background image
background image

B. J. Daniel

s

Cisza

 przed burzą

Tł umaczył

Jacek

 Żuł awni k

background image

T ytuł oryginału:

 T he

 New Deputy in Town

Pierwsze

 wydanie: Harlequin Books, 2007

Redaktor

 serii: Grażyna Ordęga

Opracowanie

 redakcyjne: Krystyna Barchańska-Wardęcka

Korekta:

 Małgorzata Narewska, Krystyna Barchańska-Wardęcka

© 2007

 by Barbara Heinlein

© for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin

Enterprises sp. z o. o., Warszawa

 2011

Wszystkie

 prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji

części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie

 niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu

z Harlequin Enterprises II B. V.

Wszystkie

 postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek

podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest

całkowicie przypadkowe.

Znak

 firmowy Wydawnictwa Harlequini znak serii Harlequin

Romans & Sensacja są zastrzeżone.

Arlekin

 – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o. o. 00-975

Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

Skład i łamanie: COMPT EXT ®, Warszawa

ISBN

 978-83-238-8186-5

Konwersj a

 do formatu EPUB: Vi rtual o Sp. z o.o.

vi rtual o.eu

background image

Spis treści

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ T RZECI

ROZDZIAŁ CZWART Y

ROZDZIAŁ PIĄT Y

ROZDZIAŁ SZÓST Y

ROZDZIAŁ SIÓDMY

ROZDZIAŁ ÓSMY

ROZDZIAŁ DZIEWIĄT Y

ROZDZIAŁ DZIESIĄT Y

ROZDZIAŁ JEDENAST Y

ROZDZIAŁ DWUNAST Y

ROZDZIAŁ T RZYNAST Y

background image

ROZDZIAŁ CZT ERNAST Y

ROZDZIAŁ PIĘT NAST Y

ROZDZIAŁ SZESNAST Y

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Drżącymi  dłońmi  otworzyła  bieliźniarkę,  żeby  wydobyć  z  niej  kij

bejsbolowy, wciśnięty w najciemniejszy kąt szafy. Po ostatnim razie
zastanawiała się, czy nie powinna w ogóle się go pozbyć, ale w końcu
wytarła tylko starannie plamy krwi i postanowiła go zatrzymać.

Nie

 była głupia. Oglądała przecież kryminalne seriale telewizyjne,

takie jak na przykład CSI, i dobrze wiedziała, jak bada się ślady krwi,
w jaki sposób uzyskuje się próbki DNA, a potem tropi przestępcę.

Lecz

 z drugiej strony zdawała sobie sprawę, że lepiej niczego nie

zmieniać.  Rytuał  był  ważny.  Za  każdym  razem  powinien  być  to

sobotni  wieczór.  Zawsze  powinna  mieć  na  sobie  tę  niebieską

sukienkę, którą założyła za pierwszym razem. I bez wyjątku powinna

używać  tego  samego  starego  kija  bejsbolowego,  który  kiedyś

znalazła.

Nagle

 usłyszała głos dobiegający z salonu:

  Idziesz

  na  spotkanie  z  przyjaciółmi?  Chyba  już  zbyt  późno  na

wychodzenie z domu, prawda?

Zdusiła 

sobie 

poirytowanie. 

Miała 

serdecznie 

dość

wysłuchiwania  uwag  matki.  Niedobrze  jej  się  robiło,  gdy  pomyślała,

czego  się  od  niej  oczekuje.  Położyła  kij  na  łóżku  i  sięgnęła  po

niebieską sukienkę. Jej rąbek szpeciła niewielka plamka krwi, której

żadnym  sposobem  nie  udało  się  wywabić.  Zmarszczyła  brwi,

przejęta,  że  nawet  ta  maleńka  plamka  może  wszystko  zmienić.

Wypracowana rutyna legnie w gruzach.

background image

Medytowała

  nad

  plamką  kilka  chwil.  A  może  tego  wieczoru  nie

powinna  wychodzić?  Ale  przecież  była  sobota  i  bary  będą  pełne
mężczyzn, którzy upiją się i będą chcieli z nią zatańczyć.

Wyobraziła

  sobie

  ich  zapach,  dotyk  spoconych  rąk  na  swojej

niebieskiej sukience, ich oddech na swoim policzku.

Włożyła sukienkę i wzięła do ręki kij bejsbolowy.
Wyszła

  tylnymi

  drzwiami.  Był  sobotni  wieczór,  miała  na  sobie

swoją  niebieską  sukienkę,  a  w  ręku  dzierżyła  kij.  Dziś  wieczorem
pewnego mężczyznę czekała niespodzianka.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Był

  niedzielny

  poranek.  Laney  Cavanaugh  zerknęła  na  książkę

leżącą na kolanach, a potem spojrzała przed siebie. Miała problem ze
skoncentrowaniem  się  na  lekturze.  Wokół,  jak  okiem  sięgnąć,
rozciągała  się  monotonna  równina  porośnięta  wysoką,  żółtą  trawą,
która  falowała  równomiernie  w  rytm  porannego  wietrzyku.  Na
wschodzie,  daleko  na  horyzoncie,  majaczyła  posępna  sylwetka
starego młyna. Patrząc zaś w kierunku południowego zachodu, można
było  dostrzec  niewyraźny  zarys  Little  Rockies  i  Bear  Paw,  pasm

górskich  będących  częścią  Gór  Skalistych.  Jeśli  nie  liczyć  tych

dwóch punktów orientacyjnych, wokół rozpościerały się tysiące mil

kwadratowych prerii.

 Nuda, co?

 – Laci, młodsza siostra Laney, wyszła z domu, a za nią

trzasnęły  drzwi  z  naciągniętą  siatką  przeciw  owadom.  –  Nic

dziwnego,  że  mama  stąd  uciekła.  Nie  znosiła  tu  przebywać.  –  Laci

opadła  na  krzesło  obok  Laney,  wydając  z  siebie  głośne

westchnienie.

Laney

  nie  zgadzała  się  z  siostrą.  Za  każdym  razem,  gdy  tu

przyjeżdżała,  opanowywało  ją  dojmujące  uczucie  spokoju.  Lubiła

ciszę,  którą  mąciło  jedynie  cykanie  świerszczy  w  trawie  albo

bzyczenie  pszczół.  Nocą  czasem  słychać  było  wycie  wiatru,

a  monotonne  bębnienie  deszczu  o  dach  sprowadzało  senność.

A jednak dziś czuła niepokój. Miała wrażenie, jakby lipiec wstrzymał

oddech  i  czekał  na  coś,  co  miało  się  wydarzyć.  To  było  jak  cisza

background image

przed  burzą.  Nie  podzieliła  się  tymi  myślami  z  Laci,  bo  młodsza

siostra zapewne wykpiłaby jej przeczucia.

  Och,  tyle

  w  tobie  dramatyzmu!  –  często  powtarzała  Laci.  –

Powinnaś  była  zostać  aktorką  czy  pisarką,  nie  wiem,  kimkolwiek,
byle nie księgową.

– Idę coś

 upiec

 – oznajmiła Laci, wstając nagle z krzesła.

Nigdy

  nie  potrafiła  usiedzieć  spokojnie  na  miejscu.  Była  dopiero

dziewiąta  rano,  a  Laci  zdążyła  już  przygotować  śniadanie:  placek
z  borówkami,  tartę  ze  szpinakiem  i  boczkiem  oraz  koktajle
owocowe. Cóż, gotowanie sprawiało jej radość.

 Nigdy

 nie rozumiałam, po co dziadkowi ten dom – rzuciła Laci.

Laney

  rozumiała.  Dom  był  wszystkim,  co  zostało  im  po  córce

Genevie.  T utaj  urodziły  się  Laney  i  Laci.  Później  ich  ojciec  zginął
w wypadku samochodowym na drodze do Whitehorse, niewielkiego,
typowego dla Montany miasteczka położonego na północy.

Początkowo

 osada

 o tej nazwie mieściła się bliżej rzeki Missouri,

ale  kiedy  zaczęto  budować  na  tych  terenach  linię  kolejową,

miasteczko  przeniosło  się  osiem  kilometrów  na  północ.  Pierwotna

osada  została  niemal  całkowicie  opuszczona  przez  dawnych

mieszkańców  i  obecnie  –  za  wyjątkiem  nielicznych  rancz  i  garstki

oryginalnych budynków – przypominała miasteczko widmo, a raczej

osadę widmo. Mówiło się o niej: Stare Whitehorse.

Miasteczko

  stanowiło  niegdyś  schronienie  dla  koniokradów,

których  osadnicy  albo  przepędzili,  albo  po  pros  tu  powiesili  na

najbliższej  gałęzi.  Rodzina  Laney  była  jedną  z  tych,  które  jako

pierwsze  przybyły  na  te  tereny  w  pobliżu  miejsca,  w  którym

Missouri wrzyna się głębokimi meandrami w ląd.

Dom  i  wspomnienia  o  córce  to  wszystko,  co  pozostało  dziadkowi

T itusowi  i  babci  Pearl.  T itus  dbał  o  dom,  bo

  wierzył,  że  pewnego

dnia Geneva powróci.

Zgodnie

 z obietnicą, każdego lata Laney i Laci przyjeżdżały na dwa

background image

tygodnie  w  odwiedziny.  Laney  co  prawda  czuła  się  winna,  że  nie

może  poświęcić  na  wizytę  więcej  czasu,  ale  przecież  miały  z  Laci
własne  życie:  Laney  w  Mesa  w  Arizonie,  a  jej  siostra  w  Seattle.
Przez pozostałą część roku dom stał pusty i czekał na kogoś, kto już
nigdy nie miał do niego wrócić.

Laney

  próbowała  skupić  się  na  książce,  ale  jej  myśli  wciąż

wędrowały ku innym sprawom. Zapatrzyła się w ciągnącą się przez

pola gruntową drogę.

Nic

 się nie poruszało. Pojedyncze cumulusy upstrzyły tu i ówdzie

niebo,  co  nie  przeszkodziło  słońcu  piąć  się  coraz  wyżej  i  wyżej
i  zalewać  świata  żarem.  Chmura  przepłynęła  nad  Laney  i  rzuciła
ciemny, chłodny cień. Laney zadygotała i poczuła niepokój.

Nagle

 rozległ się tętent kopyt, a za chwilę Maddie, kuzynka Laney

i  Laci,  wyłoniła  się  zza  rogu,  zatrzymała  tuż  przed  werandą
i zeskoczyła z konia w chmurze pyłu. Jej słomkowy kapelusz rzucał
cień na rozpaloną radosnym podnieceniem twarz.

– 

Słyszałam, 

że 

przyjechałyście 

– 

powiedziała

 

Maddie

i przeskoczyła przez balustradę, jakby nadal była małą dziewczynką. –

Mama  przyjedzie  później,  ale  ja  nie  mogłam  się  doczekać,  więc

wskoczyłam na konia i oto jestem – oznajmiła i uściskała Laney.

–  Przyjechałyśmy

  wczoraj

  wieczorem.  –  Laney  spojrzała  na

kuzynkę i uśmiechnęła się.

Maddie,  już  dziewiętnastoletnia,

  niewiele

  się  zmieniła  i  nadal

wyglądała  na  niezłą  łobuziarę.  Była  wysoka  i  szczupła,  niemal

koścista. Bujna czupryna rudawych blond włosów okalała upstrzoną

piegami  twarz,  w  której  uwagę  przyciągały  błękitne  oczy.  Miała  na

sobie koszulę, dżinsy i wysokie buty.

–  A  gdzie

  Laci?  –  zapytała  Maddie  niecierpliwie.  –  Założę  się,  że

znowu gotuje. Ach, cóż to za boski zapach?

Z  wnętrza

  domu

  unosił  się  ciepły  aromat  ciasta  czekoladowego,

choć tak naprawdę było zbyt gorąco, żeby zajmować się pieczeniem.

background image

Laci jakoś nigdy to nie przeszkadzało.

 Kto

 ma ochotę na kawałek ciepłego ciasta? – krzyknęła z kuchni.

–  No,  zgadnij!  –  odpowiedziała

  jej

  Maddie,  a  potem  spojrzała  na

Laney  z  poważną  miną.  –  Chciałabym,  żebyście  tu  zamieszkały.  Nie
znoszę  waszych  odwiedzin,  bo  za  szybko  się  kończą.  –  Ponownie
uścisnęła Laney, tym razem odrobinę dłużej.

Gdy

 tak trwały w objęciach, Laney poczuła, że kuzynka drży lekko.

Chwyciła  ją  za  ramiona  i  przyjrzała  się  uważnie.  Maddie  wzdrygnęła
się.  Laney,  obejmując  ją,  niechcący  podwinęła  jej  rękaw  i  dopiero
teraz  spostrzegła  ciemne  sińce,  jeden  po  drugim  w  równej
odległości, jakby ktoś zbyt mocno złapał ją za ramię.

  Co

  to  jest?  –  zapytała,  choć  chciała  raczej  zapytać:  kto  ci  to

zrobił?

 Znasz

 mnie – odparła pospiesznie Maddie, ściągając rękaw tak, by

zasłonić siniaki. – Zawsze była ze mnie niezdara. To nic takiego.

Nic

 takiego? Laney wyczuła, że coś jest nie tak, gdy Maddie rzuciła

jej uspokajający uśmiech, który bynajmniej nie wypadł wiarygodnie,

i pognała do kuchni.

W dniu, w którym szeryf Carter Jackson poleciał na Florydę, jego

zastępca,  Nick  Rogers,  przejął  na  swe  barki  ciężar  prowadzenia

biura. Dlatego nie zdziwiło go, że w niedzielny poranek wezwano go

do kolejnej sprawy o napaść.

Już

  dwukrotnie

  od  momentu  podjęcia  pracy  miał  do  czynienia

z  podobnymi  sprawami.  W  obydwu  przypadkach  ofiarami  byli

mężczyźni  –  zaatakowano  ich  w  sobotni  wieczór  w  okolicy  baru,

kiedy  to  lokal  pękał  w  szwach,  a  rozrywki  dostarczała  grająca  na

żywo  kapela.  Zapewne  dlatego  nikt  nie  słyszał  szamotaniny  na

parkingu.

Odnalazł

 Curtisa

  McAlheneya  przy  barze.  Mężczyzna  niespiesznie

sączył piwo. Nick usiadł obok i zamówił filiżankę kawy.

Curtis

 miał rozciętą wargę, podbite oko i złamany nos. Pochylał się

background image

nad kontuarem, jakby dokuczał mu ból żeber.

– Złamane

 czy

 pęknięte? – zapytał Nick.

– Pęknięte,

 ale

 boli jak diabli – odparł Curtis.

– Widziałeś napastnika?

Curtis

  –  trzydzieści  parę  lat,  przerzedzone,  brązowe  włosy

wystające spod zielonej czapki z logo producenta maszyn rolniczych
i  wylewający  się  z  dżinsów  pokaźny  brzuch  opięty  koszulką,  na

której napis oświadczał, że jej właściciel jest darem Boga dla kobiet –
obrzucił Nicka podejrzliwym spojrzeniem.

  Napastnika?

  –  powtórzył  Curtis  jak  echo.  –  Nie  widziałem

żadnego  napastnika,  tylko  jakiegoś  sukinsyna  z  kijem  bejsbolowym
w łapie.

– Widziałeś

 jego

 twarz?

Curtis

 pokręcił przecząco głową.

– Było ciemno. Uderzył

 mnie

 od tyłu, powalił na ziemię i sprał na

kwaśne jabłko. Wielki był, tyle mogę powiedzieć.

Nick

  kiwnął  głową.  To  samo  usłyszał  od  poprzednich  dwóch

poszkodowanych.  Przypuszczał,  że  w  rzeczywistości  napastnik

wcale  nie  był  wielki.  Wielkolud  uzbrojony  w  kij  bejsbolowy

wyrządziłby człowiekowi o wiele większą krzywdę.

– Ukradł

 ci

 coś?

Curtis

 sprawiał wrażenie zmieszanego.

 Pewnie

 taki miał zamiar. Chyba doszedłem do siebie szybciej, niż

się spodziewał, więc dał drapaka, zanim zdążyłem zabrać mu ten jego

kijek i pokazać, gdzie raki zimują.

Jasne.  Wydawało  się,  że

  motywem

  wszystkich  dotychczasowych

napaści  nie  był  wcale  rabunek,  bo  w  żadnym  przypadku  mężczyźni

nie  stracili  niczego  poza  swoim  honorem.  Napastnik  atakował,

okładał ofiary kijem i szybko się ulatniał.

– Pokłóciłeś się z kimś, zanim wyszedłeś z baru?

– Nie. Wypiłem

 tylko

 parę browarów i trochę potańczyłem.

background image

Ta

  sama  śpiewka.  Nick  zakładał  rzecz  jasna,  że  w  grę  wchodziło

nieco więcej niż,,tylko parę browarów''.

–  Jeżeli

  przypomnisz

  sobie  coś  jeszcze,  to  wiesz,  gdzie  mnie

szukać – powiedział Nick, dopijając kawę.

  Ten

  gnojek  to  musi  być  jakiś  przybłęda,  nie,  Shirley?  –  rzucił

Curtis w kierunku barmanki.

Chuda

 jak patyk, pięćdziesięciokilkuletnia kobieta skinęła głową.

 Nikt

 z miejscowych nie zrobiłby czegoś takiego bez powodu.

Napastnik, pomyślał

 Nick, kimkolwiek

 był, miał swoje powody, dla

siebie  wystarczająco  dobre.  Rzucił  na  ladę  pieniądze  za  kawę
i  drobny  napiwek.  W  tym  samym  momencie  zawibrowała  jego
komórka.

–  Kłopoty  w  Starym  Whitehorse  –  odezwała  się  w  słuchawce

dyspozytorka. – Alice Miller twierdzi, że ktoś ukradł jej kury.

Gdy

 Maddie wskoczyła na konia i ruszyła w powrotną drogę, Laci

oparła nogi na balustradzie i westchnęła:

 Musimy

 urządzić dla niej przyjęcie.

Laney

  spojrzała  znad  książki,  której  i  tak  nie  czytała.  Zamiast

lekturze, oddawała się myślom o swojej kuzynce.

Laci

  sięgnęła  po  ciastko.  Zanosiło  się  na  to,  że  spędzą  ranek  na

werandzie,  zajadając  się  ciasteczkami,  popijając  lemoniadę  i  przy

okazji rozmawiając o dawnych czasach.

– Urządzimy przyjęcie zaręczynowe – rzuciła

 Laci

 między jednym

kęsem a drugim.

 Nie

  jestem  pewna,  czy  to  dobry  pomysł  –  odparła  Laney.  –  Czy

Maddie nie wydaje ci się trochę… inna?

Siostra

 rzuciła jej zaintrygowane spojrzenie.

  Od

  zeszłego  lata  zrzuciła  parę  kilogramów.  Wszystkie  przyszłe

panny młode tak robią, prawda?

Być może.

 Owszem, jest

 za chuda, ale nie o tym mówię. Maddie nie wydaje

background image

się…

– Szczęśliwa? –

 Laci

 zaczęła się śmiać. – Maddie mogłaby służyć za

wzór szczęśliwego dzieciaka.

–  Odniosłam  wrażenie,  że

  stara

  się  odrobinę  za  mocno  –  odparła

Laney.

Widziała  swoją  kuzynkę  zeszłego

  wieczoru,  kiedy

  razem  z  Laci

wybrały się do miasta, ale Maddie ich nie dostrzegła. Opuszczała bar

tylnym  wyjściem  w  tej  samej  chwili,  w  której  Laney  i  Laci
wchodziły  do  niego  frontowymi  drzwiami.  Laney  zawołała  ją,  ale
najwyraźniej nie zdołała przebić się przez zgiełk panujący w knajpie.

– Pamiętasz

 wczoraj

 w barze? Nie była ze swoim narzeczonym.

Laci

 jęknęła.

– Z Maddie wszystko jest w porządku. Jestem pewna, że nie robiła

nic  złego.  Ot,  potańczyła  z  paroma  ranczerami,  tak  samo  jak  my.
Przecież wyszła z baru

 sama, prawda?

Laney

 przytaknęła.

– A widzisz. Maddie

 po prostu… potrzebuje trochę przestrzeni.

No, może.

 Laney

 jednak nie była przekonana.

– Pomóż

 mi

  ułożyć  menu  na  tę  imprezę.  Chcę,  żeby  to  było  coś,

czego  Whitehorse  jeszcze  nigdy  nie  widziało.  –  Laci  aż  podskoczyła

z radości  na tę  myśl.  – Jak  sądzisz,  co powinnyśmy  przygotować  do

jedzenia?

  Nie

  uważasz,  że  wypadałoby  najpierw  porozmawiać  o  tym

z Maddie? Może ona wcale nie ma ochoty na imprezę zaręczynową?

Laci

 wybuchła śmiechem i podniosła się z krzesła.

– A kto

 by nie chciał przyjęcia zaręczynowego? Zaraz wezmę się

za  przeglądanie  starych  przepisów  babci.  Myślę,  że  przygotuję

wyłącznie desery. Jak myślisz?

Nie

  czekała  na  odpowiedź.  Sekundę  później  trzasnęły  drzwi  i  po

Laci nie było śladu.

Laney

  wpatrywała  się  w  horyzont  i  starała  się  określić,  co

background image

zaniepokoiło ją w Maddie. Może chodziło o to, w jaki sposób kuzynka

wyrażała  się  o  swoim  narzeczonym,  Bo  Evansie  –  że  umarłaby  bez
niego?  Albo  o  to,  jak  bawiła  się  swoim  pierścionkiem
zaręczynowym?  Albo  że  dla  małżeństwa  lekką  ręką  zrezygnowała
z college'u, chociaż otrzymała stypendium?

Wszystko

 to Laney mogła zrzucić na karb miłości.

Wszystko,  ale

  nie  siniaki.  A  także  przeczucie,  że  z  kuzynką  coś

jest nie tak.

Zamknęła  książkę  i  powędrowała  wzrokiem  wzdłuż  drogi.

Powróciło do niej uporczywe wrażenie, że za chwilę ujrzy posłańca
niosącego złe nowiny.

–  Zanieśmy  trochę

  ciastek

  siostrom  –  powiedziała  Laney,

wchodząc  do  kuchni  z  talerzem  w  jednej  ręce  i  szklankami  po
lemoniadzie w drugiej. – Chcę pójść do szpitala, odwiedzić babcię.

Laci

  spojrzała  na  nią,  przerywając  studiowanie  starej  księgi

kucharskiej.

– A możesz iść beze mnie? Nie lubię oglądać babci w takim stanie.

Poza  tym  muszę  wziąć  się  do  roboty,  jeżeli  chcę  zdążyć

z  przygotowaniem  wszystkiego  na  przyjęcie.  Myślę,  że  najlepiej

byłoby urządzić je w przyszłą sobotę. Jestem pewna, że pozwolą nam

skorzystać z pomieszczeń

 domu

 kultury.

Laney

 zdawała sobie sprawę, że Laci niełatwo było oglądać babcię

Pearl  po  wylewie.  Oczy  staruszki  pozostawały  otwarte,  ale  nie

reagowała na żadne bodźce i nie wiadomo było, czy w ogóle rozumie,

co się do niej mówi, ani czy poznaje swoje wnuczki.

Babcia

 leżała w szpitalu chora na zapalenie płuc, kiedy nagle dostała

udaru.  Dziadek  mówił,  że  to  dlatego,  że  strasznie  przejmowała  się

jakimiś sprawami w Starym Whitehorse.

– Myślę, że

 obydwie

 powinnyśmy ją odwiedzić – orzekła Laney. –

Dziadek i tak będzie niezadowolony, że dziś rano nie pojawiłyśmy się

na  jego  mszy,  więc  może  uda  nam  się  przekupić  go  ciasteczkami.

background image

Wiesz, że cały czas czuwa przy babci.

Laci

 kiwnęła głową, aczkolwiek niechętnie.

 Okej, ale

 nie pozwól mu opowiadać o matce. Nie zniosę tego. On

naprawdę  uważa,  że  Geneva  pewnego  dnia  wróci,  jak  gdyby  nigdy
nic.  Dlaczego  nie  dotrze  do  niego,  że  odeszła  na  dobre?  Z  tego,  co
wiadomo, pewnie nie żyje.

 Widocznie

  dziadek  wierzy,  że  znów  ją  zobaczy  –  odparła  Laney,

chociaż  zgadzała  się  z  siostrą.  Gdziekolwiek  Geneva  Cavanaugh
Cherry  teraz  była,  ten  dom  był  ostatnim  miejscem,  do  którego
pragnęłaby powrócić.

Nick

 nigdy wcześniej nie był w Starym Whitehorse. Zupełnie by je

przeoczył,  gdyby  nie  zauważył  tabliczki  ledwie  wystającej  znad
zielska porastającego pobocze.

,,Whitehorse. Liczba

 mieszkańców: 50''.

Wątpliwa sprawa, wziąwszy

 pod

  uwagę  wiek  tej  tabliczki.  Bardzo

wątpliwa.

Nick

 pokonał szczelnie porośnięte trawą osiem kilometrów, mając

na  horyzoncie  jedynie  nieskończony  błękit  nieba.  Zrozumiał,

dlaczego 

miejscowi 

nazywają 

te 

tereny,,wielką 

otwartą

przestrzenią''.

Przebywszy

  w  końcu  trawiasty  bezkres,  dotarł  do  Starego

Whitehorse.  Stało  tu  kilka  domów,  z  których  jeden  służył  jako

miejsce spotkań lokalnej społeczności, ale brakowało sklepu i baru.

Nie  było  też  stacji  benzynowej,  choć  można  było  dostrzec

pozostałości jej opuszczonej, wiekowej namiastki.

Niedaleko

 miasteczka majaczyło kilka drzew i dachów farm, ale tak

naprawdę w Starym Whitehorse czuć było duszną atmosferę, jak na

miasto widmo przystało.

Zwłaszcza

 jeden

 z tych starych budynków przypominał mu pewien

nawiedzony  dom,  który  Nick  –  kiedy  był  dzieckiem  –  razem

z kumplami obrzucał kamieniami. Zapatrzył się na piętrowy, stojący

background image

nieco na uboczu budynek. Z elewacji zeszła farba, a dzieciaki wybiły

większość  szyb  na  piętrze.  Okna  na  parterze  były  zabite  deskami.
Skrzynka  na  listy  leżała  przewrócona  w  trawie,  ale  gdy  przejeżdżał
obok, udało mu się odczytać widniejące na niej nazwisko: Cherry.

Opuścił szybę i wciągnął w płuca zapach świeżo skoszonego siana.

Roześmiał się w duchu. Tak długo szukał miejsca, do którego mógłby
uciec  –  dosłownie!  –  i  znalazł  je  w  Montanie.  Nikt  go  tutaj  nie

znajdzie, ba, nawet nie będzie szukał.

Jeśli

  Whitehorse

  nie  znajdowało  się  jeszcze  na  samym  końcu

świata,  to  już  Stare  Whitehorse  z  całą  pewnością  tak.  Tego
wieczoru,  kiedy  zjawił  się  w  miasteczku  po  raz  pierwszy,  usłyszał,
jak  ktoś  mówił  w  żartach:,,Whitehorse  to  nie  koniec  świata,  ale
w bezchmurną noc widać stąd ognie piekielne''.

Nick

  miał  za  sobą  wizytę  w  piekle.  Być  może  dlatego  od  razu

poczuł się tutaj jak w domu.

Alice

  Miller  mieszkała  na  zachód  od  miasteczka  w  dużym,  białym

domu, który krył się za rzędami drzew wznoszącymi się na wysokość

ponad  pięciu  metrów.  A  gdy  spojrzało  się  dalej,  poza  szpaler  drzew

i  budynek,  można  było  dostrzec  krainę,  która  rozciągała  się  na

południe,  obejmując  swoim  obszarem  potężną  prerię  i  kończąc  się

gdzieś na horyzoncie cienką, zieloną linią. Przełom Missouri.

Rozumiał,

  dlaczego

  tylu  wyjętych  spod  prawa  rewolwerowców

Dzikiego Zachodu uczyniło z tego odizolowanego, odludnego miejsca

swoją kryjówkę. Chowali się tu przed karzącą ręką sprawiedliwości

Kid Curry, Butch Cassidy, Sundance Kid i wielu innych.

Nick

 liczył na to, że również w jego przypadku Whitehorse okaże

się skuteczną kryjówką. Przynajmniej na jakiś czas.

Kiedy

  Nick  zajechał  na  podwórze,  podbiegły  do  jego  wozu  dwa

australijskie psy pasterskie, świecąc jasnymi oczami, i zabrały się do

gryzienia opon.

Zerknął

  na

  ujadające  psy.  Od  przyjazdu  do  Montany  nauczył  się

background image

czuć  zdrowy  respekt  przed  psami  ranczerów,  więc  grzecznie

poczekał  w  samochodzie,  aż  w  drzwiach  domu  pojawiła  się  starsza
pani  w  granatowej  sukience  w  drobne  czerwone  kwiatki  i  w
niebieskim fartuchu i zawołała psy. Dopiero wtedy wysiadł z auta.

Alice

  Miller  była  drobną  kobietą.  Miała  równo  przycięte  siwe

włosy,  a  w  jej  niebieskich  oczach  gościło  poważne  spojrzenie.
Zaprowadziła Nicka na tył domu do klatki, w której trzymała kury.

 No

 i proszę – powiedziała, jak gdyby wszystko było jasne.

Nick

 zajrzał do pustej klatki. Jasne, jak słońce za mgłą.

 Ile

 miała pani kur?

 T uzin

 niosek, cztery koguty i trzy stare kury.

  Znaczy

  się,  dziewiętnaście  sztuk  drobiu.  I  wszystkie  zniknęły

dziś rano.

Skinęła  głową  i  czekała,  spodziewając  się  chyba,  że  zastępca

szeryfa wyciągnie jej skradzione kury z kapelusza.

 To

 sporo – zauważył.

Kiedy

  objął  stanowisko  zastępcy  szeryfa,  nie  mógł  wyjść

z  podziwu,  jakiego  rodzaju  sprawami  musi  zajmować  się

przedstawiciel  prawa  w  Whitehorse  w  stanie  Montana.  Pies,  który

uciekł  z  posesji  –  ostrzeżenie  dla  właściciela.  Pijaczek  zakłócał

spokój  podczas  rodeo  –  trzeba  go  odwieźć  do  domu.  Zgłoszone

zaginięcie – delikwent odnaleziony dwa domy dalej.

Jako

  glina  w  wielkim  mieście  miał  do  czynienia  z  każdym

przestępstwem, jakie można sobie wyobrazić, a przynajmniej tak mu

się  wydawało.  Ale  nigdy  nie  zdarzyło  mu  się  wezwanie  w  sprawie

zaginięcia dziewiętnastu kur.

Nie

 było porównania i Nick doskonale o tym wiedział.

 Jak

 pani sądzi, co mogło się z nimi stać? – zapytał.

Pani

  Miller  przekrzywiła  głowę  i  spojrzała  na  niego,  jak  gdyby

stroił sobie z niej żarty.

– Najwyraźniej ktoś

 je

 ukradł.

background image

– A skąd pani wie, że do klatki nie zakradł się jakiś kojot i po

 prostu

ich nie zjadł?

– A widzi

 pan tu jakieś pióra?

Cóż, cała

 klatka

 pełna była kurzego pierza.

  Widzi

  pan  krew?  Kości?  –  dopytywała  się  z  rosnącym

zniecierpliwieniem. – Skąd pan właściwie pochodzi?

– Z Houston.

 Gdzie

 się podział pana teksański akcent? – zapytała.

  Nie

  urodziłem  się  tam.  Mój  ojciec  był  wojskowym.  Dużo

podróżowaliśmy  –  wymyślił  tę  historię  na  poczekaniu.  Tak  było
prościej. I bezpieczniej.

Pani

 Miller sapnęła i położyła dłonie na biodrach.

  Nie

  zamierza  pan  poszukać  odcisków  palców?  Jakichś  tropów

albo co?

Odcisków palców?

 Chyba

  nie  mówiła  serio.  T ropy?  Zeszłej  nocy

padało,  a  wszędzie  dokoła  pełno  było  śladów  pozostawionych  przez

jej psy.

 Czeka

 na mnie pranie – oznajmiła i odwróciła się na pięcie.

T ymczasem

  Nick  okrążył  klatkę  dla  drobiu,  czując  się  jak  ostatni

głupek.  Nigdy  w  życiu  nie  szukał  żadnych  tropów.  W  niczym  nie

przypominało  to  pościgu  przez  parę  przecznic  i  kilka  ogrodzeń  za

rabusiem,  który  zwiewał,  bo  właśnie  obrobił  sklep  całodobowy.  No

tak…

Ku

 swemu zaskoczeniu znalazł jednak coś, co nie pasowało do tego

miejsca.  Kucnął  i  zbadał  trop.  Prażące  słońce  sprawiło,  że  błoto

pokrywające podwórze zdążyło już stwardnieć. Nick dostrzegł w nim

odcisk buta. Małego, dziecięcego buta.

Obszedł

  dom

  dokoła  i  znalazł  panią  Miller  zajętą  rozwieszaniem

prania.

 Kto

 mieszka z panią w tym domu? – zapytał.

– Mój mąż. Pojechał kosić siano, a co?

background image

 Czy

  macie  państwo  jakieś  wnuki?  Albo  może  w  ciągu  ostatniej

doby odwiedziły was jakieś dzieci?

 Nie. Co

 to niby ma wspólnego z moimi kurami?

–  Żadnych

 dzieci

 u sąsiadów? – dopytywał się cierpliwie.

Alice

 Miller zmarszczyła brwi.

  Jest

  taki  chłopiec.  Jego  ciotka  i  wujek  wynajmują  niedaleko

farmę.

Nick

 wyciągnął notatnik i ołówek.

  Jak

  wyglądają  te  kury?  –  Odczekał  chwilę,  nie  usłyszał

odpowiedzi,  spojrzał  więc  na  nią  i  zobaczył,  jaką  miała  zdziwioną
minę.  –  Okej.  Czy  byłaby  pani  w  stanie  rozpoznać  je,  gdyby  je
zobaczyła?

–  Proszę

  po

  prostu  odnaleźć  moje  kurki  –  odparła  i  wróciła  do

przerwanego zajęcia.

Nick

 podążył tropem chłopca, zachodząc w głowę, jak dzieciakowi

udał  się  ten  numer.  Dziewiętnaście  kur  to  nie  byle  co.  Czy  nie

powinny były podnieść rwetesu, który słychać byłoby w domu?

Wyobraził

 sobie

  panią  Miller  ze  strzelbą  w  ręku,  jak  ubrana  we

flanelową  koszulę  nocną  wychodzi  na  ganek,  wodząc  dookoła

wściekłym wzrokiem.

Nagle

  usłyszał  warczenie  psa,  oderwał  wzrok  od  odcisków  stóp

i  zdał  sobie  sprawę,  że  dotarł  do  farmy  sąsiadującej  z  ranczem

Millerów.

– Halo! – zawołał, zezując w stronę psa.

T ym

  razem  nie  był  to  pies  pasterski,  ale  jakiś  wielki  i  włochaty

kundel.

–  Halo!  –  powtórzył,  obawiając  się,

  czy

  aby  pies  nie  wyczuje

strachu w jego głosie i nie zaatakuje. – Spokojnie, Burek, spokojnie.

 Kurom

 nic się nie stało – usłyszał.

Chłopak –

 tyczkowaty, dwunastoletni

  blondyn  z  wielkimi  uszami  –

stał na stopniach prowadzących do tylnego wejścia do domu.

background image

– Świetnie – odparł Nick. –

 Czy

 możesz zawołać psa?

– Prince, nie! – krzyknął chłopiec.

Pies

 przez kilka sekund mierzył Nicka wzrokiem, po czym wolnym

krokiem podszedł do dzieciaka i usiadł obok niego.

 Nazywam

  się  Nick  Rogers,  jestem  zastępcą  szeryfa  –  pożyczył

sobie 

tego,,Rogersa'' 

ze 

starego 

westernu, 

który 

oglądał

w przeddzień wyjazdu. – A ty jak się nazywasz?

  Chaz.  To

  znaczy  na  imię  mam  Charles,  ale  wszyscy  mówią  na

mnie Chaz – odparł chłopiec. – Jeżeli zamierza mnie pan aresztować,
to musi pan wiedzieć, że mój wujek i ciocia pojechali do miasta. Nie
wiem, kiedy wrócą.

 Gdzie

 są kury pani Miller?

Chłopiec wskazał szopę w tylnej części podwórza.
– Miałem

 zamiar

 je oddać. Serio.

 Po

  coś  je  w  ogóle  zabierał?  –  zapytał  Nick,  zerkając  w  stronę

domu. – Brakuje ci jedzenia czy jak?

  Nie

  –  odparł  Chaz  z  oburzeniem,  kiedy  szli  w  kierunku  szopy.

Z wewnątrz dobywał się harmider. – Mam dość jedzenia. I wcale nie

ukradłem tych kur.

Pewnie,  że  nie.  I  nie  zostawiłem  po  sobie  śladów  prowadzących

prosto do kurnika pani Miller.

Kiedy

 znaleźli się na miejscu, Chaz uchylił nieco drzwi szopy, żeby

Nick mógł się przekonać, że wszystkie dziewiętnaście sztuk drobiu

jest  całe  i  zdrowe.  Kury  wyglądały  co  najmniej  dziwnie,  jakby  ktoś

posmarował  im  pióra  klejem,  ale  z  drugiej  strony,  cóż  takiego  Nick

mógł  wiedzieć  o  kurach  poza  tym,  że  można  je  kupić  w  sklepie

spożywczym oskubane i ułożone na plastikowych tackach?

  Musimy

  przetransportować  je  z  powrotem  do  pani  Miller  –

orzekł Nick.

– Wiem. Zastanawiałem się,

 jak

 je odnieść – odparł chłopak.

– Najłatwiej

 by

 było, gdybyś przeniósł je w taki sam sposób, w jaki

background image

je ukradłeś.

– Mówiłem już panu, że

 to

 nie ja je ukradłem.

– Jasne.
W tym momencie jedna z kur dojrzała szparę w drzwiach, ruszyła

w jej kierunku z impetem i wypadła

 na

 podwórko.

Zanim

 Nick zdążył zareagować, Prince ruszył za nią w pogoń.

– Nie! – wrzasnął Nick.

Za

 późno. W ułamku sekundy Prince złapał kurę w zęby i przybiegł

do  nich  w  podskokach.  Wyglądał  jak  kot,  który  właśnie  zjadł
kanarka.

A potem, ku zaskoczeniu Nicka, położył na ziemi zaślinioną kurkę,

która otrząsnęła się i wstała, jak najbardziej żywa. Chłopiec złapał ją,
po czym wrzucił z powrotem

 do szopy.

  Rozumie

  pan,  w  czym  problem?  –  powiedział.  –  Kiedy  Prince

przyniósł do domu jedną kurę, zaraz ją odniosłem. Ale nie wiedziałem,
że ostatniej nocy przyniesie je wszystkie.

Nick

 wpatrywał się w psa.

 Chcesz

 mi powiedzieć, że to Prince je ukradł?

Chaz

 skinął głową.

–  Mówiłem  mu,  żeby

  tego

  nie  robił,  ale  Prince  lubi  przynosić

różne rzeczy. – Chłopak wzruszył ramionami. – To jego jedyna wada.

Poza tym jest naprawdę świetnym psiakiem.

Chaz

  poklepał  kundla  po  głowie,  na  co  pies  wywiesił  język.

Niewykluczone, że oznaczało to uśmiech.

Nick

 zaklął, zdjął kapelusz i przeczesał dłonią gęstą czuprynę.

 Powiem

 ci coś. Niespecjalnie znam się na transporcie kur, więc

jeżeli masz jakiś pomysł, w jaki sposób dostarczyć je z powrotem do

klatki pani Miller, chętnie posłucham.

– Myślałem o tym – odparł Chaz. – I chyba mam pewien pomysł.

Dwie

  godziny  później  całe  gdaczące  towarzystwo  siedziało  całe

i zdrowe w klatce u pani Miller.

background image

Nick

  był  w  dobrym  nastroju.  Oto  rozwiązał  swoją  pierwszą

zagadkę w Montanie – z małą pomocą chłopca i jego psa.

Gdy

 dotarł do biura, rozsiadł się w fotelu, życząc sobie w myślach,

by  reszta  dnia  upłynęła  na  nicnierobieniu.  Wtedy  ujrzał  następującą
scenę:  młoda  kobieta  o  rudawych  blond  włosach  wysiadła
z  samochodu  i  ruszyła  w  kierunku  biura  szeryfa,  kiedy  nagle
podjechało  do  niej  z  piskiem  opon  drugie  auto,  zatrzymało  się,

a kierowca opuścił szybę.

Kobieta

  odwróciła  się  w  jego  stronę.  Najwyraźniej  tych  dwoje

znało  się.  Nick  przyglądał  się  scenie  przez  okno.  Nie  spodobała  mu
się  nagła  zmiana  w  zachowaniu  kobiety,  gdy  tylko  ujrzała  młodego
mężczyznę  siedzącego  za  kierownicą.  Nick  miał  do  czynienia
z  wystarczająco  dużą  liczbą  przypadków  przemocy  domowej,  by
rozpoznać kolejny.

Kobieta

 coś powiedziała do mężczyzny – obydwoje mieli nie więcej

niż  po  dwadzieścia  lat  –  po  czym  odwróciła  się  do  niego  plecami

i ruszyła w stronę biura szeryfa.

Mężczyzna z wściekłością otworzył drzwi samochodu, podbiegł do

niej i złapał za ramię, przyciągając kobietę do siebie.

Nick

  wystrzelił  z  fotela  i  rzucił  się  do  drzwi.  Wybiegając

z budynku, słyszał ich podniesione głosy.

–  Puść  tę  kobietę  –  powiedział

  Nick

  wyćwiczonym,  policyjnym

głosem pełnym chłodnego opanowania.

  To

  nie  pańska  sprawa  –  odparował  młodzieniec.  Miał  brązowe

włosy  i  oczy  tego  samego  koloru.  Był  typem  klasycznego

przystojniaka.

– Puść ją, mówię – powtórzył Nick.

T ym

 razem mężczyzna go posłuchał, aczkolwiek niechętnie.

 Nie

 robię niczego złego – oznajmił.

 Przemoc

 w rodzinie jest wbrew prawu – rzekł Nick.

 Jaka

 przemoc w rodzinie? – prychnął. – Moja dziew… narzeczona

background image

i ja mieliśmy po prostu małą, prywatną sprzeczkę.

Kobieta

 masowała ramię.

 Zgadza

 się. To nic takiego – powiedziała.

–  A  może  wejdziesz  do  środka  i  porozmawiamy  o  tym

  zajściu  –

zaproponował Nick kobiecie.

Potrząsnęła głową i otworzyła szeroko oczy.

 To

 nic takiego, naprawdę.

–  Widziałem,  że  szłaś

  do

  mojego  biura.  Widocznie  masz  do  mnie

jakąś sprawę.

  Wcale

  nie  szłam  do  pana.  Ja…  szłam  do  działu  finansów,  który

znajduje  się  na  piętrze.  –  Kłamała  i  Nickowi  od  razu  oczywistym
wydało się, że czegoś się boi.

 Jak

 się nazywasz? – zadał pytanie młodemu mężczyźnie.

 Bo

 Evans. – Wypowiedział swoje imię i nazwisko, jakby powinny

były powiedzieć Nickowi wszystko. Ale nie powiedziały.

 Mieszkasz

 w okolicy?

–  W  Starym  Whitehorse.  –  Bo  obrzucił  Nicka  spojrzeniem,  które

mówiło:,,Coś  ty,  z  choinki

  spadł''?  –  Nie  jest  pan  stąd,  szeryfie,

prawda?

– A ty?

 Jak się nazywasz? – zwrócił się do kobiety.

Zawahała się.

 Maddie

 Cavanaugh.

Przysunęła się

 do

 samochodu.

– Muszę już jechać

 do

 pracy – odezwała się.

 Gdzie

 pracujesz? – zapytał Nick.

Maddie

  Cavanaugh  rozejrzała  się  dokoła,  jak  gdyby  szukając

odpowiedzi.

– W Starym

 Whitehorse. Pomagam Geraldine Shaw.

Nick

 kiwnął głową i zwrócił się do Bo Evansa.

  Sprzeczki

  to  jedno,  ale  straszenie  narzeczonej  to  co  innego.

Kiedy  wpadniesz  w  złość,  trzymaj  od  niej  ręce  z  daleka,

background image

zrozumiałeś?

Bo

 Evans potrząsnął głową z niedowierzaniem.

  Nie

  skrzywdziłbym  Maddie.  Kocham  ją.  Bierzemy  ślub.

Człowieku, co z tobą nie tak?

Nick

 patrzył za nimi, gdy wsiadali, każde do swojego auta. Martwił

się  o  kobietę.  Bez  względu  na  to,  o  czym  zamierzała  porozmawiać
w  biurze  szeryfa,  jej  narzeczonemu  udało  się  odwieść  ją  od  tego

zamiaru.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Laney  Cavanaugh  ujrzała  go  w  chwili,  gdy  wychodziła  ze  szpitala.

Stał po drugiej stronie ulicy i rozmawiał z dziadkiem T itusem.

Nie umiałaby sprecyzować, co takiego w nim zwróciło jej uwagę.

Miał na sobie dżinsy, wysokie buty, jasnobrązową koszulę z krótkim
rękawem  i  kapelusz  kowbojski.  Ot,  typowy  strój  mieszkańca
Whitehorse.

Oparł  stopę  o  zderzak  pikapu  T itusa  i  pochylił  się  do  przodu,

słuchając  uważnie  staruszka.  Przecinając  ulicę,  zastanawiała  się,

o czym dziadek mógł tak perorować.

Dopiero  kiedy  Laney  znalazła  się  bardzo  blisko  rozmawiających

mężczyzn, zauważyła odbicie słońca na srebrnej gwieździe na piersi

młodszego  z  nich.  Dotarło  do  niej,  że  jasnobrązowa  koszula  jest

w gruncie rzeczy częścią munduru.

–  Laney,  chciałbym,  żebyś  poznała  Nicka  Rogersa,  nowego

zastępcę  szeryfa  –  powiedział  T itus.  –  To  moja  wnuczka,  Laney

Cavanaugh.

Uśmiechnęła  się  i  wyciągnęła  rękę,  która  szybko  zniknęła

w  masywnej,  opalonej  dłoni  zastępcy  szeryfa.  Miał  solidny  uścisk

ręki, a jego skóra była ciepła i sucha. Spojrzenie ciemnobrązowych

oczu  mężczyzny  sprawiło,  że  temperatura  tego  i  tak  już  bardzo

gorącego  dnia  podniosła  się  o  kilka  stopni.  Laney  znów  wyczuła

w  powietrzu  to  dziwne  napięcie,  które  udzieliło  jej  się  już

wcześniej.

background image

–  Właśnie  mówiłem  Nickowi,  że  ty  i  twoja  siostra  mieszkacie

w  domu  mojej  córki  –  rzekł  T itus.  –  Nick  jest  tu  nowy.
W porównaniu z Houston nasze miasteczko z pewnością wydaje mu
się dziwne.

– Przyzwyczajam się – odparł Nick, nie odrywając oczu od Laney.
Zauważyła,  że  ma  twarz  amanta  filmowego:  surowe,  typowo

męskie,  a  jednocześnie  szatańsko  przystojne  oblicze,  ozdobione

gęstymi, ciemnymi włosami. Przyciągał ją do siebie niczym płomień
świecy przyciąga ćmę. Uczynił to pierwszym wrażeniem: sylwetką,
głową  delikatnie  przekrzywioną  w  jedną  stronę  i  pewnym  siebie
sposobem bycia.

–  Powiedziałem  Nickowi,  że  moglibyśmy  zaprosić  go  kiedyś  na

obiad – odezwał się T itus.

–  Powinien  przyjść  na  imprezę  –  powiedziała  Laci,  dołączając  do

rozmawiającej trójki.

Została  w  tyle,  żeby  poczęstować  ciasteczkami  czekoladowymi

pielęgniarki. Laney czuła, jak wzrok siostry wierci dziurę w jej boku.

Po chwili Laci dodała rozbawionym głosem:

– Jak sądzisz, Laney?

–  Oczywiście  –  rzuciła  Laney,  bo  cóż  innego  mogła  powiedzieć

w  tych  okolicznościach?  Spojrzała  na  swoją  rękę,  zaskoczona,  że

Nick nadal ściskał jej dłoń.

– Co to za impreza? – zapytał, puszczając jej rękę.

Gdy  tylko  przywitał  się  z  Laci,  jego  spojrzenie  natychmiast

ponownie spoczęło na Laney.

– Przyjęcie zaręczynowe naszej kuzynki – odparła Laci.

Uśmiechnął się.

– Dziękuję za zaproszenie, ale myślę, że tylko będę przeszkadzał.

–  Ależ  skąd,  nie  będziesz  –  powiedziała  Laci,  szczerząc  zęby

i  spoglądając  to  na  Laney,  to  na  Nicka.  –  Całe  miasteczko  jest

zaproszone.  I  połowa  hrabstwa.  Tak  to  się  u  nas  odbywa.  Nie

background image

widziałeś  ogłoszenia  w  gazecie?  Zapraszamy  na  przyjęcie  na  cześć

przyszłego  potomstwa  przyszłych  państwa  młodych!  Witamy  na
amerykańskiej prowincji!

– Fakt, zupełnie inaczej to wygląda niż w dużym mieście – przyznał

Nick. – Ale mimo to uważam, że nie powinienem…

–  To  impreza  dla  naszej  kuzynki,  Maddie  Cavanaugh,  i  jej

narzeczonego,  Bo  Evansa  –  przerwała  mu  Laci.  –  Nie  sądzisz,  że  to

doskonała okazja, by poznać miejscowych? Wszyscy tam będą.

Laney zauważyła zmianę w wyrazie twarzy Nicka.
–  No,  dobrze,  pomyślę  o  tym  –  obiecał.  –  A  kiedy  odbywa  się  ta

impreza?

– W sobotę po południu – odpowiedziała Laci. – Załóż buty do tańca.

Dziadzio  i  jego  Whitehorse  Country  Band  zagrają  nam  na
skrzypkach.

Nick spojrzał Laney prosto w oczy i powiedział:
– Czy mogę zarezerwować taniec z tobą?

Laney  skinęła  głową  i  nagle  poczuła  się  tak,  jakby  znów  miała

szesnaście lat. Jednocześnie głupio było jej się przyznać przed samą

sobą, że cały ten pomysł Laci z przyjęciem zaręczynowym wydał jej

się raptem całkiem niezłym pomysłem.

Arlene Evans spojrzała na siedzącego po przeciwnej stronie stołu

Bo  –  przystojniaka,  który  był  jej  synem  –  i  uśmiechnęła  się.

Zasugerowała  kolację  w  Hi-Line  Café,  ponieważ  miała  do

zakomunikowania coś ważnego.

–  Wezmę  kanapkę  ze  stekiem  –  zdecydował  Bo,  odkładając  menu.

Zapatrzył  się  na  ulicę  za  oknem  i  wyraźnie  znudzony,  zaczął  bębnić

palcami w stół.

Arlene zdusiła irytację.

–  Zamów  sobie  to,  na  co  tylko  masz  ochotę  –  powiedziała

wspaniałomyślnie.

Bo  był  światłem  jej  życia.  Jej  syneczkiem.  Mężczyzną,  dzięki

background image

któremu  nazwisko  rodziny  przetrwa.  Kiedy  jest  się  farmerem,

powinno  się  mieć  synów,  którzy  mieszkają  z  rodziną  i  pracują  na
gospodarstwie, i choć jak do tej pory Bo nie wykazywał specjalnego
zainteresowania sprawami farmy, Arlene wiedziała, że zmieni się to
po ślubie.

A córki? Cóż, ich zadaniem było znaleźć sobie męża i wyprowadzić

się.

Przeniosła  wzrok  z  syna  na  swoją  najmłodszą  córkę,  Charlotte.

Dziewczyna  przyglądała  się  pasemkom  swoich  długich,  prostych
blond  włosów,  sprawdzając,  czy  nie  ma  rozdwojonych  końcówek.
Arlene  cieszyła  się,  że  siedemnastoletnia  Charlotte  przywiązuje  tak
wielką  wagę  do  swojego  wyglądu  –  cóż,  przynajmniej  jedna  z  jej
córek doceniała wagę pięknej prezencji, od włosów począwszy, a na
tipsach skończywszy.

Arlene  spojrzała  na  drugą  córkę  i  pozwoliła  sobie  na  grymas

niezadowolenia.  Violet,  starsza,  niezamężna  córka,  stanowiła

brzemię, które matka musiała znosić. Niespecjalnie ładna, mało lotna,

pozbawiona ambicji. Violet miała trzydzieści cztery lata i niewesołe

perspektywy.  Bez  względu  na  to,  co  na  siebie  założyła,  zawsze

wyglądała jak kompletne bezguście.

Jej  włosy  –  nudny  kasztan,  cera  –  ziemista,  a  paznokcie!  Arlene

robiła,  co  mogła,  by  oduczyć  Violet  obgryzania  paznokci,  ale  na

próżno.

Obawiała się, że Violet nigdy nie wyjdzie za mąż i nie wyprowadzi

się z domu. Jak to świadczyło o niej, matce takiej córki? Nie potrafiła

znieść tego brzemienia, które kładło się cieniem na jej życiu.

–  Wezmę  cheeseburgera,  frytki  i  shake'a  czekoladowego  –

powiedziała Violet niepewnie.

– Jesteś pewna, kochanie, że nie masz ochoty na jakąś sałatkę? Bo

to smażone jedzenie… Dla nas to żaden problem, ale dla ciebie, skoro

musisz pilnować wagi…

background image

Violet zamknęła menu.

– A może zamówisz za mnie, mamo?
Arlene  przemknęło  przez  głowę,  że  w  głosie  Violet  pojawiła  się

irytacja, ale było to tak absolutnie nie w stylu córki, że natychmiast
odrzuciła tę myśl.

– No dobra, to o co chodzi? – zapytał Bo niecierpliwie. – Mówiłaś,

że chcesz nam o czymś powiedzieć.

Arlene  nie  zamierzała  się  spieszyć.  Na  szczęście  pojawiła  się

kelnerka,  aby  przyjąć  od  nich  zamówienie.  Kanapka  ze  stekiem
i  ziemniaczki  dla  Bo,  sałatka  z  grillowanego  kurczaka  dla  Violet,
mieszanka  warzyw  z  octem  i  oliwą  dla  Charlotte,  a  także  shake
truskawkowy, ryba z grilla i frytki dla Arlene.

–  No  więc…  czy  wydarzyło  się  wczoraj  wieczorem  coś

ciekawego?  –  Arlene  zapytała  Violet,  kiedy  kelnerka  przyjęła
zamówienie.

Violet spojrzała na brata.

–  No…  –  zaczęła,  przeciągając  słowo.  –  Wczoraj  wieczorem

widziałam w barze Maddie. Tańczyła z Curtisem McAlheneyem.

– No i? – warknął Bo. – Nie jesteśmy jeszcze małżeństwem. Może

sobie tańczyć, z kim jej się żywnie podoba.

– Ale… Curtis McAlheney? – Violet wybuchła gromkim, irytującym

śmiechem. – Przecież ten facet mógłby być jej ojcem!

–  Bardzo  was  proszę.  Czy  choć  raz  moglibyście  się  nie  kłócić?

Zjedzmy  w  spokoju.  –  Arlene  spojrzała  na  Violet,  wzięła  głęboki

oddech  i  wypuściła  powietrze  z  płuc,  podenerwowana  faktem,  że

musiała wysłuchiwać o Maddie.

Zastanawiała  się,  czy  poprzedniego  wieczoru  Maddie  piła.  Nie

zdziwiłoby jej to, zwłaszcza że gdy w barze panował ścisk, Charlotte

zawsze  bez  problemu  była  obsłużona,  choć  miała  dopiero

siedemnaście  lat.  A  może  dziewczyny  mają  fałszywe  dowody

tożsamości? To byłoby bardzo w stylu Maddie.

background image

–  Maddie  poszła  bez  ciebie,  Bo?  –  zapytała  Arlene,  zaskoczona

i nieco zaniepokojona.

Wydawało  jej  się,  że  poprzedniego  wieczora,  gdy  wyszedł  z  domu

przed swoimi siostrami, jechał na spotkanie z Maddie.

–  Pojechałem  ze  znajomymi  do  Havre  –  odparł  niezadowolony,  że

Maddie poszła do baru i tańczyła z McAlheneyem, chociaż Curtis to
dla  niej  żadna  partia.  –  Wiesz,  nie  jesteśmy  z  Maddie  spięci

kajdankami.

–  Masz  rację  –  szybko  przytaknęła  Arlene.  –  Dobrze  jest  mieć

przyjaciół i spędzać z nimi czas. Nawet po ślubie.

– O ile w ogóle będzie ślub – mruknęła Violet pod nosem.
– Cóż to niby miało znaczyć? – zapytali jednocześnie Arlene i Bo.
Charlotte  nuciła  coś  do  siebie,  najwidoczniej  nie  poświęcając

reszcie rodziny nawet ułamka uwagi.

Violet  rzuciła  bratu  spojrzenie,  które  mówiło:,,Ja  to  wiem,  ale  ty

musisz się domyślić''.

Arlene  miała  ochotę  ją  spoliczkować.  Powstrzymała  się  jednak

i zdecydowała, że czas wreszcie ogłosić, po co chciała się spotkać.

– Mam dla was wspaniałą nowinę. Właśnie założyłam firmę.

Bo i Violet byli wyraźnie zaskoczeni. Charlotte zerknęła na matkę,

ale  szybko  wróciła  do  rozdwojonych  końcówek  –  nowe

przedsięwzięcie Arlene zupełnie jej nie obchodziło.

–  Jaką  firmę?  –  zapytała  Violet  głosem  pełnym  obawy,  że  będzie

musiała w niej pracować.

– Internetową – odparła podekscytowana Arlene.

W przeszłości przetarła szlak, aranżując dla Violet randki i szukając

dla niej idealnego mężczyzny w kilku okolicznych hrabstwach. Teraz

przyszedł czas, by poszerzyć obszar działania.

–  To  internetowy  serwis  randkowy  dla  mieszkających  na  wsi

samotnych osób.

Violet wciągnęła powietrze.

background image

Bo zaczął się śmiać, kiwając głową na boki.

– To będzie niezłe!
W  sobotę  Nick  przekonywał  samego  siebie,  że  nie  ma  żadnego

interesu w pójściu na przyjęcie do Starego Whitehorse, ani w ogóle
gdziekolwiek. Jego plan zakładał, że w Montanie będzie starał się nie
zwracać  na  siebie  uwagi,  trzymać  się  na  uboczu  i  mieć  tylko  tyle
kontaktu z miejscowymi, ile będzie naprawdę niezbędne.

Doskonale  pamiętał,  w  jaki  sposób  wylądował  w  tym  miejscu,

o  jaką  stawkę  toczyła  się  gra  i  co  by  się  stało,  gdyby  schrzanił
sprawę.  Nie  powinien  się  wychylać.  Taniec  z  młodą  dziewczyną
z  miasteczka,  pięknością  o  szmaragdowych  oczach,  nie  tylko
oznaczał igranie z ogniem, ale mógł kosztować go życie.

A  jednak  nie  potrafił  myśleć  o  niczym  innym.  Sprawdził

wiadomości  w  biurze,  po  czym  powziął  decyzję,  że  jednak  pojedzie
do Starego Whitehorse.

Wmówił  sobie,  że  jadąc  tam,  po  prostu  wykonuje  swoją  pracę.

Przecież  nie  przyjąłby  zaproszenia,  gdyby  nie  chodziło  o  zaręczyny

Maddie  Cavanaugh  i  Bo  Evansa.  Nie  potrafił  zapomnieć  strachu,

który  ujrzał  w  oczach  Maddie,  gdy  spotkał  ją  przed  biurem.  Ani  też

nie umiał pozbyć się niechęci, jaką od pierwszej sekundy znajomości

poczuł do Bo Evansa. To chłopak, który lubił sprawiać problemy.

A poza tym: cóż może zaszkodzić jeden taniec?

Nick  usłyszał  chrząknięcie,  uniósł  głowę  znad  biurka  i  ujrzał

mężczyznę stojącego w drzwiach.

– Ja… zostałem zaatakowany – odezwał się nieznajomy.

Był  średniego  wzrostu,  przeciętnej  budowy  ciała  i  w  ogóle

stanowił wzorzec przeciętności. Nick kojarzył jego twarz jak przez

mgłę.

–  Jestem  reporterem.  Pracuję  dla,,Milk  River  Examiner''.  Kiedy

przyjechał pan do miasta, chciałem napisać o panu artykuł – wyjaśnił

mężczyzna  i  domyślając  się,  że  Nick  próbuje  odnaleźć  go  w  swojej

background image

pamięci, przedstawił się: – Glen Whitaker.

– A, prawda.
Początkowo, kiedy Nick na niego spojrzał, wydawał się zmieszany,

ale  teraz,  gdy  okazało  się,  że  zastępca  szeryfa  nie  potrafił  go  sobie
przypomnieć, odezwała się w nim irytacja. A może chodziło o to, że
wówczas Nick nie zgodził się udzielić mu wywiadu?

– Mówi pan, że został zaatakowany? – zapytał Nick.

Mężczyzna  nie  zwijał  się  z  bólu,  a  jego  ubranie  nie  sugerowało

bójki.  Miał  na  sobie  ciemne  spodnie,  białą  koszulę  i  mokasyny.
Wyglądał,  jakby  teleportował  się  z  innego  miejsca  i  czasu.  Włosy
nosił zaczesane do tyłu w staromodny sposób, choć na oko miał nie
więcej  jak  trzydzieści  kilka  lat.  W  jego  przypadku  niełatwo  było
precyzyjnie określić wiek.

–  Zaatakowano  mnie  miesiąc  temu,  tuż  przed  tym,  jak  pana

zatrudniono – odparł Glen Whitaker, rozglądając się nerwowo, jakby
w  obawie,  czy  nikt  ich  nie  podsłuchuje.  Biuro  świeciło  pustkami,

a stanowisko dyspozytorki znajdowało się na tyle daleko, że w żaden

sposób  nie  mogła  usłyszeć  ich  rozmowy,  zresztą  niespecjalnie

wydawała się zainteresowana wizytą reportera.

– Proszę usiąść – powiedział Nick, a Glen przysunął sobie krzesło

i  usadowił  się  blisko  biurka.  –  Mówi  pan,  że  zdarzyło  się  to,  zanim

jeszcze zacząłem tutaj pracować, tak? Czy zgłosił pan napaść?

–  Nie  –  odparł  Glen.  Wyglądał  na  zdenerwowanego.  –  Nie  byłem

pewien.

– Nie był pan pewien, czy został pan napadnięty? – Nick zaczął się

zastanawiać, co było nie tak z tym gościem.

– Widzi pan. Powiedziano mi, że byłem w Starym Whitehorse. To

takie  miasteczko…  prawie  jak  widmo…  na  południe  stąd,  tuż  przy

przełomie Missouri.

Nick skinął głową.

– Wiem, byłem tam.

background image

–  No  więc,  zdarzyło  się  to  jakiś  miesiąc  temu.  Obudziłem  się  na

poboczu,  wiele  kilometrów  od  najbliższych  zabudowań,  a  mój
samochód  był  wbity  w  płot.  Nic  nie  pamiętałem.  Okazało  się,  że
byłem w Starym Whitehorse. Miałem na głowie dwa ogromne guzy,
które… jak sądziłem… przyczyniły się do zaniku pamięci.

– Czy pił pan alkohol?
–  Ja  w  ogóle  nie  piję.  Mam  kilku  świadków  na  to,  że  będąc

w Whitehorse, nie wypiłem ani kieliszka. Wyszedłem z domu kultury
późnym wieczorem, a następnego ranka obudziłem się i poczułem się
tak, jakby  ktoś mnie  przejechał.  – Glen  nachylił  się nad  biurkiem.  –
Kiedy wróciłem do domu, odkryłem na swoim ciele siniaki.

Nick  podejrzewał,  że  ten  facet  to  jakiś  świr.  Ale  jego  opowieść

bardzo  przypominała  inne,  powtarzające  się  ostatnio  historie
o pobiciach.

–  Czy  według  pana  siniaki  mogły  być  skutkiem  kopnięcia?  Albo

pobicia jakimś narzędziem? – zapytał Nick.

Glen  Whitaker  odchylił  się  na  krześle.  Widać  było,  że

opowiedzenie o zajściu bardzo mu ulżyło.

– To znaczy, że wierzy mi pan?

– Odnotowaliśmy podobne przypadki.

–  Bałem  się  tu  przyjść  –  Glen  odwrócił  wzrok,  jakby  dając  upust

złości. – Obawiałem się, że weźmie mnie pan za wariata.

Nick wyciągnął z szuflady formularz.

– Kiedy dokładnie miało miejsce zdarzenie?

Glen nagle zerwał się na równe nogi.

– Nie chcę składać zawiadomienia.

– Dlaczego nie?

–  Nie  chcę,  żeby  całe  miasto  o  tym  wiedziało.  Dlatego  właśnie

przyszedłem z tym do pana. Pan tu nikogo nie zna.

– Dobrze, ale dlaczego nie chce pan oficjalnie zgłosić tej sprawy?

Reporter kiwnął nerwowo głową.

background image

– Żeby trafiła do gazety? O nie! – Ruszył w stronę drzwi.

–  Okej,  dobrze  –  odparł  Nick,  odkładając  formularz.  –  Nie  spiszę

raportu. Ale proszę mi powiedzieć, kiedy to się stało. Okazuje się, że
mamy  do  czynienia  z  całą  serią  napaści.  Niewykluczone,  że
w pańskim przypadku może chodzić o pierwsze tego typu zdarzenie.

– W sobotę, cztery tygodnie temu. Wtedy, gdy zaginęła Bailey. Nie

pamiętam dokładnie daty.

Nick  oczywiście  słyszał  o  Bailey,  o  tym,  że  znaleziono  ją

w okolicach przełomu Missouri, i o wszystkim, co nastąpiło potem.

– Podejrzewa pan kogoś? – zapytał Glen.
–  Jeszcze  nie,  ale  informacje,  które  uzyskałem  od  pana,  mogą

okazać się przełomowe – Nick zerknął do kalendarza. – Atak na pana
był pierwszym z całej serii.

– Bez żartów, naprawdę? – Najwyraźniej Whitaker ucieszył się, że

nie  był  jedynym  napadniętym.  –  Obawiam  się,  że  niewiele  pomogę.
Nadal  nic  nie  pamiętam  z  tych  dwudziestu  czterech  godzin,  które

przeleżałem  na  poboczu  –  przerwał  na  moment.  –  Chociaż  jest

jeszcze jedna rzecz… – znowu wyglądał na zmieszanego. – To pewnie

nic takiego…

Nick uśmiechnął się w duchu. Pracował jako glina na tyle długo, by

dobrze  wiedzieć,  że  gdy  ktoś  mówi:,,To  pewnie  nic  takiego'',

zazwyczaj okazuje się, że to jednak jest,,coś takiego''.

–  Wyczułem  wtedy  pewien  zapach  na  moim  ubraniu  –  powiedział

Glen i oblał się rumieńcem. – Myślę, że to były perfumy.

Nick zrozumiał, że to wyznanie potwornie zawstydziło reportera.

– Czy ma pan przyjaciółkę? Kobietę? – zapytał.

Glen potrząsnął przecząco głową.

– Proszę mnie źle nie zrozumieć, lubię kobiety.

– Oczywiście. Ale nie przypomina pan sobie, żeby spędził ów dzień

w towarzystwie kobiety, tak?

– Problem polega na tym, że niczego nie pamiętam.

background image

–  Dobrze,  zajmijmy  się  tymi  perfumami.  Czy  rozpoznał  pan

markę?

Glen znów potrząsnął głową.
– Jaki to był zapach?
– Kwiatowy. Chyba.
Informacja, która zawężała obszar poszukiwań.
– Ten kwiatowy zapach… czy rozpoznałby go pan, gdyby ponownie

powąchał?

– To był staroświecki zapach – zawahał się. – Taki, jakiego używają

starsze kobiety.

Nick skinął głową.
– Okej, to już coś.
Nie był do końca przekonany, czy przyda się ta informacja, skoro

Glen  Whitaker  nie  miał  zielonego  pojęcia,  z  kim  miał  do  czynienia,
zanim  obudził  się,  leżąc  przy  drodze  w  samym  środku  całkowitego
odludzia. Wyglądało na to, że zadawał się ze starszą panią.

–  Okej  –  powtórzył  Glen  jak  echo.  –  Pomyślałem  sobie,  że

powinien pan o tym wiedzieć.

– Cieszę się, że przyszedł pan z tym do mnie.

Glen zawahał się, gdy znalazł się przy drzwiach.

–  Mój  wydawca  nadal  chciałby  przeczytać  wywiad  z  panem  –

rzucił.

–  Dzięki  –  odparł  Nick.  –  Ale  nie  skorzystam.  Jestem  nieśmiały,

a  poza  tym  historia  mojego  życia  pewnie  znudziłaby  waszych

czytelników.

Glen potrząsnął głową.

– Bezustannie drukujemy takie historie.

– No – zgodził się Nick, śmiejąc się. – Czytałem waszą gazetę.

Glen  wyszedł  z  biura  szeryfa,  a  Nick  natychmiast  otworzył

kalendarz. Faktycznie, wszystko wskazywało na to, że przez ostatnie

cztery tygodnie każdej soboty miała miejsce napaść.

background image

Dziś  całe  miasteczko  zbierze  się  w  Starym  Whitehorse  na

imprezie  zaręczynowej  Maddie  Cavanaugh.  Przyjęcie  zaczynało  się
po południu.

Nick wstał zza biurka i zaczął zbierać się do wyjścia, a jego myśli

powędrowały  ku  Maddie.  Ta  młoda  kobieta  najwyraźniej  wpadła
w  tarapaty.  Cóż  miał  jednak  z  tym  począć,  skoro  sama
zainteresowana nie wykazywała chęci współpracy?

Pomyślał,  że  być  może  powinien  podzielić  się  swoimi

wątpliwościami z Laney, jak by nie było, kuzynką Maddie, ale szybko
odrzucił ten pomysł. Wcale nie znał Laney, choć z drugiej strony miał
wrażenie, jakby znał ją bardzo dobrze. Pokręcone to wszystko…

Wbił  sobie  do  głowy,  że  zaprosi  ją  któregoś  wieczoru  na  obiad

i  spróbuje  wywiedzieć  się  czegoś  o  Maddie  i  jej  narzeczonym.
A  może  przy  okazji  imprezy  zaproponuje  jej  obiad?  Może  podczas
tańca?

Wykonuję tylko to, co do mnie należy, powtórzył w duchu.

Zbierając się do wyjścia, rzucił okiem na biurko. Czas stawić czoło

rzeczywistości,  pomyślał,  zawrócił  i  otworzył  zamkniętą  na  klucz

najniższą  szufladę.  Telefon  komórkowy,  który  kupił,  gdy  wyjeżdżał

z  Kalifornii,  leżał  na  swoim  miejscu.  Nick  włączał  go  tylko  raz

dziennie,  żeby  sprawdzić,  czy  ktoś  nie  zostawił  na  nim  jakichś

wiadomości.

Dziś  nie  miał  jeszcze  okazji  sprawdzić  telefonu.  Do  diabła,  przez

chwilę zapomniał, co tu właściwie robił. Sięgnął po aparat i włączył

go. Nic.

Wydał  z  siebie  westchnienie  ulgi,  choć  wiedział,  że  to  tylko

kwestia czasu, zanim dostanie wiadomość – taką, w której przeczyta,

że  nadeszła  chwila  powrotu  do  Kalifornii;  albo  taką,  z  której  dowie

się, że jest spalony i pora uciekać.

Wyłączył  aparat  i  odłożył  go  do  szuflady,  po  czym  zamknął  ją  na

klucz.  Stał  kilka  sekund  przy  biurku,  pogrążony  w  myślach.  Ta

background image

rutynowa  czynność,  sprawdzenie  telefonu,  przypomniała  mu,  jaką

głupotą  z  jego  strony  byłoby,  gdyby  zaangażował  się  w  związek
z miejscową dziewczyną.

Dlatego  powinien  sobie  odpuścić.  Jeżeli  Maddie  rzeczywiście  ma

jakiś  problem,  to  niech  sama  z  tym  do  niego  przyjdzie.  A  co  do
Laney…  Potrząsnął  głową,  przypominając  sobie,  że  jego  życie  tutaj
było  jednym  wielkim  kłamstwem.  Im  bardziej  zbliży  się  do  Laney,

tym  łatwiej  będzie  go  odszukać.  A  wtedy  nie  będzie  już  dla  niego
ratunku.

W  przeciągu  tygodnia  wieść  o  imprezie  zaręczynowej  Maddie

Cavanaugh  i  Bo  Evansa  rozeszła  się  po  hrabstwie  niczym  pożar  po
prerii.  Niewielu  przepuściłoby  okazję  uczestniczenia  w  przyjęciu,
zwłaszcza  takim,  którego  organizatorami  byli  Cavanaughowie.
Niektórzy zacierali ręce, ciesząc się ze sposobności skrytykowania
kuchni Laci, poszła bowiem fama, że Laci planuje otworzyć własny
lokal, a przyjęcie chce wykorzystać jako poligon doświadczalny.

Znalazła się wszakże dwójka poirytowanych imprezą ludzi.

Arlene Evans poczuła się obrażona tym, że nikt nie poprosił jej, by

zajęła 

się 

przygotowaniem 

przynajmniej 

części 

wypieków

serwowanych  na  przyjęciu.  W  końcu  to  ona  zwykle  zgarniała

pierwszą  nagrodę  podczas  dorocznego  jarmarku  hrabstwa  Phillips,

jak również przy okazji pikniku w Whitehorse dla uczczenia Święta

Niepodległości 4 lipca.

A  poza  tym,  w  razie  gdyby  ktoś  zapomniał,  Bo  był  przecież  jej

synem.

–  Matka  pana  młodego  nie  powinna  urządzać  przyjęcia

zaręczynowego  –  oświadczyła  jej  pewnego  popołudnia  Alice  Miller

podczas spotkania kółka krawieckiego Whitehorse. – Tak naprawdę,

to  nie  powinnaś  też  pomagać  w  szyciu  ślubnej  kołdry  dla  swojej

przyszłej  synowej,  ale  skoro  nie  ma  z  nami  Lili  Bailey  ani  Pearl

Cavanaugh…

background image

To wytrąciło Arlene z równowagi.

– Wciąż nie mogę uwierzyć, że Lila Bailey mogła tak funkcjonować

–  zaczekała,  aż  pozostałe  gospodynie  podejmą  wątek,  a  potem
ściszyła  głos.  –  Zawsze  zastanawiało  mnie,  kto  tak  naprawdę  był
ojcem  jej  najstarszej  córki,  Eve.  Dziewczyna  w  niczym  nie  była
podobna do reszty rodzeństwa.

–  Arlene  –  rzuciła  niecierpliwie  Geraldine  Shaw,  co  zupełnie  nie

było w jej stylu, zazwyczaj to Pearl ganiła Arlene za to, że poruszała
jakiś niewygodny temat. – Pominęłaś jeden ścieg. Skup się lepiej na
szyciu.

Bura ze strony Geraldine tak bardzo zaskoczyła Arlene, że zupełnie

zapomniała języka w gębie.

T ymczasem  Maddie  przyjęła  wieści  o  imprezie  zaręczynowej

jeszcze gorzej od Arlene.

–  Nie,  to  niemożliwe.  Laci  nie  może,  to  znaczy,  nic  nie

wspominała…

–  To  cudownie  ze  strony  twojej  kuzynki,  że  robi  to  dla  ciebie  –

upomniała ją matka. – Powinnaś być jej wdzięczna.

Od  chwili,  gdy  Sarah  Cavanaugh  wżeniła  się  w  rodzinę,  starała  się

wywalczyć  należną  sobie  pozycję.  Mieszkała  w  przyzwoitym  domu

na wschód od Starego Whitehorse, ale przez cały czas czuła, że żyje

w cieniu T itusa i Pearl Cavanaughów, którzy w tej części hrabstwa

posiadali status pary niemal królewskiej.

Sarah  czuła  się  ignorowana  i  pomijana,  choć  ze  wszystkich  sił

starała się być częścią społeczności miasteczka oraz pełnoprawnym

członkiem  rodziny.  Impreza  córki  mogłaby  w  końcu  sprawić,  że

znajdzie  się  na  ustach  wszystkich.  Złościło  ją  to,  że  Maddie

protestowała  przeciwko  przyjęciu,  i  powiedziała  jej  to  prosto

w oczy.

– Ta impreza jest… przedwczesna – wypaliła Maddie.

–  Przedwczesna?  Przecież  jesteście  zaręczeni  już  od  ponad

background image

miesiąca.

– Bo i ja nawet nie ustaliliśmy jeszcze daty ślubu.
–  Myślę  więc,  że  czas  najwyższy.  Możecie  ogłosić  datę  podczas

imprezy – powiedziała Sarah.

–  Laci  mogła  zapytać  mnie  najpierw  o  zdanie  –  rzuciła  Maddie.  –

Sobota? Mam plany na sobotę!

– Impreza odbędzie się po południu, a nawet jeżeli przedłuży się do

wieczora,  zawsze  możesz  zmienić  swoje  plany  –  odparła  Sarah
szorstko, marszcząc brwi i wpatrując się w córkę, którą kiedyś tak
łatwo przychodziło jej kierować.

Sarah  zrzuciła  obecną  sytuację  na  karb  tego,  że  Maddie

zdecydowanie  zbyt  mało  czasu  spędzała  ze  swoim  narzeczonym.
Sarah  miała  nadzieję,  że  Bo  będzie  wiedział,  jak  utemperować  żonę.
Słyszała,  że  widziano  Maddie  w  barze,  jak  tańczyła  ze  starszymi
mężczyznami.  Gdyby  Sarah  nie  wiedziała,  jak  bardzo  jej  córka
kochała  Bo  i  jak  bardzo  go  potrzebowała,  zapewne  przejęłaby  się

tym.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

T ydzień  upłynął  Laci  na  gotowaniu  i  zmuszaniu  każdego,  kto

nawinął się jej pod rękę, do próbowania tego, co upichciła. Pragnąc
sprostać oczekiwaniom, uwijała się jak w ukropie i wypróbowywała
ciasteczka,  tarty,  rożki  z  ciasta  francuskiego,  placki  owocowe
i serniki – wszystko po to, by skomponować doskonałe menu.

Laney zaś wiązała ze zbliżającą się uroczystością własne nadzieje.

Kiedy  nadeszła  sobota,  nie  była  nawet  pewna,  czy  Nick  Rogers
w  ogóle  pojawi  się  na  imprezie  –  nie  widziała  go  od  dnia  ich

pierwszego  spotkania  –  lecz  mimo  to  nie  mogła  się  doczekać

przyjęcia,  a  jednocześnie  zła  była  na  siebie,  że  siedziała  jak  na

szpilkach i ciągle o nim myślała. A przecież spotkali się do tej pory

zaledwie raz, w dodatku zamienili tylko kilka słów. To było zupełnie

nie  w  jej  stylu,  tak  ekscytować  się  facetem,  którego  dopiero  co

poznała.  W  przeciwieństwie  do  swojej  siostry,  Laney  zawsze  dwa

razy  pomyślała,  zanim  coś  zrobiła.  A  tymczasem  teraz  pragnęła  nie

myśleć, lecz działać – i to powinno ją przerażać.

Maddie  odwiedziła  ich  następnego  dnia  po  tym,  jak  Laci  zaczęła

zapraszać każdego po kolei na przyjęcie zaręczynowe kuzynki.

–  Powinnaś  była  uprzedzić  mnie  o  swoim  zamiarze  –  powiedziała

Maddie.  –  To  znaczy,  podoba  mi  się  twój  pomysł,  ale  mimo

wszystko…

Widać  było,  że  co  jak  co,  ale  Maddie  pomysłem  Laci  zachwycona

nie była.

background image

–  Nie  musisz  dziękować  –  odparła  Laci  i  wyściskała  kuzynkę.  –

Chciałam  po  prostu  przygotować  dla  ciebie  coś  wyjątkowego.  Bo
jesteś wyjątkowa.

Błękitne  oczy  Maddie  wypełniły  się  łzami.  Zagryzła  wargę  i  nie

powiedziała już ani słowa.

Ale  Laney  dostrzegła  jej  wyraz  twarzy.  Maddie  nie  tylko

niespecjalnie  spodobał  się  pomysł  imprezy  zaręczynowej,  on  ją

wręcz…  przerażał.  Od  tamtej  pory  Maddie  nie  wpadła  do  nich  ani
razu, co samo w sobie było wystarczająco dziwne.

Kiedy  Laney  zadzwoniła  do  niej  z  pytaniem,  czy  wszystko  jest

w  porządku,  Maddie  odparła,  że  znalazła  sobie  zajęcie:  pomaga
Geraldine Shaw uprzątnąć strych.

– Lubię tę pracę – powiedziała Maddie. – Wiesz, ma sens.
–  Maddie,  czy  coś  jest  nie  tak?  –  zapytała  Laney.  –  Jeżeli

potrzebujesz z kimś porozmawiać…

– Ależ wszystko jest okej. Jest cudownie. Wychodzę za Bo. Wiesz,

że nie potrafię sobie wyobrazić życia bez niego…

Laney wyczuła załamanie w głosie kuzynki.

– Nie musisz tego robić – stwierdziła.

– Rzeczywiście, nie muszę. Ale Bo jest dla mnie idealny…

Znów łamiący się głos.

– Tak już jest, że przyszła panna młoda ma chwile zwątpienia.

–  Ja  nie  mam…  –  Maddie  się  zawahała.  –  Mieliśmy  pewne

nieporozumienia,  jak  każda  para.  Ale  po  ślubie  wszystko  będzie

inaczej.

Chyba  nie  wierzyła  w  to,  że  małżeństwo  rozwiąże  wszystkie  jej

problemy, prawda?

– Maddie… – zaczęła Laney.

– Wszystko gra. Naprawdę. Nie ma się o co martwić.

Mimo to Laney zamartwiała się.

Nagle  usłyszała  silnik  samochodu  i  zerknęła  na  zegarek.  Ciocia

background image

Sarah dzwoniła wcześniej i zaoferowała się, że przyjedzie furgonetką

i przewiezie część ciast na imprezę.

Sarah  pomagała  również  przy  dekoracjach  i  zgłosiła  się  na

ochotnika do całotygodniowego testowania wypieków Laci.

– Maddie gotowa na przyjęcie? – zapytała Laney.
Sarah skinęła głową, a jej twarz się rozpromieniła.
–  To  takie  ekscytujące.  Przyjęcie  dla  mojej  małej  dziewczynki.

Dziękuję wam.

– To wszystko sprawka Laci – odpowiedziała Laney.
Od  razu  dało  się  zauważyć,  jak  wiele  impreza  znaczyła  dla  Sarah.

Jeśli  chodzi  o  Maddie,  Laney  nie  była  taka  pewna.  Miała  chęć
podzielić się z ciocią swoimi wątpliwościami co do Maddie, ale wtedy
z  kuchni  wyłoniła  się  Laci,  niosąc  pojemnik  pełen  pokrojonego  na
maleńkie  porcje  sernika  wiśniowego  w  polewie  czekoladowej
i Sarah zaczęła rozpływać się w pochwałach. Nie da się zaprzeczyć:
desery wyglądały przepięknie, niemal zbyt pięknie, żeby je jeść.

Sarah odjechała autem wypełnionym wypiekami, a Laney spojrzała

na zegarek.

– Nie powinnyśmy się już zbierać? – zapytała siostrę.

Laci nerwowo wpatrywała się w szybę piekarnika.

–  Dajmy  jeszcze  kilka  minut  ptysiom  karmelowym.  Najlepiej

smakują na ciepło. Kokosanki już stygną.

Laney potrząsnęła głową.

– Laci, nie ma mowy, żebyśmy to wszystko zjedli.

Rozległo się pukanie do drzwi. Laney pomyślała, że pewnie Sarah

wróciła, bo czegoś zapomniała.

– Ja otworzę. Pilnuj ptysiów.

Na  werandzie  stała  Geraldine  Shaw.  Nie  miała  na  sobie  stroju

stosownego  na  imprezę  zaręczynową.  Wyglądała  na  zaaferowaną

i zdenerwowaną.

– Gdzie Maddie? – zapytała obcesowo.

background image

– Nie wiem.

– Kiedy wróciłam z poczty, już jej nie było. A razem z nią zniknęła

brylantowa bransoletka mojej matki – oznajmiła Geraldine, zaglądając
Laney przez ramię. – Jesteś pewna, że nie ma jej tutaj?

–  Tak.  Maddie  jest  u  siebie  w  domu  albo  już  na  miejscu,  w  domu

kultury. Ale jeżeli zgubiła się jakaś bransoletka, to ona na pewno nie
ma z tym nic wspólnego.

–  Pokazałam  jej  bransoletkę,  kiedyśmy  sprzątały.  Kiedy

wychodziłam,  kazałam  jej  schować  ją  do  puzderka.  –  Geraldine  była
na skraju płaczu. – A teraz nie mogę jej znaleźć.

–  Na  pewno  po  prostu  gdzieś  się  zapodziała  –  powiedziała  Laney

z  troską  w  głosie.  –  To  może  ja  zadzwonię  do  Maddie  i  zapytam,
czy…

Ale  Geraldine  już  nie  było.  Zbiegła  z  werandy,  wsiadła  do  auta

i odjechała w chmurze pyłu.

Raptem z kuchni dał się słyszeć przeraźliwy pisk. Laney pobiegła

i zastała siostrę na skraju histerii.

– Moje karmelowe ptysie opadły. To zły znak. Przyjęcie zakończy

się katastrofą.

Laney  uspokoiła  siostrę  i  powiedziała  jej,  że  powinna  zacząć  się

szykować. Nie miała serca mówić jej, że nad imprezą zawisły o wiele

ciemniejsze chmury niż opadnięte ptysie. Laci i tak nie dostrzegłaby

powagi  sytuacji  –  nie  w  obliczu  pokonanych  przez  siłę  ciężkości

ptysiów.

Kiedy  Nick  dotarł  do  Starego  Whitehorse,  zdumiało  go,  jak  wiele

pojazdów  stało  zaparkowanych  przed  domem  kultury.  Laci  miała

rację  co  do  jednego:  całe  hrabstwo  zamierzało  zjawić  się  na

przyjęciu.

Zaparkował auto i ruszył w kierunku wejścia, cały czas upominając

się w duchu, że choć praktycznie rzecz biorąc, nie był na służbie, to

i  tak  przyjechał  tu  w  sprawach  czysto  zawodowych.  Zaplanował

background image

sobie, że opuści imprezę na tyle wcześnie, by wieczorem mieć oko

na bary w Whitehorse. Była sobota i jeżeli napastnik będzie stosował
się do schematu, przed nastaniem świtu zaatakuje jakiegoś biednego
kowboja.

W  tej  samej  chwili,  w  której  Nick  znalazł  się  w  wypełnionym

ludźmi  budynku,  grająca  na  scenie  kapela  zaintonowała  balladę
country. Jego najlepszy kumpel poszalałby do takiej muzyki.

Na samą myśl o Dannym O'Shayu poczuł, że pęka mu serce. Danny

nie  mógł  tego  słyszeć  ani  widzieć,  bo  nie  żył.  Był  martwy  przez
Nicka.

– Zastępca szeryfa Nick Rogers, zgadza się? – usłyszał ociekający

słodyczą damski głos. – My się chyba jeszcze nie znamy.

Wysoka, 

chuda 

kobieta 

średnim 

wieku, 

dysponująca

przypominającym  rżenie  osła  śmiechem,  wyciągnęła  do  niego  rękę
i wymieniła z nim energiczny uścisk dłoni.

–  Nazywam  się  Arlene  Evans.  To  impreza  zaręczynowa  mojego

syna i jego narzeczonej.

Matka Bo była typową, kościstą ranczerką.

–  A  to  moja  córka,  Violet  –  powiedziała  Arlene,  łapiąc  ramię

stojącej obok kobiety i przyciągając ją do siebie. – Violet, przywitaj

się z szeryfem.

Violet Evans grzecznie skinęła głową.

– Dzień dobry, miło mi poznać – odparł Nick.

T rudno było orzec, w jakim wieku była Violet. Nie posiadała żadnej

cechy,  która  mogłaby  wyróżnić  ją  z  tłumu  podobnych  jej,

zwyczajnych kobiet. Charakteryzowała ją ta sama co matkę koścista

budowa, tyle że córka górowała nad rodzicielką rozmiarami.

–  Szeryf  jest  nowym  mieszkańcem  naszego  miasteczka.  I  jest

samotny.  –  Arlene  puściła  oko  do  Nicka.  –  Poczta  pantoflowa

Whitehorse.

Violet  wpatrywała  się  w  podłogę,  ale  Nick  widział,  jak  rumieniec

background image

pełznie po jej szyi.

– Proszę mi wybaczyć, muszę porozmawiać z T itusem – oznajmił

Nick, gdy kapela przestała grać.

Zanim  ruszył  w  stronę  sceny,  zdążył  jeszcze  usłyszeć,  jak  Arlene

gani  córkę  za  to,  że  ta  nie  powiedziała  czegoś  interesującego,  by
podtrzymać konwersację. Oto kobieta, która wychowała Bo Evansa,
uprzytomnił sobie. To wiele wyjaśniało.

–  Widzę,  że  jednak  się  pojawiłeś  –  powiedział  T itus  i  przeniósł

spojrzenie  na  tłum.  T itus  Cavanaugh  był  postawnym  mężczyzną
o potężnym głosie, mocnym uścisku dłoni i burzy siwych włosów. –
Moje  wnuczki  gdzieś  tu  się  plączą.  Ale  frekwencja,  co?  Mam
nadzieję,  że  próbowałeś  wypieków  Laci.  Urodziła  się  z  łyżką
w garści – zaśmiał się ze swojego żarciku.

Nick chciał zapytać o rodziców Laci i Laney, do tej pory bowiem

nikt o nich nie wspomniał, ale nie miał ku temu okazji.

Zobaczył Maddie po drugiej stronie sali. Miała na sobie pasującą do

jej  oczu,  bladoniebieską  sukienkę.  Nawet  z  daleka  widać  było,  że

dziewczyna była wymizerowana, a jej piegi wyglądały, jak gdyby miały

za chwilę odpaść. Sprawiała wrażenie podenerwowanej.

Arlene Evans, przyszła teściowa, mocno ściskała Maddie za ramię

i próbowała zmusić ją do wyjścia tylnymi drzwiami.

– Oto i moja wnuczka! – oznajmił T itus.

Nick  odwrócił  się  i  stanął  twarzą  w  twarz  z  Laney.  Była  ubrana

w  sukienkę  koloru  brzoskwini,  która  niczym  woda  spływała  po

krągłościach jej ciała. Jej twarz promieniała, a oczy… te niesamowite

szmaragdowe oczy…

Zerknął ukradkiem ponad ramieniem Laney i zobaczył, jak Arlene

ciągnie Maddie za rękę i wychodzi z nią na zewnątrz.

Zaklął pod nosem.

–  Przepraszam  na  chwilę.  Zaraz  wracam  –  rzucił  i  zaczął

przedzierać się przez tłum.

background image

No,  pięknie.  Laney  usiłowała  ukryć  rozczarowanie.  Cały  tydzień

wyczekiwała spotkania z Nickiem Rogersem. Kiedy tylko zobaczyła
go,  jak  rozmawiał  z  dziadkiem,  przecisnęła  się  przez  tłum,  bo  nie
miała dość cierpliwości, by czekać, aż sam ją odnajdzie.

Albo może bała się, że wcale nie będzie chciał jej znaleźć.
Nie  była  przyzwyczajona  do  takiego  traktowania.  Odwróciła  się,

walcząc  z  ochotą  ulotnienia  się  stąd  na  dobre.  Postanowiła  zamiast

tego  podejść  do  stołu  z  deserami  i  zapytać,  czy  jej  siostra  nie
potrzebuje pomocy.

–  Pełen  sukces  –  oznajmiła  Laci  i  westchnęła.  –  Moja  pierwsza

impreza,  którą  obsługuję.  Powiem  ci,  że  teraz  już  wiem  na  pewno:
otwieram tutaj firmę cateringową. Nazwę ją Cavanaugh Catering.

– T utaj? – Laney wbiła wzrok w siostrę. Nie zaskoczył jej wybór

branży, ponieważ z całym swoim talentem kulinarnym Laci wydawała
się do tego stworzona. – To znaczy: w Starym Whitehorse?

–  Nie,  głuptasie.  Chodzi  o  to,  że  nikt  nie  mieszka  w  domu  mamy.

Mogłabym  prowadzić  stamtąd  firmę.  Jednocześnie  byłabym  na  stałe

blisko babci i dziadka, a przy okazji zaopatrywałabym w jedzenie całe

hrabstwo.

Laney nie wiedziała, co powiedzieć. Zawsze to Laci była tą, która

każdego  lata  pod  koniec  dwutygodniowych  wakacji  w  Montanie  nie

mogła doczekać się, żeby wreszcie stąd uciec.

– A co z Seattle?

–  Zawsze  będzie  na  swoim  miejscu,  nie?  –  odparła  Laci  ze

śmiechem.

Laney zmierzyła siostrę wzrokiem.

– Mam wrażenie, że to decyzja podjęta pod wpływem chwili.

– Wcale nie. Dobrze sobie wszystko przemyślałam. Powiedziałam

już babci.

Babcia  od  czasu  wylewu  nie  reagowała  na  żadne  bodźce

zewnętrzne.

background image

–  Dziwna  sprawa  –  wyznała  Laci.  –  Babcia  spojrzała  mi  prosto

w  oczy.  Przysięgam,  że  ścisnęła  moją  dłoń.  Wyglądało  to,  jakby
chciała mi coś powiedzieć. A potem zamknęła oczy…

– Cieszy się z twojej decyzji – powiedziała szybko Laney.
–  Postanowiłam,  że  powiem  dziadkowi  zaraz  po  imprezie  –

oznajmiła  Laci.  –  O  nie!  Prawie  skończyły  się  nam  wiśniowe
serniczki! Powinnam była przygotować ich więcej.

Albo trzymać je z dala od Violet, pomyślała Laney, przyglądając się,

jak  córka  Arlene  Evans  pochłania  ostatni  kawałek  sernika
i  przemieszcza  się  dalej  wzdłuż  bufetu  w  kierunku  kokosanek,
a następnie – myśląc, że nikt nie widzi – napycha sobie nimi wielkie
kieszenie swetra.

Uwagę  Laney  odwróciła  Geraldine  Shaw,  która  zmierzała  ku

stołom  zastawionym  ciastami.  Czy  znalazła  swoją  brylantową
bransoletkę?  Laney  miała  nadzieję,  że  tak.  Rozejrzała  się  dokoła
w poszukiwaniu Maddie, ale nigdzie jej nie widziała.

Zanim  Nick  dopchał  się  do  tylnego  wyjścia  z  domu  kultury,  po

utarczce pomiędzy Arlene i Maddie nie było już śladu.

Obydwie  panie  stały  niedaleko  drzwi.  Maddie  trzymała  ręce

założone  na  piersi  i  wbijała  wzrok  w  ziemię.  Widać  było,  że

wcześniej płakała. Arlene stała obok niej, posyłając jej z góry pełne

gniewu spojrzenie.

– Jakiś problem? – zapytał Nick.

Arlene  spojrzała  na  niego  zaskoczona  i  zrobiła  krok  do  tyłu,

odsuwając się od Maddie i zmieniając wyraz twarzy.

– Ależ szeryfie, ominie pana kolejny taniec. Moja córka, Violet…

– Miałem nadzieję, że uda mi się zatańczyć z przyszłą panną młodą –

powiedział Nick, wpatrując się w Maddie.

Słyszał  muzykę  dobiegającą  z  budynku,  ale  o  wiele  bardziej

interesowało go to, o czym rozmawiały. Arlene dawała Maddie nieźle

popalić, i to na przyjęciu zaręczynowym dziewczyny. Nie wróżyło to

background image

najlepiej ich przyszłym relacjom.

Arlene spoglądała to na Nicka, to na Maddie, a jej mina stawała się

coraz bardziej skwaszona.

–  Chciałem  życzyć  jej  wszystkiego  dobrego  z  okazji  zaręczyn  –

dodał  Nick.  –  Gdyby  była  pani  uprzejma  zostawić  nas  na  chwilę
samych…

– Ależ oczywiście – odparła, po czym posłała Maddie ostrzegawcze

spojrzenie i zniknęła za drzwiami.

– Wszystko w porządku? – zapytał Nick.
Maddie podniosła głowę. Jej niebieskie oczy były pełne łez.
– Nic mi nie jest – odparła i wytarła łzy.
– Myślę, że jest inaczej.
–  Proszę  –  jęknęła  Maddie,  rzucając  nerwowe  spojrzenie

w  kierunku  drzwi.  –  Niech  pan  tego  nie  robi.  T ylko  pogarsza  pan
sprawę.

– Czy to w ogóle możliwe? – zapytał.

Maddie wytarła oczy.

– Pozwól sobie pomóc – powiedział Nick.

–  Co  tu  się  dzieje?  –  odezwał  się  przepełniony  gniewem  męski

głos.

Nick  nie  musiał  się  odwracać,  by  go  rozpoznać.  Bo  Evans.

Przysłała go matka.

–  Mówię  poważnie  –  wyszeptał  Nick  do  ucha  Maddie.  –  Pomogę,

jeżeli pozwolisz sobie pomóc.

W  odpowiedzi  ukradkiem  skinęła  głową,  uśmiechnęła  się  od  ucha

do ucha i wyszła na spotkanie narzeczonego.

Nick  przyglądał  się,  jak  Bo,  nie  patyczkując  się  zbytnio,  zaciąga

Maddie z powrotem do środka. Zaklął i postanowił poszukać Laney.

Ale  kiedy  tylko  wszedł  na  salę,  usłyszał  mrożący  krew  w  żyłach

wrzask i zobaczył, że tłum gromadzi się przed bufetem.

Nick utorował sobie przejście pośród ludzkiej ciżby, a gdy dotarł na

background image

miejsce,  zobaczył  Geraldine  Shaw  leżącą  na  podłodze.  Miała

czerwoną twarz i wytrzeszczone oczy. Nerwowo łapała powietrze.

– Wszyscy do tyłu! – krzyknął i opadł na kolana. – No już!
Zobaczył panikę w jej oczach. Próbowała dźwignąć rękę z podłogi.

Zobaczył, że w dłoni ściska resztkę kokosanki.

Nie  pierwszy  raz  miał  do  czynienia  z  człowiekiem  ogarniętym

panicznym  strachem,  ale  na  żadne  działanie  nie  starczało  już  czasu,

trucizna  działała  bowiem  szybko.  Ciałem  Geraldine  wstrząsnęły
konwulsje. Nick poczuł znajomy zapach gorzkich migdałów, a chwilę
później kobieta już nie żyła.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

– Uduszenie – oznajmił koroner po sekcji zwłok Geraldine Shaw. –

Przyczyną śmierci był niedobór tlenu.

– A kokosanka? – zapytał Nick.
–  Zawierała  wystarczająco  dużo  cyjanku,  żeby  powalić  konia.

Czynnikami,  które  wpłynęły  na  szybkość  działania  trucizny,  były
wiek i stan zdrowia ofiary.

Nick  zaklął  pod  nosem.  Domyślał  się,  że  Geraldine  otruto

cyjankiem, ale miał nadzieję, że jednak się mylił.

– A pozostałe kokosanki?

Koroner pokręcił głową.

–  Przebadaliśmy  pozostałe  desery,  które  nam  pan  dostarczył.

W żadnym nie znaleźliśmy trucizny.

– Czyli tylko jedno ciastko było zatrute?

– Na to wygląda.

Nick potrząsnął głową. W jaki sposób zabójca mógł być pewien, że

akurat  to  ciastko  trafi  do  rąk  ofiary?  A  może  to  czysty  przypadek?

Przez  myśl  przemknęło  mu,  że  to  może  nie  Geraldine  była  celem

zamachowca, lecz on, Nick.

Ale  przecież  Keller  w  żaden  sposób  nie  mógł  dowiedzieć  się,  że

Nick przebywa w Whitehorse – nikt o tym nie wiedział… chyba. Po

tym, co wydarzyło się w Los Angeles, Nick nie ufał już nikomu. Czy

to  przypadek,  że  Geraldine  padła  ofiarą  cyjanku,  tej  samej  trucizny,

której użyto do zamordowania przyjaciela Nicka, Danny'ego?

background image

Z drugiej strony, cyjanek był względnie popularną trucizną, której

każdy  mógł  użyć.  Nick  zaczął  zachodzić  w  głowę,  czy  nie  został
zdemaskowany, czy to nie ostrzeżenie ze strony Kellera.

Poczuł,  jak  ogarnia  go  dobrze  mu  znane  uczucie  paniki.  Nie  mógł

znieść  myśli,  że  oto  znów  jest  odpowiedzialny  za  śmierć  niewinnej
osoby.

Wyjedzie stąd. To dosłownie kwestia minut i zaraz go tu nie będzie.

Kiedy  przyjechał  do  Whitehorse,  nie  przywiózł  ze  sobą  wiele,
a odjeżdżając, zabierze jeszcze mniej.

Zdusił  w  sobie  strach.  Keller  był  przecież  zdesperowany.  Nie

bawiłby się w podchody, zabiłby Nicka na miejscu i nie tracił czasu
na gierki. Po co zabijać jakąś biedną kobiecinę? Bez sensu.

Spróbował się rozluźnić. Skoro szeryf był na Florydzie, postanowił

zadzwonić do stanowego oficera śledczego i poprosić o pomoc przy
sprawie,  ale  obawiał  się,  że  zwróci  to  nadmierną  uwagę  na
wydarzenia w Whitehorse, a do tego nie chciał dopuścić.

Zaprzątnięty  zagadkowym  morderstwem,  nie  przeprowadził

obserwacji  miejscowych  barów,  jak  to  sobie  zaplanował,

a tymczasem doszło do kolejnej napaści. Sposób działania identyczny

jak  w  pozostałych  przypadkach:  napastnik  posłużył  się  kijem

bejsbolowym.

– Czy wie pan, kto upiekł te ciastka? – zapytał koroner.

Nick  skinął  głową.  Laci.  Pomyślał  o  Laney.  Do  diabła,  nawet  nie

udało mu się z nią zatańczyć, co, wziąwszy pod uwagę okoliczności,

było w sumie błogosławionym w skutkach pechem. Nie mógł pozbyć

się  uporczywej  myśli,  że  być  może  Keller  ściga  go  w  szaleńczym

obłędzie.  Że  jego  dni  są  policzone.  Jak  tylko  otrzyma  wiadomość,

ulotni się z Montany tak niespodziewanie, jak się w niej pojawił.

–  Niestety,  Geraldine  rozgniotła  ciastko  w  dłoni,  więc  w  żaden

sposób  nie  jesteśmy  w  stanie  stwierdzić,  jak  cyjanek  został

zaaplikowany.

background image

Co oznaczało, że mogła go tam umieścić dowolna osoba znajdująca

się na przyjęciu.

Nick  podziękował  koronerowi  i  pojechał  do  Starego  Whitehorse,

do domu państwa Cavanaugh.

– Otruta? – Laney nie mogła uwierzyć.
Siedziała na werandzie, kiedy dostrzegła w oddali chmurę pyłu. Jej

pierwszą  reakcją  na  wóz  policyjny  był  dreszcz  podniecenia.  Gdy

Nick wysiadł z auta, jej serce przyspieszyło.

Stała  oparta  o  balustradę  i  wpatrywała  się  w  otaczającą  dom

równinę.

– Wydawało mi się, że Geraldine miała zawał.
– Będę musiał porozmawiać z Laci – powiedział Nick i stanął obok

niej.

–  Chyba  nie  myślisz,  że  to  ona  otruła  tę  kobietę!  –  odezwała  się,

usiłując opanować drżenie głosu.

–  Szczerze  mówiąc,  wiem  tylko  tyle,  że  Geraldine  zmarła,

ponieważ zjadła zatrutą kokosankę upieczoną przez twoją siostrę.

– Jaki mogła mieć motyw? – zapytała Laney, obracając twarz w jego

stronę.

– T y mi powiedz.

Laney  przypomniała  sobie  o  krótkiej  wizycie  Geraldine  tuż  przed

imprezą.

– Prawie jej nie znałyśmy.

Jak  na  ironię,  przed  przyjęciem  zaręczynowym  Maddie  Geraldine

oskarżyła  ją  o  kradzież  brylantowej  bransoletki.  Nie  żeby  miało  to

cokolwiek wspólnego ze sprawą, ale…

Laney  zobaczyła,  jak  Nick  rzucił  okiem  na  puste  miejsce,  na

którym zwykle stał zaparkowany samochód Laci.

– Laci pojechała do miasta – wyjaśniła.

– Kiedy wróci?

–  Nie  jestem  pewna.  Mam  nadzieję,  że  masz  też  innych

background image

podejrzanych.

– Na przykład? – zapytał.
Nigdy  nie  widziała  tak  ciemnych  oczu.  Potrząsnęła  głową.  Nie

miała zielonego pojęcia, kto, u licha, mógłby chować urazę do biednej
Geraldine, a co dopiero, kto byłby zdolny ją zabić. Wzdrygnęła się na
samą myśl, że jedno z ciastek Laci zawierało truciznę.

–  Gdzie  byłaś,  kiedy  Geraldine  upadła  na  podłogę  podczas

przyjęcia?

Zastanowiła się chwilę.
– Podeszłam do Laci zapytać, czy nie potrzebuje pomocy.
– Znajdowałaś się za stołami z deserami czy też przed nimi?
– Stałam na samym końcu.
– Co w tym czasie robiła Laci?
Laney próbowała przypomnieć sobie przebieg wypadków.
–  Uzupełniała  półmiski  i  narzekała  pod  nosem,  że  jednego  rodzaju

ciast powinna była przygotować więcej niż innych.

– To znaczy których?

–  Sernika  wiśniowego  w  polewie  czekoladowej  i…  –  przerwała

i  spojrzała  na  niego.  –  I  kokosanek.  Na  talerzu  została  tylko  jedna.

Wcześniej  widziałam,  jak  Violet  Evans  napycha  sobie  nimi  usta

i kieszenie. Laci właśnie miała uzupełnić zapas na talerzu, kiedy ktoś

wziął ostatnie ciastko.

– Pamiętasz, kto to był?

Zaprzeczyła ruchem głowy.

– Obok stołów stała Violet ze swoją matką. Widziałam, jak dołączyła

do  nich  Charlotte.  Laci  sięgała  właśnie  po  talerz,  żeby  dołożyć

kokosanek, kiedy ktoś złapał tę ostatnią.

–  Geraldine  –  powiedział  Nick.  –  Czy  słyszałaś,  żeby  ktoś

proponował jej ciastko?

Laney potrząsnęła głową.

–  Kapela  właśnie  zaczęła  grać,  a  wszyscy  dokoła  głośno

background image

rozmawiali.

–  A  zatem  ciastko  mogło  być  przeznaczone  dla  kogoś  stojącego

dalej, nawet za Arlene. Czy pamiętasz, kto stał obok niej?

– Niestety nie.
Skinął głową.
– Poproś Laci, żeby zadzwoniła do mnie, kiedy wróci do domu.
Założył kapelusz i zawahał się chwilę.

– Żałuję,   że  nie  udało  nam  się  zatańczyć  –  odezwał  się,  po  czym

skinął  głową  na  pożegnanie  i  ruszył  do  auta,  zanim  zdążyła
odpowiedzieć:

– Ja też.
Laney  patrzyła,  jak  jego  samochód  niknie  w  oddali,  pozostawiając

za sobą tuman kurzu, a kiedy był już dostatecznie daleko, wpadła do
domu i chwyciła kluczyki do własnego auta.

Arlene  Evans  wychodziła  z  siebie.  To  było  zupełnie  w  stylu

Geraldine:  zawał  serca  akurat  podczas  imprezy  zaręczynowej  Bo.

Jeżeli nie czuła się dobrze, mogła darować sobie przyjęcie.

Co  gorsza,  inicjatywa  Arlene,  jej  strona  randkowa  Meet-a-Mate,

przeznaczona dla mieszkańców terenów wiejskich Montany, utknęła

w martwym punkcie. Okazało się, że żadna z osób, z którymi Arlene

rozmawiała,  nie  chciała,  żeby  jej  fotografia  i  dane  osobowe  znalazły

się  na  stronie  internetowej,  gdzie  przecież  każdy  mógł  się  z  nimi

zapoznać.

–  Nie  wierzę,  po  prostu  nie  wierzę  –  mamrotała  pod  nosem,

wbijając wzrok w ekran komputera.

Nic  nie  szło  według  planu.  Jak  tylko  spod  domu  kultury  odjechała

karetka,  która  zabrała  Geraldine,  pomiędzy  Bo  i  Maddie  wybuchła

gwałtowna kłótnia. Bo, wściekły jak osa, przepadł gdzieś bez śladu.

Arlene nie zamierzała obarczać go winą. Chciała jedynie wiedzieć,

czy on i Maddie rozstali się na dobre. Zawsze uważała, że Bo mógłby

znaleźć sobie lepszą partię. Przykład: dziś rano Violet doniosła matce,

background image

że zeszłego wieczora ponownie widziała Maddie w barze, jak tańczyła

z kim popadnie. Bo bez wątpienia mógł trafić lepiej.

Arlene  zerknęła  na  aparat  fotograficzny  leżący  obok  komputera.

Zanim Geraldine wywinęła orła na przyjęciu i wylądowała pod stołem
z  deserami,  Arlene  zdążyła  zrobić  gościom  kilka  zdjęć.  Podpięła
aparat  do  komputera  i  zabrała  się  za  przeglądanie  fotek
w  poszukiwaniu  dziewczyny,  która  nadałaby  się  dla  jej  syna.  Nagle

olśniło ją.

Znała praktycznie wszystkich w hrabstwie i wiedziała więcej o ich

prywatnych  sprawach  niż  ktokolwiek  inny.  A  teraz  dysponowała
zdjęciami  większości  spośród,,wiejskich  samotników''.  Jakież  to
proste.  Sami  zwyczajnie  nie  mają  dość  śmiałości,  by  pokazać  się  na
stronie,  ale  kiedy  zaczną  otrzymywać  telefony  z  propozycjami
randek, wtedy jej podziękują.

Arlene  zaczęła  kopiować  zdjęcia,  z  każdą  chwilą  coraz  bardziej

podniecona pomysłem. Będzie pobierać opłaty od zainteresowanych

umówieniem  się  na  randkę.  W  ten  sposób  co  prawda  nie  zarobi

kokosów,  ale  chodziło  o  to,  żeby  najpierw  rozkręcić  biznes  –  no

i znaleźć męża dla Violet oraz lepszą kandydatkę na żonę dla Bo.

Otworzyła zdjęcie Violet z imprezy. Dlaczego jej córka założyła ten

okropny  sweter?  Wyglądała  w  nim  na  większą  i  grubszą  niż

w  rzeczywistości.  Cóż,  przynajmniej  zdążyła  się  przebrać,  zanim

wczoraj wieczorem poszły z siostrą na miasto.

Arlene przycięła zdjęcie córki i umieściła je na stronie, opatrując

najbardziej  entuzjastycznym  komentarzem,  jaki  przyszedł  jej  do

głowy.

Potem  przejrzała  pozostałe  ujęcia  i  zatrzymała  się  na  dłużej  nad

jednym  z  nich.  Nick  Rogers.  Niewiele  o  nim  wiedziała,  ale  zawsze

mogła coś szybko wymyślić.

Wycięła  jego  postać  z  fotografii  i  również  umieściła  w  serwisie.

Stwierdziła,  zadowolona  z  siebie,  że  kiedy  Nick  znajdzie  kobietę

background image

swoich marzeń, jeszcze podziękuje Arlene.

Maddie  mieszkała  z  rodzicami  na  farmie  tuż  za  granicami  Starego

Whitehorse. Dom stał na końcu wąskiej, gruntowej drogi. Wjeżdżając
na podwórko, Nick zauważył, że nigdzie nie było widać auta Maddie.
Najwyraźniej nikogo nie było w domu. Zaczął cofać samochód, kiedy
nagle  otworzyły  się  siatkowe  drzwi.  Kobieta,  która  się  w  nich
ukazała,  miała  pięćdziesiąt  kilka  lat,  blond  fryzurę  i  niebieskie  oczy.

Nick  wysiadł  z  samochodu  i  ruszył  w  kierunku  werandy.  Słońce
prażyło niemiłosiernie, piekąc grunt pod stopami.

–  Nazywam  się  Nick  Rogers,  jestem  zastępcą  szeryfa.  Szukam

Maddie Cavanaugh.

– Maddie? Przykro mi, ale nie ma jej w domu.
Kobieta przedstawiła się jako Sarah Cavanaugh, matka Maddie.
– Czy wie pani, gdzie mogę ją znaleźć? – zapytał Nick.
Nadal martwił się o dziewczynę. Morderstwo Geraldine odwróciło

jego  uwagę,  ale  nie  oznaczało  to,  że  nie  przejmował  się  losem

Maddie,  zwłaszcza  po  scenie,  której  był  świadkiem,  między  nią

a Arlene Evans.

–  Noc  spędziła  u  przyjaciółki  w  Whitehorse.  Czy  to  nie  straszne,

co się stało z biedną Geraldine? Nikt nie wiedział, że cierpi na serce.

W końcu była niewiele starsza ode mnie.

Nick  nie  wspomniał  słowem,  że  zanim  Geraldine  została  otruta,

serce miała w doskonałym porządku.

–  Czy  mogę  poprosić  o  nazwisko  przyjaciółki,  u  której  nocowała

Maddie?

– A wie pan, że nawet nie zapytałam? Ona ma mnóstwo znajomych

i  kiedy  jedzie  do  miasta,  zatrzymuje  się  w  różnych  miejscach  –

powiedziała  Sarah,  marszcząc  brwi.  –  A  dlaczego  chciał  pan  się

widzieć z moją córką?

– Przesłuchuję każdego, kto dobrze znał Geraldine – odparł Nick.

– Ach, rozumiem. No cóż, nie powiedziałabym, że Maddie znała ją

background image

zbyt  dobrze.  To  znaczy,  pomagała  jej  od  czasu  do  czasu.  Geraldine

płaciła  jej  jakieś  nędzne  grosze.  Była  skąpa  i  nie  żyła  zbyt  dobrze
z  ludźmi,  trzymała  się  na  uboczu.  Zdaje  się,  że  szyła  kołdry
z kobietami z kółka krawieckiego…

– A pani?
– Ja? – zdawała się zaskoczona pytaniem. – Moja matka należała do

tego  kółka,  a  przed  nią  jej  matka,  ale  dla  mnie  to  raczej  nudne.

Zawsze  miałam  zbyt  dużo  pracy  z  wychowywaniem  córki
i  zajmowaniem  się  domem,  żeby  tracić  czas  na  przesiadywanie  ze
starymi  babami  i  rozwodzenie  się  nad  pogodą.  Za  to  moja  ciotka
Pearl, o, to zupełnie inna historia.

Nick zauważył, że dom świeci nienaganną czystością. Pomyślał, że

Sarah Cavanaugh spędza całe dnie na dbaniu o niego.

–  Dziękuję,  że  zechciała  pani  poświęcić  mi  swój  czas.  Później

ponownie spróbuję skontaktować się z Maddie – powiedział.

– W porządku – odparła.

Sarah  Cavanaugh  sprawiała  wrażenie  roztargnionej  i  nieobecnej,

jak ktoś, kto zbyt wiele czasu spędza w samotności. Nick zastanawiał

się, jak inne farmerki i ranczerki spędzają tu czas. Na przykład taka

Arlene Evans…

Laney pojechała do domu Geraldine. Kiedy wcześniej zadzwoniła do

Maddie, usłyszała, że kuzynka również tam się wybiera.

Zawsze  było  tak,  że  jeśli  zaistniała  sytuacja  kryzysowa,  kobiety

wchodzące  w  skład  lokalnej  społeczności  zbierały  się  w  jednym

miejscu.  Gdyby  babcia  mogła  ruszyć  się  ze  szpitalnego  łóżka,  też

przybyłaby  do  Geraldine.  Mąż  Geraldine,  Ollie,  od  niespełna  roku

leżał w grobie, a wdowa po nim mieszkała sama i nie miała żadnych

żyjących  krewnych.  T rzeba  było  nakarmić  zwierzęta,  wyczyścić

lodówkę, podlać rośliny. Oraz odczytać testament zmarłej.

Samochód  Maddie  stał  zaparkowany  przed  budynkiem  w  długim

szeregu  obok  innych  pikapów.  Kiedy  Laney  weszła  do  środka,

background image

zobaczyła  dom  wypełniony  krzątającymi  się  kobietami.  Maddie

siedziała w kącie.

Pośrodku pokoju stał mężczyzna w ciemnym garniturze. Wyglądał,

jakby  czuł  się  nieswojo  w  pomieszczeniu  szczelnie  wypełnionym
kobietami.  Strój  i  zachowanie  wyróżniały  go  spośród  mieszkańców
Starego  Whitehorse  i  sugerowały,  że  jest  albo  agentem
ubezpieczeniowym, albo prawnikiem.

Laney  usiadła  obok  kuzynki.  Maddie  wzięła  ją  za  rękę  i  ścisnęła

mocno.

– Jako prawnik pani Shaw pragnę paniom oświadczyć, że pani Shaw

przed śmiercią postarała się o to, by zadysponować zarówno swoim
majątkiem  ruchomym,  jak  również  domem  oraz  posiadłością  –
oznajmił mężczyzna.

Laney  spojrzała  na  rękę  Maddie.  Na  nadgarstku  kuzynki  pojawiły

się  nowe  siniaki.  Laney  wzdrygnęła  się,  ale  ulżyło  jej,  że  Maddie
przynajmniej  nie  ma  na  przegubie  zaginionej  bransoletki.  Jak  do  tej

pory  nie  miała  okazji  porozmawiać  z  nią  o  wczorajszej  wizycie

Geraldine.  W  zamieszaniu,  które  nastąpiło  po  wydarzeniach  na

przyjęciu,  Maddie  gdzieś  zniknęła,  a  teraz  zdecydowanie  nie  był  to

najlepszy moment.

– Ponieważ pani Shaw nie posiadała żadnych żyjących krewnych –

kontynuował  prawnik  –  postanowiła  pozostawić  swój  dom  oraz

posiadłość do dyspozycji kółka krawieckiego w Whitehorse.

Przez pokój przeszedł szmer.

–  To  bardzo  hojne  z  jej  strony  –  stwierdziła  Alice  Miller,

a pozostałe kobiety przytaknęły jej.

Prawnik odchrząknął.

–  Co  zaś  się  tyczy  rzeczy  osobistych  pani  Shaw,  biżuteria

i  pieniądze  przez  nią  zgromadzone  zostaną,  zgodnie  z  ostatnią  wolą

zmarłej, przekazane pani Madeline Renée Cavanaugh.

Maddie wybuchła płaczem.

background image

Kiedy  Nick  odjeżdżał  z  posiadłości  Sarah  Cavanaugh,  otrzymał  od

jednego z zastępców informację, że mężczyzna, który poprzedniego
wieczora  został  zaatakowany  niedaleko  baru,  w  końcu  zdecydował
się złożyć na policji zawiadomienie o pobiciu.

Ktoś  znalazł  Harveya  T.  Browna  na  tyłach  baru  i  zadzwonił  na

policję. Brown, znany awanturnik, dla którego punktem honoru było
zwyciężyć  w  każdej  bójce,  nie  spieszył  się  ze  zgłoszeniem  pobicia.

Obawiał  się  kompromitacji  przed  kumplami  z  powodu  tego,  że
wreszcie ktoś go sprał.

–  Proszę  spisać  zeznania  pana  Browna  i  poinformować  go,  że

skontaktuję się z nim później – przekazał Nick dyspozytorce.

Zdarzenia  układały  się  w  niepokojący  wzór.  Wszystkie  napaści

miały  miejsce  w  sobotę  późnym  wieczorem.  Do  wszystkich,
z  wyjątkiem  jednej,  doszło  na  tyłach  pełnego  ludzi  baru
w  Whitehorse.  Wyjątek  stanowiła  napaść  na  Glena  Whitakera,  ale
z  drugiej  strony  reporter  twierdzi,  że  nie  pamięta,  czy  został

zaatakowany. Byłby pierwszą ofiarą napastnika, gdyby okazało się, że

atak na niego należy do tej samej serii co pozostałe przypadki. Glen

jako jedyny wspomniał o zapachu perfum.

– Proszę zapytać pana Browna, czy nie przypomina sobie czegoś,

jakiegoś dźwięku albo zapachu – polecił Nick.

– Dzwoniła też Laci Cavanaugh. Powiedziała, że jeżeli chce pan się

z nią skontaktować, będzie u siebie w domu.

Nick  zastał  Laci  w  kuchni.  Z  ulgą  stwierdził,  że  przed  domem

brakowało  samochodu  Laney.  Kiedy  wcześniej  złożył  jej  wizytę,

trudno mu było zachowywać się profesjonalnie, ponieważ cały czas

myślał, jak to zrobić, żeby zaprosić ją na kolację.

–  Czy  mogę  gotować  podczas  naszej  rozmowy?  –  zapytała  Laci,

wyraźnie zdenerwowana. – To pomaga mi opanować nerwy.

– Co przyrządzasz? – zapytał.

Wrzuciła  na  ustawioną  na  kuchence  patelnię  kawałek  masła

background image

i zabrała się za siekanie czosnku.

– Krewetki z czosnkiem. Najchętniej upiekłabym jakieś ciasto, ale

po tym wszystkim…

– Siostra powiedziała ci, że Geraldine została otruta, prawda?
Skinęła głową.
– Nie mogę w to uwierzyć.
– Jak dobrze ją znałaś?

–  W  ogóle  jej  nie  znałam.  To  znaczy  widziałam  parę  razy.  Moja

babcia  dobrze  ją  znała,  bo  należała  do  kółka  krawieckiego
Whitehorse.  Nie  sądzę,  żebym  kiedykolwiek  zamieniła  z  nią  więcej
niż dwa słowa.

– A twoja babcia? Jak dogadywała się z Geraldine?
Laci  roześmiała  się  i  wsypała  posiekany  czosnek  na  patelnię.

Wymieszała  czosnek  z  roztopionym  masłem  i  kuchnię  wypełnił
kuszący zapach. Nickowi zaburczało w brzuchu.

– Babcia  doskonale dogaduje  się  z każdym.  Jest  jedną z  tych  osób,

które  nigdy  o  nikim  nie  powiedzą  złego  słowa.  –  Laci  przewróciła

oczami.  –  Poważnie.  Nie  znosi  plotek,  a  kiedy  Arlene  Evans  jest

w pobliżu, nigdy nie pozwala jej obgadywać innych.

Laci zatrzymała się. Do jej oczu napłynęły łzy.

– Wiesz, babcia miała wylew i leży w szpitalu.

–  Przykro  mi.  Czy  przychodzi  ci  do  głowy  ktoś,  kto  mógłby  mieć

motyw, by pozbawić panią Shaw życia?

Potrząsnęła głową.

– Gdzie byłaś w momencie, gdy Geraldine upadła na podłogę?

–  Za  stołem.  Wszystkie  moje  wypieki  rozchodziły  się

w zawrotnym tempie. Bałam się, że przygotowałam za mało.

– Kokosanek? – zapytał.

– Okazało się, że na talerzu została tylko jedna – potrząsnęła głową.

–  Sięgnęłam  po  talerz.  Chciałam  dołożyć  ciastka.  Wtedy  usłyszałam,

jak ktoś gwałtownie łapie powietrze. Zobaczyłam, że Geraldine leży

background image

na podłodze, a ludzie krzyczą.

– Dlaczego postanowiłaś przygotować kokosanki?
Laci zmarszczyła brwi.
– Bo to ulubione ciastka Bo Evansa.
– Kto ci o tym powiedział?
–  Jego  matka.  A  może  Charlotte.  Albo  Violet?  –  Laci  wzruszyła

ramionami.  –  Może  nawet  Maddie.  Naprawdę  nie  pamiętam.  Ale

musisz  mi  uwierzyć,  że  nigdy  w  życiu  nie  dodałabym  do  moich
wypieków szkodliwego składnika. Jak by to świadczyło o mojej firmie
cateringowej?

Nick uśmiechnął się w duchu z jej logiki i darował sobie uwagę, że

gdyby  okazało  się,  że  zatruła  kokosanki,  mogła  w  ogóle  zapomnieć
o  firmie.  Harowałaby  w  kuchni  więziennej,  nosiła  siatkę  na  włosy
i przygotowywała makaron z serem zamiast krewetek.

Nagle Laci odwróciła się w jego stronę, a w jej szeroko otwartych

oczach pojawił się strach.

–  Jak  to  wpłynie  na  moją  firmę  cateringową?  To  znaczy  jeszcze

nawet  jej  nie  założyłam,  ale  jeżeli  na  pierwszej  imprezie,  jaką

obsługuję, pada trup po zjedzeniu mojego ciastka…

Odwróciła  się  do  kuchenki,  wrzuciła  kilkanaście  krewetek  na

masło  z  czosnkiem,  po  czym  zabrała  się  za  siekanie  szalotek.

Zatraciła się w gotowaniu.

Patrzył na nią zafascynowany.

– Powiedz mi coś o tych kokosankach.

– To stary rodzinny przepis – odparła. – Kiedy byłyśmy małe, piekła

je  dla  nas  mama.  Nie  pamiętam,  żeby  zrobiła  dla  nas  cokolwiek

innego.

Usłyszał smutek w jej głosie.

– Czy twoja mama…?

– Umarła? – wzruszyła ramionami. – Pewnego dnia obudziłyśmy się,

a jej po prostu nie było. Od tamtej pory nikt jej nie widział.

background image

Przesypała  szalotkę  na  patelnię,  wyłączyła  palnik  i  spojrzała  na

zegarek.

– Spodziewasz się kogoś na lunch? – zapytał.
–  Laney  i  Maddie.  Powinny  być  tu  lada  moment  –  usłyszała,  jak

zaburczało  mu  w  brzuchu.  –  Zjesz  z  nami,  prawda?  Zawsze
przygotowuję trochę więcej.

Laney  miała  okazję  porozmawiać  z  Maddie  dopiero  wtedy,  gdy

wszyscy opuścili dom Geraldine.

– Geraldine została otruta? – Maddie płakała. – Ależ to niemożliwe.
Laney starała się uspokoić kuzynkę.
– Maddie, porozmawiaj ze mną. Wiem, że coś się z tobą dzieje.
Maddie kiwała głową i płakała histerycznie.
–  Przed  imprezą  Geraldine  szukała  cię  u  nas.  Była  bardzo

zdenerwowana.  Myślała,  że  wiesz,  gdzie  podziała  się  jej  brylantowa
bransoletka.

Płacz Maddie przeszedł w nerwowy szloch. Spojrzała na Laney ze

strachem w oczach.

–  Maddie,  gdzie  jest  bransoletka  Geraldine?  –  zapytała  Laney,

a serce podeszło jej do gardła.

–  Nie  wiem.  Odłożyłam  ją  do  pudełka,  a  potem  poszłam  szykować

się na przyjęcie. Przysięgam.

Laney poczuła, że robi jej się niedobrze.

– Kto mógł tu wejść po tym, jak pojechałaś do siebie?

– A skąd niby mam wiedzieć? – zapłakała Maddie. – Wiesz, że nikt

tutaj nie zamyka drzwi na klucz. Każdy mógł przyjechać i zajrzeć do

pudełka  z  biżuterią.  Zostawiłam  je  na  stole,  tak  samo  jak  resztę

rzeczy, które Geraldine kazała mi przygotować.

– Przygotować do czego?

–  Do  sprzedania.  Geraldine  zamierzała  sprzedać  część  swojej

biżuterii handlarce antykami z Billings.

– Chciała sprzedać biżuterię? – zapytała Laney z bijącym sercem. –

background image

Powiedziała dlaczego?

Maddie potrząsnęła głową.
Laney  rozejrzała  się  po  pustym  domu,  czując  do  siebie  odrazę  za

to,  co  zamierzała  za  chwilę  zrobić.  Ale  zarówno  jej  siostra,  jak
i kuzynka tkwiły po uszy w tarapatach.

– Czy wiesz, gdzie Geraldine trzymała ważne dokumenty?
Nick  pomógł  przygotować  sałatkę,  podczas  gdy  Laci  przyrządziła

swój ulubiony dressing. Na samą myśl o spotkaniu z Laney ogarniało
go  podniecenie.  Próbował  wytłumaczyć  sobie,  co  go  tak  bardzo
pociągało w Laney, i uśmiechał się do swoich myśli.

Kojarzyła  mu  się  z  obrazem  delikatnej,  letniej  bryzy,  która  unosi

białe  firanki,  z  aromatem  świeżo  upieczonej  szarlotki,  która  studzi
się  na  kuchennym  parapecie,  z  zapachem  hot  dogów  piekących  się
na ogrodowym grillu. Wiedział, że brak w tym logiki, ale jednocześnie
czuł, że nic innego nie nadaje sensu temu zwariowanemu światu.

Nick dorastał w Los Angeles. Był zaprawionym w boju dzieckiem

ulicy,  które  w  porę  wstąpiło  na  prawą  ścieżkę,  zgodnie  z  tradycją

rodzinną został policjantem. Jego ojciec był gliną, podobnie jak trzech

wujów oraz kilku bliższych i dalszych kuzynów.

Ojciec  był  Irlandczykiem,  matka  zaś  Włoszką.  Fatalne  połączenie,

zwłaszcza  że  obydwoje  byli  uparci  jak  osły  i  przekonani  o  własnej

racji. Ojciec był potężnym mężczyzną, który robił wokół siebie dużo

szumu. Nick nigdy nie przypuszczał, że mógłby tęsknić za rodzicami.

Pomyślał  o  Laney  i  o  tym,  że  jego  rodzice  na  pewno  by  jej  nie

onieśmielali.  Ani  babka  stryjeczna  Elvira,  ani  nawet  wuj  Cosmos  –

jemu  spodobałaby  się  Montana.  Nick  przypuszczał,  że  wuj  ani  razu

nie  opuścił  Kalifornii  od  czasów,  gdy  w  latach  czterdziestych

ubiegłego wieku przeniósł się tam z Nowego Jorku.

Nick  usłyszał,  jak  przed  dom  zajeżdża  samochód,  a  zaraz  za  nim

następny. Upomniał się w myślach, żeby nie zrobić czegoś głupiego.

Laci  spróbowała  dressing,  zamknęła  oczy  i  rozkoszowała  się

background image

smakiem.

– Naprawdę kochasz gotować, prawda? – powiedział.
Przybrała łagodny wyraz twarzy.
– 

Wszystkie 

moje 

ulubione 

wspomnienia 

związane 

z  gotowaniem:  smaki,  zapachy,  proste  czynności,  mieszanie
składników  i  tak  dalej…  –  Na  jej  twarzy  pojawił  się  uśmiech.  –
Pewnie myślisz, że oszalałam, co?

–  Wcale  nie.  Ja  też  lubię  gotować.  Moja  babcia  Włoszka  nauczyła

mnie przygotowywać wyborne rigatoni.

– A więc jesteś Włochem – powiedziała Laney, stając w drzwiach. –

To wyjaśnia, skąd ta ciemna karnacja. A nazwisko?

Poczuł,  że  na  sam  widok  Laney  serce  zaczęło  mu  mocniej  bić.

Miała  na  sobie  białe  rybaczki  i  bladożółtą  koszulkę  na  ramiączkach,
która eksponowała lśniącą opaleniznę. Patrzyła na niego cudownymi
oczami koloru morskiej zieleni.

–  Nie  mam  pojęcia,  skąd  wziął  się  Rogers  –  odparł,  czując,  że

zapomina języka w gębie.

Rozmawiając  z  Laci,  pozwolił  sobie  częściowo  odkryć  karty

i ujawnić więcej, niżby chciał.

Laney mierzyła go wzrokiem, jakby wyczuła pęknięcie w murze.

– Skończyłeś przypiekać moją siostrę? – zapytała, przechodząc do

pokoju.

–  T rochę  humoru  kulinarnego,  jak  widzę  –  rzuciła  Laci,

uśmiechając  się  nerwowo.  –  Powiedziałam  mu,  że  nikogo  nie

byłabym zdolna otruć swoimi potrawami, a on mi uwierzył.

Laney uniosła pytająco brew.

– Dopiero zacząłem śledztwo. Odpowiem, jeśli przeżyję lunch.

Nick  uśmiechnął  się  i  Laney  z  zaskoczeniem  odkryła  w  jego

policzkach  dołki.  Rozproszyło  ją  to  do  tego  stopnia,  że  dopiero  po

chwili dotarło do niej, co powiedział.

– Zostajesz na lunch?

background image

–  Laci  mnie  zaprosiła.  A  ponieważ  widziałem,  jak  gotuje,  nie

mogłem powiedzieć nie.

Spędzi  z  nimi  aż  tyle  czasu?  Zastępca  szeryfa  na  rodzinnym

lunchu? Kto by się tego spodziewał?

Maddie, gdy tylko zobaczyła Nicka, stanęła jak wryta.
– Szeryf zje z nami lunch – poinformowała ją Laney, okrążyła blat

i stanęła przy kuchence obok Laci.

– Jak się trzymasz, Maddie?
Za  plecami  usłyszała  pytanie  Nicka,  które  pozostało  bez

odpowiedzi.

– Po coś zapraszała go na lunch? – dopytywała się Laney szeptem.
–  Bo  tak  nakazywało  dobre  wychowanie  –  odparła  Laci

przyciszonym  głosem.  –  A  poza  tym  jest  uroczy  i  podoba  ci  się.
Myślałam, że się ucieszysz.

Laney  jęknęła.  Miała  ochotę  przypomnieć  siostrze,  że  przecież

Nick  prowadzi  śledztwo  w  sprawie  morderstwa.  Ale  Laci,  jak  to

Laci,  wiedziała,  że  jest  niewinna,  więc  wszystko  inne  mało  ją

obchodziło.

Laney 

żałowała, 

że 

nie 

podzielała 

ufności 

siostry

sprawiedliwość. 

Niestety, 

słyszała 

wystarczająco 

dużo

autentycznych historii, by wiedzieć, że często niewinni ludzie szli do

więzienia, skazani za zbrodnie, których nie popełnili.

A po tym, co odkryła w papierach zmarłej Geraldine, czuła jeszcze

większy  niepokój.  Okazało  się,  że  Geraldine  od  wielu  miesięcy

podejmowała z banku znaczne sumy pieniędzy. Biorąc pod uwagę, jak

przy tym skromnie mieszkała, było to podejrzane.

Laney  wiedziała,  że  kiedy  Nick  wpadnie  na  trop  niewyjaśnionych

wypłat z konta, dojdzie do takiego samego wniosku co ona.

Ktoś szantażował Geraldine, a jej fundusze były na wyczerpaniu.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Nick  wyczuwał  napięcie,  które  podczas  posiłku  wisiało

w  powietrzu.  Maddie  grzebała  widelcem  w  talerzu,  starannie
unikając  wzroku  zastępcy  szeryfa.  Oczy  miała  zaczerwienione  od
płaczu. Nick zauważył, że trzęsły jej się dłonie.

Zastanawiał  się,  co  wywołało  u  niej  takie  nerwowe  zachowanie.

Postanowił, że gdy tylko zostaną sam na sam, wypyta ją o to.

–  Wspaniały  lunch  –  powiedział  do  Laci.  –  Nie  pamiętam,  kiedy

ostatni  raz  coś  tak  bardzo  mi  smakowało.  Co  to  za  przyprawa

w dressingu? Nie rozpoznaję smaku.

Posłała  mu  uśmiech,  jej  próżność  oczywiście  została  mile

połechtana.

– T rybula. To mój tajny składnik. Nie żartowałeś, naprawdę lubisz

gotować.

– Nie potrafię kłamać, jeśli idzie o jedzenie.

– Ale jeśli chodzi o inne rzeczy, wtedy umiesz? – zapytała Laney.

Spojrzał na nią ponad stołem. Od początku posiłku nie odezwała się

nawet słowem.

– Tak się tylko mówi.

– Naprawdę? – powiedziała z sarkazmem.

Grała  rolę  starszej  opiekunki  Laci  i  Maddie,  więc  w  oczywisty

sposób  irytowało  ją,  że  jej  siostra  i  kuzynka  są  podejrzane.  Nick

dostrzegł tę złość i stwierdził, że nawet jest jej z nią do twarzy.

Podczas lunchu prym wiodła Laci, trajkocząc na okrągło o tym i o

background image

owym,  a  tymczasem  Maddie  i  Laney  siedziały  cicho  i  jadły.  Nick

próbował  skoncentrować  się  na  posiłku,  co  rusz  przypominając
sobie,  z  jakiego  powodu  znalazł  się  w  Montanie,  a  także  co  miał  do
stracenia,  w  razie  gdyby  cały  misterny  kamuflaż  się  rozsypał.
Zaangażowanie  się  w  związek  z  Laney  byłoby  najgorszym  krokiem
z możliwych.

– A ty lubisz gotować? – zapytał Laney, gdy Laci poszła do kuchni

po deser.

Laney  gwałtownie  uniosła  głowę,  jakby  błądziła  myślami  lata

świetlne stąd.

– Nie potrafię nawet zagotować wody na herbatę.
–  Kłamczucha  –  powiedziała  Laci,  wracając  z  owocami.  –  Wybacz

jej.  Z  nas  dwóch  to  ona  jest  tą  z,,analitycznym  umysłem''  –  posłała
Laney szeroki uśmiech.

Przeniósł  wzrok  z  jednej  na  drugą,  usiłując  wyczuć,  na  czym

polegał ten żarcik.

– Jestem księgową – wyjaśniła Laney i wzięła głęboki wdech. – Laci

zwykle dokucza mi, że zawsze analizuję sytuację, zanim coś zrobię.

– A ty, Maddie?

Dziewczyna otworzyła szeroko oczy i pojawił się w nich strach.

– Co ja?

– Czy lubisz gotować?

Poczerwieniała  i  rozejrzała  się  dokoła,  jak  pilot,  który  szuka

bezpiecznego miejsca do lądowania.

–  Arlene  próbuje  mnie  czegoś  nauczyć,  ale  mówi,  że  to

niemożliwe.

–  Ja  cię  nauczę  –  wtrąciła  Laci.  –  To  łatwe  i  przyjemne.

Zobaczysz.

Nick  wątpił,  by  cokolwiek  było  łatwe  i  przyjemne  w  obecności

Arlene.

Maddie znów skupiła się na przesuwaniu jedzenia po talerzu.

background image

Nick stwierdził, że absolutnie musi porozmawiać z Maddie sam na

sam.  To  na  początek.  Potem  nastąpi  trudniejsza  część:  przekonanie
jej, że może mu zaufać.

–  Muszę  zadać  ci  kilka  pytań  –  odezwał  się  Nick  do  Maddie  po

lunchu.  Zobaczył,  że  dziewczyna  rzuciła  Laney  przestraszone
spojrzenie. – Spokojnie, to tylko kilka wstępnych pytań, a nie żadne
przesłuchanie.

– Dobrze – odparła.
Posłał jej uspokajający uśmiech.
– Może wyjdziemy na zewnątrz i usiądziemy w moim wozie?
Maddie  zawahała  się,  ale  wyszła  z  nim  na  podwórze.  Kiedy

obydwoje  usadowili  się  w  aucie,  Nick  włączył  silnik,  a  Maddie  aż
podskoczyła.

–  Spokojnie,  włączam  klimatyzację  –  powiedział.  –  Chcę,  żebyś

czuła się komfortowo.

Daleko jej było do tego. Wystarczył najlżejszy ruch z jego strony,

a ona już szykowała się, by wyskoczyć z samochodu.

– Opowiedz mi, proszę, co łączyło cię z Geraldine – odezwał się.

– Nic mnie z nią nie łączyło.

–  Pracowałaś  dla  niej.  Znałaś  ją.  Czy  byłyście  przyjaciółkami?

A może chodziło o układ pracodawca – pracownica?

– To drugie. Pomagałam jej po prostu od czasu do czasu. Ledwie ją

znałam.

Nick uniósł brew.

– Rozmawiałem dziś rano z jej adwokatem. Wiesz, że zostawiła ci

wszystko,  prócz  domu  i  posiadłości.  Nie  jest  tego  wiele,  ale  jesteś

jedyną osobą, której nazwisko pojawia się w testamencie.

Maddie wyglądała na zaskoczoną.

– Skąd pan…

–  Musiałaś  coś  dla  niej  znaczyć,  skoro  zostawiła  ci  cały  dobytek

i wszystkie pieniądze.

background image

– Nie  wiem, dlaczego  to  zrobiła –  powiedziała  Maddie. Była  już  na

granicy płaczu. – Nie mam pojęcia.

Nick  uwierzył,  że  Maddie  nie  spodziewała  się  spadku.  Nie  mógł

tylko  zrozumieć,  dlaczego  Geraldine  umieściła  Maddie  w  swojej
ostatniej  woli.  Podejrzewał,  że  Maddie  doskonale  wiedziała  dlaczego
i że to właśnie było przyczyną jej stresu.

Laney  stała  w  oknie,  patrzyła  zza  firanki  i  zamartwiała  się  na

śmierć.

–  Co  z  tobą?  –  zapytała  Laci,  gdy  wreszcie  udało  jej  się  odciągnąć

siostrę od okna.

–  Myślę,  że  nie  powinna  rozmawiać  z  nim  bez  obecności

adwokata.

–  Dobry  Boże,  dlaczego?  Przecież  nie  otruła  biednej  Geraldine  –

powiedziała Laci.

– Nie mówiłam ci o tym, ale tuż przed imprezą była tutaj Geraldine.

Wpadła  jak  burza,  zdenerwowana.  Nie  mogła  znaleźć  bransoletki,

którą wcześniej pokazywała Maddie.

Laci potrząsnęła głową.

– Maddie z pewnością jej nie wzięła.

– Mam nadzieję, że nie. Jakby tego było mało, Geraldine wymieniła

Maddie  w  swoim  testamencie,  zapisując  jej  cały  swój  dobytek,

łącznie z biżuterią.

–  No,  więc  tym  bardziej  nie  zabrała  bransoletki,  bo  i  tak  by  ją

dostała.

Laney  wbiła  wzrok  w  siostrę  i  pomyślała:  Ech,  być  jak  Laci

i patrzeć na świat przez różowe okulary…

–  Jeżeli  zastępca  szeryfa  dowie  się  o  sprawie  zaginionej

bransoletki,  może  uznać  to  za  motyw  morderstwa.  Stwierdzi,  że

Maddie  zamordowała  Geraldine,  żeby  nie  wydało  się,  że  to  ona

zabrała  bransoletkę.  Poza  tym  Maddie  nie  wiedziała,  że  Geraldine

uwzględni ją w testamencie.

background image

Laney miała nadzieję, że dowodem na to – a nie na jej winę – była

reakcja Maddie po odczytaniu ostatniej woli zmarłej.

– A jeżeli dodać do tego, że ostatnio Maddie zachowywała się dość

dziwnie…

– Na pewno można to wszystko jakoś wyjaśnić – powiedziała Laci,

patrząc  pełnym  troski  wzrokiem.  –  Upiekę  coś.  Czekolada.  Ciasto
czekoladowe – ruszyła do kuchni. – Może szeryf też trochę zje.

Laney jedynie pokręciła głową, słuchając, jak Laci szuka przepisu.

Znów  zajęła  miejsce  przy  oknie  po  to,  by  zobaczyć,  jak  Maddie
wysiada z radiowozu. Wyglądała na śmiertelnie przerażoną.

Dwutygodniowe wakacje w Montanie za kilka dni dobiegały końca,

ale  wiedziała,  że  nie  będzie  mogła  wyjechać,  dopóki  nie  oczyści
z zarzutów swojej rodziny.

Opuściwszy  posiadłość  Cavanaughów,  Nick  ułożył  sobie  w  głowie

to, czego się dowiedział. Geraldine Shaw była okropną sknerą. Płaciła
Maddie zaledwie dwa dolary za godzinę za pomoc przy porządkowaniu

rzeczy.

Dlaczego więc Maddie przyjęła w ogóle tę pracę? Nawet opiekunki

do  dziecka  zarabiają  więcej  niż  dwa  dolary  za  godzinę.  Przynajmniej

tam,  skąd  pochodził.  Nick  zanotował  w  pamięci,  by  następnym

razem, gdy spotka się z Maddie, zapytać ją o to.

Arlene Evans wydawała się zadowolona ze spotkania.

–  Chciałbym  porozmawiać  z  panią  o  Geraldine  –  powiedział  Nick,

gdy  ostrożnie  przysiadł  na  owiniętym  folią  krześle,  które  mu

zaoferowała.

Arlene  usiadła  sztywno  na  pasującej  do  krzesła,  przykrytej  folią

sofie,  złożyła  ręce  na  podołku  i  przybrała  minę  niewiniątka.  Nick

słyszał  dobiegające  z  korytarza  rytmiczne  pulsowanie  muzyki.

Wyglądało na to, że przynajmniej jedno z jej dzieci było w domu.

–  Geraldine?  –  zapytała  Arlene,  jakby  zaskoczona,  że  zastępca

szeryfa pragnie rozmawiać właśnie z nią i właśnie o tej kobiecie.

background image

– Czy długo się znałyście?

– Całe życie.
– Jaka ona była?
Arlene wzięła głęboki oddech i zaczęła mówić powoli:
– Skąpa. Ta kobieta nie wydałaby ani centa, gdyby tylko mogła.
– Może nie miała czego wydawać – powiedział. – Dowiedziałem się,

że jej mąż, Ollie, zmarł zeszłego lata, a nie miał wykupionej polisy na

życie.

Arlene prychnęła.
– Zostawił jej dość pieniędzy. Był taki sam jak ona. Przechowywał

pierwsze dziesięć centów, jakie kiedykolwiek zarobił. Sknera i tyle –
pochyliła się konspiracyjnie w stronę Nicka. – Geraldine pochodziła
ze  Wschodu,  z  zamożnej  rodziny.  Razem  z  Olliem  mieli  pieniądze.
Wszystko 

chomikowali. 

Nie 

ufali 

bankom 

– 

skinęła

porozumiewawczo głową.

– T wierdzi pani, że zakopali swoje oszczędności w ogrodzie?

Uśmiechnęła się.

– Być może. Albo ukryli je gdzieś w domu. Nigdy nikogo do siebie

nie  zapraszali.  T rzymali  się  na  uboczu.  Kto  wie,  co  można  tam

znaleźć.

Już  widział  Arlene,  jak  przemyka  nocą  do  domu  państwa  Shaw

i zrywa deski podłogowe w poszukiwaniu skarbu. Wyszłaby stamtąd

z łupem? Wątpił w to szczerze. Pieniądze Geraldine to plotka, którą

rozpowszechniła  najprawdopodobniej  sama  Arlene.  I  która  mogła

sprowadzić śmierć na Geraldine.

– Wiem na pewno, że w chwili śmierci pani Shaw znajdowała się na

skraju bankructwa – powiedział Nick.

Arlene uśmiechnęła się.

– Ona chciała, żeby wszyscy myśleli, że nie ma pieniędzy. Proszę

nie  dać  się  oszukać,  Geraldine  nie  wyglądała  na  rozgarniętą,  ale  tak

naprawdę była bardzo inteligentna.

background image

–  Jeżeli  tak  w  istocie  było,  to  jakim  cudem  udało  jej  się  zjeść

jedyne zatrute ciastko podczas przyjęcia?

Z  największą  przyjemnością  zobaczył,  jak  Arlene  Evans  nie  może

znaleźć słów.

Jej  usta  otwierały  się  i  zamykały,  ale  przez  dobre  pół  minuty  nie

wydobył się z nich ani jeden dźwięk.

– Zatrute?

Skinął głową.
–  Zastanawiałem  się,  czy  wie  pani,  kto  mógł  być  zainteresowany

jej śmiercią?

–  Kto?  –  Wciągnęła  powietrze,  a  następnie  wypuściła  je

gwałtownie. – Powiem panu, kto.

Rzuciła  okiem  w  stronę  korytarza,  tam,  skąd  dochodziła  głośna

muzyka. Nick założył, że znajdowały się tam pokoje jej syna i córek.

– Tak?
Przez  twarz  Arlene  przemknął  cień  poczucia  winy,  a  następnie

odezwała się:

– Maddie Cavanaugh. Nie jest mi łatwo mówić tego o narzeczonej

mojego syna, ale usłyszałam, jak Maddie i Geraldine kłóciły się przed

domem kultury zaraz przed rozpoczęciem imprezy.

– O co się kłóciły?

– O brylantową bransoletkę. Geraldine była przekonana, że Maddie

ją  wzięła.  A  Maddie,  rzecz  jasna,  przysięgała,  że  jest  niewinna.  –

Arlene zrobiła minę. – Później próbowałam wydobyć z niej prawdę.

Wtedy, gdy Nick nakrył je za budynkiem.

–  Powiedziałam  jej,  że  nie  życzę  sobie  złodziejki  w  rodzinie.

Zagroziłam, że powiem o wszystkim Bo.

– I powiedziała mu pani? – zapytał Nick.

Arlene ponownie zerknęła w stronę korytarza.

–  Nie  mogłam  przecież  ukrywać  przed  nim  czegoś  takiego.

W końcu jest moim synem. Zapewne słyszał pan, że pokłócili się po

background image

tym,  jak  karetka  zabrała  Geraldine.  Syn  nie  powiedział  mi,  czy

zerwali  na  dobre,  czy  nie,  ale  od  tamtej  pory  wychodzi  ze  swojego
pokoju tylko po to, żeby coś zjeść.

– Nie ma pracy?
Arlene wyglądała na oburzoną.
– Pomaga ojcu, kiedy potrzeba.
Czyli: rzadko. Nick skinął głową. T ypowy synek mamusi.

– Proszę mi powiedzieć, gdzie pani była, kiedy Geraldine upadła na

podłogę.

Arlene zmarszczyła brwi.
– Byłam na zewnątrz. Z panem.
–  Tak,  ale  wróciła  pani  do  środka,  prawda?  Ktoś  widział  panią,  jak

stała pani z córką obok stołów z deserami.

– Po co więc pan pyta? – odbiła piłeczkę. – Nie pamiętam. To takie

traumatyczne  przeżycie.  Że  też  musiała  sobie  wybrać  akurat
przyjęcie zaręczynowe mojego syna – pokręciła głową, jakby wprost

nie mogła uwierzyć w tupet Geraldine.

– Czy wie pani, co Geraldine mogła zjeść, zanim upadła?

– Skąd niby mam wiedzieć, co zjadła?

– Ktoś widział, jak pani córki podawały komuś ostatnią kokosankę.

Niewykluczone, że miała powędrować do pani rąk – powiedział.

– Moich? – Potrząsnęła głową.

– Nie lubi pani kokosanek?

–  Uwielbiam,  ale  czekałam,  aż  Laci  uzupełni  talerz.  Nie  chciałam

brać tego ostatniego, zapewne już zeschłego ciastka. Cieszyłam się,

że  Geraldine  je  wzięła.  –  Pociągnęła  nosem,  jak  gdyby  nagle

w  powietrzu  rozniósł  się  nieświeży  zapach.  –  Nawiasem  mówiąc,

Laci  musi  się  jeszcze  wiele  nauczyć  na  temat  pieczenia.  Kokosanki

powinny  być  wilgotne,  a  nie  mokre,  delikatnie  zaokrąglone  i  nie

powinny zawierać zapachu migdałowego.

– Dlaczego sądzi pani, że ciasteczka zawierały zapach migdałowy?

background image

Posłała mu pogardliwy uśmiech.

–  Jest  pan  tu  nowy.  Nie  wie  pan,  że  jestem  postrzegana  jako

najlepsza  kucharka  w  całym  hrabstwie.  –  Wskazała  gestem  dłoni
przeszkloną  gablotkę,  której  wcześniej  nie  zauważył.  Była  pełna
zwycięskich  trofeów.  –  Znam  się  na  gotowaniu  –  oświadczyła
z lekkim skinieniem. – Od razu wyczułam zapach migdałowy.

– Zdaje się, że pani córka uwielbia kokosanki.

– Ależ skąd. Charlotte nigdy w życiu nie tknęłaby kokosanki, a Bo

ma alergię na kokosy.

– Mam na myśli pani drugą córkę, Violet.
– Ach, Violet – odparła i przewróciła oczami. – Ona zje wszystko.

Próbowałam nauczyć ją gotować, ale…

– Uczy pani również narzeczoną syna, prawda?
Kolejne przewrócenie oczami.
– Nie każdy ma do tego smykałkę.
– A Charlotte? Czy jest dobrą kucharką?

– Charlotte? – Arlene wybuchła śmiechem. – Ona wcale nie będzie

musiała  uczyć  się  gotować.  Da  sobie  radę  w  życiu  dzięki  urodzie.

Dobrze  wyjdzie  za  mąż.  A  pan…  czego  pan  oczekuje  od  żony?  –

zapytała znienacka Arlene.

– Nie szukam żony.

– Jest pan przystojnym mężczyzną. Jest pan, co prawda, zbyt stary

dla  Charlotte,  ale  pamiętajmy  o  Violet,  a  także  o  innych  samotnych

kobietach  w  okolicy.  Mogę  umieścić  pana  profil  na  mojej  stronie

Meet-a-Mate. To zajmie tylko minutkę…

–  Nie,  dziękuję.  –  Wstał  z  zamiarem  ulotnienia  się  z  tego  miejsca

jak najszybciej. – Jakiego rodzaju trucizny trzyma pani w domu?

Dwa razy z rzędu sprawił, że Arlene Evans odjęło mowę. Niestety,

nic nie trwa wiecznie.

–  Jak  pan  może  pytać  mnie  o  coś  takiego?  –  odparowała.  –

Oczywistym  jest,  że  nie  trzymam  w  domu  żadnych  trucizn,  panie

background image

zastępco szeryfa.

– Oczywiście – powiedział i ruszył do drzwi.
– Jeżeli zmieni pan zdanie co do Meet-a-Mate… – zawołała do niego

z werandy, gdy wsiadał do auta. – Pierwszy miesiąc za darmo!

Odjechał w pośpiechu, aż się za nim kurzyło. Postanowił, że zajrzy

do domu Geraldine. Jej prawnik poinformował go, że wcześniej tego
samego dnia kobiety z Whitehorse zajęły się już najpotrzebniejszymi

sprawami.

Była  mowa  o  większej  grupie,  więc  przypuszczał,  że  nie  zastanie

zerwanych  desek  podłogowych  tam,  gdzie  ktoś  przeczesał  dom
w poszukiwaniu pieniędzy.

Martwił  się  jednak  tym,  czego  mógł  nie  znaleźć:  zaginionej

brylantowej bransoletki. Prawnik zgromadził w jednym miejscu całą
biżuterię Geraldine, która następnie miała zostać przekazana Maddie,
gdy sprawa podziału majątku zostanie zakończona. Wśród klejnotów
brakowało jednak bransoletki.

Nie  dawało  Nickowi  spokoju  to,  że  –  na  tyle,  na  ile  rozeznał  się

w  sytuacji  –  jedyną  osobą,  która  spędzała  z  Geraldine  sporo  czasu,

była  właśnie  Maddie.  Któż  inny  mógł  zabrać  bransoletkę?  Chyba  że

po prostu gdzieś się zapodziała.

Zaparkował  na  tyłach  domu  i  wszedł  do  środka.  Kiedy  przybył  do

Whitehorse,  z  zaskoczeniem  odkrył,  że  nikt  tutaj  –  a  najpewniej

w ogóle nikt na wsi w Montanie – nie zamyka drzwi na klucz.

Budynek  przeszedł  zapachem  starości.  Wewnątrz  było  chłodno

i  ponuro,  miało  się  wrażenie  spacerowania  po  muzeum.  Nick

przechodził  od  jednego  pomieszczenia  do  drugiego,  starając  się

wyczuć klimat, w jakim mieszkała Geraldine. Zasłony były co prawda

stare,  ale  czyste,  prześcieradło  było  wytarte,  zaś  ubrania  dostojne

i staroświeckie. Kuchenne szafki wypełniały przede wszystkim słoiki

z warzywami i owocami wyhodowanymi w przydomowym ogródku.

Arlene miała rację co do jednej rzeczy: Geraldine żyła oszczędnie.

background image

Ale  dlaczego?  Bo  musiała?  Bo  była  dusigroszem,  jak  myślała  o  niej

Arlene, a wraz z nią reszta miasteczka?

Nagle usłyszał skrzypienie schodów prowadzących do frontowego

wejścia. Za chwilę dało się słyszeć kroki. Nick schował się w cieniu.
Drzwi jęknęły. Owszem, zakładał, że pojawią się goście, ale sądził, że
zaczekają do zapadnięcia zmroku.

Drzwi zamknęły się. Nick spodziewał się, że za chwilę ujrzy przed

sobą Maddie. Albo Arlene.

Jakież  było  jego  zaskoczenie,  kiedy  intruzem  okazała  się  osoba,

którą najmniej spodziewał się tu spotkać.

Wyszedł  z  ukrycia,  czym  przestraszył  Laney.  Położyła  rękę  na

sercu, jednocześnie ciężko przerażona i z poczuciem winy.

–  Dzień  dobry  –  powiedział,  bezskutecznie  próbując  opanować

uśmiech. Byłaby z niej wyjątkowo urocza kryminalistka.

– Co tu robisz? – zapytała.
– To zabawne. Właśnie miałem zadać ci dokładnie to samo pytanie.

Zaczerwieniła się i rozejrzała dokoła, jakby w poszukiwaniu kogoś,

kto wybawiłby ją z opresji.

– Chyba nie starasz się utrudniać mi śledztwa?

Wyprostowała się jak struna, a jej głos zabrzmiał stanowczo:

– Prowadzisz śledztwo w sprawie osób, na których mi zależy.

Skinął głową.

–  Maddie  coś  ukrywa.  –  Widział,  że  chciałaby  zaprzeczyć,  ale  nie

potrafiła. – A może powiesz mi, czego szukasz?

– Byłam tu wcześniej. Chciałam przekonać się, czy nie będę mogła

w czymś pomóc – odparła. – Zostawiłam tu sweter.

Podniosła  bladoniebieski  sweter  z  oparcia  bujanego  fotela

stojącego przy oknie.

Czy  rzeczywiście  był  to  jej  sweter?  A  może,  przyciśnięta,

improwizowała? T rudno mu było ocenić. Biorąc pod uwagę sposób,

w  jaki  weszła  do  domu,  chodziło  raczej  o  to  drugie.  Była  niezwykle

background image

opanowana.

–  Kolor  pasuje  do  twoich  oczu  –  powiedział  z  uśmiechem,  zrobił

krok do przodu i poczuł woń jej perfum.

Za  każdym  razem,  gdy  miał  sposobność  znaleźć  się  obok  niej,

pachniała świeżym powietrzem i słońcem. A tymczasem ten zapach,
jak  nagle  zdał  sobie  sprawę,  pochodził  z  błękitnego  swetra,  który
przerzuciła  sobie  przez  ramię.  W  jaki  sposób  Glen  Whitaker  opisał

ten aromat? Zapach kwiatów. Staroświecki.

– Co to za zapach? – zapytał, uświadamiając sobie, że gdzieś już miał

z  nim  do  czynienia.  Wyczuł  ślad  tej  woni  w  domu  Arlene  Evans.
A poza tym mógłby przysiąc, że kilka dni temu widział, jak identyczny
sweter miała na sobie Violet.

– Jaki zapach? – Laney zmarszczyła brwi.
– Te perfumy na swetrze.
Z jej szmaragdowych oczu zniknęła dawna pewność siebie. Uniosła

sweter do nosa i powąchała.

– Lawenda – stwierdziła.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Laney  nie  podobało  się,  jak  Nick  na  nią  patrzył  –  jakby  wiedział

o  czymś,  o  czym  ona  nie  miała  pojęcia.  A  co  gorsza,  była  kiepska
w  utrzymywaniu  pozorów  albo  zwyczajnie  nie  chciała  zatajać
prawdy. Nie przed Nickiem.

–  Muszę  się  do  czegoś  przyznać  –  wyskoczyła  nagle.  –  Geraldine

wpadła  do  nas  tuż  przed  przyjęciem.  Zapodziała  gdzieś  swoją
brylantową  bransoletkę.  Była  zdenerwowana,  bo  sądziła,  że  to
Maddie ją wzięła.

Skinął głową.

– Gdzie więc jest ta bransoletka?

– Właśnie chodzi o to, że nikt nie wie.

– Pytałaś Maddie?

Po  tym,  jak  Nick  wstępnie  przesłuchał  Maddie,  Laney  próbowała

skłonić  kuzynkę,  by  ta  się  przed  nią  otworzyła  i  wreszcie  szczerze

porozmawiała.  Ale  Maddie,  wyraźnie  zdenerwowana,  oznajmiła,  że

musi znaleźć Bo, i uciekła jak oparzona.

–  Maddie  dała  mi  słowo,  że  odłożyła  bransoletkę  do  pudełka  na

biżuterię. Ja jej wierzę – powiedziała Laney z naciskiem, choć sama

nie do końca była przekonana. Przecież od dłuższego czasu czuła, że

coś niedobrego dzieje się z Maddie.

– Czy możesz opisać tę bransoletkę? – poprosił Nick.

–  Nie  tylko  mogę  ją  opisać,  ale  nawet  pokazać  –  oświadczyła

i  wręczyła  mu  zdjęcia.  Geraldine  poprosiła  Maddie,  by  zrobiła  kilka

background image

fotografii i wysłała je do handlarki antykami, z którą zamierzała ubić

interes.

– Reszta biżuterii jest na swoim miejscu?
Przytaknęła.
Wziął od niej fotografię i schował do kieszeni.
– Masz w zanadrzu jeszcze jakieś wyznania?
Spotkali się wzrokiem. Laney kusiło, by wyznać mu, że od chwili,

gdy zobaczyła go po raz pierwszy, ma ochotę go pocałować.

–  Myślę,  że  tyle  wystarczy.  Aha,  i  pomyliłam  się,  to  nie  jest  mój

sweter  –  powiesiła  go  z  powrotem  na  oparciu  fotela,  po  czym
odwróciła się w stronę Nicka i posłała mu swój najlepszy niewinny
uśmiech.

Początkowo  chciał  coś  powiedzieć,  ale  po  chwili  rozmyślił  się

i rzucił tylko:

– Skończysz ze śledztwem na własną rękę?
Nie  odpowiedziała.  Wyszła  bez  słowa.  Nie  chciała  przecież,  na

domiar wszystkiego, znowu kłamać.

Po  tym  jak  Laney  wyszła,  Nick  stał  przez  chwilę  nieruchomo,

wsłuchując  się  w  dźwięk  silnika  jej  samochodu.  Nie  ulegało

wątpliwości,  że  nie  przyszła  tu  po  sweter.  Czego  zatem  szukała?

Zagubionej  bransoletki?  Albo…  Zauważył  nagle  szufladę,  która  nie

została dosunięta do końca, jakby ktoś zamykał ją w pośpiechu.

Podszedł bliżej. Zwrócił uwagę, że szafkę pokrywała nieregularna

warstwa  kurzu,  jakby  ktoś  oparł  się  o  nią  ręką.  Możliwe,  że  był  to

odcisk dłoni Laney: niedużej, o długich i szczupłych palcach.

Otworzył  szufladę  i  bez  zaskoczenia  stwierdził,  że  zawiera

dokumenty  dotyczące  finansów  pani  Shaw.  Laney  była  przecież

księgową.  Zastanawiał  się,  co  interesującego  mogła  znaleźć

w rachunkach Geraldine.

Zbierał  się  do  wyjścia,  kiedy  wpadł  na  pomysł.  W  kuchni  pod

zlewem  znalazł  czystą  torbę  na  śmieci.  Włożył  do  niej  pachnący

background image

lawendą sweter i szczelnie zawiązał torbę. Glen Whitaker powinien

rozpoznać zapach.

Nie  mógł  doczekać  się  powrotu  do  biura,  kiedy  roześle  zdjęcie

bransoletki do innych posterunków. Liczył na to, że ten, kto ukradł
bransoletkę, będzie chciał spieniężyć ją możliwie w jak najkrótszym
czasie,  wychodząc  z  założenia,  że  lepiej  pozbyć  się  biżuterii,  niż  ją
chomikować – zwłaszcza teraz, kiedy Geraldine nie żyła.

Jadąc  do  biura,  zauważył,  że  drzwi  wejściowe  do  domu  kultury  są

otwarte.  Wyraźnie  prosił  T itusa,  by  do  zakończenia  śledztwa  dom
kultury  pozostał  zamknięty.  Przed  budynkiem  nie  stał  co  prawda
żaden samochód, ale z tyłu Nick zauważył ścieżkę, która prowadziła
na parking u stóp wzniesienia, na którym zbudowano dom kultury.

Zwolnił, zaparkował auto na poboczu i cofnął się do budynku. Gdy

się  do  niego  zbliżał,  usłyszał  głuchy  odgłos,  jak  gdyby  ktoś  uderzał
jedną rzeczą o drugą. Zdecydowanie ktoś był w środku.

Wszedł  po  schodkach  i  lekko  pchnął  drzwi,  zaglądając  do

wypełnionego  chłodnym  mrokiem  wnętrza.  Stwierdził,  że  wszystko

jest  na  swoim  miejscu  i  wygląda  dokładnie  tak  samo,  jak  w  dniu

imprezy – poza zastawionymi stołami, rzecz jasna. Stoły stały puste.

Otworzył drzwi na całą szerokość i wszedł do środka.

U szczytu rzędu stołów, na których podczas przyjęcia znajdowały

się  desery,  stała  Laney.  Położyła  dłonie  na  biodrach  i  przechyliła

głowę w jedną stronę. Słyszał, jak mamrotała coś pod nosem.

Uśmiechnął  się  i  potrząsnął  głową.  Nie  potraktowała  poważnie

jego prośby, żeby nie mieszała się do śledztwa.

Pomyślał,  że  może  powinien  ją  zaaresztować.  Pomyślał  też,  że

mógłby  ją  pocałować.  Ten  drugi  pomysł  spodobał  mu  się  o  wiele

bardziej.

– Znowu się spotykamy.

Podskoczyła,  odwróciła  się  na  pięcie  i  spojrzała  na  niego  oczami,

w  których  wyraźnie,  czarno  na  szmaragdowym,  wypisana  była  jej

background image

wina.

– Ja tylko…
–  Szukasz  swetra?  Ach  nie,  przecież  znalazłaś  go  u  Geraldine.  No

tak, ale okazało się, że to jednak nie twój sweter. Mam nadzieję, że
przynajmniej tym razem znalazłaś to, czego szukałaś. I bardzo proszę,
nie obrażaj mojej inteligencji kolejną bajeczką, dobrze?

Spojrzała mu w oczy.

– No dobrze, a więc tak: usiłuję dowiedzieć się, kto zabił Geraldine.

Robię to, żeby oczyścić z zarzutów moją siostrę.

Nick lubił uczciwe postawienie sprawy. Do licha, podobała mu się

ta kobieta, z każdą chwilą coraz bardziej.

– Wydawało mi się, że już to przedyskutowaliśmy. To ja prowadzę

śledztwo.  A  ty  trzymasz  się  od  niego  z  daleka.  Tak  to  ma  wyglądać,
o ile mnie pamięć nie myli.

– Nie mogę sobie odpuścić. Nie znasz tych ludzi. Ja znam to miasto

i jego historię.

Potrząsnął głową, przewidując, co za chwilę usłyszy.

– Potrzebujesz mojej pomocy.

Uśmiechnął się. Brzmiało kusząco.

– To ja jestem przedstawicielem prawa.

Nie  dodał,  że  miał  o  wiele  więcej  doświadczenia  w  kwestii

morderstw,  niżby  sobie  tego  życzył.  Zwłaszcza  tych,  gdzie  śmierć

powodował cyjanek.

Milczała, lecz nadal widać było determinację w jej oczach.

–  Zdajesz  sobie  sprawę,  że  istnieje  paragraf  na  utrudnianie

śledztwa, prawda?

Laney nie ustąpiła. Uniosła brodę, wysoko, i powiedziała:

– Możesz mnie zaaresztować.

Spodobała  mu  się  perspektywa  zabrania  jej  do  miasta  –  ale

niekoniecznie do więzienia.

–  Naprawdę  mogę  pomóc  –  powiedziała  z  wahaniem,  po  czym

background image

dodała. – Znalazłam zapiski dotyczące finansów Geraldine.

Owszem, już o tym wiedział. Mimo to uniósł brew, ciekaw, czego

dowiedziała się z tych dokumentów.

– Przez ostatni rok równo co miesiąc wypłacała ze swojego konta

oszczędnościowego dokładnie tysiąc dolarów gotówką.

Co  prawdopodobnie  wyjaśniało,  dlaczego  w  chwili  śmierci

Geraldine stan jej konta wynosił mniej niż sto dolarów.

– Szantaż? – zapytał.
Laney wzruszyła ramionami, a potem posłała mu szeroki uśmiech.
– To ty stanowisz prawo.
Potrząsnął głową i nie zdołał powstrzymać uśmiechu.
– Arlene uważa, że Geraldine chowała w domu tysiące dolarów.
–  To  plotka,  która  krąży  po  okolicy  od  wielu  lat  –  potrząsnęła

przecząco  głową.  –  Oni  nie  byli  biedni,  ale  nie  byli  też  bogaci.  Jak
większość  miejscowych,  żyli  ze  swojej  ziemi  i  nie  było  tego  wiele.
T utaj  nikt  nie  dorabia  się  naprawdę  dużych  pieniędzy  ani  nie

prowadzi ekstrawaganckiego trybu życia.

– Kto więc mógł ją szantażować? I dlaczego? – zapytał.

– Możemy tylko zgadywać. Wiem tyle, co ty.

Zdjął kapelusz i podrapał się po głowie.

–  Oświeć  mnie,  w  którym  momencie  może  się  przydać  twoja

wiedza o lokalnej społeczności?

Rzuciła mu gniewne spojrzenie.

–  Mam  kilka  teorii  dotyczących  morderstwa.  Oczywiście,  jeżeli

jesteś  nimi  zainteresowany.  Jedna  z  nich  dotyczy  tego  miejsca,

dlatego tu przyjechałam.

Włożył  kapelusz  z  powrotem  na  głowę,  przechylił  go  do  tyłu,

założył ręce na piersi, oparł się plecami o ścianę i powiedział:

– Wprost nie mogę się doczekać.

Laney zignorowała sarkazm w jego głosie. Wiele mogła znieść, byle

tylko  uratować  siostrę.  A  także  kuzynkę,  ponieważ  –  podobnie  jak

background image

Nick – obawiała się, że Maddie tkwiła w całej tej aferze po uszy.

Ale 

znoszenie 

obecności 

Nicka 

oznaczało 

jednocześnie

niezwracanie  uwagi  na  serce,  które  na  sam  jego  widok  zaczynało
mocniej  bić.  Wydawało  jej  się,  że  Nick  wypełnia  sobą  całą
przestrzeń  i  podnosi  temperaturę  otoczenia.  Sprawiał,  że  jej  ciało
stawało  się  nadwrażliwe,  jakby  sama  jego  bliskość  stanowiła
pieszczotę dla nagiej skóry.

Nick  sprawiał,  że  przypomniała  sobie  o  swojej  kobiecości,

a musiała uczciwie przyznać, że dawno żaden mężczyzna nie wywołał
w niej takich uczuć.

–  Jeżeli  trucizna  nie  znajdowała  się  w  kokosankach,  a  nie

znajdowała,  ponieważ  to  Laci  je  upiekła,  musiała  więc  zostać
zaaplikowana 

czasie 

pomiędzy 

upieczeniem 

ciastek

a postawieniem ich na stole – powiedziała Laney, przywołując samą
siebie do porządku.

Zgodził się z nią.

– Kto transportował je z domu na imprezę?

–  Ciocia  Sarah,  matka  Maddie,  przewiozła  część  ciast,  a  Laci  i  ja

resztę.  –  I  zanim  zdążył  zapytać,  dodała  jeszcze:  –  To  ja,  osobiście,

załadowałam  kokosanki  do  samochodu.  W  razie  gdybyś  chciał

wiedzieć, powiem od razu, że nie zatrułam żadnej z nich.

– Dobrze, więc było tak: wniosłaś kokosanki do środka i postawiłaś

je na ladzie znajdującej się przy ścianie za stołami. Laci przeniosła je

na stół i była jedyną osobą, która miała dostęp do pozostałych ciast,

zgadza się?

Laney niechętnie przyznała:

– Tak.

– Jeżeli więc to nie Laci dodała truciznę do ciastka, ktoś musiał to

uczynić  dopiero  wtedy,  gdy  kokosanki  znajdowały  się  na  stole,

prawda?

Potrząsnęła przecząco głową.

background image

–  Mało  dogodna  sytuacja.  Zabójca  nie  ryzykowałby,  mając  wokół

siebie tyle osób. Gdybyś był mordercą, co byś zrobił?

Wzruszył ramionami.
– Oświeć mnie.
–  Przyniósłbyś  swoją  kokosankę.  Taką,  która  już  zawierałaby

truciznę.

– T woja siostra miała rację, mówiąc, że masz analityczny umysł.

Usłyszała  jego  słowa,  ale  nie  tylko  te,  które  faktycznie

wypowiedział  –  również  te,  które  pomyślał,  gdy  wzrokiem
obejmował  całą  jej  sylwetkę.  Poczuła,  jak  rumieniec  zalewa  jej
policzki. Odwróciła się od niego i zabrała za badanie lady za stołami.
Nie  mogła  znieść  myśli,  że  przez  swoje  zachowanie  sugeruje  mu,
jakby i ona była czemuś winna.

Lepiej  niech  już  tak  o  niej  myśli,  tłumaczyła  sobie,  niżby  miał

zorientować się, co naprawdę chodziło jej po głowie.

Laney stała odwrócona tyłem, a Nick korzystał z okazji i studiował

linię jej pleców, ramiona, ruchy głowy, sposób, w jaki dżinsy opinały

jej biodra. Fakt, że coś przed nim ukrywała, intrygował go nie mniej

niż  jej  osoba.  Po  lunchu  przebrała  się  i  teraz  miała  na  sobie  dżinsy

i  bluzkę  bez  rękawów,  jedno  i  drugie  w  kolorze  ciemnoniebieskim.

Przypuszczał, że był to jej,,strój do śledztwa''.

–  Ciekawa  teoria  –  powiedział,  zastanawiając  się,  co  począć

z Laney.

Była bystra, zbyt bystra. Zabójca prędzej czy później dowie się, że

Laney  prowadzi  prywatne  śledztwo.  Postawiła  sprawę  jasno:  nie

miała zamiaru ustąpić, dopóki nie pozna prawdy.

I  tu  był  pies  pogrzebany.  Mogła  posunąć  się  za  daleko  i  nie  tylko

odkryć  zabójcę  Geraldine,  lecz  również  dowiedzieć  się,  kim

naprawdę był Nick i po co tu przyjechał.

Problem  polegał  na  tym,  że  upominać  ją,  by  nie  wtrącała  się  do

śledztwa,  oznaczało  mówić  jak  do  ściany.  Miała  rację.  Znała

background image

miejscowych,  znała  okolicę  i,  co  trudno  mu  było  zaakceptować,

potrzebował jej.

Potrzebował  również  mieć  ją  na  oku.  Jeżeli  nie  dla  jej

bezpieczeństwa, to na pewno dla własnego. Prawdę mówiąc, niczego
bardziej nie pragnął, jak tylko mieć na nią oko.

– A zatem morderca upiekł jedną kokosankę, a potem dodał do niej

zapach  migdałowy  i  truciznę?  –  zapytał.  Miał  kilka  własnych  teorii,

ale interesowało go, do jakich wniosków doszła Laney.

– Zapach migdałowy?
Skinął głową.
– Arlene Evans twierdzi, że wyczuła go w ciastku.
– 

Laci 

nigdy 

nie 

zmieniłaby 

przepisu. 

Jest 

absolutną

tradycjonalistką,  jeżeli  chodzi  o  stare  rodzinne  przepisy.  Nasze
kokosanki nie zawierają zapachu migdałowego.

Podobał  mu  się  sposób,  w  jaki  zażarcie  broniła  nie  tylko  swojej

siostry, ale też tradycji rodzinnej.

–  Skąd  zabójca  mógł  wiedzieć,  że  Laci  będzie  przygotowywała

kokosanki?

– Ktoś powiedział jej, że to ulubione ciastka Bo – odparła.

–  Rozmawiałem  z  Arlene.  Powiedziała,  że  Bo  ma  alergię  na

kokosy.

– Osoba, która miała być ofiarą zabójcy, musiała lubić kokosanki.

–  Najwidoczniej  Geraldine  je  lubiła.  Jak  również  Arlene,  choć

zaznacza,  że  woli  ciastka  według  własnego  przepisu.  No  i  Violet,

która bez wątpienia jest wielką fanką kokosanek.

– Ta kokosanka musiała być identyczna jak pozostałe – powiedziała

bardziej do siebie niż do niego.

– Skąd Laci wzięła wasz rodzinny przepis?

–  Z  książki  kucharskiej  kółka  krawieckiego  w  Whitehorse.  Moja

babcia  podarowała  ten  przepis  do  książki,  której  sprzedaż  miała

wspomóc zbiórkę pieniędzy na dom kultury.

background image

–  Masz  rację.  Znasz  to  miejsce  i  tych  ludzi.  Ja  tu  jestem  z  innej

bajki.

Poczuł,  że  siła  potężniejsza  niż  grawitacja  pcha  go  ku  niej,  ale

opanował to wrażenie po desperackiej walce, niczym tonący, który
zmaga się z wciągającą go pod powierzchnię wodą.

– Zjedz ze mną obiad – powiedział, zanim pomyślał.
– Dziękuję, ale jednak nie sądzę, żeby to był najlepszy pomysł.

– Dlaczego nie?
Przyjrzała mu się.
–  Czy  nie  byłoby  to  niezręczne,  gdybyś  zaczął  spoufalać  się

z podejrzaną? Bo jestem podejrzana, czyż nie?

– Nie potrafię sobie wyobrazić, żebyś mogła kogokolwiek otruć.
– Naprawdę? A ja słyszałam, że trucizna jest bronią kobiet.
O tak, a ona bez wątpienia była kobietą.
–  Gdybyś  to  ty  była  morderczynią,  nie  pozostawiłabyś  niczego

ślepemu losowi.

– Racja – przyznała.

– T ymczasem nasz zabójca nie mógł być wcale pewien, czy ofiara,

którą sobie upatrzył, rzeczywiście zje przeznaczone dla niej ciastko

– podkreślił.

–  Chyba  że  zabójca  własnoręcznie  wręczył  ciastko  ofierze,  czyli

Geraldine.

–  Owszem.  T yle  że  żadne  z  nas  nie  sądzi,  by  to  Geraldine  miała

paść ofiarą zamachu.

Uśmiechnęła się znowu.

– Skąd możesz to wiedzieć?

–  Stąd,  że  jedyną  osobą,  która  skorzystała  na  śmierci  Geraldine,

była Maddie.

– A także kółko krawieckie w Whitehorse.

– Z rozmowy z prawnikiem wywnioskowałem, że kobiety należące

do kółka krawieckiego nie miały najmniejszego pojęcia, że Geraldine

background image

zamierza im cokolwiek zostawić.

– Byłam tam i potwierdzam, że wszystkie były zaskoczone.
–  Pozostaje  więc  Maddie  –  powiedział  cicho.  –  Wygląda  na  to,  że

mogła zabić Geraldine, żeby nie wydało się, że ukradła bransoletkę.

Laney potrząsnęła przecząco głową.
– Bransoletka zgubiła się w dniu imprezy. Maddie nie miałaby czasu

upiec kokosanki.

–  Chyba  że  dużo  wcześniej  planowała  okraść  Geraldine  –  zwrócił

uwagę.  –  Maddie  była  jedyną  osobą,  która  wiedziała  o  istnieniu  tej
biżuterii  i  która  wiedziała,  że  Geraldine  zamierza  wkrótce  wysłać
klejnoty  na  sprzedaż  do  Billings.  A  zatem  musiała  działać  szybko.
Przyjęcie nadawało się do tego idealnie.

–  Czemu  więc  po  prostu  nie  walnęła  Geraldine  czymś  w  głowę

i  nie  ukradła  biżuterii?  Czy  w  ten  sposób  nie  byłoby  prościej?
Przecież  mogła  powiedzieć,  że  starsza  pani  się  potknęła.  Nikt  nie
wiedział  o  biżuterii,  z  wyjątkiem  Geraldine  i  Maddie.  Nikt  nie

zauważyłby, gdyby coś zginęło.

Uśmiechnął  się  do  Laney.  Podobało  mu  się,  jak  formułowała

wnioski.

– Celna uwaga. Poza tym Arlene utrzymuje, że Maddie nie potrafi

gotować.  A  do  tego  przebywała  w  tym  czasie  na  zewnątrz,  ze  mną.

Potem  przyszedł  Bo  i  zabrał  ją  ze  sobą.  Nie  miała  czasu  podać

Geraldine zatrutego ciastka.

– Aha, czyli zabawiałeś się w adwokata diabła? – zauważyła Laney,

a w jej szmaragdowych oczach zapłonęły ogniki złości.

– Sprawdzałem tylko, czy moja teoria ma jakieś luki.

Wbiła w niego wściekłe spojrzenie.

–  Mogłeś  mnie  od  razu  uprzedzić,  że  nie  wierzysz,  by  Maddie  lub

Laci były winne.

–  Nie  powiedziałem,  że  Maddie  jest  niewinna.  Po  prostu  nie

uważam, by to ona zabiła Geraldine.

background image

– Sądzisz, że zabrała bransoletkę?

– Być może. A jeśli nie ona, to wie, kto to zrobił – powiedział. – Co

zaś  się  tyczy  morderstwa,  moim  zdaniem  zabójca  postanowił  po
prostu  wykorzystać  nadarzającą  się  okazję,  a  jeżeli  przez  to
podejrzenie  miało  paść  na  Laci,  tym  lepiej  dla  niego.  Masz  jakiś
pomysł, kto mógł upiec zatrute ciastko? – zapytał.

–  Każdy,  kto  posiada  książkę  kucharską  kółka  krawieckiego

w Whitehorse.

– Pamiętasz, ile egzemplarzy wydrukowano?
– Dwieście.
– To spora liczba – gwizdnął. – Przypomnij mi, żebym zaopatrzył się

w jeden egzemplarz przed odjazdem.

– Zamierzasz nas opuścić? – zapytała, w jednej chwili koncentrując

na nim spojrzenie.

–  Dziś.  Gdy  będę  wyjeżdżał  ze  Starego  Whitehorse  –  wyjaśnił,

ganiąc się w duchu. – Są wciąż dostępne w sprzedaży, prawda?

Potrząsnęła przecząco głową.

– Ale bez obaw, postaram się załatwić ci jedną.

Czy  to  tylko  jego  wyobraźnia,  czy  patrzyła  na  niego  badawczym

wzrokiem?  Pewnie  tak.  T rzeba  przyznać,  że  jest  diabelnie  bystrą

kobietą. Będzie musiał przy niej bardzo uważać.

– I co teraz? – zapytała.

Rzucił okiem na zegarek.

– Zdecyduj, gdzie chcesz zjeść obiad. Skoro znasz miasteczko…

Potrząsnęła głową, śmiejąc się przy tym.

– Byłeś kiedyś w T in Cup?

Kiedy Nickowi udało się wreszcie wymusić na Laney obietnicę, że

nie będzie wścibiała nosa w śledztwo bez jego zgody, odprowadził ją

do  samochodu,  dopilnował,  by  odjechała  w  kierunku  swojego  domu,

a potem wrócił do Whitehorse. Przede wszystkim zamierzał udać się

do  biura,  żeby  przefaksować  zdjęcie  poszukiwanej  bransoletki  do

background image

wszystkich  lombardów  i  posterunków  policji  w  promieniu  trzystu

kilometrów.

Następnie wstąpił do siedziby redakcji,,Milk River Examiner''.
Wszedł  do  biura,  niosąc  w  ręku  plastikową  torbę  na  śmieci,

w którą zapakowany był sweter. Glen Whitaker przyglądał mu się zza
biurka.

– Będę potrzebował pana pomocy – powiedział Nick. – Ten sweter

pachnie w specyficzny sposób i zastanawiałem się, czy…

Rozwiązał torbę i podsunął ją reporterowi pod nos.
–  To  ten  zapach!  –  krzyknął  Glen,  po  czym  natychmiast  zniżył

głos.

Co  prawda  biuro  było  puste,  ale  widać  Glen  wiedział

z doświadczenia, że ściany potrafią mieć naprawdę duże uszy.

–  To  ten  zapach,  który  czułem  na  ubraniu  po  tym,  jak  mnie

zaatakowano. Co to jest?

– Lawenda.

Glen zmarszczył nos.

– T rochę mi niedobrze od tego zapachu.

Nick  zastanawiał  się,  co  działo  się  z  Glenem,  zanim  stracił

przytomność owej feralnej nocy.

–  Dlaczego  niby  miałbym  pachnieć  lawendą?  Co  to  ma  wspólnego

z napaścią? – spytał Glen.

–  Pracuję  nad  tym  –  odparł  Nick,  a  następnie  zawiązał  torbę,

wyszedł z siedziby gazety i ruszył do biura szeryfa.

Harvey  T.  Brown  jednak  złożył  zawiadomienie  o  napaści.  Osoba,

która  spisywała  jego  zeznania,  zanotowała,  że  Brown  zapamiętał

zapach czegoś słodkiego, być może kwiatów albo perfum, albo,,tego

czegoś, co ludzie wkładają do samochodu, żeby nie śmierdziało''. T uż

przed uderzeniem zauważył również nad głową kij bejsbolowy.

Nick  wziął  torbę  ze  swetrem  pod  pachę  i  pojechał  do  Browna,

którego  dom  stał  na  północ  od  miasta.  Harvey  T.  Brown  był

background image

przysadzistym  mężczyzną  z  wielkim,  piwnym  brzuszyskiem  i  łysą

polaną na środku głowy.

– To może być ten zapach – stwierdził Brown, półleżąc na fotelu.
Podobnie jak Whitaker, wzdrygnął się, gdy poczuł intensywną woń

swetra.

–  Czy  gdzieś  niedaleko  baru  nie  rosną  czasem  kwiaty,  co  tak

pachną?

Nick potrząsnął przecząco głową.
–  Myślę,  że  istnieje  duże  prawdopodobieństwo,  że  osobą,  która

posłużyła się kijem bejsbolowym, była kobieta.

– Nie może być! – Brown zerwał się na nogi.
Przemaszerował do kuchni, otworzył lodówkę i wyjął z niej puszkę

piwa.

–  Jeżeli  wspomni  pan  choćby  słowem  komukolwiek  w  tym

mieście, że zostałem pobity przez kobietę, to jak Boga kocham…

– Spokojnie – powiedział Nick. – To tylko teoria.

– Lepiej, żebym nigdy więcej o niej nie słyszał – oświadczył Brown,

siadając  w  fotelu  i  otwierając  piwo.  Opróżnił  prawie  całą  puszkę,

beknął  i  spojrzał  na  Nicka.  –  Pobił  mnie  koleś  wielki  jak  dąb.  Nie

czułem żadnego zapachu. Jasne?

– Jasne.

Przy obiedzie, a właściwie przy kolacji ze względu na późną porę,

rozmawiali  o  swoim  dzieciństwie,  o  tym,  jak  Laney  dorastała

w  Starym  Whitehorse,  a  Nick  w  wielkiej  włoskiej  rodzinie  –

oczywiście nie powiedział jej wszystkiego. Ponieważ wybrali się na

kolację  w  środku  tygodnia,  T in  Cup  świeciła  pustkami  i  mieli  całą

knajpkę dla siebie.

Laney  miała  na  sobie  bladozieloną  sukienkę,  która  podkreślała

głębię  tropikalnej  zieleni  jej  oczu.  Zdawało  się,  że  sukienka,

delikatnie niczym pieszczota, muskała jej kształty. Pięknie pachniała,

wybrała  owocowe  perfumy,  które  świetnie  pasowały  do  letniego

background image

wieczoru.

Nick wiedział, że – bez względu na to, co przyniesie przyszłość –

nigdy już nie zapomni tego zapachu. Ani tego wieczoru.

Jedzenie było wyśmienite, widok z okna zapierał dech w piersiach,

a  blask  zachodzącego  słońca  rzucał  długie  cienie,  które  dryfowały
w powietrzu niczym ciepła bryza.

– Mówiłem poważnie, żebyś uważała na siebie – powiedział, kiedy

ich wspólny wieczór zbliżał się ku końcowi.

Uparła się, że przyjedzie do Whitehorse, twierdząc, że i tak musi

odwiedzić  babcię  w  szpitalu,  a  Nickowi  zaoszczędzi  to  drogi
powrotnej.

Kiedy  restauracja  zupełnie  opustoszała,  sięgnął  ponad  stolikiem

i  położył  swoją  dłoń  na  jej  dłoni  –  cały  wieczór  miał  ochotę  to
zrobić.

–  Zawsze  jestem  ostrożna  –  spojrzała  mu  w  oczy.  –  No…  prawie

zawsze – flirtowała z nim, było to jasne jak słońce.

Martwiło  go,  że  Laney  w  ogóle  nie  czuła  strachu.  Ani  przed

flirtem,  ani  przed  zabójcą  Geraldine.  A  tymczasem  jedno  i  drugie

niosło ze sobą więcej niebezpieczeństw, niż mogła sobie wyobrazić.

Cofnął dłoń.

– W mieście grasuje morderca i dopóki nie dowiemy się, dlaczego

zginęła Geraldine…

Potrząsnęła głową.

–  Nie  sądzisz,  że  interesuje  nas  raczej  to,  na  czyje  życie  zabójca

tak  naprawdę  nastawał?  Skoro  obydwoje  zgadzamy  się,  że  to  nie

Geraldine miała być jego ofiarą.

Uśmiechnął się.

–  Tak,  ale  żadne  z  nas  nie  dysponuje  dowodami  na  poparcie  tej

tezy.

–  Byłam  tam,  pamiętasz?  Nie  widziałam,  jak  bierze  kokosankę  ani

jak  ją  zjada.  Nie  zauważyłam,  jak  upadła  na  ziemię.  Ale  pamiętam

background image

wyraźnie,  że  kiedy  przecisnęłam  się  przez  tłum,  ktoś  krzyknął:,,O

nie, nie!''.

Mógł  w  tym  momencie  skomentować,  że  przecież  niczego  to

jeszcze nie dowodziło, a mogło być po prostu wyrazem zdumienia.

– Wydarzyła się jeszcze jedna dziwna rzecz – dodała Laney. – Otóż,

kiedy  wszyscy  stłoczyli  się  wokół  Geraldine,  nie  byłam  co  prawda
w stanie dojrzeć jej całej, ale widziałam, że szamotała się, jak gdyby

ktoś trzymał ją za nadgarstek. Kiedy pojawiłeś się i odsunąłeś gapiów,
zobaczyłam, że palce dłoni, w której kurczowo ściskała ciastko, były
białe,  a  na  wewnętrznej  stronie  jej  dłoni  znajdowało  się  kilka
czerwonych śladów. Wyglądało to, jakby ktoś usiłował rozewrzeć jej
palce.

–  Najprawdopodobniej  zabójca  usiłował  zabrać  dowód  zbrodni

i zniszczyć go – stwierdził Nick.

–  Być  może  –  zgodziła  się.  –  Albo  zabójczyni  zobaczyła  swoją

pomyłkę i chciała wydostać ciastko z ręki osoby, którą właśnie przez

przypadek zabiła.

– Zabójczyni? Ona?

Laney kiwnęła potakująco głową.

– Głos, który usłyszałam, bez wątpienia należał do kobiety. A poza

tym  mężczyzna  z  pewnością  miałby  dość  siły,  żeby  wyrwać

Geraldine ciastko z ręki.

Wydał z siebie stłumiony śmiech i wypił łyczek drinka. Inteligencja

i uroda – cóż za zabójcze połączenie. Nick już nie wątpił, że ten oto

Sherlock Holmes w spódnicy prędzej czy później nie tylko wpadnie

na  trop  zabójcy  Geraldine,  ale  odkryje  też  jego  tajemnicę.  Nie

przerażało  go  to  aż  tak  bardzo,  jak  powinno.  Do  diabła,  szczerze

mówiąc,  pragnął  powiedzieć  jej  całą  prawdę.  Nie  znosił  myśli,  że

musi kłamać.

Napił się i wbił wzrok w szklankę, jak gdyby próbował przemówić

samemu  sobie  do  rozsądku.  Powiedzieć  komukolwiek,  co  naprawdę

background image

się zdarzyło, to jak podpisać na siebie wyrok śmierci.

– Lubisz, jak kobiety myślą, że jesteś nieśmiały, prawda? – zapytała,

przyglądając mu się badawczo.

Spojrzał jej w oczy i roześmiał się, zakłopotany.
–  Ależ  nie,  to  najszczersza  prawda.  Przynajmniej  w  twojej

obecności.

Uniosła brew.

– Jesteś porażającą kobietą.
– Rzeczywiście, wyglądasz na przestraszonego.
Roześmiał  się.  Nawet  nie  wiedziała,  jak  niewiele  minęła  się

z prawdą.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Nick  miał  wiele  powodów,  by  ciągle  myśleć  o  Laney.  T itus

z  samego  rana  przyniósł  mu  egzemplarz  książki  kucharskiej,  która
była własnością kółka krawieckiego w Whitehorse.

Nick  odnalazł  właściwy  przepis,  przestudiował  go  i  zadzwonił  do

Laney.

–  Czy  trzeba  być  dobrą  kucharką,  żeby  przyrządzić  kokosanki

według  przepisu  twojej  babci?  –  zapytał.  –  Sprawia  wrażenie
skomplikowanego.

– Taki właśnie jest.

–  W  takim  razie  nasz  zabójca  musi  być  ponadprzeciętnym

kucharzem.  W  dodatku  takim,  którego  ofiara  lubi  smak  kokosa  –

wyczuł, że na drugim końcu linii telefonicznej Laney uśmiecha się. –

Masz  jakieś  sugestie  co  do  osoby,  z  którą  powinienem

porozmawiać?

– Niemal z każdą kobietą w Starym Whitehorse – odparła, śmiejąc

się  głośno.  –  Nie  słyszałeś?  Każda  z  nich  jest  najlepszą  kucharką

w hrabstwie. No cóż, przynajmniej w opinii Arlene, która ma na to

dowody.

–  Tak,  wspominała  o  tym.  Poza  tym  stała  najbliżej  zatrutej

kokosanki.  –  Bawił  się  długopisem.  Po  chwili  dodał:  –  Bardzo  miło

spędziłem czas podczas wczorajszej kolacji.

– Ja też – odparła cicho.

Wyobraził  ją  sobie  w  piżamie.  Jedwabnej,  w  kolorze  jej  oczu.  Na

background image

samą myśl o szmaragdowym jedwabiu spływającym po jej ciele…

– Co masz na sobie w tej chwili?
– Że co? – zaśmiała się. – Poważnie?
Z trudem wrócił do rzeczywistości.
– Tak.
W  słuchawce  zapanowała  cisza,  a  chwilę  później  dało  się  słyszeć

wstydliwy śmiech.

–  Cóż…  mam  na  sobie  parę  starych  dżinsów  i  flanelową  koszulę

mojego dziadka, oraz parę rozchodzonych tenisówek, które znalazłam
w szafie. A wszystko to pomazane farbą.

– Jakiego koloru farbą?
Znów się zaśmiała.
– Białą. Maluję płot – odparła, po czym zniżyła głos. – Jak na ciebie

działa mój strój?

Wyprostował się w fotelu i odłożył długopis.
–  Utwierdza  mnie  w  przekonaniu,  że  musimy  się  ponownie

spotkać.

– Dobrze – usłyszał w odpowiedzi.

– To świetnie. Aha, i żadnego śledztwa beze mnie, prawda?

– Tak jest. T ylko sobie maluję.

– Grzeczna dziewczynka – rozłączył się i uśmiechnął pod nosem.

Spojrzał na swoje odbicie w lustrze.

– Niech ten durny uśmiech zniknie z twojej twarzy – rzucił głośno

do  swojego  odbicia.  –  Wyglądasz  jak  głupek.  I  zachowujesz  się  jak

idiota.

Z  trudem  skierował  myśli  na  właściwy  tor.  Zabójstwo  Geraldine

Shaw.  Plan  wydawał  się  totalnie  amatorski.  Pozbawione  precyzji

działanie podyktowane emocjami. Od namiętności do wściekłości, od

wściekłości  do  błędu  –  błąd  zabójcy  zaś  to  punkt  wyjścia  dla

przedstawiciela  prawa.  Kto  więc  mógł  być  aż  tak  wściekły  na

Geraldine?

background image

Najwyraźniej nikt.

Czym  zatem  dysponował?  Przepełnionym  złością  mordercą,

któremu  nie  udało  się  otruć  upatrzonej  ofiary?  Morderczynią,
poprawił się w myślach, pamiętając o teorii Laney. Idąc tym tropem,
morderczyni  musiałaby  choć  trochę  znać  się  na  truciznach
i jednocześnie na gotowaniu. No i mieć motyw.

Kiedy Nick wychodził z biura, zadzwonił telefon.

–  Zastępca  szeryfa  Nick  Rogers?  Mówi  Clyde  Banner.  Prowadzę

lombard  Pawn  and  Go  w  Great  Falls.  Wydaje  mi  się,  że  mam  tę
bransoletkę,  której  pan  szuka.  Przed  chwilą  zrobiłem  jej  zdjęcie
i wysłałem e-mailem na adres pana biura.

Nick uruchomił połączenie z internetem. Faktycznie, w skrzynce

znajdowała się wiadomość od Pawn and Go. Otworzył ją. Pokazało się
zdjęcie bransoletki Geraldine.

–  To  jest  to  –  zakomunikował.  –  Proszę  mi  powiedzieć,  kto  ją

zastawił?

–  Hm…  to  jest  właśnie  najciekawsze.  Mam  to  na  kwicie.  Facet

powiedział, że nazywa się Nick Rogers.

Miło. Ktoś bawi się w kotka i myszkę.

– Nie wydało się to panu podejrzane? – zapytał Nick.

– Zawsze jestem podejrzliwy, ale wie pan, jeżeli nazwisko klienta

nie figuruje na liście osób poszukiwanych przez policję…

– Jak wyglądał ten gość? – zapytał Nick.

–  Był  młody.  Miał  dziewiętnaście,  może  dwadzieścia  lat.  Brązowe

włosy,  brązowe  oczy…  Czysty,  wyglądał  porządnie,  jak  dzieciak

z dobrego domu. Przyjechał niezłą bryką.

–  Jak  bardzo  niezłą?  –  zapytał  Nick,  a  w  odpowiedzi  usłyszał,  jak

Banner ze szczegółami opisuje auto Bo Evansa.

–  Być  może  będę  potrzebował  pana  pomocy  przy  identyfikacji  –

dodał jeszcze szeryf.

–  Żaden  problem.  Umieściłem  bransoletkę  w  sejfie.  Czeka  na

background image

odebranie.

–  Dzięki.  –  Nick  odłożył  słuchawkę  i  zawahał  się  chwilę,

a następnie wykręcił numer Laney. – Muszę porozmawiać z Maddie.
Masz ochotę pojechać ze mną?

Dziewczyna  była  zaskoczona,  kiedy  ujrzała  ich  w  drzwiach.  Jej

samochód  stał  zaparkowany  na  podwórzu,  a  matki  akurat  nie  było
w domu. Sądząc po minie, żałowała, że w ogóle otworzyła drzwi.

– Czy możemy wejść?
– Właśnie miałam jechać do miasta…
– Nie zabierzemy ci dużo czasu – oznajmił Nick.
Maddie  spojrzała  na  kuzynkę.  Laney  skinęła  głową.  Weszli  do

chłodnego, nieskazitelnie czystego domu.

W środku unosił się zapach cytrynowego środka czyszczącego. Na

stolikach i na ławach brakowało rzuconych od niechcenia czasopism,
nie  mówiąc  już  o  tym,  że  trudno  było  znaleźć  choćby  ślad  kurzu.
Nick z zaskoczeniem stwierdził, że meble nie były przykryte folią.

Rozsiadł  się  wygodnie  na  kanapie.  Laney  uścisnęła  kuzynkę

i  usadowiła  się  na  jednym  z  krzeseł.  Maddie  tymczasem,  wyraźnie

zdenerwowana, stała prawie na baczność.

–  Chcecie  coś  do  picia?  –  Pytanie  zakończyła  nerwowym

grymasem, który miał przypominać uśmiech. – Wyglądacie strasznie

poważnie.

– Usiądź – poprosił Nick.

Opadła  na  krzesło.  Z  jej  szeroko  otwartych,  błękitnych  oczu

wyzierał strach.

– Czy coś się stało?

– Powiedz mi. Te zdjęcia biżuterii Geraldine. Komu je pokazałaś?

Maddie przełknęła ślinę. Do oczu napłynęły jej łzy.

– Nikomu.

– A swojemu narzeczonemu?

Samotna łza popłynęła po jej piegowatym policzku.

background image

– Ja…

– Maddie, znalazłem brylantową bransoletkę Geraldine. Zastawiono

ją w lombardzie w Great Falls. Pracownik podał rysopis osoby, która
przyniosła bransoletkę. Pasuje do Bo.

Maddie wybuchła płaczem. Zaczęła kręcić przecząco głową.
– Czy dałaś mu tę bransoletkę?
Otworzyła szeroko oczy i krzyknęła z prawdziwą trwogą w głosie:

– Nie! Przysięgam. Opowiedziałam mu o niej, ale w życiu bym nie

przypuszczała, że on… – jej słowa utonęły we łzach.

Laney podała jej chusteczkę.
– Pokłóciliście się po tym, jak matka opowiedziała mu, że Geraldine

oskarżyła cię o kradzież bransoletki – powiedział Nick.

Maddie wylewała z siebie wodospady łez, ale nie potrafiła wydusić

ani słowa.

– Nie wspomniał wówczas, że zabrał bransoletkę? – zapytał Nick. –

Na  pewno  obroniłby  cię  i  nie  pozwolił,  by  jego  matka  uważała,  że

jesteś złodziejką, prawda?

W odpowiedzi usłyszał głośny szloch.

– Bo Evans trafi do aresztu – oznajmił Nick. – Powinnaś zastanowić

się nad ślubem.

– Nie może go pan aresztować – krzyknęła Maddie przez łzy. – Nie

wystarczy upomnienie? Arlene będzie mnie winić za całą sytuację.

–  Arlene?  Dlaczego  niby  miałaby  ciebie  winić?  –  dopytywała  się

Laney.

– Bo tak.

Nick przyglądał się dziewczynie.

– To przez Arlene masz te siniaki, prawda?

Maddie  wbiła  wzrok  w  podłogę  i  nerwowo  ściągnęła  rękawy

bluzki.

– Po prostu jestem łamagą.

– Maddie, przestań wreszcie kryć tę rodzinę – powiedziała Laney,

background image

podchodząc do dziewczyny i kucając.

– Laney ma rację – odezwał się Nick. – Jeżeli już teraz traktują cię

w ten sposób, to po ślubie będzie tylko gorzej.

– Ale ja kocham Bo – jęknęła Maddie. – Nie potrafię bez niego żyć.
Laney wręczyła Maddie kolejną chusteczkę i otoczyła dziewczynę

ramieniem.

–  Zamieszkaj  u  mnie  i  Laci.  Nie  pozwolimy,  żeby  ktokolwiek  cię

krzywdził.

Nick  wyszedł,  zostawiając  je  same.  Rozdzierający  serce  płacz

dziewczyny brzmiał niczym zawodzenie rannego zwierzęcia.

Pukając  do  drzwi  domu  Evansów,  Nick  słyszał  dobiegający

z  budynku  wściekły  ryk  muzyki.  Brakowało  auta  Arlene,  ale  za  to
przed wejściem stała odpicowana bryka Bo.

Nick załomotał do drzwi.
– Bo! – krzyknął głośno. Zero odzewu. Ponownie przyłożył pięścią

w drzwi.

Aż podskoczył na widok Violet, która niespodziewanie wyłoniła się

z  półmroku.  Najwyraźniej  siedziała  w  pokoju  przy  zaciągniętych

zasłonach. Nick nie usłyszał szelestu folii, gdy wstawała z miejsca.

– Matki nie ma – oznajmiła nieśmiało. Jej twarz wydała się Nickowi

jeszcze bledsza niż na przyjęciu, a wokół oczu rysowały się ciemne

zakola. – Pojechała do lekarza.

– Nie czuje się dobrze? – spytał.

Skinęła głową.

– Czy brat jest w domu?

Violet  zawahała  się,  kusiło  ją  kłamstwo.  Zaskoczyło  go  to,  że

potrafiłaby  skłamać  w  obronie  brata,  wcześniej  odniósł  bowiem

wrażenie, że Violet niewiele łączyło z rodzeństwem.

–  Czy  możesz  mu  powiedzieć,  że  przyjechałem?  –  zapytał  Nick,

otwierając siatkowe drzwi i wchodząc do środka.

–  Chyba…  chyba  nie  ma  go  w  domu  –  Violet  musiała  cofnąć  się

background image

o krok.

– To może ja sprawdzę – odparł Nick.
Przeszedł  obok  niej,  przemaszerował  przez  salon  i  ruszył  w  głąb

korytarza, idąc za łomotem kapeli heavymetalowej.

Zastukał do drzwi pokoju Bo.
– Spadaj!
Nick otworzył drzwi. Bo, rozwalony na pomiętej pościeli, spojrzał

na niego wściekłym wzrokiem. Widać Arlene nie czuła się dziś rano
na tyle dobrze, by pościelić synkowi łóżko.

– Czego pan chce? – wrzasnął, usiłując przebić się przez harmider

wydobywający się z głośników.

Nick podszedł do odtwarzacza i wyłączył go.
– Co pan robi?
– Odczytuję ci twoje prawa.
– Że co? – Bo usiadł na łóżku.
Pokój wypełniał ostry zapach potu. Z chłopaka był niezły flejtuch.

– Masz prawo milczeć…

–  Zaraz,  chwila.  Nie  powinienem  najpierw  dowiedzieć  się,  o  co

chodzi? – zażądał wyjaśnień.

Wydawał  się  opanowany  i  zdradzał  go  tylko  ledwo  wyczuwalny

zgrzyt w głosie.

– Zgadnij – odparł Nick i zaczął wyciągać kajdanki.

– Nic nie wiem o tej bransoletce.

– A czy ja mówiłem coś o jakiejś bransoletce? No, mówiłem?

– To Maddie mi ją dała. To ona mnie do tego zmusiła.

–  Być  może  twoja  matka  uwierzyła  w  tę  bajeczkę,  ale  ze  mną  to

nie przejdzie – powiedział Nick. – Gdyby to była prawda, narzeczony

próbowałby  chronić  kobietę,  którą  kocha.  Jesteś  po  prostu  podły,

Bo. A teraz wstawaj.

Zobaczył, że chłopak zerka w stronę drzwi, jakby oceniając szanse

na ucieczkę.

background image

–  O  tak,  zrób  to,  utrudnij  mi  aresztowanie  –  odezwał  się  Nick.  –

Niczego  w  tym  momencie  nie  pragnę  bardziej,  jak  tylko  skopać  ci
tyłek.

Bo  Evans  zrobił  gniewną  minę,  wstał  i  wyciągnął  przed  siebie

ręce.

– Pożałuje pan tego. Moja matka da panu popalić – rzucił, ale głos

mu się załamał.

Nick  wypchnął  go  z  pokoju.  Violet  przyglądała  się  obojętnym

wzrokiem, jak zastępca szeryfa zabiera jej brata.

Kiedy  Bo  znalazł  się  w  radiowozie,  pod  dom  zajechał  samochód

Charlotte.  Spojrzała  najpierw  na  brata,  który  siedział  skuty
kajdankami  na  tylnym  siedzeniu  auta,  a  potem  rzuciła  okiem  na
Nicka.  Szybko  straciła  zainteresowanie,  wysiadła  z  wozu  i  ruszyła
w stronę domu.

–  Charlotte,  wiesz,  gdzie  mogę  znaleźć  twoją  matkę?  –  zapytał

Nick.

– W  szpitalu –  odparła,  zaskoczona. –  Bo  nic panu  nie  powiedział?

Wczoraj  wieczorem  mama  nieszczęśliwie  spadła  ze  schodów  do

piwnicy. Ma złamaną rękę i wstrząśnienie mózgu.

Sobota,  dzień  pogrzebu  Geraldine  Shaw,  była  deszczowa.  Laney

stała  na  zboczu  niewielkiego  wzniesienia  zwróconego  w  stronę

Starego Whitehorse. Wokół grobu zgromadziło się ledwie kilkanaście

czarnych parasolek. Między nimi stał T itus z Biblią w ręku. Właśnie

wygłosił parę słów nad trumną Geraldine.

Przyczyną niskiej frekwencji mogła być deszczowa, przytłaczająca

szarością  aura,  ale  Laney  wiedziała,  że  tak  naprawdę  większość

mieszkańców  miasteczka  nie  znała  Geraldine  zbyt  dobrze  i  dlatego

nie zjawiła się na jej pogrzebie.

–  Z  prochu  powstałaś…  –  słowa  T itusa  przepłynęły  obok  niej

w  chwili,  gdy  zauważyła,  że  niedaleko,  ukryty  w  cieniu  drzew,  stoi

Nick  Rogers.  Miała  wrażenie,  że  zastępca  szeryfa  lustruje

background image

żałobników.

Obecne 

były 

wszystkie 

członkinie 

kółka 

krawieckiego

w Whitehorse – czy to przez wzgląd na szacunek, czy też dlatego, że
Geraldine  zostawiła  im  dom  i  posiadłość?  Co  prawda  obydwie  te
rzeczy  nie  miały  tu,  w  Montanie,  zbyt  wielkiej  wartości  rynkowej,
ale niewątpliwie gest miał znaczenie sentymentalne.

Nawet  Arlene  Evans  zjawiła  się  na  pogrzebie,  obnosząc  gips  na

złamanej  ręce  niczym  honorową  szarfę.  Siniaki  na  jej  twarzy
zmieniły  barwę  z  ciemnofioletowej  na  ciemnożółtą.  Opowiadała
wszystkim  dokoła,  jak  to  górny  stopień  drewnianych  schodów
prowadzących  do  piwnicy  obluzował  się,  a  ponieważ  jej  synek  Bo
siedzi teraz w areszcie za zbrodnię, której przecież nie popełnił, a jej
mąż  był  zbyt  zajęty  pracą  na  farmie,  by  naprawić  usterkę,  stanęła
akurat na tym stopniu, spadła i okropnie się potłukła.

Wszyscy wiedzieli, że kobieta spadła ze schodów, zanim Bo został

aresztowany, ale Arlene trzymała się swojej wersji rękami i nogami.

Violet,  w  czarnej  pelerynce  na  podobieństwo  Drakuli,  stała  po

jednej  stronie  Arlene,  zaś  Charlotte,  w  czarnej  spódniczce  i  butach

na obcasach, ze zrobionym na drutach szalem wokół szyi, jak gdyby

prezentowała  swoje  wdzięki  na  wybiegu,  po  jej  drugiej  stronie.

Arlene miała na sobie kapelusz z krótką, czarną woalką, zasłaniającą

większość sińców na twarzy. Co chwilę głośno pociągała nosem.

Laney  zauważyła,  że  Arlene  pilnowała,  by  nawet  na  chwilę  nie

zbliżyć  się  do  Maddie.  Dziewczyna  stała  ze  zwieszoną  głową  przy

samym  grobie,  otoczona  kuzynkami,  i  płakała  cicho.  Jej  rudawa

czupryna  mokła  na  deszczu.  Laney  próbowała  ją  namówić,  żeby

obydwie  schowały  się  pod  wielką  parasolką,  którą  Laney  trzymała

w ręku, ale Maddie nie chciała o tym słyszeć.

Wolała stać w deszczu, jakby jego krople były w stanie złagodzić jej

ból.

– Nie potrafię żyć bez Bo – krzyczała za każdym razem, kiedy Laci

background image

i Laney próbowały porozmawiać z nią o aresztowaniu narzeczonego

i  o  zaręczynach.  –  Nie  rozumiecie.  Nigdy  nie  znajdę  nikogo,  kto
pokocha mnie tak, jak Bo.

Laney  przekonywała  ją,  że  gdyby  Bo  faktycznie  ją  kochał,  to  nie

zabrałby i nie zastawił bransoletki Geraldine. A przede wszystkim nie
pozwoliłby, aby to Maddie obwiniano o ten czyn.

–  Potrzebował  pieniędzy  na  nasz  ślub  –  krzyknęła  Maddie  przez

łzy.

–  Jeżeli  potrzebował  pieniędzy,  mógł  sobie  znaleźć  jakąś  pracę  –

odparła Laney.

Maddie wybuchła płaczem i wybiegła z pokoju.
–  Mogłaś  zachować  się  bardziej  dyplomatycznie  –  rzuciła  Laci

i pobiegła za kuzynką.

Laney usiłowała wlać Maddie odrobinę oleju do głowy, ale obawiała

się, że jej miłość była naprawdę ślepa, głucha i boleśnie głupia.

Przeniosła wzrok na Nicka. Nie widziała go od kilku dni, ale nie to

ją  najbardziej  martwiło.  Zastanawiała  się,  dlaczego  tego  wieczora,

kiedy poszli na kolację, on nawet nie próbował jej pocałować.

Odprowadził  ją  do  samochodu.  Zatrzymali  się.  Nad  ich  głowami

rozpościerał się nieskończony baldachim z gwiazd, delikatny zefirek

poruszał liśćmi drzew, a letni wieczór pachniał ciepłem.

Oto  Laney  podarowała  mu  w  prezencie  doskonałą  okazję,  a  on…

wycofał  się,  jakby,  co  zresztą  sam  wcześniej  przyznał,  obawiał  się.

Obawiał się, ale czego? Zastanawiała się, bacznie mu się przyglądając.

Nie wyglądał na faceta, którego łatwo było przestraszyć.

T itus odczytał ostatnie słowa modlitwy i zamknął Biblię.

Uroczystości  pogrzebowe  zakończyły  się,  a  w  następnej  chwili

żałobnicy się rozproszyli.

Został tylko Nick. Czekał na Laney, chowając się przed deszczem

w  cieniu  kowbojskiego  kapelusza  i  konarów  ogromnej  sosny.

Podeszła do niego.

background image

– Cześć – odezwała się pierwsza, odczuwając dziwną nieśmiałość.

–  Cześć  –  uśmiechnął  się  w  odpowiedzi.  –  Powinienem  chyba  cię

ostrzec, że Arlene będzie usiłowała wydostać Bo z więzienia.

Laney jęknęła.
– Maddie wciąż jest zdecydowana za niego wyjść?
Skinęła głową.
– Jak to możliwe, że ona nie widzi, co z niego za człowiek?

Potrząsnął głową.
–  Ludzie  widzą  to,  co  chcą  widzieć.  –  Jego  ciemne  oczy  były

całkowicie  na  niej  skupione.  –  T ęskniłem  za  tobą.  –  Z  trudnością
zdobył się na to wyznanie. – Czy mam szansę zabrać cię do miasta na
wczesną kolację i do kina?

– A co grają? – zapytała.
– To, co akurat w tym tygodniu Villa ma w repertuarze. Czy ma to

jakieś znaczenie?

Pewnie, że nie miało.

–  Będzie  jak  na  prawdziwej  randce.  Przyjadę  po  ciebie,  a  potem

odwiozę do domu. A nawet kupię popcorn – powiedział.

– Z masłem?

Wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Takie kobiety lubię.

– No, to chyba mamy randkę.

Ustalili godzinę, po czym Laney wsiadła do auta i odjechała, a Nick

stał w ulewie i patrzył za oddalającym się pojazdem, żałując z całego

serca, że okoliczności były takie, a nie inne.

Prawda wyglądała przecież tak, że w każdej chwili mógł wyjechać.

Już  nie  wspominając  o  tym,  że  przez  cały  czas  kłamał  na  temat

tego, kim był, skąd pochodził i co tu właściwie robił. Z głową pełną

tych ponurych myśli powlókł się do radiowozu. Nie mógł powiedzieć

prawdy  ani  jej,  ani  nikomu.  Żył  po życzonym  czasem.  W  każdej

chwili  mógł  odebrać  telefon  –  ten  telefon.  Każdy  dzień  mógł  okazać

background image

się ostatnim, po którym nigdy już nie ujrzy Laney – albo tym dniem,

kiedy  ponownie  stanie  twarzą  w  twarz  z  Kellerem  i  wymierzonym
w skroń pistoletem.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Za  miastem  ulewa  ustąpiła  słońcu.  Jadąc,  Nick  zauważył  Chaza

i  Prince'a  idących  drogą  mniej  więcej  na  wysokości  posiadłości
Evansów.  Podjechał  do  przodu,  zawrócił  na  podwórzu  Evansów
i  zatrzymał  się  obok  chłopca,  opuszczając  szybę.  Psiak  wywiesił
jęzor i polizał go po ręku.

–  Jak  tam,  Prince?  Ukradłeś  ostatnio  jakieś  kury?  –  zapytał  go

Nick.

– Nie-e, proszę pana – odpowiedział za niego Chaz. – Mam na niego

oko tak, jak pan mi polecił.

Niemal  każdego  dnia  Nick  widywał  chłopaka,  jak  ten  spacerował

z psem. Był nowy w miasteczku i pewnie nie miał jeszcze zbyt wielu

kolegów.  Inna  sprawa,  że  trudno  było  tu  znaleźć  chłopców  w  jego

wieku. Większość mieszkańców miała swoje lata, kolejne pokolenie

wyjechało, a potomstwo tych nielicznych, którzy zdecydowali się na

powrót, dopiero raczkowało.

Chaz zobaczył nadjeżdżające auto Charlotte Evans i położył dłoń na

głowie Prince'a. Charlotte zajechała pod dom, wysiadła z samochodu,

zauważyła Chaza i Prince'a, po czym podeszła do psa. Wciąż miała na

sobie  ten  sam  strój  co  na  pogrzebie:  czarne  szpilki  i  czarną,  opiętą

sukienkę, ale pozbyła się gdzieś szala.

–  Jak  nazywa  się  twój  pies?  –  zapytała,  wykazując  więcej

entuzjazmu, niż Nick kiedykolwiek u niej widział.

– Prince – odparł Chaz nieśmiało.

background image

– Prince – powtórzyła Charlotte i uśmiechnęła się. – Podoba mi się.

Mogę go pogłaskać?

Chaz  przytaknął.  Nick  widział,  że  Charlotte  zrobiła  wrażenie  na

chłopaku.  Cóż,  trudno  mu  się  dziwić.  Dla  chłopaka  w  jego  wieku
Charlotte była atrakcyjną dziewczyną.

– Jak się czuje twoja matka? – zapytał Nick.
–  Nieźle.  Ale  Violet  musiała  znowu  zabrać  ją  do  szpitala.  Złapała

jakiegoś  wirusa…  –  W  jednej  sekundzie  zapomniała  o  matce
i przeniosła całą uwagę na psa. – Prince to fajny psiak – powiedziała,
kiedy Prince polizał jej dłoń i otarł się o jej nogę. – Nie możemy mieć
psa. Mój brat Bo ma na wszystko alergię, na psy też.

Zwłaszcza na pracę, pomyślał Nick.
–  Miałbyś  ochotę  na  szklankę  mrożonej  herbaty?  –  Charlotte

zapytała Chaza. – Prince mógłby napić się wody na werandzie.

–  Pewnie  –  odparł  Chaz,  po  czym  chłopak  i  jego  pies  ruszyli

w stronę domu, nawet nie oglądając się na Nicka.

Kiedy  zastępca  szeryfa  odjeżdżał,  zobaczył,  jak  Chaz  i  Prince

wchodzą do środka. To tyle, jeżeli chodzi o alergię Bo.

Nick  nie  był  zaskoczony  tym,  że  gdy  tylko  wrócił  do  biura,

poinformowano go, że sędzia chce z nim porozmawiać.

–  Arlene  ma  w  ręku  mocny  argument  –  oświadczył  sędzia,  kiedy

Nick  zatelefonował  do  niego.  –  T wierdzi,  że  obecność  jej  syna

w  domu  jest  teraz  niezbędna,  ponieważ  sama  nie  może  prowadzić

samochodu, a jej mąż zajęty jest pracą w polu.

Nick nagle zdał sobie sprawę, że przecież nie poznał jeszcze męża

Arlene. Zaczął się zastanawiać, czy Floyd Evans w ogóle istnieje.

–  Zmierzam  do  tego,  że  to  jego  pierwsze  wykroczenie  –  mówił

dalej  sędzia.  –  Dlatego  skłonny  jestem  go  wypuścić.  Obiecał,  że

zrekompensuje wyrządzone szkody.

–  Zdaje  pan  sobie  sprawę,  panie  sędzio,  że  kobieta,  której  Bo

ukradł  bransoletkę,  nie  żyje,  a  osobą,  która  prawnie  tę  biżuterię

background image

odziedziczyła,  jest  narzeczona  Bo,  prawda?  –  przypomniał  Nick.  –

Wątpię, żeby Bo zrekompensował narzeczonej stratę.

–  To  nie  ma  nic  do  rzeczy.  Myślę,  że  chłopak  dostał  nauczkę  –

oznajmił  sędzia.  –  Znam  Floyda  i  Arlene  Evansów  od  dawna.  Arlene
musiała  praktycznie  sama  wychowywać  swoje  dzieci.  Pewnie  pan
o tym nie wie, ale Bo był kiedyś zdolnym sportowcem.

Nick powiedział, że wypuszczając Bo na wolność, sędzia wcale nie

przysłuży się Evansom, ale spotkał się z ostrą reakcją:

– Arlene potrzebuje pomocy ze strony syna. Ponieważ to pierwsze

wykroczenie  Bo,  zamierzam  skazać  go  na  pięćdziesiąt  godzin  pracy
na rzecz społeczności lokalnej.

Z tonu głosu sędziego Nick wywnioskował, że dalsza dyskusja nie

ma  sensu.  Bo  był  miejscowym  chłopakiem,  a  Nick  przybyszem
z zewnątrz. Sprawa zamknięta.

– Dopilnuję, żeby trafił do domu – powiedział Nick.
– Nie ma takiej potrzeby. Odbierze go narzeczona – odparł sędzia.

Wyglądało  na  to,  że  Laney  nie  udało  się  przekonać  Maddie  co  do

błędnego wyboru narzeczonego. Szkoda, że taki nierób i złodziej jest

pierwszą miłością jej życia, pomyślał Nick. Uważał, że szkoda Maddie

dla takiego chłopaka.

–  I  jak  idzie  śledztwo?  –  zapytała  Laney,  wyławiając  frytkę

z keczupu.

Nick spojrzał na nią sponad nadgryzionego cheeseburgera i odparł:

– Powoli.

Zrobili  zakupy  w  Dairy  Queen  i  pojechali  z  nimi  nad  rzekę  Milk,

gdzie rozsiedli się przy stole piknikowym na terenie parku T rafton.

Nad głowami szeleściły im liście wielkich topoli.

– Popytałam o cyjanek – powiedziała Laney między jednym kęsem

a drugim. – Okazuje się, że używają go w kopalniach.

–  To  tylko  jedno  z  zastosowań  –  zgodził  się  Nick.  –  Niestety.

Cyjanku  używa  się  prawie  wszędzie,  od  fotografii  do  czyszczenia

background image

metalu.  Jeżeli  zetrzesz  na  proszek  pewną  ilość  nasion  czeremchy,

zawarty  w  nich  cyjanek  wystarczy,  żeby  przenieść  cię  na  tamten
świat. Nie sposób namierzyć źródła trucizny.

Laney  wydawała  się  rozczarowana.  Chciała,  żeby  wreszcie

zniknęło  podejrzenie  ciążące  nad  jej  biedną  siostrą.  I  kuzynką.
Musieli dowiedzieć się, kto i dlaczego zabił Geraldine.

–  Nie  przejmuj  się,  nie  zamierzam  rezygnować  ze  znalezienia

zabójcy – powiedział, czytając jej w myślach.

Uśmiechnęła się do niego i nagle zapragnęła sięgnąć ponad stołem

i pogłaskać go po policzku. Domyślała się, że jego skóra pewnie jest
ciepła  i  sucha,  trochę  szorstka  od  lekkiego  zarostu.  Przeszedł  ją
dreszcz.

– Jeżeli jest ci zimno, możemy…
– Nie, wszystko w porządku. – Skupiła się na swoim burgerze, a po

chwili znów się odezwała: – Montana musi ci się wydawać zupełnie
odmienna od Teksasu.

Spojrzał  jej  w  oczy  i  uśmiechnął  się.  Nigdy  nie  widziała  tak

ciemnych oczu.

–  Podoba  mi  się  tutaj.  Lubię  otwartą  przestrzeń  i  tutejszych

mieszkańców. Wszyscy są bardzo mili.

Zmierzyła go podejrzliwym wzrokiem.

– I wcale nie myślisz o nas jak o prowincjonalnych kmiotach?

Zaśmiał się i potrząsnął głową.

–  Uważam,  że  każdy  tutaj  to  czarująca  i  jedyna  w  swoim  rodzaju

osoba. A zwłaszcza ty – posłał jej szeroki uśmiech. – Mam wrażenie,

jakby  czas  stanął  tu  w  miejscu  i  nic  nie  zmieniło  się  od  stu  lat.

Podoba mi się to.

T ym razem to ona się zaśmiała.

– Bo tak jest! T wierdzisz, że to dobrze?

– Jasne. Poważnie. Czuć tu historię. Wiesz, co mam na myśli?

Wiedziała.  To  dlatego  uwielbiała  przyjeżdżać  do  Whitehorse.

background image

Wszyscy  się  znali  i  wiedzieli  o  sobie  wszystko.  Każde  kolejne

pokolenie  uprawiało  ziemię,  zapuszczając  w  nią  korzenie  coraz
głębiej,  aż  w  końcu  wszyscy  dzielili  te  same  wspomnienia.
Uwielbiała  to  poczucie  przynależności,  którego  doświadczali
wszyscy członkowie lokalnej społeczności.

– Czy mogę zapytać o twoich rodziców?
Spojrzała na niego.

– Moi rodzice zakochali się w sobie w liceum, a potem pobrali się

w  młodym  wieku.  Mój  ojciec  nazywał  się  Russ  Cherry.  Kojarzysz
taki wielki, pusty dom w Whitehorse?

– Ten, który wygląda na nawiedzony?
Wzdrygnęła się.
–  Wcale  bym  się  nie  zdziwiła,  gdyby  rzeczywiście  tam  straszyło.

W tym domu rozegrała się tragedia: mój dziadek ze strony ojca zabił
w  nim  swoją  żonę,  a  potem  popełnił  samobójstwo.  Od  tamtej  pory
dom stoi opustoszały.

– Przykro mi – powiedział Nick. – A twój ojciec?

– Mój ojciec i moja matka po ślubie wprowadzili się do tego domu,

do  którego  Laci  i  ja  przyjeżdżamy  co  roku.  Zbudował  go  dla  moich

rodziców dziadek T itus. Był to jego prezent ślubny dla córki, naszej

mamy. Krótko po ślubie urodziłam się ja, a niedługo potem Laci.

– Przepraszam. Jeżeli to jest dla ciebie zbyt bolesne…

–  Nie.  Kiedy  to  wszystko  się  wydarzyło,  byłyśmy  z  Laci  bardzo

małe, więc teraz brzmi to dla mnie właściwie jak opowieść o życiu

kogoś  innego.  Cóż,  kilka  tygodni  po  pogrzebie  dziadków  mój  ojciec

pojechał do miasta. Wracał do domu. Ludzie mówili, że wcześniej pił.

Jego  auto  dachowało.  Zginął  na  miejscu.  Matka  chyba  nigdy  nie

pogodziła się z jego śmiercią. Pewnego dnia po prostu zniknęła i nigdy

już o niej nie usłyszeliśmy.

Nick dotknął jej dłoni.

– Straciłaś tyle bliskich osób w tak krótkim czasie.

background image

–  Miałyśmy  z  Laci  babcię  i  dziadka.  To  oni  nas  wychowali.

Miałyśmy  wiele  szczęścia,  trudno  wyobrazić  sobie  bardziej  sielskie
dzieciństwo.  Szkoda,  że  nie  miałeś  okazji  poznać  babci  przed
wylewem. Była pełną życia, silną i stanowczą farmerką.

– Jak jej wnuczka.
Laney  poczuła  dodające  otuchy  ciepło  dłoni  Nicka,  któremu

towarzyszył  unoszący  się  w  powietrzu  zapach  świeżo  skoszonej

trawy i szum liści szeleszczących na wietrze.

A potem on nagle zabrał rękę. Znowu się wycofał.
– A jak się czuje Maddie? – zapytał, zmieniając temat.
– W żaden sposób nie mogę do niej dotrzeć – z niechęcią przyznała

Laney.  –  Za  każdym  razem,  gdy  dzwonię,  słyszę,  że  nie  ma  jej
w domu.

– Nie brzmi to przekonująco?
Potrząsnęła głową.
–  Maddie  jest  wściekła  na  mnie  i  na  Laci  za  to,  że  próbowałyśmy

namówić  ją  do  zerwania  zaręczyn.  Obawiam  się,  że  obeszłam  się

z nią za ostro.

Uśmiechnął się porozumiewawczo.

– Myślę, że ja również zastosowałem złą taktykę. W końcu Maddie

ma  dziewiętnaście  lat,  jest  dorosła  i  może  wyjść,  za  kogo  jej  się

żywnie podoba.

Laney westchnęła.

– Moim zdaniem ona po prostu boi się, że nigdy nie pokocha nikogo

tak, jak pokochała Bo. Rozumiem ją.

– Kim on był? – zapytał Nick.

Zamrugała powiekami, zaskoczona.

–  Ja…  –  odwróciła  wzrok.  –  Chłopak,  którego  poznałam  na

pierwszym roku w studiów. Myślałam, że to ten jedyny.

– I co się stało?

–  Jak  zwykle,  samo  życie  –  odparła  ze  smutnym  uśmiechem.  –

background image

Byliśmy zbyt młodzi, żeby wiązać się na stałe. Każde poszło w swoją

stronę. Słyszałam, że dostał pracę w korporacji gdzieś na Wschodnim
Wybrzeżu,  a  potem  ożenił  się  z  córką  szefa.  Nie  takiego  życia
pragnął, a to… – machnęła ręką dokoła – to znajdowało się tak daleko
od jego planów, jak to tylko możliwe. – Spojrzała w ciemne, prawie
czarne oczy Nicka. – A jaka jest twoja historia?

–  Moje  serce  było  złamane  już  tyle  razy,  że  straciłem  rachubę  –

odpowiedział.

– Wątpię.
–  Ale  to  prawda.  Kobietom  zawsze  wydaje  się,  że  pragną  mieć

mężczyznę  silnego  i  małomównego,  a  potem  nagle  zdają  sobie
sprawę, że na co dzień jest po prostu nudny.

Zaśmiała się. Siedzieli i kontemplowali ciszę. Laney przyglądała mu

się, kończąc jedzenie. Zauważyła, że rzadko kiedy odpowiada wprost
na jej pytania, jakby obawiał się, że Laney dotrze zbyt blisko jakiejś
tajemnicy.

– Lepiej jedźmy już do kina – powiedział, wstając od stołu. – Mam

nadzieję, że zostawiłaś sobie trochę miejsca na popcorn z masłem.

Laney  przyglądała  się  jego  ruchom,  dziwiąc  się,  że  nigdy  nie  dane

jej  było  spotkać  mężczyzny,  który  byłby  tak  seksowny  jak  Nick.

I  zarazem  tak  bardzo  intrygujący.  Nie  mogła  jednak  pozbyć  się

uporczywego  podszeptu  szóstego  zmysłu,  który  przestrzegał,  że

lepiej nie zbliżać się do niego zbytnio.

Coś w tym mężczyźnie nie dawało jej spokoju. A im więcej czasu

z nim spędzała, tym mocniej była przekonana, że Nick coś przed nią

ukrywa.

Kiedy  jechali  do  domu  po  wyjściu  z  kina,  Laney  wydawała  się

głęboko zamyślona.

–  Podobał  ci  się  film?  O  czym  teraz  myślisz?  O  filmie?  –  zapytał,

zdając sobie raptem sprawę, że w zasadzie niewiele pamiętał z tego,

co właśnie obejrzał, bo cały czas absorbowała go siedząca obok niego

background image

piękna kobieta.

– Film był niezły, ale teraz myślę o Maddie, po prostu martwię się

o nią – odparła.

Na  pewno?  Zauważył  u  niej  ten  dystans  już  podczas  pikniku

w  parku  i  obawiał  się,  czy  nie  chodzi  czasem  o  coś,  co  powiedział.
Albo raczej czego nie powiedział.

–  Zastanawiałem  się,  czy  Geraldine  zostawiła  Maddie  biżuterię

z  czystej  wdzięczności  za  pomoc,  czy  może  po  to,  aby  ją  uciszyć  –
powiedział.

– Słucham?
Zobaczył  jej  zaskoczoną  minę  i  zastanowił  się,  skąd  właściwie

przyszło  mu  to  do  głowy.  Czy  powiedział  to,  żeby  rozbudzić  jej
zainteresowanie, czy może odsunąć jej myśli od jego osoby?

–  Usiłuję  zrozumieć  ich  relacje.  Może  to  mieć  wpływ  na

zachowanie Maddie. Geraldine najprawdopodobniej nie miała żadnych
wrogów,  ale  też  żadnych  przyjaciół,  o  ile  mi  wiadomo.  Dziewczyna

była  jedną  z  nielicznych  osób,  które  miały  wstęp  do  jej  domu.  Siłą

rzeczy należałoby więc zapytać:,,Dlaczego Maddie?''.

– Bo jest słodka i miła i…

– Nie chciałem cię zdenerwować – powiedział Nick.

Odwróciła  się  od  niego  i  wbiła  wzrok  w  ciemność  panującą  za

szybą auta.

– Zwróciłaś uwagę, jaką sumę Geraldine płaciła Maddie? – zapytał.

– Dwa dolary za godzinę – padła odpowiedź. – Co tylko dowodzi, że

Maddie  pomagała  jej  z  potrzeby  serca  i  nie  było  w  tym  żadnego

ukrytego motywu.

– Albo nieoficjalnie Maddie dostawała od niej dużo więcej.

Laney wbiła w niego spojrzenie.

– Czy naprawdę sądzisz, że Maddie jest typem szantażystki?

Musiał  przyznać,  że  Maddie  znajdowała  się  tak  daleko  od  jego

wyobrażenia na temat szantażystki, jak to tylko możliwe.

background image

– Ale dziewczyna jest w rozsypce, musisz to przyznać. Gdyby nie

to, nie myślałaby już o wyjściu za Bo.

–  Nie  potrafię  niestety  niczego  teraz  udowodnić,  ale  mogę  cię

zapewnić, że Maddie nie szantażowała Geraldine.

–  Ktoś  to  jednak  robił.  Pytanie,  co  takiego  Geraldine  miała  do

ukrycia?

– Nic.

Potrząsnął głową.
– Większość ludzi ma coś do ukrycia, choćby była to mało znacząca

rzecz.

Spojrzała na niego i uniosła brew.
– T y też?
Pytanie zaskoczyło go. Nawet w bladej poświacie wskaźników na

desce rozdzielczej widział, że Laney mówiła serio. Wydawało mu się,
że  był  ostrożny,  ale  najwyraźniej  w  jakiś  sposób  udało  mu  się
rozbudzić w niej podejrzliwość. Uśmiechnął się.

– Każdy z nas ma swój mały sekret. Założę się, że ty również.

Zauważył  przelotny  błysk  w  jej  oczach.  Laney  była  jak  otwarta

księga. A może to tylko wrażenie? Może rzeczywiście każdy chowa

tajemnicę, którą chciałby pozostawić w ukryciu.

Postanowił  szybko  zmienić  temat  i  wrócić  do  rozmowy

o Geraldine.

– Jej mąż umarł w zeszłym roku, zgadza się?

–  Tak,  pod  koniec  lata.  Zanim  to  się  stało,  razem  z  Laci

pojechałyśmy już do domu.

Nick zmarszczył brwi.

–  Nie  widziałem  jego  grobu  obok  grobu  Geraldine.  Była  tam  tylko

mogiła bezimiennego dziecka.

– Córeczka Geraldine urodziła się martwa – odparła Laney głosem

bez wyrazu.

Nick  miał  wrażenie,  że  niechętnie  powróciła  do  tematu

background image

morderstwa  Geraldine  i  o  wiele  chętniej  porozmawiałaby

o sekretach zastępcy szeryfa.

– Nigdy nie zdecydowała się na kolejne dziecko?
Laney pokręciła przecząco głową.
–  Babcia  mówiła,  że  Geraldine  nigdy,  przenigdy  nie  chciała  mieć

żadnych  dzieci,  ale  Ollie  się  uparł.  Ponoć  w  jej  rodzinie  występuje
wada  okołoporodowa,  więc  pewnie  Geraldine  obawiała  się,  że  coś

może stać się dziecku. I miała rację.

Nick przetrawił to, co usłyszał, ganiąc się, że w ogóle poruszył ten

temat.

Nic  dziwnego,  że  Laney  traktowała  go  z  nieufnością.  Najpierw

wysyłał sygnał, że jest nią zainteresowany, a potem nagle wycofywał
się, jakby sam nie wiedział, czego chce. Chodziło o to, że doskonale
wiedział, czego pragnął: Laney. I gdyby nie okoliczności…

–  Ollie  zmarł  podczas  wizyty  u  krewnych  w  Minnesocie  –  dodała

Laney.  –  Jego  ostatnim  życzeniem  było  zostać  pochowanym  tam  na

miejscu.

Nick trawił tę wiadomość przez chwilę, po czym odezwał się:

–  Czy  nie  wydaje  ci  się  dziwne,  że  Geraldine  nie  chciała  być

pochowana obok swojego męża?

Wzruszyła ramionami.

–  Łączyło  ją  ze  Starym  Whitehorse  o  wiele  więcej  niż  Olliego.

Chyba  po  prostu  chciała  pozostać  tu,  gdzie  znajdowały  się  jej

korzenie. Wszyscy jej krewni pochowani są na tym wzgórzu.

Nick  pokonał  polną  drogę  i  zaparkował  przed  domem  Laney.

Rozumiał znaczenie korzeni bardziej, niż mogła sobie wyobrazić.

– A gdzie znajdują się twoje korzenie? W Teksasie?

–  Nie  –  odparł  zbyt  szybko,  po  czym  pokręcił  głową.  –  Tak

naprawdę, to nie mam prawdziwych korzeni.

–  Racja.  Przecież  mówiłeś,  że  wychowałeś  się  w  wojskowej

rodzinie i często się przeprowadzałeś.

background image

Czuł,  jak  przewiercała  go  wzrokiem  i  usiłowała  przejrzeć  na

wylot.

– Masz szczęście. T woje korzenie są tutaj. Zazdroszczę ci historii,

którą opowiada to miejsce.

–  Każdy  pisze  swoją  własną  historię  –  odpowiedziała.  –  Niewielu

młodych  ludzi  postanawia  tu  zostać,  bo  nie  może  znaleźć  dobrze
płatnego zajęcia.

–  Szkoda.  –  Przyglądał  się  jej  twarzy,  gdy  szli  w  kierunku  domu.  –

A ty? Czy sądzisz, że kiedykolwiek osiedlisz się tutaj?

– Moja siostra bardzo tego pragnie, a przynajmniej tak twierdzi.
– A ty?
–  Bardzo  mi  się  tutaj  podoba  i  sądzę,  że  mogłabym  znaleźć  tu

zajęcie jako księgowa.

– Ale?
Odwróciła głowę i zagryzła dolną wargę.
–  Jedynym  powodem,  dla  którego  mogłabym  tu  zostać,  byłby

odpowiedni mężczyzna.

Nick poczuł, jak jej słowa przebijają mu serce. Zdecydowanie nie

był tym,,odpowiednim mężczyzną''.

Laney  wiedziała,  że  Nick  nie  zamierza  jej  pocałować.  Kiedy  szli

w  kierunku  drzwi,  usłyszała,  jak  radio  w  jego  aucie  zatrzeszczało.

Zawrócił  i  chwilę  później  dotarło  do  jej  uszu,  jak  dyspozytorka

informuje  Nicka,  że  w  Whitehorse  doszło  do  kolejnej  napaści

w okolicach baru.

– Jedź już lepiej! – krzyknęła do niego. – Dziękuję za kolację i kino.

Było miło.

Zaczęła  otwierać  drzwi  i  nagle  usłyszała  jego  kroki  na  werandzie.

Chwilę później odwrócił ją do siebie i wziął w ramiona. Następne, co

zapamiętała, to smak jego ust, a potem zniknął. Zastanawiała się, czy

nie  wymyśliła  sobie  tego  wszystkiego,  ale  doszła  do  wniosku,  że

nawet jej wyobraźnia nie byłaby zdolna wymyślić takiego pocałunku.

background image

Ani takiego mężczyzny.

Nick zostawił ją oszołomioną i spragnioną dalszego ciągu. I choć jej

analityczny umysł nie dawał mu zbyt wielkich szans, to jednak serce
skłonne  było  postawić  wszystko  na  jedną  kartę.  A  karta  ta  miała
twarz Nicka Rogersa.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Następnego  ranka  Nick  wysłał  e-maila  do  Minnesoty  do  wydziału

ewidencji  narodzin  i  zgonów.  Poprosił  o  informacje  na  temat
Olivera,,Olliego''  Raymonda  Shawa  z  Montany,  który  zmarł
poprzedniego lata na terenie Minnesoty.

Nie  znaleziono  żadnych  dokumentów  potwierdzających  śmierć

Olliego. Poszukiwania w Montanie również zakończyły się fiaskiem.

Nick  udał  się  do  redakcji,,Milk  River  Examiner'',  gdzie  poprosił

Glena  Whitakera,  by  ten  sprawdził,  czy  Geraldine  zamówiła  druk

nekrologu. Okazało się, że tak. Z nekrologu wynikało, że Ollie umarł

w North Pond w Minnesocie, niemal dokładnie rok wcześniej.

Glen zrobił dla Nicka kopię nekrologu i zapytał:

– Pojawiło się coś nowego w sprawie śmierci Geraldine i w tej…

drugiej sprawie?

Niestety,  Nick  nie  miał  dla  Glena  dobrych  wieści.  Wątpił,  czy

dziennikarz  chciałby  usłyszeć,  że  przypuszczalnie  to  kobieta  złoiła

mu skórę kijem bejsbolowym.

–  Jeszcze  nie  –  odparł.  –  Jeżeli  tylko  trafię  na  jakiś  ślad,  pan

pierwszy się o tym dowie.

Wróciwszy do biura, Nick skontaktował się z wydziałem śledczym

w  Minnesocie  i  dowiedział  się,  że  nie  ma  w  tym  stanie  miasta

o  nazwie  North  Pond.  Nie  istniał  również  zakład  pogrzebowy,

o którym była mowa w nekrologu. Brakowało cmentarza, na którym

ponoć pochowano Olliego.

background image

Oliver  Raymond  Shaw  urodził  się  w  Minneapolis,  największym

mieście  Minnesoty,  owszem,  ale  w  tamtejszych  urzędach  nie  było
śladu na temat jego śmierci.

Nick  usiadł,  aby  ułożyć  sobie  w  myślach  wszystkie  informacje.

Gdy  części  układanki  zaczęły  powoli  układać  się  w  logiczną  całość,
wyłaniający  się  obraz  przyprawił  go  o  mdłości.  Czasem  nienawidził
swojej pracy.

Pod  wpływem  impulsu  otworzył  raptownie  dolną  szufladę  biurka

i  wyciągnął  z  niej  telefon  komórkowy.  Do  tej  pory  brak  było
jakichkolwiek wiadomości.

Gdy  włączył  telefon  i  zobaczył  znak  koperty,  serce  niemal

rozerwało  mu  piersi.  Dłonie  zaczęły  mu  się  pocić  pod  wpływem
nagłej  fali  strachu.  Wmówił  sobie,  że  gotów  jest  na  najgorsze,  czyli
wiadomość,  że  ma  wynosić  się  z  kryjówki,  bo  Keller  wpadł  na  jego
trop, ale z drugiej strony wiedział, że prawdopodobnie zanim otrzyma
taką wiadomość, będzie martwy. Z tego samego powodu obawiał się

również zupełnie innej wiadomości.

Głos,  który  odezwał  się  w  poczcie  głosowej  był  oficjalny

pozbawiony 

wyrazu. 

Wiadomość 

zaś 

była 

krótka

i treściwa:,,Rozprawa została przełożona. Będzie pan nam potrzebny

na początku przyszłego tygodnia''.

Sopel lodu wbił się klinem w jego serce. Musi wracać do Kalifornii.

Wzdrygnął  się  na  samą  myśl,  ale  rozumiał,  że  jeżeli  nie  pojawi  się

w sądzie, Keller nie będzie jego jedynym zmartwieniem. Jakby mało

mu było nieprzespanych nocy.

Przyszły tydzień.

Coś  podpowiadało  mu,  że  powinien  uciekać,  ale  nie  istniało

miejsce,  w  którym  czułby  się  bezpieczny.  Nigdzie,  nawet  pośrodku

bezkresnego  pustkowia  Montany,  nie  mógłby  uwolnić  się  od

przeszłości.

T ymczasem  musiał  zająć  się  sprawą  zabójstwa.  Pojechał

background image

w  kierunku  Starego  Whitehorse.  Wyjeżdżając  z  miasta,  spotkał

Chaza, który ciągnął za sobą duży, czerwony wózek. U boku chłopca
szedł wierny pies.

Nick zatrzymał się i zobaczył zbolałą minę Chaza.
–  Pewnie  słyszał  pan  już,  że  Prince  znowu  narobił  kłopotów  –

powiedział szybko Chaz, gdy Nick wysiadł z samochodu. – Właśnie idę
zwrócić wszystko to, co pożyczył.

– Pożyczył? – zapytał Nick, zaglądając do wózka, w którym walało

się  całe  mnóstwo  przeróżnych  przedmiotów,  od  spryskiwacza
ogrodowego po pilota do telewizora.

– Prince wyniósł to wszystko ludziom z domów? – zdziwił się Nick,

podnosząc stary kij bejsbolowy.

–  To  naprawdę  mądry  psiak.  Potrafi  otwierać  siatkowe  drzwi.  –

Chłopiec wzruszył ramionami. – Wchodzi ludziom do domów i wynosi
różne rzeczy.

Nick  wpatrywał  się  w  popękany  i  wyszczerbiony  kij.  W  jednym

z pęknięć znalazł odrobinę zaschniętej, ciemnoczerwonej substancji.

Krew?

– Skąd Prince wziął ten kij? – zapytał Nick, starając się zapanować

nad głosem.

Chaz wzruszył ramionami.

– Nie mam pojęcia, skąd to wszystko wytrzasnął. Chodzę od domu

do domu i pozwalam ludziom zabrać to, co rozpoznają jako swoje. No

i przepraszam za Prince'a.

Nick skinął głową, zastanawiając się, co zrobić.

–  Zrobisz  coś  dla  mnie?  Zapamiętaj,  kto  jaki  przedmiot  weźmie,

żebym mógł potem spisać raport, dobrze? T ylko nie chwal się tym,

bo  nie  chcę,  żeby  ktoś  postawił  ci  zarzut  kradzieży.  Dasz  radę

wszystko zapamiętać?

Chaz szybko kiwnął głową.

Nick położył kij bejsbolowy z powrotem na wózku.

background image

–  Jak  już  wszystko  rozwieziesz,  zapisz  nazwiska  na  kartce,  a  ja

potem wpadnę i odbiorę od ciebie listę, okej?

– Tak jest, panie władzo. Obiecuję, że Prince nie będzie już więcej

sprawiał  problemów.  Ciocia  mówi,  że  będę  musiał  go  w  nocy
trzymać na łańcuchu.

– Myślę, że to dobry pomysł – zgodził się Nick, po czym wsiadł do

auta i odjechał w stronę domu Maddie.

Laney  trafiła  na  tę  stronę  przypadkowo.  Witryna  robiła  wrażenie

totalnej  amatorszczyzny,  epatowała  mnóstwem  dzwoneczków
i świeciła w oczy krzykliwymi kolorami. Pewnie powstrzymałoby ją
to od obejrzenia galerii kandydatów na randkę, ale ciekawość okazała
się silniejsza.

Pierwsze  zdjęcie,  które  pokazało  się  na  ekranie,  nie  było

zaskoczeniem.  Zdjęcie  Violet.  Fatalna  fotografia  –  przycięto
oryginalne  zdjęcie  po  to,  by  wyeksponować  twarz  fotografowanej.
Biedna  Violet.  Laney  była  przekonana,  że  nie  zgodziła  się  na

wykorzystanie  swojego  zdjęcia,  a  co  dopiero  na  umieszczenie  go

w randkowej bazie danych.

Laney  przyjrzała  się  ujęciu  i  stwierdziła,  że  zdjęcie  zrobiono

podczas przyjęcia zaręczynowego Maddie i Bo.

– O cholera!

– Co jest? – zapytała Laci, wchodząc do pokoju. – Zaklęłaś czy mi

się wydawało?

– Nie uwierzysz – odparła Laney, przeskakując do kolejnej oferty.

– Znam ją, była na imprezie – powiedziała Laci, przysuwając sobie

krzesło.

–  Przypuszczam,  że  wszyscy  ci  ludzie  tam  byli  –  rzuciła  Laney,

klikając na kolejne fotografie, aż dotarła do własnej.

– O nie – powiedziała Laci. – Jak mogła?

Arlene  uchwyciła  Laney  w  połowie  słowa.  Było  to  najmniej

korzystne  zdjęcie,  jakie  mogła  sobie  wyobrazić.  I,  co  gorsza,

background image

Arlene,,skojarzyła'' Laney z Nickiem i ochrzciła jedno,,dobrą partią''

dla drugiego. Cóż, przynajmniej jego zdjęcie prezentowało się lepiej.

–  Nie  wierzę  –  powiedziała  Laney.  –  Umieściła  mnie  na  swojej

stronie bez mojej wiedzy.

Z pewnością Nick również nie zgadzał się na obecność na Meet-a-

Mate.

Laci złapała mysz i kliknęła na kolejną fotografię.

–  Uff,  moje  nie  jest  takie  złe  –  skwitowała.  –  Patrz,  w  tle  widać

ciasta.

–  Zaczekaj  chwilę  –  powiedziała  Laney,  wpatrując  się  w  zdjęcie

siostry. – To nie Arlene zrobiła tę fotkę.

Zdjęcie  zostało  zrobione  gdzieś  z  samego  końca  rzędu  stołów

z  deserami,  a  więc  Arlene,  choćby  nawet  chciała,  i  tak  nie  mogła
całkowicie usunąć tła z kadru.

– Masz rację – przyznała Laci. – O, tu jest ręka Arlene. Poznaję ją

po pierścionku. A to musi być ręka Charlotte, spójrz na te tipsy.

– A to czyja ręka? – Po plecach Laney przeszedł dreszcz. – Pewnie

Geraldine. Sięga po ostatnią kokosankę.

Spojrzała na siostrę.

–  Muszę  powiedzieć  o  tym  Nickowi.  Jeśli  istnieje  więcej  zdjęć

z  tej  imprezy,  niewykluczone,  że  na  jednym  z  nich  widać,  jak

morderca podrzuca zatrutą kokosankę.

Nick odnalazł Maddie za domem, gdy krzątała się w ogródku wokół

kwiatów. Wydawała się zatopiona w myślach i nieświadoma istnienia

świata poza ziemią, w której zawzięcie kopała.

– Dzień dobry, Maddie.

–  Nie  słyszałam  pana  samochodu  –  odparła  zaskoczona  i  z

przestrachem w oczach.

Nick  celowo  zaparkował  w  pewnej  odległości  od  domu  i  przebył

ten  odcinek  piechotą.  Za  każdym  razem,  gdy  dzwonił,  matka  Maddie

mówiła  mu,  że  córki  nie  ma  w  domu,  a  ponieważ  dziewczyna

background image

zazwyczaj  parkowała  za  domem  lub  wjeżdżała  autem  do  garażu,  to

nawet  jeśli  zupełnie  nieoczekiwanie  do  nich  zajeżdżał,  jej  matka
z powodzeniem mogła ją kryć.

Nick zdawał sobie sprawę, że dziewczyna wodzi go za nos.
–  Czy  pomagałaś  Geraldine  w  ogrodzie?  –  zapytał,  siadając  na

niewielkiej ławeczce przycupniętej za grządką petunii.

– Czasami – przyznała Maddie.

– Co uprawiała Geraldine? – zapytał Nick.
– To, co rosło w jej ogródku, nie ma chyba nic wspólnego z tym, że

ona nie żyje – powiedziała Maddie.

– Nie ma?
Wbiła wzrok w szpadel.
– Nic o tym nie wiem. Mówiłam już panu.
–  Powiedz  mi:  czy  rok  temu  pomogłaś  jej  przygotować  nową

grządkę za domem?

Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami, w których malowało

się ogromne zaskoczenie.

– Kto pomógł jej zająć się ciałem? – zapytał Nick.

– Słucham?

–  Ciałem  jej  męża.  Geraldine  nie  dałaby  rady  przenieść  go

o  własnych  siłach.  Pytałem  ludzi  i  wszyscy  twierdzą,  że  Ollie  był

dobrze  zbudowanym  mężczyzną.  Potrzebowała  więc  pomocy…

twojej pomocy, skoro byłaś jej jedyną przyjaciółką.

Maddie kręciła głową.

– Miał zawał serca. Nie było jej stać na pogrzeb.

– Wiesz o wiele więcej. To ty pomogłaś jej wszystko zatuszować.

Dlaczego?

Maddie wybuchła płaczem, lejąc morze łez, jakby pękła tama.

– Była dla mnie miła. Nauczyła mnie, jak szydełkować, jak gotować

i uprawiać kwiaty. Mówiła, że byłam dla niej jak córka. Pozwalała mi

bałaganić. Nigdy na mnie nie krzyczała.

background image

Nick wpatrywał się w dziewczynę.

– Czy twoja własna matka nie dbała o ciebie?
–  Matka  nie  znosiła,  kiedy  bałaganiłam.  Wyganiała  mnie  na

podwórze.  Szłam  wtedy  do  Geraldine,  a  ona…  –  Wybuchła
spazmatycznym 

płaczem, 

jakby 

dysponowała 

nieskończonym

zapasem łez, niezdolna wypowiedzieć ani słowa.

–  Komu  powiedziałaś  o  Olliem?  –  zapytał  Nick,  kiedy  już  udało  jej

się złapać oddech.

Rzuciła okiem w stronę domu i otarła łzy.
– Jesteśmy tu tylko we dwoje – powiedział Nick. Zanim zaparkował

auto,  dla  pewności  przejechał  najpierw  powoli  drogą  i  z  ulgą
stwierdził,  że  nie  widzi  nigdzie  samochodu  Sarah.  –  Maddie,  osoba,
której opowiedziałaś o tym, co się zdarzyło, szantażowała Geraldine.
Czy chodzi o Bo?

Gwałtownie potrząsnęła głową.
–  Geraldine  kończyły  się  pieniądze.  Uważam,  że  powiedziała

szantażyście,  że  nie  będzie  więcej  płacić.  Może  nawet  zagroziła,  że

pójdzie na policję i wsypie siebie i jego… więc ją zabił.

–  Nikomu  nie  powiedziałam,  przysięgam.  –  Rzuciła  kolejne

nerwowe spojrzenie w kierunku domu.

–  Ale  ktoś  domyślił  się  wszystkiego,  prawda?  Tego,  że  Geraldine

zabiła Olliego…

Zalała się kolejną falą łez. Wbiła szpadel w ziemię i powiedziała:

– Ollie  to był  chory  mężczyzna. Nie  wiedział,  co robi.  Ona  wcale

nie chciała go zabić. Chciała tylko go powstrzymać… żeby już więcej

mnie nie krzywdził.

Nick otworzył szeroko oczy.

– Mój Boże, Maddie! – Przyciągnął łkającą dziewczynę do siebie. –

W  porządku,  już  wszystko  w  porządku  –  powtarzał,  wiedząc,  że  nic

nie było w porządku.

Nagle  wszystko  zaczęło  nabierać  sensu.  To,  że  według  Laney  jej

background image

kuzynka  zmieniła  się  od  zeszłego  lata.  To,  jak  Maddie  pozwalała  Bo

i jego rodzinie źle się traktować. Wszystko układało się w chorą, ale
jednak logiczną całość.

W końcu szlochy Maddie ucichły. Dziewczynę przeszedł dreszcz.
–  Geraldine  zabiła  go,  bo  ciebie  krzywdził  –  powiedział  Nick

miękko.  –  To  dlatego  pomogłaś  jej  zakopać  ciało.  –  Odchylił  głowę,
żeby spojrzeć jej w oczy. – To nie twoja wina. Maddie, musisz o tym

pamiętać.

Skinęła głową, ale widział, że wcale mu nie uwierzyła.
– Kto się domyślił, Maddie? Kto szantażował Geraldine?
Kto wykorzystał to, co przytrafiło się tej biednej dziewczynie, po

to,  by  wyłudzić  pieniądze  od  jedynej  osoby,  której  Maddie  ufała
i którą kochała?

Maddie znowu łypnęła w stronę domu.
Poczuł  dreszcz  i  powoli  odwrócił  się,  wiedząc  już,  co  zobaczy  –

twarz Sarah Cavanaugh w oknie.

– T woja matka?

Laney  cała  w  skowronkach  odebrała  telefon  Nicka.  Zastanawiała

się, czy nie zadzwonić do niego, a może nawet zaprosić go na obiad.

Może  udałoby  się  namówić  Laci,  żeby  ugotowała  coś  wyjątkowego

i zniknęła na cały wieczór?

– Laney, potrzebuję twojej pomocy.

–  Oczywiście,  że  potrzebujesz  –  zażartowała,  a  poniewczasie

dotarło  do  niej,  że  miał  zmieniony  głos.  Opadła  ciężko  na  krzesło

stojące przy kuchennym stole. – Co się stało?

– Chodzi o Maddie. Czy możemy zaraz do ciebie przyjechać?

– Oczywiście – odparła. – Ale… Zaczekaj… – Rozłączył się.

Wstała,  cały  czas  ściskając  w  ręku  słuchawkę.  Serce  waliło  jej

w piersi jak młot. Maddie? Przez głowę przemknęły jej tysiące myśli.

Powiedział:,,My''. Czy możemy przyjechać?

Wyszła,  żeby  zaczekać  na  nich  na  werandzie.  Oparła  się

background image

o balustradę i wbiła wzrok w drogę, dokładnie tak samo, jak zrobiła to

pierwszego dnia pobytu tutaj, tyle że tym razem dobrze wiedziała, że
zanosi się na coś złego.

Maddie wysiadła z radiowozu. Wyglądała tragicznie.
Laney  podbiegła  do  niej  i  wzięła  ją  w  ramiona.  Bo  Evans…  To  na

pewno o niego chodziło. Co tym razem zrobił jej ten drań? Nieważne,
poradzą  sobie.  Maddie  sobie  poradzi.  T uląc  kuzynkę,  patrzyła,  jak

Nick wysiada z auta. Wyglądał na bardzo zmartwionego.

–  T ylko  cię  ubrudzę.  Sadziłam  kwiaty  –  powiedziała  Maddie

i  odsunęła  się  od  Laney,  by  spojrzeć  na  swoje  ubłocone  robocze
ubranie  i  upaprane  ziemią  dłonie.  W  kącikach  jej  oczu  pojawiły  się
łzy. – Mogę wziąć prysznic?

–  Jedną  chwilę  –  powiedział  Nick,  po  czym  wszedł  do  domu,

zostawiając je na chwilę same.

– Co się stało, Maddie? – zapytała Laney.
Kuzynka pokręciła tylko głową.

–  Po  prostu  muszę  wziąć  prysznic.  I  założyć  jakieś  czyste

ubranie.

– Oczywiście – powiedziała Laney.

Monotonny  głos  Maddie  wystarczył,  by  śmiertelnie  ją  przerazić.

Stało się coś niewyobrażalnie strasznego. Ale co?

Nick  wyszedł  z  domu  i  skinął  na  Maddie.  Weszła  do  środka,

poruszając się niczym lunatyk i powłócząc nogami.

– Co się stało? – zapytała Laney nieznoszącym sprzeciwu szeptem,

gdy  tylko  Maddie  znalazła  się  na  tyle  daleko,  by  nie  słyszeć  ich

głosów.

Nick podniósł palec, wszedł do domu i wrócił kilka chwil później.

– Myślę, że bierze prysznic. Usunąłem z łazienki wszystko, czym

mogłaby zrobić sobie krzywdę.

Laney przełknęła ślinę i poczuła, jak łzy nabiegają jej do oczu.

– Dlaczego miałaby chcieć zrobić sobie krzywdę?

background image

– Lepiej usiądź.

Osunęła się na krzesło.
Laney  już  nigdy  nie  miała  zapomnieć  tej  chwili  ani  tego,  jak  Nick

przysunął się do niej, ujął jej dłonie i miękkim głosem wypowiedział
słowa, które sprawiły, że pękło jej serce.

Nick trzymał Laney w ramionach. Czuł jej ból i wściekłość, a sam

z trudem dusił w sobie podobne uczucia.

Nagle  jednostajny  szum  prysznica  urwał  się.  Laney  w  pośpiechu

wytarła oczy i odsunęła się od Nicka.

– Muszę iść do Maddie – powiedziała. – Co z ciocią Sarah?
– Zgodziła się oddać w ręce sprawiedliwości.
– Czy wujek Roy o tym wie? – zapytała Laney.
Nick skinął głową.
– Źle to przyjął.
–  To  oczywiste.  Wiedziałam,  że  coś  się  święci,  tylko  nie  byłam

pewna co.

– Nikt z nas nie wiedział – odparł Nick. – Maddie potrzebuje porady

psychologa.

Laney przytaknęła.

– Nie martw się o to. Wszystkiego dopilnuję.

– Wiem o tym. – Wstał. – Zadzwonię do ciebie.

Laney skinęła, otworzyła drzwi domu i weszła do środka.

Nick  poszedł  powoli  do  samochodu.  Upał  był  tak  nieznośny,  że

opuścił  szyby  w  aucie  i  ruszył  powoli  w  kierunku  Whitehorse.

Mdliło go. Dziękował Bogu, że Maddie ma Laney i Laci.

Nie  ujechał  daleko,  gdy  zobaczył  Chaza,  który  szedł  wzdłuż  drogi,

ciągnąc  za  sobą  wózek.  Prince  truchtał  grzecznie  obok  chłopca,

wywieszając jęzor. Żar lał się z nieba i choć słońce wisiało już bardzo

nisko nad horyzontem, gorączka była nie do wytrzymania.

Nick zwolnił i zrównał się z chłopcem.

– I jak poszło? – zapytał, zerkając w stronę wózka.

background image

–  Nikt  nie  przyznał  się  do  kija  –  odparł  Chaz  przepraszającym

tonem.  –  Pytałem  wszystkich.  Nie  mam  pojęcia,  skąd  Prince  go
wytrzasnął.

– Czy przygotowałeś dla mnie listę? – zapytał Nick.
– Tak jest, proszę pana. – Wydobył z kieszeni zmiętolony kawałek

papieru. – Pisałem ładnie, żeby pan mnie rozczytał.

Nick uśmiechnął się.

–  Dobra  robota.  –  Rzucił  okiem  na  listę.  –  Czy  mogę  zabrać  kij?

Może uda mi się znaleźć właściciela.

Chaz skinął głową, najwyraźniej z ogromną ulgą, że udało mu się ze

wszystkiego rozliczyć, i wręczył Nickowi kij.

– No to, tymczasem…
–  Będę  trzymał  Prince'a  w  domu  –  oświadczył  chłopak,  szczerząc

zęby.

– Zuch – pochwalił go Nick.
Przekonywał samego siebie, że pies najpewniej znalazł kij w jakimś

rowie albo śmietniku. Jeżeli, jak podejrzewał, kij nosił na sobie ślady

krwi, wtedy jego właściciel nie trzymałby tego przedmiotu w domu,

tylko chciałby pozbyć się go najszybciej, jak to możliwe.

Ale  kiedy  odjeżdżał  w  stronę  Whitehorse,  nie  mógł  pozbyć  się

uczucia  niepokoju,  które  ogarnęło  go,  gdy  przyglądał  się  w  lusterku

sylwetce chłopca i psa, dopóki obydwaj nie zniknęli w oddali.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

–  Maddie  zgodziła  się  na  pomoc  psychologa  –  oświadczyła  Laney,

gdy w sobotę zadzwoniła do Nicka. Nie mogła wprost uwierzyć, jak
dobrze  było  usłyszeć  jego  głos.  Nie  widzieli  się  od  dnia,  w  którym
przywiózł  jej  złe  wiadomości  dotyczące  kuzynki.  –  Laci  pojechała
z nią do Billings.

–  Cieszę  się.  Więc…  zostajesz  tu  dłużej,  niż  planowałaś.  T wój

dziadek  powiedział  mi,  że  zazwyczaj  przyjeżdżasz  tylko  na  kilka
letnich tygodni.

W  jego  głosie  pobrzmiewał  smutek.  Czyżby  myślał,  że  zamierzała

zostać z jego powodu?

–  Nie  martw  się,  niedługo  muszę  wracać  do  pracy.  Ale  nie  mogę

wyjechać,  dopóki  nie  upewnię  się,  że  z  Maddie  wszystko  jest

w porządku.

I dopóki nie zostanie schwytany morderca Geraldine. Chyba że to

już nastąpiło, pomyślała, przypominając sobie o ciotce Sarah.

–  Nie  mogę  uwierzyć,  że  ciocia  nie  pomogła  Maddie.  I  że

wykorzystała  tę  wiedzę,  żeby  puścić  Geraldine  z  torbami…  –

potrząsnęła głową.

–  Sarah  nie  różniła  się  od  innych.  Wygląda  na  to,  że  uwierzyła

w bogactwo Geraldine – powiedział Nick.

Laney westchnęła, czując wstręt do swojej ciotki.

–  Sądzisz,  że  Geraldine  wiedziała,  kto  ją  szantażuje?  I  że  robi  to

matka Maddie?

background image

– Myślę, że nie miała o tym pojęcia.

Laney zebrała się w sobie i zapytała wprost:
– Czy ciocia Sarah zabiła Geraldine?
– Przysięga, że nie.
– Wierzysz jej?
–  Nie  ma  żadnego  dowodu.  Prokurator  zadecyduje,  jakie  zarzuty

zostaną  jej  postawione.  Sarah  przezornie  nie  wpłacała  brudnych

pieniędzy na własne konto, ale przyznała się do szantażu.

–  Biorą  z  wujkiem  Royem  rozwód  –  powiedziała  Laney.  –  Nie

potrafi  przebaczyć  Sarah,  wstyd  mu  za  nią.  Z  jednej  strony
rozumiem,  jak  może  się  czuć,  ale  z  drugiej  strony  szkoda  mi  jej.
Maddie  powiedziała  mi,  że  jej  matka  miała  poczucie,  że  nie  spełnia
oczekiwań rodziny Cavanaugh, że pozostali patrzą na nią z góry.

– Tak… to uczucie, które doskonale poznałem, mając do czynienia

z moją rodziną – rzucił Nick.

Znów  brzmiał  dla  niej  jak  Nick  Rogers,  którego  poznała.  Nie  jak

ten  przemawiający  tonem  biznesmena  gliniarz,  z  którym  jeszcze

przed chwilą rozmawiała. Zagryzła wargę i po chwili powiedziała:

– T ęskniłam za tobą.

Cisza. A potem westchnienie.

– Ja za tobą też.

–  Tak  się  zastanawiałam,  czy  nie  miałbyś  ochoty  przyjść  do  mnie

dziś  wieczorem  na  kolację.  Nie  jestem  co  prawda  tak  dobrą

kucharką, jak moja siostra, ale mogłabym się postarać.

Znów  cisza.  Czuła,  jak  serce  w  jej  piersi  bije  jak  oszalałe,  a  w

uszach  pulsuje  tętno.  O  co  chodziło  z  tym  facetem?  Dlaczego  tak

wiele dla niej znaczył?

– Dziś wieczorem nie mogę, ale dziękuję za zaproszenie.

– Okej, to może jutro? – zapytała, zaskoczona własną odwagą.

Niemal wyczuła, jak na jego twarzy pojawił się grymas.

– Czy jesteś tego absolutnie pewna?

background image

Tak. Nie.

– W poniedziałek wracam do Arizony.
O  mało  nie  dodała  jeszcze,  że  natknęła  się  na  coś,  co  mogłoby

pomóc  rozwiązać  zagadkę  śmierci  Geraldine.  Już  i  tak  ganiła  się
w  myślach,  że  musiała  uciec  się  do  poinformowania  go  o  swoim
wyjeździe, byle tylko skłonić go do przyjęcia zaproszenia na kolację.

– O której? – zapytał, a w jego głosie pojawiła się rezygnacja.

– Siódma?
– Siódma. Dobrze. Co mam przynieść ze sobą?
– T ylko wilczy apetyt – rzuciła i zaraz ugryzła się w język.
Nastąpiła chwila ciszy, kiedy obydwoje zdali sobie sprawę, że mają

na myśli apetyt, który nie ma nic wspólnego z jedzeniem.

Rozłączyła  się,  zanim  mogło  mu  przyjść  do  głowy  zmienić  zdanie.

Słyszała  strach  w  jego  głosie.  Czy  w  przeszłości  ktoś  zranił  jego
uczucia i dlatego tak bardzo obawiał się kierunku, w jakim zmierzała
ich znajomość?

A może obawiał się zostać z nią sam na sam?

Cóż, jutro wieczorem nie będzie miał wyboru. Jutro będą tylko we

dwoje, w ten ciepły, letni wieczór. Ostatni raz.

Nick zganił się w myślach za przyjęcie zaproszenia

Laney. Obiecał sobie, że będzie trzymał się na dystans – zwłaszcza

że będzie musiał stąd wyjechać. Jutro, zaraz po tym, jak pożegna się

z Laney.

Cieszył  się,  że  Laney  wraca  do  domu.  Mesa  w  stanie  Arizona  nie

leżała  znowu  tak  daleko  od  Los  Angeles.  W  zależności  od  tego,  jak

potoczą się sprawy, wtedy być może… Szybko pozbył się tej myśli.

Nawet jeśli w Kalifornii wszystko pójdzie po jego myśli, nie mógł być

pewien, czy Laney będzie chciała go znać po tym, jak dowie się, kim

Nick naprawdę jest.

Przez wiele lat martwił się jedynie tym, by przeżyć i nie wychylać

nosa z kryjówki. Laney sprawiła, że o wszystkim zapomniał, i dała mu

background image

nadzieję.  Sprawiła,  że  nie  tylko  jej  zapragnął,  ale  też  poczuł,  że

chciałby  wrócić  do  życia,  mimo  iż  wiedział,  że  nawet  jeżeli  nie
padnie trupem z ręki Kellera, to po procesie i tak nie zazna spokoju.

Spojrzał  na  listę,  którą  trzymał  w  ręku.  Chaz  spisał  na  kartce

wszystkie  przedmioty,  które  pooddawał  właścicielom,  a  obok
każdego z nich umieścił nazwisko.

Nick  przesłał  kij  bejsbolowy  wraz  z  próbkami  DNA  każdego

mężczyzn, 

którzy 

zostali 

zaatakowani, 

do 

laboratorium

kryminalistycznego  w  Missouli.  Wiedział,  że  to  ludzka  krew,
potrzebował  jedynie  oficjalnego  potwierdzenia,  a  jeżeli  przy  okazji
uda się dopasować DNA…

Podskoczył na dźwięk dzwonka telefonu.
–  Zastępca  szeryfa  Nick  Rogers  –  powiedział  do  słuchawki,

zaskoczony, jak łatwo wcielił się w tę postać.

– 

tej 

strony 

Maximilian 

Roswell 

laboratorium

kryminalistycznego.

Nick wstrzymał oddech.

–  Chodzi  o  kij  bejsbolowy,  który  przesłał  nam  pan  do  analizy.  Tak

jak pan przypuszczał, są na nim ślady substancji, która ponad wszelką

wątpliwość jest ludzką krwią.

– Czy udało się wam uzyskać z niej próbkę DNA?

– Tak, a w dodatku dopasowaliśmy ją do jednej z próbek, które pan

przesłał. To DNA Curtisa McAlheneya.

McAlheney  twierdził,  że  miał  krwotok  z  nosa,  którego  nie  mógł

opanować.  Nick  wypuścił  powietrze  z  płuc,  podziękował  i  odłożył

słuchawkę, po czym zgarnął z biurka kluczyki do samochodu.

W sklepie żelaznym kupił kij bejsbolowy identyczny z tym, który

ukradł  Prince,  a  także  niedużą  puszkę  ciemnej,  czerwono-brązowej

farby  i  pojechał  z  tym  wszystkim  do  domu.  Uderzył  kilkakrotnie

kijem o betonowe schodki tak, żeby wyglądał na zniszczony, a potem

nałożył szmatką farbę tak, żeby nowy kij wyglądał jak ten stary, który

background image

dostał od Chaza.

Wrzucił kij do radiowozu i ruszył w stronę Whitehorse. Po drodze

przejrzał w myślach listę, którą dostarczył mu Chaz. Wyglądało na to,
że  w  całej  okolicy  znajdował  się  tylko  jeden  dom,  z  którego  Prince
nie  zdołał  nic  ukraść.  Albo  inaczej:  nikt  w  tym  domu  nie  zgłosił
pretensji do żadnego spośród ukradzionych przedmiotów.

A jednak Nick był absolutnie pewny, że pies odwiedził ów dom.

Laney  nie  mogła  usiedzieć  na  miejscu.  Rano  zadzwoniła  Laci

i powiedziała, że według niej Maddie czuje się już lepiej.

– Poczekaj – powiedziała Laci. – Maddie chce się z tobą przywitać.
Maddie chciała wiedzieć, czy dzwonił do niej Bo. Nie dzwonił.
–  Właśnie  jadę  do  Evansów  –  powiedziała  Laney.  –  Czy  chcesz,

żebym coś mu przekazała?

– Nie. Nie trzeba.
Zbliżając  się  do  domu  Evansów,  Laney  dostrzegła  karetkę,  która

migając  kogutem,  wyjeżdżała  z  posesji.  Laney  zjechała  na  pobocze,

żeby  przepuścić  ambulans,  po  czym  zaparkowała  przed  domem

Evansów, żeby zobaczyć, co się stało.

Drzwi  otworzyła  jej  Violet,  która  wyglądała,  jakby  dopiero  przed

chwilą  ktoś  wyrwał  ją  ze  snu.  Miała  na  sobie  wypłowiałą,  znoszoną

sukienkę  w  hawajskim  stylu  oraz  włochate,  różowe  kapcie

króliczki.

– Widziałam karetkę… – zaczęła Laney.

–  Matka  nałykała  się  za  dużo  proszków  przeciwbólowych  –

wyjaśniła Violet.

– Wszystko z nią w porządku? – zapytała Laney.

– Przepłukali jej żołądek i zabrali do szpitala na obserwację.

Laney wbiła wzrok w Violet.

– Podejrzewają, że celowo wzięła za dużo pigułek?

Z  głębi  korytarza  wyłonił  się  Bo.  Miał  na  sobie  pomięty

podkoszulek i spodnie od piżamy.

background image

–  Co  ty  jej  opowiadasz?  –  zwrócił  się  do  siostry.  –  Matka  nie

próbowała  się  zabić.  To  był  wypadek.  Bolała  ją  złamana  ręka.  Nie
pamiętała, ile proszków wcześniej połknęła, i tyle.

Obrzucił Violet oskarżycielskim spojrzeniem, po czym obrócił się

na pięcie i poszedł do kuchni.

Violet  patrzyła  za  nim,  a  w  jej  oczach  nie  widać  było  ni  grama

siostrzanej miłości.

Laney zastanawiała się, gdzie podziewała się Charlotte. Musiała być

w pracy, jako jedyna pracująca latorośl w rodzinie Evansów.

– Przykro mi z powodu waszej mamy – powiedziała Laney.
W  gruncie  rzeczy  było  jej  bardziej  przykro,  niż  mogła  otwarcie

przyznać,  miała  bowiem  nadzieję  porozmawiać  z  Arlene.  Chciała  ją
poprosić  o  natychmiastowe  usunięcie  fotografii  swojej  i  Nicka  ze
strony serwisu randkowego. Chciała ponadto poprosić o kopie zdjęć
zrobionych podczas imprezy.

W kuchni Bo przerzucał garnki i patelnie, jakby nerwowo czegoś

szukając. Violet patrzyła na Laney z niechęcią w oczach.

– T woja matka obiecała mi kopie fotografii, które zrobiła podczas

przyjęcia  zaręczynowego  Maddie  i  Bo  –  zełgała.  –  Obiecałam

dwadzieścia dolarów za te zdjęcia, ale chętnie zapłacę więcej, jeśli…

Zanim Violet zdążyła odpowiedzieć, z kuchni wyłonił się Bo.

– Ile? – zażądał odpowiedzi.

–  Czterdzieści  dolarów  –  odpowiedziała  Laney,  krzywiąc  się

w duchu na jego chciwość.

–  Nie  wiem,  po  co  ci  potrzebne  akurat  te  zdjęcia,  ale  mogę  je

skopiować.

Laney zaczekała w salonie razem z Violet. Żadna nie odezwała się

słowem.  Laney  słyszała,  jak  Bo  mamrotał  coś  pod  nosem  do

akompaniamentu  terkoczącej  drukarki.  Przez  chwilę  Laney

rozważała,  czy  nie  usiąść  na  sofie,  ale  wystarczył  jej  rzut  oka  na

pokryte folią meble, by zrezygnować z tego zamiaru.

background image

Kiedy  Bo  wrócił  z  plikiem  kilkudziesięciu  fotografii,  wyjęła

z  portfela  dwa  banknoty  po  dwadzieścia  dolarów  i  wręczyła  mu  je
z uczuciem, że jednak łamie prawo.

Bo Evans wziął pieniądze, wcisnął je do kieszeni i wrócił bez słowa

do kuchni.

Laney sama trafiła do drzwi.
Nick minął się z karetką po drodze do Starego Whitehorse. Wezwał

dyspozytorkę  i  dowiedział  się,  że  Arlene  Evans  przedawkowała
lekarstwa i została zabrana do szpitala. Zawrócił i pojechał za karetką
do Whitehorse.

Kiedy wszedł do szpitalnej sali, Arlene była przytomna, siedziała na

łóżku i skarżyła się pielęgniarce.

– Jak pani się czuje? – zapytał Nick.
–  Dobrze  –  warknęła.  –  Nie  wiem,  dlaczego  wszyscy  robią  wokół

tego  tyle  szumu.  Pomieszały  mi  się  pigułki.  Każdemu  mogło  się
zdarzyć.

– Właśnie do pani jechałem – powiedział Nick. – Chciałem upewnić

się, że wszystko w porządku.

Arlene zmiękła odrobinę.

– To miło z pana strony. Ale niech pan nie myśli, że zapomnę, jak

bez powodu aresztował pan mojego syna.

Nieważne.

–  Widzę,  że  poradzi  sobie  pani  –  odwrócił  się  i  zamierzał  wyjść

z pokoju, kiedy nagle wyczuł zapach jej perfum.

– Pani perfumy pachną znajomo.

–  Podobają  się  panu?  –  zapytała,  uśmiechając  się  szeroko.  –

Należały  do  mojej  matki.  To  moje  ulubione,  bo  przypominają  mi

o niej. Uwielbiała lawendę.

Jadąc  do  domów  Evansów,  Nick  zastanawiał  się,  co  powinien

zrobić.  Czysta  ruletka.  Było  sobotnie  popołudnie.  Za  wszelką  cenę

pragnął wyjaśnić wszystkie zagadki, zanim wyjedzie stąd na dobre.

background image

Pomyślał o Laney i o tym, że powinien się z nią pożegnać. Zrobi to

jutro wieczorem tak, żeby nie zorientowała się, że to pożegnanie.

Dobijała  go  myśl,  że  prawdopodobnie  nie  zobaczy  jej  już  nigdy

w  życiu.  Zastanowił  się,  czy  nie  lepiej  będzie  odwołać  kolację,
ponieważ  wiedział,  że  kiedy  ją  ujrzy,  tym  trudniej  będzie  mu  się
pożegnać.

Zaparkował  auto  przed  domem  Evansów.  Wziął  do  ręki  kij

bejsbolowy  i  wysiadł.  Założył,  że  skoro  było  dopiero  późne
popołudnie, powinien zastać w domu całą trójkę młodych Evansów.

Zapukał  do  drzwi.  Ukazała  się  w  nich  Violet.  W  tle  słychać  było

głośny rytm muzyki. Wypasiona bryka Bo stała przed domem.

– Miałem nadzieję, że twoja mama jest w domu – odezwał się Nick,

cedząc kłamstwo przez zęby.

– Jest w szpitalu – odparła Violet.
– Mam nadzieję, że to nic poważnego.
– Nie. – Przeniosła wzrok z Nicka na spoczywający w jego dłoni kij

bejsbolowy.

– Czy mogę wejść? – zapytał, podnosząc głos.

Violet bez słowa otworzyła drzwi i wpuściła go do środka.

Na  opakowanej  w  folię  kanapie  siedziała  Charlotte.  Ubrana  była

w  króciutką  bluzeczkę  i  równie  skąpe  szorty.  Siedziała  po  turecku

wpatrzona w ekran telewizora, gryząc kosmyk włosów.

–  Pomyślałem,  że  jedno  z  was  mogłoby  mi  pomóc.  Niedawno

zamieszkał w okolicy pewien chłopiec. Jego pies ma taki zwyczaj, że

znosi  do  domu  różne  przedmioty  –  powiedział  Nick,  starając  się

zagłuszyć telewizor, a także na tyle głośno, aby słowa dotarły do Bo. –

Pomyślałem,  że  być  może  to  własność  któregoś  z  was  –  wyciągnął

przed siebie kij.

Zgodnie z oczekiwaniami Nicka, ciekawość Bo wzięła w nim górę.

Wyszedł z pokoju i przemaszerował korytarzem, półśpiący. Wyglądał

jak wyjęty psu z gardła.

background image

– Skąd, do diabła, wziął pan mój stary kij? – zapytał.

– To twoja własność? – upewnił się Nick.
Bo sięgnął po kij.
– Cholera, pewnie, że moja. Zastanawiałem się, co się z nim stało.

Jak to możliwe, że ukradł go jakiś psiak?

Nick wzruszył ramionami.
–  Chłopak  przyniósł  go  do  was.  Wydawało  mi  się,  że  pokazał  go

wam, a wyście powiedzieli, że to nie jest wasz kij.

Bo spojrzał na Violet.
– T y mu powiedziałaś, że to nie mój kij?
–  A  niby  skąd  miałam  wiedzieć,  że  jest  twój?  –  odpaliła  Violet.  –

Charlotte mówiła, że twój się złamał.

Bo odwrócił się na pięcie i wbił wzrok w młodszą siostrę.
–  Powiedziałam,  że  tak  mi  się  wydawało.  –  Charlotte  wzruszyła

ramionami.  –  Przecież  to  stary,  brudny  kij.  Do  czego  ci  on
potrzebny?

Bo, wyraźnie wściekły, kręcił głową i wymachiwał kijem.

–  No,  dobrze,  w  każdym  razie  odzyskałeś  go  –  stwierdził  Nick

i odwrócił się w stronę drzwi, zerkając na Charlotte.

Dziewczyna  zostawiła  włosy  w  spokoju  i  oderwała  wzrok  od

telewizora. Widać było, że nagle zrobiła się spięta. Obawiała się, że

Nick powie Bo, że to ona wpuściła psa do domu?

– Niech pan powie temu dzieciakowi, żeby trzymał swojego kundla

z  dala  od  mojego  domu!  –  krzyknął  Bo,  kiedy  Nick  wsiadł  już  do

radiowozu.

Był  roztrzęsiony  –  częściowo  z  obawy,  że  właśnie  dosłownie

włożył  kij  w  mrowisko,  a  częściowo  dlatego,  że  nadal  odczuwał  złe

wibracje  wypełniające  ten  dom.  A  gdy  dodać  do  tego  ledwo

wyczuwalną  woń  lawendy,  wyszła  z  tego  prawdziwie  zabójcza

mieszanka.

W  sobotni  wieczór  tylko  w  jednym  spośród  czterech  barów

background image

w mieście grała kapela na żywo.

Nick  postawił  na  tę  właśnie  knajpę.  Ustawił  się  tak,  by  móc

jednocześnie  obserwować  zaplecze  budynku  i  samemu  nie  zostać
dostrzeżonym.

Noc  była  chłodna  i  wyjątkowo  ciemna.  Liczył  na  to,  że  napastnik

wykorzysta  to  i  zaczai  się  na  swoją  ofiarę.  Chyba  że  przestępca
zorientował  się,  że  Nick  zwrócił  fałszywy  kij.  Albo  Nick  oddał  kij

w niewłaściwe ręce.

Godziny  mijały.  Nick  wiedział,  że  wszyscy  mężczyźni,  którzy

zostali  zaatakowani,  wyszli  z  baru  tylnymi  drzwiami,  tuż  przed  jego
zamknięciem. Mógł się założyć, że wyszli w czyimś towarzystwie –
najpewniej osoby, która ich stamtąd wywabiła.

Próbował skoncentrować się na tylnym wejściu do knajpy, bacząc

na  osoby,  które  mogły  się  wymknąć,  ale  jego  myśli  nieustannie
dryfowały ku Laney i jutrzejszej kolacji.

Kiedy  wieczór  się  skończy,  jego  już  tu  nie  będzie.  Przygotował

historyjkę,  którą  sprzeda  szeryfowi:  musi  wrócić  do  domu,  żeby

zająć się chorym krewnym.

Już  sam  powrót  do  Kalifornii  będzie  dla  niego  wystarczająco

niebezpieczny,  a  stawienie  się  w  sądzie  i  zeznawanie  w  sprawie

przeciwko Zakowi Kellerowi równać się będzie podpisaniu na siebie

wyroku śmierci. To znaczy o ile w ogóle uda mu się dotrzeć na salę

rozpraw.  Keller  miał  przyjaciół,  którzy  gotowi  byli  oddać  za  niego

życie.

Nie, pomyślał Nick, w duchu śmiejąc się przez łzy, moje życie nie

jest warte nawet funta kłaków. Ale jeżeli nie będę zeznawał, wtedy

Keller nie trafi za kratki. A jeśli tak się stanie, będę zimnym trupem.

Keller  będzie  ścigać  mnie  zawzięcie,  niczym  wściekły  pies,  nawet

gdyby miało mu to zająć całe życie.

Telefon zawibrował w kieszeni. Zaklął pod nosem, kiedy zobaczył,

jak jednocześnie otwierają się tylne drzwi baru. Ze środka wylała się

background image

muzyka. Telefon znów zawibrował. Drzwi zamknęły się ze świstem,

ucinając raptownie muzykę.

Zanim  zaplecze  baru  utonęło  w  ciszy,  Nick  zauważył  kobietę,

która  wymknęła  się  z  knajpy.  Miała  na  sobie  niebieską  sukienkę.
Obserwował,  jak  podeszła  do  samochodu.  Przystanęła  w  ciemności
i  zawahała  się  przez  chwilę,  jakby  nasłuchując,  po  czym  otworzyła
drzwi auta.

Komórka  wreszcie  przestała  wibrować.  Czekał,  wstrzymując

oddech,  a  tymczasem  kobieta  zajęła  miejsce  za  kierownicą.  Nie
uruchomiła jednak silnika. Siedziała nieruchomo i obserwowała tylne
wejście do baru, jak gdyby czekała na kogoś.

Minuta  płynęła  za  minutą.  Zobaczył,  jak  kobieta  opiera  głowę  na

kierownicy.  Niemal  wyczuwał  jej  rozczarowanie  i  złamane  serce.
W końcu Violet Evans włączyła silnik i odjechała.

Nick zaklął  pod nosem.  Był  przekonany, że  to  stanie się  tej  nocy.

Postawił  wszystko,  co  miał,  na  Violet.  Nie  miała  szczęścia  do

mężczyzn,  więc  rozumiał,  skąd  mogło  się  u  niej  wziąć  negatywne

nastawienie  do  nich.  Pojmował,  że  mogło  sprawiać  jej  przyjemność

pranie ich na kwaśne jabłko kijem bejsbolowym po tym, jak zawiedli

ją i rozczarowali.

Ale  mylił  się.  Rzucił  kolejne  przekleństwo.  Zaparkował  radiowóz

kilka przecznic dalej. Miał właśnie ruszyć w stronę auta, kiedy drzwi

baru  otworzyły  się  ponownie.  Szybko  z  powrotem  ukrył  się

w cieniu.

Jakiś mężczyzna wystawił głowę na zewnątrz i rozejrzał się dokoła,

jakby  sprawdzając  przed  wyjściem,  czy  droga  wolna.  Ostrożnie

wyszedł  na  zewnątrz,  nie  przestając  łypać  na  boki,  podciągnął

opadające  spodnie  i  ruszył  w  stronę  starego,  brązowego  pikapa

zaparkowanego na przeciwległym krańcu parkingu.

Ciemność  była  nieprzenikniona.  Nick  nie  potrafił  skojarzyć

mężczyzny  z  żadnym  nazwiskiem.  Podejrzewał,  że  to  ten,  który

background image

wystawił Violet do wiatru.

W  chwili,  gdy  mężczyzna  zbliżył  się  do  swojego  wozu,  Nick

zauważył,  że  ktoś  wyłania  się  ze  spowitej  mrokiem  alejki.  Postać
szybkim  krokiem  zaszła  mężczyznę  od  tyłu.  Nick  nie  zdążył  nawet
dostrzec  tnącego  powietrze  kija,  ale  usłyszał  dźwięk  głuchego
łupnięcia,  kiedy  kawał  drewna  spadł  mężczyźnie  na  plecy.  Człowiek
wydał z siebie:,,Uh'' i runął twarzą na ziemię. Napastnik, skrywający

się  pod  czarną  peleryną  z  kapturem,  błyskawicznie  doskoczył  do
ofiary.

–  Co  jest,  do  diabła?!  –  Nick  zerwał  się  do  biegu,  wyciągając  po

drodze broń z kabury.

Pędem  pokonał  odległość  dzielącą  go  od  rozgrywającej  się  na

parkingu sceny.

Postać zamachnęła się kijem, chcąc wymierzyć kolejny cios. Nick

złapał  go  i  wyszarpnął  napastnikowi,  jednocześnie  wbijając  mu
pistolet w plecy i krzycząc:

– Policja! Nie ruszać się!

Nick  rzucił  kij  na  ziemię  i  sięgnął  po  latarkę.  W  jej  świetle

rozpoznał  czarną  pelerynę  –  taką  samą,  jak  ta,  którą  miała  na  sobie

Violet na pogrzebie Geraldine. Zerwał napastnikowi kaptur z głowy,

obszedł go dokoła i zaświecił prosto w twarz.

Charlotte  Evans  zamrugała  oczami,  oślepiona  światłem  latarki.

Zaskoczony Nick skierował snop światła do dołu.

Charlotte wbiła wzrok w zastępcę szeryfa i uśmiechnęła się:

– Miałam przeczucie, że nie powinnam dziś wieczorem przyjeżdżać

do miasta.

Świt  zastał  Nicka  i  Charlotte  na  posterunku.  Zastępca  szeryfa

spisał raport i umieścił córkę Arlene w areszcie.

– Niczego nie żałuję – powiedziała. – Oni wszyscy na to zasługiwali

– zauważyła, że nie zrozumiał. – Ci mężczyźni – pokręciła głową. – Są

dla mnie mili, bo jestem ładna – nagle zrobiła kwaśną minę. – Ale nie

background image

mogę znieść, jak odnoszą się do mojej siostry. Wydaje im się, że mogą

traktować ją w ten sposób, bo nie jest ładna. To nie w porządku.

Nick  musiał  jeszcze  zadzwonić  do  Arlene  do  szpitala,  obudzić  ją,

a  następnie  wysłuchać  przekleństw,  które  niewątpliwie  spadną  na
jego głowę za aresztowanie ukochanej córeczki pani Evans. Wątpił,
by  Charlotte  dane  było  spędzić  w  areszcie  więcej  niż  jedną  noc.
Wiedział,  że  nigdy  nie  dojdzie  do  procesu.  Ofiary,  pobici  mężczyźni,

nie  wniosą  oskarżenia  przeciwko  kobiecie,  ba,  siedemnastoletniej
dziewczynie.  Zwłaszcza  po  tym,  jak  rozniesie  się  wieść,  dlaczego
zrobiła to, co zrobiła.

Dopiero  następnego  ranka,  po  niespokojnej  nocy,  Nick

przypomniał sobie o telefonie, którego nie odebrał, stojąc na czatach
przed barem.

Sprawdził wiadomość. Okazało się, że dzwonił ktoś z laboratorium

kryminalistycznego.

Nick  oddzwonił  na  komórkę  Roswella.  Przeprosił,  że  dzwoni

w niedzielę.

–  Zapewne  chciałby  pan  wiedzieć,  że  udało  nam  się  dowiedzieć

czegoś  więcej  o  składzie  chemicznym  trucizny,  która  zabiła

Geraldine  Shaw  –  oznajmił  Maximilian.  –  Jeden  ze  składników

trucizny  nie  jest  już  co  prawda  dostępny  na  rynku,  ale  mogę

stwierdzić, że używano go do produkcji zmywacza do tipsów.

Nick zamrugał oczami, zaskoczony.

– Że co, proszę?

– Dobrze pan słyszał. Akurat w tym produkcie było wystarczająco

dużo cyjanku, by zabić człowieka.

Nick potarł czoło. Arlene nosiła tipsy. Charlotte też. A także Sarah,

o  ile  sobie  przypominał.  Ta  ostatnia  miała  motyw,  by  zabić

Geraldine.

W  drzwiach  gabinetu  stanęła  dyspozytorka,  pokazując  na  migi,  że

Nick ma do odebrania pilny telefon.

background image

– Pozwoli pan, że później oddzwonię – powiedział Nick i rozłączył

się.

–  To  ze  szpitala.  Ktoś  właśnie  próbował  udusić  Arlene  Evans

poduszką. Udało mu się uciec. Funkcjonariusze przeszukują okolicę,
ale na razie bezskutecznie.

Wychodząc z biura, Nick słyszał dzwonek komórki spoczywającej

w  dolnej  szufladzie  biurka,  ale  nie  wrócił,  by  ją  odebrać.  Nie  miał

ochoty dowiedzieć się, że proces odroczono. Laney miała wyjechać
w poniedziałek, a Nick chciał po prostu zakończyć sprawę.

Nie  odebrał  telefonu,  który  zamilkł  dopiero  w  momencie,  gdy

zastępca  szeryfa  odjeżdżał  spod  budynku,  nie  usłyszał  więc,  jak
mężczyzna  na  drugim  końcu  linii  zostawia  krótką,  acz  treściwą
wiadomość:,,Zostałeś zdemaskowany. Uciekaj. Natychmiast''.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Laney  zadzwoniła  do  Laci  w  niedzielę  rano  z  zapytaniem,  co

powinna przygotować na kolację.

–  Coś  egzotycznego.  Coś,  czego  jeszcze  nigdy  w  życiu  nie  jadł.  –

Laci  zaczęła  sypać  jak  z  rękawa  nazwami  potraw,  o  których  Laney
nigdy  nie  słyszała.  Pomyślała,  że  popełniła  błąd,  prosząc  siostrę
o poradę.

– Myślę, że to powinno być coś prostego i domowego, nie wiem,

klopsiki z purée ziemniaczanym i świeżym groszkiem.

– No, chyba sobie żartujesz – zawyła Laci w słuchawce. – Musisz

zrobić na nim wrażenie swoim talentem kulinarnym.

Laney  wolałaby  zrobić  na  nim  wrażenie  intelektem,  poczuciem

humoru albo wdziękiem.

– A jak tam Maddie? – zapytała.

–  Coraz  lepiej.  Terapeuta  pozwolił  jej  zadzwonić  do  Bo.  A  Bo

zerwał  zaręczyny.  Powiedział,  że  Maddie  sprawia  same  kłopoty

i  obwinił  ją  o  całe  zło.  Po  tej  rozmowie  Maddie  była  załamana,  ale

wydaje  mi  się,  że  w  końcu  przejrzała  na  oczy  i  zdała  sobie  sprawę,

jakim człowiekiem jest Bo Evans.

– To dobrze.

–  Miłej  kolacji  z  Nickiem.  Wprost  nie  mogę  uwierzyć,  jak

doskonale do siebie pasujecie. – Laci rozpływała się w zachwytach.

Laney zaśmiała się.

–  To  tylko  letnia  przygoda.  W  poniedziałek  wracam  do  domu.  –

background image

W  głębi  duszy  miała  nadzieję,  że  ani  jedno,  ani  drugie  nie  okaże  się

prawdą.  –  Nie  zmieniłaś  przypadkiem  zdania  à  propos  pozostania
w Montanie i otwarcia firmy cateringowej?

–  Nie,  ale  ciężko  mi  pogodzić  się  z  myślą,  że  zobaczymy  się

dopiero na Święto Dziękczynienia.

– A kto ci powiedział, że przyjadę wtedy do Whitehorse? – zapytała

Laney.

–  Ależ  oczywiście,  że  przyjedziesz.  Będziesz  chciała  zobaczyć  się

z Nickiem.

To  akurat  prawda.  Po  raz  pierwszy  od  tylu  lat  nie  pragnęła

opuszczać tego miejsca wraz z końcem lata. Gdyby sama sobie była
szefem, przeciągnęłaby swój wyjazd tak długo, jak to możliwe.

Skupiła  się  na  wieczornym  menu.  Chciała,  by  przygotowanie

kolacji  nie  sprawiło  jej  zbyt  wiele  trudności.  Pomyślała,  że  pewnie
będzie tego żałować, ale jednak zdecyduje się na klopsiki. Ustaliwszy
to, wzięła się ochoczo do pracy.

Dużo  trudniejszą  decyzją  okazał  się  wybór  stroju  na  wieczór.  Za

wszelką  cenę  pragnęła,  żeby  ani  jedzenie,  ani  ubiór  nie

oznajmiały:,,Nie  mogę  się  doczekać''  albo,  broń  Boże:,,Jestem

zdesperowana''.  Kiedy  klopsiki  leżały  już  w  piekarniku,  ziemniaki

bulgotały w garnku, a groszek, zebrany i wyłuskany, czekał tylko, by

go ugotować, dopiero wtedy postanowiła odpowiednio się ubrać. Nie

chciała krzątać się w kuchni, kiedy zjawi się Nick.

Zdecydowała się na swoją ulubioną letnią sukienkę na ramiączkach.

Związała  włosy  w  koński  ogon  i  nałożyła  na  usta  odrobinę

błyszczyku. Hm, subtelny makijaż.

Ustawiła  stół  na  werandzie  i  umieściła  na  środku  papierowy

lampion.  Dążąc  do  prostoty,  darowała  sobie  nawet  elegancką

zastawę,  aczkolwiek  właśnie  zastanawiała  się,  czy  może  jednak  nie

wrócić po nią do środka, gdy nagle usłyszała odgłos silnika.

Na widok Nicka serce zaczęło jej bić jak oszalałe, a gardło wyschło

background image

na  wiór.  Nick  miał  na  sobie  dżinsy,  koszulę  z  długim  rękawem

kowbojki. 

Wydawał 

się 

przestraszony 

onieśmielony,

a jednocześnie szczęśliwy, że ją widzi.

Uśmiechnęła się do niego z góry – ona stała na werandzie, a on u jej

stóp.

– Mam nadzieję, że lubisz klopsiki.
Wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Uwielbiam.
Laney roześmiała się.
– A może masz ochotę na piwo przed obiadem?
–  Znowu  udowadniasz  mi,  że  jesteś  kobietą  moich  marzeń  –

powiedział, pokonując schodki na werandę.

Stanął  tak  blisko  niej,  że  doskonale  czuła  jego  czysty,  męski

zapach.

Patrzył  na  nią  maślanym  wzrokiem  i  był  tak  blisko,  że  nagle

poczuła wzbierającą w niej falę pożądania.

– To ja może pójdę po to piwo – odezwał się cicho.

Skinęła tylko głową i powiodła za nim wzrokiem, a gdy tylko zniknął

w drzwiach, złapała się krzesła, żeby odzyskać równowagę. Jej sutki,

twarde  niczym  kamyki,  napierały  na  wnętrze  jedwabnego  stanika

i odznaczały się na sukience. Poczuła, jak oblewa ją rumieniec. Miała

ochotę darować sobie całą tę kolację i formalności i od razu przejść

do rzeczy. Chciała, żeby wziął ją tutaj, na tej werandzie tak, by każdy

mógł ich zobaczyć.

Podskoczyła, gdy poczuła jego dotyk.

– Chyba jest ci gorąco – szepnął jej do ucha, po czym przycisnął jej

do skroni oszronioną butelkę piwa.

– I jak? – zapytał łagodnie.

Nie  odważyła  się  spojrzeć  mu  w  oczy  w  obawie,  że  on  wyczyta

w  nich  odpowiedź,  zobaczy,  co  dzieje  się  w  jej  sercu,  i  obydwoje

staną  się  przyczyną  plotek  –  oczami  wyobraźni  widziała,  jak  wśród

background image

mieszkańców  Starego  Whitehorse  rozchodzi  się  z  ust  do  ust  wieść

o  tym,  co  zdarzyło  się  między  nią  a  Nickiem  na  werandzie  domu
Cavanaughów – i to w niedzielę!

Ich spojrzenia spotkały się.
Jeżeli  zaraz  jej  nie  pocałuje,  będzie  krzyczała.  O  tak,  tak  właśnie

zrobi.  Gorąco  pragnęła  jego  dotyku.  Oddychała  ciężko,  czując,  jak
twardnieją jej sutki, a reszta ciała wiotczeje.

Nawet  na  sekundę  nie  spuszczając  z  niej  wzroku,  przez  materiał

sukienki  przyłożył  lodowate,  mokre  szkło  do  jej  piersi.  Zamknęła
oczy i wydała z siebie cichy jęk.

Nick  odstawił  butelki  na  stół,  po  czym  objął  ją  jedną  ręką  w  talii

i  przyciągnął  do  siebie.  Poczuła  na  wargach  gorąco  jego  ust.  Zimna,
mokra  dłoń  objęła  jej  pierś,  a  potem  ześlizgnęła  się  niczym  wąż  po
udzie i zawędrowała aż pod majteczki.

Wydała z siebie jęk rozkoszy i odrzuciła głowę do tyłu, podczas gdy

jego usta całowały jej piersi. Nigdy nie pragnęła żadnego mężczyzny

tak bardzo, jak teraz rozpaczliwie pożądała Nicka. A przecież zawsze

sceptycznie słuchała podszeptów serca.

Kiedy wziął ją w ramiona, zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała

z taką pasją, jakby od tego zależało jej życie.

Kopnął  siatkowe  drzwi  i  wniósł  ją  do  chłodnego,  tonącego

w  półmroku  domu.  Sąsiedzi  jednak  nie  zobaczą,  co  się  między  nimi

rozgrywa.

W ferworze miłosnych zmagań przyciągnęła go do siebie, wpiła się

ustami  w  jego  usta,  dłońmi  mocowała  się  z  guzikami  jego  koszuli,

a potem spodni, podczas gdy on ściągał jej sukienkę przez głowę.

Usłyszała,  jak  nabrał  gwałtownie  powietrza,  gdy  jego  spojrzenie

spłynęło  po  jej  ciele  niczym  gorący  płynny  miód,  a  w  ślad  za  nim

podążyły  dłonie.  Zdjął  z  jej  ramienia  najpierw  jedno,  a  potem  drugie

ramiączko  stanika.  Jego  usta  wędrowały  od  jej  warg  do  szyi

i zatrzymały się na piersi. Odchyliła się do tyłu i oparła dłońmi o jego

background image

nagą  klatkę  piersiową.  Wziął  w  usta  jej  sutek,  pobawił  się  nim  i  za

chwilę przeniósł się na drugą pierś. Głośno jęknęła i przyciągnęła go
do  siebie  jeszcze  bliżej,  obejmując  dłońmi  jego  biodra.  Sięgnęła  do
przodu i poczuła, jak bardzo jej pożąda.

–  Laney  –  wyszeptał,  kiedy  pociągnęła  go  za  sobą  na  podłogę.  –

Laney.

Pierwszy raz był szybki i gwałtowny. Wydała z siebie głośny krzyk

i  zadrżała  w  jego  ramionach.  Rozpaleni  i  spoceni,  oddychali  głośno
i pospiesznie.

Później,  leżąc  w  jego  objęciach,  ledwo  usłyszała,  jak  wyłącza  się

minutnik,  sygnalizując,  że  klopsiki  są  już  gotowe.  Nagle  zaburczało
mu  w  brzuchu.  Laney  wsparła  się  na  łokciu  i  spojrzała  na  niego.
Ujrzała w jego oczach tyle czułości, że myślała, że pęknie jej serce.

Po kolacji z klopsików, ziemniaków i groszku, gdy słońce zniknęło

za  horyzontem,  a  powietrze  ochłodziło  się  o  dobrych  kilka  stopni,
Nick  zgasił  świeczkę  w  lampionie  i  kochał  się  z  Laney  na

werandzie.

Nie  widziała  jego  oczu  w  ciemnościach,  ale  czuła  go  całą  sobą.

Kochał  się  z  nią,  jakby  usiłował  zapamiętać  każdy  skrawek  jej  ciała.

Jakby ta noc miała zostać ich pierwszą i zarazem ostatnią.

–  O  mój  Boże!  –  Dzbanek  z  głośnym  hukiem  roztrzaskał  się

o podłogę.

Nick  usiadł  wyprostowany  jak  struna  na  dźwięk  głosu  Laney

i  hałasu  pękającego  szkła.  Gwałtownym  ruchem  wyrwał  pistolet

z  rzuconej  na  podłogę  obok  łóżka  kabury  i  wparował  do  kuchni.

Laney  stała  przed  telewizorem,  na  podłodze  walały  się  pozostałości

dzbanka, a sok płynął strumieniami po płytkach.

Bez słowa pokazała palcem na telewizor.

Nick  odwrócił  się  w  samą  porę,  by  ujrzeć  swoje,  zrobione

z  ukrycia  zdjęcie,  które  zajmowało  cały  ekran.  Po  chwili  ustąpiło

miejsca  Arlene  Evans.  Kobieta  siedziała  na  szpitalnym  łóżku

background image

i uśmiechała się do kamery.

–  Cóż,  wpadłam  na  ten  pomysł,  żeby  pomóc  młodym  ludziom

mieszkającym  na  wsi  –  mówiła  Arlene.  –  W  naszej  części  Montany
gospodarstwa  są  od  siebie  oddalone  czasem  nawet  o  wiele
kilometrów.  A  tymczasem  nasza  młodzież  ma  nie  tylko  bardzo  dużo
obowiązków  na  farmie  lub  ranczu,  ale  też  niezwykle  mało  czasu
i okazji, by spotykać się ze swymi rówieśnikami. Dlatego wpadłam na

pomysł 

internetowego 

serwisu 

randkowego 

Meet-a-Mate

przeznaczonego dla mieszkańców wiejskich obszarów Montany.

–  Nie  –  jęknął  Nick,  kładąc  broń  na  blacie.  Nie  mógł  uwierzyć

własnym oczom.

–  Zrobiła  zdjęcia  wszystkim  obecnym  na  imprezie,  a  potem

umieściła  je  na  swojej  stronie  –  powiedziała  Laney.  –  A  teraz
wszyscy trafiliśmy do ogólnokrajowej telewizji.

Telewizja ogólnokrajowa. Już był martwy.
– Chciałam powiedzieć ci wczoraj wieczorem…

– Wiedziałaś o tym? – warknął.

Zamarła.  Zaskoczył  ją  i  zranił  ton  jego  głosu.  Chciała  cofnąć  się

o krok.

– Nie ruszaj się!

Miała bose stopy, a wokół leżały kawałki rozbitego dzbanka tonące

w  morzu  soku  pomarańczowego.  Złapał  kawałek  ręcznika

papierowego i schylił się, żeby pozbierać stłuczone szkło.

–  Przepraszam.  Chodzi  o  to,  że…  –  że  miał  przerąbane.  –

Przepraszam,  mnóstwo  tu  szkła  –  powiedział,  próbując  ochłonąć.

Widok własnej twarzy w telewizji przyprawił go o zawrót głowy.

–  Chciałam  ci  o  tym  powiedzieć,  ale  zapomniałam.  Pojechałam  do

Arlene  i  zdobyłam  kopie  zdjęć,  które  zrobiła  na  przyjęciu.

Zamierzałam ci je pokazać, bo myślałam, że może przydadzą się…

Spojrzał na nią. Miała na sobie jedwabny szlafrok, który opinał jej

ciało.  Ciało,  które  Nick  znał  teraz  na  pamięć.  Wystarczyło  mu

background image

spojrzeć na nią, by znów poczuć przypływ pożądania.

W  nocy,  gdy  już  zasnęła,  długo  się  w  nią  wpatrywał,  za  wszelką

cenę pragnąc mieć ją dla siebie nie tylko na jedną noc. Nigdy nie czuł
czegoś  takiego.  Przerażało  go  to.  Dlatego,  że  jego  życie  nie  było
teraz  tylko  i  wyłącznie  jego  własnością.  Dlatego,  że  jutro  mógł  być
martwy.

Przerażało  go  to,  że  pragnął  Laney  tej  nocy,  następnej  nocy

i  każdej  kolejnej,  aż  do  końca  życia.  Chciał  kupić  jej  pierścionek,
oświadczyć się, stanąć u jej boku przed ołtarzem i wyznać miłość aż
po grób.

Wiedział,  że  to  prawdziwe  uczucie.  Zakochał  się  w  niej.

Przyciągnął  ją  do  siebie  i  mocno  przytulił.  Wyczuwał  jej  strach
i  zagubienie.  Przeklinał  samego  siebie  za  to,  że  dopuścił  do  takiej
sytuacji.

– Przepraszam, muszę już iść – powiedział i zrobił krok do tyłu.
Zabrał  broń  leżącą  na  kuchennym  blacie.  Otworzył  usta  –  z  całej

siły  pragnąc  opowiedzieć  jej  wszystko,  całą  prawdę  –  i  zaraz  je

zamknął. Musiał uciekać. Teraz. Zaraz.

– Zadzwonię do ciebie później – powiedział i wrócił do sypialni.

– Mam te zdjęcia, jeśli chcesz…

–  Za  późno  już  na  zdjęcia  –  powiedział,  ubierając  się.  Podniósł

głowę i zobaczył, że Laney stoi w drzwiach sypialni.

–  Co  się  stało?  –  zapytała,  mrużąc  oczy.  –  Jeżeli  chodzi  o  zeszły

wieczór, to…

–  Nie,  nie  o  to  chodzi…  Laney,  ta  noc  była…  niewiarygodna.  Ja

nigdy…  –  zabrakło  mu  słów.  –  Ale  nie  powinna  była  się  wydarzyć.

W tej chwili nie wolno mi się z nikim wiązać.

–  Nie  musisz  się  tłumaczyć.  Rozumiem.  –  Podeszła  do  łóżka  i  ze

złością  rzuciła  fotografie  na  kołdrę.  A  potem  obróciła  się  na  pięcie

i wyszła.

Musiał ugryźć się w język, by nie zawołać za nią. Powiedz jej, do

background image

ciężkiej  cholery,  po  prostu  powiedz  jej  prawdę,  przeklinał

w  myślach,  mocując  kaburę.  Jego  zdjęcie  obiegło  cały  kraj.  Keller
znajdzie go w mgnieniu oka. Musi uciekać z miasta. Najlepszą rzeczą,
jaką mógł teraz zrobić dla Laney, to odsunąć ją od siebie najdalej, jak
to możliwe.

Miał  zamiar  zostawić  zdjęcia  tam,  gdzie  rzuciła  je  Laney,  ale

w ostatniej chwili ułożył je w stosik i zabrał ze sobą, aby przekazać

jednemu  z  zastępców  szeryfa  –  oczywiście  po  tym,  jak  zniszczy  te
fotografie,  na  których  znajdzie  choćby  milimetr  własnej  osoby.  Nie
chciał  zostawiać  Kellerowi  najmniejszego  śladu,  który  mógłby
doprowadzić go do Laney, w razie gdyby sprawy w Kalifornii poszły
źle.

Przystanął  w  drzwiach  wejściowych  i  spojrzał  w  stronę  kuchni.

Bardzo pragnął zostać z Laney. Ale jego życie warte było teraz tyle,
co nic.  Nie mógł  jej  niczego zaoferować.  Bycie  z nim  stanowiło  dla
niej śmiertelne zagrożenie.

Otworzył  drzwi  i  szybko  przeszedł  przez  werandę,  zbiegł

schodkami  i  wsiadł  do  radiowozu.  Nie  obejrzał  się  za  siebie.  Nie

potrafił.

Laney podeszła do okna i patrzyła, jak Nick odjeżdża spod jej domu.

Miał rację co do zeszłej nocy: była niewiarygodna. Tak bardzo się do

siebie zbliżyli. Za bardzo – teraz to rozumiała. Od początku czuła, że

Nick boi się stałego związku. Nie chciał wpuścić jej do swego życia.

Gdy zobaczyła go po raz pierwszy, od razu poczuła, że między nimi

zaiskrzyło. Zakochała się w nim po uszy, a teraz została ze złamanym

sercem.

Chciała  żałować  tego,  że  wywołał  w  niej  te  uczucia,  pragnęła

przeklinać  samą  siebie  za  zeszłą  noc,  ale  nie  potrafiła.  Miałaby  do

siebie  o  wiele  więcej  żalu,  gdyby  wyjechała  z  miasta  i  nie  poszła

z  nim  do  łóżka.  Cóż,  wspomnienie  tej  nocy  zawsze  będzie  jej

przypominało Nicka, ale przynajmniej tyle miała.

background image

Zadzwonił  telefon.  T ętno  Laney  gwałtownie  przyspieszyło.

Sięgnęła  po  słuchawkę.  Niech  to  będzie  Nick,  błagam,  niech  to
będzie Nick.

– No i? – zapytała Laci. – Jest tam jeszcze?
–  Nie  –  odparła  Laney,  usiłując  ukryć  rozczarowanie.  –  Musiał

wyjść.

– Wczoraj wieczorem czy dziś rano?

Laney uśmiechnęła się mimo woli.
– Dziś rano.
– No i?
–  Było  wspaniale.  Miałam  do  ciebie  zadzwonić.  Postanowiłam  nie

czekać do jutra i wyjechać jeszcze dzisiaj. Pojadę do Billings i złapię
jakiś samolot.

–  Wyjeżdżasz?  A  co  z  Nickiem?  Och  nie,  ugotowałaś  klopsiki,

prawda?

– Bardzo mu smakowały. To była tylko letnia przygoda, przecież ci

mówiłam.

– T rudno mi w to uwierzyć.

– Bo jesteś nieuleczalną romantyczką. Słuchaj, naprawdę muszę już

pędzić.  Zadzwonię  do  ciebie,  kiedy  dotrę  do  Mesy.  Przekaż  Maddie

pozdrowienia ode mnie.

–  Przykro  mi,  Laney  –  zdążyła  powiedzieć  Laci,  zanim  jej  siostra

odłożyła słuchawkę.

Jadąc  do  Whitehorse,  Nick  planował  swoją  ucieczkę.  Najpierw

wpadnie  do  biura  po  komórkę,  potem  do  mieszkania  po  kilka

niezbędnych  rzeczy.  Był  spalony,  ale  nawet  jeśli  Keller  obejrzał

poranny wywiad z Arlene, to i tak nie zdoła zbyt szybko dotrzeć do

Montany.  Chyba  że  Keller  namierzył  go  już  wcześniej.  Zawsze

istniała  taka  możliwość,  o  czym  Nick  dobrze  wiedział,  ponieważ

Keller  wyszedł  za  kaucją  i  najpewniej  wkładał  całe  swoje  siły

w poszukiwania.

background image

Radio zabrzęczało.

–  Miał  miejsce  kolejny  zamach  na  życie  Arlene  Evans  –

poinformowała go dyspozytorka.

Nick  wycedził  bezgłośnie  przekleństwo.  Nie  mógł  teraz  się  tym

zająć,  musiał  wyjechać  z  miasta,  zanim  będzie  za  późno.  Mógł  się
tylko  domyślać,  od  jak  dawna  jego  zdjęcie  wisiało  w  internecie.
Keller mógł już dawno rozesłać wici. Niewykluczone, że w tej chwili

wszyscy jego ludzie polowali na Nicolasa Giovanniego.

–  Arlene  znajduje  się  pod  naszą  opieką  i  czuje  się  dobrze  –

powiedziała  dyspozytorka.  –  Powinien  pan  jednak  pojechać  do
aresztu.

– Złapano osobę, która zaatakowała Arlene?
– Jedna z pielęgniarek złapała ją na gorącym uczynku. Sprawczynią

jest Violet Evans.

Laney  zakończyła  rozmowę  z  Laci,  otarła  łzy,  wściekła  na  samą

siebie,  że  tak  się  rozkleiła,  po  czym  rzuciła  się  w  wir  pracy.

Sprzątała  kuchnię  tak  długo,  aż  wszystko  się  świeciło.  Następnie

zabrała się za pakowanie rzeczy. Postanowiła, że pojedzie do Billings

i tam złapie samolot do domu. Nie potrafiła znieść myśli, że miałaby

zostać tu na kolejną noc.

Nie  miała  ze  sobą  zbyt  wielu  rzeczy,  w  przeciwieństwie  do  Laci,

która  do  czterech  walizek  upchnęła  chyba  wszystko,  co  posiadała.

Szybko uwinęła się z pakowaniem i wkrótce gotowa była do wyjazdu.

Wyniosła  walizkę  na  werandę  i  cofnęła  się,  żeby  sprawdzić,  czy

wszystko wyłączyła.

Na  dźwięk  zbliżającego  się  auta  jej  serce  przyspieszyło.  Jej

pierwszą myślą było:,,To Nick''.

Pokonała  biegiem  korytarz,  pchnęła  drzwi  i  stanęła  jak  wryta.

Gotowa była rzucić się Nickowi na szyję. Nie wiedziała, dlaczego tak

bardzo  obawiał  się  tego,  co  działo  się  między  nimi.  Nieważne.  Oby

tylko przestał od niej uciekać.

background image

Ale człowiek, który wysiadł z wozu, nie był Nickiem.

Laney spojrzała nieznajomemu mężczyźnie w oczy i wiedziała już,

że  będzie  on  ostatnią  osobą,  jaką  w  życiu  zobaczy,  bo  w  następnej
chwili  człowiek  ten  wyciągnął  zza  pazuchy  pistolet  i  wymierzył  go
w jej serce.

– Wejdźmy do środka – powiedział, wchodząc na werandę. Złapał ją

za ramię, zanim zdążyła się ruszyć, i przystawił jej broń do skroni. –

Musimy  porozmawiać  o  naszym  wspólnym  znajomym,  Nicolasie
Giovannim.

Dwóch  policjantów  siedziało  z  Violet  w  pokoju  przesłuchań

w areszcie.

Rozsiadła się na krześle przy sfatygowanym stole i wyglądała, jakby

zaproszono ją na lunch, a nie oskarżono o próbę zabójstwa.

Nick  wszedł  do  pomieszczenia,  a  ona  spojrzała  na  niego  i  posłała

mu uśmiech. Nie widać było, żeby płakała.

– Witaj, Violet.

– Dzień dobry, szeryfie – odparła.

–  Masz  ochotę  opowiedzieć  mi,  co  tu  się  dzieje?  –  zapytał  Nick,

starając się dorównać jej spokojem.

Spojrzała mu wyzywająco w oczy.

– Dziś rano próbowałam zabić moją matkę.

– Rozumiem, że nie był to pierwszy raz? – zapytał, usiłując nadać

swoim słowom neutralny wydźwięk.

–  Wcześniej  próbowałam  udusić  ją  w  szpitalu,  ale  przeszkodzono

mi.  Wtedy  ukryłam  się  w  schowku.  Nie  odpowiadam  za  nasze

pozostałe próby zamordowania jej.

Nasze?  Przez  kilka  chwil  mierzył  ją  wzrokiem,  a  potem  wyjął

notatnik i ołówek, choć widział, że całe przesłuchanie filmowano. Po

prostu potrzebował zyskać na czasie.

–  Mówisz,  że  nie  odpowiadasz  za,,wasze''  próby?  –  zapytał

wreszcie.

background image

– Moje, Bo i Charlotte – odparła rzeczowo.

– Opowiedz mi o tym.
Opowiedziała 

wszystkim, 

począwszy 

od 

przyjęcia

zaręczynowego.  Charlotte  poddała  pomysł  otrucia  matki  za  pomocą
kokosanki. Do Violet należało upieczenie ciastka i upewnienie się, że
na  talerzu  zostanie  tylko  jedna,  zatruta  kokosanka,  kiedy  Charlotte
zaoferuje ją Arlene.

–  A  zatem  kokosanka  nie  była  przeznaczona  dla  Geraldine  –

powiedział.

– Było mi przykro z powodu śmierci Geraldine. Chociaż Charlotte

mówiła, że tylko wyświadczyliśmy jej przysługę. – Violet wzruszyła
ramionami.

– A Bo?
–  Śmierć  Geraldine  niespecjalnie  go  obeszła.  Był  wkurzony,  bo

teraz to on musiał wymyślić jakiś plan – odpowiedziała.

–  Chodzi  mi  o  to,  jaką  rolę  odegrał  Bo  w  pozostałych  próbach

pozbawienia Arlene życia.

– Aha – odparła. – Zepchnął ją ze schodów, a potem udał, że to był

wypadek.  Matka  naturalnie  wybaczyła  mu.  Zawsze  był  jej

ulubieńcem.

– Wydawałoby się, że to dobry powód, aby nie pragnąć jej śmierci

– zauważył Nick.

– Bo nienawidził jej tak samo, jak my. Nie znosił tego, jak się nim

chwaliła. Chciał, żeby zniknęła.

Violet mówiła to takim tonem, jakby opowiadała nie o morderstwie

z zimną krwią, lecz o pogodzie albo menu na obiad.

– A przedawkowanie?

– To Charlotte. Wrzuciła matce pigułki do kawy.

–  Gdzie  był  wasz  ojciec,  kiedy  to  wszystko  się  rozgrywało?  –

zapytał Nick.

–  On  bez  przerwy  pracuje.  Myślę,  że  robi  to  dlatego,  żeby  nie

background image

musieć wracać do domu. Przyjeżdża tylko coś zjeść i wyspać się.

Nick  zdjął  kapelusz  i  przeczesał  włosy  palcami.  Musiał  ruszać

w  drogę,  ale  był  tak  zaskoczony  rozwojem  wypadków,  że  nie  mógł
powstrzymać  się  od  zadania  pytania,  które  od  dawna  go
prześladowało:

– Dlaczego chcieliście, żeby matka umarła?
Spojrzała mu prosto w oczy i uśmiechnęła się z żalem.

–  Naprawdę  musisz  pytać?  Matka  wydałaby  mnie  za  Kubę

Rozpruwacza,  gdyby  tylko  mogła.  A  skoro  nie  potrafiła  znaleźć  dla
mnie  męża,  postanowiła  uczynić  moje  życie  nieznośnym.
Próbowałam  znaleźć  męża  choćby  po  to  tylko,  żeby  uwolnić  się  od
niej, ale nic z tego. Nikt mnie nie chce.

Usłyszał w jej głosie ból.
–  Czy  wiesz,  że  twoja  siostra  została  aresztowana  za  napaść?  –

powiedział Nick i wyjaśnił jej sytuację.

Po raz pierwszy oczy Violet wypełniły łzy.

– Nie wiedziałam, że to robi – przygryzła wargę. – Nie sądziłam, że

komukolwiek zależało na mnie…

Nick  nie  wiedział,  co  powiedzieć.  Odwrócił  się  w  stronę

policjantów i zapytał:

– Czy przywieziono już Bo Evansa?

– Czekamy na pana rozkaz.

–  Proszę  po  niego  pojechać.  A  także  zadzwonić  do  prokuratora

i  poinformować  go  o  sytuacji.  –  Nick  przeniósł  spojrzenie

z  powrotem  na  Violet.  –  Przykro  mi,  że  uznałaś,  iż  nie  ma  innego

wyjścia, jak tylko zabić swoją matkę.

Wzruszyła ramionami.

– Zrobiliśmy to, co musieliśmy.

– T woja matka żyje – powiedział, choć nie był pewien, czy Violet

o tym wiedziała.

Skinęła głową.

background image

– Przepraszam, że znowu mi się nie udało. Następnym razem…

Nick poczuł dreszcz. Pragnął być wszędzie, byle nie tutaj, nie z tą

kobietą.

Kiedy  wrócił  do  biura,  usiadł  w  fotelu  i  przypomniał  sobie

o spoczywających w kieszeni koszuli zdjęciach, które dała mu Laney.
Wyjął je i rozrzucił na biurku. Było mu niedobrze od tego, co przed
chwilą  usłyszał  w  pokoju  przesłuchań.  Poczuł  się  jeszcze  gorzej,

kiedy pomyślał o tym, jak zostawił Laney.

Rzucił  okiem  na  zegarek.  Pora  pryskać  z  miasta.  Keller  mógł  być

już na jego tropie. Choć właśnie rozwiązała się zagadka morderstwa
Geraldine,  a  Charlotte,  sprawczyni  nocnych  ataków  na  mężczyzn,
siedziała w więzieniu, mimo to Nick czuł, że zostawia za sobą same
niedokończone sprawy.

Jedna z fotografii zwróciła jego uwagę. Przysunął ją bliżej. Zdjęcie

Laney. Wyglądała tak pięknie. Żałował,  że nie miał wtedy okazji z nią
zatańczyć.

T uż  za  Laney  zobaczył  Charlotte  uwiecznioną  na  zdjęciu  na

gorącym  uczynku,  widać  było  bowiem,  jak  wyjmuje  coś  z  kieszeni

i kładzie na talerz kokosanek. Za chwilę zaproponuje ciastko Arlene,

ale  to  Geraldine  złapie  je,  zanim  zabójcza  broń  dosięgnie  właściwej

ofiary. Życie to loteria. Potrząsnął głową i odłożył zdjęcie na biurko.

Wkrótce  cała  trójka  młodych  Evansów  znajdzie  się  w  areszcie.

Zastanawiał  się,  jak  Arlene  to  zniesie.  Podejrzewał,  że  zrzuci  całą

winę na  Violet. Nie  raz  był świadkiem  dyskusji  o tym,  co  decyduje,

że rodzina staje się do tego stopnia zgniłym organizmem, że dziecko

porywa  się  na  życie  rodzica:  środowisko  czy  geny?  T rudno

powiedzieć.  Tak  czy  siak,  Evansowie,  jaką  by  nie  byli  dysfunkcyjną

rodziną,  i  tak  do  pięt  nie  dorastali  Zakowi  Kellerowi,  człowiekowi,

który wychował się na tej samej ulicy co Nick i był dla niego niczym

brat.

Nick  w  pośpiechu  otworzył  dolną  szufladę  biurka  i  wyjął  z  niej

background image

komórkę.  Czas  wynosić  się  w  diabły  z  tego  miasta.  Włączył  telefon

i zobaczył, że czeka na niego wiadomość.

Odsłuchał ją i w ułamku sekundy krew zamarzła mu w żyłach.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Mężczyzna  o  nazwisku  Zak  Keller  wciągnął  Laney  do  kuchni

i  popchnął  na  krzesło.  Był  wysoki,  miał  szerokie  ramiona
i zaskakująco przystojne oblicze, które zdobiła rudawo-złota fryzura
przycięta  w  modnym  stylu.  Miał  na  sobie  drogie  ubranie  i  sprawiał
wrażenie biznesmena, a nawet całkiem nieźle pachniał. Na pierwszy
rzut oka nie wydawał się groźny.

Dopóki nie napotkało się jego spojrzenia.
Jego  oczy  miały  bladoniebieski  kolor  i  były  zupełnie  pozbawione

emocji.

–  Plan  wygląda  tak  –  odezwał  się  spokojnym  głosem,  pasującym

raczej do drogiego adwokata. – Dzwonisz do Nicolasa. Mówisz mu, że

jestem  tutaj  i  że  chcę  się  z  nim  spotkać.  Jeżeli  nie  zrobi  dokładnie

tego,  czego  od  niego  oczekuję,  bez  wahania  strzelę  ci  w  łeb.

Zapamiętasz?

Serce  biło  jej  tak  mocno,  że  bolała  ją  klatka  piersiowa.  Z  trudem

łapała  powietrze,  a  jej  umysł  przypominał  uwięzionego  w  klatce

chomika,  który  przebiera  łapkami,  biegnąc  donikąd.  Wiedziała,  że

musi się uspokoić i pomyśleć.

Gapiła  się  na  nieznajomego  mężczyznę,  święcie  przekonana,  że

naprawdę gotów jest spełnić swoją groźbę.

– Zapamiętam – odparła zaskoczona własnym opanowaniem.

Skinął głową i uśmiechnął się do niej. Był to uśmiech rekina, zanim

zatopi zęby w ofierze.

background image

Logika  podpowiadała  jej,  że  Zak  Keller  pomylił  się,  bo  przecież

Laney  nie  znała  żadnego  Nicolasa  Giovanniego,  znała  za  to  Nicka
Rogersa, zastępcę szeryfa o gołębim sercu, nieśmiałego mężczyznę,
który przed czymś uciekał.

Sądziła,  że  pragnie  uciec  od  niej.  Ale  teraz  miała  przeczucie,  że

chodziło o coś dużo, dużo bardziej niebezpiecznego.

Walczyła  ze  sobą,  żeby  nie  okazać  strachu.  Nick  wspominał

przecież,  że  jest  Włochem,  ale  nigdy  nie  wyjaśnił,  skąd  wzięło  się
jego nazwisko.

–  Gotowa  na  telefon?  –  zapytał  Zak  Keller,  rzucając  okiem  na

zegarek.

– Tak – odpowiedziała, nagle świadoma tego, że jakikolwiek sekret

próbował  ukryć  Nick,  było  to  coś  śmiertelnie  niebezpiecznego.
W  przeciwnym  razie  taka  sytuacja,  kiedy  to  obcy  mężczyzna  stoi
w jej kuchni i przystawia jej pistolet do skroni, grożąc śmiercią, nie
miałaby miejsca.

–  Zapomniałem  o  jednej  ważnej  rzeczy  –  powiedział  Zak  Keller,

podając  jej  słuchawkę.  –  Jeżeli  spróbujesz  ostrzec  kogokolwiek,

zanim  Nicolas  odbierze  telefon,  zabiję  cię.  Dla  mnie  to  naprawdę

żaden problem. Rozumiemy się?

Kiwnęła  głową  i  wzięła  telefon.  Kiedy  wykręcała  numer,  Keller

podszedł do niej bliżej i mocno przycisnął jej lufę do skroni, cały czas

z uśmiechem na ustach.

– Poproszę z zastępcą szeryfa Nickiem Rogersem – odezwała się,

kiedy  dyspozytorka  podniosła  słuchawkę.  Jej  głos  brzmiał  o  kilka

tonów  wyżej  niż  zwykle,  ale  Zak  Keller  nie  mógł  przecież  tego

wiedzieć.

– Łączę.

Sądząc po tym, jak Nick tego ranka wypadł w pośpiechu z jej domu,

w tej chwili mógł znajdować się daleko stąd. Przypomniała sobie jego

gwałtowną reakcję na swoje zdjęcie w telewizji. Cóż takiego zrobił,

background image

że tak bardzo go to przestraszyło? Teraz już wiedziała przynajmniej,

że było to coś na tyle poważnego, by wysłać jego tropem zabójcę.

Czuła, że stojący obok niej mężczyzna niecierpliwi się. Zaplanował

sobie,  że  wykorzysta  ją,  by  zwabić  Nicka,  ale  przecież  równie
dobrze mógł nagle zmienić zamiar i zabić ją, a dopiero potem ruszyć
w pogoń za Nickiem.

– Słucham?

Ulga była tak wielka, że Laney prawie wybuchła płaczem.
– Nick…
T ylko  jedno  słowo.  Ale  Nick  usłyszał  w  nim  wszystko  to,  czego

najbardziej  się  obawiał.  Właśnie  wychodził  z  biura,  odsłuchawszy
wcześniej  wiadomość  zostawioną  na  ukrytym  w  dolnej  szufladzie
biurka  telefonie  komórkowym.  Nie  wiedział,  co  skłoniło  go,  żeby
zawrócić i odebrać brzęczący aparat służbowy. Przeczucie?

– Laney, co…
Zak Keller mocniej przycisnął jej pistolet do skroni.

–  Mam  wiadomość  dla  Nicolasa  Giovanniego  od  Zaka  Kellera  –

powiedziała najspokojniej, jak potrafiła. – Mówi, że jeżeli nie zrobisz

tego, co ci każe, strzeli mi w głowę.

Słowa Laney zwaliły Nicka z nóg. Przez krótką chwilę nie potrafił

wydusić  z  siebie  ani  słowa  i  nie  był  w  stanie  oddychać.  Serce

przestało  mu  pracować,  gdy  tylko  dotarła  do  niego  groza  sytuacji:

Laney wpadła w łapy Zaka Kellera.

– Jesteś tam, Nicolas? – zapytał Keller i zabrał Laney słuchawkę.

–  Jestem  –  odpowiedział  Nick.  Darował  sobie  żądanie,  by  Keller

wypuścił Laney. Wiedział też dobrze, że powinien udawać, iż Laney

nic  dla  niego  nie  znaczy.  Niestety  doskonale  znał  metody  działania

Kellera.

– Sto lat, co? T rudno było cię znaleźć.

Nick na to nie odpowiedział. Czekał, co Keller zrobi z Laney.

– Powinniśmy się spotkać, nie sądzisz?

background image

– Ale tylko wtedy, jeśli będzie z tobą Laney – odparł Nick.

Keller  zaśmiał  się.  Nick  zastanawiał  się,  od  jak  dawna  Keller

przebywał w okolicy i jak dużo wiedział.

– Jak mnie znalazłeś?
– Czy to ma jakieś znaczenie?
– Po prostu jestem ciekaw.
–  Zobaczyłem  twoje  zdjęcie  w  internecie.  To  było  coś

niesamowitego. Wygląda na to, że się zakochałeś – powiedział Keller.
– Nie tracisz czasu, stary. Masz komórkę?

– Chcesz  numer? –  zapytał  Nick, ale  zdał  sobie sprawę,  że  Keller

pewnie już go ma.

– Jasne.
Nick podał mu numer telefonu, zastanawiając się jednocześnie, czy

Keller  w  ogóle  go  zapisuje.  Jeżeli  dysponował  numerem  komórki
Nicka, oznaczało to, że sprzątnął jedynego człowieka, któremu Nick
mógłby 

zawierzyć 

własne 

życie. 

Opanowało 

go 

poczucie

przygnębienia. Ile jeszcze osób musi umrzeć?

–  Zadzwonię  do  ciebie  i  powiem,  gdzie  się  spotkamy  –  powiedział

Keller. – Pamiętaj, jeżeli postanowisz zrobić coś głupiego…

Chwilę  potem  Nick  usłyszał  krzyk  Laney.  Wszechogarniająca

wściekłość  przegnała  z  jego  duszy  żal  i  przygnębienie.  Keller

rozłączył  się.  Nick  rzucił  aparatem  o  ścianę.  Zauważył,  jak

dyspozytorka bacznie mu się przygląda. Musiał wziąć się w garść.

Pod czaszką słyszał pulsującą mantrę:,,Keller ma Laney! Keller ma

Laney!''. To najgorsza rzecz, jaka mogła się zdarzyć.

Laney  próbowała  uciec  przed  Kellerem,  ale  na  próżno.  Dopadł  do

niej  i  pchnął  ją  na  ścianę,  a  potem  znowu  uderzył.  Krzyknęła  drugi

raz.

Keller  uśmiechnął  się  i  przerwał  połączenie  telefoniczne

z Nickiem.

–  Możesz  już  wstać  –  powiedział  nieoczekiwanie  spokojnym

background image

głosem,  który  zmroził  jej  żyły.  –  Wybieramy  się  na  małą

przejażdżkę.

Dźwignęła  się  z  podłogi.  Dotknęła  dłonią  ust  –  krwawiły.  Drań,

rozciął jej wargę tylko po to, żeby wkurzyć Nicka.

Złość  wzięła  w  niej  górę  nad  przerażeniem.  Gdyby  tylko  znalazła

jakiś sposób, żeby wymigać się od tej,,przejażdżki''…

Keller  schował  broń  do  kabury,  przekonany,  że  nie  będzie  jej  na

razie potrzebował, i poszedł odłożyć telefon na miejsce.

Laney  spojrzała  w  kierunku  kuchni,  zastanawiając  się,  jakiego

przedmiotu użyć jako broni. Stojak na noże znajdował się zbyt daleko.
Zanim  uda  jej  się  sięgnąć  po  nóż,  Keller  dopadnie  ją  i  stłucze.
Metalowa puszka była zbyt niewygodna, tak samo mikser i toster.

Dokuśtykała do kuchennego blatu i zatrzymała się. Odwrócił głowę

w  jej  stronę  i  posłał  jej  spojrzenie.  Zwinęła  się,  udając,  że  boli  ją
bardziej niż w rzeczywistości.

Odwrócił się do niej plecami i odłożył telefon.

Sięgnęła po prawie pełny dzbanek, stojący pod ekspresem do kawy.

Przygotowała sobie kawę podczas sprzątania, a potem zabrała się za

pakowanie  rzeczy  i  zupełnie  o  niej  zapomniała.  Kawa,  dzięki

ekspresowi, wciąż była gorąca.

Jej ruchy były szybkie, ale Keller musiał usłyszeć, jak wyjmowała

dzbanek  z  ekspresu,  bo  kiedy  biegła  w  jego  stronę  z  dzbankiem

uniesionym do ciosu, odwrócił się szybciej, niż zdążyła zareagować.

Machnęła  dzbankiem  z  całej  siły.  Jego  ramię  błyskawicznie

wystrzeliło  w  górę  i  zablokowało  cios.  Dzbanek  roztrzaskał  się,

rozpryskując kawę po całej kuchni – i po nim również.

Keller wydał z siebie ryk wściekłości i bólu.

Nie dostrzegła jego drugiej ręki, zanim ta nie uderzyła jej w brzuch,

odpychając aż na drugi koniec pomieszczenia. Uderzyła w ścianę, aż

głowa  odskoczyła  jej  do  tyłu.  Poczuła  falę  bólu,  a  chwilę  później

świat utonął w ciemności.

background image

Nick  otworzył  dolną  szufladę  biurka,  wyjął  z  niej  komórkę

i  włączył  ją,  po  czym  zamienił  ze  służbowym  aparatem,  który  nosił
w kaburze przymocowanej do paska.

Irytowało  go,  że  trzęsły  mu  się  ręce,  bo  dokładnie  o  to  chodziło

Kellerowi: wystraszyć go i wytrącić z równowagi.

Ale jak mógł nie bać się o Laney? Wiedział, jakim człowiekiem był

Keller. Wiedział, że potrafi być bezwzględny i działać z zimną krwią.

Doskonale  zdawał  sobie  sprawę,  w  jak  wielkim  niebezpieczeństwie
znalazła się Laney.

Od  samego  początku  Nick  wiedział,  że  prawdopodobnie  nie  zdoła

ujść  z  życiem  z  całego  tego  zamieszania.  W  najlepszym  razie  nigdy
już nie będzie mógł pełnić służby w Kalifornii. Keller miał przyjaciół,
którzy dopilnowaliby, żeby tak się stało.

Ale  Laney  nie  miała  z  tym  nic  wspólnego.  Nigdy  nie  wybaczy

sobie, że ją naraził. W jaki sposób Keller dowiedział się, co ich łączy?
Widział ich zeszłej nocy?

Nick  wiedział,  że  to  niemożliwe.  Keller  nie  mógł  dowiedzieć  się

o nich tak prędko. Przecież powiedział, że znalazł ich przez internet,

prawda?

Pod  wpływem  impulsu  Nick  wszedł  na  stronę  należącego  do

Arlene  Evans  serwisu  Meet-a-Mate.  Tego  ranka  u  Laney  był  tak

wściekły, że nie zwrócił uwagi na nic poza faktem, że Arlene i ta jej

przeklęta strona dzięki telewizji zyskały ogólnokrajowy rozgłos.

T ymczasem 

teraz, 

przeglądając 

fotografie 

potencjalnych

randkowiczów, zobaczył to, na co musiał natknąć się Keller: zdjęcie

Nicka i zdjęcie Laney obwiedzione durnym czerwonym serduszkiem

i opatrzone podpisem:,,Prawdziwa miłość?''.

Nickowi zrobiło się niedobrze. Arlene nie miała pojęcia, co zrobiła

– nie tyle jemu, co przede wszystkim Laney.

Nick  miał  ochotę  coś  zniszczyć,  zdemolować  biuro,  przeklinać

wniebogłosy. Ale wiedział, że byłaby to jedynie strata czasu i sił.

background image

Jeżeli  chciał  uratować  Laney,  musiał  zacząć  myśleć  jak  Keller.

Musiał  zacząć  działać  z  zimną  krwią.  Musiał  się  uspokoić.  A  przede
wszystkim,  jeśli  tylko  zajdzie  taka  potrzeba,  nie  wolno  mu  było
zawahać się przed zabiciem Kellera.

Wyjął  swój  prywatny  pistolet,  który  trzymał  w  oddzielnej

szufladzie.  Nie  musiał  sprawdzać,  czy  był  naładowany,  ale  mimo
wszystko  to  zrobił.  Musiał  pomyśleć  o  wszystkim.  Wiedział,  że  tak

właśnie zrobiłby Keller.

Sięgnął  po  dwa  pełne  magazynki  i  włożył  je  do  kieszeni  swojej

dżinsowej kurtki. Z szuflady wyjął nóż i wsunął go do cholewki buta.

Włożył  służbową  broń  do  kabury,  zarzucił  na  plecy  kurtkę

i wyszedł, zostawiwszy na biurku kluczyki do radiowozu.

Gdy tylko przyjechał do Whitehorse, żeby objąć funkcję zastępcy

szeryfa,  kupił  sobie  starego,  używanego  pikapa.  Od  tamtej  pory
pracował  tak  intensywnie,  że  praktycznie  w  ogóle  z  niego  nie
korzystał.

Pokonał piechotą cztery przecznice dzielące go od mieszkania.

Zaczął  się  pakować,  właściwie  tylko  po  to,  żeby  zająć  się  czymś

podczas oczekiwania na telefon. Nie miał za wiele rzeczy. Wszystko

zmieściło się raptem do dwóch worków marynarskich. Zaniósł je do

pikapa i położył za siedzeniami.

Potem  usiadł  za  kierownicą,  włączył  silnik  i  pojechał  na  stację

benzynową uzupełnić bak.

Keller  nie  zadzwonił,  choć  z  drugiej  strony  Nick  nie  spodziewał

się,  że  zrobi  to  szybko.  Zak  będzie  chciał  przeciągnąć  grę

w nieskończoność. Nie chciał po prostu uśmiercić Nicka – pragnął,

żeby cierpiał.

Nick  usiłował  nie  myśleć  o  tym,  co  może  dziać  się  z  Laney.

Oszalałby, gdyby zaczął się nad tym zastanawiać. Keller miał nadzieję,

że Nick straci nad sobą panowanie i zamiast posługiwać się zdrowym

rozsądkiem,  zacznie  działać  pod  wpływem  emocji.  Musiał  zachować

background image

zimną krew.

Nick  nie  miał  najmniejszej  szansy  –  Keller  już  o  to  zadbał  –  i  w

zasadzie był już martwy. Ale być może uda się ocalić Laney.

Skoncentrował  się  na  tej  myśli  i  świadomości,  że  jeżeli  dzień

zakończy się porażką, Keller pozostanie na wolności.

Nie mógł do tego dopuścić. W przeszłości miał okazję zabić Kellera

i  nie  skorzystał  z  niej.  Postanowił,  że  drugi  raz  nie  popełni  tego

samego błędu.

Ale może istnieje jakiś inny sposób, myślał Nick, jadąc z powrotem

do biura szeryfa. Zaopatrzył się w kamerę i czystą taśmę. Wszedł do
biura  i  zamknął  za  sobą  drzwi  na  klucz.  Kilka  minut  zajęło  mu
ustawienie  kamery,  a  kiedy  wszystko  było  gotowe,  włączył
nagrywanie, usiadł przed obiektywem i zaczął mówić.

–  Nazywam  się  Nicolas  Giovanni.  Jeżeli  oglądasz  to  nagranie,

znaczy,  że  nie  żyję.  W  tej  właśnie  chwili  funkcjonariusz  wydziału
zabójstw  policji  Los  Angeles,  Zak  Keller,  przetrzymuje  Laney

Cavanaugh. Niewykluczone, że jest już martwa.

Poczuł, że głos mu się łamie. Przełknął ślinę.

–  W  przyszłym  tygodniu  miałem  zeznawać  w  sądzie  miasta  Los

Angeles  w  sprawie  przeciwko  Zakowi  Kellerowi.  Ponieważ  należy

podejrzewać,  że  nie  będę  w  stanie  pojawić  się  na  rozprawie,

chciałbym  złożyć  zeznanie  za  pośrednictwem  tego  nagrania.  Byłem

świadkiem,  jak  31  maja  tego  roku  Zak  Keller  z  zimną  krwią

zamordował  dwóch  funkcjonariuszy  policji.  Nick  wziął  głęboki

oddech i mówił dalej: – Podjąłem próbę aresztowania go, ale zostałem

ranny.  Keller  zbiegł  z  miejsca  zbrodni.  Udało  mi  się  jednak  zdobyć

broń,  której  użył  podczas  zabójstwa  –  dołączyłem  ją  do  materiału

dowodowego.  Broń,  jak  również  raport  stwierdzający,  że  odciski

palców  na  pistolecie  należą  do  Zaka  Kellera,  zniknęły.  Zniknął

również  sam  Keller.  Został  co  prawda  aresztowany,  ale  wyszedł  za

kaucją.  Po  tym,  jak  miał  miejsce  zamach  na  moje  życie,

background image

postanowiłem ukryć się. W tej chwili czekam na kolejny telefon od

Zaka, w którym ma poinformować mnie o miejscu spotkania.

Wyłączył  kamerę  i  czekał.  Słońce  schowało  się  za  horyzontem

i zapadł zmierzch, a po nim noc.

Kiedy  telefon  zadzwonił,  Nick  ponownie  włączył  kamerę

i  przysunął  się  bliżej.  Wybrzmiał  jeszcze  jeden  dzwonek,  po  czym
Nick odebrał telefon przy włączonej kamerze.

–  To  ty,  stary?  –  zapytał  Zak.  –  Długo  nie  odbierałeś.  Nie  igraj  ze

mną.

– Nie mogłem wyciągnąć tego cholerstwa z kieszeni – odparł Nick,

chcąc, by Zak uwierzył, że zjadają go nerwy. Do diabła, dawno już go
pożarły.

Zak zaśmiał się.
– Okej, słuchaj, plan wygląda tak: ty…
– Muszę wiedzieć, że Laney żyje. – Nick miał nadzieję, że mikrofon

umieszczony  na  kamerze  wyłapuje  słowa  Zaka  po  drugiej  stronie

słuchawki.

–  Nicolas,  znajdujesz  się  w  położeniu,  które  nie  pozwala  na

wysuwanie żądań – uciął ostro Zak.

– Daj spokój, Zak. Pozwól mi tylko usłyszeć jej głos.

Cisza.  Przez  chwilę  Nickowi  wydawało  się,  że  Keller  zakończył

połączenie.

– Właśnie do siebie dochodzi.

Nick  wstrzymał  oddech  i  wbił  wzrok  w  czerwone  światełko  na

kamerze.  Czekał,  by  usłyszeć  głos  Laney,  przerażony  myślą,  co

Keller mógł jej zrobić.

– Nick, wszystko ze mną w porządku.

Wcale tak to nie zabrzmiało.

– Co ci zrobił?

–  Chcesz  usłyszeć,  jaki  mam  plan,  Nick,  czy  może  wolisz

posłuchać jej krzyków? Wybór należy do ciebie.

background image

– Wysłucham, jaki masz plan.

– Jedź na północ w kierunku Saco. Wkrótce się do ciebie odezwę.
– Kiedy skończy się to zabijanie, Zak? – zapytał Nick.
– Znasz odpowiedź na to pytanie, stary. Do zobaczenia wkrótce.
Koniec  rozmowy.  Nick  spojrzał  w  kierunku  kamery,  a  potem

wyłączył ją, wyjął ze środka taśmę, wsunął ją w usztywnioną kopertę
i  zaadresował  przesyłkę  do  prokuratury  w  Los  Angeles.  Przekazał

paczkę dyspozytorce i polecił jej nadać przesyłkę z samego rana.

Następnie wsiadł do pikapa i ruszył na północ w kierunku Saco.
Kiedy  Laney  doszła  do  siebie,  ogarnęła  ją  panika.  Próbowała  się

ruszyć, ale okazało się, że ręce i nogi ma związane, a usta zaklejone
taśmą.  Z  trudem  oddychała.  Dokoła  niej  panowała  nieprzenikniona
ciemność.

Opanowała  przerażenie  i  wciągnęła  powietrze  przez  nos.  Raptem

zdała  sobie  sprawę,  że  znajduje  się  w  bagażniku.  Słyszała  pomruk
silnika samochodu i szum opon sunących po asfalcie. Czuła szorstką

wykładzinę,  która  drapała  ją  w  policzek  przy  okazji  każdego  wyboju

na drodze.

Leżała zwinięta w pozycji płodowej. Bolała ją głowa. Dobrą chwilę

zajęło  jej  przypomnienie  sobie,  co  właściwie  się  wydarzyło.  Zak

Keller. Zalała ją fala strachu. Zamknęła oczy.

Dokąd ją wiózł?

Na spotkanie z Nickiem. Z Nicolasem Giovannim.

Strach  paraliżował  Laney  skuteczniej  niż  krępująca  ją  taśma.

Keller zamierzał  ją zabić.  Chociaż  z drugiej  strony,  gdyby tylko  o  to

mu chodziło, załatwiłby ją w domu.

Poczuła,  że  samochód  zwalnia,  a  potem  skręca.  Droga  stała  się

znacznie bardziej wyboista, a jakiś czas później wóz zatrzymał się.

Silnik  zgasł.  Laney  usłyszała  odgłos  otwieranych  i  zamykanych

drzwi 

samochodu. 

Wstrzymała 

oddech. 

Pokrywa 

bagażnika

powędrowała w górę.

background image

Mrugała,  oślepiona  światełkiem,  które  nagle  zapaliło  się

w  bagażniku,  i  stwierdziła  zaskoczona,  że  na  zewnątrz  panuje  już
ciemność. W górze majaczyła mroczna sylwetka Zaka Kellera.

– Laney – głos miał zimny. – Pozwól, że pomogę ci wyjść.
W jego dłoni błysnął nóż sprężynowy. Skuliła się, gdy wyciągnął go

w  jej  stronę.  Słyszała,  jak  Keller  śmiał  się,  przecinając  taśmę
krępującą jej nogi.

– Mam nadzieję, że podróż była w miarę wygodna – powiedział.
Mało  obchodziło  go  jej  samopoczucie,  o  czym  Laney  doskonale

wiedziała. Była dla niego jedynie środkiem prowadzącym do celu. Bała
się pomyśleć, jak to się skończy.

Nie  przeciął  więzów  krępujących  jej  ręce  i  pozostawił  taśmę  na

jej ustach. Chwycił ją za ramię i pomógł wyjść z bagażnika, po czym
zatrzasnął pokrywę.

Laney  była  w  stanie  dostrzec  zarys  tonących  w  ciemności

budynków.  Dopiero  kiedy  zaprowadził  ją  do  jednego  z  nich,

zorientowała  się,  co  to  za  miejsce:  Sleeping  Buffalo.  Wiedziała,  że

ośrodek  jest  czasowo  zamknięty  z  powodu  remontu.  Najwidoczniej

wiedział o tym i Keller.

Dotarli do drzwi prowadzących na kryty basen. Keller popchnął ją

tak, że poleciała w kąt.

–  Stój  tam  i  nie  ruszaj  się.  Nie  chcemy  powtórki  z  rozrywki,

prawda?

Nie odezwała się ani słowem, ale dobrze przyjrzała się jego twarzy.

Chciał, żeby spróbowała ucieczki. Chciał zrobić jej krzywdę.

Zobaczyła, jak wyciąga przed siebie łom i stwierdziła, że przez cały

czas trzymał go w drugiej ręce. Gdyby w drodze z samochodu podjęła

jakąkolwiek  próbę  ucieczki,  dużo  wcześniej  przekonałaby  się,  jaką

bronią dysponuje jej porywacz.

Kiedy  przyglądała  się,  jak  Keller  szybko  i  z  wprawą  rozprawia  się

z  drzwiami,  jej  umysł  pracował  na  najwyższych  obrotach.  Bała  się

background image

wyobrazić  sobie,  co  dla  niej  zaplanował.  Nie  miała  najmniejszej

wątpliwości,  że  chciał  zabić  ich  obydwoje,  ją  i  Nicka.  W  pewnym
sensie  świadomość,  że  nie  ma  szans  wykaraskać  się  z  tej  opresji,
uspokoiła ją. Strach pojawia się wraz z nadzieją. T ymczasem dla niej
nie było już nadziei.

Framuga  drzwi  pękła.  Keller  zamarł.  Nasłuchiwał.  Wiedział,  że

obiekt  jest  opuszczony,  w  przeciwnym  razie  nie  przywiózłby  jej

tutaj,  nie  był  bowiem  człowiekiem,  który  podejmowałby  takie
ryzyko. Ale jednocześnie wiedział, że należy wziąć pod uwagę różne
ewentualności.

Na  dźwięk  pękającego  drewna  nikt  się  nie  zjawił,  ani  wtedy,  gdy

wyważył drzwi i wciągnął Laney do środka. Poczuła zatęchłą wilgoć.
Poprowadził ją obok biurka recepcjonistki prosto na basen.

Kiedy  znaleźli  się  na  basenie,  echo  każdego  kroku  na  betonowej

posadzce  dudniło  pod  sufitem  do  akompaniamentu  bulgoczącej
w rurach wody. Okrążyli spowity ciemnością basen i skierowali się

ku blademu światełku dochodzącemu z szatni.

Keller  poprowadził  Laney  wąskim  przejściem  obok  rzędu

staroświeckich  drucianych  koszy  opatrzonych  numerami,  potem

skręcił  w  kierunku  źródła  światła  i  stanął  na  wprost  damskich

przebieralni.

Zatrzymał się przed jedną z nich i odsunął plastikową zasłonkę, za

którą znajdowała się ławka.

– Siadaj – polecił.

W  jego  dłoni  znów  pojawił  się  nóż.  Przesunął  ostrze  po  taśmie

krępującej jej ręce. Rozmasowała obolałe nadgarstki, starając się nie

myśleć o tym, co miało nastąpić za chwilę.

– Okej, słuchaj, zrobimy tak – odezwał się, pochylając się nad nią.

–  Zadzwonisz  do  swojego  chłopaka  i  powiesz  mu,  żeby  po  ciebie

przyjechał.  Jeżeli  zaczniesz  krzyczeć  –  co  byłoby  z  twojej  strony

zwyczajnie głupie, bo i tak nikt cię na tym zadupiu nie usłyszy – nie

background image

będę się z tobą cackał. Rozumiemy się?

Doskonale, pomyślała i skinęła głową.
Zerwał taśmę z jej ust. Nie mogła się powstrzymać przed cichym

jęknięciem.  Uśmiechnął  się,  czerpiąc  przyjemność  z  jej  bólu.
A potem wyjął komórkę, wykręcił numer i podał jej aparat.

T rzy sygnały. Widziała, że Keller znów się niecierpliwi. Jeżeli Nick

miał choć trochę oleju w głowie, był już daleko stąd. Po co mieliby

obydwoje ginąć?

– Mów.
Poczuła jednocześnie ulgę i żal.
– Nick – przełknęła ślinę i wbiła wzrok w Zaka. Wydawało jej się,

że  gotów  jest  rzucić  się  na  nią  w  każdej  chwili.  –  On  chce,  żebyś
przyjechał do Sleeping Buffalo.

– Rób wszystko, co ci każe – powiedział Nick, a jego głos brzmiał

spokojnie, zbyt spokojnie. – Nie prowokuj go. Już jadę.

Coś w jego głosie ścisnęło ją za serce.

– Nie! Uciekaj! On chce…

Zak  złapał  ją  i  rzucił  o  ścianę  przebieralni.  Była  gotowa  na  cios

i  nawet  nie  pisnęła.  Telefon  upadł  na  podłogę.  Keller  spokojnie

podniósł  go  i  zerknął  na  Laney,  zawiedziony,  że  tym  razem  nie

krzyknęła.

– Jak ci się udało tak ją wychować? – odezwał się do słuchawki. –

Naraża  się  na  mój  gniew,  byle  tylko  ratować  twoje  żałosne  dupsko.

Naprawdę  coś  dla  niej  znaczysz,  Nicolas.  Ale  w  sumie  zawsze

wiedziałeś,  jak  obchodzić  się  z  kobietami,  co?  Czekam  na  ciebie  –

zakończył połączenie i spojrzał na Laney.

Wiedziała,  że  ma  ochotę  znów  ją  uderzyć.  Spojrzała  mu  odważnie

w oczy. Mijały sekundy.

– Rozbieraj się – powiedział wreszcie.

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

– Powiedziałem: rozbieraj się – rozkazał Keller. – Mógłbym zerwać

z ciebie te fatałaszki, ale pamiętaj, że wolałabyś uniknąć tego, co by
się potem stało.

Laney w głębi jego bezdusznych oczu ujrzała zło, bardziej mroczne

niż otchłań piekielna.

–  Och,  daj  spokój  –  warknął.  –  Przecież  cię  nie  zgwałcę  –

potrząsnął głową i zarechotał. – T ylko nie zrozum mnie źle. Nie to,
żebym  nie  miał  ochoty.  Po  prostu  nie  mamy  na  to  czasu.  Chcę

jednak,  żeby  Nick  pomyślał,  że  do  czegoś  doszło.  Oszaleje,  kiedy

zorientuje  się,  że  cię  przeleciałem.  –  Wyjął  pistolet  i  przystawił  jej

do głowy. – Albo też znajdzie twoje ciało w kałuży krwi. Wybieraj.

–  Dlaczego  to  robisz?  –  zapytała,  powoli  zdejmując  buty

i skarpetki.

–  Nick  o  niczym  ci  nie  powiedział?  Nie,  pewnie  nie  pisnął  ani

słowa.  Kiedyś  byliśmy  partnerami…  –  Dał  jej  znak  pistoletem,  żeby

szybciej pozbywała się garderoby.

–  Partnerami?  –  Odłożyła  na  bok  buty  i  skarpetki  i  wzięła  się  za

rozpinanie bluzki, usiłując wyobrazić sobie, jakiego rodzaju wspólne

interesy mogły łączyć Nicka z tym facetem.

– Pracowaliśmy razem w wydziale zabójstw – wyjaśnił Keller.

– Byłeś policjantem? – Nie potrafiła ukryć zaskoczenia.

Parsknął śmiechem, ale w jego śmiechu pobrzmiewał groźny ton.

– Nadal jestem gliną. Nick próbuje mnie tego pozbawić, ale nie uda

background image

mu  się,  chyba  że  po  moim  trupie.  –  Na  jego  czole  pojawiły  się

pulsujące gniewem żyły.

Bluzka opadła na podłogę.
–  Naprawdę  byliście  partnerami?  –  zapytała,  licząc,  że  uspokoi

Kellera.

– Partnerami – powtórzył, a po chwili dodał: – Mieszkaliśmy w tej

samej  okolicy  i  razem  dorastaliśmy.  Byliśmy  jak  bracia,  zanim

połączyła  nas  lojalność  wobec  służby.  T yle  że  Nicolas  zapomniał
o zasadach.

– Jakich zasadach? – Laney wzięła się za rozpinanie dżinsów.
–  Takich,  według  których  bez  względu  na  to,  co  się  dzieje,

policjanci zawsze trzymają się razem. Nick złamał zasady.

– Czyli obydwaj pracowaliście w Houston jako policjanci, tak?
–  W  Houston?  Tak  ci  powiedział?  –  Zak  zaśmiał  się.  –  W  Los

Angeles. Nie był z tobą przesadnie szczery, co?

Nie był, ale jeśli z powodu Zaka, zaczynała pojmować dlaczego.

Zsunęła  spodnie  i  została  w  samym  staniku  i  majtkach.  Czuła  na

sobie jego wzrok.

–  Nigdy  o  mnie  nie  wspominał?  –  zapytał  Zak.  –  To  boli.  Powiem

mu o tym, kiedy się spotkamy. Kiedyś spędzałem więcej czasu z jego

rodziną  niż  ze  swoją.  Opowiadał  ci  o  swojej  rodzinie?  Nie?  O  tej

swojej wielkiej włoskiej familii?

Przynajmniej tyle było w tym prawdy.

– No dalej, ściągaj resztę. Już nieraz widziałem wszystko to, co tam

chowasz  –  rzucił  okiem  w  kierunku  basenu.  –  Martwię  się

o  Nicolasa.  Przyjął  nazwisko  Rogers.  Zawsze  uwielbiał  stare

westerny z Royem Rogersem. Czy naprawdę sądził, że nic mi to nie

powie?  Nowy  szeryf  w  mieście  nawiązuje  romans  z  piękną

wieśniaczką. To diabelnie w stylu Nicka. – Zak wybuchł śmiechem. –

Zawsze był łasy na ckliwe happy endy.

Laney  zdjęła  majteczki,  a  potem  rozpięła  stanik.  Przeszedł  ją

background image

dreszcz.  Złożyła  ręce  na  piersi,  a  potem  powoli  podniosła  głowę

i  spojrzała  Kellerowi  prosto  w  oczy.  Szczerzył  zęby  w  uśmiechu
dokładnie tak, jak się spodziewała.

– No, i co? Nie było tak źle, nie?
Nie odezwała się słowem, wbijała tylko w niego wzrok.
– Opuść ręce – rozkazał.
Opuściła,  cały  czas  patrząc  prosto  na  niego  i  czując,  jak  jego

spojrzenie przesuwa się po jej ciele niczym spływająca od głowy do
stóp  ohydna  maź.  Z  całych  sił  próbowała  nad  sobą  zapanować  i  nie
uderzyć go. Dobrze wiedziała, że sprawiłoby mu to przyjemność.

Nie  sposób  było  przecisnąć  się  obok  niego,  bo  blokował  całe

wąskie wejście do przebieralni. T rzymał ją w potrzasku. Jakakolwiek
próba oporu nie miała najmniejszego sensu.

Kiedy spojrzał jej w oczy, uśmiechnął się jeszcze szerzej.
–  Myślę,  że  zaczynam  rozumieć,  co  takiego  Nicolas  w  tobie

zobaczył.  –  Wolną  ręką  sięgnął  do  kieszeni  i  wyciągnął  z  niej  taśmę

samoprzylepną. – Przykro mi, ale znowu muszę cię skrępować.

Wbiła w niego wzrok i wyciągnęła przed siebie ręce.

W odpowiedzi tylko zachichotał. Złapał ją za ręce, schował pistolet

do kieszeni i mocno owinął jej nadgarstki taśmą.

Wytrzymała  ból  i  nie  wydała  z  siebie  najmniejszego  jęku,  trwając

w postanowieniu, by nie dać mu tej satysfakcji.

Kiedy skończył, oderwał kawałek taśmy i zakleił jej usta.

– Nicolas niedługo tu będzie. Jesteśmy już prawie gotowi – odezwał

się.

Jego wzrok powędrował ku jej lewej piersi, a potem z powrotem

do jej oczu. Wpatrywał się w nią i jednocześnie sięgnął dłonią do jej

lewego sutka i uszczypnął z całej siły.

Nie zdołała powstrzymać krzyku, który jednak skutecznie stłumiła

zaklejająca jej usta taśma.

Keller uśmiechnął się.

background image

– Teraz jesteśmy całkiem gotowi.

Nick  zjechał  z  autostrady  tuż  przed  wjazdem  do  Saco.  Był  już

wcześniej w tej okolicy. Wzdłuż drogi rozciągał się nieduży, osłonięty
teren,  który  kształtem  przypominał  żłób.  W  środku  znajdowała  się
sporej  wielkości  formacja  skalna,  która  według  niektórych
przywodziła  na  myśl  śpiącego  bizona,  stąd  nazwa  Sleeping  Buffalo.
Dla  miejscowych  Indian  było  to  święte  wzgórze.  To  dlatego

pokrywał je tytoń, indiańska ofiara.

Według legendy całą skałę przeniesiono kiedyś do Whitehorse, ale

każdego  ranka  zwracała  się  w  inną  stronę,  więc  uznano,  że  jest
nawiedzona,  przetransportowano  ją  z  powrotem  i  złożono  w  żłobie
niczym w legowisku.

Nick  ruszył  drogą  prowadzącą  do  rezerwatu  Nelson  i  Sleeping

Buffalo.  Strach  sprawił,  że  zaschło  mu  w  gardle,  a  serce  tłukło  się
wściekle w klatce piersiowej. Gdyby Zak nie zabrał ze sobą Laney,
Nick wparowałby tam z bronią w ręku i rozpętałoby się piekło. Ale

obecność Laney wszystko zmieniła.

Basen  był  zamknięty  i  pogrążony  w  ciemnościach.  Nick

zaparkował  obok  wynajętego  auta  Kellera.  Kiedy  zbliżył  się  do

budynku, zobaczył, że drzwi zostały wyważone. Ruszył w ich stronę,

tuląc się do ściany.

Nie  spodziewał  się  zasadzki.  Keller  nie  działał  w  ten  sposób,  on

wolał teatralne gesty. Nick zawsze naśmiewał się z jego uwielbienia

dla starych westernów. A teraz okazało się, że Zak zaplanował sobie

staroświecką strzelaninę w tym równie staroświeckim obiekcie, bo

wybudowanym w latach trzydziestych ubiegłego stulecia.

Nick nasłuchiwał. Docierał do niego delikatny chlupot wody, który

niczym pięść wbijał mu się w żołądek. Keller nie wybrał tego miejsca

przypadkowo.  Dawno  temu,  jeszcze  jako  żółtodziób,  Nick  ścigał

złoczyńcę,  kiedy  pękły  pod  nim  spróchniałe  deski  pomostu  i  został

uwięziony pod wodą, aż w końcu uratowały go przypadkowe osoby.

background image

Ten wypadek odcisnął na nim swoje piętno: strach przed wodą.

Laney  stała  nad  brzegiem  basenu,  trzęsąc  się  z  zimna.  Zak  wbijał

palce  w  jej  ramię.  Słyszała,  jak  przed  ośrodek  podjechał  samochód,
po  czym  kierowca  zgasił  silnik  i  otworzył  drzwi.  A  potem  zapadła
cisza.

Czuła  napięcie  w  stalowym  uścisku  Kellera.  Zanim  zaprowadził  ją

nad basen, po raz kolejny wyciągnął broń. Zauważyła, że ustawił się

nieco za nią, zakładając, że jeżeli wywiązałaby się strzelanina, użyje
jej jako żywej tarczy.

Laney pomyślała o swojej siostrze i dziadkach. Pękało jej serce na

samą myśl, że być może nigdy więcej ich nie ujrzy. Bała się, że wieść
o  śmierci  wnuczki  zabije  babcię  Pearl  i  załamie  dziadka  T itusa.  Nie
potrafiła sobie wyobrazić, co stanie się z Laci.

Strach  niemal  ją  sparaliżował.  Kiedy  znaleźli  się  nad  krawędzią

basenu,  Zak  skrępował  jej  nogi  taśmą.  Była  co  prawda  niezłą
pływaczką,  ale  obawiała  się,  że  ze  związanymi  rękami  i  nogami  nie

zdoła długo wytrzymać. Nie miała wątpliwości, że za chwilę wyląduje

w basenie.

Nick  przemieścił  się  cicho  wzdłuż  ścianki,  która  wychodziła

wprost  na  basen.  Wyraźnie  słyszał  chlupot  wody  i  czuł  na  twarzy

gęstą, gorącą parę, która unosiła się ponad powierzchnią basenu.

Wziął  kilka  głębokich  oddechów,  sparaliżowany  strachem

i wściekłością. Patrząc w przeszłość, widział splot wydarzeń, który

doprowadził  go  do  tego  miejsca.  Już  wtedy,  gdy  byli  dziećmi,

dostrzegał  w  Zaku  rzeczy,  które  go  niepokoiły:  ledwo  skrywaną

frustrację  i  poczucie  alienacji,  które  zawdzięczał  ojcu  alkoholikowi

i matce dziwce. Widział sińce na ciele Zaka, które koledzy ze szkoły

i podwórka brali za oznakę jego niezgrabności.

Choć  Nick  dobrze  wiedział,  co  było  ich  przyczyną,  pozwalał

Zakowi  zachować  twarz.  Rodzina  Nicka  oferowała  mu  schronienie,

kiedy sprawy w domu przybierały zły obrót. Zawsze mógł liczyć na

background image

talerz  ciepłego  jedzenia,  a  nawet  na  ubranie,  które  dostawał

w spadku po kuzynach Nicka.

Zak od najmłodszych lat powtarzał, że chciałby zostać policjantem.

Nick  wahał  się,  czy  kontynuować  tradycje  rodzinne,  ale  Zakowi
udało się namówić go do pójścia razem z nim do akademii policyjnej.
W ten sposób Nick pomagał Zakowi zdobywać dobre stopnie, a Zak
pomagał Nickowi na strzelnicy.

Nick  dobrze  pamiętał  dzień,  w  którym  obydwaj  trafili  do  czynnej

służby.  Ich  wspólne  zdjęcie  w  mundurach  zajęło  honorowe  miejsce
na  kominku  w  domu  rodziców  Nicka.  Przyjaciele  uśmiechają  się  na
nim do aparatu. Zaka rozpiera duma. To był ten sam rok, w którym
ojciec Zaka odebrał sobie życie, a jego matka ruszyła w świat i nigdy
więcej o niej nie słyszano.

Sygnały,  że  coś  złego  dzieje  się  z  Zakiem,  były  wszędzie:  pełne

przemocy  aresztowania,  ostrzeżenia  ze  strony  zwierzchników,  że
przekracza swoje uprawnienia, powiększający się dystans pomiędzy

Nickiem  a  Zakiem.  A  potem  ta  noc,  kiedy  Nick  zobaczył,  jak  Zak

morduje  dwóch  policjantów  z  innego  posterunku  z  powodu

nieudanego  nalotu  na  mieszkanie  dilera  narkotyków.  Zak  winił

dwójkę  nieszczęśników  za  to,  że  zepsuli  mu  statystyki.  Od  wielu

miesięcy  Nick  obawiał  się,  że  dojdzie  do  czegoś  takiego.  Zdaniem

ludzi pokroju Kellera prawo i sąd nie zostały stworzone dla nich. On

był  przekonany,  że  stoi  ponad  prawem.  Jego  wizja  sprawiedliwości

wyglądała  tak:  zabić  każdego,  kto  wejdzie  mu  w  drogę.  Włączając

w to najlepszego przyjaciela.

Nick  odsunął  od  siebie  wspomnienia  i  kucnął  za  niewysoką

ścianką.

– Zak? – zawołał Nick.

Brak odpowiedzi. Gdzieś niedaleko słychać było jedynie uderzanie

wody o ścianę basenu.

– Keller, chciałeś, żebym przyjechał, więc pokaż się.

background image

Z przeciwległej strony basenu dał się słyszeć ponury chichot.

–  Nie  byłem  wcale  pewien,  czy  przyjedziesz  –  powiedział  Zak

Keller.

Kłamstwo.  Zak  nie  zabrałby  ze  sobą  Laney,  gdyby  nie  był

przekonany, że może ją wykorzystać jako kartę przetargową.

– Gdzie jest Laney? – zawołał Nick.
– Ze mną. Najpierw rzuć broń.

Nick  wyciągnął  z  kabury  służbowy  pistolet  i  rzucił  go  na  kafelki,

którymi  wyłożona  była  podłoga  wokół  basenu.  Pistolet  głośno
zastukał o posadzkę.

–  Masz  jeszcze  jakąś  broń,  której  chciałbyś  się  pozbyć?  –  zapytał

Keller.  Parsknął  śmiechem.  –  Wątpię.  Po  twojej  lewej  stronie
znajduje się włącznik światła. Czy mógłbyś, z łaski swojej, go użyć?

Zły  pomysł.  Nick  obawiał  się  kuli.  Nie  takiej,  która  go  zabije,  ale

takiej, która okaleczy.

–  Najpierw  chcę  wiedzieć,  czy  z  Laney  wszystko  w  porządku  –

odparł.

– Zawsze byłeś człowiekiem małej wiary, wiesz? To jedna z twoich

wad.

–  Małej  wiary?  Zawsze  wierzyłem  w  ciebie,  Zak.  Powierzyłem

tobie  swoje  życie!  –  Poczuł,  jak  opanowuje  go  furia.  To  dobrze,

zawsze  to  lepsze  niż  strach.  –  Zdradziłeś  mnie,  a  potem  zdradziłeś

samego siebie i wszystkich policjantów.

– Nicolas, Nicolas, gdybym chciał wysłuchać kazania, poszedłbym

do kościoła.

Nick usłyszał odgłos kroków po drugiej stronie basenu, tam, gdzie

znajdowały się szatnie.

–  Mam  tu  twoją  dziewczynę.  Powiedz  coś  do  niego  –  rozkazał

Keller.

Rozległ się trzask zrywanej taśmy samoprzylepnej.

– Nick? – zapytała Laney przez ściśnięte gardło. – Co się dzieje?

background image

– Nie powiedziałeś jej prawdy o sobie, Nick. Och, zawiodłeś mnie.

Cała  ta  gadka  o  uczciwości,  a  pozwoliłeś  jej  wpakować  się  w  to
błoto?

– Wszystko dobrze, Laney. Dam mu to, czego chce, a on puści cię

wolno.

– Wątpię, Nick. On…
Nick  usłyszał  szamotaninę.  Nie  mógł  nic  zrobić,  ponieważ  zanim

zdołałby  w  ciemności  pokonać  całą  długość  basenu,  Keller  zdążyłby
włączyć światło i oddać w jego kierunku celny strzał.

Nagle usłyszał plusk.
–  Okej,  Nicolas.  Sprawa  wygląda  tak:  twoja  dziewczyna  właśnie

poszła  na  dno.  W  najgłębszym  miejscu  basenu.  Jak  myślisz,  da  radę
pływać ze związanymi rękami i nogami? A teraz bądź łaskaw włączyć
światło, zanim twoja ukochana utonie.

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Laney  znalazła  się  pod  wodą  i  nagle  ogarnęła  ją  mroczna  głębia.

Zanim  Zak  wepchnął  ją  do  basenu,  zdołała  zaczerpnąć  ledwie
odrobinę  powietrza.  Była  naga.  Ręce  i  nogi  krępowała  jej  taśma,
która zaklejała również jej usta. Opadła na dno basenu i z całych sił
odbiła się, żeby wypłynąć na powierzchnię.

Basen  miał  w  tym  miejscu  nie  więcej  niż  trzy  metry  głębokości,

ale wiedziała, że nawet gdyby woda sięgała zaledwie niecałych dwóch
metrów,  i  tak  mogła  w  niej  utonąć.  Walczyła  z  własnym  ciężarem,

ruszając  złączonymi  nogami  niczym  syrena.  Było  to  potwornie

wyczerpujące i niewygodne.

Wystawiła  głowę  ponad  powierzchnię  wody,  wciągnęła  nosem

powietrze i z powrotem zanurkowała. Udało jej się dostrzec jedynie

Zaka, który stał nad brzegiem basenu, dzierżąc w dłoni pistolet. Nie

zwrócił  na  nią  najmniejszej  uwagi,  miał  bowiem  wzrok  wbity

w ścianę znajdującą się na przeciwległym końcu pomieszczenia, tuż

obok wejścia. Próbował wypatrzyć Nicka w ciemnościach.

Laney  wiedziała,  że  musi  dostać  się  do  brzegu,  byle  najdalej  od

Kellera.  Odbiła  się  od  dna,  usiłując  skierować  ciało  ku  najbliższej  –

i  jednocześnie  najbardziej  oddalonej  od  Zaka  –  ścianie  basenu,  przy

której znajdowała się trampolina.

Odbiła  się  z  całej  siły,  wypłynęła  na  powierzchnię  i  nabrała

powietrza.  Od  krańca  basenu  dzieliły  ją  jeszcze  dwa  metry.

Zanurkowała. Opadła na dno i raptem zdała sobie sprawę, że ciągnie

background image

resztkami  sił.  Pływanie  w  ten  sposób  ogromnie  ją  męczyło  i  nie

wiedziała,  jak  długo  da  radę  tak  na  przemian  wynurzać  się
i nurkować.

Nickowi serce podeszło do gardła. Mijały sekundy, podczas których

słyszał,  jak  Laney  szamocze  się  w  wodzie.  Postanowił,  że  zabije
Kellera,  choćby  miała  to  być  ostatnia  rzecz,  jaką  zrobi  w  życiu.
Zresztą zabiłby go wcześniej, tamtej nocy, gdy zdał sobie ostatecznie

sprawę,  że  Keller  nie  był  po  prostu  złym  gliną,  on  był  najgorszym
policjantem, jakiego można było sobie wyobrazić.

Problem  w  tym,  że  Nick  wierzył  w  prawo.  To  dlatego  usiłował

aresztować  swojego  partnera,  zamiast  po  prostu  go  sprzątnąć.
Poważny  błąd,  który  mógł  wytłumaczyć  jedynie  szokiem  w  obliczu
sceny, jakiej był świadkiem. Błąd, który Keller w pełni wykorzystał.

Nick  zaklął  pod  nosem,  zdając  sobie  sprawę,  że  każda  mijająca

sekunda  to  sprawa  życia  i  śmierci.  Musiał  ocalić  Laney.  Ale
włączenie  światła  równało  się  śmierci  obydwojga.  Dobrze  znał

Kellera i wiedział, do czego jest zdolny. Oto sytuacja, z której są tylko

dwa wyjścia: zabić albo zostać zabitym.

– Okej – krzyknął. – Włączam światło.

Błyskawicznie  ściągnął  buty  i  kurtkę,  przełożył  swój  prywatny

pistolet  do  pustej  kabury  po  służbowej  broni,  wyjął  nóż  i  zaczął

czołgać się wzdłuż ścianki, aż dotarł do trampoliny, która znajdowała

się w najgłębszej części basenu.

Słyszał, jak kilka metrów od niego Laney szamocze się w wodzie.

Mógł  tylko  mieć  nadzieję,  że  udaje  jej  się  od  czasu  do  czasu

zaczerpnąć powietrza.

– Nie mogę znaleźć włącznika! – krzyknął Nick.

–  Poszedłeś  w  złą  stronę.  Nigdy  nie  potrafiłeś  odróżnić  lewej  od

prawej – powiedział Zak i zaśmiał się z głupoty Nicka.

Nick  zawsze  odgrywał  rolę,,tego  niezdarnego''.  Naiwny,  mówił

o nim Keller i zaraz dodawał:

background image

– Widziałeś tyle zła i nadal twierdzisz, że ludzie z natury są dobrzy –

mawiał Zak i wybuchał śmiechem. – Nie ma drugiego takiego jak ty,
Nicolas, nie ma.

T rzymając  w  ręku  nóż,  Nick  wsunął  się  do  basenu  niczym  foka.

Wiedział, że ma do dyspozycji jedynie kilka sekund, podczas których
musi dotrzeć do Laney, uwolnić ją i oddać strzał w kierunku Kellera.

Otworzył  oczy  pod  wodą,  ale  było  zbyt  ciemno,  żeby  cokolwiek

dostrzec.  Wiedział,  że  w  każdej  chwili  Keller  może  sam  włączyć
światło, a wtedy Nick będzie dla niego łatwym celem.

Nagle  na  powierzchni  basenu  zamigotało  światło.  Nick  dostrzegł

Laney  w  odległości  zaledwie  kilkunastu  centymetrów  od  siebie.
Usiłowała wypłynąć na powierzchnię. Podpłynął do niej, odciągnął ją
w kierunku trampoliny, rozciął taśmę krępującą jej ręce i wepchnął
jej nóż w dłoń, po czym sięgnął po pistolet.

Kabura była pusta.
Nick wynurzył się i spojrzał Kellerowi prosto w oczy. Zak klęczał

nad  brzegiem  basenu,  celując  swoim  magnum  prosto  w  głowę

Nicka.

– T y sukinsynu – powiedział Zak, szczerząc zęby. – Ale mi numer

wyciąłeś. Zawsze byłeś szalonym skur… – machnął pistoletem i trafił

rękojeścią w skroń Nicka.

W  głowie  mu  pociemniało  i  prawie  stracił  przytomność,  kiedy

zniknął pod wodą.

Laney  wolną  ręką  zerwała  taśmę  z  ust  i  zakaszlała,  desperacko

łapiąc  powietrze.  Przytuliła  się  do  ściany  basenu.  Bolały  ją  pełne

wody płuca. Czuła krańcowe wycieńczenie i strach.

Widziała,  jak  Zak  uderzył  Nicka  i  wepchnął  go  pod  wodę.

Znajdowała  się  zaledwie  kilka  metrów  od  obydwu.  Ścisnęła  w  ręku

nóż, zapominając na chwilę, że nadal ma związane nogi.

Nick wyłonił się na powierzchnię, zakaszlał i złapał się jedną ręką

za  głowę.  Z  rany  tuż  nad  lewym  okiem  popłynęła  wartkim

background image

strumieniem  krew.  Usiłował  zatamować  krwotok.  Wydawał  się

oszołomiony.

Laney  desperacko  walczyła  z  taśmą  opinającą  jej  kostki.  Była  na

tyle  słaba,  że  potrzebowała  do  tego  obydwu  rąk.  Kiedy  wreszcie
udało jej się dobrać do taśmy, ześlizgnęła się z brzegu basenu i znów
opadła na samo dno.

Zupełnie nie radziła sobie z nożem. Wyginała się i prężyła, usiłując

jakoś przeciąć taśmę. Potrzebowała powietrza.

Nagle  poczuła  dłoń  Nicka.  Spojrzała  w  górę  i  zobaczyła,  jak  Nick

unosi się na powierzchni basenu tuż nad nią. Otaczała go czerwona,
krwawa plama.

Nie  mogła  dłużej  pozostawać  na  dnie.  Płuca  paliły  ją  żywym

ogniem. Musiała wypłynąć na powierzchnię. Teraz, natychmiast.

Nóż  omsknął  się.  Poczuła,  jak  ostrze  wbija  się  jej  w  skórę,  ale

zignorowała  ból  i  szarpnęła  ostro  w  górę,  ostatkiem  sił  przecinając
wreszcie grubą taśmę. A jednak nie pozbyła się jej do końca i, żeby

to zrobić, musiała odrzucić nóż.

Brakowało  jej  tlenu,  więc  widziała  coraz  gorzej.  Wygięła  ciało

i sięgnęła do kostek, kiedy nagle ujrzała pistolet, który leżał na dnie

basenu. Prawie w zasięgu ręki.

Zak Keller chwycił Nicka za koszulę i wyciągnął na powierzchnię.

–  Nicolas,  Nicolas,  coś  ty  sobie  myślał?  Ach,  wiem,  musiałeś

odstawić bohatera. Ocalić dziewczynę i przy okazji swoją duszę.

–  Uważasz,  że  zabijając  mnie,  pozbywasz  się  wszystkich

problemów?  –  wydusił  Nick,  usiłując  złapać  oddech.  Krew  zalewała

mu lewe oko.

Widział, jak pod wodą Laney walczy z taśmą. Chciał wyciągnąć do

niej rękę i pomóc jej, ale wiedział, że w ten sposób tylko ściągnie na

nią uwagę Kellera. Znając Zaka, zabije dziewczynę właśnie teraz, na

oczach Nicka.

–  Będą  mieć  cię  na  oku  –  powiedział  Nick,  przemieszczając  się

background image

w wodzie tak, by osłonić Laney. – Zawsze będziesz podejrzany.

– Dzięki tobie – warknął Keller i wycelował Nickowi między oczy.

–  Po  co  się  wtrącałeś?  Kim  dla  ciebie  byli  ci  gliniarze?  Nikim  –
potrząsnął  głową.  –  Cholera,  Nick,  byliśmy  partnerami.  Do  diabła,
byliśmy  jak  bracia.  –  Sprawiał  wrażenie,  jakby  miał  się  rozpłakać.  –
Kochałem cię, stary. Byłeś dla mnie jak rodzina.

–  Owszem,  ale  wtedy  nie  wiedziałem,  że  twoja  rodzina  dała  ci

w prezencie geny kryminalistów.

– To naprawdę zabawne, Nicolas. – Wbił w niego wzrok. – Próbuję

ci  wytłumaczyć,  że  wcale  nie  chciałem,  żeby  tak  to  się  skończyło.
Jak  możesz  nadal  wierzyć  w  tę  biurokratyczną  ciemnotę,  którą  ci
wciskają? Sprawiedliwość jest po stronie tego, kto zapłaci najwyższą
cenę.  Myślisz,  że  byłem  jedynym?  –  Zaśmiał  się.  –  Nawet  nie  masz
pojęcia…

– Nie chodzi tylko o to, że brałeś w łapę – odparł Nick. – Zabiłeś

dwóch  policjantów.  –  Dostrzegł  kątem  oka  unoszący  się  na  wodzie

kawałek taśmy samoprzylepnej.

Laney  zdołała  oswobodzić  nogi.  Ale  dlaczego  nie  wypływała?  Co

takiego  robiła  pod  powierzchnią?  Czuł  ruch  wody,  a  więc  poruszała

się,  tyle  że  najwidoczniej  nie  płynęła  ku  powierzchni.  Co  jest,  do

diabła?

I  wtedy  do  niego  dotarło.  Zobaczyła  pistolet  na  dnie  basenu

i  zanurkowała  po  niego.  Chciał  krzyknąć:  Nie,  nie  rób  tego!  Laney

nie znała Kellera. Nie wiedziała, że Zak zastrzeli ją, zanim ona zdąży

zorientować się, jak użyć broni.

Podpłynął bliżej Kellera, choć wiedział, że to niebezpieczne. Musiał

być gotów na chwilę, w której Laney wyłoni się spod wody. Wtedy

rzuci się na Zaka, by uniemożliwić mu oddanie strzału.

– Dalej, zabij mnie – powiedział Nick. – Przecież po to jechałeś taki

kawał  drogi.  Co  cię  powstrzymuje?  Aha,  czy  wspominałem  już,  że

przygotowałem  nagranie,  na  którym  opisałem  wszystko  ze

background image

szczegółami?  Zeznałem,  że  widziałem,  jak  zabijasz  dwóch

policjantów, że wiem o porwaniu Laney Cavanaugh i że planujesz nas
zabić.  Nagrałem  nawet  rozmowę,  w  której  mówisz  mi,  gdzie  mamy
się spotkać.

Keller  spuścił  odrobinę  z  tonu,  ale  zmrużył  oczy  i  skupił  całą

uwagę na Nicku.

– Zmyślny ruch, ale musisz wiedzieć, że mam przyjaciół w biurze

prokuratora.  Ta  przesyłka  nigdy  nie  dotrze  do  osób,  które  mogłyby
mi zaszkodzić.

Odbezpieczył broń.
–  Masz  rację.  Nie  ma  powodu,  dla  którego  warto  to  jeszcze

przeciągać.  Miałem  nadzieję,  że  namówię  cię  do  zmiany  zeznań,  ale
widzę,  że  traciłem  tylko  czas  –  wymierzył  w  czoło  Nicka  i  położył
palec na spuście. – Żegnaj, Nicolas.

Pistolet  był  cięższy,  niż  Laney  sądziła.  Przycisnęła  go  do  twarzy.

Brak tlenu sprawiał, że kręciło jej się w głowie. Musiała natychmiast

wypłynąć na powierzchnię, ale wiedziała, że kiedy to zrobi, musi być

gotowa w ułamku sekundy pociągnąć za spust.

Niewiele  wiedziała  o  broni,  choć  dziadek  T itus  uczył  wnuczki

strzelać,  kiedy  były  młodsze,  bo  twierdził,  że  każdy  powinien  czuć

zdrowy respekt przed bronią.

Odciągnęła  zamek.  Teraz  wystarczyło  tylko  pociągnąć  za  spust.

Położyła  palec  na  spuście  i  spojrzała  do  góry.  Powietrze.  Jej  ciało

wydawało się z ołowiu.

Odbiła  się  obydwiema  nogami  od  dna  basenu  i  wystrzeliła  w  górę,

płynąc  z  otwartymi  oczami  i  ściskając  pistolet  drżącymi  dłońmi.

Wiedziała, że będzie mieć tylko jedną szansę. Jeżeli spudłuje, zginie,

a wraz z nią umrze Nick.

Podniosła  pistolet,  starając  się  ze  wszystkich  sił  zachować

równowagę  i  trzymać  ręce  prosto,  wypłynęła  ponad  powierzchnię

wody,  nabrała  potężny  haust  powietrza  i  pociągnęła  za  spust.  Huk

background image

rozniósł  się  po  całym  pomieszczeniu,  odbijając  się  echem  od  ścian

basenu.  Zanim  ponownie  zanurkowała,  zdążyła  oddać  jeszcze  jeden
strzał.  A  może  po  prostu  tylko  tak  jej  się  zdawało,  ponieważ  za
chwilę usłyszała kolejny strzał, a po nim jeszcze jeden.

Dopiero wtedy poczuła ból i zrozumiała, że została ranna.
Nick rzucił się w stronę Zaka w tej samej chwili, w której poczuł

gwałtowny  ruch  wody  za  plecami,  gdy  tylko  Laney  wynurzyła  się

i  oddała  strzał.  Udało  mu  się  sięgnąć  nóg  przeciwnika.  Chwycił  je
oburącz i pociągnął z całej siły.

Zak  stracił  grunt  pod  nogami,  upadł  do  tyłu  i  uderzył  z  impetem

o  krawędź  basenu.  Padł  kolejny  strzał  i  w  tym  momencie  Nick
wciągnął Zaka do wody i złapał jego broń.

Zak  albo  błyskawicznie  otrząsnął  się  po  spotkaniu  z  podłogą,  albo

napędzała go wysokooktanowa adrenalina, bo Nick nie pamiętał, żeby
jego były przyjaciel kiedykolwiek dysponował taką siłą. Szamotali się
pod wodą, walcząc o pistolet. Nick widział, jak obydwie kule Laney

raniły  Zaka,  ale  mimo  to  Keller  walczył,  ogarnięty  prawdziwym

szałem.

Nickowi  zaczynało  brakować  powietrza.  Czuł  potworny  ból

w  rozbitej  głowie  i  zdawał  sobie  sprawę,  że  stracił  sporo  krwi.

Musiał wynurzyć się na powierzchnię. Zdołał odebrać broń Zakowi,

ale  kiedy  wypływał,  pragnąc  za  wszelką  cenę  dostarczyć  tlen  do

pękających płuc, Keller wyciągnął rękę, żeby wyrwać mu pistolet.

Zak  odbezpieczył  broń,  zanim  wpadł  do  wody,  więc  teraz  tylko

wsunął  palec  w  kabłąk  i  usiłował  obrócić  lufę  w  kierunku  Nicka.

Pistolet wystrzelił. Nick usłyszał huk i zerknął w dół ułamek sekundy

przed  wypłynięciem  na  powierzchnię.  Spojrzał  Zakowi  w  oczy

i zobaczył wyraz jego twarzy, malujące się na niej zaskoczenie i ból.

Zak zdał sobie sprawę, że przegrał.

Krew wypłynęła na powierzchnię wody niczym plama ropy. Laney

wisiała  wczepiona  w  ścianę  basenu  i  walczyła  o  tlen,  jednocześnie

background image

zmagając się z bólem w boku. Przyłożyła dłoń do rany.

Widziała  ruch  tuż  pod  powierzchnią  wzburzonej  wody.  Powietrze

gęste było od pary wodnej.

Obserwowała  otoczenie  przez  zamglone  oczy.  Czuła,  że  jej  dłoń

osuwa  się  z  brzegu  basenu.  Głowa  opadła  pod  wodę.  Gwałtownie
chwyciła się ściany, czując w boku straszliwy ból. Wiedziała, że musi
wydostać się stąd i wezwać pomoc.

Otworzyła  oczy  i  dostrzegła  nieruchomy  kształt  na  dnie  basenu.

Ciało. Nicka?

Laney  poczuła,  jak  czyjeś  ręce  wynoszą  ją  ponad  wodę  i  ku

światłu,  a  w  następnej  chwili  wystrzeliła  w  górę.  Nabrała  głęboki
haust powietrza, a potem następny. Wtedy zobaczyła, że znajduje się
w ramionach Nicka.

Ulga 

wymieszana 

bólem 

strachem 

znalazła 

ujście

w spazmatycznym szlochu.

–  Już  dobrze,  kochanie.  –  Czuła  na  szyi  jego  oddech,  kiedy  płynął

z nią ku płytkiemu końcowi basenu. – Już dobrze, jestem tutaj.

Przywarła  do  niego.  Światło  przygasło,  a  za  chwilę  opanowała  ją

zupełna ciemność.

background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY

Nick  nie  odstępował  Laney  nawet  na  krok,  kiedy  wieziono  ją

karetką  do  Whitehorse,  a  potem  helikopterem  do  Billings.  Gdy
operowano jej ranę postrzałową, lekarze założyli Nickowi szwy nad
lewym okiem.

Był  wykończony,  ale  nie  mógł  zasnąć.  Miał  świeżo  w  pamięci

wspomnienie bezwładnego ciała Laney w swoich ramionach i zwłok
Zaka na dnie basenu.

Nick  modlił  się,  by  Laney  wyszła  z  tego  z  życiem,  choć  nie  był

osobą  przesadnie  religijną.  Nie  mógł  znieść  myśli,  że  mógłby  ją

stracić,  chociaż  doskonale  wiedział,  że  gdy  tylko  Laney  odzyska

przytomność, nie będzie chciała mieć z nim nic wspólnego. Nie mógł

jej  za  to  winić.  To  on  był  odpowiedzialny  za  wszystko.  Nigdy  sobie

tego nie wybaczy.

Laney  otworzyła  oczy  tuż  przed  świtem.  Przysunął  się  do  niej

bliżej, ujął jej dłoń i poczuł, że zalewa go fala ulgi, a w oczach zbierają

się  łzy.  Mógł  jedynie  uśmiechnąć  się  do  niej.  Laney  ścisnęła  jego

dłoń, a potem znów zamknęła oczy.

Do sali wszedł lekarz i poinformował Nicka, że na korytarzu czeka

na niego szeryf Carter Jackson.

Nick pocałował Laney w czoło i wyszedł na spotkanie z szeryfem,

który po powrocie z Florydy zastał areszt pełen więźniów i trupa na

dnie basenu.

–  Pewnie  masz  mi  wiele  do  opowiedzenia  –  oświadczył  Jackson.

background image

Towarzyszyło mu dwóch zastępców. – A kiedy skończysz odpowiadać

na moje pytania, pojedziesz do Kalifornii, gdzie zadadzą ci kolejne.

Nick skinął  głową i  spojrzał  w stronę  sali,  na której  leżała  Laney.

Nie chciał jej zostawiać, ale wiedział, że jeżeli odmówi Jacksonowi,
ten bez wahania go zaaresztuje.

–  Lekarz  twierdzi,  że  powinna  wyjść  z  tego  bez  komplikacji  –

powiedział  Jackson.  Rzucił  okiem  na  szwy  na  skroni  Nicka.  –  A  ty

tymczasem pójdziesz ze mną.

Jeśli  chodzi  o  sprawę  zabójstwa  policjantów,  sytuacja  była  jasna:

świadectwo 

Nicka 

kontra 

zeznanie 

Zaka. 

Zak 

skorzystał

z  niezarejestrowanej  broni,  której  nie  sposób  było  powiązać  z  jego
osobą,  a  w  dodatku  pistolet,  który  posłużył  do  morderstwa  i  na
którym znajdowały się odciski palców Zaka, zaginął.

Jedyną  nadzieją  Nicka  pozostawała  taśma  wideo.  Jeżeli  faktycznie

można  było  usłyszeć  na  niej  głos  Zaka,  mogła  stanowić  dowód,  że
Nick zabił Zaka w samoobronie.

Nick  nie  chciał,  żeby  Laney  zeznawała  w  sądzie.  Wolał,  żeby

szeryf  Jackson  spisał  jej  zeznanie  i  wysłał  do  Kalifornii.  Nick  miał

nadzieję, że na tym skończy się jej udział w sprawie. Keller nadal miał

swoich ludzi w Kalifornii, a Nick postanowił, że już nigdy nie narazi

Laney na niebezpieczeństwo.

Laney zgodziła się wrócić do Starego Whitehorse, by odzyskać siły,

i pozwoliła, aby siostra i dziadek zajęli się nią. Wszystko, co się stało,

wydawało jej się odległym, złym snem. Kiedy obudziła się w szpitalu,

nafaszerowana  lekami  i  cała  obolała,  z  rozczarowaniem  stwierdziła,

że nie ma obok niej Nicka.

Pamiętała, że kiedy pierwszy raz obudziła się po operacji, siedział

obok  niej.  Pamiętała  dotyk  jego  ust  na  czole.  Lekarz  powiedział,  że

Nick wyszedł w towarzystwie szeryfa Whitehorse. Potem słyszała,

że  Nick  wrócił  do  Los  Angeles  i  tam  zeznawał  w  sprawie  śmierci

Kellera  oraz  dwóch  policjantów,  którzy  zginęli  osiem  miesięcy

background image

wcześniej.  W  momencie  gdy  rozpoczęło  się  postępowanie  sądowe,

został zawieszony w służbie policji Los Angeles.

Poczta  pantoflowa  huczała  od  prawdziwych  wiadomości  i  plotek.

Do  uszu  Laney  dotarło,  że  Nick  był  tak  naprawdę  agentem  CIA.
Słyszała też, że w rzeczywistości pracował dla FBI, a w Whitehorse
wykonywał tajną misję.

Sleeping  Buffalo  zyskało  rozgłos  i  po  ponownym  otwarciu

przyciągało tłumy.

–  Jak  się  czujesz?  –  zapytała  Laci  i  dołączyła  do  siostry  na

werandzie.

–  Nieźle.  –  Laney  wpatrzyła  się  w  rozciągającą  się  po  horyzont

równinę. 

Wrzesień 

dobiegał 

końca. 

Mieli 

za 

sobą 

kilka

chłodniejszych  dni,  ale  tego  dnia  powietrze  znów  było  gorące,
a niebo bezchmurne i oślepiająco błękitne.

–  Piekę  dla  ciebie  ciasteczka  cukrowe  –  oznajmiła  Laci.  –  Wiesz,

takie jak lubisz, z lukrem i posypką.

– Piecz i gotuj tak dalej, a niedługo będę okrągła jak piłka – odparła

Laney.  Tak  naprawdę,  to  czuła  się  winna,  ponieważ  prawie  nic  nie

jadła.  Straciła  apetyt  i  zastanawiała  się,  czy  kiedykolwiek  go

odzyska.

– Na pewno wszystko w porządku? – upewniła się Laci.

Laney wyciągnęła rękę, by uścisnąć dłoń siostry.

–  Lekarz  powiedział,  że  rana  ładnie  się  zagoiła.  Stwierdził,  że  jeśli

zostanę tu dłużej, pomyśli, że symuluję.

– Chodzi o Nicka, prawda? – zapytała Laci.

Laney  odwróciła  głowę  i  wbiła  wzrok  w  przecinającą  pola  drogę,

wściekła na łzy, które napłynęły jej do oczu. Sama nie wiedziała, co

czuła.  Od  szeryfa  Jacksona  dowiedziała  się  całej  prawdy.  Rozumiała,

dlaczego Nick musiał kłamać.

T yle  że  ona  zakochała  się  w  Nicku  Rogersie  –  a  przynajmniej

w  tym  mężczyźnie,  którym  był  –  i  Nicolas  Giovanni  z  Los  Angeles

background image

był dla niej obcą osobą.

– Znowu dzwonił – powiedziała Laci i w tej samej chwili usłyszała

dźwięk  minutnika  w  kuchence,  więc  wstała  z  zamiarem  pójścia  do
kuchni i wyjęcia ciastek z piekarnika, zanim spalą się na popiół.

Laney  tylko  skinęła  głową.  Nie  czuła  się  na  siłach,  by  z  nim

rozmawiać.  Choć  prawdę  mówiąc,  raczej  nie  wiedziała,  co  powinna
powiedzieć.  Była  pewna,  że  do  tej  pory  wrócił  do  swojej  pracy

w  wydziale  zabójstw.  Słyszała,  że  teraz,  kiedy  cała  afera  dobiegła
końca  i  wszystko  się  wyjaśniło,  został  przywrócony  do  służby.
Obiecała  szeryfowi,  że  jeżeli  prokurator  będzie  potrzebował  jej
zeznań  na  miejscu,  to  ona  chętnie  pojedzie  do  Los  Angeles,  ale
okazało  się,  że  kluczową  rolę  w  sprawie  odegrało  nagranie  wideo,
które Nick sporządził w dniu jej porwania.

– Myślę, że powinnaś z nim porozmawiać – odezwała się Laci.
–  Myślę,  że  powinnaś  zobaczyć,  jak  tam  moje  ciastka  –  odparła

Laney z uśmiechem.

– On jest w tobie zakochany – dodała Laci, kiedy minutnik odezwał

się po raz wtóry. – Każdy to widzi – krzyknęła, biegnąc do kuchni, by

ocalić wypiek.

Laney  ponownie  wpatrzyła  się  w  drogę.  Wiedziała,  że  nigdy  nie

będzie  już  tą  samą  osobą.  Lekarz  powiedział,  że  to  normalne,

zważywszy na koszmar, który przeżyła.

Uśmiechnęła  się  pod  nosem.  Każda  chwila  w  obecności  Kellera

była  dla  niej  przerażająca,  ale  bladła  w  porównaniu  z  męką,  jakiej

doświadczyła tego lata. Zakochała się i teraz serce pękało jej na samą

myśl, że mogłaby już nigdy nie zobaczyć Nicka.

Wiedziała, że właśnie dlatego nie odbierała od niego telefonów. On

wrócił  do  Los  Angeles,  do  swojej  rodziny,  do  życia  jako  Nicolas

Giovanni.  Koszmarem  była  dla  niej  śmierć  Nicka  Rogersa  –

mężczyzny,  w  którym  zakochała  się  pewnego  letniego  dnia

w Montanie.

background image

Wpatrywała się w drogę tak długo, że początkowo sądziła, iż tylko

oczami  wyobraźni  dostrzegła  niedużą  chmurę  pyłu  tuż  nad
horyzontem.  Patrzyła,  jak  z  każdą  sekundą  obłok  powiększa  się,
a  wraz  z  nim  zbliża  się  jakiś  pojazd.  Wmówiła  sobie,  że  oto  znów
nadjeżdżają złe wieści.

Kiedy  wyszła  na  jaw  historia  dzieci  Evansów,  w  Whitehorse

zawrzało. Arlene nadal nie dopuszczała do siebie myśli, że coś takiego

mogło  mieć  miejsce,  przynajmniej  jeśli  chodzi  o  Bo  i  Charlotte.
Załatwiła tej dwójce prawników, więc teraz Bo i Charlotte zarzekali
się,  że  wszystko  to  był  pomysł  Violet,  łącznie  z  napadami  na
mężczyzn. Laney przypuszczała, że Arlene namówiła ich, by bronili
tej  wersji,  nie  chciała  bowiem  jednocześnie  stracić  wszystkich
swoich dzieci.

Po  tym,  jak  w  sądzie  Violet  zaatakowała  swoje  rodzeństwo,

przewieziono ją do Great Falls do więzienia o zaostrzonym rygorze.
Po  Whitehorse  krążyła  plotka,  że  Violet  trafi  na  obserwację  do

szpitala  dla  umysłowo  chorych  w  Warm  Springs.  Wszyscy  zgodnie

uważali,  że  nigdy  nie  stanie  przed  sądem.  Arlene  wpłaciła  kaucję  za

Bo i Charlotte.

Laney nie rozpoznała auta, od jego dachu ostro odbijało się słońce.

Samochód zatrzymał się przed domem. Serce Laney biło jak oszalałe.

Promienie  słońca  igrały  na  przedniej  szybie  wozu,  oślepiając  Laney

tak,  że  nie  była  w  stanie  dostrzec  kierowcy.  Zobaczyła  tylko,  jak

drzwi  otwierają  się.  Sekundę  później  z  wozu,  niczym  fatamorgana,

wyłonił się Nick.

Spojrzał na nią ponad maską samochodu i zawahał się. Ubrany był

w  szary  kapelusz  kowbojski,  dżinsy,  koszulę  i  wysokie  buty.  Laney

nie  potrafiła  wykrztusić  słowa.  Nick  zamknął  drzwi  auta  i  zaczął

wchodzić po schodach. Laney wyczuła dochodzący z kuchni aromat

świeżo upieczonych ciastek wymieszany z męskim zapachem Nicka

i wiedziała już, że nigdy nie zapomni tej chwili.

background image

Nick  wszedł  na  przyjemnie  zacienioną  werandę,  zdjął  kapelusz

i  zaczął  nerwowo  obracać  nim  w  dłoniach.  Spojrzał  Laney  prosto
w oczy i powiedział:

– Przepraszam, ale musiałem się z tobą zobaczyć.
– Cieszę się, że przyjechałeś – wydusiła z siebie. Wstała z krzesła

i podeszła do niego, czując, jak łzy spływają jej po policzku.

Nick zrobił krok do przodu i powiedział:

– Nie wstawaj, proszę… – Ale ona lądowała już w jego ramionach.

Otworzył je szeroko, a potem zamknął wokół niej i ukrył twarz w jej
włosach.

T rzymając  Laney  w  ramionach,  Nick  czuł,  jak  jej  ciało

przeszywają  delikatne  dreszcze  i  wtórują  bezgłośnemu  płaczowi.
Przytulił  ją  lekko,  obawiając  się,  by  jej  nie  ściskać  zbyt  mocno.
Rozmawiał  już  z  lekarzem,  który  mu  powiedział,  że  kula  z  pistoletu
Zaka  przeszyła  bok  Laney  na  wylot,  ale  na  szczęście  nie  uszkodziła
żadnych ważnych organów, a rana zagoiła się bez komplikacji.

Ale 

wiedział, 

że 

skutki 

psychiczne 

towarzyszące 

ranie

postrzałowej  potrafią  być  bardziej  groźne  niż  te  fizyczne.  Nick

obawiał się, że choć Laney była bez wątpienia silną kobietą, po tym,

co przeszła, nigdy w pełni nie dojdzie do siebie.

– Tak mi przykro – powiedział, wtulając twarz w jej włosy.

Potrząsnęła  głową  i  odsunęła  się  od  niego,  po  czym  wytarła  oczy

i spojrzała na Nicka.

– Szeryf o wszystkim mi opowiedział. To nie była twoja wina.

–  Nie  powinienem  był  pozwolić,  żebyśmy  się  do  siebie  zbliżyli  –

oświadczył surowym tonem, ale po chwili złagodniał. – Niestety, nie

potrafiłem się opanować.

Laney uśmiechnęła się przez łzy.

– Skąd ja to znam?

Nick usłyszał skrzypnięcie drzwi.

– Mam tutaj ulubione ciasteczka Laney i mrożoną herbatę, w razie

background image

gdyby  któreś  z  was  było  zainteresowane  –  powiedziała  Laci,  stając

w drzwiach.

Nick spojrzał na Laney i uśmiechnął się do Laci.
– Może za chwilę. Najpierw muszę porozmawiać z Laney.
–  Okej.  No  dobrze,  to  może  ja  przygotuję…  no  nie  wiem…  może

lody – oznajmiła Laci i zamknęła drzwi.

– Jest tyle rzeczy, o których chciałbym ci opowiedzieć – odezwał

się  Nick  i  pomyślał  o  swoim  najlepszym  przyjacielu  Dannym
O'Shayu, o dorastaniu na ulicach Los Angeles, o Zaku i o wszystkim,
co doprowadziło do tej pamiętnej nocy na basenie.

Lecz wszystko to mogło teraz zaczekać.
– Szeryf Whitehorse zaproponował mi moją starą posadę. T rzymał

wolne  miejsce  specjalnie  dla  mnie,  w  razie  gdybym  zdecydował  się
wrócić  –  powiedział  Nick.  –  To  niebywałe,  ale  uważa  mnie  za
całkiem  niezłego  zastępcę.  Nie  wie,  że  kiedy  on  przebywał  na
Florydzie,  w  rozwiązywaniu  zagadek  pomagała  mi  tutejsza

dziewczyna.

Laney przyjrzała mu się.

– Wydawało mi się, że twoje życie toczy się w Kalifornii.

– Mam co prawda wielką rodzinę w Los Angeles, ale żadne z nich

nie było nigdy w Montanie, więc przypuszczam, że jeżeli zdecyduję

się  tu  zostać,  należy  oczekiwać  zalewu  Whitehorse  przez  moich

kuzynów, wujków i ciotki.

– Chcesz powiedzieć, że naprawdę zastanawiasz się nad przyjęciem

dawnej pracy? – Laney nie wydawała się przekonana.

–  Powiedziałem  Carterowi,  że  muszę  pomyśleć.  I  że  zależy  to  od

ciebie.

– Ode mnie? – zapytała Laney łamiącym się głosem.

–  Powiedziałaś  kiedyś,  że  gdybyś  spotkała  właściwego  faceta,

mogłabyś  tu  zamieszkać.  Nie  twierdzę,  że  jestem  tym  właściwym,

ale,  do  diabła,  chętnie  spróbuję  nim  być.  Jeżeli  nie  jest  za  późno.

background image

Jeżeli  uważasz,  że  możesz  mi  zaufać  po  tym  wszystkim,  co  się

wydarzyło. Jeżeli…

Laney położyła mu palec na ustach i roześmiała się.
–  A  może  po  prostu  pocałujesz  mnie  i  zobaczymy,  co  z  tego

wyjdzie, hm? – zapytała.

– I mówi to kobieta o analitycznym umyśle?
Jego  pocałunek  był  taki  sam,  jakim  Laney  go  zapamiętała.  Poddała

się  mężczyźnie  o  nazwisku  Nicolas  Giovanni,  którego  właśnie
poznała. Kobieta, która zawsze skrupulatnie badała grunt przed sobą,
zanim  postawiła  kolejny  krok,  właśnie  ruszyła  naprzód,  nie  patrząc
pod nogi.

W kuchni Laci wzięła się za przygotowywanie lodów. Później całą

trójką  usiądą  na  werandzie  i  będą  przyglądać  się  zachodzącemu
słońcu, opychając się łakociami domowej roboty.

Przypomniała  sobie  niepokój,  który  tego  lata  towarzyszył

pierwszym  dniom  jej  pobytu  w  Whitehorse.  Tonąc  w  pocałunku

Nicka,  wiedziała  już,  że  tym  razem  nie  czekały  jej  niespokojne  dni.

W  jego  obecności  już  nie  czuła  niepokoju.  W  jego  ramionach  była

bezpieczna.  Dobrze  było  być  w  domu.  Jak  mówi  stare  przysłowie,

tam  dom  twój,  gdzie  serce  twoje.  A  jej  serce  było  tutaj,

w Montanie.


Document Outline