background image

JAN FREED

TY ZROBISZ

TO NAJLEPIEJ

Harlequin

Toronto • Nowy Jork • Londyn • Amsterdam Ateny • 

Budapeszt • Hamburg • Istambuł Madryt • Mediolan • Paryż • 

Praga Sydney • Sztokholm • Tokio • Warszawa

background image

Tytuł oryginału:

Nobody Does It Better

Pierwsze wydanie:

Harlequin Books, 1997

Przekład:

Urszula Szczepańska

Redakcja:

Ewa Godycka

Korekta:

Magdalena Kwiatkowska

AnnaBolecka

© 1997by Ja nFreed

© for the Polish edition by Arlekin — Wydawnictwo 

Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 1998

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji 

części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu 

z Harlequin Enterprises II B.V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych — 

żywych i umarłych — jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy wydawnictwa Harlequin i znak serii 

background image

Harlequin Super Romance są zastrzeżone.

Skład i łamanie Studio Q, Warszawa

Printed in Germany ISBN 83—7149—221—9

Indeks 375926

background image

1

Hope   Manning   siedziała   z wyciągniętymi   nogami 

w ostatnim rzędzie i rozbierała oczami Austina.

Niezupełnie, rzecz jasna. Takie gierki uprawiają mężczyźni 

—   młodzi   i bardzo   pewni   siebie.   Ona,   na   własny   użytek, 
opracowała   nieco   inną   technikę.   Fantazje   erotyczne   nie 
wchodziły w grę.

Odczuwała satysfakcję, wyobrażając sobie, jak wyglądałaby 

ten albo inny facet, gdyby zamiast zwykłego męskiego ubrania 
miał na sobie coś... bardziej pomysłowego. Na przykład czarne 
podkolanówki   i czerwony   kostium   kąpielowy.   Albo   złote 
klapki na wysokich obcasach i boa z różowych piór.

Kilku rekinów finansowych zęby sobie połamało, próbując 

ją onieśmielić po takim ostrym seansie.

Uśmiechnąwszy   się   z wyższością   —   po   raz   pierwszy   od 

kilku   godzin   —   wyobraziła   sobie   przemawiającego   do   nich 
mężczyznę   w czarnym   trykocie   i czerwonych   getrach. 
Wyprostowała powoli plecy.

Zapomniała   o Teksańczykach.   Zapomniała,   że   codzienna 

praca na świeżym powietrzu daje im przewagę nad facetami 
w spodniach od Armaniego, którzy wyrabiają sobie muskuły, 
machając   na   taksówki.   Mężczyzna,   który   prowadzi   szkołę 
przetrwania   w Big   Bend,   ten   sam,   którego   przebierała   teraz 
w wyobraźni, całe lata spędził w dzikim plenerze w zachodnim 
Teksasie. Spokojnie.

Powinna   się   była   zdecydować   na   wysokie   obcasy   i boa 

z różowych piór.

—Wielu z was przyjechało na ten kurs z bardzo daleka — 

mówił Jared. — Zapewniam, że będziecie go wspominać jako 
wyzwanie waszego życia...

O tak, ma się rozumieć, kpiła w myślach Hope, lekceważąc 

jego mowę powitalną. Pohamowała jednak wyobraźnię, żeby 
przyjrzeć mu się chłodnym wzrokiem.

background image

Założyciel MindBend Adventures stał przed tablicą; jedną 

rękę   wcisnął   w kieszeń   szortów   koloru   khaki,   drugą 
podtrzymywał notatnik oparty o kieszonkę identycznej koszuli. 
Jasnobrązowe włosy, okulary w złotych drucianych oprawkach 
i traperskie   buty   w bliżej   nieokreślonym   kolorze   dopełniały 
skromnego   portretu.   Miła   powierzchowność   w grzecznym, 
nijakim stylu. Nic ciekawego. Nie będzie o czym plotkować 
z Debbie Stone — jeśli jeszcze kiedykolwiek się spotkają.

Hope nie mogła wybaczyć swojej prawej ręce, że posunęła 

się do jawnego szantażu i zagroziła, że odejdzie z firmy.

Skupiła uwagę na Jaredzie. Musiała przyznać w duchu, że 

facet   jest   nieźle   zbudowany.   Ani   grama   zbędnego   tłuszczu, 
przynajmniej na oko. Westchnęła lekko, zasłaniając kamizelką 
trzy   zbędne   kilogramy   tłuszczu   na   własnych   biodrach. 
Odpowiednim strojem można zatuszować wiele mankamentów 
figury. Wie o tym każda trzydziestopięcioletnia kobieta warta 
swojej wagi.

Mankamenty charakteru też można ukryć. Hope wpatrywała 

się   w okulary   Jareda   i próbowała   przeniknąć   odbijające   się 
w nich światło jarzeniówki. Żadnego tropu.

Chociaż... podejrzanie często się uśmiecha. A te lśniąco białe 

zęby   na   tle   ciemnej   opalenizny   wyglądają   sztucznie. 
Zdecydowała,   że   jest   hipokrytą.   Co   gorsza,   to   przez   niego 
musiała (a raczej została zmuszona) oderwać się od Manning 
Enterprises,   firmy   inwestycyjno-kapitałowej,   którą 
wyprowadziła ze stanu niebytu na pozycję notowaną w „Wall 
Street Journal".

Jared zasłużył na rewanż.
Pomysł   zakiełkował   i wypuścił   pędy.   Sztukę   ujarzmiania 

mężczyzn Hope  opanowała do perfekcji. Niewykluczone, że 
gdyby doprowadziła tego faceta do białej gorączki, wyrzuciłby 
ją z kursu i odesłał do domu. Tak, jest to jakaś myśl. Nawet 
gdyby się nie udało, gdyby wolał znosić jej dokuczliwość przez 
całe dwa tygodnie, przynajmniej miałaby jakąś rozrywkę. Od 
czego powinna zacząć atak?

background image

Na   jakimś   ważnym   posiedzeniu   zarządu   w Nowym   Jorku 

jego   harcerski   mundurek   byłby   doskonałym   celem.   Ale 
w zachodnim Teksasie...

Kiedy zerknęła niepewnie w okno, przeszedł ją dreszcz. Na 

bezludnej pustyni Chihuahuan ten człowiek mógłby się rozmyć 
w powietrzu   jak   fatamorgana.   Powinna   pomyśleć   trzy   razy, 
odkryć jego słabe punkty, zanim coś wypali.

—Hope Manning — zagrzmiał niski baryton.
Odwróciła od okna skruszone spojrzenie.
—Hope   Manning?   —   powtórzył   Jared,   przebiegając 

wzrokiem trzy pierwsze rzędy. Ona zaś siedziała w piątym.

Sprawdzanie   listy.   A jakże.   Podniosła   rękę,   machając 

z wdziękiem wszystkimi palcami.

—   W ponad   stu   wyprawach,   które   prowadziłem,   kilku 

uczestników odniosło kontuzje. Czy domyślasz się, Hope, jak 
do tego doszło?

Quiz dla pospólstwa na dzień dobry? Dwadzieścia par oczu 

zwróciło się w jej stronę.

—Z   powodu   nieuwagi   —   powiedział   Jared   znaczącym 

tonem.

Kiedy   dwadzieścia   twarzy   uśmiechnęło   się   jednocześnie, 

poczuła   wypieki   na   policzkach.   Po   chwili   oglądała   swoje 
pomalowane   na   czerwono   paznokcie,   planując   pierwsze 
natarcie.

—Hej, druhu, jeśli chcesz, żeby wszyscy uważali na szlaku 

na   to,   co   trzeba,   radziłabym   ci   zrezygnować   z krótkich 
spodenek — powiedziała przeciągłym południowym akcentem. 
—   Z takimi   nogami   mógłbyś   sprzedawać   na   pustyni   stroje 
kąpielowe.

—Na   pustyni   wszyscy   będziemy   nosić   długie   spodnie   — 

odparł spokojnie. — Zresztą nawet gdybym był bez spodni, 
wątpię,   żebyś   zwracała   uwagę   na   moje   nogi,   taszcząc 
piętnastokilowy plecak przy trzydziestostopniowym upale.

—Nie bądź taki skromny. — Machnęła lekceważąco ręką. 

— Swoją drogą nie widziałam jeszcze twojego zadka. Jestem 

background image

pewna,   że   nie   ustępuje   nogom.   Śmiało,   druhu,   odwróć   się 
i zrób nam mały pokaz.

Słysząc, że  wszyscy naraz  wstrzymali  oddech, czekała na 

wybuch.

Jared zdjął ostrożnie okulary, schował je do kieszeni i podał 

notatnik pulchnej blondynce z pierwszego rzędu. Wyprostował 
się.

Miał   ciemnoniebieskie   oczy   i dziwnie   znajomy   uśmiech. 

Postawił oburącz kołnierz koszuli, jedną ręką zaczesał do tyłu 
wyimaginowaną fryzurę a la Elvis Presley, a potem odwrócił 
się leniwie i stanął w rozkroku.

Grupa zawyła z podziwu.
Hope   z trudem   powstrzymała   wybuch   śmiechu.   Musiała 

przyznać   w duchu,   że   go   nie   doceniła.   Jego   sylwetki   także. 
Każdy szczegół zasługiwał na to, żeby go obgadać z Debbie 
przy szklaneczce martini. Może dwóch... Debbie należała do 
drugiego  pokolenia   wielbicielek Elvisa   i padłaby  z wrażenia, 
gdyby zobaczyła tego faceta w akcji.

Jared poruszył kilkakrotnie biodrami, odwrócił się twarzą do 

sali i wywinął górną wargę.

—Dziękuję bardzo — wycedził jednym tchem.
Hope   poczekała,   aż   umilkną   śmiechy,   a potem   pochyliła 

głowę na znak uznania.

—Miałam rację, druhu. Właśnie tak to sobie wyobrażałam.
Wbił   w nią   przenikliwy,   ostry   jak   sztylet   wzrok.   Dobrze 

znała ten rodzaj spojrzenia z posiedzeń rady nadzorczej.

—Hope, po co tu przyjechałaś? Skąd ci przyszedł pomysł na 

wyprawę z MindBend Adventures?

Spokojnie.
—Moja   przyjaciółka...   przeczytała   artykuł   o twojej   firmie 

w „Good   Morning   America".   Zachwyt,   z jakim   szefowie 
poważnych   firm   wspominali   swoje   przeżycia   z wyprawy, 
zrobił na niej duże wrażenie. To ona namówiła mnie na ten 
kurs.

Na   spauzowanie   —   tak   to   nazwała   Debbie,   grożąc,   że 

background image

odejdzie z Manning Enterprises, jeśli Hope nie zgodzi się na jej 
warunki. Miała nie wracać przed zakończeniem wyprawy — 
dopóki   nie   ochłonie   i „nie   wróci   do   normy".   Na   pustyni 
w Teksasie, a niech to wszyscy diabli!

—To mi pochlebia — powiedział Jared. — Ale chciałbym 

wiedzieć,   co   ciebie,   a nie   twoją   przyjaciółkę,   zaintrygowało 
w kursach traperskich?

Głównie to, że ludzie płacą za nie słone pieniądze.
—Szansa   na   oderwanie   się   od   harówki   w biurze,   to   po 

pierwsze.   Po   drugie,   możliwość   wytchnienia   w jednym 
z ostatnich, nie skażonych cywilizacją zakątków tego kraju...

Najwyraźniej spodziewał się czegoś więcej.
—Mam też oczywiście nadzieję, że poznam tu przyjaciół na 

całe życie i dojrzeję wewnętrznie.

Prawie niedostrzegalnie drgnęły mu wargi.
— Wspaniale. Na ogół po dziesięciu dniach wędrówki przez 

bezdroża Big Bendu ludzie wypaleni wewnętrznie — ofiary 
przepracowania — czują się jak nowo narodzeni.

Wypaleni wewnętrznie?
Pochylił   się   ku   siedzącej   w pierwszym   rzędzie   blondynce 

przy kości, żeby odebrać swój notes.

—Dziękuję. Karen, prawda?
—Tak,   Karen   Kent   —   odparła   nieśmiało,   jak   gdyby 

zaskoczona   dźwiękiem   własnego  imienia,  mimo   że   miała   je 
wypisane na identyfikatorze.

Jared włożył okulary i uśmiechnął się pogodnie.
—Karen,   może   teraz   ty   nam   opowiesz,   dlaczego 

zdecydowałaś się na taką wyprawę? Czego się spodziewasz po 
tych dwóch tygodniach?

—Ja... Mój mąż i dwaj nasi synowie uwielbiają wędrówki, 

wakacje pod namiotem, a ja się w tym nigdy nie sprawdzam, 
nie nadaję się, więc zawsze zostaję w domu...

Wypaleni   wewnętrznie?   Ofiary?   Hope   założyła   nogę   na 

nogę.

—Ale czuję się jak porzucona — przyznała cicho Karen. — 

background image

W folderze   twojej   firmy   przeczytałam,   że   uczysz   różnych 
umiejętności   biwakowych   i radzenia   sobie   w trudnych 
warunkach. Dzieci wyjechały na trzy tygodnie do dziadków, 
więc Jim uznał, że to dobra okazja, żebym zgłosiła się na jakąś 
wyprawę z przewodnikiem.

—Twoja rodzina musi być z ciebie dumna.
Jestem   ofiarą   szantażu,   a nie   wypalenia!   Hope   kipiała   ze 

złości. Karen nie odpowiedziała.

—Jeśli   mogę-   odezwała   się   głośno   Hope,   pochwyciwszy 

zdumione   spojrzenie   Jareda.   Napięcie,   w jakim   żyła   od 
tygodni,   musiało   w końcu   znaleźć   ujście.   —   Chciałam   ci 
uświadomić,   że   nie   czuję   się   wypalona   z przepracowania. 
Wyobraź   sobie,   że   ja   kocham   swoją   pracę,   a stres   jest   mi 
potrzebny   do   życia   jak   powietrze.   Zgoda,   nie   wszyscy   są 
stworzeni   do   czternastogodzinnej   harówki   i ryzykownych 
negocjacji, ale tak się składa, że ja najlepiej funkcjonuję na 
wysokich   obrotach.   A jeżeli   sporo   wymagam   od   swoich 
pracowników, to dlatego, że wiem, na co ich stać. Nie dlatego, 
że jestem wycieńczona stresem czy wypalona. To są zwykłe 
brednie   —   te   wszystkie   etykietki,   które   psychoanalitycy 
przyklejają ambitnym, pracowitym ludziom interesu. Poza tym 
słabo   mi   się   robi,   kiedy   słyszę,   że   siusianie   za   skałą   albo 
śpiewanie przy księżycu może wzbogacić moją oso...

Przenikliwy   dzwonek   przerwał   jej   tyradę.   Zamknęła   usta 

i rozejrzała się niepewnie po sali. Czyżby to jej własny głos? 
Swoją   drogą   zdziera   go   niepotrzebnie,   poruszając   sprawy, 
o których ci ludzie nie mają żadnego pojęcia.

Dwadzieścia twarzy, na których malowały się najróżniejsze 

uczucia, od szoku po niezdrową fascynację, potwierdziło jej 
obawy.

—Przepraszam.   —   Jared   przerwał   kłopotliwą   ciszę.   — 

Kiedy   MindBend   Adventures   przejęło   tę   szkołę, 
postanowiliśmy   zachować   automatyczny   dzwonek.   P maga 
nam trzymać się planu, ale trzeba trochę czasu, żeby się do 
niego przyzwyczaić. — Wpatrywał się w Hope jak w zdjęcie 

background image

rentgenowskie,   potwierdzające   nowotwór   w nieuleczalnym 
stadium.   —   Może   byś   wzięła   głęboki   oddech   przez   nos 
i policzyła do pięciu?

Może zdjąłbyś z twarzy to wyniosłe zmartwienie?
—Nic mi nie jest.
—Ludziom   żyjącym   w ciągłym   stresie   zmiana   sposobu 

oddychania może bardzo pomóc.

—Ja   nie   jestem   zestresowana   —   powiedziała   przez 

zaciśnięte zęby.

—Nie jesteś? — spytał kpiąco, po czym omiótł wzrokiem 

całą   grupę.   —   Zdaje   się,   że   to   odpowiedni   moment,   żeby 
nauczyć   was   szybkiej   kontroli   nad   poziomem   stresu. 
Zaczynając   od   czubka   głowy,   sprawdźcie   napięcie   mięśni 
czaszki, czoła i policzków. Krzywicie się? Zgrzytacie zębami?

Hope rozluźniła pospiesznie mięśnie twarzy.
—A   teraz   pokołyszcie   szyją   i ramionami,   proszę   bardzo, 

w ten sposób.

Reszta grupy wykonywała posłusznie ćwiczenie. Zerkając na 

nich podejrzliwie, Hope odchyliła głowę, uniosła ramiona — 
i skrzywiła się z bólu.

—Czy odczuliście nieprzyjemne napięcie? — spytał Jared, 

posyłając jej porozumiewawcze spojrzenie.

Odwróciła wzrok. Jej klatka piersiowa unosiła się i opadała 

w przyspieszonym tempie.

—   Teraz   zbadajcie   swój   oddech.   Jest   szybki   i płytki, 

a powinien   być   miarowy   i głęboki.   A nogi   i palce   stóp? 
Czujecie napięte mięśnie albo nerwowe skurcze?

Hope   przestała   machać   stopą   i podniosła   rękę,   by 

pomasować pulsujące boleśnie skronie. Dotyk zimnych palców 
sprawił jej natychmiastową ulgę.

—Pozostało nam sprawdzić temperaturę dłoni. Czy nie są 

zbyt zimne? Jeżeli palce są chłodniejsze od szyi, to niedobrze.

Wolała nie dotykać swojej szyi i nie spotkać się ze wzrokiem 

Jareda. Opuściła rękę i usztywniła plecy.

—   Jeżeli   odkryliście   u siebie   jeden   albo   kilka   objawów, 

background image

które opisałem, niewykluczone, że wasze ciało cierpi z powodu 
nadmiernego   stresu.   Przez   kilka   pierwszych   dni   tego   kursu 
nauczycie się relaksować, poznacie też techniki przetrwania, 
czyli   radzenia   sobie   w warunkach   naturalnej   przyrody. 
Zapewniam   was,   że   obie   umiejętności   okażą   się   równie 
pożyteczne. Hope, czy chciałabyś coś dodać, zanim przejdę do 
następnego nazwiska na liście?

Żeby się całkiem pogrążyć?
—Nie, dziękuję. Oddaję głos Carol.
Jego spojrzenie zlodowaciało na moment, ale kiedy podszedł 

do pulchnej blondynki, uśmiechnął się.

—A ty, Karen? Chciałabyś jeszcze coś powiedzieć? O tym, 

co cię skłoniło do udziału w kursie traperskim?

Karen?
—Chyba nie — mruknęła niewyraźnie, schyliwszy głowę.
Karen, Carol...
Cholernie podobne, pomyślała Hope.
—No to wracamy do naszej listy. — Jared zajrzał do notesu. 

— Bill Harper?

—Jestem.
—Hank Thompson.
—Jestem.
Resztę nazwisk Hope puściła mimo uszu, wiedząc, że i tak 

ich   nie   zapamięta.   Nigdy   nie   zapominała   równań 
matematycznych,   gorzej   było   z ludźmi.   Jej   psychoanalityk 
stwierdził,   że   unika   intymności   z lęku   przed   odrzuceniem. 
Hope   miała   na   ten   temat   własną   teorię.   Po   prostu   nie 
zaśmiecała sobie głowy zbędnymi szczegółami.

Kiedy Jared sprawdził do końca listę, kilka osób poprawiło 

się na krzesłach.

— Proponuję krótką przerwę. Toalety są po prawej stronie, 

automaty z napojami po lewej. Spotkamy się z powrotem za 
dziesięć   minut,   żeby   omówić   kilka   ostatnich   spraw 
organizacyjnych.

Zaskrzypiały krzesła, salę wypełnił gwar rozmów, stopniowo 

background image

przenoszący się na korytarz.

Hope   podniosła   się   i wygładziła   spodnie,   próbując   nie 

zauważyć, ile par oczu unika jej wzroku. Chyba nie zrobiła na 
towarzystwie   oszałamiającego   wrażenia.   Też   coś.   Kiedy 
sprzedaż   UroTech   dojdzie   do   skutku,   przyjaciele   będą 
wyrastali spod ziemi jak grzyby po deszczu. Cały świat kocha 
milionerki.

—Hope, moglibyśmy chwilę porozmawiać?
Odwróciła się, kiedy Jared podchodził do jej rzędu.
—A mam wybór?
—Zawsze. We wszystkim.
Ten facet naprawdę działa jej na nerwy.
—Twoi uczniowie sobie poszli — powiedziała oschle. — 

Przestań się zgrywać na wielkiego guru.

—W porządku, zapytam cię wprost. Czy jesteś pewna, że 

dobrze   przemyślałaś   decyzję   o wyprawie   z MindBend 
Adventures?   Naprawdę   nie   powinnaś   tego   traktować   zbyt 
lekko.

Zawrzała.   Z powodu   jego   irytującego   wzrostu   musiała 

przechylić w tył głowę.

—A jak się powinno traktować te twoje wyprawy?
—Nie jak wakacje. I nie jak terapię.
—Słucham?
—   Muszę   się   upewnić,   czy   rozumiesz,   na   czym   ten   kurs 

polega.   Słusznie   zauważyłaś,   że   będziesz   miała   okazję 
podziwiać nieskażoną przyrodę, ale to nie będzie żaden piknik. 
Nikt nie będzie dla ciebie gotował, rozkładał twojego namiotu 
ani nosił za ciebie plecaka. Wszystko będziesz musiała robić 
sama.   Szlak   jest   forsowny,   upał   piekielny,   a towarzysze 
wyprawy nie zawsze będą mili. Z tym też trzeba umieć sobie 
radzić.   Ale   najważniejsze   jest   to,   że   dobro   grupy   trzeba 
przedkładać nad własne.

Uważał, że się do tego nie nadaje i zrezygnuje. Wyczytała to 

w jego oczach.

—Chcesz powiedzieć, że mam się zwijać i wracać do domu?

background image

—Wytłumaczyłem tylko, co cię czeka. A teraz proszę, żebyś 

starannie   przemyślała   swoją   decyzję.   Jeżeli   —   psychicznie 
albo fizycznie — nie czujesz się na siłach, żeby sprostać tym 
wymaganiom,   możesz   narazić   na   niebezpieczeństwo   siebie 
i całą grupę. Wtedy nie będę miał wyjścia i poproszę, żebyś 
wyjechała.   To   żaden   wstyd   zmienić   zdanie,   choćby   w tej 
chwili. Firma zwróci ci pieniądze i jeszcze dziś po południu, 
samochodem dostawczym, mogłabyś się dostać do Alpine.

Prowokować   nauczyciela   do   tego,   żeby   cię   wyrzucił   ze 

szkoły,   to   zupełnie   co   innego,   niż   zostać   wyrzuconym 
naprawdę — i to jeszcze zanim ta szkoła się rozpoczęła!

—Nie   chcę   zwrotu   pieniędzy,   dziękuję   bardzo   — 

powiedziała, przedrzeźniając go.

—To znaczy, że zostajesz?
—To znaczy, że narobię ci kłopotów, jeśli dalej będziesz ze 

mną rozmawiał w ten sposób. Dopóki mi nie udowodnisz, że 
zagrażam bezpieczeństwu wyprawy, nie masz prawa zmuszać 
mnie do wyjazdu.

Zbiegły   się   ich   spojrzenia.   Niewidzialna   lina   została 

przeciągnięta.

Kiedy   Jared   westchnął   i jako   pierwszy   odwrócił   wzrok, 

Hope pozwoliła sobie na lekki uśmiech.

Nie będę zagrażać twojej bezcennej drużynie, panie Austin, 

ale nigdzie nie jest powiedziane, że nie mogę ci przez te dwa 
tygodnie dopiec do żywego 

Dziesięć minut minęło. Jared odwrócił się od tablicy, żeby 

widzieć   wchodzących   do   klasy   najnowszych   uczestników 
kursu MindBend Adventures. Wierni naturze ludzkiej, wszyscy 
powędrowali do tych samych krzeseł, które zajmowali przed 
przerwą.

Karen Kent podeszła do swego miejsca w pierwszym rzędzie 

i rozpięła   olbrzymią   brezentową   torbę.   Wcisnęła   do   środka 
kilka   batonów,   a potem,   kołysząc   biodrami,   sadowiła   się   na 
krześle jak kura na jajkach. Jared zmarszczył czoło. Wędrówka 

background image

z ciężkim   plecakiem   wymaga   sporej   odporności   fizycznej. 
Tusza Karen będzie dodatkowo obciążała jej serce i płuca.

Przebiegł   wzrokiem   po   dalszych   rzędach   i pomyślał,   że 

znacznie   poważniejsze   problemy   może   stwarzać   ktoś   inny: 
Hope Manning.

Szczupła kobieta siedziała z wdziękiem w bardzo swobodnej 

pozie, z jedną ręką opartą na sąsiednim krześle i butelką napoju 
regeneracyjnego   w rozhuśtanej   dłoni.   Miała   znudzoną   minę 
i bardzo   zmęczone   oczy   w kolorze   migdałów.   W rysach   jej 
twarzy, gdyby oceniać je detal po detalu, nie było nic takiego, 
co wzbudzałoby zachwyt. Usta trochę  za szerokie, nos zbyt 
wąski,   a przesadnie   kanciasty   podbródek   o wiele   za   wysoko 
uniesiony.

Ale ta cera...
Skóra Hope miała odcień białej magnolii i na tle bujnych, 

kasztanowatych   włosów   robiła   wrażenie   niezwykłe.   Jared 
odwrócił   pospiesznie   wzrok.   Ta   kobieta   intrygowała   go 
w stopniu daleko przekraczającym ciekawość zawodową.

Cholera, tutejsze słońce spali jej twarz na amen, mimo że 

jest kwiecień. Co ona tu w ogóle robi? Co ją, do diabła, tu 
przyniosło?   Mimowolnie   powiódł   wzrokiem   do   ostatniego 
rzędu.

Wczytywała   się   w treść   nalepki   na   butelce,   jakby   nigdy 

dotąd   nie   słyszała   o elektrolitach.   Wzruszywszy   ramionami, 
odkręciła   nakrętkę,   pociągnęła   duży   łyk   i z wydętymi 
policzkami — oraz rozpaczliwym pytaniem w oczach: „Gdzie 
mogę to wypluć?" — rozglądała się po sali. Kiedy w końcu 
przełknęła płyn, jej twarz wykrzywił grymas wstrętu.

Jared odwrócił   się   do tablicy,  kaszląc  nerwowo, żeby  nie 

wybuchnąć   śmiechem.   Wiedział   już,   że   Hope   nie   najlepiej 
reaguje na kpiny z jej osoby. Bóg jeden wie, czego jeszcze nie 
umie   znosić.   Objawy   krańcowego   napięcia   i wyczerpania 
zdawały się oczywiste.

Podniósł kredę i zaczął pisać słowa, które znał na pamięć. 

Teraz mógł przez chwilę spokojnie pomyśleć.

background image

Powinien był przeczytać uważniej zgłoszenia Karen i Hope, 

przeprowadzić szczegółowy wywiad...

Tylko kiedy, do diabła, miał to zrobić? Od kilku miesięcy, 

z braku   czasu,   nie   prowadził   nawet   wypraw   traperskich. 
Zajmowali   się   tym   jego   przewodnicy,   zostawiając   mu   na 
głowie marketing i sprawy finansowe.

Ręka   Jareda   znieruchomiała,   a on   patrzył   nie   widzącym 

wzrokiem na nie dokończony wyraz. Od kiedy to uczestnicy 
wypraw przestali być w tym całym interesie najważniejsi?

Ściskając mocniej kredę, dokończył ostatnie zdanie, po czym 

odwrócił się twarzą do klasy.

—   Przez   najbliższe   dwa   tygodnie   każdy   dzień   będziemy 

zaczynać od wypowiedzenia tej medytacji na głos. Pod koniec 
kursu   powinniście   znać   ją   na   pamięć.   A teraz   przeczytajcie 
tekst po cichu.

Wszystkie   pary   oczu   przebiegały   zdania,   które   odmieniły 

jego własne życie:

To, czego szukam, nie jest „gdzieś tam".
Jest we mnie.
Przeszłość nie ma nade mną władzy.
Negatywne myśli nie mają nade mną władzy.
Ja sam jestem władzą w moim świecie.
Dzisiaj jest piękny dzień i nowy początek.
Sam tak postanowiłem.

Sceptyczne miny nie zaskoczyły Jareda.
—Zastanawiacie się, co to ma wspólnego z wędrówką przez 

pustynię. Z pewnością medytacja nie uwolni was ani od ciężaru 
plecaka na wyprawie, ani od ważnych negocjacji służbowych 
w firmie.   Może   jednak   wpłynąć   na   stan   waszych   umysłów, 
podważyć   dotychczasową   wiarę   w wasze   siły   albo   słabości. 
Z czasem sprawi, że będziecie zdolni kształtować pomyślnie 
swoje sprawy. Bez względu na to, czym się zajmujecie.

—Brednie!   —   wybuchł   łysiejący   mężczyzna   z drugiego 

background image

rzędu. Kiedy poczuł na sobie karcące spojrzenia reszty grupy, 
jego wysokie czoło przybrało purpurową barwę zachodzącego 
słońca.

—Zdaje się, że mi nie wierzysz... Bill. — Jared przeczytał 

jego imię z identyfikatora.

—Bo   ja   nie   wykupywałem   podupadających   sklepów 

spożywczych i nie stworzyłem sieci Feast Market — trzystu 
dochodowych   supermarketów   —   za   pomocą   medytacji. 
Uharowałem się jak dziki wół, tak jak opowiadała tamta pani, 
nie pamiętam, jak ma na imię. No wiesz, ta z ostatniego rzędu.

Jared   nie   potrzebował   wskazówek,   żeby   domyślić   się, 

o której   pani   mówi   Bill.   Na   przekór   zdrowemu   rozsądkowi 
spojrzał na Hope.

Wyraźnie   usatysfakcjonowana,   odrzuciła   w tył   swoje 

ciemnorude   włosy,   polizała   paznokieć   wskazującego   palca 
i dotknęła nim wyimaginowanego punktu w powietrzu.

—Myślałem, że przyjechaliśmy tu na szkolenie traperskie — 

mruknął   skrzywiony   Bill.   —   Możesz   powiedzieć,   kiedy 
ruszamy w drogę? Jutro czy później? Hej, mówię do ciebie, 
Jared.

—Słucham...? Och, przepraszam, zamyśliłem się.
—Podobno nieuwaga była przyczyną kilku wypadków, które 

zdarzyły się na kursach MindBend — przypomniała słodkim 
głosem Hope.

—Dobrze, Bill, wróćmy do twoich dwustu magazynów...
—Trzystu — poprawiła go Hope.
Jared zaczerpnął przez nos powietrza i policzył do pięciu.
—Do tych trzystu magazynów, które sam zbudowałeś...
—Kolego   druhu,   on   ich   nie   zbudował.   Wykupił   je   od 

bankrutów, wybebeszył, zmienił wygląd i — hokus pokus! — 
mamy Feast Market w każdym mieście za połowę normalnych 
kosztów inwestycyjnych.

Dzisiaj jest piękny dzień, powtarzał w myśli Jared. Sam tak 

postanowiłem.

—A więc te trzysta sklepów, które kupiłeś i zrobiłeś z nich 

background image

Feast   Markety:   chcesz   powiedzieć,   że   niepotrzebna   była   do 
tego żadna wizja?

—Jak by to powiedzieć... — Bill zaczął skubać siwiejącą 

brodę. — Nie mamrotałem ani w myśli, ani na głos żadnych 
gównianych zaklęć, jeśli o to ci chodzi.

—Dzięki za szczerość. Przypuszczam więc, że pracowałeś 

ciężko i odniosłeś sukces, nie wiedząc tak naprawdę, co z tego 
interesu wyniknie. Zdaje się, że miałeś niezły fart.

—Co   ma   do   tego   fart?!   Człowieku,   ja   miałem   konkretne 

cele. Od początku — zawsze — wiedziałem, jak daleko chcę 
zajść. I mam dokładnie to, czego chciałem.

Jared zachował nieprzenikniony wyraz twarzy.
—To   znaczy,   że   codziennie   myślałeś   o swoich   celach, 

wierzyłeś   w swoje   zdolności,   a teraz   jesteś   człowiekiem 
ogromnego sukcesu. Hmm... Skąd ja to znam?

Skojarzenie z treścią medytacji nie okazało się zbyt trudne. 

Wśród   przyszłych   traperów   rozległy   się   śmiechy.   Bill 
spąsowiał   na   twarzy,   a potem   uśmiechnął   się   niepewnie, 
sprawiając wyraźną ulgę Jaredowi.

—Wiem, że wszyscy jesteście zmęczeni długą podróżą — 

zwrócił się Jared do grupy. — Macie dzisiaj wolne popołudnie 
na rozpakowanie się i odpoczynek. Ale zostańcie jeszcze na 
moment.   Muszę   podzielić   was   na   drużyny   i przedstawić 
przewodnikom.

Kiedy sięgnął po notatnik, salę wypełnił gwar podnieconych 

głosów.   Jego   przewodnicy   należeli   do   czołówki   najlepiej 
wyszkolonych   traperów   w kraju.   Ci   wszyscy   dyrektorzy 
i biznesmeni,   pochłonięci   bez   reszty   własnymi   sprawami, 
powinni wrócić do swoich firm w lepszej formie, pewni siebie, 
ze świadomością, że jeszcze raz się sprawdzili, i to w bardzo 
trudnych   warunkach.   Jego   uwagę   przyciągnął   niespokojny 
wzrok Karen.

A niech to diabli.
—Zanim odczytam nazwiska, chciałbym wam przypomnieć, 

że na szlaku każdy uczestnik kursu wspomaga drużynę swoimi 

background image

wyjątkowymi   umiejętnościami,   i że   wszyscy   w równym 
stopniu zarabiają na powodzenie wyprawy. Macie jakieś uwagi 
albo pytania?

W sali zapanowała poważna, skupiona cisza.
—Ja mam pytanie — dobiegł z końca sali znajomy, kobiecy 

głos.

Jared spojrzał w jej szeroko otwarte oczy z napiętą uwagą.
—Słucham, Hope.
—Dlaczego   w automacie   z napojami   nie   ma   dietetycznej 

coca-coli?

Chwila milczącego osłupienia. Karen zachichotała i zakryła 

dłonią   usta,   wywołując   kaskadę   nerwowego   śmiechu   całej 
grupy.

Jared   zdjął   chłodne   palce   z szyi   i czekał   na   natchnienie. 

Znalazł je w triumfującym uśmiechu Hope.

—Wiecie   co...   Ta   grupa   jest   tak   rozrywkowa,   że 

postanowiłem   zmienić   plany   i popracować   trochę   w terenie. 
Zastanawiam się tylko, kogo wziąć pod swój bat... — Przebiegł 
wzrokiem   po   rozognionych   twarzach,   żeby   wybrać   trzy 
pozostałe osoby. — Bill Harper, Karen Kent, Hank Thompson 
i... kto by tu jeszcze...

Hope   miała   tak   obolałą   i zrezygnowaną   minę,   jakby   nie 

mogła sobie darować niewczesnego żartu.

— Hope Manning — powiedział, wytrzymując do końca jej 

urażone spojrzenie.

Potem   z nie   ukrywaną   satysfakcją   polizał   paznokieć 

wskazującego palca i zatoczył nim łuk w powietrzu.

background image

2

Hope   stanęła   jak   wryta   na   progu   domku   kempingowego, 

który   miała   dzielić   z trzema   innymi   kobietami,   i po   raz 
pierwszy pomyślała o morderstwie. Żadnej masakry ani bólu, 
postanowiła. Czysto i... bez pudła.

Gdyby, powiedzmy, wrzuciła tabletki nasenne do filiżanki 

z monogramem   swojej   zastępczyni   (i   śmiertelnego   wroga 
w jednej   osobie),   a potem   na   biurku,   przy   głowie   Debbie, 
położyła starannie sformułowany list — coś o poczuciu winy, 
że   dopuściła   się   szantażu   wobec   szefowej   firmy   i nie   jest 
w stanie znosić wyrzutów sumienia z tego powodu — żaden 
glina w Nowym Jorku nie podejrzewałby przestępstwa.

Faktem   było,   że   sama   nie   wiedziała,   czego   powinna   się 

spodziewać po ofercie urlopowej MindBend 26   Adventures, 
której  najbardziej intrygującym szczegółem była słona  cena. 
Ale   na   pewno   nie   tego.   Jeszcze   raz,   nie   wierząc   własnym 
oczom, rozejrzała się po pokoju.

Piętrowe łóżka wciąż tam stały.
Omszała   szafka   nocna   pod   przeciwległą   ścianą   również. 

Okrągły   drewniany   stół   i cztery   proste   krzesła   wypełniały 
jeden kąt, w drugim piętrzył się stos przemieszanych bezładnie 
pakunków   i walizek.   W otwartych   na   oścież   oknach   wisiały 
zasłony   w pomarańczowo-zieloną   kratkę.   Powietrze,   które 
dostawało się do środka, było gorące i lepkie. Czuła, że zbiera 
jej się na mdłości.

W   folderze   reklamowym   czytała   o „komfortowych, 

jednoosobowych   domkach".   Gdzie   tu   komfort?   Jakie 
jednoosobowe? Co za granda!

Skrzypnęły   drzwi.   Karen   Kent,   w szortach   i białej 

bawełnianej   koszulce,   wyłoniła   się   z łazienki.   Ich   oczy   się 
spotkały.

—   Naprawdę   jest   bardzo...   czysto   —   powiedziała 

przepraszającym głosem, jak gdyby to ona ponosiła winę za 

background image

wszelkie braki.

Hope zebrała z szyi włosy, krzywiąc się z niesmakiem.
—Szkoła jest klimatyzowana. To dlaczego domki, w których 

się   śpi,   nie?   Powinniśmy   ich   zaskarżyć   o niedotrzymanie 
warunków umowy.

—W prospekcie wszystko było wyjaśnione. Nie pamiętasz?
Hope   pokręciła   smętnie   głową.   Debbie   streściła   jej   tylko 

ofertę, a potem wypełniła za nią wszystkie formularze. Żeby 
nie „zawracała sobie głowy".

—No więc chodzi o to, że większość zajęć będzie odbywała 

się w szkole, ale nasze organizmy muszą przystosować się do 
tutejszego klimatu, zanim wyruszymy w drogę. Dlatego śpimy 
w nie klimatyzowanych domkach.

—Przepraszam.   —   Hope   usłyszała   za   plecami   donośny 

kobiecy glos, który zmusił ją do zejścia z progu.

Chcąc   nie   chcąc   weszła   do   środka,   a za   nią   blondynka 

w typie   Barbie,   w jaskraworóżowych   szortach   i czarnym 
sportowym staniku na szerokich ramiączkach, oraz  brunetka 
w zbliżonym   do   Hope   wieku,   w „wycieczkowej"   kreacji 
z renomowanego   salonu   mody.   Charlotte   jakaś   tam,   a może 
inaczej, i... Dara? Debra? Na pewno na „d", tego Hope była 
pewna.   Ciekawe,   że   zapamiętała   ich   zawody.   Zanim   się 
rozeszli,   Jared   wymógł   na   wszystkich   krótką   prezentację 
życiorysów.

—Cześć,   chłopaki   —   powiedziała   energiczna   blondynka 

z końskim   ogonem,   najwyraźniej   nie   zrażona   warunkami 
zakwaterowania.   —   Wygląda   na   to,   że   ja   i Dana   będziemy 
z wami mieszkać.

—Cześć, Sherry — odpowiedziała z uśmiechem Karen.
Sherry, Charlotte-Dana, Dara — kto by to spamiętał.
— Wybrałaś już łóżko? — spytała Sherry.
—   Nie.   —   Karen   pokręciła   głową.   —   Jest   mi   wszystko 

jedno, gdzie będę spała; nie jestem specjalnie wybredna, ale...

Trzy kobiety spojrzały jednocześnie na Hope.
—Ja   też   nie   jestem   wybredna   —   skłamała.   —   Możesz 

background image

wybrać pierwsza.

—Świetnie!   —   Sherry   wskoczyła   na   lewy   górny   materac 

z cyrkową zwinnością. — Zupełnie jak na obozie. Do szczęścia 
brakuje nam tylko przeszmuglowanych słodyczy.

—Przywiozłam ciasteczka orzechowe — wyznała Karen. — 

Domowego wypieku.

—Cudownie! W takim razie możemy zarwać kawałek nocy 

i poopowiadać sobie historie o duchach.

Zamiast   pigułek   nasennych   Hope   gotowa   była   wsypać 

Debbie do kawy śmiertelną dawkę trutki na szczury.

—Ja też wolę spać na górze — odezwała się Dana, stawiając 

na podłodze olbrzymi worek marynarski, niewiele niższy od 
niej samej.

Ta   drobna   dziennikarka   pracowała   dla   wielkiej   agencji 

prasowej, a jej popularny kącik porad ukazywał się w gazetach, 
które   wszelkimi   sposobami   starały   się   przyciągnąć   młodych 
czytelników. Szokujące pytania i szczere odpowiedzi składały 
się   na   ciekawy   obraz   amerykańskiego   społeczeństwa   — 
takiego,   jakim   jest   naprawdę,   dzisiaj,   a niejakim   było 
w przeszłości.

Jednym lekkim ruchem Dana wrzuciła na łóżko swój worek, 

tak jakby nie ważył więcej od wizytowej torebki.

—   No,   no,   masz   niezłą   siłę   w rękach   —   powiedziała 

z uznaniem Sherry.

— Dzięki. Przez pół roku ćwiczyłam kondycję  z prywatnym 

trenerem. Mój wydawca był kiedyś na wyprawie z MindBend, 
więc ostrzegł mnie, że regularny tenis nie wystarczy.

Na wszelki wypadek Hope spojrzała w chabrowo- niebieskie 

oczy Karen. W porządku, ona też nie pracowała nad formą. Na 
szlaku one dwie będą robić za kule u nogi... raczej u nóg Jareda 
— równie ciężkie, żeby trzymał równowagę.

Dana stanęła na dolnym łóżku, rozpięła swój worek i zaczęła 

przetrząsać jego zawartość. Karen podeszła do stołu, sięgnęła 
po plik papierów — z pewnością obiecany przez Jareda plan 
szkolenia — i zaczęła czytać. Sherry zabrała się do ćwiczeń 

background image

akrobatycznych,   które   zdawały   się   przeczyć   prawu   ciążenia 
oraz anatomii.

Hope westchnęła. Wygląda na to, że jednak spędzi tu trochę 

czasu.   Właściwie   mogłaby   nawet   przezimować.   Z takim 
ekwipunkiem?   W wielkiej   eleganckiej   walizce,   w kufrze 
i kilku innych bagażach miała wszelkie domowe wygody, jakie 
była w stanie zabrać.

Dla   lepszego   samopoczucia   zlustrowała   wzrokiem 

marynarski worek Dany. Wszystko, co potrafiła „droga Abby", 
ona, Hope Manning, mogła zrobić lepiej.

Przysunąć do łóżka walizkę na kółkach to żadna sztuka, ale 

wciągnięcie takiego upiornego ciężaru na materac okazało się 
nie lada wysiłkiem. Kiedy odwróciła się i usiadła zmęczona na 
łóżku, twarzą do nocnego stolika, jej uwagę przykuła zielona, 
łuszcząca się farba.

Olśnienie spadło na nią jak piorun z jasnego nieba.
—Gdzie jest telefon?
Dana zeszła po drabince na podłogę ze stertą ubrań i parą 

butów traperskich pod pachą.

—Czy   to   nie   fantastyczne?   Żadnego   telefonu,   żadnej 

telewizji, żadnych rozrywek...

—Nie, nie, nie! — zawyła Hope, otwierając jedyną szufladę 

w nocnej   szafce,   jak   gdyby   liczyła   na   to,   że   jakimś   cudem 
znajdzie w niej telefon obok informacji o usługach hotelowych 
i karty   dań.   W torbie   miała   aparat   komórkowy,   ale   na   tym 
odległym bezludziu nie było szansy na połączenie. Boże, jak 
ona nienawidzi zachodniego Teksasu!

—Nie   panikuj   —   odezwała   się   Sherry.   —   W szkole   jest 

automat, ale wolno z niego korzystać w sytuacjach awaryjnych 
—   dodała   beztroskim   tonem.   —   Instrukcja   zabrania   nam 
kontaktów   z rodziną   i miejscem   pracy,   chyba   że   będzie   to 
absolutnie koniecznie.

Hope   zamknęła   z hukiem   szufladę.   Czterdziestu   pięciu 

inwestorów ulokowało swoje pieniądze i zaufanie w Manning 
Enterprises.   To   dowód,   że   doceniali   jej   fachowość 

background image

i umiejętności   menedżerskie.   Jako   fachowiec   nie   miała 
wątpliwości,   że   wszystkie   firmy   inwestycyjne,   które 
zdecydowała   się   wspierać,   w pełni   na   to   zasługują.   Ale 
UroTech   ze   swoimi   patentami   to   prawdziwa   żyła   złota   — 
połowa łącznych dochodów z zainwestowanego kapitału miała 
przypaść Manning Enterprises.

Johnson   and   Johnson,   Laboratorium   Houston   Science   czy 

jakakolwiek   inna   z dziesięciu   zainteresowanych   kontraktem 
firm,   w każdej   chwili   mogła   zdecydować   się   i złożyć   ofertę 
UroTech — mimo że ich rewelacyjny implant zwieracza miał 
przed sobą miesiące oczekiwania na atest FDA, urzędu kontroli 
żywności i leków. Wystarczyłaby jej pięciominutowa rozmowa 
z Leslie, sekretarką firmy, żeby być na bieżąco we wszystkim. 
Musi dostać się do telefonu!

Dana stanęła nad Hope i spojrzała jej w oczy.
—Wyglądasz, jakbyś miała gorączkę. Dobrze się czujesz?
—Muszę ją obejrzeć — oznajmiła Sherry. Spuściła z łóżka 

swoje długie, opalone nogi i zeskoczyła na podłogę. — Masz 
rację,   wygląda   dziwnie.   I oddycha   za   ciężko.   Koniuszkami 
palców ujęła nadgarstek Hope i patrząc na zegarek, zmierzyła 
jej puls. — Trochę za szybki.

Ledwie   Sherry   z Daną   wymieniły   niespokojne   spojrzenia, 

przed nosem Hope pojawił się baton z prasowanych płatków 
zbożowych z bakaliami.

—Założę się, że to z głodu — powiedziała Karen. — Mnie 

zawsze mdli, jak mam pusty żołądek, a nie widziałam jeszcze, 
żeby ona coś jadła.

Hope   spojrzała   z niedowierzaniem   na   trzy   kobiety   — 

zupełnie   różne,   ale   z wyrazem   identycznego   zmartwienia   na 
twarzy.   Właściwie   od   dawna   nikt   się   o nią   nie   troszczył. 
Z powodu   tylu   banalnych   schorzeń,   napadów   różnych 
dolegliwości,   jakie   zdążyła   zaliczyć,   jej   współpracownicy 
i przyjaciele   wychodzili   z założenia,   że   nie   potrzebuje   ani 
współczucia, ani otuchy. Nawet Debbie zmusiła ją do wyjazdu, 
żeby — dla dobra firmy — pozbierała się w samotności.

background image

—Jak myślicie, co powinnyśmy zrobić? — spytała Karen, 

przygryzając wargi.

—Po   pierwsze   —   warknęła   Hope   —   przestańcie   gadać, 

jakby   mnie   tu   nie   było.   —   Próbowała   odzyskać   normalny 
tembr głosu. — Po drugie, przestańcie zrzędzić. Jak będę miała 
czym oddychać, poczuję się lepiej.

Cofnęły   się   jak   na   komendę.   Sherry   mruknęła   coś 

o niewdzięczności,   Dana   uniosła   wysoko   brwi,   Karen   miała 
minę   zbitego   psa.   Hope   otworzyła   i zamknęła   usta.   Jeżeli 
czegoś się w życiu nauczyła, to tego, że łagodność nie popłaca. 
Nie zamierzała więc kogokolwiek przepraszać.

Dana ruszyła do łazienki.
—Zmienię ciuchy i rozejrzę się po terenie. Która z was idzie 

ze mną?

—Dobra myśl, idę — odparła Sherry. — A ty?
Nie patrzyła na Hope.
Ale Karen tak.
—Czy ja wiem...
Hope położyła się i zamknęła oczy. 
—Dobrze, idę z wami — powiedziała Karen. — O szóstej 

mamy być na kolacji. Jak sądzicie, zdążymy obejrzeć tę skałę 
w kształcie słonia, o której mówił nam Jared?

—Genialny pomysł! Podobno to niedaleko, trzy kwadranse 

w obie strony. Ale pionierki trzeba włożyć.

Z ogólnego ferworu przygotowań Hope, nie otwierając oczu, 

wychwytywała   pojedyncze   dźwięki.   Rozsunięcie   zamka 
walizki   i zasunięcie.   Czyjeś   buty   spadły   na   podłogę. 
Pstryknięcie, potem delikatny warkot urządzenia na baterię — 
aha, przewijanie filmu. Do jej nozdrzy dotarł zapach emulsji do 
opalania.   Wszystko   razem   tworzyło   upajający   nastrój 
pierwszego dnia wakacji. Otworzyły się drzwi łazienki, potem 
drzwi wejściowe. Diana powiedziała:

—Idziemy.
A Hope została sama.
Zapanowała nieznośna cisza. Uchyliła powieki i spojrzała na 

background image

stertę   ubrań   wysypanych   z nie   domkniętej   walizki.   Nie 
żałowała, że jej współlokatorki sobie poszły. Miała ważniejsze 
zajęcia niż podziwianie jakiejś głupiej skały w kształcie słonia. 
Nie   przeszłaby   z nimi   nawet   na   drugi   koniec   pokoju,   żeby 
oglądać coś tak śmiesznego.

Nawet gdyby ją poprosiły.

Godzinę   później   Hope   przyciskała   do   ucha   słuchawkę 

telefonu,   oglądając   się   za   siebie   w obawie,   czy   ktoś   jej   nie 
podsłuchuje. Żadnego człowieka w polu widzenia. Wygląda na 
to, że w jej biurze też nikogo nie ma. Cztery sygnały i nic.

Pięć sygnałów.
Dopiero po szóstym ktoś odebrał.
— Manning Enterprises, słucham.
— Leslie, na litość boską, ile razy ci tłumaczyłam, że nigdy 

nie ma drugiej okazji, żeby zrobić dobre pierwsze wrażenie? 
Przecież mogłabym być, do diabła, potencjalnym inwestorem 
i po trzech sygnałach odłożyć słuchawkę.

—Pani Manning? To pani?
—Oczywiście że ja. Czy słyszałaś...
—Ale pani Stone powiedziała, że jest pani w głębi jakiejś 

pustyni   i że   co   najmniej   przez   dziesięć   dni   nie   będzie   pani 
miała z nami żadnego kontaktu. Może pani z nią porozmawiać? 
Właśnie podeszła...

—Nie,   poczekaj!   —   Słysząc   ciszę   w słuchawce,   Hope 

zacisnęła powieki. — Leslie... ?

—Niestety, nie Leslie — oznajmiła zimno Debbie. — Witaj, 

szefowo.   Coś   takiego,   nigdy   bym   nie   pomyślała,   że 
zadzwonisz tak szybko.

W błękitnych oczach Debbie nie było cienia sarkazmu. Hope 

wiedziała   o tym   doskonale.   Ale   znała   tę   kobietę   od   ich 
pierwszego roku nauki w szkole ekonomicznej w Wharton. Na 
pewno zbierała siły.

—Jestem pewna, że masz jakiś bardzo ważny powód, dla 

background image

którego  łamiesz   umowę   i dzwonisz  do  biura  już  pierwszego 
dnia po wyjeździe. Oczywiście nie ma  to nic wspólnego ze 
sprzedażą UroTech. Wiesz przecież, że gdyby zdarzyło się coś 
istotnego,   sama   bym   do   ciebie   zadzwoniła   —   zgodnie 
z obietnicą. No więc... w czym rzecz, Hope?

Szlag by to trafił.
—To nie jest Sieć Sprzedaży Wysyłkowej?
—Cienko. Spróbuj jeszcze raz.
—Może chciałam cię prosić o przepis na martini?
—Ja robię kiepskie martini — przyznała Debbie szorstkim 

kontraltem, za który uwielbiali ją mężczyźni. — Ale twoje są 
niezłe. Próbuj dalej, do trzech razy sztuka.

Hope  oparła się  bokiem  o ścianę, próbując skoncentrować 

myśli.

—   Dobra,   słuchaj   uważnie.   Trzymam   w tym   cholernym 

obozie trzy zakładniczki. Albo jeszcze dziś zorganizujesz mi 
dyskretny   desant   ze   skrzynką   dietetycznej   coli 
i klimatyzatorem, albo będę zmuszona utopić te kobiety, jedną 
po drugiej, we własnym pocie.

Debbie zaniosła się chichotem, który podniósł temperaturę 

na linii.

—Jestem feministką. Czy mam to rozumieć jako groźbę?
—A nie wspomniałam ci, że Elvis Presley też jest związany 

i zakneblowany?

Hope wyobraziła sobie dwie antenki wyrastające nad jasną 

głową Debbie.

—Elvis   w stylu   szczupły   w czarnej   skórze?   Czy   Elvis 

spasiony w białym poliesterze?

—Och, zdecydowanie szczupły. — Hope uśmiechnęła się na 

wspomnienie   występu   Jareda.   —   Dawno   już   nie   widziałam 
takiego zgrabnego tyłka. Bary też ma niezłe...

—No, no... Czyżby taka kosa jak Hope Manning trafiła na 

swój   kamień?   Kim   jest   ten   Elvis?   —   spytała   Debbie 
ożywionym głosem.

—Nikim.

background image

—Akurat,   znamy   się   nie   od   dzisiaj.   Wiesz,   że   mnie   nie 

oszukasz. Czy to jakiś bogaty, przystojny przedsiębiorca?

—Nie.
—Jeden z przewodników? Umięśniony jak Tarzan?
—Nie.
—Tak!   Twój   Elvis   jest   przewodnikiem!   A może 

przewodnikiem   numer   jeden?   Chodzi   o szefa   firmy,   co? 
Faceta, który ma cię uchronić przed nerwowym załamaniem, 
a mnie przed szukaniem nowej posady?

Jak ona to robi?
—Nie.
—Genialnie, moje gratulacje! — wrzasnęła Debbie.
—Czy   on   naprawdę   wygląda   tak   dobrze   jak   w „Good 

Morning America"? Dlaczego nazywasz go Elvis? Jest jakaś 
szansa na to, że zacznie kochać cię czule, zanim będzie po 
kursie?

—Zwolnij, Debbie. Nie słyszysz, że zaczynasz bredzić? Tak 

się składa, że nie jestem maskotką pana nauczyciela.

—Dobra,   wcale   nie   musi   być   czule.   Krótkie   miłosne 

szaleństwo też ci dobrze zrobi. No, szefowo, nie daj się prosić, 
opowiedz cioci Debbie, co to za facet. Szczerze i z detalami.

Nie miała wyjścia.
—   Jeżeli   koniecznie   chcesz   wiedzieć,   Jared   Austin   jest 

przerośniętym   skautem,   który   namawia   ludzi   do   medytacji, 
a po chwili straszy ich batem. Nie lubi mnie — z wzajemnością 
— bo każda silna kobieta zagraża jego autorytetowi i męskości. 
A nie  zbywa  mu  ani  na  jednym, ani  na  drugim.  Chciałabyś 
wiedzieć coś więcej, czy uważasz temat za wyczerpany?

Odsunęła   się   od   ściany,   przeczesała   nerwowym   ruchem 

włosy i odwróciła głowę.

Jared stał nie dalej niż metr za jej plecami, z założonymi 

rękami i niewiele mówiącym spojrzeniem.

—Według mnie temat jest wyczerpany — powiedział.
—Kto to był? — spytała ostro Debbie.
Hope   nie   byłaby   w stanie   odpowiedzieć,   nawet   gdyby   na 

background image

linii miała firmę Johnson and Johnson.

—O Boże, to on, prawda?
—Muszę kończyć, Debbie. Zadzwoń do mnie, jeśli wydarzy 

się coś nowego w sprawie UroTechu. I nie podejmuj beze mnie 
żadnych poważnych decyzji. W razie czego graj na zwłokę do 
mojego powrotu.

—Poczekaj!   Zadzwoń   do   mnie,   jak   tylko   go   spławisz! 

Zapomnij o naszej umowie. Możesz się ze mną kontaktować, 
kiedy tylko...

Hope odłożyła słuchawkę. Stalowy błysk w oczach Jareda 

przyprawił ją o skurcz żołądka. Uśmiechnęła się krzywo.

—Cześć.
Skinął głową, nie zmieniając wyrazu twarzy.
—Ja... Pewnie się zastanawiasz, co ja tu robię.
—Nie. Doskonale wiem, co robisz. Lekceważysz w sposób 

rażący   jedną   z głównych   wskazówek,   jakie   zalecamy 
uczestnikom tego kursu.

—No   właśnie,   Jared.   „Zalecamy"   jest   tu   słowem 

kluczowym. Zdaje się, że w tym kraju nadal panuje wolność 
wyboru,   a ja   wybrałam   tak,   że   nie   będę   słuchać   twoich 
dziecinnych   wskazówek.   —   Jego   milczenie   sprawiło,   że 
poczuła się jak dziecko. Nie miała innego wyjścia, niż ruszyć 
do   ataku.   —   No   i co,   druhu,   co   masz   zamiar   zrobić   z tym 
fantem? Odeślesz mnie do gabinetu szefa? Na dywanik?

Za   szkłami   jego   okularów   dostrzegła   ogień,   który 

natychmiast zgasł.

—   Za   piętnaście   minut   wyrusza   furgonetka   do   Alpine. 

Możesz   jeszcze   zmienić   zdanie   i wyjechać   —   powiedział 
głosem bez wyrazu.

Chociaż   tak   bardzo   chciała   wrócić   do   cywilizowanego 

świata, czuła, że Jaredowi jeszcze bardziej zależy na tym, żeby 
się jej pozbyć. Podniosła dumnie brodę. 

—Dzwoniłam   w ważnej   sprawie.   Nie   możesz   od   nas 

wymagać, żebyśmy zapomnieli o bożym świecie tylko dlatego, 
że jesteśmy tutaj.

background image

—Mogę   i będę   wymagać.   Dlatego   że   jesteście   w miejscu, 

w którym musicie się skoncentrować wyłącznie na sobie. Takie 
jest   założenie   kursu.   Żadnych   pilnych   negocjacji,   żadnych 
notowań giełdowych, telefonów, kłopotów z pracownikami ani 
stosów korespondencji. Tutaj jesteście tylko wy i coś o wiele 
potężniejszego   —   coś,   co   nawet   przeciętnie   ograniczony 
czciciel   wszechmocnego   dolara   powinien   w końcu   dostrzec 
i odczuć.

Nie do wiary! Zbliżyła się do niego, odchylając w tył głowę.
—Hej, druhu, z jakiej choinki urwałeś się z takimi tekstami? 

Jakim prawem oceniasz ludzi, których nie znasz? Co ty o mnie 
możesz   wiedzieć?   Lepiej   zejdź   ze   swojego   fałszywego 
piedestału, zanim szlak mnie trafi i będę zmuszona wykopać ci 
go spod stóp — w obecności tych wszystkich nawiedzonych 
kursantów, którym robisz wodę z mózgu.

Ten patałach ma czelność się uśmiechać!
—Nie wierzysz, że potrafię to zrobić? — spytała. — No to 

uważaj na mnie. Jutro wieczorem będziesz leżał bezradnie na 
plecach   jak   przewrócony   żółw.   Zaręczam   ci,   że   widok 
z parteru będzie mniej zabawny.

Opuścił   ręce   i podszedł   do   niej   bliżej,   zmuszając   do 

odchylenia głowy. Kiedy jego koszula zasłoniła Hope widok, 
odczuła niepokój, który odebrał jej pewność siebie.

—Mylisz się, Hope. Wiem o tobie cholernie dużo. Wiem, że 

pracujesz czternaście godzin na dobę w strasznym napięciu, bo 
ciągle   się   sprawdzasz,   bo   jesteś   nastawiona   wyłącznie   na 
sukces.   Wiem,   że   wymagasz   od   swoich   pracowników,   żeby 
pracowali równie długo jak ty, chociaż, jak przypuszczam, za 
nieporównywalnie mniejsze pieniądze.

W   porządku,   wysłuchał   bardzo   uważnie   jej   pierwszego 

wystąpienia. Nie jest źle.

—Wiem,   że   niełatwo   się   zaprzyjaźniasz   i że   albo   jesteś 

rozwiedziona,   albo   zrywasz   z każdym   mężczyzną,   który   nie 
chce   grać   w twoim   życiu   drugich   skrzypiec,   ustępując 
pierwszeństwa   Manning   Enterprises.   Wiem,   że   biznes   — 

background image

ubijanie kolejnych interesów i przechytrzanie konkurencji — 
wydaje ci się bardziej podniecający niż seks, bardziej opłacalny 
niż przyjaźń i bez porównania mniej ryzykowny niż zaufanie 
do ludzi. Jak na kogoś, kto patrzy na ludzi z piedestału, znam 
cię nieźle, Hope Manning.

Mijały sekundy, a ona milczała, wpatrując się w oczy, które 

widziały o wiele za dużo. Bezwiednym gestem odgarnęła znad 
prawego oka kosmyk kręconych włosów, nie reagując, kiedy 
opadł z powrotem na czoło.

—Za   to   ty   —   ciągnął   Jared   —   na   mój   temat   nie   masz 

dokładnie nic do powiedzenia.

Opuściła głowę.
—Nie zaprzeczysz, że namawiałeś nas do medytacji.
—Nie — zgodził się, ledwie rozchylając wargi. Wąskie, ale 

kształtne i wyraźnie zarysowane.

Próbowała zatrzymać spojrzenie na jego brodzie.
—I straszyłeś, że weźmiesz nas pod bat, tak czy nie?
—Tak. Poza tym, według wiarygodnych źródeł, mam niezły 

tyłek i bary.

Podniosła wzrok i zdmuchnęła z oka niesforny kosmyk.
—Pewnie   zgodzisz   się   i z tym,   że   nie   lubisz,   kiedy   ktoś 

wystawia na próbę twój autorytet, zwłaszcza jeśli robi to silna 
kobieta.

Przysunął się jeszcze bliżej, ryzykownie blisko; brakowało 

może kilku centymetrów, żeby dotknąć jej piersi.

— I tu się mylisz. Lubię pewną silną kobietę, nawet kiedy 

wystawia na próbę mój autorytet.

Owiała   ją   delikatna   woń   płynu   po   goleniu   zmieszana 

z zapachem pustynnego piasku i męskiego ciepła. Gdyby nie 
głos   rozsądku,   chętnie   ukoiłaby   się   w jego   gorących 
ramionach.

—Jeśli chodzi o niedostatek moich męskich walorów... No 

cóż, kochanie, jeśli tylko zechcesz uzasadnić swoją teorię, daj 
mi   znać.   Zobaczymy,   czy   stanę   na   wysokości   zadania.   — 
Zniżył   głos   o dwie   oktawy,  a jego   granatowe   oczy   stały   się 

background image

prawie czarne. Wyciągnął do niej rękę, żeby schować za ucho 
krnąbrny   lok,   potem   szorstkim   palcem   dotknął   policzka.   — 
Magnolie — mruknął, obejmując swą potężną dłonią jej brodę.

Ten czuły dotyk nie pasował do jego pałającego spojrzenia 

i gwałtownego   bicia   jej   serca.   Znieruchomiała,   kiedy   palce 
Jareda musnęły jej szyję.

—   Puls  zawsze   zdradza   poziom   stresu,  Hope.   Jednym  ze 

sposobów   na   obniżenie   napięcia   jest   głębokie   oddychanie. 
Chcesz, żebym ci pokazał inną technikę?

Wzrok Jareda zatrzymał się na jej wargach.
Spokojnie...
Technikę?
Hope   odchyliła   w tył   głowę   i cofnęła   się   na   bezpieczną 

odległość.

— Nie wiem, ile twoich byłych uczennic zgodziło się na 

takie lekcje wyrównawcze — wydusiła z siebie po chwili, mile 
zaskoczona tym, że jej głos zabrzmiał w miarę naturalnie. — 
Ale ja nie dopisuję się do tej listy. Od tej pory trzymaj ręce 
przy   sobie,   a ze   swoją   psychoanalizą   dla   ubogich   możesz 
zgłosić się do kabaretu. Mówię poważnie: spróbuj jeszcze raz 
takiej zagrywki, a „Good Morning America" dostanie następny 
odcinek serialu o MindBend Advefitures, po którym notowania 
firmy razem z twoją opinią spadną na dno.

Nie   czekając   na   odpowiedź,   Hope   obróciła   się   na   pięcie 

i ruszyła do wyjścia. Miała uczucie, że Jared swoim ognistym 
wzrokiem   próbuje   wypalić   piętno   na   jej   plecach.   Trzasnęła 
drzwiami i wypadła na dziedziniec — wprost na oślepiające 
słońce i popołudniową spiekotę. Chwiejąc się na nogach, czuła 
ulgę   i zawód   zarazem,   żywiąc   jednocześnie   nadzieję,   że 
przynajmniej tym razem zastosowała się do głupich zasad.

Mogła sobie tylko życzyć, żeby opowieści o duchach były 

jedyną rzeczą, która zakłóci w nocy jej sen.

Jared, kompletnie osłupiały, wpatrywał się w pusty korytarz. 

background image

Co tu się, do diabła, wydarzyło?

Dwadzieścia minut temu pracował przy swoim biurku, kiedy 

mignęła   mu   przez   okno   sylwetka   Hope.   Jej   kocie   ruchy 
wzbudziły   jego   podejrzenie.   Poszedł   za   nią   do   szkoły, 
zorientowawszy się od razu, że szuka telefonu. Wśliznął się 
przez boczne wejście i podglądał ją zza rogu korytarza jak jakiś 
cholerny zboczeniec. Kiedy się odwróciła, nie miał wyjścia — 
musiał wykonać swój ruch.

Na   początku   chciał   ją   przestraszyć,   a nie   podsłuchiwać 

rozmowę. Kiedy jednak usłyszał, że mowa jest o szczegółach 
jego męskiej urody, nie mógł sobie odmówić dalszego ciągu. 
Tak, podsłuchiwał dalej.

Ta   kobieta   ma   język,   który   powinien   być   zarejestrowany 

jako broń palna.

Jego urażona godność domagała się odwetu, udowodnienia, 

że potrafi wzbudzić w niej szacunek i sprawić, że będzie go 
traktować   jak   mężczyznę,   a nie   jak   przewróconego   żółwia. 
Popełnił jednak jeden fatalny błąd. Nie wziął pod uwagę, że 
Hope   może   zrobić   na   nim   wrażenie   jako   kobieta.   Z drugiej 
strony...

Czy mógł przypuszczać, że jej przenikliwe brązowe oczy, 

błąkając się po jego ustach, staną się nagle łagodne i niewinne, 
że   jej   soczyste,   różowe   wargi   rozchylą   się   w mimowolnym 
zaproszeniu?   Skąd   mógł   wiedzieć,   że   jej   skóra   przypomina 
w dotyku kwiat magnolii? Aksamit. Jedwab. Zastanawiał się, 
czy   najwrażliwsze   części   jej   ciała   mogą   być   jeszcze 
delikatniejsze...

Przeklął   pod   nosem.   Hope   Manning   dała   mu   nauczkę   — 

dość brutalną, ale miała rację. Przekroczył granicę pomiędzy 
pracą   a życiem   prywatnym.   Idąc   wolnym   krokiem   przez 
opuszczony szkolny korytarz, Jared przyrzekł sobie, że nigdy 
więcej nie popełni takiego głupstwa.

Co wcale nie miało znaczyć, że gotów był zrezygnować z jej 

terapii. Hope jest wycieńczoną nerwowo kobietą interesu. Dla 
takich ludzi jak ona stworzył MindBend Adventures. On sam 

background image

był kiedyś takim człowiekiem.

I znów takim się staje.
Zatrzymał się w pół kroku, przetarł dłońmi twarz i podniósł 

głowę. Prawda poraziła go jak piorun. Hope Manning jest jego 
szansą   na   opamiętanie.   Błogosławieństwem.   Ma   okazję 
odwołać się do wartości etycznych, otwierając jej umysł i serce 
na to samo.

Będzie   mógł   opowiedzieć   w „Good   Morning   America" 

historię, która pozwoli komuś odzyskać wiarę w innych ludzi 
i w kapitalizm. Pokaże tej cieplarnianej magnolii świat, który 
skurczy   jej   ważne   sprawy   i pilne   telefony   do   właściwych 
rozmiarów.

A   jeśli   na   dodatek   narzuci   sobie   żelazną   dyscyplinę,   być 

może dokona tego wszystkiego, trzymając swoje cholerne łapy 
przy sobie!

background image

3

—Pobudka, Hope! Śniadanie za piętnaście minut.
Z trudem wynurzając się z kamiennego snu, Hope pacnęła 

rękę, która potrząsała jej ramieniem.

—Hej, marudo, wstawaj. Potem, jak ci głód zacznie skręcać 

kiszki, sama będziesz na siebie zła, zobaczysz.

Już   jestem   zła,   pomyślała.   Otworzyła   oczy   i wydobyła 

z siebie   groźny   pomruk.   Przecież   ledwie   świta.   Wciąż 
znajdowała się w półśnie i wcale nie miała ochoty się budzić.

—Skowronkiem   to   ty   nie   jesteś,   mam   rację?   —   zapytała 

Sherry, pokazując w uśmiechu wszystkie zęby.

Zerknąwszy na jej bikini, prążkowaną trykotową koszulkę 

i gładką   skórę   bez   śladu   cellulitu,   Hope   chwyciła   koc 
i naciągnęła  go na  głowę. Błogosławiona samotność. Szansa 
złapania chociaż odrobiny snu. Gdyby mogła żyć w zgodzie ze 
swoim   rytmem   biologicznym, witałaby  dzień koło  południa, 
a prawdziwe życie zaczynała po ósmej wieczorem. Poprzedniej 
nocy   zasnęła   ostatnia,   długo   po   tym,   jak   jej   koleżankom 
wyczerpał się repertuar bajek na dobranoc.

Dręcząca obecność Jareda miała w tym swój udział. Nawet 

teraz,   kiedy   zamknęła   oczy,   widziała   jego   gorączkowe 
spojrzenie, które nie tylko nie pozwalało jej uciec w sen, ale 
wprawiało   serce   w łomot   —   z podniecenia   i strachu 
jednocześnie...

Ktoś wyrwał z jej rozluźnionej dłoni koc i zsunął na nogi. 

Chłód,   który   przeniknął   jej   ciało,   był   jak   zimny   prysznic. 
Trzęsąc się, powoli otworzyła oczy.

—Odejdź albo cię uszkodzę — powiedziała twardo.
Sherry zaśmiała się i wyciągnęła spod łóżka swoją walizkę.
—Budziłam   trzech   marudnych   braci   i codziennie   rano 

wyprawiałam   ich   do   szkoły,   dopóki   nie   rozjechali   się   do 
college'ów. Wątpię, żebyś mogła  wykombinować coś, na co 
oni nie wpadli.

background image

—Twoi bracia nie mieli tego! — Hope zamruczała jak kotka, 

rozczapierzyła   palce   i zagrabiła   powietrze   czerwonymi 
pazurami z akrylu.

—Jared każe ci je obciąć, masz to jak w banku — odezwała 

się Diana w drodze do łazienki. W swojej słodkiej dziewczęcej 
pidżamie  wyglądała jak psotna  dziesięciolatka. Zamknęła  za 
sobą drzwi, lekceważąc oburzoną minę Hope.

—Mojemu Jimowi podobają się długie paznokcie, ale ja je 

obgryzam do krwi.

Hope   powiodła   oczami   za   skruszonym   głosem.   Karen 

siedziała   skulona   na   brzegu   przeciwległego   łóżka,   z rękami 
wciśniętymi   między   kolana.   Bladoróżowa   nocna   koszula, 
nastroszone   bezładnie   włosy...   Smutek   bijący   z jej   postaci 
odbierał radość życia.

—Hope   ma   paznokcie   pierwsza   klasa   —   oświadczyła 

Sherry,   dając   do   zrozumienia,   że   wraca   na   pierwszy   plan. 
Wyjęła z walizki czarny skrawek materiału — szorty, jak się 
potem okazało, nieznacznie tylko większe od bielizny bikini. 
— Takie ręce to majątek!

Hope spojrzała na swoje dłonie z niedowierzaniem.
—Masz tak długie palce jak moja  przyjaciółka Catherine. 

Jest fotomodelką, zarabia niesamowity szmal. Samymi rękami, 
wyobrażasz sobie? Jak chcesz, mogę się dowiedzieć, kto jest 
jej agentem.

Hope potrząsnęła głową.
—W mój rozkład zajęć nie dałoby się wepchnąć nawet igły, 

ale... dzięki.

—Nie ma sprawy. — Sherry uśmiechnęła się, demonstrując 

dołki w policzkach — jedyne na jej pięknym ciele — a potem 
wciągnęła przez głowę biały sportowy stanik.

Pomimo oczywistych powodów, Hope nie czuła już do niej 

cienia   złości.   Równie   bezsensownie   byłoby   żywić   urazę   do 
sympatycznego szczeniaka.

—Następna! — krzyknęła Dana, wyłoniwszy się z łazienki 

w czerwonych szortach i granatowej koszulce. — Słuchajcie, 

background image

umyłam szafkę w łazience. Dla każdej z nas jest jedna półka na 
osobiste   drobiazgi.  Swoje  rzeczy  położyłam  na  samym  dole 
i ostrzegam was, że jeśli znajdę na mojej szczotce jeden włos, 
który   nie   będzie   brązowy   —   rzuciła   wymowne   spojrzenie 
dwóm blondynkom: popielatej i złotej, a potem rudej Hope — 
nie będę musiała zgadywać, do kogo należy.

Sherry   przemknęła   chyłkiem   za   plecami   o wiele   niższej 

kobiety,   wśliznęła   się   do   łazienki   z radosnym   uśmiechem 
i pomachała ręką.

—Ja tylko na sekundkę.
—Akurat — mruknęła Karen, opadając ciężko na materac.
Dana   otworzyła   drzwi   wejściowe.   Świst   wpadającego   do 

środka powietrza, rześkiego, o ostrym, aromatycznym zapachu, 
sprawił, że Hope ocknęła się na dobre.

—Przepraszam,   dziewczyny,   że   nie   poczekam   na   was   — 

powiedziała   Dana   —   ale   umieram   z głodu.   Spróbuję   zająć 
cztery miejsca przy jednym stole.

Trzask!
Hope spojrzała na Karen.
—Popraw mnie, jeśli się mylę, ale czy przypadkiem nie to 

samo   głodujące   chuchro   pochłonęło   wczoraj   wieczorem   co 
najmniej sześć twoich ciastek?

—Siedem — poprawiła ją Karen. — A z tym, które dałam 

jej od razu po kolacji, osiem. Sherry zjadła pięć.

Wymieniły   zdumione,   a po   chwili   podobnie   zirytowane 

spojrzenia.

—Chcesz, żebym skotłowała im łóżka? — spytała Hope.
—Nie, ja to zrobię. I tak mam poobgryzane paznokcie, więc 

nie   mam   czego   łamać.   —   Dwa   tańczące   płomyki   ożywiły 
niebieskie oczy Karen.

Hope zależało, żeby tańczyły jak najdłużej.
—Wiesz, że ja też kiedyś obgryzałam paznokcie? Dopóki 

nie   odkryłam,   że   te   przyklejane   są   twardsze   od   zębów. 
Najlepszy  sposób na  odwyk. Teraz  wolę  się  nie  narażać  na 
kazanie u manikiurzystki, nie mówiąc o dentyście.

background image

—Mówisz, że te są sztuczne?
Hope spłoszonym gestem zakryła dłonią usta.
—Wyglądają na sztuczne? — wymamrotała.
—Głupia! — Karen wybuchnęła śmiechem. — Nie pytałam 

o zęby, tylko o paznokcie.

—Te?   —   Hope   wyciągnęła   do   niej   dłonie,   poruszając 

z wdziękiem palcami. — Otóż dowiedz się, że te śliczności są 
z prawdziwego akrylu.

—Wyglądają tak naturalnie, że aż trudno uwierzyć. — Karen 

oglądała   z zachwytem   nienagannie   owalne,   polakierowane 
paznokcie. — Myślałam o czymś takim od dawna.

—To dlaczego nie spróbowałaś?
—Słyszałam,   że   są   strasznie   drogie.   Moja   tygodniówka 

ledwie starcza na żywność.

Tygodniówka?  Hope   z trudem  ukryła  oburzenie. Słabo  jej 

się robiło na myśl, że dorosłej kobiecie mąż wydziela pieniądze 
jak dziecku.

—Posłuchaj, coś mi tu nie gra. Jeżeli twój Jim lubi piękne 

paznokcie,   na   pewno   od   czasu   do   czasu   zafunduje   ci 
manikiurzystkę. W końcu zapłacił za twój kurs, tak czy nie?

Oczy Karen zasnuły się cieniem. Podniosła rękę i drżącymi 

palcami ścisnęła guzik flanelowej koszuli.

—Tak,   ale   ten   kurs   to   nie   jest   zwykły   zbytek,   tylko 

inwestycja w jego karierę — powiedziała  krótko, jakby tym 
zdaniem wyjaśniła wszystko.

—Nie rozumiem.
—Och,   przepraszam,   spróbuję   ci   wytłumaczyć.   Jim   jest 

dyrektorem   marketingu   w Sports   Arama,   w rejonie   Houston, 
obejmującym dwadzieścia dwa sklepy ze sprzętem sportowym. 
Pan   Coteras,   właściciel   firmy,   to   znaczy   on   i jego   żona,   są 
zapalonymi wędrownikami.  Już  kilka razy zapraszali nas na 
wspólne   wycieczki...   no   i,   sama   rozumiesz,   Jimowi   zaczęło 
brakować wymówek.

—Nie bardzo rozumiem. Po pierwsze, po co wymówki? Nie 

mogliście przyjąć ich zaproszenia?

background image

Śmiech Karen zabrzmiał cicho i posępnie.
—Jestem   najgorszą   niezdarą   na   świecie.   Gdybym   poszła 

z nimi   na   dwudniową   wycieczkę,   wlokłabym   się   na   końcu 
i opóźniała tempo całej grupie. Jim zdaje sobie z tego sprawę... 
Nie mówię już o tym, że kompletnie bym się ośmieszyła.

—Wątpię...
—A ja nie wątpię. Jedyne, co mi  naprawdę wychodzi, to 

stawianie Jima w głupim położeniu.

Ten facet zaczął Hope naprawdę wkurzać.
—Więc pozwól mu iść bez ciebie.
—Nie mogę.
Hope westchnęła z pasją, wiedząc, że będzie tego żałować.
—Dlaczego nie możesz?
—Jim myśli, że te propozycje wspólnych weekendów to nic 

innego   jak   zapowiedź   jego   awansu.   Tak   było   z obu 
wicedyrektorami — po kilku wędrówkach z szefem i jego żoną 
zostali mianowani na wyższe stanowiska. Jim mówi, że oboje 
musimy zrobić dobre wrażenie albo nici z awansu.

Hope otworzyła — i z powrotem zamknęła usta. Co ją, do 

cholery, obchodzi, jak wygląda małżeństwo tej kobiety!

—Śmiało, Hope, powiedz to szczerze. Nie wierzysz, że ten 

kurs może mi w czymkolwiek pomóc, prawda? Uważasz, że 
marnuję pieniądze Jima.

Przez długą chwilę Hope nie mogła wydusić z siebie słowa.
—Dlaczego miałabym tak myśleć? I co to w ogóle znaczy 

„pieniądze Jima"? Z czyjego nadania twój mąż jest domowym 
bankierem, strażnikiem rodzinnego skarbca?

W czasie studiów podyplomowych, kiedy specjalizowała się 

w planowaniu finansowym, dowiedziała się, jak wiele żon nie 
ma   nic   do   powiedzenia   w sprawie   domowego   budżetu,   jak 
lekkomyślnie pozwalają swoim mężom podejmować wszelkie 
decyzje finansowe, i jak często takie kobiety — w wypadku 
rozwodu albo wdowieństwa — popadają w ruinę.

—Ty niczego nie rozumiesz.
—Rozumiem,   że   nie   masz   nic   przeciwko   wydaniu   nawet 

background image

sporej forsy, pod warunkiem, że w ostatecznym rozrachunku 
przyniesie to korzyść Jimowi. Ale głupi manikiur to „zbytek". 
Karen — powiedziała wzburzonym głosem — według prawa 
własności   obowiązującego   w Teksasie   cokolwiek   należy   do 
Jima,   należy   do   ciebie,   i vice   versa   —   nie   wyłączając 
rodzinnych dochodów.

—Nie rozumiesz — powtórzyła Karen załamanym tonem. 

— Jim jest hojny, ale on za ciężko pracuje na swoje pieniądze, 
żebym ja...

—Skończ   z tą   brednią   o ,jego"   pieniądzach.   Pewnie   że 

ciężko pracuje, a ty nie pracujesz?

W   odpowiedzi   Karen   przestała   się   znęcać   nad   guzikiem 

swojej koszuli, a w zamian zaczęła obgryzać dwa paznokcie.

—Wasi chłopcy mają... no ile, siedem i dziewięć lat, tak?
Kiedy coraz bardziej zdenerwowana Karen skinęła głową, 

Hope   ogarnęła   panika.   Nie   miała   żadnego   doświadczenia 
z dziećmi, niewiele wiedziała o prowincjonalnym stylu życia. 
W ułamku sekundy przypomniała sobie wszystko, co zdarzyło 
się jej czytać na ten temat w pismach kobiecych.

—To znaczy, że gotujesz i sprzątasz, i... Nie wiem, pewnie 

godzisz   chłopców,   kiedy   się   tłuką,   leczysz   ich   zranione 
uczucia... Założę się, że odrabiasz z nimi lekcje, wleczesz na 
dodatkowe zajęcia, treningi, i diabli wiedzą co jeszcze. Wiesz 
co? Chciałabym widzieć kochanego Jima w twojej roli, przez 
jeden   dzień,   a potem   niech   ci   powie   prosto   w oczy,   że   nie 
pracujesz równie ciężko jak on.

Karen   opuściła   na   kolana   swoje   udręczone   palce 

i uśmiechnęła się blado.

—A ty mogłabyś mi powiedzieć prosto w oczy, że pracuję 

ciężej od ciebie? Albo tak samo?

Na palcach jednej ręki Hope mogłaby policzyć wydarzenia 

ze swojego życia, kiedy — tak jak teraz — straciła z wrażenia 
głos.

—Daj spokój, żartowałam — szepnęła Karen.
—Zaraz,   zaraz!   Chwileczkę...   Nie   powiem,   że   pracujesz 

background image

ciężej   ode   mnie,   bo...   Możesz   mi   wierzyć,   Karen,   niewielu 
znam ludzi, którzy aż tak harują, ale to nie znaczy...

—W   porządku,   Hope.   Przepraszam,   że   wprawiłam   cię 

w zakłopotanie, ale może dzięki temu przestaniesz oceniać tak 
surowo   Jima.   Jeżeli   na   tym   kursie   nauczę   się   chodzić 
z plecakiem,   rozkładać   namiot   i może   jeszcze   kilku   innych 
rzeczy, pomogę mu w karierze, będę mogła jeździć z rodziną 
na wakacje pod gołym niebem — i wszyscy będą szczęśliwi.

Hope   zamilkła.   Gdzieś   tam   w głębi   jej   duszy   pulsowało 

bolesne współczucie. Przez pierwsze osiemnaście lat życia ona 
też  składała  się   z samych kompleksów;   nie  wiedziała,  co to 
poczucie   własnej   wartości   i chciała,   żeby   „wszyscy   byli 
szczęśliwi". Zostały jej po tym tylko blizny.

—A ty, Karen? Co z twoimi potrzebami, twoim szczęściem? 

To chyba też się liczy?

Zdumienie,   konsternacja,   ostrożność   —   te   i jeszcze   inne 

uczucia,   zmienne   jak   chmury   burzowe,   przetaczały   się   po 
twarzy Karen.

—A   gdybyś   tak   dwa   razy   w miesiącu   —   Hope   zaczęła 

łagodniejszym głosem — dała im na kolację kluchy z serem, 
a sobie zafundowała manikiur? Zasłużyłaś na to.

—Następna!   —   zawołała   Sherry,   wychylając   z łazienki 

twarz uzbrojoną w nienaganny makijaż.

Karen, z płochliwym spojrzeniem, poderwała się na nogi.
—Idę...
Stała jeszcze przez chwilę, potem potrząsnęła głową, zebrała 

fałdy koszuli i prawie wbiegła do łazienki.

Wpatrzona   w zamknięte   drzwi,   Hope   zastanawiała   się,   ile 

przykrości   i upokorzeń   doznała   ta   kobieta   od   innych 
„pracujących" kobiet — nie mówiąc o mężu, który musiał być 
zwykłym   draniem.   Odpowiedź,   której   była   niemal   pewna, 
uświadomiła jej własną arogancję. Wiedziała przecież dobrze, 
co czuje taki rodzinny odmieniec.

Hope   miała   przynajmniej   babcię,   która   ją   rozumiała 

i popierała wszelkie jej „dziwactwa". Karen sprawiała wrażenie 

background image

całkiem osamotnionej.

—A   tej   co   się   stało?   —   zapytała   Sherry,   spoglądając   na 

drzwi łazienki.

—Słucham? Och... nic.
Nic, poprawiła się w myślach, czemu nie można by zaradzić 

w czasie krótkiego odpoczynku od domowego kieratu.

Godzinę później Stam Lower wrzucał plecak i walizkę do 

bagażnika białego lincolna continental.

—Udanych   wakacji,   senior   —   powiedział   pracownik 

wypożyczalni samochodów, podając mu kluczyki.

—W tych okolicach jest gdzie połazić, prawda?
—Tak mi mówiono. Chyba polubię to miejsce.
San Antonio es muy bonito, bardzo piękne. Przyjechał pan 

z Chicago, prawda?

Wizytówki   na   bagażach.   Z pośpiechu   pozwolił   sobie   na 

nieostrożność. Kiwnąwszy głową, ruszył do przednich drzwi 
od strony kierownicy. Krępy mężczyzna otworzył je, taksując 
Staną wzrokiem bez cienia skrępowania.

—Ale   długo   to   pan   tu   nie   mieszkał,   prawda?   — 

Odpowiedział uśmiechem na groźne spojrzenie Staną. — Ma 
pan   taki   sam   akcent   jak   prezydent   Clinton.   —   Nazwisko 
polityka z Arkansas wypowiedział przeciągłym południowym 
akcentem.

—Za   to   ty   masz   akcent   jak   Ricky   Ricardo,   a nie   jesteś 

Kubańczykiem. — Przeklęci wścibscy Meksykanie. Usiłując 
zachować   zimną   krew,   wśliznął   się   za   kierownicę   i wyjął 
z kieszeni dziesięciodolarowy banknot. — Powiedz mi jeszcze, 
jak się dostać na autostradę dwieście osiemdziesiąt jeden. A to 
dla ciebie.

Czarne oczy Meksykanina przylgnęły wręcz do pieniędzy.
Es demasiado, za dużo.
Stan wzruszył ramionami i zaczął cofać rękę.
Mężczyzna chwycił szybko banknot, zamknął drzwi i wsunął 

background image

głowę   przez   otwartą   szybę,   żeby   pokazać   drogę   na   mapie 
przyczepionej   do   osłony   przeciw-   słonecznej.   Stan   go   nie 
słuchał. Nauczył się  trasy na pamięć  w czasie  długiego lotu 
z lotniska   0'Hare.   Odetchnął   z ulgą,   kiedy   Meksykanin 
skończył mówić i odszedł od samochodu.

Gracias, amigo. Vaya eon Dios. Z Bogiem!
Stan kiwnął ręką, podniósł szybę i odjechał.
Przeklęci   cudzoziemcy   rozpanoszyli   się   w całym   tym 

cholernym kraju. Znał wystarczająco dużo Meksykanów, żeby 
rozumieć słowo „Dios" i nie chciał mieć z nim nic wspólnego. 
Gdyby Bóg naprawdę istniał, każdy mały chłopak miałby takie 
dzieciństwo,   żeby   jako   dorosły   facet   nie   musiał   o nim 
pamiętać.

Stan nie ufał nikomu poza samym sobą, tylko przed sobą się 

tłumaczył,   na   sobie   tylko   polegał.   Udostępniał   swoje   usługi 
tym, których było na nie stać, a wysokość honorarium rosła 
proporcjonalnie do ryzyka przedsięwzięcia. Jak na „nędznego 
zasranego kurdupla"  — było  to ostatnie  z przezwisk, jakimi 
raczył go tatuś — Stan prosperował całkiem nieźle.

Coraz lepiej.
Regulując oparcie wielkiego lotniczego siedzenia, wdychał 

zapach   nowego   auta.   Lincoln,   zgodnie   z umową,   został 
zarezerwowany   na   fałszywe   nazwisko.   Za   dwa   tygodnie 
wynajmu faceci zapłacili z góry. Ludzie z klasą!

Był   podekscytowany   i napięty,   ale   zupełnie   inaczej   niż 

w czasie   pracy,   kiedy   działał   na   maksymalnym   poziomie 
adrenaliny.   Facet   z mafii,   który   się   z nim   kontaktował,   był 
niezwykle   zainteresowany   jego   dwuletnim   stażem   w grupie 
twardzieli,   którzy   prowadzili   szkołę   przetrwania   w górach 
Ozark. Stan podejrzewał, że głównie dzięki temu szczegółowi 
życiorysu tak mu się poszczęściło — tym razem.

Jeśli jednak wykona robotę z normalną precyzją, bez żadnej 

obsuwy   —   a dlaczego   by   nie   —   i jeśli   na   dzisiejszym 
spotkaniu jego ogłada towarzyska, zdobyta dzięki długiej pracy 
nad sobą, zostanie doceniona — a tak się na pewno stanie —

background image

jego honoraria skoczą cholernie w górę.

Umiejętność   wtapiania   się   w elitarne   kręgi   towarzyskie 

równie   dobrze,   jak   i w dzikie   chaszcze   czy   góry,   miała 
otworzyć przed nim nowe perspektywy. W wieku trzydziestu 
lat   dołączyłby   do   garstki   niezależnych   zawodowców 
jeżdżących   własnymi,   a nie   pożyczanymi   na   dwa   tygodnie 
luksusowymi autami.

Trochę nawet żałował, że ojciec tego nie dożył.
Z kieszeni wizytowego płaszcza wyjął opis drogi, porównał 

go   z drogowskazami   i zjechawszy   na   prawy   pas,   omal   nie 
skręcił w zjazd na Commerce  Street. Minął oznakowanie na 
Alamo   i zapisał   w pamięci   nazwę   ulicy.   Może   obejrzy   coś 
ciekawego, zanim wyjedzie z miasta. W czasie każdej podróży 
starał się wpaść do muzeum albo do teatru. Ludzie z klasą tak 
robią.

Wytworne   centrum   handlowe   po   prawej   kazało   mu   się 

domyślać,   że   jest   blisko   celu.   Kiedy   wjechał   na   ślimak 
i zatrzymał   się   przed   pałacowym   hotelem,   mimowolnie 
zacisnął palce na kierownicy.

Mężczyzna   w uniformie   natychmiast   otworzył   drzwiczki 

samochodu.

—Witamy w Marriott River Center, sir. Czy ma pan jakieś 

bagaże do wniesienia?

Stan skinął głową, otworzył bagażnik i wysiadł, usiłując nie 

gapić   się   na   pięciogwiazdkowy   hotel   jak   prowincjonalny 
głupek   z Arkansas.   O tak,   do   tego   mógłby   z przyjemnością 
przywyknąć.

I przywyknie.

Jared stał przed główną tablicą i przyglądał się wchodzącym 

do klasy kandydatom na traperów. Jadał sam, nie widział więc 
grupy od poprzedniego wieczoru. Dzisiaj więcej rozmawiali, 
śmiali się chętniej, siadali w zaprzyjaźnionych grupkach.

Odkąd   zdecydował   się   poprowadzić   jedną   drużynę,   miał 

background image

lepszy humor i nie mógł się doczekać wyprawy. Uświadomił 
sobie, że zajęcia teoretyczne z uczniami sprawiają mu większą 
przyjemność,   jeśli   w perspektywie   ma   wyjście   w teren 
i przekonanie się na własne oczy, że nauka nie poszła w las. 
Przy odrobinie szczęścia, niektórzy z nich wykorzystają nowe 
umiejętności w świecie interesów, kiedy wrócą do domów i do 
normalnego życia.

Uśmiechnął się albo kiwnął głową do każdej z dziewiętnastu 

osób,   a potem   poczuł,   że   nie   wytrzyma   ani   chwili   dłużej 
i spojrzał na Hope.

Z   piątego,   ostatniego   rzędu   przeniosła   się   do   trzeciego, 

między   Sherry   a Karen.   Jej   czarny   golf   bez   rękawów 
kontrastował z ognistorudymi, puszystymi włosami. Wiedział 
o nich,   że   w dotyku   są   delikatne   jak   puch   dmuchawców. 
Wydała   mu   się   nagle   zbyt   ożywiona,   przesadnie   zajęta 
rozmową z sąsiadkami.

Spójrz na mnie, Hope. Miejmy to z głowy.
Wyprostowała plecy, potem odwróciła głowę.
Nie był gotów. Mimo że przemawiał sobie do rozumu przez 

całą   noc,   to   teraz,   kiedy   spojrzała   na   niego   tym   swoim 
łagodnym   wzrokiem,   poczuł   się,   jakby   dostał   obuchem 
w głowę.   Sądząc   po   jej   osłupiałej   minie,   Hope   także   uległa 
krótkiemu zamroczeniu.

Zanim się pozbierała i zapanowała nad twarzą, Jared zdążył 

zauważyć, że nie była aż tak bardzo oburzona jego brakiem 
profesjonalizmu   w kontaktach   z podopiecznymi,   jak   to 
próbowała udawać.

—Dzień dobry — powiedział radośnie.
—Dzień dobry — powtórzyli wszyscy jak echo.
—Panie   Austin   —   dodała   Hope   dziecięcym,   monotonnie 

wznoszącym się głosem.

Jared z resztą grupy wybuchnęli śmiechem.
—Mam nadzieję, że spaliście dobrze, bo czeka nas dzisiaj 

mnóstwo pracy. Zacznijmy od wypowiedzenia na głos naszej 
medytacji.

background image

Stojąc   twarzą   do   klasy,   Jared   zaczął   recytować   z pamięci 

słowa zapisane na tablicy.

Grupa zawtórowała mu cicho i niemrawo.
—To, czego szukam, nie jest „gdzieś tam". Jest we mnie. 

Przeszłość nie ma nade mną władzy. — Jared przerwał. — Hej, 
co   się   z wami   dzieje?   Zupełnie,   jakbyście   spali.   Spróbujcie 
teraz   z odrobiną   przekonania.   —   Mówił   dalej   wolno, 
z wyraźną ulgą, kiedy przyłączyło się do niego więcej głosów: 
— Negatywne myśli nie mają nade mną władzy. Ja sam jestem 
władzą   w moim   świecie.   Dzisiaj   jest   piękny   dzień   i nowy 
początek. Sam tak postanowiłem.

Przed samym zakończeniem natężenie  deklamacji  wzrosło 

na tyle, że w sali wytworzył się odpowiedni pogłos. Mimo że 
Hope   nie   poruszała   wargami,   Jared   zauważył   jej   wzrok 
śledzący słowa na tablicy.

—Dobra   robota.   Zobaczycie,   że   z każdym   dniem   będzie 

łatwiej. A teraz przejdźmy do następnego punktu programu. — 
Zbliżył się do podręcznego stolika i przesunął go bliżej ławek. 
— Mam tutaj coś, co alpiniści i traperzy nazywają zestawem 
awaryjnym.   Chodzi   o dziesięć   podstawowych   artykułów 
ekwipunku;   niektóre   z nich,   mam   nadzieję,   przywieźliście 
z sobą,   w inne   zaopatrzy   was   szkoła.   Wszystkie   te   rzeczy 
będziecie trzymać w torebce na pasku biodrowym, niezależnie 
od plecaka.

Zsunął   na   koniec   nosa   okulary   i spojrzał   na   klasę 

złowieszczym wzrokiem.

—Nigdy nie wychodźcie bez tego z domu ani z obozowiska. 

To nie są wakacje w letnim kurorcie. Jeżeli stracicie niezbędne 
rzeczy, konsekwencje mogą być poważniejsze niż skazanie się 
na hamburgery zamiast kuchni francuskiej.

Sięgnął po cienki sweter i małe plastikowe opakowanie.
—Artykuł pierwszy: dodatkowe ubranie. Wiosną mamy tutaj 

ogromne   wahania   temperatury,   burza   może   nadejść   całkiem 
niespodziewanie,   pogoda   załamać   się   nagle,   z minuty   na 
minutę.   Dodatkowy   sweter   może   się   bardzo   przydać,   kiedy 

background image

słońce   zajdzie   za   chmury.   A w razie   deszczu   taka   płachta 
polietylenowa uchroni przed zmoczeniem ubranie oraz buty, 
a nasze nogi przed bolesnymi otarciami i pęcherzami.

—I najgorszymi koturnami w życiu — powiedziała cienkim, 

skandującym głosem Hope, wywołując śmiech części grupy.

—Drugi element zestawu, żywność: pemikan, czyli kostka 

suszonego   mięsa   z orzechami   i suszem   owocowym,   baton 
z płatków zbożowych i bakalii, paczka rodzynek. — Widząc 
grymas obrzydzenia na twarzy Billa, uniósł brwi. — Nie macie 
pojęcia,   jak   to   cudownie   smakuje   po   dziesięciu   godzinach 
czekania na ekipę ratowniczą, Boże chroń.

—Amen — jeszcze raz odpowiedziała ożywionym głosem 

Hope.

—Element trzeci — Jared nie spojrzał nawet w jej stronę — 

okulary   przeciwsłoneczne.   —   Podniósł   je   w górę.   —   Mam 
nadzieję,   że   wszyscy   macie   szkła   zatrzymujące   promienie 
ultrafioletowe i podczerwone? — Ponieważ wszyscy zgodnie 
skinęli głowami, a Hope milcząc zdawała się zbierać siły, Jared 
sięgnął po następny przedmiot.  — Oto czwarty nieodzowny 
składnik traperskiego rynsztunku: nóż. To jest akurat model, 
jakiego używa szwajcarska armia. Zapewniam, że można nim 
otworzyć puszkę, obciąć gałąź, posłużyć się jak wykałaczką. 
Jest   w nim   nawet   pinceta   —   na   wypadek   niefortunnego 
spotkania z kaktusem.

—Albo zbyt częstego marszczenia brwi — dodała poważnie 

Hope.

A więc wracamy znów do punktu wyjścia, prawda, Hope?
Uśmiechnął się ironicznie, gratulując sobie w duchu, że nie 

zademonstrował głównego zastosowania noża.

—Piąty artykuł zestawu służy do wzniecania ognia. Ucieszy 

was prawdopodobnie, że nie będziemy używać jako krzesiwa 
patyków   ani   krzemieni,   co   zresztą   na   nic   by   się   nie   zdało, 
gdyby   drewno   na   rozpałkę   było   wilgotne.   W sytuacjach 
awaryjnych,   kiedy   nie   ma   kochera   na   gaz,   istnieją   bardziej 
skuteczne   metody   na   zapalenie   kuchenki   turystycznej   albo 

background image

ogniska. — Pokazał na dłoni kilka owalnych przedmiotów. — 
Czy ktoś z was domyśla się, co to jest?

Wszystkie twarze odwróciły się do Hope.
—Fasola? — spytała, wzruszywszy ramionami, kiedy nikt 

nie zareagował. — Nie pamiętacie „Gorących siodeł"?

Ci,   którzy   oglądali   film   i przypomnieli   sobie   scenę   przy 

ognisku,   śmiejąc   się   opowiadali   ją   sąsiadom.   Rozgardiasz 
stawał się coraz głośniejszy. Hope uśmiechała się z nie tajoną 
satysfakcją.

—Hej, więc co to jest? — spytał Hank Thompson.
Najmłodszy   trener   koszykówki   w NBA,   Hank   Thompson, 

który   doskonale   wiedział,   jakie   znaczenie   ma   dyscyplina 
w zespole, ściągnął uwagę grupy na prowadzącego. Jared miał 
ochotę go ucałować.

—Tabletki   naftowe   —   odparł,   odkładając   je   na   stół. 

Pozostałe   składniki   zestawu   postanowił   wymienić   jak 
najszybciej,   bez   zbędnych   komentarzy.   —   Sześć:   zapałki 
impregnowane,   z łebkami   pokrytymi   woskiem,   do   zapalania 
tabletek. Siedem: apteczka z zestawem do udzielania pierwszej 
pomocy. Tym punktem zajmiemy się dokładnie jutro. Osiem: 
latarka,   z którą   w razie   konieczności   będziecie   mogli 
wędrować w nocy. Po ciemku łatwo zboczyć ze szlaku, wpaść 
do wąwozu albo na czarnego niedźwiedzia.

—Będziemy   spotykać   niedźwiedzie?   —   pisnęła   Karen, 

pąsowiejąc   na   twarzy,   kiedy   niemal   wszyscy   mężczyźni 
odwrócili się do niej z rozbawionym wzrokiem.

—Mało prawdopodobne, w każdym razie nie wcześniej, niż 

któryś z nich wyczuje nas albo usłyszy i zacznie uciekać. Ale 
owszem, jakiegoś niedźwiedzia możemy spotkać. Kilka sztuk 
ocalało   w tej   okolicy.   A poza   tym   kojoty,   pumy,   jelenie, 
jaszczurki, żmije... Mamy szansę natknąć się na nie wiele razy.

—Można się wybrać do zoo — mruknęła Hope. — Byłoby 

dużo taniej i bez zbędnego wysiłku.

Jakoś musiał przerwać tę jej bezsensowną prywatną wojnę, 

którą   wypowiedziała   mu   w niewiadomym   celu.   Sytuacja 

background image

stawała   się   niezdrowa.   Przetrzymał   jej   nonszalanckie 
spojrzenie.

— Oczywiście, że mogłabyś zapłacić swoje pięć kawałków, 

obejrzeć za to głazy z włókna szklanego i ptaki pustynne pod 
lampami. Potem zatrzymałabyś się przy kiosku z dietetyczną 
colą   i wróciła   do   domu,   do   swojego   klimatyzowanego 
mieszkanka, Ale przegapiłaś ciężarówkę  do Alpine, prawda, 
Hope?   To   był   twój   wybór,   nie   nasz.   Bądź   więc   uprzejma 
zachować swoje komentarze dla siebie i pozwól, że reszta z nas 
będzie   poznawać   tę   ziemię   i jej   bogactwa   w naturalnym 
środowisku — nawet jeśli ciebie to nie bawi.

Jej urażona mina wywołała w nim lekkie wyrzuty sumienia, 

ale z kamienną twarzą sięgnął po dwa ostatnie przedmioty.

—Pozycja   dziewiąta   i dziesiąta   w niezbędnym   ekwipunku 

traperskim: mapa terenu oraz kompas. Trasę naszej wędrówki 
omówimy szczegółowo później. Na razie zapamiętajcie jedno: 
jeżeli   odłączycie   się   od   grupy,   sprawne   dotarcie   do 
umówionego miejsca spotkania może oszczędzić reszcie z nas 
wielu godzin zmartwienia i przygotowań do akcji ratunkowej.

—Możemy coś dodać do tego zestawu — spytała Dana — 

czy raczej musimy się ograniczyć do dziesięciu podstawowych 
artykułów?

—Oczywiście  z żadnego z nich nie  możecie  zrezygnować. 

Ale jedna czy dwie, bardzo potrzebne, rzeczy mogą się jeszcze 
zmieścić:   krem   do   opalania,   preparat   odstraszający   owady, 
niezbędne lekarstwa. ..

—Dezodorant,   szczoteczka   do   zębów...   —   Hope 

odpowiedziała   na   jego   rozpaczliwe   spojrzenie   niewinnym 
uśmiechem.   —   To   są   potrzebne   rzeczy   —   oświadczyła 
z naciskiem.   —   Jeżeli   mam   spędzić   z tobą   dziesięć   dni   na 
szlaku, bardzo liczę na to, że masz takie samo zdanie.

Za   wszelką   cenę   chciała   go   wyprowadzić   z równowagi, 

tylko po co? Jared zobaczył uniesioną rękę i odwrócił się do 
Karen.

Poczekała, aż skinie głową, i dopiero wtedy się odezwała:

background image

—Czy   któryś   z twoich   uczniów   używał   kiedyś   zestawu 

awaryjnego? To znaczy... chciałam zapytać, czy zdarzyło się, 
że ktoś odłączył się od drużyny i swojego plecaka na dłuższy 
czas?

W sali zapanowała niespodziewana cisza. Zdawało się, że 

nawet Hope jest ciekawa jego odpowiedzi.

—Na   wyprawach   MindBend   Adventures   nigdy   — 

odpowiedział z lekką dumą w głosie. — Jeżeli szczęście nas 
nie   opuści   i będziecie   słuchać   przewodnika,   unikniecie 
nieprzewidzianych rozstań z plecakiem i prawdopodobnie ani 
razu nie otworzycie awaryjnej torebki.

—Czy nasze plecaki będą wyglądały podobnie jak ten? — 

spytał   Hank,   pokazując   stojący   pod   ścianą   model 
z wewnętrznym stelażem, wielki i zapakowany do pełna.

Jared zaniemówił na chwilę. Nie wiadomo skąd wpadł mu 

do   głowy   szatańsko   kuszący   pomysł...   Powinien   był 
natychmiast o nim zapomnieć.

Spojrzawszy z powrotem na Hanka, pokręcił głową.
—Nie. Wasze będą nieco mniejsze, z zewnętrznym stelażem. 

Ale   jeśli   rozdzielicie   konieczne   zaopatrzenie   między   całą 
drużynę, wystarczy tego z powodzeniem na dziesięć dni.

—A ty, druhu, co zapakujesz do plecaka?— spytała Hope. 

— Bicz?

No dobrze. Jego święta cierpliwość została nadwerężona.
—Mogę  ci  pokazać, co będę  niósł. — Podszedł  do stosu 

plecaków,   zarzucił   na   jedno   ramię   trzydziestokilogramowy 
ciężar i wrócił do stołu. — Zanim go wypakuję, Hope, podejdź, 
proszę,   i pomóż   mi   zademonstrować,   jak   się   taki   plecak 
prawidłowo zakłada.

Sherry   poklepała   Hope   po   ramieniu,   inni   zachęcali   ją 

głośnymi okrzykami do wyjścia na środek. Ona sama mierzyła 
Jareda niepewnym wzrokiem.

Utrzymał na twarzy swój poczciwy, godny zaufania uśmiech 

przewodnika, dopóki mięśnie  jego ramion nie zaczęły drżeć 
z napięcia.   Wstała,   na   szczęście,   i ruszyła   ku   niemu   żółwim 

background image

krokiem.

Jego słabnący uśmiech ożył jeszcze na moment.
Rozłożył paski barkowe, jakby podawał jej nie plecak, lecz 

futro z norek.

—Proszę,   Hope,   to   naprawdę   nic   trudnego.   Przełóż   tutaj 

ręce...

Zatrzymała   się,   nie   odrywając   od   niego   podejrzliwego 

wzroku.

—Myślałam, że ty go założysz.
—Nie, nie, jeżeli utrzymasz ten duży plecak, wszyscy się 

przekonają, że z mniejszym nie będą mieli żadnych trudności. 
No proszę, przełóż najpierw jedną rękę, potem drugą. Tędy. — 
Poruszył zachęcająco paskami. — Proszę.

Wciąż nie wyglądając na przekonaną, wsunęła ramiona pod 

paski plecaka, podczas gdy Jared podtrzymywał od tyłu cały 
jego ciężar.

Z trudem powstrzymał się od chichotu.
—No i co, nie jest tak źle, prawda?
—Nie — odparła z mieszaniną ulgi i zdziwienia w głosie. — 

Może być.

—A teraz? — spytał słodkim głosem, wypuszczając z rąk 

oba   paski.   Bez   wspomagania   paska   nadbiodrowego,   cały 
potężny ciężar spadł na jej ramiona.

Z   ramionami   młócącymi   powietrze   i wygiętym   w łuk 

kręgosłupem upadła z plecakiem na podłogę.

Była kompletnie zszokowana.
W  gwarze  westchnień i pełnych troski okrzyków, podczas 

gdy Hope uwalniała się od jarzma plecaka, Jared usiadł przy 
niej na piętach.

—No i kto jest teraz przewróconym żółwiem? — mruknął 

jej prosto do ucha.

background image

4

Hope wbiła zęby w jabłko, wyobrażając sobie, że to skóra 

Jareda. Dławiła ją bezsilna złość. Wiedziała, że nie daruje mu 
tego   upokorzenia.   W jakiś   sposób,   jakimś   cudem,   znajdzie 
okazję, żeby się zemścić.

Gryząc   z zapamiętaniem   owoc,   oparła   się   plecami 

o betonową ścianę szkoły i wyprostowała nogi. Wolałaby, żeby 
chlubą   tej   ziemi   była   soczysta   trawa   zamiast   piasku.   Co  za 
piekielny upał! Nawet z ocienionej strony budynku, gdzie stare 
drzewo meskitowe nie przepuszczało promieni południowego 
słońca,   temperatura   musiała   grubo   przekraczać   trzydzieści 
stopni.   Gdyby   nie   potrzebowała   tak   rozpaczliwie   chwili 
samotności, zostałaby w klimatyzowanym barze albo wróciła 
do domku z Karen, Sherry i Daną. Nie mogła  jednak znieść 
tych rozbawionych albo — jeszcze gorzej — współczujących 
spojrzeń słuchaczy Jareda.

Tak bardzo się starała wyprowadzić go z równowagi przy 

całej klasie i udowodnić, że ta maska  Dzielnego Skauta jest 
tylko maską...

Z zaciśniętymi do bólu zębami Hope przeżywała od nowa 

tamto   uczucie   koszmarnej   bezradności,   kiedy   leżąc   na 
podłodze,   patrzyła   w kpiące   oczy   Jareda   —   z pełną 
świadomością, że dała się ograć w swojej własnej grze.

Gdyby   miała   wtedy   wolne   ręce,   z przyjemnością 

wypróbowałaby   szczeroakrylowe   paznokcie   na   jego   skalpie. 
Musiał   dostrzec   żądzę   krwi   w jej   oczach,   skoro   podejrzanie 
chętnie   ustąpił   Hankowi   zaszczytu   oswobodzenia   jej 
z ciężkiego plecaka.

Spojrzała   z odrazą   na   mały,   ceglany,   jedyny   w polu   jej 

widzenia   budynek.   Dom   Jareda.   Dowiedziała   się   o tym   od 
Matta,   jednego   z przewodników.   Wystarczyło   kilka   niezbyt 
nachalnych   pytań   i ten   ufny   z natury   człowiek   podzielił   się 
z Hope   wystarczającą   liczbą   ciekawostek,   żeby   wzbudzić 

background image

w niej   szczere   zainteresowanie   wszystkim,   co   dotyczy 
MindBend Adventures.

Dom wraz z otaczającym go terenem należały do Indianina 

o imieniu Ben Biegnący Niedźwiedź, który zmarł, zostawiwszy 
cały kram Jaredowi. Matt nie wiedział, kto zbudował szkołę 
ani   dlaczego   została   opuszczona,   poza   tym,   że   ów   stary 
człowiek przez wiele lat był jej dozorcą.

Pomimo   niewielkiej   wiedzy   na   temat   pochodzenia 

i przeszłości   swojego   pracodawcy,   Matt   wychwalał   go   pod 
niebiosa za wszystko, czego udało mu się dokonać w ostatnich 
kilku   latach.   Ze   sposobu,   w jaki   o nim   mówił,   wynikało,   iż 
założyciel MindBend Adventures to Daniel Boone — sławny 
amerykański pionier — i Mahathma Gandhi w jednej osobie. 
Coś podobnego!

Świętoszkowaty   mądrala,   ekolog   od   siedmiu   boleści, 

startujący do niej z wykładem o bogactwach ziemi! Wiedziała 
wszystko, o czym chciała wiedzieć.

Wychowała się w środowisku, w którym ziemia była obsesją 

większości ludzi. Nie  liczyło się nic poza  pogodą, zbiorami 
i żywym inwentarzem — a już na pewno nie chuda, rudowłosa 
dziewczyna,   która   poza   wyjątkowym   zacięciem   do 
matematyki, do niczego się nie nadawała. Humor jej ojca, nie 
mówiąc   o sprawie   tak   podstawowej   jak   dach   nad   głową, 
zależał od czczonej przez Jareda matki ziemi. Do diabła z nią. 
Dla Hope ziemia była czymś, co mogło budzić nienawiść, ale 
na pewno nie bałwochwalcze uwielbienie.

Kiedy   połknęła   ostatni   kęs   jabłka,   cisnęła   przed   siebie 

ogryzek, żałując, że to nie aluminiowa puszka.

—Poczęstuj się, matko...
—Dobrze, że to ulega biodegradacji — przerwał jej głęboki, 

łagodny głos. 

Położyła   rękę   na   sercu   i przekręciła   szyję.   Jared   stał   trzy 

metry dalej, w miejscu ocienionym przez szkołę, dlatego nie 
mógł   jej   ostrzec   jego   cień.   Dlaczego   jednak   nie   usłyszała 
żadnego szelestu?

background image

—Nie rób tego — warknęła.
—Czego?
—Masz mnie nie straszyć! Chyba że do kartoteki urazów, 

które   zdarzyły   się   na   twoich   kursach,   chciałbyś   dodać   mój 
zawał.

—Przepraszam. — Włożył obie ręce w kieszenie spodni. — 

Nie miałem zamiaru cię straszyć.

I to mówi facet, który zrobił z niej „przewróconego żółwia".
—A co miałeś zamiar zrobić?
—Przeprosić cię.
Zmrużyła powieki. Minę miał poważną, ale zza lotniczych 

okularów słonecznych nie widać było oczu.

Hmm.   Podciągnęła   nogi,   lekceważąc   jego   pomocną   dłoń, 

i wstała.

—Przeprosić   —   powtórzyła,   usiłując   zajrzeć   pod   ciemne 

szkła. Nie mogła być pewna, ale...

Spojrzała w dół na swoje nogi i skrzywiła się z niesmakiem. 

Oczyściła   kolana   z warstwy   piasku   i drobnych   kamyczków, 
później   zrobiła   to   samo   z łyd-   kami.   Zaczęła   otrzepywać 
pośladki,   kiedy   nagle   skamieniała.   Odwróciła   się   i spojrzała 
w górę na jego okulary.

Ułożenie warg, drapieżna poza, w jakiej zastygł, powiedziały 

jej bardzo dokładnie, na czym skupiony był jego wzrok. Ach 
tak...

Upał   palił   jej   twarz.   Z największą   godnością,   na   jaką 

potrafiła się zdobyć, wyprostowała się i zatrzymała spojrzenie 
na wysokości jego brody.

—Nie musisz mnie przepraszać — powiedziała obojętnym 

głosem i ruszyła w stronę domu.

Zagrodził jej drogę.
—Chyba jednak muszę.
Basowy   rezonans   wprawił   ją   w jeszcze   większy   niepokój. 

Potykając się, postąpiła krok do tyłu.

—Nie powinienem sobie na to pozwolić — mówił dalej. — 

Mimo   wszystko...   mimo   że   stawałaś   na   głowie,   żeby   mnie 

background image

sprowokować. Wiedziałem co prawda, że plecak złagodzi siłę 
upadku,   ale   nie   powinienem   ryzykować   nawet   tego.   Mam 
nadzieję, że nic ci się nie stało.

—A więc przyznajesz, że to był głupi kawał? — Uniosła 

wysoko brwi i skrzyżowała ręce. — Celowy numer?

—Tak.
Bez   wykrętów,   bez   zbędnego   gadulstwa.   Żadnych 

usprawiedliwień. Niesamowite.

—Parszywie niski.
Przypierała go do muru.
—Zgadzam się — odparł po krótkiej chwili wahania.
Wymuszony szacunek ostudził nieco jej złość. Przyglądała 

mu się nieufnie, szukając czegoś podejrzanego, choćby jednej 
rysy w jego szczerości.

W   sportowych   okularach   słonecznych,   w fioletowych 

oprawkach  z zielonym  sznurkiem,   wyglądał   zupełnie   inaczej 
niż   w swoich   zwykłych   drucianych.   Te   kolorowe   dodawały 
jego   sympatycznej,   choć   dość   pospolitej   urodzie   wyrazu 
roztargnienia, efektownej lekkości. Powędrowała wzrokiem do 
wąskich,   ale   wyraźnie   zarysowanych   ust.   Zdecydowanie 
męskich.

Może jednak „pospolita" nie jest najwłaściwszym słowem...
—A więc uzyskam twoje przebaczenie? — zapytał głosem 

chropowatym jak pustynna ziemia.

—To   zależy.   —   Patrząc   na   niego   spod   przymrużonych 

powiek,   doszła   nagle   do   wniosku,   że   jego   ogromny   wzrost 
przestał   ją   irytować.   —   Powiedz,   jak   bardzo   byłam 
prowokująca...

—O, bardzo! — prychnął, wznosząc w niebo oczy. — Ależ 

mnie korciło, żeby skręcić ci tę piękną szyję... Dobrze o tym 
wiesz.

Na słowo „piękną" przeszył ją lekki dreszcz.
—Odbiłeś   sobie   z nawiązką   —   wydusiła   przez   zaciśnięte 

gardło. — Ciągle nie mogę uwierzyć, że dałam się nabrać na 
tak prymitywny numer. Demonstracja plecaka!

background image

—A ja wciąż nie mogę uwierzyć, że pozwoliłem sobie na 

podstęp. — Jego usta rozchyliły się w leniwym, rozbrajającym 
uśmiechu  —  beztroskim  i o wiele  bardziej  ekscytującym niż 
myślenie o interesach. — No więc... wydaje mi się, że jesteśmy 
kwita, co?

—Kwita?
—Tak, remis. Może wreszcie zawrzemy przyjazny rozejm. 

W klasie   oboje   zachowywaliśmy   się   niezbyt   przyzwoicie. 
Jeżeli   wybaczysz   mi   ten   obrzydliwy   numer   z plecakiem,   ja 
zapomnę,   że  przerywałaś  mi   jak  nieznośne   dziecko  i uznam 
konflikt za niebyły.

—Jakie   to...   dojrzałe   z twojej   strony   —   powiedziała 

flegmatycznie,  odrzucając  pomysł,  który  wpadł  jej   nagle   do 
głowy, jako wyjątkowo niski i pokrętny.

—No cóż. Kiedy znajdziemy się na szlaku, będziesz musiała 

dorosnąć w przyspieszonym tempie.

Właściwie... dlaczego by nie. Czasami pokrętność popłaca.
—Tak   naprawdę,   niezupełnie   to   chciałem   powiedzieć   — 

bąknął, reflektując się nieco za późno. — Chodziło mi raczej 
o to, że... — Zawahał się, kiedy Hope zrobiła krok do przodu.

—O to, że myślisz o mnie jak o dziecku — dokończyła za 

niego, wprawiając w ruch swoje długie palce, które — zanim 
Jared się zorientował — wylądowały na jego koszuli khaki. 
Kiedy przeciągnęła dłonią po twardym mięśniu, usłyszała syk 
wstrzymywanego   oddechu.   —   Poradź   mi,   Jared,   co   mam 
zrobić, żebyś zmienił zdanie?

Jego ręka wystrzeliła w górę jak z procy.
—Nie igraj ze mną, Hope — powiedział, chwytając ją za 

nadgarstek.

Z kamienną twarzą podniosła drugą, wolną dłoń i objęła nią 

od tyłu głowę Jareda.

—Życie jest grą, mój druhu. Zwycięzca zgarnia całą pulę.
Przeczesując   paznokciami   jego   włosy,   westchnęła 

z wrażenia. Nie była to pospolita fryzura, lecz gęsta czupryna 
o dotyku surowego jedwabiu. Wsunęła głębiej palce, do samej 

background image

skóry, i opuszkami palców, bardzo powoli, zaczęła rysować na 
niej kółka.

—Przyjemnie? — spytała szeptem, czując promieniujące do 

wszystkich kończyn leniwe ciepło.

—Tak — odparł głucho.
Uczciwe,   szorstkie   tak.   Niewiarygodnie   podniecające. 

Uwolniwszy   drugą   dłoń   z uścisku   Jareda,   zaczęła   masować 
napięte mięśnie jego ramion. W tej pozycji jej piersi znalazły 
się bliżej jego torsu.

—Czuję,   że   jesteś   strasznie   spięty.   Znam   pewien   sposób, 

jeszcze   lepszy   od   masażu,   na   złagodzenie   napięcia.   Chcesz, 
żebym ci pokazała?

—Nie.
Przysunęła się bliżej. Widziała, jak sztywnieje jego szyja, 

zauważyła   błyszczące   kropelki   potu   na   opalonej   skórze.   Jej 
podniecenie rosło. Jared pozwalał Hope prowadzić tę grę, jak 
gdyby bronił się przed następnym krokiem, a jednocześnie nie 
był   w stanie   oprzeć   się   prowokacji.   Przyciągnęła   delikatnie 
jego głowę, aż poczuła na twarzy ciepły oddech.

—Kłamiesz — mruknęła, dotykając drżącymi wargami jego 

ust.

Poddała   się   fali   namiętności.   Zapomniała   o zemście, 

zapomniała   o rzeczywistości,   miała   teraz   tylko   jedno 
gwałtowne   pragnienie...   Ich   ciała   ledwie   się   musnęły,   ale 
pocałunek   był   gorący   i erotyczny   mimo   zamkniętych   ust. 
Zduszony jęk, który wydobył się z gardła Jareda, dał jej władzę 
nad nim, choć odebrał siłę.

Pocałuj mnie, rozkazała w myślach, lgnąc do niego całym 

ciałem.

Wilgotna   skóra   i ubrania   splątały   się,   wtopiły   jedno 

w drugie, parowały. Nareszcie, nareszcie, nareszcie jego bierne 
dłonie   otoczyły   jej   biodra   i przyciągnęły   bliżej;   jego   język 
znalazł drogę między wargami i wniknął do środka.

Czuła, że uginają się pod nią nogi. Oparta na jego rękach, 

topniejąca   jak   wosk,   z trudem   próbowała   odzyskać   kontrolę 

background image

nad sytuacją, odzyskać siebie. Już nawet nie resztki zdrowego 
rozsądku, a tylko silny instynkt samozachowawczy pozwolił jej 
popchnąć Jareda i wyrwać się z jego ramion. Cofnąwszy się 
gwałtownie, stała przed nim dysząca i oszołomiona, przerażona 
i triumfująca.

Dopiero kiedy ochłonął nieco i spojrzał na nią przytomnie, 

uniosła brodę.

—Teraz jesteśmy kwita.

Stojąc w półkolu obok Hanka i Karen, Hope przyglądała się 

Billowi,   który   jako   pierwszy   zaczął   rozpakowywać   jeden 
z dwóch pakunków. Tuż po lunchu Jared zaprowadził każdą 
drużynę do innej klasy. Kazał im wyjąć namioty, rozbić je — 
łącznie   z tropikiem   —   a potem   zaimpregnować   szwy.   Miał 
wrócić za godzinę, żeby sprawdzić, jak im idzie.

Pięknie. Jakby nie miała dostatecznie rozstrojonych nerwów. 

Zrobiła   już   kilka   głupich   rzeczy   w swoim   życiu,   ale 
prowokując   Jareda   do   pocałunku,   przeszła   samą   siebie. 
Najgorsze, że nie udowodniła ani jemu, ani sobie niczego — 
poza tym, że ten facet opętał ją, nie kiwnąwszy nawet palcem.

Próbowała sobie wyobrazić, jak by się czuła, gdyby nie był 

taki bierny i przejął inicjatywę.

Wachlując   się  instrukcją  użytkowania  namiotu,   zauważyła 

nagle,   że   reszta   drużyny   patrzy   na   nią   jakoś   dziwnie. 
Zreflektowała się i nonszalanckim gestem pokazała akcesoria, 
które Bill rozłożył na podłodze.

—Czy ktoś z was rozbijał kiedyś taki namiot?
—Widziałem   podobny   w sklepie...   —   Hank   wzruszył 

ramionami — ale stojący. I bez tropiku — dodał markotnym 
głosem.

Bill skrzywił się i podniósł głowę.
—Właściwie po co nam jakiś tropik?
—Po   to,   żeby   mieć   więcej   roboty   i żeby   uszczęśliwić 

naszego skauta — wyjaśniła Hope.

background image

—Przecież Jared tłumaczył to dokładnie przed przerwą na 

lunch. — Karen spąsowiała, widząc ich zdumione spojrzenia. 
— Nikt z was nie słuchał?

—Słabo   się   koncentruję,   kiedy   skręca   mnie   z głodu   — 

przyznał Hank.

Bill milczał, a Hope nie mogła im powiedzieć, że w czasie 

wykładu Jareda obmyślała plan zemsty.

—Bądź tak dobra i odśwież nam pamięć — zaproponowała.
—Każde   z nas   odparowuje   w nocy   około   pół   litra   wody. 

Gdyby   ściany   wewnętrznego   namiotu   nie   oddychały,   rano 
mielibyśmy bajoro na podłodze. A wodoszczelny tropik chroni 
sypialkę przed mżawką i deszczem.

Bill,   siedząc   na   piętach,   oglądał   szkielet   namiotu   i jego 

powlokę, zupełnie jakby przygotowywał się do operacji. Spod 
długich rzadkich włosów, zaczesanych nienaturalnie od dołu na 
czubek głowy, prześwitywała różowa łysina.

—No dobra. Złożenie tego do kupy nie powinno być trudne 

— oświadczył. — Spróbujemy.

Hope przekartkowała błyskawicznie instrukcję.
—Kolejność   czynności   wydaje   się   dosyć   jasna   — 

powiedziała. — Chcesz zerknąć na schemat?

—Zawracanie głowy! — Machnął ręką. — Taka instrukcja 

dla idiotów mogłaby mnie tylko wnerwić.

Hope   pochyliła   się   nad   nim   i postukała   zgiętym   palcem 

w czubek głowy.

—Puk, puk, jest tam kto? — Wyprostowała się i założyła 

ręce   na   biodra.   —   Dawno   nie   słyszałam   czegoś   równie 
śmiesznego. Hank, powiedz mu, że to niepoważne.

—Sam nie wiem, Hope. Ostatnia instrukcja, której zaufałem, 

była naprawdę do chrzanu. Zostały mi dwa nie wykorzystane 
wsporniki i trzy nie zidentyfikowane śruby. Składałem regał na 
książki.   Okazało   się,   że   do   modelu   C dołączyli   schemat 
modelu A.

—No i co ty na to? — zapiał Bill.
—Pomagałam kiedyś rozbijać namiot — odezwała się cicho 

background image

Karen.

Hope, wzburzona rozmową z męską częścią drużyny, ledwie 

ją usłyszała.

—Posłuchajcie,   chłopcy,   przysięgam,   że   nie   wygadam 

Jaredowi, że tacy wielcy silni faceci odwołali się do własnej 
inteligencji i słowa pisanego. — Pomachała książeczką przed 
nosem Billa. — Zapomnij, dzikusie, o męskiej dumie i zerknij 
na tę instrukcję.

Spiorunował ją wzrokiem.
—Dobrze. Pominę trudne słowa i sama ci to przeczytam. — 

Otworzyła   instrukcję   i przebiegła   palcem   pierwszą   stronę. 
Karen chrząknęła nieśmiało, żeby zwrócić na siebie uwagę.

—Pomagałam   kiedyś   rozbijać   namiot   —   powtórzyła 

głośniej.

Bill   stanął   przed   Hope,   wysuwając   do   przodu   zarośniętą 

brodę niemal tak daleko, jak swój pokaźny brzuch.

—Odkąd wróciliśmy z lunchu, wyraźnie szukasz zaczepki. 

Nie wiem, kotku, co cię ugryzło, ale jeśli nie masz zamiaru nic 
robić, tylko wściekać się, bierz ten szajs i sama go rozkładaj. Ja 
z Hankiem ustawimy drugi. Zobaczymy, kto skończy pierwszy.

—Jasne, że ja! Zgoda, pod warunkiem, że przegrani ucałują 

stopy zwycięzców przy całej klasie. Już widzę, stary, jak ci 
rzednie mina!

—Pomagałam rozbijać namiot — zagrzmiała Karen głosem, 

którego nie powstydziłby się makler giełdowy.

Hope spojrzała na nią z szacunkiem.
—Sports   Arama   sprzedaje   mnóstwo   turystycznych 

namiotów.   Jim   ma   dwa   własne,   dwuosobowe   —   wyjaśniła 
ledwie dosłyszalnym szeptem.

Hank spojrzał na nią z zaciekawieniem.
—Potrafisz rozbić namiot? — zapytał przyjaźnie.
—Pomagałam to robić... kiedyś.
No, no, kto wie? Hope uśmiechnęła się.
—To nie fair — zaprotestował Bill. — Założyłem się z tobą.
—A ja myślę, że bardzo fair. Nie miałeś nic przeciwko temu, 

background image

żeby grać dwóch na jednego, a teraz, jak układ się wyrównał, 
zaczynasz   marudzić?   O co   ci   chodzi,   boisz   się   przegrać 
z dziewczynami?

Kiedy Hope zauważyła, jak Karen sztywnieje pod wpływem 

obelżywie pogardliwego spojrzenia Billa, sama miała ochotę 
plunąć sobie w brodę. Ona też nie jest bez winy. Podobnie jak 
ci   faceci   zakładała   podświadomie,   że   tej   cichej,   zahukanej 
kobiety nie ma sensu włączać do zakładu.

Bill   pochylił   się   i jeszcze   raz   sprawdził   części   namiotu 

leżące na podłodze.

—Proszę bardzo, do roboty — powiedział przez ramię. — 

Będziecie   się   miały   z pyszna,   ale   na   własne   życzenie.   Dla 
waszych   usteczek   wypolerujemy   buty   na   błysk,   prawda, 
trenerze?

Hank   podniósł   leniwie   swoją   olbrzymią   rękę   koszykarza 

i podrapał   się   w szyję.   Nie   odpowiedział   ani   słowem,   czym 
zaskarbił   sobie   jeszcze   większy   szacunek   Hope   dla   swojej 
inteligencji.

Bill sięgnął po dwa aluminiowe słupki i zaczął je składać.
—Hola, hola — zaprotestowała Hope, kiwając palcem. — 

Jeszcze   nikt   nie   ogłosił   startu.   Odłóż   spokojnie   te   rurki 
i poczekaj, aż rozpakujemy nasz worek.

Przeciągnąwszy go na drugi koniec klasy, odwróciła się do 

swojej partnerki z zachęcającym uśmiechem.

—Chodź,   Karen,   nie   ma   na   co   czekać.   Pokażemy   tym 

małpiszonom kilka sztuczek.

Twarz Karen promieniała  wdzięcznością. Hope przyrzekła 

sobie,   że   nie   będzie   jej   traktować   ulgowo,   lecz   wymagać 
uczciwej  współpracy, tak jak  na  to  zasługiwała. Uklękły  na 
obskurnej wykładzinie z linoleum i wyjęły z pokrowca namiot 
kopulasty   z wszystkimi,   rozłożonymi   na   czynniki   pierwsze, 
elementami konstrukcyjnymi.

—Nie powiem, żeby wyglądało mi to znajomo — przyznała 

Karen.

—Spokojnie, przypomni ci się, jak zaczniemy. To pewnie 

background image

tak jak z jazdą na rowerze, co? Albo pływaniem...

Nie   doczekawszy   się   odpowiedzi,   Hope   musiała   stłumić 

w sobie przypływ irytacji.

—No to co, dziewczyny? — zawołał  Bill. Patrzył na  nie 

z założonymi   na   krzyż   rękami,   huśtając   się   na   piętach.   — 
Bierzecie   się   do   roboty   czy   pękacie?   Liczę   do   trzech 
i startujemy. Jeden... dwa... trzy!

Mężczyźni   przykucnęli   i zaczęli   składać   słupki.   Hope, 

maksymalnie skoncentrowana, studiowała instrukcję.

Po kilku minutach cały schemat miała w głowie. Dziecinada 

dla   kogoś,   kto   w wieku   dziesięciu   lat   zaliczył   program 
geometrii   na   poziomie   szkoły   średniej.   Równie   łatwe   jak 
ekonomia czy siatkówka, która była jej ulubionym sportem na 
studiach. Odsunąwszy z myśli wspomnienia, poszła sprawdzić, 
jak sobie radzi Karen.

Klęczała na podłodze, wpatrzona w zieloną płachtę namiotu. 

Spojrzała na Hope nieobecnym wzrokiem.

—Ja... nie zrobię tego.
—Ale co się stało? Źle się czujesz?
— Okłamałam cię. — W jej głosie brzmiała skrajna rozpacz. 

—   Jestem   niezdarną   krową,   zwyczajną   kretynką.   Wcale   nie 
pomagałam   Jimowi   przy   rozbijaniu   namiotu.   To   znaczy 
próbowałam, ale...

Wyzwał   cię   od   krów   i kretynek,   Hope   dokończyła 

w myślach. Usiłowała nie zdradzić się miną, co myśli o tym 
skończonym draniu, tym jej cholernym Jimie.

—Kto powiedział, że masz to robić sama? Zakład dotyczy 

nas   dwóch.   —   Zerknąwszy   ukradkiem   na   poczynania 
mężczyzn, odezwała się konfidencjonalnym szeptem: — Dobra 
nasza,   sfuszerowali.   Rób   teraz   dokładnie   to,   co   ci   powiem, 
a zobaczysz, że damy im popalić. — Ścisnęła mocno jej ramię, 
a potem wydała polecenia.

Z   pierwszym   zadaniem   Karen   grzebała   się   nieporadnie, 

jakby miała zdrętwiałe palce.

Hope musiała pohamować swój instynkt współzawodnictwa, 

background image

a nie było to łatwe. Widząc kątem oka, że w drugim końcu sali 
namiot   męskiej   drużyny   rośnie   w błyskawicznym   tempie, 
odczuwała   coraz   silniejszą   pokusę,   żeby   odsunąć   partnerkę 
i zrobić   wszystko   samodzielnie.   Z nerwowego   spojrzenia 
Karen wynikało, że i ona na to liczy.

Na   początku   Hope   kilkakrotnie   powtórzyła   tę   samą 

wskazówkę i patrzyła, jak Karen niewiarygodnie powoli łączy 
pierwszy komplet słupków.

Kiedy   sknociła   drugie   zadanie,   czekała   na   reakcję   Hope. 

A dla Hope spokojne powtarzanie poleceń — bez komentarza 
—   było   jedną   z najtrudniejszych   rzeczy,   jakie   mogła   sobie 
wyobrazić.

Potem nagle Karen rozluźniła się, zaczęła ruszać sprawniej, 

łapać   w lot   polecenia.   W końcu   Hope   nie   musiała   jej 
kontrolować.   Pracowały   na   cztery   ręce,   a ich   namiot   rósł 
w oczach. Pozostał jeszcze jeden naciąg tropiku...

—Wygraliśmy!   —   krzyknął   Bill.   Kiedy   obie   kobiety 

odwróciły głowy, wyszczerzył zęby w triumfującym uśmiechu 
i zaczął bębnić jak goryl w swoją ogromną klatkę piersiową.

—Nie   bądź   taki   King   Kong   —   powiedziała   na   wydechu 

Hope.   —   Pamiętaj,   że   Fay   Wray   go   przeżyła.   Hej,   Karen, 
naciągnij ostatnią taśmę — jeszcze nie koniec gry.

Karen   skinęła   głową,   wykonała   ostatnią   czynność 

i pomaszerowała za Hope do wrogiego obozu.

—Dobra robota — pochwalił je Hank z ciepłym uśmiechem. 

— Wyścig był bardzo wyrównany.

—Może   i wyrównany   —   ryknął   Bill   —   ale   ktoś   musiał 

przegrać.

—Święte słowa — mruknęła Hope.
Roześmiana   Karen   wydawała   się   o wiele   młodsza   niż 

zwykle   i bardzo   ładna.   A sądząc   po   wyrazie   twarzy   Hanka, 
Hope nie była w tej opinii osamotniona.

Mężczyźni rozbili namiot, nie kierując się instrukcją. Gdzieś 

musiała im zostać jakaś „nie zidentyfikowana śrubka"... Hope 
obchodziła wkoło kopulasty namiot, podnosiła, poszturchiwała, 

background image

obmacywała   różne   łączenia.   Raz   jeszcze   odchyliła   przednią 
klapę, uklękła i wsunęła się do połowy do wnętrza.

—Mam!   —   pisnęła   radośnie,   widząc   dowód   porażki 

przeciwników.   —   Wygrałyśmy.   Nie   przymocowany   rękaw 
przy podłodze!

—Coś  podobnego  —  warknął  Bill.  —  Ale   dobra,  szkoda 

czasu na bicie piany. Powiem wam, co trzeba zrobić. Niech 
Jared zdecyduje, kto wygrał.

—Jeszcze czego. — Hope skrzywiła się. — Nie wierzę temu 

facetowi.   Lepiej   wejdź   do   środka,   pokażę   ci,   gdzie 
sfuszerowałeś.

—Hope? — W głosie Karen zabrzmiał niepokój. — Myślę, 

że powinnaś...

—Spokojnie,   Karen,   nie   pozwolę,   żeby   tym   panom   się 

upiekło. Rusz się, Bill. Nie graj na zwłokę, tylko wczołgaj tu 
swój kuper.

—Proponowałbym, kotku, żebyś wycofała się ze swoim — 

odezwał   się   tubalny   głos   tuż   za   plecami   Hope   —   bo   ja 
wchodzę do środka.

Wsparta   na   kolanach   i dłoniach,   Hope   zacisnęła   powieki 

i skamieniała.

—Przesuń się — ponaglił ją Jared.
Dobrze,   tylko   w którym   kierunku?   Otworzyła   oczy 

i rozejrzała   się   na   boki.   Przytulny   dwuosobowy   namiot. 
Wyobraziła   sobie,   że   jest   w nim   z Jaredem.   Cofnęła   się 
ostrożnie i zderzyła z jego biodrami.

Przez   sekundę   świadomość   Hope   oswajała   się   z jego 

ciepłem, kształtem, dotykiem, zanim wysłała sygnał alarmowy.

Wśliznęła   się   pospiesznie   do   środka,   usiadła   na   piętach 

i drżącymi palcami zasłoniła twarz. Świetnie.

Tego jej tylko brakowało.
—Może   zrobicie   sobie   dziesięciominutową   przerwę?   — 

zaproponował Jared.

Gromki, obleśny chichot musiał należeć do Billa.
—Na pewno nie potrzebujesz trochę więcej czasu?

background image

—Chodź,   dzikusie,   znajdziemy   ci   banana   —   powiedział 

zdegustowanym głosem Hank.

—Dobra, tylko odwal się z tym dzikusem, co? Poza tym ja 

nie znoszę bananów.

—Więc chodź, kolego... — Klepnięcie w plecy wzmocniło 

siłę słowa. — Napijemy się czegoś i...

Głos   Hanka   urwał   się,   kiedy   obaj   z Billem   zniknęli   za 

drzwiami. Karen, jak przystało na grzeczną panienkę, musiała 
podreptać za nimi.

Hope wpatrywała się w zielone ściany namiotu, ogłuszona 

własnym,   przeraźliwie   głośnym   oddechem.   Mdły   zapach 
impregnowanej   tkaniny   atakował   jej   nozdrza.   Co   teraz   robi 
Jared?

—Poczekam na Hope — ofiarowała się Karen.
No, no... Kto by pomyślał.
—Hope nic się nie stanie, nie martw się.
—Ale...
—Zaufaj mi.
Długie, wymowne milczenie.
Bądź   silna,   przyjaciółko.   Ten   facet   to   wilk   przebrany   za 

skauta.

—Wrócę za dziesięć minut — odezwała się w końcu Karen.
Hope zawirowało w głowie. Jak zwykle była zdana sama na 

siebie, ale też nikomu innemu nie ufała bardziej niż sobie. Na 
odgłos zamykanych drzwi wyprężyła się jak struna.

—A niech to diabli — mruknęła pod nosem.
W tej samej chwili, kiedy doczołgała się do wyjścia, klapa 

namiotu   uchyliła   się   bezszelestnie   i Jared   wsunął   do   środka 
głowę.

background image

5

Zderzyli   się   czołami   z głuchym   łomotem.   Hope   jęknęła 

i upadła na pośladki.

—Boli? — spytał Jared.
—A jak ci się wydaje?  Gdybym miała rogi jak baran, to 

może by nie bolało. Czy ja wyglądam na barana?

Jego   tubalny   śmiech   wibrował   wokół   niej,   nad   nią, 

przeszywał ją na wskroś, wprawiając w łomot serce, kradnąc 
powietrze,   którego   coraz   bardziej   jej   brakowało.   Musiała 
natychmiast wstać. Zaczęła wymachiwać rękami jak do kraula, 
ale straciła równowagę i fiknęła w tył.

Uderzyła   plecami   w słupek   i dopiero   wtedy   przestała   się 

miotać.   Wzięła   głęboki   oddech.   W namiocie   pachniało  teraz 
słońcem i męską wodą kolońską, co drażniło ją jeszcze bardziej 
niż zapach nowego brezentu. Zorientowała się, że Jared nie ma 
wobec niej złych zamiarów — musiał po prostu wgramolić swe 
ogromne ciało do środka i usiąść w miejscu, gdzie kopulasty 
sufit był najwyższy.

—Och, na pewno nie jesteś baranem – powiedział drwiącym 

głosem,   stawiając   jedną   stopę   przy   jej   biodrze.   Drugą   nogę 
podciągnął do siebie i zgiętą w łokciu ręką objął kolano. — 
Przecież   ty   lubisz   rządzić,   a nie   słuchać.   Zwyciężać,   a nie 
przegrywać.

Odwróciła wzrok od jego mocnej łydki.
—A co to ma do rzeczy, jeśli wolno spytać? 
W mrocznym świetle jego zęby lśniły bielą.
—Nic,   to   twoja   sprawa...   Dopóki   cię   nie   poniesie   i nie 

zaczniesz  dążyć do starcia, tak jak w scence  z pocałunkiem, 
którą odegrałaś przed lunchem. — Machinalnym gestem Jared 
poprawił   skarpetki,   potem   strzepnął   kurz   z czubka   buta.   — 
Zawsze używasz seksu jako broni?

Zamrugała   z wrażenia   i stłumiła   śmiech.   Czy   Debbie   nie 

zawyłaby z radości, słysząc coś takiego?

background image

—A   ty   na   każdym   turnusie   całujesz   swoje   kursantki?   — 

odparowała.

—Nie.   Nigdy   dotąd   tego   nie   robiłem.   Wyobraź   sobie,   że 

MindBend   Adventures   jest   dla   mnie   równie   ważna   jak 
Manning Enterprises dla ciebie. Dlatego bardzo proszę, żebyś 
nigdy więcej nie uciekała się do takich chwytów. Nie mam 
zamiaru   narażać   na   szwank   opinii   firmy   dla   przelotnego 
dreszczyku.

—Czy ja wzbudzam w tobie jakieś dreszcze?
Ledwie wypowiedziała ostatnie słowo, zaczęła żałować, że 

nie ugryzła się w porę w język.

Jared sposępniał i odwrócił wzrok.
Próbując   ukryć   zmieszanie,  uklękła   i obracając   się   wkoło, 

zaczęła oglądać namiot tam, gdzie podłoga styka się ze ścianą.

—Bill   z Hankiem   zaraz   wrócą   —   powiedziała   jakby   do 

siebie. — Wiem, że to musi gdzieś być.

—Co?
—Coś, co przeoczyli. To ja z Karen wygrałyśmy zakład.
—To nie ma znaczenia.
Hope znieruchomiała na chwilę, westchnęła i zaczęła szukać 

dalej.

—Dla   mnie   ma   wielkie   znaczenie.   I daruj   sobie,   z łaski 

swojej,   dalszy   ciąg   wykładu.   Powiedzmy,   że   ty   najchętniej 
tańczysz   w rytm   tam-tamów,   a ja   lubię   werble.   Zresztą   sam 
mówiłeś, że wszyscy są potrzebni, każdy wchodzi do drużyny 
z własną   energią,   wyjątkowymi   umiejętnościami,   i że 
powinniśmy   trzymać   się...   No   właśnie!   Znalazłam.   — 
Obejrzała się przez ramię.

Jared wcale nie patrzył na fragment nie osłoniętej brezentem 

aluminiowej rurki.

Skórę   Hope   oblała   fala   ciepła.   Wiedziała,   co   tak 

rozpamiętywał. To samo co ona — moment, kiedy zderzyli się 
w progu namiotu, krótką chwilę bliskości. Spokojnie...

—Czy widzisz to co ja, że nie założyli rękawa?— spytała.
—A nie wystarczy ci, że ty jesteś przekonana, że czegoś nie 

background image

zrobili   i przegrali   zakład?   Czy   chodzi   głównie   o poklask, 
o zwycięstwo   na   oczach   publiczności?   Czy   to   jest   aż   tak 
ważne?

Hope   poczuła   się   jak   spięta   ostrogą.   Poderwała   się 

gwałtownie   i usiadła   na   piętach,   wystarczająco   blisko,   żeby 
wygarnąć mu wszystko, co miała do powiedzenia — prosto 
w oczy.

—Tak   jest,   ojcze   Austinie.   Publiczne   zwycięstwo   ma   dla 

mnie wielkie znaczenie. Swoją drogą, gdybyś potrafił skupić 
wzrok   na   konstrukcji   namiotu   zamiast   na   mnie,   byłabym 
bardziej skłonna wysłuchać z uwagą twojego kazania. Ale teraz 
ja ci coś opowiem.

Jaredowi nie drgnęła powieka.
—Znam   lekarza,   który   pracuje   od   lat   nad   implantem   dla 

kobiet,   które   nie   trzymają   moczu.   Testowano   go   już   we 
Francji,   w Szwecji   i okazało   się,   że   działa!   To   najlepsze   ze 
wszystkich możliwych — dostępnych dzisiejszej medycynie — 
rozwiązanie.   Absolutnie   rewelacyjne!   Skuteczniejsze   od 
konkurencyjnego   patentu,   którym   zajmuje   się   w tej   chwili 
FDA,   urząd   kontroli   żywności   i leków.   Ratunek   dla   tysięcy 
kobiet skazanych na dożywotnią niewolę w czterech ścianach 
domu. Potrafisz zrozumieć, jaka to dla nich szansa?

Jared nie przerywał jej.
—Szansa  na  powrót  do normalnego, aktywnego życia, na 

odzyskanie   godności.   Czy   może   być,   do   diabła,   coś 
ważniejszego?   Ale   dopiero wtedy  ten  implant  stanie  się   ich 
realną   szansą,   kiedy   ja,   bezwzględna   kapitalistka,   pójdę   na 
całość   —   kiedy   będę   walczyć,   żądać,   kiedy   uda   mi   się 
wepchnąć   wynalazek   mojego   cichego   bohatera   przed   oczy 
publiczności   —   i na   rynek.   Dopiero   wtedy,   cholera,   gdy 
wygram! Głośno. Publicznie.

Jared patrzył na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy, jak 

gdyby to, co usłyszał, zaskoczyło go, ale wcale nie zachwyciło.

—Jeżeli nazwiesz mnie przez to efekciarą czy awanturnicą, 

nie ma sprawy, da się z tym żyć. Milczący bohaterowie nie 

background image

zmieniają   świata   własnymi   siłami.   Wiesz   o tym,   Jared. 
Potrzebują takich jak ja, którzy popchną sprawy do przodu. — 
Spojrzała na niego twardym, wyzywającym wzrokiem. — Czy 
przyznasz, że Bill z Hankiem przeoczyli jeden element?

—Naprawdę nie ma potrzeby.
Hope   zatrzęsła   się   z gniewu.   Dopiero   teraz   zdała   sobie 

sprawę, jak wielkie znaczenie miała dla niej opinia Jareda. I jak 
rozpaczliwie pragnęła, żeby było inaczej. Podczołgała się do 
wyjścia. Chciała być jak najdalej od faceta, który sprowokował 
ją do tej bezsensownej spowiedzi, a potem zrobił z niej balona. 
Cholera, czyżby należała do gatunku kobiet, które nigdy nie 
mądrzeją?

Chwycił ją za kostkę.
Wierzgnęła nogą, bezskutecznie próbując ją wyrwać. Jego 

siła  fizyczna  doprowadzała ją  do szału. I w równym stopniu 
upokarzała.

—Ręce   przy  sobie, puść   mnie  natychmiast!  — rozkazała, 

z przerażeniem słysząc drżenie w głosie.

Puścił   stopę,   ale   chwycił   oburącz   jej   talię   i zmusił,   żeby 

odwróciła się do niego twarzą. Okrzyk protestu załamał się, 
kiedy Jared przyciągnął ją do siebie tak blisko, że nie miała 
czym oddychać.

—Nie ma potrzeby, żebyś mi pokazywała, co znalazłaś tutaj, 

bo zauważyłem błąd na zewnątrz. Tropik jest nieprawidłowo 
rozpięty.

Cała uwaga Hope skupiła się teraz na palcach Jareda, które 

zaczęły wędrować po jej żebrach. Kiedy musnęły z boku jej 
piersi,   straciła   głos.   Gdyby   poruszyła   się   nieznacznie,   jego 
dłonie   znalazłyby   się   tam,   gdzie   powinny...   Tam,   gdzie   jej 
rozpalone ciało potrzebowało ich najbardziej.

—Słyszałaś, co powiedziałem?
—Coś   o tropiku?   —   mruknęła,   zrozumiawszy   nagle   jego 

zastosowanie.

Bez   tkaniny,   która   „oddycha",   w wewnętrznym   namiocie 

zrobiłoby się bajoro z powodu wydychanej przez nią pary.

background image

Pobłażliwy   błysk   w oczach   Jareda   był   sygnałem,   że 

doskonale   wie,   co   się   z nią   dzieje   —   i że   ta   świadomość 
sprawia mu radość.

—Brawo, Hope. Moje gratulacje. Wygrałaś.
Nareszcie! Nareszcie wydusił z siebie to słodkie słowo, na 

które czekała. Udało się. Zacisnęła dłoń na jego przedramieniu 
i spojrzała mu w twarz. Niebywale przystojną twarz, musiała to 
w końcu   przyznać.   Poczuciu   triumfu   towarzyszyła   czysta 
przyjemność   patrzenia   na   Jareda   —   nie   odważyłaby   się 
zdecydować, co sprawiało jej większą satysfakcję.

—Hope, wiesz, że nie grasz fair...
—Co może być nie fair w...
Spokojnie.
—Rozumiesz   moją   sytuację,   prawda?   Nie   możemy   być 

kochankami, a ja naprawdę nie chcę być twoim wrogiem ani 
przedmiotem   zakładu,   który   można   wygrać   albo   przegrać. 
Zostaje chyba jedno wyjście.

Nieznany ląd, tylko o to może chodzić. Przyjaźń z kimś, kto 

nie jest w żaden sposób związany z jej interesami, kim trudno 
byłoby sterować.

Skrzypnęły otwierane drzwi sali. Niedbałe kroki zbliżały się 

do namiotu.

—Rany kota, ludzie, to wy tam jeszcze siedzicie? — ryknął 

Bill. — Hej, Jared, więc kto według ciebie wygrał zakład?

—Poczekaj, nie pali się, najpierw stąd wyjdziemy. Muszę 

coś   ogłosić   —   rzekł   Jared.   —   Publicznie   —   dodał 
z uśmiechem.

Zmieszana, Hope uśmiechnęła się również, stawiając w ten 

sposób pierwszy niepewny krok w nieznane.

Godzinę przed świtem Jared już nie spał. Siedział w swojej 

małej kuchni, sączył z kubka gorącą kawę, nie mogąc  sobie 
darować swej pochopnej obietnicy.

O czym, do diabła, myślał, dając Hope słowo honoru, że 

background image

rano, po wspólnej medytacji, Hank i Bill będą mogli wypełnić 
warunki zakładu? Rzecz w tym, że w ogóle nie myślał. Zbyt 
był zajęty przeżywaniem.

Zbyt przejęty uczuciami, które wzbudzała w nim Hope. Nie 

był w stanie myśleć, kiedy dotykał aksamitnego ciała, którego 
zapach i kształty miał wyryte w pamięci. Ciała wibrującego od 
takiej   dawki   kobiecej   energii,   że   pragnął   wniknąć   w nie 
głęboko, czuć wokół siebie jej pulsowanie. Miał za sobą całą 
koszmarnie długą noc.

A czekała go o wiele dłuższa wyprawa.
Westchnął   ciężko,   uniósł   jednym   palcem   okulary 

i pomasował piekące powieki. Gdyby chociaż Ben stał teraz 
przy starym, zwalistym piecu, poczęstował go porcją grzanek, 
mądrą radą i pogodnym dowcipem...

Apacz wiedziałby na pewno, co mężczyzna powinien zrobić 

w takiej   sytuacji.   Boże,   jak   bardzo   mu   brakowało   tego 
człowieka.

Opuścił   okulary,   poprawił   na   nosie   druciane   oprawki 

i sięgnął raptownie po kubek z kawą. Gorący płyn przedostał 
się przez zaciśnięte gardło, lądując głośno w pustym żołądku. 
Jared   postawił   kubek   na   kolanie   i zmrużył   oczy.   W ślad   za 
strużką pary jego wzrok powędrował nad stół, do stojącego na 
środku płytkiego, plecionego koszyczka.

Własnoręczne  dzieło matki  Bena, podobnie  jak mokasyny 

z jeleniej   skóry,   stojące   obok   butów   Jareda   na   sosnowej 
podłodze.   Ceglaną   ścianę   ozdabiała   sakwa   z łączonych 
kawałków skóry, pamiątka po indiańskiej prababce Bena. Jared 
zauważył, że jego piękny, nowoczesny plecak z wewnętrznym 
stelażem   stoi   oparty   o tę   samą   ścianę.   Uśmiechnął   się   pod 
nosem.

Galeria sztuki w Dallas, której właścicielem był kiedyś jego 

ojciec,   nazwałaby   to   zestawienie   głęboko   znaczącym.   I — 
zrozumiał   to   niedawno   —   nie   byłoby   w tej   opinii   odrobiny 
przesady.   Możliwość   harmonijnego   współistnienia 
nowoczesnej techniki i tradycyjnego rzemiosła  wydawała się 

background image

Jaredowi oczywista. Ale nie zawsze tak było.

Kiedy sześć lat temu po raz pierwszy zawędrował do krainy 

Big Bend, kompletnie rozbity i bez grosza przy duszy, odrzucał 
ze   wstrętem   wszystko,   co   mu   przypominało   poprzedni   etap 
życia   —   zwariowanej   pogoni   za   sukcesem   w amerykańskim 
stylu. To Ben nauczył go cenić równowagę, czerpać pożytek 
zarówno   z tybylczej   kultury   Indian,   jak   i ze   współczesnej 
cywilizacji białego człowieka. Nauczył go uzdrawiać własną 
duszę i walczyć o to, żeby każdy dzień był nowym początkiem.

Kiedy   dopił   kawę,   podszedł   do   wypełnionego   brudnymi 

naczyniami,   zardzewiałego   zlewu.   Za   długo   to   zmywanie 
odkładał.   Gorąca   woda   buchnęła   nierównym   strumieniem, 
rozpryskując   się   na   boki.   Podobnie   jak   jego   niespokojne, 
chaotyczne myśli.

Tłumaczył   sobie,   że   pociąg   fizyczny   do   Hope   jest 

niebezpieczny i niewygodny, jak swędzące miejsce na skórze, 
którego   nie   można   podrapać.   A to   oczywiście   wzmaga 
swędzenie. Nie do wiary... Odkąd przestał być nastolatkiem, 
nigdy nie był w takim amoku.

Krzywiąc   się,   ścierał   połysk   z pokrytego   szkliwem 

kamionkowego talerza i trochę żałował, że Hope nie jest typem 
bezwzględnej, zachłannej kapitalistki, jak myślał na początku.

Stał   za   drzwiami   klasy   —   wiedząc,   jak   zależy   jej   na   tej 

wygranej   —   i słyszał,   z jaką   świętą   cierpliwością   znosiła 
nieporadność   Karen.   Zaryzykowała   dla   jej   dobra,   mimo   że 
naprawdę   mogły   przez   to   przegrać.   Opowieść   o „cichym 
bohaterze" również brzmiała prawdziwie. I ta słabość, kryjąca 
się  za   jej   dziecinnym  pragnieniem   zwycięstwa,  też  nie  była 
pozorowana.

Ktoś   w jej   młodości   solidnie   się   napracował,   próbując   ją 

złamać, odrzeć z poczucia własnej wartości.

Cholera, nie miał zamiaru traktować Hope protekcyjnie, nie 

chciał myśleć o niej z politowaniem. Jego litość niewarta była 
funta kłaków!

Poraziło   go   nagłe,   koszmarne   wspomnienie:   Beth 

background image

z obłąkanym wzrokiem, kiedy zerwał ich zaręczyny, jej włosy 
i zmięte   ubranie,   głodny   wyraz   jej   pięknych   oczu,   palce 
sięgające równie zachłannie po butelkę, jak kiedyś sięgały po 
niego.

Zacisnął kurczowo dłonie na krawędzi blatu i schylił głowę. 

Brakowało mu powietrza. Powietrza, które nie cuchnie whisky, 
w którym nie rozlegają się sprośne słowa.

Oderwał się od zlewozmywaka i rzucił do drzwi. Otworzył 

je na oścież i zaczął iść prosto przed siebie, nie rozglądając się 
na   boki.   Szedł   dotąd,   aż   poczuł,   że   ma   czyste   płuca, 
a nieskalana   cisza   otuliła   jego   poczucie   winy.   Kiedy   się 
wreszcie otrząsnął, przystanął.

Na   horyzoncie   widniała   pustynia   Chihuahuan.   Rozległa. 

Kojąca. Nieregularny kształt na rozgwieżdżonym, fioletowym 
tle. Przyjrzał się niebu, wybrał najlepszą pozycję i czekał na 
wielki   pokaz   natury,   przy   którym   wszelkie   szaleństwa   Las 
Vegas to tylko amatorskie fajerwerki.

Zza kurtyny wyłoniła się złocista mgła. Wzeszła leniwie nad 

wschodnim   widnokręgiem,   wypierając   łagodnie,   jakby 
maźnięciami   wietrznego   pędzla,   fioletową   noc.   Im   wyżej 
sięgała owa poświata, tym gorętszym światłem jarzyła się od 
dołu — najpierw różowozłotym, potem truskawkowozłotym.

Połyskiwały   jeszcze   tylko   najjaśniejsze   gwiazdy,   lecz 

wkrótce jedna za drugą zaczęły znikać.

Wtem   sceną   zawładnął   mistrz   widowiska. 

Ognistopomarańczowy, roziskrzony pierścień piął się w górę, 
coraz   wyżej,   odpalając   świetliste   włócznie   we   wszystkich 
kierunkach.

Onieśmielony   i pokorny,   Jared   patrzył   na   budzące   się 

o świcie   pustynne   kaktusy.   Odporne   rośliny   towarzyszące 
surowej   krainie,   którą   darzył   miłością   i szacunkiem.   Nie 
wyobrażał   już   sobie   życia   gdziekolwiek   indziej,   nie   mógł 
uwierzyć,   że   kiedyś   potrzebował,   tak   jak   teraz   powietrza, 
swojego   luksusowego   biura,   szybkiego   auta,   mieszkania 
w wieżowcu, codziennych bankietów do rana. Zaspokajaniem 

background image

cielesnych zachcianek omal  nie zagłodził na  śmierć  własnej 
duszy.

I utopił Beth w morzu alkoholu.
—Nie! — krzyknął w powietrze, mącąc tym krzykiem ciszę 

i dręczące go myśli.

Nie   potrafił   uratować   swej   narzeczonej,   to   prawda.   Ale 

z łaski Boga i Bena on sam rozpoczął nowe, pożyteczne życie. 
Złe wspomnienia powinien potraktować jak przestrogę, i nigdy 
tamtej   nauczki   nie   zapomnieć.   Wystarczy,   że   będzie 
przestrzegał z żelazną konsekwencją swych zasad, że zapanuje 
nad pożądaniem — i z trudem wywalczony spokój powróci.

Stać go na to. Tak będzie.
Ale czeka go piekielnie długa wyprawa.

—Nie   ruszaj   się   —   rozkazała   Hope   godzinę   później, 

czekając, aż bosa stopa na jej kolanie przestanie się wiercić. 
Doczekawszy się, odkręciła buteleczkę lakieru do paznokci.

—To takie krępujące — mruknęła Karen z drugiego końca 

łóżka. Po raz trzeci w ciągu zaledwie kilku minut obciągnęła 
swą jaskrawą koszulkę. — Właściwie dlaczego nie mogłabym 
zostać w butach?

—Bo   to   będzie   piękna   chwila   w dziejach   amerykańskich 

kobiet. Twoje stopy powinny być równie piękne.

—Spóźnimy się na śniadanie.
Hope nałożyła na paznokieć pierwszą warstwę błyszczącego 

lakieru i spojrzała na Karen surowym wzrokiem.

—A gdzie twoja godność? Gdzie poczucie stylu? — Wróciła 

do   malowania   ze   skrzywioną   miną.   —   Gdzie   ty   masz,   do 
diabła, najmniejszy paznokieć? W ogóle go nie widać. W życiu 
nie widziałam palca o takim kształcie.

Sherry   i Dana,   zaciekawione,   wychyliły   się   ze   swoich 

legowisk na piętrze.

—O   rany!   Wygląda   jak   zdeformowana   rzepa,   którą 

wyhodowała   kiedyś   moja   babcia.   Trzymałam   ją   w słoiku, 

background image

dopóki nie zgniła.

—Wygląda jak nos mojego wydawcy.
—Wygląda   jak   penis   —   oświadczyła   spokojnie   Karen, 

ściągając na siebie trzy zdumione spojrzenia. — Pamiętam, że 
zawsze mi się z tym kojarzył. A przynajmniej odkąd wiem, jak 
ta rzecz wygląda.

Oniemiała Hope przyjrzała się palcu Karen dokładniej. Kto 

wie... Zadrżały jej wargi.

Dana parsknęła śmiechem.
Sherry zaczęła chichotać.
Nie dało się zachować nawet pozorów godności i powagi. 

Kiedy ucichł rubaszny śmiech, Hope spojrzała na stopę Karen 
z czułością.

—W   takim   razie   powinnyśmy   nadać   mu   imię.   Wiesz 

przecież,   że   mężczyźni   tak   robią.   Nazywają   swoich   małych 
przyjaciół po imieniu. Powiedzieć wam dlaczego?

Zarzuciwszy haczyk, zabrała się do lakierowania następnego 

paznokcia.

—Dlaczego? — Dana okazała się najmniej cierpliwa.
—Dlatego — Hope rozchyliła usta w najbardziej czarującym 

ze swych uśmiechów — że nie mogą sobie pozwolić na to, 
żeby jakiś obcy podejmował za nich dziewięćdziesiąt procent 
życiowych decyzji.

Tłumione   parsknięcia   i chichoty   przerodziły   się 

w młodzieńczy, niepowstrzymany ryk śmiechu. Nagle Sherry 
opadła na materac i zaczęła machać rękami.

—Mam!   Słuchajcie,   przypomniałam   sobie   niezły   dowcip 

z tej serii. — Kiedy potrząsnęła końskim ogonem, dołki w jej 
policzkach   pogłębiły   się.   —   Jaka   jest   różnica   między 
mężczyzną a E.T.?

Hope zastanowiła się, czy kiedykolwiek była tak młoda jak 

teraz, tak... szczęśliwa.

—E.T. dzwoni do domu.
Gromki, donośny chichot Sherry rozśmieszył je bardziej niż 

sam dowcip. Wszystkie cztery ocierały łzy z oczu. A może po 

background image

prostu   nerwy   wywołały   taki   nastrój?   Następnego   dnia 
wyruszały w drogę i czuły, że muszą trzymać wspólny front 
przeciwko mężczyznom.

—Dobra, mam jeszcze jeden. — Dana podniosła palce. — 

W jaki sposób mężczyzna „pomaga w pracach domowych"? — 
Nie   doczekała   się   odpowiedzi.   —   Podnosi   nogi,   żeby   żona 
mogła pod nimi odkurzyć.

Śmiejąc   się,   Hope   zakręciła   buteleczkę   z lakierem 

i odstawiła   ją   na   podłogę.   Pora   na   dowcipy   dla   kobiet 
dojrzałych.

—Jaka   jest   różnica   między   mężczyzną   a obligacją 

państwową?   —   spytała   poważnym   tonem.   —   Obligacje 
dojrzewają. Jaka jest różnica między mężczyznami a miejscami 
do   parkowania?   —   Ten   wydawał   się   dziecinnie   łatwy.   — 
Żadna.   Dobre   są   zajęte,   a reszta   jest   przeznaczona   dla 
niepełnosprawnych.   Jak   mówi   się   o mężczyźnie   z połową 
mózgu?

Nerwowy   chichot   przechodzący   w jęk   stawał   się   coraz 

głośniejszy.

—Nie, nie mów... — błagała Dana.
—Utalentowany   —   oznajmiła   Hope   z bezlitosnym 

uśmiechem.

Biały pocisk przeleciał tuż koło jej ucha.
Dana sięgnęła po drugą skarpetkę i zwinęła ją w kulkę.
—Nie   strzelaj!   —   Hope   śmiejąc   się   podniosła   ręce.   — 

Skończyła mi się amunicja.

Dana opuściła rękę, rozwinęła pocisk i wciągnęła skarpetkę 

na swoją dziecięcą stopę.

—Muszę   przyznać,   że   to   był   jeden   z najobrzydliwszych 

kawałów o facetach, jakie słyszałam.

—Wielkie   dzięki   —   odparła   skromnie   Hope.   —   Ale 

zaręczam   ci,   że   bardzo   niewinny   w porównaniu   z kilkoma 
faksami, które ostatnio dostałam.

—Kobiety przysyłają ci faksem takie nienawistne dowcipy 

o mężczyznach? — W głosie Karen brzmiało niedowierzanie.

background image

—Dowcipy   kpiące   z mężczyzn,   jeśli   łaska.   Różnica   jest 

zasadnicza. To nieprawda, że nienawidzimy mężczyzn. Mamy 
po   prostu   dosyć   prymitywnego   sposobu   myślenia,   którego 
wielu z nich trzyma się jak tonący brzytwy. — Otworzywszy 
buteleczkę z lakierem, zajęła się kolejnym paznokciem Karen. 
—   Kobiety   w moim   środowisku   —   szczególnie   te,   które 
osiągnęły   sukces   —   narażone   są   na   tyle   szowinistycznych 
ataków,   że   muszą   to   w jakiś   sposób   odreagować.   Zbieramy 
i rozpowszechniamy   kawały,   żeby   się   łatwiej   trzymać. 
Gdybyście poznały kartotekę mojej zastępczyni!

Hope skierowała wzrok na górne łóżka.
—Debbie uważa, że jej feministycznym obowiązkiem jest 

walczyć   z mężczyznami   ich   własną   bronią.   „Kto   mieczem 
wojuje,   ten   od   miecza   ginie"   —   bardzo   lubi   to   przysłowie. 
Krótko mówiąc, facet, który opowiada kawały o blondynkach, 
powinien usłyszeć coś w zamian.

—Genialne!   —   wrzasnęła   Sherry,   która   była   jasną 

blondynką.   Jej   szeroko   otwarte,   błękitne   oczy   musiały   się 
zatrzymać   na   jakiejś   wewnętrznej   wizji,   bo   rysy   jej   twarzy 
stężały.   —   Nie   powiem,   chciałabym   się   kiedyś   dorwać   do 
takiej kartoteki.

—Ja też — zawtórowała jej Dana. — Następny facet, który 

nazwie mnie „dziewczynką", będzie musiał to odszczekać.

Karen milczała.
—Wyślę wam wszystkim kopie, jak tylko wrócę do domu — 

obiecała   Hope,   czekając   na   jedno   „dziękuję",   którego   nie 
usłyszała.   Z kwaśną   nieco   miną   wróciła   do   lakierowania 
paznokci Karen.

Sherry   zeskoczyła   z łóżka   i znalazła   się   w polu   widzenia 

Hope. Skarpetka zatoczyła łuk w powietrzu i wylądowała na 
materacu obok Dany.

—Hej, dziewczynko, chcesz cukierka? — zapytała Sherry 

ordynarnym   głosem   starego   mężczyzny.   —   Wkładaj   buty, 
idziemy coś zjeść.

—Jasne,   kochanie,   umieram   z głodu   —   odpowiedziała   jej 

background image

Dana   młodym,   męskim   głosem,   równie   ordynarnym 
i zmanierowanym. — Ale nie chodzi o żarcie, domyślasz się, 
na co mam chrapkę.

Hope krztusiła się od śmiechu, nie podnosząc wzroku.
—Dosyć na dzisiaj, wyślę wam te kopie, jak tylko wejdę do 

biura. Uff...

—Grzeczna   dziewczynka!   Więc   idziecie   z nami   na   to 

śniadanie? — spytała Dana z udawaną nadzieją w głosie.

Karen poruszyła stopą.
Hope przytrzymała ją wolną ręką.
—Nie, dzięki. Złapiemy później jakiś baton z muesli.
Usłyszała nad głową żałosne westchnienie, ale stopa na jej 

kolanie przestała się wiercić.

Kilkanaście minut później Sherry otworzyła drzwi i zawołała 

od progu:

—Usiądziemy w pierwszym rzędzie na środku. Biorę aparat.
Dana   wypchnęła   koleżankę   na   zewnątrz   i sięgnęła   po 

klamkę.

—Wyślemy   odbitkę   żonie   Billa.   —   Trzasnęły   drzwi, 

zagłuszając jej szatański śmiech.

Uśmiechając   się   pod   nosem,   Hope   podniosła   palec,   który 

sprowokował całą zabawę i maznęła lakierem maleńki, ukryty 
paznokieć.

—Jedna stopa gotowa do przyjęcia hołdu. Z drugą powinno 

pójść   szybciej,   bo   nikt   nas   nie   będzie   rozpraszał.   Poproszę 
nóżkę.

Karen, trochę  nieobecna, zmieniła  bez  słowa   pozycję,  nie 

odrywając   wzroku   od   czerwonych   paznokci.   Wyglądała   na 
zachwyconą.   Hope   ukryła   uśmiech   i polakierowała   następny 
paznokieć.

—Prawda,   że   są   piękne?   Kiedy   wrócisz   do   domu 

i zdecydujesz się na manikiur, umów się za jednym zamachem 
na pedikiur. Koniecznie.

Brak   odpowiedzi   wydał   się   Hope   podejrzany.   Podniosła 

głowę.   Z pucołowatej   twarzy   Karen   zniknęła   cała   radość. 

background image

Znowu gryzła dolną wargę i obciągała koszulkę.

—Chcesz powiedzieć, że nie zrobisz sobie tego manikiuru, 

tak? — zapytała, chociaż znała już odpowiedź.

—Proszę, nie złość się, Hope, aleja nie jestem taka jak ty. Ja 

chyba   nie   mam   godności   ani   poczucia   stylu.   Ale   moim 
dzieciom jest wszystko jedno, jakie mam paznokcie. Zresztą 
i tak   bym   zniszczyła   lakier   przy   szorowaniu   wanny   albo 
zmywaniu naczyń. A poza tym Jim... Nie da się ukryć, że to 
byłaby strata pieniędzy na głupstwa.

Maskując irytację, Hope zanurzyła pędzelek w lakierze.
—A stan twojego budżetu nie pozwala na żadne głupstwa, 

tak?

—Właśnie. Cieszę się, że rozumiesz.
Zrozumiała doskonale po ich pierwszej rozmowie.
—Nie   chcę   wścibiać   nosa   w nie   swoje   sprawy,   ale   mam 

wrażenie...   obawiam   się,   Karen,   że   masz   mniejsze   pojęcie 
o finansach własnej rodziny, niż powinnaś mieć.

—A ja myślę, że  co jak co, ale  liczyć każdy grosz  to ja 

potrafię — powiedziała stanowczo Karen, ujawniając nagle nie 
istniejącą rzekomo godność.

—Wiem,   że   potrafisz,   ale   nie   to   miałam   na   myśli.   — 

Odezwał   się   w niej   instynkt   i doświadczenie   doradcy 
finansowego.   Postanowiła   spróbować   jeszcze   raz.   — 
Wytłumaczę ci to w ten sposób. Gdyby Jim nagle umarł albo 
ciężko   zachorował,   albo   wyprowadził   się   z domu   i zażądał 
rozwodu,   wiedziałabyś,   jak   położyć   ręce   na   waszych 
pieniądzach?

—Mamy wspólny rachunek bankowy.
Nie   ma   łagodnego   sposobu,   musi   zrobić   to   bez   owijania 

w bawełnę.

—Jakie   macie   długi,   jaką   stopę   oprocentowania   kredytu? 

Czy cały kapitał trzymacie na rachunkach oszczędnościowych, 
czy   też   w papierach   wartościowych,   nieruchomościach   — 
gdzie? Na jaką sumę jesteś ubezpieczona, jakiego typu jest to 
polisa? Ile pieniędzy miesięcznie wydaje Jim? Karen! Przecież 

background image

on   żąda   od   ciebie   prowadzenia   rachunków.   Nie   sądzisz,   że 
byłoby sprawiedliwie, gdybyś i ty miała wiedzę na temat jego 
wydatków?

—Nigdy nie twierdziłam, że jestem aż tak bystra jak ty.
Hope   patrzyła   na   jej   drżące   usta,   wilgotne   oczy,   ale 

postanowiła być niewzruszona.

—Karen, opowieściami w rodzaju „taka jestem biedna" nie 

zamydlisz   oczu  ani   mnie,   ani   sobie.   Ktoś,  kto   potrafi   sobie 
radzić   z takim   budżetem   jak   wasz,   musi   być   bystry.   Twój 
kłopot   polega   raczej   na   tym,   że   nie   masz   danych.   Jesteś 
niezorientowana,   Karen,   ale   możesz   to   zmienić,   żądając   od 
Jima odpowiedzi na kilka prostych pytań. Zrób to, jak tylko 
wrócisz do domu.

—Jim nie chce rozwodu i nic mu nie dolega. — Z jej oczu 

potoczyła   się   pierwsza   łza.   —   Hope,   dlaczego   jesteś   taka 
podła?

—Poopowiadać ci o podłości? Podły jest pewien mąż, który 

unieważnił wszystkie karty kredytowe — te, które pani Rangel, 
jego żona, również musiała podpisywać — a potem otworzył 
nowe   pojedyncze   konta.   Podły   jest   mąż,   który   najpierw 
wyczyścił   małżeńskie   konto,   a potem   poprosił   panią   Pothier 
o rozwód. Podły jest też mąż, który ukrywał swoje autentyczne 
dochody zarówno przed panią  Tucker, jak i przed władzami 
podatkowymi.   Kiedy   doszło   do   rozwodu,   sąd   przyznał   jej 
śmieszną   sumę,   wyliczoną   na   podstawie   jego   fałszywych 
zeznali podatkowych.

Karen milczała ze spuszczoną głową.
—Doradzałam kobietom, które na skutek wdowieństwa albo 

rozwodu   znalazły   się   w sytuacji   tragicznej   tylko   dlatego,   że 
wcześniej   nie   zadały   sobie   trudu   albo   nie   były   dość 
odpowiedzialne,   żeby   poznać   dochody   i politykę   finansową 
własnego męża.

Te wszystkie przypadki umocniły Hope w przeświadczeniu, 

że   powinna   ufać   tylko   sobie   i sama   w pełni   odpowiadać   za 
swój   los.   To   jedyny   sposób   na   to,   żeby   nigdy,   w żadnym 

background image

związku, nie poczuć się stroną pokrzywdzoną, poniżaną lub nie 
docenianą.

—Hope...?
Otrząsnęła się z zamyślenia. Oczy Karen były już suche, ale 

nieufne.

—Wyschnie ci lakier na pędzelku.
Zdawszy sobie sprawę, że ma  okropnie skrzywioną minę, 

Hope rozluźniła usta i opuściła głowę.

—Tak, rzeczywiście. Dziękuję.
Wytarła   gumowatą   warstwę   lakieru,   zamoczyła   pędzelek 

i zabrała   się   z powrotem   do   malowania,   tym   razem   szybko 
i pewnie.   Ręka   zawisła   jej   w powietrzu   nad   ostatnim, 
najmniejszym   palcem   Karen.   Żal   ukłuł   ją   w serce.   Miała 
oczywiście świadomość, że coś zniszczyła. Wystawiła na próbę 
ich wzajemną sympatię, ale postąpiła słusznie. Jeżeli istnieje 
jakakolwiek szansa na to, by Karen przestała być bezbronną 
niewolnicą — warto zaryzykować.

Kiedy   skończyła   ostatni   paznokieć,   zakręciła   lakier 

i przeniosła stopę Karen ze swych kolan na podłogę.

—Proszę, jaka piękna. Daj im dziesięć minut na wyschnięcie 

i spadamy. Przynieść ci sandały?

Karen oderwała wzrok od swych błyszczących, czerwonych 

paznokci i dopiero wtedy kiwnęła głową.

—Poproszę. Są w bocznej kieszeni walizki.
Hope   wyciągnęła   ją   spod   łóżka,   znalazła   białe,   płaskie 

sandały i podała je Karen. Zabawne, jak szybko przywykła do 
życia w obozowych warunkach. Może nawet będzie tęsknić za 
tym domkiem, kiedy wyruszą jutro do Meksyku. W każdym 
razie   na   pewno   będzie   jej   brakowało   Dany   i Sherry.   Coś 
podobnego.

—Dziękuję — powiedziała Karen.
Z   jej   spojrzenia   łatwo   było   wyczytać,   że   nie   mówi 

o sandałach. Serce Hope podskoczyło z radości.

—Cała przyjemność po mojej stronie. Chodź, wspólniczko, 

utrzemy komuś nosa!

background image

6

Jared zajął miejsce w pierwszym rzędzie i nie wiedział, czy 

śmiać   się,   czy   złościć.   Udostępnił   im,   zgodnie   z obietnicą, 
podium nauczycielskie, ale o stoliku nie było wcześniej mowy.

Hope   i Karen,   z teatralnie   wyniosłymi   minami,   siedziały 

obok siebie na kwadratowym blacie. Ich bose stopy dyndały 
kilkadziesiąt centymetrów nad podłogą. Hank i Bill podeszli do 
nich z komicznie ponurymi twarzami.

Hope   rozwinęła   rulon   papieru   i trzymając   go 

w wyciągniętych rękach jak odezwę królewską, zaczęła czytać:

—Hanku Thompsonie i Billu Harperze, żądamy niniejszym, 

abyście   oddali   należny   szacunek   wyższości   kobiecej   logiki, 
tudzież ich sztuce czytania instrukcji, dotrzymując tym samym 
warunków naszego zakładu.

Kiedy opuściła zwój, dwie prawe stopy wyprężyły się do 

pocałunku niczym królewskie dłonie Jej Wysokości.

Wśród   żeńskiej   części   klasy   rozległy   się   brawa   i gwizdy, 

mężczyźni   zaś   wydawali   z siebie   drwiące   pomruki.   Dana 
i Sherry rozpowiedziały o szczegółach zakładu przy śniadaniu, 
dzięki czemu cała grupa od rana wiedziała, co się kroi.

Hank   uklęknął   pierwszy   i pociągnął   za   sobą   Billa.   Kiedy 

obaj   dotknęli   wargami   trzepoczących,   uwieńczonych 
czerwonymi   paznokciami   palców,   w pierwszym   rzędzie 
mignęło   światło   flesza.   Hope   dała   znak   podniesionym 
kciukiem i migawka aparatu strzeliła po raz drugi.

Jej cynamonowe oczy skrzyły się wesoło, usta śmiały, bujne, 

ognistorude   włosy   odbijały   poranne   światło.   W bawełnianej 
koszulce w tęczowe koła, w dżinsowych szortach z mankietami 
wyglądała na uosobienie energii i radości życia.

Dzisiejsza Hope — bez maski sarkazmu i nieufności — była 

olśniewająca. Nierealna. Jared nie mógł oderwać od niej oczu.

Pozwolił, by rozgardiasz i tumult, jaki zapanował w klasie, 

potrwały   jeszcze   kilka   minut,   zdając   sobie   sprawę,   że 

background image

w pewnym stopniu jego przyczyną jest zapowiedziane na jutro 
wyjście   na   szlak.   Nastroje   były   gorące,   nerwy   napięte,   nie 
wykluczając jego własnych. Kiedy odwrócił wreszcie wzrok od 
Hope,   zauważył   z radością,   że   Karen   zachowuje   się   równie 
swobodnie jak reszta grupy.

Dzisiejsza   roześmiana   Karen   zupełnie   nie   przypominała 

nieśmiałego, zahukanego stworzenia, które trudno było sobie 
wyobrazić   w warunkach   obozowych.   Na   szczęście   Hope 
wzięła   ją   pod   swoje   skrzydła.   Twarda   kobieta   sukcesu, 
samodzielna,   nie   potrzebująca   nikogo,   zajęła   się   z czułością 
kimś, kto bardzo jej potrzebował. Rezultat był imponujący.

Postanowiwszy   w końcu   upomnieć   się   o głos   decydujący, 

Jared usiadł przy stole. Dopiero kiedy cztery rozgorączkowane 
wspólniczki   wróciły   na   swoje   miejsca,   grupa   ochłonęła 
i przypomniała   sobie   o jego   obecności.   A tak   naprawdę   to 
Hope  była na tyle uprzejma, że przestała zwracać na siebie 
uwagę, oddając mu pałeczkę prowadzącego.

Słuchając   uważnie   wstępu,   Hope   zorientowała   się,   że   ta 

część programu w materiałach drukowanych została pominięta. 
Dopiero po godzinnym wykładzie Jareda zrozumiała dlaczego. 
Gdyby   słyszała   wcześniej   o biegunkach   i innych 
niebezpieczeństwach   grożących   amatorom   traperstwa, 
niewykluczone,  że   wolałaby   rozstać   się   z Debbie   i poszukać 
kogoś rozsądnego na jej miejsce.

Ze swojego miejsca w pierwszym rzędzie Hope przyglądała 

się  ułożonym  na   stole   przedmiotom  służącym  do  udzielania 
pierwszej pomocy. Wstrząsnęło nią na samą myśl, że mogłaby 
ich potrzebować. Opatrunki na pęcherze. Elastyczne opaski do 
bandażowania   skręconych   stawów.   Maść   antyseptyczna   na 
drobne   obrażenia   skóry   i „nieuniknione"   pokłucia   kaktusem. 
Leki   przeciwbiegunkowe   na   wypadek,   gdyby   osoby 
przygotowujące posiłki lekceważyły rygory sanitarne.

Pomyślała, że trzeba będzie patrzeć na ręce wyznaczonemu 

background image

szefowi drużyny. Co jeszcze? Przylepiec i opatrunki gazowe na 
krwawiące   rany.   Przeciwbólowy   środek   odurzający   na 
wypadek,   jak   to   ujął   Jared,   „poważniejszych   obrażeń". 
Wszystkie   wymienione   wcześniej   możliwe   dolegliwości 
wydały   się   Hope   całkiem   poważne,   dlatego   wolała   nie 
wiedzieć, co ma na myśli.

Swoją drogą, miała takie dobre przeczucia. Tak, naprawdę 

dobre.   Spojrzała   w bok   i zrobiło   jej   się   jeszcze   cieplej   na 
duszy.   Karen   uśmiechnęła   się   porozumiewawczo.   Zabawa 
z całowaniem nóg ujawniła wesołą, niemal swawolną stronę jej 
natury. Coś, czego — jak podejrzewała Hope — ten patałach 
Jim zwyczajnie nie tolerował. Gdyby tak udało się popracować 
nad   jej   niewiarą   w siebie,   nad   kruchym   poczuciem   własnej 
wartości...

Jared odstawił na bok stolik z artykułami pierwszej pomocy 

i w to   samo   miejsce   przyciągnął   na   skrzypiącej   szafce 
telewizor z magnetowidem. Cisnął zwinięty przewód w stronę 
kontaktu i zwrócił się do Hanka:

—Włącz go, dobrze?
Kiedy   wysoki   jak   tyczka   mężczyzna   zjawił   się   w polu 

widzenia   Hope,   ta   przypomniała   sobie   chwilę,   w której 
podszedł   do   Karen,   ogromnymi   dłońmi   koszykarza   objął   ją 
w talii   i posadził   na   stole.   Spojrzeli   sobie   w oczy   w taki 
sposób, że Hope poczuła się najpierw zachwycona — a potem 
skrępowana.

Co   by   nie   mówić,   jej   przyjaciółka   była   szczęśliwą...   no, 

w każdym   razie   mężatką.   Karen   powinna   nauczyć   się 
samodzielności,   to   jest   teraz   jej   „być   albo   nie   być".   Nie 
potrzebuje komplikacji w postaci Hanka, dopóki nie uwierzy 
w siebie i nie stanie na własne nogi.

Mimo   woli   Hope   przeniosła   wzrok   na   swoją   własną 

komplikację. Jared uruchamiał magnetowid. Sprawiał wrażenie 
człowieka   pochłoniętego   bez   reszty   pracą.   I zadziwiająco 
życzliwego, jak na dwa krótkie dni znajomości.

Spokojnie...

background image

Ona nigdy nie liczyła na ludzi. Zawsze było odwrotnie. Jej 

pracownicy,   inwestorzy,   nieliczni   przyjaciele,   rozmaici 
przedsiębiorcy,   którzy   gotowi   byli   wysadzać   świat 
w powietrze, ale  potrzebowali Hope  Manning do podpalenia 
lontu — wszyscy oni oglądali się na nią, liczyli na jej rady 
i wsparcie.   Była   silna,   bo   potrafiła   zerwać   każdy   związek, 
który mógłby uzależnić ją uczuciowo. Jared odgadł tę prawdę 
od razu.

Czy odgadł i to, jak bardzo jest samotna?
Zgasły górne światła, a wraz z nimi jej pogmatwane myśli. 

Wpatrywała   się   w ekran   telewizora,   na   którym   tytuł 
„Postępowanie w razie wypadków" to pokazywał się, to znikał.

Jakość   dźwięku   kasety   była   równie   fatalna   jak   obrazu. 

Aktorzy   naturszczycy   podawali   tekst   drewnianymi   głosami, 
odgrywane przez nich sceny — dramatycznych jakby nie było 
zdarzeń — balansowały na granicy śmieszności.

Hope pochyliła się do Karen i mruknęła jej do ucha:
—Daj   sobie   spokój   z wypadkami.   Ta   kaseta   to   jakiś 

koszmar.

Karen,   wpatrzona   nieruchomo   w ekran,   wcale   nie   miała 

rozbawionej miny. Przeciwnie, wyglądało na to, że akcja filmu 
wciągają coraz bardziej.

Odwróciwszy się do telewizora, Hope postanowiła, że będzie 

grzeczną dziewczynką i obejrzy ten knot spokojnie do końca. 
Fragment ze złamaną w nadgarstku ręką był całkiem ciekawy. 
Aktorzy podwiesili rękę ofiary na temblaku i przybandażowali 
ramię   do   tułowia.   Z powodu   wyraźnych   objawów   wstrząsu 
urazowego   ułożyli   jej   wyżej   nogi   i zwilżyli   wodą   usta.   To 
potrafiłaby zrobić. Może.

O   rany,   a to   co?   Czyżby   dorośli   mężczyźni   nie   mieli 

ciekawszych zajęć niż zabawy ostrymi nożami?

Idiota na ekranie ścinał z kawałka drewna wióry na podpałkę 

i ręka, którą podtrzymywał klocek, ześliznęła się pod ostrze. 
Ciach! Brr...

Hope   jęknęła   razem   z całą   grupą.   Obfity   strumień   krwi 

background image

zaplamił   koszulę   mężczyzny   i wyglądał   jak   prawdziwy. 
Patrzyła   na   ten   makabryczny   widok   jak   zaczarowana,   gdy 
nagle kątem oka zauważyła jakieś poruszenie z prawej strony.

Wyciągnęła   rękę,   złapała   powietrze   i spojrzała   w dół   na 

kobietę leżącą twarzą do podłogi.

A niech to szlag, na kasecie nie było nic o omdleniach.

Hope   siedziała   na   podwójnym   łóżku   Jareda,   ściskając 

bezwładną rękę pacjentki. Karen protestowała, kiedy niósł ją 
do   swojego   domu,   ale   jego   wielkie   łóżko   i klimatyzowane 
wnętrze   w porównaniu   z koją   w dusznym   domku   stanowiły 
argument nie do przebicia.

Wciąż   wyglądała   bardzo   blado.   Hope   była   coraz   bardziej 

niespokojna.

—Hej, przyjaciółko, otwórz oczy i powiedz coś. Ale mnie 

nastraszyłaś... — Odgarnęła włosy z jej twarzy. — Nie mam 
zamiaru być jedyną kobietą w drużynie Billa, słyszysz?

Długie   złote   rzęsy   zatrzepotały,   potem   uniosły   się   razem 

z powiekami.   W ogromniejących,   czystych   i błękitnych   jak 
niebo   zachodniego   Teksasu   oczach   Karen   malowała   się 
rozpacz.

—Zrobiłam   z siebie   niezłą   idiotkę,   co?   Odeślą   mnie   do 

domu?

Jared pojawił się przy łóżku, zwalniając Hope z odpowiedzi. 

Nie   zauważyła,   kiedy   stanął   przy   jej   boku,   ale   w końcu 
powinna się do tego przyzwyczaić — nigdy nie słyszała jego 
kroków.

Kiedy   przyjrzał   się   bacznie   Karen,   jego   twarz   się 

rozpogodziła.

—Widzę, że postanowiłaś do nas wrócić.
Postawił   szklankę   z wodą   na   nocnym   stoliku,   potem 

przyłożył mokry ręcznik do jej czoła.

Hope   błądziła   wzrokiem   pomiędzy   twarzą   przyjaciółki 

a jego rozchyloną na piersi koszulą khaki. Bała się, że Jared 

background image

usłyszy jej nierówny oddech.

—No, Karen, muszę ci oddać sprawiedliwość. Myślałem, że 

Hope   jest   bezkonkurencyjna   w scenach   dramatycznych, 
a tymczasem ty mogłabyś spokojnie dawać jej lekcje.

Uszczypnął ją w nos i wyprostował się. Na policzkach Karen 

pojawiły się dwa delikatne rumieńce.

—Przepraszam,   że   narobiłam   tyle   kłopotu.   Czuję   się   już 

lepiej, naprawdę.

Próbowała   usiąść,   ale   Jared   popchnął   ją   delikatnie   na 

poduszkę.

—Odpocznij.
—Ale... kto teraz prowadzi zajęcia?
—Matt.   Nie   przejmuj   się,   on   też   jest   fachowcem.   Nie 

zauważą nawet mojej nieobecności.

—Ale... — Rozejrzała się po pokoju spłoszonym wzrokiem. 

— Ja jestem w twoim łóżku. Nie mogę nadużywać...

—Oj, Karen, Karen. — Z leniwym, aroganckim uśmiechem 

Jared   zsunął   na   czoło   okulary.   —   Piękna   kobieta   w moim 
łóżku jest nadużyciem tylko wtedy, kiedy jestem skatowany 
i chcę się wyspać. A teraz przestań marudzić i leż spokojnie. 
Chciałbym zmierzyć ci puls.

Usiadł   całym   ciężarem   ciała   na   brzegu   materaca. 

Uwolniwszy   rękę   Karen,   Hope   zachwiała   się   —   i straciła 
równowagę.

Jakby   wpadła   na   głaz.   Zderzyła   się   z twardą   jak   kamień 

przeszkodą   i cofnęła   raptownie   —   z odciśniętym   na   własnej 
skórze fragmentem jego ciała. Ciekawe, uczy się jego dotyku 
fragmentarycznie,   po   jednej   grupie   mięśni,   pomyślała 
w nagłym przypływie histerii, lądując plecami w nogach łóżka.

Kiedy   próbowała   uspokoić   swe   łomoczące   serce,   Jared 

mierzył puls Karen.

—W porządku, zupełnie nieźle. Napij się teraz trochę wody, 

dobrze?

Kiwnęła głową. Jared podtrzymał jej ramiona, przysunął do 

ust szklankę i poczekał, aż się napije. Potem ułożył głowę na 

background image

poduszce.

Hope wstrzymała oddech. Ogarnął ją przejmujący żal. Jak by 

to   było,   gdyby   ktoś   się   o nią   martwił?   Ktoś   z szerokimi 
barkami,   na   tyle   silnymi,   żeby   z równą   łatwością   dźwigały 
kłopoty, jak i kobiecą głowę.

—Dobrze,   Karen.   Chciałbym,   żebyś   powiedziała   mi   całą 

prawdę. Czy jest coś, co dotyczy twojego zdrowia, o czym nie 
napisałaś   w zgłoszeniu?   Podwyższone   ciśnienie?   Ciąża? 
Domyślasz   się,   z jakiego   powodu   zemdlałaś?   Naprawdę 
powinienem o tym wiedzieć.

—No więc...
—Możesz się nie krępować — powiedział kojącym głosem. 

—   Cokolwiek   powiesz,   zostanie   w czterech   ścianach   tego 
pokoju. Prawda, Hope?

—Oczywiście.
Przysiadła się bliżej, żeby podać przyjaciółce rękę.
Karen chwyciła ją kurczowo, zagryzając wargi.
—Dobrze,   jest   coś,   o czym   powinniście   chyba   wiedzieć. 

Mam ciężką postać... cykorozy.

Zapadła głucha cisza.
Hope spojrzała przez ramię na jej palce u nóg.
—Nie, nie... — Karen wybuchnęła śmiechem. — To nie ma 

nic wspólnego z Numerem Jeden ani Numerem Dwa.

Numer Jeden i Numer Dwa? Hope spojrzała w jej figlarne, 

błękitne oczy.

—Kiedy je tak nazwałaś?
—Gdzieś pomiędzy „pęcherzami" a „biegunką". Jak ci się to 

podoba?

Hope   pomyślała,   że   odpoczynek   od   codziennego   kieratu 

wpływa na jej przyjaciółkę w cudowny sposób.

—Hmm,   łatwe   do   zapamiętania.   Opisowe.   —   Skrzywiła 

usta. — Podoba mi się.

—O czym wy, do diabła, mówicie? — spytał Jared. — Nie, 

nieważne,   wcale   nie   chcę   wiedzieć.   Powiedz   mi   tylko,   co 
rozumiesz przez cykorozę i dajmy już temu spokój.

background image

Przez  błękitne  niebo  zachodniego  Teksasu  przetoczyła  się 

chmura.

—To znaczy nie mieć... odwagi. Jim wymyślił to określenie. 

Rozumiesz,   szef,   który   wycofuje   się   z agresywnej   strategii 
marketingowej, ma cykorozę. Siedmioletni syn, który nie może 
pociągnąć za cyngiel strzelby, ma cykorozę. Żona, która mdleje 
na widok krwi i leży na podłodze w kuchni, podczas gdy jej 
syn potrzebuje pomocy — taka żona cierpi na ciężką postać 
cykorozy.

Jared i Hope zgodnie milczeli.
—A   to   znaczy,   niestety,   że   jeśli   w czasie   wyprawy   ktoś 

wpadnie   na   fatalny   pomysł,  żeby   krwawić,  ja   będę   całkiem 
bezużyteczna. — Obdarzyła Jareda smutnym uśmiechem. — 
Nie będę miała pretensji, jeśli odeślesz mnie do domu.

Hope   otworzyła   usta,   ale   nie   powiedziała   ani   słowa.   Jej 

protest na nic by się nie zdał.

—Często mdlejesz? — spytał łagodnie Jared.
—Dzisiaj zdarzyło mi się po raz drugi, ale tego pierwszego 

nie zapomnę do końca życia.

—Co się wtedy wydarzyło?
Karen odwróciła w bok głowę, jej spojrzenie straciło ostrość.
—Lee był jeszcze w szkole, a ja robiłam na obiad rzymską 

pieczeń. Powiedziałam Tommy'emu — miał wtedy pięć lat — 
żeby   wyszedł   się   bawić   na   podwórko.   Nigdy   przedtem   nie 
dotykał sprzętu myśliwskiego Jima, ale tamtego dnia zrobił to 
po  raz   pierwszy. Wyciągnął   po  kryjomu   nóż  do  oprawiania 
zwierzyny   i wyszedł,   jak   mu   kazałam.   Gdybym   za   nim 
wyjrzała, zobaczyłabym, że obcina gałęzie. Ale nie wyjrzałam. 
— Usta Karen wykrzywiły się w bolesnym grymasie. — Całe 
szczęście, że nie wyjmowałam wtedy mięsa z piecyka. Kiedy 
Tommy wpadł do domu, spojrzałam na jego palec... — Urwała, 
bo koszmarne wspomnienie ścisnęło jej gardło. — Wisiał na 
strzępie   skóry.   Krew   była   wszędzie,   Tommy   zaczął 
przeraźliwie krzyczeć...

Hope miała zaciśnięte do białości palce, ale jeszcze bardziej 

background image

bolało ją serce.

—Był przestraszony — powiedział Jared.
Karen odwróciła do niego twarz. Jej oczy płonęły pogardą 

dla samej siebie.

—Był   przerażony.   A wiecie,   co   ja   zrobiłam,   żeby   pomóc 

swojemu własnemu dziecku, złagodzić jego strach? Myślicie, 
że starałam się zatamować krew albo wezwałam pomoc? Nic, 
kompletnie   nic   nie   zrobiłam.   Zemdlałam   sobie   w najlepsze, 
rozbiłam głowę o blat i obudziłam się w karetce. Tommy sam 
wykręcił dziewięćset jedenaście, a potem zadzwonił do drzwi 
sąsiadów. Gdyby Miki nie było w domu... Dzięki niej Tommy 
zachował palec, choć ma ograniczoną sprawność ruchową.

Po chwili milczenia, na którą zasługiwała opowieść Karen, 

Jared   zdjął   ręcznik   z jej   czoła,   roztrzepał   go   i zakręcił 
w powietrzu.

—Mógłbym ci powiedzieć, że oglądanie cierpienia osoby, 

którą   kochamy,   jest   traumatycznym   przeżyciem   i może 
spowodować rodzaj wstrząsu pourazowego. Albo że chłopy jak 
dęby, sportowcy, mdleją, oglądając poród własnych dzieci. — 
Złożył z powrotem ręcznik i położył go delikatnie na jej czole. 
— Mógłbym ci też powiedzieć, że powinnaś być dumna z tego, 
że nauczyłaś pięciolatka wzywać pomoc. Albo że Jim powinien 
dostać   kopa   w tyłek  za   to,   że   cię   pogrąża   w poczuciu  winy 
z powodu   wypadku   Tommy'ego.   Mógłbym   ci   to   wszystko 
mówić, ale wiem, że to by nic nie dało, bo nie jesteś jeszcze 
gotowa mi uwierzyć.

Hope zauważyła, że obie jednocześnie zmarszczyły brwi.
Jared zrobił poważną minę.
—Przeszłość nie ma nade mną władzy. Negatywne myśli nie 

mają nade mną władzy. Sam jestem władzą w moim świecie. 
Zabawne — powiedział cicho — że jeśli powtarzasz te słowa 
wystarczająco  często,  żeby  przestać   się   zastanawiać  nad  ich 
treścią, pewnego dnia stają się prawdą. — Klepnął Karen po 
kolanie i szybko wstał. — Chciałbym, żebyś poleżała jeszcze 
piętnaście   minut,   potem  wrócimy  do  szkoły   i zaczniemy   się 

background image

uczyć orientacji w terenie.

Palce Hope  zaczęły odzyskiwać krążenie. Rozluźniła  rękę 

i wstała.

—Potrzebujesz czegoś w tej chwii? — Jared spytał Karen 

z progu sypialni.

—Nie — odpowiedziała szeptem. — Czy to znaczy, że dalej 

jestem w drużynie?

—A jak ci się zdaje? Nie mam zamiaru wychodzić na szlak 

z grupą, w której jedyną kobietą jest Hope. — Uśmiechnął się 
i zniknął w przedpokoju.

Hope wykrzywiła się do pustych drzwi.
—Lubisz go — powiedziała Karen.
—Nie.
—Ależ tak.
Hope pomyślała o współczującej reakcji Jareda na opowieść 

Karen. Siląc się na obojętną minę, wzruszyła ramionami.

—Przestań gadać i odpoczywaj. Oddychaj klimatyzowanym 

powietrzem,   ciesz   się   tą   ogromną   przestrzenią   i nie   myśl 
o niczym.   We   wspólnym   namiocie   będziemy   się   czuły   jak 
śledzie w puszce, i to już niedługo.

Pomachała jej ręką i ruszyła do drzwi.
—Hope?
Odwróciła się.
—Ależ tak — powtórzyła cicho.
Hope z pokerową twarzą zamknęła za sobą drzwi, obróciła 

się na pięcie, zrobiła jeden krok i przystanęła.

—Masz na nią dobry wpływ — powiedział cicho Jared.
Siedział przy małym stole w małej kuchni, na krześle, które 

przy jego słusznej posturze wydawało się śmiesznie małe.

—Przyłączysz się do mnie?
Swoim   wielkim,   traperskim   butem   wysunął   spod   stołu 

drugie  krzesło. W skali jednego do dziesięciu, Hope  oceniła 
gorliwość jego zaproszenia na dwa. Pokręciła bez słowa głową 
i poszła dalej.

Poderwał się błyskawicznie z krzesła i zagrodził jej drogę.

background image

—Idę o zakład, że zmienisz zdanie. Wiem, jak cię można 

przekonać...

Jego   głos   był   niski,   kuszący,   podniecająco   ochrypły. 

Zdrętwiała.   Nie   mogła   wydobyć   z siebie   głosu,   nie   mogła 
rozluźnić mięśni, kiedy położył ręce na jej ramionach. Nerwy 
jej drżały od szalonego napięcia, krew pulsowała w skroniach. 
Dopiero   po   chwili   zorientowała   się,   że   odwrócił   ją   twarzą 
w stronę kuchni.

Jego ciepła dłoń prowadziła ją prosto przed siebie, potem 

zatrzymała. Otworzył drzwi jakiejś przedpotopowej lodówki, 
zajrzał do środka i wyjął coś drugą ręką.

—No i co? Idziesz czy zostajesz?
Pomachał jej puszką przed oczami. Na widok dietetycznej 

coli otworzyła ze zdumienia usta.

—Kocham cię — powiedziała szczerze, potem pogłaskała 

puszkę, żeby upewnić się, czy to nie przywidzenie.

Śmiejąc się, Jared zamknął biodrem drzwi lodówki, wrócił 

do stołu i usiadł w swojej naturalnej pozycji z wyciągniętymi 
nogami. Hope skupiła uwagę na puszce, nie odrywając oczu od 
biało-czerwonego logo.

—Przy siądziesz się? — powtórzył propozycję.
Usiadła ochoczo na drugim krześle.
—Odkryłem   wreszcie   sposób   na   to,   żebyś   była   uległa 

i posłuszna, a mam na stanie tylko jedną puszkę dietetycznej 
coli.

—Daj mi ją. — Wyciągnęła rękę.
—Powiedz „proszę". — Przycisnął puszkę do piersi.
—Daj mi ją... proszę.
—Powiedz to miłym tonem.
—   Daj   mi   ją,   proszę,   albo   złapię   twoją   dolną   wargę 

i rozciągnę przez całą głowę do kości ogonowej — powiedziała 
miłym tonem.

— Dobrze, tak już lepiej.
Pochylił   się   i podał   jej   puszkę.   Złapała   ją   i zaczęła 

manipulować przy denku, usiłując nie połamać sobie paznokci.

background image

—Proszę — powiedział z niesmakiem, wyręczając ją w tej 

prostej   czynności.   —   Będziesz   musiała   te   szpony   obciąć, 
zanim wyruszymy jutro w drogę.

Nie chcąc się na razie rozpraszać, podniosła do ust puszkę 

i zaczęła   pić.   Zimna,   musująca   rozkosz.   Po   pięciu,   sześciu 
łykach musiała jednak przerwać, żeby złapać oddech.

—Mowy nie ma — powiedziała słabym głosem.
—Przemyśl to.
Myślała całą sekundę.
—Prędzej mi tu kaktus wyrośnie.
Po sześciu następnych łykach odstawiła pustą puszkę.
—Miałabyś   o wiele   większą   przyjemność,   gdybyś   piła 

wolniej.

Zaczynała mieć tego dosyć.
—Czy ty musisz zawsze wszystko analizować? Dzielić włos 

na czworo?

—A ty zawsze musisz podważać czyjś autorytet?
—A ty musisz odpowiadać pytaniem na pytanie?
—Słucham?
—Czy musisz zawsze...
Widząc   rozbawienie   w jego   oczach,   przerwała   i pozwoliła 

sobie na wymuszony uśmiech.

Lubiła   starcia   z godnymi   przeciwnikami,   a takim   był   na 

pewno Jared, jeden z najbardziej denerwujących i najbardziej 
intrygujących   mężczyzn,   z jakimi   kiedykolwiek   miała   do 
czynienia.

Powiodła ciekawym wzrokiem po całej kuchni, zauważając 

szczegóły, które uszły jej uwagi wcześniej. Zatrzymała się na 
płytkim koszyku, który zajmował honorowe miejsce na środku 
stołu.

Z   wahaniem   i niemal   nabożnym   szacunkiem   dotknęła 

czarno-kremowej plecionki.

—Ten koszyczek, mokasyny, skórzane sakwy i coś, co wisi 

nad kanapą i przypomina pióropusz — te wszystkie przedmioty 
są autentyczne, prawda?

background image

—Owszem, w tym sensie, że są dziełem rąk Apaczów, a nie 

maszyny. A to coś, co przypomina pióropusz, jest prawdziwym 
pióropuszem. Jesteś bardzo spostrzegawcza. — Uśmiechnął się 
i zmrużył oczy. — Gwoli ścisłości, pióropusz z sowich piór. 
Koszyk, którego dotykasz, ma mniej więcej sto pięćdziesiąt lat.

Hope cofnęła gwałtownie rękę.
—Nie   przejmuj   się,   został   zrobiony   z juki   i tak   zwanej 

pustynnej   gliny.   Jest   trwalszy,   niż   przypuszczasz.   Kiedyś 
podaruję   te   rzeczy   Muzeum   Ziemi   Big   Bend,   które   istnieje 
przy Uniwersytecie Sul Ross. Joel — jego kustosz — nie dałby 
mi   spokoju,   gdyby   wiedział,   że   mam   takie   cuda,   ale...   — 
Wyciągnął   rękę   i przebiegł   machinalnie   palcami   po   czarno-
diamentowej szachownicy. — Może zabrzmi to egoistycznie, 
ale nie mam jeszcze ochoty rozstać się z tym wszystkim.

Wystarczy,   że   musiał   rozstać   się   ze   starym   Indianinem, 

o którym opowiedział jej Matt.

—Pan Pędzący Wilk wierzył, że ty najlepiej zadbasz o te 

rzeczy, skoro ci je powierzył.

Przez chwilę wyglądał na zaskoczonego, a potem wybuchnął 

głośnym śmiechem.

—Biegnący Niedźwiedź — sprostował. — Coś mi się zdaje, 

że   będę   musiał   pogadać   z Mattem   Trajkoczące   Usta 
o spoufalaniu   się   z uczniami.   Szczególnie   z tymi   pięknymi 
i wścibskimi.

Chwyciła puszkę z colą i przycisnęła ją do ust, wiedząc, że 

jest   pusta.   Musiała   jednak   coś   zrobić,   żeby   ukryć   nagłe 
zmieszanie. Po raz drugi Jared nazwał ją piękną. To nie był 
komplement,   którym   zwykli   obdarzać   ją   mężczyźni 
w zestawieniu z „heterą".

— Jesteś bardzo podobna do starego Bena, oczywiście nie 

z urody — powiedział z rzewnym uśmiechem. — Uparta jak 
osioł. Złotousta.

I do tego jeszcze piękna...
—Tak   jak   on   bez   przerwy   szukasz   dziury   w całym,   nie 

zgadzasz się z tym, co mówię, chociaż na ogół dobrze wiem, 

background image

o czym mówię. Wy dwoje pokochalibyście się od pierwszego 
wejrzenia.

—Chyba rzeczywiście twój Ben był facetem w moim typie. 

Bardzo ci go brakuje, prawda?

—Bardziej niż własnego ojca.
—Och... przykro mi.
—Niepotrzebnie. Mój ojciec nie umarł.
—Aha... — Zabrakło jej słów. — To dobrze.
W uśmiechu, który pojawił się na jego twarzy, nie było śladu 

wesołości.

—Nie   wiem,   czy   on   by   się   z tym   zgodził.   Odsiaduje 

dwunastoletni wyrok za oszustwa, defraudacje, zorganizowaną 
działalność przestępczą. Mój tatuś to Charles Austin, ten od 
kasy oszczędnościowej Loan Star Savings and Loan. Chyba go 
pamiętasz?

Całą siłą woli usiłowała zapanować nad twarzą.
Charles   Austin   był   jednym   z najgorszych   aferzystów   lat 

osiemdziesiątych.   Doprowadził   do   upadku   i przejęcia   przez 
rząd niezliczonej liczby teksańskich kas oszczędnościowych. 
Inwestując gwarantowane depozyty kas w rozmaite ryzykowne 
przedsięwzięcia   —   tereny   budowlane,   hotele,   firmy 
ochroniarskie,   które   plajtowały   jedna   za   drugą   —   obciążył 
podatników ponad trzymiliardowymi długami.

—Aha, widzę, że pamiętasz. — Jared spuścił oczy, zdążyła 

w nich jednak dostrzec cień bezradności.

—Nie jesteś odpowiedzialny za czyny swojego ojca. Nikt cię 

nie osądza za jego przestępstwa.

—Owszem,   wszyscy   mnie   osądzali,   nie   wyłączając   sądu 

federalnego.   Pracowałem   w przedsiębiorstwie   holdingowym 
ojca i żyłem jak książę, cholerny, nadziany palant. Wcale się 
nie dziwię, że podejrzewali mnie o współudział.

—Ale nie zostałeś skazany.
—Za   kratki   mnie   nie   wsadzili,   ale   jeśli   chodzi   o koszta 

sądowe za obie sprawy, moją i ojca, to wylądowałem na dnie. 
Finansowo i psychicznie... — Zawiesił głos i skrzywił się, jak 

background image

gdyby pożałował swojej szczerości.

Wylądował   na   dnie,   ale   pozbierał   się   i założył   nową, 

świetnie   prosperującą   firmę,   obliczoną   zarówno   na   pomoc 
terapeutyczną dla skołatanych biznesmenów, jak i na zysk. Jej 
szacunek dla Jareda wzrósł.

—A twoja matka? — zapytała ciepłym głosem. — Gdzie 

teraz mieszka?

—Dlaczego nie spytasz Matta?
Chwyciła pustą puszkę i znowu ssała powietrze. Jared nie 

mógł   wiedzieć,   że   zwykle   nie   zadawala   wścibskich   pytań. 
Zwykle guzik ją obchodziły prywatne sprawy innych ludzi.

— Wygłupiam się. Moja matka umarła w tym samym roku, 

kiedy   skończyłem   uniwersytet   w Utah.   Mam   jednego   wujka 
w Dallas, gdzie się wychowywałem, i jedną ciotkę w Detroit. 
Żadnego rodzeństwa. Może znalazłbym jeszcze kilku dalekich 
krewnych, gdyby zechciało mi się szukać. A ty? — zapytał, 
unosząc   jej   brodę.   —   Czy   chodzą   po   świecie   jakieś   klony 
Hope, budzące postrach w kołach amerykańskiej finansjery?

Nastąpiła zmiana ról...
—Ja   też   jestem   jedynaczką,   ale   mam   około   miliona 

krewnych, którym giełda papierów wartościowych kojarzy się 
wyłącznie   z comiesięczną   aukcją   bydła   w Hopeful,   w stanie 
Teksas.

—Hopeful?   —   spytał   wyraźnie   ożywionym   tonem,   nie 

zmieniając pozycji.

—Niestety. Jak słusznie podejrzewasz, zawdzięczam swoje 

imię   miasteczku,   które   jest   starym   dobrym   amerykańskim 
zadupiem,   wartym   swojej   nazwy.   Moi   rodzice   prowadzą 
w pobliżu małe  ranczo. Mieszkałam  z nimi  do osiemnastego 
roku życia.

Potrząsnął z niedowierzaniem głową, spojrzał na nią szeroko 

otwartymi oczami, znowu pokręcił głową, w końcu uśmiechnął 
się tajemniczo.

—   Hopeful,   tak?   Jakoś   nie   mogę   sobie   wyobrazić   ciebie 

w małym   miasteczku.   Założę   się,   że   Bill   zrobiłby   z tego 

background image

użytek.

Nie zrobi, jeśli się nie dowie. Pogroziła mu palcem.
—Muzeum Ziemi Big Bend, dobrze zapamiętałam? Możesz 

mi jeszcze przypomnieć nazwisko tego kustosza?

—No dobrze — powiedział ze śmiechem. — Nie wydam 

cię, jeśli ty też będziesz trzymała język za zębami. Chociaż nie 
rozumiem,   w czym   rzecz.   To   żaden   wstyd   urodzić   się 
i wychować w małym miasteczku.

—Zgoda. To nie ja się wstydzę.
—A kto? Kto się tego wstydzi?
—Nieważne.   —   Spojrzawszy   na   zegarek,   klepnęła   się   po 

kolanach. — Dzięki za colę. Sprawiłeś mi dużą...

—Hola, hola. Poczekaj chwilę. Mam przeczucie, że to coś 

ważnego.

—Pudło, pierwsze w twoim życiu.
—Więc dlaczego nie możesz mi odpowiedzieć?
—I ty mówisz, że ja jestem wścibska? Dlaczego miałabym ci 

się spowiadać?

—Bo mi nie ufasz.
—No, to ma jakiś sens.
—Bo   ty   jesteś   władzą   w swoim   świecie   i cokolwiek   bym 

myślał,  cokolwiek  bym powiedział, nie  będę   miał   na  ciebie 
żadnego wpływu, dopóki sama mi na to nie pozwolisz.

Skrzywiła się z niesmakiem.
—Boże drogi, Jared! Naprawdę wierzysz w te brednie New 

Age'owców?

—Te   „brednie   New   Age'owców"   składały   się   na   kulturę 

amerykańskich   tubylców,   zanim   nasi   przodkowie   w Anglii 
zbudowali Stonehenge.

Jego   spokojna   odpowiedź   wyprowadziła   ją   z równowagi. 

Ileż to razy słyszała w różnych kazaniach ten sam ton zawodu?

—Nie obchodzi mnie, komu się powinno przypisać tę myśl, 

bo   tak   czy   inaczej   jest   brednią.   Dziecko   nie   ma   władzy 
w świecie dorosłych. Ja jej na pewno nie miałam. — Skrzywiła 
się, widząc szczere osłupienie na jego twarzy, ale brnęła dalej: 

background image

— Chcesz wiedzieć, kto się wstydzi w starym dobrym Hopeful 
w Teksasie?   Moi   kochani   rodzice.   Oczywiście   wstydzą   się 
mnie, swojej córki, a nie miasteczka.

Jared   zdjął   okulary,   wyciągnął   zza   paska   rąbek   koszuli 

i zaczął czyścić szkła.

—O   ile   wiem,   na   własną   odpowiedzialność   podejmujesz 

strategiczne decyzje finansowe, nierzadko bardzo ryzykowne. 
Ile przedsiębiorstw skupia Manning Enterprises?

Potrzebowała kilka sekund na zmianę biegu.
—Siedem.
—Siedem firm inwestycyjnych. To ty codziennie decydujesz 

gdzie,   kiedy   i ile   pieniędzy   swoich   inwestorów   utopić 
w konkretnej   operacji,   żeby   zapewnić   jej   opłacalność. 
W całych   Stanach   Zjednoczonych   jest   około   pięciuset 
szanowanych   przedsiębiorców   inwestycyjnych,   a ty   jesteś 
jednym   z nich.   —   Poczekał,   aż   Hope   spojrzy   mu   prosto 
w oczy.   —   Nie   sądzę,   żeby   twoi   rodzice   naprawdę   się 
wstydzili.

Obycie   Jareda   z jej   światem   oszołomiło   ją   w niewiele 

mniejszym stopniu niż piękno jego ciemnoniebieskich oczu.

Trzy gwałtowne stuknięcia zwolniły ją od odpowiedzi. Jared 

poderwał   się   z krzesła   i otworzył   drzwi.   W progu   stał   Hank 
z rękami na biodrach i bardzo zmartwioną miną.

—Matt   skończył   zajęcia.   Powiedziałem   mu,   że   cię 

zawiadomię. — Jego wzrok błądził za plecami Jareda.

—Co z Karen?
—Nic   poważnego,   oprzytomniała   szybko,   a teraz 

odpoczywa. No właśnie, Hope, mogłabyś po nią pójść?

Zanim dokończył, była przy drzwiach sypialni.
—Dokończymy tę rozmowę kiedy indziej — powiedział ze 

znaczącym błyskiem w oczach. — Chętnie bym się dowiedział 
czegoś więcej o twojej rodzinie.

—Tak jest, druhu.
Kiedy pustynia Chihuahuan pokryje się lodem.

background image

7

O trzeciej po południu następnego dnia Hope wpatrywała się 

tęsknym   wzrokiem   w tuman   kurzu   unoszący   się   za   trzema 
ciężarówkami,   które   jechały   w złym   kierunku.   Mimo   że 
zardzewiałe,   rozklekotane   i bez   klimatyzacji,   były   dla   nich 
ostatnim   kontaktem   z cywilizacją. Kiedy  stały  się  odległymi 
świecą-   cymi   punktami,   odwróciła   się   w stronę   tablicy 
z napisem „Cabeza de Sendero".

Początek szlaku! Bujda. Typowy blef reklamowy MindBend 

Adventures. Jeśli na rozciągającej się przed jej oczami pustyni 
jest   jakakolwiek   wyznaczona   ścieżka,   to   nie   wydeptały   jej 
ludzkie stopy.

Kiedy   rano   przekraczali   Rio   Grandę,   Hope   zdała   sobie 

sprawę,   jak   wiele   lat   upłynęło   od   jej   pierwszej   i jedynej 
wycieczki  do  Meksyku.  Wtedy  wszystko wyglądało inaczej. 
Tym   razem   nie   było   na   moście   tłoku   i straży   granicznej, 
w ogóle nie było żadnego mostu. Jared zorganizował dla całej 
grupy   przeprawę   rzeczną.   Na   drugim   brzegu   czekały   trzy 
zdezelowane ciężarówki, które przywiozły ich do „Cabeza de 
Sendero". Początek szlaku.

Meksykański pejzaż migotał w rozgrzanym powietrzu, jeżył 

się   kępkami   roślinności,   która   sprawiała   mało   przyjazne 
wrażenie.   Po   prawej   stronie   horyzontu   widniały   rozmyte 
grzbiety Sierra del Carmen. Najbardziej martwił ją brak drzew 
w widocznej perspektywie — głównie dlatego, że przywykła 
do   picia   olbrzymiej   ilości   wody,   a nie   z troski   o zanikającą 
florę pustynną.

Pod   zwykłą   maską   cynizmu   wszystko   w niej   pulsowało 

nerwowym   podnieceniem.   Wreszcie   znalazła   się   u celu,   dla 
którego przebyła kilka tysięcy kilometrów, nie mówiąc o tym, 
że od trzech dni pracowicie się do tej próby przygotowywała.

Każdy   kandydat   na   trapera   stał   przy   swoim   plecaku. 

Wszyscy mieli na sobie jasne, lekkie ubrania, długie spodnie, 

background image

kapelusze   z szerokim   rondem,   okulary   słoneczne   i buty   za 
kostkę   z porowatego,   „oddychającego"   materiału,   chroniące 
stopy przed gorącym piaskiem i ciernistymi zaroślami.

Czterech przewodników skupiło się wokół Jareda na ostatnią 

odprawę. Podobnie muszą się czuć żołnierze przed pierwszą 
bitwą,   pomyślała   Hope.   Wrócą   z niej   jako   bohaterowie   czy 
jako   tchórze?   Jej   naprawdę   zależało   na   tym,   żeby   wrócić 
z podniesioną głową.

Jared odszedł od grupy i zaczął poprawiać coś przy plecaku. 

Skautowski   mundur   zostawił   w szkole,   miał   teraz   na   sobie 
białą,   dopasowaną   koszulkę   z bawełny,   oliwkowe   spodnie 
z ogromną ilością kieszeni, czapkę baseballową w tym samym 
kolorze   i okulary   w fioletowych   oprawkach.   Kiedy 
wyprostował się i odsłonił w uśmiechu zęby równie białe jak 
jego koszula, Hope usłyszała westchnienie kobiety, która stała 
tuż obok niej.

Lepiej   poszukaj   swojego   przewodnika,   pomyślała   bez 

życzliwości Hope.

Jared podniósł rękę, prosząc o uwagę.
—No dobrze, posłuchajcie mnie uważnie. Tutaj kończymy 

pierwszy,   wspólny   etap   wyprawy.   Rozejdziemy   się   teraz 
promieniście,   nie   depcząc   sobie   po   piętach,   żeby   z jak 
najmniejszym impetem przemieszczać się przez pustynię. Ale 
to znaczy, że więcej zwierząt i gadów narazimy na spłoszenie. 
Dlatego pamiętajcie, żeby iść z wyczuciem, cicho, mieć oczy 
dookoła głowy i trzymać dystans.

Nie ma sprawy.
—W czasie pierwszych kilometrów marszu skoncentrujcie 

się na własnym ciele, na tym, co wam przeszkadza lub drażni. 
Jeśli okaże się, że paski plecaka trzeba poprawić albo że bolą 
was nogi, nie udawajcie, że nic się nie dzieje, tylko zgłoście to 
od razu przewodnikowi. Drobne poprawki dokonane w porę, 
czyli dzisiaj, mogą uchronić was przed bezsensownym bólem 
w czasie dalszej drogi.

Nie ma sprawy.

background image

—Jeżeli   bezwzględnie   będziecie   musieli   odpowiedzieć   na 

wezwanie   natury   i oddalić   się   w ustronne   miejsce   przed 
zaplanowanym   przystankiem,   powiedzcie   o tym 
przewodnikowi.   Koniecznie.   Poczeka   na   was   i przypilnuje, 
żebyście dołączyli do grupy.

O rany!
—Na koniec chciałbym wam powiedzieć, że jestem bardzo 

zadowolony   z waszych   postępów.   Wierzę,   że   każdy   z was 
potrafi   znaleźć   się   w tym   szczególnym   ekosystemie   jako 
integralna   cząstka   natury.  —   Powiódł   wzrokiem   kolejno   po 
wszystkich twarzach. — Będziecie dumą naszej szkoły, jestem 
tego pewien.

Hope   widziała,   jak   unoszą   się   dumne   piersi   przyszłych 

traperów. Musiała przyznać, że Jared jest dobry w tym, co robi. 
Cholernie   profesjonalny.  Nawet   jej   trochę   przytępił   pazurki. 
Zerknęła   z odrazą   na   swoje   amputowane   paznokcie.   Tylko 
trochę.

—No   dobrze!   —   Klasnął   w dłonie.   —   Koniec   gadania. 

Niech każdy znajdzie swoją parę i ruszamy w drogę.

Karen obgryzała paznokcie z taką zajadłością, jakby to miał 

być   jej   ostatni   posiłek.   Hope   podeszła   do   niej   od   tyłu 
i pociągnęła za rondo słomkowego kapelusza.

—Przestań rujnować swój obiad i włóż okulary.
Karen   opuściła   posłusznie   ręce.   Z kieszeni   koszuli   wyjęła 

maść cynkową, rozsmarowała matowy krem na nosie i podała 
tubkę Hope.

—Nie, dzięki.
—Posmarowałaś   się   porządnie   kremem   do   opalania?   — 

zapytała troskliwie Karen.

—Jasne, ale jeśli interesuje cię moje zdanie, dziadowska ta 

plaża. Ani jednego leżaka, żadnego baru. A widzisz tu jakieś 
fale?

Dławiąc się ze śmiechu, Karen zasłoniła przyjaciółce oczy 

daszkiem czapki baseballowej.

Hope   poprawiła   ją   bez   słowa.   Pomogła   założyć   Karen 

background image

plecak, ściągnęła paski, a potem zamieniły się rolami.

Poprzedniego dnia pakowały się bardzo starannie, tak żeby 

cięższe przedmioty znajdowały się na wierzchu i bliżej ciała. 
Jared tłumaczył im, że na paski naramienne spada dwadzieścia 
procent   całego   ciężaru,   a reszta,   dzięki   paskom   biodrowym, 
przenoszona   jest   z barków   poprzez   miednicę   na   nogi,   nie 
odciąga zaś ramion do tyłu i nie zmusza do garbienia się, jak 
w plecakach starego typu.

Kiedy piętnastokilogramowy ładunek dał jej się we znaki, 

Hope pomyślała o wędrowcach pionierach, którzy nie używali 
plecaków ze stelażami ani z paskami barkowymi.

Prawdziwi męczennicy. Szaleńcy.
—Cześć, dziewczyny, nie potrzebujecie pomocy?
Hope   poczuła,   o dziwo,   odrobinę   sympatii   dla   Billa,   zaś 

Hanka, który szedł za nim, obdarzyła szczerym uśmiechem.

—Nie, dzięki, na razie wszystko w porządku.
Większość osób skupiła się w czteroosobowe drużyny, jak 

gdyby   instynktownie   chcieli   rozpocząć   wędrówkę   w tym 
samym   składzie,   w jakim   mieli   dotrzeć   do   jej   celu.   Jared 
podszedł do tablicy oznaczającej początek szlaku i odwrócił się 
twarzą do rozgorączkowanej grupy.

—Wszyscy gotowi? — Zapanowała cisza jak przed burzą. 

— No to, moi drodzy... do dzieła!

Hope   ruszyła   naprzód,   czując   gwałtowny   przypływ 

adrenaliny   do   mózgu.   Szli   wachlarzem   w stronę   gór, 
w odległości   około   dwóch   metrów   jedno   od   drugiego. 
Zauważyła,   że   Bill   wraz   z kilkoma   innymi   mężczyznami 
wyrwali   do   przodu.   Zupełnie   jakby   pomylili   wędrówkę 
traperską   z maratonem   chodziarskim.   Prychnęła   drwiąco 
i zaczęła oddychać rytmicznie, tak jak radził im Jared. Trzy 
kroki na wdech, trzy na wydech. Nienaturalne, ale możliwe. 
Swoją drogą to dziwne uczucie, kiedy człowiek koncentruje się 
na czymś tak oczywistym jak oddech.

Właściwie   wszystko   wydawało   się   dziwne.   Wypchany 

plecak z aluminiowym stelażem, zapięcie paska biodrowego, 

background image

buty typu traper, które przymierzała w sklepie co najmniej pół 
godziny, narzekając, że jej stopy wyglądają w nich jak kajaki. 
Na szczęście sprzedawca zdołał ją przekonać, że są trwalsze 
i wygodniejsze   od   pary   czerwonych   odjazdowych   pionierek, 
które podobały jej się znacznie bardziej. Ale mimo wszystko te 
brązowe buciory były trochę zjawiskowe.

W prostej linii przed sobą zobaczyła Jareda, który doganiał 

czteroosobową   czołówkę   płynnym,   ale   dość   dziwacznym 
krokiem. Nie umiała jednak określić, na czym ta dziwaczność 
polega. Rozmawiał z każdym z mężczyzn osobno, powiedział 
coś, co wywołało ich śmiech, potem został w tyle.

Wyminęła opuncję, uskoczyła przed inną kolczastą rośliną, 

rozpryskując   na   boki   drobny,   piaszczysty   żwir.   Podniosła 
prawą rękę, żeby przesunąć pasek plecaka o centymetr w lewo. 
Czy to musi aż tak uwierać? Czuła nieprzyjemne łaskotanie na 
szyi, plecach, w zagłębieniu między piersiami. Świadomość, że 
to kropelki potu, a nie jakieś mrówki albo stonogi, ani trochę 
jej nie pocieszała. Obrzydliwość.

Przypomniała sobie, że po raz ostatni doświadczyła takiego 

uczucia, kiedy miała osiemnaście lat. Stojąc nad rozgrzanym 
piecykiem,   pomagała   matce   wekować   przetwory   na   zimę. 
Nigdy więcej, przysięgła sobie w dusznej, zaparowanej kuchni. 
Nigdy   więcej   tych   strasznych   domowych   robót,   którymi 
zarabiała   tylko   na   pot   i ciągłe   uwagi.   Koniec   z teksańskim 
upałem, który skrócił życie jej babci, uwalniając ją od domu 
rodzicielskiego.

Odwiedzała ich teraz tylko zimą — w dwa, trzy weekendy 

najwyżej. Oni za nic nie chcieli przyjechać do Nowego Jorku. 
Był   dla   nich   za   duży,   za   brudny,   i roiło   się   w nim   od 
niebezpiecznych typów. Wuj Eddy z ciocią Michelle byli tam 
kiedyś i tylko tyle mieli do opowiedzenia. Nieważne, że córka, 
która   mieszka   w tym  mieście   od   wielu  lat,  ma   inne   zdanie. 
Hope pomyślała, że to świetne podsumowanie jej stosunków 
z rodzicami.

—Dlaczego masz taką ponurą minę? Coś cię boli? — spytał 

background image

Jared, który, jak zwykle bezszelestnie, zjawił się przy jej boku.

Potrzebowała   dwóch   sekund   na   uświadomienie   sobie,   że 

pyta o ból fizyczny, i następnych trzech, żeby zastanowić się 
nad odpowiedzią. Coś uwierało ją w piętę...

—Nie, nic mi nie jest. Trochę mnie suszy.
Nie zwalniając kroku, wyjęła z kieszeni paska biodrowego 

bidon. Czuła na sobie wzrok Jareda, kiedy piła wodę, kiedy 
mimowolnym gestem otarła usta, kiedy zakręcała plastikową 
butelkę.   Nieporadnie,   lekko   drżącymi   palcami   usiłowała   ją 
włożyć w odpowiednią kieszeń na pasku. Wszystko przez to, 
że się na nią gapił. Jared wyręczył ją bez uprzedzenia. Potknęła 
się   i łapiąc   równowagę,   przycisnęła   jego   rękę   do   swojego 
brzucha,   jak   gdyby   nie   dosyć   jej   było   upału   bijącego   od 
pustynnej ziemi.

Zmieszana i bezradna, spojrzała mu w oczy.
Chociaż ukryte za ciemnymi szkłami, jego oczy patrzyły na 

nią. Pragnęły jej.

O rany!
Wyprężyła się i wyrównała tempo. W porównaniu z lekkim, 

płynnym krokiem Jareda miała wrażenie, że powłóczy nogami 
jak staruszka.

—Jest   coś   dziwnego   w twoim   sposobie   chodzenia   — 

odezwała się po chwili — ale nie mogę tego rozgryźć.

—Tak   zwany   lisi   chód.   To   chyba   pierwsza   rzecz,   której 

nauczył   mnie   Ben,   jak   tylko   go   poznałem.   —   Jego   wzrok 
zdawał się szacować stopień zaciekawienia na jej twarzy. — 
Większość ludzi chodzi na wewnętrznych krawędziach stóp, 
z pięt na palce, z ciałem lekko pochylonym do przodu. Można 
i tak, kiedy człowiek idzie po chodniku albo po jakiejś innej 
płaskiej nawierzchni. Ale tutaj, na pustyni, taki chód wygląda 
niezdarnie i robi dużo hałasu. Poza tym butami można niszczyć 
rośliny i naturalne podłoże.

Jakby na dowód słuszności jego wywodu, Hope czubkiem 

buta   uderzyła   w wystający   z ziemi   kamień   i po   raz   kolejny 
potknęła   się.   Odzyskawszy   równowagę,   posłała   mu   kpiący 

background image

uśmiech.

—Punkt dla ciebie. Ale nie rozumiem, dlaczego nie mówiłeś 

o prawidłowym chodzeniu na zajęciach?

—Na krótkich kursach skupiam się na sprawach naprawdę 

zasadniczych.   Adepci   traperstwa   poznają   bardziej   subtelne 
zagadnienia.   Zwykle   sami   mają   głębokie   przekonanie,   że 
zasoby naturalnego środowiska trzeba chronić za wszelką cenę, 
że nie ma tu mowy o przesadzie.

Irracjonalna zazdrość wykrzywiła jej usta. Jeśli jakikolwiek 

„adept traperstwa" umie tak chodzić, ona będzie umiała lepiej.

—Naucz mnie tego lisiego chodu... proszę.
—Bo jak nie, zrobisz z mojej górnej wargi parasol?
Nie uśmiechnęła się.
—Nie. Po prostu lubię się uczyć. Pokażesz mi, jak to robisz?
Kiedy się zgodził, Hope zrozumiała, że jej gorliwość wynika 

nie tylko z instynktu współzawodnictwa.

Wszystko, co było ważne dla niego, stało się fascynujące 

i dla niej. To takie oczywiste. Takie głupie. Tak kompletnie 
zniewalające. Powściągnęła nagłą panikę, koncentrując się na 
wskazówkach Jareda.

—Płynnym,   kołyszącym   ruchem   przenoś   ciężar   ciała 

z zewnętrznej   krawędzi   stopy   na   wewnętrzną.   Trzymaj 
wyprostowany tułów i głowę, oczy skierowane przed siebie, na 
horyzont, a nie na ziemię.

Zrobiła   pięć   kroków   i powiedziała   z wymuszoną 

obojętnością:

—Strasznie nienaturalne. Potykam się, jeśli nie patrzę pod 

nogi.

—Nie, potykasz się właśnie dlatego, że patrzysz pod nogi. 

Spróbuj jeszcze raz, ale wczuwaj się w to, co robisz. Lisi chód 
zmusza   do   wykorzystywania   mięśni   ud   i pośladków 
w większym   stopniu   niż   łydek.   Najważniejsze   jest   w nim 
podnoszenie stóp, a nie przesuwanie.

Co wyjaśnia tajemnicę twardych jak kamień pośladków.
—Poza   tym   lekko   stawiasz   stopy,   łatwiej   dostrzegasz 

background image

zmiany   w otoczeniu,   niebezpieczeństwo,   które   może   być 
daleko, ale już w polu twojego widzenia.

—Na razie martwi  mnie tylko ten kaktus. Wolałabym się 

z nim nie zderzyć... — mruknęła pod nosem, nie rezygnując 
jednak z lisiego chodu.

—No   widzisz?   Przed   sekundą   przeszłaś   nad   wystającym 

kamieniem,   nie   patrząc   w dół.   Przeszkoda   znajdowała   się 
w polu twojego widzenia bocznego, które pokierowało nogą. 
Przekonasz   się,   że   z wyprostowanymi   plecami   będziesz 
trzymać równowagę lepiej niż wszyscy inni. Popatrz na takiego 
Billa.

—No, to jest argument!
Głęboki śmiech Jareda wtórował jej krokom.
—Spójrz na tego mądralę — powtórzył. — Nie tylko traci 

bezcenną energię, wyrywając nie wiadomo po co do przodu, 
ale nie patrzy przed siebie i prędzej czy później runie jak długi.

Hope zerknęła na trzecią sylwetkę od lewej. Plecy zgarbione, 

głowa na wysokości ramion, krępy tułów pochylony do przodu. 
Bill   przypominał   jej   byka   atakującego   czerwoną   płachtę 
torreadora. Poruszał się tak, jak się zachowywał, w stylu „zejść 
mi   z drogi",   godnym   faceta,   który   stworzył   sieć   trzystu 
supermarketów.

—Jeśli upadnie, widok będzie nieciekawy.
—No więc... czy ten lisi chód może pozostać naszym małym 

sekretem? — spytała Hope, lecz na widok jego zachmurzonego 
czoła   natychmiast   się   zreflektowała.   —   Żartowałam,   druhu. 
Idź, naucz teraz Billa. Ja już chyba opanowałam tę sztuczkę.

Nie była to prawda, ale pochlebne spojrzenie, jakie rzucił jej 

na odchodnym, zachęciło Hope do treningu.

W   nagłym  przypływie  fantazji   wyobraziła   sobie, że  Jared 

zatrzymuje czołówkę peletonu, chwali ją za wytrwałość i prosi, 
żeby zademonstrowała nową umiejętność. Zbyt piękne, żeby 
mogło być prawdziwe...

W   rzeczywistości   Jared   wędrował   między   czołem 

a bocznymi   skrzydłami   grupy,   kontrolował,   czy   wszystko 

background image

w porządku, odpowiadał na pytania i nie zwracał na nią uwagi.

O czwartej po południu wmawiała sobie, że wcale jej na tym 

nie   zależy.   Jeśli   wydawało   jej   się   wcześniej,   że   ten   facet 
w fioletowych   okularach   pożera   ją   wzrokiem,   że   ma   ochotę 
rzucić się na nią i posiąść między kaktusami, z pewnością były 
to halucynacje.

Wcale   jej   na   nim   nie   zależało.   Przekonywała   się   o tym 

gorliwie   także   o piątej,   ale   wtedy   była   już   znacznie   bliższa 
prawdy. Pomimo niedawnego przystanku i ochłodzenia, bolały 
ją ramiona, nogi odmawiały posłuszeństwa, a bolesne miejsce 
na   pięcie   piekło   jak  otwarta   rana.  Wraz   ze   zmianą   nastroju 
zmieniło   się   jej   marzenie.   Tak   jak   w poprzednim,   Jared 
zatrzymał   piechurów   z pierwszej   linii,   pochwalił   ją   za 
wytrwałość,   ale   zamiast   poprosić,   żeby   pokazała   lisi   chód, 
zrobił jej masaż całego ciała.

O szóstej po południu, w jedynej fantastycznej wizji, która 

przezierała przez mgłę jej rozpaczy, Hope dusiła jedną ręką 
Jareda,   a drugą   Debbie.   Tak   długo,   aż   ich   języki   stały   się 
całkiem czarne.

—Spójrz! Sokół wędrowny! — wykrzyknął miłośnik ptaków 

za jej lewym uchem.

Hope   spojrzała   na   szybującą   po   niebie   czarną   sylwetkę. 

Z lekką niewiarą przyjmowała kolejne rewelacje ornitologiczne 
Bretta. Od początku wędrówki wymienił co najmniej dziesięć 
skrzydlatych   gatunków,   chociaż   niektóre   z nich   były   tak 
daleko, że na dobrą sprawę trudno byłoby opisać ich wygląd.

—Wiesz, ludzie od wieków układają sokoły do polowań — 

ciągnął Brett, nie zniechęcony ani trochę jej sceptyczną miną. 
— To bardzo mądre ptaki. Wiesz, że...

Nie, nie wiedziała.
—Tak,Brett...
—Brent.
Też pięknie.
—Tak, Brent, wiem. Choćby tylko dlatego, że ten sokół jest 

tam w górze, a my tutaj, nie mam wątpliwości, że jest cholernie 

background image

mądry. Genialny.

Brent zaśmiał się i roztropnie zamilkł.
Hope  pomyślała, że  najgorsze w tej  idiotycznej wędrówce 

przez piaszczystą patelnię jest to, że zapłaciła za ów wątpliwy 
przywilej ciężkie pieniądze. Świadomość, że stała się  ofiarą 
zdzierstwa,   upokarzała   ją.   Ona,   wielka   finansistka,   dała   się 
nabrać   na   taki   numer?   Przynajmniej   nie   powinna   pouczać 
Karen   w sprawach   odpowiedzialności   finansowej.   Skoro 
przypomniała sobie o Karen... Jej przyjaciółka nie wyglądała 
najlepiej, kiedy ostatnio z nią rozmawiała.

Hope wyszła przed linię wachlarza i obejrzała się w prawo. 

Karen wyglądała teraz jeszcze gorzej. Jej posuwisty chód nie 
kojarzył się ani z atakującym bykiem, ani ze skradającym się 
lisem,   ani   z żadnym   innym   stworzeniem.   Co   najwyżej 
z żywym trupem. Kiedy biedaczka odwróciła do Hope swoją 
udręczoną twarz, wymieniły długie, żałosne spojrzenie.

Wytrzymaj,   błagała   w myśli   Hope,   wycofując   się   na 

poprzednią pozycję.

—Dochodzimy do obozowiska. Jesteśmy prawie na miejscu 

—   obwieścił   Jared,   nie   zaskoczywszy   jej   tym   razem 
bezszelestnym podejściem. — Jak się czujesz?

Gdyby miała iść dużo dalej, załamałaby się poważniej niż 

rynek   amerykański   w tysiąc   dziewięćset   osiemdziesiątym 
siódmym roku.

—Jak wulkan energii.
—Miło mi to słyszeć — uśmiechnął się drwiąco — bo czeka 

cię   jeszcze   mnóstwo   pracy.  Dzięki,   że   masz   oko   na   Karen. 
Widzę, że dodajesz jej otuchy skuteczniej niż ja.

Teraz dopierają zaskoczył.
—Aha, żebym nie  zapomniał. Chciałbym cię jeszcze  dziś 

wieczorem poprosić o pomoc. Przyznam, że złapałaś lisi chód 
genialnie. Mogłabyś go po kolacji pokazać innym?

Z   ogromnym   wysiłkiem   udało   jej   się   wzruszyć   obojętnie 

ramionami.

—Nie ma sprawy.

background image

Kiwnąwszy   głową,   Jared   oddalił   się,   zostawiając   Hope 

w stanie   olśnienia...   Ależ   nie...   Wcale   jej   nie   lekceważy. 
Oczywiście, że nie.

Idąc   coraz   bardziej   lisim   krokiem,   czuła   się   jak 

wniebowzięta.   Jej   wzrok   błądził   wzdłuż   horyzontu,   kiedy 
spostrzegła   małego   ptaszka   skaczącego   między   kępami 
ciernistych roślin.

—Spójrz,   Brent!   —   krzyknęła.   —   Tam   jest...   taki 

z brązowym   czubkiem...   —   Nazwa,   potrzebowała   jakiejś 
nazwy. — Zięba! — dokończyła tryumfalnie.

—Naprawdę? Gdzie!
Brent  podszedł bliżej  i zaczął wypatrywać jakiegoś ruchu. 

Zgodnie z jej podejrzeniami, na ptakach znał się równie słabo 
jak na firmach maklerskich.

—Tam, prosto. Kołuje nad krzakami. One tak robią, wiesz 

przecież.

—Tak, wiem.
Hope ledwie powstrzymała wybuch śmiechu.
—Tak sądziłam — powiedziała z kamienną powagą.
Jak daleko może się posunąć ten facet w swoich niewinnych 

kłamstwach?  Postanowiła poświęcić Brentowi chwilę uwagi, 
nie wątpiąc, że będzie się dobrze bawić.

—No więc powiedz mi, Brent, czy widziałeś kiedyś zięby 

w swoim rodzinnym stanie?

Wiele   kilometrów   dalej,   na   bulwarze   San   Antonio,   Stan 

Lawler   sączył   mrożoną   margaritę   pod   kawiarnianym 
parasolem, nie zwracając uwagi na przelewający się ulicą tłum 
pieszych. Och, tak, to właśnie jest życie. Twarde negocjacje 
miał   za   sobą,   wypchany   portfel   w kieszeni,   a na   ósmą 
wieczorem zamówiony towar z klasą. Miała na niego czekać 
w hotelowym barze.

Czuł, że polubi takie życie.
Spojrzał przed siebie, prosto w okrągłe oczy dziecka, które 

background image

niosła   na   biodrze   młoda   kobieta.   Dziewczynka   zacisnęła 
powieki, zmarszczyła twarz i zaczęła przeraźliwie płakać. Jej 
matka szeptała słowa pocieszenia, omijając w pośpiechu jego 
stolik.

Ten ryczący bachor musi mieć co najmniej cztery lata — za 

dużo, żeby wisieć na szyi matki. Szlag by to trafił. On w tym 
wieku był już zdany tylko na siebie. Był dziki jak lasy, po 
których się włóczył. Kiedy przypomniał sobie, jak grzebał po 
śmietnikach,   mina   skwaśniała   mu   jeszcze   bardziej.   Jadał 
świństwa, po których ludzie na poziomie rzygaliby własnymi 
bebechami.

Teraz o tym wiedział.
Ale wtedy...
Wtedy wiedział tylko, czym jest głód. I co to znaczy sikać ze 

strachu.

Zlizał sól z warg, a potem pociągnął łyk mrożonego napoju. 

Opiekunki   społeczne,   które   przypilnowały,   żeby   poszedł   do 
szkoły, szybko machnęły na niego ręką. On jednak przeżył. 
I dorósł.   A nauczył   się   dużo   więcej   niż   czytanie,   pisanie 
i arytmetyka.   Nauczył   się,   że   myśliwi   polujący   w lasach 
zostawiają   zapasową   broń   i noże   w zaparkowanych 
samochodach.   I nikt   tego   sprzętu   nie   pilnuje.   Nauczył   się 
wystarczająco   dużo,   żeby   nigdy   więcej   nie   czuć   głodu   ani 
strachu.

Prychnął   na   widok   nastolatka   w umyślnie   porwanych 

dżinsach   i bawełnianej   koszulce,   z papierosem   przylepionym 
do   wargi.   Twardego   wyglądu   i charakteru   nie   kupuje   się 
w kiosku ani w sklepie z artykułami pierwszej potrzeby. Kiedy 
on miał czternaście lat, dzieciaki sikały ze strachu na sam jego 
widok,   a jak   skończył   szesnaście,   rozpruł   nożem   brzuch 
swojego tatusia. Skutecznie.

Zawsze,   kiedy   przypominał   sobie   tamtą   chwilę,   tamto 

poczucie boskiej mocy, drżał z rozkoszy.

Zakopał   ciało   w lesie   i koniec.   Sąsiedzi   uznali,   że   ten 

łachmyta   Lawler   wyniósł   się   wreszcie,   i krzyżyk   na   drogę. 

background image

Żadne następne morderstwo nie było tak słodkie, ale mógł być 
dumny ze swojej fachowości. Solidnie się przygotowywał, a po 
robocie szedł na całość i przepuszczał w kilka dni całą forsę. 
Potem   dni   stały   się   jednym   dniem.   A potem   kilkoma 
godzinami.

Jego ostatni przypływ „boskiej mocy" trwał tak krótko jak 

rozkosz   onanisty,   zrozumiał   więc,   że   pora   na   drugi   etap 
kariery.

Kiedy   wypił   do   końca   drinka,   rzucił   banknot   na   stolik 

i zanurzył   się   w kolorowym   tłumie.   Wzdłuż   obu   brzegów 
krętego kanału ciągnął się szpaler palm, kwietników i głośnych 
ogródków   restauracyjnych.   Łuki   kładek   przecinały   wodę 
w regularnych   odstępach.   Minęła   go   łódź   ze   sprzętem 
fotograficznym   na   usługi   turystów,   ale   odsunął   od   siebie 
pomysł,   żeby   się   na   nią   zabrać.   Był   zbyt   podminowany 
wczorajszym   spotkaniem   przy   lunchu,   żeby   siedzieć 
bezczynnie.

Używał   właściwych   sztućców,   wybrał   odpowiednie   wino, 

przedstawił świetne referencje i plan działania. Opłaciły mu się 
lata prywatnej nauki. Był teraz w pierwszej lidze.

Wykona zadanie w najbardziej odległym punkcie wyprawy. 

Podrzuci go tam helikopter i zabierze z powrotem. Dzięki temu 
ma jeszcze kilka wolnych dni i czas na oswojenie się z rolą 
grubej ryby.

Blondynka,   z którą   miał   się   spotkać   wieczorem,   po   jej 

seminarium menedżerskim, należała do zupełnie innego świata 
niż kobiety, z którymi zadawał się do tej pory. Wiedział, że 
pójdzie   z nim   do   łóżka.   Zobaczył   to   w jej   przestraszonym, 
zafascynowanym wzroku.

Chrząknął,   żeby   oczyścić   gardło   i splunął   do   kanału. 

Łachmyta   z przedmieścia   i biznesmen   z klasą   to   jeden   i ten 
sam facet.

Dziewczynki dojrzewały i zaczynało im się podobać to, co 

widziały w jego oczach.

background image

Kiedy   Hope   doszła   do   „obozowiska",   była   gorzko 

rozczarowana. Nie spodziewała się palm kokosowych wokół 
błękitnego   stawu,   ale   poza   kilkoma   wątłymi   krzewami 
meskitowymi   teren   wyglądał   identycznie   jak   kilometry 
pustyni, które z takim trudem pokonali.

Jared  poprosił   wszystkich   o uwagę.   Poszczególne   drużyny 

miały ustawić namioty i sprzęt do gotowania w odległości od 
dziesięciu   do   trzydziestu   metrów   jeden   od   drugiego. 
Maksymalnie   delikatnie,   żeby   w jak   najmniejszym   stopniu 
niszczyć naturalne podłoże.

Uff!
Jej   zdaniem   „naturalne   podłoże",   a po   ludzku   ziemia, 

częściej niszczyło ludzi niż odwrotnie. Wolała jednak trzymać 
język   za   zębami.   Naraziła   się   już   poważnie   Brentowi 
i własnym stopom. Jak na jeden dzień, wystarczy.

Nadeszli   męscy   członkowie   drużyny   i z nie   mniejszą   ulgą 

niż   ona   zrzucili   z ramion   plecaki.   Bill   przycisnął   pięść   do 
krzyża i głośno jęknął.

—Rany, masz szczęście, że nie musisz dźwigać dwudziestu 

kilogramów.

O tym samym pomyślała, zanim otworzył usta.
—W takim  razie daj mi  jutro dwa  kilogramy  ze swojego 

plecaka i będziemy kwita — powiedziała z godnością.

—Wiesz, nie chciałbym zaszkodzić twoim hormonom.
Przypomniał  jej   tymi  słowami   ostrzeżenie  Jareda, że  zbyt 

forsowny   wysiłek   powoduje   u niektórych   kobiet   zaburzenia 
cyklu menstruacyjnego.

—W takim razie dziesięć, co ty na to? — Nie wytrzymała 

nerwowo. — Dam radę.

—Feministki — westchnął wściekle. — Wszystkie jesteście 

takie same. Utrapienie i ból głowy, nic więcej.

—Szowinistyczne   wieprze,   nic   więcej   —   wycedziła 

złowrogo. — Ja wezmę aspirynę i będę człowiekiem, a ty jakie 
masz lekarstwo na swoją chorobę?

background image

Hank   ścisnął   delikatnie   jej   ramię,   powstrzymując   od 

dalszych słów.  Kiwnął   brodą  w stronę   nieruchomej  kobiecej 
sylwetki.

Trzydzieści   metrów   dalej   Karen   stała   bezwładnie   między 

trójką innych piechurów, jakby nie zdając sobie sprawy, że nie 
jest   z ich   drużyny.   Hope,   za-   niepokojona;   próbowała 
przywołać ją ręką. Bezskutecznie.

Bill przyłożył obie dłonie do ust.
—Hej, Karen, obudź się!
Jej   słomkowy   kapelusz   uniósł   się   powoli,   odsłaniając 

okrągłe   ciemne   okulary,   które   z odległej   perspektywy 
wyglądały jak sine oczodoły na tle niezdrowo bladej twarzy. 
Prawie tak białej jak maść cynkowa na jej nosie. Ruszyła do 
przodu   sztywnym   krokiem,   ryjąc   butami   ścieżkę 
w „naturalnym podłożu"...

Była zapewne u kresu wytrzymałości.
Hope, bliska paniki, wyszła jej naprzeciw.
—Przyjaciółko,   znowu   mnie   straszysz?   Nie   czujesz   się, 

jakbyś miała zemdleć?

—Już   dawno   przekroczyłam   barierę   czucia   —   szepnęła 

Karen.

—Rozumiem.   Wytrzymaj   jeszcze   chwilę,   a obiecuję,   że 

zaraz odpoczniesz i dojdziesz do siebie.

Podprowadziła ją za rękę do Hanka i Billa, którzy zaczęli 

rozpakowywać namiot.

Hank poderwał się i pomógł Karen zdjąć plecak. Dźwięk, 

który wydobył się z jej ust, mógł być równie dobrze wyrazem 
agonii   albo   ekstazy.   Wzięła   z jego   rąk   otwarty   bidon 
i z zamkniętymi oczami zaczęła pić.

Kiedy   Hank   odwrócił   się   do   Hope,   miała   już   do   połowy 

rozpakowany plecak.

—Nie,   dziękuję,   dam   sobie   radę...   ale   wielkie   dzięki.   To 

miłe, że są jeszcze na świecie dżentelmeni.

Bill podniósł głowę, ściągnął szpakowate brwi i poprawił na 

nosie odblaskowe okulary.

background image

—Dziękuję, Karen, że  pozwoliłaś Hankowi ci pomóc.  To 

miłe,   że   są   jeszcze   na   świecie   kobiety,   które   nie   nazywają 
dżentelmenów szowinistami.

Niezłe   odbicie,   przyznała   w duchu   Hope.   Zanim   zdążyła 

pomyśleć   o godnej   ripoście,   zobaczyła,   że   zbliża   się   ich 
przewodnik.   Bill   podniósł   się   na   jego   widok   i podszedł   do 
pozostałej trójki.

—Jak się czujecie? — spytał Jared, rozpiął pasek biodrowy 

i jednym sprawnym ruchem uwolnił się od plecaka.

—Dobrze.
—W porządku.
—Może być.
Oparł ręce na biodrach i zaniósł się śmiechem.
—Kłamcy. Wszyscy czworo zastanawiacie się w tej chwili, 

po   jaką   cholerę   zapisaliście   się   na   ten   kurs.   Ale   zmienicie 
zdanie, kiedy zjecie pyszne gorące danko i wyjdą gwiazdy. Tu, 
nad   daleką   pustynią,   nocne   niebo   wygląda   naprawdę 
niesamowicie.

Pochylił się, rozpiął jedną z kieszeni plecaka i wyjął kocher, 

a potem pojemniki z wodą dla całej grupy — do mycia się i do 
gotowania — radio CB, jakieś naczynia i prowiant.

Hope patrzyła na rosnący stos pakunków z niedowierzaniem. 

Dźwigał   ten   kram   i całą   resztę,   której   nie   wyjął?   Ona, 
z piętnastoma kilogramami, czuła się tak obolała, jakby szła 
pod górę z workiem cementu.

—Jared, ile dokładnie waży twój plecak?
—Z batem czy bez bata? — Poprawił okulary na nosie.
Bill zaniósł się obrzydliwym rechotem.
Jared spojrzał na plecak i wzruszył ramionami.
—Jakieś dwadzieścia pięć, trzydzieści kilogramów.
Trzydzieści.
—Czyli o dziesięć więcej niż dwadzieścia, które niesie Bill... 

—   Teraz   Hope   wybuchnęła   śmiechem.   —   A może   jutro 
podzielisz się z nim różnicą?

Jared wyjął torbę z makaronem, otarł ręce o spodnie i wstał.

background image

—To   nie   są   zawody.   Każdy   będzie   dźwigał   swój   ciężar, 

w ten   czy   inny   sposób.   I to   od   zaraz.   Karen,   wymień   trzy 
najważniejsze urządzenia na obozowisku.

Hope z radością zauważyła, że twarz jej przyjaciółki zaczęła 

odzyskiwać normalny kolor.

—Schronienie, latryna i kuchnia?
—Właśnie. Ja poszukam odpowiedniego miejsca na kuchnię. 

Drużyna   Marta   wykopie   za   krzakami   latrynę.   Zostaje 
schronienie...

Zniżył znacząco głos, patrząc każdemu po kolei w oczy.
Zrozumieli przesłanie i zabrali się do pracy. Hope narzuciła 

sobie   maksymalne   tempo.   Z dwóch   kobiet   w drużynie   tylko 
ona miała jeszcze zapas energii, mimo że pęcherz na pięcie 
dokuczał jej coraz bardziej.

A uporczywe pocenie się doprowadzało ją do szału.
Doszła do wniosku, że przedwieczorne słońce nie spali jej 

skóry, zdarła więc z siebie wierzchnią koszulę i cisnęła ją na 
plecak.   Żałowała,   że   nie   może   zrobić   tego   samego   ze 
spodniami.

Krążąc wokół, szukała możliwie płaskiego kawałka terenu, 

na   którym   mogłyby   rozbić   namiot.   Pięć   minut   później 
zorientowała się, że Karen tkwi wciąż w tym samym miejscu, 
za   poletkiem   kaktusów.   Hope   nie   miała   serca   namawiać 
przyjaciółki, żeby okrążyła przeszkodę.

Kiedy   mężczyźni   rozłożyli   do   połowy   swój   namiot, 

wypatrzyła wreszcie miejsce, w którym było względnie mało 
ostrych kamieni i roślin. Spróchniały pień drzewa, leżący na 
środku wolnego placu, dokładnie tam, gdzie mogłyby rozłożyć 
podłogę, powinien dać się usunąć bez trudu.

Schyliła się, żeby podnieść srebrzystoszary klocek drewna.
—Hope, nie rób tego!

background image

8

Jared widział, jak Hope cofa się z ręką przyciśniętą do serca, 

ze wzrokiem utkwionym w kawałku drewna. Nie miał zamiaru 
straszyć ani jej, ani pozostałej trójki. Wszyscy nie wiadomo 
kiedy znaleźli się w tym samym miejscu.

—Nie ruszaj tego — powtórzył.
Hope kiwnęła głową.
—Co zobaczyłeś?
—Mało brakowało, a zmieniłabyś krajobraz tego miejsca dla 

własnej wygody.

—Dobrze. Ale co takiego zobaczyłeś?
—Szukałaś miejsca, w którym dałoby się rozłożyć namiot, 

nie biorąc pod uwagę naturalnego stanu otoczenia.

—To   wszystko?   Żadnej   żmii?   Ani   gniazda   skorpionów? 

Albo jadowitej jaszczurki?

Westchnął ciężko, krzyżując ręce.
—W   tym   próchniejącym   drewnie   żyją   owady.   Drobne 

zwierzęta   zjadają   owady,   gady   żywią   się   drobnymi 
zwierzętami   —   łańcuch   pokarmowy   opiera   się   na   kruchej 
równowadze.   Likwidując   jeden   pień,   atakujesz   delikatne, 
powiązane   wzajemnymi   zależnościami   środowisko   roślin 
i zwierząt.

Hank odwrócił się do Jareda z niewyraźną miną.
—Posłuchaj,   Jared,   faktem   jest,   że   niełatwo   tu   znaleźć 

kawałek równej ziemi, na którym nic by nie leżało i nic nie 
rosło.

Rozejrzawszy się dookoła, Jared spuścił nieco z tonu.
—Jeśli   będziecie   musieli   przesunąć   trochę   drobnych 

kamieni, nic się nie stanie. Spróbujcie jednak zapamiętać, gdzie 
leżą, żeby po zwinięciu obozu odłożyć je na miejsce.

—Odłożyć  na  miejsce  po  zwinięciu  obozu  — powtórzyła 

Hope. — Kamienie. Otrzeźwiej, druhu. Ochrona środowiska, 
proszę bardzo, ale to, co opowiadasz, graniczy z fanatyzmem.

background image

—Z   największą   przykrością,   ale   ja   też   muszę   przyznać 

koleżance   rację   —   powiedział   Bill.   Kiedy   zwróciły   się   do 
niego   cztery   pary   oczu,   podrapał   się   w brodę.   —   Hope   ma 
słuszność, nie da się ukryć. Jeśli jakiś odyniec, jeleń albo inne 
bydlę   wykopie   kilka   kamieni,   żeby   zrobić   sobie   legowisko, 
nikt się go nie czepia. A my niszczymy przyrodę? Kupy się to 
wszystko nie trzyma!

Jared   spojrzał   na   Hanka,   który   wzruszył   nieśmiało 

ramionami.

—Rzeczywiście, jest w tym jakaś przesada.
Uprzedzając jakiekolwiek pytanie, Karen zaczęła obgryzać 

paznokcie.

Jared zauważył krzątaninę w sąsiednich obozowiskach i zdał 

sobie   sprawę,   że   nie   omówił   tego   tematu   w klasie,   tak   jak 
zwykle. Cholera, nic w tej grupie nie przebiega tak jak zwykle. 
Spojrzał w słońce, potem z powrotem na zbuntowaną drużynę.

—Rozumiem,   dlaczego   tak   mówicie,   i spróbujemy   wrócić 

do   tego   tematu   później.   Teraz,   jeśli   się   nie   pospieszymy 
z rozłożeniem   obozu,   będziemy   pracować   po   ciemku. 
Pogadamy po kolacji, zgoda?

Kiwnęli głowami i odeszli do swych zajęć — oprócz Hope, 

którą Jared zawrócił z drogi.

—Możemy chwilę porozmawiać?
Zatrzymała się w pół kroku. Zachodzące słońce świeciło jej 

prosto w plecy. Przez sekundę nie była w stanie zebrać myśli.

Jej długie, zgrabne nogi prześwitywały przez cienką tkaninę 

spodni. Zdjęła już przezroczystą koszulę, na którą przez cały 
dzień starał się nie patrzeć, odsłaniając to, czego przez cały 
dzień   usiłował   sobie   nie   wyobrażać.   Aksamitne   ramiona. 
Drobny tułów przechodzący w dziewczęcą talię. Ładne piersi. 
Bardzo ładne. Okiem znawcy oszacował kształt jej biustonosza 
pod cienką tkaniną bluzki. Zapięcie z przodu, ustalił bez trudu. 
Zadanie dla jednej ręki, łatwizna.

—Chciałeś ze mną porozmawiać — ponagliła go Hope.
Patrzył na nią wzrokiem winowajcy. Dobrze, że nie zdjął 

background image

okularów. Ręką ściskał w kieszeni złożoną finkę, którą zawsze 
miał przy sobie.

—Zwalniam cię dzisiaj z pokazu lisiego chodu.
Wyglądała na zawiedzioną.
—Dlaczego? Aha, zauważyłeś, że utykam.
— Właśnie, utykasz na lewą nogę. Zanim pójdziesz spać, 

chciałbym obejrzeć ten pęcherz.

—Nie przejmuj się. Sama się nim zajmę.
—Nie, najpierw ja się nim zajmę — powiedział stanowczo. 

— Nie mam zamiaru skracać całej wyprawy z powodu infekcji 
twojej   pięty.   Powinnaś   mi   powiedzieć   od   razu,   jak   tylko 
zaczęła ci dokuczać.

—Masz rację, powinnam.
—Czy mnie słuch nie myli? — Przystawił dłoń do ucha. — 

Przysiągłbym, że przyznałaś mi rację.

Wybuchnęła czystym, radosnym śmiechem.
Jakże   wtedy   żałował,   że   ciemne   okulary   zasłaniały   jej 

roziskrzone oczy!

—Nie wiedziałem, że potrafisz śmiać się w taki sposób...
—W   jaki   znowu   sposób?   —   Zdjęła   czapkę   i potrząsnęła 

dręczonymi przez cały dzień włosami. — Jak idiotka? Czy jak 
hiena?   —   Zawiesiła   głos.   —   Będę   strzelać,   możesz   mnie 
w każdej chwili poprawić.

—Jak   gdybyś   była   szczęśliwa...   —   Te   słowa   z trudem 

przeszły mu przez gardło.

Uśmiech zastygł jej na ustach i zamienił w gorzki grymas.
—   Otóż   przyjmij   do   wiadomości,   druhu,   że   ja   jestem 

szczęśliwa. Ludzie, którzy ze mną pracują, mają potąd mojego 
szczęśliwego   śmiechu!   Dostają   od   niego   mdłości.   Fakt,   że 
usłyszałeś go po raz pierwszy, powinien dać ci do myślenia.

Włożyła   zamaszystym   ruchem   czapkę,   odwróciła   się   na 

pięcie i odeszła.

Jared wrócił do miejsca, w którym leżał duży, płaski kamień. 

Tutaj postanowił urządzić polową kuchnię.

Myślał o Hope. Dotknął jej czułego punktu, to pewne. Tak 

background image

jak   pierwszego   dnia,   kiedy   powiedział,   że   jest   wyczerpana 
psychicznie. To, że była nieszczęśliwa, wypalona od wewnątrz, 
nie ulegało wątpliwości, ale większość ludzi rozpoznaje taki 
stan i szuka środków zaradczych. Hope nie przyjmowała tego 
do wiadomości.

Klęcząc,   odwrócił   się   przez   ramię,   żeby   sprawdzić,   czy 

damska   część   drużyny   znalazła   miejsce   na   namiot.   Kobiety 
znalazły je, podobnie jak mężczyźni, w dostatecznej odległości 
od „kuchni". Iskra z ogniska nie miała szansy tam dotrzeć.

Dla   pełnego   bezpieczeństwa   odszedł   trochę   dalej,   żeby 

otworzyć pojemnik z paliwem i napełnić kocher. Nawet mała 
ilość   ciekłego   paliwa   na   ziemi   może   się   zapalić   od   iskry. 
Kiedyś, na jego oczach, płomieniem zajęły się spodnie kolegi. 
Od tamtej pory uważał, że ostrożności nigdy za wiele.

Podszedł   Hank,   żeby   zapytać   o wodę   do   mycia.   Jared 

wręczył   mu   dwa   pojemniki   z prośbą,   żeby   jeden   z nich 
dostarczył Hope i Karen. Do podziału.

—Dobrze — zgodził się Hank. — Ale masz wobec mnie 

dług wdzięczności. Już widzę ich miny!

Jared uśmiechnął się pod nosem. Ustawił kocher ciśnieniowy 

na blacie z kamienia, posmarował palnik benzyną w galarecie 
i delikatnie   zapalił.   Czekając,   aż   metal   palnika   nagrzeje   się, 
wrócił myślami do Hope — co zbyt często mu się zdarzało, 
odkąd wkroczyła w jego życie.

W   jej   nienasyconej   ambicji,   skłonności   do 

współzawodnictwa, porównywania się z innymi, rozpoznawał 
tyle   swoich   dawnych   cech.   To   ciągłe   szukanie   szczęścia 
„gdzieś   tam",   kiedy   wszystkie   odpowiedzi   tkwią   w nas 
samych!

Jared nie mógł naprowadzić jej na te odpowiedzi inaczej niż 

kiedyś   Ben   jego.   Stary   mądry   Indianin   powiedział   mu   tak: 
„Każdy człowiek ma swoją ścieżkę. Szukanie — jest częścią 
tej   ścieżki.   Każdy   wędrowiec   musi   odnaleźć   swoją   własną 
drogę".

Na wspomnienie koszmarnych dni po procesie ojca, Jared 

background image

westchnął ciężko. Nie życzyłby swojej ścieżki nikomu, i nie 
zazdrościł   Hope   jej   własnej.   Była   kolczasta   jak   kaktus,   ale 
podziwiał   upór   i siłę   charakteru   tej   kobiety.   Odkrył,   że   nie 
tylko pragnie jej, ale po prostu lubi. Potrzebował trochę czasu, 
żeby oswoić się z tym odkryciem.

Kocher już dawno był wystarczająco nagrzany, żeby paliwo 

pod   ciśnieniem   mogło   zamienić   się   w parę.   Odkręcił   kurek 
i zapalił zapałkę. Syk płomienia skojarzył mu się z jedzeniem 
i przypomniał   o głodzie.   Kurczak   z makaronem   powinien 
poprawić wszystkim nastrój.

Wszystkie   sztućce   i dwa   rondle   wrzucił   do   wielkiego 

sterylizatora,   doprowadził   wodę'   do   wrzenia   i poszedł 
sprawdzić, jak sobie radzi jego drużyna.

Hank   i Bill   rozbili   prawidłowo   namiot,   wypakowali 

z plecaka wszystkie niezbędne rzeczy i rozłożyli je na kupki. 
Zdążyli   zmyć   z siebie   trochę   całodziennego   kurzu.   Jared 
pochwalił   ich,   obiecał,   że   nie   będą   czekali   zbyt   długo   na 
kolację, i poszedł do kobiet.

Zauważył od razu, że wiatr uderza zbyt silnie w jedną ścianę 

namiotu.   Żaden   problem,   dopóki   Karen   była   w środku 
i spełniała rolę kotwicy. Zdarza się jednak mniej wytrawnym 
turystom, że wolno stojące namioty — zwrócone złą stroną do 
wiatru — tracą stabilność i lądują na kaktusach, kiedy podłoga 
jest nie obciążona.

Hope siedziała przed zamkniętą na suwak klapą przedsionka, 

wpatrzona w przezroczystą plastikową torbę, która leżała na jej 
kolanach. Jared rozpoznał w niej kształt butelki z szamponem, 
kostki   mydła,   rozmaite   tubki   i pojemniczki   na   kosmetyki. 
Kiedy   podniosła   głowę,   całą   siłą   woli   powstrzymał   się   od 
śmiechu.

Była bez okularów, ale jej smętne oczy ukazały się Jaredowi 

w czarnej, błazeńskiej oprawie z rozmazanego tuszu.

—Dlaczego   mnie   po   prostu   nie   zastrzelisz?   —   spytała 

dramatycznym głosem. — Byłoby z głowy.

—O co chodzi? Tak cię boli ta stopa?

background image

—Gorzej. Z pęcherzem na pięcie można jeszcze wytrzymać.
Czekał cierpliwie.
Odwróciła się, chwyciła pojemnik z wodą, który stał koło 

plecaka i podniosła go w górę.

—To zbrodnia.
—Jutro rozbijemy obóz bliżej źródła wody — obiecał Jared.
—Ty chyba nie rozumiesz. Ja umrę dzisiaj — do jutra nie 

dożyję — jeśli nie umyję włosów.

Coś takiego.
—Dożyjesz.   I sama   zobaczysz,   że   można   się   całkiem 

porządnie umyć w połowie tej wody.

—W połowie tej wody nie umyję porządnie nawet zębów. 

Nic   na   to   nie   poradzę,   ale   jestem   bardzo   czystą   osobą   — 
oznajmiła afektowanym tonem, który sugerował, że niestety, 
nie da się powiedzieć tego samego o nim.

—A mnie  się zdaje, że jesteś bardzo rozrzutną osobą. — 

Spojrzał z niepokojem na zapięcie namiotu. — Jak się czuje 
Karen?

—Zamordowałeś ją. Nie udawaj, że to cię chociaż trochę 

obchodzi.

—Bardzo mnie obchodzi samopoczucie ludzi, których mam 

pod opieką — powiedział dobitnie.

—Ludzie, których masz pod opieką, są brudni. Potrzebują 

wody do umycia włosów. Potrzebują dużo więcej wody, do 
jasnej cholery.

Opuściły   go   resztki   dobrego   humoru.   Włożył   rękę   do 

kieszeni i machinalnie zaczął pocierać palcami nóż, jakby to 
był czarodziejski amulet.

—Szczerze mówiąc, kusi mnie, żeby oddać ci całą jutrzejszą 

porcję   wody   do   picia   i pozwolić,   żebyś   przez   cały   dzień 
cierpiała. Ale wtedy miałabyś satysfakcję, że umierasz przeze 
mnie.

—Niestety, druhu, nie możemy sobie na to pozwolić. Co byś 

zrobił z ciałem? Mój trup mógłby zakłócić kruchą równowagę 
łańcucha pokarmowego tutejszego ekosystemu...

background image

Gładził rękojeść noża i oddychał głęboko przez nos.
—Nawet   nie   dopuszczam   do   siebie   myśli,   żeby   kojoty, 

objadłszy się moim mięsem, straciły apetyt na króliki, które...

Powiew wiatru zerwał jej z głowy czapkę. Jared wyciągnął 

po nią rękę, ale chybił. Poszybowała nad ziemią i wylądowała 
trzydzieści metrów dalej, na dzikiej agawie.

— Nie, nie, sama po nią pójdę — powiedziała Hope, widząc, 

że Jared wybiera sieją odzyskać. — Zrób lepiej kolację. Cała ta 
gadka o jedzeniu zaostrzyła mi apetyt. — Otrzepała piasek ze 
spodni i pomachała mu ręką.

Żadnej   innej   kobiety   nie   miał   ochoty   dusić   i całować 

jednocześnie. Dopiero Hope obudziła w nim takie niezdrowe 
instynkty.

Ruszył   w stronę   prowizorycznej   „kuchni",   ale   nagle 

zatrzymał   się.   Jego   niezwykle   czuły   wewnętrzny   alarm 
zadźwięczał jak uderzony kamerton. Rozejrzał się wokół, nie 
zauważył   niczego   podejrzanego,   ale...   przenikliwy   dźwięk 
w głowie narastał.

Bez   wahania   zamknął   oczy   i otworzył   się   na   głos   ducha-

który-przenika-wszystkie-rzeczy.

Wiatr   pędzi   przez   cierniste   krzaki,   unosi   pióra   gołębicy, 

która   lata   nisko.   Powiew   chłodu   na   piasku.   Bicie   serc   — 
ludzkie i wolne od lęku. Zgrzyt cielska węża...

Otworzył   oczy   wprost   na   niebezpieczeństwo   pełznące   ku 

agawie   i —   prawdopodobnie   —   do   podziemnego   gniazda. 
Hope była pięć metrów od czapki.

—Hope, nie! — wrzasnął ze ściśniętym gardłem.
—Dobra,   dobra,   spokojnie   —   zawołała   przez   ramię,   nie 

zwalniając kroku. — Drugi raz na ten sam numer nie dam się 
nabrać.

Wyciągnęła rękę w tej samej chwili, kiedy półtorametrowy 

grzechotnik   zauważył   jej   buty,   zagradzające   mu   wejście   do 
sypialni.   Wąż   zwinął   się   natychmiast   i wydał   z siebie   jeden 
z najbardziej przerażających dźwięków na zachodniej półkuli.

Hope skamieniała.

background image

Grzeczna dziewczynka, pomyślał Jared. Skulony, podnosił 

wysoko nogi jak indiański tropiciel. Szedł lekko, bezszelestnie, 
wdzięczny jak nigdy dotąd za godziny ćwiczeń, które odbył 
pod   surowym   okiem   Bena.   Tak   wolno,   że   omal 
niedostrzegalnie, sięgnął do kieszeni i rozłożył nóż.

Wąż   był   bardzo   niespokojny.   Hope   zagrażała   jego 

bezpieczeństwu   i znajdowała   się   w zasięgu   uderzenia.   Jared 
miał   niewiele   czasu.   Z odległości   dziesięciu   metrów   miał 
szansę go zabić.

W jednym ułamku sekundy, jednym błyskawicznym ruchem, 

cisnął nożem w grzechotnika.

Hope wydała z siebie przeraźliwy wrzask.
Godzinę później  siedziała ze  swą  drużyn przy osłoniętym 

lampionem   świeczniku,   z trudem   przełknąwszy   kęs   dania, 
które   przyrządził   dla   nich   Jared.   Po   raz   pierwszy   w życiu 
świadomie patrzyła w oczy śmierci. A to może odebrać apetyt.

Wiedziała, że nigdy, do końca życia, nie zapomni tych kilku 

minut,   które   były   dla   niej   wiecznością.   Zimne   oczy   gada. 
Czarny drgający język. I ten straszny, złowieszczy grzechot.

Wiedziała, że wąż może ją zaatakować, wiedziała także — 

była   o tym   głęboko,   instynktownie   przekonana   —   że   Jared 
spróbuje ją uratować. A jednak widok ostrza, które przekroiło 
w poprzek ciało gada, wprawił ją w szok. Może zachowałaby 
się z większą godnością, gdyby ten cholerny łeb nie upadł tuż 
koło   jej   stóp,   gdyby   nie   otwierał   i nie   zamykał   paszczy, 
podczas gdy reszta ciała wiła się na piasku półtora metra dalej.

Kobieca   dłoń   ścisnęła   ją   za   rękę.   Hope   otrząsnęła   się 

i wróciła   na   ziemię.   Mimo   że   miała   na   sobie   lekki   sweter, 
drżała jak w febrze.

—Musisz jednak coś zjeść — powiedziała łagodnie Karen.
Zorientowawszy się, że odłożyła sztućce już po pierwszym 

kęsie, Hope podniosła widelec, żeby spróbować jeszcze raz.

—No,   jeśli   już   nie   chcesz,   mogę   zjeść   za   ciebie   — 

powiedział   Bill   i nie   czekając   na   odpowiedź,   włożył   do   ust 
ogromny   kawał   mięsa.   —   Pycha.   Słyszałem,   że   mięso 

background image

grzechotnika przypomina w smaku kurczaka, ale żeby aż tak...

Hope wypuściła z ręki widelec.
Bill ryknął śmiechem przypominającym psi skowyt.
—A niech cię diabli, Hank, przecież ja żartowałem! Zdaje 

się, że złamałeś mi żebro!

—Zdaje   się,   że   twoje   żebro   złamało   mi   łokieć   —   jęknął 

Hank.

Jared pochwycił spojrzenie Hope.
— Nie ma w tym żadnego innego mięsa poza kurczakiem 

z puszki — powiedział z naciskiem. — Naprawdę powinnaś to 
zjeść do końca. Spaliliście dzisiaj mnóstwo kalorii.

Uśmiechnęła się blado i podniosła widelec.
—Posłuchaj,   Jared,   jeśli   chodzi   o węża...   —   Bill   drążył 

temat   z namolnością   sześciolatka.   —   Nie   mógłbyś   mi 
podarować grzechotki, którą wyjąłeś z tego gada? Moi kumple 
nie uwierzą w twój wyczyn bez konkretnego dowodu.

—Pomyślę o tym. Ale teraz zmienimy temat.
—Może pogadamy o kamieniach? — zaproponowała Hope. 

Gotowa   była   rozmawiać   o czymkolwiek,   byle   nie 
o grzechotnikach. — Mówiłeś, że nam wytłumaczysz, dlaczego 
popełniamy   przestępstwo,   przesuwając   z miejsca   na   miejsce 
kamienie.

Jared posłał jej krótkie, drwiące spojrzenie.
—   Nie   przypominam   sobie,   żebym   dokładnie   tak 

powiedział, ale mniejsza o to, spróbuję usprawiedliwić swoją 
reakcję. Ale zanim zacznę, czy ktoś chciałby się napić kawy?

Okazało się, że wszyscy mają ochotę na kawę.
—Ja   naleję   —   zaproponowała   cicho   Karen   i natychmiast 

wstała.

Wcześniej nałożyła na talerze kolację, wszystkich obsłużyła, 

jak   gdyby   uważała   to   za   swój   święty   obowiązek.   Jak 
wytresowana... Hope skrzywiła się.

—Pomogę jej- powiedziała.
—Zostań — rozkazał Jared — i jedz.
Wstał i poszedł za Karen.

background image

Brawo,   tak   wygląda   tresura,   pomyślała   Hope,   zbyt 

zmęczona,   żeby   się   złościć.   Stukanie   kubków,   odgłos 
nalewanej wody, zadowolone pomruki — wszystko to wydało 
jej   się   bardzo   kojące.   Czuła,   jak   opada   z niej   napięcie. 
Następny kęs jedzenia smakował znacznie bardziej niż piasek, 
a mocna   kawa,   którą   podała   Karen,   wprawiła   ją   w stan 
błogości.

Kiedy   wszyscy   usiedli   wygodnie,   Jared,   wpatrzony 

w płomień świecy, zaczął mówić:

—Jeżeli sprawiam wrażenie fanatyka, upierając się, żeby jak 

najmniej   ingerować   w naturalne   środowisko,   to   dlatego,   że 
wiem,   co   się   dzieje,   kiedy   ludzie   zachowują   się   odwrotnie. 
Całe   jeziora   zatrute.   Wyniszczone   gatunki   roślin,   nie   do 
odtworzenia.   Papier   toaletowy   dekoruje   lasy.   Zwierzęta 
wytrzebione przez ludzi albo skazane na głód, kiedy naturalny 
łańcuch pokarmowy zostaje zniszczony.

Przerwał na chwilę, ale wszyscy milczeli.
—Tu, w Meksyku, jesteśmy praktycznie sami, i na razie tej 

pustyni nie grozi zadeptanie. Ale istnieje spore ryzyko, że za 
kilka   lat   tysiące   hektarów   wokół   nas   —   to   znaczy   wokół 
mojego letniego domu — znajdą się w granicach ogromnego 
Parku   Narodowego   Big   Ben,   a wtedy   tłumy   Amerykanów 
zaleją te tereny.

Bill zaczął przebierać nerwowo nogami.
—Zaraz, zaraz, na moje oko to się kupy nie trzyma. Po co 

Amerykanie   mieliby   przyjeżdżać   tutaj,   jeśli   w Ameryce   jest 
tyle piękniejszych miejsc i dużo łatwiej się do nich dostać?

—Po pierwsze, wstrzymaj się z oceną uroków tej ziemi do 

końca wyprawy. Po drugie, oba rządy zbudują albo poprawią 
drogi dojazdowe do wspólnego parku. Po trzecie, nawet gdyby 
tego nie zrobili, Amerykanie i tak będą tu przyjeżdżać.

Jared   upił   trochę   kawy,   poprawił   okulary   i pił   dalej. 

Wyglądało na to, że uważa rozmowę za zakończoną.

—Dlaczego?   —   spytała   Karen,   zaskarbiając   sobie 

wdzięczność Hope. Możliwe, że gdyby ktokolwiek inny zadał 

background image

to pytanie, Jared nie czułby się zobowiązany odpowiedzieć.

—A   dlaczego   wy   czworo   oderwaliście   się   od   pracy,   od 

gorączkowego życia w mieście, żeby dźwigać plecaki, rozbijać 
namioty, stawiać czoło grzechotnikom i brudnym włosom?

Wymienił   dyskretny   uśmiech   z Hope,   co   rozgrzało   ją 

bardziej niż kawa. Po chwili spoważniał i wydał jej się tym 
bardziej ekscytujący.

—Co   roku   nasze   parki   narodowe   odwiedza   około   trzech 

milionów ludzi, a liczba ta stale rośnie. Ludzie napływają na te 
tereny   ze   zrozumiałych   powodów   —   dzikich   obszarów   jest 
w Ameryce   coraz   mniej.   Autentyczna   przyroda   zanika. 
Niszczymy ją stale hektar po hektarze.

Odkąd   zaszło   słońce,   Jared   miał   na   nosie   swoje   zwykłe 

okulary   w drucianych   oprawkach.   Odblask   świecy 
w przezroczystych   szkłach   sprawiał,   że   trudno   było   czytać 
z jego oczu, ale Hope rozpoznawała wzruszenie w jego głosie.

Szkoła   przetrwania   Jareda   nie   była   firmą   obliczoną 

wyłącznie   na   zysk,   jedną   z tych,   które   wykorzystywały 
przejściową modę — owczy pęd biznesmenów uciekających od 
cywilizacji   na   „wczasy   z adrenaliną".   Jared   podchodził   do 
swojej pracy z pasją i naprawdę kochał tę opuszczoną ziemię. 
Przypominał pod tym względem jej rodziców.

Niewygodną ciszę przerwał Hank.
—Nie miałem pojęcia, że parki narodowe są tak popularne. 

Ale czy rząd nie mógłby w jakiś skuteczny sposób kontrolować 
liczby turystów odwiedzających je w tym samym czasie?

—Zamknąć bramy i wydawać ograniczoną liczbę biletów? 

To   jedno   wyjście.   Tylko   że   ono   kłóci   się   z pewną   cechą 
narodową   Amerykanów   —   wszyscy   mamy   ją   zaszczepioną, 
w mniejszym lub większym stopniu. .. — Spojrzał na Hope ze 
znaczącym uśmiechem.

—Niezależność,   poleganie   na   samym   sobie.   Nie   lubimy 

utartych   ścieżek,   nie   lubimy,   kiedy   biurokratyczne   przepisy 
ograniczają naszą swobodę zachowania.

—A drugie wyjście? — zapytał Hank.

background image

—Drugie wyjście jest takie, żeby nauczyć się kontrolować 

samych siebie. Jeśli będziemy zachowywać się w terenie jak 
najostrożniej,   nie   niszcząc   i nie   zmieniając   niczego   bez 
potrzeby, jesteśmy w stanie doprowadzić do takiej sytuacji, że 
następna wyprawa nie tylko nie będzie zbierać po nas śmieci, 
ale w ogóle nie zauważy, że tu byliśmy. Pewną nadzieję daje 
to,   że   ludzie,   którzy   mają   za   sobą   kursy   naszej   i wielu 
podobnych   szkół,   zarażają   swoją   świadomością   innych   — 
roznoszą dobrą wieść. My nie przenosimy, ot tak sobie, pni 
drzew ani kamieni, nie wydeptujemy szlaków jak stado bydła. 
My   pakujemy   i zabieramy   z sobą   śmieci,   doprowadzamy 
miejsce, w którym rozbiliśmy biwak, do pierwotnego stanu... 
Zresztą znacie te zasady na pamięć.

—Zachowujemy   się   tak   jak   dobrze   wychowani   goście   — 

podsumowała   rozsądnie   Karen,   wprawiając   wszystkich 
w zdumienie.

—Właśnie tak!
Gdyby Jared wpadł kiedyś w taki zachwyt z powodu Hope, 

zgodziłaby się zostać jego niewolnicą.

Zaczął coś jeszcze mówić, ale przerwał, jakby nagle zmienił 

zdanie.

—Dosyć   wykładów   na   dzisiaj.   Czas   wolny,   kochani; 

spróbujcie   nacieszyć   oczy   tutejszą   piękną   nocą.   Za   godzinę 
gasimy światło.

Podniósł   się   i zabrał   do   sprzątania   naczyń,   odrzuciwszy 

przedtem ich jednogłośną propozycję pomocy.

Kiedy   Hope,   kuśtykając,   szła   z Karen   do   namiotu, 

przechyliła   w tył   głowę   i z zachwytu   wstrzymała   oddech. 
Pochłonięta   Jaredem,   nie   zauważyła   magicznego   widowiska 
nad ich głowami.

—Wiem — powiedziała Karen. — Widziałaś kiedyś takie 

niebo? To wygląda jak pokaz w planetarium.

W   Nowym   Jorku   Hope   nigdy   nie   zawracała   sobie   głowy 

patrzeniem   w górę,   chyba   że   zbierało   się   na   deszcz.   Nawet 
w Hopeful, w jej rodzinnym Teksasie, niebo nigdy nie było aż 

background image

tak wygwieżdżone.

—Times Square wysiada przy tej iluminacji — przyznała, 

nagle przenosząc się myślami zupełnie gdzie indziej.

Jak sobie radzą bez niej w firmie? Czy Debbie przypomniała 

doktorowi   Hillerowi,   żeby   dostarczył   im   wszystkie   dane 
o ostatnich pacjentkach testujących jego implant? Hope musi 
mieć   te   papiery   na   biurku   w dniu   powrotu.   Czy   Leslie 
dołączyła   listę   członków   zarządu   UroTechu   do   ostatniego 
pisma, które miała wysłać do FDA?

Przestała myśleć o Manning Enterprises, gdy tylko dotarły 

do namiotu. Zapaliły własną lampkę i ustaliły, że umyją się za 
namiotem, jedna po drugiej. Hope wyszła pierwsza.

Na   szczęście,   nie   pytając   nikogo   o zdanie,   włożyła   do 

plecaka   paczkę   wilgotnych   serwetek   o zapachu   magnolii. 
Udało   jej   się   całkiem   porządnie   umyć,   zachowując   opinię 
„bardzo   czystej   osoby".   Czuła   się   rześko,   zapomniała 
o włosach,   mogła   nawet   powiedzieć,   że   jest   zadowolona 
z życia — dopóki nie sięgnęła po ręczne lusterko.

—Nieeee! — wrzasnęła przerażona.
Gdy tylko wróci do domu, zażąda odszkodowania od firmy 

kosmetycznej   La   Belle.   To   ma   być   wodoodporna,   nie 
rozmazująca się maskara?! A niech ją szlag!

—Co się stało? — spytała podniesionym głosem Karen ze 

środka namiotu.

—Wyglądam jak szop pracz, to się stało! Dlaczego mi nie 

powiedziałaś?

Hope zmyła czarne obwódki mokrą serwetką i kremem.
—Ja... nie chciałam cię jeszcze bardziej denerwować po tej 

historii z grzechotnikiem — odparła Karen, zbyt mądra, żeby 
udawać, że nie wie, o co chodzi. — Nie jest tak źle, naprawdę.

Hope skrzywiła się. Właśnie to chciała usłyszeć po godzinie 

gapienia się na Jareda! Przecież ten facet ma oczy. Najgorsze, 
że te jego dyskretne uśmiechy brała za dobrą monetę.

Kiedy skończyła zabiegi przy twarzy, zebrała swoje rzeczy 

i weszła do namiotu.

background image

—Najbardziej mnie dziwi, że Bill się powstrzymał. On też 

poczuł dla mnie litość?

Karen, z małą torbą w ręku, podczołgała się do wyjścia.
—Bill   poczuł   tylko   łokieć   Hanka   na   swoich   żebrach.   — 

Uśmiechnęła się przez ramię i zniknęła w ciemności.

Kiedy   wróciła,   Hope   była   już   w piżamie   i przeszukiwała 

swoją  skromną  apteczkę. Pęcherz  na  pięcie piekł  jak diabli, 
jeszcze gorzej wyglądało obtarte miejsce na palcu.

Karen przysunęła bliżej lampę i jęknęła z wrażenia.
—O   matko,   powinnaś   powiedzieć   Jaredowi,   że   cię   boli 

stopa.

Powinnam zabrać się ciężarówką z powrotem do Terlingua.
—Posłuchaj,  muszę   teraz   odwiedzić   ustronne   miejsce,   ale 

jak   wrócę,   pomogę   ci   z tą   stopą.   Masz   piękną   piżamę   — 
dodała.

Bladoróżowa koszulka i zielone bokserskie szorty w różowe 

świnki   były   ulubionym   nocnym   strojem   Hope.   Dotykając 
obolałej skóry na pięcie, uśmiechnęła się zawadiacko.

—Mogłabym ją  pożyczyć Billowi.  Jak ci  się   podoba  taki 

pomysł?

—Chciałabym widzieć jego minę...
—Hope, jesteś ubrana? — zagrzmiał głębokim basem Jared.
Hope otworzyła usta. Jej serce zamarło, a potem zaczęło bić 

jak oszalałe.

—Muszę obejrzeć twoją stopę.
Karen   uśmiechnęła   się   niewinnie   i wyjęła   z torby   małą 

latarkę.

—Wiesz   co,   to   ja   sobie   wyjdę   i pogadam   przez   chwilę 

z gwiazdami.

Lekceważąc groźną minę Hope, wymknęła się z namiotu.
—Cześć, Jared. Wejdź, jest ubrana, ale jej stopa wygląda 

bardzo nieciekawie.

Dzięki, wspólniczko, pomyślała Hope.
Kiedy Jared wczołgał się do środka, Hope rozpoznała zapach 

duszonego kurczaka, suchego potu i męskiej zakurzonej skóry. 

background image

Mieszaninę,   która   powinna   wydać   się   nieprzyjemna, 
a wprawiła   ją   w stan   upojenia.   Zapragnęła   wcisnąć   nos 
w zagłębienie   między   jego   szyją   a barkiem,   nabrać   głęboko 
powietrza i policzyć do pięciu. Albo do dziesięciu.

Poczuła gęsią skórkę na nogach i ciepło przenikające ją od 

środka.

Odłożył torbę z zestawem do pierwszej pomocy, przykląkł 

na jednej nodze jak do oświadczyn i klepnął się w udo.

—Połóż tu stopę, Hope, i nie kręć się przez chwilę.

background image

9

Jared   próbował   na   nią   nie   patrzeć,   ale   niestety   musiał 

oddychać.   Unosząca   się   w powietrzu   rześka   kwiatowa   woń 
uderzyła mu do głowy, natomiast delikatniejszy, wyczuwalny 
w tle zapach kobiety poszedł prosto do lędźwi. Nigdy w życiu 
nie wzięło go aż tak bardzo i tak nagle.

—Połóż tu stopę — powtórzył niecierpliwie, żeby możliwie 

jak najszybciej mieć tę torturę za sobą.

Jej nogi nie drgnęły.
—Uratowanie mi życia to chyba wystarczający dowód troski 

jak   na   jeden   dzień   —   powiedziała   drewnianym   głosem.   — 
Zostaw tutaj apteczkę, zrobię porządek ze stopą, a potem ci ją 
zwrócę.

Zazgrzytał zębami i policzył do pięciu.
—Czy ty zawsze musisz wszystko utrudniać?
—Utrudniać? Zdaje się, że próbuję ci coś ułatwić.
—Kiedy   Karen   zemdlała,   opuściłaś   zajęcia   z Mattem,   na 

których demonstrował, co się robi z odparzonymi stopami. Daj 
mi, cholera, tę nogę, chciałbym mieć to z głowy i pójść spać!

—Tak jest!
Podsunęła mu pod oczy palce z nienagannie pomalowanymi, 

błyszczącymi paznokciami, oparła piętę na jego udzie i syknęła 
z bólu.

Jared objął dłonią jej kostkę, podniósł stopę na wysokość 

oczu — i zagryzł wargi, żeby nie syknąć podobnie... W klasie, 
podczas   przedstawienia   z całowaniem   nóg,   całą   jego   uwagę 
przyciągała twarz Hope. Teraz było znacznie trudniej.

Drobna, delikatna, zgrabnie wysklepiona stopa była jednym 

z najbardziej erotycznych szczegółów kobiecej anatomii, jaki 
kiedykolwiek oglądał. Suwak spodni zaczął uwierać go jeszcze 
bardziej, kiedy wyobraził sobie, że obejmuje wargami jej palce, 
jeden po drugim, gładzi jej aksamitne podbicie, widzi, jak to 
cudownie zgrabne podbicie ześlizguje się na...

background image

—Aż tak źle to wygląda?
Jared z trudem zdławił śmiech. Jego podniecenie graniczyło 

z bólem,  wiedział  jednak, że  Hope  ma  na  myśli  pęcherz  na 
swojej pięcie.

—Jest cały — mruknął. — Mogę ci pogratulować uporu, ale 

jak dobrze pójdzie, jutro nie powinnaś narzekać.

Opuścił jej stopę i sięgnął po apteczkę.
—Nie   ruszaj   się   —   rozkazał,   po   czym   wyjął   maść 

z antybiotykiem,   nożyczki   i dwa   specjalne   plastry 
z opatrunkiem do opatrywania ran na stopach. — Już wiem, że 
jesteś bardzo czystą osobą, pozwolisz jednak, że zapytam, czy 
umyłaś   bardzo   dokładnie   tę   stopę,   łącznie   z bolesnym 
miejscem?

—Oczywiście, że umyłam ją dokładnie. Niczego nie robię 

do połowy.

Jego fantazja nadała „niczemu" bardzo dokładne znaczenie. 

Usiłując   za   wszelką   cenę   myśleć   o czymś   innym,   spojrzał 
w końcu na Hope.

Miała umytą twarz, większość włosów związała w bezładny 

pędzel   na   czubku   głowy,   pojedyncze   kosmyki   tworzyły 
puszystą   aureolę,   bardziej   odpowiednią   dla   dziewczynki 
z Hopeful   niż   dla   poważnej   finansistki   z Nowego   Jorku. 
Podobała   mu   się   w tej   charakteryzacji.   Cholernie   mu   się 
podobała.   O wiele   bardziej,   niżby   sobie   tego   życzył.   Jego 
wargi czuły .niemal tę aksamitną skórę, wachlarz jedwabnych 
rzęs...

—Mam na nosie pastę do zębów czy co?
Sprawdził i pokręcił głową.
—Przestali   się   wygłupiać,   Jared.   Chodziło   o to,   żebyś 

przestał się na mnie gapić. Denerwujesz mnie.

Denerwuję, tak? Ukrył zadowolony uśmiech.
—Przepraszam. Obiecuję, że nie będę się gapić.
Wycisnął z tubki trochę maści i kolistym, powolnym ruchem 

posmarował   jej   piętę.   Zauważył   małe   zaczerwienienie   na 
środkowym   palcu,   więc   i tam   wmasował   lekarstwo.   Jej 

background image

delikatna stopa wyglądała w jego wielkich opalonych dłoniach 
jak   biała   gołębica.   Drżała,   zauważył   w nagłym   olśnieniu, 
i pogłaskał jej palce.

Ciekawe,  ilu  ludzi   dało  się  zwieść   sile  jej  charakteru,  ilu 

uwierzyło   w pozory   —   w to,   że   jest   większa,   potężniejsza 
i twardsza od innych kobiet? Nie była taka, chociaż bardzo jej 
zależało,   żeby   tak   myślał.   Chciała,   żeby   uwierzył,   że   jest 
odporna na jego dotyk, choć w rzeczywistości było zupełnie 
inaczej. Z całą pewnością.

Błyskawiczny   przypływ   triumfu   równie   nagle   opadł, 

zostawiając go z bólem frustracji.

—A jak się czuje twoja druga stopa? — spytał ochrypłym 

głosem.

—Dobrze — odparła na bezdechu, bardziej w stylu Marilyn 

Monroe niż Hope Manning, sprawiając tym samym, że stan 
Jareda przeszedł z poważnego w krytyczny.

Zakręcając   tubkę   z maścią,   wsłuchiwał   się   w jej   coraz 

szybszy   oddech,   prawie   tak   nierówny   jak   jego   własny. 
Powietrze   stało   się   wilgotniejsze,   zapach   magnolii   bardziej 
oszałamiający, aura pożądania  boleśnie dotkliwa. Namiot  na 
pustyni   przeistoczył   się   w bujny   południowy   ogród,   ogród 
tajemnych rozkoszy.

Modląc   się,   by   nie   drżały   mu   ręce,   wyciął   otwór 

w opatrunku,   usunął   podklejkę   i z największym   trudem 
wydobył głos z gardła.

—Cała sztuka polega na tym, żeby stworzyć strefę ochronną 

wokół odparzonego miejsca, zabezpieczyć przed obcieraniem, 
ale nie zaklejać urażonej skóry, pozwolić, żeby oddychała. — 
Przycisnął opatrunek do pięty, potem wyciął otwór w drugim 
mniejszym   kwadracie,   który   przykleił   do   palca.   —   No   i po 
wszystkim.

Skończ   z tą   nogą   i uciekaj,   gdzie   pieprz   rośnie,   rozkazał 

sobie   w myślach,   ale   nadal   trzymał   w dłoniach   jej   palce. 
Długimi,   powolnymi   ruchami   masował   kciukami   podeszwę. 
Mimo że głośny szum w jego uszach przypominał syk palnika 

background image

ciśnieniowego   w kocherze,   usłyszał   gardłowy   jęk   Hope. 
Podniósł wzrok.

I odtąd był stracony.
Leżała opierając się na łokciach, z drugą nogą wyprostowaną 

bezwładnie na podłodze. Przez nogawkę flanelowych szortów 
Jared   powędrował   nie   skrępowanym   wzrokiem   do   miejsca, 
w którym zaczynała się wypukłość pośladka.

Prymitywne, instynktowne dudnienie rozpoczęło się głęboko 

w jego piersi. Werble tłumionego pożądania. Odłożył jej stopę, 
dotknął ręką łydki, potem kolana. Na krawędzi szortów jego 
palce   zatrzymały   się,   jakby   w ostatnim   odruchu   zdrowego 
rozsądku.

Uciekł wzrokiem od niebezpieczeństwa prosto w jej senne, 

zmysłowe   oczy,   mroczne,   równie   śmiercionośne   jak 
załadowana broń. Następne zagrożenie było jeszcze większe: 
cienka różowa tkanina przylegająca do jej biustu.

Próbował umknąć spojrzeniem w mniej kuszące rejony, Bóg 

mu świadkiem, ale widok pełnych, delikatnie falujących piersi 
obudził w nim męską bestię.

Wyciągnął dłoń jak po zakazany owoc.
—Nie   grasz   fair,   Jared   —   powiedziała   oskarżycielskim 

tonem.

Na   dźwięk   zdania,   którym   upominał   niedawno   samego 

siebie, opuścił rękę. Krystalicznie czysta namiętność stopniała 
w poczuciu   winy.   Mało   brakowało,   a rzuciłby   się   na 
uczennicę! Co gorsza, wciąż miał na to ochotę, mimo że Hope 
cofnęła stopę i siedziała teraz z podkulonymi nogami w kącie 
namiotu. Program „Good Morning America" dużo by dał za 
taką lekcję pierwszej pomocy.

—Hope, ja...
Czy mają przeprosić za to, że stracił nad sobą panowanie, bo 

podniecała   go   tak   jak   żadna   z kobiet,   które   miał   w swoim 
życiu? Zdecydował się na półprawdę.

—Przepraszam,   że   nie   posłuchałem   twojej   rady   i nie 

zostawiłem ci apteczki. Przeceniłem trochę swoją silną wolę. 

background image

Powinienem zdawać sobie sprawę, że choćbym nie wiem jak 
się  starał   zachować   dystans...  Niestety, bywam  wrażliwy  na 
pewne   bodźce   jak   każdy   zdrowy   mężczyzna.   Myślę,   że   to 
doskonale rozumiesz.

Przez   chwilę   patrzyła   na   niego   zdziwionym   wzrokiem, 

w którym w końcu pojawiła się pogarda. Wzruszyła obojętnie 
ramionami.

—Oczywiście, druhu, rozumiem. To się nazywa reakcja psa 

Pawłowa. Na widok kobiecych piersi — jakichkolwiek, nagich 
albo nie — samiec ślini się odruchowo i myśli tylko o jednym: 
gdzie by tu zaspokoić głód.

—Niezupełnie.   Tak   się   składa,   że   widziałem   już   setki 

kobiecych piersi i jakoś udawało mi się panować nad niskimi 
instynktami.

—Setki, powiadasz? — spytała naiwnym tonem, krzyżując 

wygodnie nogi. — Jeśli dobrze rozumiem, setki nagich piersi...

Co   go   podkusiło,   żeby   wymyślać   jakieś   dziecinne 

usprawiedliwienia?

—A   jeśli   tak,   to   setki   par,   czy   powinnam   ten   wynik 

podzielić przez dwa?

—Hope...   —   ostrzegł,   zupełnie   nie   będąc   w nastroju   do 

żartów.

—Nie   zapominaj,   że   ja   mam   ścisły   umysł.   Dokładność 

w mojej pracy jest sprawą podstawową. Warunkiem sukcesu! 
Wyobrażasz   sobie   taki   numer:   zawiadamiam   inwestorów 
o kupnie setek akcji, kiedy naprawdę kupiłam setki par? Akcji, 
rzecz jasna.

—Uważaj, Hope. Spróbuj nie przesadzić...
W jej oczach nie było już drwiącej naiwności.
—O co chodzi, twardzielu? Nic mi nie grozi. Gdzieś obiło 

mi się o uszy, że potrafisz panować nad niskimi instynktami, 
a złość jest bardzo niska.

—Coraz   niższymi...   —   przyznał   ponuro,   czując,   że   jego 

napięcie zbliża się do punktu krytycznego.

Hope zesztywniała, kiedy błędny wzrok Jareda zatrzymał się 

background image

na wysokości jej biustu, potem machnęła lekceważąco ręką.

—Niesamowite!   Widziałeś   setki   piersi,   może   nawet   dwa 

razy tyle, i nie ciekła ci ślinka?

—Setki   piersi   nie   robią   na   mnie   wrażenia.   Ale   twoje 

owszem.

Uniosła   z niedowierzaniem   brwi,   chwyciła   go   za   brodę, 

pokręciła nią na wszystkie strony i obejrzała.

—Eee tam, nie widzę śliny — powiedziała, cofając rękę. — 

Blefujesz, druhu!

Tego było za wiele.
Podparł się dłonią o podłogę i przysunął do Hope.
—Naprawdę myślisz, że blefuję? To chyba jesteś kiepską 

pokerzystką. Patrzę na twoje piersi i reaguję jak pies Pawłowa 
na   widok   kiełbasy,   taka   jest   prawda.   A jeśli   chodzi 
o zaspokojenie...

Przyglądał się jej szerokim, ładnie wykrojonym ustom, lekko 

zarumienionym policzkom, ładnej szyi z widocznym pulsem, 
niemal tak szybkim jak bicie jego serca. Czuł na twarzy jej 
nierówny oddech.

—Z   tobą   marzyłby   mi   się   każdy   możliwy   sposób...   — 

mruknął tuż nad jej ustami. — Znam je wszystkie, kochanie, 
możesz mi wierzyć. Nie jestem rycerzem, czy ci się to podoba, 
czy   nie.   Szczerze   mówiąc,   wzbudzasz   we   mnie   paskudne 
instynkty,   zbyt   paskudne,   żebym   mógł   zostać   twoim 
przyjacielem.   Dlatego   bardzo   cię   proszę   —   dla   dobra   nas 
dwojga — żebyś nie powtarzała, że blefuję.

Patrzył w jej okrągłe, cynamonowe oczy i walczył z bestią, 

która była w nim samym. Kiedy ochłonął na tyle, żeby mówić 
spokojnie, ostrzegł ją po raz ostatni:

—Następnym   razem,   jeżeli   do   wyboru   będę   miał   zostać 

twoim kochankiem albo wrogiem... załóż się, co wybiorę.

Resztką woli, którą zdołał w sobie wykrzesać, odsunął się od 

niej   gwałtownie,   chwycił   apteczkę   i wypadł   z namiotu 
w gościnny mrok nocy.

Kiedy się w końcu zatrzymał, nie potrafił ocenić, jak długo 

background image

szedł.   Zaciągnął   się   głęboko   powietrzem   i dostrzegł   nikłe, 
rozproszone światło w kilku odległych namiotach. Po dobrych 
dziesięciu   minutach   drogi   pozostało   mu   jeszcze   rozłożyć 
śpiwór,   a potem   zmyć   z siebie   pustynny   kurz   i zapach 
magnolii.

Żałował, że nie rozbili obozu koło źródła. Pół dzbanka wody 

to wystarczająco dużo, żeby się umyć, ale o wiele za mało, 
żeby ugasić ogień.

—Dziewczyny, pobudka! Czas wstawać — wołał radośnie 

Bill.

Hope   uchyliła   powieki   i spotkała   się   z mętnym   wzrokiem 

Karen. Obie jęknęły i jednocześnie zamknęły oczy.

—   Drużyna,   która   zwinie   się   na   końcu,  likwiduje   latrynę 

i doprowadza  miejsce  za  krzakiem  do  pierwotnego  stanu — 
dodał Hank pełnym współczucia głosem.

—Za dziesięć minut śniadanie.
Karen wygrzebała się ze śpiwora i usiadła, a Hope jeszcze 

mocniej zacisnęła powieki. Dzięki wieczornej pomocy Jareda 
spała najwyżej cztery godziny. Gdyby tak wiedziała wcześniej 
to,   co   wiedziała   teraz...   Wolałaby   chodzić   z pęcherzem   na 
pięcie i nie przeżyć wczorajszych tortur. Czy ona oszalała?

—Czuję   się,   jakbym   miała   zejść   z tego   świata   — 

powiedziała   Karen   umierającym   głosem,   jak   gdyby   dla 
potwierdzenia   swych   słów.   —   Zostaw   mnie   tutaj   i wpadnij 
w drodze powrotnej. Będę leżeć przy pniu w charakterze białej 
plamy.   Możecie   mnie   przesuwać   jak   chcecie,   nie   mam   nic 
przeciwko temu.

Hope przestała udawać susła i zaśmiała się.
—Poczujesz się lepiej, jak krew ci zacznie krążyć w żyłach 

i...

Urwała w pół zdania, pociągnęła nosem i spojrzała na Karen.
—Kawaa — powiedziały błogim szeptem.
Niezawodna   metoda   kija   i marchewki.   Zapach   kawy, 

background image

a z drugiej strony perspektywa sprzątania latryny, przemówiły 
Hope   do   rozsądku.   Usiadła,   zaczęła   wyplątywać   ręce   i nogi 
z piżamy,   podczas   gdy   jej   współlokatorka   wciskała   się 
w spodnie khaki.

Karen położyła się, dopięła koniec suwaka i patrząc w sufit, 

powiedziała żałośnie:

—Nie   rozumiem.   Jestem   pewna,   że   wczoraj   zrzuciłam 

z dziesięć kilo.

—Oczywiście, że zrzuciłaś — pocieszyła ją Hope. — To te 

cholerne   pralnie   chemiczne.   Ciekawe,   kiedy   nasze   ciuchy 
przestaną się w nich kurczyć.

Udało się. Z twarzy Karen zniknęła rozpacz, a pojawił się 

uśmiech. Usiadła i strzepnęła koszulę.

Hope,   spojrzawszy   na   swój   komplet   ubrań,   poklepała   się 

w brodę.

—Hmm... Jak, sądzisz, powinnam włożyć beżową koszulę 

i beżowe   spodnie,   czy   raczej   beżowe   spodnie   i beżową 
koszulę?

Jasna głowa Karen wychyliła się nagle z beżowej koszulki.
—Myślę, że na przekór modzie powinnaś zdecydować się na 

beż   —   odparła   Karen,   kiedy   trafiła   w rękawy.   —   To   jest 
z pewnością   twój   kolor...   I mój,   i Dany,   i Hanka,   i Billa,   i... 
No!

Podniosła   zwinięte   w kłębek   skarpetki,   które   trafiły   ją 

w ramię, i odrzuciła je Hope.

Ubrały się pospiesznie. Jeśli Bill poprosi o drugą kawę — co 

na pewno zrobi, samolubne prosię — może dla wszystkich nie 
starczyć. Hope postanowiła nie tracić czasu na makijaż. Jared 
widział wczoraj twarz, z którą się urodziła, i jakoś nie uciekł 
z krzykiem z namiotu. Wręcz przeciwnie...

Odsuwając od siebie myśli, które nie' pozwoliły jej zasnąć 

do późna w nocy, Hope jedną ręką, tak jak uczył ich Jared, 
próbowała wtłoczyć do pokrowca śpi- wór. Zadanie okazało się 
o wiele   trudniejsze,   niż   to   wyglądało   podczas   demonstracji. 
Ale  w jego  wykonaniu  wszystko  wydawało  się   łatwe   —  od 

background image

makaronu   z kurczakiem   po   skrócenie   o głowę   węża 
grzechotnika.

Przezywała tego faceta „druhem" z przekory wobec siebie 

samej,   w naiwnym   odruchu   buntu,   ale   epizod   z ostatniego 
wieczoru zmusił ją do spojrzenia prawdzie w oczy. Wszystko 
w Jaredzie, każdy szczegół, działał na nią jak narkotyk. Ten 
człowiek ją opętał. Jego chłopięca żywotność i siła pociągały ją 
równie   mocno   jak   spokój   wewnętrzny   i niesłychanie   silna 
wola. Czyżby trafiła wreszcie kosa na kamień?

Nie   mogła   go   mieć.   W każdym   razie   na   pewno   nie,   jeśli 

chciała, jak dotąd, chronić swoje serce. Nawet gdyby on nie 
zrezygnował i zechciał... pogrążać się w tym, co stało się już 
między nimi, jakiś głęboki kobiecy instynkt podpowiadał jej, 
że krótki romans z Jaredem może ją unieszczęśliwić na długie 
lata.

Na wspomnienie ostrzeżenia, które wymruczał wczoraj na 

dobranoc, przeszył ją dreszcz. Poniosła ją fantazja...

Jared pochyla się nad nią, migoczą szafiry w jego oczach, 

posągowe ramiona otulają jej biodra, jego usta są tak blisko, że 
niemal   czuje   ich   słodko-słony   smak,   ciepło.   Patrzy   na   jego 
rozchylone wargi i czeka w milczeniu, rozpaczliwie pragnąc, 
żeby wolna przestrzeń między nimi zamknęła się. Nareszcie, 
tak... On zna wszystkie jej pragnienia. Układa ją na śpiworze, 
obejmuje mocno, a potem syci ich wspólny głód...

—Hope?
Wracając   powoli   do   rzeczywistości,   zauważyła,   że   ściska 

kurczowo   śpiwór,   w sposób,   jakiego   nie   przewidywał 
producent.   O rany!   Zmieszanie   Karen   zdradzały   tylko   jej 
nienaturalnie zaróżowione policzki.

—Idę coś zjeść — powiedziała. — Nalać ci kawy, zanim 

Bill wszystko wy chłepcze?

Poczuła miłe ciepło w żołądku.
—Jasne, jeśli zdążysz... Zaraz przyjdę.
Odprowadzając   wzrokiem   przyjaciółkę,   Hope   zdała   sobie 

nagle sprawę, że gdyby sytuacja była odwrotna, ona na pewno 

background image

nie   odmówiłaby   sobie   jakiegoś   kpiącego,   prawdopodobnie 
złośliwego   komentarza.   Nie   była   to   przyjemna   świadomość. 
Nie   chciała   jednak   wnikać   zbyt   głęboko   w źródła   takiej 
skłonności.

Zabrała   się   do   pakowania   śpiworu,   karimaty   i wszystkich 

osobistych rzeczy. Potem uczesała starannie włosy, spięła je 
w koński   ogon   i przewlekła   go   przez   otwór   w czapce 
baseballowej. Jeszcze tylko okulary słoneczne i gotowa była 
stawić czoło sytuacji.

Rześkie   ranne   powietrze   miało   intensywny   zapach 

wytrawnego   martini.   Hope   wyszła   z namiotu,   z ulgą   witając 
uderzenie   chłodu,   które   uznała   za   namiastkę   porannego 
prysznica.   W południe   będzie   przeklinała   tutejszy   krajobraz, 
ale teraz na wątłej pustynnej trawie migotała rosa, a wielkie 
żółte kwiaty opuncji chwytały słońce w kielichy płatków. Na 
zachodzie wyłaniały się pierwsze zarysy górskich szczytów.

Z   prowizorycznych   kuchni,   które   urządziły   koło   swoich 

obozowisk   poszczególne   grupy   traperskie,   dochodziły 
cudowne zapachy. Kawy. Grzanek. Czegoś, co jej czuły nos 
rozpoznał   jako   smażony   bekon.   Wybuchy   śmiechu,   głośne 
rozmowy   dopełniały   nastroju   nowego,   budzącego   się   dnia. 
Hope   wypatrzyła   jasną   głowę   Sherry   wyłaniającą   się 
z odległego namiotu. Dana wyszła tuż za nią. Przeciągnęły się 
i z respektem, jak przystało na mieszkanki wielkiego miasta, 
wystawiły twarze do słońca. Kiedy Sherry dostrzegła Hope, 
szturchnęła   w bok   Dane.   Wszystkie   trzy   uśmiechnęły   się 
i pomachały rękami na powitanie.

Idąc powoli dalej, Hope poczuła się przeniesiona w odległą 

przeszłość. Wyobraziła sobie indiańskie tipi zamiast namiotów, 
ogniska   zamiast   kocherów   i całe   rozległe   obozowisko 
amerykańskich tubylców, żyjących na tej pustynnej ziemi. Nie 
będąc   w stanie   odwlekać   dłużej   tego,   co   nieuniknione, 
poszukała wodza plemienia.

Pochylony   nad   kocherem,   Jared   próbował   dania   z patelni. 

Hope   uznała,   że   jej   dotkliwe   ssanie   w żołądku   nie   ma   nic 

background image

wspólnego z zapachem śniadania. Patrzyła głodnym wzrokiem 
na jego zwinną krzątaninę, spracowane dłonie, rytmiczną grę 
mięśni.

Przywołała   się   do   porządku   i poszła   po   kawę.   Bill,   Hank 

i Karen   trzymali   w rękach   aluminiowe   kubki   z parującym 
płynem. Bez okularów, każde z nich miało wypisany na twarzy 
swój zegar biologiczny. Karen i Hank byli rannymi ptaszkami 
—   w przeciwieństwie   do   Billa.   Przynajmniej   to   ją   łączyło 
z tym gburem.

—Cześć,   Hope.   —   Hank   przywitał   ją   sympatycznym 

uśmiechem.   Ruda   szczecina   na   brodzie   wydobywała   z jego 
piwnych oczu zielonkawy odcień. — Jak spałaś?

Usiadła   obok   Karen,   czując   na   sobie   magnetyczny   wzrok 

Jareda.

—Jak suseł. A ty?
—Jak sardynka.
—Świeżo   wyjęta   z wody   —   burknął   Bill,   nie   wychylając 

twarzy   zza   kubka.   —   Rzucałeś   się   przez   całą   noc   jak 
potępieniec.

—Odczep   się,   ja   przynajmniej   nie   chrapię.   Na   następną 

wyprawę   zabieram   coś   takiego.   —   Hank   pokazał   palcem 
zewnętrzny   śpiwór   biwakowy   Jareda.   —   Może   będzie   mi 
wystawać   głowa,   ale   przynajmniej   giry   będę   mógł 
wyprostować.

Były koszykarz, a obecny trener, poklepał się po ogromnym 

udzie.

Hope uśmiechnęła się ze współczuciem.
—Jakaś firma na pewno robi sprzęt dla wysokich mężczyzn.
Odwróciła   się   do   Karen,   żeby   spytać,   czy   przypadkiem 

w Sports   Arama   nie   produkują   czegoś   takiego,   ale   jej 
przyjaciółka   wpatrywała   się   jak   zahipnotyzowana   w nogę 
Hanka.   O rany...   Jak   tak   dalej   pójdzie,   cała   drużyna   umrze 
z niewyspania.

—To dla mnie? — zapytała głośno Hope, mając na myśli 

kubek z kawą, który Karen przyciskała opiekuńczym gestem 

background image

do biodra.

—Co?   Ach...   Tak.   —   Zarumieniła   się.   —   Ocaliłam   dla 

ciebie resztkę.

—Bóg zapłać, moje dziecko. — Hope wyciągnęła rękę po 

bezcenny napój. — Dopiszę cię do testamentu, jak tylko wrócę 
do domu.

—Też mi coś... — mruknął pogardliwie Bill.
Tacy   faceci   jak   on,   nowobogaccy,   którzy   za   szybko   się 

dorobili,   szanują   tylko   jedno.   Hope   usiadła   na   kępce   trawy 
i zsunęła okulary na koniec nosa.

—Wiesz   co,   ważniaku,   powiem   ci   coś   o tych   trzystu 

supermarketach,   z którymi   wszedłeś   niedawno   na   giełdę 
i poczułeś się jak szejk naftowy. — Rozmawiali o jego firmie, 
kiedy oboje byli w przyjaźniej szych nastrojach. — Za dwa, 
najwyżej za trzy miesiące będę w stanie kupić pakiet kontrolny 
twoich akcji i nie przestanę być bogatą kobietą.

Ciemne oczy Billa zaiskrzyły się.
—W   notowaniach   z ostatniego   tygodnia   moje   papiery 

chodziły po piętnaście dolarów za akcję.

Zrobiła   w pamięci   błyskawiczną   kalkulację.   Małe   piwo 

w porównaniu z pieniędzmi, które inwestuje w wypchnięcie na 
giełdę UroTechu.

—Naprawdę? W takim razie robię małą poprawkę. Mogę cię 

wykupić w całości i w dalszym ciągu będę bogatą kobietą.

Zapadło   grobowe   milczenie,   w którym   doznała   nagle 

uczucia dziwnej pustki. A gdzie triumf, gdzie dreszczyk emocji 
z powodu ogrania konkurenta?

On jest kolegą z wyprawy, a nie konkurentem.
Kiedy   Bill   z Hankiem   zaczęli   rozmawiać   o koszykówce, 

Hope odważyła się zerknąć na Jareda.

Zmarszczył   surowo   czoło,   prawdopodobnie   bardziej 

zmartwiony   niż   zachwycony   jej   ogromnym   bogactwem. 
Czyżby jej sukces go onieśmielał? Podniósł głowę i zderzył się 
z jej wzrokiem.

Mimo ogromnego wysiłku nie udało jej się zatrzymać fali 

background image

gorąca, która oblała jej policzki.

Jego   rysy   stężały,   w oczach   pojawił   się   znajomy   błysk. 

Uśmiech, którym ją uraczył, przyprawił Hope o drżenie kolan. 
Była przerażona jak zabłąkane cielę na widok wilka. Zmrużyła 
oczy... Miał mocne białe zęby, zarost na brodzie ciemniejszy 
o jeden odcień od wypłowiałych na słońcu brązowych włosów. 
Siatka delikatnych zmarszczek w kącikach oczu dodawała mu 
bardziej   uroku   niż   lat,   co   zdarza   się,   niestety,   tylko 
mężczyznom   —   jeszcze   jeden   przykład   niesprawiedliwości 
natury wobec kobiet.

Oderwała od niego oczy i zaczęła pić kawę, wpatrując się 

w czubki swych sznurowanych butów. Boże, ten facet gra jej 
na nerwach bardziej niż ogon grzechotnika! Jak ona przeżyje 
następne dziewięć dni, nie wchodząc w pole jego rażenia?

—Kto   głodny,   do   mnie!   —   zawołał   z arogancką   nutą 

w głosie.

Spojrzała mu w oczy. Chyba tylko po to, żeby upewnić się, 

jaki   rodzaj   głodu   miał   na   myśli.   Wzburzona,   wyprostowała 
powoli plecy. Ostrzegł ją, żeby nie zarzucała mu blefu. Coś 
takiego! On ją zwyczajnie prowokuje. Błaga, żeby go udusiła.

Ostatnia z całej czwórki odebrała widelec i talerz, ostatnia 

była w kolejce po grzanki i jajecznicę z proszku. Im mniejsza 
dzieliła ją odległość od Jareda, tym wścieklejsza paliła ją złość. 
Co za bufon! Ten facet wie, jak na nią działa i puszy się tym 
swoim   męskim   urokiem   bezwstydnie.   Głupiec   czy   wariat? 
W końcu, gdyby się złamała i odpowiedziała na jego milczące 
zaproszenie, straciłby autorytet jako instruktor traperstwa i szef 
poważnej firmy.

Ale da mu nauczkę. Wszystko, co on umie, ona może robić 

lepiej. To prawda, że nigdy nie próbowała się sprawdzać w roli 
obiektu   męskiego   pożądania,   i że   wolałaby   mieć   dostęp   do 
szafy,   łazienki   i klimatyzowanego   pokoju,   zanim   podejmie 
wyzwanie. Ale też nie była kompletnie nie uzbrojona.

Podobają   mu   się   jej   piersi.   Lubi   jej   śmiech.   I kiedy 

przyglądał się tak dziwnie jej stopie, miała wrażenie, że ten 

background image

widok   go   podnieca.   Wiedziała,   czego   na   pewno   nie   lubi: 
narzekań na niewygody i krytykowania czegokolwiek, co ma 
związek   z naturą   i jego   ukochaną   ziemią.   Całej   tej   wiedzy 
Hope mogła teraz użyć w jednym słusznym celu — nauczyć go 
tego i owego o blefowaniu.

Teraz, już.
Oparła okulary na czubku głowy i przesunęła się do przodu. 

Nie podnosząc wzroku, cisnęła talerz na kamienny blat koło 
patelni.

—Ja   jestem   głodna.   —   Ważniaku!   —   słychać   było   w jej 

tonie tak wyraźnie, jakby wypowiedziała to słowo na głos.

Łyżka   nad   jej   talerzem   zawisła   w powietrzu,   potem   się 

przechyliła.   Porcja   jajek   wylądowała   na   środku,   a grzanki, 
niepewnie, na samym brzegu.

Stała nieporuszona.
—Za mało? — spytał dobitnie.
—Chcę mieć  wszystko — powiedziała niemal bezgłośnie, 

żeby nikt inny nie słyszał, ale też i dlatego, że naprawdę nie 
mogła   złapać   oddechu.   —   Ale   przypuszczam,   że   byłoby 
egoizmem   z mojej   strony   prosić   cię   o to   —   strzeliła   okiem 
poniżej jego pasa — przy moim nienasyconym apetycie... — 
Zwilżyła   językiem   wargi   i wsłuchiwała   się   przez   moment 
w jego ciężki oddech. — Oszczędzaj lepiej siły i zjedz swoją 
jajecznicę.

Klepnęła   go   w rękę,   odwróciła   się   na   pięcie   i odeszła 

kołyszącym   krokiem,   ze   zjadliwym   grymasem   na   twarzy, 
którego Jared na szczęście nie mógł widzieć.

W   południe   tego   samego   dnia   jedyną   rzeczą,   którą   Hope 

przeklinała   bardziej   niż   pustynny   krajobraz,   była   jej   własna 
głupota.

Na dłuższą metę nie znosiła cierpiętnictwa. Jeżeli zdarzało 

się w jej życiu coś, z czym nie mogła się pogodzić, czego nie 
lubiła — to albo to coś zmieniała, albo machała na to ręką. 
Naturalną   konsekwencją   takiej   postawy   było   i to,   że   nie 
milczała, kiedy trzeba było krzyczeć.

background image

Gdyby jednak przyznała się do bólu pięty, Jared uznałby, że 

jest złośnicą, którą może poskromić cudownym opatrunkiem, 
a nie kobietą jego marzeń. Szła więc lisim krokiem, cierpiąc 
w milczeniu.

Przez   mglistą   zasłonę   falującego   powietrza   zobaczyła,   że 

idący daleko przed nią Bill zatrzymał się, zdjął plecak, wyjął 
z niego kompas i mapę topograficzną. Nie zazdrościła mu, że 
został   dziś   wyznaczony   na   przewodnika   grupy.   Miał   ich 
doprowadzić   przed   wieczorem   —   w dobrym   stanie   —   do 
miejsca biwakowania. Dopóki jego decyzje nie będą zagrażać 
niczyjemu bezpieczeństwu, Jared miał nie wydawać własnych 
poleceń,   a drużyna   powinna   iść   bez   protestów   za   dyżurnym 
przewodnikiem.

Nie ma sprawy. Jeśli chciała dotrzymać mu tempa, musiała 

skupić się na własnym oddechu i nie rozmawiać. Bill nawet nie 
oglądał się za siebie, żeby sprawdzić, czy reszta za nim nadąża. 
A Karen została daleko w tyle.

Hank   doszedł   do   Billa   pierwszy,   zdjął   plecak,   a potem 

pomógł starszemu mężczyźnie rozłożyć na ziemi mapę. Hope 
zauważyła,   że   spierają   się   o coś,   ale   kiedy   podeszła 
wystarczająco blisko, żeby ich słyszeć, zamilkli.

Zatrzymała się i poprawiła paski na ramionach.
—Wiesz, że Karen mogłaby zemdleć gdzieś z tyłu, a ty nie 

miałbyś bladego pojęcia, co się z nią stało.

Bill spojrzał ponad jej ramieniem na postać w słomkowym 

kapeluszu,   sunącą   w ich   kierunku   powolnym,   ledwie 
zauważalnym krokiem.

—Powinna   się   sprężyć   i nie   zostawać   ciągle   w tyle.   Poza 

tym Jared idzie za nią. — Wzruszył ramionami i pochylił się 
nad mapą.

Hank wstał i patrzył z ponurą miną na Karen.
—Chyba się nie odwodniła, jak myślisz?
Podczas ostatniego przystanku Hope widziała, jak gorliwie 

nakłaniał Karen do picia.

—Nie.   Jestem   pewna,   że   wykończył   ją   tylko   upał.   Nam 

background image

wszystkim przydałoby się trochę cienia i jakiś lunch.

—Nikt   nie   będzie   jadł,   dopóki   ja   nie   zarządzę   przerwy 

najedzenie   —   burknął   Bill,   starając   się   przyciągnąć   uwagę 
Hanka.   —   No   to   jak,   trenerze,   wydaje   ci   się,   że   jesteśmy 
dokładnie   tutaj?   —   zapytał,   wskazując   palcem   miejsce   na 
mapie.

—Nie, trochę bardziej na lewo.
—W takim razie gdzie może być, do cholery, ten przeklęty 

strumień?

Hope podeszła bliżej, z trudem się powstrzymując, żeby nie 

zajrzeć mu przez ramię.

—Myślę, że nie powinieneś...
—Bądź   tak   dobra   i przestań   myśleć,   kropka!   Próbuję 

wykombinować, gdzie tu... — No co! — Bill złapał się nagle 
za obojczyk i spojrzał w górę. — Za co mnie uderzyłeś?

—Za to, że jesteś takim tłukiem — odparł rzeczowym tonem 

Hank.

Hope gotowa była rzucić mu się na szyję.
Bill   prychnął   i odszedł   ze   skrzywioną   miną.   Dla   Hope 

orientacja   w terenie   była   najciekawszym   ze   wszystkich 
tematów, które omawiali na zajęciach. Doskonale zapamiętała, 
że   najpierw   powinni   rozglądać   się   wokół   siebie,   zapisywać 
w pamięci punkty orientacyjne, a dopiero potem szukać ich na 
mapie. Ale za nic nie pomoże temu gburowi, o nie!

Postanowiła sama rozejrzeć się dookoła. Uśmiechnęła się do 

nadchodzącej Karen i machnęła ręką do Jareda.

—A   ty   gdzie   się   teraz   wybierasz?   —   spytał   gromkim 

głosem.

—Niedaleko   —   odparła,   nie   zatrzymując   się.   —   Zaraz 

wrócę.

Prawdopodobnie pomyślał, że musi oddalić się z najbardziej 

banalnego powodu, a do tego przyznał im prawo. Miała dosyć 
jego badawczego wzroku — czuła go na plecach przez całą 
drogę — i z radością odpoczęłaby na chwilę od lisiego chodu. 
Kiedy zniknęła za najbliższymi krzakami, westchnęła z ulgą, 

background image

rozluźniła   się   i zaczęła   notować   w pamięci   szczegóły 
krajobrazu.

Pogórze dokładnie na wschodzie, znacznie bliżej niż rano. 

Charakterystyczny   wielbłądzi   grzbiet   na   północnym 
wschodzie.   Zatrzymała   wzrok   w miejscu   pozbawionym 
roślinności,   trzydzieści   metrów   dalej.   Poszła   w tamtym 
kierunku.

Jakiś   futerkowy   zwierzak   wyskoczył   z krzaków   po   lewej 

stronie. Z ręką przyciśniętą do serca patrzyła na największego 
zająca,   jakiego   widziała   w życiu.   Uciekał   tak   ogromnymi 
susami, jakby obawiał się, że Hope na swych drżących nogach 
ruszy za nim w pościg.

Śledziła   spojrzeniem   jego   długie,   wyprostowane   uszy, 

dopóki nie odzyskała normalnego oddechu. Poszła dalej. Po 
kilku zaledwie krokach trafiła na wąską rozpadlinę, która nie 
mogła   być  niczym  innym   niż   wyschniętym  źródłem.   Zanim 
ruszyła w drogę powrotną, zapisała w pamięci położenie tego 
miejsca wobec innych punktów orientacyjnych.

Z odległości kilkunastu metrów oceniła, że sytuacja w grupie 

dojrzewa   do   stanu   krytycznego.   Bill   nie   ustalił   jeszcze   ich 
położenia na mapie i nic nie wskazywało na to, żeby był bliski 
sukcesu.   Jego   „dyskusja"   z Hankiem   stawała   się   coraz 
głośniejsza. Młodszy mężczyzna — po raz pierwszy, odkąd go 
znała — sprawiał wrażenie autentycznie wściekłego.

Jared przyglądał się całej scenie z boku, nie interweniując, 

ale jego obecność bez wątpienia sprawiała, że w kłębowisku 
gwałtownych   emocji   znalazła   się   też   męska   zraniona   duma. 
Karen stała obok, z palcami w ustach jak przerażone dziecko.

Dosyć, pomyślała Hope. Ktoś musi zrobić z tym porządek.
—Bill, Hank, Karen! — zawołała. — Chodźcie tutaj.

background image

10

Cztery   głowy   zwróciły   się   w stronę   Hope,   która   odpinała 

właśnie pasek biodrowy. Potem wysunęła ramiona z pasków 
naramiennych, zrzuciła plecak na ziemię i spojrzała w kierunku 
swoich skamieniałych towarzyszy wędrówki.

—No, ruszcie się!
Zaczęli iść, każde z inną szybkością. Bill wlókł się ostatni 

z nadętą miną, która grała jej na nerwach. Kiedy Jared rozłożył 
ramiona   i zrobił   krok   do   przodu,   jakby   chciał   się   do   nich 
przyłączyć, Hope uniosła dłoń i zatrzymała go wzrokiem.

—Zostań, bezstronni obserwatorzy nie są zaproszeni. Tylko 

członkowie drużyny mają wstęp na to przyjęcie.

Cofnął się; oczy ukryte za słonecznymi okularami nie mogły 

zdradzić   jego   reakcji.   Wiedziała   jednak   doskonale,   że   nie 
pomyślał o niej jak o kobiecie swych marzeń.

Obiecując   sobie,   że   kiedy   indziej   odzyska   stracony   teren, 

odeszła   kilka   kroków   dalej,   tak   żeby   Jared   ich   nie   słyszał, 
i przystąpiła do rzeczy:

—Wiem, że dziś po raz pierwszy musimy radzić sobie sami, 

ale   jak   dotąd   nie   mamy   na   swoim   koncie   specjalnych 
osiągnięć. Bill, przestań w końcu robić te kwaśne miny! Wcale 
cię nie obwiniam. A ty, Karen, daję ci słowo honoru, że jeśli 
nie wyjmiesz tych palców z buzi, założę ci na ręce wczorajsze 
skarpetki i zmuszę, żebyś ponosiła je w tym upale.

Gapili   się   na   nią   zdumieni,   jakby   zobaczyli   wcielonego 

diabla. Na pewno wyglądała jak diabeł — z brudnymi włosami 
i naturalnym   makijażem,   ulepionym   z mieszaniny   potu 
z piaskiem.

Zaczerpnęła głęboko powietrza i spróbowała od nowa:
—Wiem, że ty jesteś dzisiaj przewodnikiem, Bill, ale to nie 

znaczy, że musisz być alfą i omegą i nosić nas wszystkich na 
plecach. Na przykład Karen doskonale zna się na kuchni. Hank 
ma   ogromne   doświadczenie   w ocenie   fizycznej   kondycji, 

background image

potrafi jak nikt inny określić granice naszej wytrzymałości. Ja 
jestem mistrzem w orientacji na mapie. Długości i szerokości 
geograficzne   mam   w małym   palcu.   Chwytasz,   kolego? 
Domyślasz się, o co mi chodzi?

—Chcesz, żebym poprosił cię o pomoc?
Brodata   twarz   Billa   przybrała   wyraz   nadęty   i wojowniczy 

zarazem. Hope głęboko westchnęła. Nieprzyjemne myśli nie 
mają nade mną władzy.

—Dobrzy przewodnicy zawsze rozdzielają zadania, co wcale 

nie pomniejsza ich władzy i nie godzi w ich autorytet, za to 
zwiększa skuteczność działania. Nie wiem jak wy, ale ja jestem 
tego   pewna:   stać   nas   na   to,   żeby   pokazać   naszemu 
bezstronnemu   obserwatorowi,   że   potrafimy   dojść   do 
obozowiska   w przyzwoitej   kondycji,   bez   niepotrzebnego 
błądzenia, i że nie pozabijamy się po drodze.

—Jasne — przyznał Hank.
Karen milczała, ale przynajmniej włożyła ręce do kieszeni.
Bill  zrzucił okulary i golfową  czapeczkę  z napisem  „Feast 

Market",   rękawem   koszulki   otarł   twarz   i zerknął   na   postać 
z założonymi   rękami,   stojącą   w pozie   Pana   Propera 
z telewizyjnej reklamy. Zdawało się oczywiste, że Bill boi się 
podjąć właściwą decyzję w obecności Jareda.

—Spójrz   na   to   jeszcze   z innej   strony.   Czy   będziesz   miał 

następną   okazję,   żeby   mówić   mi,   co   mam   robić,   a ja   będę 
moralnie   zobowiązana   do   posłuszeństwa?   Kiedy   przyjdzie 
moja kolej na prowadzenie grupy, będziesz gorzko żałował, że 
zmarnowałeś szansę.

Urządzę cię na dobre, żałosny frajerze, dodała w myślach, 

diabelsko się uśmiechając.

Żachnął się, potrząsnął głową i włożył z powrotem czapkę 

i okulary. Jej uśmiech stał się bardziej przyjacielski.

Przez usta Billa przeszedł skurcz.
—Zgoda,   gorąca   głowo.   Przydzielam   ci   zadanie:   spróbuj 

określić, gdzie do cholery jesteśmy.

Mam go!

background image

—Dobra decyzja.
Splótł pulchne dłonie na podołku, odchylił szyję i spojrzał 

w niebo.

—No   i co   myślisz,   Hank?   Powinniśmy   zatrzymać   się   na 

jakiś czas i uciec spod tej gorącej lampy?

Hank   wyciągnął   do   niego   tę   samą   rękę,   którą   wcześniej 

trzasnął go w plecy w dowód uznania.

—Oczywiście. Za chwilę na wet jaszczurki schowają się pod 

ziemię. Jak chcesz, mogę sklecić coś, co da nam trochę cienia, 
w którym będziemy mogli się rozłożyć i co nieco zjeść.

—Brzmi to niegłupio. — Bill popatrzył w dół na Karen. — 

Jak się czujesz? Dasz radę zrobić nam jakiś lunch?

Popis troskliwości? Kto wie...
—Z przyjemnością spróbuję. — Przez usta Karen przemknął 

szatański uśmieszek. Wyjęła ręce z kieszeni, uniosła je w górę, 
przebierając   w powietrzu   palcami.   —   Moje   dłonie   dostaną 
jakieś   zajęcie,   a to   uratuje   je   przed   brudnymi   skarpetkami 
Hope.

Śmiejąc   się,   poszli   po   plecaki,   żeby   ruszyć   za   Hankiem. 

Hope   zauważyła,   że   opadło   z niej   całe   zmęczenie.   Może 
dlatego, że jakimś cudem udało jej się zmobilizować grupę bez 
zrażania sobie Billa. Zaczęła podejrzewać, że on należy do tego 
typu ludzi, którzy z trudem obdarzają innych zaufaniem, a jeśli 
już — to na całe życie.

Dziesięć minut później ich dyżurny przewodnik jeszcze raz 

rozpostarł   na   ziemi   mapę   topograficzną.   Hope   śledziła 
odbywającą się za jego plecami znajomą scenę.

Dwa karłowate drzewa meskitowe dawały mało cienia, ale 

służyły   za   podpórki   dla   rozwieszonej   między   nimi   płachty. 
Karen krzątała się pod płóciennym dachem, od czasu do czasu 
mieszając coś w garnku. Hank zgłosił się na jej pomocnika, 
a Jared siedział oparty plecami o pień drzewa, z wyciągniętymi 
niedbale   nogami   i jakąś   liną   na   kolanach.   Była   to   wielka 
zmiana w porównaniu ze sceną, która kilka minut  wcześniej 
sprowokowała Hope do działania.

background image

—Z przyjemnością się tego pozbywam — powiedział Bill, 

wręczając jej kompas  kątomierzowy. — Powodzenia.

Hope   przyklęknęła   i odgrzebała   w pamięci   instrukcje 

z wykładu na temat orientacji i nawigacji. Nie ma problemu.

Najpierw   położyła   kompas   na   mapie   tak,   aby   strzałka 

kierunku   wskazywała   prawdziwą   północ.   Potem,   nie 
poruszając   kompasem,   obracała   tarczą,   dopóki   czerwona 
strzałka północy nie pokryła się z linią północy magnetycznej 
na mapie. Kręcąca się w kółko igła utrudniała zadanie. Hope 
musiała podnieść i obrócić całą mapę — utrzymując kompas 
w poziomie i nie zmieniając jego położenia — dopóki drgająca 
magnetyczna igła nie ustawiła się w linii strzałki. Gdy to się 
udało, położyła właściwie „zorientowaną" mapę z powrotem na 
ziemi   i zakotwiczyła   ją,   kładąc   kamienie   na   wszystkich 
czterech rogach.

Dwie   wypukłości   tworzące   literę   „V"   na   trójwymiarowej 

mapie   odpowiadały   pagórkom   w kształcie   wielbłądziego 
grzbietu   —   fragmentowi   krajobrazu,   który   utkwił   jej 
w pamięci. Odnalazła koryto strumienia, oszacowała odległości 
i zakreśliła czerwonym kółkiem miejsce obozowiska.

—Wygląda na to, że zostało nam do przejścia dziesięć, może 

dwanaście kilometrów. Jeżeli utrzymamy kierunek czterdzieści 
pięć stopni na zachód od magnetycznej północy, powinniśmy 
dojść tam na czas.

—Ale gdzie my jesteśmy? — zapytał Bill zza jej pleców.
—Jestem prawie pewna, że... dokładnie tutaj. — Przycisnęła 

palec do mapy.

—Jestem absolutnie pewien, że właśnie tutaj — usłyszała 

znajomy głos.

Odwróciła się gwałtownie i spojrzała w górę na Jareda. Ten 

facet ze swoimi indiańskimi sztuczkami doprowadzi ją kiedyś 
do ataku serca.

—Absolutnie   pewien?   —   Uczucie   błogiego   zadowolenia 

zgasiło irytację.

—Absolutnie.

background image

Skręciła głowę, żeby uśmiechnąć się do Billa.
—On jest absolutnie pewien.
—Słyszałem. I nie mam bladego pojęcia, jak to zrobiłaś. Nie 

rzuciłaś nawet okiem na teren — mruknął.

—Zbadała teren, kiedy kłóciłeś się z Hankiem — oświecił 

go   Jared,   jeszcze   raz   wprawiając   Hope   w osłupienie.   — 
Prawda jest taka, Bill, że najpierw znalazłeś na mapie jakieś 
miejsce,   uznałeś,  że   właśnie   tam  jesteśmy,  a potem   chciałeś 
dopasować do niego szczegóły krajobrazu, żeby udowodnić, że 
masz   rację.   Powszechny   błąd,   ale   Hope   dobrze   zapamiętała 
wykład z orientacji. Zanotowała w pamięci charakterystyczne 
cechy   terenu,   a potem   według   nich   zorientowała   mapę...   — 
Zerknął na Hope. — Swoją drogą, mogłabyś już zabrać z mapy 
ten palec.

—Kto głodny, do nas! — wrzasnął Hank.
Kiedy   Bill   wyrwał   w kierunku   obiecanego   posiłku,   Hope 

podniosła   się.   Mimo   ciemnych   okularów   Jareda   wyczuła 
czujność w jego oczach i już wiedziała, że on też pamięta ich 
poranną potyczkę przy śniadaniu.

—Chciałabyś,   żebym   jednak   zerknął   na   twoją   stopę?   — 

zapytał, wyciągając z zanadrza chytrą broń, która miała osłabić 
jej panowanie nad sobą.

—Nie, dzięki.
Atak   bywa   najlepszą   obroną.   Przycisnęła   dłoń   do   krzyża 

i prostując kręgosłup, trwała w tej wygiętej pozycji odrobinę 
dłużej, niż to było konieczne.

Nic. Nie drgnęła mu nawet powieka.
—Och, jak gorąco — rzekła przeciągłym, prowokacyjnym 

szeptem,   prawie   jak   Liz   Taylor   w „Kotce   na   gorącym 
blaszanym  dachu".   Przyszczypując   bluzkę   między  piersiami, 
zaczęła   się   nią   wachlować.   —   Ciekawe,   jak   się   czują   o tej 
porze te biedne zwierzęta...

—Znajdują   schronienie,   tak   jak   my.   Mało   brakowało, 

a musiałbym się wtrącić i podpowiedzieć Billowi, żeby znalazł 
jakąś kryjówkę. Ale udało ci się ich zmobilizować. Ten pomysł 

background image

z brudnymi skarpetkami był genialny. Dobra robota, Hope.

Wzruszyła obojętnie ramionami, chociaż rozpierała ją duma.
—Pomyślałam, że podział zadań może  uratować sytuację. 

Niestety, musiałam strącić Billa z jego tronu, ale demokracja 
działa lepiej niż monarchia, zgadzasz się ze mną?

—Jasne, że się zgadzam. Silne strony jednych wyrównują 

słabości drugich, a to pozwala stworzyć mocniejszy zespół. Dla 
mnie   to   oczywiste;   pozostaje   pytanie,   czy   ty   wierzysz,   że 
demokracja działa lepiej.

Jak w to, że żyję!
—Gdybym   nie   wierzyła,   po   co   zmuszałabym   Billa,   żeby 

rozdzielił zadania?

—Znałaś reguły gry — do końca dnia wykonywać wszystkie 

polecenia Billa — i to był bardzo pomysłowy sposób na to, 
żeby uniknąć dyskwalifikacji i wygrać.

Cierpka pochwała jej inteligencji nie sprawiła Hope żadnej 

przyjemności. Odwróciła się w stronę płóciennego daszku, lecz 
Jared przytrzymał ją za ramię.

—Skoro   wierzysz   w prawdziwą   demokrację,   to   dlaczego 

sama   wydajesz   wszystkie   ważne   polecenia   w Manning 
Enterprises? Dlaczego się przy tym upierasz? — Widząc jej 
zdumione spojrzenie, dodał: — Słyszałem, jak dzwoniłaś do 
biura, nie pamiętasz?

Tamto wspomnienie przyprawiło ją o zawrót głowy. Mówiła 

wtedy   Debbie,   żeby   nie   podejmowała   żadnych   istotnych 
decyzji w czasie jej nieobecności.

—Widzę, że bardzo dobrze pamiętasz. Nie wierzysz w to, że 

zasady, które głosisz, dadzą się zastosować w praktyce?

—Hej wy tam, macie zamiar jeść, czy może ja się zajmę 

waszym   spaghetti?   —   zawołał   Bill,   podczas   gdy   Hope 
mozoliła się w myślach nad odpowiedzią.

Uwolniła ramię z uścisku Jareda i podniosła głowę.
—To   moja   sprawa,   czym   się   zajmuję   w swoim   wolnym 

czasie i nie powinno cię  to obchodzić. A jeśli  idzie o to, co 
głoszę, nawet nie śmiałabym rywalizować z takim kaznodzieją 

background image

jak ty. Na tym rynku jesteś monopolistą. Nie grozi ci żadna 
konkurencja!

Pozwolił jej mieć ostatnie słowo, choćby dlatego, że w tej 

chwili najbardziej zagrożona była ich porcja spaghetti. Widział, 
jak Hope chwyta łapczywie miskę, którą wyciągnęła do niej 
Karen.

Lecz jego słowa zapadły w jej umysł głęboko. Towarzyszyły 

jej   w czasie   grupowej   sjesty,   nękały   i rzucały   wyzwanie. 
W pewnym momencie, gdzieś po tym, jak Jared ułożył się do 
beztroskiej drzemki, a zanim zobaczyła, jak siada i przeciera 
pięściami oczy, wpadło jej do głowy trywialne pytanie.

Jeżeli ich czwórka przeprowadziła swoją „prywatną" naradę 

poza zasięgiem słuchu Jareda, to jakim cudem wie o brudnych 
skarpetkach?

Jared schował płócienną płachtę do odpowiedniej przegródki 

w swoim   plecaku,   podniósł   go   i wsunął   ramiona   w paski. 
Uczucie znużenia przygniatało go bardziej niż fizyczny ciężar 
na plecach.

Na odzyskanie energii nie ma nic lepszego od pokrzepiającej 

drzemki,   pomyślał   z przekąsem.   Zwykle   potrafił   medytować 
w każdych   warunkach,   ale   widocznie   nie   pod   badawczym 
wzrokiem Hope. Oczywiście udawał, że śpi. Rozmyślał o tych 
brązowych oczach przemykających po jego ciele, wyobrażając 
sobie, że jej dłonie wędrują w ślad za spojrzeniami.

Bardzo profesjonalne zachowanie.
Bill   wydał   komendę   do   wymarszu   i Jared   czekał,   żeby 

zamknąć pochód. Hope zignorowała go, przechodząc obok, ale 
wiedział, że nieustannie tkwi w jej świadomości. Kiedy zbliżali 
się do siebie bliżej niż na trzy metry, w powietrzu aż trzaskało 
od wyładowań. Beth pociągała go bardzo silnie, ale to było nic 
przy   tych   megawoltach   napięcia,   które   nie   opuszczało   go, 
odkąd poznał Hope.

Trzymając   krok   za   grupą,   Jared   życzył   sobie,   żeby   to 

background image

napięcie   dotyczyło   tylko   seksu.   Po   skończonej   wyprawie 
odwiedziłby w Alpine znajomą rozwódkę, która nie dążyła do 
małżeństwa,   ale   z radością   witała   jego   okazjonalne   wizyty. 
I problem rozwiązany.

Ale z Hope wszystko było bardzo skomplikowane. Choć jej 

uroda budziła w nim pożądanie, to jednak wnętrze intrygowało 
go  bardziej.  Rozmowy   z nią   były tak ekscytujące, rzucające 
tyle   wyzwań,   jak   chyba   żadna   z tych,   które   prowadził 
z Benem.   Jared   lubił   trudne   pytania,   lubił   się   sprawdzać 
w szermierce   na   słowa,   ale   w starciu   z delikatniejszą,   mniej 
pewną siebie kobietą odzywał się w nim niespodziewanie jakiś 
instynkt opiekuńczy, potrzeba ochrony jej ducha walki przed 
załamaniem.

Jeżeli   prawił   kazania   o demokracji,   to   tylko   dlatego,   że 

zagrożenia związane z budową imperiów znał z pierwszej ręki. 
Wiedział, kiedy upadają i jak niszczą każdego, kto znajdzie się 
zbyt blisko.

—Hej,   Jared,   co   to   jest?   —   zawołał   Hank,   pokazując 

zwierzątko   podobne   do   myszy,   które   podskakując,   wzbijało 
w górę malutkie fontanny piasku.

Jared   przyspieszył   i dołączył   do   stojącej   szerokim 

wachlarzem grupy.

—Gryzoń   nazywany   kanguroszczurem.   Ten   gość   jest 

żywym   dowodem   teorii   ewolucji   Darwina.   Świetnie   sobie 
radzi, obywając się bez wody.

—W ogóle nie musi pić?
—W potocznym sensie nie. Jego organizm produkuje wodę 

z nasion, którymi się żywi.

—Ale wygoda — powiedział Bill, podchodząc bliżej, żeby 

lepiej   go   było   słychać.   Denerwujące   kołatanie   gadziej 
grzechotki znaczyło rytm jego kroków. — Muszę przyznać, że 
czasami na myśl o kłopotach z wodą przechodzą mnie ciarki. 
A gdyby   tak   tobie   coś   się   stało   i nawaliła   krótkofalówka? 
Strumień   zaznaczony   na   mapie   jest   wyschnięty   na   popiół. 
A jeżeli nie możemy wierzyć mapie, to raczej nie znajdziemy 

background image

sami źródła i grozi nam śmierć.

Stawianie czoła elementarnym zagrożeniom i dawanie sobie 

z nimi   rady   było   najistotniejszym   zadaniem   kursów   każdej 
szkoły   przetrwania.   Jared   nigdy   nie   pozwalał   sobie   na 
lekceważenie ryzyka.

—Nie mam zamiaru popełnić niczego takiego, co mogłoby 

mnie wyeliminować i zwolnić z odpowiedzialności za was, ale 
— proszę bardzo — dla celów szkoleniowych załóżmy, że już 
po mnie. — Wyciągnął rękę w kierunku gór Sierra del Carmen, 
z porośniętymi   lasem   niebieskozielonymi   zboczami,   które 
jawiły się prosto na linii ich marszu. — Tam, wysoko, z wodą 
nie   ma   żadnych   problemów.   A w razie   wyjątkowej, 
zagrażającej   życiu   sytuacji,   tu   na   pustyni   albo   wyżej, 
u podnóża   gór,   bawełniane   drzewa   i wierzby   są   roślinami 
życia.

—Zawsze rosną blisko wody? — spytała Karen.
Uśmiechnął   się   przelotnie,   słysząc,   że   do   jego 

improwizowanego wykładu włączył się następny uczeń.

—Te   drzewa   rosną   wszędzie   tam,   gdzie   woda   lubi   się 

zbierać, ale może jej wcale nie być na powierzchni. W takim 
wypadku   nie   wolno   wpadać   w panikę.   Trzeba   poczekać   do 
nocy,   kiedy   drzewa   uwalniają   część   tego,   co   wchłonęły 
z ziemi, wykopać kilka dołków i patrzeć, jak się wypełniają.

—Nigdzie dokoła nie widać rośliny wyższej od kaktusa. — 

Hope   przyłączyła   się   do   rozmowy.   —   A co   powinniśmy 
zrobić, jeśli wszyscy porozbijamy się na skałach, poskręcamy 
kostki i nie będziemy w stanie szukać tych drzew?

—Wtedy   za   rok   o tej   samej   porze   będę   pokazywał 

studentom   wasze   kości   —   ku   przestrodze,   żeby   ostrożnie 
stąpali po skałach.

Kiedy   inni   się   śmiali,   Jared   pochwycił   spojrzenie   Hope, 

dokładnie w tym momencie, kiedy zdziwienie ustąpiło miejsca 
triumfowi.

—Nie,   nie   będziesz.   Powiedziałeś,   że   jest   po   tobie, 

pamiętasz?   Znajdą   kupkę   twoich   kości   gdzieś   koło 

background image

krótkofalówki.

—Punkt dla ciebie, Hope! — huknął Bill, podnosząc w jej 

kierunku otwartą dłoń.

Klasnęła   w nią   mocno,   a potem   stanęła   twarzą   do   reszty 

grupy i szarpnęła daszek swej czapki  w triumfującym geście 
„Moje na wierzchu!"

Najlepsze, co mógł zrobić Jared, to powrócić do tematu.
—Prawdę mówiąc, w krainie kaktusów jest lepszy sposób na 

zdobycie wody niż szukanie jej pod ziemią.

—Kaktusy! — stęknął Hank i popukał się w czoło. — Ale 

z nas kretyni. Możemy mieć wodę z kaktusów.

Logiczne założenie.
—I tak, i nie. Apaczowie i Metysi uważają kaktusy za lepsze 

źródło pożywienia niż wody. Chodźcie, coś wam pokażę.

Otworzywszy   swój   nóż,   Jared   podszedł   do   kwitnącego 

poletka   opuncji,   przeciął   wielką   owalną   łapę   na   pół,   a gdy 
grupa   stłoczyła   się   wokół   niego,   użył   końca   noża   jako 
wskazówki.

—Widzicie   nasiona   pomiędzy   tymi   płatkami?   Można   je 

mieszać z mąką. Owoc opuncji — ten mały pączek, o tu — 
będzie gotowy do zjedzenia jesienią. A zielone kolczaste łapy, 
podobne   do   tej,   którą   rozciąłem,   można   obrać,   a potem 
ugotować albo upiec. W sytuacji awaryjnej żucie miazgi, która 
jest w środku, dostarcza organizmowi trochę witamin i wody, 
chociaż wyciąganie z niej kolców jest piekielną robotą. To tak, 
jakby   zdejmować   skórę   z jeżozwierza.   A pot,   który   stracicie 
przy   takim   wysiłku   —   dla   kilku   łyczków   wody   —   może 
zniweczyć korzyści.

Wszyscy się zamyślili, a Jared wytarł ostrze noża o spodnie.
—Ale nas pocieszyłeś — odezwała się w końcu Hope. — 

Mamy   szukać   drzew,   których   tu   nie   ma,   modlić   się   o cud 
w postaci   burzy   albo   wypocić   się   na   śmierć,   obierając 
jeżozwierza.   Masz   jeszcze   sporo   takich   głodnych   kawałków 
w zanadrzu?

Pokiwał czubkiem noża, sztyletując ją wzrokiem.

background image

—Mam tu dla ciebie bardzo ostry kawałek. Jeszcze jeden 

dowcip, i zrobię pokaz.

Jej   radosny   śmiech   sprawił   mu   dużą,   o wiele   za   dużą 

przyjemność.   Schował   nóż   do   kieszeni   i z desperacką 
gorliwością skoncentrował się na wykładzie.

—Wierzcie czy nie, ale najlepsze, co można  zrobić, żeby 

przeżyć, to czekać na poranną rosę. Tak, tak, rosę — dodał, 
wyczuwając   zrozumiałe   niedowierzanie.   —   Jest   świeżo 
skroplona

 

i przedestylowana,

 

i prawdopodobnie 

bezpieczniejsza od wody, którą pijecie w domu.

—Ale... jak ją zebrać, i to w takiej ilości, która uratuje ci 

życie? — zapytał Hank.

—Trzeba przygotować coś, co działa jak gąbka — kawałek 

bawełny byłby świetny — potem  wstać o świcie i pracować 
szybko.   Ścierać   wszystko   w zasięgu   wzroku,   nawet   piasek, 
i wyciskać   wodę   do   naczynia   albo   prosto   do   ust.   Kiedyś 
użyłem   jako   gąbki   pęku   suchej   trawy   i zebrałem   ponad   litr 
wody, właśnie gdzieś tutaj.

Mężczyźni   słuchali   go   zafascynowani,   kobietom   nie 

mieściło się to w głowie.

Jared uśmiechnął się z rezerwą.
—No, to uratowało mi  życie. I wcale nie  grymasiłem.  — 

Czuł, że zaraz zasypią go pytaniami, na które nie miał ochoty 
odpowiadać. — Słuchajcie, jeśli nie ruszymy w tej chwili, nie 
zdążymy   rozbić   przed   zmrokiem   obozu.   Dlaczego   jeszcze 
stoicie?

Bez   następnego   ostrzeżenia   poszedł   pierwszy,  zostawiając 

ich w tyle.

Z   trudem   powłóczyli   nogami   i szli,   jakby   Jared   był 

lokomotywą, a oni ostatnimi wagonami w długim towarowym 
pociągu. W końcu jednak złapali krok i dogonili go. Był na to 
przygotowany.

Zwrócił   im   uwagę   na   zdeptaną   trawę   przy   pobliskich 

krzakach akacji i pokazał zwierzęta podobne do świni, które 
schroniły się tam na sjestę podczas największego upału. Jakieś 

background image

pięćdziesiąt   metrów   dalej   Bill   zobaczył   sylwetkę   matki 
z czwórką   małych   i rzucił   się   za   nimi   w pościg.   Sekundę 
później gnał z powrotem, a maciorze aż kurzyło się spod racic. 
Miała nastroszoną szczecinę i groźnie pomrukiwała. Odstąpiła 
od ataku na widok większej grupy ludzi. Bill zwalił się ciężko 
na kolana.

—O   kur...   Niewiele   brakowało.   Czy   one   jedzą   ludzi?   — 

wysapał ciężko.

Ryknęli śmiechem, ale Jared był litościwy.
—Nie, ale poza tym jedzą już wszystko. Opuncje, korzonki, 

jaszczurki,   węże...   —   Odwrócił   się   do   Hope   i pogroził   jej 
palcem. — Tylko bez wycieczek do genealogii Billa.

—Nie ma potrzeby, ale dzięki za przestrogę — powiedziała 

z przekąsem.

Po chwili przestali się droczyć, podniecenie gdzieś znikło, 

grupa jakby zapomniała o pytaniach. Ruszyli ostro do przodu, 
a Jared znów zajął miejsce na końcu. Bill prowadził rozsądnym 
tempem,   tak   że   Karen   mogła   iść   krok   w krok   z Hankiem. 
Wkrótce tych dwoje pogrążyło się w ożywionej rozmowie — 
trochę zbyt ożywionej jak na wymagania Jareda.

Kiedy Hope zauważyła, że Jared prawie dołączył do reszty 

grupy, zwolniła i wyrównała z nim krok.

—Mogę iść z tobą przez minutkę?
Hmm. Ciekawe, co teraz wymyśliła.
—Jeśli powiem nie, obrazisz się?
—Nie.
—A więc nie. Nie możesz. Właśnie zacząłem medytować — 

skłamał i czekał, aż zachowa się jak osoba dobrze wychowana.

Dwie minuty później — nie doczekawszy się — wlepił w nią 

wzrok.

—Powiedziałam, że się nie obrażę. Nie mówiłam, że odejdę. 

— Uśmiechnęła się zuchwale, uśmiechem nie do odparcia.

Strzał prosto w serce poszerzył szczelinę, przez którą Hope 

zdawała   się   zawzięcie   przeciskać   —   świadomie   lub 
nieświadomie.

background image

—Muszę   przyznać,   że   jesteś   najbardziej...   niezwykłą 

kobietą, jaką kiedykolwiek znałem.

Jej uśmiech zgasł.
—Z   wzajemnością,   druhu.   Umiesz   zbierać   gąbką   rosę 

z trawy,   poruszać   się   jak   lis,   uszy   masz   jak   jakiś   cholerny 
zając... — Podchwyciła  jego zaskoczone  spojrzenie  — Tak, 
tak... Chyba że potrafisz czytać w myślach — a jeśli nie, to 
jedyne   logiczne   wyjaśnienie   wzmianki   o brudnych 
skarpetkach.   Domyślam   się,   że   pan   Pędzący,   przepraszam, 
Biegnący Niedźwiedź nauczył cię o wiele więcej, niż się do 
tego   przyznajesz.   Bardzo   bym   chciała,   żebyś   puścił   trochę 
farby.

—Dlaczego miałbym to zrobić?
—Powiedzmy, że jestem ciekawa.
—No dobrze, A dlaczego jesteś ciekawa?
Patrzyła   prosto   przed   siebie,   jej   mięśnie   zesztywniały, 

delikatny   zapach   strachu   mieszał   się   z rozgrzaną   w słońcu 
magnolią   i o wiele   mocniejszym,   bardziej   uderzającym   do 
głowy aromatem kobiecości. Jej ciekawość przeraziła ją samą. 
Czuła się, i na pewno tak wyglądała, jakby chciała natychmiast 
uciec, ale powstrzymywała ją jakaś potężna siła.

Kiedy Jared zdał sobie sprawę, że to on jest tą siłą, oszołomił 

go dreszcz dzikiej satysfakcji. Nagle jego potrzeba mówienia 
stała   się   równie   silna   jak   jej   potrzeba   słuchania.   Mógłby 
odsłonić się przynajmniej na tyle, żeby skończyć z żałosnymi 
popisami w stylu „nienasycony apetyt", jaki odstawili kilka dni 
temu. Może dzięki temu, kiedy wyprawa się skończy, oboje 
będą mogli wrócić do swojego życia, swoich zobowiązań, i nie 
będą ich prześladowały wspomnienia namiętnej przygody.

Zastanawiał się długo, od czego zacząć...

Odruchowo obchodząc kaktusy i kamienie, Hope czekała, aż 

Jared podejmie swą opowieść. Jak dotąd, była zachwycająca.

Był   włóczęgą   w najprawdziwszym   znaczeniu   tego   słowa. 

background image

Przejeździł i przewędrował najbardziej zapadłe zakątki kraju. 
Utrzymywał   się   z dorywczych   prac,   obozował   w parkach 
narodowych,   jeśli   miał   na   to   pieniądze,   albo   spał 
w przydrożnych   rowach,   jeśli   ich   nie   miał.   Kiedy   było   to 
możliwe, żywił się dziczyzną i wszelkimi jadalnymi roślinami, 
a za przewodnika służyły mu książki o sztuce przetrwania.

Niewiarygodne. Fascynujące.
Chciała dowiedzieć się więcej.
—Kiedy trafiłem na podwórko szkoły Bena, byłem zwykłym 

lumpem z zachodniego Teksasu — odezwał się w końcu.

Hope westchnęła z ulgą.
—Przemierzyłem   szmat   drogi   autostopem   z Alpine,   ale 

musiałem wynosić się sprzed bramy Parku Narodowego Big 
Bend. Nie stać mnie było na tygodniowy karnet dla turystów, 
więc przemknąłem się tam chyłkiem po zapadnięciu zmroku. 
Opuszczona   szkoła   wydawała   się   dobrym   miejscem   na 
kryjówkę.

Jared Austin łamiący prawo? Pozwalający sobie na łamanie 

przepisów?

—Szkoła   musiała   być   zamknięta   od   dłuższego   czasu. 

Stojący   za   nią   budynek   z suszonej   cegły   z daleka   również 
wyglądał   na   nie   zamieszkany.   Pomyślałem   sobie,   że   to 
zupełnie opuszczone miejsce i ruszyłem w stronę domu. Wtedy 
frontowe   drzwi   otworzyły   się   i pojawił   się   w nich   stary 
mężczyzna. Po prostu stał tam i patrzył na mnie, prawie jak 
gdyby się mnie spodziewał.

Jared milczał już dłuższą chwilę, więc Hope zerknęła w bok. 

Na   jego   szyi   widać   było,   że   z trudem   oddycha.   Jej   także 
ścisnęło się serce. Ben miał szczęście. Być kochanym przez 
takiego człowieka to nadzwyczajny dar.

—Widziałaś   kiedykolwiek   stare   fotografie   Geronimo?   — 

zapytał głosem stłumionym od wzruszenia.

Hope usiłowała pozbierać rozbiegane myśli. Chyba każdy, 

kto chodził do szkoły w Teksasie, wiedział, kim był Geronimo.

—Tak,   oglądałam   jego   zdjęcie   w jakichś   książkach 

background image

historycznych.

—Dobrze, więc przypomnij je sobie dokładnie.
—Masz tę twarz przed oczami?
Szeroka, płaska, ze śmiałym orlim nosem i hipnotyzującymi 

oczami.

—Tak, mam.
—A   teraz   wyobraź   go   sobie   w workowatych,   wytartych 

dżinsach,   wyblakłej   flanelowej   koszuli   w kratę 
i w wymiętoszonym, słomianym kapeluszu. Do twarzy dodaj 
tyle zmarszczek, że nie zmieściłaby się ani jedna więcej, zmień 
długie czarne włosy na mieszankę bieli i cynowej szarości. Ale 
zostaw   takie   same   oczy.   Niech   będą   młode,   czarne   i tak 
przeszywające, żebyś poczuła się przyszpilona, uhonorowana 
i upokorzona jednocześnie. Widzisz go teraz?

—Widzę — szepnęła przejęta.
—Tak   właśnie   wyglądał   Ben   Biegnący   Niedźwiedź   na 

szkolnych  schodach,   kiedy   zobaczyłem   go   po   raz   pierwszy. 
W końcu   zebrałem   się   na   odwagę   i poprosiłem   o szklankę 
wody.   Zabrał   mnie   do   swojego   domu,   dał   pić   i zaprosił   na 
kolację. No i spędziłem z nim ostatnie trzy lata jego życia.

Rzadko zdarzało jej się słyszeć, żeby ktoś z jej pokolenia 

z takim szacunkiem mówił o własnych rodzicach. Z pewnością 
nigdy go nie rozpoznała w swoim własnym głosie.

—Gdzie była jego rodzina, jego... plemię?
Uśmiechnął się pobłażliwie.
—Plemię   to   hollywoodzki   mit.   W rzeczywistości   Apacze 

żyją   w grupach   wielkich   rodzin   nazywanych   związkami. 
W dzisiejszych   czasach   wszystkie   te   grupy   mówią   o sobie 
„naród".   Ale   Ben   zachował   w pamięci,   i to   przejmowało   go 
bólem, swój związek Apaczów — Mazatzal. Był jego ostatnim 
żyjącym członkiem.

Kawałki układanki złożyły się w całość.
—Dopóki nie zostałeś jego przybranym wnuczkiem.
—Tak — przyznał po długiej przerwie. — Podejrzewałem, 

że na to wpadniesz. Ben miał ponad piętnaście hektarów nie 

background image

uprawianej   ziemi   plus   osiemdziesiąt   lat   życiowej   mądrości, 
wiedzy i historii kultury, która umarłaby razem z nim. Miałem 
dużo   szczęścia,   że   pozwolił   mi   wejść   do   swojego   życia 
i zdecydował,   że   lepiej   przekazać   swoje   bogactwo   białemu 
człowiekowi niż nikomu.

—A szkoła?
—Zbudowała   ją   we   wczesnych   latach   osiemdziesiątych 

jakaś   organizacja   charytatywna,   ale   zebranie   uczniów, 
zatrudnienie   przyzwoitych   nauczycieli,   ustalenie   sposobu 
finansowania   —   wszystko   to   okazało   się   zbyt   trudne. 
Ostatecznie organizacja zdecydowała się przenieść prawa do 
budynku   na   Bena   w podzięce   za   przekazaną   im   wcześniej 
ziemię.

—Więc odziedziczyłeś po nim tę szkołę?
Skręcił gwałtownie głowę.
—Jeżeli   myślisz,   że   wykorzystałem   jego   przyjaźń   po   to, 

żeby odziedziczyć po nim majątek, to cholernie się mylisz. Nie 
wiedziałem nawet, że Jacksauot jest jego własnością, dopóki 
prawnik nie pokazał mi dokumentów w domu pogrzebowym. 
Ben   mówił   mi,   że   może   tu   żyć   za   darmo   w zamian   za 
utrzymanie szkoły w stanie gotowym do użytku.

—Do głowy mi nie przyszło, że go wykorzystałeś.
Mówiła prawdę. Nawet cień takiej myśli nie przeszedł jej 

przez   głowę,   mimo   że   miała   spore   doświadczenie 
w wyciąganiu logicznych i cynicznych wniosków.

—No   więc   dobrze.   Nie   wykorzystywałem   go   i nie 

manipulowałem   jego   uczuciami.   Kochałem   tego   starego 
człowieka. Nie potrafiłabyś mi przylepić metki z ceną na tym, 
co od niego dostałem. To on nauczył mnie skautingu.

Skautingu? Hope nie umiała powstrzymać się od parsknięcia 

śmiechem.

—Trochę koloryzujesz, prawda?
—Wyobraź sobie, że nie. — Skrzywienie jego ust zdawało 

się   potwierdzać,   że   w życiu   wszystko   się   może   zdarzyć.  — 
Zaczął mnie uczyć już pierwszego dnia.

background image

Przeczuwała, że Jared nie ma na myśli rozbijania namiotu 

ani orientacji według mapy topograficznej.

—Jakie to były lekcje?
—Przetrwania,   tropienia,   świadomości,   filozofii   życia 

w zgodzie   z naturą,   zamiast   posiadania   jej.   Liznąłem   tego 
wszystkiego wcześniej, włócząc się po świecie na własną rękę, 
ale   dopiero   Ben   uświadomił   mi,   dlaczego   tak   lgnąłem   do 
dzikiej   przyrody.   Rzeczy,   które   należały   kiedyś   do   mnie, 
a teraz mogłem je tylko opłakiwać...

Zerknął   na   Hope   ukradkiem,   jakby   przestraszył   się,   że 

odsłonił zbyt wiele.

—Które sprzedałeś, żeby zwrócić długi ojca — dokończyła 

za niego. — Ilu synów stać byłoby na taki gest?

Wpatrywał się w horyzont.
—Tak... W każdym razie te rzeczy tak naprawdę posiadały 

mnie.

—To, czego szukam, jest we mnie — przypomniała.
—Właśnie!   Ben   mnie   nauczył   tej   medytacji.   Studiował 

wszystkie religie, nawet New Age, i wiele z ich mądrości uznał 
za   własne.   Ale   największą   wagę   przykładał   do   sztuki 
skautingu.   W końcu  doszedłem   do   wniosku,  że   życie   blisko 
ziemi   pomaga   ludziom,   kobietom   i mężczyznom,   zrozumieć 
swoją   istotę,   doprowadzić   ją   do   źródeł.   Mówiąc   prosto,   im 
bardziej oddalamy się od dzikiej natury, tej, która nam jeszcze 
została, tym bardziej stajemy się nieludzcy.

Ciężka sprawa.
—Jednym   słowem,   musimy   wrócić   do   natury,   żeby   nie 

zmienić się w bestie. A szkoła przetrwania jest twoją srebrną 
kulą.

Uśmiechnął się zaskoczony.
—Nie   mam   takich   ambicji,   żeby   trafiać   w serce   każdego 

ucznia,   ale   się   staram.   Na   początku   myślałem,   że   w twoje 
całkiem chybiłem.

Hope potknęła się.
Tylko   błyskawiczny   refleks   Jareda   uchronił   ją   przed 

background image

następną warstwą makijażu z ziemi.

—Nic ci się nie stało?
Nic poza tym, że jej zdradzieckie serce waliło tuż przy jego 

przedramieniu.   Cofnęła   się   o krok   i zmusiła   usta   do 
niepewnego uśmiechu.

—Nie, w porządku, chyba nie zauważyłam kamienia. Dzięki 

za pomoc.

—Cała przyjemność po mojej stronie.
Mogłaby   przysiąc,   że   w tych   słowach,   wypowiedzianych 

ochrypłym   głosem,   była   erotyczna   aluzja.   Odwróciła   się 
szybko i szła dalej. Musiała ochłonąć. Ale jego długie kroki 
zaniosły go do niej o wiele za wcześnie.

Najlepiej od razu wyjaśnić niedomówienia.
—Co   miałeś   na   myśli,   zakładając,   że   nie   trafiłeś   w moje 

serce? Sądziłeś, że jestem bestią?

—Nie   bestią.   Choć   może   hipokrytką.   Ten   towar   — 

wynalazek twojego „milczącego bohatera" — jest tym samym 
towarem, który uczyni cię „bardzo bogatą kobietą", mam rację?

Zadrżała na wspomnienie tamtej okropnej rozmowy, kiedy 

chełpiła się przed Billem swym przyszłym bogactwem.

—Masz   rację.   Ale   wszystkie   moje   przedsiębiorstwa 

wytwarzają   produkty   lub   oferują   usługi,   które   wnoszą   do 
społeczeństwa coś wartościowego. To jeden z warunków, które 
zawsze stawiam, wchodząc z kimś w interesy.

—Powiedziałem, że myślałem, że chybiłem w twoje serce.
—Więc… nie uważasz mnie za potwora?
Zamyślił się na chwilę.
—Myślę, że jesteś...
Patrzyła   ślepo   przed   siebie,   jej   zmysły   balansowały   na 

granicy równowagi.

—Nie, nie uważam cię za potwora — skończył drewnianym 

głosem.

Milczała   rozczarowana.   Chciała   nalegać   na   więcej,   ale 

przywołała   się   do   rozsądku   i zawróciła   ze   skraju   przepaści. 
Lepiej niech tak zostanie, przekonywała się gorliwie. Lepiej 

background image

odzyskać   dystans.   Rozpadlina,   która   ich   dzieli,   jest   zbyt 
szeroka.

On jest oddany swojej pracy, tak jak ona swojej. Nie mieliby 

czasu,   żeby   się   spotykać   u jednego   z nich   —   przemierzając 
cały kraj. A przeprowadzka ani jednej, ani drugiej firmy nie 
wchodzi   w rachubę.   Tak,   unikanie   niepotrzebnego   bólu 
w przyszłości to na pewno mądry wybór.

Z   bólem   serca,   który   doskwiera   jej   teraz,   upora   się   dość 

szybko.

background image

11

Dwa   dni   później   Hope   ocknęła   się   tuż   przed   świtem, 

w pogrążonym   jeszcze   w mroku   namiocie.   Obudził   ją   lekki 
dreszcz podniecenia. Zegar podświadomości przypomniał, że 
istnieje wyjątkowy powód, by wstać tak wcześnie. Wreszcie 
powróciła świadomość.

Dzisiaj pokaże, co potrafi jako przewodnik grupy.
Gdyby   tydzień   temu   Debbie   próbowała   ją   przekonać,   że 

będzie   się   cieszyła   na   taką   przygodę,   wyrzuciłaby   ją 
z gabinetu. Ale teraz patrzyła na świat trochę inaczej. Prawdę 
mówiąc, już od dnia, kiedy Jared po raz pierwszy opowiadał im 
o życiu bliżej natury.

To pod jego wpływem przestała traktować ziemię jak towar, 

który można mieć na własność — coś, czego używa się dla 
wygody, co przemierza  się jak najszybciej, żeby dotrzeć  do 
następnego   miejsca   postoju.   Zaczęła   dostrzegać   to,   na   co 
przedtem ledwie rzucała okiem.

Rośliny   i zwierzęta   rozproszone   w bezkresnej   przestrzeni, 

skąpane w rozświetlonym, przejrzystym, niczym nie skażonym 
powietrzu. Szybkonożne pustynne ptaki przystające co chwila, 
by   pysznić   się   swymi   pędzlowatymi   czubami;   jaszczurki 
śmigające po piasku niczym bosonodzy turyści po rozpalonej 
słońcem plaży; jastrzębie kołujące wysoko nad ziemią.

I kwiaty! Odległe plamy szkarłatu i żółci, z bliska zdające 

się dziełami artysty. Kremowobiałe płatki juki można jeść na 
surowo,   suszone   liście   skręcić   w linę,   a z utartych   w wodzie 
korzeni zrobić dobre mydło — o tym wszystkim opowiadał im 
Jared. O tym i o wielu innych ciekawych rzeczach.

Smakowite kąski jego wiedzy sprawiały, że kilometry drogi 

uciekały   niepostrzeżenie.   Mógłby   być   autorem   wielu 
programów   w „Discovery   Channel"   i Hope   dziękowała 
niebiosom za to, że w czasie pierwszych zajęć wyprowadziła 
go na tyle z równowagi, że przydzielił ją do swojej grupy.

background image

Poprzedniego   dnia   zostawili   za   sobą   pustynię   i sama   się 

dziwiła, że było jej żal. Ale czekała ich jeszcze wędrówka po 
trawiastych zboczach Sierra del Carmen. Dzisiaj miała szansę 
wykazać   się   —   popisać   talentem   przywódczym,   sprawdzić 
w praktyce reguły demokracji, które zawsze głosiła. Zależało 
jej na tym jeszcze bardziej niż na sprzedaży akcji UroTechu.

Wygrzebała się ze śpiwora, ubrała jak najciszej i sięgnęła po 

bluzę.   Karen   przypominała   poczwarkę   w swoim   ciepłym 
kokonie śpiwora. Temperatura spadała w miarę, jak wspinali 
się coraz wyżej. Ale Hope za upałem pustyni nie tęskniła ani 
trochę.

Wyczołgała   się   z namiotu,   wstała   i przez   krótki   moment 

zastanawiała się, gdzie jest wschód — tak jak codziennie na 
szlaku.

Tylko że teraz było ciemniej. Zimniej.
Inaczej niż zwykle.
Nie czuła nawet najlżejszego podmuchu wiatru. Gwiazdy już 

zbladły,   zwiastując   nadchodzący   świt,   ale   w gęstej   szarości 
ledwie   można   było   rozpoznać   kontury   krajobrazu.   Namiot 
Hanka i Billa majaczył po lewej stronie, dwadzieścia metrów 
dalej.   Sosny   przy   skraju   polany,   na   której   rozłożyli 
obozowisko, wyglądały jak żołnierze na warcie. Obłoczki pary, 
znaczące   jej   równy,   spokojny   oddech,   nagle   przestały   się 
pojawiać...

Na końcu świata poznałaby tę charakterystyczną sylwetkę, 

która   wyłoniła   się   z szarości   po   przeciwnej   stronie   polany. 
Wysoki, szeroki w barach, o szczupłych biodrach. Prawdziwy 
mężczyzna. O takich marzą kobiety, które bardzo często budzą 
się   ze   swych   marzeń   u boku   troglodyty,   pozbawionego 
zarówno rozumu, jak i przyzwoitości. Jaredowi nie brakowało 
ani jednego, ani drugiego. Nie wspominając o męskości, którą 
Hope także brała pod uwagę.

Nie poruszył się, po prostu stał i patrzył, przyciągając ją swą 

magnetyczną   silą.   Zorientowała   się   nagle,   że   idzie   przez 
wysoką   po   kolana   trawę,   potem   zatrzymuje   się   przed   nim 

background image

w odległości wyciągniętego ramienia.

Za blisko. I nie dość blisko.
—Nie możesz spać? – zapytała miękkim głosem, który i tak 

zabrzmiał o wiele za głośno.

—Nie potrzebuję dużo snu. Ale dziwię się, że ty jesteś na 

nogach.   Myślałem,   że   tylko   zapachem   kawy   można   cię 
wyciągnąć   z namiotu   —   droczył   się   z nią   swym   głębokim 
basem.

Potem zamilkł. Kochankowie otuleni ciemnością.
Wstrząsnął nią dreszcz.
Jared   zdjął   sweter   i przykrył   nim   jej   plecy,   rękawami 

owijając   szyję.   Wełna   była   ciepła,   przesiąknięta   męskim 
zapachem.   Poczuła   się,   jakby   objął   ją   ramionami.   Spuściła 
wzrok.

—Lepiej?
Niespodziewane łzy zacisnęły jej gardło.
—Jak to możliwe, żeby taki mężczyzna... jak ty żył od tylu 

lat samotnie?

W ten sposób trzymam dystans, demonie.
—A jakim ja jestem mężczyzną?
Błyskotliwym. Wspaniałym.
—Heteroseksualnym.
Zaśmiał się.
—Kiedyś byłem zaręczony.
Nie pytaj.
—I co się stało?
Milczał przez chwilę, a następnie wzruszył ramionami.
—Beth   była   słodka   i nieśmiała,   jakby   nie   z tego   świata. 

Właśnie to mi się w niej spodobało. Zakochałem się w niej, 
postanowiłem   oswoić   towarzysko.   Tak   naprawdę,   to   ja   ją 
zaprowadziłem na pierwszy bankiet i ja namówiłem do wypicia 
pierwszego koktajlu, takiego zwalającego z nóg, jak na kaca 
dla   wytrawnych   pijaków.   —   Jego   kpiący   łagodnie   ton 
przeszedł w zjadliwy sarkazm. — Wkrótce była ostatnią osobą, 
która   opuściłaby   jakiekolwiek   przyjęcie.   Coraz   częściej 

background image

musiałem ją nosić na plecach do samochodu.

—Przesadzała z piciem?
—Odkąd pokazałem jej sposób na odprężenie i pokonanie 

nieśmiałości, Beth nie przestała pić ani na chwilę.

Obwiniał siebie. Przecież to śmieszne.
—Alkoholizm to choroba, genetyczna skłonność, a nie zły 

nawyk. Skąd mogłeś wiedzieć, że picie stanie się jej nałogiem?

—Powinienem Beth zaakceptować i chronić taką, jaka była 

na   początku,   a ja   próbowałem   ją   zmieniać.   Kiedy 
zorientowałem   się,   że   sprawa   jest   poważna,   ona   bardziej 
kochała   alkohol   niż   mnie.   Posłuchaj,   Hope...   —   bezradnym 
gestem zmierzwił włosy — to było dawno temu. Pogodziłem 
się ze wszystkim, co zrobiłem i czego nie zrobiłem. Zmieńmy 
temat, dobrze?

Widziała,   jak   pierwsze   promienie   słońca   muskają   jego 

policzki i mocno zarysowaną, kanciastą brodę. Przekrzywione 
na   nosie   okulary   i rozczochrane   włosy   zmiękczały   jego 
rzeźbione rysy. Zacisnęła dłonie na rękawach jego swetra. Tak 
bardzo   ją   kusiło,   żeby   wyciągnąć   rękę   i przeczesać   palcami 
jego włosy. Ale to wolno tylko matce — albo kochance.

Nagle Jared zesztywniał, koncentrując uwagę na czymś, co 

działo się za jego plecami. Zaraz potem jego twarz rozbłysła 
uśmiechem. Położył palec na ustach, odwrócił się i pociągnął 
ją w dół, ukrywając w wysokiej, pszenicznego koloru trawie. 
Podążyła za jego wzrokiem na skraj gęstego, odległego o jakieś 
pięćdziesiąt metrów sosnowego zagajnika.

Całun nocy unosił się powoli, ale nie widziała niczego, co 

mogło   poruszyć   Jareda.   Milczała   jednak,   wierząc   w jego 
nadzwyczajnie wyczulone zmysły. Sekundę później jej wiara 
została nagrodzona.

Dorosła łania wyłoniła się ze ściany czarnego lasu, jakby 

z płaskiej   stronicy   albumu.   Torowała   sobie   uważnie   drogę 
przez gęste poszycie, potem zatrzymała się, rozejrzała wokoło, 
trwożliwie strzygąc długimi uszami. Wreszcie schyliła głowę 
i zaczęła   skubać   delikatne   zielone   liście.   Niedosłyszalne 

background image

pozwolenie   wyciągnęło   z lasu   jelonka.   Najpierw   ostrożnym, 
potem coraz śmielszym krokiem, małe nakrapiane stworzenie 
dotarło na swych koślawych nogach do matki.

Krople   rosy   migotały   na   trawie.   Ptaki,   gwiżdżąc 

i świergocząc,   witały   dzień   i krewniaków   okupujących 
sąsiednie   drzewa.   Idylliczna   scena.   Sentymentalna   i błoga. 
Przeciwieństwo   frenetycznego   pośpiechu,   jaki   panował 
w świecie biznesu. W świecie, który Hope uwielbiała.

Była   oczarowana.   Całkowicie,   bez   reszty   oczarowana. 

Spokojne   zadowolenie   emanujące   z Jareda   wzmagało   jej 
żywiołową radość.

Po raz pierwszy od czasu, kiedy opuściła rodzinną farmę, 

zrozumiała coś tak prostego i smutnego.

Odcinając   się   od   wszystkiego,   co   „blisko   ziemi",   nie 

odgrywała się na rodzicach, tylko karała samą siebie.

Nostalgiczna tęsknota ugodziła w ostatnie czułe miejsce jej 

obronnej   twierdzy.   Niebieskolistny   łubin   już   niedługo 
zakwitnie na pastwiskach. Może po tej wyprawie, zanim wróci 
do Nowego Jorku, wpadłaby z krótką wizytą na ranczo?

Zgrzyt   błyskawicznego   zamka   wyrwał   ją   z zadumy.   Ktoś 

otworzył   namiot.   Łania   podniosła   raptownie   głowę 
i znieruchomiała.

—Cholera, jak zimno!
Niezadowolony głos należał do Billa.
Obydwa   jelenie   pogalopowały   do   lasu   z uniesionymi 

wysoko   ogonkami   i znikły,   przenosząc   się   do   albumu 
wspomnień. Jedynym dowodem na to, że istniały naprawdę, 
był krąg matowej  trawy, pozbawionej srebrzystych kropelek 
rosy.

—Psiakrew,   widzieliście   tego   jelenia?   Hank,   wstawaj, 

zobaczysz jelenia!

Hope pochwyciła wzrok Jareda i zobaczyła w jego oczach 

odbicie   własnego   rozgoryczenia.   Nie   mogąc   powstrzymać 
uśmiechu, wstała i odwróciła twarz do słońca. Dobry nastrój 
powrócił.

background image

Magiczna chwila prysnęła jak bańka mydlana, ale czekał ją 

cały nowy dzień. Postanowiła, że będzie to piękny dzień.

Na prywatnym lądowisku pod Del Rio Stan Lawler wyjął 

z bagażnika   lincolna   swój   plecak   i zatrzasnął   głośno   klapę. 
Przez chwilę podziwiał białą limuzynę lśniącą w promieniach 
porannego słońca, potem rzuci} swoje rzeczy na ziemię. Na 
kilka   dni   musi   zapomnieć   o luksusowych   autach   i hotelach. 
Helikopter  przyleci  lada   moment.   Zrobi   swoje,  zwinie   forsę 
i ulotni się do Chicago.

Na myśl o brudnej kawalerce szyderczy grymas wykrzywił 

mu   wargi.   Pierwsza   sprawa,   jaką   powinien   załatwić 
natychmiast   po   powrocie,   to   znalezienie   mieszkania   z klasą. 
A może  wynieść  się  do innego miasta.  .. Tak, to jest  myśl. 
Urządzić się w takim miejscu, gdzie nie musiałby mrozić tyłka 
przez sześć miesięcy w roku.

Przykucnął   na   asfalcie   i otworzył   plecak.   Spakował   go 

dokładnie   już   poprzedniego   wieczoru,   ale   uważał,   że   dobre 
planowanie i skrupulatność to trzy czwarte sukcesu. Sprawdził 
więc   dwa   razy   zawartość   bagażu,   tak   jak   szanujący   się 
biznesmen   sprawdza   służbową   walizkę   przed   ważnym 
spotkaniem. W gruncie rzeczy nie potrzebował nawet połowy 
tego gówna. Dziecinna robota. Wykończyć babę z M21 to nie 
to samo co załatwić kogoś z bliska, patrząc mu w oczy. Na 
wszelki wypadek zabrał też Rugera Mark II i nóż myśliwski 
z rogową rękojeścią. Nóż miał dla niego wartość pamiątkową 
i nigdy się z nim nie rozstawał.

Zanim   zgodził   się   na   tę   robotę,   zażądał   kilku   informacji. 

Seksowna   ruda   laska,   którą   pokazali   mu   na   zdjęciu,   była 
porąbaną   feministką   —   bezczelnym   babonem 
doprowadzającym facetów do szału. Przynajmniej tak mówią 
o niej   w firmie.   Najważniejsze,   żeby   dopaść   ją,   zanim 
nadejdzie   jakaś   gówniana   aprobata   z FDA,   urzędu   kontroli 
żywności   i leków.  Niczego   więcej   nie   musiał   ani   nie   chciał 

background image

wiedzieć.

Jak   tylko   wyląduje   w górach,   namierzy   z radia   dokładne 

położenie jej grupy i wyfrunie do Meksyku, zanim zacznie się 
cyrk z policją i prasą. Rozkaz to rozkaz.

Z drugiej strony...
To  kontrakt   przełomowy. Może  jednak  starczy  mu  czasu, 

żeby   uczcić   taką   okazję   czymś   specjalnym,   trochę   się 
zabawić...   Gdyby   jeden   z tych   palantów,   instruktorów   od 
przetrwania, wlazł mu w drogę — tym lepiej.

Głuchy furkot postawił Staną na baczność, nim helikopter 

ukazał się na horyzoncie. Szybki, z niskim poziomem wibracji 
i mało hałaśliwy AS 350B Ecureuil doskonale nadawał się do 
przerzucania towarów przez granicę meksykańską, zwłaszcza 
takich, którymi nie warto się chwalić. Kiedy płozy dotknęły 
ziemi,   Stan   poczuł   pierwszy   dreszcz   podniecenia.   Na 
bezchmurnym niebie słońce świeciło pełnym blaskiem, ale to 
go najmniej cieszyło.

Każdy   poranek,   który   przybliżał   go   do   tej   decydującej 

wielkiej chwili, był początkiem dobrego dnia.

Poranna   trasa   wiodła   w górę   trawiastymi   zboczami   ku 

wysokim   szczytom   Sierra   del   Carmen.   Drzewa   rosły   coraz 
gęściej   i oprócz   przeważających   w niższych   partiach   sosen 
pinons,   pojawiały   się   sosny   ponderosa   i jodły   Douglasa. 
Aromatyczna woń iglastych drzew i rześkie, chłodne powietrze 
zaostrzyło jej apetyt. Inni też pewnie nie mogli doczekać się 
lunchu.

Zaczęła wołać do idącej z przodu Karen i nagle zdała sobie 

sprawę,   że   od   dobrych   piętnastu   minut   nie   słyszy   szmeru 
rozmów za plecami. Ciekawe...

Czy   Jared   też   to   zauważył?   Od   początku   drogi 

powstrzymywała   się,   żeby   nie   oglądać   się   za   siebie   i nie 
spodziewać się od niego pochwał.

Bill zachowywał się o wiele głośniej godzinę temu, kiedy 

background image

Karen,   idąca   na   czele   grupy,   zaczęła   się   wyraźnie   męczyć. 
Narzekał   długo   i hałaśliwie,   że   zbyt   zwalnia   tempo,   dlatego 
powinna zamienić się z nim miejscami.

Hope chciała, żeby szli tempem, które wytrzyma najsłabsza 

osoba w grupie. Patrzyła teraz na tę „najsłabszą", która pięła 
się dzielnie pod górę pięć metrów przed nią. W nocy Karen 
dostała   okres   i rano   wyglądała   niewyraźnie,   nie   wydusiła 
jednak z siebie ani słowa skargi.

—Niedługo przystanek na lunch — obiecała jej Hope. — 

Jak się czujesz?

—Lepiej   niż   Bill.   Zamknął   się   na   dobre,   od   kiedy 

przydzieliłaś mu na resztę dnia czytanie mapy. Wielkie dzięki.

—Zawsze do usług.
Hope miała nadzieję, że wyznaczając Billowi zadanie, które 

przekracza jego umiejętności, wywoła w nim współczucie dla 
osoby najsłabszej fizycznie w grupie, i miała rację. Wyglądało 
na to, że kiedy zwalczyła w sobie lęk przed kompromitacją, 
obudził   się   w niej   talent   psychologiczny,   dorównujący 
matematycznemu.

Duma   dodała   jej   nowej   energii.   Wysunęła   się   przed 

zmęczoną przyjaciółkę i pięć minut później znalazła doskonałe 
miejsce na biwak. Była to polana otoczona ze wszystkich stron 
lasem.   Zanim   inni   tam   dotarli,   zdążyła   się   rozejrzeć   i zdjąć 
plecak.

—No i jak tam, wojsko, nie za wcześnie na lunch?
—Żarty   na   bok   —   odezwał   się   Bill.   —   Chyba   nawet 

orzechowy   pemikan   z żelaznej   porcji   przeszedłby   mi   przez 
gardło. Kto jest dzisiaj szefem kuchni?

Wszyscy, łącznie z Hope, spojrzeli na Karen.
Zanim   jednak   Karen   zdążyła   odpowiedzieć,   Hope 

przypomniała sobie o obowiązkach przewodnika.

—To   niesprawiedliwe,   żeby   Karen   robiła   wszystko   sama. 

Pomogę jej.

Bill   stęknął   i zrobił   zbolałą   minę.   Pozostali   unikali 

dyplomatycznie jej wzroku. Tylko dlatego, że rano przypaliła 

background image

owsiankę, a zaraz potem zaparzyła trochę za mocną kawę...

—Ile mamy wody? — spytała wyniośle.
Wszyscy otworzyli plecaki. Manierki i plastikowe dzbanki 

były   prawie   puste.   Cztery   pary   oczu   spojrzały   na   nią 
z wyrzutem o różnym stopniu intensywności.

I to tylko dlatego, że do następnej porcji owsianki zużyła 

odrobinę za dużo wody, a następny dzbanek kawy...

Hope mruknęła coś pod nosem, poprosiła o mapę i odnalazła 

strumień płynący równolegle do trasy ich marszruty.

—Może   pójdziecie   po   wodę,   a ja   urządzę   w tym   czasie 

kuchnię?

—Pomogę ci — zaproponowała Karen.
—Alleluja! — zawołał Bill, patrząc wilkiem na Hope. — 

Nie ma powodu, żeby wszyscy naraz szli po wodę. Zresztą 
Karen wygląda na zmęczoną. No co, panowie, mam rację?

—Karen wygląda fan... — zaprotestował gorąco Hank. — 

Według mnie wygląda świetnie.

—Bardzo was przepraszam, ale dlaczego rozmawiacie, jakby 

mnie tu nie było?

Brawo, przyjaciółko!
—Bill,   twoja   troska   jest...   wzruszająca.   Mam   ochotę   się 

rozpłakać. Karen, rzeczywiście mogłabyś mi pomóc. — Hope 
podniosła wzrok na Jareda. — Co o tym myślisz?

—Według mnie plan jest sensowny.
A więc wydaje mu się sensowna. Hope uśmiechnęła się.
Jared odwzajemnił jej uśmiech.
—Zarządziłbym tak samo.
Zrobiłby to samo co ona. Uśmiechała się coraz promienniej 

i nic nie mogła na to poradzić.

Uśmiech Jareda stawał się coraz jaśniejszy.
—No   dobrze   —   westchnął   przeciągle   Bill.   —   Plan   jest 

fantastyczny, a ty jesteś wspaniałym przewodnikiem. No więc 
idziemy po tę wodę czy nie?

Stali   z Hankiem   ze   składanymi   plastikowymi   dzbankami 

w obydwu rękach i patrzyli wyczekująco na Jareda.

background image

Nagle jego twarz spochmurniała, nie pozostało na niej cienia 

uśmiechu.   Przyklęknął   na   jedno   kolano   i wyjął   z plecaka 
następne dwa dzbanki. Wstając, rzucił do Hope:

—Wracamy za jakieś pół godziny.
Uważaj na siebie, miała na końcu języka.
—Dobrze — usłyszał zamiast tego.
Głupia babo, pomyślała, kiedy mężczyźni zniknęli z jej pola 

widzenia. Przecież on prowadzi szkołę przetrwania! Uważaj na 
siebie.   Co   za   głupota.   Bezmyślność.   Odsłoniłaby   się   jak 
dziecko.  Coś   takiego   mogłaby   powiedzieć   tylko   matka   albo 
kochanka.

Dziwnie   przygnębiona,   Hope   pomogła   przyjaciółce 

wypakować kocher i zapasy żywności. Gładka płyta wapienna 
posłużyła za stół. Biegła w sztuce kulinarnej Karen przejrzała 
zapasy   i zdecydowała,   że   zrobią  ąuiche.  Hope   zgodziła   się 
skinieniem głowy.

—Jesteś   niesamowita.   Gdy   wrócisz   do   domu,   mogłabyś 

napisać książkę kucharską pod tytułem „Kuchnia biwakowa".

Hope wyjęła pojemnik na paliwo z kochera, do drugiej ręki 

wzięła paliwo w fabrycznym opakowaniu, przeniosła wszystko 
na bezpieczną odległość i napełniła zbiornik.

—Założę   się   —   ciągnęła   poważnie   —   że   taka   książka 

z przepisami   błyskawicznych   dań,   możliwych   do   zrobienia 
w warunkach   kempingowych,   sprzedawałaby   się   jak   ciepłe 
bułeczki.   O ilu   milionach   ludzi   wędrujących   co   roku   po 
parkach narodowych wspominał Jared? Trzystu?

Nie usłyszała odpowiedzi.
—Karen...?
Hope poczuła gęsią skórkę na szyi. Powoli odwróciła się, 

wypuszczając z ręki pojemnik z paliwem.

Karen stała odwrócona do niej plecami, jakby zamieniła się 

w słup   soli.   Czterdzieści   metrów   przed   nią   wielki   czarny 
niedźwiedź podniósł pysk i pracowicie wietrzył.

W   jednej   sekundzie   przypomniała   sobie   wszystko,   co 

opowiadał   Jared   o niedźwiedziach   żyjących   w Sierra   del 

background image

Carmen.   Boją   się   ludzi.   Można   je   wystraszyć   głośnym 
hałasem. Trzeba palić, a nie zakopywać resztki jedzenia.

—Heeej! Wynocha stąd! — krzyknęła, wymachując rękami.
Dlaczego nie ucieka? Żywność jest szczelnie opakowana. ..
Zapach   kobiecej   menstruacji   przyciąga,   a czasem 

rozwściecza   dzikie   niedźwiedzie.   Jeśli   masz   okres,   powiedz 
o tym przewodnikowi.

O Boże!
Czarne   korale   niedźwiedzich   oczu   przylgnęły   do   Karen, 

ciemne   futro   zjeżyło   się   na   karku   zwierzęcia.   Z jego 
przepastnej piersi wydobywało się zło- wrogie burczenie. To 
nie był miś z ogrodu zoologicznego, paradujący na wybiegu po 
drugiej stronie fosy.

—Hope? — odezwała się wreszcie Karen, ale w jej głosie 

brzmiało paniczne przerażenie.

—Jestem tutaj. Cofaj się powoli...
Skamieniała ze strachu Karen nawet się nie poruszyła.
Zwierzę   postąpiło   krok   do   przodu,   obnażyło   swe   groźnie 

wyglądające żółtawe zęby i ryknęło.

Hope poczuła w mózgu nagły przypływ adrenaliny. Jej ciało 

naprężyło   się,   gotowe   do   ucieczki.   Karen   zachwiała   się   na 
nogach. To nagłe poruszenie sprowokowało niedźwiedzia do 
akcji. Dużymi susami ruszył naprzód.

Hope zaczęła biec naprzeciw zwierza. Minęła przyjaciółkę, 

nie zwalniając chwyciła w locie plecak i wyrzuciła go wysoko 
w górę, prosto w pysk bestii. Potem odwróciła się, wrzeszcząc:

—Uciekaj, Karen!
Słyszała   za   sobą,   jak   rozwścieczone   zwierzę   rozszarpuje 

plecak na strzępy. Ale nie starczy mu tego zajęcia na długo.

Biegła w kierunku lasu tak szybko, jak nigdy dotąd. Jej serce 

łomotało   w rytmie   tupotu   butów.   I nagle   straszny   niepokój 
kazał jej skręcić,

Karen   biegła   niezdarnie   przez   polanę   w przeciwnym 

kierunku.   Łatwa,   powolna   ofiara,   znajdująca   się   bliżej 
niedźwiedzia   niż   Hope.   Sekundę   później   zwierzę   podniosło 

background image

oczy znad zniszczonego plecaka i od razu namierzyło Karen.

—Won, ty przeklęty draniu! — wrzeszczała Hope przez tubę 

złożonych dłoni.

Ufff. Zwrócił na nią uwagę.
Strach   sprawił,   że   nogi   same   ją   niosły.   Słyszała   odgłosy 

wściekłego   pościgu,   ryk   zatykający   jej   uszy.   Miażdżone 
poszycie.   Charczenie   i sapanie.   Tak   blisko,   że   w każdej 
sekundzie mogła poczuć na karku gorący oddech.

Dotarła   do   lasu   i biegła   dalej,   szukając   wzrokiem   gałęzi, 

której   mogłaby   dosięgnąć.   Tam!   Odbiła   się   wysoko   jak 
z katapulty,   chwyciła   najniższy   konar   sosny   i wydrapała, 
wyskrobała i wyszlochała sobie drogę w górę drzewa. Potężny 
ryk poprzedził straszliwe uderzenie. Wrzasnęła z przerażenie 
i omal nie spadła. Potem objęła ramionami pień, wczepiając się 
w chropowatą   korę.   Dlaczego   nie   wybrała   większej   sosny? 
Modliła   się   o cud,   przysięgała,   że   stanie   się   lepszym 
człowiekiem, zerknęła w dół — i aż zawyła ze strachu.

Niedźwiedź próbował się wspinać! Ale gałąź pod nim pękła 

i masywne cielsko stoczyło się w dół. Dziękuję ci, drzewko, 
pomyślała, i przylgnęła jeszcze mocniej do pnia.

Za wczesna radość. Nie udało się wspinanie, więc zwierzę 

próbowało   strząsnąć   Hope   z jej   grzędy.   Igły   sosny   i suche 
gałązki   obsypywały   jej   barki.   Zamknęła   oczy,   czując   atak 
rozpaczliwej histerii.

To   było   szaleństwo.   Niedorzeczność.   Ludzie   umierają   na 

raka,   giną   w wypadkach   samochodowych,   bywają   ofiarami 
śmiercionośnych broni. Przyjemne cywilizowane okoliczności. 
Ale   być   zjedzonym   przez   niedźwiedzia   to...   barbarzyństwo. 
Zaczęłaby się śmiać, gdyby nie to, że jej zęby stukały o siebie 
jak kastaniety, a płuca pracowały jak miechy.

Łup!
Niedźwiedź   wydał   z siebie   głuchy   pomruk.   Drzewo 

przestało się trząść. Hope wstrzymała oddech i czekała.

Łup!
Rozległ się chrapliwy ryk. Spojrzała w dół i zobaczyła, że 

background image

niedźwiedź osunął się na cztery łapy.

Łup!
Tym   razem   zobaczyła   uderzenie   kamienia.   Potrząsając 

pyskiem,   jakby   ukąsiła   go   w nos   pszczoła,   niedźwiedź 
odchodził   powoli   od   pnia   drzewa.   Hope   widziała   jego 
kołyszący   się   zad,   kiedy   znikał   w gęstniejącym   lesie   po 
przeciwnej   stronie   obozowiska.   To   na   pewno   podstęp. 
Poczeka, aż ona zejdzie z drzewa, i przypuści następną szarżę. 
Przycisnęła policzek do kory i objęła jeszcze mocniej pień.

—Hope, on sobie poszedł. Zejdziesz sama?
Głos, na który czekała, ku jej własnemu zdziwieniu sprawił, 

że już nie musiała być silna. Nie czuła takiej potrzeby. Kiedy 
spojrzała w dół, miała już tylko jedną myśl, jedno pragnienie, 
jeden cel w życiu.

Zdobyć Jareda.
Tak   się   do   niego   spieszyła,   że   półtora   metra   nad   ziemią 

straciła   równowagę.   Krzyknęła,   próbując   chwycić   się 
powietrza, i spadła prosto w jego ciepłe ramiona.

Dzięki   ci,   Boże.   Hope   przylgnęła   do   Jareda   mocniej   niż 

przedtem do pnia drzewa. On był jej bezpieczeństwem, on był 
mądrością, on był wszystkim, cze- go chciała i potrzebowała. 
Był wystarczająco męski, żeby przyjąć jej słabość, ale nie po 
to,   żeby   samemu   poczuć   się   silniejszym.   Serce   pod   jej 
policzkiem biło szybciej, niżby wskazywał na to jego spokojny 
głos.

Oddychała   jego   cudownym   zapachem   i nagle,   jakby 

w spóźnionym szoku, zaczęła drżeć.

Jego dłonie masowały okrężnym ruchem jej plecy.
—Już dobrze, kochanie?
Kochanie. Radość ukoiła jej postrzępione nerwy. Mogłaby 

tak   stać   szczęśliwa   w jego   ramionach,   aż   oboje   porośliby 
mchem.

—Wszystko w porządku, teraz już tak. Ale przecież Karen...
—Cii.   Jest   z Billem   i Hankiem.   Ten   rzut   plecakiem   był 

genialny.   Niewielu   ludzi   potrafi   tak   szybko   myśleć.   To,   co 

background image

zrobiłaś,   było   naprawdę   odważne.   Wariackie,   ale   odważne. 
Karen nie miała szansy, żeby wejść na drzewo.

Widziałeś, co się stało?! Od początku?
—Tak, widziałem.
—Ale... przecież poszedłeś po wodę. Dlaczego zawróciłeś?
—Gołębie.
Gołębie.
—Nie rozumiem.
—Kiedy przeleciały nade mną, uświadomiłem sobie, że coś 

musiało   je   wystraszyć.   Zawróciłem   do   obozu   i wyszedłem 
z lasu akurat wtedy, gdy niedźwiedź zaatakował Karen... — 
Jego ramiona zacisnęły się kurczowo. — Nie byłem w stanie 
dobiec   do   ciebie   na   czas.   Mogłem   tylko   patrzeć.   Boże,   już 
myślałem...

Myślał, że nie ochroni jej, tak jak nie ochronił kiedyś Beth. 

Przytuliła   się   mocniej   i słuchała,   jak   jego   serce   bije   coraz 
szybciej, potem poczuła coś niżej. Męski sposób odreagowania 
stresu... zapewne, ale jej ciało odpowiedziało natychmiast.

—Zdążyłeś na czas — szepnęła. — Kiedy siedziałam na tym 

drzewie,   byłam   pewna,   że   przyjdziesz.   Dzięki   temu 
wytrzymałam.

Odchyliła w tył głowę i spojrzała mu prosto w oczy.
Widziała w nich poczucie winy, ale też coś silniejszego, coś 

hipnotyzującego,   co   z pewnością   było   czymś   więcej   niż 
zainteresowaniem, z jakim nauczyciel patrzy na swego ucznia. 
Wyprostowała się i leciutko pogłaskała jego nie ogoloną brodę.

—Dziękuję, że mnie uratowałeś, Jared.
Poczuła, jak tężeje mu twarz.
—Do diabła! — mruknął przez zaciśnięte zęby.

background image

12

Był tylko człowiekiem i niemalże ją stracił. Kiedy spojrzała 

na niego jak na bohatera, poddał się w walce z samym sobą 
i temu, co nieuniknione.

Jej  usta  były wodą  na pustyni, chlebem  dla  umierającego 

z głodu. Nienasycony, nie całował jej, tylko pożerał, nie koił 
czułością, tylko napierał z dziką pasją, wciągał do miłosnego 
pojedynku. Nie było przyszłości, tylko chwila obecna. Pragnął 
przekroczyć tę odwieczną granicę, za którą ona stanie się jego 
na   zawsze,   a on   będzie   ją   chronił   ponad   wszystko   inne 
w świecie.

Miała   długi   i elastyczny   kręgosłup,   szczupłą   talię,   jej 

pośladki   cudownie   pasowały   do   jego   dłoni.   Unosił   ją, 
przyciskał do siebie, poruszał rytmicznie biodrami, żeby czuła 
dokładnie, jak na niego działa, żeby wiedziała, że istnieje tylko 
jeden sposób na rozładowanie tego cudownego napięcia, które 
iskrzy   między   nimi   od   pierwszego   spojrzenia.   Paznokcie 
wpijające   się   w jego   plecy   podsycały   w nim   ogień. 
Nieokreślone   dźwięki,   które   wydobywały   się   z jej   gardła, 
doprowadzały go do szaleństwa.

Już   raz   się   całowali;   sprowokowała   go   tylko   po   to,   żeby 

udowodnić   swą   siłę.   Teraz   oparł   ją   o najbliższe   drzewo, 
przylgnął wargami do jej ust, myśląc tylko o jednym.

Pragnę cię. Nie uciekniesz mi. Tak nam było zapisane i teraz 

nadeszła pora. Boże, ledwie nad sobą panował.

Przestał   ją   całować,   wtulił   się   w jej   szyję   i zaczął   łapać 

powietrze krótkimi, nierównymi haustami. Hope oddychała jak 
zając  uwięziony  we  wnykach.  Nagle   zdał   sobie  sprawę, jak 
kruche   i delikatne   jest   jej   ciało,   w przeciwieństwie   do 
charakteru.   Benowi   wystarczyłoby   jedno   spojrzenie,   by 
rozpoznać   w niej   waleczne   serce.   Darzyłby   ją   wielkim 
szacunkiem.

Jared mógł ją mieć teraz, opartą o drzewo — tak bardzo był 

background image

podniecony, tak bliski stanu, w którym przestaje się myśleć. 
Ale nie chciał robić tego w pośpiechu. Chciał... Odsunął od 
siebie niebezpieczną myśl.

Jej skóra była aksamitna i pachnąca. Zaczął drażnić nosem 

delikatne miejsce za uchem. Zadrżała, a potem zachęcającym 
gestem przechyliła w bok głowę. Uśmiechnął się i delikatnie 
dotknął   zębami   jej   ucha.   Kiedy   westchnęła   żałośnie,   suwak 
jego spodni stał się prawdziwym narzędziem tortur.

Rozsunął   jej   nogi   i wtulił   się   w nią   mocniej,   rozkoszując 

dotykiem   piersi,   brzucha,   bioder.   Jawna   radość   Hope   była 
pokarmem   dla   jego   radości   i zaspokajała   w nim   coś,   co 
przekraczało zwykłe pożądanie.

Pragnę   cię.   Zależy   mi   na   tobie.   To   się   niedługo   stanie 

i będzie dobre dla ciebie i dla mnie — dla nas.

—Hope, Jared! Gdzie jesteście?
Rozpoznał   głos   Hanka.   Wyprostował   się   i popatrzył   na 

Hope.   Jej   rozpłomienione   oczy   były   prawie   czarne,   usta 
nabrzmiałe   od   pocałunków.   Poduszka   z jej   kasztanowych 
włosów równie pięknie wyglądałaby na mchu... Przez ułamek 
sekundy walczył z pokusą, żeby zaciągnąć ją głębiej do lasu.

—Hope,  na  litość  boską,  odezwij   się!  —  zawołała   Karen 

łamiącym się głosem.

Czar prysnął. Hope odepchnęła Jareda.
—Idą — szepnęła roztrzęsionym głosem.
—Udało   im   się   —   mruknął,   cofając   się   na   bezpieczną 

odległość.

—Jesteśmy tutaj, Karen! — zawołała Hope przez zwinięte 

w tubę dłonie. — Wszystko w porządku.

Mów za siebie, pomyślał Jared. Drżał na całym ciele i nie 

mógł nad tym zapanować. Popełnił błąd, za który przyjdzie mu 
zapłacić, gdy wróci do Nowego Jorku, ale stało się. Za późno 
na   opamiętanie.   Będzie   się   z nią   kochał   przed   końcem   tej 
wyprawy albo zwariuje. Zdawało się to takie proste, a zarazem 
tak   skomplikowane.   Musiał   też   się   liczyć   z wszelkimi 
możliwymi konsekwencjami.

background image

Chwilę   później   oboje   zostali   wyściskani   i wycałowani 

w akompaniamencie okrzyków radości reszty grupy. Jaredowi 
udało   się   złagodzić   zmieszanie   Karen,   kiedy   dowiedział   się 
o przyczynie jej perypetii z niedźwiedziem. Hank zachował się 
z naturalną   delikatnością   i nawet   Bill   przeprosił   Karen   za 
docinki   w czasie   marszu,   i poczęstował   ją   aspiryną.   Hope 
zamknęła w dłoniach jego brodatą twarz, ścisnęła jak kanapkę 
i wymierzyła głośnego całusa.

Zwykłe   rumieńce   Karen   były   niczym   w porównaniu 

z malinowymi pąsami, które zakwitły na policzkach Billa.

Przed   powrotem   na   polanę   Hope   zabroniła   jakichkolwiek 

rozmów na temat jej wyczynu. Kiedy pakowali się po lunchu, 
zauważyła,   że   Bill   zerka   na   nią   z nietajonym   podziwem 
w oczach.

—Wiesz, Hope, przyznam ci się, że na początku wcale nie 

byłem zadowolony, że jestem w waszej grupie, ale zmieniłem 
zdanie. Z tobą przynajmniej nie grozi nam nuda.

Wszyscy wybuchnęli śmiechem.
—Grozi,   grozi!   Szczerze   mówiąc,   dosyć   mam   silnych 

emocji. Wyczerpałam swój repertuar i mam nadzieję, że któreś 
z was przejmie po mnie pałeczkę...

Znaczące spojrzenie Jareda zbiło ją z tropu.
Doskonale   wiedziała,   że   to,   co   mu   chodzi   po   głowie, 

dostarczy jej wyjątkowych emocji.

Wieczorem w obozie Hope zdała sobie sprawę, że Jared jest 

groźniejszy   od   wszystkich   oszalałych   grzechotników 
i sfrustrowanych niedźwiedzi razem wziętych. Powłóczystymi 
spojrzeniami,   które   posyłał   jej   przez   całe   popołudnie,   nie 
pozwalał ani na chwilę zapomnieć o ich pocałunku — o ile to, 
co się między nimi wydarzyło, można było nazwać niewinnie 
pocałunkiem.

Dotknęła   swoich   policzków.   Rozpalone   jak   u zakochanej 

nastolatki. Szlag by to trafił. Nie jest przecież dziewicą, a przy 
nim tak się czuła! Na szczęście nikt nie zwracał na nią uwagi. 
Bill rozwieszał swoje pranie na niższych gałęziach sosny, Hank 

background image

i Karen   przygotowywali   kolację.   Jared,   przyczyna   jej 
zakłopotania i tych śmiesznych dziecięcych pąsów, kąpał się 
w pobliskim strumieniu...

Na  myśl  o tym znowu oblała  się  rumieńcem.  Jeżeli  Jared 

kompletnie   ubrany   doprowadził   ją   do   takiego   stanu,   że 
zapomniała,   jak   się   nazywa,   to   z nagim   mogłaby   całkiem 
sfiksować.

W skromnym życiorysie seksualnym Hope po raz pierwszy 

zdarzyło   się,   że   od   samego   pocałunku   omal   nie   dostała 
orgazmu.   Ale   pocałunki   innych   mężczyzn   bledły   przy 
najlżejszym muśnięciu ust Jareda. Kiedy opatrywał jej stopę, 
miała ochotę błagać, żeby przestał mówić, żeby nie pysznił się 
na  próżno, tylko kochał ją  na  wszystkie możliwe  sposoby... 
Zrozumiał jej niemą prośbę. Oczami i mową ciała obiecał, że 
wkrótce dostanie to, czego oboje pragną.

Nie mogła się doczekać zimnej kąpieli.
Rozbili namioty w odległości pięciu minut drogi od wody. 

Mokra,   cudowna   woda...   Bezcenna.   Hope   na   zawsze   miała 
zapamiętać, że nie wszędzie jest tego skarbu pod dostatkiem. 
Hank, Bill i Karen napełnili już swoje dzbanki i myli się, jedno 
po drugim, w odpowiedniej odległości od źródła, żeby go nie 
zanieczyścić.

Hope spojrzała na uprane rzeczy Billa i nagle przyszło jej do 

głowy,   żeby   zrobić   mu   kawał.   Niemal   w tej   samej   chwili 
zrezygnowała z pomysłu. Może zachowywał się od czasu do 
czasu jak troglodyta, ale pod tą groteskową maską kryła się 
całkiem sympatyczna postać.

Przeciągnęła   się,   odetchnęła   głęboko   i poza 

charakterystycznym   zapachem   sosny   wyczuła   w powietrzu 
coś... cudownego. Zaburczało jej w brzuchu i szybkim krokiem 
poszła do kuchni obozowej.

Siedzący   przy   kocherze   Hank   wyglądał   jak   olbrzymi, 

zakochany... ogar. Przyczyna jego uwielbienia krzątała się nad 
garnkiem,   dodając   to   i owo,   mieszając,   próbując...   Sielska 
scena.   Po   dramatycznej   przygodzie   z niedźwiedziem   Karen 

background image

sprawiała wrażenie osoby cudownie ożywionej i szczęśliwej.

Możliwe, że  własne  przebudzenie erotyczne  otworzyło jej 

oczy na iskrzące napięcie między Hankiem a Karen. Sprawy 
przybrały szybszy obrót, niż mogła przypuszczać. Do diabła, 
dlaczego los ma takie kiepskie poczucie czasu? Tych dwoje, 
prędzej czy później, czeka sercowa katastrofa.

Podeszła do kochera i z udawaną swobodą wciągnęła nosem 

powietrze.

—Mmm... Co to będzie?
—Węgierska zupa gulaszowa.
Hope   zaczęła   szukać   wzrokiem   otwartych   puszek.   Bez 

powodzenia.

—A gdzie te Campbelle?
Karen przerwała na chwilę poszukiwania w plecaku, posłała 

Hope urażone spojrzenie i nie odezwała się ani słowem.

—Nie ma żadnych puszek — wyjaśnił Hank. — Karen robi 

to   z suszonych   warzyw,   kostek   rosołowych   i takich   tam 
różnych. Bez przepisu, na wyczucie — dodał z dumą w głosie. 
— Niesamowite, co?

Hope   zauważyła   cień   uśmiechu   przemykający   po   twarzy 

Karen. Hank jest czarodziejem!

—Jestem pod wrażeniem, ale w końcu nie po raz pierwszy. 

Quiche, które wyczarowałaś na lunch, było pyszne, Karen. Nie 
mam   pojęcia,   jak   ty   to   robisz.   W każdym   razie   dzięki,   że 
zgodziłaś się zrobić za mnie kolację. 

Karen promieniała ze szczęścia.
—Mój Boże, tak łatwo wam dogodzić, że gotowanie dla was 

to czysta przyjemność.

Hope   domyślała   się   oczywiście,   komu   trudno   było   jej 

dogodzić. Dla niego gotowała bez przyjemności.

Karen   nalała   odrobinę   zupy   do   kubka,   podmuchała 

i ostrożnie spróbowała. Pokręciła z wahaniem głową.

Kiwnęła ręką na torbę z przyprawami.
—Podałbyś mi sól, Hank?
Hope stłumiła w sobie irytujące poczucie winy. Jej matka za 

background image

nic by tak nie siedziała i nie patrzyła, jak mężczyzna zajmuje 
się   „babskimi   pracami".   Kiedy   opuściła   rodzinne   ranczo, 
największą   satysfakcję   sprawiały   Hope   „męskie   zajęcia". 
Tradycyjne „przynieś, wynieś, pozamiataj" miała za sobą.

Raz na zawsze.
Tylko że Hank najwyraźniej nie chciał być obsługiwany — 

i w tym tkwiło sedno sprawy.

—Pomóc wam w czymś? — zapytała niewyraźnie.
—Dwie   pary   rąk   do   pomocy   przy   takim   prostym   daniu? 

Chcecie mnie rozpuścić? — Karen dodała do zupy trochę soli 
i zanurzyła z powrotem chochlę. — Dzięki, Hope, na razie nad 
wszystkim panuję.

Nie nad wszystkim, pomyślała Hope. Hank wpatrywał się 

w Karen   wygłodniałym   wzrokiem.   Nie   zauważyła   też 
wcześniej kilku innych drobiazgów.

Cztery   ostatnie   dni,   wymagające   ogromnego   fizycznego 

wysiłku, ściągnęły nieco jej policzki — z pożytkiem dla urody. 
Teraz były lekko różowe i zroszone parą. Czarna bawełniana 
bluzka i dżinsy bardziej zwracały uwagę na jej bujne kształty 
niż   na   błyszczące   aplikacje.   Miała   piękne,   puszyste   włosy. 
Odbijające się od nich promienie słońca tworzyły wokół głowy 
złocistą aureolę.

Karen   jeszcze   raz   spróbowała   zupę,   podniosła   głowę 

i pochwyciła spojrzenie przyjaciółki.

—Co się stało? — zapytała speszona.
—Rozumiem, że gotujesz jak domowy anioł, ale czy musisz 

jak anioł wyglądać?

—Anioł? — Jej niebieskie oczy zapłonęły radośnie i zaraz 

zgasły.   Zrobiła   nieufną   minę.   —   Też   coś.   Raczej   tłusta 
dziewucha z piekarni...

Karen odstawiła kubek i sięgnęła po chochlę.
Hank chwycił ją gwałtownie za nadgarstek.
—Dlaczego   tak   źle   o sobie   myślisz?   To   on   ci   ładuje   do 

głowy takie gówno?

Karen   była   równie   zszokowana   jak   Hope,   oglądająca   tę 

background image

scenę z pierwszego rzędu.

Nie   doczekawszy   się   odpowiedzi,   Hank   potrząsnął   jej 

zaciśniętą piąstką, pochylił się nad jej twarzą, dotykając prawie 
nosem jej nosa, i z błyskiem w oczach powtórzył:

—Robi to czy nie?
—Śmieje się... trochę ze mnie.
—Śmieje   się.   A tobie   jest   do   śmiechu,   kiedy   obrzuca   cię 

wyzwiskami?

Zacisnęła usta.
—Jestem za gruba.
Hope   wstrzymała   oddech.   Wściekłe   słowa   Hanka   były 

echem jej własnych myśli.

—On jest skończonym idiotą, Karen. Nie jest ciebie wart — 

a to mnie doprowadza do szału! Gdybym ja miał taką żonę, 
choć w połowie tak mądrą i ładną, to bym...

Jego   grdyka   poruszała   się   nerwowo.   Przez   długą   chwilę 

hipnotyzował ją wzrokiem.

Karen rozluźniła  powoli  palce, jak gdyby chciała dotknąć 

jego zaciśniętej szczęki. Uwolnił jej dłoń, wstał i powolnym, 
zrezygnowanym krokiem odszedł w stronę lasu.

W ciszy, która zapadła, słychać było tylko syk palnika pod 

garnkiem.

Wszystko   wydarzyło   się   tak   szybko,   że   Hope   nie   miała 

okazji, by się taktownie ulotnić. Czuła się jak podglądaczka. 
Koszmar. Nagle zobaczyła przerażenie w oczach Karen.

Zapomniała   o własnym   zażenowaniu,   podbiegła   do 

rozdygotanej   przyjaciółki   i przytuliła   ją.   Trwały   tak   przez 
chwilę, nic nie mówiąc. Czasami życie jest tak parszywe, że 
szkoda słów.

W końcu Karen wzięła głęboki oddech i zapytała:
—Boże, Hope, co ja mam zrobić?
Od razu zrozumiała,  w czym rzecz. Rozejrzała  się  wkoło, 

żeby upewnić się, czy w pobliżu nie ma Billa. Z nadzieją, że 
żaden   z trzech   mężczyzn   nie   zjawi   się   zbyt   szybko, 
zmniejszyła płomień i usiadła wygodnie na piętach.

background image

—Karen,   chcę   ci   zadać   bardzo   osobiste   pytanie.   Mam 

nadzieję,   że   ufasz   mi   na   tyle,   żeby   odpowiedzieć   szczerze. 
Oczywiście cała ta rozmowa zostanie między nami.

Karen, nie podnosząc wzroku, skinęła głową.
—Czy Jim uderzył cię kiedyś w złości?
—Nie.
—Jesteś tego pewna?
—Tak — odparła spokojnym, zrezygnowanym głosem. — 

Jestem pewna, że nigdy mnie nie uderzył.

W tym momencie do świadomości Hope dotarło, że bicie 

może być niczym w porównaniu... Zakipiała w niej wściekłość.

—Ale wrzeszczy na ciebie, prawda? — nalegała szorstkim 

głosem.   —   Wyzywa   cię   od   najgorszych:   „ty   niezdarna 
kretynko", „ty grubścielu", mówi, że wyglądasz jak dziewucha 
z piekarni,   rani   cię   na   tysiąc   innych   sposobów,   trafia 
w najczulsze punkty, zgadza się? A ty czujesz się coraz podlej. 
Ciągle cię krytykuje — żebyś nie wiem jak się starała, zawsze 
jest   niezadowolony.   Wylicza   cię   z każdego   grosza,   żąda   od 
rodziny bezwzględnego posłuszeństwa. A wiesz dlaczego? Bo 
to jest jedyna sfera jego życia, którą może kontrolować.

Złość   w niej   wygasła   i spojrzała   na   dwie   ogromne   łzy, 

wypływające ze smutnych niebieskich oczu.

—Och, Karen, nie chcę sprawiać ci bólu czy ranić twojej 

godności, ale ja po prostu wiem, jak to jest. Wyobrażam sobie, 
jak   się   czujesz,   jeśli   dla   Jima   nigdy   nie   jesteś   dostatecznie 
ładna,   dostatecznie   obyta,   dostatecznie...   taka,   jakby   chciał. 
Brakuje   ci   czegoś,   co   podziwia   u innych   kobiet.   Ja   zawsze 
byłam „nie taką" córką. Nie miałam akurat tego, co mój ojciec 
podziwiał u innych córek, nigdy nie spełniłam jego oczekiwań.

Karen   mrugała   wilgotnymi   rzęsami,   jakby   nie   całkiem 

przekonana, czy dobrze zrozumiała.

—Jak to...?
—Tak to. Słyszałaś, co powiedziałam. Moja matka nigdy mu 

się nie sprzeciwiała — jej też przez całe życie ciosał kołki na 
głowie — a ja przez osiemnaście lat próbowałam sprostać jego 

background image

niemożliwym   wymaganiom.   Kosztowało   mnie   to   kilka   lat 
terapii,   ale   w końcu   zrozumiałam,   że   nawet   gdybym   była 
chodzącą doskonałością,  i tak nie byłby ze mnie zadowolony.

—Nie rozumiem.
—No właśnie. Ofiary słownej przemocy nie są w stanie tego 

zrozumieć — dopóki nie uwolnią się od ciągłych upokorzeń, 
od ataków, które zabijają w nich poczucie własnej wartości.

Z  ciężkim westchnieniem Hope przytrzymała palce  Karen 

tuż przy jej ustach.

—Mojemu ojcu potrzebna była nieudana  żona  i córka dla 

lepszego   własnego   samopoczucia,   rozumiesz?   Po   to,   żeby 
wszelkie porównania wypadały na jego korzyść. Na tej samej 
zasadzie Jim doszukuje się wad w tobie i w chłopcach. Jestem 
tego pewna, Karen. Myślisz, że tylko ty się męczysz? Między 
innymi po to opowiedziałam ci o sobie, żebyś zrozumiała, że 
Lee   i Tommy   też   cierpią.   Jeśli   chcesz   im   oszczędzić   wizyt 
u psychoterapeutów,   kiedy   będą   dorośli,   zmuś   Jima,   żeby 
pochodził z tobą na terapię małżeńską. Od razu, kiedy wrócisz 
do domu. To wasza jedyna szansa, Karen. Zabrnęliście w ślepą 
uliczkę i bez psychologa nie dacie sobie rady.

—Psychologa?   —   Karen   zbladła,   a potem   potrząsnęła 

głową. — Będzie wściekły. On się nie zgodzi na żadną terapię.

—W  takim  razie  trudno, sam  dokona  wyboru. Ale  ty też 

masz wybór. Nie musisz w tym tkwić, możesz zrezygnować ze 
związku, który cię rani i rujnuje twoją osobowość. Nie mówię, 
że   powinnaś   to   zrobić,   do   niczego   cię   nie   namawiam...   — 
Hope   przerwała,   zaniepokojona   bladością   przyjaciółki. 
Chwyciła dłonie Karen i mocno ścisnęła. — Chciałam tylko 
powiedzieć, że jesteś wolnym człowiekiem. Nie pozwól, żeby 
strach przed nieznanym decydował o twoim losie.

—Ale gdzie ja bym... co ja bym... O, Boże.
—No właśnie, w tej chwili przemawia przez ciebie strach, 

nic   więcej.   Karen,   są   tysiące   miejsc   pracy,   w których 
przyjęliby cię z pocałowaniem ręki. Jeśli dojrzejesz do takiej 
decyzji,   pomogę   ci   ocenić   twoje   kwalifikacje   zawodowe, 

background image

pomogę   ci   znaleźć   jak   najlepsze   zajęcie.   Najważniejsza   jest 
odpowiedź   na   pytanie,   czy   chcesz   zmienić   swoją   sytuację. 
Pamiętaj,   ty   masz   nad   sobą   władzę.   Zdecyduj   się   na   coś 
i przestań być ofiarą. Ja tak zrobiłam.

—Jesteś silniejsza ode mnie.
—Otóż   wyobraź   sobie,   że   przechodziłam   cięższą   postać 

cykorozy, niż byłabyś to sobie w stanie wyobrazić. Gdyby nie 
moja babcia, prawdopodobnie byłabym dzisiaj wzorową żoną 
farmera i nienawidziłabym każdej minuty swojego życia.

Hope patrzyła w dal pustym wzrokiem, odciągając palcami 

pozadzierane skórki wokół paznokci.

—Babcia   umarła,   kiedy   byłam   w pierwszej   klasie   szkoły 

średniej. Zostawiła mi w spadku tajemniczą, niebieską teczkę 
z papierami   wartościowymi.   Okazało   się,   że   nie   byłam 
jedynym   matematycznym   geniuszem   w rodzinie,   ale   biedna 
babcia   przez   całe   życie   tłumaczyła   się   z tak   „niekobiecego" 
talentu, zamiast go rozwijać. Zostawiła mi list z prośbą, żebym 
wykorzystała pieniądze na studia, najlepiej ekonomiczne.

Spojrzenie Hope odzyskało ostrość. Pochwyciła wzburzony 

wzrok Karen.

—Mój ojciec, a mama chyba też, wściekali się, że im nie 

oddałam   tych   pieniędzy.   Ojciec   nazwał   mnie...   —

Wzdrygnęła   się   na   wspomnienie   strasznych   wyzwisk.   — 

Możesz   sobie   wyobrazić,   jak   mnie   nazwał   po   własnych 
doświadczeniach   z Jimem...   Kilka   razy   byłam   bliska 
załamania, ale jakoś skończyłam studia i wyszłam na swoje. 
Nigdy nie zapomnę, że wygrzebałam się z tego bagna dzięki 
pomocy babci. Jeśli zrobisz pierwszy krok, Karen, będę z tobą. 
Pomogę ci, słyszysz? Masz więcej siły, niż ci się wydaje. I nie 
jesteś sama.

W zamglonych oczach Karen pojawiła się iskierka nadziei. 

Hope widziała, jak nowe światło migocze, ustala się w silny 
płomień,   jaśniejący   z każdą   sekundą   i coraz   bardziej 
intensywny.

Uczucie ogromnej satysfakcji rozpierało jej serce.

background image

—Głowa do góry, dziewczyno — rzekła cicho.
Kąciki ust Karen uniosły się podobnie jak u Hope.
Strzelanie wydobywające się z palnika kochera jednocześnie 

przyciągnęło ich uwagę. Nim zdążyły zareagować, silna dłoń 
zaczęła   regulować   kurek   do-   pływu   paliwa.   Jared   wyprężył 
nagi tors i spojrzał prosto na Hope.

—Czy obie panie dobrze się czują?
Jak mogła czuć się dobrze, kiedy jej serce biło jak oszalałe? 

Jak   mogła   czuć   się   dobrze,   jeśli   nie   była   w stanie   wydusić 
z siebie   słowa,   tylko   wpatrywała   się   nieprzytomnie   w jego 
mokre   włosy,   świeżo   ogoloną   brodę,   brązowy,   muskularny 
tors, jakiego nie powstydziłby się wódz Apaczów?

Karen   mruknęła   coś   pod   nosem   i zajęła   się   zupą,   a Hope 

czuła się coraz słabiej.

Ramiona   Jareda   miały   połysk   złotego   dębu.   Gdyby   tak 

mogła wyciągnąć rękę i obrysować ich kształty... Kropla wody 
z mokrych   włosów   potoczyła   się   po   żebrach   i zniknęła   za 
paskiem dżinsów — zbyt dopasowanych, żeby mogły tuszować 
dowód jego podniecenia.

Podniosła spłoszony wzrok. W jego roziskrzonych jak nocne 

niebo oczach było coś pierwotnego.

—Jak   słusznie   powiedziałaś   —   szepnął   niskim,   surowym 

głosem   —   wszyscy   możemy   wybierać.   Ja   też   dokonałem 
dzisiaj ważnego wyboru.

Następnym razem, jeżeli do wyboru będę miał: zostać twoim 

kochankiem albo wrogiem... załóż się, co wybiorę.

Przypomniała   sobie   jego   ostrzeżenie   i zaniemówiła.   Jared 

nie   był   typem   mężczyzny,   który   zadowoliłby   się   rolą 
niezobowiązującego kochanka. Nie zgodziłby się grać drugich 
skrzypiec po Manning Enterprises. Chciałby jej całej, razem 
z duszą.   Przeraziła   ją   świadomość,   że   gdyby   zostali 
kochankami,   zrezygnowałaby   z wszystkiego,   nad   czym   tak 
ciężko   pracowała,   z wszystkiego,   co   składało   się   na   jej 
wizerunek   kobiety   sukcesu.   Kobiety   silnej   i całkowicie 
niezależnej. Poddać się tak po prostu, bez miauknięcia?

background image

Uczucia walczyły w niej z twardą logiką.
—Jared...   —   odezwała   się   stłumionym   głosem   Karen.   — 

Czy ty słyszałeś naszą rozmowę?

Z   jego   twarzy   zniknęło   napięcie.   Odwrócił   się   do   Karen 

z uśmiechem.

—To, co słyszałem, zachowam dla siebie.
—Ale   jak   to   możliwe...   Nie   widziałyśmy   cię   nigdzie 

w pobliżu.

—Nie widziałyście.
Hope wstała gwałtownie, otrzepała spodnie i zwróciła się do 

niego zaczepnym tonem:

—Wyświadczysz nam kiedyś ten zaszczyt i nauczysz swoich 

sztuczek? W takiej pracy jak moja uszy jak radary i czapka-
niewidka   byłyby   znacznie   bardziej   przydatne   niż   lisi   chód. 
Zgodzisz się chyba ze mną.

—Być   może.   Ale   ja   poświęciłem   temu   kilka   lat   ćwiczeń 

i medytacji   na   odludziu.   Ty   za   osiem   dni   będziesz   się 
wsłuchiwała w trąbienie taksówek i znikała w miejskim tłumie 
— bez żadnych sztuczek.

Serce, które chwilę wcześniej biło jak oszalałe, zamarło. Siłą 

woli   pobudziwszy   je   do   akcji,   powiedziała   z udawaną 
nonszalancją:

—Cóż... Może przyjedziesz kiedyś do Nowego Jorku i dasz 

mi kilka lekcji w mieście.

—Mowy nie ma.
Kiedy tym razem odzyskała oddech, zmusiła usta do bladego 

uśmiechu.

—Twój wybór. Ale nie wiesz, co tracisz.
—Cholernie bym nie chciał.
Wymienili   bolesne   spojrzenie,   w którym   malowały   się 

cudowne horyzonty i ponury ślepy zaułek.

Ona pierwsza odwróciła wzrok.
—Karen, nie czekaj na mnie z kolacją i błagam, nie wysyłaj 

za mną ekipy ratunkowej. Specjalnie zamówiłam sobie ostatnie 
miejsce w kolejce do kąpieli, żeby się nie spieszyć.

background image

—Zostawię  ci miskę  gulaszu. Możesz  się  myć, jak długo 

zechcesz — odparła ciepło Karen.

Hope skinęła głową i odeszła. Z bardzo ciężkim sercem.
Następnego   ranka   nie   obudził   Hope   żaden   dreszcz 

podniecenia.   Spała   tak   twardo,   że   dopiero   kilka   mocnych 
szturchnięć Karen zdołało ją wyrwać z głębokiego snu.

Poprzedniego   wieczoru   Jared   przyjął   do   wiadomości   jej 

aluzję i nie wybrał się na „akcję ratowniczą" przy źródle. Za to 
ona do białego rana wpatrywała się w sufit namiotu, nie mogąc 
zasnąć.   Była   zmęczona,   zakłopotana,   dotknięta   do   żywego. 
Wiedziała,   że   zrobi   Debbie   paskudną   niespodziankę,   jeśli 
wróci do Nowego Jorku w takim stanie. Wyprawa, na której 
miała   się   zrelaksować   i odpocząć,   powoli   doprowadzają   do 
załamania nerwowego.

Kiedy w końcu ubrała się i dotarła na poranną kawę, reszta 

grupy   czekała   na   nią,   żeby   rozpocząć   dzień   od   wspólnej 
medytacji.   Hope   znała   te   słowa   na   pamięć   i —   tak   jak 
przepowiedział Jared — miała je w sercu. Kiedy zabrzmiały 
echem w nieskazitelnie czystym, górskim powietrzu, poczuła, 
że odzyskuje cząstkę spokoju.

Dokładnie o siódmej pozostałe grupy zaczęły nadawać przez 

radio   swe   lokalizacje.   Jared   zaznaczał   je   kolejno   na   mapie. 
Matt   był   ostatnim   przewodnikiem,   który   się   zgłosił   i tylko 
jemu, na wszelki wypadek, Jared podał własne współrzędne.

—Jared,   czy   wy   też   spotkaliście   tak   dużo   niedźwiedzi? 

Czekam na... Hej, daj mi tę zabawkę!

—Cześć, Karen, Hope, jesteście tam, dziewczynki? To ja, 

Sherry — odezwał się damski głos. — Dana też tu jest, siedzi 
koło mnie.

Hope i Karen spojrzały po sobie, wydając wspólny okrzyk 

radości.   Hope   wyrwała   Jaredowi   radio   i przywołała   ręką 
Karen.

—Cześć, dziewczyny!
—Wciśnij   guzik   —   przerwał   jej   Jared,   posyłając   Billowi 

i Hankowi cierpiętnicze spojrzenie.

background image

Hope pokazała mu tylko język, zbyt rozgorączkowana, żeby 

zareagować ostrzej.

—Cześć, dziewczyny, mówi Hope. — Podsunęła radio do 

ust Karen.

—Cześć,   Sherry,   cześć,   Dana.   To   ja,   Karen.   Co   u was 

słychać?

—Jeżozwierz pożarł Danie buty...
—Po tym, jak Sherry wystawiła je za namiot! — krzyknęła 

Dana.

—Po   tym,   jak   Dana   podeszła   za   blisko   do   niedźwiedziej 

gawry,   którą   pokazał   nam   Matt.   Skąd   miałam   wiedzieć,   że 
wyprawiana   skóra   rajcuje   zwierzęta?   Ale   poza   tymi 
przygodami u nas wszystko gra, żadnych większych wpadek. 
A co u was?

Drwiący błysk w oczach Karen był wymowniejszy od słów. 

Nie tylko spotkanie z niedźwiedziem nie dawało jej spokoju.

—W   porządku,   radzimy   sobie   —   powiedziała   Hope 

z naciskiem,  jakby  chciała  dodać   otuchy  zarówno  sobie, jak 
i Karen.

Karen,   odzyskawszy   nagle   animusz,   zaczęła   opowiadać 

o swojej   ucieczce   przed   niedźwiedziem   i „bohaterskim 
wyczynie" Hope, która — słysząc to — z zażenowania złapała 
się   za   głowę.   Musiała   potem   odpowiedzieć   na   kilka 
szczegółowych pytań, a po kilku nieudanych próbach zmiany 
tematu zauważyła, że Jared wymownym gestem pokazuje im 
zegarek.

—Hej tam, cisza! — rozkazała Hope. — Wygląda na to, że 

szef   się   niecierpliwi   i każe   nam   kończyć   tę   konferencję. 
Żegnamy się, drogie panie.

—Do usłyszenia! — odpowiedziały chórem.
—Aha, Karen... — dodała tajemniczym szeptem Dana. — 

Wyobrażam sobie, ile kłopotu sprawiają ci te małe palce u nóg, 
szczególnie kiedy są rozgrzane. Ale jest na to rada. Jak tylko 
spuchną za bardzo, mocz je w zimnym strumieniu.

—Od   razu   się   skurczą   do   naturalnych   rozmiarów   — 

background image

zawtórowała jej Sherry.

Stworzyłam   parę   damskich   potworów,   pomyślała   z dumą 

Hope.

Mrucząc niecierpliwie, Jared odebrał jej radio.
—Dana, Sherry, dajcie mi z łaski swojej Matta. Odbiór.
—Przepraszam, szefie... — Kobiecy chichot w tle był coraz 

głośniejszy. — Nie wiem, co za diabeł w nie wstąpił. Odbiór.

Jared   przeniósł   wzrok   z pąsowej   twarzy   Karen   na 

pozbawione   wyrazu,   kamienne   oblicze   Hope,   i ciężko 
westchnął.

—Matt, przeczucie mi mówi, że lepiej się nie dopytywać. 

Czasami zdrowsza jest niewiedza. Posłuchaj, pogadamy jutro 
o tej samej porze... sami. Jasne? Odbiór.

—Jak słońce, szefie.
—Świetnie. Bez odbioru.
Tłumiąc   śmiech,   Hope   przyglądała   się,   jak   Jared   składa 

mapę,   pakuje   krótkofalówkę,   ponagla   wszystkich   do   pracy. 
Dana i Sherry cudownie poprawiły jej nastrój. Pomyślała sobie, 
że jak dobrze pójdzie, uda jej się przeżyć kolejny dzień i nie 
rozsypać psychicznie.

Likwidowanie   obozu   nie   było   już   taką   udręką   jak 

w pierwszych dniach wędrówki. Wiedzieli, co do kogo należy, 
sprawnie   i bez   sztucznego   pośpiechu   zwijali   namioty,   myli 
naczynia,   sterylizowali   wodę   do   picia,   pakowali   plecaki. 
Wydeptaną   ziemię   przykrywali   suchą,   zbutwiałą   trawą, 
odkładali na miejsce przesunięte poprzedniego dnia kamienie, 
usuwali wszelkie ślady swojej obecności.

Pobliski las zdawał się to pochwalać.
Teraz   musieli   się   napić,   rozciągnąć   mięśnie   i nastawić 

psychicznie na ciężką, wielogodzinną wędrówkę. Hope oparła 
się   plecami   o grubą,   strzelistą   sosnę   i czekała   na   sygnał   do 
wymarszu.   Mieli   przed   sobą   odcinek   wyjątkowo   stromego 
szlaku.   Wieczorem   będą   wykończeni   jeszcze   bardziej   niż 
wczoraj.

Bill stał jakieś sześć metrów przed nią, z mapą i kompasem 

background image

w dłoni.   Ustalał   z Jaredem   szczegóły   trasy.   Trochę   dalej   na 
lewo Karen i Hank półgłosem rozmawiali.

Hope   poczuła,   że   ukąsił   ją   w łydkę   komar.   Pochyliła   się 

gwałtownie, żeby zabić krwiopijcę.

Paf!
Usłyszała   dźwięk   rozłupującej   się   nad   jej   głową   kory. 

Przylgnęła plecami do pnia.

Paf!
Kawałki kory posypały się z drzewa. Hope jęknęła z bólu.
Jared rzucił się do niej z wyprostowanymi jak skrzydła do 

lotu rękami. Upadła ciężko na ziemię. On przykrył ją swoim 
ciałem. Leżała bezwładnie, poruszała ustami jak ryba wyjęta 
z wody. Wiedziała, że w każdej chwili może się udusić.

Jeżeli wcześniej nie wykrwawi się na śmierć.

background image

13

Jared   przesunął   Hope   pod   dużą   sosnę,   otulił   i zaczął 

przeszukiwać   zbocze   pod   drzewem.   To   nie   był   przypadek. 
Dwa strzały z karabinu z tłumikiem były wymierzone w Hope. 
Były   też   początkiem   porażki,   pierwszym   i ostatnim   błędem 
drania.

Odwróciwszy się, Jared spojrzał w górę zbocza na skaliste 

głazy   jakieś   trzydzieści   metrów   dalej.   Bezpieczne   miejsce, 
pomyślał; będzie można zaplanować następny ruch i obejrzeć 
ranę. Powoli sączyła się z niej ciemna krew. Wyglądało na to, 
że kula nie przecięła tętnicy, ale musiała sprawić Hope straszny 
ból.

—Ktoś   mnie   postrzelił   —   powiedziała   ściszonym, 

zakłopotanym jak u małej dziewczynki głosem.

—Wiem. Spróbuj być dzielna, kochanie — powiedział, żeby 

ją trochę uspokoić, wypatrując jednocześnie refleksu słońca na 
metalu, ruchomego cienia.

—Zawsze jesteś taki miły dla kobiet?
—Tylko dla najbliższych.
Lekceważąc   własny   ból   w klatce   piersiowej,   ściągnął 

przerażony wzrok Hanka i pokazał mu oczami skalne głazy na 
górze.   Hank   skinął   głową.   Z resztą   grupy   miał   ukryć   się 
w skałach.

Teraz najgorsze.
—No dobrze, Hope. Jak doliczę do trzech, złap mnie mocno 

za szyję i nie puszczaj.

—Nie musisz mnie nieść.
—Raz...
—Odsuń się i pozwól mi...
—Dwa...
—Możesz mnie posłuchać...
—Trzy!
Chwycił ją szybko w ramiona i zaczął biec między drzewami 

background image

jak   uciekający   lis,   płynnym,   miękkim   ruchem,   mocno 
pochylony nad ziemią. Gęsty las dawał im dobre schronienie, 
ale płacił za to swoją cenę. Posypał się za nimi grad kul, które 
łamały gałęzie, roztrzaskiwały korę, dziurawiły na wylot pnie 
drzew.   Hope   piszczała   przeraźliwie   przy   każdym   strzale 
i dusiła za szyję tak, że ledwie mógł oddychać. Jak na kogoś 
rannego, miała zadziwiającą krzepę.

Po kilku koszmarnych minutach dotarł do skalnej kryjówki. 

Uklęknął i delikatnie ułożył Hope na ziemi. Odgiął jej blade 
z wysiłku palce, które przez całą drogę zaciskała kurczowo na 
jego szyi, i zaczął nasłuchiwać.

Martwa cisza. Najwyraźniej drań nie nastawił się na masową 

rzeźnię — strzelał tylko do Hope. Jared zamknął oczy.

Oszczędź gniew do czasu, kiedy pojawi się wróg. Dopiero 

wtedy uwolnij bestię.

Rada starego Bena zdołała uśmierzyć prymitywny instynkt 

walki   pulsujący   w żyłach   Jareda.   Odgarnął   z policzka   Hope 
splątane kosmyki włosów, tylko o odcień jaśniejsze od plamy 
krwi na rękawie jej bluzy.

—Jak się czujesz?
—Po   prostu   wspaniale.   Zawsze   marzyłam,   żeby   wpaść 

w oko jakiemuś psychopacie.

Jej twarz była całkowicie pozbawiona koloru.
Nawet   nie   próbował   jej   wierzyć,   że   jest   w nastroju   do 

żartów. Za nic nie przyznałaby się do strachu.

Oparł   ją   plecami   o skałę,   otworzył   składany   nóż   i odciął 

rękaw   bluzy.   Głęboka   rana   na   przedramieniu   wyglądała 
paskudnie, ale była dość powierzchowna.

Dzięki   Bogu,   pomyślał   patrząc,   jak   Hank,   Karen   i Bill, 

którzy dotarli właśnie do skały, padli bladzi i roztrzęsieni na 
ziemię.   Spostrzegł   torbę   z zestawem   awaryjnym   i większy 
plecak,   który   musiał   zabrać   Hank.   Facet   nieźle   się   spisuje. 
Powinien zrobić wielką karierę jako trener NBA.

Karen westchnęła, jej przerażone oczy patrzyły nieruchomo 

na ranę Hope. Nie teraz, błagał ją w duszy Jared. Nie ma czasu 

background image

na mdlenie.

Karen   przeniosła   na   niego   wzrok,   wzięła   głęboki   oddech 

i skinęła   lekko   głową.   Grzeczna   dziewczynka,   powiedziały 
jego oczy, a ona dała znak, że rozumie.

Bill przysunął się do Hope.
—Cholera, Hope, krwawisz jak zaszlachtowana świnia.
Uśmiechnęła się cierpko.
—Widzę, że świst kul nie zabił twojego poczucia taktu.
—Do diabła, przecież on nie strzelał do nas. Może się mylę, 

ale to chyba na ciebie poluje ten drań. Czy jest coś, o czym 
nam nie powiedziałaś?

Hank przeszył go zimnym wzrokiem.
—No co? Taka gruba ryba musi mieć wrogów.
Twarz Hope pobladła jeszcze bardziej.
—Oczywiście, że mam. Ale nie pomyślałam, że zechcą mnie 

zabić.

Hank rzucił Jaredowi zmartwione spojrzenie.
—Facet   już   wie,   że   sfuszerował.   Pewnie   odpuścił   i daje 

nogę.

—Możesz   mi   podać   menażkę   i apteczkę?   —   zwrócił   się 

Jared do Karen, gotowy ukręcić szyje obydwu mądralom.

Puste pocieszenia były w tej chwili równie nie na miejscu 

jak złowieszcze przepowiednie.

Karen przeszukała rzeczy i podała to, o co prosił.
—W czym mogłabym ci pomóc?
Jej twarz była prawie tak szara jak twarz rannej Hope, jednak 

oczy miała spokojne. Jared odkręcił menażkę i polał wodą nie 
zaplamiony skrawek rękawa.

—Wytrzyj tym krew, nie dotykając samej rany.
Karen drżącą ręką wzięła szmatkę.
—Nie   musisz   tego   robić   —   zaprotestowała   gwałtownie 

Hope.

—Właśnie że muszę.
Zaczęła   przemywać   skórę   wokół  rany, podczas gdy  Jared 

wyjmował z apteczki jodynę, gazę i opatrunki.

background image

Nagle rozległ się huk wystrzału. Pociski waliły szybką serią, 

z każdym strzałem głośniej. Widocznie tłumik przestał działać, 
ale snajper psychopata nie zwracał już na to uwagi.

—Cholera, strzela do twojego plecaka! — krzyknął wściekle 

Bill, wyglądając zza skały.

—Padnij! — rozkazał Jared, potem zderzył się ze wzrokiem 

Karen.

—Idź — powiedziała. — Ja się nią zajmę.
Ocenił, że da sobie radę i podał jej opatrunki.
—Dzięki, Karen. Jesteś wielka.
Przeczołgał się na drugi koniec głazu i wychylił głowę.
Kilka pocisków drasnęło jego plecak. Pociekła woda, pękły 

plastikowe   dzbanki.   Następna   kula   trafiła   w pojemnik 
z ciekłym   paliwem,   który   eksplodował   serią   imponujących 
fajerwerków.

—Szlag by go trafił! — stęknął Bill, jeszcze raz wyglądając 

zza skały.

—Na razie to on trafia w nas — odezwał się Hank ponurym 

głosem.

Amen. Ze ściśniętym żołądkiem Jared patrzył, jak ich jedyne 

radio, zestaw pierwszej pomocy i zapasy żywności pochłaniają 
płomienie.

Bill odwrócił się, oparł plecami o głaz i z głuchym hukiem 

ześliznął na ziemię.

—Może ktoś usłyszy strzelaninę — rzucił.
Nikt   nie   odpowiedział,   nawet   Jared.   Miał   za   sobą   ponad 

czterdzieści wypraw do Sierra del Carmen i nigdy nie spotkał 
w tych   okolicach   żywej   duszy.   Pozostałe   grupy   były   zbyt 
daleko, żeby coś słyszeć. Snajper zna się na swojej robocie.

Ale on przecież nie jest gorszy.
Odwrócił się i zaczął komenderować.
—Hank, Bill, za trzy minuty chcę wiedzieć, co nam zostało 

z zapasów. Daj mi najpierw mapę i kompas.

Usłyszał długi, stłumiony syk.
Karen polewała jodyną otwartą ranę Hope.

background image

—Nie   przejmuj   się   mną,   druhu.   —   Hope   próbowała   się 

uśmiechnąć. — Karen zaraz zatka mi tę dziurę.

Miał nadzieję, bo na czasie im nie zbywa. Snajper na pewno 

się czai i próbuje zaatakować ich od tyłu albo szykuje jakąś 
inną morderczą sztuczkę. Jared wolał na to biernie nie czekać.

Rozłożył   mapę   i zaznaczył   z pamięci   punkt   docelowy 

wyprawy Matta. Zastanawiał się, którędy najszybciej mogliby 
tam dotrzeć. Około dwudziestu kilometrów ciężkiego szlaku. 
Psiakrew.

—Dobra,   więc   co   nam   zostało   w plecakach?   —   spytał 

mężczyzn.

—Pół   menażki   wody...   —   Bill   odezwał   się   pierwszy.   — 

Pusty   składany   dzbanek,   pięć   opakowań   owsianki,   sześć 
batonów   z muesli,   jakieś   suszone   świństwa...   —   Trzymał 
w ręku   paczkę   rodzynek   i innych   bakalii,   krzywiąc   się 
z niesmakiem. — Pięć torebek kakao i paczka miętowej gumy 
do żucia.

Nie wystarczy kalorii na tak ciężką drogę.
—No i to, co ja mam w zestawie awaryjnym — dodał Hank. 

—   A w dużym   plecaku   jest   namiot,   ubrania,   śpiwór,   miska 
i kubek.   Aha,   i jeszcze   ze   trzydzieści   tabletek   do   odkażania 
wody.

Nareszcie jakieś dobre wieści.
—Masz tam coś cieplejszego dla Hope?
Hank   pogrzebał   w swoim   plecaku   i wyjął   ocieplaną   bluzę 

z golfem.

Jared złapał ją w locie i trzymał przez chwilę w zaciśniętej 

pięści.

—Sytuacja jest taka, jak widać, i nie będę udawał, że mi się 

podoba. Hope, Karen, posłuchajcie uważnie. Przewodnicy grup 
będą   nas   łapać   przez   radio   dopiero   za   dwadzieścia   dwie 
godziny.   Nie   namierzą   nas,   ale   będą   czekać   następne   pięć 
godzin,   zakładając,   że   mamy   jakieś   kłopoty   ze   sprzętem. 
Dopiero   po   tym   czasie,   jeśli   nie   nawiążą   z nami   łączności, 
mają rozpocząć poszukiwania.

background image

Każdemu po kolei spojrzał w twarz.
—Nie możemy czekać tak długo. Bill, Karen, Hank, musicie 

wyruszyć po pomoc. Narysowałem wam na mapie drogę do 
najbliższego obozu Matta. Będziecie musieli iść całą noc, żeby 
ich złapać, zanim pójdą dalej. Jeżeli nie dacie rady, trudno. 
Uważajcie   na   siebie.   Pamiętajcie,   że   w niczym   mi   nie 
pomożecie, jeśli coś wam się stanie. Musicie iść cały czas na 
wschód. Prędzej czy później do nich traficie.

—Dlaczego nie pójdziecie  z nami?  — zapytała  Karen. — 

Czy nie jest bezpieczniej w większej grupie?

—Ten facet poluje na Hope — odparł Jared z zimną pasją 

w głosie.   —   Łatwiej   mi   będzie   ją   chronić,   jeżeli   nie   będę 
musiał   martwić   się   o was,   rozumiesz?   Jeśli   się   rozdzielimy, 
snajper pójdzie tylko za nią. Żeby ją dopaść, najpierw będzie 
musiał dopaść mnie. — Przerwał, czując na sobie wzrok Hope. 
— Ale tak się nie stanie.

Patrzyła na niego tak jak wtedy, gdy udało mu się spłoszyć 

niedźwiedzia.   Tak,   jakby   przejrzała   jego   duszę   i uwierzyła 
całym sercem w to, co w niej zobaczyła. W tej krótkiej chwili 
stała   się   jego   kobietą.   Seks,   rozmowy   i różne   komplikacje 
mogły poczekać na lepsze czasy.

Na   dźwięk   następnej   serii   z karabinu   Hope   otworzyła 

szeroko oczy.

—On wali po naszych plecakach — jęknął Bill. — Co za 

świr.

Jared zmrużył oczy. On robi nam wodę z mózgu, pomyślał.
—Pokaż   nam   drogę   —   powiedział   stanowczo   Hank.   — 

I zaznacz,   w którą   stronę   pójdziesz   z Hope.   Nami   się   nie 
przejmuj, do rana będziemy w obozie Matta.

Trzy twarze znieruchomiały w oczekiwaniu. Trzy pary oczu 

patrzyły na Jareda.

Nie mógł sobie wyobrazić wspanialszego dowodu uznania 

dla   swojej   pracy,   nawet   gdyby   sam   prezydent   uhonorował 
medalem jego szkołę. Wzruszenie ścisnęło mu gardło.

—Dokąd idziemy? — zapytała cicho Hope.

background image

Gdzieś   poza   utarty   szlak   dotychczasowych   wypraw.   Do 

miejsca,   które   znało   niewielu   białych   ludzi.   Gdzieś,   gdzie 
będzie mógł ukryć Hope i stanąć do walki w jej obronie, jeśli 
zajdzie taka potrzeba.

Pokazał   kciukiem   szczyty,   do   których   był   odwrócony 

plecami.

—Idziemy w góry.

Hope szła krok w krok za Jaredem, nie wychylając się poza 

jego szerokie plecy. Jak słaba, posłuszna kobieta. Do diabła 
z feminizmem.   Gdzieś   w pobliżu   czai   się   bandyta 
z wymierzoną w nią lufą pistoletu, czuła się więc szczęśliwa, 
że   ma   przy   sobie   silnego   mężczyznę,   który   gotów   był   jej 
bronić.   A ponieważ   tym   mężczyzną   jest   Jared,   wierzyła,   że 
polującemu na nią psychopacie dostanie się to, na co zasłużył. 
Śmierć to za mało. Miała nadzieję, że będzie schodził z tego 
świata w straszliwych męczarniach.

Nikt nie powiedział, że słabe, posłuszne kobiety nie potrafią 

być mściwe.

Idąc   od   godziny   monotonnym   krokiem   pod   górę, 

zastanawiała   się   nad   swoją   .sytuacją.   Pomagało   to   jej 
zapomnieć   o dokuczliwym   bólu   w ramieniu,   o prze- 
męczonych   płucach,   o napiętych   do   granic   wytrzymałości 
mięśniach.

Ten   zamach   musi   mieć   związek   z implantem   UroTechu. 

Żaden   inny   powód   nie   ma   sensu.   Dowiedziała   się   z plotek 
o istnieniu   trzech   podobnych   patentów,   znajdujących   się   na 
różnych etapach badań laboratoryjnych. Tylko to urządzenie, 
które   jako   pierwsze   otrzyma   atest   FDA,   urzędu   kontroli 
żywności   i leków,   ma   szansę   opanować   większość   rynku. 
Pieniędzy zainwestowanych w to przedsięwzięcie starczyłoby 
na   oddłużenie   kilku   krajów   Trzeciego   Świata.   Bez   uporu 
i wysiłku, z jakim Hope walczyła o zdobycie atestu, wynalazek 
UroTechu nie miałby najmniejszych szans.

background image

Na pewno chodzi o UroTech. Z drugiej strony, Hope martwa 

jest   tyle   samo   warta   dla   konkurencji,   co   żywa   dla   swoich 
inwestorów. Pocieszająca myśl.

Zastanawiała się, jak sobie radzą Karen, Hank i Bill. Jared 

kazał im odczekać pół godziny za głazem. Uważał, że mniej 
więcej po tym czasie snajper podejdzie bliżej. Hope modliła się 
w duchu, żeby drań nie zemścił się na nich, kiedy odkryje, że 
jej tam nie ma.

Kiedy wsunęła jedną rękę do kieszeni, odkryła obrzydliwą 

grzechotkę, którą Bill dał jej na szczęście. Nigdy by sobie nie 
wybaczyła, gdyby komuś z ich trójki stało się coś złego.

Nagle Jared zatrzymał się, stanął  nieruchomo z odchyloną 

w bok   głową.  Serce   Hope   zaczęło   bić   szybciej,  jak   zawsze, 
kiedy on nasłuchiwał, czy nie śledzi ich snajper. Dopiero kiedy 
Jared   sięgnął   po   menażkę,   odetchnęła   z ulgą.   Ufała   jego 
słuchowi bezgranicznie, więc choć przez chwilę mogła się nie 
bać.

Podał jej otwartą menażkę.
—Musisz   wypić   przynajmniej   jedną   nakrętkę.   W górach 

łatwiej się odwodnić niż na pustyni.

Na   wspomnienie   nieznośnego   pustynnego   upału   Hope 

zmrużyła oczy.

—Przepraszam,   druhu,   ale   opowiadasz   jakieś   dyrdymały. 

Zaczynam się zastanawiać, które z nas jest w większym szoku.

W porządku. Prawie go rozśmieszyła.
—Uwielbiam, kiedy do mnie mówisz takim pieszczotliwym 

tonem,   ale   to   nie   są   dyrdymały,   Hope.   Właśnie   dlatego,   że 
w górach nie ma takiego upału, ludzie zapominają o piciu.

Podniosła do ust menażkę, ale przeszył ją ból w ramieniu 

i musiała przełożyć naczynie do drugiej ręki.

—Chcesz jeszcze jedną aspirynę?
Powinna   pamiętać,   że   Jared   wszystko   widzi.   Miał   minę, 

jakby ten ból dokuczał bardziej jemu niż jej samej.

—Nie, dzięki, wolę zachować ją na później.
Słusznie. Zostały mu tylko cztery tabletki.

background image

Posłusznie   wypiła   swą   porcję   wody   i oddała   menażkę 

Jaredowi.   Kiedy   podniósł   ją   do   ust,   wpatrywała   się   w jego 
szyję.

—Nie spytałeś, dlaczego ktoś chce mnie zabić.
Spochmurniał i spojrzał jej w oczy, po czym przeniósł wzrok 

na obandażowane przedramię i powrócił do twarzy.

—Nieważne dlaczego, ważne, że ktoś próbuje to zrobić.
Nie   wiedziała,   czy   potraktować   tę   odpowiedź   jak 

pochlebstwo, czy jak wyraz lekceważenia.

—Od   tego   miejsca   zaczynamy   stromą   wspinaczkę   — 

oznajmił,   zmieniając   temat.   —   Wiem,   że   to   ramię   boli   jak 
diabli i pomogę ci, jak tylko będę mógł, ale musimy iść dalej. 
Najłatwiej   ci   będzie   oszczędzać   energię,   idąc   chodem 
„wypoczynkowym". Popatrz.

Schował do kieszeni manierkę i wszedł na zadrzewiony stok, 

żeby   pokazać   jej   nową   sztuczkę.   Zapierał   się   jedną   stopą 
o podłoże, usztywniając nogę w kolanie, podciągał drugą nogę, 
a potem na odwrót, zdecydowanym ruchem do przodu.

—Widzisz,   że   opieram   cały   ciężar   ciała   tylko   na   jednej 

nodze? Druga w tym czasie odpoczywa. To bardzo ważne — 
powiedział surowym tonem, widząc błąkający się po jej twarzy 
drwiący uśmiech. — Idąc w ten sposób, wytrzymasz o wiele 
dłużej. Teraz twoja kolej.

Spróbowała kilka razy, potem odwróciła się do niego przez 

ramię.

—Nie   mogę   iść   szybko,   poruszając   się   jak   potwór 

Frankensteina.

—Naprawdę? To wyobraź sobie, że tuż za twoim tyłkiem 

idzie wielka obława, a snajper oświetla im drogę silną latarką.

Na   samą   myśl   o tym   przeszły   jej   ciarki   po   plecach,   ale 

natychmiast się opanowała.

—Wolę się skoncentrować na twoim tyłku, jeśli nie masz nic 

przeciwko temu. Zawsze uważałam, że wart jest tego, żeby nie 
spuszczać z niego oczu.

Otworzył ze zdziwienia usta i zaczął się uważnie przyglądać 

background image

jej   twarzy.   Siliła   się   na   arogancki   uśmiech,   ale   wynik   był 
żałosny.

—Do diabła — zaklął i zszedł ze stromizny.
Chwycił ją i przygarnął do siebie. Jego palce wczepiły się 

w jej włosy i odchyliły w tył głowę. Kiedy zobaczyła nad sobą 
niebieskie, zmrużone oczy, poczuła miłe ciepło w żołądku.

—Prędzej padnę trupem, niż pozwolę, żeby cię skrzywdził 

— rzekł szorstko i gorąco ją pocałował.

Ten pocałunek uderzył jej do głowy szybciej niż trzy duże 

martini. Jak to możliwe, że Beth wolała porządnego drinka niż 
jego?   Myśli   Hope   stawały   się   coraz   bardziej   bezładne, 
poplątane, w końcu w ogóle przestała myśleć. Zamknęła oczy, 
cudowne pieszczoty jego głodnych warg i języka przeniosły ją 
w inny wymiar rzeczywistości. Pragnęła mieć go bliżej, wokół 
siebie,  w sobie,  tak  żeby   nie  wiedzieć,  gdzie  kończy  się   jej 
ciało, a zaczyna  jego. Jared tulił   ją  coraz  mocniej,  masował 
palcami skórę głowy, pomrukując zmysłowo.

Była   spragniona   miłości   jak   on.   Wygłodzona   po 

niezliczonych   wieczorach   spędzonych   w pustym   biurze,   po 
zbyt wielu samotnych niedzielach. Wyrzuciła ze świadomości 
wszystkie randki z facetami bez twarzy. Pragnęła tylko jego, 
mężczyzny,   którego   rysy   miała   wyryte   w pamięci,   którego 
wzajemność   napełniała   jej   serce   radością.   Pragnęła   Jareda, 
całowała Jareda, tylko Jareda, na zawsze Jareda.

Jęknął boleśnie i odsunął usta od jej twarzy.
—Jared — szepnęła, z zamkniętymi oczami  szukając jego 

warg.

Zacisnął   palce   na   jej   biodrach   i odsunął   od   siebie 

zdecydowanym ruchem.

—Fatalny moment, Hope. Czas jest teraz naszym wrogiem. 

Ale wrócimy do tego. Wiesz o tym, prawda?    

Oddychała równie szybko jak on, garnęła się do niego, ale 

miał taki wyraz twarzy, jakby wciąż się obawiał, że ona nie 
zechce do tego wrócić. Złożyła skromnie ręce, jak słaba, uległa 
kobieta.

background image

—Tak, Jared, wiem.
—To dobrze. — Kiwnął głową, jakby dla przypieczętowania 

ulotnych   słów.   —   Właśnie   to   chciałem   usłszeć.   —   W jego 
oczach pojawił się niepokój. — Nie uraziłem ci ramienia?

—Nie, Jared.
Nie wyglądał na przekonanego, ale dał spokój.
—W takim razie ruszamy. Podchodź pod górę tak, jak ci 

pokazałem. I krzycz, jeśli będziesz potrzebowała pomocy.

—Dobrze, Jared.
Rzucił   jej   ostatnie   tęskne   spojrzenie,   odwrócił   się   szybko 

i zaczął wspinaczkę.

Szedł   na   pamięć,   nie   używając   kompasu   ani   mapy,   które 

zostawił Hankowi. Hope miała wrażenie, że Jared doskonale 
wie,   dokąd   idzie,   a ona   robiła   wszystko,   żeby   nie   zwalniać 
tempa.

Na zarośniętym stoku było ślisko od mokrych sosnowych 

igieł   i wystających   kamieni.   Podejście   stawało   się   coraz 
bardziej strome, podłoże bardziej skaliste, a Hope myślała już 
tylko o odpoczynku.

Przez   ostatnie   pół   kilometra,   po   tym   jak   Jared   skręcił 

w lewo, słyszała szum górskiego potoku.

Dziesięć   minut   później   zobaczyła   przed   sobą   nie   górski 

potok,   ale   całą   kaskadę   połączonych   wodospadów,   które 
spadały do głębokiego jaru. W gęstym dziewiczym lesie słońce 
ledwie   przezierało   między   drzewami,   tworząc   mglistą, 
nierealną poświatę.

W powietrzu unosił się ciężki zapach sosny, zgniłej trawy 

i wody.   Hope   podeszła   do   krawędzi   wąwozu   i z zapartym 
tchem chłonęła piękno tego baśniowego widoku. Kiedy stanął 
przy niej Jared, na jej twarzy zagościł uśmiech szczęścia.

Była Pocahontas, dzieckiem tej ziemi. Czuła się nawrócona.
— Przekroczymy wąwóz w tym miejscu — zawołał Jared, 

usiłując przekrzyczeć huczące wodospady.

Uśmiech z jej twarzy znikł bez śladu. Nie jest aż tak głupia. 

Przeszedł jeszcze sześć metrów wzdłuż urwiska i przywołał ją 

background image

ręką.

Potrząsnęła głową.
Machnął   jeszcze   raz,   hipnotyzując   ją   spojrzeniem,   które 

mówiło, że jeśli nie snajper, to on sam ją zabije.

Trochę miała dosyć tych śmiertelnych gróźb. Zbliżając się 

ostrożnie   do   Jareda,   zrozumiała,   co   miał   na   myśli. 
Zastanawiała się, czy celna kula nie byłaby jednak lepszym 
rozwiązaniem.   Pień   drzewa   przerzucony   nad   przepaścią 
o szerokości   ,dziesięciu   metrów   wyglądał   na   zbyt   śliski 
i wąski, żeby Jared mógł się na nim utrzymać.

Wskoczył   szybko   na   wystające   korzenie   i zanim   Hope 

zdążyła się przerazić na dobre, był już w połowie drogi nad 
wąwozem.   Spieniona   woda   dwadzieścia   metrów   w dole   nie 
była w stanie zagłuszyć bicia jej serca. Kiedy znalazł się na 
drugim końcu brzegu, pomachał beztrosko ręką i wrócił do niej 
tą samą drogą.

—Nie zrobię tego! — krzyknęła mu do ucha.
W   odpowiedzi   zaprowadził   Hope   do   prowizorycznego 

mostu, wskoczył na korzenie i wciągnął ją za obie ręce na górę. 
Cofając się powoli, ciągnął ją za sobą.

Upływ   czasu   i wilgoć   nadwątliły   pień   zwalonego   drzewa. 

Zmurszałe i pozbawione kory rzeczywiście było tak śliskie, że 
ledwie dawało się po nim iść.

—Nie patrz w dół! — krzyknął. — Stawiaj ostrożnie stopy, 

dopiero wtedy, gdy wyczujesz pod butem drzewo.

Jego okulary zaszły mgłą. Nawet nie widziała jego oczu. Ze 

strachu nogi odmawiały jej posłuszeństwa.

—Nie   bój   się,   nie   pozwolę   ci   spaść.   Świetnie   ci   idzie. 

Jesteśmy prawie w połowie drogi.

Hope spojrzała w dół. Jej stopa ześliznęła się z pnia.
W   ostatniej   chwili   Jared   złapał   ją   za   drugi   nadgarstek. 

Krzyknęła przeraźliwie. Machając bezradnie nogami, kołysała 
się   nad   przepaścią   jak   artystka   cyrkowa,   czując,   jak   przy 
każdym ruchu żołądek podchodzi jej do gardła.

—Nie ruszaj się! — krzyknął.

background image

Ostatnim wysiłkiem woli zdołała opanować zdenerwowanie 

i strach.

Podciągnął ją mocno do góry, błyskawicznym ruchem, jak 

gdyby   ważyła   tyle   co   piórko.   Po   chwili   wyczuła   twardą 
powierzchnię pod stopami i dopiero teraz zdała sobie sprawę, 
jaki to był dla niego wysiłek. Zgodnie z obietnicą nie pozwolił 
jej spaść. Po raz kolejny uratował jej życie.

Trzęsąc   się   ze   strachu,   wytrwale   podążała   za   nim   nad 

przepaścią. Poszłaby teraz za nim nawet w ogień, byle tylko 
trzymał   ją   za   ręce.   Kiedy   wreszcie   dotarli   na   drugi   brzeg, 
chciała   rzucić   mu   się   w ramiona.   Po   chwili,   gdy   się   trochę 
uspokoiła, a poziom adrenaliny gwałtownie opadł, postrzelone 
ramię zaczęło ją boleć jak zropiały ząb.

Jared przetarł zamglone  okulary, spojrzał na przesiąknięty 

krwią bandaż i cicho zaklął.

—Nic mi nie jest. To tylko tak strasznie wygląda.
Kiwnął   bez   słowa   głową   i odszedł   w głąb   lasu.   Musiał 

znaleźć   wystarczająco   grubą   gałąź,   którą   mógłby   podeprzeć 
zwalone w poprzek wąwozu drzewo i zrzucić je w przepaść.

—Mogę ci jakoś pomóc?
—Odsuń się.
Wyprostowała się i powtórzyła stanowczo:
—Czy mogę ci pomóc?
Ujrzała szacunek w jego oczach i nagle ból zaczął słabnąć.
Jared ułożył ręce Hope na grubej gałęzi.
—Przyciskaj ją do ziemi. Jak pień się podniesie, zacznę go 

pchać   do   przodu.   —   Stanął   na   swoim   miejscu,   schylił   się 
i podłożył dłonie pod pień. — Dobrze, teraz!

Mimo że pchała z całych sił, pień nawet nie drgnął. Dopiero 

kiedy   zaczęła   poruszać   gałęzią   jak   piłą,   podniósł   się 
nieznacznie.

Jared   napierał   całym   ciałem.   Pień   drgnął   i przesunął   się 

o jakieś dwadzieścia centymetrów.

—Jeszcze raz — rozkazał.
Walka z ogromnym pniem była mozolna, przede wszystkim 

background image

dla niego. Hope nie mogła oderwać wzroku od jego napiętych 
mięśni. Niesłychane... Nigdy przedtem nie podniecał jej widok 
bicepsów, fizyczna siła nie robiła na niej żadnego wrażenia. 
I oto krok po kroku stawała się zupełnie inną kobietą.

Wreszcie   koniec   drzewa   zaczął   się   zsuwać   w kierunku 

przepaści. Uklękła obok Jareda i zaczęła pchać z całej siły — 
choć miała jej tak niewiele.

W końcu pień zatrząsł się, podstawa z korzeniami oderwała 

się   od   przeciwległej   skarpy   i runęła   do   wody   z potężnym 
pluskiem.   Hope   i Jared   wymienili   zmęczone   spojrzenia.   Ból 
w jej ramieniu stawał się nie do zniesienia, żołądek ciążył jak 
kamień, mięśnie odmawiały posłuszeństwa. Czuła się jednak 
zdecydowanie   bezpieczniej   ze   świadomością,   że   od 
ścigającego ją mordercy dzieli ich czeluść wąwozu.

Jak to dobrze, że będą mogli zmniejszyć tempo.
Jared wstał i pociągnął ją za zdrową rękę.
—Chodźmy już. Straciliśmy za dużo czasu.
Westchnęła   ciężko   i zmusiła   swoje   udręczone   ciało   do 

dalszej wędrówki.

Stan   patrzył   z wściekłością   na   kłęby   wzburzonej   wody 

dwadzieścia   metrów   pod   nim.   Robota   zaczyna   się 
komplikować, i sam jest sobie winien.

Załatwiłby tę babę jednym strzałem, ale akurat się schyliła, 

żeby podrapać się w nogę. Może to dobry znak, pomyślał na 
początku. Los podsuwał mu szansę na dobrą zabawę. Zamiast 
anonimowego wykonania wyroku — słodka rzeźnia.

To tak, jakby bawić się w strzelaninę i cieszyć widokiem kul 

odbijających się rykoszetem od ścian. Albo oglądać kryminał, 
w którym zamiast samochodów eksplodują plecaki. Wypatrzył 
za skałą tych spoconych ze strachu frajerów i od razu zrobiło 
mu się lepiej. Ale okazało się, że to oni wycięli mu numer.

Kiedy zaszedł ich od tyłu, rudej już nie było. Wsiąkła gdzieś 

z facetem, który ją wcześniej niósł. To ten dupek w okularach, 

background image

musi   być   ich   szefem,   tym   „Jaredem",   który   odbierał   przez 
radio lokalizacje. Pierwszy facet, który śmiał z nim zadrzeć, 
odkąd Stan odkrył w sobie boską moc.

Władzę ostateczną.
Gdyby nie musiał dbać o opinię zawodowca, tych troje za 

skałą nie pokicałoby w góry jak zasrane zające. Ale dał sobie 
spokój, wycofał się nie zauważony i ruszył w trop za rudą.

Wściekły, zaczął kopać grunt pod nogami. Grudki mokrej 

ziemi   spadały   na   wystające   z ziemi   korzenie   drzewa.   Po 
drugiej stronie wąwozu widać było odciśnięty ślad po starym 
pniu, który jeszcze niedawno musiał łączyć dwa brzegi. Szedł 
po   trzydzieści   minut   w każdą   stronę,   żeby   znaleźć   jakiś 
prowizoryczny most, ale nic z tego.

Jared   zniszczył   jedyne   przejście   w promieniu   kilku 

kilometrów,   a do   zmierzchu   pozostały   tylko   dwie   godziny. 
Znowu kopnął wystający z ziemi korzeń. A niech to szlag, nie 
mógł w to uwierzyć.

Zrzucił   plecak   na   ziemię   i rozsunął   największą   kieszeń. 

Ruda oberwała; jeżeli nie postrzelił jej porządnie, to na pewno 
drasnął,  więc  nie  może   zajść  za  daleko.  Pewnie  uwaliła  się 
gdzieś po drugiej stronie i ledwo zipie. Gdyby tylko udało mu 
się przedostać na drugi brzeg, miałby jeszcze mnóstwo czasu 
na   to,   żeby   z nią   skończyć   i dać   nogę.   Helikopter   jest 
umówiony na dziesiątą rano. Z jego mapy wynika, że tamtych 
troje frajerów ma cholernie długą drogę do obozu następnej 
grupy, tej, która ich namierzyła przez radio dziś rano.

Wyciągnął   z plecaka   toporek   turystyczny,   sprawdził 

kciukiem   ostrze   i uśmiechnął   się   na   widok   strużki   własnej 
krwi. Jest gotów do dalszej gry. Jakiś kilometr dalej zauważył 
wysoką   sosnę,   która   rosła   tuż   nad   urwiskiem.   Wyrąbał 
wystarczająco dużo pni w swoim życiu, by wiedzieć, jak się do 
tego zabrać i obalić drzewo we właściwym kierunku. Zajmie 
mu   to   trochę   czasu,   ale   ruda   mu   ten   wysiłek   sowicie 
wynagrodzi.

Zamachnął się toporkiem jak lufą pistoletu, wciął się w pień 

background image

za drugim uderzeniem i zmrużył wściekle oczy. No, niech ten 
dupek w okularach przekona się, czym pachnie siekierka Stana.

Droga   była   coraz   trudniejsza,   a Hope   słabła   z każdym 

krokiem.   Co   jakiś   czas   Jared   przystawał   i nasłuchiwał   jak 
czujne   zwierzę.   Zatrzymali   się   tylko   raz,   nad   rwącym 
potokiem, żeby napełnić manierkę i zjeść batona — jednego na 
spółkę.

Wycieńczona do tego stopnia, że ledwie mogła gryźć, Hope 

zapytała Jareda, czy według niego snajper jest na ich tropie. 
Odpowiedział,   że   raczej   nie,   ale   wolał   tego   nie   sprawdzać, 
wiedząc, że stawką jest jej życie.

Ten facet umiałby postawić na nogi nawet trupa, pomyślała.
Szła   dalej,   cały   czas   pod   górę,   z trudem   łapiąc   oddech 

w rozrzedzonym   powietrzu.   Jej   nogi   domagały   się 
odpoczynku,   mimo   że   posłusznie   stawiała   kroki   techniką 
„wypoczynkową".

W pewnej chwili wpadła jej do głowy myśl, że Jared nie jest 

zwykłym   człowiekiem.   Nawet   najsilniejszy   mężczyzna   nie 
mógłby zrobić tego wszystkiego, nie okazując najmniejszego 
śladu zmęczenia. Zaczęła wątpić, czy będzie mogła „wrócić" 
z nim do czegokolwiek. Seks z istotą pozaziemską nie mieścił 
się w żelaznym kanonie jej fantazji erotycznych.

Kiedy Jared zatrzymał się ponownie, wszystko jej było jedno 

po co. Ugięły się pod nią kolana i upadła na ziemię. Jak przez 
mgłę   widziała,   że   Jared   struga   jakieś   patyki,   rozwija   linę, 
ciągnie jakieś szeleszczące drzewo...

Czuła,   że   ktoś   potrząsa   jej   zdrowe   ramię.   Otworzyła 

z wysiłkiem oczy.

—Chodź, mamy mało czasu.
Kula byłaby zdecydowanie lepszym rozwiązaniem. Najlepiej 

między oczy.

Resztką sił wykrzesała z siebie trochę dyscypliny i zacisnęła 

usta,   kiedy   pomagał   jej   wstać.   Chwiejąc   się   na   nogach   jak 

background image

niedołężna staruszka, czekała, aż Jared zacznie iść.

Objął   ją   ramionami.   Jedną   ręką   przycisnął   jej   głowę   do 

swojej piersi.

—Biedna   Hope.   To   już   naprawdę   niedaleko.   Proszę, 

wytrzymaj jeszcze trochę — szepnął i pocałował ją w czubek 
głowy.

Jego dotyk i czułe słowa sprawiły, że łzy ścisnęły jej gardło.
—Zrobisz to dla mnie, kochanie?
To   i wiele   więcej.   Zrobiłaby   dla   niego   wszystko.   Skinęła 

głową.   Kochała   dotyk   jego   szorstkiego   swetra   na   policzku, 
kochała   ciężar   jego   silnej   dłoni,   którą   gładził   jej   włosy, 
kochała...

Otworzyła szeroko oczy.
Kochała jego.
Jej serce wiedziało o tym od dawna. Kiedy ta prawda dotarła 

do   jej   rozumu,   błogie   ciepło   wdarło   się   gwałtowną   falą   do 
pustych i zimnych zakamarków jej duszy. Może zgłupiała do 
reszty,   może   ślepy   los   z nich   zakpił,   ale   kochała   Jareda   do 
szaleństwa,   całym   sercem   i duszą.   Mogła   zamknąć   oczy 
i pozwolić   sobie   na   chwilę   bezgranicznego,   niezmąconego 
szczęścia.

Objął ją mocniej i zaraz uwolnił z czułego uścisku.
—Przykro   mi,   Hope,   ale   czeka   nas   jeszcze   ostatnie 

podejście.

Wahając się chwilę, czy mu od razu powiedzieć, niepewna 

jego reakcji, odchyliła głowę i uśmiechnęła się.

—Chodźmy. Straciliśmy za dużo czasu.

background image

14

Jared zdjął sweter i obwiązał go wokół bioder. Nie pamiętał, 

że   szlak   jest   tak   wąski,   stromy   i poprzecinany   szczelinami 
o głębokości   od   półtora   do   dziesięciu   metrów.   Za   dwie 
godziny,  kiedy   zapadnie   ciemność,   ta   wspinaczka   stanie   się 
samobójstwem. Musi więc doprowadzić Hope na Orlą Polanę 
wcześniej.

Wyciągnął   w dół   rękę   i chwycił   jej   palce.   Na   krótkich 

paznokciach kruszył się  popękany czerwony lakier. Jej  dłoń 
wydawała   się   drobna   i zwodniczo   krucha.   Potrafiła   cisnąć 
plecakiem w pysk niedźwiedzia i pocieszyć skonfundowanego 
przyjaciela. W tej dłoni kryła się magia. Coś, na co mężczyzna 
może   liczyć   i w dobrych,   i w złych   czasach.   Jared   pomógł 
Hope wdrapać się na swój poziom, potem wspiął się wyżej, 
potem od początku to samo.

Hope nie skarżyła się na ból, nie prosiła o jedzenie, picie ani 

o przerwę   na   wypoczynek.   Nie   zawiodła   w obliczu 
śmiertelnego   niebezpieczeństwa,   zniosła   jego   surowe 
wymagania.   Teraz   już   wiedział,   że   przezwyciężyła   wpływ 
wychowania,   które   komuś   słabszemu   złamałoby   charakter, 
a potem chętnie dodawała odwagi innym.

Jego   kobieta   miała   niezwykły   dar   odwagi   i współczucia. 

Była   wytrzymała   i piękna.   Przywodziła   mu   na   myśl   koszyk 
Apaczów   stojący   na   jego   kuchennym   stole.   Możliwe,   że 
podobnie jak ta pamiątka, nie będzie długo do niego należała, 
lecz  dopóki   należy,  zamierza  traktować  ją   jak  najcenniejszy 
skarb.

Kiedy wciągał Hope w górę za zdrową rękę, na widok jej 

cierpienia przeszył go ból. Tak nie traktuje się kobiety- skarbu, 
panie Austin.

—Wszystko w porządku, Jared — wyszeptała Hope, patrząc 

na niego pełnym zrozumienia, łagodnym wzrokiem.

Na   bladym   policzku   miała   wyraźną   plamę   brudu,   pod 

background image

oczami   szare   półksiężyce   sińców.   Odwróciła   swoją 
baseballową czapkę daszkiem do tyłu, przygniatając — choć 
nie chowając zupełnie — kasztanowe włosy, które tak kochał.

Przypomniał sobie znudzoną mądralę z ostatniego rzędu na 

zajęciach z orientacji i nie mógł się nadziwić, jak niesłusznie ją 
oceniał. To jest prawdziwa Hope Manning. Kobieta, którą chce 
kochać, nie  zważając na to, co przyniesie przyszłość. Którą 
będzie kochał aż do śmierci. Nie odrywał od niej oczu.

Hope uniosła dłoń i wsunęła ją we włosy.
—Muszę fatalnie wyglądać.
—Wyglądasz pięknie.
Jej wzrok złagodniał.
Stał się miękki, nieuchwytny, kuszący.
—Ty też.
Jared zerknął na swoją lepiącą się koszulkę, przesiąkniętą 

potem   po   wyczerpującej   wspinaczce.   Nie   ogolił   się   rano, 
a włosy powinien skrócić kilka tygodni temu. Ale podobał mu 
się sposób, w jaki na niego patrzyła. Piekielnie mu się podobał. 
Niczego nie pragnął teraz bardziej, niż dotrzeć z nią na Orlą 
Polanę.

Wspiąwszy się na następną półkę, podał jej rękę.
—Założę się, że kokietujesz wszystkich facetów, z którymi 

zdarza ci się wędrować.

—Tylko   tych,   którzy   mają   to,   co   prawdziwy   facet   mieć 

powinien   —   powiedziała   ze   swoim   nieustraszonym, 
kochanym, poufałym uśmiechem.

To były ostatnie słowa, jakie z sobą zamienili, zanim szlak 

zaczął   wyglądać   trochę   lepiej   od   zwierzęcej   ścieżki.   Nagle 
odgłosy   kamiennej   lawiny,   jakieś   osiemset   metrów   z tyłu, 
zmroziły   Jaredowi   krew.   Gestem   ręki   zatrzymał   Hope 
w miejscu   i zamknął   oczy,   otwierając   się   na   ducha-który-
przenika-wszystkie-rzeczy.   Charakterystyczne   parsknięcie 
samotnego kozła pozwoliło mu odetchnąć z ulgą.

Jared był przekonany, że snajper miał zbyt mało czasu, żeby 

znaleźć   inne   przejście   nad   wąwozem,   nie   mógł   jednak 

background image

wykluczyć takiej możliwości. Uśmiechając się do Hope, ruszył 
znowu do przodu, ale sądząc po jej błędnym wzroku, niewiele 
już do niej docierało.

Arizońskie  cyprysy,  jodły  Douglasa  i jałowce  czepiały  się 

stromych stoków po obu stronach perci. Na wysokości około 
dwóch i pół tysiąca metrów chwyta już  mróz, który w nocy 
może   okazać   się   bardzo   dotkliwy.  Jared  wiedział,  że   zanim 
pomyśli poważnie o schronieniu i żywności, musi sięgnąć po 
jeszcze jeden środek ostrożności.

Szczelina   skalna,   do   której   się   zbliżali,   była   doskonała. 

Szeroka   na   półtora   metra,   z opadającymi   prosto   w dół 
pionowymi  ścianami.  Na  dnie pokruszona skała. Ponad trzy 
metry głębokości.

Przeskoczył   na   drugą   stronę   i wyciągnął   rękę   do   Hope. 

Przygryzła wargi, ale nie wahała się długo. Chwyciła jego dłoń 
i nie krzyknęła, kiedy musiał ją mocno szarpnąć. Pocałował ją 
przepraszająco   w zranioną   rękę,   a ona   odwzajemniła   mu   się 
zmęczonym   uśmiechem,   co   tylko   wzmogło   jego   poczucie 
winy.

Podprowadził ją do drzewa i oparł plecami o pień.
—Odpocznij tutaj kilka minut.
Nie zadała żadnego pytania, tylko zamknęła oczy.
Dwie minuty później już spała.
Pracował   szybko,   z uczuciem   bezgranicznej   wdzięczności 

wobec Bena za wszystkie godziny spędzone pod jego kuratelą. 
Tajemnicą   skutecznej   zasadzki   jest   dobry   kamuflaż,   dlatego 
prawie piętnaście minut  Jared przykrywał zebrane wcześniej 
gałęzie   sosnowym   igliwiem,   zbutwiałymi   resztkami   roślin 
i kamieniami.   Zwierzęta   używające   tego   szlaku   znają   go 
równie dobrze jak ludzie własne domy. Albo przeskoczą, albo 
ominą podejrzaną zmianę na swojej dróżce.

Ale  zwierzę, którym interesował  się  Jared, nie będzie  tak 

podejrzliwe.

Kiedy   już   sam   z trudem   odróżniał   fałszywy   odcinek   od 

reszty ścieżki, podszedł do Hope i szturchnął ją w zdrową rękę.

background image

Odtrąciła jego dłoń i mruknęła coś pod nosem. Dopiero po 

chwili podniosła głowę, z ogromnym wysiłkiem, jakby ważyła 
dziesiątki kilogramów. Jej wzrok powoli nabierał ostrości.

—Dużo straciliśmy czasu? — zapytała jak automat.
—Nie — odparł czule. — Daję ci słowo, że jesteśmy prawie 

na miejscu.

Jej mina mówiła: „Dobra, dobra". Ale wstała i powlokła się 

za nim bez słowa.

Jared kłamał. Nie celowo, ale minęły cztery lata, odkąd Ben 

poprowadził go tym szlakiem. Gdy w końcu przedarli się na 
wysokość, gdzie zbocze porastały już tylko łąki, okazało się, że 
odeszli blisko kilometr od zasadzki.

Nie miał czasu, żeby zachwycać się pięknem tego zakątka. 

W górach zmierzch zapada bardzo szybko, a było jeszcze tyle 
do zrobienia przed zmierzchem.

—Jesteśmy na miejscu — powiedział do chwiejącej się na 

nogach Hope.

Uklękła w gęstej wiosennej trawie, przewróciła się na bok 

i zwinęła w kłębek.

—Dobranoc — wyszeptała.
Czapka   przekrzywiła   jej   się   na   głowie,   powieki   opadły. 

W kilka sekund świat przestał dla niej istnieć.

Ogarnęły go wyrzuty sumienia. Doprowadził Hope do stanu 

wycieńczenia,   ale   przecież   ona   wydobrzeje,   pocieszał   się 
w duchu. Będzie sobie spała wygodnie, dopóki on nie zbuduje 
szałasu. Rozwiązał rękawy swetra, który nosił okręcony wokół 
bioder,   i delikatnie   przykrył   nim   jej   tułów.   Jeszcze   jedno 
wzruszone spojrzenie na śpiącą postać i wziął się do roboty.

Z   dachem   pójdzie   najszybciej.   Ostatniej   liny   użył,   co 

prawda, do konstrukcji zasadzki, ale potrafił poradzić sobie bez 
niej.   Tej   górskiej   oazy   strzegł   gęsty   las,   którego   poszycie 
usłane   było   mnóstwem   gałęzi   wyłamanych   przez   kolejne 
burze.

Znalazł   dwie,   widłowato   rozdzielające   się   na   końcach, 

przyciął,   żeby   były   tej   samej   długości,   i zaklinował   między 

background image

drzewami odległymi od siebie o trzy metry. Kolejną przyciętą 
gałąź   wsadził   między   widły,   formując   równoległą   do   ziemi 
krawędź dachu. Długie  patyki, ukośnie oparte o tę  krawędź, 
podtrzymywały chrust, którego użył jako strzechy.

Ponieważ nie mieli śpiworów, zimny grunt pozbawiłby ich 

ciepła w kilka minut. Ale siennik z leśnego poszycia zapewnia 
lepszą izolację i wygodę niż najdroższy śpiwór. Jodła Douglasa 
ze swoimi gęstymi igłami dostarczyła mu takiego materiału, 
jakiego potrzebował.

Ułamując tylko miękkie końcówki, grubsze "końce wciskał 

rzędem   w ziemię.   Następny   rząd   układał   naprzeciwko 
pierwszego   i tak   dalej,   zawsze   miękkimi   końcami   w górę. 
Dopasowany   do   poszycia   szałasu   siennik   miał   trzy   metry 
długości i ponad metr szerokości. Może nie był to Hilton, ale 
wystarczająco wygodne schronienie.

Spojrzał   na   Hope.   Nie   poruszyła   się   nawet   o milimetr. 

Nawet jeśli budował to przytulne schronienie z podświadomym 
marzeniem o upojnej nocy, wybił to sobie z głowy. Hope była 
skrajnie   wyczerpana.   Znosiła   trudy   tak   dzielnie   i z takim 
opanowaniem, że zasłużyła na wypoczynek. A on zadowoli się 
jej bliskością przez całą noc. Zdumiewające, lecz na samą myśl 
o tym poczuł się wspaniale.

Przyklęknął,   chwycił   ją   w ramiona   i zaniósł   do   szałasu. 

Poruszyła się nieznacznie, kiedy układał ją na sienniku, lecz 
niemal   natychmiast   znowu   zapadła   w głęboki,   uzdrawiający 
sen.

Wyprostował się, potarł dłońmi twarz, zastanawiając się, czy 

rzeczywiście   wybrał   na   tę   kryjówkę   najlepsze   miejsce.   Do 
wysokogórskiej   łąki   prowadził  tylko  jeden  wąski   szlak,  ten, 
którym   się   wspinali.   Z pewnością   była   ona 
najbezpieczniejszym schronieniem w tej okolicy. Dodając do 
tego zasadzkę, którą urządził po drodze. Tak, bez wątpienia 
zrobił wszystko, co tylko mógł, żeby chronić Hope.

Osiągnął swój cel, a teraz poczuł potworne zmęczenie i głód. 

Krótka kąpiel pomogłaby zwalczyć to pierwsze. Przeszukanie 

background image

lasu powinno wystarczyć, żeby pozbyć się tego drugiego. Przez 
korony   drzew   prześwitywały   ostatnie   promienie   słońca,   ale 
Jared   doskonale   widział   w ciemnościach.   Nie   zbudzi   Hope, 
dopóki nie znajdzie dla niej czegoś do jedzenia.

Nawet największy maniak nie ryzykowałby życia, wspinając 

się trudnym szlakiem w niepewnym świetle księżyca.

Stan   gapił   się   na   pochyły   „most"   z niedowierzaniem. 

Przeklęty   czubek   drzewa   spadł   pół   metra   za   blisko,   nie, 
dosięgając   przeciwległej   skarpy,  i zatrzymał   się   na   występie 
skalnym   pięć   metrów   niżej.   Nienawidził   ścinania   drzew, 
nienawidził   wysokości,   nienawidził   popełniania   błędów, 
i zaczynał nienawidzić tę rudą i jej przewodnika z pasją, jakiej 
nie czuł od czasu, kiedy jego tatuś odszedł z tego świata.

Oczywiście   w każdej   chwili   mógł   sobie   darować 

i spróbować jeszcze raz, kiedy ta baba wróci do Nowego Jorku. 
Ale   wtedy   opowie   o wszystkim   glinom,   będzie   wystraszona 
i czujna. Poza tym, jeśli teraz nawali, zleceniodawcy mogą nie 
dać mu następnej szansy.

Chowając   toporek   do   plecaka,   wyobrażał   sobie,   co   zrobi, 

kiedy dopadnie tę dwójkę. Podniecenie przyspieszyło krążenie 
krwi w żyłach. Podniósł ciężki plecak tak łatwo, jakby to był 
worek z torfem, który zbierał na sprzedaż w dzieciństwie. Tym 
razem jego moc okaże się wielka. Czuł to w kościach.

Zapiął pasek biodrowy, siadł okrakiem na zwalone drzewo 

i zaczaj przesuwać się centymetr po centymetrze do przodu. 
Nogi co i rusz wplątywały mu się w gałęzie, a ostre sosnowe 
igły kłuły go przez ubranie. Kiedy natrafił kroczem na grubą 
pionową   gałąź,   nie   miał   innego   wyjścia,   niż   wstać   na   nogi 
i ostrożnie balansując, obejść ją.

Kiedy   dotarł   wreszcie   na   drugą   stronę,   jego   koszula   była 

mokra   od   potu,   a on   sam   czuł   się   jak   poduszka   na   szpilki. 
A przecież   miał   jeszcze   do   pokonania   pięć   metrów   ziemi 
i skały pod górę. Znowu nie zawiódł się na swoim plecaku. 

background image

Było   w nim   wszystko,   czego   potrzebował.   Elastyczna   gruba 
lina,   czekan   i metalowe   klamry,   które   wrzucił   w ostatniej 
chwili.

Utrzymywał się w dobrej kondycji. Fizycznie ta wspinaczka 

nie   stanowiła   dla   niego   żadnego   problemu.   Ale,   cholera, 
nienawidził wysokości. Przeciągnąwszy się przez skraj urwiska 
na bezpieczny grunt, leżał z rozpostartymi ramionami, a jego 
serce waliło jak młot kowalski. Gdy tętno mu się uspokoiło, 
powróciła cała złość.

Pokaże tym klaunom, co czeka ludzi, którzy zadzierają ze 

Stanem Lawlerem. Żądza zemsty pulsowała mu we krwi, kiedy 
ruszał   z powrotem   w kierunku   odległego   o ponad   kilometr, 
zwalonego mostu. Zostawił na miejscu linę i klamry, żeby były 
gotowe na wypadek szybkiej ucieczki.

Odnalezienie   tropów   było   dziecinnie   proste   —   w każdym 

razie   łatwo   rozpoznał   ślady   stóp   kobiety.   Nie   widać   było 
śladów męskich. Może wpadł do wody? Zostawił ją i uciekł?

Cokolwiek się stało, było to Stanowi na rękę. Zasłużył na 

nagrodę.   A przewodnik   mógłby   go   kosztować   zbyt   wiele 
cennego czasu.

Ocenił położenie słońca. Jeszcze przez godzinę będzie jasno. 

Ruda nie zdąży odejść daleko.

Ślady wskazywały, że ledwie powłóczy nogami. Jest słaba, 

wystraszona i gotowa do targów. Ale żadne łzy ani jęki nie 
powstrzymają go przed nauczką, którą da tej dziwce. Dzisiaj 
nie musi się cackać. Nie tak jak z tą blondynką z hotelu.

Poczuł pulsowanie w pachwinie. Przyspieszył tempo marszu.
Jej   ślady   prowadziły   prosto   w góry,   a nie   odnalazł   dotąd 

żadnych   znaków,   które   świadczyłyby   o tym,   że   choć   raz 
odpoczywała. Musi być już bardzo blisko. Kiedy go zobaczy, 
jej  wielkie brązowe  oczy wypełni  strach. Jeżeli nie, dokona 
tego pistolet. Ruger Mark II zmusił  niejednego faceta, żeby 
skamlał o życie. Ta ruda zrobi coś więcej, zanim z nią skończy.

Był piekielnie podniecony. Całkiem gotowy.
Pognał   w górę   stromym   stokiem.   Nagle   coś   zacisnęło   się 

background image

mocno na jego kostce i szarpnęło.

Świat stanął na głowie. Ze świstem wyrzuciło go w górę. 

Krew wdarła mu się do mózgu, a ziemia kołysała się w tę i we 
w tę   dwa   metry   niżej.   Zszokowany,   zdał   sobie   sprawę,   że 
dynda, przywiązany za stopę do liny, która była umocowana na 
czubku drzewa.

Jego   ciało   uderzyło   w młodą   sosnę   i odbiło   się   jak   piłka. 

Następnym razem był już gotowy i złapał się pnia. Skręciwszy 
tułów, zdołał otworzyć plecak i wyciągnąć z niego nóż. Napiął 
mięśnie, podniósł ciężki tors i śmignął ostrzem tuż nad swoim 
butem. Lina trzasnęła. Runął w dół, plecakiem do ziemi.

M21, amunicja, czekan, młotek i reszta narzędzi ugodziły go 

w kręgosłup i łopatki. Spojrzał w niebo, szacując swoje rany 
i kontuzje. Niczego nie złamał, ale wszystko go bolało. Powoli 
usiadł, potem wstał na nogi, mozolnie jak staruszek, i zrobił 
jeden krok na próbę. Szlag by to trafił! Miał skręconą kostkę.

Zakładał   sidła,   od   kiedy   skończył   dziesięć   lat.   Wpaść 

samemu   we   wnyki   to   kompromitacja.   Zniewaga   nie   do 
wybaczenia.   Próbując   zapanować   nad   wściekłością,   zaczął 
oglądać   mechanizm   spustowy   pułapki.   Dwa   haczykowate 
patyki,   każde   świeże   cięcie   zamaskowane   błotem.   Lina 
podobnie   umazana   w brunatnej   mazi,   ręcznie   spleciona 
i prawie   niewidoczna   na   tle   ziemi.   Młode   drzewko   zostało 
właściwie wybrane. W gęstwinie innych trudno było dostrzec 
jego nienaturalne wygięcie.

Ktokolwiek   założył   te   wnyki,   nie   był   frajerem 

przewodnikiem, który sypia w namiocie i gotuje na kocherze. 
O nie, ten facet był naprawdę dobry. Pewnie śmieje się teraz na 
myśl, że Stan wisi sobie jak szynka w wędzarni.

Upokorzenie   paliło   mu   policzki,   a zaraz   potem   spadła   na 

niego   gorąca,   mordercza   wściekłość.   Może   nie   nauczył   się 
wybierać   właściwego   widelca   w eleganckiej   restauracji,   ale 
nikt nie zna lepiej od niego lasu. Odnajdzie faceta, który go tak 
urządził, i to on, Stan Lawler, będzie się śmiał ostatni! To już 
nie tylko sprawa forsy. Stawką jest jego honor.

background image

Jutro   o dziesiątej   wsiądzie   do   helikoptera   z podniesioną 

głową — albo nie wsiądzie wcale.

Pomimo   szarpiącego   bólu   w kostce   ruszył   szlakiem   pod 

górę. Ściemniało się szybko, ale niedługo miał wzejść księżyc. 
Na   pewno   się   nie   spodziewają,   że   będzie   ścigał   ich   nocą. 
Urządzi im niespodziankę. Mają to jak w banku!

Dziesięć minut później but ześliznął mu się ze zwietrzałej 

skały. Stan upadł boleśnie na jedno kolano. Z kostką było coraz 
gorzej. Zdrowy rozsądek podpowiadał mu, żeby zaczekać, aż 
księżyc wzejdzie dostatecznie wysoko i oświetli mu drogę, ale 
żądza zemsty pchała go do przodu.

Wspinał   się   uparcie,   przeskakując   szczeliny   i pomrukując 

z bólu. Niech ich tylko znajdzie...

I nagle otworzyła się pod nim ziemia. Spadał nogami w dół. 

Jego   skręcona   wcześniej   kostka   pogruchotała   się   na   dobre, 
barki i głowa trzasnęły z całej siły o skalną ścianę. Przewrócił 
się   na   bok   i jęczał,   a sosnowe   igły   i ziemia   obsypywały   go 
swoim deszczem.

Zasadzka... Jego mózg przez chwilę drwił z siebie z pogardą, 

po czym nieświadomość ucięła wszelkie myśli.

Hope   ocknęła   się   i podrapała   po   nosie.   Coś   znowu   ją 

załaskotało.   Ukryła   twarz   w swojej   pachnącej   poduszce 
i zaczęła   mocno   pocierać.   Wytrzeszczyła   oczy.   Usiłowała 
wstać, zdezorientowana i trochę przestraszona.

Świadomość   wracała   etapami.   Było   ciemno.   Siedziała   na 

czymś w rodzaju... siennika z sosnowych igieł. Uciekała przed 
snajperem, tak bardzo zmęczona, że pośpiech stracił dla niej 
sens.   Jared   w końcu   powiedział:   „Jesteśmy   na   miejscu". 
Zwinęła   się   w kłębek   na   łożu   ze   słodko   pachnącej   trawy, 
a potem jej umysł był jak czysta kartka.

Przed nią rozciągała się łąka. Ta sama, na której zasnęła?
—Jared?   —   Jej   własny   głos   wrócił   do   niej   smagnięciem 

mroźnego, górskiego wiatru.

background image

Drżąc   z zimna,   zrzuciła   czapkę   i wciągnęła   przez   głowę 

ciepłą bluzę Hanka. Każdy najmniejszy ruch sprawiał jej ból. 
Z trudem mogła odróżnić rwanie rany postrzałowej od tysiąca 
innych   obolałych   mięśni.   Potrzebowała   aspiryny   z kieszeni 
Jareda, potrzebowała trochę jedzenia... Kogo próbuje nabrać?

Potrzebowała Jareda. Chciała go zobaczyć, chciała wiedzieć, 

czy nic mu nie grozi.

Przeszukując oszalałym wzrokiem pogrążoną w mroku łąkę, 

powtarzała sobie, że jest głupia. Jaredowi nic się nie stało. Nie 
ma go, bo pewnie robi coś pożytecznego albo coś, co wymaga 
odwagi   prawdziwego   mężczyzny.   Wróci,   gdy   skończy,   i jej 
świat   znowu   będzie   kompletny.   Tymczasem   chciała   jednak 
wiedzieć, gdzie on jest.

Więc   dlaczego   załamuje   ręce   jak   jakaś   biedna,   be   radna 

kobieta?

Wygrzebała   się   z szałasu   i przyjrzała   dokładnie   łące. 

W świetle księżyca kołysząca się trawa przypominała falujące 
srebrne morze. Pięknie — jeśli tylko Jared jest bezpieczny.

Zaczęła   od   lewej   strony   polanki   i idąc   po   jej   obrzeżu, 

wypowiadała czule jego imię. Nic. Tylko pohukiwanie sowy, 
trzydźwiękowy   akord   wiatru   przeciskającego   się   między 
gałęziami, trawa i jej potargane włosy. Las był gęsty i ciemny. 
Co   za   głupota   —   wychodzić   i wołać   w nieznane.   Jared   ma 
słuch jak nietoperz. Dlaczego więc nie odpowiada? O Boże, 
jeżeli coś mu się stało...

Jej umysł odrzucał tę myśl. Przewrażliwienie osiągało stan 

krytyczny i opadało.

Czy tak to właśnie bywa, kiedy jest się zakochanym?  Że 

człowiek czuje się niepełny, zagubiony i fizycznie chory bez 
kogoś, kogo kocha?

Przedtem była taka szczęśliwa. Szczęście jest dobre. To jest 

wstrętne.   Wcale   jej   się   nie   podoba   to   uczucie.   Przez   całe 
dorosłe   życie   budowała   swoją   tożsamość   i poczucie   własnej 
wartości, niezależnie od pragnień i opinii innych ludzi. Miłość 
niech   sobie   idzie   gdzieś   w świat.   Miłość   niech   sobie   idzie 

background image

porazić jakiegoś innego głupka, a ją niech zostawi w spokoju.

—Jestem tutaj, Hope!
Serce podeszło jej do gardła. To jej miłość!
Po raz pierwszy w życiu rozumiała, dlaczego wciąż zdarzają 

się   nie   planowane   ciąże,   dlaczego   sekretarki,   ku   własnej 
zgubie,   miewają   romanse   z szefami,   i dlaczego   wciąż 
prosperują w Las Vegas kościoły udzielające szybkich ślubów. 
Miłości nie da się kontrolować. To ona kontroluje swe ofiary. 
A najlepsze,   na   co   kobieta   może   mieć   nadzieję,   to   miłość 
odwzajemniona.

Hope szła między drzewami w kierunku głosu Jareda, bo nie 

mogła zrobić nic innego.

Jej  instynkt  wiedział, gdzie  szukać swojej  drugiej  połowy 

i prowadził   ją   przez   ciemny   las.   Dzięki   nikłym   promieniom 
księżycowego   światła   nie   rozbiła   sobie   głowy   o drzewa. 
Gąbczasty   dywan   ściółki   tłumił   odgłos   jej   kroków,   ale 
wiedziała, że Jared ją słyszy. Wiedziała, że czeka.

Zapach   wody   dochodził   gdzieś   z bliska.   Ta   wyprawa 

wyostrzyła   jej   zmysły,   przedtem   głuche,   bo   po   prostu   nie 
używane. Zauważyła mgiełkę dryfującą między pniami drzew. 
Jeszcze jeden wodospad? Nie, nie słychać charakterystycznego 
grzmotu spadającej wody.

Rzuciła   się   naprzód,   wypadła   z lasu   i zatrzymała   się.   Jej 

serce także.

Dotykała butami krawędzi jakiegoś bezkształtnego zbiornika 

wody o wielkości małego basenu. Światło księżyca lśniło na 
jego   powierzchni   pomiędzy   plamami   unoszącej   się   pary. 
Zwiewne   paprocie,   pochylające   się   nad   piaszczystą   glebą, 
okalały   wodę   ze   wszystkich   stron   oprócz   jednej.   Najdalszy 
kraniec   basenu   zdawał   się   wyrzeźbiony   z twardej   skały, 
z naturalnymi kamiennymi tarasami. Za taki projekt krajobrazu 
architekt zarobiłby fortunę.

Te   szczegóły   straciły   na   znaczeniu,   kiedy   zauważyła 

mężczyznę   zanurzonego   do   piersi   w wodzie,   z gładkimi 
włosami spadającymi do tyłu i twarzą przesłoniętą przez parę. 

background image

Bez okularów był jeszcze bardziej nagi.

—Obudziłaś się.
Głos Jareda potoczył się po wodzie i odbił się echem w jej 

głowie. Jeżeli kiedykolwiek się obudzi, umrze na atak serca. 
Zachwiała się i z trudem złapała powietrze.

—Co   myślisz   o moim   prywatnym   zdrojowisku?   Dzięki 

gorącym źródłom jest tu zawsze ciepło.

Myśleć? Miała w głowie sieczkę. Na język cisnęły się same 

brednie.

Jared wstał. Woda spływała po jego ciele do basenu. Był 

w nim zanurzony do pępka. Plamy gładkich czarnych włosów 
na   jego   piersi,   brzuchu   i przedramionach   łagodziły   zarys 
twardych mięśni.

—Musisz być strasznie głodna. Daj mi minutę na ubranie 

się, to przygotuję coś do jedzenia.

Nie poruszyła się.
—O co chodzi?
Spojrzenie Hope błąkało się bezradnie po jego naprężonym 

ciele, potem spotkało jego niespokojne oczy.

—Obudziłam się, a ciebie nie było. To mnie... przeraziło.
Jej   głos  wydobywał   się   z głębi   piersi,   takiego  tonu   nigdy 

u siebie nie słyszała.

—Przepraszam — powiedział czule. — Nie pomyślałem, że 

możesz się obudzić, zanim wrócę. Tutaj jesteśmy bezpieczni, 
Hope. Zapomnij o snajperze.

On nie rozumie. Musi coś zrobić, żeby zrozumiał.
—Bałam  się, że coś ci się stało. Musiałam  cię zobaczyć. 

Byłeś mi potrzebny.

Jared znieruchomiał.
Do diabła z dumą.
—Ja... bardzo cię potrzebuję.
Nieprzytomny błysk radości rozświetlił jego oczy.
—Chodź tutaj, Hope.
Nigdy   przedtem   nie   słyszała   takiego   głosu.   Czuła,   co   on 

znaczy, i drżała ze wzruszenia. On też jej pragnął. Tutaj. Teraz. 

background image

Zrobiła jeden krok prosto do wody i uskoczyła do tyłu. Jej but 
ociekał wodą.

Ubranie.   No   jasne,   co   za   głupota.   Rozwiązała   sznurówki, 

zdjęła buty, ściągnęła skarpetki. Czy cały czas na nią patrzy? 
Zerknęła przez zasłonę rudych włosów...

Chyba tak.
Wyprostowała   się.   Paliły   ją   policzki,   kiedy   jej   palce 

walczyły   z zatrzaskiem   i suwakiem.   Jej   poprzednie   miłosne 
związki   były   banalnymi   romansami,   zewnętrzną   oprawą 
niewiele się różniły od biznesu. Bez błyszczących oczu. Bez 
długiej gry wstępnej. Bez ociągania się przy rozstaniu.

Nigdy   wcześniej   nie   rozbierała   się   dla   mężczyzny.   To   ją 

onieśmielało i, o tak, podniecało. Luźne spodnie koloru khaki 
dołączyły do reszty rzeczy, które leżały u jej stóp. Kopnięciem 
odsunęła   je   dalej,   świadoma,   że   jej   ciepła   bluza   sięga   do 
połowy uda. Może nie była to seksowna bielizna, ale Jared nie 
wyglądał na znudzonego. Wyglądał... niebezpiecznie.

Zadrżała, ale nie z zimna. Chwyciła brzeg bluzy, podniosła 

ją   —   i zawyła.   Potworny   ból   przeszył   jej   ramię.   Opuściła 
bezwładnie ręce.

Jared brnął z głośnym pluskiem przez wodę i wyskoczył na 

brzeg.   Wilgotnymi   dłońmi   najpierw   uwolnił   ubranie 
z zaciśniętych   palców   Hope,   a potem   delikatnie   ściągnął   je 
przez głowę, razem z bielizną. Parujące ciepło promieniowało 
kilka centymetrów od jej nagiej skóry, kiedy wyplątywał jej 
zdrową rękę z rękawa. Potem zrobił to samo, bardzo ostrożnie, 
z jej   postrzelonym   ramieniem.   Jedno   szybkie   pociągnięcie 
i była wolna.

Zerkała   jeszcze   spłoszonym   wzrokiem   na   jego   obnażony 

tors,   płaski   brzuch,   jego...   Uradowana   i podniecona, 
zaczerpnęła powietrza. Natura obdarzyła go hojnie nie tylko 
zaletami ducha.

—Tak...
Z   jego   ust   wydobył   się   niewyraźny   dźwięk,   jego   wzrok 

przylgnął   do   rąbka   turkusowej   koronki,   którą   znalazła   na 

background image

wyprzedaży w Victoria's Secret.

Najlepiej   wydane   pieniądze   w całym   życiu,   pomyślała, 

ściągając majteczki, rozpinając stanik i odrzucając go na bok. 
Jeden   krok   i mokra   skóra   Jareda   przywarła   do   jej   piersi. 
Zamknęła oczy z błogim westchnieniem.

Zaczerpnął powietrza krótkim, ostrym haustem i cofnął się 

jak oparzony. Siła tego nagłego rozdzielenia wydarła jęk z jej 
gardła.

—Cholera! — Odrzucił głowę do tyłu i zacisnął oczy. — 

Potrzebuję trochę czasu...

Jej   trwoga   ustąpiła   miejsca   zrozumieniu   i wstydliwej 

kobiecej dumie.

—W porządku, Jared. Masz czas. — Odwróciła się i weszła 

do   wody.   —   Mamy   całą   noc   —   rzuciła   przez   ramię 
i zachichotała, kiedy otworzył szeroko oczy.

Nurkowała  i tarzała  się  po  piaszczystym  dnie, lekceważąc 

ranę i ból w ramieniu — znieczulony wyraźnie przyjemnością 
kąpieli. Prawdziwej, ciepłej kąpieli. Co za wspaniały, grzeszny 
luksus!   Tarła   się   piaskiem   —   naturalnym   środkiem   do 
złuszczania   skóry   —   po   nogach,   brzuchu   i ramionach, 
ostrożnie,   żeby   nie   naruszyć   przemoczonego   bandażu. 
Wypływając z pluskiem na powierzchnię, śmiała się i machała 
do Jareda, który siedział na zanurzonej półce skalnej. Potem 
brała głęboki oddech i znowu znikała pod wodą.

Szorowała twarz i całą głowę, myła zęby palcem, kładła się 

na plecach i dryfowała leniwie, patrząc w atramentowoczarne 
niebo   i rozświetlony   glob.   Księżyc   kochanków.   Żeby   tylko 
Jared zrobił pierwszy ruch...

Ból   bardzo   złagodniał.   Czuła   się   odświeżona   i skrzypiąco 

czysta. Lecz napięta struna w dole jej brzucha drgała mocniej 
z każdą minutą, w której on na nią patrzył. A patrzył przez cały 
czas, siedząc na tej swojej kamiennej ławce. Teraz też czuła na 
sobie jego oczy.

—Próbujesz mnie wykończyć? — zapytał cicho.
Wyskoczyła w górę i zaczęła dreptać jak ptak w kałuży.

background image

—Co proszę?
—Ja tu umieram, a ty sobie patrzysz w księżyc.
Dreszcz przeszył końcówki jej nerwów.
—Powiedziałeś, że potrzebujesz minutki...
—Ta minuta się skończyła. Teraz potrzebuję ciebie. Chodź 

tutaj, Hope.

To był rozkaz, nie prośba.
Taniec   godowy   się   skończył.   Zniknęła   gdzieś   jej 

nieśmiałość,   ustępując   miejsca   płynącemu   z głębi   duszy 
przeświadczeniu, że stanie się to, co stać się powinno. Stojąc 
w głębokiej   po   ramiona   wodzie,   powoli   zaczęła   iść   przed 
siebie.   Widziała,   jak   zwężają   mu   się   oczy,   jak   wznosi   się 
i opada   jego   pierś,   jak   z każdym   jej   krokiem   napinają   się 
mięśnie jego szyi.

—Jestem   tutaj,   Jared   —   powiedziała   miękko   i rozłożyła 

ramiona.

Gdy podniósł się z kamiennej ławki, dreszcz czystej ekstazy 

wstrząsnął   całym   jej   ciałem.   Tym   razem   nie   wycofał   się. 
Otoczył ramionami jej talię i zaczął kołysać ją do przodu i do 
tyłu,   jakby   chciał   powiedzieć,   że   ten   moment   jest   równie 
drogocenny i wyjątkowy dla niego, jak i dla niej.

—Jak ja na to czekałam... — wyznała stłumionym szeptem. 

—   Budziłam   się,   marząc   o tobie.   Kiedyś   mało   brakowało, 
a wśliznęłabym się do twojego śpiwora.

—Gdybym wiedział... — szepnął, odsuwając się trochę. — 

Domyślasz   się,   co   przeżywam,   odkąd   cię   poznałem?   Boże, 
Hope,   gdybyś   wiedziała,   jakie   miewałem   sny,   uciekłabyś 
przerażona natychmiast. — Przygarnął ją zachłannym gestem. 
— Och, kochanie, chyba się nie wyśpimy tej nocy.

Kiedy   całował   ją   namiętnie,   otwartymi   ustami,   jego   ręce 

były wszędzie, jej również. Jared był ucztą dla jej oczu i dłoni. 
Ściskała mięśnie jego pośladków, drugą ręką niespodziewanie 
ujęła   jego   przyrodzenie.   Przerwał   pocałunek   i odsunął   się 
z urywanym   oddechem,   twardym   i drapieżnym   wzrokiem. 
Mężczyzna popchnięty do granic samokontroli.

background image

—Nie chcę się spieszyć — powiedział i ciągnąc ją w dół za 

sobą, posadził na kamiennej ławce. — Chcę, żeby to trwało... 
długo. — Oparł jej łokcie o skalną półkę z tyłu i zawisł nad 
nią, wspierając się na ramionach. Spojrzał w dół, mokre włosy 
zasłoniły mu twarz.

—Nie dotykaj mnie, bo będzie po wszystkim. Pozwól mi 

dotykać siebie.

Jego wzrok wwiercał się w jej oczy.
Jej   protest   zamarł,   kiedy   Jared   pochylił   głowę   i objął 

wargami   jej   nabrzmiałą   pierś.   Niezwykła,   nadzwyczajna 
przyjemność.   Powiedziała   mu   to   cichutkim,   przeciągłym 
jękiem.   Pogłaskał   jej   brzuch,   potem   zsunął   dłoń   pod   wodę 
i oparł ją na porośniętym włosami wzgórku. Hope odrzuciła do 
tyłu głowę. Skała nie była już niewygodna, rana nie bolała. Żar 
rozpalony   masażem   jego   palców   wylewał   się   spiralnymi 
kręgami, wybuchał pulsującym napięciem, które było po części 
rozkoszą, po części bólem. Przeniósł usta na jej drugą pierś. 
Jego palce wśliznęły się do wilgotnego wnętrza.

Wyginając się w naprężony łuk, próbowała dosięgnąć jego 

piersi,   ale   on   przycisnął   z powrotem   jej   plecy   do   skały. 
Upierała   się,   koniecznie   chciała   go   dotknąć,   ale   on   wolną 
dłonią   uwięził   jej   nadgarstki.   Poczuła   się   frywolna,   dzika, 
niepohamowana,   rozpostarta   do   uczty   na   kamiennym   stole. 
Mógł   się   nią   sycić   do   woli,   i jak   tylko   zechce.   Jego   usta 
dokładnie wiedziały, którędy wędrować, miękko i delikatnie, 
czy   też   jeszcze   silniej   dzierżyć   berło   swej   magii,   żeby 
doprowadzić ją na krawędź rozkoszy. Nie chciała spadać sama.

—Pozwól mi się dotknąć — błagała bezwstydnie. — Muszę 

cię dotknąć.

Zamruczał coś niewyraźnie, odmówił.
—Jared, proszę. Chodź! — Ostro szarpnęła dłońmi.
—Kocham cię, do cholery!
Podniósł głowę i uwolnił jej ręce.
Przyciągnęła   go   do   siebie,   spojrzała   na   jego   oszołomioną 

twarz i powtórzyła miękko:

background image

—Kocham cię.
Radość   rozświetliła   oczy   Jareda   i zaraz   potem   jego 

zachłanna czułość odebrała jej dech w piersiach. Rozsunął jej 
nogi i mocno się przytulił.

—To dobrze, kochanie. Bo ja ciebie też kocham.
Hope wpiła się w jego barki paznokciami. Jej śmiech, szloch 

i łkanie, jej rozpalone ciało, wszystko to sprawiało, że nie był 
w stanie wytrzymać zbyt długo tej burzy zmysłów.

Dał jej coś, na co nigdy nie liczyła. Swoje wspaniałe ciało, 

czyste serce, poczucie wartości, jakiej nie dała jej dotąd żadna 
wielka transakcja — i nie miała szansy dać.

—Kocham cię, Jared.
—Kocham cię, Hope. A z resztą damy sobie jakoś radę.

background image

15

Hope budziła się z trudem, marszcząc brwi i drapiąc się po 

nosie. Znowu ją coś łaskotało. Siennik z krzaków. Przewróciła 
się na plecy. Łaskotało dalej.

Podniosła   powieki   i jej   oczy   natrafiły   na   gałązkę   sosny, 

leciutko szczotkującą czubek jej nosa.

Jared.
Drżąc z zimna odtrąciła łokciem gałązkę i przetoczyła się do 

niego w pierwszych promieniach świtu. Jego ręce podniosły ją 
bez wysiłku i nagle znalazła się na dwumetrowym, naturalnym 
materacu. Niestety, żadne z nich nie było nagie.

Skrzyżowała ramiona na jego wełnianym swetrze i oparła na 

nich podbródek.

—Dzień dobry panu.
Założył   ręce   za   głowę   i uśmiechnął   się,   eksponując   białe 

zęby na tle czarnej szczeciniastej brody.

—Dzień dobry, Hope.
Jego   głos   przenikał   słodką   wibracją   w jej   podbrzusze.   Jej 

obolałe   mięśnie   chłonęły   z wdzięcznością   jego   ciepło. 
Wpatrywała   się   w niego   z bezwstydną   przyjemnością.   Był 
naprawdę wspaniały, z tymi złotymi smugami słońca w szopie 
brązowych włosów, gęstymi jak u Elvisa rzęsami i niebieskimi 
oczami, które zwykle były schowane za okularami.

—Popatrz na mnie w ten sposób jeszcze chwilę, to zabiorę 

cię z powrotem do mojego prywatnego uzdrowiska — ostrzegł 
ją.

—Obiecanki cacanki.
Przesunął ją trochę niżej, żeby mogła się przekonać, że to 

jednak   nie   czcze   obietnice.   Zdumiewające,   po   takiej   nocy. 
Może on jednak jest istotą pozaziemską? Zaczęła się wiercić na 
myśl o tym, co robili.

—Przestań się kręcić. — W głosie Jareda dała się słyszeć 

frustracja.   —   Muszę   przygotować   ognisko   sygnalizacyjne. 

background image

Jeżeli   Hank   z Karen   i Billem   dotarli   do   obozowiska   Matta 
wcześniej, mogli już wysłać awionetkę ratowniczą.

Znieruchomiała,   potem   stoczyła   się   z niego,   zatrzymując 

jego rękę na swoim brzuchu, i leżeli tak razem, patrząc przed 
siebie.

—O, jak dobrze — szepnęła Hope. — Potrzymaj mnie tak 

trochę. W życiu nie widziałam czegoś tak pięknego.

Rzeczywiście   nie   widziała.   Werbeny   i jaskry   obsypały 

soczystą,   zieloną   trawę   purpurowym   i żółtym   konfetti. 
Sinozielone, zębate grzbiety Sierra del Carmen otaczały ich ze 
wszystkich stron. Z drzewa wskazującego północ wzniósł się 
do lotu wielki ptak.

—To złoty orzeł — powiedział Jared. — Kilka par gniazduje 

właśnie tutaj.

Powiedział   jej,   że   to   Ben   pokazał   mu   tę   łąkę   cztery   lata 

temu.   Jego   dar   przewidywania   zasiał   ziarno,   z którego 
narodziła   się   szkoła   przetrwania.   Wiedział,   że   jego 
przywiązanie do tego miejsca sprawi, że będzie ono dla Hope 
jeszcze piękniejsze.

Przytuliła się znowu do jego ciepłego ciała.
—Jestem tak szczęśliwa, że mnie to przeraża, Jared. A jeśli 

to nie potrwa długo?

—To,   czego   szukam,   nie   znajduje   się   „gdzieś   tam,   na 

zewnątrz".   To   jest   we   mnie   —   głęboki   głos   zadudnił   w jej 
uszach. — Przeszłość nie ma nade mną władzy.

Przyłączyła   się   do   niego   i przez   chwilę   recytowali   słowa 

medytacji jednym wspólnym głosem.

—Negatywne myśli nie mają nade mną władzy. To ja jestem 

władzą   w moim   świecie.   Dzisiaj   jest   piękny   dzień   i nowy 
początek. Sam tak postanowiłem.

Znane na pamięć słowa rozbrzmiewały prawdą i siłą nowej 

obietnicy.   Obietnicy   przyszłości,   w której   było   miejsce   na 
miłość wyjątkowego mężczyzny. Kiedy Jared zacisnął swoją 
rękę na dłoni Hope, jej serce przepełniały uczucia, o jakie się 
dotąd nie podejrzewała.

background image

—Och, Jared, ja...
Trzask łamanych konarów przerwał jej w pół zdania. Ciało 

Jareda naprężyło się jak do skoku.

—Ruszamy! — Zepchnął ją z siennika i złapał za rękę. — 

Biegniemy!

Zerwała się bez słowa i wpadła z nim do lasu. Upierał się, 

żeby spali w butach, i teraz zdała sobie sprawę, że nie tylko dla 
ochrony przed zimnem.

Wciągnął   ją   tak   głęboko   między   drzewa,   że   sama   nie 

potrafiłaby   już   wrócić   na   polanę.   W końcu   zatrzymał   się, 
rozejrzał wokół, jakby ustalał ich położenie, i posadził ją na 
ziemi, opierając o pień jodły.

Oddychając głęboko, spojrzała w jego oczy.
—Co się stało?
—W   nocy   zamontowałem   alarm   na   szlaku.   Coś   go 

uruchomiło.   Muszę   zawrócić   i sprawdzić,   co   —   lub   kto   — 
uruchomił mechanizm spustowy. Zostaniesz tutaj.

Wpiła się w jego ramiona.
—Zostań ze mną!
Jared   był   w rozterce,   ale   nastawił   się   już   psychicznie   na 

powrót do zasadzki.

—Jeżeli to nic ważnego, zaraz wracam. Jeżeli to snajper

v

.. 

— jego rysy stwardniały — to wrócę trochę później.

Wpiła się paznokciami w jego ramię.
—To nie jest jakieś duchowe ćwiczenie, Jared — z całym 

szacunkiem dla Bena i wszystkiego, co dla ciebie zrobił. Ten 
człowiek będzie próbował cię zabić.

—Ten   człowiek   próbował   już   zabić   ciebie.   Nie   czuję   się 

teraz przesadnie uduchowiony.

Chciał   dopaść   tego   maniaka.   W oczach   Jareda   Hope 

dostrzegła bojową iskrę.

—Nie martw się, Hope. Ten drań nawet mnie nie zobaczy, 

a już będę trzymał go za gardło.

Mężczyźni.
—Dopiero cię odnalazłam, do cholery! Nie chcę cię stracić... 

background image

— Jej głos załamał się na ostatnim słowie.

Rysy Jareda zmiękły i zobaczyła twarz, którą znała i kochała 

bardziej niż swoje życie. Ujął jej policzek i kciukiem pogłaskał 
dolną wargę.

—Nigdy się ode mnie nie uwolnisz, Hope. Zaufaj mi. I nie 

ruszaj się z tego miejsca.

Mocnym, krótkim pocałunkiem przycisnął ją do drzewa.
Zaraz potem oddalił się.
Zdumiona,   zmrużyła   oczy.   Cały   czas   patrzyła   na   niego, 

a on... Po prostu wtopił się w drzewa. Na tym polega skauting, 
jak   nazywał   swoje   umiejętności.   Teraz   Hope   całe   swoje 
zaufanie   pokładała   w Apaczu,   którego   nigdy   nie   poznała. 
Zaczęła się modlić, żeby jego duch opiekował się Jaredem.

Następne minuty były najdłuższymi minutami w jej życiu. 

Nerwowo przemierzała tam i z powrotem ten sam trzymetrowy 
odcinek ścieżki, nasłuchując odgłosu wystrzału, wyobrażając 
sobie najgorsze, nienawidząc położenia, w jakim znajdowały 
się   kobiety   od   czasów,   kiedy   po   raz   pierwszy   mężczyzna 
walczył ze swym sąsiadem o jaskinię.

Gdyby umiała znaleźć drogę powrotną, wróciłaby prosto na 

polanę. Jak on śmiał zostawić ją tutaj i pozwolić, żeby siwiała 
ze zmartwienia!

Kawałek tego snajpera chciała dla siebie. A tak naprawdę, 

miała   ochotę   dobrać   się   do   skóry   Jaredowi,   jak   tylko   go 
zobaczy... Jeżeli w ogóle go zobaczy.

—Tęskniłaś za mną, kochanie?
Hope   zawirowała   i jak   z katapulty   wyskoczyła   w otwarte 

ramiona Jareda. Oddychała jego cudownym zapachem i znowu 
poczuła, jak wzburzona krew rozpala jej mdlejące przed chwilą 
ciało.

Potarmosił jej włosy.
—Naprawdę   za   mną   tęskniłaś?   —   spytał   z męską   dumą 

w głosie.

—Nigdy mnie tak nie zostawiaj, nigdy więcej, jeśli chcesz, 

żeby grała w twojej drużynie. Zawsze dobrze wykonuję swoją 

background image

robotę.   —   Uderzyła   go   pięścią   w plecy,   pozostając   w jego 
ramionach. — Rozumiesz?

Obejmował   ją   czule,   jakby   wreszcie   pojął,   co   jest 

najważniejsze w ich związku.

—Rozumiem — wyszeptał poważnie.
Hope odetchnęła głęboko.
—No więc... załatwiłeś sukinsyna?
Roześmiał się, ścisnął ją mocno, a potem uwolnił z objęć.
—To   była   łania   —   powiedział,   pociągając   Hope   za   rękę 

w kierunku   odwrotnym   do   tego,   który   wybrałaby   sama.   — 
Tropiłem jej ślady od zastawionej pułapki i znalazłem ją nad 
strumieniem.   Snajper   pewnie   przekracza   teraz   meksykańską 
granicę.   Hope,   musisz   grać   dalej   w mojej   drużynie,   kiedy 
wrócimy do Stanów.

Spojrzała na niego zdziwiona.
—Będziesz   musiała   zrezygnować   z odrobiny   swojej 

niezależności i zacząć współpracować z władzami. Dopiero cię 
znalazłem   —   powtórzył   miękko   jej   słowa.—   Nie   mogę   cię 
stracić, nie zniósłbym tego.

Hope o mały włos się nie rozbeczała, ale w końcu zdołała się 

blado uśmiechnąć. Czy jakakolwiek inna kobieta była kiedyś 
tak szczęśliwa? Dziękowała Bogu i Benowi za swój dobry los.

Powróciwszy do szałasu, usiedli na sienniku i podzielili się 

ostatnim   batonem   muesli.   Ambrozja.   Ostrężyny,   porcja 
owsianki i kakao, które zjadła w nocy, ledwie zaspokoiły jej 
pierwszy głód.

—Brakuje mi kuchni Karen — powiedziała smutno.
Reszta grupy wylosowała krótszy koniec patyka. Wędrowali 

przez całą noc, Bóg jeden wie, jak ciężkim szlakiem, podczas 
gdy ona spała sobie bezpiecznie w objęciach Jareda. A jeżeli 
coś... Wyobraźnia podsuwała jej najgorsze scenariusze.

—No, no, nic z tych rzeczy. — Znowu czytał w jej myślach. 

— Chyba nie doceniasz tej trójki. Założę się, że jedzą teraz 
smakowity  omlet  Karen, grzejąc  się  przy ognisku z drużyną 
Matta, a my tu sobie gadamy o suchym pysku. — Z zaczepnym 

background image

uśmiechem sięgnął do jednej z przepastnych kieszeni. — Co 
my tu mamy?

Wyciągnął   rękę   z ceremonialną   powolnością,   odrywając 

Hope od wszelkich złych myśli, po czym falującym ruchem 
podsunął jej pod nos dwa słodkie batony Heatha. Rzuciła się na 
jeden,   zerwała   opakowanie   i jęknęła   w ekstazie   już   po 
pierwszym kęsie.

Kiedy   delektowała   się   smakiem   ostatniego   okruszka, 

zorientowała się, że Jared dawno skończył swój baton i teraz 
patrzy wygłodniałym wzrokiem na nią.

—Lepiej   pójdę   rozpalić   ognisko   —   powiedział,   wstając 

gwałtownie.

Zdążył   zrobić   cztery   kroki,   kiedy   do   świadomości   Hope 

dotarło, jak bardzo jest podniecona.

—Zaczekaj! — rozkazała nienaturalnym głosem.
Zatrzymał się i odwrócił, czekając, aż Hope podejdzie bliżej. 

Był zaciekawiony i trochę niecierpliwy.

—Masz czekoladę na ustach — powiedziała, dotykając jego 

szorstkich   policzków.   Przyciągnęła   jego   głowę   i musnęła 
językiem szczelinę między wargami. — Mmm...  .

Opuściła nagle ręce i cofnęła się.
—Nie,   nie,   kotku...   —   Jared   zdążył   chwycić   ją   w talii 

i przyciągnąć do siebie. — Tak nie wolno... — zaprotestował 
obcym głosem. — Weź to, po co przyszłaś.

Ich   usta   połączyły   się   w długim,   gwałtownym   pocałunku. 

Nigdy   nie   będę   miała   go   dosyć,   myślała   bezgranicznie 
szczęśliwa.   Przechyliła   w tył   głowę,   żeby   czuć   go   mocniej 
i głębiej.   Bicie   serca   pulsowało   w jej   uszach   szumem 
głośniejszym od huku wodospadów, które mijali wczoraj...

Nagle Jared zesztywniał, podniósł głowę i odwrócił się.
Hope otworzyła oczy, próbując dojść do siebie.
—Zostaw trochę dla mnie, kochasiu — usłyszeli szyderczy 

męski głos.

Dłonie   Jareda   ześliznęły   się   z pleców   Hope   w ułamku 

sekundy.

background image

—Trzymaj te ręce wyżej!
Podążyła za utkwionym w jednym punkcie wzrokiem Jareda. 

Wysoki, muskularny mężczyzna stał jakieś siedem metrów od 
nich,   z wycelowanym   w ich   stronę   paskudnym   czarnym 
pistoletem.   Plamy   wyschniętej   krwi   szpeciły   jego   szeroką 
twarz.   Na   przedramieniu   miał   głęboką   ranę,   jasne   włosy 
pokryte   ziemistą   mazią.   Wyglądał,   jakby   przeciągnął   go   po 
kamieniach   galopujący   koń.   Sądząc   po   jego   morderczym 
wzroku, dobrze wiedział, kto jest sprawcą jego wypadku.

—Cofaj się grzecznie i powoli, suko, to może nie pociągnę 

za spust.

Zdrętwiała   ze   strachu.   Miała   wrażenie,   że   to   jakiś 

surrealistyczny koszmar. Jared skupił całą uwagę na snajperze.

Błagając   go   w myślach,   zaklinając   na   wszystko,   żeby   nie 

grał bohatera, wyrwała się z jego uścisku i odeszła.

—Grzeczna   dziewczynka.   Mówili   mi,   że   jesteś   bystra. 

Podejdź teraz bardzo powoli, słyszysz?

Południowy, przeciągły akcent zwykle brzmi przyjaźnie, ale 

głos snajpera był równie lodowaty jak jego niebieskie oczy.

—Tylko niech ci nie przyjdzie do głowy coś głupiego — 

ostrzegł Jareda. — W tej samej chwili, kiedy się ruszysz, ona 
dostanie kulkę w łeb.

Instynkt samozachowawczy kazał zrobić Hope potulną minę 

i udawać przerażenie.

—Podejdź bliżej.
Wolną   ręką   zaczął   grzebać   w plecaku,   lufa   pistoletu   była 

wycelowana prosto w jej serce.

—Słuchaj   uważnie,   Ruda.   Zwiążesz   swojemu   kochasiowi 

ręce   i kostki,   a potem   zawrzemy   bliższą   znajomość.   Jesteś 
lepsza niż na zdjęciu.

Bezczelnym, lodowatym spojrzeniem mierzył ją z góry na 

dół. Swoją plugawą, podrapaną łapą chwycił jej  lewą  pierś. 
Jared skoczył do przodu i równie gwałtownie się zatrzymał.

—Hola!   —   warknął   snajper,   przyciskając   zimną   lufę   do 

skroni Hope. Potem uszczypnął ją w sutek.

background image

Syknęła boleśnie.
W   oczach   Jareda   malowała   się   żądza   mordu;   wyrazem 

twarzy nie różnił się od płatnego zabójcy. Snajper uśmiechnął 
się i przeniósł rękę na prawą pierś Hope.

—Nie podoba ci  się, że ją  macam,  kochasiu?  To dobrze. 

Urządziłeś   mnie,   a teraz   będziesz   patrzył,   jak   biorę   twoją 
kobietę.   Powiedz,   jest   taka   gorąca,   na   jaką   wygląda?   Lubi 
krzyczeć, jak się rozgrzeje? Ze mną będzie krzyczała, zanim ją 
przelecę. Przysięgam ci, ty dupku!

Hope   była   pewna,   że   Jared   do   tego   nie   dopuści.   Raczej 

zdecyduje się na samobójczy ruch. Zginie przez nią — nie, 
przez tego psychopatę, tego przerośniętego byka, który uważa 
ją   za   kompletnie   bezbronną   i nie   spodziewa   się   z jej   strony 
żadnego zagrożenia.

—Naprawdę myślałeś, że ten zasrany dół mnie zatrzyma? 

W lesie to ja jestem najlepszy, frajerze!

Głos   tuż   nad   uchem   Hope   brzmiał   złowieszczo,   jak 

ostrzeżenie grzechotnika. Ta myśl wstrząsnęła nią. Jared wydał 
z siebie zwierzęcy, dziki ryk.

—Puść ją, twardzielu, wtedy zobaczymy, kto jest lepszy!
Hope powoli wyjmowała z kieszeni drobiazg, który dostała 

od Billa na szczęście.

Snajper   aż   zadygotał,   jego   wzrok   spiął   się   ze   wzrokiem 

rywala w śmiertelnym pojedynku o dominację.

—Ale   mnie   korci...   Piekielnie   mnie   korci,   ale   najpierw 

obejrzysz sobie całą zabawę.

Odsunął lufę ze skroni Hope i zaczął unosić włosy z jej szyi. 

Jego usta zbliżyły się do czułego miejsca poniżej ucha. Cisnęła 
ogon grzechotnika za jego buty. Grzechotka zagrała suchym, 
kościanym werblem.

—Ty   skur...   —   Snajper   obrócił   się   błyskawicznie, 

wycelował   broń   w grzechotkę   i zesztywniał.   —   Suka!   — 
Odwrócił się z powrotem do Hope.

Czubek jej ciężkiego buta z całą siłą uderzył w jego krocze. 

Opadł   jak   ścięty   na   kolana   i zwalił   się   jak   wór   na   ziemię. 

background image

Potężny cios w szczękę odrzucił jego głowę do tyłu. Za głową 
podążyło całe ciało. Runął ciężko i więcej się nie poruszył.

Jared stał z zaciśniętymi pięściami, trupio blady pod warstwą 

opalenizny.   Hope   podeszła   i szturchnęła   butem   snajpera. 
Nieprzytomny, w porządku.

Kiedy się odwracała, zauważyła, że Jared przypatruje się jej 

butom.   Podniósł   wzrok   i spojrzał   jej   w oczy   z ostrożnym 
i pełnym   podziwu   szacunkiem.   Wzruszyła   ramionami 
i zaśmiała się drżącym, zadowolonym śmiechem.

—Nie na darmo nazywają mnie herod-babą.

Rok później

Hope   wyciągnęła   się   w swoim   skórzanym   fotelu   prezesa 

i oparła   granatowe   pantofelki   o krawędź   biurka.   Po   drugiej 
stronie lśniącego blatu z wiśniowego drewna sterczały w rogu 
czerwone,   wysokie   obcasy   butów   od   Gucciego   na 
skrzyżowanych nogach Debbie. Podniosły do toastu szklanki 
z martini i sączyły je z celebracją.

Dziewiąta rano to może trochę za wcześnie na popijanie, ale 

akcje UroTechu szły ostatnio dużo lepiej, niż się spodziewały. 
Ostatnie dokumenty Hope podpisała dziesięć minut temu.

—Gratulacje, szefowo. Złożyłaś dzisiaj największe złote jajo 

w swojej karierze. Jak się czujesz w roli złotodajnej kury?

Zastanawiała się nad swoim nastrojem. Była szczęśliwa, że 

doktor   Hiller,   jej   wspólnicy   i inwestorzy   zaufali   jej 
instynktowi. Ale...

—Byłam bogata pod każdym względem, zanim podpisałam 

te papiery.

Hope upiła mały łyk martini, żeby ukryć uśmiech.
—Od kiedy jesteś taka cyniczna? — spytała.
—Pomyślmy... W którym roku cię poznałam?
—No proszę. To tak traktujesz kogoś, kto się z tobą dzieli 

tym złotym jajem?

background image

—Masz rację. Dopuszczając mnie do tej inwestycji, zanim 

wybuchł skandal, zachowałaś się jak złotodajna kwoka i jestem 
ci za to wdzięczna. — Debbie zamruczała jak kotka, opierając 
jasnowłosą   głowę   o błękitne   oparcie   fotela.   —   Ale   wiesz, 
gdybym wtedy nie nalegała, żebyś pojechała do Teksasu...

—Gdybyś mnie nie szantażowała, to chciałaś powiedzieć.
—Jak zwał, tak zwał. Faktem jest, że pojechałaś tam dzięki 

mnie. I zmieniłaś tego wspaniałego wikinga w sopranistkę. 

—Na miłość boską, Debbie! On był płatnym mordercą. Nie 

przyszłoby ci do głowy, że jest „wspaniały", gdyby to w ciebie 
wycelował lufę.

Delikatne blond rzęsy zatrzepotały.
—To zależy od kalibru. — Uśmiechnęła się pojednawczo. 

—   W każdym   razie   zdemaskowałaś   perfidną   intrygę,   która 
przez całe lata mogła paraliżować rynek. I w ten oto sposób 
zawdzięczasz mi wzrost wartości UroTechu.

—Nie dostajesz podwyżki — odgryzła się Hope.
Debbie wzięła wykałaczkę i wbiła ją w oliwkę.
—Fundujesz stypendia dzieciakom w jakichś pipidówkach. 

Pomyślałam sobie, że może chciałabyś dać pieniądze komuś, 
kto potrafi je wydać z większą finezją. — Zrobiła nadąsaną, 
a potem   lekko   skruszoną   minę.   —   Wiem,   wiem,   wszyscy 
widzą   tylko   wielkomiejskie   dzieciaki,   a zapominają   o tych, 
które ugrzęzły w takich miejscach jak Hopeful w Teksasie. Ja 
jestem chciwym potworem, a ty szefem o kryształowym sercu. 
Nie zasługuję na ciebie.

Upiła łyk i zerkała na Hope sponad szklanki.
—W   dalszym   ciągu   nie   dostajesz   podwyżki.   —   Hope 

spojrzała na zegarek. — O cholera!

Odstawiła   szklankę,   zrzuciła   nogi   z biurka,   podbiegła   do 

telewizora   ukrytego   w bibliotece   z wiśniowego   drewna, 
włączyła go, znalazła odpowiedni kanał i wróciła roześmiana 
na miejsce.

Dziennnikarka   prowadząca   „Good   Morning   America" 

rozmawiała   z debiutującym   w NBA   Trenerem   Roku   i jego 

background image

jasnowłosą, świeżo poślubioną żoną.

—Powiedz mi, Hank, jak wpadliście z Karen na ten pomysł, 

że   napiszecie   wspólnie   książkę   kucharską   pod   tytułem 
„Jedzenie   w biegu:   wysokoenergetyczne   przekąski   —jak   je 
przyrządzać i kiedy jeść"?

Popatrzyli   sobie   w oczy,   jakby   dzieląc   się   intymnymi 

wspomnieniami,   a potem   zaczęli   opowiadać   o wyprawie,   na 
której   się   poznali.   Debbie   zachłysnęła   się   łykiem   martini, 
wskazując palcem ekran telewizora.

—Słuchaj, oni mówią o tobie!
—Ciii! — Hope oparła się łokciami o biurko.
Hank omawiał ich przepisy ze sportowego punktu widzenia. 

Karen,   jako   pani   domu,   oceniała   ich   walory   smakowe 
i odżywcze.   Nowożeńcy   odnosili   się   do   siebie   z sympatią 
i szacunkiem,   promienieli   miłością,   oczarowując   od 
pierwszych sekund prowadzącą program.

Karen wyszczuplała i wyglądała olśniewająco. Promieniała 

od   wewnątrz,   w niczym   nie   przypominając   bojaźliwej, 
nieśmiałej kobiety, którą Hope poznała na wyprawie. Drań Jim 
nie chciał słyszeć o żadnej terapii i trzy miesiące po rozwodzie 
ożenił się ze swą sekretarką.

Miłość. Nie ma na nią silnych.
Karen twierdziła, że Hank jest cudowny dla jej chłopców, 

a oni go po prostu uwielbiali. Jakżeby nie? Program już się 
kończył, kiedy zadzwonił telefon. Ze wzrokiem przykutym do 
ekranu, Hope podniosła słuchawkę.

—Manning Enterprises, Hope Austin.
—Dzień dobry, pani Austin. Mówi pan Austin.
—Jared!
—Patrzysz na te gołąbki? Jutro ustawią się kolejki po ich 

książkę.

—Wiem. Uwierzyłbyś, że będą tacy swobodni? Można by 

pomyśleć, że to ich setny wywiad na trasie promocyjnej. Swoją 
drogą   myślałam,   że   nagrasz   ten   program   i obejrzysz   go 
później. Kto prowadzi zajęcia?

background image

—Oczywiście Matt. Będę musiał dać mu podwyżkę. Facet 

jest   niesamowity;   nigdy   się   nie   skarży,   zawsze   idzie   mi   na 
rękę, on po prostu żyje i oddycha szkołą. Właściwie chciałbym, 
żeby znalazł się ktoś, kto by go wyrwał z tej rutyny. No tak... 
Tęsknię za tobą.

—Ja też za tobą tęsknię.
Debbie   wysączyła   do   końca   martini,   wstała   i podeszła   do 

telewizora.

—Żegnam was, gołąbki. Całe to gruchanie przyprawia mnie 

o mdłości.

Wyłączyła   telewizor   w czasie   ostatniego   ujęcia   — 

trzymających się za ręce Hanka i Karen, i zaraz potem wyszła, 
trzepocząc   w powietrzu   palcami.   Nuta   rozrzewnienia   w jej 
głosie nie uszła uwagi Hope.

—Czy to była Debbie? — zapytał Jared.
—A   któżby   inny.   Wiesz,   właśnie   pomyślałam,   że   ją   też 

trzeba wyrwać z tej rutyny. Może krótkie, forsowne wakacje... 
Gdzieś, gdzie jest dużo piasku i słońca, i jakiś samotny, bardzo 
męski, przewodnik.

—Daj   sobie   spokój,   Hope.   Nie   pamiętasz,   że   na   naszym 

weselu narzekała na piasek wiejący jej w szkła kontaktowe? 
Nie wytrzymałaby jednego dnia wędrówki.

—To   samo   powiedziałeś   kiedyś   o mnie,   i zobacz,   jaki 

wyrósł ze mnie szczęśliwy traper.

Jego milczenie zaniepokoiło Hope.
—Zapomniałem   pogratulować   ci   sukcesu   na   giełdzie   — 

powiedział ostrożnie.

Odetchnęła.
—Wiesz,   że   najchętniej   nic   bym   już   w swoim   życiu   nie 

zmieniała. Trochę robi mi się smutno na myśl, że za miesiąc 
ten nowy dom będzie już gotowy. Ale z drugiej strony mniej 
będzie podróży do Nowego Jorku, mniej czasu spędzanego bez 
ciebie.

Mówiła o pięknym domu w stylu kolonialnym z widokiem 

na Sierra del Carmen. Z artystycznie urządzonym biurem, które 

background image

miało   być   wyposażone   we   wszelkie   możliwe   urządzenia 
komunikacyjne,   i pustym   pokojem   dziecinnym,   który   będzie 
czekał, aż przyjdzie czas.

—Kiedy wracasz do domu?
—Jutro   rano.   Rozmawialiśmy   o tym.   Mam   spotkanie 

z ludźmi z tej nowej firmy komputerowej, o której opowiadał 
Bill.   Feast   Market   testuje   ich   nowy   system   i Bill   jest 
przekonany, że to zrewolucjonizuje biznes.

—Niech Debbie przeprowadzi wstępne rozmowy.
—Jared, nie mogę.
—Możesz. Ona zbierze informacje i jeśli uzna, że sprawa 

jest warta zachodu, ustali następne spotkanie. Przecież ufasz jej 
ocenom, tak czy nie?

—Tak, ale...
—Ale nikt nie zrobi tego lepiej ode mnie?
Cholera. Znów ją przyłapał.
—Pozwól   pracować   innym,   Hope.   Rozdzielaj   zadania. 

Przecież wierzysz w demokrację, prawda?

—Nie grasz fair, Jared!
—A co w tym jest nie fair? Tęsknię za żoną. Chcę ją dziś 

w nocy wziąć w ramiona i kochać się z nią. A to jest to, co ona 
robi najlepiej. Jedyne, w czym jest niezastąpiona.

Hope skręciła w palcach przewód telefonu.
—Zechciałbyś to powtórzyć?
—Jesteś   jedyną   kobietą,   którą   kocham,   jedyną,   której 

pragnę. I chcę cię teraz, kochanie. Nie mogę myśleć o niczym 
innym.

Kiedy tak mówił, była słaba i bezbronna.
—Ta   giełda...   Chcę   cię...   Muszę   wiedzieć,   czy...Ach,   do 

diabła z tym, nieważne. Jestem egoistą. Zobaczymy się jutro, 
zgodnie z planem.

Egoista?   To   on   nauczył   ją   żyć   w zgodzie   z naturą, 

w skalnych kanionach i na palącej pustyni. Wzbogacił jej życie 
na   tysiąc   sposobów   i sprawił,   że   każdy   nowy   dzień   jest 
cudowny. A teraz czuje się trochę niepewnie — z jej powodu.

background image

—Nie, zmieniłam zdanie. Idę powiedzieć Debbie, żeby mnie 

zastąpiła, i łapię najbliższy samolot.

—Nie musisz...
—Ja chcę, Jared.
Uśmiechnęła się, słysząc jego westchnienie, myśląc o jego 

stęsknionych ramionach i pustym pokoju dziecinnym. Chyba 
nadszedł już czas.