background image

Synowie narodu królów

Bejtar

Rewolucja rewizjonistyczna

czyli jak Bejtar zmienił ducha Żydów

rozmowa 
z Piotrem Gontarczykiem

nr 4(65)/2011

Biuletyn Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie

zima 2011 | winter 5772

background image

14 

Biuletyn Zima 2011

Słońce chyli się ku zachodowi. Między 
grobami na cmentarzu żydowskim przy 
ul. Gęsiej migoczą płomyki świec. Synagogę 
w domu przedpogrzebowym zapełniają 
prostytutki, złodzieje i alfonsi. Kantor 
intonuje Kol Nidrej. Podniosły nastrój 
zakłóca brzęk kajdan. Policja doprowadziła 
z aresztu rzezimieszków, którzy razem 
z warszawskim półświatkiem stają na sąd 
Boży. Na niebie blady księżyc. „Me tor niszt 
ganwenen, wen der wojtek szajnt” – mówi 
złodziejska maksyma. „Nie należy kraść, 
kiedy świeci księżyc”.Warszawski półświatek 
modli się o przebaczenie grzechów.

Inna scena z tego cmentarza: „Zajt mojchl, wybacz nieboszczyku, 
że w sąsiedztwie twoim spocznie Hojche Gołde, ale prawo ludzkie 
zmusza nas, byśmy do tego dopuścili” – proszą zmarłych warszaw-
scy rabini na czele z reb Donem. Nie było innego wyjścia, bo nie-
boszczka wykupiła przed śmiercią pierwszorzędną kwaterę w są-
siedztwie bogobojnych i zasłużonych synów Izraela. Zmarła Gołda 

Gerlicka  była  słynną  właścicielką  domów  schadzek  i  handlarką 
żywym  towarem.  Na  jej  pogrzebie  „zebrała  się  cała  śmietanka 
świata przestępczego: właścicielki spelunek, sutenerzy, złodzieje, 
kieszonkowcy i kasiarze, damy wszelkiego typu i kalibru – jednym 
słowem album urzędu śledczego”.

Prowadzenie tzw. bajzli, jak publicyści nazywali domy publiczne, 
należało do intratnych zajęć, dlatego w półświatku osoby tym się 
parające  miały  poważanie.  Najsłynniejszym  chyba  protektorem 
prostytutek warszawskich był swego czasu Jacek Jezierski, kasz-
telan łukowski, poseł i senator, który obok swego pałacu, zwanego 
kasztelanią,  urządził  dla  dziewek,  nazywanych  ironicznie  „kasz-
telankami”, dom publiczny. Jak pisze Stanisław Milewski (

Ciemne 

sprawy  dawnych  warszawiaków

,  Warszawa  2009),  gdy  zniesiono 

ograniczenia  zabraniające  Żydom  osiedlania  się  w  niektórych 
kwartałach miasta, szybko w Warszawie zaroiło się od prowadzo-
nych przez nich domów publicznych. Działały na najbardziej re-
prezentacyjnych  ulicach,  a  więc  na  Podwalu,  Freta,  Kapitulnej, 
Krakowskim  Przedmieściu,  od  placu  Zamkowego  do  Trębackiej, 
Bielańskiej,  Mylnej,  Świętojerskiej  i  części  Długiej.  Początkowo 
nazywano je „tanckłasami”. Z czasem zwrócono uwagę na swoisty 
paradoks:  wolne  od  tych  przybytków  były  tylko  ustronne  i  pod-
rzędne ulice. Podobno namiestnik Fiodor Berg nie miał nic prze-
ciwko temu, że prostytucja opanowuje główne ulice, gdyż pragnął, 
aby Warszawa stała się najweselszym miastem w Europie.  

Twarde fakty

fot. 

Archiwum

Tolerantki, mamzelki, kamelie i sylfidki

czyli warszawskie prostytutki

background image

Biuletyn Zima 2011        15

W przybytku należącym do Żyda Szyfa, zlokalizowanym przy uli-
cy Długiej, na posesji przylegającej bezpośrednio do kościoła, roz-
lokował  się  zakład  madame  Tomasowej,  zwany  również  „toute  la 
Varsovie”. Był to lokal komfortowy. Ściągały do niego „tolerantki”, 
„nany”,  „aksamitki”,  „gryzetki”,  „kamelie”,  „kokoty”,  „mamzelki”, 
„nimfy”  i  „sylfidki”,  jak  pieszczotliwie  nazywano  wówczas  lepsze 
„grandesy” z półświatka, o ustalonej renomie. Były to prawie wy-
łącznie Żydówki, gdyż dwie trzecie prostytutek warszawskich wedle 
„Izraelity” oraz historycznych badań było wyznania mojżeszowego. 
Codziennie widział je przez okno Maurycy Mochnacki, którego dom 
stał na posesji sąsiadującej z domem publicznym. Klimat tego miej-
sca był specyficzny – mieszały się tu dźwięki polek i kadryli z modli-
tewnymi śpiewami dochodzącymi z pobliskiego kościoła.
Niektórym z „kokot” udawało się, dzięki własnej przedsiębiorczo-
ści i związkom ze światem przestępczym, uniezależnić i odpowied-
nio „urządzić”. Przed I wojną światową niebywałą sławą cieszył się 
apartament panny Temy, zwanej warszawską Afrodytą, znajdujący 
się przy ulicy Wspólnej. Żydówka ta pochodziła z Wilna. Jako mała 
dziewczynka większość czasu spędzała na ulicy, dopuszczając się 
kradzieży. „Po przejściu niższych stopni poniżenia i rozpusty sta-
ła  się  jedną  z  najmodniejszych  kurtyzan”.  Niezwykłe  powodzenie 
wśród  klienteli  zyskała  dzięki  nieprzeciętnej  urodzie:  „bogatym 
kształtom,  włosom  kruczym  jak  heban,  błękitnym  oczom,  twarzy 
matowobiałej, a przede wszystkim ognistym, gorącym, czerwonym 
wargom”. Jej siostra, zwana „Złotą Rączką”, nie poszła w ślady sio-
stry, pozostając przy złodziejskim fachu i była jedną z najbardziej 
rozpoznawalnych awanturnic w całym Imperium Rosyjskim.  

„Czarnoszyjkami” nazywano dziewczęta, które nie miały tyle szczę-
ścia, by z tytułu uprawiania nierządu pławić się w luksusach. Wer-
bowano je, głównie Żydówki, wprost ze wsi. Zajmowało się tym War-
szawskie  Towarzystwo  Wzajemnej  Pomocy,  które  powstało  w  1890 
roku. Oficjalnie organizacja ta prowadziła działalność filantropijną, 
lecz powszechnie było wiadomo, że tworzyła siatkę handlarzy żywym 
towarem, której macki sięgały od Europy Wschodniej po Szanghaj.
Żydowscy  rajfurzy  w  porównaniu  z  innymi  gangami  zajmującymi 
się tego rodzaju procederem mieli ułatwione zadanie. Udawali się 
na  zapadłe  galicyjskie  wsie,  gdzie  średnia  wieku  wynosiła  28  lat 
i gdzie panowała straszna bieda. Wabili młode Żydówki oraz ich ro-
dziców wizją lepszego, dostateczniejszego życia. Ich ofiarami stawa-
ły się już siedmioletnie dziewczęta, najczęściej zaś nastolatki około 
trzynastego  roku  życia.  Nie  miały  pojęcia  o  czekających  je  „obo-
wiązkach”, szybko były przysposabiane do nowego fachu w specjal-
nym „domu rozdzielczym” przy Świętojerskiej obok Freta, zwanym 
„folwarkiem”. Tam wciskano im na stopy balowe pantofelki, uczono 
swobodnie poruszać się po wyfroterowanym parkiecie, tańczyć, pić 
alkohol, wpajano podstawowe zasady 

ars amandi

. Tępe lub krnąbr-

ne karano chłostą i po kilku tygodniach takiego kursu odsprzeda-
wano do domów rozpusty. „Dom rozdzielczy” przeniesiono potem 
na Towarową. To tam, przy ulicy Towarowej, między Krochmalną 
i Grzybowską, zaczęły powstawać, jak grzyby po deszczu, nowe lu-
panary.  Dla  sponiewieranych  dziewcząt  szczęściem  było  dostanie 
się  do  domu  publicznego  „U  Zośki”  przy  ulicy  Towarowej,  gdzie 
mieściły się tylko luksusowe burdele. Panował tam niebywały prze-
pych:  marmurowe  schody,  sale  bufetowe  z  kolumnami,  lustrzane 
gabinety, salony do tańca, obszerne buduary i sypialnie. Miejsce to 
wizytowały dziesiątki tysięcy warszawiaków. Z ciekawości przycho-

dziły tam i oglądały wspaniałe pomieszczenia nawet panie z dobre-
go towarzystwa, zawoalowane lub w maseczkach.

Duża  grupa  dziewcząt  trafiała  do  Rio  de  Janeiro.  Ich  przemytem 
przez Urugwaj, bo tak było bezpieczniej, zajmowało się wspomnia-
ne już Warszawskie Towarzystwo Wzajemnej Pomocy, które od 1928 
roku zmieniło nazwę na Cwi Migdał. Wstrząsające opisy podróży 
tych  dziewcząt,  przewożonych  na  statkach  zwanych  „michanowi-
czami” (od nazwiska polskiego konstruktora Michanowicza), skry-
tych pod pokładami, w wygasłych kotłach, tubach wentylacyjnych, 
w skrzyniach na naboje, można znaleźć w książce Isabelle Vincent, 

Ciała i dusze

  (Warszawa  2006).  Z  opowieści  o  niedoli  prostytutek 

rodziły się szlagiery:

 

Ich bin geforn kejn Buenos Aires,

 

majn lage ferbesern,

 

hob ich getrofn a szajgec

 

a latik noch a gresern.

 

Ich bin geforn kejn Buenos Aires

 

dernoch kejn Braziln - 

 

kedej der chosn, der szajgec

 

zol forn in tomobiln...

Do Buenos Aires pojechałam 
/ los swój poprawić / 
spotkałam tam szajgeca / 
łajdaka jeszcze gorszego.

Pojechałam do Buenos Aires / 
potem do Brazylii / żeby mój 
żonkoś, ten szajgec / samo-
chodami mógł się rozbijać.

background image

16 

Biuletyn Zima 2011

Tę pieśń zanotował Szmul Lehman, znany żydowski etnograf, który 
zebrał  ogromny  materiał  dotyczący  warszawskiego  folkloru  miej-
skiego.  Emanuel  Ringelblum  pisał  o  nim,  że  to  „człowiek-instytu-
cja”. Naukowcy pełnymi garściami korzystali z dorobku Lehmana, 
który  zebrał  też  materiał  o  burzliwych  wydarzeniach  1905  roku. 
Niestety, Lehman nie zdecydował się ukryć swojej kolekcji razem 
z  Archiwum  Ringelbluma.  Jego  bogate  zbiory  przepadły.  Jednak 
z opublikowanych przed wojną jego wspomnień znamy słowa hym-
nu warszawskich prostytutek, które na melodię cerkiewną śpiewały:

Inne Żydówki, może brzydsze i „bez warunków”, musiały obsługi-
wać żołnierzy. Robiły to przy ulicy Bugaj i przy placu na Mariensz-
tacie, a potem w Czarnym Dworze koło Powązek, w pobliżu koszar. 
Stały tam prymitywne baraki, z przegrodami z desek w środku. Żoł-
nierze po wyjściu z łaźni ustawiali się w kolejki. Średnia „przepusto-
wość” wynosiła 30 klientów dziennie na prostytutkę. 

Z wiekiem, jak się zdaje, wszystkie panie lekkich obyczajów, które 
nie  zabezpieczyły  się  na  starość  lub  nie  miały  szczęścia  ani  uro-

dy,  lądowały  „pod  latarnią”.  Symptomatyczne,  odzwierciedlające 
dramatyczną sytuację tych kobiet były nazwy, jakimi je określano. 
A więc swoje usługi oferowały: „wilczyce”, które szukały klienteli 
w okopach, przy koszarach; „rosówki”, specjalistki w oddawaniu się 
mężczyznom w zaroślach na Polach Mokotowskich; „sztychówki”, 
kryjące się w cieniu sągów drewna na Powiślu – i wiele wiele in-
nych, które „obdarzały jadem wenerycznym swoich gości”. Wszyst-
kie bez wyjątku nazywano dosadnie „pakietami” lub „blachami”. 

Tragicznie dla Abrahama Icka Goldfryda (Nowolipie 41) zakończy-
ło  się  spotkanie  z  jedną  z  nich.  W  lipcu  1932  roku  znaleziono  go 
martwego  na  odludziu,  w  pobliżu  glinianki,  koło  toru  kolejowego 
na linii Warszawa–Łomianki. Pikanterii zdarzeniu dodawał fakt, że 
ofiara została uduszona własnym krawatem. Jak się okazało, zbrodni 
dokonała  prostytutka  z  Powiśla,  „Zośka  Pomidor”.  Golgfryd,  który 
był popularnym komediantem, przybył do stolicy z Białegostoku i od 
razu zrobił zawrotną karierę, ciesząc się popularnością wśród Żydów. 
Występował w żydowskim teatrzyku „Scala”. Miał opinię wzorowego 
kolegi i męża. W toku śledztwa wyszła na jaw prawda o jego podwój-
nym życiu. Otóż wykryto, że „był zboczeńcem na tle seksualnym”. 
Znały go prawie wszystkie kobiety uliczne najpodlejszego gatunku, 
które obdarzyły go ksywką „Józio Duś”, bo lubił, gdy rozkoszy miło-
snej towarzyszyło podduszanie. W dniu śmierci po libacji zakończo-
nej u Łai Minc, o przezwisku „Lizka”, mieszkającej przy Furmańskiej 
16,  Goldfryd  udał  się  wraz  ze  wspominaną  42-letnią  „pakieciarą” 
na rogatki miasta. A „Zośka Pomidor” była silną babą, pochodzącą 
z bandyckiego rodu Charasiów, i pętlę zacisnęła zbyt mocno...

Zwykle jednak to prostytutki padały ofiarą morderstw i to nie tylko 
na Powiślu lub w innych niebezpiecznych rejonach. Przekonała się 
o tym Perla Grom, którą jakiś „kawaler księżycowy” zasztyletował 
przy  ulicy  Gęsiej  33.  Areną  takich  wydarzeń  stawała  się  jednak 
przede wszystkim ulica Marszałkowska. „Od godziny 11 do świtu 
ulica ta, zwłaszcza w odcinku od Żurawiej do Pięknej, roi się od 

U

l. Szpitalna po pogromie domów publicznych, maj 1905 r.

 

Oj, di lumpn, zej zajnen szpionen,

 

prowokators zajnen zej,

 

zej gejen ojf birżes un hern „mowes”

 

un gejen dercejln policej.

 

 Ober mir prostitutkes, mir 
zajnen naronim,

 

 mir muczen zich bajtog 
un bajnacht,

 

 ober di lumpn, zej paszn zich 
di grobe bajcher,

 

 fun undz prostitutkelech 
wern zej rajch.

Oj, te lumpy, to są szpiedzy / 
i prowokatorzy najgorsi / 
chodzą na „giełdy politycz-
ne”, przemów słuchają / 
i donoszą na policję.

Ale my, prostytutki, my to 
jesteśmy głupie / męczymy 
się dzień i noc / a te lumpy 
pasą się na naszej krzywdzie 
/ dzięki nam, kurewkom, 
wielkie brzuchy im rosną. 

background image

Biuletyn Zima 2011        17

różnych typów, panienek, kombinatorów, stręczycielek, sprzedaw-
ców fotoaktów parysko–wiedeńskich i wszelkiej »pitigrilli«”. Czasem 
agresywne były grupy opryszków specjalizujące się w terroryzowa-
niu  ulicznych  prostytutek.  Banda  „Muchy”  wyłudzała  haracze  od 
ulicznic, a nawet od burdelmam: Gitli Berger (Grzybowska 41) i Fru-
my Portnoj (Grzybowska 49). Po zapłaceniu wyznaczonych sum do-
stawały one listy gwarancyjne sygnowane podpisami herszta szajki.

O zjawisku prostytucji wśród Żydówek wiedziała warszawska Gmi-
na  Żydowska,  której  udawało  się  czasami  wykupić  niektóre  z  ko-
biet. Rabini zaś robili, co mogli: wyklinali do ostatniego pokolenia 
handlujących kobietami „miszuresów”. Alfonsi nie czuli się jednak 
z tego powodu zagrożeni. Właściwie w światku przestępczym nikt 
nie  używał  tej  nazwy;  mówiono  wyłącznie  „luj”  (od  francuskiego 
imienia  Luis).  Wręcz  przeciwnie,  od  końca  lat  siedemdziesiątych 
XIX wieku alfonsi przestali kryć się po zaułkach i zaczęli obrastać 
w piórka; zaliczali się do grupy tzw. tombakowej młodzieży. Poja-
wienie się licznej grupy alfonsów było zbieżne w czasie z całkowi-
tym przejęciem domów publicznych przez półświatek.

Owi alfonsi działali w ściśle określonych kręgach. Kiedy więc pro-
stytutki wychodziły na ulice lub trafiały do kawiarń, rozpoczynała 
się ostra rywalizacja. Prowadziło to do starć grup sutenerów. Można 
przyjąć, że wiek XX rozpoczął się w Warszawie od błysków noży. Z 
czasem doszło do podziału stref wpływów. Centralne ulice miasta: 
Aleje Jerozolimskie, część Marszałkowskiej w okolicy Dworca Wie-

deńskiego, a także Nowy Świat, były wyłączone z podziału – tam 
mogły działać wszystkie prostytutki. Inne dzielnice były podobno 
ściśle podzielone między poszczególne gangi, na których czele stali 
lokalni przywódcy. Ich z kolei kontrolowali bracia Kieffer, mieszka-
jący przy ulicy Nowy Świat 8. Każdy z nich miał swój rewir, a li-
nia  podziału  biegła  wzdłuż  Krakowskiego  Przedmieścia,  Nowego 
Światu, Brackiej, Zgody, a potem Marszałkowską. Wszelkie niepo-
rozumienia rozpatrywał sąd zbierający się w piwiarni na Smoczej. 
Tajniki tej ulicy znał Urke Nachalnik. Odwiedzał tam znanego pa-
sera o ksywce „Aleksander III”. Oprócz braci Kiefferów postrachem 
policji długo był Szlojma Bękart, sutener z ulicy Freta.

Ostrą  rywalizację  sutenerskich  gangów  postanowiła  wykorzystać 
policja,  organizując  w  1905  roku  tzw.  pogrom  alfonsów.  Organa 
policyjne chciały w ten sposób skompromitować członków ruchów 
rewolucyjnych,  pokazując  warszawiakom,  że  rewolucja  wiąże  się 
z  grabieżą,  bezmyślnym  niszczeniem  i  mordowaniem  przypadko-
wych osób. Atak zainicjowali żydowscy robotnicy. Punktem zapal-
nym okazała się sprzeczka w małej kawiarence na rogu Siennej i Zie-
lonej (obecnie plac Defilad), gdzie odbywało się wesele. Poprztykali 
się na nim przybrany ojciec panny młodej, znany warszawski alfons 
Saul Żytnicki, i nowożeniec, robotnik należący do partii Bund. Gdy 
Żytnicki  oświadczył,  że  przywłaszcza  sobie  prezent  ślubny  panny 
młodej (100 rubli), atmosfera zgęstniała i wszczęto weselną burdę. 
Niestety, sytuacja wymknęła się spod kontroli i żydowscy robotnicy 
zaczęli  demolować  burdeliki  usytuowane  na  placu  Grzybowskim, 

fot. 

AAN

fot. NAC

P

rostytutki na ul. Marszałkowskiej, 1925 r.

background image

18 

Biuletyn Zima 2011

Granicznej, Gnojnej i Krochmalnej. Przez okna wylatywały elemen-
ty wyposażenia, a czasem nawet „pensjonariuszki”, gdy śmiały sta-
wiać opór. Trwało polowanie z nożami na alfonsów. Akcja ta zajęła 
robotnikom  cały  dzień  i  rozgrywała  się  wyłącznie  w  środowisku 
żydowskim. Następnego dnia na ulice wyszło około 100 alfonsów 
i stręczycieli. Grupa ta w  celu sprowokowania bundowców osten-
tacyjnie dzierżyła rosyjskie flagi i wznosiła okrzyki na cześć cara. 
Podstęp się udał, co doprowadziło do ponownego pogromu domów 
publicznych. Najbardziej podczas kolejnych dwóch dni tych zamie-
szek ucierpiały lupanary przy Marszałkowskiej i Krochmalnej. 

Przywódcy  Bundu  zdawali  sobie  sprawę  z  prowokacji,  jednak  nie 
udało się im powstrzymać szeregowych członków partii. Jak na iro-
nię, rozjuszeni robotnicy batożyli „do nieprzytomności” prostytutki, 
opisywane po wielekroć przez lewicę jako ofiary niecnego procede-
ru. Część żydowskich proletariuszy, bojąc się o życie tych kobiet, 
utworzyła nawet specjalne bojówki, które wkraczały do akcji, gdy 
rozpoczynał się szturm na jakiś „dom rozkoszy”. W trzydniowym 
pogromie brali bowiem udział także chrześcijanie i świat przestęp-
czy ochoczo pomagający policji. 
Gangi, nazywane też z żydowska „chewrami”, włączyły się aktywnie 
w dzieło dewastacji i mordów, ponieważ dzięki temu mogło dojść do 
otwartych rozrachunków i wykrystalizowania się nowego układu sił. 
Nastąpiła nowa „rejonizacja”, choć trzeba dodać, że czasowo osłabła 
działalność wszystkich warszawskich burdeli, ku niezadowoleniu sta-
cjonującego  w  stolicy  garnizonu  rosyjskiego.  Rozzłoszczeni  musieli 
być także dorożkarze, odnotowujący spadek zarobków, bowiem waż-
ną klientelę stanowiły wszelkiej maści kurtyzany, zgodnie z popular-
nym  w  Warszawie  powiedzeniem:  „Gdyby  nie  złodzieje,  hrabiowie 
i pindy, nie wyżyłby dryndziarz całkiem ze swej dryndy”.

Na mapie miasta lokalizującej burdele nie powinno zabraknąć także 
zakonspirowanych domów publicznych. W dwudziestoleciu między-
wojennym, wedle powszechnej wiedzy, rolę taką odgrywały różno-
rakie hoteliki, czasem o śmiesznych, nieprzystających do otoczenia 
nazwach. Stawały się one miejscami spotkań tych, którzy załatwiali 
pokątne interesy i interesiki. A tam, gdzie robiono brudne gesze-
fty, kwitła prostytucja. Z pewnością na wszystkie te atrakcje można 
było się natknąć w Hotelu Londyńskim (Nalewki 27). Może dlate-
go jego właściciel, znany nalewkowski kupiec Nechamjasz Boćko, 
wplątawszy się w ciemne interesy, pewnego dnia postanowił, że ze 

sobą skończy. Miał powody, żeby „cierpieć na rozstrój nerwowy”: 
najpierw jego brat, Dawid, zastrzelił w składzie przy ulicy Marszał-
kowskiej 114 wspólnika Grunbauma, następnie inny brat, Srul, „po-
łożył trupem” tegoż Dawida, a sam popełnił samobójstwo. Nechem-
jasz nie odebrał sobie jednak życia, (chciał to uczynić na cmentarzu 
przy ulicy Gęsiej), bo – jak pisały gazety – „sznur był za słaby...”.

Prawdziwe poruszenie żydowskiej Warszawy wywołała jednak inna 
sprawa, związana z prowadzeniem nielegalnego domu publicznego. 
Gazety krzyczały najpierw: 

Abduła Alijew contra Bund

, a potem z sa-

tysfakcją  obwieszczały: 

Nareszcie Abduła  Ogła Alijew  aresztowany!

Historia zaczęła się od oskarżenia przez członków Bundu tego zna-
nego piekarza i cukiernika o orientalnie brzmiącym imieniu i na-
zwisku  o  to,  że  ze  swych  żydowskich  pracownic  uczynił,  jak  się 
ładnie wyrażono, harem. Dziewczęta, które nie przystawały na jego 
warunki, wyrzucał z pracy.  Alijew był Turkiem, zwanym „sułtanem 
piekarskim”  lub  „paszą”.  Posiadał  w  Warszawie  dziesięć  cukierni 
i jeszcze więcej piekarni, m.in. przy Targowej 68. Specjalizował się 
także w przygotowywaniu koszernego pieczywa, nad czym czuwa-
ło dwóch członków warszawskiego rabinatu. Jego dumę stanowiły 
cukiernia oraz kawiarnia u zbiegu Wolskiej i Młynarskiej. To tam 
sprowadzał  pracownice  i  inne  panienki,  które  z  własnej  woli  po-
kazywały się w niej, marząc o sławie Poli Negri. „Paszy” nie była 
bowiem  obca  „giełda”  statystek  filmowych.  „Fołkscajtung”,  który 
wytropił sprawę niecnych praktyk Alijewa, miał więc używanie, gdy 
okazało  się,  że  w  kawiarni  funkcjonował  „salonik”  urządzony  za 
wzór wschodni. „Przyćmione światło, niskie tapczany i  poduszki, 
małe stoliki” – precyzowała gazeta. 

Ośmieszony i przyparty do muru Alijew postanowił szukać pomocy. 
Gdzie? W warszawskim rabinacie u znanego nam reb Dona. Ten, 
wysłuchawszy skarg „Paszy”, rzekł: „W najbliższy poniedziałek sta-
wisz się synu półksiężyca o godzinie 12. Sąd się odbędzie”. O wy-
znaczonej godzinie na salę rozpraw stawiły się tłumy, ale reb Don 
ograniczył liczbę obserwatorów, prosząc również policję o wyzna-
czenie  wzmocnionych  posterunków.  Zachodziła  obawa,  że  „dojść 
może do bijatyki pomiędzy Alijewem i jego Turkami, a zwolennika-
mi »Bundu«”. Jak widać, historia lubi się powtarzać.

Alicja Gontarek
konsultacja: Anna Ciałowicz

Portal „Moja żydowska Warszawa” to setki stron tekstów w języku jidysz 
wraz z tłumaczeniem na polski i angielski. To utwory literackie, wspomnienia, 
artykuły prasowe, a nawet reklamy – wszystko, co dotyczy przedwojennego 
światowego centrum języka i kultury jidysz: Warszawy.

Zdjęcia (obok: ul. Franciszkańska 10, gdzie w latach I wojny światowej zamieszkał 
cadyk nowomiński), ortofotomapy, a także nagrane wspomnienia dawnych 
mieszkańców Warszawy pozwolą przenieść się w czasy sprzed Zagłady i ulica po ulicy, 
dom po domu zwiedzać nieistniejące już dzisiaj miasto.

Projekt GWŻ w Warszawie jest współfinansowany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

VARSHE.ORG.PL

fot. S

ylwia Strębska