, aby w przyszłości liczyli się bardziej
z twoimi upodobaniami.
Wysoki Orzeł potrząsnął głową, jakby czemuś zaprzeczał.
— Oni dąŜą na Szlak Czarnych Stóp — poinformował krótko.
— Szlak Czarnych Stóp? — powtórzyłem zdziwiony. — Co to jest?
— Tajemnica — mruknął Karol uśmiechając się.
— Przestań kpić! I powiedz, co wiesz.
— Wielki Bóbr — ozwał się wódz — nigdy nie przemierzył tej drogi, lecz jego myśl sięga
dalej niŜ wzrok.
Była to pochwała zdolności wnioskowania i przewidywania. Więc zacząłem podejrzewać,
Ŝ
e mój przyjaciel jednak orientuje się w sprawie bardziej, niŜ na to pozornie wyglądało.
PrzecieŜ nie okazał zaskoczenia, jak ja, usłyszawszy dziwną nazwę.
—
Musimy jechać Szlakiem Czarnych Stóp, jeśli ma
my schwytać morderców — mówił dalej Wysoki
Orzeł — więc moi bracia usłyszą o nim wszystko.
Prawdę powiedział Wielki Bóbr, Ŝe to tajemnica. Zna
na jedynie wodzom. Dziś nie korzystamy z tej drogi.
Minęły dni wielkich wypraw. Jednak to, co opowiem,
musi pozostać w sercach mych braci, aby nigdy zły
człowiek nie skorzystał z górskiego przejścia. Posłu
chajcie.
I tak w ciszy nadciągającego wieczoru dowiedziałem się o tajemniczym szlaku. Kto go
pierwszy przebył — Wysoki Orzeł nie wiedział. Najprawdopodobniej przypadek musiał
pokierować krokami odkrywcy, tak zwykle bywa. OtóŜ Szlak Czarnych Stóp wiódł przez
233
pozornie nieprzebyte pustacie Gór Skalistych z północy I na południe. SłuŜył wojownikom
plemienia za drogę ucieczki przed pościgiem bladych twarzy, był równo- I cześnie sekretną
furtką skalną, zezwalającą na nagłe i wtargnięcie na niziny prerii i zaskoczenie wroga. Po-
nadto Szlak Czarnych Stóp umoŜliwiał niedostrzegalne przez innych przejście granicy
między Kanadą a Sta-nami Zjednoczonymi, kiedy wymagało tego zachowanie najgłębszej
tajemnicy, a więc w czasie wypraw wojennych.
Nie opiszę szczegółowo, jak ten szlak przebiega, ze względu na prośbę Wysokiego Orła.
On sam stwierdził, Ŝe ukrytą drogą gnali na południe zbrojni wojownicy, aby zaskoczyć
przeciwników podczas wojny toczonej iftiędzy Anglią a Stanami Zjednoczonymi. Wódz nie |
podał roku, lecz ja odgadłem, Ŝe chodziło o rok 1812. I
Tym szlakiem ciągnęły równieŜ zastępy Czarnych I Stóp podczas wypraw przeciw
Kutenajom, sąsiadom i z zachodu. A teraz oto ja i Karol mieliśmy poznać tę drogę. Lecz w
jaki sposób trafili na nią ścigani przez I nas ludzie? Czy byli to westmani, którzy wcześniej,
penetrując góry, odkryli dogodne przejście, czy dopiero i teraz, przypadkowo?
Nie potrafiłem spokojnie doczekać świtu i nawet podczas nocnej warty moje myśli
bardziej zaabsorbo-wane były wizją nieznanego szlaku niŜ zwracaniem I uwagi na
bezpieczeństwo własne i śpiących towarzy- i szy.
Rankiem zerwałem się pierwszy. Jeszcze drŜały cie- 1 nie nocy, a juŜ buchał rozpalony
przeze mnie ogień. Wy- J soki Orzeł ani okiem nie mrugnął, lecz Karol nie omie- 1 szkał, w
Ŝ
artobliwym tonie, wyrazić swego uznania, zastrzegając się równocześnie, Ŝe w dalszym
ciągu obo- I wiązuje mnie mycie naczyń.
Gdy juŜ dokonane zostało wszystko, co porządny 1 westman powinien dokonać
kaŜdego ranka, chwyciliśmy |
234
konie za uzdy i pomaszerowali, bo o jeździe nadal nie było nawet co marzyć. Raz w górę, raz
w dół i znowu pod górę wiodła nas kamienista ścieŜka, aŜ w końcu szlak został przerwany
przez niebotyczny skalny wał. Dostrzegłem, jak Wysoki Orzeł zatrzymał się, stanął równieŜ
podąŜający za nim Karol. Wąziutka ścieŜka nie pozwoliła mi zrównać się z nimi. Nie istniała
tu co prawda Ŝadna przepaść, lecz na prawo i na lewo pochyły grunt usiany był głazami o
ostrych krawędziach, między którymi mógł się przecisnąć piechur, lecz w Ŝadnym wypadku
koń. Zawołałem więc:
— Widzisz przejście, Karolu?
— Nie.
— Ja równieŜ nie widzę. Chyba Wysoki Orzeł zabłądził — dodałem zniŜając głos.
—
To niemoŜliwe — zaprzeczył energicznie.
Tymczasem wódz zostawił swego mustanga, odszedł
kilkanaście kroków, aŜ stanął przed litą ścianą. Czego tam szukał?
Ukląkł. Wydało mi się, Ŝe odgarnia gruz i piasek. Trwało to chyba kilka minut. Na koniec
podniósł się i odwrócił trzymając naręcze długich patyków. Podszedł i wręczył kaŜdemu z
nas po trzy, mocno oblepione Ŝywicą, szczapki.
—
Niech moi bracia idą za mną. Trzeba będzie za
palić, lecz jeszcze nie teraz.
Z jakiego powodu mieliśmy palić smolne szczapy, skoro słońce błyszczało nad naszymi
głowami?
—
Ruszaj, Janie — ponaglił mnie Karol ciągnąc za
uzdy aŜ dwa nasze wierzchowce.
Powoli wspinaliśmy się ku skale, gdzie ścieŜka skręciła pod ostrym kątem i pobiegła
równolegle do niej. Po kilkunastu krokach dostrzegłem na skalnej sza-rzyźnie, tuŜ nad
ziemią, czarną plamę — otwór dość wysoki, choć człowiek siedzący na koniu zawadziłby
głową o sklepienie. Wysoki Orzeł przystanął.
235
—
Zapalcie — rozkazał.
Wykonałem polecenie, marnując przy tym kilka zapałek — patyki były mocno nasycone
Ŝ
ywicą, lecz nieco wilgotne. I tak z gorejącymi łuczywami ruszyliśmy naprzód. Konie
poczęły się trwoŜyć.
Wysoki Orzeł zniknął w czerni otworu, za nim Karol z trudem wprowadzając oba konie,
wreszcie i mnie udało się wciągnąć w głąb mocno opierającego się wierzchowca.
Pochodnie skwierczały rzucając na ściany drŜące blaski, co stanowiło dość kiepskie
oświetlenie. Na szczęście, nim zgasły, dotarliśmy szczęśliwie do kresu czarnej drogi.
Nie zapomnę widoku, jaki roztoczył się przed oczyma, gdy wychynąłem z głębi mroku.
Oto przede mną, wcale nie niŜej, jak tego oczekiwałem, lecz na poziomie równym z
wylotem tunelu ciągnął się barwny dywan traw i kwiatów. Dość wąski, bo ograniczony w
odległości pół mili murem skalnym na pewno nie do przebycia. Na prawo i na lewo łączka
biegła tak daleko, Ŝe nie widać było jej krańców. KtóŜ mógłby się spodziewać, Ŝe wśród
trudnych do sforsowania turni i Ŝlebów znajduje się taki pas równej i urodzajnej ziemi?
Rosły tu kępy krzaków, a gdzieniegdzie nawet szpilkowe drzewa. Kilka ptaszków przeleciało
nad naszymi głowami, a nad kolorowymi kwiatami unosił się rój motyli.
JakŜe wspaniałe i bezpieczne pastwisko dla górskich baranów i kozic stanowiła ta
miniaturowa preria.
Puściliśmy konie kłusem. Prowadzony na lince luzak uniemoŜliwiał jazdę galopem. Na
widok świeŜej trawy powtórzyłem propozycję, by porzucić tu zawadzającego czworonoga.
Ale wódz sprzeciwił się twierdząc, Ŝe zimą śnieg zawali dolinę i zwierzę padnie z głodu.
Jechaliśmy tak do zmroku. Trop był wciąŜ bardzo wyraźny, w którymś miejscu
zauwaŜyłem ślady po
236
ognisku. Wydobyłem lornetkę, jednak w jej szkłach nie ujrzałem przed nami nic, co mogłoby
przypominać dwu jeźdźców. Widocznie Karol mylnie ocenił czas i przestrzeń, jakie dzieliły
nas od tamtych. Przyznał mi rację dodając, Ŝe gdy uciekinierzy osiągnęli dolinkę, na pewno
pognali nią co sił w końskich nogach, podczas gdy my gramoliliśmy się pod górę.
— W ten sposób — odparłem — odległość się zwiększyła i jeśli nadal mamy jechać w
takim tempie, nigdy ich nie dopędzimy. A wszystko przez tę chabetę... KiedyŜ się jej
wreszcie pozbędziemy?
— Cierpliwości! Przyjdzie pora. Nadrobimy opóźnienie, gdy tamci trafią na trudniejszy
szlak. Co sądzi o tym Wysoki Orzeł?
Odpowiedź nie wypadła dla nas pocieszająco. Bowiem dolinka ciągnęła się bardzo daleko.
MoŜna było gnać równiną trzy do czterech dni i dopiero później wygodny trakt zwęŜał się do
szerokości kamienistej ścieŜki.
W takiej sytuacji nie pozostało nam nic innego, jak tylko przedłuŜyć czas jazdy kaŜdego
dnia. Dlatego zrywaliśmy się z nocnego odpoczynku bardzo wcześnie i wędrowali tak długo,
póki nie zapadła zupełna ciemność. W ten sposób godziny naszego snu zostały skrócone, a
nocne warty skracały je dodatkowo. CóŜ więc dziwnego, Ŝe gdy gwiazdy poczynały migotać
na czarnym niebie, półprzytomny zsuwałem się z siodła. Minęły tak dwa dni i dwie noce.
Trzeciego, w porze południa, trafiliśmy na kolejny czarny krąg wypalonej trawy. Wyglądało
na to, Ŝe tutaj właśnie, być moŜe jeszcze rankiem, obozowali ścigani przez nas ludzie. Tak
więc odległość między nami a nimi wynosiła sześć do ośmiu godzin dobrej jazdy. Lecz
wkrótce po raz drugi musieliśmy się zatrzymać.
Wysoki Orzeł, jadący na czele, uniósł rękę — znak, Ŝe naleŜy stanąć.
237
—
Nie ma tropów — powiadomił nas, gdyśmy się
z nim zrównali. Moi bracia zaczekają. Sprawdzę.
Uderzył wierzchowca piętami i pognał galopem.
— Niech to piorun trzaśnie! — zawołałem. — PrzecieŜ nie oślepliśmy?!
— Lecz stali się zbyt pewni tego — odparł Karol — Ŝe dolina jest jedyne drogą. Widać
istnieje jakaś inna. Przeoczyliśmy ją. Oto do czego wiedzie zbytnia pewność siebie.
Zawróćmy.
Teraz okazało się, jakim błędem moŜe się stać powierzchowne badanie terenu.
Odnaleźliśmy ślad wiodący od czarnej plamy po ognisku ku południowi, lecz po kilkunastu
jardach urywający się raptownie. GdzieŜ znikli dwaj jeźdźcy? PrzecieŜ nie unieśli się ku
niebu?
Dokładne zbadanie tropów wykryło, Ŝe wędrowcy zawrócili ku obozowisku i wyruszyli z
niego po raz drugi, ale juŜ w innym kierunku.
—
Czy to przypadek, czy chęć wprowadzenia nas
w błąd? — zapytałem.
Karol przecząco pokręcił głową.
— Nie uwaŜam za moŜliwe, aby wiedzieli o naszym pościgu. Zbyt wielka nas dzieli
odległość. Nie, nie! To wykluczone. ZwaŜ przy tym, Janie, Ŝe do tej pory nic na to nie
wskazywało.
— A co miałoby wskazywać?
— ChociaŜby próba zacierania śladów.
— Więc dlaczego najpierw ruszyli prosto, później raptownie zawrócili, aby umknąć w
bok? CzyŜby ich coś spłoszyło? Ale co?
Karol wzruszył ramionami.
—
Jedzie Wysoki Orzeł, moŜe odkrył inny trop?
Wódz zatrzymał mustanga, zeskoczył.
—
Tam ich nie ma — poinformował krótko. — Czy
moi bracia zbadali ślady?
Karol przytaknął i wspomniał o naszych wątpliwościach.
238
Wysoki Orzeł obszedł krąg ogniska, potem skręcił w lewo, prościutko ku wschodniej
ś
cianie doliny, w końcu zawrócił i zatrzymał się przed nami.
—
Droga Wschodzącego Słońca — rzekł.
Nie zrozumiałem, o co mu chodzi.
— Droga? — zdziwił się mój przyjaciel. — PrzecieŜ jesteśmy na Szlaku Czarnych Stóp?
— Pamięć zawiodła Wysokiego Orła — odezwał się wódz — lecz teraz wie juŜ wszystko.
Mój ojciec, a przed nim ojciec mego ojca opowiadali, Ŝe Szlak Czarnych Stóp ma trzy
wyjścia i dwa wejścia.
Chciałem zapytać, jak to jest moŜliwe, lecz w porę ugryzłem się w język.
— Pewnie to dziwi moich braci? OtóŜ wjechać i wyjechać moŜna ze szlaku drogą, jaką tu
przybyliśmy oraz na południu, daleko stąd, przez górską przełęcz. Lecz istnieje jeszcze
jedno przejście, zwane Drogą Wschodzącego Słońca. Ojciec opowiadał, Ŝe ta nazwa
oznacza kierunek. Bowiem wiedzie tylko ku słońcu, które wstaje, nigdy ku słońcu, które
chowa się w wielkiej wodzie, tam — pokazał ręką na zachód.
— Dlaczego? — zagadnął Karol.
— Nigdy tam nie byłem, lecz ojciec opowiadał, Ŝe łatwo zejść ku prerii, nawet z końmi.
Jednak drogę powrotną, pod górę, potrafi przebyć tylko pieszy. Zwierzęta nie potrafią.
Jedziemy! — zakończył wyjaśnienia.
Słowo „jedziemy" okazało się jedynie teorią. Szerokość doliny przemknęliśmy w kilka
minut, ale później trzeba było zeskoczyć z koni. Trop omijał sporą kępę drzew, a za nią
widniała potęŜna szczerba, jakby gigantycznym toporem wyrąbana w skalnym murze. Górą
— szersza, na dole — tak wąska, Ŝe wątpiłem, aby nasze wierzchowce potrafiły przecisnąć
się przez nią. Jakoś jednak udało się je przeciągnąć za uzdy. Była to oczywiście przełęcz, a
za nią... Stanąłem.
—
I my mamy tędy zejść? — zapytałem rozgląda-
239
jąc się na boki w poszukiwaniu jakiejkolwiek ścieŜki.
To, co ujrzałem, nie było ścieŜką, lecz kamienną lawiną Ŝwiru, szutru, głazów o ostrych
krawędziach. Ani jednej trawki, ani jednego krzaczka. Spadała jak z pieca na łeb ku dalekiej
plamie zieleni, hen w dole. Człowieka, który upadłby na tym iście diabelskim szlaku,
zatrzymałyby głazy, lecz koń stoczyłby się łamiąc nogi.
—
To jest Droga Wschodzącego Słońca — powiedział Wysoki Orzeł. — Niech moi bracia
zachowają ostroŜność. Zwierzęta trzymać krótko, a stąpać powoli. Kroczymy obok siebie, nie
jeden za drugim.
Na szczęście zaraz za szczerbą usypisko znacznie się rozszerzało. Trzy osoby mogły tędy
posuwać się swobodnie przez całą szerokość.
Opuściliśmy ostroŜnie kamienną cieśninę i natychmiast pojąłem, dlaczego wódz kazał nam
iść obok, a nie jeden za drugim. Określenie: lawina — najlepiej chyba obrazuje sytuację.
Grunt okazał się bardziej grząski, niŜ na to wyglądał. Po pierwszych krokach moje stopy
zapadły się po kostki w pyle i Ŝwirze, a tkwiące w podłoŜu głazy ujawniły niebezpieczną
chwiejność. Tu i ówdzie obsunęły się, grzechocząc i pociągając za sobą kamienie.
Ktokolwiek znalazłby się na ich drodze, zginąłby natychmiast. Ujrzałem, jak daleko w dole
dźwiga się potęŜna chmura szarego pyłu. Nasze konie poczęły chrapać, kłaść uszy po sobie i
zapierać kopytami w ruchome podłoŜe. Jedynie mustang Indianina nie zdradzał oznak
niepokoju. Musieliśmy przystanąć, by uspokoić zwierzęta. Takie przystanki mnoŜyły się. Od
czasu do czasu grunt zsuwał się wraz z nami na długość paru stóp, a w sekundę później
groźny grzechot sygnalizował toczącą się lawinę głazów i chmurę kurzu.
Co chwila musieliśmy opanowywać przeraŜenie naszych czworonogów. Miał rację
Wysoki Orzeł twierdząc, Ŝe wdrapać się tędy wraz z koniem — nie sposób, lecz i zejście
iście diabelskie! JakŜe długo trwało!
240
Gdy osiągnęliśmy podnóŜe góry, słońce juŜ poczynało się kryć za zachodnie szczyty.
Byłem mokry od potu, jak gdybym przed chwilą wyszedł z gorącej łaźni. Prawe ramię
mi zdrętwiało od przytrzymywania konia, nogi uginały się pode mną, a piasek
trzeszczał w zębach.
— Karolu — przeraziłem się. — Co ci? Jesteś purpurowy na twarzy!
— A ty? — roześmiał się ochryple. — Szkoda, Ŝe nie masz lusterka. Jesteś czerwony
jak rak wyjęty z wrzątku.
Stanęliśmy na zielonej polance, otoczonej szpalerem młodych świerków, za którymi
dźwigał się wysokopienny, choć rzadki las. Innej drogi nie zauwaŜyłem. Na trawie
widniał dobrze odciśnięty trop, który ginął wśród drzew. Ująłem cugle wierzchowca
lewą ręką, prawą wyciągnąłem z kabury winczestera. Karol skinął głową i uczynił
podobnie. Przy tak złej widoczności naleŜało przygotować się na najgorsze. Jednak to
najgorsze okazało się nie dwunoŜnym czy czteronoŜnym napastnikiem, lecz...
ciemnościami, które nas wkrótce ogarnęły. Przeprawa kamienną lawiną zajęła mnóstwo
czasu. Noc zapadła, nim się spostrzegliśmy. Wysoko nad nami splątane gałęzie
dodatkowo nie dopuszczały resztek światła. Trzeba było posuwać się wolno jak ślimak.
Co pewien czas przystawaliśmy, aby mozolnie odszukiwać ginące tropy. PrzecieŜ
jedynie one mogły nas wywieść z gęstwiny. Tamci szli tędy za dnia, więc łatwiej było
im kroczyć i jeśli nawet nie prowadziła tędy Ŝadna ścieŜka ku prerii, szanse wydostania
się na bezleśne płaszczyzny mieli większe od nas.
Wspomniałem przygodę pewnego trapera, który pragnąc sobie skrócić drogę do
swego szałasu, zagłębił się w gąszcz i po dwu godzinach wędrówki spędził noc pod
pniem sosny. Rankiem stwierdził, Ŝe miejsce jego noclegu znajdowało się nie dalej niŜ
o sto jardów od
16 — Old Gray
241
granicy prerii i prawie naprzeciw szałasu. Gdy później prześledził szlak swej
wędrówki okazało się, Ŝe bezwiednie kręcił się w kółko. Nam mogło grozić
coś podobnego.
Tak wlekliśmy się noga za nogą, aŜ straciłem wszelką nadzieję, Ŝe
kiedykolwiek wybrniemy z tego labiryntu drzew i krzewów.
Niespodziewanie, sto razy gubiony i sto razy odnajdywany ślad wywiódł
nas na małą polankę. Tu współtowarzysze podzielili wreszcie mój pogląd o
bezsensie nocnej wędrówki.
Był to chyba najgorszy nocleg w moim Ŝyciu. Bez ogniska, bez kropli
ciepłego płynu, z wyjątkiem paru łyków whisky, czułem się fatalnie. Jedliśmy
przypaloną pieczeń antylopy na przemian z sucharami. W świetle księŜyca,
który właśnie wzeszedł, stanowiliśmy znakomity cel dla kaŜdego, kto ukryty
w zaroślach, zapragnąłby nas zdmuchnąć.
Dwie godziny spędziłem na warcie wsłuchany w tajemnicze odgłosy lasu:
trzaskania gałęzi, pohukiwania sów, jakieś pomruki i miaukoty. Nie brzmiało
to mile i szczerze wyznam, Ŝe zimno mi się robiło na samą myśl, iŜ z głębi
ciemnego boru wyskoczyć moŜe na
243
polankę szaroŜółty potwór — grizzli. Ostatecznie obozowaliśmy w sąsiedztwie gór.
Gdy jednak Wysoki Orzeł przejął ode mnie obowiązek wartowania, wcale nie poczułem
się lepiej.~MoŜe to powodował blask księŜyca, moŜe były to skutki przemęczenia, dość Ŝe
budziłem się parokrotnie, spocony i pełen przeraŜenia, nie uzasadnionego jednak Ŝadnym
konkretnym wydarzeniem. Dopiero nad ranem poczułem się lepiej, lecz wtedy naleŜało juŜ
wstawać. Tym razem nie zrezygnowaliśmy z gorącego posiłku. Oczyściłem z traw i mchów
spory krąg ziemi, Karol naniósł chrustu i po chwili wesoły ogieniek rozgrzał nasze
zziębnięte dłonie, a gorąca kawa — nasze wnętrza. ZuŜyliśmy na nią resztkę wody z
bukłaków, jaka jeszcze pozostała po napojeniu zwierząt. No i o porannym myciu mowy nie
było.
W dalszą wędrówkę udaliśmy się nadal pieszo. Jazda na koniach nie byłaby szybsza i
uniemoŜliwiała dokładniejszą obserwację tropów. Zatrzymaliśmy się w porze południa,
nadal w lesie, który widać nie miał końca. Dopiero pod wieczór drzewa poczęły rzednąć.
Mimo, Ŝe dzień dobiegał kresu, od razu pojaśniało. Jeszcze kilkadziesiąt kroków i oto
wydostaliśmy się na skraj boru. I natychmiast stanęli. Wśród gładkiej płaszczyzny traw
wznosił się spory drewniany dom. Widok nieoczekiwany, zaskakujący! KtóŜ odwaŜył się
zamieszkać na tym pustkowiu?
Serce zabiło mi Ŝywiej, gdy wyobraziłem sobie wygodne łóŜko, normalny stół, a na nim
talerze i sztućce. A do tego gospodarza, a moŜe i gospodynię uwijających się, aby jak
najlepiej obsłuŜyć niespodziewanych gości. Dlatego tkwiłem w miejscu jak urzeczony
widokiem, od którego oczu nie mogłem oderwać. Pośrodku ściany znajdowała się werandka
o szpiczastym daszku, stromo spadającym na boki. Dwa okna z prawej, dwa z lewej, w
szybach połyskiwały zorze zachodu. A moŜe myliłem
244
się? MoŜe to było światło bijące z wnętrza? I jeszcze zauwaŜyłem pewien szczegół: Ŝeliwną
pompę.
—
PrzecieŜ to jest ten dom! Pamiętasz, co mówił
Old Gray? — szepnąłem wprost w ucho Karolowi.
Nie potwierdził ani nie zaprzeczył. Mijały sekundy ciszy. Nagle usłyszeliśmy rŜenie koni.
Nie naszych przecieŜ!
—
Janie, zostań tu i pilnuj wierzchowców — skinął
na mnie Karol i obaj z wodzem ruszyli brzegiem lasu,
a później podbiegli z obu stron pod werandkę.
„
Teraz się okaŜe — pomyślałem — czy wewnątrz nie goszczą ludzie przez nas
poszukiwani..."
Widziałem, jak Karol wstąpił na schodki, widziałem, jak otworzyły się drzwi. Promień
przyćmionego światła padł długą smugą na deski, jakaś postać zamajaczyła na progu, a
znajomy głos zabrzmiał wyraźnie w ciszy wieczoru:
—
Witajcie, panowie! Co za nieoczekiwane spotka
nie? Lecz w samą porę. Chyba moje myśli sprowadziły
was tutaj. Wchodźcie, wchodźcie...
Opuszczony dom
Jednym susem, lekcewaŜąc polecenia Karola, znalazłem się przy werandce. Poznałem głos,
jednak nie wierzyłem uszom. Teraz oczy potwierdziły zaskakującą prawdę.
W drzwiach stał pan doktor Fryderyk Randall z Ottawy!
Karol najprawdopodobniej został tak samo zaskoczony, jak ja, bo długo milczał.
-— Czy to pański dom, doktorze? — odezwał się wreszcie.
— Ach, nie!
— A czyj?
— Nie wiem. To jakiś opuszczony, nie zamieszkały budynek. Trafiłem tu przypadkowo.
Proszę do środka.
Szybko cofnąłem się ku koniom. Tamci weszli do wnętrza. Trzymałem nadal winczester w
garści, stojąc tuŜ przy boku własnego wierzchowca, a w głowie kłębiło mi się od
najrozmaitszych myśli. Wędrowaliśmy tropami morderców, aby wreszcie natrafić na
nieszkodliwego botanika-greenhorna! To oznaczało, Ŝe zmyliliśmy ślad. W jaki sposób?
Kiedy? Co robi tu pan botanik? Miał wracać do Ottawy. A dom? Jego wygląd odpowiadał
opisowi Old Graya, gdy — jeszcze na farmie — mówił o obrazie wiszącym w mieszkaniu
rodziców. A później, zabawiając nas przy ognisku historią
246
rodziny Balfourów, wspomniał o Ŝelaznej pompie, jaką zainstalował Henry Balfour.
Przypuszczałem, Ŝe to co zostało namalowane przez ojca, a zbudowane przez syna — to
były bliźniacze z wyglądu wille. Nie mogłem jednak pojąć, w jaki sposób najpierw powstał
obraz, a dopiero w wiele lat później widoczna na tym obrazie willa? Chyba Old Gray coś
pokręcił, aby uniemoŜliwić rozszyfrowanie swego nazwiska oraz nazwiska Balfourów -r- oba
na pewno były zmyślone.
Ktoś odemknął skrzypiące drzwi. Sądziłem, Ŝe to Karol, lecz to był Wysoki Orzeł.
Podszedł.
—
Niech Orle Pióro towarzyszy mnie.
Pociągnął za sobą dwa wierzchowce, następne dwa ja poprowadziłem.
—
Trzeba napoić zwierzęta i rozkulbaczyć — powie
dział zatrzymując konie tuŜ obok poidła wyciosanego
z długiego pnia. Zacząłem opuszczać i podnosić lewar,
nie wierząc jednak w skutek tej czynności. Ta pompa
nie była przecieŜ uŜywana od szeregu lat. CzyŜ mogła
działać? Na pewno jej gumowe czy skórzane za-
worki rozeschły się i rozsypały. JakŜe się zdziwiłem,
gdy po trzecim czy czwartym ruchu coś zabulgotało
we wnętrzu, a przy następnym — z rury buchnął stru
mień wprost do koryta.
Później wódz powiódł mnie na tyły domu, gdzie juŜ pasły się oba człapaki Randalla.
Dołączyliśmy do nich nasze i objuczeni uprzęŜą i derkami wrócili przed we-randkę. Bardzo
byłem ciekaw wnętrza.
Wysoki Orzeł poprowadził mnie krótkim i ciemnym korytarzykiem, a później pchnął
drzwi. Ujrzałem izbę słabo rozjaśnioną światłem umykającego dnia, które wpadało przez
szyby dwu okien. Szyby! Jakim cudem przetrwały nie naruszone przez tak długi czas? Albo
myliłem się w swoich obliczeniach, albo tkwiła w tym wszystkim jakaś tajemnicza zagadka.
247
Obszerną izbę dodatkowo rozświetlał drŜący płomień ogniska rozpalonego we wnętrzu
kamiennego kominka. Pośrodku wznosił się stół z dwiema ławami. Karol i Randall siedzieli
obok siebie i na nasz widok przerwali rozmowę.
—
Jak się pan ma, doktorze? — powitałem botanika
i zwaliłem w kąt cały swój bagaŜ. Po czym zająłem
miejsce na ławie. — Co to za dom? — zagadnąłem.
Randall lekko wzruszył ramionami.
— Tyle wiem, co i pan. W pogoni za rzadkimi roślinami skręciłem z prerii na podgórze i
trafiłem tutaj. Szukałem gospodarza lub gospodyni. Zastałem pustkę. Ten stół i te ławy to
jedyne meble. Reszta pomieszczeń świeci pustką i kurzem. Ot, i wszystko.
— Niezupełnie — sprzeciwił się Karol. — Czy wiesz — zwrócił się do mnie — Ŝe oni tu
byli? Nie dalej jak przed trzema godzinami.
— Tak — wtrącił się Randall. — Dwu ludzi i dwa konie. Stałem na ganku, gdy
wychynęli z lasu. Widać wyglądałem na właściciela, bq bardzo grzecznie zapytali, czy
pozwolę napoić konie. Zrozumiałe, Ŝe nie odmówiłem. Szczerze mówiąc, miałem duszę
na ramieniu.
— Dlaczego? — wtrąciłem rozbawiony.
— Ach, Ŝeby pan ich widział! Brudne, prawie podarte ubrania, obrośnięte, dzikie twarze.
Lęk mnie ogarnął na samą myśl, Ŝe zechcą tu przenocować. Lecz ich coś gnało, bo po
napojeniu koni ruszyli dalej. Obawiałem się jednak, Ŝe zawrócą. Przybyliście, panowie,
jakby na mój ratunek. CóŜ, nie jestem westmanem i lepiej znam się na ziołach niŜ na
palnej broni.
Przypomniał mi się niezwykle celny strzał Randalla. Albo to był przypadek, albo teŜ
doktor przesadzał ze skromnością.
— Dawno pan tu przybył? — zapytał Karol.
— Mija czwarty dzień. Dach nad głową i tyle ciekawych odmian traw i paproci to
doprawdy wielkie dla
248
mnie szczęście. Postanowiłem nieco opóźnić swój powrót do Ottawy, o czym panom
wspominałem. I jeszcze jedno: upolowałem antylopę! Dzisiaj rano. Teraz zamienia się w
mięsną zupę w tamtym garnku.
Wskazał na kominek. Na Ŝelaznym haku wbitym w spojenia kamiennej obudowy wisiał
spory, okopcony sagan. Pociągnąłem nosem. Pięknie pachniało.
— Zrobicie mi, panowie, nie lada przyjemność, jeśli będę mógł odegrać rolę gospodarza.
— Nas jest trzech — zauwaŜyłem.
— CóŜ to szkodzi? Dokroję mięsa i starczy dla wszystkich. Większość mej antylopy
spoczywa w sąsiednim pokoju. Przepraszam.
Wstał od stołu i zniknął za bocznymi drzwiami. Spojrzałem na Wysokiego Orła. Jego
oblicze, jak zwykle, nie odzwierciadlało Ŝadnych uczuć. Zerknąłem na Karola. Skrzywił się
zabawnie.
— Co o tym myślisz? — szepnąłem.
— Jesteśmy trójką głupców — odparł takim samym szeptem.
— AleŜ... dlaczego?
—
Nie wiem, lecz czuję to.
Roześmiałem się.
— Coś ci się roi po głowie, pewnie ze zmęczenia. Jutro świat będzie wyglądać
przyjemniej.
— Wątpię — odparł zgryźliwym tonem. — Co u licha? Czy my nigdy nie osiągniemy
celu? Kilka godzin jazdy dzieliło nas od nich przed paru dniami i ta odległość ani rusz nie
chce się zmniejszyć. Jeśli Randall dobrze obliczył, oni nas mocno wyprzedzili. To jakiś
pech prawdziwy.
— Nie pech, lecz nasz dodatkowy koń — odparłem nie bez złośliwej satysfakcji. —
Puśćmy go wreszcie, albo ofiarujmy Randallowi. Co myśli o tym Wysoki Orzeł?
Zagadnięty skinął głową, potem dodał:
249
—
Niech oczy moich braci będą otwarte, a uszy po
magają oczom. To jest złe miejsce.
Nie zdąŜyłem zapytać o przyczynę tego czarnowidztwa, bo właśnie wrócił Randall niosąc
spory płat anty-lopiego mięsa. Machnął dłonią po blacie stołu, strącając jakieś niewidoczne
pyłki, połoŜył mięso i począł je krajać na drobne kawałeczki. Nikt z nas nie zdziwił się, ani
nie oburzył na tak urągającą higienie czynność. Na pewno blat stołu, nie myty od lat, pokryty
był brudem. Lecz któŜ by na prerii zwracał uwagę na takie głupstwa? Ostatecznie
temperatura kociołka zniszczy wszystkie zarazki, a Ŝe wraz z mięsem połkniemy nieco kurzu
i piasku — nikomu to nie zaszkodzi.
Pan doktor wrzucił mięso do sagana i raz jeszcze nas opuścił, aby umyć ręce pod pompą.
-— Dlaczego to ma być złe miejsce? — dopiero teraz zapytałem wodza.
—
Tak czuję.
Uspokoiłem się natychmiast. Karol czuł, Ŝe popełniliśmy jakieś głupstwo, wódz czuł
jakieś groŜące nam niebezpieczeństwo. Na szczęście, ja czułem tylko głód. Do licha z tym
wszystkim! Trudno traktować powaŜnie czyjeś przywidzenia.
Randall znowu się pojawił, siadł i opowiadał o swych sukcesach zielarskich. Niewiele
mnie to obchodziło, a Karola pewnie jeszcze mniej, jednak w ten sposób niepostrzeŜenie
mijał czas, aŜ mięso było gotowe. Powstał problem: czym jeść i na czym? Ani ja, ani Karol
nie mieliśmy talerzy, nie posiadał ich i Randall. Tylko Wysoki Orzeł rozporządzał własną
miseczką. Oczywiście nikt z nas nie miał widelca, a łyŜkę — jedynie pan doktor.
Rozwiązaliśmy ten kłopotliwy problem w ten sposób, Ŝe wódz jadł z miseczki, my z kubków,
a Randall z sagana. Posługując się wyłącznie myśliwskimi noŜami. Zabawnie to wyglądało,
lecz któŜ zabiera na prerie łyŜki, skoro nie przyrządza zupy, a właśnie zupę
250
przypominał gulasz upitraszony przez doktora. Bardzo smaczny, o czym nie omieszkałem
głośno powiedzieć.
—
Cieszę się — odparł. — Zawsze lubiłem kucharzyć,
po prostu dla rozrywki. A teraz pozwólcie, panowie, Ŝe
przygotuję kawę na swój domowy sposób. Jestem pe
wien, Ŝe nic podobnego dotąd nie próbowaliście.
Rozbawiło mnie tak samochwalstwo.
— JakiŜ jest ten pański sposób, doktorze? Jeśli to nie tajemnica?
— Tajemnica, jednak miłym gościom ją wyjawię. OtóŜ do wody na kawę dodaję szczyptę
soli i sporo cukru. Kawę wsypuję dopiero do wrzątku, a później zdejmuję naczynie z ognia
na kilka minut. Poczujecie, jaki ma cudowny aromat.
Chciał zabrać naczynia ze stołu, lecz go uprzedziłem mówiąc, Ŝe szorowanie garnków to
moja tradycyjna funkcja.
Grzechocząc garnkiem i kubkami pomaszerowałem na dwór, do pompy. Na początek
poszedł sagan, z zewnątrz mocno okopcony, wewnątrz bardzo tłusty. Szorowałem go
piachem na wszystkie strony i trwało to bardzo długo. Saganek był własnością Randalla, a ja
zapragnąłem chociaŜ w ten sposób odwdzięczyć się za wspaniałą ucztę.
Gęsty mrok spadł juŜ z nieba na ziemię, ą w głębi boru panowała nieprzenikniona
ciemność. Uporałem się z największym naczyniem. Umycie pozostałych było juŜ fraszką.
Raz jeszcze opłukałem garnczki w korycie i juŜ zamierzałem ruszyć ku domowi, gdy ciche
parsknięcie, dobiegające zza budynku, unieruchomiło mnie na chwilę. Za domem przecieŜ
stały nasze konie!
Zostawiłem naczynia i krokiem jak najcichszym począłem skradać się w tamtym kierunku.
Nie był to postępek zbyt rozsądny — nie posiadałem broni, a parsknięcie mogło być
spowodowane ukazaniem się jakiegoś leśnego drapieŜnika. Mogli równieŜ powrócić ściga-
251
ni przez nas ludzie. W takim wypadku miałem zamiar dobrze przypatrzyć się im z ukrycia,,
ZbliŜyłem się ku ścianie domu, wzdłuŜ niej aŜ do naroŜnika. OstroŜnie wyjrzałem. Sześć
koni stało spokojnie, parskał jedynie indiański mustang i szarpał za lasso, na którym został
uwiązany. Kilka kroków od mustanga tkwił nieruchomo męŜczyzna dzierŜący w prawej ręce
długą broń, w lewej — uzdę jeszcze jednego konia. Rozpoznałem go natychmiast.
—
Old Gray!
Skierował ku mnie wylot lufy, lecz zaraz ją zniŜył.
—
Co za spotkanie? — rzekł półgłosem. — A ja spo
dziewałem się zastać tu zupełnie kogo innego.
— Kogo? — zapytałem szeptem. Nie zaspokoił mojej ciekawości.
— Kto tam jest? — wskazał na dom.
— Mój przyjaciel, Wysoki Orzeł i jeszcze jeden przypadkowo spotkany wędrowiec.
— Kto? — powtórzył pytanie.
— Niejaki doktor Randall z Ottawy. Botanik, którego juŜ poprzednio spotkaliśmy.
— To razem cztery osoby, a tu widzę sześć koni.
— Dwa z nich są luzakami. Jeden naleŜy do Ran-dalla, drugi do nas.
— Do was? — zdziwił się. — PrzecieŜ nie posiadaliście Ŝadnego luzaka.
— Prawda. Lecz to jest wierzchowiec człowieka zabitego na prerii. MoŜe jednak
wejdziemy do środka. Tego wydarzenia nie da się streścić w kilku słowach.
— Jeszcze chwilkę — powstrzymał mnie. — Czyj to jest dom?
— Niczyj — odparłem.
— Nie rozumiem...
Powtórzyłem to, co na ten temat powiedział nam Randall. A od siebie dodałem:
—
Byliśmy tu za dnia i miałem czas dobrze go obej-
252
rŜeć. I wiesz... nie śmiej się, ale wydaje mi się bardzo podobny właśnie do tego z obrazu, o
którym nam kiedyś opowiadałeś, Ŝe wisiał w mieszkaniu twoich rodziców.
— Sprawdzę to jutro — w jego głosie wyczułem lekkie drŜenie. — Jeśli się nie mylisz...
Wielkie nieba — szepnął i umilkł, aŜ przypomniałem niecierpliwie:
— Chodźmy, robi się chłodno.
—
- Poczekaj. Wspomniałeś o zabitym człowieku. Jak on wyglądał?
Wróciłem pamięcią do dnia, w którym uwolniliśmy z więzów rzekomego trapera, a później
podałem dokładny rysopis. Wysłuchał uwaŜnie, westchnął i mruknął:
—
To nie on...
Widocznie Karola zaniepokoiła moja zbyt długa nieobecność, bo usłyszałem jego głos:
— Janie! Gdzie jesteś?
— Tu! — odkrzyknąłem. — Idziemy!
— Co?! Kogo tam prowadzisz? ChodźŜe wreszcie.
— Jeszcze chwilkę...
Pomogłem Siwowłosemu rozkulbaczyć wierzchowca, a nawet nieść siodło. Na koniec
wkroczyliśmy do półmrocznego wnętrza izby. Dostrzegłem, Ŝe na kominku buzował wielki
stos szczap, było zupełnie jasno, ale Ŝe okien nie otworzono, panowała wręcz tropikalna tem-
peratura.
—
AleŜ tu gorąco! — wykrzyknąłem, lecz mój okrzyk
minął bez echa.
Karol i wódz porwali się od stołu witać gościa. Zwaliłem cięŜar tuŜ obok stosu naszych
uprzęŜy, po czym uchyliłem okna. Tymczasem wszyscy zdąŜyli juŜ zająć miejsca wokół
stołu.
— Macie co do jedzenia? — zapytał Old Gray.
— Przed chwilą skończyliśmy ucztować — odpowiedziałem nieco zawstydzony.
253
— Och — wtrącił się Randall — zostało jeszcze sporo antylopy. Zaraz uwarzę gularz.
— Był doskonały — zauwaŜyłem.
— Po co tyle kłopotu? Mam wędzony boczek — powiedział Siwowłosy.
— AleŜ... proszę nie odmawiać — nastawał botanik. — Szybko się uwinę.
Spojrzał na mnie pytająco.
—
Przepraszam — zerwałem się z ławy. — Zapo
mniałem o naczyniach. LeŜą w korycie.
-— Nie, nie. Proszę się nie trudzić, sam przyniosę.
Pewnie bym nie ustąpił, gdyby nie dziwny ruch Old Graya. Chwycił mnie mocno za skraj
kurty i przytrzymał, póki Randall nie wyszedł.
— Kto to jest? — zagadnął półgłosem.
— PrzecieŜ doktor Randall — odparłem mocno zdziwiony pytaniem. — JuŜ mówiłem, Ŝe
spotkaliśmy go na początku naszej wędrówki.
— Był sam?
— Sam — wtrącił się Karol. — O co chodzi?
— Ma dwa konie?
— Dwa — odpowiedziałem dziwiąc się coraz bardziej.
— Jeden z jukami?
— Nie — zaprzeczyłem — oba pod siodłem. Randall twierdzi, Ŝe w ten sposób zwierzęta
mniej się męczą, moŜe się przesiadać.
— Ach tak... — mruknął. — I to jest botanik?
— Oczywiście. Pracownik uniwersytetu w Ottawie — odpowiedziałem juŜ trochę
zniecierpliwiony pytaniami.
—
A skąd wiesz... — zagadnął znowu, lecz przerwał
w połowie zdania, bo skrzypnęły drzwi i Randall brzę
cząc naczyniami wkroczył do środka. Powtórzyła się
historia z krajaniem mięsa i gotowaniem w świeŜo
oczyszczonym przeze mnie saganie. Tymczasem piliśmy
kawę. Była rzeczywiście znakomita.
254
—
Niech się pan przysiadzie — zaproponowałem bo
tanikowi, zajętemu mieszaniem mięsa w garnku.
Przeprosił, Ŝe musi pilnować gulaszu i Ŝe nie pija kawy na noc, poniewaŜ trapi go
wówczas bezsenność. Trochę mnie to zaskoczyło, bo pamiętałem, Ŝe podczas poprzedniego
spotkania pił kawę wieczorem. No, ale moŜe zmienił zwyczaje.
Wreszcie gulasz ugotował się, saganek powędrował z kominka na stół i Old Gray,
posługując się noŜem, począł jeść. ZauwaŜyłem, Ŝe między jednym a drugim kęsem zerkał
ciekawie na Randalla, lecz opuszczał wzrok, gdy tamten zwracał twarz w jego stronę. Wy-
glądało to dziwnie, lecz z kolei nastąpiło jeszcze dziwniejsze wydarzenie, do powstania
którego mimowolnie się przyczyniłem.
— CóŜ powiesz o tym domu?— niebacznie zagadnąłem Siwowłosego. — Jego wnętrze
nie było przecieŜ namalowane na obrazie.
— Na jakim obrazie?
Nie wiedziałem, co na to odpowiedzieć. Karol kopnął mnie pod stołem, więc udając
obojętność zająłem się nabijaniem swej fajki tytoniem.
—
O jakim to domu rozmawialiście, panowie? — za
pytał Randall.
Nadal napełniałem fajkę tytoniem, nie waŜąc się nawet mruknąć.
—
Och, głupstwo — zaśmiał się Old Gray. — Opo
wiadałem kiedyś o domu, w którym straszyło, jak
sądzili naiwni. Podobno ukazywały się w nim duchy
zamordowanego małŜeństwa.
Osłupiałem usłyszawszy coś takiego!
— Napad? — zaciekawił się Randall.
— Tak, napad rabunkowy. Dokonał go młody człowiek, głupiec, który sądził, Ŝe ujdzie
kary.
— Więc go schwytano?
— Dotychczas nie, lecz któregoś dnia tak się stanie.
255
— Skąd taka pewność? — zapytał Randall, a mnie wydało się, Ŝe głos mu się trochę
zmienił.
— Stąd — odpowiedział dziwnie surowym tonem Siwowłosy — Ŝe sprawiedliwość
naszego świata moŜe być powolna, lecz w końcu dosięga winowajcę. Znam wiele
przykładów potwierdzających ten pogląd.
Ciągle nie mogłem pojąć, w jakim celu Old Gray wymyślił bajeczkę o duchach.
— A panowie zapewne dawno się znacie — Randall raptownie zmienił temat.
— Dawno i niedawno — pospieszył z wyjaśnieniem Old Gray, jak gdyby w obawie, Ŝe
ktoś z nas go uprzedzi. — Na prerii czas liczy się inaczej. Zresztą, mniejsza z tym.
Chętnie obejrzałbym zielnik.
— O, to juŜ pan wie? — zdziwił się Randall.
— Wiem i wielce jestem ciekaw zbiorów.
— AleŜ oczywiście! Czy jednak nie lepiej rzecz odłoŜyć do rana, trochę tu ciemno.
— Mam świetny wzrok.
Upór Old Graya graniczył z niegrzecznością. O co mu chodziło? Z kolei nastąpiło trzecie
wydarzenie, jakie uznałem za przedziwne. Oto Wysoki Orzeł udał się w kąt izby, gdzie
złoŜyliśmy broń, wziął dwururkę i stanął z nią przy otwartym oknie. Poczułem, Ŝe coś jest
nie w porządku, Ŝe nastąpić moŜe coś nieoczekiwanego. Zimny dreszcz przebiegł mi po
krzyŜu. Opanowałem się natychmiast i tylko moje zęby silniej zacisnęły się na ustniku fajki.
Randall wolno podszedł do swych bagaŜy, długo w nich gmerał, wreszcie wrócił niosąc
znany mi juŜ prostokątny futerał, owinięty w cielęcą skórkę. Odwinął. Wewnątrz spoczywał
zielnik.
— MoŜna? — zagadnął Old Gray.
— Proszę bardzo...
Siwowłosy przysunął do siebie grubą księgę. Otwo-
256
rzył pierwszą kartę, później drugą, trzecią... Przy którejś tam z kolei zatrzymał się
dłuŜej.
— Co to takiego? — zapytał wskazując palcem.
— Moje odkrycie — pochwalił się botanik. — Znalazłem na podgórzu. Nieznana
roślina.
— Na pewno?
— Mogę się mylić, lecz zbiory mego uniwersytetu wzbogacą się tym eksponatem.
— A mnie się wydaje — powiedział Old Gray — Ŝe się nie wzbogacą.
—
- Co pan ma na myśli?
— Tyle tylko, Ŝe jest to znana roślina o nazwie Clar-kia pulchella, kwitnie niebiesko.
— AleŜ...
— Nie istnieje Ŝadne aleŜ. Idę o zakład, Ŝe się nie pomyliłem.
— Doprawdy... Randall zająknął się.
— Musiałem być bardzo roztargniony tamtego dnia.
— I ja tak sądzę — potwierdził Old Gray. — A słyszałeś, doktorze, o pochodzeniu
tej nazwy?
— Tak, oczywiście. Obiło mi się o uszy.
—
Na pewno? Co właściwie?
Randall wyraźnie zawahał się.
— No... na pamiątkę nazwiska odkrywcy — rzucił pospiesznie i bacznie spojrzał w
twarz Siwowłosego.
— Nieźle — zauwaŜył tamten. — To znaczy... JakŜe brzmi imię i nazwisko
odkrywcy?
— Pan chyba Ŝartuje? CóŜ to za egzamin? — w głosie Randalla zabrzmiały akcenty
gniewu.
— Trochę Ŝartuję, trochę nie — powiedział spokojnie Old Gray.
— Czy pan jest botanikiem?
— Gdzie mnie tam do takiej znajomości roślin! Ot, po prostu coś niecoś
interesowałem się przyrodą. Dlatego wiem, Ŝe William Clark wielokrotnie wyruszał
na
17 — oid Gray
257
Dziki Zachód, Ŝe przywiózł stamtąd sporo wiadomości obalających róŜne legendy. Razem
z Meriwether Lewisem w 1804 roku odbył swą pierwszą podróŜ i dotarł aŜ do wybrzeŜa
Pacyfiku. Pierwsza mapa tamtych obszarów została sporządzona częściowo w oparciu o
zapiski i rysunki Clarka. Z tej wyprawy przywiózł około dwustu okazów roślin, z których
jedna nazwana została jego imieniem. Zresztą, to niewaŜne. Znowu począł odwracać
kartki.
— Co to jest? — zapytał po krótkiej przerwie.
— Leśnik pospolity — odparł Randall. — Mimo takiej nazwy jest to ziele niezwykle
rzadkie.
— Leśnik pospolity? — powtórzył Siwowłosy i par- I sknął śmiechem. — Świetny
dowcip! PrzecieŜ to po prostu krwawnik, bardzo pospolita roślina. SłuŜy do tamowania
krwi, stąd jej nazwa. No, dość juŜ tej zabawy! Jesteś, mój drogi, takim samym botanikiem
jak ja cesarzem Chin. W jakim celu stroisz się w cudze piórka?
—
Wypraszam sobie — oburzył się doktor. — MoŜe
pan sprawdzić w Ottawie, czy jestem botanikiem, czy
nie.
—
Mam nadzieję, Ŝe nie jesteś. Kiepsko wyszliby na
tym twoi uczniowie, a Ŝe Ottawa daleko, sprawdzać nie
będę. Istnieje lepszy sposób odkrycia prawdy.
Nieoczekiwanie powstał z ławy, jego dłoń przez sekundę spoczęła na głowie Randalla.
Natychmiast uniosła się z pękiem czarnych włosów — prawdziwym skalpem indiańskim.
-4 Peruka! Patrzcie! Randall, czy jak się tam jeszcze nazywasz, połóŜ ręce na stole.
Wysoki Orle, gdyby się poruszył, strzelaj! Na moją odpowiedzialność.
Botanik zastosował się do rozkazu, lecz równocześnie
wrzasnął:
—
Co to znaczy?! Napad? Panowie — zwrócił się do nas juŜ spokojniejszym tonem —
widzicie, Ŝe dzieje mi się krzywda.
258
—
Później się wyŜalisz — zadrwił Old Gray. — Po
dajcie rzemień.
Karol skoczył pod ścianę, chwycił linkę, podał Siwowłosemu. Ja tkwiłem znieruchomiały
na ławie, jakby mnie do niej przybito hakami. W głowie miałem zamęt, a wyraz twarzy
pewnie niezbyt mądry. Randall nie stawiał oporu, gdy mu krępowano ręce na plecach.
— To pomyłka — powtarzał — jakaś okropna pomyłka...
— Nie — zaprzeczył energicznie Old Gray. — Zaraz udowodnię oczywiście nie tobie,
lecz wam, przyjaciele. śebym nie wyglądał na rozbójnika.
— CóŜ znowu? — zaprotestowałem nieśmiało. — Kto to naprawdę jest?
Old Gray siadł obok więźnia.
—
Wysoki Orle, uwaŜaj na tego człowieka. Co praw
da ręce ma związane, lecz z niego chytry lis. Chytry
i krwawy. A teraz — zwrócił się do mnie i do Karola —
pozwólcie, Ŝe wam sprezentuję pana... rzekomego bota
nika. To jest Joę Royer, morderca małŜonków Bal-
four! — wykrzyknął. — Pamiętacie, co wam opowiada
łem?
Przytaknęliśmy zgodnie, a ja wreszcie ocknąłem się z osłupienia. Elegancki i grzeczny
pracownik naukowy okazał się bandytą! Nie do wiary!
— Kłamstwo! — krzyknął Randall. — Przysięgam, Ŝe nigdy nie znałem Ŝadnych
Balfourów.
— Będziesz ty cicho?! Później się wygadasz. Oczywiście, Ŝe nie znałeś Balfourów.
Bowiem ich prawdziwe nazwisko brzmi: Anna i Henry Green. Dobrze ich musisz
pamiętać, Royer!
— Nie.
— Ale za to ja dobrze zapamiętałem twoją twarz i nie zapomniałem jej rysów, chociaŜ to
było dość dawno, a ty wyrosłeś na męŜczyznę. Bo wówczas byłeś bardzo jeszcze młody.
Tak moi kochani, to właśnie jego
259
wynajął Henry Green jako woźnicę, który miał dowieźć oboje małŜonków do ich nowego
domu, do cudownego domu, jaki wzniesiono na granicy lasu i prerii. To jest ten dom! Co za
przedziwne zrządzenie losu... — głos mu się załamał i ostatnie zdanie zakończył szeptem.
— Pomyłka! — krzyknął znowu Randall.
— Mam dosyć twoich wrzasków — Old Gray odzyskał mowę. — Pójdziesz do ciemnicy,
lecz nim to się stanie... PokaŜ te guziki — zwrócił się do Karola.
Guziki! — przypomniałem sobie. Jeden znaleziony obok zwłok spoczywających w
odkrytej przeze mnie grocie, drugi — niedaleko śladu po ognisku, na prerii.
—
OtóŜ to właśnie! -— powiedział Siwowłosy trzy
mając na dłoni dwa czarne krąŜki. — Tego mi brako-
kowało. Przypatrzcie się jego marynarce! — wskazał
na botanika. — Tu i tu.
Spojrzałem. Z czterech guzików (bo były cztery na nie dziurki) pozostały tylko dwa.
—
Czego to dowodzi? — zapytał Old Gray. — Nie
wiecie? Ano tego, Ŝe on zabił równieŜ i niejakiego Klee-
na, pracownika kolei, tak samo poszukiwanego listem
gończym. To ty — zwrócił się do mnie — odkryłeś
zwłoki nieszczęśnika w jaskini. A mam prawo przy
puszczać, Ŝe jeszcze jeden człowiek padł jego ofiarą,
ten dziwny traper, którego uwolniliście z więzów. Chy
ba teraz domyślacie się, Ŝe pan Randall, albo Joe Royer
to równieŜ Joe Shoes, Joe Starr i Joe Kelly, ścigany li
stem gończym za napad na pociąg. Rysopis się zgadza,
kolor włosów równieŜ. Coś wam jeszcze powiem, lecz
bez zbytecznego świadka. Royer, czy jak tam się nazy
wasz, bądź łaskaw wstać. Doskonale. Wysoki Orle, więź
nia ulokujemy w przyległej izbie.
Wyszli we trójkę, a wrócił juŜ tylko Old Gray. Na me pytające spojrzenie odparł:
—
Wódz został, Ŝeby go pilnować. MoŜemy teraz spo
kojnie porozmawiać.
260
—
Ty jesteś Hopkins! — nie wytrzymałem.
Spojrzał na mnie uwaŜnie.
— Świetnie zapamiętałeś dzieje Balfourów. Lecz czy ja się nazywam Hopkins, czy Old
Gray... w niczym nie zmienia to sprawy. Widzicie, Royera szukałem od dawna. Wówczas
gdy zabił Greenów, ślad po nim zaginął. Jednak liczyłem na to, Ŝe go jeszcze spotkam.
Moje zamiłowanie do dalekich wędrówek przysporzyło mi sporo doświadczenia. Na
początek co prawda zwróciłem się do Agencji Pinkertona. Bardzo mi pomogła. To jej
agenci trafili na stary trop przestępcy. Okazało się, Ŝe nim został woźnicą Greenów, miał
juŜ kilka sprawek na sumieniu. Uwięziony w Kanadzie za kradzieŜ, zdołał uciec i przez
parę miesięcy mieszkał na terenie Stanów Zjednoczonych. Później, któŜ odgadnie, z
jakiego powodu, zdecydował się na powrót do Kanady. Trafiała się po temu okazja, gdy
Henry Green zatrudnił go jako woźnicę. Właśnie wtedy go poznałem. A pamięć mam
niezłą. Od agentów Pinkertona dowiedziałem się nieco później o kilku nazwiskach, jakie
sobie przybierał w potrzebie. Przypuszczam, Ŝe Royer to równieŜ nie jest jego prawdziwe
nazwisko, ale o to niech się martwi policja. Co do mnie... postaram się, aby cały i zdrowy
trafił prosto do jej rąk. PomoŜecie mi? W pojedynkę będzie mi nieco trudno upilnować
łajdaka, a Wysokiego Orła nie chcę w to mieszać.
— MoŜesz na nas polegać — odparł Karol. — Jeśli trzeba, udamy się nawet do Ottawy
lub gdzie tylko zechcesz.
— O, wystarczy najbliŜszy posterunek, chyba w Red Deer. Bardzo wam dziękuję. Nie
wiem, czy zdajecie sobie sprawę, jak pomogliście mi w wytropieniu bandyty.
— Mimo woli... — bąknąłem.
— To nie ma znaczenia. Wasze informacje o zabitym w grocie wędrowcu pozwoliły mi
skierować się na właściwy trop. A więc jutro ruszamy do Red Deer.
261
—
Dawid Green — szepnąłem domyślnie.
Uśmiechnął się.
— Zgadłeś. Dawid jest synem zamordowanych. Dowie się wreszcie o schwytaniu
przestępcy i o odnalezieniu domu, który przecieŜ teraz stanowi jego własność.
— Więc jednak to jest właśnie ten dom...
— Wszystko za tym przemawia. Obejrzę go za dnia dokładnie.
— Nie rozumiem jednej sprawy: co powstało wcześniej, obraz czy dom?
— Oczywiście, Ŝe obraz. Nie mam pojęcia, czy ojciec Henry'ego widział gdzieś budowlę
tego typu, czy po prostu ją wyfantazjował? Jego syn postanowił wznieść swą siedzibę
wzorując się na obrazie ojca. Ba, nawet wraz z Ŝoną odkryli miejsce do złudzenia
przypominające namalowany krajobraz. Tak wygląda prawda. CóŜ jeszcze chcesz
wiedzieć?
— A co z tym Royerem? — zapytał Karol. — Urwałeś w najciekawszym miejscu.
— Z Royerem? Przyznam, Ŝe po kilku miesiącach zacząłem tracić nadzieję. Zniknął jak
duch. I nagle ten pierwszy napad na pociąg! Znałem juŜ wówczas porucznika Mitchella.
Opowiedział mi szczegółowo, jak to wy-glądało: dwu sprawców, z których jednego
schwytane Zdradził wspólnika, a tym wspólnikiem był, jak się okazało, człowiek, którego
sylwetka juŜ dawniej została opisana w więziennych dokumentach.
— Mitchell wspominał nam o tym — wtrącił Karol.
— Tym lepiej, nie potrzebuję powtarzać. OtóŜ po tej informacji nabrałem pewności, Ŝe to
jest jednak Royer. Lecz cóŜ, znowu mi zniknął z horyzontu. Teraz juŜ mnie to nie dziwi.
On się ukrywał tutaj i chyba się nie mylę.
— Na pewno! — krzyknąłem. — Pompa działa wspaniale po tylu latach. To najlepszy
dowód, Ŝe ktoś tutaj często przebywał. KtóŜ inny, jeśli nie Royer?
262
— Jutro obejrzymy resztę pokojów. Musi gdzieś tu trzymać zapasy Ŝywności. A poza tym
o połoŜeniu domu wiedzieli tylko Greenowie, no i... Royer. Niejeden raz próbowałem ten
dom odnaleźć, na próŜno. Lecz posłuchajcie dalej. Minął rok. Zjeździłem szmat kraju po
obu stronach granicy. Stąd ma znajomość z Samem Harfiel-dem, stąd moja znajomość z
Czarnymi Stopami i Wysokim Orłem. Przywykłem do tych dalekich wypraw. Wierzcie lub
nie, lecz chwilami zapominałem o głównym celu moich wędrówek. Coroczne odwiedziny
Red Deer przypominały mi jednak o mym obowiązku.
— Przepraszam — wtrąciłem się. — Odwiedzałeś Dawida. Opiekowałeś się nim po
ś
mierci rodziców, to dla mnie jasne, lecz... — tu zawahałem się czując, Ŝe zbyt obcesowo
wkraczam w cudze sprawy.
— Śmiało, śmiało... — zachęcił mnie Old Gray.
—
Czy więc... to jest, chciałem zapytać...
Znowu zamilkłem.
— Pośpiesz się, Janie — zauwaŜył Ŝartobliwie Karol — w ten sposób nie skończysz do
jutra.
— Dobrze — nabrałem odwagi. — Więc... czy praca w takiej zapadłej dziurze, jak Red
Deer, jest odpowiednim zajęciem dla Dawida?
— Ach, interesuje cię to? — uśmiechnął się Siwowłosy. — CóŜ, Dawid ukończył średnią
szkołę. Gdzie, to niewaŜne. Skłonności do malarstwa, jak jego ojciec lub dziadek nigdy
nie zdradzał. Miałem znajomości w Kompanii Hudsona. Przyjaciele pomogli mi umieścić
go w Red Deer w charakterze urzędnika. Nie zapominajcie, Ŝe Dawid jest półkrwi
Indianinem. Obawiałem się, Ŝe praca w mieście nie będzie mu odpowiadać. Natomiast w
Red Deer moŜe świetnie nauczyć się zawodu i wykorzystać swe pochodzenie.
— W jaki sposób? — zdziwiłem się.
— Kompania Zatoki Hudsona wciąŜ jeszcze handluje z Indianami, zwłaszcza na dalekiej
północy, gdzie nie
263
ma rezerwatów. Dawid od czasu do czasu wyrusza w drogę jako agent, a jego pochodzenie
ułatwia mu nawiązywanie kontaktów z Indianami. Podoba mu się ta praca. Kto wie, czy za
rok lub dwa nie umieszczę go w którejś z wyŜszych uczelni ekonomicznych? Będzie miał
wówczas otwartą drogę do zajęcia lepszego stanowiska w Kompanii. Dobrze wiemy, jak
trudno jest Indianinowi czy Metysowi stać się „kimś" w społeczeństwie bladych twarzy.
Jesteś zadowolony z mej odpowiedzi?
— Przepraszam za natręctwo. — Istotnie, prawdą jest, Ŝe Indianom trudno dostosować się
do naszych obyczajów i to zapewne stanowi przeszkodę w ich Ŝyciowej karierze. Nie
ufamy im, a oni nam równieŜ nie ufają. Niewiele dotąd uczyniliśmy, by te wzajemne
nieufności przełamać.
— Natomiast sporo dokonaliśmy — odparł Karol — aby je pogłębić.
— Obaj macie rację — zauwaŜył Old Gray. — Kim ty właściwie jesteś? — zaskoczył
mnie pytaniem. — Traperem? Na pewno nie. Poznałbym się na tym. A niedzielnym
myśliwym... równieŜ nie. Zbyt dobrze orientujesz się w westmańskich sprawach.
— On był moim nauczycielem — skinąłem głową w stronę Karola, wielce zadowolony z
pochwały. — Jestem lekarzem...
Old Gray spojrzał na mnie zdumionym wzrokiem.
— Coś podobnego! Wędrowny lekarz? Jeszcze dotąd nie...
— Nie Ŝaden wędrowny — zaprotestowałem energicznie, przerywając mu w połowie
zdania. — Niekiedy niosę pomoc ludziom spotkanym na prerii, lecz nie w tym celu
wędruję.
— A w jakim, jeśli wolno zapytać?
— Po prostu kocham się w przyrodzie, lubię konną jazdę, dalekie wyprawy i... —
przerwałem uświadomi-
264
wszy sobie, jak nawnie musiałyby zabrzmieć moje słowa. — Czy to dziwne?
—
Nie ma w tym nic dziwnego, jednak... zaskaku
jący to wypadek.
Zapadła cisza, którą przerwał Karol:
— Wróćmy do Royera. Mnóstwo spraw nie zostało jeszcze wyjaśnionych. Jakim cudem
trafiłeś tutaj?
— Zgoda. OtóŜ z wiosną wyruszyłem na prerię, jak co roku. Wówczas wydarzył się ten
drugi napad na pociąg. Znacie szczegóły?
— Mitchell opowiadał — przytaknął Karol.
— Pomyślałem, Ŝe zdarza się okazja, jakiej dotąd nigdy nie miałem. Wszystkie posterunki
policji zaalarmowane, a listy gończe trafiły do najmniejszych nawet osiedli. Sami
widzieliście. Dla Royera pozostawała tylko jedna droga ucieczki: poza granice Kanady, a
gdyby przedostał się do Stanów Zjednoczonych, mógłby zniknąć na zawsze. Posiadał
pieniądze, i to spore, umoŜliwiające podróŜ do Kalifornii czy jeszcze dalej, do Meksyku.
Począłem szukać jego śladów i śladów wspólnika. Wasza informacja bardzo mi w tym
pomogła.
— Która? — zainteresowałem się.
— Wiadomość o tym nieboraku znalezionym w jaskini. Zacząłem wówczas podejrzewać,
Ŝ
e Royer pozbył się niewygodnego dla siebie wspólnika. Ten kolejarz kiepsko jeździł
konno, a Royerowi zaleŜało na szybko-kości. Podczas poprzedniego napadu na pociąg
bandyta rozłączył się ze swym wspólnikiem, którego szybko schwytano. Tym razem
postanowił zapobiec tego rodzaju niespodziance. Pozbył się Kłeena raz na zawsze. Teraz
stało się dla mnie rzeczą oczywistą, Ŝe naleŜy szukać nie dwu, lecz jednego tylko
uciekiniera. Z iloma jednak końmi? Długo się nad tym zastanawiałem. Czy Royer konia
swego towarzysza puścił wolno, czy teŜ zabrał jako zapasowego? Gdyby jednak zwierzę
porzucił, musiałby zeń zdjąć uprząŜ. Koń hasający po prerii
265
z siodłem i uzdą rzuca się w oczy. Mógłby wzbudzić podejrzenia. Bandyta liczył się z tym.
Dlatego uznałem, Ŝe Royer powinien mieć dwa konie. Szkoda, Ŝe nie poinformowaliście
mnie w porę o spotkaniu z rzekomym botanikiem. IluŜ uniknąłbym pomyłek.
— Jakoś nie zgadało się — odparłem tonem usprawiedliwienia. — Nie trafiła się okazja,
— Co teŜ mówisz? A choćby w Red Deer!
— Prawda — przyznał Karol — poszkapiliśmy sprawę, lecz któŜ z nas mógł odgadnąć, Ŝe
kogokolwiek szukasz?
Old Gray roześmiał się.
— Słusznie. Sam sobie jestem winien. Usprawiedliwia mnie jednak chęć zatajenia celu
mej wędrówki. Ludzie są przewaŜnie gadatliwi, zwłaszcza na prerii. Przejawiają dziwną
skłonność do opowiadania byle komu wszystkiego o sobie i znajomych. Czy mogłem być
pewien, Ŝe nie rozgadacie o mych poszukiwaniach? A wieść o nich dotrze do uszu Royera?
Zbyt mało, zbyt krótko was znałem. Jednak... wykazaliście duŜą łatwowierność ufając
rzekomemu botanikowi.
— Ten człowiek wyglądał na stuprocentowego green-horna — powiedział Karol.
— Oczywiście! — poparłem przyjaciela. — I chociaŜ początkowo wydawał się postacią
podejrzaną, obserwując jego zachowanie uwierzyliśmy, Ŝe jest naprawdę naukowcem
zbierającym rośliny.
— Zielnik przekonał was ostatecznie.
— Tak. Mało znamy się na botanice.
— Wielka szkoda.
— Lecz i Mitchell, gdy mu opowiedzieliśmy o spotkaniu i podali rysopis rzekomego
Randalla, uznał, Ŝe nie jest to człowiek poszukiwany. Co prawda głównie dlatego, Ŝe nie
zgadzał się kolor włosów.
— To jasne. Lecz gdyby pan porucznik zastanowił się nieco dłuŜej nad dwoma końmi pod
siodłem, a prze-
266
de wszystkim nad miejskimi bucikami Randalla, pewnie juŜ dawno pochwyciłby zbiega.
Domyślam się, Ŝe opisaliście botanika jako zupełnego niedołęgę. Mitchell dał się
zasugerować waszym słowom i strzelił kapitalne głupstwo. Nie ma po co dłuŜej rozmyślać
nad tym błędem, niech będzie nauką na przyszłość. Dla porucznika i dla nas. A teraz naleŜy
się wam jeszcze kilka wyjaśnień.
OtóŜ istnieje w tych górach nie znana lub mało znana droga. Początkowo nie zwracałem
uwagi na ten fakt. Nie sądziłem, aby Royer odkrył to przejście. Lecz bezowocna wędrówka
po prerii skłoniła mnie do zbadania i tej trasy.
— Oczywiście chodzi o Szlak Czarnych Stóp — zauwaŜył Karol.
— Oczywiście, lecz skąd u licha o nim wiecie?
—
Od Wysokiego Orła. Sam nas poprowadził.
Klepnął się dłonią w czoło.
—
AleŜ ze mnie tuman! — wykrzyknął. — Teraz
wszystko stało się zrozumiałe. Słuchajcie! Ją byłem na
południowym odcinku tej drogi, wy na północnym.
I jechaliśmy naprzeciw siebie. Posiadam wspaniałą lor
netkę. Przy jej pomocy zauwaŜyłem jakiś punkt poru
szający się środkiem doliny, w moim kierunku. Posta
nowiłem sprawdzić, co to takiego. I niespodziewanie ten
punkt zniknął mi z oczu. Gnałem jeszcze przez kilka
naście minut, aŜ do miejsca, w którym ktoś niedawno
obozował. Mnóstwo śladów nakładających się jedne na
drugie. Prawdziwa łamigłówka! Dobrze się nad nią na
męczyłem. Cała ta gmatwanina tropów, teraz juŜ wiem,
Ŝ
e była waszym dziełem, powiodła mnie we właściwym
kierunku, ku jakiejś diabelskiej przełęczy. Zwątpiłem,
czy w ogóle moŜna ją przebyć i gdyby nie odciski ko
pyt, najpewniej bym zawrócił. Później, przez las, po
suwałem się tą samą ścieŜką, co i wy i nocowałem
w tym samym miejscu. ŚwieŜe ślady zdradziły mi, Ŝe
267
wędrowały przede mną cztery konie. Ten fakt nie pasował ani do was (bo trzy konie!), ani do
tajemniczego jeźdźca, który tak nagle zniknął z mych oczu. Wyglądało na to, Ŝe znalazłem
się na fałszywej ścieŜce. Próbowałem zawrócić. Nic z tego. Wdrapać się na ten diabelski
upłaz to przekracza końskie siły. Wobec tego brnąłem dalej. Przez leśną gęstwinę, zły jak
chrzan. W końcu znalazłem się tutaj. Nie potrafię opisać, jak bardzo się ucieszyłem
dostrzegłszy ciebie, doktorze. Lecz równocześnie straciłem nadzieję na rychłe schwytanie
Royera. Jakiś tam botanik o nazwisku Randall... to nie mógł być człowiek, za którym
goniłem. Kiedy tu wszedłem, w półmroku, twarz waszego towarzysza wydała mi się obca.
Lecz przyjrzałem mu się dokładnie. Obudziło się we mnie podejrzenie. Royer, nie Royer?
Lecz kolor włosów wszystko psuł. PrzecieŜ Royer był blondynem. A ta botanika? TakŜe nie
pasowała. I nagle przypomniałem sobie, Ŝe ktoś kiedyś (moŜe to był Mitchell, moŜe nie
Mitchell) wspominał o zainteresowaniach Royera zielarstwem. Postanowiłem rzecz spraw-
dzić. Sztuczka z zielnikiem udała się, z peruką równieŜ. Royer kalkulował sobie, Ŝe
zmieniwszy barwę włosów i udając naukowca potrafi zmylić pogoń, przejechać pod nosem
patroli policji, aby dać nurka po tamtej stronie granicy. Niewiele brakowało, Lecz jakim
cudem trafiliście w te strony?
— W pogoni za mordercą —■ odparłem.
— Za Royerem?
— Nie, chociaŜ właściwie... tak — zaprzeczyłem sam sobie.
— Tak, nie. Więc jak?
—
Karolu — poprosiłem — opowiedz o polowaniu.
Mój przyjaciel dokładnie opisał przebieg zdarzeń, nie
pomijając faktu skłonienia mnie do wydobycia kuli z ciała zabitego.
—
To było bardzo mądre — pochwalił Old Gray. —
268
Nie tylko dlatego, Ŝe oczyściło ciebie — tu spojrzał na mnie — z zarzutu nieumyślnego
zabójstwa, lecz równieŜ dlatego, Ŝe przesądziło o waszym pościgu. Co prawda nie kaŜdy
zdobyłby się na taką decyzję, lecz z was, jak widać, dzielne chłopy.
Przyjęliśmy w milczeniu tę pochwałę.
— Royer popełnił błąd strzelając do obcego człowieka. Dlaczego tak postąpił? —
zapytałem po chwili.
— Ba, on sam na ten temat słówka nie piśnie. MoŜna się tylko domyślać. Zakładam
istnienie dwu moŜliwości: albo ten obcy człowiek chciał po raz drugi obrabować Royera,
moŜe zemścić się za pierwsze niepowodzenie, bo przecieŜ to był ten włóczęga uwolniony
poprzednio przez was?
— Ten sam.
— No, właśnie. Druga moŜliwość: włóczęga przypadkowo zauwaŜył, jak bandyta
zdejmuje lub zakłada perukę. Royer spostrzegł to i postanowił usunąć z tego świata
niewygodnego świadka.
— Jednak dziwi mnie, Ŝe Royer za pierwszym razem tak łaskawie obszedł się z
napastnikiem. Poza tym, włóczęga opowiadał nam o dwu ludziach, jacy go rzekomo
obrabowali. Jak to wytłumaczyć?
— Myślę, Ŝe Royer bardzo się spieszył, nie chciał zostawiać po sobie śladu w postaci nie
pogrzebanych zwłok, więc tylko przywiązał złodzieja do drzewa. Dwaj ludzie to zwykłe
kłamstwo albo teŜ mylny wniosek z powodu dwu koni pod siodłem.
—
- Lecz za następnym razem Royer nie okazał się juŜ tak wspaniałomyślny.
—
Bo uznał, Ŝe nadarza się wspaniała szansa prze
rzucenia zabójstwa na was. Wykorzystał moment wa
szego polowania. I niewiele brakowało, doktorze, a do
końca swego Ŝycia byłbyś przekonany, Ŝe zabiłeś nie
winnego człowieka. O, Royer to chytry lis! Tak to
wszystko mogło przedstawiać się albo... inaczej. Nie ma-
269
cie jeszcze odrobiny kawy? Całkiem mi w gardle zaschło.
Napełniłem kubek Old Graya resztką pozostałą na dnie saganka.
— Jeszcze jedno pytanie — odezwałem się.
— O co chodzi?
— O grizzli. Parsknął śmiechem.
— Tak, to ja byłem tym tajemniczym strzelcem. Przyznaję się.
— Ocaliłeś mi Ŝycie — stwierdziłem powaŜnie. — Czemu uciekłeś i dlaczego później
nie przyznałeś się do tego?
— Dlatego, Ŝe zbyt krótko znaliśmy się. A uciekłem, poniewaŜ wydało mi się, Ŝe
wpadłem na trop Royera. KaŜda sekunda była cenna.
Piliśmy kawę we trójkę, a później przywołali Wysokiego Orła na wspólne wypalenie fajek.
W końcu usta- | łono kolejność nocnych wart. Na mnie przypadła w samym środku nocy. Nie
narzekałem z tego powodu. Opanowało mnie zmęczenie, ledwie powłóczyłem nogami.
Pierwszą straŜ objął Wysoki Orzeł, po nim miał czuwać Karol, a ja dopiero po Karolu.
Zdecydowaliśmy się nocować w domu, na konie miał zwracać uwagę wartownik.
Wydobyłem spod siodła koce, rozłoŜyłem na podłodze i szybko zapadłem w senną
nicość. Mimo Ŝe deski były twarde, a podłoŜone pod głowę siodło mocno uwierało. Lecz
do wszystkiego moŜna się przyzwyczaić.
Nic mi się tej nocy nie śniło, nie dręczyły mnie Ŝadne koszmary. Później, pierwszy raz w
Ŝ
yciu, Ŝałowałem tak spokojnego snu. Dlaczego?
Nie naleŜy uprzedzać wypadków!
Kres wędrówki
Obudziłem się w stanie silnego oszołomienia. Niezdolny do Ŝadnego ruchu, z nogami i
rękoma jak z waty, a głową jak z ołowiu.
W pokoju było widno, promień słońca wpadał przez okienną szybę, w jego smudze
wirowały pyłki kurzu. LeŜałem nadal, mimo, Ŝe Wysoki Orzeł szarpał mnie energicznie za
ramię i mówił coś, czego nie potrafiłem pojąć. Wreszcie dźwignąłem się i znowu opadłem.
— Co to jest? — rozległ się bełkot dziwnie obcy. A przecieŜ to właśnie był mój głos!
— Wstawaj! On uciekł! On uciekł!
— Kto uciekł?
— Jeniec. Wstawaj!
Heroiczny zaiste wysiłek pomógł mi dźwignąć się z podłogi. Lecz gdyby wódz w porę nie
chwycił mnie w pół, runąłbym na deski. Zatoczyłem się i opadłem na ławkę.
—
Gdzie Karol? — zdołałem wyszeptać.
W tym momencie wzrok mój padł na sylwetkę mego przyjaciela, nieruchomo
spoczywającą pod ścianą. Obok leŜał, tak samo bez ruchu, Old Gray. Przetarłem oczy sądząc,
Ŝ
e to złudzenie.
— Co z nimi?
— Śpią — odparł wódz.
— Obudź ich — wystękałem.
271
—
Budziłem.
Zimny pot zrosił moje czoło. Z osłabienia czy ze strachu? Próbowano nas otruć! Ta jedna
myśl zaświtała mi w głowie, reszta była chaosem.
— A Randall?
— JuŜ mówiłem memu bratu, uciekł.
— Prawda — szepnąłem. — Daj mi wody... Przyniósł. Nawet nie zauwaŜyłem, kiedy
wychodził.
Wypiłem cały garnczek. Jakoś mnie to otrzeźwiło.
—
Niech Wysoki Orzeł przyniesie więcej wody i... za
gotuje. DuŜo, duŜo kawy. Saganek wymyć... tam tru
cizna...
Wszystko powyŜsze powiedziałem bardzo wolno, z przerwami. Wódź zniknął, a ja,
wsparłszy się dłońmi o blat stołu, zdołałem powstać. Krok za krokiem, jakŜe długą wydała
się ta droga, osiągam swój cel. To w tej chwili najwaŜniejsze. Karol spoczywa bezwładny
jak trup. Klękam. Musiała ta czyność trwać bardzo długo. Ledwie pochyliłem się, a juŜ
Wysoki Orzeł podsunął blaszankę z wodą. Chlusnąłem nią na twarz przyjaciela, a później
klepałem go i szczypałem po policzkach. Wreszcie się poruszył, odetchnął głęboko i spojrzał
na mnie.
—
Karolu — delikatnie pociągnąłem go za dłoń. —
Jak się czujesz?
Normalnie zrywał się natychmiast po przebudzeniu. Teraz leŜał nieruchomo.
— Co? — zapytał szeptem.
— Jak się czujesz? — powtórzyłem.
— To juŜ dnieje — odparł zupełnie bez sensu. — Przestań klepać — dodał po przerwie.
— Randall uciekł — zakomunikowałem.
— Uciekł?
Zdaje się, Ŝe dopiero teraz wróciła mu częściowa świadomość. Podniósł się do połowy i
osunął z powrotem na podłogę. Wysoki Orzeł przyskoczył — tylko on
272
jeden zachowywał się normalnie — i postawił mego przyjaciela na nogi. Karol dowlókł
się do stołu i ławki. Siadł cięŜko. A ja pospieszyłem do Old Graya. Postąpiłem podobnie
jak z Karolem, jednak przywrócenie przytomności Siwowłosemu potrwało znacznie
dłuŜej. Gdy wreszcie we trójkę obsiedliśmy stół, byłem mokry od potu. Nadal pełen
okropnej bezsiły. Moi towarzysze na pewno nie czuli się lepiej. Spoglądaliśmy na siebie
w milczeniu, na pół widzącymi oczyma. Jak to długo trwało? Chyba z pół godziny, to
znaczy przez czas konieczny do rozpalenia ognia i zagotowania kawy. Tym zajął się
Wysoki Orzeł. Widać nie odczuł skutków trucizny.
Wreszcie stanęły przed nami kubki gorącego płynu.
Łykałem parząc sobie gardło i zachęcałem swych towarzyszy. Wtedy dopiero wódz
opowiedział, co się stało.
Pełnił pierwszą wartę i... zasnął! A z tego wynikało, Ŝe i on musiał połknąć sporo
trucizny. Jednak obudził się. Być moŜe jego organizm okazał się bardziej odporny.
Powiedziałem o tym głośno.
—
Nie — zaprzeczył. — Lecz moi bracia pili kawę dwa razy, ja tylko raz.
Istotnie tak było. Gdy wódz zdołał otworzyć oczy, słońce stało juŜ nad horyzontem.
Spostrzegł nieobecność jeńca. Zrzucone pęta leŜały na podłodze. Randall (a raczej •—
Royer) potrafił w jakiś sposób pozbyć się więzów. Na ten widok Wysoki Orzeł pobiegł
do izby, w której spaliśmy i tu opuściły go resztki sił. Zemdlał. Gdy odzyskał
przytomność, na czworakach przewędrował przez pokój, korytarz i ganek. W ten sposób
dotarł do pompy. Nie mógł wstać. Na szczęście w korycie była woda. Zanurzył w niej
głowę i pił. Zataczając się powrócił. Najpierw chciał obudzić Karola. Gdy to się nie
udało, jzabrał się do mnie.
Wysłuchaliśmy w milczeniu tej relacji. Ja odezwałem się pierwszy.
—
■
Gdyby nie Wysoki Orzeł, najprawdopodobniej nie
18 — Old Gray
273
siedzielibyśmy przy tym stole. Ani teraz, ani... nigdy. Jak się czujecie?
Karol odpowiedział, Ŝe przestaje mu szumieć w uszach, natomiast Old Gray tylko
mruknął, Ŝe nogi ma jak z waty.
—
Przyniosę krople pobudzające serce. Dobrze nam
zrobią.
Porwałem się i... siadłem, cięŜko dysząc.
—
Ładnie nas ten łobuz urządził... — zdołałem wy
szeptać.
Znowu powstałem. Udało się tym razem. IleŜ jednak trudu wymagało uklęknięcie,
rozplatanie rzemieni juku i wydobycie pudełka z lekarstwami!
Wysoki Orzeł dostarczył wody, wlałem do niej sporą dawkę leku, podzieliłem na cztery
części. Wypiliśmy. Minęła godzina, nim ośmieliłem się wstać. Tym razem wypadło to
znacznie lepiej. Podszedłem do otwartego okna, skąd rozpościerał się widok na małą łączkę
pod lasem. Tu właśnie uwiązaliśmy wierzchowce. Łączka była pusta. Wychyliłem się,
zerknąłem w prawo i w
lewo.
—
Słuchajcie! — krzyknąłem, — Nie ma koni!
Porwali się z ławy.
—
MoŜeś Ŝle patrzał — powiedział Karol juŜ prawie
normalnym głosem.
— Proszę, sprawdź...
— Idę na dwór.
Wyszliśmy we czwórkę. Wierzchowców nie było tam, gdzie jeszcze wieczorem się
pasły. Nie było ich nigdzie! Pozostały tylko linki porozrzucane wśród trawy. Jako
ś
wiadectwo działania ludzkiej ręki.
—
A nasza broń! — przeraziłem się.
Bez zwierząt i bez broni — o setki mil od najbliŜszego osiedla — to była perspektywa
ś
mierci z głodu i wyczerpania.
Old Gray pierwszy ruszył ku domowi, lecz wódz wy-
274
przedził go. Za chwilę przez okno krzyknął, Ŝe strzelby spoczywają nie tknięte. Widać
Randall w pośpiechu zapomniał zabrać. A moŜe lękał się, Ŝe któregoś z nas przebudzi?
Zresztą, pozbawieni wierzchowców, przestaliśmy być dlań groźni.
— Dobre i to — zauwaŜyłem smętnie. — Lecz pieszej wędrówki nie unikniemy. A z
Randalla przyjdzie zrezygnować. Co za diabeł wcielony!
— PrzecieŜ on tych koni z sobą nie mógł zabrać! — krzyknął Karol. — Przeszkadzałyby
w drodze.
— Na pewno nie zabrał — ponuro przytaknął Old Gray. — Wygnał je na prerię.
— MoŜe pasą się w pobliŜu? — wyraziłem nadzieję.
— Wątpliwe — stwierdził Siwowłosy — lecz nie traćmy nadziei.
— Trzeba szukać! ChociaŜby nawet na czworakach! — zirytował się Karol. — Konie to
nie ptaki, nie uleciały w powietrze. Chodzi mi nie tylko o Randalla, ale i o trudy pieszej
włóczęgi.
— A mnie nadal tylko o niego chodzi — zaprotestował Siwowłosy. — Ja tak łatwo nie
zrezygnuję. Macie lassa? Spróbujemy.
Wysoki Orzeł, który słyszał naszą rozmowę, podał przez okno broń i rzemienie.
— Ruszamy — zakomenderował Old Gray.
— Nie! — sprzeciwił się Karol. — Jeden z nas musi pozostać. ChociaŜby dla pilnowania
bagaŜy.
W tym momencie spojrzał na mnie. Zrozumiałem.
—
Dobrze — odpowiedziałem z westchnieniem. —
Zostaję.
Była to słuszna decyzja. Moje umiejętności rzucania lassem były kiepskie, nie
dorównywałem Ŝadnemu z moich towarzyszy.
Siadłem na stopniach werandki z winczesterem między kolanami i z lornetką w dłoni.
Obserwowałem całą trójkę, jak podąŜała skrajem lasu, aŜ poczęła mi zni-
275
kać z oczu. Zwierząt nie zauwaŜyłem. Musiały odbiec daleko, jak daleko? Zdarzają się
wypadki, Ŝe nie spętane wierzchowce porzucają swych panów i nie ma sposobu, by je
odnaleźć. Przed laty, gdy po preriach jeszcze wędrowały tabuny mustangów, domowe konie
przyłączały się do swych dzikich pobratymców. Na szczęście w tych stronach mustangów
nie było. Jedna w tej końskiej ucieczce intrygowała mnie kwestia — dlaczego oddalił się
wierzchowiec Wysokiego Orła? Koń, który przeszedł dobrą tresurę indiańską. A moŜe jej nie
przeszedł. A moŜe Randall znał jakiś sposób na indiańskie mustangi? Gdyby wódz mógł
dosiąść swego czworonoga, schwytanie pozostałych byłoby fraszką.
Tak sobie dumałem. PoniewaŜ z tego dumania nic nie wynikło, okrąŜyłem dom i
odnalazłem ślady ucieczki Randalla-Royera. Wiodły prościutko na południe. Widać z nich
było, Ŝe początkowo Randall jechał stępa, później kłusem. Tylko z jednym koniem! Nie od
razu dałem się przekonać wymowie tropów. Dopiero po sprawdzeniu i porównaniu wielkości
odciśniętych podków — uwierzyłem. Uciekinier porzucił swego luzaka. Na pewno, by móc
szybciej jechać. Nie ufał więc zbytnio działaniu trucizny ani skutkom przepędzenia naszych
wierzchowców. Wykazał nie byle jaką ostroŜność. Pewnie oceniał nas wysoko jako
przeciwników. A moŜe najbardziej lękał się Old Graya? Wszystko przemawiała za tym, Ŝe
Randall początkowo nie odgadł, z kim ma do czynienia. Siwowłosego przecieŜ widział tylko
raz jeden, krótko i przed wielu laty.
NaleŜało zawrócić. Przebiegłem truchtem kawałek drogi. Bardzo mnie to podniosło na
duchu. Widać mój organizm juŜ zwalczył truciznę.
Gdy głód dał znać o sobie — znak powrotu do zdrowia — uzbierałem chrustu na skraju
lasu, na nowo rozpaliłem ogień w kominku. Pokrajałem resztkę mięsa antylopy w drobne
paski, naniosłem wody w sagan-
276
ku — Randall nie zabrał go. JakŜe musiał się spieszyć!
Gdy gulasz począł bulgotać we własnym sosie, zjadłem sporą porcję, resztę zostawiając
dla towarzyszy. Teraz poczułem się całkowicie wyleczony. Wróciłem na werandkę, szkłami
lornetki ogarnąłem horyzont. Preria leniwie falowała w podmuchach wiatru i w blasku słoń-
ca, które juŜ wspięło się na bezchmurne niebo.
Odkąd się obudziłem, minęło juŜ kilka godzin. Daleko musiał odjechać Randall. Czy
potrafimy go doścignąć? Mocno wątpiłem. Pal licho Randalla! W końcu złapie go policja.
Ale konie! Perspektywa dalekiej pieszej wędrówki moŜe radować tylko nowicjusza nie zda-
jącego sobie sprawy, czym jest marsz przez bezdroŜa Kanady. A ja nowicjuszem juŜ od
dawna być przestałem. Niech to licho porwie! Oto skutki naszej naiwności! Pan Randall
(ciągle go tak nazywałem w myślach) okazał się człowiekiem zdecydowanym na wszystko i
gdyby nie Wysoki Orzeł... Istnieją środki nasenne działające powoli, lecz niezwykle
skutecznie. Wiodące człowieka wprost ku bramom śmierci. Randall zatruł kawę jeszcze
przed zdemaskowaniem go przez Siwowłosego. PrzecieŜ później nie miał ku temu okazji! Sól
i cukier, o których wspominał, miały zneutralizować jakiś szczególny smak trucizny. Jaki z
tego wniosek? OtóŜ Randall wiedział, Ŝe go ścigamy, Ŝe podąŜamy jego śladem, nie
domyślając się jednak, kto jest zabójcą. Dlatego opowiedział bajeczkę o jakichś tajemniczych
wędrowcach, którzy poili konie przed domem. Lecz rankiem — z braku odpowiednich
tropów — kłamstwo wyszłoby na wierzch. Dlatego postanowił pozbyć się nas. Dowodów na
to, Ŝe pragnął nas otruć, nie mam, być moŜe chodziło mu jedynie o uśpienie na kilka godzin.
Prawdopodobnie w zdenerwowaniu i pośpiechu, aby nikt nie zauwaŜył, wsypał do kawy
dawkę przekraczającą granicę tolerancji ludzkiego organizmu. Gdyby nie odporność Wyso-
kiego Orła, który zdołał mnie obudzić, a ja z kolei
277
sięgnąłem do środków ratunku — skończyłaby się raz na zawsze nasza pogoń i nasze podróŜ.
Sądzę, Ŝe Ran-dalla jedna tylko nękała myśl: czy Old Gray, który przybył tu ostatni, równieŜ
napije się kawy? W przeciwnym wypadku z chytrego planu nic by nie wyszło.
Nie było sensu rozmyślać nad tym dłuŜej. Poszedłem zwiedzić wnętrze budynku. Pokoje
były cztery. Old Gray nie mylił się przypuszczając, Ŝe Royer-Randall obrał samotny dom na
swą siedzibę. W jednej z izb odkryłem prawdziwy skład Ŝywności: cukier, sól, mąkę, suszone
mięso, a nawet suszone owoce. Przy takich zapasach łatwo było tu zimować. W ten sposób
bandyta znikał na długie miesiące sprzed ludzkich oczu. Gdzie jednak ukrywał łupy z
rabunków? Byłem przekonany, Ŝe ani kradzieŜ koni, ani dwa napady na pociągi i na
małŜeństwo Greenów nie wyczerpywały listy jego przestępstw. Na pewno miał ich więcej na
sumieniu, nie ujawnionych.
Dopiero nad wieczorem powrócili moi towarzysze, jadąc na trzech, a prowadząc
czwartego wierzchowca. Sukces godny uznania, szkoda jednak, Ŝe okupiony stratą całego
dnia.
Przy wieczerzy Karol opowiedział, jak wędrowali tropami stadka czworonogów, jak po
godzinie zauwaŜyli, Ŝe ślady się rozdzieliły. Cztery wierzchowce pobiegły na wschód, dwa
— na północ.
Po krótkiej naradzie ruszyli tropami czwórki, jako Ŝe schwytanie dwu jedynie zwierząt nie
załatwiało sprawy, a w dodatku wśród czterech wierzchowców znajdował się jeden nie
podkuty, a więc mustang Wysokiego Orła.
Po dalszej, około dwu godzin trwającej wędrówce zauwaŜyli konie. Odległość była
znaczna, a do tego zwierzęta co pewien czas — z niezrozumiałych przyczyn — podrywały
się do galopu. Być moŜe płoszyły je kujoty. JednakŜe trójce wędrowców udało się zbliŜyć na
odle-
278
głość rzutu lassem. Karol i Siwowłosy chybili. Wysoki Orzeł okazał się niezawodny.
Schwytał własnego mustanga. Reszta poszła gładko. Wskoczyli na grzbiety końskie i
przyjechali na oklep, co bardzo przedłuŜyło czas powrotu. Co prawda wódz sporządził z dwu
lass prowizoryczne, indiańskie uździennice, lecz konie, poza mustangiem, z trudem dały się
nimi powodować.
—
Z tropów wynikło — zakończył swą relację Ka
rol — Ŝe Randall pozbył się równieŜ jednego z wła
snych wierzchowców.
Potwierdziłem to przypuszczenie.
— Bardzo mu się spieszy —- zauwaŜył Old Gray. — Niech to licho porwie! Ja nie
przerwę pogoni. A wy?
— Jedziemy z tobą — odpowiedział Karol. — Jak mogłeś wątpić? PrzecieŜ Randall to
człowiek, którego i my ścigamy!
— Dziękuję. Teraz idę spać. Piesza wędrówka dobrze mi się dała we znaki.
— To nie wędrówka — sprostowałem — lecz skutki trucizny.
— Co to było, Janie?
— Coś, co Randall wsypał do kawy. To coś musi być słone, dlatego Randall mówił nam o
soli.
— Tylko tyle potrafisz powiedzieć? Sądziłem, Ŝe jako lekarz...
— AleŜ, Karolu! Nie wymagaj zbyt wiele od lekarza na prerii. Aby wykryć tę dodatkową
zawartość kawy i określić, co to jest, naleŜy przeprowadzić analizę. CóŜ ty sobie
wyobraŜasz? A poza tym jakie to ma dla nas znaczenie? WaŜne, Ŝe odzyskaliśmy siły.
— Ot, po prostu ciekawość.
— Przykro mi, lecz nie potrafię jej zaspokoić. Ani teraz, ani w przyszłości.
Spojrzał na mnie nieco ironicznie i machnął ręką na znak rezygnacji. Noc minęła szybko,
zbyt szybko nawet, bo gdy
279
o wczesnym świcie obudził mnie Old Gray, ostatni z kolejki wartujących, ledwo zwlokłem
się z legowiska i dopiero zimna woda przywróciła mi pełną sprawność umysłu i ciała.
Uwinęliśmy się szybko i opuścili dom, który o mało nie stał się naszym wspólnym grobem.
Dwa dni trwała jazda poprzez bezkresną prerię. Dnia trzeciego ujrzałem na horyzoncie
chmurkę dymu, później ukazał się dach z kominem, na koniec jakaś szopa, ogrodzenie
korralu i stadko bydła pasące się wśród kwiecistej łąki. Na spotkanie wyskoczył na siwej
kobyle nieznajomy podrostek. Zatrzymał zwierzę zgrabnie, tuŜ przed wierzchowcem Old
Graya, zerwał z głowy okropnie pomięty kapelusz i zawołał:
—
Witajcie, panowie, w Little Meadow! * Proszę za
mną.
Zawrócił koniem, nim zdąŜyliśmy odpowiedzieć. Spodobał mi się ten chłopak, a jeszcze
bardziej jego rodzice, Ŝe nauczyli go tak eleganckich manier.
Dom zbliŜał się ku nam z kaŜdym uderzeniem końskich kopyt, lecz zanim stanęliśmy przed
nim, dane mi było ujrzeć po raz pierwszych w tych stronach zieloną ruń pokrywającą
rozległe, uprawne pola. Tak więc farmerska gospodarka zdąŜyła juŜ wkroczyć nawet na te
dalekie pustkowia. Powinienem był radować się z takich osiągnięć bladych twarzy, a
jednak... Serce mi się ścisnęło na myśl, Ŝe pewnie za kilka, kilkanaście lat pachnący, rozległy
step przetną wiejskie drogi; łany pszenicy zajmą miejsce dzikich traw, a turkot wozów i
porykiwanie krów wypłoszą ciszę i spokój pierwotnej przyrody.
—
Nie smęć się, Janie, tak bardzo — powiedział na
gle Karol. — Jeszcze za dwieście lat w tak ogromnym
kraju poszukiwacz przygód znajdzie dla siebie sporo
Little Meadow (ang.) — Mała Łąka 280
dzikich terenów. Nie wszystkie grunta nadają się pod orkę i siew.
— To doprawdy zdumiewające — wykrzyknąłem. — Chyba urodziłeś się jasnowidzem!
Bo to juŜ nie pierwszy raz odgadujesz moje myśli. Jakim cudem?
— Bez trudu. Dostrzegłem, jak twe wesołe oblicze spochmurniało na widok bruzd
wykrojonych pługiem. Tylko nie zdradź swych uczuć gospodarzowi, mógłby je opacznie
zrozumieć.
— Twoje dwieście lat bardzo mnie pocieszyło — roześmiałem się. — Lecz jakŜe daleko
trzeba będzie wówczas gnać, by ujrzeć antylopę lub wapiti?
— Niech się tym trapią nasze prawnuki. No, jesteśmy. Dom prezentuje się całkiem nieźle,
a dym nad kominem świadczy, Ŝe zawitaliśmy tu o stosownej porze.
Istotnie, budynek wyglądał nieźle, nawet dość elegancko w porównaniu z wielu innymi
siedzibami farmerów, jakie spotykałem podczas wędrówek. Zwłaszcza na Dzikim Zachodzie
Stanów Zjednoczonych. Na bezleśnych równinach oglądałem budowle prawie wyłącznie ze
ś
cianami wznoszonymi z cegiełek wykrojonych z darni i wysuszonych na słońcu. Drewniane
były co najwyŜej ramy okienne, czasem pokrycia dachów. Ze jednak między deskami
pozostają zawsze szpary, dla lepszego zabezpieczenia pokrywano je dodatkowo grubą
warstwą darni. Mimo to podczas dłuŜszych deszczów dach przeciekał. Domy o ścianach z
darni są ciepłe, to prawda. Ich wadą — mnóstwo robactwa gnieŜdŜącego się w wysuszonej
trawie.
Teraz mieliśmy przed sobą dom wzniesiony całkowicie z drewna, co świadczyło o
zamoŜności posiadacza. Budulec musiał przecieŜ sprowadzać z daleka, a taki transport
wymaga i czasu, i pieniędzy.
Niedaleko płynął strumień, bardzo płytki, lecz nieodzowny dla gospodarki. PodąŜając za
chłopcem prze-
281
byliśmy koryto o piaszczystym dnie i wjechali na udeptany, trawiasty placyk.
—
Poczekajcie, panowie, zaraz uprzedzę ojca.
Po chwili na progu ukazał się wysoki męŜczyzna w kolorowej koszuli. Podszedł do nas bardzo
rozradowany i wyciągnął dłoń, którą uścisnąłem z wysokości siodła. Podobne uściski wymienili Karol i
Old Gray. Przy indiańskim mustangu farmer zawahał się, wreszcie podał dłoń i Wysokiemu Orłowi.
—
Zejdźcie z koni, mili goście. Od dawna nie oglą
dałem takiej masy ludzi. Proszę bardzo, proszę bardzo
do środka.
Nie czekaliśmy na powtórne zaproszenie. Zresztą odmowa w takim wypadku równa się śmiertelnej
obrazie. ChociaŜ więc zaleŜało nam na kaŜdej minucie, wkroczyliśmy do wnętrza.
Karola nie myliły przewidywania. Gospodarze zajęci byli spoŜywaniem czegoś, co bardzo
przyjemnie pachniało. Przy stole siedziała najprawdopodobniej cała rodzina: Ŝona farmera, córka,
starszy syn oraz wyrostek, który nas powitał. Nasze wejście narobiło sporo zamieszania, jak to zwykle
w takich wypadkach się dzieje. Lecz szybko sprawy poczęły się toczyć swą normalną koleją.
Nakarmiono nas tak jak karmi się głodomorów lub ludzi-po długich tygodniach ścisłego postu.
—
Zostańcie panowie u nas — zachęcał gospodarz,
gdy ostatni pusty talerz zabrano ze stołu. — Okolica tu
piękna, a i zwierzyny nie brak. Chyba nigdzie się nie
spieszycie?
Uprzedziłem Old Graya, któremu na pewno byłob niezręcznie udzielić odpowiedzi w imieniu nas
wszyst kich.
— Niestety — odparłem przybierając zmartwion minę — okoliczności zmuszają do szybkiej
jazdy.
— Coś waŜnego?
— Bardzo — poparł mnie Karol.
282
—
A to prawdziwy pech — Ŝałośnie stwierdził far
mer. — Miesiącami nikt tu nie zagląda, a jak wreszcie
zajrzy, to zaledwie starcza czasu na wypicie kubka wo
dy. A ja zawsze twierdzę, Ŝe z nadmiernego pośpiechu
nic dobrego wyniknąć nie moŜe.
Uśmiechnąłem się, a Old Gray oświadczył, Ŝe prawdopodobnie za kilka dni przyjdzie nam
tędy wracać, a wówczas...
— Ech, kaŜdy tak obiecuje. Ten, który wczoraj wpadł tu jak po ogień, równieŜ obiecywał.
Wiem ja z doświadczenia, jak mało warte są obietnice przelotnych gości. Nie obraŜajcie
się, panowie, lecz to szczera prawda. Ten wczorajszy gość wyglądał na myśliwego.
ChociaŜ miało się dobrze ku zachodowi i zapraszałem go na nocleg, wykręcał się, jak
potrafił i odjechał, jakby preria dokoła się paliła.
— Myśliwy? — zapytał Old Gray. — Jak on wyglądał? Czy przypadkiem nie nosił
czarnego ubrania. Blondyn, średniego wzrostu i wieku?
— Zgadza się. To wasz znajomy?
— Przyjaciel — gładko skłamał Karol. — Pragniemy spotkać się z nim jak najszybciej.
PodróŜ w tych stronach nie jest bezpieczna dla samotnego człowieka.
Gospodarz zaśmiał się.
—
Co teŜ pan opowiada?! Teraz? Nawet niemowlę
mogłoby spokojnie wędrować! Od czasu gdy czerwone
kurty poczęły wysyłać patrole na prerię, a przede wszy
stkim odkąd... — tu spojrzał na Wysokiego Orła i za
kaszlał podejrzliwie — ...zresztą mniejsza z tym. Dość,
Ŝ
e moŜna tu czuć się bezpieczniej niŜ w niejednym
z wielkich miast.
Nie zaprzeczyłem, aby nie wdawać się w zbyteczny spór.
—
No — Siwowłosy pierwszy dał znak, podnosząc się
z ławy — pora nam ruszać.
Gospodarz protestował, przyłączyła się gospodyni,
283
łecz nie zdołali przełamać naszego uporu. Wizyta na farmie trwała chyba z godzinę.
Dostarczyła nam dobrej informacji o Randallu, a poza tym tak napełniła nasze Ŝołądki,
Ŝ
e podczas wieczornego biwaku odpadł kłopot gotowania. Nikt nie czuł głodu.
Nazajutrz, nim świt pobielił niebo, gnaliśmy na południe ledwie widocznym śladem
uciekiniera. Według moich obliczeń Randall wyprzedzał nas o półtora dnia dobrej
jazdy. To nie było wiele. Znowu począłem wierzyć, Ŝe zbliŜa się chwila schwytania
mordercy. Jechaliśmy bez przerwy do południa, a po godzinnym odpoczynku — aŜ do
zapadnięcia nocy. Old Gray — czułem to — chętnie wydłuŜyłby czas jazdy, lecz konie
chrapały ze zmęczenia, a z pyska mego wierzchowca
284
kapała piana, znak ostrzegawczy dla jeźdźca. Nie wolno go lekcewaŜyć pod groźbą utraty
zwierzęcia.
Następna doba nie przyniosła Ŝadnych zmian: nadal otwierała przed nami swe zielone
ramiona bezkresna i wciąŜ pusta równina.
Czwartego dnia, w drugiej jego połowie, zauwaŜyłem, hen, daleko przed nami, czarny
ruchomy punkcik.
—
Ktoś jedzie! — krzyknąłem i sięgnąłem po lor
netkę.
Karol i Old Gray równieŜ przyłoŜyli szkła do oczu. Jednak ze względu na znaczną
odległość nawet lornetki nie pomogły nam stwierdzić, czy to Randall, czy nie Randall.
Pozornie wbrew logice zwolniliśmy tempo jazdy. Jeśli bowiem ten ktoś jest Randallem,
zauwaŜywszy nas zacznie gnać co sił w końskich nogach. Na taką chwilę powinniśmy byli
oszczędzać siły naszych zwierząt.
Czas mijał i malała jednak odległość dzieląca nas od nie rozpoznanego jeźdźca. Albo był
bardzo pewien swego bezpieczeństwa, albo teŜ jego wierzchowiec gonił ostatkiem sił. JuŜ
gołym okiem mogłem obserwować samotnego wędrowca. Po pół godzinie ukazało się przed
nami długie wzniesienie przecinające prerię w poprzek. Zbyt regularne, aby moŜna było je
uznać za dzieło natury.
—
Kolej! — krzyknąłem do Karola. — Nie pozwól
my zniknąć mu za nasypem. To Randall! Poznaję jego
sylwetkę.
Minęło następnych kilkanaście minut. Randall osiągnąwszy nasyp nie wjechał na jego
grzbiet, lecz pędził wzdłuŜ skarpy i chyba zmusił konia do galopu. Nie mogłem pojąć
dlaczego. Dopiero później stwierdziłem, Ŝe zbocze nasypu było bardzo strome,
uniemoŜliwiające wjazd na końskim grzbiecie.
Sytuacja uległa raptownej zmianie. Randall pędził po
286
linii prostopadłej do kierunku naszego biegu. Dzięki temu odległość między nami znacznie
się skróciła. Lecz nasze konie poczęły zdradzać objawy zmęczenia. Dotychczas posuwałem
się bok w bok z Karolem, obecnie mój wierzchowiec począł ustawać. Po sekundzie wy-
przedzili mnie Old Gray i Wysoki Orzeł. Znalazłem się na końcu. Lecz chyba i ich zwierzęta
miały juŜ dość szaleńczego pościgu, bo teraz nie przybliŜaliśmy się do Randalla. Wówczas
niespodziewane wydarzenie zmieniło bieg wypadków. Po mojej prawej ręce, tam gdzie
nasyp kolei zakręcał łagodnym łukiem, ukazała się grupa jeźdźców. Świetnie dostrzegłem ich
czerwone mundury. Konna policja!
Randall równieŜ ją zauwaŜył. Dostrzegłem, jak zatrzymał wierzchowca, zeskoczył i wspiął
się na nasyp. W chwilę później zniknął mi z oczu. Rozległ się huk dwu wystrzałów. W tym
momencie Wysoki Orzeł zsunął się z grzbietu swego mustanga — pomyślałem, Ŝe został
trafiony. Lecz nie. Pobiegł w kierunku nasypu. Za nim biegli juŜ Old Gray i Karol. Znowu
ozwał się głos strzelby. Nie miałem pojęcia, kto strzela. Zatrzymałem konia. Wydobyłem
winczester z kabury, zeskoczyłem między trawy. Jeszcze raz zagrzmiało. To Randall, ukryty
za szynami, zabawiał się polowaniem na nas. Uznałem, Ŝe popełnia błąd. Zamiast uciekać —
strzelał. Tracił cenny dla siebie czas, bo ta bezsensowna kanonada nie mogła przecieŜ
powstrzymać pogoni. Podbiegłem i zrównałem się z Karolem.
— UwaŜaj, Janie — ostrzegł. — PołóŜ się, Poślę mu parę kulek.
— Tylko nie traf go śmiertelnie. Old Gray nigdy by ci tego nie darował.
— Postaram się — odpowiedział. — Spróbuję przeskoczyć nasyp.
— Ej, ostroŜnie, Karolu! Randall trafia celnie!
— Pamiętam. Trzymaj go pod obstrzałem, Janie.
287
To powiedziawszy począł czołgać się w stronę nasypu. Za nim ruszył Wysoki Orzeł, na
końcu Old Gray.
Zgodnie z zaleceniem Karola, aby odciągnąć uwagę Randalla od mych towarzyszy,
waliłem raz za razem ze swego winczestera, nie bardzo zresztą dostrzegając cel.
Przeciwnik krył się chytrze za stalową linią torów i tylko pd czasu do czasu unosił głowę.
Tymczasem pełzająca trójka zbliŜała się z kaŜdą chwilą do skarpy. Jeszcze minuta, a
nasyp zasłoni ich przed wzrokiem Randalla. Zerknąłem w prawo. Ludzie w czerwonych
kurtach galopowali. Przypuszczałem, Ŝe to porucznik Mitchell, zaalarmowany nieustającą
palbą, gnał ile sił w końskich nogach. Ale popełnił błąd. Powinien był w bezpiecznej
odległości przeskoczyć nasyp i zajść Randalla z drugiej strony.
Jeszcze dwukrotnie pociągnąłem za spust broni, gdy do uszu mych dobiegł
charakterystyczny szum, a później turkot coraz wyraźniejszy. Gwizd parowozu poderwał
mnie na nogi. Przede mną biegła juŜ trójka mych przyjaciół. Nie zdąŜyliśmy. Nim dopadłem
stóp nasypu, na jego szczypcie ukazał się rząd wagonów. Toczyły się z łomotem, z brzękiem
łańcuchów. Zdawało się, Ŝe pociąg nie ma końca. Widziałem platformy I naładowane pniami
drzew i kryte, zamknięte na głucho I wagony towarowe. Randall dzięki temu zyskiwał na
czasie. Gdyby poprzednio przeprowadził konia poza nasyp, mógłby teraz swobodnie
odjechać.
Wspiąłem się na sam szczyt nasypu, skąd obserwowałem drewniane podkłady i szyny
drgające pod cię- I Ŝarem wozów oraz cienie i blaski, w miarę jak przebiegały mi przed
oczyma wirujące w piekielnym pośpiechu, cięŜkie stalowe koła. Na koniec mignęła ich ;
ostatnia para. Końcowy wagon zajazgotał przeraźliwym dźwiękiem Ŝelastwa i uciekł.
Obok mnie leŜał Karol, za Karolem Old Gray i Wysoki Orzeł wysuwali lufy swych
strzelb ponad lśniące
288
szyny. Kilka kroków od nas, po przeciwległej stronie, kryć się musiał człowiek, którego
mieliśmy Ŝywcem schwytać. Więc teŜ Ŝaden z nas nie powstał, byłoby to szaleństwem. Jak
długo tkwiliśmy w bezruchu? Minutę, dwie, a moŜe więcej? Wreszcie Wysoki Orzeł wysunął
się, pełznąc bezszelestnie dotarł do krawędzi nasypu i zniknął za nią. PrzyłoŜyłem broń do
ramienia. Cisza. I nagle głos wodza:
—
Niech moi bracia przyjdą tutaj...
Kto był pierwszy — nie zauwaŜyłem. Albo Karol, albo Old Gray. Zbiegłem w paru
skokach. U stóp nasypu leŜał Randall z rozkrzyŜowanymi rękoma, z gołą głową. Jego
kapelusz spoczywał kilka kroków dalej, a broń błyszczała w trawie. I jeszcze coś wpadło mi
w oczy. Najpierw niby ciemna plama, później jako dwa prostokątne, skórzane pakunki.
Skierowałem swe kroki ku bezwładnej postaci. Nie będę wdawał się w szczegóły, zbyt
przykre, nawet gdy dotyczą osoby mającej na swym rachunku aŜ cztery zabójstwa! Jeśli nie
więcej.
■
Randall, jak wywnioskowałem, usiłował wskoczyć do pociągu, co było dlań jedyną drogą
ratunku. Do pociągu osobowego skok pewnie by się udał. Lecz to była towarówka. MoŜe
Randall skoczył na którąś z platform wiozących pnie drzew, moŜe chciał dostać się na złącza
wozów? Został odrzucony z taką siłą, Ŝe przeleciał nad zboczem nasypu i runął dopiero u
jego podnóŜa. ObraŜenia, jakie odniósł, były śmiertelne.
— Jak tam, Janie? — zapytał Karol. — śyje? RozłoŜyłem ręce gestem bezsiły.
— Jesteś pewien?
— Całkowicie — odparłem.
—
Wielki Duch go pokarał — szepnął Wysoki
Orzeł.
Podniósł kapelusz i przykrył nim twarz leŜącego.
—
Macie go?!
19 — Old Gray
289
Po stoku nasypu zbiegał porucznik Mitchell. Za nim drugi policjant z rewolwerem w
dłoni.
—
■
Zobacz — odparł Karol.
Mitchell schylił się nad leŜącym, strącił mu z twarzy nakrycie.
—
Joe Shoes! — To on... Jaka szkoda...
Machnął ręką desperacko, rozejrzał się dokoła i pomaszerował ku dwu torbom
porzuconym wśród trawy. Dźwignął je i zawrócił ku nam.
—
Jeśli ktokolwiek wątpi, Ŝe to jest Joe Shoes, niech
spojrzy...
Rozluźnił sprzączkę jednej torby, odchylił skórzaną klapę, sięgnął dłonią do wnętrza i
wydobył równiutko ułoŜoną i przewiniętą banderolą paczkę studolarowych banknotów.
— Ciekawe, czy zdąŜył cokolwiek z tego wydać. I ile przekazał wspólnikowi. Jak
wpadliście na jego trop, Karolu? Opowiedz!
— Przede wszystkim — odparł mój przyjaciel — wspólnika juŜ nie ma.
—
Co to znaczy?! — wykrzyknął porucznik.
Siedliśmy na zboczu i Karol powoli streścił znany
jedynie nam przebieg wydarzeń. Gdy skończył, Mitchell westchnął i zasępił się.
— Paskudna sprawa — stwierdził ponurym tonem. — Dwu morderstw moŜna było
uniknąć — westchnął. — Gdyby... policja była sprawniejsza. Nie wstydzę się tego
powiedzieć. I czuję wyrzuty sumienia. Lecz dobrze wiecie, w jakich warunkach musimy
pracować. Gdyby nie wasza pomoc, jeszcze długo musiałbym go szukać.
— Zbieg okoliczności — zauwaŜył Karol. — A za to, Ŝe w botaniku Randallu
rozpoznaliśmy złodzieja i mordercę, podziękuj jemu — tu skinął głową w stronę Old
Graya.
290
— Czy moŜesz wyjaśnić? — zwrócił się Mitchell do Siwowłosego.
— Znasz historię małŜeństwa Green?
— Green... Green... chwileczkę... coś mi świta...
— To była głośna sprawa, lecz szybko uległa zapomnieniu. Mam o to nieco pretensji do
waszej Konnej. Ja nie potrafiłem zapomnieć: rabunek i podwójne morderstwo.
— JuŜ wiem! — krzyknął Mitchell. — Sprawca nie został wykryty.
— Został — sucho zauwaŜył Siwowłosy. — LeŜy tu i nigdy juŜ więcej nie popełni
Ŝ
adnego przestępstwa
— Joe Shoes?!
— On się wówczas nazywał Royer.
— Jesteś pewien, Ŝe to ten właśnie człowiek zamordował i ograbił Greenów?
— Zupełnie pewien — powaŜnie odparł Old Gray. — Zapamiętałem twarz młodzieńca,
którego zgodził do powoŜenia Henry Green, nim wraz z Ŝoną wyruszył na prerię. To jest
twarz Joego Shoes. Mogę na to przysiąc. Zresztą, dla mnie to juŜ bez znaczenia...
— Po co go ścigałeś? Bo przecieŜ ścigałeś go?
— Green był moim przyjacielem od dziecięcych lat. Wystarczy?
— Przepraszam. I rozumiem. Wybacz ciekawość. To mój zawód jej wymaga. Więc ten
Shoes, Starr, Kelly, Randall, jeszcze dodatkowo nosił nazwisko Royer... zamyślił się. — A
ten dom, o którym wspomniałeś, Karolu, czyją stanowi własność?
— MałŜeństwa Green — odparł Old Gray — a obecnie ich syna, Dawida.
— Gdzie on jest?
— O co chodzi? — wtrącił się mój przyjaciel.
— Muszę przeprowadzić rewizję, a nie chcę uczynić tego bez zgody właściciela.
291
- Biorę to na siebie — powiedział Siwowłosy. — Trudno tam trafić, lecz pojedziemy
razem.
I tak zakończyło się ostatnie spotkanie z Joe Shoes, który był równocześnie Randallem i
Royerem. Następnego dnia całą grupą ruszyliśmy na północ. Zapragnąłem raz jeszcze
ujrzeć tajemniczą budowlę, będącą początkiem i końcem tragicznej historii. Karol się temu
nie sprzeciwiał.
Porucznika Mitchella spotkało rozczarowanie. Poza odkrytymi juŜ przeze mnie zapasami
Ŝ
ywności nie znalazł nic więcej, Ŝadnych śladów przestępczej działalności bandyty. Po
spędzeniu z nami jednej tylko nocy odjechał wraz z odzyskanymi pieniędzmi, by zawia-
domić swych przełoŜonych. W jaki sposób wytłumaczył im śmierć wspólnika napadu na
pociąg i zabójstwo nieznanego włóczęgi, o tym nigdy się nie dowiedziałem. Być moŜe, Ŝe w
tych dwu sprawach prowadzone było oddzielne śledztwo. Z jakim skutkiem — równieŜ nie
wiem.
W dzień później rozstaliśmy się z Old Grayem. I on spieszył, aby poinformować Dawida
Green o odnalezieniu domu rodziców i o losie, jaki spotkał Royera.
—
Jeśli wam to odpowiada — rzekł na poŜegna
nie — rozbijcie tu swój biwak. Dach nad głową to
lepsza rzecz od gałęzi. Okolica obfituje w zwierzynę,
a zapasy tego łotra mogą wam się przydać. Korzystaj
cie z nich do woli.
Podziękowaliśmy. Wskoczył na siodło.
— Czy się jeszcze zobaczymy? — zapytałem.
— Kto wie? Kto wie? Jeśli jednak kiedykolwiek zawitacie w te strony, drzwi tego domu
będą dla was stały otworem.
Cmoknął na wierzchowca i ruszył truchtem wzdłuŜ ciemnej ściany lasu, a później
galopem przez prerię zaróŜowioną wschodzącym słońcem. Stał się czarnym punktem wśród
zieleni traw, aŜ zniknął.
292
Odwróciłem się. Blask porannej zorzy rozjaśnił stromy daszek werandy, przesunął się,
wydłuŜył, aŜ sięgnął okien i zamigotał w szybach niczym garść rzuconych z nieba
diamentów.
Opowieści tej nie zakończyłbym właściwie urywając ją w tym miejscu. W kilka miesięcy
później, gdy wróciłem do swych codziennych zajęć i utrapień, jakie stwarza Ŝycie w mieście,
znajomy księgarz w Milwaukee namawiał mnie do kupna grubawego tomiska.
—
To pana zainteresuje, doktorze. PrzecieŜ pan lubi
podróŜe.
W tym momencie uśmiechnął się chytrze, wiedział bowiem o moich eskapadach. Wahałem
się. Nie z powodu ceny, lecz jedynie dlatego, Ŝe moja biblioteczka juŜ pękała w szwach, a
umieszczenie na półce tak grubego tomiska zabierało miejsce innym, potrzebniejszym
ksiąŜkom.
—
Aleck! — zawołał księgarz dostrzegłszy mój brak
zdecydowania. — Podaj krzesło panu doktorowi. Ot tu,
pod oknem jest najwidniej.
.— AleŜ... — zaprotestowałem.
— To tylko chwila — nie dał mi dokończyć. — jedna krótka chwila. Proszę usiąść i
łaskawie przejrzeć, chociaŜ jedną stroniczkę. Jeśli się nie spodoba, nie będę nalegał.
— Dobrze — odparłem rozbawiony taką natarczywością.
Usiadłem i — na chybił-trafił ■— otworzyłem ksiąŜkę. Moje oczy zatrzymały się na
czarnych linijkach druku, w połowie strony.
„
W mieszkaniu moich rodziców wisiał obraz namalowany przez serdecznego przyjaciela
ojca. Wielki obraz w złoconych ramach. Widniał na nim las. Tak jak wygląda wczesną
jesienią: poŜółkłe liście klonu na zrudziałej murawie polanki otoczonej z trzech stron
kolumnami potęŜnych drzew. Po stronie czwartej, nie-
293
co w głębi, wznosił się parterowy, drewniany dom z pozłocistych, świeŜych desek, z małą
werandką pośrodku. Samotny, blady liść orzecha..."
Przerwałem w połowie zdania, prawie podskoczyłem na krześle. Mimo woli,
bezsensownie zapytałem:
—
Co to jest? PrzecieŜ... wielkie nieba!
Zaniepokojony księgarz wychynął zza regałów wy
pełnionych kolorowymi okładkami.
— Czy coś się stało, panie doktorze?
— Nie... nic, bardzo przepraszam. Ma pan jeszcze jakieś inne ksiąŜki tego autora?
— Zaraz sprawdzę.
Zniknął w głębi lokalu. Wrócił po paru minutach, przynosząc dwa tomiki.
— Proszę zapakować wszystkie trzy.
— O, byłem pewien, Ŝe to się panu spodoba!
Zapłaciłem, zabrałem pakunek i prawie biegiem pognałem do swego mieszkania. Płaszcz,
kapelusz — wszystko to frunęło w kąt. Osunąłem się w fotelu przed kominkiem, rozdarłem
opakowanie. Otworzyłem pierwszy z brzegu tom i znowu moje oczy napotkały tę samą
linijkę druku:
„
...wznosił się parterowy, drewniany dom z pozłocistych świeŜych desek..."
Zamknąłem ksiąŜkę, spojrzałem na okładkę. Nazwiska autora nie ujawnię. Old Gray nie
zdradził go przecieŜ, a ja nie zawiodę zaufania Siwowłosego. Tak będzie najlepiej.