background image

ANDRZEJ MULARCZYK 
 
Katyń - Post mortem: 
 
 

opowieśćfilmowa 

 

Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA. 

background image

 
Projekt okładki: Tadeusz Kazubek 
 

Redaktorzy prowadzący: Małgorzata Burakiewicz i Maja LipowskaRedakcja 

techniczna: Piotr TrzebieckiKorekta: Janina Zgrzembska 
 

by Andrzej Mularczykfor the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2007 

 

ISBN 978-83-7495-298-9 

 

Warszawskie Wydawnictwo LiterackieMUZA SAWarszawa 2007 

 

Andrzejowi Śląskiemu,jego rodziniei wszystkim tym,którym historia zabrała ojców,tę 

opowieść poświęcam. 

background image

 
Po wielu próbach i długim namyśle mam juŜ pewność, Ŝe przyszłyfilm o Katyniu nie moŜe 
stawić sobie za cel odkrycia całej prawdyo tym wydarzeniu, gdyŜ została ona juŜ dokonana 
zarówno w historycznym, jak i politycznym aspekcie. 
 

Te fakty dla dzisiejszego widza stanowić mogą tylkotłowydarzeń, jakimi są 

ludzkielosy,gdyŜ tylko one pokazane na ekraniemogą poruszyćwidza. 
Dla relacjiz naszej historii jest miejsce w spisanych dziejachtamtychczasów. 
 

Dlatego widzę mój film o Katyniu jako opowieść o Rodzinierozłączonej na zawsze, o 

wielkich złudzeniach i brutalnej prawdziekatyńskiej zbrodni. 
Słowem, film o indywidualnym cierpieniu, którewywołuje obrazy mające znaczniewiększą 
uczuciową pojemność niŜhistoryczne fakty. 
 

Film ukazujący do bólu okrutną prawdę, której bohaterami niesązamordowani 

oficerowie,lecz kobiety, czekające na ich powrótkaŜdego dnia, o kaŜdej godzinie, 
przeŜywające nieludzką niepewność. 
'Wierne i niezachwiane, pewne, Ŝe wystarczy otworzyć drzwi, a staniew nichod dawna 
oczekiwany męŜczyzna. 
TragediaKatynia dotyczytych, którzy Ŝyją,i tych, którzy wtedy Ŝyli. 
 

Lata dzielą nas od katyńskiejtragedii i od niemieckiej ekshumacji w 1943 roku. 

Mimo polskich prac badawczych w latachdziewięćdziesiątych, a nawetmimo otwarcia,co 
prawda częściowego,archiwów, wciąŜ zbyt mało wiemy,jak wyglądała zbrodnia katyńska w 
kwietniui maju 1940 roku, dokonananapodstawie decyzji. 

background image

 
podjętej przez Stalina i jego towarzyszy z Biura Politycznego WKP(b)w Moskwie 5 marca 
1940 roku. 
 

Nic dziwnego, Ŝe przezwiele lat matka i mybyliśmy przekonani, Ŝe moŜe ojciec Ŝyje, 

skoro naliście katyńskiej pojawiło się nazwisko Wajda, ale z imieniem Karol. 
 

Matka niemal do końca Ŝyciawierzyła wpowrót męŜa a megoojca Jakuba Wajdy, 

uczestnika I wojny światowej w IIPułku Ułanów,wojny polsko-bolszewickiej, powstania 
ś

ląskiego i kampanii wrześniowej 1939 roku. 

Kawalera KrzyŜa Srebrnego Orderu Virtuti Militari. 
 

Nie chciałbym jednak, aby film był moim osobistym poszukiwaniem prawdy i 

zniczem zapalonym na grobie kapitana Jakuba Wajdy. 
 

Niech opowie o cierpieniui dramacie wielu katyńskich rodzin. 

O kłamstwie katyńskim, które triumfuje nad grobem Józefa WissarionowiczaStalina,które 
przez pół wieku zmuszało do milczenianaten temat ówczesnych aliantów, zachodnich 
sojusznikówZSRRw wojniez Hitlerem. 
 

Wiem, Ŝe młode pokolenie z całą świadomością i zapałem oddala się od naszej 

przeszłości. 
Zajęte teraźniejszymi sprawami, zapomina nazwy i daty, które, czy tego chcemy, czy nie, 
tworząnas jakonaród, z jego lękami, obawami, uzewnętrzniającymi się przy kaŜdejpolitycznej 
okazji. 
 

Nie takdawno temu w jednym z telewizyjnych programówgimnazjalista zapytany, z 

czym kojarzy mu się 17 września, odpowiedział,Ŝe z jakimś świętem kościelnym. 
MoŜe dziękinaszemufilmowiPost mortem młody człowiek zapytany o Katyń będziepotrafił 
odpowiedziećcoświęcej niŜto, Ŝe Katyń to nazwa jakiejśmiejscowości niedalekood 
Smoleńska. 
 

A \ . 

/^^/^ 
 

 

Twarde rysy zastygłe w kamieniu. 

Twarze wojownikówo wystających kościach policzkowych nieruchome jak pośmiertne maski, 
lecz oczy otwarte patrzą gdzieś w dal spodnastroszonych kamiennych brwi. 
Krocząpewnie jak na paradzie, nie ruszając się z miejsca. 
Jeden szeregza drugim. 
Cała armia wykopana z ziemi. 
Piechurzy, łucznicy,włócznicystoją w bitewnym szyku. 
Trzy tysiące dwustu dziesięciuŜołnierzy z terakoty. 
 

- Jest początek XXI wieku. 

Ta armia maszerujeodtrzeciego wieku przednaszą erą. 
Skoro sątak róŜni, kaŜdyma inny wyraz twarzy, inne spojrzenie, to czy kaŜdy z 
nichbyłwykuty w kamieniu na wzórkogoś Ŝywego? 
I co się potem z tymi Ŝywymi stało? 
 

Strumień światła bije z epidiaskopu w zawieszony natablicy ekran. 

W zaciemnionej zasłonami sali twarzesłuchaczy to tylko jaśniejszeplamy. 
Kobieta, którawyświetla zdjęcia, stoi do nichtyłem. 
W bijącej od ekranu poświacie moŜna jedynie dostrzec wokół jej głowy aureolę siwych, 
krótkoostrzyŜonych włosów. 
To, co mówi,nie brzmi wcale jak wykład, a raczej jakrozmowa z kimś, kto 
moŜeodpowiedziećtylko milczeniem. 
 

9. 

background image

 
Na ekranie czterdzieści rzędów wojowników armii cesarza Szy-Huang-ti. 
Wszyscy naturalnej wielkości,w cięŜkich zbrojach, z włóczniami w rękach stoją w długim 
rowiew wiecznej gotowości do ataku lub obrony. 
Są kolorowi jakegzotyczne ptaki: mają czarne pancerze z białymi 
nitami,złocisteguziki,ciemnoniebieskiespodnie i zielone płaszcze; 
 

włócznicy pancerze brązowez czerwonyminitami,guzikipomarańczowe i czerwone 

płaszcze. 
Kolejne zdjęcie to kolejnatwarz, niepodobna do poprzedniej. 
Zapełniają małyekran, biją w oczy barwą strojów, a ich postacie są bardziejrealne niŜ sylwetki 
tych, którzy wgłębi zaciemnionej saliwpatrują się w nich jak zza grubej szyby akwarium. 
 

- Cały teren tego grobowca zajmujeobszardwóch kilometrów kwadratowych. 

- Po sposobie, wjaki Weronika przekazuje wszystkie szczegóły, moŜna się zorientować, Ŝe nie 
onesą dla niej najwaŜniejsze. 
-W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym czwartym roku odsłonięte kolejnydół o 
zarysieprostokąta, owymiarachdwieście dwadzieścia na sześćdziesiąt metrów. 
Ale podobne zagłębienia są jeszcze trzy. 
MoŜe kurhankoło góry Li, to mauzoleum cesarza Szy-Huang-ti, kryje teŜkościprawdziwych 
modeli cesarskiej gwardii z terakoty? 
Cosię odkryje wnastępnych dołach? 
CzyŜ biografia ludzkości niejest takŜe spisemzbrodni, ukrytych pod ziemią? 
 

Dziwny wykład. 

Więcej w nim pytań niŜ wyjaśnień. 
Czyarcheologia ma być zawsze odwróconaku przeszłości,czyma obowiązek wyciągać 
wnioskina przyszłość? 
Czy zbliŜając sięku współczesności, moŜemy mówić o postępującej 
 

10 

 

banalizacji śmierci? 

Czy moŜna poprzestać na odkryciu tajemnic przeszłości, nie widząc w nich ostrzeŜenia 
nadziś,jutro, pojutrze? 
Te pytania Weronika najpierw stawiała sobie. 
Kolegom z wydziału wydały się mało waŜne. 
A słuchacze, zanurzeni teraz w półmroku, jeszcze nie wiedzą, doczego zmierza, dlaczego 
zamiast mówić o wykopaliskachz okresu neolitu w Górach Świętokrzyskich, w których 
przecieŜ brała udział i napisała o nich pracę doktorską, robiprzegląd róŜnych rodzajów 
ś

mierci, mówi, Ŝe archeologiama odsłaniać wszystko, co ukryte, by przyszłość nie powtórzyła 

zbrodni przeszłości. 
 

- Dziś mamy prześledzić, jak w historii śmierć traciłaswój osobisty wymiar, jak ze 

sposobu utrwaleniaśladówczyjegoś Ŝycia stawała sięsposobem ukrycia zadanej potajemnie - 
nie jednostkom, lecztysiącom - śmierci. 
Inaczejumierały ofiary składane bogom,inaczejmieszkańcy Pompei podmorzem lawy,inaczej 
zaśwładcy, którzy chcieliprzetrwaćswoją śmierć, rozmiarami swych sarkofagów zmusić,by 
onich pamiętano. 
 

Na początku pokazała naekranie zdjęcia z wykopaliskspod Pekinu,gdzie szczątki 

Sinanthropusa sprzed 500 tysięcy lat wskazywały,Ŝe był ofiarą kanibalskiej uczty. 
Izatrzymując na ekranie obraztego grobu, powiedziała znaciskiem, jakby chciała 
przygotowaćsłuchaczy do finałuswojego wykładu. 
 

- Kanibalizm przetrwał, choć w dwudziestym wiekuzmienił swoją formę. 

Polega na tym, Ŝe juŜ nie jednostki, ale 
 

11. 

background image

 
całe narody poŜerają inne i zasypują ich szczątki pod ziemią w nadziei, Ŝe nie zostaną odkryte 
przed upływem tysięcy lat. 
 

Nasączona półmrokiemsala,przecięta strumieniemświatła, płynęłajak arka przez 

bezmiar czasu. 
Jednym naciśnięciem guzika Weronika przeskakiwała z jednej epokiw drugą. 
Tysiąclecia trwały mgnienie, a ona,zamiast podawać szczegóły wykopalisk, powracała do 
myśli, Ŝe archeologiato nigdynieskończona opowieść, bo zaczyna się u zarania dziejów i nie 
kończy się na dniu dzisiejszym. 
Tam, podziemią, wciąŜ czeka naodkrycie to,co historia chciałabyukryć na podstawie 
jednostronnego kontraktu między mordercami a ofiarami: Ŝe obie strony dochowają 
tajemnicy. 
 

I wtedy właśnie Weronika przywołała barwne szeregiterakotowej armii cesarza. 

Na kolorowym zdjęciu widać, jakz sypkiegopiachu wyłania się odkryta po ramiona 
postaćkolejnego wojownika sprzed tysięcy lat. 
Zanim następna. 
Na krzaczastych brwiach osadziły się drobiny piasku. 
Piasek mają naterakotowych powiekach, na wargach. 
Weronika odwraca się od ekranu. 
Widzi w szarej pajęczynie odciętej odświatłości dnia sali bielejącew ławkach twarze. 
Niewidzi ani ich oczu, ani ust. 
Czuje tylko ich obecność. 
 

- Cesarska gwardia miała strzec pośmiertnego spokoju władcy. 

Nim cesarz umarł,postanowił zniszczyć pamięćo tych,co Ŝyli przed nimi zostawili jakiś ślad 
w historii. 
Wszystko miało się zaczynać od niego ina nim kończyć. 
Wydał więc dekreto paleniuksiąg i ogłosił, Ŝe kto by przecho12 
 

wał potajemnie Księgę pieśni czyrozprawy róŜnych myślicieli, ten będzie skazany na 

ś

mierć wraz z całą rodziną. 

Ilerazy wykonano tenwyrok? 
Tego się nie dowiemy. 
 

Cmentarzysko czuwających wiecznie wojowników wygląda w dalekim ujęciu jak 

kolorowytłum nawielkimplacuwspółczesnej metropolii. 
Jednym naciśnięciem guzika Weronika cofa armię cesarza Szyng-Huang-ti z początku 
XXIwieku do trzeciego wieku przed naszą erą. 
Kamienne twarze znikają z ekranu. 
Na ich miejsce pojawia się czarno-biała magma. 
Jakby jasne obłoki na tle chmurnego nieba? 
A moŜeto bieleją owce na tle uskoku góry? 
 

Zapada pełna wyczekiwania cisza. 

Wszyscy obecniczują, Ŝe to, co za chwilę zobaczą, ma być finałem wykładu. 
Weronikanabiera powietrza jak pływak przed skokiemdogłębokiej wody. 
 

- Są armie nieśmiertelne i armie uśmiercone. 

Są armie,które strzegą czyjegoświecznego spoczynku, i armie,które na wieczny spoczynek 
zostały skazane. 
Jest armia,takŜe przysypana piaskiem, znacznie liczniejsza niŜ taz terakoty. 
W naszych czasach śmierć pozbawiona symboli, zepchnięta w głęboki dół, przysypana 
warstwą piachu, stajesię dowodem, Ŝe do dziśzbrodnia jestjednym ze sposobówuprawiania 
polityki. 

background image

Zapomina się przytym, Ŝeoprócz ofiarprzysypanych piachem są jeszcze inne: ci, którzy nie 
pochowali swoich zmarłych i muszą z tym Ŝyć. 
 

Obraz na ekranie wyostrza się, czarno-biała magmao niewyraźnych konturach 

zamienia się w bielejący kształt 
 

13. 

background image

 
czaszki. 
Na ekranie następne zdjęcie: czyjaś ręka wkładaołówek w strzępiasty otwór w potylicy. 
 

- Wystarczydziesięć gramów ołowiu. 

- Weronika cofasięo krok,staje tak,Ŝe strumień światła z epidiaskopu biegnie nad jej głową. 
Wyciąga w górę rękę. 
Trzyma w dwóchpalcach jakiś mały przedmiot, który blikuje w świetle epidiaskopu. 
Słuchacze patrzą po sobie. 
- Jest tołuska naboju pistoletowego kaliber7. 
62, firmy Geco,której uŜywano do pistoletów Walther w Katyniu. 
 

Mówiąc to, trzyma wciąŜ wyciągniętą w górę rękę. 

MruŜy oczyw potoku ostrego światła,bijącego nad jejgłową w ekran, prześwietlającego siwe 
włosy. 
Przez chwilę łuska, którątrzyma w palcach,lśnijak pierścień. 
 

- Czy pani jątam znalazła? 

- pada pytanie. 
Weronika nie widzi tego, kto je zadał. 
Kręci przeczącogłową i wychodzi spod strugi światła, wyświetla na ekranienastępny slajd. 
Rozryte trzewia ziemi ukazują dno dołów. 
Ziemia, otwarta jak rana, odsłaniajakieś ciała. 
Wszyscywpatrują się w tonieostre zdjęcie. 
Na skraju dołówciemniejszą barwązaznacza się las. 
Patrzą wraz z nią, ale czywidzą to samo co ona? 

 

- Czy ta łuskapochodzi stamtąd? 

- pyta student, niewidoczny dlaniej w ciemności. 
 

- Tak -brzmi odpowiedź. 

- Tojest moje najwaŜniejszewykopalisko. 
 

- Czy pani tambyła? 

- teraz pyta jakaś dziewczyna. 
 

- Nie. 

Dopierosię tam wybieram. 
 

14 

 

 

Nagły skok w ciemność. 

Tunel nagłaśnia łomot pędzącegopociągu. 
 

Ta podróŜ zaczęła się wczoraj. 

AmoŜe juŜ ponad półwieku temu? 
MoŜnajechać na czyjś pogrzeb tak długo, jakdługo trwa Ŝycie odmłodości do starości, i nie 
spóźnić się. 
Być ciągle wtejpodróŜy, któranie ma końca. 
 

Łomot pędzącego w ciemności pociągu. 

Sztolnia tunelu wyłączyła widoczny dotąd za oknem namoknięty deszczem obraz realnego 
ś

wiata, jak wyłącza się ekran telewizora. 

I wtedy przed jej oczami pojawiły się inne obrazy. 
 

W górze szare przedwiosenne niebo. 

A moŜebłękitne? 
MoŜe akurat słońce przebiło szarą opończę chmur, rozproszyłomokrą zawiesinęmgły? 
Las stoi w ciszy. 
Otacza polanę. 

background image

W głębiwidać jeszcze siwy nalot śniegu. 
Drzewa z pierwszegorzędugdzieniegdzie obnaŜają swoje korzenie, spod których 
usuniętopiach. 
Sterczą w powietrzu nad ogromnymdołem. 
Spomiędzynich piachosypuje się cichym strumyczkiem. 
Zasypuje mrówki, które usiłująwspiąć się po ścianachwykopu. 
 

Pada strzał. 

Brzmi jak głucheklaśnięcie. 
Potemnastępny, kilka naraz, jeden podrugim. 
Ptak zrywa sięz gałęzi,niknie w głębi rzadkiego lasu. 
I znowu zapada cisza. 
Cośosunęło sięz brzegu wyrobiska, pociągając zasobą falę 
 

15. 

background image

 
osypującego się piachu. 
Pada w niego jakiś mały przedmiot. 
Z bliska moŜna by rozpoznać łuskę naboju pistoletowegokaliber 7. 
62. Łuska padana stromiznę wykopui osuwasięw dół, aŜ zahacza o coś, co wystaje z 
głębszych warstw piachu jak kikuty splątanych korzeni. 
Z bliskamoŜna by rozpoznać ludzkąrękę, której zagięte palcejakby rozpaczliwiechciały się 
czegoś uchwycić. 
 

Znowu zapada cisza. 

Cisza tak wielka, Ŝe słychać nawet szelest osypującego się piasku. 
Ale po chwili stamtąd,z góry, słychać zbliŜający się warkot. 
Warkotprzechodziw groźne dudnienie, włomot, zapowiadający coś nieuniknionego, przed 
czymnie moŜna uciec. 
 

Spomiędzy rzadkichsosen wyłania się potęŜny spychacz. 

W mgle poranka staliniec wygląda jak taranna gąsienicach. 
Jego potęŜny, uniesiony ku górzepługzbliŜa się dowykopu. 
Opuszcza się. 
Im bliŜej jest brzegu dołu, tym pługjest niŜej, wreszcie opada i sunie po ziemi, rwąc 
ś

ciółkę,pchając przedsobą zwał skotłowanej runi. 

Rzadka leśnatrawa i szarobura ziemia mieszają się z czystym piachem,wydobytym z dna 
dołu. 
Rytmiczny łomot silnika narasta. 
Zwały zsuwają się w głąbdołu. 
Dudnienie maszyny zagłuszaszelest spadającegopiachu. 
Zsuwa sięw dół jak woda pouniesieniu tamy. 
Niknie podnim łuska naboju pistoletowego kaliber 7. 
62, niknie wystającaz piachu ręka, o którą sięłuska zaczepiła. 
Tam na górze, gdzie nad tymdołem toczysięjakieś Ŝycie, słychać głosy. 
Na brzegu widać pomarszczone cholewy, z którychwystająbufiastespodnie wojskowe. 
 

16 

 

Z dołu widać rękę, trzymającąniedopałek papierosa. 

Pstryknięciem palców ktoś rzuca ten niedokurek w dół. 
Jeszcze się Ŝarzy, jeszcze niebieski dym wije się, rysując naŜółtym tle wymyślne arabeski, 
póki kolejna lawina piachunie przy dusi go na zawsze. 
 

Znowu słychać narastający łomot stalińca, który pchaprzed sobą zwały. 

Piach sypie się, zasłania widok korzeni,zasłania niebo, którejest szare, a moŜebłękitne, 
jeśliakuratsłońce przebiło sięprzezzawiesinę mgły. 
W tejciemnościsłychać tylko dudnienie maszyny. 
 

Tochyba łomot pędzącego tunelem pociągu przywołałdudnienie stalińca. 

Zamykaoczy iwidzi, jakby z dnawykopu,postrzępione brzegi nieba, które moŜejest szare, jak 
tow kwietniu, a moŜe błękitne, jak to bywa na wiosnę; sterczące korzenie, osuwające się 
zwały piachu i w końcu juŜtylko ciemność. 
Tyle widziała wykopalisk, tyle odkrytychtrzewi ziemi, odkrywających swoje tajemnice, a 
tylko tenjeden dółpełenpiachu śnisię jejczasami. 
Dlaczego ten obraz potrafił się jej przyśnić nawet zadnia? 
Czuje wtedy piasekna powiekach,na piersiach,musi głęboko odetchnąć,Ŝeby się z tego dołu 
wydobyć. 
MoŜe gdy dotrze na miejsce,ten sen opuści ją, zostanie wtamtej ziemi? 
Chcezwrócićtamtym dołom to, cozostało stamtądzabrane: ten kawałekmetalu, który byłdla 
niej najcenniejszym wykopaliskiem,choć nie przez nią znalezionym. 

background image

Ma łuskę w torebce. 
Jestowinięta w bibułkę. 
Dawno postanowiła, Ŝe jej miejsce jest 
 

17. 

background image

 
tam, gdzie upadła, kiedy po strzale wyrzucił ją zamek pistoletu Walther. 
MoŜe kiedyś archeolodzyją wykopią i staniesię eksponatem w muzeum śmierci. 
Annaby jej na to niepozwoliła. 
Trzymałabyłuskę w tym drewnianym pudełkuw huculskie wzory,razem zwszystkim 
pamiątkami po Andrzeju. 
 

To przez nią odwlekła się ta podróŜ. 

Kiedy wreszciemoŜna byłoudać się za wschodnią granicę, Anna zachorowała. 
"Muszę być na jego grobie. 
Poczekaj, Nikuś, ja wyzdrowieję. 
Pojedziemy, jak nabiorę sił". 
 

Teraz jedziesama. 

Wiezie ze sobą łaskę i zarazem przekleństwo pamięci, które kaŜą jej pamiętać takŜe 
cudzepamiętanie. 
Tyle obrazów, tyle strzępów, tyle słów. 
Nie po razpierwszyuprzytamnia sobie, Ŝe po niej niktjuŜ tego pamiętania nie przejmie. 
Sztafeta się kończy. 
Wie dobrze, Ŝe pamięć to nie fakty, to dotyk czyjejś ręki, jedno spojrzenie,fragment melodii, a 
takŜe dojmująca obecność czyjejś nieobecności. 
 

Pociąg z westchnieniemulgi wypada z czeluści tunelu. 

Do przedziału wciska się pozorna jasność pochmurnegodnia. 
Na szybie wagonu pęd pociągu rozmazuje krople deszczu, układa jew ukośne warkocze, które 
zaczynają się u góry okna i zsuwają sięw dół, w to miejsce, gdzie widać w szybie odbicie 
twarzy Weroniki. 
Okryta szalem, którego końcespływają na grubąwełnianą spódnicę, patrzy na rozkisłepola za 
oknem, ale jest to spojrzenie kogoś, kto tkwi w tejchwili w innym czasiei miejscu. 
 

18 

 

W drugim kącie przedziału dostrzega pasaŜera. 

Nogiw skarpetkach oparł na przeciwległym siedzeniu. 
Resztkiwłosów ma zaczesanedo przodu. 
Jasne brwi wisząnisko,jakby chciały ukryć uwaŜne spojrzenie szarych oczu. 
W ręku ma gazetę, ale jej nie czyta. 
Jego oczywciąŜ sąskierowane na tę siwą kobietę, jakby chciał z jej wyglądu i zachowania 
wyczytać, kim jest, dokąd jedzie. 
Jej oczy są wciąŜmłode, choć samama koło sześćdziesięciu lat. 
MoŜe mniej? 
A moŜe więcej? 
Włosyma krótko ostrzyŜone. 
Ramionaokrywa czarny, długi szal. 
PasaŜer widzijej profil na tle zalanego deszczem okna. 
Obserwuje, jak kobieta sięga po leŜącąobok torbę, wyjmuje z niej aparat fotograficzny 
iodkłada gona stolik pod oknem. 
Potem wyjmuje spory kalendarzyk,przegląda jego strony. 
Kalendarzyk musi być bardzo stary,jest poplamiony, gęsto zapisany kopiowym ołówkiem, 
mapozaginane strony. 
 

Weronika kładzie kalendarzykna kolanie,przez chwilęprzykrywa dłonią, jakby 

dotykała czegoś Ŝywego. 
Kiedy zakłada okulary i otwiera go, jej usta bez śladu szminki poruszają się jak wbezgłośnej 
modlitwie. 

background image

Sprawia wraŜeniekogoś, kto prowadziw milczeniu jakąś niekończącą się rozmowę, jakby 
czekała na jakiś głos odsłaniający tajemnicęczasu, który tak dawno juŜ przeminął, a przecieŜ 
wciąŜ jakby był niedokonany. 
 

Poprawiaokulary i zagląda na poŜółkłestroniczkio powyginanych rogach. 

Są sztywne, jakby długo leŜały na mrozie. 
Kalendarzykprzypomina ksiąŜeczkę do naboŜeństwa, 
 

19. 

background image

 
z którą ktoś nie rozstawał się przez lata. 
I ma podobny zapach starzyzny. 
Pozaginane rogi i rdzawe zacieki. 
Zapisanyjest gęsto drobnym maczkiem. 
Ś

lad ołówka jest blady jakwspomnienie. 

To kalendarzyk zroku 1939. 
Weronika mogłaby z pamięci przytoczyć zapis z kaŜdej strony. 
Na przykładten z16listopada: Podobno mobilizacja w Finlandii i Belgii. 
ś

arcie coraz gorsze, ale najgorsza taniepewność. 

Co z namitutaj? 
I coz najbliŜszymi. 
Anna i Nika śnią mi sięco noc. 
Co 
 

się znimi dzieje? 

 

Przymyka powieki. 

Chce sobie przypomnieć, co właściwie działo się w jej Ŝyciu akurat tego 16 listopada? 
Chyba jechała wtedy z matką furmanką, była noc,wóz skrzypiał napolnej drodze, ona okutana 
kocem, jacyś ludzie mieli jeprzeprowadzić na drugą stronę rzeki, bo po tej stronie 
bylibolszewicy, a po tamtej była babcia Busia. 
 

PasaŜer ze swego kąta przygląda się kobiecie, którazdejmuje okulary i przymykaoczy, 

jakby się modliła. 
Wyraźnie go ciekawi. 
Kim jest? 
Dokąd jedzie? 
 

Weronika nie potrzebuje okularów, Ŝeby wiedzieć, cojest zapisane pod kaŜdą datą. 

Zna to na pamięć. 
Przymykaoczy i widzi pod datą 23listopada: Zezwolono pisać listy dodomu. 
Dostaniemy talony najeden list miesięcznie. 
Czy zdołamw nim zawrzeć całą moją tęsknotę za wami? 
Jesteście tu 
 

ze mną dzień i noc. 

 

Nosi ten kalendarzyk w specjalnej saszetce. 

Stał się dlaniej dowodem, Ŝe przeszłość nigdydo końca nie jest miniona i Ŝe moŜna 
poznaćczyjeś emocje,nawet gdy tenktoś nie 
 

20 

 

istnieje. 

Nawet post mortem. 
Terazzdejmuje okulary, boznana pamięć takŜe następny zapis. 
Przymyka oczyi usiłujesobie przypomnieć brzmienie głosu ojca: śywimy sięnadzieją,śe 
alianci o nas nie zapomną. 
O ironio, trzymają nas w opuszczonym monastyrze. 
Widać ślady po ołtarzach. 
Jaki Bóg sięnami zaopiekuje, skoro go zewsząd wygnano? 
Odebralinambrzytwy, Ŝyletki. 
Noszę brodę, jak wszyscy. 
Wyglądamy jakbanda zbójców. 
 

Weronika przenosi teraz spojrzenie za okno, ale nie widzi wcale falistej linii lasu. 

Próbujewyobrazićsobie,jak ojciec wyglądał z brodą. 
Czy by go poznała na ulicy? 

background image

Mogłabygominąć, nawet się nie oglądając. 
I nagle ta myśl, Ŝe byłbydla niej nierozpoznawalny, podobny doinnych, 
sprawiajejniespodziewany ból. 
Jakby wtensposóbtraciła dostęp dotejostatniej części jego Ŝycia, w której był tak inny, tak 
niepodobny do siebie samego. 
Zamyka oczy i próbuje rozpoznaćgo w tłumie kilkuset jeńców stłoczonych napryczachw 
obrabowanym z Boga monastyrze. 
MoŜe to lepiej, Ŝe nie potrafi gosobie wyobrazić jako jednego z "bandyzbójców"? 
MoŜe lepiej, by go pamiętała z innego czasu. 
Tego dnia miała na głowie ogromną białą kokardę,Ŝeby tatuś z daleka jąrozpoznał natrybunie. 
Wtedy pomachał do niej ręką. 
 

Patrzyw zalane deszczemokno, ale nie widzi mijanych stacyjek,bo w tej chwili jest w 

Przemyślu istoi natrybunie, a orkiestra gra i gra. 
Ma przed oczyma to, co juŜdawnorozpłynęłosię w zapomnieniu, ale przecieŜ trwa jakojej 
wspomnienie. 
Nie moŜego z nikim dzielić, bo odeszli 
 

21. 

background image

 
wszyscy, którzy wtedy tam byli, i nikt juŜ jej nie powie, czyto święto pułku, czy defilada z 
okazji Święta Niepodległości. 
Bo jeśli święto pułku, to byłabyw sukience, bo towypadało na koniec kwietnia, a jeśli była w 
płaszczyku, to znaczy, Ŝe zapamiętała ten obraz źli listopada. 
 

NadjeŜdŜawojsko. 

Oficerowie na koniach. 
Z dalekatrudno rozróŜnić twarze jeźdźców, maśćkoni. 
Wszystkojest wkolorze sepii, jak na starych fotografiach,aleona widzi wszystko w kolorze, 
jak widziała wtedy, kiedymiaładziewięć lat. 
Słyszy trąbkę, przez błonia galopuje poczetsztandarowy, konie rzucająłbami, słychać chrzęst 
munsztuków, ziemia jęczy pod kopytami, majestatycznie toczą siędziała, na czele oficerowie, 
jacy piękni, gotowi nawszystko, kolory proporczyków i otoków barwne jak napocztówce, 
nawet działa błyszczą w słońcu, oficerowiez taką gracją wykonują "prezentuj broń", a ona 
patrzy nato, jakby oglądała film, czuje nawet zapach Ŝywicy i trocin. 
Na święto pułkowe zbudowano trybunę zpachnących, sosnowych desek i ona wraz z matką na 
trybunie widzą, jakojciec nadjeŜdŜa na swoimWezyrze, skręcagłowę w stronę trybuny i 
wykonuje "prezentuj broń",klinga błyszczyw słońcu, jego koń stawia nogi jak baletnica, za 
nim jegodziałon 10. 
Pułku Artylerii CięŜkiej. 
Ziemia drŜy od kopyt,drŜy od toczących się dział. 
NadjeŜdŜa następny działon,na czele oficer, jak on się właściwie nazywał? 
Nie, tegoniepamięta, ale widzi zamaszysty zygzak szabli, błysk klingi,o BoŜe, jakie piękne to 
wojsko,jeszcze się uśmiechają, 
 

22 

 

jeszcze nie wiedzą, co ich spotka. 

Konie unoszą nogi w tanecznym kłusie, błyszczą wsłońcu trąby orkiestry pułkowej. 
MajorFilipiński powtórnie przejeŜdŜa przed trybuną, jego Wezyr szarpiegłową, ojciec- tak jak 
przed chwilą- znowuwykonuje "prezentuj broń",powtarza sięwszystko,bo ona chce go jeszcze 
raz zobaczyć takim, jak na kolorowej pocztówce,więc ojciec znowu unosi szablę, byz głową 
zwróconą wstronę trybuny oddać honory, ona zatrzymujeten obrazniczym stop-klatkęw 
filmie. 
I oto ojciec siedzi w siodle na gniadym koniu, głowę ma zwróconą w stronę trybuny, 
gdziestoidowódca pułku,pułkownikBokszczanin, aleona wie, Ŝe patrzy teraz na nią. 
Patrzyi uśmiecha się jak zawsze, pewniezaraz powie: "W jakimsklepie sprzedają takie 
aniołki? 
" - bo tak zawszemówił najej widok. 
 

Tego obrazu, który przypomina kolorową pocztówkę,niejest w stanie rozmyć deszcz 

za oknem przedziału. 
 

PasaŜer szeleści gazetą, której wcale nie czyta, ale chcesprawiaćwraŜenie 

kogośzajętego swoimi sprawami. 
A jednak ciekawi go, cosprawia, Ŝe twarzkobietyprzyoknie rozjaśnia się jakimś wewnętrznym 
blaskiem. 
 

Weronika porzuca ten swój film wkolorach, tyle juŜ razy wyświetlanyw pamięci, 

zakłada okulary i wraca do listopada 1939 roku. 
Pochylasię nad kalendarzykiem, bo kolejny zapis jest lekko zamazany: Wysiadły nerki. 
Wieczny chłódite apele na podwórzu. 
Robię krwią. 
Byle przetrzymać. 
Wychodzę nocą kilka razy. 

background image

Całe szczęście, Ŝe mam tę szubę. 
 

23. 

background image

 
Szuba! 
Taka czarna, okropnie długa, podbita futrem,które pachniało kurzem. 
Dziadek mówił, Ŝe jest podbitaniedźwiedziem. 
Pamiętado dziś, Ŝe miała zapach mokregopsa. 
Ojciec brał ją czasem nazimowe polowania albo najesienne manewry. 
Otulałnią kolana Anny, kiedy wybieralisię powozem do dworku wujostwa CzyŜewskich, a 
Nikeprzykrywał nią, Ŝeby w czasie polowania nie widziała, jakpadają skoszone śrutem zające. 
I dziwne,Ŝe pamięta,jak w chwili poŜegnania, kiedy ojciec wyruszał na wojnę,o tę szubę 
wybuchła awantura. 
Anna chciała mu ją włoŜyćdo bagaŜu, ale ojciec odwieszał ją z powrotem w sieni. 
I wreszcie nadeszłachwila poŜegnania. 
Weronika widzi teraz jego ostatnie spojrzenie spod daszka polowej czapki. 
Nie przypuszczała, Ŝenigdygo juŜ nie zobaczy, ale pamięta ten dojmujący lęk jak przed 
wielkanocną spowiedzią. 
Ojciec próbuje się uśmiechać, ale na jego twarzyjest jakiścień. 
Spojrzenie oczu, jak zwykle prześwietlonych pewnością siebie, jest jakoś dziwnie napięte. 
Choć wyciąga ku niejręce, to w tym mundurze, z mapnikiem u boku jest jakiśnieprzystępny. 
Widzi, jak nad kołnierzempolowego munduru chodzi mu grdyka, jakby rozpaczliwie chciał 
przełknąć pestkę słonecznika, która mu utkwiła w gardle. 
Pamiętazapach tego munduru, zapachkoca, skóry i papierosów "Egipskich". 
Słyszy jego słowa, które mają brzmiećdziarsko,ale są przytłumione przez hamowane 
wzruszenie: 
 

"Niedługo wrócę. 

Jak się ma takie dwie dziewczyny, niemoŜna za długo być poza domem". 
Za jegoplecami stoi 
 

24 

 

ordynans, pucołowaty iwesołkowaty Makary, który śmiałsięze wszystkiego, ale 

kiedyna rozkaz Franciszki miałuciąć łeb przeznaczonej na rosół kurze, stawałsię powaŜnyi 
Ŝ

egnał się szerokim prawosławnym krzyŜem. 

Tak, pamięta, Ŝe wtedy Makary trzymał w ręku walizkę. 
I wtedy właśnie ukazuje się babcia Busia, niosąc czarną szubę z baranim kołnierzem. 
Weronice ta szuba kojarzy się z chłodem,zzimą, ajest sierpień, dni są upalne, wieczory 
duszne, poco więc szuba? 
Chyba tata ma rację, Ŝe nie chce szubywziąć: "Idę przecieŜ na wojnę anie na polowanie". 
Jegomatka niezwraca uwagi na te protesty. 
Przywołuje ordynansa. 
"Niech Makary dołączy to do bagaŜu pana majora! 
- mówi Busia izwraca się teraz do syna: - Wrzesieńpotrafi być chłodny, a ty,Jędrusiu, masz 
słabe nerki! 
- i znowuwoła w ślad zaoddalającym sięordynansem: - Niech Makary nie zgubi tej szuby! 
".Ordynans strzela przed Busia obcasami jak przed dowódcą i rzucazuchowato:"Takjest! 
Nawojnie wszystkomoŜe się przydać! 
". 
 

I przydała się. 

MoŜe dlatego Busia potem powtarzała,Ŝewojny prowadzą męŜczyźni, ale to kobiety leczą ich 
rany. 
 

Weronika przewraca kartkę. 

Jest napoczątku grudnia. 
WtedyjuŜ opuściły mieszkanie w koszarach w Pikulicach,ukrywały się na wsi u Franciszki. 

background image

Tam doszły wiadomościod Busi:dziadek Nikizostał wraz z innymiprofesoramiUniwersytetu 
Jagiellońskiego aresztowany przez Niemcówi wywieziony do Sachsenhausen. 
Nigdy stamtąd nie wrócił. 
A onawraz z matkąchodziły do wiejskiego kościoła 
 

25. 

background image

 
modlić się o Ŝycie ojca. 
Anna,namówiona przez Franciszkę, była nawet u wróŜki. 
Od Ŝony felczera usłyszała, Ŝenad majorem Filipińskim krzyŜują się złe prądy, ale toczłowiek, 
który się nie poddaje. 
MoŜe tobył właśnie tendzień, w którym Andrzej zapisałmaczkiem:Zgłaszamsiędo lazaretu. 
Muszę przetrwać. 
ś

yje się nie tylkodla siebie. 

Na wszelki wypadek przekazałem adres do Anny imamy porucznikowi S. 
 

Porucznik S. 

Kiedy ona go poznała, był juŜpułkownikiem S. 
PułkownikJarosław Selim. 
Przymyka oczy i widzitwarz wypalonego wojną męŜczyzny. 
Jarosławmiał takiskupiony wyraz oczu,jakby w tej chwili mierzył właśniez karabinu do 
jakiegoścelu. 
Na kaŜdego patrzył jak naprzeciwnika, jakby się zastanawiał, czy ten ktoś jest odniego 
silniejszy iczy on go zdąŜy trafić między oczy, zanim sam zostanie trafiony. 
Tak, to był wzrok snajpera, który ocenia, czyjuŜ nacisnąć spust,czy jeszcze poczekać. 
MusiałodłuŜej potrwać, nim zrozumiały - Anna, Busia i Weronika - Ŝejest toczłowiek ocalony 
z piekła, do którego nie zamierza wracać,ale który równocześnie spłaca swoje długi. 
Z tym się właśniepojawił unich w Krakowie w 1945 roku. 
Pamięta to pierwsze spotkanie:stanął w progu ichmieszkania i zanim cośpowiedział, 
przyglądałsię jej czujnie spod daszka ozdobionej "wroną" polowej czapki,jakby porównywał 
jej twarzz tym obrazem, jaki miał w pamięci: "Panna Nika? 
Przepraszam, Weronika. 
Wyrosła panina piękną dziewczynę". 
Zanim ją ujrzał Ŝywą,poznał ją ze zdjęcia. 
Od niegousłyszała, 
 

26 

 

co jej ojciec myślał, co mówił,Ŝe pisał notatki w swoim kalendarzyku: "Pan major 

wciąŜ się martwił, co tam robią jego dziewczyny. 
WciąŜo was mówił, aŜpo pewnym czasiei mnie sięzaczęło wydawać, Ŝe znam jego Ŝonę i 
córkę tak,jakbym je naprawdękiedyś widział". 
 

Zjawił się jak delegat z czasu, który Anna określałasłowami "post mortem". 

Jedyny, którymógł im powiedziećcoś oAndrzeju. 
O ŜywymAndrzeju. 
To jemu major Filipiński pokazał zdjęcia Anny i Weroniki, to jemu major podaładresmatki w 
Krakowie,jemu zostawił papierośnicę, kiedy wybierał się do lazaretu. 
W kalendarzyku występowałjako porucznik S. 
Aw ich Ŝyciu pojawił się jakopułkownikJarosław Selim. 
Delegat z miejsca, zktórego nikt nie wyszedł Ŝywy. 
Ten człowiek terazteŜ Ŝyje tylkow jej pamięci. 
Weronika nie ma nawet jego fotografii. 
Wkroczył w Ŝycietrzech kobiet tak niespodziewanie, jak z niego wyszedł. 
Poza pamięcią został ponim tylko jeden ślad. 
Dlaniej cenny jak ostrze grota znalezione w wykopaliskach sprzed tysięcy lat. 
 

PasaŜer widzi,jak kobietaodwraca się od oknai jakby sobie nagle coś przypomniała, 

sięga poduŜą, skórzanątorbę z okuciami. 
Grzebie w niej, po chwili wydobywa aparat fotograficzny,który stawia obok kalendarzykana 
stoliku pod oknem. 

background image

Potem zzakamarków duŜej torby wyciągacoś,co moŜna zamknąć we wnętrzudłoni. 
Odwija bibułkę. 
Jej długie palce odstawiają toostroŜnie na stolik,obokaparatu. 
PasaŜer przygląda się, alez daleka trudnomu 
 

27. 

background image

 
zidentyfikować ten przedmiot. 
Jakiś mosięŜny wisiorek? 
 

Część aparatu? 

Amulet? 
 

To łuska naboju. 

Gdyby zajrzeć pod spód, moŜna bywokół spłonki, na której widnieje wgłębienie od iglicy 
pistoletu Walther, odczytać fabryczny znak: Geco, kaliber 7. 
62.Łuska stoi obokaparatu fotograficznego. 
DrŜy lekko wrytmwibracjipociągu. 
Weronika patrzy na nią przez chwilę i nagle znowuwywołuje w pamięci twarz Jarosława. 
Jest czymśwzburzony, ztrudemsię opanowuje, po czym szukającjakiegośostatecznego 
argumentu w czasie tej gorącej dyskusji, wyciąga coś z kieszeni munduru i trzyma na dłoni. 
Tojest właśnie łuska. 
Ta łuska, która teraz niezauwaŜalnieprzesuwa się ku brzegowi stolika, poruszanadrganiami 
pociągu. 
- Strzelano z pistoletu Walther - mówi tonemdowódcy, który nie znosi Ŝadnej dyskusji. 
-Tak wygląda łuskapistoletowegonaboju firmy Geco, kaliber 7. 
62! To jest amunicja produkcji niemieckiej! 
- Skąd panją ma? 
-spytała zaskoczonamatka, wyciągając rękę po łuskę, a on nie odpowiedział na pytanie, tylko 
połoŜył łuskę na wyciągniętejdłoni Anny,skłonił sztywno głowęi wyszedł z salonu. 
I wtedy matka powiedziała: - To dziwny człowiek. 
-Co to znaczydziwny? 
- spytała Weronika, a Annawzruszyła ramionamii powiedziała zwahaniem: - On jest taki 
jakiś. 
podwójny. 
Nie umiała wtedy wyjaśnić, co miała na myśli, aJur skwapliwie to wykorzystał: - Tak, dobrze 
powiedziane, podwójny,bo ten cały polkownik to mi się wydaje być sprzedany ruskim na 
ś

mierć i Ŝycie. 

 

28 

 

BoŜe, niktz nichwtedy nie mógł wiedzieć, Ŝe to Jurbędzie tym,który go wyda 

naśmierć. 
I Ŝeto stanie się właśniewtedy, gdy Jarosław odrzuci skorupę, w której się na początku 
schował, i kiedyone zrozumiały, Ŝe prawdziwym bohaterstwem jest zwycięŜyć wroga, 
któregojuŜ wpuściło się doswojego wnętrza. 
 

Weronika terazpatrzy za okno, ale znowu widzitylkoto,co chce pamiętać: jak Jarosław 

patrzy na jej matkę, jakAnna stara sięnie widziećw nim męŜczyzny i robi wszystko, byświat 
zapomniał, Ŝe jestmłodą kobietą, i jak to ona,Weronika, zaskoczyła ją własnym odkryciem, Ŝe 
nic nie pomogły starania Anny, by nie traktować Jarosława jak męŜczyzny: "Mamo, przecieŜ 
on się w tobie kocha! 
". 
 

PasaŜer patrzy na odwróconą ku oknu kobietę. 

Cotam jest dooglądania? 
Dlaczego teraz lekko kiwa głową,jakby chciała tym gestem coś potwierdzić,kogoś przekonać. 
Jest taka zapatrzonaw bezkresną przestrzeń minionego czasu, Ŝe nie zauwaŜa, jak ustawiona 
nasztorc łuskaw rytm drgań wagonu przesuwa się coraz bliŜejskraju stolika. 
PasaŜer patrzy jak zahipnotyzowany, jakby czekał natę chwilę, kiedy łuska zakołysze się 
ispadnie. 

background image

 

Weronikazakładaokulary, otwiera kalendarzyk na samym początku,bo z konieczności 

to, co wydarzyło sięw styczniu 1940 roku, musi być zapisane w rubryce stycznia 1939 roku i 
w ten sposób jakby wydarzenia późniejszewpisane zostały w czas wcześniejszy i to, co było 
juŜ przeŜytew poprzedzającym roku, zostałow ten sposób jakby 
 

29. 

background image

 
uniewaŜnione. 
JuŜ nigdy się nie dowie, co jej ojciec przeŜył6 kwietnia 1939 roku, ale dobrze wie, co się stało 
tego dniarok później: Wyjechał następny transport. 
Około 300osób. 
Dokąd - nie wiadomo. 
Czy resztęteŜ czeka droga wnieznane? 
 

Kołapociągu przenoszą drgania, które przesuwają łuskę coraz bliŜej brzegu stolika. 

PasaŜer wciąŜ trzymaw ręku gazetę, której wcale nie czyta. 
Nie spuszcza wzrokuz przesuwającejsię powoli łuski. 
Jeszcze jej zostały moŜetrzy centymetry, zanim potknie się o rantstolikai spadnienapodłogę. 
Czeka, czy kobieta to zauwaŜy. 
Ale ona wciąŜ 
 

patrzy wokno. 

 

PasaŜer czeka. 

Jeszcze minuta, dwie,a łuska spadnie na 
 

podłogę. 

Nie wiadomo dlaczego obserwuje kaŜdejej drgnięcie. 
MoŜe to jedyne wydarzenie, które mu urozmaici jazdę 
 

pociągiem? 

 

Weronika poprawia okulary, odczytujewpis z datą 

 

6 kwietnia: 3. 

30 wyjazd ze stacji Kozielsk w kierunku zachodnim. 
Wiozą nas więźniarkami. 
 

Pociąghamuje na małej stacyjce, kiedy Weronika odczytuje zapis z 7 kwietnia: 9. 

45. Stoimy na stacji Jelnia. 
Weronika usiłuje sobie wyobrazić, coon wtedy czuł. 
Co widziałprzez zakratowane okienko wagonu. 
Czy takie właśnie budynki, jakie ona widzi teraz: zamokłe ściany stacyjki wkolorze zgniłych 
poziomek? 
 

PasaŜer obserwuje,jak kobieta odkładapospiesznie kalendarzyk na kolana, sięga po 

aparat i robi zdjęcie zalanejdeszczem stacyjki. 
 

30 

 

Kiedy pociąg znowu rusza, nagłe szarpnięcie przewraca łuskę,która toczysię i obijając 

ometalowy rant stolika,spada na podłogę. 
 

PasaŜer zdejmuje nogi w skarpetkach z przeciwległegosiedzenia, odrzuca szeleszczącą 

gazetę i chce podnieść łuskę, lecz Weronika jest szybsza. 
Pochyla się błyskawiczniei przykrywałuskę dłonią. 
PasaŜerzastyga w pół gestuz niepewnym uśmiechem. 
Kobieta patrzymuw oczy, jakby tymspojrzeniem chciała powiedzieć: nie rusz! 
 

Zamyka łuskę w dłoni jakcoś cennego. 

Chowają dotorby. 
Wkłada tam równieŜ kalendarzyk. 
 

PasaŜerwciąŜ ją obserwuje, a w jego oczach zwykła ciekawość miesza się z odcieniem 

podejrzliwości. 
Składa gazetę,przysuwa się bliŜej okna, Ŝeby spojrzeć w twarz tejkobiety, i rozpoczyna 
rozmowę, w której jest coś z przesłuchania. 
 

- Izwinitie. 

Wy kuda jedietie? 
 

- Do Smoleńska. 

background image

A potem do Kozielska. 
Ajeszcze potem do Katynia. 
 

- Wy fotograf? 

 

-Niet. 

 

- Izwinitie, wykakoj professii? 

 

-Archeolog. 

 

- Wy turist? 

 

Weronika kręci przecząco głową. 

Wie, Ŝeto, cozachwilę powie, moŜedla tego człowieka niemieć sensu,a jednak mówi to: 
 

- Niet, ja docz. 

 

31. 

background image

 

 

Kiedy otworzyła oczy, nie wiedziała, która jest godzina, niewiedziała, w jakim jest 

zanurzona czasie. 
Wszystko wokółbyło zasnute jakimś muślinem snu, pełnym półcieni i półświateł. 
 

Gdyby ktoś ją spytał, gdziejest w tej chwili, pewnie nie 

 

umiałaby odpowiedzieć, Ŝe jest w Krakowie, w mieszkaniubabci Busi,Ŝe jest kwiecień 

1945 roku i Ŝe rano wreszciepójdzie do szkoły, tak zwyczajnie, z teczką w ręku, do 
prawdziwego liceum, a nie jak dotąd, na tajne komplety. 
ś

ałowała, Ŝe otwierając oczy zgubiła gdzieśwątek snu, w którym leciała nad słoneczną doliną, 

niewaŜneskąd i dokąd, waŜnybył tylko ten lot, waŜnabyła ta lekkość ipoczucie, Ŝe wszystko 
jest moŜliwe, Ŝe nie przygniata jej ku ziemi Ŝaden cięŜar. 
Mogłaby zamknąć z powrotem powieki, próbować dogonićten sen, ale coś jej nato nie 
pozwala. 
Czuje,Ŝe w mieszkaniu cośsię dzieje. 
ś

e w tymbezruchu jestjakiś ruch. 

 

Przezpełen cieni,zagracony salon przesuwała się drobna figurka starej kobietyz 

wyciągniętymi niczym ślepiecrękoma. 
Płynęła niczym duch, w długiej koszuli, naktórąmiała narzuconą wełnianą lizeskę. 
Ś

wiatłolatarni, które sączyło się zza okna, zamieniło jej siwewłosy w aureolę. 

 

Ale tego Nika nie mogła widzieć zeswego rozłoŜonegoza szafą posłania. 

Taogromna gdańska szafa była jak barykada. 
Oddzielała jej kąt od resztysalonu, który teraz zmie32 
 

nił się w graciarnię. 

Odkąd milicjanci z biało-czerwonymiopaskami kazali im wpuścić do jednego pokoju 
kolejarskąrodzinę Stawowiaków z rozbitego przez radziecką artyleriędomu, musiały wynieść 
wszystkie meble z sypialni. 
Potemzjawiła sięjakaś komisja, równieŜ z opaskami na rękawachpłaszczy, izalepiła drzwi do 
gabinetu profesora Filipińskiego paskiem papieru z dwoma wielkimi czerwonymi 
pieczęciami. 
"Pokój został zarekwirowany pod zakwaterowaniesłuŜbowe" - tak brzmiałaustna decyzja 
przedstawicieliwładz miasta. 
Nie pomogły Ŝadne protesty,nie było Ŝadnego odwołania, gdyŜ oni działali w imieniu 
wojskowej komendantury i w interesie społecznym. 
 

Nikanie wiedziała,co sprawia towraŜenie, Ŝe w tejzawiesinie półmroku i półciszy 

cośsię jednakdzieje. 
Usłyszała skrzypienie drzwiod ich dawnej sypialni. 
Odwróciłagłowęi przezszyby oszklonych drzwi salonu widziała przesuwającysię 
ostroŜniecień. 
To na pewno tenmaszynista kolejowywyrusza do pracy. 
Zwykle starał się być niezauwaŜalny, jakbynie chciał zasłuŜyć na miano intruza. 
Kiedy wychodził przedświtem do pracy, aŜ do drzwi szedł w skarpetkach,niosącbuty w ręku. 
Wkładał je pewnie dopiero za progiem,na klatce schodowej. 
Starał siębyć niezauwaŜalny,za to jego tęgajakkopa siana Ŝona wypełniała sobą całąkuchnię, 
wieczniepełna ukrytej pretensji do całej rodziny profesora Filipińskiego, której przecieŜ 
zawsze Ŝyło się lepiejza kaŜdej władzy! 
"Najlepiej za Niemców - szyderczo potakiwała Busia - bomęŜa wzięli na utrzymanie do 
Sachsenhausen, skąd juŜ nie 
 

33. 

background image

 
wrócił. 
". Stawowiakowa odpowiadała, Ŝe to nie powód, bypodejrzewać jej siedmioletnią córkę o 
wyjadanie cukru z cukierniczki pani starszej. 
BusiajuŜ nie wypominała przymusowym lokatorom, Ŝe po to, by kupić ten cukier, sprzedała 
podSukiennicami czarnego lisa zeszklanymi oczkami, którego 
 

kiedyś kupił jej mąŜ. 

 

Teraz Stawowiak wyszedł,jego Ŝona i córka spały, aleNika instynktowniewyczuwała, 

Ŝ

e tam,za szafą, gdzie w salonietłoczą się zniesione z całego mieszkania meble, coś siędzieje, 

jest jakieś Ŝycie, które wcale nie jest jej snem. 
Wsłuchiwała się w tę ciemność z otwartymi oczyma. 
Stąd, zza tejszafy, niewiele mogła zobaczyć. 
Zwisającyz ozdobionegoplafonem sufitu świecznik odbijałnikły poblask dalekiegoświatła 
ulicznej lampy, który padał przez niewidoczne stądokna. 
Wyglądał jak ogromny czarny pająk, który przyczaiłsię w oczekiwaniu na ofiarę. 
Nika zamknęła powieki i przezchwilę starała się przywołać z powrotem ten lot, który niósłją 
nad nieznanymi łąkamii rzekami. 
Nie,nie ulecidaleko,cośjej przeszkadza, cośkaŜejej wstać i sprawdzić, dlaczego wciąŜ czuje 
czyjąś obecność. 
 

Przez rozsunięte cięŜkie kotary do salonu przenika nikłe światło latarni. 

Ten Ŝółtawy poblask kładzie się na lśniących fornirach starych mebli; do boku orzechowej 
szafyz lustrem przyciska się stary sekretarzyk w stylu LudwikaFilipa; wciśnięta w 
kątserwantka, pełna starych filiŜanekisreber, pełna tych rŜniętych kielichów do wina, których 
nieuŜywano tyle lat, Ŝe stały się juŜ tylko czymś w rodzaju mu34 
 

zealnych eksponatów;do tej serwantki nie ma właściwe dostępu, zastawiona jest 

fotelem o rzeźbionych poręczach, zakończonych głowami grzywiastychlwów; obok 
szerokiegołoŜa, przeniesionegotu z zajętej przez przymusowych lokatorów sypialni, tkwią 
wciśnięte nocne stoliki, a na nich lampy z secesyjnymi abaŜurami; nawet ściany tego 
pokojuświadczą, Ŝe jest on czymś w rodzaju przechowalni: nadrzwiach wiszą płaszcze, które 
nie zmieściły się w szafie, naścianach stłoczone w ciasnocie obrazy w złoconych ramach; 
 

w dziennym świetle moŜna by podziwiać kolory pejzaŜy,czerwonąchustę na 

głowiewiejskiej dziewczyny, pianę napysku konia, na którym zuniesioną szablą rusza do 
atakudowódca szwadronu w czapce z białymotokiem; moŜna bypodziwiać delikatny haft 
koronkowego kołnierzyka na portrecie matki profesora Filipińskiego i szlachetną 
siwiznęnaportrecie jegoojca, którytkwi wfotelu na tle pięknie oprawionych ksiąŜek, bo jako 
kurator oświaty powtarzał zawsze,Ŝe władze się zmieniają,a ksiąŜki 
trwają;naprzywieszonymnad łoŜem kilimku widać liczne stare fotografie rodzinnew czarnych 
owalnych ramach; wśród nich jest fotografiaprofesora Jana Filipińskiego w sztywnym 
kołnierzykui muszce, a tuŜ obok, jakby ramię w ramię, wisi zdjęcie jegosyna, Andrzeja, w 
mundurze majora. 
 

Szara, zmęczona nocą ciemność jeszczezmaga się z nikłym światłem, przebijającym 

się przez zasunięte story. 
TenŜółtawy poblask nie ułatwiał rozróŜnienia wszystkich kształtów, ale pozwalał 
zauwaŜyćjakiś ruchw stojącym martwo 
 

35. 

background image

 
powietrzu. 
Przez pokój płynęła biała drobna postać, którejramiona okryte były lizeską. 
 

Nika przyklęknęła przy szafie. 

Patrzyła nie na Busię, ^lecz w przeciwnąstronę, tam, gdzie stało wyniesione z sypialni do 
salonu podwójne, małŜeńskie łoŜe. 
 

Na wygniecionej poduszce spoczywała głowa kobiety. 

ToAnna. 
Jej długie, kasztanowe włosy rozsypane były na poduszce. 
Wydawało się, Ŝe płynie właśnie przez rzekisnu, bowestchnęła głęboko i wyrzuciła z 
siebiechrapliwie jakieśsłowo, które zabrzmiało niczym okrzyk czy błaganie. 
Widocznie jejwłasny głos obudził ją, bo otworzyła oczy, rozejrzała siępo zanurzonych w 
cieniu nocy konturach mebli,jakby chciała się upewnić, gdzienaprawdę jest. 
I wtedy dostrzegła przesuwającą się przez labirynt mebli kobietęw nocnejkoszuli. 
Anna wie, Ŝe to matka Andrzeja,ale patrzytak, jakby nie była pewna, czy to postać z 
przerwanego snu,czy z rzeczywistości. 
Widzi, jak filigranowa kobieta prawiepo omacku dociera do wciśniętego wkątprzy 
oszklonychdrzwiach sekretarzyka. 
Ona sama ma w sobie coś z tychstłoczonych na kupę mebli. 
Jest ichczęścią. 
Jestzakorzeniona w czasie, z którego one pochodzą. 
 

Starała się otworzyć drzwiczki, ale zamknięte były naklucz. 

I wtedy padły te słowa: 
 

- Przyszedł dziś do mnie. 

 

Busia odwróciła sięgwałtownie jak złodziej przyłapany na gorącym uczynku. 

Zobaczyła na tle okna kobietęw długiej jedwabnej koszuli, po której aŜ poza łopatki spły36 
 

wała kaskada kasztanowych włosów. 

Busia nie słyszała, ŜeAnna wstała z łóŜka, Ŝe przesunęła sięku oknui teraz stoiz opuszczonymi 
wzdłuŜ tułowia rękoma i patrzy na nią jakktoś, kto bez słów wie, dlaczego obie spotykają się 
o tej nocnej porze i właśnie w tym miejscu. 
 

Nie wiadomo dlaczegoNika odkrywa, Ŝejej matkawtej sięgającej podłogi jedwabnej 

koszuli, oświetlona Ŝółtawym światłemulicznej latarni, wyglądajak postać z teatralnej sztuki. 
Skąd ta myśl, skoro onanigdy jeszcze dotądnie była w teatrze. 
Bo kiedy miała być? 
Przed wojną byłaza mała, Ŝeby odwiedzać "Fredreum"nazamku w Przemyślu, w czasie wojny 
nie chodziło się do teatru, a teraz dopiero zapowiedzianopierwszą premierę w Teatrze 
Słowackiego. 
 

Skulona na klęczkach, oparta okant szafy, która niczym barykada oddzielała ją 

odresztysalonu, patrzyła na tedwie kobiety, tak innew dzień, a tak inne teraz, tej nocy, 
wypełnionej jakąś niewypowiedzianą dotąd tajemnicą. 
 

Przez chwilę milczały, jakbykaŜda oczekiwała, Ŝe to tadruga powie, co sprawiło, Ŝe 

spotykają się akurat tej nocy. 
Jak zawsze ogromne, dziwnie senneoczy Anny zdająsiędostrzegać więcej niŜ to, naco w tej 
chwili patrzą. 
 

- Znowu nie śpisz? 

- pytapółszeptem Busia, równocześniezerkając w stronę ogromnej gdańskiej szafy, przyktórej 
teraz klęczy Nika. 
Ale Anna nie słyszy głosu starej kobiety, nie widzi jej spojrzenia. 
Patrzy przedsiebie i widzi to,cotylko onamoŜewidzieć. 
Słowa wydobywają sięz niej 

background image

 

37. 

background image

 
z jakimś oporem, jakby wyrywała z siebie strzępy obrazów,które przypłynęły do niej właśnie 
dzisiaj, tej nocy. 
 

-Jakiś las. 

Młodylas. 
A on szedł między drzewami. 
 

- Ja teŜ gowyczułam - w głosie Busi zabrzmiała nutka radości, Ŝe ktoś oto potwierdza 

jej widzenie. 
- Pokazał mi 
 

się. Chybabył w mundurze? 

 

- Szedł ku mnie. 

- Annamówi to bardziej w przestrzeń niŜ do Busi - arównocześniejakbysię oddalał. 
Todziwne: przecieŜ szedłdo mnie, ale był coraz dalej. 
Corazmniejszy. 
Zakryły go sosny. 
Zniknął. 
Rozwiał się. 
Jakby 
 

się zapadł. 

 

W głębi mieszkania słychać skrzypnięcie drzwi iczyjeśkroki. 

PewnieStawowiakowa idzie do łazienki. 
Nika przygryzła kciuk, bałasię, Ŝe tenrumor spłoszy obie kobiety i Ŝetadziwna rozmowa nigdy 
nie będziedokończona. 
Ale one 
 

wsłuchane były tylko w siebie. 

 

- Wiesz, dlaczego dziśdo nas przyszedł? 

- Busiaprzysunęła się bliŜej Anny i starałasię zajrzeć wjej twarz,ujętą w ciemne 
ramyspływających na ramiona włosów. 
I teraz Nika zobaczyła, jak babciaprzysunęła się do Anny,objęła synową jakktoś, kto na 
pogrzebie boi się zemdleć 
 

nad grobem. 

 

Nika wysunęła się zza szafy, przykucnęła za fotelem. 

Czuła pod ręką jego rzeźbione oparcie w kształcie głowy 
 

lwa. 

 

- Dziś sąjego urodziny - powiedziała Busia i podeszłado ściany,na której wisiała 

fotografia syna. 
Suchąniczym 
 

38 

 

gałązka ręką pogładziła ciemną, owalną ramę,jakby to byłoczyjeś Ŝywe ciało, po czym 

przeniosła spojrzenie na Annę. 
- On się urodził właśnie o tej godzinie, kiedy ptakizaczynają śpiewać. 
 

Nikapoczuła, jakściska ją coś za gardło,bo właśnierozległo się za oknem gruchanie 

gołębi. 
Anna stała nieporuszona,jakby czekała na dalszy ciąg snu. 
Busia wyciągnęłaszufladę sekretarzykai wydobyłaz niej skórzaną teczkęwkształcie duŜej 
koperty. 
 

Miała złoty zamek, lekko wytarte naroŜniki. 

 

- Zapal światło - zwróciła się półgłosem do synowej. 

Anna stała nieporuszona, jakbywciąŜ czekałana dalszy ciągsnu. 

background image

Nika, nadal na klęczkach, patrzyła, jak rękababci próbuje wyciągnąć z koperty jakiś 
opakowany w celofan dokument. 
Spojrzała na Annę, zerknęła w stronę szafy, za którąbyło posłanie Weroniki, ipółgłosem 
poleciłasynowej,by zapaliła światło. 
 

- Nie trzeba - głosAnny brzmiał łagodnie, jakbyzwracała się do upartego dziecka. 

 

-Chcęprzeczytać ostatnilist od niego. 

 

- Znam go na pamięć. 

 

Anna stanęłateraz naprzeciwfotografii męŜa, gdzieprzed chwilą tkwiła Busia. 

Nika skuliła sięza fotelem w obawie,Ŝe Anna ją dostrzeŜe, lecz ona widziała tylko to, co 
łączyło się z jej dzisiejszym snem. 
Patrzyła w półmroku namęŜczyznę w mundurze majora. 
Znała tospojrzenie równie pogodneco stanowcze. 
Twardy zarys szczęk, zmiękczony 
 

39. 

background image

 
siateczką zmarszczek wokół skorych do uśmiechu oczu. 
Teraz Anna przeniosła swoje somnambuliczne spojrzenie namŜące światłem latarni okno i 
nagle zaczęła mówić tak, jakby recytowała jakąś poezję albo pamiętnik. 
 

- Smoleńskaja obłast',jaszczik 12. 

Kozielsk, 15grudnia 1939. 
Najukochańsza Anusiu i Nikusiu. 
Jestem internowany. 
Czuję się ogólnie dobrze. 
Podtrzymujemy siętu wszyscy nawzajem. 
 

Nika wycofała się spoza fotela, ukryła za barykadą szafy i z trudem przełykającślinę, 

wsłuchiwała się w głos Anny,który brzmiał jak litania. 
 

- Tęsknię nocą i dniem. 

Powtarzam tutajte wszystkiesłowa miłości, którychnie zdąŜyłem w swoim Ŝyciu 
wypowiedzieć. 
 

Busia potakiwała głową kaŜdemu zdaniu. 

Annamówiła dalej, zapatrzona w światło zaoknem, jakby stamtądnapływały zdania tego 
jedynego listu, jaki otrzymały od 
 

niego. 

 

- Mam nadzieję, ŜeNika jest teraz twojąpodporą. 

Czy 
 

wyleczyła migdałki? 

Po wojnie pójdziemy razem na lody. 
Nika zasłoniła sobiedłoniąusta, tłumiąc nagły suchy 
 

szloch. 

 

Anna wciąŜ stała na tle okna jak aktorka w finałowej 

 

scenie. 

Ręce zaplotła na piersi. 
 

Busianie spuszczała z niej wzroku i poruszając bezgłośnie ustami, powtarzała znany 

na pamięćtekst. 
Głowąprzytakiwała słowom,które Anna wypowiadała przez ściś40 
 

nięte gardło: - Conoc spotykam was we śnie. 

I abym i jasięwam przyśnił, zanimspotkamy się na jawie. 
Przyjdzieczas na spotkanie. 
Gdziekolwiek bymbył, zawsze jestemz wami. 
Anno, pisz jak najczęściej,bo my mamy talon na jeden list w miesiącu. 
 

- Trzylistywróciły. 

- Busia powiedziała to, jakbydopełniając jakiegoś rytuału, który zawsze towarzyszył imw 
trakcie lekturytego listu. 
 

Skulona na swoim posłaniu Nika usłyszała słowa Anny,które juŜ tyle razy słyszała: 

 

- Adriesata niet. 

I to wszystko? 
Aco potem? 
Brzmi to nie tyle jak pytanie,ile jak bolesna skarga dokogoś,od kogo i tak juŜ się nie oczekuje 
odpowiedzi. 
 

- Bógby nam nie wybaczył, gdybyśmy straciły nadzieję. 

 

Busia stanęła znowu obok Anny, objęła ją i obie machinalnie odwróciły się ku oknu,za 

którym z ociąganiem rodziłsię dzień. 
 

- Bógod nas się dowiaduje, co stworzył. 

Do Busijakby nie dotarły słowa Anny. 

background image

Nie słyszy ich,czy nie chce słyszeć? 
 

- Przyszedłdo nas wswoje urodziny - powiedziałaz przekonaniem. 

- To znak, Ŝe Ŝyje. 
PrzecieŜ Jędrusia widziano w TadŜykistanie. 
 

Ręka Busitrzymała list z Kozielska niczym relikwię. 

Annawyjęła go z jej rąk,schowała do koperty i zamknęław sekretarzyku. 
 

41. 

background image

 
Nika usłyszała zgrzyt przekręcanego w zamku kluczyka. 
LeŜała z otwartymi oczyma. 
 

Przez zasłony przeciekał brudny świt. 

Za oknem corazśmielej gruchałygołębie. 
A ona leŜała i zastanawiała się,dlaczego nie została zaproszona na to nocne spotkanie z 
ojcem. 
Czy chciały jąuchronić od cierpienia czymoŜeuznały,Ŝe nie potrafi go wspominać, bo gonie 
bardzo pamięta? 
Poczuła się wywłaszczona zprawa do wspólnej pamięci. 
AleprzecieŜ ma co pamiętać. 
Były takie jejchwile z ojcem, które tylko ona moŜe pamiętać, bo tylko ona i on byli w 
tymmiejscu i czasie. 
Na przykład, kiedy była pewna, Ŝe nadszedłkoniec świata. 
Taki dziwny koniecświata, bo odbył sięw upalne czerwcowe popołudnie. 
 

I teraz zamknęła oczy i przywołała swój strach,którywtedytak ją dławił, Ŝenie była 

juŜw stanie płakać. 
Widzi teraz tenlas, zastygły w upale. 
Nagrzane słońcem sosny wydzielały drapiący w gardle gęsty zapach Ŝywicy. 
A ona biegłaprzez jakieś wykroty,przez paprocie, potem przez dziwnepolany. 
Najpierw krzyczała, potem zaczęła płakać, bo wokółbył las i nie wiedziała juŜ, gdzie szukać 
bryczki z kucem Irysem i całej ich wycieczki przedszkolaków. 
Pani Wanda zakazałaim sięoddalać od polanki,ale ten motylbył taki piękny,taki kolorowy, 
chciała go dogonić,nie, wcale nie chciała gozłapać, chciała tylko zobaczyć, gdzie on ma swój 
dom, zawsze była ciekawa, gdzie mieszkają motyle. 
Biegła w śladza chybotliwym lotem motyla, machała rękami, naśladująctrzepot jego skrzydeł, 
a kiedyutknęła w krzakach dzikich 
 

42 

 

jeŜyn, poczuła się jak w pułapce: wokół cisza, bezruch nasyconego 

czerwcowymsłońcem lasu i ona z podrapanymikolanami,po raz pierwszy sam na sam z całym 
ś

wiatem. 

Chciała zawrócić,ale nie znalazła drogi powrotnej. 
Najpierwkrzyczała, potembiegła przed siebie, potem siadła i wysypała z sandałków suchy 
piaseki biegła dalej, póki nie natrafiłana ogromny płot. 
To były ustawione na sztorc podkładykolejowe. 
W powietrzu wisiał gorzki zapach zmieszanego z terpentynądziegciu. 
Iwtedy nagle pękłaprzeraŜająca cisza lasu. 
W pewnej chwili właśnie zza tego szańca, zbudowanegoze starych podkładów kolejowych, 
dobiegł ją ten strasznyjęk, ten lament przeciągły, rozpacz na wiele głosów. 
Czy tojuŜ koniec świata? 
To było jak dotknięcie nieznanego. 
Odczucie, Ŝe jest jakiś inny świat, o którego istnieniu nie wiedziałai moŜe nie powinna 
wiedzieć? 
Jakaś groźnanoc wblaskusłonecznego dnia, pełnego zapachu rozgrzanej upałem macierzanki. 
Skuliła się podpłotem, zamarła, prawie nie oddychając, wsłuchiwała się w to przeraŜające 
zawodzenie. 
MoŜe juŜsię zaczął Sąd Ostateczny? 
O tym sądzie mówiłakiedyś ich gospodyni Franciszka, Ŝete łobuzy, te łachadojdy,co ukradli z 
komórki pana majora stare siodło, będą się z tego tłumaczyć na Sądzie Ostatecznym, a 
wówczas czeka ichpłacz, jęk izgrzytanie zębów. 

background image

Iteraz właśnie ten straszliwypłacz wznosił się i opadał,jakby zatą ścianą stał jakiś dyrygent. 
Mimo upału przebiegł ją dreszcz. 
Jestsama, zapomniana. 
To kara, Ŝe nie była posłuszna, Ŝenie trzymałasię bliskowycieczki,a wczoraj wylała zkubka 
podwieczorkowekakao, 
 

43. 

background image

 
które dała jej Franciszka. 
Jak zwykle wyjęła je z szabaśnika,kakao pokryte było koŜuchami i ona wylała je do zlewu,a 
mamie powiedziała, Ŝe wypiła, i za to kłamstwo trafiaprzed sąd, gdzie juŜ nikt się za nią nie 
wstawi, nikt nie zrozumie, Ŝe moŜna nienawidzić koŜuchów. 
 

Nie wiedziała, ile czasuprzetrwała skulona, ile czasu płakała, zanim zasnęła w tym 

upale. 
I nagle poczuła na twarzymokre maźnięcie,a kiedy otworzyła oczy, ujrzała pysk wyŜłaAzora i 
twarz ojca. 
Wziął ją na ręce, a ona poczuła, Ŝe nie grozi jej koniec świata,choć tenjękliwy lament wciąŜ 
jeszcze dobiegał zza grubychpali ogrodzenia. 
Trzęsła się, a wówczasusłyszała te uspokajające słowa: "Nie płacz, Nikuś. 
Nigdy nietrzeba się bać innych ludzi. 
To nie Ŝadne duchy tak zawodzą. 
Tamjestkirkut, a naŜydowskie pogrzeby wynajmuje się płaczki,bo kaŜdemu, kogo sięŜegna na 
zawsze, naleŜą się łzy". 
 

Kiedy się obudziła po raz drugi, Busia była juŜw fartuchu, a Anna ścieliła swoje 

podwójne łóŜko,w którym spałasama. 
Dlaczegonie było w nim miejsca dla niej? 
Dlaczegomusiała sobie rozkładać posłanie za szafą? 
Czy w ten sposóbAnna chciała samą siebieutwierdzić w przekonaniu, Ŝemiejsca obok niej nie 
moŜe zająć nikt poza Andrzejem? 
Nawetcórka? 
 

Zaścieliła juŜ swoje posłaniei pakując podręczniki doteczki, powiedziała, Ŝechybajej 

się coś w nocy przyśniło,słyszała jakieś głosy, jakby ich ktoś odwiedził, ale ani 
matka,aniBusia nie podjęły tematu. 
Więc moŜejej się towszystkonaprawdę przyśniło? 
 

44 

 

 

Wpadła do salonu i trzymając teczkę w ręku, zadałato pytanie, jakby chciała obwieścić 

ś

wiatu, Ŝe oto spotykają coś poraz pierwszy w Ŝyciu: 

 

- W czym ja pójdę do teatru? 

 

-Doteatru? 

- Anna obrzuciłają sennym spojrzeniem. 
Właśnieprzecierała woskiemwierzch sekretarzyka, w którym zamknięte były na klucz 
wszystkie skarby ich pamięci. 
Za chwilę ma przyjść pan Hinc, obejrzy go i wyceni. 
MoŜnamu było zaufać. 
Pan Hinc, kiedy w grudniu Nika zachorowałana zapalenie płuc, a one niemiały grosza na 
węgiel,wziął od nich dwa biedermeierowskiefotele za całkiem przyzwoitą cenę. 
Do Anny jakby niedocierały informacje, Ŝe pani Frydrychowa, polonistka, zapowiedziała, Ŝe 
cała pierwszalicealna idzie dziś na premieręsztuki Zeromskiego Uciekłami przepióreczka. 
 

- Cała klasa ma załatwione wejściówki! 

- Nika zdejmowała szalik,rękawiczki, kurtkę i swoim zwyczajem rzucała je po drodze, 
gdziepopadło. 
Aterazszła w stronę lustra. 
Chciała się sobie przyjrzeć, zdecydować, w czymwybierze się do teatru. 
 

- Jeszcze się wojna nie skończyła, a ty sięwybierasz doteatru? 

 

Anna wzruszyła ramionami, pochyliła sięnad sekretarzykiem, by chuchnąć najego blat 

izaraz zetrzeć ściereczką 

background image

 

45. 

background image

 
smugę oddechu. 
MoŜepan Hinc nie zauwaŜy tej rysy po figurce Piłsudskiego, która tyle lat tutaj stała. 
 

Słowa Anny sprawiły, Ŝe zNikijak zprzekłutegobalonika nagleuszła cała radość. 

Myślała, Ŝe matka teŜ sięucieszy, Ŝe wszystko wraca do normy, Ŝe moŜna juŜ chodzić do 
teatru, który przez całą okupację był zakazany,a widzi, Ŝe matka nie chce wyjść z tej swojej 
skorupy, niepotrafi choć przez chwilę przypomnieć sobie, jaka była,gdy miała prawie 
osiemnaście lat i gdy po raz pierwszywybierała się na jakąś premierę. 
Chciałaby jakoś obudzićAnnę, wyprowadzić ją zzastygłego czasuprzeszłego kutemu, coczeka 
na nich dziś i jutro. 
W tym domu czasemteraźniejszym był czas przeszły. 
Wszystko było wspominaniem: wspominało się dziadka Jana, ofiarę Sonderaktion Krakau, 
wspominałosię ojca, któryjakby istniał, nieistniejąc, boz jednej strony jego nazwisko w 1943 
rokuumieszczono w "Gońcu Krakowskim" na liście zamordowanych wKatyniu, ale z 
drugiejw nazwisku był błąd: 
 

zamiast Filipiński było Filipski, choć stopień się zgadzał. 

Odtąd woczach prowadzących tajne nauczanie sióstruchodziła za półsierotę. 
Nieraz się zastanawiała, w jakimstopniu wyróŜnia ją to spośród koleŜanek, które nie straciły 
nikogo. 
Czy masię czuć lepsza czy gorsza? 
W kaŜdymrazie miała wraŜenie, Ŝe jest jakby od nichstarsza, choćprzecieŜ wiekiem były 
równe. 
Czy przez to,Ŝe widzą w niejpółsierotę, obciąŜona jest jakimś piętnem losu? 
Czyprzezto jej Ŝycie popłynie innym korytem? 
Czy jej młodość nie 
 

46 

 

jestjuŜ na zawsze zaraŜona śmiercią? 

I kiedy właściwiekończy się młodość? 
Gdy pojawiła się ta lista, miała piętnaście lat. 
Czyto właśnie odtamtej chwili objął ją cieńtejśmierci? 
Ale przecieŜ i Busia, i Anna,choć wciąŜ wracałydo wspomnień sprzed wojny, Ŝyły tak, jakby 
juŜ nazajutrzmiała się spełnić ichnadzieja na spotkanie z Andrzejem. 
Busia przy kaŜdej modlitwie za duszę swego męŜa pocieszała go tym, w co sama wierzyła: Ŝe 
ich syn Ŝyje, widziano go w głębi Rosji, napewno przyjdziez armią. 
 

- A jeśli juŜ niebędzie w co wierzyć? 

- spytała kiedyśNika, ustawiając na ostatnią Wigilię dodatkowy talerz dlazbłąkanego 
wędrowca. 
Nie zapomni tego spojrzenia, którewówczas zawiesiła na niej matka. 
 

- Nic się nie zmieni - głos Anny zabrzmiałjak aktprzysięgi -bo nie moŜna Ŝyć bez 

pogrzebania swoich zmarłych. 
Kiedyś zrozumiesz, ŜemoŜnasię pogodzić z chwilowąnieobecnością Ŝywych, ale martwi są 
nieobecni na zawsze. 
 

Więc był Ŝywy czy martwy? 

Byłoczekiwany czy opłakiwany? 
I czy wszystkie trzy - Busia, Anna i Nika - okłamywałysię, czyteŜ wspierały? 
Ile razy o tym myślała, tyle razy kończyło się to jej dziwnym niepokojem, czy poznałaby go 
naulicy? 
Czasami juŜ czuła się przytłoczona tą nieuniknionąobecnością nieobecnych. 

background image

Chciałateraz powiedzieć coś, coby usprawiedliwiało jej radość z dzisiejszej wizyty w 
teatrze,przypomnieć, Ŝe Anna teŜ kiedyś przeŜywała coś takiegopierwszy raz, ale nie 
zdąŜyła,bo w drzwiach stanęła Busia 
 

47. 

background image

 
i powiedziała grobowym głosem, jak ktoś, kto zaraz obwieści coś nieodwołalnego: - 
Przyszedł pan Hinc. 
 

Do salonu wkroczył męŜczyzna zczapką w ręku. 

Nabity wwyświeconą marynarkę przypominał pęto pasztetówki. 
Lawirując między kantami zgromadzonych w chaosie mebli, dotarł do kąta, nieuwaŜnie 
chwycił rękęAnny i całującją, juŜ równocześnie badał wzrokiem stan sekretarzyka. 
Była w nim resztka szacunku dla właścicieli wystawianych nasprzedaŜ przedmiotów, ale teŜ 
pełna świadomość, Ŝe nie naleŜy się z nimi zbytnio patyczkować, bo oni i tak nie 
mająwyjścia. 
 

KiedyHinc opukiwał sekretarzyk, ustalał cenęi dzieńodbioru, Nika stanęła przed 

lustrem i przyjrzała się sobieuwaŜnie. 
Włosy mapo matce,ale te oczy, siwe oczy, w których czai się gotowość douśmiechu, to ma po 
ojcu. 
Zerknę'ła w bok, na fotografię Andrzeja,wiszącą w owalnej ramiei nagle wydało jej się,Ŝe 
widzi porozumiewawcze mrugnięcie powieki, jakby dawał jej znak,Ŝe cieszysię z tego, Ŝe 
jego Nikuś dzisiaj właśnie po raz pierwszy w Ŝyciu będziew teatrze na premierze. 
 

A potem wszystko rozgrywało sięprzed tym lustrem. 

Właśnie lustro miało jej uprzytomnić, jak będzie wyglądaław cudzych oczach. 
Nie chce być śmieszna, nie chce byćKopciuszkiem. 
Niechce miećtej aksamitnejsukni, obrzuconego haftem dekoltu, nie chce mieć zawiązanej 
nabiodrach szarfy. 
 

48 

 

- Nie chcę wyglądać jak wygnieciona kanapa - rzuciłaz determinacją, a wówczas 

Busia i matka popatrzyły na siebie wymownie:znowu siębuntuje, znowu chce postawić 
naswoim. 
 

-AleŜNika - ręka babci pogładziła ją po łopatce -w tej sukni twoja matka zrobiła furorę 

na jubileuszu twojego dziadka. 
 

- I byłamw niej teŜ napremierze. 

Grał Osterwa -dorzuciła Anna. 
- Byliśmy tuna święta wielkanocne wtrzydziestym dziewiątym. 
 

Nika pamięta nawet tenwieczór. 

Pamięta ojca w cywilnym ubraniu, pamięta, Ŝe choć do Teatru Słowackiegobyłokilkaset 
kroków, padał deszcz i słuŜąca pobiegła pofiakra. 
Wtedy zazdrościła mamie tej wyprawy do teatru, a teraz Anna chyba zazdrości jej. 
Nikapodejrzewała, Ŝe dla Anny niewaŜne jest, Ŝeto ona, jejcórka,idzie po raz pierwszy w 
Ŝ

yciu do teatru,zato waŜnajest przeszłość, w której to onakiedyś wybierała się z męŜem na 

premieręwłaśnie w tej sukniz aksamitu. 
Nika najchętniej poszłaby w zwykłej bluzcei spódnicy, uszytej z przefarbowanej kapy, ale 
przecieŜ Busia zaraz by powiedziała ze zgrozą, Ŝe teatr to święto, Ŝe teraz chamstwo jest górą, 
ale nas,inteligencję,obowiązują jakieś zasady, nie chodzisięna wizyty w kąpielówkach, a 
dokościoła z dekoltem do pasa. 
 

Nika patrzyła teraz na siebie z takąminą, jakby połknęła cytrynę: ta aksamitna 

sukniabyłana nią trochę za obszerna, ale Anna niechciała ustąpić. 
 

49. 

background image

 
- Wszystko będzie dobrze, jak się przewiąŜe w biodrach szarfą. 
 

Przez chwilę Annazastygławpatrzona w odbicie Nikiw lustrze, jakby widziała siebie 

samą w tej aksamitnej sukni. 
Swoim zwyczajem obracała obrączkęnaserdecznympalcu. 
Po chwili ruszyła w stronę starej komody. 
Przez toswoje ciągłe zapatrzenie w przeszłość sprawiała wraŜeniekogoś, kto 
przezpomyłkęznalazł się w tym miejscu i czasie. 
Od momentu, kiedy usłyszała informację o katyńskiejzbrodni, ubierała się wzgaszone kolory, 
które miały zasugerowaćwszystkim, Ŝe owszem, jest kobietą, lecz pragnie o tym zapomnieć. 
W jej ruchach było coś somnambulicznego,co zatrzymywało ją w pół gestu, jakby najpierww 
myślach musiała przepowiedzieć sobie, co właściwiemiała zamiar za chwilę zrobić. 
Nawetkiedy retuszowałazdjęcia w zakładzie fotograficznym pana Fillera, jej pędzelek 
zastygał czasem w bezruchu nad korygowanąfotografią i dopiero po sekundzie lub dwóch 
nabierała haust powietrza jak ktoś, kto wynurza się z głębiny wód i wraca doteraźniejszości. 
 

Nika wierciła się przed lustrem. 

Była w fildekosowychpończochach, które wystawały spod brzegu aksamitnej sukni. 
Nie,lepiej jak pójdzie w zwykłejbluzcei spódnicy. 
AleBusia się nie zgadza:do teatru nie chodzi się jak na targ. 
Zaraz znajdzie coś, co odwróci uwagę od tychokropnych buciorów Niki. 
I Busia podreptała,by przynieść srebrnąkameę, równie kruchą z wyglądu jak ona sama. 
Kiedy wspięła 
 

50 

 

się napalce, by ją zawiesić na szyi Niki, wnuczka poczułalekkokwaśny oddech starej 

kobiety. 
Busia pije róŜne zioła,pije wodę zmiodemod bracicystersów i Ŝyje oczekiwaniemna powrót 
syna. 
Nawetteraz, przyglądając się wnuczce, widzi ją jego oczyma. 
 

- Jakby cię Andrzej taką zobaczył, toby pomyślał, ŜetoAnna. 

Jak cię poznał - zwróciła się teraz dosynowej - miałaś tyle lat,co Nika. 
 

- Nie - Anna mruga jak zbudzona z głębokiegosnu. 

- Miałam o rok więcej. 
Musieliśmypoczekać na zgodęna ślub. 
 

- Jak wzięli ślub -Busia patrzyła w odbitą w lustrzetwarz Niki - topo mszy przeszli 

podskrzyŜowanymiszablami. 
 

-Ciekawe, gdzie się zapodziało tozdjęcie? 

- Annaw zamyśleniuobracała obrączkę na palcu. 
-Chyba zostałow Przemyślu. 
 

Nie pierwszy razNika poczuła, Ŝe tylko jej aktualnesprawystojąnaprzeszkodzie, by w 

tym domu nad czasemobjęła władzęprzeszłość. 
 

NiewaŜne jest, co jest, lecz to,co było. 

Nawet ta aksamitna suknia jest symbolem przeszłości. 
Właściwie czy toona idziena toprzedstawienie, czy idzie ta suknia, w którejkiedyśszłado 
teatrujej matka? 
Poczuła nagłeukłucie i patrząc w lustrze na Busięi Annę, które wpatrywały się w jejpostać w 
cięŜkich trzewikach, aksamitnej sukni z tą staromodnąkameą babci zwisającą zjej szyi jak 
wojskowa 
 

51. 

background image

 
blaszka identyfikacyjna, pomyślała jeszcze, Ŝe jeśli przeszłość zagłusza teraźniejszość, to 
właściwie w jakim czasieprzeŜywa się swoje Ŝycie? 
I czyją, prawie osiemnastoletnią,ominie prawodo codzienności? 
 

Zamknęła za sobądrzwi z mosięŜną, pociemniałą tabliczką: PROF. 

JAN FILIPIŃSKI, i zbiegła schodami w dół. 
Naklatce schodowej płaty farby odpadały razem z tynkiem. 
Nika zatrzymała się na półpiętrze, jednym ruchem zdjęła z szyiłańcuszekz kameą i wcisnęła 
do kieszeni kurtki. 
Za chwilępierwszy raz w Ŝyciu miała być wteatrze. 
 

Anna z okna obserwowała córkę przechodzącą przez ulicę. 

Kiedy Nika znikła jej zpola widzenia, Annaprzebrnęław półmroku kwietniowego wieczoru 
przezzastawiony meblami salon do szafy z ogromnymlustrem. 
Otworzyładrzwii z gęstwinywiszących tam ubrań wyciągnęła rękaw munduru. 
Na naramiennikachwidać było jeden paseki dwiegwiazdki. 
Nabrała powietrza jak przedskokiem do wodyi przywarła policzkiem do munduru, 
nasiąkniętego zwietrzałym juŜ zapachem papierosów "Egipskich". 
 

 

Oklaski zerwały się jak nagła ulewa. 

Kurtyna poszław górę,odsłaniając kłaniających się aktorów. 
Publiczność wstała, 
 

52 

 

oklaski przeszły w burzę, kiedy na proscenium pojawiła sięaktorkagrająca 

Smugoniową. 
Zebrała najwięcejbraw, choćprzecieŜ w sztucegrali Osterwa, Solski i Trzciński. 
To onajest ulubienicą Krakowa. 
Tyle lat publiczność musiała czekać, by znowu ją ujrzeć nascenie. 
NiewaŜne, Ŝe do tej rolimoŜebyła trochęza stara,ale to na nią chodziło się przedwojną, to ona 
przyciągała tłumy. 
Teraz nieoklaskują Smugoniowej. 
W jejosobie witajątamte przedwojenne czasy. 
Ona daje im nadzieję, Ŝeto, co dobre,moŜe wrócić. 
 

Skłoniłasięnisko, aŜ splecionew koronę warkoczerozsypały się swobodnie,sięgając 

niemal desek sceny. 
 

- Czy ona ma perukę,czy to są jej włosy? 

- Nika próbowała to ustalić juŜ po wyjściu z teatru. 
PrzecieŜ będziemusiała jeszcze dziś opowiedzieć w domu,jak wyglądałaAktorka, którą jej 
matka widziała przed wojną, kiedy w tejsamej sukni z aksamitu była na jakiejś premierze. 
 

- Skąd bymogła mieć włosy w kolorze pszenicy? 

- Natwarzy pucołowatej Barbary widać było, Ŝe powaŜnie sięzastanawia nad pytaniem 
koleŜanki. 
-Chyba Ŝe farbowane. 
 

Stały przed wejściem doteatru, w nasiąkniętym wilgociąwieczorze. 

Latarnie mŜyły mdłym, Ŝółtym światłem. 
I wtedypodszedł do nich chłopak w butach z cholewami, w wiatrówce, iz miną zagubionego 
wieśniaka zapytał, czy nie wiedzą,gdzie jestTeatr Słowackiego. 
Nika wskazała wejście za swoimiplecami iw tej chwili pojęła, Ŝe ten chłopak się wygłupia, 
Ŝ

echcetylko je zaczepić, bo jego drugie pytanie brzmiało, czyw Krakowie wszystkie 

dziewczyny są takie ładne. 
 

53. 

background image

 
- Co gorsza nie są takie głupie jak pan - Nika prychnęła jak rozdraŜniona kotka, ale chłopak 
wcale się nie przejąłi spytał, gdzie by się mógł z nią spotkać. 
 

-Ciemną nocą w podziemiach w czasiezaciemnienia- rzuciłaz chichotem koleŜanka 

Niki. 
- Bo wówczas by jejpan nie poznał. 
 

A wtedy chłopak wyciągnął palec w stronę policzka Niki i wskazał namyszkę podjej 

okiem. 
 

-Po tymzawsze bym poznał! 

Kismet, czyli przeznaczenie. 
 

Parsknęły śmiechem, wzięły się pod ręce i szybko ruszyłyprzed siebie. 

 

W domu opowiedziałao przedstawieniu, o Aktorce, anisłowem niewspomniała 

ochłopaku w wiatrówce. 
Ale zasypiając na posłaniu za szafą, przypomniała sobie jego zaczepkę i pytanie,czy w 
Krakowie wszystkie dziewczyny są takieładne. 
To teŜ jej sięzdarzyło pierwszy raz. 
 

 

Jurprzyjechał tego dniawczesnym popołudniem. 

Niby papierymiał w porządku, ale na widok patrolumilicji wysiadł nadrugą stronę torów. 
Podjechał tramwajem do cmentarzaRakowickiego. 
Potem szedł jeszczekawałek do nieotynkowanegodomku. 
Tam mieszkała ciotka Michalina. 
Aledrzwi otworzyła 
 

54 

 

mu obca kobieta. 

Spojrzała na plecak,buty z cholewami, nawysmotruchaną wiatrówkę i wiszący na biodrze 
chlebak. 
Niewpuściła go. 
Pozwoliła tylko zostawićplecak i chlebak. 
Jeślijestkrewnym, to chyba wie, Ŝe Michalina pracuje w TeatrzeSłowackiego? 
Tak, wie, jest tam perukarką i garderobianą. 
 

Odnalazł ją w teatrze, kipiącymod przedpremierowejgorączki. 

Ciotka Michalina byłazaskoczona jego wizytąi tym, Ŝe chce się u niej zatrzymać: teraz 
mieszka u niejkrewna jej męŜa, która się tu schroniła popowstaniu warszawskim. 
A czy Jur nie szuka przypadkiemu niej ukryciaprzed władzą? 
Nie -zaprzeczył - nie chce się przed nikimkryć. 
Chce wreszcie Ŝyć, wybierasię na studia. 
Chyba znajdzie sięu ciotki dla niego jakaś psia buda? 
 

Garbata ciotka Michalina o twarzy spłaszczonej jak Hądra kazała mu poczekać przed 

teatrem: jaksię premiera odbędzie, pojadąrazem do domu. 
 

I wtedywłaśniezobaczył wśród wychodzącej z teatrupubliczności te dwie dziewczyny. 

Spytał, czy w Krakowiewszystkie dziewczyny są takie ładne, ale myślał o tej jednej,która 
miała myszkę na policzku. 
 

 

Powietrze byłolŜejsze niŜ jeszcze dzień, dwa temu. 

Maj rozpychał się naPlantach, natrawnikach przed Wawelem, na 
 

55. 

background image

 
postoju doroŜek wróble skakały pod brzuchami doroŜkarskich koni, grzebiąc w końskim 
łajnie i ćwierkaniem ogłaszając nadchodzącą wiosnę. 
 

Nika przystanęła na placu Marii Magdaleny, zuśmiechem przyglądając się gołębiom 

na murze białego kościoła Świętego Piotra i Pawła przy Grodzkiej. 
Przestępując z nogina nogę, ze swej wysokości patrzyły na 
szaroburychprzechodniów,płynących ulicą jeden za drugim niczymmrówki. 
Wszyscy parlido przodu, jakbycoś chcieli dogonić lub przed czymś uciec. 
Nieśli paczki, plecaki,tobołyi sprawialiwraŜenieuczestników wielkiej przeprowadzki,którzy 
niosą ze sobą wszystko, co posiadają. 
Wiosnaichomijała, nie dotyczyła ich. 
Sunęli przed siebie, zderzającsię na chodniku, zapatrzeni wswoje buty, a równocześniegotowi 
nieustąpić nikomu z drogi, jak ludzie, którzy ocaliwszy z wojny Ŝycie, nie mają zamiaru 
poddać się teraz niczemu i nikomu. 
 

To stało się nagle. 

Była juŜ przy Rynku. 
Ulicą Grodzkąnadjechała otwarta cięŜarówka Zisz portretemStalinanadszoferką, a siedzący na 
pace Ŝołnierze radzieccy pruli powietrze seriami z pepeszy. 
 

I nagle tłum zamarł na chwilę, po czym rozproszył sięw popłochu. 

Gołębie spod jej nóg zerwały sięz łopotemskrzydeł, rozległy się krzyki i ludzie wokół 
rozbieglisię, jakbyszukając jakiegoś schronienia. 
Ale dlaczegoniektórzyrzucająsię sobie w ramiona? 
Czyto gest rozpaczy czy radości? 
I skąd te dźwięki dzwonów? 
 

56 

 

Dobiegła do kościoła Mariackiego, rozglądając się nawszystkie strony. 

Z ulicyFloriańskiejw wielkim pędziewjechał na Rynek łazik z Ŝołnierzami radzieckimi. 
Ujrzałauniesione w górę pepesze. 
Widziała, jak nabruk sypią siękarabinowe łuski, złote niczym ziarna łuskanej kukurydzy. 
Chciała usłyszeć, co krzyczą ludzie, ale w tym tumulciesłowa były jak niesione wiatrem 
strzępki papieru. 
Obokniej milicjant zerwał zramieniakarabin i zaczął strzelaćponad Sukiennice,repetując broń 
raz za razem. 
Ludziezbijali się w grupki, machali rękoma, a ona stała pośrodkuRynku, czując cięŜar teczkiz 
podręcznikami z pierwszejklasy licealnej. 
 

I wtedy odezwały siędzwony zwieŜy kościoła Mariackiego. 

Najpierw jęknęły nieśmiało, półgłośnie, ale po chwilinabrały głębokości i ichdźwięk 
potoczyłsię po Rynku, wlałsię we wszystkie ulice. 
 

Te dzwony, które usiłowały zagłuszyć tumult ludzkichgłosów, oszalałą strzelaninę i 

łopot skrzydeł spłoszonychgołębi -to wszystko, co działo się wokół niej, było symfonią końca 
wojny. 
Dopadł doniej jakiś chłopak i zacząłokręcać ją w szaleńczym tańcu. 
Czuła na swoich ramionach jego silne ręce, wszystko wirowało wokół,aŜ jej sięzakręciło w 
głowie i wypuściła swoją teczkę. 
Osunęła sięna kolana, by po nią sięgnąć, ale chłopak był szybszy, juŜją trzymał w rękui kiedy 
ichtwarze znalazły się blisko siebie,przyciągnąłją i pocałował prosto w usta. 
Nika odepchnęła go, chciaławyszarpnąć swoją teczkę, wykrzyczeć 
 

57. 

background image

 
mu prosto w twarz, Ŝe to chamstwo, na co on sobie pozwala, tak nie wolno, ale nie zdąŜyła, 
bo chłopak uśmiechnął się do niej trochę łobuzersko, a trochę teŜ jakby bezradnie. 
 

- Koniec wojny! 

- kiedyJur to mówi, jest naprawdęwzruszony. 
-Dziś wszyscysą razem i wszystko wolno! 
 

I nagle zobaczyła błysk w jego oku, wyciągnął palecw jej stronę i powiedział,jakby w 

tej chwili odkrył swojeprzeznaczenie: 
 

-Tak! 

To pani! 
Japanią widziałem w teatrze. 
- Wycelował palecw myszkę na lewympoliczku Niki i przekrzykując basowy dźwięk 
dzwonów, wyjawiłjej, ŜeCygankamu kiedyś wywróŜyła, Ŝeby jak królPopiel wystrzegał 
sięmyszy. 
 

Błysnął zębami w uśmiechu,chciał coś jeszcze powiedzieć, ale w tej chwili na dźwięk 

dzwonów nałoŜyło sięklaskanie kopyt. 
Prostona nichpędziła doroŜka, aw niejdwaj pijani Ŝołnierze radzieccy. 
Unieśli w górę pepeszei puścili serie. 
Nika skurczyłasię odruchowo, a wtedy Jurpopatrzył na nią ipowiedział z zabawną wyŜszością 
męŜczyznypartyzanta: 
 

- Widzę, Ŝe panienka nieostrzelana. 

Najgorzej to baćsięswojego strachu! 
 

Nika wyrwała mu teczkę z ręki i ruszyła biegiem w stronę Szpitalnej. 

Dźwięk dzwonówprzytłaczał jąaŜdo ziemi. 
 

58 

 

Pędzelek cienki jak igła zanurzyłsię w buteleczcez tuszem. 

Anna przyłoŜyłado oka szkło powiększające i pochyliła się nadstarą fotografią. 
Siedziała zgarbiona nad sekretarzykiem, naktórym leŜał papier pakunkowy, ochraniający 
fornir blatu,a na nim stara, zbrązowiała juŜ fotografia. 
Rozmyty profilmęŜczyznyz brodą usztywnioną haftkami munduru wszklepowiększającym 
najpierw rozpłynął sięw mgłę, a dopiero gdyAnna pochyliła się jeszcze niŜej, wyostrzył się 
tak, Ŝe moŜnabyło na naramiennikach munduru dostrzec trzy gwiazdki. 
Igłapędzelka najpierw zawisła nad okiem kapitana. 
Wystarczyłytrzy niezauwaŜalnewręcz ruchy, by lewe oko nabrało wyrazu. 
Anna znowu umaczała pędzelek w tuszu i zajęłasię brwią,a potemdrugim okiem. 
Kapitan patrzył teraz na nią jak nakogoś znajomego. 
W tym kontakciez nieznanymi wcześniej twarzami, które wtrakcie retuszowania stawały się 
rozpoznawalne, było dla Anny cośintymnego. 
To jakby zawierać bliskąznajomość z kimś, o kimmało wiemy. 
Bokiedy pan Filler,właściciel zakładu fotograficznego, dawał jej fotografiedowyretuszowania, 
nie zawsze przekazywał jakieś informacjeo osobach, które na nichbyły. 
Więc Anna nazywała je sobiew myślach:"Pan kapitan, co lubił tłusto jeść" albo 
"Porucznikkawaler z głodnymi oczami". 
 

Ile juŜ takich znajomości zawarła, przyglądając siętymzdjęciom przez szkło 

powiększające! 
Nierazpoznawała ich 
 

59. 

background image

 
losy bliŜej, gdy oddająca do retuszu fotografię kobieta gotowa była opowiedzieć całą historię 
Ŝ

ycia i miłości, która jąpołączyła z tą postacią w mundurze. 

Bo przewaŜnie były tozdjęcia wojskowych. 
 

Kiedy podkreślała pędzelkiem haft na kołnierzu kapitana, dobiegł jązza okna dźwięk 

dzwonów. 
Czy biją na alarm,czy na czyjąś chwałę? 
Anna odłoŜyła ostroŜnie pędzelek,Ŝeby nie poplamić politury sekretarzyka, i otworzyła okno. 
Do zagraconegomeblami salonu razem z tętnem dzwonówwdarło się ciepłe majowe 
powietrze. 
Anna oparła się o parapet, zmruŜyłapowiekii pozwoliła, Ŝeby lekki podmuchprzeczesał jej 
długie kasztanowe włosy. 
 

Kiedyrozległy się strzały, w drzwiach salonustanęłaBusia jakzwyklew czarnej sukni. 

 

- Coś się dzieje? 

- zapytała, zbliŜając siędookna. 
Stałyteraz obok siebie, wsłuchując się w dochodzący z daleka tumult. 
Za plecamiusłyszały trzask otwierającychsię drzwi. 
Stanęła w nich tęga Ŝona kolejarza, zachybotała się jak ktośstojący na wąskiej kładce, po 
czym z jej oczu trysnęły łzy. 
 

- JezusMaria! 

Ludzie! 
- krzyknęła Stawowiakowa,dopadła do Busi i zamknęła jąw swoich ramionach. 
-Paniprofesorowo! 
Koniec wojny! 
 

W ślad za Ŝoną wsunął się do salonu w kolejarskimmundurze Stawowiak i pokonując 

tym razemswojązwykłąnieśmiałość, chwycił ręce Annyi zaczął je całować. 
W tejchwili Busia pod wpływem emocjiosunęła się na fotel, biała jak pergamin. 
Anna rzuciła się po kropelki i kiedy odlicza60 
 

la nałyŜkę stołową trzydzieści kropelod doktora KrzyŜanowskiego,w drzwiach stanęła 

Nika. 
 

- Wyjdźciez domu! 

Koniec wojny! 
I wtedyBusia oŜyła. 
Przełknęła krople i wstała z fotela, jakby poczuła nagły przypływ sił. 
 

- Chodźmy do kościoła podziękować Bogu! 

WreszcieAndrzej wróci - powiedziała. 
- Teraz wszyscysię odnajdą. 
 

Nika popatrzyła na matkę, jakby oczekiwała,Ŝe jakośwyhamuje bezpodstawne iluzje 

babci. 
 

- Nie powiesz jej wreszcie prawdy? 

- zapytała półgłosem. 
 

Anna odwróciła się, wbiła wzrok w Nike. 

Przez chwilępatrzyły sobie w oczy. 
 

- A tyznasz prawdę? 

 

-Boję się jej. 

 

- Ja teŜ. 

 

Dopiero teraz się objęły. 

 

 

MŜyło, kiedy wojskowy łazikGaz-67 zatrzymał się na ulicyBrackiej. 

Obok kierowcy siedział porucznik, z tyłu dwóchpułkowników. 

background image

Jeden z nich wysiadł spod brezentowej budyłazika z papierosem ukrytym wdłoni, a kiedy 
porucznik podał mu pelerynę, odsunął ją stanowczym gestem. 
 

61. 

background image

 
- Zaczekajcie. 
 

Siedzący z tyłu pułkownik w czapce z granatowym otokiem i okutym daszkiem 

gestem wskazał na zegarek: juŜ sąspóźnieni. 
Jarosław skinął głową naznak, Ŝe panuje nad sytuacją. 
 

- Zaraz wracam. 

- Popatrzył na numer domu, obciągnął kurtkęgrubego polowego munduru, poprawił czapkęi 
stukając obcasamikierzowych butów, ruszył ku bramie. 
Tuzaciągnąłsięgłęboko papierosem, wypuścił dym nosemi wcisnął niedopałek butem w 
błocko. 
Sposób palenia papierosa sprawiałwraŜenie,jakby kaŜdyhaust dymu miał muratowaćŜycie. 
 

Spieszył się. 

Pokonywał po dwa schodkinaraz, co nieprzeszkadzało mu zlustrować uwaŜnym spojrzeniem 
ś

cianklatki schodowej z widocznymi płatamiodpadającego tynku. 

Przed drzwiami z mosięŜną tabliczką PROF. 
JAN FILIPIŃSKIobciągnął kurtkę, poprawił koalicyjkę, nacisnął dzwoneki czekał z 
wyraźnym napięciem. 
Usłyszał szuranie kapci,w drzwiach pojawiła się tęgakobieta oczerwonych policzkach. 
Patrzyłazaskoczona na pułkownika, który rzucił spojrzenie wgłąb korytarza i zauwaŜył na 
białych drzwiachprzyklejony pasek z dwoma czerwonymi stemplami. 
 

- Czy to mieszkanieprofesora Filipińskiego? 

 

-Tak. 

- Kobieta patrzyła niepewnie na gościa. 
-Aleprofesor zginął w Sachsenhausen. 
 

- A z kim ja mówię? 

 

-Stawowiak Teresa. 

My tu z nakazu. 
 

62 

 

- A rodzina profesora? 

 

Wtej chwiliw głębi mieszkania pojawiła się Busiaw długiej,czarnej sukni. 

Przez mgłę zaćmy patrzyła namęŜczyznęw drzwiach. 
ZbliŜając się rozpoznała mundur i uniosła w górę ramiona. 
 

- Jędruś! 

- ten okrzyk wydarł się nie z gardła, a gdzieśz samych trzewi. 
-Wróciłeś! 
Wiedziałam! 
 

Stawowiakowa usunęłasię w głąbkorytarza i z drzwikuchniobserwowała przebieg tej 

dziwnej wizyty. 
Jarosławdelikatnie powstrzymał rozfalowanąszczęściem kobietę. 
 

- Przykro mi, ale nie jestem tym, za kogo mnie paniwzięła. 

- PrzyłoŜył palce dodaszka i przedstawiłsię: - Pułkownik JarosławSelim. 
Mam państwaadres od pana majora. 
 

- Pan od niego? 

- Jarosław czuł na sobieuwaŜne spojrzenie Stawowiakowej. 
Wziął delikatnie pod rękę kobietęw czernii podprowadził ją do drzwi salonu. 
 

- Porozmawiajmy. 

 

Stawowiakowa patrzyłana szklane drzwi do salonu,jakby chciała tym spojrzeniem 

przeniknąć do środka. 
 

Jarosław podprowadził rozdygotaną kobietę do fotela. 

Busia odruchowo dotknęła kruchą ręką rękawa munduruJarosława. 

background image

Kolor miał niby taki sam, ale pod palcami nie byłtak gładki jak ten, który nosił Andrzej. 
Był ostry jak świeŜogręplowana owcza wełna. 
Jarosław rozejrzał się po saloniei to jedno spojrzenie wystarczyło mu, Ŝeby się zorientować,Ŝe 
mieszkańcy tego domuŜyją jakw czasie niekończącej sięprzeprowadzki. 
 

63. 

background image

 
- A pani majorowa? 
- Mówiłz lekko lwowskim akcentem. 
-Córka? 
ś

yją? 

 

Busia skinęła głową. 

Coś wciąŜ ściskało ją za gardło,nie pozwalało mówić. 
Sięgnęła znowu ręką, chwyciła guziku rękawa munduru pułkownika i wbiła spojrzenie w 
jegooczy, widoczne pod daszkiem polowej czapki. 
Jarosławniezdjął czapki, moŜeprzez zapomnienie, a moŜe by sprawiaćwraŜenie człowieka, 
który zrobił tylko krótką przerwę w podróŜy. 
I rzeczywiście wtej chwili dał sięsłyszeć skrzekliwyklakson. 
Jarosław podszedł do okna,odsunął firankęi popatrzył w dół, na brezentowy dach łazika. 
Klakson odezwał sięjeszcze raz, spod namokniętego brezentu wyjrzał porucznik,potoczył 
wzrokiem po oknachkamienicy. 
 

Jarosławruszył ku drzwiom. 

Busia z trudem podniosłasię z fotela, wyciągnęła ręce, jakby za wszelką cenę 
chciałazatrzymać gościa, ale ten stał juŜ w oszklonych drzwiachsalonu. 
 

- Proszępowtórzyć pani majorowej, Ŝe widziałem sięz jejmęŜem. 

 

-Więc on Ŝyje! 

- BusiaodruchowozłoŜyła ręce jakdomodlitwy, ajej twarz ogarnęłajakaś niezwykła jasność. 
 

- Tego nie powiedziałem - zastrzegł się Jarosław i dodał, jakby chciał się 

usprawiedliwić z tej lakonicznej odpowiedzi:- Mam rozkaz wyjazdu do Berlina. 
Zameldujęsięu pani majorowej za kilka dni. 
 

Zasalutował i ruszył ku drzwiom wyjściowym. 

Busiapodreptała za nim, szurając kapciami. 
Chciała go zatrzy64 
 

mać, wypytać, lecz on, zamykając drzwi za sobą, wsunąłjeszcze głowę i powiedział 

coś, co miało być zapowiedzią, Ŝeta wizyta nie była ostatnia: 
 

- Mam coś do przekazania od panamajora. 

 

-NiechŜe panto powie! 

Teraz! 
Zaraz! 
 

- To jest pewna rzecz. 

Alenie mam jejprzy sobie. 
 

10 

 

- Tak powiedział? 

 

Anna właśnie chciała przed lustrem zdjąć z głowy bordowy toczek z woalką, ale 

relacjaBusi z wizytyjakiegoś pułkownika zatrzymała ją w pół gestu. 
Od dwóch lat nosiłatęwoalkę, jakby chciała się odciąć od obcych spojrzeń, zostawić 
swojątwarz wyłącznie dla siebie, i teraz właśnie patrzyła na Busię przez szarą mgiełkę. 
Busia była jakaś inna niŜjeszcze dziś rano, kiedy skarŜyła się na serce. 
Stałaterazpośrodku zagraconego salonuw plecionym ze słomkiczarnymkapeluszu i naciągała 
na ręce czarne jedwabne rękawiczki. 
Była skupiona jak po przyjęciu komunii. 
W ręku ściskałamodlitewnik. 
Spieszyła się, by w kościele podziękować Bogu zaznak od syna. 
Ale Anna chciała wiedzieć coś więcej. 
Chwyciła teściowąza ręce izmusiła, by spojrzała przezsiatkę woalki prosto wjej oczy. 
 

- Kim onbył? 

background image

 

65. 

background image

 
- Pułkownik. 
Pełny pułkownik. 
PrzecieŜ się znam: 
 

miał trzygwiazdki i dwa paski. 

 

- Z jakiego pułku? 

Z jakiego wojska? 
 

- Teraźniejszy. 

 

-Niech mama jeszczemówipo kolei: co powiedział? 

 

- Mówiłam, Anusiu: powiedział, Ŝe widział się z Andrzejem. 

.. 
 

- Kiedy? 

Gdzie? 
 

Busia pokręciła głową bezradnie: nie, tego nie powiedział, nie zdąŜył, bardzo się 

spieszył, miał rozkaz wyjazdudo Berlina, ale jak wróci, to zaraz się tu zjawi, przecieŜ 
powiedział, Ŝe ma coś do przekazania od Jędrusia, jakąś rzecz. 
 

- To dlaczego nie zostawił? 

 

-Niemiał jej przysobie. 

To był znak, Ŝe on Ŝyje. 
-Spojrzała spodronda czarnego kapelusza na Annę. 
- MoŜei typójdziesz z tej okazji do kościoła? 
 

Był w tym zawarty wyrzut, Ŝe Annadotąd nie szukaładostateczniegorliwiedrogi do 

Pana Boga, ale zarazem inadzieja, Ŝe znak, który dzisiaj otrzymały,zmieni jej postawę. 
Anna opuściła woalkę i ujęłaBusię pod ramię. 
I tak miałaiść dzisiaj do kościoła Świętego Marka. 
Siostra Anastazjaz liceumWeroniki obiecała,Ŝe umówi jej spotkanie z księdzem kanonikiem 
Jasińskim. 
Tylko on mógł coś wiedzieć natemat dokumentówdotyczących Katynia,jakie 
swegoczasumiały dotrzeć do Krakowa. 
Ksiądz Jasiński miał się zniąspotkać zaraz po naboŜeństwie majowym. 
Nie mówiła o tymnawet Busi, bo o tymnie naleŜało głośno mówić. 
 

66 

 

11 

 

W półmroku kościoła Busia tkwiła w pierwszej ławce obokAnny, która nawet tu nie 

odsłoniła twarzy, patrząc przezmgłęwoalkina wznoszące się ku niebu ołtarza anioły. 
Rozglądała się za siostrą Anastazją, która miała doprowadzić dospotkania zksiędzem 
Jasińskim. 
Ale nie było jej w kościele. 
MoŜeczekała gdzieś na zewnątrz? 
 

Padające przez róŜnokolorowe witraŜe światło majowego słońca kładło się na 

twarzachwiernych, na szarym kostiumie Anny. 
Patrzyła na ołtarz, ale uśmiechy świętych wydały jejsię obłudne, jakbyte postacie, te 
wszystkie rzeźbyo wzniosłych gestachpatrzyły zgóryna rozmodlony tłumz jakąś ironią, z 
politowaniem dla jegonaiwności. 
Nie mogła usiedziećw ławce. 
WciąŜ nurtowało ją, co to za oficerodwiedził je dzisiaj. 
I czego dowie się od księdzaJasińskiego. 
Kiedy wstała,zatopiona w modlitwie Busia nawet niezwróciła na touwagi. 
 

Anna krąŜyła przed kościołem, rozglądała się, czy gdzieśniezauwaŜy siostry Anastazji 

albo choć nieznanego księdza,który miał się tuzjawić, ale nikogo nie dostrzegła. 

background image

Kiedy ludzie zaczęli opuszczać kościół,zajrzała do zakrystii. 
Ministrant właśnie pomagał proboszczowi wydostać się z komŜy. 
Na widok Anny ksiądz Twaróguśmiechnął się Ŝyczliwie. 
 

- Pani majorowa! 

- jego głos dudnił basem. 
-Więc jednak zjawiła się pani w naszej arce. 
 

67. 

background image

 
- Odprowadziłam teściową. 
- Anna rozglądała sięw nadziei, Ŝe gdzieś tam za szafami z ornatami czeka na niąksiądz 
Jasiński. 
 

- A ja myślałem, Ŝe koniec wojnypozwolił pani uwierzyć, Ŝe Bóg jest miłosierny i w 

końcu spełnia pokładanew nim nadzieje. 
 

Patrzył na wpół Ŝyczliwie,na wpół karcąco na zasłoniętąwoalką twarzAnny. 

 

- Rozczaruję księdza. 

- Anna teraz odgarnęła woalkę,Ŝeby spojrzećprosto w oczy proboszcza. 
-Nie przyszłam sięmodlić. 
Od dwóch lat pytam Boga, jak to się mogło stać, jakmogłodojść do takiej zbrodni, i spotykam 
siętylko z milczeniem. 
 

Ksiądz Twarógobejrzał sięniepewnie za siebie, gdzieministrant składał komŜę. 

Najwyraźniej nie chciał, by takieobrazoburcze wyznanie dotarło do jego uszu. 
Wyprowadził Annęz zakrystii. 
Na zewnątrzmajowesłońcerzucało cienie na stare mury kościoła ikamienic. 
Patrzyłna nią z wyrazem troski, a w jegogłosiezabrzmiał ostrzegawczy ton: 
 

- Masz Ŝaldo Boga, córko, Ŝe człowiek nie dorósł doczłowieczeństwa? 

 

-Mam Ŝal, Ŝemilczał, gdy działy się takierzeczy. 

 

- Koniec wojny to odpowiedź na nasze błagania. 

Anna pokiwała głową jak ktoś, kto nie chce przyjąćzbyt prostych odpowiedzi. 
DraŜniło ją,Ŝe ksiądz Twarógzawsze miał je gotowe, nawet na teniezadane jeszcze 
 

68 

 

pytania. 

Pamiętała, jakw rocznicę śmierci profesoraFilipińskiego przyszła zamówić mszę za jego 
duszę, a wówczasproboszcz powiedział, Ŝe śmierć moŜe być róŜna,waŜna i mniej waŜna, a 
ś

mierć profesora FilipińskiegonaleŜy do tego pierwszego przypadku, bo swoim męczeńskim 

charakterem wzbogaca godność rodziny i staje sięczęścią cierpienia całego narodu. 
Busia uwaŜała, Ŝe ksiądzTwaróg pięknie to ujął, ale Anna juŜ wtedy głośno stwierdziła, Ŝe 
wedle niej nie ma śmierci lepszych igorszychi Ŝadnejrodziny nie pocieszymyśl, Ŝe cierpienia 
kogoś bliskiego pomogą w oskarŜeniu zbrodniarzy. 
A było to na dwalata przed tym, nim dowiedziałasię o losie swojegomęŜa. 
Dlategoniechciała przyjąć tej łatwejrecepty proboszcza,który uznał koniec wojny za 
odpowiedź na błagania wiernych. 
 

- A kiedy dostanęodpowiedź, dlaczego w ogóle doszłodo tej hekatomby? 

- Patrzyła przez siateczkęwoalki nazdrowe rumieńce proboszcza. 
-Dlaczego ludzkość okazałasię tak nieludzka? 
 

- Ludzkośćnie powinna Jemu stawiaćtakich pytań,tylko sama ma odpowiedziećna Jego 

pytania. 
 

Anna poczuła się zniechęcona tą słowną szermierką,z której proboszcz zawszechciał 

wyjść z ciosem. 
Rozejrzałasię naokoło w nadziei, Ŝe zobaczy nieznajomego księdza,który dzisiaj miał się tu z 
nią spotkać. 
 

- Czy ksiądz nie widziałtu księdza Jasińskiego? 

Siostra Anastazja umówiłago ze mną. 
 

69. 

background image

 
- Siostra Anastazja? 
- proboszcz był wyraźnie zaskoczony. 
 

- Bo moja córka chodzi doliceum u sióstr. 

Onaprzekazała,Ŝe ksiądz Jasińskibędzie tu dzisiaj po naboŜeństwiemajowym. 
 

- Tutaj? 

- ksiądz Twaróg był wyraźnie zaskoczony informacją Anny. 
 

- Podobnomieszkaniedaleko stąd. 

On mógłby mi cośpowiedzieć na temat tych skrzyń z dokumentami, które były gdzieś w kurii. 
 

Ksiądz Twarógrozejrzał się wokoło, po czym pochyliłsię ku Anniei zniŜył swój bas 

doszeptu: 
 

- Ksiądz kanonik Jasiński jest w Wieliczce. 

 

-Co tam robi? 

 

- Pytanie raczej, co z nim tamrobią. 

Wzięli go na przesłuchanie - wyszeptał. 
 

- Teraz? 

 

-Raczej. 

dopiero teraz. 
- Proboszcz ujął Annę podłokieć i wprowadził do zakrystii. 
-Nie słyszała pani, Ŝe doktora Robią i innych członków tamtej komisji NKWD szukało juŜ w 
marcu? 
 

- Aresztowani? 

 

Ksiądz skinął głową,pochylił się prawiedo uchaAnny,tak Ŝe poczuła ciepło jego 

oddechu. 
 

- A reszta gdzieś się ukrywa. 

 

Odwrócił się do szafki i schowałw niej kielich i patenę. 

Chciał najwyraźniej dać do zrozumienia, Ŝe niemaw tej 
 

70 

 

sprawie nic więcej do dodania. 

Usłyszał za plecami ściszony do szeptugłos Anny: 
 

- Podobnow kurii są ukryte jakieś materiałyz tej komisji. 

Co się z nimi stało? 
 

Proboszczodwrócił się, rozłoŜył szeroko ręcei zamknął tę rozmowę pełnym basem: 

 

- Ja nic nie wiem, pani majorowe. 

Wszystko w rękuBoga. 
 

12 

 

Ostry jakigła pędzelek wisiał nad wyblakłą fotografią: twarzmłodego porucznika z 

wąsikiemobok pełnej szczęścia twarzy pulchnej blondynki. 
 

KiedyAnna przyłoŜyła do oka szkłopowiększające,oczy blondynki stałysię 

wyraźniejsze i moŜna było w nichujrzeć jeszczewięcej słońca. 
Anna delikatnie, ostroŜniepoprawiła tuszem zarys wąsika. 
 

- Pani nie uwierzy, ale oświadczył mi się wcyrkuwczasie przerwy. 

I dlategoodkąd jestem wdową, jak tylkocyrk przyjeŜdŜa na Błonia, to ja idę razem zsynem. 
 

Tawdowa nie moŜe przestać mówić. 

Cały czas tkwiobok Anny w firmiepana Fillera, jakby chciała kontrolować,czy ten retusz, 
który zamówiła, nie zniekształci Ŝadnego fragmentu starej fotografii. 
W gruncierzeczy nie o fotografię jej 
 

71. 

background image

 
chodzi, a o to, Ŝeby być wysłuchaną, bo przecieŜ wszyscy wiedzą, Ŝe pani Anna Filipińska teŜ 
właściwie jest wdową, choćdo tej pory przez te błędy, co były na liście, to tak do końca niema 
pewności. 
Wdowa,której porucznik oświadczył się w czasie przerwy w cyrku,wiena pewno, Ŝe jej mąŜ 
nie wróci. 
 

- Zginął pod Brześciem,jak ich otoczyli bolszewicy. 

 

-Przygląda się, jak pędzelek Anny podkreśla brwi porucznika, przytulonego 

policzkiem dojej policzka. 
- To jedyna fotografia, która ocalała. 
Jak przyszli bolszewicy, to szwagierspaliłmundur męŜa i wszystkie zdjęcia w mundurze, 
taksiębał wywózki. 
- Wdowa kiwasię na krzesełku obok stolikaAnny jak ktoś,kto poddaje się rytmowi jadącego 
pociągu. 
 

- A i tak nic nie pomogło. 

Rodziny oficerskie wywozili zeLwowa w pierwszej kolejności. 
 

- Ja z córką ukryłyśmy się na wsi pod Przemyślemi tam doczekałyśmy się wkroczenia 

Niemców - powiedziałaAnna. 
 

-Pięć tygodni wieźli nas do Kazachstanu - wdowaciągnie swoją opowieść i w ten 

sposób ich losy jakby się uzupełniają. 
- Przeszłam tam piekło,alecały czas myślałam, Ŝeon jest w niewoli. 
 

- Ostatni list przyszedł w grudniu trzydziestego dziewiątego. 

- Anna przejechała pędzelkiem po brwi porucznika. 
-Kiedyszedł na wojnę, bałam się,Ŝe zginie. 
Ale on niezginął. 
Zostałzamordowany. 
 

I dopiero teraz obie kobietypopatrzyły z bliska na siebie, jak ktoś, kto w obcym nagle 

rozpoznaje kogośz sąsiedz72 
 

twa. Anna, odkładając pędzelek, powiedziała bardziej do 

 

siebie niŜdo wdowy: 

 

- Czy po tym, co oni tam zrobili, moŜna dalej Ŝyć normalnie? 

 

-śyć moŜna - wdowa patrzyła na ocaloną fotografięmęŜa - ale zapomnieć nie sposób. 

 

Przyszła do zakładu HubertaFillera na ulicę Grodzką, botam moŜna byłoprzywrócić 

przeszłość teraźniejszości, poprawić nieostrezdjęcie tak, by moŜnaje umieścićw ramkach pod 
szkłem. 
Na wystawie zakładu fotograficznego Fillera wisiałyzdjęcia młodych par, stykających 
sięczołami jak na kartkach pocztowych. 
Były panny młodew welonie i byli panowie w ślubnych garniturach, byłygwiazdy 
krakowskich teatrów, portrety profesorów, ale niebyło fotografii podobnych do tych, które 
przyszło Annie retuszować. 
Wrazz końcem wojny pojawiłosię pełno ludzi,którzy chcieli ocalićobraz umarłych czy 
zamordowanychdla rodzinnych archiwów. 
Anna miała sprawić, by nadawały się do zrobienia reprodukcji. 
Nieraz siedziała całydzień w zakładzie, a pan Filler co chwila podsuwał jej kolejne odbitki do 
retuszowania. 
Była mu wdzięczna, Ŝe jakoznajomy profesora Filipińskiego sam zaproponował jej tozajęcie. 
 

Hubert Filler zawsze witał ją w swym zakładzie głębokim ukłonem i pocałunkiem 

wrękę. 
Nie krył tego, ŜeuwaŜa się za człowieka z towarzystwa. 
Człowiek, któryprzed swoimobiektywem miałnajwiększe postacie tego 

background image

 

73. 

background image

 
miasta, który przy kaŜdej premierze utrwalał portretywielkich gwiazd w scenicznych 
kostiumach i mógł profesorom wydawać polecenia, by przestali się marszczyći patrzyli w 
obiektyw, nie musiał się tłumaczyć z tego, ŜeW czasie okupacji robił portrety oficerów 
Wehrmachtu, boprzecieŜ kaŜdy w tak zwanym towarzystwie dobrze wiedział, Ŝe robił takŜe 
odbitki fotografii do fałszywych kenkart i fotokopie róŜnych niemieckich dokumentów. 
Alewolał oczywiście robić zdjęcia artystyczne. 
Sam uwaŜałsię za artystę i starałsię nosić tak, by nikt nie miał wątpliwości, Ŝe wchodząc 
dojego zakładu, znajduje sięw przedsionku sztuki. 
Długie siwe włosy opadały mu na aksamitny kołnierzmarynarki, muszka pod szyjąbyła 
sygnałem,Ŝe tusię szanuje tradycję i dobre wychowanie. 
Jego przesadna gestykulacja przypominała nieco gesty prestidigitatora na scenie, szczególnie 
kiedy przy swoim aparacieodmierzał sekundy, kaŜącklientowi patrzeć w obiektyw: 
stodwadzieścia jeden,sto dwadzieścia dwa, sto dwadzieściatrzy. 
 

W tejchwili do zakładu wkroczył radzieckiŜołnierzz pepeszą, ciągnąc zarękę 

opierającą się ze śmiechemdziewczynę o czerwonych policzkach. 
 

Filler zamarł na chwilę, po czym zerknął w stronę siedzącejprzy oknie Anny, 

pochylonej właśnie nad zdjęciamiwdowy. 
Jego spojrzenie, lekki grymas, bezradnie rozłoŜoneręce wyraŜały dystans artysty do zadań, 
jakie mu dyktowałarzeczywistość. 
 

74 

 

13 

 

- Proszę tego niedotykać! 

 

Busia stała tyłem do sekretarzyka, zasłaniając ciałemdostęp dwómmęŜczyznom. 

Popatrzylipo sobie i obaj postąpili krok do przodu. 
Busia wyciągnęła przed siebie ręce. 
Gdyby zrobili jeszcze krok do przodu, natrafiliby na opór. 
Znowupopatrzyli na siebie,jeden pokręcił palcem kołoskroni,wyraźnie sugerując, Ŝe mają 
przed sobą jakąś pomyloną. 
PrzecieŜ pan Hincwyraźnie powiedział, Ŝe wszystkozapłacone, Ŝe mają zabrać ten sekretarzyk 
i wieźć do jegowarsztatu. 
 

- Nie ruszycie tego, póki nie wyjmę czegoś z tej szuflady! 

 

-A cotam takiego jest? 

-spytałnieco zaintrygowanytragarz. 
 

- List! 

 

Tragarze znowu spojrzeli po sobie i ten, który pokazywał na czoło, zaproponował, 

Ŝ

eby sobieszanownapani zabrała ten jakiś list. 

 

- Nie mam kluczyka do szuflady! 

 

Po tej deklaracji jeden z męŜczyzn sięgnął po ozdobnynoŜyk do owoców, leŜący na 

stoliku nocnym, i spróbowałpodwaŜyćzamek. 
Busiachwyciła goza rękę i zaczęłaodciągaćod sekretarzyka. 
I wtedy rozległ się głos Niki: 
 

- Co tu się dzieje? 

 

75. 

background image

 
Nika z teczką w ręku stała w drzwiach salonu, gotowado wyjścia. 
Na jej widokBusia odepchnęła z jakąśniezwykłą siłą krępego tragarza i zasłaniając ciałem 
sekretarzyk,krzyknęła: 
 

- Biegnij do Fillera! 

Niech Anna tu przyjdzie! 
Natychmiast! 
 

W jej głosie było tyle determinacji, Ŝe Nika nie pytałao nic więcej. 

Odwróciła się napięcie i wybiegła. 
 

14 

 

Anna odłoŜyła pędzelek nastolik obokszkła powiększającego. 

Usłyszała rzuconą półgłosem uwagę wdowy: 
 

- Kto zwycięŜa, ten jest panem. 

 

Obie patrzyły terazw głąb zakładu fotograficznego. 

Natle wymalowanej zastawki, przedstawiającej jezioro z łabędziami, stała marmurowa 
kolumna. 
To przy niej pan Fillerupozował radzieckiegoŜołnierzyka w furaŜerce i rumianolicą 
dziewczynę. 
Przedtem Ŝołnierz odłoŜył pepeszę na stary, wolterowskifotel, na którym zwykle pan Filler 
fotografował ojców krakowskich rodów. 
Zanim dał nura pod czarnąpłachtę przy aparacie, długo ustawiał pozujących, by 
potemzacząćodliczać sekundy 
 

Anna chciała wrócićdo retuszowania fotografii, alespostrzegła, Ŝe na jej stolik padł 

jakiś cień. 
 

76 

 

Za oknem stał jasnowłosy chłopak wwiatrówce i lustrował wzrokiem wywieszone 

tamfotografie. 
Wreszcie sięzdecydował. 
Wszedł do środka, rozejrzał sięnaokoło. 
Miałprzedsobą radzieckiego Ŝołnierza w furaŜerce, który jedną ręką obejmował dziewczynę o 
zadartym nosie, a drugąwspierał się o kolumnę. 
Na wolterowskim fotelu, naktórymzwyklepozowali dozdjęć nobliwi ojcowie rodzin, 
spoczywałapepesza. 
Jur wyjął ręce z kieszeni, ukłonił się Anniei wdowie ipoczekał, aŜ spod czarnej płachty 
wyłoni siępanFiller. 
 

- Chciałemsobiezrobić zdjęcie. 

- Jur pogładził swojezbyt długie baczki. 
-Do dokumentów. 
 

- Pan będzie łaskaw zaczekać. 

- Filler wskazał mu fotel,na którym leŜała pepesza. 
Jur zerknął na Ŝołnierza, który niezgrabnie obejmował jedną ręką biodroubranej w 
niebieskąsukienkę dziewczyny. 
Podszedł bliŜej i gdy Filler znowu zanurkował pod płachtę, podciągnął rękaw wiatrówki i na 
jegoprzegubie błysnął zegarek. 
Patrzył na Ŝołnierza. 
 

- Chceszdo fotografii poŜyczyć czasy? 

 

Zabrzmiałoto jak propozycja Ŝyczliwej przysługi, aleten błysk ironii woczachJura 

mówiłdostatecznie duŜo ojego intencji. 
Anna i wdowa wymieniły znaczące spojrzenia. 

background image

 

ś

ołnierz w furaŜerce z czerwoną gwiazdą odsłoniłrękaw bluzy ipokazałna swoim 

przegubie dwa zegarki: 
 

- U mieniaetowo mnogo. 

 

Iwtedy rozległosię parsknięcie. 

Jur odwrócił się. 
W drzwiach stała Nika, w jednej ręce trzymała teczkę, 
 

77. 

background image

 
a drugą zakrywała usta, by powstrzymać wybuch głośnegośmiechu. 
Jur stał zahipnotyzowany,wpatrzony w Nike jakktoś, kto zobaczył na Ŝywo postać ze swoich 
snów. 
Annapodniosła się zza stolika. 
 

- Co ty tu robisz? 

 

-Wpadka! 

W domu babcia broni sekretarzyka jakSowiński fortuna Woli. 
Ci handlarze chcą zrezygnować! 
Chodzi o klucz doszuflady! 
 

Jeszczechwila, a pan Hinc się wycofa i zostaną bezgrosza. 

Anna odłoŜyłapędzelek, załoŜyła toczek z woalkąi wybiegła, zostawiając Nike w 
towarzystwie tego młodegochłopaka, który chciał sobie zrobić zdjęcie. 
Filler wystudiowanym gestem wskazał miejsce przed aparatem: zaraz zapali lampy, bo 
zdjęciedo dokumentów wymaga ostrości. 
AleJurnie zwracał uwagi na fotografa. 
Stał przed Niką zpalcemwycelowanym w jej policzek, na którym widniała brązowa myszka. 
 

- Poznałbympaniąnawet na Sądzie Ostatecznym. 

- ZłoŜyłdłonie w dziękczynnym geście. 
-Kismet, czyliprzeznaczenie! 
 

- Wierzy pan w przeznaczenie? 

- Nika wydęłausta, bydać mu do zrozumienia, Ŝe niebiorą jej takie wytarte argumenty. 
 

- Skoronasze drogi znów się skrzyŜowały. 

-To przypadek. 
- Wzruszyła ramionami i juŜ chciałaruszyć ku wyjściu, kiedyJur zabiegł jej drogę. 
 

78 

 

- Przypadek jest wtedy, gdy kogut zniesie jedno jajko-w jego oczach tliły się iskierki 

radości - ale jakzniesietrzyz rzędu, toon juŜjest kurą. 
 

Był zabawny, na swój sposóbsam się bawił tą całą sytuacją, ale Nikanie podjęła gry. 

 

- Dawno mi niktnie opowiadał bajekna dobranoc. 

Wyszła z zakładu iw tym momencie panFiller skończył przygotowania, zapalił lampy i 
zaprosił klienta do roguza zasłonę. 
Jur tylko machnął ręką, krzyknął coś, Ŝe przeprasza, Ŝe wpadnie później albo jutro, i pobiegł 
za dziewczyną. 
Kiedy ją dogonił,chciałwyjąć z jej ręki teczkę: pomoŜejej nieść, zawszeto robił, jak w 
powszechniaku odprowadzał koleŜanki. 
Nika wzruszyła ramionami, wciąŜ niechętna jego asyście, ale gdy nagle podszedł do 
przechodzącegoksiędza i spytał, czy dałby im ślub, najpierw na widok pełnejoburzenia miny 
duchownego chciała uciekać gdzie pieprzrośnie, a po chwili, widząc skruszoną minę Jura, 
zakrztusiła się śmiechem. 
MoŜeto wariat,fanfaron, ale było w nimtyle jakiejś wybuchowej radości, Ŝe nagle ogarnęło ją 
pragnienie,bysię nią choćtrochęzarazić. 
 

Sama nie wiedziała, dlaczegotego dnia nie poszła doszkoły, dlaczego idzie obok tego 

chłopakaulicami, które nigdzie nie mają ich zaprowadzić. 
Szli i rozmawiali,jakby sięznali od dawna. 
Jur i w ruchach, i w słowach byłŜywiołowy, niepowstrzymany, był jak młody tygrys 
wypuszczonyz klatki, który dopiero się rozgląda po świecie bez krat, chcewszystko, 
conowe,nazwać po swojemu, wziąć naząb, 
 

79. 

background image

 
posmakować. 
Było w tym trochę junackiej fanfaronady, aleNika instynktownie poczuła, Ŝe ten chłopak o 
nieopanowanych gestach niczego nie udaje. 
Takipoprostu jest. 
 

- śycie to loteria - przekonywał ją, kiedy szli Kanoniczą. 

- Gdybym nie potrzebował zdjęcia dopapierów nastudia, tobym cię nie spotkał. 
 

- Na co pan chce zdawać? 

 

Jur zatrzymał się, zmierzył ją spojrzeniem od rozdeptanych pantofli aŜ po niesforne 

włosyw odcieniu jutowegoworka. 
 

- Ile masz lat? 

 

-Zdaję maturę. 

- Po chwili wahania Nika rzuciłaz ukosa spojrzenie i uściśliła swoją informację: -
Konkretniew przyszłym roku. 
Apangdzie chce studiować? 
 

- Byle niena Uniwersytecie Batorego. 

 

-Co tojest? 

Gdzie to jest? 
 

- Nie wiepani, co to Uniwersytet Batorego? 

UB.Wytrzymał to jejskośnie rzucone spojrzenie pełneironii, która w gruncie rzeczy miała 
maskować niepew 
 

ność. 

 

- Co panu przyszło do głowy? 

Ma się pan czego bać? 
 

- Jaki pan? 

- wyciągnął rękęi przedstawił się - Jurek. 
Jerzy Kosmala. 
Ale mówią na mnieJur. 
Taki miałem pseudonim. 
Mam dwadzieścia jeden lat, maturęnatajnych kompletach i chcę zacząć studia. 
Teraz nareszcieŜycie przednami,nie? 
- Pociągnął ją lekkoza rękaw bluzki. 
-Chodź, pokaŜęcizamek,który zamierzam zdobyć. 
 

80 

 

Zamiast iść na lekcję historii, szła obok niego, nie pytając,gdzie właściwie idą. 

I nie wiadomodlaczego znowu poczuła, Ŝe właśnieteraz, właśnie dziś idzie naspotkanie 
czegoś, co miała przeŜyć po raz pierwszy i o czym Busia nierazmówiła: - To przyjdzie, Nika, 
przyjdzie któregoś dnia, a wtedy sama poczujesz, Ŝe właśnie na to czekałaś. 
 

/5 

 

Anna, wchodząc do bramy kamienicy, zauwaŜyła dwukołowywózek z dyszlem, 

naktórym leŜało przywiązane sznurami krzesło od jej sekretarzyka. 
Widocznie Busia nie pozwoliła ruszyć mebla,póki ona nie przyniesie kluczyka. 
 

W salonie zastała Busię, opartą o blat sekretarzyka. 

Jeden tragarz siedział w fotelu z poręczami rzeźbionyminakształt lwich głów. 
Drugipobiegł przywołaćpana Hinca,który przecieŜ zapłacił z góry za tenmebel, 
astarszapaninie dajego ruszyć. 
 

- Nareszcie. 

- Na widok Anny napięcie Busi zelŜało. 
- Gdzie kluczyk? 
 

-Kluczyki dałam juŜ panu Hincowi. 

background image

 

- A list? 

Gdzie list? 
 

- Niech się mama nie boi. 

- Annaobjęła Busię i łagodnie odsunęła od sekretarzyka. 
-PrzecieŜ jago juŜdawnoschowałam gdzieindziej. 
 

81. 

background image

 
W tej chwili rozległ się rumor na korytarzu i w drzwiachsalonu stanął wzburzony Hinc z 
drugim tragarzem. 
Potoczyłwzrokiem posalonie. 
 

- Co tu się dzieje? 

Ja zapłaciłem za mebel, a pani go zakazujezabrać? 
- potrząsnął trzymanym w ręku kluczykiem,otworzył nim szufladę sekretarzyka. 
Szuflada była pusta. 
 

Kiedy juŜsekretarzyk został wyniesiony, Anna zdjęłatoczek z woalką i spojrzała z 

wyrzutem na pokrytą nerwowymi rumieńcami twarz Busi. 
 

- Mama myślała, Ŝe zapomniałam? 

Jak za bolszewików uciekałyśmy z Niką z Pikulic do Franciszki na wieś, tonie wzięłam nawet 
swojej matury, aleten ostatnilist Andrzeja miałam przy sobie, o tu - dotknęła piersi - w 
woreczku na szyi. 
 

Otworzyła drzwi szafy, pogrzebaław głębina półcez bielizną i wydobyła drewniane 

pudełko, rzeźbionew huculskie wzory. 
Kupili je w Worochciew czasie ostatnich wspólnych wakacji. 
Opróczkoperty z jedynym listem Andrzejaz Kozielska były tamjego odznaczenia bojowe i 
słuŜbowe: 
 

Virtuti Militari, KrzyŜ Walecznych i Złoty KrzyŜ Zasługi. 

Busia pokiwała głową, westchnęła ipatrząc na pusty kąt,z któregowyniesiono mebel, 
powiedziała: 
 

- śalmi tego sekretarzyka. 

 

-A czymbyśmyzapłaciły za węgiel,za szkołęNiki, zaświatło? 

 

Rozległo się ostre pukanie do drzwi. 

Anna odruchowowrzuciła kopertę do pudełka i ukryła je w głębinach szafy. 
 

82 

 

W drzwiach ukazała się Stawowiakowa w fartuchu. 

 

-Pani zabiera swoje garnki z blachy! 

- zwróciła się doBusi. 
-My teŜ chyba jesteśmy w prawie zjeść coś gorącego. 
Kolejarznie jest teraz gorszy odprofesora! 
 

Kiedy Anna zamykała juŜ szafę, jej wzrok natrafił narękaw munduru Andrzeja. 

Przez chwilę go gładziła, alekiedy poczuła w nozdrzach zbyt ostry zapach naftaliny, 
wyjęławieszak z mundurem. 
Podeszła z nim do okna, uchyliła obaskrzydła, aŜ buchnęła na nią fala majowego powietrza. 
Stanęła nakrześlez wieszakiem w ręku, by sięgnąćku górnejramie okiennego krzyŜa. 
OstroŜnie go tam zaczepiła. 
Zeszłaz krzesła i popatrzyła w górę, tamgdzie w lekkim podmuchu powietrza kołysała się 
kurtka z dystynkcjami majora. 
Słońce zaiskrzyło w gwiazdkach naramienników. 
 

Anna stała i patrzyła, jak tenmundur kołysze sięw wiosennym powietrzu, jakby 

szykował się do lotu. 
 

16 

 

Za grubymi, lanymi prętamiogrodzeniastały róŜne pomniki. 

Za ogrodzeniem był ten zamek, który Jur zamierzał zdobyć. 
Patrzył na budynekjak bokser na przeciwnika. 
 

- Dlaczego wybrałeś właśnie akademię? 

 

-Kismet, czyli przeznaczenie. 

Ojciec rzeźbił kapliczki. 

background image

- Uśmiechnął się, widząc zaskoczenie w oczach Niki. 
 

83. 

background image

 
- Wszystkie w powiecie myślenickim to jego robota. 
Ludzieśmielisię, Ŝe imnie wyciosał toporkiem. 
No i ja teŜ chciałbym rzeźbić. 
Ale w kamieniu. 
Tylkow Ŝadnym wypadkunagrobki. 
Ś

mierci to jamam dosyć. 

Chciałbym wreszcie Ŝyć. 
 

- A dotąd co robiłeś? 

 

-Naciskałem. 

- Jur zgiętym palcem wskazującym prawej ręki nacisnął nieistniejący cyngiel i równocześnie 
mrugnął porozumiewawczo. 
 

- Byłeś. 

byłeś w lesie? 
 

- Na grzybach - pokazał zęby w jakimś wilczymuśmiechu. 

- Podobno mabyć amnestia dla grzybiarzy. 
 

O nic go więcej nie pytała. 

To on sam zaczął mówić, ŜeŜycie ich rodziny to kismet, czyli przeznaczenie:trzech ich było, 
trzechbraci, wszystkich zagarnęła wojna jak potop, ale loskaŜdego inaczej się ułoŜył. 
Najstarszy Bronek trafił do Oświęcimia. 
Była obława i jego wzięli prosto z własnegowesela. 
 

- To straszne - Nika zaangaŜowałasię w tę dramatyczną relację, ale za chwilę zdziwiło 

ją, ŜeJur przedstawia jejdalszy ciąg z typowymdla siebie półuśmieszkiem,jakby 
tobyłahumoreska. 
 

-Pijany był wtrąbę, jak to pan młodynaweselu. 

Zgarnęli go latem,a wrócił w styczniu i był jeszcze bardziej pijany niŜ wtedy, jak go Niemcy 
capnęli. 
I matka ręce załamała: 
 

"Synku, bój się Boga, toś ty do tej poryjeszcze nie wytrzeźwiał? 

" - Jurzabawnienaśladowałgóralski akcent matki. 
 

-A Bronek na to: "Matulu, jak miałem wytrzeźwieć, jakmnie ruska cięŜarówka 

podwiozła! 
". 
 

84 

 

- A ten drugi? 

- Nie wiadomo dlaczego Nika chciaładowiedzieć się czegoświęcejo rodzinie Kosmalów. 
Jur zawahał się chwilę. 
Jego twarz stęŜała. 
 

- śycie to loteria. 

Tomka zgarnął Urząd Bezpieczeństwa w Myślenicach. 
Nie wiem, co z nim dalej. 
Alegrozimu. 
- Jur zawiesiłgłosna moment, którywystarczył muna wykonanie gestu naciskania spustu -
czapa. 
 

- Za co? 

 

-Został trochę dłuŜejna grzybach. 

- Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale zamilkł, bo właśnie przeszlikoło nichdwaj milicjanci. 
Jur odprowadził ich wzrokiem i dokończyłpółgłosem swoją relację o bracie: - Tomek 
wykonywał wyroki na takich, co zaczęli nasiłę wprowadzać tęwolność. 
 

Ta "wolność" zabrzmiała w jego ustach jak przekleństwo. 

background image

Cały czas patrzył w śladza milicjantami. 
 

- Nienawidzę tych wszystkich nowomundurowych - powiedział z jakąś dziecięcą 

zajadłością. 
To obudziłow niejducha protestu. 
Nieraz sprzeciwiała się róŜnym ostatecznym sądom matki, która wszystko, codziało się w 
czasiepost mortem, z górypotępiała. 
Nika przez przekorę, a moŜeprzez naturalnąpotrzebę młodości, by znaleźćw czasie 
teraźniejszym jakieś dobre strony, nieraz sprzeciwiała sięmatce, a nawet demonstracyjnie 
popierała niektóre deklaracje nowej władzy. 
I teraz teŜ chciała zaznaczyć, Ŝe ma swoje zdanie. 
 

- Ludziesą róŜni. 

Nawet ci,co włoŜylite mundury powyzwoleniu, nie muszą być zarazprosowieccy. 
 

85. 

background image

 
Jur wzruszył ramionami i spojrzał na Nike jak na jakąśnaiwną panienkę z pensji. 
 

- Zwykle kończy się tak,Ŝe co ma sięna sobie,masię i w środku. 

A swoi są groźniejsi od najeźdźców, bo oniwięcej wiedzą o rodakach. 
-Terazstracił całkiem gotowość do Ŝartów i jego słowa brzmiały jak nieodwołalnywyrok. 
- Oni widzą środek tarczy. 
Awiesz, gdzie to wypada? 
- Stanął przed Niką i wbił wzrok w jej oczy, a kiedyona zaprzeczyła gestem głowy, wskazał 
palcem środek jejczoła: - Tu! 
 

Zastygła na moment, jakby poraziłjąpocisk, wycelowany właśnie w środek czoła. 

Ten gest Jura coś jej przypomniał: zdjęcia przedziurawionychpociskiemczaszek, jakiewidziała 
dwa lata temu w gazetowych relacjach z Katynia. 
Jur zauwaŜył, Ŝe dziewczyna spowaŜniała. 
Wyciągnął rękęidotknął jejmyszki na policzku. 
 

- Po tym bym cię poznałna końcu świata. 

Nie wiedziała, jak zareagować, a on teŜ, jakby trochęzmieszany swoją deklaracją, zaczął ją 
pytaćo rodzinę. 
Niemusiała musię spowiadać z losówswojej rodziny, ale wiedziała od razu, Ŝe temu 
człowiekowi moŜe powiedziećwszystko: ojciec najprawdopodobniej został zamordowanyw 
Katyniu i od czasu odkrycia przez Niemców zbrodni katyńskiej dla matki nadszedł czas Ŝycia 
post mortem. 
Retuszowaniem zdjęć w zakładzie pana Fillera zajmuje się od uniedawna. 
W czasie wojny ratowała się róŜnymi zajęciami: 
 

robiła torty dokawiarni na Grodzkiej, potem razem ze zna86 

 

jomą zajęła się produkcją jakiegoś tajemniczego środka naporost włosów, ajakklienci 

mieli pretensje, Ŝe po tym cudownym środku to włosy wychodząjak z wyleniałego 
futra,przerzuciła sięna produkcję mydła. 
 

Szliprzez miasto, a on jej opowiadał, jak się wlesiepolowało nakońskie muchy i Ŝe 

przez to wyrobił sobie takniezwykły refleks,Ŝe moŜe schwycić gówno gołębia w locie. 
Rozbawiłją opowieściąo ciotce Michalinie, która była perukarką i garderobianąw teatrze, 
aktóra przyjmując bratanka na kwaterę, zastrzegła z góry, Ŝe moŜe takdługo u niej mieszkać, 
jak długo będzie z dalekaod polityki i od bab. 
 

- To co mi zostaje? 

- RozłoŜył ręce w geście komicznejbezradności. 
-Tylko kino. 
 

- A ja nigdy dotądnie byłam w kinie! 

 

-Najlepsze kino to Ŝycie. 

- Jur zatoczyłręką krąg,obejmujący nie tylko ulicę, nie tylko miasto, ale jakby cały świat. 
Ale ten świat w zasięgu ich wzroku, mimo południowego czerwcowego słońca,był szary, bo 
szare byłypełne zacieków staremury, szary był ten tłum, kłębiący sięprzed sklepem rzeźnika. 
Przed oczyma Niki i Jura przesunął się nagle świński łeb, zwisający bezwładnie z 
ramieniaubranego w pokrwawionyfartuch rzeźnika. 
Za nim ichdrogę przecięli dwaj następni, którzy taskali półtuszez wozu rzeźnickiego do 
sklepu. 
Tłum napierał na drzwi,nie zwaŜając na dwóch milicjantów z biało-czerwonymiopaskami. 
Przechodzili obok ludzi i Jur powiedział głośno, 
 

87. 

background image

 
patrząc prowokacyjnie w stronę milicjantów: - Teraz wreszcie mamy wolność i dobrobyt! 
 

Ludzie z kolejki popatrzyli spode łba na kogoś, ktotakgłośnodeklaruje swój zachwyt 

dla władzy, ale milicjanci wyczuli w tym jakąś prowokację. 
Czujnieobserwowali męŜczyznę w butach zcholewami i rozpiętej wiatrówce, którywskazując 
na niesioną przez rzeźnika połówkę świni,woła 
 

z wiecowym niemal entuzjazmem: 

 

-Proszę! 

Teraz kaŜdy obywatel dostanie od władzyludowej półświni! 
- Patetycznym gestemobjął zbity przydrzwiach sklepu mięsnegotłumek. 
-A niezadowolenidostaną jeszczepo ryju! 
Władza dba o to, Ŝeby słowa"powstańcie, których gnębi głód" nie stały się hymnem 
 

narodu! 

 

Jedni patrzyli z przestrachem, inni nawet się uśmiechnęli, ale te uśmiechyzaraz 

zgasły,gdymilicjanci wyciągnęliręce po dokumenty Jura i Niki. 
Jur udał, Ŝe sięga do wewnętrznej kieszeni wiatrówki, alew pewnej chwili chwycił 
 

Nikeza rękę izerwałsiędo biegu. 

 

Biegnąw dółulicą, a za nimi łomoczą buty milicjantów. 

Słychać ich okrzyki: - Stać! 
Stać! 
- Jur przyspiesza,ciągnąc za sobą dziewczynę. 
Nika niemal frunie w powietrzu. 
Nagłe szarpnięcie wrzuca ją w mijaną bramę. 
Przebiegają przezpodwórze, naktórym suszy się bielizna. 
Jurjakimś instynktem znajduje przesmyk wiodący na drugie podwórze, gdziewygrzewa się na 
słońcu czeladnik piekarskiw białym kitlu. 
Wpadają od tyłu do piekarni, przebiega88 
 

ją przezsklep i wypadają znowu na słońce. 

Iwtedy Nikapotknęła się, z teczki wysypały sięzeszyty, aona, zbierającje z chodnika,mówi 
bardziej do siebie niŜ do Jura: -Co jawłaściwie robię? 
 

- Chciałaś być w kinie - słyszy w odpowiedzi - a to lepsze niŜ takie kino! 

 

Gestem wskazywałsłup zplakatem filmu Świat sięśmieje. 

 

Wracała do domu dziwnie lekka,niczymjaskółka niesionaprądami powietrza. 

Ten dzieńteŜ naleŜał do tych rzeczy,które zdarzyły się jej po raz pierwszy. 
Chciałaby komuś opowiedzieć,jak to jest, kiedy cały dzień zamiastw szkole spędza się na 
włóczeniupo mieście, naodkrywaniu tego, ŜeczyjeśŜycie ma czasem więcej tajemnic, niŜ 
moŜna by przypuszczać. 
Zerknęła na okna mieszkania na pierwszympiętrze i nagle stanęła jak wryta. 
 

W oknie salonu zawieszony naokiennej ramie wisiałmundur. 

Poruszał się lekko, kołysany podmuchem czerwcowego wiatru. 
A w pewnej chwili odpłynął wgłąb mieszkaniai okno stało się bezniego puste. 
 

Annaprzeniosła mundur przezsalon i otworzyła drzwipotęŜnej jak czołg szafy. 

Powiesiła kurtkę i nagle przytuliłado niej policzek. 
W drzwiach stanęłaNika. 
Anna gwałtownie zamknęłaszafę, jakby miałacoś do ukrycia. 
 

89. 

background image

 
17 
 

Bujne włosy Anny spływają na ramiona, kiedy tak tkwi z pędzelkiem nad fotografią. 

Z bladą twarzą,z wydatnymi kośćmi policzkowymi, którepowodują, Ŝe jej wielkie i ciemnejak 
ś

liwki oczy wydają się lekko skośne, z kasztanowymiwłosami mieniącymi się w słońcu 

miedzianym odcieniemwygląda jak dojrzała kobieta z portretu, która nie kaŜdemuzgodzi się 
odkryć swoje tajemnice. 
IlekroćHubert Fillerproponował jej, Ŝeby zgodziła się na pozowanie doartystycznego portretu, 
zawsze spotykałsię z odmową. 
Niechciała, by ktoś starał sięwydobyć jej urodę, nie zaleŜało jejna tym, by skupiać na 
sobieczyjąś uwagę. 
Zapewne czuła,Ŝe fotograf chciał widzieć w niej nie tylko swoją pracownicę. 
Czuła to przy kaŜdym jegopocałunku w rękę,którym witał jąceremonialnie. 
Odczytywała po głębokim spojrzeniu,które Filler zawieszał na niej, gdy tylko 
podnosiłagłowęznad retuszowanych zdjęć. 
 

Tym razem stanął za nią i pochylił się tak nisko, by mócodetchnąć zapachem jej 

włosów. 
Wyprostowała się, a wówczas wypielęgnowana ręka Fillera połoŜyłaprzed niąduŜezdjęcie 
łysego męŜczyzny w binoklach. 
 

- Pani Anno, trzeba to pilnie podretuszować. 

To jestpotrzebne na nagrobek. 
 

- Kto to? 

 

-Doktor pułkownikZiegler. 

 

90 

 

Kiedy padło to nazwisko, od razu wiedziała, Ŝe chodzio lekarza wojskowego, 

umieszczonego na liście katyńskiej,którą ogłosiła w kwietniu 1943 gazeta "Goniec 
Krakowski". 
 

- To niemoŜliwe, pani Anno. 

- PołoŜył przednią kartkę, załączoną do przeznaczonejna nagrobek fotografii. 
Anna rzuciła okiem. 
Teraz nie miała wątpliwości: 
 

- AleŜtak! 

To on. 
Gustaw Ziegler,pułkownik, doktormedycyny! 
- Znowu przeniosła spojrzenie na twarz Fillera. 
- On tamzginął. 
 

-Cudów nie ma, panimajorowe. 

- Filler popatrzył naAnnę jakna dziecko, które niepotrzebnie sięupiera przyswoich fantazjach. 
-Pułkownik Zieglerumarł wponiedziałek natętniaka. 
- Dotknął delikatnie ramienia Anny. 
-Tomusi być gotowe na dziś. 
Kamieniarz czeka. 
 

- Kiedy pogrzeb? 

 

-Dziś po południu. 

 

Filler patrzył zaskoczony, jakAnna zrywa się, nie patrząc w lustro, zakłada toczekz 

woalką i wychodzi z zakłardu, jakby nie dotarła do niej jego prośba, Ŝesprawa jest pilna,bo 
kamieniarz czeka. 
 

18 

 

Nika była zaskoczona widokiem matki: skąd nagle wzięłasiępod bramą jej szkoły? 

Oczekiwała zupełniekogo innego. 

background image

 

91. 

background image

 
Anna sprawiała wraŜenie osoby, która chce dogonić uciekający tramwaj. 
W ręku trzymała złoŜoną gazetę. 
 

- Przyszłam po ciebie. 

- Anna odgarnęła woalkę, która w tym upale utrudniała jej oddychanie. 
-Zdarzyło się cośniewiarygodnego! 
Jest ktoś, kto się stamtąd uratował! 
 

Podsunęła przedoczyNiki gazetę złoŜoną na stroniewypełnionej nekrologami. 

 

- Widzisznekrolog? 

- Palcem pokazała nekrolognieodŜałowanego Gustawa Zieglera. 
-Umarł wponiedziałek. 
A był na tamtej liście! 
Więc kiedy naprawdę umarł? 
Muszęto wyjaśnić. 
Chcę, Ŝebyś przy tym była. 
Chodźzemną! 
 

- Teraz? 

Gdzie? 
- Wyraz jej twarzy iton głosu nie mógłbudzić wątpliwości, Ŝe odnosi się do tego z dystansem. 
-Chyba do wróŜki. 
 

- Na cmentarz. 

Powinnaś tam być razem ze mną. 
I wtedy właśnie skłamała. 
Wymyśliła naprędce tokłamstwo. 
Byle tylko nie stracić tego, co było najwaŜniejszą obietnicątego dnia: umówili się z Jurem na 
seansdo kina "Wolność". 
Ale nie mogła przecieŜwprostpowiedzieć Annie, Ŝe woli iść po razpierwszy w Ŝyciu do 
kina,na radzieckifilm Świat się śmieje, niŜ towarzyszyć jejw tych nieskończonych próbach 
ustalenia prawdy, któreji tak nie da się odwrócić. 
Była umówionaz Jurem. 
Właśnie na niego czekała i Ŝeby go niezawieśći sobie nie odebrać kolejnej szansyna swój 
pierwszy raz, zdobyła się nato kłamstwo. 
 

92 

 

- Nie mogę - mówiąc to, niepatrzyłaAnnie w oczy- siostra Anastazja prosiłamnie, Ŝeby 

przed końcemrokupomóc jejuporządkować bibliotekę. 
 

Anna bez słowa opuściławoalkę i ruszyła z powrotemwzdłuŜmuru, a nagrzane 

kamienie z piaskowca obejmowały ją ciepłym oddechem. 
Nika patrzyław ślad za nią. 
Właśnienadchodził Jur. 
Bała się, Ŝe rozpozna Annę, Ŝesię ukłoni,a wówczas matka sięzatrzyma, ocoś zapyta i 
wszystkosięwyda. 
Ale widziała, jak na wysokości kościoła Świętej Katarzyny minęli się,bo kaŜde z nich 
zmierzało w inną stronę. 
 

19 

 

Cmentarz Rakowickizanurzony byłw upalnympowietrzuczerwca. 

Ciepło biło od nagrzanych płyt nagrobnych, popołudniowe słońce zaplątało się w liściach 
drzew,naktórychprzysiadły zmęczone upałem ptaki. 
Z daleka, od strony kaplicy, dobiegały płaczliwe tony sygnaturki. 
 

Anna miałatwarz zasłoniętą woalką, która lekko falowała przy kaŜdym jej oddechu. 

background image

Stała z bukietem irysównaskraju grupy Ŝałobników, odprowadzającychna wiecznyspoczynek 
profesora doktora Gustawa Zieglera. 
Rozpoznaławśród nich tę wdowę, która kilka dni temu opowiadała jejw zakładzie pana Fillera 
o tym, Ŝe mąŜ oświadczył jej sięw przerwie przedstawienia cyrkowego. 
 

93. 

background image

 
Anna do końca trzymała się z boku. 
Do wdowy po Gustawie Zieglerze podchodziły z kondolencjami kolejne osoby, a kobieta 
dziękowała krótkim skinieniem głowy. 
Spodczarnejjedwabnejchustki wymykały się siwe kosmyki włosów. 
Anna ustawiła się na końcu. 
Liczyła, Ŝe usłyszy odpowiedź na to pytanie, które dręczyło ją od chwili,kiedy przeczytała 
nekrolog. 
PołoŜyłakwiaty na mogile, a kiedy stanęłaprzed wdową, ta spojrzała na nią niewidzącym 
wzrokiem. 
A mimo to Anna przytrzymała suchą jak gałązka rękę kobiety i pochyliłasię ku niej, jakby w 
obawie, Ŝe tamta moŜe niedosłyszeć. 
 

-Pani mąŜbył przecieŜ na liście ofiarkatyńskich. 

Dopiero teraz kobietaw czarnej chustce spojrzała naAnnę przytomnymi oczyma. 
Patrzyła przez dłuŜszą chwilęjak człowiek, który próbuje sobie przypomnieć,z jakiegoczasui 
miejsca pojawiłsię ten ktoś, kto chce za duŜo wiedzieć. 
Suche patyczkijej palców sięgnęły ku twarzy Anny,lekko uchyliły woalkę. 
 

- PaniteŜ straciłamęŜa? 

 

Anna skinęła głową i przytrzymującwoałkę tak, bykobietamogła sięjej przyjrzeć, 

spytała przez ściśniętegardło: 
 

- Przepraszam, alejak mąŜ mógł umrzeć teraz, skorozginął w czterdziestym roku? 

 

94 

 

20 

 

- Umarł na tętniaka? 

- Busia przechylona przez stół wpatrywała się z niedowierzaniem w twarzAnny. 
-Tak zwyczajnie? 
W domu? 
 

- Był na liście katyńskiej, a umarł w poniedziałek. 

 

-Jakim cudem? 

 

- Miałszczęście, Ŝe się urodził w Wiedniu i tam kończyłstudia medyczne. 

 

Na stole, w kręgu ciepłego światła, leŜała gazeta z nekrologiem Gustawa Zieglera. 

Nad stołempaliłasię lampaz abaŜurem. 
Przy sznurze lampy wisiał elektryczny dzwonekw kształcie małejgruszki. 
Kiedyś słuŜył do wzywaniasłuŜby,terazbył to tylko jeszcze jeden atrybut dawnych czasów, 
równie bezuŜyteczny jak suknie balowe Anny albo bibliotekaw gabinecie profesora 
Filipińskiego, do którego dostępu bronił pasek papieru z czerwonymi pieczęciami. 
 

Siedziały tak przy stole od chwili, kiedyAnna wróciłaz tą gazetąw ręku. 

Teraz Busia załoŜyła okulary, by przeczytać nekrolog kogoś, kto uznany był za martwego,a 
jednak ŜyLTak, rzeczywiście miał szczęście, Ŝeurodził się w Wiedniu,boNiemcy jesienią 
1939 roku wyreklamowali z róŜnychobozówjenieckichoficerów, którzy mogli się wykazać 
niemieckimpochodzeniem. 
I kiedy było pewne, Ŝe GustawZiegler opuściKozielsk,choremuporucznikowi kawalerii 
zostawił wówczas swójsweter z wszytym wewnątrz kawałkiem płótna,na 
 

95. 

background image

 
którym wydziergano jego nazwisko: G. 
Ziegler. 
W trakcie ekshumacji w1943 roku właśnie ten sweter uznano za dowód, Ŝesą to zwłoki 
pułkownika doktora Gustawa Zieglera. 
 

- A tymczasem on przeŜył wojnę wKrakowie. 

 

-Nowidzisz? 

- Busia rozpromieniła się, bozobaczyła w tym szansę. 
-JędruśteŜ się odnajdzie. 
 

- Mamo, cuda nie zdarzają się dwa razy. 

 

Busia przez okulary surowo spojrzała na synową. 

 

- Ty nie wierzysz? 

 

-Wierzę. 

- zawahała się. 
-Wierzę, Ŝe muszę wierzyć. 
Kiedy Nika stanęław drzwiach, od razu wiedziała, Ŝeobie czekają na nią. 
Znowu pojawiły siępewnie jakieświadomości, jakieś tropy, któreprowadzą gdzieś w 
przeszłośćdlaniej coraz bardziej odległą, jak wspomnienie pierwszychwakacji w Worochcie. 
 

- Co się stało? 

- Nika stała w półcieniu, patrząc na oblane ciepłym światłem lampy twarze Busi i Anny. 
Anna odpowiedziała pytaniem: 
 

- Gdzie byłaś? 

- Wymownym gestem wskazała staryzegar na komodzie. 
MoŜe sekundę, moŜe pół sekundy Nikazawahała się, czy ma powiedziećprawdę,czy wykpić 
siębyle wymówką, ale w końcupowiedziała, Ŝe była w kinie. 
Pierwszy raz wŜyciubyładzisiaj w kinie! 
 

- Sama? 

- w głosie Anny było więcej zaskoczenia niŜciekawości. 
 

- Z Jurem. 

- Widząc, Ŝe matka unosi brwi jak dwa znaki zapytania, dodała szybko: - To ten chłopak, 
który u Filie96 
 

rachciał poŜyczyć temu ruskiemu Ŝołnierzowi czasy. 

Opowiadałam ci, jaki jest zabawny. 
 

- A z jakiejrodziny? 

- dopytywała się Busia, bo malujący się natwarzy Niki entuzjazm wydałjej się podejrzany. 
- Skąd się wziął? 
 

-Z lasu! 

-Usiadła na krześle, terazi jej twarz objętazostała kręgiem światła lampy i nie mogła juŜ 
ukryćswoichoczu,kiedy opowiadała oJerzym Kosmali. 
- Pochodzi spodMyślenic. 
Chce studiować. 
Jestogólnie klawy. 
Ma fajne poczucie humoru i myśli tak jak my. 
Onmnie zaprosił do kina. 
Film był ruski, aletaki głupio-śmieszny. 
 

Urwała tę spowiedź, bo zauwaŜyła, Ŝe jej słowa brzmiąjak dysonans w 

powaŜnymkoncercie. 
Wiedziała, Ŝe matkaczuje się przez nią zdradzona. 
Tak, oczywiście, powinnapójść razem z nią na cmentarz, ale terazmusiała udawać, Ŝenie 
bardzo wie, o co chodzi. 

background image

Annapodsunęła jej złoŜoną gazetę. 
Palcem wskazała nekrolog. 
 

- Pokazałam ci juŜ to pod szkołą, ale ty wybrałaś cośwaŜniejszego - powiedziała z 

bólem, patrząc na Nike jak nadziecko, które mimo swoich lat wciąŜ woli bawićsię lalkami, 
niŜ uczestniczyć w Ŝyciu dorosłych. 
 

-Był na liściekatyńskiej i ocalał! 

- Busia była oŜywiona, wciąŜ przenosiławzrok z twarzy Anny na Nike. 
-Twójojciec teŜ Ŝyje! 
- Kiedy zauwaŜyła rzucone z ukosa pełnewątpliwości spojrzeniewnuczki, szybko dodała: - 
PrzecieŜwidzianogo wTadŜykistanie! 
Mówił otym ten wywiezionyzeLwowa bibliotekarz. 
 

97. 

background image

 
- I zniknął - rzuciła Nika, jakby decydując się przerwaćgrę w udawanie, Ŝe one obie wierzą w 
to, co Busia. 
- Tak jaktentajemniczy pułkownik, co się babciobjawił i powiedział,Ŝe ma coś do 
przekazaniaod ojca. 
Ico? 
Ani śladu! 
 

- Pojechał do Berlina. 

 

-I nie wrócił. 

 

Busia przeniosła spłoszone spojrzeniez wnuczki na synową, oczekując 

rozpaczliwiejakiegoś gestu, który by potwierdzał jej nadzieje. 
AnnapołoŜyła rękę na dłoni Busii powiedziała: 
 

- Mamo, on będzie Ŝywy, póki my będziemy na niegoczekały. 

 

Spojrzała karcącona córkę i wówczas Nikawstałagwałtownie od stołu iskryła się w 

swoim kącie za gdańskąszafą. 
 

Czego od niej chcą? 

ś

ebywiecznieoglądała sięwstecz? 

ś

eby szukała sensu Ŝycia na cmentarzach w czasiecudzychpogrzebów? 

Nie moŜna zamienićŜycia w pościgza tym,cominęło. 
NiemoŜna odwrócić tego,cojak śmierćjest nieodwracalne. 
Anna zamieniła całe ich Ŝycie w Ŝyciepost mortem. 
Wedle niej tylko to, cobyło przed tym, jawiłosię jako prawdziwe Ŝycie pełne blasku. 
To, co było po tym,zmieniłoŜycie w stan wiecznego oczekiwania na jakiś cud. 
A przecieŜ nie moŜna zmienić Ŝycia w poczekalnię! 
To schizofrenia! 
 

- To schizofrenia - tak właśnie powiedziała, kiedystanęła za plecami matki, 

czeszącejswe długie włosy przed 
 

98 

 

lustrem etaŜerki. 

- Wiesz, co Szekspir powiedział: śe Ŝycietosen wariata! 
Chcecie takprześnić całe Ŝycie? 
 

Anna nadal wykonywała szczotką powolne, somnambuliczne ruchy, jakby o kaŜdym 

następnym pociągnięciumusiała sobie najpierw przypomnieć. 
Nika stała z mokrymiwłosami, w starym płaszczu kąpielowym swojego dziadka. 
Jej palce nerwowo rozwiązywały i z powrotem zawiązywały porwany pasek. 
Jeszcze nigdy dotąd nie było w niej takiejdeterminacji, by nazwać po imieniu to, co wciąŜ 
byłomiędzy niminiedopowiedziane. 
Anna najwyraźniej wyczuła nastrój Niki, bo wpatrzona w jejtwarz odbitą w 
lustrze,powiedziała słowa, w których zawarta była jakby prośbao litość. 
 

- Busia wciąŜ wierzy, Ŝe on wróci - powiedziała półgłosem, nadsłuchując, czy aby 

teściowa nienadchodziz kuchni. 
 

-Ona wierzy, a ty co? 

WciąŜ chodzisz do wróŜki! 
- Nika w jakimś odruchu połoŜyładłonie na ramionach matki,pomasowała lekko jej napięty 
kark. 
-A przecieŜ tata jest naliście ofiar. 
 

- Tam są pomyłki! 

- Anna szarpnięciem głowy odtrąciła dłonie Niki. 
-Sama widzisz, Ŝe Zieglerbył na liście,a udało mu się doŜyć końca wojny. 
 

- Wygląda, Ŝe maszo to do niego Ŝal. 

background image

 

Nika obserwuje w lustrze twarz matki, przybrałatenswójironiczny grymas ust,który 

pojawiał się u niej, kiedychciała zamanifestować, Ŝe sięodcina od czegoś, Ŝe mawłasne 
zdanie. 
 

99. 

background image

 
Teraz dopiero Anna odwróciła się od lustra, rzuciłaszczotkę na etaŜerkę i zmruŜyła lekko 
skośne oczy. 
 

- Ty jeszcze nie wiesz, Ŝe kogośna całe Ŝycie dostajesię tylkoraz! 

 

-Antygoną moŜna być tylko w teatrze. 

- Nika wzruszyła ramionami, znów przybierając ten swój ironiczny ton,który tak zawsze 
draŜnił Annę. 
-Sofokles kaŜe jej istnieć nascenie. 
A my istniejemy w codzienności. 
Ciekawe, jak długoAntygoną by trwała w swoim postanowieniu, gdyby musiałasprzedawać 
sztychy wantykwariacie. 
 

- Nic na to nie poradzę, Ŝetakjak onanie potrafię Ŝyćbez pogrzebania swoich zmarłych. 

 

Wtej chwiliAnnanie jest tą spowolnioną wruchachkobietą. 

Reaguje szybko i ostro. 
Nika czuje, Ŝemusi ją przebić, Ŝe musi powiedzieć coś takiego, co zostawi ślad, coś,o czym 
Anna będzie musiała potem myśleć. 
 

- Słyszałam,Ŝe niektórym kobietom jest do twarzyw Ŝałobie. 

- Podeszła dokomody, naktórej Anna zostawiłaswójbordowy toczekz woalką. 
ZałoŜyła go, opuściła woalkę. 
Przez jej gęste oczkawidziała niepokojąco wielkie oczyAnny i jakiś bolesny grymas na jej 
twarzy. 
Anna wpatrywałasię w twarz córki bielejącą za zasłoną woalki. 
Wyglądała jakmaska. 
Czy załoŜyła ją, Ŝeby się do niej upodobnić, czy przeciwnie, Ŝeby odciąć się od niej. 
 

- Nikuś - powiedziała ciepło,uŜywając imienia, którym nazywałją Andrzej -przed 

czym ty się bronisz tąironią? 
 

100 

 

- Chcesz być Ŝywym grobem? 

- PrzezmgłęwoalkiNika zauwaŜyła potakujący gest głowy Anny. 
 

- Tak. 

Póki nie poznam prawdy. 
Choćby. 
- zawahałasię na moment - choćby ostatecznej. 
 

Nika zrozumiała, Ŝe nie masensu dalej ciągnąć tej rozmowy. 

OdłoŜyła toczekz woalką i całym cięŜarem ciała padła na szerokie łoŜe,aŜ zajęczałyspręŜyny. 
Patrząc w sufit,naktórym cienieukładały się w tajemniczy wzór, powiedziałato, do czego 
przyznała się juŜ wcześniej: Ŝe dziś właśnie była pierwszy raz w Ŝyciu umówiona z 
chłopakiem i Ŝe pierwszy raz była w kinie i Ŝe się śmiali obydwoje. 
Nie usłyszałaŜadnej odpowiedzi, więc wsparła się na łokciu i zwróciła siędo matki z nutką 
prowokacjiw głosie: 
 

- Tywiesz, co to kino? 

Ty wiesz,co to śmiech? 
Czy moŜe juŜ zapomniałaś, Ŝe coś takiego istnieje? 
 

Te pytania zostały bez odpowiedzi. 

Anna patrzyła teraznafotografię w owalnej ramie i Nika wiedziała, Ŝe wtedy niedocierają do 
niej Ŝadnesłowa. 
 

21 

 

Noc zgasiła hałasy miasta, ale nieodebrałalatarniom blasku. 

Jak zawszeich Ŝółte światło wciskało się przez szparyw kotarach, kładło się plamami na 
spiętrzonych w saloniemeblach. 

background image

 

101. 

background image

 
Nika podniosła się ostroŜnie ze swego posłania zaszafą. 
Niechciała nikogozbudzić, nie chciała, by ktoś jąprzyłapał na tym, jak powoli otwiera drzwi 
szafy, wkładado wnętrza rękę i namacawszy zimne guziki, przyciągarękaw munduru do 
twarzy. 
Zanurza twarz w dalekim,prawie zapomnianym zapachu papierosów"Egipskich"i wówczas 
widzi, jak ojciec na swoim Wezyrze przejeŜdŜaprzed trybuną, jak błyszczy klinga jego szabli, 
za nim tocząsię działa, a ona stoi na trybunie w zapachu świeŜych desek i patrzy, dumna, Ŝe 
ten piękny oficer na koniu, majorFilipiński, to jej tatuś, którego znowu pod zamkniętymi 
powiekami widzi, jak nadjeŜdŜa z prawej strony, orkiestragra, ona macha ręką i ma taką duŜą 
białą kokardę. 
Czy onją widzi? 
 

Czuje nagły skurcz w gardle. 

Gładzi rękaw mundurui cicho, ostroŜnie, zamyka drzwi szafy. 
Tej szafy, za którą teraz mieszka, a którą juŜdawno nazwała grobowcem. 
I wtedy słyszy za plecamigłos Anny: 
 

- Co ty tu robisz? 

 

Odwracasięgwałtownie. 

 

W odblasku świateł ulicznych latarni, którezalewająbłyszczące fornirem powierzchnie 

stłoczonych mebli, widzimatkę. 
Jest w długiej koszuli nocnej, któraw tym świetlewygląda jakwytworna suknia balowa. 
W rękutrzyma pudełko, rzeźbione w huculskie wzorki. 
Po sprzedaniu sekretarzyka w tym pudełku leŜy ów list, który jest czymś w rodzaju relikwii. 
 

102 

 

- Jak się nazywał koń taty? 

- Nika dotyka palcemmyszki na policzku, jak zwykle, kiedy jest czymś 
przejęta,zdenerwowana. 
Anna nie wygląda na zaskoczoną tym pyta 
 

niem. 

 

- Pierwszy był Sułtan, a drugi Wezyr. 

Bałaś się, kiedycię pierwszy raz wsadził naniego. 
 

Obie stanęły naprzeciw fotografiiAndrzeja. 

Choć padałna nią cień, to jednak jego oczy obserwowały jeuwaŜnie. 
Nikawestchnęła jak dziecko. 
 

- Na pewno wolałby mieć syna. 

 

-Byłaś dlaniego wszystkim. 

Pamiętasz, co ci powiedział, jakpułk juŜ ruszał na wojnę? 
 

- śe niedługo wróci. 

 

-"Jak wrócę, Nikuś, to masz juŜ mieć wycięte migdałki i wtedy pójdziemy na lody". 

- Nika pokręciła przeczącogłową. 
-To napisał w tym liście. 
- Dotknęła palcempudełka. 
-Po co go wyjęłaś? 
 

- Todowód,Ŝe cały czas był z nami. 

Kiedyś to zrozumiesz,Ŝe wierność tocoś bardziej trwałego niŜporywymiłości. 
 

- Kiedyto zrozumiem? 

 

-Gdy obokciebie zabraknie tego, kogo pokochałaś. 

AnnaodłoŜyła pudełko i nagle objęła córkę, jakby juŜw tejchwili chciała wyrazić współczucie 
wobec dramatu,którego Ŝycie przecieŜ tak czy tak jej nie oszczędzi. 
 

103. 

background image

 
22 
 

Siedziała na trawie na zboczu kopca Kościuszki, mruŜącoczy, wypełnione słońcem. 

Jego głos, który napominają,Ŝebynie zamykała oczu, bo na rysunku będzie wyglądała na 
ś

piącą, słyszy na podkładzie muzycznym brzęczących pszczół. 

 

Siedzieli na zboczu kopca, ona na trawie, on na kamieniu,z tym swoim blokiem 

rysunkowym. 
Słyszała, jak w nagrzanympowietrzu, w którym pszczoły grały swój monotonny koncert, 
skrzypi na papierze węgiel. 
Jur szkicowałjejpierwszy portret. 
Niech się nie kręci, niezmienia połoŜenia,boinaczej złamie mu przyszłość. 
Obiecała przecieŜ, Ŝe gdysię skończy rok szkolny, zgodzi się być jego modelką. 
 

Koniec roku był wczoraj. 

Wczoraj jako grzeczna uczennica, z włosami spiętymi z tyłu głowy, odbierała świadectwo, a 
dzisiaj w rozpiętej podszyją bluzce na zboczukopcaKościuszki pozuje komuś, od kogo 
pierwszy raz w Ŝyciuusłyszała, Ŝe jest jego przeznaczeniem. 
 

Nika słyszy skrzypiącypo papierzewęgiel i wbrew zakazowi Jura przymyka oczy. 

Widzi teraz twarz siostry Anastazji, która po wręczeniuświadectw odprowadziła ją nabok. 
- Odebrano nam prawo do egzaminów maturalnych,więc pójdziesz do innej szkoły. 
Pamiętaj, Ŝebyś tam podaław dokumentach, Ŝe twój ojciec zginął na wojnie w trzydziestym 
dziewiątym roku. 
- Mam kłamać? 
-Patrzyła prostow oczy ulubionej siostry, którejtwarz pod daszkiem kornetu 
 

104 

 

wydawała się surowa, nieprzystępna. 

- Masz przetrwać. 
Naprawdę przyjdzie kiedyś czas. 
- Zanim do tego dojdzie,wszyscy zdąŜą zapomnieć o tejzbrodni. 
-To będzieteŜ zaleŜeć od ciebie, Weroniko. 
- Siostra Anastazja połoŜyła jejrękę na ramieniu i ten gest był jak przekazanie pałeczkiw 
biegu sztafetowym. 
-Archeolodzy potrafią odsłonić prawdę nawet po setkachlat. 
 

Skąd mogła przypuszczać, Ŝe te słowa zdecydują o tym,co będzie robićw Ŝyciu? 

Teraz jejŜycie było oczekiwaniemna kolejne spotkanie zJurem. 
Nie przyznałaby siędo tegogłośno. 
Z pewnym niepokojem zaczęła odkrywać, Ŝe jest zawiedziona, kiedy nieczekał na nią pod 
szkołą, kiedy nie było okazji, by idąc bezcelu ulicami, opowiadać sobieto, cosię zdarzyło, 
kiedy jeszcze się nie znali. 
Opowiadała mu to,czego by nie opowiedziała nikomu innemu: jak w wieku pięciu lat załoŜyła 
na palce wszystkiepierścionkimamy i zgubiła je w piaskownicy i jak potem ordynans i 
Franciszkaprzesiewali piasek; opowiadała oswoim strachu, kiedy w lesie odłączyła się od 
przedszkolnej wycieczki i natknęła siępo długiej wędrówce na płot, zza którego dochodził 
straszliwy jęk i lament, bała się, Ŝe to koniec świata i wtedy poczuła na zapłakanych 
policzkach jęzor psa Azora, a nad nią pochylał się ojciec; przyznała mu się, Ŝe kiedyś 
pogryzłahostię, by się przekonać, czy Bóg ją ukarze. 
A wówczas Juropowiedział,jak to kiedyś walił orczykiem w gołybabski tyłek, bił tak, Ŝe 
aŜkrew byłana ścianie, ale nie miał litości,borobiłto z rozkazu. 
 

105. 

background image

 
- Baba spała z Niemcami i brała od ludzi pieniądze,obiecując zwolnienie aresztowanych przez 
gestapo i wywiezionych. 
A na koniecjeszcze Ŝeśmyją ogolili na łyso, Ŝebynawet Niemcy mieli ją w dupie. 
Był wyrok, a jak jest wyrok,to z punktu widzenia własnych interesów lepiej być wykonawcą 
niŜ ofiarą. 
 

I wtedy go spytała, czy kiedyś w Ŝyciu wykonał wyrokśmierci. 

Jur zaciągnął się papierosem,strząsnął popiół,przedłuŜał chwilę odpowiedzijak wytrawny 
reŜyser filmowy, wreszcie skinął głową. 
Nika przełknęła ślinę i przezściśniętegardło spytała, czy strzelił do kogoś. 
I jak? 
Czyto był strzał w serce, w czoło, czy moŜe w tył czaszki? 
A on znowuzaciągnąłsię papierosem, zatrzymałdymw płucach, wypuścił go nosem i 
powiedział: - To była siekiera. 
 

Zdrętwiała. 

A on nagle roześmiał się jak chłopiec, któremu udało sięnabrać słuchacza. 
Tak,wykonał wyrok naprośbę ciotki Michaliny, uktórejteraz mieszka kątem. 
Poogródku jej nędznego domku spacerował kogut, który miałnawet prawo wchodzić do 
kuchni,wyjadać kotu z miski. 
Któregoś dnia kogutowi coś odbiło: ciotka Michalina przyszykowała sobie kąpielw cebrzyku, 
bo w tym jej kurnikuoczywiściełazienki nie ma, zdjęła z szyi medalik i kogut bezwahania 
połknął go razem z łańcuszkiem. 
Medalikbył poświęconyna Jasnej Górze. 
Tego mu ciotka Michalina niemogła darować. 
Postawiła Jurowi ultimatum: albo zabijekoguta, albo niech się wynosi! 
 

106 

 

- Gdzie się miałem wynieść? 

Był rozkaz, no i wykonałem wyrok. 
- Pochylając sięku niej ześmiertelną powagą,zadał szeptempytanie: - Ale nie sypniesz mnie, 
co? 
 

Umiał ją rozbawić, a onaczuła, Ŝe wszystko moŜe mupowiedzieć. 

Czuła, Ŝe on potrafił odebraćmyśl, którejjeszcze nie ubrała w słowa. 
Czuła,Ŝe między nimi nie ma Ŝadnejstrefy cienia. 
 

Jur skończył szkic i zamknąłblok. 

Zaprotestowała. 
Chciała zobaczyć swój portret. 
Chciała zobaczyć siebie taką,jak on ją postrzega. 
Ujrzaładziewczynę, patrzącą niecoz ukosa, a w tym spojrzeniu niewinnośćmieszała się z 
nieco diabelskąprzewrotnością. 
 

- Tak mnie widzisz? 

 

-Nie podoba ci się? 

 

- Masz talent. 

 

-Uhm -mruknął, znowu zapalając papierosa. 

- Jestem równie utalentowany co nieśmiały. 
Iboję się, Ŝe naakademii nieśmiałość nie pozwoli mi ujawnić talentu. 
 

Zabrała mu blok rysunkowy: pokaŜe te rysunki w domu. 

 

- Ale do zwrotu- zastrzegł. 

- Muszęcoś przedstawićna uczelni. 
 

- Skorzystasz z amnestii? 

To w tym miesiącu. 

background image

- Nikapotknęła się na ścieŜce. 
Jur ją podtrzymał i przez dłuŜsząchwilę stali, stykając sięramionami. 
 

- Nie mogę. 

- W jego oczach czaił sięuśmieszek, leczsłowa brzmiały śmiertelnie powaŜnie. 
-Przedtem muszęprzeŜyć coś, na co czekam od dawna. 
 

107. 

background image

 
Patrzył tak głęboko w jej oczy, Ŝe nie wiedziała, jak mazareagować. 
Uznała, Ŝelepiej spytać,niŜ udawać, Ŝe aluzjaniedotarła do niej: O czym on właściwie myśli? 
 

- O kąpieli - powiedział, wyciągającręce ku słońcu. 

-O BoŜe! 
Jak ja dawnonie leŜałem w wannie. 
 

23 

 

Stałw bramie na Brackiej, naprzeciwko kamienicy, do której weszłaNika. 

Stałz papierosem, mimo upału w butachz cholewami, bo innych na razie nie miał. 
Patrzył w okna napierwszym piętrze. 
W pewnym momencie zauwaŜył, Ŝe dozorcaobrzucił gopodejrzliwym spojrzeniem, i 
wówczasoddalił się w stronę warsztatu szewskiego. 
 

TymczasemNika pokazała matceszkic Jura. 

Anna odsunęłago na odległość ręki i skinęła z uznaniem głową. 
Nikaz wyczuwalnym w głosie przejęciem mówiła,Ŝe Jur chce zdawaćna akademię, jego ojciec 
byłrzeźbiarzem kapliczkowychChrystusów, a on sam był w lesie i teraz ona go namawia,Ŝeby 
skorzystał z amnestii. 
 

- I tygo do tego namawiasz? 

- Anna oddała jej blokz rysunkami. 
Patrzyła na córkęzaskoczona. 
 

- On się wahał, ale ja uwaŜam, Ŝe czaszapomniećowojnie. 

Lepiej teraz siedziećw kinie czyna plaŜy niŜ w lesie albo w pudle. 
 

108 

 

- Nie -Anna zdecydowanie zaprzeczyła gestem głowy,aŜ jej długie włosy zatańczyły 

wokół szyi. 
- Nie z tego powodu powinien się ujawnić! 
Chodzi o to,Ŝeby nie dać im szansy wybicianas do końca! 
Ilu wyginęło w powstaniu, wKatyniu, po lasach? 
Cała elita narodu! 
Niedługo inteligent będzieeksponatem wmuzeum! 
 

Zaskoczona patrzyła na Nike. 

Nie odrzuca jej argumentów? 
Niezbija ich jakimiś wymyślonymi wywodamina temat zaufania, które naleŜy się kaŜdej 
nowej władzy,tylkopodchodzi do niej z wyrazemtwarzy sześcioletniejdziewczynki, która 
chciaławybłagać porcję lodów na deptaku w Przemyślu. 
 

- Mamo. 

On zanimsię zgłosi na amnestię, prosi dobrych ludzi o jednąszansę. 
 

- Szansę? 

Na co? 
 

Nika złoŜyłaobie dłonie jak do modlitwy. 

 

- śeby mógł się u nas wykąpać. 

 

-Wykąpać? 

- Anna niewiedziała,co ma odpowiedzieć. 
-Kiedy? 
 

- Teraz! 

- Nika wskazała za okno salonu. 
-On tamczeka! 
 

Zobaczył jaw oknie,jak przyzywa go na górę gestem dłoni. 

W ramie oknaNika wyglądała jak postaćz obrazu. 
Zgasiłpapierosao mur i wkroczył w cień bramy. 

background image

 

Anna czekała w drzwiachsalonu. 

JurwypręŜyłsię,strzelił obcasami. 
 

109. 

background image

 
- Pani majorowe, podchorąŜy Jur melduje swoje przybycie. 
 

Zkuchni wyjrzałaStawowiakowa, obrzucając gościapełnym ciekawości spojrzeniem. 

Anna otworzyła przed nimdrzwi salonu. 
Kiedy Jur zamknął się potem włazience, popatrzyła naNike, jakbyją tak naprawdę poznała 
dopieroprzed chwilą. 
 

- Jacywy jesteścieinni. 

-jej oczy pobiegły w stronęfotografii Andrzeja. 
- Twój ojciec, kiedyzłoŜył wizytę w moim domu, przyszedł się oświadczyć, a ten, Ŝeby się 
wykąpać. 
 

- Mamo,jemu trzeba jakoś pomóc. 

- Nika przysiadłana poręczy fotela,objęła Annę. 
 

- Dałammu przecieŜ świeŜy ręcznik. 

 

-Nie Ŝartuj. 

On szuka jakiegośzajęcia. 
Mówiłaś,ŜeFiller szuka kogoś do pomocy w ciemni. 
 

W drzwiach salonustanąłJur. 

Jego mokre włosy sterczały jak szczotka. 
 

- Wreszcie poczułem się jakw domu. 

 

24 

 

Nazajutrz Jur stał przed wystawą zakładu fotograficznegona ulicy Grodzkiej. 

Tak mu poleciła pani majorowa Filipińska: ma się trzymać bliskoi czekać na efekt 
jejrozmowyz właścicielem zakładu. 
 

110 

 

JuŜ w chwili, gdy panFiller z właściwą sobie rewerencją całował jej dłoń, Anna, nawet 

nie zdejmując z głowytoczka z woalką, spytała, czy pan Hubert nadal jest zainteresowany 
znalezieniem kogoś do pracy przy wywoływaniuzdjęć. 
Filler potwierdził, zastrzegając się z góry, Ŝe musi tobyć człowiek, który znafach fotografa. 
I wtedy Anna podprowadziła go dodrzwi i gestem głowywskazała stojącegoprzed wystawą 
chłopaka. 
 

- To artystyczna dusza. 

Będzie studiował na ASP. 
 

- Pan się zna na tym? 

- tobyłopierwsze pytanie Fillera, kiedyJur został mu przedstawiony jako znajomy Weroniki. 
 

- Stryjek był w Miechowiefotografem. 

 

-Jak nazwisko? 

 

- Tak jak moje. 

Kosmala. 
 

- Zgadza się - Filler z powagą kiwnął głową. 

- Poznałem go, jak urządzał wystawę fotografii starych młynów. 
Boobaj jesteśmy piewcami ziemi krakowskiej. 
 

Filler od razu wciągnął Jura dociemni. 

I moŜe właśniedlatego,Ŝe Fillera przez dłuŜsząchwilę nie było, Anna dowiedziałasię, Ŝe jest 
ktoś, kto znalazł sposób, by dowiedziećsię od władz o losie więzionego w Kozielsku męŜa. 
Bo gdyby pan Filler od razu zajął się Aktorką, moŜe ta nie podeszłaby do stolika, przyktórym 
Annawłaśnie retuszowała przygotowane przez Fillerazdjęcie. 
 

Aktorka była umówiona na sesję fotograficzną u panaHuberta. 

Przyniosła ze sobą kostiumy zpróbowanej właśnie 
 

111 

 

IL^. 

background image

 
sztuki. 
Pewna swej urody i popularności płynęła przez zakład jak fregata pod pełnymi Ŝaglami. 
Przywitałasię z Annąi dotknęła jej kasztanowych włosów, spadających kaskadąna ramiona. 
 

- Gdybym miałatakie, nie musiałabymMarii Stuartgrać w peruce. 

- Pochyliła się nadsiedzącą przy stoliku Anną i wciągnęła powietrze, unosząc głowę jak pies 
myśliwski,kiedy złapie wiatr. 
-Pachną bzem i młodymi jabłkami. 
- Kiedy spoczęło na niej niepewne spojrzenie Anny, dodałajeszcze z miną osoby, która nie 
zwykła się mylić w swoichsądach: - Wie pani, Ŝe męŜczyźni są jak wyŜły? 
Wybierająckobiety,kierują się teŜ węchem. 
- Znowu z zazdrością dotknęłaloków Anny. 
-Jakby pani kiedyś potrzebowała pieniędzy, to nasza perukarnia zapłacipani jak za złoto. 
 

Anna nie wiedziała,co odpowiedzieć. 

ZresztąAktorkazawszemówiła tak, jakby nie oczekiwała Ŝadnej odpowiedzi. 
WaŜne było tylko to, co ona ma do powiedzenia. 
Kiedyjej spojrzenie padło na leŜącą przed Anną fotografię, naglesię oŜywiła jak na widok 
kogośznajomego. 
 

- O! Pan rotmistrz Wende. 

 

Powiedziała "rotmistrz", choćmęŜczyzna na fotografii był pocywilnemu. 

Spytała, czy Anna znałapaństwaWende. 
Nie? 
To dziwne. 
Powinna znać, bo przecieŜ z Ŝonąrotmistrza, panią Renatą Wende, łączy ją wspólny dramat. 
I major Filipiński, i rotmistrz Wende byli przecieŜ razemw Kozielsku. 
Wie odpana Huberta, Ŝe Anna wciąŜ czekanawyjaśnienie jegolosu, a podobnopani Wende 
znalazła 
 

112 

 

sposób, by uzyskać oficjalnepotwierdzenie, czy on Ŝyjeczy nie. 

 

- Jak chceje uzyskać? 

- Anna wstała od stolika i patrzyła terazprosto w oczy Aktorki. 
-Od kogo? 
 

- Odobecnych władz. 

- Spojrzałaz góry na zdjęcierotmistrza. 
-Mówiła, Ŝe ma złoŜyć jakieś dokumenty i musizałączyć do nich zdjęcia męŜa. 
 

- Zna pani adres pani Wende? 

 

Wiedziała od Fillera,Ŝe pani Renata Wendema sięzgłosićpo te odbitki jutro. 

Ale po tym,co usłyszała od Aktorki, czekanie do jutra byłoby dla niej męczarnią. 
Zrobiwszystko, by zobaczyćtę kobietę jeszczedziś. 
Jeszcze dziśchce wiedzieć, jaki znalazła sposób, by poznać ostatecznąprawdę. 
Tak, oczywiście,bała się tej prawdy, alenie moŜeŜyćw ciągłej niepewności. 
Samamówiła do Niki, Ŝe niewiedzieć to cierpienie, a wiedziećto nieszczęście. 
Nie majednak wyboru. 
Jest gotowa przyjąć kaŜdą prawdę. 
 

Zrobiła retusz fotografii rotmistrza, poprosiła Jura,by zrobił odbitki, i wyruszyłapod 

adres, jaki podała Aktorka. 
Od tramwaju, który zawiózł ją na Podgórze, musiała iśćjeszczekwadrans,zanim znalazła się 
przed furtką, za którą widać byłodomek, daremnie starający się udawać podmiejską willę: ze 
schodków przed ganeczkiem sypał się popękany cement, pod jedną rynną stała beczka, a na 
tarasienad gankiem czerniała obłupana z farby balustrada. 

background image

Przeddomem pięcioletni chłopczykzakopywał łopatką ogromnego chrząszcza, który 
rozpaczliwie starał się wydobyć 
 

113. 

background image

 
z pułapki. 
Popatrzył zdziwiony na kobietę z woalką na twarzy. 
Musiała mu przypominaćjakieś groźne postacie czarownic z bajek, bo pełen nieufności 
szybko ruszył w stronędomu. 
 

- Powiedz mamusi, Ŝe przyniosłam zdjęcia od fotografa. 

Wdrzwiachdomku pojawiła się opalona blondynkaw kolorowej jedwabnej sukience. 
Z jaskrawą szminką na twarzy wyglądała jak osoba, którawłaśnie wybiera się na koktajl. 
 

Anna, siedząc na kanapie w saloniku, wciąŜ trzymała kopertę ze zdjęciami rotmistrza 

Wende wtorebce. 
Rotmistrzowaposzła do kuchni zrobićherbatę, więc Anna miała czas, byrozejrzeć się po 
nowocześnie urządzonym pokoju. 
Jej uwagę zwróciłopopiersie marszałka Piłsudskiego napółce z albumami i męskamarynarka, 
zawieszona na poręczy krzesła. 
Rotmistrzowa wniosła herbatę, podsunęła Annietalerzyk z pokrojoną w plasterki cytryną. 
Anna juŜ dawnonie piła tak aromatycznejherbaty, a cytryny widziała tylkou handlarzy na 
targu. 
 

Rotmistrzowa podsunęła jej paczkę cameli. 

Anna odmówiła: nie pali. 
Za drzwiami pokojurozległsię okropny rumor. 
Tochłopczykprzeciągnął na sznurku drewnianą cięŜarówkę, buczeniem udając jej warkot. 
Rotmistrzowa wyjęłaz karminowych warg szklaną fifkę i zgracją wydmuchującdym, 
krzyknęła w stronę drzwi polecenie, choć wiedziała, Ŝenie zostanie wykonane. 
 

- Wojtusiu, nie rób tyle hałasu! 

 

114 

 

- Będę robił! 

- chłopczyk kopnąłz rozmachem zabawkę. 
-Bo mi się nudzi! 
 

Wjechałautem pod same nogi Anny, która musiałajecofnąćpod kanapę. 

Patrzył z wyraźną niechęcią na tę dziwną kobietę z zasłoniętą twarzą. 
Rotmistrzowa wyprowadziła opierające siędziecko zadrzwi i powiedziała półgłosem,jakby 
chciała się usprawiedliwić: 
 

- On nawet nie widział ojca. 

Urodził się wkwietniuczterdziestego roku. 
O takich się mówiło: pogrobowiec. 
 

- Wszyscyjesteśmy pogrobowcami. 

 

Rotmistrzowa odłoŜyła płynnym gestemszklaną fifkęna brzeg cynowej popielniczki i 

podeszła do regału. 
Wydobyła stamtąd kopertę z poŜółkłym numerem "Gońca Krakowskiego" z 1943 roku. 
Anna zauwaŜyła, Ŝe w głębitej koperty były jakieś dokumenty. 
Rotmistrzowa ostroŜnierozłoŜyła gazetę. 
 

- Pani mąŜ był na tej liście? 

 

Anna potwierdziłaskinieniem głowy: był, alew nazwisku popełniono błąd. 

Zamiast Filipiński było tam Filipski,imię Andrzej zamieniono naAdam. 
 

Rotmistrzowa przyglądałasię Annie przez smuŜkę dymu. 

Bez woalki twarz Anny byłajakby naga. 
Łatwo byłonaniejwyczytać wszelkie emocje. 
 

- PaniwciąŜ ma nadzieję? 

- Widać, Ŝe chce coś więcej wiedzieć o gościu. 

background image

Anna odpowiada bez chwili wahania, Ŝe będzie miała nadzieję,póki nie pozna 
ostatecznejprawdy. 
 

115 

 

^. 

background image

 
- Ja nie mogę mieć wątpliwości, Ŝe go tam zamordowali. 
 

Polakierowanym paznokciem wskazujew gazecie miejsce, gdzie widnieje nazwisko 

Wende: Rtm. 
Wende Henryk. 
 

- Ja wciąŜ szukam dowodów. 

- Anna oczekuje od nowo poznanej wdowy zrozumienia. 
-PrzecieŜ są gdzieś ludzie z tejkomisji PCK. 
Muszę do nich dotrzeć. 
 

- Obawiamsię, Ŝe ktoś był szybszy - przez brązowaweszkło fifki widać, jak dym 

wchodzi między karminowe wargi. 
- Jeszcze przedkońcem roku oni dopadli doktora Robiąi innych. 
 

- Są tu panami - stwierdza Anna, a rotmistrzowaprzytakuje gestem głowy. 

Cieszysię, Ŝeobie mają świadomość, Ŝe są kolejnymi ofiarami tamtej zbrodni. 
Najpierw zamordowano ich męŜów, a potem prawdę. 
Teraz juŜ Anna decyduje się zadaćpytanie, które jątu sprowadziło. 
 

- Podobno ma pani jakiś sposób, by uzyskaćpotwierdzenie, co się stało z naszymi 

męŜami. 
 

-Poradziłmi ktoś,kto zna prawo. 

 

- A co z tym ma wspólnego prawo? 

 

-Urzędy muszą udawać, Ŝe go przestrzegają. 

Jest prosty sposób, by je zmusić do potwierdzenia pewnych faktów. 
- Rotmistrzowa wystudiowanym gestemstrzepuje popiół. 
-Jesteśmy wdowami, prawda? 
 

Wypowiada to pytanie jak ktoś, kto nie chce odpowiedzi, jedynie ustala wspólną 

platformę porozumienia. 
Ale Annazaprzecza nagłym gestem głowy. 
Na twarzy rotmistrzo116 
 

wejpojawiłsię wyraz zdziwienia. 

Zastygła z papierosemprzy umalowanych wargach. 
 

- Póki nie będę miała ostatecznych dowodów, nie czuję się wdową. 

- Anna wyjęła z torebki przyniesione odbitkizdjęć rotmistrza Wende. 
-Jestem wciąŜŜoną. 
 

Te słowaAnny jakby starły z twarzy Renaty Wende wyrazuprzedniej serdeczności. 

Zaciągnęła się głęboko, strzepnęłasłupekpopiołu obok popielniczki, bo cały czas obserwowała 
gościa spod długich rzęs. 
Wreszcie niemal niezauwaŜalniewzruszyła ramionami i sięgnęła po kopertę, wktórej 
opróczstarej gazety były jeszcze jakieś dokumenty. 
 

- Rozumiem. 

Ale dowody oni sami mogą nam dostarczyć- powiedziała rzeczowo. 
- Pewien adwokat podpowiedział mi, Ŝe jako wdowa po zaginionym na wojniemam prawo 
wystąpić doSądu Grodzkiego o rentę. 
Awówczasonisami będą musieli podaćdane: kiedy zginął i gdzie. 
- Sięgnęła po zdjęcia męŜa inie przyglądając się odbitkom, wrzuciła je jak załącznik do 
koperty. 
-Do tego trzeba załączyćdokumenty i zdjęcia. 
W ten sposób sami potwierdzą to, cosię stało. 
 

Wstała, by z powrotem umieścić kopertę z gazetą idokumentami na półce. 

Jej ruchybyły celowe, ale równocześnietrochę wystudiowane, jaku tancerki wczasie 
rozgrzewkiprzed występem. 

background image

Zanim odłoŜyła kopertę, uniosła ją w góręjakprzeznaczony do walki miecz. 
 

- Ja idę z tym jutro. 

Niech wreszcie urząd potwierdzi,Ŝejestem wdową! 
 

117. 

background image

 
Anna juŜ podnosiła się z kanapy, juŜ zsunęła na twarzwoalkę, kiedy w drzwiach stanął 
wysoki męŜczyzna. 
Byłubrany w jasnyletni garnitur, w ręku miał teczkę. 
Pochyliłłysiejącą głowę przed Anną, alenie zdąŜył się przywitać, bodo pokojuwpadł 
zradosnym krzykiem Wojtuś: 
 

- Tatuś! 

Tatuś przyszedł! 
 

Wyrwałmu z rąk teczkę i próbował otworzyć: 

 

- Co mi przyniosłeś? 

Kupiłeś mi Ŝołnierzyki? 
Rotmistrzowa, widząc kamieniejącą twarz Anny, zrozumiała, Ŝe od tej chwili widzi wniej nie 
wdowę po rotmistrzu Wende, ale kobietę, która zdradza jego pamięć. 
Kiedyprzedstawiła jej męŜczyznę - mecenas Piątek - wiedziała, ŜeAnna widzi w nim tego, kto 
zajął miejsce rotmistrza,i myśli,Ŝe pewnie dlatego Renacie zaleŜy na prawnym potwierdzeniu 
jego śmierci, bo pragnie przestać być wdową. 
Wie juŜ,Ŝe prawnikiem, który wskazał drogę wyjaśnienia kłamstwa,jestwłaśnie człowiek, 
przez synarotmistrzowej Wende uwaŜany zaojca. 
 

Annaudaje, Ŝe nie dostrzega przez woalkę wyciągniętej ku niej ręki mecenasa Piątka, 

kiwa tylko głową i rusza kuwyjściu. 
Rotmistrzowawyprzedza ją izagradza ciałem drogę do drzwi. 
Patrzy prosto w oczy Anny. 
W jej słowachdajesięwyczuć prośbę o zrozumienie. 
 

- My jesteśmy naznaczone śmiercią - chwyta Annę załokieć - ale czynasze dzieci 

mająŜyć na cmentarzu? 
Wojtuś to trudne dziecko. 
On musi mieć ojca. 
Musi czuć silnąrękę. 
 

118 

 

Anna delikatnie zdejmuje palce Renaty ze swego ramienia. 

Zegna się skinieniem głowy i rusza ku furtce. 
Tamdobiegają wołanierotmistrzowej: 
 

- Nie zapłaciłam za odbitki! 

 

Nie odpowiada, nawet się nie odwraca, tylko machnięciem ręki daje do zrozumienia, 

Ŝ

e takie sprawy nie mająznaczenia. 

 

25 

 

Kiedy Anna wróciła do domu, Nika rzuciła się jej na szyję,bypodziękować w 

imieniuJura: dostał robotę u Fillera! 
Annaprzyjęła to dośćobojętnie iNika od razuwiedziała, Ŝeznów ją dobiłajakaś sprawa 
dotyczącaczasu post mortem. 
Zawsze wtedy Anna miała twarz ściągniętą jakimś napięciem, couwydatniało jejkości 
policzkowe, a wielkie, ciemne oczy patrzyły na wszystko jakby z innego czasu. 
 

Anna zpoczątku nic nie mówiłao wizycie urotmistrzowej Wende. 

Zajęła się kompletowaniem papierów, które zamierzałazłoŜyć juŜ jutro w Sądzie Grodzkim. 
Dopiero wieczorem, kiedy przy otwartym oknie Busia tasowała karty dopasjansa,Anna - nie 
kryjącswego oburzenia - opowiedziała, kto i w jakich okolicznościach podsunął jej pomysł 
zmuszeniaurzędu dozajęcia jakiegoś stanowiska wobec sprawyrzekomo "zaginionego majora 
Andrzeja Filipińskiego". 
 

119. 

background image

 
- Powinnaś jej być wdzięczna, Ŝe ci pomogła. 
- Busiarozkładałana politurze stołu karty. 
Anna wzruszyła niecierpliwie ramionami. 
 

- Jejte papierysą potrzebne tylko po to - paznokiećAnny wystukiwał rytm zdania na 

stole - Ŝeby potwierdzić, Ŝejest wdową, i połączyć się z kim innym. 
 

Nika w głosie Anny wyczuła ton prokuratora. 

Jakzwykle coś sięw niej buntowało przeciw wydawanym bez odwołaniawyrokom. 
 

- Masz jejto za złe? 

W końcu kaŜdy potrzebuje kogoś,kto jego potrzebuje. 
 

Poczuła wręcz cięŜar spojrzenia, jakim objęła ją matka,ipomyślała, Ŝe pewnie ta 

sprawdza w myślach, czy ostatniezdanie odnosi się dojej córki i tego znajomego chłopaka. 
Zastanawia się pewnie, co Nika miała na myśli, więc nawszelki wypadekdorzucazdanie, które 
nawiązywało do sytuacji wdowy po rotmistrzu. 
 

- Jak długo obowiązujewiernośćwobec nieobecnych? 

Iczy w ogóle obowiązuje? 
 

- Tym bardziej właśnie wobec nich. 

 

Kiedypadły te słowa Anny, Busia zastygła z kartą w ręku. 

Popatrzyła zza okularków, jak wnuczka zareagujenasłowa matki. 
Nika wzruszyłaramionami iwstała od stołu. 
 

- Zawsze mi się wydawało, Ŝe Antygona kocha swojenieszczęście. 

I pani Frydrychowa przyznała mi rację, kiedytak napisałam w wypracowaniu. 
Bo są tacy, którzykochająbyćw rozpaczy. 
 

120 

 

Myślała, Ŝe Anna podniesie głos, Ŝe ją skarci zagłupieuwagi,lecz matka powiedziała 

półgłosem, bardziej do siebieniŜ do kogokolwiek: 
 

- Gdyby nieta rozpacz, to jaki bym miała dowód naswoje człowieczeństwo? 

 

Iwtedy rozległo się plaśnięciekładzionejprzez Busiękarty i jej przejęty głos: 

 

- Patrzcie! 

Przy królu kier stoi as! 
To znak. 
Nadchodziktoś, kto wszystko odwróci! 
Nadszedł juŜ nazajutrz. 
 

26 

 

Nazajutrz Anna wzięła wolne u pana Fillera i z teczką dotyczących Andrzeja 

dokumentów poszła do Sądu Grodzkiego. 
Padał deszcz iBusia denerwowała się, Ŝe Annamadziurawy parasol. 
 

Koło dziesiątej rozległ się dzwonek. 

Nika była jeszczew powyciąganym, starym płaszczu kąpielowym i wycieraławłaśnie 
ręcznikiem umyte włosy. 
 

Za drzwiami stał wysoki męŜczyznao ściągniętej, trochę wilczejtwarzy. 

Na sobie miał płaszcz-pałatkę, z którejściekała woda. 
Zasalutował do daszka polowej czapki. 
 

- Pułkownik Jarosław Selim. 

Czy zastałem panią majorową Filipińską? 
 

- Właśnie wyszła. 

 

121. 

background image

 
- Na długo? 
 

-Poszła do Sądu Grodzkiego. 

MoŜe pan chce poczekać na mamę? 
 

Nie, nie moŜe czekać. 

Ma coś do przekazania pani majorowej, a pewnych spraw nie powinno się odkładać, 
więclepiej będzie, jak jej poszuka w sądzie. 
 

- Pan ją zna? 

- Nika była wyraźnie zaskoczona potakującym gestem pułkownika. 
 

- Poznam, panno Niko. 

Przepraszam - poprawił się- panno Weroniko. 
 

Kiedy to mówił, jego zmęczoną twarz złagodził cieplejszy wyraz siwych oczu. 

Objął spojrzeniem całą sylwetkędziewczyny. 
Nika speszyła sięswoimwyglądem. 
Odruchowo dotknęła myszki na policzku. 
 

- Skąd panzna moje imię? 

 

-Wyrosła panina piękną dziewczynę. 

 

Zasalutował, naciągnąłkaptur brezentowego płaszcza i zaczął schodzić po schodach. 

Odprowadziła go spojrzeniem: kim był tenczłowiek,który znał nie tylko jejimię, ale i jego 
zdrobnienie,i który twierdził, Ŝe pozna Annę? 
Jaka sprawa,której nie wolnoodkładać, sprowadziłago tutaj? 
 

- Ktoto był? 

- z korytarza dobiegł głos Busi. 
 

- Jakiś pułkownik. 

 

-To od Andrzeja! 

- w głosie Busi brzmiała niezachwianapewność. 
-W jakim był mundurze? 
 

- Zwroną na czapce. 

 

122 

 

- To ten! 

- Busia ujęła ręce wnuczki i zaczęła nimi potrząsać. 
-Co powiedział? 
 

- Powiedział do mnie "pannoNiko". 

Skąd on mnie zna? 
 

W tymczasie JarosławSelim stał juŜ w bramie po drugiejstronie ulicy i patrząc 

woknamieszkania Filipińskich,wyciągnął paczkę papierosów "Wolność", zapalił jednegoi 
wciągnął dym z taką zachłannością, jak tonący chwyta łykpowietrza. 
Spojrzał na zegarek i wyszedłz bramy, rozchlapując kałuŜe oficerskimi butami. 
 

27 

 

Szła pod ścianą wąskiego korytarza, wzdłuŜ brudnychokien. 

Pod pachą miałatorebkę, w ręku mokrą parasolkę. 
Starałasię nie wciągaćw płucapowietrza, wypełnionego przedziwną mieszaniną zapachu 
zbutwiałego papieru, mokrych szmati zatęchłej odzieŜy. 
W wąskim korytarzu musiała przeciskaćsię obok grup ludzi, zwróconych ku sobie, takby 
nawetstrzęp z ich rozmowy nie wydostał się poza krąg zainteresowanych. 
Co chwila ustępowała z drogi urzędnikom ze stosamiakt, którzy patrzyli przed siebie 
szklanym wzrokiem,jakby mieli nakazane nie dostrzegaćinteresantów. 
 

Miała ściśnięte gardło. 

Ten gmach ją przeraził, jeszczezanim tuweszła. 
A im dalej brnęła schodami, korytarzami, 

background image

 

123. 

background image

 
tym bardziej czuła się jak mysz w labiryncie. 
Z otwartychdrzwi mijanychpokojówdochodziło czasem staccatto maszyny do pisania albo 
terkot telefonu. 
Czytała na kolejnychdrzwiach tabliczki, ale Ŝadnanie odpowiadała brzmieniemtej, do której 
skierował ją opryskliwy portier sądu. 
Korytarze załamywały się podkątem prostym. 
Miała nadzieję, Ŝetam dalej będzie juŜ jaśniej, Ŝe powietrze niebędzie takduszne, ale to było 
złudzenie: za kaŜdym rogiemciągnął sięnastępny korytarz pomalowany szarą olejną farbą z 
zielonąlamperią. 
Ta farba się łuszczyła. 
 

Kiedy mijała konwój milicjantów, prowadzących jakiegoś człowieka w zimowym 

palcie,otarła się ościanę,a narękawie jej szarego kostiumu został płat farby niczymstempel, 
ś

wiadczący, Ŝe występuje tu w roli petenta. 

Poczuła duszność. 
Ile jeszcze korytarzy będzie musiała przemierzyć, by znaleźć toBiuro Prawne? 
Iledrzwi jeszczeminąć? 
 

Zanim nacisnęła klamkę, odwinęła woalkę i nabrała powietrza jak przedskokiem do 

głębokiej wody. 
Stanęła przedwysoką barierką dla interesantów, ale ani dwóch biuralistóww głębi, ani 
urzędniczka o końskiej twarzy nie zwróciło nanią uwagi. 
Z parasola Anny skapywała woda, tworząc małąkałuŜę. 
Urzędniczka spojrzała na Annę zprzyganąi rzuciłasucho:- Proszę poczekać na korytarzu. 
 

- Nie! 

- w głosie Anny było tyle determinacji, Ŝe wszyscy obecni zwrócili na nią oczy. 
-Jaczekam juŜ za długo! 
Piąty rok. 
Od początku wojny. 
 

124 

 

Chyba zrozumieli, Ŝe nie da się spławić,Ŝe nie zadowoli się kolejnym kłamstwem, 

bezradnym rozłoŜeniem rąk, bourzędniczka kazała jej odstawić parasol dokąta i przedstawić 
swoją sprawę. 
 

Właśnie w tym czasiepułkownik Selim stanąłw bramie naprzeciw gmachu sądów. 

Zapalił papierosa i obrzuciłbudynek uwaŜnym spojrzeniem, sprawdzając liczbę wyjść, 
jakbyszykował jakąś operację wojskową. 
 

Przed Anną na barierce kontuaru dla petentówpojawił sięblankiet urzędowej ankiety. 

 

- Przy podaniu o rentęwdowią proszępodać, kiedyi gdzie mąŜ zaginął. 

 

-On nie zaginął - Anna powiedziała to z naciskiem. 

- PrzecieŜ mówiłam, Ŝeon zginął. 
A właściwie to został zamordowany. 
 

Obaj biuraliści, którzy pozornie bylizatopieni w swoich sprawach, zwrócili oczy na 

Annę. 
 

- Kiedy? 

- spytała urzędniczka,stukając ołówkiemo blatbiurka. 
 

- W tysiącdziewięćset czterdziestym roku. 

 

-Gdzie? 

 

- W Katyniu. 

 

Choć Anna cały czas mówiła półgłosem, zabrzmiało to jakwystrzał wkościele. 

Urzędnicy spojrzeli po sobie wyraźnie speszeni,jakby petentka uŜyła jakiegoś 
nieprzyzwoitego słowa. 

background image

 

125. 

background image

 
Krępy męŜczyzna w zielonej koszuli podniósł się powoli, włoŜył wiszącą na oparciu krzesła 
marynarkę i podszedłdo kontuaru, jakby chciał się przyjrzeć Annie z bliska. 
 

- Na czym pani opiera to podejrzenie? 

 

-MąŜbył na liście katyńskiej. 

Tej z czterdziestego trzeciego roku. 
 

MęŜczyzna wymienił krótkie spojrzenie z kolegą,któryzaraz pochylił sięnadjakimiś 

aktami, jakby nie chciał nawetbyć świadkiem tejrozmowy. 
 

- To byłaniemieckapropaganda - rzuciłmęŜczyzna,a urzędniczka przytaknęła mu 

gorliwie gestem głowy. 
Annanie zamierzała zmieniaćtaktyki, nie zamierzała ustąpić:naleŜy jej się renta po męŜu. 
Gdy sądbędzie przeprowadzałpostępowaniewedle swoich procedur, 
wówczasmoŜesprawdzićdane. 
 

Kiedy urzędniczka kazała jej napisać podanie o rentę,czuła, Ŝewygrała, Ŝe zrobiła 

pierwszy krok do ustalenia jakiejś oficjalnej prawdy. 
Byłaprzygotowana, Ŝe mogą zaŜądaćzdjęcia Andrzeja. 
Miała przy sobie kilka odbitek. 
Załączyłajedną do podania. 
Ale urzędniczka domagała się jeszcze dokumentu, który by poświadczał,Ŝe mąŜ Anny, major 
AndrzejFilipiński, był w niewoli. 
Anna z wyraźnymociąganiem wyciągnęłaz torebki to, co dotąd trzymała najpierw w 
szufladzie sekretarzyka, a potem w pudełku w huculskie wzorki. 
 

- Mamjego ostatni list z grudnia trzydziestegodziewiątego. 

 

-Skąd? 

- spytałbiuralista spodokna. 
 

126 

 

- Z Kozielska. 

 

RozłoŜyła ostroŜnielist, napisany na chropawym, burym papierze i pokazała go z 

daleka w nadziei, Ŝe wystarczyokazanie tegodowodu. 
Urzędniczka bezceremonialnie rozłoŜyła list nabiurku, pochyliłasię nad nim,byodczytać 
ś

ladpieczątek, i pokiwała akceptujące głową: załączy się do podania. 

Anna próbowała ocalić tę rodzinną relikwię:to ostatnilist od męŜa! 
Urzędniczka, jakby czując, co znaczy dla Annyta pamiątka,wyraźnie łagodniej przekonywała 
ją, Ŝe tenzałącznik bardzo pomoŜe zarównow uzyskaniu renty, jaki poświadczeniu, Ŝe 
małŜonek nie Ŝyje. 
 

- Tu nie chodzi o rentę - rzuca Anna i juŜ w chwili, gdysłyszy te słowa, wie, Ŝe 

niepotrzebnie je wypowiedziała. 
 

-A oco? 

-oczy urzędniczki znowu nabierają urzędowejobojętności. 
 

- O prawdę. 

 

Anna, widząc, jak jedynylist od Andrzeja znika wrazz jego fotografią w 

okładkachurzędowego skoroszytu, jeszcze raz próbuje złamać obojętność urzędniczki: moŜe 
wystarczyłby odpis? 
Urzędniczka wzrusza ramionami: 
 

- Po co odpis? 

Oryginał jest zawsze bardziej wiarygodny. 
- Wrzucaskoroszyt doprzepastnej szuflady. 
-Zresztąodbierze go sobie pani wraz z decyzją. 
 

Woda ściekająca zparasolkiAnny zrobiław rogu biurowego pokoju sporą kałuŜę. 

background image

 

Znowu idzie tymi klaustrofobicznymi korytarzami, terazniepewna, czydobrze zrobiła, 

zostawiając ten list, bo 
 

127. 

background image

 
jeśli urzędniczka nie spełni swojej obietnicy i nie odda gowraz z decyzją, to Anna będzie się 
czuła, jakby okradłasamą siebie z najcenniejszego skarbu. 
Zamyślona nie zauwaŜa, Ŝe idzie prosto naprzeciw rozpędzonej kobietyw eleganckim 
kostiumie. 
Zderza się z blondynkąo umalowanych ustach, z torebką z krokodylej skóry w ręku. 
Dopiero pochwili poznaje, Ŝe to Renata Wende. 
Rotmistrzowa wykonuje gest, jakby chciała zatrzymać Annę, o cośspytać czy moŜe coś jej 
powiedzieć, ale udaje jej się tylkowykrztusić: "Pani majorowe, ja chciałam pani coś 
wytłumaczyć", kiedy Anna, obrzucając ją zza zasłony woalki lodowatym spojrzeniem, 
odchodzi przyspieszonym krokiemku schodom. 
 

Rotmistrzowa patrzy w ślad za nią z widocznym rozŜaleniem. 

Pod pachą ma ową kopertę,którą wczoraj pokazywała Annie. 
Wzrusza ramionami i powoli idzie tym korytarzem, z którego wyłoniła się przed chwilą 
Anna. 
 

Anna prawie wybiegłaz cięŜkich drzwi gmachu sądów,jakby chciała uciec przed 

pościgiem. 
Gdyby nie to, Ŝe podmuch wiatru uniósł nieco jej woalkę, Jarosław nie byłbypewien, czy ta 
kobieta w szarym kostiumieto Ŝona majoraFilipińskiego. 
 

Przekroczyła jezdnię, skręciła wboczną,spokojnąuliczkę. 

Zatrzymała się przedwystawą antykwariatu. 
Obrzuciła witrynę uwaŜnym spojrzeniem i na widok ustawionych wśród ksiąŜek sztychów 
Canaletta zatroskana pokręciła głową. 
 

128 

 

Brodaty antykwariusz w wytłuszczonym tuŜurku powitał ją z krakowskąuniŜonością: 

 

- Uszanowanie pani majorowej, padam do nóŜek. 

 

-Widzę, Ŝe sztychyjeszcze nieposzły. 

 

- To nie są dobre czasy dla smakoszy. 

- AntykwariuszrozłoŜyłręcew geście bezradności. 
-Teraz ludzie szukają albo swoich bliskich, albo łóŜkadospania, a nie dzieł sztuki. 
 

ZauwaŜył majaczącą za szybąpostać męŜczyznywmundurze, który wpatrywał się w 

wystawę, ćmiąc zachłannie papierosa. 
 

- Taki na pewno nic tu nie kupi. 

 

Kiedy po wyjściu z antykwariatu Anna próbowała rozpiąć parasol, ktoś zastąpił jej 

drogę. 
Podniosła oczy. 
Przednią stał smukły męŜczyznai starał się przeniknąćswoimi siwymi oczyma mgiełkę jej 
woalki. 
 

- Pani Anna Filipińska, prawda? 

- Widząc pełne rezerwyskinieniegłowy, zasalutował i powiedział z wyraźnąulgą: - Taką panią 
zapamiętałem. 
 

- My się znamy? 

 

-Pani mnie nie zna. 

Ale ja panią znam. 
Widziałem panią na fotografii. 
 

- GdzieŜ to pan mógł mnie widzieć? 

 

-W Kozielsku. 

 

Teraz to Anna przygląda się przez sekundę, dwie twarzy nieznajomego jak ktoś, kto 

próbuje uwierzyć, Ŝe oto zjawia się w rzeczywistości jakaś postać zesnów. 
 

- Pan. 

background image

pan tambył? 
 

129. 

background image

 
Przez chwilę wytrzymał jej pełne niedowierzania spojrzenie i wreszcie skinął głową. 
 

- I pan Ŝyje? 

 

Było w tych słowach zarówno niedowierzanie, jaki cień pretensji, Ŝe to nie kto inny 

ocalał, ale była teŜ nadzieja, Ŝe skoro on Ŝyje, to moŜe Ŝyją jeszcze inni. 
Upuściła parasol iteraz deszcz ściekał po jej policzkach jak łzy. 
Jarosławwziął jąpod rękę jak starą znajomą i poprowadziłw dół ulicy. 
 

28 

 

Przez lata, odchwiliotrzymania od Andrzeja tego jedynegolistu z Kozielska,starała się 

wyobraźnią uzupełnić swojąniewiedzę na temat jegoŜyciaw niewoli. 
A teraz, po godzinie rozmowy,zrozumiała, jak duŜo moŜna nie wiedziećo kimś, o kim chce 
się wiedzieć wszystko. 
 

Nie wiedziała, Ŝe Andrzej miał tam brodę,bo wszyscychodzili brodaci jak zbójcyz 

bajek. 
 

- Odebrali nambrzytwy i Ŝyletki. 

 

Nie wiedziała, Ŝe mieszkali w pustym monastyrze,spali na piętrowychpryczach, w tym 

samym pionie sześciopiętrowych nar miał teŜ swoje legowisko porucznik Selim. 
 

- Pan major spał na pierwszympiętrze, a ja na samejgórze. 

 

130 

 

Nie wiedziała, Ŝe Andrzej notował wszystkow swoimkalendarzyku. 

 

- KaŜdy chce zostawić jakiś ślad. 

Jedni pisali swoje nazwiska na murach cerkwi, a pan major prowadził kalendarzyk. 
 

Tak naprawdę to niemogłaby powiedzieć,w którymmiejscu byłabardziej obecna: czy 

w tej kawiarni, w którejsnuli się godnie wyprostowanikelnerzy, a światło deszczowego dnia 
przytłumiały cięŜkie kotary, czy raczej w środkuogołoconego z Boga monastyru o nagich 
ś

cianach, obstawionych drewnianymi piętrowymi pryczami. 

Przez oknokawiarni Noworolskiego widziała fragment kościoła Świętego Wojciecha,ale tak 
naprawdęto miała przed oczymacałkiem co innego: ogołocone z obrazów i krzyŜy 
ś

cianymonastyru,a na nich wypisane ołówkiemlub kawałkiemwęgla nazwiskai imiona; 

widziała tłum brodatych, okrytych kocami postaci, którekrąŜyły w szarówce zimowegodnia 
między murami, jak chmura gawronów o zimowymzmierzchu krąŜy nad lasem, zanim 
osiądzie wśród gałęzina nocny spoczynek; widziała szeregi oficerów z postawionymi 
kołnierzami płaszczy, moknących na deszczuw czasie godzinnych apeli, i straŜników w 
barankowychczapkach, przesuwających się przed tymi szeregami; widziała wieŜyczki, a na 
nich striełkow z wycelowanymi karabinami. 
 

Nie odrazu została przeniesiona wtamten świat, o którym właściwie nicdotąd nie 

wiedziała. 
Nie znając Ŝadnych 
 

131. 

background image

 
konkretnych szczegółów, nie była w stanie stworzyć sobieobrazu codziennego Ŝycia w 
obozie. 
 

Przez tyle lat chciała sobie wyobrazić tomiejsce, z którego nadszedł jedyny 

listodAndrzeja, a oto teraz siedziprzed nią ktoś, kto tam był. 
Kto go widział. 
Ktogo dobrzeznał. 
To onją wprowadził w to miejsce, z którego było tylkojednowyjście. 
Jak to się stało, Ŝeten, kto tambył, terazsiedzi naprzeciw niej w kawiarniw Sukiennicach? 
Chciałabyod razu poznać odpowiedź nate wszystkiepytania, dowiedzieć się, czy ten człowiek 
w mundurze pułkownika jest posłańcem nadziei czy delegatem śmierci. 
 

Kiedy wprowadził ją do Noworolskiego, wybrał salkęna samym końcu kawiarni. 

Oboknich nie było Ŝadnegostolika. 
Jarosławobciągnąłpas z kaburą pistoletu i juŜusiadł, ale zerwałsię, widząc, Ŝe Anna czeka, by 
odsunąłjej krzesło. 
W tym momencie siwowłosy kelner, pamiętający zapewnejeszcze czasy Franciszka Józefa, 
spojrzałnapułkownika kościuszkowca jak naparweniusza,któregoteraz trzeba, niestety, 
tolerować nawet w najlepszym towarzystwie. 
 

Zamówił dwie kawy, zaproponował koniak, ale Annapodziękowała. 

Patrzyła, jak zapala papierosai zaciąga sięzachłannie niczym uczniak, który chce w toalecie 
wypalićdyma do końca, nim dopadnie go nauczyciel. 
Strząsał popiół i patrzył, jakby chciałprześwietlić wzrokiemtiul woalki zakrywającej do 
połowy twarz Anny. 
Patrzył na delikatnyłuk jej szyi, na kasztanowe włosy, wymykające się spod bor132 
 

dowego toczka, na jej długiepalce,które nerwowo obracałykółko obrączki. 

Zarejestrował, Ŝe nosiła ją na serdecznympalcuprawej ręki. 
To znak, Ŝe nie uwaŜała sięza wdowę. 
 

Przyglądał się Annie, jakby porównywał ją obecnąz kimś znanymsobie sprzed lat. 

 

Skąd mógł ją znać tenczłowiek z rzędembaretek nadlewą kieszenią munduru? 

Za co dostał te odznaczenia? 
Pewnie za Lenino, Nysę ŁuŜycką, za Berlin. 
Twarz miał wymiętą jakprzeczytana gazeta. 
Jego patrzące twardo spod lekkoprzymruŜonychpowiek siwe oczy nasuwały skojarzenie 
zewzrokiem snajpera, czekającego nacel z palcemna cynglu. 
Sprawiał wraŜenie człowieka, który zapomniał, Ŝe moŜnasię uśmiechać, ale za to niezapomni, 
Ŝ

ezawsze trzeba wykonywać swoje obowiązkii Ŝe właśnie w tej chwili nadeszłana to pora. 

 

Jak to się stało,Ŝe on był dla niej kimś obcym, a ona była mu na tyle znana, Ŝe 

rozpoznał ją na ulicy? 
 

- Pan major wiele mi opaniopowiadał- zaczął Jarosław,gdy zauwaŜył spojrzenieAnny, 

wbite wbaretki na jegopiersi. 
- Pokazywał mi zdjęcia pani i córki. 
ś

ył myślą owas. 

 

- Dostałamtylko jeden list od niego. 

A moje trzy, które napisałamna adres: Smoleńskaja obłast', jaszczik 12, wróciły z dopiskiem: 
Adriesata niet. 
 

Liczyła, Ŝe teraz jej wyjaśni, co się z nim stało,lecz Jarosław zajął się przypalaniem 

kolejnego papierosa. 
Pochyliłsię nad marmurowym stolikiem, rozejrzał się naokoło i zacząłmówić półgłosem, jak 
przy konfesjonale. 
Zdania były 

background image

 

133. 

background image

 
krótkie, tak mówi człowiek przyzwyczajony do wydawaniarozkazów. 
 

- Miałemzaszczyt być uczniem pana majora. 

Pan major uczyłmniefrancuskiego. 
Traktowałmnie nie jak młodszego kolegę, a jak kogoś zaufanego. 
Na wszelki wypadekpodał mi adres pani wPrzemyślu. 
I matki w Krakowie. 
Byłem na Brackiej - zgniótł w popielniczce niedokończonegopapierosa, jakby chciał tym 
gestem stłamsić jakieś wzruszenie. 
- Wzięłamnie za syna. 
 

- Ona wciąŜ wierzy. 

 

-Wtedy panimajorowej nie zastałem. 

Nie mogłem zaczekać. 
Miałem rozkaz wyjazdu do Berlina. 
 

- A myśmy się zastanawiały, kto to był. 

 

-Zameldowałemsię zaraz po powrocie. 

Mam coś doprzekazaniaod męŜa. 
 

Nie spytała, co to jest. 

Czuła, Ŝe nie powinna na razieo nic pytać,Ŝe wszystko, czego ma się dowiedzieć, 
zostaniepowiedziane. 
To, jak trudno mu było zacząć tę opowieść,świadczyło, Ŝe on samdźwiga jakiś cięŜar. 
To,co mówił,brzmiało nie jak relacja, a raczej jak zwierzenie. 
Musiaławyobrazić sobie dzień, w którym tysiąceludzi w zielonychpłaszczach oficerskich 
wkroczyły w bramy obozu, a potemujrzeć tych sześciuset zarośniętych jeńców, 
umieszczonychw monastyrze, obdartych z wszystkiego, co było święte. 
Chciała wiedzieć,co myśleli, na co liczyli, czego się bali. 
Niemusiała o to pytać, bo Jarosław jakby odpowiadał na niezadane pytania. 
 

134 

 

- Był tam kwiat inteligencji: profesorowie, lekarze,inŜynierowie,naukowcy. 

Wszyscy okazali się naiwni jak dzieci. 
Wierzyliśmy, Ŝe świat się onas upomni. 
ś

e alianci wygrają. 

ś

e oddadzą nas Niemcom. 

Apotem nastroje siadły. 
KrąŜyłyróŜne pogłoski. 
Mówiono, Ŝe jak zabraknie prowiantu, wyśląnas do kołchozów do roboty. 
Ci, którzy znali bolszewikówchoćby zwojny dwudziestego roku, przewidywali dla nasdrogę 
na Sybir, do gułagów. 
Alew listach tego nie wolno było pisać. 
Przyznano nam jeden talon miesięcznie na list dorodziny. 
Nie mieliśmy dostępu do łaźni. 
Warunki higienicznegorzej jak dla bydła. 
Lazaretto wykańczalnia. 
Wtedy powołaliśmy się na konwencję genewską, na Czerwony KrzyŜ. 
Wiepani, co usłyszeliśmyod naczelnika? 
Nikakijekonwencji Ŝeniewskije i Krasnogo Kriesta nas niekasajutsia. 
 

Musiała sobie wyobrazić tego naczelnika wczapce zgranatowym otokiem, musiała 

ujrzeć te szeregi jeńców na zimowychapelach, to wyprowadzanie nadoprosy do 
kombrigaZarubina. 
Czyby poznała Andrzejawśródtych sześciuset brodatych męŜczyzn? 

background image

Jak znosił tedni i noce? 
Słuchając krótkichzdań Jarosława, zaczęła widzieć mury monastyru, pokryte wypisanymi 
ołówkiemlub kwałkiem zwęglonego drewnaimionami i nazwiskami oficerów, zamienionych 
w tłum, wypełniającyjakąś gigantyczną poczekalnię. 
 

- To dziwne, ale w kaŜdym jest potrzeba, by zostawićpo sobie jakiśślad. 

Człowiekowinajtrudniej znieść, Ŝe juŜnic od niego niezaleŜy. 
Byliśmy oficerami, a staliśmy sięstadem,którego pogłowie codziennie liczyli nasi dozorcy. 
 

135. 

background image

 
I wtedy usłyszała o tym kalendarzyku. 
 

-Pan major codziennie prowadził notatki w kalendarzyku. 

WszystkiewaŜniejsze wydarzenia. 
Notował, kiedy robili nam jakieś zastrzyki przeciw tyfusowi. 
Kiedyprzed Wigilią wywieźli od nas kapelanów. 
Kiedy był wzywany na doproś. 
Ten kalendarzyk był jego powiernikiem. 
Widzę go, jak skulony na swojej pryczy ostrzy o murresztkę ołówka. 
 

I teraz ona go zobaczyła. 

W półmrokucerkwi, na półce pryczy. 
Okryta kocem brodatapostać. 
Ten kalendarzykna 1939 rok kupiła mu w Krakowie, kiedy byli u jego rodziców na święta 
BoŜego Narodzenia. 
A teraz słyszy, Ŝe notowałw nim teŜ słowa, któreby chciał jejprzekazać w listach. 
 

- Pokazywał mi zdjęcia pani i córki. 

Martwił się, jaksobierodzinadaje radę. 
Mówił, Ŝe Nika ma mieć operacjęmigdałków. 
ś

e Ŝona jest delikatnego zdrowia. 

 

Więc w jakimśsensie była tam razem z Andrzejem. 

Ona i Weronika. 
Myślał o nich. 
Ale jak to się stało, Ŝe on, takinieskory do zwierzeń, opowiadał obcemu męŜczyźnie takie 
rzeczy? 
 

Jarosławjakby wyczuł, Ŝe nadszedł moment, by przedstawić okoliczności, które ich tak 

związały. 
To były pryczei wspólnadrabina. 
 

- Pod ścianami były prycze. 

Sześć pięter nar. 
Pan major był na pierwszym piętrze, a jajako młodszy oficer byłemna samej górze. 
Bo tam wyŜej były pluskwy. 
Tobyłaszarań136 
 

cza! U nich pluskwy są większe jak unas pszczoły. 

Zasnąćbyłotrudno, a jeszcze koło naszej pryczy nocą przesuwałysię całe kolejki interesantów. 
 

- Jakich interesantów? 

 

-Bo pan major miał szubę. 

Była podbitafutrem. 
Ktomusiał iść do latryny, to wkładał tęszubę. 
Bo mróz był, Ŝeoczy sztywniały. 
 

Szuba! 

Kiedy usłyszała słowa Jarosława, przed oczyma zobaczyła tę scenę,jak Andrzej szedł na 
wojnę i jakwtedy babcia kazała ordynansowi zapakować szubę dojego bagaŜu. 
I teraz mieszały się jej dwa obrazy: ten z ordynansem Makarym, którybierze szubę ze 
słowami, Ŝena wojnie wszystko się przyda, i ten z zimowej nocyw monastyrze, kiedy to 
schodzi po drabinie jakaś skulonapostać, przesuwa się jak cień w nocnej ciemności, 
rozrzedzonej tylko światłem reflektora z wieŜy straŜniczej, podchodzi do pryczy, na której 
spoczywa okryty szubą Andrzej,budzi go, trącając w ramię, i szeptem prosi o 
poŜyczenieszuby. 
 

- Wszyscy błogosławiliśmytę szubę pana majora. 

 

-MąŜ w czasie wojny z bolszewikami przepłynął nocąSan. 

background image

- Anna bez przerwyobracała na palcu obrączkę. 
-1 odtąd często zapadał nanerki. 
 

Widziała potakujący gestgłowy Jarosława. 

 

- Tam teŜ go to spotkało. 

W tych warunkach łatwo było stracić zdrowie. 
 

Powiedział "zdrowie". 

A Ŝycie? 
 

137. 

background image

 
Siedziała w kawiarni, przez okno widziała skrawekmurów kościoła Świętego Wojciecha, ale 
tak naprawdę byław środku monastyru i zastanawiała się, jak to się stało, Ŝejedni wyszli 
stamtąd Ŝywi i dzielą się swoimi wspomnieniami, inni zaś są juŜ tylko samym 
wspomnieniem? 
Chce siętego dowiedzieć. 
A moŜe on wcale nie ma zamiaru jej tego wyjaśnić? 
MoŜe juŜ nie jest tym samym człowiekiem, któregoAndrzej uczył francuskiego? 
Wtedy był porucznikiem. 
Terazjestpułkownikiem. 
Przyszedł razem z armią sowiecką. 
Anna nie patrzymuw oczy, kiedy powtarza to, co nieraz słyszała od róŜnych katyńskich 
wdów. 
 

- Słyszałam, Ŝe onizwalniali z obozów róŜnych takich,których uznali za swoich. 

 

Jarosław zastygł, potem zachłannie wciągnął wpłucapodwójną porcję dymu, tak Ŝe Ŝar 

nakońcu papierosaprawiedotykałjego palców. 
Popiół spadł prosto dopustej filiŜanki po kawie. 
Jarosław pochylił się nad stolikiem i zrobiłruch, jakby chciał ująć dłoń Anny, ale ta cofnęła 
rękę. 
Jarosławpatrzył prosto w twarz Anny. 
 

- Nigdy nie byłem komunistą. 

SłuŜyłem wKozielskudo mszy. 
NaleŜałem do kółka historycznego. 
Jestem Ŝołnierzem i pan major mi ufał. 
Na wszelki wypadek podał mi adres rodziny. 
Nauczyłem się go na pamięć. 
I odnalazłem panią,bo mam do przekazania coś waŜnego odmęŜa. 
 

Sięgnął do kieszeni munduru. 

Wydobył owinięty wchusteczkęjakiś płaskiprzedmiot. 
PołoŜyłgo koło cukiernicy,odchylił róg chusteczki, odsłaniającsrebrną papierośnicę. 
 

138 

 

Anna patrzyła jak zahipnotyzowana na widoczne naniej róŜne litery i emblematy. 

Przełknęła ślinęi powoli,ostroŜnie wyciągnęła rękę w stronę papierośnicy, jakby 
tobyłpłochliwy ptak, który moŜe nagle zerwać się i zniknąćz furkotem skrzydeł. 
 

29 

 

Wisząca lampa rzucała ciepłe światło na papierośnicę. 

LeŜałapośrodku stołu, a onetrzy patrzyły na nią jak na jakiścenny muzealny eksponat. 
Busia i Anna siedziały naprzeciwsiebie. 
Nika klęczała na krześle. 
 

Papierośnica byłamocno poprzecierana, srebrozeszło,odsłaniając ciemniejsze smugi. 

Wierzchnia pokrywa lekkowgięta. 
W jednym miejscu widniał ślad po jakimś emblemacie, który zniknął. 
Tylko Anna wiedziała, coznajdowało sięwtym miejscu:mały krzyŜyk ze złota. 
To dostaliod rodzicówchrzestnych Weroniki. 
Teraz Anna wyciągnęła rękęi dotykała kolejno róŜnych odznak i emblematów, jakby dotykała 
kogośŜywego, kogodługonie widziała i nawet niespodziewała się zobaczyć. 
Na wieczkuw dwóch rogach było widać dwie dziesiątki ze srebra. 
 

- Skąd te dwie dziesiątki? 

- spytała Nika, pochylającsięnad stołem. 
 

- Ta, bo dałam mu tę papierośnicena dziesięciolecieślubu. 

background image

- Anna końcempalca musnęła znak dziesiątki. 
 

139. 

background image

 
- A ta druga? 
 

-Oznacza Dziesiąty Pułk Artylerii CięŜkiej. 

 

- A co oznaczają te dwie litery? 

- Nika musnęła palcem splątane misternym węzłem dwie litery "A". 
 

- Andrzej i Anna. 

To "W" to ty. 
Weronika. 
A te dwieminiaturki KrzyŜa Walecznych i Virtutito zawojnę zbolszewikami. 
Ja poznałabym ją nakońcu świata. 
Drugiej takiej nie ma! 
 

Nika wyciągnęłarękępo papierośnicę, ale Anna przykryła ją dłonią. 

Tak, była zazdrosna o kaŜdy znak od niego,okaŜdego, kto mógł coś o nim powiedzieć. 
Teraz tenpułkownik był najwaŜniejszy. 
Stanowił pomost międzytym, cobyło post mortem, a tym, co zdarzyło się przed tą zbrodnią. 
Oprócz swoich relacji przekazał ten rekwizyt. 
Ale skąd gomiał? 
 

- Ojciec miał krew w moczu. 

- Anna nie spuszczaławzroku z papierośnicy, którą teraz Busia z wyraźnymwzruszeniem 
oglądała przez swoje binokle. 
-Kiedyzabierali go do lazaretu, dał ją panuJarosławowi. 
Miał ją przechowaćdo jego powrotu. 
Bał się, Ŝe tam go ruscy obrobią. 
 

- I ten połkownik mu jej nie oddał? 

 

-Wtedy był porucznikiem. 

Porucznikiem saperówz szóstego pułku zBrześcia. 
I to go właśnie uratowało. 
Usłyszał sobirajties' s wieszczami itrafił za bramę. 
 

- Zwolnili go z obozu? 

- Busia pokiwała głową z niedowierzaniem. 
Anna zaprzeczyłagestemgłowy: był saperem, a oni potrzebowali fachowców. 
 

140 

 

Musiała teraz powtórzyć wszystko,co usłyszała odJarosława: Ŝesam nie wie tak do 

końca, czy gdyby nie pewnakobieta, nie skończyłby tak jak inni. 
Tam w oboziewidziałw czasie przesłuchania protokólantkę. 
Ta NKWD-zistka poznała go. 
Tobyła Ukrainka, mieszkała we Lwowie w tej samej kamienicy przyPełczyńskiej, co rodzina 
Selimów. 
Mieli ten sam widok z oknana Cytadelę. 
Mijali się nierazw bramie. 
Ostatni raz widział ją w lipcu 1939 roku, kiedyprzyjechał z Brześcia na krótki urlop 
dorodziny. 
Pamięta,Ŝe wtedy jej sięukłonił. 
Uśmiechnęła się. 
W czasie kolejnego doprosu musiała go poznać, ale wyczuł tojedynie po jejspojrzeniu. 
Patrzyłana niego dłuŜszą chwilę, jakby się zastanawiała,jaki przeznaczyć mu los. 
Potem coś szepnęłakapitanowi NKWD, a ten zadał mu pytanie, czy jest gotówwalczyć z 
Niemcami. 
PrzecieŜ wy nie walczycie z Niemcami- odpowiedział Jarosław, awówczas zauwaŜył 
wspojrzeniu tej dziewczyny coś, cokazało mu kiwnąć głową. 

background image

A pewnego dnia usłyszał rozkaz: Sobirajties' s wieszczami. 
Myślał,Ŝego przenoszą zmonastyru do skitu, gdzie dawniej byłydomy pustelników,ale 
wyprowadziligo za bramęobozu,dołączyli do grupycywilów. 
Wszyscy byli przekonani, Ŝe idąna rozwałkę. 
Miał przy sobie papierośnicę Andrzeja. 
Byłaz nimpotem wszędzie. 
Najpierw na granicy fińsko-rosyjskiej, gdzie jako saper pracował przy budowie fortyfikacji. 
Przez pracę w sowchozie, a potem łagiertrafiłdo armii Berlinga. 
Teraz jestjakąś szychą w kwatermistrzostwie okręguwojskowego. 
 

141. 

background image

 
- To ostatni Ŝywy człowiek, który widział Andrzeja. 
-tymi słowami Anna zakończyła swoją relację ze spotkaniaz pułkownikiem Selimem. 
Busia delikatnie gładziła papierośnicę dłonią. 
 

- Wysłał go do nas, Ŝebyśmy wiedziały, Ŝe niedługo onsam zadzwoni do naszych 

drzwi. 
Pomódlmy się za niego. 
-objęła spojrzeniem Annę i Nike. 
Nika pochyliła głowę i podczas kiedy Busia szeptała modlitwę, ona zastanawiała się, najak 
długo ten znak w postaci papierośnicy podtrzyma wiaręBusi i Anny w pojawienie się Ŝywego 
syna, męŜa i ojca. 
Czyjeszcze bardziej nie wepchnie Anny w taki stan, kiedy w jej Ŝyciu będzie się liczyło tylko 
to, co juŜsię stało,a nie to, co masię dopiero stać. 
 

Busia zdecydowała, Ŝe papierośnicę trzeba włoŜyć dopudełka,gdzie 

leŜąodznaczeniaAndrzejai ostatni list odniego. 
Czy przyniosła goz powrotem z sądu? 
 

- Został w sądzie jako dowód, gdzie Andrzej przebywał. 

 

-Jak mogłaś go oddać? 

- głos Busi aŜ zadrŜał. 
-Oni cigo nigdy nie oddadzą. 
 

- I tak przecieŜznacie go na pamięć- rzuciła Nika,a wówczas Annawymieniła z Busia 

spojrzenie i Busia powiedziała: 
 

-A kto ma go pamiętać jakniemy? 

 

Potychsłowach Nika poczuła się jak ktoś wykluczonyztego kręgu obowiązkowej 

pamięci. 
Tkwiła w swoim kącieza szafą i usiłowała sobie przypomnieć róŜne szczegóły z relacji Anny: 
monastyr, brodaci oficerowiena apelu, piętrowe 
 

142 

 

prycze,najednejz nich skulonapostać ojca. 

Pisze coś w kalendarzyku. 
Czy moŜnaprzez czyjeś myśli sprzedlat zbliŜyćsię do kogoś bezpowrotnie utraconego? 
 

I wtedy usłyszała półgłosem wypowiedziane pytanieAnny: 

 

-Pamiętasz tę grę, w którą ojciec się z tobą bawił? 

Anna w nocnejkoszulisiedziała na swoim łóŜku. 
W ciepłym kręgu światła lampki nocnej stało drewniane pudełko, rzeźbione w huculskie 
wzory,a obok leŜałyna granatowym kocuróŜne przedmioty: sygnet Andrzeja,spinki do 
mankietów, odznaczenia bojowe, cygarniczkaz kości słoniowej, a wszystko to otaczało 
promieniującąodbitym światłem papierośnicę. 
Anna liczyła palcem rozłoŜonepamiątki. 
 

- Trzeba byłowybrać pięć przedmiotów, którelubisz,i kolejno odrzucać po jednym, aŜ 

zostawał ten, z któregozanic nie chciałaś zrezygnować. 
- Przeniosła spojrzenienacórkę. 
-W ten sposób uczył cię, Ŝe Ŝycie towybieranie tego,co dlanas najwaŜniejsze. 
 

- Wybierałam zawsze misiabezucha. 

 

-A kiedy on w to grał, zawsze wybierał to samo. 

-Anna nakryła dłonią papierośnicę i wtedy coś w niej wybuchłojak granat. 
ś

eby powstrzymać nagły spazm płaczu, zagryzłapalec iopadła twarzą na poduszkę. 

Nikastała nad nią bezradna. 
 

- Nie wiem, czy dobrze, Ŝe ten pułkownik się zjawił. 

KaŜdyznak od niego to dla ciebie cierpienie. 

background image

 

143. 

background image

 
Trwało to dłuŜszą chwilę, nim Anna się uspokoiła. 
Patrzyłajakby obok Niki,choćmówiła doniej. 
 

- Jesteśmy tacy, jak umiemy kochać. 

Kiedyś tozrozumiesz. 
 

Nika wzruszyła ramionami, jakby jej nie mogły dotyczyć te słowa. 

 

- Zabije cię to, Ŝe Ŝyjesz tylko wspomnieniami. 

Corazbardziej je upiększasz. 
 

Widzi zwróconena siebie spojrzenie matki: patrzy tymswoimsomnambulicznym 

spojrzeniem, w którym odbija sięnie zagracony salon, a jakieś sceny z przeszłości. 
MoŜedefilada, moŜe balw kasynie? 
A przecieŜ tamto ich Ŝycie nie było samym świętem. 
 

- Pamiętam,jak się kłóciliście. 

 

-Och, to było po balu pułkowym. 

- Anna potrząsnęłagłową, aŜ pierścień włosów zafalował wokół niej. 
-Lubiłamtańczyć, a Andrzej zabrał mnie do domu. 
Ach, jak ja lubiłamtańczyć. 
 

- Ja nawet nie zdąŜyłam się nauczyć - wtrąciła Nika,aleAnna tego nie zauwaŜyła, 

dalejzanurzonabyła w jakichśscenach z przeszłości. 
 

-Było mniezazdrosny - powiedziała ciepłym głosem. 

 

- A ty? 

 

-Zawsze byłam mu wierna. 

- Spojrzała teraz całkiemprzytomnie w oczy Niki. 
-I nadal będę. 
 

144 

 

30 

 

Stał i czekał. 

Widziała go z daleka, oparty o pieńkasztanatrzymał pod pachą blok rysunkowy, patrzył za 
mur, w stronę Wisły. 
JuŜ nie miał na sobietych zdeptanych butów z cholewami, w którychwysiadł w kwietniu na 
dworcu w Krakowie. 
Odkąd pracował jako laborant w atelier HubertaFillera, zamienił tamte butyna szyte ręcznie 
mokasyny,a wiatrówkę nakupiony na targu battledress z naszywkąPoland na ramieniu. 
 

Jur nadal uwaŜał Weronikę za swoje przeznaczenie: jeślima zdać na ASP,to ona musi 

mu pozować. 
Nie widywalisięczęsto. 
Jurw letnim sezonie miałtyle roboty w zakładziefotograficznym, Ŝe musiał wykradać godziny 
na szkicowanie. 
On rysował,a ona mówiła. 
Nie widzielisię raptem dwadni, a dzisiaj juŜ tyle miała mu do powiedzenia. 
Najpierw tahistoria z papierośnicą i tajemniczym pułkownikiem. 
Szukał ich, by przekazać papierośnicę ojca, i teraz ta papierośnica zaczęła działać na jej 
matkę i babcię jak narkotyk. 
Z jeszcze większą intensywnością zaczęły obie Ŝyć przeszłością. 
A ona nie chce juŜ dłuŜej płynąć pod prąd czasu. 
Czywedle niegoto obojętność? 
Egoizm? 
Chłód? 
 

Czuł, Ŝe tym razem nie wykpi się Ŝartem albo zgrabnym powiedzonkiem. 

background image

Przez chwilę patrzył na jejuniesionew oczekiwaniu brwi, potem dotknął delikatnie myszki 
najejpoliczku. 
 

145. 

background image

 
- Nie, to nie Ŝadna obojętność ani egoizm. 
To twojeosiemnaście lat. 
 

- Nasze osiemnaście lat. 

 

Stanęłana palcach iniespodziewaniedla siebie samejmusnęła wargami jego policzek, 

jakby dziękując mu za to,Ŝe znalazł właściwą odpowiedź na te dręczące ją samooskarŜenia. 
 

Od bramy nadchodziła grupa radzieckich oficerów. 

Ć

miąc papierosy, pokazywali sobie dzwon. 

 

- W naszej historii nigdy się to nie zmieni - wycedziłJur- Ŝe tu Ruś, tam Prus, a my 

pośrodku. 
 

-A co z amnestią? 

-Nika zapytała półgłosem. 
- Zgłosiłeś się? 
 

Pokręcił przecząco głową. 

Kończącszkic, wysunął nieco język zza zębów,jak mały chłopiec, zajęty sznurowaniembutów. 
 

- Wiesz, trochę się boję. 

- Zerknął w stronęradzieckich oficerów. 
-Matka mówi, Ŝebym się sam nie pchał. 
Mają juŜ mojego brata. 
A janie mam pewności, czy ty byś mido kicia paczki nosiła. 
 

I zaśmiał się, jak z dobrego Ŝartu, a Nika wtym momencie pomyślała, Ŝezły to czas, w 

którym w ten sposóbsprawdza sięwierność kobiet. 
 

-Wiesz, dlaczego tu się z tobą umawiam? 

- Rozejrzała się po podwórcu Wawelu. 
-Bo tu, pod tym kasztanem, mój ojciec oświadczył się mojej mamie. 
To byłodziewiętnaście lat temu. 
 

146 

 

31 

 

Kiedy się nad nią pochyliła, Anna poczuła zapach orchidei. 

Potemdomyśliła się, dlaczegokobieta przesiąknięta byłatym zapachem:te kwiatynosiłanagrób 
męŜa. 
 

- Pani mnie nie poznaje? 

- spytała kobieta, która stanęła przy jej stoliku w atelier Fillera. 
-Poznałyśmy się napogrzebie męŜa- pochyliła się ipółgłosem przypomniałaAnnie, Ŝe 
wówczas chciałasię od niej dowiedzieć, jakto moŜliwe,Ŝe mąŜ, pułkownik doktor Gustaw 
Ziegler, był tam,a umarł tutaj, w krakowskim szpitalu. 
Przyszła, bo madlaAnny waŜną wiadomość. 
Właściwiezjawia się tuw rolipośrednika, bo to pani rotmistrzowa Wende przysyła ją do Anny 
w pewnej poufnej sprawie. 
 

- Nie wiem, co między paniami zaszło, ale paniRenata obawia się,Ŝe niebędzie dobrze 

przyjęta. 
PoniewaŜ madla pani waŜną wiadomość,poprosiła mnie o jej przekazanie. 
 

Anna wstała. 

Ogarnął ją bardziejniepokój niŜ ciekawość, bow twarzy Zieglerowej była zapowiedź jakiejś 
tajemnicy, o której nie powinno się głośno mówić. 
 

- O co chodzi? 

 

-Sądowody - Zieglerowa powiedziała to prawie szeptem. 

Wysunęłaz czarnej torebki brzeg koperty, poczymszybkowsunęła ją do środka. 
Zerknęła w stronęFillera,aletenniczego nie mógł słyszeć, bo wciąŜ tkwił z głową pod 
 

147. 

background image

 
czarną płachtą, przygotowując pamiątkowe zdjęcie jakiegośpyzatego siedmiolatka. 
- Są dowody, Ŝe to zrobili oni. 
 

Reszty Anna dowiedziała sięw kawiarni Fregata. 

Zieglerowawybrała stolik pod oknem, usiadła tyłem do wejścia i mówiła szeptem jak przy 
spowiedzi: to, co za chwilęAnna usłyszy, jest przeznaczone tylko dla osób zaufanych. 
Pani Renata Wende ma do niej wielką prośbę, ale w obawie, Ŝe zostanie przez panią 
majorową nieodpowiedniopotraktowana, prosiła wdowę po 
pułkownikuZieglerzeopośrednictwo. 
OtóŜ wrócił z brytyjskiej strefy okupacyjnej kapitan Szwedowski. 
Był w oflagu II C Woldenberg. 
W czterdziestym trzecim roku Niemcy zebrali grupę oficerów i zawieźliich namiejsce 
zbrodniw Katyniu. 
NiemcomzaleŜało, Ŝeby rozkolportować wieśćo losach polskichoficerów, pozwolili więc tej 
grupie robić zdjęcia, rozmawiaćz ludźmi. 
I właśnie kapitan Szwedowski zrobił zdjęcianietylko ofiar, ale i świadków. 
Miejscowimuzycy opowiadali,co się działo trzy lata temu. 
I kapitan Szwedowski nie mawątpliwości, Ŝe tozrobili bolszewicy,gdyŜ Niemcy 
bytozrobililepiej. 
 

- Lepiej? 

 

-Nie zostawiliby przyzabitych gazet z datami i kalendarzyków, w których zapiski 

urywały się na godzinę przedśmiercią. 
 

Patrząc na woskowo Ŝółtą twarz wdowy po pułkowniku Zieglerze,Anna poczuła się 

wciągnięta w dziwny krągludzi połączonych śmiercią. 
Ta stara kobieta przyszła niby 
 

148 

 

w imieniurotmistrzowej Wende, ale przecieŜ sama teŜ czuła się zobowiązanado 

udziału w tej dziwnejkonspiracji. 
Wpewnej chwili ukradkiem przekazała Annie kopertę. 
Patrzyła w jej zasłonięte woalką oczy, jakby w tejchwiliodbierała od niej przysięgę. 
 

- Są w niejnegatywy -jej suche usta poruszałysię prawie bezgłośnie, jak w litanii. 

- Pani pracuje w zakładzie fotograficznym. 
Pani Wende liczy, Ŝe dzięki temu będzie moŜna zrobić odbitki. 
Tylko to musi byćktoś zaufany. 
Absolutniepewny! 
 

32 

 

- Wierzysz mu? 

 

Anna siedziała obok Niki na jej rozłoŜonym za szafąposłaniu. 

W ręku trzymała białą kopertę. 
 

- Sama mnie uczysz, Ŝewierzyć moŜna tylko umarłym. 

- Nika wzruszyła ramionami. 
 

Anna nie chciała teraz prowadzić z nią pojedynku nasłowa. 

Nietym razem. 
Niech sobie Nika myśli, co chce, aleteraz od jej opinii na temat Jura zaleŜy coś waŜnego. 
Annaprzykryła kopertę dłonią. 
 

- O tym nikt nie moŜe wiedzieć. 

Nawet pan Filler. 
Od chwili gdy Anna wróciła do domu, Nika czuła, Ŝematka znowu zanurza się jeszczegłębiej 
w czas post mortem. 
 

149. 

background image

 
Znowu waŜniejsze będzie to, o czym się mówi szeptem, niŜto, co moŜna powiedzieć głośno. 
Ale relacja ze spotkaniaz panią Zieglerowąnie pozostawiła jejobojętną. 
Wzięła doręki kopertę. 
 

- Oglądałaś tenegatywy? 

 

-Bałam się - Anna opuściłagłowę - ale wiem, Ŝenieuniknę tego. 

Czy ten Jurek jest pewny? 
 

- Onich tak samo nienawidzi jakty! 

 

-Przyprowadź go. 

Ale nic mu na razie nie mów. 
 

- Wieczna konspiracja. 

- Nika wzruszyła ramionami. 
- Jur nie przyjdzie. 
Mówił, Ŝe ma dzisiaj roboty po uszy. 
Przez te wycieczki musi ślęczećw ciemni całą noc. 
 

- Tymlepiej - włoŜyła kopertę w tom HistoriiGrecjii Rzymu i wręczyła ją córce. 

- Wieczorem,jak Filler pójdziedo domu, zaniesiesz to Jurowi. 
Niech zrobi odbitkii schowa w moim stoliku. 
A negatyw niech jutro rano odda pod ten adres. 
-Otworzyła ksiąŜkę i jeszcze raz pokazała kopertęz wypisanym adresem. 
- Ten ktośwybiera sięjutro do Warszawy. 
Chce to pokazać wProkuraturzeGeneralnej. 
 

- Ciekawe, na cotam liczy? 

- Nika pokręciła głową,nie mogąc uwierzyćw taką naiwność. 
Było juŜ późno, gdyzaczęłasię szykować do wyjścia. 
Busia zezdziwieniem obserwowała, jak wnuczka ogląda się w wielkim lustrze: najpierw 
zmieniła sukienkę w kwiaty na niebieską bluzkę, załoŜyła korale Anny, lecz po chwili je 
zdjęła i zamieniła nasrebrny medalik na łańcuszku. 
 

150 

 

- Gdzie ty się o tejporze wybierasz, Nikuś? 

- Busia podejrzliwie przyglądała się dziewczynie. 
-Jesteśumówiona? 
O tej porze? 
- Widząc potakujący gest Niki, podeszła bliŜeji spytałapółgłosem,jakby dając do 
zrozumienia,Ŝe jest postronie wnuczki. 
-Mama wie o tym? 
 

- Nie. 

- Nika, kładąc palec na wargach, mrugnęła dobabci jak do koleŜanki z klasy. 
-Ale nic jej nie mów! 
 

Busiapokiwałagłową, połoŜyła palec na ustach i przytuliłaNike jak koleŜankę. 

Nika wzięła z etaŜerki gruby tomzukrytą w nimkopertą. 
 

33 

 

TwarzJura w czerwonym świetleŜarówki wyglądała jakw blasku piekielnego ognia. 

Pochylony nad kuwetąz odczynnikami,patrzył, jak nabiałym kawałku papieru nadpływają z 
niebytu kontury jakichśpostaci. 
Patrzyły na niegoczyjeś oczy, a on pozwalałsię tym plamom zagęścić, byw końcu ułoŜyłysię 
w kształt czyichś twarzy. 
 

Usłyszał pukanie, potem łomot klamki. 

Wyjrzałz ciemni. 
W całym atelier paliłasię tylko jedna lampa. 

background image

Po kątachczaiłysię gęste smugi cienia. 
Zadrzwiami zobaczył twarzNiki. 
Nie byli umówieni. 
Przestraszył się, Ŝe przynosi jakąśzłą wiadomość, ale uspokoił go jej uśmiech. 
W tej niebieskiejbluzce wyglądała jak uczennica na wagarach. 
Wrękumiała grubą ksiąŜkę. 
 

151. 

background image

 
- Masz z tego zrobić odbitki do rana. 
- Wyjęła z pomiędzystronic ksiąŜki białą kopertę. 
-A negatywy masz odnieśćjutro ranopod adres na kopercie. 
 

Mówiła jak jakiś łącznik konspiracyjnej organizacji: 

 

niech sobie obejrzy te negatywy i powie, czy zdąŜy do ranazrobić odbitki. 

 

Był trochę zaskoczony,ale bez słowa zamknął się z kopertą w ciemni. 

 

Nika zaczęła się snuć po atelier. 

Zajrzała najpierw podczarną płachtę, wiszącą przy ustawionym na statywie aparacie. 
Ujrzała w prostokącie lustrzanki stojący do góry nogami fotel, obok niego odwróconą 
kolumnę, spowitą sztucznymi liśćmi ligustru. 
Zaczęłazwiedzać atelier jak starąrupieciarnię. 
Obejrzała wiszące na ścianach portrety kobietspowitych w welony i męŜczyzn, 
którychusztywniała tkwiąca pod szyją muszka. 
Zajrzała za cięŜką kotarę, wydzielającą zapach kurzu, dymu i zwietrzałych perfum. 
Sięgnęłanapółkę, wypełnioną artystycznymi rekwizytamipana Fillera. 
Było tam kilka ślubnych welonów, był kapelusz z pióramii bukiet sztucznychkwiatów, 
zakurzony jak sandały wędrowca. 
Nika wzięła laskę ze srebrną gałką,ale odłoŜyłają. 
Zafascynowały ją białe rękawiczki, długie do łokcia. 
Wciągnęła je, potem odruchowo sięgnęła po welon z koronką. 
WłoŜyła welon na głowę i pokazała język patrzącym nanią z portretów postaciom z 
artystycznych fotografii, którymi tak chlubił się pan Filler. 
Patrzyły na nią tłustedamyw kapeluszachz wisienkami, patrzyli panowie w surdutach, 
 

152 

 

ale teŜ jakieś młode pary, przytulone do siebie policzkami,z błyskiem szczęścia w 

podretuszowanych oczach. 
Stanęłaprzed lustrem i zaczęła naśladować te drętwe spojrzenia, teusta rozciągnięte w 
sztucznym uśmiechu, te błyszcząceszczęściemoczy, które rozszerzyły się nienaturalnie w 
ś

wietle lampy błyskowej fotografa. 

 

Nagle zobaczyła w lustrze odbicie Jura. 

Rękawy koszulimiał podwinięte. 
Patrzył na Nike w ślubnym welonie i jakbyniedostrzegał jej przebrania. 
 

- Widziałaśto? 

 

Zrozumiała, Ŝe pyta o negatywy. 

Pokręciła przeczącogłową, aŜ wianekślubny zsunął się jej na bok. 
 

- A pani majorowa? 

- Jur, widząc przeczący gestgłowy Niki, dodał pochwili: - MoŜe to i lepiej. 
 

Nagle coś w nim eksplodowało. 

Zaczął wykrzykiwać: 
 

- Bandyci! 

Siepacze! 
Mordercy! 
- Zaskoczona patrzyła naniego spod ślubnego welonu. 
Nigdy jeszcze nie widziała Jura w takim stanie. 
W pewnej chwili wziął ją za rękę i chciałwprowadzić do ciemni. 
Nika zaparła się w drzwiach. 
Wyrwała rękęz jegouścisku i pobiegła z powrotem za kotarę. 
Szedł kuniej wtym półmroku, jakby siębawili w czarnegoluda. 

background image

Odgarnął kotarę,a wtedy nagle Nika, duszącsię odpowstrzymywanego śmiechu, wcisnęła 
muna głowę sztywny cylinder z wieszaka. 
 

- Wyglądasz jak hrabia Monte Christo! 

Ten strój pannymłodej,ta jejgotowość do śmiechusprawiły, Ŝe Jur odtajał i nagle podjął 
zabawę:poprawił 
 

153. 

background image

 
cylinder na głowie, chwycił laseczkę ze srebrną gałką. 
Nika załoŜyła mu na szyję muszkę. 
Samaw białychrękawiczkachdo łokcia i wpienistym muślinie welonu wyglądałajak 
prawdziwa panna młoda. 
Podała mu rękę, jakby szlido ołtarza, a on zaczął nucić marsz Mendelssohna. 
KrąŜyli tak wokół atelier, odprowadzanispojrzeniami z portretów, jakby szli przez kościół 
pełen zaproszonych gości. 
Jurprzybrałminę szczęśliwego pana młodego, ona przestałachichotać, uznając,Ŝe ta gra, by 
nadal była zabawna,wymaga powagi. 
Jur doprowadziłją do fotela,posadził, uchylił cylindra, po czym dał nura pod płachtę przy 
aparacie. 
Nastawił ostrość isamowyzwalacz, doskoczył do fotelai objąłNike. 
A wtedyich policzki zetknęły się, a ich ustabyły takblisko siebie, Ŝe właściwie 
byłonieuniknione, Ŝespotkają się wpocałunku. 
 

I wtedy błysnęła lampa. 

Nika poderwała się z fotela. 
Zerwała z głowywelon,ściągnęła białerękawiczki i wybiegła na ulicę. 
 

Jur wyjąłkliszę z ich ślubnym zdjęciem i zaniósłją dociemni. 

Dziś w nocy czekało go spororoboty. 
 

34 

 

Zatopione w odczynniku odbitki nasiąkałykonturami,w świetle czerwonej Ŝarówki z 

białej magmy tworzyły się 
 

154 

 

kształty czaszek, wyostrzały się widoczne na potylicy otwory wlotowe pocisku. 

Czarne postrzępione dziury zdawały siękrzyczeć. 
 

Tej nocy niewiele spał. 

Zamknięty w ciemni robił odbitki, a potem schował jew szufladzie stolika, przyktórymzwykle 
Anna retuszowała stare fotografie. 
Negatyw wrazz jednym kompletem odbitek schował dokoperty, włoŜyłdochlebaka. 
Szary świt snuł się juŜ za witryną wystawy zakładu fotograficznego, kiedy Jur wreszcie opadł 
nafotel, naktórym zwykle Hubert Filler sadzał swoich klientów. 
 

Ocknąłsię, kiedyusłyszałbrzęk butelek z mlekiem. 

WłoŜył swój battledress i wyszedł na ulicę, zamykając drzwiatelier na klucz. 
 

Było pusto. 

Jasny poranek zapowiadałkolejny upalnydzień. 
Jur najpierw zobaczył czarnego kota, który wyszedłz bramy, a dopieropóźniej patrol. 
Dwaj milicjanci w okrągłych czapkachz okutym daszkiem i opaskami na ramieniutupaniem 
staralisię spłoszyć kota,zmusić go, by zawrócił,nie przecinając im drogi. 
Jeden włoŜył palce do ust igwizdnął przeraźliwie, a kotzamiast zawrócić, smyrgnął przed 
nimi i ukrył sięw bramie. 
Obaj milicjanci zaklęli. 
I w tym momencie ich uwagę zwrócił chłopak w battledressie. 
 

- Dokąd to, obywatelu? 

- to pytanie padło zza plecówJura. 
Zmilicjantami był jeszcze ktoś trzeci. 
MęŜczyznaw marynarce wysunął się zza rogu i teraz stanął metr od Jura, lustrując wzrokiem 
jegoubiór i przewieszony przezramię chlebak. 
 

155. 

background image

 
- Do roboty. 
 

-Gdzie robicie? 

- milicjant mówił do Jura, ale całyczas obserwował Trzeciego, jakby czekał na jakiś znak. 
Kiedy usłyszał odpowiedź Jura,Ŝe pracuje w "Sodzie" na Borku Fałęckim, zerknął na 
drugiego milicjanta. 
 

- Ciekawe - powiedział. 

- A idziecie w przeciwnymkierunku. 
 

- Dokumenty -drugi milicjant juŜ wyciągnął rękę. 

Jurzwlekał, powoli sięgnął do chlebaka, kiedy w tymmomenciektoś podbiłmu rękę. 
Trzeci krzyknął tak, Ŝe jego głos odbiłsię echem o mury kamienic: "To on! 
Uciekłz Urzędu w Myślenicach! 
". Milicjant zrywa z ramienia karabin. 
Jur kręciprzecząco głową. 
Sięga za pazuchę, jakby chciał wyciągnąćdokumenty,ale Trzeci jestszybszy. 
Wyciąga pistolet,krzyczyhisterycznie: - Ręce do góry! 
a kiedyJur odpycha milicjanta w jego stronę,blokując mu szansę oddania strzału. 
Trzeci przyklęka iceluje w plecy uciekającego. 
 

Jur biegnie chyłkiem, robi zakosyjak zając, tego uczonogo w lesie. 

Ale las todrzewa, a tu pędzi korytarzem między kamienicami. 
Pierwszy strzał obłupuje kawałek muru, któregoodpryski muskają mu skroń i policzek. 
Słyszy tupot cięŜkichbutów goniących go milicjantów, słyszy ich krzyki:- Stój! 
Stój! 
- ale nawet się nie ogląda. 
Byledo rogu, byle skręcić. 
 

Trzeci mierzy, alesylwetkę uciekającego zasłaniają mumilicjanci. 

Przeskakuje na drugi chodnik i znów się składado strzału. 
Tym razem trafia niŜej. 
Pocisk krzesze iskry kołostóp uciekającego. 
 

156 

 

Jur wpada do bramy, szarpie wielką Ŝelazną klamkę. 

Drzwi anidrgną. 
Zrywa z ramienia chlebak iusiłujegoprzepchnąć przez szparę między obłupanym brzegiem 
bramya brukiem. 
Kopiechlebak, byle przeszedł, byle zniknąłz oczu ścigających, aleon zapierasię o bramę i tkwi 
tam jakkość w gardle. 
I wtedy Jur widzi wymierzone w siebie trzylufy: dwa karabiny i jeden pistolet TT. 
 

- Wpadłeś! 

- dyszy Trzeci. 
-Wreszcie cię mamy! 
 

35 

 

- Do kogo ostatnio strzelałeś? 

 

Ś

ledczy zajęty jest sprawdzaniem, czy komora nabojowa pistoletujest pusta. 

Obejrzał magazyneki dopiero wtedyprzeniósł wzrok na przesłuchiwanego. 
 

- Do nikogo. 

 

Jur w rozerwanym przy szyi battledressie siedzi zrękoma na oparciu krzesła. 

Nie załoŜyli mukajdanków,nawet niezwiązali rąksznurkiem, kazali tylko trzymaćje za sobą. 
Oparcie krzesła wrzyna mu się pod łopatki. 
Krzesłostoi dwametryprzedbiurkiem, za którym siedzi Śledczy w mundurze kapitana. 

background image

Ś

ciany pokoju są obdrapane, na wysokość ramion pomalowane szarą olejnąfarbą, zakończoną 

krzywo połoŜoną lamperią. 
Pod oknem stoi masywny Blondyni cały czas czyścisobie paznokcieostrzem scyzoryka, jak 
ktoś, kto znalazłsię tu 
 

157. 

background image

 
całkiem przypadkowo. 
Jest jeszcze ten Trzeci. 
Zdjął marynarkę,powiesił na krześle za drugim biurkiem i cały czas kręci siępo pokoju jak 
myśliwski pies, który złapał trop. 
Oparłsię terazo Ŝelazną szafę w zielonym kolorze i patrzy na Jura z krzywymuśmieszkiem 
kogoś, kto jest przekonany, Ŝe nikt na świecie niejest w stanie go przechytrzyć. 
 

- Co robiłeś w Krakowie? 

 

-Przyjechałem się ujawnić. 

 

- Przyznaj się. 

- Śledczystuknąłwyjętym z pistoletuJura magazynkiem o biurko. 
-Jakie miałeś zadanie? 
 

- Chciałem po amnestii iśćna studia. 

 

-Nie pieprz! 

- Śledczy pochylił się do przodu. 
-A ktoodbił swoichz Urzędu w Myślenicach? 
 

- Nie mam z tym nic wspólnego. 

- Jur wzrusza ramionami i bezwiednie kładzie ręce na udach. 
Blondyn spodokna przerywaczyszczeniepaznokci, chwytaprzeguby Jurai szarpie je do tyłu,aŜ 
ciało Jura wypręŜa się z bólu. 
 

- Wpadłeś - słyszy głos Trzeciego, który połoŜył chlebak Jurana biurku i zaczął 

gmerać w środku. 
Wydobywadwie paryskarpetek z owczej wełny, które matka zrobiłaJurkowinadrogę do 
Krakowa. 
Jur widzi, Ŝe tamten odłoŜyłna bok kopertyz negatywamii odbitkami. 
 

- Tak jest,wpadłeś - potwierdzaŚledczy, zaciągającsię papierosem. 

- Dostaniesz takisam wyrok jak twój brat. 
 

- Co z Tomkiem? 

- Jurznowu prostuje się nakrześle,ale Blondyn naciska jego ramiona z góry i usadza go w 
poprzedniejpozycji. 
 

158 

 

- Takiś ciekawy? 

- Śledczy zachowujesię jak konduktor,znudzonyjazdą natej samej trasie. 
-Dowiesz się, jaksam zaczniesz mówić. 
No więc jakiezadaniemiałeś wykonać w Krakowie? 
 

- Mówiłem. 

- Jur znał tę metodę powtarzania pytań,by odpowiedź na któreś z rzędu odsłoniła jakiśślad. 
-Chciałem skorzystaćz amnestii. 
 

- To moŜnazrobić wszędzie. 

W Myślenicach teŜ. 
 

- Chciałem zdawać na studia. 

 

-Zdasz. 

- Śledczywcisnąłniedopałek w wypełnionąpobrzegi popielniczkę. 
-Ale za piętnaście lat. 
 

Jur widzi, jak Trzeci wytrzepuje z chlebaka nawet najdrobniejszeokruszyny, a potem 

sięga po koperty. 
Wyciąganajpierw negatywy, podnosije do oczu i obraca się w stronęokna. 
Jest wyraźnie zaskoczony tym, co ujrzał. 
Teraz wyciągaz koperty odbitki, rzuca na nie okiem inatychmiast kładzie je na biurku 
przedŚledczym. 

background image

 

- Za to mu się chyba więcej naleŜy. 

Przenosi spojrzeniena Jura. 
- Amnestii ci się zachciało? 
 

Blondyn zarechotał. 

Ś

ledczy patrzy na odbitki, przenosi spojrzenie na Trzeciego. 

Ten tylko skinął głową na znak,Ŝe obaj wiedzą,o co chodzi. 
Ś

ledczy zachowuje się,jakbydostałniespodziewanyprezent. 

 

- Skąd to masz? 

 

-Znalazłem. 

 

- Gdzie? 

- naciska Trzeci. 
 

- Na ulicy. 

 

159. 

background image

 
W tym momencie kopnięte przez Blondyna krzesłousuwa się spod Jura. 
Blondyn podrywa go z podłogii rzucao ścianę. 
Nad nimstoją Trzeci ze Śledczym. 
Walą mu się nagłowępytania: - Mów, skurwysynu, ktocię przysłał? 
Gdziesię zamelinowała reszta? 
Kogo miałeś rąbnąć? 
Gdzie mieszkasz? 
Dla kogo pracujesz? 
Podaj kontakty! 
Kto ci kazał? 
- KaŜdemu pytaniu towarzyszy kopnięcie, wymierzane celnie przez Blondyna. 
Robi to beznamiętnie, jak drwal rąbiedrzewo. 
W pewnej chwili uderza jego głową o ścianę i Jurwpada w ciemnykorytarz. 
 

Kiedy odzyskuje przytomność,Śledczy stoi przyoknie. 

Przegląda zdjęcia z Katynia. 
Gestem kaŜe Blondynowi posadzić Jura z powrotem na krześle. 
Głowa Jura zwisa. 
Trzeci naznak Śledczego unosi mu brodę, kaŜe mupatrzeć przed siebie. 
 

- Skąd to masz? 

Mów! 
- Śledczy potrząsa plikiem odbitek. 
 

- Znalazłem. 

 

-Chcesz, Ŝeby twój brat niedostał czapy? 

- podchodzibliŜejł pochyla się nad Jurem, który po chwili wykonuje głową potakujący gest. 
-To gadaj! 
Aleprawdę! 
Inaczej poŜałujesz, Ŝe sięurodziłeś! 
 

36 

 

Okratowana Ŝarówka wisiała nad nim jak zamglone zachodzącesłońce. 

Nie wiedział, gdzie jest,jak się tu znalazł. 
Był 
 

160 

 

poobijany. 

Z trudem obrócił się na bok,by poszukać wzrokiem drzwi. 
Wtej chwili usłyszałtrzask skobla i chluśnięciewody z wiadra odebrało muna chwilę oddech. 
 

JuŜ wiedział, Ŝe matka będzie się teraz musiała modlićza dwóch synów. 

 

37 

 

Słychać nierównyterkotmaszynydo pisania. 

 

Ś

ledczystoi tyłem do pokoju. 

Patrzy przez wysokoumieszczoneokno na krąŜące po błękitnym niebie gołębie. 
W ręku trzymanegatywy, od czasu do czasu podnosi je i trzymając w wyciągniętej ręce, 
dyktuje dalszy ciąg protokołu: 
 

-Zatrzymany posiadał brońoraz materiały obciąŜające. 

Przy biurkutkwi Trzeci i uderza w klawisze maszynydwoma sztywnymipalcami. 
Do pokoju wkracza dwóchmęŜczyzn w mundurach. 
Trzeci i Śledczy pręŜą się przed nimi. 
Szef macha niedbale ręką, patrzy na Doradcę. 
Widać, Ŝetenjest juŜ wprowadzony wsprawę, bo wyciąga rękę po materiały i mówiz 
wyraźnym akcentem: - AnopokaŜtie. 

background image

- Przegląda odbitki,kiwa głową, jakby w tej chwili wszystko było dlaniego jasne, i podnosi 
wzrok naŚledczego: - A niegatiw gdzie? 
 

- Przyda siędo sprawy. 

- Śledczy połoŜył rękę na kopercie z negatywami. 
 

- Niet. 

Eto niekoniecznie. 
- Doradca kręci przeczącogłową. 
 

161. 

background image

 
Wyciąga rękę po kopertę. 
Ś

ledczy rzuca szybkie spojrzenie na Szefa. 

Ten skinął głową. 
Ś

ledczy podaje kopertęDoradcy. 

 

Kiedy drzwi za tamtymi się zamykają. 

Ś

ledczy patrzyna Trzeciego. 

 

- Zarobisz awans - mówi, wyciągając do Trzeciegopaczkę papierosów. 

 

-Cholera wie. 

- Trzeci wzrusza ramionami. 
-A moŜeto taka sprawa, Ŝe i tych, co kogoś dopadli, ktoś teŜ kiedyśdopadnie? 
 

38 

 

Mur piwniczny był popękany, pokryty licznymi odpryskami,poplamiony jakimiś 

zaciekami. 
Twarzą do tego muru stałczłowiek ze związanymi z tyłu rękami. 
 

Taki obrazujrzał Jur, gdy go wepchnięto w wejściedotejpiwnicy. 

Najpierw Trzeciwraz z Blondynem prowadziligo długimi korytarzami. 
Wiało tustęchlizną. 
Jur ledwo zdołał zejść po schodach. 
Właściwietamci zwlekligo,trzymającpod pachy. 
Jedna jego ręka zwisała bezwładnie. 
Jeszcze dziśrano był zanią przywiązany do haka przy ścianie. 
Wisiał takdługo,aŜ dotarłodo niego, Ŝedlanich nie jest człowiekiem,nie jest nawet kimś 
podejrzanym, nie jest wrogiem. 
Jest tym,czym dla rzeźnika dobra półtusza wieprzowa. 
 

162 

 

Przebyli wielekorytarzy, zeszli schodami, by teraz pokazać mu tę piwnicę i tego 

człowieka, który tkwił przy tymospowatym murze tyłem do wejścia, z rękoma związanymiza 
plecami. 
Przy wejściu stał podoficer w czapce z granatowymotokiem. 
W ręku trzymał pistolet. 
Trzecitrącił Jura. 
 

- Poznajesz? 

 

-Tomek. 

 

Stojący pod ścianą człowiek robi ruch, jakby się chciałodwrócić,ale powstrzymuje go 

wrzaskpodoficera: - Nieodwracać się! 
- Trzeci patrzy zboku na Jura. 
 

- Ma Ŝyć? 

 

-To zaleŜy od ciebie -dorzuca z boku Blondyn. 

 

- Przypomnij sobie wszystkie kontakty. 

- Trzeci trącaJura w łopatkę. 
-Dobra pamięć jestpotrzebna, jak się chcezdać na studia. 
 

Wyciągają go zpiwnicy i znowuwloką długim korytarzem. 

Są na schodach, kiedy zza ich pleców dobiega strzał,a po chwili drugi. 
Jur kurczy się,robi ruch,jakby chciał zawrócić, pobiec zpowrotem, ale tamci trzymają go jakw 
imadle. 
Ciągną go teraz korytarzem parteru. 
 

- Twój braciszekŜyje - Blondyn mówi tojak serdeczny znajomy. 

- My dotrzymujemy słowa. 
-Mówi to przydrzwiach jakiejśceli. 

background image

Ręka Trzeciego uchylajudasza, Blondyn popycha Juraku drzwiom. 
Z okiem przy kółku judaszawidzi bratajak przez dno butelki. 
To on, Tomek. 
 

- To on? 

- Trzeci odciąga go juŜ od drzwi celi. 
 

- On. 

 

163. 

background image

 
- No widzisz. 
- Blondyn poklepuje go jak kolega z druŜyny po udanym strzale na bramkę. 
 

- Uciekł zgestapo w Myślenicach, awygo chcecie rozwalić? 

- Jur przełyka ślinę jak kluskę. 
 

Przenosi pełne napięcia spojrzenie z TrzeciegonaBlondyna. 

Blondynznowu klepie goprzyjaźnie pokarku. 
 

- Obaj przeŜyjecie. 

Ale musisz być rozmowny. 
 

- Inaczej czapa! 

- TrzeciprzybliŜa usta do ucha Jurai szepcze jak wróŜbę: - Czapai dla ciebie, i dla niego. 
Poniał? 
 

39 

 

Nie zdołała ukryć zaskoczenia, gdy pan Fillerpochylił sięnad nią ipołoŜył przed nią tę 

fotografię. 
Znalazł jąw ciemni. 
Jur zostawił ją przypiętą szczypcami do sznurka, Ŝeby sięsuszyła. 
A moŜe specjalnie zostawił ją na widoku? 
 

- Tutajnie będzie pani miała duŜodo retuszowania-Filler powiedział to z 

dyskretnym,lecz wiele mówiącymuśmieszkiem. 
Oddalił się, a ona została z tym zdjęciem, naktórym jej córka w przekrzywionym 
welonieślubnym nagłowie razem z Jurem pozują do zdjęcia jako para młodych. 
Kiedy tozrobili? 
- zastanawiała sięAnna - Czyto było specjalnie przeznaczone dlaniej? 
Czy w ten sposób Nika chcia- iła przekazać jejto, o czym nigdy jej dotąd nie mówiła? 
Tak,oczywiście, to był wygłup, to był Ŝart, ale czyrównocześnie 
 

164 

 

nie był to sygnał, Ŝe córka ma swoje Ŝycie, coraz bardziej dlaniej niedostępne? 

 

W tej chwili usłyszała słowa Fillera: - Proszę. 

Idziepanna młoda! 
 

Nika stanęła w drzwiach. 

Była zdyszanajak po długimbiegu. 
Nie zareagowała na pytanie Fillera: - Co się stało, Ŝepanmłody się nie zjawił w pracy? 
- tylko dopadłado Anny,rozjaśniona jak prawdziwa panna młoda. 
 

- Mamo! 

Chodź! 
Szybko! 
Stał się cud! 
 

Ten cud czekał na Annę w domu. 

A właściwie juŜ przeddomem. 
Stała tam wojskowa cięŜarówka, a zklatki schodowejwyłoniła sięStawowiakowa z zawiniętą 
w koc pierzyną. 
ZaniąŜołnierze znosili resztę dobytku kolejarskiej rodziny: 
 

garnki, sagany,maglownicę, Ŝelazko z duszą. 

 

Na widok Anny Stawowiakowa, zwyklenieskora doprzyjaznych gestów, cała 

rozjaśniła się w uśmiechu: - Bógzapłać,pani majorowe! 
Dziękuję, Ŝepani wstawiła się zanami. 
Takie szczęście! 
Dostaliśmy na Czerwonych Kosynierów dwa pokoje z własnąkuchnią! 
 

Na schodachukazał się Stawowiak. 

background image

Zpomocą Ŝołnierza znosił z piętra swój rower. 
Spojrzał na Annę trochę podejrzliwie. 
 

- IdźŜe, idźŜe - skarciłŜonę. 

- śeby sobie takie coś załatwić, to trzeba mieć nieliche chody. 
 

NagórzezauwaŜyła, Ŝe drzwi do gabinetu profesoraFilipińskiego, dotąd zalepione 

paskiempapieru z czerwonymi 
 

165. 

background image

 
pieczęciami, były teraz szeroko otwarte i Ŝołnierze pod komendą Busi przenosili tam meble z 
salonu. 
W głębi salonudostrzegła Jarosława. 
Poganiał Ŝołnierzy, którzy dźwigali teraz ogromną szafę do dawnej sypialni. 
W pewnejchwili, niewiedząc, co zrobić z trzymanymw palcachniedopałkiempapierosa, 
wetknąłgoukradkiem w donicę z kaktusem. 
ZauwaŜył spojrzenie Anny. 
Speszył się i burknął na usprawiedliwienie, Ŝe przeprasza, ale na froncie człowiek chamieje. 
 

Anna usunęłasię z przejścia, bo właśnie dwóch Ŝołnierzy starałosięwypłynąćz salonu z 

jej wielkim łoŜem. 
 

- Jak mam to rozumieć? 

- Objęłagestem cały ten bałagan. 
 

- Jako akt sprawiedliwości dziejowej - Jarosław powiedział to z wyraźną ironią. 

- To obiecuje wszystkim historia. 
 

- Teraz historia takim jak my chce wszystko zabrać. 

 

-Polskainteligencja poniosła juŜ takie straty, Ŝe musibyć podochroną. 

Zaopiekować się panią to był mój obowiązek. 
Proszę pamiętać, Ŝe zawsze moŜe pani na mnie liczyć. 
 

Ceremonialnie pocałował dłoń Anny. 

 

Busia dyrygowała Ŝołnierzamijak kiedyś ordynansemMakarym i dyktowała im, w 

którym miejscu mają ustawiaćmeble. 
Nikaprzenosiła ksiąŜki do gabinetu dziadka. 
 

- Jak pan to sprawił? 

- Anna nie mogła uwierzyć, Ŝeodzykali swoje terytorium. 
-Groziło nam jeszcze dalsze dokwaterowanie . 
 

Popatrzyłna nią jak nauczyciel, który ma nauczyć kogoś podstawowych praw. 

 

166 

 

- W armii ludowej najwaŜniejsi są kucharze i kwatermistrzowie. 

- Uśmiechnął siętym swoim uśmiechem, którywcale nie był dowodem, Ŝe coś go bawi,a co 
najwyŜej, Ŝema dystans dopewnych spraw. 
-Na szczęście jestem tymdrugim. 
Po prostu niemogłem ścierpieć, Ŝe rodzina panamajora nie jest u siebie. 
 

I wtedy poraz drugi pocałował jaw rękę jakktoś, ktostawiapieczęćna podpisanym 

układzie. 
 

Nika porządkowała ksiąŜki w dawnym gabineciedziadka. 

Kiedy Anna wniosła do gabinetu cięŜką figurę marszałka Piłsudskiego na koniu, zauwaŜyła, 
Ŝ

e pułkownik patrzy na jej matkę nie jak na wdowę po majorze Filipińskim,lecz jak na 

atrakcyjną kobietę. 
MoŜe to był przypadek, a moŜe z całą świadomością wyjął z oszklonejbibliotekinie 
tomArystotelesa ani Seneki,Pascalaczy Schopenhauera, leczwłaśnie Marka Aureliusza, 
byznaleźćw nim ten cytat: "NaleŜy kochać wszystko, co nam się zdarza". 
Przeniósł spojrzenie na Annę i sam skomentował tozdanie: - Oni chyba nigdy nie byli na 
wojnie. 
- Jarosław przewrócił kilka stronici znów spojrzał na Annę. 
-Wedle Marka Aureliusza nicniejest złe, co jest zgodne z naturą. 
 

- A zabijaniejest zgodnez ludzką naturą? 

- patrzyłamu prosto w oczy, oczekując wyraźnie odpowiedzi. 
 

- śaden czyn sam w sobie niejest ani dobry, anizły. 

- Jarosław waŜył w rękuksiąŜkę. 

background image

-To zaleŜyod motywów. 
 

- A więc kaŜdy moŜe mieć jakieś alibi? 

 

167. 

background image

 
- To sprawa sumienia. 
Mójwujek był lekarzem weLwowie. 
Bolszewicy szukali jego przyjaciela, więc chcąc godobrze ukryć, umieścił w szpitalu 
psychiatrycznym. 
Zrobiłz niego wariata. 
 

- I to go ocaliło? 

- Nika wtrąciła się do rozmowy. 
Jarosław zaprzeczyłgestem głowy. 
 

- To go zgubiło. 

W czterdziestym pierwszymprzyszliNiemcy iwszystkich pacjentów rozstrzelali. 
Awuj do dziśma wyrzuty sumienia, Ŝe przyjaciel zginął przez niego. 
 

Anna stanęła w oknie gabinetu. 

Jejwłosy prześwietlałosłońce, nadając im lekkomiedziany połysk. 
Patrząc gdzieśdaleko, na dachy kamienic,powiedziała bardziej do siebiesamej niŜ do 
obecnych w gabinecie osób: 
 

- Sumienie. 

Prawda. 
- Wzruszyła ramionami. 
-Potej wojnie nic juŜ nie będzie takie, jak było. 
Wszystko uległozmianie. 
 

Jarosław patrzył na jej sylwetkę prześwietloną słońcem. 

 

- Zostały jeszcze kobiety, któreumieją czekać. 

 

40 

 

Pan Filler zjawiłsię niespodziewanie. 

Pod szyjąmiał fantazyjnie zawiązany fular, ale pocałunek, jaki złoŜył na ręce Anny, był 
pospieszny, jakby fotograf chciał zapomnieć o tychszczególnych względach, jakimi dotąd 
zawsze ją wyróŜniał. 
 

168 

 

- Przepraszam,ale musimy się rozstać. 

- Był wyraźniespłoszonyi zerknął na Busię,jakby nawet jejobecność byłamunie na rękę. 
-Bylidziś u mnie. 
 

- Kto? 

 

-Nie wie pani? 

Pytali o jakieś zdjęcia z Katynia, pytali o pana Jurka. 
- Zawahał się, czy mówić dalej, ale uznał,Ŝe majorowa Filipińska zasługuje na to, by poznać 
sytuację. 
- Prosili,Ŝeby informować, kto kręcisię wokółpani osoby. 
Wtej sytuacji lepiej, Ŝebyśmy się rozstali. 
 

- Dziękuję, Ŝe mnie pan uprzedził. 

 

Filler znowu złoŜyłpospieszny pocałunek na ręceAnny i dopiero wtedy wydobyłz 

kieszenimarynarki kopertę. 
PołoŜył ją dyskretnie na komodzie. 
Po jegowyjściuBusia zajrzała do środkai pokiwała głową: to nawet naczynsz ielektryczność 
nie starczy. 
A za co kupią węgielna zimę? 
 

- MoŜe by ten pułkownikpomógł z węglem? 

 

-Nie, mamo. 

- Anna pokręciła głową. 
-Nie wypadago prosić. 

background image

 

- To co zrobimy? 

 

Iwtedy właśnie Anna ujrzała swoje odbicie w lustrze. 

Rozpuszczone włosy spływałyciemnąfalą na ramiona, sięgały za łopatki. 
Patrzyła nasiebiejak ktoś, komu przyszłosię poŜegnać z kimśdobrze sobie znanym. 
Sięgnęłapo kapelusz z woalką. 
 

169. 

background image

 
4/ 
 

W sierpniowym słońcu twarz Anny, zasłonięta woalką, wydawała się nieodgadniona. 

MoŜe dlategoAktorkajej nie poznała. 
Niemal zderzyły się w samym wejściu do Teatru Słowackiego. 
Aktorka wychodziła właśnie po porannejpróbie,kiedy Anna stanęłajej na drodze. 
 

- Wspominała pani kiedyś, Ŝe moŜna tu sprzedać włosy. 

 

-Oto do czego zmuszają warunki naszą inteligencję! 

- Aktorka wykrzyknęła to z emfazą. 
Ujęła Annę pod rękęiwprowadziła do teatru. 
Przeszły za sceną, na której ustawiano właśnie dekoracje. 
Nad głową Anny wisiały jakieśmetalowe rampy, grube sznury i kable. 
W powietrzu unosiłsię zapach oliwy, kurzu i kleju. 
Szły wąskimprzejściemobokodstawionych na bok starych dekoracji. 
 

W wąskiej, kiszkowatej pracowni zapachkleju nasiliłsię, a jeszcze doszedł do tego 

duszący zapach przypalanychwłosów. 
Gruba perukarka gorącą lokówkąukładała długie,siwe strąki w misterne loki perukiw stylu 
LudwikaXIV. 
Na półkach stałydrewniane czerepy z nałoŜonymi perukami królów, paziów, monsiniorów i 
dam dworu. 
Pod oknemtkwiła garbuska, wszywając rozłoŜonena gazecie pasmawłosów w naciągnięte 
płótno. 
To do niej zwróciła się Aktorka, przedstawiającAnnę. 
 

- Pamiętaj,Michalińciu, Ŝe te włosy mają być dlamnie! 

 

170 

 

W chwilę później Anna siedziała na niewygodnym krześle isłyszała szczęk noŜyc, 

które cięły jej kasztanowe włosy. 
Perukarka ustaliła, Ŝe zostawi jejtyle włosów,Ŝe będzie wyglądała jak paź w Hamlecie. 
Po kaŜdym szczęknięciu noŜycpasma włosów zsuwały się po ręcznikuna podłoŜoną gazetę. 
 

- AŜ Ŝal ścinać - odezwała się garbuska spod okna. 

-MąŜsię zgodził? 
 

- Jak poszedł na wojnę, tak dotąd nie wrócił- powiedziała Anna. 

 

-MoŜejeszcze wróci. 

- Perukarkaoddała pęk uciętychwłosówgarbusce. 
-Masz tu robotę dla naszej gwiazdy. 
 

- A wie pani, Ŝekto wkłada perukę z czyichś włosów,ten bierze teŜ ijego los? 

- Garbuska nawinęła pasmowłosów Anny na gruby wałek od ciasta. 
 

- Nie Ŝyczęjej tego - powiedziała Anna. 

Nie spodziewała się, Ŝe ta uwaga otworzyprzed niąnieznany rozdział Ŝycia Aktorki. 
Posłowach Annygrubaperukarka, wciąŜ przebierając palcamipo jej włosach niczymharfistka 
postrunach instrumentu, stwierdziła, Ŝe kaŜdy mado wypełnienia swój los i tylko od niego 
zaleŜy, czy zrobi towedle praw boŜych i ludzkich, czy przeciw nim. 
A wedleniej Aktorka powinna się trzy razy wyspowiadać z tego, couczyniła w czasie wojny. 
 

- PrzecieŜ wteatrze dla Niemców nie grała. 

- Garbuska przerwała wszywaniewłosów w płótno i patrzyła niechętnie na 
perukarkę,najwyraźniej przeczuwając, doczegotamta zmierza w tym ich nieustającym sporze. 
 

171. 

background image

 
- Michalińcia to by jej broniła nawet w piekle. 
- Perukarka,trzymając w ręku brzytwę, którą wycinała pasemkawłosów Anny, stanęła teraz 
przed nią, by widzieć jej reakcjęna swoje wywody. 
 

- Czy to ma być w porządku, kiedy męŜatka pod nieobecność męŜa nie śpi sama w 

łóŜku? 
- ciągnęłaz wyraźną zajadłością. 
-MąŜ wywieziony do obozu, a Ŝona ma romanse! 
 

- Alepaczki całyczas mu doobozu wysyłała. 

- Michalińcia broniAktorki, lecz to tylko wzmaga emocje perukarki, która robi się czerwona 
na twarzy. 
 

- Takie są aktorki. 

Jak kto się przyzwyczai do hołdównascenie, to i w Ŝyciusobie nie odpuści. 
A przecieŜ towstyd, Ŝeby zdradzać męŜa, cow obozie siedzi. 
 

Stojąc przed Anną z brzytwą w ręku, perukarka najwyraźniej oczekiwała z jej 

stronypoparcia. 
A wtedy odezwałasię garbuska. 
 

- Szczujesz, bo cię za mąŜ siłą za rzeźnika wydali, a onkochał tylko pieniądze. 

Nie wiesz tego, comi ona w garderobie powiedziała. 
 

- Noco? 

- Perukarka patrzyłakosonaMichalińcię. 
To,co terazgarbuska zaczęła mówić, bardziej było skierowanedoAnny niŜ do perukarki. 
Nie brzmiało to wcale jak powtarzana plotka, a raczej jak zwierzenie,które miało 
usprawiedliwić Aktorkę. 
Tak, miała romanse, wiedziała o tym nawet jej teściowa, ta słynna przed wojną krakowska 
wróŜka,to właśnie ona powiedziała synowej, Ŝe jeśli potrzebne jej są 
 

172 

 

hołdymęŜczyzn, niechsobie w tychcięŜkich czasach nie odmawia potwierdzenia, 

Ŝ

ewciąŜ jestpoŜądaną kobietą, inaczej przestaną w niej krąŜyć Ŝywe soki Ŝycia,bo 

czekaniejest powolnym umieraniem i po wojnie będzie jak suchywiór, jak podcięte u korzeni 
drzewo, w którym przestająwiosną krąŜyć soki i kiedy mąŜ wróci, nie będzie miał siękim 
cieszyć. 
 

Michalińcia mówiła to z przejęciem, nie spuszczajączAnny oczu, jakby szukając u niej 

zrozumieniadla Aktorki. 
Perukarka fuknęła jakpodraŜniona kotka i demonstracyjniewzruszyła ramionami. 
 

- Michalińcia to by za nią duszęzaprzedała. 

 

-I co było dalej? 

-spytała Anna. 
- MąŜ wrócił? 
 

- Wrócił - potwierdziła z satysfakcją garbuska i terazostatnie słowa skierowałado 

perukarki. 
- A jakwrócił, to sięaŜ zadziwił, ŜeŜona jeszcze piękniejsza jak przed wojną. 
 

Perukarka niecierpliwym gestem ręki uciszyła Michalińcię i zwróciła siędo Anny, 

licząc, Ŝe stanie po jej stronie: 
 

- I co pani na to? 

 

-Proszę juŜwięcej nie wycinać powiedziała Anna. 

W lustrze, które podsunęła jej perukarka,zobaczyła inną kobietę niŜta, którą widziała jeszcze 
godzinę temu. 
Jejoczy wydawały się większe,krótko ostrzyŜone włosy odsłoniłypoliczki, uwydatniającusta. 
Wydała się sobiemłodsza. 

background image

Tak, napewno wyglądała na młodszą, ale tak naprawdę czuła się jak ktoś, kto zmieniając 
skórę,odkrywa nagle, Ŝe niemoŜe przestać być sobą. 
 

W. 

background image

 
42 
 

- Coś ty zrobiła? 

- Busiaobchodziła Annę naokoło jak słupogłoszeniowy. 
-Jędrek by cię nie poznał! 
 

Nie kryła swegooburzenia: jak Anna mogła zrobić cośtakiego? 

Czy chcebyć modna? 
To nie w jej stylu! 
WówczasAnna wyciągnęła ztorebki zarobione pieniądze i wcisnęła jew ręce Busi. 
I wtedy Busia objęła ją i pogładziła po tychkrótkich włosach, jakby chciała tym gestem 
podziękować jejza złoŜoną ofiarę. 
 

Jarosławzjawiłsię niespodziewanie, trzymając pod pachąwielkie tekturowe pudło. 

Patrzył zaskoczony na Annę, jakbyto nie była tasama osoba, którą znał ze zdjęć w obozie. 
 

- Co za zmiana! 

- powiedział, stawiając paczkę na stole. 
Nika tę zmianęoceniła naswój sposób: - Wyglądaszsanacyjnie! 
- powiedziała, podsuwając przed oczy Jarosława album z rodzinnymi fotografiami. 
Na jednym z nich widać Annę: siedzi w siodle na siwku,a krótko przycięte włosy niczym 
pejsy zachodzą na policzki. 
Obok niejAndrzej: 
 

siedzi na koniu i trzyma w ręku dŜokejkę Anny. 

Patrzy ciepło naŜonę, która trzyma w triumfalnym geścieogon lisa. 
 

- Mama wygraławtedy bieg świętego Huberta. 

- Przeniosła spojrzeniez fotografii na Annę. 
-Była wtedy najlepsza! 
 

- I taka ładna - westchnęła Busia, pochylona nad albumem. 

 

174 

 

- To sięnie zmieniło - powiedział Jarosław, obserwując uwaŜnie, jak Anna zareaguje 

na tę uwagę. 
Byłzawszeczujny jakśpiący na słońcu pies, gotów w kaŜdej chwili zerwać się do pościgu za 
kotem. 
W tej chwili, kiedy porównywał ją dzisiejszą z tąze starej fotografii,poczułasię, jakbybyła 
podglądana. 
 

- Wszystko sięzmieniło - tym zdaniem ucięła temat. 

 

-Wszystko prócz wspomnień. 

 

- Wspomnienia to bagaŜ. 

- Jarosław, otwierając przyniesionąpaczkę z UNRRA, zerkał spod oka na Annę. 
 

- A z cięŜkim bagaŜem daleko się nie ujdzie. 

ś

ycie ma swoje prawa. 

 

- Ale stawia teŜ obowiązki. 

- Anna tkwiła wfotelu, obracając napalcu obrączkę. 
-Przynajmniejobowiązekwierności czyjejś pamięci. 
 

- Nie wszystko trzeba pamiętać -stwierdził Jarosław,a Nikaskwapliwie przytaknęła 

jego słowom. 
Układała napaterze wydobyte zpudła figi, daktyle, czekoladę. 
 

- Niech pan raczej powie, Ŝenie wszystko wolno terazpamiętać - w głosie Anny dało 

sięwyczuć rozdraŜnienie. 
 

Jarosław opadł na fotel, zapalił papierosa, jakby chcączyskać naczasie. 

 

- Zostawmy to historii. 

Ona wszystkoprzecedzi, odsieje waŜne od niewaŜnego. 

background image

 

Jarosław zakrył się chmurą dymu. 

Anna patrzyła naniego przez zmruŜonepowieki i Nika była pewna, Ŝe szykuje się 
dofrontalnego ataku. 
 

175. 

background image

 
- Historię piszą zwycięzcy - Anna powiedziała to tak,jakby było to oskarŜenie bezpośrednio 
wymierzone w tegoczłowieka w mundurze. 
 

-Dobrze, jak zwycięzcy przynoszą wolność - zauwaŜył Jarosław. 

Anna nie spuszczała zniego oczu, jak tygrysszykujący się do ataku. 
 

- Jakmogąprzynieść wolność ci, cosamisą zniewoleni? 

 

-Historia oceni, czy cel uświęca środki. 

 

- Historię moŜnazakłamać. 

Ale prawda jest jedna. 
Jarosław zaciągnął się, jakby chciał zyskać na czasie, zanimprzyjdzie mu odpowiedzieć. 
Nika patrzyła na matkęz obawą, Ŝe ta nie przestanie przyciskać do ściany człowieka,który 
wszak nie przyszedł tu jakojakiś przeciwnik. 
Zachowanie Jarosława wskazywało, Ŝe najwyraźniej chciał w tej dyskusji uniknąć 
konfrontacji. 
Ale Anna juŜ otworzyła tamę, wylałysię z niej słowa, które przez tyle lat nosiła w sobie: co 
zostaniez prawdy, jeśli wygrają ci, co chcą ją ukryć? 
Przykłady? 
Proszę! 
Była po raz drugi w Sądzie Grodzkim, Ŝeby odebrać jedyny list Andrzeja z Kozielska. 
Chciałauzyskać zaświadczenie,gdzie ikiedyzginął jej mąŜ,ale urzędniczka nie zwróciła jej 
listu, bo rzekomo akta zostały przekazane do Wojewódzkiej Prokuratury do Ścigania 
Niemieckich Zbrodni Wojennych. 
Kiedywreszcie dotarła przed oblicze prokuratora, zadała mu pytanie, dlaczego właśnietu 
trafiły jejdokumenty. 
- To chyba logiczne -odpowiedział. 
-My się zajmujemy ściganiem zbrodniniemieckich. 
- MąŜ zginął w Katyniu. 
-Na jej słowa odpowie176 
 

dziąbyłopytanie: - Skąd ta pewność? 

- Bo ostatni listdostałamz Kozielska w grudniu trzydziestego dziewiątego. 
-CzymąŜ był na tej niemieckiej liście? 
- spytał prokurator, notująccoś w aktach. 
-Tak, ale tam było sporo błędów. 
Chybamaciejakieś dokumenty? 
PrzecieŜ w Katyniu byli z komisjąPCKświadkowiez Krakowa. 
Był doktorRobel, Wodziński, ksiądzJasiński. 
Byli nawet oficerowie polscy z niemieckich oflagów! 
 

I wtedy prokurator sięgnął popióro i zawiesił je nadkartką: -A konkretnie? 

MoŜe pani podać jeszcze jakieś nazwiska? 
Adresy świadków? 
Co pani o nich wie? 
- Tylkotyle- powiedziała wtedysucho - Ŝe ichjakoś nie moŜna spotkać. 
 

- PrzecieŜ jaod kwietnia szukam kontaktu z księdzemJasińskim- mówi teraz z 

przejęciem Anna. 
- A podobno onbył aresztowany,przesłuchiwany. 
Taka jest prawda. 
 

- Mamo, czy prawda cię zbawi? 

- Nikazachłanniewgryzała się w figę. 
-Co ona zmieni? 

background image

 

- Czasami lepiej nie wiedzieć- Jarosław mówi to z namysłem, jakby chciałuniknąć 

kolejnego atakuze strony Anny. 
- Bo niewiedzieć totylko cierpienie. 
Awiedzieć to nieszczęście. 
 

Anna widziałapotakujący gest głowy Niki. 

Stanęła pojego stronie, bo tak jak on uwaŜa, Ŝe amnezjajest najlepsząreceptą na Ŝycie. 
 

- śyć, nie znając prawdy? 

- objęła spojrzeniem i córkę,iJarosława. 
Jarosławzerknął na Nike, jakby dając jej pierwszeństwo, aleta zajęta była próbowaniem 
unrowskiejczekolady. 
 

177. 

background image

 
- Są róŜne prawdy - Jarosław zapalał kolejnego papierosa "Wolność", choć w przyniesionej 
przez niego paczce były pudełka cameli. 
- Są prawdy oczywiste, ale są teŜ iniepotrzebne. 
 

- Niby jakie? 

 

-Odkryte w złą porę. 

 

Anna starała się zobaczyć przez chmurę dymu oczy Jarosława. 

Co chciał przezto powiedzieć? 
Dlaczego tak dziwnie kluczy, zamiast odpowiedzirzuca ogólniki jak na seminarium z 
filozofii. 
Kim w końcu jest tenczłowiek, któremuAndrzej tak ufał? 
Z jednej strony czuło się, ŜeduŜo wie,a równocześnie wyglądało, Ŝe wolałby o tej wiedzy 
zapomnieć. 
Czy był zakłamany, czy tylko ostroŜny? 
 

- Dla prawdy nie mazłejpory. 

 

Jarosław dostrzegł zniecierpliwienie Anny. 

Wstał, obciągnął mundur i złoŜył ceremonialny pocałunek na ręceBusi i Anny. 
Po jego wyjściu Nika wyciągnęła z paczki pudełka papierosów "Camel"i schowała jedo 
teczki. 
 

- Ty palisz? 

 

-Nie. 

Biorę je dla Jura. 
 

- PrzecieŜ zniknął i od tamtej nocy nie pokazał się 

 

więcej. 

 

- Pewnie pojechał dodomu - wzruszyła ramionami. 

-Odyseusz teŜ wrócił po długiej podróŜy. 
 

Anna w zamyśleniu dotknęła swoich krótko ostrzyŜonychwłosów i powiedziała w 

zadumie: 
 

- A Penelopa czekała. 

 

178 

 

43 

 

Głowa była nienaturalnie wykręcona, jakby kobieta chciałapatrzeć przez okno, siedząc 

do niego tyłem. 
Obwisłe piersiprzechodziły w fałdyskóry na brzuchu. 
Łokieć trzymałaoparty o kolano, dłoń podpierała brodę. 
Siedziała na taborecie,ustawionym napodwyŜszeniu. 
 

Nika staław uchylonych drzwiach, wpatrując się w pozującą kobietę. 

Nikt nie zwrócił na nią uwagi. 
Słychać byłotylko skrzypienie rysików po papierze i półgłosem rzucaneuwagi asystenta, który 
przechodząc między ustawionymisztalugami, na bieŜąco robił korektę. 
 

Zaszła tu, wracając ze szkoły. 

Wieleją kosztowałatadecyzja, by na Akademii szukać go wśród studentów. 
Kiedyzniknął, poczuła się ośmieszona swoją wiarą, Ŝe oto spotkała kogoś, kto 
potrafiłusłyszeć nawet te jeszczeniewypowiedziane przez niąsłowa. 
Mówił, Ŝe w Ŝyciu waŜne jest, gdziekto ma umieszczony środek cięŜkości, który pomaga 
utrzymaćpion. 
Gdzie więc był ten jegośrodekcięŜkości? 
Zniknąłrazem znim,a ona została jak statek na mieliźnie. 

background image

 

MoŜe by się nie zdecydowała wziąć z domu dwóchpaczek cameli iprzyjść tutaj, gdyby 

nieto, Ŝe Anna opowiedziała jej o tym spotkaniu: szła Floriańską, a on wyskoczyłz tramwaju, 
był w tym swoim battledressie, miał jedną rękęna temblaku. 
Na jejwidok nawet się nie ukłonił,zawrócił napięciei skryłsię za tramwajem. 
 

179. 

background image

 
Długo walczyła ze sobą, zanim zdecydowała się tu zajrzeć. 
Doczekała sięprzerwy iwtedy go ujrzała: wyszedłz kąta zza sztalug. 
W pierwszej chwili stanął jak wryty. 
Odwróciła się i wyszła nakorytarz. 
Tam ją dogonił,wziął podramię i wyprowadził do ogroduza budynkiem. 
Nika nie odzywała się. 
Patrzyłapod nogi,szurając butami w pierwszychjesiennychliściach. 
 

- Co tu robisz? 

- jegogłos był matowy. 
 

- Przyszłamzgłosić się na modelkę- powiedziałaz ironicznym grymasem. 

- Bo ta stara moŜe się przyśnićgrabarzowi. 
 

- Nicsięnie zmieniłaś. 

- Jur patrzył na nią jak na odnalezioną niespodzianie cenną zgubę. 
-Myślałem o tobie. 
 

- Dlaczegosię nie pokazywałeś? 

- natarła naniego zezłością, bo odebrała jego słowa jak zwykłe łgarstwo. 
-Co sięz tobą działo? 
 

- Kismet,czyliprzeznaczenie. 

- Jur uniósł w góręobandaŜowanąw nadgarstku rękę. 
-Grałem w kości. 
A przy grze w kości trzeba uwaŜać, Ŝeby te kości niebyłytwoje. 
 

Słyszała tepełne fanfaronady słowa, widziała tę nibyjunacką minę, ale czuła, Ŝe to jest 

tylko udawanie. 
Byłow nim jakieś pęknięcie,jakiś czad go zatruwał, bo to, comiało świadczyć, Ŝe wszystko 
jest w porządku, brzmiałojak próba ukrycia prawdy. 
Opowiedział, Ŝe zdarzył mu sięniefart: następnego ranka po ich ostatnim spotkaniuw atelier 
Fillera wpadł pod ruski samochód, był w szpita180 
 

lu, a jak go tamposkładali,wyjechał do domu, Ŝeby sięwyprostować. 

Przyjechał teraz na początek roku akademickiego. 
 

Niby dowiedziała sięwszystkiego z detalami, ale obojeczuli, Ŝe jeszcze coś zostało do 

opowiedzenia. 
 

- A co z negatywami? 

- Nika patrzyła, jak czubek butaJura zbiera w stos suche liście klonu. 
Kiedy odpowiadał, patrzył wciąŜ w dół, na trawnik. 
 

- Nieprzytomny byłem. 

- Uniósł w górę obandaŜowaną rękę. 
-Jak sięocknąłem w szpitalu,to juŜ chlebaka niebyło. 
- Wzruszył ramionami. 
-Nie wiem,do cholery, co sięz nim stało. 
 

- A tego oficera aresztowali. 

 

-Któregooficera? 

Tego potkownika? 
 

- Nie. 

Tego kapitana z oflagu. 
 

- Oniich wszystkich wyłapią jak pchły. 

- Zabrzmiałoto jakwarknięcie psa. 
-Sukinsyny! 
 

Nagle wziął ją pod rękę i wyprowadził za bramę. 

background image

Szliprzez miasto,ale nierozmawiali, jakby było między nimi jakieś porozumienie, Ŝe najpierw 
muszą dotrzeć namiejsce. 
Nika nie pytała, gdzie ją prowadzi. 
 

Wysoki mur, pokryty liszajem zacieków. 

Na tle pogodnegojesiennego nieba stojący za murem budynek wyglądał jakogromny 
transatlantyko zakratowanych oknach. 
Jur gestem głowy wskazał jej górne okna więzieniana Montelupich. 
 

181. 

background image

 
- Za którymś z nich jest mój brat. 
Tomek był bardzowesoły. 
Nawetz nich się śmiał - mówił przez zaciśnięteszczęki, gestem głowy wskazując na więzienie. 
- A teraz muniedo śmiechu. 
 

- MajuŜ wyrok? 

 

-Na razie jeszcze nie. 

 

Oboje zauwaŜyli, Ŝe z wieŜyczki zza kolczastych drutów przygląda im się straŜnik. 

Jur pociągnął Nikezarękę. 
 

- Naco ja tu mogę liczyć? 

- mówił zdławionym głosem. 
-No sama powiedz! 
 

- Zawsze mówiłeś, Ŝe Ŝycie to loteria. 

- Próbowała wykrzesać w nim jakiś dawny ton, ale Jur oparł się o mur iprawie wykrzyczał, Ŝe 
Ŝ

ycie to handel, bo w Ŝyciu jest zawszecoś za coś. 

 

Sięgnął po papierosy "Wolność", a wtedy Nika wyjęłaz teczkite paczki cameli. 

Rozjaśniłsię, na chwilę w jegogłosie zabrzmiał ten dawny ton. 
 

- Na tym polega niesprawiedliwość, Ŝemy mamy papierosy "Wolność", a oni tam mają 

wolność i camele. 
 

Nikaspytała, czy ma mu na gipsowymopatrunku wypisać swój adres, bo tak dawno 

niebył, Ŝe chyba zapomniał. 
Wówczas Jurodciągnął rękaw bluzy i podsunął jejprzed oczy opatrunek. 
Na samym wierzchu gipsowejpowłoki pod sercem przebitym strzałą wypisane było jej imię: 
 

Nika. 

 

182 

 

44 

 

Jur na widok wiszącego w przedpokoju wojskowego płaszcza zawahał się, zrobił ruch, 

jakby chciał się cofnąć, ale Nika wciągnęła go do przedpokoju. 
Była wyraźnie oŜywiona. 
 

- Zobaczysz, jakie cudo mamy. 

- Wprowadziła go dosalonu, gdzie nakomodzie stał duŜy odbiornikTelefunken. 
Jarosław, manipulując coś przy radiu, pokazywał Busi iAnnie, jak naleŜy ustawiać skalę, by 
trafić na Warszawę. 
 

- Trofiejny - rzucił w stronę Jura, lustrując spojrzeniem jego kurtkę znaszywką Poland 

na ramieniu. 
 

-Opłaca siębyć zwycięzcą - bąknął Jur. 

- Oni dyktująwarunki. 
 

Jarosław mierzył chłopaka tym swoim spojrzeniemsnajpera, jakbychciał się 

zorientować, w czym tamten moŜe mu zagrozić. 
A Jur wyraźnie szukał zwarcia, bo powiedział, Ŝe tam, gdzie kiedyś byłogestapo, teraz jest 
UB, i ci,którymudało się nie zginąć zrąkNiemców, teraz wpadliw ręce zwycięzców. 
Anna poparła Jura: nie ma wątpliwości,Ŝe i ci, itamcimieli plan wykończenia polskich elit. 
 

- Te elity sąjuŜ pod ziemią - mruknął Jur. 

- Albo niedługobędą. 
 

Wyraźnie czekał, co na to powie Jarosław. 

Ale najpierwwtrąciła sięNika: nie moŜna porównywać Niemcówz Rosją. 
komuniści przynajmniej nie głoszą hasła zagłady całych narodów, a komunizm przynajmniej 
ma humanistyczne idee. 
 

183. 

background image

 
- Chyba ci się komunizm pomylił z komunią. 
- Jur patrzyłna Nike jak na małądziewczynkę, która lubi bajki. 
- A historia uczy, Ŝewszystkie idee w końcu obracają sięw swoje przeciwieństwo. 
 

-Inteligencja powinna się teraz włączyć w odbudowęPolski. 

- Nika zerkała na Jarosława, szukając wsparcia. 
-TerazkaŜdy jest potrzebny! 
Wolność to nie prezent. 
Trzeba sięwłączyć! 
 

- To tylko hasła. 

Niektórzykomuniści biorą ślubz Polskątylko po to, Ŝeby ta wolność nie wyglądała na bękarta. 
- Jur patrzył w stronę Jarosława, jakby adresowałte słowawłaśnie do niego. 
-Jedyną zaletą komunizmujest to, Ŝe nikt w nim nie będzie samotny, bo kaŜdy będziemiał 
swojego anioła stróŜa. 
Zastraszeni milczą, a o to imchodzi. 
 

- To prawda - odezwałasię Anna. 

- Kłamstwem nazywają prawdę. 
Jak z Katyniem. 
Czypan się zgadza, paniepułkowniku? 
 

To pytanie zawisło w powietrzu. 

Nika obserwowała Jarosława, jak wyciąga z kieszenipaczkę papierosów. 
MoŜematka ma rację, Ŝe w tym człowieku jest jakaś dwoistość? 
PrzecieŜ wie więcej od innych. 
Był tam, skąd inniniewrócili. 
A teraz milczy, patrząc spod oka na Jura, jakby to onw tej rozmowie był głównym 
przeciwnikiem. 
 

- Pamiętam dobrze ten kwiecień w czterdziestym trzecim - odezwała się Busia. 

- Niemcy rozgłosili przez szczekaczki i gadzinówki o mordzie w Katyniu. 
 

184 

 

Anna patrzyła na Jarosława. 

Czekała, co teraz powie,bo poprzednimrazem usłyszałaod niego, Ŝe pewne sprawytrzeba 
zostawić historii. 
 

- To był dlanich propagandowo wygodny moment. 

-Jarosław chciałrozwinąć myśl, ale Jur przerwał mu bezceremonialnie : 
 

- Chyba nikt nie ma wątpliwości, Ŝe tozrobili Sowieci! 

A co pan myśli o Katyniu? 
Kto strzelał? 
 

Zapadła cisza. 

Wszyscy patrzyliteraz na Jarosława. 
Ten podniósł do ust filiŜankę z herbatą, odstawił ją, wyjąłpaczkę papierosów, poczęstował 
Jura, ale ten odmówił. 
WciąŜ czekałna odpowiedź. 
 

- Zostawmy to lepiej historii. 

 

-JuŜ to odpana słyszałam - Annazareagowała gwałtownie. 

- Ito ma nam wystarczyć? 
PrzecieŜw czterdziestym trzecim roku protokoły podpisała międzynarodowakomisja. 
 

- Komu mamy wierzyć? 

- Jurbył coraz bardziejspięty. 
-Stalinowi czylekarzom z Genewy? 
 

Szczęki Jarosława zacisnęły się. 

background image

Zastanawiał się jakktoś, kto składa zeznania do protokołu. 
 

- Profesor Marków z Bułgarii i Hajekz Pragi odwołali swoje zeznania. 

- Zabrzmiało to jak komunikat. 
 

- To pan nie wie, jak się u nas zmienia poglądy? 

- Jurchwycił siędłonią za gardło. 
 

- Słyszałem, Ŝe ksiądz Jasiński, który był w Katyniujako wysłannik kardynała 

Sapiehy, w czerwcuteŜ zmienił 
 

185. 

background image

 
zdanie. 
- Jarosław kierował te słowa do Anny. 
Na jej twarzywidać było nerwowyrumieniec. 
 

- Zmusili go! 

- wyrzuciła z siebie. 
-Ci, co przyszliw takich mundurach jak pan! 
 

- To błąd widzieć wroga wkaŜdym, kto nosi ten mundur. 

- Wgłosie Jarosława moŜna było wyczuć coś nakształtŜalu, Ŝe w tym domu spotyka go taki 
afront. 
Ale to nie byłostatni atak na niego. 
 

- Pan coś ukrywa - odezwał sięJur. 

- PrzecieŜ pan byłw Kozielsku! 
 

Jarosław spojrzał naAnnę, potem na Nike, jakby oczekiwał odpowiedzi, skąd ten 

młody człowiek wie tak wieleo jego Ŝyciu. 
 

Nika przyznała się, Ŝe Jur wie to od niej, aleprzy nimmoŜna o wszystkim mówić, on 

jest sprawdzony. 
 

- NiechŜe pan powiewszystko, co pan wie. 

- Anna pochyliła się do przodui złoŜyła dłonie w błagalnymgeście. 
 

- Ja chcę znać prawdę, zczyich rąk zginęli. 

 

Zanim JarosławzdąŜył otworzyć usta. 

Jur zerwał sięz kanapy i przystawił sobie do potylicy dwa złoŜone palce. 
 

- Toich sposób. 

Strzałz nagana w tył głowy. 
 

- To niebył nagan. 

- Jarosławpatrzył teraz na Annę. 
 

- To były pistolety Walther. 

 

-To jednak pan coś wie - stwierdził Jur, siadającz powrotem na kanapie. 

Wszyscy patrzyli na Jarosława,który sięgnął do wewnętrznejkieszeni munduru i wydobyłcoś, 
co mieściło się wgłębidłoni. 
Otworzył dłoń. 
Zobaczy186 
 

li na niej ciemnykształt, przypominający z daleka daktyle,które leŜały na paterze. 

Byłato łuska naboju pistoletowego kaliber7. 
62. Jarosław mówił, Ŝe to amunicjaniemieckafirmy Geco, kaliber 7. 
62.A wtedy usłyszeli drŜący z napięcia oskarŜycielski głos Anny. 
 

- Topan, wojskowy, nie wie,Ŝeoni tę amunicję zdobyli na Finach? 

Czy tylko tyle się dowiemy, Ŝe to niemieckaamunicjaichzabiła? 
- Czekałaprzezchwilę na jakieśjegosłowo, na gest, ale Jarosław zaciągnąłsię papierosem 
imilczał. 
-W takim razie nie mamysobie nic więcej do powiedzenia. 
.. 
 

Jarosław połoŜył łuskę na dłoni Anny, skłonił się sztywno i wyszedł. 

 

Wieczorem Nika zastałamatkę przed lustrem. 

Przed nią stała łuska naboju Geco, kaliber 7. 
62. Obok drewniane pudełko w huculskie wzorki, w którym ukryte były wszystkie pamiątki 
po ojcu. 
I tam właśnie Anna odłoŜyłałuskę, a potempowiedziała do Niki słowa, które ona miała juŜ na 
zawsze 
 

zapamiętać: 

background image

 

- To dziwny człowiek. 

 

-Co to znaczy dziwny? 

 

- On jest jakiś. 

- zawahała się, nim znalazła odpowiednie słowo - . 
podwójny. 
W nim mieszka jakbydwóchludzi. 
Nie chcę go tu więcej widzieć. 
Nigdy więcej! 
 

- To niemoŜliwe- Nika pokręciła głową. 

- On tu wróci. 
Nie widzisz, Ŝemu się podobasz? 
 

187. 

background image

 
45 
 

Był wiatr i padał deszcz. 

 

Przepastne doły jakby unosiły się w powietrzu wrazz falującym z łopotem płótnem. 

Rozkopanegrobyzdawałysię otwierać jeszcze szerzej,ukazując ułoŜone warstwamiciała. 
Nagie czaszki krzyczały otworami oczu, nozdrzy, usti dziurna potylicy. 
Ręce w grubych gumowychrękawicachobracają czaszkę, ukazując otwór wlotowy pocisku, w 
któryteraz ktoś wtyka ołówek. 
 

Czarno-biała ziemia otwiera kolejne swoje wnętrzności. 

 

UłoŜone jedne na drugich ciała z otwartymi ustami. 

Ten krzyk jest niemy, boi filmjest niemy. 
 

Jarosław stał ze skamieniałą twarzą w mroku jesiennego dnia w bramie. 

Wokół niego małe grupki ludzi. 
Skulenina wietrze, odwracali raz po raz głowy od ekranu, na którym postacie w białych 
kitlach noszą zwłokina drewnianych narach. 
 

Ekran ruchomego kina szarpał wiatr. 

Łopot płótna zagłuszał czasem słowakomentarza, który płynąłz zawieszonych wysoko 
głośników. 
Przy kościele ŚwiętegoWojciechastała wojskowa cięŜarówka. 
To na niej zainstalowano ekranpolowego kina. 
Wiatrsprawił, Ŝe rozpięte na stelaŜu płótnopróbowało się oderwać i pofrunąć w górę razem z 
tymi dołami, trupami, razem ztą komisją, która pochylona nad stołami sekcyjnymi dyktuje coś 
do protokołu. 
 

188 

 

Jarosław trzymał w ustach niezapalonego papierosa. 

Patrzył na te obrazy jak na projekcję własnego snu. 
Patrzyłjak człowiek, którywidzi coś nie po raz pierwszy,ale dokońca nie jest pewien, czyten 
obraz jest realny, skoro ogląda go ktoś, kto sam powinien być w tych grobach. 
Patrzył narozkopane doły, na rozpruwanemundury, na ręce przeszukujące kieszenie. 
Na stołach, niczym na wystawie jubilera,leŜą zegarki, papierośnice, obrączki, notesy, zdjęcia, 
znaczkiidentyfikacyjne. 
 

Ludzie obok niego skupili się wgrupy, jakby pojedynczonie byli w stanie stawićczoła 

tym scenom. 
Na szarpanymwiatrem płótnie widać postać Burdenki, obok niegoeleganckądamę. 
ToteŜ potrzebne było dla celów propagandowych: otoszef sowieckiej komisji oprowadza 
pocmentarzysku pannę Harriman, córkę amerykańskiego ambasadora. 
Z chusteczką przy twarzy staje nad urwiskiem odkopanychmogił. 
Ale za chwilę naekraniepojawia się inna kobieta: 
 

Wanda Wasilewska przemawia do Ŝołnierzy w polskich mundurach. 

.. 
 

Jarosław pamiętał ten dzień. 

Pamiętał ten dyszkant,który teraz płyniez głośników: "Po raz trzeci otwarły się katyńskie 
mogiły. 
Tym razem, by objawić światu straszliwąprawdę, zaświadczyć ojeszczejednej niemieckiej 
zbrodnidokonanej na polskim narodzie". 
 

Jarosław wypluł niezapalonegopapierosa. 

Nie zauwaŜył, kiedy rozgryzł go na strzępy. 
Patrzył i nieczuł, Ŝe jegodłonie zacisnęły sięw pięść. 
 

189. 

background image

 
Na ekranie znowu trwała defilada umarłych. 
RozłoŜonena piasku i trawie zwłoki czekają na ostatni apel. 
A głosWasilewskiej, rwany wiatrem,roznosiłsięod Sukiennic dokościoła Mariackiego: 
"Jeńców, bezbronnych ludzi mordowano z zimną krwią, spokojnie i systematycznie. 
Wystrzałem w tył głowy". 
 

Te właśnie słowa dotarły do Anny. 

Wychodziła z antykwariatu,gdzie przez godzinę ustalała listę ksiąŜek, które antykwariusz 
gotów był przyjąć do sprzedania. 
Na progu zderzyła się z wiatrem, ale i z tymisłowami, które dudniłyz głośników: "Zwalonoich 
wewspólne mogiły. 
Zawodowychoficerów, inŜynierów, lekarzy,ponad dziesięć tysięcy polskichinteligentów, 
których wojna oblekła w wojskowy mundur". 
 

Przez chwilę nie wiedziała, gdzie jest. 

Skądwzięła sięraptem w środku tamtego cmentarzyska? 
Najpierw zastygław bezruchu, odwinęławoalkę, by lepiejwidzieć to, co ruszało się na 
ekranie,a potem, kiedyjuŜ była pewna, Ŝe to jesttamto miejsce, zaczęła niczym 
somnambuliczka iść w stronę cięŜarówki, na której rozwieszony był ekran. 
Wtedy spostrzegł ją Jarosław. 
Powoli przesunąłsięza plecami spędzonych tu ludzi. 
Anna szła po bruku, zapatrzona w teczarno-białe obrazy. 
Patrzyła na ciała ofiar, którenaporuszanym przez wiatr ekranie sprawiały wraŜenie, Ŝe 
próbująsię podnieść, zerwać,gdzieś biec. 
 

Głos kobietyprzebijał sięprzez ten wiatr i lekko zacinający deszczyk: "Woła do nas 

krew katyńskiego lasu głosemmocnym. 
Wzywa nas do zemsty nieubłaganej,bezlitosnej". 
 

190 

 

Anna szła samotnie, minęła puste o tej porze straganykwiaciarek i zbliŜała siędo 

cięŜarówki, na której stał projektor. 
Jarosławnie spuszczał jejz oka. 
 

Na ekranie stoły z wydobytymi przedmiotami. 

Głos z głośnika brzmiał patetycznie: "Ani nachwilę nie wolnonamzapomnieć ostrasznej 
ś

mierci naszych braci, którychzwalonowe wspólny dół i których potem wywleczonoz mogiły, 

jak wywłóczą martwych szakale i hieny". 
 

Anna szła przedsiebie, zapatrzona w prostokąt oświetlonego płótna, na którym w tej 

właśnie chwili widać byłozgięte wpół zwłoki w mundurze. 
Czyjaś ręka w rękawicy wydobywa z kieszeni munduru jakieśdrobiazgi, potem 
unosibezwładną czaszkęi wtyka ołówek w strzępiasty otwórw potylicy. 
Otwór ziejeczernią. 
 

Anna chciała podejść bliŜej, zrobiła jeszcze parę kroków, ale nie wie, dlaczego nogi 

odmawiają jejposłuszeństwa, dlaczego upuszcza parasolkę, a kiedy usiłuje się ponią schylić, 
sama pada na mokry bruk. 
Niewie, ktojej podaje rękę,kto bierze ją wpół i pomaga utrzymać równowagę. 
Dopierokiedy słyszy: - Pani majorowe,juŜdobrze,juŜdobrze - dociera do niej, ŜejuŜ ten głos 
słyszała i Ŝe moŜesię czuć bezpieczna,bo tego człowieka wysłał doniejAndrzej. 
 

Jarosław ująłAnnę podramię. 

Za ich plecami zostałekran,na którym tymczasem widać było biało-czerwoną flagę obok 
sowieckiej łopoczącąnad ruinami Berlina. 
Z dudniących nad głową głośników gonił ich glos Wasilewskiej: 
 

191. 

background image

 
"Kiedy idziecie na zachód i przez zaciśnięte zęby mówicie sobie: za Warszawę, za 
Westerplatte, za Kutno, nie zapominajcie dodać i tego: za Katyń! 
". 
 

46 

 

Przez okno kawiarni Noworolskiegowidać było,jak na Rynku,tonącymw jesiennym 

mroku, zwija się polowe kino. 
ś

ołnierzedemontowali ramy ekranu. 

 

Po raz drugi znaleźlisię wtym miejscu. 

Za pierwszymrazem Jarosław przekazał jej papierośnicę. 
Była wtedyw toczku z woalką. 
Dziśmokry kapeluszzostawiła w szatni. 
Podparła brodę rękami i patrzyła przed siebie takim niewidzącym spojrzeniem, jakimchce się 
objąć nieobecnych. 
Patrzyła przez dym papierosa, któregopalił Jarosław, przeztwarze innych osób w kawiarni, 
przez grube zasłony i widziała to, cotylko ona mogłaby zobaczyć: jak Andrzej Ŝegnasię, 
wyruszając na wojnę. 
 

- To panidobrzezrobi - Jarosław podsunął kieliszekkoniaku bliŜej Anny. 

Niezareagowała. 
 

Dopiero kiedy dotknął szkłem kieliszka obrączki na jejpalcu, na ten delikatnydźwięk 

ocknęła się, rozejrzała wokółi wypiła koniak jednym haustem. 
Jarosław dałgestem kelnerowi do zrozumienia, Ŝe ponawia zamówienie. 
 

- Przepraszam - powiedziała przez ściśnięte gardło. 

 

192 

 

- Za co? 

 

-Myślałam, Ŝepotym, co przez te łata przeszłam, jestem wstanie wytrzymać wszystko. 

- Odruchowo zaczęłaobracać obrączkęna palcu. 
-Ale nie! 
Nie jestem widać dostatecznie silna. 
Do końca Ŝycia będzie mi się to śniło. 
CoinnegowyobraŜać sobie piekło,a co innego je odwiedzić. 
 

Przez jej twarz przebiegł jakiś skurcz, aleopanowałasię, spojrzała na niego przytomnie. 

 

- Skąd pan się tam wziął? 

- Przez moment sprawiałwraŜenie pokerzysty, przyłapanego na grze znaczonymi kartami. 
Co miało znaczyć słowo "tam"? 
Czy ona się domyśla? 
Wypuściłkłąbdymu, zgasił papierosa, wychyliłresztę koniaku. 
Wszystko to sprawiało wraŜenie gryna czas. 
Wyglądało, Ŝemusi najpierw ułoŜyć sobie w głowie odpowiedź i Ŝe ta odpowiedź nie będzie 
łatwa, ale juŜ następne zdanie Anny zorientowało go, Ŝe pytała goo obecność na Rynku. 
Zanim zdąŜyłodpowiedzieć, pokiwała głową i powiedziała niebez złośliwości, Ŝe pewnie 
musiał tam być, bo wykonywał rozkazy, a oficernie moŜe odmówić. 
 

- Pan pułkownik miał zadanie zabezpieczyćwiec. 

- Patrzyła na niegozimno, ale wolał to spojrzenie od tego, któreświadczyło, Ŝe przenosi sięw 
inny czas i inne miejsca. 
 

- A jeśli tam byłem, bo spodziewałemsię, Ŝe i panitambędzie? 

 

-Nic o tym wiecu niewiedziałam. 

- Wzruszyła ramionami. 
-To był przypadek. 
 

- Czasemprzypadki decydują o Ŝyciu. 

background image

 

193. 

background image

 
Przez chwilę przyglądała mu się lekko zmruŜonymioczami, jakby się zastanawiała, czy 
powinna powiedzieć teraz, co myśli. 
 

- Panma prawo tak mówić,bo pan Ŝyje. 

Zabrzmiało tojak oskarŜenie. 
Sama poczuła, jak te słowa mogły go zaboleć. 
Zaczęła mówić, ŜewciąŜ Ŝyje w czasie post mortem, ale wciąŜ w cieniu nadziei, Ŝe to, co 
ostateczne, nie stało się, przecieŜ na tej liście przy nazwiskuAndrzeja była pomyłka, ale to, co 
zobaczyła dzisiaj, to jakwejście za bramę, przez którą nie ma odwrotu. 
 
 

- Kto tam dotarł, nie mógł wyjść Ŝywy- Jarosław pochylił sięi mówił półgłosem. 

- TobyłapodróŜ wjedną stronę. 
 

Chciał połoŜyć dłoń naręce Anny,ale taw ostatniejchwili usunęła ją,sięgając po nowy 

kieliszek koniaku. 
 

- Tylko Ŝe panu udało się tam nie dojechać. 

- JuŜ wypowiadając to zdanie, Anna czuła się winna, Ŝeodbiera temuczłowiekowiprawodo 
Ŝ

ycia, więc mówi, Ŝe przeprasza, ŜeniemoŜe sobie poradzićz poczuciem utraty sensu 

Ŝ

ycia,aleJarosławnagle gestem ręki powstrzymuje teusprawiedliwienia. 

Na jego twarzy widać determinację,jakby słowa Annyporuszyły jakąś spręŜynkę, która kazała 
mu sięotworzyć. 
Kiedy Anna bezradnieopuszcza głowę, opierającczoło na dłoniach, Jarosław znowu pochyla 
się nad stolikiem i jednymzdaniem wyjawia to, czego dotąd nie powiedział nikomu. 
 

- Ja to widziałem z bliska. 

 

Annaunosi głowę, patrzy na Jarosławapółprzytomnie: 

 

czy się przesłyszała? 

 

194 

 

- Ja tam byłem - choć głosJarosława jest przyciszony,dla niej brzmi jak krzyk. 

- Byłemw Katyniu. 
 

Odgiął się, oparł plecami o krzesło, aŜ lekko się zachybotało. 

Zaciągnął się głęboko papierosem. 
 

- I pan Ŝyje? 

 

To pytanie zawisło między nimi. 

Anna czekała w napięciu. 
Intuicja podpowiedziała jej, Ŝe tenczłowiek toczy w tejchwili sam ze sobą jakąś walkę. 
Czekała,co jeszcze powie,aleon przez dłuŜszą chwilęmilczał. 
Mogła właściwie wstaći odejść,ale została. 
Czekała na coś,co tylko on mógł jej powiedzieć. 
 

Zaczął ztrudem, jak ktoś, kto wyjawia najwaŜniejszątajemnicę. 

Zdania były krótkie. 
Po kaŜdym zaciągał się papierosem. 
Zaczął odsłów: 
 

- To był czterdziesty trzeci. 

Po bitwie pod Leninowsadzili nas do pociągu. 
 

- Nas? 

Kogo? 
 

- Kilkunastu oficerów Pierwszej Armii. 

 

-Jak pan sięwłaściwietam znalazł? 

 

- Nie puścili mnie do armii Andersa. 

Tam,gdzie byłem, niedotarły Ŝadne informacje. 
- Wzruszył ramionami. 

background image

- Gdyby nieto, byłbym teraz moŜe wAnglii? 
 

-Ale jest pan tutaj -rzuciła twardo, nie spuszczającz niego wzroku. 

- Przyszedł pan z tamtej strony. 
 

- Nie miałemwyboru. 

Ani wcześniej, ani potem. 
W eszelon i jazda! 
Prosto do Katynia. 
 

- Cztery lata później niŜ oni. 

 

195. 

background image

 
- Chodziło o efekt propagandowy. 
- Znowu ratował sięzapalaniem papierosa. 
-śeby wzmóc chęć rewanŜu na Niemcach. 
Słyszała pani teksty Wasilewskiej. 
 

- I nigdyich nie zapomnę - powiedziała przez zaciśnięte zęby. 

 

-Tobył kwiecień czterdziestego trzeciego, gdy radioMoskwa podało, Ŝe koło 

Gniezdowa dokonano odkrycia archeologicznego. 
 

- Archeologicznego? 

- Anna chyba się przesłyszała. 
 

Jarosław potwierdził: - Tak, te doły śmierci,odkryteprzezNiemców,nazwano 

wykopaliskiem archeologicznym. 
 

Jak ich przywieźli, działałajuŜkomisja Burdenki. 

Stanąłnad dołami, z których wydobywano jeńców z Kozielska. 
Patrzył nanich, nie mogąc pojąć, jak tosię stało, Ŝe on Ŝyje. 
Powinien przecieŜ być tamw dole,być z nimi. 
 

Anna sięgnęła przez stolikpo kieliszek Jarosława i znowu wychyliła koniak jednym 

haustem. 
 

Dopiero wtedywzięłatorebkę iwyjęła coś, co mieściłosię wjej drobnej dłoni. 

Rozchyliła palce. 
W zagłębieniu dłoni leŜała łuska naboju pistoletowegokaliber 7. 
62. 
 

Podniosła oczyna Jarosława. 

 

- To stamtąd? 

 

Skinął głową. 

Kiedychciał sięgnąć po łuskę, Annaszybko zamknęła dłoń. 
 

- Znalazłem ją w piasku. 

Schowałem. 
Nosiłem ją całyczas przy sobie. 
MoŜe ten nabój był przeznaczony dla mnie? 
A w końcudałem tę łuskę pani. 
 

196 

 

- Czego pan się tam dowiedział? 

- Pochyliła się kuniemu. 
-Ze to byłazbrodnia niemiecka, tak? 
 

- Przyprowadzili namsołtysa z sąsiedniej dierewni. 

-Jarosław przymknął powieki, jakby chciał raz jeszczeprzywołać tamtą postać. 
- Proszę, niech świadek powie, jaka jestprawda. 
Aon trząsł się ze strachu. 
Owszem, słyszałstrzały. 
 

- Kiedy? 

Kiedy je słyszał? 
 

- Oczywiście w czterdziestym pierwszym, jak przyszliNiemcy. 

 

-I wyście w touwierzyli? 

 

- Prawie nikt z nas nie miałwątpliwości. 

Wiedzieliśmy, Ŝe wszystko oparte jest na kłamstwie. 
Po powrocie mieliśmy przekazać "prawdę" Ŝołnierzom. 
 

Napięcie w oczach Anny było zapowiedzią,Ŝe ta rozmowa zmierza do końca. 

Jarosław rozluźnił pod szyją haftki kołnierza munduru. 
 

- I coście im powiedzieli? 

background image

- Anna podniosła głos, niezwaŜając,Ŝe siedzący obok goście kawiarni patrzą w stronęich 
stolika. 
-Ze tozrobili Niemcy? 
 

- A co wtedy mogliśmy innego powiedzieć? 

Zerwała się od stolika i szła chwiejnie przez kawiarnię,jakprzedtem szła przez Rynek kutym 
dołom śmierci. 
Potrąciła krzesło, wpadła nakelnera, który zpełną tacą Ŝeglowałku stolikowi wgłębi kawiarni. 
Kelner spojrzał z wyraźnymniesmakiemna człowieka w mundurze, który potrafiłdoprowadzić 
damę do takiego stanu. 
A Jarosław tkwił przy 
 

197. 

background image

 
stoliku z niezapalonym papierosem i unosząc pusty kieliszek, tym gestem znowu dał 
kelnerowi znak, Ŝe zamawia następny koniak. 
 

47 

 

Jak mogłazapomnieć, Ŝeten dzień jest zastrzeŜony dla kogoś innego? 

 

W salonie grało radio Telefunken. 

Anna cerowała pończochy, ale wystarczyło jedno spojrzeniena Nike, by zauwaŜyć jej nowe 
uczesaniei uróŜowanepoliczki. 
 

- Słyszałaś? 

- Anna korzystała z kaŜdej okazji, by przekonać Nike, jak bardzo sięmyli, dając nowym 
władzom jakikolwiek kredyt zaufania. 
-W radiu mówili oaresztowaniudowództwa WiN. 
Oni chcąwszystkich, którzy nie są czerwoni, mieć za kratkami. 
A ty uwaŜasz, Ŝe oni mają jakieś ideały! 
 

Nika wiedziała, Ŝe jej gotowość wyjścia naprzeciwtemu, co przynosi kaŜdy dzień, 

odkrywanie tego, Ŝe codzienność moŜe być świętem, dla matki jest czymś w rodzajuzdrady. 
Tymrazem nie podjęła dyskusji. 
Chciała od matkipoŜyczyć korale, więc po co miała ją draŜnić swoimi uwagami natemat 
odrobiny zaufania, na jakie kaŜda władza napoczątek zasługuje. 
 

- PoŜyczmi korale. 

 

-Gdzie sięwybierasz? 

 

198 

 

- Do operetki. 

 

Właśnie w tej chwili w drzwiach salonustanęła Busia. 

Ubrana była wwizytową suknię, na szyi miała tę kameę nasrebrnym łańcuszku, wktórą kiedyś 
wyposaŜyła Nike, gdypo raz pierwszy w Ŝyciu szła do teatru. 
Anna wskazała nacórkę. 
 

- Wyobraź sobie, Ŝe ona w imieniny swojego ojca wybiera się do operetki! 

 

Dotąd zawsze dzień imienin Andrzeja był dniem, kiedyto wszystkie trzy wypełniały 

swoją pamięcią o nim jego nieobecność. 
Jak mogła zapomnieć, Ŝe dziś są andrzejki? 
A moŜe wcale nie zapomniała,tylko puściła to mimo uszu jakmało waŜnąrzecz, bo przecieŜ 
Jur wyraźnie mówił, Ŝe mabilety do operetki na andrzejkowy wieczór. 
Iterazwidziwpatrzone w siebie wiecznie załzawioneoczy Busi, któranie moŜe uwierzyć, 
Ŝ

eNikazamierza tego wieczoru wyjśćz domu. 

PrzecieŜ ten wieczórbył zawsze dla niego! 
 

- Zrobiłam tort biszkoptowy. 

- Pogładziła ramięwnuczki. 
-Jędrek za nim przepadał. 
Obejrzymy sobie starezdjęcia. 
 

- Ją to coraz mniej obchodzi. 

- Annapatrzyła krytycznie na Nike,która przymierzała przed lustrem jej korale. 
- Dlaczego właśnie dzisiajwychodzisz? 
 

-Jur dostał ulgowebilety studenckie. 

 

- Więc wybierasz jego! 

- Anna opadła na kanapęi gestem pełnym rezygnacji wskazałana portret Andrzeja naścianie. 
-Twój ojciec sięnie liczy! 
 

199. 

background image

 
Nika zerwała z szyi korale i rzuciła je na kolana matki. 
Stała przed nią, wyrzucając z siebielawinętrzymanych dotąd na smyczy słów: ona nie chce 
Ŝ

yć do tyłu, nie chce wyglądać jak te wyblakłe fotografie w rodzinnym albumie! 

 

- Jesteś zazdrosna o to, Ŝenamnie ktoś czeka. 

Jesteśzwyczajnie zazdrosna o czyjąś miłość! 
Dlaczego nie chceszsię pogodzić, Ŝeskończyłam osiemnaścielat? 
Czy całeŜyciemam szukać grobu ojca? 
Niejestem archeologiem,Ŝebygrzebać w przeszłości! 
 

Anna histerycznie zasłoniła dłońmi uszy. 

Busia przydreptała do Niki, składając dłonie w błagalnym geście, byprzerwać ten potok 
raniących słów. 
Jednak Nika nie mogłasię juŜ zatrzymać. 
Musiała wykrzyczeć tę litanię do końca,do ostatniego słowa, inaczej by się udusiła. 
 

- Ojciecna pewno chciałby, Ŝebym cieszyła się Ŝyciem! 

 

-On by chciał cieszyć się razem z tobą - powiedziałacicho Anna i jeszcze dorzuciła: - 

Idź juŜ dotej operetki,jeślito ma być twoje Ŝycie! 
 

I to były ostatnie słowa,jakie padły między nimi tego dnia. 

 

Ostatni dzień listopada był mglisty,nasiąknięty wilgocią jakgąbka. 

Latarnie zdawały się płynąć w powietrzu w morzumgły. 
Nika szła przez Planty, szurając nogamipoopadłychliściach. 
 

200 

 

Kontynuowała w myślach rozmowę z matką. 

IleŜ takichmilczącychrozmów odbyła, zanim doszła do przekonania, Ŝe Anna potrzebowała 
tej pielęgnowanej w sobie wyłączności na cierpienie, by ból utraty móczamienićw jedyny 
sens Ŝycia. 
Odarta z nadziei na powrót swej jedynej miłości,chcąc być jej wierna do końca, wybrała 
nienawiść i Ŝal dotych, którym udałosięnie zostać ofiarami. 
Mówiłateraz do niej, jakbyAnna stała obok przy mokrejławce: 
 

- Ja nie zapomniałam tego, co powiedziałaś: Ŝe kiedyś zrozumiem, co to znaczy, jak 

kogoś się dostaje tylko raz na całeŜycie. 
A jeślija to właśnie zrozumiałam? 
Mówiłaś wielerazy, Ŝe jesteśmy tacy, jak umiemy kochać. 
Mówiłaśtak,prawda? 
Więc dowiedz się, Ŝe ja chyba teŜ spotkałam kogośtakiego, kogo dostaje się raz nacałe Ŝycie. 
 

Sama nie wiedziała, wjaki sposób trafiła tu,przed wejście do teatru operetki. 

Z gabloty z fotosami patrzyły na niąmartwo uśmiechnięte twarze tancerek z pawimi 
pióraminad głową. 
Rozejrzała się wokół. 
Było juŜ późnoi nikt nanią nie czekał. 
Na ulicysłychaćbyło kroki patrolu. 
Milicjanci z karabinami na ramieniu stanęli przed gablotą i rozmarzeni zapatrzyli się na 
zastygłe wbezruchu tancerki. 
 

49 

 

Ś

więta nadchodziły jakbyukradkiem. 

Tylkokolejki do sklepu rybnego robiły się coraz dłuŜsze. 
Nika nie zamierzała 
 

201. 

background image

 
stać dwie godziny po karpia w tym padającym śniegu. 
Kupi go u bab pod Sukiennicami. 
Tymczasemprzeszłaprzezgaj zielonych choinek, wystawionych przy Sukiennicach 
nasprzedaŜ. 
Wciągała nosem aromat lasu. 
Błądziławśróddrzewek,szukając takiego, którebyłaby w stanie donieść naBracką. 
 

I właśnie wtedy zauwaŜył ją Jarosław. 

Kazał zatrzymaćłazik, przeciął Rynek na skos i z drugiej strony zagłębił sięw choinkowy gaj. 
Wyciągnął szyję, rozglądając się po czubkachdrzewek jak prowadzący obławę dowódca. 
Ale NikijuŜtam nie znalazł. 
 

Szłaprzez pasaŜhandlowy Sukiennici mijając stragany z góralskimi pamiątkami, 

zastanawiała się, czy znalazłaby tu jakiś prezent dla Jura. 
Ale właściwie nie musio tym myśleć, bo Jur zapowiedział, Ŝe na święta jedzie dorodziny: 
matkama trzech synów, więc skoro jeden siedziw pudle, niech ma przy sobie przynajmniej 
tych dwóch pozostałych. 
 

Nagle wysoki męŜczyzna zastąpił jej drogę. 

Jarosławuśmiechnął się jak ktoś całkowiciezaskoczony spotkaniem. 
Przez chwilę obydwoje nie wiedzieli, co powiedzieć. 
 

- Wybiera pan prezenty pod choinkę? 

 

-Nie mam nikogo - odpowiedział krótko, jakby składał najkrótszy raportz całego 

Ŝ

ycia. 

Nika nie wiedziała, jaksię zachować wobec kogoś, kto okazał jej rodzinie tyletroski. 
Czuła nawet jakiś Ŝal do matki, Ŝe po jednym z ich spotkań w kawiarni Noworolskiego 
niechciała słyszećnawet 
 

202 

 

jego nazwiska. 

A przecieŜ to dzięki niemu odzyskali całemieszkanie, odzyskali papierośnicę ojca, dostali 
paczki i radio. 
Nika musiała się przyznać sama przedsobą, Ŝe obecność Jarosława w ich Ŝyciudawałajej 
jakieś poczucie bezpieczeństwa: to był teraz jedyny męŜczyzna,który troszczyłsię o nie. 
Czymsię naraził,Ŝe stracił prawo bywania w ichdomu? 
 

- A co upani majorowej? 

 

-Nic nowego. 

 

- MoŜe mógłbym w czymś pomóc? 

Trzemsamotnymkobietomnie jest teraz lekko. 
- Jarosław patrzył, jak speszona tym spotkaniem Nika odruchowo dotykazmarzniętymi 
palcami myszki na policzku. 
-Wiem, Ŝe nie jestemprzez pani matkęakceptowany, aleja wciąŜ owas myślę. 
Przypominam sobie, co paniojciec opowiadał o was. 
O pani majorowej i opani. 
-Naglejego surowa twarz złagodniała, jakby usłyszał jakąś piękną muzykę. 
- Mówił, Ŝe dopiątego roku Ŝycia słowo "przepiórka"wymawiała pani"pierepuszka". 
 

I wtedy Nikazaczęła się głośno śmiać. 

Kiwając głową, powtarzała: - Tak, tak,pierepuszka, pierepuszka, takmówiłam. 
- Jarosław teŜsię zaczął śmiać. 
Po raz pierwszyNika widziała jegoszeroki uśmiech. 
Dotąd nigdy sobie nato nie pozwalał, jakby się bał, Ŝe uśmiech obnaŜy jegosłabość. 
 

- Mój BoŜe -westchnął. 

- Jak bymchciał mieć takącórkę. 

background image

 

203. 

background image

 
Wiedziała, Ŝe to nie było powiedziane ot tak sobie. 
Zostawił jejkartkę ze swoim telefonem: - W razie jakiś kłopotów proszę dać znać. 
 

Zdecydowała się to zrobić nazajutrz rano. 

Anna klęczałaprzykaflowym piecu, wybierając szufelką popiół. 
Widząc,Ŝe Nika szykuje się do wyjścia, zatrzymała jąpytaniem, czyznowusię z nim umówiła. 
 

- Z kim? 

 

-Z tym swoim Jurem. 

 

- On wyjechał do Myślenic. 

 

-To gdzie wychodzisz? 

Trzeba Busi pomóc przy szykowaniu Wigilii! 
Słyszysz? 
 

Słyszała, ale byłajuŜ za drzwiami. 

 

Na poczcie był tłok. 

Musiała wysłuchać wykrzyczanychŜyczeń, składanychsobie przez obcych jej ludzi. 
Kiedy przyszłana nią kolej, wykręciła numer. 
Odezwała się jakaś kobieta. 
Nika poprosiła o połączenie z pułkownikiem Selimem. 
- Aktomówi? 
-spytała kobieta. 
- Dzwonię od majora Filipińskiego -rzuciła Nika. 
Wsłuchawce coś zachrobotało, potem odezwałsię Jarosław: - PułkownikSelim, słucham? 
- To ja - powiedziała - Nika. 
-Czycośsię stało? 
- spytał zaniepokojony. 
 

- Chciałam pana zaprosić do nas na Wigilię. 

 

-Mnie? 

- w głosie Jarosława dało się wyczuć bezmierne zaskoczenie. 
 

- Przyjdziepan? 

- Nika zasłoniła drugie ucho ręką, bygwar dobiegający z sąsiedniej rozmównicy nie zagłuszył 
od204 
 

powiedzi Jarosława. 

Przez chwilę w słuchawce panowałacisza. 
JuŜ myślała,Ŝepołączeniesię przerwało, ale on tambył podrugiej stronie cały czas. 
 

- Czy pani mama wie o tym zaproszeniu? 

Nie zastanawiała się długo. 
Nie chcąc kłamać, arównocześnie nie mogąc powiedziećprawdy, rzekła z naciskiem: - Niech 
panprzyjdzie. 
Koniecznie! 
 

- Ale kto mnie zaprasza? 

- dopytywał się, wyraźnie poruszonytym telefonem. 
 

- Wszyscy! 

- prawie towykrzyknęła i nie czekając nareakcję Jarosława, odłoŜyła szybko słuchawkę. 
Szła potemprzez pokryte mokrym śniegiem miasto,cały czas wyobraŜając sobieminę Anny, 
gdy ujrzy stojącego w drzwiach Jarosława. 
Ale czy on przyjdzie? 
Czyuwierzy, Ŝe jest naprawdę potrzebny w ich domu? 
 

- Patrz, ktoprzyjechał! 

- powitała ją Anna, rozjaśniona jak ktoś, kto niespodziewanie natknął się na dawno zgubioną 
cenną pamiątkę. 

background image

Zkuchni wytoczyła się okrąglutkakobieta orumianych policzkach, z koroną siwych 
włosów,spiętych nakarku szylkretowymgrzebieniem. 
Grubaskaotworzyłaprzed Nika ramiona, a ta wpadła wnie z rozpędem, omal nie przewracając 
kobiety. 
 

- Franciszka! 

Franeczka! 
Franusia! 
- wykrzykiwałaNika, trzymana przez kobietę w uścisku. 
 

Busia i Anna ze wzruszeniem obserwowały tę scenę. 

Oto znowu sąrazem: one trzyi Franciszka, która tyle latrządziła ich domem wPikulicach, 
aktóra potem, kiedy 
 

205. 

background image

 
Przemyśl zajęli bolszewicy, zabrała Annę i Nike do siebie. 
ToFranciszka nauczyła Annękleić pierogi, a Nike ubijać kapustę w beczce i doić jedyną kozę. 
 

Nie widziały się od czterdziestego pierwszego roku, bopo wybuchu wojny niemiecko-

rosyjskiej Anna z Niką przeniosły się do Krakowa. 
Teraz Franciszka wniosła do tegodomu coś z atmosfery przedwojennego Ŝycia: zaraz 
wzięłasiędo oprawiania karpia, gotowania łuskanej pszenicy nakutię. 
 

W salonie stała pękata, owiązana sznurkiem walizaFranciszki. 

Na kanapie leŜał zwinięty w rulon i opasanysznurkiem ich dywanik z dziecinnego pokoju 
Weroniki. 
Teraz Nikachciała go rozwinąć, ale poczuła, Ŝe wewnątrz rulonu tkwi jakiś cięŜar. 
 

- A coto Franciszka przywiozła? 

 

Franciszka bez słowa rozwiązała sznurek, rozwinęładywanik. 

Z pochwy wystawała rękojeść szabli Andrzejaz ozdobnym fontaziem przy gardzie. 
 

- Pomyślałam, Ŝe obowiązkowoma być u pani - zwypiekamina twarzy Franciszka 

składa raport z podróŜy. 
-Alem się bała, Ŝe mi zabiorą po drodze, tom włoŜyła jąwdywanik, co wisiałkiedyś nad 
łóŜkiem Weronki. 
 

Dla niej Nika byłazawsze Weronką. 

Franciszka zapomniała, Ŝe jej Weronką wtym roku zdaje maturę. 
Przywiozładla niej tego misiaz oberwanym uchem,co to go Weronkązawsze tuliła przed 
zaśnięciem. 
Nika trzyma misia,a Anna szablę. 
Jestwyraźnie wzruszona, kiedy wysuwa klin206 
 

gę z pochwy. 

Busia dotykaszabli niczym relikwii. 
Tymczasem Franciszka, klęcząc przy swojej tekturowejwalizie, wyciąga owinięte w gazetę i 
naciągnięte naprawidłaprawienowiutkie buty z cholewami. 
Anna przyklękła przy Franciszce. 
Pogładziła cholewy jak coś Ŝywego. 
 

- Od szewcaHiszpańskiego - powiedziała w zamyśleniu. 

Pewnie przywołała w pamięci ten pobytw Warszawie,wizytę na Chmielnej, gdzie słynny 
szewcHiszpański brałmiarę z nogi Andrzeja. 
Nika wzięła drugibut, obejrzałagouwaŜnie, a nawet przyłoŜyła do swojej nogi. 
 

- Byłyby w sam raz na Jura. 

- Spojrzała na matkę. 
- MoŜna mu zrobić prezent? 
 

-Nie - rzuciła twardo Anna, ucinając wszelkądyskusję. 

Odniosła butywraz z prawidłami do szafy, gdzie wisiałmundur Andrzeja. 
 

50 

 

Z kaŜdą godziną byłacoraz bardziejnapięta, jakby to, na coczekała, miało w jakimś 

sensie zmienić jej Ŝycie. 
Ubierałachoinkę, zawieszając klejone ręcznie łańcuchy,które Busiatrzymaław pudełkach, bo 
kiedyśjeszcze razemz nią kleił jeJędruś. 
Pod okiem zaaferowanej Franciszki przepuszczałamak trzy razy przez maszynkę do 
mięsa,podczas gdy samaFranciszka zajęta była dekorowaniem karpia. 
Wyszukiwała 
 

207. 

background image

 
w radiu Telefunken kolędy, szykowała opłatek, ale to wszystko nie zmniejszyło jej napięcia. 
Patrzyła na Annę rozkładającą talerze na śnieŜnobiałym, hartowanym obrusie. 
Przytym piątym talerzu, przeznaczonymdlaniespodziewanegowędrowca, połoŜyła 
papierośnicę Andrzeja. 
Co powie, jeślitym wędrowcem okaŜe się Jarosław? 
 

Anna zapaliła świece w lichtarzu. 

Zgasiła światło. 
I wtedy właśnie rozległ się dzwonekprzydrzwiach. 
 

-To on! 

- Busia zastygła w miejscu. 
Patrzyła to na Annę, to na Franciszkę, jakby brała je na świadków, Ŝe w tenszczególny dzień 
Bóg o nich nie zapomniał. 
 

Nika otworzyła drzwi. 

Jarosław uchylił kapelusza. 
Uśmiechnął się niepewnie. 
Pod pachątrzymał jakiś prostokątny przedmiot, zawinięty w pakowy papieri 
owiązanyszpagatem. 
 

Annasztywno skinęła głową Jarosławowi, po czymprzeniosłaspojrzenie na Nike, jakby 

nie miała wątpliwości,ktospowodował tę wizytę. 
W drzwiachsalonu pojawiła sięFranciszka,podtrzymująca Busię pod ramię. 
 

- Ach, to pan. 

- Papierowo blada Busia patrzyła na Jarosława zawiedziona, Ŝe nie jest tym, na którego 
wszystkieczekały. 
 

Franciszka odprowadziła ją na fotel w salonie i szeptem spytała panią profesorową, 

kim jest ten niespodziewanygość. 
 

Jarosław wręczył Annie opakowany przedmiot. 

Papierbył lekkowilgotny. 
 

208 

 

- Dziękujęza zaproszenie. 

- Pocałowałją w rękę. 
 

- Dzisiaj dla kaŜdego drzwi stoją otworem. 

- Pokryłazmieszanie tą formułką. 
 

Anna postawiła jeszcze jeden talerz na stole. 

Ten,przy którym leŜała papierośnica Andrzeja, nadal naniegoczekał. 
 

Nika rozpakowałaprzyniesiony przez Jarosława prezent. 

Kiedy papier opadł, odsłonił się kościół famy w Przemyślu. 
Franciszka ledwie rzuciła okiem na piękny sztych,a od razu klasnęła w pulchne ręce i 
wykrzyknęła: - To naszafara w Przemyślu! 
 

Anna sztywnym skinieniem głowy podziękowała gościowi za prezent, aleten wyczułw 

jejspojrzeniu pytanie: 
 

skądwłaśnie ten wybór? 

 

- Wiem, Ŝe panna Weronika byłatam chrzczona. 

 

-No jakŜe! 

- wykrzyknęła Franciszka, tuląc Nike doswojej bujnej piersi. 
-A ja z góry wiedziałam, Ŝe siędzieckoposika,i miałam drugi becik na zmianę! 
 

I znowu czas popłynął wstecz, wszyscy patrzyli na Nikejak napięciomiesięczne 

niemowlę. 
Jarosław lekko sięuśmiechał,słuchając tej relacji, ale Nika czuła, Ŝe jest wewnętrznie spięty. 

background image

Kiedy Anna rozpakowywała opłatek, opowiedział, jakto wKozielsku szykowało się opłatki na 
hostięi na tę pierwszą jeniecką Wigilię: hostia była robiona z podkradanej w kuchni mąki. 
Wszystko było przygotowane, nawetŜłobek z małym Jezusem, ale nie przewidzieli, Ŝe 
przedświętami zostaną wywiezieni wszyscy księŜa. 
 

209. 

background image

 
- Pan major zanotował w kalendarzyku: "Spotkało nascoś strasznego. 
Przed świętami zabraliod nas wszystkichksięŜy kapelanów". 
I to był ostatni zapis wgrudniu trzydziestegodziewiątego. 
 

Kiedyopowiadał o tej Wigilii obozowej, Anna patrzyłana niego jak na wysłannika od 

Andrzeja, ale kiedy miała siępodzielić z nim opłatkiem, uciekła wzrokiem w bok. 
Jarosław chciałująćjej rękę, pochyliłsię, by złoŜyć pocałunek,leczAnna odsunęła się o krok. 
Patrzył jej prosto w oczy, kiedy zdecydował się powiedzieć te słowa: 
 

- Nie jestemJudaszem. 

 

Anna odwróciła głowę. 

Najwyraźniej nie chciała wracać do tamtego ostatniego spotkania. 
W trakcie kolacji Jarosław kilkakrotnie zerkał na leŜącą przy pustym talerzu papierośnicę. 
Kiedy Nika puściła z radiakolędy, zdecydował,Ŝe nadszedłczas,by przestać udawać, Ŝe nie 
mają sobie nicdo powiedzenia. 
 

- Przyszedłem tu, bo chciałem z panią porozmawiać. 

 

-Chyba nie mamy oczym. 

- Anna wzruszyła ramionami ispojrzała na niego jak na przypadkowego przechodnia. 
- W tenwieczór ludzkie sprawy stają się mniej waŜne. 
 

-Chciałem panipodziękować - Jarosław uchwyciłszybko obie dłonie Annyi trzymał je, 

wpatrując się w jejtwarz jak ktoś, ktobłaga o pomoc. 
Nika czuła napięcie narastające między gościem a matką. 
Annapróbowała się zachować jak dobrze wychowana osoba: mówiła głosempełnym sztucznej 
grzeczności, Ŝe to ona powinnadziękować 
 

210 

 

Jarosławowi, wszakdzięki niemu odzyskali mieszkanie, toon przekazał im tę pamiątkę. 

 

ś

eby wyswobodzić swoje ręce z uścisku Jarosława,sięgnęła po papierośnicę. 

Gładziła jej pokrywę,pełnąróŜnych emblematów i ozdób. 
Jarosławpatrzył na papierośnicę iniespodziewanie rzuciłzdanie, które zabrzmiało jak początek 
nieprzewidzianej spowiedzi. 
 

- śebym ją tu doniósł, ktoś musiał zginąć. 

 

-Kto? 

 

- MoŜemy porozmawiać? 

 

Wjego głosie nie było właściwie pytania. 

Tam byłapewność, Ŝe ma prawo domagać się wysłuchania, zanimstąd odejdzie. 
Gestem dał do zrozumienia, Ŝe ta rozmowapowinna się odbyć na osobności. 
Anna, nie wypuszczającz ręki papierośnicy, ruszyła w stronę gabinetu. 
 

Nika odprowadziła ich wzrokiem. 

Teraz była pewna, Ŝezrobiła to, co powinnabyła zrobić. 
 

Papierośnica leŜała na stoliku. 

Ciepłe światło stojącej lampywydobyło wszystkie ozdoby na jej wklęśniętym wieczku. 
LeŜałajak dowód, który będzie potrzebny do uwiarygodnieniaświadka. 
 

Jarosław stał oparty o bibliotekę. 

Anna tkwiła w foteluokryta szalem. 
W gabineciepanował chłód. 
Dla oszczędności nie palono w nim. 
AleJarosław nie czułzimna. 
Łapczywie zapalił papierosa, przeniósł wzrok na złocone grzbietyksiąŜek, ustawionych 
szeregami za szklanymi drzwiami 
 

211. 

background image

 
biblioteki. 
Jeszcze nie wiedziała, co jej miał do powiedzenia,jakie dramaty łączyły się z tą papierośnicą 
Andrzeja, któraleŜała między nimi na stoliku jak graniczny kamień. 
 

- Opowiadałem pani o swoimwujulekarzu ze Lwowa,który ukrył przyjaciela wszpitalu 

wariatów. 
 

Anna skinęła głową. 

Była to ichpierwszarozmowa tu,w gabinecie, kiedy Jarosławmocą swej władzy zerwał pasekz 
czerwonymi pieczęciami. 
- Tak. 
Powiedział pan wtedy, ŜeŜaden czyn nie jest sam w sobie ani dobry,ani zły. 
 

- Bo wszystko zaleŜy od motywów - Jarosław dokończył tamten swój sąd. 

WciąŜ obserwował Annę,jakby zastanawiającsię, czy juŜ nadszedł ten właściwy moment, 
Ŝ

ebysię odsłonić. 

Badałją tym spojrzeniem, sprawdzał, czy będzie zdolnaprzyjąć to wszystko, co on nosił w 
sobie odostatniego ich spotkania. 
 

- Zawszekiedyś nadchodzi chwila, kiedy Ŝadne alibinie wystarcza. 

- Anna podparła głowę dłonią. 
Jarosławusiadł w fotelu naprzeciw niej. 
Ich oczy się spotkały. 
MoŜewłaśnie sens tych jej słów, Ŝe w Ŝyciu kaŜdego przychodzi taka chwila, Ŝe musi się 
rozliczyć sam ze sobą, spowodował,Ŝe Jarosław juŜ dłuŜej nie zwlekał, nie próbował szukać 
jakichś filozoficznych formułek. 
Wychylił się z fotela, sięgnąłpo leŜący nabiurku nóŜ z brązu,przeznaczony do rozcinania 
papieru. 
Na jego rękojeści widniały misternie odlane liście winorośli. 
Ostrze miało rowek. 
To ostrze przyłoŜył dodłoni. 
Wystawałojeszcze jakieś dwa centymetry. 
PodsunąłnóŜ przed oczy Anny. 
 

212 

 

- Tyle właśnie musiałemmu wsadzić w kichy, Ŝeby jąocalić! 

 

Mówił o papierośnicy. 

Annanie spuszczała oczu z jegotwarzy. 
Zmieniłsię. 
Był teraz podobny do głodnego wilka. 
Tak patrzył. 
KaŜde jego słowo było jak warknięcie. 
 

- Kiedy? 

Gdzie? 
- Anna kręciła głową,jakby nie chciała uwierzyć, Ŝe ta papierośnica Andrzejama jakiś 
związekze zbrodnią. 
 

- W łagrze. 

- Chciał sięgnąć po papierośnicę, ale Annabyła szybsza. 
Trzymałają w obudłoniach jak odzyskanyskarb, który chcą jej znowu zabrać. 
I tak trzymała ją całyczas, podczas gdy on krótkimi zdaniami wracał do zdarzeń,o których 
przecieŜ tak rozpaczliwie chciał zapomnieć. 
Patrzył w bok,na złocone grzbiety mądrych ksiąg z księgozbioru profesora Filipińskiego, a 
miał przed oczyma wnętrzebarakuz palącym się pośrodkuŜelaźniakiem,widział te okutane 

background image

słomą i szmatami stopy zeków, sterczące z nar, słyszałokrzyki i przekleństwa grających w 
karty urków. 
 

Zza drzwi gabinetu dochodziły tu głosy Busi, NikiiFranciszki, dochodziły kolędy z 

radia,ale anion, ani Annatego nie słyszeli. 
Jarosławsłyszał inne głosy, widział swojepiekło, Anna - słuchając go - wkraczaław ślad za 
nimw czas zniewolenia. 
Rzucał krótkie słowa, z trudem wiązałje w zdaniai onaczuła, Ŝe tak moŜe mówić tylko ten, 
ktotam byłnaprawdę, kto rzeczywiście grało Ŝycie. 
 

- Grzałem się przy Ŝelaźniaku. 

Oni w kącie rŜnęliw karty. 
Gralio łachy popa Fieduszki. 
Pop nic nie wiedział, 
 

213. 

background image

 
modlił się na pryczy, a oni grali o jego łachy. 
Mieliwyrozumienie. 
Poczekali grzecznie,aŜskończy, iwtedy go rozebrali do gołego. 
Rano juŜ nie Ŝył. 
W barakubyłominus osiemnaście. 
Zaprosili mnie dogry. 
Miałem postawić to - palcemwskazał trzymaną przez Annę papierośnicę. 
- Wygrałem. 
Ale mimo to chcieli, Ŝebym im oddał. 
Oddasz cośraz, to nadrugirazzabiorą ci te twoje czterysta gram chleba. 
"Krwawy Sjomka" wyciągnął po to rękę. 
- Zawiesił na chwilę głos,zgasił papierosa w popielniczceo kształcie liścia klonui znowu 
uniósł w górę nóŜ do przecinania papieru. 
-NóŜwszedłpotąd pod Ŝebra. 
 

Anna przełknęła ślinę. 

Ś

ciskając w dłoniach papierośnicę, patrzyła na nóŜ, który teraz obracał w ręku Jarosław. 

 

- I jak tosię skończyło? 

 

-Naczalstwo uznało, Ŝe były to porachunki międzybandziorami. 

 

- Jak pan tam trafił? 

 

-Co mieliz takim robić? 

Obóz w Kozielsku był juŜwtedyzlikwidowany. 
Z frontu fińskiego, gdzie pracowałemprzybudowaniu umocnień, przenieśli mnie dojakiegoś 
sowchozu. 
Nie byłoco Ŝreć. 
Wszyscy kradli. 
Za metrkartofli wysłali brygadzistę i brygadę do łagru. 
A łagier to wyrok śmierci z odłoŜoną egzekucją. 
 

Znowu patrzyw bok,na złoconegrzbiety ksiąŜek. 

Annawie, Ŝe widzi to, czego juŜ pewnie nigdy niezapomni. 
Czuje, Ŝeto,co teraz słyszy,jesttylko wstępemdo jakiegośwyznania, któresprowadziło go tutaj. 
Tak moŜe mówić tyl214 
 

ko człowiek przygnieciony wielkim cięŜarem, który pragniesię wreszcie wyprostować. 

 

Monolog Jarosława zagarnął ją jakrzeka i niósł aŜdokońca, którego niemogła 

przewidzieć. 
A on mówił, jakbywyrywając zsiebie Ŝywemięso. 
Mówił z bólem, ale nie byłto ból tamtych upokorzeń. 
Próbował oddzielićteraz w sobieto, co było kłamstwem, odtego, coocalało jako szansa 
człowieczeństwa. 
 

- Wie pani, co to piekło? 

To mieć tylkotaki wybór: poŜreć kogośalbo samemu być poŜartym. 
Tam musisz zapomnieć, kim byłeś. 
Zostaje z ciebie tylko skóra. 
Naga skóra. 
I wszy się nie poŜywią. 
A wokoło kłamstwo i strach. 
Tylkoniebo nie byłoza drutami. 
Jeśli oni mogąwszystko, to gdziejest Bóg? 
Patrzysz w niebo, a on milczy. 
Więc samw końcuznajdujesz odpowiedź. 

background image

 

- Jaką? 

 

-To oni sąBogiem. 

Oni sąwszechmogący. 
Ichprawda jest objawieniem. 
 

I o tym zaczął mówić, przerywając tylko na kolejnegopapierosa. 

Mówił inaczejniŜ dotąd. 
To juŜ nie były tylko krótkie zdania, brzmiące jak rozkaz czy raport. 
Teraz mówił trochę bezładnymizdaniamio tym, jak powoli wsysała go ta rzeczywistość,w 
której tylko niebo nie było za drutami. 
 

- Zrozumiałem, czymjest Wschód. 

Ś

wiat rządzi się kategorią czasu, a Wschód to przestrzeń. 

W ichpejzaŜach pojedynczy człowiek ginie, roztapia się jak wosk świecy. 
Tak samojak jednostki mogą znikać tysiące. 
Dlatego oniuwaŜają, Ŝe 
 

215. 

background image

 
kaŜda cena za wolność, którą nam przynieśli, jest niska, bou nas ludiej mnogo. 
Im nawet niezaświta wgłowiemyśl, Ŝenie przynieśli nam Ŝadnej wolności,bo sami są 
niewolnikami. 
Niewolnikami strachu. 
Strach jesttam władcą, bo gdy zrozumiesz, Ŝe Ŝaden opór nie ocali cię przed wszechwładzą 
ideii kłamstwa, stajesz się jego sługą. 
Sam zaczynasz głosić hasłoszczęścia dla wszystkich, a przecieŜ dla wszystkich to są pewne 
tylko trzy metry gruntu nakoniec Ŝycia. 
Alejeśli chceszprzeŜyć, musisz się bać. 
Wybieraj: udawaj, Ŝe wierzysz,alboproszczaj\ A jak się godziłeś Ŝyć przeciwkotemu, co 
myślisz,to po pewnymczasie zaczynałeś myśleć tak, jak Ŝyłeś. 
Najgorsze, Ŝe od tejchoroby nie mogłeś uciec, bo ona była w tobie,wewnątrz, w środku. 
To rosło jak guz, rozpychało się w mózgu, w sercu, pod skórą. 
Przegrywasz nie tylko dlatego, Ŝe jesteś otoczony z zewnątrz. 
Przegrywasz, bowpuściłeś wrogado środka. 
On tkwi juŜ w tobie, w twoich kiszkach, w twojejduszy! 
Stawałeś się kimś obcym dla siebie samego. 
I kimśwstrętnym. 
Zaraziłeś się strachem. 
A oni bali się tylko tych, cosię ich nie bali. 
Dla tych było 20 gramów ołowiu wtył czachyi dół. 
ś

eby tamnie trafić, starasz się byćtaki jakinni. 

Nie wierzysz juŜ nikomu. 
Chcesz tylkoprzetrwać, bo Ŝyciema się tylko jedno. 
A męŜczyzna umiera, kiedymówi to,w conie wierzy. 
Ija tak umierałem wiele razy. 
Tłumaczyłem sobie, Ŝe jeślijest mipisanyjakiś los, to moim prawem jest przyjąć go 
bezspecjalnychwarunków. 
Oduczyłem się filozofować. 
Za to nauczyłem się milczeć. 
Uznałem, Ŝe milczenie teŜ moŜe czasemwystarczyć zadowód sprzeciwu. 
 

216 

 

Wypalił kilka papierosów. 

WciąŜ się w nim gotowało. 
Z tychchaotycznych wątków Anna wyczytała jedno: tenczłowiek chciał wrócić do siebie 
takiego, jakiego juŜ dawnow sobie zadeptał, i Ŝe liczy na zrozumienie, na jakąś pomoc. 
 

-W którym momenciezaczął pan się podpierać tą filozofią? 

 

- Pyta mnie pani, kiedy skapitulowałem? 

- Jarosławwgniótł kolejny niedopałek w pełnąjuŜ popielniczkę. 
-Tobyło w Katyniu. 
Po bitwiepod Lenino zawieźli nas tam. 
Patrzyłem nate doły. 
Pomyślałem, Ŝeja właściwie teŜ jestemmartwy. 
Bo czy bym leŜałw tych dołach,czy stoję nad nimi,tyle samo mam dopowiedzenia. 
 

Anna pokręciła przecząco głową, odruchowo poprawiła swoje włosy, które juŜ trochę 

odrosły i sięgały ramion. 
 

- Znał pan prawdę. 

 

Jarosław pochylił się doprzodu. 

background image

Patrzyłz bliskawtwarz Anny z jakąś wewnętrzną nadzieją, Ŝe zostanie zrozumiany, Ŝe ten jego 
monolog, w którym poplątały się faktyi wyznania,sprawi, Ŝe takobieta zpowrotem ujrzy w 
nimczłowieka, któremu kiedyś zaufał major Filipiński. 
 

- To panizna prawdę - rzekłz jakimśwewnętrznymbólem, Ŝe musi tłumaczyć tak 

jasnedlaniego sprawy. 
- Jaznam strach i bezsilność. 
To straszne, copowiem, ale właśnie tam zrozumiałem,Ŝe prawda przestała się liczyć. 
Ś

wiat 

 

-nie chce znać prawdy. 

A oni zrobią wszystko,by ją ukryć. 
 

- Oni nam nigdy nie darują zła, które nam wyrządzili. 

 

-Annaczuła, Ŝe papierośnica w jej rękach stała się ciepła 

 

217. 

background image

 
jak nagrzany słońcem kamień. 
Jarosław patrzył naniąwzruszony, ale równocześnie jakby niepewny, jak ten jegogodzinny 
monolog zostanie przyjęty. 
Wstał, poprawił źle zawiązany krawat. 
 

- Chciałem pani podziękować. 

 

-Za co? 

 

- To był dar losu, Ŝe panią spotkałem. 

 

-Jakmam to rozumieć? 

 

- Pani szukała prawdy. 

 

-Za wszelką cenę. 

 

- Ito mnie właśnie ocaliło. 

Znowu uwierzyłem,Ŝeobowiązki ma się nie tylko wobec Ŝywych. 
- Pochylił się nadfotelem Anny,poczuł zapach jej włosów. 
-Chcę być po panistronie. 
Zrobię wszystko, Ŝeby pani pomóc. 
 

W Anniecoś odtajało. 

Trzymającpapierośnicąw jednejręce, drugą wyciągnęła do niego. 
Jarosław delikatnie przykrył ją swoją dłonią. 
Pomyślała, Ŝe na jego twarzywidać było pełną powagiłagodność jak u ludzi 
przyjmującychkomunię. 
Jarosław pochylił sięi ucałował jej dłoń. 
 

Franciszka zmywaław kuchni. 

Busia wycierała naczynia. 
Nika wbiła gwóźdź, na którym powiesiła przyniesiony przez Jarosława sztych. 
Annasiedziała przed lustrem,czesząc swojeodrośniętewłosy. 
I wtedy Nika stanęła za jej plecami. 
PołoŜyła dłonie na ramionach matki. 
Ich oczyspotkały się w lustrze. 
 

- Siedzieliście wzimnymgabinecie całą godzinę - powiedziała. 

- Czy to było jakieś wyznanie? 
 

218 

 

- Mówił osobie. 

- Annaspojrzała teraz na swoje odbicie. 
-To dziwne, ale. 
 

- Ale co? 

 

-Ale jeszczenigdy Ŝaden męŜczyzna tak się przy mnienie otworzył. 

 

Nika wzruszyła ramionami z miną osoby, przed którąp Ŝycie nie ma tajemnic. 

K - Czy ty niewidzisz, Ŝe on się w tobie kocha? 
 

5/ 

 

Od chwili, kiedy usłyszaław audycjiGłosu Ameryki informację, Ŝe krakowski 

prokurator Martini będzie się zajmował ustaleniem sprawców zbrodni katyńskiej, Anna 
postanowiła dotrzeć do niego. 
Zdobyła się na to, by zadzwonić doJarosława i poprosić o pilnespotkanie w kawiarni 
Fregatana ulicyGrodzkiej. 
Nie przypadkiem wybrała to miejsce: 
 

słyszała, Ŝe tu najczęściejbywają adwokaci, sędziowie iprokuratorzy. 

Podobno bywał tu teŜ prokurator Martini. 
 

Jarosławprzyszedłna spotkanie pocywilnemu. 

ZauwaŜyła, Ŝe kiedy był bez munduru, musiała się z nim jakby na nowo oswajać. 

background image

Sama tym razem nie włoŜyła toczkaz woalką. 
Ustamiała lekko podkreślone szminką, brwi zaznaczone czarnymołówkiem. 
Kiedy przed godziną szykowała się dowyjścia, Nika spytała, czy idzie na randkę, bo 
 

219. 

background image

 
pierwszy raz widzi, Ŝe matka ma w uszach kolczyki i Ŝepodkreśla ołówkiem brwi i czerni 
rzęsy. 
Anna, by pokryćzmieszanie, rzuciła uwagę, Ŝeby Nika, zamiast zadawaćgłupie pytania, zajęła 
się raczej przygotowaniami do matury. 
Nie idzie na Ŝadną randkę. 
Idzie w nadziei, Ŝe Jarosławułatwijej spotkanie z tym prokuratorem, o którym mówiliw 
Głosie Ameryki. 
 

- Czy pan zna prokuratora Martiniego? 

- spytała Jarosława, gdykelnerka postawiła filiŜanki z kawą. 
 

- Spotkałem go na jakiejś odprawie. 

 

-Podobno tojego ulubiona kawiarnia. 

 

- Wszystko by się zgadzało - powiedział z lekkimuśmieszkiem. 

- To kobieciarz. 
Dobrze wie, Ŝe tu bywająpiękne kobiety. 
 

Jego spojrzenieobejmujące Annę mówiło wyraźnie, Ŝei jej dotyczy ta uwaga. 

 

- Chciałabym go poznać. 

 

Był zaskoczony tym wyznaniem. 

Anna, kręcąc nerwowo obrączką, powiedziała mu,jakie nadzieje wzbudził w niejkomunikat 
GłosuAmeryki o wszczęciu śledztwa w sprawieKatynia. 
 

- Jeśli jest podjęte śledztwo, to moŜe zrobią proces? 

Jarosław wpatrywał się w nią tym swoimspojrzeniemsnajpera. 
Był wyraźnie zaskoczonyjej naiwnością. 
 

- W Polsce? 

Proces? 
Przeciw komu? 
To absurd! 
- mówił przytłumionym głosem. 
-Sama pani wie, Ŝe tu, w Krakowie, przesłuchuje się nie sprawców tegomordu, a tych, co 
 

220 

 

ich poznali. 

Cała komisja techniczna PCK była wzywana na 
 

przesłuchania. 

 

- MoŜe proces norymberski coś zmieni. 

 

-Muszępanią rozczarować. 

Oni dobrowolnie nie wydadzą na siebie wyroku. 
 

Chceostudzić jejnadzieje. 

Wie, Ŝe to wszystko jest tylkogrą, mającą ukryćprawdę. 
A mimo to Anna nie chce zrezygnować z poznania prokuratora Martiniego. 
Dlategoumówiłasię we Fregacie. 
Liczyła, Ŝe on tubędzie. 
Gdyby takJarosław osobiście przedstawił ją Martiniemu, moŜe dostałaby szansę wyjaśnienia 
wszystkich okoliczności, związanych ze śmiercią Andrzeja. 
 

- Będąpanią przesłuchiwać. 

 

-Nie mam nic do ukrycia. 

 

- Weronika zdaje maturę. 

Potem chce zdawać na studia. 
To jej na pewno nie ułatwi Ŝycia. 

background image

 

Patrzyła zawiedziona: po tamtym jego wyznaniu, kiedyobiecywał sam sobie zerwanie 

z kłamstwem, kiedy wyraźniezadeklarował, Ŝe staje po jejstronie, teraz znowu kryje sięw tym 
pancerzu obezwładniającego strachu? 
Nie wiedziała,kogo ma wtej chwili przed sobą:tego, który chciał tajemnicę śmierciswoich 
towarzyszybroni zostawić na zawsze zagrzebaną w ziemi, czy tego, który postanowił stanąć 
po stronie prawdy? 
Wiedziała juŜ, Ŝe to spotkanie tojest jakbyostateczna próba tego człowieka. 
 

I wtedy Jarosław zgasił papierosa, rozejrzał się po salii pochylił się ku niej. 

 

221. 

background image

 
- Lepiej Ŝebym ja się spotkał z prokuratorem Martinim. 
 

-Pan? 

I co impan powie? 
 

- Ze chcę złoŜyć zeznania jako świadek prac komisjiBurdenki, który był tam w 

styczniu czterdziestego czwartego roku. 
- Wysunął powoli rękę i delikatnie nakrył dłoń Anny. 
-A przy okazji postaramsię dowiedzieć czegoś wpanisprawie. 
Boto jest takŜe i moja sprawa. 
- Patrzyłjej prostow oczy, jak wtedy,kiedy zaczął tamten swój monolog. 
Annapozwoliła, by jego dłoń zatrzymała sięna jej ręce. 
 

52 

 

To Jur przyniósł wiadomość, Ŝe prokurator Martinizostałzamordowany. 

 

Zjawiłsię z samego rana. 

WiedziałodNiki, Ŝe jej matka liczy na spotkanie z Martinim, Ŝe szuka jakiegoś dojściado 
niego. 
Kiedy Anna otworzyła mu drzwi, potrząsnął trzymaną w ręku gazetą. 
 

- Prokurator Martini został zamordowany wewłasnym mieszkaniu! 

 

Wdrzwiach swojego pokoju stanęła Nika. 

Patrzyła, jakAnna rozkłada gazetę, cośczyta. 
 

- To primaaprilis! 

- odkryła nagle Nika. 
-PrzecieŜdziś jest pierwszy kwietnia! 
 

222 

 

To nie był prima aprilis. 

To się stało wczoraj. 
Martini został zamordowany w bezwzględny sposób w mieszkaniu naKrupniczej. 
Gazeta podawała szczegóły:knebel na ustach,ręcznik wokół szyi, dwanaście ciosów 
kluczeminstalacyjnym, poderŜnięte gardło. 
 

Tę informację potwierdził Jarosław. 

Zjawił się pod wieczór. 
Tym razem był w mundurze. 
 

- Domyśliłem się, Ŝe wiadomość o śmierci wiceprokuratora Martiniego moŜe być 

dlapani szokiem. 
Byłem z nimumówionypojutrze, ale. 
- rozłoŜył ręce w geście bezradności - siła wyŜsza. 
 

- Wykończą wszystkich, którzy się tego dotkną. 

- Annapokiwała głową jak ktoś, kto domyśla się motywów tejzbrodni. 
 

- Wszędzie wietrzysz spisek. 

A to był dramat z kiepskiego romansu. 
-Nika jak zwykle nie chciałasię pogodzićz interpretacją matki. 
- Jursłyszał, Ŝezabił go z zazdrościkochanek jego siedemnastoletniej kochanki. 
 

- Fakt, Ŝe panprokurator nie był ascetą. 

- Jarosław,skrzypiąc butami, przemierzał salon odokna ku drzwiom. 
- Ale faktem jest takŜe i to,Ŝe w mieszkaniu jego Ŝonyna ulicy Dietlazrobiono w nocyrewizję. 
Poszukiwanojakichś aktczy dokumentów. 
 

- W tej sprawie nicnie dzieje się przypadkowo. 

- Annanerwowo obracała obrączkę na palcu. 
 

- Dla ciebie nawet zbrodnia z zazdrości o kochankęjest elementem spisku historii! 

- Nika popatrzyłana matkę 

background image

 

223. 

background image

 
z wyrazem bezbrzeŜnej litości. 
- Niedługo będziesz ufałatylko nieŜywym! 
 

Wybiegła z salonu. 

Dogoniły ją wykrzyczane przez Annę słowa: - Jesteś bez serca! 
Obchodząciętylko własneromanse! 
 

Anna opadła na kanapę. 

Ukryła twarz w dłoniach, jakby w tej chwilidotarłodo niej, Ŝe obie Ŝyją w całkiem 
innychświatach. 
 

- Ona tak niemyśli. 

- Jarosław dotknął lekkoramieniaskulonej Anny. 
-To wszystko nerwyprzed maturą. 
Trzeba jązrozumieć. 
 

- A dlaczego ona mnie nie rozumie? 

 

Cośw niej pękło. 

Mówiła przez ściśnięte gardło, Ŝe znowu wszystko sięsprzysięgło przeciwniej, nie dość, Ŝe 
Martini zginął, a przecieŜ liczyła, Ŝe czegoś się od niego dowie, toteraz własna córka jest 
przeciw niej. 
 

Jarosław ująłjej rękę ipatrzył jejw oczy. 

Przez chwilęprzestraszyła się, Ŝe powie coś, czego by wcale niechciałausłyszeć, Ŝe potraktuje 
ją nie jak wdowę po majorze Filipińskim, leczjakkobietę, która wszak zna jego najgłębsze 
tajemnice. 
 

- Nie przyszedłem tu rozmawiać o Martinim - powiedział, a jego oczy potwierdzały, 

Ŝ

e ma do powiedzenia cośwaŜnego. 

- Jest nadzieja. 
Wczoraj spotkałem kogoś, kto moŜe nam pomóc. 
Jestem umówiony na jutro. 
 

Powiedział "nam". 

Więc jej sprawa stała się jego? 
Czekała,co jeszcze powie. 
Kim jest ten ktoś,kto moŜe im po224 
 

móc?Ale on powiedział tylko, Ŝeby pojutrze koło piątej byłana dziedzińcu Wawelu 

pod duŜym kasztanem obok wejściado SmoczejJamy. 
 

Kiedy Jarosław wyszedł, do salonuwślizgnęła sięNika. 

Stałaz opuszczoną głowąjakdziewczynka, która chce sięprzyznać, Ŝe zbiła kryształowywazon. 
 

- Przepraszam - wybąkała. 

A wtedy Annaobjęła jąi powiedziała jej do ucha: 
 

- Wybacz, Nikuś, Ŝeurodziłam cię w takich czasach. 

 

53 

 

Kuchenna lampa zmetalowym talerzemrzucałamocneświatło na cały stół. 

LeŜały tu porozkładane papiery, któresprawiały wraŜenieoblanych kawą. 
LeŜałyteŜjakieś notesyw okładkach powyginanychjak zdarte zelówki. 
 

Nad stołem pochylała sięwysoka kobieta. 

Jej ruchybyły uwaŜne, ostroŜne. 
Twarz do wysokości oczu przesłoniętąmiała białą chustką. 
Zakrywała całą twarz jak maska. 
Znadtej chustyjej ciemneoczy zerkały z ukosa naJarosława. 
 

- Jak zobaczyłam mundur, przestraszyłamsię - kobieta mówi to zza chusty, a przy 

kaŜdym jej słowie ta chusta faluje, jakby słowa chciałysię wyrwać na wolność. 
 

-Teraz mundur toochrona naturalna. 

background image

- Wygląda nato, Ŝe chce się usprawiedliwić. 
-Myślałem, Ŝe Adampaniąuprzedził. 
 

225. 

background image

 
Kobieta pokręciła przecząco głową i wzruszyła ramionami, jakby dając gościowi do 
zrozumienia, Ŝe sam powinien wiedzieć, jaki jest ten jej mąŜ. 
 

Jarosław stał z boku, tam gdzie zaczynał się cień, botalerz wiszącejlampy odcinał 

ś

wiatło mocnejŜarówki. 

Patrzył, jakkobieta pochyla się nad stołem i zanim dotknierękoma w gumowych rękawicach 
jakiegoś przedmiotu, najpierw dotykago pincetą, obraca na ceracie jak martwąmysz. 
 

W kuchni starego mieszkania na ulicyRetoryka byłogorąco. 

Pod kuchenną blachą płonąłogień. 
Fajerki byłyodsunięte, Ŝeby nagrzane powietrze szybciej szło do góry. 
Nadkuchnią napięty byłdługisznurek, na którym wisiały róŜnedokumenty niczymsuszące 
sięuprane skarpetki. 
Te pełnezacieków papiery przytrzymywały na sznurku klamerki dosuszenia bielizny. 
Poskręcane strony kalendarzyków, okładki ksiąŜeczek oficerskich z rdzawymi zaciekami, 
zdjęcia kobiet i dzieci. 
 

Stanął nad stojącąna ławce przy piecu skrzynką. 

Pełnabyłajakichś kopert oznaczonych literami i cyframi. 
Kiedy się nad nimi pochylił, nagle coś go odrzuciło. 
Zgiąłsięwpół,jakbyza chwilę miał zwymiotować. 
Gorączkowo wyrwał z kieszeni munduru chustkę i przyłoŜył ją do ust. 
 

Kobieta zerknęła wjego stronę, nie przestającrozdzielać pincetąjakichś zlepionych ze 

sobą kartek. 
 

- Do trupiego zapachu nie moŜna się łatwo przyzwyczaić - powiedziała dziwnie 

melodyjnym głosem, który 
 

226 

 

przebijał sięprzez białą maskę. 

- Adam mówi, Ŝe nawetwódka nie pomaga. 
 

- Wiem coś o tym- powiedział Jarosław, wciąŜ trzymającchustkę przy ustach. 

Pamiętał ten słodko duszącysmak powietrza, który unosił się tam, nad dołamikatyńskimi. 
Wtedy teŜ ratował się przyłoŜeniem chusteczki doust. 
Niektórzy skraplali chustki wódką, Ŝeby zabić ten fetor,który wciskałsię nie tylko do nozdrzy, 
ale takŜe w płaszcze,wubranie, zostawał we włosach, a nawet wciskał się podpaznokcie. 
 

- Właściwie do tego, co my tu robimy, powinnosięmieć maski gazowe. 

 

Wkuchni zjawiłsię męŜczyzna zplikiem jakichś dokumentów. 

Miał grube rysy,na nosie okulary w grubychoprawkach, mięsiste nozdrza krzywiły się, gdy 
wciągał tozatrutetrupim odorem powietrze. 
Był równolatkiem Jarosława, ale włosy miał siwe. 
 

- Przydałyby się nam teraz te maski gazowe,któremieliśmy w podchorąŜówce - 

powiedział, patrząc spod okana Jarosława, który starał się trzymać z daleka od skrzynki. 
 

-Zawsze na alarmgazowy byłeś ostatni, który ją zdąŜył załoŜyć. 

- Jarosław klepnął gopo ramieniu. 
-JuŜ wtedykapral Sobotaci powtarzał:"Wy, Friedman, to się nadajecietylko na profesora, bo 
do wojska za głupi jesteście! 
". 
 

- I wykrakał - pogodnie stwierdził profesor. 

- Ty sięokazałeś dostatecznie inteligentny, by zostaćoficerem,a mnie zostałtylko uniwersytet. 
 

227. 

background image

 
Jarosław chciał coś odpowiedzieć, ale z trudem opanował mdłości. 
Zrobiłomu się głupio; jest tu dopiero półgodziny. 
Co mają powiedzieć oni, którzy zamienili swojemieszkanie na to dziwne laboratorium 
dokumentacji 
 

ś

mierci? 

 

- Podziwiam moją Ŝonę - powiedział Friedman. 

 

-To juŜ trwa tyle czasu. 

Bojak skończymy przeglądaćjedną partię, to ja donoszę następnedokumenty 
komisjitechnicznej PCK. 
Choć z tych kilku skrzyń, któreprzyszłyz Rosji w majuczterdziestego trzeciego, została 
niewielkaczęść. 
Niemcyw lecie czterdziestego czwartego wywieźli teskrzynie, ale Robel kazał ukryć część w 
Archiwum Kolegiaty na Franciszkańskiej 3. 
- Objąłgestemręki to wszystko, coznajdowało sięnad kuchnią,na stole iw skrzyni. 
-To tylkoniewielka część. 
 

Wydobył z przyniesionej kopertyjej zawartość. 

Na ceracie kuchennego stołu, jak na wyprzedaŜy, leŜały rekwizyty czyjegoś Ŝycia. 
Spinki od koszuli, fajka z pogryzionymustnikiem, wystrugany z brzozowego drewna cybuch 
dopapierosów, zaśniedziały sygnet, odprute od munduru naramienniki z trzema gwiazdkami, 
modlitewnik o wygiętejokładce i wyplamiony kalendarzyk z 1939 roku. 
To wszystko znaleziono przy ciele ofiary. 
Jarosław patrzył na ten rozłoŜonyw kuchni małŜeństwa Friedmanów cmentarzyk rekwizytów 
i znów pojawiłmu się przed oczyma długi zbityzdesek stół, a na nim rozłoŜoneciało w 
zgniłym mundurze,wbutach z cholewami, które pokryły się nalotem pleśni. 
Zo228 
 

baczył tedoły, nad którymi wtedy stał, a które mogły być jego grobem. 

MoŜe wówczas jegodokumenty, jego ksiąŜeczkawojskowai jego cygarniczka leŜałyby na 
tejceracie, a jegokolegaz wojska, o którym kapral Sobota mówił,Ŝe jestzagłupi na oficera, 
odkryłby, Ŝe ten, kto okazał się dostatecznieinteligentny, został tam, w tych dołach w lesie 
katyńskim. 
 

Patrzył, jak ręce kobiety w grubych rękawicach rozkładają na stole wydobyte z 

koperty przedmiotyniczym kartyw pasjansie. 
 

- Te dokumenty opakowane były przezkomisję w woskowany papier - wyjaśnił 

profesor. 
 

-Alemimo to wydzielają ten trupi odór. 

Muszę je trzymać zamknięte w archiwum. 
Przynoszę tylko po kilka kopert. 
Trzeba jerozpreparować wodpowiedniej kąpieli, odtłuścić, oczyścić - mówił rzeczowo jak na 
wykładzie. 
- Teposklejane dokumenty moczy się weterze naftowym, potemsuszy na bibule. 
To trwa kilka godzin. 
 

- Czasemcały dzień - kobieta mówiłaprzez chustę,któranadawała jej tajemniczy 

wygląd. 
Jarosław nawet niewiedział,jak naprawdęwygląda twarz Ŝony jego kolegi. 
Odchwili, kiedy go wpuściła dokuchni, nie zdjęła chusty, nieściągnęła z rąkgumowych 
rękawic. 
Poczuł się jak w prosektorium. 
Profesor wykładał na ceratę kolejne przedmioty. 

background image

 

- Po oczyszczeniu,dokonaniu inwentaryzacji i sprawdzeniu nazwisk z powrotem to 

ukrywamy - tłumaczył cierpliwie Jarosławowi całą procedurę. 
- To taka kolejna ekshumacja ofiar. 
 

229. 

background image

 
- Kiedyś, kiedy będzie moŜna ujawnić te dokumenty,czeka ich jeszcze jedna - przez swoją 
maskę odezwała siękobieta. 
JarosławwciąŜ trzymałchustkę przy ustach. 
 

- Jak pani moŜe to wytrzymać? 

 

-Ktośmusi - gestemgłowy wskazała na rozłoŜone nastole przedmioty. 

 

Tyle zostało po tych, zktórymi dzielił prycze, z którymi toczył dyskusje o 

losachświatai o tym, Ŝe chcą zawładnąć nim dwie potęgi: Niemcy i ZSRR. 
Przyszedł tu, boodnaleziony przez niego kolega,który zajmował się archiwistyką, 
obiecałsprawdzić dane na temat majora Filipińskiego. 
Czy coś onim wiadomo na pewno? 
MoŜe sąjakieśdokumenty? 
Na liście katyńskiej jego nazwisko podane było z błędem. 
 

- Identyfikacja nie była wcale łatwa - stwierdziłprofesor. 

- Mówił mi to doktor Robel juŜ w czterdziestym trzecim, kiedydostarczył do Krakowa 
dziewięć skrzyń. 
 

Przedstawiłkoleje losu tychdokumentów: najpierwumieszczono je w budynku 

Oddziału Chemicznego, przyulicy Kopernika 7, gdzie doktor Robel sprawdzał zawartość 
części przywiezionych z Katynia kopert. 
Wraz z asystentem oczyszczali dokumenty mechanicznie i chemicznie, robili 
kopieznalezionych fotografii, na których byłyŜony i dzieci zamordowanych. 
Potem Niemcy kazali przenieśćskrzynie zbudynku "Chemische Abteilung" do Instytutu 
Medycyny Sądowej i Kryminalistyki przy ulicyGrzegórzeckiej 16. 
Tam profesorLudwik Kamykowski do230 
 

konywał inwentaryzacji dokumentów, odczytywał treść listówi notatek za pomocą 

lampy kwarcowej, a potem ichtreść byłazapisywana na maszynie. 
Część tych zapisów została ukrytana poddaszubudynku Ekspertyz Sądowych,częśćtrafiła do 
Kurii Metropolitalnej przy Franciszkańskiej 3 i do Archiwum Akt Dawnych Miasta Krakowa 
przyulicy Siennej. 
 

- A reszta? 

- spytał Jarosław,nie odejmując chustki odust. 
ProfesorrozłoŜył ręce. 
 

- Niemcy wywieźliw czterdziestymczwartymz Krakowa piętnaście skrzyń gdzieś w 

kierunku Wrocławia. 
Namzostały szczątki dokumentów i świadkowie tej ekshumacji. 
Tylko Ŝe dla nich lepiej się teraz nie przyznawać do tego, cowiedzą. 
 

- W zeszłym roku NKWD kilka miesięcy przesłuchiwało doktora Robią - odezwałasię 

kobieta, pochylonanad stołem. 
- A za doktoremWodzińskim wysłano listygończe. 
 

- Czy jest sposób, Ŝeby wyjaśnić sprawę majora Filipińskiego? 

 

Profesor przejrzałjakąślistę: w dokumentach, którejuŜ przeszły przez ich ręce, nie było 

majora Filipińskiego. 
Nie ma go równieŜ w tej dzisiejszej porcji. 
 

- Czy moŜna to jeszcze gdzie indziej sprawdzić? 

 

-Nie wiem, czysię uda. 

- Profesor dorzucił z wiadrawęgla pod kuchnię, nad którą w lekkim podmuchu 
podgrzanegopowietrza zatańczyły przytwierdzone do sznurka 
 

231. 

background image

 
dokumenty, jakby chciały oderwać się jak suche liście odgałęzi. 
- To, co jest umnie w Archiwum Akt Dawnych, to tylkoczęść. 
Ukryłem to w fascykułach, gdzie dostęp mam tylko ja i mój asystent. 
Nikt tam nietrafi. 
 

- Chyba Ŝe ten odór kogoś naprowadzi - powiedziałaprzez chustkę kobieta. 

 

-Spróbujemy sprawdzić, czy jest tam tateczka. 

- Profesorpatrzył na Jarosława, który wciąŜ przytrzymywał przyustach i nosie chustkę. 
-Umówmy się tam wponiedziałeko dziewiątej. 
 

- Rano? 

 

-Wieczór. 

Zapukaj tak- profesor zapukał trzy razyzgiętym palcem w blat stołu, zrobił krótką przerwę i 
stuknąłjeszcze dwa razy. 
- Otworzę albo ja, albo mój asystent. 
 

- On wygląda dość dziwnie - powiedziała kobietazzachusty. 

- Ale to swój. 
 

JuŜ w korytarzu, zmierzającku wyjściu, Jarosław odjąłod nosa chustkę. 

ZałoŜył czapkę,a wtedy z kuchni wyłoniłasię takobieta i podeszła wąskim korytarzem. 
Odsunęłachustkę z twarzyi dopiero wtedy Jarosław zobaczył jej piękną twarz. 
Nie dała się pocałować w rękę, cofnęła dłoń w gumowej rękawicy. 
 

- Doponiedziałku, Jarku- powiedział profesor, zamykając drzwi. 

 

Jarosław zbiegł po schodach i juŜ wbramie nabrałw płucahaust świeŜegopowietrza, jak 

wynurzający sięz głębiny nurek. 
 

232 

 

54 

 

Postanowił, Ŝe niepowtórzy Annie szczegółów tej wizyty. 

Nie powie, jakwyglądają suszące się nad kuchniąlisty, zdjęcia, notesy. 
Nie powie, Ŝe ten straszliwy odór śmierci jesttrudnydo wytrzymania. 
Powie jej tylko, Ŝe jego przyjacielobiecał sprawdzić, czy w archiwach znajdujesię jakaś 
teczkamajora Filipińskiego. 
 

Przez delikatne kwietniowe liście kasztana,pod którymczekał na Annę, przesiewało się 

zachodzące nad Wisłą słońce. 
Umówił się z nią na Wawelu. 
Była zdziwiona, kiedy tuwłaśnie wyznaczył jejspotkanie. 
Wybrał to miejsce, boniechciał,by to, co ma jej do przekazania, dotarło do niepowołanych 
uszu. 
Choć nic nie miał do tego studenta, który odwiedzał Nike, podczas ich dyskusji ten zawsze 
traktował gojak przeciwnika. 
 

Patrzył spod kasztana, jakgrupa radzieckich Ŝołnierzyustawiała sięna tle Waweludo 

pamiątkowego zdjęcia. 
 

- Przedtem był tu gubernator Frank, a terazsą oni. 

-To były jej pierwsze słowa. 
 

Miała nasobie lekki, wiosenny płaszczyk i jedwabny szalik wokół szyi. 

To juŜ nie ta sama kobieta, która skrywałatwarz za siateczką woalki. 
Patrzyła wyczekująco na Jarosława, jak łączniczka,która przyszła tu po instrukcje. 
Powiedziałjej tylko tyle, Ŝe pewien profesor, który jest jego przyjacielemz podchorąŜówki, 
obiecał przeszukać to, co zdołał ukryć. 
 

233. 

background image

 
- Mam być przy tym obecny. 
 

-Kiedy tosię stanie? 

 

- W poniedziałek w nocy mam być w Archiwum AktDawnych. 

- Jarosław ująłAnnę pod łokieći powiedział głosem człowieka nawykłego do wydawania 
rozkazów: - Proszę tu być we wtorek o tej samej porze. 
 

- Dlaczego dzisiaj wybrał pan akurat to miejsce? 

 

-Ma pani stąd dobre wspomnienia. 

 

- Skąd to przypuszczenie? 

 

-Tu się pani oświadczył pani przyszły mąŜ. 

Stała przez chwilę nieruchomo. 
 

- Więc i topanu powiedział. 

 

Dotarło do niej, Ŝe oboje wiedzą teraz o sobie nietylkoto, co dotyczy dnia dzisiejszego, 

lecztakŜe to,co mogąwiedzieć tylko ludzie,których łączy jakaś wspólna przeszłość. 
Przyglądała mu się przez dłuŜsząchwilę. 
Takim wzrokiemktoś zagubiony w labiryncie patrzy na przewodnika. 
Nieprzeczuwała, Ŝewidzi go po raz ostatni. 
 

55 

 

- Carpe diem, credula non postero - Nika powtarzała rytmicznie frazę Wergiliusza. 

Jur obserwował dziewczynę spodoka. 
Przez te jej przygotowania do matury był w domu Filipińskich źle widzianym gościem. 
Anna bała się, Ŝe odciągajej córkę od nauki. 
 

234 

 

- MoŜna topowiedzieć prościej- zauwaŜył, zaciągającsię papierosem. 

- śyj z dnia na dzień i zapomnij o tym,co 
 

było. 

 

- MęŜczyźni to prymitywy. 

- Nika wzruszyła ramionami. 
-Upraszczają świat, bo dla nich liczy się tylko wygrana. 
 

- Przegrani nie mająracji -powiedział to prowokacyjnym tonem. 

Ostatnio ich rozmowy przypominały pojedynekna słowa: on zajmował stanowisko 
pragmatyka,ona wciąŜbyła idealistką, która chciała wierzyć w hasła i idee. 
Jurtwierdził, Ŝe w obecnej sytuacji dla takich ludzijakon sątrzywyjścia: walczyć, uciec albo 
się pogodzić z rzeczywistością. 
I ci ostatni będą wygrani. 
Kiedy Nika zaczynała z nimdyskusję,przerywał rozmowę jak ktoś, kto ma niezbite 
argumenty, ale nie moŜe ich ujawnić. 
W ogóle Jur często zapadałsię w siebie, stałsię mrukliwy, nieobecny. 
 

Kiedy usłyszał szczęk drzwi wejściowych,zgasił papierosa. 

Od pewnego czasu miał zakaz palenia w mieszkaniupaństwa Filipińskich. 
Nika miewała stany podgorączkowe,prześwietlenie płuc nie wypadło najlepiej, nie wolno 
jejzatruwaćpapierosami. 
Jur czuł siędyskryminowany, bodlaczego jemu sięzakazuje,a jak pojawia się tu ten 
potkownik, to nikt mu nie zabrania kurzyć papierosa jednego za 
 

drugim. 

 

- Masz coś? 

- Nika wybiegła do przedpokoju. 
Wiedziała, Ŝe matka była na spotkaniu z Jarosławem. 
Liczyła nato,Ŝe tenwreszciedostarczy jakieś dokumenty, które zamieniąwątpliwościw 
pewność, 

background image

 

235. 

background image

 
- MoŜe dowiemy się czegoś w poniedziałek. 
 

-W poniedziałek? 

 

- Jarosław ma w poniedziałek wieczorem spotkać sięz kimś w Archiwum Akt 

Dawnych. 
Tam mogą byćdokumenty. 
 

Poniedziałek. 

Spotkanie z kimś w ArchiwumAktDawnych. 
 

To wszystko przezuchylone drzwi dotarło do Jura. 

 

Kiedy do pokoju wróciła Nika, Jur wkładał swój battledress. 

 

- BoŜe, dzięki ci. 

- Nikawzniosła złoŜonejak domodlitwy dłonie wstronę sufitu i powiedziała szeptem: - MoŜew 
poniedziałek wszystko się ostatecznie wyjaśni. 
Niech juŜskończy się ta schizofrenia! 
 

- Wszystko kismet, czyliprzeznaczenie - mruknął Jur,zbierającsię do wyjścia. 

 

-Gdzie siętak spieszysz? 

- spytała zdziwiona. 
-PrzecieŜmieliśmy iść do kina. 
 

- Będzie czas po maturze. 

Daje misię tu do zrozumienia, Ŝe ci przeszkadzam w nauce. 
 

Kiedywyszedł, otworzyła szufladę,wyciągnęła zdjęcie,na którym byli przytuleni 

policzkami, a ich oczy, choć nibyto rozbawione, patrzyły w obiektyw jak w czasie 
prawdziwejprzysięgi. 
Wtedy ona była w nie swoim welonie ślubnym, onw nie swojej muszcena szyi. 
Byli zaskoczeni rolami, któresami niechcącyodegraliw tej parodii ślubnej sceny. 
Rozbłysła lampa, rozległ się szczęk migawki, on ją pocałował, 
 

236 

 

a ona zerwała sięi uciekając w popłochu, omalsięniezaplątała w ślubny welon. 

 

Inagle ogarnęło jąwraŜenie, Ŝebyło to bardzo dawnotemu. 

 

56 

 

MŜył wiosenny deszcz. 

W świetle latarń mokry bruk wyglądałjak wypolerowany. 
Kłapanie kopyt niosło się echem popustej ulicy. 
DoroŜkarz zgięty na koźlemiał nasunięty nagłowę kaptur. 
Z brzegu postawionej budy kapały kropledeszczu. 
DoroŜkarz odwrócił się i przez ramię spytał, gdziew końcu ma jechać. 
 

- Jeszcze przed siebie - rzuciłJarosław. 

Wsiadając dodoroŜki, nie podał adresu. 
Chciał dotrzeć na Sienną, ale niechciał podjeŜdŜać pod same drzwi Archiwum Akt Dawnych. 
Spod budy patrzył na pusteulice. 
DoroŜkarz kulił sięnakoźle pod cięŜaremnamokniętego płaszcza. 
Nagle Jarosławusłyszał trzask bata, koń szarpnął się w bok, rozległo sięmiauknięcie 
przestraszonego kota i przekleństwo doroŜkarza. 
Widział, jak rozpłaszczony w biegu kot wślizgnąłsięwbramę starej kamienicy. 
 

Dotknął ręką ramienia doroŜkarza. 

DoroŜka zatrzymała się. 
Wysiadłi poczekał,aŜ znikła za zakrętem. 
Ruszył pustą ulicą. 
Rondo kapelusza chroniło twarzod deszczu. 
Był 

background image

 

237. 

background image

 
ubrany w gabardynowy płaszcz i czarne buty, które go uwierały. 
Zastanawiał się przed wyjściem, czy nie powinienwłoŜyć munduru: z jednej strony mundur 
dawał poczucie bezpieczeństwa, gdyŜ kogoś w mundurze pułkownika Ŝadenpatrol nie 
zatrzymałby do kontroli, ale przewaŜyła obawa,Ŝe mundur moŜe być źle przyjęty przez tego, 
kto miał być jego przewodnikiem. 
 

Zanim doszedł doSiennej 16, sprawdził pod latarniągodzinę na zegarku: była za pięć 

dziewiąta. 
Stanął przycięŜkich drzwiach, osadzonychw wilgotnych, zmurszałychścianach. 
JuŜ był gotów zapukać - trzy krótkie, przerwa,jeszczedwa - ale rozległ się warkotsamochodu i 
Jarosławzobaczył smugę światła reflektorów, oświetlających ulicę zarogiem. 
Samochód przejechał iznowu zapadła nasączonawilgocią ciemność. 
W tym miejscu miasto wyglądało jakwyludnione. 
 

Zapukał. 

Czekał dobrą minutę,zanim drzwi się uchyliły. 
Stał przed nim człowiek wysoki i chudy jak szczotka,w szarym fartuchu,na który narzucony 
miał wytarty półkoŜuszek. 
Patrzył naniego przez grube jak dno butelki okulary. 
Wszystko się zgadzało: tak właśnie opisał profesor Friedman swojego asystenta. 
 

- Jestem od profesora. 

 

Asystentskinął głową, zamknął drzwi, zasuwając zasuwę. 

Ruszył pierwszy w stronę łukowato sklepionegokorytarza, a Jarosław,idąc za nim, ze 
zdumieniemzauwaŜył, Ŝetamten, niczym jakiś pielgrzym,ma na nogach sandały. 
Pro238 
 

wadził go pod sklepieniem, które oświetlały słabe Ŝarówki. 

W tym Ŝółtym świetle grubeścianywyglądały jak porośnięte mchem. 
 

-Niech pan się przygotuje na najgorsze - rzucił asystent, nie odwracającsię. 

 

- Coś nam grozi? 

- Jarosław nie wiedział,czego dotyczytoostrzeŜenie. 
 

- Ma pan chustkę do nosa? 

- spytał asystent. 
Odwróciłsię i czekał, aŜ Jarosław wydobędzie z kieszeni chustkę. 
Wyjął z kieszeni fartucha małą buteleczkę, odkorkował. 
- Amoniak. 
-Asystent kazał rozłoŜyć chusteczkę i nakapał na niąkilka kropli. 
- Łatwiejwytrzymać. 
Tylko Ŝe oczy mogą łzawić. 
Ale lepiej nie widzieć, niŜ czuć ten jad! 
Tego nikt normalny nie moŜeznieść. 
 

Wyciągnął z kieszeni półkoŜuszka flanelową maskę nagumce izałoŜył ją na twarz. 

Znowu ruszył przodem. 
 

Szli wzdłuŜ półek, na których leŜały stosyakt. 

Jechałood nich pleśnią i zapachem mokrych szmat. 
Więc takizapachma historia ludzi i domów,zamknięta w tych aktach? 
Jarosław w Ŝółtawym świetle przebiegał wzrokiem grzbiety marmurkowooprawionych 
teczek, skoroszytów, ksiąg. 
Skręcaliw nowe labirynty. 
W pewnej chwili asystent poprawił maskęna twarzy, wskazał Jarosławowi półkę w głębi i 
oświetlił jątrzymaną w ręku lampąna długim sznurze. 
Jarosławpoczułmdłości. 

background image

Od tamtej strony napłynęła fala trupiego odoru. 
Szybko przyłoŜył chusteczkędo nosa. 
Amoniak odebrałmuoddech, zawiercił w nosie i wycisnął łzy. 
 

239. 

background image

 
Asystent dał mu do ręki lampę i kazał skierować światło w sam róg tej niszy. 
Podszedł dopółek,odrzucił kilkawielkich teczek, oprawionych w marmurkowy papier, 
któryteraz z powodu wilgoci wyglądał jak nieświeŜe mięso, i sięgnął w głąb. 
Zrzucił z nóg sandały, stopy w grubych skarpetach z owczej wełny oparł oniŜsze półki. 
Kiedy taknurkował pod sufitem,jego grzbiet w półkoŜuszku był napiętyjak cięciwa. 
Starał się dosięgnąć czegoś, co było wciśniętepoza palisadę ze starych dokumentów. 
Stękałz wysiłku. 
W pewnejchwili zastygł w bezruchu, poczym zeskoczyłnapodłogę, wsuwając nogi w sandały. 
Coś go musiało zaniepokoić. 
 

W głębirozległ się trzask wyłamywanych drzwi, potemszczekaniepsa i głos wydający 

rozkazy. 
Szczekanie psa zbliŜało się. 
Kiedy piesdopadł do jego kolan, Jarosław zrozumiał, Ŝe ten szedł nie za jego tropem, a za 
odorem śmierci,jakim przepojonebyły te ukryte najgłębiej akta. 
 

- Ręcedo góry! 

- Mimo Ŝe w tym labiryncie paliły sięŜarówki, ktoś oślepiał go światłemlatarki. 
Jarosław podniósł ręce. 
W jednejtrzymał chusteczkę. 
Obok stał asystent,a jego wyciągnięte w górę ręce niemal dotykały sklepieniakorytarza. 
 

- Dobry wieczór, panie pułkowniku Selim. 

- Śledczyzgasiłlatarkę i wtedy Jarosław ujrzał twarz człowieka, który przyglądał mu się jak 
wódzprzyłapanemu na dezercjiŜołnierzowi. 
 

Pan mnie zna? 

 

240 

 

Ś

ledczy podszedł bliŜej, latarką podniósł do góry brodęJarosławai powiedział przez 

zaciśnięte zęby: - Ja znamwszystkich wrogów władzy ludowej. 
Ja znam nawet PanaBoga. 
 

- Czy pan wie,Ŝe zatrzymał pan bezprawnieoficerawojska polskiego? 

- Chciałsięgnąćdo kieszeni podokumenty, a wtedy dwóchludzi rzuciło się na niego, przygięło 
mukolana i kazało klęknąć na podłodze. 
Zpotrąconych w czasie tej szamotaniny półek wysypały się na plecy Jarosławagrubeksięgi, 
zeszyte sznurkiem akta, spięte Ŝelaznymi klamrami teczki. 
Wszystko to zaczęło go zasypywać, jakna pogrzebie ziemiazasypuje trumnę. 
 

- JuŜ sięz tego nie podniesiesz - powiedział Trzeci. 

Przywalonyaktami, klęcząc w płaszczu na podłodze, widział z ukosa, jak wilczura przyciąga 
trupi odór, jak niuchaw tym miejscu, w którym asystent zaczynał szukać ukrytychteczek i 
kopert. 
Wysunęły się z górnej niszy i Jarosław, wciąŜklęcząc, ujrzał wysypujące się z jednej z kopert 
przedmioty: zegarek nazgniłym skórzanym pasku, guziki od munduru,okładki ksiąŜeczki 
oficerskiej i jakieś zdjęcia z dedykacją. 
Rekwizyty czyjegoś Ŝycia. 
Oglądał je na klęczkach kątemoka, alezachwilę znikły z jego pola widzenia, bojakiś cywil 
zgarnął jebutem na kupkę, a potem włoŜył rękawiczkii wrzucił towszystko do jutowego 
worka, który nadstawił muinny ubek. 
 

- Szukaj, Aza,szukaj - Śledczy zachęcał wilczura,wskazując kolejne półki. 

Pies jednak wciąŜ wracał do jutowego worka, który był juŜwypełniony w połowie. 
 

241. 

background image

 
- PrzecieŜ to, czego szukałeś, juŜ masz - powiedziałTrzeci, za kołnierz płaszcza podnosząc 
Jarosława z klęczek. 
 

Kiedy go prowadzili przez labirynty archiwum, pomyślał, Ŝe nigdy się nie dowie, czy 

był blisko znalezienia tego,na co liczyła Anna. 
 

57 

 

Odkądzegar w salonie wybił dziewiątą, Anna zaczęła sięzachowywaćjak pasaŜer na 

peronie,czekający na spóźniony pociąg. 
Nie mogłausiedzieć na miejscu. 
DraŜniło jąwszystko: radio, które wychwalało władzę ludową i Józefa Stalina, obrońcę 
pokoju, draŜniło ją mamrotanie Busi,która układała swoje pasjanse w intencji powrotu 
Andrzeja. 
Nawet to, Ŝe Nika, przygotowując się do matury, głośno powtarzała temat pozytywizmu w 
literaturze. 
Chciałabyć sama. 
Stała w oknie i patrzyła na mokrą oddeszczuulicę. 
 

Na co czekała? 

Dlaczego akuratliczyła na to, Ŝe tendzień, ta godzina przybliŜy ją do prawdy? 
MoŜe uwierzyła,Ŝe tylko ten, ktoprzyniósł przesłanie od Andrzeja, ktoprzekazał 
jegopapierośnicę, będzie zdolny zrobić jeszcze więcej? 
I wtedy usłyszałapytanie Niki: - Nie śpisz? 
 

Nie zauwaŜyła, Ŝe za dziesięć minut będzie juŜ północ. 

- Czekam - powiedziała, otulając się szalem. 
 

242 

 

- Myślisz o nim? 

- spytała Nika. 
Anna nie była pewna,czy córka pyta o Andrzeja, czy o Jarosława. 
 

- A ty dlaczego nie śpisz? 

- odpowiedziała pytaniem. 
 

- Kuję. 

 

-Powiedz, Nikuś - przywołała imię, jakim nazywał jąojciec. 

- Co chcesz studiować po maturze? 
 

- Ofelio, idź do klasztoru. 

- Nika przybrała patetycznąminę, naśladując aktorkę w scenie z Szekspira. 
 

- Pamiętasz, co ci kiedyś powiedziała siostra Anastazja? 

 

-Archeologiato dobre dla nudziarzy. 

- Nika wzruszyła ramionami z miną osoby odrzucającej ofertę. 
 

- Ojciec chciał, Ŝebyś byłabaletnicą. 

 

Nika znowu wzruszyła ramionami i lekko odęła usta. 

 

- MoŜe dlatego, Ŝe nigdy mnie nie widział tańczącej. 

 

-Jak to? 

- Anna patrzyła zbliskaw twarz Niki, jakkontroler patrzy na pasaŜera, przyłapanego bez 
biletu. 
-Zapomniałaś, jak cię uczył tańczyć? 
Miałaś wtedy moŜepięćlat. 
Wybieraliśmysię do kasyna na bal. 
 

Czekała na potwierdzenie, bo chciała teraz rozszerzyćswoje własne widzenie o 

pamięćcórki. 
Gdyby obie miały tensam obraz przedoczyma, moŜe byłby wówczas bardziej wyraźny, dłuŜej 
by przetrwał korozję czasu. 

background image

Ale Nika pokręciłaprzecząco głową: nie, nie pamięta, ani jak się wybierali nabal, ani jaktatuś 
uczył ją tańczyć. 
 

Dlaczego tak powiedziała, skoro stanął jej przed oczyma ten obraz: sypialnia, ojciec 

wchodzi w galowym mundurze, naciągając białe rękawiczki. 
Matka okręca się przed 
 

243. 

background image

 
lustrem w szeleszczącej sukni. 
Zaraz pójdą na bal z okazjiświęta pułkowego, a ona zostanie i będzie sobie wyobraŜała, jak 
tańczą, bo przecieŜ byli taką piękną parą. 
Będą tańczyć pod łukowatym sklepieniem kasyna. 
Zaczyna zazdrościć matce, ona teŜ chcetańczyć. 
Puszczapatefon, a kiedyrozlega się tango Jesienne róŜe, chwyta ojca za te ręce w białych 
rękawiczkachi powtarza kapryśnie: "Tato, naucz mnietańczyć". 
I on całuje ją w rękę jak prawdziwą damę, unosiw powietrze, stawia jejstopy naswoich butach 
i suwając butami popodłodze salonu, prowadzi ją w tańcu, póki płytanie zacznie zgrzytać i nie 
zwiędną te jesienne róŜe. 
Apotemodprowadził ją do sypialni i powiedział z powagą: "Mam nadzieję, panno Weroniko, 
Ŝ

e jeszcze nieraz udanam się zatańczyć". 

 

Nagle dociera do niej, Ŝe potem nigdy juŜ nie tańczyła! 

Potem - to znaczy post mortem. 
To matka podzieliłaczas: na przedtemi napotem. 
Przedtembyło z nim. 
Potem 
 

- bez niego. 

 

-Właściwie tonigdy jeszcze znikim nie tańczyłam 

 

- powiedziała to bardziej do siebie niŜ do matki. 

Na szafkowym zegarze właśniewybiła północ. 
 

- Czy on tu przyjdzie? 

 

-Nie. 

Powiedział, Ŝebym przyszła tam, gdzie poprzednio. 
 

- On to traktuje jak randki- stwierdziła Nika. 

 

-Nie, Nikuś - powiedziała powaŜnie. 

- Onpo prostuwie, Ŝe oniwszystko mają na oku. 
 

244 

 

- A on ma na oku ciebie. 

- Nika nie czekała na reakcjęmatki. 
Wysunęła się z ciemnego pokoju. 
Anna znowu stanęła w oknie. 
W świetle latarni mokry asfalt wyglądał jak głębokie, czarnejezioro. 
 

58 

 

Nie zjawiłsię na Wawelu. 

Czekała pół godziny, potem zeszłaprzez bramę na dół iznowu wróciła. 
Nie było gona dziedzińcu. 
Stała oparta o kasztan, jak wtedy kiedy Andrzejjejsię oświadczył. 
 

Nie przyszedłtakŜe na Bracką. 

Ani we wtorek, aniw środę. 
 

Nika, wracając ze szkoły, patrzyłapytająco na Annę,a ta kręciła przecząco głową. 

Busia czuła, Ŝe synowai wnuczka miały przed nią jakieśtajemnice. 
MoŜe coś wiedząo Jędrusiu, tylko nie chcą jej powiedzieć? 
 

We czwartek Anna poprosiła Nike, by poszłaz nią napocztę. 

Nika czekała naulicy. 
 

- Czymogę mówić z pułkownikiem Jarosławem Selimem? 

- spytała, kiedypo drugiej stronie odezwał się kobiecygłos. 
Nie było odpowiedzi, dłuŜsza pauza, potem natarczywymęski głos dopytywałsię, kto mówi i 
wjakiej sprawie. 

background image

 

- Proszę podać nazwisko i o co chodzi, a ja juŜ przekaŜę obywatelowi pułkownikowi. 

Halo? 
Słyszy pani? 
 

245. 

background image

 
OdłoŜyła pospiesznie słuchawkę, jakby ta nagle ją sparzyła. 
 

Nika po wyrazie jej twarzy domyśliła się, Ŝe Annaniema dobrych wiadomości. 

Anna powiedziała tylko jedno słowo:zniknął. 
 

- Zniknął? 

- Nika pokręciłagłową z niedowierzaniem. 
- On bycię nie zostawił. 
 

-Na pewno wpadł. 

- Stanęła i spojrzała prosto w oczyNiki, poraŜona swoim odkryciem. 
-Dla niego to znaczy najwyŜszywyrok! 
 

- Najpierw musi być sąd. 

 

-Nikuś - patrzyła na córkę, jak się patrzy na naiwnedziecko. 

- PrzecieŜ to oficer. 
 

Kiedy z wieŜy kościoła Mariackiego odezwała się trąbka, Anna odruchowo skręciła w 

stronę wejścia. 
Nikadogoniłają. 
 

- Gdzie idziesz? 

 

-Pomodlić się. 

 

- Ty? 

Ty od czasu post mortem wystawiasz przecieŜPanu Bogu same rachunki! 
 

- To ja go wto wciągnęłam. 

On,który uniknął tamśmierci, przeze mnie będziekolejną ofiarą. 
 

Nika weszła w ślad za matką do kościoła. 

Przesianeprzez witraŜe słońcekładło się róŜnokolorowymi plamami na twarzach 
nielicznychwiernych. 
Nika widziała,jak Annazapala świeczkę istawia ją przed bocznym ołtarzem. 
 

246 

 

59 

 

Busiabyła zaskoczona, Ŝe Annachce jej towarzyszć na majowe naboŜeństwo. 

Zwykle sama chodziłado kościoła. 
ZakaŜdym razem modliłasię przed tablicami, na których wypisani byli przodkowie rodu 
Filipińskich. 
Tym razem poszłaz nią Anna. 
Ktoś jej powiedział, Ŝe ksiądz Twaróg zna adwokata, który ma moŜliwość dowiedzenia się o 
losy tych, którzy znikli bez śladu, tak jak to było z Jarosławem. 
Zniknął,jak wiosną znika lód na rzece. 
 

Na widok Anny ksiądz Twaróg rozjaśnił się. 

 

- Wiedziałem,Ŝe paniserce się otworzy- powiedział,kiedy znaleźli się naprobostwie. 

Anna pokręciłaprzeczącogłową: nie przyszła tu jako wierna, przyszłapo pomoc, bosłyszała,Ŝe 
proboszcz zna jakiegośadwokata, któryjestw staniedowiedzieć się o losy tych, którzy znikają. 
- PaniwciąŜ myśli o sprawie męŜa? 
 

- Nie. 

Idzie mi o kogoś,kto chciałmi pomóc w tejsprawie iprzepadł. 
 

- Teraz duŜo się dzieje niesprawiedliwości - ksiądz jakzwykle brnął w ogólniki, 

wzmacniane westchnieniami. 
 

-Muszę ratować tego człowieka. 

 

- To męŜczyzna? 

- spytał ksiądz, jakby to miało znaczenie. 
Anna skinęła głową. 
 

- Oficer. 

background image

Jak mąŜ. 
Byłz nim w obozie. 
Ocalał, a terazprzeze mnie znówjest ofiarą. 
Pytam Boga, jak to się mogło stać. 
 

247. 

background image

 
- Bóg nie zostawia nikogo bez odpowiedzi. 
 

-Ja spotykam się tylko z milczeniem. 

A wokoło tylezła! 
Tyle cierpienia! 
 

Ksiądz wahał się, co powiedzieć. 

Nie przestawał kręcićmłynka palcami. 
 

- PróŜna to sprawa mieć Ŝal do Boga, Ŝe człowiek niedorósł do człowieczeństwa. 

 

Odchyliłsięna oparcie wysokiego krzesłaobitegoczerwonym suknem i zaczął mówić 

jak przewodnik po muzeum, powtarzający do znudzenia tekst informacji. 
Mówił,Ŝe trzeba wziąć pod uwagę, Ŝe cierpienia ludzi, wciągniętych we wzajemne zmagania, 
mogą być wyrazem pokutyza występki poprzednich pokoleń, Ŝe kaŜde ziemskie cierpienie 
moŜna traktować jako zaliczkę na zasługi wobecwieczności, bo kaŜda męka czy ofiara ujmuje 
choćby gramcięŜaru z szali nieszczęścia i dokłada ten gram na szalęzbawienia. 
 

- To znaczy, proszę księdza, Ŝe my mamy odpowiadaćza czyjeś grzechy? 

- Anna wpiła się spojrzeniem wwydatnewargi księdza,który co chwila zwilŜał je językiem. 
-Dlaczego jamam się czuć winna za grzechy ludzkości? 
 

- Świat tomy. 

Pan Bóg przysłał swego syna światuw ofierze i nie przeszkodził w jego śmiercina krzyŜu. 
 

- I to ma być pocieszenie? 

 

-Wskazanie drogi. 

- Ksiądz pochylił się i łagodnie ująłswoją pulchną ręką dłoń Anny. 
-Mamy trwać w pokorzei cierpieniu, a będzie nam tonagrodzonew niebie. 
 

248 

 

- Szukam pornocy tu, naziemi. 

Niech się ksiądz nieboi. 
Nie zdradzę nikomu nazwiska tego adwokata, któregoksiądz zna. 
 

I wtedy padło nazwisko Piątek. 

Mecenas Piątek. 
AnnaprzecieŜ znała tonazwisko: tak przedstawił się jej ten męŜczyzna, którego wzeszłym 
roku spotkała u rotmistrzowejWende. 
 

Majowe się skończyło, a Busia wciąŜtkwiła przedtablicami rodu Filipińskich. 

Było tam jeszcze trochę miejsca nanowe inskrypcje. 
 

60 

 

Najpierw stała godzinamiw szarejkolejcedo sklepu, któryna wystawowej szybie miał 

półkoliściewypisane słowo "Mięso", a na połupanych kafelkach jatki obok wykonanychz 
fajansu róŜowych parówek uśmiechał się dobrotliwieWielkiChorąŜy Pokoju, Józef Stalin. 
 

Potem pakowaław pudełko znapisem UNRRA mortadelę,chleb, dŜem, cebulę; cebulę 

koniecznie, w więzieniucebulajest bardzowaŜna, za cebulę moŜna wiele rzeczywymienić - tak 
jej mówiły te kobiety,wśród których stała podwięzieniem na Montelupich. 
 

To mecenas Piątek tak jej doradził. 

Odwiedziła gow kancelarii na placu Wolności. 
Na jej widok wstał zza 
 

249. 

background image

 
biurka i włoŜył wiszącą na oparciu krzesła marynarkę. 
Powiedziała, Ŝe przyszła za poradą księdza Twaroga. 
To onuwaŜa, Ŝe pan mecenas moŜe więcej niŜinni. 
Przyglądał sięjej przez dłuŜsząchwilę i Anna pomyślała, Ŝe pewnie niemoŜe sobie 
przypomnieć, gdzie się juŜ kiedyś widzieli. 
 

- Nazywam się AnnaFilipińska. 

 

-Pani niemusimi się przedstawiać - powiedział, całując ją wrękę, jak wówczas, kiedy 

spotkali się poraz pierwszy u rotmistrzowej Wende. 
Obawiała się, Ŝe właśnie przezto,jak wówczas potraktowała paniąRenatę, mecenas niebędzie 
zbyt Ŝyczliwy. 
Zacznie stawiać warunki,mnoŜyć trudności. 
Gotowa jest ponieść wszelkie koszta, byle się dowiedzieć,gdzie jest Jarosław Selim? 
Co mu zarzucają? 
Czy jestoskarŜony? 
Mecenas Piątek, słysząc, Ŝe chodzi oosobęwojskowego, powiedział: - Tam, gdzie sprawa jest 
w gestii prokuraturywojskowej, moje ręce nie sięgają. 
 

Wedle niego, by ustalić, czyktoś przebywa w więzieniui w jakim, najlepiej 

jestprzygotować paczkę, zgłosić sięz nią na portiernię więzienia. 
Jeśli paczkę przyjmą, to znaczy, Ŝe adresat tam przebywa. 
 

Stała z tą paczką, która wysuwałasięjej z rąk i z godzinyna godzinę corazbardziej 

ciąŜyła. 
Stała w kolejce, jedynakobieta w letnim kostiumie, w słomkowym kapeluszu zewstąŜką. 
Była inna niŜ reszta tego szarego babskiego tłumu. 
Patrzyły na nią nieufnie,nie pasowała do nich. 
Nic niewiedziała, nie wiedziała nawet, Ŝe dyŜurnemu na bramie 
 

250 

 

trzeba powiedzieć:"Szanowy paniewładzo,ja z aprowizacją! 

". 
 

I wtedy on łaskawie moŜe przyjąć paczkę, a to będziedowodem, Ŝe adresat przebywa 

w tym zakładzie. 
 

Przesuwałasię w upale pod szarą ścianą, naktórej wylepione byłyplakaty o zbliŜającym 

się referendum. 
Wreszciedotarła do Ŝelaznej bramy w kolorze wojennego okrętu,wspięła się na palce ipodała 
do okienka paczkę: - Dla Jarosława Selima! 
 

Patrzyła w napięciu, jak paluch funkcjonariusza przewraca kartki duŜej ksiąŜki o 

zagiętychrogach. 
Odnalazłkartę z literą S, przejechał paluchem po szczebelkach wypisanych tam nazwisk i 
pokręcił przecząco głową. 
O nicnie pytała. 
Te kobiety, co były przednią i za nią, pouczyłyją, Ŝe tu się nie stawia Ŝadnych pytań. 
Przyjęcie paczkioznacza, Ŝe dobrze trafiła. 
A jeśli nie przyjmą, to trzeba teraz spod Montelupichiśćpod więzienie okręgowe i 
tampróbować. 
 

Pojechała niebiesko-Ŝółtym tramwajem. 

Odstała następną godzinę,zanim postawiła paczkę na ramie okienka. 
A kiedy usłyszałapytanie: - Od kogo ta paczka? 
- odpowiedziała bez chwilinamysłu:- Od rodziny! 
 

- Przyjęli! 

background image

- tym okrzykiemAnnapowitała Nike, która weszła ubrana w białą bluzkę i 
granatowąplisowaną spódniczkę. 
Włosymiała spięte do tyłu. 
- Dowiedziałaś sięczegoś? 
 

251. 

background image

 
- śe Ŝyje! 
- Anna dawno nie była tak poruszona. 
-Jakdostaniepaczkę, będzie przynajmniej wiedział, Ŝe nie jest sam. 
 

- KaŜdy ma dzisiaj swój wielki dzień - powiedziałaNika i dopiero w tej chwili Anna 

uzmysłowiła sobie, Ŝe przecieŜ jej córka miała ustny egzamin z polskiego. 
 

-O BoŜe! 

-zerwała się, przytuliła Nike. 
- Myślałam,ŜezdąŜę pod szkołę. 
 

Chciała ją przepraszać,tłumaczyć się, wypytać o wszystko, ale właśnie w tej 

chwilizjawił się Jur z bukietem tulipanów. 
To jemu Nika wolała opowiedziećszczegóły dzisiejszego egzaminu. 
Czy to miałabyć kolejna demonstracjaprzeciwko Annie? 
MoŜe chciała w ten sposób dać do zrozumienia,Ŝe wciągając Jarosława w te labirynty, w 
którychszukała prawdy o przeszłości,w jakimś sensie wydałana niego wyrok? 
 

Kiedyzostała sama, podeszła doszafy, wyciągnęła rękaw munduru Andrzejai przytuliła 

do niego policzek. 
 

61 

 

Czekała, Ŝe przyjdzie pod szkołę w dniu, w którym odbierała maturę. 

Ale go tamnie było. 
MoŜe zatrzymały go zajęciana Akademii? 
 

Myślała, Ŝe zjawi się potem uniej w domu. 

Nie mogłogo nie być,bo przecieŜ obiecali sobie, Ŝe w dniu matury pój252 
 

da na lody do Noworolskiego, a potem on ją zabierzedodomkuciotki Michaliny i 

pokaŜe ten obraz olejny, na którymnamalowana jest Nikajako łąkowy anioł. 
Tak,łąkowy, boidzie wśród majowej łąki, idzie, a właściwie płynie w powietrzu, a obłoki za 
nią wyglądają, jakby miała anielskie skrzydła. 
Ten obraz to miała być nagroda zaegzamin dojrzałości. 
Tak pięknie ją opisywałjako łąkowego anioła, Ŝe nieraz, zasypiając, wyobraŜała sobie tę łąkę i 
siebie, unoszącą się nadnią jak puch dmuchawca. 
 

Co się stało, Ŝe Jur nie pojawił sięprzed szkołą, Ŝe nieszukał jej w domu? 

AmoŜego aresztowali? 
MoŜe znowu zrobił coś takiego jak trzy dni temu? 
Szli, trzymając się za ręce,ulicąSzewską. 
Przednimi plakaciarz rozlepiał na murze plakaty, wzywające, by naród w imię jedności 
głosowałw referendum TRZYRAZYTAK. 
Dwaj milicjanci stali w bramie, zajęci rozmową zdozorcą. 
Jur mruknął do niej: - Szykuj się dobiegu - i mijając plakaciarza, niby to przypadkiem 
zaczepiłnogą o wiadro z klejem, zdzierając równocześnie nalepionyplakat. 
Milicjanci ruszyli wich stronę. 
Jur chwycił Nike za rękę i pociągnął za sobą. 
Biegli jak wtedy, kiedy pierwszy razszli razem przez Kraków i pod sklepem mięsnym Jur 
sprowokował milicjantów uwagą o świńskim ryju. 
 

Mógł zrobićjakieś głupstwo. 

MoŜe został aresztowany? 
Inaczej na pewno poszliby razem oglądać łąkowego anioła. 
 

Postanowiła samago poszukać. 

Na Akademii wślizgnęła się do sali, gdzie odbywały się zajęcia z rzeźby. 
Dojrzał jąkolega Jura. 
 

253. 

background image

 
- Nie ma go? 
- spytała szeptem. 
 

- Jest. 

- Wskazałpalcem w sufit. 
-Zamknął się w rupieciarni. 
Coś się z nim dzieje od wczoraj. 
 

Zastała gosiedzącego na podłodze w rozpiętej koszuli. 

Był oparty plecami ościanę rupieciarni, którą wypełniałyodstawione kulfoniaste rzeźby 
robotników, głowy cezarówi figury Matki Boskiej z gliny i gipsu. 
Podłoga zasłana byłagruzem, gipsowymi odłamkami i naczyniami z zaschniętymgipsem. 
Jur trzymał w ręku rzeźbiarski młoteki tępo, alezsiłą, waliłnim w trzymaną między kolanami 
głowęŜołnierza w hełmie. 
Gips pryskał mu w twarz. 
Obokniego leŜałapusta butelka po wódce. 
Za kaŜdymkolejnym uderzeniemmłotka Jur powtarzał jak refren trzy słowa: - Co ja 
narobiłem? 
Coja narobiłem? 
 

Stanęła w drzwiach, zaskoczona tym widokiem: jedynyŜywy na cmentarzysku 

gipsowych figur. 
 

- Czekałam. 

 

Popatrzył na nią szklanym wzrokiem, odepchnął odsiebie gipsową głowę Ŝołnierza, 

skulił się na podłodze i spoglądał tak na niąz dołu jakzbity szczeniak. 
 

- Zapomnij, Ŝe mnie znałaś! 

- Był tak pijany, Ŝe końcówki wyrazów rozklejały mu się w ustach. 
-Zapomnij, Ŝekiedyś Ŝyłem. 
 

Przykucnęłaprzy nim,chciała pogłaskać go po głowie,ale odtrącił jej rękę i poczołgał 

się wkąt, w największy śmietnik pełen gruzu i rozbitychform do odlewów. 
Zasłaniając ręką twarz, powtarzał: -Co ja narobiłem? 
Co ja narobiłem? 
 

254 

 

- Co się stało? 

- Pochyliła się nad nim. 
 

- To! 

- Wyszarpnął z kieszeni spodni kartkę z urzędowym stemplem. 
-Przeczytaj sobie! 
"Tomasz Kosmala zmarłnaatak serca"! 
 

- Twój brat umarł? 

- Trzymaław rękach kartkę zestemplem. 
 

- Dali mi to! 

- Wyrwałz rąk Nikikartkę i wykrzykiwałbezładnie, kopiąc rozstawione podścianą rupieciarni 
rzeźby. 
 

- A miał Ŝyć! 

Obiecali: Ŝycie za Ŝycie! 
Oszukali! 
Okłamali! 
A ja głupi. 
- Urwał, jakby niemiał siły dokończyć myśli. 
Złapał z podłogi flaszkę, obrócił ją dnem do góry, ale zszyjki wyciekło tylko kilka kropel. 
- PrzecieŜ on miał od razuwyrok śmierci! 

background image

Idiota! 
Uwierzyłemim! 
 

Słuchając tych bezładnych krzyków, chciała zrozumieć, kogo oskarŜa i o co. 

Niech się uspokoi, niechwreszciepowie, cosię stało. 
 

- Aresztowali go zaorganizację. 

- Nika przycisnęła jegoramiona do ściany. 
-Ale przecieŜ jeszcze nie byłoprocesu. 
 

- Proces? 

- wykrzywił się w szyderczym grymasie. 
 

- Martwym nie trzeba wytaczaćprocesu. 

Dla nichjestśmierć na serce! 
A ja wiem, dobrze wiem, jak tam się umiera na serce! 
 

Chwiejąc się na nogach, sięgnął po kawałek deski, połoŜył ją na plecy gipsowej figury 

przedstawiającej popiersiehutnika i w jakimśamoku uderzył w nią kilkakrotnie młotkiem. 
Deska podskakiwała, a on w rytm uderzeń wyrzucałz siebieurywane zdania. 
 

255. 

background image

 
- To zrobił "Młociarz"! 
Dowiedziałem się! 
 

- Jaki młociarz? 

 

-Trzymają w więzieniu esesmana. 

Mistrz Europyw wadzecięŜkiej. 
To on załatwia"atak serca". 
Deskana plecy i łupdziewięciokilowym młotem! 
- Po raz ostatni uderzyłw deskę, aŜ rzeźba rozpadła się na pół. 
-A potemrodzina dostaje akt zgonu. 
Jak mogłem uwierzyć, Ŝeja brata uratuję? 
 

W tej chwili jakby doniegodotarło, Ŝe powiedział zaduŜo,a moŜe uznał, Ŝe nadeszła 

chwila, w której powinienrozliczyć się sam ze sobą. 
Utrącił szyjkę flaszki o rant kaloryferów i sterczące jak zęby rekina szkło przybliŜył do 
przegubu. 
Rzuciłasię ku niemu, zaczęli się mocować,czuła, Ŝejeśli nie znajdzie w sobie dość siły, dość 
determinacji, by gopowstrzymać, straci go na zawsze. 
Ogarnęła go ramionami,przegięła do tyłu i nagleznaleźlisię na pokrytejgruzempodłodze, 
awtedy, Ŝeby nie daćmu się wyrwać, przykryłago całym ciałem, zaczęła go całować po czole, 
oczach i nagle poczuła, jak jego ciało poddaje się, a jego ręce obejmująjej biodra. 
 

A potem, kiedy juŜ leŜeli obok siebie, zastanawiała się,co z tego będzie pamiętać. 

Czy tenzaciekna pochyłymstropie strychu? 
Czybędzie pamiętać tego pająka,który zsuwałsię z klosza białej lampy wprost nad ich 
głowami? 
A moŜe tędrabinę pochlapaną wapnem? 
Na pewno nie będzie chciałapamiętać tej pustejbutelki po wódcez utrąconą szyjkąanitych 
powtarzanych w kółko przez Jura słów: "Co ja narobiłem? 
". 
 

256 

 

LeŜeli nazakurzonej,pokrytej odłamkami gipsu podłodze i Nika wcale nie myślała, Ŝe 

to, co się stało,miało sięzdarzyć nakwiecistejłące albo pod dziurawym odgwiazdniebem. 
Czuła, Ŝe to musiało się stać właśnieteraz,Ŝebywiedział, Ŝekiedy nie moŜe sobie poradzićz 
tym dramatem,nie jest sam. 
Gładziła go po jasnych krótkich włosach, a onz twarzą wciśniętą w jej piersi przepraszał ją, Ŝe 
to nie miało być tak, Ŝe on chciał, by tostało się na trzeźwo, pięknie,to on wszystko zepsuł, 
zepsuł, bo jest świnią, niech towreszcie wie, Ŝe ma do czynienia ze świnią. 
 

- Ja teraz teŜ byłam trochę pijana - próbowała gousprawiedliwić,wyzwolić z poczucia 

winy,Ŝe to przez niego ich pierwszy raz nie był taki, jak powinienbyć. 
Aleon powtarzał w kółko: 
 

- Mnienie wolno było tego ztobą zrobić. 

Jestem świnią! 
Bo ty nic o mnie nie wiesz. 
 

Myślała, Ŝe moŜe ma wyrzuty sumienia nie tyle wobecniej, ile wobec brata. 

Tomek zginął, aon zajął się dziewczyną,jakbyta śmierć była warta jedynie wypitej butelki 
wódki. 
Ale on patrzył, jakby to jąchciał za coś przebłagać. 
 

Jeszczewtedy tego nie mogła wiedzieć,Ŝe czuł się tak,jakby z jegorozprutych Ŝył 

wypływałakrew, bo przez to, cozrobił, tracił prawo do miłości. 
Zostawała mu tylko nienawiść do tych, którzy wciągnęli gow tę z góry przegranągrę. 

background image

 

Klęczał nad nią, a jego usta łapały powietrze, jakbychciał wydaćz siebie taki krzyk, 

który przebije sięprzez ściany idachy ioznajmi światu, Ŝe oto dokonano równoczesnego 
 

257. 

background image

 
stracenia dwóch braci: Tomka i Jura. 
Jego oczy patrzyły najejnagiepiersi, ale jakby ich nie widziały. 
Byłymartwe, jak oczyrozstrzelanych. 
To ją nagleporaziło: byli przed chwilą razem,ateraz onjest juŜ gdzie indziej. 
Naglezawstydzona odruchowo zakryła piersi bluzką. 
Odczuła, Ŝe ten,z którym przedchwilą stanowili jedność, stał się kimś obcym, nieznanym. 
Potrząsnęłajego bezwładnymi rękoma, przyciągnęła ku sobie. 
 

- Chodź. 

Przytul się. 
 

- Ty niewiesz, co ja zrobiłem! 

- zerwał się,chwyciłmłotek i uniósłgo w górę, jakbychciał komuś wymierzyćśmiertelny cios, i 
zaczął krzyczeć jak wtedy, gdy mówiłjej o śmierci brata. 
Mimo Ŝe był pijany, wyrzucałz siebiepełne zdania, jakby je juŜ przedtem 
przemyślał,przygotował, jakby po wielekroć obracałje w myślach: - Ja zdradziłem! 
Siebie! 
Ciebie! 
Wszystkich zdradziłem. 
Wszystkichi wszystko! 
- Uderzał młotkiem w podłogę jak grabarz,wbijający ostatnigwóźdź w trumnę. 
-To ja sypnąłem tegopułkownika! 
 

- Coty bredzisz? 

- Nika klęczała, przytrzymując napiersiach bluzkę. 
 

- Zdradziłem go! 

Ja im go zakapowałem, słyszysz? 
Jaim powiedziałem, Ŝeon będzie wtedy w Archiwum po te katyńskie akta! 
 

- Dlaczego? 

Dlaczego, Jur? 
 

Zgiął się wpół, jakby jakieś ostrze weszło mu w brzuch. 

Zakrył głowę rękoma ikołysałsię na klęczkach w przódi w tył. 
 

258 

 

- Powiedzieli, Ŝe za to Tomek będzie Ŝył! 

ś

e dostaniemały wyrok. 

- Podniósł głowę, patrzył naNike, ale jakbypoprzez nią. 
-A oni go zabili. 
Bandyci! 
 

Podniósł się z młotkiem w ręku, stał prosto, jakby cały alkohol,który buzował w nim 

od kilku godzin, nagle wyparował. 
 

- Ty mi i tak tego nigdy nie wybaczysz. 

Co ja zrobiłem? 
Coja zrobiłem? 
 

Dopadł do drzwi. 

Zawołałaza nim: -Gdzie idziesz,Jur? 
- ale usłyszałatylko zgrzyt klucza w zamku,tupot nógzbiegającego ze schodów Jura. 
 

Ubrałasię pospiesznie, chciała biec, gonić go, powstrzymać przed tym, co mógł zrobić, 

ale drzwi byłyzamknięte. 
Była więźniem tego poddasza. 
Zaczęła łomotać klamką, wołać,ale upłynęło sporo czasu, nim ktoś ją wyswobodził z tej 
pułapki. 
Pytała,co z Jurem, ale nikt jej nie potrafił powiedziećnicpewnego. 

background image

 

Podobno wybiegł z bramyi zaczął zrywać plakatyTRZY RAZY TAK POLAKA 

ZNAK. 
 

Podobnodoskoczylido niego milicjanci. 

Podobno jednego przewrócił i uderzył młotkiem. 
 

Podobno ten drugi chciał strzelać, ale Jur wmieszał sięw tłum przed trybuną wiecu. 

 

Podobnowskoczył na trybunę i zaczął wykrzykiwać: 

 

"Nie wierzcie im! 

To bandyci! 
Zabili mojego brata! 
Sprzedali Polskę! 
". 
 

Podobno rzucili się na niego, a potem wsadzili do gazi^ka i odjechali. 

 

259. 

background image

 
62 
 

Nika była najmłodsza w kolejce do tej szaro malowanej bramy. 

W padającym deszczujej włosy wisiałynad brwiami, aleona chroniła przed deszczem tylko 
paczkę. 
Kiedy wreszciedotarła do okienka przy bramie więzienia,funkcjonariuszwokrągłej 
czapcesprawdził coś w spisie, po czym odsunąłpaczkę. 
Wiedziała od Anny, Ŝeniema co więcej pytać. 
I wtedy jakaś kobieta w chustce pocieszyła ją jak kogoś bliskiego: 
 

- Nie martw się, dziecko. 

To jeszczenic nie znaczy. 
OnmoŜeŜyć, ale nie tu. 
Idź na Montelupich. 
A jak nie tam, to są jeszcze inne więzienia. 
Ludzie tonie igła, nie giną bez śladu. 
 

A wtedyprzypomniałasobie, jak Jur pokazywał jejokna więzienia. 

Gdzieś tam miał przebywać jego brat. 
TerazTomekjest juŜ pewniena cmentarzu. 
A gdzie jest jego brat? 
 

63 

 

Tym razem poszły obie do księdza Twaroga. 

Matka i córka. 
To właśnie mecenas Piątek wspomniał, Ŝe jest jeszcze jednadroga, którą moŜna wykorzystać 
w poszukiwaniu śladówswoich bliskich. 
Ale to juŜ jest wrękach Kościoła. 
 

Annazatrzymała księdza pod pozorem rozmowy opośmiertnej tablicy,jaką chciałaby 

umieścić w kościele, byuczcić pamięć męŜa. 
 

260 

 

- A czy szanowna pani majorowa ma jakieś dokumenty na temat jego śmierci? 

 

-Najlepszym dowodem jest to, Ŝe go nie ma. 

 

- Proszę najpierw przygotować tekst inskrypcji i przedstawić mi go. 

 

Iwtedy odezwała się Nika: ma gorącąprośbę do księdza proboszcza. 

Bo teraz juŜ moŜnaliczyćtylko na Kościół. 
Podobno kiedywykonuje się wyroki śmierci, jest przy tymtakŜe proboszcz więzienny. 
I one obie przyszły,by ksiądzproboszcz znalazł jakieś dojście do takiego kapelana. 
OniduŜo wiedzą, kto tam siedzi, jaki ma wyrok,czy Ŝyje. 
 

Nie mówiła ani imienia, ani nazwiska. 

Nikt teŜ o nienie pytał. 
Ksiądz Twaróg powiedział, Ŝe właściwie to nie maŜadnego takiego dojścia,nie zna 
spowiedników więziennychi boi się,Ŝe lada chwila władza się ich pozbędzie. 
- Ale trzeba mieć serce otwarte na miłość- pogłaskał Nike po policzku jak dziewczynkę, 
którąnaleŜy strzecprzed złem tegoświata. 
 

- Mam w sercutylkonienawiść. 

- Nikapatrzyła naczerwone policzkiksiędza Twaroga. 
-Czy to wystarczy, bydogadać się z Panem Bogiem? 
 

- Bógsłucha kaŜdego. 

 

-Czy w końcu wysłucha mojego pytania, jaki był losmego męŜa? 

- spytała Anna. 
Ksiądz spojrzał na nią, jakby dopuściła się jakiegoś nietaktu, i uniósł palec w stronęsufitu. 
 

- Wszystko jest tamzapisane. 

background image

Bóg wybiera tylko miejsce i czas. 
 

261. 

background image

 
64 
 

Nawet nie wiedziała, kiedy to się stało, Ŝe lato przeszło obokniej, nawet jej nie 

dotykając. 
Przekwitły juŜ akacje, miastoopustoszało, dzieci wyjechały na wakacje, aona wciąŜ nosiła 
paczki na Montelupich. 
To był znak, Ŝe jest, Ŝe moŜe patrzy przez któreś zakratowaneokno i w tej chwili widzi 
nabłękitnymjak fajans niebie to samo, co ona: białe skrzydłagołębi, zmieniające w nagłym 
przewrocie swój ścieg. 
 

Któregoś dniapaczki nie przyjęli. 

 

Stała teraz na stole w salonie, a onasiedziała, oglądając siebie samą na szkicach, które 

zostały w duŜej teczce. 
Była tam uchwycona wróŜnych pozach, ale kiedy rysowałją en face,nigdyniezapomniał 
zaznaczyć na jejpoliczku tejmałej myszki poniŜej oka. 
Przeglądała szkice Jura, wpatrywała się w tęfotografię, na której oboje w ślubnych 
strojachsiedzą na fotelu w atelier pana Fillera. 
 

Czekał ją egzamin na uniwersytet. 

Ale wolała oglądaćte szkice, jak ktoś, kto tak naprawdętylko to, co było,uwaŜa za czas, który 
siędlaniego liczy. 
 

Zaczęła rozumieć Annę. 

Jeszcze jej tego nie powiedziała, Ŝe dla niej takŜe czas przeszły stał się waŜniejszy od 
teraźniejszego. 
Jeśli ona tak źle znosi chwilową nieobecnośćkogoś Ŝywego, bo przecieŜ uwaŜała, Ŝe JurŜyje, 
to jak Annaprzez tak długie lata mogła znieść nieobecność kogoś, ktoznalazłsię na liście 
ofiar? 
Terazdopiero,patrząc naAnnę, 
 

262 

 

na Busię, która zaczynała kaŜdy dzień od modlitwy o powrótAndrzeja, odkryła, 

Ŝ

echwilowa nieobecność Ŝywychjest trudna do zniesienia, ale nieobecność umarłych jest 

nieodwołalna. 
Ona rozmawia zJurem, patrząc być moŜe na tosamo stadko gołębi na niebie. 
Anna rozmawia z Andrzejem,patrząc na jego fotografię wowalnejramie. 
 

KiedyAnna zobaczyła stojącą na stole paczkę, usiadłana kanapie obok Niki, objęła ją 

ramieniem. 
Wyglądały terazniejak matka icórka,lecz jakdwie siostry. 
 

- To nic nie znaczy - szepnęła prosto dojej ucha, jakby w czasie lekcji zwierzała się 

koleŜance z ławki szkolnej. 
-Mogli go przenieśćdoinnego więzienia. 
 

Nika połoŜyła głowę na kolanach Anny. 

 

- JuŜ teraz wiem, jak się czeka- powiedziała. 

Tkwiły tak obie przezdłuŜszy czas, kaŜda zanurzonaw ciąg obrazówswojej pamięci. 
I nagle Nika poczuła potrzebę, byodnaleźć tam to, co jest najdalej odsunięte w przeszłość, a 
co wraz znią moŜe pamiętaćtylko ona, Anna. 
Tylko ona moŜe potwierdzić, czy ten obrazojca, któryterazprzywołała, jest rzeczywisty, i 
czyta scena, którą ona uwaŜa za tę pierwszą zapamiętaną, bo przed nią była tylko 
jakaśmagma, tak właśnie wyglądała. 
 

- Czy Wezyr to był kasztan? 

 

-Nie. 

- Anna wcale nie była zaskoczona tym pytaniem,jakby sama była gdzieśw pobliŜu tamtego 
czasu, kiedy Nika miała trzy latka. 

background image

-Kasztanem był Sułtan. 
Przed nimbył gniady. 
I to był właśnie Wezyr. 
 

263. 

background image

 
Więc to był jednak Wezyr, bo był gniady. 
Gniadyz jasną grzywą. 
To pamięta. 
Matka trzyma ją za rękę. 
Stojąobie przy koniu. 
Jej głowanie sięga nawet strzemienia. 
W tym strzemieniu widzi lśniący but. 
Czuje, jak czyjeś ręcebiorą jąpod pachy. 
To mama dźwiga jąw górę, unosi kuwyciągniętym rękom wychylonego z siodła ojca. 
Teręce sąw rękawiczkach,tuŜ zanimi uśmiechnięta twarz ojca. 
Czuje, jak ją chwyta, jak płynie w jego rękach wpowietrzu,płyniewysoko i ląduje twarzą w 
końskiej grzywie. 
Ojciecsadzają przed sobąna łękusiodła,a ona gładzi grzywę konia. 
Czuje zapach jego sierści,ale takŜe delikatny welonzapachu papierosówi skóry. 
Słyszy chrzęst munsztukaw pysku konia, kiedy ojciec ściągawodze, ściska lekko piętamiboki 
gniadego i ten rusza leniwym kłusem wokół maneŜu. 
A matka stoi wtakim długim płaszczu, wberecie nagłowie i macha do niej ręką, jakby 
wysyłała ją w dalekąpodróŜ. 
Buja się na siodle,czuje za sobą ojca, czuje delikatnyaromat papierosów, którym przesiąknięty 
jest jegomundur. 
 

- Jakie tatuś palił papierosy? 

 

-"Egipskie". 

 

- A Jarosław palił te śmierdzące papierosy "Wolność". 

 

-Boinnych teraz nie ma. 

 

- Teraz wiem, Ŝe pamięć moŜe boleć. 

 

Tego dnia właśnie dostały w swoje ręce coś, co rozszerzyłoichpamięć o sprawy dotąd 

im nieznane. 
Było juŜpóźno, 
 

264 

 

kiedyrozległ się dzwonek dodrzwi. 

Busia otworzyła. 
Zadrzwiami stała wysokakobieta w letnim płaszczyku z płaskąteczką w ręku. 
Spytała o Annę. 
Kiedy Anna podeszła, kobieta wydobyła zteczki duŜągrubą kopertę. 
 

- Czy pani tego szukała? 

 

Anna zajrzała do środka i nagle poraził ją skurcz. 

Ujrzała w głębijakieś papiery i przedmioty, opakowane wnatłuszczonypapier, ale teŜ zdjęcie 
swoje ijedenastoletniej Miki. 
Przełknęła ślinę, przeniosła spojrzenie na kobietę. 
Onamusiaławiedzieć o Annie wszystko, ale Anna nie wiedziałao tej kobiecie nic. 
Nie mogła w niej rozpoznaćŜony profesoraFriedmana, bo nigdy jej przecieŜ nie widziała. 
 

- Skąd to się wzięło? 

 

-Proszę onic nie pytać. 

- Kobieta odwróciła się i zaczęła schodzić schodami. 
Na półpiętrze dogoniło jąnastępnepytanie Anny: - A Jarosław? 
Czy pani coś o nim wie? 
 

Kobieta odwróciła się i tylko gestem dałado zrozumienia, Ŝe ten,o któregoAnnapyta, 

zniknął. 

background image

Potem szybkozbiegła schodamiw dół jak łącznik, który spełnił swoje zadanie i chcejak 
najszybciejzniknąć z pola widzenia. 
 

Wieczorem, w kręgu lampy, rozłoŜone jak do licytacji leŜałynastole przedmioty: 

poplamiona ksiąŜeczka oficerska,pomięta chusteczka z monogramem AF, list od Anny, 
wygiętyjak kawałek suchej kory, zapleśniały pasek koalicyjki, zdjęcie Anny w kapeluszu z 
wisienkami, fotografia jedenastoletniej Niki, odsłaniającej w uśmiechu brakujący ząb, 
odznaka 
 

265. 

background image

 
pułkowa 10. 
PAC, złoŜona strona rosyjskiej gazety z roztapiającymi się na poŜółkłym papierze zaciekami i 
mrówkamicyrylicy, kalendarzyk. 
 

NajwaŜniejszybył tenkalendarzyk. 

TakŜe pokryty liszajami zacieków, plamami pleśni, kalendarzykna rok 1939. 
Kalendarzyk Andrzeja, w którym miał zapisywać wszystkiewydarzenia. 
 

Przy stole siedziały dwie kobiety. 

OdczekałyaŜ do chwili, kiedy Busiapo modlitwie zgasiła światło. 
Teraz pochyliłysię nadtym cmentarzemrekwizytów. 
Mówiły szeptem, jakna konspiracyjnym spotkaniu. 
Busia nie powinna o tym wiedzieć. 
Nie moŜe wiedzieć. 
Patrzyłypo sobie, jakbynie mogłysię zdecydować, czy toAnna, czy Nika ma 
pierwszasięgnąćpo ten kalendarzyk, o którym opowiadał im Jarosław. 
Tamznajdą zapis czasu, zatrzymanegona ostatniejnotatce. 
 

Anna wysunęła rękę, alepo sekundzie jącofnęła. 

Spojrzała naNike. 
 

- Wiem wszystko, a boję się. 

- Wymieniły spojrzenia. 
- Do któregodnia był z nami. 
Do której godziny. 
 

Kalendarzyk miał zlepione strony. 

Była na nich zaschnięta jakaś rudawydzielina, jakby rozpuszczona krew,amoŜe tylko 
zaciekipo rozlanej herbacie. 
Na stronicachostry ołówek zostawił wgłębienia, które odbijały się wypukłością na następnej 
stronie. 
Kiedy Anna półgłosem przeczytała pierwszy zapis, usłyszała głos Andrzeja: Pierwsześwięta 
bez Anny i Nikusia. 
Spotkało nas coś strasznego. 
Przedświętami zabrali od nas wszystkich księŜy kapelanów. 
 

266 

 

I wtedy obie zNiką przypomniały sobie, jak w czasieostatniej Wigilii opowiadał o tym 

Jarosław. 
To chyba dziękiniemu obie zaczęły widziećwnętrze monastyru,wypełnionepostaciamiw 
mundurach, księdza, spowiadającegoukradkiem między narami. 
Zabrali kapelanów, Ŝeby nas złamać,odebrać nam wsparcie duchowe. 
Ale to się im nie uda! 
W następneświęta będziemy wOjczyźnie, przybliskich. 
 

Kiedy one dzieliły się opłatkiem w domu Franciszkina wsi, on był myślą przy nich. 

I znowu opowieść Jarosława pomogła im zobaczyć Andrzeja wśród tłumu brodatych 
męŜczyzn. 
Zdjęli czapki z głów i śpiewają chórem"Bóg sięrodzi, moc truchleje", zaniepokojone straŜe 
zaglądają do wnętrza monastyru, a oni przez te wysokie,strzeliste okna wypatrują pierwszej 
gwiazdki, by złoŜyćsobie Ŝyczenia. 
 

Na tym zapisiekończyłsię w kalendarzyku rok1939. 

To, codziało się w pierwszych miesiącach roku 1940, Andrzej zapisywałw rubrykach stycznia 
poprzedniego roku. 
Przesłuchanie u kombriga Zarubina. 
Inteligentny, udaje dyplomatę. 

background image

Wiedzą o mniewięcej, niŜ ja sam o sobiewiedziałem. 
Wiedzą,zaco w 20 rokudostałem Virtuti. 
Oni nam tegoniedarują. 
 

Napisał:przesłuchanie. 

Gdyby nie Jarosław, nie wiedziałyby, jak taki doproś wyglądał. 
PrzecieŜ Jarosław imopowiedział, jakwyglądałojego przesłuchanie, które protokołowała ta 
jakaś Ukrainka; poznała go, mieszkali we Lwowie w jednym domu na Pełczyńskiej. 
Poznała,ale nawet 
 

267. 

background image

 
mrugnięciem oka nie dała poznać po sobie, Ŝe pamięta, jaksię jej ukłonił i Ŝe wie o nim 
więcej, niŜ on myśli. 
Zanimusiadł pod świecącą w oczy Ŝarówką,zanim przesłuchującywyjął nagani połoŜyłnastole 
obok jego papierów, musiałachyba wcześniej mu coś powiedzieć, bo dlaczego zaczął 
odpytania, czy lejtnant Selim jest gotów walczyć z Niemcami? 
I w miesiąc później usłyszał: - Lejtnant Selim! 
Sobirajties's wieszczami! 
 

Kiedy to się stało, Andrzej byłw lazarecie. 

Przeczytaływ kolejnej rubryce: Wysiadły nerki. 
Wieczny chłód i te apele. 
Robię krwią. 
Byleprzetrwać. 
ś

yje się nie tylkodla siebie. 

 

Myślał o nich. 

Nawetwtedy, kiedy idąc do lazaretu,przekazał Jarosławowi swoją papierośnicę i adresy Annyi 
matki:Zgłaszam się do lazaretu. 
Na wszelki wypadek przekazałem adresy Anny imamy porucznikowi S. 
 

Porucznik S. 

ocalał. 
Ocalała papierośnica Andrzeja. 
I ten kalendarzyk. 
 

Od tego dnia Annę i Nike połączyło dodatkowo to, comusiały ukrywać przed Busią. 

 

65 

 

Stała wdrzwiach, jak zwykle zbyt wyzywająco ubrana,z kolczykami w uszach, torebką 

z krokodylej skóry, w granatowych pantoflach dobranych odcieniem do sukienki. 
 

268 

 

Anna patrzyła zaskoczona. 

Niespodziewała się wizytyrotmistrzowej Wende. 
Ta uśmiechnęłasię niepewnie i chcącjakby uprzedzić jakiś nieprzyjazny gest ze strony Anny, 
wyciągnęła z torebki kopertę. 
 

- Nigdy bym nie ośmieliła narzucać się pani, gdyby nieto. 

- Podała przezpróg kopertę z urzędowąpieczęcią. 
-Przyszło dzisiaj z sądu! 
 

Była wyraźnie przejęta. 

Przyszła tu,bo widać musiałasię natychmiast podzielić tą wiadomością z kimś, kogo onateŜ 
dotyczyła. 
Sąd Grodzki lakonicznie zawiadamiał, Ŝeustala się datę zgonu rtm. 
Henryka Wende na dzień 9 maja1945 roku. 
 

- Pani teŜ dostała coś takiego? 

 

Anna wyszła za próg i spojrzała naprzytwierdzoną podtabliczkąz nazwiskiem 

profesora Filipińskiego skrzynkę nalisty. 
Przez dziurkiprześwitywała biel koperty. 
 

Potem siedziały w salonie, a przed nimi na stoleleŜały dwaidentyczne listy. 

Patrzyły na siebie inaczej niŜ wtedy przedrokiem, kiedy Anna demonstracyjnie opuściła willę 
rotmistrzowej. 
Annie przebiegło przez myśl, Ŝe właściwie rotmistrzowa powinna być zadowolona z tego 
kłamliwego dokumentu: wszak uznana za wdowę będziemogła wziąć ślubz mecenasem 
Piątkiem. 

background image

Ale widząc, jak pani RenacieWendetrzęsą się ręce, kiedy wydobywa ztorebki papierośnicę i 
zapalniczkę, pomyślała,Ŝe obieskazane były na ten sam los,tylkoŜe kaŜda inaczej próbowała 
sobie z nim radzić. 
Przez 
 

269. 

background image

 
ten rok tyle się zdarzyło, Ŝe teraz Anna widziała w tej kobiecie nie kogoś godnego potępienia, 
lecz ofiarę wspólnegodramatu. 
Obie wkońcubyływdowami. 
 

- Ta sama data? 

- wgłosie Anny nie było właściwie pytania, a raczej stwierdzenie kolejnego kłamstwa. 
 

- Wybrali sobiedziewiątymaja, jakby oni zginęliw dniu zakończeniawojny! 

- Przytknęła drŜącą ręką płomień zapalniczki dopapierosa w szklanej fifce. 
-Chcą zrobićz naszej tragedii farsę? 
Kogo chcą oszukać? 
 

- Ja dobrze wiem, kiedy zginąłmój mąŜ. 

 

Annawstała,wyciągnęła zszuflady komody skrzyneczkę w huculskie wzoryi wydobyła 

z niej kalendarzykAndrzeja. 
 

Pod datą trzeci kwietnia przeczytała zapis: Wyjechałnastępny transport. 

Około 300 osób. 
Dokąd- nie wiadomo. 
Czy resztę tez czeka droga w nieznane? 
 

Rotmistrzowa Wende zastygła,wsłuchana w te zdaniakończące się pytaniem, na 

któreterazobie znały odpowiedź. 
Na końcu papierosazebrał się słupek popiołu i nagle spadłna jej spódnicę. 
Nie zwróciła na to uwagi. 
Wpatrywała sięwAnnę, która czytałanastępnyzapis z 5 kwietnia. 
Przyszłapora na mnie. 
Wyczytywanie, rozkaz: "Sobirajties' s wieszczami". 
Przed wymarszem była rewizja, konwojenci zabrali przedmioty przedstawiające jakąś 
wartość. 
Mnie zabrał wiecznepióro. 
Zgłosiłem to kapitanowi NKWD. 
Odpowiedźbrzmiała: 
 

"Tam, kuda jedietie, onowam bolsze nuŜno nie budiet! 

". Niewiem, co nas czeka. 
 

270 

 

Jeszcze tego dnia Anna wyniosła ukradkiem z domu doantykwariatu kilka tomów 

encyklopedii Orgelbranda. 
Wzięłazaliczkę ipojechała na cmentarz Rakowicki, by tam u kamieniarzy zamówić tablicę 
upamiętniającą datę śmierci Andrzeja. 
Nie tę, która była podanaw piśmie z sądu. 
 

Wieczorem powiedziała o tymcórce. 

 

- To będzie jego symboliczny grób. 

Bo trudno o spokój, kiedy się nie pochowa swoichzmarłych. 
 

- Ajak w naszym kościele odnajdzieto Busia? 

PrzecieŜ babcia wciąŜ wierzy, Ŝe onwróci. 
 

- W końcui do niej dotrze, Ŝe śmierć to wcale nie jestnieistnienie. 

 

Tego dnia obie odczytały wkalendarzyku Andrzejazapis z 6 kwietnia. 

O 3. 
30wyjazd ze stacji Kozielsk w kierunkuzachodnim. 
Zimno. 
Wytrzymujędzięki szubie. 
Wioząnas więźniarkami. 
Najpierwodebrali nam wolność, potemgodność. 

background image

 

66 

 

Anna szła przodem, zanią turkotał po bruku wózek nadwóchkołach. 

Na kołach były Ŝelazne obręcze. 
Kamieniarztrzymał dyszel, z tyłupopychał wózek robotnik w wypłowiałejkurtce od 
niemieckiego munduru. 
Na wózku, owiniętaszmatami,leŜała tablica. 
 

271. 

background image

 
Anna coś przeczuwała. 
Kiedy juŜ zajechali pod zakrystię, nie kazała zdejmować tablicy. 
Poszukałaksiędza Twaroga i poprosiła, by wskazał miejsce na wmurowanie tablicy 
upamiętniającej śmierć jej męŜa. 
 

- PrzecieŜ pani nie ma jeszcze Ŝadnychna to dowodów? 

 

-Na co? 

 

- śe pan major nie Ŝyje. 

 

-Mam- rzuciła Anna. 

- Mam niezbite dowody. 
Ata tablica teŜ będzie dowodem dla innych. 
 

Ksiądz się wyraźnie zaniepokoił. 

Niechętnie wyszedłna trawnik przedzakrystię. 
Kamieniarzodsłonił szmaty,okrywające tablice. 
Dumny z wykonanegodzieła, patrzył naksiędza, który odczytałinskrypcję:Mjr Andrzej 
Filipiński zginął męczeńską śmiercią w 1940 roku w Katyniu. 
Gestem nakazał robotnikowi zakrycie tablicy,a do Anny zwrócił siępółgłosem: 
 

- Pani chce to umieścić w kaplicy? 

 

-PrzecieŜ rodzina męŜa odstu lat jest uwaŜana za dobroczyńców tego kościoła. 

Chyba musię to naleŜy? 
 

Proboszcz niby to skwapliwieprzytakiwał, ale wyrazjego twarzydawałdo zrozumienia, 

Ŝ

e prośba Anny jest niedo przyjęcia. 

 

- W kaŜdym razie nie w tej postaci. 

- Zacierał ręce,jakbykrępowało go to, co zaraz musiałpowiedzieć. 
-Niedzisiaj. 
Nie moŜe być daty ani miejsca. 
- Pochylił się kuAnnie i powiedział znaciskiem: - Chyba nie chce pani, Ŝeby 
 

272 

 

Kościół miał kłopoty? 

Teraz nawetwypominki wnaboŜeństwie Ŝałobnym wymagają zgody cenzury! 
 

Podszedł do wózka, jednym szarpnięciem odsłonił tablicę i zwrócił się bardziej 

dokamieniarza niŜdo Anny: 
 

- Musi się kończyćna "męczeńską śmiercią"! 

 

Kamieniarzze zrozumieniem przytaknął. 

Spojrzałna Annę. 
Pokręciła przecząco głową i kamieniarz zasłoniłszmatą tablicę. 
Gestem nakazała robotnikowizłapać zadyszel. 
 

Wózek znowu turkotał po bruku. 

Tak zajechali na Bracką. 
Anna otworzyła kłódkę w piwnicy ikazała tam wnieśćtablicę. 
Nie mogła przecieŜ trzymać jej w domu. 
TamBusiawciąŜ czekała na wiadomość, Ŝe Andrzej się odnalazł. 
PrzecieŜ tyluludzi dopiero teraz wracaz tułaczki. 
 

Tego dniaprzeczytały kolejny zapis. 

Codziennie posuwałysię o kolejną stronę, bo przy kaŜdej chciały miećczas, bywyobrazić 
sobiete sceny, jak ich rewidują,jak wiozą nastację. 
Tego juŜ im Jarosław nieopowiedział, bo przecieŜtamnie był. 
7 kwietnia:9. 
45. Stoimy na stacji Jelnia. 
 

Widział wtedytyle, ile udało się zobaczyć przez oknowięźniarki. 

background image

Zastanawiały się obie, co tego właśnie dnia robiły one. 
Gdzie były? 
Czy to był ten dzień, kiedy Franciszkakazała im iść nad rzekę izebrać bazie na świąteczny 
stół? 
Czy moŜe wtedy poszły na targ, Ŝeby sprzedać futro Anny? 
Alemógł to byćteŜ dzień,kiedy Franciszka zamknęła Annęi Nike na strychu, bo po wsi jeździli 
autem jacyś mundurowi 
 

273. 

background image

 
i rozpytywali mieszkańców, czy tu się nie ukrywają polskijeoficerszy. 
 

Dlaczego one nie prowadziły dziennika? 

Wtedy bymogły porównać, jak dzień po dniu ich Ŝycie rozmijało sięz jego, aŜ w końcu 
poznały te godziny, które dla niego miały być ostatnie. 
8 kwietnia: 14. 
40. Stoimy na bocznicyw Smoleńsku. 
Ukryłem obrączkę w podszewce munduru. 
 

Widocznie mu zabrali. 

Albo moŜe nie znaleźli jej ci, codokonywali ekshumacji. 
Została tylkota obrączka, którą Anna ma na palcu. 
 

67 

 

Organy zadudniłymarszem Mendelssohna. 

Te podniosłedźwięki, nakłaniające do tanecznego kroku, połączyły sięz blaskiem słońca 
przesianego przezwitraŜe i wypełniły kościół Franciszkanów jakąś nagłą jasnością. 
 

Anna stała blisko ołtarza. 

Takbliskobyła tylko na własnym ślubie. 
Wtedy jak wyszła z kościoła, tren jej sukni wlókłsię za nią przez trzy stopnieschodów, a nad 
nimibyła brama zeskrzyŜowanych szabel. 
 

RenataWende miałanasobie kostium, a mecenas Piątek był wgranatowymgarniturze. 

Kiedy zakładał na palecRenaty obrączkę, Anna przez sekundę zastanowiła się, czyod tej 
chwililudzie nadal o pani Wende będą mówili "pani 
 

274 

 

rotmistrzowa"? 

Czy mogła przypuszczać, Ŝe kiedyś będzieświadkiem na jej ślubie? 
Właśnie ona? 
 

Miesiąc temu rotmistrzowa Wende zadzwoniła do jejdrzwi. 

Trzymała zarękę synka. 
Wojtuś szurnął nogą, ukłonił się i wręczył Annie ze śmiertelnie powaŜną miną bukiet róŜ. 
 

Najpierw rozmawiały wsalonie o hańbie procesu norymberskiego, o braku wszelkich 

wiadomości na tematpułkownika Jarosława Selima, o tym, Ŝe Anna pouzyskanym 
zaświadczeniu z sądu chciała umieścić tablicę w kościele, ale skończyło się na tym, Ŝe trzyma 
ją w piwnicy. 
Wypiły herbatę i Anna zastanawiała się, co właściwie sprowadziło tu rotmistrzowa. 
Pani Wende sprawiaławraŜeniepetenta, który boi się ujawnić swoją sprawę. 
W pewnejchwili zgasiła papierosa, przyciągnęłasynka do swoichkolan. 
 

- Przyszłam panią o cośprosić, pani Anno. 

- PołoŜyładłoń na głowie Wojtusia. 
-RównieŜ i w jegoimieniu. 
Chciałampanią prosić na świadka. 
 

- Do sądu? 

 

-Nie. 

Na ślub. 
 

- Mnie? 

 

-Panią. 

- Renata patrzyła prosto w jej oczy. 
-Właśniepanią. 
 

Długo się wahała, czy ma prawo prosić Annę o to, alew końcu doszła do wniosku, Ŝe 

mimo wszystko ich los jest 
 

275. 

background image

 
wspólny: w tym samym momencie zostały oficjalnie uznane za wdowy, bo kłamstwo sądu 
wyznaczyło wspólną datęśmierci ich męŜów. 
Renata rozumie stosunek Annydo niej,ale wie, Ŝeteraz więcej je łączy, niŜ dzieli,a jej 
przyszłymąŜ, mecenas Piątek, darzy Annę niezwykłym szacunkiem. 
 

Anna podniosła się z fotela niepewna, jak ma zareagować na tę niespodziewaną 

propozycję. 
W tej samej chwilipodniosła się Renata. 
Stałyprzez moment naprzeciwkosiebie i naglew jakimś wspólnymodruchu objęły się 
ramionami. 
 

A teraz Renata stała przed ołtarzem w eleganckim kapeluszu, Anna siedziała w 

pierwszym rzędzie ław kolatorskich. 
Za chwilę przyjdzie momentpodpisania przez świadków aktu zawarcia małŜeństwa. 
Jeszcze brzmiał marsz Mendelssohna,kiedy Anna dostrzegła przesuwającą się za filaremjakąś 
znajomąsylwetkę. 
Przez kolorowe witraŜe wpadałosłońce, oślepiało ją, ale ten oddalający się wysoki 
męŜczyznato mógł być on! 
I tenkrok. 
Szedł jak oficer przedszeregiem. 
To mógł być tylkoon! 
 

Tkwiącyw ławach ludzie odprowadzili spojrzeniemkobietę wkapeluszu z woalką. 

Prawie biegła przez boczną nawę, Ŝeby dogonić tego człowieka. 
Zatrzymał sięprzyŜebraku, kiwającym się w przedsionku kościoła, sięgnąłdo kieszeni i wtedy 
się przekonała, Ŝe to nie był Jarosław. 
 

276 

 

68 

 

Kalendarzyk Andrzeja Anna trzymała wdrewnianym pudełkuzamykanym na kluczyk. 

To pudełkotkwiło teraz wkomodzie,pod stertą bielizny. 
Były tam odznaczenia Andrzeja,papierośnica,legitymacje. 
ByłateŜ łuska od naboju pistoletowego kaliber 7. 
62. Kalendarzyk wyjmowała dopiero wieczorem, kiedy Busia szła spać, a Nika 
przerywałalekturępodręcznika o odkryciach z okresu neolitu i ich znaczeniudla kultury 
europejskiej. 
Siadały obok siebie na kanapie, teraz śledząc juŜnie miesiące ani dni, które dzieliły 
Andrzejaod śmierci, ale godziny. 
9 kwietnia: Stoimy na stacji Gniezdowo. 
Kilkanaścieminut przed piątąpobudka. 
Kazali sięprzygotować do wysiadania. 
 

Tylko kilka zdań. 

Litery coraz większe,coraz bardziejnierówne rządki słów. 
Anna wcale by nie rozpoznała jego pisma. 
Musiał byćzdenerwowany. 
Musiałsię spieszyć. 
Pisał tojak raport dla potomnych. 
Czy kiedyś ten raport stanie sięjawny? 
Czuje się w nim przyspieszony oddech: zarazstaniesię coś nieodwołalnego. 
 

Nika czytałapółgłosem przez zdławione gardło: Gdzieśmamy jechać samochodami. 

Nasze rzeczy biorą na cięŜarówki. 
Widaćwięźniarki. 
Czomyj woron. 

background image

Co dalej? 
 

Jakwyglądał ten czomyjworon? 

Co im powiedziano,kiedy wysiedli na tej stacji? 
Wysiedli, czy zostali wygarnięcibagnetami z wagonów? 
Zostały tylkonapisy na ścianach. 
Bo 
 

277. 

background image

 
przecieŜ Jarosław mówił, Ŝe w takich sytuacjach kaŜdy chcezostawić jakiś ślad. 
Pisze lub wydrapuje swoje nazwisko,datę, godzinę. 
 

Nie zauwaŜyły, Ŝe w drzwiach stanęła Busia w szlafroku. 

Znowu powtórzyłapytanie, którym od ponad roku dręczyła Annę: - Kiedy wreszcie 
odbierzesz z urzędu ten listAndrzeja? 
 

Podeszła bliŜej, zaciekawiona, nad czym tak pochylałysię głowy jej synowej i 

wnuczki. 
I wtedyNika ukradkiemwyszarpnęła z gniazdka sznur od stojącejlampy. 
Wsaloniezapadła ciemność, rozpraszana tylkomŜącymzzaoknaświatłem latarni. 
 

- Znowu te korki- westchnęła Busia i po omacku ruszyła ku drzwiom. 

 

69 

 

Anna patrzyła w okna budynkuUniwersytetu Jagiellońskiego. 

JuŜgodzinę spacerowała po dziedzińcu. 
Znowu miałana sobie swój bordowy toczekz woalką. 
Czekała na córkę,bojuŜ nie miałapowodu czekać na kogokolwiek innego. 
 

Nika odpowiedziała juŜ na pytania egzaminacyjne. 

Terazwszyscy siedzącyza przykrytym zielonym suknem stołempatrzyli w stronę blondyna w 
szarym ubraniu i zielonej ko278 
 

szuli. 

Czynnik społeczny przerzucał papiery. 
Profesor o zasuszonej twarzyuśmiechnął się Ŝyczliwie do kandydatki nastudia. 
 

- Dlaczego pani zdecydowała się na archeologię? 

 

-Ktoś mi kiedyśpowiedział coś waŜnego. 

- Nika przezułamek sekundy przypomniała sobie twarz siostry Anastazji. 
- Ze archeologia pozwala nawet po wiekach odczytać prawdę historii. 
 

Profesor pokiwałgłową akceptujące, ale w tej chwiliwtrącił się Czynnik. 

 

- MoŜe zacznijmy od ankiety - przerzucałpapiery,podkreślając coś ołówkiem. 

- Wasze pochodzenie? 
 

- Matka jest na rencie po ojcu, który zginął w czasiewojny. 

 

-W jakich okolicznościach? 

Igdzie? 
 

- W Katyniu, w tysiąc dziewięćset czterdziestym roku. 

MęŜczyzna w zielonej koszuli spojrzał na Nike jak naprzyłapaną na gorącym uczynku 
oszustkę. 
Członkowiekomisji popatrzyli po sobie ipochylilisię nad swoimi notatkami, jakby w tej 
chwilicałkiem zapomnieli,Ŝe kandydatka, która tak świetnie zdała egzamin, siedzi jeszcze 
przed 
 

nimi. 

 

Anna nie musiała pytać Niki, jakjej poszło. 

Dziewczyna juŜzdalekakiwałaprzecząco głową. 
 

- Na czym cię zagięli? 

- spytała Anna, biorąc córkępod ramię. 
 

279. 

background image

 
- Pytali, gdzie ojciec zginął. 
 

-PrzecieŜzałączyłaś odpis z sądu. 

 

- Tam nie było, gdzie zginął. 

Ja im topowiedziałam. 
Powiedziałam gdzie i kiedy. 
 

- I po coś to zrobiła? 

 

-Nigdynie zgadzałaś się na kłamstwa w tej sprawie. 

Anna zatrzymała sięgwałtownie i nagleobjęła córkę,jakby dziękując jej za te słowa. 
 

- Kiedyś zdam -powiedziała Nika. 

 

70 

 

Patrzyłana siebie w lustrze i usiłowała sobie przypomnieć,jak była ubrana wzeszłe 

andrzejki. 
Chyba chciała poŜyczyćod matki korale? 
No boprzecieŜwybierała się do operetki. 
Jurdostał wtedy dwa ulgowe bilety. 
Nie poszła, boAnnauznała to za zdradę: wyjśćz domu w dniu imieninAndrzeja? 
Wybrała operetkę, a więczdradziła pamięć ojca! 
A onawykrzyczała jej prosto w twarz, Ŝe Anna jest zazdrosna ojejmłodość, o to, Ŝe ona ma 
kogoś, kto na nią czeka i Ŝe ojciecwłaśnie by chciał, Ŝeby mimo wszystko Ŝyła jak jej 
rówieśnicy, Ŝeby chodziła tańczyć. 
 

Wtedy wybiegła z domu, ale nieposzła do operetki. 

Chodziła po Plantach, byłamgła, chyba mŜyło, a onautwierdzała się w przekonaniu, Ŝe nikt 
nie ma prawa wymagać od 
 

280 

 

niej, bycałe Ŝycie Ŝyła w jakimś czasie postmortem. 

Niechwreszcie Anna przestanie być dla niej wyrzutem sumienia! 
Wtedy jeszcze nie dotarły do niej w pełni słowa Anny, Ŝe moŜe kiedyś zrozumie, co to 
znaczy,Ŝe kogoś dostaje się raz nacałe Ŝycie. 
 

Minąłtylko rok, aona urodziła sięjakby poraz drugi. 

 

Busia jak zwykle przygotowałana imieniny syna jegoulubiony tort biszkoptowy. 

 

Nika nigdzie sięnie wybierała. 

 

AnnapołoŜyłana stole papierośnicę Andrzeja. 

Na stole stałtort. 
Stały cztery talerzyki. 
Jedendla niespodziewanego gościa. 
LeŜał album ze zdjęciami. 
Przy stole siedziały trzy kobiety. 
I Busia, jak co roku, połoŜyła rękę naręce synowej i powiedziała: - On wróci,Anusiu. 
On będziez nami. 
 

Anna nakryła dłonią wyschniętą niczym jesienny listekdłoń Busi. 

I wtedy Nika pomyślała, Ŝe śmierć nie jestnieistnieniem. 
Niestnieniemjest nieobecność pamiętających. 
 

Patrzyła na babcię i matkę i widziała je jak przez odwróconą lornetkę, jakby oddalały 

się w przestrzeni, corazmniejsze, coraz cichsze. 
A mimo to dotarłodoniej pytanieBusi,skierowane doAnny: 
 

- A co z jego ostatnim listem? 

 

Busia patrzyła na Annęjak na uczennicę, która nie odrobiła zadanej lekcji. 

 

- Nieoddali. 

Ale to nic. 

background image

Ja go znam napamięć. 
 

281. 

background image

 
Anna przymknęła powieki i zaczęła powtarzać tekstlistu: Smoleńskaja obłast', jaszczik 12. 
Kozielsk, 15 grudnia1939. 
Najukochańsza Anusiu i Nikusiu. 
Jestem internowany. 
Czuję się ogólnie dobrze. 
Podtrzymujemy siętu wszyscynawzajem. 
 

Busia przymknęła oczy jak w czasie modlitwy. 

Nikabezgłośnie powtarzała za Annąkolejne słowa, jakby chciałasię ich nauczyć na pamięć: 
Tęsknię nocą i dniem. 
Powtarzamtutajte wszystkie słowa miłości, których niezdąŜyłem w swoim Ŝyciu 
wypowiedzieć. 
Mam nadzieję, ŜeNikuś jesttwoją podporą. 
Czywyleczyła migdałki? 
Po wojnie pójdziemy na lody. 
 

71 

 

Co noc spotykam was we śnie. 

Iobymi ja się wam przyśnił, zanim spotkamy się najawie. 
Nie martwcie się. 
Przyjdzie czas naspotkanie. 
Gdziekolwiek bym był, zawsze jestem z wami. 
 

Weronika kończy wmyślach ten tekst zpierwszejpołowy XX wieku. 

Teraz, ponad pół wieku później, juŜ tylko ona moŜepamiętać. 
Kiedyśprofesor powiedział jej, Ŝedla archeologa pół wieku znaczy tyle, co dla motyla 
jednaminuta. 
 

Jest juŜ u końca swej podróŜy, która właściwie nieskończy się nigdy. 

Odbywa się w głąb czasu, który kiedyś dlatak wielu zatrzymałsię w tym miejscu. 
 

282 

 

Jest przy bramie. 

Brama doczego? 
Do lasu? 
Dowieczności? 
Do pustki? 
Nie musi zaglądaćdo kalendarzyka. 
Znana pamięć dwa ostatnie zapisy: Przywieźlinas dolasu. 
Cośw rodzajuletniska. 
 

Zaczyna się las. 

Pnie sosenprzesiewają słońce. 
MijakrzyŜ prawosławny. 
To symboliczna mogiła, upamiętniającazamordowanie 500 Ŝołnierzyrosyjskich. 
Zamordowani, aleprzez kogo? 
O tym ani słowa. 
MoŜe zapyta tego popa, którystoi przed krzyŜem i Ŝegna się szerokim gestem. 
Rudewłosy spływają na czarną sutannę. 
Weronika wyjmuje aparat,robizdjęcie. 
Pop patrzy podejrzliwie, wraca do modlitwy. 
 

Idzie drogąku polanie. 

Rozgląda się. 
Ten las to nie ten,któryujrzałojciec, kiedy gotudowieźli. 
 

Jak ich tu dowieźli? 

background image

Poilu ładowali do tych więźniarek? 
JuŜ teraz wie,Ŝe czomyj woron wyglądał właśnie tak,jak sięnazywał: czarny ptak śmierci. 
Jechali stłoczeni. 
Wciśnięci w klatki. 
On był w tej szubie. 
AŜdo tejchwili, która jestodnotowana wkalendarzu: Zabrali mi szubę. 
Rewizja. 
Obrączki nie znaleźli. 
Zabrano mi pas główny i zegarek. 
Była nanimgodzina 6. 
30. Co dalej? 
 

To ostatni zapis wkalendarzu. 

Ona juŜ wie, cobyło dalej. 
Wieco, ale nie wie,jak to przebiegało. 
Martwiniczegonie potwierdzą, a świadków nie ma. 
To ona teraz jest świadkiem. 
Jest archeologiemnajświeŜszychgrobów. 
Gdy donich dojdzie, odbędzie ostatnią drogęojca iw ten sposóbuzupełni brakujący w 
kalendarzyku zapis. 
Idzie międzydrzewami. 
To nie te drzewa, które on mógł widzieć. 
Odtej 
 

283. 

background image

 
pory posadzili nowe. 
ZdąŜyły stać się starym lasem. 
Wyrósłna tych dołach, do których razem z ojcem trafił jego kalendarz. 
 

Idzie cementową alejką, ale pod nogami czuje piasek,boon szedł wtedy po piasku. 

Szedł między eskortującymigoNKWD-zistami. 
Czy coś mówili? 
Czyon ocoś pytał? 
 

Weronika chciałaby usłyszeć teraz w tym lesie głosyptaków. 

Ale w tym lesie nie ma ptaków. 
W ciszy spomiędzydrzewdobiegają krzykieskorty. 
Rozdzielali ich, najpierw wyrywali z szeregu, ciągnęli pod ręce. 
Do dołów jest kilkanaściemetrów. 
Teraz rośnie tam trawa, ale ona widzi rozkopanydół. 
Dwóchludzi wykręca mu ręce. 
Trzeci krępuje je sznurem. 
Próbuje się odwrócić, coś krzyknąć, ale sznur zaciskamu gardło. 
Musiał się szarpać. 
Nigdy się nie poddawał. 
Słychać strzały, szczęk repetowanych pistoletów Walther. 
 

Ptaki chyba bały się strzałów. 

Nie,na pewno ich tuwtedy niebyło. 
Ale dlaczegonie ma ich teraz? 
I las był nie ten. 
Inie byłokrzyŜy, upamiętniających zbrodnię, przy których teraz odprawia się mszę. 
I doły nie były obramowane cementem. 
I dla niej nadalsą otwartą raną tej ziemi, tak jak śnią się jejod pewnego czasu, gdy sama czuje 
się rzucona na samo dnotakiego dołu i patrzy stamtąd w górę, na niebo, które raz jestchmurne, 
a raz ma barwę niezapominajek. 
 

Więc dołównie ma. 

Aleona je widzi. 
Nie musi zamykać oczu, bywidzieć, jak czyjaś rękawyciąga się ku jego głowie. 
Trzyma pistolet. 
Za chwilę naciśnie spust. 
Czy słyszy się 
 

284 

 

wtedy jeszcze ten huk? 

Co wjego źrenicach było ostatnimobrazem? 
Tekorzenie ucięte łyŜkąspychacza? 
Wystającązpiachu rękę kogoś zastrzelonego przed nim? 
Gdzie upadłałuska pocisku, który mu prześwidrował czaszkę? 
 

Weronika wyjmuje ztorebki zawiniętą w chusteczkę łuskę. 

Tęłuskęnaboju pistoletowego kaliber 7. 
62 zabrał stądkiedyś Jarosław. 
Był tu zimą 1943 roku i wtedy uznał, Ŝe sam niewie,jak udałomu się uniknąć strzału w 
tyłgłowy. 
Zabrałtę łuskęnapamiątkę ocalenia. 
A moŜe po to, by nigdy nie zapomnieć,Ŝedarowane Ŝycie warte jest kaŜdej ceny. 
Nawet ceny kłamstwa. 
I nagle uzmysławia sobie, Ŝe Jarosław Ŝyje tylko w jejwspomnieniach. 

background image

Anna nie moŜe go pamiętać, bo sama Ŝyjetylko w pamięci Weroniki. 
A ona nie ma nawet Ŝadnegozdjęcia Jarosława. 
Została po nim tylko ta łuska. 
Pokazałją wtedy, kiedy jeszcze usiłował przekonać wszystkich, siebie, Annęi cały świat, Ŝe 
czasem milczenie jest dowodem odwagi i Ŝetajemnicę śmiercijego kolegów trzeba zostawić 
historii. 
A potem historiazostawiła sobie tajemnicę jego śmierci. 
 

Wyjmuje łuskę z chusteczkii kładzie ją na murzepod krzyŜem, jak inni zostawiają 

monety wfontannie,do której chcąkiedyś wrócić. 
Przypomniał się jej ten pasaŜer, zktórymjechała we wspólnym przedziale aŜ do Smoleńska. 
 

- Wy tuńst? 

- zapytał, a ona, kręcąc przecząco głową,powiedziała: 
 

- Niet, jadocz. 

 

285. 

background image

 
Przenosi spojrzenie na las, przez który przesiewa sięsłońce. 
A ona patrzy w głąb lasu, jakby spodziewała się ujrzeć postać w mundurze, który przykrywa 
podbita futremczarna szuba. 
Tak go przecieŜ widziała we śnie Anna: szedłku niej przez las, a równocześnie jakby się 
oddalał, robił sięcoraz mniejszy, a potem zniknął, rozwiał się, jakby się zapadł pod ziemię. 

background image

 
KsiąŜkę wydrukowanona papierze Munken Prini White 15 80 g/m2 
 

Munken 

 

www.arcticpaper. 

com 
 

MUZA SA00-590 Warszawaul. 

Marszałkowska 8tel. 
022 6296524, 022 6295083e-mail: infomuza. 
com.pl 
 

Dział zamówień: 022 6286360, 0226293201Księgarniainternetowa: www. 

muza. 
com.pl 
 

Warszawa 2007Wydanie I 

 

Skład i łamanie: AVANTI, WarszawaDruk i oprawa: DNT - OddziałPAP SA, 

Warszawa.