background image

 

Szafiry    dla   narzeczonej

Szafiry    dla   narzeczonej

Szafiry    dla   narzeczonej

Szafiry    dla   narzeczonej    

    

    

 

Elizabeth 

 

 

Carolyn Zane 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Na dziedzińcu zbudowanego w hiszpańskim stylu kolonialnym kościoła 

trwały przygotowania do mającego się odbyć ślubu. Ostatni goście tłoczyli się w 

drzwiach świątyni, a kilku drużbów ze śmiechem majstrowało przy ogromnej 

czarnej limuzynie. 

Elizabeth Mansfield Sonderland, wsparta na ramieniu ubranego we frak 

mistrza ceremonii, szła środkiem głównej nawy. Z uprzejmym skinieniem 

głowy mężczyzna wskazał jej środkowe miejsce w drugiej ławce po stronie 

zarezerwowanej dla gości panny młodej. 

Elizabeth miała nadzieję, że młody człowiek uznał grymas, jakim go 

obdarzyła, za uśmiech podziękowania. Najwyraźniej ten przystojny młodzieniec 

nie zauważył, że była w szóstym miesiącu ciąży. Co za brak wyobraźni! Za nią 

stał już tłum ludzi, więc przedstawienie, jakie się szykowało, dostarczy im 

rozrywki podczas czekania na rozpoczęcie uroczystości. 

Przyciskając wydatny brzuch dłonią, zdołała jakoś się przecisnąć na 

miejsce i usiadła obok godnie wyglądającej matrony, która natychmiast 

zauważyła brak obrączki na palcu nowej sąsiadki. I chociaż twarz owej damy 

zachowała uprzejmy wyraz, Elizabeth wiedziała, że zastanawia się, gdzie jest 

ojciec dziecka. „Nie przyjdzie", chciała powiedzieć, „bo brzydzi się 

małżeństwem i dziećmi", lecz uznała, że to nie miejsce i nie czas na zwierzenia. 

Uśmiechnęła się tylko uprzejmie i wpatrzyła w ołtarz. 

Jej ukochana przyjaciółka szkolna, z którą dzieliła pokój w internacie, 

Savannah Hamilton, miała stanąć na ślubnym kobiercu razem z szaleńczo 

przystojnym i bogatym Harrisonem Coltonem. Ślub cywilny odbył się dwa 

tygodnie wcześniej w Reno, a dzisiejsza uroczystość miała charakter ściśle 

prywatny, z udziałem jedynie rodziny i najbliższych przyjaciół. Chociaż 

Elizabeth cieszyła się szczęściem przyjaciółki, do samej instytucji małżeństwa 

odnosiła się z rezerwą. 

background image

Przysięga, nawet złożona dwukrotnie, nie jest gwarancją szczęścia, 

myślała. Z drugiej strony to, że jej małżeństwo skończyło się fiaskiem, nie 

oznacza, że małżeństwo Savannah również nie będzie udane. Elizabeth skarciła 

się w duchu za te ponure myśli w tak radosnej chwili. Do końca życia ma czas 

lizać rany, a dziś przyszła się cieszyć. 

Tymczasem mistrz ceremonii wprowadził matkę i babkę Harry'ego i 

usadził je w pierwszej ławce. Następnie pan młody w towarzystwie brata i 

drużbów podszedł do ołtarza i stanął zwrócony twarzą do tłumu gości. Mała 

dziewczynka, sypiąc kwiatki, przeszła przez nawę, zręcznie manewrując między 

gośćmi. Za nią szedł chłopczyk niosący na tacy obrączki, a za nim orszak 

druhen. Gdyby Elizabeth nie była w ciąży, szłaby teraz ubrana w piękną 

ciemnofioletową suknię razem z nimi. 

Muzyka ucichła. Zebrani wstrzymali oddech. Nagle oz-wały się organy 

zapowiadające wejście panny młodej. Teraz wszyscy wstali na powitanie 

Savannah prowadzonej do ślubu przez wuja. Gdy od ołtarza zabrzmiały 

odwieczne słowa: „Najmilsi, zebraliśmy się tutaj, aby połączyć świętym węzłem 

małżeńskim...", Elizabeth poczuła ucisk w gardle i łzy wzruszenia napłynęły jej 

do oczu. 

A kiedy spostrzegła, jakim wzrokiem Harrison spojrzał na narzeczoną, 

wzruszyła się jeszcze bardziej. Zbyt późno spostrzegła, że zapomniała 

chusteczek. W panice zaczęła szukać czegoś, w co mogłaby wytrzeć nos. Już 

miała sięgnąć po leżący przed nią program uroczystości, kiedy starsza pani 

podała jej swą koronkową chusteczkę. Elizabeth posłała jej wdzięczne 

spojrzenie i zaczęła łkać jak dziecko. 

Hormony. No bo cóż innego, tłumaczyła sobie w duchu. Przecież z natury 

nie jest sentymentalna. Całą siłą woli starała się opanować, lecz bezskutecznie. 

Kiedy toczyła ze sobą wewnętrzną walkę, drużba pana młodego 

spostrzegł ją i uśmiechnął się. Odpowiedziała mu słabym uśmiechem przez łzy, 

a on mrugnął do niej konfidencjonalnie. W ułamku sekundy nawiązało się 

background image

między nimi porozumienie, duchowa więź, mimo że się prawie nie znali. Skinął 

nieznacznie głową, a Elizabeth pomyślała, że nadal prowadzą rozmowę bez 

słów o kruchej istocie miłości i nowym początku. W owej chwili byli po prostu 

parą ludzi najżyczliwiej nastawionych do bliźnich i do całego świata. 

Boże, jaki on jest przystojny, pomyślała. 

Jason Colton. Tyle o nim wiedziała. Brat pana młodego. 

         Elizabeth spotkała go kiedyś w przelocie, lecz Savannah wielokrotnie w 

samych superlatywach rozwodziła się na temat przyszłego szwagra, opowiadała 

o jego prawym charakterze i dobrym sercu. Rzeczywiście robi bardzo 

sympatyczne wrażenie, pomyślała, starając się zwalczyć nowy atak szlochu. 

Pociągnęła nosem i próbowała otrzeć oczy koronkową chusteczką bardziej 

przeznaczoną do ozdoby niż do praktycznych celów. 

Ze swojego miejsca w drugim rzędzie mogła dostrzec, że Jason Colton też 

był wzruszony. Jego wzrok, kiedy patrzył na Savannah i brata, był pełen 

miłości. 

A może tęsknoty i najskrytszych pragnień? 

Elizabeth oczu nie mogła od niego oderwać. Savannah lubiła mawiać o 

przyszłym szwagrze, że należy do tej rzadkiej kategorii ludzi, którzy mają tak 

samo piękny charakter, jak aparycję. Wyznała też Elizabeth, że nie jest z nikim 

związany, i była zdziwiona, że do tej pory żadna kobieta go nie usidliła. 

Elizabeth westchnęła. Jason ładnie wyglądał przy ołtarzu. Szkoda, że 

cztery lata temu nie wyszła za niego zamiast za Mike'a Sonderlanda, który miał 

wyłącznie prezencję, a nie miał wnętrza. Nie, nie... przecież to niemądre, 

upomniała się w myślach. Co za głupoty marzyć o Jasonie. Czyżby zapomniała 

o mrocznej historii dzielącej jej rodzinę od Coltonów? 

Zanim Elizabeth otrząsnęła się ze swoich myśli, Savannah i Harrison 

zostali zaślubieni. Szli teraz środkiem nawy ku nowemu wspólnemu życiu. Za 

nimi kroczyli drużba pana młodego ze starościną wesela. Mijając ławkę, w 

background image

której siedziała Elizabeth, Jason odwrócił głowę i wyraźnie uśmiechnął się do 

niej. Elizabeth poczuła, że się rumieni. 

Kiedy chciała zwrócić wilgotną chusteczkę swojej uczynnej sąsiadce z ławki, 

starsza dama poklepała ja po ramieniu i powiedziała: 

- Zatrzymaj ją, moje dziecko. Czuję, że będzie ci jeszcze potrzebna. 

Elizabeth podziękowała. Postanowiła, że nie będzie się teraz zastanawiać, 

czy w tych słowach nie kryje się jakiś znaczący podtekst. 

W kruchcie kościoła goście już zdążyli ustawić się w długiej kolejce do 

składania życzeń, zanim Elizabeth niesiona tłumem tam dotarła. Stanęła na 

końcu i cierpliwie czekała. 

- Elizabeth! - zawołała Savannah, gdy spostrzegła przyjaciółkę. - Tak się 

cieszę, że mogłaś tu być, dzielić moje szczęście. 

- Nic na świecie nie powstrzymałoby mnie od przyjścia. Tak się cieszę. 

Piękny ślub. 

- Prawda? Wciąż nie wierzę, że udało się nam wszystko zorganizować w 

dwa tygodnie. Ale cieszę się, że mamy to już za sobą! - dodała Savannah ze 

śmiechem, a jej nowo poślubiony mąż objął Elizabeth. 

- Jak się masz, ślicznotko! - powitał ją. 

- Zawsze wiesz, co powiedzieć kobiecie - wtrąciła Savannah. - Ale 

uważaj... - dodała niby serio i lekko poklepała go po policzku. 

- Smutne, ale prawdziwe. - Harrison mrugnął do żony. - Teraz Savannah jest 

moją lepszą połową, ale nie podoba mi się, że taka kobieta jak ty jest bez 

przydziału. A może pewnego pięknego dnia zostaniesz moją bratową? - 

zażartował i kciukiem wskazał Jasona, którego właśnie pocałowała sąsiadka 

Elizabeth z ławki, zostawiając mu na policzku ślad szminki. - Moj brat jest do 

wzięcia. I uwielbia dzieci. Prawda, braciszku? 

- Oraz ich mamy - wtrącił szarmancko Jason. 

- Cóż, jedno z drugim się wiąże. - Elizabeth starała się dostosować do 

lekkiego tonu rozmowy, ale czuła się skrępowana. Flirtowanie z młodymi 

background image

nieżonatymi mężczyznami nie leżało w jej charakterze. A szczególnie teraz, 

kiedy była w błogosławionym stanie. 

- Chyba jeszcze nie zostaliśmy sobie oficjalnie przedstawieni - rzekł 

Jason, biorąc Elizabeth za rękę. - Ja jestem starszym bratem Harrisona, a pani 

przyjaciółką ze szkolnych lat mojej drogiej bratowej, prawda? 

- Tak. Elizabeth Sonderland. Wiele o panu słyszałam. 

- Mam nadzieję, że same superlatywy, ale niech pani w to wszystko nie 

wierzy - powiedział Jason i uśmiechnął się czarująco. 

Cały czas trzymał jej dłoń i nie miał zamiaru puścić. W innej sytuacji 

Elizabeth poczułaby się zażenowana, ale nie teraz. Przecież nie ma w tym nic 

osobistego, pomyślała, tylko uprzejmość wobec przyjaciółki Savannah. Uścisk 

dłoni tego mężczyzny, takiej ciepłej i takiej silnej, tchnął w nią otuchę. I dodał 

pewności siebie. 

Chciała zapamiętać tę chwilę na zawsze. To był jeden z tych momentów, 

kiedy wszystko wydaje się takie harmonijne. Czarodziejskie. Promienie 

popołudniowego słońca wpadające przez wysoko umieszczone okno oświetlały 

wszystko złotą poświatą, a delikatne dźwięki harfy wibrowały w powietrzu. Na 

zewnątrz ćwierkały ptaki, a dookoła ludzie uśmiechali się do siebie i ściskali z 

radości. 

           - Kiedy termin? - Pytanie Jasona wyrwało ją z zadumy. 

- Pod koniec lipca. 

- Świetnie pani wygląda. 

- Dziękuję. 

- Kto jest pani lekarzem prowadzącym? 

- Doktor Mhan. 

- Znakomity specjalista. 

- Pan go zna? 

- Odbywaliśmy razem staż w szpitalu tutaj, w Prosperino jakieś pięć łat 

temu. 

background image

- Pan też jest położnikiem? - spytała Elizabeth. Nie chciałaby go spotkać 

podczas następnej wizyty kontrolnej. 

- Nie, jestem lekarzem rodzinnym. Ale podczas praktyki asystowałem 

przy porodach. 

- Tak? 

- Uhm. Uważam te przeżycia za najszczęśliwsze chwile w życiu. Prawie 

takie jak dzisiejszy dzień. - Jego uśmiech był taki naturalny, taki ujmujący, taki 

uwodzicielski, że całkiem serio pomyślała, że spotkanie z nią też uważa za 

szczęśliwy moment swojego życia. - Jak się pani czuje? 

- Znakomicie. Wiem, że dużo kobiet nie znosi tego stanu, ale przyznam 

się, że nigdy nie czułam się lepiej. 

- Czyli należy pani do grona tych, którym się szczęści. 

- Chyba tak. 

- Zażywa pani dużo ruchu? 

- Chodzę na wodny aerobik i z grupką towarzyszek niedoli pluskamy się w 

basenie. Udajemy, że ćwiczymy. -Spojrzała na Jasona pytająco. - Uważa pan, że 

jestem za gruba? - zaniepokoiła się. Poczuła wyrzuty sumienia, że na śniadanie 

zjadła kawałek ciasta czekoladowego z orzechami. 

- Nie, nie. Wygląda pani wspaniale. Po prostu byłem ciekawy, jak pani to 

robi. 

          - Przepraszam, że przerywam ci konsultacje z pacjentką- wtrącił Harrison            

- ale jest tutaj kilka osób aż z Europy, które chciałyby zamierać z tobą słówko na 

powitanie. 

Elizabeth posmutniała.... Czas odejść. Z żalem, prawdziwym albo 

udawanym, Jason puścił jej rękę. 

- Proszę na siebie uważać - powiedział miękko i ciepło. 

- Dobrze - obiecała tonem równie ciepłym. - Dziękuję i do zobaczenia - 

dodała już odrobinę bardziej oficjalnie. 

background image

           - Jason! Podejdź, chłopcze! Nie każ mi dłużej czekać! - rozległ się teraz 

stentorowy głos. - Niech cię uściskam. 

- Babcia Sybil! - wykrzyknął ucieszony Jason. 

- No to kiedy, synku, pójdziesz w ślady brata? - obcesowo dopytywała się 

starsza pani. - Nie każ mi czekać zbyt długo. Miej wzgląd na mój wiek - 

żartowała. 

Jason zrobił minę męczennika i spojrzał porozumiewawczo na Elizabeth. 

Ona zaś odpowiedziała mu uśmiechem i podeszła do kuzynki Savannah, 

Brendy, która została druhną zamiast niej. 

Kiedy wszyscy już mieli okazję wyściskać państwa młodych, poproszono 

gości o przejście do ogrodu położonego na tyłach kościoła, gdzie przygotowano 

weselny poczęstunek. W ogromnym białym namiocie ustawiono bufet, a wśród 

drzew, fontann i posągów porozmieszczano stoły. Orkiestra grała walca, 

czekając, aż młoda para tradycyjnie zatańczy pierwszy taniec. 

           Przyciskając chusteczkę do oczu, Elizabeth przyglądała się przyjaciółce, 

która w objęciach męża wirowała po kamiennym parkiecie. Gdy ojciec 

Savannah poprosił córkę do tańca, Harrison zwrócił się do swojej matki, a po 

chwili dołączył do tańczących pierwszy drużba ze starościną wesela. 

Jakie to uczucie, zastanawiała się Elizabeth, tańczyć w ramionach Jasona? 

Może podobne do unoszenia się na wodzie? Spojrzała z żalem na swój wydatny 

brzuch. Nie, lepiej nie. Chyba jednak poszuka jakiegoś miejsca, gdzie mogłaby 

usiąść. Od rana dokuczała jej kolka i trochę się tym niepokoiła. 

Nagle poczuła głód, skierowała się więc w stronę bufetu. Kiedy nie wiesz, 

co zrobić, podjedz sobie, stało się ostatnio jej życiową maksymą. Napełniła więc 

talerz rozmaitymi smakołykami i usiadła przy stole wśród około tuzina 

Coltonów w różnym wieku, przybyłych, jak się okazało, ze wszystkich 

zakątków świata. 

background image

Jedząc, cały czas kątem oka śledziła Jasona i zauważyła, że on też szukał 

jej wzrokiem. Pewnie z lekarskiego obowiązku, tłumaczyła sobie, niemniej 

sprawiało jej to przyjemność. 

Pierwszy drużba był dosłownie rozrywany. Kobiety ustawiały się niemal 

w kolejce, by z nimi zatańczył, on jednak nad wszystkie młode i piękne panny 

wolał swoją kruchą babkę Sybil. Savannah ma rację, pomyślała Elizabeth, on 

naprawdę jest bardzo miły. Po skończonym tańcu Jason odprowadził starszą 

damę na miejsce, nie wrócił jednak na parkiet. W pierwszej chwili Elizabeth 

sądziła, że kieruje się do bufetu za jej plecami, lecz nagłe spostrzegła, że idzie 

prosto do niej. Ale po co? 

            - Czy miałaby pani ochotę zatańczyć? - spytał. Co? Oczywiście! Zaraz, 

zaraz... 

Tańczyć? Tutaj? W jej stanie? Spojrzała na swoją granatową ciążową 

sukienkę z plamą z majonezu na przodzie. 

Orkiestra zaczęła grać. Musi mu coś odpowiedzieć. Mobilizując całą 

odwagę, podniosła głowę i napotkała spojrzenie najpiękniejszych brązowych 

oczu na świecie. 

- Z przyjemnością - usłyszała własny głos. 

Lekko i swobodnie prowadził ją po parkiecie, a Elizabeth zrozumiała, 

dlaczego w jego ramionach krucha Sybil z aparatem słuchowym odmłodniała o 

sześćdziesiąt lat. 

- Czy zawsze tańczysz z kobietami podpierającymi ściany? - spytała, 

rezygnując ze zwracania się do niego oficjalnie. 

- Nie, ale zawsze tańczę ze wszystkimi interesującymi kobietami. 

- Jestem interesująca? 

- A nie jesteś? - Jason chętnie podchwycił okazję przejścia na „ty". 

- Savannah miała rację... - W ostatnich miesiącach Elizabeth nabrała 

wprawy w takich słownych unikach. 

- Tak? Co mówiła? 

background image

- Że masz dobre serce. 

- To dobrze, że nie widziała jeszcze limuzyny. 

- A co zrobiłeś? 

- Nic specjalnego. Trochę pasty do butów i kremu do golenia. Kilka 

puszek, trochę serpentyn. Nadmuchiwane nagie lalki, na lusterkach usta 

namalowane szminką, na antenie koronkowa bielizna... - wyliczał Jason. - No 

wiesz, to wszystko, co zwykle przy takich okazjach. 

           - Nagie lalki należą do kompletu przy takich okazjach? - zdziwiła się 

Elizabeth. 

- Biorę odwet za te wszystkie okazje, kiedy jako dzieciak braciszek dawał 

mi w kość. 

- Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę jego minę. 

- Już niedługo. Za dwie godziny mają samolot, więc zaraz będzie rzucanie 

bukietu i podwiązki i całe huczne pożegnanie. 

Elizabeth śmiała się jak za dawnych beztroskich czasów, kiedy jeszcze z 

nadzieją patrzyła w przyszłość. Przy Jasonie zapomniała o nieudanym 

małżeństwie zakończonym rozwodem i o ciąży. Przy nim na nowo nabrała 

ochoty do życia. 

Ostry ból w żołądku był nie do zniesienia. Stojąc u szczytu schodów 

prowadzących z kościoła na ulicę, zgięta wpół, gorączkowo rozglądała się za 

jakimś miejscem, na którym mogłaby przysiąść. Ten ból niepokoił ją. Zbyt 

wcześnie. Chciała krzyknąć, ale głos uwiązł jej w gardle. 

Savannah i Harrison stali tuż przy masywnych ogromnych drzwiach 

świątyni. U stóp schodów zebrały się panny w oczekiwaniu na moment rzucenia 

bukietu. Wśród pisku i krzyku wiązankę chwyciła młodziutka dziewczynka, 

zbyt młoda na randki, a co dopiero na małżeństwo. Obrzucani deszczem ryżu 

państwo młodzi wsiedli do udekorowanej limuzyny i odjechali. 

Ukryta za machającymi na pożegnanie gośćmi Elizabeth stała, trzymając 

się balustrady schodów. Czując nowy atak bólu, osunęła się na kolana. 

background image

Dziecko, pomyślała. Stracę je. 

Łzy przerażenia napłynęły jej do oczu. Gorączkowo zaczęła szukać w 

kieszeni pożyczonej chusteczki. 

- Elizabeth? 

Uspokajający głos Jasona docierał do niej jakby z oddali. 

- Elizabeth? Nic ci nie jest? 

- Dziecko - załkała i uczepiła się jego ręki. - Boję się, że stracę dziecko. 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Ignorując ciekawskie spojrzenia przyjaciół i rodziny, Jason wziął 

Elizabeth na ręce, stopą otworzył ciężkie mahoniowe drzwi i wniósł ją do 

kościoła. Oparła głowę na jego ramieniu, jej jedwabiste brązowe włosy muskały 

mu szyję i policzek. W nozdrzach poczuł zapach wiosennych kwiatów. Cały 

czas cicho pojękiwała i nie był pewny, czy z bólu, czy ze strachu. A może z obu 

tych powodów? 

Bardzo ostrożnie posadził ją na jednej z najbliżej stojących ławek i sam 

usiadł obok. Otoczył ją ramieniem, a drugą ręką ujął jej przegub i sprawdził 

puls. Oprócz nich i kilkorga dzieci, z chichotem bawiących się w berka w kruch-

cie, w kościele nie było nikogo. 

- Gdzie jest twój mąż? - Jason starał się mówić opanowanym głosem, 

chociaż był bardzo zdenerwowany. W tej kobiecie było coś wyjątkowego. 

Bezbronność, którą bez powodzenia starała się ukryć, budziła w nim uczucia 

opiekuńcze. 

- Odszedł w siną dal. 

- Aha. 

          Teraz zrozumiał, dlaczego Savannah i Harrison dowcipkowali, że zostanie 

ich bratową i szwagierką. Sądził wtedy, że to tylko niewinny żart, by 

rozładować atmosferę i aby wszyscy lepiej się poznali, więc starał się 

dostosować do sytuacji. Lecz teraz okazuje się, że naprawdę jest sama z 

background image

dzieckiem. Przyjrzał się jej dłoni i zauważył brak obrączki. Zacisnął zęby, 

tłumiąc ogarniający go gniew. 

Starał się teraz skoncentrować uwagę na sekundniku, mierząc puls 

Elizabeth. Mocny. Odrobinę przyspieszony. Opuszkami palców dotknął jej 

czoła, wierzchem dłoni policzków. 

- Nie chciał dzieci. - Elizabeth uniosła słabą dłoń do ust, dzielnie walcząc 

z łzami. - A teraz pewnie spełni się jego życzenie. 

- Niekoniecznie. Spróbuj się odprężyć. 

- Nie mogę - westchnęła. - Strasznie się boję, że stracę dziecko. 

- Wiem. - Zdawał sobie sprawę, że Elizabeth jest świadoma komplikacji 

związanych z urodzeniem wcześniaka. -Gdzie czujesz bóle? 

- Tu. - Przyłożyła dłoń do boku. - I tu. 

- Ostre czy tępe? - Badał teraz jej brzuch, starając się określić ułożenie 

płodu. 

- Ostre. Nie tyle skurcze, ale bardziej... Takie rozdzierające,, nie wiem, 

jak to określić. 

- Tu? 

- Tak. 

- Uhm. - Dotknął miejsca, które mu pokazała. Ucisnął. 

- Boli? 

- Nie bardzo. 

- Uhm. 

- To źle? - zaniepokoiła się. 

- Po prostu „uhm". Bez żadnych fachowych podtekstów. Czujesz 

mdłości? 

- Nie. 

- Uhm. Jest ci słabo? 

- Teraz już nie. 

- Czy przyjmujesz jakieś leki? 

background image

- Tylko witaminy dla kobiet w ciąży. 

- Miałaś plamienia albo krwawienia? 

- Chyba nie - odpowiedziała, blednąc. 

- To świetnie. Gdzie twoja torebka? 

- Torebka? - Elizabeth rozejrzała się wokół siebie. -Chyba została na 

schodach. 

- Zaczekaj tu. Znajdę torebkę, a potem podjadę samochodem i będziemy 

mogli się zbierać. 

- Dokąd? 

- Do szpitala. 

- Do szpitala? - W oczach Elizabeth pojawiło się przerażenie. - Ale z 

dzieckiem wszystko będzie dobrze, prawda? - niepokoiła się. 

Jason ujął jej szczupłą dłoń i z trudem przybierając pełen pewności 

zawodowy ton lekarza, kiwnął potakująco głową. 

- Ostrożności nigdy za wiele. Chcemy przecież, żeby maleństwo jeszcze 

przez jakiś czas pomieszkało tam, gdzie teraz, prawda? Spróbuj się nie 

denerwować. Będziesz w dobrych rękach. Istnieje duża szansa, że dziecku nic 

nie jest. 

- Dobrze. - Wsparła się na jego ramieniu i kiwnęła potakująco głową. 

Przez łzy spojrzała na rozświetloną promieniami słońca postać Jezusa w oknie 

witrażowym umieszczonym wysoko nad głównym ołtarzem i szepnęła: - Oby 

dobry Bóg usłyszał twoje słowa. 

- Co powiedzieli? 

Na widok Jasona wchodzącego do szpitalnego pokoju z jej kartą w ręce, 

Elizabeth podciągnęła się na łokciach i usiadła. Starała się ukrywać niepokój, 

lecz przychodziło jej to z coraz większym trudem. W ciągu niecałej godziny, 

jaka minęła od chwili przyjazdu do szpitala w Pro-sperino, zbadał ją chyba cały 

personel oddziału patologii ciąży. 

background image

Mocny jednostajny sygnał dochodzący z monitora płodowego był 

jedynym kojącym dźwiękiem towarzyszącym jej w oczekiwaniu na kogoś, kto 

poda jej wyniki wszystkich badań i konsultacji. 

Jason pewnym krokiem podszedł do łóżka. Miał szerokie ramiona i tors i 

wydawał się Elizabeth opoką. Zdjął smoking i podwinął rękawy eleganckiej 

koszuli. Pod cienką tkaniną wyraźnie rysowały się mocne mięśnie. 

- Doktor Mhan chciałby zatrzymać cię tu na noc. 

- Dlaczego? - Przestraszona zacisnęła dłonie na krawędziach łóżka. 

- Dla większej pewności. To wszystko. - Postukał palcem w kartę i 

uśmiechnął się. - Jego zdaniem w tej chwili nic nie wskazuje na to, że to 

poronienie. 

- Bogu dzięki! - wykrzyknęła Elizabeth i z uczuciem ulgi opadła na 

poduszki. - To wspaniała nowina! 

Jason delikatnie przesunął jej nogi i przysiadł na brzegu materaca. 

- Należy to uczcić. Może zamówię dużą porcję galaretki owocowej? - 

zaproponował. 

- Galaretki owocowej? - Mina jej zrzedła. - Myślałam raczej o 

hamburgerze z frytkami i koktajlu mlecznym. 

Jason wybuchnął głośnym śmiechem i nacisnął dzwonek wzywający 

pielęgniarkę. 

- Widzę, że naprawdę czujesz się lepiej. 

- Kamień spadł mi z serca. Co to właściwie było? 

- Cóż, zapewne Junior chciał zrobić sobie trochę więcej miejsca i 

rozpychał się silniej, niż byłaś na to przygotowana. Stąd bóle. A ponieważ to 

twoja pierwsza ciąża, mięśnie macicy masz jeszcze mało rozciągnięte. Jesteś 

drobnej budowy, a Junior należy do sporych. 

- Aha. - Elizabeth oparła łokcie na kolanach i z zagadkowym uśmiechem 

popatrzyła na Jasona. - Dlaczego nazywasz moje dziecko Juniorem? 

- Nie znasz płci dziecka? 

background image

- Więc to chłopiec? 

- A chciałabyś wiedzieć na pewno? Elizabeth westchnęła. 

- Chyba tak. Chociaż miałam nadzieję, że będzie dziewczynka. Wydawało 

mi się, że łatwiej jest wychować dziewczynkę bez ojca. Rozumiesz, co mam na 

myśli. 

Nie wiedziała, dlaczego chce mu się zwierzać ze swoich osobistych 

spraw. Czasami łatwiej jest rozmawiać z kimś obcym niż z bliską osobą. A 

szczególnie jeśli ten ktoś obcy jest lekarzem o tak rozumiejących oczach. 

- Tak. - Jason kiwnął głową. - Ale brak ojca może okazać się takim 

samym ciężkim brzemieniem dla dziewczynki. 

- To prawda. Sama bardzo ciężko to przeżywałam. 

- Przepraszam, nie wiedziałem. - Jason ujął jej dłoń i zajrzał w oczy. 

Elizabeth nagle ogarnął spokój. Miała dziwne wrażenie, że zna tego człowieka 

od zawsze. 

- Nic się nie stało. Ojciec zmarł wiele lat temu, kiedy byłam bardzo mała. 

- Pamiętasz go? 

- Trochę. Chociaż sądzę, że moje wspomnienia o nim przeplatają się z 

opowiadaniami matki. Według niej, ojciec był wcieleniem wszelkich cnót i 

podporą społeczności Pro-sperino. Niestety, po jego śmierci sytuacja naszej 

rodziny znacznie się pogorszyła. 

- To przykre. 

- Tak. Mama musiała podejmować dodatkowe prace, żeby mnie posłać do 

szkoły z internatem, tej, w której poznałam Savannah. Pamiętam, że zawsze 

bardzo się o nią martwiłam. - Nie chciałabym... - bezwiednie dotknęła brzucha - 

żeby moje dziecko miało podobne zmartwienia. 

- Podniosła wzrok na Jasona, a widząc jego współczującą minę, dodała: - 

Więc kiedy Mike, przyjaciel rodziny, oświadczył mi się, mama była rada, że 

ktoś zdejmie odpowiedzialność za mnie z jej barków. Ja nie byłam szaleńczo 

background image

zakochana w Mike'u, ale mama tak się cieszyła, że jako dobra córka zgodziłam 

się wyjść za mąż. 

- Wyszłaś za niego bardziej dla matki niż dla siebie? 

- Niestety. - Z głośnym westchnieniem Elizabeth opadła na poduszkę. - 

Ale nie mówmy już o mnie i moich głupich decyzjach. Nie wiem, dlaczego 

zanudzam cię swoimi sprawami. Zazwyczaj jestem bardziej powściągliwa. 

Słowo. 

- Mnie to twoje nudzenie wcale nie nudzi - zaprotestował Jason, a w jego 

oczach zabłysły figlarne iskierki. 

- Wiesz - uśmiechnął się i poklepał ją po dłoni - chłopcy może nie są tak 

wdzięcznym obiektem do strojenia, ale potrafią sprawić wiele radości. 

Na widok jego przekornego uśmiechu Elizabeth ogarnęła radość. Jaka 

szkoda, że z Mikiem nigdy nie rozmawiali w tak beztroski sposób. Mike zawsze 

był taki sztywny i opanowany. Zawsze, to znaczy wtedy, kiedy był w domu. 

- Wobec tego - powiedziała - rozumiem, że to będzie chłopiec. 

Przytaknął skinieniem głowy. 

- USG pokazuje, że jest duży i zdrowy. Wiadomo, że takie badania 

bywają omylne, niemniej na twoim miejscu nie malowałbym pokoju 

dziecinnego na różowo. W każdym razie Junior jeszcze przez jakiś czas musi 

pomieszkać w maminym brzuszku. 

- Sądzisz, że zechce? 

- Wszystko wskazuje na to, że wrócisz tu dopiero za trzy miesiące. 

- To wspaniale. 

- Tak. A teraz powiedz, do kogo chciałabyś, żebym zadzwonił? 

Zawiadomił, gdzie jesteś i czego ci potrzeba. 

Elizabeth wydęła wargi i zaczęła się zastanawiać. 

- Na pewno jest ktoś... Zaraz, zaraz... Chwileczkę... Niech tylko 

pomyślę... Rodzice Mike'a oczywiście nie wchodzą w rachubę. Ojciec zostawił 

ich, kiedy Mike był malutki. 

background image

- Niedaleko pada jabłko od jabłoni - mruknął Jason. 

- Jego matka mieszka na Florydzie i jest zbyt zajęta swoimi znajomymi ż 

wielkiego świata, żeby zawracać jej głowę. A poza tym wcale się nie cieszy, że 

zostanie babcią. 

- Rozumiem, że Mike tym bardziej nie wchodzi w rachubę? - upewnił się 

Jason. 

          - Absolutnie nie. Rozwiedliśmy się dwa miesiące temu i on zrzekł się 

praw rodzicielskich. Jasno postawił sprawę, że już nigdy nie chce mieć z nami 

do czynienia. 

Gdy Jason potrząsnął z niedowierzaniem głową, Elizabeth uśmiechnęła 

się z rezygnacją. 

- No cóż, nawet nie ma go w Kalifornii. Słyszałam, że wyjechał do 

Europy i szuka miłości we wszystkich najbardziej nieodpowiednich miejscach, 

jakie tam można znaleźć. 

- A twoja rodzina? - zasugerował. 

- Matka mieszka obecnie na Alasce z moją siostrą i szwagrem. Prowadzą 

tam naprawdę przyjemny pensjonat dla wędkarzy. Zadzwoniłabym do nich, ale 

nie chcę ich niepotrzebnie niepokoić, przecież z takiej odległości nic nie mogą 

dla mnie zrobić. Poza tym planują przyjazd w lipcu, żeby mi pomóc, a to będzie 

ich sporo kosztowało, zważywszy, że lipiec to pełnia sezonu. 

- Przyjaciele? 

- Dwójka moich najlepszych przyjaciół bierze udział w rejsie dla 

samotnych do Meksyku, więc odpadają. Mam naprawdę miłą sąsiadkę, ale ona 

ma trójkę dzieci i nieduży samochód. Savannah jest zajęta... 

Jason uniósł brwi i spojrzał na nią porozumiewawczo. 

- Ale wiesz, że ona należy do tych osób, które rzucą wszystko i 

przybiegną, jeśli tylko dowiedzą się, że masz kłopoty - powiedział i sięgnął do 

telefonu. 

Elizabeth klepnęła go w rękę. 

background image

- Nie waż się dzwonić do nich w noc poślubną! 

Z udawanym rozczarowaniem Jason odłożył słuchawkę na widełki. 

_ Zepsułaś mi całą zabawę. 

- Uważam, że już i tak dobrze sobie na nich użyłeś. 

- Nie przesadzaj. Widziałem, że się śmiałaś, kiedy wznosiłem toast za 

państwa młodych. 

- Tak. Przyznaję, że wyliczanie dawnych miłości Harrisona było zabawne. 

Szczególnie ta historyjka o dziewczynie, która pozowała do reklamy ciasteczek 

w kształcie goryli. Część tego wszystkiego musiałeś zmyślić... 

- Dziewięćdziesiąt procent. Harrison lubił zaszaleć, ale nie aż do tego 

stopnia. Pewnie mnie zabije, kiedy wrócą. 

Miła młoda pielęgniarka weszła do pokoju, właśnie kiedy kończył to 

zdanie. 

- Dobry wieczór, doktorze. - Uśmiechając się ciepło, podeszła do łóżka. - 

Pan mnie wzywał? - spytała i położyła rękę na ramieniu Jasona. 

Elizabeth zaczęła się zastanawiać, jak blisko się znają, ale natychmiast 

zawstydziła się tych myśli. 

- Tak, Sherry. Nasza pacjentka ma ochotę na obiad. Obawiam się jednak, 

że nie wyczarujesz hamburgera i frytek? 

- Ach, to dobry znak - ucieszyła się pielęgniarka. - Ale - spojrzała na 

zegarek - nie sadzę, żeby o tej porze w barku chcieli smażyć hamburgery. A 

może kanapka klubowa z indykiem? 

- Z frytkami i koktajlem mlecznym? 

- Dla pana doktora wszystko. - Poklepała i pogładziła Jasona po ramieniu, 

po czym zniknęła. 

- Sherry jest żoną onkologa z kliniki po drugiej stronie ulicy. Znakomity 

golfista. Przynajmniej raz w miesiącu staramy się pograć. 

Elizabeth odetchnęła z ulgą, ale nie dała tego po sobie poznać. 

- Grasz w golfa? 

background image

- Nałogowo. 

- Ja też! Ale jestem beznadziejna. 

- Wyobrażam sobie, że Junior nie pozwala ci się dobrze zamachnąć. 

- Tak. To znaczy nie. Zawsze byłam beznadziejna. Ale uwielbiam grać! 

Kiedy tylko mogę, gram z koleżankami. One wszystkie grają marnie, ale mnie 

to nie przeszkadza. 

- Któregoś dnia będziemy musieli się wybrać razem. Przyjrzę się twojemu 

zamachowi. 

- Cała przyjemność po mojej stronie - zgodziła się z entuzjazmem i 

natychmiast uświadomiła sobie, że przystała na randkę z najprzystojniejszym 

lekarzem w mieście. Przecież to absurd. Nie może pójść grać z nim w golfa. Za 

kilka miesięcy będzie miała dziecko, będzie się borykać z pieluchami i 

wszelkimi kłopotami, z jakimi borykają się wszyscy rodzice samotnie 

wychowujący potomstwo. On wcale nie chciał się z nią umówić. Zaproponował, 

bo jest miły i to wszystko. 

Na szczęście rozmowa zeszła na inne sporty, potem na audycje sportowe 

w telewizji, potem na telewizję w ogóle, film, książki, bieżące wydarzenia, a 

jeszcze później, kiedy Sherry przyniosła kanapki, na restauracje. Gdy skończyli 

się posilać, Elizabeth została poddana kolejnej rundzie rutynowych badań. 

Zrobiło się późno. 

- Na pewno musisz już wracać do siebie - zauważyła, w duchu żywiąc 

nadzieję, że to nieprawda. 

Jason spojrzał na zegarek. 

         - Dopiero ósma - stwierdził. - Savannah głowę by mi urwała, gdybym o 

tak wczesnej porze zostawił ciebie i Juniora samych. Poza tym w domu czeka na 

mnie tylko lodówka pełna gotowych dań i stos papierów do przejrzenia. 

- Widzę, że prowadzisz życie podobne do mojego. 

background image

- Wszystko zależy od ciebie. Kiedy poczujesz się zmę-. czona, wyrzucisz 

mnie. Ale mogę zostać jeszcze jakiś czas i... i możemy zagrać w karty. Co ty na 

to? 

- Nigdy nie jestem zbyt zmęczona na grę w karty. -Była uszczęśliwiona. 

W towarzystwie Jasona zapomni o kłopotach. 

- To świetnie. - Wstał i podszedł do drzwi. - Wiem, że pielęgniarki 

zawsze mają w dyżurce kilka zapasowych talii. Możemy razem ułożyć pasjansa 

albo zagrać w coś innego. 

- A więc jesteś nauczycielką. 

- Aha, chociaż niekiedy czuję się bardziej wychowawczynią. 

- Które klasy uczysz? 

- Pierwszą gimnazjalną. 

- Masochistka. 

Elizabeth roześmiała się. Z dziewczęcym rumieńcem na policzkach 

wyglądała urzekająco. Jason nie przypominał sobie, kiedy ostatnio tak dobrze 

się czuł w towarzystwie kobiety. Jej eks-małżonek musiał być pierwszorzędnym 

idiotą, żeby porzucić taki klejnot. 

Cały wieczór grali w karty. Zaczęli od bezika i remika, a skończyli na 

pokerze. Trudno byłoby powiedzieć, kto wygrał, kto przegrał, bo gra była 

jedynie pretekstem do rozmowy. 

          Kiedy wydawało mu się, że Elizabeth nie widzi, Jason przyglądał się jej, 

podziwiając jej egzotyczną urodę. Miała duże oczy w kształcie migdałów, jasne, 

niemal szmaragdowe, i tak wyraziste jak upalny dzień na południowym 

Pacyfiku. Błyszczały i iskrzyły się słonecznym ciepłem, chociaż chwilami 

ciemniały, jak gdyby zasnuwały je burzowe chmury. Jej jedwabiste sięgające 

ramion włosy, proste, lekko tylko podwinięte na końcach, miały kolor tekowego 

drewna ze złotymi refleksami. Już wiedział, że były tak miękkie jak wyglądały, i 

pachniały świeżą łąką. Ukradkiem spojrzał na jej usta i szybko przeniósł wzrok 

na karty, które położyła na obrotowym szpitalnym stoliku nasuniętym na kolana. 

background image

Jej rozchylone wargi odsłaniały perłowobiałe zęby i Jason pomyślał, że jej 

uśmiech promienistością dorównuje słońcu. Elizabeth pociągała go tak silnie jak 

jeszcze żadna pacjentka, a w swojej karierze zawodowej spotkał wiele 

prawdziwych piękności. 

Elizabeth jednak była inna. 

Teraz podciągnęła się na łóżku, z ożywieniem opowiadając o swojej 

pracy. 

- Młodsze nastolatki to nie lada wyzwanie. Kocham moich uczniów i 

nienawidzę jednocześnie. 

Jason oparł się o tył łóżka, milczeniem zachęcając ją do mówienia. 

- Czasami doprowadzają mnie do rozpaczy. - Wzruszyła ramionami. - A 

czasami potrafią być tacy zabawni. Dziewczyny mają umalowane usta i wąsy z 

mleka na górnej wardze. 

- To dopiero musi być widok. Roześmiała się zaraźliwie. 

          - Wszystkie bardzo interesują się moim stanem i uwielbiają częstować 

mnie straszliwymi historiami o porodach, które bez wątpienia usłyszały od 

swoich mam i cioć. 

- Nie bierz tych opowieści zbyt serio. Jesteś zdrowa, dziecko jest zdrowe, 

poród będzie dla ciebie cudownym przeżyciem. Ktoś bliski będzie ci 

towarzyszył? 

- A musi? 

- Nie zawadzi mieć przy sobie kogoś, kogo nie będziesz się wahała prosić 

o to czy tamto. 

- No tak - westchnęła i spojrzała w bok, jak gdyby temat ją krępował. - 

Chyba będę musiała ustąpić i zwrócić się do kogoś. Nie chcę prosić mamy, bo 

ona jest taka wrażliwa. Siostra z kolei ma na głowie pensjonat, a nie chciałabym 

fatygować Savannah. Jest tuż po ślubie i w ogóle. Nie wiem. Kolejna sprawa do 

przemyślenia. Kolejny kłopot. 

background image

- Jesteś zmęczona - wtrącił Jason i spojrzał na zegar. - I nic dziwnego. Ale 

czas nam prędko zleciał! Zrobiła się prawie północ. - Zebrał karty. - Możemy 

pograć później. Teraz jeszcze zmierzę ci ciśnienie i temperaturę i posłucham 

tętna dziecka. A potem, młoda damo, spać. Dobrze? 

- Dobrze - zgodziła się i stłumiła ziewnięcie. 

Jason sięgnął po aparat do mierzenia ciśnienia wiszący na ścianie koło 

łóżka, odsunął rękaw koszuli Elizabeth i owinął jej przedramię mankietem. 

Potem założył słuchawki. Kiedy kładł jej rękę na swoich kolanach i pompował 

mankiet, poczuła, że serce zabiło jej szybciej. Ciśnienie miała prawidłowe. 

Pielęgniarka zostawiła termometr cyfrowy, więc zmierzył jej temperaturę w 

uchu i odczyt wpisał do karty. 

            Potem posłuchał bicia serca dziecka i z zadowoleniem stwierdził, że 

tętno płodu wróciło do normy. Gdyby miał ponownie wybierać specjalizację, 

zdecydowałby się na położnictwo. Ciężarne kobiety emanowały szczególnym 

pięknem i nie było bardziej magicznej i szczęśliwszej chwili niż poród. 

- Wszystko znakomicie - oznajmił i zdjął słuchawki. 

- Cieszę się. - Elizabeth opadła na poduszki. To był wyczerpujący dzień. 

- A czujesz już skurcze macicy? 

- No wiesz... - Elizabeth ziewnęła szeroko i Jason zapragnął położyć się 

obok niej, objąć ją i przytulić do siebie i szeptać jej do ucha wszystkie te 

sekretne słówka, które są zbyt czułe, aby je wypowiedzieć na głos. 

Przyznawał się w duchu, że zapragnął przyspieszyć tempo i przeskoczyć 

kilka etapów znajomości. Chciałby dowiedzieć się o tej kobiecie wszystkiego. 

Teraz. Zaraz. 

- Słyszałam o nich - odezwała się po chwili, a jemu serce podskoczyło do 

gardła. - Wytłumacz mi, na czym to polega? 

Jason z powrotem przysiadł na brzegu łóżka i przybrał swą poważną minę 

doktora Coltona przystępującego do wykładu. 

background image

- A więc, u każdej kobiety wygląda to inaczej, ale ogólnie rzecz biorąc, 

jest to skurcz macicy promieniujący od pleców do mniej więcej tego miejsca, o 

tu. - Położył dłoń na brzuchu Elizabeth. - Skurcz obejmuje dziecko, a matka 

czuje, że jej brzuch na minutę lub dwie robi się twardy jak piłka do koszykówki. 

Potem następuje odprężenie. Można powiedzieć, że to trening przed wielkim 

wydarzeniem. Co prawda u ciebie jeszcze trochę za wcześnie na takie skurcze. 

Elizabeth przewróciła się na bok i spoglądając spod wpółprzymkniętych 

powiek na Jasona spytała: 

- Pamiętasz to wszystko ze studiów? 

- Po prostu interesuję się tym. Zawsze lubiłem dzieci - dodał i uśmiechnął 

się. - Oraz ich mamy. 

- Aha. - Jej uśmiech był tak ciepły i uwodzicielski jak światło poranka. - 

To... to bardzo miło z twojej strony. 

Otulił ją kołdrą, a ona ponownie stłumiła ziewnięcie. Rzęsy opadły na jej 

porcelanowe policzki, a jej oddech prawie natychmiast stał się głęboki i 

miarowy. 

- Odpocznij - szepnął, lecz go już nie usłyszała. 

Obudził ją ucisk mankietu ciśnieniomierza na przedramieniu. W 

półmroku rozpoznała pogodną twarz Sherry. 

- Nie chciałam cię budzić. - Głos Sherry był niski i przyjemny. - Jak się 

czujesz? - spytała, nie przerywając rutynowych czynności. Starannie wpisywała 

wyniki do karty. 

- Bardzo dobrze. Dziękuję - odparła Elizabeth. 

Rzeczywiście czuła się wyśmienicie. Samopoczucie psuła jej jedynie 

świadomość, że zasnęła przy księciu z bajki, który teraz na pewno jest już u 

siebie w domu i zapomniał o niej. Uczucie pustki w jej sercu pogłębiło się. 

- Nic dziwnego. Kiedy ma się przy sobie tak przystojnego anioła stróża, 

trudno czuć się źle - powiedziała Sherry i uśmiechnęła się znacząco. Ruchem 

głowy wskazała za siebie. 

background image

Elizabeth wyciągnęła szyję i spróbowała spojrzeć w tym samym kierunku 

co pielęgniarka. Na widok Jasona wyciągniętego w fotelu koło okna serce 

podskoczyło jej do gardła. 

Spał lekko pochrapując, jedna ręka zsunęła mu się z oparcia. Ktoś, 

prawdopodobnie sama Sherry, nakrył go w nocy pledem. 

O tej porze w szpitalu panowała jeszcze zupełna cisza. Tak głęboka, że 

przez dźwiękoszczelne okna słychać było ćwierkanie ptaków. Chłodne 

promienie poranka przesączały się przez szary świt i padały na twarz Jasona. Na 

jego podbródku ciemniał cień zarostu, a opadające na czoło włosy sprawiały, że 

wyglądał jeszcze bardziej pociągająco. Elizabeth pomyślała, że chciałaby 

oglądać taki widok każdego ranka. 

            - Jeszcze tu jest? - spytała z niedowierzaniem. Sherry najpierw skończyła 

wypełniać kartę, a dopiero potem odpowiedziała: 

- Spędził tu całą noc. 

- Noc? Która jest teraz godzina? 

- Dochodzi piąta. Za półtorej godziny kończę dyżur. -Teraz pielęgniarka 

włożyła słuchawki i osłuchiwała brzuch Elizabeth. - Starałam się go przekonać, 

że nie zapomnę o tobie - ciągnęła - ale nie ustępował. Bał się, że bratowa go 

zamorduje, jeśli nie będzie się tobą dobrze opiekował. -Sherry zaśmiała się. - 

Wydaje mi się, że bardzo przejmuje się rolą szwagra. 

- Savannah ma o nim bardzo wysokie mniemanie. 

- Jak każdy. 

- Nie rozumiem, dlaczego do tej pory się nie ożenił. Sherry zdjęła 

słuchawki i zaczęła wypełniać kolejną rubrykę w karcie. 

- Miał narzeczoną - rzuciła jakby mimochodem. 

- I co się stało? 

Pielęgniarka obejrzała się przez ramię. 

- Chyba nie będzie się gniewał, jeśli ci powiem. To nie tajemnica, 

wszyscy naokoło wiedzą, że... - Urwała i znowu pochyliła się nad kartą. Pisała z 

background image

takim zapałem, że Elizabeth bała się, że nie dokończy zdania. - Wszystko w 

normie, to wspaniale - oświadczyła. - Będziesz musiała przez kilka dni uważać 

na siebie i obserwować wszystkie nietypowe bóle. Żadnego dźwigania, żadnych 

forsownych ćwiczeń, żadnego kick boxingu i tych rzeczy, rozumiesz, co mam 

na myśli... - zażartowała z uśmiechem. 

Elizabeth odpowiedziała również uśmiechem, wolałaby jednak, żeby 

Sherry nie zbaczała z tematu. 

- Jeśli będziesz miała jakieś pytania, nie krępuj się, tylko dzwoń. 

Elizabeth kiwnęła głową. Dobrze, dobrze, dobrze. 

- Wiem, że doktor Colton nie miałby nic przeciwko temu, żebyś w takich 

chwilach zadzwoniła do niego. Uwielbia dzieci. To dlatego jego małżeństwo nie 

doszło do skutku. 

No, nareszcie wróciła do tematu. 

- Naprawdę? - Elizabeth starała się, żeby pytanie zabrzmiało w miarę 

naturalnie. Była wdzięczna, że w tym świetle nie widać było rumieńców na jej 

policzkach. 

- Tak. - Sherry zniżyła głos. - Mimo tak absorbującej pracy, świetnego 

rodowodu i zabójczego wyglądu, Jason to w głębi serca człowiek bardzo 

rodzinny. 

- Wydaje się mocno przywiązany do brata. 

          - To prawda. Coltonowie zawsze trzymają się razem. - Sherry oparła się o 

tył łóżka, szykując się do dłuższej opowieści. - W zeszłym roku zakochał się w 

pielęgniarce z kardiologii. Nazywała się Angelica Maldonado. Angie udawała 

przed nim, że tak samo jak on pragnie mieć dzieci. Ale na kilka dni przed 

ślubem rozpętało się istne piekło, kiedy odkrył, że narzeczona wcale nie ma 

zamiaru psuć sobie figury ciążami i chce się za niego wydać tylko po to, żeby 

dorwać się do jego pieniędzy. 

- Ależ to okropne! - wykrzyknęła Elizabeth oburzona. 

background image

- Och, co tu się działo! Zaproszenia, suknie, wszystko. Wczorajsza 

uroczystość musiała być dla niego ciężkim przeżyciem. 

- Uhm - przytaknęła Elizabeth. Nie tylko dla niego, pomyślała, dla mnie 

też. Nic dziwnego, że perspektywa powrotu do domu pełnego przykrych 

wspomnień nie pociągała go. Wolał spędzić wieczór, grając w karty z ciężarną 

kobietą. Czy było bezpieczniejsze zajęcie? 

- Taak. - Sherry wstała, podeszła do Jasona, poprawiła koc. Uśmiechnęła 

się, kiedy zachrapał i przekręcił się na bok. - Pieniądze to często przekleństwo. 

Wiesz, ich rodzina ma tony pieniędzy, ale szczęścia niewiele. 

- Słyszałam. - Elizabeth dużo wiedziała o Coltonach. Szczególnie o tym, 

jak bardzo nie lubią rodziny Mansfieldów. 

- Wcale nie musi pracować zarobkowo, ale mnie się wydaje, że praca daje 

mu poczucie rzeczywistości. I służby ludziom. Jason to swój człowiek. 

- Wyjątkowy. - Zbyt wyjątkowy dla mnie, pomyślała i ciężko zrobiło się 

jej na sercu. Lepiej wybić go sobie z głowy. Dzieli ich zbyt dużo przeszkód nie 

do pokonania. Nie ma co marzyć o bliższej znajomości. 

Sherry poklepała Elizabeth po kolanie i skierowała się w stronę drzwi. 

- Wypiszą cię, zanim zacznę następny dyżur, więc gdybyśmy miały się 

już nie zobaczyć, życzę tobie i dziecku wiele szczęścia. 

- Dzięki. 

Elizabeth umościła się na łóżku i przyglądając się Jasonowi, zaczęła 

marzyć, że wczorajsza uroczystość to był ślub jej i jego. Przymknęła powieki i 

sen na jawie przerodził się w prawdziwy sen. Sen o tym, jak razem z Jasonem 

oczekują narodzin ich wspólnego dziecka, poczętego z wzajemnego oddania i co 

najważniejsze, z miłości. 

Ja, Jason, biorę ciebie, Elizabeth, za małżonkę i ślubuję ci miłość, 

wierność i uczciwość małżeńską, oraz że cię nie opuszczę aż do... 

background image

Och, co za cudowny sen. Tak ciepły, tak szczęśliwy, tak prawdziwy. Tak 

prawdziwy, że przysięgłaby, że słyszy zmysłowy baryton szepczący jej imię i 

czuje jego wargi na swojej skroni. Na uchu. Na policzku. 

Elizabeth, Elizabeth. 

ROZDZIAŁ TRZECI 

- Elizabeth. 

Ciepła silna dłoń zaciskała się na jej dłoni. 

- Elizabeth? 

- Tak? - Z trudem budziła się ze snu. Pochylała się nad nią przystojna 

twarz Jasona. Był tuż-tuż, muskał jej twarz oddechem. Elizabeth wciągnęła 

głęboko powietrze i uśmiechnęła się błogo. To nie sen. On jest tu. Och, czuła się 

jak w raju. 

Przeciągnęła się niczym kot budzący się z drzemki na nasłonecznionym 

parapecie. To wszystko działo się naprawdę i było przecudowne. A oczy Jasona 

błyszczały odbiciem blasku jej oczu, nie miała co do tego wątpliwości. 

- Hej, śpiochu! Pora wstawać i do dzieła. 

- Hmm? - zamruczała. 

- Dziewiąta. Za niecałą godzinę musimy się wymeldować i opuścić ten 

lokal. Zdążysz wziąć prysznic i zrobić się na bóstwo? 

- Co? - Natychmiast usiadła prosto, brutalnie przywołana do 

rzeczywistości. Rozejrzała się wokół i nagle przypomniała sobie wypadki 

wczorajszego dnia. Skuliła się, podciągnęła kolana, ukryła twarz w dłoniach i 

jęknęła. Nawet nie chciała wiedzieć, jak wygląda. Co sobie Jason pomyśli? 

           Chociaż dlaczego tak jej zależało na tym, co Jason pomyśli, pozostawało 

tajemnicą. Przecież wczoraj nie przez cały czas wyglądała, jak gdyby właśnie 

wyszła z salonu piękności. A ten rozmazany tusz na rzęsach, błyszczący 

czerwony nos... Niemniej każda dziewczyna - nawet jeśli jest w szóstym 

miesiącu ciąży i ma rozmazany makijaż oraz czerwony nos - ma też swoją 

dumę. 

background image

A on? Stoi przed nią rześki i świeży, w czystych dżinsach i bawełnianej 

koszulce, i wygląda jak z reklamy. Nicpoń zdążył nawet się ogolić i natrzeć 

podbródek czymś o zapachu lekko uderzającym do głowy. Musiał pojechać do 

domu, wziąć prysznic i wrócić. 

Elizabeth naciągnęła prześcieradło na głowę. 

- Cześć - wymamrotała. - Dobrze się czujesz? 

Kiwnęła głową, nie chcąc pokazać mu twarzy. 

- Na pewno? Ponownie kiwnęła głową. 

- Chciałabyś, żebym sobie poszedł? - spytał, a w jego głosie 

pobrzmiewała lekka kpina. 

- Nie! - Słysząc jego serdeczny zaraźliwy śmiech, wyjrzała spod 

prześcieradła. Wyglądała jeszcze gorzej, jej na-elektryzowane włosy sterczały 

na wszystkie strony. - Uczciwie ostrzegam, że teraz, kiedy mnie już zobaczyłeś 

w tym stanie, będę musiała cię zabić. 

- Posłuchaj, dziecino - Jason przybrał ton łagodnej perswazji - widywałem 

pacjentów, którzy wyglądali tak jak ty przez cały okrągły rok. Uważam, że 

wyglądasz świetnie. Może trochę nieświeżo, ale nie umniejsza to twojej urody. 

Poza tym nie możesz mnie zabić. Ewentualnie dopiero po tym, jak zmierzę ci 

ciśnienie. 

Elizabeth prychnęła. 

- Na pewno jest niedobre. 

- Pozwól, że sam osądzę. 

Po przeprowadzeniu wszystkich porannych badań wziął kartę zawieszoną 

na ramie łóżka i zaczął studiować wykresy dokonane przez Sherry. 

- W porządku... - Zawahał się, spojrzał na Elizabeth, potem z powrotem 

na kartę. - Mansfield? Zaraz, zaraz. Sądziłem, że nazywasz się Sonderland. 

- Nazywałam. - Czekała na jakiś znak niechęci z jego strony, ale nie 

dostrzegła żadnej takiej reakcji. 

- Rozumiem, wróciłaś do nazwiska panieńskiego. 

background image

- Tak. 

Zacisnęła mocno powieki i czekała, co będzie dalej. Po chwili otworzyła 

powoli oczy i spojrzała na spokojną twarz Jasona. Co się z nim dzieje? Czy nie 

wie, że powinien jej nienawidzić? Może jest zbyt zajęty jej kartą gorączkową, 

żeby zauważyć, że ma przed sobą przedstawicielkę wrogiego rodu? 

- A więc dobrze. Zajrzę do kilku moich pacjentów, a ty tymczasem weź 

prysznic. Potem poproszę doktora Mhana, żeby cię formalnie wypisał, i odwiozę 

cię do domu. 

- Nie trzeba. Wezmę taksówkę. Żadna sprawa. 

- Nie bądź śmieszna. - Wyglądał na urażonego. - No, wskakuj pod 

prysznic, bo się spóźnimy na naleśniki w tej małej kafejce naprzeciwko szpitala. 

- Naleśniki? 

- Chyba nie sądzisz, że odwiozę cię do domu o pustym żołądku. 

Elizabeth roześmiała się na widok jego oburzonej miny.  

- Zgoda, pod warunkiem, że ja funduję. 

- Jesteś okropna. 

- Tak twierdzą moi uczniowie. A teraz jest pan wolny, sir. Ta szpitalna 

koszulka nie całkiem zasłania to co trzeba. 

- I to w nich lubię - zażartował i roześmiał się przekornie, widząc jej 

oburzoną minę. - Przyjdę po ciebie dokładnie za godzinę - dodał. 

Elizabeth już się nie mogła go doczekać. 

Trochę ponad godzinę później siedzieli naprzeciwko siebie w boksie 

tradycyjnej jadłodajni U Cioci Rose. Kiedy Jason patrzył na swoją towarzyszkę 

pochyloną nad talerzem naleśniczków, w głębi serca czuł, że w tej chwili nie 

chciałby być w żadnym innym miejscu na ziemi. 

A biorąc pod uwagę jego nazwisko i pozycję społeczną, miejsca, które 

poczytywałyby sobie za zaszczyt, gdyby doktor Colton zaszczycił je swoją 

obecnością w porze niedzielnego śniadania były liczne i wytworne. 

background image

Ale Jasona nigdy nie pociągał styl życia bogatych, choć może nie tak 

sławnych. 

Był człowiekiem prostolinijnym i znajdował przyjemność w zwykłych 

rzeczach. Pragnął mieć rodzinę. Gromadkę dzieci. Kilka psów. Może jeszcze 

kota i żółwia. I niewielki domek z ogrodem na tyle dużym, żeby pomieścił 

niewielki batut, drabinki i domek do zabawy na drzewie, betonowy podjazd i 

garaż, tak, żeby mógł z chłopcami grać w obręcze i w koszykówkę. 

            Jedyne, co mu psuło nastrój tej chwili - a przez ostatnie kilka łat szczerze 

wierzył, że na tym etapie życia będzie jadł śniadanie przy wspólnym stole z 

kobietą w ciąży – to to, że tą kobietą powinna być Angie, a dziecko powinno 

być jego. 

Było, minęło, pomyślał po raz pierwszy bez owego ukłucia w sercu, które 

zawsze towarzyszyło jego wspomnieniom o Angelice. Uhm. Podobno czas leczy 

rany. Może to rzeczywiście prawda? 

Bo rzeczywiście już czuł się związany z Elizabeth w sposób, w jaki nigdy 

nie czuł się związany z byłą narzeczoną, a przecież znali się zaledwie dzień. 

Stało się dla niego jasne, że będąc w związku z Angie, lubił być zakochany. 

Zaczynał teraz podejrzewać, że związawszy się z Elizabeth, mógłby polubić 

życie. 

Na nowo. 

Tak, ta kobieta wywarła na nim głębokie wrażenie. Dotąd nie mógł 

uwierzyć, że kiedy dziś rano przyszedł ją obudzić, musnął wargami jej policzek 

i poczuł słodki zapach jej skroni. I gdyby nie interweniował rozsądek w postaci 

siostry Effie, w szpitalu przezywanej żandarmem, wśliznąłby się do łóżka 

Elizabeth i całował jej twarz centymetr po centymetrze w dół aż do krtani, a 

potem rozpoczął wędrówkę w górę, aż dotarłby do ust... 

A tak musiał udawać, że przy zasłoniętych oknach niedowidzi, żeby 

usprawiedliwić, dlaczego tak nisko pochylił się nad pacjentką. Wstrętne babsko 

nie dało się nabrać na takie sztuczki i na pewno do wieczoru wszystkie 

background image

pielęgniarki będą plotkować o jego nieślubnym dziecku. Lekki uśmieszek 

zaigrał na jego wargach. Ta perspektywa wcale nie była taka straszna. Zawsze 

chciał mieć syna. 

           Przeczesał palcami włosy, starając się opędzić od tych wszystkich 

absurdalnych myśli. Całkiem tracił głowę. Ukradkiem spojrzał na Elizabeth i 

kroplę syropu klonowego spływającą po jej dolnej wardze. Czy należało mu się 

dziwić? Naprzeciw niego przy stoliku siedział anioł prosto z nieba. 

Wydarzenia wczorajszego dnia nie popsuły apetytu Elizabeth, która 

pałaszowała naleśniki, aż jej się uszy trzęsły. Jason uśmiechnął się do siebie. 

Lubił kobiety odznaczające się zdrowym apetytem. 

- Ciekawe, co teraz robią Savannah i Harrison - zagadnęła Elizabeth, 

przerywając na chwilę jedzenie, żeby obetrzeć usta i napić się koktajlu 

mlecznego. 

- Wiem, co ja bym robił na ich miejscu. Wpatrywała się w niego przez 

chwilę, a potem wybuchnęła śmiechem. 

- Okay. W porządku. Zastanawiam się, co robią poza tym. 

- A co pozostaje? 

- Widzę, że myślisz tylko o jednym. 

- Nie zawsze. Potrafię prowadzić kulturalną rozmowę... A więc... 

Wczorajszy ślub był naprawdę wspaniały, nie sądzisz? Pomijając twoje 

zasłabnięcie. 

- To prawda. Ta przygoda popsuła mi trochę przyjemność. Ale nie żałuję, 

bo dzięki temu dziś nie muszę jeść śniadania w samotności. 

- Ani ja. - Serce mu się ścisnęło, kiedy usłyszał to szczere wyznanie. 

- Oni są jakby dla siebie stworzeni. 

          - Savannah i Harrison? Tak - powiedziała z lekką nutą sarkazmu w głosie.  

- Cztery lata temu też sądziłam, że Mike i ja jesteśmy dla siebie stworzeni. Nie 

mogłam się bardziej pomylić. 

- Długo ze sobą chodziliście? 

background image

- Długo. Powiesz pewnie, że miałam czas go dobrze poznać? 

- Czas nie zawsze decyduje o tym, czy dwoje ludzi stworzy dobraną parę. 

Wiem coś o tym. Spotykałem się z pewną dziewczyną, miała na imię Angie... 

- Słyszałam - przerwała mu Elizabeth. - Sherry mi wszystko 

opowiedziała. 

Jason wzniósł oczy do nieba. 

- Zawsze mogę liczyć na pielęgniarską pomoc. Ale zaraz... O czym to ja 

mówiłem? 

- Spotykałeś się z Angie? 

- No tak. Jak pewnie wiesz, chodziliśmy ze sobą rok. Znajomi nieraz 

próbowali otworzyć mi oczy, ale ja nie chciałem ich słuchać. 

- Nawet jeśli wiesz, że coś się nie układa, ciężko jest odejść. - Elizabeth 

współczuła mu. - Wychowywano mnie w wierze, że małżeństwo zawiera się na 

całe życie. I nadal chcę ufać, że tak właśnie jest. 

- Ja też. 

- Długo nosiłam się z myślą o zerwaniu z Mikiem, ale jakoś nie 

potrafiłam spakować rzeczy i odejść. Wciąż się łudziłam, że kiedyś pokocham 

go na tyle mocno, że się poprawi. Nasze małżeństwo trwało trzy lata, ostatnie 

dwa były piekłem. 

- To bardzo przykre. 

          - Cóż... - Elizabeth z filozoficzną miną rozłożyła ręce. - Mike miał wiele 

problemów. Trudne dzieciństwo... . Ja nie potrafiłam mu pomóc uporać się z 

nimi. W sercu nosił ogromną pustkę, pustkę, której na imię ojciec. Zawsze 

poszukiwał idealnej miłości. Z początku sądził, że znalazł ją we mnie. Ale ja nie 

zdołałam uleczyć wszystkich jego urazów. 

Jason oparł skrzyżowane ręce na blacie stolika, pochylił się do przodu i 

słuchał uważnie. Przeżycia Elizabeth bardzo przypominały jego własne. 

Problemy Angie też miały swoje źródło w braku poczucia własnej wartości i 

background image

doskonale wiedział, co to znaczy darzyć kogoś miłością niewspółmierną do jego 

potrzeb. 

Ciężkie przeciągłe westchnienie wyrwało się z piersi Elizabeth. 

- W październiku zeszłego roku Mike skruszony zjawił się w domu po 

kolejnym weekendzie spędzonym nie wiadomo gdzie i nie wiadomo z kim. 

Błagał o wybaczenie. I ja, jak widzisz, wybaczyłam. Ale minął tydzień i 

wszystko wróciło do poprzedniego stanu. A kiedy dowiedział się, że jestem w 

ciąży, miał dość. I, jak teraz to widzę, bardzo dobrze się stało. Oszczędził mi 

konieczności wyrzucenia go z domu. Mike nie nadaje się na ojca. Nigdy nie 

chciał nim być, więc po co narażać bezbronne dziecko na obcowanie z 

człowiekiem pozbawionym wszelkich zasad moralnych. 

- Widzę, że już całkiem dobrze pozbierałaś się po rozwodzie. 

- Po kilku latach cierpienia chyba nie odczuwam już bólu. Dziecko bardzo 

mi w tym pomaga. Daje nadzieję. 

- Masz szczęście. 

- Ty też zaczynasz się otrząsać. 

- Wiesz, chyba tak. - Podniósł swój kubek z mlecznym koktajlem. 

Stuknęli się. - No to wypijmy za lepszy wybór w przyszłości. 

          - I umiejętność odróżniania, co jest dobre, a co złe. Jason kiwnął 

potakująco głową. Nie bardzo wiedział, co powiedzieć. Minęły dopiero 

dwadzieścia cztery godziny, a on już chyba wiedział, że dokonuje słusznego 

wyboru. 

Samochód Elizabeth został przed kościołem, więc Jason zawiózł ją 

najpierw tam, a potem koniecznie uparł się eskortować ją dalej. Jadąc do 

swojego małego domku na skraju miasta, Elizabeth od czasu do czasu zerkała w 

lusterko wsteczne. I za każdym razem widok znajomego jaguara dodawał jej 

otuchy. 

Od pierwszej chwili Jason zachowywał się w sposób zdumiewający. Jako 

lekarz robił więcej, niż wymagała etyka zawodowa. Musi pomyśleć, jak okazać 

background image

mu swoją wdzięczność. Musi to być coś specjalnego, ale z drugiej strony 

niezobowiązującego, żeby nie nabrał błędnego przekonania o jej intencjach. 

A raczej nie domyślił się prawdziwego motywu. Ponownie spojrzała w 

lusterko. Bezskutecznie przywoływała na pomoc rozsądek. Przystojny lekarz 

przyprawił ją o zawrót głowy, a teraz zauroczenie przybierało na sile. Jeśli nie 

przestanie myśleć o nim jak o swoim rycerzu i omdlewać za każdym razem, 

kiedy się do niej uśmiechnie, facet się przestraszy i ucieknie. 

           Jason Colton nie uporządkuje jej życia. Po prostu interesuje się jej 

zdrowiem z czysto lekarskiego punktu widzenia. Na pewno są inne kobiety 

dorównujące mu pozycją, czekające w kolejce, żeby go pokochać, wyjść za 

niego za mąż i urodzić mu synów. Jego synów. 

Ona jest tylko przyjaciółką rodziny. 

A pamiętając o pradawnej waśni dzielącej rodziny Coltonów i 

Mansfieldów, nie była pewna, czy jeszcze może się za kogoś takiego uważać. 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Jason zaparkował swojego jaguara za toyotą Elizabeth na żwirowanym 

podjeździe z boku małego białego domku z czarnymi okiennicami. 

A więc tutaj mieszkała. 

Natychmiast polubił ten domek i nie zdziwiłby się, gdyby drzwi 

otworzyły się nagle i siedmiu krasnoludków wybiegło im na powitanie. 

Dokładnie taki domek jak z bajki, emanujący ciepłem i miłością wymarzył sobie 

dla żony i dzieci. 

Ganek od frontu oplatała najbujniejsza, najbardziej pachnąca róża, jaką w 

życiu widział, a na grządkach po obu stronach schodków kwitły wiosenne 

kwiaty. Sztachetowy płotek, tak banalny, jak gdyby wzięty prosto z obrazka, 

otaczał trawnik wielkości chusteczki do nosa, a ścieżka wyłożona kamiennymi 

płytami prowadziła od furtki do wejścia. 

W chłodnych surowych wnętrzach ogromnej rodzinnej rezydencji, mimo 

jej swoistego wielkopańskiego uroku, Jason nigdy nie czuł się jak w 

background image

prawdziwym domu. Nie lepiej czuł się w swoim pustym apartamencie. Była to 

zresztą jego własna wina, ponieważ nie przejawiał zainteresowania urządzeniem 

mieszkania i nie zadbał o stworzenie domowej atmosfery. 

Elizabeth zauważyła jego zdziwienie. 

- Skromny, ale własny - powiedziała, jak gdyby chciała się 

usprawiedliwić. 

- Cudowny. - Jason położył dłoń na jej ramieniu. - Naprawdę uroczy. 

Rozumiem, dlaczego jesteś tutaj szczęśliwa. 

- Naprawdę? 

- Naprawdę. 

- To zapraszam do środka. 

Promieniejąc z dumy, pchnęła drzwi i wprowadziła gościa do zaskakująco 

dużego pokoju utrzymanego w pastelowej tonacji, umeblowanego prostymi 

amiszowskimi meblami. Znajdowała się tu także wygodna kanapa zarzucona 

poduszkami, mnóstwo książek, a także kominek, w którym w miejscu paleniska 

stał wazon ze świeżymi kwiatami. Salonik łączył się z przyjemną kuchnią z 

aneksem jadalnym. Dom był słoneczny, bo przez liczne okna wpadało do 

wnętrza dużo światła. 

Korytarzem prowadzącym na tyły domu przeszli do sypialni Elizabeth, 

która wydała się Jasonowi oazą spokoju. Tu gospodyni powiedziała: 

- Zobacz ogródek i resztę domu, a ja tymczasem się przebiorę. Czuj się 

jak u siebie. 

Jason skorzystał z zaproszenia i najpierw zajrzał do sporej łazienki ze 

staroświecką wanną na nóżkach i umywalką na postumencie. Przez okno 

zobaczył patio i ogródek wystarczająco duży, aby pomieścić batut i drabinki, i 

domek do zabawy na drzewie, a dla psa wybieg. Na ścianie wolno stojącego 

garażu można by zawiesić kosz do gry w koszykówkę. Poddał się marzeniom. 

Śniąc na jawie, słyszał śmiech małego chłopca i własny glos udzielający 

wskazówek, jak poprawnie brać zamach kijem golfowym. 

background image

Po chwili uświadomił sobie, że zbyt długo przebywa w łazience, 

przeszedł więc do drugiej sypialni, gdzie spodziewał się zobaczyć przygotowany 

na przyjęcie nowego lokatora pokój dziecinny. 

Mylił się. 

Ku jego zaskoczeniu w pokoju nie było żadnego sprzętu, ani żadnego 

drobiazgu sugerującego, że będzie to pokój Juniora. Stały tam tylko nie 

rozpakowane pudła z książkami, pamiątkowymi fotografiami i różnorodnymi 

szpargałami, ale nic nie wskazywało, że wkrótce zamieszka tutaj niemowlę. 

Oparty o framugę drzwi, Jason wpatrywał się w te stosy kartonów. 

Dziecko urodzi się już wkrótce, a ona jeszcze nie zaczęła się 

przygotowywać. Nie, nie, nie winił jej. Przecież ma życie wypełnione zajęciami. 

Ale jednak niemowlakowi potrzebna jest kołyska do spania i bujania i kojec do 

zabawy, i... 

W zamyśleniu nie usłyszał, kiedy Elizabeth stanęła za nim, wsunęła 

głowę pod jego ramię i z tej nowej perspektywy spojrzała na całe to 

pobojowisko. Machnęła ręką i zaczęła się tłumaczyć: 

- Naprawdę miałam zamiar kupić jakąś ładną tapetę i pochodzić po 

kiermaszach rzeczy używanych i wyprzedażach, żeby kupić coś dla dziecka, ale 

ciągle brakuje mi czasu. 

- Przecież nie powinnaś chodzić po wyprzedażach i tapetować ścian - 

powiedział i przyjrzał się jej. Przebrała się w dżinsy i obszerną bawełnianą bluzę 

maskującą brzuch. Wyglądała jak uśmiech losu. - Nie w twoim stanie - dodał. 

- Ciąża to nie choroba. 

- Zgoda, ale to czas, kiedy możesz sobie pozwolić na odrobinę luksusu i 

przyjąć ofertę pomocy. 

- Miałam mnóstwo takich ofert, ale perspektywa wpuszczenia tutaj tabunu 

gimnazjalistów wymachujących pędzlami nie bardzo mnie pociągała. 

- A gdybym ja ci pomógł? Nie jestem gimnazjalistą, co prawda nie jestem 

też Picassem, ale potrafię posługiwać się pędzlem. 

background image

Elizabeth spojrzała na niego i szybko spuściła wzrok, jak gdyby porażona. 

- To bardzo miło z twojej strony, ale na pewno masz ciekawsze zajęcia - 

powiedziała. 

Nie, nie miał. Nie przychodziło mu do głowy nic, co by chętniej robił niż 

pomaganie Elizabeth w doprowadzeniu tego pokoju do porządku. 

- O której kończysz pracę w piątek? - spytał. 

- Zgodnie z umową powinnam tam siedzieć do wpół do czwartej, ale 

zazwyczaj zostaję do około piątej, przygotowuję lekcje, poprawiam klasówki. 

Dlaczego pytasz? 

- Bo jedziemy na zakupy. 

- My? 

- Tak. I nie chcę słyszeć żadnych ale. - Z tymi słowami pochylił się, 

ucałował jej skroń i skierował się ku drzwiom frontowym. - Przyjadę po ciebie 

kwadrans po piątej. W ten piątek. Bądź gotowa. 

Z lekkim uśmiechem w kącikach ust Elizabeth odprowadziła go 

wzrokiem. Koniuszkami palców dotknęła skroni i nagle przypomniała sobie 

dzisiejszy sen. 

         Z kubkiem gorącej ziołowej herbaty Elizabeth zasiadła pośrodku 

przyszłego pokoju dziecinnego i zaczęła przeglądać pudła, których 

rozpakowanie odkładała w nieskończoność od chwili przeprowadzki cztery 

miesiące temu. Czas rozpocząć wyprzedaż od własnego podwórka, pomyślała i 

ciężko westchnęła. Wątpiła, czy ślubny album pełen zdjęć pokazujących 

uśmiechnięte twarze, a teraz tylko przypominający złamane obietnice, znalazłby 

nabywcę. 

Odłożyła album na bok i zaczęła przeglądać rozmaite kroniki szkolne z 

czasów, kiedy sama była uczennicą i późniejsze, kiedy była wychowawczynią 

kolejnych roczników gimnazjalnych. Wspomnienia. 

Nareszcie znalazła to, czego szukała i czego się jednocześnie obawiała. 

Genealogię Mansfieldów i historię rodziny. 

background image

Księga napisana przez babkę ojca ponad pięćdziesiąt lat temu była 

bardziej zbiorem zapisków i tablic genealogicznych niż zdjęć, chociaż zawierała 

kilka dagerotypów przedstawiających niemowlęta i dorosłych z poważnymi 

obliczami. 

Na przewiązanej czarnym sznurem okładce z popękanej skóry wytłoczono 

literę M. Herb Mansfieldów wklejono wewnątrz okładki, lecz klej wysechł i 

pożółkły papier spadł na kolana Elizabeth. Przyglądała mu się przez chwilę, a 

następnie przeniosła wzrok na pierwszy wpis do dziennika dokonany ręką 

prababki. Czytając jej ozdobne kaligraficzne pismo, przeniosła się nagle w 

przeszłość do początków burzliwych stosunków rodzin Coltonów i 

Mansfieldów. A wszystko zaczęło się w 1750 roku w Surrey, w Anglii. 

Podczas gdy Elizabeth śledziła zawiłą historię skojarzonego małżeństwa 

Katherine Mansfield i Williama Coltona, herbata w kubku zupełnie wystygła. 

Słońce chyliło się ku zachodowi. Czując zmęczenie w oczach, Elizabeth wstała, 

żeby rozprostować nogi zdrętwiałe od długiego siedzenia w jednej pozycji. 

Biedna Katherine, myślała, masując plecy i ziewając. Chociaż 

naszkicowany przez prababkę portret niezłomnej Katherine nie był zbyt 

pochlebny, to jednak wycofanie się oblubieńca z danego słowa w przeddzień 

ślubu musiało zaboleć. Szczególnie, że powodem owej dramatycznej decyzji był 

niezadowalający go blask klejnotów naszyjnika, który zawiesił na dekolcie 

narzeczonej. 

Jak to możliwe, żeby kolia wysadzana diamentami i szafirami przygasła, 

zamiast rozbłysnąć, zastanawiała się Elizabeth. 

Jakaś przepowiednia? 

Elizabeth parsknęła śmiechem i potrząsnęła głową. Nie wierzyła w takie 

rzeczy. William Colton zwyczajnie postanowił zabrać naszyjnik i odejść w siną 

dal i każdy pretekst był dobry. Biedna Katherine. Dla kobiety przyglądać się, jak 

mężczyzna, z którym zamierzała spędzić resztę życia, odchodzi w siną dal i 

background image

nawet się za siebie nie obejrzy, nigdy nie jest łatwe, nawet jeśli ten mężczyzna 

nie nadaje się na męża. 

Elizabeth ostrożnie rozłożyła i wygładziła dłonią kartkę z drzewem 

genealogicznym swojej rodziny i zobaczyła, że brat Katherine, Harold 

Mansfield, ścigał Williama Coltona i jego nową wybrankę, Molly Warner 

Colton, aż do Ameryki, żeby pomścić hańbę siostry. 

Wyobraziła sobie nagle, że jej szwagier ściga Mike'a, żeby pomścić jej 

honor, i rozśmieszyło ją to. 

W czasach Katherine sprawy honoru pojmowano odrobinę inaczej. 

Wodząc palcem po wykresie, śledziła dalej losy Harolda. Wyglądało na 

to, że chociaż trwał w szlachetnym zamiarze bronienia honoru siostry, zakochał 

się i poślubiwszy amerykańską piękność, po której Elizabeth otrzymała imię, 

założył własną rodzinę. Harold i Elizabeth mieli wielu synów, i wszyscy oni 

angażowali się w waśń z klanem Coltonów z Nowej Anglii, chociaż z czasem o 

prawdziwej przyczynie nienawiści zapomniano. 

Ostatecznie konflikt przeniósł się na drugą stronę kontynentu. Żądza 

zemsty, rywalizacja, kto pierwszy dorobi się w Kalifornii, stanowiła siłę 

napędową w wędrówce na Zachód. W końcu obie zwaśnione rodziny osiedliły 

się w Prosperino. 

Niczym Monteków i Kapuletów z „Romeo i Julii", Coltonów i 

Mansfieldów łączyła zazdrość, rywalizacja, a zdarzała się też jawna nienawiść. 

Tak było jeszcze mniej więcej pięćdziesiąt lat temu, kiedy prababka Elizabeth 

nagle zmarła. I tu kronika się urywa. 

Elizabeth zamknęła pamiętnik i zaczęła się zastanawiać nad dalszym 

ciągiem rodzinnej historii. Dorastając z dala od domu, w szkole z internatem, 

nie słyszała o żadnych konfliktach, chociaż z drugiej strony nikt z Mansfieldów 

ani Coltonów nie zwierzałby się jej ze swoich problemów. 

O ile wiedziała, jej ojciec był ostatnim potomkiem gałęzi rodziny 

Mansfieldów osiedlonej w Prosperino. Chyba żeby liczyć ją i jej siostrę. 

background image

Złożyła kartę i ostrożnie umieściła pod okładką pamiętnika. Rodzinne 

legendy mają swoją siłę oddziaływania, westchnęła. Nawet tak stare i na wpół 

zapomniane - na przykład przez Jasona Coltona. Uśmiechnęła się. Przypomniała  

sobie, jak zareagował na widok jej nazwiska. Ciekawe, ile on wie o historii obu 

zwaśnionych rodzin i jak dużą wagę przywiązuje do tradycji. 

Niemniej Elizabeth była przekonana, że prędzej czy później tradycja 

położy się cieniem na ich znajomości. Jason osobiście może nie dbać o stare 

dzieje, ale na pewno znajdą się tacy członkowie jego bogatej i zajmującej 

wysoką pozycję społeczną rodziny, którym nie spodoba się, że zadaje się z 

przedstawicielką znienawidzonego rodu Mansfieldów. Savannah najwyraźniej 

jeszcze nic nie powiedziała Harrisonowi. A jaki to będzie miało wpływ na ich 

przyjaźń? 

Zamknęła oczy. Intuicja podpowiadała jej, że znajomość z Jasonem może 

przerodzić się w coś wyjątkowego, rozsądek jednak wskazywał, że z różnych 

względów będzie to bardzo trudne. 

Ale co ją obchodzi, że z punktu widzenia Coltonów Jason nie powinien 

zadawać się z kobietą noszącą nazwisko Mansfield? Ona nie może sobie 

pozwolić na to, żeby go stracić. Zbyt go teraz potrzebuje. Chociażby tylko w 

tym trudnym momencie życia, kiedy zwykła instrukcja, jak złożyć kołyskę czy 

rowerek to dla niej abrakadabra. Kiedy już urodzi, kiedy wszystkie kłopoty 

związane z ciążą, kompletowaniem wyprawki i urządzaniem pokoju 

dziecinnego się skończą, będzie zbyt zajęta synkiem, żeby zwracać się do 

kogokolwiek o pomoc. 

A czy teraz potrzebuje czyjejkolwiek pomocy? 

No cóż, westchnęła, będzie musiała przez to przejść. Była pewna, że między nią 

a Jasonem nigdy nie dojdzie do czegoś poważniejszego. I nie tylko dlatego, że 

ona jest rozwódką w ciąży. Ale dlatego, że jego rodzina nigdy nie zaakceptuje 

przedstawicielki Mansfieldów w swoich szeregach, obojętnie jak dawna jest 

waśń dzieląca oba rody. 

background image

W następny piątek po południu, punktualnie dziesięć po piątej Jason 

zaparkował jaguara przed domkiem Elizabeth. Przyjechał za wcześnie, ale nie 

mógł się doczekać spotkania. 

Od chwili rozstania się z nią w niedzielę z niecierpliwością myślał o 

dzisiejszej wyprawie. Już tego samego dnia wieczorem przejrzał dokładnie 

gazety, poszukując reklam specjalnych promocji i najlepszych miejsc, gdzie 

mogliby kupić wszystko, czego Junior będzie potrzebował, kiedy tylko 

przyjdzie na świat. 

W pewnym momencie, koło północy, Jason przerwał czytanie ogłoszeń i 

zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem nie stracił głowy dla Elizabeth. Czy ich 

znajomość już nie przekroczyła granic przyjaźni. Po namyśle doszedł do 

wniosku, że nie i z nowym zapałem wrócił do poprzedniego zajęcia. Przecież 

ona potrzebuje pomocy. A on ma sporo wolnego czasu. 

Żadna sprawa. 

Ot, dwoje ludzi, którzy starają się dojść do siebie po przejściach, liże 

rany. To ich łączy... ale właściwie nie tylko to, wszystko. Spodobała mu się i 

miał wrażenie, że on również się jej spodobał. 

A teraz, pięć długich dni później, jedenaście minut po piątej po południu, 

jednym susem wskoczył na stopnie przed wejściem, poklepał się po kieszeni 

marynarki wypchanej drukami reklamowymi i zadzwonił. Odrobił zadanie 

domowe, ale czy był przygotowany na to, że stanie oko w oko z pięknością, 

która otworzyła mu drzwi? 

Niemal gwizdnął z wrażenia. Obszerny różowy sweter maskował ciążę, w 

wąskich dżinsach i tenisówkach, z włosami zawiązanymi w koński ogon 

Elizabeth wyglądała na nastolatkę. Wiedział, że jest piękna, nawet wtedy kiedy 

szlocha albo śpi, ale nie wiedział, że kiedy jest wypoczęta i w dobrej formie, jej 

uroda zapiera dech w piersiach. 

Ponownie pomyślał o jej byłym mężu. Co za idiota, żeni się z boginią, a 

kiedy ma mu urodzić syna, porzuca ją. 

background image

- Cześć, cześć - przywitała go wesoło i odwróciła się, żeby wziąć torebkę 

ze stolika. - Kazałeś, żebym była gotowa, więc jestem - dodała. 

- Świetnie. Wyglądasz fantastycznie. 

- Aha. 

- Naprawdę. Jesteś... - przerwał, szukając odpowiednich słów - .. .jesteś 

piękna. 

Rumieniec oblał szyję i policzki Elizabeth. 

- Dobrze, już dobrze. Widzę, że przyłączyłeś się do tajnego spisku 

mającego na celu podnoszenie nas, biednych brzuchatych przyszłych mam, na 

duchu. I daję ci dokładnie trzy godziny, żebyś się poprawił. 

Jason roześmiał się. 

- Przyniosłem mnóstwo broszur reklamowych - powiedział, kiedy szli do 

samochodu. 

- Naprawdę? To wspaniale. Ja też mam trochę. - Pokazała wypchaną 

torebkę. - To gdzie jedziemy? - spytała, kiedy Jason włączył silnik. 

- Jadłaś już obiad? 

- Nie. 

- A jesteś głodna? 

- Nie bardzo. 

- To dobrze. Najpierw pojedziemy do sklepu, a dopiero potem coś zjemy. 

- Zgoda, ale ja funduję. 

- Hola, hola - zaprotestował Jason. - Moja kolej. 

- Ale ty prowadzisz. 

- Lubisz rządzić. 

- Przygotowuję się do roli mamy. 

- Elizabeth? - szepnął Jason. Stał za nią, lekko dotykając piersią jej 

pleców. Miała wrażenie, że od czasu do czasu ogląda się za siebie, jak gdyby 

sprawdzał, czy natrętna sprzedawczyni, która szła za nimi krok w krok od 

background image

momentu, kiedy przekroczyli próg hipermarketu Świat Dziecka, nie 

podsłuchuje. - A to? Co to jest? 

- Wydaje mi się, że to się nazywa stolik do przewijania niemowląt - 

również szeptem wyjaśniła Elizabeth. - Przynajmniej tak jest napisane na 

wywieszce. - Boże! - wykrzyknęła na widok ceny i przetarła oczy. - Wiesz, ile 

to kosztuje? 

- Nie martw się. Są jeszcze inne sklepy. 

- Teraz rozumiesz, dlaczego wciąż zwlekałam z zakupami. - Elizabeth 

rozejrzała się po otaczającym ich zewsząd świecie dziecka. - Zostały mi jeszcze 

tylko trzy miesiące, ale dopiero teraz widzę, że potrzebuję znacznie więcej 

rzeczy, niż sądziłam. A poza tym nie mam za dużo pieniędzy. 

- Spójrz na to z innej strony. Ludzie z twoim portfelem jakoś sobie radzą. 

To jest do zrobienia. Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz. 

           Widząc ich wahanie, żółtowłosa sprzedawczyni skorzystała z okazji, 

żeby nareszcie przystąpić do frontalnego ataku. Zdecydowanie wkroczyła 

między nich, odsłaniając w uśmiechu zęby ze śladami czerwonej szminki. 

- Dzień dobry. W czym mogę pomóc? - powiedziała, wyciągając do 

Jasona rękę. Zapach czosnku towarzyszył każdemu jej słowu. 

Jason uścisnął podaną dłoń i skłonił się nieznacznie. 

- Dziękujemy. Rozglądamy się tylko. 

- Gdyby państwo mieli jakieś pytania, proszę zwracać się do mnie. Mam 

na imię Tamara i jestem dziś państwa przewodniczką po Świecie Dziecka. - 

Przy tej dłuższej przemowie zapach czosnku zintensyfikował się. - Widziałam, 

że podziwiają państwo nasz fantastyczny stolik do przewijania niemowląt 

Dynamo Plus... 

Elizabeth i Jason wymienili rozbawione spojrzenia, ale nie wyprowadzili 

Tamary z błędu. Najwyraźniej brała ich za małżeństwo. Jason przyciągnął 

Elizabeth mocniej do siebie, zasłaniając się nią niby tarczą. 

- Tak, bardzo nam się spodobał. 

background image

- Przepiękne wzornictwo! A jaki funkcjonalny! - Tamara zapalała się 

coraz bardziej. 

- To samo mówiliśmy, prawda, kochanie? - powiedział Jason tuż nad 

głową Elizabeth. Otoczył ją ramionami. 

Jak to dobrze, że Jason jest lekarzem, pomyślała, czując, jak nieregularnie 

zaczyna bić jej serce. Dreszcz przeszył jej ciało od czubków palców u nóg do 

wierzchołka głowy, a na policzki wystąpiły rumieńce. 

          - Masz racje, kochanie, dokładnie tak samo. Uchwyciła się jego rąk. Pod 

skórą poczuła silne stalowe mięśnie. Doznała lekkiego zawrotu głowy. Stało się. 

Strzała Kupidyna trafiła ją prosto w serce. Elizabeth odchyliła się do tyłu i 

przywarła plecami do piersi Jasona. 

Ich ciała doskonale pasowały do siebie. Wypukłości trafiały we 

wklęsłości. Jason był wyższy, tak że jego policzek dotykał skroni Elizabeth, a 

jej łopatki mieściły się w zagłębieniu poniżej jego mostka. Zapach jego ciała był 

znajomy i uwodzicielski. Elizabeth pragnęła, żeby ta chwila trwała wiecznie. 

Pragnęła nawet czegoś więcej. Żeby to była prawda, żeby byli 

małżeństwem, a oczekiwane dziecko jego synem. 

- I jaki trwały! - Głośny, doprawiony czosnkiem śmiech Tamary wyrwał 

Elizabeth z zadumy. 

- Ten model cieszy się największą popularnością wśród naszych klientów 

- ciągnęła Tamara. - Solidny, wykonany z najlepszych materiałów. Biały lub 

orzech. Gdyby jednak państwo życzyli sobie wiśnię albo mahoń, zamówimy 

żądaną wersję specjalnie dla państwa. A materacyk znajdą państwo w dziale... 

Elizabeth przytuliła twarz do rękawa koszuli Jasona, wciągnęła w nozdrza 

świeży zapach proszku do prania. 

- Dziękujemy pani - Jason przerwał gorliwej sprzedawczyni i odprowadził 

Elizabeth na bezpieczną odległość. Kiedy stracili Tamarę z oczu, westchnęli i 

wymienili porozumiewawcze spojrzenia. - Musiałem wyrwać cię z jej szponów. 

Toksyczne powietrze mogłoby zaszkodzić dziecku. 

background image

Elizabeth roześmiała się serdecznie. 

- Co ona jadła? 

- Cokolwiek to było, ja dziękuję - powiedział Jason i też się roześmiał. 

Wziął Elizabeth za rękę, splótł palce z jej palcami i zaprowadził do kolejnego 

działu. A po drodze żartował: 

- Pieluszki jednorazowe czy frotowe? Smoczki? Butelki? Śpioszki? 

Spiworki, co jeszcze szanowna pani sobie życzy? 

Nagle Elizabeth chwyciła go za rękę i pociągnęła w bok. 

- Może mam obsesję, ale wydaje mi się, że nadchodzi Tamara - 

powiedziała i zachichotała. - Poczekaj, zobaczymy. 

- Zapomniałaś, że ja potrafię wyczuć ją węchem na odległość? - szepnął 

Jason. - Uciekajmy stąd! Przez wzgląd na dziecko. 

- Przestań! - zachichotała Elizabeth. - Zrobimy jej przykrość. 

- To co? Zwiewajmy, zanim serca nam zmiękną na jej widok. 

Elizabeth stłumiła śmiech i dała się odciągnąć. 

- Poczekaj. Nie tędy, bo zajdzie nam drogę przy wysokich krzesełkach. 

Widzisz? Idzie! Szybko! Tędy! - ponaglała, a Jason znowu pociągnął ją w inną 

alejkę. 

- Zastanawiam się, dlaczego tak usilnie stara się coś nam sprzedać? 

- Prowizja od tamtego stolika do przewijania niemowląt wystarczy pewnie 

na aparat ortodontyczny dla jednego z jej dzieci. 

- Nigdy jej nie uciekniemy. Wie, że w moim stanie nie mogę szybko 

biegać. 

Jason stanął i wziął Elizabeth w ramiona. 

- Może to ją zniechęci - szepnął, udając, że namiętnie całuje swoją 

towarzyszkę. 

- Nadal tu jest? - spytała Elizabeth po chwili. 

- Nie. Poskutkowało. Na razie. Chodźmy dalej. 

background image

Przez następną godzinę przechadzali się po różnych działach, szturchali 

się łokciami, dowcipkowali, przekomarzali się, szeptali, i starali się odgadnąć 

przeznaczenie najrozmaitszych urządzeń i odkryć różnice pomiędzy modelami. 

Już więcej nie spotkali Tamary. A w końcu zmęczeni zrezygnowali z dalszych 

zakupów. 

- Umierałam z głodu. 

- Ja też. - Jason wyjął ostatni kawałek pizzy z pudełka i podał Elizabeth. - 

Chcesz? 

- Nie. Dzięki. Pęknę. 

- Cóż, w takim razie poświęcę się i sam go zjem. 

- Jesteś bardzo szarmancki. 

- Uhm. 

Siedzieli obok siebie na podłodze saloniku Elizabeth, kończąc 

dostarczoną do domu pizzę z kiełbaskami pepperoni. 

Elizabeth przekręciła się na bok, ramię oparła na poduszce kanapy i w tej 

pozycji przyglądała się Jasonowi. Był tak wzruszający, kiedy wsparty plecami o 

jej kanapę, z nogami wyciągniętymi i skrzyżowanymi w kostkach, pałaszo-wał 

pizzę. Zachowywał się przy tym tak swobodnie, jak gdyby znali się od zawsze.                          

Ona też miała wrażenie, że znają się od bardzo dawna. Co za dziwne 

uczucie, pomyślała. Podnieceniu wywołanemu pojawieniem się w jej życiu 

nowego mężczyzny towarzyszyła radość z odnalezienia bratniej duszy. 

Wzajemne zauroczenie sobą było wręcz namacalne od samego początku. 

W chwili, kiedy mrugnął do niej od ołtarza, więź między nimi została 

zadzierzgnięta. 

Elizabeth odetchnęła głęboko. Wiedziała, że nie powinna myśleć w ten 

sposób o żadnym mężczyźnie, a co dopiero o przedstawicielu klanu Coltonów, 

miała jednak cień podejrzenia, że nie jest w takich uczuciach odosobniona. 

Poza tym Jason jest dorosły. Sam zadecyduje, czy związać się z jakąś 

kobietą, nawet z kobietą o nazwisku Mansfield. 

background image

Uśmiechał się do niej teraz, powieki miał półprzymknię-te, wargi 

rozchylone w bardzo pociągający sposób. Nie byłoby trudno pochylić się i 

zbliżyć usta do jego ust. Przekonać się, czy jego wargi są naprawdę tak miękkie 

i uwodzicielskie, na jakie wyglądają. 

 

Nagle Junior potężnym kopnięciem dał jej znać, że wzmożony poziom 

adrenaliny we krwi wywołany tego rodzaju myślami pobudził go do harców. 

- Ooo! - Elizabeth poklepała się po brzuchu. - Spokój tam. 

- Kopie? - zaciekawił się Jason. Uniósł się na łokciach i przysunął bliżej. - 

Gdzie? Tu? - dopytywał się, kładąc dłoń pod sercem Elizabeth. 

- Skąd wiesz? 

- Junior jest ułożony główką do dołu, więc nóżki są tu... albo tu. 

Znajomy dotyk Jasona przyprawił Elizabeth o zawrót głowy, a 

przyspieszone bicie serca ponownie ożywiło Juniora. 

- Aaa! - wykrzyknął Jason uradowany. - Poczułem! -Pochylił się nad 

brzuchem Elizabeth. - Zrób to jeszcze raz, kochany, no zrób... 

- Jeśli cię posłucha, to będzie epokowe wydarzenie. Mnie nigdy nie udało 

się zmusić go, żeby coś zrobił na rozkaz. 

Nie zwracając uwagi na jej słowa, Jason nacisnął nóżkę Juniora, a 

maleństwo odpowiedziało kopnięciem. Elizabeth patrzyła uszczęśliwiona, jak 

Jason przetacza się na plecy i śmieje do sufitu. 

- Spryciarz z niego. Będziesz miała za swoje - ostrzegł. Uniósł się na 

łokciu i zwracając się do brzucha Elizabeth powiedział: - Cierpliwości, maleńki. 

Zostań jeszcze kilka miesięcy tam gdzie jesteś, a jak już będziesz na tym 

świecie, wypróbujemy te kije golfowe, które dzisiaj dla ciebie kupiłem. 

Łzy radości napłynęły do oczu Elizabeth, kiedy Jason mówił dalej o 

przyszłości, o jej synku i o tym, że nie może się już doczekać, kiedy się zobaczą. 

Cały czas, jakby tego nie zauważając, opiekuńczym gestem trzymał dłoń na jej 

brzuchu, a ona czuła się przy nim taka bezpieczna. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Dwa tygodnie później, w niedzielę, Elizabeth i Jason stali pośrodku 

przyszłego pokoju dziecinnego na pokrytej płachtą malarską podłodze. Właśnie 

pomalowali jedną z czterech ścian i pochlapani jasnozółtą farbą podziwiali 

rezultaty swoich wysiłków. 

- Spodoba mu się - orzekł Jason. 

- Tak sądzisz? 

- Tak. Ten odcień jest ciepły i wesoły, ale nie dziew-czyński. Sam bym 

chciał mieszkać w takim pokoju. 

- Nogi by ci wystawały poza kołyskę. 

Jason objął ją i pogładził po żółtej plamie na policzku. 

         - Zawsze musisz być taka praktyczna? - spytał. Wesoły śmiech wypełnił 

pokój, a kiedy Elizabeth objęła go w pasie, Jason poczuł, że jego serce ściska 

uczucie, którego jeszcze nie potrafił nazwać. Elizabeth pokiwała głową. 

- Mnie też się podoba ten kolor. A teraz proponuję, żebyśmy pomalowali 

pozostałe trzy ściany. 

- Chcesz powiedzieć, że jeszcze tego nie zrobiliśmy? - zażartował Jason. 

Elizabeth poklepała go po policzku. 

- Pamiętaj, że musimy jeszcze przykleić szlaczek i złożyć kołyskę. Nie 

zawiedź mnie teraz. 

Jason cofnął się. Zrobił to niechętnie, bo chciał już przycisnąć wargi do 

jej skroni, a gdyby nie protestowała, do żółtej smugi na policzku, potem do 

powiek, potem do warg... 

No, do roboty, rozkazał sobie w duchu. Wziął do ręki wałek i zanurzył w 

farbie. 

W ciągu ostatnich ośmiu dni nieraz musiał stoczyć ze sobą podobną 

wewnętrzna walkę. Spędzali razem każde popołudnie, chodząc po 

supermarketach specjalizujących się w sprzęcie domowym, giełdach mebli 

używanych, sklepach z wyprawkami dla niemowląt, wszystko pod pretekstem 

background image

przygotowań na przyjęcie dziecka. Jason wiedział jednak, że przynajmniej z 

jego strony, prawdziwym motywem było narastające zainteresowanie matką 

Juniora. Dla niego ich związek był tak naturalny, tak intensywny, tak doskonały, 

jak gdyby sięgał korzeniami wiele pokoleń wstecz. 

- Jason? - Elizabeth przerwała przyklejanie ozdobnego szlaczka wokół 

okna i podniosła głowę. 

- Tak? 

- Czy zgodziłbyś się przyjść do mojej szkoły w przyszłym tygodniu i 

poprowadzić lekcję wychowawczą z przygotowania do wyboru zawodu? 

Omawiamy różne zawody i wiem, że moje dzieciaki bardzo ucieszyłby się ze 

spotkania z lekarzem. 

Jason uśmiechnął się w duchu z owego określenia „moje dzieciaki". 

- Oczywiście - zgodził się bez namysłu. - Rok temu miałem pogadankę w 

liceum. Przyniosłem Morty'ego, to znaczy mój szkielet. To dopiero był hit! 

           - Och, to cudownie! Mogłyby jeszcze posłuchać serca za pomocą 

słuchawek, zmierzyć sobie temperaturę i ciśnienie, wiesz, takie rzeczy. 

- Nie ma sprawy. Aha, jak tylko skończymy, chciałbym osłuchać Juniora. 

Upewnić się, że wszystko u niego w porządku. 

Elizabeth westchnęła i poklepała się po brzuchu. 

- Ma się świetnie. Jestem pewna, że jak dorośnie, zostanie sportowcem. 

Traktuje mój pęcherz jak worek treningowy, a dziś rano mnie ugryzł. 

Przysięgam. 

Jason oparł się o ścianę i roześmiał. 

- Mój chłopak - powiedział z dumą, lecz natychmiast się zmieszał. 

Spojrzał na Elizabeth, bał się, że ją obraził. 

Ich spojrzenia spotkały się. W oczach Elizabeth nie dostrzegł urazy, lecz 

tęsknotę równą jego pragnieniom. Dawno zapomniana radość wypełniła jego 

serce, lecz natychmiast ogarnęły go wątpliwości. Doświadczenie z Angie 

nauczyło go wiele. Zastanawiał się, czy Elizabeth chodzi o niego i rodzące się 

background image

między nimi uczucie. A może znajomość z nim lo tylko szansa uniknięcia losu 

samotnej matki? 

Już raz zakochał się w kobiecie, która traktowała go instrumentalnie. Czy 

nie popełnia drugi raz tego samego błędu? 

Z ogniem w oczach szukał w jej twarzy prawdy. 

Była taka piękna. Taka bezbronna, a jednak emanowała z niej siła, która 

go do niej przyciągała. Nie mógł zaprzeczyć, że coś między nimi zaistniało. Ale 

co mógłby zrobić z tą wiedzą, pozostawało tajemnicą. 

Po pierwsze, była w ciąży z innym mężczyzną. Dla niego to nie było 

ważne, ale dla niej? 

Po drugie, znali się bardzo krótko. 

Po trzecie, było coś jeszcze. 

Coś, czego nie potrafił określić. Elizabeth nosiła w sobie jakąś tajemnicę. 

Ilekroć rozmowa schodziła na historię jej rodziny, w jej zielonych jak ocean 

oczach dostrzegał czający się cień. Robiła uniki, żeby nie mówić o pewnych 

zdarzeniach z przeszłości i nie spieszyła się poznawać jego krewnych. 

Niepokoiło go to. 

Nieraz widywał podobny strach w oczach Angie. I chociaż Elizabeth i 

Angie były tak całkowicie od siebie różne, podejrzenie, że nie jest z nim 

szczera, nie dawało mu spokoju. Miał nadzieję, że Elizabeth nabierze do niego 

zaufania i zwierzy mu się z tego, co ją nęka, zanim on zaangażuje się zbyt 

głęboko. 

Bo czuł wzrastające między nimi napięcie, jak chmury zbierające się 

przed burzą. 

A przecież to los postawił ją na jego drodze. 

Później tego samego dnia, już w łóżku, Elizabeth posługując się prawą 

półkulą mózgu, poprawiała dyktanda, a posługując się lewą, rozmawiała przez 

telefon z Savannah. 

background image

- Fantastycznie! To brzmi jak niezapomniany miesiąc miodowy. Ale teraz 

po powrocie do nudnego Prosperino, jak się czujesz jako mężatka? - spytała 

Elizabeth i jednocześnie podkreśliła błędnie napisane słowo. - Już jesteś w 

ciąży? 

- Daj mi trochę czasu - powiedziała Savannah - minęły dopiero dwa 

tygodnie. 

- To mnóstwo czasu. Możesz mi wierzyć. 

          -  A co do ciąży, to słyszałam, że zasłabłaś na naszym ślubie? Podobno 

Jason na rękach wniósł cię do kościoła. Brzmi bardzo romantycznie. 

- I tak było. Miałaś rację co do niego. Jest taaaki przystojny... 

- Czyżbyś straciła dla niego głowę? 

- Serce też. Ale jeżeli powiesz choć słówko Harrisono-wi, wszystkie 

włosy z głowy ci powyrywam. 

Savannah aż pisnęła z podniecenia. 

- Mówisz poważnie? Ty i Jason? Coś między wami jest? Opowiedz mi 

wszystko po kolei. 

- Po pierwsze, niczego między nami nie ma. Po prostu ziściły się moje 

marzenia. I lepiej nic mu nie mów. 

- Ale to takie romantyczne? Spotykacie się? 

- Trudno nazwać to spotykaniem. Przede wszystkim odwiózł mnie do 

szpitala. Potem został, żeby się dowiedzieć, czy wszystko ze mną w porządku. 

Rano zawiózł mnie do domu. A potem pomógł mi urządzić pokój dziecinny. 

Dziś trochę ze mną poflirtował, żeby mnie rozerwać. I tyle. 

- Wiedziałam, że tak będzie! - ucieszyła się Savannah. - Szkoda, że nie 

pomyślałam o tym wcześniej! Jesteście jak gdyby dla siebie stworzeni! Założę 

się, że się w sobie zakochacie i pobierzecie. 

- Zaraz, zaraz. O czymś zapomniałaś. 

- Elizabeth, dziecko nie stanowi problemu. Jason uwielbia dzieci. Będzie 

wspaniałym ojcem. 

background image

- Nie chodzi mi o dziecko. 

- To o co?                               

- Przecież ja pochodzę z Mansfieldów. 

          - No tak - powiedziała Savannah po chwili. - Zapomniałam o tym - 

dodała. - Pewnie teraz, kiedy sama noszę nazwisko Colton, nie powinnam z tobą 

rozmawiać - zażartowała. 

- Mówię poważnie. W przeszłości ta sprawa miała dla obu rodzin 

ogromne znaczenie. Jestem przekonana, że krewni Harrisona inaczej by się do 

ciebie odnieśli, gdybyś nazywała się Mansfield. 

- Nie bądź niemądra. Teściowie to zawsze teściowie. Nigdy cię nie 

polubią. 

- Nie żartuj. 

- A mogę być starościną na twoim weselu? Elizabeth westchnęła. 

- Możesz - zgodziła się. 

A potem jak gdyby znowu miały po dziesięć lat, obie przyjaciółki zaczęły 

chichotać i spędziły kolejną godzinę na ustalaniu, jaki dokładnie kolor oczu 

mają Harrison i Jason. 

W następny poniedziałek Jason - w towarzystwie Mor-ty'ego - odwiedził 

klasę Elizabeth i odniósł piorunujący sukces. Siedząc z tyłu, mogła obserwować 

jego sztuczki i uczyć się razem z wychowankami. A kiedy nie chłonęła wiedzy, 

myślała o miłości. 

Cudownie umiał porozumieć się z dziećmi. Po prostu posiadał taki 

wrodzony dar. 

Poczuła, że łzy wzruszenia palą ją w gardle, a oczy pieką. Jaki będzie z 

niego czuły i wyrozumiały ojciec. Gdyby tylko mogła, poruszyłaby niebo i 

ziemię, żeby zamiast Mike'a poślubić Jasona. I żeby dziecko w jej łonie było 

jego dzieckiem. 

Ależ ta Angie musiała być głupia. 

background image

Wszystkie wolne popołudnia także tego tygodnia spędzili razem, buszując po 

wyprzedażach i szukając mebli dla dziecka w przystępnej dla Elizabeth cenie. Z 

ogłoszenia kupili fotel bujany w bardzo dobrym stanie, który Elizabeth 

zamierzała obić czymś trwałym. Na kiermaszu zorganizowanym przez Armię 

Zbawienia znaleźli bardzo podobną toaletkę i komodę, które tylko trzeba było 

na nowo pomalować i zaopatrzyć w nowe uchwyty. 

Natomiast sąsiadka z tej samej ulicy zaproponowała jej stolik do 

przewijania niemowląt i wyjaśniła, jakie inne funkcje ten zagadkowy mebel 

może jeszcze pełnić. I chociaż był trochę podrapany i bez materacyka, po 

odmalowaniu doskonale pasował do całego pokoju. 

Od czasu do czasu Jason znajdował coś dla siebie. Wymusił na Elizabeth 

obietnicę, że kiedy skończą urządzać pokój Juniora, zajmą się jego 

mieszkaniem. Elizabeth z dreszczykiem emocji myślała o tym, bo to oznaczało, 

że będą spędzali ze sobą jeszcze więcej czasu. 

Któregoś dnia, kiedy taszczyli stary wiklinowy fotel, który Jason kupił na 

pchlim targu niedaleko swojego domu, Elizabeth miała okazję zobaczyć, jak 

mieszka. Przyznała w duchu, że przydałaby się tam kobieca ręka. 

- Od jak dawna tu mieszkasz? - spytała, kiedy znaleźli się w ogromnym 

apartamencie z widokiem na ocean. 

Jason wszedł za nią, postawił fotel przed kominkiem. Razem z banalną 

kanapą stanowił jedyne umeblowanie salonu. 

Jason wzruszył ramionami. 

- Chyba ponad rok - odpowiedział. 

- Ponad rok? - zdziwiła się. 

- Tak. Dlaczego się dziwisz? 

- Wygląda tu tak, jak gdybyś nigdy nie skończył się wprowadzać. 

- Wiem. Umówiliśmy się, że po ślubie Angie zajmie się urządzeniem 

mieszkania. Ale po naszym zerwaniu nie mogłem się zdecydować, czy tu 

zostanę, czy nie i... - Jason bezradnym gestem rozłożył ręce - i... 

background image

- I ani się do końca nie wprowadziłeś, ani się nie wyprowadziłeś - 

dokończyła za niego Elizabeth. 

- Tak. - Jason westchnął. 

- To piękne mieszkanie. 

- Nie tak piękne jak twoje. 

- Żartujesz. 

Elizabeth odwróciła się ku panoramicznym oknom i zaczęła podziwiać 

niezwykły widok Oceanu Spokojnego. Tuż za domem rozciągała się plaża, a o 

tej porze dnia, kiedy słońce chyliło się ku zachodowi, fale przybrzeżne migotały 

złotym blaskiem. W oddali jakiś pies uganiał się za krążkiem frisbee, a 

gromadka dzieci usiłowała puścić w powietrze latawiec. 

Apartament Jasona z białymi ścianami, podłogami z czereśniowego 

drewna i wysokim sufitem robił wrażenie. A wziąwszy pod uwagę lokalizację, 

musiał być niezwykle drogi. 

- Nie żartuję - upierał się Jason. - Bardzo lubię twój dom. Jest pełen 

ciepła, przytulny. Odzwierciedla twoją osobowość. A to miejsce jest... jest... nie 

wiem, jak to wyrazić. Brak tu czegoś. 

- Mebli - stwierdziła Elizabeth rzeczowo. 

Jason roześmiał się, a echo rozniosło jego śmiech po całym wnętrzu. 

- Chodź. - Jason wziął ją za rękę i zaprowadził do ultranowoczesnej 

kuchni, z szafkami z czereśniowego drewna i wyposażeniem z nierdzewnej stali. 

- Oto kuchnia, w której nigdy nie gotuję - powiedział. 

- Szkoda - mruknęła Elizabeth. - Marnuje się. 

Stojąca pośrodku wyspa z marmurowym blatem i wbudowanym grillem 

najnowszej generacji czekała na wytrawnego kucharza, a zwrócony ku oknom 

rząd czarnych krzeseł na stalowych nogach czekał na gości. 

- Wiesz co? Jeśli pomożesz mi zebrać trochę garnków i tych wszystkich 

wichajstrów, które nie wiadomo do czego służą, przygotuję ucztę, jakiej nie 

zapomnisz do końca życia. 

background image

- Podobno zatrucia ptomainami się nie zapomina - zażartowała. 

- Pamiętaj, że jestem lekarzem. 

Elizabeth chciała dać mu kuksańca w bok, ale Jason chwycił ją za rękę i 

pociągnął do jadalni. 

- A oto jadalnia, w której nigdy nie jadam. 

- Oczywiście. Nie masz stołu. 

- To jeden z powodów. Przypomnij mi, żebym zamówił stół, zanim 

zaproszę cię na obiad. 

- Krzesła też? 

- Też. 

Elizabeth ucieszyła się. Zauważyła, że ostatnio w różnych swoich 

przedsięwzięciach Jason zakładał jej udział. Trudne do określenia uczucie 

szczęścia wypełniało jej serce, kiedy myślała o wspólnym urządzaniu kuchni. 

Od bardzo dawna nikt jej nie włączał w swoje plany. Nie potrzebował. Nie 

pragnął. Od nadmiaru wrażeń zakręciło jej się w głowie. 

Z jadalni przeszli do gabinetu. Oto gabinet, w którym nigdy nie pracuję - 

zakomunikował Jason. 

Dlaczego? - zdziwiła się Elizabeth. Tu jest zbyt cicho. Nie mogę zebrać 

myśli. Piszę w klinice. 

Następnie Jason pokazał Elizabeth prywatną część apartamentu. 

- Tu jest łazienka dla gości i sypialnia, których jeszcze żaden gość nie 

używał. - A widząc, w jaki sposób Elizabeth mu się przygląda, dodał: - Tak, tak, 

wiem. Brak łóżka. Ale nie potrafię sobie jeszcze wyobrazić przyjmowania gości 

z nocowaniem. 

- Rozumiem. 

Teraz Jason wziął Elizabeth za ramiona i skierował do swojej sypialni- 

Wielkie łoże ginęło w ogromnej przestrzeni. Nie było tu żadnych obrazów, 

żadnych roślin, żadnych pamiątek Elizabeth westchnęła. A mogłoby tu być tak 

pięknie. W nocy zaś, szum oceanu kołysze do snu... 

background image

Jason podszedł do okna. Po chwili odwrócił się i powiedział: 

To jedyny pokój w całym mieszkaniu, którego używam. 

          Czyli tu jest centrum rozrywki - powiedziała Elizabeth i słysząc własne 

słowa, oblała się rumieńcem. Nie mogła uwierzyć, że palnęła taką gafę. Jak 

gdyby dopytywała się o jego prywatne życie. Albo jak gdyby była zazdrosna. 

Albo jeszcze gorzej, jak gdyby miała ochotę na flirt. Starała się być dowcipna, 

seksowna, a wyszła na kompletną idiotkę. Kobieta w jej stanie pozwalająca 

sobie na tego typu uwagę w stosunku do mężczyzny takiego jak Jason! Pragnęła 

zapaść się pod ziemię. 

Jason uśmiechnął się słabo i odrzekł: 

- No, brakuje telewizora i sprzętu hi-fi... 

- No cóż... - przybierając minę kobiety światowej, Elizabeth posłała mu 

promienny uśmiech i zaczęła się wycofywać. Źle wymierzyła i zamiast w drzwi 

trafiła w ścianę. 

- Masz rację - zaszczebiotała i zniknęła w holu. 

W pokoju Juniora zostało jeszcze wiele do zrobienia i Jason i Elizabeth 

spędzili kolejne dwa weekendy, malując dziecinne mebelki różnymi odcieniami 

kremowego i żółtego. Nareszcie, kilka tygodni od rozpoczęcia, byli na finiszu. 

Pokój, cały w kaczuszkach i króliczkach, pełen zabawek, wyglądał znakomicie i 

czekał na przyjęcie małego lokatora. 

Teraz, zmęczeni niczym psy gończe, zjedli na patio obiad składający się 

ze steków z grilla z sałatą. 

Kiedy Elizabeth weszła do salonu, zastała Jasona wyciągniętego na 

kanapie. Uśmiechając się, podeszła do półki z wideo. 

- Świetnie, że przyrządziłeś popcorn. Pachnie cudownie 

- powiedziała. 

- Częstuj się - zaprosił, podrzucając ziarna w powietrze i łapiąc je ustami. 

- Popcorn to moja specjalność. I naleśniki z jagodami. 

- Będziesz mi je musiał kiedyś usmażyć. 

background image

- Nie mogłem się doczekać, kiedy o to poprosisz -zaczął żartować. - A 

może usmażę ci je jutro na śniadanie? A ty, dla nabrania apetytu, pohuśtasz się 

dziś na żyrandolu. 

- Przestań, bo od śmiechu brzuch mnie rozboli - prosiła, i rumieniąc się 

zmieniła temat. - Na miłość boską, co ty wypożyczyłeś? Cud narodzin? Czy to 

właściwa rozrywka na sobotni wieczór? 

- Zobaczysz, spodoba ci się - zapewnił ją Jason. - Każdy, kto oglądał ten 

film, był zauroczony. Ale będą nam potrzebne chusteczki. Co najmniej pudełko. 

To prawdziwy wy-ciskacz łez. Ogląda się ten film ze ściśniętym gardłem. 

- Pewnie dlatego, że widzisz, jak to okropnie boli, a na dodatek wiesz, że 

to dopiero początek męki. Wiesz, ile dziś kosztuje dobra szkoła wyższa? - Cały 

czas narzekając, Elizabeth nastawiła wideo. 

- To Junior pójdzie do pracy, albo postara się o stypendium. Nie martw się 

na zapas. Do tego jeszcze dużo czasu - uspokajał Jason. Zapraszającym gestem 

poklepał poduszki obok siebie. - Chodź, mamusiu. Odpocznij. Naharowałaś się 

dzisiaj. 

- Ale wygląda ładnie, prawda? - spytała, mając na myśli pokój dziecinny. 

Stała koło telewizora, wahając się. 

- Super. To wszystko dzięki moim umiejętnościom malarskim. 

- Tak, tak - zaczęła się z nim droczyć. - Przykleiłbyś się do ściany na 

stałe, gdybym od czasu do czasu nie polewała cię wężem, żebyś się odkleił. 

Jason roześmiał się. 

- No chodź już, chodź. 

Elizabeth wciąż się ociągała. W jej stanie emocjonalnej pobudliwości bala 

się usiąść obok Jasona, jeść popcorn z jednej miski. Już chciało jej się płakać, 

jeszcze zanim ten cholerny film się zaczął. Jason jest taki kochany, że stan 

się jej pomóc w ten sposób. Prawdziwy przyjaciel w potrzebie. 

Kilkakrotnie w ciągu tego popołudnia chciała zacząć rozmowę na temat 

rodowej waśni dzielącej Mansfieldów i Coltonów. Chciała oczyścić atmosferę i 

background image

przekazać mu wiedzę, której rodzina mu poskąpiła, kiedy dorastał. Ale bała się 

zepsuć ten fantastyczny nastrój. 

Przez cały czas śmiali się, przekomarzali, bawili, robili wszystko to, 

czego Elizabeth nigdy nie robiła z Mikiem. Ze smutkiem spojrzała na małą 

oprawioną w ramkę fotografię ich obojga, wciąż stojącą na regale. Zdjęcie 

pochodziło ze szczęśliwszego okresu ich życia, ale nie tak szczęśliwego, jak 

dzisiejszy dzień. Ze smutkiem pomyślała, że gdyby nie to zdjęcie, zapomniałaby 

już, jak Mike wygląda. 

Opuścił ją zaledwie siedem miesięcy temu, ale tak naprawdę odszedł od 

niej dwa lata wcześniej. Ona po prostu uparcie nie chciała się do tego przyznać. 

- Chodź, chodź - ponaglał Jason, moszcząc miejsce na kanapie obok 

siebie. - Już się zaczyna. Przygotowałem dla ciebie chusteczki. - Wyciągnął 

garść chusteczek z pudełka i pomachał nimi. 

Nie mogąc się oprzeć takiemu zaproszeniu, Elizabeth usiadła na kanapie, 

pozwoliła się przytulić i nakarmić popcornem. 

Przez następną godzinę siedziała jak zauroczona, oglądając cud narodzin - 

od poczęcia do porodu - rozgrywający się na ekranie telewizora. Kiedy nadszedł 

punkt kulminacyjny i kamera zaczęła na przemian pokazywać trzy kobiety na 

sali porodowej, Elizabeth ścisnęła Jasona za rękę i zalała się łzami. 

Rodzenie dziecka było tak piękne i tak naturalne. I nie tak przerażające, 

jak jej się wydawało. Patrzyła ze ściśniętym gardłem i po raz pierwszy od czasu, 

kiedy odkryła, że jest w ciąży, pomyślała, że wyjdzie ze szpitala z nowym 

członkiem rodziny w ramionach. Że będzie czyjąś mamą. 

            Kątem oka widziała, jak Jason też trze oczy. Co za niewiarygodny 

mężczyzna. Taki kochany. Taki dobry. Taki opiekuńczy. 

Z każdą minutą Elizabeth coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, 

że pragnie przeżyć z nim coś więcej niż tylko przyjaźń i że to pragnienie 

zrodziło się, kiedy go po raz pierwszy ujrzała. Gdyby miała być absolutnie 

background image

uczciwa, musiałaby przyznać, że już obsadziła go w roli przyszłego ojca 

swojego dziecka i przyszłego męża. 

Nagle zamarła. A jeśli on traktuje ją tylko jak dobrego kumpla? Albo 

jeszcze gorzej, jak siostrę? Kogoś, z kim miło spędza się czas, czekając na 

pojawienie się tej jednej jedynej? 

Jason był wysoki, ciemnowłosy, przystojny i bogaty. Mógłby mieć kobiet 

na pęczki. Bogatych, pięknych, odnoszących sukcesy, szczupłych, z doskonałą 

figurą. Dlaczego więc spędza tyle czasu z nią? 

Wytarła nos i oczy. 

Na pewno nie dlatego, że uważa ją za atrakcyjną. Spojrzała na swój 

brzuch. Przecież znają się kilka tygodni, i ku jej wielkiemu zaskoczeniu, odnosi 

się do niej z takim szacunkiem, jakby był zakonnikiem, który ślubował czystość. 

Czy mogła go za to winić? Ma spuchnięte nogi, cierpi na niestrawność, chodzi 

w bezkształtnych ciuchach, nie ma w sobie nic seksownego, rozczulała się nad 

sobą w duszy. 

To prawda, przyjemnie mija im czas i zgadzają we wszystkim. Ale co on 

z tego ma? Niczego nie zyskuje, spędzając wolne chwile właśnie z nią. 

Chyba że... 

Elizabeth przypomniały się słowa pielęgniarki Sherry. Jego była 

narzeczona nie chciała urodzić mu dzieci i dlatego z nią zerwał. Więc może 

zaprzyjaźnił się z nią z powodu dziecka, a nie dla niej samej? 

Film skończył się. Na ekranie pojawił się śnieg i taśma automatycznie 

zaczęła się przewijać do przodu. 

- Jason? 

- Tak? 

Serce zaczęło jej bić szybciej, dłonie zwilgotniały. Nie. Nie może zapytać 

go o to, czy chce mieć własne dziecko. Mogłoby to obudzić bolesne 

wspomnienia. Przecież nie chce psuć tak przyjemnego nastroju. A jednak bardzo 

pragnęłaby dowiedzieć się, co dzieje się w jego sercu. 

background image

- Dziękuję, że jesteś tu ze mną ze względu na Juniora - szepnęła, 

spuszczając wzrok. 

Jason łagodnie ujął ją pod brodę i zajrzał jej głęboko w oczy. 

Okay. To nie było spojrzenie zakonnika. Ani dobrego kumpla. Ani 

przyjaciela. Ani brata. Czyżby dostrzegła w jego oczach pożądanie? 

- Junior jest tak samo dobrym pretekstem jak inne, żeby być tu z tobą - 

rzekł Jason, ujmując jej twarz w dłonie. W jego głosie słychać było wzruszenie. 

Czułość, z jaką na nią patrzył, rozwiała wszelkie jej obawy. 

           Zanim zdążyła odetchnąć z ulgą, Jason pochylił się i pocałował ją powoli, 

słodko, zmysłowo, znacząco. Tym pocałunkiem udowodnił, dlaczego z nią jest. 

Był to pocałunek, który zaprzecza prawom fizyki, który zmienia dwie 

poszukujące istoty w jeden pełny organizm. Takiego pocałunku nigdy nie 

przeżyła z Mikiem. 

Objęła Jasona za szyję, chciała się do niego przytulić, ale Juniorowi się to 

nie spodobało. Zaprotestował mocnym kopnięciem. 

- Odpycha mnie - roześmiał się Jason. Elizabeth zawtórowała mu. 

- Czuję. 

- Jest zazdrosny. Nie mam do niego pretensji, bo chcę mieć cię wyłącznie 

dla siebie. 

- Chcesz? 

- Bardzo - rzekł Jason i znów ją pocałował. Tym pocałunkiem zawładnął 

jej ciałem i duszą i teraz już wiedziała, że zainteresowanie nią i Juniorem, to 

dwie różne rzeczy. 

Nagle Jason wypuścił ją z objęć i opadł na oparcie kanapy. 

- Muszę już iść - powiedział zmienionym głosem. 

- Dobrze. Rozumiem. 

Nie chce gotowej rodziny. Albo to, albo całowanie się z ciężarną kobietą 

nie jest przyjemnością, pomyślała. 

background image

- Nie. Nie rozumiesz - powiedział Jason i pocałował ją jeszcze raz. - Nie 

rozumiesz - powtórzył. - Muszę iść, bo jeżeli teraz nie pójdę, to zostanę. 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

- Co masz na sobie? - spytała filuternie Elizabeth, przytrzymując 

słuchawkę między ramieniem i policzkiem. 

- To ja dzwonię! Ty pierwsza. 

Elizabeth spojrzała na swój ogromny podkoszulek ze śmieszną kaczką na 

piersiach i napisem: Kwa, kwa, kwa! oraz ciepłe skarpety z dziurą na palcu i 

wzdrygnęła się. 

- Zgoda. Mam na sobie skąpe body, kabaretki i szpilki. Twoja kolej. 

Jason wybuchnął śmiechem i oświadczył: 

- Przyjeżdżam natychmiast. 

- Lepiej nie - zaprotestowała. - Już i tak trudno mi było rozstać się z tobą. 

- Nie mogła uwierzyć, że się do tego otwarcie przyznała, ale było za późno. 

Poza tym Jason doskonale sam o tym wiedział. 

Stali na ganku przez dobre pól godziny, objęci, szepcąc czułe słówka, 

dziękując sobie nawzajem i życząc dobrej nocy. Na koniec Jason pocałował ją i 

odjechał. 

Ale chyba jeszcze zanim wyjechał z jej podjazdu na ulicę, już wystukał 

numer do niej. I teraz, dwie godziny później, wciąż rozmawiali. Elizabeth leżała 

już zwinięta pod kołdrą, a ciepły głos Jasona kołysał ją do snu. 

- Słyszałeś to? - spytała wpół śpiąc. 

- Tak. 

- Co to było? 

- Sygnał rozmowy oczekującej. 

- Nie chcesz dowiedzieć się, kto to? 

- Nie. Nie przejmuj się. -. A jeśli to pilne? 

- Zadzwonią jeszcze raz. 

background image

- Jason! - Wiedziała, że się z nią droczy, ale jednak... Odpowiedziało jej 

ciężkie westchnienie. Sygnał rozmowy oczekującej rozległ się ponownie. 

- Okay, okay! - Zniecierpliwienie w głosie Jasona sprawiło Elizabeth 

satysfakcję. 

- Czy takim tonem mówi się do pacjenta? - upomniała go żartobliwie. 

- Dobrze, dobrze. Poczekaj, pokażę ci, jakim tonem mówi się do pacjenta. 

Nie odkładaj słuchawki, dobrze? 

- Dobrze. 

- Poczekasz przy telefonie? 

- Oczywiście. 

- Obiecujesz? 

           - Obiecuję. Pospiesz się. Ktoś się niecierpliwi. Elizabeth skorzystała teraz 

z okazji i przekręciła się na drugi bok, co z każdym tygodniem stawało się coraz 

trudniejsze i wymagało coraz bardziej skomplikowanych zabiegów oraz 

podkładania poduszek pod brzuch, pod plecy, pod nogi. 

Co za wspaniały sposób na spędzenie wieczoru, pomyślała. Chociaż 

wolałaby, żeby Jason był tu obok niej. Wspólna przyszłość wciąż jeszcze była 

jednak tylko marzeniem i Elizabeth surowo zakazała sobie dzielić skórę na 

niedźwiedziu. Po chwili usłyszała jakieś klikanie w słuchawce i głos Jasona: 

- Elizabeth? 

- Tak? 

- Zadzwonię za chwilę, dobrze? 

- Oczywiście. Czy to coś pilnego? 

- Można tak powiedzieć. Dzwoni moja babka, Sybil. Pamiętasz ją ze 

ślubu? 

- Oczywiście. To ta, która podeszła do nas, kiedy tańczyliśmy. 

- Tak. Dzwoni z Europy. - Jason westchnął. - Nie należy do osób, które 

można zbyć. Zadzwonię, jak tylko skończę z nią rozmawiać. 

background image

- W porządku. - Odkładając słuchawkę na widełki, Elizabeth już nie 

mogła się doczekać, kiedy telefon zadzwoni ponownie. 

- Słucham, babciu. 

Jason oparł się wygodniej o zagłówek łóżka i zawiązał pasek szlafroka. 

To potrwa. Rozmowy z Sybil zawsze trwają długo. 

- Nareszcie! Osobom w moim wieku nie należy kazać zbyt długo czekać. 

Może mnie już nie być wśród żywych, kiedy raczysz podejść do telefonu. 

- Co ty mówisz, babciu! Jesteś zdrowa jak koń. Szczególnie teraz, kiedy 

rzuciłaś palenie. Bo rzuciłaś, prawda? 

- Nie twój interes, smarkaczu. Lekarze! Phi! 

Jason wzniósł oczy do nieba. W tle słychać było teraz kilkakrotnie 

pstryknięcie zapalniczki. 

- O co chodzi, babciu? Dlaczego dzwonisz? 

Sybil zaciągnęła się głęboko papierosem i dopiero potem odpowiedziała: 

          - Nie podlizuj się. Już figurujesz w moim testamencie. Jason spojrzał na 

zegarek. Robiło się późno. Bał się, że Elizabeth zaśnie. 

- Która godzina w Paryżu? - spytał. 

- Tu jest ranek, a ja trawię go, próbując uzyskać odpowiedź na proste 

pytanie, ale każdy cholerny Colton w Prosperino włączył cholerną sekretarkę! 

Nie cierpię mówić do maszyny. 

- Wnioskuję więc, że nie byłem pierwszy na twojej liście... 

- Oczywiście, że nie! A po co miałabym do ciebie dzwonić? Chyba żebym 

się dowiedziała, że się żenisz. - Przerwała na chwilę, a Jason usłyszał, jak zanosi 

się kaszlem. 

- Kiedy ostatni raz byłaś u lekarza? - spytał. 

- Pójdę do lekarza, kiedy ty się zaręczysz - oświadczyła starsza pani. 

- To wyjdź za mnie - zażartował Jason. 

- Nie bądź taki dowcipny. Wiesz, że mam na myśli jakąś miłą pannę z 

dobrej rodziny. 

background image

Jason trochę się spodziewał, że rozmowa przybierze taki obrót, lecz 

zamiast zmienić temat, jak miał w zwyczaju, szczególnie odkąd zerwał z Angie, 

odczekał chwilę i powiedział: 

- Niewykluczone, że będziesz musiała zamówić wizytę wcześniej niż 

myślisz, babciu. 

- Dlatego, że ja umieram, czy dlatego, że ty się żenisz? 

- Jesteś zbyt żywotna, żeby tak od razu umierać, za to ja może się ożenię. 

Kiedyś. 

- Żenisz się?! 

- Tego nie powiedziałem. Jeszcze nie jestem całkiem pewny. Poznałem 

kogoś naprawdę miłego, ale nie będę się spieszył z decyzją. 

- Byłeś się zbyt długo nie namyślał, synku. Latek nam nie ubywa. 

- Będę miał to na uwadze. Ale dlaczego dzwonisz? Nie wystawiaj mojej 

ciekawości na zbyt ciężką próbę. 

- Stara sztuczka. Kiedy mowa o ożenku, zmieniasz temat, co? Typowe. 

No dobrze, chciałam się dowiedzieć, czy rozmawiałeś może z Grahamem? 

- Z Grahamem? - Jason nie był w zbyt dobrych stosunkach ze swoim 

stryjem Grahamem. Ostatni raz widzieli się na ślubie Harrisona, ale zamienili ze 

sobą tylko kilka zdawkowych słów. - Dlaczego pytasz? 

- Martwię się o Meredith. Na ślubie Graham wspomniał, że nadal 

zachowuje się bardzo dziwnie... 

Meredith była szwagierką Grahama i żoną bratanka Sybil, Joego Coltona. 

W dzieciństwie Jason spędzał wiele czasu w ich domu. Zapamiętał Meredith 

jako uroczą i kochającą osobę, rozdającą dzieciom lody i pozwalającą jeździć na 

kucach. Była jego ulubioną ciotką. 

Teraz jednak stała się inną osobą, podenerwowaną, kąśliwą. Zmiany w jej 

osobowości zaczęły się około dziesięciu lat temu i następowały zbyt 

gwałtownie, żeby tłumaczyć je menopauzą czy naturalnym procesem starzenia. 

Niemniej na odległość Jason nie potrafił postawić diagnozy. 

background image

- Nie wiem. Słyszałem, że zachowuje się dziwnie, ale... 

- Dziwnie? Synku, ta kobieta postradała zmysły. Tamten wypadek zmienił 

ją w jakiegoś szatana! I jest coraz gorzej... 

Słuchając Sybil, Jason pochylił do przodu i ukrył twarz w dłoniach. 

Tematowi zmian w osobowości ciotki Meredith poświęcono chyba więcej czasu 

niż dyskusjom o rozbiciu atomu. 

- Uważam, że powinieneś wziąć ją do siebie i przeprowadzić 

kompleksowe badania. Nie dziwiłabym się, gdyby na prześwietleniu mózgu 

wyszło, że gnieżdżą się w jej głowie jacyś przybysze z kosmosu! 

Jason nie potrafił odmówić niczego babci Sybil. Kochał i szanował tę 

drobną kobietę, dla której rodzina była najważniejszą rzeczą na świecie. A 

Sybil, jak wszyscy doskonale wiedzieli, uwielbiała wnuka. 

- Dobrze. Wyślę jej zawiadomienie, że powinna stawić się na badania 

okresowe i wtedy zobaczę, co się da zrobić. 

- Kochany jesteś. Kocham cię najbardziej z moich wnuków, tylko nie 

mów o tym Harrisonowi. 

Jason wiedział, że Sybil to samo powtarza jego bratu. 

- A jeśli oświadczysz się tej dziewczynie, chcę o tym wiedzieć pierwsza. 

Zadzwoń natychmiast - rozkazała i od- wiesiła słuchawkę. 

Jason z jękiem opadł na poduszki. 

Następnego ranka, po nabożeństwie, Jason i Elizabeth poszli na śniadanie, 

a potem odwiedzili kilka sklepów z antykami w najstarszej części Prospenno. Ta 

historyczna dzielnica była mekką turystów i tego majowego dnia ludzie tłumnie 

wylegli na ulice. 

- Co się kupuje osobie, która ma już wszystko? - spytał Jason w jednym 

ze sklepów, do którego weszli. 

- A kto ma wszystko? - zaciekawiła się Elizabeth. 

- Mój wuj Joe. W przyszłym miesiącu obchodzi sześćdziesiąte urodziny i 

moja ciotka, Meredith, urządza galę, jakiej Prosperino długo nie zapomni. 

background image

- Cóż... - zawahała się Elizabeth. Mężczyznom zawsze trudno kupić 

prezent. - A co lubi? Czym się interesuje? Ma jakieś hobby? 

Umierała z ciekawości, żeby się dowiedzieć jak najwięcej o rodzinie 

Jasona, ale bała się zadawać pytania w obawie, że w rozmowie wyjdzie na jaw 

kwestia tej głupiej waśni dzielącej oba rody. 

- Hobby? Robienie pieniędzy. Adoptowanie dzieci. 

- Uhm. Bardzo szlachetne zajęcie, ale dziecko trudno ofiarować jako 

prezent urodzinowy. 

- Widzisz. Mówiłem, że wujowi nie można niczego kupić. 

- Nie panikuj. Opowiedz mi o jego życiu i zaraz przyjdzie nam do głowy 

jakiś pomysł. Zobaczysz. 

- W takim razie wstąpmy gdzieś napić się kawy. 

- Masz ochotę na ten kawałek mojego ciastka? - spytała Elizabeth, patrząc 

z żalem na swój talerzyk. - Nie powinnam jeść tyle słodyczy. 

- Z chęcią - powiedział Jason. 

Siedzieli na tarasie francuskiej cukierni w bok od głównej ulicy starego 

miasta. Zielony parasol osłaniał ich od słońca, a od strony oceanu wiał łagodny 

wiaterek. Z filiżanką bezkofeinowej kawy w dłoniach Elizabeth zafascynowana 

słuchała dziejów klanu Coltonów. Dzięki opowieści Jasona poznawała drugą 

stronę tragicznej waśni. 

- Na czym skończyłem? - spytał Jason, przeżuwając ostatni kęs ciastka, 

którym Elizabeth się z nim podzieliła.  

- Na babce. 

- Sybil. Macie coś ze sobą wspólnego. 

- Tak? - zdziwiła się Elizabeth, starając się ukryć sceptycyzm. 

- Uhm. Obie jesteście samotnymi matkami. I obie macie synów. 

- Sybil była samotną matką? 

- Między innymi. - Jason oparł się wygodniej o tył krzesła i rzucił 

zgniecioną serwetkę na talerzyk. - Sybil zawsze chodziła własnymi drogami. 

background image

Urodziła się tu, w Ameryce, ale wolała Europę. Studiowała na Bryn Marr i 

została dziennikarką. Kocha opowiadać, jak odwiedzała salony i kawiarnie 

Londynu, Paryża, Madrytu i Rzymu i ocierała się o znane osobistości tamtej 

epoki. 

- Jak kto na przykład? 

Jason przymknął oczy i zastanawiał się chwilę. 

- Sybil uwielbia ozdabiać swoje opowieści znanymi nazwiskami, ale ona 

tych wszystkich ludzi rzeczywiście poznała, Hemingwaya, Fitzgeralda, Gertrudę 

Stein i Virginie Woolf. 

- Nie mów. 

- Tak, tak. Fantastyczna babka. Zna biegle kilka języków. Utrzymywała 

siebie i dziecko, pracując jako tłumaczka i reporterka. 

- Musi być fascynującą kobietą - powiedziała Elizabeth na głos, a w 

duchu dodała, że również wzbudzającą strach. 

          - I jest. Ale należy do tych osób, które naprawdę trzeba poznać, żeby 

zrozumieć. Ma niewyparzony język i kilkakrotnie poniosła tego konsekwencje. 

Tak było na przykład z jej bratem Teddym. Nie powtarzaj nikomu, ale sądzę, że 

wybuchowy charakter sprawił, że nigdy nie wyszła za mojego dziadka. 

- Urodziła nieślubne dziecko? 

Elizabeth przypomniała sobie energiczną damę o królewskiej posturze, 

którą poznała na ślubie Savannah, i nie mogła uwierzyć w te rewelacje. 

- Tak. Chociaż nie lubi o tym opowiadać - ciągnął Jason. - Zamieszkała z 

Frankiem, moim ojcem, w małym miasteczku koło Paryża. Potem posłała go do 

college'u tutaj, w Stanach. Tam poznał moją matkę, Shirley. Harrison i ja 

urodziliśmy się, kiedy rodzice byli jeszcze bardzo młodzi. Stworzyli Colton 

Media Holding, na którego czele obecnie stoi Harrison. Chyba odziedziczył po 

wujku Joem talent do robienia pieniędzy. 

- Wujek Joe. Patriarcha rodziny. Potentat naftowy i człowiek, który ma 

wszystko - wyrecytowała Elizabeth. 

background image

- Świetnie - pochwalił ją Jason wyraźnie zadowolony. - Widać, że 

słuchałaś uważnie. 

Elizabeth posłała mu zuchwałe spojrzenie i mówiła dalej: 

- Brat Sybil, Teddy, jest ojcem twojego wuja Joego. 

- Zgadza się. Joe jest starszy, Graham młodszy. Ale nie wychowywali się 

razem. Wyrośli w rodzinach zastępczych. 

- Dlaczego? 

- Ich rodzice zginęli w wypadku samochodowym., 

- To straszne. 

          - Tak, to smutna historia. - Jason zamyślił się, wpatrzony w odległy punkt, 

gdzie ocean stykał się z kalifornijskim niebem. Po chwili, jakby przypominając 

sobie, o czym rozmawiali, ciągnął: 

- Ale mimo że dorastał bez swojego biologicznego ojca, wiedział, że jest 

bardzo kochany przez przybranych rodziców. Wiesz... - zaczął, a jego spojrzenie 

spod wpółprzym-kniętych powiek spoważniało - wiesz, nie sądzę, żeby to miało 

jakieś znaczenie, czy człowiek, który wychowuje dziecko, jest jego 

biologicznym ojcem, czy nie. Ważne jest, że kocha je jak rodzone. 

Gdy mówił te słowa, Elizabeth nie spuszczała wzroku z jego warg. Miała 

dziwne wrażenie, że Jason mówi o swoich uczuciach do jej synka. 

- Naprawdę tak myślisz? - szepnęła. 

- Tak. Mój wuj Joe jest najlepszym dowodem na to, że poprzez miłość 

można wychować chłopca na wspaniałego mężczyznę. Jego przybrany ojciec 

kochał go całym sercem i Joe wiedział o tym. I dzięki tej miłości on sam tyle 

robi dla innych potrzebujących dzieci. Stworzył fundację Nadzieja i sam 

adoptował kilkoro sierot. Co dowodzi, że miłość naprawdę wiele przezwycięża. 

- Prawda - westchnęła Elizabeth, zastanawiając się, czy miłość, jaką czuła 

do Jasona, przezwycięży przeszłość. 

- Polubiłabyś mojego wuja Joego - powiedział Jason. - Jego życiorys to 

budujący przykład historii człowieka, który do wszystkiego doszedł sam. Teraz 

background image

kieruje kilkoma znaczącymi korporacjami i ma trochę do czynienia z 

przemysłem naftowym. - Ujął ją za rękę. - Powinnaś pójść ze mną na to 

przyjęcie. 

- To by dopiero była sensacja. Ty razem z dziewczyną z brzuchem. 

Jason wybuchnął śmiechem. 

- Cudownie! Nareszcie ludzie mieliby nowy temat do rozmowy. Bo tak, to 

ciągłe plotkują o mojej stukniętej ciotce Meredith. 

- Stukniętej ciotce Meredith? - zdziwiła się Elizabeth. 

- To kolejna smutna historia. Elizabeth zaczęła bawić się serwetką. 

- Czy wiesz, skąd pochodzi twoja rodzina? - spytała po chwili. 

Jason wzruszył ramionami. 

- Niewiele wiem o dalszych przodkach. Moja wiedza kończy się na Sybil i 

wujku Joem. Ale Sybil będzie wiedziała. Jest ekspertem od rodzinnych koneksji. 

Wprowadzi cię we wszystkie tajniki, jeśli będziesz chciała. Przyjedzie na 

urodziny wuja Joego. 

- Och! - Elizabeth uśmiechnęła się słabo. - To... to miło - dodała. 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Ostry dzwonek telefonu wyrwał Elizabeth z lekkiej drzemki, której się 

oddawała, wpółleżąc w nowym fotelu Jasona. Było piątkowe popołudnie. Minął 

kolejny tydzień. Dokuczały jej opuchnięte nogi i stopy, więc Jason zaprosił ją na 

obiad, który zamierzał ugotować w nowo urządzonej i wyposażonej kuchni. 

Telefon zadzwonił ponownie. 

- Jason? - powiedziała. Przetarła oczy. Cisza. 

- Jason? - powtórzyła. 

Telefon zadzwonił po raz trzeci. Dziwne. Dopiero teraz spostrzegła kartkę 

leżącą na stoliku obok fotela. 

Musiałem pobiec do sklepu po ser ricotta i sos sałatkowy. Przyniosą lody 

czekoladowe dla JUNIORA. J. 

background image

Uśmiechnęła się do siebie, czytając. Miała ogromną ochotę na lody, co 

było o tyle niezwykłe, że podczas całej ciąży lody mogły dla niej nie istnieć. 

Podciągnęła kolana. Odpychając się od podnóżka, usiłowała podnieść się z 

fotela. Jednak teraz coraz trudniej było jej nawet usiąść. 

Telefon zadzwonił kolejny raz. 

- Już idę! - zawołała. 

Wreszcie udało jej się wstać, ale zanim dobiegła do kuchni i podniosła 

słuchawkę, włączyła się automatyczna sekretarka. 

- Jason? To ja. Gdzie ty się do diabła podziewasz? Dlaczego nikogo z was 

nie ma w domu, kiedy ja dzwonię? Jeśli tam jesteś, odpowiedz natychmiast. - 

Elizabeth rozpoznała głos Sybil i postanowiła nie ujawniać się. - Nie mam czasu 

czekać, aż skończysz, cokolwiek tam robisz, synku. Jason? - Nastąpiła przerwa 

w monologu i Sybil głęboko zaciągnęła się papierosem. Elizabeth prawie 

poczuła dym. - Zaczynam podejrzewać, że ludzie unikają mnie. Mniejsza z tym. 

Dzwonię, żeby dać ci kilka rad odnośnie Meredith. Czytałam ostatnio sporo 

artykułów i dobrze by było, gdybyś zbadał, czy nie ma biedaczka guza mózgu. 

Wszystkie symptomy się zgadzają i wynika, że ma klasyczne objawy. Zrób jej 

prześwietlenie, a potem mi powiesz, czy miałam rację. 

Starsza pani zrobiła przerwę i ponownie zaciągnęła się papierosem. 

Potem, wydychając dym prosto w słuchawkę, ciągnęła już na inny temat: 

- I ciągle czekam na jakieś informacje o tej pannie, z która się spotykasz. 

Elizabeth zamarła. Jason spotyka się z kimś? Serce zatrzepotało jej w 

piersi. 

- Do tej pory wiem tylko, że ma na imię Elizabeth. Przyznasz, że to 

niewiele. 

Czyżby Jason powiedział babce o niej? Ogarnął ją lęk i jednocześnie 

radość. Pochyliła się nad aparatem, żeby lepiej słyszeć. 

background image

             - Błagam o jakieś szczegóły, chłopcze. Tylko nie mów mi, że znalazłeś 

kolejną zbłąkaną owieczkę, która miała do szkoły pod górkę, słyszysz. Kiedy 

zobaczyłam tę Angie, od razu wiedziałam, że to kobieta nie dla ciebie. 

Elizabeth spojrzała na swój brzuch, potem przyłożyła dłonie do skroni. 

- Więc co to za rodzina? - W głosie Sybil słychać było nieprzyjemną nutę 

przyprawiającą Elizabeth o gęsią skórkę. 

Elizabeth westchnęła w duchu. 

- Skąd pochodzą? Co robili? Jeśli zamierzasz uczynić z niej członka klanu 

Coltonów, muszę wiedzieć coś więcej. 

Członka klanu Coltonów! 

Czyżby Jason zwierzał się babce ze swoich planów matrymonialnych? 

- A zresztą mniejsza z tym. Mam dość rozmawiania z tą maszyną. 

Nienawidzę automatycznych sekretarek! Zadzwoń, kiedy wrócisz, gdziekolwiek 

jesteś. Aha, mam jeszcze jedno pytanie. Chodzi o Emily. 

Emily? Kim jest Emily? 

- Koniecznie chcę wiedzieć, czy nadal męczą ją koszmary senne o tym 

wypadku, jaki miały z Meredith. Podobno śni jej się, że się budzi i widzi dwie 

Meredith! Jedna jest aniołem, a druga diabłem wcielonym! - Sybil zachichotała. 

- To prawda! Widziałam film o kobiecie, która jest jak dwie różne osoby. Ta zła 

robi piekło, potem wkracza ta dobra i wszystko łagodzi. Jasonie, wskrześ tę 

dobrą Meredith, zanim opanują ją demony. 

W aparacie rozległ się lekki sygnał, prawdopodobnie zawiadomienie o 

rozmowie oczekującej. 

- Jason? Halo? Halo? Głupia maszyna! - zdenerwowała się Sybil i rzuciła 

słuchawkę na widełki. 

Elizabeth wpatrywała się w mrugające czerwone światełko w aparacie. 

Ładna rodzinka, nie ma co, pomyślała. Sybil Colton raczej nie należy do osób 

współczujących zbłąkanym owieczkom. Poklepała się po brzuchu i usiadła na 

jednym ze stalowych stołków, żeby nie upaść. 

( sip A43 ) 

background image

Jason opowiedział babce o niej, ale najwidoczniej nie poinformował 

Sybil, że jego wybranka nazywa się właśnie Mansfield. 

- Hej, kochanie! Wróciłem! - zawołał Jason od progu i kopnięciem 

zamknął drzwi. Zastał Elizabeth w kuchni, siedzącą przy wyspie i wpatrzoną w 

aparat telefoniczny. Rzucił zakupy na blat, stanął za ukochaną i oparł brodę o jej 

ramię. 

- Spałaś tak mocno, że nie chciałem cię budzić. 

- Obudził mnie telefon. 

Coś w głosie Elizabeth zaniepokoiło Jasona. Zdenerwowanie. Napięcie. 

Może się czymś martwi? 

- Telefon? 

Elizabeth ruchem głowy wskazał aparat. 

- Twoja babka - poinformowała. 

- Sybil dzwoniła? - zdziwił się Jason. - W jakiej sprawie? - Coś mówiło 

mu, że niekoniecznie chciałby się tego dowiedzieć. 

- Nagrała się. 

Jason nacisnął przycisk i słuchał. Uśmiechnął się kwaśno, słysząc, jak 

Sybil wyciąga kolejne szkielety z rodzinnej szafy. No cóż, wkrótce Elizabeth 

sama się dowie, że jego rodzina daleka jest od ideału. 

          Wyciągnął rękę i ujął dłoń Elizabeth w swoją. Dlaczego jest taka spięta, 

zastanawiał się z niepokojem. Pieścił jej palce i robił miny, starając się wyrwać 

ją z zadumy. Sybil zmieniła temat. 

- I ciągle czekam na jakieś informacje o tej pannie, z którą się spotykasz. 

Jason zamarł. 

- Do tej pory wiem tylko, że ma na imię Elizabeth. Przyznasz, że to 

niewiele... Jeśli zamierzasz uczynić z niej członka klanu Coltonów, muszę 

wiedzieć coś więcej! 

Spojrzał ukradkiem na Elizabeth, żeby sprawdzić jej reakcję i dostrzegł, 

że się mocno zarumieniła. Serce podskoczyło mu do gardła. 

background image

Cholera. 

A więc Elizabeth wie, że rozmawiał o niej ze swoją rodziną. Że 

poinformował ich, że się spotykają. Że jego zainteresowanie jej osobą 

wykroczyło poza uprzejmość wobec koleżanki bratowej i przerodziło się w 

poważne rozważania, czy wprowadzić ją do klanu Coltonów. 

Sybil rzuciła słuchawkę. W pokoju zaległa niezręczna cisza. 

Jason poklepał dłoń Elizabeth i wstał. Schował ogromny pojemnik lodów 

czekoladowych do zamrażarki. Zastanawiał się, co powinien powiedzieć teraz, 

kiedy jego zamiary zostały ujawnione. 

Wziął głęboki oddech. Podrapał się po nosie. 

- Przykro mi, jeśli słowa Sybil wprawiły cię w zakłopotanie - zaczął. - 

Naprawdę nie chciałem, żebyś w ten sposób dowiadywała się o moich uczuciach 

do ciebie. 

Elizabeth przełknęła i spytała słabym głosikiem: 

- A jakie są twoje uczucia? 

Jason stanął obok niej, 

- Ja... - Głębokie westchnienie zagłuszyło jego słowa. Wyciągnął rękę i 

dotknął policzka Elizabeth. Kciukiem pogładził jej skroń. - Zakochałem się w 

tobie. 

- Zakochałeś? - Odwróciła się do niego. Objęła go w pasie, zamknęła 

oczy i oparła czoło o jego pierś. 

- Uhm. Na ślubie Harrisona myślałem, że przepadłem z kretesem. Kiedy 

tylko cię zobaczyłem, spoconą i czerwoną na twarzy z gorąca, usiłującą wytrzeć 

nos zaproszeniem, pomyślałem, że oto kobieta, z którą chciałbym spędzić resztę 

życia. Kobieta, która dzieli moje uczucia na temat miłości, małżeństwa i 

rodziny. Kiedy spostrzegłem, że jesteś w ciąży, zrozumiałem, że już ktoś 

sprzątnął mi cię sprzed nosa i poczułem... - Jason westchnął, wsunął dłoń pod jej 

podbródek, uniósł jej twarz i zajrzał w oczy - poczułem się oszukany. 

Ograbiony. 

background image

- Ja czułam dokładnie to samo. 

- Wiem - szepnął i dotknął ustami jej warg. Kiedy ich języki zetknęły się, 

doznał cudownego olśnienia, odsłoniła się przed nim wielka tajemnica życia. 

Nagle zyskał pewność, że to właśnie tej kobiety szukał całe życie. I nie 

było ważne, że miała już jedno małżeństwo za sobą. Ani to, że w łonie nosiła 

dziecko innego mężczyzny. Takie jest życie. On też miał za sobą kilka 

miłostek... i kilka rozczarowań. 

Przeszłość. Była, minęła. I nie trzeba się nad nią rozwodzić. 

          Oboje przekonali się, czego nie chcą od partnera. Od życia. I oboje 

wiedzieli, że chcą miłości, małżeństwa, rodziny. Obojętnie, jak ta rodzina 

powstała. Odkąd pamiętał, wuj Joe dawał mu przykład, że nie ma znaczenia, w 

jaki sposób mężczyzna stał się ojcem. Ważne jest, jak kocha i jak dba o dziecko. 

Jason już uważał dziecko Elizabeth za swoje. Czuł z nim więź opartą nie 

na biologii, lecz na miłości. 

I wiedział, odgadywał ze sposobu, w jaki Elizabeth oddawała mu 

pocałunek, że ona czuła to samo. 

- Jason? - Elizabeth oderwała wargi od jego warg i obiema rękami oparła 

się o jego pierś. Oddychała z trudem, a policzek miała zaróżowiony od 

łaskotania jego zarostu. - Muszę ci coś powiedzieć. 

- Uhm - mruknął i zaczął pieścić jej szyję, całować podbródek, szukać ust. 

- Mów, mów... - szepnął, przywierając do jej warg. Elizabeth miała takie 

słodkie, miękkie, kobiece ciało... takie, jakiego pragnął. Jason przesunął dłonie 

na jej kark i wplótł palce w jej gęste, jedwabiste włosy. 

Elizabeth ponownie wyswobodziła się z jego objęć. 

- Przestań - powiedziała. 

- Dlaczego? 

- Dlatego. Mam ci coś ważnego do powiedzenia o... - Urwała i odwróciła 

wzrok. Była bliska płaczu. - Widzisz, ja... 

background image

Jason poczuł, że żar wypala mu wnętrzności. To, o czym Elizabeth chce 

mówić, to poważna sprawa. Domyślał się, że chodzi o tę tajemnicę, która ją 

dręczyła od początku ich znajomości. Zamknął oczy, przygotowując się na 

najgorszy cios.                                          

Wciąż kocha Mike'a.                           

Albo Mike przyjeżdża po dziecko.                 

Albo Mike poszedł po rozum do głowy i nagle pojął, że był idiotą, że 

porzucił taką wspaniałą kobietę. 

Kiedy patrzył na wykrzywioną bólem twarz Elizabeth, obrazy zapłakanej 

Angie czyniącej swoje wyznanie podczas ich ostatniej dramatycznej rozmowy 

przesunęły się przed jego oczami. Elizabeth cofnęła się i odgarnęła włosy z 

czoła. 

- Poczekaj - szepnął i położył jej palec na ustach. -Wydaje mi się, że taką 

rozmowę lepiej przeprowadzić na siedząco. 

Kiwnęła potakująco głową. 

Wziął ją za rękę i zaprowadził do nowej kanapy, którą razem wybierali 

zaledwie tydzień temu. Posadził Elizabeth, ale zanim sam zdążył usiąść, 

zabrzęczał jego pager. 

- Cholera - mruknął i sięgnął do kieszeni. - To ze szpitala - powiedział, 

sprawdzając numer. - Zadzwonię i zapytam, o co chodzi. 

- Oczywiście - szepnęła. 

- Posłuchaj - powiedział, wsuwając jej rękę pod brodę i patrząc jej w 

oczy. - Cokolwiek masz mi do powiedzenia, ja... - urwał i przełknął ślinę - ja to 

zniosę. Jestem dorosły. Przeżyję. 

Elizabeth milczała. 

Jason był przerażony. W swojej karierze zawodowej wielokrotnie miał do 

czynienia z ludźmi, których życie wisiało na włosku, ale nigdy nie bał się tak jak 

teraz. To, co miała mu do powiedzenia, zagrażało ich przyszłości. 

background image

Podszedł do telefonu, wystukał numer szpitala. Czekając na połączenie z 

izbą przyjęć, przyglądał się Elizabeth. 

          Znowu przypomniała mu się Angie i jej strach, kiedy odkrył, że poddała 

się sterylizacji. Prawdopodobnie zamierzała mu o tym powiedzieć dopiero po 

ślubie. Angie jeszcze jako nastolatka postanowiła nie mieć dzieci. Kiedy 

dorosła, dopiero w innym stanie znalazła lekarza, który zgodził się 

przeprowadzić zabieg u tak młodej kobiety. 

Znając sytuację rodzinną Angie, Jason potrafił zrozumieć jej niechęć do 

posiadania własnych dzieci. Nie potrafił jednak zrozumieć całej piramidy 

kłamstw o licznym potomstwie, jakim chce go obdarzyć po ślubie. Gdyby 

przypadkiem nie podsłuchał rozmowy Angie z pielęgniarką z oddziału 

położniczego, trwałby w przeświadczeniu, że któregoś dnia zostanie ojcem. 

Ale Angie nie chciała rodziny. Pragnęła prestiżu, pieniędzy, władzy i 

gwarancji bezpieczeństwa. Tego wszystkiego, czego nie dali jej rodzice 

narkomani. 

Zacisnął mocno dłoń na słuchawce. Boże, oby się nie okazało, że znowu 

zakochałem się w niewłaściwej kobiecie, modlił się w duchu. 

- Karen? Mówi doktor Colton. Co się tam u was dzieje? Słuchając 

sprawozdania, nie spuszczał oczu z Elizabeth. 

- Dobrze. Powiedz, że już jadę... Za pięć minut. Dziękuję. 

Powoli odłożył słuchawkę. Przełknął ślinę i powiedział: 

- Jedna z moich pacjentek w starszym wieku miała groźny upadek. 

Doznała licznych obrażeń i złamała kość biodrową. Muszę jechać, ale wrócę 

najszybciej, jak tylko będę mógł - obiecał. - A jak wrócę, dokończę gotowanie i 

będziemy mogli porozmawiać. Dobrze? 

Elizabeth kiwnęła głową. Jason podszedł do niej i pocałował ją. Objęła go 

mocno za szyję. 

- Zaczekasz na mnie tutaj? - upewnił się. 

- Zaczekam - obiecała. 

background image

- Będę za godzinę. Wtedy porozmawiamy. Dobrze? 

- Dobrze - odpowiedziała i uśmiechnęła się przez łzy. 

Elizabeth stała przy kuchennym blacie i szykowała lasagne dla Jasona. 

Pomyślała, że się nie obrazi, a kiedy wróci, obiad będzie gotowy. Minęła prawie 

godzina, odkąd poszedł do szpitala, a ona sama czuła się już trochę głodna. 

Nie mogła się już go doczekać. Im szybciej wyjaśnią sprawę tej głupiej 

rodzinnej waśni, która tkwi jak klin między nimi, tym lepiej. Będą się mogli 

zająć przyszłością. 

Kiedy wkładała brudną miskę do zlewu, zadzwonił telefon. To 

prawdopodobnie Jason, pomyślała, patrząc na zegar. Dzwoni, żeby mi 

powiedzieć, kiedy mogę się go spodziewać w domu. Wytarła więc ręce w 

ścierkę zaczepioną na uchwycie lodówki i podniosła słuchawkę. 

- Halo? - powiedziała zdyszana. Radość, że zaraz usłyszy Jasona, 

przepełniała jej serce. 

- Kto przy telefonie? - spytał jakby znajomy głos. 

- Tu Elizabeth. 

- Elizabeth? A nazwisko? 

- Elizabeth Mansfield - przedstawiła się i dopiero wówczas zorientowała 

się, że rozmawia z Sybil Colton. 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Sybil nie odzywała się dłuższą chwilę. Elizabeth zaczynała się 

zastanawiać, czy starsza pani jeszcze tam jest po drugiej stronie. 

- Halo? - zaryzykowała i odezwała się pierwsza. 

- Mansfield? A więc pani nazywa się Mansfield? Było już za późno 

przedstawić się nazwiskiem męża. 

A poza tym, prędzej czy później Sybil i tak dowiedziałaby się prawdy. 

- Tak. Nazywam się Elizabeth Mansfield. 

W słuchawce słychać było teraz kilkakrotne kliknięcie zapalniczki i 

ciężkie westchnienie świadczące o głębokiej frustracji. 

background image

- No tak - powiedziała Sybil. Teraz słychać było, jak zaciąga się dymem. - 

Ta sama Elizabeth, z którą Jason się spotyka? 

- Chyba tak można... 

- Wiedziałam! - wykrzyknęła Sybil tak głośno, że Elizabeth aż 

podskoczyła. - Wiedziałam, że to zbyt piękne, żeby było prawdziwe! Raz w 

życiu uparciuch robi to, co chcę, żeby zrobił, i od razu musi wszystko zepsuć! 

Dlaczego wybrał sobie akurat dziewczynę o nazwisku Mansfield! Nie mogę w 

to wprost uwierzyć! Nie, nie, nie zgadzam się! 

Na trzęsących się nogach Elizabeth zdołała jakoś dotrzeć do najbliższego 

krzesła. Serce biło jej jak oszalałe. 

- Co on sobie w ogóle myśli? - ciągnęła Sybil, nerwowo paląc papierosa. - 

Mam ochotę wsiąść w samolot i wbić mu trochę rozumu do głowy. Ale on mnie 

nigdy nie słuchał. Nigdy. Mówiłam mu, żeby nie tracił czasu na medycynę. Ma 

smykałkę do interesów, jak ojciec i wuj. Ale czy on mnie kiedykolwiek słuchał? 

Nie! On musi zbawiać świat. Ale, ale, sama wiesz, jaki jest uparty. 

- Wiem - mruknęła Elizabeth. 

- Oszaleć można z takim człowiekiem. W pewnym sensie jest podobny do 

mnie. Ja też się buntowałam - ciągnęła swój monolog Sybil, jak gdyby 

zapominając, że rozmawia z wrogiem. - Nie cierpiałam całego tego 

mieszczańskiego konserwatywnego wychowania. W czasie wojny żyłam za 

granicą jak wolny ptak i skłóciłam się z moim bratem Teddym. Poza tym nie 

podobało mu się, że jestem zatwardziałą feministką. - W głosie Sybil zabrzmiała 

nuta nostalgii za przeszłością. - To były stare dobre czasy. Przypuszczam, że 

Jason wspomniał ci już o mojej znajomości z Virginia Woolf i całą tą paczką. 

Jeśli nie, poproś go, żeby ci opowiedział. To były dobre, bardzo dobre czasy, 

wierz mi. 

Elizabeth z niedowierzaniem wpatrywała się w słuchawkę. Do czego ta 

kobieta zmierza, zastanawiała się. 

- Przepraszam panią, ale... - zaczęła. 

background image

- Jaka tam pani, dla ciebie Sybil! - wykrzyknęła Sybil i z wysiłku aż 

zaniosła się kaszlem. 

- Czy chcesz, żebym coś powtórzyła Jasonowi? 

          - Dziękuję, moja droga. Powiedz temu smarkaczowi, że zabraniam mu 

spotykać się z jakąkolwiek dziewczyną z tamtej rodziny! 

Jason w kilku susach zbiegł ze schodków rezydencji rodziców i 

sprężystym krokiem podszedł do swojego jaguara. Po drodze ze szpitala wstąpił 

tutaj, żeby porozmawiać z matką i ojcem. Chciał im powiedzieć o Elizabeth, 

zanim Sybil zacznie rozpuszczać płotki. 

Wsiadł do samochodu i zanim ruszył, jeszcze raz zajrzał do etui, które 

otrzymał od rodziców. Kolia z szafirów i brylantów była tak samo piękna, jak ją 

zapamiętał. Matka twierdziła, że klejnot był własnością rodziny od ponad 

trzystu lat. Oryginalny naszyjnik miał około sześćdziesięciu centymetrów 

długości, ale ostatnio przerobiony został na dwa. Savannah otrzymała jeden, a 

teraz drugi... 

Myśl o całej tej historii wbijającej się klinem między niego i Elizabeth 

ściskała go za gardło. Pogładził chłodne kamienie. Po raz pierwszy trzymał ten 

naszyjnik w rękach. 

Elizabeth będzie nim zachwycona, pomyślał. 

Nie mógł się doczekać, kiedy ofiaruje jej ten symbol swoich uczuć. Z 

jakiegoś dziwnego powodu nigdy nie przyszło mu do głowy, żeby podarować go 

Angie. A teraz, kiedy przyglądał się, jak klejnoty błyszczą, odbijając światło 

słońca zachodzącego na kalifornijskim niebie, wydawało mu się, że tylko na 

szyi Elizabeth zalśnią pełnym blaskiem. 

Cokolwiek ja trapi, razem przezwyciężą wszystko. Jest warta wszelkich 

udręk, przez jakie będzie musiał przejść podczas zapowiedzianej rozmowy. 

Elizabeth czeka na niego, tak jak obiecała. Jason wiedział, że w przeciwieństwie 

do Angie, jej może wierzyć. 

background image

Wsunął etui z kolią do kieszeni marynarki i przekręcił kluczyk w stacyjce. 

Po kilku minutach jazdy ze schowka na rękawiczki wyjął telefon komórkowy i 

zadzwonił na swój domowy numer. 

Przy piątym dzwonku zaczął się poważnie niepokoić. Do tej pory 

Elizabeth powinna odebrać telefon. Nawet jeśli zasnęła, obudziłaby się. 

Odezwała się automatyczna sekretarka. Wysłuchał nagranego powitania i 

po długim sygnale zaczął mówić: 

- Elizabeth? Żadnej odpowiedzi. 

- Elizabeth, kochanie, jeśli tam jesteś, podnieś słuchawkę - prosił. - 

Elizabeth? 

Znowu cisza. Szalone myśli zaczęły przychodzić mu do głowy. 

Zaczęła rodzić. 

Upadła. 

Upadła i zaczęła rodzić. 

- Elizabeth?- - powtórzył. - Jeśli mnie słyszysz, nie martw się. Już do 

ciebie jadę. - Przejechał skrzyżowanie na zielonym świetle, ściął zakręt. - Będę 

w domu za kilka minut. Trzymaj się, najdroższa. Obojętne, co się stało, 

poradzimy sobie. 

Zmęczona łkaniem Elizabeth leżała wsparta na poduszkach we własnej 

sypialni. Była tak zrozpaczona, że zwątpiła w sens życia. Oczywiście ze 

względu na dziecko będzie żyła, ale co to za życie bez Jasona... Widać nie było 

jej to pisane. 

Boże, Boże, dlaczego? 

Sybil oczywiście miała rację. 

Co ona sobie wyobrażała? Powinna była wiedzieć, że rodzina Jasona 

nigdy jej nie zaakceptuje. Zbyt wiele złej krwi dzieliło Mansfieldów i Coltonów 

od ponad trzystu lat. 

A jeśli nie historia, to ciąża zrazi każdą rodzinę. Wizja, że w jej stanie 

radośnie wkroczy w szeregi Coltonów była absurdalna. 

background image

- Ale nie martw się, kochanie - klepiąc się lekko po brzuchu, powiedziała 

do Juniora. - Nie ma w tym żadnej twojej winy - dodała przez łzy. - Mamy tylko 

siebie nawzajem. A przeciwko nam cały zły świat. 

Jason wbiegł do mieszkania przygotowany na najgorsze. 

- Elizabeth! - zawołał, zaglądając wpierw do salonu, potem do sypialni, a 

na końcu do kuchni. 

Piecyk był zgaszony, ostudzone jedzenie wstawione do lodówki, suszarka 

opróżniona, zmywarka pełna. Dziwne.   

           - Elizabeth? - powtórzył. Żadnej odpowiedzi. Rzucił się do jadalni, potem 

do holu,  wrócił do salonu, cały czas nawołując: 

           - Elizabeth! Odezwij się! Gdzie jesteś? Dobrze się czujesz? Cisza. Zaczął 

obawiać się najgorszego. Zaczęła rodzić i jakimś cudem sama dostała się do 

szpitala. Z telefonu komórkowego zadzwonił na oddział położniczy. 

Elizabeth nie było w szpitalu. W pogotowiu też nie odnotowano wezwań 

do żadnego wypadku ani nagłego porodu. Savannah również nie miała żadnych 

informacji. 

Powoli Jasona zaczęło ogarniać przerażenie. Elizabeth zniknęła, ale nie z 

powodu dziecka. W głębi duszy wiedział, że odeszła z powodu tajemnicy, którą 

tak długo skrywała. 

Zatrzaskując za sobą drzwi, wskoczył do jaguara i z piskiem opon skręcił 

z podjazdu w ulicę. 

Najwyższy czas, postanowił, dotrzeć do sedna sprawy. A kiedy już sobie 

wszystko wyjaśnią, wybaczą i zapomną, zaczną życie od nowa. 

Jason znalazł Elizabeth skuloną na łóżku. Policzki jeszcze miała mokre od 

łez, oczy zapuchnięte. Zmęczona płaczem, usnęła. Ostrożnie przysiadł na brzegu 

łóżka i delikatnym ruchem odgarnął włosy z czoła ukochanej. 

Była taka niewinna. 

Przysiągł sobie, że obojętnie, jak strasznych rzeczy się dowie, wytrzyma. 

Serce przepełniała mu miłość. Nie potrafił już żyć bez tej kobiety i jej dziecka. 

background image

Nagle Elizabeth otworzyła oczy. Z okrzykiem: - Och! Jason! - rzuciła się 

w jego ramiona. 

- Tak się o ciebie martwiłem - szeptał jej do ucha. -Dlaczego nie 

czekałaś? 

- Zlękłam się. 

- Czego? 

- Bałam się, jak zareagujesz. 

- Zareaguję na co? 

- Jak się dowiesz, że nazywam się Mansfield. 

- Przecież już o tym wiem, kochanie. - Pogładził ją po ramieniu, wziął za 

rękę, splótł palce z jej palcami, pocałował. 

- Boję się, bo pochodzę z tej rodziny. Sybil się bardzo zdenerwowała. 

Wiedziałam, że tak będzie. Wszyscy zaprotestują, kiedy się dowiedzą. - Łzy 

napłynęły jej do oczu. - Och! Tak żałuję, że ci wcześniej nie powiedziałam. Ale 

zakochałam się i nie chciałam mącić szczęścia czymś, co, miałam nadzieję, po 

tylu latach jest już bez znaczenia. 

- Co jest bez znaczenia? - Jason całkiem pogubił się w tych 

tłumaczeniach. 

- Ale to ma znaczenie, rozumiesz? 

- Nie rozumiem! 

- Właśnie tego się bałam. - Wargi jej drżały, kiedy kończyła. - Wybacz mi 

- załkała. 

- Wybaczam, ale wytłumacz mi, co nazwisko Mansfield ma wspólnego z 

nami. 

- Waśń! Katherine? William? 

Jason nie miał pojęcia, o czym ona mówi. 

- Trzysta lat temu William Colton porzucił Katherine Mansfield... 

- 1 co z tego? 

Elizabeth chwyciła go za ramię i mocno nim potrząsnęła. 

background image

- Musiałeś słyszeć o waśni dzielącej rodziny Coltonów i Mansfieldów! 

- Coś niecoś. Ale nadal nie rozumiem, co to ma wspólnego z nami. 

- Naprawdę? 

- Naprawdę. 

Słaby uśmiech pojawił się na ustach Elizabeth i po chwili wybuchnęła 

serdecznym śmiechem. 

- Powiedziałem jakiś dowcip? - spytał kompletnie zdezorientowany. 

- Och, Jason, to taka długa historia... 

- A możesz mi podać skróconą wersję? 

- Spróbuję. 

Elizabeth w kilku zdaniach streściła Jasonowi burzliwe dzieje obu rodzin. 

- A dzisiaj, kiedy pojechałeś do szpitala, zadzwoniła Sybil i zostawiła dla 

ciebie wiadomość. 

- Jaką? 

- Że zabrania ci zadawać się z jakąkolwiek dziewczyną o nazwisku 

Mansfield i że wsiada w samolot, żeby osobiście wybić ci tę znajomość z głowy. 

- Elizabeth znowu posmutniała. - Ona ma rację. Twoja rodzina nigdy mnie nie 

zaakceptuje. 

Jason ujął jej twarz w dłonie i powiedział: 

- Myślisz, że zrezygnuję z ciebie i Juniora, bo moja babka ma bzika na 

punkcie jakiejś pradawnej waśni dzielącej nasze rodziny? Och, Elizabeth, kogo 

to obchodzi, co stało się trzysta lat temu pomiędzy dwoma zwaśnionymi rodami, 

żywiącymi do siebie jakieś idiotyczne pretensje. Posłuchaj. Wiem, że nikt poza 

Sybil nie przywiązuje już do tego żadnej wagi. 

- Ale skąd to wiesz? 

- Wiem, właśnie poinformowałem mojego ojca i matkę, że mam zamiar 

poprosić pewną dziewczynę o nazwisku Mansfield w bardzo zaawansowanej 

ciąży o rękę. 

- I co? - Patrzyła na niego w napięciu. - Co powiedzieli? 

background image

- Powiedzieli, żebym dał ci to. - Pocałował ją w oba policzki. - Pokochają 

cię, Sybil też, za to, jaka jesteś. Tak jak ja cię kocham. 

- Kochasz mnie? 

- Całym sercem. I pragnę, żebyśmy ty, ja i Junior byli rodziną. I żeby ten 

Mansfield - zdecydowanym ruchem położył dłoń na brzuchu Elizabeth - urodził 

się jako Colton. 

Świeże łzy, łzy szczęścia, napłynęły jej do oczu. Jason pogładził Elizabeth 

po policzku. 

- Chcę, żeby wszystko odbyło się jak należy. - Sięgnął do kieszeni i 

wydobył elegancką kasetkę. 

- Co to? - szeptem spytała Elizabeth. 

Z wyłożonego aksamitem etui Jason wyjął olśniewającą kolię z szafirów i 

brylantów. 

Elizabeth z zapartym tchem podziwiała piękny klejnot. Nagle 

przypomniała sobie, że zna go z opisu. 

Jason zsunął się z brzegu łóżka, ukląkł i wziął Elizabeth za rękę. 

- Mój pra-pra-pra-pra-pra-pra... - Urwał i zaczął liczyć na palcach. - Było 

siedem razy? Nie, sześć. Dobrze, pradziadek podarował ten naszyjnik mojej pra-

razy-siedem babce. 

- Wiem - szepnęła Elizabeth i chwyciła go za ręce. 

- Wiesz? 

- Tak! Bo to jest dokładnie ten sam naszyjnik, który dal mojej pra-

pra~pra~pra-pra~pra-prababce Katherine Mansfield trzysta lat temu! - Widząc 

jego zdumione spojrzenie, ciągnęła: - Moja prababka opisała to wszystko w 

pamiętniku, który prowadziła. Według przekazywanej z pokolenia na pokolenie 

relacji, w przeddzień ślubu William Colton zawiesił na szyi Katherine ten 

naszyjnik i wówczas blask szafirów zgasł. Uznał to za zły znak i odwołał ślub. 

- I zrezygnował z życia z olśniewającą Katherine Mansfield? Co za 

głupek. 

background image

- Cóż, może nie był aż taki głupi. Z tego, co wiem, Katherine nie była 

bardzo sympatyczną osóbką. 

- Aha. I rozumiem, że gdyby doszło do ślubu, nie byłoby mnie tutaj. 

- A to byłoby bardzo, bardzo smutne. Jason chwycił ją za ręce. 

- Elizabeth, powiedz, że wyjdziesz za mnie i tym samym zakończymy tę 

odwieczną waśń. 

- Hm... - Udając, że się zastanawia, zaczęła się z nim droczyć. - Wyjdę za 

ciebie pod warunkiem, że pomyślnie przejdę próbę ogniową. 

- Sybil pokocha cię, kiedy tylko cię pozna - zapewnił ją. 

- Nie chodzi mi o nią. Naszyjnik. Pomóż mi go włożyć. Drżącymi rękami 

Jason zapiął kolię na szyi Elizabeth. 

- Błyszczą? - spytała szeptem, przez chwilę bojąc się, że klątwa 

zachowała swą moc. . 

Jason wciągnął powietrze głęboko w płuca, a oczy mu się zaśmiały. 

- Oślepiającym blaskiem - zapewnił ją. - Ale nie takim, jak twoje 

szmaragdowe oczy. Wyjdziesz za mnie? 

Elizabeth ze śmiechem padła mu w ramiona. 

- Tak. Wyjdę. Ale będziesz musiał powiedzieć babce nie tylko o tym, że 

twoja narzeczona nazywa się Mansfield, ale i o tyra, że jest w ciąży. Jak to 

usłyszy, przyleci na skrzydłach. 

− 

Nie martw się. Nie taki diabeł straszny jak go malują. Kiedy się dowie, że 

zostanie prababką, pokocha cię. Prawie tak samo mocno jak ja. 

                                

   

  KONIEC 

Jeśli zainteresowały Cię początki historii wywodzącego się z Anglii 

kalifornijskiego rodu Coltonów, zapraszamy do lektury Sagi.