background image

     

 

 

     Bolesław Mrówczyński 

 
 
 

 

 
 

Plama Na Złotej Puszczy 

 

                

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 
 
 
 

Podróż 

nieznane 

 

 

 

 

G

ładka, asfaltowana szosa wyprostowała się, znikły ostatnie zagrody. Motory 

samochodów zawarczały głośniej. Przybliżyły się do siebie ciemne ściany zieleni i 
strzeliły w górę kępami postrzępionych wierzchołków. Wjeżdżaliśmy w odwieczny, 
mazurski bór.  

Druh drużynowy siedział przy mnie obserwując z zaciekawieniem chłopców z 

zastępu „Czajek", nad którym miałem wówczas komendę. Na wszystkich twarzach 
rysowało się podniecenie. Wyrażało się ono różnie, jednym płonęły oczy, chłonące 
gorączkowo nowy, iv świat. Inni krzyczeli z radości popisując się głośno znajomością 
roślin i drzew. Ktoś obliczał słupy telegraficzne pragnąc zorientować się w odległościach. 
Byli jednak i tacy, którzy jakby spokornieli, przygaśli. Ci wysyłali w dal zamyślone 
spojrzenia i byli najcichsi. 

Samochody skręciły w bok, droga stała się wyboista. Korony drzew zetknęły się 

gałęziami i zarzuciły nad nami cień. Ogarnął nas miły, nieco wilgotny chłód. Nawet 
najhałaśliwsi umilkli, ich wzrok skierował się w głąb. Z poplątanej gęstwiny krzewów i 
pni wyjrzała wielka przygoda. 

Jechaliśmy może z godzinę. Druh drużynowy, zamyślony dotąd tak samo jak my, 

background image

naraz poruszył się niespokojnie. Popatrzył przed siebie bacznie i wciągnął silnie 
powietrze przez nos. 
 

  —  A  to,  co  takiego?  —  zastanowił  się  marszcząc  brwi.  —  Druhu  Kowalski  — 

zwrócił się do mnie — co czujesz? 

Wychyliłem  głowę  na,  zewnątrz,  aby  uniknąć  zapachu  benzyny,  i  wciągnąłem 

powietrze tak samo jak on. 

 

  — Coś się pali — odparłem po chwili. — Dym. Gdzieś od południa, przed nami. 

Moje  „Czajki"  też  już  zwietrzyły.  Potwierdziły  to  zgodnie.  Drużynowy  rozejrzał 

się czujnie. 

— Dziwne — zastanowił się. — Nie ma prawie wiatru, a swąd coraz silniejszy. Co 

tu może się palić? Do najbliższej wsi jest przecież bardzo daleko... 

O  tym  on  tylko  wiedział;  nikt  z  nas  nie  miał  najmniejszego  pojęcia,  gdzie 

znajdujemy  się  obecnie  i  dokąd  dążymy.  Była  to,  bowiem  przepiękna  gra  wakacyjna. 
Jechaliśmy w nieznane, na tereny odludne, w sam środek puszczy. Zadanie polegało na 
tym,  aby  robić  odkryciu.  Punktem  centralnym  miało  być  miejsce  naszego  przyszłego 
obozu, z niego mieliśmy organizować wyprawy. Trzeba bidzie odnaleźć stopniowo drogi 
i ścieżki, wykonać mapy i dotrzeć do najbliższych osiedli, a potem nawiązać kontakt z ich 
mieszkańcami.  Toteż  słowa  drużynowego  uczyniły  wielkie  wrażenie.  Przypomniały  o 
odcięciu od świata, a równocześnie pogłębiły ciekawość. Wszyscy zaczęli spoglądać na 
siebie w napięciu. 

Po  dziesięciu  minutach  nieco  się  rozjaśniło.  Drzewa  zrzedły,  słońce  zaczęło 

układać  na  drodze  szerokie,  złociste  smugi.  I  wreszcie  ukazała  się  przed  nami  rozległa 
polana.  Była  śliczna,  skąpana  w  blaskach  poranka,  porywająca  oczy  świeżością  traw.  Z 
prawej  strony  lśniła  tafla  ogromnego  jeziora,  za  nią  znowu  czernił  się  bór.  Domyśliłem 
się od razu, że tu jest kres naszej wędrówki. Objąłem wszystko przelotnym spojrzeniem i 
wzrok zaraz uniosłem w górę. Serce skoczyło mi nagle do gardła. Tam hen, przed nami, 
ponad  koronami  niebotycznych  wierzchołków  wzbijała  się  w  niebo  czerwona  łuna,  a 
ciemna chmura dymu słała się pod nią ciężko i przetaczała powoli w naszym kierunku. 

 

— Pożar! — jęknęły „Czajki" głucho. 

     — Pożar! — głosy jadących za nami  „Kruków" i „Niedźwiedzi" wzmocniły grozę 

tego widoku. Westchnąłem ciężko. Zrobiło mi się jakoś nieswojo. 
 

— Las płonie — potwierdziłem żałośnie. Drużynowy pokiwał głową w 

zakłopotaniu. 

 

 — Tak — przyświadczył. — To nie wieś. To płonie puszcza mazurska. 

      Był  tak  samo  przybity  jak  wszyscy.  Nie  trwało  to  Jednak  długo.  Wyprostował  się 

energicznie. 

      —  Druhu  Kowalski  —  zakomenderował  donośnie  —  rozładować  samochód! 

„Czajki" i „Kruki" jadą ze raną do gaszenia pożaru. 

Raz  jeszcze  rzuciłem  okiem  na  niebo.  Wciąż  było  piękne,  nigdzie  najmniejszej 

chmurki. Ni stąd, ni zowąd przyszło mi jednak na myśl, że ten tak ładnie zaczęty lipcowy 
dzień  1956  roku  utkwi  nam  na  zawsze  pamięci,  ciemne  smugi  dymu  rozsnuwały  się 
bowiem coraz żałobniej. 
 

background image

 
 

Walka z żywiołem 

 

 

 

U

wijaliśmy  się  jak  w  ukropie.  Żywność,  pościel,  plecaki,  namioty,  zabrane  z 

tartaku  deski  wyrzuciliśmy  na  ziemię,  pozostawiając  dalszą  troskę  o  te  bagaże  naszym 
najmłodszym, „Niedźwiadkom". Samochód ruszył. Kierowca, nie mniej przejęty niż my, 
nie  zwracał  uwagi  na  wyboje  i  gdzie  tylko  się  dało  dodawał  gazu.  Minęliśmy  polanę, 
wjechaliśmy  ponownie  w  puszczę.  Swąd  stawał  się  coraz  przykrzejszy.  Wkrótce  spoza 
mrocznej  zieleni  zaczął  przedzierać  się  blask.  Ciężarówka  stanęła,  kierowca  wychylił 
głowę z szoferki. 

— Dalej nie pojedziemy — wyjaśnił. — Pożar na prawo. Trzeba się przedostać 

przez las. 

Zeskoczyliśmy  z  wozu,  padły  krótkie  rozkazy,  rzuciliśmy  się  w  gąszcz.  Nie 

ubiegliśmy daleko. Usłyszeliśmy stuk siekier i zgrzytanie pił, dobiegały coraz wyraźniej 
twarde  słowa  komendy.  Okazało  się,  że  byli  już  tutaj  obrońcy.  Ujrzeliśmy  ich  wkrótce. 
Pracowali ciężko zwalając drzewa na ziemię. 

Drużynowy  zatrzymał  oddział.  Rzuciłem  okiem  na  to,  co  się  działo  dokoła. 

Wszystko  było dla mnie zupełnie nowe. Widziałem w życiu niejeden pożar i strażaków 
walczących zaciekle z ogniem, ale było to w mieście. Tam wdzierano się po drabinach, 
tryskała  woda  z  sikawek,  sypano  piach.  Tu  prowadzono  akcję  zupełnie  inaczej.  Ogień 
szedł wierzchołkami, zmagali się z nim przeważnie cywile. Ścinali drzewo jedno za dru-
gim,  otaczając  miejsce  pożaru  pustym,  wykarczowanym  pierścieniem.  Kręciło  się 
wprawdzie  między  nimi  kilku  strażaków,  lecz  i  oni  tylko  rąbali  pnie.  Jeśli  odrywali  się 
niekiedy  Od  tej  roboty,  to  tylko  po  to,  aby  unieszkodliwić  opadłe  na  ziemię  płonące 
konary albo oblać wodą samotne drzewo, rosnące z dala od innych.  

Przerwałem obserwacje, podszedł bowiem do nas wiek w mundurze leśnika. Objął 

nas życzliwym spojrzeniem. 
 

  ---A, harcerze! — cieszył się głośno z naszego przybycia. — Świetnie. Co prawda 

—  dodał markotniejąc potrzeba tu przede wszystkim silnych rąk, siekier i drwali. No, ale 
też się przydacie...  
 

Popatrzył w zakłopotaniu w górę, gdzie rozlegał się nieustannie ostry, zgrzytliwy 

trzask i nieprzyjemne syczenie. Na szczęście nie było wiatru, pożar więc rozszerzał się 
wolno. Za to deszcz iskier spadał na ziemię coraz rzęsiściej. 

 

—  Czuwajcie  nad  gałęziami  —  rzekł  po  namyśle.  —  Odsuwać  w  gąszcz,  te  zaś, 

które się palą, zasypywać piaskiem. Uważajcie dobrze, bo o nieszczęście nietrudno. 

Jak gdyby na potwierdzenie tych słów, potężny konar opadł ciężko na ziemię, 

rozbłysł oślepiającym blaskiem niedaleko od nas objął pożogą leżące naokoło igliwie. 

background image

Drużynowy wyprostował się, jakby zrodziła się w nim jakaś niespodziewana decyzja. 

--- Macie tu może kilka zbytecznych pił? — zapytał szybko leśnika. 
---Są jeszcze dwie.  
Drużynowy zwrócił się teraz do mnie.  
— 
Druh Kowalski — rzekł energicznie — obejmuje komendę nad traczami.   

Zwalać drzewa według wskazówek nadzoru! 

Przyjąłem  rozkaz  z  całym  spokojem.  Mój  zastęp  słynął  w  drużynie  z  umiejętności 

saperskich,  robota  więc  dla  nas  nie  była  nowa.  Leśniczy  przyjął  to  i  pewnym 
niedowierzaniem, lecz nie przeszkadzał. Dobrałem kilku silniejszych chłopców z zastępu 
„Kruków",  wzięliśmy  piły  i  te,  które  przywieźliśmy  z  sobą,  i  te,  które  otrzymaliśmy 
dodatkowo,  a  potem  skoczyliśmy  do  pni.  Robiło  się  coraz  goręcej.  Ludzie  pracowali  z 
największym pośpiechem. Twarze poczerwieniałe z wysiłku, czoła zalane potem, napięte 
mięśnie, ręce poruszające się błyskawicznie — wszystko to wzmagało grozę szalejącego 
nad nami żywiołu. Zająłem stanowisko za nimi. 

Piętek  i  Janicki,  jako  najlepsi  tracze,  zaczęli  pierwsi.  Piły  zazgrzytały  jękliwie. 

Obserwowałem przez chwilę z uwagą. Szło nieźle. Dałem znak: trzy dalsze pary włączyły 
się do roboty, wykazując tak samo dużo zręczności. 

 

— Dobrze pracują — pochwalił leśnik, który przybył tu razem z nami. — Zmęczą 

się jednak prędko... 

     Westchnął.  Chłopcy  rzeczywiście  pracowali  gorliwie.  W  innej  sytuacji  nie 

pozwoliłbym  nigdy  na  takie  tempo.  Teraz  nie  było  wyboru.  W  górze  szalał  ogień,  żar 
potężniał wokoło, na dole zapalało się już tu i ówdzie igliwie. 

 

— Wytrzymają — zaprzeczyłem stanowczo. — Zaraz rzucimy rezerwy. 

     Przeczekałem jeszcze chwilę, a potem wymieniłem czterech traczy, stawiając na ich 

miejsce tych, którzy stali do tej pory bezczynnie Piętek, rozgrzany robotą, o mało się nie 
zbuntował. 

— Dokończę — mruknął niechętnie. — Nie czuję wcale zmęczenia. 
W to nie wątpiłem. Był krępy, dobrze zbudowany i mocny. Nie, rozumiał jednak, 

ż

e czekają na nas jeszcze dziesiątki pni, więc należy oszczędzać sił. Powtórzyłem rozkaz. 

Tym  razem  oczywiście  usłuchał.  Był  karny,  jak  wszyscy  w  naszej  drużynie.  Kiedy 
powrócił  znów  na  stanowisko,  rżnął  już  po  przeciwnej  stronie,  powyżej  miejsca,  które 
wyciął poprzednio. 

 

  — Fachowo — pochwalił zdziwiony leśniczy. — Kto was nauczył tej sztuki? 

Uśmiechnąłem  się  tylko  w  odpowiedzi,  gdyż  na  wyjaśnienia  nie  było  czasu. 

Uważałem  teraz  pilnie  na  wszystko.  Zbliżaliśmy  się  do  chwili  krytycznej,  każdy  błąd 
mógł drogo kosztować. Niespodziewanie odsunąłem Janickiego i Piętka. 

 

  — Dość — rzekłem. — Idźcie do następnego pnia. 

Przy  poderżniętym  drzewie  ustawiłem  chłopca  z  siekierą  i  kazałem  mu  rąbać. 

Leśniczy przyglądał się z coraz większym zainteresowaniem. 

— Świetnie! — przyznał zadowolony. — Doskonale znacie się na tej robocie. Tu 

jednak potrzeba siły. Piłujcie dalej, ja będę rąbał za wami. 

Zrzucił marynarkę, splunął w garść, jak to drwale mają w zwyczaju, podniósł w 

górę trzymaną w ręku siekierę i rąbnął, aż się echo rozległo. Nic dziwnego, chłop był 

background image

potężny jak tur. Nie można było porównać jego siły z siłami chłopców czternastoletnich. 
Byłem bardzo zadowolony z takiego obrotu sprawy, bo nie szło nam przecież o popis. 
Nad  nami huczały płomienie, płonął stuletni las. Trzeba było ratować go za wszelką 
cenę, i to ratować szybko. 

Przerzuciłem więc teraz wszystkich do pił. Wymieniałem traczy co kilka minut, 

praca zyskiwała na tempie Wytężony wysiłek i wypoczynek, i tak ciągle na zmianę. 
Niespodziewanie za naszymi plecami odezwała się druga siekiera. Obejrzałem się mimo 
woli. Przybywały posiłki. Jakiś milicjant stanął na stanowisku i zaczął rąbać następny 
pień. Potem nadbiegł z pomocą nasz drużynowy, gdyż tamci nie mogli za nami nadążyć. 
Przynagliłem chłopców, sam chwyciłem za piłę. Gdy przekazywałem ją następnemu, pot 
zalewał mi twarz. 

Za  mną  rozległ  się  trzask.  Spojrzałem  na  leśniczego.  Pchał  właśnie  podcięte 

drzewo, żyły mu nabrzmiały na skroniach. Podniosłem oczy w górę. Korona zakołysała 
się  lekko,  przegięła,  a  potem  coraz  szybciej  zaczęła  opadać  w  dół  i  legła  wreszcie  na 
ziemi. . Serce ścisnął mi w tym momencie gwałtowny ból Wydało mi się, że widzę przed 
sobą śmierć. I chyba nie byłem daleki od prawdy. To drzewo żyło przecież przed chwilą, 
a teraz leżało martwe. Rosło tu pięknie, cieszyło się ciepłem słońca i mogło jeszcze żyć 
długo. A teraz wszystko przepadło... 

Otrząsnąłem  się  z  trudem  z  tego  przykrego  uczucia.  Popatrzyłem  w  lukę,  którą 

wypełniały  do  niedawna  gałęzie.  Niestety,  tak  musiało  się  stać.  To  drzewo  zginęło 
wprawdzie, ale swoją śmiercią ratuje przed zagładą olbrzymi las. Zupełnie jak żołnierz na 
wojnie... 

Tego  dnia  chłopcy  pracowali  wspaniale.  Gdy  wreszcie  schodziliśmy  z  placu, 

byliśmy śmiertelnie znużeni. Za to ze wszystkich oczu bił mocny, radosny blask. Klęska 
została zduszona w zarodku. 

Za  nami,  niestety,  pozostało  pogorzelisko.  Osmalone  pnie  bez  koron  sterczały 

ż

ałobnie, oskarżając swoją martwotą tych, którzy byli sprawcami pożaru. 

 
 
 
 

Strażnik oskarż

 

 

 

 

K

to  był  złoczyńcą?  Kto  spowodował  zniszczenie?  Kto  przyczynił  się  do 

wytrącenia kilkuset drzew z naszego narodowego majątku? Zbrodnia, przypadek, czy lek-
komyślność?... 
Były to męczące pytania, nie dające nam ani chwili spokoju. Nie wypowiadaliśmy ich 

background image

jednak głośno. W drodze powrotnej byliśmy za bardzo zmęczeni, aby silić się na 
rozmowę. Potem, w obozie, pilne i konieczne zajęcia uniemożliwiały jakąkolwiek 
dyskusję. 

Robo t y  zaś było dużo. Co prawda w czasie naszej nieobecności „ N i e d ź wiedzie" 

nie zmarnowały czasu. Stał już namiot gospodarczy i namiot komendy,  płonął 
wesoło ogień w świeżo zbudowanej kuchni, obiad był dla nas przygotowany. Trzeba było 
jednak  urządzić  własne  siedziby,  zbudować  łóżka,  napchać  słomy  w  sienniki  oraz 
wykonać dziesiątki innych czynności, drobnych wprawdzie niekiedy, lecz nieodzownych. 
Ponieważ 

 

słońce pochyliło się nisko nad horyzontem, chciałem zaraz po posiłku postawić 

zastęp na nogi.         
--- Godzina wypoczynku — zarządził jednak drużynowy stanowczo. 

—  Nie  zdążymy  do  wieczora  —  próbowałem  się  przeciwstawić.  —  Robi  się 

późno, a z łóżkami nie pójdzie łatwo. 
 

Drużynowy też to rozumiał, ale nie zmienił rozkazu.  
— Łóżka zrobimy jutro — wyjaśnił krótko. — Dziś prześpimy się na siennikach. 
Przyjąłem to jak dopust boży, gdyż nie lubię spać na ziemi, gdy mam drzewo na 

łóżko  pod  ręką.  Dałem  jednak  spokój  tej  sprawie.  Ostatecznie  —  drużynowy  miał 
słuszność. Chłopcy byli bardzo spracowani, a i ja prawie nie czułem kości. Ułożyłem się 
więc wygodnie na kocu wśród „Czajek" i oddałem się rozmyślaniom. 

W  pół  godziny  później  dał  się  słyszeć  od  strony  drogi  skrzyp  kół.  Nie  był  nam 

pisany wypoczynek, w obozie natychmiast zapanował donośny gwar. Gdzieś z pobliskiej 
wsi  nadjeżdżały  furmanki  ze  słomą.  Trzeba  przyznać,  że  nasze  kwatermistrzostwo 
działało świetnie. Wszystko było na czas. Zabraliśmy się do roboty. 

Wieczorem, gdy zapłonęło ognisko, obóz już prezentował się okazale. Teren był 

starannie uprzątnięty, pośrodku stały duże namioty, należące do kwatermistrzostwa i do 
komendy. Naprzeciw, półkolem, rozbito czteroosobowe namioty zastępów. Następnego 
zaś dnia, od samego rana, „Niedźwiedzie" i „Kruki" zajęły się budową urządzeń 
sanitarnych, my natomiast przystąpiliśmy do robót ciesielskich. Trzeba było działać 
planowo, łóżek bowiem nie wykona się na kolanach. Sporządziliśmy więc najpierw 
warsztat i kilka kobyłek, a dopiero potem przystąpiliśmy do właściwej pracy. Ustaliłem 
wymiary i rozdzieliłem czynności. Początkowo szło trochę niemrawo, gdyż wczorajszy 
dzień dał się każdemu we znaki. Za to po południu już nie było większych kłopotów. 
Nabraliśmy wprawy i przemogliśmy w końcu zmęczenie. Pierwsze łóżka zaczęły szybko 
wypełniać namioty. 

Przez  pewien  czas  przyglądałem  się  Janickiemu,  który  przyrzynał  nogi  do  nowej 

partii.  Roboty  były  zorganizowane  taśmowo.  Obrobione  kawałki  napływały  z  różnych 
stron  do  Kaźmierczaka  i  Piętka.  Ci  tylko  zbijali.  Gotowe  meble  zabierali  natychmiast 
chłopcy z innych zastępów. Wszystko posuwało się sprawnie, toteż podszedłem po chwili 
do  stosu  desek  leżących  do  tej  pory  na  boku.  Wybierałem  je  osobiście  w  tartaku  i 
pilnowałem  odtąd  jak  oka  w  głowie.  Teraz  wymierzyłem  je,  przejechałem  kilka  razy 
ołówkiem pod linię i wreszcie na ich końcach zarysowałem miejsca do ścięcia. 

Piętek, świetny stolarz i mistrz do wszystkiego, przerwał właśnie pracę, aby nieco 

background image

odetchnąć.  Zbliżył  się  do  mnie.  Obejrzał  uważnie  porobione  przeze  mnie  znaki,  rzucił 
nieznacznie okiem na wszystko. 

---  Ho,  ho,  ho!  —  odezwał  się  nagle.  —  To  dopiero  będzie  mebelek!  Druh  ma 

głowę nie od parady. O wszys t k i m  pomyśli wcześniej. 

Poruszyłem  się  niespokojnie.  Przeznaczenie  tych  desek  było  tajemnicą  dla 

wszystkich,  nawet  dla  naszej  komendy.  A  ten  Piętek,  tak  mi  się  przynajmniej  wydało, 
zorientował się od razu w czym sęk i chyba odkrył już prawdę. Straciłem trochę na minie. 

--- Domyślasz się, co z tego wyniknie? — zapytałem niechętnie.  
Ujął  się  pod  boki,  wzniósł  oczy  w  górę  i  przechylił  głowę.  Zupełnie  jak  stary, 

doświadczony  majster,  który  najpierw  wszystko  obliczy  starannie  w  myśli,  zanim 
wypowie słowo. 

--- Jasne --- odparł powoli. --- Długość prawie cztery metry, szerokość pięćdziesiąt 

centymetrów, grubość trzy czwarte cala.. To będzie... 

Skoczyłem do niego jak żbik i dłonią zatkałem mu usta. 
--- Buzia w  ciup! — przerwałem gwałtownie jego wywody. — Ani mru-mru. 

Pamiętaj — to ma być niespodzianka dla całej drużyny!  

Było mi jednak przyjemnie. Dobry fachowiec, warto mieć takiego w zastępie. 

Ocenił wymiary na oko i do tego bez błędu. Mój wybuch przyjął dość naturalnie. Nie 
uśmiechnął się nawet, za to pokiwał głową ze zrozumieniem. 

—  Dobra  jest  —  oświadczył  z  powagą,  poprawiając  gruby  ołówek  ciesielski  za 

uchem. — Jak tajemnica, to tajemnica. 

Odszedł  bez  pośpiechu  do  swej  roboty.  Wiedziałem,  że  nie  piśnie  słowa,  gdyż 

znany był z solidności. Zakończyłem więc spokojnie pomiary, a potem wróciłem do mych 
chłopców i prycz. 

Była chyba piąta, gdy z głębi lasu wysunęło się kilku rowerzystów. Spojrzałem na 

nich  z  zaciekawieniem.  Znałem  niektórych.  Na  czele  jechał  leśniczy,  z  którym 
zwalaliśmy drzewa w czasie wczorajszego pożaru. Przybywał również ten milicjant, który 
rąbał  za  nami.  Za  to  inni  byli  mi  obcy.  Jakiś  umundurowany  człowiek,  który,  jak 
dowiedziałem się później, należał do straży leśnej. I jeszcze jeden w ubraniu cywilnym. 

Druh drużynowy wyszedł naprzeciw. Za nim ruszył nasz dziarski kwatermistrz, a 

obok  druh  lekarz,  który  także  należał  do  komendy  obozu.  Powitanie  odbyło  się 
uroczyście,  wymieniono,  jak  zwykle  w  takich  wypadkach,  wiele  wzajemnych 
grzeczności.  Zastępy  nie  przerywały  zajęć,  bo  nie  było  rozkazu.  Goście  obejrzeli 
wszystko,  pochwalili,  pokiwali  głowami  i  wtedy  zarządzono  dopiero  zbiórkę. 
Przedstawiono  nas,  huknęliśmy  kilka  razy  na  wiwat.  Potem  zasiedliśmy  półkolem,  a 
przybysze naprzeciw. Zabrał głos człowiek w cywilnym ubraniu. 

—  Badaliśmy  przyczynę  pożaru  —  oznajmił  na  wstępie.  —  Zajrzeliśmy  tu  w 

drodze powrotnej, aby was poznać i podziękować za pomoc. 

Powiedział  jeszcze  wiele  przyjemnych  słów,  z  których  często  biła  pochwała. 

Twarze  pokraśniały  z  zadowolenia.  Zawsze  to  przyjemnie,  gdy  ktoś  obcy  oceni  głośno 
naszą energię i zachowanie. Kiedy skończył, zaczęliśmy zadawać pytania. Co przyniosło 
ś

ledztwo?  Co  było  przyczyną  pożaru?  Zła  wola,  czyjaś  lekkomyślność,  czy  zwykły 

przypadek? 

background image

Odpowiedzi  milicjanta  i  leśniczego  nie  były  jasne.  Niewiele  mogli  powiedzieć. 

Dotychczasowe  badania  nie  wykazały  nic  ciekawego.  To  nam,  oczywiście,  nie 
wystarczyło. Podniecenie wzrosło, zaczerwieniły się mocniej policzki. Zaczęliśmy znów 
atakować. Tym razem zabrał głos człowiek w cywilnym ubraniu. 

—  Pewnie  nieostrożność  —  wyjaśnił  w  zakłopotaniu.  —  Niestety,  to  zdarza  się 

często. Przebywa obecnie w tych okolicach wielu turystów i wczasowiczów, kajakowcy 
też urządzają liczne wędrówki. Ten rzuci nie zgaszonego papierosa, inny zapałkę, tamten 
nie wygasi dokładnie ogniska. I nieszczęście gotowe. 

Funkcjonariusz straży leśnej dotychczas się nie odzywał. Siedział skromnie z 

boku, spoglądając obojętnie przed siebie, jak gdyby był myślami gdzie indziej. Naraz 
uniósł raptownie głowę. To nie może być zwykły przypadek — zaprzeczył stanowczo. --
-Trzeci pożar w naszym rejonie w ciągu jednego miesiąca. Stanowczo za wiele. Ktoś 
podpala celowo, nie może być wątpliwości. I poprzednio, i teraz działała ta sama ręka! 

Przyjrzałem mu się uważnie. Był młody jeszcze, mógł mieć najwyżej 

dwadzieścia pięć lat. Przedtem wydawał się miły. Obecnie jego twarz stała się mniej 
przyjemna. Zarysowała się na niej jakaś zaciętość. 
--- Któż by był zdolny do takiej zbrodni? — zadałem pytanie, w którym kryła się 
wyraźnie wątpliwość. 
Zastępy poruszyły się niespokojnie. Ciężko przeżyliśmy dzień i każdy miał jeszcze przed 
Oczyma martwo sterczące pnie. Toteż słowa strażnika podziałały na wszystkich 
przygnębiająco. Wpatrzyliśmy się w niego czujnie. Działo się z nim coś niedobrego. 
Zdawało się, że moje niewinne słowa doprowadziły go nagle do furii. 

 

  — Są tacy! — wybuchnął gniewnie. — Wiadomo: nie nasi, lecz Niemcy. Pełno ich 

tutaj wszędzie! 

Spojrzałem na niego nie rozumiejąc. Niemcy tu, na Mazurach?... Pierwszy raz o tym 

słyszę. Wiedziałem, że obok osadników z głębi kraju mieszka tu ludność autochtoniczna. 
Polska  ludność,  broniąca  się  zaciekle  przed  germanizacją  przez  wieki  niewoli.  Ale 
Niemcy? O czym ten człowiek bredzi?... 

Nie plótłbyś trzy po trzy — ofuknął go niepewnie milicjant. — To porządni ludzie. 

Nie wolno ich podejrzewać. 

Zaległa zupełna cisza. Nawet drużynowy osowiał. 

 

  — Dziwię się pańskim słowom — przemówił surowo. — Niemców tu przecież nie 

ma. Mieszkają tylko Mazurzy. 

    Wzburzenie  stało  się  teraz  powszechne.  To,  co  ja  czułem,  czuli  i  inni.  Znaliśmy 

dobrze historię tych ziem. Przybyliśmy tu właśnie po to, aby poznać ludzi, którzy mimo 
strasznych prześladowań utrzymali się przy polskości, i złożyć im hołd. A tu podobno ich 
nie ma... 

Druh  lekarz,  zawsze  bardzo  opanowany,  złamał  w  zdenerwowaniu  trzymaną  w 

ręku gałązkę. Potem zaś przyszło najgorsze. Ledwie drużynowy skończył, strażnik zerwał 
się z miejsca. 
 

  —  A  co  za  różnica?  —  wybuchnął.  —  Hitlerowcy  wbili  im  niejedno  do  głowy. 

Wśród nich należy szukać złoczyńcy! 
 

Rozejrzał  się  wyzywająco  i  usiadł.  Pochyliłem  się,  jakby  coś  mnie  w  tym 

background image

momencie przygniotło. Albo ten człowiek oszalał, albo to, czego nas dotąd uczono, jest 
fałszem. Co się tu dzieje naprawdę? 
 

Przeniosłem  zgorączkowane  oczy  na  leśniczego.  Wyglądał  przyzwoicie,  twarz 

miał  otwartą  i  szczerą.  Potem  na  milicjanta  i  człowieka  w  cywilu.  Nic  im  nie  można 
zarzucić.  Robili  dobre  wrażenie.  Czekałem  chwilę,  może  czemuś  zaprzeczą.  Nie 
otworzyli jednakże ust... 
 

Targnął mną naraz głuchy, serdeczny ból. Milczenie tych ludzi było przerażające. 

Znacznie gorsze od tamtych słów. 
 
 
 
 

Pierwsze badania 

 
 
 
 

B

yła  to  bardzo  przykra  rozmowa.  Goście  odjechali  dawno,  zapadł  zmierzch, 

kończyliśmy  swe  codzienne  zajęcia.  Jednakże  dobry  humor  nie  wracał.  Nawet  nasze 
„Niedźwiadki"  odczuły  tę  sprawę  nadzwyczaj  boleśnie.  W  jak  najgorszym  nastroju 
położyliśmy się spać. 

Nazajutrz zajęliśmy się dalszym zagospodarowywaniem terenu. Komenda, jakby 

celowo, zaczęła przyśpieszać tempo. Wysiłek był duży, robota żmudna. Mało było czasu 
na rozmyślania, za to coraz częściej padały radosne meldunki. Wreszcie koło południa w 
zastępie „Kruków" rozległ się śmiech. Zakończono właśnie budowę kuchni, druh 
kwatermistrz wygłosił okolicznościową, skrzącą się dowcipem przemowę. Nawet 
„Niedźwiedzie" zaczęły bić brawa. „Czajki" podniosły ciekawie głowy, jakby zamierzały 
się przyłączyć do chóru. Pognałem je ostro. Nie w smak mi była ta cała uciecha po 
wczorajszych wypadkach. Z podwójną siłą uderzyły natychmiast młotki, ostrzej 
zaświergotały piły, zapiszczały płaczliwie heble. 

Byłem zachwycony tą karnością swojego zastępu, lecz za to wieczorem na radzie 

drużyny spotkała mnie nieprzyjemna nagana. 

— Druhu Kowalski —

:

 wpadł na mnie drużynowy zaraz na wstępie — zabijasz 

radość wśród chłopców. Nie przyjechali oni tutaj na pogrzeb! 

Mówił  jeszcze  długo  w  tym  duchu,  a  we  mnie  coraz  bardziej  narastał  żal.  Gdy 

skończył wreszcie, wygarnąłem mu wtedy od serca. O co ma do mnie pretensje? Ze bolą 
mnie oskarżenia, które wysunął strażnik? Że „Czajki" czują to samo, co ja? Że je również 
nurtuje gniew? 

Było  w  tym  sporo  i  innych  słów,  może  nie  zawsze  n  i  miejscu.  Drużynowy 

zmarszczył  brwi,  lecz  nie  przeszkadzał.  Dopiero  gdy  przerwałem  na  chwilę,  aby  za-
czerpnąć  oddechu,  otworzył  usta.  Uprzedził  go  jednak  druh  lekarz,  który  wpatrywał  się 

background image

we mnie uważnie. 

 

  — W tym, co mówi druh Kowalski — rzekł w zamyśleniu — Jest dużo racji. Nie 

wszystko Jest tutaj w porządku. 
 

  Odetchnąłem z ulgą. Ktoś mnie nareszcie zrozumiał! 

---  Słowa  strażnika  nikomu  z  nas  nie  przypadły  do  gustu  —  ciągnął  dalej  po 

chwili. — Ale co się za tym naprawdę kryje, nie wiemy. Toteż nie należy rozpaczaćlecz 
sprawdzić. Musimy poszukać Mazurów. 

Nadstawiłem  uszu.  Brzmiało  to  bardzo  rozsądnie.  Nie  bez  powodu  był  on 

szanowany przez wszystkich. Zaczął teraz wykładać szczegółowo swój plan i połączył go 
zręcznie z całym programem obozu. Wreszcie przybliżył się do mnie. 
 

  — 

Tak więc, druhu Kowalski — kończył uśmiechając się lekko — roboty nam 

przybyło.  Nie  przewidywaliśmy  takiego  zajęcia.  Chcąc  jednak  wykonać  zadanie,  nie 
można ulegać nastrojom. Przygnębienie to kiepski doradca. 

Ujął mnie delikatnie za ramię. 

 

  — Głowa do góry! — rzekł żartobliwie. — Gdzie twoja zwykła energia? Od jutra 

szukamy  Mazurów,  A  to  będzie  niełatwe.  Nie  mamy  map,  nie  znamy  dróg,  nie  wiemy, 
gdzie się znajdują ludzkie osiedla. Potrzeba więc dużo wysiłku i solidnej zaprawy. Nawet 
„Czajki" mogą zagubić się w puszczy, jeśli zastępowy nie dopilnuje szkolenia. Kto wie 
zresztą, na co się natkniemy gdy dotrzemy do wsi. Uśmiech przyda się na pewno w takiej 
robocie. 

Poczułem  się  raźniej.  Przypomniał mi nieznacznie o obowiązkach, ale to dobrze. 

Nie jestem przecież zwykłym harcerzem, lecz zastępowym. Sam mógłbym nawet zalewać 
się łzami; w zastępie przede wszystkim muszę pamiętać o innych. 

Tego  wieczora  długo  nie  mogłem  zasnąć,  za  to  rano  wstałem  jak  odrodzony. 

Gdzieś  na  dnie  duszy  pozostał  jeszcze  jakiś  przykry  osad  z  nieprzyjemnej  rozmowy  ze 
strażnikiem, teraz jednak pobudzał on tylko moją ruchliwość. Nie kwękać, lecz działać, 
aby wykazać bezpodstawność jego podejrzeń! Plan już miałem przygotowany. Zabrałem 
się więc rączo do pracy i wcześnie postawiłem „Czajki" na nogi. Zaraz zaś po śniadaniu 
rozpoczęliśmy pierwsze ćwiczenia. 

Posuwaliśmy się początkowo brzegiem jeziora. W kilku punktach wymierzyliśmy 

jego szerokość, nanieśliśmy na plan, a potem zagłębiliśmy się w las. Kierowaliśmy się do 
drogi, którą przedwczoraj jechaliśmy samochodem do miejsca pożaru. 

Było  to  wstępne  rozeznanie  terenu  i  nasza  pierwsza  wyprawa  z  obozu,  toteż 

pozostawiłem  chłopcom  dużo  swobody.  Chwilowo  zwracałem  mniejszą  uwagę  na  za-
chowanie i dokładność w pracy aniżeli na spostrzegawczość. Chcieli wszystko zobaczyć 
naraz, niech patrzą. Powoli jednak przyciągałem cugle. Krzykacze otrzymywali zadania 
specjalne:  ten  musiał  opisać  wyboje  na  drodze;  inny  cichł  natychmiast,  gdy  wskazałem 
mu  kilka  mrówek  i  poleciłem  wyszukać  ich  stałe  miejsce  pobytu;  tamten  pomykał 
ostrożnie  za  głosem  kującego  dzięcioła,  a  jeszcze  inny  śledził  kryjącą  się  przed  nim 
wiewiórkę.  Półmrok  i  chłód  puszczy  także  robiły  swoje.  W  posuwającym  się  ostrożnie 
zastępie zapadało coraz głębsze milczenie. Wyszedłem na drogę i przystanąłem. 
 

  — Odczytajcie ślady — rzekłem wskazując na koleiny. 

Znowu rozległ się gwar. 

background image

 

  — Cisza — ostrzegłem. — Jesteśmy w puszczy. Pomogło od razu. Odpowiadano    

teraz półgłosem. 
 

  —  Samochód  ciężarowy  —  padały  słowa  pełne  przejada.  —  Tu  się  zatrzymał. 

Później przejechała kilku rowerzystów. Tam i z powrotem. Przechodziło tędy wielu ludzi 
w obuwiu I jeden boso... 

To było łatwa, Staliśmy w miejscu, gdzie wysiedliśmy z samochodu, aby udać się 

stąd do miejsca pożaru. Ślady opon i butów były doskonale widoczne, szczególni bliżej 
drzew,  gdzie  nie  dochodziło  słońce.  Celowo  wybrałem  ten  punkt.  Co  innego  uczyć 
tropienia  nieście  czy  z  książki,  a  co  innego  w  terenie.  Tu  najprostsze  ślady  stawały  się 
pogmatwane,  układając  się  często  zupełnie  inaczej  aniżeli  w  teorii.  Trzeba,  więc  było 
zaczynać od rzeczy najprostszych. 

Przerobiłem najrozmaitsze tematy, zadałem dziesiątki i pytań, miejsce wnieśliśmy 

na  szkic,  a  potem  udaliśm y   się  tam,  gdzie  rąbaliśmy  niedawno  drzewa.  Pogorzelisko 
wyglądało  okropnie,  jeszcze  dziś  czuło  się  swąd.  Wymierzyliśmy  je  starannie.  Prawie 
hektar lasu uległ zupełnemu zniszczeniu. 

 

  — Straszne — westchnął Zdanecki, miły chłopiec, który interesował się przyrodą 

najżywiej  z  całego  zastępu.  —  Taka  strata!  A  ile  tu  musiało  zginąć  najrozmaitszego 
drobiazgu... 

Pokiwałem głową z ubolewaniem. Oczywiście niejedno życie tutaj przepadło. 
Opowiedziałem przy okazji o rodzajach pożarów i olbrzymich szkodach, jakie 

przynoszą one lasom polskim corocznie. Wspomniałem także o ich przyczynach, 
zwracając uwagę na lekkomyślność ludzką, która jest najczęstszym powodem tych szkód. 

Tak gawędząc, doszliśmy znowu do brzegu jeziora. Zarządziłem wypoczynek, sam zaś 

zacząłem  się  rozglądać  uważnie  i  zastanawiać.  Wtedy,  gdy  płonął  ten  las,  przecież  nie 
było wiatru... Gdzie, więc mógł być początek pożaru? Gdzie jego ognisko?... 

Uniosłem  głowę  i  spojrzałem  na  resztki  spalonych pni. Coś mnie uderzyło w ich 

nierównym układzie. Docierały ostrym klinem prawie do samej wody, natomiast im dalej 
od  niej,  tym  bardziej  układ  przybierał  na  kolistości.  Na  krańcach  urywał  się  nagle  w 
różnych  miejscach,  nierówno,  ale  było  to  zrozumiałe.  Tam  właśnie  wyrąbano  ochronne 
przesieki. 

W zamyśleniu przeniosłem oczy na „Czajki". Zajadały smacznie zabrane z obozu 

kanapki  i  popijały  kawą.  Nie  znać  było  na  nich  zmęczenia.  Miny  zadowolone,  coraz 
częściej rozlegał się śmiech. 

 

  —  No  chłopcy,  kończyć  powoli  —  rzekłem.  —  Przeprowadzimy  teraz  badanie 

pogorzeliska. Komisja śledcza nic nie znalazła. Może nam lepiej dopisze szczęście. 

Przyjęto  to  z  entuzjazmem.  Zastęp  spakował  szybko  manatki  i  stanął  gotów  do 

drogi. Skierowałem się z nim do miejsca, gdzie tragiczny klin wyglądał najostrzej. 

 

  —  Posuwajcie  się  teraz  tyralierą  na  odległość  stu  kroków  —  zacząłem  dawać 

wskazówki.  —  Badajcie  każdy  drobiazg  i  wyciągajcie  wnioski.  Jeśli  zauważycie  coś 
ciekawego — nie dotykać, lecz meldować natychmiast. Cel: szukamy przyczyny pożaru. 
Stąpać ostrożnie, aby nie zatrzeć śladu. 

Wydałem jeszcze kilka ostrzeżeń i dyspozycji, a gdy chłopcy poszli wykonać 

zlecenie zająłem się brzegiem, znosił się on w tym miejscu na dwa metry ponad wody 

background image

jeziora, tworząc na górze niewielką, lekko pochyloną płaszczyzną. O kilkadziesiąt 
kroków dalej, ku obozowi, opadał w dół. Tam grunt był zielony, pokryty soczystą trawą, 
podmokły. Tu natomiast, gdzie stałem, trawa wprawdzie też rosła, ale że podłoże było 
piaszczyste — wyschła, listki zżółkły, pokurczyły się i opadły bezwładnie. Dotknąłem 
jednego z nich. Rozpadł się w jednej chwili. Wyprostowałem się i wyjąłem kieszeni 
zapałki. Zapaliłem jedną, a potem, jakby od niechcenia, rzuciłem w dół. Trawa zajęła się 
błyskawicznie. Byłem na to przygotowany, więc ugasiłem bez trudu. 

No tak... Pierwszy wniosek był prosty: znajdował się tu łatwopalny materiał. Przy 

lada  nieostrożności  nie  było  trudno  o  wypadek  i,  teoretycznie,  gdzieś  w  pobliżu  mogło 
znajdować  się  ognisko  pożaru.  Ruszyłem  powoli  naprzód.  Trafiłem  zaraz  na  gąszcz 
krzaków  nadbrzeżnych,  lecz  po  nich  nie  przeszły  płomienie.  Za  nimi  jednak,  kilka 
kroków  dalej,  widniały  już  pierwsze  oparzelizny.  Spostrzegłem  opodal  Zdaneckiego. 
Klęczał bardzo ostrożnie rozgrzebywał palcami jedną z tych mych plam. 
 

 

—  Druhu  zastępowy  —  zameldował  z  przejęciem,  gdy  mnie  tylko  zobaczył  — 

znalazłem coś ciekawego, to nie jest zwykła oparzelizna. 

Podszedłem bliżej i również przykląkłem. Spod zwęgleń wyglądało coś okrągłego. 

Zrobiło mi się naraz gorąco. To już nie były domysły, lecz fakt. 

 

  —  Przypomina  to  —  wyjaśnił  gorączkowo  Zdanecki  —  spaloną  gulkę  papieru. 

Zdaje się, że jest na niej nawet druk. 

Pochyliłem się mocniej. Chłopak umiał patrzeć! Rzeczywiście Jak było. To, na co 

zwrócił uwagę, na pewno nie stanowiło szczątków łodyg czy traw. Nie był to także jeden 
kawałek papieru, lecz kilka, stłamszonych w dłoni, jak to się robi przy wyrzucaniu, aby 
nie rozniósł ich wiatr. Dotknąłem delikatnie: rozpadły się w jednym miejscu. Ze środka 
wysunęły się czarne, popękane od ognia skorupki. 

Wyprostowałem się, czoło oblał mi zimny pot. Zdanecki natychmiast to spostrzegł. 

 

  — Zdaje się, że to wielkie odkrycie — zauważył, wpatrując się we mnie uważnie. 

— Ktoś musiał posilać się w tym miejscu. Potem spalił resztki, aby nie było śmieci. 

Tak, to był prawdziwy ślad. Sądziłem nawet w pierwszej chwili, że tu był początek 

pożaru,  ale  odrzuciłem  zaraz  taką  możliwość.  Pierwsze  nieszczęsne  drzewo  znajdowało 
się  dopiero  w  odległości  dziesięciu  metrów,  jednakże  oparzelizny  nie  miały  z  nim 
ż

adnych połączeń. Chociaż, kto wie? Może wiatr tam poniósł jakiś kawałek papieru?... 

 

  —  Druhu  zastępowy  —  rozległ  się  niespodziewanie  nade  mną  poważny  głos 

Piętka — znalazłem coś niezwykłego! 

Podniosłem głowę. Wyglądał na wzruszonego, chociaż było widać, że stara się siłą 

stłumić wrażenie. 

—  Zrób  dokładny  plan  tego  miejsca  —  poleciłem  Zdaneckiemu.  —  Wpisz 

wszystkie krzewy, oparzelizny i najbliższe drzewa. Nie przeocz niczego. To rzeczywiście 
wielkie odkrycie. 

Udałem się z kolei do miejsca wskazanego przez Piętka. Trzeba przyznać, że i tu 

było,  na  co  popatrzeć.  Na  ziemi,  między  kilkoma  osmalonymi  pniami,  leżało  coś,  co 
przypominało kształtem pudełko zapałek. Dotknąłem ostrożnie. Górna ścianka, uniesiona 
lekko  w  górę,  nie  poddała  się  naciskowi.  A  więc  tak:  to  już  nie  papier,  to  drewno... 
Przyłożyłem  prawie  do  niego  twarz.  Pod  odwiniętym  wierzchem  spostrzegłem 

background image

równiuteńko  ułożone  patyczki.  Czarne  to  było,  zwęglone,  rozsypałoby  się,  gdybym 
dotknął silniej, ale nie mogło być wątpliwości: rzeczywiście były to niegdyś zapałki! 

Spojrzałem w niebo. Słońce paliło niemiłosiernie. Nawet wówczas, gdy otaczające 

nas  drzewa  posiadały  Jeszcze  korony,  nie  mogło  być  w  tym  miejscu  żadnego  cienia. 
Podniecony silnie, przywołałem do siebie wszystkich chłopców z zastępu. 

 

  — Szukajcie w promieniu dziesięciu metrów — wydałem rozkaz. — Gdzieś tu w 

pobliżu musi się znajdować nie dopalona zapałka. 

Ten  pomysł  przyszedł  mi  do  głowy  zupełnie  niespodziewanie.  Starałem  się 

wyobrazić  sobie  człowieka,  do  którego należało pudełko. Nie mógł go wyrzucić, gdyż 
znajdowały  się w nim jeszcze zapałki. A więc zgubił. Zadałem sobie naturalne pytanie: 
jak  to  mogło  się  stać?  Rzadko  się  zdarza,  aby  samo  wypadło  z  kieszeni.  Wobec  tego 
musiał  je  wyjmować.  Tak,  to  jest  najbardziej  prawdopodobne.  Obsunęło  się  przy 
wkładaniu. Ale jeśli wyjmował, to po co? Aby podpalić las? 

Gdy  snułem  te  rozważania,  moi  chłopcy  obmacywali  siemię  centymetr  po 

centymetrze. Wodzili prawie po niej nosami dotykając każdego szczątka. Była to bardzo 
mozolna robota, w końcu jednak znaleźli. 

 

  — Jest! — zawołał z triumfem nasz najmłodszy, Kaźmierczak. — Tu, druhu! 

Oparł się rękami i nie drgnął, dopóki się do niego nie przybliżyłem. Zapałka leżała 

pod  kępką  trawy  znajdującej  się  na  uboczu  i  wcale  nie  dotkniętej  ogniem.  Tylko  jeden 
koniec miała zwęglony. Zupełnie, jakby ktoś zapalił od niej papierosa i rzucił. 

 

  —  Chyba  nie  ta  —  zauważył  z  powątpiewaniem  Zdanecki.  —  Musiałby  stąd 

ciągnąć się ślad, gdyby ona była przyczyną pożaru. 

Nic  nie  odpowiedziałem.  Mówił  rozsądnie,  to  niewątpliwe.  Ona  nie  mogła 

spowodować  pożaru  i  to  właśnie  pokrywało  się  ściśle  z  wysuniętymi  przeze  mnie  po-
przednio  wnioskami.  Obejrzałem  ją  jeszcze  raz.  Była  jasna  i  świeża,  jakby  ją niedawno 
wyciągnięto z pudełka. Jedynie na wierzchu przyciemniła ją nieco rosa, co świadczyło, że 
tu nie leży od dziś. 

Wróciłem do miejsca, gdzie znaleziono pudełko. Znajdowało się wśród spalonych 

wokoło  traw.  Oparzelizna  ciągnęła  się  stąd  nieprzerwanie  do  dwóch  cienkich  drzewek, 
rosnących przy dużej sośnie. Korony ich nie istniały, pnie były zwęglone, sterczały tylko 
kikuty. 

Na  wszelki  wypadek  raz  jeszcze  przeprowadziliśmy  dokładne  badania  całego 

terenu, lecz drugiej zapałki nie znaleziono. Zrobiliśmy, więc szczegółowe plany, a potem 
sporządziłem z witek coś w rodzaju koszyczka. Z największymi ostrożnościami ułożyłem 
w nim przepalone pudełko, skorupki od jajek i trzymające się lepiej szczątki papieru. 

Słońce stało już wysoko, trzeba było wracać do domu. Tym razem skierowaliśmy 

się  wzdłuż  brzegu  jeziora.  „Czajki"  szły  znowu  tyralierą,  spoglądając  czujnie  na 
wszystko.  Zatrzymaliśmy  się  przy  zapadłości,  o  której  poprzednio  wspomniałem.  I  tu 
było na co popatrzeć. 

—  Przeprowadzono  tędy  rowery  —  zameldował  Janicki,  który  wysunął  się 

naprzód. — Tak, przechodziła tędy komisja, która nas odwiedziła w obozie. 

To  przypomnienie  zepsuło  mi  trochę  humor,  skinąłem  więc  tylko  głową,  aby  nie 

zdradzać  swych  uczuć  słowami.  Sprawdziłem  wszystko  dokładnie.  Tak,  Janicki  się  nie 

background image

omylił.  Szli  tędy  pieszo,  bo  grunt  był  miękki.  Szczególnie  rzucał  się  w  oczy  but 
leśniczego.  Szeroka  stopa,  obcas  ładnie  zaokrąglony,  jak  to  zwykle  przy  „oficerkach". 
Zresztą  i  głębokość  śladu  mówiła  wyraźnie  o  właścicielu.  Leśniczy  był  przecież  tęgim 
człowiekiem. 

 

  —  A  tu  wyciągnięto  kajak  na  brzeg!  —  obwieścił  nagle  Kaźmierczak.  —  O, 

patrzcie! 

To  również  był  fakt.  Chłopak  znał  się  na  tym  dobrze.  Chociaż  najmłodszy,  był 

wśród nas najlepszym wodniakiem. 

 

  — Kajak czy czółno? — spytałem na wszelki wypadek. 

--- Kajak — padła stanowcza odpowiedź. — Bok zaokrąglony, wąski i ostry kil. O, 

tu są odciski stóp tego, kto go spychał do wody. Był boso i sam. W tym wnioskowaniu 
również nie było błędu. Gdyby znajdowała się druga osoba, pomogłaby z pewnością przy 
spychaniu, a w każdym razie pozostałby jakiś ślad jej obecności. Grunt był miękki, nie 
mógł kryć w sobie żadnych tajemnic. 

Ruszyłem dalej. Zapadłość zaczynała wznosić się u górę. Przystanąłem raptownie. Tu też 

był ślad, ale jakiś niezwykły, zupełnie odmienny od tamtych. Na otwartej w tym miejscu 

przestrzeni widniał odcisk buta — dokładny i wyrazisty, zasuszony dobrze przez słońce. 

Z prawej strony widać było na podeszwie dość szerokie wgłębienie.  

Wyjąłem notatnik i odrysowałem to wszystko wprowadzając szczegółowe 

wymiary. Potem zakreskowałem miejsce różniące się wyglądem od reszty i zacząłem 
Cieniować. Drgnąłem nagle. Spod ołówka wyjrzała długa i wąska łata... 

Pokręciłem niepewnie głową. Taki ślad spotykało się rzadko. Ten, kto nosił takie 

obuwie, musiał być bardzo biednym człowiekiem. 

 
 
 
 

Krzyk w nocy 

 
 
 
 

T

ej  nocy  długo  nie  mogłem  zasnąć.  Kłębiły  się  w  mózgu  tysiące  myśli 

poszukujących gorączkowo rozwiązań. Spalony papier, pudełko, zapałka leżąca samotnie, 
kajak  i  dziwny  ślad...  Tropy  członków  komisji,  człowieka,  który  zapalał  papierosa, 
kajakowca bez towarzystwa i wreszcie tego, który nosił łatane obuwie. Czy to wszystko 
łączyło  się  z  sobą  w  jakiś  sposób,  czy  też  pomieszało  tylko  na  skutek  przypadku?  I  ilu 
aktorów brało naprawdę udział w tej grze?... 

Gdy  wieczorem  przedstawiłem  trofea  na  radzie  drużyny,  zdania  były  dość 

podzielone.  Druh  lekarz  machnął  w  końcu  ręką  ze  zniecierpliwieniem  i  przeciął  krótko 
dyskusję: 

—  Dochodzenie  nie  należy  do  nas.  Tym  się  zajmuje  milicja.  Nie  rozwikłamy  tej 

background image

sprawy, a tylko możemy zagmatwać śledztwo. Dowody rzeczowe jednak — zamyślił się 
naraz — warto przechować. Kto wie, może się kiedyś przydadzą... 

Byłem  tego  samego  zdania,  wziąłem  je  więc  pod  swoją  opiekę.  Początkowo 

miałem  zamiar  schować  je  w  drewnianej  kasetce  pod  łóżkiem,  ale  się  rozmyśliłem. 
Zawiesiłem koszyczek ze zwęglonymi szczątkami u stropu namiotu. Przechowywanie go 
gdzie  indziej  było  dość  niebezpieczne.  Tu  nic  mu  się  nie  stanie,  gdyby  nawet  ktoś  w 
niego przypadkiem uderzył. Zachwieje się co najwyżej, lecz tam w środku nic nie drgnie. 
A przy tym, co najważniejsze, zawsze miałem go przed oczyma. 

Teraz,  leżąc  w  łóżku,  przebiegałem  raz  po  raz  w  myśli  te  przedmioty,  które 

znajdują  się  w  środku.  Noc  była  jasna,  do  namiotu  wkradł  się  blask  księżyca  i  gwiazd. 
Koszyczek  był  doskonale  widoczny.  Obserwowałem  go  przez  dłuższy  czas  i  wreszcie 
przymknąłem  oczy.  Myśli  zagmatwały  się,  zbladły  obrazy,  niespodziewanie  zniknęło 
wszystko. Zmorzył mnie sen. 

Nie  musiałem  spać  długo,  gdy  coś  zaświdrowało  mi  w  uszach.  Wdarł  się  tam 

niespodziewanie jakiś rozpaczliwy, przeciągły wrzask. Nie zdając sobie dokładnie sprawy 
z togo, co czynię, zerwałem się z łóżka, błyskawicznie wciągnąłem spodenki, chwyciłem 
laskę  i  wypadłem  z  namiotu.  Ocuciło  mnie  chłodne  powietrze.  Namioty,  rysujące  się 
ostro  w  księżycowej  poświacie,  były  uśpione  i  ciche.  Na  skraju  obozu  stało  dwóch 
wartowników  z  twarzami  skierowanymi  ku  lasowi.  Coś  mnie  uderzyło  w  ich 
nieruchomych postaciach. Wyglądali jak przyczajeni. Laski trzymali w obu dłoniach, w 
postawie obronnej. 

Spoglądałem  na  nich  przez  chwilę.  Nie  ruszali  się,  nie  wyczuwało  się  nigdzie 

zdenerwowania. Doszedłem więc do wniosku, że to tylko senne majaki wyrwały mnie ze 
snu. Zawstydziłem się trochę i postanowiłem wejść do namiotu. W tym jednak momencie 
dech mi nagle zaparło. To nie były złudzenia! Z lasu dobiegł znowu złowieszczy krzyk. 
Właściwie źle się wyraziłem. Nie był to krzyk, lecz jakieś nieludzkie wycie. Było w nim 
coś  dzikiego  i  okrutnego,  jak  w  głosie  człowieka,  którego  ogarnia  szał.  Przetoczył  się 
ciężko ponad polaną, wdarł się do namiotów, zatargał silnie nerwami skonał. 

W obozie poruszyło się wszystka Wypadały zewsząd na pół nagie postaci, wybite 

nagle ze snu i przestraszone, niektóre tylko w koszulach i boso. 

 

  — Co to było? Kto krzyczy? Co się stało? — dały się słyszeć naokoło gorączkowe 

pytania. 

Druh  drużynowy  podszedł  do  wartowników.  Złożyli  mu  krótki  meldunek.  Na 

polanie  nie  zauważono  nic  podejrzanego.  Krzyk  dochodził  z  puszczy,  zza  pierwszych 
drzew. 

 

  —  Głupi  kawał  —  mruknął  lekarz  niechętnie.  —  Pewnie  chciał  nas  nastraszyć 

jakiś wczasowicz. Kręci się ich coraz więcej po jeziorze i w okolicy... 

Urwał raptownie, bo krzyk powtórzył się znowu. Tym razem nie miał wprawdzie 

poprzedniej  siły,  ale  był  nie  mniej  przerażający.  Ktoś  westchnął  ciężko,  ktoś  jęknął. 
Niektórzy cofnęli się przestraszeni. 

 

  —  Fenomenalne!  —  druh  Jankowski,  zastępowy  „Kruków",  lubił  używać 

niezwykłych słów i teraz postanowił się nimi popisać. — Co za ton! — zaczął zachwycać 
się głośno, aby go wszyscy słyszeli. — Jaka wspaniała krtań u tego nocnego śpiewaka!... 

background image

Potrafił niejednokrotnie takimi wyrażeniami rozśmieszyć wszystkich do łez, toteż i 

teraz  osiągnął  efekt.  Zły  nastrój  osłabł,  tu  i  ówdzie  padły  nieśmiałe  żarciki. 
Nasłuchiwaliśmy jeszcze przez pewien czas. Cisza. Dziki śpiewak przepadł bez wieści. 

 

  — No, chodźmy spać — głos drużynowego zabrzmiał pogodnie. — Nie warto się 

tym  przejmować.  Takiego  głosu  nie  wydaje  ani  zwierz,  ani  człowiek  normalny.  A 
szaleńców tu nie ma. 

Te słowa, pełne spokoju, wywarły jak najlepsze wrażenie. Zaczęto rozchodzić się 

do  namiotów,  w  niektórych  rozległo  się  wkrótce  chrapanie.  Warty  zajęły  znów 
wyznaczone im stanowiska. 

Zaraz po śniadaniu wyruszyłem ze swym zastępem na całodzienną wędrówkę. W 

cichości ducha marzyłem, że dotrzemy dzisiaj do jakiejś wsi. Najchętniej udałbym się 
prosto przed siebie, lecz powstrzymywał mnie obowiązek. Nie można było pominąć 
obojętnie wypadków, które zdarzyły się w nocy. Toteż najpierw zbadałem miejsce, skąd 
dochodził ten dziwny głos. Drzewa rosły tu rzadziej. Podłoże było pokryte borowinami 
tworzącymi twardy, sprężysty kobierzec. Po półgodzinnych poszukiwaniach zarządziłem 
zbiórkę. 

 

  — Co o tym wszystkim sądzicie?, — spytałem chłopców. 

Zapadło kłopotliwe milczenie. 

 

  —  Brak  śladów  —  westchnął  wreszcie  Kaźmierczak.  To  lekkie  wygniecenie 

borowin i brak rosy na niektórych liściach mówią bardzo niewiele. 

 

  — Ale mówią. Co możesz z nich wywnioskować? 

—  Że istota, która tu przebywała, musi być lekka.  

 

Wspaniale to wypowiedział. Nie tylko potrafił patrzeć ale wyraził się ściśle. Istota! 

Nie  człowiek,  nie  zwierz,  lecz  właśnie  istota,  bo  jeszcze  nie  orientował  się,  co  In  było 
naprawdę. 
 

--- Czy ta istota — próbowałem ponownie sił mego zastępu — miała coś twardego 

na nogach? 
 

--- Nie, to chyba niemożliwe — zastanowił się głośno Malczak, też zdradzający duże 

wyszkolenie  i  spryt.  Ani  racice,  ani  kopyta,  ani  buty  nie  mogą  wchodzić  w  rachubę. 
Istniałyby jakieś załamania, a obejrzeliśmy najdrobniejsze rośliny. Wszystkie są całe. 

Postanowiłem  na  tym  chwilowo  poprzestać.  I  tak  wywnioskowaliśmy  sporo.  Nie 

był to ptak, gdyż ślady pozostawił na ziemi. Ani zwierz, bo nie wydawałby takiego głosu. 
A jeśli człowiek, to przybył tu boso... W nocy, w lesie i boso... Czyżby jakiś dowcipniś, 
który podpłynął w pobliże kajakiem? To było możliwe. Jezioro znajdowało się niedaleko. 
Jedno było wszakże pewne: przybyła nam nowa zagadka. 

Roześmialiśmy  się  wszyscy,  jeden  bowiem  z  chłopców  zaczął  snuć  nową  teorię. 

Jego zdaniem mógł to być człowiek, który podpalił las. Zorientował się widocznie, że go 
szukamy po śladach. Postanowił więc nas nastraszyć, abyśmy przestali zajmować się jego 
sprawami. 

Dałem  znak  do  wymarszu.  Im  więcej  zagadek,  tym  lepiej,  ale  ta  jest  najmniej 

poważna. Może poczekać na rozwiązanie. Dziś musimy dotrzeć do wsi! 

 

background image

 
 
 

Wyprawa do Cichego Jeziora. 

 
 
 
 

P

osuwaliśmy  się  szybko,  według  kompasu.  Puszcza  stawała  się  coraz  bardziej 

zwarta,  gęstniał  szarozielony  mrok.  Niekiedy  wpadaliśmy  w  młode  zagajniki  o 
zeschniętych na dole gałęziach i wtedy trzeba było pochylać się prawie do ziemi. 

Co  pewien  czas  robiliśmy  odkrycia.  Nanieśliśmy  na  plan  samotny,  olbrzymi 

„Omszony  Głaz".  Potem  „Zielony  Szlak"  —  wielką  przesiekę,  pokrytą  bujnie  rosnącą 
trawą,  na  której  tu  i  ówdzie  można  było  spostrzec  strzeleckie  ambony.  Obok  niej 
znaleźliśmy  „Sine  Bajoro"  o  brzegach  mocno  zdeptanych  przez  dziki,  a  dalej  śliczny 
„Błękitny Staw". Stąd skierowaliśmy się prosto na wschód. 

Wkroczyliśmy teraz w przedziwny, młodziutki, sosnowy las. Seledynowe światło 

sączyło  się  łagodnie  z  góry  poprzez  zwarte  konary,  stwarzając  nastrój  pełen 
tajemniczości.  Mech  nadawał  temu  zakątkowi  szczególnego  uroku.  W  lasach,  które 
znaliśmy  dotychczas,  słał  się  on  nisko,  przy  ziemi.  Tutaj-  tworzył  miękki,  puszysty 
kobierzec  o  zdumiewającej  grubości.  Tonęliśmy  w  nim  po  kolana.  I  ciągle  co  innego 
jeszcze  przyciągało  nasz  wzrok:  to  przepiękny  czerwony  muchomor,  to  koźlarz  na 
smukłej łodyżce, to przysadzisty borowik. Te grzyby stanowiły jednak tylko okrasę na tle 
złocistych lisiczek. Rosły one tu tysiącami dochodząc do niezwykłej wielkości. 

Radość sięgnęła do wszystkich serc, ten i ów schylił się, aby rozpocząć zbieranie. 

Nie  pozwoliłem  na  to.  Nie  mogliśmy  przecież  nieść  tych  grzybów  ani  zużytkować  na 
miejscu. Niech więc rosną swobodnie. 

Zaraz  zresztą  co  innego  zajęło  naszą  uwagę.  Gdzieś  z  zakamarków  wyskoczył 

zając, a po chwili drugi i trzeci. Nie okazywały szczególnej trwogi, chociaż nas od razu 
spostrzegły. Popatrzyły ciekawie, jeden nawet przystanął i czmychnął dopiero wtedy, gdy 
przybliżyliśmy się niebezpiecznie. Wkrótce ukazała się i większa zwierzyna: prześliczna, 
smukła sarenka. Przemknęła chyłkiem i znikła. Zastęp aż przystanął z zachwytu. 

— Cisza — ostrzegłem. — Kto szanuje puszczę, pokaże mu ona cuda... 
Chłopcy  zaczynali  to  coraz  lepiej  rozumieć.  Przekonywali  się  o  tej  prawdzie 

naocznie.  Oto  znów  inne  stworzenie  zamrugało  nam  przed  oczyma  jaskrawością  swych 
barw  i  zniknęło  za  pniem,  aby  po  chwili  ukazać  się  nieco  wyżej  i  znowu  się  skryć.  To 
dzięcioł  bawił  się  z  nami  w  ciuciubabkę.  Nieco  dalej  spostrzegliśmy  jeszcze  jednego 
szaraka i naraz — ostry zgrzyt gwałtownie łamanych gałęzi. Tym razem przesuwało się 
coś  ciężkiego.  Dzik,  nie  mogło  być  wątpliwości.  Pohałasował,  przetoczył  się  twardo  i 
zniknął w głębi panującej wokół szarzyzny; 

Przed nami wyrósł olbrzymi „Ponury Bór". Nie była to nazwa z przypadku. Ponad 

naszymi  głowami  widniały  rozłożyste,  liściaste  korony,  szczelnie  przesłaniające  niebo. 

background image

Niżej,  wśród  grubych  dębowych  pni,  pięła  się  gęsto  młódź  leśna,  poprzetykana 
kolczastymi  kępami.  Powietrze  było  silnie  przesycone  wilgocią.  Przed  nami  narastał 
coraz to większy mrok.  

Zmieniłem  szyk,  widoczność,  bowiem  była  słaba.  Wysłałem  czujki  tylko  na 

niewielką odległość, często padały hasła. Teren był zupełnie nieznany, a puszcza rozległa. 
Gdyby ktoś się zawieruszył, z odszukaniem go byłoby sporo kłopotów. 

Uszliśmy  może  z  kilometr.  Zaczęło  się  powoli  rozjaśniać  i  wreszcie  ukazało  się 

słońce.  Stanęliśmy  na  skraju  lasu.  Przed  nami  rozbłysła  w  dali  tafla  zapadniętego  w 
kotlinie  jeziora.  Oddzielały  nas  od  niego  rozległe  łęgi,  porośnięte  z  rzadka  drzewami. 
Pasło się na nich kilkadziesiąt krów, na uboczu zabawiała się grupa pastuchów. Na prawo 
znajdowała się wieś. 

 

  —  Nadajemy  nazwy  —  przerwałem  panujące  dotąd  milczenie.  —  Jakie  są 

propozycje? 

 

  — „Ciche Jezioro" — bąknął nieśmiało Kaźmierczak.. --- Panuje tu wielki 

spokój... 

Nikt się nie przeciwstawił. Nazwa doskonale pasowała do miejsca: spokojny, 

zamknięty w sobie, odrębny 
ś

wiat, otoczony zewsząd zielenią, porzucony gdzieś w głębi puszczy. Jedynie hałasująca 

dzieciarnia dodawała mu trochę życia. 

 

— A wieś? — zapytałem z kolei. 

 

 ---  To  musi  być  bardzo  stara  wieś  —  Piętek  objął  fachowym  okiem  budynki.  — 

Płoty dziurawe, wapno na ścianach pożółkłe, dachy też wymagają naprawy... 
 

 ---  Słusznie,  to  stara  wieś  —  poparł  go  natychmiast  Janicki.  —  A  może  — 

zastanowił się nagle — nadamy jej właśnie tę nazwę?... „Stara Wieś"! Brzmi to zupełnie 
nieźle. 

To  też  był  dobry  pomysł.  Przyjęliśmy  go  bez  zastrzeżeń.  Zrobiliśmy  więc  plan 

szkicowy terenu i udaliśmy się do pasterzy. Obserwowali nas od początku, lecz nie mieli 
odwagi  się  zbliżyć.  Teraz  obstąpili  nas  wkoło,  przyglądając  się  z  zaciekawieniem 
rynsztunkowi  i  laskom.  Na  ich  twarzach  widniało  onieśmielenie.  Odpowiadali  tylko 
półgębkiem. 

Przedstawiłem  im  zastęp,  opowiedziałem  to  i  owo  o  naszym  obozie  i  jakoś 

nawiązaliśmy  stosunki.  Zapytałem  ich  w  końcu,  czy  nie  wezmą  nam  za  złe,  jeśli 
odpoczniemy  wśród  nich  i  przyrządzimy  sobie  tutaj  posiłek.  Nareszcie  poruszyli  się 
raźniej. 

 

    — Prosimy, prosimy! — rozległy się naokoło życzliwe głosy. 

Nadstawiłem uszu. Przedtem odzywał się tylko jeden lub dwóch, teraz przemówiło 

od  razu  kilku.  Zabrzmiało  to  jakoś  dziwnie.  Nie  treść  zwróciła  moją  uwagę,  lecz  ton. 
Czuło  się  w  tych  głosach  najrozmaitsze  akcenty.  Były  śpiewne  i  melodyjne,  to  znów 
gardłowe  i  twarde,  a  nawet  i  takie,  w  których  przebijała  wyraźnie  gwara  mazurska. 
Ludność, która tutaj mieszkała, musiała pochodzić z różnych okolic. 

Zbadanie  tej  sprawy  pozostawiłem  na  później,  bo  była  ważniejsza  robota. 

Rozejrzałem się za miejscem na biwak. Dopiero teraz spostrzegłem chłopca, siedzącego 
samotnie pod rosnącą w pobliżu wierzbą. Plótł kosz z wikliny i pozornie nie zwracał na 

background image

nas uwagi. Obok niego leżał mały kundel, przypominający nieco wyglądem jamnika. 
 

  — A to kto? — zapytałem zdziwiony. 

 

  —  Ech,  to  Niemiec  —  odparł  jeden  z  chłopców  machając  ręką  lekceważąco.  — 

Stroni od innych jak dziki. 

Zastęp popatrzył na mnie przeciągle. Odczuł te słowa tak samo przykro jak ja. Zaczęły 

nurtować mnie wątpliwości. Czyżby strażnik miał słuszność? Czyżby rzeczywiście byli tu 
Niemcy?... Zaprzeczyłem temu w duchu stanowczo i nagle ogarnął mnie gniew, jak wów-
czas, gdy słuchałem oskarżenia strażnika. Na szczęście zdążyłem się zmitygować na czas. 
Bura,  udzielona  mi  przez  druha  lekarza,  zrobiła  swoje,  czułem  się  tu  zresztą 
samodzielnym dowódcą. Po to tu przyszedłem, by wykryć prawdę, a nie rozpływać się w 
ż

alach. 

 

  — A ty skąd jesteś? — pytam znowu swego rozmówcę tak obojętnie, jakby nic się 

nie stało. 

Chłopak wyprostował się dumnie. 

 

  — Ja pochodzę z Kadzidła — odpowiada z wielką powagą. — Mój ojciec przybył 

tutaj po wojnie. 

Zaczęła mi się podobać jego pewność siebie i mina. „Uważa się za coś lepszego — 

pomyślałem  w  duchu.  —  To  świetnie.  Trzeba  o  tym  pamiętać.  Kto  wie,  czy  w  tym  nie 
kryje  się  klucz  do  tajemnicy  tych  Mazurów  i  Niemców..."  Udaję,  że  przyjmuję  tę 
odpowiedź za dobrą monetę. 
 

  --- A ten? — wskazuję głową innego chłopca. 

 

  --- On zza Buga. Repatriant. 

     „Aha,  więc  są  i  tacy"...  Zwracam  z  kolei  oczy  na  miłego  pastuszka  o  bystrym 

spojrzeniu.  Bawi  się  kijem,  lecz  równocześnie  wpatruje  się  we  mnie  w  napięciu,  Jak 
gdyby oczekiwał, że i o niego zapytam. 
 

  — A ten? — wskazuję właśnie na niego. 

—  Także  Niemiec  —  pada  natychmiast  odpowiedź.  —  I  tamten  również.  I  ten,  i 

ten.  A  Jasiek  —  mój  rozmówca  wskazał  ręką  jednego  z  wyrostków  —  pochodzi  (pod 
Ostrołęki... 

Przedstawiał jednego za drugim. „Czajki" obstąpiły m n i e  szczelnie. Intrygowało 

ich to wszystko. W  czasie zimy gawędziliśmy często o Ziemiach Odzyskanych, o i 
Mazurach i Warmii, znali więc doskonale historię tej puszczańskiej krainy. O Niemcach 
jednak nie było tam mowy

--- A Mazurów nie ma wśród was? — pytam trochę mniej pewnie, bo onieśmieliło 

mnie, że ci, których nazywano Niemcami, zachowują zupełne milczenie, i chłopak jakby 
zmarkotniał. Zaskoczyły go wyraźnie te słowa. Namyślał się chwilę i poskrobał w głowę. 
--- Są... --- odpowiada wreszcie z wahaniem. — To oni, ci Niemcy... 
 

No cóż, nie można było spodziewać się niczego innego... Mimo że byłem 

przygotowany na taką odpowiedź, poczułem się tak, jak gdybym dostał obuchem. 
Musiałem mieć głupią minę, bo chłopak aż się cofnął z wrażenia. Na ten widok 
chwyciłem się w garść. „Kowalski, trzymaj nerwy na wodzy! — ostrzegłem sam siebie. 
— Odpowiadasz za zastęp i pracę". I to wreszcie pomogło. Gdy otworzyłem usta, byłem 
tak samo spokojny, jak na początku. 

background image

 

  —  A  więc  to  tak!  —  udałem  głośno  zdziwienie.  —  A  mówią  oni  po  polsku? 

Chodzą do polskiej szkoły? 

Chłopak -się rozpogodził. Ten temat był widocznie bardziej dla niego przyjemny. 
— A jakże! — odparł usłużnie. — Mówią tak samo jak my. A Karolek — wskazał 

ręką siedzącego pod wierzbą — jest nawet w szkole najpierwszy. Bardzo dobrze się uczy. 

Przemawiał swobodnie, bez cienia jakiejkolwiek niechęci, jakby to wszystko było 

samo  przez  się  zrozumiałe  i  zupełnie  normalne.  Zaczynałem  to  i  owo  pojmować.  Jeśli 
strażnik  nie  dostrzegał  różnicy  między  Mazurami  a  Niemcami,  z  pewnością  nie 
dostrzegało jej wielu innych. Znowu owładnął mną wewnętrzny niepokój. Gdzie prawda? 
Co  się  za  tym  kryje,  że  nawet  dzieci  tutejsze  uważają  Mazurów  za  Niemców,  chociaż 
chodzą razem z nimi do szkoły?... 

Czułem, że mogę lada chwila wybuchnąć, toteż zleciłem Piętkowi rozbicie biwaku 

i  przygotowanie  obiadu,  sam  zaś  wolnym  krokiem  podszedłem  do  wierzby.  „Niemiec" 
plotący kosz nawet na mnie nie spojrzał. Udawał, że jest bardzo zajęty robotą. 

—  Dzień dobry! — powitałem go grzecznie.  
—  Uniósł wreszcie głowę. Patrzył nieufnie, spode łba. 

Był  chyba  w  tej  gromadzie  najstarszy,  przekroczył  z  pewnością  czternaście  lat.  Czarne 
gęste włosy spadały mu kosmykiem na czoło. Twarz miał przyjemną, chociaż w kącikach 
ust kryła się jakaś chmura. Może to był upór, może przedwczesna zgorzkniałość, a może 
nawet zaciętość. 
 

  — Dzień dobry — odparł chropawo nie ruszając się z miejsca. 

Przysiadłem  obok.  Nie  przerywał  swej  pracy.  Ostrożnie  próbowałem  nawiązać 

rozmowę.  Nie  zdradzał  szczególnej  ochoty.  Odpowiadał  dopiero  wtedy,  gdy  go  przy-
cisnąłem do muru. A i wówczas czuło się tyle oporów, że postanowiłem zmienić wreszcie 
taktykę.  Sam  teraz  tylko  mówiłem.  Opowiadałem  obszernie  o  harcerzach  i  o  naszym 
obozie, o pionierce i tropieniu po śladach. To podziałało. Zauważyłem, że oczy zaczynają 
mu  błyszczeć,  w  pewnej  chwili  przerwał  nawet  na  chwilę  robotę.  Przystąpiłem  do 
silniejszego ataku. Wspomniałem o sprawie z pewnością mu znanej, o przedwczorajszym 
pożarze. Skierował na mnie czujne spojrzenie, z oczu wyjrzała głęboka ciekawość. Bo oto 
opowiadałem już o naszym udziale w gaszeniu, o ścinaniu drzew i o niszczeniu płonących 
gałęzi. Potem przeszedłem do naszych zajęć codziennych, ale wtedy zabrał się znowu do 
swego koszyka. Ożywił się trochę, gdy napomknąłem o nocnym alarmie. 
 

  --- Jakiś dowcipniś chciał nas nastraszyć — kończyłem. — Jeśli jednak powtórzy 

to  jeszcze  raz,  schwytamy  go  na  pewno.  Wcześniej  czy  później  trafimy  do  niego  po 
ś

ladach. 

 

  --- Można w ten sposób odszukać człowieka? — zapytał zdziwiony. 

 

  --- Nie tylko człowieka, ale i zwierzynę. Wie o tym każdy myśliwy. 

Tym mu nie zaimponowałem. Machnął niedbale ręką. 

 

  —  To  i  ja  wiem  —  odparł  uśmiechając  się  po  raz  pierwszy.  —  Trafię  tak  samo 

dobrze za zającem, jak   za sarną. Ale że można iść po tropie człowieka... — zamyślił się 
nagle. — To mi nie przyszło do głowy. 

Tropienie  było  moją  słabostką,  więc  rozmowa  potoczyła  się  teraz  wartko.  Karol 

Osiński, bo tak się ten chłopak nazywał, okazał się nadspodziewanie wyrobiony i bystry. 

background image

Uwagi,  które  rzucał  niekiedy,  świadczyły,  że  zna  się  doskonale  i  na  lesie,  i  na 
zwierzętach. 
 

  —  Druhu  zastępowy  —  Zdanecki  przerwał  nam  niespodziewanie  tę  coraz 

przyjemniejszą gawędę — obiad! 

Powstałem  niechętnie,  a  mój  nowy  znajomy  zrobił  zaraz  to  samo.  Jego  kosz  był 

prawie skończony, brakowało mu tylko uch. Wziął go z sobą i cmoknął na psa. Było to 
strasznie pokraczne stworzenie. Pysk miał wydłużony jak u wilka, za to pokręcone nogi 
ś

wiadczyły, że i jamnik był w jego rodzinie. 

 

  ---  Śmieszne  zwierzątko  —  mruknąłem  rozbawiony  widokiem  tego  niezwykłego 

potworka. 
 

  ---  Ale  mądre  —  wydawało  mi  się,  że  chłopak  się  nieco  obruszył.  —  Wszędzie 

trafi i wszystko odnajdzie. 

Przerwał, bo znaleźliśmy się właśnie w kręgu pastuchów i „Czajek". Podsunąłem 

menażkę, Piętek nalał z rozmachem doskonałego krupniku na wędzonce, przyprawionego 
różnymi  wonnymi  ziołami.  Poczęstowałem  jednego  z  chłopców.Wzdragał  się 
początkowo, wymawiał, ale gdy raz spróbował, zjadł z takim pośpiechem, że aż mu się 
uszy  zatrzęsły.  Zachęciło  to  innych.  Obdzieliliśmy  wszystkich,  starczyło.  Piętek  jako 
dobry gospodarz przewidział gości i ugotował więcej, niż było potrzeba. 

Towarzystwo rozbawiło się, początkowe onieśmielenie zniknęło bez śladu. Ciągle 

musieliśmy  odpowiadać  na  najrozmaitsze  pytania.  Skończyło  się  to  jednak  wkrótce. 
Słońce  stało  wysoko, trzeba było zaganiać bydło do obór. W godzinę później również i 
my udaliśmy się do osiedla. 

Wieś  była  niewielka,  rozrzucona  malowniczo  wzdłuż  brzegu  jeziora.  Braki 

rzeczywiście były tu duże, chociaż nie wszędzie. Niektóre chaty wyglądały nawet zamoż-
nie.  Za  to  na  ich  tle  tym  bardziej  raziły  te  inne,  utrzymane  wprawdzie  nadzwyczaj 
schludnie, ale do których najwyraźniej zakradała się bieda. 

Obejrzeliśmy  wszystko,  przedstawiliśmy  się  gospodarzom,  pogwarzyliśmy  z 

chłopcami,  których  poznaliśmy  na  łęgach,  i  udaliśmy  się  w  drogę  powrotną.  Starczy  na 
dziś.  Osiągnęliśmy  swój  cel:  dotarliśmy  do  pierwszej  wsi  i  rozejrzeliśmy  się  wśród 
mieszkańców. Pierwszy zwiad dał doskonałe wyniki. 

Wychodziliśmy  właśnie  z  opłotków,  gdy  niespodziewanie  pojawił  się  mój 

rozmówca spod wierzby. Byłem mile tym zaskoczony, bo zniknął mi gdzieś ze swą kro-
wą i nie dowiedziałem się nawet, gdzie mieszka. Przystanął przy nas. Trzymał w ręku ten 
sam kosz, nad którym poprzednio pracował. 
 

  — Weźcie go z sobą — przemówił nieśmiało. — Może się przyda w obozie... 

Oniemiałem  z  wrażenia.  Wszystkiego  mogłem  się  spodziewać,  ale  nie  takiej 

prośby. 
 

  --- Ech, nie możemy — próbowałem się przeciwstawić niepewnie. — Nie zrobiłeś 

go przecież dla przyjemności. Jest ci na pewno potrzebny... 
 

  ---  Zrobię  sobie  inny  —  jego głos stał się bardziej gardłowy i szorstki. — Witek 

jest dość. Zilk, chodź! — Zwrócił się energicznie do psa, który go nie odstępował ani na 
chwilę. 

background image

 

  Uśmiechnąłem się w duchu. Domyśliłem się od razu, że ta nazwa oznacza wilka, a 

kundlowi bardzo dużo brakowało do tej groźnej istoty. Zwierzę zachowywało się jednak 
inteligentnie. Popatrzyło uważnie na swego pana, jakby chciało wyczytać z jego twarzy 
kierunek,  pomerdało  dobrotliwie  ogonem,  a  potem  pobiegło  przodem  pędząc  prosto  na 
łęgi. 

Chłopak  nie  patrzył  na  nas.  Odwrócił  się  szybko  i  odszedł  bez  słowa.  Kosz 

pozostał na ziemi. Przyglądałem mu się przez pewien czas. Był duży, ładnie wypleciony, 
z dwoma uchwytami po bokach. Widocznie wykończył go po południu. 

— Weźcie go — zwróciłem się w zamyśleniu do Janickiego i Piętka. — Miły to 

dar i z pewnością się przyda. 

Ruszyliśmy  w  milczeniu.  Dziwna  wieś  i  jeszcze  dziwniejsi  ludzie...  Obserwacje 

nasze  były  dość  powierzchowne,  nie  wstępowaliśmy  bowiem  nigdzie  do  wnętrza  chat. 
Ale i tego było dość, aby wyciągnąć wnioski. Kontrasty były zastraszające... 

Przyśpieszyłem  kroku.  Zaczęła  migać  mi  przed  oczyma  młodzieńcza  twarz,  na 

której  zakorzeniona  głęboko  nieufność  kłóciła  się  nieustannie  z  dobrocią  serca.  Prze-
niosłem  mimo  woli  oczy  na  kosz.  Tak,  to  był  rzeczywiście  niezwykły  dar.  I  to  czyj? 
Karola  Osińskiego  —  Mazura,  który  urodził  się  tu,  gdzie  jego  przodkowie  przez  wieki 
trwali  nieugięcie  na  straży  polskości!  A  ludzie  napływowi  uparcie  nazywają  go 
Niemcem... 

Mocniej  przybiłem  krok.  Na  chwilę  targnął  mną  gniew,  lecz  natychmiast 

chwyciłem  się  w  karby.  Jedna  z  tajemnic  zaczęła  się  nieznacznie  Wyjaśniać.  Chwyci-
liśmy już ślad. Teraz trzeba wytężyć wszystkie siły, aby dotrzeć do sedna. I naprawić, co 
złe. 

 
 
 
 

Zagmatwany ślad 

 
 
 
 
 

U

niosłem  pokrywę.  Rozszedł  się  smakowity  zapach  grzybów,  które  zebraliśmy 

wczoraj  wracając  ze  Starej  Wsi.  Miało  to  być  danie  królewskie  w  czasie  dzisiejszego 
obiadu,  lecz  nikt,  poza  moim  zastępem,  nie  miał  o  tym  pojęcia.  Urządziliśmy  wszystko 
zręcznie, nikt się w niczym nie spostrzegł. W obozie nie było nikogo. Drużynowy poszedł 
z „Niedźwiedziami", druh lekarz z „Krukami". Nasz przyboczny, ten zapobiegliwy kwa-
termistrz,  zaginął  pewnie  na  długo,  jak  to  bywało  codziennie.  Pozostaliśmy  sami  na 
gospodarstwie. 

—  Świetne  —  pochwaliłem  spróbowawszy  drobinę.  Niezadługo  dojdą.  Ależ 

sprawimy im niespodziankę! 

background image

Piętek,  stojący  obok,  pokraśniał  z  zadowolenia.  W  śnieżnobiałym  fartuchu,  jak 

przystało na naczelnego kucharza, prezentował się okazale. Że się wszystko udało, była w 
tym niemała jego zasługa. 

Zajrzałem jeszcze do kotła z zupą, potem obserwowałem przez chwilę skrobaczy 

obierających  ziemniaki  i  wreszcie  skierowałem  się  do  naszego  stolarskiego  warsztatu. 
Ułożyłem  na  nim  jedną  z  tych  tajemniczych  desek  czterometrowych,  sprawdziłem 
ponownie wymiary i zacząłem przyrzynać. Pokazał się wkrótce Kaźmierczak, pracujący 
do tej pory sumiennie przy porządkowaniu, obozu. 

---  A,  jesteś!  —  ucieszyłem  się  głośno,  że  tamte  prace  ukończył  tak  szybko.  — 

Przygotuj w takim razie dulki i dziób. 

Gdy przyciąłem z kolei drugą deskę i obheblowałem, zgłosił się do roboty Janicki. 

 

  —  Wyrób  wiosła  —  poleciłem  mu  krótko,  gdyż  ten  doskonale  orientował  się  w 

takiej robocie. 

Nieco  później  zjawił  się  jeszcze jeden pomocnik, więc praca poszła jak z płatka. 

Było  zresztą  wszystko  dobrze  przygotowane.  Codziennie  coś  tam  majstrowaliśmy 
ukradkiem, toteż po godzinie mogliśmy przystąpić już do składania. 

 

  — Gotowe — zameldował pierwszy Kaźmierczak. 

Wziąłem  od  niego  dziób,  ułożyłem  na  ziemi  i  przystawiłem  deski.  Pasowało  jak 

ulał. Zaczęła rozpierać mnie radość. 

 

  — Gwoździe, śruby i młotek! — zakomenderowałem wesoło. 

Dałem między deski rozporki, końce przyśrubowałem do kloca mającego stanowić 

dziób,  a  potem  przymocowałem  rufę.  Wyprostowałem  się  bardzo  zadowolony.  Nasze 
niezwykłe dzieło zaczęło nabierać kształtów. Po godzinie zaś dalszej pracy leżała przed 
nami prawdziwa łódź, zbudowana według najlepszych wzorów sztuki pionierskiej. 

Był to mój dawny pomysł. Zrodził się on jeszcze w czasie zimowych wieczorów, 

gdy  układałem  plany  zajęć  w  obozie.  Cieszyłem  się  nim  z  góry  przez  wiele  miesięcy  i 
przewidziałem  najdrobniejsze  szczegóły.  Wszystko  więc  miałem  przygotowane.  Nawet 
litery na nazwę. 

Uszczelniliśmy  spojenia  pakułami  i  smołą,  a  potem  zaczęliśmy  malować.  Gdy 

zakończyliśmy  i  tę  pracę,  a  śliczny,  zielony  napis:  „Czajka"  odbił  się  wyraźnie  od  tła, 
chłopców ogarnęło szaleństwo. Wszyscy zapomnieli na chwilę o swych zajęciach. Zbliżył 
się nawet uroczyście Piętek z warząchwią w ręku, pomedytował, pokiwał głową, a potem 
razem z innymi zaczął wyczyniać harce. 

Przerwał tę zabawę wartownik. Rzucił ostre ostrzeżenie, na skraju puszczy ukazały 

się zaraz „Niedźwiadki". Podbiegłem z pośpiechem do kuchni, zdjąłem szybko pokrywę i 
dotknąłem  ziemniaków.  Na  szczęście  już  były  miękkie.  Gdy  zaś  pojawiły  się  „Kruki", 
grzybki  poszły  natychmiast  na  stół.  Przy  wtórze  radosnych  pohukiwań  i  niezliczonej 
ilości wiwatów rozpoczęła się nasza pierwsza, prawdziwie harcerska biesiada. 

Dzień  upłynął  bardzo  przyjemnie.  Natomiast  w  nocy  obudził  nas  znowu  ten 

przeraźliwy, szaleńczy krzyk. Tym razem zabrzmiał jeszcze groźniej i tak potężnie,, że, 
zdawało  się,  cała  puszcza  zerwie  się  za  chwilę  na  nogi.  Drużynowy  wezwał  do  siebie 
zastępowych, lecz innym nie pozwolił wychodzić z namiotów. Zresztą wkrótce wszystko 
wróciło  do  zwykłego  porządku.  Krzyk  powtórzył  się  trzykrotnie  i  zginął.  Nad  polaną  i 

background image

lasem zaległa normalna cisza. 

Rano,  gdy  zasiedliśmy  do  śniadania,  słowa  padały  rzadko,  czuło  się  wyraźnie 

zdenerwowanie. Tylko druh lekarz zachowywał się zupełnie beztrosko. 

 

  —  Uszy  do  góry!  —  pognał  nas  ostro.  —  Podjeść  porządnie,  nic  nie  zostawiać. 

Czeka nas ciężka robota. 

Ostrzeżenie przyszło w porę, bo rzeczywiście ten i ów stracił apetyt i udawał tylko, 

ż

e je. Teraz twarze nieco się ożywiły i na lekarza skierowały się zaciekawione spojrzenia. 

 

  —  Będziemy  szukali  dziś  ducha  —  ten  znów  zażartował,  przykładając 

tajemniczym  ruchem  palec  do  ust.  No,  ale  to  już  nie  moja  sprawa  —  zastrzegł 
natychmiast. — Druh drużynowy powie wam resztę. 

Okazało  się,  że  mamy  wystąpić  całą  drużyną  przeciwko  nocnemu  gościowi. 

Pokręciłem głową z powątpiewaniem. Wiedziałem już o nim coś niecoś i nie uważałem 
tego  za  łatwe  zadanie.  Nie  traciłem jednak nadziei.  Co  innego,  gdy  atakuje  się  wielkim 
oddziałem,  a  co  innego,  gdy  występuje  jedynie  zastęp,  traktujący  zresztą  sprawę  jako 
zagadnienie uboczne. 

„Kruki"  wyruszyły  pierwsze,  miały  bowiem  tego  dnia  pełnić  dyżur  w  obozie. 

Zastąpiłem  ich  przy  sprzątaniu.  W  godzinę  później,  gdy  wrócili,  my  wyruszyliśmy  z 
kolei. Tamci oczywiście nic nie znaleźli. Nie zraziłem się tym niepowodzeniem i raźnie 
skierowałem  się  w  las.  Tuż  na  skraju  wpadliśmy  na  nasze  „Niedźwiadki".  Trzeba 
przyznać, że chociaż to szkraby, prowadzili badania prawidłowo i spisywali się dzielnie. 
Zaglądali pod każdy pień, sprawdzali skrupulatnie najdrobniejszą roślinkę, kontrolowali 
korę  i  liście.  Co  zaś  najważniejsze  —i  bardzo  zręcznie  unikali  wszelkiego  deptania. 
Pracowali, słowem, po harcersku, fachowo. 

Pokręciłem się przez chwilę między nimi ze swoimi „Czajkami" i poszedłem dalej. 

Tu  nie  miałem  nic  do  roboty.  Zorientowałem  się  od  razu,  że  sprawa  przedstawia  się 
gorzej  aniżeli  poprzednio.  Wtedy  odkryliśmy  przynajmniej  ślady  stąpania.  Dzisiaj  nie 
było nic. Borowiny pięły się w górę, listki traw wyglądały normalnie, mech nie zdradzał 
najmniejszego  dotknięcia;  Należało  zastosować  bardziej  skomplikowane  metody,  jeśli 
chciało się uzyskać wyniki. Wysunąłem więc zastęp o sto kroków do przodu, rozrzuciłem 
go w tyralierę i skręciłem w lewo, posuwając się łukiem w stronę obozowej polany. 

— Kto coś spostrzegł? — spytałem, gdy dowlekliśmy się wreszcie do niej. 
Nikt się nie odezwał. Siadów nie było.  
Znowu sto kroków naprzód i drugi łuk, tym razem w przeciwnym kierunku. Potem 

jeszcze sto kroków i tak dalej, bez chwili wytchnienia. Wyrachowanie było zupełnie 
proste. Ten, kto krzyczał w nocy, powinien stawać się mniej ostrożny w miarę, jak 
oddalał się od obozu. Niestety i ta metoda zawiodła. Nie była to chyba czworonożna 
istota, lecz ptak. Natrafialiśmy wprawdzie niejednokrotnie na najrozmaitsze tropy, lecz 
nie miały one nic wspólnego ze sprawą: pochodziły od zwierząt, przebiegały dość 
przypadkowo. Inne, które znajdowaliśmy na drodze mijanej przez nas dwukrotnie za 
każdym łukiem, były pozostawione przez ludzi dobrze nam znanych i nie zbaczały z raz 
obranego kierunku. 

Oddaliliśmy się już chyba z półtora kilometra, gdy niespodziewanie gdzieś z boku 

rozległ  się  piskliwy  głos  czajki.  Pobiegłem  w  tę  stronę,  spostrzegłem  Rubla.  Był  to 

background image

niepokaźny chłopaczek, słynący z wielkiej bystrości. 

 

  — Druhu zastępowy — zameldował nie ruszając się z miejsca — ślad! 

Stał  karnie  na  stanowisku,  jak  należało  robić  w  takich  wypadkach,  i  spoglądał  z 

przejęciem  w  ziemię.  Poszedłem  za  jego  wzrokiem.  Znajdowaliśmy  się  właśnie  w  dość 
rzadkim,  niewysokim  lesie  o  piaszczystym,  silnie  wysuszonym  podglebiu.  Naokoło 
rozpościerały  się  kępy  mchu,  tworząc  raz  zielonkawe,  to  znów  sino-niebieskie  plamy, 
poprzetykane tu i ówdzie płaszczyznami piasku. Jedna z nich wyglądała tak, jakby prze-
jechał ktoś po niej szeroką szczotką. Przyjrzałem się jej uważnie. 

 

  — Tak — potwierdziłem ;— to ślad. Przeciągano tędy gałęzie. 

      — Ale nie miały one szpilek. A my jesteśmy przecież w lesie iglastym. 

Podniósł z ziemi dwa listki brzozy. Zaczepiły o mech i pozostały na miejscu. Były 

tylko zwiędnięte, co świadczyło, że pochodziły z niedawno zerwanej gałęzi. Chłopak 
rzeczywiście był spostrzegawczy. Popatrzyłem na niego z uznaniem i przytaknąłem w 
milczeniu. 

— Z tego wynika — wyjaśniał coraz goręcej — ze tę gałąź przyciągnięto tutaj z 

daleka. A po co? Aby zatrzeć swój trop! 

Możliwe.  Świadczyłoby  to  jednak,  że  działał  tu  człowiek  znający  się  na 

podchodzeniu,  tropieniu  i  śladach.  A  takich  ludzi  przecież  tutaj  nie  było.  Tak  przynaj-
mniej  zapewniał  kwatermistrz.  Zresztą  istniała  i  inna  wątpliwość.  Jeśli  przyjmiemy,  że 
gałąź wlókł ten, który wydawał krzyk, to dlaczego skierował się w las? Dlaczego nie udał 
się do jeziora? Chyba, że był człowiekiem miejscowym... 

Nie można wykluczać żadnych możliwości, gdyż wtedy łatwo o błąd. Należało być 

jednak ostrożnym. 

 

  —  Ślad  istotnie  zaginął  pod  liśćmi  —  potwierdziłem.  Wygląda  na  to,  że 

rzeczywiście starano się go ukryć, gdyż nigdzie nie widać żadnych odcisków stóp. Może 
to być jednak tylko przypadek. Ten, kto ciągnął gałąź, mógł mieć i inny cel. Na przykład 
chciał coś nią przykryć, właśnie tu, w „Suchym Lesie". 

Rubel stropił się nieco. Pomyślał chwilę i rozpogodził się szybko. 

 

  — Jeśli tak było — odezwał się z werwą — to musi znajdować się ona w pobliżu. 

Poszukamy. Ten las nie jest bardzo rozległy. 

Spojrzałem na niego bacznie. 

 

  --- A wiesz — zapytałem powoli — gdzie obecnie jesteśmy? 

 

  ---  Oczywiście.  Na  prawo,  o  trzysta  kroków,  znajduje  się  dobrze  nam  znany 

Omszony Głaz. 

Zrobiło  mi  się  bardzo  przyjemnie.  Miałem  powód  do  dumy,  bo  to  był  przecież 

harcerz z mojego zastępu. Orientował się świetnie. 

Suchy Las był rzeczywiście niezbyt rozległy. Przeszliśmy go we wszystkich 

kierunkach. Nieco dalej trafiliśmy znowu na smugę widniejącą wyraźnie na piasku, ale to 
było już wszystko. Ten, kto ciągnął gałąź, nie porzucił jej nigdzie i tylko dokładnie 
zamazał ślady. Wyglądało na to, że Rubel istotnie ma słuszność. Musiałem jednak 
przerwać dalsze poszukiwania, bo nadchodziło południe. 

 

  — Pii-wiit! Pii-wiit!... — zacząłem przywoływać naśladując głos czajki. 

background image

Chłopcy  nadbiegli  szybko  ze  wszystkich  stron.  Przeliczyłem  ich  odruchowo. 

Brakowało Piętka. 

—  Pii-wiit! Pii-wiit!... — wezwałem teraz donośniej.  
—  Nikt nie odpowiedział. Poruszyłem się niespokojnie. 

To nie zdarzyło się jeszcze w naszym zastępie. Musiało zajść coś niezwykłego, chłopak 
bowiem  był  solidny  i  karny.  Rozrzuciłem  wszystkich  po  lesie,  rozbrzmiały  znowu 
nawoływania.  Po  dziesięciu  minutach  zarządziłem  powtórnie  zbiórkę.  Znowu  nie  było 
Piętka... 

Opanowałem siłą wzburzenie. Sytuacja stała się nieprzyjemna. Nabrałem w płuca 

powietrza. 

 

  — Kierunek: Omszony Głaz! — zakomenderowałem donośnie. 

Chłopcy, choć trochę przygnębieni, poruszyli się jednak raźnie. Wyczuli, że mam 

gotowy  jakiś  plan,  a  to  zawsze  dodaje  ducha.  Istotnie  nie  szedłem  tam  bez  powodu. 
Znałem  dobrze  Piętka  i  wiedziałem,  że  ma  dużo  zdrowego  rozsądku,  a  przy  tym  jest 
wypróbowanym harcerzem. Jeśli wróci do Suchego Lasu i nas nie znajdzie, skieruje się z 
pewnością do punktu najlepiej nam znanego w tej okolicy. 

Gdy znaleźliśmy się przy głazie, zarządziłem wypoczynek, sam zaś co pewien czas 

powtarzałem  wezwanie.  Padł  wreszcie  odzew.  Zabrzmiał  słabo  z  zupełnie  innego 
kierunku, niż spodziewaliśmy się, ale nie mogło być wątpliwości: to „Czajka". 

Odezwałem  się  raz  i  drugi,  aby  wskazać  drogę,  tamten  mi  odpowiedział.  Naraz 

przestał mi się podobać ten głos. Uświadomiłem sobie nagle, że wcale się nie przybliża. 
Kie  licho?  Czyżby  to  była  prawdziwa  czajka  ze  skrzydłami,  która  postanowiła 
przeprowadzić z nami złośliwą gawędę?... 

Powtórzyliśmy  hasło  całym  zastępem,  lecz  nic  nie  pomogło.  Odzew  przyszedł, 

wcale jednak nie świadczył o zmianie położenia. Postawiłem zastęp na nogi. 

 

  — Za mną! — zdecydowałem się szybko. 

Nie wątpiłem już, że to musi być Piętek. Ptak nie odpowiadałby tak regularnie na 

każde nasze wezwanie. Coś tam musiało się stać. Chłopak widocznie nie może ruszyć się 
z miejsca... 

Rzeczywiście  tak  było.  Spadł  mi  kamień  z  serca,  gdy  go  wreszcie  spostrzegłem. 

Nie przytrafiło mu się żadne nieszczęście. Stał nieruchomo, czujny i poważny jak zwykle. 
Zameldował pogodnie: 

 

  — Druhu zastępowy, ślad. Dobrze nam znany ślad! 

W  ostatnich  słowach  wyczuło  się  nutę  triumfu.  Dopadłem  go  w  jednej  chwili. 

Grunt  był  w  tym  miejscu  zapadły,  wilgotny,  doskonale  znać  było  na  nim  odciski  stóp. 
Ktoś  tu  niedawno  przechodził,  zgnieciony  mech  jeszcze  nie  zdążył  się  wyprostować. 
Przykląkłem, starając się jak najwięcej odczytać. Człowiek w obuwiu. Starszy człowiek, 
tak można było sądzić z wymiarów. Jedna podeszwa normalna, nie przedstawiała nic cie-
kawego... Druga... Aha, zagłębienie! Przeszedł mnie nagle dreszcz. Przecież to łata! Łata 
na prawej podeszwie, od zewnątrz!... 

 

  — Poznałeś? — zapytałem spoglądając ciepło na Piętka. 

Skinął  głową.  Widać  było,  że  rad  jest  z  pochwały,  którą  wyczytał  w  tonie  mych 

background image

słów. Zaczął mi opowiadać. Spostrzegł drobne oznaki, gdy znajdowaliśmy się w Suchym 
Lesie, więc za nimi podążył. Zatoczył po tropie szeroki łuk i dlatego początkowo nas nie 
usłyszał. 

—  Ha,  koło  zaczyna  się  powoli  zamykać!  —  ucieszył  się  głośno  Janicki  z  tego 

wielkiego odkrycia. — Ten człowiek znajdował się w miejscu pożaru, ten sam straszy nas 
po  nocach  i  zaciera  za  sobą  ślady.  Ciągnął  gałąź  za  sobą,  pragnąc  wyprowadzić  nas  w 
pole.  Gdy  doszedł  do  wniosku,  że  nie  potrzebuje  się  ukrywać,  wyzbył  się  ostrożności. 
Teraz go na pewno złapiemy. 

Wielu  mu  przyklasnęło,  inni  natomiast,  widząc,  że  nie  zabieram  głosu  w  tej 

sprawie,  zachowali  również  milczenie.  Ruszyliśmy  dalej.  Obecnie  nie  natrafialiśmy  na 
większe trudności. Trop pojawiał się często, ten, kto go zostawiał, nie ukrywał wcale swej 
obecności. Kierunek był zresztą wyraźny — prowadził wprost do jeziora. 

Sądziłem,  że  uda  się  nam  dogonić  tajemniczego  człowieka,  wszystko  bowiem 

ś

wiadczyło,  że  przeszedł  tędy  niedawno.  Dotarliśmy  wreszcie  do  wody.  Nie  wsiadł  do 

czółna. Szedł dalej brzegiem, oddalając się coraz bardziej na południe od naszego obozu. 

Przystanęliśmy,  aby  trochę  odetchnąć.  Rzuciłem  okiem  przed  siebie.  Wydało  mi 

się naraz, że hen, w dali, przemknęło coś w rodzaju ludzkiej sylwetki. Mignęła na chwilę 
i znikła zaraz poza krzakami. Wkrótce jednak pojawiła się znowu. Wytężyłem wzrok. To 
rzeczywiście  był  człowiek.  Zeszedł  teraz  niżej,  do  brzegu.  Przechylił  się  silnie, 
przytrzymał gałęzi i skoczył nagle do wody... 

Oczywiście było to tylko złudzenie. Skrył się jedynie poza nierównościami terenu, 

lecz  zaraz  ujrzałem  go  znowu.  Siedział  w  łodzi  poruszając  szybko  wiosłami.  Niestety, 
oddalał się w przeciwnym kierunku. 

Spojrzałem na zegarek. Było wpół do dwunastej. 

 

  — No cóż... — westchnąłem. — Musimy wracać. I tak się spóźnimy na obiad. 

Chłopcy wcale nie byli z tego zadowoleni. 

 

  --- Jak to? — wykrzyknął Malczak. — Nie zakończyliśmy przecież roboty! 

 

  --- Tamten odpłynął — wyjaśniłem bez przekonania. — Nie dogonimy. 

Odległość  istotnie  była  zbyt  wielka.  Tajemniczy  osobnik,  jakby  wyczuwając,  że 

jest pod obserwacją, silniej uderzył wiosłami w wodę. Łódź oddalała się szybko. 

Malczak nie miał jednak zamiaru ustąpić. 

 

  — Może to ktoś inny — wysunął najpoważniejszy argument. — Przecież stąd go 

prawie wcale nie widać. Należy sprawdzić, czy to rzeczywiście „Łatana Podeszwa". 

Dał  mu  więc  przy  okazji  nazwisko.  Hm.  „Łatana  Podeszwa"...  Dobrze  dobrane, 

niech  więc  zostanie.  Popatrzyłem  badawczo  na  chłopców:  przytakiwali  Malczakowi 
gorliwie.  Przestałem  się  przeciwstawiać.  Sprawa  była  istotnie  bardzo  poważna,  obiad 
może w takich przypadkach poczekać. Ruszyliśmy z pośpiechem naprzód. 

Nieznany wioślarz zniknął poza zakrętem i nie zobaczyliśmy go więcej. Natomiast 

przekonaliśmy się wkrótce, że to ten sam człowiek, którego ścigaliśmy po tropie i który 
kręcił  się  kiedyś  w  pobliżu  ogniska  pożaru.  Tam,  gdzie  zsunął  się  do  wody,  pozostał 
również wyraźnie odbity ślad. Odpłynął na płaskiej łodzi rybackiej. 

Gdy  wracaliśmy,  byłem  bardziej  zamyślony  niż  zwykle.  Natrafiliśmy  więc 

background image

wreszcie na jakąś określoną osobę. Nie zachowywała się ona normalnie. Wszystko wska-
zywało  na  to,  że  zaczyna  ona  ciążyć  nad  naszym  życiem,  chociaż  bynajmniej  nie 
zgadzałem  się  z  opinią,  Janickiego,  że  należy  przypisać  jej  wszystko.  Szkoda,  że  nie 
ujrzeliśmy jej z bliska... 

Westchnąłem  lekko  i  raz  jeszcze  skupiłem  uwagę  na  dostrzeżonej  poprzednio 

sylwetce.  Wyglądała  na  przygarbioną.  Ruchy  jej  były  ostrożne,  powolne,  krok  niezbyt 
ś

miały. Świadczyłoby to, że mieliśmy do czynienia z człowiekiem w podeszłym wieku. 

Pokręciłem niepewnie głową. Dziwnie to nie pasowało do moich innych wyliczeń. 

 
 
 
 

Pracowite dni 

 
 
 
 
 

W

  ciągu  następnych  dni  musieliśmy  odsunąć  się  od  tej  sprawy,  gdyż  spadły  na 

nas  różne  nieoczekiwane  zajęcia.  Druh  kwatermistrz,  jak  już  wspomniałem,  był 
człowiekiem  bardzo  obrotnym.  Niespodziewanie  ubił  jakiś  interes  z  przedsiębiorstwem 
państwowym „Las". Nazajutrz po nieudanym pościgu za Łataną Podeszwą zjawiły się w 
obozie  ciężarówki,  z  których  wyładowano  kilkadziesiąt  pustych  beczułek.  Zaczęliśmy 
napełniać je lisiczkami. Było ich mnóstwo w niektórych zakątkach puszczy, a że znaliśmy 
ją nie najgorzej, więc żniwa były bardzo obfite. Dowiedzieliśmy się przy tej sposobności, 
ż

e zbieramy na eksport. Te grzyby, uważane w kraju za gatunek podrzędny, za granicą są 

bardzo cenione. Soliliśmy je, wieczorem zaś samochody zabierały napełnione po brzegi 
beczułki i odwoziły do miejsca skupu. 

Cieszyliśmy się z tej roboty. Zbieranie grzybów stanowi wielką przyjemność, a i 

pożytek był z tego niemały: powiększaliśmy tą drogą fundusz naszej drużyny. Ta praca 
pociągnęła  jednak  za  sobą  inne.  Dojazd  do  obozu  był  trudny,  dróżki  pełne  wybojów. 
Obecnie,  gdy  komunikowaliśmy  się  często  ze  światem,  trzeba  było  je  wyrównać. 
Zasypywaliśmy,  więc  dziury,  w  miejscach  podmokłych  układaliśmy  faszynę,  tam  zaś, 
gdzie sączyły się strugi, zbudowaliśmy nawet dwa mostki  

Oczywiście  na  tym  się  nie  skończyło.  Gdzieś  w  okolicy  wybuchł  znów  pożar,  a 

chociaż  na  szczęście  ugaszono  go  szybko,  to  czujność  wzrosła.  Do  ochrony  lasu 
mobilizowano  ludność  we  wszystkich  osiedlach,  ogłaszano  apele  do  turystów  i 
wczasowiczów. Zrozumiałe, że nas też nie zabrakło w tej akcji. Wartownik nad brzegiem 
jeziora ostrzegał każdy przepływający kajak czy łódź przed niebezpieczeństwem pożaru. 
Nasze patrole przebiegały od samego rana wielkie przestrzenie, badając uważnie teren i 
zakopując w ziemi szczątki, które pozostawiają po sobie różni niechluje. Wszelkie ślady 
ognisk sprawdzaliśmy z największą uwagą. 

background image

Lisiczki  skończyły  się  po  trzech  dniach.  Te,  które  były,  wyzbieraliśmy.  Inne  nie 

rosły.  Wiadomo  —  sezon.  Był  i  przeminął.  Samochody  przestały  przyjeżdżać, 
zbieraliśmy teraz tylko na własne potrzeby. Grzyby pojawiały się na stole często, ale nie 
brakowało też i innych leśnych produktów. Któregoś dnia „Kruki" uraczyły nas pierogami 
z  jagód,  za  to  „Czajki"  zrewanżowały  się  natychmiast  knedlami  z  malin.  Uf,  co  za 
smakołyk!  Rekord  pobiły  jednak  „Niedźwiedzie",  przygotowując  kompot  z  poziomek. 
Gdzie  te  szkraby  je  wynalazły,  nikt  nie  miał  najmniejszego  pojęcia.  Krzaków  było 
wprawdzie wszędzie dużo, ale już bez owoców. Dawno opadły. Nic, więc dziwnego, że 
wszystkie nasze zasługi zmalały wobec takiego cudu. Mali spryciarze zaś uśmiechali się 
tylko,  a  nazajutrz,  chociaż  kuchnia  już  do  nich  nie  należała,  postawili  przed  każdym 
uroczyście talerzyk poziomek w śmietanie! 

Był to miły gest i przyjęliśmy go huraganową owacją. Niestety, „Czajki" radowały 

się krótko, potem twarze ich spochmurniały. Domyśliłem się od razu, co im psuje apetyt. 
Ambitne  to  były  sztuki.  Nie  w  smak  im  poszło,  że  ich  ktoś  inny  pozbawił  nagle 
pierwszeństwa.  Szczególnie  Piętek  był  osowiały  i  nieswój.  Gdy  zakończyliśmy  posiłek, 
pokręcił się przez chwilę przy stołach, a potem nieznacznie przysunął się do mnie. 
 

  --- Druhu zastępowy — szepnął z przejęciem — coś-trzeba wymyślić. 

 

  --- Trzeba — zgodziłem się z nim natychmiast, bo przecież także byłem „Czajką", 

więc i we mnie zawrzała krew. — Co radzisz? 

Bez słowa wskazał głową na szemrzące cicho jezioro. Zrozumiałem bez słów. Sam 

o  tym  myślałem  od  dawna.  Próba  jednak  mogła  okazać  się  ciężka.  Bałem  się  trochę  o 
„Czajki". 

 

  —  To  nie  jest  proste  —  rzekłem  z  wahaniem.  —  Trzeba  wstawać  wcześnie, 

marznąć i okazać niezwykłą cierpliwość... 

Niechcący dolałem oliwy do ognia. Piętek aż poczerwieniał. 

 

  —  Więc  druh  sądzi,  że  nie  potrafimy  się  na  nią  zdobyć?  —  wpadł  na  mnie 

czupurnie. — Czy to my bedłki? Mamine synki? 

Nie  wziąłem  do  serca  tego  wzburzenia.  Chłopak  był  szczery  jak  złoto,  a  honor 

zastępu cenił bardzo wysoko. Takich należy szanować. Zdecydowałem się szybko. 

 

  —  Pogadaj  z  chłopcami  —  przemówiłem  jednak  ostrożnie.  —  Wyjaśnij  im 

wszystkie  trudności.  Jeśli  zgodzą  się,  nie  będzie  żadnych  kłopotów.  Postaram  się  o 
potrzebne przyrządy. Pamiętaj tylko, że nie wolno dopuścić do kompromitacji. 

Odszedł  z  podniesioną  głową,  jakby  się  na  mnie  obraził.  Ponieważ  wiedziałem z 

góry, jaka będzie odpowiedź, udałem się zaraz do kwatermistrza. Złożyłem mu na piśmie 
zapotrzebowanie na nieodzowne przedmioty. Trzeba je było zakupić. 

 

  — Druhu przyboczny — kończyłem w postawie służbowej, jak wypadło przy tak 

poważnej rozmowie  proszę w tym przypadku o tajemnicę. To musi być niespodzianka. 

Kwatermistrz łypnął na mnie figlarnie okiem. Zawsze był wesołym człowiekiem. 

 

  — W porządku — odparł pogodnie. — Wydatek spory, ale pewnie się nam opłaci. 

Hm — zafrasował się nagie — do tego jednak potrzebne jest zezwolenie. 

Machnąłem niedbale ręką. 
Druh da sobie z tym radę — mruknąłem dość poufale. — Nie takie sprawy 

załatwiało się w życiu. 

background image

Był to zwrot, którego często używał. Uśmiechnął się zadowolony. Pogawędziliśmy 

jeszcze  chwilę,  a  potem  udałem  się  do  swego  zastępu.  „Czajki"  popatrzyły  na  mnie  z 
wielkim przejęciem. Widocznie Piętek już zrobił swoje. 

 

  — No, jak tam? — spytałem cicho. — Zabierzemy się do tej roboty? Wytrwacie? 

Skinęli  tylko  głowami.  Tak,  „Czajki"  nie  lubiły  używać  słów,  gdy  nie  było 

koniecznej  potrzeby.  Przyjrzałem  im  się  uważnie.  Zaczerwienione  twarze  i  błyszczące 
oczy mówiły wiele. Doszedłem do wniosku, że nie potrzeba się niczego obawiać. Zastęp 
był jednolity i zwarty. Taki nie załamuje się łatwo. 

 
 

 
 

W porannej mgle 

 
 
 
 
 

B

yło  jeszcze  ciemno,  gdy  wysunęliśmy  ślę  nieznacznie  z  namiotów.  Świeże, 

ożywcze, przesycone silnie wilgocią powietrze przyjemnie chłodziło czoła. Nad jeziorem 
snuła  się  mgła.  Byliśmy  boso.  Druh  lekarz  twierdził  stale,  że  to  bardzo  zdrowo,  a  poza 
tym buty były nam niepotrzebne. Mieliśmy pracować przecież na wodzie. 

Padły hasła, wartownicy popatrzyli na nas z pewnym zdziwieniem. Zepchnęliśmy 

czółno,  usadowiliśmy  się  w  nim  ostrożnie,  plusnęły  wiosła.  Skierowaliśmy  się  na 
południe.  Minęliśmy  pogorzelisko  i  tu  skręciliśmy  do  brzegu.  Nikt  jednak  nie  wysiadł. 
Rozpoczęliśmy  natomiast  tajemnicze  obrządki.  Delikatnie  rozsunięto  pochylone  nad 
wodą krzaki: ukazał się głęboki otwór, ginący w mroku. Wywierciliśmy go wczoraj. 

—  Wyciągaj!  —  zwróciłem  się  do  Janickiego,  który  siedział  na  rufie  w 

najwygodniejszej do tego celu pozycji. 

Unieruchomiliśmy  łódź  trzymając  się  silnie  gałęzi.  Ze  skrytki,  jedno  za  drugim, 

zaczęły  wysuwać  się  długie  wędziska.  Było  ich  razem  dwadzieścia.  Gdy  wydobyliśmy 
ostatnie, schwyciliśmy znowu za wiosła. Dopiero kilometr dalej wysiedliśmy na ląd. 

Komendę objął teraz Malczak. Znał się dobrze na rybołówstwie. Często chodził 

ojcem na podobne w, prawy i zdołał się niejednego nauczyć. Wyszukał stanowiska, 
rozmieścił    ludzi, dopilnował założenia przynęty i zaczęliśmy zarzucać. Chłopcy 
przysiedli w kucki obserwując czujnie pływaki. 

— Jest! — wykrzyknął nagle Rubel i szarpnął wędki; do góry. 
U końca rzeczywiście trzepotała się spora płoć. Malczak pomógł zdjąć i wrzucił do 

kosza. Potem splunął za siebie i popatrzył surowo na Rubla. 

—  Nie  będziesz  dobrym  rybakiem  —  mruknął  niechętnie.  —  Za  dużo  gadasz. 

Ryba ucieka, gdy słyszy krzyk. 

background image

To  splunięcie  i  ostra  przemowa  uczyniła  na  wszystkich  głębokie  wrażenie. 

Naokoło zaległa cisza. Ryby brały często, ale odtąd co najwyżej padło tu i ówdzie ciche 
westchnienie  szczęścia.  W  milczeniu  zdejmowano  z  haczyków  i  w  milczeniu 
przyjmowano klęskę, gdy się zdobycz urwała. 

Pracowaliśmy tak może z pół godziny, gdy Malczak doszedł do wniosku, że należy 

poszukać  lepszych  stanowisk.  Wybrał  niewielką  zatoczkę  ze  sterczącymi  nad  wodą 
wykrotami.  Trafił  wspaniale.  Ryby  wyskakiwały  jedna  za  drugą,  zwiększały  się  szybko 
nasze  zapasy.  Miejsce  było  doskonałe,  a  i  chłopcy  nabrali  wprawy.  Praca  posuwała  się 
raźnie. 

Za nami, w borze, rozległ się świergot ptasi. Puszcza budziła się powoli do życia. 

Pojaśniało. Zanikały opary, rzedła powoli mgła. 

—  Druhu  zastępowy  —  podbiegł  do  mnie  niespodziewanie  Kaźmierczak  — 

człowiek w lesie! 

Stał do tej pory na najdalszym stanowisku, na małym cyplu wysuniętym w wodę. 

Miał więc najlepszą widoczność. Osadziłem swą wędkę w ziemi, jak to Malczak zrobił z 
wieloma  innymi,  i  poszedłem  sprawdzić  meldunek.  Rzeczywiście  ujrzałem  w  dali 
człowieka.  Pochylił  się  właśnie  i  zaczął  zakopywać  coś  w  ziemi.  Gdy  się  wyprostował, 
uderzyło  mnie  coś  znajomego  w  ruchach  i  w  całej  jego  postawie.  Jakaś  ociężałość,  coś 
starczego biło z tej słabo widocznej postaci. Podszedłem do Piętka. 

 

  — Obejmiesz komendę nad zastępem na czas mojej nieobecności — powiedziałem 

do niego. — Czuwajcie nad naszymi wędkami. 

Zabrałem  Kaźmierczaka  i  pobiegliśmy.  Unikałem  otwartej  przestrzeni  kryjąc  się 

starannie wśród krzaków i drzew. Nieznany człowiek stał ciągle w tym samym miejscu i 
kopał;  szara,  zamazana  we  mgle  sylwetka  zarysowywała-  się  coraz  wyraźniej.  Niestety, 
nie dobiegliśmy jeszcze do połowy drogi, gdy znikła. Przystanąłem zdyszany, sądząc, że 
się za chwilę ukaże. 

 

  — Odszedł — mruknął mój towarzysz, gdy po kilku minutach nie zmieniło się nic. 

— Nie warto czekać. 

W jego głosie zabrzmiało zniecierpliwienie. Jednakże miał słuszność. Ruszyliśmy 

znowu, zwiększyłem teraz ostrożność. Tamten mógł iść przecież w naszym kierunku. Nic 
się jednak nie stało. Nie dostrzegliśmy nikogo, żaden podejrzany szmer nie zamącił ciszy 
porannej.  Przysunąłem  się  bliżej  do  brzegu  i  wychyliłem  ostrożnie  zza  krzaka. 
Wymierzyłem  dobrze.  O  kilka  kroków  przede  mną  ziemia  była  wzruszona  i  udeptana. 
Tajemniczy człowiek stał właśnie w tym miejscu, gdy zobaczyliśmy go po raz pierwszy. 

Poczekaj  —  szepnąłem  do  Kaźmierczaka,  który  chciał  ruszyć dalej.  —  Najpierw 

sprawdzimy wszystko. 

Rozejrzałem  się  czujnie  po  okolicy.  Wszędzie  panował  spokój  zupełny,  nigdzie 

ż

adnego  ruchu.  Jezioro  chlupotało  łagodnie.  Gdzieś  z  boku  doszło  skrzeczenie  wrony. 

Wkrótce zacząłem również rozróżniać dobiegające coraz donośniej z puszczy głosy, nad 
którymi  górowało  zapobiegliwe  stukanie  dzięcioła.  Było  już  jasno.  Słońce  kryło  się 
wprawdzie  jeszcze  za  borem,  ale  coraz  silniej  bił  w  niebo  jego  złocisty  blask.  Dzień 
zapowiadał się pięknie. 

Trzeba  było  zaryzykować.  Nieprzyjaciel,  jeśli  istotnie  był  to  nasz  nieprzyjaciel, 

background image

mógł się wprawdzie gdzieś kryć, ale nie było innego wyjścia. Jeśli nas obserwuje, trzeba 
mu  się  pokazać.  Ułamaną  gałęzią  zacząłem  rozgrzebywać  skopaną  ziemię.  Coś  tam 
zaszeleściło w głębi, ukazał się rąbek gazety. Pracowałem z coraz większym pośpiechem. 
Dwa papierki od cukierków, znowu papier, ale tym razem zwykły, do pakowania. Kilka 
drobnych kosteczek i rozbita butelka. To wszystko! 

Patrzyliśmy  zdumieni.  Ten  człowiek,  którego  obserwowaliśmy,  nie  miał  wyglądu 

turysty.  Musiał  mieszkać  gdzieś  tutaj  w  pobliżu,  niewątpliwie  był  człowiekiem 
miejscowym.  Cóż,  więc  tu  robił  tak  wcześnie?  Rybak?...  Nie,  to  niemożliwe.  Nie  miał 
przy sobie sieci ani wędziska. Strażnik? Też wykluczone, nie był przecież w mundurze. 
Znaliśmy zresztą okolicznych leśników i straż, wszyscy byli młodzi i energiczni. Spojrza-
łem pytająco na Kaźmierczaka. 

 

  —  Musiał  tu  jeść  śniadanie  —  zauważył  sprawdziwszy  raz  jeszcze  wszystko.  — 

Ale to porządny człowiek. Niczego nie pozostawił na wierzchu. 

Tak  to  wyglądało  na  pozór.  Chłopak  nie  zadał  sobie  jednak  pytania,  co  ten 

człowiek robił tu w nocy, tak daleko od ludzkich osiedli? Nie wybrał się chyba na spacer 
dla przyjemności. 

 

  — Chodźmy jego tropem — mruknąłem. — Zobaczymy, co stało się dalej. 

Teren był niski, bujnie porośnięty trawą; było tu dość wody i światła. Gęsta rosa 

pokrywała  wszystko,  toteż  stopy  wybijały  jakby  pieczęcie.  Zbadaliśmy  otoczenie. 
Człowiek przybył tu z lasu. Teraz posuwał się brzegiem. Niekiedy przystawał i kręcił się 
naokoło, jakby szukał czegoś wśród krzewów i drzew. Nie zmieniał jednak zasadniczego 
kierunku. 

 

  —  Łatana  Podeszwa!  —  ucieszył  się  nagle  Kaźmierczak,  który  wysunął  się 

naprzód. 

Nie zaskoczyła mnie ta wiadomość. Czułem od początku, że ten pościg zakończy 

się właśnie takim odkryciem. Siad, który mieliśmy przed sobą, świadczył o tym 
wymownie. Nie zatrzymałem się nawet przy nim. 

Po  dziesięciu  minutach  natrafiliśmy  na  coś  ciekawego.  Teren  był  zdeptany, 

rozrzucony  popiół  dowodził,  że  ktoś  tu  rozpalał  niedawno  ognisko.  Pośrodku  widniała 
gruba warstwa świeżo skopanej ziemi. 

 

  — Sprawdź, co jest w środku — poleciłem Kaźmierczakowi. 

Poruszył ziemię patykiem, podważył bryłę, a potem szybko zaczął wgrzebywać się 

w głąb. Coś załaskotało mnie w nozdrzach, wciągnąłem silniej powietrze. Oczywiście, to 
swąd.  Taki  ciężki,  duszący  swąd,  jaki  rozchodzi  się  zawsze,  gdy  nie  dopalone  węgle 
poleżą przez pewien czas pod wilgotnym pokryciem. 

 

  — O, jeszcze butelka! — zawołał po chwili Kaźmierczak. — I puszka od konserw, 

i... 

Tak, znajdowało się tam wszystko, co pozostaje po opuszczonym obozowisku. To 

już nie było ciekawe. Kazałem zagrzebać i udeptać na nowo, sam zaś udałem się w las. 
Musiało przebywać tu kilka osób w płóciennych, gimnastycznych pantoflach. Między ich 
ś

ladami  znalazłem  też  sporo  odcisków  Łatanej  Podeszwy.  Były  znacznie  świeższe  od 

tamtych, nie pokryte zupełnie rosą. Sięgały dalej aniżeli ślady turystów. Nie mogło być 
wątpliwości: ten człowiek i tutaj czegoś szukał z jakimś niezwykłym uporem. 

background image

Podszedłem do brzegu. Dochodzenie należało przeprowadzić do końca. 
— Dwa kajaki — objaśnił Kaźmierczak, który zdołał się już uporać z poprzednim 

zadaniem  i  teraz  oglądał  z  uwagą  głębokie  rysy  od  kilów.  —  porządny  naród  — 
pochwalił. — Ognisko zagrzebane, śmieci również, teren zupełnie czysty. 

Mnie  to  nie  wydawało  się  takie  proste.  Wodniacy  nie  wożą  z  sobą  szpadli,  a  co 

najwyżej  małe  saperskie  łopatki.  Ten  zaś,  co  kopał,  używał  dużego  narzędzia.  Takiego 
samego, z jakiego korzystał Łatana Podeszwa w miejscu, w którym spostrzegliśmy go po 
raz pierwszy. I tam, i tutaj wymierzyłem szerokość. 

W zamyśleniu popatrzyłem na wskazówki zegarka. 

— Dochodzi szósta — stwierdziłem niechętnie. — Zrobimy szkic terenu i trzeba 

będzie na tym poprzestać. Musimy zdążyć na apel. 

Połów  okazał  się  nadspodziewanie  obfity.  Kosz  Karolka  Osińskiego  był 

wypełniony  po  brzegi.  Wyładowaliśmy  go  na  skraju  obozowej  polany  i  ukryliśmy 
starannie  w  krzakach.  Potem  już  bez  pośpiechu,  z  naręczami  chrustu  dla  niepoznaki, 
skierowaliśmy  się  do  naszych  namiotów.  Jak  niespodzianka,  to  niespodzianka!  Czułem, 
ż

e  przez  szpary  obserwują  nas  bacznie  podejrzliwe  spojrzenia,  lecz  pozornie  nie 

zwracałem  na  to  uwagi.  Niech  tam  sobie  snują  najrozmaitsze  domysły.  Lepiej  będzie 
smakował im obiad. 

Zaraz  po  śniadaniu,  gdy  inne  zastępy  zniknęły  w  puszczy,  zabraliśmy  się  do 

roboty. Dziś nie byliśmy sami, pozostała w obozie cała komenda. Z konieczności musiała 
być  dopuszczona  do  tajemnicy,  zresztą  ostrzyła  sobie  pewnie  apetyt  na  rybki.  Nikt  nie 
spodziewał się tak olbrzymiej zdobyczy. Druh lekarz żegnał mnie wczoraj z humorem i 
obiecywał  niewiele.  Teraz  był  wniebowzięty.  Ale  najbardziej  był  zachwycony  kwa-
termistrz. 
 

  --- Człowieku --- wykrzyknął jowialnie, gdy wreszcie zobaczył kosz — należy ci 

się medal za spryt! 
 

  ---  Nie  mnie  —  poprawiłem  go  delikatnie  —  lecz  zastępowi  „Czajek".  Przede 

wszystkim  zaś  druhowi  Malczakowi.  On  nas  nauczył  łowienia  i  jego  w  tym  największa 
zasługa. 

Moi  chłopcy  pokraśnieli  z  zadowolenia,  bo  to  zawsze  przyjemnie,  gdy  dowódca 

zdaje sobie sprawę, że byłby niczym bez szeregowych. Druh kwatermistrz też to od razu 
zrozumiał. 
 

  —  No  tak  —  przyświadczył  natychmiast.  —  Słuszna  uwaga.  Więc  niech  żyją 

„Czajki", najwspanialszy zastęp w naszej drużynie! 

Wyrzucił czapkę w górę i schwycił ją w locie, a potem sięgnął po kosz. Przeliczył 

się jednak z siłami. Za ciężki! Pomógł mu drużynowy. 

Zabraliśmy się do czyszczenia. Była to żmudna robota. Łuski na niektórych rybach 

były  bardzo  twarde,  nie  mieliśmy  na  ogół  wprawy.  Na  szczęście  i  w  tym  przypadku 
przyszła  nam  z  pomocą  cała  komenda.  Pracowaliśmy  tak  może  z  godzinę,  gdy 
niespodziewanie wyłoniły się z lasu „Kruki". 

 

  — A to co takiego? — drużynowy nie ukrywał swego wzburzenia. — Co tam się 

stało? Dlaczego wracają tak wcześnie?... 

background image

Przeliczyłem szybko zastęp. Nikogo nie brakowało, nie było rannych. A więc pół 

biedy. Nic poważnego. 

 

  — Ryby do kosza! — zakomenderowałem. — Oczyścić stół! 

Chłopcy  uwinęli  się  błyskawicznie.  Rozumieli  doskonale,  że  to  żadna 

niespodzianka, jeśli ktoś ją odkryje za wcześnie. Kosz zniknął w moim namiocie. Janicki 
już zmywał stół, brudne noże zapadły się w wiadrze z wodą, oczyściliśmy w pośpiechu 
ręce.  Gdy  tamci  nadeszli,  wszystko  wyglądało  jak  na  początku.  Nikt  nie  mógł  się 
domyślić, że ryby były w obozie. 

 

  — Druhu drużynowy — zameldował służbiście Jankowski — zniknęło drzewo na 

most. 

To  była  zupełnie  niezwykła  wiadomość.  Przestałem  się  dziwić,  że  powrócił  z 

całym  zastępem.  Miał  dziś  stawiać  mostek  w  pobliżu  pogorzeliska.  Wczoraj  „Kruki" 
przygotowały  materiał,  wymierzyły  go  i  ociosały,  dziś  należało  tylko  zestawić.  Jeśli 
drzewo zniknęło, rzeczywiście nie miały co robić. 

 

  — Co mówią ślady? — drużynowy zadał pytanie, które cisnęło się nam wszystkim 

na usta. 

Jankowski zmarszczył brwi i wysunął lekko dolną szczękę, jak robił zawsze, gdy 

był czymś mocno zirytowany. 

 

  —  Niczego  nie  mówią  —  odparł  jednakże  z  flegmą.  W  ogóle  ich  nie  ma.  Most 

ulotnił się jak kamfora. 

Drużynowy i inni poruszyli się niespokojnie. Mówił to harcerz, więc należało mu 

wierzyć,  lecz  taka  odpowiedź  była  rzeczywiście  niepodobna  do  prawdy.  Przecież  most 
budowano na terenie podmokłym. Jeśli zniknął, to albo go wyniesiono, albo wywieziono 
furmanką.  I  w  jednym,  i  w  drugim  wypadku  musiał  pozostać  jakiś  znak  działania,  tym 
bardziej, że nie dokonano chyba tej kradzieży za dnia. 

Jankowski powtórzył jednak swoje twierdzenie. Drużynowy zamyślił się. Spojrzał 

pytająco na druha lekarza, a potem na kwatermistrza. 
 

  ---  Czyżby  znajdowała  się  w  pobliżu  jakaś  obca  drużyna?  —  zapytał.  —  To 

wygląda na kawał harcerski. 
 

  --- Wykluczone! — zaprzeczył stanowczo kwatermistrz. — Jesteśmy sami. Nie ma 

w  okolicy  żadnego  obcego  obozu,  a  gdyby  nawet  przesuwała  się  jakaś  drużyna 
wędrowna, też byłbym o tym powiadomiony. 

Drużynowy machnął naraz ręką, jakby przestała go  interesować ta sprawa. 

Przypomniał sobie widocznie, że czeka znacznie ważniejsza robota. 

 

  —  Nie  zastanawiajmy  się  nad  tym  chwilowo  —  oświadczył  zwięźle.  —  Zabierz 

„Kruki"  —  zwrócił  się  do  Jankowskiego  —  i  przeprowadź  ćwiczenia  w  Zapadlinie 
Nadbrzeżnej. 

Leżała ona dość daleko, więc uspokojony podszedłem do kuchni. Ogień już płonął, 

do  jednego  z  kotłów  wlewano  wodę.  Odwróciłem  się,  szukając  oczyma  Piętka.  W  tym 
momencie  mój  wzrok  zatrzymał  się  na  Jankowskim.  Wyglądał  podejrzanie;  kręcił  się 
niby  przypadkiem  między  stołami,  lecz  widać  było,  że  czegoś  szuka.  Wzbudziło  to  we 
mnie zrozumiały niepokój. 

 

  — Jeszcze nie odszedłeś? — zapytałem udając zdziwienie. 

background image

Popatrzył na mnie przeciągle, przyjmując swą zwykłą, nieco teatralną postawę. 

 

  — Fenomenalne!... — wycedził powoli, wciągając nosem powietrze. — Jak babcię 

kocham, ryby! Kowalu, jak tyś to wszystko urządził? 

Zrobiło  mi  się  na  przemian  gorąco  i  zimno.  Gdybym  nie  był  harcerzem, 

zapomniałbym  na  pewno  w  tej  chwili  o  wszelkiej  godności  i  przegnał  gościa  na  cztery 
wiatry. Czy mogło zdarzyć się coś gorszego? Chociaż wszelkie ślady zostały zatarte, ten 
spryciarz wywąchał wszystko! 

 

  —  Pilnowałbyś  lepiej  swojego  mostu  —  wybuchnąłem  w  złości.  —  Co  cię 

obchodzą ryby? 

To  go  zabolało.  Zakręcił  się  na  pięcie  i  odszedł  jak  zmyty.  Zrobiło  mi  się 

nieprzyjemnie. W jego słowach nie tylko nie czuło się złośliwości, lecz przebijało wyraź-
ne  uznanie.  Niepotrzebnie  byłem  zgryźliwy.  I  dlaczego?  Że  umie  patrzeć  i  wyciągać 
wnioski?... 

Zawstydziłem  się  sam  przed  sobą,  bo  taki  brak  opanowania  nie  wyglądał 

poważnie. Dopiero, gdy ryby znowu się znalazły na stole, ochłonąłem nieco i zacząłem 
krzątać  się  energicznie,  gdyż  zrobiło  się  późno.  Zapomnieliśmy  wkrótce  o  wszelkich 
innych kłopotach, coraz częściej rozlegał się śmiech. Praca posuwała się błyskawicznie. 
Kiedy  wreszcie  wychyliły  się  z  lasu  zawsze  punktualne  „Niedźwiedzie",  na  patelniach 
skwierczało  aż  miło.  Smakowite  zapachy  unosiły  się  wkoło,  nie  potrzebowaliśmy  już 
niczego ukrywać. 

Dzień  ten  był  dniem  naszego  wielkiego  triumfu.  Żeby  wypadło  uroczyściej, 

przygotowaliśmy też dekoracje. Stoły były umajone, dwadzieścia wędzisk wbitych w zie-
mię,  z  piórami  czajek  na  szczytach,  świadczyło  wymownie  o  naszych  umiejętnościach 
rybackich.  Trzeba  przyznać,  że  zarówno  „Kruki",  jak  i  „Niedźwiedzie"  oceniły  to 
należycie.  Wiwatom  nie  było  końca.  Najmilsze  jednak  wydały  się  nam  pochwalne 
pomruki,  wydawane  w  czasie  jedzenia.  Dowodziły  ono,  że  danie  nie  tylko  było 
niezwykłe, ale i smaczne. 

Jedynie  druh  Jankowski  zachowywał  się  nad  podziw  niemrawo.  Początkowo 

sądziłem, że nie może nam darować tak wspaniałego sukcesu. Przyniosłem mu osobiście 
„repetę", aby go nieco pocieszyć. Uśmiechnął się do mnie z przymusem. 

 

  —  Widzę  —  rzekł,  starając  się  nadać  głosowi  ton  żartobliwy  —  że  znaleźliście 

jakąś kopalnię ryb. Starczy jeszcze po jednej dla wszystkich? 
 

  — Nawet po dwie — uspokoiłem go szybko. Pokiwał głową melancholijnie i 

pochylił się nad talerzem. Znowu popadł w zadumę. 

 

  — Czym się tak martwisz? — próbowałem go wyciągnąć na słówka, bo żal mi się 

zrobiło  chłopaka.  —  Dziś  górą  „Czajki",  a  jutro  „Kruki".  I  wam  nie  brak  doskonałych 
pomysłów. 

Popatrzył na mnie spod oka. 

 

  — Sądzisz, że o to mi idzie? — mruknął niechętnie. Nie. Boli mnie ten mostek, w 

który włożyliśmy tyle wysiłku. Kto go mógł ukraść? Co to za złodziej, który potrafi tak 
umiejętnie zacierać za sobą ślady? 

Zmarkotniał  bardziej  i  zajął  się  rybką.  Przestałem  go  nagabywać.  W  nastroju 

pełnym  entuzjazmu  zapomniałem  o  sprawie,  która  rzeczywiście  wyglądała  bardzo 

background image

poważnie.  On  nie  miał  powodu  do  śmiechu  i  rozumiałem  go  dobrze.  Jakże  w  obecnej 
sytuacji  Jankowski,  zastępowy  „Kruków",  mógł  się  martwić  naszą  przewagą,  gdy 
spotkało go takie nieszczęście?... 

Po południu, gdy „Kruki" i „Niedźwiedzie" ruszyły w teren, uprzątnęliśmy szybko 

obóz  i  pozmywaliśmy  naczynia.  Mieliśmy  trochę  wolnego  czasu,  należało  go 
wykorzystać. Zebrałem zastęp koło swego namiotu. 

 

  —  Druhowie  —  zagaiłem  —  nazbierało  się  sporo  faktów.  Pożar,  krzyk  nocny, 

dziwne  tropy  Łatanej  Podeszwy,  a  teraz  ten  mostek,  który  zniknął  jak  sen.  Co  o  tym 
wszystkim sądzicie? 

Ten  temat  omawialiśmy  niejednokrotnie.  Każdy  miał  swoje  poglądy,  Istniały 

najrozmaitsze teorie. Należało to wszystko powiązać. 

 

  — Sprawa jest jasna — pierwszy zabrał głos Janicki. Włóczy się po okolicy jakiś 

osobnik i robi ludziom psikusy. Szczególnie upodobał sobie naszą drużynę. 

Tak rozumować było najłatwiej. Szedł po linii najmniejszego oporu. 

 

  —  Sądzisz  więc  —  wtrąciłem  z  namysłem  —  że  wszystko,  co  się  stało,  zostało 

dokonane przez tę samą osobę? 

—  Na  pewno.  Gdyby  było  ich  więcej,  nie  potrafiłyby  ukryć  śladów.  Do  tego  są 

zdolni tylko harcerze, a przecież druh kwatermistrz twierdzi, że nie ma ich w okolicy. 

Poparł go Malczak, zwalając winę za wszystko na Łataną Podeszwę. Przeciwstawił 

się  temu  ostro  Kaźmierczak,  Rubel  wtrącił  swoje  trzy  grosze  i  spór  stał  się  naraz  dość 
ostry. Zacząłem ich uspokajać. Mój towarzysz z dzisiejszego porannego pościgu znowu 
przemówił: 

 

  —  Widzieliśmy  Łataną  Podeszwę  z  daleka.  Wyglądał  z  ruchów  na  starego 

człowieka. Mógłbym uwierzyć, że to on podpalił las. Ale żeby włóczył się po nocy i wy-
dawał szaleńczy krzyk, to mało prawdopodobne. A już z pewnością nie byłby zdolny do 
wyniesienia ciężkich bali, przeznaczonych na mostek. Do tego potrzeba siły. 

Rozsądne słowa zrobiły swoje. Uciszyło się trochę. 

 

  — Jedno jest w tym wszystkim niezrozumiałe — zrobiłem ze swej strony uwagę. 

—  Jeśli  rzeczywiście  kryje  się  za  tym  Łatana  Podeszwa,  jaki  miałby  w  tym  cel?  Tylko 
złośliwością tego wytłumaczyć nie można. 

Sądziłem,  że  pytanie  będzie  zaskakujące,  a  tymczasem  Janicki  miał  na  nie 

przygotowaną z góry odpowiedź. 

 

  — Wariat — odparł bez chwili namysłu. — Człowiek o zdrowych zmysłach tego 

by przecież nie robił. 

Nie trafiło mi to do przekonania. Przeniosłem oczy na Piętka. Siedział na boku i do 

tej pory nie wtrącał się do rozmowy. 

 

  — A ty co o tym sądzisz? — spytałem. 

Nie odpowiedział od razu. Należał do tych, którzy wolą trzy razy pomyśleć, zanim 

raz otworzą usta, aby zabrać głos w sprawie poważnej. 

 

  —  Czy  ktoś  podpalił  las  umyślnie,  czy  był  to  tylko  przypadek  —  odezwał  się 

wreszcie — tego jeszcze nie wiemy na pewno. A więc nie można twierdzić, że to zrobił 
Łatana Podeszwa. Że później jego trop znalazł się w pobliżu miejsca, gdzie ktoś zacierał 

background image

ś

lady ciągniętą za sobą gałęzią, również nie daje podstaw do oskarżenia. Istota zaś, która 

straszy nas w nocy, musi być lekka. Stwierdziliśmy to przy pierwszym badaniu. Więc i w 
tym  wypadku  nie  wchodzi  w  rachubę  Łatana  Podeszwa.  On  jest  przecież  człowiekiem 
dorosłym. 

Tak,  były  to  słowa  pełne  zdrowego  rozsądku.  Nie  można  było  zaprzeczyć,  że  w 

tym  wszystkim  Łatana  Podeszwa  odgrywał  jakąś  rolę,  i  chyba  bardzo  poważną,  lecz  w 
ż

adnym  razie  nie  można  go  było  obciążyć  odpowiedzialnością  za  wszystko.  Ktoś  tu 

jeszcze się krył. Lecz kto?... 

Na  to  pytanie  nie  mogło  być  odpowiedzi.  Mieliśmy  za  mało  materiału 

dowodowego, aby wyciągnąć wnioski. Trzeba więc było czekać cierpliwie, co przyniesie 
nam czas. 

Tropu jednak Łatanej Podeszwy postanowiłem nie spuszczać z oka. Za często on 

się powtarzał. 

 
 
 
 

Człowiek, który utyka 

 

 

 

 

N

azajutrz  „Czajki"  odmaszerowały  do  Starej  Wsi;  Tym  razem  nie  była  to  już 

zwykła  wycieczka  badawcza,  ale  dobrze  przygotowana  wyprawa.  W  plecakach 
dźwigaliśmy gwoździe i młotki, obcęgi, dłuta 1 heble. Siekier ani pił nic zabraliśmy. Te 
narzędzia znajdą się z pewnością na miejscu. Żaden gospodarz bez nich się nie obejdzie. 

Maszerowaliśmy raźnie, ranek bowiem był chłodny, a poza tym wczorajszy obiad i 

uznanie,  z  jakim  spotkaliśmy  się  z  jego  powodu,  wpłynęły  świetnie  na  humor.  Po 
dziewiątej wysunęliśmy się z Ponurego Boru.; Ujrzeliśmy przed sobą pastwisko. 

 

  — Jakoś dziwnie pusto — zauważył Zdanecki. — Co się tu stało? 

Rzeczywiście  nie  było  prawie  nikogo.  Krowy  pasły  się  stadem  jak  dawniej,  ale 

zamiast  rozbawionej  gromady  pastuchów  było  tylko  dwóch  chłopców  na  straży.  Stali  z 
dala od siebie, z rękami wspartymi na kijach, jakby na warcie. Gdy nas spostrzegli, rzucili 
na  siebie  porozumiewawcze  spojrzenia  i  wtedy  nareszcie  coś  zaczęło  się  dziać.  Jeden  z 
nich pobiegł pędem do wsi. Drugi jednak nie ruszył się z miejsca. 

 

  — A gdzie reszta? — spytałem, gdyśmy do niego podeszli. 

Pastuch  wydawał  się  wystraszony.  Zdziwiłem  się  trochę,  widział  nas  bowiem 

poprzednio i wtedy zachowywał się rezolutnie. 

 

  —  Zajęci  są  przy  robotach  —  odpowiedział  nieśmiało  i  dopiero  wówczas,  gdy 

powtórzyłem natarczywiej pytanie. 

Popatrzyłem  na  niego  badawczo.  No  cóż,  speszył  się  pewnie.  Co  innego 

background image

występować  w  gromadzie,  a  co  innego  stać  samotnie  wobec  umundurowanego  zastępu. 
Zawsze to chłopak wiejski... 

Poprzestałem  więc  na  tym  i  udaliśmy  się  do  osiedla.  Zatrzymaliśmy  się  przy 

pierwszej chałupie. 
 

  ---  Dzień  dobry!  —  powitaliśmy  grzecznie  gospodynię,  stojącą  w  obejściu.  — 

Dlaczego tak pusto we wsi? 
 

  ---  Chłopaki  gdzieś  się  rozbiegły  —  zaczęła  wyjaśniać  życzliwie  —  a  ludzie  w 

polu. Żniwa. Wy tutaj na długo? 

W y t a r ł a   ręce  o  fartuch  i  podeszła  bliżej.  Była  młoda  jeszcze,  twarz  miała 

u j m u j ą c ą  i  szczerą. Wyjaśniłem Jej nasze zadania. Przyjęła to z wyraźnym niedowie-
rzaniem. 

 

  —  Jak  to?  —  spytała.  —  Chcecie  pracować  tak  dla  przyjemności,  bez  żadnej 

zapłaty?... A znacie się na tym? — dodała ostrzej. — To przecież nie takie proste. 

Słowa  były  dość  obcesowe,  nie  można  się  było  jednak  obrazić.  Nie  widziała 

pewnie dotąd prawdziwych harcerzy. Skorzystałem więc z okazji i wyjaśniłem niejedno. 
Zdziwienie jej rosło. 

 

  —  No  tak  —  westchnęła,  gdy  nawróciłem  znowu  do  bliższych  spraw.  —  Nie 

wszystko jest u nas w porządku. Zrobiłoby się nawet to i owo samemu, ale zawsze czegoś 
brakuje. To gwoździ, to desek, to papy, a najczęściej majstra. 

Zaczęła opowiadać o miejscowych bolączkach. Kiwałem głową ze zrozumieniem. 

Zaopatrzenie wsi w materiały budowlane ciągle jest kiepskie, wiadomo. A rzemieślników 
też brak. Rozwija się wielki przemysł, więc wszyscy uciekają do fabryk. 

 

  — U nas nie jest jeszcze najgorzej — ciągnęła dalej swoją opowieść. — Człowiek 

nauczył  się  czegoś  w  życiu,  więc  sobie  radzi.  Ale  u  tamtych  —  wskazała  głową  na 
sąsiednie budynki — nędza. Gospodarze z nich dobrzy, lecz za mało obrotni. 

Domyśliłem  się,  kogo  ma  na  myśli,  gdyż  tam  mieszkali  Mazurzy.  Pochodziła 

pewnie  spod  Ostrołęki  albo  Myszyńca.  A  więc  i  ona  dzieliła  miejscową  ludność  na 
„naszych" i „tamtych"... 
 

  —  Nie  dają  im  przydziałów?  —  wtrąciłem  niewinnie.  Popatrzyła  na  mnie  jakoś 

dziwnie, jakby zlękła się naraz tych słów. Natychmiast zamknęła się w sobie. Poprzednia 
ż

yczliwość zniknęła. 

 

  —  Nam  się  należy  pierwszeństwo  —  odparła  dość  opryskliwie.  —  Jakie  mają 

zasługi? Gdy nas Hitler grabił i męczył, oni tu opływali w dostatki. 

Brr!...  Poczułem  się,  jakby  trzaśnięto  mnie  w  twarz.  Co  prawda  nie  mogłem  się 

niczego  innego  spodziewać.  Gdy  byliśmy  tu  po  raz  pierwszy,  chłopcy  na  łęgach 
przygotowali mnie do takiej rozmowy. Wiedziałem, że przykład płynie z góry i że za tym, 
co mówią, kryją się starsi. Mimo to wzburzyło się we mnie wszystko. „Kowalski, trzymaj 
się! — ostrzegłem się starym zwyczajem. — Potrzeba tu więcej cierpliwości niż zwykle". 

Zmitygowałem się na czas i nic nie odrzekłem. Co jej można było wyjaśnić? Że to 

nie są Niemcy, ale Mazurzy, którzy bronili się przed wynarodowieniem przez wieki? Że 
niejeden  z  nich  stracił  z  tego  powodu  życie,  że  wielu  męczono  w  obozach 
koncentracyjnych,  że  prześladowały  ich  nieustannie  bojówki  hitlerowskie  za  każdy 
przejaw  polskości?...  Na  pewno  by  temu  nie  uwierzyła.  Miała  własne,  uznane  przez 

background image

wszystkich  ludzi  napływowych,  poglądy.  Takie  się  zmienia  niełatwo.  Na  to  potrzeba 
czasu. 

Przeszedłem  więc  taktownie  na  inny  temat,  potem  zdobyłem  się  nawet  na  żart  i 

wreszcie  obejrzałem  całą  zagrodę.  Była  dobrze  utrzymana,  braki  niewielkie.  Naprawy 
wymagała  studnia,  przy  szopie  należało  poprawić  skoble,  przy  wrótniach  odpadły  dwie 
deski. Były to jednak drobiazgi. 

 

  —  Zajrzymy  teraz  do  innych  gospodarstw  —  powiedziałem,  gdy  już  zbadaliśmy 

wszystko. — Przyjdziemy tu później. 

Objęła nas czujnym spojrzeniem. 

 

  — No, gdybyście mogli naprawić studnię — rzekła trochę niepewnie — byłabym 

bardzo rada... Zatruwa mi ona życie. Chętnie zapłacę wam za to — dodała szybko. 

Znowu ogarnął mnie niesmak. Taka propozycja mogła obruszyć każdego harcerza, 

nie tylko mnie. Musiałem użyć dużego wysiłku, aby jej nie wygarnąć od serca. 

 

  —  Naprawimy  bez  zapłaty  —  uspokoiłem  ją,  starając  się  nadać  głosowi 

najbardziej normalne brzmienie. — Wstąpimy tu po południu. 

Wyszliśmy  na  drogę.  Przydzieliłem  chłopcom  poszczególne  domostwa  i 

rozrzuciłem  ich  równocześnie  po  całej  wsi.  Pokazałem,  jak  się  należy  wprowadzać  do 
zagród,  więc  obecnie  należało  wypróbować  ich  samodzielność.  Zadanie  było  zresztą 
niezbyt skomplikowane: zrobić listę braków i nawiązać dobre stosunki. 

Gdy rozeszli się, wstąpiłem do najuboższej chaty, znajdującej się prawie pośrodku. 

Zapukałem,  a  ponieważ  nikt  mi  nie  odpowiedział,  skierowałem  się  na  podwórze.  Pod 
rozłożystym kasztanem zobaczyłem starego człowieka. Klepał właśnie kosę, więc mnie w 
pierwszej chwili nie spostrzegł. Dopiero kiedy go pozdrowiłem, uniósł raptownie głowę. 
Ukazała  się  twarz  miła,  pociągająca,  ale  pokryta  silnie  zmarszczkami  i  przedziwnie 
smutna. 

 

  — A, harcerz! — przemówił życzliwie. — Proszę bliżej, druhu, proszę. 

Zaskoczyło  mnie  to  słowo  w  jego  ustach,  gdyż  wypowiedział  je  tak  naturalnie, 

jakby znał je od dawna. Przemawiał trochę gardłowo, chociaż bardzo poprawnie. Mazur, 
nie  mogło  być  wątpliwości.  Przysiadłem  obok  na  pieńku  i  wyjaśniłem  powód  swego 
przybycia.  Zaniepokoiłem  się  nagle.  W  miarę  moich  słów  twarz  mu  szarzała,  uśmiech, 
który pojawił się początkowo, powoli zanikał. 

 

  —  Tak,  harcerze...  —  odezwał  się  wreszcie,  pochylając  się  ciężko  nad  kosą.  — 

Piękny ruch... No, ale powiedz mi, druhu — tak się właśnie wyraził znowu: druhu! — co 
tu można zrobić nie mając ani drzewa, ani gwoździ, ani pieniędzy? 

To rzeczywiście było kłopotliwe pytanie. On był bezradny, a my też posiadaliśmy 

niewielkie zasoby. 

 

  — Coś niecoś zrobimy — starałem się nadrobić miną zmieszanie. — I ze starego 

można wykonać nowe. 

W zamyśleniu pokiwał głową. 

 

  —  No  cóż,  róbcie  —  przemówił  po  chwili  namysłu.  —  Możecie  tu  gospodarzyć 

jak w swoim obozie. Zawsze wam będę wdzięczny. Bez względu na to, czy zrobicie dużo, 
czy mało. 

Ktoś  może  wypowiedzieć  dużo  pięknych  i  wzniosłych  słów,  a  nie  sprawią  one 

background image

ż

adnego wrażenia. Kto inny natomiast wyrazi się prosto, zwyczajnie i mimo to wzruszy 

człowieka  do  głębi.  Właśnie  ten  Mazur  posiadał  tę  umiejętność.  Opanowała  mnie  jakaś 
nieśmiałość.  Potrafiłem  przecież  radzić  sobie  doskonale  w  największych  trudnościach, 
czułem  się  między  ludźmi  jak  ryba  w  wodzie,  gdzie  potrzeba,  umiałem  użyć  zręcznych 
słów i dowcipu, a tu się poczułem jak dziecko. Wstałem jakoś ociężale, zapowiedziałem 
swoje  późniejsze  przybycie  i  powoli,  jakbym  obawiał  się,  że  mi  się  nogi  popłaczą, 
wyszedłem  na  drogę.  „Czajki"  były  już  tam  prawie  w  komplecie.  Brakowało  jedynie 
Piętka. 

 

  —  Jest  w  tamtej  chacie  —  Malczak  wskazał  mi  sąsiedni  budynek.  —  Coś  długo 

marudzi. 

Należało go sprowadzić, więc wszedłem w obejście. Znalazłem go za domem, w 

ogródku. Majstrował przy jakimś kopcu. Obok niego, zajęty tą samą pracą, pochylał się 
dobrze mi znany Karol Osiński, mój rozmówca spod wierzby! 

 

  — Druhu zastępowy — zameldował Piętek, gdy mnie tylko zobaczył — budujemy 

piec! 

W jego głosie czuło się podniecenie. Musiało to rzeczywiście być coś ciekawego, 

jeśli tak przestał nad sobą panować. Przyjrzałem się uważnie kopcowi. Właściwie było to 
rumowisko zarośnięte chwastami i trawą, spod których wyglądały kamienie i cegły. Nie 
wyraził  się  ściśle.  Nie  budowali  jeszcze  pieca,  ale  rozbierali  jego  pozostałości.  Piętek 
zauważył widocznie na mej twarzy wątpliwość. 
 

  ---  Rozbieramy  —  uzupełnił  szybko,  —  ale  będziemy  go  wkrótce  zestawiali  na 

nowo. Zawalił się przed rokiem. Trzeba budować go od początku. 
 

  --- Przecież nie jesteś zdunem — zauważyłem z obawą, gdyż zląkłem się, że może 

nas skompromitować niefachową robotą. 

Nie speszył się wcale tą rozsądną uwagą. 

 

  —  Nie  jestem  —  zgodził  się  bez  zastrzeżeń.  —  Ale  nauczę  się  przy  okazji. 

Karolek zna się dobrze na takiej robocie, więc trzeba z tego korzystać. 

Karolek!...  Ucieszyłem  się  w  duchu,  że  już  zdążyli  nawiązać  z  sobą  tak  poufałe 

stosunki. Ten dziwny chłopiec o gęstych brwiach i zsuniętym na czoło kosmyku. 
sprawiający  trochę  niesamowite  wrażenie  swą  niemrawością,  nie  był  zbyt  łatwy  do 
rozgryzienia. 

 

  —  Świetnie  —  pochwaliłem  go  głośno.  —  Wszystko  się  przyda.  Tymczasem 

jednak  trzeba  przerwać  pracę.  Musimy  zjeść  obiad,  odbyć  naradę  i  rozdzielić  zajęcia. 
Później pomożemy Karolkowi całym zastępem. 

Ciemne  oczy  młodego  Mazura  zamgliły  się,  lecz  gdy  usłyszał  ostatnie  słowa, 

znowu nabrały blasku. 

 

  — Naprawdę potrafisz zbudować taki piec? — zapytałem go ciepło. 

Nie  zdążył  odpowiedzieć,  gdyż  właśnie  jego  Zilk  wybiegł  z  chwastów,  przypadł 

mu do nóg i zaskomlał radośnie. Uśmiechnąłem się w pierwszej chwili na ten widok, lecz 
zaraz przygasłem. Oto uświadomiłem sobie nagle, że jeszcze ani razu nie słyszałem jego 
szczekania. Co za przedziwne stworzenie! Milczące tak samo jak jego pan... 

Chłopak pochylił się i poklepał je delikatnie po grzbiecie. 

 

  — Potrafię — odpowiedział nareszcie. 

background image

Tyle  tylko.  Krótko  i  jasno,  bez  żadnych  zbytecznych  słów.  Zaczęło  mi  się  to 

bardzo podobać. Kto mniej mówi, ten więcej myśli, toteż z takiego zawsze jest większy 
pożytek. Ująłem Piętka pod ramię. 

 

  —  Idziemy  —  oświadczyłem  pogodnie.  —  Roboty  dużo,  nie  wolno  marnować 

czasu.  Ale,  ale...  —  zwróciłem  się  do  Karolka.  —  Jak  nazywa  się  ten  starszy  człowiek, 
który klepie kosę? 

Dźwięczny  stuk  dochodził  tutaj  wyraźnie.  Pytanie  było  zrozumiałe,  nie 

potrzebowałem  wiele  wyjaśniać.  Osiński  zorientował  się  natychmiast.  Uśmiechnął  się 
lekko, jakby to pytanie sprawiło mu żywą przyjemność. 

 

  — To Dziadek — wyjaśnił miękko. 

Czuło się, że bardzo lubi tego człowieka. To przezwisko jednak mówiło mi         

niewiele, więc powtórzyłem pytanie. Karolek okazał się nadspodziewanie wymowny. 

 

  —  To  Zygfryd  Boenig  —  uzupełnił z przejęciem. — Członek dawnego Związku 

Polaków w Niemczech. Organizował tu polskie szkoły. Przez zemstę Niemcy zniszczyli 
mu gospodarkę, a bojówki kiedyś skatowały go tak dotkliwie, że dotąd utyka. 

Nie  zauważyłem  przedtem  tego  kalectwa,  bo  siedział,  gdy  z  nim  prowadziłem 

rozmowę.  Zaskoczyła  mnie  ta  wiadomość.  Być  członkiem  Związku  Polaków  tu,  na 
Mazurach,  było  to  bohaterstwo.  Prześladowania  były  okropne.  Nie  przypuszczałem 
nigdy,  że  z  takim  człowiekiem  spotkam  się  oko  w  oko.  W  milczeniu  wyszedłem  za 
bramę. 

 

  —  Niezwykła  rzecz  —  mruknął  Piętek,  oglądając  fachowym  okiem  budynki.  — 

Człowiek, który ma największe -zasługi, mieszka w najuboższym domostwie. Coś tu nie 
Jest w porządku... 

Nic  na  to  nie  odpowiedziałem.  Dla  mnie  również nie było to naturalne. Szarpnął 

mną gniew. Dawniej kierowało mną tylko uczucie, odruchowo broniłem Mazurów. Teraz 
zrozumiałem, że potrzebują od nas nie tylko zrozumienia i życzliwości, ale także pomocy. 

 
 
 
 

Znajomy trop 

 
 
 

 

P

rzeraziłem się, gdy przejrzałem sporządzone przez chłopców wykazy. Potrzeby 

były  olbrzymie,  a  materiałów  brak.  Najgorzej  przedstawiało  się  u  Mazurów,  ale  też  i  u 
innych, zwłaszcza u repatriantów zza Buga, nie zawisa było najlepiej. 

—  Udasz  się  ze  Zdaneckim  do  obozu  —  powiedziałem  do  Piętka,  rozważywszy 

dokładnie wszystko. — Zabierzesz listy i puste plecaki. 

W piśmie do drużynowego poinformowałem go o naszych kłopotach i prosiłem o 

zezwolenie  na  pozostanie  tu  przez  trzy  dni  zamiast  jednego,  jak  przewidzieliśmy 

background image

programem.  Prosiłem  również  o  prowiant.  Drugi  list  skierowałem  do  kwatermistrza. 
Zapytywałem, czy nie wykroczę poza posiadane przez nas zwolnienia z dyrekcji lasów, 
jeśli część materiału do napraw weźmiemy z puszczy. 

Piętek  odszedł,  my  zaś  przygotowaliśmy  sobie  na  łęgach  obiad,  a  po  posiłku 

udaliśmy  się  z  powrotem  do  wsi.  Na  początek  wzięliśmy  „na  warsztat"  trzy  pierwsze 
zagrody.  Od  razu  utworzyły  się  zbiegowiska.  Było  sporo  dzieciarni,  lecz  również  nie 
brakowało  dorosłych,  przyglądano  się,  jak  to  zwykle  w  takich  wypadkach,  trochę  z 
niedowierzaniem  i  nieufnością,  na  niejednej  twarzy  błąkał  się  pobłażliwy  uśmieszek. 
Znałem  to  z  doświadczenia,  więc  nie  zwracałem  uwagi  ani  się  nie  peszyłem. 
Rozdzieliłem  zadania,  na  czoło  wysunąłem  najlepszych.  Przez  pewien  czas 
kontrolowałem i dawałem wskazówki. Gdy wszystko zaczęło układać się dobrze, udałem 
się do Rojkowej — do tej gospodyni, która nam zaproponowała zapłatę. Praca przy studni 
wydawała się prosta. Były to jednak tylko pozory, sam więc postanowiłem ją wykonać. 
Obejrzałem raz jeszcze wszystko. Korba była obluzowana, łożyska spróchniałe, pokrywa 
złamana w kilku miejscach, daszek nad wałem rozbity. 

 

  —  Znajdzie  się  jakaś  gruba  deska?  —  zapytałem  stojącego  obok  mężczyznę,  w 

którym domyśliłem się gospodarza. 

Skinął głową potakująco. Wyjaśniłem mu dokładnie, co mi będzie potrzebne. Udał 

się  bez  słowa  do  szopy,  a  gdy  stamtąd  powrócił,  miał  wszystko,  nawet  kawałki  dębiny. 
Wymierzyłem  brakujące  części,  odrysowałem  na  drzewie  i  oddałem  do  przycięcia 
Malczakowi, który mi tutaj pomagał. Sam zająłem się wałem. 

 

  — Pomóżcie, panowie — zwróciłem się do dwóch mężczyzn, przyglądających się 

do tej pory bezczynnie. 

Wał  był  ciężki,  pomoc  rzeczywiście  była  potrzebna.  Szło  mi  poza  tym  o 

zatrudnienie zbytecznej przy takich zajęciach gawiedzi. Jest to sposób wypróbowany. Ko-
mu da się pracę, ten nie przeszkadza. Gospodarze oczywiście nie odmówili, a potem stali 
się  nawet  bardzo  uczynni.  Robota  poszła  jak  z  płatka.  Już  bez  szczególnych  trudności 
wybiłem korbę, wyrzuciłem najrozmaitsze kliny, którymi umacniano ją do tej pory, i za-
biłem dziurę na głucho. Teraz wywierciłem na nowo otwór i ostrożnie zacząłem osadzać 
ż

elazo. 

 

  — Dobry fachowiec — ktoś tam pochwalił, cmokając głośno w dowód uznania. — 

Ładna robota. 

Pochwały rosły, ale nie. zwracałem na nie szczególnej uwagi. Nie o to tu szło. 

Czuwałem tylko, aby praca rzeczywiście była wykonana porządnie. Umocowałem korbę, 
założyłem nowe łożyska, a potem zabrałem się z kolei do daszka i pokryw. Po godzinie 
wszystko było gotowe, studnia wyglądała jak nowa. Rojek zakręcił korbą w zachwycie. 

 

  — Ależ chodzi! — wykrzyknął, rzucając na otaczających pełne triumfu spojrzenie. 

Zrozumiałe, musiała chodzić. Odsunąłem się nieco, bo każdy chciał popróbować. 

Uciechy  było  sporo,  posypały  się  żarty.  Sprawdziłem  godzinę.  Druga.  Trzeba  było  się 
ś

pieszyć. Nie wiadomo, jaką Piętek przyniesie odpowiedź, a jeśli tu nie pozostaniemy do 

jutra... 

Zwijałem  się  gorączkowo,  bo  mnie  nagle  zdjął  lęk,  Zadania  były  przecież 

background image

olbrzymie, w ciągu zaś tak krótkiego czasu nie mogliśmy wykonać wiele. Pozostawiłem 
więc  Malczaka  przy  wrótniach,  sam  zaś  przeszedłem  do  następnej  zagrody.  Wszystko 
tutaj  szło  dobrze.  Również  u  Kaźmierczaka,  który  przybijał  w  sąsiedztwie  obluzowane 
sztachety,  nie  było  żadnych  kłopotów.  Powlokłem  się  do  Karolka.  Ten  rozbierał  w 
dalszym  ciągu  rumowisko,  układając  z  boku  wydobyte  kamienie  i  cegły.  Serce  mi 
uderzyło radośnie, Jakby to był chłopiec z mojego zastępu. My naprawialiśmy, on robił to 
samo. 

Na mój widok wyprostował się i otarł pot z czoła. 

 

  — A gdzie Janek? — zapytał nieśmiało. 

Janek to było imię Piętka. Ha, jeśli i ten używa imienia, przyjaźń widocznie została 

zawarta na dobre! Chciało mi się krzyczeć z uciechy. 

 

  —  Poszedł  do  obozu  —  odpowiedziałem  życzliwie.  —  Wróci  wkrótce.  A  gdzie 

twój Zilk? — zapytałem z kolei. 

Psa nie było w pobliżu. Tak się przyzwyczaiłem widzieć ich zawsze razem, że 

teraz mi go zabrakło. Osiński rozejrzał się naokoło. 

 

  — Właśnie, gdzie on się podział?... — zastanowił się głośno. — Wołałem go kilka 

razy, ale nie przyszedł. Pewnie pobiegł do lasu. 

Nie  wydawał  się  tym  wcale  przejęty.  Pogawędziłem  jeszcze  chwilę,  a  potem 

wróciłem  do  „Czajek".  W  zagrodzie  Rojka  wrótnie  były  gotowe,  Malczak  zabierał  się 
właśnie do skobli. Podbiegła do mnie gospodyni. Oczy jej błyszczały z radości. 

 

  —  Ależ  zrobiliście  mi  niespodziankę!  —  zaczęła  wychwalać.  —  Chłopcy,  a  tak 

potrafią  pracować!  Tej  studni  nigdy  wam  nie  zapomnę.  Traciłam  przy  niej  nerwy  i 
zdrowie... 

Powiedziała  jeszcze  wiele  innych,  nie  mniej  przyjemnych  słów,  przy  okazji 

zwymyślała męża od niedołęgów i wreszcie wyciągnęła do mnie rękę, mnąc w niej jakiś 
papierek. 

 

  —  To  dla  was  —  szepnęła  protekcjonalnie.  —  Pięćdziesiąt  złotych.  Przyda  wam 

się z pewnością. 

Nie tracę zazwyczaj fantazji z byle jakiego powodu, jednakże tym razem krew mi 

uderzyła do głowy. Z trudem zdołałem się opanować. Ostatecznie — ta kobieta nie miała 
nic złego na myśli. Po prostu chciała nam się odwdzięczyć. Przyjrzałem się badawczo jej 
twarzy. Była inteligentna, pełna żywiołowej energii. Coś niezwykłego przyszło mi nagle 
do głowy. 

 

  —  Nie  bierzemy  pieniędzy  za  dobre  uczynki  —  odpowiedziałem  powoli.  — 

Natomiast, jeśli pani pozwoli, chciałbym poprosić o zapłatę innego rodzaju... 

Czułem,  jak  Malczak  wpatruje  się  we  mnie  ze  zgrozą.  Zastępowy,  który 

przemawia  w  ten  sposób,  musiał  mu  się  wydać  przestępcą.  Za  to  gospodyni  była  tym 
zachwycona. 

 

  —  Chętnie  zapłacę  czym  innym  —  odparła  z  werwą.  —  Może  chcecie  jajek  lub 

masła? 

Zastanawiałem się chwilę. Wytrzyma to uderzenie czy nie? Wyglądała na dzielną 

kobietę, trzeba będzie zaryzykować. Gra szła o wielką stawkę. Jeśli ją wygram... 

background image

Nabrałem głęboko w płuca powietrza. 

 

  — Nabiał też nam nie jest potrzebny — wypaliłem gładko. — Mam inną prośbę. 

W tej wsi mieszka wielu Mazurów. Otóż niech nam pani przyrzeknie w zamian za naszą 
robotę, że nie nazwie pani odtąd żadnego z nich Niemcem. To nic nie kosztuje. 

Rojek,  stojący  obok,  przestąpił  chwiejnie  z  nogi  na  nogę,  twarz  mu  nagle 

zszarzała. Jego żona znieruchomiała zupełnie. Nie spodziewała się tej propozycji. 

 

  — Mazurzy to są rdzenni Polacy — dodałem miękko. — Gdyby nie oni, pani nie 

miałaby tu gospodarstwa, a nas nie byłoby także w tej wsi. Nie mielibyśmy praw do tych 
wielkich terenów. Jeśli ta ziemia należy do nas, to jest w tym ich wielka zasługa. 

Milczeli, jakby stracili mowę. Doszedłem do wniosku, że powiedziałem wszystko. 

Odsunąłem  się  więc  i  pomogłem  Malczakowi  przy  wbijaniu  nowego  skobla.  Coś 
zaplątało mi się przy nogach, spojrzałem w dół. Oniemiałem z wrażenia. Zilk, poczciwy 
pies  naszego  Karolka!...  Przeniosłem  oczy  na  bramę.  Nadchodził  Zdanecki  z  Piętkiem. 
Odetchnąłem  z  ulgą.  Wypchane  plecaki  świadczyły,  że  załatwili  sprawy  pomyślnie. 
Przynosili żywność, mogliśmy zatem pozostać. 

Piętek  wręczył  mi  listy.  Gdy  Je  przeczytałem,  popadłem  w  zakłopotanie. 

Drużynowy  najwyraźniej  ucieszył  się  z  naszych  projektów  i  oczywiście  wyraził  zgodę. 
Natomiast list kwatermistrza zabił mi klina. 

„Wyciąć  można  —  donosił  —  z  zachowaniem  obowiązujących  przepisów. 

Postępować oszczędnie, drzewo to bardzo cenny materiał. Co tam pozostawimy, ujmiemy 
kuchni w obozie". 

 

  — Nie warto tym się przejmować — zauważył Piętek, który znał widocznie treść 

pisma. — Co tu zużyjemy, w obozie zastąpimy szyszkami. 

Pokiwałem  głową  z  uznaniem.  Pomysł  był  doskonały.  Szyszki  stanowią  lepszy 

nawet  opał  od  chrustu.  Co  prawda  przybędzie  nam  pracy,  szyszki  bowiem  trzeba 
pozbierać w lesie. To nie miało jednak znaczenia, gdy szło o dobre uczynki. 

 

  — W porządku — zgodziłem się bez najmniejszego wahania. — Tak postąpimy. A 

teraz udajcie się do zagrody Boeniga i tam złóżcie bagaże. 

Piętek odwrócił się i świsnął delikatnie przez zęby. 

 

  — Zilk — zawołał tak, jak to robił zazwyczaj Karolek — idziemy! 

Spojrzałem  zdumiony.  Pies  przechylił  łeb,  popatrzył  rozumnie  na  swego  nowego 

pana i merdnął wdzięcznie ogonem, a polem pobiegł drobnym truchcikiem do bramy. 

 

  — Mądry zwierz — pochwalił go Piętek. — Był z nami w obozie. Doskonale zna 

drogę. Prowadził tam i z powrotem. 

Zastanowiły mnie trochę te słowa. Zna drogę... Kiedy ją poznał? Przecież Karolek 

nie był jeszcze nigdy w obozie... 

Przestałem  zaraz  zajmować  się  tymi  myślami,  Piętek  bowiem  odszedł,  ja  zaś 

wróciłem  do  przerwanej  roboty.  Zaklinowałem  dziury,  potem  przyłożyłem  klamrę  do 
futryny i osadziłem mocno. 

 

 — Dobij — przynagliłem Malczaka. 

Była to nasza ostatnia praca. Gdy skończyliśmy, postanowiłem raz jeszcze obejść 

całą  zagrodę,  aby  nic  nie  przeoczyć.  Minąłem  szopy  i  zacząłem  obchodzić  bokiem 
gnojówkę, aby dostać się do stodoły. Przystanąłem nagle jak wryty. W miękkim gruncie 

background image

każda noga, która tędy przeszła, pozostawiła wyraźny ślad. Jeden z nich był mi dziwnie 
znajomy. Żelazna podkówka z sercowatym zagłębieniem do środka. Na lewym obcasie. 
Nie  to  jednak  było  uderzające.  Takich  podkówek  spotykało  się  dużo  w  tej  okolicy,  ale 
ż

adna z nich nie miała urwanego końca od środka jak ta. I to właśnie na lewym obcasie! 

Rozejrzałem  się  po  podwórzu.  Malczak  zbierał  wióry,  gospodarzy  nie  było. 

Wyjąłem notatnik i porobiłem szkicowe rysunki. Tak, to „Wyszczerbiona Podkowa", nie 
może być wątpliwości. Jeden z dobrych znajomych, który często kręcił się koło naszego 
obozu. Więc on i tutaj zagląda!... Jeden ślad, drugi i trzeci. Obok trop 
właściciela  tej chaty. Szli więc tędy we dwóch. Ramię 
przy ramieniu, drobnym krokiem, u więc bez zbytecznego pośpiechu. Prowadzili pewnie 
przyjacielską rozmowę... 

Wróciłem do Malczaka. Uprzątnął wszystko, robota była skończona. Zbliżyliśmy 

się  do  chaty,  gospodarze  wyszli  przed  próg.  Objąłem  Rojkową  pytającym  spojrzeniem. 
Zrozumiała bez słów. 

— No tak... — odezwała się cicho. — Jestem winna, więc trzeba zapłacić. Może to 

rzeczywiście  niedobrze,  że  tak  ich  nazywamy.  Dawniej  oni  się  nawet  z  nami  o  to 
sprzeczali... 

Przeniosłem wzrok na gospodarza. Nie patrzył na nas. Wydawał się przygnębiony 

lub zły. Na jego czole rysowała się zmarszczka, ciężka chmura pokrywała mu twarz. 

 

 
 
 

Dobra zapłata 

 

 
 
 

O

tworzyłem oczy. Przez szpary stodoły sączyło się światło, na zewnątrz musiało 

być  widno.  Przechyliłem  ostrożnie  głowę.  Chłopcy  spali  w  najlepsze.  Nasłuchiwałem 
przez chwilę. Cisza. 

Miałem  zawsze  czujny  sen,  obecnie  zaś,  w  czasie  pobytu  w  puszczy,  stałem  się 

jeszcze bardziej wrażliwy na każdy szmer. Byłem przeświadczony, że nie obudziłem się 
bez powodu, doszedłem jednak wkrótce do wniosku, że uległem złudzeniu. Pewnie jakaś 
mysz przebiegła pod słomą w sąsieku. Spojrzałem na zegarek: dochodziła piąta. Jeszcze 
jest czas. 

Przymknąłem powieki, ale już nie zasnąłem. Rozmyślałem o dziwnej znajomości 

Wyszczerbionej Podkowy z Rojkiem, o ich spacerze w podwórku i o pracach, które nas 
dzisiaj  czekają.  Trzeci  dzień  pobytu  w  tej  wsi...Co  leżało  w  granicach  naszych 
możliwości, już zrobiliśmy. Nie było gospodarstwa, w którym nie wykonalibyśmy jakiejś 
usługi.  Pozostał  tylko  dach  u  ubogiej  rodziny  repatriantów  zza  Buga,  ale,  niestety,  nie 
mieliśmy papy. No i całe obejście Boeniga. Z tym było najtrudniej... 

background image

Pode mną, na klepisku, rozległ się szelest, krótki i delikatny, więc nie zwróciłem 

na niego uwagi. W stodole jest to zjawisko normalne. Kłopotliwe myśli pochłonęły mnie 
całkowicie. Czekała nas najcięższa robota i to mi nie dawało spokoju. Wszystko tam wy-
magało  naprawy,  potrzeba  było  dużo  i  to  dobrego  budulca.  Nie  zastąpią  go  ani gałęzie, 
ani wybrakowane chojaki. 

Przerwałem  rozmyślania.  Tym  razem  nie  mogło  być  wątpliwości,  że  coś  tam  na 

klepisku  nie  jest  w  porządku.  To,  co  teraz  usłyszałem,  na  pewno  nie  było  złudzeniem. 
Dźwięk  był  nieznaczny,  ale  wyraźny  i  metaliczny,  jakby  ktoś  dotknął  przypadkiem 
menażki. Znajdowały się tam nasze plecaki, należało więc sprawdzić. Furtka była tylko 
na pół przymknięta. Mogła dostać się do środka kura, a to zawsze kiepski gospodarz. 

Ponieważ doszedłem do wniosku, że i tak nie zasnę, zabrałem ubranie i zacząłem 

zsuwać  się  ostrożnie  z  sianu,  aby  nie  obudzić  zastępu.  Zeskoczyłem  wreszcie  lekko  na 
ziemię.  Jakież  było  moje  zdumienie,  gdy  ujrzałem  naprzeciw  —  naszego  majstra  spod 
wierzby! Siedział skulony w kącie i wymierzał starannie moją dębową laskę. 

Chłopak  speszył  się  tym  nagłym  najazdem.  Swoim  zwyczajem  spojrzał  na  mnie 

spode  łba  i  przyczaił,  jakby  zamierzał  odeprzeć  atak.  Uśmiechnąłem  się  do  niego 
przyjaźnie, aby mu dodać otuchy. Nie przyszło mi nawet do głowy, że mógł przybyć tu w 
jakichś podejrzanych zamiarach. 

— Co się stało? — spytałem. — Dlaczego tak wcześnie? 
Karolek przestał wymierzać, ale nie odrywał oczu od laski. Nie dziwiłem się temu 

specjalnie, bo wyglądała solidnie. Różniła się zresztą od innych. Cała drużyna miała laski 
sosnowe,  gdyż  wszyscy  uganiali  się  za  lekkością.  Ja  wolałem  taką.  Wprawdzie  cięższa, 
ale  za  to  znacznie  więcej  wytrzyma.  Jedynie  Jankowski,  który  mnie  podpatrzył,  kiedy 
wybierałem  na  nią  materiał,  w  tartaku,  miał  zupełnie  podobną.  Osiński  odłożył  ją  bez 
pośpiechu. 

 

 

— Czekam na Janka — odezwał się wreszcie. — Będziemy zaraz stawiali piec. 
Tak,  to  było  przewidziane  w  programie.  Pokiwałem  głową  z  zadowoleniem  i 

naciągnąłem na siebie bluzę. Nie śpieszyłem się zbytnio. Sprawdziłem znowu godzinę. 

 

  — Będziesz musiał czekać dość długo — rzekłem niefrasobliwie. — Nie mogę go 

zbudzić wcześniej. W naszym zastępie panuje zawsze... 

Urwałem raptownie. Chciałem się pochwalić i natychmiast spotkała mnie kara. W 

oczach Karolka zobaczyłem jakieś podejrzane ogniki. Zmarszczyłem brwi. 
 

  --- Z czego się śmiejesz? — zapytałem trochę niepewnie. 

 

  ---  Nie,  nie  śmieję  się  —  chłopak  stropił  się  wyraźnie.  Tylko  że  Janek...  wstał 

dawno. Piecze przecież chleb z Boenigową... 

Zabił  mi  klina  tym  wyjaśnieniem,  lecz  nie  okazałem  żadnego  zdziwienia.  Nie 

wypadało.  Za  to  ubrałem  się  błyskawicznie.  Chciałem  właśnie  wyjść  ze  stodoły,  gdy 
naraz  zaczęły  nurtować  mnie  wątpliwości.  Odwróciłem  się  szybko.  Karolek  chował  do 
kieszeni  calówkę.  Zrozumiałe  —  nie  naszą,  lecz  własną.  Tę,  którą  wymierzał  przed 
chwilą laskę. 

 

  —  Jeśli  wiedziałeś,  że  Piętek  jest  w  domu  —  zastanowiłem  się  głośno  —  to 

dlaczego tutaj przyszedłeś? 

Zmieszanie Karolka doszło do szczytu. 

background image

 

  —  Nudziło  mi  się  czekanie    zaczął  bąkać  niejasno;  —  Postanowiłem  obejrzeć  z 

bliska wasze przyrządy. 

Zrobiło mi się go żal. Widać było, że czuje skruchę, że jest w wielkim kłopocie. 

Mimo  to  twarz  jego  nie  wyrażała  bynajmniej  żalu.  Przeciwnie  —  ujawniła  się  na  niej 
zaczepność  i  ta  milcząca  nieufność,  którą  dojrzałem,  gdy  rozmawialiśmy  pod  wierzbą 
przy pierwszym naszym spotkaniu. Doszedłem do wniosku, że postawiłem pytanie zbyt 
szorstko. Złagodziłem więc ton, lecz nie zaprzestałem jeszcze badania. 

 

  — A dlaczego mierzyłeś laskę? — spytałem. — Chcesz zrobić taką dla siebie? 

 

  — Z ciekawości. Ładnie wygląda... 

Uspokoił  się  trochę.  Zacząłem  sobie  robić  wyrzuty.  „Z  takim  chłopcem  należy 

postępować  bardzo  ostrożnie.  Jest  chyba  wrażliwszy  od  innych,  jeśli  nawet  wśród 
rówieśników czuje się obco. Trzeba więc usuwać tę obcość..." 

Podszedłem do niego i położyłem rękę na jego ramieniu. Odczuł widocznie, że jest 

to naprawdę życzliwy gest, bo uśmiechnął się lekko. To mi dodało ducha. 

 

  —  Jak  tam  z  piecem?  —  zagadnąłem  pogodnie.  —  Zdążymy  go  dzisiaj 

wykończyć? 

Uśmiechnął  się  szerzej  i  potwierdził  natychmiast.  Już  w  najlepszej  komitywie 

skierowaliśmy się na podwórze, a potem weszliśmy do chaty. 

 

  — O, i zastępowy wstał dzisiaj wcześniej niż zwykle! — zażartowała Boenigowa, 

ujrzawszy nas w drzwiach. — Robotne z was chłopy. 

Była  to  miła  staruszka,  przygięta  wiekiem,  ale  pełna  jeszcze  życia.  Przeniosłem 

oczy  na  Piętka.  A  jakże,  był.  Pochylał  się  właśnie  w  kącie  nad  dzieżą  i  miesił  ciasto  z 
wielką energią. Cóż, spełniał dobry uczynek... Nie należało mu robić wymówek, że mnie 
nie uprzedził, tym bardziej, że znajdował się w granicach obozu. 

Pożartowałem więc z Mazurką, przyniosłem jej drzewa do pieca, a potem udałem 

się  nad  jezioro.  Było  chłodno,  ale  bardzo  przyjemnie.  Powałęsałem  się  trochę,  a  gdy 
wróciłem po godzinie do chaty, bochenki już wyrastały w koszyczkach. Piętek formował 
właśnie ostatni. 

--- Będzie ze mnie piekarz --- mruknął wesoło. 
— Będzie — potwierdziła gospodyni z uznaniem. — Druh ma złote ręce do takiej 

roboty. 

Boenigowie od początku nazywali nas wszystkich druhami. Było to bardzo miłe. 

Czułem  się  tu  dobrze,  tym  bardziej,  że  zapach  świeżego  ciasta  przyjemnie  łaskotał 
nozdrza.  Trzeba  było  jednak  zajrzeć  do  chłopców.  Nikt  nie  spał.  Chociaż  było  za 
wcześnie, zarządziłem pobudkę, takie bowiem wylegiwanie się nie miało żadnego sensu. 
Poranek  był  śliczny,  należało  na  niego  popatrzeć  i  odetchnąć  głęboko  czystym, 
pachnącym żywicą powietrzem. 

W  pół  godziny  później  zabraliśmy  się  do  śniadania.  Stół  był  zastawiony 

wytwornie. Kawunia z mleczkiem, jajka, serek, masełko, ciemny chleb wiejski wyborny 
w  smaku.  Skąd  się  to  wzięło?...  Zrozumiałe,  od  naszych  nowych  przyjaciół.  Cała  Stara 
Wieś  wzięła  nas  obecnie  pod  swoją  opiekę  i  traktowała  jak  miłych  gości.  Stale  ktoś 
dodawał coś nowego, wybór stawał się coraz większy. Naszych zapasów z obozu nawet 
nie tknęliśmy, bo kogo by one znęciły, gdy wokół było tyle przysmaków? 

background image

Tak, nie ma w tym wcale przesady... Krępowało nas to początkowo, próbowaliśmy 

odmawiać.  Okazało  się  szybko,  że  tak  postępować  nie  wolno.  Ludzie  dawali  bez 
wyrachowania,  z  wdzięczności,  sympatii  i  —  co  najważniejsze  —  z  dobrego  serca. 
Należało  to  uszanować.  Chłopcy  byli  tym  zachwyceni,  lecz  i  na  twarzach  naszych 
gospodarzy widniała radość. 

O  ósmej  przystąpiliśmy  do  zajęć.  Piętek  odszedł  z  Karolkiem  do  pieca,  ja  zaś  z 

resztą zabrałem się do zagrody Boeniga. Najpierw zarządziłem całkowitą rozbiórkę płotu, 
gdyż  to,  co  było,  rozpadłoby  się  na  pewno  za  pierwszym  mocniejszym  podmuchem 
wiatru  w  czasie  najbliższej  jesieni.  Niespodziewanie  pojawił  się  przed  nami  gospodarz. 
Zdziwiłem się trochę, bo nie widziałem go od rana, więc byłem przekonany, że poszedł 
do żniw. Gdy zobaczył, co robimy, zmarkotniał. 

—  No  cóż...  —  rzekł  w  zamyśleniu.  —  Starość  nie  radość.  Dobrze  czynicie, 

zwalając wreszcie. Ten płot był kiedyś ładny, lecz teraz nawet psu na budę się nie zda... 

Nic  nie  powiedziałem.  W  tych  słowach  było  za  dużo  smutku,  aby  silić  się  na 

rozmowę.      Postał  chwilę  i  wszedł  na  podwórze,  stukając  ciężko  trepami  po  bruku.  Jak 
wszyscy Mazurzy, używał tego obuwia przy gospodarstwie. Dopiero teraz zauważyłem, 
ż

e silnie utyka. Normalnie poruszał się wolno, kalectwo wówczas nie rzucało się w oczy. 

Gdy jednak przyśpieszył kroku, jak to zrobił przed chwilą, widać je było wyraźnie. 

Posmutniałem.  Przypomniałem  sobie  wszystko,  co  opowiedział  o  nim  Osiński.  Z 

troską rozejrzałem się po materiale, który pozostał z rozbiórki. Szczerze chciałem sprawić 
temu człowiekowi choćby trochę radości. Niestety, wybierze się z tego niewiele. Niektóre 
słupy zmurszały zupełnie, sporo sztachet brakuje, a i te, które pozostały, też przedstawiają 
się kiepsko. W ostateczności można by użyć ich gdzieś w głębi, ale w żadnym wypadku 
na froncie... 

Kombinowałem  na  różne  sposoby,  próbowałem  najrozmaitszych  rozwiązań, 

obliczałem  wielokrotnie,  lecz  ciągle  bez  skutku.  Zapotrzebowanie  na  drzewo  było  ol-
brzymie,  nie  mogło  być  mowy  o  sprowadzeniu  z  lasu  takich  ilości.  Widząc,  że  nie  ma 
wyjścia, postanowiłem budować z tego, co jest. Sztachety muszą pozostać te same, płot 
się  skróci,  zasłaniając  chatę  tylko  od  drogi.  Wymieni  się  natomiast  słupy,  na  starych 
bowiem nic się nie oprze... 

Gdy  zastanawiałem  się  nad  tym,  ukazała  się  pani  Rojkowa.  Szła  w  naszym 

kierunku.  Sądziłem,  że  minie  nas  spokojnie,  ale  się  omyliłem.  Podeszła  blisko  i  przy-
stanęła. Wyglądała na rozsierdzoną. 

 

  —  Cóż  to  jesteście  tak  niełaskawi  dla  mnie?  —  zapytała  z  przekąsem.  —  Moje 

masło wam nie smakuje?, 

Hm,  nie  wytrzymała!...  Spodziewałem  się  takiego  ataku,  bo  miała  do  niego 

podstawy.  Była  jedyną  gospodynią  we  wsi,  od  której  niczego  nie  przyjęliśmy.  Gdy 
przysłała  masło,  odesłałem  z  uprzejmą  podzięką.  Istniała  przecież  między  nami  umowa 
specjalna. 

 

  — Jeszcze nie próbowaliśmy — odpowiedziałem usiłując obrócić to w żart. — Ale 

nic  straconego.  Zaprosimy  się  kiedyś  w  gościnę  całym  zastępem.  Z  pewnością  nikt  nie 
będzie wtedy narzekał. 

Zdawało mi się, że chce się uśmiechnąć, ale zaraz zmarszczyła brwi. Prezentowała 

background image

się groźnie. Coś tam burknęła pod nosem i zaczęła się przyglądać uważnie naszej robocie. 

 

  —  Rozwalacie  mu?  —  mówiła  powoli.  —  Po  co  to  wszystko?  —-  dodała 

opryskliwie. — Szkoda waszego wysiłku. Drzewo nawet funta kłaków niewarte. 

Miała słuszność. Też o tym wiedziałem. 

 

  —  To,  co  zrobimy,  będzie  niewątpliwie  lepsze  od  tego,  co  było  —  odparłem 

jednak z całym spokojem. Ze dwa lata wytrzyma. 

Popatrzyła na mnie przeciągle, w jej oczach rozbłysły złośliwe iskierki. Zrobiło mi 

się nieprzyjemnie. Była to ładna kobieta i, jak mi się zdawało, wcale niegłupia. W złości 
traciła wiele. 

 

  —  A  niech  wytrzyma!  —  mruknęła  gniewnie.  —  Jeśli  koniecznie  chcecie 

wysługiwać się Niemcom, to się wysługujcie. Wasza sprawa, nie moja! 

Spojrzała  wyzywająco,  jakby  chciała  w  ten  sposób  wzmocnić  brutalność  tych 

słów.  Wytrzymałem  dobrze  to  uderzenie  i  nie  odwróciłem  oczu.  Zachowałem  przy  tym 
zupełne milczenie. 

Speszyła się nieco. Spodziewała się widocznie jakichś  ostrzejszych słów i pewnie 

dałaby  nie  mniej  ostrą  odpowiedź.  Na  szczęście  nic  z  tego  nie  wyszło.  Poruszyła  się 
niepewnie,  a  potem  powoli  podeszła  do  słupa,  który  Janicki  właśnie  wyważał  z  ziemi. 
Przyglądała  się  pewien  czas,  wreszcie  dotknęła  rygli,  sprawdziła  fachowo  sztachety  i 
znowu zbliżyła się do mnie. 

 

  — Chodźcie za mną — odezwała się nagle, machając energicznie ręką. 

Było to trochę zaskakujące, nie rozumiałem przy tym, o co jej chodzi. Udałem się 

jednak  za  nią  posłusznie.  Gra  szła  o  wielką  stawkę,  trzeba  było  wiele  wytrzymać. 
Obejrzała się zaraz. 

 

  — Wszyscy! — krzyknęła ostro. — Cały... — zastanowiła się. — Cały zastęp! 

Nie  wiem  dlaczego,  ogarnęła  mnie  wielka  wesołość.  Nie  czuło  się  obecnie  w  tej 

kobiecie gniewu, lecz zdecydowanie i silną wolę, z czym jej było bardzo do twarzy. Na 
dobrą  sprawę  mogłaby  nami  dowodzić,  gdyby  tylko  nabrała  trochę  miękkości. 
Komenderowała  jak  kapral  nie  znoszący  najmniejszego  oporu.  Ostatecznie  nie  było  to 
groźne. Przywołałem chłopców gwizdnięciem i z panią Rojkową na czele wkroczyliśmy 
uroczyście do jej zagrody. 

Zaprowadziła nas prosto do szopy. Znajdowało się tu sporo budulca, i to w dobrym 

gatunku. Znałem dobrze to miejsce. 

 

  — Starczy tego na płot? — spytała nie odwracając się do mnie. 

Poruszyłem się chwiejnie. Zaczęło mi się coś nie podobać w tym wszystkim. Płot 

miała  przecież  dobry,  a  zresztą  nie  mieliśmy  już  czasu.  Trzeba  było  kończyć  ten  u 
Boeniga. 

 

  — No, pytam: czy starczy? — głos jej zabrzmiał ostrzej niż przedtem. — Idzie mi 

o płot tego starego — dodała, domyśliwszy się widocznie, że zrozumiałem niewłaściwie 
jej pierwsze słowa. — Nie mój. 

To dopiero wyprowadziło mnie z równowagi, byłem przekonany, że kpi. Mogłem 

na  wszystko  pozwolić,  ale  nie  na  żarty  z  mojego  nieszczęśliwego  staruszka.  „Ko-
walski"!... — to wewnętrzne ostrzeżenie zdążyło przyjść jeszcze na czas i powstrzymało 
mnie od wybuchu. Postanowiłem potraktować jej pytanie poważnie. 

background image

 

  --- Starczy — odparłem rzeczowo. — Na front na pewno, a chyba pozostanie także 

trochę na boki. 
 

  ---  No,  więcej  nie  mam  —  westchnęła  lekko  i  wreszcie  spojrzała  na  mnie.  — 

Zróbcie tymczasem z tego, co jest. Zobaczy się później... 

Była  szczerze  zmartwiona.  Zdumiałem  się  tą  jej  nagłą  przemianą,  opadły  mnie 

najrozmaitsze uczucia. A więc to nie są bynajmniej żarty! Traktuje tę sprawę na serio. Co 
się z nią stało?... 

Stałem ciągle niezdecydowany i oszołomiony. Niczego nie mogłem zrozumieć. 

 

  —  Na  co  czekacie?  —  pognała  gderliwie.  —  Wynoście  wszystko  do  zagrody 

Boeniga! 

Zdecydowałem się w jednej chwili. Brać, to brać! Spadało nam to jak z nieba i nie 

należało  tracić  okazji.  Nie  miałem  tu  zresztą  nic  do  gadania.  Ona  rozkazywała,  nie  ja. 
„Czajki"  zaczęły  wynosić  z  pośpiechem,  pewnie  rozumowały  podobnie.  W  tym 
momencie wybiegł z chaty wzburzony gospodarz. 
 

  --- Co wy robicie? — wykrzyknął. — Kto wam pozwolił? 

 

  --- Odczep się! — wpadła na niego Rojkowa wściekle. — Nie wtrącaj się do tych 

spraw! Idźcie — zwróciła się do nas znacznie łagodniej — i przybywajcie po resztę. Nie 
zwracajcie na niego uwagi. 

Gospodarz poczerwieniał na twarzy, lecz nie odezwał się więcej. Odsunął się, my 

zaś  ruszyliśmy  żwawo  i  byliśmy  wkrótce  z  powrotem.  Chłopcy zabrali  resztę,  chciałem 
się udać za nimi. Gospodyni mnie zatrzymała. 

 

  —  I  gwoździ  chyba  nie  macie  —  przemówiła  zafrasowana.  —  Przynieś  tu 

skrzynię! — rozkazała mężowi. 

Trzeba  przyznać,  że  energiczna  z  niej  była  kobieta.  Człowiek  orientował  się  od 

razu, kto tutaj rządzi. Rojek był wściekły, widać to było wyraźnie. Otworzył nawet usta, 
aby się przeciwstawić. Jedno jej spojrzenie wystarczyło jednak, aby mu zabrakło ochoty. 

Gdy zobaczyłem po chwili skrzynię, aż mi oczy zalśniły z radości. Bogactwo było 

olbrzymie.  Przynieśliśmy  wprawdzie  trochę  gwoździ  z  obozu,  lecz  pozostało  ich 
niewiele.  Byłem  przygotowany,  że  będziemy  je  musieli  zastępować  drewnianymi 
ć

wiekami. Teraz odpadły wszelkie kłopoty. 

Wziąłem  jednak  tylko  garść.  Gospodarz  tak  spoglądał,  jakby  zamierzał  mnie 

zamordować. Rojkowa spostrzegła natychmiast tę wstrzemięźliwość i domyśliła się także 
powodu. 

 

  — Więcej, więcej — zachęciła życzliwie i uśmiechnęła się po raz pierwszy. — Nie 

należy  bać  się  tego  bizona  —  dodała,  wskazując  poufale  na  męża.  —  Nie  jest  on  taki 
straszny, na jakiego wygląda. 

Widząc zaś, że jeszcze się waham, szturchnęła mnie w bok. 

 

  — Nie można dojść z wami do ładu — mruknęła rozweselona. — Zabierzcie całą 

skrzynię. Tak będzie najlepiej. Czego nie zużyjecie, przyniesiecie z powrotem. 

To rzeczywiście było najlepsze wyjście. Przywołałem Janickiego, który czekał na mnie 

z  ostatnią  deską  i  przyglądał  się  w  milczeniu  tej  scenie.  Chwyciliśmy  skrzynię  i 
ruszyliśmy. Rojkowa odprowadziła nas do bramy. 
 

  --- Chyba dobrze zapłaciłam wam za naprawę studni? — zapytała przekornie. — 

background image

Nie będziecie mieli do mnie pretensji? 
 

  ---  Bardzo  dobrze  —  potwierdziłem  wesoło.  —  Ależ  staruszek  ucieszy  się,  gdy 

skosi swe zboże i powróci do domu! 

Rojkowa jakoś niedbale machnęła ręką. 

 

  — Jakie tam swoje zboże!... — mruknęła cierpko. Przystanąłem raptownie. Coś 

mnie uderzyło w tych słowach i geście. 

 

  — On nie ma ziemi? — zapytałem zdziwiony. 

 

  —  Ma,  przecież  z  niego  gospodarz.  Jednakże  corocznie  pomaga  najpierw  tej 

rodzinie zza Buga, gdzie są tylko kobiety. Dopiero potem idzie do swego. 

Spojrzałem na nią uważnie. 

 

  —  A  więc  to  rzeczywiście  jest  dobry  człowiek  —  przemówiłem  powoli.  — 

Słusznie go otaczamy szacunkiem. 

Rojkowu pokiwała głową melancholijnie. 

 

  — Ano, może i tak... — rzekła bijąc się z jakimiś myślami. — Patrzy się często na 

coś latami i nic nie można zobaczyć. Aż niespodziewanie człowiek szerzej otwiera oczy. I 
wtedy dopiero widzi... 

Nie dokończyła zdania, lecz wiedziałem, o co jej chodzi. Uśmiechnąłem się do niej 

serdecznie. Przełamała się w sobie, to było pewne. Twarz jej rozpogodziła się i stała się 
bardzo przyjemna. 

Odeszliśmy.  Byłem  ogromnie  rozradowany.  Co  prawda  trochę  mnie  niepokoił 

gospodarz.  Nie  wiem  dlaczego,  jego  wzburzenie  dziwnie  mi  przypominało  strażnika  z 
ochrony lasu w chwili, gdy oskarżał „Niemców" o podpalenie. A do tego ten ślad... Ślad 
Wyszczerbionej Podkowy, świadczący, że z gospodarzem łączyły go poufałe stosunki... 

 
 
 
 

Sprzysiężenie 

 
 
 
 
 

W

  obozie  zastaliśmy  tylko  „Niedźwiedzie".  „Kruki"  odeszły  do  Zabłocia.  Tę 

wieś odkryły gdzieś na wschodzie i pomagały tam obecnie przy żniwach. Przybyło nam 
więc  zajęć,  gdyż  trzeba  było  pracować  i  za  nich,  lecz  bynajmniej  nie  narzekaliśmy. 
Przecież i nas musieli zastępować inni przez ostatnie trzy dni. 

Raport  o  naszej  pracy  w  Starej  Wsi  wywołał  duże  zaciekawienie.  Pytaniom  nie 

było końca. Szczególnie druh kwatermistrz wydawał się bardzo przejęty. 

 

  —  Trzeba  będzie  zająć  się  tym  Boenigiem  —  odezwał  się  w  pewnej  chwili.  — 

Niewielu tu pozostało przy życiu członków dawnego Związku Polaków. 

Poparłem  gorliwie  ten  pomysł  i  znaleźliśmy  wśród  wszystkich  poklask. 

background image

Przeszliśmy następnie do innych spraw, a gdy skończyliśmy naradę, druh lekarz mrugnął 
na mnie wesoło. 

 

  — A teraz przyznaj się — rzekł żartobliwie — co tam kryjesz w zanadrzu? Czym 

nas „Czajki" zaskoczą w najbliższych dniach? 

Stropiłem  się  nieco.  Nie  lubiłem  zwierzać  się  za  wcześnie  z  projektów,  gdyż  nie 

wszystko  udaje  się  lak,  jak  człowiek  by  chciał.  Zresztą  sam  nie  byłem  zbyt  pewny 
słuszności naszego nowego projektu. Wydawał ml się dość niebezpieczny, 

 

  — Piętek postanowił zbudować piec — bąknąłem ostrożnie. 

Kwatermistrz zerwał się z miejsca. 

 

  — Jaki piec? — wykrzyknął. — Taki normalny, do chleba? 

Poczułem  się  raźniej. Nie mógł to być głupi pomysł, jeśli on od razu tak skacze. 

Ten człowiek potrafił odróżnić ziarno od plewy. Potwierdziłem skinieniem. 

 

  —  Ach,  te  „Czajki"!  —  uniósł  się  znowu.  —  Nie  zabraknie  im  nigdy  konceptu. 

Dawno  nosiłem  się  z  takim  zamiarem.  Czy  wiecie,  ile  zaoszczędzilibyśmy  na  tym 
pieniędzy? 

Zaczął wyliczać gorączkowo, jaka jest różnica między ceną chleba a mąki. No cóż 

—  zawsze  był  z  niego  doskonały  gospodarz...  Rozumiałem  go  dobrze,  ale  wiedziałem 
również,  że  wykonanie  nie  należy  do  łatwych.  Wyraziłem głośno swoje obawy. Wbrew 
przewidywaniom spotkałem się tylko z zachętą. 

 

  —  Tak  czy  owak  —  drużynowy  zakończył  sprawę  —  tę  robotę  warto  wykonać. 

Jeśli  nawet  nie  będziemy  jedli  chleba  z  naszego  pieca,  to  przynajmniej  wyszkolimy 
zdunów. A to też nie jest bez znaczenia. Takiej sprawności nie mamy dotąd w drużynie. 

W  ciągu  następnych  dni  gromadziliśmy  materiał.  Piętek  pracował  rozważnie. 

Umiejętnie  dobierał  kamienie,  bo  przecież  cegieł  nie  było.  Glinę  zwoziliśmy  łodzią  z 
przeciwległego  brzegu  jeziora.  Gdy  zaś  wszystkiego  było  już  pod  dostatkiem, 
niespodziewanie przybył do obozu niezwykły gość: Karol Osiński ze Starej Wsi! 

Tak, Piętka nie poniosła zarozumiałość i pewność siebie, jak to zdarza się często w 

tego  rodzaju  przypadkach.  Nauczył  się  wiele,  lecz  nie  był  jeszcze  pewien  swych  sił.  I 
słusznie.  Mile  mnie  to  zaskoczyło,  ale  nie  więcej  niż  fakt,  że  zdołał  namówić  tego 
nieufnego chłopca na tak daleką wyprawę. Początkowo Karolek był rzeczywiście trochę 
onieśmielony. Gdy jednak zjadł razem z nami śniadanie, a potem stanął z Piętkiem przy 
kamieniach  i  glinie,  nabrał  od  razu  pewności.  Pozostawiłem  im  do  pomocy  czterech 
chłopców,  z  resztą  zaś  udałem  się  w  las  na  zwykłe  ćwiczenia.  Wróciwszy  w  południe, 
ujrzeliśmy już fundamenty, wieczorem zaś piec był całkowicie gotowy. 

 

  — Druhu kwatermistrzu — zawołał wesoło Piętek, gdy zebraliśmy się koło niego 

— mąka na jutro! 

Przyboczny wyprężył się natychmiast jak struna. 

 

  --- Tak jest! — zameldował służbiście. — Mąka dla zastępu „Czajek" na jutro. Ale 

co się stanie — dodał udając głęboką zadumę — jeśli z tej mąki nie będzie chleba? Kto 
nam pokryje straty? 
 

  --- Harcerz Piętek z zastępu „Czajek"! — padła natychmiast odpowiedź. 

 

  ---  Cały  zastęp  „Czajek"!  —  poprawił  go  z  oburzeniem  Janicki. — Co to, Piętek 

sierota? 

background image

Naokoło rozległy się brawa, a mnie serce rosło z dumy, bo wszyscy chłopcy stanęli 

za  nim  murem.  Oczywiście  była  to  praca  całego  zastępu,  a  więc  i  wspólna 
odpowiedzialność. Rozumieli to dobrze. 

Dopiero  gdy  rozeszliśmy  się,  zaczął  mną  targać  niepokój.  Gdyby  kazano  mi 

zbudować  dom,  mniej  bym  się  martwił  aniżeli  o  piec.  Tam  ma  się  do  czynienia  z 
twardym  materiałem,  który  nie  zawiedzie  nigdy,  jeśli  zostanie  prawidłowo  użyty.  Co 
innego  z  piecem,  a  zwłaszcza  z  mąką,  którą  się  wkłada  do  niego  w  postaci  placków. 
Sypkie to, lepkie, rośnie samo, a i w piecu potrafi wyczyniać najrozmaitsze kawały. Uda 
się albo i nie. Na dwoje babka wróżyła. Skinąłem nieznacznie na Piętka i odeszliśmy poza 
namioty. 

 

  —  Nie  będzie  kompromitacji?  —  zapytałem  niepewnie.  —  Skąd  weźmiesz 

koszyczki i dzieżę? 

 

  —  Wszystko  będzie  —  mrugnął  na  mnie  porozumiewawczo.  —  Proszę  tylko  o 

zwolnienie mnie i Malczaka na jutro. A poza tym — o oddanie nam łodzi. 

Przyjrzałem mu się bacznie. Był, jak zawsze, bardzo poważny, chociaż czuło się, 

ż

e jest przepełniony wewnętrzną radością. Nie należało wyciągać z niego zbyt wiele. 

 

  ---  Dobrze  —  zgodziłem  się  bez  zastrzeżeń  —  załatwię  to  z  drużynowym.  Podaj 

tylko kierunek. 
 

  --- Stara Wieś. 

Tak,  zrozumiałe,  pewnie  wypożyczy  wszystko  od  Boenigowej.  Skinąłem  głową 

potwierdzająco. Słyszałem już, że nasze jezioro łączy się z Cichym, a to ułatwia sprawę. 
Przynieść wszystko na plecach nie byłoby łatwo. 

 

  — W porządku — potwierdziłem powtórnie. — Nanieś przy okazji ten odcinek na 

szkic. Może czegoś ci jeszcze potrzeba? 

Przechylił głowę, zastanawiając się nad czymś głęboko. 

 

  —  Tak  —  przyznał  po  chwili.  —  Czy  Karolek  może  przenocować  w  moim 

namiocie? Uprzedził rodzinę, że dzisiaj nie wróci, a u mnie będzie mu najprzyjemniej. 

To rozumiało się samo przez się. Odpłynęli po śniadaniu. Odprowadziłem ich do 

brzegu,  pożartowałem  i  podziękowałem  Karolkowi  za  oddaną  naszemu  zastępowi 
przysługę,  a  gdy  uderzyli  wiosłami  w  wodę,  zawróciłem  do  namiotów.  Wartownicy 
niespodziewanie  ostrzegli,  że  zbliża  się  nowy  gość.  Nadjeżdżał  na  rowerze  nasz 
sympatyczny leśniczy. Wbiegłem do swego namiotu, aby wziąć różne obliczenia i szkice, 
bo trzeba było złożyć rachunek. 

 

  —  Jak  tam  —  poruszył  tę  sprawę  po  powitaniu  —  nie  uszkodziliście  mi  zbytnio 

lasu? 

Oczywiście był uprzedzony o wszystkim. Podałem mu szczegółowe rysunki. 

Wykorzystaliśmy w Starej Wsi tylko pięć drzewek, gdyż dzięki pomocy Rojkowej nie 
było ich więcej potrzeba. Każde było dokładnie wymierzone i opisane na szkicu, 
wszystkie należały do braków. Leśniczy był zachwycony, gdy dokładnie obejrzał. 

 

  —  Nadzwyczajne! — wykrzyknął. — Nie przypuszczałem nawet, że prowadzicie 

tak porządnie każdą robotę. Co za dokumenty! Muszę pochwalić się nimi w dyrekcji. 

Gdy  zaś  podałem  mu  jeszcze  kartkę,  na  której  przeliczyłem  zużyte  drewno  na 

metry kubiczne, wydał się bardzo przejęty. 

background image

 

  — Ech, gałęzi nie będziemy brali pod uwagę — przemówił powoli. — Poza tym 

zwrócę  się  do  nadleśnictwa,  aby  i  za  drzewo  wam  nie  policzono.  Nie  zużyliście  go 
przecież dla siebie. 

Na to nie mogłem się zgodzić. Nie tyle szło mi o zapłatę, by wyniosłoby to pewnie 

niewiele,  ile  o  samo  drzewo.  Stanowi  ono  dziś  bezcenny  surowiec,  więc  należy 
oszczędzać.  Jeśli  zdecydowaliśmy  się  zastąpić  je  szyszkami,  musimy  to  zrobić. 
Wyjaśniłem mu sprawę. Pokiwał głową z uznaniem i uśmiechnął się tak przyjemnie jak 
ojciec, któremu syn przysporzy niespodziewanie radości. Rzeczywiście był bardzo miłym 
człowiekiem. 

 

  — Niech więc tak będzie, jak chcecie — zgodził się. — Gdyby wszyscy byli tacy 

jak wy — westchnął — znikłoby wiele kłopotów. Puszcza żyłaby spokojnie, pożytek by 
rósł... 

Chwycił mnie za serce. W tych słowach kryło się dużo szczerego uczucia. 

 

  —  Niestety  —  mówił  dalej  po  chwili  —  ciągle  jest  źle.  Są  tacy,  którzy  wybijają 

zwierzynę.  Są  inni,  którzy  wycinają  drzewo  bez  zezwolenia.  Robią  to  przy  tym 
bezmyślnie,  niszcząc  wszystko,  co  im  wpadnie  do  ręki.  Ale  już  najgorsi  są  ci,  którzy 
podpalają las... 

Nadstawiliśmy  uszu.  Poruszył  sprawę,  która  nam  nie  dawała  spokoju.  Czyżby 

ś

ledztwo w sprawie pożaru dało jakieś wyniki? 

 

  --- Podpalają? — wpadłem mu w słowa. — Celowo? Schwytano kogoś? 

 

  ---  Jeszcze  nie...  —  leśniczy  zawahał  się,  jakby  te  słowa  nie  chciały  mu  przejść 

przez gardło. — Zdaje się jednak, że to rzeczywiście zrobili Niemcy... 

Moje „Czajki" pobladły z wrażenia. Brały tę spraw tak samo gorąco jak ja. 

 

  — Niemcy czy Mazurzy? — spytałem. 

Leśniczy  poruszył  się  w  zakłopotaniu.  Spojrzał  na  mnie  uważnie  i  nagle 

sposępniał. 

 

  —  Nie  mogli  tego  zrobić  Mazurzy,  którzy  czują  się  Polakami  —  odparł 

wymijająco. 

Widać było, że ta rozmowa zaczyna mu ciążyć. Pewnie żałował w duchu, że ją w 

ogóle rozpoczął. Postanowiłem Jednak nic ustępować i wydobyć jeszcze z niego, co tylko 
się da. 

 

  — Znaleziono jakieś dowody? — zadałem nowe pytanie. 

 

  — Znaleziono. Podobno są nawet świadkowie. 

 

  Tego się nie spodziewałem. Sądziłem, że wszystko ciągle opiera się na domysłach. 

Ale jeśli zdobyto dowody... Zwiesiłem głowę bezradnie, chociaż narastał we mnie coraz 
ostrzejszy bunt. 

 

  — Kto znalazł te dowody? — odezwałem się znowu. — Milicja?... 

Leśniczy pokręcił głową. 

 

  —  Nie  —  zaprzeczył  powoli.  —  Milicja  twierdziła  dotąd,  że  ogień  zaprószył 

przypadkowo jakiś turysta. 

„Ha, więc tak! Jeśli nie milicja, to kto?"... Poczułem, że płonie mi twarz. 

 

  — A więc ten strażnik z ochrony! --- wybuchnąłem, przestając 

nad sobą panować. --- Ten, który nie uznaje polskości Mazurów! 

background image

Leśniczy  nic  nie  odpowiedział.  Zapadło  naokoło  przytłaczające  milczenie. 

Kwatermistrz zakasłał w zakłopotaniu. 

 

  —  Wybierałem  się  właśnie  do  pana  —  przemówił  ostrożnie,  ale  zaraz  nabrał 

zwykłej mu werwy. — Jesteśmy w potrzebie. Zabrakło nam drzewa na mostek. 

Leśniczy zwrócił na niego zamyślone spojrzenie. 

 

  — Chcecie budować jeszcze jeden? — zapytał jakby zdziwiony. — Przecież droga 

jest już w należytym porządku. Mostki są wszędzie. Ten zaś ostatni — dodał ożywiając 
się szybko — ten za miejscem pożaru, jest śliczny. Co za wspaniała robota! Stałem tam 
wczoraj przez pół godziny i podziwiałem. Wszystko wykonano tak pięknie, że nie można 
oderwać oczu. 

W  jego  głosie  czuło  się  szczery  entuzjazm,  nas  natomiast  ogarnęło  głębokie 

zdumienie. O jakim mostku on mówi? Przecież ten ostatni miały zbudować „Kruki", lecz, 
budulec rozpłynął się nagle w powietrzu... 

Spojrzeliśmy  pytająco  na  Jankowskiego.  Nie,  on  nie  mógł  mieć  nie  z  tym 

wspólnego.  Kręcił  głową,  wzruszał  ramionami,  wreszcie  jakby  w  złości  zacisnął  zęby. 
Nie  ulegało  wątpliwości:  był  tak  samo  zaskoczony,  jak  my.  A  że  i  leśniczy  dostrzegł 
wreszcie  to  powszechne  zakłopotanie,  drużynowy,  nadrabiając  miną,  zaczął  mu 
opowiadać z humorem o „duchach", płatających nam ciągle psie figle. Przestało mnie to 
wkrótce  interesować,  więc  odsunąłem  się  nieznacznie  i  powlokłem  w  stronę  jeziora. 
Myśli  kłębiły  się  gwałtownie,  narastał  w  sercu  coraz  większy  niepokój.  Za  dużo  w  tym 
wszystkim tajemnic. Miał być most, a zniknął, lecz nagle zbudował się sam. Coś wyje po 
nocach,  a  nie  możemy  nawet  ustalić,  co  to  za  stwór.  A  przy  tym  ta  główna  sprawa,  ta 
najbardziej bolesna. Milicja szukała sprawców pożaru, lecz doszła do wniosku, że był on 
dziełem  przypadku.  Kto  inny  jednak  postanowił  temu  zaprzeczyć.  Szukał  dowodów  i 
podobno znalazł. Podpalacz został wykryty!... 

Stanąłem  nad  wodą.  Patrzyłem  w  dal,  lecz  niczego  nie  mogłem  zobaczyć.  Oczy 

przesłaniała  mi  jakaś  mgła,  a  w  niej  migał  nieustannie  obraz  strażnika.  Czerwona  z 
gniewu  twarz,  rysująca  się  na  niej  nieprzyjemnie  zaciętość  w  chwili,  gdy  zaprzecza 
polskości  Mazurów.  Niewątpliwie  to  on  wynalazł  tego  rzekomego  złoczyńcę.  I  z 
pewnością kogoś spośród Mazurów. Kogo on ma na myśli? Kogo... 

Odwróciłem  się  powoli,  bo  każdy  ruch  sprawiał  mi  ból.  Dostrzegłem  nagle  coś 

niezwykłego.  Oto  nieruchomo  i  karnie,  w  zupełnym  milczeniu  stały  w  pobliżu  w 
komplecie „Czajki" i spoglądały na mnie w napięciu. Oprzytomniałem natychmiast. 
 

  --- Chłopcy — przemówiłem twardo — dość tych zagadek! Nie wolno dopuścić do 

uwięzienia niewinnego człowieka. Musimy rozplatać ślady. Mazur nie mógł popełnić tej 
zbrodni! 
 

  ---  Tak  jest,  druhu  zastępowy  —  odpowiedzieli  równo  jak  jeden  mąż.  —  Mazur 

jest przecież Polakiem! 

Rozumieli  wszystko  tak  samo  dobrze,  jak  ja.  Zacisnąłem  szczęki.  Strażnik  nie 

wygra walki! Za nim i za jego świadkami, czułem to mocno, kryje się fałsz! 

 
 
 

background image

 

Tajemnica leśnego strumyka  

 

 
 
 

D

zień zaczął się pracowicie. Zdjęliśmy koce z dzieży, którymi była otulona przez 

noc, aby zachować ciepło, i zabraliśmy się do wyrabiania bochenków. Przed śniadaniem 
poszły wszystkie do pieca. 

Byliśmy  wolni.  Piątek  z  Janickim  pozostali  na  straży,  ja  zaś  z  resztą  zastępu 

ruszyłem z pośpiechem w las. Po wczorajszej rozmowie z leśniczym opanowała nas jakaś 
gorączka. Zaczęliśmy zdawać sobie sprawę, że zbliżamy się do decydujących rozwiązań. 
I coraz silniej nurtowała nas obawa, że z naszymi badaniami możemy nie zdążyć na czas. 

Znaleźliśmy  się  wreszcie  przy  mostku,  pierwszym  celu  naszej  dzisiejszej 

wyprawy.  Był  on  niewielki,  dwumetrowy,  lecz  prezentował  się  okazale.  Od  razu  zro-
zumiałem,  dlaczego  leśniczy  nie  mógł  od  niego  oderwać  oczu.  W  czterech  rogach  były 
ustawione  słupki  graniczne,  połączone  z  boków  balustradkami.  Całość  rzeczywiście 
wyglądała  ładnie,  wszystko  było  wygładzone  i  osadzone  niezbyt  wysoko,  z  dużym 
poczuciem  smaku.  To  nam  jednak  nie  zaimponowało;  w  innym  miejscu  postawiliśmy 
mostek  wcale  nie  gorszy.  Zeszliśmy  niżej,  gdzie  strumyk  sączył  swe  wody.  Tu  dopiero 
budowniczowie  pokazali  swoje  mistrzostwo.  Szerokie,  płaskie  kamienie,  ułożona  jedne 
na drugich i starannie do siebie dopasowane, tworzyły ściany równe i gładkie. Mogły one 
udźwignąć nie tylko największe ciężary, ale i wytrzymać najsilniejszy napór wiosennych 
wód. 

Otarłem  pot,  który  wystąpił  mi  niespodziewanie  na  czoło.  Znałem  się  na  dobrej 

robocie i potrafiłem ją należycie ocenić. Ten, kto ją tutaj wykonał, przewidział wszystko. 
1 co najważniejsze, włożył w nią długotrwały, ogromny trud. Ale nie był to Jankowski! 
Drzewo  było  przez  niego  przygotowane,  to  fakt.  Kamieni  za  to  on  nie  sprowadził. 
Wiedziałem  na  pewno,  że  nawet  o  nich  nie  myślał.  Byliśmy  wszyscy  zdania,  że  drew-
niane filary wystarczą na kilka lat, toteż nie sililiśmy się na roboty bardziej solidne. Nie 
było  potrzeby,  a  zresztą  i  czasu  by  nam  zabrakło.  Samo  wyszukanie  takich  kamieni 
zajęłoby całe tygodnie. 

Nasuwały  się  dziesiątki  pytań,  na  które  trudno  było  znaleźć  odpowiedź. 

Postanowiłem użyć do ich rozwiązania sił całego zastępu. 

 

  — Jakie wnioski? — spytałem. 

Słowa  padły  nieco  szorstko.  Nie  mogłem  dojść  jeszcze  do  siebie  z  wielkiego 

zdumienia. Mieliśmy do czynienia z nie byle jakim fachowcem. 

Kaźmierczak zdjął buty i wszedł w wodę, pod most. Ostukał ze wszystkich stron, a 

potem sprawdził uważnie spojenia. 
 

  ---  Osadzono  kamienie  na  glinie  —  mruknął  z  niezadowoleniem.  —  To  nie  było 

potrzebne. Woda zmyje przy najbliższej okazji. 
 

  ---  Ech  —  Malczak  zbył  tę  uwagę  lekceważącym  machnięciem  ręki  —  kamień 

background image

wspiera się mocno o kamień i to najważniejsze. Zaprawa została dodana tylko dla ładnego 
wyglądu. 

Słusznie.  Z  zewnątrz  o  to  z  pewnością  chodziło.  Natomiast  tam  w  głębi,  między 

kamieniami,  glina  była  konieczna.  Niezłe  to  wiązanie,  gdy  brakuje  cementu. 
Wspomniałem o tym i zacząłem ciągnąć dalej za język. Kaźmierczak chwycił ślad, można 
było wiele wyczytać z jego drobnych spostrzeżeń. 

 

  — O czym to wszystko świadczy? — zadałem nowe pytanie. — Kto zbudował ten 

mostek? 

Nie  spodziewałem  się  odpowiedzi.  Szło  mi  tylko  o  wywołanie  dyskusji.  Wbrew 

mym przypuszczeniom Kaźmierczak okazał się nadspodziewanie wymowny. 

 

  —  Kto  zbudował,  nie  wiem  —  przemówił  bardzo  rozsądnie.  —  Mogę  tylko 

stwierdzić,  że  nie  pracował  tu  jeden  człowiek,  lecz  wielu.  Czas  mieli  krótki  na  wy-
konanie, potrzeba więc było dużo rąk i jednolitej komendy. Działali przy tym w nocy. W 
dzień spostrzegłyby ich nasze patrole... 

Zaciął się nagle i raz jeszcze obmacał ściany. 

 

  --- Tak — potwierdził po chwili — budowali w nocy, tylko przy blasku księżyca i 

gwiazd.  Dlatego  rozmazali  tu  i  ówdzie  glinę,  czego  by  nie  zrobili  przy  jasnym  świetle. 
Poza  tym  jednak  robota  jest  bardzo  staranna.  Dowodzi  ona,  że  znacznie  wcześniej 
przemyśleli dokładnie plan. 

 

  --- Już wiem! — Malczak wtrącił zapalczywie swoje trzy grosze. — Musi to być 

jakaś harcerska drużyna. Nikt inny nie zdobyłby się na taki niepotrzebny wysiłek. 

 

  ---  Nie  ma  w  okolicy  żadnej  drużyny  —  przeciwstawiłem  się  stanowczo, 

przypominając  sobie  zapewnienia,  które  złożył  kwatermistrz.  —  Przeczą  temu  zresztą 
kamienie.  Widzicie,  jak  są  one  starannie  dobrane?  Ten,  kto  je  tu  przyniósł,  musiał 
ś

wietnie znać teren i wiedzieć z góry, gdzie się one znajdują. 

Argument był mocny. Spotykało się niekiedy takie kamienie nad brzegiem jeziora, 

lecz rzadko. Wiedzieliśmy z doświadczenia, jak o nie trudno. Szukaliśmy ich przecież na 
piec. 

 

  — Tak, druh zastępowy ma słuszność — poparł mnie Rubel z namysłem. — Tylko 

ludzie miejscowi mogli dokonać tej pracy. Ale kim cni są? Nie robotnikami, to pewne. Ci 
nie kradliby mostku, aby ustawić go w nocy. I nie gospodarzami, bo przecież ci mają dość 
swojego zajęcia. I nie chłopcami. Tu działali doskonali fachowcy... 

Na tym urwał. Niczego więcej nie można było wyjaśnić. 
Obejrzeliśmy  raz  jeszcze  wszystko,  a  potem  zaczęliśmy  myszkować  w  pobliżu. 

Tak,  ślady  były.  Niekiedy  głębokie  i  nawet  bardzo  wyraźne,  jak  to  zwykle  bywa,  gdy 
chodzi  się  z  ciężarem  po  podmokłym  gruncie.  Najprzykrzejsze,  że  nic  nie  mówiły.  Ich 
wielkość  była  potworna,  kształtem  przypominały  prostokąt.  Malczak  zaczął  snuć 
najrozmaitsze domysły. Kaźmierczak przeciął je krótko: 

 

  —  Nic  wygłupiałbyś  się.  Przecież  to  jasne.  Przyczepili  deseczki  do  nóg,  aby 

wprowadzić nas w błąd. 

Niestety,  tak  właśnie  musiało  być.  Komplikowało  to  sprawę.  Mieliśmy  do 

czynienia z ludźmi, którzy zacierali ślady celowo i znali się na tym dobrze. Myśl o obcej 

background image

drużynie harcerskiej nasuwała się coraz natarczywiej, chociaż temu przeczyły informacje 
otrzymane od kwatermistrza. 

Przerwałem  dyskusję  i ruszyliśmy w kierunku jeziora. Trop był tutaj przejrzysty, 

przypominał  ścieżkę  wydeptaną  dziesiątkiem  nóg.  Oczywiście  żadnych  odcisków  nie 
było. Wymieciono wszystko wypróbowanym sposobem — za pomocą przeciąganych po 
ziemi  gałęzi.  Za  to  ta  smuga  doprowadziła  nas  w  inne  miejsce,  nie  mniej  ciekawe  niż 
mostek. Najpierw ujrzeliśmy niezbyt wysoki świerkowy zagajnik. Był zwarty i nieprze-
nikliwy,  prawdziwy  gąszcz  utkany  z  na  pół  wyschniętych  konarów,  stanowiący  pewnie 
matecznik. Wdarliśmy się w głąb wąskim przejściem, wyrobionym przez tych, którzy tu 
byli przed nami. 

Tak,  stamtąd  właśnie  wynosili  kamienie  na  fundamenty...  Ukazało  się  naszym 

oczom  rumowisko,  o  którym  dotychczas  nie  mieliśmy  najmniejszego  pojęcia.  Budulca 
było  tu  w  bród;  gdyby  nie  rosnące  drzewka,  można  by  uruchomić  całą  kopalnię. 
Mielibyśmy mniej kłopotu z piecem, gdybyśmy dokonali wcześniej tego odkrycia. 

Obejrzeliśmy  wszystko,  stwierdziliśmy,  że  tutaj  ukrywano  drzewo  przeznaczone 

na  mostek,  porobiliśmy  szkice,  a  potem  wróciliśmy  na  stare  miejsce.  Znaleźliśmy 
rumowisko, ale nie sprawców. Tych należało szukać gdzie indziej. 

Pokręciłem się naokoło, nie bardzo wiedząc, jak mam dalej postąpić. W promieniu 

dwudziestu metrów kończyły się wszelkie ślady. Tu pracowali na deskach. Dalej — tak 
można było przypuszczać — nikogo nigdy nie było. Skończyli pracę i zniknęli. Zapadli 
się w ziemię albo unieśli do nieba. Jak w bajce... 

—  Druhu  zastępowy  —  wezwał  mnie  Rubel  niespodziewanie  —  znalazłem  coś 

ciekawego. 

Podszedłem do niego z pośpiechem. Klęczał nad strumykiem i uważnie wpatrywał 

się  w  wodę.  Zrobiłem  natychmiast  to  samo.  Była  ciemna,  jak  to  zwykle  w  lesie,  lecz 
przezroczysta. Pod nią, na dnie, widniało spore wgłębienie. 

  

— Mamy ich! — mruknął Rubel w zachwycie. — Uciekli tędy. Sprytny naród, ale 

nie sprytniejszy niż „Czajki"! 

Postawiłem zastęp na nogi. To istotnie było wielkie odkrycie, ogarnęło wszystkich 

wzruszenie.  Na  cześć  Rubla  wzbiły  się  gromkie  wiwaty,  a  i  ja  od  razu  poczułem  się 
raźniej. Plan dalszych dociekań nie nastręczał żadnych trudności. Rozstawiłem chłopców 
po  obu  stronach  strumyka,  zamierzając  ruszyć  pod  prąd.  W  tym  momencie  na  drodze 
ukazali się Piętek i Janicki. Dźwigali na plecach wyładowane mocno plecaki. 

 

  —  Co  z  chlebem?  —  powitałem  ich  pełnym  niepokoju  pytaniem.  —  Udał  się? 

Wyjęliście już z pieca? 

Zamiast  odpowiedzi  Piętek  wyciągnął  ślicznie  przyrumieniony  bochenek.  Oczy 

wszystkim rozbłysły. 

 

  —  Przyniosłem  na  spróbowanie  —  mruknął  udając  wielkiego  skromnisia.  — 

Ocenicie najlepiej sami. Komenda jest zachwycona. 

Zaczął kroić i częstować uprzejmie. Z pewną obawą zatopiłem zęby w otrzymanej 

kromce,  lecz  natychmiast  ogarnęła  mnie  niezwykła  wesołość.  To  naprawdę  był  chleb! 
Wspaniały chleb wiejski na zakwasie, nie różniący się niczym od tego, który jedliśmy u 
Boenigowej! 

background image

Zrozumiałe, że nie tylko ja patrzyłem w tej chwili na Piątku Jak na bohatera, który 

postawił wysoko honor naszego zastępu. Słowom uznania nie było końca. Udawał, że ich 
wcale nie słucha. Rozładowywali z Janickim swoje plecaki. 

 

  —  Przynieśliśmy  prowiant  na  cały  dzień  —  zaczął  wyjaśniać,  gdy  uciszyło  się 

nieco. — Druh drużynowy doszedł do wniosku, że możemy nie zdążyć na obiad. Chyba 
ma słuszność. 

Ucieszyłem się z tego. Nasza praca zapowiadała się bardzo poważnie, nie należało 

się od niej odrywać. Kazałem, więc równomiernie rozdzielić zapasy na wszystkich, aby 
nikomu  nie  było  ciężko.  Zdawało  mi  się,  że  rozdano  je  sprawiedliwie,  gdy  naraz 
zastanowił mnie plecak Janickiego. Nie był on z wielkości podobny do innych. 
   

— Co tam w nim jeszcze kryjesz? — zapytałem wesoło, będąc przekonany, że 

zabrał z sobą jakieś zbyteczne rzeczy, które dadzą mu się we znaki w dalszej wędrówce. 
 

  --- Glinę — odparł bez zbytniego zachwytu. 

 

  --- Glinę?... A po co? 

 

  — Będzie nam potrzebna — odpowiedział za niego Piętek. — Czy druh widzi — 

wskazał  na  resztkę  chleba  —  te  nierówności  na  skórce?  Siady  koszyczka.  Każda  witka 
jest tu dokładnie odbita. 

Nie  bardzo  go  mogłem  zrozumieć.  Poruszyłem  się  niecierpliwie:,  co  tym 

chłopakom wpadło znowu do głowy? Co ma glina do chleba? 

 

  — Otóż, gdy na to spojrzałem po raz pierwszy — wyjaśnił z rosnącym zapałem — 

przyszło  mi  na  myśl,  że  w  glinie  można  odcisnąć  wszystko  tak  samo.  A  to  jest  ważne. 
Tropów  nam  ciągle  przybywa,  lecz  nie  zawsze  są  one  dość  wyraźne  i  zrozumiałe.  Gdy 
będziemy mieli ich dokładne modele, mniej będzie błędów.  

 

  Tak, błędy się zdarzały, to prawda. Pomysł był doskonały. Powstanie w ten sposób 

małe muzeum, na którym można będzie się kształcić nawet w obozie. Nie było nad czym 
się zastanawiać, przyjąłem go bez zastrzeżeń. 

Chleb  zniknął,  ruszyliśmy  wkrótce  w  obranym  poprzednio  kierunku.  Z  początku 

maszerowaliśmy żwawo, spodziewając się, że lada chwila ujrzymy ślady na brzegu. Ci, 
których  śledziliśmy,  okazali  się  jednak  sprytniejsi.  Nie  wychodzili  z  wody  i  wreszcie 
zaczęli nas przerażać swą wytrwałością. Uszliśmy już może ze trzy kilometry — i nic! Do 
serc zakradało się powoli zwątpienie. Czy słuszne były nasze domysły? Czy rzeczywiście 
wykorzystali tę drogę do ucieczki od mostku?... 

Przystanęliśmy,  bo  Rubel  pochylił  się  właśnie  nad  strugą.  Podłoże  było  w  tym 

miejscu  piaszczyste,  prąd  wymiótł  wszystko.  Przesunęliśmy  się  nieco  dalej,  aby  w 
wygodniejszym miejscu przeprowadzić badania. Koło grubego konara, który wbił się tu 
pewnie w ziemię w czasie jakiejś dawnej ulewy, utworzyło się rozlewisko. 

 

  — Jest! — ucieszył się Rubel głośno. — Szli tędy na pewno. 

Sprawdziłem. Zatrzymane przez gałąź liście i trawy zmieszały się z ziemią i gniły 

tu pewnie od lat. Siady odcisnęły się w nich bardzo wyraźnie. 

Niestety,  to  było  wszystko.  Uszliśmy  jeszcze  z  kilometr,  znów  zaczęło  mnie 

ogarniać zwątpienie. 

 

  —  Druhu  zastępowy  —  padł  nagle  meldunek  z  przodu  —  „Ścięty  Obcas" 

przechodził tędy niedawno! 

background image

Uff,  a  to  niespodzianka!...  Odetchnąłem  głęboko  i  zatrzymałem  oddział.  Co  tu 

robił ten dobrze nam znany człowiek ze Starej Wsi? Nastawiłem kompas, aby ustalić swe 
położenie.  Według  moich  obliczeń  stąd  do  Cichego  Jeziora  było  przynajmniej  trzy 
kilometry.  A  przy  tym  znajdowaliśmy  się  w  miejscu  odludnym,  z  dala  od  wszelkich 
dróg... 

Sprawdziłem  trop.  Biegł  w  poprzek  strumyka,  śmiały  i  wyrazisty.  Ten,  kto  go 

pozostawił,  znał  dokładnie  swój  cel  i  dążył  tam  z  wielkim  pośpiechem.  Piętek 
przyskoczył szybko. 

— Doskonale — ucieszył się głośno — zaczniemy zatem od niego. Glina! 
Janicki  wyciągnął  ją  natychmiast  z  plecaka.  Rozwinął  liście,  w  których  była 

złożona dla utrzymania wilgoci, a potem oderwał grudkę i zaczął ją rozwałkowywać na 
plaster.  Widocznie  przemyśleli  dokładnie  w  drodze  te  wszystkie  czynności,  bo  obecnie 
pracowali  prawie  bez  słów.  Tamten  jeszcze  nie  ukończył  swojej  roboty,  a  Piętek  już 
przykładał calówkę do odcisku w ziemi, po chwili zaś zaczął przenosić wymiary na glinę, 
odcinając zręcznie nożem niepotrzebne kawałki. 

— Tak — mruknął zadowolony — ten ślad nastręczał niejednemu z nas poważne 

trudności.  O,  patrzcie!  —  zwrócił  się  do  chłopców,  którzy  zgromadzili  się  naokoło.  — 
Większość  ludzi  zdziera  obuwie  z  boków.  Ten  obcas  jest  mocno  ścięty  do  tyłu. 
Równiutko, pośrodku. O czym to świadczy? O słabej woli. 

Przygniótł  wyrobioną  w  glinie  podeszwę  i  charakterystyczne  ścięcie  zarysowało 

się  ostro.  Gdyby  to  wszystko  pomalować  na  czarno,  nie  odróżniłoby  się  w  pierwszej 
chwili od buta. Praca była bardzo dokładna. 

Odszedłem,  aby  rozejrzeć  się  w  sytuacji.  Ślad  był  ciekawy,  zaskakujący, 

stosunkowo  świeży.  Nie  mógł  mieć  chyba  nic  wspólnego  z  tropem,  po  którym  dotąd 
szliśmy. Którego z nich teraz pilnować?... 

Doszedłem do wniosku, że oba są ważne. Ścięty Obcas nigdy nie budził ufności, a 

jego  obecność  w  tym  zapadłym  zakątku  nasuwała  wiele  podejrzeń.  Ale  i  tamtych  nie 
mogliśmy porzucić. Ich działalność była również niezwykła. 

 
 
 

 

Niesamowita potyczka 

 

 

 

S

trumyk  wił  się  coraz  bardziej  kręto.  Ginął  na  przemian  w  sitowiu  lub  wśród 

pochylonych  nad  nim  gałęzi,  ale  nie  znikał.  Za  to  często  wprowadzał  nas  w  błąd. 
Wydawało  mi  się  niekiedy,  że  jesteśmy  w  pobliżu  obozu,  to  znów  nabierałem 
przeświadczenia,  że  przechodzimy  przez  mroczny  Ponury  Bór.  Były  to  oczywiście 
złudzenia.  Drzewa  i  krzewy  wszędzie  są  do  siebie  podobne.  Zresztą,  gdy  idzie  się  z 

background image

głową ciągle pochyloną ku ziemi, szybko traci się orientację. Wiedziałem o tym, lecz nie 
przejmowałem  się  ani  nie  marnowałem  czasu  na  ustalanie  kierunku.  Strumyk  był 
najpewniejszym  przewodnikiem  po  tych  wertepach.  Dopóki  trzymaliśmy  się  jego 
brzegów, nie mogliśmy zabłądzić. 

Przed nami ukazało się wrzosowisko. Teren falisty, ziemia wyschnięta i twarda, o 

wodę było tu trudno. Strumyk zamienił się w strużkę. Zdecydowałem się na zatrzymanie 
pochodu. 

—  Jeśli  rzeczywiście  uciekali  tą  drogą  —  rzekłem  —  gdzieś  tutaj  musieli 

zakończyć  swą  wodną  wędrówkę.  Strumień  stał  się  zbyt  wąski,  aby  mogli  się  dłużej 
ukrywać. Przeszukamy wrzosowisko. Jeśli nic nie znajdziemy, zaprzestaniemy chwilowo 
pogoni. 

Miałem  przy  sobie  tylko  dwóch  chłopców.  Piętek  z  dwoma  innymi  udał  się  po 

tropie Ściętego Obcasa, Kaźmierczak z resztą poszedł w stronę odwrotną. Siły więc nasze 
nie  były  wielkie,  a  teren  stosunkowo  rozległy.  Słońce  przy  tym  paliło  niemiłosiernie, 
cienia nie było. Umęczyliśmy się więc setnie, nabiegaliśmy, lecz wszystko na próżno. 

 

  — No cóż, trzeba z tym skończyć — oświadczyłem markotnie. — Dalej nie mogli 

iść  wodą,  to  pewne.  Wracamy  i  sprawdzamy  powtórnie  brzegi.  Musieli  wymknąć  się 
wcześniej. 

Opanowało  mnie  przygnębienie.  Musiałem  użyć  wielkiego  wysiłku,  aby  oczy 

pracowały normalnie. Posuwaliśmy się wolno, ale wreszcie dotarliśmy znowu do drzew. 
Naraz  drgnąłem  silnie,  bo  gdzieś  przed  nami  rozległ  się  chrzęst  nadepniętej  gałęzi. 
Zmęczone  nerwy  nabrały  od  razu  czujności.  Przypadłem  odruchowo  do  ziemi.  Chłopcy 
zrobili to samo. 

Nadsłuchiwałem chwilę. Cisza. 

 

  — Rubel — szepnąłem — przeprowadź zwiad!  

 

  Potrafił doskonale się kryć, toteż  jemu powierzyłem to niełatwe zadanie. 

Leżeliśmy we wrzosowisku, zasłonięci z przodu wysokim leśnym łubinem. Zaraz za nim 
wyrastały krzewy i drzewa, stanowiące już normalny las o gęstym, wysokim poszyciu. 
Rubel przemknął przez pierwsze przeszkody i zniknął zaraz jak duch. Niespodziewanie 
dało się słyszeć w dali delikatne i szybkie stąpanie, jakby ktoś tam uciekał. Trwało to 
bardzo krótko. Znowu zapadła cisza. 

Po chwili wyłonił się Rubel tak nieznacznie, że spostrzegłem go dopiero wówczas, 

gdy znalazł się przy mnie. 
 

  ---  Druhu  zastępowy  —  zameldował  cicho  —  człowiek  w  lesie.  Obserwuje  nas. 

Spłoszył się, uskoczył, lecz kryje się nadal i patrzy. 
 

  --- Widziałeś go? 

 

  --- Nie.

:

 

 

  --- Może to zwierz? —- ogarnęły mnie wątpliwości. 

 

  ---  Niemożliwe.  Zwierzę  uciekłoby,  gdyby  nas  tylko  zwęszyło.  Zresztą  przeczą 

temu także stąpania. Są miękkie, ale nierówne. Jak u człowieka, który biegnie na palcach. 

Odniosłem  takie  samo  wrażenie  i  dlatego  padłem  na  ziemię.  Milczałem  przez 

pewien czas, układając, starannie myśli. Któż by tutaj mógł być? Ścięty Obcas? Nie, on 
poszedł  w  innym  kierunku.  Na  pewno  nikt  z  naszych  dobrych  znajomych.  Więc  kto? 

background image

Jakiś  chłopiec,  który  zapędził  się  daleko  na  grzyby?  Możliwe.  Nieśmiały,  wiejski 
chłopak. Zląkł się umundurowanego zastępu. Nie chciał się pokazać, ale też nie potrafił 
poskromić swej ciekawości. Toteż patrzył z ukrycia. 

Uspokojony  tym  rozumowaniem  chciałem  wstać,  gdy  naraz  przykuł  moją  uwagę 

złamany wrzos. To spotykało się rzadko. Przeniosłem z kolei oczy na kilka rosnących tuż 
obok  zeschniętych  traw.  Źdźbła  były  pęknięte,  przylegały  do  ziemi.  Sprawdziłem 
piaszczyste  podłoże.  Nic  mogło  dłużej  być  wątpliwości:  ktoś  tutaj  deptał.  W  Jednym 
miejscu  ziarnko  były  rozsunięte  szeroko,  właśnie  tam,  gdzie  winny  przypadać  palce. 
Ustaliłem  kierunek  marszu  i  po  wyimaginowanej  linii  przesunąłem  powoli  wzrok. 
Trafiłem wkrótce na strumień. 

Tak,  to  był  ślad...  Słaby,  ledwie  widoczny,  nie  dzisiejszy.  Nasuwał  jednak  wiele 

refleksji  i  budził  dużo  nadziei.  Przeszedłem  na  drugi  brzeg.  Tam  nic  nie  znalazłem. 
Wróciłem na dawne miejsce. 

 

  —  Chłopcy,  chwyciliśmy  trop!  —  przemówiłem  wzburzony.  —  W  tyralierę  i  za 

mną! 

Zaczęliśmy  powoli  posuwać  się  naprzód.  Skrajem  wrzosowiska  i  lasu.  Drobne 

oznaki wskazywały nam ciągle kierunek. Dopiero, gdy i przed nami ukazały się drzewa, 
urwało się wszystko. 

Zmarnowaliśmy z dziesięć minut na poszukiwania, lecz nic z tego nie wyszło. 

Zastosowałem wówczas najpewniejszą metodę: ruszyłem po przedłużeniu tropu, który 
wiódł nas przez wrzosowisko. Niespodziewanie rozległ się za nami trzask łamanych 
beztrosko gałęzi. Stanęliśmy jak wryci. Trzask powtórzył się znowu, natarczywiej i 
ostrzej, a potem przesunął się w bok. Rozejrzałem się czujnie. 

 

  — Druhu zastępowy — odezwał się cicho Malczak — to ten sam człowiek, który 

nas śledził poprzednio. Nie odszedł. 

Mnie  też  się  tak  wydawało.  Czekałem  chwilę,  może  ktoś  się  pokaże.  Trzaski 

ucichły, lecz nie było widać nikogo. 
 

  — Hej tam! — krzyknąłem. — Wychodzić! Milczenie. Stał i patrzył, to było 

pewne, a jednak krył się Machnąłem ręką zirytowany i ruszyłem w poprzednio obranym 
kierunku. Natychmiast zaszurały za nami gałęzie. 

 

  —  Druhu  zastępowy  —  szepnął  znów  Malczak  —  to  wygląda  na  zwiad.  Może 

lepiej nie szukać tropu, lecz schwytać wroga. Kto wie, czy to nie jeden z tej paczki, którą 
ś

ledzimy od mostku. 

Nie  była  to  głupia  rada.  Znalezienie  tropu  wydawało  się  beznadziejne,  a  co 

najmniej  zabrałoby  nam  dużo  czasu.  Nieprzyjemnie  zresztą  było  pracować  z  kimś 
nieznanym na karku. Wróg nie wróg, lecz należało wyjaśnić, kto nam depcze po piętach. 

Udałem,  że  rozpoczynam  poszukiwania  na  nowo.  Dał  się  słyszeć  natychmiast 

chrzęst.  Ustaliłem  uważnie  kierunek,  a  potem  odwróciłem  się  nagle  i  skoczyłem  z 
chłopcami  w  gąszcz.  Tamten  nie  czekał.  Coś  śmignęło  przed  nami  i  rzuciło  się  w  bok. 
Wzmogłem  wysiłek,  pędziliśmy  teraz  ze  wszystkich  sił.  Pryskało  igliwie,  sypały  się 
liście, jakiś kolec uderzył mnie w twarz... 

Miał dobre nogi. Wyprowadził nas z pół kilometra, nie pozwalając zbliżyć się do 

siebie nawet o metr. Przerwałem pogoń. Szkoda było energii. 

background image

—  Jest  ich  obecnie  dwóch  —  szepnął  Rubel,  który  był  także  ze  mną.  —  Drugi 

przyłączył się niedawno. 

Niestety,  tak  było.  Spostrzegłem  to  również  w  chwili,  gdy  przystanęli. 

Zastanawiałem się gorączkowo. Wyglądało to na zorganizowane działanie. I popłoch był 
tylko  pozorny,  zaczynałem  rozumieć  to  coraz  lepiej.  Uciekali,  bo  nie  chcieli  ujawnić 
swoich  postaci.  Teraz,  gdy  się  zatrzymaliśmy,  przestali  się  bać.  I  prowadzą  znów 
obserwacje... 

Zacząłem  się  wycofywać,  pragnąc  sprawdzić,  czy  moje  wnioski  są  słuszne. 

Ruszyli  natychmiast  za  nami.  Nie  ukazywali  się,  ale  też  nie  kryli  specjalnie  swej 
obecności. Widocznie widzieli nas dobrze. 

Zaniepokoiłem  się.  Początkowo  uważałem  ten  pościg  za  niewinną  zabawę. 

Obecnie traktowałem go coraz poważniej. Nie mogli to być wiejscy chłopcy, zbierający 
grzyby, gdyż alboby się pokazali, albo uciekli. A ci nas wodzą celowo za nos. Zbliżają się 
i zmykają, lecz nie opuszczają ani na chwilę. I nagle zrodziła się we mnie obawa. A może 
rzeczywiście to wróg? Tu było nas tylko trzech. A co dzieje się z resztą zastępu? Przecież 
jest cały w rozsypce... 

Zwolniłem  kroku.  Sytuacja  stała  się  nieprzyjemna.  Znajdowaliśmy  się  z  dala  od 

obozu i od ludzkich osiedli. Wszystko tu mogło się stać. W górze zielonkawa tajemnicza 
poświata, na dole wysoki, zgmatwany gąszcz. Chłód puszczy, który dla mnie był dawniej 
normalnym  zjawiskiem,  teraz  przejmował  mnie  dreszczem.  Był  to  lęk,  przyznaję 
szczerze, lecz miał on swoje podstawy. Bo oto uprzytomniłem sobie w tym momencie, że 
prowadzimy  grę  niebezpieczną.  Mimo  woli  wdarliśmy  się  w  krąg  niezrozumiałych 
wypadków.  Pożar,  krzyk  nocny,  ludzie,  których  nie  zawsze  uważamy  za  godnych 
szacunku,  i  te  oczy,  które  nas  śledzą  zza  drzew...  A  jeśli  za  tym  wszystkim  kryje  się 
rzeczywiście przestępstwo? Jeśli ktoś tam zorientował się, że wpadliśmy na jego trop i że 
wkrótce możemy dowiedzieć się więcej? A może to on właśnie próbuje pomieszać nam 
szyki? I kto wie, jakie zastosuje metody?... 

Przystanąłem raptownie, zrobiło mi się bardzo gorąco. Gdyby cały zastęp był przy 

mnie,  działałbym  pewnie  inaczej. Człowiek może  ryzykować,  gdy  wchodzi  w  grę  tylko 
jego osoba. Jeśli natomiast ciąży na nim odpowiedzialność za innych, winien zachować 
ostrożność.  Rozumiałem  to  doskonale  i  dlatego  postanowiłem  połączyć  jak  najszybciej 
siły. Nie było innego wyjścia. Nie walczy się z czymś, czego się nie zna. 

 

  — Traficie stąd do miejsca zbiórki? — spytałem chłopców półgłosem. 

Mieliśmy spotkać się z Kazimierczakiem i Piętkiem nad strumykiem, gdzie Ścięty 

Obcas pozostawił swój ślad. Skinęli głowami. Wyjąłem kompas i uzgodniliśmy kierunek. 
Orientowali  się  dobrze.  Przedstawiłem  im  z  kolei  swój  plan.  Zadanie  było  niełatwe: 
należało się oderwać od wroga. 

 

  —  A  więc  biegniecie  za  mną,  dopóki  tamci  nie  zaczną  uciekać  —  kończyłem 

szybko.  —  Wtedy  zawrócicie  cichaczem,  zachowując  jak  największą  ostrożność.  Nie 
oglądajcie się za mną. Będę uciekał ostatni. 

Zrozumieli mnie w lot. Skoczyliśmy naprzód, jak to zrobiliśmy poprzednio. Atak 

był  gwałtowny,  wcale  nie  kryliśmy  swej  obecności.  Tamci  oczywiście  umknęli  co  sił. 
Moi chłopcy prysnęli natychmiast w bok i przycichli. Za to ja toczyłem się nadal naprzód 

background image

z taką energią, jakby przewalało się stado dzików przez las. Dopiero gdy doszedłem do 
wniosku,  że  Malczak  i  Rubel  odsunęli  się na dostateczną odległość, zmieniłem taktykę. 
Zawróciłem  gwałtownie  w  miejscu  i  już  bezszelestnie  pomknąłem  w  odwrotną  stronę. 
Przeciwnicy się nie spostrzegli przez długi czas. Gdy wreszcie za mną zaległa cisza, nie 
obawiałem się żadnej pogoni. Byłem przekonany, że chroni mnie nie tylko oddalenie, ale 
i zmieniony kierunek, którego się nie mogli domyślić. 

Kiedy  dotarłem w końcu na umówione miejsce, byłem bardzo zmęczony, ale nie 

mniej szczęśliwy. Udało się wszystko świetnie. Zastęp był znowu w komplecie. Malczak 
i  Rubel  wykonali  dobrze  swoje  zadania  i  przybyli  przede  mną.  Kaźmierczak  i  Piętek 
czekali także. 

 

  — Cisza! — przyłożyłem palec do ust, widząc, że chcą huknąć z uciechy na moją 

cześć. — Niewidzialny nieprzyjaciel w pobliżu. Zabierać bagaże! Odchodzimy stąd. 

Przesunęliśmy  się  za  strumień,  kryjąc  się  w  zakamarkach.  Ślady  za  nami  zostały 

starannie  zatarte.  Rozstawiłem  czujki  i  dopiero  wtedy  przystąpiłem  do  odbierania 
meldunków. 

 

  — Ścięty Obcas przybył tutaj ze Starej Wsi — zawiadomił zwięźle Kaźmierczak. 

— Nie zbaczał nigdzie i z nikim się nie spotykał. 

Meldunek Piętka był obszerniejszy. 

 

  —  Śledziłem  trop  na  długości  kilometra  —  wyjaśnił.  —  O  kilkaset  metrów  stąd 

znajduje się niewielka polanka. Tam Ścięty Obcas spotkał się z Wyszczerbioną Podkową. 

Nadstawiłem  uszu.  Takie  spotkanie  tu,  w  tym  odległym  od  świata  zakątku...  No, 

no!... 

 

  —  Przez  pewien  czas  stali  w  miejscu,  jakby  się  naradzali  —  Piętek  nabierał 

rozmachu. — Potem razem ruszyli naprzód, tuż obok siebie. I niespodziewanie ukazał się 
trop Łatanej Podeszwy! 

Zakończył triumfalnie, chcąc widocznie podkreślić, że nic tu w puszczy nie może 

odbyć  się  bez  udziału  człowieka,  któremu  nadaliśmy  to  dziwne  przezwisko.  W  innym 
przypadku  uśmiechnąłbym  się,  jak  to  zrobili  inni.  Teraz  jednak  milczałem.  Opanowała 
mnie troska. Ścięty Obcas i Wyszczerbiona Podkowa — to zrozumiałe. Mogli znaleźć się 
razem,  łączyły  ich  z  sobą  jakieś  stosunki.  Ale  Łatana  Podeszwa  nie  pasował  do  tamtej 
dwójki. 

 

  — Sądzisz, że i on się do nich przyłączył? — spytałem. — A może tropy zbiegły 

się przypadkowo? 

Piętek pokręcił głową. 

 

  — 

Nie — odparł z namysłem. — Nachodziły na siebie przez długi czas. Albo 

szli razem, albo ktoś kogoś ścigał. Ziemia tam twarda, pokryta gęsto igliwiem. Trudno mi 
było wywnioskować więcej... 

Stracił  dużo  na  początkowej  pewności.  Nic  dziwnego.  Czytałem  w książkach,  że 

Indianie  potrafili  określić  według  śladów  nawet  godzinę  przejścia.  My  jeszcze  nic 
osiągnęliśmy tej wprawy. Jeśli tropy były zbyt świeże, stawaliśmy często bezradni. Być 
może  Piętek  nie  dopatrzył  czegoś,  co  mogło  dać  dodatkowe  wskazówki.  Zobaczymy. 
Sprawdzimy całym zastępem. 

Dochodziło południe. Zjedliśmy obiad, potem wypoczęliśmy z godzinę i udaliśmy 

background image

się na dalsze badania. Ścięty Obcas, a właściwie jego trop, dość wyraźnie wskazywał nam 
drogę.  Wszystko  przedstawiało  się  tak,  jak  opowiedział  poprzednio  Piętek.  Minęliśmy 
polankę,  wystąpił  na  scenę  Łatana  Podeszwa.  Szliśmy  przez  pewien  czas  za  tą  trójką  i 
dotarliśmy wreszcie do miejsca, gdzie tropy zaczęły się gmatwać. 

 

  —  Tu  zakończyłem  pracę  —  wyjaśnił  Piętek.  —  Ścięty  Obcas  i  Wyszczerbiona 

Podkowa udali się w lewo. Łatana Podeszwa nie zboczył z obranego kierunku. 

Obejrzałem  wszystko  i  pochwaliłem  go  głośno.  Miał  dobre  oczy.  Niełatwo  było 

coś odczytać na tym twardym podłożu. Przedtem można było spotkać od czasu do czasu 
bardziej wyraziste odciski; teraz mówiły o nich najczęściej tylko rozsunięte szerzej kłębki 
suchego igliwia. 

Stanąłem  niezdecydowany.  Za  nami  krył  się  ktoś,  kto  śledził  nas  czujnie,  nie 

pozwalając się podejść z bliska. Oderwaliśmy się od niego i nie było potrzeby go szukać. 
Tu zaś wysunęła się nowa zagadka. Główne role grały w niej znane nam dobrze osoby. 
Co je z sobą łączyło? I czy miały one coś wspólnego z tamtymi?... 
 

  --- Za kim się udać? — mruknąłem zafrasowany. — Dlaczego się oni rozeszli?... 

 

  --- Może się rozdzielimy? — zaproponował Piętek ochoczo. 

Też o tym myślałem. Zrobiłbym to z pewnością, gdyby nie otrzymana poprzednio 

nauczka.  Nie  chciałem  przeżywać  po  raz  drugi  obaw  o  losy  reszty  zastępu.  A  nuż  nas 
odnajdą niewidzialni zwiadowcy? I jak wówczas postąpią? I kto za nimi się kryje?... 

 

  —  Nie  —  odpowiedziałem  powoli.  —  Nie  możemy  osłabiać  sił.  Ale,  za  kim  tu 

iść? Tak samo ważny i Ścięty Obcas, i Łatana Podeszwa... 

Zakłopotałem się szczerze i wtedy wystąpił Tarka, niepokaźny chłopaczek, który 

przedtem brał udział w patrolu dowodzonym przez Piętka. 
 

  ---  Druhu  zastępowy  —  przemówił  z  przejęciem  —  radzę  iść  za  tropem  Łatanej 

Podeszwy. Tamci jego ścigali. Jeśli teraz odeszli w bok, to po to, aby go lepiej osaczyć. 
Natkniemy się na nich znowu. 
 

  --- Tarka dobrze radzi — poparł go Piętek natychmiast. — Jeśli w tej trójcy ktoś 

potrzebuje obrony, to chyba tylko Łatana Podeszwa. Nie powinniśmy go tracić z oczu. 

Było dużo w tym racji. Od pewnego czasu Łatana Podeszwa cieszył się wśród nas 

coraz większą sympatią, nawet Janicki nie zrzucał na niego winy za wszystko. Co zaś do 
Ś

ciętego  Obcasa  i Wyszczerbionej Podkowy opinie też były zgodne: do nich nie wolno 

mieć zaufania. 
 

  ---  No  dobrze  —  zgodziłem  się  po  chwili  wahania.  —  Tak  postąpimy.  Jeśli 

przyjmiemy,  że  ktoś  kogoś ścigał, to chyba rzeczywiście Łatana Podeszwa nie był tutaj 
myśliwym... 
 

  --- Nie on! — zaprzeczył Piętek stanowczo. 

Gdybym go zapytał, na czym opiera to przypuszczenie, niewątpliwie nie potrafiłby 

dać  odpowiedzi.  Mimo  to  był  święcie  przekonany  o  słuszności  swych  słów.  Czuł,  i  nic 
więcej. To samo czuli zresztą i inni. 

Przestałem  się  zastanawiać.  Z  trzech  dróg  ta  wydawała  się  istotnie  najlepsza.  Na 

niej można było osiągnąć najciekawsze wyniki. 

Padł rozkaz. „Czajki" w całkowitym milczeniu zaczęły posuwać się naprzód. 

 

background image

 
 
 

Wstrząsające odkrycie 

 
 
 
 

B

iegliśmy skokami, nierówno, klucząc i zatrzymując się często. Trop ginął stale 

w krzakach borowin lub na igliwiu. Nieraz trzeba było wracać do punktu wyjścia i ustalić 
przypuszczalny  kierunek.  Upór  i  nabyte  umiejętności  robiły  jednakże  swoje.  Jak 
dotychczas, szliśmy ciągle po dobrej drodze. 

 

  — Pii-wiit! Pii-wiitL. — rozległ się niespodziewanie gdzieś z boku radosny głos 

czajki. 

Skierowałem  się  tam  natychmiast.  Zataczaliśmy  właśnie  półkole,  aby  znaleźć 

jakąkolwiek wskazówkę, i już byłem przygotowany, że trzeba będzie zaczynać znów od 
początku. Ten zaś głos dodał mi dziwnie otuchy. 

 

  — Druhu zastępowy — meldował Tarka, który stał tam na stanowisku — jest! 

Piętek  bardzo  go  chwalił  po  swym  przedpołudniowym  wypadzie.  Był  to  trochę 

niemrawy chłopak, który dawniej nie wykazywał żadnych szczególnych uzdolnień. Dziś, 
ku zdumieniu wszystkich, stał się jakby zupełnie innym człowiekiem. Widział ślady tam, 
gdzie  ich  nikt  nie  dostrzegał.  Lekkie  przesunięcia  szpilek,  nieznaczne  draśnięcia  liści, 
nawet zgnieciona mrówka czy chrząszcz stały się dla niego księgą, z której czytał jak z 
nut. I co najważniejsze — nie popełniał błędu. Zupełnie jak uczeń, który ślęczy niekiedy 
godzinami nad lekcją, dopóki nie spłynie na niego nagłe olśnienie. 

Teraz też nie zatrzymał się bez powodu. Wskazał n draśnięcie, rysujące się 

nieznacznie wśród traw. 

 

  — Odcisk szpadla — wyjaśniał. — Łatana Podeszwa opuścił go w dół, pewnie się 

podparł.  Niósł  go  w  prawej  ręce  —  mówiło  o  tym  zaokrąglenie.  — Wobec tego musiał 
stać tu... 

Ustawił się w odpowiedniej pozycji, wsparł na laso i przechylił lekko, jak to zrobił 

z pewnością tamten. 

 

  — Kierunek jest więc jasny — dowodził dalej, wy ciągając przed siebie rękę. — 

Nie ma potrzeby szuka gdzie indziej. 

Miał słuszność. Przywołałem resztę zastępu i ruszyliśmy. O kilkadziesiąt kroków 

od  tego  miejsca  ukazał  się  jasna  plama.  Ziemia  skopana  i  ugnieciona.  Nie  mogło  być 
wątpliwości, tu także działał Łatana Podeszwa Pozostawił po sobie wyraźne ślady. 

 

  —  Zobaczcie,  co  tam  jest  w  środku  —  rzekłem,  tym  razem  bez  szczególnego 

zaciekawienia. 

Nie  był  to  pierwszy  znak  tego  rodzaju.  Spotkaliśmy  już  kilka  takich  kopców  i 

wszystkie były do siebie podobne. Zawierały w środku rozbite butelki, puszki od konserw 
i najrozmaitsze śmieci, jakie pozostawiają po sobie różni przypadkowi i mało wyrobieni 

background image

turyści.  Nie  to  jednak  było  zaskakujące.  Zastanawiał  nas  odcisk  buta  położony  tak,  jak 
gdyby jego właściciel pragnął celowo zawiadomić, że to jego robota. Tam, nad jeziorem, 
nigdzie  tego  nie  było,  nie  byliśmy  pewni,  kto  dokonał  uporządkowania  terenu.  Tu  nie 
mogło być wątpliwości. 

Tarka  rozgrzebał  kopczyk,  stwierdził,  że  nie  zawiera  nic  ciekawego,  i  zasypał 

wszystko z powrotem. Znów zaczęliśmy wędrować. Nie uszliśmy daleko, gdy trafiliśmy 
na  ślad  zupełnie  podobny.  Wędrowała  widocznie  tędy  jakaś  wycieczka  i,  jak  to  często 
bywa, pozostawiała za sobą śmieci. 

 

  —  A  teraz  prosto!  —  zakomenderował  niespodziewanie  Tarka  i  wysunął  się 

naprzód. 

Do  tej  pory  Łatana  Podeszwa  schodził  często  na  boki,  kołował,  lecz  odtąd 

zaprzestał  tej  pozornie  niezrozumiałej  włóczęgi.  Doszedł  widocznie  do  przekonania,  że 
już  nic  ciekawego  nie  znajdzie.  Zadanie  mieliśmy  ułatwione,  posuwaliśmy  się  szybko. 
Ukazała  się  jakaś  drożyna.  Przystanąłem  i  rozejrzałem  się  czujnie.  Nie,  tutaj  jeszcze 
nigdy nie zaglądaliśmy. Teren był zupełnie nieznany. 

 

  — Druhu Tarka — zwróciłem się do mego wspaniałego zwiadowcy — zajmij się 

tropem Łatanej Podeszwy. My w tym czasie zrobimy szkic. 

Przybyły  nam  nowe  nazwy.  Najpierw  „Dzikowa  Droga",  była  ona  bowiem  tak 

wydeptana  w  pobliżu,  że  niedawno  musiało  się  przetoczyć  tędy  jakieś  olbrzymie  stado. 
Gdy zaś Tarka przywołał nas do siebie, pojawiła się na planie „Zachwaszczona Szkółka". 
Do niej właśnie prowadziły ślady Łatanej Podeszwy. 

 

  —  Odpocznijmy  trochę  —  rzekłem  zatrzymując  zastęp.  —  Stąd  nam  już  nie 

ucieknie. 

Uśmiechnęliśmy się wszyscy, bo rzeczywiście czuliśmy się jak myśliwi, którzy po 

długiej gonitwie napędzili wreszcie zwierzynę do matni. Zresztą i całodzienny trud dał się 
wszystkim  we  znaki.  Odpoczynek  był  bardzo  potrzebny.  Zjedliśmy  resztę  zapasów, 
pogawędziliśmy  przez  pewien  czas  i  w  końcu  przeskoczyliśmy  przez  płot  z  ułożonych 
poziomo drągów. Tak właśnie wędrował Łatana Podeszwa. Szliśmy za jego przykładem i 
wkroczyliśmy na teren szkółki. 

Zaraz  z  brzegu  wyglądała  ona  normalnie.  Chwasty  wyrwane,  bruzdy,  

kilkunastocentymetrowe    drzewka  miały  dużo  powietrza.  Za  to  nieco  dalej,  na  całym 
ogrodzonym  terenie,  zielsko  zagnieździło  się  w  tak  olbrzymiej  ilości,  że  na  ten  widok 
ogarnęło mnie przygnębienie. Nikt by się nie domyślił, że to jest teren uprawny. 

Uderzyło  mnie  jeszcze  co  innego.  W  miejscach  oczyszczonych  ziemia  była 

wzruszona niedawno. Połączyłem to z pobytem w tym miejscu Łatanej Podeszwy i naraz 
zawirowały mi w mózgu najrozmaitsze, bardzo niekiedy kłopotliwe pytania. 
 

  ---  Odczytaj  ślady  —  zwróciłem  się  gorączkowo  do  Tarki.  —  Co  się  tu  działo, 

zanim przyszliśmy? 
 

---  Łatana  Podeszwa  przeszedł  przez  płot  tak  samo  jak  my  —  zaczął  wyjaśniać 

szybko.  —  Zeskoczył  na  lewą  nogę.  Tutaj  —  wskazał  kolejno  miejsca  —  przystanął. 
Wahał siej chwilę, widocznie zastanawiał się nad czymś. Aha ... Układał plan pracy. Hm, 
plan pracy... No tak, on tutaj wykonał bardzo ważną robotę... 
   

— Następnie przykucnął, aby wyrwać chwasty — ciągnął- dalej Tarka swoją 

background image

interesującą opowieść. — Początkowo wszystko szło gładko. Nie miał żadnych 
kłopotów...To było zrozumiałe. Ślady pielenia były wyraźne. I niedawne. Wystarczyło 
odchylić grudkę, aby stwierdzić istnienie pod nią wilgoci. Stopy przy tym odbijały się 
mocno w ziemi z punktem ciężkości na palcach. Przesuwały się stopniowo, jedna za 
drugą, jak zwykle przy tego rodzaju zajęciu. 

--- Potem zrodziły się jakieś trudności — w głosie Tarki wyczuło się podniecenie. — O, 
już  wiem!  Zmęczył  się  po  prostu.  Widocznie  jest  starszym  człowiekiem,  a  to  praca 
niełatwa. Oparł się lewą ręką o ziemię, przyklęknął i tak pełł już do końca... 

Ile  ten  chłopak  potrafił  wyczytać  z  najmniejszego  drobiazgu!  Nie  mogło  być 

wątpliwości, że były to słuszne wnioski. Łatana Podeszwa był na pewno człowiekiem w 
podeszłym wieku, świadczyła o tym także widziana przeze mnie sylwetka, którą ujrzałem 
kiedyś  nad  jeziorem  we  mgle.  Ale  dlaczego  oczyszczał  tę  szkółkę?  Co  go  do  tego 
skłoniło? Że nie pracował tu dla pieniędzy, to pewne. Nie zrobił wiele. Wynajęty robotnik 
nie odchodzi przed zakończeniem roboty. 

 

  — Co o nim obecnie sądzicie? — zwróciłem się tym razem z pytaniem do całego 

zastępu. 

Janicki, który niegdyś gotów był uznać go za przestępcę, zmienił zupełnie zdanie. 

 

  --- Dziwny człowiek — stwierdził z namysłem. — Lecz nie można mu nic złego 

zarzucić... 
 

  ---  Nie  można  mu  zarzucić!  —  wtrącił  się  z  oburzeniem  Kaźmierczak.  —  Nie 

mogłeś  wymyślić  nic  mądrzejszego?  Łatana  Podeszwa  to  wielki  człowiek.  On  jest 
obrońcą puszczy! 

Być  może  było  w  tym  trochę  przesady,  lecz  nie  omylił  się  zbytnio.  Wykazały  to 

nasze ostatnie badania. Ze zakopywał śmieci porzucone przez turystów, to fakt. Że zaczął 
oczyszczać  szkółkę  i  w  ten  sposób  chronił  ją  przed  zniszczeniem  —  temu  również  nie 
można  było  zaprzeczyć.  Po  co  jednak  robił  to  wszystko,  kim  był  naprawdę,  gdzie 
mieszkał — na te pytania ciągle jeszcze nie mogliśmy dać odpowiedzi. Ale to teraz nie 
było ważne. Rozejrzałem się dookoła. Oczyszczony kawałek odcinał się ostro od wielkiej, 
zachwaszczonej przestrzeni. 

 

  — A co sądzicie o szkółce? — przeszedłem niespodziewanie na temat bardziej mi 

bliski. 

 

  — Zaniedbana — mruknął niechętnie Janicki. 

 

  —  Nikt  się  nią  nie  interesuje  —  dodał  markotnie  Kaźmierczak.  —  Leśniczy 

wygląda na porządnego człowieka i kocha las. Ale żeby dopuścić do takiego zniszczenia! 

 

  — Jest bezradny — wyjaśniłem mu szybko. — Brakuje ludzi do pracy. A przecież 

to nie jedyna szkółka znajdująca się pod jego opieką. 

Zapadło  po  tych  słowach  kłopotliwe  milczenie.  Naraz  Rubel  pokręcił  się 

niespokojnie. 

 

  —  Bardzo  niedobrze...  —  westchnął.  —  Jeszcze  miesiąc  lub  dwa,  a  chwasty 

zagłuszą drzewka. Wszystko zmarnieje. 

Tarka uniósł raptownie głowę. W jego oczach rozbłysła cicha nadzieja. 

 

  — A może ją uratuje Łatana Podeszwa? — rzekł w namyśleniu. — Pracował dziś, 

przyjdzie pewnie i jutro. 

background image

A l e   to  s t a r y   człowiek  -  wtrącałem.  —  Zrobił  niewiele,  bo  męczy  się  szybko. 

Sam to wyczytałeś ze śladów. 

Wystąpił  z  kolei  Malczak.  Z  całej  jego  postawy  przebijała  stanowczość.  W 

trudnych sytuacjach potrafił zawsze okazać energię. 
 

  ---  Szkoda  czasu  na  rozmyślania  —  przemówił  dobitnie.  —  Łatana  Podeszwa  tu 

nie poradzi. Trzeba mu pomóc w tej pracy! 
 

  --- Trzeba pomóc — Piętek pokiwał poważnie głową. — To nie na jego siły. 

 

  ---  Oczywiście  —  poparł  go  Rubel  gorąco  —  przecież  to  młody  las!  Jeśli 

zmarnieje, czym obsadzą pogorzelisko? 
 

  --- Trzeba pomóc! — zgodzili się wszyscy natychmiast. 

Spojrzałem na zegarek. Zrobiło się późno. 

 

  —  Spróbujcie  —  zachęciłem.  —  Dzisiaj  pracujemy  tylko  przez  pół  godziny. 

Uważajcie dobrze na drzewka. Wyrywając chwasty, łatwo wyrządzić im krzywdę. 

Sam  dałem  zaraz  przykład  i  wskazałem  najlepszą  metodę.  Gdy  wszystkie  ręce 

poszły  już  w  ruch,  przeszedłem  z  powrotem  przez  płot.  Zacząłem  obchodzić  go  wkoło, 
sprawdzając, czy nie ma braków. Jeśli chorego bierze się pod opiekę, należy opukać go 
zawsze ze wszystkich stron. 

Słupy były solidne, ryglom też nic nie można było zarzucić. Zrobiło mi się weselej 

na duszy. Jeśli ogrodzenie jest w porządku, szkółka będzie wyglądała wkrótce jak nowa. 
Z  takim  wrogiem  jak  chwasty  można  sobie  poradzić.  Chłopcy  są  chętni,  ukochali 
naprawdę  las.  Boli  ich  wszystko,  co  może  mu  w  jakiś  sposób  zaszkodzić.  Włożą  w  tę 
pracę całe swe serce i zręczność... 

Tak  rozmyślając,  zapomniałem  zupełnie  o  naszej  dzisiejszej  pogoni  i  o 

tajemniczych zwiadowcach, od których zdołaliśmy się oderwać z trudem, o Ściętym Ob-
casie, Wyszczerbionej Podkowie, a nawet o tym, co interesowało mnie zawsze najwięcej: 
o  nieszczęsnym  pożarze  puszczy.  Cieszyłem  się  z  góry  tym  zakątkiem,  który 
przywrócimy do życia. I niespodzianką, którą sprawimy wszystkim. 

Uśmiechnąłem  się  sam  do  siebie,  bo  wyobraziłem  sobie  zachwyconą  twarz 

leśniczego, i we wspaniałym nastroju doszedłem do narożnika. Stanąłem nagle jak wryty. 
Zobaczyłem  wielkie  zniszczenia.  Drągi  były  w  tym  miejscu  zerwane.  Jeden  z  nich  był 
złamany pośrodku. 

Pogodne  myśli  rozpierzchły  się,  zastąpiła  je  troska.  Pierwsze 

wrażenie  było  oszałamiające,  ale  uspokoiłem  się  szybko.  Ostatecznie  nie 
było to groźne, zdarzały się takie wypadki. Dziki lubią hasać po szkółkach, 
spróbowały  i  tu  pewnie  swych  sił.  Potwierdziły  to  liczne  ślady.  Teren  był 
zryty naokoło, jakby pułk wojska przejechał po nim szpadlami. 

Tak  nie  mogło  pozostać.  Podniosłem  jeden  z  rygli,  zastanawiając  się,  w  jaki 

sposób  go  przymocować.  Naraz  czoło  oblał  mi  zimny  pot.  Cofnąłem  się  przerażony. 
Uprzytomniłem sobie niespodziewanie, że to zwierzę dokonało tego zniszczenia. Gwóźdź 
na końcu drąga wystawał prosto i był tak czysty, jakby dopiero przed chwilą wyciągnięto 
go z drewna... 

Ś

wisnąłem przeraźliwie. „Czajki", przejęte tym głosem, zjawiły się błyskawicznie. 

background image

Wyczuły, że odkryłem niezwykłego. 

 

  — Ostrożnie — ostrzegłem. —- Zbadać teren bardzo dokładnie. 

Sam  podszedłem  do  płotu.  Chwasty  rosły  tu  wysoko  i  dlatego  nie  spostrzegłem 

wcześniej  zniszczeń,  które  były  nimi  całkowicie  zakryte.  Zacząłem  je  ostrożnie 
rozchylać.  Znać  tu  było  ślady  deptania.  Przykląkłem  W  tym  miejscu,  gdzie  przypadało 
złamanie górnego rygla. Uniosłem delikatnie w górę przywiędłe łodygi. Tak,  zrozumiałe, 
był tutaj człowiek, nie zwierz!... Wgnieciona ziemia oskarżała dobitnie. Wsparł się o nią 
m o cno i pchał silnie ramieniem, dopóki drzewo nie pękło... 

Wstałem i odetchnąłem głęboko. Pierwsze wzburzenie minęło, zacząłem działać z 

większą  rozwagą.  Podszedłem  do  narożnika.  Obejrzałem  dokładnie  końce  rygli  z 
gwoździami. Tutaj siły człowieka zawiodły. Odbijał, i to odbijał czymś twardym. Drzewo 
było wgniecione, szczątki kory zmiażdżone doszczętnie. 

Pokazałem  to  wszystko  chłopcom,  aby  każdy  sprawdził  i  wyciągnął  wnioski. 

Mieliśmy do czynienia z przestępstwem. W takich przypadkach potrzeba świadków. 

 

  — Zła wola — pierwszy zabrał głos Piętek. — Wyłom zrobiono celowo. Szło o to, 

aby zwierzyna dostała się do środka i stratowała szkółkę. 
   

--- Odbijano drągi szerokim kamieniem — uzupełnił fachowo Janicki. — Ślady 

siekiery czy młotka byłyby płaskie i węższe. A tu widać szerokie wgłębienia. 

 

  — Tego nie mógł zrobić Łatana Podeszwa — głos Kaźmierczaka rozbrzmiał jakoś 

dziwnie poważnie. — Jego śladów nie ma tu nigdzie. 

Poruszył sprawę, która nasuwała się sama przez się. I uspokoił wszystkich od razu. 

 

  — W takim razie kto? — zapytałem powoli. 

Wysunął  się  Tarka.  Podszedł  nerwowo  do  chwastów,  rozgarnął  zieleń  i  badał 

długo  miejsce,  gdzie  ślady  były  najbardziej  widoczne.  Wyprostował  się  wreszcie.  Był 
teraz blady jak trup. 

 

  —  To zrobił — powiedział chrapliwie. — To zrobił... Wyszczerbiona Podkowa! 

Skinąłem  głową.  Nie  było  błędu.  Wyszczerbiona  Podkowa,  którego  trop 

spotkaliśmy nad strumykiem i który szedł później śladami Łatanej Podeszwy... 

Przeszukaliśmy  skrupulatnie  teren.  Kamień,  którym  odbijano  rygle,  znaleźliśmy. 

Odrzucił  go  od  siebie  i  musiał  to  zrobić  wielkim  rozmachem.  Kamień  znajdował  się 
daleko od ogrodzenia, w wysokiej trawie. 

Przez  dłuższy  czas  trwaliśmy  w  zupełnym  milczeniu.  Naraz  przebiegła  mi  przez 

głowę niezwykła myśl, raz jeszcze zbadaliśmy sumiennie ślady. W tej sprawie nie mogło 
być najmniejszych wątpliwości. Odetchnąłem wreszcie, zgadzały się wszystkie meldunki. 
Na pewno nie było tu nigdzie śladów nie tylko Łatanej Podeszwy, ale i Ściętego Obcasa... 

 
 
 
 
 

Dwa spotkania 

 

background image

 

 

 

Z

robiliśmy  szkic,  opisaliśmy  i  zabraliśmy  się  do  naprawy.  Ścięliśmy  małe 

drzewko,  bo  gdy  idzie  o  ochronę  lasu,  wolno  to  zrobić  bez  zezwolenia,  wzmocniliśmy 
nim  złamany  drąg  i  przybiliśmy  wszystko  na  nowo.  Oczywiście  innym  kamieniem,  nie 
tym,  którym  odbijał  złoczyńca.  Tamten  owinąłem  starannie  w  papier  i  schowałem  w 
plecaku. 

Te  prace  zajęły  nam  sporo  czasu.  Słońce  opadło  już  nisko,  gdzieś  z  zachodu 

nadciągał  coraz  silniejszy  wiatr.  Ruszyliśmy  w  drogę  powrotną.  Spieszyliśmy się,  wiatr 
bowiem stawał się coraz ostrzejszy, czuło się burzę w powietrzu. Wypadliśmy wreszcie 
na Zielony Szlak. Zatrzymałem się nagle, przykładając palec do ust. „Czajki" przypadły 
bezszelestnie do drzew i za moim przykładem skierowały wzrok na południe. 

Patrzyliśmy  z  zapartym  oddechem.  To,  co  mieliśmy  przed  sobą,  porywało  oczy 

swoją  pięknością.  Złocistym  blaskiem  jarzyły  się  korony  drzew,  Zielony  Szlak  płonął 
cały od barw. Załamywał się nieco dalej i łagodnie unosił w górę. Tam właśnie, na tym 
podwyższeniu,  ujrzeliśmy  najcudniejsze  zjawisko.  Olbrzymie,  brązowe,  mieniące  się  w 
cieniach zachodu, wspaniałe zwierzę. Stało nieruchomo, rozłożyste rogi odcinały się ostro 
od tła. Dumało nad czymś. Zdawało się, że bada ten szlak i rozważa, co się tu stanie w 
przyszłości... 

„Czajki" zamarły z wrażenia. A i mnie serce zabiło silnie, takiego bowiem jelenia 

nikt  z  nas  jeszcze  nie  widział.  Nasuwało  się  mimo  woli  na  myśl,  że  odprawia  tu  jakieś 
modły i rzuca czar. Powaga i tajemniczość biły z całej jego postawy. Niestety, trwało to 
krótko. Wiatr uderzył mocniej i skręcił w jego kierunku. Położył po sobie rogi, wyciągnął 
pysk.  Węszył  przez  chwilę  i  wreszcie  odwrócił  się  bez  pośpiechu.  Lekko,  swobodnie 
pomknął przed siebie, zatoczył niewielkie półkole i naraz zniknął jak sen. 

Spojrzałem  na  „Czajki".  Stały  zamyślone  i  ciche.  Rozumiałem  je  dobrze.  Taki 

obraz  pozostaje  w  pamięci  na  całe  życie.  Bez  słowa  ruszyłem  dalej,  nie  chcąc  zamącić 
niczym  tego  niezwykłego  przeżycia.  Nawet  nasze  stąpania  stały  się  bardziej  ostrożne. 
Czuliśmy się tak, jakbyśmy zetknęli się ze świętością. 

Zapadł zupełny zmrok, na nogach czuło się krople rosy. Przestaliśmy się śpieszyć. 

Znajdowaliśmy  się  niedaleko  drogi,  prowadzącej  do  naszego  obozu.  Uszliśmy  jeszcze 
kilkadziesiąt  kroków  i  przystanąłem.  Ktoś  tam  szedł  zamaszyście,  kroki  słychać  było 
wyraźnie. Przed nami mignął ciemny mundur leśnika. 

 

  — Strażnik! — szepnął z przejęciem Kaźmierczak. 

I  ja  go  poznałem.  Nie  byłem  zachwycony  tym  nieoczekiwanym  spotkaniem,  ale 

nie  było  powodu,  aby  się  przed  nim  ukrywać.  Wysunąłem  się  z  zastępem  na  drogę. 
Strażnik objął nas zdziwionym spojrzeniem. 

 

  — A, „Czajki"! — powitał nas powściągliwie. — Dobry wieczór! Skąd wracacie 

tak późno? 

Miał dobrą pamięć. Na drodze było wprawdzie widniej niż w lesie, lecz rozpoznać 

background image

twarze, które widywało się rzadko, nie było łatwo w panującym dokoła półmroku. 
 

  — Zapędziliśmy się za daleko — odpowiedziałem wymijająco. — A że po drodze 

napotkaliśmy wspaniałego jelenia... 

Opowiedziałem mu szczegółowo ostatnią przygodę. Pokiwał pogodnie głową. 

 

  — Tak, tak — przyznał — zdarza się to niekiedy... Wygląda wtedy jak na obrazku. 

Gdyby człowiek nawet mógł, nie miałby sumienia zastrzelić. 

Szliśmy obok siebie. Zerknąłem na niego nieznacznie. Trochę mnie zaskoczyły te 

słowa. Świadczyły one o wrażliwości, a o to nie posądzałem go dawniej. 

 

  — A pan? — zapytałem z kolei. — Wraca pan pewnie ze Starej Wsi? 

Przybił mocniej nogą, jakby chciał pokryć jakiś wewnętrzny niepokój. 

 

  —  No,  nie...  —  odparł  z  wahaniem.  —  Obchodziłem  las.  Zdarzyły  s i ę   nowe 

kradzieże. 

Od  razu  stałem  się  czujny.  O  tym  nic  nam  nie  wspominał  leśniczy,  a  zazwyczaj 

dzielił się każdą nowiną. Zresztą i my musielibyśmy coś zauważyć. Stale wędrowaliśmy 
przecież po puszczy w najrozmaitszych kierunkach i zwracaliśmy na wszystko uwagę. 

 

  — A jak tam ze sprawą pożaru? — zmieniłem natychmiast temat. — Odkrył pan 

coś nowego? 

Ś

wisnął przeciągle przez zęby. Opanowała go dziwna wesołość. 

 

  —  Odkryłem  —  odrzekł.  —  Zamkniemy  łotra  za  kilka  dni.  Gromadzę  ostatnie 

dowody. 

Przebiła  w  tych  słowach  jakaś  fałszywa  nuta.  Coś  nieokreślonego,  prawie 

nieuchwytna  chwiejność,  maskowana  pozorami  radości.  Szliśmy  przez  chwilę  w  mil-
czeniu. 

 

  —  Milicja,  jak  zwykle  w  takich  przypadkach,  okazała  się  zupełnie  bezradna  — 

odezwał się znowu. — Zwaliła winę na lekkomyślnych przybyszów z miasta. 

Zrobiło mi się na przemian gorąco i zimno. Rzucone niegdyś przez niego 

oskarżenie przemknęło przede mną z całą wyrazistością. Chwyciłem się jednak w garść i 
postanowiłem go pociągnąć za język. 
 

  ---  Pan  natomiast  jest  ciągle  innego  zdania?  —  przemówiłem  głosem  możliwie 

najsłodszym. 
 

  --- Zrozumiałe. Gdzie w ciągu krótkiego czasu wybucha kilka pożarów, nie wolno 

wierzyć  w  przypadek.  Tak  zawsze  twierdziłem  i  twierdzę  dziś.  Poszedłem  więc  własną 
drogą w prowadzeniu dochodzeń. No i trzymam zbrodniarza w rękach. Teraz już się nie 
wymknie! 

Zacisnąłem  zęby.  Dokąd  ten  człowiek  zaszedł?  Kogo  pragnie  unieszczęśliwić 

swoją nadgorliwością? My przecież też biegliśmy po tropie, lecz on na pewno prowadzi 
gdzie indziej... 

 

  — Któż to taki? — spytałem udając, że powoduje mną tylko ciekawość. — Może 

pan nas o tym poinformować? 

Nie wydawał się uszczęśliwiony tą propozycją. Pokręcił nieufnie głową. 

 

  —  Nie  —  odparł  z  namysłem.  —  Jeszcze  nie  nadszedł  czas.  Dowiecie  się  we 

właściwym czasie. 

Nie spodziewałem się innej odpowiedzi. To mi jednak nie wystarczyło. Zamknął 

background image

się  teraz  w  sobie  i  chyba  nic  więcej  nie  powie.  Postanowiłem  użyć  najpewniejszego  na 
niego sposobu. Największym wysiłkiem opanowałem wzburzone nerwy. 
 

  —  Ale  Niemiec?  —  podpowiedziałem  mu  obojętnie.  Jak  przewidziałem,  nie 

wytrzymał  takiego  ataku. Widać było, że to słowo sprawiło mu wielką uciechę. Pewnie 
dlatego, że padło właśnie z mych ust. 

 

  —  Nareszcie  zrozumieliście!  —  wykrzyknął.  —  Jasne,  że  Niemiec.  Żaden  Polak 

nie popełni przecież takiego przestępstwa! 

Przystanęliśmy, bo stąd odchodziła ścieżka do naszego obozu. Wyciągnął rękę na 

pożegnanie.  Udałem,  że  tego  nie  widzę.  Zasalutowałem  i  natychmiast  odsunąłem  się  w 
bok. „Czajki" poszły za mną w całkowitym milczeniu. 

Przestałem nad sobą panować. Z wściekłości zacisnąłem usta do krwi. 

 
 
 
 

Zaciemniony horyzont 

 

 
 
 

K

omenda obozu, dowiedziawszy się o naszych ostatnich odkryciach, przyjęła je 

bardzo poważnie. Tajemniczy zwiadowcy wzbudzili zaciekawienie i troskę. Chwasty 
zagłuszające szkółkę stały się wielkim problemem. Połamane świadomie drągi wywołały 
głęboki niepokój. 

 

  —  To  już  wykracza  poza  prawo,  to  zbrodnia  —  oświadczył  druh  lekarz  na 

wieczornej naradzie. — Jeśli to jednak zrobił Wyszczerbiona Podkowa, należy zachować 
ostrożność. Kto jak kto, ale on nie może być przecież szkodnikiem. Być może kryje się za 
tym coś, czego nie możemy zrozumieć. Dlatego radzę, aby do czasu zachować całkowite 
milczenie. 

Dyskusja  była  bardzo  ożywiona,  lecz  wreszcie  zgodzili  się  wszyscy  z  tym 

stanowiskiem. Natomiast nad szkółką postanowiliśmy roztoczyć opiekę. 

 

  —  Tak,  to  słuszne  —  przyznał  druh  drużynowy.  —  Szkółkę  należy  nie  tylko 

oczyścić,  ale  i  nie  spuszczać  jej  z  oczu.  Kto  wie,  czy  przestępca  nie  pokusi  się  po  raz 
drugi o jej zniszczenie? To samo należy uczynić z innymi. Są jeszcze dwie w tej okolicy 
— dodał tonem wyjaśnienia, — o których zastępy nie wiedzą. 

Na stole, przy którym siedzieliśmy, znajdował się duży plan. Wprowadzaliśmy na 

niego  kolejno  wszystkie  swoje  odkrycia.  Oznaczyłem  teraz  Dzikową  Drogę  i 
Zachwaszczoną  Szkółkę;  druh  drużynowy  zaś,  na  podstawie  mapy,  wpisał  na  nią  dwa 
inne miejsca. 

 

  —  Dalej  nie  będziemy  sięgali  —  rzekł,  zakończywszy  tę  pracę.  —  Te  nam 

wystarczą.  Każdy  zastęp będzie miał jedną pod swoją opieką. A co do tych nieznanych 
zwiadowców  —  przeszedł  na  inny  temat  —  nie  zajmujmy  się  nimi  chwilowo.  Druh 

background image

kwatermistrz sprawdzi raz jeszcze, czy rzeczywiście nie ma tu jakiejś drużyny. Może oni 
nie mają żadnych powiązań ze znanymi nam ludźmi. 

Tak,  to  było  najrozsądniejsze.  Poprzestaliśmy  na  tym  i  rozeszliśmy  się  do 

namiotów.  Nazajutrz  natomiast  zająłem  się  swoją  szkółką.  Przybywszy  na  miejsce, 
przede wszystkim obejrzałem starannie płot. Był cały, nikt tu dziś nie zaglądał. Złamany 
drąg, który wczoraj powiązaliśmy prowizorycznie sznurkami, naprawiliśmy porządnie, a 
potem całym zastępem zabraliśmy się do pielenia. Koło jedenastej pojawił się na rowerze 
leśniczy. 

 

  — Tego się nie spodziewałem! — wykrzyknął z uciechą. — Jesteście nieocenieni, 

moi mili harcerze. Patrzcie, patrzcie! — dziwił się coraz bardziej, oglądając oczyszczone 
odcinki.  —  Tak  bez  uprzedzenia,  sami...  A  ja  spać  nie  mogłem,  martwiąc  się,  że  to 
wszystko  zmarnieje.  Nie  można  dziś  dostać  robotnika  za  żadne  pieniądze.  Żniwa 
wszędzie. 

Opowiedział  przy  sposobności  o  najrozmaitszych  kłopotach,  na  które  natrafia 

nieustannie w swej pracy. Ludzi brak, odległości duże, a roboty co niemiara i przybywa 
jej ciągle. 

 

  —  Jak  wy  tu  trafiliście?  —  zastanowił  się  w  pewnej  chwili.  —  Daleko  stąd  do 

obozu. Nie domyślałem Się, że robicie tak odległe wyprawy. 

— Przypadkiem — odpowiedziałem wymijająco. — Jak to w czasie ćwiczeń 

terenoznawczych: zastęp prowadzi grę, więc często odkrywa coś ciekawego. 

Pokiwał  głową  ze  zrozumieniem.  Zaczął  odczepiać  przywiązaną  do  roweru 

siekierę. Zmarkotniał nagle. 

--- Muszę naprawić płot z tamtej strony — rzekł. — Został podobno zniszczony. 

Na szczęście — rozejrzał się uważnie po szkółce — nigdzie nie widzę szkód. Widocznie 
dziki hasały w nocy gdzie indziej. 

Targnął mną ostry niepokój. Wiedział o wszystkim! Kto go o tym zawiadomił?... 

Byłem  przekonany,  że  tylko  my  znamy  tę  tajemnicę.  No  i  Wyszczerbiona  Podkowa... 
Lecz on nie mógł przecież złożyć na siebie skargi. 

 

  —  Niepotrzebnie  pan  przyjechał  —  przemówiłem  powoli,  starając  się  panować 

nad sobą. — Płot jest w porządku. 

Oczy leśniczego zalśniły. Objął mnie badawczym spojrzeniem. 

 

  --- Ale był wyłamany? — zapytał z naciskiem. 

 

  --- Był. 

      Opowiedziałem  mu  wszystko,  nie  wspominając  jednak  o  śladach  i  o  naszych 

domysłach. 

      —  W  takim  razie  nawet  nie  będę  sprawdzał  —  rzekł  w  zamyśleniu.  —  Wiem  z 

doświadczenia, że jeśli coś robicie, robicie solidnie. Wobec tego muszę jechać do drugiej 
szkółki. Trzeba sprawdzić, czy tam nie stało się jakieś nieszczęście. 

Hm, rozumował tak samo jak my... 

 

  —  Tam  już  działają  inne  nasze  zastępy  —  uspokoiłem  go  zaraz.  —  Jeśli  znajdą 

braki, naprawią. I będą czuwały nad bezpieczeństwem, dopóki nie zlikwidujemy obozu. 

Powiedziałem mu dużo. Zrozumiał. Popatrzył na mnie przeciągle i nie odezwał się 

słowem.  Bez  pośpiechu,  jakoś  dziwnie  leniwie  przyczepił  siekierę  do  ramy,  a  potem 

background image

postawił stopę na pedale szykując się do odjazdu. 

 

  —  Kto  panu  opowiedział  o  szkodzie?  —  zapytałem  szybko.  —  Sądziłem,  że 

odkryliśmy ją pierwsi. 

Noga,  przygotowana  już  do  nacisku,  zwiotczała  nagle,  nerwowo  drgnęły  palce 

zaciśnięte na kierowniku. Silniej pochylił głowę, jakby chciał ukryć twarz. 

 

  —  Otrzymałem  wczoraj  meldunek  —  odparł  głosem  matowym.  —  Było  jednak 

zbyt późno, aby dokonać naprawy. No, ale na mnie już czas — dodał podnosząc głos. — 
Do widzenia, druhowie! 

Odbił  się  silnie  od  ziemi  i  przerzucił  nogę.  Obserwowałem  go  przez  chwilę, 

zastanawiając się nad jego słowami. Nie chciał powiedzieć wszystkiego, to było jasne. Z 
pewnością znał człowieku, który zawiadomił go o wypadku. Ale czy zadał sobie pytanie, 
dlaczego przybył on do niego tak późno? I dlaczego, spostrzegłszy szkodę, nie przybił od 
razu rygli?... 

Rower  zniknął  za  drzewami.  Odwróciłem  się  bez  pośpiechu:  „Czajki"  pracowały 

wytrwale, ratując młodziutki las. Przyłączyłem się do nich. 
 
 
 
 

Meldunek ze skraju puszczy 

 
 
 
 

M

ój namiot przemienił się obecnie w małe muzeum. Najwięcej miejsca 

zajmowały gliniane modele podeszew i stóp, należących do najrozmaitszych ludzi z tej 
okolicy. Od razu można było poznać wielki but leśniczego i spiczasto zakończone obuwie 
Rojka. Były także odciski butów strażnika, milicjanta, wielu gospodarzy ze Starej Wsi, 
szoferów, którzy niekiedy tu zaglądali na ciężarówkach, a nawet naszego Karolka. 

Modelowanie nie było łatwe, ale warte zachodu. Cały zastęp znał teraz ślady tych 

ludzi  na  pamięć,  odróżniał  nawet  najdrobniejsze  szczegóły  i  według  nich  potrafił 
wyłuskać  je  z  najbardziej  zagmatwanego  tropu.  Niemało  przyczyniała  się  do  tego 
wprawa.  W  pierwszych  dniach  poruszaliśmy  się  po  puszczy  dość  nieporadnie.  Dziś 
czytaliśmy z każdego drobiazgu jak z nut. Wyostrzyły się zmysły, wzrosła spostrzegaw-
czość, pogłębiło się poczucie kierunku. 

Był to wynik żmudnego, systematycznego, pełnego trudów wysiłku. Świadczyła o 

nim najlepiej stojąca w kącie skrzynka, wypełniona po brzegi dokumentami. Znajdowały 
się  tam  niezliczone  plany,  szkice,  opisy,  meldunki.  Była  w  nich  zamknięta  cała  historia 
zastępu. Przeglądaliśmy je często. Oto Zielony Szlak i miejsce, gdzie spotkaliśmy jelenia. 
A tu Sine Bajoro, skąd wyraźny trop prowadzi prosto do kniei. Zachwaszczona Szkółka 
jest opracowana bardzo dokładnie, tak samo jak i miejsce pożaru. Ta zaś paczka obejmuje 

background image

wszystko,  co  dotyczy  Cichego  Jeziora  i  Starej  Wsi.  Ta  natomiast  mówi  o  Łatanej 
Podeszwie... 

Gdy  w  dniu  naszego  przyjazdu  ujrzeliśmy  kłęby  dymu  nad  lasem,  nikt  nie 

przypuszczał,  że  są  one  zapowiedzią  bardzo  dziwnych  wypadków.  Dziś  ciążyły  one 
wyraźnie  nad  naszymi  pracami.  Z  zebranych  szkiców,  opisów  i  obserwacji,  które  miały 
początkowo  charakter  tylko  ćwiczebny,  wyłaniał  się  powoli  obraz  niezwykły,  coraz 
bardziej zwarty, ale też coraz smutniejszy. Przedstawiał on życie tego leśnego zakątka z 
jego  wszystkimi  urokami,  lecz  także  z  kłopotami  i  zawiściami.  Oto  puszcza,  „Złota 
Puszcza",  jak  ją  nazywaliśmy  powszechnie,  pełna  czaru  i  blasku.  Lecz  w  niej  po-
gorzelisko,  wyciągające  tragicznie  ku  niebu  osmolone  kikuty.  Było  życie  i  nie  ma  go, 
zamieniło  się  w  zgliszcza.  A  oto  ludzie:  pracowici,  ofiarni,  szczerze  kochający  ten  las. 
Lecz obok tacy, którzy szerzą wobec innych pogardę... 

Było w tym obrazie wiele niedomówień, nie wszystkie sytuacje przedstawiały się 

zrozumiale,  stale  jednak  przybywało  nam  dokumentów.  Wypełniały  się  luki,  blade 
dotychczas miejsca nabierały szybko rumieńców. Niektóre sprawy odsunęliśmy. Tak się 
stało  ze  zwiadowcami,  którzy  zaszli  nam  drogę  przy  wrzosowisku.  Druh  kwatermistrz 
przeprowadził  szczegółowe  badania:  drużyny  harcerskiej  nie  było  nigdzie.  Poprze-
staliśmy  na  tym  stwierdzeniu.  Wyglądało  na  to,  że  ktoś  chciał  nas  jedynie  nastraszyć. 
Może  jacyś  przypadkowi  turyści.  Byli  i  odjechali.  Od  tej  pory  nie  dawali  znaku  życia, 
toteż i my postanowiliśmy wykreślić ich ze swoich rachunków. 

Minęły trzy dni. Zachwaszczona Szkółka została oczyszczona, byliśmy znów w 

Starej Wsi. Pomagaliśmy tym razem przy żniwach. Pogoda wprawdzie dopisywała, 
przyśpieszano jednak roboty. Ludzie starzy twierdzili, że należy spodziewać się burz. 
Uwijaliśmy się, więc raźnie, uciechy też było sporo. Gospodarze spoglądali na nas z coraz 
większą sympatią, bo nikt się nie lenił. Nie wyróżnialiśmy przy tym nikogo; 
pracowaliśmy tak samo chętnie dla Mazurów, jak i dla repatriantów zza Buga, dla ludzi z 
Kieleckiego, jak i dla tych spod Ostrołęki. Efekt był zupełnie niezwykły. Gdy po obiedzie 
ruszyliśmy znowu do pracy, dogoniła nas niespodziewanie Rojkowa. Siedziała na dra-
biniastym wozie, zaprzężonym w dwa dobrze odkarmione konie. 

 

  —  Wsiadajcie, druhowie! — zaprosiła wesoło. — Wstępuję do waszego zastępu! 

Jej  dobry  humor  bardzo  nam  przypadł  do  gustu.  Wskoczyliśmy  ochoczo  między 

drabiny. Byłem przekonany, że podwiezie nas tylko, pola bowiem znajdowały się za wsią. 
Zdziwiłem się więc, gdy nie zatrzymała się przy swoim, lecz udała się na najdalsze, gdzie 
zboża  było  najwięcej.  Powoziła  świetnie.  Pięknie  zatoczyła  wozem,  zeskoczyła  i 
przywiązała lejce. 

 

  —  Janie  —  krzyknęła  do  pochylonego  wiekiem  gospodarza,  który  tu  ładował 

snopki na inny wóz — pracujemy wspólnie! 

Gospodarz  wydawał  się  zaskoczony,  chciał  coś  nawet  powiedzieć,  lecz  nie 

pozwoliła  mu  wcale  otworzyć  ust.  Zanim  spostrzegliśmy  się,  komenderowała  nami  jak 
ś

wietnie  wyszkolony  oficer.  Mendle  znikały  jak  zjawy.  Po  krótkim  czasie  wozy  były 

wypełnione po czuby. 

Odwieźliśmy  do  stodół,  wróciliśmy  i  zabraliśmy  resztę.  Potem  udaliśmy  się  na 

pole  sąsiednie.  Jan  poszedł  z  nami  i  pracował  jak  poprzednio  na  swoim.  Rojkowa  nie 

background image

zwalniała nikogo. Sprzątaliśmy po kolei, przybywało ludzi i wozów. Gdy wreszcie koło 
czwartej dobiliśmy do jej gospodarstwa, uporaliśmy się z robotą w ciągu jednej minuty. 
Więcej było rąk do pracy niż snopków. 

 

  —  Ładnie  to  wygląda  —  pochwalił  głośno  jeden  z  Mazurów.  —  Jak  tak  jeden 

drugiemu pomoże, człowiek nawet się nie obejrzy, a rżyska puste... 

Zatoczył ręką wokoło. Poszliśmy za jego spojrzeniem i naraz ogarnęła nas wielka 

uciecha.  Huknęliśmy  na  wiwat.  Ludzie  śmiali  się  i  też  coś  tam  dołożyli  od  siebie.  Przy 
wtórze  radosnych  okrzyków  ruszyliśmy  prawie  kłusem  do  wsi.  Wozy  były  tym  razem 
lekkie. 

 

  — No, to i dobrze — mruknęła zadowolona Rojkowa, z którą jechałem razem. — 

Gromadzą się chmury, może wkrótce spaść deszcz. Teraz nam nie zaszkodzi. 

Mimo woli uniosłem głowę. Rzeczywiście niebo pociemniało na zachodzie. Jasna 

skłębiona chmura zaczęła wydłużać się szybko, a ten kształt nie wróżył nic przyjemnego. 
Znałem  to  nie  tylko  z  teorii,  ale  i  z  doświadczenia.  Gdy  więc  umieściliśmy  zboże  w 
sąsiekach,  chciałem  natychmiast  udać  się  do  obozu,  napotkałem  jednakże 
nieprzewidziane opory. Gospodarze nie chcieli o tym słyszeć, w każdym domu czekał nas 
podwieczorek. Zresztą i Piętek jakoś dziwnie marudził. 

 

  — Druhu zastępowy — przemówił w końcu otwarcie — mam jeszcze kilka spraw, 

które muszę załatwić z Karolkiem. Punktualnie o szóstej będę gotowy. 

Nie bardzo byłem zadowolony z tej propozycji. Deszcz wisiał w powietrzu. 

 

   —  Zmokniemy  —  spróbowałem  się  przeciwstawić.  Zrobiłem  to  bez  większego     

zapału.  Gdy  szło  o  Karolka,  trudno  mi  było  czegokolwiek  odmówić.  Piętek  wiedział  o 
tym i umiał to wykorzystać. 
 

  —  Jeśli  nawet  zmokniemy,  nic  się  złego  nie  stanie  —  rzekł  obojętnie.  —  Nie 

przeżyliśmy  dotychczas  deszczu,  warto  więc  i  tego  spróbować.  Zahartujemy  się  przy 
okazji. A z Karolkiem trzeba jakoś załatwić. 

No  tak,  trzeba  było  załatwić...  Ten  chłopak  zawsze  miał  argumenty.  Nie 

przeciwstawiałem  się  dłużej.  Dopilnowałem  osobiście,  aby  Rubel  i  Kaźmierczak odpły-
nęli  na  „Czajce"  z  dzieżą  i  koszyczkami,  gdyż  jutro  mieliśmy  piec  chleb,  potem  zaś 
przekazałem komendę nad zastępem Piętkowi. 

 

  —  Załatwiaj  swe  sprawy  —  rzekłem  na  końcu.  —  Jeśli  ci  czas  pozwoli,  zbadaj 

kraniec  lasu  i  pobliskie  ścieżyny.  Daj  chłopcom  dużo  swobody.  Niechaj  działają  po 
dwóch. 

Traktowałem to raczej jako zabawę, chociaż wiązałem z tymi ćwiczeniami i trochę 

nadziei. Do tej pory nie zauważyłem Rojka. To mnie zastanowiło. Nie zapomniałem, że 
to  na  jego  podwórzu  spostrzegłem  niegdyś  ślad  Wyszczerbionej  Podkowy.  Zresztą 
gospodarz, który w czasie zwózki zboża znika na cały dzień, może wzbudzić nieufność. 

Piętek  też  to  widocznie  rozumiał,  przyjął  bowiem  zlecenie  bardzo  poważnie. 

Patrzyłem za nim przez chwilę, jak odchodzi z chłopcami na łęgi, a potem wszedłem do 
zagrody Rojkowej. Zobowiązała mnie, że przyjdę do niej na podwieczorek. 

 

  — Bardzo się cieszę — powitała mnie w progu serdecznie. — Obawiałam się, że 

druh  —  używała  tego  słowa  już  zupełnie  normalnie  —  i  tym  razem  nie  skorzysta  z 
gościny. Mógłby ktoś tam zarzucić — dodała z przekąsem — że to także zapłata. 

background image

Spojrzała na mnie zaczepnie, jakby oczekiwała ataku. Uśmiechnąłem się. Byłem w 

jak najlepszym humorze. Nie miałem dziś co do niej żadnych zastrzeżeń. 
         — Co innego wziąć masło od pani Rojkowej — odpowiedziałem wesoło — a co 
innego przyjść w gościnę do druhny Rojkowej. To nawet mój obowiązek. Zgłosiła się 
przecież do naszego zastępu na ochotnika. 

Rozpogodziła się. Ujęły ją te słowa, w których niewątpliwie wyczuła niekłamane 

uznanie. Zaprosiła do środka, a potem zakrzątnęła się koło kuchni. Stół został zastawiony 
różnymi smakołykami. Usiedliśmy przy nim i przy jedzeniu zaczęliśmy gawędzić. 

Była  bystra,  oczytana,  orientowała  się  doskonale  we  wszystkim.  Nic  dziwnego. 

Duża etażerka w kącie była wypełniona książkami po brzegi, na wierzchu leżały świeże 
gazety. Spoglądałem na to z pewnym podziwem. Na wsi nie było to częste zjawisko. 

Rojkowa urwała w połowie zdania. Domyśliła się prawdopodobnie, o czym teraz 

rozmyślam. 

 

  — Druh dziwi się pewnie — przemówiła zgaszona — że u mnie znać na każdym 

kroku dostatek. No, człowiek pracuje ciężko, więc ma. I jest przecież niegłupi. 

W  to  nie  wątpiłem.  I  pracowała  świetnie,  też  prawda.  Pod  tym  względem  nic  jej 

nie można było zarzucić. 

 

  — Dostatek nie hańbi — odpowiedziałem pogodnie, — Widać go zresztą nie tylko 

u pani... 

Chciałem  rozładować  niepokojący  nastrój,  lecz  osiągnąłem  odwrotny  skutek. 

Zachmurzyła się bardziej. 

 

  —  Wiem,  co  druh  chce  przez  to  powiedzieć  —  przerwała  mi  opryskliwie.  — 

Wszędzie jest dobrze, tylko nie u tych... 

Zawahała się, jakby zabrakło jej odpowiedniego wyrazu. 

 

  --- Mazurów — podpowiedziałem jej miękko. 

 

  --- Właśnie, Mazurów! — spojrzała na mnie ze złością. — Mieli oni więcej od nas, 

gdy przyszliśmy tutaj... 
 

  --- A potem każdy przybysz urwał coś tam z ich majątku dla siebie — skończyłem 

za nią dość ostro, tracąc dotychczasową pogodę. — Przyzwoitszy wykupywał od nich za 
grosze; inny najzwyczajniej okradał, grożąc im wyrzuceniem. 

Otworzyła  usta,  jakby  chciała  temu  zaprzeczyć,  ale  ja  wtedy  podniosłem  głos. 

Wyprowadziła mnie z równowagi i przestałem nad sobą panować. 

 

  — I tak to szło — mówiłem dalej, unosząc się coraz bardziej. — W czasie działań 

wojennych Mazurzy stracili dużo, potem też ubywało im ciągle. Za to ludzie napływowi, 
szczególnie  ci,  którzy  przybyli  tu  pierwsi,  porobili  majątki.  Nawet  Boenigowi,  temu 
ubogiemu  Boenigowi,  który  poświęcił  wszystko,  aby  bronić  na  tej  ziemi  polskości, 
zabrano kierat!... 

Przycichłem  nagle.  Rojkowa,  wpatrzona  dotąd  we  mnie  wrogo,  naraz  zwiesiła 

głowę.  Zrobiło  mi  się  gorąco.  „Kowalski,  Kowalski  —  zacząłem  łajać  się  w  duchu  — 
dlaczego  tak  jej  wymyślasz?  Może  ona  nie  miała  w  tym  wszystkim  najmniejszego 
udziału? Może nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, co się dzieje dokoła? Przecież tu 
wszyscy rozumują inaczej niż my. Jeden wmawiał w drugiego, że Mazur to ewangelik, a 
zatem Niemiec, tym bardziej, że mówi słabo po polsku. Cóż mogli rozumieć ci przybysze 

background image

spoza dawnej granicy, nie znający historii tych ziem?... 

 

  —  Nie  mówmy  o  tym  —  złagodziłem  natychmiast  ton.  —  Źle  się  tu  działo,  to 

prawda. Nie zmienimy jednak przeszłości. Za to można wiele poprawić na przyszłość. O 
tym warto pomyśleć. 

Nie uniosła głowy. Wpatrywałem się w nią przez chwilę, nie bardzo wiedząc, jak 

poprowadzić  dalej  rozmowę.  Niespodziewanie  przez  otwarte  okna  dobiegł  jakiś 
niezwykły dźwięk. Drgnąłem silnie i nadstawiłem uszu. Dźwięk się powtórzył, a potem 
zmienił  się  w  stuki  rytmiczne,  przypominające  warczenie  bębna.  Coś  zaczęło  mi  się 
gorączkowo układać w głowie. Trzy krótkie uderzenia, potem długie i krótkie — i znów 
od początku... Zaczynałem rozumieć. 

W zdenerwowaniu skoczyłem do okna. Tak, nie mogło być wątpliwości! Ktoś tam 

zapowiadał alfabetem Morse'a nadawanie depeszy. Zastanawiałem się gorączkowo. Co to 
za  instrument?...  Niby  bęben,  lecz  na  pewno  nie  bęben.  Nie  mieliśmy  go  zresztą  w 
zastępie, a nawet w całej drużynie. Sygnalizował zaś człowiek znający się doskonale na 
rzeczy. Skąd się tu wziął? Kim Jest?... 

Jeszcze  raz  wyraźna  zapowiedź  i  przestałem  zadawać  sobie  pytania.  Nie  było 

czasu. Bo oto nadpływała zdumiewająca wiadomość: 

Mówi  harcerz  Piątek.  Mówi  harcerz  Piętek  do  druha  Kowalskiego,  zastępowego 

„Czajek". Ruszamy w pogoń, znaleźliśmy ciekawy trop. Proszą dać sygnał gwizdkiem, ż
przyj
ęto depeszę. Trzy krótkie sygnały zrozumiem, że mamy pozostać na miejscu i czekać
Jeden długi — 
że możemy iść naprzód. 

Wybiegłem  na  podwórze  i  gwizdnąłem  przeciągle.  Niech  idą!  Dogonię  ich 

przecież bez trudu. 

Wróciłem  do  chaty.  Rojkowa  stała  przy  oknie.  Objęła  mnie  przeciągłym 

spojrzeniem. Była dziwnie poważna. 

 

  — Co się stało? — spytała cicho. 

 

  — Zastęp składał meldunek — wyjaśniłem beztrosko. — Odchodzi w las. 

Ponieważ  wydało  mi  się,  że  jest  zaciekawiona  tym  wszystkim,  wyjaśniłem  jej 

krótko zasady porozumiewania się na odległość i dodałem na zakończenie kilka wesołych 
słów. Rozpogodziła się nieco, lecz nie udało m i   s ię wywołać na jej twarzy uśmiechu. 

 

  —  Proszę  o  nas  nie  zapominać  —  rzekła  podając  mi  rękę  na  pożegnanie.  — 

Bardzo  jesteście  tutaj  potrzebni.  Nie  tylko  Mazurom,  ale  i  nam.  Cała  wieś  potrzebuje 
ż

yczliwej opieki... 

Zasalutowałem i odszedłem szybko. Te słowa wywarły na mnie wielkie wrażenie. 

Tak, dużo było w nich racji. Idzie tu rzeczywiście nie tylko o Mazurów, ale o całą wieś. 
Nie odmieni się biegu wypadków. Przybyli ludzie spod Ostrołęki, zza Buga i Niemna, i ci 
też muszą pozostać. Byle tylko między nimi nie było. waśni... 

 
 
 
 

background image

Narada w Ponurym Borze 

 
 
 
 

P

ierwszy  znak  napotkałem  zaraz  za  wsią,  na  skraju  puszczy.  Z  tego  miejsca 

odchodziły dwie drogi. Jedna wiodła wzdłuż jeziora, na wschód. Druga w stronę naszego 
obozu. 

Znak  był  niepokaźny,  kto  inny  nie  zwróciłby  na  niego  uwagi.  Była  to  właściwie 

mała  gałązka  jedliny,  rzucona  niby  przypadkiem.  Jej  ostry  czubek  zastępował  jednak 
doskonale  strzałkę  i  prawidłowo  wskazywał  kierunek.  Nieco  dalej  trafiłem  na  patyk  o 
ostro  odłamanym  końcu,  a  potem  na  mały  kamyk  ułożony  na  większym.  Wszystko 
oznaczało  to  samo:  iść  prosto  drogą.  Piętek  pracował  wzorowo.  Przewidział,  że  w 
pierwszej  chwili  mogę  nie  czuć  się  pewnie,  więc  oznaczał  potrójnie,  abym  nie  tracił 
czasu. Nie używał przy tym rysunków, szedł zatem najprawdopodobniej po tropie wroga. 
Przyśpieszyłem kroku, przebywając biegiem niektóre odcinki. Byłem przeświadczony, że 
dogonię go szybko. 

Uszedłem chyba z kilometr, gdy niespodziewanie zatrzymały mnie dwa ułożone na 

krzyż patyczki. Rozejrzałem się czujnie. Nie wolno iść drogą w stronę obozu, wobec tego 
którędy?  Żadnych  widocznych  znaków  nie  było.  Popatrzyłem  na  najbliższe  drzewa. 
Również  nic  ciekawego.  Pochyliłem  się  i  zacząłem  przeglądać  trawę.  Wreszcie 
znalazłem.  Niewielką  kępkę  zwinięto  w  węzeł,  a  jego  zagięty  wierzchołek  skierowano 
wyraźnie w prawo. Tutaj więc weszli do lasu. Trzeba będzie teraz bardziej uważać. 

Zorientowałem się już w kierunku, ale jeszcze przez pewien czas nie ruszałem się 

z miejsca. Do tej pory nie brałem sprawy zbytnio do serca. Byłem przekonany, że Piętek 
wymyślił jakąś ciekawą grę, ale że znajdę go w pobliżu osiedla. Robiło się parno, burza 
nadchodziła  z  całą  pewnością.  Zdziwiłem  się  i  zmartwiłem.  Ta  ucieczka  w  puszczę  i 
dopiero  w  tym  miejscu  popsuła  mi  nieco  szyki.  Spodziewałem  się  deszczu,  wolałbym 
skryć  się  przed  nim  w  obozie.  „Z  drugiej  jednakże  strony  ---  rozważałem  sytuację 
dokładnie --- Piętek nie zdobyłby się na taki krok bez istotnego powodu. Ściga kogoś, to 
niewątpliwe. Ale kogo? Czyżby pojawił się Rojek?...” 
           Odrzuciłem to przypuszczenie. Nie napotkałem dotychczas śladu, który by zwrócił 
moją uwagę. Raz jeszcze zbadałem starannie drogę. Ktoś przejeżdżał na rowerze, ale było 
to dawno. A to co?... Jakiś mężczyzna. Przechodził tędy i także skręcił w prawo, właśnie 
tam,  dokąd  skierowały  się  „Czajki".  To  mnie  zaintrygowało.  Aha,  to  ten  gospodarz  ze 
Starej Wsi! No, może tylko przypadek. A to kto?... Trop był zupełnie świeży, noga bosa, 
nieduża. Wystający drugi palec wskazywałby na naszego Karolka. Widocznie i on wybrał 
się z Piętkiem na ten spacer po puszczy... 

Przestałem  się  zastanawiać.  Czas  naglił,  a  zresztą  nie  było  potrzeby.  Dogonię 

chłopców, dowiem się wtedy o wszystkim. Zagłębiłem się w las. Byłem najlepszej myśli. 
Czytanie śladów na drodze jest rzeczą prostą. Tu, wśród borowin i mchu, wymagało ono 
nie tylko zręczności, ale i czasu. Zastęp nie mógł więc poruszać się szybko. Ja natomiast 

background image

mogłem  iść  naprzód  bez  chwili  namysłu.  Piętek  pozostawił  obecnie  liczne  i  bardzo 
wyraźne znaki. Nie wątpiłem, że dogonię go wkrótce. 

Minęło  jednak  dziesięć  minut,  minęło  dwadzieścia,  a  tamci  ciągle  nie  byli 

widoczni.  Zacząłem  się  denerwować.  Odległość  od  Starej Wsi rosła, w powietrzu czuło 
się nieprzyjemne podmuchy wilgoci. Że posuwałem się prawidłowo, nie mogłem wątpić. 
Znaki stawały się coraz większe. Piętek przewidział wszystko. Zorientował się, że robi się 
coraz  mroczniej,  niebo  pokrywało  się  gęsto  chmurami.  Gdyby  nie  jego  domyślność, 
marnowałbym czas niepotrzebnie. Drobiazg uszedłby łatwo uwagi. 

Upłynęło  jeszcze  z  pół  godziny  i  dopiero  wtedy  się  zatrzymałem.  Znak,  który 

miałem przed sobą, mógł w każdym wzbudzić niepokój. „Ostrożnie, nieprzyjaciel przed 
nami"  —  ostrzegały  ułożone  zręcznie  gałązki.  Rozejrzałem  się  naokoło.  Strzałka  z 
patyków  wytyczała  nowy  kierunek.  Poruszyłem  się  bezszelestnie.  Znów  strzałka,  gałąź 
przygięta lekko do ziemi i powtórny znak ostrzeżenia... 

Coś  zaszarzało  przede  mną,  wytężyłem  wzrok.  No,  nareszcie  wśród  swoich! 

Odetchnąłem z ulgą i przemknąłem między leśnym podszyciem. Ujrzałem przygarbione 
plecy w harcerskiej bluzie. Dotknąłem ich delikatnie. 

 

  — Nie czuwasz nad tyłami — zganiłem. — Nieprzyjaciel mógłby cię wykraść bez 

szczególnego wysiłku. 

Malczak, który stał tu na czatach, zmieszał się i poczerwieniał. Zazwyczaj dobrze 

spełniał  swe  obowiązki,  domyśliłem  się  więc  od  razu,  że  dzieje  się  coś  niezwykłego. 
Zapytałem go o to. 

 

  —  Druhu  zastępowy  —  zameldował  z  przejęciem  —  tajne  spotkanie!  Jest  tu 

Wyszczerbiona Podkowa, Ścięty Obcas i Duży Nos. Odbywają jakąś naradę. 

Uff, to rzeczywiście nadzwyczajna wiadomość!... Co za dobrana trójka! Duży Nos 

najmniej tutaj pasował, nie wiedziałem bowiem dotychczas, że łączą go z tamtymi dobre 
stosunki. Ale z charakteru rzeczywiście mógł być do nich podobny. 

 

  — Dotarliśmy właśnie po jego tropie do tego miejsca — wyjaśniał dalej Malczak. 

— Znaleźliśmy go w czasie ćwiczeń. 

Domyśliłem się tego. To był ślad tego gospodarza ze Starej Wsi, który odczytałem 

poprzednio na drodze. 
 

 

--- Gdzie Piętek? — zapytałem po chwili. 

 

 

--- Czuwa nad tymi, którzy podsunęli się bliżej. 
Ruszyłem naprzód. Dobiegły wkrótce do mnie niewyraźne głosy, ktoś tam istotnie 

prowadził  jakąś  rozmowę.  Posunąłem  się  jeszcze  kilka  kroków  i  naraz  ze  zdumienia 
otworzyłem szeroko oczy: czyżby to Karol Osiński?... 

Tak,  to  był  on.  Czaił  się  według  najlepszych  zasad  harcerskich  i, jestem  pewien, 

spostrzegł  mnie  pierwszy.  Gdy  rozróżniłem  szarzejącą  przede  mną  plamę,  poczułem 
wpatrzone we mnie uważnie oczy. Coś tam drgnęło niżej, przy ziemi. Oczywiście to pies 
—  ten  śmieszny  Zilk  naszego  Karolka.  Leżał  nieruchomo  u  jego  stóp.  Mimo  że  musiał 
mnie wyczuć od dawna, nie pisnął, nie szczeknął, a tylko jego bystre oczka obserwowały 
mnie czujnie. Nabrałem nagle dla niego respektu. Osiński delikatnie gładził mu grzbiet. 

 

  —  Przybyłeś  razem  z  zastępem?  —  spytałem.  —  Spodobały  ci  się  te  harcerskie 

podchody? 

background image

Popatrzył na mnie, jakby mnie nie zrozumiał. 

 

  — Trzeba było przecież dogonić Dużego Nosa — odparł powoli. — Nie byłoby to 

łatwe, gdyby nie Zilk. On nam wskazywał drogę. 

A  więc  w  tym  tkwiła  tajemnica  tego  błyskawicznego  pościgu!...  Nie  marnowali 

czasu na żmudne poszukiwania i dlatego nie mogłem ich dopaść wcześniej. Spojrzałem 
na pokraczne stworzonko z jeszcze większym szacunkiem. Nigdy nie przypuszczałem, że 
miało tak świetny węch. A przy tym nie brakowało mu innych zalet: jego nieruchomość i 
milczenie były po prostu zaskakujące. 

Spoza krzaków wysunął się Piętek. 

 

  --- Mamy ich! — szepnął z przejęciem. — Bardzo ważna narada. 

 

  ---  A  ty  stoisz  tutaj?  —  zdziwiłem  się  nieco.  —  Nie  należało  przybliżyć  się 

bardziej? 

Stąd  słychać  było  wprawdzie  słowa,  lecz  nie  można  było  się  kusić  o  ich 

zrozumienie. Jedynie nerwowe wypowiedzi Wyszczerbionej Podkowy dobiegały niekiedy 
wyraźniej. Były to jednak tylko strzępy zdań, wnioskowanie nic było łatwe. 

Piętek machnął ręką lekceważąco. 
— Wszystko idzie dobrze — mruknął pogodnie. 

Tuż  prawie  za  ich  plecami  znajdują  się  Zdanecki,  Wojciechowski  i  Tarka.  A  to  nasi 
najlepsi pisarze. Notują wszystko. A jeśli nawet jeden coś przeoczy, drudzy go uzupełnią. 
Powstanie wspaniały protokół. 

O  mało  nie  pochwaliłem  go  głośno  z  wielkiego  zachwytu.  Cudownie  to  było 

pomyślane! Mrugnąłem więc 

 

tylko na niego porozumiewawczo, żeby choć w ten sposób 

wyrazić mu swoje uznanie. 
 

  --- A co cię skłoniło do rozpoczęcia tego pościgu? — spytałem. 

 

  --- Ślad znaleźliśmy przy wsi. Duży Nos znajduje się w naszym muzeum — miał 

na myśli odciski w glinie — więc się zainteresowałem jego niespodziewanym spacerem. 
Dowiedziałem  się  od  jednego  z  chłopców,  że  widziano  go,  gdy  wychodził  z  domu.  W 
płaszczu  nieprzemakalnym.  Było  to  dziwne.  Godzina  późna,  a  przewidział,  że  wróci 
nieprędko.  Wydało  mi  się  to  dość  nienaturalne.  Mieszkańcy Starej Wsi nie wychodzą o 
tej porze poza swoje osiedle... 

Przylgnęliśmy  w  tym  momencie  do  ziemi,  bo  zalał  nas  oślepiający  blask.  To 

błyskawica przebiegła po niebie. Po chwili rozległ się huk. 

 

  —  Trzeba  uciekać  —  dały  się  słyszeć  donośniejsze  niż  przedtem  słowa 

Wyszczerbionej  Podkowy.  —  No,  jakże  więc?  Załatwione?  Takich  nie  wolno  żałować! 
Jeśli my im będziemy pobłażali, sami pójdziemy na żebry... 

Coś  tam  jeszcze  mówił,  ale  już  nie  mogłem  zrozumieć.  Ktoś  przytaknął,  padły 

krótkie  zdania,  jakby  się  z  sobą  żegnali,  a  potem  słychać  tylko  było  skrzyp  na-
deptywanych  beztrosko  gałęzi.  Rozmowa  była  widocznie  skończona.  Rozchodzili  się  w 
różne strony. 

Przypadliśmy do pni. W pobliżu przeszedł Ścięty Obcas, a zaraz za nim przesunął 

się Duży Nos. Ci skierowali się oczywiście do Starej Wsi. Wyszczerbiona Podkowa udał 
się w przeciwnym kierunku. 

Wiatr zawiał silnie, jęknęły drzewa, zaszumiało trwożnie podszycie. Kilka kropel 

background image

spadło  na  ziemię.  Zakwiliłem  cicho,  głos  czajki  nie  mógł  wzbudzić  w  takiej  chwili 
podejrzeń. Zastęp otoczył mnie szybko. Przeliczyłem. Nie brakowało nikogo. 
 

  --- Wracamy do obozu — oznajmiłem zachowując ciągle ostrożność. — A ty? — 

zwróciłem się do Karolka. — Udasz się z nami? 
 

  --- Nie — odpowiedział powoli. — Nie uprzedziłem nikogo. Muszę być dzisiaj w 

domu. 

Ś

wisnął cicho na psa. 

 

  — Zilk — powiedział miękko — idziemy! 

Pies zerknął na wszystkich, jakby się żegnał, i pobiegł przodem. Osiński skoczył 

za  nim  bezszelestnie  jak  duch.  Zupełnie  jakby  znajdował  się  w  swojej  zagrodzie  i 
wiedział, że nas znowu za chwilę zobaczy. 

Oszołomiło mnie to trochę, lecz zaraz chwyciłem się w garść. Trzeba było 

pogodzić się z faktem. Chłopak był dziwny, to prawda, lecz serce miał złote. Przyjdzie 
czas, zmieni się wszystko na lepsze. 

Ustawiłem zastęp gęsiego i ruszyliśmy. Między tamtych, do drogi. Należało 

unikać jakiegokolwiek spotkała. 

Deszcz lał już jak z cebra, lecz „Czajki" nie zwracana to uwagi. Biegły uważnie i 

szybko, wyczuwając doskonale kierunek. Ich sylwetki były coraz słabiej widoczne w 
gęstniejącym dokoła mroku. 
 
 
 
 

Smutne zwycięstwo 

 

 
 
 

W

szedłem  do  swego  namiotu.  Chleb  był  w  piecu,  nie  miałem  chwilowo  nic  do 

roboty.  Zacząłem  przeglądać  notatki  sporządzone  wczoraj  w  Ponurym  Borze.  Nasi 
pisarze  wywiązali  się  świetnie  z  zadania.  Słów  było  wiele,  protokół  bardzo  dokładny. 
Piętek  przewidział  słusznie.  Tam  gdzie  jeden  nie  zdążył,  uzupełniał  go  drugi.  W  sumie 
mieliśmy pełny opis rozmowy. 

Jak się domyślałem, dotyczyła ona sprawy pożaru i śledztwa. Wynikało z niej, że 

istnieją rzeczywiście świadkowie i że istnieje podpalacz. Ścięty Obcas i Duży Nos mieli 
odegrać  poważną  rolę  w  procesie,  widzieli  bowiem  sprawcę  na  miejscu  rzekomego 
przestępstwa. W tej trójcy nie czuło się jednak zgody. Padały słowa niewybredne, mające 
stanowić zachętę. I inne — chwiejne, powściągliwe, pełne wewnętrznych oporów. 

Niestety,  było  w  tym  protokole  wiele  rzeczy  niejasnych.  O  tym,  że  lada  dzień 

zostanie  aresztowany  człowiek,  na  którego  zwalano  winę,  nie  można  było  już  wątpić. 
Kim on natomiast był — tego nie powiedziano. Mówiono po prostu: on. Ci ludzie znali 
się  widać  dobrze,  posługiwali  się  często  skrótami.  Co  dla  nich  było  zrozumiałe,  nam 

background image

sprawiało trudności. Nie udało się wszystkiego rozwiązać.  

Przejrzałem raz jeszcze dokumenty, a potem ułożyłem je w skrzynce i wyszedłem 

na  zewnątrz.  Chłopcy  pracowali  gorliwie  jak  zawsze,  lecz  dalecy  byli  od  zwykłej 
obozowej  beztroski.  Nie  słychać  było  żartów,  weselsze  słowa  padały  rzadko.  Myśleli 
pewnie  o  tym  samym,  co  ja.  Czuli,  że  przygotowuje  się  na  kogoś  zasadzkę,  i  zdawali 
sobie sprawę, że nie mogą temu za radzić. 

Wieczorem przejrzeliśmy dokumenty ponownie na radzie drużyny i stwierdziliśmy 

to  samo.  W  nieszczególnych  nastrojach  poszliśmy  spać.  Spokój  nie  był  nam  jednak 
pisany.  Wybił  nas  ze  snu  ten  krzyk  przeraźliwy,  który  by  umarłego  przeraził  w  grobie. 
Uczyni  tym  razem  znacznie  większe  wrażenie,  gdyż  nie  słyszeliśmy  go  już  od  dawna. 
Nikt nie wyszedł z namiotu z wyjątkiem chyba komendy. Rozkazy były wyraźne Krzyk 
powtórzył  się  swoim  zwyczajem  trzykrotnie,  potem  zapadła  cisza.  Rano  było  sporo 
ś

miechu z tego powodu, bo każdy udawał „ducha". Rozpoczęły się nawet popisy. Muszę 

stwierdzić  z  przyjemnością,  że  „Czajki"  wyszły  z  tej  próby  zwycięsko.  Szczególnie 
celował  w  tych  zawodach  Janicki.  Niestety,  i  on  nie  umiał  dorównać  „duchowi"  siłą  i 
ponurością. 

Wieczorem,  przy  ognisku,  powtórzyliśmy  raz  jeszcze  ćwiczenia.  Janicki  zdobył 

nieodwołalnie  palmę  pierwszeństwa,  po  czym  rozeszliśmy  się  do  namiotów.  Nikt  nie 
marudził, ta nieoczekiwana zabawa okazała się cudownym lekarstwem na sen. Położyłem 
się  również.  Przez  pewien  czas  słyszałem  dochodzące  z  różnych  punktów  chrapanie. 
Wkrótce jednak pogmatwały się dźwięki, w głowie uczułem pustkę. Zasnąłem także. 

Obudziło  mnie  ciche,  delikatne  skomlenie.  Ocknąłem  się  w  jednej  chwili, 

przechyliłem na bok i wytężyłem wzrok. Uczułem przy twarzy coś wilgotnego. Pot zrosił 
mi czoło. 

— Zilk! — szepnąłem w trwodze. — Zilk!... 

Tak, to był on. Liznął mnie raz jeszcze i zaskomlał tak jakoś serdecznie, że wydał 

mi  się  bardziej  człowiekiem  niż  czworonożną  istotą.  Zerwałem  się  z  łóżka  i  zacząłem 
ubierać  się  szybko.  „Skąd  on  się  tutaj  wziął?  —  zastanawiałem  się  gorączkowo.  — 
Czyżby w Starej Wsi stało się coś niedobrego? A może Karolek potrzebuje pomocy?..." 

Przebiegły  mi  błyskawicznie  w  myśli  wszystkie  tajemnicze  konszachty  w 

Ponurym Borze oraz niejasne groźby strażnika. Chwyciłem w garść laskę i wybiegłem z 
namiotu. Chmury szczelnie zakryły niebo, naokoło panowały nieprzeniknione ciemności. 
Pogoda zepsuła się zdecydowanie w ciągu ostatnich dni. Chociaż nie padał deszcz, czuło 
się wilgoć i chłód. 

— Zilk, prowadź — szepnąłem do psa, jak to robił zazwyczaj Osiński. 
Pomknął  przodem,  ja  za  nim  i  to  tak  cicho,  że  nawet  warty  nas  nic  spostrzegły. 

Mimo woli zdwoiłem czujność, nie wiedząc, co teraz może się stać. Dopadłem do 
pierwszych drzew. Zilk, który do tej pory migał mi nieustannie przed oczyma, zniknął bez 
ś

ladu. Zmartwiłem się szczerze i przystanąłem. Byłem przekonany, .że do mnie powróci. 

Zastanawiałem się gorączkowo. Dopóki pies był przy mnie, czułem się pewniej. Obecnie 
zacząłem  się  wahać.  Przede  mną  był  zwarty  gąszcz,  trzeba  było  iść  po  omacku.  Ale  i 
wracać  nie  było  senni,  nie  po  to  przecież  wyszedłem.  A  więc  wędrować  dalej?  Po  co  i 
dokąd? Do Starej Wsi? A jeśli to niepotrzebne?... 

background image

Zilk  nie  wracał.  Powoli  zaczęła  zwyciężać  rozwaga.  Sądziłem  początkowo,  że 

gdzieś  w  pobliżu  znajdę  Karolka  albo  jego  posłańca.  Żaden  dźwięk  jednakże  nie 
ś

wiadczył o obecności człowieka. Jeśli ktoś do nas s zedł, chyba nie potrzebował się kryć. 

Ale skąd tu ten pies? I gdzież się on w końcu zapodział? 

Postałem  jeszcze  chwilę,  a  gdy  się  nie  zjawił,  postanowiłem  zawrócić  i 

powiadomić  o  wszystkim  komendę.  Sprawa  mogła  się  przedstawiać  poważnie.  Zilk  bez 
swego właściciela, to był po prostu dziw. Należało to dokładnie rozważyć. 

Właśnie zamierzałem wysunąć się na polanę, gdy w tym momencie o kilkadziesiąt 

kroków  ode  mnie  rozległ  się  ten  straszny,  mrożący  krew  w  żyłach  krzyk. 
Znieruchomiałem.  Zaskoczenie  było  zupełne.  Brzmiał  dziś  groźniej  niż  zwykle,  a 
przynajmniej tak mi się wówczas wydało. Skuliłem się odruchowo i przylgnąłem do pnia. 
Targnął mną lęk. 

Zastanawiałem się szybko, zaczął dochodzić do głosi rozsądek.   Istota,   która   

szalała   obok,   nie   wiedziała o mojej obecności. W przeciwnym razie alboby na mnie

 

napadła, albo uciekła. To było już wiele. I wtedy przyszło mi naraz, na myśl, że właściwie 
zdarzyła się cudowna okazja. Jeśli przypadek ustawił nas naprzeciw należy go 
wykorzystać. Po co chłopcy mają tracić cenne godziny snu? Rodziła się we mnie decyzja. 
Trzeba skończyć nareszcie tę nieprzyjemną zabawę! Któż to taki, że umie się 
zachowywać jak duch? Nie daje się wytropić, wobec tego należy uderzyć wprost! 

Krzyk  urwał  się,  mocniej  ścisnąłem  laskę.  Czujnie,  skokami,  ruszyłem  skrajem 

puszczy,  bo  tu  można  było  jeszcze  coś  niecoś  rozróżnić.  Orientowałem  się,  gdzie  jest 
nieprzyjaciel,  i  to  była  moja  przewaga.  Podszedłem  blisko.  Gdy  ryk  rozległ  się  po  raz 
wtóry, znajdowałem się tuż. Nie mógł mnie obecnie usłyszeć, toteż skoczyłem szybciej i 
wsunąłem  się  w  gąszcz.  Zatoczyłem niewielkie  półkole,  zachodząc z tyłu. Ha, teraz mi 
na pewno nie umknie! Przypadłem do ziemi i zacząłem się czołgać. 

Ponura muzyka umilkła. Zrobiło mi się  nieprzyjemnie, jakby mi czegoś zabrakło. 

Stałem  się  wrażliwy  na  najdelikatniejsze  dotknięcie.  Ramię  naprzód,  kolana  za  nim  i 
wyrzut ciała, gdy była już całkowita pewność, że nic nie zatrzeszczy. A potem na drugi 
bok i od początku to samo... Twarz mi nabrzmiała, dzwoniło w uszach, mięśnie prężyły 
się aż do bólu. Wysiłek był ogromny, bo człowiek niczego prawie nie widział. Zdawało 
mi się, że upływają godziny. Były chwile, że chciałem zapomnieć o wszystkim, położyć 
się  i  nie  poruszyć  się  z  miejsca.  Stłumiłem  siłą  to  podstępne  uczucie.  Dziś  albo  nigdy! 
Naprzód, naprzód! Nie dopuścić do siebie lęku!... 

Ujrzałem wreszcie jakiś zamazany kształt, przesłonięty częściowo gałęzią. Wbrew 

przewidywaniom nie mogła to być ludzka istota. Jej wysokość była niewielka, wyraźnie 
rysował  się  grzbiet.  Ale  natychmiast  zrodziły  się  wątpliwości.  Cóż  to  za  zwierz,  jeśli 
dotychczas zachowuje się obojętnie? Gdzie jego węch?... 

Przyszły  mi  naraz  na  myśl  przeróżne  bajdy  o  stworach  leśnych  opanowanych 

obłędem, o czarownicach i duchach. Czułem, jak czoło zrasza mi zimny pot. Zacisnąłem 
zęby, szarpnął mną gniew. Miałem tego wszystkiego dość. Duch, nie duch, człowiek czy 
zwierz, ale trzeba zrobić z tym nareszcie porządek! 

Uniosłem  się  na  łokciu,  przysunąłem  nogę  do  nogi  i  bez  pośpiechu  zacząłem 

wznosić się w górę. Stwór zarysowywał się coraz ostrzej. Stanąłem sztywno. Patrzyłem. 

background image

Ta część ciała, która winna stanowić pysk, wysunęła się właśnie naprzód, jakby nabierała 
oddechu.  Wiedziałem,  co  to  oznacza:  za  chwilę  wzbije  się  w  niebo  potworny  krzyk! 
Przestałem się zastanawiać. Śmiałym ruchem wysunąłem przed siebie laskę. Ująłem ją w 
obie ręce, odchyliłem się nieco w tył i rąbnąłem ze wszystkich sił... 

To,  co  się  później  stało,  było  tak  niesamowite,  że  ilekroć  o  tym  wspominam, 

zawsze wstrząsa mną dreszcz. Moja solidna, dębowa laska oddała głucho Prawie w tym 
samym jednak momencie i w to samo miejsce uderzył kto inny, jego kij oddał tak samo 
ciężko  jak  mój.  Nieznany  potwór,  nie  wydawszy  żadnego  głosu,  zapadł  się  wśród 
borowin i liści... 

Odskoczyłem ze zgrozą. A więc nie byłem sam! Ktoś czaił się naprzeciw, polował 

na tego zwierza tak same jak ja!... 

Wbiłem laskę w ziemię i oparłem się na niej silnie 

 

  — Kto tam? — huknąłem donośnie, aby przełamać strach. 

Po  drugiej  stronie  coś  zaszeleściło.  Niespodziewanie  dał  się  słyszeć  cichy, 

nerwowy śmiech. 

 

  — A, to ty, Kowalu!... — usłyszałem spokojne na pozór słowa. — Fenomenalne! 

Ho, ho, wykazałeś nie byle jaką odwagę. Kogo to upolowaliśmy? Masz może latarkę? 

Co  za  spotkanie!  Oczywiście  Jankowski.  On,  stary  kpiarz.  Udaje  zucha,  ale  o 

latarce zapomniał! Zamiast ucieszyć się, zdenerwowałem się jeszcze bardziej. Po co się 
tutaj pchał? Niewiele brakowało, a mógłbym i na niego natrzeć. Skąd mogłem wiedzieć, 
ż

e to nie wspólnik? I co wtedy? Stałoby się gorsze nieszczęście.. 

Wysapałem złość i  wreszcie wyjąłem  latarkę. Zaświeciłem. Od liści odbił się 

blask. Zmrużyłem oczy i otworzyłem. Spojrzałem w dół, tam gdzie winien leżeć ten leśny 
stwór. Zamarłem nagle. 

 

  — Straszne!... — jęknąłem głucho. 

 

  — Straszne... — Jankowski powtórzył za mną jak echo. 

Było  nad  czym  rozpaczać.  U  naszych  stóp  nie  leżało  żadne  zwierzę  ani  stwór 

leśny, lecz nasz biedny, kochany — Karolek. Drżącymi rękami odwróciłem nieruchome 
ciało. Twarz była blada jak płótno. Obejrzałem głowę. Na szczęście nigdzie nie sączyła 
się krew. Za to dwie grube pręgi wskazywały wyraźne ślady naszych twardych uderzeń. 

Z trudem otrząsnąłem się z przygnębienia. 

 

  — Łam gałęzie! — krzyknąłem. — Robimy nosze. 

Uporaliśmy się błyskawicznie z tą robotą, ułożyliśmy na noszach Karolka. Ciągle 

był  nieprzytomny,  ręce  zwisały  bezwładnie.  Schwyciłem  z  jednego  końca  za  kije, 
Jankowski  ustawił  się  z  przodu  i  ruszyliśmy.  Gdy  tylko  wysunęliśmy  się  na  polanę, 
pojawił się Zilk. A więc nie uciekł! Znajdował się gdzieś w pobliżu i obserwował, może 
nawet  patrzył  na  wszystko.  Nie  ostrzegł,  bo  znał  nas  dobrze.  Nie  przypuszczał,  że 
wyrządzimy  krzywdę  jego  panu,  któremu  okazywaliśmy  zawsze  tyle  przyjaźni.  Teraz 
zaskomlał cicho, a mnie serce skoczyło do gardła. A nuż zabiliśmy Karolka?... 

 

  — Szybciej! — przynagliłem Jankowskiego półgłosem. 

Skoczyliśmy  biegiem.  Laski  drgnęły  niespodziewanie,  coś  tam  się  poruszyło  na 

noszach.  Spojrzałem  uważnie.  Podniosła  się  ręka,  a  potem  druga.  W  pierwszej  chwili 
sądziłem,  że  to  przywidzenie.  Ależ  nie!  Uniosła  się  teraz  głowa,  nie  mogło  być 

background image

wątpliwości.  Odetchnąłem  z  ulgą,  zalała  mnie  fala  radości.  Więc  żył!  No  to  pół  biedy. 
Aby jak najszybciej do druha lekarza!... 

Chciałem właśnie powiadomić Jankowskiego o tej nowinie, gdy niespodziewanie 

Karolek  przerzucił  nogi  i  stoczył  się  na  ziemię.  Cisnąłem  nosze,  wyciągnąłem  przed 
siebie  ręce.  Chciałem  go  podnieść.  Ledwie  jednak  pochyliłem  się,  zwinął  się  w  sobie, 
pchnął mnie silnie pięściami i rzucił się w las. 

 

  — Karolku, Karolku! — krzyknąłem w trwodze. — Poczekaj! 

Chciałem  pobiec  za  nim,  lecz  przeciwstawił  się  temu  Jankowski.  Chwycił  mnie 

mocno za ramię. 
 

  — Zostań — mruknął pogodnie. — Po co go ścigać? Woli uciekać, niech zmyka. 

Byłby chyba bardzo niezadowolony, gdyby go wszyscy oglądali w obozie. 
 

  ---  Ale  może  zabraknąć  mu  sił  —  zawołałem  wzburzony.  —  Padnie  gdzieś  i 

znajdzie się bez pomocy! 
 

  --- Ech, jeśli tak wyrywa, nic mu nie będzie. Wracajmy. Nie dogonimy go zresztą. 

Niestety, miał słuszność. Chłopak już się rozpłynął w ciemnościach. Po chwili dał 

się słyszeć trzask złamanej gałęzi, ale było to wszystko. Nasłuchiwaliśmy przez dłuższy 
czas. Cisza. Przepadł w puszczy jak kamień w wodzie, a z nim również Zilk. 

—  Jak  trafiłeś  na  jego  trop?  —  zapytałem Jankowskiego, gdy wracaliśmy już do 

obozu. 

Wzruszył  ramionami,  jakby  dziwił  się  tym  słowom,  które  wydawały  mi  sit; 

zupełnie na miejscu. 

 

  — Wcale nie trafiłem — odparł lekceważąco. — Najzwyczajniej przyczaiłem się 

w lesie. I czekałem, dopóki nie przyjdzie. 

Uczułem naraz do niego głęboką sympatię. Nadrabiał miną, to fakt, ale spisał się 

dzielnie. Czatować przez kilka godzin na nieprzyjaciela, którego się nie zna... Hm, to był 
wyczyn nie lada. Mógłbym powiedzieć na ten temat niejedno... 

Zrobiło  mi  się  weselej.  W  innej  sytuacji  byłbym  pewnie  zagwizdał  z  wielkiej 

uciechy.  Tym  razem  jednak  milczałem  i  milczał  także  Jankowski.  Przeraźliwy  krzyk 
nocny niewątpliwie ustanie na zawsze. To dobrze. Szkoda tylko, że nasze dębowe laski 
nie  trafiły  w  kogo  innego.  Biedny  Karolek...  Czy  rzeczywiście  nie  wyrządziliśmy  mu 
krzywdy?... 

 
 
 
 

Zawołanie Okrutnego Człowieka z Puszczy 

 
 
 
 

N

azajutrz  wysiałem  Piętka  do  Starej  Wsi.  Należało  sprawdzić,  co  się  dzieje  z 

Karolkiem.  Domyślałem  się,  że  jeśli  nawet  nie  odniósł  poważniejszych  obrażeń,  będzie 

background image

stronił od ludzi. Dlatego właśnie nie wyruszyłem z całym zastępem. Piętek umiał z nim 
postępować, więc sobie jakoś poradzi. 

Wrócił zamyślony i chmurny. Zameldował krótko, że Osiński jest zdrów, i odszedł 

zaraz  do  swoich  zajęć.  Uspokoiła  mnie  ta  wiadomość,  a  że  nie  było  akurat  czasu,  nie 
pytałem o więcej. Dopiero po kolacji dowiedziałem się innych szczegółów. 

 

  — Niedobrze z nim — Piętek westchnął lekko. — Siedzi znowu na łęgach i plecie 

kosz. A to bardzo zły znak. 

Zaciął się w sobie. Tego się obawiałem. 

 

  — Poznał nas w nocy? — zapytałem stroskany. 

 

  — Poznał. Nie ma jednak urazy. Tak przynajmniej powiedział. 

Poruszyłem się niespokojnie. 

 

  —  Sądzisz,  że  może  być  inaczej?  —  przemówiłem  z  wahaniem.  —  Chyba 

rozumie, że sam tu najbardziej zawinił... 

Piętek  nie  odpowiedział  od  razu.  Ważył  coś  długo  w  myślach,  jak  to  czynił 

zawsze, gdy był czymś bardzo przejęty. 

 

  —  Wydaje  mi  się,  że  idzie  tu  o  co  innego  —  odezwał  się  wreszcie.  —  Czymś 

gryzie  się,  to  niewątpliwe.  Ale  czym?...  Miejscowi  chłopcy  kręcą  się  koło  niego  jak 
struci. Wcale nie zwraca na nich uwagi. 

Popatrzyłem na niego zdziwiony. Czegoś nie mogłem zrozumieć. Karolek trzymał 

się zawsze z dala od pastuchów, ci zaś nie tylko nie mieli do niego o to żalu, lecz nawet 
okazywali mu wyraźne lekceważenie. 

 

  — Cóż tam się stało? — spytałem. — Dlaczego im obecnie tak na nim zależy? 

Piętek frasobliwie pokręcił głową. 

 

  — Właśnie tego i ja nie mogę zrozumieć — odparł powoli. — Wygląda na to, że 

wiele  się  tam  zmieniło  od  czasu  naszej  pierwszej  wizyty.  Bractwo  ukrywa  coś  przed 
nami,  zauważyłem  to  zresztą  dawniej.  Karolek  przy  tym  zaczyna  być  otaczany 
szacunkiem. 

Ja  dostrzegłem  to  wprawdzie  również,  lecz  przypisywałem  te  zmiany  naszemu 

dobremu  wpływowi.  Uderzył  mnie  zwłaszcza  jakiś  dziwny  porządek  na  łęgach,  czego 
przedtem  nie  było.  Gdy  zjawiliśmy  się  po  raz  pierwszy,  wszyscy  najzwyczajniej  zbijali 
bąki. Później spotykaliśmy już tylko jednego pastucha lub dwóch. Reszta była rzekomo 
zajęta w polu albo przy gospodarstwie, lecz i tam ich przeważnie nic było. Wówczas nie 
interesowałem  się  specjalnie  tymi  sprawami,  gdyż  mieliśmy  za  dużo  zajęcia.  Obecnie 
nasuwały się mimo woli kłopotliwe pytania. Kryła się za tym jakaś tajemnica, to pewne. 

 

  — Jak oni mogą okazywać szacunek Karolkowi — zastanowiłem się głośno, aby 

nieco rozjaśnić myśli — jeśli równocześnie zaprzeczają jego polskości?... 

Piętek wydawał się zaskoczony tą niewinną uwagą. 

 

  —  To  druh  nic  nie  wie?  —  zapytał  z  wyrzutem.  —  Przecież  tam  nikt  dziś  nie 

nazywa nikogo Niemcem! Nawet dorośli zaczynają się pilnować wzajemnie. Sam byłem 
ś

wiadkiem,  jak  Rojkowa  zamknęła  usta  jednemu  z  gospodarzy,  gdy  wyraził  się 

niewłaściwie. 

Uśmiechnąłem  się  mimo  woli,  wyobraziłem  sobie  bowiem  tę  energiczną  kobietę 

przy  wykonywaniu  takiej  czynności.  Musiały  tam  paść  ciężkie  słowa,  nierozważne 

background image

chłopisko zmykało pewnie co sił. Ale to dobrze. Tak właśnie trzeba. Nie ma co bawić się 
w ceregiele w takich przypadkach. 

 

  — A co sądzisz o tym krzyku w nocy? — wróciłem do poprzedniego tematu. — 

Dlaczego Karolek nas straszył? 

Piętek machnął niedbale ręką. 

 

  ---  Można  się  tego  domyślić  bez  trudu  —  wyjaśnił  dość  obojętnie.  —  W  tym 

chłopaku jest nagromadzona olbrzymia, niewyżyta energia. Płata więc od czasu do czasu 
złośliwe figle. Gdy przyjechaliśmy, zrozumiał, że trafia mu się nie lada gratka. Harcerze! 
Słyszał  o  nich  nieraz  od  starego  Boeniga  i wiedział, że takich niełatwo wyprowadzić w 
pole. Toteż wynalazł niepospolitą zabawę. 
 

  --- Sądzisz więc, że tylko w tym celu wędrował po nocy? 

 

  --- Tak. Nie było innego powodu. Później, gdy nas poznał, pokazywał się rzadziej. 

Tylko wtedy, gdy mu przyszła do głowy fantazja. 
 

  --- A ślady? Skąd mu przyszło do głowy, aby je zacierać za sobą? 

Piętek roześmiał się cicho. 

        —  Temu  druh  jest  winien  —  odparł  z  humorem.  —  Pierwszego  dnia  coś 
znaleźliśmy. Potem druh naopowiadał mu tyle o tropieniu, że chłopak zorientował się w 
lot.  Gdzie  było  potrzeba,  jak  na  przykład  w  Suchym  Lesie,  ciągnął  za  sobą  gałąź,  aby 
wprowadzić  nas  w  błąd.  Sprytny  jest.  Nie  należy  przy  tym  zapominać,  że  mieszka  on 
stale w puszczy. 

Pokiwałem  głową  ze  zrozumieniem.  Puszcza  lepiej  wychowywała  zwiadowców 

niż miasto. To wyjaśniało wiele. 
 

  ---  Jesteś  pewien,  że  on  zacierał  ślady  gałęzią?  —  starałem  się  wyjaśnić  ostatnią 

wątpliwość. — A może to zrobił kto inny? 
 

  ---  Nie.  Sam  mi  o  tym  powiedział.  Podał  zresztą  takie  szczegóły,  że  nie  można 

mieć wątpliwości. 

To  dało  mi  do  myślenia.  Jeśli  Karolek  był  w  Suchym  Lesie,  odpadły  ostatnie 

niedomówienia co do Łatanej Podeszwy. Sytuacja zaczęła się więc powoli wyjaśniać. Ale 
cóż to za chłopak!... Któż by go posądził o tyle pomysłów? Spojrzałem teraz inaczej na 
nocne  wypadki.  Niezbyt  przyjemne  były  te  ponure  wycia,  ale  odbiegały  niewiele  od 
dobrego  harcerskiego  kawału. Nie każdy zresztą harcerz zdobyłby się na to, bo do tego 
było po trzeba nie tylko sprytu, ale i nie lada odwagi. 

Poruszyłem się energicznie. Przyszło mi coś niezwykłego do głowy. 

 

  ---  Piętek  —  zawołałem  wzruszony  —  musimy  z  naszego  Karolka  zrobić 

prawdziwego harcerza! 
 

  --- Pewnie zrobimy. Nie poświęcałbym mu tyle uwagi bez ważnego powodu. 

Uśmiechnął się podejrzanie. Straciłem od razu na minie. Chciałem go zaskoczyć, a 

tu  się  okazuje,  że  on  myślał  o  tym  od  dawna!  Uświadomiłem  sobie  nagle,  że  nie 
orientowałem się dostatecznie w jego zdolnościach, chociaż ceniłem go bardzo wysoko. 
A  i  Karolowi  poświęcałem  za  mało  uwagi.  To  nie  było  dobrze.  Miałem  do  siebie 
pretensje. 

Popadłem w zadumę, ale Piętek przerwał ją szybko. 

background image

 

  — Chłopak na pewno to przeboleje — zabrał znów głos — i wrócimy wkrótce do 

normalnych  stosunków.  Miałem  z  nim  serdeczną  rozmowę.  Warto  nad  nim  roztoczyć 
opiekę, bo zdolny. Przecież ten bębenek do sygnalizacji jest nadzwyczajny. 

Przytaknąłem  z  uznaniem.  Szło  o  ten  instrument,  na  którym  nadał  tam,  w  Starej 

Wsi, tę niezwykłą depeszę. Zrobił go właśnie Karolck z kawałka wydrążonego drzewa i 
króliczej skórki. Podarował zastępowi tak samo bezinteresownie jak kosz. 

 

  — A tu mam co innego — ciągnął dalej Piętek ożywiając się coraz hardziej. — Na 

tym wydawał ten krzyk. 

Podał  mi  drewniany  przedmiot,  który  na  pierwszy  rzut  oka  nie  przedstawiał  nic 

ciekawego.  Po  prostu  —  kawałek  deski,  wygładzonej  bardzo  starannie.  Pośrodku 
widniała głęboka szpara. 
 

  ---  Na  tym  wygrywał?  —  popatrzyłem  z  niedowierzaniem  na  Piętka.  —  I 

podarował ci? 
 

  --- I tak, i nie... Kazał mi zatrzeć ślady po nim w pobliżu obozu, więc rozumiem, 

ż

e  otrzymałem  w  darze,  znalazłem  go  bowiem  właśnie  w  miejscu,  gdzie  upadł.  Druh 

widocznie nie spostrzegł. 
 

  ---  Możliwe.  Byliśmy  za  bardzo  wtedy  wstrząśnięci,  aby  przeprowadzać 

poszukiwania. Nie przyszło nam zresztą do głowy, że używa jakiegoś przyrządu. Obejrza-
łem go jeszcze raz i skierowałem szparą do światła. Coś tam błysnęło w środku. Pewnie 
metalowe płytki albo drucik. Jak przy organkach. Przyłożyłem do ust i dmuchnąłem. Nic 
z tego jednak nie wyszło. 
 

  --- Ech, chyba się mylisz — mruknąłem niepewnie. Nie wygląda to na instrument. 

Karolek coś ci o nim wspominał? 

Piętek poweselał jak nigdy. 

 

  — Oczywiście. To był przecież najważniejszy ślad — odparł z humorem. — Nie 

mógł  pozwolić,  aby  taki  przyrząd  wpadł  w  obce  ręce,  a  do  mnie  miał  zaufanie.  Nawet 
pouczył  mnie,  jak  go  należy  używać.  Próbowałem,  udało  się  świetnie.  Wspaniały 
instrument. Wydaje się na nim zawołanie Okrutnego Człowieka z Puszczy. Robi się tak... 

Przyłożył przyrząd do ust i dmuchnął lekko. Rozległ się krzyk zupełnie podobny 

do tego z lasu, tylko że cichy. 
 

  — Można głośniej — zawołał ochoczo. Gwałtownie przytrzymałem 

mu rękę. 

 

  —Daj spokój — rzekłem z obawą. — Narobilibyśmy paniki... 

Rozejrzałem się po obozie. Pośrodku płonęło ognisko, pogłębiając swym blaskiem 

panujące  naokoło  ciemności.  Tu  i  ówdzie  gawędzono  grupkami,  większość  jednak 
chłopców  siedziała  przy  ogniu.  Druh  kwatermistrz,  posiadający  piękny  głos,  wywijał 
gałązką i uczy! ich właśnie nowej piosenki: 

Czy to w polu, czy w obozie 

Harcerz zuch i chwat.  

Czy pod wozem, czy na wozie 

background image

 Śpiewa, gwiżdże rad! 

Rozległ się śmiech, bo udało się świetnie. Powtórzono raz jeszcze, a potem poszła 

z  kolei  druga  strofka  i  trzecia.  Znalem  melodię  i  słowa,  lecz  przysłuchiwałem  się  z 
przyjemnością.  Zapomniałem  nawet  o  instrumencie.  Natomiast  Piętek  znudził  się 
widocznie, gdyż znowu go przyłożył do ust. 

 

  — Chwileczkę — powstrzymałem go szybko. — Poczekajmy — roześmiałem się 

cicho,  gdyż  przyszło  mi  nagle  na  myśl  coś  wesołego.  —  Niech  skończą,  a  wtedy  my 
zagramy całej drużynie. Przynieś tymczasem werbel. 

Chłopakowi  zalśniły  oczy.  Skoczył  do  namiotu,  ja  zaś  skierowałem  wzrok  na 

ognisko. Powtarzano przedostatnią zwrotkę tej wesołej piosenki: 

Drużynowy, łeb nie lada, 

 Skrzyczy, złaje sam.  

Dzielnie robi, dobrze gada 

 Respekt zna dla dam! 

Piętek  przysiadł  przy  mnie.  Mrugnąłem  na  niego  porozumiewawczo, 

uśmiechnęliśmy się obaj. Tamci już kończyli. Z przybiciem, z przytupem, huczniej 

A więc, wiara, w górę kije,  

Uczcić chlubę tę!  

Dać mu żabę, niechaj żyje!  

W górę, w górę go! 

 

Drużynowy  przyłączył  swój  głos,  rozszalały  się  brawa.  Dyrygent  skłonił  się  z 

wdziękiem. Schwyciłem gorączkowo pałeczki i werbel. 

— Kolej na nas — szepnąłem rozbawiony nie mniej niż tamci. — Będą nam bili 

większe brawa aniżeli kwatermistrzowi. Uważaj... 

Zapowiedziałem  trzykrotnie  nadawanie  depeszy,  gwar  umilkł.  Skierowały  się  na 

nas  zewsząd  zaciekawione  spojrzenia.  Zrobiłem  krótką  przerwę  celem  uzyskania 
większego efektu. I wreszcie zacząłem ogłaszać na bębenku wstrząsającą nowinę: 

 
Drzyjcie,  „Niedźwiedzie"  i  „Kruki"!  Oto  zastąp  „Czajek"  przedstawi  wam  za 

chwilą Okrutnego Człowieka z Puszczy!... 

 
Odłożyłem  werbel  i  pochyliłem  się  szybko.  —  Graj!  —  szepnąłem  Piętkowi  na 

ucho.  Siedzieliśmy  na  uboczu,  ale  widziano  nas  dobrze.  Mimo  to  głos,  który  się  teraz 
rozległ, sprawił wielkie wrażenie. Był tak podobny do tego, który słyszeliśmy niegdyś, i 
tak  donośny,  że  zwątpiłem  na  chwilę,  czy  rzeczywiście  pochodzi  z  tego  niepozornego 
przyrządu.  Piętek  zaś  wydął  zaraz  mocniej  policzki  i  zawył  tak  przeraźliwie,  że 
wszystkich  przebiegły  ciarki.  Gdzieś  wśród  szkrabów  dały  się  słyszeć  jękliwe 

background image

westchnienia. 

Natychmiast chwyciłem pałeczki i zacząłem nadawać z pośpiechem nową depeszę: 
 
Hej  tam,  „Niedźwiedzie"  i  „Kruki"!  Boicie  się  Okrutnego  Człowieka  z  Puszczy? 

Spójrzcie  na  „Czajki"!  Widzicie,  nikt  się  nie  lęka.  One  zdołały  go  obłaskawić.  Kto  nie 
czuje strachu, niech tutaj podejdzie. Nauczymy go jego wezwania. 

 
Nie  wiem,  jak  tam  naprawdę  było  z  „Czajkami",  w  każdym  razie  one  przypadły 

pierwsze. Wiadomo: naród ciekawy. 

 

  —  Zagraj  raz  jeszcze  —  zwróciłem  się  ponownie  do  Piętka.  —  Tylko  nie  tak 

donośnie. Nie wszyscy mają nerwy jak sznurki. Trzeba ich przyzwyczaić. 

Krzyk,  który  usłyszeliśmy  obecnie,  rzeczywiście  był  mniej  przeraźliwy. 

Niespodziewanie przerodził się w pisk i szczekanie. Potem przeszedł w miauczenie i ryk, 
wreszcie skończył na piskliwym haśle naszego zastępu. Zerknąłem z uznaniem na Piętka. 
Ależ  to  był  mistrz  nad  mistrzami!  Pewnie  nawet  Karolek  nie  przypuszczał,  że  można 
wydobyć z jego przyrządu tony tak niezwyczajne. 

Tłok  stał  się  niesamowity,  bo  każdy  chciał  popróbować.  Oczywiście 

zaprowadziliśmy zaraz porządek, „Czajki" wystąpiły na front. A potem... Ech, co tu dużo 
gadać...  Ogarnęło  wszystkich  szaleństwo!  Nawet  druh  kwatermistrz  nie  opuścił  swojej 
kolejki i zagrał tak cudownie, że ogarnęła nas groza. 

 

  — Brawo! — krzyknęliśmy chórem, gdy skończył. A teraz druh drużynowy! 

Poszliśmy  bardzo  późno  spać  tego  wieczoru.  Zawołanie  Okrutnego  Człowieka  z 

Puszczy  rozbrzmiewało  długo  to  ciszej,  to  głośniej.  Nikt  się  go  obecnie  nie  lękał. 
Przeciwnie, wszyscy byli mu radzi. 

 
 
 

 

Aresztowanie Łatanej Podeszwy 

 

 
 
 

U

płynęły dwa dni od tej niezwykłej zabawy. Tego ranka obudziłem się wcześniej, 

ale  że  naokoło  panowała  zupełna  cisza,  więc  nadal  leżałem  w  łóżku.  Rozmyślałem  o 
naszym  obozie  i  o  tym,  że  trzeba  będzie  stąd  wkrótce  odjechać.  Nie  był  to  temat 
przyjemny.  Życie  układało  się  nam  ciekawie.  Puszcza  była  prześliczna  i  wciąż  pełna 
tajemnic,  a  tego  człowiek  wyzbywa  się  zawsze  niechętnie.  Przychodziły  mi  zresztą  do 
głowy i gorsze myśli. Wiedziałem przecież, że przygotowywano oskarżenie na któregoś z 
Mazurów.  Wiedziałem  również,  że  był  to  człowiek  niewinny  i  dziś  już  mógłbym  to 
udowodnić.  Mieliśmy  dość  materiałów.  Co  się  jednak  stanie,  jeśli  go  oddadzą  pod  sąd, 
gdy nas tutaj zabraknie? 

background image

Nieprzyjaciel,  jak  gdyby  wyczuwając,  że  możemy  pokrzyżować  mu  szyki,  jakoś 

dziwnie opóźniał terminy. Strażnik zapowiadał od dawna, że gromadzi ostatnie dowody, a 
mimo  to  ciągle  panowała  cisza.  Próbowałem  wyciągnąć  coś  z  leśniczego,  lecz 
bezskutecznie.  Nazwisko  przyszłej  ofiary  było  nadal  nieznane.  Tropy  Dużego  Nosa, 
Ś

ciętego  Obcasa,  Wyszczerbionej  Podkowy  i  Łatanej  Podeszwy  były  stale  pod 

obserwacją,  lecz  i  to  nie  pomogło.  Wczoraj  postawiłem  tę  sprawę  na  radzie  drużyny. 
Druh lekarz niego mnie uspokoił  zapewnieniem, że przed wyjazdem sami się zgłosimy 
do władz. Zażądamy, aby nas powołano na świadków w razie procesu. 

Tak zrobimy... Czy to jednak wystarczy? Gdzie wchodzi w grę zawziętość, obrona 

niewinnych jest bardzo trudna, zwłaszcza gdy wykonuje się ją z daleka. A że zawziętość 
była  tu  wielka,  o  tym  doskonale  wiedziałem.  Nieustannie  migała  mi  przed  oczyma 
płonąca gniewem, czerwona twarz. I ona właśnie budziła lęk... 

Wydało mi się, że usłyszałem jakieś szybkie stąpania. Myśli urwały się, uniosłem 

głowę.  Tak,  ktoś  wszedł  do  sąsiedniego  namiotu,  gdzie  mieszkał  Piętek.  No,  nic 
niezwykłego... Dobiegł jakiś wzburzony głos, widocznie się pokłócili. To też się zdarzało, 
nawet wśród „Czajek". Uciszyło się zaraz, więc przestałem się tym zajmować. Po chwili 
jednak coś zaszurało przy wejściu, ktoś szarpnął mój koc. 

Skoczyłem  jak  oparzony.  Wyczułem  podświadomie,  że  stało  się  jakieś 

nieszczęście,  i  nie  omyliły  mnie  moje  przeczucia.  Oto  wiadomość  ze  Starej  Wsi!  Obok 
stał Zilk. Spoglądał przymilnie i kręcił łbem, jakby chciał wyjaśnić mi coś niezwykłego, 
co trudno było wyrazić w jego zwykłym języku. 

Ubrałem  się  szybko.  Była  to  zupełnie  nieoczekiwana  wizyta.  Próbowałem  się 

uspokoić  tłumacząc  sobie,  że  Karolek  postanowił  nawiązać  z  nami  stosunki.  Nie 
pomagało. Przyciągnąłem nerwowo pas i skoczyłem do wyjścia. Przystanąłem raptownie. 
Piętek zagrodził mi drogę.

 

— Druhu zastępowy --- szepnął wsuwając się do namiotu ---  strażnik uderzył... 

Przepuściłem go i dopiero wtedy ujrzałem gościa. A jakże --- był również Karolek. 

Przeraziłem się jego wyglądem. Twarz miał bladą, sińce pod oczami, rozczochrane włosy 
sprawiały niesamowite wrażenie. W ręku trzymał jakieś kamasze. 

 

  — Wejdź — zaprosiłem go bez uśmiechu, bo wyczułem od razu tragedię. — Co 

się tam stało? 
 

— Aresztowano Dziadka... — odparł chropawo. To było wszystko, co zdołał 

wydobyć z siebie. Wbił oczy w ziemię i stał nieruchomo — ponury, bezradny, złamany. 
Dech mi zaparło. 

 

  — Kogo? — wybuchnąłem. — Dziadka aresztowano? Zygfryda Boeniga?... 

Kiedy? 

Karolek nie drgnął. Mocniej tylko zacisnął zęby. 

 

  — Wczoraj wieczorem — wyjaśnił za niego Piętek. Mocowałem się z sobą przez 

chwilę,  aby  utrzymać  na  wodzy  wzburzone  nerwy.  Wstrząs  był  nazbyt  gwałtowny. 
Wszystkiego  mogłem,  się  spodziewać,  ale  nie  tego.  Aresztować  człowieka,  który  tyle 
zasług położył w obronie tej nieszczęsnej ziemi! Opanowałem się z trudem. 

 

  — O co go oskarżono? — zadałem pytanie głosem normalnym. 

background image

Na twarzy Piętka zarysował się grymas wściekłości. 

 

  — O podpalenie lasu! — wykrzyknął. — Rozumie druh? Boenig — zbrodniarzem! 

Spodziewałem  się  tej  odpowiedzi.  Pochyliłem  się  ciężko.  A  więc  tam  podążył 

Wyszczerbiona  Podkowa!...  Po  to  odbywał  narady  w  Ponurym  Borze  i  do  tego  byli  mu 
potrzebni  świadkowie...  Jak  żywa  przemknęła  przede  mną  twarz  strażnika  ochrony, 
rozpłomieniona  teraz  zwycięstwem.  Wstrząsnąłem  się  nagle  ze  wstrętu.  Co  za  gad! 
Rzucić oskarżenie na tego starca! Czyż on nie ma sumienia? Przecież to podłość! To... 

Musiałem wyglądać dziwnie, bo Piętek przywołał mnie do porządku. 

 

  — Druhu zastępowy — przemówił szorstko — co robić? 

Opanowałem  się  w  jednej  chwili.  Pytanie  było  na  miejscu.  Do  mnie  należała 

odpowiedź. 

— Mam plan — odparłem z namysłem — ale to wymaga narady. Chodźcie ze mną 

do namiotu komendy. 

Tam widocznie też usłyszano tajemnicze szmery i szepty, bo wszyscy już byli na 

nogach.  Złożyłem  krótki  meldunek.  Zwięźle  i  jasno.  Druh  lekarz  wyjął  z  kieszeni 
zegarek. 

— Trzeba jechać do miasta — oświadczył wkładając bluzę. — Do stacji godzina 

drogi. Zdążymy na pociąg. 

 

  — Pojedziesz z nimi? — zapytał druh drużynowy. 

 

  —  Chętnie.  Zabiorę  z  sobą  druha  Kowalskiego  i  jego  dowody.  Powinno 

wystarczyć.  A  ty  —  zwrócił  się  z  kolei  do  Osińskiego  —  możesz  wracać  do  domu. 
Pociesz tam Boenigową. Postaramy się jak najlepiej załatwić sprawę. 

Karolek spojrzał na niego spode łba. W oczach rozbłysły mu podejrzane ogniki. 

 

  — Nie pójdę! — warknął ze złością. 

Druh  lekarz  wyraźnie  był  zaskoczony  zarówno  tonem  tych  słów,  jak  i  jego 

postawą. Nie znał go tak dobrze jak my. 

 

  —  Dlaczego?  —  zdziwił  się  głośno.  —  Aha,  chcesz  zostać  w  obozie!  —  dodał 

dobrodusznie. — Doskonale, pozostań. Prosimy... 
 

  — Nie zostanę! — padła stanowcza odpowiedź. Było tyle uporu w tym 

powiedzeniu, że to zwróciło uwagę wszystkich. Na przygnębionej postaci spoczęły 
zaintrygowane spojrzenia. 

 

  —On  musi  jechać  do  miasta  —  wyjaśnił  za  niego  Piętek.  —  Trzeba  doręczyć 

Dziadkowi buty. 

Dopiero  teraz  zrozumieliśmy.  Tak,  buty  trzymał  ciągle  w  ręku,  jakby  stanowiły 

bezcenny skarb. Kwatermistrz zerwał się z miejsca. 

--- Jak to? --- wykrzyknął. --- Dziadka zabrano boso? 
Karolek ożywił się wreszcie. Zamrugał powiekami, jakby chciał ukryć łzy. 
---  Nie,  w  trepach  ---  odparł  głosem  chropowatym.  ---  Wzięto  go  wprost  z 

podwórza,  gdy  karmił  trzodę.  Nie  pozwolono  mu  wejść  do  domu,  aby  się  przebrać. 
Strażnik poganiał go ciągle... Nie pozwolił się nawet z nikim pożegnać... 

Przypomniałem sobie, że Boenig nie używał butów przy gospodarstwie, jak zresztą 

większość Mazurów. No, ale musiał je mieć. Chociaż stary, wybierał się pewnie niekiedy 

background image

do  miasta  czy  do  kościoła,  Ale  żeby  tak  oderwać  człowieka  od  pracy!...  Nie  pozwolić 
nawet założyć butów... To straszne! 

Inni  czuli  widocznie  to  samo,  w  namiocie  zrobiło  się

 

cicho.  Drużynowy  i 

kwatermistrz  pokręcili  się  bez  potrzeby  i  wyszli.  Druh  lekarz  popatrzył  uważnie  na 
Osińskiego. W jego oczach przebiła głęboka życzliwość. 

---  Usiądź  —  przemówił  ciepło:  —  Zrozumiałe,  trzeba  je  doręczyć  Boenigowì. 

Pojedziesz z nami.  

Karolek  załamał  się  ostatecznie.  Tłumione  siłą  łzy  popłynęły  ciurkiem,  w  namiocie 

rozległ się szloch. Podsunąłem szybko stołek, a gdy usiadł, wyjąłem mu z ręki kamasze. 
Zdziwił mnie ich ciężar, więc zacząłem dokładnie oglądać. Tàk, to były takie zwykłe, na 
pół  wojskowe  saperki,  sporządzone  bardzo  solidnie.  Skromne  i  biedne  to  były  buty, 
musiały przeżyć już wiele lat. Na każdym widniały cery i łaty. Odwróciłem je powoli, aby 
z nabytego przyzwyczajenia obejrzeć spód. Przeniknął mnie zimny dreszcz.  
          --- Karolku --- krzyknąłem takim głosem, jakbym nagle oszalał --- czyje to buty? 
          Głowa Osińskiego zapadła w ramiona. Zląkł się najwidoczniej tego wybuchu. 
          --- Dziadka... --- wyszeptał. 
          --- Zygfryda Boeniga? 
          --- Zygfryda Boeniga... 
          Jednym skokiem wypadłem z namiotu. 
          --- „Czajki”! --- zawołałem głosem nieludzkim. --- Do mnie! 
          Zaczęły  wyskakiwać  zewsząd  przerażone  postaci,  niektóre  na  pół  tylko  ubrane. 
Liczyłem je po kolei. Jest Janicki. Jest Zdanecki, Kazimierczak, Malczak i Rubel. A oto 
Tarka  i  reszta.  Doskonale,  niech  wszyscy  sprawdzą!  Niechaj  potwierdzą,  że  nie  ma 
ż

adnego błędu w moim rozumowaniu. 

Wziąłem  prawy  but  do  ręki  i  przycisnąłem  mocno  do  ziemi.  Gdy  się 

wyprostowałem,  widniało  tam  wyraźne  wgłębienie!!  A  w  tym  wgłębieniu,  z  boku, 
ukazała się szeroka zapadłość, taka sama, jak na tropach, które spotykaliśmy tak często w 
lesie. 

 

  — „Czajki" — zapytałem donośnie — czyj to jest ślad? 

Nikt nie wahał się ani chwili. 

 

  --- Łatanej Podeszwy! — rozległo się równo i twardo, jakby przewinął się grom. 

 

  --- Tak, Łatanej Podeszwy — potwierdziłem z goryczą. — A wiecie, co się z nim 

stało? Został aresztowany! To jego strażnik oskarżył o podpalenie! 

Moje  „Czajki"  pobladły,  bo  miały  serca  wrażliwe  jak  ja,  a  Łatana  Podeszwa 

cieszyła się wśród nas coraz większym szacunkiem. Zaraz jednak zapłonęły im gniewem 
policzki. 

 

  — To podłość! Hańba! Nikczemność! — padły ostre słowa ze wszystkich stron. 

Odwróciłem się powoli. Druh lekarz stał tuż. Obserwował uważnie scenę. 

 

  —  Pojedziemy  całym  zastępem  —  oświadczyłem  stanowczo.  —  Wszystkie 

„Czajki" staną za Łataną Podeszwą jak jeden mąż! 

Wsparły mnie z miejsca gorące przytakiwania i pochwalne pomruki. 

 

  —  Pojedziecie  całym  zastępem  —  druh  lekarz  skinął  głową  z  powagą.  —  Jeśli 

background image

Boenig to Łatana Podeszwa, sprawa jest czysta. To bardzo nam ułatwi zadanie. 

Zwróciłem się z kolei do mego zastępu. 

 

  ---  „Czajki"  —  przemówiłem  uroczyście  —  za  piętnaście  minut  musimy  być 

wszyscy gotowi do drogi. Jedziemy walczyć o Łataną Podeszwę. I musimy zwyciężyć! 
 

  --- Musimy! — rozbrzmiało dokoła potężniej jeszcze niż przedtem. 

 

  ---  Musimy  —  potwierdził  Piętek  z  namysłem.  —  Na  naszej  Złotej  Puszczy  nie 

może być żadnej plamy. 
 
 
 
 

U prokuratora 

 
 
 
 

O

 dziesiątej stanęliśmy przed gmachem sądu. Ustawiłem zastęp po drugiej stronie 

ulicy  i  zająłem  miejsce  na  czele.  Byliśmy  sami.  Druh  kwatermistrz,  który  też  z  nami 
przyjechał,  poszedł  załatwiać  swe  sprawy  w  mieście.  Druh  lekarz  natomiast  wszedł  do 
ś

rodka, aby zameldować prokuratorowi o naszym przybyciu. 

Było  chłodno.  Chmury  kłębiły  się  po  niebie,  słońce  ukazywało  się  rzadko. 

Czekaliśmy cierpliwie, obserwując dla rozrywki przechodniów. Ruch był niewielki w tej 
bocznej uliczce, zresztą i miasteczko było nieduże. Jak większość miast mazurskich, całe 
tonęło  w  zieleni.  Naokoło  przeważały  małe  budynki  i  wille  otoczone  gęsto  drzewami. 
Większe domy były rzadkością, a wśród nich odbijał wyraźnie ten gmach, przed którym 
obecnie staliśmy. Był przysadzisty, dwupiętrowy, masywny, jego okna lśniły niezwykłą 
czystością. Wiadomo, sądy. Powinien w nich panować wzorowy porządek. 

Minęło  pół  godziny,  minęła  godzina,  a  druh  lekarz  ciągle  nie  wracał.  Drzwi 

uchylały  się  jednak  często.  Ktoś  wchodził  do  środka,  to  znów  wychodził,  ale  byli  to 
ludzie nieznani. Dopiero po jedenastej obrazy zaczęły się układać ciekawiej. 

— Ścięty Obcas! — szepnął nagle Kaźmierczak. 
Spojrzałem  w  prawo,  gdzie  ulica  dobiegała  do  rynku.  Chłopak  miał  dobre  oczy. 

Rzeczywiście  pojawił  się  tam  nasz  dobry  znajomy  i  szedł  szybkim  krokiem  w  naszym 
kierunku.  Głowę  miał  opuszczoną,  krok  niezbyt  pewny.  Coś  go  widocznie  gnębiło. 
Przemknął bokiem nieznacznie, jakby się krył. Wszedł nieśmiało do gmachu. 

Wkrótce po nim nadjechał na rowerze Duży Nos, ale z przeciwnej strony. Spłoszył 

się, gdy nas ujrzał naprzeciw. Przed wejściem zeskoczył z roweru tak niezgrabnie, że o 
mało się nie wywrócił. Nie patrząc na zastęp, wsunął się szybko do środka. 

Chłopcy  obserwowali  to  obojętnie,  zachowując  całkowite  milczenie.  Piętek  stał 

nieruchomy jak posąg, jego twarz zamieniła się w maskę. Janicki kurczył nerwowo palce, 
ale  to  było  wszystko.  Za  to  Rubel  zachowywał  się  mniej  spokojnie.  Przestępował  co 
chwila z nogi na nogę i zwilżał językiem spieczone wargi. Również, Kaźmierczak i Tarka 

background image

nie  potrafili  ukryć  wzruszenia.  Natomiast  Karolek  wydawał  się  bardzo  opanowany, 
chociaż  wyglądał  najdziwniej.  Boso,  bez  czapki,  w  lichym,  cywilnym  ubraniu  od  razu 
rzucał  się  w  oczy.  Widać  było,  że  cierpi,  jednakże  trzymał  się  dzielnie.  Nie  ustępował 
wcale Piętkowi. 

Przewinęło się znów kilka osób, kierując na nas zaciekawione spojrzenia. To nas 

nie interesowało. Dopiero po kwadransie nowa postać przykuła naszą uwagę. Strażnik z 
ochrony  lasu.  Szedł  w  towarzystwie  jakiegoś  mężczyzny  i  coś  mu  tam  tłumaczył, 
gestykulując żywo rękami. Był ubrany odświętnie, pewny siebie i rozbawiony. Starannie 
wyczyszczone  wysokie  buty  lśniły  jak  lustro.  Spostrzegł  nas  z  daleka.  Nie  przejął  się 
wcale  tym  widokiem  i  nawet  pokiwał  ręką.  Odsalutowałem  w  imieniu  zastępu  i 
odwróciłem  oczy.  Właśnie  uchyliły  się  drzwi.  Ten,  którego  teraz  zobaczyliśmy, 
przyprawił nas o wstrząs swoim strasznym wyglądem. Był przygarbiony silnie, zszarzały, 
z trudem powłóczył nogą. Za nim ukazał się milicjant. Karolek skoczył do aresztanta. 
 

—  Stój!  —  powstrzymałem  go  ostro.  —  Do  szeregu!  Odwrócił  się  ociężale.  Cała 

jego  sylwetka  zdradzała  bunt.  Zląkłem  się,  że  nie  usłucha.  Na  szczęście  zwyciężył 
rozsądek i karność, której go Piętek widocznie nauczył. Stanął na dawnym miejscu. 

 

— Tak nie można — wyjaśniłem mu szybko. — Dziadek jest jeszcze więźniem, nic 

mu nie można dawać bez zezwolenia. Załatwimy to w inny sposób. 

Zająłem się z kolei strażnikiem. Promieniał. Stał przy wejściu i spoglądał kpiąco 

na schodzącego z trudem ze schodów staruszka. Zalała mnie fala wściekłości. 

 

  —  Baczność!  —  zakomenderowałem  donośnie;, zwracając się do zastępu. — Na 

prawo... patrz! 

„Czajki"  wyprostowały  się  jak  struny,  ja  zaś  zasalutowałem  z  takim  szacunkiem, 

jak to potrafi zrobić tylko człowiek przekonany święcie o wielkiej wartości tego, któremu 
oddaje honory. Przechodnie przystanęli zdumieni, przenosząc kolejno wzrok ze mnie na 
zastęp, a potem na ubogiego starca, który szedł w asyście milicji i stukał ciężko tropami. 
Boenig  objął  nas  tkliwym  spojrzeniem,  twarz  mu  zastygła.  Po  chwili  przesunął  po  niej 
nieznacznie ręką, jakby ocierał łzy... 

Coś  w  tym  momencie   zdusiło   mi  gardło,   pierś rozsadzało tłumione siłą 

westchnienie. Naokoło uczyniło się zbiegowisko. Nie zwracałem na nie uwagi. Miałem 
przed sobą Zygfryda Boeniga, Mazura, członka byłego Związku Polaków w Niemczech i 
jemu poświęciłem wszystkie swoje uczucia. Stałem z ręką przy daszku nieustępliwie i 
twardo, na przekór tamtemu, który cieszył sio z tego nieszczęścia. Obok zaś mnie 
„Czajki" nieruchome, milczące, zacięte. 

background image

 

Gdy  wreszcie zniknął nam w dali, poszukałem oczyma strażnika. Na nim też już 

nie  znać  było  poprzedniej  radości.  Wspierał  się  ciężko  o  mur  i  obserwował  nas  z  miną 
zbitego  psa.  Cała  jego  beztroska  zniknęła.  Przedtem  sądził  pewnie,  że  sprowadził  nas 
tutaj przypadek. Obecnie musiał zrozumieć, że przed nim stoi przeciwnik. 

Ktoś klasnął w górze, uniosłem głowę. W jednym z otwartych okien zobaczyłem 

druha  lekarza.  Za  nim  stał  człowiek  młody  jeszcze,  ale  o  czujnej,  dziwnie  skupionej 
twarzy. Prawdopodobnie widział tę scenę, bo nieznacznie pokiwał głową. Zanotowałem 
w  pamięci  miejsce,  gdzie  się  znajdował,  i  wkroczyliśmy  do  gmachu.  Na  pierwszym 
piętrze udałem się w lewo, ale woźny wskazał nam inny kierunek. 

 

  — Pan prokurator przeszedł do dużej sali — poinformował. — Tutaj za ciasno. 

A więc to był prokurator, ten, którego ujrzałem w oknie!... No, trzeba przyznać, że 

sylwetka pasowała do stanowiska. Kiedy zaś zobaczyłem go wreszcie przed sobą, uczynił 
na  mnie  jeszcze  większe  wrażenie.  Siedział  przy  końcu  długiego  stołu  i  rozmawiał  z 
druhem lekarzem. Sądziłem, że przyjmie nas sztywno, bo wyglądał dość nieprzystępnie. 
Stało  się  jednak  inaczej.  Na  nasz  widok  powstał  i  powitał  bardzo  uprzejmie.  Rozbroił 
mnie tym od razu. Dla ludzi znających się na grzeczności czuję zawsze głęboki szacunek. 

 

  — Proszę, siadajcie — przemówił powoli. — Więc to jest ten zastęp „Czajek"... 

Powiódł wzrokiem po wszystkich twarzach, na mojej zatrzymał się dłużej. 

 

  —  To,  oczywiście,  jest  druh  Kowalski  —  domyślił  się  głośno.  —  A  tam  — 

wskazał głową — to chyba druh Piętek... Tak, na pewno Piętek! — poprawił się trafnie. A 
ten... 

Wymienił jeszcze Malczaka, Kaźmierczaka i Tarkę, również nie popełniając błędu. 

Nic  dziwnego;  druh  lekarz  opowiedział  mu  o  nas  niejedno,  mieli  dość  czasu.  Zresztą 
prokurator to też zwiadowca, tylko że chodzi nieco odmiennymi drogami. Zatarłem ręce z 
zadowolenia. Doszedłem do wniosku, że to człowiek spostrzegawczy, z naszego fachu. Z 
takim dogadamy się łatwo. 
 

  --- Mówcie — przyzwolił, rozkładając przed sobą teczkę z aktami. — Kto z was 

staje na świadka? 
 

  --- Zastęp „Czajek" — odparłem bez najmniejszego wahania. 

Spojrzał na mnie zdziwiony. 

 

  —  Jak  to:  zastęp?  —  zapytał.  —  Tylko  poszczególne  osoby  mogą  składać 

zeznania. Druh o tym nie wie? 

Wiedziałem, ale cóż to miało do rzeczy? 

 

  — W tym przypadku występuje cały zastęp jako jedna osoba — odpowiedziałem 

stanowczo.  —  To,  co  mamy  zeznawać,  odkryliśmy  wspólnie.  Każdy  z  nas  dołożył 
cegiełkę do ostatecznego wyniku, a wynik także jest jeden. 

Zależało  mi  na  tym,  bo  chciał  przecież  pisać  protokół.  Tam  wszystko  musi  być 

oddane  wiernie,  jest  to  bowiem  bardzo  ważny  dokument.  I  nie  ma  tu  co  owijać  w 
bawełnę.  Nie  ja,  nie  Piętek,  nie  Kaźmierczak  ani  Zdanecki,  ale  „Czajki"  występują  w 
obronie Zygfryda Boeniga, i tak należy zapisać. 

Zastanawiał  się  długo,  wreszcie  pokiwał  głową.  Widocznie  zaczął  rozumieć,  w 

background image

czym sedno. 

 

  —  No  tak...  —  mruknął  zafrasowany.  —  Tak  by  należało  postąpić.  Niestety,  nie 

jest to takie proste... 

Możliwe.  Wiele  rzeczy  jest  trudnych,  ale,  od  czego  głowa?  Byłbym  wzruszył 

ramionami, gdyby to nie był sąd. W lesie coś bym mu z pewnością doradził. Tutaj szło 
jednak  o  jakąś  prawniczą  formułę,  a  na  tym  się  jeszcze  nie  znałem.  On  zresztą  jest 
prokuratorem, nie ja. Niech trochę pomyśli. 

Widocznie pomyślał, bo pochylił się nad stołem i zaczął pisać coś szybko. 

 

  — W porządku — odetchnął z zadowoleniem. —? Niech tak będzie, jak chcecie. 

Słuchajcie teraz uważnie.. 

Odłożył  pióro,  przybrał  urzędową  minę  i  odczytał  nam  głośno  tekst.  Mówił on o 

tym, że w sprawie oskarżonego o umyślne podpalenie lasu Zygfryda Boeniga zgłosił się 
dobrowolnie zastęp „Czajek" z drużyny (tu wymienił szczegółowo nazwę i adres), który 
pragnie złożyć zeznania w jego obronie. Oczywiście było tam jeszcze wiele innych słów 
o  bardzo  poważnej  treści  i  wezwań  do  mówienia  prawdy,  lecz  to  nie  miało  znaczenia. 
Przyszliśmy przecież bronić tu naprawdę uczciwego człowieka. 

 

  — W skład zastępu — czytał dalej — wchodzą... Teraz — zwrócił się do nas — 

wymieńcie po kolei swoje nazwiska. 

To  brzmiało  nieźle.  Można  się  było  pogodzić  z  takim  ujęciem.  Podaliśmy  więc 

swoje,  jak  to  się  mówi  w  takich  przypadkach,  personalia  i  na  tym  się  chwilowo 
skończyło. Wyjął nowy arkusz papieru i spojrzał na mnie. 
 

  —  Druh  Kowalski  —  oświadczył  —  zeznaje  pierwszy.  Skupiłem  się  w  sobie. 

Trochę  mnie  zaskoczyło,  że  nie  oskarżono  staruszka  również  o  celowe  zniszczenie 
ogrodzenia  w  Zachwaszczonej  Szkółce.  No  cóż,  widocznie  zabrakło  świadków,  a  może 
tego  łotra  ruszyło  w  końcu  sumienie...  Tak  czy  owak,  postanowiłem  nic  nie  ukrywać. 
Nadeszła decydująca chwila, należało ją wykorzystać. Nabrałem w płuca powietrza. 

 

  — Zygfryd Boenig jest człowiekiem niewinnym — wyrąbałem prosto z mostu to, 

co  mi  najbardziej  leżało  na  sercu.  —  Przeciwko  niemu  uknuto  spisek.  Oskarżenie  jest 
całkowicie fałszywe! 

 

  —  Spokojnie,  spokojnie!  —  przerwał  mi  opryskliwie.  —  Trzeba  to  udowodnić. 

Proszę mówić o faktach. 

Przeszły mnie ciarki. To nie był już ten uprzejmy człowiek, który traktował nas na 

początku tak życzliwie. Stał się nieprzystępny i zimny, z jego twarzy biła teraz surowość. 
Opanowane, beznamiętne zdania sprawiały przykre wrażenie. Zabrakło mi nagle słów. 

 

  —  Proszę  mówić  dalej  —  odezwał  się  zaraz  znacznie  łagodniej.  —  Po  kolei  o 

wszelkich, choćby najdrobniejszych szczegółach. 

Otrząsnąłem  się  z  przygnębienia.  Ostatecznie  prokurator  też  człowiek,  a  tu  szło 

przecież  o  czystą  sprawę.  Nie  należy  się  lękać  ani  obrażać.  Miał  zresztą  słuszność.  W 
każdym badaniu musi być zachowany porządek, wnioski trzeba udowodnić dokumentami 
i  dowodami.  Kto  jak  kto,  ale  ja  powinienem  to  doskonale  rozumieć.  Chwyciłem  się  w 
garść. 

 

  — Braliśmy udział w gaszeniu pożaru — głos mój zabrzmiał tym razem zupełnie 

background image

spokojnie.  —  W  dwa  dni  później  przeprowadziłem  z  zastępem  szczegółowe 
poszukiwania w terenie... 

Tak,  mówiłem  nareszcie  do  rzeczy.  Prokurator  notował  z  pośpiechem. 

Wymieniałem  kolejno  wszystkie  nasze  czynności,  opisałem  miejsca  i  znalezione  przez 
nas przedmioty. 

 

  —  A  tu  są  dowody  rzeczowe  —  uzupełniłem,  stawiając  na  stole  przywieziony 

koszyczek ze zwęglonymi szczątkami. 

Spojrzał na niego przelotnie. 

      — Dobrze, obejrzymy je później — rzekł obojętnie. Proszę mówić dalej. 

Byłem  tym  trochę  rozczarowany.  Doszedłem  jednak  do  wniosku,  że  on  też  ma 

własne  metody,  i  przeszedłem  do  innych  spraw.  Wspomniałem  o  wnioskach,  co  do 
miejsca, gdzie pożar wziął swój początek, a następnie  o znalezionych w pobliżu śladach. 
W końcu podałem mu szkice. To go bardziej zainteresowało. Wziął je do ręki, przejrzał 
starannie i naraz na jego obliczu odbiło się głębokie zdumienie. 

 

  —  Więc  wy  tak  pracujecie?...  —  rzekł  przeciągle.  —  W  ten  sposób  opisujecie 

każdy spotkany ślad?... 

Skinąłem głową. Z pewnością nie był nigdy harcerzem, więc nie orientował się w 

naszych metodach. 

 

  —  Świetnie  —  rzekł  w  zamyśleniu.  —  Zaczynam  nabierać  przeświadczenia,  że 

dostarczycie mi cennych dowodów. 

Coś  tam  odnotował  i  dał  znak,  abym  wyjaśniał  dalej.  Opowiadałem  coraz 

sprawniej i szybciej. Czułem, że wszystkie „Czajki" obserwują mnie w wielkim napięciu, 
trzeba było dać im wzorowy przykład jasnego i przejrzystego meldunku. Szło doskonale. 
Wspomniałem  o  Zachwaszczonej  Szkółce,  o  strumyku  i  śladach  Wyszczerbionej 
Podkowy,  o  jego  licznych  wędrówkach  i  przyjaźni  z  Rojkiem,  o  dziwnym  spotkaniu  w 
Ponurym Borze i o podsłuchanej przez nas rozmowie. Podsunąłem mu dokumenty. 

 

  —  Zaraz,  zaraz...  —  przerwał  mi  nagle.  —  Łatana  Podeszwa  to  ten  aresztant, 

Boenig? 

Używałem  do  tej  pory  naszych  nazwisk,  bo  łatwiej  było  uniknąć  błędu. 

Potwierdziłem skinieniem. 
 

  --- Z tego wszystkiego wynika jedno — podsumowałem. — Łatana Podeszwa nie 

może  być  podpalaczem.  Przeciwnie,  to  on  właśnie  czuwał  nieustannie  nad  puszczą, 
kontrolował postoje turystów, zagrzebywał w ziemi śmieci i resztki ognisk. On chronił las 
przed pożarem! 
 

 ---  Ale  w  dniu  wypadku  znajdował  się  obok  miejsca,  gdzie  ogień  miał  swój 

początek? 

Człowiek  szuka  dziury  w  całym,  kiedy  wyjaśniłem  mu  wszystko?  Ma  za  mało 

argumentów? Dobrze, w takim razie dam ja mu łupnia! 

    — Był, tak przecież poprzednio zeznałem — potwierdziłem swobodnie. — Że to 

jednak nie on podpalił, to pewne. Gdyby... 

Celowo zrobiłem przerwę. Prokurator wpatrzył się we mnie czujnie. 

    —  Gdyby  on  był  złoczyńcą  —  kończyłem  powoli  —  roznieciłby  ogień  zapałką. 

background image

Pożar zaś, jak to już wyjaśniłem, zaczął się od pudełka, które rozgrzało się pod wpływem 
słonecznych  promieni.  Mogło  się  tak  stać  albo  nie.  O  wszystkim  miał  zadecydować 
przypadek.  A  cóż  to  za  przestępca,  który  odchodzi  od  miejsca  zbrodni,  pozostawiając 
rezultat losowi? 

Prokurator zacisnął usta. Nie odezwał się słowem. Czułem, że udało mi się położyć 

go na obie łopatki. Nie było odpowiedzi na tego rodzaju argument. 
 

  --- Zapałki w pudełku — dodałem po chwili — zapalają się rzadko pod wpływem 

gorąca, ale zdarzają się takie wypadki. Pytaliśmy o to leśników. Potwierdzili. 
 

  ---  Rzeczywiście  mocny  argument  —  prokurator  ożywił  się  wreszcie  i  stał  się 

znowu normalnym człowiekiem. — A kto, zdaniem zastępu „Czajek", porzucił zapałki? 

Pochwaliłem  go  w  duchu.  Dobry  prawnik,  a  co  najważniejsze,  nie  zapomniał  o 

naszym  zasadniczym  warunku.  Nie  pytał  o moje zdanie, ale o zdanie zastępu. Słusznie. 
Zeznawał zastęp, nie ja. 

    —  Wczasowicz  —  odparłem  natychmiast.  —  Zapalony  wędkarz.  Wybrał  się 

bardzo  wcześnie  na  połów,  a  że  takie  zajęcie  zmusza  do  zupełnego  bezruchu,  zmarzł  i 
rozpalił  ognisko,  aby  się  rozgrzać.  Potem  odszedł  w  las,  pudełko  mu  wypadło 
przypadkiem przy zapalaniu papierosa. Resztę pan zna. 

Popatrzył na mnie z wielkim zainteresowaniem. Stał się znów czujny. Domyśliłem 

się, że zwęszył trop, którego przedtem nie dostrzegł. 
 

  ---  Wędkarz?  —  odezwał  się  w  zamyśleniu.  —  I  wczasowicz?...  Z  czego 

wysnuliście te wnioski? 
 

  ---  To  nie  było  trudne.  Nie  mógł  to  być  nikt  z  ludzi  miejscowych,  gdyż  ci  łowią 

sieciami. Zresztą okoliczni mieszkańcy nie używają kajaków. 
 

  ---  Słusznie  —  twarz  prokuratora  pokryła  się  maską  powagi.  —  Ale  dlaczego 

wczasowicz? Mógł to być także wędrowny turysta, wodniak, jak wy go nazywacie. 
 

  ---  Też  niemożliwe.  Przede  wszystkim  dlatego,  że  żaden  kajakowiec  nie  wybiera 

się  samotnie  na  długą  wędrówkę.  Po  drugie  —  ten  człowiek  nie  nocował  tam,  gdzie 
znaleźliśmy  resztki  ogniska.  Istniałyby  jakieś  oznaki,  świadczące  o  rozbijaniu  namiotu 
czy o szałasie. A po trzecie — jeśli nawet przyjmiemy, że nocował gdzieś po drodze, w 
schronisku czy we wsi, to zjadłby tam właśnie śniadanie. Wobec tego pozostaje tylko je-
dna  możliwość:  był  to  wczasowicz,  któremu  przygotowano  paczkę  żywnościową 
poprzedniego wieczoru. Świadczą o tym także spalone papiery... 

 

  — Popioły?... 

 

  — Tak, popioły. Kostki kurczęcia były opakowane w pergamin, a jego nigdzie się 

tutaj nie kupi. Pergamin po spaleniu — dodałem tonem wyjaśnienia — wygląda inaczej 
niż zwykły papier czy też gazeta. 

Dopiero  teraz  doszedł  do  wniosku,  że  trzeba  obejrzeć  szczątki.  Wyjąłem  je 

ostrożnie z koszyczka i rozłożyłem na stole. Zbadał uważnie. 

 

  — Słusznie — potwierdził. — Nie ma w tym błędu. Wobec tego — zwrócił się do 

mnie, siadając znowu na krześle — co tam robił Łatana Podeszwa? 

 

 

  --- Jak zwykle obchodził las. Robił to oczywiście o świcie, bo wcześniej nie było 

potrzeby. Wędkarz już odpłynął, ognisko było starannie wygaszone, śmieci w ziemi. Nie 
miał tam nic do roboty. Obejrzał więc tylko i ruszył w dalszą wędrówkę... 

background image

 

  ---  Chwileczkę  —  przerwał  mi  znienacka,  zadając  podchwytliwe  pytanie.  —  A 

może to on właśnie uprzątnął? 

Domyśliłem się, o co mu chodzi. Jeśli śmieci zagrzebał Łatana Podeszwa, on także 

mógł  zgubić  zapałki.  Chytry  był  lis  z  tego  prokuratora.  Zdawało  się,  że  już  odsunął  od 
siebie wszelkie podejrzenia wobec mojego staruszka, a tu taka zasadzka! Uśmiechnąłem 
się w duchu. Nie mnie brać na takie kawały! 

 

  —  Nie,  nie  on  —  odpowiedziałem  uprzejmie.  —  Łatana  Podeszwa  zadeptuje 

zawsze zakopane przedmioty. Tamten tylko przykrył je ziemią. Niefachowa robota. 

Bardzo  mu  się  spodobała  ta  niefrasobliwa  odpowiedź.  Rozjaśnił  twarz,  ale  zaraz 

spoważniał. Zastanawiał się nad czymś przez chwilę. 

 

  —  Jeśli  wczasowicz  i  wędkarz  —  cedził  powoli  słowa  —  to  go  znajdziemy. 

Takich zamiłowanych sportowców, którzy akurat tego dnia wyszli na połów, z pewnością 
nie było wielu... 

Niewątpliwie,  lecz  to  nie  moja  sprawa.  Poruszyłem  się  niecierpliwie.  Mnie  szło 

przecież o mojego staruszka! 
 

  --- Dobrze, dobrze — pokiwał życzliwie głową, wyczuwając widocznie me myśli. 

—  Wracamy  do  sprawy.  A  więc  Zachwaszczona  Szkółka.  Zastęp  „Czajek"  twierdzi 
zatem... (kochany chłop, nie pomylił się ani razu!) że dokonano tam celowo przestępstwa. 
Po co? Komu mogło na tym zależeć? 
 

  ---  Wyszczerbionej  Podkowie.  Śledził  Łataną  Podeszwę  od  polanki  w  pobliżu 

strumyka i doszedł za nim do szkółki. Gdy zobaczył, że zaczyna ją oczyszczać, przyszło 
mu  na  myśl,  że  trafia  mu  się  doskonała  okazja.  Wyłamał  rygle,  późnym  zaś  wieczorem 
złożył  meldunek.  Był  przekonany,  że  dziki  dokonają  w  nocy  zniszczenia.  Chciał  w  ten 
sposób pogrążyć ostatecznie Boeniga. Człowiek, który podpala las, a przy tym wyrządza i 
inne szkody, staje się groźny. 
 

  --- Dziwne, że mnie nie złożono zeznań w tej sprawie... 

 

  --- Pewnie dlatego, że wyglądała ona dość ślisko. Albo oskarżyciela zdjął strach, 

albo wycofał się świadek. 

Twarz  prokuratora  stężała,  na  policzkach  ukazały  się  wydłużone  wgłębienia. 

Wyglądał  w  tej  chwili  niebezpiecznie.  Brr...  nie  chciałbym  być  w  skórze  tego,  kogo 
oskarża... Objął nas wszystkich przeciągłym, dziwnie ostrym spojrzeniem. 

 

  —  Czy  to,  co  usłyszałem  od  druha  Kowalskiego  —  zapytał  głosem  pełnym 

uroczystej powagi — potwierdzają wszyscy tu obecni harcerze? 

Aż  się  skręciłem  w  krześle  z  zachwytu.  „Czajki"  spisały  się  po  prostu  — 

cudownie!  Słowa  odpowiedzi  padły  równo  i  tak  donośnie,  że  aż  wystraszony  woźny 
uchylił z pośpiechem drzwi. Prokurator wydawał się tym bardzo przejęty. 

 

  — Dobrze — powiedział miękko — wpiszę tę waszą odpowiedź do protokółu, pod 

którym złożycie swoje nazwiska. A teraz — zwrócił się do mnie — proszę mi wyjaśnić, 
kogo nazywacie Dużym Nosem? 

Wymieniłem nazwisko jednego z osadników ze Starej Wsi. Zanotował starannie. 

 

  --- W porządku — rzekł obojętnie. — A Ścięty Obcas? 

 

  --- Rojek — odpowiedziałem natychmiast. — Gospodarz z tego samego osiedla. 

I  tego  zapisał.  Robił  to  mechanicznie.  Na  jego  twarzy  nie  odbijało  się  żadne 

background image

uczucie. 

 

  —  Załatwione  —  z  namaszczeniem  postawił  kropkę  po  tamtym  nazwisku.  — 

Pozostaje nam tylko Wyszczerbiona Podkowa. 

Słusznie.  I  jego  nie  znał,  chociaż  byłem  przekonany,  że  zdążył  się  do  tej  pory 

domyślić. Co prawda, nie było to takie proste. Czyny bardzo nie pasowały do stanowiska. 

 

  — Ech, to przecież — przemówiłem z niesmakiem — ten strażnik z ochrony lasu. 

Ten, który zapowiedział z góry, że tylko Mazur może być podpalaczem. Bo Mazurzy to 
Niemcy... 

Urwałem raptownie. Prokurator, który tak świetnie panował dotąd nad sobą, zmiął 

nagle trzymaną w ręku kartkę papieru, jakby opanowała go wściekłość. 

 

  —  Nareszcie  wszystko  rozumiem  —  przemówił  jednak  spokojnie.  —  Kto  by 

pomyślał?... Miał zawsze doskonałą opinię. No, ale gdy ktoś chce koniecznie nagiąć życie 
do własnej teorii, musi w końcu nastąpić wybuch... 

Podniósł się ociężale z krzesła, jakby go ta wiadomość przygniotła. Potem powoli, 

ospale zaczął arkusz za arkuszem układać w teczce. 

 

  —  Poczekajcie  na  mnie  w  tej  sali  —  przemówił  odchodząc.  —  Mam  ich 

wszystkich na miejscu, więc zaraz wyjaśnię resztę. Powrócę tu wkrótce. 
 
 
 
 

Bitwa dobiega końca 

 
 
 
 
 
 

P

ozostaliśmy  sami.  Chłopcy  zachowywali  się  milcząco,  nie  wiedząc,  co  z  tego 

wyniknie. Karolek spoglądał na mnie w napięciu, jakby chciał o coś zapytać, ale nie miał 
odwagi. Spojrzałem na druha lekarza. Uśmiechnął się w odpowiedzi. 

— Wygraliśmy sprawę — oświadczył pogodnie. — Nie przypuszczałem, że udało 

wam się zgromadzić tak olbrzymi materiał. 

Nic  dziwnego.  Najważniejsze  punkty  omawialiśmy  na  radzie  drużyny,  lecz  nie 

bawiliśmy  się  nigdy  w  szczegóły.  Stanowiły  one  tajemnicę  zastępu.  Każdy  zbierał,  co 
chciał i co mu było potrzebne. 

„Czajki"  od  razu  poczuły  się  raźniej.  Przysunąłem  się  do  druha  lekarza,  na  sali 

rozległy się wesołe pogwarki. Omawiano z ożywieniem zachowanie się prokuratora, jego 
pytania  i  wnioski.  Nawet  Karolek  rozruszał  się,  na  jego  policzkach  wystąpiły  wypieki. 
Wykładał coś w podnieceniu Piętkowi. 

Czekaliśmy  prawie  godzinę.  Gdy  prokurator  pojawił  się  w  drzwiach,  nie  był  już 

sam. Za nim ukazali się wszyscy nasi dobrzy znajomi: leśniczy, Ścięty Obcas, Duży Nos i 

background image

Wyszczerbiona  Podkowa.  Tylko  leśniczy  wyglądał  normalnie,  chociaż  na  jego  czele 
rysowała  się  chmura.  Rojek  był  blady  jak  trup  i  patrzył  uparcie  w  ziemię.  Duży  Nos 
zachowywał  się  za  to  wyzywająco.  Natomiast  strażnik,  aczkolwiek  nadrabiał  miną,  nie 
umiał ukryć wzburzenia. 

Prokurator zajął poprzednie miejsce, tamci stanęli z boku. Przyniósł z sobą jakieś 

zawiniątko  i  zaczął  je  teraz  rozwijać.  Obserwowałem  z  zaciekawieniem.  Kilka 
podłużnych płatów, przypominających plastelinę, ułożył przed sobą na gazecie, a potem 
je starannie wygładził, Przyglądał im się przez chwilę z namysłem. 

 

  — Kilka punktów musimy wyjaśnić wspólnie — odezwał się wreszcie. — Proszę 

mi podać buty. 

Podbiegłem do Karolka, który trzymał je ciągle w ręku. Zabrałem je i przyniosłem. 

Prokurator ustawił je na stole tak, aby widzieli wszyscy. 

 

  — Do kogo one należą? — zapytał zwracając się do przybyłych. 

Leśniczy  nie  wiedział.  Strażnik  pokręcił  niejasno  głową,  za  to  Duży  Nos 

odpowiedział bez chwili namysłu: 

 

  — Do starego Boeniga. Każdy poznałby je po tych łatach na wierzchu. 

Rojek,  zapytany  wprost,  potwierdził  to  samo.  Prokurator  na  tym  poprzestał. 

Rozumiałem  dobrze  jego  obecne  czynności.  Nasze  świadectwo  nie  było  pełne,  nigdy 
bowiem  nie  widzieliśmy  tych  butów  na  nogach  Boeniga.  Teraz  nie  mogło  być 
wątpliwości,  że  wszystko,  co  mówiliśmy  o  Łatanej  Podeszwie,  odnosi  się  do  naszego 
staruszka.  Bardzo  mi  się  spodobała  ta  niezwykła  dokładność,  postanowiłem  ją 
zapamiętać. Od prokuratora można się niejednego nauczyć. 

 

  —  A  teraz  inna  sprawa  —  zwrócił  się  do  strażnika.  —  Proszę  mi  opowiedzieć 

szczegółowo, w jaki sposób wyłamywał pan rygle w tej zachwaszczonej szkółce? 

Ależ był z niego gracz! Powiedział to tak naturalnie, że w pierwszej chwili nikt się 

nie spostrzegł, co za tym  się kryje. Dopiero przerażona twarz strażnika uprzytomniła nam 
podstępność  i  grozę  tych  słów.  Poczerwieniał  z  wrażenia,  ale  opanował  się  szybko. 
Zaczął bezczelnie zaprzeczać. Prokurator przyglądał mu się uważnie. 

— To wszystko? — zapytał jakby zdziwiony. — Czyżby pan rzeczywiście o tym 

zapomniał?  Świadek  Kowalski  —  zwrócił  się  do  mnie,  używając  po  raz  pierwszy  tego 
urzędowego tytułu — wie znacznie więcej. Proszę opowiedzieć, jak było.  . 

Wyjaśniłem obrazowo, jakbym sam na to patrzył. Oto Łatana Podeszwa. Dochodzi 

do ogrodzenia, ogląda. Kiwa głową z ubolewaniem, chwasty zabijają młodziutki las. Boli 
go  to,  odczuwa  jak  stratę  swoich  najbliższych.  Postanawia  ratować  i  przeskakuje  przez 
płot. Pochyla się z trudem, jest przecież bardzo starym człowiekiem. Mimo to rozpoczyna 
pielenie. Strażnik go obserwuje zza drzew. Twarz mu się mieni, zaciska zęby ze złości. 
Rodzi się podły plan. Łatana Podeszwa, zmęczony pracą, odchodzi. Strażnik nasłuchuje 
przez  pewien  czas.  Kroki  ucichły,  jest  znowu  sam.  Wysuwa  się  z  ukrycia,  obchodzi 
wokoło  płot.  Znalazł  dobre  miejsce,  nikt  nie  dojrzy  tu  szkody.  Przeskakuje  na  drugą 
stronę,  uderza  ramieniem,  rygiel  rozpada  się  z  trzaskiem.  Uderza  niżej,  twarz  mu 
nabrzmiewa z wysiłku. Zawodzą siły. Rozgląda się naokoło z wściekłością... 

Początkowo  bronił  się,  zaprzeczał,  nawet  zachował  się  w  pewnej  chwili 

niegrzecznie.  Dopiero  gdy  pokazałem  kamień  i  zacząłem  objaśniać  sposób  jego  użycia, 

background image

nagle  zabrakło  mu  słów.  Załamał  się  w  sobie,  spokorniał,  oczy  wbił  tępo  w  podłogę. 
Doszedł widocznie do przekonania, że na to wszystko patrzyłem. 

— Kamień pan jednak zna? —prokurator wtrącił nieco złośliwie. — Temu chyba 

pan nie zaprzeczy? 

Tamten nic już nie odpowiedział. Nastąpiło ostatnie badanie na temat spotkania w 

Ponurym Borze. To ostatecznie dobiło wszystkich. Słyszeli własne słowa, zanotowane 
bardzo dokładnie. Nikt nie próbował zaprzeczać. 

Prokurator doszedł do wniosku, że można zakończyć śledztwo. 

 

  —  Pomówimy  o  tym  jeszcze  przy  innej  okazji  —  oświadczył  sucho.  —  Teraz 

pozostały tylko drobiazgi. 

Ułożył na podłodze jeden z tych miękkich płatów, które przyniósł z sobą. 

 

  —  Proszę  na  tym  stanąć  —  rzekł  do  strażnika.  —  Lewą  nogą,  tak,  dobrze... 

Mocniej, śmiało! 

To samo, na innych płatach, zrobił po chwili z Dużym Nosem i Rojkiem. 

 

  —  To  wszystko  —  zakończył  obojętnie.  —  Możecie  odejść,  ale  proszę  nie 

wychodzić  z  gmachu.  Będziecie  mi  jeszcze  potrzebni.  Pan  —  zwrócił  się  uprzejmie  do 
leśniczego, który też szykował się do odejścia — może pozostać. 

Wskazał mu miejsce przy stole. Gdy tamci wyszli, rozejrzał się uważnie w śladach, 

rysujących się na płatach tak samo dokładnie, jak na naszych glinianych modelach. 

 

  — No tak — melancholijnie pokiwał głową — nie może być wątpliwości. To jest 

Ś

cięty Obcas, Duży Nos i Wyszczerbiona Podkowa... Co za nieuczciwość! — wybuchnął 

niespodziewanie,  patrząc  na  leśniczego.  —  Gdyby  nie  harcerze,  oddałbym  niewinnego 
człowieka pod sąd! 

W sali rozległ się powściągliwy, ale radosny szum. Zastęp domyślił się słusznie, że 

te słowa oznaczają zwolnienie. Janicki zerwał się z miejsca. 

 

  — A więc możemy zabrać Dziadka z sobą! — wykrzyknął radośnie. 

Prokurator  zafrasował  się.  Nie  był  widocznie  przyzwyczajony  do  harcerskiej 

szybkości. 

 

  —  Tak  od  razu...  —  bąknął  niepewnie.  —  Tak  przecież  nie  można...  Należy 

załatwić wpierw formalności. 

Obecnie  i  mnie  poniosło.  Formalności  to  paskudny  dziwoląg.  Można  ich 

przestrzegać, gdy idzie o zbrodniarza, a nie o naszego staruszka! 
 

  ---  Zdążymy  załatwić  wszystko!  —  krzyknąłem.  —  Dopiero  pierwsza.  Panie 

prokuratorze — dodałem gorąco — Dziadek musi odjechać z nami. Idzie o honor naszego 
zastępu! 
 

  ---  Nie  odejdziemy  bez  Dziadka!  —  poparły  mnie  „Czajki"  stanowczo.  —  Jest 

niewinny, nie powinien ani minuty dłużej przebywać w areszcie! 

Siedziba  sądu  stała  się  bardziej  podobna  do  sali  wiecowej  aniżeli  do  pełnego 

powagi przybytku sprawiedliwości. Nie gorszyło to jednak nikogo. Umieliśmy zachować 
umiar. Jedynie leśniczy wydawał się początkowo zaniepokojony tą wrzawą, lecz widząc, 
ż

e prokurator się śmieje, sam się przyłączył do próśb. 

 

  — Chłopcy mają słuszność — potwierdził swoim tubalnym głosem. — Boenig jest 

porządnym  człowiekiem,  nie  należy  go  przetrzymywać.  A  im  też  się  należy  nagroda  za 

background image

trudy. 

Utrafił w sedno. Prokurator zatkał uszy rękami. Robiło się coraz weselej. 

 

  —  Dobrze,  dobrze  —  uciszał  powoli.  —  Jeśli  wy  wszyscy  na  mnie,  nie  mam 

innego wyboru. Sami wrogowie. Nawet Karolek gotów we mnie uderzyć... 

Przenieśliśmy  odruchowo  wzrok  na  młodego  Mazura.  Twarz  mu  błyszczała 

szczęściem. Nie był wcale podobny w tej chwili do tego dawnego chłopca spod wierzby, 
spoglądającego na wszystkich nieufnie. Wymachiwał śmiało rękami, tak samo jak robił to 
Piętek. 

Prokurator odmłodniał. 

 

  —  Zgoda  —  rzekł  pogodnie.  —  Zaraz  wypiszemy  nakaz  zwolnienia.  Ale  pod 

jednym warunkiem! 

Uciszyło  się  w  jednej  chwili.  Wyglądał  znowu  tak  samo  surowo  jak  wtedy,  gdy 

prowadził śledztwo. Ostrzegawczym ruchem podniósł palec do góry. 

 

  —  Pod  tym  warunkiem  —  kończył  głosem  pełnym  głębokiej  powagi  —  że 

zabierzecie mnie z sobą... 

Malczak zorientował się. pierwszy, że to tylko zagrywka. Niespodziewanie zaczął 

wybijać  na  stole  takt.  Natychmiast  przyłączyli  się  wszyscy.  Rozległ  się  świst  i  nagle 
prysnęła „świeca". Hucznie, wesoło, z fantazją. 

Prokurator zmieszał się trochę tym niezwykłym objawem przyjaźni. Nic dziwnego, 

nie wypadłoby lepiej i przy ognisku. 

 

  —  Muszę  sprawdzić  w  terenie  —  uzupełnił  takim  tonem,  jakby  się  zamierzał 

tłumaczyć — to, co zeznaliście przede mną... Zresztą — dodał już zupełnie swobodnie — 
co tu owijać w bawełnę? Po prostu chcę być świadkiem powrotu Boeniga do Starej Wsi. 
Na. pewno zrobicie to uroczyście. 

No  cóż,  prokurator  też  człowiek...  Ma  więc  także  serce  i  potrafi  się  cieszyć  po 

ludzku,  gdy  może  zwolnić  uczciwego  człowieka.  „Czajki"  rozumiały  to  doskonale. 
Huknęły mu więc trzykrotnie na wiwat i poniosły na rękach. 

Zdaje się, że żaden sąd w Polsce nie miał nigdy tak radosnych klientów. 

 

 
 

Powrót do Starej Wsi 

 

 

 

 

P

ochód prezentował się okazale. Prowadził druh lekarz z milicjantem przy boku. 

Dodano  go  nam  do  asysty,  aby  w  gmachu  więziennym  nie  było  żadnych  kłopotów.  Ja 
szedłem na czele maszerującego dwójkami zastępu. Za mną, w pierwszej parze, kroczyli 
Piętek  z  Osińskim.  Dziwnie  pasowali  do  siebie,  chociaż  się  różnili  wyglądem.  Równi 

background image

wzrostem,  oszczędni  w  ruchach,  poważni  nad  wiek,  pozornie  zachowywali  spokój  i 
obojętność. Przeczyły temu jednak zadzierżyste, pełne ognia spojrzenia. Czuło się, że za 
tą  maską  powagi  kryje  się  jakiś  głęboki,  wewnętrzny  nurt.  I  z  pewnością  tak  było. 
Przepełniało ich szczęście, jak wszystkich. 

Mijaliśmy  właśnie  rynek,  gdy  nas  dopadł  kwatermistrz.  Przystanęliśmy  i 

zawiadomiliśmy o odniesionym zwycięstwie. Zatarł ręce z uciechy. 

—  Tego  się  spodziewałem.  Wspaniale!  —  wykrzyknął  i  zerknął  na  zegarek.  — 

Druga! Więc prokurator też jedzie? — zastanowił się nagle. — Ha, wobec tego trzeba to 
wszystko  inaczej  urządzić...  Zbieramy  się  w  tym  miejscu  —  dodał  z  pośpiechem.  — 
Punktualnie czwarta trzydzieści! 

Zakręcił  się  jak  fryga,  bo  nigdy  nie  brakło  mu  fantazji,  i  chciał  znowu  gdzieś 

pomknąć, lecz, na szczęście, udało mi się go schwytać za rękaw. 

 

  — Druhu przyboczny — spytałem szybko — gdzie tu można zakupić buty? 

Sklep był w pobliżu, w rynku. Wskazał głową i uciekł. Zmarkotniałem nieco, bo 

chciałem pożyczyć od niego pieniędzy. Zwróciłem się więc z prośbą do druha lekarza. 
 

  ---  Pieniądze  mam  —  odparł  zdziwiony.  —  Na  co  ci  potrzebne?  Przecież 

pójdziemy razem na obiad. 
 

  ---  Trzeba  porobić  zakupy  —  mruknąłem.  —  Nie  wypada,  aby  Zygfryd  Boenig 

chodził w takim obuwiu. Pokryję wydatek, gdy wrócimy do domu. 

 

  ---  Właśnie,  druh  zastępowy  pokryje!  —  obruszył  się  Piętek.  —  A  ja,  to  co?  Od 

macochy? Nie mogę także dołożyć? 

Ta  ostra  przemowa  zwróciła  uwagę  całego  zastępu.  „Czajki"  spostrzegły  się  w 

mig, każdy zaczął wtrącać swoje trzy grosze. Nie mogłem zaprzeczyć im racji. Zygfryd 
Boenig,  członek  dawnego  Związku  Polaków  w  Niemczech,  był  naszą  wspólną 
własnością. Do wszystkich należała opieka. 

 

  — Uspokójcie się — szepnął druh lekarz, gdyż zbyt natarczywie zaczęto zwracać 

na nas uwagę. — Sprawa jest wspólna, załatwi ją cała drużyna. Chodźmy do sklepu. Czy 
panu  nie  przeszkadza  ta  zwłoka?  —  zwrócił  się  do  milicjanta,  który  z  wielkim 
zainteresowaniem przysłuchiwał się tej niezwykłej rozmowie. 

Ten się tylko uśmiechnął. - 

 

  — Ech, nie — odparł życzliwie. — Jeśli pozwolicie, i ja coś niecoś dołożę. Znam 

Boeniga od dawna. Człowiek bardzo porządny. 

Od tej chwili skończyły się wszelkie kłopoty. Buty zakupiliśmy i ubraliśmy w nie 

uroczyście  naszego  staruszka.  Później  zjadł  razem  z  nami  obiad,  odetchnął  nieco  i  w 
oznaczonym terminie rynek wypełnił się znowu mundurami harcerzy. Druh kwatermistrz 
był już na stanowisku. Obok stał samochód osobowy i dwie ciężarówki. 

 

  — Wsiadajcie! — zaprosił, zataczając szeroko ręką. — To wszystko nasze. 

Ten  człowiek  istotnie  posiadał  niezwykłe  umiejętności.  Gdy  coś  było  potrzebne, 

potrafił wydobyć spod ziemi. Byliśmy przekonani, że odjedziemy pociągiem, a tu czekają 
na nas takie pojazdy! Gdzie on je zdobył?... Zapytałem go o to, lecz wykpił się żartem. 
Załadowywano  się  szybko.  Co  prawda  nie  szło  to  łatwo.  Ciężarówki  były  wypełnione 
budulcem,  cementem  i  rolkami  papy.  To  mnie  dopiero  zastanowiło.  Podszedłem  znowu 

background image

do kwatermistrza. 

 

  — Będziemy coś majstrowali? — zapytałem znienacka. 

Tym  razem  jakoś  długo  nie  odpowiadał.  Wydało  mi  się  nawet,  że  bardzo 

spoważniał. 

 

  — Oczywiście — odezwał się wreszcie. — Wspomniałeś przecież w raporcie, że 

gospodarstwo  Boeniga  wymaga  wydatnej  pomocy.  Uzyskałem  dla  niego  najrozmaitsze 
przydziały, więc trzeba je zabrać. Jak sądzisz — zapytał z troską — wystarczy? 

Obejrzeliśmy  wspólnie.  Znałem  dobrze  potrzeby,  toteż  mogłem  ocenić 

przydatność tego budulca. 

 

  —  Wystarczy  —  odpowiedziałem  po  krótkim  namyśle.  —  Może  coś  nawet 

zostanie. 

Zatarł ręce z radości. 

 

  —  Tym  lepiej  —  ucieszył  się  głośno.  —  Przyda  mu  się  na  później  do  napraw. 

Możemy zatem wyruszać! 

Wsiadł  do  wozu  osobowego,  gdzie  już  umieściliśmy  wcześniej  staruszka,  ja  zaś 

wskoczyłem  na  ciężarówkę.  Podjechaliśmy  pod  sądy,  zabraliśmy  prokuratora  i  le-
ś

niczego, a potem skierowaliśmy się do obozu. Nie zabawiliśmy tu długo. W tym czasie, 

gdy  druh  lekarz  oprowadzał  prokuratora  po  polanie  i  pokazywał  mu  urządzenia, 
załadowaliśmy  instrumenty  muzyczne  i  potrzebne  narzędzia.  Potem  wsadziliśmy  resztę 
drużyny,  na  miejscu  pozostały  jedynie  warty.  Na  samochodach  zrobiło  się  ciasno.  Tuż 
obok  mnie  siedzieli  teraz  nie  tylko  kwatermistrz  i  leśniczy,  ale  także  i  prokurator.  Ten 
wyglądał  jak  odrodzony,  nic  nie  pozostało  z  jego  dawnej  powagi  i  surowości.  Tam,  w 
mieście, miał przykrą pracę, która bynajmniej nie usposabiała do śmiechu. Tutaj nareszcie 
oddychał. 

 

  —  Ślicznie  tu  jest  —  odezwał  się  w  pewnej  chwili.  —  Zaproszę  się  do  was  w 

przyszłym roku w gościnę. 

„Czajki" przyjęły tę propozycję entuzjastycznie. Chłop był istotnie do rzeczy, a że 

to prokurator, można by zrobić z niego doskonałego zwiadowcę. Podsunąłem ten projekt. 
Powstał  ogromny  szum,  bo  Kaźmierczak  natychmiast  zaczął  wyliczać  głośno  jego 
czynności.  Nasz  przyszły  gość  wziął  to  bardzo  do  serca.  Zaczął  żałować,  że  wkrótce 
zwijamy obóz, bo gotów byłby przybyć tu choćby za tydzień. 
 

  — Ech, nic straconego — leśniczy przygłuszył wrzawę swoim tubalnym głosem. 

— Może pan śmiało przyjeżdżać. Nie mamy zamiaru wypuścić ich stąd. 

Uciszyło się od razu. Temat był bardzo interesujący. Nie tylko ja marzyłem, aby tu 

jak najdłużej pozostać. Słowa leśniczego zrodziły cichą nadzieję. Popatrzyliśmy uważnie 
na kwatermistrza. Ten dość niejasno pokręcił głową. 

 

  —  To  nie  takie  proste  —  mruknął  zafrasowany.  —  Chciałaby  dusza  do  raju,  ale 

grzechy nie puszczają. Pieniędzy nie starczy... 

Westchnął  ciężko,  a  to  był dobry znak. Jeśli tak się zachowywał, wiedzieliśmy z 

doświadczenia,  że  ma  w  zanadrzu  jakieś  cudowne  pomysły.  Chłopcy  więc  przyjęli 
pogodnie  to  oświadczenie.  Natomiast  leśniczy,  który  go  nie  znał  tak  dobrze  jak  my, 
zakłopotał się szczerze. 
 

  --- Przecież za grzyby — zaczął wyliczać powoli — dostaliście sporo pieniędzy... 

background image

 

  --- Dostaliśmy — kwatermistrz westchnął jeszcze potężniej. 

 

  ---  Ryby  macie  za  darmo.  Nie  brak  wam  także  grzybów  na  własne  potrzeby, 

mieliście  do  niedawną  jagody.  W  sierpniu  pokażą  się  jeżyny,  malin  też  nie  zabraknie. 
Mamy tu doskonałe siedliska... 

Kwatermistrz wpatrzył się w niego czujnie. 

 

  — Część odbierze od was chętnie przedsiębiorstwo „Las" — ciągnął dalej leśniczy 

popadając  w  zadumę.  —  Macie  piec  piekarski,  więc  można  by  suszyć  prawdziwki. 
Pojawią się lada dzień... Za drzewo na opał nic wam chyba nie policzymy... 

Kwatermistrz siedział cicho jak trusia. 

 

  — Poszedł w tej sprawie wniosek do dyrekcji — leśniczy zwrócił się tym razem 

bezpośrednio  do  prokuratora.  —  Drużyna  oddaje  nam  ogromne  usługi.  Dopóki  są  tutaj, 
jesteśmy spokojni, że w okolicy nie będzie pożaru. Poza tym naprawili drogi, pobudowali 
mosty, a jeśli pozostaną, zrobią jeszcze niejedno. 

Prokurator pokiwał głową ze zrozumieniem. 

 

  — Na pewno — potwierdził. — Kto wie — zastanowił się — czy nie znajdziemy 

dla nich i innej pomocy. Bardzo są tu potrzebni. I nie tylko dla puszczy. 

Leśniczy stuknął się palcem w czoło. 

 

  —  Mam  już!  —  wykrzyknął.  —  Przecież  leżą  dla  nich  gotowe  pieniądze.  Za 

wyplewienie szkółek! 

W  tym  miejscu  jednakże  kwatermistrz  przeciwstawił  się  w  sposób  stanowczy. 

Plewienie szkółek to był obowiązek harcerski. Nie można brać za to wynagrodzenia. 

— Druhu — zmitygował go natychmiast leśniczy —

:

 nie potrzebujecie mieć takich  

skrupułów. Nie płacimy poszczególnym harcerzom, ale drużynie. Pieniądze na te roboty 
były przewidziane w budżecie. Wydalibyśmy je, gdyby zgłosili się ludzie do pracy.  
Tak czy owak — kończył wesoło — nie zginiecie z głodu. Macie zbyt wielu przyjaciół.  
W najgorszym razie wyżywi was Stara Wieś. 

Oblicze kwatermistrza nareszcie się rozjaśniło. 

 

  — 

Przyznam  się  szczerze  —  przemówił  ściszając  głos,  jakby  zwierzał,  się  z 

tajemnicy — że jesteśmy zdecydowani pozostać. Nawet po cichu, aby nie robić zbytniego 
szumu,  zawiadomiliśmy  już  o  tym  rodziców.  Chyba  że  są  tacy  wśród  nas,  którzy 
pragnęliby wracać? 

Zmarszczył  brwi,  kierując  groźne  spojrzenie  na  „Czajki".  Wyglądał  w  tej  chwili 

tak  komicznie,  że  parsknęliśmy  śmiechem.  Poruszyło  się  wszystko.  Powstała  wielka 
wrzawa,  wiadomość  przekazywano  na  drugą  ciężarówkę,  która  mknęła  za  nami. 
Skorzystałem  z  okazji  i  przysunąłem  się  do  prokuratora.  Należało  wyjaśnić  niektóre 
sprawy, zanim dotrzemy do celu. 

 

  —  Czy  Dużemu  Nosowi  i  Ściętemu  Obcasowi  —  zapytałem  ostrożnie  —  grożą 

jakieś przykrości? 

Znikła od razu jego dotychczasowa pogoda. Stał się znów surowy i czujny. 

 

  — Czy to takie ważne?... — rzekł w odpowiedzi. Wpatrzył się badawczo, jakby 

chciał mnie przeniknąć na wskroś. 
 

  — Bardzo ważne! — potwierdziłem gorąco. Wzrok jego złagodniał. Zastanawiał 

się chwilę. 

background image

 

  —  No  nie...  —  odparł  z  namysłem.  —  Oni  rzeczywiście  widzieli  Boeniga  na 

miejscu  rzekomego  przestępstwa.  Zeznali  jedynie  fakty.  O  to  nie  można  mieć  do  nich 
ż

alu,  tym  bardziej  że  nie  ulegli  namowom  strażnika  i  nie  wystąpili  jako  fałszywi 

ś

wiadkowie. 

Domyślił się już widocznie, o co mi idzie. Uśmiechnął się życzliwie, a potem 

skierował oczy na drogę. Wozy zwolniły raptownie, druh przyboczny uderzył w struny. 
Miał przy sobie mandolinę, na której grał ślicznie. Natychmiast zawtórowali mu inni. 
Wzbiły się pod niebo fanfary, zaterkotały hałaśliwie bębenki. Przed nami rozległ się 
krzyk. 

Powoli, uroczyście wjeżdżaliśmy do Starej Wsi. Chłopcy pasący krowy nadbiegli z 

łęgów, rój kobiet, mężczyzn i dzieci wysypywał się z chat. Spojrzałem na dom Rojkowej. 
Ona także patrzyła. Wesoło pomachałem jej ręką na powitanie. Nie odpowiedziała. Była 
jakaś przybita, zgorzkniała; na energicznej zazwyczaj twarzy rysowało się przygnębienie. 

—  Chłopcy  —  zwróciłem  się  stroskany  do  swego  zastępu  —  o  Dużym  Nosie  i 

Rojku — ani mru-mru! 

Przyłożyłem  palec  do  ust.  Odpowiedzieli  tylko  mrugnięciem.  Rozumieliśmy  się 

doskonale bez słów. 

Samochody  zatrzymały  się  przed  domem  Boeniga,  naokoło  uczyniło  się 

zbiegowisko.  Zeskoczyłem  pierwszy  i  pomogłem  wysiąść  Łatanej  Podeszwie.  Był  głę-
boko wzruszony. Ująłem go pod rękę, a potem zacząłem prowadzić do chaty. Naprzeciw 
ukazała się jego żona. Na jej widok zachwiał się i zatoczył, zabrakło mu sił. Chwyciłem 
go wpół, zląkłem się bowiem, że upadnie. Na szczęście podbiegł zaraz prokurator i pod-
trzymał go z drugiej strony. 

Spojrzałem na niego z uznaniem. Równy był chłop! Zachowywał się zupełnie jak 

harcerz. 

 

 
 
 

Żabu  żabu żabu żab!..." 

 
 
 
 
 

T

arcza  słoneczna  przemieniła  się  w  olbrzymie  kolisko.  Po  obu  jego  stronach 

rozciągnęły  się  ostre  smugi,  porywające  oczy  różnorodnością  jaskrawych  barw.  Korony 
drzew  spłonęły  purpurą  i  rozjarzyły  się  nagle,  jakby  uderzył  w  nie  grom.  Zaraz  jednak 
spłowiały,  złagodziły  swoje  kontury,  a  potem  zaczęły  powoli  nasuwać  na  siebie  jasny, 
złocisty płaszcz. 

Zapadał  zmierzch.  Zaganiano  bydło  do  obór,  kończono  z  pośpiechem  zwykłe, 

background image

codzienne  obrządki.  Uciszał  się  gwar,  nad  brzegiem  jeziora  zapłonęło  ognisko. 
Wojciechowski uderzył w werbel. Rytmiczny, wesoły stuk stanowił hasło. Ludzie zaczęli 
napływać ze wszystkich stron. 

Boeniga  usadziliśmy  pośrodku.  Mój  zastęp  otoczył  go  wkoło,  gdyż  był  jego 

obrońcą.  Prokurator  i  leśniczy  zajęli  miejsca  z  boku,  wśród  reszty  harcerzy.  Naprzeciw 
zaś,  na  przyniesionych  krzesłach,  stołkach  i  ławach,  usadowili  się  tutejsi  mieszkańcy. 
Rozejrzałem  się  uważnie.  Rojkowa  przyszła.  Jednakże  jej  męża  ani  Dużego  Nosa  nie 
było. 

Rozpoczęła  się  uroczystość.  Werble  odezwały  się  ponownie,  zaśpiewaliśmy 

harcerską  obozową  piosenkę.  Druh  lekarz  zabrał  z  kolei  głos.  Ładnie  mówił.  Krótko, 
prosto i jasno; jego słowa chwytały od razu za serce. Wspomniał o historii tych ziem, o 
ciężkich  zmaganiach  miejscowej  ludności  z  falami  wojującej  niemczyzny,  o  dawnym 
Związku Polaków i o tych, którzy tutaj polegli. Przeszedł wreszcie do współczesności, ale 
o Boenigu mówił bardzo niewiele. Wymienił jego nazwisko raz tylko, razem z wieloma 
innymi. I na tym urwał. Ani słowa o wypadkach, które zaszły ostatnio. 

Ledwie  skończył,  druh  kwatermistrz  wystąpił  na  front.  Zaintonował  hymn,  który 

ś

piewano  tu  wówczas  gdy  nawet  marzyć  nie  było  wolno  o  połączeniu  z  ojczyzną. 

Natychmiast  podchwyciła  go  cała  drużyna,  odezwały  się  instrumenty.  Obserwowałem 
uważnie twarze. Ci zza Buga, spod Ostrołęki, Łomży i Kielc słuchali jakby zdziwieni. Za 
to  Mazurzy  pobledli.  Zwróciłem  oczy  na  starego  Boeniga.  Po  policzkach  spływały  mu 
łzy... 

Zdawało  mi  się  początkowo,  że  druh  lekarz  powinien  powiedzieć  więcej. 

Nagromadziło  się  przecież  wiele  spraw,  należało  je  tutaj  wygarnąć.  Teraz  jednak 
zmieniłem  zdanie.  Tak  było  dobrze,  jak  jest.  Co  potrzeba  —  każdy  wyczuł  i  zrozumiał 
bez słów. 

Zaśpiewaliśmy  znowu,  potem  jeden  z  „Niedźwiadków"  zadeklamował.  Powoli 

pełen dotychczas uroczystej powagi nastrój łagodniał. Druh lekarz raz jeszcze przemówił, 
ale bardzo pogodnie. O puszczy, o harcerzach i ich współpracy ze wsią. Twarze rozjaśniły 
się,  słychać  było  naokoło  pochwalne  pomruki.  Niespodziewanie  zwrócił  się  do  naszego 
staruszka. 
           --- Mamy tu pośród siebie wspaniałego harcerza --- przemówił wesoło. --- Mimo 
swego  sędziwego  wieku  odbywał  codziennie  dalekie  wędrówki.  Chronił  las  przed 
pożarem. To trochę dziwne, bo nikt mu za to nie płacił. Dlaczego pan to robił? --- zadał 
znienacka pytanie. 

Boenig  drgnął,  jakby  się  czegoś  przestraszył.  Uspokoił  się  jednak  zaraz  i  dobrotliwie 

pokiwał głową. 
 

  ---  Tak  trzeba  było...  —  odparł  nieśmiało.  —  Szkoda  puszczy.  Istniała,  gdy 

mieszkali  w  niej  nasi  dziadowie.  Niech  więc  i  wnukom  przypomina,  że  tu  jest  nasza 
ojczyzna... 
 

  ---  I  jeszcze  jedno  —  słowa  druha  lekarza  rozbrzmiały  dźwięcznie  w  zupełnej 

ciszy,  jaka  zapadła  wkoło.  —  Dlaczego  chodzi  pan  po  puszczy  zakopując  wszelkie 
napotkane śmieci? Przecież tam nie groziło niebezpieczeństwo pożaru. 

Staruszek ożywił się. 

background image

 

  —  Też  mogło  się  zdarzyć  —  zaprzeczył  z  pośpiechem.  —  A  zresztą  —  dodał  z 

niesmakiem — to wygląda bardzo nieładnie. Najgorsze zaś są blaszanki i szkło. Wpadnie 
na nie jakieś zwierzątko, skaleczy się — głos jego nabrał tkliwości — a potem choruje. 
Często staje się ofiarą drapieżcy, bo brak mu sił do ucieczki. Widziałem to nieraz. Toteż 
mi żal... 

Urwał raptownie, jakby zląkł się, że powiedział za dużo. 

 

  — Zaraz przestanę pana zamęczać — druh lekarz pokrył żartem jego zmieszanie. 

— Jedynie ta szkółka nie daje mi jeszcze spokoju. Droga do niej daleka, a praca ciężka. 
Po co pan tam wędrował? Nie lepiej było odpoczywać w domu na stare lata? 

Coś mignęło przede mną w mroku. Wytężyłem wzrok. Ujrzałem dwie dobrze mi 

znane  sylwetki.  To  Duży  Nos  i  Wyszczerbiona  Podkowa  przemknęli  cicho.  Nie 
zauważeni  przez  nikogo  zatrzymali  się  na  końcu,  zasłonięci  częściowo  krzakami. 
Odwróciłem się, bo właśnie rozległy się słowa Boeniga. Było w nich coś zabawnego. 

 

  —  A  jeśli  chcecie  wiedzieć  wszystko  —  wyzbył  się  niespodziewanie  swej 

nieśmiałości, a w tonie zaczęły przebijać iskierki humoru — powiem wam szczerze. Po 
prostu: przypomniały się młode lata. Postanowiłem przechytrzyć harcerzy. 

Nadstawiłem uszu. Co takiego?... On — nas... Przechytrzyć? 

 

  — Domyśliłem się po pewnym czasie — ciągnął staruszek coraz swobodniej — że 

chodzą za mną po tropie, bo nie zacierali swego. Byli sprytni i pracowici, temu nikt z nas 
nie może zaprzeczyć. Obserwowałem ich działalność tu, w Starej Wsi. I wtedy przyszedł 
mi do głowy niezwykły pomysł. Szkółka marniała, trzeba ją było oczyścić. Nie znali tam 
drogi, więc ich podprowadziłem. I pokazałem, jak się na niej pracuje. 

Chrząknąłem  ze  zdenerwowania,  stojący  obok  Piętek  zerknął  na  mnie  spod  oka. 

Miałem  powody  do  wstydu.  Istotnie  nie  zacieraliśmy  za  sobą  śladów.  To  był  błąd. 
Zlekceważyłem nieprzyjaciela, a teraz kpiny! I słusznie. Za niedbalstwo należą się cięgi... 

 

 

  — Nie gniewajcie się — Boenig wyczuł widocznie, co się ze mną dzieje, i chciał 

mi dodać otuchy życzliwym uśmiechem. — Tak, jak się stało, stało się dobrze. Gdybyście 
zacierali za sobą ślady, nie domyśliłbym się nigdy niczego. A w ten sposób uratowaliśmy 
drzewka od zguby. 

Naokoło  rozległ  się  gwar.  Szczerość  staruszka  była  rozbrajająca.  Miał  słuszność, 

nie można było mieć do nikogo pretensji. Rzeczywiście dobrze się stało. Był to kawał, ale 
miły, i tak zrozumieli to wszyscy. Rozpogodziły się nawet najbardziej pochmurne twarze, 
nastrój stawał się coraz bardziej swobodny. Druh lekarz natychmiast to wykorzystał. 

 

  —  Wobec  tego  —  zawołał  z  werwą  —  na  cześć  Zygfryda  Boeniga,  który  nasze 

sprytne „Czajki" wyprowadził w pole, trzykrotne hip, hip!... 

Huknęło  tak,  że  chyba  ryby  wywróciły  się  w  Cichym  Jeziorze,  bo  drużyna 

potrafiła to robić świetnie. 

 

  — A teraz na cześć „Czajek", które wykonały wspaniałą robotę! 

Tym razem rozhuczeli się nie tylko harcerze, nie tylko młodzież wiejska, ale nawet 

najstarsi mieszkańcy wsi. I nasz staruszek bił brawa, i leśniczy, i prokurator. Rozochociło 
się bractwo na dobre. 

Nie przebrzmiały jeszcze ostatnie okrzyki, gdy z kolei druh kwatermistrz objął nad 

background image

nami  komendę.  Zaterkotały  werble,  mandoliny  zadźwięczały  donośnie,  ,  włączyły  się 
dwie gitary, Jankowski pociągnął ładnie na skrzypcach. Piosenka toczyła się za piosenką. 
Raz wesoła, to tęskna, ta z Mazur, a ta dla odmiany spod Kielc; znalazła się nawet jakaś 
znad  Niemna.  Ludzie  pomagali  nam  dzielnie,  gdyż  każdy  znalazł  bliską  mu  nutę.  W 
chwilach  oddechu  nie  zabrakło  też  dobrych  harcerskich  kawałów,  to  znów  taniec  albo 
monolog urozmaicały ogólną zabawę. Popisywał się każdy, jak umiał i mógł. I wszystkim 
było z tym dobrze. 

Naraz  gdzieś  z  boku,  w  chwili,  gdy  druh  przyboczny  naradzał  się  z 

„Niedźwiedziami"  nad  jakimś  nowym  numerem,  odezwała  się  łagodnie  harmonia. 
Zdziwiłem  się,  bo  nie  mieliśmy  tego  instrumentu  w  drużynie.  Przeniosłem  wzrok  tam, 
gdzie  było  ją  słychać.  Ujrzałem  zwisającą  niesfornie  czuprynę  i  ciemne  oczy  utkwione 
nieruchomo  w  płonącym  ognisku.  Serce  mi  zabiło  jak  dzwon.  Karolek!  Tak,  to  był  on! 
Siedział  z  boku  w  otoczeniu  swych  rówieśników  i  grał.  Ślicznie  grał  starą  mazurską 
melodię!... 

 

  — Będzie z niego harcerz — rzekłem wzruszony do Piętka. — Nie tylko sam się 

zmienił, lecz zmienił także i innych... 

Piętek coś mruknął, lecz nie zdołałem zrozumieć, bo oto Karolek zmienił już ton. 

Szarpnął  miech  z  temperamentem,  przywołał  basy  i  natychmiast  wspomógł  go  chór. 
Ś

wietny chór, złożony z miejscowych pastuchów. 

Ż

abu żabu żabu żab, 

Ż

abu żabu żabu da 

 Żabu żabu żabulynka, 
 Żabu żabu żabu żab, 
 Żabu żabu żabu da... 

Przetoczyła  się  jak  burza  skoczna,  pełna  werwy,  taneczna  przyśpiewka, 

zawtórowali jej Mazurzy i Kurpie. Zawróciła i odbiła się echem, a wtedy przyłączyli się 
do  niej  wszyscy.  Zagrzmiało  na  końcu,  jakby  cała  puszcza  zwaliła  się  nagle  na  ziemię. 
Potem  zaś  zaczęły  dziać  się  rzeczy  przedziwne.  Druh  kwatermistrz  przysunął  się  do 
Karolka.  Wyprostował  się  z  wdziękiem,  patyk  uniósł  w  górę.  Jak  kapelmistrz  w 
prawdziwej orkiestrze. Zanucił wesoło: 

Posluchojta ludzie, 

 o takowym cudzie,  

co sia dzisiaj dzieje,  

każdy sia naśmieje. 

Mazurzył  doskonale.  Rzeczywiście  rozległ  się  śmiech,  a  nasza  drużyna,  jako  że 

były w niej sprytne chłopaki, przybiła z miejsca ułożonym na poczekaniu refrenem: 

Bum tra-ry-ra, bum, bum! 

Przyboczny  zaczął  wędrować.  Wlazł  bezceremonialnie  między  Mazurów  i 

Kurpiów, zachęcając miną i gestem. 

background image

A na ony górze 

 bzili sia dwa tchórze,  

przyszed zilczek na to, 

 by zgodzić jech w lato... 

I tak szła zwrotka za zwrotką, przybywało co chwila śpiewaków. Druh przyboczny 

uprawiał  swe  czary  z  coraz  większą  zręcznością.  Wsunął  się  głębiej  w  tłum  i  przysiadł 
między kobiety, gdzie znajdowała się również Rojkowa. Dotychczas milczały. Objął więc 
wpół dwie najbliższe, zakołysał się z nimi, dodał odwagi, rozochocił i zaśpiewał następną 
strofkę: 

Na to zilczek dobry,  

zwołał ziec paradny, 

 po boru, po lesie  

każdy swój drąg niesie!... 

Czarodziej, istotnie, był z niego wielki. Potrafił rozruszać nawet Rojkową. Do tej 

pory  nie  uśmiechnęła  się  ani  razu.  Teraz  oczy  rozbłysły  jej  filuternie,  otwarły  się  usta. 
Gdy  zaś  dobijaliśmy  do  końca  tej  żartobliwej  piosenki,  była  tak  rozbawiona,  że 
wskoczyła  z  rozmachem  na  ławę  i  razem  z  nami  zaśpiewała  refren,  klaszcząc 
równocześnie do taktu. 

Po północy ognisko zaczęło powoli przygasać, lecz nikt się nie śpieszył do domu. 

Humory  dopisywały  świetnie,  zatarły  się  wszelkie  różnice.  Harcerze,  zawsze  tak  karni, 
obecnie rozpłynęli się w tłumie i każdy robił co chciał. Zacząłem się wałęsać, gawędząc 
od  czasu  do  czasu  z  tymi,  którzy  się  nawinęli.  Niespodziewanie  ktoś  mnie  chwycił  za 
ramię i pociągnął w bok. Byłem przekonany, że to któryś z chłopców z mojego zastępu, 
toteż  zamierzałem  odburknąć  z  humorem.  Na  szczęście  na  czas  zamknąłem  usta.  Przy 
mnie stała Rojkowa z mężem. Byli bardzo poważni 

— Chciałam podziękować druhowi i całej drużynie — powiedziała nieśmiało. — 

Cieszę się, że nikt o niczym nie wspomniał... 

Urwała, jakby zabrakło jej słów. Stałem oszołomiony tą niezwykłą u niej pokorą. 

Zresztą nie domyśliłem się początkowo, o co jej chodzi. 
 

  --- Tak będzie lepiej — odezwała się znowu. — Działo się źle, obecnie wszystko 

musi  się  zmienić.  A  tłumaczyłam  temu  niedorajdzie  —  wskazała  głową  na  męża  i 
podniosła głos — aby nie wtrącał się do niczego, bo Boenig człowiek porządny. Ale czy 
on kiedy usłucha? Tam, gdzie najbardziej potrzeba, zawsze mu zabraknie rozumu! 
 

  ---  Ech  —  zbagatelizowałem  tę  sprawę  —  nie  warto  o  tym  wspominać.  Każdy 

może popełnić błąd. 
 

  ---  Ale  do  czego  to  podobne?  —  wybuchnęła  w  złości.  —  Oskarżać  takiego 

człowieka! I o co? O podpalenie?... Cóż z tego, że widział go w pobliżu pożaru? Czy to 
wystarczy?  A  tyś  tam  nie  był?  Coś  chciał  przez  to  uzyskać?  Powiedz  tu  uczciwie,  przy 
druhu Kowalskim! 
 

  --- Ciszej, ciszej... — mitygował ją Rojek łagodnie. — Ludzie słuchają... 

background image

To tylko dolało oliwy do ognia. 

 

  —  Niech  słuchają!  —  ofuknęła  go  gniewnie.  —  Teraz  ci  wstyd,  a  przedtem  co? 

Byłbyś  posłał  Boeniga  do  więzienia!  Powinieneś  go  na  kolanach  przeprosić.  Jeśli  tego 
jutro nie zrobisz — dodała wpadając w pasję — nie pokazuj mi się więcej na oczy! 

Tak, tak, energiczna z niej była kobieta, to fakt... Ująłem ją delikatnie pod ramię i 

odprowadziłem  do  zabudowań,  gdyż  ludzie  istotnie  zaczęli  zwracać  na  nas  uwagę. 
Chciała powiedzieć jeszcze coś cierpkiego, lecz tym razem przeciwstawiłem się w sposób 
stanowczy: 

 

  —  Druhno  Rojkowa,  nie  wolno  tak  zachowywać  się  w  moim  zastępie! 

Przypominam,  że  druhna  zgłosiła  się  na  ochotnika  i  jest  starsza  od  moich  chłopców. 
Muszę zatem od druhny wymagać więcej. 

Pomogło.  Uśmiechnęła  się  nawet,  Rojek  też  wydawał  się  bardzo  zadowolony. 

Doszliśmy do furtki. Od razu poczuła się gospodynią. 
   

— „Czajki" nocują u mnie — zarządziła tonem nie znoszącym oporu. — W 

stodole wszystko przygotowane, mleka też dla was wystarczy. Przychodźcie szybko, bo 
trzeba się wyspać! 

Stuknąłem obcasami, salutując z wielkim szacunkiem. 

 

  —  Tak  jest!  —  potwierdziłem  przepisowo  przyjęcie  rozkazu  do  wiadomości.  — 

Przychodzić natychmiast, kłaść się i spać! Rozkaz druhny będzie wykonany dokładnie! 

Roześmiała się, a Rojek nabrał z miejsca fantazji. Zakwiliłem przeciągle. „Czajki" 

zleciały się błyskawicznie. 

 

  —  Widzisz  —  mruknęła  spoglądając  niechętnie  na  męża  —  to  się  nazywa 

porządek! A ty wprowadzasz tylko bałagan... 

Przywołałem ją znów do porządku i od tej pory zachowywała się bardzo potulnie. 

Nakarmiła nas, napoiła i okazywała na każdym kroku tyle serdecznej troski, że i w domu 
nie zaznalibyśmy lepszej opieki. „Czajki" zdobyły ją ostatecznie. 

Mimo  że  pora  była  późna,  długo  nie  mogłem  zasnąć.  Nic  dziwnego,  wrażeń  nie 

brakowało.  Za  nami  była  wielka  robota,  uwieńczona  zwycięstwem.  Noc  zresztą  była 
ś

liczna, niebo usiane gwiazdami, przez szpary wdzierał się do stodoły chłodny, srebrzysty 

blask. Ciche Jezioro szumiało łagodnie w dali, zapach żywicy napływał z puszczy. Było 
mi jakoś lekko na duszy. Czułem się jak żeglarz, który po trudach walki z żywiołem dobił 
wreszcie do brzegu. 

Naokoło  zapadła  cisza.  Stara  Wieś  —  mazurska  wieś  zagubiona  gdzieś  w  Złotej 

Puszczy — chyba po raz pierwszy śniła spokojnie, bo nie było już w niej ani Mazurów, 
ani Kurpiów, ani Małopolan, ani repatriantów zza Buga. Pozostali sami Polacy. 

 
 
 
 

Zakończenie 

 
 

background image

 
 
 
 

A

  co  się  później  działo?  Niełatwo  na  to  odpowiedzieć,  gdyż  powstałaby  druga 

opowieść, wcale od tej nie mniejsza. Przytoczę więc tylko najważniejsze szczegóły. 

Zagrodę    Boeniga    przebudowaliśmy    na    nowo. W ciągu jednego dnia. Tak, 

nie ma w tym żadnej przesady. Pracowaliśmy całą drużyną. Oczywiście i jej siły 
okazałyby się za słabe, bo przecież nie wszyscy znali się tak dobrze na robotach 
budowlanych, jak my. Na szczęście w Starej Wsi zaczęło się od tej pamiętnej nocy 
układać wszystko inaczej. Pomogli nam gospodarze. Pierwszy przybył Rojek i bez słowa 
zabrał się razem z nami do pracy. Potem pojawili się inni. I z materiałami nie było 
kłopotu. Gdy czegoś zabrakło, zawsze znalazł się ktoś, kto udawał się do swej zagrody i 
przynosił, co było potrzebne. Po zmroku zaś nawet kierat znalazł się na swym miejscu. 
Przywiózł go... No, nazwisko nie ma w tym przypadku znaczenia. Najważniejsze, że 
naprawiono krzywdę i że stało się to samorzutnie, bez żadnego nacisku. Zrozumiano 
nareszcie, że Boenig jest człowiekiem, którego należy szanować. I to właśnie było 
najmilsze. 

Pozostaliśmy w Złotej Puszczy jeszcze przez miesiąc. Organizowaliśmy wspaniałe  

harcerskie  igrzyska i podpatrywaliśmy przyrodę. Cudowne to zajęcie — mieszczuch nie 
ma  o  nim  najmniejszego  pojęcia.  W  Starej  Wsi,  oczywiście,  byliśmy  stałymi  gośćmi. 
Poszerzyliśmy  zresztą  dotychczasowe  znajomości,  docierając  w  naszych  wyprawach 
odkrywczych  do  okolic  przedtem  nieznanych.  I  wreszcie  wespół  z  naszą  drużyną 
wiejską... 

Ach, prawda! Nie wspominałem jeszcze o tej drużynie... Tak, tak — nie byliśmy 

już sami. Z tą drużyną to cała historia. Zaczęła się ona właściwie wtedy, gdy rozległ się 
na skraju polany ten krzyk potępieńczy, który tak długo wybijał nas ze snu. Karolek rze-
czywiście  chciał  nas  wówczas  nastraszyć,  później  przyznał  się  do  wszystkiego.  Ta 
nieufna, spoglądająca spode łba głowa potrafiła wspaniale pracować. Śledził nas ciągle i 
uczył się niejednego. Potem zaczął włączać do tej roboty pastuchów, aż niespodziewanie 
ujął ich w garść i zorganizował grupę na wzór naszego zastępu. Dlatego tak interesował 
się sprzętem i wymierzał niegdyś w stodole moją dębową laskę. Pierwszym ich dziełem 
był ten nieszczęsny most Jankowskiego. Ukryli budulec, ślady wspaniale zatarli. Chcieli 
pokazać,  że  znają  się  na  tym  nie  gorzej  niż  my.  Był  to  psi  figiel,  to  prawda,  lecz  dał 
ś

wietne wyniki. Chłopcy mieli odtąd swą tajemnicę, poczuli się mocni. Gdy zaś Karolka 

ruszyło  sumienie,  razem  z  nimi  ustawił  most.  Wykonał  więc  pierwszy  czyn,  miły  i 
pożyteczny. Kiedy zaś trafiliśmy na jego trop... 

Znowu  wybiegłem  naprzód.  Trop,  który  śledziliśmy  w  strumyku,  był  tropem 

wiejskiej drużyny. Niewidzialne postaci, które wzbudziły we mnie taki niepokój, to byli 
zwiadowcy,  robiący  celowo  szum.  Chcieli  nas  odciągnąć  od  swej  głównej  kwatery. 
Okazało  się,  że  prowadziliśmy  badania  prawidłowo,  we  właściwym  kierunku,  gdyż  o 
dwieście kroków od wrzosowiska znajdowały się dobrze zagospodarowane szałasy. Lecz 

background image

ulegliśmy.  Gra  była  przeprowadzona  sprytnie.  Co  prawda  pomógł  im  dzielnie  ślad 
Ś

ciętego  Obcasa,  który  wprowadzał  nas  w  błąd  i  nakazywał  ostrożność.  Nie  bez 

znaczenia  był  też  fakt,  że  nie  przyszło  nam  nigdy  do  głowy,  aby  kryła  się  za  tym 
wszystkim grupa wiejskich pastuchów. Tak czy owak — nim się spostrzegliśmy, wyrosła 
obok  nas  inna  drużyna.  Była  bardzo  obrotna,  świetnie  orientująca  się  w  puszczy. 
Prawdziwie  Leśna  Drużyna  i  taką  właśnie  nadaliśmy  jej  nazwę*.  W  drugim  miesiącu 
pobytu braliśmy się z nią często za bary i niejednokrotnie nas wodziła za nos. Oczywiście 
dzielnie  pomagał  jej  Zilk.  Z  tym  psem  zresztą  było  sto  pociech.  Karolkowi  zawsze  był 
wierny, ale i do nas ciągnęło go serce. Gdy więc tylko zwietrzył nas z daleka, wymykał 
mu się nieznacznie, Leśna Drużyna wpadała wówczas w opały. Zilk nas przecież do niej 
teraz prowadził, on przy tym znał zawsze najlepszą drogę. Spadaliśmy więc niespodzie-
wanie  „nieprzyjacielowi"  na  kark.  Często  jednak  zawodziły  nasze  nadzieje.  Zilk 
przypominał  sobie  widocznie  swojego  pana,  niespodziewanie  nam  znikał  z  oczu.  W 
takich wypadkach musieliśmy się dobrze napocić, aby jakoś zatrzeć za sobą ślady. 

Gdy zwinęliśmy obóz, Karol Osiński odjechał z nami. Tak, tak — Piętek już go od 

siebie nie puścił... Zamieszkali razem i razem odtąd chodzili do szkoły. Oczywiście Leśna 
Drużyna  przez  to  się  nie  rozpadła.  Czuwamy  nad  nią  z  daleka,  spotykamy  się  w  czasie 
wakacji.  Zresztą  druhna  Rojkowa  pilnuje  na  miejscu,  a  że  to  energiczna  kobieta,  więc 
wszystko układa się dobrze. 

Należałoby  jeszcze  jedno  wyjaśnić:  co  stało  się  ze  strażnikiem?  No  cóż,  musiał 

opuścić tamte tereny... Takich ludzi tam nie potrzeba. Że był strażnikiem ochrony lasu, to 
tylko  czysty  przypadek.  Spotykaliśmy  potem  wielu  innych  ludzi,  bardzo  do  niego 
podobnych.  Z  nim  się  uporaliśmy  —  innym  nie  daliśmy  rady,  bo  jest  ich  jeszcze  zbyt 
wielu.  Niestety,  to  praca  niełatwa.  Wymaga  bardzo  dużo  czasu  i  cierpliwości.  I  sił  nie 
tylko naszej jednej drużyny... 

 
 
 
 
 

KONIEC 
 
 

 

 
 

 
 
* - O dziejach tej drużyny i o jej wielkiej przygodzie w cztery lata później, która 
rozpoczęła się 15 lipca 1960 roku na polach Grunwaldu, a zakończyła się w sierpniu na 
Ziemi Opolskiej, Bolesław Mrówczyński pisze w książce pt. Leśna Drużyna. 

background image

 

Spis treści: 
 
 
 

Podróż w nieznane ...........................................      1 
Walka z żywiołem................................................. 3     

 

Strażnik oskarża  .............................................. .....5  
Pierwsze badania.............. .....................................9 

 

Krzyk w nocy........................................................14             
Wyprawa do Cichego Jeziora .......................... ....17   
Zagmatwany ślad  ............................................ ....22 

 

Pracowite dni ................................................... ....28  
W porannej mgle.............................................. ....30 

 

Człowiek, który utyka...................................... ....37 

 

Znajomy trop.................................................... ....41 

 

Dobra zapłata........................................................45 

 

Sprzysiężenie ................................................... ....51  
Tajemnica leśnego strumyka.................................56  
Niesamowita potyczka..................................... ....60 
Wstrząsające odkrycie ..................................... ....66 
Dwa spotkania.................................................. ... 71  
Zaciemniony horyzont   . ................................. ....73 
Meldunek ze skraju puszczy............................ ....75 
Narada w Ponurym Borze.....................................80 
Smutne zwycięstwo..............................................83 
Zawołanie Okrutnego Człowieka z Puszczy ... ....87 
Aresztowanie Łatanej Podeszwy ..................... ....92 
U prokuratora ................................................... ....96 
Bitwa dobiega końca........................................ ..103 
Powrót do Starej Wsi..........................................106 
„Żabu żabu żabu żab!... ................................... ..110 
Zakończenie........................................................116 
Spis treści............................................................118