background image

EWA BIAŁOŁĘCKA

JESTEM LAMIA

background image

Zwyczajny człowiek nie zatrzymałby się w tym miejscu. Nie było tu na pierwszy rzut 

oka   nic   ciekawego.   Po   prostu   stary  wykrot   zasłonięty  niemal   całkowicie   przez   wybujałe 

wachlarze paproci. Mag przykucnął, wpatrując  się w gąszcz nie poruszany najmniejszym 

nawet drgnieniem. Jego wyczulone nozdrza wyłowiły spośród symfonii leśnych zapachów 

prawie niezauważalną woń piżma. Mag, nie zmieniając pozycji, rozejrzał się za odpowiednim 

drągiem. W wykrocie mógł czaić się biały wąż - rzadkość i cenny surowiec w jego rzemiośle. 

Ranek był chłodny, więc istniała szansa, że zwierzę da się schwytać z minimalnym oporem. 

W   dziurze   był   wąż   albo   inny   przedstawiciel   gadziej   rodziny.   Mag   nie   był   akolitą, 

smarkaczem, który dopiero co otrzymał Znak. Już od wielu lat jego skórę nad lewą piersią 

zdobił tatuaż Kręgu i Płomienia - znak Stworzyciela, najwyższej kasty magów. Mroczny 

Buron, Buron Twórca - tak nazywali go znajomi magowie. Przyjaciół nie miał.

Buron wysłał myślową sondę, szukając umysłu owego stworzenia, chowającego się w 

wykrocie.   Nie   zamierzał   ryzykować   spotkania   z   bazyliszkiem.   Zwykle   potem   bolała   go 

głowa. Drgnął, zaskoczony. Stwór śnił!

- Ach... - szepnął Buron do siebie, a jego twarz skrzywiła się w nieładnym uśmiechu. - 

Cóż my tu mamy?

Rozgarnął   ostrożnie   kępę   paproci.   Pierwsza   rzeczą   jaką   zobaczył,   była   ręka, 

odznaczająca się od ciemnej zieleni wyraźną, jasną plamą. Nie musiał zaglądać dalej. Dłoń 

była niewielka. O krótkich lecz zgrabnych palcach, opatrzonych dłutkowatymi paznokciami, 

połączona z ramieniem delikatnym nadgarstkiem. Przy bliższym przyjrzeniu okazywało się, 

że skórę pokrywa drobniutka przezroczysta łuska.

- Lamia.

Mag   skupił   się.   Odszukał   wrażliwy   punkt   lamiej   jaźni   i   posłał   weń   ogłuszający 

ładunek mentalnej energii. Sen stwora, już od kilku chwil mącony obecnością maga, rozsypał 

się jak rzucona w mrok mozaika. Rozległ się zduszony, gardłowy krzyk. Łuskowate palce 

wbiły się głęboko w mech, by potem zmięknąć i znów legnąć nieruchomo. Buron wyciągnął 

swą   zdobycz   na   światło   dzienne.   Była   to   samica   lamii.   Dotykał   chłodnego   ciała   z 

beznamiętnością uczonego.

-   Piękny   okaz   -   mruknął,   obmacując   lamie   kości   policzkowe   i   bezceremonialnie 

podnosząc powieki, pod którymi kryły się jaskrawo błękitne tęczówki.

- Piękna - powtórzył i to była prawda. Lamia była piękna. Kobieta obdarzona jej urodą 

doprowadzałaby mężczyzn do szaleństwa. Bujne, jasne, zachodzące trójkącikiem na czoło 

włosy. Pełne wargi, jakby zapraszające do pocałunków. Smukłe ramiona i piersi o kształcie aż 

nazbyt doskonałym. Buron wiedział jednak, że wszystkie te wdzięki miały bardzo prozaiczne 

background image

przeznaczenie. Wabiły nieostrożnych pasterzy lub myśliwych, by stali się jeszcze jednym 

posiłkiem. Na wysokości bioder ciało lamii przechodziło w długi, prawie trzymetrowy ogon, 

na   którym   łuski   układały  się   w   przepiękny,   barwny  deseń,   do   złudzenia   przypominający 

wnętrze agatu. Mag zastanawiał się, co począć z niespodzianym darem losu. Wypchać? Nie 

był pewien, czy wyglądałaby dobrze na ścianie jego wieży. Za bardzo jednak przypominała 

kobietę.

Kobietę...? W tym momencie Twarz Burona rozjaśniła się. Tak! To było to!! Naprawdę 

wielkie  wyzwanie! Zrobi to i  na pewno mu się uda!  Mag włożył  sobie bezwładne ciało 

nieprzytomnej lamii na ramiona i poniósł je w stronę domu.

Jego domem od prawie dziesięciu lat była niewielka wieża, wznosząca się na jednej z 

polan, gęsto rozmieszczonych na skraju Puszczy Oczu. Wnętrze zastawione było prostymi 

sprzętami,   uginającymi   się   pod   najdziwniejszą   w   świecie   mieszaniną   rozmaitych 

przedmiotów.   Ozdobne   wyroby   sztuki   złotniczej,   garście   złotych   i   srebrnych   monet 

porozrzucane niedbale między częściami garderoby i brudnymi naczyniami oraz magicznym 

wyposażeniem. Częściowo stanowiły go graty, których Buron nie dotykał od lat. Przedmioty 

obliczone na oszołomienie potencjalnego klienta. Wszystkie te ludzkie czaszki, wypchane 

żmije, sowy i nietoperze, malowane pentagramy, tyle samo warte, co dziecięce rysunki na 

piasku. Właściwe narzędzia pracy maga mieściły się w szklanych słoiczkach i flaszeczkach - 

trucizny, narkotyki, lekarstwa. Grube, oprawne w skórę księgi nie zawierały czarodziejskich 

zaklęć, lecz ogromny zasób wiedzy z zakresu chemii, medycyny, anatomii i fizyki. Zestaw 

błyszczących ostrzy nigdy nie służyły do składania ofiar mrocznym bóstwom, lecz do sekcji i 

wiwisekcji. Z najważniejszym jednak instrumentem Buron nie rozstawał się nigdy. Był nim 

jego   talent.  Talent   Stworzyciela,   zdolny  rozerwać   więzy  cząsteczek   materii.   Rozkazujący 

atomom zmieniać swe właściwości. Dar który już w dzieciństwie określił przyszłość Burona i 

sprawił, że stał się on legendą.

Mag zamierzał dokonać transformacji lamii w ludzką istotę. Z łatwością przychodziły 

mu przemiany „martwego w martwe”, „żywego w martwe”, a nawet „żywego w żywe” na 

prostych organizmach. Teraz miał stawić czoła największemu wyzwaniu swego życia.

Buron   położył   lamię   na   wolnym   kawałku   podłogi   przed   paleniskiem.  Wciąż   była 

pogrążona w głębokim omdleniu. Mag pozamykał okiennice i wnętrze wieży pogrążyło się w 

mroku. Po chwili na kamiennym obmurowaniu paleniska stanęło kilka zapalonych świec. Ich 

niepewne,   migotliwe   światło   pełzało   po   ścianach   i   powodowało,   że   przedmioty   rzucały 

upiorne cienie. Mag postawił na podłodze kubek wypełniony długimi, stalowymi igłami i 

kilka naczynek, zawierających mętne płyny.

background image

- Gotowe - szepnął Buron do siebie, ostatni raz przebiegając wzrokiem po ampułkach. 

Niektóre zawierały silne środki pobudzające, inne - hamujące prace określonych organów. W 

najmniejszej blado połyskiwał cenny jad białego węża - śmiertelna trucizna, a jednocześnie 

substancja  wybiórczo zawężająca percepcję,  jeśli przyjmowało się ją doustnie. Mag zdjął 

ubranie, zaczerpnął pucharkiem wody z cebrzyka i usiadł przed lamią, skrzyżowawszy nogi. 

Uważnie odmierzane krople kapały z nawoskowanych pałeczek do wody w pucharku. Buron 

przełknął   ostro   pachnącą   mieszankę   i   sięgnął   po   igły.   Brał   je   kolejno,   przesuwał   przez 

płomień  świecy i   wbijał  w  skórę  w   miejscach  odszukiwanych   ze  sprawnością,  jaką  daje 

wieloletnia   rutyna.   Narkotyk   zaczął   działać.   Buron   znieruchomiał   w   pozie   medytacyjnej. 

Pobladła   skóra   i   błyszczące   igły   sterczące   z   twarzy,   brzucha   i   kończyn,   nadawały   mu 

demoniczny wygląd. Spod do połowy uchylonych powiek patrzył na kolisty wzór lamich 

łusek. Mikroskopijne dawki trucizny, rozlewające się w jego żyłach, sprawiły, że ogłuchł. 

Lecz teraz pełniej odczuwał oddech i tętno. Własne, a także stworzenia przed sobą. Kontury 

łuskowatego wzoru wyostrzyły się, jakby ktoś zakreślił je czarną farbą. Zapach gadziego 

piżma atakował przeczulone nozdrza z nieznośną intensywnością. Mag zamknął oczy. Już nie 

musiał patrzeć. Stapiał się z jaźnią lamii, wyczuwał jej organizm. Leniwe krążenie krwi, pracę 

mięśni tłoczących powietrze do płuc. Czuł jej chłodną skórę jak swoją własną.

„Jasność w jasność, ciemność w ciemność, martwe w martwe, żywe w żywe, krew w 

krew...” - intonował Buron w myśli. Słowa nie były ważne. Jako mały chłopczyk wierzył 

jeszcze, że istnieją magiczne zaklęcia. Nie było zaklęć. Były tylko zlepki słów, których rytm 

pozwalał łatwiej opanować umysł.

Umysł Stworzyciela, przed którym pochylały się nawet koronowane głowy. Każdy z 

władców   oddałby   wiele,   by   mieć   zdolności   nawet   najmniej   cenionego   wśród   magów 

Obserwatora,   wyławiającego   myśli   zwyczajnych   śmiertelników.   Lecz   „mag   może   zostać 

królem, ale król nigdy nie zostanie magiem” - tak mówiło przysłowie. Magowie - postacie, 

których prestiż stawiał niemal na równi z bogami. Jakże rozczarowani byliby prości ludzie, 

gdyby wiedzieli, że w kamiennych wieżach nie odbywają się nigdy straszliwe obrzędy, krew 

nie plami pokrytych czarnoksięskimi znakami ołtarzy, a budzące grozę czaszki służą jako 

prozaiczne przyciski do pergaminów.

„Żywe w żywe, krew w krew, ciało w ciało, ciemność w ciemność...”

Buron był bogiem. Przestawiał gwiazdy i żonglował planetami. Rozkazywał im, a one 

słuchały go z cudowną uległością. Był rzeźbiarzem, tworzącym w natchnieniu najwspanialsze 

dzieło wszechczasów. Dzieckiem budującym twierdzę z piasku...Tkaczem, pochylonym nad 

krosnami   wszechświata...Mistrzem...Niczym...Wszystkim...Czymkolwiek...Światło   w 

background image

światło...

Ile czasu to trwało? Buron uchylił powieki. Świece wypaliły się prawie całkowicie. 

Zmętniały wzrok maga  rejestrował  lamię jako  nieostrą,  szarą plamę. Ruchy Burona były 

niepewne. Trans wyczerpał jego siły do tego stopnia, że nawet nie miał ochoty sprawdzić od 

razu, czy przemiana się powiodła. Gdzieś zza okna dobiegał ostry krzyk sójki. W porządku, 

słuch wrócił. Mag zamrugał, wzrok wyostrzył się. Ociężałym ruchem dotknął leżącego przed 

nim   ciała.   Skóra   była   chłodna,   lecz   zniknęła   gdzieś   jej   szorstkość.   W   półmroku   Buron 

dostrzegł, że lamia jest znacznie krótsza. Lecz czy rzeczywiście ma nogi? Wtem dłoń maga 

przeszył ostry ból. To lamia, leżąca do tej chwili całkiem nieruchomo, wbiła zęby w jego 

rękę.

- Au!!

Uderzona w twarz, upadła, popełzła do kąta i tam przyczaiła się, dysząc ciężko. Buron 

wstał i podszedł do okna, by otworzyć okiennicę. Na zewnątrz królowało południe. Promienie 

słońca wpadły do wnętrza i oświetliły skuloną w kącie jasnowłosą dziewczynę. Zszokowana, 

wpatrywała się w maga. Rozumiał jej zdumienie. Powinien już wić się w konwulsjach pod 

wpływem jadu, a tymczasem stał i przypatrywał się jej z chłodnym uznaniem. Próbowała 

uciec od tego przenikliwego spojrzenia, odczołgać się i wtedy dostrzegła, co się z nią stało. 

Histeryczny wrzask wypełnił izbę. Dziewczyna, krzycząc bez przerwy, pełzła, wlokąc za sobą 

bezwładne nogi. Buron słuchał tego z rosnącą irytacją. Był zmęczony, a tymczasem jego 

„wielki sukces” zachowywał się tak, jakby miał udusić się własnym krzykiem. Dziewczyna 

szlochała,   zachłystując   się.   Potrącała   sprzęty   w   ucieczce   przed   magiem   i   własnym 

odmienionym   ciałem.   Buron   obezwładnił   ją   z   łatwością.   Związał   i   zakneblował.   Ofiara 

obserwowała jego czynności wzrokiem ogłupiałego, przerażonego ptaka. Mag narzucił na nią 

pled.

-   Do   zobaczenia   wieczorem   -   powiedział.   -   I   nie   próbuj   żadnych   sztuczek,   bo 

powędrujesz   do   słoja!   -   Wymownym   ruchem   wskazał   naczynie   z   zakonserwowanym   w 

alkoholu waranem. Oczy dziewczyny omal nie wyszły z orbit. Zatrzęsła się, a zza knebla 

wydobył się głuchy jęk.

Buron przespał kilka godzin i obudził się pełen energii. Narzucił byle jak ubranie i 

natychmiast zajął się dziewczyną. Techniką stosowaną przez Mówców,

z uporem wtłaczał w jej oporny umysł dziesiątki słów i pojęć. Wreszcie przekonał się, 

że go rozumie. Rozwiązał ją. Bez oporu pozwoliła włożyć na siebie jedną z koszul maga, zbyt 

dużą, odsłaniająca delikatne barki. Wypiła wodę z podanego czerpaka.

- Kim jesteś? - spytał mag na próbę.

background image

- Jestem lamia - odrzekła spokojnie, patrząc mu prosto w oczy.

- Nie jesteś już żadną lamią! - odparł z naciskiem. - Jesteś człowiekiem. Kobietą. 

Rozumiesz?

- Jestem lamia - powtórzyła uparcie i błyskawicznie wysunęła język, oblizując górną 

wargę.

Buron sapnął z irytacją. Nie tak to sobie wyobrażał.

- Wstań! - rozkazał.

Podniosła się na klęczki.

- Wyżej!

Pozostała w tej samej pozycji, patrząc na niego nie rozumiejącym wzrokiem. Czoło 

maga zmarszczyło się. Może coś przeoczył? Może dziewczyna ma za słabe mięśnie? Nie 

wykształcone zakończenia nerwów? Obmacał dokładnie jej nogi. Były całkiem normalne. 

Ukłuł igłą wrażliwe miejsce na stopie - podkurczyła palce.

- Możesz chodzić! - burknął szorstko, klepiąc smukłą łydkę. - No idź, mówię!

Ku jego złości, nie podniosła się, lecz poczołgała. Bardzo dziwacznie, wlokąc za sobą 

nogi, kolebiąc się z biodra na biodro i podpierając rękami. Uświadomił sobie, że usiłuje 

poruszać się tak, jakby wciąż miała ogon. Chwycił dziewczynę i postawił siłą.

- Nie jesteś już zwierzęciem! Masz chodzić jak człowiek! Po to masz nogi!

Przez  chwilę  stała   prosto,  ale   nie  podtrzymywana  osunęła   się  znowu  na  podłogę. 

Buron ze złością kopnął stołek i zaczął przechadzać się nerwowym krokiem. Zrobił kilka 

głębokich wdechów. Uspokoił się. Nie należało płoszyć dziewczyny na samum początku. To 

tylko szok. Za parę dni przyzwyczai się do nowej sytuacji.

Jesteś ślicznym stworzeniem - rzekł Buron. „Jakby stworzonym, by mięć cię w łóżku” 

- dodał w myśli.

- Nazwę cię Elijon - Leśna. To pasuje do ciebie.

- Jestem lamia - powiedziała znowu, a w jej  głosie pojawiła  się twardsza nuta. - 

Lamia. Nie kobieta. Nie Elijon. Lamia.

- Lamia? Naprawdę? - zadrwił Buron. - Bez ogona?

- A wiesz co ja robię z lamiami? - ciągnął. - Obdzieram ze skóry i zjadam. Więc jak? 

Jesteś lamia czy kobieta?

Oczy dziewczyny w stronę słoja z waranem. Potem popatrzyła na swoje stopy.

-   Kobieta   Lamia   -   powiedziała   niechętnie,   wymawiając   drugie   słowo   z   akcentem 

imienia.

- Dobrze, Lamia - Buron odczuł ulgę, choć nie dał tego po sobie poznać. Lamia - imię. 

background image

Na tyle mógł jej pozwolić.

Dni,   które   nadeszły   potem,   były   koszmarne.   Lamia,   mimo   pozornej   kapitulacji, 

stawiała   opór.   Buron   osiągnął   tyle,   że   poruszała   się   w   postawie   pionowej,   powłócząc 

niezgrabnie nogami. Ale kiedy tylko mogła, zwijała się w niewygodny kłębek w zacienionych 

kątach wieży. Buron doskonale zdawał sobie sprawę, że jej pozy i milczenie są biernym 

protestem przeciwko temu, co z nią zrobił.

Kilkakrotnie usiłował wpisać do kroniki szczegółowy opis swej pracy i za każdym 

razem  ciskał   w  ogień   pokreślone  kartki.  Błękitne   oczy Lamii   śledziły każdy  jego  ruch  i 

burzyły spokój. Oto miał w domu żywy dowód swej potęgi. Coś, na co nie zdobył się żaden z 

jego poprzedników. Ukoronowanie kariery najwybitniejszego maga stulecia i jednocześnie 

największą   klęskę.   Chciał   mieć   piękną   kobietę,   towarzyszkę   i   kochankę.   Otrzymał   ją, 

owszem. Kochankę o umyśle Lamii! Truciznę w pięknym owocu, jedwab nasączony jadem.

- Spalone mięso! - powiedziała Lamia ze zgrozą, patrząc na talerz Burona. Powyższe 

słowa powtarzała przy każdym posiłku, z denerwującą regularnością. Porcja przed nią była 

surowa. Próby nakłonienia jej do zjedzenia czegoś innego, niż krwisty ochłap, spełzały na 

niczym. Buron z obrzydzeniem patrzył jak Lamia odrywa paznokciami strzep mięsa i połyka 

w całości.

- Dlaczego nie gryziesz? Masz przecież normalne zęby - rzekł, rozdrażniony, choć 

wiedział, jaka część przeszłości Lamii była tu odpowiedzialna. Lamie miały tylko kły jadowe 

i   przednie   siekacze.   Pokarm   rozcierany   był   w   żołądku.   Dziewczyna   uśmiechnęła   się 

prowokacyjnie i błyskawicznie wrzuciła do ust. ukrywany w dłoni kamyczek. Napięte nerwy 

Burona nie wytrzymały. Zaślepiony złością, chwycił swój talerz i rzucił Lamii w twarz.

- Zwierzę! Zwierzę!! Głupia, ślepa dziwka! ZA czym tak tęsknisz?! Za wyrywaniem 

bebechów innym bestiom? Za błotem...brudem...? Taka byłaś piękna przedtem?! Kto by się 

obejrzał za taką ogoniastą kurwą?! No, kto!?

- Wernhahee' - głos Lamii ociekał szyderstwem. Talerz trafił ją w czoło i spod fali 

jasnych włosów spływała w dół cieniutka smużka krwi.

- Wernhahee'... - powtórzyła. - ...i ty.

Wykrzywiła się, naśladując jego brzydki uśmiech. Wytarła krew palcami i oblizała je. 

Buron wstał od stołu i zaczął przestawiać naczynia z chemikaliami, po to tylko, by zająć 

czymś ręce. „Wernhahee'„ - słowo z języka lamii, wymawiane na wdechu znaczyło „srebrny”, 

a na wydechu „samiec”. Znał ich - dużych, o spłaszczonych czaszkach, przechodzących na 

background image

barkach   w   rodzaj   skórzastego   kaptura.   Zakutych   w   chitynowe   pancerze,   zielonkawe,   z 

kontrastową srebrzystoszarą plamą na piersiach.

- Cóż takiego maja ci twoi wernhahee'? - spytał od niechcenia.

- Ogon - odparła Lamia lakonicznie.

Buron prychnął pogardliwie.

Nadchodzą wiosenne tańce - ciągnęła Lamia. - Ty też chciałbyś ze mną tańczyć, ale 

nie możesz. Nie jesteś wernhahee'.

Trafiła w samo sedno. Mag zastukał kłykciami w blat. Nerwowo.

- Mógłbym, gdybym chciał - powiedział, wiedząc doskonale, że brzmi to idiotycznie.

Lamia szeleściła czymś przez chwilę.

- Patrz! - usłyszał. Odwrócił się. Sukienka, w którą zmienił swoją koszulę, leżała na 

podłodze. Lamia stała na niej w wyzywającej pozie. Czoło i usta miała usmarowane krwią.

- Chcesz ze mną tańczyć? No, zrób to. Po to dałeś mi te dwa pnie i to śmieszne 

futerko.

Buron pożerał wzrokiem śmiałe piękno Lamii, ale nie mógł zdobyć się na to by jej 

dotknąć. Mimo, że przez wiele dni mówił o niej „kobieta”, w głębi duszy przyznawał się do 

porażki.   To   nie   była   istota   ludzka.   To   było   coś   obcego,   zbyt   obcego.   Mag   cierpiał   z 

niespełnionego pożądania... i nie mógł, nie potrafił zmusić się do wzięcia tej drwiącej samicy. 

Rozdrażniony,  upokorzony i wściekły,  skierował się do drzwi. Już na progu dogoniło go 

wzgardliwe prychnięcie Lamii:

- Wernhahee'!

Mag   wracał   do   swej   wieży,   całkowicie   zdecydowany   pozbyć   się   Lamii.   Była 

rezultatem nieudanego eksperymentu. Czymś, co przysporzyłoby mu więcej kłopotów, niż 

popularności. Oczywiście nigdy nie złoży sprawozdania w Kręgu. Możliwe, że transformacje 

„żywego w żywe” i „rozumnego w rozumne” opromieniłaby go jeszcze większą sławą, lecz 

wyszłyby  na   jaw   te   nieszczęsne   niedociągnięcia.   Buron   nawet   przed   sobą   nie   chciał   się 

przyznać, że głównym powodem takiej decyzji były kpiny Lamii z jego braku męskości.

„Cicha, mało bolesna śmierć” - myślał. - „Żadnego cyjanku. I żadnych ostrzy. Za dużo 

sprzątania. Biały wąż, to właśnie! Gad dla gada.”

Przez szpary w okiennicach przesączało się jasne światło. Buron pchnął drzwi, które 

poddały się z cichym skrzypnięciem. Wnętrze zalane było powodzią światła. Wszędzie stały 

zapalone świece i lampy olejowe. Światło wydobywało fantastyczne błyski z pozawieszanych 

na   ścianach   klejnotów   i   metalowych   instrumentów.   Na   stole   siedziała   Lamia,   obejmując 

background image

ramionami kolana. Oparła na nich policzek. Jej włosy spływały w dół, niczym wodospad 

roztopionego   złota.   Naga   skóra,   lśniąca   jak   jedwab,   przyciągała   wzrok.   Nie   mówiąc   ani 

słowa,   dziewczyna   wstała   i   zaczęła   tańczyć.   Buron   patrzył   z   zapartym   tchem.   W   takt 

niesłyszalnej   muzyki   ciało   Lamii   gięło   się   z   nieopisaną   gracją.   Gdzie   podziała   się 

niezgrabność jej ruchów, powłóczenie nogami, garbienie ramion? Niespodzianie rozkwitła jak 

olśniewający kwiat. Piękno dla samego piękna. Nie żądające nic w zamian. Bezinteresowne, 

wspaniałe. Ciałem mężczyzny wstrząsnął dreszcz. Ruch kobiecych bioder, kołysanie piersi 

wabiło   go   odwiecznym   zewem.   Kobiecość   mówiąca:   „chodź   i   weź”.   Obiecująca 

niewysłowione rozkosze. Wystarczyło wyciągnąć rękę, by posiąść skarb godny króla królów. 

Mag poszedł za tym wezwaniem, a Lamia przyjęła go tak, jak pustynny nomad przyjmuje łyk 

wody   -   zachłannie   i   nie   roniąc   nawet   cząstki.   Zagarnęła   go   całego,   bez   reszty.   Dał   się 

wciągnąć   w   wieczysty   taniec   życia   i   płodności.   Kochali   się   na   twardym   blacie,   wśród 

płomyków świec i rozbłysków perłowych główek igieł powbijanych w brzeg stołu. Co jakiś 

czas odpoczywali, a potem zaczynali na nowo i tak przez całą noc. Świece gasły jedna po 

drugiej i tak samo wyczerpywała się ich namiętność.

Buron legł na wznak, z pustką w głowie, wyczerpany. Omdlałe mięśnie odmówiły mu 

posłuszeństwa. Lamia wyjęła z drewna jedną z igieł i oglądała ją w zamyśleniu.

- Do czego ci to potrzebne? - spytała.

- Do pracy. Do eksperymentów.

- Do przemian?

- Mhm...

- Co się z tym robi?

- Wkłuwa w ciało. W specjalnych miejscach.

Dłoń Lamii zawisła nad jego piersią.

- Gdzieś tutaj?

- Mhm... - przymknął oczy i w tym momencie poczuł lekkie ukłucie.

- Co...?

Nagle   z   przerażeniem   spostrzegł,   że   język   mu   drętwieje.   Gardło   zacisnęło   się   w 

gwałtownym spazmie, ciało wygięło, palce drapały konwulsyjnie drewno. Nieruchoma twarz 

Lamii oddalała się, w błyskawicznym, tempie niknąć na końcu ciemnego tunelu. Jeszcze 

przez chwilę, wkładając w to całą siłę woli, Buron stał na progu Bramy Istnień, a potem 

przekroczył go.

Świtało.

background image

Lamia stała pośrodku izby, którą w krótkim czasie zmieniła w krematorium. Buron 

leżał wciąż na stole, na którym umarł. Przykryła go kocami i zgromadziła wokół wszystkie 

przedmioty,   które   stwarzały   nadzieję,   że   szybko   zapłoną.   Dodatkowo   oblała 

zaimprowizowany stos wszystkimi płynami, które choć trochę pachniały alkoholem.

Nie   zabierała   z   sobą   prawie   nic.   Nie   chciała   złota   ani   pamiątek.   Miała   na   sobie 

sukienkę, którą podarował jej mag, spiętą broszą w kształcie jaszczurki. Zwinięte w węzeł 

włosy przytrzymywały jej igły o główkach z pereł. Przy pasku miała woreczek, w którym 

schowała buteleczkę z jadem białego węża.

Podpaliła od lampy zwisający róg koca i stos zapłonął. Błękitne i zielone płomienie 

otoczyły martwe ciało.

- Doceniam to, co mi dałeś, Buron - powiedziała Lamia cicho. - Zrozumiałam cię i 

może gdybyś ty chciał choć trochę zrozumieć mnie...

Odwróciła się i wyszła, nie dokończywszy. Ogień za jej plecami z trzaskiem brał w 

posiadanie magiczną pracownię.

Lamia szła przez polanę, z przyjemnością nurzając bose stopy z zroszonej trawie. 

Mały biały wąż wysunął się z zieleni i owinął wokół jej kostki jak drogocenna bransoleta. 

Przed nią otwierał się wspaniały, ogromny świat do wzięcia. Pełen wernhahee' i ciepłego, 

żywego jedzenia.