background image

ROZDZIAŁ 

1

Kristine  Rolofson 
Romans sezonu

Cykl „Ach, co to był za ślub!”

Maximilian Cole nie spuszczał z oka swego najlepszego 

przyjaciela 

przemierzającego 

nerwowo 

kamienną 

posadzkę  prezbiterium.  W  takim  tempie  pan  młody 
opadnie z sił jeszcze przed rozpoczęciem ceremonii.

- Nie sądzisz, że powinieneś wziąć się w 
garść?
Jerry rzucił mu strapione spojrzenie.
- Jeśli coś pójdzie nie tak, będzie po mnie.
- Może uda ci się wywinąć.

Max wcisnął ręce w kieszenie spodni, nie zważając, że 

gniecie  biały  smoking.  Był  niemal  o  głowę  wyższy  od 
przyjaciela.  Choć  byli  w  tym  samym  wieku,  stanowili 
zupełne  przeciwieństwo.  Rudowłosy,  krótko  ostrzyżony  i 
piegowaty  Jerry  sprawiał  wrażenie  chłopca.  Max 
wyglądał  na  swoje  trzydzieści  dziewięć  lat;  pół  życia  na 
morzu  wyryło  bruzdy  na  jego  ogorzałej  twarzy.  Teraz 
gęste ciemne włosy opadły mu na czoło, a w oczach koloru 
morza migotały wesołe iskierki.

Pan młody spojrzał na zegarek.

- Za trzy minuty Barb będzie szła przez kościół.

- Właśnie - podkreślił Max. - Po to się tu dziś 

zebraliśmy.
Żeby ujrzeć was dwoje złączonych świętym węzłem 
małżeńskim.

background image

- To nie pora na docinki, Max. Jesteś pewien, że nie 

widziałeś, jak wchodziła?

Max domyślił się, że nie rozmawiają już o pannie 
młodej.

- Nawet nie wiem, jak wygląda.
- Niska. Ciemne włosy, brązowe oczy. - Jerry 

rozluźnił kołnierzyk, jakby brakowało mu powietrza. -
Lubi duże kolczyki.

Max  podszedł  do  drzwi  zakrystii  i  dyskretnie  wyjrzał. 

Muzyce  organowej  towarzyszył  cichy  szmer  rozmów  gości, 
których  porządkowi  prowadzili  na  wyznaczone  miejsca. 
Drewniane  ławki  tonęły  w  girlandach  białych  kwiatów, 
przez  witrażowe  okna  sączyło  się  jasne  czerwcowe  słońce. 
Niezłe  przedstawienie,  zauważył  w  duchu,  lustrując  rzędy 
zaproszonych na uroczystość.

Wtem 

spostrzegł 

drobną 

kobietę 

blado-

brzoskwiniowej  sukni.  Wślizgnęła  się  na  miejsce  obok 
jednego z braci Jerry'ego. Perłowe kolczyki zwisały jej do 
ramion,  a  czarne  loki  wysuwały  się  spod  kapelusza  z 
szerokim rondem.  Czy  to  możliwe,  żeby tak  krucha  istota 
była intrygantką, której obawiał się Jerry?

Max cofnął się i dołączył do zdenerwowanego 
przyjaciela.

- Chyba ją widziałem - powiedział. - Po stronie pana 

młodego, w trzynastym rzędzie. W białym kapeluszu.

- O, nie! -jęknął Jerry. - Co mam robić?
- Sam się w to wpakowałeś, bracie. Paskudna sprawa. 

- Poklepał przyjaciela po ramieniu. - Na pocieszenie mogę 
ci powiedzieć, że jest tu przynajmniej sześćdziesiąt kobiet 
i założę się, że
wszystkie noszą kolczyki.

- Nie czas na żarty. Podobno jesteś moim drużbą. 

Musisz ją stąd wyprowadzić.

- Nawet nie wiesz, czy to ona i czy ma złe zamiary.
- Ma - upierał się Jerry, znów rozluźniając 

kołnierzyk. -
Sprawiała kłopoty od pierwszego dnia naszej znajomości.

Max ponownie zaapelował do rozsądku przyjaciela.

- Może tak, może nie. Weź się w garść.

Gdy  pierwsze  akordy  towarzyszące  orszakowi 

wypełniły kościół, Jerry aż podskoczył.

- Nie spuszczaj jej z oka, Max. Jeśli wykona jakiś 

ruch, daj
mi znać.

- I co?

- Wyprowadź ją stąd..  

- Zgoda - westchnął Max. Kiedy ksiądz skinął, by do 

niego
podeszli, wziął Jerry'ego za łokieć i poprowadził w 
kierunku
ołtarza. - Powitajmy pannę młodą.

Arianna  wreszcie  usiadła  na  twardej  drewnianej  ławce. 

Przyglądała  się,  jak  porządkowy  prowadzi  starszą  panią, 
zapewne  matkę  pana  młodego,  na  miejsce  z  przodu.  Kiedy 
zabrzmiały  organy,  zapowiadając  nadejście  druhen, 
wygładziła  wąską  spódnicę  i  posłusznie  stanęła  twarzą  do 
przejścia.  Nie  cierpiała  się  spóźniać,  ale  w  ostatniej  chwili 
zaczepiła rajstopy. Czuła teraz zakrzepłą kroplę lakieru przy-
lepioną do uda.

Dyskretnie  rozejrzała  się  wokół  w  poszukiwaniu 

znajomych twarzy. Na próżno. Siedem lat to kawał czasu -
ciotki  i  wujowie  postarzeli  się,  a  ich  dzieci  dorosły. 
Dlaczego dała się namówić na przyjście? To, że mama jak 
zwykle  nagle  musiała  zająć  się  wnukami,  nie  oznaczało, 
że  Ari  była  zobowiązana  do  przychodzenia  tu  zamiast 
niej. Sama jestem sobie winna, uznała. Powinnam znaleźć 
jakąś wymówkę.

- Śluby - mawiała matka - są takie urocze i 
inspirujące.
Inspirujące jak diabli. Ari zmarszczyła brwi, ale 
udawała, że

się dobrze bawi, co nie przychodziło jej łatwo.

W  pobliżu  wejścia  dreptała  nerwowo  panna  młoda  w 

lawendowej sukni. Wyglądała, jakby dopiero co ukończyła 
szkołę średnią. Ari nagle poczuła się dwa razy starsza, niż 
na to wskazywały

background image

jej  trzydzieści  dwa  lata.  Jak  tylko  orszak  druhen  minął 
ławkę, 

rozbrzmiały 

dźwięki 

marsza 

weselnego. 

Doskonale,  zauważyła  w  duchu  Ari.  Teraz  wuj  Harry 
poprowadzi  jedną  z  sześciu  córek  wzdłuż  nawy  i  odda  ją 
temu jak mu tam.

Kiedy  panna  młoda  i  jej  ojciec  zbliżyli  się  do  jej 

ławki,  Ari  wytrzeszczyła  oczy  ze  zdumienia.  To  nie  był 
wuj  Harry.  Chyba  że  stracił  kilkadziesiąt  kilo  i  odrosły 
mu  włosy.  Kuzynka  Effie  według  słów  matki  była 
„dorodna". Młoda kobieta w welonie miała smukłą talię i 
nawet na obcasach była niższa od Ari.

Niewłaściwe  miejsce w niewłaściwym czasie. Czy  w jej 

życiu  zawsze  będzie  się  to  powtarzać?  Ari  ponownie 
obrzuciła wzrokiem tłum z nikłą nadzieją, że wreszcie kogoś 
rozpozna,  ale  zdawała  sobie  sprawę,  że  to  beznadziejne. 
Mniejsza  o  to,  że  była  przekonana,  iż  ceremonia  ma  się 
odbyć  u  Św.  Katarzyny  o  drugiej  po  południu  w  sobotę 
dwudziestego  trzeciego  czerwca.  Po  prostu  nie  byłoby 
grzecznie  uczestniczyć  w  zaślubinach  nieznajomych. 
Zerknęła na pustą ławkę po prawej. Oto droga ucieczki. Czy 
uda  jej  się  wymknąć  na  palcach  bez  zwracania  niczyjej 
uwagi?

Szybko oceniła sytuację. Na szczęście marsz płynął w 

wolnym  tempie.  Ari  zakładała,  że  minie  jeszcze  kilka 
chwil,  zanim  panna  młoda  z  ojcem  dotrą  do  ołtarza. 
Kościół był przepełniony, a poza tym wszystkie oczy były 
zwrócone na młodą parę.

Zacisnęła  w  dłoni  malutką  torebkę  i  wyślizgnęła  się 

bokiem, starając się nie dotykać obcasami posadzki. Kiedy 
tylko  dotrze  do  bocznej  nawy,  przyspieszy  kroku,  może 
nawet uda, że się źle poczuła, w razie gdyby ktoś zauważył 
jej wyjście.

Tak  się  stało.  Wysoki,  ciemnowłosy  mężczyzna  w 

białym smokingu zablokował jej drogę, zupełnie jakby na 
nią czekał.

- Prze... - zaczęła Ań szeptem, ale jej przerwał
- O, nie, na pewno nie.

Ari uniosła głowę i spojrzała na niego. Zanim 
odwróciła

wzrok,  zdążyła  zauważyć  falujące  włosy  i  wyrazistą, 
ogorzałą  twarz.  Jeden  z  najprzystojniejszych  mężczyzn, 
jakich kiedykolwiek widziała, nie chciał, żeby wychodziła 
z  kościoła?  To  jakiś  nonsens.  Dotarłszy  do  nawy, 
spróbowała ponownie.

- Przepraszam.
- Tędy - polecił, zniżając głos. Złapał ją za ramię, tak 

jak
by chciał ją odciągnąć od ołtarza. Dlaczego sądził, że szła 
właśnie tam?

Ari utkwiła wzrok w zimne niebieskie oczy w oprawie 

czarnych  rzęs.  Przyszedł  jej  na  myśl  zwrot 
„niebezpieczny  niczym  pirat".  Widząc  jej  wahanie, 
nieznajomy zacisnął wargi i wzmocnił uścisk.

- W porządku - powiedziała półgłosem, pozwalając się 

pro
wadzić. Zdaje się, że nie miała wyboru. Może wiedział o 
jakichś
drzwiach, które cicho się otworzą i wypuszczą ją na 
słońce.
Najwyraźniej należał do grona gości; w klapie miał wpięty 
świeży biały goździk. - Nie musi pan tego robić -
szepnęła. - Znajdę
drogę do wyjścia.

Milczenie. Nacisk dużej ręki na jej ramieniu nie zelżał. 

Organy  przestały  grać  i  tłum  uciszył  się  właśnie  wtedy, 
kiedy towarzysz Ari popchnął ją do przedsionka.

- Boczne drzwi - mruknął. - Tylko bez hałasu.

Ari 

westchnęła. 

Właściwie 

powinna 

być 

przyzwyczajona  do  władczych,  ogorzałych  mężczyzn.  W 
Montanie  było  ich  pełno.  Ale  niewielu  nosiło  białe 
smokingi i żaden z mężczyzn, z którymi się spotykała, nie 
wyprowadzał jej znikąd na siłę.

Ostrożnie  przekroczyła  kartonowe  pudło  z  ulotkami  i 

obserwowała,  jak  jej  towarzysz  przekręca  miedzianą  gałkę 
drzwi.  Po  paru  minutach  stanęli  na  miękkim  zielonym 
trawniku  okalającym  kościół  Św.  Katarzyny  i  mężczyzna 
wreszcie puścił jej ramię.

- Słuchaj - powiedział, patrząc na nią z góry. 
Zawahał się,

background image

ale po chwili podjął: - Nie wiem, jaką grę prowadzisz, ale 
nawet nie myśl, że ci się uda.

Miał głęboki, dźwięczny głos, taki, który niesie się  na 

mile. To, co mówił, nie miało sensu.

- Grę? - powtórzyła za nim jak echo.
- Nie można gmatwać ludziom życia, moja pani.
- Nie bardzo rozumiem. Chyba bierzesz mnie za kogoś 
innego.
- Nie próbuj mnie zwodzić. To na nic.
- Przykro mi. - Doszła do wniosku, że mu ustąpi. 

Póki nie
uda jej się uciec. - Zdaje się, że popełniłam błąd.

- Jeny też. I to duży, co nie znaczy, że musi za niego 

płacić
przez resztę życia.

- Jerry?
Znów  zacisnął  wargi,  wokół  których  pojawiły  się 

bruzdy. Świetnie wyglądał, nawet kiedy marszczył brwi.

- Nie udawaj głupiej, mała. Zostaw to na inną okazję.

Ari opanowała gniew. Przecież postanowiła mu ustąpić. 

Skierowała  się  w  stronę  chodnika  z  nadzieją,  że  uda  jej 
się  minąć  nieznajomego  i  dotrzeć  na  parking  po  drugiej 
stronie kościoła.

- Masz całkowitą rację. Ten, no, Jerry powinien teraz 

rozpocząć nowe życie.

- Obiecaj mi, że tam nie wrócisz.
- Przysięgam. - Arianna uroczyście skinęła głową i 

położyła
dłoń na piersi.

Stłumione  dźwięki  muzyki  organowej  dotarły  aż  tu. 

Max  spojrzał  z  miną  winowajcy  w  stronę  kościoła.  Jako 
drużba  powinien  stać  teraz  obok  przyjaciela.  Dobrze,  że 
przekazał  obrączkę  ślubną  bratu  Jerry'ego,  zanim  pognał 
nawą, by odciąć tej kobiecie drogę do ołtarza.

- Może powinieneś wrócić na ślub - powiedziała ta 

dziwna
kobieta, zmierzając na chodnik, zupełnie jakby nic jej 
to nie

obchodziło.  Chciał  ją  puścić,  ale  nie  bardzo  podobał 
mu się obrany przez nią kierunek.

- Trzymaj się z dala od kościoła - mruknął.

Stanęła  i  zwróciła  duże  brązowe  oczy  w  jego  kierunku. 

Zachwycił go jej kapelusz. Szerokie rondo ocieniało delikatne 
rysy  i  podkreślało  cerę  koloru  kości  słoniowej.  Wcielenie 
niewinności,  pomyślał,  skłonny  uwierzyć,  że  się  omylił. 
Właśnie wtedy zaklęła.

- Co? - Dopadł jej w mgnieniu oka. Nie wierzył 

własnym
uszom.

- To co słyszałeś. Mam powtórzyć? '
- Zabawne, że ty to mówisz.

Jej oczy zapłonęły, ale po chwili uśmiechnęła się.

- Musisz mi wybaczyć. Tego popołudnia popełniłam 

głupią
omyłkę i mam dość znęcania się nade mną. Idę do...

, -  Nie. - Max  chwycił ją za rękę. Był przyzwyczajony 

do  szybkiego  podejmowania  decyzji,  a  ta  sytuacja 
wymagała działania. - Idziesz ze mną. Nie mogę dopuścić 
do  zrujnowania  przyjęcia.  -  Albo  miesiąca  miodowego, 
dodał w myśli.

Max  uznał,  że  wszystko  jest  możliwe.  Pociągnął  ją 

chodnikiem w kierunku doków Galilee.

- Nie mam zamiaru niczego rujnować -

zaprotestowała. -
Pomyślałam tylko, że w drodze do domu zajrzę do 
biblioteki.

Niemal  w  to  wierzył.  Wyglądała  raczej  jak  skromna 

bibliotekarka  niż  doświadczona  uwodzicielka,  która 
próbowała  zmusić  Jerry'ego  szantażem,  żeby  się  z  nią 
ożenił.

- Biblioteka. Niezły wykręt.
- Mógłbyś zwolnić? Mam wąską spódnicę.
- Jasne.

To  była  rozsądna  prośba,  zwłaszcza  że  Max  nie  miał 

zielonego  pojęcia,  dokąd  ją  zabrać.  Zwolnił  kroku,  ale 
nie wypuszczał z uścisku jej drobnej dłoni.

background image

- Dziękuję. - Ari zaczęła wątpić w swoje zdrowie 

psychiczne. Może ma złego sobowtóra? Na tę myśl omal 
nie wybuchnęła
śmiechem. Skazana w dzieciństwie na towarzystwo pięciu 
braci,
tęskniła za siostrą, nawet złą. Braciom zawdzięczała, 
że nie
tylko klęła jak marynarz, potrafiła się także skutecznie 
bronić.
Dobrze wiedziała, co ma robić, gdyby nieznajomy 
okazał się
niebezpieczny. Na razie jednak uścisk jego twardej dłoni 
pozostał
łagodny.

Ocean  pachniał  coraz  mocniej.  Zbliżali  się  do  serca 

najbardziej  znanej  wioski  rybackiej  w  Rhode  Island. 
Wzdłuż  szerokiej  jednokierunkowej  ulicy  biegnącej 
wzdłuż  portu spacerowali turyści.  Za  fabrykami  konserw, 
restauracjami i sklepami rybnymi ciągnęły się doki..

Max  zawahał  się,  po  czym  ostrożnie  poprowadził 

Bibliotekarkę,  jak  zaczął  ją  w  myśli  nazywać,  w  kierunku 
dużego białego budynku z napisem „Cole Products". Zerknął 
dyskretnie  w  głąb  uliczki.  Jego  najnowszy  nabytek,  kuter
,,Lady Million", był wciąż na morzu.

- Jeśli myślisz, że uda ci się zaciągnąć mnie w tę 

uliczkę, to
się mylisz - powiedziała cicho kobieta.

Spojrzał na nią, ale kapelusz zasłaniał jej twarz, więc ujrzał 

tylko,  że  wysokie  obcasy  wbiły  się  w  piaszczystą 
nawierzchnię parkingu.

- Jestem drużbą, nie gwałcicielem.
- A ja nie jestem tą, za którą mnie bierzesz. -

Odrzuciła
głowę do tyłu i Max znów spojrzał w te brązowe oczy.

- Nie mogę ryzykować.
- No to co zrobimy?
- Zachowujmy się jak turyści - zaproponował. -

Widzisz?
Przechodnie uśmiechają się do nas.

- Jesteśmy trochę zbyt wystrojem.

Minęli  otwarte  drzwi  smażalni  i  Max  wciągnął  w 

nozdrza zapach mięczaków w cieście.

- Musimy jakoś zabić czas. Nie jesteś głodna?
- Daj spokój. Odprowadź mnie do samochodu i pozwól 

pojechać do domu - zasugerowała.

Faktycznie. Mógłby wrócić do kościoła, witać gości na 

przyjęciu, pić szampana i tańczyć z siostrą panny młodej, 
siedemnastoletnią  druhną,  która  chodziła  za  nim  jak 
szczeniak.  Mógł  nerwowo  sprawdzać  wszystkie  wejścia 
olbrzymiego  klubu  w  nadziei,  że  nie  pojawi  się  w  nich 
Bibliotekarka,  albo  wypić  za  dużo  i  wrócić  do  pustego 
domu. Znowu.

Albo,  pomyślał,  widząc  prom,  z  którego  właśnie 

wysiadali  turyści,  on  i  jego  towarzyszka  mogliby  się 
wybrać  na  przejażdżkę.  Wolną  ręką  szarpnął  krawat  i 
rozluźnił kołnierzyk koszuli.

- Płyniemy na Block Island? - Ari nie mogła w to 
uwierzyć.
Puścił jej rękę, wyciągnął portfel z wewnętrznej 
kieszeni

smokingu i wyjął kilka banknotów.

- Zgadza się.
Ari  zawahała  się.  Mogła  uciec  albo  zrobić  scenę  i 

zawołać  policję,  albo  wrócić  do  domu,  gdzie  czekała  ją 
opieka  nad  bratankami  lub  krojenie  ziemniaków  w 
kostkę na gęstą zupę z ryb i małży. W najlepszym razie 
mogła  liczyć  na  to,  że  uda  jej  się  przeczytać  po  raz 
kolejny „Dumę i uprzedzenie".

- Jak na niewinną kobietę nie opierasz się za bardzo –

zauważył, biorąc ją znów za rękę.

- Dobrze się bawię - odparła.
Szalone,  ale  prawdziwe.  Przez  parę  godzin  nikt  jej 

nie  oczeki wał  w  do mu,   a  po goda  b yła  piękna. 
Dlaczego  nie  miałaby  się  zabawić?  Stanęła  w  kolejce 
turystów w wakacyjnych strojach. Z pewnością ktoś by jej 
pomógł,  gdyby  o  to  poprosiła.  Spojrzała  w  górę  na 
szerokie  ramiona  drużby.  Na  oko  był  przynajmniej  pięć 
lat od niej starszy. Z jakiegoś niewytłumaczalnego

background image

powodu niemal go polubiła. Naprawdę go polubiła.

- Dlaczego wybieramy się na Block 
Island?
Wzruszył ramionami.
- Potrzebuję świeżego powietrza.
Ari przytrzymała kapelusz, by wiatr nie zerwał jej go z 
głowy.
- Cóż, to wystarczający powód.
Uśmiechnął  się  do  niej.  Absolutnie  zniewalający 

uśmiech.  Ciepło  wreszcie  rozświetliło  jego  niebieskie 
oczy.

- Będziesz się dobrze bawić.
- A jeśli dostanę morskiej choroby?

- Nie dostaniesz. - Spojrzał w kierunku horyzontu. -

Jest
całkiem spokojnie jak na czerwiec, mimo chmur.

- Ostatni raz byłam na Block Island, mając trzynaście 

lat. To
była szkolna wycieczka. Wszyscy na promie 
wymiotowali.

- Ty też? - Pomachał do nastolatka sprawującego 

opiekę nad
gigantycznym zwojem lin. Ari zauważyła, jak buzia 
chłopca
pojaśniała.

- Tak - odparła. - Mieszkasz 
tu?
Przytaknął.
- Tu jest mój dom.

Sposób,  w  jaki  to  powiedział,  sprawił,  że  Ari 

zawahała się, zanim zadała kolejne pytanie.

- Galilee czy Atlantyk?
- Chyba jedno i drugie. - Puścił jej dłoń, dotknął 

pleców
i poprowadził ją przez tłum, wymijając turystów z małymi 
dziećmi, rowerami, meblami ogrodowymi i plecakami. 
Ari odniosła
wrażenie, że ta wyprawa przypomina bardziej randkę niż 
porwanie. - Chodźmy na górę, stamtąd jest dobry widok.

Znalazłszy  się  na  górnym  pokładzie,  stanęli  w 

milczeniu  przy  relingu.  Prom  zaczął  swą  powolną 
podróż  obok  skalistych  ramion  falochronu  i  wypłynął  z 
portu.  Ari  zmęczyła  się  pilnowaniem,  by  kapelusz  nie 
sfrunął, i staraniami, żeby nie upuścić maleńkiej atłasowej 
torebki.

- Może włożyłbym to do kieszeni? - zaproponował 
Max.
Miała ochotę wyrzucić ją za burtę, ale były w niej 
kluczyki do

samochodu, prawo jazdy, nowa szminka i trzy dolary.

- Cóż...
- Obiecuję, że będzie u mnie bezpieczna. Naprawdę.
- Potrzymasz mi kapelusz?
Wziął delikatnie rondo w palce.

- Chwileczkę. - Ari otworzyła torebkę i wyjęła z niej 

ban
knoty. Kiedy wsunął ją do kieszeni, odwróciła się, złożyła 
pieniądze w kostkę i wepchnęła je za stanik. Czyż babcia 
nie uczyła jej,
że to jedyny bezpieczny schowek na pieniądze? Wreszcie 
zwróciła się twarzą ku mężczyźnie, z którym miała 
spędzić resztę
popołudnia. - Domyślam się, że wciąż mamy się 
zachowywać
jak turyści, prawda?

- Prawda. Pomachaj do ludzi na falochronie.

Ari  posłuchała.  Przypomniała  sobie,  jak  setki  razy 

siadywała  na  skałach  i  machała  do  wesołych  pasażerów 
na promie.

- Chcesz swój kapelusz z powrotem?

Wyciągnęła  rękę.  Podmuch  wiatru  wyrwał  go  z  jej 

palców.  Nieznajomy  próbował  go  chwycić,  ale  kapelusz 
zatańczył wzdłuż relingu, przekoziołkował i zniknął.

- No i po elegancji. - Ari uśmiechnęła się, 

usłyszawszy, jak
mężczyzna cicho zaklął. - Nie rób takiej miny. Niewielka 
strata.
Niecałe cztery dolary u Woolwortha.

- Kupię ci inny - obiecał.

Potrząsnęła  głową.  Oceaniczny  wiatr  zwiał  ciężkie 

włosy z jej twarzy.

- Nie kłopocz się, kupiłam go tylko na ślub.

background image

Właśnie, ślub.
- Już się pewnie skończył. - Max wpatrywał się w jej 

twarz,
szukając śladów bólu czy żalu. Coś mignęło w jej oczach. 
Może
poczucie winy?

- Pewnie tak.
- Jerry nie powiedział mi, jak się nazywasz.

- Ja też nie znam twego imienia -
odparła.
Puścił to mimo uszu.
- Muszę się jakoś do ciebie zwracać.
Ari przyszła na myśl książka leżąca na nocnym stoliku.
- Jane - powiedziała. - Jane Austen.
Nie dał po sobie poznać, że coś mu to mówi.
- Wiesz - powiedział, opierając się o reling - nie mam 

pojęcia, co chciałaś dziś osiągnąć. Awantura na ślubie 
to szalony
pomysł. - A ty nie wyglądasz na szaloną, dodał w myśli.

- Próbowałam to wyjaśnić, ale nie słuchałeś.
- Teraz słucham, Jane. - Brzoskwiniowy jedwab i 

koronka,
pantofle na obcasach i perłowe kolczyki. To wszystko 
przyciągało jego uwagę.

Minęło  kilka  minut,  a  ona,  zamiast  wyjaśnić,  sama 

zadała pytanie.

- A ty kim jesteś? Oczywiście poza rolą drużby.
Max westchnął z rezygnacją, ale nie mógł powstrzymać 

się od uśmiechu, że tak uparcie odmawiała kapitulacji.

- Charles. Charles Dickens.
- Niezła z nas para, prawda?
- A więc, Jane, co robisz poza pisaniem książek? -
naciskał.

- Tu mnie masz - roześmiała 
się.
.- A może powiesz prawdę?
- Cały czas mówiłam prawdę, Charles.
- Mam na imię Max.

- Max - powtórzyła. - Skrót od...
- Maximilian. - Miał ochotę dotknąć pereł, 

wiszących tuż
przy delikatnej szyi, ale nie odrywał dłoni od relingu. W 
głowie
brzmiało mu ostrzeżenie Jerry'ego, coś  o tym, że ta 
kobieta oznacza kłopoty. Uważaj się za ostrzeżonego, 
Cole, i zaryzykuj. -
Twoja kolej.

- Myślałam, że wiesz. Czy Jerry nic ci nie 
powiedział?
- Nie. - Jerry niewiele mówił o swej przygodzie, a 

Max nie
pytał.

- Ari. Zdrobnienie od Arianny.
- Arianna - powtórzył. - Pasuje do ciebie.
- Powiem mamie, że ci się podoba.
- Proszę, zrób to - szepnął. - Na pewno jesteś stąd.
- Dlaczego tak sądzisz?
- Wycieczka na Block Island.

Ari nie miała zamiaru zdradzać mu swego nazwiska. Jeśli 

mieszkał  w  okolicy  Galilee,  jak  twierdził,  z  pewnością  je 
znał.  Robiło  się  coraz  ciekawiej.  To,  że  wzięto  ją  za 
awanturnicę i podejrzewano o chęć zakłócenia uroczystości 
zaślubin, było wystarczająco dziwaczne, ale wyprowadzenie 
z kościoła i zaciągnięcie na prom to doświadczenie jedyne w 
swoim rodzaju. Za  parę godzin będzie musiała powrócić do 
roli posłusznej córki i kochającej siostry, której podjęła się w 
te  wakacje,  ale  teraz  uległa  pokusie.  Postanowiła 
przyjemnie  spędzić  popołudnie  w  towarzystwie  jednego  z 
najprzystojniejszych mężczyzn, jakich znała.

- Nie mówmy o przeszłości - powiedziała tonem, 

który, jak
miała nadzieję, zabrzmiał tajemniczo.

Uniósł brwi.
- Zgoda. Powiedz mi więc, co zamierzałaś zrobić po 

zerwaniu ślubu. Czy sądziłaś, że Jerry z tobą wyjedzie?

- Nie mówmy o Jerrym.

background image

Zgodził się z wielką chęcią.
- A więc rozejm. - Wpatrzył się w błękitne wody 

zatoki.
Setki łódek kołysały się na falach w pobliżu promu. Na 
horyzoncie pojawił się szary zarys trawlera i 
charakterystyczne piaszczyste urwiska wyspy. Odwrócił 
się i spojrzał na towarzyszącą mu
kobietę. - W porządku?

Ari wyglądała niepewnie.
- Co się stanie, jak dopłyniemy do 
wyspy?
Nie spuszczę cię z oka, obiecał sobie.
- A co chciałabyś robić?
- Nie mamy odpowiednich strojów na plażę ani na 
rower.
- Jesteś głodna?
- Nie byliśmy na przyjęciu.
- O to właśnie chodziło.

- Ty wciąż myślisz, że ja jestem... rozrabiarą. -

Teraz
brzmiało to nawet zabawnie. Z jego strony nic jej nie 
groziło. Na
promie było pełno pasażerów, a kiedy tylko dopłyną, Ari z 
łatwością mogłaby zgubić Maxa. Gdyby chciała. Co z 
tego, że miała
tylko trzy dolary? Mogła zadzwonić do ojca albo jednego z 
braci,
żeby po nią podpłynęli, nawet gdyby oznaczało to 
powrót na
„Peggy Lou". To ostateczność, uznała w duchu. Nie miała 
ochoty
wchodzić na pokład czegoś mniejszego niż ten prom.

- Nie jestem pewny - odezwał się  Max - ale jesteś piękną 

kobietą i, mimo dziwnych okoliczności, spędzasz 
popołudnie ze mną.

- Nie zostawiłeś mi wyboru, prawda?
- Och, cały czas miałaś wybór. - Pochylił się, by 

usłyszała
jego słowa mimo wzmagającego się wiatru. - Jesteś 
inteligentną
kobietą, Jane Austen, i oboje wiemy, że mogłaś bez trudu 
uwolnić
się od mego towarzystwa.

ROZDZIAŁ 2

Przez pozostałą godzinę rejsu Ari usiłowała nie zwracać 

uwagi  na  swego  towarzysza,  choć  nie  było  to  łatwe.  Nic 
dziwnego, Max stał tuż obok. Miał rację. Znalazła się tu, 
ponieważ  tego  chciała.  Kiedy  zmieni  zdanie,  po  prostu 
odejdzie.

Rozejm,  powiedział Max. W porządku.  Ari przywykła 

do zawierania rozejmów.

Prom  zbliżał  się  do  latarni  morskiej  w  starym  porcie. 

Ari  ujrzała  kolonialne  domki  porozrzucane  na  zboczach 
wzgórz..  Olbrzymie  białe  wiktoriańskie  hotele  były 
zwrócone  ku  zatoce,  jakby  w  oczekiwaniu  na  powitanie 
przypływających  turystów.  Kiedy  wreszcie  przybili  do 
brzegu, Max wyciągnął rękę.

- Cóż, Arianno? Chyba ruszymy?

Podała mu dłoń i przeszył ją dziwny dreszcz.

- Proszę prowadzić, panie Dickens.
Zeszli  po  schodach,  potem  schodnią.  Z  dolnego 

pokładu  dobiegało  trzaskanie  drzwiczek  i  odgłosy 
zapalania silników samochodowych. Wkrótce  minęli tłum 
i znaleźli się na wyasfaltowanym parkingu.

- Mam wrażenie, że z roku na rok coraz bardziej tu 

tłoczno.
Jeszcze nie ma pełni sezonu, a tyle się dzieje - zauważył 
Max.

background image

- Pójdziemy na spacer?
- Mam lepszy pomysł. Weźmy taksówkę i przejedźmy 

się po
wyspie.

Ari  popatrzyła  tęsknie  na  oryginalne  sklepy  na  Water 

Street, po czym odwróciła się do Maxa.

- Czy to nie zajmie zbyt dużo czasu? Nie chciałabym 

spóźnić
się na powrotny rejs.

Pokręcił głową.

- Wyspa ma tylko jedenaście kilometrów długości. A 

przed
nami całe popołudnie.

- Czy mam wybór?
Max zaśmiał się cicho.
- Co powiesz na 
kompromis?
- To znaczy?
- Przejedziemy się, a potem pochodzimy po mieście.
Ari  skinęła  aprobująco  głową.  Domyślała  się,  że  jej 

towarzyszowi  niełatwo  przychodził  kompromis.  Jego 
zachowanie  wskazywało na  to, że był przyzwyczajony do 
wydawania  poleceń,  nie  do  podporządkowywania  się    im. 
Przywołanie  taksówki  zajęło  mu  dosłownie  chwilę.  Kiedy 
wsiedli  do  mocno  zniszczonego  żółtego  auta,  Ari  z  ulgą 
zsunęła  z  nóg  białe  pantofelki.  Dobrze  byłoby  znaleźć 
jakąś  łazienkę,  zdjąć  rajstopy  i  wyrzucić  je  do  śmieci.  Ale 
najpierw  musiałaby  kupić  sandały.  Za  najwyżej  trzy 
dolary.

Głos Maxa wyrwał ją z zamyślenia.

- Czy wiesz, że podobno w tych wodach w 

siedemnastym
i osiemnastym wieku zatonęło ponad pięćset statków?

- Ojciec opowiadał mi morskie historie. - Ari spojrzała 

przez okno na ocean. - Czytałam kiedyś, że kapitan Kidd
zostawił na Block Island żonę i córkę. Spędziły tu 
zimę, podczas gdy on uprawiał swoje pirackie rzemiosło. 
Było to tuż przed tym, jak go zdradzono i zmuszono do 
poddania się w Bostonie.

- Kto go zdradził? Żona?
Ari pokręciła głową.

- Oczywiście, że nie. - Nagle uprzytomniła sobie, że 

ktoś może czekać na Maxa na weselu. Dlaczego nie 
pomyślała o tym wcześniej? - Jesteś żonaty?

- Nie. Nigdy nie byłem.

- A więc czy nie jesteś odrobinę 
cyniczny? 
Skrzywił się.
- Naprawdę nie jestem. To po prostu był ciężki dzień.

- Nie żartuj. - Opuściła szybę do połowy i spojrzała na 

Maxa. - Nie jest ci za ciepło w tym smokingu?

Zaprzeczył ruchem głowy.

- A jak to było z Jerrym, nawiasem mówiąc?

Ari wyczuła irytację w jego głosie. Uciekła wzrokiem w 

przestrzeń.

- Myślałam, że nie będziemy już o nim rozmawiać. 

– Jeśli Max zorientuje się, że ją z kimś pomylił, może 
zechce wrócić następnym kursem. Nie miała ochoty 
wracać. Jeszcze nie
teraz.

- To prawda - przyznał, kładąc rękę na oparciu 

siedzenia,
niepokojąco blisko szyi Ari.

Jechali w milczeniu przez parę minut, aż wreszcie Max 
spytał:
- Czy ojciec opowiadał ci kiedyś historię statku 

„Palatine Light", Arianno?

Siwiejący taksówkarz spojrzał przez ramię.

- Niech pan nie opowiada tej damie 
bzdur.
Ari pochyliła się do przodu.
- Czemu nie? Nie bardzo to pamiętam.

- To stek nonsensów, a my, wyspiarze, musimy 

wysłuchiwać
tego od ponad stu lat - rzucił kierowca.

- Opowiem prawdziwą historię - bronił się Max.

background image

Kierowca skinął głową i wsadził fajkę między zęby.
- Lepiej wysiądźcie i popatrzcie na urwiska. 

Zaczekam na
was przy latarni.

Ari szybko wsunęła stopy w pantofle, a Max wysiadł z 

samochodu  i  odwrócił  się,  by  podać  jej  rękę.  Wyszła 
wprost na  porywisty  wiatr i  wpatrzyła się  w  fale  bijące  o 
brzeg.

- Wiatr się wzmaga - zauważył Max. - Zanosi się na 
burzę.
Żołądek Ari zacisnął się w panice. Właśnie to 
sprawiało, że

tęskniła za osłoną Gór Skalistych. Powinna tam zostać, 
zamiast kusić los powrotem do Rhode Island.

- Jak wrócimy do domu?

- O co chodzi? - Max przybliżył się o krok i 

dotknął jej
ramienia. - Boisz się odrobiny wiatru?

Tak!  -  miała  ochotę  krzyknąć.  Boję  się  wzburzonego 

morza i sztormów! Z trudem zapanowała nad głosem.

- Nie przepadam za burzami.
- Chodź. - Podał jej ramię. - Wróćmy do samochodu. 

Opowiem ci o „Palatine Light" podczas kolacji. -
Uśmiechał się, ale
w oczach miał niepokój. - Odnoszę wrażenie, że nie 
chcesz teraz
słuchać żadnych opowieści o zatopionych okrętach.

- Kolacji? - powtórzyła.
- Jestem ci winien poczęstunek, czyż nie? - Spojrzał 

na zegarek. - Jest pół do piątej. Zwiedzanie zajmie nam 
godzinę.

- Zgoda, Max. - Ari pozwoliła się poprowadzić do 

taksówki.
Poza zasięgiem wiatru czuła się bezpieczniej.

Kierowca  pojechał  wzdłuż  wybrzeża,  a  potem  skręcił 

w głąb lądu. Pokazał im Great Salt Pond i oszalowany na 
biało  posterunek  strażnika  wybrzeża,  po  czym  skierował 
się z powrotem do starego portu.

- Mgła gęstnieje - ostrzegł. - Chcecie pojechać na 
cypel?
- Tym razem nie, dziękujemy - odparł Max.

Ari 

pamiętała 

dobrze, 

jak 

ojciec 

przeklinał 

nieprzewidywalne  czerwcowe  mgły.  Jej  żądza  przygody 
przygasła.

- Może powinniśmy wracać następnym rejsem? –

zasugerowała.

Max zapłacił taksówkarzowi i wziął Ari za rękę.

- Jeszcze nie - odparł. - Chciałaś pooglądać wystawy.

-: Mogę to sobie darować - rzuciła. - Prawdę mówiąc, 

chętnie  poczekałabym  w  porcie,  by  być  pierwsza  na 
pokładzie.

- To nie jest konieczne. - Poprowadził ją w kierunku 

jasno oświetlonego białego budynku, którego okna 
zdobiły kwiaty
w skrzynkach. - Poza tym jeszcze za wcześnie na powrót.

- Czy nie przychodzi ci do głowy - Ari z trudem 

chwytała
powietrze, usiłując za nim nadążyć - że jeśli błędnie mnie 
oceniłeś, jakaś awanturnica może właśnie rujnuje wesele 
twego przyjaciela?

- Nie. - Max zatrzymał się przed wejściem do 

Harborview Inn i spojrzał na potargane włosy Ari. - Choć 
jestem na siebie za
to wściekły, myślę, że jesteś właśnie tą kobietą, której nie 
powinienem spuszczać z oka.

Gorąco  pragnęłaby  mieć  gotową  odpowiedź.  Niestety. 

W  milczeniu  weszli  do  przytulnego  holu  i  Max  podszedł 
do kierowniczki sali.

- Nie wyglądamy jak turyści, prawda? - powiedziała 

Ari pod
nosem, zauważywszy spojrzenia innych gości, kiedy 
prowadzono ich do kameralnego stolika dla dwóch osób 
z widokiem
na port.

- Chyba nie. - Wzruszył ramionami i odsunął dla 

niej
krzesło.

- Ludzie się nam przyglądają.
- Jesteś piękna. Dlaczego nie mieliby się przyglądać?
Ari uważnie popatrzyła na Maxa przez stół. Czy nie 
zdawał

background image

sobie  sprawy,  że  to  on  przyciągał  spojrzenia?  W  tym 
białym smokingu wyglądał jak gwiazda filmowa.

- Nie zawracaj mi...
- Mają państwo ochotę na koktajl? - spytała kelnerka, 

kładąc
przed nimi karty dań.

Max pochylił się ku Ari.
- Czego się napijesz, Arianno? Może białego 
wina?
Pokręciła głową.
- Rum z sokiem ananasowym. Podwójny.
- Podwójny - powtórzył, unosząc brwi, po czym zwrócił 

się
do kelnerki: - Dla mnie czystą szkocką. - Przyglądał się 
Arian-
nie. Wiatr zburzył jej włosy w fale wokół twarzy, niemal 
zakrywając perłowe kolczyki, które tak go zachwyciły. 
Niepokój w jej
oczach intrygował. - Martwisz się mgłą?

- Jestem na wyspie z nieznajomym mężczyzną, mam 

przy
sobie trzy dolary, a morze zasnuwa się mgłą. Czym tu się 
martwić? - Oparła brodę na rękach. - Nie mam nawet 
szczotki do
włosów.

- A do tego straciłaś kapelusz - uzupełnił.
- Mógłbyś mi dać moją torebkę? Chciałabym się 

odświeżyć.
Oczywiście - dodała - jeśli nie masz nic przeciwko temu, że 
cię
zostawię samego na parę minut.

Max z uśmiechem podał jej torebkę.

- Wiem, że wrócisz na drinka.
- Masz rację - mruknęła.

Patrzył,  jak  idzie  przez  salę.  Skromna  aż  do  jasnych 

rajstop  i  niezbyt  wysokich  obcasów.  Może  Jerry  się 
mylił?

Nieważne. Max od miesięcy nie bawił się tak dobrze. 

Cóż, zawsze lubił niespodzianki. Kelnerka przyniosła drinki. 
Rozparł się na krześle i pociągnął spory łyk szkockiej. - Czy 
decydują się państwo na złożenie zamówienia? Do

najbliższego  rejsu  zostało  czterdzieści  pięć  minut  -
powiedziała kelnerka.  -  Nie  wiadomo,  czy  rejs  o  ósmej 
nie zostanie odwołany.

Doskonale.  To  było  zbyt  dobre,  żeby  się  miało 

skończyć.  Max  -  wyjął  portfel  i  podał  kartę  płatniczą 
American Express.

- Czy będzie pani tak miła i zarezerwuje dwa 

pokoje na
dzisiejszą noc?

- Może lepiej sprawdzić w porcie, zanim zdecydują się 

państwo zostać.

Max potrząsnął przecząco głową.

- Nie, już się zdecydowałem. - Pociągnął kolejny łyk i 

spojrzał przez okno na pustą przystań promu. Arianna 
może oznaczała kłopoty dla Jerry'ego, ale teraz spotkała 
godnego siebie przeciwnika.

Ari  spojrzała  z  niechęcią  na  swoje  odbicie  w  lustrze  i 

przegarnęła 

palcami 

wzburzone 

wiatrem 

włosy. 

Postanowiła  nie zdejmować  rajstop  w  obawie,  że  porobią 
jej się pęcherze. Dzień i tak  dobiegał końca, a po kolacji 
popłyną do domu.

Nawet nie znała jego nazwiska. Był najprzystojniejszym 

mężczyzną,  jakiego  kiedykolwiek  widziała,  i  naprawdę 
było mu przykro z powodu kapelusza, choć przecież to on 
zaciągnął  ją  na  ten  przeklęty  prom.  Objechał  wyspę, 
opowiedział jej różne historie i zabrał na kolację, traktując 
tak,  jakby  się  z  nią  umówił  na  randkę,  choć  wziął  ją  za 
jakąś  awanturnicę.  Od  czterech  miesięcy  nie  była  na 
randce.

Potrzebowała tego drinka.
Kiedy  Ari  zbliżyła  się  do  stołu,  Max  wstał.  Ciekawe, 

czy  zawsze  jest  takim  dżentelmenem?  Gra  dobiegała 
końca. Czas już wyjaśnić całe nieporozumienie.

Sprawiał wrażenie zadowolonego z siebie. To chyba 
niezbyt

background image

dobry  znak.  Usiadła  i  zaczęła  sączyć  drinka. 
Pokruszony  lód  rozpuszczał  się  na  języku,  a  korzenny 
rum piekł w gardle.

- Lepiej teraz?
- Chyba tak. - Skinęła głową i otworzyła kartę.
- Czy  już wybrałaś?
Szybko przejrzała menu.

- Na pewno wszystko jest wspaniałe, ale wezmę 

smażone
małże.

- Ja nie. Takie rzeczy mam na co dzień - powiedział 

ze
smutnym uśmiechem. - To specyfika mego zawodu.

- Jesteś rybakiem. - Oczywiście przy jej szczęściu okazał 

się
rybakiem. Dlaczego nie mógł zarabiać na życie czymś 
bezpieczniejszym, choćby sprzedawać buty czy być 
doradcą podatkowym?

- Tak. Chyba można tak powiedzieć.

Przy stoliku pojawiła się kelnerka z kartą kredytową 
Maxa.

- Wszystko załatwione, panie Cole.
- Dziękuję.

Złożyli zamówienia i kelnerka oddaliła się.

- A więc nazywasz się Cole. - Skądś znała to 

nazwisko.
Wreszcie sobie przypomniała. - Ten napis na budynku w 
Galilee.

- Przetwórnia ryb - wyjaśnił. - Rodzinny interes.
- Co załatwione?
- Nasze pokoje na dzisiejszą noc.

\

- Pokoje? - powtórzyła. - Nie ma mowy.
- Mgła nadciąga - tłumaczył cierpliwie - i ostatni prom 

pewnie nie popłynie. Wolisz pokój w Harborview czy chcesz 
spać na
plaży? Co, nawiasem mówiąc, jest zabronione.

Ari  utkwiła  w  niego  wzrok.  Nie  wiedziała,  czy  ma  się 

cieszyć,  że  uniknie  rejsu  po  wzburzonym  morzu,  czy 
martwić,  że  zostaje  na  noc  bez  rzeczy,  szczoteczki  do 
zębów i grzebienia.

- Chyba żartujesz.
- Skądże.
- Może ostatni prom popłynie.
- I każdy na pokładzie przeżyje piekło.

Ja też, pomyślała. Wezwanie ojca czy któregoś z 
braci również  było wykluczone.

- Powiedziałeś: pokoje?
- Tak - uśmiechnął się. - Jakieś 
sprzeciwy?
Szybko przełknęła kolejny łyk drinka.

-

Żadnych, Maximilianie Cole. Ale myślę, że 

powinniśmy
 sobie wreszcie coś wyjaśnić. - Popchnęła torebkę w jego 
kierunku
przez stół przykryty lnianym obrusem. - Otwórz ją.

- Do czego zmierzasz? - Max nie spuszczał wzroku z 
Ari.
- Do prawdy.

Odsunął suwak i wysypał zawartość torebki na stół.

- Państwa sałatki - powiedziała kelnerka, balansując 

dwoma
naczyniami i koszykiem pieczywa na tacy. Postawiła 
pucharek
przed Ari i czekała, aż Max usunie drobiazgi, po czym 
postawiła
przed nim sałatkę, a koszyk pośrodku stołu i pospiesznie 
odeszła.
Max wpatrywał się w Ari.

- Na co mam patrzyć?
- Moje prawo jazdy.
Wziął do ręki prostokątny kartonik i obejrzał go 
uważnie.
- Prawo jazdy z Montany. I co z tego?
- Byłbyś beznadziejnym detektywem.
Odsunął niecierpliwym gestem pucharek z 
sałatką.
- Co próbujesz mi udowodnić?
- Nie jestem przyjaciółką Jerry'ego.
- A niby dlaczego? Nigdy nie zdradził mi jej imienia. 

A ty
możesz mieć to prawo jazdy od dawna, mieszkając w 
Rohde Island.

background image

Ari miała gotową odpowiedź.
- Spójrz na datę.
Przysunął dokument do świecy i przyjrzał mu się 
ponownie.
- Przedłużyłaś je w ubiegłym 
miesiącu.
Przytaknęła.
- Na urodziny.
- Masz trzydzieści dwa lata. - Uśmiechnął się do niej. 

- Nie
wyglądasz na tyle.

Nie zareagowała na ten komplement.
- I mieszkam w Bozeman, w stanie Montana, mam 

brązowe
oczy, brązowe włosy i ważę pięćdziesiąt pięć kilo.

Sprawdził dane.
- Arianna Simone - przeczytał i spojrzał na nią. - Jesteś 

spokrewniona z braćmi Simone?

- To moi bracia.
- Znam ich. Często kupowałem homary od Kevina i 

Roscoe.

Ari  rozłożyła  dużą lnianą  serwetę  na  kolanach i  wzięła 

do ręki widelec. Sałatka wyglądała wspaniale.

- Prawdopodobnie cię za to zabiją - zapowiedziała 
pogodnie.
- Nie, jeśli oddam cię z nie naruszoną cnotą.
- Nie wiedziałam, że wchodzi tu w grę moja cnota. 

Myślałam, że mój główny problem to porwanie.

- Uważaj się za uwolnioną.
- Dziękuję. - Skosztowała sałatki, uświadamiając 

sobie, jaka
jest głodna.

Max pochylił się ku niej.
- Dlaczego wyszłaś z kościoła?
- Nie wyszłam. Wyciągnąłeś mnie.
- Myślałem, że mam powód.
- Spróbuj sałatki. Wyśmienita.

- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.
- Posłuchaj - wzięła do ręki szklaneczkę - kilka razy 
próbowałam ci powiedzieć, kim jestem, ale ty nie 
chciałeś słuchać.

- Bawiła się tym. Mściła się za to, że zmusił ją do 
paradowania
blisko pięć godzin w rajstopach i na obcasach.

- Teraz cię słucham - mruknął, połknąwszy jednym 

haustem
resztę drinka.

- Pomyliłam śluby.
- Jak to możliwe...? - urwał, widząc jej minę. - Mów 
dalej

- westchnął.

- Mama nie mogła iść, więc wmanewrowała mnie, 

żebym
reprezentowała rodzinę na ślubie kuzynki Effie. - Ari 
wzruszyła
ramionami. - Jedna z nas musiała pomylić godziny. 
Jestem całkowicie pewna, że miałam iść do Św. 
Katarzyny.

- A kiedy się zorientowałaś, że zaszła pomyłka?
- Wujek  Harry wyglądał całkiem inaczej.
- Wujek Harry to ojciec Effie?
- Właśnie. Próbowałam więc się wymknąć. - Wypiła 

drinka
i odstawiła szklaneczkę. - Wyglądasz tak, jakbyś miał za 
chwilę
wybuchnąć śmiechem. A teraz ty opowiedz mi swoją 
historię.

- Jerry, pan młody, wdał się w romans po zerwaniu z 

narzeczoną. Kiedy on i Barb znów się zeszli, Jerry chciał 
się wycofać,
ale tamta kobieta groziła zemstą.

- I myślałeś, że zrobi aferę na ślubie?
- Jerry tak myślał. A ty pasowałaś do jego opisu.
- Tak przypuszczałam.

Spojrzała  na  port.  Niewyraźne  światła  ledwie 

przebijały się przez mgłę.

- Pogoda jest straszna. Mam nadzieję, że wszyscy są 

bezpieczni w domu.

- Dlaczego mieszkasz w Montanie?

background image

- Podoba mi się tam. To Kraina Bezkresnego Nieba.
- Podobno. - Zmarszczył brwi. - Nie tęsknisz za 
morzem?
- Nie.

Max nie mógł tego pojąć. Ona musi coś ukrywać.

- Od dawna tam mieszkasz?
- Prawie osiem lat.
- Dlaczego?

Uniosła głowę i napotkała jego pytający wzrok.

- Pracuję tam. Wykładam literaturę angielską na 
uniwersytecie.
- Zawsze przyjeżdżasz na lato do domu?
- Raczej nie. - Ari pomyślała tęsknie o chatce w górach, 

którą wynajęła ubiegłego sierpnia. - W tym roku jest inaczej. 
Rodzice chcą sprzedać dom i przeprowadzić się do czegoś 
mniejszego.
Przyjechałam, żeby im pomóc w porządkach.

- Nie sprawiasz wrażenia zadowolonej z takiego obrotu 
rzeczy.
- Jestem przyzwyczajona do samodzielności.
- Nie jesteś mężatką.
- Nie.
- To dobrze.
- Dlaczego cię to interesuje? - Zwróciła ku niemu 

zaskoczone spojrzenie.

Uśmiechnął się leniwym uśmiechem, od którego porobiły 

mu  
się zmarszczki w kącikach oczu.

- Po prostu sprawdzam, z iloma obrażonymi 

mężczyznami
przyjdzie mi się zmierzyć jutro, kiedy zabiorę cię do domu.

- Zabierz mnie  do  mego samochodu. Tak będzie 
bezpieczniej.     
- Znam twoich braci. Dopadną mnie.
- Wyglądasz na mężczyznę, który potrafi się o siebie 

za-  
troszczyć.

- Masz rację.
- Muszę zadzwonić do domu - powiedziała, kiedy 
kelnerka

przyniosła główne dania. - Nie chciałabym, żeby się o mnie 

martwili  Pewnie są przekonani, że jestem na 
przyjęciu.

- W porządku. Ze mną jesteś bezpieczna.

Ari  spojrzała  w  jego  poważne  niebieskie  oczy.  Czuła, 

że mówi prawdę.

- Wiem - powiedziała miękko, ale nie mogła 

powstrzymać
się, by mu nie dokuczyć. - Jesteś mi winien 
szczoteczkę do
zębów i pastę.

- Po kolacji pójdziemy na zakupy.

Spojrzała  na  smażone  małże  na  stylizowanym  talerzu. 

Ślinka  napłynęła  jej  do  ust.  W  Bozeman  niełatwo  było  o 
świeże  małże,  więc  teraz  jadła  je,  kiedy  tylko  miała 
okazję.

- Coś nie tak z twoim daniem? - spytał 
Max.
Zaprzeczyła ruchem głowy.
- Uwielbiam małże. To jedyne, za czym tęsknię, jeśli 

chodzi
o Rhode Island.

- Nie rozumiem. - Zmarszczył brwi. - Co jest złego w 
Rhode Island?

Ari nie wiedziała, co powiedzieć.

- Zupełnie nic - skłamała. - Chyba po prostu w głębi 

serca
jestem dziewczyną z zachodu.

- Mógłbym sprawić, żebyś zmieniła zdanie. - Te słowa 

go za
skoczyły. Nie chciał, żeby tak się stało, ale zrobiła na nim 
wrażenie.
Podziwiał jej odwagę, szanował opanowanie i zachwycała 
go jej
uroda Był zmęczony przypadkowymi flirtami. Opalenizna i 
prowokujące zachowanie już na niego nie działały. Chciał 
się związać
z kimś podobnym do Arianny. A  jeszcze lepiej z nią samą.

Patrzyła na niego pytająco.

- Nie sądzę - powiedziała cicho. Miała miły głos. -

Będę tu
tylko przez kilka tygodni.

- To powinno wystarczyć.

background image

Arianna pokręciła głową.
- Zmieńmy temat - zasugerowała. - Nie jesteś głodny?
Max spojrzał na stek, o którym zupełnie zapomniał, i 
chwycił

za nakrycie.

- Umieram z głodu.

Później,  po  kawie  i  ciastku  serowym  z  jagodami,  Max 

zaprowadził  Ariannę  do telefonu w holu.

- Zadzwoń stąd, na wypadek gdyby rodzice chcieli 

rozmawiać ze mną.

- Nie będą - zaprotestowała. - Już dawno skończyłam 

pięt
naście lat.

- Wciąż są twoimi rodzicami.
Ari westchnęła i wykręciła 
numer.
- Wiem, że to dziwnie brzmi, ale spotkałam starych 

przyjaciół, zjedliśmy kolację i zostajemy tu, w 
Harborview. Zamierzaliśmy wracać ostatnim rejsem, ale 
nadeszła mgła. - Zrobiła minę
do Maxa. - Duża fala? Myślałam, że to tylko morskie 
opowieści... Nie, nie będę. Obiecuję... Może. 
Zobaczymy się rano.
Zostawiłam samochód na parkingu koło kościoła.

Max  stał  w  pobliżu,  udając,  że  nie  słucha. Przyglądał 

się  uważnie  pejzażowi  morskiemu  na  ścianie.  O  co,  u 
diabła, chodzi z tą dużą falą?

- Jeden z nich to Max Cole... Tak, jest tu... Na litość 

boską,
nie martw się o to.

Ari  sprawiała  wrażenie  zirytowanej.  Z  pewnością  nie 

lubiła się podporządkowywać. Dlaczego nie protestowała, 
kiedy  nią  dyrygował  przez  całe  popołudnie?  Może 
potrzebowała odrobiny wytchnienia od rodziny?

Kiedy Ari wreszcie odwiesiła słuchawkę, Max obrzucił 

ją uważnym spojrzeniem.

- Wszystko w porządku?   .
- Tak. Mama cię zna. Powiedziała, żebym się dobrze 

bawiła
z kapitanem Cole'em.

Max  wziął Ari za rękę i wyszli na zewnątrz. Przecież 

wciąż był jej winien szczoteczkę do zębów.

- Jej zdaniem to wspaniale, że utknęliśmy na 
wyspie.
Uśmiechnął się  na widok jej niezadowolonej 
miny.
- Moim też - powiedział. - Rozchmurz się, Ari. 

Możesz
również kupić szczotkę do włosów.

- Dobranoc, Max. - Ari zatrzymała się na progu 

wysłanej
granatowym dywanem sypialni.

- Dobranoc, Jane Austen. - Błysk w jego oczach nie 

zaskoczył jej. - Jesteś pewna, że nie przyłączysz się  do 
mnie na dole na
szklaneczkę do poduszki? Jeszcze wcześnie.

- Jestem pewna - odparła, ale wcale tak nie było. 

Odkąd
dowiedział się, kim jest, stał się stanowczo zbyt czarujący.

- Spotkamy się na śniadaniu o ósmej trzydzieści i 

wrócimy
na Point Judith promem o jedenastej.

Wciąż wydaje polecenia.
- Zgoda.
Z  zadowoloną  miną  oparł  się  o  ścianę  i  stał  tak, 

podczas gdy gospodyni pokazywała Ari pokój.

- Ten pokój ma osobną łazienkę. - Kobieta zapaliła 

światło, demonstrując przytulną sypialnię. Staromodna 
tapeta w róże
ozdabiała ściany, a w pobliżu otwartego okna, na 
lśniącym sos
nowym kredensie, stała czarka ze świeżymi stokrotkami.

- Jest śliczny - powiedziała Ari. Starsza kobieta 

dołączyła do
Maxa w holu. Ari rzuciła torebkę i paczkę z zakupami na 
olbrzymie łóżko. Zsunęła buty i ściągnęła rajstopy.

Noc na wyspie, zadumała się, nie była tym, co 
planowała na

background image

tę  sobotę.  Pójście  do  kina  ze  szwagierką  będzie  musiało 
zaczekać  do  jutra.  Przeszła  boso  po  miękkim  dywanie  i 
popatrzyła  na  port.  Niewiele  widziała  z  powodu  mgły. 
Wątpiła,  czy  ostatni  prom  w  ogóle  opuścił  Point  Judith. 
Max  miał  słuszność.  Mądrze  z  jego  strony,  że  tak  szybko 
zamówił pokoje.

Maximilian Cole to z pewnością siła, z którą należy się 

liczyć, uznała, odchodząc od okna.

ROZDZIAŁ 3

- A dokąd to?
Zatrzymała  się  na  półpiętrze  i  przyjrzała  Maxowi, 

który czekał na nią u stóp schodów. Świeżo ogolony, w 
białej koszuli i spodniach wyglądał, jakby był na nogach 
od paru godzin.

- Jestem umówiona na śniadanie z pewnym 

dżentelmenem
- odparła, nie odwracając wzroku od jego rozbawionych 
ciemno
niebieskich oczu.

- Czy to nie za wcześnie?
- Potrzebowałam kawy. Rozpaczliwie. - Szybko 

pokonała
resztę schodów. Choć starała się nie stać zbyt blisko 
Maxa, nie
mogła nie zauważyć, że pachniał równie wspaniale, jak 
wyglądał. Połączenie mydła i świeżego powietrza. - A 
poza tym jestem
rannym ptaszkiem.

- Ja też. - Max spojrzał na zegarek. - Dopiero siódma. 

Możemy wrócić wcześniejszym rejsem, chyba że uda mi 
się namówić cię na zwiedzanie drugiej części wyspy.

- Raczej nie, dziękuję.
Kolejny  dzień  w  towarzystwie  atrakcyjnego  kapitana 

Cole'a  oznaczałby  szukanie  guza,  a  co  więcej,  Ari  nie 
uśmiechało  się  paradowanie  w  wymiętej  sukience  dłużej 
niż to konieczne.

background image

- Wobec tego innym razem. Chodźmy na śniadanie.
- Mogłabym najpierw napić się kawy? - spytała 

niepewnie
Ari. - Nie zwykłam od rana się napychać.

- Zaczekaj tutaj - rzucił, opuszczając hol.

Kolejny rozkaz. Podeszła do okna i popatrzyła na port. 

Niebo  było  zachmurzone,  ale  morze  wyglądało 
spokojnie. Odetchnęła z ulgą.

- Pamiętałem, że lubisz czarną.

Na dźwięk  głosu  Maxa odwróciła się. Podał jej biały 

kubek z parującą kawą.

- Dziękuję.
- Chodźmy - wskazał na drzwi. - Posiedzimy na 

tarasie.
Wprawdzie jest chłodno, ale przez chmury przebija się 
słońce.

- Zgoda.

Usiedli  przy  okrągłym  stoliku  na  metalowych 

krzesłach  wysłanych  poduszkami.  Ari  sączyła  kawę  i 
rozkoszowała się zapachem oceanu. Poszum fal uspokajał 
ją.  Przewracała  się  całą  noc,  nie  mogąc  zasnąć  w 
ciemnym, obcym pokoju.

- Jesteś taka milcząca - zauważył Max.
- Rano nie bywam zbyt rozmowna. Przebudzenie 

zajmuje mi
trochę czasu.

Max uśmiechnął się i zrobił przebiegłą minę.
- Będę o tym pamiętał.
Ari  uniosła  brwi.  Nie  będziesz  miał  po  temu  okazji, 

powiedziała  sobie  w  duchu.  Uciekła  wzrokiem  przed 
spojrzeniem  Maxa  i  popijała  małymi  łykami  kawę,  która 
zdążyła  przestygnąć  na  powietrzu.  Dzięki  niebiosom  za 
kofeinę.

Odchylił się do tyłu na krześle.

- Jeśli nie chcesz rozmawiać, może posłuchasz?
- Jasne. - Skinęła głową.
- To dobrze. Sporo myślałem o wczorajszym dniu. 
To był

niesamowity zbieg okoliczności, prawda? Nic nie mów, 
Ari - po prostu daj znak na tak albo na nie. Przytaknęła.

- Ale wszystko dobrze się skończyło.
- To znaczy? - Spuściła wzrok na zmiętą suknię i 

zsunęła
ciasne pantofle z bosych stóp.

- Poznaliśmy się. - Odstawił kubek i oparł łokcie o 

biały metal stolika. - Jesteś intrygującą kobietą.

- No cóż, 
dziękuję.
Zmarszczył czoło.
- To miał być komplement, ale nie w tym rzecz. Jesteś z 

kimś
związana?

Pomyślała o ranczerze, z którym zerwała w ubiegłym 
roku.
- Nie, ale...
- Długo zostaniesz w Rhode Island?
Nie, jeśli uda mi się tego uniknąć. Pokręciła głową.
- Słuchaj, Max, ja...
- Co  tam robisz?
- Gdzie?
- W Montanie. - W jego głosie wyczuwała 

zniecierpliwienie.

- Powiedziałam ci wczoraj, że pracuję na 
uniwersytecie.
- Pamiętam. - Skinął głową. - Ale co robisz dla 

przyjemności? Jesteś szczęśliwa?

- Czy to nie nazbyt osobiste pytanie?
- Oto właśnie chodzi.

Ari przełknęła kolejny łyk kawy.

- Naturalnie, że jestem szczęśliwa - powiedziała 

stanowczo.
- Dlaczego miałoby być inaczej?

- Ponieważ wychowałaś się tutaj. Nie tęsknisz za 

oceanem?
Za  plażą?

background image

- Akurat teraz tęsknię za górami, chłodnymi porankami 

i zimnymi nocami, ogniskami i kowbojskimi butami.

- Długie zdanie. Widać, że wypiłaś już swoją 
kawę.
Roześmiała się i postawiła pusty kubek na stole.
- Jesteś bardzo spostrzegawczy.

Przy  stoliku  pojawiła  się  młodziutka  kelnerka  z 

dzbankiem i ponownie napełniła ich kubki. Kiedy kofeina 
zaczęła działać,  Ari poczuła się znacznie lepiej. Odchyliła 
się na krześle, obejmując dłońmi naczynie. Przez chmury 
przebił  się  promień  słońca.  Przyglądała  się  uważnie 
przystojnemu  mężczyźnie  siedzącemu  naprzeciwko. 
Właśnie zamawiał stolik na dwie osoby.

- Prosimy o śniadanie za mniej więcej dziesięć minut. 

- Od
wrócił się ku Ari. - Odpowiada ci to?

   Ari zdecydowanie wolała łączyć śniadanie z lunchem, 
domyślała się jednak, że Max umiera z głodu.

- W porządku. Jeszcze jakieś pytania?
- Mnóstwo, ale mogą zaczekać.
Uznała, że czas zmienić temat.

- W końcu nie opowiedziałeś mi swojej historii 

„Palatine Light".

- Czy to możliwe? - Max błysną! szerokim 

uśmiechem, od
którego porobiły mu się kurze łapki w kącikach oczu. 
- Nie
chcesz zadać mi żadnych osobistych pytań w drodze 
rewanżu?

- Nie, raczej nie - skłamała. - Nazywasz się Max Cole, 

jesteś
kapitanem i masz przetwórnię ryb w Galilee. Nigdy nie 
byłeś
żonaty i nic na całym świecie nie jest w stanie zbić cię z 
pantałyku. Mam rację?

Max wstał i wyciągnął rękę.

- Całkowitą. Pójdziemy na śniadanie?
- Zgoda - odparła cicho Ari. Szkoda, że Max nie 

mieszka
w Montanie i nie zajmuje się bydłem zamiast rybami.

Max  poruszał  neutralne  tematy,  podczas  gdy 

delektowali  się  śniadaniem.  A  przynajmniej  on.  Arianna 
zjadła  zaledwie  jeden  tost  posmarowany  galaretką 
jabłkową, choć zdołała  wypić jeszcze trzy kawy. To cud, 
że od tej kofeiny nie dostała ataku serca.

Wbrew  temu,  co  powiedziała,  nie  była  rannym 

ptaszkiem.  Gdyby  jednak  zgodziła  się  dzielić  z  nim 
więcej  poranków,  był  gotów  wybaczyć  jej  wszystko.  Nie 
zdołał  odpowiedzieć  sobie  na  pytanie,  dlaczego  go  tak 
zaintrygowała.  Próbował  sobie  wmówić,  że  za  długo  jest 
na  lądzie.  Rozsądny  człowiek  nie  zakochuje  się  z  dnia  na 
dzień. A Max Cole zawsze uważał się za rozsądnego.

- Jesteś pewna, że to wystarczy?

Ari uśmiechnęła się i odsunęła swój talerzyk.

- Tak. - Upiła kolejny łyk kawy. - Zwykle zaczynam od 

lunchu.
W dodatku w Montanie jest teraz dwie godziny wcześniej.

- A więc zabiorę cię na lunch.
- Nie musisz. Po prostu odstaw mnie na parking, na 

którym
zostawiłam samochód.

Max  poczekał  z  odpowiedzią,  aż  kelnerka  uprzątnie 

ze  stołu.  Miał  ochotę  zabrać  Ari  na  górę  do  łóżka. 
Kochałby  się  z  nią  tak  namiętnie,  aż  w  końcu  zdałaby 
sobie sprawę, że są sobie przeznaczeni.

- Co jest takiego szczególnego w Montanie? Czy to nie 

suche
równiny z mnóstwem bydła?

- Są tam również góry, świeże powietrze i przestrzeń. 

Otwarte drogi.

Max skinął w stronę oceanu widocznego z okna 
restauracji.

- Otwarte morze.
Ari odwróciła głowę.
- Więc w tym punkcie się nie zgadzamy.
- To czyni życie interesującym.

background image

- To prawda. - Starając się uniknąć badawczego 

spojrzenia,
składała i rozkładała ciężką lnianą serwetkę leżącą na 
kolanach.
- Która godzina?

- Na nas czas - westchnął i skinął na kelnerkę.

- Przestań patrzyć na mnie jak na okazałą rybę w 
sieci.
Ku jej zaskoczeniu zaśmiał się cicho.
- Przepraszam.
Max uregulował rachunek, wziął Ari za rękę i wyszli na 

zewnątrz.  Wiał  ciepły  wietrzyk,  słońce  najwyraźniej 
postanowiło  pokonać  chmury  swym  blaskiem.  Nie  miała 
nic przeciwko trzymaniu się z Maxem za ręce. Nawet jej 
się  to  podobało.  Był  czarujący,  miał  poczucie  humoru  i 
pomimo  tej  niepokojącej  przenikliwości  w  oczach,  kiedy 
na  nią  patrzył,  w  jego  towarzystwie  czuła  się  doskonale. 
Prawie  doskonale,  poprawiła  w  myśli,  uświadomiwszy 
sobie,  że  dotyk  jego  ręki budzi  w  niej  gwałtowne  reakcje. 
Przyjemne reakcje, ale to nie oznaczało, że zaciągnie go na 
wydmy,  zedrze  z  siebie  ubranie  i  będzie  się  z  nim 
kochać...

- Coś  jest  nie tak?
- Nie, nic - zaprzeczyła z poczuciem winy. - Czemu 
pytasz?
- Tak mocno zacisnęłaś palce na mojej dłoni.
- Przepraszam. - Ari rozluźniła uścisk.
- Jeśli boisz się wracać na prom, możemy...
- Och, nie - jęknęła.

Od strony przystani zbliżały  się  do nich dwie znajome 

sylwetki.  Zatrzęsła  się  ze  złości.  Max  spojrzał  na  nią, 
potem  na  szczerzących  w  uśmiechu  zęby  młodych  ludzi, 
idących bez pośpiechu po przeciwnej stronie ulicy.

- To mogą być tylko bracia Simone. - Od razu 

dostrzegł ich
kręcone brązowe włosy i ciemne oczy. Nie ogoleni i z 
zamglonym wzrokiem wyglądali, jakby spędzili sobotnią 
noc na jakiejś
imprezie.

Ari ponuro skinęła głową.
- Jimmy i Joey, najmłodsi.
- Hej, jajogłowa! - zawołał Jimmy. - Podrzucić cię  do 
domu?
- Jajogłowa? – mruknął Max.
- Przezwali mnie tak, bo godzinami siadywałam z 

nosem
w książce.

Kiedy  młodzi  mężczyźni  podeszli,  Ari  z  ociąganiem 

dokonała  prezentacji.  Zbyt  późno  zdała  sobie  sprawę,  że 
niepotrzebnie. Chłopcy znali Maxa, choć nie byli z nim na 
ty.

- Skąd się tu wzięliście?
- Mama zbudziła nas o świcie, żebyśmy zabrali ciebie i 

twoich przyjaciół do domu. - Joey ziewnął i potarł dłonią 
nie ogolony policzek. - Nie wściekaj się na mnie. To nie 
nasz pomysł.

- W  to wierzę.

Max od niechcenia otoczył Ari ramieniem.

- Hej! - Joey spojrzał za ramię Ari. - A gdzie reszta 

wy
cieczki?

Ari i Max wytrzeszczyli na niego oczy.

- Aha, rozumiem. - Usiłował ukryć uśmiech.
- Co rozumiesz? - spytał Max z groźbą w głosie.
- No nic - zająknął się chłopak i odwrócił się ku Ari, 

jakby
chciał ją prosić o pomoc. - Łódź taty jest z drugiej strony 
doków.
Chcecie wracać z nami czy nie?

Ari  odczuła  dotyk  ręki  Maxa  na  ramieniu  jak  coś 

niepokojąco  poufałego.  Miała  wrażenie,  że  ingerencja  jej 
rodziny  nie  obeszła  go  ani  trochę.  Za  to  ona  była 
wściekła.

- To fatalnie, że mama zerwała was bez powodu.
- Ale, Ari...
- Lepiej idźcie na kawę.
- Mama dostanie ataku. Na pewno nie chcecie 

wracać z
nami?

background image

Ari spojrzała na Maxa. Pokręcił głową.

-  Na  pewno  -  odparła  i  odwróciła  się  od  braci.  -

Wracam do domu z mężczyzną, który mnie tu przywiózł.

Kiedy  płynęli  z  powrotem,  morze  było  lekko 

wzburzone.  Ari  była  zadowolona,  że  zjadła  tylko  tosta. 
Max  stał  przy  relingu,  nie  bacząc  na  wiatr  i  kołysanie 
promu.

Wydawało się, że wszystko zostało już powiedziane.

Wolałaby,  żeby  coś  mówił.  Podobał  się  jej  ten  niski 

głos.  Chciałaby  zamknąć  oczy  i  słuchać  -  spojrzenie 
ciemnoniebieskich 

oczu 

było 

stanowczo 

zbyt 

przenikliwe.  Patrzył  na  nią  -czuła  na  sobie  jego  wzrok. 
Przyjrzała  się  współpasażerom.  Nikt  nie  zwracał  na  nich 
uwagi mimo jej jedwabnej sukni, wytwornej białej koszuli 
Maxa,  jego  białych  spodni  i  butów.  Ukryła  uśmiech  na 
myśl o wczorajszym ślubie.

- Pewnie Jerry jest już w podróży poślubnej -

zauważyła. Max spojrzał na nią niespokojnie, ale 
milczał. - Na pewno
myśli, że wyświadczyłeś mu wielką przysługę, 
wyciągając mnie
z kościoła.

- Tak, prawdziwy ze mnie bohater.

- Oto i dom. - Wskazała na skalisty 

falochron.
  - I co teraz?

Wyglądała na zaskoczoną.
- Pewnie pojedziesz do siebie. Chyba masz jakieś 

mieszka
nie, prawda?

- Jasne - mruknął. - Odprowadzę cię do twojego 

samochodu. Albo do mojego. Odwiozę cię do domu.

- Nie. - Sama chciała stawić czoło rodzinie, a 

zwłaszcza
matce.

Max  odwrócił  ją  twarzą  do  siebie.  Uniósł  jej 

podbródek  dużym  twardym  kciukiem  i  popatrzył  na  nią 
tak,  jakby  nie  mógł  się  zdecydować,  co  robić  dalej.  Po 
długiej chwili odezwał się:

- Chodź dziś ze mną na kolację.
- Już mnie o to prosiłeś - odparła łagodnie. - Nie 
mogę.
- Nie możesz czy nie chcesz?
- Jedno i drugie.
- To nie ma sensu, wiesz przecież. - Pogładził jej 

policzek
i zanurzył dłoń we włosach. Ogarnął ją żar. Odetchnęła 
głęboko.
To niewiarygodne, jak ją pociągał. Za wszelką cenę 
chciała się
temu oprzeć. To tylko hormony, wmawiała sobie. Dawno 
już nie
dotykał mnie żaden mężczyzna, więc nic dziwnego, że 
reaguję
tak... nerwowo.

- Co nie ma sensu?
- Unikanie mnie. - Uśmiechnął się. - Nie pozwolę na 
to.
- Nie masz wyboru - oznajmiła. - Przyjechałam tu 

tylko
w odwiedziny. I nie szukam wakacyjnych przygód.

Zmarszczył czoło.
- Wyrosłem z nich przed 
laty.
Odczuła dziwną ulgę.
- A więc co  do  tego jesteśmy zgodni.
- Robisz uniki.
Patrzył,  jakby  chciał  ją  pocałować.  Czy  to  zrobi?  Była 

ciekawa smaku jego warg. To na pewno nie byłby nieśmiały 
pocałunek.  Max  Cole  brał  na  serio  to,  co  robił. 
Prawdopodobnie  lubił  kobiety  gotowe  :  chętne,  namiętny  i 
szybki  seks.  Bez  tłumaczeń,  bez  żalów.  Oczy  mu
pociemniały, wreszcie pochylił głowę i odsunął się od niej.

- Jestem po prostu uczciwa - zaprotestowała na widok 

gniewu na  jego twarzy.

- Ja też, Arianno. - Popatrzył na łódki we wzburzonej 

cieśninę. - To będzie niezapomniane lato.

- To musiał być interesujący weekend - mruknęła pod 

nosem
- Peggy Simone. - Mamy wtorek, a ty milczysz na ten 
temat.

background image

- Nie ma nic do powiedzenia - odparła Ari, 

zdecydowana nie
pozwalać matce bawić się w swatkę. Niezapomniane lato, 
powiedział. Te słowa zabrzmiały jak obietnica. Niełatwo 
było zignorować
ich zmysłowy podtekst. Skroiła długi pasek brązowej skórki 
z trzymanego w ręku ziemniaka i upuściła na leżącą na stole 
gazetę.

- To skomplikowany mężczyzna - ostrzegła matka. -

Co nie
znaczy, że nie chciałabym, byś założyła tu rodzinę.

- Daj spokój, mamo.

Matka ciągnęła, jakby nic nie słyszała:

- Chciałabym zobaczyć dzieci mojej jedynej córki, 

kołysać
je do snu... Max Cole dałby ci mnóstwo ślicznych dzieci.

- Gdybym tego chciała - burknęła Ari. Naturalnie 

chciała
mieć dzieci, ale mężczyzna, którego zamierzała poślubić, 
utoną!
w morzu. I wraz z jej chłopcem, pierwszym kochankiem, 
najlepszym przyjacielem, utonęły romantyczne marzenia.

- On złamał wiele serc, Arianno.
- Mówisz tak, jakby twoi synowie byli inni.

Starsi chłopcy ostatnio  ustatkowali się i założyli własne 

rodziny,  ale  Joey  i  Jimmy  między  połowami  wciąż 
włóczyli  się  po  barach  rozlokowanych  licznie  wzdłuż 
Narragansett i zabawiali z przyjaciółmi.

Peggy włożyła ziemniaki do zlewu. Lśniąca nierdzewną 

stalą  kuchnia  na  zapleczu  sklepu  rybnego  była 
wyposażona w dużą kuchenkę, na  której Peggy gotowała 
gęstą  zupę  z  ryb  i  małży,  przysmak  miejscowych  i 
turystów.

- Już się wybawili, a teraz spójrz na nich - ciągnęła. -

Russ
i Karen dorobili się pięciorga dzieci, pięciu dorodnych 
synów
- dodała z babciną dumą. - Kevin i Lin mają dwóch 
maluchów.
A Roscoe i Ruthie?

- Nie wydaje mi się, żeby chodzenie w ciąży z 

bliźniakami
było zbyt pociągające.

- Nie bądź taka przemądrzała, Arianno. Nie poszłaś na 

ślub
Effie. spędziłaś noc na Block Island z kapitanem 
Cole'em i nie
zgodziłaś się, żeby bracia zabrali cię do domu. Od 
dwóch dni
obierasz ziemniaki bez słowa skargi.

- To pokuta - przerwała Ari z lekkim uśmiechem. -

Płacę za
swoje grzechy.

- A więc czujesz się winna.
- Nie spałam z nim.
- Wiem - westchnęła Peggy.

- Rozczarowana? - Ari kontynuowała obieranie, 

zadowolona z tej bezmyślnej czynności. Gdyby nie 
paplanina ciekawej
matki, mogłaby pomyśleć o różnych sprawach.

- Nie bądź zuchwała. - Peggy wycelowała mokrym 

palcem
 córkę. - Twoje życie seksualne to twoja prywatna 
sprawa.

- Dziękuję - odparła z kwaśną miną. - Doceniam to.
- Ale...

Oczywiście matka nie mogła na tym poprzestać. Nie 

było sposobu. Ari uniosła głowę, czekając na dalszy ciąg.

- Mam nadzieję, że jesteś ostrożna.
- Masz na myśli prezerwatywy?
Peggy oparła ręce na biodrach.
- To samo mówię chłopcom - powiedziała 
wymijająco.
- Mam trzydzieści dwa lata.
- I co z tego?

- To, że jestem na tyle dorosła, by co nieco wiedzieć 

o prezerwatywach i zabezpieczeniu przed ciążą.

- Co się stało z tym farmerem, z którym chodziłaś?
- Z hodowcą bydła - poprawiła Ari z roztargnieniem.
- To to samo. - Peggy wzruszyła ramionami.
Ari  roześmiała  się.  Matka,  która  całe  życie 

mieszkała  nad  morzem,  nie  była  w  stanie  wyobrazić 
sobie mężczyzn żyjących

background image

z dala od wody, uprawiających ziemię i przemierzających 
prerię zamiast oceanu.

- Doszliśmy do wniosku, że zostaniemy przyjaciółmi.
- Brak namiętności, mam rację? - westchnęła Peggy, 

siadając naprzeciwko córki. Wzięła nóż i zabrała się do 
obierania. -
A to bardzo ważne, prawda?

Ari  pomyślała  o  niebieskich  oczach  Maxa  Cole'a  i 

wyrazie jego twarzy, kiedy myślała, że ją pocałuje. Na to 
wspomnienie  ścisnęło  ją  w żołądku, a  nóż znieruchomiał 
jej w dłoni.

Peggy wpatrywała się w twarz córki.

- Bądź ostrożna, kochanie. Jeśli zwiążesz się z 

przystojnym
kapitanem, potraktuj to serio. On nie pozwoli ci odejść tak 
łatwo
jak twój farmer z Montany, uwierz mi. Przywykł 
dostawać to.
czego pragnie, i potrafi na to zapracować.

- Jestem już dużą dziewczynką, mamo. Potrafię się o 

siebie
zatroszczyć. - Ten protest zabrzmiał śmiesznie nawet 
dla niej
samej. Dlaczego podchodziła tak melodramatycznie do 
zwykłe
go nieporozumienia z mężczyzną?

Ale to nie był zwyczajny mężczyzna. Przypomniała 

sobie wyraz twarzy Maxa przy pożegnaniu. Stał na 
chodniku, z rękami w   kieszeniach,   przyglądając   się,   
jak   otwiera   drzwiczki samochodu, zapuszcza silnik, 
zawraca i kieruje się w stronę domu.

Nie patrzyła w tylne lusterko, by nie wiedzieć, czy Max 

ją obserwuje.

Wiedział,  gdzie  ona  mieszka,  a  jeśli  nie,  z  łatwością 

mógł  się  tego  dowiedzieć.  Od  czego  są  książki 
telefoniczne?

Jeśli mu na niej zależy, może do niej przyjechać.

Max  zamierzał  właśnie  to  zrobić  -  i  zdobyć  Ariannę 

Simone Dwieście lat temu porwałby ją, zabrał na morze i 
uczynił swoją

żoną 

na 

śliskim  drewnianym 

pokładzie  statku 

wielorybniczego.  Prom  na  Block  Island  był  zbyt  marną 
namiastką.

Wkroczył  do  ciemnego  sklepiku.  Dźwięk  dzwonka 

przy  drzwiach  przebił  się  przez  muzykę  rockandrollową 
ryczącą z radia na zapleczu. W kącie stał wielki zbiornik z 
homarami.  Max  odruchowo  zajrzał  do  środka,  po  czym 
zerknął na tablicę. Dobrze. Ceny rosną.

Dał jej dwa dni, dwa długie dni. Nie zamierzał czekać 
dłużej.

Może  uda  mu  się  dopaść  tu  Ariannę.  Jeśli  nie,  kupi 

kubek zupy, oczaruje Peggy i wyciągnie z niej, co trzeba. 
Z zaplecza wyszła młoda kobieta w poplamionym białym 
fartuchu opinającym zaokrąglony brzuch.

- Czym mogę służyć?
- Czy zastałem Peggy?
- Oczywiście. - Odwróciła się i zawołała: - Mamo! 

Ktoś do
ciebie!

To pewnie żona któregoś z braci Ari, pomyślał Max. Po 

chwili  w  sklepie  pojawiła  się  Peggy,  wycierając  ręce  w 
ścierkę w kratkę.

- Powinnam się była domyślić - powiedziała, 

skinąwszy
głową.

- Witaj, Peg. Szukam Ari - dodał niepotrzebnie.
- Masz szczęście. Jest na zapleczu, obiera ziemniaki.
Obszedł kontuar i wszedł do pomieszczenia na 
tyłach. Ari

uniosła  głowę.  W  jej  ciemnych  oczach  widniało 
rozbawienie,  zupełnie  jakby  walczyła  z  ogarniającym  ją 
śmiechem.

- Znalazłeś mnie. Celowo czy przypadkiem?
- Celowo - odparł Max. - Mam też ochotę na zupę.
- Na wynos? - spytała kobieta w ciąży.
- Zjem   tutaj,   dziękuję.   -   Zerknął   na   Peggy,   

która
najwyraźniej usiłowała udawać nie zainteresowaną. -
Chyba że
ktoś ma coś przeciwko temu.

background image

Ari  pomyślała,  że  coś  by  się  znalazło,  ale  milczała. 

Ruthie nabrała chochlą zupy z dużego garnka na kuchni.

- Znasz moją synową Ruthie? - Peggy przerwała 
ciszę.
- Nie - odparł Max z uśmiechem, gdy Ruthie podała 

mu
czarkę. - Miło mi cię poznać. Który z braci jest twoim 
mężem?

- Coe - odparła nieśmiało.
- Przekaż mu pozdrowienia ode mnie.

Max usiadł na metalowym składanym krześle, postawił 

przed  sobą  czarkę  z  zupą  i  sięgnął  do  pudełka  po 
plastikową łyżkę.

Jadł  powoli,  jakby  miał  mnóstwo  czasu.  Ari  w 

milczeniu  obierała  ziemniaki,  Peggy  siekała  cebulę,  a 
Ruthie  mieszała  drewnianą  łyżką  na  długiej  rączce  w 
garnkach  na  kuchni.  W  radiu  Don  Henley  śpiewał  „The 
End of the Innocence".

- Chciałem cię jeszcze raz przeprosić za zamieszanie 

na ślubie. Błagam o wybaczenie.

- Nie musisz tego robić.
- Państwo młodzi wrócili z podróży poślubnej, a 

właściwie
przedłużonego weekendu, i chcieliby cię poznać.

- Ale Jerry...
- Wyznał wszystkie swoje błędy Barbarze, która 

jest 
wdzięczna za to, że bezwiednie ukarałaś jej męża. - Wziął 
kole
jną łyżkę zupy i mrugnął do Peggy. - Wyśmienita, jak 
zwykle.

- Pochlebca z ciebie - powiedziała, nie przerywając 

siekania
cebuli. - Był już najwyższy czas, żeby ci dwoje wyjaśnili 
swoje
nieporozumienia i przestali marnować czas. Teraz mogą 
założyć
rodzinę. Żyć.

- Przecież życie nie zaczyna się po ślubie -

zaprotestowała Ari.

Peggy wymownie wzruszyła ramionami.
- Chodź, Ruthie, zaczerpnijmy świeżego 
powietrza.
Po ich wyjściu Ari zauważyła;

- Ta dziewczyna to święta. Pracuje z mamą 
cztery dni w tygodniu i nigdy nie narzeka.

- A powinna?

Ari  postanowiła  nie  odpowiadać.  Jeśli  o  nią  chodzi, 

rady mat-c zawsze podnosiły jej ciśnienie.

- Jesteś zaproszona na kolację - powiedział Max.
- Jak to?
- Do Jerry'ego i Barb.
- Z tobą.
- Oczywiście. - Skinął głową.
- Kiedy?
- W piątek. - Ponieważ milczała, spytał: - Jesteś 
zajęta?
- Nie.
- Więc zgódź się.

To  nie  było  zbyt  rozsądne,  ale  powiedziała  przecież 

matce,  że    potrafi  się o  siebie  zatroszczyć.  Wierzyła  w  to. 
Była  sprytna  -  na  tyle  sprytna,  by  bawić  się  ogniem  i 
uniknąć  poparzenia.  Wyczu-cie  czasu  i  koordynacja  były 
decydujące - a tego miała w nadmiarze.

- Dobrze.
Uśmiechnął  się  i  Ari  zaschło  w  gardle.  Był 

niebezpiecznie  atrakcyjny.  Nie  przypominał  modela,  ale 
wyglądał  na  mężczy-znę.  który  potrafi  stawić  czoło 
niebezpieczeństwu,  wyprowadzać  konie  z  płonących 
stajni,  odbierać  porody  na  autostradzie.  Męż-czyznę, 
który  nie  miał  nic  przeciwko  zabrudzeniu  rąk  czy 
zmoczeniu nóg.

- Przyjadę po ciebie o siódmej.
- Świetnie.
- Twoi rodzice wciąż mieszkają na Harbor Island?
- Tak, ale już niedługo. Zamierzają kupić coś 
mniejszego.
- A co z rodzinnymi obiadami?

background image

- Russ, mój najstarszy brat, przejmuje stary dom. On i 

Karen
mają pięcioro dzieci. Teraz na nich spadnie goszczenie 
klanu
Simone'ów w święta.

- To znaczy ile osób?
- Russ z rodziną to siedem. Kevin i Linda mają 

dwójkę, cc
daje jedenaścioro. Moi rodzice to trzynaście. Roscoe i 
Ruthie za
parę miesięcy spodziewają się bliźniaków - to już 
siedemnaścioro. Jeszcze ja, Joey i Jimmy. Razem 
dwudziestka.

Nie wyglądał na poruszonego tą liczbą. Biedna Ruthie 

omal  nie  doznała  szoku,  kiedy  po  raz  pierwszy 
uczestniczyła  w  rodzinnej  kolacji  z  okazji  Święta 
Dziękczynienia.

- Ja też mam dużą rodzinę. - Skinął głową w 

kierunku sto
su obranych ziemniaków, kiedy Ari wstała, by umyć je 
w zlewie. - Teraz rozumiem, dlaczego zdecydowałaś się 
na wypad na
Block Island w moim towarzystwie.

- Dobrze się bawiłam.

Czuła  jego  spojrzenie  na  plecach.  Żałowała,  że  ma  na 

sobie  zniszczone  dżinsy  i  pasiasty  podkoszulek  Joeya. 
Żałowała, że czuć ją surowymi rybami. Kiedy odwróciła 
się  do  stołu,  Max,  wstał,  wrzucił  kartonową  czarkę  do 
pojemnika na śmiecie i sięgnął po portfel.

- Nie. To mój poczęstunek. I tak jestem ci winna 
posiłek.
- Nie jesteś mi nic winna.
- Zgódź się.

Schował portfel i podszedł bliżej.

- Przyjadę po ciebie o siódmej.
- Wiesz, gdzie mieszkam?
- Nie - skłamał. Tak naprawdę odszukał adres w książce 

telefonicznej i przejechał dwukrotnie obok domu niczym 
nastolatek
z nowym prawem jazdy.

Ari wytłumaczyła mu, jak dojechać. Max udawał, że 
słucha.

Przez chwilę zastanawiał się, czy nie skorzystać z okazji i 
zaprosić ją do kina na wieczorny seans. Przyjemnie byłoby 
posiedzieć w ciemnościach sali kinowej. Trzymałby Ari za 
rękę i kupiłby jej prażoną kukurydzę.

- A więc do zobaczenia w piątek - powiedziała Ari, 

obrzucając go dziwnym spojrzeniem.

- W piątek - powtórzył po wyjściu z kuchni.

Nie powinien się spieszyć. Tej kobiety nie można 
popędzać. Będzie cierpliwy. To jedna z cech dobrego 
rybaka - cierpliwość plus optymizm i wytrwałość.

background image

ROZDZIAŁ 4

- „Palatine Light", holenderski statek z kompletem 

bogatych
pasażerów na pokładzie, podczas burzy zboczył z kursu, 
uderzył
o podwodną skałę, a potem wybuchł na nim pożar. - Jerry 
prze
rwał, by zaczerpnąć tchu.

- I? - ponagliła go Ari.
- Mieszkańcy wyspy, nie bacząc na ryzyko, 

wskoczyli do
łódek i rzucili się na ratunek rozbitkom. Jedna z 
pasażerek,
nie chcąc rozstawać się z biżuterią i złotem, zatonęła
wraz ze
statkiem.

- A co z resztą?
- Przeżyli - wtrącił Max. - Ale z latami opowieść się 

zmieniała. Zgodnie z ostatnią wersją wyspiarze 
spowodowali kata
strofę statku, obrabowali go, a wreszcie podpalili. 
Powiadają, że
w mgliste burzowe noce słychać krzyki kobiety.

- Od tej historii cierpnie mi skóra. - Barbara 

wzdrygnęła się.
Była drobną blondynką o jasnej cerze, otwartą i 
przyjazną. -
Morskie opowieści! Wy dwaj nigdy nie macie dość. -
Podniosła
się z wdziękiem z kanapy. - Podam kolację, zanim 
zagłodzimy
się  na śmierć.

- Pomóc ci? - Ari odstawiła kieliszek z winem.

- Jasne. Nigdy nie rezygnuję z pomocy w kuchni. 

Nie po
wiem, żeby to było moje ulubione miejsce. -. Gdy 
znalazły się
w kuchni, otworzyła piecyk i zerknęła na pieczeń. - Nie 
trzeba
jej podlać, prawda?

- Nie - zgodziła się Ari.
- Pieczone ziemniaki - zapowiedziała gospodyni, 

wygarniając z piecyka owinięte w folię pakunki. - Nikt 
nie jest w stanie
sfuszerować pieczonych ziemniaków. Nawet ja. Mogłabyś 
wyjąć
sałatkę z lodówki?

- Oczywiście. - Ari otworzyła lodówkę. Sałatka była 

w olbrzymiej drewnianej misce. Istne dzieło sztuki, z 
kalafiora, liści
szpinaku, podpieczonych orzechów, plastrów awokado i 
maleńkich ruloników bekonu.

- Przepiękna.
- Powiedz to Jerry'emu. To jego dzieło.

Ari  ostrożnie  umieściła  sałatkę  pośrodku  wąskiego 

stołu  w  części  jadalnej.  Białe  talerze  stały  na  tkanych 
szmaragdowych  matach,  a  proste  nakrycia  lśniły 
nowością.

- Zadałaś sobie wiele trudu.
- Jesteście naszymi pierwszymi gośćmi. - Barbara 

oparła się
o bufet i złożyła ręce na piersi. - Wciąż nie mogę 
uwierzyć, że
jesteśmy małżeństwem.

- Zadziwiające, prawda? - Jerry obdarzył ją szybkim 

pocałunkiem, po czym wyjął schłodzone wino z lodówki.

- Zwłaszcza po tym nieporozumieniu na ślubie -

ciągnęła.
- Nie mogłam zrozumieć, dlaczego Max tak pospiesznie 
wyprowadza kogoś boczną nawą.

- Ja też nie - powiedziała półgłosem Ari. - Z początku 

myślałam, że próbuje mi pokazać drogę do wyjścia.

- Tak było - odezwał się Max, stając obok niej.
- Czy dotarłaś na ślub, na który się wybierałaś?

background image

- Nie. - Najwyraźniej Max nie opowiedział 

przyjaciołom
wszystkiego.

- Przepraszam - skrzywił się Jerry. - Nie chciałem, 

żeby moja pomyłka była przyczyną kłopotów.

Barbara poklepała męża po ramieniu.

- Rozchmurz się. Było, minęło. Lepiej pokrój mięso. 

Mo
że wypróbujesz elektryczny nóż, który dostaliśmy w 
prezencie
ślubnym od twego kuzyna.

Max  wziął  wino  od  Jerry'ego  i  rozlał  złocisty  płyn 

do kieliszków.

- Pomyśl o tym, co będziemy musieli opowiedzieć 

naszym
dzieciom - rzucił.

Oczywiście miał na myśli swoje dzieci. Albo Jerry'ego.

- Wuj Max zdobędzie popularność dzięki takim 

historyjkom
- zauważyła beztrosko Ari.

Jerry wbił nóż w mięso.

- Niech wuj Max siedzi lepiej cicho!
- Skup się na tym, co robisz, bo będzie ci brakowało 

paru
palców, kiedy wypłyniemy - zaśmiał się Max.

- Na ryby? - Ari wiedziała, że za tymi niewinnymi 

słowa
mi krył się wielki biznes, w którym w grę wchodziły 
tysiące do
larów.

- Tak - odparł Max, dotykając dłonią pleców Ari przez 

cienką bluzkę z morelowej bawełny, którą nosiła do 
eleganckich
czarnych spodni. Odsunęła się lekko. Była zdecydowana 
oprzeć
się uwodzicielskiemu czarowi Maxa. Odwróciła się i 
uśmiechnęła do niego, zadowolona, że jest w stanie 
kontrolować swoje
reakcje.

- Ci dwaj nie popuszczą - odezwała się Barbara. -

Mają dość
zajęć na lądzie, ale kiedy tylko mogą, ruszają w morze.

- Dlaczego?

- Mamy to we krwi - zażartował Max.

Naturalnie.  Powinna  była znać  odpowiedź.  Słyszała  ją 

przez całe życie.

-. Po tej wyprawie zmienimy to, zgoda?
- Pożyjemy, zobaczymy. - Barbara skinęła na Ari. -

Siadaj
my do stołu. - Kiedy zajęli miejsca, wzięła kieliszek. -
Chciała
bym wznieść toast - powiedziała.

- Czy to nie należy do gospodarza? - narzekał Jerry.
- Żyjemy w latach dziewięćdziesiątych, kochanie. -

Uśmiechnęła się do Maxa i Ari. - Za przyjaźń, miłość i...

- I? - powtórzył Jerry, patrząc tęsknie na pieczeń.
- I... wierność.
- Zdaje się, że ktoś chciał coś przez to powiedzieć -

zauważył
Max.

- Tak. Zrozumiałem w lot. - Jerry z żoną trącili się 

kieliszka
mi. Max dotknął swym kieliszkiem kieliszka Ari.

- Za miłość, Arianno.
- Za przyjaźń - odparowała.
- Za ryby! - dodał Jerry, psując nastrój.
- Nie będę się spierał - powiedział Max, zanim wypił 
wino.
Ari uśmiechnęła się do niego szeroko.
- To coś nowego - skomentowała. - Myślałam, że 

lubisz się
spierać o wszystko.

Jerry  wziął  od  Ari  czarkę  na  sałatkę  i  spojrzał  z 

rozbawieniem na przyjaciela.

- Najwyraźniej cię przejrzała, Cole.

- No, chodź - nalegał Max. - Kiedy ostatni raz 

spacerowałaś
po plaży?

- Wczoraj - skłamała.
- Nie wierzę ci. - Otworzył drzwiczki i wysiadł z 
samochodu.

background image

Powietrze  przenikał  zapach  słonej  wody,  parę  metrów 
dalej fale uderzały cicho o brzeg. - Przejdźmy się.

Ari  niechętnie  wysiadła  i  stanęła  na  zniszczonej 

nawierzchni  parkingu  przy  plaży  miejskiej  Narragansett. 
Szeroka,  czysta  i  łatwo  dostępna,  należała  do 
najpiękniejszych  plaż  Rhode  Mand.  
Dzielił  ich  od  niej 
tylko betonowy murek.

Na  murku  przysiadły  ciemne  sylwetki.  Dawno  temu, 

zanim  przekształcono  hałaśliwe  nadmorskie  miasteczko 
w  wypielęgnowany  kurort,  było  to  popularne  miejsce 
spotkań.  Teraz  dwupiętrowe  domy  zwracały  się  ku 
oceanowi.  Na parterach  mieściły się sklepy z  pamiątkami, 
biżuterią, cukiernie i lodziarnie. Tuż obok był bank, kino i 
sklep spożywczy. Olbrzymi hotel i hiszpańska restauracja 
dopełniały 

obrazu 

miejscowości 

wypoczynkowej. 

Wszystkie  budynki  były  nowe,  okolone  białymi  płotami 
albo  zielonymi  żywopłotami,  tak  popularnymi  w  epoce 
wiktoriańskiej,  kiedy  wzdłuż  chodników  Pier  Village 
ciągnęły się letnie rezydencje bogaczy.

Ale  teraz  przywoływała  ich  noc.  Max  czekał  z 

wyciągniętą  dłonią,  gotów  do  spaceru  po  piasku  w 
bladym  świetle  księżyca.  To  trochę  zbyt  romantyczne, 
uznała  Ari.  Z  jakiegoś  powodu  Max  i  ona  lądowali  w 
najdziwniejszych miejscach.

- Jak  tu spokojnie.
- Właśnie to miałem na  myśli. - Ujął jej rękę, jakby to 

była najnaturalniejsza rzecz pod słońcem.

Znajomy  uścisk  jego  palców  sprawił,  że  poczuła  się 

dziwnie bezpieczna.

- Mam wrażenie, że to już było.
- Nie martw się. W pobliżu nie widać żadnej łodzi. -

Pomógł
jej przejść przez wyrwę w ogrodzeniu. - Chodź. Wyrosłaś 
tutaj.
Nie mów mi, że nikt nie zabierał cię na nocne spacery po 
plaży.

- Nie - skłamała drżącym głosem. Pytanie było zbyt 
bliskie

prawdy,  a  Ari  ukryła  bolesne  wspomnienia  na  dnie 
serca i nie wracała do nich nawet przy świetle księżyca.

Max  nie  spierał  się.  Ścisnął  mocniej  jej  rękę,  zupełnie 

jakby  coś  wyczuwał.  Ari  zatrzymała  się  i  ściągnęła 
sandały.  Czuła  zimny  piasek  pod  stopami,  przyjemny 
kontrast z ciepłym, wilgotnym powietrzem.

Szli w milczeniu brzegiem. Ari uważała, by nie wejść 

do wody, która raz za razem zalewała piasek.

- Jakie masz plany na resztę lata? - spytał po dłuższej 
chwili.
- Co masz na myśli?
- Chcesz pracować? Chodzić na plażę?
- Może znajdę jakieś zajęcie - odparła -jeśli dojdę do 

wniosku, że zwariuję, obierając dzień po dniu 
ziemniaki z mamą
i Ruthie. Może zacznę sprzedawać lody.

- Kiedy twoi rodzice zamierzają się przeprowadzić?
- Jak tylko usuniemy niepotrzebne rzeczy, 

wysprzątamy dom
i tak dalej. Trzeba się z tym uporać do września. 
Przyjechałam do
domu, bo mama wmówiła mi, że mnie potrzebuje, ale 
zaczynam
podejrzewać, że ściągnęła mnie z innego powodu.

- Pani profesor sprzedająca lody - chciałbym to 
zobaczyć.
- To byłaby miła odmiana - upierała się. - Chciałabym 

robić
coś nie związanego z książkami, referatami, stopniami i 
wykładami. - Ciepła bryza zwiała jej włosy na twarz, ale 
nie puściła
ręki Maxa, by je odgarnąć.

- W Cole Products zawsze znajdzie się jakieś miejsce.
- Pakowanie ryb do puszek nie najlepiej mi idzie.
- Myślałem raczej o pracy biurowej. Potrzebuję 

pomocy,
zwłaszcza kiedy jestem na morzu.

- Jak ci się udaje godzić prowadzenie fabryki i 
połowy?
-"  Nie  udaje  mi  się  -  odparł  -  ale  ciężko  byłoby  mi  z 

tego zrezygnować dla pracy przy biurku.

background image

Z  czego  rezygnować?  -  miała  ochotę  spytać.  Ze 

zmagania  się  z  morzem,  podczas  którego  ryzykuje  się 
życie?

- Czas wracać - zauważyła. - Zaszliśmy wystarczająco 
daleko.
- Czy to przenośnia?
Wzruszyła 
ramionami.
- Myślę, że możesz to tak odczytać.

Zatrzymał się, zwrócił ku niej twarz i delikatnie 

przyciągnął ją do swego twardego torsu, aż czubki jej piersi 
dotknęły bawełnianej koszulki.

- Max...
- Ciii. Nie chcę słyszeć tego, co zamierzasz powiedzieć.

- Nie jesteś zbyt uprzejmy - odparła cicho, bez złości. 

Kiedy
otoczył dłońmi jej talię, spojrzała mu w oczy i 
zrezygnowała
z protestów. Równie dobrze może go pocałować i mieć to z 
głowy. Wyrzuć to z siebie raz na zawsze, przekonywała się.

- Teraz znów mnie obrażasz - szepnął Max, 

pochyliwszy
głowę, by dotknąć wargami jej ust. Zadrżała. Ale to 
przecież
normalne wietrzną czerwcową nocą nad morzem. - Ranisz 
moje
uczucia - zażartował, spoglądając jej w oczy.

- Wątpię. - Krótki pocałunek nie zaspokoił jej. Czuła, 

że
Max się powstrzymuje. Ledwie się pochylił, a już uniósł 
głowę.
To nie fair, kapitanie, pomyślała.

- Nie - upierał się, muskając prowokująco ustami jej 

wargi.
- Zdruzgotałaś mnie. Nigdy już nie będę taki sam.

Do  diabła.  Ari  upuściła  sandały  na  piasek  i  oparła 

dłonie  na  szerokich  ramionach  Maxa.  Wyczuwała  w 
nich  siłę  mężczyzny,  który  ciężko  pracuje  fizycznie. 
Palcami dotarła do delikatnej skóry szyi i zanurzyła je we 
włosach. Pocałunek pogłębił się.

Z  trudem  łapała  oddech.  Serce  waliło  jak  młotem,  a 

ona  topniała.  Była  zbyt  blisko  ognia.  Zimna  mała  fala 
połaskotała jej

kostki.  Podskoczyła.  Max  oderwał  się  od  jej  ust.  Oboje 
usiłowali  zaczerpnąć  tchu.  Pogładził  ją  po  włosach. 
Oparła dłoń na jego piersi i czekała, aż jej serce wróci do 
normalnego rytmu.

- Mówiłem ci na wyspie, że jesteśmy sobie 

przeznaczeni
- szepnął czule, ale w jego głosie wyczuła żartobliwe 
tony.

- Nie, nic podobnego. - Pamiętałaby takie słowa, 

powiedziane w żartach czy nie.

- W takim razie pomyślałem. Może za bardzo się 

bałem
wypowiedzieć je na głos.

- Ty się niczego nie boisz - szepnęła z zakłopotaniem, 

wtulona w  jego pierś.

- Boję się, że już się ze mną nie zobaczysz. -

Ponieważ
milczała, dodał: - Boję się, że nie dasz nam szansy.

— Nie ma żadnych nas, Max. - Nie wiedziała, jak zdołała 

powiedzieć  coś  tak  nieprawdziwego  po  wstrzymującym 
bicie  serca  pocałunku,  ale  wycelowała  najlepiej,  jak 
potrafiła.

- Mogłoby stać się inaczej - nie dawał za wygraną.
- Tylko na lato. - Spojrzała na niego. - To wszystko, co

mogę
ci obiecać.

- Chcę więcej.

Przynajmniej  był  uczciwy.  Musiała  mu  to  przyznać. 

Wyślizgnęła  się  z  jego  ramion,  podniosła  sandały  i 
zawróciła  w  stronę  parkingu.  Nie  było  powodu  tego 
przeciągać.  Żadnego  powodu,  by  rozniecać  to,  co  mogło 
być  tylko  letnią  przygodą  -  choć  miało  szansę  stać  się 
jednym  z  tych  niewiarygodnych  wspomnień,  które 
wywołują  uśmiech  na  twarzach  staruszek.  Nie 
potrzebowała namiętności  w tym i tak wypełnionym lecie. 
Sprawy  rodzinne,  uporanie  się  z  przeszłością,  która 
powracała na każdym kroku, wystarczająco ją zajmowały.

- Muszę wracać do domu.

Max skinął głową i znów wziął ją za rękę. Tak 
doszli do

background image

murku. Dopiero gdy zaparkował przed domem Simone'ów, 
przerwał milczenie.

- Może znów powinniśmy się wybrać na Block Island.
- W niedzielę wypływasz na morze - podkreśliła, 

bardziej
dla siebie niż dla niego. Jego profil rysował się ostro w 
mroku
samochodu, a oczy pociemniały, gdy na nią patrzył.

- Wrócę.
- No to powodzenia. - Wzięła za klamkę, zanim 

otworzył
drzwiczki od swojej strony. - Zostań tutaj - powiedziała. 
- Nie
musisz mnie odprowadzać.

Zmarszczył 

czoło. 

Wiedziała, 

że 

go 

tym 

zdenerwowała,  więc  szybko  wysiadła.  Teraz  nie  będzie 
mógł się kłócić. Max również wysiadł i stanął, patrząc na 
nią ponad dachem samochodu.

- Jesteś trudną kobietą, Ari Simone.
- Odpowiada mi to. - Weszła w krąg światła 

padającego zza
przeszklonych frontowych drzwi. Na plecach czuła jego 
wzrok,
więc nie odwracając się, przekroczyła próg. Tak jest lepiej, 
przekonywała samą siebie, idąc po schodach do 
sypialni. Należy
trzymać się z daleka od czarujących kapitanów, bez 
względu na
to, w którym wieku przyszło nam żyć.

- Dlaczego chcesz iść do pracy? - Peggy Simone 

oparła
dłonie na krągłych biodrach i pokręciła głową. - Tu jest 
wystarczająco dużo do zrobienia.

Ari  nie  zwróciła  uwagi  na  pytanie  matki,  ponieważ 

słyszała  je  w  ten  piątek  czterokrotnie,  a  przynajmniej 
siedemdziesiąt  razy  w  ubiegłym  tygodniu.  Porządkowała 
stertę  gazet  na  ladzie.  Peggy  gromadziła  gazety  tak  jak 
inni pamiątki.

- Nie przeglądaj tych śmieci. Chłopcy wciąż przynoszą 

je do
domu.

Ari wzięła do ręki gruby egzemplarz „Single 
Connection".

- Co  to jest?
- Ogłoszenia towarzyskie - wyjaśniła Ruthie. -

Chyba wy-
chodzi co tydzień.

Zaciekawiona Ari rozłożyła gazetę i zaczęła czytać.

- Może znajdę tu jakiegoś miłego farmera -

powiedziała,
próbując podroczyć się z matką.

- Masz miłego rybaka - mruknęła Peggy.

Ari uniosła głowę i uśmiechnęła się szeroko do Ruthie.

- Mam coś. - Ponownie pochyliła się nad gazetą: -

,Atrakcyjny, młody, energiczny, po trzydziestce, 
samotny".

- Jak na razie nieźle brzmi.
- „Pragnie"... - ciągnęła Ari.
- Pragnie...?

Ari skinęła szwagierce głową.

- Zmierza prosto do celu, prawda? „Pragnie poznać 

inteligentną, atrakcyjną, szczupłą, bezkonfliktową kobietę, 
nie palącą,
nie zażywającą narkotyków, która lubi kolacje na mieście, 
podróże, grę w kręgle i świeże powietrze".

- No i jak myślisz? Czy to właśnie ten?
- Zasługujesz na coś lepszego - mruknęła Peggy.
- Wiesz, to nie jest zły pomysł. Niektórzy z tych 

mężczyzn
wydają się wspaniali.

Peggy prychnęła.

- Nie można wierzyć we wszystko, co się czyta.
- Czy Joey albo Jimmy odpowiedzieli na któreś z tych 

ogłoszeń?

- Wątpię. - Ruthie pokręciła głową. - Chyba są na 

to za
młodzi, a poza tym w barach spotykają mnóstwo 
dziewcząt.

Ari  przeczytała  całą  gazetę  ku  oburzeniu  matki  i 

uciesze  Ruthie.  Niektóre  z  ogłoszeń  były  cokolwiek 
dziwne, ale większość

background image

sprawiała  wrażenie  szczerych  prób  znalezienia  kogoś  o 
podobnych zainteresowaniach.

- Widywałam takie ogłoszenia w rubryce 

towarzyskiej,
ale nigdy nie miałam w ręku całego czasopisma 
wyłącznie
z ogłoszeniami.

- Cieszę się, że znalazłam męża w tradycyjny sposób. -

Ruthie westchnęła. - To chyba łatwiejsze niż napisanie 
ogłoszenia.

- Ale tak jest praktycznie - upierała się Ari. - Zwłaszcza 

gdy
ktoś jest zbyt pochłonięty pracą, by spotykać się z ludźmi, 
albo
nie chce chodzić po barach, albo ma pewne sprecyzowane 
wymagania. .. - urwała, ponieważ przyszedł jej do głowy 
śmiały
pomysł.

- Co się stało? - spytała Ruth.
- Nic. - Ari potrząsnęła głową. - Myślałam tylko, że to 

mogłoby rozwiązać moje problemy.

- Ha! - Peggy odwróciła się od kuchenki i spojrzała na 

córkę,
marszcząc czoło.

- Nigdy nie wiadomo. - Ari złożyła gazetę i schowała 

ją do
torby. Gdyby Max zamieścił takie ogłoszenie, zostałby 
zasypany
listami i zostawiłby mnie w spokoju, pomyślała. Starła
szeroką
ladę namydloną ścierką. Skończywszy, wytarła ręce w 
papierowy
ręcznik, po czym znów spojrzała na matkę. - Muszę 
zająć się
czymś innym. Zdaje się, że obieranie ziemniaków 
doprowadza
mnie do szału - mruknęła pod nosem.

- To sprawka kapitana, prawda? - Peggy pogroziła 

córce
palcem. - Jego kuter miał wczoraj wrócić do portu, ale 
podobno
trafili na ławicę i teraz napełniają ładownie.

- Tak?
- Nie udawaj, że  cię to  nie interesuje.
- Niczego nie udaję, mamo. Po prostu nie mogę 

spędzić
reszty lata na obieraniu ziemniaków.

- Reszty lata? Jesteś tu zaledwie parę tygodni.
- A ty nie zaczęłaś nawet porządkować domu.
Peggy parsknęła.
- Nie mam czasu.
- Ja mam, ale ty bronisz się przed tym jak przed 
zarazą.
- Muszę prowadzić sklep.

- Świetnie - powiedziała Ari. - Pożyczę drabinę od 

sąsiadów
i wejdę na strych.

Wiedziała,  że  temperatura  przekroczy  czterdzieści 

stopni,  ale  nie  miała  zamiaru  narzekać.  Im  szybciej 
pomoże uporządkować dom, tym prędzej wróci do siebie, 
do  Bozeman.  Był  dopiero  szósty  lipca.  Sierpień  to  w 
sam raz pora na wyprawę w góry i kilka wycieczek.

Kiedy  godzinę  później  przyjrzała  się  dusznemu, 

zakurzonemu  strychowi,  zrozumiała,  dlaczego  matka 
unikała  tego  miejsca.  Górę  domu  zapełniały  rzeczy 
gromadzone  całe  życie.  Ari  postanowiła  zorganizować 
pracę. Każdy z braci będzie musiał pomóc w porządkach. 
Wolno schodziła po drabinie.
-

Dobrze cię znów zobaczyć - usłyszała czyjś niski 

głos.
Zatrzymała się i spojrzała w dół. Max stał z rękami w 
kieszeniach, podziwiając jej pupę w zakurzonych 
szortach.

- Mogłam spaść z drabiny - powiedziała z wyrzutem.
- Złapałbym cię.

Wyciągnął  ręce,  tak  jakby  chciał  to  udowodnić.  Ari 

uśmiechnęła  się,  ale  nie  rzuciła  mu  się  w objęcia.  Zeszła, 
mocno zaciskając dłonie na szczeblach drabiny.

- Myślałam, że jeszcze jesteś na morzu.
- Wróciliśmy rano.
- Dlaczego jesteś tutaj? - Wiedziała, że po rejsie 

zawsze jest
sporo do zrobienia w doku.

- Musiałem cię zobaczyć - powiedział z błyskiem w 
niebieskich

background image

oczach. I znów nie była pewna, czy żartuje, czy mówi 
poważnie.

- Najpierw zrobiłeś porządki?
- Oczywiście.

Wyglądał  na  zmęczonego.  Domyśliła  się,  że  niewiele 

spał.  Na  pewno  pracował  niemal  bez  przerwy,  by  mieć 
dobry  połów.  Wciąż  spłacał  nowy  kuter,  z  którego  on  i 
Jerry byli tacy dumni.

- Jak się udała wyprawa?

Max uśmiechnął się.  Sprawiał  wrażenie  zadowolonego 

kota.  który  właśnie  zjadł  na  kolację  złotą  rybkę  z 
akwarium.

- Świetnie - powiedział, kładąc duże dłonie na jej 

ramionach. -I chciałbym z kimś to uczcić.

Pokręciła głową.

- Nie masz dziewczyny?

- Trudno ją zadowolić. Ciągle mi mówi, że woli 
kowbojów.
. - Bo tak jest.

- Chcę spróbować skłonić ją do zmiany zdania. -

Musnął
wargami jej usta.

- Nie - powiedziała, ciesząc się pocałunkiem. Kiedy 

uniósł
głowę, dodała: - Nie możesz.

- Czego nie mogę?
- Nakłonić jej do zmiany zdania.

- Jestem bardzo upartym 
mężczyzną.
Ari próbowała się cofnąć.
- To nie przyniesie ci nic dobrego.
- Zjedz dziś ze mną kolację i opowiedz mi o 
wszystkim.
Roześmiała się.
- Max, zostańmy przyjaciółmi.
- Nie potrzebuję kolejnego przyjaciela.

- Zjem z tobą kolację - powiedziała. Wiedziała, że 

nie po
winna się zgodzić, ale nie mogła się oprzeć pokusie. Był 

zabawny,  rozśmieszał,  ją,  a  jeśli  uda  się  jej  go 
powstrzymać  od  całowania,  wszystko  będzie  dobrze.  -
Ale musisz przestać mnie ciągle całować.

- Dlaczego? To bardzo przyjemne.
- Ponieważ będziemy przyjaciółmi - oświadczyła po 

prostu.
Żaden inny związek z rybakiem nie wchodził w grę.

- Nie potrzebuję więcej przyjaciół - powtórzył. -

Chcę
ciebie.

- Nie możesz mnie mieć. Za parę tygodni wracam do 
domu.
- Może sprawię, że zmienisz zdanie - upierał się.
- Nie. - Ari odwróciła się do niego, a jej brązowe oczy 

nagle
spoważniały: - Nie możesz, Max. Ja nie chcę tu 
zostać. Nie
zamierzam spędzić reszty mego życia w Galilee, 
czekając na
statki wracające z rejsu.

Zmarszczył brwi.

- Nie chodzi tylko o góry, 
prawda?
Ari przytaknęła.
- Zrozum. Nie jestem właściwą kobietą dla ciebie.
- Jednak wybierz się ze mną na kolację. 
Porozmawiamy

otym.

Zrobimy  więcej,  postanowiła  Ari,  myśląc  o  gazecie 

wciśniętej do torby.

- Dasz mi trochę czasu, żebym się ogarnęła?
- Czy półtorej godziny ci wystarczy?
Skinęła  głową  i  Max  odszedł.  Wsiadł  do  swej 

półciężarówki  i  pojechał  do  Pier.  Oddał  książki  do 
biblioteki,  a  potem  poszedł  do  sklepu,  by  zrobić  zapas 
jedzenia, bo za dwa dni znów wypływał w morze. Sądząc 
po  stosie  papierów  czekających  na  niego  na  biurku  w 
fabryce, wkrótce powinien zostać w domu
i zadbać o interesy. Z Arianną u boku mogłoby to 
okazać się
łatwiejsze.

background image

Potrzebował  jej.  Na  samą  myśl  o  jej  delikatności, 

brązowych  oczach,  sposobie,  w  jaki  jej  wargi  reagowały 
na  jego pocałunki, ogarniało  go  podniecenie.  Działała  na 
niego  jak  żadna  inna  kobieta.  Podczas  długich  godzin 
połowów  nie  znalazł  czasu  na  to.  by  pomyśleć,  jak  ją  o 
tym przekonać. Zyskał tylko pewność, że musi to zrobić.

ROZDZIAŁ 5

- Znalazłam idealne rozwiązanie. - Ari nachyliła się 

do MaxaUsiłowała nie zwracać uwagi na romantyczną 
atmosferę tonącej w półmroku sali restauracyjnej, której 
okna wychodziły na
ocean. Między nimi, na małym okrągłym stoliku, 
migotał płomyk świecy.

- Rozwiązanie czego?
- Naszego problemu.
- Niech zgadnę. - Max uśmiechnął się. - Wrócisz 

dziś ze
mną do domu i zostaniesz tam przynajmniej pięćdziesiąt 
lat.

- Bądź poważny.
- Jestem poważny - powiedział Max spokojnie i 

odstawił
kieliszek z winem na obrus w kolorze kości słoniowej, po 
czym
ponownie spojrzał na Ari.

Zawahała  się.  Nie  wierzyła  mu  ani  przez  chwilę, 

ale nie można mu było odmówić uporu.

- Niełatwo ci zawierać znajomości z kobietami, 
prawda?
Widząc jego minę, miała ochotę wybuchnąć śmiechem.
- Przyznaję, że ten epizod w kościele nie wystawia mi 

background image

najlepszego  świadectwa.  To,  że  zachowałem  się  nieco 
gwałtownie,  nie  znaczy  jednak,  że  nie  mam  się  z  kim 
umawiać. Po prostu aż dc teraz nie poznałem tej jedynej.

- Zamierzam ci pomóc. Wszystko obmyśliłam.
- Ciekawe - rzucił Max z przekąsem - jak zdołałaś to 

zrobić
w parę godzin.

- Zaczerpnęłam pomysł z gazety. - Z satysfakcją w 

głosie
zapowiedziała: - Ogłoszenia towarzyskie.

- Och, nie. - Max był przerażony. Zupełnie jakby 

zasugerowała wystawienie go na aukcję.

- Dlaczego nie? Mógłbyś szczegółowo określić, jaki 

typ kobiety ci odpowiada.

- To za bardzo przypomina zamówienia z katalogu.
- Masz lepszy pomysł?
- Tak. Zapomnij o tym i chodź ze mną.

Ari wyciągnęła z torebki mały notes i ołówek.

- Wolny mężczyzna - odczytała - pragnie stałego -

interesu
je cię stały związek, prawda?

- Och, jak najbardziej.
- Samotny mężczyzna pragnie stałego, nie, lepiej 

trwałego
związku z właściwą kobietą. - Max obrzucił ją wściekłym 
spojrzeniem. Przerwała, by zapytać: - Masz jakieś 
szczególne wymagania?

- To znaczy?
- Wzrost, waga, wiek, wspólne zainteresowania?
- Ile masz lat?
- Trzydzieści dwa, ale...
- Świetnie. Więc powinna mieć trzydzieści dwa lata. -

Skinął
w kierunku notesu. - Lepiej zacznij pisać.

- Co dalej? - Posłusznie wzięła ołówek.
- Podobają mi się wysokie blondynki.

- To wszystko? - Ari poczuła w sercu ukłucie 
zazdrości.
- Myślę. - Max sprawiał wrażenie mężczyzny, który 

właśnie przypomina sobie namiętne przygody. -
Rude też - do-
dał. Do stolika podeszła kelnerka, pytając, czy zamawiają 
deser.
-Ari?

- Sernik i kawę, proszę.
- Dla mnie to samo - rzucił Max.
- Coś jeszcze? - Ari stukała długopisem w kartkę.
- Nie zamierzam informować cię o moich 

szczególnych
zainteresowaniach, Ari.

- A jaki jest twój stosunek do dzieci? Wiele kobiet to 

samotne
matki.

- Nie mam nic przeciwko dzieciom.
- Lubi dzieci - zanotowała. - A co z paleniem?
- To nieważne. - Wzruszył ramionami. - Rozumiem 

cudze
grzeszki.

- Tolerancyjny, tak?

- Twoje słowa.
Zerknęła na 
notatki.
- To powinno wystarczyć.
- Co z tym zrobisz? Nie mówiłaś poważnie, 
prawda?
Ari uśmiechnęła się do niego.

- Bardzo poważnie, kapitanie. Ogłoszenie będzie 

poufne,
podasz mi numer skrytki na poczcie.

- To nie ukaże się w „Providence Journal", prawda?
- Nie. Wychodzi specjalna gazeta z ogłoszeniami tego 

typu.
Bardzo porządna gazeta.

Kelnerka przyniosła sernik i Max, wciąż niepewny, jak 

zareagować, chwycił za widelczyk.

- Dodaj coś o namiętności, dobrze, Ari?
Zrobiło jej się gorąco na myśl o namiętnych 
uniesieniach

background image

Maxa  z  inną  kobietą  -  wysoką,  dobrze  zbudowaną 
blondynką  -  ale  szybko  odsunęła  od  siebie  tę  myśl.  Nie 
powinna  sobie  pozwalać  na  zazdrość.  Gdyby  Max  zajął 
się  kimś  innym,  ona  mogłaby  spokojnie  sprzątać  strych, 
gotować  zupę  rybną  i  opuścić  Rhode  Island  tak  szybko, 
jak  to  możliwe.  Nie  potrzebowała  przystojnego, 
seksownego  kapitana.  Na  jej  liście  odpowiednich 
kandydatów  z  pewnością  nie  figurowali  kapitanowie. 
Max odsunął talerzyk.

- To nie zadziała, przecież wiesz.
- Dlaczego nie?
- Chcę ciebie. Nikogo innego.

W  tej  bezpośredniości  było  coś  zniewalającego. 

Błękitne  oczy  wyraźnie  ją  prowokowały.  Ari  zmusiła  się 
do lekkiego tonu.

- Nawet mnie nie znasz.
- Będziemy mieli mnóstwo lat, by poznać się 
wzajemnie.
- Max...
- Daj sobie spokój z tym ogłoszeniem. - Wziął do ręki 

filiżankę z kawą. - To będzie niezapomniane lato.

Arianna była skłonna przyznać mu rację. Bieg wydarzeń z 

pewnością na to wskazywał. Podsunęła mu notatnik.

- Zgódź się. Chociaż spróbuj.

Max patrzył na nią przez długą chwilę.

- Właśnie o to cię prosiłem.
- A więc? - Poczuła, że pieką ją policzki, ale nie 

spuściła
wzroku.

- Nie sądzę, byś w całym stanie znalazła choć jedną 

kobietę.
którą bym wolał od ciebie. To strata czasu.

- Musisz się częściej umawiać na randki.
- Tak właśnie uważam.
- Więc?
- Dobrze - zgodził się, nie patrząc na nią. - Możesz 
dać to

ogłoszenie.  Co  nie  znaczy,  że  zrobię  coś  z 
odpowiedziami. Jeśli w ogóle jakieś będą.

- W porządku.

To podejrzane, że tak nagle zmienił zdanie. Może coś 
knuje?

- Mam skrytkę na poczcie w Narragansett. - Podał jej 

numer.
- Ale za ogłoszenie zapłacisz ty.

Skinęła głową.

- To się opłaci.
- Może - powiedział Max. - Chyba po prostu 

poczekamy
i się przekonamy, prawda?

Musiała czekać do poniedziałku, kiedy z powodu mgły 

łodzie kołysały się bezczynnie w porcie, a chłopcy łazili po 
domu i wyjadali zawartość lodówki.

- Już czas - zakomunikowała Ari. - Idziemy na górę 

sprzątać
strych.

Popatrzyli na nią z niedowierzaniem.  
- Musimy przygotować się do wyprzedaży. 

Zamieściłam
ogłoszenie w „Narragansett Times", więc nie możemy się 
wycofać. I pożyczyłam drabinę. We czwórkę 
powinniśmy przynajmniej zacząć. W przeciwnym razie 
wyrzucę wszystkie wasze
rzeczy, nie wyłączając dwunastu roczników „Playboya".

Woleli  się  nie  spierać.  Po  paru  godzinach  Ari  była 

brudna,  zmęczona  i  kichała  od  kurzu.  Ojciec  ustawił 
swego pikapa przy tylnych drzwiach, ekipa nosiła śmiecie 
i  robiła  kursy  na  wysypisko.  To,  co  nadawało  się  do 
sprzedania,  powędrowało  do  garażu,  by  tam  czekać  na 
wycenę. Wreszcie chłopcy zaczęli błagać o litość.

Ale  Ari  nie  miała  litości.  Przyjechała  do  domu  tego 

lata,  by  zrobić  porządki,  i  nie  zamierzała  spocząć,  póki 
nie doprowadzi pracy do końca.

background image

Peggy  była  w  Galilee  i  nie  spodziewano  się  jej  przed 

kolacją. Słysząc jej głos w drzwiach, synowie westchnęli 
z ulgą.

- O Boże -jęknęła wciąż zdyszana Peggy. - W całym 

swoim
życiu nie widziałam takiego bałaganu!

-- Nie uwierzyłabyś, ile wyrzuciliśmy.

- Chyba nie. - Peggy usiadła i popatrzyła uważnie na 

pokrytą kurzem córkę. - Lepiej idź się umyć.

Ari pokręciła głową.

- Najpierw   musimy   skończyć.   Trzeba  wywieźć  

to  na
śmietnik.

- Naprawdę powinnaś się umyć.

- Dlaczego?
- Wrócił twój kapitan. Powiedziałam mu, że dziś 

wieczorem
będziesz w domu.

- Och, mamo. - Dlaczego matka wtrąca się w jej 

sprawy?
- Wolałabym, żebyś tego nie mówiła.

- Myślałam, że jesteście... przyjaciółmi.
- Właśnie tak. Jesteśmy przyjaciółmi.
- No cóż - prychnęła matka -jak mogę lekceważyć 

mężczyznę, który najwyraźniej chce się widywać z moją 
córką? Czy
twoim zdaniem powinnam odprawiać go z niczym, kiedy 
pojawia się w sklepie i pyta o ciebie?

- Tak. - Ari była ciekawa, czy Max zajrzał do 

skrytki na
poczcie. Zamieściła ogłoszenie w ubiegłym tygodniu 
i nie
ostrzegła go, że skrytka będzie wkrótce kipiała od ofert 
nieznanych kobiet. Nie widziała Maxa od dziesięciu dni. 
Dziesięciu
bardzo długich dni.

- Cóż, nie zrobiłam tego. Doprowadź się do 

porządku, a ja
dopilnuję, żeby chłopcy dokończyli. Wykonałaś kawał 
roboty.
Arianno. Cieszę się, że początek mamy już za sobą. 
Sama myśl
o sprzątaniu tego miejsca prześladowała mnie po nocach.

Ari poklepała matkę po ramieniu.

- Nie martw się. Masz przecież sześcioro dzieci -

czasami
musimy ci pomagać.

- Chyba tak. Pomogłabyś mi, gdybyś była miła dla 
Maxa.
- Zawsze jestem dla niego miła. - Ari pomyślała o ich 

pocałunkach.

- To dobry człowiek, córeczko.
- Wiem, mamo, ale wkrótce wracam do domu i nie 

mogę
wiązać się z Maxem, niezależnie od tego, jaki jest.

Peggy westchnęła.
- Rób, jak uważasz, kochanie, ale uciekasz z Rhode 

Island od
śmierci Eddiego. To nie pomoże ci zapomnieć o 
przeszłości.

- Tak jest łatwiej - mruknęła Ari. - A to wszystko, 

czego
potrzebuję.

- Ty i Eddie byliście sobie bliscy, bardzo bliscy i 

wiem, że
bardzo go kochałaś.

Ari w milczeniu skinęła głową.
- Czas już, żebyś zamknęła ten rozdział swojego 

życia.
Osiem lat samotności to dosyć.

- Nie jestem samotna.
- Nie? - Peggy uniosła brwi.
- Nie - powtórzyła stanowczo córka.
- Masz trzydzieści dwa lata, nie masz męża, 

kochanka,
dzieci.

- Dziękuję, że mi to przypominasz.
Peggy drgnęła.
- Nie zamierzałam ranić twoich uczuć. Chcę tylko, 

żebyś
była szczęśliwa.

- A ja muszę sama decydować o swoim szczęściu. - Z 

tymi
słowami Ari wyszła z pokoju i poszła na górę. Usiadła na 
łóżku,
powtarzając sobie, że ma trzydzieści dwa lata. Ku swej 
wściekłości

background image

czuła  się  jak  trzynastolatka.  Jakim  cudem  rodzina 
mogła  w parę sekund zmienić poważną panią profesor  w 
głupiutkie, samotne dziecko?

Z zadumy wyrwało ją pukanie do drzwi.
- Proszę.
Na progu stała matka.
- Chciałam cię przeprosić. To wszystko dlatego, że 

tęsknimy
za tobą.

Ari  ogarnęło  wzruszenie.  Lepiej  być  kochanym  za 

bardzo niż wcale. Choć bywały dni, kiedy rola średniego 
dziecka  w  tak  dużej  rodzinie  omal  nie  doprowadzała  jej 
do obłędu.

Niecałą  godzinę  później  Max  stał  przed  drzwiami 

domu Simone'ów, czekając, aż ktoś je otworzy. Ari musi 
wyciągnąć  go  z  tego  zamieszania.  Jednakże  kiedy 
otworzyła  drzwi  i  uśmiechnęła  się  do  niego,  a  w  jej 
ciemnych oczach pojawiły się wesołe iskierki, przestał się 
złościć.  Wyglądała  i  pachniała  cudownie,  jakby  właśnie 
wyszła  spod  prysznica.  Miała  na  sobie  różową  sukienkę 
sięgającą  kolan.  Max  stłumił  instynkt  jaskiniowca  i  zrobił 
obojętną minę.

- Witaj, kapitanie.

- Witaj - odparł, zdobywając się na oszczędny 
uśmiech.
Cofnęła się o krok, by go wpuścić, ale nie ruszył się z 
miejsca.

- Nie przyszedłem z wizytą, Ari. Ubiegłej nocy 

zawinęliśmy
do portu, a ja właśnie wracam z poczty.

Nie musiał mówić nic więcej.

- De?
- Cała sterta. Nie sposób policzyć.
- Gdzie je masz? - Ari wyglądała na zadowoloną.
- W samochodzie. Jeszcze ich nie otwierałem.
- Och, to dobrze. Czekałeś z tym na mnie?

- Wahałem się, czy nie wyrzucić ich do śmieci i 

zapomnieć
o tym zwariowanym pomyśle.

- Ale nie zrobiłeś tego.
- Zacząłem się zastanawiać, co, u diabła, ze sobą 

pocznę, gdy
wrócisz do Indiany.

- Do Montany - poprawiła.
- Nieważne. - Wzruszył ramionami. - Pewnie będę się 

czuł
samotny.

- Za dziesięć sekund będziesz naprawdę samotny, 

jeśli nie
przestaniesz mi dokuczać.

- Chcesz zobaczyć listy?
- Musisz pytać?
- To prawdopodobnie bardzo osobiste wyznania. Mogą 

przy
prawić cię o zazdrość.

- Postaram się opanować. Chodź, zobaczymy, czy są 

jakieś
odpowiednie kandydatki.

Zmarszczył czoło.

- To nie jest taki dobry pomysł, Ari.
- No, no, ale z ciebie smaczny kąsek! - zauważyła na 

widok
stosu listów na skórzanym siedzeniu samochodu Maxa. 
Wzięła
do ręki jedną z kopert. Pachniała ciężkimi perfumami -
Niezłe.
Zacznijmy od tej.

- Nie tutaj - mruknął. - Nie mam zamiaru siedzieć w 

tym
rozgrzanym samochodzie. Nie zamierzam też przeglądać 
tych
listów w towarzystwie twej rodziny.

- A więc gdzie?
- Na pokładzie kutra.

- Teraz?
Pokręcił głową.
- W tym tygodniu przypada Święto Floty.
Jak mogłaby zapomnieć. Święto rybaków w ciągu 
ostatnich

background image

dwudziestu  lat  zdobyło  dużą  popularność  wśród  turystów. 
Z  uroczystości  błogosławienia  łodzi  przerodziło  się  w 
turystyczny weekend z przyjęciami na statkach, paradą w 
zatoce, a nawet biegiem ulicznym na dystansie kilkunastu 
kilometrów.

- Wiem.
- Przyjdź na „Lady Million". Spędzimy ten dzień 
razem.
- Nie przepadam za oceanem - powiedziała z 

nadzieją, że
Max zmieni zdanie.

- A więc wyrzucę listy za burtę.
- Jesteś niemożliwy - rzuciła ze śmiechem.
Max  obchodził  ją  coraz  bardziej.  Jednak  nie 

powinna  się  w  nim  zakochiwać,  nawet  jeśli  był  kimś 
szczególnym,  wspaniałym,  kimś,  kto  zasługiwał  na 
więcej  niż  puste  noce  na  morzu  ze  swoimi  kumplami 
rybakami.

- No, kochanie, co ty na to?
- Nie jestem twoim kochaniem.
- Tak mi się powiedziało.
Ari zastanawiała się przez chwilę. Tak czy inaczej nie 

zostawiono  by  jej  w  spokoju.  Zdecydowanie  wolała 
spędzić  ten dzień z Maxem. Rodzina działała jej na nerwy 
bardziej niż kiedykolwiek.

- Zgoda - odparła wreszcie.

- Nie obiecywałem, że się z którąś z nich umówię.
Popołudniowe słońce przypiekało ramiona Ari. 
Siedziała na

pokładzie 

kutra 

obserwowała 

mężczyznę 

przechylającego  się  przez  reling.  Starannie  pogrupowała 
listy  na  trzy  kupki:  „Nigdy  w  życiu",  „Być  może"  i 
„Warte  uwagi".  Teraz  wzięła  do  ręki  ostatnią  kupkę  i 
potrząsnęła listami w kierunku Maxa.

- Jak myślisz, co to jest? Zbiór wypracowań z siódmej 

klasy?
Te kobiety chcą cię poznać.

- Ale ja nie mam na to ochoty.
Ari  westchnęła,  położyła  stosik  obok  siebie  i 

poprawiła  górę  żółtego  kostiumu.  Jedno  ramiączko 
wciąż się zsuwało, więc w końcu dała spokój i zostawiła 
je tam, gdzie było.  

- Spalisz się, jeśli nie będziesz ostrożna.
- Jestem ostrożna.
- Dobrze się bawiłaś?
- Tak. - Uśmiechnęła się do Maxa. - To był udany 

dzień.
- Ku jej zaskoczeniu była to prawda. Spotkała starych 
przyjaciół,
poznała nowych i na zmianę z Barbarą pełniła na kutrze 
obowiązki gospodyni. Ciekawy dzień, taki, o którym 
opowie po
powrocie przyjaciołom z uczelni.

- Mogliśmy popłynąć z resztą towarzystwa na Block 
Island.
- Nie, dzięki. Wolę tkwić w doku.

- Cuchnie.
Pociągnęła nosem.
- Nigdy nie zwracam na to uwagi.
- To dobrze. - Podszedł do niej. Ależ był przystojny, 

w zniszczonych dżinsach i podkoszulku koloru letniego 
nieba o poranku. - Masz ochotę na kanapkę z indykiem?

Ari pokręciła głową.
- Nie jadłeś lunchu?
- Nie miałem czasu.
- Byłeś zbyt zajęty rozmowami.
- Lubię to.
- Porozmawiasz ze mną? - spytała, świadoma, że 

stąpa po
grząskim gruncie, ale okulary słoneczne zakrywały jej 
oczy, więc
mogła zdobyć się na odrobinę odwagi.

- Nie o tych kobietach. - Odsunął stos kartek i usiadł 

naprzeciwko Ari, kolanami niemal dotykając jej kolan.

- Uważaj - ostrzegła, zgarniając listy. - Wiatr je 
porwie.

background image

- Świetnie.
- Zawarliśmy umowę.
- Tak. Pozwoliłem ci otworzyć je, jeśli przyjdziesz.
- To nie wszystko, Max.

Zdjął jej okulary i położył na pokładzie.

- Nie zamierzam szukać kobiety, której bym pragnął 

tak jak
ciebie, Ari. Nieważne, ile kopert otworzysz, na ile 
kupek je
podzielisz czy ile ogłoszeń zamieścisz w gazecie. - Jego 
wargi
były zbyt blisko jej ust, ale Ari nawet nie drgnęła. Po 
prostu
patrzyła na nie, gdy on ciągnął: - Pragnę ciebie, Arianno 
Simone.
Musisz to sobie wreszcie uświadomić.

Lekko dotknęła jego twarzy - nie wiedziała, czy 

chodziło jej o to, by przestał mówić, czy chciała go do 
siebie przyciągnąć. Pamiętała ciepły dotyk tych warg na 
ustach i żar jego ciała tamtej nocy na plaży. Wydało jej się, 
że było to tak dawno temu. . Zbyt dawno.

Lekko  dotknął jej  warg.  Pocałunek  skończył  się,  zanim 

zdołała  zareagować.  Powtórzył  to  kilkakrotnie,  aż  w 
końcu  dotknęła  jego  policzka  w  niemej  prośbie. 
Niebaczna na nic.

Kiedy  poczuł,  że  mu  odpowiada,  pogłębił  pocałunek  i 

pociągnął  ją  ku  sobie,  aż  wreszcie  osunęli  się  na  twardy 
pokład  kutra.  Uniosła  dłoń  ku  szyi  Maxa.  Niemal  nie 
czuła pod sobą desek ani zwoju lin, który drapał jej łokieć.

Pocałunek  trwał. Miała wrażenie, że są jednością i że 

tak będzie już zawsze.

Niepokojąca  myśl.  Ari  usiłowała  się  opanować,  ale 

czuła,  że  wpada  w  pułapkę  namiętności.  Choć  ciało 
mówiło  jej,  że  pragnie  Masa,  i  to  teraz,  desperacko 
próbowała to zignorować.

To nie był odpowiedni moment. A ten mężczyzna nie 

był właściwym mężczyzną.

Uniósł głowę, zupełnie jakby wyczuł jej opór. Błękitne 

oczy spoglądały na nią. Sprawiał wrażenie szczęśliwego.

- Widzisz?
- Co?

Zawahał  się.  Ari  odniosła  wrażenie,  że  Max  nie  powie 

tego, co zamierzał.

- Mówiłem ci, że będziesz się dobrze bawić.
- Mhm. - Pogładziła jego włosy i westchnęła. -

Myślę, że
powinieneś teraz ze mnie zejść.

- Ależ to najlepsza część dnia - leżeć na tobie na 

pokładzie
kołyszącego się statku. - Uśmiechnął się szeroko. -
Nawet nie
musimy się ruszać.

- Nie czuję żadnego kołysania - zaprotestowała, ale 

go nie
odepchnęła. Przez kilka chwil pozwoliła sobie na
rozkoszowanie
się dotykiem ciała Maxa.

- Mmm - zamruczał, pokrywając jej szyję lekkimi 

pocałunkami. - Może to było tylko pobożne życzenie.

- Co by powiedzieli ludzie, gdyby nas teraz zobaczyli?
- Powiedziałbym, że upadłaś i sprawdzam, czy się nie 

potłukłaś. - Uniósł głowę i oparł się na łokciu, ściągając 
wolną ręką
drugie ramiączko kostiumu z ramienia Ari. - Nie widać tu 
żadnych śladów - powiedział przeciągle.

- Dotknij czegoś poza moim ramieniem, a będzie po 
tobie.
- Zaryzykowałbym. - Ciepła, szorstka dłoń zatrzymała 

się po
wyżej łagodnej wypukłości piersi. Palcem obrysował górę  
kostiumu.

Ari  doszła  do  wniosku,  że  czas  już  położyć  kres  tym 

igraszkom.  Kochać  się  z  Maxem  byłoby  z  pewnością 
wspaniale, zdawała sobie jednak sprawę, że pociągnęłoby to 
za sobą coś więcej niż jedną wspólną noc.

- Przepraszam, kapitanie - odchrząknęła z udaną 

swobodą,
próbując się uwolnić.

background image

Max  przesunął  się  i  położył  na  plecach,  wpatrzony  w 

ciemniejące niebo.

- Głodna?
- O, tak. - Nagle zrobiła się głodna. - A ty?
- Ja  też.
- Co wybieramy?
- Może być włoska kuchnia? - zaproponował po 
namyśle.
- Dobrze. - Ari pochyliła się i pocałowała go w 

policzek.
- Zostaniemy przyjaciółmi?

- Niezupełnie - powiedział przeciągle, obserwując, jak 

Ari  składa  listy  „Warte  uwagi".  -  Co  zamierzasz  z  nimi 
zrobić?

- Schowam je do twego samochodu.
- Chodźmy. Pojedziemy do Terminesi. Jeśli nie 

chcesz
się ze mną kochać, możesz mi przynajmniej zafundować 
sandwicza.

Kupiłaby mu wszystko. Najpierw musiała się przebrać, 

więc  zawiózł  ją  do  domu  i  poczekał,  aż  włoży  letnią 
sukienkę. Kiedy zeszła na dół, rodzice promienieli.

- Ładna z nich para, Rusty, jak sądzisz? - Peggy 

wyglądała,
jakby miała za chwilę eksplodować z nadmiaru szczęścia.

- Tak - przytaknął ojciec.
- Cóż, cieszę się, że jesteście szczęśliwi. - Przesłała 

im dłonią pocałunek i chwyciła Maxa za rękę.

- Doprowadzają mnie do szału - mruknęła już na 
zewnątrz.
- A co ze mną? - spytał Max, kiedy szli przez 

trawnik do
samochodu.

Spojrzała na niego. Ciekawe, czy znów żartuje. 
Pewnie tak.

- Ty też doprowadzasz mnie do szału.
- To dobrze - zauważył, otwierając przed nią  

drzwiczki. -To
powinno działać w obie strony.

Przez  resztę  wieczoru traktował ją jak  starszy brat. Od 

czasu  do  czasu  żartował,  przedstawiał  ludziom,  którzy 
patrzyli  ciekawie  na  nich  dwoje  siedzących  razem  w 
popularnej  restauracji.  Kiedy  do  zatłoczonego  lokalu 
weszli Roscoe i Ruthie, Max pomachał do nich.

- Co robisz? - spytała Ari.

-

Może zechcą się do nas przyłączyć - odparł Max.

Wkrótce do restauracji zajrzeli Joey i Jimmy. Chłopcy 
przy
stawili do stołu kolejne krzesła.

- Może zadzwonisz do moich rodziców i zaprosisz ich, 

żeby
wpadli?

Max wzruszył ramionami.

- Przewrażliwiona?

Ari  roześmiała  się  z  przymusem.  Była  teraz  otoczona 

rodziną.  Powinno  ją  to  zdenerwować,  okazało  się  nawet 
zabawne.  Ruthie,  zazwyczaj  cicha,  opowiedziała 
historyjkę  o  zupie  rybnej  i  jednym  z  niezadowolonych 
klientów  Peggy  i  wszyscy  pokładali  się  ze  śmiechu. 
Jimmy  i  Joey  naciągnęli  Maxa  na  pizzę,  a  kiedy  do 
restauracji weszli Russ i Karen, Ari poddała się.

- Brak nam Kevina - powiedziała w pewnej chwili.
- Opiekunka do dziecka zachorowała - wyjaśniła 

Karen. -
Jeśli uda im się znaleźć kogoś innego, spotkamy się z nimi 
o dziewiątej w kinie.

- Co grają?
- Ten nowy film z Melem Gibsonem.
Ari  poczuła,  że  Max  lekko  dotyka  jej  szyi.  Odwróciła 

się ku niemu, ocierając się udem o jego udo.

- Masz ochotę iść do kina? - Pogładził ją po 

ramieniu.
Wyobraziła sobie wbrew woli, jak siedzą razem w 
ciemnej
sali. Brzmiało to bardziej zachęcająco, niż była skłonna 
przy
znać.

background image

- Naprawdę lubię Mela Gibsona.
- Możemy się przyłączyć? - spytał.
- Czemu nie - odparła Karen. - Im więcej, tym 
weselej.
Ari nie sądziła, że będzie się dobrze bawić, a jednak. 
Od lat

już nie spędziła tyle czasu ze starszymi braćmi.

Joey  i  Jimmy  też  postanowili  wybrać  się  do  kina  i 

niczym  dzieci  wymieniali  komentarze  i  kłócili  się  o 
prażoną kukurydzę.

Po  kinie  stali  w  kolejce  po  lody  i  jedli  je  z  waflowych 

rożków. Wreszcie przeszli przez ulicę, usiedli na murku i 
gapili  się  na  nielicznych  turystów.  Nawet  kiedy  reszta 
towarzystwa  podążyła  do  samochodów,  Ari  czuła  się 
dobrze z Maxem u boku.

- Dzięki - powiedziała w pewnej chwili.
- Za co? - zdziwił się.
Wzruszyła  ramionami,  nie  wiedząc,  jak  to  ująć  w 

słowa.  W  jakiś  dziwny  sposób  w  ciągu  jednego 
zgiełkliwego  letniego  wieczoru  znów  stała  się  częścią 
rodziny. Nie miała pojęcia, jak bardzo jej tego brakowało.

Miło było wrócić do korzeni. Wiedzieć, że może, jak w 

piosence,  wyciągnąć  rękę  i  dotknąć  kogoś  bliskiego. 
Dobrze,  że  przypomniano  jej,  że  należy  do  rodziny,  bez 
względu na to, gdzie mieszka.

Montana.  Sam  dźwięk  tego  słowa  sprawił,  że 

zatęskniła 

ZŁ 

Górami 

Skalistymi 

równinami 

rozciągającymi  się  u  ich  podnóża.  Po  powrocie  do  domu 
wślizgnęła  się  do  łóżka  i  naciągnęła  prześcieradło  na 
nagie ciało. Na skórze osiadła wilgoć.

Montana. Chłodne, suche powietrze i pogodne dni bez 

mgły.  Zaspy  śniegu  w  zimie,  ostry  wiatr  z  Kanady,  który 
zapierał dech. gdy brnęła uliczkami kampusu na wykłady.

Próbowała  skoncentrować  się    na  zimie  w  Bozeman, 

lecz  w    jej  myśli  wdarła  się  twarz  Maxa.  Niemal 
żałowała, że nie leży na

pokładzie kutra rozciągnięta pod twardym ciałem Maxa. Z 
drugiej  strony  była  rada,  że  nie  posunęła  się  za  daleko  i 
nie 

została

kochanką Maxa.

Od  końca  lata  dzieliło  ją  tylko  kilka  tygodni.  Musiała 

zachowywać  rozsądek  bez  względu  na  to,  jak  bardzo 
pragnęła bliskości ciała przystojnego kapitana.

background image

ROZDZIAŁ 6

Ari zmierzyła wzrokiem stos rupieci na trawniku przed 

domem i westchnęła.

- Ciekawa jestem, co za masochista wynalazł 
wyprzedaże.
- Pewnie ktoś taki jak my, mający rodziców, którzy nie 

wy
rzucali niczego przez czterdzieści lat - odparł Roscoe.

- Wszystko wyceniłam. Górna granica to pół dolara.
- Z wyjątkiem kijów golfowych taty.

- Których nigdy nie używał. - Ari uśmiechnęła się. -

Raz
. rybak, zawsze... - Ari umilkła na widok znajomej 
półciężarówki, która zatrzymała się przy krawężniku. 
Wysiadł z niej Max. trzymając w ręku dwa pudełka 
pączków.

Nie  wierzyła,  że  Max  naprawdę  ma  ochotę  dać  się 

wciągnąć  w  garażową  wyprzedaż  Simone'ów.  Wyszła 
mu  naprzeciw  i  uświadomiła  sobie,  jak  cieszy  ją  jego 
widok.  Wspaniale  wyglądał  w  błękitnych  dżinsach  i 
grubym beżowym swetrze. Nagle poczuła się zaniedbana, 
mając  na  sobie  stare  dżinsy,  wystrzępione  tenisówki  i 
podkoszulek któregoś z braci.

- Proszę, kochanie. W polewie czekoladowej, jak 

obiecałem
- Max podał jej jedno z pudełek. Patrzył przez chwilę na 
jej usta.
zupełnie jakby się zastanawiał, czy ją pocałować na oczach 
całej

rodziny, ale  poprzestał na  uśmiechu.  - Brakowało  mi cię 
wczorajszego wieczoru - szepnął jej do ucha.

- Jak  to?

Przerwał im Joey, który podszedł i poklepał Maxa po 
ramieniu.

- Nie spodziewałem się, że zobaczę cię tak rano, 
staruszku.
- Staruszku? - roześmiała się Ari.
- Wszystko skończyło się dość wcześnie. - W głosie 

Maxa
brzmiało ostrzeżenie. Zastanawiała się, o co chodzi. 
Gdzie byli
wczoraj wieczorem?

- Zrobiłem tak, jak obiecałem - powiedział Max, 

zwracając
się do Ari, kiedy Joeya przywołała matka.

- To znaczy?
- Zadzwoniłem do jednej z pań, które 

odpowiedziały na
: głoszenie. - Max zrobił zakłopotaną miną.

Ari  nie  wiedziała,  czy  ma  się  śmiać,  czy  płakać.  Nie 

zrobiła  żadnej  z  tych  rzeczy.  Po  prostu  patrzyła  w 
oczekiwaniu.

- I?
- Umówiliśmy się na drinka w Coast Guard House.
- I?
- Ma szesnaście kotów i osiem psów. Opowiedziała 

mi, jak
się nazywają i tak dalej.

- Och, Max.
- Naprawdę lubię zwierzęta, ale dwadzieścia cztery 

to dla
ranie za dużo. Jednak okazała się piękna i naprawdę bardzo 
miła.

- Jest weterynarzem? - Ari z trudem zwalczyła 

ogarniającą
ją zazdrość.

- Asystentką weterynarza. Chyba zabiera do domu 

każde
zbłąkane zwierzę, które ma być uśpione.

- Arianno! - Głos Peggy niósł się w parnym 

powietrzu. -
Na ile wyceniłaś to żelazne łóżko? Chyba odpadła od 
niego metka.

background image

- Już idę - odkrzyknęła Ari, usiłując sobie przypomnieć 

cenę
starego grata. Jeśli Max odpowiedział na jeden z listów, to 
zna
czy, że zmienił zdanie. Czy był to list, który wsunęła 
mu do
kieszeni w ubiegły weekend? Nagle zaczęła się 
zastanawiać, co
się stało z pozostałymi. Odwróciła się, by go o to 
spytać, ale
Peggy podeszła ciężko przez trawnik.

- Ludzie zaczynają się schodzić, a ja nie mam zbyt 

wiek
drobnych - powiedziała.

- Włożyłam trochę dwudziestopięcio- i 

dziesięciocentówek
do szuflady w komodzie. - Ari uspokoiła matkę. - Zjesz 
pączka?

Peggy pokręciła głową.

- Na razie nie mam czasu, ale lepiej zanieś je do 

kuchni, bo
ludzie pomyślą, że są na sprzedaż.

- Racja.

Ari dotknęła ramienia Maxa.

- Napijesz się kawy, zanim się zacznie?
- Nie mogę zostać, ale przyjadę później. Nie rób 

żadnych
planów na wieczór.

- Pewnie nie uda mi się uwolnić do wieczora -

mruknęła na
widok samochodów zatrzymujących się przed domem. Nie 
spodziewała się takich tłumów na zwykłej wyprzedaży. -
A może
nawet do północy.

- Schowaj się w kuchni i zjedz pączka - poradził.

- Wejdziesz ze mną do 
domu?
Zerknął na zegarek.
- Zgoda, ale tylko na chwilę. Mam mnóstwo pracy w 
fabryce.
- Jesteś bardzo zajęty, prawda?

Max skinął głową, idąc za nią do kuchni.
- Japończycy to ważni klienci. Nagle staliśmy się 

między
narodową firmą.

- Czy to dobrze? - Nalała sobie kawy. Peggy, 
przekonana, że

w  sobotni  ranek  jej  dzieci  muszą  dostać  coś  na 
przebudzenie,  zaparzyła  dzbanek  wystarczający  na 
trzydzieści filiżanek.

- Zarabianie pieniędzy jest zawsze korzystne. Ciężko 

jednak
nadążyć z pracą. W tym tygodniu wypłynął Jerry -
naprawdę nie
możemy sobie pozwolić na trzymanie kutra w porcie.

- A ty uwielbiasz połowy, prawda? - Ari znała 

odpowiedź,
zanim spytała.

- Bardziej niż cokolwiek - odparł, muskając jej 

włosy. -
Chodź tutaj.

-

Lepiej nie - pokręciła głową - mam mało czasu.

Jednak przytulił ją i pocałował mocno w usta, po czym 
wypuścił z objęć.

- Do zobaczenia wieczorem.
- Wybiorę następny list - obiecała.
- Być może - rzucił Max z nic nie mówiącym wyrazem 
twarzy.

Szybko wyszedł z kuchni, pozostawiając Ari z filiżanką 

parującej  kawy  i  otwartym  pudełkiem  pączków  w 
czekoladzie.  Nie  oczekiwała,  że  się  tak  szybko  zgodzi. 
Czy  zabrał  asystentkę  weterynarza  do  domu  i  poszedł  z 
nią  do  łóżka?  Kobieta  opiekująca  się tyloma zwierzakami 
na  pewno  jest  bardzo  miła,  troskliwa  i  współczująca. 
Właśnie taka, jakiej potrzebował.

Wyjęła  pączka  i  pocieszyła  się  na  myśl,  że  może 

wieczorem  uda  jej  się  skłonić  Maxa,  by  wszystko 
opowiedział.

- Arianno, na litość boską! - Do kuchni wszedł przejęty 
Rusty.
- Witaj, tato. Chcesz pączka?
- Twoja matka ledwie żyje, a ty siedzisz tu i zajadasz 
pączki?
- Wszystko wyceniłam, więc wystarczy tylko 

inkasować pieniądze. - Ari machnęła ręką w stronę drzwi. 
- Sześcioro z klanu
powinno wystarczyć.

Nie  całkiem  przekonany  Rusty  zajrzał  do  pudełka  i 

wziął pączka.

background image

- Widziałem wóz kapitana.
- Właśnie wyszedł.
- To dobry człowiek - powiedział ojciec z naciskiem. 

- Nie
zrań go.

- Niby w jaki sposób? - zaprotestowała Ari. - On 

wie, że
wyjeżdżam za - policzyła w myśli - cztery tygodnie.

- Mogłabyś dostać pracę tutaj, w 
college'u.
Nie chciała martwić ojca.

- Chodźmy, tato. Zobaczymy, czy już sprzedali twoje 

kije do
golfa.

- Przeklęte kije - wymamrotał pod nosem. - Nigdy 

nie mogłem zrozumieć, dlaczego wasza matka myślała, 
że chciałbym
dostać coś tak beznadziejnego.

Po paru godzinach na stołach pozostały tylko droższe 

rzeczy  i  rupiecie.  Ari  zaczęła  wyrzucać  do  dużego 
pojemnika  na  śmieci  wszystko  co  wyceniła  poniżej 
dwudziestu pięciu centów.

Reszta rodziny znikła. Ruthie i Roscoe pojechali 

montować łóżeczka dla dzieci, a inni licho wie gdzie. 
Peggy wynajęła wprawdzie kogoś do gotowania zupy, ale 
pojechała do sklepu, się upewnić, czy wszystko w 
porządku. Podwórze przypominało pole bitwy 
pozbawione żołnierzy. Ari nie miała nic przeciwko 
sprzątaniu. Dobrze było mieć jakieś zajęcie. Wreszcie 
usiadła w ogrodowym fotelu i wsadziła nos w książkę.

Na lunch zjadła czarkę zupy rybnej i dwa pączki, a 

wyprzedaż dobiegła końca, wypiła dwie puszki coli i 
przeczytała jeszcze jedną książkę. Ciekawe, co 
porabia Max. Może do-stał więcej listów? Czy sam
wybrał list od miłośniczki zwierząt, czy był to ten, 
który wcisnęła mu w ubiegłym tygodniu? O czym 
pisały te kobiety? Czy Max przeczytał wszystkie listy?

Ojciec wyszedł z domu i podał jej długą białą kopertę.

- Do ciebie - powiedział. - Z Montany.

Ari  spojrzała  na  stempel.  List  przesłano  z  Montany,  ale 

nadano  go  w  Narragansett.  Odniosła  wrażenie,  że  nazwisko 
nadawcy  jest    jej  znane.  Rozcięła  kopertę  i  rozłożyła 
jaskrawoczerwony  arkusik.  Jej  •  rok  padł  na  ręcznie 
wypisane  zaproszenie  na  spotkanie  z  okazji  piętnasnastej 
rocznicy ukończenia szkoły średniej.

Przepraszamy  za  tak  późne zawiadomienie,  ale  nigdy 

nie byliśmy dobrze zorganizowaną klasą, a ponieważ nie 
spotkaliśmy  się przed  pięciu  laty,  niektórzy z  nas doszli 
do wniosku, że piętnastka to znakomita okazja!

Wpadnij  do  Narragansett  Inn  Lounge  w  piątek 

trzeciego  sierpnia  o  siódmej  wieczorem.  Spotkasz 
starych przyjaciół i przypomnisz sobie czas matur!

- Co to takiego, kochanie?
Ari złożyła arkusik i włożyła go z powrotem do 
koperty.
- Zaproszenie na spotkanie absolwentów szkoły 
średniej.
- A, tak. Zdaje się, że matka przed kilkoma miesiącami 

dała
im twój adres. - Poklepał ją po ramieniu. - Powinnaś 
częściej

 chodzić, odświeżyć stare znajomości.

- Pomyślę o tym. - Nie miała serca mówić mu, że 
to bez
u. Nie przychodził jej na myśl nikt, z kim chciałaby 
powspominać stare dzieje.

- Ile dziś zarobiliśmy? - Ojciec przerwał jej 
rozmyślania.
Ari była wdzięczna za zmianę tematu.
- Przynajmniej trzysta dolarów.
- Nie! - Uśmiechnął się szeroko, potrząsając rudą 
brodą.

- To prawda - odpowiedziała mu uśmiechem. - Nie 

miałeś
pojęcia, że w domu jest tyle cennych rzeczy, prawda?

- A pozbyłaś się moich kijów golfowych?

background image

- Pozbyłam się. - Rozejrzała się wokół. - Już po piątej. 

Powinnam zlikwidować te stoły, ale jestem wykończona.

- Chłopcy zaraz wrócą. Powiem im, żeby się tym zajęli 

- zaproponował Rusty. - Dość już zrobiłaś. Lepiej idź 
popływać.

- To nie taki zły pomysł - odparła zadowolona. Chłodna 

morska
woda to właśnie to, co pomoże jej przestać się nad sobą 
rozczulać.
Weszła do domu, naciągnęła żółty kostium, na wierzch 
włożyła
obszerny podkoszulek, wzięła kluczyki od samochodu i 
ręcznik.
Kiedy znów pojawiła się w kuchni, ojciec nalewał sobie zupę z 
garnka stojącego na piecyku. - Wrócę za półtorej godziny. 
Może kupię
sobie sandwicza. Potrzebujesz czegoś?

Pokręcił głową.

- Myślałem, że wychodzisz wieczorem z kapitanem.

- Jeśli zadzwoni, powiedz mu, że będę o 
szóstej.
Rusty skinął głową zadowolony.
- Tak, powiem mu. Na pewno zadzwoni.

Może,  pomyślała  Ari.  A  może  odpowiada  na  kolejny 

list.  Przecież  o  to  mi  chodzi,  upomniała  się.  Sama  to 
zorganizowałam.  Najwyższy  czas  zwalczyć  tę  dziecinną 
zazdrość.

Przed upływem dziesięciu minut była już na plaży. Ari 
lubiła Narragansett o tej porze, bo było prawie puste. 

Matki i dzieci poszły do domu na obiad, narciarze wodni 

wreszcie się zmęczyli, a świeżo opalone nastolatki były w 

pracy albo na randkach. Stanęła bosymi nogami na 

ciepłym piasku i spojrzała na gładką powierzchnię 

oceanu. Było niemal bezwietrznie, a niebo tworzyło 

wspaniałą kompozycję purpurowych różowości i błękitów. 

Jeszcze godzina i będzie zbyt chłodno na kąpiel. Ari rzuciła 

swoje rzeczy na piasek i poszła w kierunku fal, 

rozkoszując się wodą która uderzała ją o kostki i 

rozpryskiwała się na łydkach.

Brakowało  jej  tego.  Przypomniało  jej  się  tamto  lato, 

kiedy  miała  szesnaście  lat  i  była  na  zabój  zakochana  w 
Eddiem Bartonie.

 Przychodziła  tu  po  pracy  w  Dairy  Queen  i  spłukiwała  z 
siebie  zmęczenie  po  sześciu  godzinach  przygotowywania 
lodowych  deserów  w  sosie  karmelowym  i  napełniania 
waflowych  rożków.  Ari  rozejrzała  się  wokół  -  nic  się  nie 
zmieniło.  Czuła  się  niemal  tak  jak  przed  piętnastu  laty, 
choć  jej  ciało  przybrało  bardziej  kobiece  kształty,  a  w 
duszy nosiła nie całkiem zabliźnioną ranę.

Zakazała,  sobie  wciąż  bolesnych  wspomnień  i 

zanurkowała  w nadciągającą falę, wślizgując się  pod  jej 
grzywę,  by  wypłynąć  z  drugiej  strony.  Czuła,    jak  się 
odpręża. Już dawno nie bawiła się w wodzie.

Odsunęła  włosy z  twarzy i  spojrzała  na  brzeg. Przy  jej 

porzuconych na piasku rzeczach stał wysoki mężczyzna. 
Max - to mógł być tylko on - pomachał do niej. Zawahała 
się, ale odpowiedziała na pozdrowienie. Ściągnął koszulkę 
i  rzucił  ją  na  piasek.  Za  nią  poszły  klapki.  Jego  czarne 
spodenki  kąpielowe  wyglądały  jak  szorty.  Ari  poczuła 
ulgę  -  nie  mogła  sobie  wyobrazić  Maxa  w  obcisłych 
kąpielówkach,  które  nosiła  większość  mężczyzn. 
Przeszedł  szybko  przez  przybrzeżne  fale,  po  czym  zanur-
kował tak jak Ari i wynurzył się parę metrów od niej.

Wspaniale 

wyglądał 

ciemnymi 

włosami 

przylepionymi  do czoła. W  pewnej chwili odgarnął je  do 
tyłu, potrząsnąwszy głową. Miała wrażenie, że brakuje jej 
powietrza. Może za długo przebywa w wodzie. Po chwili 
znalazł się obok niej.

- Wiedziałeś, że tu jestem?
- Twój ojciec mi powiedział, gdy zadzwoniłem. -

Wskazał
na rząd domów za plażą. - Mieszkam tam. Wystarczyło 
wziąć
lornetkę. Nawiasem mówiąc, powiedziałem mu, że 
wyjdę po
ciebie na plażę i zabiorę cię na kolację.

- W kostiumie kąpielowym?
- No to co?
- Nie miałam pojęcia, że tu mieszkasz.

background image

- Już od roku. - Uśmiechnął się szeroko i starł wodę z 

jej
policzka. - Zawsze jesteś mile widziana.

- Dzięki. Często zastanawiałam się, jak te domy 

wyglądają
w środku. Muszą być piękne.

- Mam widok na piękne kobiety pływające po 

frontowym
podwórzu.

- Szczęściarz z ciebie.
- Też tak uważam. - Max uśmiechnął się szeroko.

- Dlaczego przyszedłeś?
- Żeby cię znaleźć. - Podpłynął jeszcze bliżej, jego 

owłosiona noga dotknęła jej nogi. Ari stała zanurzona po 
brodę w wodzie.
- Masz coś przeciwko temu?

Dlaczego  dotąd  uważała,  że  pływanie  w  pojedynkę 

jest zabawne? Tak było stanowczo bardziej intrygująco.

- Nic mi nie przychodzi do głowy.
- To dobrze. - Max otoczył ją ramionami i przesunął dłońmi 

po
plecach. Kiedy musnęła piersiami jego tors, przez jej ciało 
przeszedł
dreszcz. Falująca woda popychała ją ku niemu. Ari 
potknęła się
i otarła o jego brzuch. Miała dowód, że Max jej pragnie. 
Było :
nowe, odurzające doznanie. Próbowała uniknąć dotykania 
go, ale
zsunął dłonie na jej talię, a fale nie ułatwiały jej wysiłków.

- Przepraszam - wyjąkała, zakłopotana. Tak naprawdę 

chciała przycisnąć wargi do jego gładkiego ramienia i 
posmakować,
soli na skórze. Chciała obwieść językiem twardą krawędź 
obojczyka. Chciała...

- Nie - mruknął. Uwolnił jej talię i odsunął się o parę 

centy-
metrów.

- O co chodzi?

- Jeśli zamierzasz mnie uwieść, nie zgadzam się na 

dwie
minuty w wodzie.

- Dwie minuty?

Wykrzywił wargi.

- Prowokujesz mnie.
- To ty się o mnie ocierasz. Ty mnie chwyciłeś.
- Trzymam cię, żebyś nie utonęła.
- Nie zamierzałam... - Kiedy zorientowała się, że z niej 

żar
tuje, urwała w pół słowa. Zmęczona przedzieraniem się 
przez
wodę, popłynęła w kierunku plaży.

- Popływamy?
- Nie - odparła, gdy się z nią zrównał. - Chcę stanąć na 
piasku.
- Możesz owinąć nogi wokół mnie - zaproponował. -

Możesz złapać mnie za szyję i...

- A co ty będziesz robił?
- Ruszę wyobraźnią - westchnął Max i przyciągnął 

ją do
siebie. - Lubię dotykać twojej skóry pod wodą.

Ari wiedziała, że źle robi, ale nie protestowała zbytnio, 

kiedy przyciągnął ją do siebie.

- Może to nie najlepszy pomysł - zaczęła z wahaniem.
- Za późno - mruknął, gładząc dłonią jej nagie plecy. 

Zapragnęła roztopić się w jego uścisku. .

To  woda,  wmawiała  sobie.  Mogła  to  zrzucić  na  wodę, 

gładką skórę, ukryte pod wodą ciało i...

Przesunął dłonie na jej ramiona i zsunął ramiączka 
kostiumu.
- Max-ostrzegła bez przekonania. Ciekawe, co  będzie 

dalej.
3dyby tylko mogła posmakować jego skóry. Oblizała 
wargi
: popatrzyła na niego. Krople wody ściekały mu po 
twarzy, po
-imionach i muskały jej ramiona. Palcami obwiódł górę 
jej kostiumu i wsunął je do środka.

- Max - próbowała go powstrzymać. - Przestań 
żartować
ten sposób.

- Ja nie żartuję - powiedział. - Chcę poczuć dotyk 

twoich
piersi przy moim ciele. - Zsunął jej stanik, uwalniając 
piersi. Gdy

background image

sutki  dotknęły  jego  szorstkiego  torsu,  Ari  westchnęła  z 
rozkoszy. Max zagarnął jej usta, przyciskając ją do siebie i 
rozdzielając  jej  wargi  językiem.  To  był  głęboki, 
zachłanny pocałunek, któremu oddali się na bardzo długą
chwilę.

Kiedy Max wreszcie uniósł głowę, Ari przylgnęła do jego 

gładkich ramion, zadowolona, że nie wypuścił jej z uścisku. 
Pewnie  podryfowałaby  na  ocean  jak  bezkręgowa  meduza. 
Trzymał  ją  mocno,  pozwalając  jej  ocierać  się  o  siebie, 
podczas  gdy  on  wytyczył  ścieżkę  pocałunków  na  jej  szyi, 
odsunął  do  tyłu  jej  ciężkie  mokre  włosy  i  zlizywał  słone 
krople ze skóry.

- Chodź ze mną do domu - zażądał.
- Nie mogę - skłamała.
- Możesz wziąć prysznic i przebrać się.

Ari  nie  miała  nic,  w  co  mogłaby  się  przebrać,  ale 

wiedziała, że nie o to chodzi.

- Nie powinnam.
- Dlaczego nie?
- Przygoda na jedną noc?

Oderwał wargi od jej skóry i spojrzał w oczy.

- Nie o to cię proszę. Nigdy nie prosiłem.
- Tak - westchnęła Ari. Wiedziała, że on mówi prawdę. 

- Ale
tylko to wchodzi w grę.

- Stać nas na więcej.
- To nie byłoby w porządku.
- Nie byłoby w porządku, gdybyś odeszła.

Słońce  zniżyło  się.  Ari  czuła  chłód  na  ramionach. 

Szybko poprawiła na sobie kostium.

- Nikt nie powiedział, że życie musi być 
fair.
Zmarszczył czoło.

.- Nie rozmawiasz z jednym ze swoich bratanków, Ari. 

Pragnę cię od tego dnia na Block Island i ty o tym wiesz.

Nie próbowała zaprzeczać.

- Chciałam być uczciwa.

Potrząsnął głową, jego oczy były nieprzeniknione i 
poważne.

- No, no, kochanie. Byłaś uczciwa, kiedy mnie 

całowałaś. Negować to, co jest tak widoczne, to 
zaprzeczanie rzeczywistości.

Ogarnęła ją złość. Poczuła, że powinna się bronić.

- Rzeczywistość? Czy po prostu seks?
- To nieprawda.
- A więc co? - Przejechała drżącą dłonią po jego 

torsie.
- Przecież nie miłość.

Na jego twarzy nie drgnął żaden mięsień.

- Nie? - Ponieważ milczała, dodał: - Czemu nie?
- Nie można się zakochać w jeden dzień. Czy dwa.
- Ja mogłem.

Wyślizgnęła się z jego uścisku i skierowała ku plaży.

- Uciekasz? - zawołał.

Usłyszała  tylko  to,  bo  pochyliła  się,  by  złapać 

załamującą  się falę  i popłynęła  na  niej do  brzegu.  Kiedy 
jej  brzuch  dotknął  piaszczystego  dna,  otworzyła  oczy. 
Zapomniała  już,  jak  lubiła  wyciągać  się  przed  falą  w 
oczekiwaniu  na  właściwy  moment.  Wówczas  pozwalała 
nieść  się  do  brzegu.  Podnosiła  się  i  znów  wypływała  w 
morze, by zrobić to ponownie.

Ale  teraz  morska  woda  zatykała  jej  gardło.  Ari 

zakaszlała i stanęła na nogi. Duża dłoń Maxa podtrzymała 
ją.  Próbowała  nie zauważać  jego  mocnych  opalonych  nóg 
w  czarnych  spodenkach  ani  szerokiego  torsu,  który  tylko 
czekał, by wtuliła twarz i ukryła ją w zagłębieniu ramienia.

- Marzniesz - powiedział za  jej plecami.
Okryła ręcznikiem ramiona, odsunęła wilgotne włosy z 

czoła i spojrzała na Maxa. Właśnie naciągał podkoszulek. 
Na tkaninie pojawiły się mokre plamy.

background image

- Niezupełnie - zaoponowała, ale nie miała ochoty na 
spory
- Chodź. Mój dom jest po drugiej stronie ulicy. Nie 

pojedziesz przecież do domu mokra i zapiaszczona. 
Weźmiesz prysznic, a ja zamówię coś na kolację. -
Ponieważ wciąż wyglądała na
niezdecydowaną, rozproszył jej wątpliwości: - Żadnego 
uwodzenia, tylko pizza, obiecuję.

Uśmiechnęła się na te słowa. Max poczuł ulgę tak wielką, 

że niemal  go  zadławiła.  Podszedł  bliżej  i    wziął  jej  małą 
dłoń w swoją. a Ari pochyliła się, by chwycić drugą ręką 
resztę  swoich  rzeczy  i  jego  klapki,  i  poszli  plażą  jak  para 
przyjaciół,  wymijając  po  drodze  zamki  z  piasku  i  dziury 
wykopane  przez  dzieci  próbujące  dotrzeć  dc  jakiegoś 
tajemniczego, tylko im znanego miejsca.

Dołączyli do  tłumu turystów oglądających  wystawy, po 

czym  weszli  po  schodach  do  domu.  Max  otworzył  drzwi  i 
zaprosił Ari do środka.

- Mam nadzieję, że nie wniosę ci piasku na dywan -

powie
działa na widok beżowego dywanu pokrywającego 
podłogę.

- To nie problem. Właśnie dlatego wybrałem ten kolor. 
Wejdź.
Duże, szerokie okna wychodziły na ocean.

- Wspaniały. - Uświadomiła sobie, że w luksusowym 

pokoju
dziennym jest tylko kilka mebli. - Od dawna tu 
mieszkasz?

- Od roku.
Weszła w głąb pokoju i podziwiała duży morski pejzaż 

na ścianie, zanim zauważyła kapelusz.

- Ależ to kapelusz, który zgubiłam na promie! -
zawołała.
Max stanął obok niej.
- Taki sam. Kupiłem go u Woolwortha, ale zawsze 

zapominałem zabrać z sobą. - Nie powiedział jej, że 
robił to celowo.
Kapelusz leżący na stoliku stwarzał złudzenie, że Ari 
mieszka tu
i ma za chwilę wrócić.

- Nie musiałeś tego robić. - Zamierzała odłożyć 

kapelusz
: powrotem na stolik, ale Max wziął go z jej ręki.

- Chciałem - powiedział cicho, umieszczając kapelusz 

z szerokim rondem na głowie Ari. - Wyobrażałem sobie, 
że kochamy

się, a ty masz na sobie tylko ten kapelusz i długie 

kolczyki. Udała, że jego słowa nie robią na niej 
wrażenia.

- Dość niezwykłe jak na 
rybaka.
Wzruszył ramionami.

- Te długie noce na statku są trudne. Chciałbym 

podzielić się
z tobą kilkoma innymi marzeniami.

- Nie. Dzięki. - Wolała, kiedy żartował. Przynajmniej 

mogła
udawać, że obecność Maximiliana Cole'a w jej życiu jest 
tylko
miłym urozmaiceniem wakacji.

Dotknął jej twarzy. Myślała, że ją pocałuje, ale zamiast 

tego  wyprostował  się  i  ściągnął  jej  kapelusz  z  głowy  z 
taką  samą  łatwością,  jak  go  nałożył.  Poczuła  ukłucie 
rozczarowania,  ale  stanowczo  powiedziała  sobie,  że  tak 
jest lepiej.

- Chodź - odezwał się. - Pokażę ci łazienkę.

Po  drodze  zerknęła  do  dużego  pokoju  o  białych 

ścianach. Znów jej uwagę przyciągnęły okna wychodzące 
na  morze.  Większą  część  pomieszczenia  zajmowało 
olbrzymie  łóżko,  a  leżąca  na  nim  puszysta  kołdra  była 
zadrukowana  zielonymi,  białymi  :  kremowymi 
trójkątami. W pokoju stały polerowane antyczne komody, 
co tworzyło intrygującą mieszaninę stylów.

Max pobiegł za jej spojrzeniem.
- Należały do mojej babci - wskazał gestem dębowe 

meble.
- W mojej łazience jest jacuzzi,  jeśli chcesz skorzystać. 
Gościnna
łazienka jest w głębi holu.

- Wystarczy gościnna - powiedziała. Otworzył drzwi,

odsłaniając nieskazitelnie czystą łazienkę w kremie i bieli. 
Pogrzebał
w wąskiej szafie i wyciągnął dwa ręczniki.

background image

- Powinnaś tu znaleźć wszystko, czego potrzebujesz. 

Moje
siostry zostawiły tu różne rzeczy.

Siostry. Czy myśli, że jest tak 
naiwna? Uśmiechnął się szeroko.

- To prawda. Jak zjemy, pokażę ci ich zdjęcia.

Była  zadowolona, że może  zamknąć  drzwi i  mieć parę 

minut  dla  siebie,  żeby  zebrać  myśli.  W  porządku,  miała 
trzydzieści dwa lata. Bywała w męskich mieszkaniach.

Ale  to  mieszkanie  należało  do  Maxa,  do  mężczyzny, 

który  patrzył  na  nią  tak,  jakby  mówił:  Jesteś  moja,  czy 
wiesz o tym, czy

nie.

Nie  mogła  tego  zaakceptować.  Za  kilka  tygodni, 

dwudziestego  siódmego  sierpnia,  bez  względu  na 
wszystko, odleci na zachód.

Z  trudem  ściągnęła  mokry  kostium.  Kolana  wciąż 

miała miękkie. Może to z głodu, upierała się. Jednak musi 
być ostrożna i nigdy więcej nie pływać z Maxem. To było 
stanowczo zbyt zmysłowe doznanie.

Odkręciła  kurki  i  wyregulowała  temperaturę  wody,  po 

czym  weszła  pod  gorący  strumień  i  zaciągnęła  zasłonkę 
prysznica.  Nie  można  się  zakochać  w  jeden  dzień, 
powiedziała mu.

Kłamczucha.
Po raz pierwszy, odkąd rozpoczęła pracę, nie tęskniła 
za powrotem na uczelnię.

ROZDZIAŁ 7

Po  prysznicu  Ari  chwyciła  ręcznik  leżący  obok 

umywalki.  Przebywanie  nago  w  mieszkaniu  Maxa 
sprawiało jej dziwną przyjemność. Dość tego. Uznała, że 
powinna się pospieszyć.

Do drzwi łazienki zastukał Max.
- Chcesz szlafrok?
- Nie, dzięki.
- Nie możesz chodzić owinięta w ręcznik - mruknął 

i za
milkł.

Ari  wysuszyła  włosy  i  rozczesała  je  grzebieniem 

znalezionym  w  jednej  z  szuflad.  Na  szczęście  „siostry" 
Maxa zostawiły przy prysznicu szampon i odżywkę.
-

Proszę - zza drzwi dobiegł głos Maxa. - Przymierz 

je.
Sprawdziła, czy jest dokładnie owinięta ręcznikiem i 
otworzyła drzwi. Na progu stał Max z małym pakunkiem.

- Zdaje się, że to się teraz nosi - powiedział z 

błyskiem
w niebieskich oczach.

- Dzięki. - Zamknąwszy drzwi, spojrzała na 

przyniesione
rzeczy. Dwie pary nowiutkich groszkowych spodenek 
bokserskich   w   firmowych   opakowaniach.   
Widywała   studentów
w dwóch parach takich spodenek jednej na drugiej. 
Przyniósł też

background image

czerwony podkoszulek z emblematem drużyny piłkarskiej 
Uniwersytetu  Nebraski.  W  tym  stroju  poczuła  się  jak 
piętnastolatka.  Zdaje  się,  że  to  motyw  przewodni  tego 
lata.  Zadowolona,  że  nogi  jej  wysmuklały  od  chodzenia 
po  schodach  w  domu,  zastanawiała  się  z  roztargnieniem, 
czy Max często podejmuje gości. I znów na myśl o jego 
„siostrach" pożałowała, że nie wie o  nim więcej.

Po  wyjściu  usłyszała  szum  wody  w  łazience  pana 

domu  Drzwi  do  sypialni  były  otwarte,  a  na  dywanie 
leżały zwinięte  mokre spodenki. Szybko zeszła na dół, w 
obawie,  że  Max  nagle  zakręci  wodę  i  wejdzie  nago  do 
sypialni. Dlaczego miałby pamiętać o zamykaniu drzwi?

Ciekawe,  czy  zamówił  pizzę?  Pewnie  tak.  Zawsze

robił to co powiedział, a przynajmniej Ari nie zauważyła, 
żeby było inaczej.

Krążyła  po  pokoju  dziennym,  zerkając  na  książki  na 

półkach 

Lubił 

niesamowite 

opowieści, 

książki 

szpiegowskie  i  Stephena  Kinga.  Trzeba  odwagi,  żeby 
czytać  Stephena  Kinga,  pomyślała  Nieodmiennie  przy 
lekturze jego powieści umierała ze strachu.

Ponieważ mieszkała sama.
Bez skrupułów wsadzała nos tu i tam, a kiedy na górnej 

półce  biblioteczki  zauważyła  albumy 

szkolne, 

wyciągnęła  jeden  z  nich.  Przekartkowała  fotografie, 
ciekawa, jak wyglądał Max mając osiemnaście lat. Czesał 
się z przedziałkiem z boku, a w jego spojrzeniu malowała 
się powaga i spokój. Znała ten wyraz twarzy. Dowiedziała 
się też, że ma na drugie Lloyd, zamierzał iść do college'u, a 
jego ulubionymi zajęciami były futbol, koszykówka i...

- Znalazłaś coś ciekawego?

Uniosła głowę i zobaczyła Maxa, bez koszuli i boso, 

tylko w opinających biodra dżinsach.

- Ciekawa byłam, jak wyglądałeś w sześćdziesiątym 

dziewiątym.

Zrobił dziwną minę.
- Nigdy byś mnie wówczas nie pokochała.
Kochać go? Ari postanowiła udawać, że nic nie 
słyszała.
- Właśnie zamierzałam dowiedzieć się, czym się 

wtedy zajmowałeś.

- Nie pamiętam. - Podszedł do niej i zerknął na 

otwarty album- Drużyna futbolowa, drużyna 
koszykarzy i komitet organizacyjny imprez szkolnych -
przeczytał.

- To mi wiele nie mówi - zauważyła, wdychając 

zapach
sosnowego mydła i czystego męskiego ciała. Jego nagi 
tors był
niebezpiecznie blisko jej ramienia. Pożałowała, że nie 
ma na
sobie biustonosza - najlepiej metalowego. Tylko taki 
uchroniłby
ją przed delikatnym dotykiem jego skóry ocierającej się o 
cienką
bawełnę podkoszulka.

- Co chciałabyś wiedzieć? - Odsunął się i Ari 

poczuła się
rozczarowana.

- Nic szczególnego. - Westchnęła. - Dzisiaj dostałam 

zaproszenie na spotkanie z okazji piętnastolecia 
ukończenia szkoły
i pewnie dlatego zaciekawiły mnie albumy.

- Moje dwudziestolecie minęło w ubiegłym roku. 

Było
wspaniale. Będziesz się dobrze bawić.

- Chyba nie pójdę.
Wyglądał  na  zaskoczonego.  Wyjął  album  z  jej  dłoni, 

rzucił  na  stolik  do  kawy  i  pogładził  jej  ramiona  szerokimi, 
mocnymi dłońmi.

- Dlaczego  nie?
Ponieważ  mój chłopak umarł, a  ja  nie jestem  w stanie 

stanąć  twarzą  w  twarz  ze  wspomnieniami,  nawet  po  tylu 
latach,  pomyślała  z  zaciśniętym  gardłem.  Uciekła  przed 
ciekawym spojrzeniem Maxa.

background image

- A czemu miałabym iść?
- Spotkasz dawnych znajomych - powiedział miękko. 

- Będziesz się dobrze bawić i zobaczysz, na kogo wyrośli 
twoi koledzy. - Dotknął jej twarzy. - Ty wyrosłaś na 
piękność.

Skrzywiła się.

- To miło, że tak myślisz, ale...
- Żadnych ale - przerwał. - Powinnaś pójść.
- Pomyślę.
Max  obserwował  jej  twarz.  Czy  nie  zdawała  sobie 

sprawy,  że  im  usilniej  próbowała  ukryć  swoje  uczucia, 
tym bardziej były widoczne? Russ, jej brat, a jego kolega 
szkolny,  pewnie  wiedział,  dlaczego  jego  mała 
siostrzyczka  unikała łodzi rybackich  i  nie chciała być  na 
szkolnym  zjeździe.  Max  chciał,  żeby  Ari  powiedziała 
mu o tym sama, więc na razie dał je; spokój.

- Zamówiłem pizzę, I paszteciki ze 
szpinakiem.
Ślinka napłynęła jej do ust.
- Uwielbiam paszteciki ze szpinakiem.
- Tak właśnie myślałem. - Uśmiechnął się szeroko.
- Dlaczego?

- Po prostu intuicja - skłamał, wzruszając ramionami. 

Peggy
Simone powiedziała mu pewnego dnia: zafunduj jej 
pasztecik ze
szpinakiem albo dwa. Max postanowił korzystać z jej rad. 
Czuł.
że znalazł w Peggy sprzymierzeńca.

- Dzięki za ubranie.
- Ładnie wyglądasz - zauważył. Wystarczająco 

ładnie, by
ściągnąć z niej ubranie i zabrać ją na górę do łóżka.

Dotknęła workowatych spodenek.

- Dostałeś je od 
sióstr?
Skinął głową.
- To pewnie miał być żart.

Ari  doszła  do  wniosku,  że  nie  będzie  rozmawiać  z 

Maxem  o  bieliźnie,  zwłaszcza  że  miała  na  sobie  jego 
spodenki. Gorączkowo szukała innego tematu.

- Moglibyśmy porozmawiać o pogodzie -

zaproponował
z uśmiechem.

- Tak.
- Albo - dodał - o następnej wyprawie na Block 
Island.
- Tak? - Nie zaprotestowała, kiedy zbliżył się i wziął ją 

w raniona. Wiedziała, że powinna. Powinna się jakoś 
usprawiedliwić, pobiec na parking i pojechać 
dziewięćdziesiątką do domu.
Ale nie poruszyła się. Poczuła jego ciepłe dłonie. Do licha, 
gdyby
przynajmniej nie wiedział, że pod tymi głupimi 
spodenkami
: podkoszulkiem jest naga. - Ja, no, nie wiedziałam, że 
chcesz
nam wrócić.

- Chcę! - Obejmował ją coraz mocniej. - Ale tym 
razem...
Dzwonek u drzwi przerwał mu w pół słowa.
- Pizza - szepnęła bez tchu.

- Do diabła - zaklął, wypuszczając ją z objęć. -

Zgaduję, że
woja cnota jest bezpieczna, aż zjemy kolację.

- Wciąż nastajesz na moją cnotę?
Towarzyszyła  mu  do  drzwi,  korzystając  z  okazji,  by 

podziwiać jego szerokie opalone plecy. Jeśli czyjaś cnota 
jest  w  niebezpieczeństwie,  równie  dobrze  może  to  być 
cnota Maxa Cole'a. Lubiła widok męskich pleców. Lubiła 
silne ramiona. Lubiła sunąć  palcami  wzdłuż  kręgosłupa  i 
wodzić językiem po krzywiznach łopatek...

Ari  westchnęła.  Była  idiotką.  Kretynką.  Do  końca  lata 

pozostało  zaledwie  parę  tygodni,  a  pójście  do  łóżka  z 
Maxem  nie  mieściło  się  w  jej  wakacyjnych  planach.  Nie 
był  mężczyzną  skłonnym  do  kompromisów  -  przeżywał 
życie na swój własny sposób i odpowiadało mu, jeśli ktoś 
był gotów to zaakceptować.

background image

Nie  będzie  kompromisów  ani  długiego  związku  na 

odległość  Nie  zakocha  się  znów  w  rybaku.  Nie  zaufa 
jeszcze  raz  morzu.  i  nie  będzie  czekać,  aż  ukochany 
wróci z kolejnego połowu.

Max wziął w silne, zręczne dłonie pizzę i białą torbę i 

zamknął  drzwi.  Kiedy  ich  spojrzenia  się  spotkały, 
usiłowała nie pokazać po sobie, co czuje.

To się staje idiotyczne, uznał Max. Po kolacji wyśle ją 

do  domu.  Dość  tych  gier.  Sterta  nie  odpieczętowanych 
listów  w  rogu  jadalni  tylko  go  drażniła  -  namacalny 
dowód,  że  Ari  go  nie  chce  że  chętnie  przekazałaby  go 
komuś innemu jak używaną kanapę na wyprzedaży.

- O  co chodzi?
- O nic. - Potrząsnął głową.
- Wyglądałeś na zmartwionego.
- Pudełko parzy mnie w palce. - Odwrócił się i 

poszedł do
kuchni, nie patrząc, czy Ari idzie za nim. Najwidoczniej tak 
było
bo poczuł zapach kwiatów. To pewnie szampon. Chciał 
wziąć ją
w ramiona i kochać się z nią przez parę godzin. Do 
diabła, bar-
dziej odpowiadałoby mu parę dni.

Czy  wówczas  pozbyłby  się  tej  obsesji  na  jej  punkcie

Czy  byłby  potem  w  stanie  wejść na  pokład  kutra  i 
popłynąć na
zachód?

A może obijałby się jak mewa w dokach, wdzięczny za 

każdy  rzucony  ochłap?  Max  zmarszczył  czoło, 
postawiwszy  ciepłe  pudełko  na  blacie.  Bijący  od  niego 
zapach  nie  podniósł  go  na  duchu.  Na  próżno  miał 
nadzieję,  że  gorący  posiłek  odwróci  jego  uwagę  od 
kobiety, która właśnie stanęła obok.

- Wyjmę talerze. W lodówce jest coś do picia. Nalej 

sobie - burknął.

Zanim wyjął nakrycia i talerze, Ari postawiła na stole 

puszkę dietetycznej coli i wyjrzała przez okno.

- Pod mieszkaniem jest sklep, tak?
- Tak. - Przesunął jedzenie na środek stołu. Nie miał 

mat pod
talerze. Chyba nie będzie jej to przeszkadzało?

- Jaki?
- Wynajmuję parter właścicielowi sklepu z 

pamiątkami. -
Narzucił koszulę wiszącą na oparciu krzesła i bezwiednie 
zapiął
kilka guzików. - Siadajmy - polecił, podziwiając jej uda. 
Kolana
też niezłe. Ciekawe, czy ma łaskotki. - Możesz zacząć od 
pizzy
albo szpinaku. Decyduj.

Gdy  siadała  naprzeciwko,  jej  gołe  kolana  zetknęły 

się na chwilę z jego nogami w dżinsach.

- Najpierw pasztecik. - Sięgnęła do torby. Może

jedzenie
pomoże jej przestać myśleć o seksie.

Zadziałało,  niestety  nie  na  długo.  Ari  pomogła 

Maxowi  posprzątać  po  jedzeniu,  co  sprowadziło  się  do 
włożenia  naczyń  do  zmywarki  i  wyrzucenia  opakowania 
do śmieci. Zjedli wszystko do ostatniego okruszka.

- Następnym razem przypomnij mi, żebym 

zamówił do-
kładki.

- W porządku - zgodziła się. Ponownie podeszła do 

otwarte-
go okna. Wiatr przynosił zapach morza. - Piękny 
wieczór.

Spojrzał ponad jej ramieniem na różowiejące niebo.

- "Czerwone niebo z rana" - zaczęła recytować znane 

po-.
wiedzenie.

- "Uważaj, żeglarzu" - dokończył za nią. - „Czerwone 
niebo
zachodzie..."

- "Raj żeglarza" - szepnęła, wciąż wpatrzona w 

horyzont.
Pogładził delikatnie jej ramię. Marzył, by wziąć ją w 
objęcia, ale

obiecał. że nie będzie jej uwodził, i zamierzał 

dotrzymać słowa. Z żalem cofnął się o krok.

background image

- Chcesz iść na spacer?
Odwróciła się z zakłopotaną 
miną.
- Chyba jestem zbyt skąpo ubrana.
- Dwie pary spodenek i podkoszulek to za mało?
- Dziwnie się  w  tym czuję.

- Jesteś teraz w Nowej Anglii, kochanie, w 

miejscowość
wypoczynkowej. Czyżbyś nie biegała po molo w skąpym 
bikini
jako nastolatka?

- Skąd wiesz?
- Wszystkie dziewczyny takie nosiły. - Uśmiechnął 

się
wspomnień. - Dla chłopców to była istna tortura.

- Gdzie się wybierzemy?
- Pooglądamy wystawy. Zafunduję ci lody. Albo 

mrożony
jogurt.

- W waflowym rożku? - Skinął głową. - A więc zgoda. 

Tyl
ko włożę sandały.

Szli  chodnikiem,  trzymając  się  za  ręce.  Wieczór 

był  ciepły.  Przed  kinem  stała  kolejka,  a  po  drugiej 
stronie  ulicy  przed  wejściem  do  hiszpańskiej 
restauracji,  kręcili  się  barw-nie  ubrani  turyści.  Ari 
zatrzymała się przy wystawie sklepu z pamiątkami.

- Szukasz czegoś, co mogłabyś zabrać ze sobą do 
Montany
- Raczej nie - pokręciła głową.
- Nie chcesz niczego, co by ci przypominało Rhode 
Island?
W jego głosie pobrzmiewała gorycz. Zaskoczona Ari 
spojrzała na niego, usiłując dociec, co znaczyły te 
słowa.
- Mam wystarczająco dużo wspomnień - powiedziała. 

I niełatwo mi będzie rozstać się z tobą, dodała w duchu.

Chciała  znaleźć  oparcie  w  jego  sile,  chciała,  żeby 

rozproszy jej samotność i  kochał ją.  Nie przestała pytać, 
dlaczego  tak  się  dzieje,  ale  wiedziała,  że  grozi  jej 
niebezpieczeństwo. Była o włos od

 zakochania  się  w  tym  mężczyźnie.  A  to  mogło  oznaczać 
tylko kłopoty dla obojga.

- Dobrze - odparł swobodnie. - Pospacerujmy więc.
Ręka w rękę szli zatłoczonym chodnikiem, gapiąc się na 

turystów  i  witryny  sklepowe.  Kiedy  zatrzymała  się  przed 
ekskluzywnym  butikiem,  Max  pociągnął  ją  do  środka. 
Owionął ich zapach lawendy.

- Co ty wyprawiasz? - zaprotestowała. - Nie mam 

przy so-bie pieniędzy.

- Zamierzam kupić ci coś na pamiątkę - powiedział z 

psottnym błyskiem w oku. Na pytanie ekspedientki, 
czy może czymś pomóc, odparł: - Tak. Chodzi o 
bieliznę.

Wytwornie ubrana  kobieta uniosła brwi i odrzuciła do 

tyłu  długie  blond  włosy,  mierząc  wzrokiem  nową 
klientkę.

- Czy mają państwo na myśli coś szczególnego?
Za  chwilę  go  spyta,  czy  chce,  żeby  mu 

zademonstrowała coś na sobie. Ari zacisnęła dłoń na ręku 
Maxa.

- Max! - zaprotestowała szeptem.
- Bielizna - powtórzył przeciągle.

Kobieta 

wskazała 

olbrzymi 

kosz 

wypełniony 

różnokolorowy-mi fatałaszkami.

- Proszę zobaczyć, czy znajdzie się tam coś, co 

mogłoby
państwa zainteresować.

Max  podszedł  do  kosza  i  zagłębił  dłoń  w  wiotką 

bieliznę ni-czym w pełną sieć.

- Jaki rozmiar?

Wiedziała,  że  będzie  ją  męczył,  aż  się  dowie,  więc 

powie-działa:

- Czwórka.
- Dobrze. - Wyciągnął białe koronkowe majteczki. -

Co po
wiesz na to?

background image

- Nie są zbyt praktyczne. A ty nie będziesz kupował mi 

bielizny.

- Przed chwilą narzekałaś, że musisz nosić moją. -

Spojrzał
znacząco na spodenki bokserskie. To samo zrobiła 
sprzedawczyni

-

To, zdaje się, taka moda - prychnęła - wśród 

nastolatków
Ari miała wrażenie, że jest naga. Teraz wszyscy troje 
wiedzie
li, że ona nie ma nic pod spodem. Ale, na litość boską, 
przecie:
szorty zakrywały wszystko, co było do zakrycia. Wróci do 
mieszkania Maxa, wysuszy kostium kąpielowy i pojedzie 
do siebie
I co dalej? Będzie siedzieć w pustym domu i oglądać 
powtórki
w telewizji?

- Zawieź mnie do domu, Max. Mam tam mnóstwo 
bielizny
- Założę się, że  nie takiej.-Teraz wyciągnął 

brzoskwiniowe
majteczki obszyte szeroką koronką w tym samym 
kolorze. -
Twój kolor. - Spojrzał na metkę. -I rozmiar.

Ponieważ  milczała,  podszedł  z  nimi  do  lady.  Ari 

udawała,  że  nic  się  nie  stało.  Zerknęła  jeszcze  na  cenę 
misternie  haftowanej halki  i  postanowiła poczekać  przed 
sklepem.  Po  chwili  dołączył  do  niej  Max,  ściskając  w 
dużej dłoni papierową torebkę ozdobioną motywem róży.

- Poprzednio kupiłeś mi szczoteczkę do zębów i 

szczotkę dc
włosów.

- Czy to znaczy, że znów spędzimy razem noc? -
spytał.
- Nie licz na to, słodziutki - roześmiała się.
- A  co z lodami?
- Na to się zgadzam. - Skinęła głową i wzięła Maxa za 

rękę
- Nie wiem, co zamierzasz zrobić z bielizną w tej torebce.

- Ale ja wiem - powiedział cicho, zaciskając dłoń 

wokół jej
dłoni. - Pewnego dnia ją z ciebie zdejmę.

Ciało Ari przeszył dreszcz. Oto stała w kolejce po lody 

wśród  wesołego  wakacyjnego  tłumu,  a  mężczyzna,  w 
którym tak głupio

się  zakochiwała,  trzymał  torebkę  z  seksownymi 
majteczkami  :  zamierzał  je  z  niej  zdjąć  w  niedalekiej 
przyszłości.

To było kuszące. Ale przecież jeśli ich nie włoży, on 

nie będzie mógł ich zdjąć.

I to miało być pocieszające?

- Nie  będę  ich nosić - powiedziała na widok jego 

pytającego
spojrzenia.

- Nie  musisz.  -  Wyglądał  tak, jakby  

powstrzymywał
uśmiech. - Pytałem cię tylko, jaki smak wybierasz.

- A, tak.
- No więc?
- Brzoskwiniowy. - Po chwili podał jej wafel 

zawinięty
w papierową serwetkę. Szybko zlizała słodkie krople. Nie 
było tu
czym oddychać. Z ulgą wyszła na świeże powietrze.

- Dobre?

- Chcesz spróbować? - Ari podsunęła mu 
rożek.
Pochylił się i skosztował odrobinę.
- Niezłe - mruknął. - Chcesz moich?
- Co to? - Spojrzała na ciemną mieszaninę w jego 
waflu.
- Czekolada, orzeszki ziemne i karmel.
- Nie, dzięki - pokręciła odmownie głową.

Skręcili w kierunku jego domu. Żałowała, że zostawiła 

tam  swoje  rzeczy.  Najlepiej  byłoby  pójść  prosto  do 
samochodu. Wiedziała, że to tchórzostwo, ale od czasu do 
czasu  miała  do  tego  prawo.  Weszła  na  schody, 
desperacko  próbując  skończyć  loda  i  
mimo  to  wyglądać 
jak dama.

- Masz ochotę na coś zimnego do picia? - spytał 

Max po
zwarciu drzwi.

- Nie, powinnam już iść.
- Nie spytałaś mnie o ostatnią porcję odpowiedzi na 

twoje
ogłoszenie.

background image

- Widziałam stos listów na podłodze.
- Nie otwierałem ich. - Zamknął drzwi i westchnął. -

Czy
znów wybierzesz coś odpowiedniego dla mnie?

- A chcesz tego?
- Niespecjalnie.

Ari poczuła dziwną ulgę. To śmieszne. Jak  mogła się 

cieszyć,  że  Max  wciąż  jej  pragnie?  Dał  temu  wyraz 
niedawno 

na

plaży,  kiedy  jego  dłonie  gładziły  jej  piersi,  a  wargi 
zagarnęły usta. Co by się stało, gdyby się kochali, gdyby 
poddała 

się

impulsom  i  pragnieniom,  które  tak  usilnie  starała  się 
zignorować...?

- Ari? - Max zbliżył się, upuściwszy trzymaną w ręku 

papierową torbę na dywan.

- Słucham?
- Chodź ze mną na górę.
- Obiecałeś, że nie będziesz mnie uwodził, pamiętasz?
- Obiecałem ci pizzę. I dostałaś ją.
- Słowny jesteś - zażartowała.
- Tak - potwierdził. - Ale ty mogłabyś mnie uwieść, 
ko-

chanie.

Naprawdę tego chciała. Te słowa sprawiły, że kolana 
się pod

nią ugięły.

- Na jedną noc. Czy tego właśnie oczekujesz? - Nie 

zmieni
wyrazu twarzy, więc Ari ciągnęła: - Bo moje życie 
toczy się
gdzie indziej, Max. Za parę tygodni wrócę do mego 
świata, a to
dobiegnie końca. Nie chcę, żeby któreś z nas cierpiało.

- Zaryzykuję. - Położył dłonie na ramionach Ari i 

pochylił
się, by spojrzeć jej w oczy.

- Max...

Chłodne  wargi  dotknęły  jej  warg.  Miała  wrażenie, 

że  ser  przestało  jej  bić.  Kiedy  wreszcie  uniósł  głowę, 
dodał:

- Sprawię, że zmienisz zdanie.
To niemożliwe, myślała uparcie, ale znów ją pocałował. 

Czuła,  jak  ogarnia  ją  płomień.  Chwyciła  go  w  pasie,  by 
nie  upaść,  podczas  gdy  jego  język  badał,  igrał  i  wysyłał 
sygnały do innych wrażliwych partii jej ciała.

- Chodź na górę - szepnął. - Marzę o tobie nagiej w 

moim
łóżku.

- Jeszcze nie jestem naga - próbowała żartować, ale te 

słowa
zabrzmiały jak skarga, nawet dla niej samej.

- Mam na to sposób - powiedział czule, dotykając jej 

sutka
przez bawełnianą tkaninę podkoszulka. - Ale to może 
trochę
potrwać.

- Nie musisz się spieszyć - szepnęła Ari. Kiedy 

spojrzała mu
w oczy, zaparło jej dech. Pożądał jej i chciał, żeby 
wiedziała, jak
bardzo. Ari zapragnęła wsunąć dłoń za krawędź paska jego 
dżin-
sów. Była to kusząca myśl. Uniosła dłoń ku jego piersi. -
Mo-
że to zadziała. Uwolnimy się od tej obsesji - zasugerowała 
miękko. - I nie będziemy już musieli się zastanawiać, 
co by było,
gdyby...

- Ty też się zastanawiasz?
Zawahała się, ale odparła 
szczerze:
- Oczywiście.
Kiedy pogładził delikatnie jej policzek, uniosła twarz.

- Nie chcę się od ciebie uwolnić, kochanie. -

Przytrzymał
kciukiem jej podbródek, by nie odwracała głowy. - Pragnę 
cię od
tego dnia, kiedy ujrzałem cię po raz pierwszy. Kochanie się 
z tobą
niczego nie zmieni.

- A czy potem nie będzie jeszcze trudniej? - Nie 

podobało jej
się drżenie własnego głosu.

Uśmiechnął się, ale kąciki ust wygięły mu się ku 
dołowi.
- Jest tylko jeden sposób, żeby się o tym przekonać.

background image

- Nie wiem. - Zapragnęła, by jej ciało nie 

reagowało na
dotyk ust Maxa. Nic z tego.

- Ja wiem - szepnął tuż przy jej wargach. - Zawsze 

wiedziałem. - Z tymi słowami prowadził ją na górę.

Pogrążoną  w  mroku  sypialnię  oświetlała  tylko  latarnia 

uliczna.  Max  dotrzymał  obietnicy.  Wolno  ściągnął  jej 
przez  głowę  podkoszulek,  po  czym  dotknął  jedwabistej 
skóry na piersiach. Ari próbowała rozpiąć mu koszulę, by 
jak  najszybciej  dotknąć  jego  torsu.  Kiedy  wreszcie  udało 
jej  się  rozpiąć  guziki,  muskała  jego  pierś  wargami  i 
językiem,  drażniąc  płaskie  męskie  sutki  i  przytulając 
policzek do ciepłej skóry.

Max  wśliznął  dłonie  pod  elastyczny  materiał  jej 

spodenek gimnastycznych.

- Arianno - szepnął, wtulając wargi w płatek jej 

ucha. -
. Niech to trwa. - Przycisnął ją do siebie.

Ari  spojrzała  mu  w  twarz i  uśmiechnęła się. Wreszcie 

czuła się wolna. Nareszcie mogła dotykać, badać, robić to, 
co narastało między nimi od pierwszego dnia.

- A więc nie powinnam cię rozbierać? - spytała z 

uśmiechem.

Westchnął i na chwilę zacisnął palce na jej pośladkach, 

po  czym  przesunął  dłonie  wyżej  i  pociągnął  za  pasek. 
Ściągnął jej spodenki aż do kostek, a ona je niecierpliwie 
zrzuciła.

- Jesteś piękna - szepnął.
- Nie musisz tego mówić. Daleko mi do modelki.
- Jesteś doskonała. - Przejechał dłońmi po wcięciu w 

talii
i westchnął. - Chciałem cię  tak dotykać, kiedy zobaczyłem 
cię  po
raz pierwszy.

- Przecież byliśmy w kościele. - Z trudem łapała 
powietrze.
- Cudownie wyglądałaś w tym idiotycznym 

uroczym kapeluszu.

Jego słowa napełniły ją odwagą. Nie wiedziała, co w nią 

wstąpiło, ale kiedy poczuła na sobie dłonie Maxa, jej 

nieśmiałość gdzieś się ulotniła.

- Moja kolej. - Sięgnęła do zapięcia jego dżinsów.
- No dobrze - westchnął, kiedy wsunęła mu dłoń za 

pasek.
- Ale to może potrwać trochę krócej, niż obiecałem.

- A gdzie spodenki? Nieładnie, kapitanie Cole -

żartowała,
by ukryć napięcie.

- Zapomniałaś, że ty je nosisz.

Ostrożnie  odsunęła  suwak.  Nagle  niepewna,  ściągnęła 

mu  spodnie  z  bioder.  Czuła  jego  twarde  ciepło  przy 
swoim ciele. Max wyśliznął się z dżinsów i odrzucił je na 
bok.

- To było miłe. Co dalej? - W jego głosie wyczuła 

śmiech
i coś jeszcze, rozkosz bycia z kobietą, której pragnął.

- Nie wiem - odparła. - Ale nie miałabym nic 

przeciwko
temu, żeby leżeć.

- Wspaniały pomysł. - Zrzucił narzutę na podłogę, 

odwrócił
się i wyciągnął rękę do Ari. Przez ułamek sekundy 
wahała się.
Wydawał się rozumieć jej wątpliwości.

- Żadnych żalów - powiedział. - I żadnych obietnic, 

chyba
że tego chcesz.

Pokręciła  wolno  głową,  podziwiając  jego  wspaniałe 

męskie ciało. Pragnął jej, ale dawał jej drogę odwrotu.

- Żadnych obietnic - powtórzyła. - Tylko dzisiejsza 
noc.
- Zgoda. - Max skinął głową.
Ari  podeszła  i  wzięła  go  za  rękę.  Przyciągnął  ją  do 

swego  ciepłego,  mocnego  ciała  i  pochylił  się,  by  ją 
pocałować. Nagle coś sobie przypomniała.

- Max?
- Tak?
- Ja nie biorę żadnych pigułek. Dość długo byłam 
sama.

background image

Jego błękitne oczy zalśniły.

- Ja też. Ale nie martw się. Zatroszczę się o wszystko. -

Prze
sunął wargami po jej szyi i skubnął płatek ucha, 
rozbudzając
dreszcz podniecenia we wrażliwej skórze.

- Ari?
- Tak? - Miała wrażenie, że jej ciało płonie.
- Chodźmy do łóżka.

ROZDZIAŁ  

8

Ari  pociągnęła  Maxa  na  materac.  Splątane  ciała 

ogarnął  żar.  Wilgoć  letniej  nocy  osiadła  im  na  skórze. 
Głodne wargi Maxa poznawały słodycz ciała Ari. A kiedy 
zatęskniła, by ją wypełnił, Max odpowiedział pragnieniem 
na  jej  pragnienie.  Zjednoczeni,  kochali  się  przez  długie, 
długie chwile. Ari wygięła się w łuk wstrząsana rozkoszą, 
a Max  odpowiadał jej urywanym oddechem,  aż  wreszcie 
bezwiednie zadrasnął zębami skórę na jej ramieniu.

Skończyło się długo po tym, jak się zaczęło.
Żadne nie chciało tego przerwać.
- Jesteś pewna, że to był pierwszy i jedyny raz? -

spytał
wreszcie po wielu minutach milczenia, kiedy oddechy
wyrównywały się, a świat łagodnie wracał na swoje 
miejsce.

Rozkoszne dreszcze wciąż przeszywały ciało Ari. Max 

uniósł się lekko i spojrzał jej w oczy.

- Mmm... - Przesuwała dłońmi po wilgotnej skórze 

jego
pleców. - Może uda nam się coś wypracować.

- A może pragniesz tylko mego ciała - zażartował.
Zamknęła oczy, próbując zapamiętać brzmienie jego 
głosu.
- Może masz słuszność.

background image

- Nie zasypiaj - szepnął, składając lekkie pocałunki 

na jej
wargach.

- Za późno - mruknęła sennie.

Przez  chwilę  słuchał  równego  oddechu;  po  czym 

ostrożnie  wysunął  się  z  jej  objęć  i  podszedł  do  okna. 
Jeszcze  jedna  bezchmurna  noc.  „Lady  Million"  powinna 
jutro  wrócić  do  portu.  Teraz  kolej  na  niego.  Jerry  kochał 
morze  tak  samo  jak  on,  ale  Barbarę  irytowały  ciągłe 
nieobecności  męża.  Z  kolei  fabryka  zabierała  Maxowi 
coraz  więcej  czasu.  Doskonale  zdawał  sobie  sprawę,  że 
nawet gdyby spędził najbliższe dwa tygodnie za biurkiem, 
nie zdołałby nadrobić zaległości.

Popatrzył  na  kobietę  śpiącą  w  jego  łóżku.  Zastanawiał 

się,  czy  nie  okryć  jej  prześcieradłem,  ale  w  pokoju  było 
ciepło. Jak to się stało, że zakochał się w kobiecie, która 
nie lubiła łodzi? Nie znosiła morza i mieszkała gdzieś w 
głębi lądu? To nie miało sensu.  A jednak,  kiedy spojrzał 
w te przejrzyste brązowe oczy. gdy jej kapelusz odfrunął 
z  wiatrem,  a  ona  roześmiała  się,  był  zgubiony. 
Ostatecznie i nieodwołalnie.

Z  wahaniem  poszedł  do  łazienki  i  zamknął  drzwi. 

Wszedł pod  prysznic  i  odkręcił  kurki,  mając  nadzieję,  że 
szum  wody  jej  nie  zbudzi.  Chciał,  żeby  została  w  jego 
łóżku tak długo, jak to możliwe. Milion lat byłoby w sam 
raz.

Teraz pozostawało mu tylko przekonać o tym Ariannę.

- Muszę iść - powiedziała, przebudziwszy się, gdy 

Max
wślizgnął się do łóżka. Zerknęła nad jego szerokim 
ramieniem na
zielone cyferki zegara w radioodbiorniku. - Późno już.

- Dopiero jedenasta.
- Rodzice będą się martwić.
- Odwiozę cię.
- Przecież mam tu samochód.

- Pojadę za tobą.

Ari  wyczuwała,  że  Max  będzie  się  spierał  o  wszystko, 

co ona powie. Popatrzyła w jego niezgłębione niebieskie 
oczy.  Nie  chciała  się  kłócić.  Chciała  tylko  pociągnąć  go 
na materac i jeszcze raz się z nim kochać.

- Zgoda.
- Nie patrz tak na mnie - poprosił - chyba że masz 

zamiar
zostać tu jeszcze godzinę. - Ogarnął spojrzeniem jej nagie 
ciało.
- Albo dwie.

- Nie kuś mnie - westchnęła.
- Dlaczego nie? - Pochylił głowę i skubał wargami 

delikatną
skórę w zagłębieniu ramienia.

- Aj!
- Przepraszam. - Pocałował czerwony ślad. - Nie 

chciałem
ci sprawić bólu.

- Nie sprawiłeś. - Ari zarumieniła się, przypominając 

sobie
draśnięcie jego zębów.

Kiedy  pochylił  się  nad  nią,  znów  ogarnął  ich  żar. 

Czuła  jego  męskość  przy  udzie,  a  gęste  włosy  na  torsie 
łaskotały jej piersi.

- Naprawdę musisz już wracać?
- Ani myślę. - Ari przyciągnęła go jeszcze bliżej.

Max  obrócił  ją  na  bok  i  wszedł  w  nią,  wpatrzony  w 

szeroko otwarte brązowe oczy. Przerzuciła nogę przez jego 
biodro,  chcąc  poczuć  go  jeszcze  głębiej.  Jego  powolne 
ruchy  sprawiały  jej  nieopisaną  rozkosz.  Wreszcie 
przewrócił  ją  na  plecy,  uniósł  się  na  łokciach  i  odsunął 
wilgotny lok z jej czoła.

- Wiedziałem, że będzie dobrze, ale nie wyobrażałem 

sobie,
że aż tak - powiedział pieszczotliwie, patrząc jej w twarz.

- Ja też nie - szepnęła.
- Mówiłem ci. - Znów zaczął się w niej poruszać. -
Mówiłem

background image

-  powtórzył  i  zapadła  cisza,  przerywana  jedynie 
miłosnymi westchnieniami.

Wyruszyli  dobrze  po  północy.  Droga  była  ciemna  i 

cicha.  Ari  często  spoglądała  w  tylne  lusterko,  w  którym 
widziała  dodające  otuchy  światła  samochodu  Maxa.  Dom 
był  pogrążony  w  ciemnościach,  drzwi  kuchenne  i  część 
wjazdu oświetlała tylko jedna lampa. Ari wyłączyła silnik 
i  wysiadła.  Wcisnęła  zrolowany  plażowy  ręcznik  pod 
pachę i pomachała do Maxa, który zawrócił i pojechał z 
powrotem do Pier.

W ciemnej kuchni siedziała Peggy, popijając mrożoną 
herbatę.
- Czekałaś na mnie? - Ari poczuła się winna.
- Nie. - Peggy zaśmiała się cicho. - Nie znoszę tak 

dobrze
wilgoci jak kiedyś. Kiedy nie mogę zasnąć, w środku nocy 
robię
sobie coś zimnego do picia. To pomaga.

Ari usiadła naprzeciwko matki.

- Podwórze jest puste.  Czyżby  chłopcy  pomogli 

tacie
w sprzątaniu?

Peggy skinęła głową.

- Zrobiłaś dobrą robotę. Zarobiliśmy ponad trzysta 

dolarów
Możesz w to uwierzyć?

- Nie za bardzo. - Ari uśmiechnęła się. - Swoją drogą 

mieliście mnóstwo rzeczy do zbycia.

- Z całego życia - zamyśliła się matka. -

Powinnam była
więcej wyrzucać.

- W nowym domu będziesz mogła wyrzucać 

wszystko, co
zechcesz.

- Fakt. Jestem pewna, że to polubię.

Siedziały  tak  w  przyjaznym  milczeniu,  słuchając 

świerszcz;. za domem. Wreszcie Ari spojrzała na zegarek.

- Na pewno nie czekasz na chłopców?

- Gdybym to robiła, musiałabym przestać sypiać. Są 

wystarczająco dorośli, by się o siebie zatroszczyć, choć 
przyznaję, że
nie było mi łatwo się z tym pogodzić.

- Będą musieli znaleźć sobie własne lokum, kiedy się 

prze
prowadzicie, prawda?

- Najwyższy czas. - Peggy skinęła głową i upiła łyk 

herbaty.
Kostki lodu głośno zabrzęczały. - Ojciec wspominał, że 
spotka
łaś się z kapitanem. Dobrze się bawiłaś?

Ari uśmiechnęła się. Oczy jej błyszczały szczęściem.

- Tak, myślę, że można tak powiedzieć.
- Kochasz go?
- Nie chcę o tym mówić.

Peggy przyjrzała się córce z uwagą.

- W porządku. Szanuję twoje sekrety, ale ostrzegam 

cię, że
kapitan nie pogodzi się łatwo z twoim wyjazdem.

Ari  wbrew  sobie  chciała  usłyszeć,  co  matka  ma  do 

powiedzenia.

- Dlaczego nie? Oboje jesteśmy dorośli. Zgodziliśmy 

się, że
będziemy przestrzegać reguł gry.

- Reguł gry - powtórzyła matka, zupełnie jakby Ari 

powie
działa to w obcym języku. - To nic nie znaczy, Arianno. 
Wolała
bym, żebyś nie cierpiała.

- Nie zamierzam.
- A twój przystojny kapitan? Co z nim?
- Chciałabym, żebyś przestała nazywać go 
kapitanem.
Peggy uniosła brwi.
- Próbujesz zapomnieć, że jest rybakiem? Że zarabia na 

życie
na morzu?

- Tak - rzuciła Ari i wstała. - Właśnie o tym chcę 
zapomnieć.
- Miłość nie wybiera, Arianno. Nie liczy się, jak ten 

ktoś
zarabia na życie ani gdzie mieszka.

background image

- Nie mówimy o miłości, mamo.
- A ja myślę, że mówimy właśnie o tym - upierała się 

Peggy.
- Kochałaś się z kapitanem. Byłaś w  jego łóżku, oddałaś 
mu swoje ciało i, jak sądzę, również serce. Nie traktuj 
tego zbyt lekko.

- Nigdy tak nie robiłam - szepnęła Ari, uciekając przed 

przenikliwym wzrokiem matki. - Idę spać. Dobranoc.

Wyszła  z  kuchni  i  pobiegła  na  górę  do  swej  sypialni. 

Szybko  się  rozebrała  i  wślizgnęła  do  łóżka.  Ale  sen  nie 
nadchodził. Mimo pobudki wczesnym rankiem i pracy przy 
wyprzedaży,  mimo  długiego  gorącego  lipcowego  dnia, 
mimo  godzin  spędzonych  na  miłości  z  Maxem,  Ari  nie 
mogła zasnąć. 
Obwiniała o to parne wilgotne powietrze.

Obwiniała o to drzemkę w łóżku Maxa.
Obwiniała wszystko, poza uczuciem zakochania.

Klimatyzacja to jedyne rozwiązanie, doszła do wniosku 

Ari.  myśląc  tęsknie  o  suchym  wietrze  Montany.  Nie 
mogła  wysiedzieć  w  domu  i  zastanawiać  się,  jak  by  to 
było obudzić się rano w ramionach Maxa, wspólnie wypić 
kawę,  zjeść  śniadanie,  a  nawet  wziąć  prysznic.  Nie 
poprosił jej, żeby została na noc.

I  tak  nie  zrobiłaby  tego  bez  zawiadomienia  rodziców. 

Jednak tęskniła za widokiem Maxa, chciała spojrzeć mu w 
oczy  i  upewnić  się,  czy  ostatnia  noc  była  naprawdę  tak 
doskonała.  ,  Na  samą  myśl  o  tym  oblała  ją  fala  gorąca. 
Próbowała  skupić  się  na  codziennych  zajęciach.  Peggy 
dała jej listę zakupów. Ar. przede wszystkim zrobiła to, co 
zwykła  robić,  kiedy  była  smutna  zbita  z  tropu  i  miała  na 
zbyciu parę dolarów. Poszła do księgarni

Uboższa  o  trzydzieści  siedem  dolarów,  za  to  z  torbą 

wyładowaną  powieściami  w  miękkich  okładkach,  obeszła 
sklepy w poszukiwaniu czegoś praktycznego, wygodnego 
i ciepłego na nadchodzącą zimę.

Nie  mogła  się  skupić.  Usiłowała  sobie  wmówić,  że 

znajomość  z  Maxem  to  tylko  wakacyjny  romans. 
Krótka  przygoda.  Tylko  na  jedną  noc.  Ari  skrzywiła  się. 
To nie było w jej stylu.

Powinna  być  teraz  na  plaży.  Ale  niedziela  to  okropny 

dzień  na  plażowanie.  Niełatwo  było  znaleźć  kawałek 
miejsca  na  zatłoczonym  brzegu.  Miejscowi  w  weekendy 
zostawali  w domach,  robili zakupy,  sprzątali albo  grali  w 
golfa.  Plażę  i  ocean  zostawiali  przybyszom  z  wielkich 
miast.

Postanowiła  przejechać  koło  tamy,  rzucić  okiem  na 

tłumy i poczuć lato w powietrzu. Popatrzeć na turystów na 
promenadzie.

Przejechała  przez  Pier,  utknęła  w  korku,  spojrzała 

tęsknie  w okno  sypialni  Maxa, wreszcie pojechała drogą 
wzdłuż morskiego brzegu do Galilee.

Zaparkowała  w  rogu  za  sklepem.  Pokruszone  skorupy 

małży  wybielone  słońcem  zachrzęściły  jej  pod  nogami, 
kiedy  wysiadła.  Przez  wejście  do  portu  płynęły  łodzie 
wszystkich  możliwych  kształtów  i  rozmiarów.  Powietrze 
pachniało  rybami,  mewy  krzyczały,  szukając  jedzenia,  a 
rybacy i żeglarze wołali do siebie na wodzie.

Zadowolona,  że  jest  bezpieczna  na  lądzie,  pchnęła 

oszklone  drzwi  sklepu.  Ruthie,  rozciągnięta  na  leżance, 
pomachała do niej.

- Co ty tu robisz?
- Powinnam odpoczywać - wyznała nieśmiało Ruthie. -

Ale
czuję się samotna.

- A ja na nią uważam, kiedy Roscoe jest na morzu. -

Peggy,
zajęta wlewaniem zupy do zamykanego kubka, 
mrugnęła do
Ruthie. - W końcu powinnam opiekować się moimi 
przyszłymi
wnuczkami.

Ari  postawiła  torby  z  zakupami  na  stole,  otworzyła 

lodówkę i wyjęła puszkę z wodą sodową.

background image

- Naprawdę myślisz, że tym razem będzie 

dziewczynka
mamo?

- W tej rodzinie potrzeba więcej kobiet.
- Joey i Jimmy mogą się ożenić - zauważyła Ari.
- Niech Bóg ma w opiece kobiety, które ich sobie 

wezmą
- powiedziała Peggy. - Nie rozsiadaj się tak - ostrzegła, 
widząc
że Ari sięga po krzesło. - Mam dla ciebie sprawę do 
załatwienia

- Czy to nie może poczekać? - Ari otworzyła puszkę i 

upiła
spory łyk.

- Nie. - Peggy podała jej białą torbę. - Uważaj. 
Gorące.
- Dlaczego mi to dajesz?
- Szef Cole Products zamówił lunch.
- Co?
- Cóż - Peggy oparła dłonie na obfitych biodrach -

przecież
nie życzysz sobie, żebym nazywała go kapitanem.

- Dlaczego szef Cole Products nie może przyjść sam?
- Jest zajęty. A ty nie. - Peggy odwróciła się i 

podeszła dc
kotła stojącego na kuchence. - Nic ci się nie stanie, jeśli 
zaniesiesz mu lunch.

- W porządku.

Schowała  puszkę  z  powrotem  do  lodówki  i  wyszła  ze 

sklepu  Żar  buchnął  jej  w  twarz,  ale  wiatr  od  wody 
przyniósł  natychmiastową  ulgę.  Doszła  nierównym 
chodnikiem  do  dużego  budynku  z  nazwiskiem  Maxa  i 
otworzyła  ciężkie  metalowe  drzwi  z  napisem:  Własność 
prywatna. Przejście wzbronione.

Było cicho, choć z jednej strony dużego pomieszczenia 

mruczało  kilka  dużych  maszyn.  Czerwony  napis 
,BIUR0" wisiał nad metalowymi schodami. Ari weszła na 
nie, ciekawa, jak wygląda miejsce, w którym Max spędza 
czas na lądzie.

Usłyszała  jego  głos,  zanim  wsunęła  głowę  we 

wpółotwarte  drzwi.  Oczywiście  wydaje  polecenia. 
Powinna była się domyślić.

Czarna  słuchawka  tkwiła  przyciśnięta  do  jego  ucha, 
ciemne  włosy  opadły  mu  na  czoło,  ale  nieobecny,  pełen 
troski  wyraz  oczu  znikł,  gdy  Max  uniósł  głowę. 
Przysunął  się  do  aparatu,  jakby  chciał  już  zakończyć 
rozmowę.

- Dobrze. - Po chwili dodał niecierpliwie: - A więc to 

wszystko. - Ari rozglądała się po zagraconym pokoju, 
który Max
nazywał biurem. - Tak. Tobie też.

- Nie zamierzałam przeszkodzić ci w pracy.
Uśmiechnął się, rzucił słuchawkę na widełki, 
przyciągnął Ari

; posadził ją sobie na kolanach.

- Nie przeszkodziłaś.
- Hej! - zaprotestowała. - Uważaj na swój lunch!
- To wszystko, co dla mnie masz?
- Tak. - Pocałowała go szybko w usta. - Jest gorący.

- Nie będę ci dokuczać - powiedział i objął ją 

mocniej - bo
przyniosłaś mi coś do jedzenia.

- Tylko to, co zamówiłeś.
Na widok jego miny wszystko zrozumiała.
- Nie prosiłeś Peggy o zupę, prawda?
- Nie - odparł. - A powinienem?
- Bawi się w swatkę - wyjaśniła Ari. - To ona mnie tu 
przysłała.
- Cieszę się. Myślałem o tobie przez cały ranek.
- Chciałam zobaczyć, gdzie pracujesz.
- Rozejrzyj się. - Wyjął z torby kartonik z zupą i 

plastikową
łyżkę. - Zjesz ze mną?

- Nie, dzięki.
- Na dole jest automat z napojami. Przyniosę nam 

coś do
picia.

- Pójdę z tobą.
- Zajmuję się papierkową robotą. Próbuję nadgonić 

maj
i czerwiec przed wtorkowym rejsem.

background image

- Na długo wypływasz?
- Na ile będzie trzeba.
- Mam nadzieję, że nie na bardzo długo - powiedziała, 

unosząc usta, gdy ją objął. - Będę się czuła samotna bez 
ciebie.

- Wrócę na spotkanie twojej 
klasy.
Odsunęła się i spojrzała mu w 
oczy.
- Moje spotkanie? 
Dlaczego?
- Bo idziemy na nie.
- Nie, nie idziemy.
Max pocałował ją lekko i powiedział:
- Wyrzucasz tego lata mnóstwo śmieci. Może czas 

stanąć twarzą w twarz z przeszłością i pozbyć się 
niektórych obciążeń.

- Może to nie twoja sprawa.
- Chyba nie masz racji. Mam wrażenie, że to, co 

trzyma cię
z dala od rodziny, twoja niechęć do morza, to, od czego 
uciekasz
zaczęło się właśnie tutaj.

- A jeśli nawet, co to zmienia?

- Porozmawiaj ze mną, 
Ari.
Pokręciła głową.
- Miałeś mi przynieść coś zimnego do 
picia.
Nie zwrócił uwagi na jej słowa.

- Wiesz, że nigdy nie pytałaś o moją rodzinę? - Nie 

czekając
na odpowiedź, ciągnął: - Nie pytałaś mnie o rodziców ani 
o siostry, ani o to, gdzie dorastałem, dlaczego zająłem się 
łowieniem
ryb i w jakich okolicznościach poznałem Jerry'ego. -
Położył  jej
dłonie na ramionach, by się nie odwracała. - Nie pytałaś, 
bo nie
chcesz zbliżyć się do mnie, poznać mnie, stać się częścią 
mego
życia...

- Czy ostatniej nocy nie poznawałam cię? - Wolała 

zignorować ostatnią uwagę.

- Ostatnia noc musiała się zdarzyć. To początek, nie 

koniec.
Ale nie zaistniała w próżni.

- Czego ode mnie chcesz?
- Niczego, czego nie możesz mi dać, kochanie.
- Mogę ci dać tylko kilka tygodni. Żadnych obietnic, 

żadnych żalów, pamiętasz?

Westchnął,  a  oczy  ściemniały  mu  na  widok  jej 

zdecydowanej miny.

- Pamiętam. - Musnął wargami jej usta. Po chwili 

zrobił to
ponownie, jakby chciał ją o czymś zapewnić.

Parę chwil później Ari powróciła na ziemię i ukryła 

twarz w drelichowej koszuli Maxa.

- Pójdziesz dziś ze mną na kolację? - spytał. Kiedy 

skinęła
głową, objął ją mocniej. - Możesz zostać na noc?

- Może. - Jej serce przepełniła radość.
Puścił  ją,  poprowadził  do  czerwonego  automatu  i 

grzebał  po  kieszeniach  w  poszukiwaniu  drobnych. 
Przycisnął  guzik  i  ma-szyna  wyrzuciła  puszkę  z  colą. 
Dla siebie kupił piwo imbirowe.

- Oprowadzisz mnie po fabryce? - spytała.
- Nie. Nie uda mi się nic zrobić, jeśli ty będziesz w 

pobliżu.
- Uśmiechnął się. - Rozpraszasz mnie.

Ari westchnęła i poszła w stronę drzwi.
- Już zmykam.
- Przyjadę po ciebie o siódmej. Dzięki za lunch.
- Podziękuj Peggy. - Ari, nie mając ochoty patrzeć na 

zadowoloną minę matki, wróciła do samochodu i 
pojechała prosto do
domu. Próbowała nie myśleć o Maximilianie Cole'u. 
Bez po
wodzenia. Czym mogła usprawiedliwiać letnią 
przygodę? Nie
było sposobu, zwłaszcza że absolutnie nie miała 
zamiaru się
zakochać.

background image

- Małże były doskonałe - powiedziała Ari w 

odpowiedzi na.
pytanie kelnerki sprzątającej ze stołu.

- Jeszcze ci się nie znudziły? - spytał Max.
- Jeszcze nie. - Pokręciła głową.
Max  nie  mógł  oderwać  od  niej  oczu.  Ciemne  włosy 

opadły  jej  w  falach  na  ramiona,  a  prosta  koralowa 
sukienka  podkreślała  lekko  opaloną  skórę.  Kiedy 
przechyliła głowę i uśmiechnęła się, dobrane do sukienki 
wiszące kolczyki musnęły jej szyję.

- A co z tobą? - spytała. - Zawsze zamawiasz stek?
- Prawie.
- Smakowałaby ci nasza wołowina z Montany.

- Nie chcę dziś rozmawiać o 
Montanie.
Ari odwróciła wzrok.
- Dobrze. - Upiła łyk wina i odstawiła kieliszek na 

stół. -
A o czym chcesz rozmawiać?

- Po pierwsze - powiedział, uznawszy, że czas 

poinformować Ari o tym, co wynikło z jej absurdalnych 
planów swatania
- ile tygodni dawałaś to przeklęte ogłoszenie?

- Kilka - odparła wymijająco.
- To znaczy?
- Sześć.
- Sześć? - Zmarszczył czoło, widząc, że Ari z 

trudem po
wstrzymuje śmiech. - W pierwszym tygodniu dostałem 
sześćdziesiąt listów, a wciąż napływają nowe.

- Nie doceniłam twego uroku.
- Za to przeceniłaś moją cierpliwość.
- Nie chciałam sprawić ci kłopotu.
- Dobrze ci tak, za to, że próbowałaś się mnie pozbyć.
- Może i tak - przyznała - ale miałam jak najlepsze 

chęć.
Nie jestem bez serca.

Max pochylił się ku niej, żałując, że nie może jej teraz 

pocałować.

- Chodźmy do domu, zgoda?

Podkreślone białymi światłami kontury mostu Newport 

biegnącego przez Zatokę Narragansett do położonego na 
drugim  brzegu  Jamestown  wyglądały  jak  wyszukane 
świąteczne dekoracje. Ari siedziała obok Maxa, dotykając 
go  udem.  Patrzyli  na  łodzie  pod  mostem  i  światła 
znaczące linie brzegowe obu wysp. Lekka mgła wisiała w 
oddali  nad  wodą,  zachęcając  żeglarzy,  by  wyruszyli  na 
morze.

- Ile tygodni? - spytał nagle Max, przerywając 
milczenie.
Wiedziała, o co mu chodzi.
- Trzy. Dwudziestego ósmego sierpnia muszę być na 
uczelni.
- To mi daje niewiele czasu.
- Czasu na co? - spytała wbrew sobie.
- Na przekonanie cię, żebyś została.
- Już to przerabialiśmy, Max.
- To można powtarzać.
Ari  nie  odpowiedziała.  Nie  chciała  myśleć  o 

przyszłości. Dlaczego nie mógł zostawić wszystkiego tak, 
jak było?

- To wakacyjna przygoda, Max.
- Moim zdaniem to coś więcej - powiedział powoli.
- Dobrze - zgodziła się, patrząc na jego wyrazisty 

profil
w ciemności samochodu. - To romans sezonu.

Rzucił jej krzywy uśmiech i ponownie skupił uwagę na 

drodze przed sobą.

- Tak - powiedział cicho. - Myślę, że tak.
Reszta  drogi  upłynęła  w  milczeniu.  Ari  miała 

wrażenie,  że  bicie  jej  serca  zagłusza  szum  fal.  Chciała, 
żeby jej dotykał, obejmował. Miała ochotę oprzeć głowę o 
jego białą koszulę i napawać się zapachem jego skóry, ale 
nie wiedziała, czy rozsądnie

background image

będzie  wykonać  pierwszy  ruch.  Oczekiwał  po  niej  tak 
wiele  i  zmierzał  do  tego,  by  przeżyć  rozczarowanie. 
Chciał wszystkiego, jej życia, wolności i miłości.

Miłość  była  łatwa.  Ari  dała  mu  wszystko,  co  mogła, 

choć nie uznawała letnich przygód. Westchnęła. Trudno 
było mu się oprzeć.

- Ari? - zawahał się po otwarciu drzwi. - Jeśli wolisz, 

zawiozę cię do domu.

- Chcesz tego?

Jego oczy były ciemne, wyraz twarzy nieprzenikniony.
- Oczywiście, że nie, ale nie mam ochoty na gry.
Kiedy wiatr owiał jej nagie ramiona, stłumiła 
dreszcz.
- Ja  też  nie.
- Wiesz, że cię pragnę. Chcę się z tobą 
kochać.
Dotknęła jego twarzy.

- Wiem. Ja też cię pragnę. - Bardziej niż 

czegokolwiek w
życiu.

- Ale?
- Muszę być w domu o dziewiątej rano. Poniedziałek 

to mój
dzień obierania ziemniaków.

- A  ja we wtorek wypływam. - Max pocałował ją w 
rękę.
Ari  starała  się  ukryć,  jak  bardzo  go  potrzebuje,  jak 

bardzo  chce,  by  poprowadził  ją  do  środka.  Musiała 
udawać  Gdyby  zdał  sobie  sprawę,  że  go  kocha,  nie 
pozwoliłby jej wyjechać.

- Chodźmy. - Wziął  ją stanowczo za rękę. - Nie mamy 

czasu
do stracenia.

Miał  rację.  A  więc  dlaczego  jego  słowa  wywołały 

smutek w jej sercu?

Westchnął  i  przyciągnął  ją  do  siebie.  Poczuła  ciepły 

oddech na policzku.

- Nie skrzywdzę cię, Ari.
- Wiem - powiedziała zduszonym głosem. - To jedno, 

czego
jestem pewna.

Odpiął  guziki  z  tyłu  sukienki  Ari,  gładząc  ciepłymi 

szorstkimi  dłońmi  jej  plecy  i  prześlizgując  się  po 
koronkowej  bieliźnie.  Z  łatwością  odpiął  biustonosz,  a 
gdy sukienka opadła na dywan, zsunął niecierpliwe dłonie 
na jej piersi. Gdy usta zastąpiły dłonie, sutki zesztywniały 
pod tą delikatną pieszczotą.

Potem  dotknął  wargami    jej  szyi,  sunąc    językiem  do 

wiszących koralowych paciorków.

Chciał  kochać  się  z  nią  z  tymi  długimi  kolczykami  w 

uszach  -  pamiętał  tę  chwilę  na  promie,  kiedy  zdradził 
jej  swoje  imię  i  oparł  się  pragnieniu  dotknięcia 
kołyszących  się  pereł  ocierających  się  o  spowite 
jedwabiem ramię. Oparł się tylko dlatego, że wierzył, iż to 
ona jest byłą przyjaciółką Jerry'ego.

Rzeczywiście,  zamyślił  się  Max,  wdychając  lekki 

kwiatowy  zapach,  sprawiała  kłopoty,  ale  z  kłopotami, 
które wniosła w jego życie, powinien sobie dać radę.

Teraz  mógł  jej  dotykać.  Smakować  każdą  część  jej 

ciała. Aż do rana.

Nie  zdawał  sobie  sprawy,  że  wypowiedział  ostatnie 

słowa głośno, aż szepnęła:

- Co?
- Do rana - powtórzył. - Możemy się kochać do rana.

Ari  spojrzała  mu  w  oczy.  Na  jej  twarzy  malowała  się 

wyłącznie niewinność.

- A  więc  dlaczego  tu stoimy?
- Rozbieram cię, jeśli nie zauważyłaś.
- Zauważyłam – szepnęła - Teraz moja kolej.
Wolno  odpinała  mu  koszulę  i  zsuwała  rękawy.  Kiedy 

sięgnęła  do  zamka  błyskawicznego  beżowych  spodni, 
zatrzymał jej małą

background image

dłoń. Chciał jej powiedzieć, jak bardzo ją kocha, ale 
zrezygnował. Wiedział, że jego słowa nie byłyby mile 
przyjęte. Zamiast tego przyciągnął jej dłoń do warg i 
wolno pocałował każdy pale: z osobna, po czym pociągnął 
ją w kierunku schodów. To nie by czas na spory.

Szybko  pozbyli  się  reszty  ubrań.  Minęły  dopiero 

dwadzieścia  cztery  godziny,  jak  się  kochali,  a  im  wydało 
się, że to dwadzieścia cztery dni. Albo lata.

Kiedy  upadli  na  łóżko,  Max  pokrył  ciało  Ari 

pocałunkami  Wydawał  się  wiedzieć,  gdzie  dotykać, 
wyczuwać, co sprawi jej przyjemność. Jego język i wargi 
poniosły  ją  na  skraj  rozkosz)  Kiedy  myślała,  że  już 
więcej nie zniesie, Max nakrył ją swoim ciałem.

- Chcę cię poczuć w sobie - szepnęła.
- Jak sobie życzysz, kochanie - powiedział cicho. 

Wszedł
w nią jednym płynnym ruchem. Poddani odwiecznemu 
rytmowi
przylgnęli do siebie, aż świat wokół nich eksplodował.

Później  w  cichej  ciemności  pokoju  Max  przytulał  Ari 

do  serca.  W  powietrzu  osiadła  mgła,  a  przez  otwarte 
okno  dobiegał  samotny  dźwięk  rogu  ostrzegającego 
żeglarzy.

- Czy tak to robią w Montanie?
- Nie. - Ari uśmiechnęła się. - W Montanie nigdy 

tak nit
było.

- Na pewno w twoim życiu ktoś był.
- Tak - odparła. - Właściciel pobliskiego rancza.
- Co się z nim stało?
- W ubiegłym roku doszliśmy do wniosku, że nadszedł 

czas
by każde poszło w swoją stronę.

- Cieszę się - szepnął, gładząc dłonią jej aksamitną 

skórę
Czubki jego palców musnęły biodra, po czym powoli 
wróciły c
ramion. Dotknął wiszących kolczyków.

- Zapomniałam je zdjąć - mruknęła.
- Nie chciałem, żebyś je zdejmowała. - Max 

spojrzał
z uśmiechem w jej ciemnobrązowe oczy. - Na ślubie 
Jerry'ego
odkryłem, że mam obsesję na punkcie kolczyków.

- Nigdy nie słyszałam o czymś 
takim.
Uśmiechnął się szeroko.
- Może jestem wyjątkiem.
- Jestem o tym przekonana - zgodziła się - Z 

więcej niż
jednego powodu. Unieś głowę - rozkazała, po czym 
wzięła puszysty biały jasiek i podłożyła mu go pod głowę.

- Co robisz? - spytał. Poczuł, że znów ogarnia go 
pożądanie.
Ari usiadła na nim i pocałowała go w usta.
- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, pokażę ci, jak to się 

robi
na zachodzie.

background image

ROZDZIAŁ 9

- Proszę. - Max podał Ari parujący kubek. - Nie 

martw się
Nie musisz rozmawiać.

- Wielkie dzięki. - Ari uśmiechnęła się do niego, po 

czym
skupiła uwagę na ściskanym w dłoni naczyniu. Siedziała 
otulona
kocem na miękkiej leżance na balkonie. Słońce 
usiłowało prze
drzeć się przez mgłę, a Ari po cichu mu sekundowała.

Max wrócił do mieszkania. Po chwili z kuchni dobiegł 

brzęk  naczyń.  Pewnie  przygotowuje  sobie  jedno  z  tych 
koszmarnie  wielkich  śniadań,  które  tak  lubi.  Poczuła 
zapach bekonu. Max otworzył drzwi i wysunął głowę:

- Ari, masz ochotę na jajka na bekonie? Daj znak 

głową na
tak czy nie.

- Nie jestem aż tak zła - zaprotestowała, odwracając 

się ku
niemu. Włosy miał jeszcze wilgotne po prysznicu i był 
ubrany
w znajome błękitne dżinsy i podkoszulek z 
emblematem Uniwersytetu Nebraski. Wyglądał również 
na bardzo głodnego.

- Tak, jesteś.

-  A  więc  nie,  jeśli  chodzi  o  śniadanie.  Zjem  wczesny 

lunch w pracy.

Skinął głową i zamknął drzwi, pozostawiając ją 
spokojowi

i  ciszy  balkonu.  Przyglądała  się  samochodom,  zauważyła 
kilkoro  zdeterminowanych  amatorów  joggingu  i  trzy 
osoby  z  psami.  Rozparła  się  wygodniej,  dopiła  kawę  i 
leniwie zastanawiała się, czy nie nalać sobie jeszcze.

W  kuchni  zrobiło  się  cicho.  Nigdy  nie  pytałaś  mnie  o 

rodzinę... bo nie chcesz stać się częścią mego życia.  Czy 
Max  miał  rację?  Próbowała  zdobyć  się  na  obiektywizm. 
Co  o  nim  wiedziała?  Że  lubi  solidne  śniadania,  na  wpół 
surowy 

stek,  kawę  ze  śmietanką  i  prowadzi 

półciężarówkę.  Z  powodzeniem  kieruje  fabryką,  jest 
właścicielem kilku kutrów i mieszka nad morzem.

Zawsze morze.
W  szkole  średniej  grał  w  futbol  i  jest  wspaniałym 

kochankiem.  Wielkoduszny,  troskliwy,  zdecydowany  i 
uparty.

Westchnęła.  Znała  przymioty  Maximiliana  Cole'a,  ale 

nie wiedziała, co uczyniło go właśnie takim.

Poważne  rozważania.  O  wiele  za  poważne  jak  na 

wakacyjny romans.

Na drewnianym podeście zadudniły kroki Maxa.

- Proszę - powiedział uprzejmie, trzymając w 

wyciągniętej
ręce dzbanek z kawą. - Zapomniałem, że zwykle 
potrzebujesz
dziewięciu czy dziesięciu filiżanek.

- Trzech - poprawiła, podając mu kubek. - Trzy 

filiżanki
czynią ze mnie bardzo miłą osobę.

- Dzisiejszej nocy byłaś bardzo miła. - Ostrożnie nalał 

gorący płyn i oddał jej kubek.

- Ty też.
- Dwie noce z rzędu - podkreślił. - To mogłoby 

wejść w
nawyk.

- Mogłoby - zgodziła się, zafascynowana 

zmarszczkami
w kącikach jego oczu. Dlaczego stał za daleko, by móc 
go do
tknąć? - Jutro wypływasz w morze, czy tak?

background image

- Tak. — Skinął głową, - Jutro będę miał mnóstwo 
zajęć.
- Może lepiej zacznij się przygotowywać.
- A może zabiorę cię do łóżka.

Ari  udawała,  że  się  zastanawia.  Spojrzała  na  zegarek, 

odstawiła kawę i uśmiechnęła się szeroko do Maxa.

- Masz czas?
- Pospieszę się.
- Lepiej nie - roześmiała się.
- A więc nie będę się spieszył. Nie będziesz miała 

siły, by
podnieść skrobaczkę do ziemniaków.

- Dobrze. - Ari zrzuciła z siebie koc i wstała. -
Zaryzykuję.

Ari pływała każdego wieczora o szóstej. Zakładała ten 

sam  żółty  kostium  kąpielowy,  stawiała  samochód  w  tym 
samym  rogu  parkingu,  szeptała  te  same  modlitwy 
wodzie,  tulącej  się  do  jej  ciała.  Oszczędź  go.  Proszę, 
oszczędź  go.  Te  słowa  przychodziły  jej  do  głowy  za 
każdym razem, kiedy patrzyła na horyzont, zamartwiając 
się,  gdzie  jest  teraz  Max  i  czy  wszystko  u  niego  w  po-
rządku.

Nienawidziła tego, nienawidziła niepokoju i 
przyprawiającego

o

mdłości ucisku w żołądku. Nienawidziła budzenia 

się z lękiem
i

kładzenia się spać przy radiowej prognozie pogody. 

Nienawidziła
siebie za to, że zachowuje się jak spanikowana wariatka.

- Powinnaś iść. Będziesz się dobrze bawić.
- Powtarzasz się  jak zdarta płyta.

Ari  postanowiła  nie  słuchać  rady matki.  Peggy  mówiła 

to  samo  przynajmniej  od  ostatnich  dziewięciuset 
osiemdziesięciu  siedmiu  ziemniaków.  Albo  pięciu  dni, 
zależy od tego, jak kto mierzy czas.

Peggy nie dawała jednak za wygraną.

- Już nie będą produkować płyt. Słyszałam w 

telewizji. Czy
to nie skandal?

- Oglądasz za dużo telewizji.
- Co mam zrobić z waszymi szkolnymi albumami?
- Pozbyłam się ich na wyprzedaży.
- Nie wiem, co bym zrobiła bez ciebie.
- Kiedy się przeprowadzacie?
- Na jesieni. Ojciec mówi, że chłopcy pomogą przy 

przeprowadzce. Nie uwierzę, dopóki nie zobaczę. - Peggy 
westchnęła.
- Martwię się o ciebie. Jesteś dobrą dziewczyną, Ari, ale 
cza
sami...

Ari  spojrzała  ze  złością  na  matkę,  co  sprawiło,  że  ta 

przerwała w pół słowa.

- Czasami co...?
Peggy  popatrzyła  wymownie  na  pokaleczonego 

ziemniaka w dłoni córki.

- Nie wiesz, jak się obiera ziemniaki, oczywiście.
- Oczywiście. Niedobrze mi się robi od tych 
ziemniaków.
- A więc? Nie musisz tu tkwić. Idź do domu i 

wyszykuj się
na wieczór.

•   - Nie mam ochoty.

- Jeśli chcesz, możesz iść do kina ze mną i Roscoe -

zaproponowała Ruthie.

- Nie, dzięki. Powinniście się nacieszyć sobą, póki 

jeszcze
macie szansę.

- Dzieci mają się urodzić dopiero za sześć tygodni. -

Ruthie
potarła krzyż. - Chociaż czasami zastanawiam się, czy 
się nie
pospieszą.

Peggy zmarszczyła czoło z matczyną troską.
- Powinnaś siedzieć w domu i odpoczywać.
- Mogę odpoczywać tutaj. Poza tym nie znoszę 
siedzieć 

background image

sama.  Roscoe  ma  nadzieję,  że  uda  mu  się  dostać  do 
tej  ekipy  budującej  nowy  bank.  Wtedy  nocami  byłby  w 
domu.

Ari  przypomniała  sobie,  jak  jej  starszy  brat  zbudował 

kiedyś bardzo skomplikowany domek na drzewie.

- Zawsze był najszczęśliwszy z młotkiem i 
gwoździami.
- Niektórzy mężczyźni nie są stworzeni do pracy na 

morzu
- powiedziała Peggy. - Nie ma w tym nic złego.

- A niektórzy są przekonani, że nie mogliby się 

zajmować
niczym innym - mruknęła Ari.

- Tego nie da się zmienić. - Peggy spojrzała 

ostrzegawczo na
jedynaczkę. - Ale ciężko bez nich żyć.

- Eddie zginął - powiedziała Ari i wstała, by wyjrzeć 

przez
oszklone drzwi na doki. - To dopiero było ciężkie.

- Nie będę się spierać. Ale czas już, żebyś się z tym 
uporała.
- Myślałam, że mi się udało.
- Nie. - Peggy pokręciła głową i poklepała Ari po 

ramieniu.
—Nie rozumiesz, kochanie? Tylko przed tym uciekasz.

Później,  kiedy  Ari  stała  w  sypialni,  słowa  matki 

dzwoniły jej w głowie. Uciekasz. Czy to właśnie robiła?

Ściągnęła z siebie robocze ubranie i włożyła sukienkę. 

Przyjęcie  miało  się  zacząć  za  godzinę.  Uciekam?  Jest 
tylko jeden sposób, by się o tym przekonać.

Była  to  zupełnie  zwyczajna  grupa,  choć  niektórzy 

uczniowie  z  rocznika  75  sprawiali  wrażenie  nieco 
skrępowanych  w  hałaśliwej  koktajlowej  sali  popularnego 
klubu.  To  było  rzeczywiście  nieoficjalne  spotkanie,  bez 
wizytówek, balonów i listy uczniów.

- Hej, Simone! - zawołał ktoś.

Ari przebiła się przez tłum. Ostatnie pół godziny uśmiechała 
się do nieznajomych, którzy uprzejmie odpowiadali jej 
uśmiechem. Wesoły mężczyzna wyciągnął do niej rękę.

- Arianna? Pamiętasz mnie?
- Johnny Kenyon. Jasne. - Ari, poruszona tym, że 

kogoś
rozpoznała, zapomniała o zdenerwowaniu.

- Wspaniale wyglądasz. Zupełnie się nie zmieniłaś.
- Ty też nie - skłamała,
- Co porabiasz?
- Wykładam na uczelni w Montanie.
- Nie wyglądasz na belfra. Pewnie masz męża i 
dzieci?
Arianna pokręciła głową.

- Jeszcze nie. - Jeszcze nie? No dobrze, jestem 

optymistką.
Na pewno gdzieś na zachodzie jest jeszcze jeden 
farmer do
wzięcia, który nie marzy o łowieniu ryb.

- Od czasu do czasu widuję w mieście twoich braci.
- Wszyscy mieszkają w Narragansett! - zawołała, 

usiłując
przekrzyczeć piosenkę Rolling Stonesów dudniącą z 
pobliskiego
głośnika.

- Miło było cię zobaczyć! - Spojrzał wymownie na 

głośnik
i odszedł.

I co teraz? W takiej sytuacji można co najwyżej udać się 

do  toalety  albo  zacząć  flirtować  z  barmanem.  Ale 
młodziutki barman był zbyt zajęty, by pozwolić sobie na flirt 
ze starą panną z Montany. Rocznik 75 dobrze się bawił, nie 
ma wątpliwości.

- Mogłaś na mnie zaczekać - usłyszała szorstki głos 

przy
uchu.

Odwróciła  się.  Tuż  za  nią  stał  Max,  przystojny  jak 

zawsze  w  błękitnej  koszuli,  ze  świeżą  opalenizną  na 
twarzy  i  mocnymi  brązowymi  rękami  złożonymi  na 
piersi.

- To nie było konieczne - mruknęła.
- Nie?
- Zrozum - oświadczyła stanowczo, usiłując 

przekrzyczeć
muzykę - prowadziłam własne życie, zanim poszłam z 
tobą do

background image

łóżka. Mam trzydzieści dwa lata, sama na siebie zarabiam, 
sama podejmuję decyzje i...

Zaklął,  wziął ją  za rękę i pociągnął  spiesznie za  sobą. 

Na  zewnątrz  puścił  ją  i  zaczerpnął  w  płuca  świeżego 
morskiego powietrza.

- Tęskniłem za tobą. To były długie, ale użyteczne 

cztery
dni.

- Co próbujesz udowodnić?
- To miało być moje następne pytanie - rzucił. - Nie 

planowałaś
przychodzić na to spotkanie. Dlaczego zmieniłaś zdanie?

- Później z tobą o tym porozmawiam - odparła Ari, nagle 

zmęczona. Tak strasznie za nim tęskniła, nienawidziła
każdej minuty,
którą spędził na morzu. Teraz stał przed nią, silny, 
wspaniały.,
i żywy. A wszystko, co mogła zrobić, to zacząć z nim 
walczyć
Zupełnie jakby chciała zemścić się na nim za swoją tęsknotę. 
- Możesz oszczędzić tej techniki jaskiniowca dla kogoś 
innego.

- Wiem, ile masz lat, i jestem w pełni świadom, że 

prowadzisz własne życie, bo wystarczająco często mi o 
tym przypominasz, ale mogłaś mi przynajmniej 
oszczędzić przychodzenia dc
twego domu.

- Nie wiedziałam, że wróciłeś - skłamała. Kiedy 

wychodziła
ze sklepu rybnego, kuter Maxa właśnie wpływał do portu.

- Nie chciałaś, żebym tu przychodził.
- Skoro tak uważasz, dlaczego przyszedłeś?
- Może jestem głupi. - Wzruszył ramionami.

Ari  poczuła  się  winna.  Powinna  zostawić  mu 

wiadomość. Nie zamierzała go jednak  w  to  wciągać, nie 
chciała, żeby wiedział o niej zbyt dużo. Zupełnie jakby ta 
wiedza mogła dać mu nad nią władzę. Władzę, by ranić. A 
może władzę, by leczyć rany.

- Słuchaj. - Położyła dłoń na jego mocnym opalonym 

przedramieniu. Czy próbowała powstrzymać go w ten 
sposób od 

wyruszenia  na  wodę?  -  To  nie  może  się  udać.  Ty  jesteś 
wyjątkowo  zaborczy,  a  ja  nie  jestem  przyzwyczajona  do 
takiego traktowania.

- Lepiej zacznij się przyzwyczajać - burknął, a oczy 

mu za
lśniły. - Dobrze ci radzę.

Bezkompromisowy kretyn.

- To moje spotkanie i...
- Myślałem, że potrzebujesz towarzystwa.
- Niespecjalnie - skłamała. - Jestem tu od godziny i 

dobrze
się bawię.

- Dajesz mi do zrozumienia, żebym się zmył.

Ari wzruszyła ramionami. Jedyne, czego teraz chciała, 

to wyjechać z Rhode Island.

- Świetnie.
Nie  mówiąc  nic  więcej,  Max  odwrócił  się,  wszedł  po 

drewnianych  schodach  na  werandę  i  zniknął  we  wnętrzu 
klubu,  pozostawiając  Ari  samą  w  zachodzącym  słońcu. 
Westchnęła,  wsadziła  ręce  w  kieszenie  koralowej 
sukienki i wolno weszła na schody. Zamiast jednak iść do 
środka za Maxem, poszła na zachodni kraniec werandy w 
kierunku parkingu.

Max zamówił podwójną  szkocką z  lodem i oparł się  o 

bar. Właśnie pociągnął łyk, kiedy muzyka nagle ucichła i 
mikrofon zaskrzeczał. Podniecony głos zawołał:

- Rocznik siedemdziesiąt pięć!
Rozległy  się  nieliczne  oklaski.  Max  nie  widział,  kto 

mówi,  ponieważ  tłum przy  barze  zasłaniał  mu  widok,  ale 
nie dbał o to.

Zadał  sobie  mnóstwo  trudu,  żeby  tu  dziś  być,  a  Ari 

zupełnie  nie  doceniła  jego  wysiłków.  Wypije  szkocką  i 
wróci  do  domu.  Dzisiejszej  nocy  w  jego  łóżku  nie  będzie 
kobiety  -  ciepłej,  namiętnej,  kochającej  Arianny  witającej 
wracającego  do  domu  żeglarza.  Musiał  być  szalony,  mając 
nadzieję, że to się właśnie zdarzy.

- Można prosić o uwagę? - Mówca nie czekał na 
odpowiedź.

background image

- Chciałbym wam powiedzieć o paru sprawach. Mam do 
odczytania parę listów od kolegów, którzy nie mogli 
przybyć na dzisiejszą imprezę. - Po przeczytaniu listów 
poprosił o uczczenie minutą ciszy tych, którzy zmarli: dwie 
osoby w wypadku samochodowym, ktoś inny na raka i 
niejaki Eddie Barton, którego zmyło
z pokładu łodzi rybackiej.

Max  wyprostował  się,  trzymając  uważnie  szklankę, 

żeby  żaden  dźwięk  nie  zakłócił  ciszy.  Zmyło  go  z 
pokładu?  Odczekał  kilka  minut,  zanim  zaczął  szukać  w 
tłumie  Ari.  Nie  zobaczył jej. więc  stanął  przy  wejściu  do 
damskiej  toalety.  Po  dwudziestu  minutach  odszedł 
pogadać  z  grupą  mężczyzn,  którzy  pracowali  w  Galilee. 
Szukał  odpowiedzi.  Jeśli  Ari  nie  będzie  chciała  z  nim 
rozmawiać, znajdzie kogoś, kto mu jej udzieli.

- Uciekłaś! - powiedział, kiedy Ari otworzyła drzwi.
- Nie uciekłam - odparła potulnie. - Po prostu 

wsiadłam do
samochodu i odjechałam. Na oczach wszystkich.

- W samochodzie mam kolację. - Max nie miał ochoty 

wchodzić do domu Simone'ów. Chciał, żeby w rozmowie z 
Ari nic mu
nie przeszkodziło. - Zjemy u mnie. - Widząc jej wahanie, 
dodał:

- Na pewno nie jadłaś kolacji.

- Nie.
- A więc w czym problem?
- Nie ma żadnego. - Ari szerzej otworzyła drzwi. -

Wejdź do
środka. Napiszę kartkę do rodziców.

- Nie byłaś na ogłoszeniach - powiedział Max, 

patrząc, jak
Ari szpera w szufladzie w poszukiwaniu ołówka. - A 
może się
mylę?

Obojętny  wyraz  jej  twarzy  powiedział  mu,  że  wyszła 

przed przemówieniem przewodniczącego klasy.

- Tak?

Patrzył na nią uważnie.
- Eddie Barton zatonął. Uczciliśmy minutą ciszy jego i 

kilkoro innych. - Stała nieruchomo, włosy zasłaniały jej 
profil, kiedy
pochyliła się nad stołem, pisząc na bloczku papieru. - Ale 
ty już
wiedziałaś o Eddiem, prawda?

- Tak - powiedziała cicho. - Wiedziałam o Eddiem.
- Opowiesz mi o  tym?-Max podszedł 
bliżej.
Spojrzała na niego suchymi oczami..
- Kochałam Eddiego przez całą szkołę średnią. 

Jasnowłose
go, brązowookiego Eddiego. Był moim najlepszym 
przyjacielem
w szkole podstawowej, prześladowcą na początku średniej, 
a po
tem moim chłopcem.

- I?
- Nie zagrzewałam chłopców do walki na meczach, 

nie by
łam królową szkolnych balów ani nawet tęgą głową, ale 
byłam
dziewczyną Eddiego Bartona i miałam zostać jego żoną. -
Prze
rwała, by odgarnąć włosy z twarzy, po czym spojrzała na 
Maxa.
- Pewnie nie chcesz tego słuchać. Kolacja ci stygnie.

- Jedź ze mną do domu - zaproponował Max, biorąc 

ją za
rękę. Nie trzeba było geniusza, by domyślić się końca  jej 
opowieści. Bladość Ari zaniepokoiła go. Trzymał mocno 
jej zimną dłoń.
Nie puścił jej nawet, kiedy brała torebkę, gasiła światło w 
kuchni
i zamykała drzwi. Zwolnił uścisk dopiero, gdy przekroczyli 
próg
jego domu.

Ari,  z  pudełkiem  z  pizzą,  skierowała  się  do  kuchni, 

ale Max złapał ją za ramię.

- Zjedzmy na górze - zaproponował.
- W łóżku?
- Czemu nie? - Nie odpowiedziała, więc lekko 

ścisnął jej
ramię, zanim ją puścił. - Wezmę coś do picia. Idź na górę.

Kiedy po kilku minutach wszedł do sypialni, Ari 
siedziała ze

background image

skrzyżowanymi  nogami  na  łóżku.  Dopiero  teraz 
zauważył,  że  zdążyła  się  przebrać.  Na  niebieskim 
podkoszulku  z  długimi  rękawami  widniał  żółty  napis: 
Kraina  Bezkresnego  Nieba,  a  jej  dżinsy  były 
bladoniebieskie,  niemal  białe.  Zdjęła  sandały  i  rzuciła  je 
na dywan.

Max ustawił na łóżku sześć puszek z dietetyczną colą i 

papierowe  talerzyki  na  pizzę.  Ari  wyjęła  mu  spod  pachy 
rolkę  papierowych  ręczników,  które  miały  posłużyć  jako 
serwetki.

- Co będzie, jak zabrudzimy 
pościel?
Max wzruszył ramionami.
- Upierzemy. Jedzenie pizzy w łóżku to jedna z 

przyjemności życia.

Ari uniosła już pokrywkę pudełka i zagarnęła kawałek 

na papierowy talerzyk, który podała Maxowi.

- Proszę. Smacznego. - Później nałożyła sobie, 

zlizując
przylepiony do palców ser. - Jeszcze ciepła.

Kiedy zjadła, otworzył puszkę z colą. Max zebrał się w 

sobie, żeby zadać jej kolejne pytania.

- Szybko wyszłaś z klubu.
- Niezupełnie. Zostałam tak długo, jak chciałam, a 

potem
wyszłam.

- Poprawka, uciekłaś.
- Myślę, że to nie w porządku. - Zmarszczyła czoło.
- Dajmy temu spokój. - Skinął głową. - Opowiedz mi o 

tym.
jak miałaś wyjść za mąż.

- To nie jest zbyt interesujące.
- Dla  mnie jest.

Spojrzała w bok i wytarła dłonie ręcznikiem.

- Rodzice nalegali, żebym poszła do college'u, a 

więc za
trudniłam się na niepełnym etacie jako sekretarka i 
jednocześnie
studiowałam. Eddie zaczął pływać na trawlerze wuja. 
Pięć lat

później wciąż byliśmy parą i szykowaliśmy się do ślubu. 
Tymczasem Eddie z kuzynami kupił łódź i zaczęli nieźle 
zarabiać.

- I?
- To wciąż ta sama stara historia, prawda, Max? - Jej 

uśmiech
nie sięgał oczu. - Była burza. Możesz domyślić się reszty.

- I wtedy wyjechałaś z Rhode 
Island.
Pokręciła głową.
- Nie od razu. Po dwóch latach zrobiłam magisterium 

i zaczęłam się starać o pracę możliwie najdalej od Rhode 
Island.

- Czy wyjazd ci pomógł?

Spojrzała na niego oczami lśniącymi od łez.

- Jak cholera.
- Czy w Montanie nikt nie umiera?
- Mogę sobie poradzić z lawinami i wypadkami 

samochodowymi.

.

- Skąd 
wiesz?
Milczała.

- Nie chcę o tym rozmawiać - powiedziała wreszcie, 

zbierając z łóżka okruchy.

- Ludzie umierają, Ari.
- Wiem o tym.
- Daj spokój porządkom - polecił, chwytając jej 

nadgarstek.
- Nie możesz uciekać za każdym razem, kiedy tak się 
stanie.

Spiorunowała go wzrokiem.

- Do tej pory działało.
- Daj spokój, kochanie - poprosił. - Przed nami jest 

cały
świat. Nie niszcz tego.

Ari pokręciła głową.
- Jesteś tylko ty, ja i lato. Lato, które dobiega końca.
- Ciągle to powtarzasz. Naprawdę wierzysz, że twój 

wyjazd
wszystko zakończy?

background image

- Myślisz, że mam wybór?
- A nie masz?
Patrzył,  jak  walczy,  by  ukryć  swe  uczucia,  jak 

zastanawia  się.  co  powiedzieć.  Chyba  myślała,  że  może 
zapakować  wszystkie  swoje  emocje  do  walizki.  Walizki 
umieszczonej na górnej półce szafy.

Ari  uwolniła  rękę  z  uścisku  Maxa  i  czule  pogłaskała 

go po policzku.

- Nie wiem, Max. Naprawdę nie wiem.
- Może nie wiesz, kochanie - powiedział i delikatnie ją 

objął.
Ale ja wiem, pomyślał.

Gęsty  strumień  łez  wypływał  jej  spod  rzęs  i  znikał  we 

włosach rozsypanych na poduszce. Max przykrył ją swym 
ciałem,  pozornie  nieświadomy  zamętu  jej  uczuć.  Ból 
wspomnień  mieszał  się  z  rozkoszą,  którą  dawał  jej  Max. 
Wreszcie  krzyknęła  i  po  chwili  Max  jej  zawtórował, 
ustami  smakując  słone  łzy  na  jej  skórze  i  tuląc  ją    do 
siebie.

- Wszystko będzie dobrze - szepnął.

Ari  nie  odpowiedziała.  Łzy  ściskały  ją  za  gardło.  Nie 

chciała wybuchnąć szlochem, a z pewnością tak by się stało, 
gdyby zaczęła mówić. Max przekręcił się, nie wypuszczając 
Ari  z  ramion  i  umieścił  jej  głowę  w  zgięciu  łokcia. 
Wdychała  cudowny  zapach  jego  skóry  i  żałowała,  że  nie 
może  zostać  na  zawsze  w  jego  ramionach.  Wyczerpana, 
zamknęła oczy i cicho płakała, zanim usnęła.

- Możesz teraz rozmawiać?
- Oczywiście. - Ari skinęła głową. Nie było jeszcze 

ósmej.
a ona zdołała już w milczeniu wypić pół dzbanka kawy. 
Leżała
w zmiętej pościeli, wpółoparta o olbrzymie poduszki. 
Oderwała
wzrok od intrygujących kopert i listów zaadresowanych 
do Maxa,

rozsypanych na podłodze obok łóżka. Dziwne, że nie 
potknęła się o nie ubiegłej nocy. Max zmarszczył brwi.

- No, dalej. Obejrzyj je. W końcu ty dałaś to 
ogłoszenie.

Ari  pokręciła  głową.  Sam  fakt,  że  listy  leżą  w  jego 

sypialni,  działał  jej  na  nerwy.  Czytanie  pewnie 
doprowadziłoby ją do szału.

- Dzięki, ale nie.

Max wziął list o niebieskich brzegach z góry stosu.

- Proszę bardzo - zerknął na tekst, a potem znów na Ari. 

- Ta
dziewczyna szuka kogoś lubiącego przygody, mieszka na 
Block
Island i lubi brać udział w regatach żeglarskich.

- Wspaniale brzmi. - Ari nie zamierzała pytać Maxa, 

dlaczego odpowiedzi na ogłoszenie znajdują się w jego 
sypialni ani
dlaczego tak wiele kopert jest otwartych. Na pewno 
niektóre
przeczytał, zainteresował się nimi.

- Niezła zdobycz, prawda? - Skinął w kierunku stosu 
kopert.
- Tak - warknęła, wciąż zirytowana. Ta cała sprawa 

to jej
pomysł. Ależ z niej idiotka.

- Nie chcesz ich przejrzeć, wybrać dla mnie idealnej 

kobiety?
- Uśmiechnął się, kiedy przeszyła go wzrokiem, po czym 
ukląkł
aa łóżku i rzucił nie przeczytany list na prześcieradło. - To 
twoja
zasługa, kochanie. Napisałaś wspaniałe ogłoszenie.

- Po prostu wymieniłam twoje... potrzeby -

zaprotestowała,
odsuwając stopy, by nie zgniótł ich swoim ciężarem.

- Ale opisałaś mnie - zaśmiał się cicho. - Sprawiłaś, 

że stałem się skrzyżowaniem Kevina Costnera i Errola 
Flynna.

- Kim jest Kevin Costner? - zażartowała, 

wpatrując się
z uśmiechem w ciemne oczy Maxa. Miał rację. 
Sporządziła porywającą charakterystykę mężczyzny, 
którego czarowi sama nie
mogła się oprzeć. - Odezwiesz się do tej miłośniczki 
regat?

background image

- Przeciwieństwa się przyciągają. - Nachylił się i 

pocałował
ją ciepłymi zachłannymi wargami, gniotąc list. Ari ujęła 
jego
twarz w dłonie, rozkoszując się szorstkością porannego 
zarostu
Wreszcie uniósł głowę i popatrzył na nią.

- Dobrze się czujesz?
- Tak. - Czuła się lekko, zupełnie jakby łzy z ostatniej 

nocy
rozpuściły ciężar w jej sercu. Ani spotkanie po latach, ani 
opowiedzenie Maxowi o Eddiem nie zaszkodziło jej. 
Oprócz tego, że
piekły ją oczy, przypominając o wylanych łzach. Swoją 
drogą,
przy pierwszej okazji wepchnie te listy pod łóżko. Co z 
oczu, t:
z serca. - Czuję się... o wiele lepiej.

- To dobrze. - Max podszedł do okna. Wsadził ręce 

w kieszenie dżinsów i wpatrzył się w zatokę.

- A ty?
Odwrócił się do niej.
- Zakochałem się w tobie pierwszego dnia.

Znów wyjrzał przez okno i nie zobaczył, jak drgnęła.
- Ja... ja też cię kocham, Max - odpowiedziała cicho, 

zaskoczona swymi słowami. Sufit się nie zawalił, grom 
nie uderzył
i nie nastąpił koniec świata.

Gwałtownie odwrócił się od okna i stanął w nogach 
łóżka.

- A więc zrób coś z tym.    
- Nie ma nic...
- Nieprawda - przerwał. - Jest. Zostań w Rhode 

Island. Po
radzimy sobie.

-

Jak? Przestaniesz łowić? Wypływać na morze?

Odpowiedziało jej milczenie. Błękitne spojrzenie 
przytrzymało jej wzrok przez długą chwilę.

- To moje życie. Moja praca.
- Masz fabrykę.
- Nie mogę spędzić reszty życia za biurkiem.

- A ja nie mogę spędzić reszty życia na zastanawianiu 

się, czy
wrócisz bezpiecznie do domu.

Wyciągnął do niej ręce, prosząc o zrozumienie.
- Nie wiem, jak z tym walczyć, kochanie. Nie możesz 

oba
wiać się, że zginę, za każdym razem gdy wypłynę na 
połów.

Dzwonek  telefonu  zabrzmiał  nieprzyjemnie  w  ciszy. 

Żadne  z nich  nie poruszyło  się,  by  go odebrać. Kiedy  Ari 
spuściła  wzrok  pod  jego  spojrzeniem,  przeszedł  na  drugą 
stronę łóżka i podniósł słuchawkę.

- Halo. Kiedy? - Spojrzał na Ari. - Tak, jest tutaj. 
Oczywiście.
- Co się stało? - Serce jej 
zamarło.
Położył słuchawkę na widełki.

- Ruthie zaczęła rodzić, ale coś jest nie tak i Peggy 

potrzebuje twojej pomocy.

Ari  wyskoczyła  z  łóżka,  odgarnęła  nogą  listy  i 

rozejrzała się za swoim ubraniem.

- Co to znaczy, że nie wszystko idzie tak jak trzeba?
- To wcześniaki, złotko. Twoja matka więcej nie 
powiedziała.
- Gdzie są? W szpitalu okręgowym?
- Na razie.
- Co to znaczy?
- Chyba najlepiej będzie, jak tam pojedziemy i 

wszystkiego
się dowiemy.

- My?

. Max uśmiechnął się i dotknął jej policzka.

- Jeszcze to do ciebie nie dotarło?

background image

ROZDZIAŁ 10

Wnuczki, na które tak czekali Peggy i Rusty, przyszły na 

świat; w  niedzielę  o  jedenastej  trzydzieści  dwie.  Dumny 
dziadek  przemierzał  szpitalny  korytarz  w  towarzystwie 
kapitana Cole'a. Ru-thie czuła  się dobrze, ale  dzieci były 
malutkie, ważyły niewiele ponad półtora kilo każde.

- Zdarzało mi się łapać większe homary - zauważył 
Rusty.
- Georges Bank - podsunął Max, mając nadzieję, że na 

parę
minut oderwie myśli mężczyzny od dziewczynek.

- Dorsz długi na metr trzydzieści i homary ważące 

dwadzieścia kilogramów. - Rusty uśmiechnął się 
szeroko. - Pamiętasz
tamte czasy, synu?

Max przytaknął.
- Teraz wypływamy sto trzydzieści mil w morze i 

nawet
z czujnikami sieci, które założyłem w tym roku, nie 
wiem, czy
zdołam złowić wystarczająco dużo, by spłacić łódź.

- To nie są już takie pieniądze jak wtedy, synu. -

Rusty.
pokręcił głową. - To samo z łowieniem. Moi chłopcy 
mnie nie
słuchają - chyba mają to we krwi - ale ty jesteś 
sprytniejszy.

- Jestem taki jak wszyscy. - Max wzruszył ramionami.
- Masz fabrykę po ojcu i udało ci się nawiązać 

kontakty
zagraniczne. Zamorskie łowiska to przyszłość.

- Pracuję nad tym - przyznał Max.
- A  co z moją córką?
- Nad tym też pracuję, sir - dodał z szacunkiem.
- Ożenisz się z nią? Szczerze mówiąc, nie podoba mi 

się, że
ona u ciebie nocuje, choć jest wystarczająco dorosła, by 
mieć
własny rozum...

Max  spojrzał  przez  poczekalnię  na  Ari.  Właściwie  nie 

zdążyła się nawet uczesać. Mimo to wyglądała prześlicznie. 
Wyjąwszy  podkoszulek,  który  wywoływał  nieprzyjemne 
skojarzenia z Montaną.

- Ożeniłbym się z nią, gdyby mnie zechciała.
- Hm - mruknął Rusty. - Ona jest bardzo niezależna.
- Podziwiam ją za to, ale czasem doprowadza mnie do 
szału.
Rusty pokręcił głową.

- Nie możesz jej przykuć do pokładu, synu. Jeśli ciebie 

chce,
lepiej, żeby myślała, że to jej pomysł.

- Zechce mnie - powiedział stanowczo Max, patrząc na 

zbliżającą się ku nim Ari, choć wiedział, że to tylko 
pobożne życzenie. Niczego nie mógł być pewny.

- Lekarz powiedział, że możemy zobaczyć Ruthie, jak 

tylko
się przebudzi. To było rutynowe cesarskie cięcie.

- A dziewczynki?
- Coraz lepiej. Są malutkie, ale silne.
- Dobra krew Simone'ów - podkreślił Rusty.
- Pójdę do fabryki. Może uda mi się skontaktować z 

„Peggy Lou" przez radio - zaproponował Max. - Roscoe 
pewnie się
zamartwia.

- Na pewno jest w szoku - zauważył Rusty, 

wymieniając
uścisk dłoni z Maxem. - Zobaczymy, czy uda ci się go 
uspokoić.

background image

- Spróbuję. - Max skierował się do wyjścia, ciągnąc za 

sobą
Ari. - Powiedz mi prawdę - powiedział, kiedy znaleźli się 
przed
szpitalem. - Jak się mają dzieci?

- Wszystko w porządku. Zdaje się, że bliźniaki 

zazwyczaj
rodzą się wcześniej, więc nikogo to specjalnie nie 
zaskoczyło.
Lekarz powiedział, że są dobrze rozwinięte, ale będą 
musiały być
pod obserwacją przez jakiś czas.

- To dobrze. - Max westchnął i obrzucił wzrokiem 

budynek.
- Nie cierpię szpitali.

- Dzięki za dotrzymywanie towarzystwa tacie. Bardzo 

nam
brak męskiego wsparcia.

Spojrzał na jej zmartwioną minę i powiedział:

- Hej, wszystko będzie dobrze.
- Wiem. - Głos jej drżał. - Dziewczynki przejadą do 

szpitala
miejskiego, a Ruthie wyjdzie za  parę  dni. Mama  będzie ją 
rozpieszczać i o nią dbać. Ruthie nie ma innej rodziny.

- Rodzina jest ważna.
- Tak mówią. A gdzie jest twoja?
- Stoimy na parkingu w trzydziestopięciostopniowym 

upale,
a ty wreszcie zadajesz mi osobiste pytanie? Nie mogłaś 
wybrać
gorszego momentu.

Ari wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się do niego.

- Coś taki kapryśny? Nie wyspałeś się?

- Nie jadłem śniadania, zapomniałaś? Masz ochotę na 
lunch
- Nie, dzięki. Zostanę tu z tatą. - Wspięła się na palce i 

pocałowała Maxa na pożegnanie. - Jeśli uda ci się 
skontaktować
z Roscoe, daj mi znać.

Skinął głową.

- Jadę prosto do fabryki.
- A  ja zajmę się sklepem. Mam wrażenie, że mama nie 

nadaje
się dzisiaj do pracy. Zobaczymy się wieczorem.

-  Tak.  -  Pocałował  ją  jeszcze  raz.  -  Mamy  wiele  do 

omówienia.

Chciała  zaprzeczyć,  ale  zanim  wróciła  do  szpitala, 

patrzyła,  jak  Max  idzie  przez  parking,  wsiada  do 
samochodu i odjeżdża. Zobaczy się z nim później, ale nie 
będzie  rozmawiać  o  pozostaniu  w  Rhode  Island. 
Musiałaby  porzucić  swoją  pracę.  Nie  była  to 
najwspanialsza  praca  na  świecie  i  w  Montanie  wiał 
kanadyjski  wiatr,  który  w  styczniu  przenikał  do  szpiku 
kości, ale mimo wszystko... był to jej dom i kochała go.

Kochała  góry,  tamtejszych  ludzi,  prerię  i  kolacje  ze 

stekiem  w  Three  Bears  Cafe.  Lubiła  bar  za  miastem, 
gdzie w sobotnie noce grała orkiestra. Chętnie sprawdzała 
prace studentów, kiedy śnieg otulał miasto. Doprowadzała 
swych  przyjaciół  z  zachodu  do  szału,  dopingując  New 
England  Patriots  podczas  rozgrywek  futbolowych. 
Lubiła swoje mieszkanie. Jej domem było Bozeman.

Ari próbowała sobie  wyobrazić Maxa  w Montanie. Na 

próżno.  Mogła  co  najwyżej  wyobrazić  go  sobie  w  swym 
łóżku,  ale  na  tym  koniec.  Zwrot  „jak  ryba  bez  wody" 
pasowałby  do  kapitana  Maximiliana  Cole'a,  gdyby  ten 
kiedykolwiek  próbował  zapuścić  korzenie  na  rozległych 
równinach Montany.

Rozwiążemy  to,  powiedział.  Jasne,  wiedziała  jak. 

Musiałaby  porzucić  wszystko  -  pracę,  mieszkanie,  swoje 
zacisze.  Powrócić  do  Rhode  Island,  godząc  się  na  utratę 
niezależności  i  spokoju  ducha.  I  przez  resztę  życia 
martwić  się  o  mężczyznę,  którego  fala  mogła  zmyć  z 
pokładu i którego ciała nigdy by nie odnaleziono.

W  imię  czego?  Miłości?  Ostatnim  razem  się  nie  udało. 

Została sama z dyplomem, ślubną suknią i pustką.

Dla domu w Pier? W każdy letni poranek siadywałaby 

na  balkonie  i  patrzyłaby  na  ocean  -  sama.  Każdego 
wieczora też. Wstrząsające.

background image

Dla  brązowookich,  ciemnowłosych  dzieci?  Ari 

odsunęła tę wizję, zanim stała się zbyt kusząca. Gdyby 
wyszła  za  kogoś  z  zachodu,  mogłaby  mieć  wszystkie 
dzieci, jakich pragnęła.

Poza tym Max nie wspominał o ślubie.
Szpitalne  drzwi  rozsunęły  się  i  Ari  weszła  do  środka.

Ojciec pomachał do niej przez hol.

- I jak?- Ari pospieszyła ku niemu.
Rusty zamknął córkę w niedźwiedzim uścisku.
- Ruthie już się obudziła i czuje się dobrze. Twierdzi, 

że od
początku wiedziała, że to będą dziewczynki.

- Nie ośmieliłaby się rozczarować mamy -

uśmiechnęła
się  Ari.

- Zafundujesz staruszkowi kawę? - Otarł łzy ulgi z 

kącików
oczu. - Trochę mnie to wszystko przytłoczyło.

Następnego tygodnia Ari zastępowała Peggy w sklepie, 

kilka  razy  zawiozła  też  Ruthie  do  miasta,  by  bratowa 
mogła zobaczyć swoje maleńkie córeczki.

Poza  sprzedażą zupy, jazdami  do  szpitala  i karmieniem 

każdego,  kto  pojawił  się  w  porze  kolacji,  zdołała 
wysprzątać  sypialnie  na  górze.  Widziała  już  nowy  dom  i 
uznała,  że  będzie  idealny  dla  rodziców,  jeśli  tylko 
pozbędą  się  jeszcze  trochę  rzeczy.  Przed  powrotem  do 
Bozeman  miała  dużo  pracy  i  była  zadowolona,  że  Max 
zostawił ją samą, by mogła się z tym uporać.

W  czwartek  po  południu  dokonała  ostatecznej 

selekcji  mebli.  Ukończywszy  dzieło,  zeszła  do  kuchni, 
by przygotować kolację.

- Idź sobie! Idź stąd! - Peggy zamachała do Ari, 

próbując ją
wygonić do pokoju dziennego. - Dość już zrobiłaś tego 
lata. Jeśli
cię za bardzo wykorzystamy, nigdy więcej nie 
przyjedziesz.

Ari roześmiała się.

- Podobało mi się to.

To była prawda - polubiła poczucie, że znów należy do 

rodziny.  Pewnie  będzie  jej  tego  brakowało,  kiedy 
odjedzie.

- Zajmij się czymś innym - poleciła matka. - Zbyt 

gorąco na
gotowanie. A najlepiej zadzwoń do kapitana. Niech cię 
zabierze
na kolację w jakieś sympatyczne miejsce.

Sympatyczne  miejsce  oznaczałoby  jego  dom.  Jeszcze 

sympatyczniejsze  - łóżko. Nie chciała przyznać się nawet 
przed  sobą,  jak  bardzo  za  nim  tęskni,  ale  na  samą  myśl, 
że mogłaby go zobaczyć, usta same rozciągnęły się  jej w 
uśmiechu.

- To wspaniały pomysł, mamo. Zaraz to 
zrobię.
W domu go nie było, więc zadzwoniła do 
fabryki.
- Cole Products - burknął w słuchawkę.
- Cześć.
- Ari?
- Spodziewałeś się kogoś innego?

- Tkwię w biurze, myślę o tobie i zastanawiam się, 

kiedy uda
mi się wyciągnąć cię z domu.

- Może być dziś wieczór?
- A dokładnie?
- Kupię coś na kolację i spotkamy się za godzinę. -

Odłożyła
słuchawkę i zobaczyła uśmiechniętą twarz matki.

- Nie muszę zostawić dziś światła na werandzie, 
prawda?
- Czy nie powinnaś być zaszokowana? - żartowała Ari.
- Twoi bracia wyćwiczyli mnie. Nic mnie już nie 

zaskoczy.
- Pogładziła córkę po policzku. - Dałabym ci radę, ale 
ty nie
chcesz rad, więc idź - bądź z Maxem, póki możesz.

Znalazła się w ramionach Maxa, gdy tylko otworzył 
drzwi.
- Gnieciesz sandwicze - powiedziała wreszcie, 

niechętnie
odrywając się od jego nagiego torsu. Pachniał mydłem, a 
dotyk

background image

ciepłej  skóry  przy  policzku  sprawił,  że  zapragnęła 
pociągnąć go na  dywan.

- Myślałem, że ciebie.
- Wielkie dzięki. - Uśmiechnęła się do niego.
- Cóż, upłynęło tyle czasu...
- Cztery dni?

Max wzruszył ramionami i wypuścił ją z objęć.

- Wydaje się, że o wiele dłużej, kochanie.

Na myśl o zbliżającym się  wyjeździe poczuła ból. Jak 

mogła  dopuścić  do  tego,  żeby  zakochać  się  tego  lata? 
Próbowała się uśmiechnąć.

- Jesteś głodny?

W kącikach oczu pokazały mu się kurze łapki, które tak 
lubiła.  - Mogę zaczekać.

Wyciągnęła dłoń z torbą z włoskimi sandwiczami.
- A co powiesz na to?

- Max wsunął rękę pod jej błękitną obcisłą bluzkę bez 
rękawów.

- Nie masz stanika? Podoba mi się 
to.
- Sandwicze, Max.

- Weźmiemy je na górę i zjemy później. Jak to się  

stało,
że nigdy przedtem nie widziałem cię w tej dżinsowej 
mini-spódniczce?

- Znalazłam ją podczas sprzątania w szafie.
- Podoba mi się - mruknął. Przesunął dłoń z piersi na 

talię,
odpiął guzik i wolno odsunął zamek błyskawiczny.

- Myślałam, że chcesz iść na górę.
- Już nie. - Zsunął spódniczkę z jej bioder, 

pozwalając, by
opadła na ziemię.

- A co powiesz na to? - Ari nie czuła się w 

najmniejszym
stopniu skrępowana, stojąc półnaga w przedpokoju. 
Zrzuciła san
dały i czekała na reakcję Maxa.

- Włożyłaś je!
Postawiła torbę z jedzeniem na krzesło i uśmiechnęła 
się.
- Czy nie mówiłeś, że chcesz je ze mnie zdjąć?
- Pragnę tego bardziej niż czegokolwiek na świecie -

powie
dział cicho, po czym przyciągnął ją do siebie. Po chwili 
brzoskwiniowe majteczki ześliznęły się na dywan.

Na szyi czuła ciepłe wargi Maxa.
- Myślisz, że zdołamy dojść do łóżka?
- Możemy spróbować.
- Zawsze chciałem nieść nagą kobietę na górę do mego 

łóżka
- szepnął, wziąwszy głęboki oddech.

Ari objęła go za szyję.
- Powinnam umieścić to w ogłoszeniu - wyszeptała.
- To przeklęte ogłoszenie - zaklął Max, wchodząc 

uważnie
przez drzwi sypialni - uczyniło mnie pośmiewiskiem 
poczty.

Ukryła twarz na jego piersi.
- Połóż mnie, a wynagrodzę ci to. - Rzucił ją na nie 

zasłane
łóżko i położył się obok. Światło słoneczne, przytłumione 
stora
mi, zabarwiło pościel na bladożółty kolor. - To nie fair -
powie
działa. - Wciąż masz na sobie dżinsy.

- To się da naprawić.
Ari zatrzymała jego 
rękę.
- Pozwól mi - powiedziała. - Zrobię to szybciej.
- Tak ci się tylko zdaje.
Ari  wsunęła  dłoń  między  tkaninę  a  jego  brzuch  i 

pochyliła  się  nad  nim.  Obiema  rękami  szybko  rozpięła 
guziki.

- Czy ty nigdy nie nosisz bielizny? - Czubki jej 

palców
prześliznęły się nad jego męskością i delikatnie 
uwolniły go
z ciasnych dżinsów.

- Nie wtedy, kiedy wiem, że masz przyjść. -

Próbował
usiąść, ale Ari popchnęła go na plecy.

background image

- Uhm. - Przez chwilę patrzyła w ciemnoniebieskie 

oczy,
a potem odwróciła się i zaczęła pokrywać pocałunkami 
jego
brzuch. - Nigdzie się nie wybieraj. - Jej piersi otarły się o 
sprany
dżins. Usłyszała jęk Maxa, potem jego dłonie chwyciły 
ją za
barki. Przyciągnął ją do siebie i Ari poddała się bez oporu.

- Moja kolej - szepnął pieszczotliwie tuż przy jej 

zarumienionym policzku, po czym ześliznął się z łóżka i 
zsunął z nóg
dżinsy. Mignęły jego mocne, opalone plecy, zanim 
pochylił się
nad nią. Wargami pochwycił sutek i szarpnął delikatnie, 
wysyłając tajemne prądy przez jej ciało. Zębami przejechał 
po wrażliwej
skórze i zajął się drugą piersią.

Kiedy  chciała  go  objąć,  przytrzymał  jej  ręce  z  lekkim 

naciskiem  i  pochylił  się  nad  nią.  Ari  usiłowała  się 
poruszyć, ale jego ręce wciąż ją trzymały. Kiedy zadrżała i 
wygięła się w łuk, przytulił ją do siebie, aż drżenia ustały.

- Jesteś moja - szepnął. Wszedł w nią i znieruchomiał, 

dając
jej czas na zapamiętanie tego wrażenia, sposobu, w jaki 
pasował
do jej przytulnego ciepła. - Powiedz to, Arianno. 
Powiedz to
teraz.

- Tak. - Ari przejechała dłońmi po jego szerokich 

ramionach
i zamknęła oczy w ekstazie.

Zaczął się poruszać, aż  Ari poczuła, że słodki, znajomy 

nacisk  zbiera  się  i  wybucha,  zostawiając  ją  słabą  i  bez 
tchu w uścisku Maxa.

Długo,  długo  później  Max  zaciągnął  ją  z  sobą  pod 

prysznic.  Namydlała  go  tak  dokładnie,  aż  zabrał  jej 
mydło  i  zażądał  tyle  samo  czasu  dla  siebie.  Wilgotna 
jeszcze  Ari  owinęła  się  jednym  ze  szlafroków 
kąpielowych  Maxa  i  przyniosła  torbę  z  sandwicza-mi. 
Usiadła  przy  kuchennym  stole  naprzeciwko  niego, 
trącając  go  bosymi  stopami.  Zajadali  się  mieszanką 
zimnego mięsa, 

warzyw,  ostrej  papryki  i  włoskiego  sosu,  którymi 
nadziano  bułeczki.  Ari  wzięła  puszkę  piwa,  którą  podał 
jej Max. Gorzki napój ochłodził jej usta.

Po  jedzeniu  usiedli  na  balkonie  i  w  milczeniu 

podzielili  się  kolejną  puszką.  Jakiś  zespół  muzyczny 
zaczął  ustawiać  instrumenty  na  trawniku  po  drugiej 
stronie  ulicy.  Grupki  ludzi  ze  składanymi  krzesłami, 
kocami  i  torbami  z  jedzeniem  ciągnęły  tłumnie  do 
miejskiego parku.

- To zupełnie tak, jakbyśmy mieli najlepsze miejsca. 

- Ari
umościła się wygodnie na leżance.

- Lepiej, żeby muzyka była dobra, bo jedyny sposób, 

aby
przed nią uciec, to wsiąść do samochodu i odjechać.

Ari westchnęła z zadowoleniem.

- Nie, dzięki. Dobrze mi tu, gdzie jestem.
- Teraz - uzupełnił Max z goryczą w głosie.
- Tak - odparła, rzucając mu ostre spojrzenie. - Teraz 

jestem
bardzo szczęśliwa.

- A jutro? W przyszłym tygodniu? Miesiącu?

Zmusiła  się,  by  ukryć  swe  uczucia,  i  odezwała  się  w 

miarę opanowanym głosem:

- Mam nadzieję, że jutro będę z tobą. Moje plany na 

przy
szły tydzień zależą od tego, czy zostaniesz tu, czy 
wypłyniesz
w morze.

- A w przyszłym miesiącu - uzupełnił - będziesz z 

powrotem w Bozeman, zbyt zajęta, by pamiętać moje 
imię.

Piątka  młodych  długowłosych  mężczyzn  skończyła 

właśnie  łączyć  kilometry  przewodów  elektrycznych  i 
zagrała kilka nut na gitarach. Perkusista uderzył parę razy 
pałeczkami.

- To nieprawda, i ty o tym wiesz. Wrócę tu -
powiedziała.
- Kiedy? Za rok? - Spojrzał na nią zimnym wzrokiem. -

Czy
to ma być pocieszenie?

background image

- Max, nie rób tego. - Ari przysunęła się, by go 

dotknąć, ale
zmieniła zdanie na widok jego zaciśniętych szczęk.

- A co ze świętami Bożego Narodzenia?
- Zwykle wyjeżdżam na narty z przyjaciółmi. -

Duma po
wstrzymała ją od wyznania, że z jego powodu planowała 
w tym
roku przyjazd do domu. Liczyła dni między wyjazdem a 
piętnastym
grudnia, kiedy wsiądzie w samolot. Było ich dokładnie sto 
dwanaście. - Może byś mnie odwiedził na Święto 
Dziękczynienia?

- Mniejsza o to - powiedział. - Rozumiem.
- Jeździsz na nartach?
- Zawsze wydawało mi się to stratą czasu.
- Mógłbyś mnie odwiedzić przed śniegami.
- Muszę zajmować się interesami.

Ari  nie  chciała  dać  mu  do  zrozumienia,  jak  chętnie 

widziałaby go w Montanie.

- Czy nigdy pan nie miał wakacji, kapitanie Cole?

- Kilka razy - przyznał. - Na Florydzie.

Powinieneś 

spróbować 

Gór 

Skalistych 

-

zasugerowała głosem miękkim od obietnic.

Max  pokręcił  głową.  Wiedziała,  że  nie  ma  sensu  się  z 

nim  spierać.  On  nie  zmieni  zdania.  To  ona  musiałaby 
przyjść do niego - nigdy nie mogłoby być inaczej. Zapadła 
ciężka  cisza,  przerywana  jedynie  dźwiękami  znanego 
przeboju 

Rolling 

Stonesów 

„Satisfaction". 

Ari 

zastanawiała się, czy  nie powinna  się  ubrać i  wracać do 
domu.

- Żadnych obietnic, żadnych żalów - powiedział cicho 

Max.
Dotknął dłonią jej policzka. - Kiedyś tak powiedziałaś, 
Ari. Za
pomniałem o regułach, prawda?

- Wolno ci - odparła, dziwnie zadowolona, że nie jest 

już zły
Uporczywa myśl nie dawała jej spokoju. - Kiedy 
wypływasz?

- W poniedziałek rano.

Zaciągnęła  pasek  szlafroka,  wzięła  Maxa  za  rękę  i 

pociągnęła do domu.

- Dobrze. To znaczy, że zostały nam trzy dni.

Weekend minął szybciej, niż wydawało się  to możliwe. 

Żadne  z  nich  nie  wspominało  już  o  przyszłości.  Ari 
wykorzystała  umiejętność  maszynopisania,  by  pomóc 
Maxowi  w  papierkowej  pracy  w  biurze.  Max  wywoził 
śmiecie  z  sutereny  Simone'ów  na  wysypisko.  Nocami 
kochali  się,  zamawiali  gotowe  posiłki  i  spierali  o  smaki 
lodów. Max przed rejsem dał jej klucze do domu.

- Weź je - położył pęk kluczy na jej dłoni. -

Przychodź,
kiedy będziesz potrzebowała spokoju.

- Czy próbujesz sprawić, żebym zakochała się 

również
w twoim domu?

- Oczywiście - potwierdził, a jego niebieskie oczy 

zalśniły.
- Właściwie miałem nadzieję, że będziesz na mnie czekać 
w piątek wieczorem.

- Istnieje taka możliwość. - Ari uśmiechnęła się, ale jej 

serce
ścisnęła żelazna obręcz na myśl o tym, że Max znów 
wypływa na
morze. Zanim miała szansę zaprotestować, jej wargi 
napotkały
jego usta.

- Hej, jajogłowa! To do ciebie.

Ari wytarła dłonie w ścierkę i wzięła słuchawkę od 
Joeya.

- Ari? Tu Barbara Carter, żona Jerry'ego.
- Och! Witaj!
- Max prosił, żebym do ciebie zadzwoniła. Połączył się 

z na
mi przez radio. Nie wróci przed jutrzejszym rankiem.

Jakie rozczarowanie. Na wieczór planowała nie tylko 
kolację.
- Dzięki, że dałaś mi znać.
- Miałam nadzieję, że jeszcze się spotkamy, zanim 

wyjedziesz do Iowa...

background image

- Do Montany - poprawiła Ari ze śmiechem.
- W porządku - powiedziała Barbara - do Montany. 

Powinnam pamiętać - kowboje, długie buty, John Wayne?

- Konie,- zaganiacze bydła i preria. Powinnaś to 

kiedyś zobaczyć.

- Podobałoby mi się to, Ari. Kto wie, może pewnego 

dnia
staniemy na progu twego domu i poprosimy o 
przewodnika.

- Kiedy tylko zechcesz. Czy Jerry wypływa w 
niedzielę?
- Albo w poniedziałek. - Ari wyczuła nutę strapienia 

w głosie Barbary. - Teraz jest w łóżku z grypą. Jeśli mu 
się nie polepszy, będę musiała zawieźć go do lekarza.

- Biedak. Czy mogłabym w czymś pomóc?
- Nie - odparła Barb, znów pogodnym głosem. - Jest 

twardy.
Jestem pewna, że do jutra będzie wszystko w porządku.

- Przekaż Jerry'emu, że go pozdrawiam i życzę 
zdrowia.

Ari odłożyła słuchawkę. Była dziwnie niespokojna. Za 

dziesięć dni wyjeżdżała, a nie czuła się tak, jakby czegoś 
dokonała  tego  lata.  Dom  rodziców  był  już  niemal  pusty, 
ale  oni  nie  wykazywali  zbytniego  zainteresowania 
przeprowadzką.

Popełniła  idiotyczny  błąd,  zakochując  się  w 

mężczyźnie,  który  pragnął  jej  -  nie  mówiąc  o  ich 
wspólnym życiu - na swoich warunkach.

Sukcesem  było  to,  że  obrała  mnóstwo  ziemniaków  -

świadczyły  o  tym  pęcherze  na  kciuku  -  przyczyniając  się 
w  ten  sposób  do  powstania  wielu  litrów  zupy  rybnej  i 
powiększając konto bankowe matki na nowe meble.

Jeszcze dziesięć dni i będzie po lecie. Ari zabroniła 

sobie  o  tym  myśleć.  Dziś  wieczorem  albo  jutro  rano 
powróci Max. Będzie czekała w jego domu, może nawet 
w  jego  łóżku  -  bezwstydnie  -  ale  kiedy  pozostało  tylko 
dziesięć  dni,  fałszywa  duma  czy  skromność  nie  mogły 
stanąć jej na drodze.

ROZDZIAŁ 11

- Ari? - Cichy szept tuż przy uchu. - Chcesz iść na 
plażę?
- Co? - mruknęła, zakopując się w poduszki.
- Plaża - powtórzył Max, odgarniając poplątane 

ciemne loki
z twarzy Ari. - Piasek. Woda. Przypływ. Mewy. 
Pamiętasz?

Kiedy te słowa dotarły do jej zamroczonego mózgu, Ari 

przeciągnęła  się  i  z  trudem  otworzyła  oczy.  Przekręciła 
się na plecy i napotkała rozbawione spojrzenie Maxa.

- Jesteś w domu! Przypłynąłeś!
Max skinął głową.
- A ty leżysz w moim łóżku. Podoba mi się to.
- Próbowałam czuwać, ale, jak widać, nie udało mi 
się.

- Teraz też nie wyglądasz na przebudzoną. -

Podniósł się
z materaca. Biały podkoszulek podkreślał świeżą 
opaleniznę. Ari
zauważyła też czarne spodenki kąpielowe. - Na dole 
czeka cały
dzbanek kawy. Zapakuję lunch, a potem podjedziemy po 
twój
kostium kąpielowy.

- Nie trzeba. - Ari usiłowała usiąść. - Przywiozłam 

go ze
sobą, bo wieczorem wyszłam popływać. Słuchaj, Max...

background image

Ale Max był już w drzwiach.
- Wpraw mnie w dobry nastrój, kochanie. To był 

długi rejs
i chciałbym znów poczuć ziemię pod stopami.

- Dobrze - obiecała. - Pospieszę się. - Wstała szybko, 

tęskniąc za poranną porcją kofeiny.

Błękitne niebo wypełniało okno sypialni. Był to jeden z 

tych upalnych sierpniowych dni, które ściągały większość 
mieszkańców  Rhode  Island  nad  wybrzeże.  Żółty  kostium, 
który  przerzuciła  przez  drążek  w  łazience,  już  zdążył 
wyschnąć,  więc  wciągnęła  go  i  narzuciła  na  niego 
koralową  sukienkę  plażową.  Wreszcie  umyła  zęby  i 
uczesała włosy w luźny koński ogon.

Kiedy pojawiła się w kuchni, Max wkładał naczynia do 

zmywarki.

- Zjesz coś?
- Nie, dzięki. - Nalała kawy do czerwonego kubka. 

Upiła łyk
i zauważyła stojącą przy lodówce otwartą błękitno-białą 
torbę.
Zajrzała do niej. W środku było mnóstwo kanapek i świeże 
owoce. - Poczekam. - Max zamknął zmywarkę i wytarł 
ręce w papierowy ręcznik. Sprawiał wrażenie 
zadowolonego z siebie. -
Widzę, że zdążyłeś już zrobić zakupy.

- Tak. Lubię budzić się obok ciebie - powiedział.
- Przykro mi, że nie słyszałam, jak wróciłeś do domu.
- Światło się paliło, a ty trzymałaś w ręku książkę.
- Historia mego życia - mruknęła między jednym a 

drugim
łykiem.

- Skoro już mówimy o twoim życiu - wpadł jej w 

słowo,
opierając się o bufet - dlaczego nie mogłabyś spędzić go 
tutaj?

- Nie dokuczaj mi.

Te  słowa  sprawiły  jej  przykrość.  Próbowała  ukryć 

konsternację. Poprosił ją, żeby została w Rhode Island, ale 
Ari  nie  chciała  o  tym  słyszeć.  Życie  z  Maxem 
mogłoby być cudowne,

ale  oczekiwanie  na  jego  powrót  z  połowów 
przypominałoby piekło.

- Dobrze - powiedział i odwrócił wzrok. -

Zapomniałem, że
nie wypiłaś jeszcze swojej kawy. Proszę - dodał, 
wlewając za
wartość dzbanka do kolorowego termosu. - Weź ją ze 
sobą.

Rozłożyli koc kilka metrów od brzegu i umocowali rogi 

ręcznikami  i  butami.  Ari  rozkoszowała  się  kawą.  Ciepło 
porannego  słońca  wnikało  w  jej  skórę.  Oboje  z  Maxem 
obserwowali ludzi przybywających na plażę.

Max wreszcie przerwał ciszę.

- Kiedy wyjeżdżasz?
- Mam bilet na dwudziestego siódmego sierpnia.

Przez długi czas wpatrywał się w milczeniu w linię 
horyzontu.

- Dzisiaj mamy osiemnasty. W tym tygodniu będę 

pracował
w fabryce i prawdopodobnie wypłynę dopiero po 
dwudziestym
siódmym.

- To dobrze.
- Ari, pomyśl trochę o zostaniu tu ze mną.

Wiedziała,  że  prawdopodobnie  nie  będzie  myślała  o 

niczym innym, ale to nie wpłynie na jej decyzję.

- To niczego nie zmieni.
- Nigdy nie wiadomo - Uśmiechnął się do niej. - Może 

zdołam cię oczarować.

Ari oparła się na łokciach i udawała, że obserwuje fale.
- Przeceniasz się.
- Udało mi się zabrać cię na Block Island, prawda? -

Kiedy
potwierdziła skinieniem głowy, ciągnął: - Mógłbym cię 
porwać,
zrobić coś takiego, żebyś nie zdążyła na samolot.

- I trzymałbyś mnie boso i w ciąży jako jeńca na 
wyspie?
Udał, że się nad tym zastanawia.

background image

- To nie brzmi najgorzej, prawda?
- Gdybyś zapewnił mi coś do czytania, pewnie nie 

miałabym
nic przeciwko temu.

- Powinnaś mieć własną księgarnię.
Zachichotała, zadowolona ze zmiany 
tematu.
- Może powinnam zostać bibliotekarką, ale wolę 

czytać
książki niż je katalogować.

- I lubisz uczyć. - To nie było pytanie.
- Oczywiście. Wolałbyś, żeby było inaczej?

Nie odpowiedział. Spytał ją tylko, czy ma ochotę na 
lunch. Po jedzeniu wzięli się za ręce i poszli brzegiem 
plaży.

- Zostań tutaj. - Max zręcznie wyminął zamek z piasku 

i otaczającą go fosę, nie wypuszczając z dłoni ręki Ari.

- Nie mogę.
- To znaczy nie chcesz.
- A czego ty chcesz, Max?
- Żebyś za mnie wyszła.

Ari nie spodziewała się, że Max posunie się tak daleko.

- Nie mogę.

Szli  w  milczeniu,  mijając  piszczące  dzieciaki  i 

chlapiących  nastolatków,  rzucających  plastikowe  krążki 
w płytkiej wodzie.

- Kochasz mnie?
- Tak - odparła z westchnieniem - ale to niczego nie 

zmienia, Max.

- Dobrze by nam było razem.
- Musiałabym wszystko rzucić. Czy przestałbyś 

wypływać
na morze?

- To moje życie, Ari, moja praca.
- Fabryka to również twoja praca.
- Owszem - przyznał.
- Nie mogę spędzić życia na zamartwianiu się i 
czekaniu.

Zbyt  często  widywałam  twarz  matki,  kiedy  nadawano 
ostrzeżenie  o  sztormie,  a  taty  nie  było  w  domu.  Już  raz 
straciłam kogoś, kogo kochałam, Max.

- Mnie nie stracisz.
- Nie można tego zagwarantować.
- Nie ma żadnej gwarancji, że nie wpadnę pod 

samochód,
wracając do domu.

- Zgoda, ale co ze mną? Zrezygnuję z pracy 
i...
Max zatrzymał się i odwrócił ją twarzą do 
siebie.

- Dlaczego nie mogłabyś wykładać na Uniwersytecie 

Rhode
Island?

- To nie jest takie proste. - Patrzyła w jego ciepłe 

niebieskie
oczy. Szkoda, że to nie tak łatwe, jak mu się zdaje.

- Jest, jest. Tak proste jak to, że ja kocham ciebie, a ty 

mnie.
Jeśli skupimy się na tym, wszystko się ułoży.

- Wszystko się ułoży, bo ja się poddam, czy tak? -

Ari wie
działa, że Max nie zgodzi się na kompromis. Poczuła się 
zmęczona i samotna na samą myśl o tym, że będzie parę 
tysięcy kilometrów od niego. Nie zamierzała jednak 
przeżywać bólu po jego
stracie ani udręki godzenia się z jego trybem życia.

- Inne kobiety wychodzą za takich facetów jak ja.
- Myślisz, że się nie martwią? - Zatrzymała się i 

spojrzała na
niego z niedowierzaniem. - Czyżbyś zapomniał o 
wdowich gankach na dachach tutejszych domów? 
Wiesz, dlaczego tak je
nazywają, prawda?

- A r i …
- Ponieważ kobiety, wypatrujące mężów, nigdy nie 

wiedzą,
czy nie są już wdowami.

Doszli do  końca plaży. Pasmo  wodorostów owinęło się 

wokół kostki Ari. Strząsnęła je na bok.

- Kocham cię. To się nie zmieni.

background image

- Max...
Zatrzymał  się,  pochylił  i  podniósł  coś  z  gładkiego 

piasku.  Ari  patrzyła  zaciekawiona.  Kevin,  mając 
dwanaście  lat,  znalazł  w  piasku  pierścionek  z  brylantem. 
Rodzice  wciąż  lubili  opowiadać,  jak  próbował  go  dać 
dziewczynce  z  sąsiedztwa,  na  której  chciał  zrobić 
wrażenie.

- Patrz. - Max wyciągnął rękę i pokazał jej kawałek 

zielonkawego szkła. Piasek i fale tak długo się nim 
bawiły, aż ostre
brzegi stały się zaokrąglone i gładkie w dotyku.

- Szkiełko z plaży - powiedziała. - Moja babcia 

zbierała ta
kie rzeczy.

- To prawdopodobnie pochodzi z butelki, którą ktoś 

wyrzucił
za burtę przed laty. - Ujął jej rękę i umieścił na dłoni 
kawałek
szkła nie większy od pięciocentówki. - Śmieć zmienił się 
w coś
wartego zbierania. Zdumiewające, prawda?

- Co w tym zdumiewającego?
- Jak upływ czasu wszystko zmienia.
- Mówisz teraz o nas?

Skinął  głową,  bruzdy  na  jego  twarzy  pogłębiły  się, 

kiedy przyglądał się  jej uważnie.

- Mogłabyś dać nam trochę czasu, Ari. Czasu, żeby 

wszystko
się między nami ułożyło.

Wydawało  się,  że  nie  ma  nic  więcej  do  powiedzenia. 

Wszystko  zmieniło  się  wraz  z  jego  oświadczynami. 
Naturalnie  chciał,  żeby  stało  się  tak,  jak  to  sobie 
zaplanował, nawet nie brał pod uwagę tego, że on mógłby 
też coś zmienić.

- Mogę ci dać wszystko, czego zechcesz, Ari - ciągnął, 

zaciskając jej dłoń na szkiełku. - Mój dom, moją miłość, 
moje serce.
- Patrzył wyczekująco. - Nie mogę ci jednak dać mego 
życia,
a morze jest wszystkim, co znam. Ojciec zostawił mi 
kuter -
zmarł na serce, kiedy miałem szesnaście lat - i ledwie 
dyszącą,

trzeciorzędną  przetwórnię  ryb.  Matka  wyszła  ponownie 
za mąż i wraz z mymi siostrami wyjechała do Bostonu, ale 
ja  postanowiłem  zostać  i  wykorzystać  to,  czego  nauczył 
mnie ojciec. To wszystko, co miałem i mam.

- To nieprawda.'
- Spójrz na mnie, Ari. To ja, Max Cole, rybak. 

Cały ten
wymyślny elektroniczny sprzęt, nowe kutry i kosztowny 
dom
w mieście nie zmienią tego. Musisz mnie przyjąć 
takiego, jaki
jestem, albo zrezygnować. - Wyciągnęła do niego dłoń z 
kawałkiem szkła. - Nie - burknął - zatrzymaj to. Nazwij to 
amuletem.
Nazwij wspomnieniem tego... jak to powiedziałaś tamtej 
nocy
w Newport?

- Romans sezonu - szepnęła.
- Właśnie. - W jego głosie brzmiała gorycz. - Romans 

sezonu. Pamiętaj, chciałem, żeby przerodził się w coś 
więcej.

To nie jest coś, o  czym można zapomnieć, pomyślała ze 

smutkiem  Ari.  Ogłosili  milczące  zawieszenie  broni  i 
wrócili  na  swój  koc.  Dzień  wydawał  się  teraz  zepsuty  i 
nawet pyszne soczyste jabłko nie poprawiło jej nastroju.

- Wrócę za rok. - Chciała pogładzić go po plecach, 

poczuć
ciepło nagrzanej skóry.

- Nie chcę kolejnego letniego romansu, Ari. Nie 

zamierzam
spędzić w ten sposób reszty życia.

- W porządku. - Nie miała pojęcia, czemu to mówi, 

skoro
najwyraźniej nic nie było w porządku. - Nie będziesz 
musiał. -
Z trudem nabrała powietrza w płuca. - To koniec.

- Lot dwieście osiemdziesiąt jeden do Chicago. 

Wszyscy
pasażerowie proszeni są o przejście do odprawy. 
Powtarzam, lot
dwieście osiemdziesiąt jeden do Chicago.

Ari zarzuciła podręczną torbę na ramię i odwróciła się, 
żeby

background image

pożegnać  rodziców.  Peggy  przykładała  chusteczkę  do 
oczu, a Rusty wyglądał, jakby chciał wybuchnąć płaczem 
wraz z żoną.

- Daj spokój, mamo - prosiła Ari - wkrótce mnie 

odwiedzicie, prawda? Przecież obiecaliście.

- Do licha, nie znoszę lotnisk. - Rusty objął córkę.
- Nigdy - chlipała Peggy - nigdy nie myślałam, że 

tym razem wyjedziesz. Co na to powie kapitan?

W  ciągu ostatnich dziesięciu  dni  miał  mnóstwo  czasu, 

żeby powiedzieć, co tylko chce, pomyślała Ari. Milczenie 
było okrutne, ale zrozumiałe.

- Wiedział, kiedy odlatuję, mamo.
- Ostatnio słyszałem, że „Lady Million" minęła 

Tom's Canyon - podkreślił Rusty. - Nie wiem jednak, co 
z połowem.

- Lepiej już pójdę. - Ari z trudem panowała nad
głosem.
- Nie chcesz, żebyśmy poczekali z tobą przy 
bramce?
Ari pokręciła głową.
- Kocham was - wykrztusiła i odwróciła się 

pospiesznie.
Kiedy przeciskała się przez zatłoczony hol Green 
Airport, gula
w gardle urosła do rozmiaru piłki tenisowej. Długo 
patrzyła przez szklaną ścianę, w nadziei, że zamajaczy 
jej sylwetka
wysokiego, ciemnowłosego mężczyzny o oczach koloru 
morza.
Chciała, żeby przyszedł pożegnać się z nią, ale nie miała 
pojęcia,
jak by na to zareagowała. Tak jest lepiej. Ostre cięcie, 
szybka
ucieczka.

Jednak  patrzyła  na  hol  aż  do  ostatniego  wezwania  do 

samolotu.

Odeszła.  Max  stał  za  sterówką  „Lady  Million"  i 

patrzył  na  stertę  ryb  na  pokładzie.  Nie  zwracał  uwagi  na 
krzyki  mew,  trzepotanie  się  ryb  na  pokładzie  ani  na 
miarowe dudnienie silnika. W głowie miał tylko to jedno: 
odeszła.

Mógłby  być  na  lądzie,  mógłby  spróbować  ją 

powstrzymać,  gdyby  tylko  Jerry  nie  musiał  iść  na 
operację  usunięcia  wyrostka  robaczkowego...  Nie,  to 
niezupełnie  prawda.  Ari  określiła  to  dokładnie  już 
pierwszego dnia: żadnych zobowiązań, żadnych rybaków. 
Dokonała wyboru. On też. To koniec.

Dym  z  silnika  gryzł  w  oczy.  Max  wszedł  do  sterówki. 

Wcisnął  ręce  w  kieszenie  nieprzemakalnej  kurtki  i  modlił 
się, by ból szybko minął.

Różnica  dwóch  godzin  wymagała  przystosowania.  Ari 

wstawała wcześniej, nabierała ochoty na lunch o dziesiątej, 
a wieczorem zaczynała ziewać przed wpół do dziewiątej. 
Jej  dni  były  długie,  wypełnione  zebraniami  na  wydziale, 
papierkową  robotą,  zapinaniem  planów  zajęć  na  ostatni 
guzik  i  nadrabianiem  zaległości  w  spotkaniach  z 
przyjaciółmi.

Przez  całą  jesień  nie  powiedziała  nikomu  o 

Maximilianie  Cole'u.  Myślała,  że  tak  będzie  łatwiej.  Bez 
widowni,  bez  współczucia  zakłócającego  niełatwy  proces 
leczenia złamanego serca. Nie miała czasu na podziwianie 
odległych  Gór  Skalistych.  Przejrzyste,  wietrzne  poranki 
Montany  wywoływały gęsią  skórkę na rękach,  kiedy szła 
na  uczelnię,  a  bezkresne  rozgwieżdżone  niebo  nie 
pozwalało  zasnąć,  kiedy  wreszcie  wieczorem  kładła  się 
do  łóżka.  W  najgorszych  snach  nie  wyobrażała  sobie,  że 
okaże się  to tak bolesne.

Telefon  zadzwonił,  kiedy  Ari  skończyła  rozdawać 

przebierańcom  poczęstunki  z  okazji  Halloween.  Dzieci 
zaczęły dzwonić do drzwi, jak tylko zapadł zmrok.

- Miło było was widzieć! - zawołała jeszcze raz, po 

czym
podeszła do telefonu.

- Halo?

background image

- Ari - odezwała się Peggy. - Dzięki Bogu.
- Co się stało? - Poczuła skurcz w żołądku, 

czekając na
odpowiedź matki.

- Chodzi o Maxa, kochanie. Pomyślałam, że powinnaś 

wiedzieć...

- Co wiedzieć?

Matka rzuciła pospiesznie w słuchawkę:

- Była burza i „Lady Million" zaginęła.
- A Max?
- Był na pokładzie. Z Jerrym.
- Kiedy?
- Dwa dni temu - włączył się ojciec. - Wciąż jest 

nadzieja.
Obaj są dobrymi żeglarzami i wiedzą, co robią.

Ari  wiedziała,  że  to  nie  zawsze  gwarantuje  przeżycie. 

Jednak uczepiła się słabej nadziei w słowach ojca.

- Tak - powiedziała, padając na kanapę. - Max zawsze 

wie,
co robi.

- Pomyśleliśmy, że powinnaś wiedzieć. - Znaczyło 

to: Po
myśleliśmy, że powinnaś się przygotować. Głos Peggy 
był taki
odległy. Ari wiedziała, że matka próbuje stłumić łzy. -
Oni potrzebują wszystkich możliwych modlitw.

- Czuję się taka bezradna.
- Jak my wszyscy, kochanie - mruknął Rusty 

załamującym
się głosem. - Nie pozostało nic innego, tylko, jak 
powiedziała
mama, modlić się za ich bezpieczny powrót do domu.

- Zadzwońcie do mnie, jak tylko będą jakieś... 
wiadomości.
- Oczywiście - obiecał Rusty. - Cały czas mamy 

włączone
radio.

Kiedy  ponownie  rozległ  się  dzwonek  do  drzwi,  Ari 

właśnie  odkładała  słuchawkę.  Z  trudem  podniosła  się  z 
kanapy.  Jej  nogi  były  tak  ciężkie, jakby  przywiązano  do 
nich worki z piaskiem.

Przez  następne  półtorej  godziny  rozdawała  słodycze, 
mając  nadzieję,  że  podekscytowane  dzieci  z  sąsiedztwa 
nie zauważą jej wymuszonego uśmiechu i drżących rąk.

Gdy  dzieci  zakończyły  wreszcie  świętowanie,  Ari 

zwinęła  się  w  łóżku  z  nie  poprawionymi  pracami  z 
angielskiego i telefonem pod ręką.

Nie była w stanie wyobrazić sobie martwego Maxa. Nie 

mogła  dopuścić  do  siebie  myśli,  że  Max,  Jerry  i  załoga 
„Lady  Million"  znaleźli  śmierć  gdzieś  w  mrocznym 
oceanie.  Nie  płakała,  nie  jadła,  z  łóżka  wychodziła  tylko 
do  łazienki.  Nie  przeglądała  się  w  lustrze,  w  obawie  że 
ujrzy tam prawdę i będzie musiała zmierzyć się z bolesną 
rzeczywistością kolejnej utraty.

Nie  mógł  zginąć.  Nie  Max.  Nie  Maximilian  Cole  z 

kurzymi łapkami w kącikach oczu, liniami śmiechu wokół 
warg, mocnym ciałem, które tak cudownie dopasowywało 
się do jej ciała, kiedy się kochali. Pełen życia mężczyzna, 
który uwielbiał lody  czekoladowe,  na  wpół  surowy  stek  i 
spacery po plaży, nie mógł być martwy.

Wreszcie  otworzyła  szufladę  komody  i  rozwinęła 

bawełnianą  szmatkę  wciśniętą  w  pudełko  na  biżuterię. 
Popatrzyło na  nią szkiełko z plaży. Zacisnęła je mocno w 
dłoni. Kocham cię, Max. Wiesz o tym? Bądź bezpieczny i 
zdrowy. Wróć do domu. Te słowa były jedyną modlitwą, 
która przychodziła jej do głowy.

Ari bezlitośnie oceniała prace do świtu, potem napiła się 

kawy,  aż  nadszedł  czas  wyjścia  z  domu.  Wcisnęła 
szkiełko  w  kieszeń  sztruksowego  żakietu.  Z  niechęcią 
odchodziła od telefonu, ale wiedziała, że matka ma numer 
na  uczelnię.  Wsiadła  do  samochodu  i  przejechała  pięć 
kilometrów  dzielących  ją  od  uniwersytetu,  modląc  się  o 
bezpieczeństwo załogi „Lady Million" i ich powrót.

Dzień  wlókł  się  w  nieskończoność.  Czwartkowe 

spotkanie wykładowców przeciągnęło się do siedemnastej, 
po czym zebrani

background image

poszli  na  drinka  do  pobliskiej  restauracji.  Odrętwiała  ze 
zmartwienia  i  wyczerpania  Ari  wymówiła  się  bólem 
głowy i wróciła do swego cichego mieszkania.

Na  automatycznej  sekretarce  mrugało  światełko,  ale 

zanim  Ari  była  w  stanie  wysłuchać  informacji, 
naszykowała sobie rum z colą, podkręciła termostat na 23 
stopnie  i  zmieniła  buty  na  zniszczone  klapki.  Usiadła  na 
sofie i wypiła drinka, po czym wcisnęła guzik.

- Kochanie, tu mama. Jesteś tam? Nie ma jeszcze 

żadnych
wiadomości, ale straż przybrzeżna wciąż czuwa. 
Zadzwonię do
ciebie później.

Ari  wysłuchała  pozostałych  informacji  -  wszystkie 

miejscowe,  nieważne  -  ale  nie  miała  odwagi  sama 
zadzwonić do rodziców.

Nie  mogła znieść myśli, że znów się to zdarzy. Chciała 

wrócić  do  domu.  Być  może  jej  obecność  mogłaby 
wszystko  zmienić.  Tak  jakby  samą  siłą  woli  mogła 
sprowadzić kuter bezpiecznie do portu. Jak to powiedziała 
matka? Był sztorm...

Już kiedyś to słyszała.
Tego  ranka  kupiła  gazetę  i  przeczytała  o  wiatrach  na 

wschodnim  wybrzeżu  od  Nowego  Jorku  do  Maine. 
Zbadała  mapę  pogody.  Pewnie  w  telewizji  mogłaby 
zobaczyć  zdjęcia  kolejnego  huraganu  na  Atlantyku,  ale 
nie chciała włączać wiadomości.

Telefon dzwonił długo i przenikliwie, zanim Ari 

podniosła słuchawkę. .,- Halo?

- Witaj, kochanie.

Ari zacisnęła telefon w dłoniach i przycisnęła go do 
ucha.

- Mama?
- Wszystko dobrze. Są bezpieczni.

Łzy ulgi wypełniły jej oczy i popłynęły po policzkach.

- Są... w domu?
- Jeszcze nie. Zwiało ich z kursu na kanadyjskie wody. 

Tamtejszym władzom trochę czasu zajęło 
skontaktowanie się z pracownikami straży przybrzeżnej, 
ponieważ burza też ich dopadła.

Nie mogła powstrzymać głośnego 
szlochu. -. Przepraszam - zdołała 
wykrztusić.

- W porządku, Ari, wyrzuć to z siebie. Tylko Bóg jeden 

wie, przez jakie piekło dziś przeszłaś.

- Miałam zamiar przyjechać do domu.
- Wciąż możesz - zauważyła Peggy radośnie.
- Nie. - Ari zaczerpnęła tchu. - To nie byłby dobry 
pomysł.
- W przyszły weekend przeprowadzamy się do 

nowego do
mu - włączył się ojciec. - W sam raz na święta.

- I - wtrąciła się Peggy - kupiłam nową brązową 

kanapę,
o której ci mówiłam.

- To wspaniale. - Max jest bezpieczny, powtarzała w 
myśli.
- Będziemy mieć ten sam numer telefonu.
- A zaraz po Nowym Roku zabieram twoją matkę na 
Florydę.
- To wspaniale - powtórzyła Ari, mając wrażenie, że 

głos
ojca dobiega z końca tunelu. Max jest bezpieczny.

- Odpoczniesz tu, Ari. Pomyśl o przyjeździe do 

domu na
Boże Narodzenie. Dziewczynki powinny zobaczyć swoją 
matkę
chrzestną.

- Dobrze, mamo. Spróbuję. Do zobaczenia.
- Ari?
- Tak?
- Czy chcesz, żebym przekazała jakąś wiadomość 

kapitanowi? Mogłabym mu powiedzieć, żeby do ciebie 
zadzwonił - zasugerowała Peggy z nadzieją w głosie.

- Nie. Ja... skontaktuję się z nim za parę tygodni.
Peggy nie spierała się. Ari odłożyła słuchawkę. Miała 
słuszność

background image

rezygnując  z  miłości  do  kapitana.  Cały  czas  wiedziała  o 
bólu,  jaki  ta  miłość  może  sprawić.  Miała  słuszność, 
porzucając Maxa i wracając w Góry Skaliste.

Ale w końcu i tak cierpiałaś?
Nigdy więcej.
Zawsze.

Długo  chodziła  po  swym  maleńkim  mieszkaniu,  aż 

wreszcie zapadła w głęboki sen i śniła o  falach i wietrze, 
burzach na morzu z purpurowymi wiatrami falującymi jak 
prześcieradła  na  uśmiechniętej  twarzy  Maxa.  Oczywiście 
był  szczęśliwy,  bo  na  pokładzie  jego  maleńkiej  łodzi 
wiosłowej leżały sterty złotych rybek, a wspaniała syrena 
i jej kotka siedziały zwinięte u jego bosych stóp.

- Wesołych Świąt!
- Wzajemnie, Ruthie. Co tam u dziewczynek?
- Śliczne. I co dzień większe.
- Dzięki za zdjęcia. Oprawiłam je i postawiłam na 

biurku.
A co u Roscoe? - Był to typowy maraton telefoniczny w 
stylu
Simone'ów. Międzymiastowa, co dziewięćdziesiąt 
sekund inny
głos i hałas w tle.

- Stoi obok mnie. Poczekaj chwilę.
- Hej, Ari. - W słuchawce zabrzmiał głos brata. -

Oglądasz
mecz?

- Jeden z nich - przyznała Ari. - Ale nie wiem 

który. Co
u was słychać, poza bliźniakami?

- Wspaniale. Dostałem pracę przy budowie - we 

wnętrzach.
Któregoś dnia widziałem w Pier twego przyjaciela.

- Jakiego przyjaciela?
- Maxa Cole'a. Pomachałem mu, ale chyba mnie nie 

zauważył. Pomagał komuś prowadzić psy.

Czyżby Max związał się z asystentką weterynarza?
- Cóż... - Ari zastanawiała się nerwowo, co 

powiedzieć.
- To miłe.

- Jasne. Miał ich na smyczy chyba z pięć. Cześć, Ari! 

- za
wołał i podał słuchawkę kolejnej osobie.

Ari  rozmawiała  z  braćmi,  szwagierkami  i  bratankami, 

zanim Peggy wzięła słuchawkę.

- Skąd dzwonicie?
- Ze starego domu. Karen wkrótce rozpoczyna 

malowanie.
Ma mnóstwo planów. Cieszę się, że odpowiada im to 
miejsce.

- A co u was? Lubicie wasz nowy dom?
- Och, jestem tak szczęśliwa jak skorupiak podczas 

przypływu. Co z Bożym Narodzeniem? Przyjedziesz do 
domu, prawda?

- Jeszcze nie wiem, mamo.
- Jeśli nie masz pieniędzy...
- Nie chodzi o pieniądze. Dam ci znać w 

przyszłym tygodniu.

- Zgoda. - Peggy westchnęła. - Dasz mi znać.
- Obiecuję.
- W „Narragansett Times" jest artykuł o Cole'u. 

Przysłać
ci go?

- Jasne. - Ari chciała, by zabrzmiało to zdawkowo. Nie 

miała
pojęcia, czy chce wiedzieć coś więcej o sprawach 
Maxa. -
O czym?

- Głównie o fabryce. Max w tym miesiącu wyjeżdża 

do Japonii, by nauczyć się od nich pakowania owoców 
morza i ryb.

- Cóż, to dobrze. - Przynajmniej nie będzie 

wyprowadzał
psów na spacer.

- Poczekaj, tu jest ojciec. Do widzenia, kochanie.
- Do widzenia - odparła Ari, ale matka już przekazała 

słuchawkę Rusty'emu.

- A r i ?
- Witaj, tato.

background image

- Zasypało cię tam śniegiem?
- Nie. Wszystko dobrze. - Przez parę minut gawędziła 

z ojcem, po czym położyła słuchawkę. Chciałaby być tam 
w środku
uroczystości, zamiast tkwić tu i pozwalać, by futbol w 
telewizji
zagłuszał panującą w mieszkaniu ciszę.

Boże  Narodzenie  w  Rhode  Island  stawało  się  coraz 

bardziej kuszące. Chciała zobaczyć, jak rodzice urządzili się 
w nowym miejscu, posłuchać o planach Karen w związku ze 
starym domem i po-przytulać bliźniaczki. Byłoby zabawnie 
zobaczyć  na  własne  oczy  swych  hałaśliwych  bratanków 
odpakowujących prezenty.

Przecież nie musi koniecznie spotkać Maxa. Nie musi 

do niego dzwonić, wpadać do biura z ciastem z owocami 
czy  śpiewać  kolęd  przed  jego  drzwiami.  Nie  musi  się  w 
ogóle  z  nim  widzieć,  jeśli  nie  będzie  chciała.  Miała 
swoją  szansę  na  życie  z  Maximilianem  Cole'em  i 
przekreśliła ją.

A jeśli, jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, spotka go 

w  kinie  albo  przy  tamie,  prawdopodobne  zdoła  się 
powstrzymać  przed  proszeniem,  by  zabrał  ją  do  domu, 
kochał i nigdy już nie wypływał w morze. Może uda  jej się  
to   bez  żadnych kłopotów  -    tuż    po tym, jak  weźmie  Góry 
Skaliste i przeniesie je do Rhode Island.

ROZDZIAŁ 12

- Przyszedł prezent dla ciebie. - Peggy podała córce 

paczkę
owiniętą w kolorowy papier. - Uważaj, ciężki.

Ari obejrzała pudełko w  poszukiwaniu wizytówki. Na 

karcie o złoconych brzegach wypisano wyłącznie jej imię.

- Nie mogę otwierać prezentu dziewięć dni przed 
gwiazdką.
- Oczywiście, że możesz - skinęła Peggy. - Tak 

jest na
pisane.

Rzeczywiście  na opakowaniu ktoś nabazgrał: Otworzyć 

przed świętami. Tajemnicza sprawa. Ari zastanawiała się, 
czy  długa  podróż  nie  zmąciła  jej  myśli.  Samolot 
wystartował  z  lotniska  O'Hare  z  pięciogodzinnym 
opóźnieniem, ponieważ musiano odśnieżać pasy startowe. 
Była na nogach od piątej, a ostatnie dziewiętnaście godzin 
w drodze.

- Poczekam - powiedziała, kładąc ciężkie pudło z 

powrotem
pod choinkę. - Dom wygląda wspaniale.

- Polubiliśmy go - zauważył Rusty.
- A co powiesz na kanapę, Ari? Doskonale pasuje do 

zasłon,
prawda?

background image

Ari skinęła głową, a ojciec poklepał ją po ramieniu.
- Jutro pokażę ci mój warsztat w garażu. Przed 

gwiazdką
dostałem od chłopców na prezent wyrzynarkę i teraz robię 
wnuczkom konie na biegunach.

Ari  obejrzała  dom  i  z  pomocą  matki  rozpakowała 

walizki, z których jedna była pełna prezentów.

- Nie mogłam dużo przywieźć ze sobą, pomyślałam 

więc, że
przez resztę tygodnia pochodzę po tutejszych sklepach. -
Zerknęła w okno. Za szybą unosiły się płatki śniegu. - Jeśli 
dziś w nocy
nie będzie śnieżycy.

- Twój samolot zdążył w samą porę. I to jest 

najważniejsze.
- Peggy poklepała Ari po policzku. - Jesteś za chuda. 
Zrobić ci
kanapkę? Jadłaś w samolocie? Dobre było?

- Nie, tak, nie, ale dziękuję. Chyba wezmę prysznic, 

a potem...

- Dobrze. Zrób się na bóstwo.
- Nie zamierzam pracować aż tak ciężko -

zaprotestowała
Ari ze śmiechem. - Chcę po prostu zdjąć z siebie te 
ciuchy
i przebrać się w coś, co nie pachnie tak, jakbym nosiła to 
przez
ostatnie dwadzieścia godzin.

- Dobrze - powiedziała znów Peggy, popychając ją 

do łazienki. - Zrobię herbaty, a potem otworzysz swój 
prezent.

Dwadzieścia  minut  później  Ari  usiadła  na  nowej 

kanapie,  postawiwszy  tajemnicze  pudełko  na  stoliku  do 
kawy.

- Naprawdę uważacie, że powinnam je 
otworzyć?
Rusty wzruszył ramionami.
- Daj spokój, Peg. Skoro ona nie chce, nie możesz jej 

zmuszać. - Odwrócił się do córki. - Wypij herbatę, 
kochanie. Ten
prezent leży pod choinką od trzech dni. Myślę, że może 
poleżeć
trochę dłużej.

- Czy ktoś to dostarczył?

Peggy zmarszczyła czoło.

- Leżał na progu. To wszystko, co wiem. Nie chcesz 

prezentu? A więc go nie otwieraj.

- Doprowadzacie mnie do szału. - Ari pociągnęła za 

srebrną
kokardę, po czym ściągnęła papier. Peggy i Rusty pochylili 
się do
przodu w swych fotelach.

- I  co?
- Chwileczkę, mamo. Tu jest około setki kulek z 

polistyrenu.
Chyba nie chcesz, żeby rozsypały się na dywanie?

- Nieważne. Co jest w tym pudełku?

Ari  wyjęła  z  pudełka  słój.  Po  małych  skazach  w 

szkle  poznała,  że  jest  bardzo  stary.  Jego  zawartość 
zaparła  jej  dech.  Wewnątrz  kryły  się  setki  szkiełek  z 
plaży.  Zielone,  białe,  niekiedy  niebieskie  odłamki 
wypełniały staromodny apteczny słój.

- Wygląda jak słój na słodycze - zauważył Rusty. - A 

co jest
w środku?

Ari  uniosła  pokrywkę  i  włożyła  dłoń  do  środka. 

Powitał ją słaby zapach morza. Przed paroma miesiącami 
Max wcisnął jej takie szkiełko do ręki. Mogłabyś dać nam 
trochę  czasu,  powiedział.  Czasu,  by  sprawy  między  nami 
się ułożyły.

Ale ona nie dała mu tego czasu. Uciekła, zamiast stawić 

czoło swym obawom i wątpliwościom.

- Kto jej to przysłał? - Rusty spytał żony.
- Ona wie.
Ari uniosła głowę znad słoja i spojrzała na rodziców.
- To na pewno Max. Nie mam pojęcia, jak to 
wyjaśnić.
- Nie musisz nic wyjaśniać - powiedziała Peggy. - On 

jest na
zewnątrz, czeka na ciebie na werandzie. Mam nadzieję, 
że nie
zamarzł na śmierć.

Rusty wyglądał na zakłopotanego.

background image

- Co on, u licha, robi przed domem?

Kiedy  Ari  zerwała  się  z  kanapy,  rozrzucając  wokół 

kolorowe papiery, Peggy mrugnęła do męża.

- Zadzwoniłam do niego.
- Dlaczego więc nie zapukał, na litość boską?
Ari  po  omacku  poszukała  wyłącznika  przy  bocznym 

wejściu.  Ujrzawszy  zarys  szerokiej  sylwetki  Maxa, 
otworzyła  drzwi  i  wyszła  na  zimną  noc,  pragnąc  jak 
najszybciej go dotknąć.

- Max? - Pobiegła ku niemu. Był opatulony grubą 

żeglarską
kurtką, miał gołą głowę, a jego ciemne włosy przyprószył 
śnieg.
Nie mogła odczytać wyrazu jego oczu.

- Otworzyłaś paczkę?
Ari skinęła głową.
- Miałam tak zrobić, prawda?

- Tak, naturalnie. - Wyciągnął rękę. Ari postąpiła 

krok na
przód i wsunęła dłoń w jego dłoń.

- Uwielbiam to. - Chciało jej się płakać ze 

szczęścia, że
znów może go dotykać.

- Chodź - powiedział, kierując się w stronę schodów. -

Pojedziesz ze mną.

- Max... - zaczęła protestować. - Wejdź do środka.
- Nie. Tym razem dasz mi czas, żebym powiedział 

wszystko,
co musi być powiedziane.

- Jestem w szlafroku, na litość boską. - Chłód 

przenikał
przez gumowe podeszwy jej klapek. - I bez butów.

Max z łatwością wziął ją na ręce.

- Teraz nie zamoczysz nóg.
- Marznę. - Objęła go za szyję, ale przesiąknięta 

śniegiem
kurtka dawała niewiele ciepła.

- Ja też. Za chwilę włączę ogrzewanie w samochodzie.
- Chyba nie wybieramy się na Block Island?

- Myślałem o tym - uśmiechnął się do Ari i ucisk w jej 
sercu
zelżał - ale do mnie jest bliżej.

- A co z moimi rodzicami? Myślą, że jestem z tobą 

na we
randzie.

- Peggy wie, dokąd się wybieramy. Wie też dlaczego.
- Ale  ja  nie wiem.
- Dowiesz się za parę minut. - Postawił ją na 

chwilę na
chodniku, otworzył drzwiczki samochodu i pomógł jej 
wsiąść.
Ari była zadowolona, że włożyła nowy szlafrok z 
morelowej
pikowanej satyny ozdobiony koronką. Koszula pod nim 
też była
niezła, kupiona z myślą o snuciu się w niej po domu w 
świąteczny poranek.

- Ładny kolor - zauważył, kiedy światła rozjaśniły 

wnętrze
pojazdu. Zapalił silnik i pojechali w milczeniu do Pier. 
Ari patrzyła, jak śnieg uderza o szyby. Chciała wierzyć, 
że wszystko
będzie dobrze, ale nie miała śmiałości.

Kiedy  Ari  weszła  do  pokoju  dziennego,  odniosła 

wrażenie,  że  wraca  do  domu.  Max  objął  ją  i  trzymał  w 
mocnym uścisku. Ledwie mogła oddychać. Przylgnęła do 
niego, zastanawiając się, czy  potrafi ująć w słowa to, co 
czuła, wiedząc, że on jest bezpieczny.

- Tak się martwiłam - szepnęła w jego kurtkę.
- Obiecałem sobie, że jeśli my - i „Lady Million" -

wrócimy
do domu w jednym kawałku, pojadę za tobą - szepnął 
Max.
- Przywiozę cię z powrotem i sprawię, że zostaniesz.

Odsunęła się nieco i spojrzała w jego pociemniałe oczy.

- Nie możesz mnie zmusić do pozostania, Max.
- Wiem - miał smutny głos - ale mogę cię kochać.
- To niczego nie rozwiąże.
- Na pewno nas rozgrzeje - uśmiechnął się.
- Punkt dla ciebie.

background image

- A więc chodź. - Otoczył ją ramieniem i poprowadził 

w kie
runku schodów. - Mam dla ciebie niespodziankę.

- Skąd wiedziałeś, że przyjeżdżam do domu?
- Twoja matka to niewyczerpane źródło informacji.
- Nie powinno mnie to dziwić - mruknęła Ari, kiedy 

Max
otwierał drzwi do sypialni. W rogu naprzeciwko łóżka stała 
jasno
oświetlona choinka. Poza tym pokój był pogrążony w 
mroku.

- Nastrojowo, prawda?
- Uwielbiam to. - Podeszła i wciągnęła w płuca 

delikatny
sosnowy zapach. - Sam ją ubrałeś?

- A dlaczego miałbym tego nie robić?
- Nie wiem - wzruszyła ramionami. - Słyszałam, że 

wyprowadzałeś psy na spacer.

- To prawda. Próbowałem udawać, że twój wyjazd 

mnie nie
obszedł.

- W porządku. Zastanawiałam się tylko - musnęła 

palcami
igiełki - czy odpowiedziałeś jeszcze na jakieś listy?

- Tak.

Odwróciła się gwałtownie.

- Tak?

Max  przejechał  dłońmi  po  jedwabistej  tkaninie 

szlafroka, pieszcząc ramiona Ari.

- Odpowiedziałem na wszystkie. Napisałem, że 

jestem już
zajęty.

- Dlaczego?
- Ponieważ jest tylko jedna kobieta, którą chciałbym 

porwać.
Nawet jeśli ona woli kowbojów.

- Ona już od dawna nie widywała żadnych kowbojów. 

I nigdy więcej nie ucieknie.

Jego  wargi  spoczęły  na  ustach  Ari,  budząc  znajomy, 

uwodzicielski żar. Po  chwili rozwiązał jej pasek  w talii i 
ściągnął szlafrok

 z  ramion.  Palcami  skubnął  koronkowy  kołnierzyk 
koszulki, po czym wziął jej twarz  w dłonie i wpatrzył się 
w ciepłe, brązowe oczy.

- Wyjdziesz za mnie?
- Wiele o tym myślałam przez ostatnie tygodnie.
- No  i?
- Przeraziłeś mnie na śmierć, Max. Bałam się, że 

cię już
nigdy nie zobaczę.

Łzy, zbierające się w jej oczach, raniły mu serce.
- Już nigdy nie zrobię ci czegoś takiego, kochanie. 

Obiecuję.

Potrząsnęła  głową,  zmuszając  go,  by  oderwał  dłoń 

od jej twarzy.

- Nie możesz tego zrobić. To część twego życia, a ja 

muszę
to zaakceptować.       

- Nie.
- Nie? - Ari patrzyła na niego wyczekująco.
- Ja też podjąłem pewne decyzje. Barbara jest w 
ciąży -

o

mało nie poroniła, kiedy nasz kuter zaginął. Jerry 

i ja uświadomiliśmy sobie, że byliśmy o krok od utraty 
wszystkiego. Postanowiliśmy sprzedać ,,Lady Million" i 
zainwestować więcej czasu
i pieniędzy w fabrykę. Chciałbym również zająć się 
ochroną tarlisk, żeby w następnych latach nie brakowało 
ryb. Czy to brzmi
głupio?

Skinęła głową.

- Brzmi wspaniale.
- Czy masz coś przeciwko zamieszkaniu tutaj?
- Nie. - Ari pomyślała o pięknych pokrytych 

śniegiem górach, które zostawiła za sobą. - Wiem, gdzie 
będziemy jeździć na
wakacje.

Uśmiechnął się szeroko.

background image

- Może stanę się jednym z tych niedzielnych 
rybaków.
- To dobrze. Nauczysz chłopców łowić ryby.
- Twoich braci?

Objęła go w pasie i uśmiechnęła się.

- Twoich synów.

EPILOG

Jerry  Carter  nie  spuszczał  z  oka  swego  najlepszego 

przyjaciela 

przemierzającego 

nerwowo 

kamienną 

posadzkę prezbiterium.

- Historia się powtarza, prawda?

Max  zmarszczył  czoło,  wcisnął  ręce  w  kieszenie 

białych spodni i dalej chodził w tę i z powrotem.

- Jesteś pewien, że nie widziałeś, jak wchodziła?
- Zaraz sprawdzę - powiedział przeciągle Jerry i 

zerknął na
drzwi. - Nie, jeszcze nie. Ale kościół jest pełen.

Max spojrzał na zegarek.

- Pięć po dwunastej. Spóźnia się. Ona się nigdy nie 
spóźnia.
- Lubię śluby w czerwcu, a ty? - Przez szmer tłumu w 

świątyni przedarło się kwilenie dziecka. - No, no, skądś 
znam ten
płacz.

Max prawie się uśmiechnął.
- Chyba powiedziałeś memu synowi chrzestnemu, 

żeby się
przyzwoicie zachowywał.

- Barbara karmi go co chwila, więc powinien być 

cicho. To
o ciebie się martwię. Za parę minut Ari będzie szła przez 
kościół.
- Organy przestały grać i ksiądz stojący na stopniach 
ołtarza dał
znak obu mężczyznom, by do niego dołączyli. Jerry 
kontynuował
swój monolog: - Zebraliśmy się tutaj, by ujrzeć was 
dwoje złączonych świętym węzłem małżeńskim.

background image

-

Przestań, na litość boską. - Max nie odrywał 

wzroku od
głównej nawy. Organy znów zaczęły grać, a środkiem 
kościoła
kroczyły druhny w brzoskwiniowo-białych sukniach.

Muzyka znów się zmieniła i goście  wstali na powitanie 

panny młodej. Kiedy w drzwiach pojawiła się Ari, wsparta 
na  ramieniu  ojca,  Max  miał  wrażenie,  że  serce  wyskoczy 
mu  z  piersi.  Znajomy  kapelusz  z  szerokim  rondem  -
podarunek  Maxa  dla  panny  młodej  -  ocieniał  twarz  Ari 
przed  słońcem,  które  zaglądało  przez  witrażowe  okna  i 
opromieniało  jej  wiktoriańską  suknię  z  wysokim 
kołnierzem.

Jerry szturchnął go w żebra.

- Czy  to  ona?

Z  bukietu  białych  róż  w  dłoni  Ari  spływały  morelowe 

wstążki,  a  ciemne  loki  muskały  zarumienione  policzki. 
Była  najpiękniejszą  kobietą,  jaką  kiedykolwiek  widział. 
Max  zastanawiał  się  nerwowo,  czy  będzie  w  stanie 
przemówić,  kiedy przyjdzie  czas  na przysięgę małżeńską. 
Wziął  głęboki  oddech  i  nie  zauważył,  że  Rusty  mruga  do 
niego przez łzy.

- Tak - powiedział ze ściśniętym gardłem. - To 

ona. Ta
w białym kapeluszu.