background image

Rolf Shott

BÔ  YIN  RÂ

Życie i Dzieło

1974

1

background image

Spis treści

  1. Przedmowa / 3

  2. Zadanie / 4

  3. Charakter / 7

  4. Wykształcenie / 16

  5. Mistrzostwo / 31

  6. Hellada /40

  7. Styl / 46

  8. Postać / 57

  9. Uzupełnienia Prawdy / 66

10. O Świątyni Wieczności / 69

11. O poznaniu w nas Boga / 74

12. Dusza / 78

13. Biegunowość / 82

14. Ora et Labora / 86

15. Miłość / 100

16. Mądrość / 109

17. Patriarcha / 119

18. Przejście / 131

xxx

2

background image

Przedmowa

Jeżeli   przyjacielowi   autora   niniejszego   „życiorysu” 

pozwolono   napisać  przedmowę,  to   może   ona   tylko  – 
jednocześnie   z   podziękowaniem   za   rzetelną  pracę 
ucznia Bô Yin Râ – zawierać słowa całkowitej aprobaty. 
Co   nas   już  przy   pierwszym   spotkaniu   z   Bô  Yin   Râ 
wstrząsnęło, to była pewność, że stoimy wobec człowie-
ka, który – w i e d z i a ł. Oczywiście: wiara może być 
przykładem   dostatecznie   mocnym,   aby   według   niej 
układać życie i oddać  za nią życie. Czego zaś  każdy 
szukający dostępu do rzeczy niezniszczalnych od dawna 
najgoręcej  życzył  sobie,   to   spotkanie   z   człowiekiem, 
który nie tylko wierzył w ów świat wiekuisty, o którym 
podawał wieści, lecz znał go z własnego bezpośrednie-
go doświadczenia. A więc w czasach szukania zazdro-
ściliśmy zawsze tym uczniom, którzy swą wiarę niegdyś 
opierać mogli na osobistym doświadczeniu ich mistrza. 
Coś  podobnego   stało   się,   więc   naszym   w  dwójnasób 
wdzięcznym   udziałem,   gdyż  wiemy,   jak   ciężko   było 
temu Mistrzowi, z natury swej tak powściągliwemu, być 
posłusznym wezwaniu do głoszenia tego, co poznał. Nie 
tylko   o   jego   dziele,   którego   wszystkich   faset,   jak   z 
kryształu, promieniuje to samo światło, a ze wszystkich 
słów i obrazów ta sama wiedza, ale również o jego pro-
stej ludzkiej istocie chce i powinna niniejsza książka – 
jako wyraz wdzięczności – podać wiadomość.

O.M.

3

background image

2. Zadanie

Sens życia ludzkiego, o którym ma być mowa w dal-

szym   ciągu   książki,   polegał  na   ofiarowaniu   Prawdy, 
Dobra i Piękna. To, co mąż znany imieniem Bô Yin Râ 
czuł, myślał, malował i pisał, opierało się na wewnętrz-
nym doświadczeniu, które jako drogowskaz powierzono 
mu obwieścić.

Będę tu próbował wykazać, jak życie i dzieło Bô Yin 

Râ dokonały takiego wskazania drogi, które człowieko-
wi   czasów  dzisiejszych   i   przyszłych   może   pomóc   do 
uszczęśliwiającego   rozszerzenia  świadomości   i   praw-
dziwego poznania siebie, do osiągnięcia celu zwanego 
królestwem niebieskim, tao, brahman itp., a który Bô 
Yin Râ nazwał „narodzeniem Boga Żywego w jaźni”.

Oczywiście   dla   szukającego   wystarcza   by  sam   Bô 

Yin Râ wskazywał  mu drogę  i to wyłącznie przez swe 
własne pisma  lub obrazy duchowe  –  później  wskażę, 
o co tam chodzi  –  zamiast by ktoś  inny piszący o Bô 
Yin Râ wytyczał dopiero jakby drogę do drogi, usiłując 
zaprzyjaźnić  Szukającego ze  światem tego człowieka i 
jego dzieła. Ale często dzięki pośrednictwie innej osoby 
nabiera się większej pewności przy szukaniu omackiem 

4

background image

w duszy jakiegoś wybitnego człowieka. A jeśli ten czło-
wiek jest w pełni dziecięciem naszych czasów, oczekuje 
się  od   osoby   o   nim   piszącej,  że   osłabi   uprzedzenia 
i podejrzliwości mimowolnie zjawiające się  zwłaszcza 
wtedy,  gdy ktoś  używa  imienia mającego  tak dziwny 
powab,   mówi   o   „Jaśniejących”,   siebie   nazywa   wręcz 
jednym z Jaśniejących i w ogóle mówi o Bogu i o rze-
czach boskich, „nie będąc urzędowo do tego upoważ-
nionym”.

A że ten człowiek pragnie odsłonić tajemnice życia, 

pragnie dopomóc bliźnim dotrzeć od wiary do wiedzy – 
chce im udowodnić, że mniej lub więcej wyraźne twier-
dzenia wielkich religii świata odpowiadają rzeczywisto-
ści, w którą  nie należy tylko wierzyć, lecz całkiem po 
prostu (w sensie duchowym) można ją  poznać. Raczej 
trzeba ją poznać, aby człowiek ziemski wybrnął wresz-
cie ze zwierzęcego somnambulicznego stanu i doszedł 
do prawdziwego człowieczeństwa, czyniącego z ludzi 
dzieci boże, i zbudził się. Czyż może człowiek o zdro-
wych   zmysłach   i   bystrym   rozumie,   logicznie   rzeczy 
biorąc,   pośród   wszelkich   niedorzeczności   i   oszustw 
wprowadzanych coraz bardziej na świecie przez chaos, 
powierzyć  się  kierownictwu   tego   rodzaju  „literatury 
zawierającej objawienia”
?.

Zadanie niniejszej książki polega, więc na tym, aby 

przede wszystkim rozwiązać wszelkie uzasadnione wąt-
pliwości za pomocą faktów i ich wyjaśnień oraz ułatwić 
dostęp do świata ksiąg i obrazów podpisanych imieniem 
Bô Yin Râ. Zadanie to polega na tym, aby sens jego 
życia wykazać jako zgodny ze wspomnianymi pismami 
i treścią jego obrazów. Przeto książka ta nie może i nie 
powinna zawierać  zwykłego  życiorysu. Nikomu na nic 
by się nie przydało, jeżeli bym się rozwodził tu z możli-

5

background image

wą dokładnością o powszednich drobiazgach życia tego 
człowieka – żadne życie ludzkie nie może być nigdy od 
nich wolne – i wygrzebywał wszystko to, co ani w tym 
wypadku ani w większości innych wypadków znać nie 
ma potrzeby i tylko przejściowo zaspakaja niezdrową 
ciekawość,   chętnie   maskującą  się  jako   nauka.   Przeto 
żywot tego nauczyciela  życia będzie tylko o tyle oma-
wiany, o ile stał  się  przykładem: jak by przyjął  postać 
dzbana, w którym mogła się zbierać woda życia, aby za 
pośrednictwem słowa i barwnych kształtów ofiarować 
ją  spragnionym ludziom naszych i przyszłych czasów. 
Zatem o tym żywocie będzie musiała być mowa jedynie 
pośrednio za pomocą  aluzji, o jego sensie zaś  bezpo-
średnio, aby w ten sposób przyczynić się do ułatwienia 
ludziom zrozumienia  wysokiej  wartości  owoców tego 
żywota i budzić w nich pragnienie zerwania ich, a dzię-
ki   temu   dopiero   stania   się  naprawdę   świadomymi 
i szczęśliwymi ludźmi.

Pewien wybitny a rozważny, trzeźwy a jednak pełen 

fantazji,   niezwykle   wykształcony   i   mądry   Szwajcar 
powiedział kiedyś o Bô Yin Râ do piszącego te słowa: 
„To był potężny człowiek”. Te słowa zwięźle ujęły treść 
uczuć, jakie autor niniejszej księgi, ze wzruszeniem rzu-
cając okiem wstecz na wieloletnią  przyjaźń  z Bô Yin 
Râ, zachował o tym niezwykłym człowieku. Będę więc 
usiłował wykazać jak dalece te słowa są słuszne. Prze-
konującymi   są  przecież  tylko   przykłady   wskazujące 
nam, jak się można dzięki pewnemu procesowi ducho-
wemu wyrwać ze stanu omamienia i poniżania, z hipno-
zy materialnego bytowania. One tylko dowodzą, jeżeli 
tego nie mogą  już  dokonać  kwiaty i dzieci,  świątynie 
i błękit morza, że się opłaca żyć.

Rzym, lato 1954 roku

6

background image

3. Charakter

To, co zwykliśmy nazywać charakterem, tworzy, – że 

tak powiem  –  zarys losów i zewnętrznego  życia czło-
wieka.

Nie dlatego, że przeszło gładko i bez starć, nie dlate-

go,  że temu człowiekowi oszczędzono cierpień, trosk, 
znoszenia niedostatku, mąk i choroby. Raczej miał  do 
znoszenia tego wszystkiego pełną  miarę, ale znosił  to 
prawie zawsze pogodnie, z tą wesołością, jaka jest nam 
znana z  życia osobistości szczególnie wzniosłych i uz-
nawanych w pewnym stopniu za  święte. Wspomnijmy 
choćby   Sokratesa,  świętego   Franciszka   z  Asyżu,   San 
Filippo   Neri,   Goethego,   a   w   szczególności   zmarłego 
dwa   pokolenia   temu   hinduskiego   mędrca   Shri   Rama 
Krishna, którego wesoły humor wręcz zakrawał na dzie-
cinadę. Bô Yin Râ nadzwyczajnie lubił śmiech i dobry 
humor.   Nie   miał  nic   przeciwko   temu,   jeżeli   humor 
w jego domu dochodził do wesołego szaleństwa.

Oczywiście,   jeśli   Bô  Yin   Râ   było   już  zbyt   ciężko 

z powodu   głupoty   bliźnich   lub   własnych   mąk   ciele-
snych, jeśli mu wówczas  –  pozornie  –  wyczerpała się 
cierpliwość – wymyślał również, ale działo się to w pe-
łen humoru sposób.

7

background image

A ten nieco srogi humor, który go nie opuścił nawet 

na stole operacyjnym – jego, który znał się na powadze 
lepiej   niż  ktokolwiek  –  był  cechą  charakterystyczną 
jego pogodnej istoty, był to wstęp do jego śmiechu, nie 
jakiegoś  grymasu,   lecz,   jeśli   tak   można   powiedzieć, 
wesołego głośnego  łajania. Jego prawdziwy  śmiech  – 
jakże niewielu ludzi posiada dziś zdolność do śmiechu, 
w którym nie ma fałszywych tonów. – Ze wszystkiego, 
co nie miało wewnętrznej trwałości, robił tragiczne wra-
żenie, prześwietlał ujemne strony jego życia tak tajem-
niczo, pięknie, jak bywają prześwietlone najgłębsze cie-
nie świątyń greckich.

Cienie tego życia nigdy nie były obce naturze, nigdy 

sztuczne, nigdy złośliwe. Nie było w nich nigdy tych 
mrocznych i złych plam, których nie brak niestety w 
życiu   ludzi,   w   szczególności   w   czasach   dzisiejszych. 
Dlatego też nawet psychologowie na próżno by się roz-
glądali tu za kompleksami w podświadomości.

Istniała   tam   pod   względem   duszy   zawsze   tylko 

schludność  i porządek. Na zewnątrz przejawiało się  to 
w  najwyższej  skrupulatności,   tak  w  wielkich  jak  i  w 
drobnych   rzeczach,   w   poszanowaniu   cudzej   godności 
ludzkiej, w dobroci i uprzejmości względem każdego, 
w dokładności przy spełnianiu wszystkich obowiązków 
codziennych. Kto otrzymywał  od Bô Yin Râ przesyłki 
pocztowe, wie, o czym tu mowa.

Nie należy na próżno wspominać o pięknym, staran-

nym, doskonale czytelnym piśmie, które, pomijając jego 
harmonijną ludzką treść, zawsze miało na względzie nie 
tylko   adresata   i   personel   poczty,   lecz   również  układ 
adresu,   zamknięcie,   zasznurowanie,   umieszczenie 
znaczków pocztowych itp. Można czuć się wzruszonym 
widząc,  że ten człowiek, bezprzykładnie przeładowany 

8

background image

pracą, nigdy nie okazał obojętności ani nie poskąpił cza-
su, jak to dziś jest w zwyczaju u wszystkich naprawdę 
lub rzekomo bardzo zajętych osób. Ta wielka dygresja 
mówi o czymś, co tylko pozornie stanowi drobnostkę, 
w rzeczywistości jednak sięga aż do głębi ludzkiej jaźni, 
a mianowicie tam, gdzie się ona stapia z jaźnią wszech-
ludzką.

Przy tym  był  on właściwie  wytworny  i  z polotem 

w wielko-mieszczańskim stylu, lecz skłaniał  się  w roz-
mowie   raczej   ku   swojskiej   rubaszności,   zawsze   ze 
znaczną  domieszką  rodzimego dialektu frankfurckiego; 
nie bardzo jest oddalony od Frankfurtu okolica Ascha-
fenburga, gdzie się urodził, ale opuścił już ją we wcze-
snym dzieciństwie.

Jego osobowość rozwinęła się w indywidualność do 

tego stopnia pogłębienia jaźni, które już nie poddaje się 
złudzeniom woli, lecz daje się kierować wolą boskości. 
Bô Yin Râ sam przecież  kiedyś  wyraził  to jednemu ze 
swych przyjaciół i uczniów:

„Wola w najgłębszym znaczeniu jest znaczeniem”
Jeżeli rozważyć  te słowa o wielkim znaczeniu, tym 

jaśniejszą  rzeczą  się  staje,   dlaczego   Bô  Yin   Râ   jako 
człowiek był  być  może oryginalny, ale bynajmniej nie 
był dziwakiem.

Jego istota czyniła wrażenie typu w wyższym zna-

czeniu o charakterze głęboko ludzkim. Aby to wyjaśnić, 
jak   to   należy   rozumieć,   chcielibyśmy   tu   przytoczyć 
piękną notatkę z dziennika poety Hofmannsthala, który 
kiedyś w formie samorzutnej dedykacji książki dał wy-
raz głębokiemu zrozumieniu posłannictwa Bô Yin Râ:

„Jeżeli spotykam ludzi...., u których – jak się wydaje 

–  słowo znajduje się  bliżej uczucia, myśl bliżej czynu, 
których zdanie punkt po punkcie poucza o rzeczywisto-

9

background image

ści, u których brak dialektyki, zaskakuje ciebie, w któ-
rych towarzystwie wydarzenia na  świecie wydawać  się 
będą  mniej zagmatwane, a nawet cierpienia pełniejsze 
sensu....,   którzy...   dzięki   swej   nieuczonej   dystynkcji  
częściej będą  zawstydzeni  –  pośród których czujesz się 
jak w domu, a jednocześnie jak obcy i odczuwasz swego  
rodzaju tęsknotę do takiego stanu ducha, który nie jest  
wprawdzie dla ciebie obcy, ale bardziej niedostępny niż 
raj utracony, tedy wiedz: jesteś wśród ludu”. 
(vide Carl 
J. Burckhardt, Wspomnienia o Hofmannsthalu, Bazylea 
1944 r.) .

Czegoś  w mniejszym sensie interesującego nie było 

– jak to już powiedziałem – w rozpatrywanym przez nas 
charakterze i życiu. W wyższym zaś sensie rzeczy inte-
resujące, jakie czasami można znaleźć  w  życiorysach, 
pozostają  zawsze   nagłą  zmianą,   rozmyśleniem   się, 
nawrotem, czasami występują błyskawicznie jak w wy-
padku Pawła lub Pascala, przeważnie jednak przedsta-
wiają  rozwój powolny, oporny, ciągnący się  przez całe 
życie,   w   którym   osnuty  światową  hipnozą  charakter 
trudny i prawie nigdy całkowicie się nie odmienia. U Bô 
Yin Râ jednak znajdujemy coś  nowego i niezwykłego: 
już  się  dokonał, zanim jego  życie historycznie i jako 
życiorys zdawało się omówić. Nawrót miał miejsce kie-
dyś w jego dzieciństwie, poniekąd jako wczesne stwier-
dzenie od dawna powziętej decyzji, jako przypomnienie 
sobie i przyjęcie do wiadomości mienia pochodzącego 
ze  świata Ducha wiekuistego. Słowem, wydarzenie to, 
które dokonało się w początkach życia, nie jest u niejed-
nego wybitnego wybrańca, których to zazwyczaj spoty-
ka w połowie życia, jak na przykład w przypadku Dan-
tego, a w szczególności Jakuba Boehmego.

10

background image

W każdym razie zmiana nastąpiła, jeśli w ogóle coś 

podobnego mogło się zdarzyć u człowieka jego pokroju, 
już  w wieku dziecięcym, kiedy, jak sam to opisuje w 
„Księdze rozmów”, odwiedzał  go kierownik duchowy, 
którego   początkowo   brał  za  żebraka,   a   następnie   za 
„świętego”. Te odwiedziny, należy sądzić – miały miej-
sce we Frankfurcie. Pamięć  o nich prawie całkowicie 
wygasła we wspomnieniach dorastającego chłopca, aż 
potem osobę nauczyciela odczuwał wewnętrznie i w ten-
że   sposób   nauczyciel   oddziaływał  na   niego,   zanim 
ponownie później, na ten raz w Monachium odwiedziny 
powtórzyły się. Tym razem „guru” przybyły ze środko-
wego Wschodu Azji wystąpił  w europejskim codzien-
nym ubraniu. O tych sprawach Bô Yin Râ wspomina 
w księdze „Tajemnica”. Ostatecznie decydujące spotka-
nie z innymi jeszcze spośród tych mężów nastąpiły w 
Grecji. Oni to wydoskonalili go na tego, kim jest, na 
„Jaśniejącego Praświatłem”  i podnieśli go na ten sto-
pień, który jest jednocześnie stanem i zadaniem.

Możliwą  jest   rzeczą,  że   to   spotkanie   i   związane 

z nimi przeżycia oraz wewnętrzne kształtowanie organi-
zmu   duszy   wstrząsały   i   podburzały   tego,   o   kim   tu 
mowa,   dopóki   stan   podwójnej  świadomości   w   duchu 
i w ciele nie został ostatecznie utrwalony. Ale te wyda-
rzenia były kolejnymi stopniami wstępnymi, niby pla-
nowymi stopniami wtajemniczenia na drodze do osta-
tecznego,   możliwego   do   urzeczywistnienia   na   ziemi, 
porządku i harmonii, do posiadania w pełni świadomo-
ści  życia   wiekuistego,   a   więc   do   stanu  świadomości, 
który nie ma zgoła nic wspólnego z powszechnie żywio-
ną  wiarą  ludu,   natomiast   z   dorywczymi   ekstazami 
mistyków, tak jak je znamy na przykład z życia Plotyna, 
tylko   warunkowo.   Jednak   pewność   życia   wiecznego 

11

background image

może istnieć tylko w pełni świadomości duchowej, lecz 
nie mniej lub więcej wyraźnych wspomnieniach po wej-
ściu w stan ekstazy. Bô Yin Râ więc bynajmniej nie był 
ekstatykiem, ani mistykiem w romantycznym poniekąd 
sensie   tego   słowa.   Był  zupełnie   po   prostu   zbudzony. 
Zgoła   nie   potrzebował  odchodzić  od   zmysłów,   aby 
dojść do „świadomości”, ponieważ żył w tej świadomo-
ści przynajmniej od czasu swego pobytu w Grecji aż do 
ostatniego tchnienia.

Jedynie ta okoliczność dawała mu też możność prze-

konanie uchodzące za nadludzką  wydajność  pracy, po-
mimo ciągnących się latami ciężkich cierpień. Nie wol-
no też  nigdy zapomnieć,  że zewnętrzna jego natężona 
praca,   polegająca   na   konieczności   literackiego   ujęcia 
jego wiedzy duchowej, na olbrzymiej wymianie listów, 
na działalności artystycznej jako malarza oraz na przyj-
mowaniu niezliczonych gości w jego domu  – tworzyły 
tylko ramy jego głównej działalności jako duchowego 
szafarza pomocy i ratownika. Ta działalność rozgrywała 
się nie w płaszczyźnie materialnej, lecz w płaszczyźnie 
duszy i ducha, właśnie w jego  świadomości duchowej 
nieustannie, bez przerwy, dla dobra wszystkich szukają-
cych, spragnionych, walczących dusz ludzkich, które go 
wewnętrznie wzywały.

Bô Yin Râ przeżywał  to, czego nauczał, nie zacho-

wując się  bynajmniej w sposób rzucający się  w oczy, 
ani też nie usiłując wymuszać uznania w nim świętości 
przez ascezę i umartwianie ciała.

„Ekstaza” nie przejawiała się  u niego na zewnątrz. 

W ogóle unikał  omal  że nie z lękiem wszystkiego, co 
się rzuca w oczy i wydaje się nadzwyczajne, ponieważ 
w przeciwnym razie niewątpliwie musiałby bezpowrot-
nie wyzbyć  się  harmonijnego ukształtowania sił  duszy, 

12

background image

sumiennego   uporządkowania   rozporządzania   wolą. 
Świętość  tak samo jak geniusz, pełna  świadomość  jak 
również poznanie – do tego stopnia należą do płaszczy-
zny   duchowej,  że   wszelkie   genialne   zachowanie   się 
i wszelkie trącące czarodziejstwem sztuczki bez mała są 
oznaką sztuczności.

Bô Yin Râ zachowywał  się, więc zawsze w sposób 

nie   rzucający   się  w   oczy,   chociaż  wprawdzie   jego 
zewnętrzność i fizjonomia daleko odbiegały od codzien-
ności.   Lecz   dla   przenikliwego  wzroku   swego   rodzaju 
zaświatowa potęga ducha tego człowieka, zawsze opa-
nowana i ukryta, nie mogła ujść uwagi. Jego patriarchal-
ny sposób bycia wypromieniowywał  gorącą, prawdzi-
wą,   przy  tym   zgoła   nie   małomieszczańską  dobrodusz
ność. Jeden z jego uczniów, zmarły już przed wielu laty, 
powiedział mi kiedyś, że Bô Yin Râ działał na niego jak 
wielki gorący piec kaflowy zimą.

Ale rozumie się, że właśnie on na każdego oddziały-

wał w inny sposób, gdyż za każdym razem oddawał się 
tak,   jak   to   odpowiadało   poglądom   i   możliwościom 
duchowym   danego   człowieka.   Wprawdzie   nigdy   nie 
wypływało   to   z   pochlebstwa.   Czyżby  mógł  ten   czło-
wiek, o tak królewskim wyglądzie, być  służalczy lub 
schlebiać  komuś? Nie wynikało to z psychologii: gdyż 
nie   był  wyrafinowanym   i   wyrachowanym   psycholo-
giem. Wiedział wprawdzie nieomylnie, jaka jest wartość 
wewnętrzna ludzi, lecz nie zawsze mógł  przewidzieć, 
czy ze swoimi zdolnościami, ze swoim oddaniem się, ze 
swą wytrwałością wytrwają do końca, czy kiedykolwiek 
–  czy to częściowo, czy całkowicie nie zawiodą. Być 
może,  że istniejąca w nim, innym zaś  ludziom właści-
wie zgoła niezrozumiała – miłość – sprawiała, że potra-
fił złe przemiany w charakterach ludzkich w dostatecz-

13

background image

nej mierze pojmować. Zawsze życzył ludziom tego, co 
dla nich najlepsze, odpowiedniejsze, a więc spodziewał 
się najgoręcej, że sami nigdy nie stracą z oczu tego, co 
dla nich najlepsze, a mianowicie wytrwałości na drodze.

Jeżeli jednak sprawiali mu zawód i rozczarowanie, 

stawał się bardzo surowy i szorstki, a nawet nieubłaga-
ny, mógł się odwrócić na lata całe lub na zawsze: gdyż 
był  prędki i radykalny w swych decyzjach. Ale jeżeli 
taki człowiek znał  drogę  powrotną, wówczas przygar-
niał go do swego wielkiego serca z większą miłością niż 
kiedykolwiek przedtem, jak to uczynił  w najwspanial-
szej  przenośni  Jezusa  ojciec  z marnotrawnym  synem, 
który jednak powrócił.

Jego charakteru nie da się opisać, ponieważ nigdy nie 

był  kapryśny,  śmieszny,   grymaśny,   lecz   raczej   czynił 
wrażenie   wielkości  i   właściwie  skłaniał  się  raczej   do 
rzeczy ogólnych i uniwersalnych. Miał  wspólne cechy 
z ludźmi, którym wolno było przyznać  prawdziwą  ge-
nialność.   Przedstawianie   takich   charakterów   prawie 
zawsze wypada w sposób wypaczony, jak karykatura, 
ponieważ one właśnie z punktem środkowym i wszyst-
kim, co on wypromieniowuje, z natury swojej harmoni-
zują. A że sama istota jasnego Ducha jest prosta, ucho-
dzą  tacy   ludzie   za   banalnych,   rozumie   się  tylko   po
zornie. Nic ludzkiego, a również  nic boskiego nie jest 
dla   nich   obce,   gdyż  najwyższe   człowieczeństwo   jest 
w zgodzie z boskością. W istocie swej odpowiada bosko-
ści, jak kropla oceanowi. Dlatego wybitni ludzie spra-
wiają wrażenie jak gdyby ludzi typowych.

Bô   Yin   Râ   robił  wrażenie   człowieka   typowego, 

ponieważ  był  całkowicie   ludzkim.   Nic   ludzkiego   nie 
było mu obce o ile przez to, jak już powiedziałem, nie 
rozumie się nierozsądnie zwierzęcości, jak to się zwykle 

14

background image

dzieje. Nad zwierzęcością panował i nie był już jej pod-
legły. A przy tym nie lękał się jej. Nie miał żadnej pod-
stawy  do odmawiania  sobie  z  zasady  dobrych  rzeczy 
ziemskich w źle zrozumianej świątobliwości do ich uni-
kania. I radował się z pięknem, muzyką, dziełem sztuki, 
krajobrazami,   a   w   szczególności   roślinami.   Ale   nic 
z tego wszystkiego nie mogło go ujarzmić  i niewielkie 
miałoby dlań znaczenie obejść się bez tego wszystkiego. 
Wiedział  dokładnie,   gdzie   przebiega   zakreślona   dlań 
granica,   gdzie   rzeczy   pożyteczne   ulegają  zmianie   na 
szkodliwe, wiedział to tak samo, jak i jego lekarze. Wie-
dział dokładnie to samo, jak to wiedział Budda, że asce-
za jako cel sam w sobie nie może prowadzić do niczego 
dobrego.

Jeżeli Bô Yin Râ pędził życie, któremu od czasu do 

czasu pomimo różnych trosk  –  nie brakło mieszczań-
skich wygód, to jednak nie mógł nigdy, przenigdy czuć 
ich jako właściciel tej czy innej rzeczy, lecz wyłącznie 
jako   zarządca,   a   nikt   nie   był  bardziej   skrupulatnym 
i sumiennym zarządcą niż on. Nie chodzi o to, aby nic 
nie mieć, lecz raczej oto, by niczego nie pożądać. Pięk-
ne słowa: „posiadać, nie będąc jednak sługą tego co się 
posiada”
, do nikogo bardziej nie pasują, jak do niego.

15

background image

4. Wykształcenie

Ten zadziwiający człowiek, którego charakterem zaj-

mujemy się  tutaj, posiadał  nie wypaczone, ale niezwy-
kle rozległe wykształcenie, chociaż pod tym względem 
podobnie jak wszyscy pobierający wiedzę z serca świata 
światłości, nigdy nie ukrywał, że wykształcenie ze sta-
nowiska ducha jest prawie bez znaczenia, a w wypadku 
pretensjonalnego czynienia z niego użytku może się stać 
niebezpiecznym   hamulcem   na   drodze   człowieka   do 
domu,   do  źródła   swego   pochodzenia.   Bardzo   często 
wykształcenie jest maską próżności, pychy i ambitnych 
dążności   nie  mających  nic   wspólnego   z  człowieczeń-
stwem   duchowym   przez   Bô  Yin   Râ   raczej   wyraźnie 
były określone jako siły duszy zwierzęcej i na równi ze 
wszystkimi zdolnościami pamięciowymi i utalentowa-
niem nie potrzebują sięgać do sfer ludzkiej duszy. Choć-
by wykształcenie miało zawsze pewien miły urok, jak 
równie   po   ziemsku   rzeczy   biorąc,   było   pożytecznym 
posiadaniem,   to   pozostaje   ono   bogactwem,   którego 
pokusy mogą stać się bardziej zdradzieckie, niż pokusy 
pieniężne i majątkowe.

Rzuca się w oczy, że Bô Yin Râ i ludzie jego pokro-

ju, a więc owi Jaśniejący Praświatłem i kapłani Świąty-

16

background image

ni Wieczności na ziemi nie dopuszczali w stosunku do 
siebie balastu uczoności. Jeśli więc mówimy, że Bô Yin 
Râ był niezwykle wykształcony i posiadał wybitnie głę-
boką wiedzę zewnętrzną, to łączy się to właśnie ze zle-
conym   mu   zadaniem,   jakby  nakazem   nauczania.  Aby 
móc   oddziaływać  na   mieszkańców   Zachodu,   musiał 
gruntownie   zrozumieć  ich   zagmatwany   język,   musiał 
dobrze wiedzieć, co było dla nich ważne, przenikać ich 
różnorodne zainteresowania i móc je ujmować psycho-
logicznie. Ale to przenikanie musiało być w miarę moż-
ności bezstronne i zdobyte w wolnej chwili od obcych 
wpływów rzeczywistości i trzeźwości. Dlatego to wy-
kształcenie człowieka z góry przeznaczonego na Mist-
rza nie mogło być inne niż wykształcenie prawdziwego 
samouka.

Jako dziecko, (chociaż już w bardzo młodym wieku, 

przeniesiony do wielkiego miasta Frankfurtu z bardziej 
wiejskiego środowiska swego) aszafenburskiego pocho-
dzenia, w wolnym od zajęć czasie wiele włóczył się po 
lesie i polu. Wychowanie przez dobrze mu  życzącego, 
poczuwającego się  do odpowiedzialności wobec Boga, 
ale bardzo surowego ojca, oraz bardzo bogobojną matkę 
–  być  może  wywołało  na  nim  właśnie  przez  te  zew-
nętrzne wpływy pewną krnąbrność, zaciętość i pewność 
siebie,   a   przy   tym   skłonność  do   chodzenia   swymi 
odrębnymi   drogami   i   do   patrzenia   na   rzeczy   bystro 
i krytycznie. Aby mu zaimponować  (a jak chętnie sza-
nował kogoś) , nie wystarczyło, żeby coś przedstawiać, 
lecz należało czymś być. Ale wówczas nie było nikogo, 
kto   by   chętniej   i   bez   zazdrości   jak   on   odzywał  się 
z uznaniem i chwalił. Nie zbity z tropu przez szkoły, prą-
dy, wielkich ludzi swego czasu i mody, torował  sobie 
własne  ścieżki i był  w ogóle niełatwy do kierowania. 

17

background image

Udzielanie   mu   wskazania   musiały   być  bezgranicznie 
pewne, zanim darzył je niezachwianym zaufaniem.

W gruncie rzeczy zwykle on kierował, nie dając się 

kierować  nikomu: nie dlatego,  że stał  się  despotyczny, 
ale zawsze odczuwało się  w nim autorytet,  ponieważ 
miał  wrodzoną  pełną  potęgę  ducha   zasługującego   na 
zaufanie.  Odczuwał  to  każdy człowiek,  jeżeli  nie  był 
zbyt gruboskórny. Prawdziwość  i prostota jego myśli, 
czynów,   czucia   i   mowy   nie   mogła   być  pozbawiona 
ludzkiego   zrozumienia   rzeczy.   Ale   był  on   nie   tylko 
naturą, lecz odrodzoną naturą, chciałoby się powiedzieć 
–  naturą  nie   w   stanie   wyzwolenia,   gdyż  całe   jego 
wykształcenie było naturalne i duchowe, nigdy sztucz-
ne, papierowe i obce życiu. A gdy się z nim spacerowa-
ło,   wówczas   cała   przyroda   zewnętrzna   otrzymywała 
inne oblicze dzięki promieniowaniu jego natury całko-
wicie   wewnętrznej,   była   przenoszona   z   powrotem 
w swoje   duchowe   dzieciństwo,   nie   zepsute   jeszcze 
przez   upadek   człowieka,   jej   krajobrazom   wyrastały 
wszędzie   niby   oczy   przecudne,   jak   owym   bogom   w 
indyjskich bajkach.

Jeżeli   wymienimy   zmianę  miejsc   pobytu   (w   dwu-

dziestych   i   trzydziestych   latach   jego  życia),   naturali-
styczne zapatrywanie i praktyczne roboty ręczne jako 
podstawy jego wykształcenia – a nie szkoły, co chcemy 
przez to wyrazić jak w ogóle w całej tej książce, że jego 
wykształcenie i wychowanie nie podlegały w istocie na 
wychowaniu przez samego siebie. Kierownictwo jedne-
go (lub wielu) Mistrzów duchowych ma na celu prze-
cież wychowanie siebie samego.

Dla naświetlenia tych rozważań przytoczymy urywek 

z listu Mistrza (z dnia 29.6.1931 r.) brzmiący jak niżej:
„Jest to, mówiąc najprościej, pewien  ściśle określony 

18

background image

sposób „wychowania siebie”, który umożliwia Kierow-
nictwu prowadzić  kierowanego od przemiany bytu do 
wyższej, czystszej przemiany coraz bardziej w Światłość. 
Od dzieciństwa człowieka „wychowują” w sposób, któ-
ry   można   nazwać  wychowaniem   kierowanym   z   wew-
nątrz   na   zewnątrz,   gdyż  tylko   w   ten   sposób   rosnący 
malec   a   następnie   dorosły   człowiek   uczy   się  dawać 
sobie radę  ze światem zewnętrznym. Skoro jednak ktoś 
wkracza   na   drogę   świadomego   rozwoju   duchowego,  
chodzi o to, aby siebie samego wychował  od zewnątrz 
do wewnątrz, przy czym bynajmniej nie potrzeba zanie-
chać tego, co było rzeczywiście dobre, słuszne i koniecz-
ne w poprzednim wychowaniu dążącym „od wewnątrz 
do zewnątrz”.

Lata   dzieciństwa   i   młodości   upłynęły   spokojnie 

w kraju   rodzinnym   nad   Menem,   gdzie   uczęszczał  do 
szkoły Marian, a następnie, gdy został dokonany wybór 
zawodu, pracował w instytucie sztuki Standela. Było to 
kilka semestrów w latach 1892 do 1985 i w roku 1899 
letni semestr w pracowni Mistrza. Od października 1896 
do  1898 roku  pracował  jako malarz  we  frankfurckim 
teatrze   miejskim.   Dopiero   w   dwudziestym   czwartym 
roku życia, a mianowicie w początkach naszego tak nie-
spokojnego stulecia, rozpoczął  Bô Yin Râ swoje  życie 
wędrowne, a tym samym lata studiów podczas dojrze-
wania męskiego, które obejmowały, aż do wieloletniego 
pobytu   w   Zgorzelcu,   siedemnaście   lat.   Wyżej   wspo-
mniane lata wędrówki dały mu możność poznania miast 
jak Monachium, Wiedeń, Paryż i Berlin oraz krajów jak 
Szwecja, a przede wszystkim Grecja, ten kulminacyjny 
punkt jego życia, któremu poświęcę bardziej szczegóło-
wo   rozważania.   Stosunkowo   wcześnie   poznał  już 
uszczęśliwiające przeżycia pierwszej podróży do Włoch 

19

background image

i   oswoił  się  z   zawodem   malarza,   chociaż  pierwotnie 
czuł pociąg do studiowania teologii.

Każde ze wspomnianych wyżej czterech miast przy-

czyniło się zapewne na swój sposób nie tylko do rozsze-
rzenia zakresu wiedzy, lecz również  do przygotowania 
dla sposobu myślenia i dla prądu uczuć swego sposobu 
bezwarunkowości,   nieograniczoności   i   niezawisłości. 
Znajdowało się  tam przecież  wielu ludzi skłaniających 
się zgodnie ze swą naturą do kosmopolityzmu i pewnej 
swobody, jeżeli nie całkowitej niezależności poglądów, 
pomijając charakter architektoniczny oraz zbiory wyróż-
niające wszystkie te miasta.

W Monachium, tym tak szorstkim, a jednak owia-

nym tchnieniem Południa mieście, czasowo zbliżył  się 
do koła przyjaciół, w skład, którego wchodziły niezależ-
ne,

 

uzdolnione

 

duchy, które

 

rozumie się wówczas w swej 

skłonności   do   magicznych   spekulacji   poruszały   się 
w kierunku   nie   odpowiadającym   jego   przeświadcze-
niom.  Dlatego  stosunki  te nie  mogły istnieć  stale,  co 
jednak nie przeszkadzało, że Bô Yin Râ w swój przepo-
jony miłością sposób nie przestawał nigdy brać udziału 
w losach rozwoju tych poniekąd nieprzeciętnych ludzi, 
którym sam zawdzięczał  niejeden piękny impuls, cho-
ciaż on był tym, który w istocie darzył.

Bez   wątpienia   doznał  on,   który  miał  możność  do-

tychczas studiować sztukę głównie w ciągu półtorarocz-
nego bezpłatnego nauczania u Hansa Thomy i w Insty-
tucie Sztuki Staedla we Frankfurcie, – pomijając książki 
traktujące o sztuce, – w pełni bardzo cennych przeżyć, 
wywołanych przez monachijskie zbiory sztuki. Te prze-
życia   mogły   mu   dać  powód   w   czasie   późniejszym, 
mimo   bardzo   potężnych   wrażeń  w   innych   miastach 
Europy, do dłuższych pobytów w Monachium (1909  –

20

background image

1912   i   1913  –  1915)   ,   którym   zawdzięczał  pierwsze 
objawienia jego nauki. Były to zarazem lata, w których 
dążenia pewnej grupy artystów, zwących się „Błękitny-
mi Jeźdźcami”
 z Francem Marcem, Kandinskym na cze-
le i innymi wystąpiły na scenę jako zjawiska rzucające 
się w oczy i wywołujące zacięte spory. Jeżeli Bô Yin Râ 
w   swej   księdze   o   sztuce   mógł  pisać:  „Patrzcie,   oto 
świat,   który   przeczuwają  nasi   najlepsi”
.   (Królestwo 
Sztuki, str.20) , tyczy się to głównie dawnych mistrzów, 
a jednak jest to również wyraz nadziei na przyszłą sztu-
kę, gdyż  karmi nas nadzieją  odnawiania oblicza ziemi 
i wszędzie   już  postrzega   pierwsze   promienie   Ducha 
jako zwiastuny tego odnowienia.

Ale wybiegamy naprzód. Już  ten okres około 1900-

1901 roku spędzony w Wiedniu, gdzie usiłował w tam-
tejszej Akademii rozwijać swój talent, miał wielkie zna-
czenie dla jego artystycznych kształtotwórczych dążeń 
i umysłu.   Obok   barokowych   pałaców   zbudowanych 
przez Breughelsa i Tintoretto, kultury teatralnej, miłego 
otoczenia,   pozostał  wówczas   pod  wrażeniem  czasopi-
sma  „Fackel”   (Pochodnia)   ,   występującego   z   surową 
krytyką a redagowanego i pisanego jednoosobowo przez 
Karola Krausa, czasopisma, które nie tylko ze względu 
na   swój   charakter   satyryczny,   lecz   przede   wszystkim 
pod względem językowym było czymś jedynym w swo-
im rodzaju w nowszej literaturze niemieckiej. Natural-
nie,   zgodnie   ze   swym   charakterem,   nie   zawsze   on 
pochwalał  przesadną  krytykę  w   kierunku   nadawczym 
pisma przez Karola Krausa i często zabarwione nienawi-
ścią dowcipy jego. W tym czasie nawiązał również sto-
sunki   z   bliskim   przyjacielem  „niosącego   pochodnię”, 
architektem Adolfem Loosem; jego idee i prace wyprze-

21

background image

dziły wiele rzeczy, które nowsza architektura próbowała 
realizować.

Naturalnie   w   tych   miastach,   a   w   szczególności 

w Paryżu, gdzie pracował  w Akademii Julian, oddawał 
się  studiom swej   sztuki,  chociaż  nie  nawiązał  bezpo-
średnich   stosunków  z  wybitnymi,  przodującymi   euro-
pejskiemu malarstwu osobistościami, nie licząc, Thona. 
Odpowiadało to charakterowi Bô Yin Râ: raczej w ciszy 
i ukryciu oddawał się studiom i obserwacjom, ponieważ 
nie mogło to odpowiadać również jego duchowemu sta-
nowisku tylko dla znikomo małej garstki ludzi, by stać 
się  zwolennikiem jakiegoś  malarza lub jakiejś  określo-
nej szkoły, co w szczególności we Francji jest w zwy-
czaju. W gruncie rzeczy jako malarz i artysta był rów-
nież samoukiem i musiał nim być. A jeżeli interesowali 
go pewni wybitni przedstawiciele artystycznego i umy-
słowego życia jego czasów – do nich należeli na przy-
kład   filozof   Bergson   i   poeta   Valery,   malarze   Utrollo 
i Kandinsky  –  wypływało to  nie z osobistych  stosun-
ków, lecz – jeżeli tak to można powiedzieć – z bezinte-
resownego   zainteresowania.   Wydoskonalenie   w   ręko-
dziele zawdzięczał prócz Hansowi Thomy takim mężom 
jak Boeghle i Klinger, ale być  może bardziej  jeszcze 
niejednemu   dzielnemu   nauczycielowi,   o   których   nie 
wspomina   historia   sztuki,   a   więc   przeważnie   znowu 
sobie samemu. (Porównaj Bô Yin Râ „Z mojej pracow-
ni malarskiej”
  i książkę  autora  „Malarz Bô Yin Râ,” 
której nowe przerobione i uzupełnione wydanie jest w 
przygotowaniu.\ Stosunki z Klingerem, który bardzo sil-
nie   zareagował  na   obrazy   duchowe,   nie   były   trwałe, 
chyba,  że pewne młodzieńcze czarno-białe cykle z ich 
makabrycznym marzycielskim nastrojem powstały pod 
wpływem tego artysty. Szczególny stosunek wysokiego 

22

background image

wzajemnego poważania wywiązał się pomiędzy Bô Yin 
Râ, a sędziwym Hansem Thoma.

Paryż  dał  mu widocznie to artystyczne zrozumienie 

rzeczy, którego inne, zwiedzane przez niego miasta nie 
mogły mu dać w tym zakresie i w tak wykwintnej for-
mie, tak, że później miały nastąpić tylko helleńskie i w 
ogóle   południowe   przeżycia,   aby   dać  mu   możność 
zestawienia w postaci księgi szeregu radosnych rozpraw 
naświetlających   ostatecznie   wszelkie   podstawowe   za-
gadnienia   formalnej   twórczości   artystycznej:  „Króle-
stwo Sztuki”
 (przejrzane i zmienione wydanie Bazylea – 
Lipsk 1953) .

Co się zaś tyczy pobytu w Berlinie – 1904 r. – 1908 

oraz w roku 1916, zachował  w tym mieście pomimo 
całego   jego   natarczywego   i   zgiełkliwego   charakteru 
szczególnie   miłe   wspomnienia,   ponieważ  nadzwyczaj 
cenił  skoncentrowaną  chęć   życia   i   twórczą  zdolność 
jego mieszkańców do realizacji.

We wszystkim, czego w ciągu tych lat szukał  i co 

zdziałał,   gdy   usiłował  dawać  koniecznie,   praktyczne 
i poglądowe podstawy dla swego artystycznego dążenia 
zawodowego,  –  było   zawsze   nastawienie   na   te   same 
rzeczy istotne, mogło więc i dla niego wówczas mieć 
znaczenie to, o czym znacznie później pisał do jednego 
ze  swych przyjaciół  (27.3.1929):  „Zdaje mi się...  żeś 
pan trafił w sedno rzeczy, poznając w swej tęsknocie do 
piękna ukrytą tęsknotę do Boga.”

Na   lata   nauki   i   wędrówki   przypada   małżeństwo 

z kobietą  obznajomioną  z   wielu   dziedzinami   wiedzy 
i bardzo dzielną, która bardzo młodo zmarła na chorobę 
jakiej w tych czasach jeszcze leczyć nie umiano. Studio-
wała   ona   medycynę,   na   owe   czasy   wypadek   bardzo 
rzadki i zajmowała się również archeologią. Jej dążenia 

23

background image

i   działalność  bez   wątpienia   znaczenie   w   kulturalnym 
życiu jej małżonka.

Bô Yin Râ bez przerwy intensywnie wzbogacał skar-

by swego naturalnego krytycznego poglądu. Od natury 
stale się uczył, lecz nie dręczył się zbędnym zamiłowa-
niem naturalizmu do ścisłego kopiowania natury. Wyją-
tek z listu z 1928 roku mówi o sprawie dotyczącej jego 
malowania:  „Dla mnie samego motywy natury będące 
tłem moich obrazów są przecież jedynie okazją do kształ-
towania motywów duchowych, tak  że daleki jestem od 
chęci przedstawienia jakiegoś  krajobrazu gwoli niego 
samego”.

Wolno,

 

więc

 

odnieść

 

również

 

do artystycznego pozna-

nia natury to, co napisał w pewnej niewielkiej zwrotce:

„Dopiero, gdy się wszystko,
Co człowiek myśli o sobie,
Doszczętnie zapomina,
Wie się naprawdę
Kim się jest”.
Ważną  dla jego naturalnego sposobu widzenia stała 

się  jego   podróż  do   Szwecji,   która   przypadła   podczas 
drugiego jego pobytu w Berlinie. Z tej podróży przy-
wiózł  pomysły obrazów noszących zdecydowanie pół-
nocny charakter.

Ręka   w   rękę  z   naturalnym   sposobem   widzenia 

Mistrza idzie jego skłonność do wykonywania praktycz-
nych robót ręcznych, do ich obserwowania, a w pew-
nych   wypadkach   nawet   do   podziwiania.   Niezwykle 
interesowało go śledzenie powstawania jakiejś budowy 
czy aparatury, jakiegoś urządzenia i to nie tylko śledze-
nia mózgiem, lecz tworzenie rękami, co mówię – całym 
swym   organizmem.   W   swej   młodości   musiał  często 

24

background image

przy najrozmaitszych zajęciach ciężko pracować  ręka-
mi. Również  i później nie wstydził  się, gdziekolwiek 
było   to   konieczne   lub   możliwe,   przykładać  ręki,   nie 
bacząc na bardzo ciężkie cierpienie fizyczne. Szczegól-
nie miał na sercu swój ogród, który pielęgnował w peł-
nej miłości pracy przy sadzeniu i uprawianiu. Jeśli padał 
śnieg, on pierwszy strząsał  ciężar z palm i wrażliwych 
na zimno roślin południowych.

W drugiej połowie pierwszej wojny  światowej roz-

kaz władz wojskowych zapędził go początkowo na krót-
ki przeciąg czasu do Królewca, a stamtąd do Zgorzelca 
w Górnych  Łużycach, gdzie były internowane wojska 
greckie. Otrzymał  zadanie służenia w charakterze tłu-
macza, gdyż  z czasu swego pobytu w Grecji rozumiał 
nowogrecka mowę i mógł mówić po grecku. Pomijając 
tę  funkcję  sprawiającą  mu przyjemność, gdyż  był  dla 
Greków   bardzo  życzliwie   usposobiony,   otworzyło   się 
dlań  w   tym   zakątku  świata   szerokie   pole   działania. 
Podjął  kierownictwo   w  sprawach   sztuki   tej   prowincji 
oraz zajął się założeniem związku ku uczczeniu pamięci 
wielkiego Jakoba Boehme, który w roku 1575 urodził 
się w Alt-Seidenberg, miejscowości w pobliżu Zgorzel-
ca.  Bô Yin  Râ  w artykule  o Boehme,  umieszczonym 
w księdze „Drogowskaz” powiedział bardzo wiele waż-
nych i istotnych rzeczy o Philosophus Teutonicus, które 
czynią zrozumiałym, w jaki sposób Boehme doszedł do 
swego poznania świata duchowego.

W tym czasie zawarł też ponownie związki małżeń-

skie i ten okres rozpoczyna odcinek jego życia, którego 
cechą  stale   wzrastającą  była   stabilizacja   i   patriarcha-
lizm. Spełnienie tej postaci życia nastąpiło tedy w roku 
1923 dzięki przesiedleniu się do Szwajcarii, a mianowi-
cie początkowo do Horgen nad jeziorem Zurychskim, 

25

background image

w dwa   lata   później   do   Massagno   niedaleko   Lugano, 
gdzie, pomijając krótkie wyjazdy, w tym samym domu 
przemieszkiwał wraz z rodziną, aż do końca swego ży-
cia ziemskiego i uzyskał obywatelstwo tej gminy. Tym-
czasem poznał już z dawna Włochy, gdzie w szczególno-
ści pobyt na wyspie Capri (wczesna wiosną 1922 roku) 
miał  nadać  szczególną, przetkaną  złotymi nićmi krajo-
brazu cechę  księdze  „Tajemnica”. Włoskie i tesyńskie 
wrażenia wzmacniały jego duszę coraz bardziej i to, co 
nazwałem odczuwaniem Południa, decydująco stanowi-
ło o stylu jego  życia i twórczości. We wszystkich tych 
latach dochodziły do skutku tylko podróże mające na 
celu leczenie lub wypoczynek. Kilkakrotnie odwiedzał 
Wildbad  w Szwarowaldzie,  który  polubił, dalej   Kars-
bad, Pegli w pobliżu Genui, Montecatini i blisko poło-
żone Brissago.

Jeżeli rozpatrujemy całość  wykształcenia tego męża 

poczuwamy się jeszcze do obowiązku wyświetlić  jego 
stosunek do książek i do królestwa tomów, gdzie obie te 
dziedziny  żywo   interesowały   jego   duszę,   a   muzyka 
w późniejszych latach jego życia coraz bardziej nabiera-
ła znaczenia.

Książki: jak powiedzieliśmy, nie był molem książko-

wym. Ale czytał chętnie i dużo. W pokojach jego domu 
wszędzie pełno było książek.

We   wspomnianej   wyżej   księdze:  „Drogowskaz” 

znajduje się rozdział zatytułowany „Uczcie się czytać”
Rozdział  ten przeciwstawia się  dzisiejszemu pośpiesz-
nemu sposobowi czytania sztukę  czytania, wskazującą, 
że   dopiero   wówczas   można   czytać  należycie,   jeżeli 
człowiek gruntownie rozwinie w sobie zdolność  wczu-
wania i potrafi brać udział w toku myśli autora, a mia-
nowicie zwracając uwagę  nie tylko na zdania, lecz na 

26

background image

każde poszczególne słowo. Jeżeli tak się  czyta, może 
ktoś się stać w duszy bogatszy niż sam autor. Niewątpli-
wie Mistrz czytał książki w ten właśnie sposób. A nawet 
więcej, wolno nam wnioskować, że czytał książki zwra-
cając uwagę na wartość ich dźwięków i nie tylko wysłu-
chiwał je myślowo i artystycznie, lecz również poniekąd 
jako lekarz organizmu duszy, według woli dźwięków.

Chętnie czytał  książki niemieckich mistyków) cho-

ciaż nie cenił miana „mistyk”) . Tu lubił prócz Eckhar-
da, Traulera i autora  „Książeczki o  życiu doskonałym” 
szczególnie Jakoba Bohme, Anioła Ślązaka. Szczera głę-
bia Mateusza Claudiusa pociągała go, ale również polot 
Schillera,   siła   poznania   Dantego,   ucieszna   fantazja 
takiego Spittelera. Pewnemu właścicielowi sanatorium, 
który go pytał  o radę, jakie książki ma czytać, zalecił 
Goethego, Schillera, Jean Paula, Novalisa Holderliusa, 
Stiftera,   Dantego,   Eckharta,   Traulera,   Erazma,   Lutra, 
(mowy biesiadne)oraz Bhagavadgita. Ten krótki wyraz 
od razu wskazuje na prostą  wielkość  wyboru, dlatego 
właśnie, że nie zwracając na siebie uwagi żadne dalekie 
wynalazki i smaczne kąski, lecz wymienia tylko dzieła 
literackie, w których nadano postać – często dochodzącą 
do doskonałości – wszystkiemu, co czyste, co prawdzi-
we. Nic nie ma w nich hulaszczego lub wymuszonego. 
Na właściwą  beletrystykę  nie zwracał  uwagi nie tylko 
w poważnym wykazie, lecz i w tym co sam czytał.

Jednego najwidoczniej Mistrz stawiał ponad wszyst-

kich innych poetów. Był to Goethe, którego natchnienie 
uzasadniał  bezpośrednim   „stosunkiem   uczniowskim”, 
jak na przykład było to w wypadku Jana (ewangelisty, 
przyp. tłumacza) , Eckharta, Leonarda, Boehme i Rama-
krishny. Wręcz niepojęte odnowienie w mowie wszech-
światowej rzeczywistości w niemałej liczbie poematów 

27

background image

owego Potężnego pobudzały Mistrza do ciągłego z nich 
czerpania. Pochodzenie z tej samej okolicy mogło przy-
czynić sie do więcej niż należało: gdyż Bô Yin Râ mógł 
czuć  się  obywatelem   Frankfurtu.   Dlatego   to   wesołe 
rymy   miejscowego   Frankfurckiego   poety   Fryderyka 
Stolze sprawiały mu, lubiącemu ponad wszystko weso-
łość i śmiech, wielką przyjemność, tak, że chętnie czy-
tywał je na głos w kółku rodzinnym.

Szczególny pociąg miał  do niektórych gruntownych 

ksiąg uczonych badaczy, którzy zwiedzili Tybet i okoli-
ce Himalajów a także Chiny i Mongolię. W tej liczbie 
znajdowali się francuscy ojcowie Huc i Gabet, jak rów-
nież Flichner. Koeppen i Aleksandra Dawid Neel. Kró-
lestwo   tonów:  przeplatało,  jak  to  już  powiedzieliśmy, 
złotymi   nićmi   ziemskie   jego   lata   w   coraz   większym 
stopniu. W książce o malarzu Bô Yin Râ informowali-
śmy,  że kiedyś w latach swojej młodości przy pomocy 
stolarza wyrabiającego trumny skonstruował  fisharmo-
nię. Bardzo to odpowiadało jego naturze oraz wrodzonej 
miłości do muzyki, nadawanie wyrazu temu przez prak-
tyczne roboty ręczne. Warunki w domu rodziców oraz 
ówczesne okoliczności życiowe nie pozwoliły oddawać 
się  bardziej  gruntownym studiom muzyki. Jedynie na 
tym polu, tak bardzo przezeń lubianym, pozostał całko-
wicie otrzymującym. Dwaj poważni mistrzowie tonów 
byli   z   nim   w   bliskiej   przyjaźni:   Eugeniusz   d'Albert 
i Feliks Weingartner.

Chociaż  nie uprawiał  muzyki, była ona dlań  jednak 

elementem  życiowym. We wspomnianej wyżej książce 
o malarzu wskazano wiele cech łączących świat tonów 
i wzrokowe   twory  Mistrza,   w   szczególności   duchowe 
obrazy   wskazujące   prawidłowe   formy   dźwiękowe, 
a mianowicie elementy Pra-bytu wyznaczające działanie 

28

background image

tonów. Prócz tego większa część tych obrazów robi wra-
żenie, że wypełnione są jakby wewnętrznie dźwiękiem, 
pieśnią sfer; Bô Yin Râ w późniejszych latach życia cza-
sem napomykał, że odpowiedniki jego wielu jego obra-
zów do pewnego stopnia można znaleźć  w kompozy-
cjach muzycznych wielkich mistrzów tonów, na których 
spłynęła   szczególna  łaska.   Miał  na   myśli   szczególnie 
Bacha i Szuberta. Właśnie, Szuberta, którego zewnętrz-
na zupełnie niepozorna postać całkowicie wyżywała się 
w duchowej prawdziwości i prostocie jego muzyki, lubił 
niby żyjącego po drugiej stronie promiennego przyjacie-
la. Co się  zaś  tyczy Jana Sebastiana Bacha, to Bô Yin 
Râ był przekonany, że jego kompozycje miały źródło w 
bezpośrednich doświadczeniach w świecie duchowym.

Wszak   muzyka   otacza   tchnieniem   pełen   tajemnic 

zaświat. Prawie w niczym innym, jak tylko we wspania-
łym  a tak krótkotrwałym  świecie kwiatów zyskuje tu 
wieczność  symbol w doczesności. Choć  muzyka może 
wyzwalać  i   uszlachetniać,   uspokajać  uczucia,   nosi   w 
sobie jednak stale bolesny składnik, ponieważ już przy 
powstaniu   dźwięku   w   naszych   zmysłach   ustawicznie 
zamiera.

Muzyka,   ten   piękny  duch,   nie   daje   się   zbadać  ani 

uchwycić, a tylko o tyle zrozumieć, o ile odbierający ją 
słuch dowiaduje się  o przemijającej przemianie w coś 
duchowego. Do tego należy wiele prawdziwego oddania 
i   możność  ukojenia   niepokoju   zwierzęcej   cielesności. 
Ale musi się to odbywać czysto na trzeźwo, w przeciw-
nym razie muzyka może stać się niebezpiecznym narko-
tykiem.

Zapewne  muzyka  w  ostatnich  latach  sprawiała  mu 

czasami chwilową ulgę w jego cielesnych cierpieniach. 
Lubił  również  w swym domu  śpiew i sam  śpiewał  dla 

29

background image

swej rodziny stare pieśni maryjne, które znał z dzieciń-
stwa; w kulcie katolickiego kościoła dla Marii widział 
wielkiej wagi przebłysk duchowej rzeczywistości.

Nie trudno odgadnąć, że Beethoven i Mozart głęboko 

przypadli mu do serca. Sądząc z charakteru pisma, po-
chodzącego ze stosunkowo wczesnego okresu, są  dwa 
poświęcone   Beethovenowi   i   Mozartowi   niżej   podane 
czterowiersze, które w swej nieupiększanej i bezpreten-
sjonalnej   prostocie   przypominają  naszych   przodków 
żyjących wśród mebli z wiśniowego i brzozowego drze-
wa:

„Lubisz burze, lubisz morze
Oraz dzikie skalne góry;
W głąb pod tobą chmara ludzi
Jest dla ciebie państwem karłów
Ale ty, co mieszkasz w gaju, w świątyni
U pastuszków wśród fletów i bzu
Którego bóstwo tronuje w zefirze eteru,
Ty zstępujesz na dół do ludzi.”

30

background image

5. Mistrzostwo

Co to jest mistrz?  Tego słowa wielce nadużywano 

i trzeba   mu   znowu   przywrócić  powagę.   Prastary   to 
wyraz   i   pochodzi   bezpośrednio   z   języka  łacińskiego 
(magister) , a następnie również z greckiego (megistos), 
a   nawet   z   języka   etruskiego,   skąd   przekazany   nam 
został  bohater imieniem Mastarda, później identyfiko-
wany z wielkim królem rzymskim Serwiuszem Tuliu-
szem.   Pomijając   to,  że   w   danym   języku   niemieckim 
uczonego   poetę  określano   tym   mianem,   pochodzenie 
tego słowa wskazuje,  że odnosi się  ono do człowieka, 
który jest czymś więcej i jest większy niż coś innego lub 
też w ogóle największy. Dopóki to słowo nie występuje 
w połączeniu z jakimś wyrazem, ma ono znaczenie czy-
sto   ceremonialne,   wprawdzie   nie   jako   tytuł  oficjalny, 
lecz jako prywatny zwrot honorowy, bądź  do jakiegoś 
majstra  –  rzemieślnika, bądź  do wybitnego artysty, ale 
zawsze do człowieka odznaczającego się  twórczością. 
Im wyższe i powszechniejsze jest mistrzostwo sięgające 
ponad fach, tym więcej uwagi nabiera słowo „Mistrz”, 
tym bardziej nabiera istotnego znaczenia, podczas, gdy 
w mniej poważnych wypadkach może uzyskać ironicz-
ny   posmak.   Jeśli   jednak   chodzi   o   człowieka,   który 

31

background image

wszystko specjalnie, nadzwyczajnie i fachowo całkowi-
cie ma poza sobą, gdyż  rzeczy powszechne w najwyż-
szym znaczeniu, a mianowicie nie tylko poniżej ludz-
kiego   poziomu   leżące,   zwierzęce   i   materialne,   lecz 
również, i to szczególnie, dziedziny duszy potrafi z du-
cha opanować  i jest upoważniony wiązać  i rozwiązy-
wać, wówczas nie nasuwa się trafniejsze określenie dla 
takiej postaci górującej ponad sprawami czysto osobi-
stymi, jak słowo „Mistrz”.

A że my po dziesięcioletnich studiach i praktycznym 

wypróbowaniu   ofiarowanej,   przez   Bô   Yin   Râ   nauki 
życia i po odczutych w sobie wpływach jego indywidu-
alności dochodzimy do wniosku, że ten człowiek odpo-
wiada temu, co wyżej powiedziano, zatem pozwolimy 
sobie częściej stosować do niego słowo „Mistrz”.

W tym wypadku Mistrzostwo zawiera w sobie jesz-

cze coś istotnego, co będziemy musieli w dalszym ciągu 
zbadać  i rozpatrzyć, aby się  usprawiedliwić,  że  śledzi-
my tylko wewnętrzne motywy tego życia ludzkiego.

W tym nader rzadkim przypadku, gdy dzieło i życie 

jakiegoś  człowieka nie różni się  od siebie, zewnętrzne 
losowe fakty tak dalece tracą wagę i znaczenie, że mogą 
pozostawać  prawie   niezauważone.   Są  czymś  niewiele 
większym niż jakaś kreska na cyferblacie. Przy tym bio-
graf nie ma możności poparcia naukowymi dowodami 
najgłębszych swych danych. Tu może tylko posiłkować 
się uczuciem – które łatwo wydaje się bliźnim podejrza-
ne.

Z uczuciem, które istnieje przy Mistrzostwie Bô Yin 

Râ w wyżej wyjaśnionym sensie, z tego uczucia jedynie 
autor czerpie prawo do napisania tej książki. Udzielone 
mu kiedyś przez Mistrza upoważnienie nie wystarczyło-
by  mu   do   tego.   Opierając   się  na   tym   odczuciu   musi 

32

background image

wyznać,  że nie nasuwają  mu się żadne wątpliwości co 
do tego istotnie najważniejszego w Mistrzostwie Bô Yin 
Râ, co teraz powinno i musi zostać rozpatrzone.

Jest to, że tak powiem, podstawa i kamień węgielny, 

lecz   również  kamień  obrazy   dla   krytycznych   głów 
w świątyni   jego   nauki;   jest   to   istota   jego   duchowej 
egzystencji i wiąże się bezpośrednio z jego imieniem.

Jeżeli my mieszkańcy Zachodu wprawdzie nie byli-

śmy   zgoła   nieprzygotowani   do   tego   przez   podanie 
o Graalu   i   Okrągłym   Stole   króla  Artura,   dalej   przez 
historię  Różokrzyżowców,   również  przez   fragment 
„Tajemnicy”  pochodzący z okresu męskiej dojrzałości 
Goethego oraz niezliczone mnóstwo aluzji romantyków 
– to do pewnego stopnia zaskoczyło i wywołało nawet 
nastrój sceptyczny,  gdy pewien mąż  zwący siebie Bô 
Yin Râ bez przerwy rozpowszechniał wieści wśród tego 
pokolenia   w   szybko   po   sobie   następujących,   mało 
obszernych, ale za to tym bogatszych w treść księgach 
o tych   szafarzach   pomocy,   pośrednikach   i   budowni-
czych   mostów   na  Wschodzie.   Mało   tego,  że   do   tego 
grona zbawicieli znajdujących się  gdzieś  w okolicach 
Himalajów, a składającego się z żyjących ale w dalszym 
ciągu w postaci duchowej, zaliczył Jezusa i Lao-Tse, to 
jeszcze stwierdził,  że jest wysłannikiem i człowiekiem 
tych mędrców Wschodu i jako ich Brat nosi imię ducho-
we Bô Yin Râ.

To jednak zbyt wielkie żądanie skierowane do świa-

ta, który wierzył tylko w to, co oglądał własnymi ocza-
mi.  Ale   znalazło   się  również  wielu   ludzi,   w   których 
duszy   ta   godna   uwagi   wieść  znalazła   oddźwięk   niby 
wspomnienie, a może wręcz jako wewnętrzny postulat 
w sercu marnotrawnego syna, którego coś  nagliło, aby 
się  wyrwać  ze  świńskiego   chlewa   i   szukać  drogi 

33

background image

powrotnej do domu swego Ojca. Albowiem jako swego 
rodzaju dom Ojca opisuje Bô Yin Râ w prostych i trzeź-
wych, chociaż  uroczych słowach, ów arcyświęty zwią-
zek, ponieważ  każdy, kto doń  należy, stanowi jedność 
z Ojcem, o którym Jezus zawsze tak dobitnie mówi.

Na  środkowym   i   dalekim   Wschodzie   wyobrażenie 

o takich   pośrednikach   i   Mistrzach,   takich  „Kardyna-
łach”,   tych   zasadniczych   punktach   ludzkości,   jest 
dobrze znane. Znane są  tam postacie zbudzone wew-
nętrznie, które doszły do pełnej świadomości w duchu, 
w   buddyźmie   zwane   Bodhisattvas,   które   dobrowolnie 
zrzekały się  stania się  Buddą  i przejścia w najwyższą 
rzeczywistość nirwany, by wytrwać na usługach ludzko-
ści, którą  zbawić  należy aż  do końca dni. Bô Yin Râ 
mówi nam z całą pożądaną jasnością, że bez tych posta-
ci, do których należą  zarówno  „upadli” w ciała ziem-
skie,   jak   również  nigdy   tu   na   ziemi   nie   inkarnowani 
ludzie, zbawienie duszy człowieka ziemskiego byłoby 
nieomal niemożliwością. Bez pośredników jest nie do 
pomyślenia wznoszenie się do jaśniejących sfer. Legen-
da o Chrystusie w przedpiekle szczególnie wskazuje na 
to (do tego rozumie się dochodzi jeszcze szczególne za-
danie tego największego „Miłującego” w gronie Jaśnie-
jących) .

Ale my możemy tutaj tylko napomknąć o tych wyda-

rzeniach. Są  one stale i ciągle przedstawiane lub poru-
szane   z   możliwą  dla   człowieka   jasnością  w   języku 
i sposobie myślenia naszego czasu prawie we wszyst-
kich księgach Mistrza. Czy są na to dowody, lub przy-
najmniej wypracowane filozoficzne teorie? Nie, takich 
nie ma. Już Budda ongi wzbraniał się popierać i wyja-
śniać swoje poznanie przez teorie. Mówił po prostu, co 
poznał i odsyłał swoich uczniów do medytacji. Przez to 

34

background image

chciał  powiedzieć,  że   to   tylko   wewnętrznie   daje   się 
doświadczyć. Bô Yin Râ zupełnie tak samo odsyła do 
wewnętrznego oglądania, do którego naturalnie docho-
dzi   tylko   ten,   kto   zaprowadził  harmonię  i   porządek 
w gospodarce duszewnej i doznaje wewnętrznego kie-
rownictwa jakiegoś Guru, czyli nauczyciela. I będzie się 
niechybnie doznawało go, jeżeli człowiek spełni pierw-
szy warunek.

A  więc   Bô  Yin   Râ   w   wyżej   opisanym   sensie   był 

Mistrzem i – po tamtej stronie – jest nim w dalszym cią-
gu; czy Mistrzostwo posiadał i posiada, to na razie może 
decydować tylko uczucie, zanim to uczucie zdecydowa-
nie nie wstąpi na drogę poznania w medytacji, zanim to 
uczucie  nie odważy się  na  ćwiczenie  się  w mądrości 
życiowej. Wszelkie cechy jego życia i istoty jego, które 
wolno nam było obserwować, były zgodne z jego nauką 
i pozwalały mu, jeśli nie więcej, to, co najmniej wyka-
zać  siebie jako człowieka pogodnego, zrównoważone-
go, o szerokiej naturze i nieustraszonego, którym wszel-
ka obłuda była zupełnie obca. I to jest już wiele naszym 
zdaniem.   Mogłoby   się,   więc   opłacić  poważnie   wziąć 
pod uwagę tego rodzaju naukę.

Jego wydawca pisał kiedyś: „Wyjaśnienia Bô Yin Râ 

są  całkowicie praktycznie pomyślane, a nie jako mate-
riał  naukowy   lub   wyjaśnienie   ustroju  świata.   Jedynie 
praktyczne wprowadzenie w czyn ich wskazówek może 
potwierdzić ich prawidłowość. Świadome odpowiedzial-
ności przejawy  życia i wzrastająca pewność  wewnętrz-
na  –  są  to   pierwsze   owoce   stosowania   się  do   tego 
rodzaju   wskazań.   Rozwój   wewnętrzny   zgodnie   z   jego 
charakterem,   jest   całkowicie   zależny   od   właściwości 
danej jednostki. A do zrozumienia tego, co dla każdego 
czytelnika ma znaczenie i dla niego osobiście służy za 

35

background image

wytyczną, może wskazać drogę tylko wewnętrzna zgoda 
serca, przejawiająca się  jako jasne i uszczęśliwiające 
odczucie   arcypewnego   potwierdzenia   uczuciowego.  – 
Księgi   Bô   Yin   Râ   nie   mają  na   celu   prowadzenia   do 
jakiegoś  nowego krępowania myśli i sumienia, lecz do  
praktycznego przeżycia wolności.

Rzeczowa   trudność  istnieje   tylko   dla   tych,   którzy 

w ogóle nie są w stanie uwierzyć w możliwość poznania 
wiekuistej prawdy, lub też  dla tych, którzy objawienia  
takiej   prawdy,   podane   w   tej   lub   innej   odziedziczonej  
postaci   wiary,   przyjmują  jako   podane   raz   na   zawsze  
i zakończone.”

Co się zaś tyczy imienia Bô Yin Râ: Dlaczego miało-

by  być  tak   trudne   przyjąć  je   jako   cechę  jego   istoty? 
Rzecz jasna,  że etymologią  i szukaniem w hinduskich 
lub   chińskich  źródłosłowach   daleko   się  nie   zajdzie. 
Imiona mogą  być  niedającymi się  wyjaśnić  symbolami 
słownymi dla atmosfery duchowej jakiejś  istoty, mogą 
one również wyrażać życzenie kształtujące i wykazanie 
celu, jak to przeważnie się zdarza, gdy nadajemy imiona 
naszym   nowonarodzonym   dzieciom.   Ludzie,   którzy 
sobie wyrobili więcej niż powierzchowne pojęcie o po-
słannictwie Mistrza, natomiast całkowite  –  tacy, co się 
znajdują  na   wskazanej   przezeń  drodze,   przyzwyczaili 
się do tego imienia, umiłowali je i wyczuwają całkowitą 
wypływającą  z dzieła jego  życia siłę  błogosławieństwa 
zgromadzoną w tych pełnych wyrazu i dźwięku siedmiu 
literach.

Kolejność  dźwięków  Bô Yin Râ  –  tak było kiedyś 

powiedziane  –  jest połączeniem siedmiu głosek w trzy 
sylaby, gdzie autor, a którym tu mowa, czuje się z mate-
matyczną   ścisłością  substancjalnie   określony   zgodnie 
z duchowymi wartościami głosek, o tak zwanym „pseu-

36

background image

doniźmie” nie ma co tu myśleć  już  z tego powodu,  że 
cywilnego   nazwiska   Józef   Schneiderfranken   człowiek 
noszący duchowe imię Bô Yin Râ – nigdy nie ukrywał, 
sylaby Bô Yin Râ – tworzyły jego rzeczywiste, od pra-
czasów związane z nim „Imię”. – To, o czym tu mogli-
śmy tylko napomknąć, znajduje się w pismach osobiście 
przezeń  autentycznie   udokumentowane.  „Jest   rzeczą 
nieodzowną”
 – jak to pisałem w przedmowie do „Bre-
wiarza Bô Yin Râ (1928) – „pisma Bô Yin Râ umieścić 
w tej wyjątkowej pozycji, jak przysługuje tak zwanym 
„Pismom świętym” wszystkich narodów i czasów”.

Jego   Mistrzostwo   pod   pewnym   względem   byłoby 

również na zewnątrz udowodnione, gdyby wykazać, że 
nauka   jego   jest   niezbędna,  że   może   stać  się  doraźną 
pomocą. Innymi słowy, musiało się zawierać w niej coś 
istotnego, czego w innych odziedziczonych wyznaniach 
i naukach, poglądach na  świat i systemach filozoficz-
nych nie ma zupełnie lub tylko dostrzec można niewy-
raźne ślady. Zobaczymy, jak się to dzieje.

Przeciwko Bô Yin Râ, poza wielu innymi, wysunięto 

szczególne   dwa   zastrzeżenia:   jakby   nauka   jego   była 
zlepkiem innych nauk i zestawiona została na drodze 
medialnej.   Drugi   zarzut   jest   zemstą  ludzi   jawnie   lub 
w ukryciu mających do czynienia ze spirytyzmem, który 
on określił, jako wysoce groźny, zemstą ludzi oczekują-
cych sensacji od swych zamaskowanych pod płaszczy-
kiem religii ćwiczeń i bardzo chętnie pragnących czaro-
wać. Pierwszy zarzut jest pozornie poważniejszy, gdyż 
nauka   ta   rzeczywiście   przypomina   prawie   wszędzie 
obrazy  świata i nauki misteryjne, objawiające głęboką 
religijną  treść.  Ale   Bô  Yin   Râ   musiałby  niesłychanie 
wiele studiować i przeczytać, aby być w stanie wszędzie 
w tych sprawach oddzielać prawdziwe perły od fałszy-

37

background image

wych. Na to nie miał  ani czasu ani możliwości i nie 
odpowiadało to jego przyzwyczajeniom życiowym, któ-
re stale i gwałtownie pociągały go do działalności twór-
czej. Zapożyczenie nie należało w jego raczej radykal-
nej naturze, która musiała prawie wyłącznie oddawać 
się  czystej kontemplacji. I to obserwował  on chętniej 
rzeczy żywe, bezpośrednio w duszy, w naturze, w sztu-
ce,   a   w   szczególności   w   krajobrazach   i  życiu   roślin. 
Jego charakter, który go stale pociągał do jedności i har-
monii, do pełnego wyrazu polegania na sobie niby wiel-
kie zdrowe drzewo, nie byłby zgoła w stanie nalepić 
tysięcy różnorodnych rzeczy i złożyć  z tego pozornie 
harmonijną  mozaikę  przypadków.   Ale   pomijając   to, 
możemy wszędzie i zawsze zauważyć, że w całokształ-
cie jego nauki istota rzeczy – pozornie tak podobna do 
najróżniejszych tradycyjnych podań – otrzymuje zupeł-
nie nowe oblicze, mające dla nas ludzi czasów dzisiej-
szych bezpośredni powab, a dalej  – i to niezwykle jest 
ważne  –  te rzeczy same w sobie nie nowe, ale dla nas 
wszystkich tak nowe występują na widownię. Co dzięki 
temu bardziej lub mniej skostniało i przesłonięte mgłą 
pojęcia   innych   nauk   i   religii   nagle   stają  przed   nami 
w pełni   nowego  życia.   Te   dotychczas   nieznane,   bądź 
niewypowiedziane   a   co   najwyżej   tylko   wyczuwane 
zasadnicze   punkty,   pragnęlibyśmy   później   rozpatrzyć 
w osobnych   rozdziałach,   aby  wskazać,   jak   dalece   ten 
ogród objawień i posłannictwo zbawienia daje nieocze-
kiwane a jednak tak upragnione pokrzepienie. Jeżeli to, 
co tu mamy na myśli zbierzemy w czterech pojęciach, 
to będzie to zaledwie namiastka do uporządkowania. W 
każdym razie nie będzie zbyt trudno poznać, że Bô Yin 
Râ w swoich wypowiedziach o „Świątyni Wieczności”
o  „Poznaniu w nas Boga”, o  „Duszy”  i  „Biegunowo-

38

background image

ści” – jak to tymczasem ośmielamy się nazwać – rzucił 
wyzwalające  światło w labirynty ziemskiego szukania 
Prawdy i Praświatła. Jego wyjaśnienia, jeśli je przyjmo-
wać  bezstronnie,   dotyczą  duszy  niby  odwieczne,   nie-
gdyś  i przez nas  śpiewane, ale od dawna zapomniane 
pieśni.

Mimo woli człowiek czuje: „O mój Boże, przecież ja 

o tym od dawna wiedziałem i dowiaduję się wreszcie od 
nowa, że to święta ojczyzna, – jak mogłem o tym zapo-
mnieć?”

39

background image

6. Hellada

W Grecji w latach 1912 do 1913 osiągnął Bô Yin Râ 

wysoki, właściwie szczytowy punkt swego życia. Krajo-
braz grecki z objawiającymi się  w nim formami i du-
chowy   aspekt   nieśmiertelnej   Hellady   tworzy   tło   jego 
podniesienia   do   stanu   Mistrzostwa.   Początkowo   był 
jeszcze uczniem, chociaż trzeba usiłować zrozumieć, co 
oznaczał jego rodzaj uczniostwa.

Wprawienie się  w duchu, chciałoby się  powiedzieć. 

Jest to okres powołania, który poprzedza okres wybra-
nia, tu jednak jeszcze w szczególnym sensie. Ucznio-
stwo w Duchu jest to coś tak wzniosłego,  że nie jeste-
śmy w stanie naszymi miarami zmierzyć tej sprawy. To, 
co się daje osiągnąć w tym stanie uczniowskim, i zaw-
sze bywa osiągane, nie ma nic wspólnego z uzyskaniem 
zewnętrznym wiadomości, zręczności i godności, z kul-
turą zaś i genialnością – bardzo niewiele.

Moralna   dojrzałość  i   nie   dawanie   zbić  się  z   tropu 

przez mętne spory należą  do uczniostwa, nie stanowią 
jednak jego istoty, którą można by raczej określić  jako 
miłość  poznania   ze   wszystkimi   wynikającymi   z   tego 
skutkami, jak na przykład twórczy porządek, porówna-
nie   własnej   jaźni   z   prawdziwa   wolą,   a   mianowicie 

40

background image

boską  wolą  oraz   jednolite   harmonijne   przekształcanie 
wszystkich sił duszy.

Ale istnieją  dwa różne rodzaje tego uczniostwa, lub 

inaczej mówiąc: od pewnej chwili dopiero występują te 
dwa rodzaje na widownię. Każdy uczeń  sam przez się 
w naszym rozumieniu znajduje się  pod kierownictwem 
swego Mistrza, a Mistrzem jego jest jeden z najświęt-
szego grona Jaśniejących. Niektórzy uczniowie – a jest 
ich bardzo niewielu – zostają, na podstawie powziętego 
przed urodzeniem postanowienia, wybrani na Mistrzów.

Wszyscy  pozostali   nie   są  w   tym   stopniu   związani 

i zobowiązani: od nich nie  żąda się  dźwigania prawie 
niedającego się unieść brzemienia miłości, którym obar-
czony   jest   Jaśniejący   w   Praświetle,   ale   pozostający 
w sferze upadłej części ludzkości. Byłoby jednak zaro-
zumiałością  te wspaniałe postacie uczniów niżej cenić. 
Nie ma i nie było tu na ziemi, pomijając pośredników, 
nic   szlachetniejszego   i   ważniejszego.   Kto   studiował 
pisma Mistrza, przypomni sobie,  że niektórych z tych 
uczniów wspomniał po imieniu, w szczególności ucznia 
Jana i apostoła Pawła, kilku  średniowiecznych misty-
ków   i   Jakuba   Boehme,   a   także   hinduskiego   mędrca 
Ramakrishnę.  –  W rozmowach dawał  do zrozumienia, 
że zalicza Leonarda de Vinci do tych ludzi niezwykłych.

Wielu   czytelników   mogłoby   się  dziwić  spotykając 

najsławniejsze imiona w spisie uczniów, a w szczególno-
ści porównanie męża imieniem, Bô Yin Râ z Laotse lub 
wręcz z Jezusem. Zechcą jednak czytelnicy nie gorszyć 
się przedwcześnie, lecz wziąć pod uwagę, że nie chodzi 
tu o porównanie czynu i wielkości, lecz o określenie 
zadania i działalności. Nie zachodzi pytanie, czy Laotse 
był  większy od Bô Yin Râ, lub o to, czy Jezus był  do 
tego stopnia jedynym w swoim rodzaju,  że nie wolno 

41

background image

jego imienia stawiać na równi z innymi imionami. Cho-
dzi o odzyskanie czegoś zgubionego, czegoś co byłoby 
bezpowrotnie stracone, gdyby nie było na ziemi „Przy-
bytku   bożego   u   ludzi”
,   gdzie   działa   grono   szafarzy 
pomocy duchowej i ustawicznie strzeże Światłości nie-
biańskiej, którą człowiek – pragnący przeciwnego świa-
ta i spadający

 

w ciało zwierzęce

 

– musiał porzucić, z bez 

jej   wskazującego   drogę   światła   myśli   nie   odnalazłby 
ścieżyny powrotnej (vide, „Księga Boga żywego”) . Co 
z żywego Światła w upadłych duszach ludzkich lub było 
strzeżone w dawnych naukach i misteriach, zwłaszcza 
też w helleńskich miejscowościach, jak Eleuzys i Delfy, 
było i jest darem owych pośredników.

Zauważyć  należy,  że są  oni pośrednikami, gdyż  lu-

dzie  śmiertelni spośród nich mają Światło nie z siebie, 
lecz było ono im zwracane dzięki żywej „świadomości 
siebie” myśli przez ich nigdy nie podległych śmiertelne-
mu upadkowi Braci, owych Najstarszych.

A więc w Grecji, Bô Yin Râ stał  się  z ucznia Mist-

rzem. W jaki sposób się to odbyło, zostało opisane lub 
napomknięte przede wszystkim u Mistrza w  „Księdze 
Rozmów”
, tej może najosobliwszej z ksiąg. O wszyst-
kim, co z Ducha pochodzi, można w najlepszym razie 
mówić  w   przenośniach.   Tu   udzielił  Mu   jego   własny 
Mistrz i Nauczyciel ostatnich nauk, aż wreszcie zjawili 
się i inni mężowie ze Wschodu, aby go ściśle wypróbo-
wać i nieubłaganie udoskonalonego podnieść do godno-
ści im równej, godności Brata najwyższej wspólnoty na 
ziemi,  gdzie  każdy jest we wszystkich,  a wszyscy są 
w każdym i z których każdy może o sobie powiedzieć: 
„Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (Jan 10,30) .

Przy tym przebiegu wtajemniczenia nowo zbudowa-

ny Brat  poznaje szczególne siły,  które  może znalazły 

42

background image

wyraz   w   obrazowych   darach   magów   ze   Wschodu. 
Historia

 

ta zawarta jest tylko w ewangelii Mateusza i nie 

powiedziano tam, ilu było magów, jak wyglądali i jak 
się  zwali.   Dopiero   znacznie   późniejsza   legenda   dała 
odpowiedź na te pytania.

Nie może być bez znaczenia, że wydarzenia te miały 

miejsce w Grecji. Kto był w Grecji, wie, że kraj ten nale-
ży do Wschodu. Grek wyraża się  o Europie tak, jakby 
kraj   jego   nie   wchodził  w   jej   skład.  A  jeśli   rzucimy 
okiem na starożytną Helladę, a przede wszystkim na to, 
co w książce z moich młodych lat (Podróż  do Italii
nazwałem „wewnętrzną starożytnością (wrażenie, które 
podobało się również Bô Yin Râ) , to może będzie dla 
nas widoczne,  że w tym wspaniale uformowanym ma-
łym kraju wyżłobionym zatokami, z jego  świetlanymi 
wyspami,   doszło   do   najsubtelniejszego   i   ważnego 
ukształtowania   wschodniego   poznania   Ducha,   począt-
kowo niezrozumiałego na skutek jego nieograniczono-
ści, do formy, która poniekąd unosi się  pomiędzy nie-
bem   a   ziemią,   przecudnie   duchowej   a   jednocześnie 
zmysłowej, pomnej  na  to,  że  ciało  ma   być  świątynią 
Ducha. Z hellenizmu płynie również aż po dzień dzisiej-
szy   pielęgnowane   przez   Ducha   bogactwo   kształtów, 
które nie na tym jedynie polega, że dopiero grecka for-
ma myślenia obdarzyła ciałem naukę chrześcijańską i że 
grecka sztuka dla kilku znawców wrażliwych na estety-
kę była ciągle na nowo przedmiotem zachwytu – nawet 
w jej podobnych do ruin resztkach i drobnych szcząt-
kach,

 

że ówczesne rzymskie barbarzyństwo dzięki wpły-

wowi helleńskiemu triumfalnie porwane zostało w krąg 
cywilizacji i zapału do prawdy, dobra i piękna, i że tak 
potężny,   zbyt   niedoceniony   przez   historyków,   twór 
świata helleńskiego, jak państwo rzymskie, bizantyjskie, 

43

background image

przetrwał aż do progu odrodzenia. To greckie wyczucie 
świata było również inne, niż u pogrążonych jeszcze we 
śnie   leśnych   mieszkańców   Zachodu   i   Północy,   a   w 
szczególności różniło się  ono od wyczucia niewolnych 
poddanych wschodnich i południowych satrapii oraz suł-
tanów, gdzie człowiek w porównaniu do swego władcy 
przedstawiał niewiele więcej niż niewolnika lub zabaw-
kę. – Może dla tępoty umysłowej tak jednych jak i dru-
gich było potwornym wstrząsem to nieoczekiwane prze-
niesienie   we   wspaniały   stan   wolności   helleńskiej  – 
z życia zbiorowego w klanach i mentalności niewolni-
ków,   gdzie   nieznanebyło   brzemię  odpowiedzialności 
osobistej ani swobody decyzji, ni troska o indywidualne 
kształtowanie własnego życia.

Grecja jest miejscem narodzin tego, co by można na-

zwać odczuciem Południa. Choćby ta duchowo – ludzka 
rzeczywistość  zapowiadała się  również  już  w egipskiej 
kulturze Azji Mniejszej i dawała się wyraźnie odczuwać 
w kulturze Krety i Myken, aby po raz pierwszy zabły-
snąć  w baśniach  żeglarskich Homera, to jednak pełny 
blask Południa został osiągnięty dopiero wtedy, gdy po-
wstały wiersze Pindera i tragików attyckich oraz serde-
czne myśli Platona, gdy dojrzały twory Fidiasza i Miro-
na, gdy wyrosły kolumny Olimpii i Delf, Aten i Sunio
nu. To odczucie Południa jest w związku przede wszyst-
kim z błękitem morza, wysp, spokojną  linia brzegów 
i opromieniowaną  przez   wóz   słoneczny   Heliosa,   roz-
brzmiewającą powierzchnią morza. Przejawia się one w 
pogodnych i jasnych, prostych i harmonijnych formach, 
mających powab najbardziej niezmąconych wspomnień 
człowieka ziemskiego o jego ojczyźnie duchowej.

To wyczucie Południa – przeżycie duszne Hellenów, 

które przekazali ludziom i czasom, a dzisiaj jawi się jak 

44

background image

już z chwilą, gdy mieszkaniec Północy przekroczy prze-
łęcze Alp, – było, dla Bô Yin Râ podstawowym warun-
kiem kształtowania jego pism i obrazów. Jedne i drugie 
są wybitnie europejskie i z nastrojem przeznaczone dla 
mieszkańców Zachodu, choćby nawet prócz tego bardzo 
silnie  współdziałały  w  nich  inne  pierwiastki  czyniące 
wrażenie wschodnich. Dlatego to pobyt w Grecji miał 
tak doniosłe znaczenie. Dał on nie tylko scenerię dla je-
go podniesienia do mistrzostwa, ale umożliwił również 
Mistrzowi przedstawienie ludzkości – zgodne z jej spo-
sobami

 

myślenia

 

 

swej

 

nauki, swego posłannictwa, swe-

go objawienia  –  ludzkości tak zdecydowanie przepojo-
nej przez Zachód, przez starożytność ze wszystkimi jej 
skutkami.

Dlatego też  nie było to nieuzasadnione,  że Bô Yin 

Râ,   los   rzucił  na   Północ,   osiedlił  się  po   powrocie 
stamtąd w świetlistym kraju tesyńskim, do którego się-
gają promienie odczucia Południa i w którego krajobra-
zach   i   architekturze   ciągle   drga   jeszcze   coś  niecoś 
z wewnętrznego antyku.

Gdy się pomyśli, że pobyt Mistrza w Grecji był wła-

śnie jednoroczną podróżą, to plan tego roku jest nieoce-
niony. Był to cały łańcuch chwil wieczności, które zna-
lazły   swój   artystyczny   wyraz   w   pięknych   szkicach 
greckich krajobrazów i późniejszych wielkich dziełach 
epickich. Nawiasem wspomnieć  należy,  że Bô Yin Râ 
miał  szczęście przez mała kwadrans oglądać  z Lariszy 
Olimp wolny od chmur. Niestety, niektóre z najpiękniej-
szych krajobrazów zginęły w zamieszkach wojennych. 
Mistrz aż do ostatnich lat życia tworzył  z pomocą nie-
wielu swoich szkiców z pamięci obrazowe wizje swej 
umiłowanej Hellady.

45

background image

7. Styl

Pewien sławny przyrodnik francuski sądził, że styl to 

sam człowiek, sądził  wręcz,  że styl i człowiek to jest 
jedno.   Cóż,   więc   ma   właściwie   znaczyć  to   osobliwe 
pojęcie „styl”?

Zawiera ono pierwotnie zupełnie konkretne wyobra-

żenie. Dawne helleńskie słowo, któremu służy za pod-
stawę: stylios oznacza coś prosto stojącego i podpierają-
cego,

 

jakby filar lub kolumnę; jeśli ktoś  chce: z wszy

stkich kolumn wybrano dorycką, jakby znalezioną i wy-
jętą z wieczności.

Jednym słowem, styl jakiegoś przedmiotu, styl jakie-

goś wieku, styl jakiegoś człowieka i jego życia, myśle-
nia i twórczości podobny jest do „kolumny”. Rzeczywi-
ście   kolumną  staje   się  tylko   zbudzony,   na   nowo 
narodzony człowiek.

Uprzytomnijmy   sobie,   aby   całą  tę  myśl   należycie 

wyjaśnić, funkcję kolumny w świątyni doryckiej.

Taka kolumna  –  najszlachetniejsza forma z najszla-

chetniejszego materiału, jasnego marmuru greckich gór 
z lądu lub wysp – tkwi w ziemi, tworzącej jej podstawę, 
dlatego też nie wymaga żadnej innej podstawy jak owe 
przeznaczone   na   sprzedaż  pochodne   formy   kolumn. 

46

background image

Wznosi   się  ona   wzwyż,   skupiając   wszystkie   siły   na 
rowkach kaneli i łącząc je, przy czym echinus kapittelu 
ostatecznie wieńczy i łączy całość. Abskus jest tu cząst-
kowym belkowaniem, które indywidualnie  –  mikroko-
smicznie   poprzedza   podpierana   przezeń  i   jak   gdyby 
z czcią dźwiganą całość belkowania.

Tak   oto  łączy   ona   harmonijne   niższe   z   wyższym, 

przyjmujący i rodzący świat nocy z płodzącym i błogo-
sławiającym  światem   dnia,   zgodna   własną  postacią 
z postaciami wszystkich towarzyszących jej kolumn.

Czy mogłoby architektura dać  doskonalszy symbol 

człowieka   zbudzonego   do   wszechświadomości?   Nie 
możemy sobie tego wyobrazić.

Powyższe rozważania wydawały się nam celowe, by 

lepiej zrozumieć styl interesujących nas tutaj pism i ob-
razków i by ocenić je należycie. Bô Yin Râ i jego dzieło 
są jednym słowem jakby kolumną. Potężne i jasne, har-
monijne i spokojne, prosto i dźwięcznie – niby kolumny 
z pentelisjkiego lub paryskiego marmuru – otaczają jego 
książki,  środki wyrazu jego malowideł,  świętość  jego 
zadania, które by było niewykonalne, gdyby nie propor-
cjonalna zgodność  z pulsującymi prawami Wszechży-
cia.   Choćby   nasze   czasy   były   nacechowane   brakiem 
zrozumienia sztuki, bądź obce ornamentacyjnej struktu-
rze Ducha, to jednak wpływ na teraźniejszych i przy-
szłych   ludzi   ziemskich   przeznaczonych   do   zbudzenia 
się  działać  może   jedynie   według   praw   panujących 
zarówno w kosmosie jak i w duszy człowieka. Jest to 
taka sama,  że tak powiemy, artystyczna liturgika, jaka 
przenika makro – i mikrokosmos. Świat Światłości, jak 
również  jego   odblask   we   wszystkich   wypływających 
z niego i odpadających odeń królestwa cieni jest właści-
wie   mówiąc  –  dziełem   sztuki   i   tęskniąca   doń  dusza 

47

background image

ludzka może doń  tylko wtedy powrócić, gdy się  sama 
stanie dziełem sztuki.

Nie   należy   tego   rozumieć,   jakoby  każdy   człowiek 

musiał być artystą i że dla nie artysty nie ma nadziei na 
wyzwolenie. Takie ujęcie byłoby zgoła powierzchowne. 
Nie chodzi tu bynajmniej o coś związanego z zawodem, 
lecz o powołanie, które staje się  w największej głębi 
duszy. Ale to jądro duszy rozumie tylko jedną  mowę 
świętą,   zbudowaną  na   prawach   piękna   i   harmonii, 
w pra-ogniu miłości wiecznie żarzącą się mowę Boga.

Mowa złożona ze słów i zdań lub też mowa wzroko-

wa  – z linii i barw, która ma wychować  tak, by mowę 
Boga, mowę Zielonych Świątek znowu zrozumieć i nią 
władać,   musi   być  zbudowana   w   odpowiednim   stylu, 
musi całkowicie odpowiadać kolumnie, musi być zespo-
lona jak przenośnia, jakim człowiek być powinien, jeśli 
się  znowu   zjednoczy   ze   swym   Bogiem,   oddając   mu 
z powrotem ziemskość, w której tkwi.

Oto język, którym przemawia Bô Yin Râ.
Wszyscy mogą  go zrozumieć, jeżeli tylko słuchają 

go  i   spoglądają  od  wewnątrz   swej   istoty,   a  mniej  od 
zewnątrz. Tam niespodziewanie mogą rozewrzeć się dla 
nich   nieskończone   obszary   bytu   ożywione   formami 
podlegającymi tym samym prawom, co i owa złocisto – 
biała mowa, tak dobrze nam znana.

Ta mowa jest wskazówką z boskiej ojczyzny. Każde 

słowo jest tylko symbolem. Każdy symbol jest wska-
zówką.   Symbol   kolumny   doryckiej   jest   wskazówką, 
dającą do zrozumienia człowiekowi, jaki być powinien, 
aby całkowicie być samym sobą: w jednakowej i wolnej 
wibracji woli z Prajaźnią.

Doskonały styl jest wypowiadaniem siebie. Bô Yin 

Râ nie czyni nic innego, jak tylko nieustannie wypowia-

48

background image

da siebie za pomocą środków słuchowych lub optycz-
nych.

Ale należy dobrze zrozumieć, co to znaczy. To, co 

ludzie   zazwyczaj   nazywają   „wypowiadaniem   się”   ma 
małe,   albo   też  nie   ma   nic   wspólnego   z   prawdziwym 
wypowiadaniem siebie. Częstokroć chodzi tam o czczą 
gadaninę, bądź o pełną trwogi i pieszczącą się z cierpie-
niem spowiedź, która najczęściej tylko pozornie sprawia 
ulgę. Wypowiadanie siebie jest zupełnie innego, a mia-
nowicie duchowego rzędu.

Jeżeli  Adalbert   Stifter   opisuje   jakiś  austriacki   lub 

czeski krajobraz, jeżeli Jan Jakob jakiś łaciński lub hel-
leński, jeżeli Herman Hesse jakiś indyjski lub tessyński 
krajobraz, wówczas robi to wspaniałe i przekonywujące 
wrażenie, ponieważ te szlachetne duchy – za pośrednic-
twem krajobrazu – wypowiadają najgłębszą jaźń swoją. 
Gdyby   mówili   tylko   o   krajobrazie,   pozostawałby   on 
głuchy i niemy, a sami byliby partaczami. Sposób wy-
powiadania   się  powinien   być  całkowicie   przejrzysty, 
aby  jądro  zjawiska  mogło  wystąpić  w  swym   królew-
skim majestacie.

A więc każdy styl tu na tym świecie posiada „żużle” 

bądź  w  środkach, bądź  w materiale.  Środki i materiał 
same w sobie są  nie istotne,  żużlowate i znikome, z tą 
tylko różnicą, że środki doprowadzone do przejrzystości 
mogą być podniesione do stanu przemienienia, podczas 
gdy materiał, jako zewnętrzne tworzywo, jest i pozosta-
nie żużlem.

Im większym jest ktoś  mistrzem stylu, tym bardziej 

ogranicza się  u niego  żużel do materiału, podczas gdy 
jego środki mogą być znacznie uszlachetnione, aż do cał-
kowitego

 

wbudowania

 

w świadomość duchową. Wpraw-

dzie do tego celu zbliżają  się  jedynie powołani i będą 

49

background image

się znajdowali przeważnie w stanie „uczniowskim”, – a 
więc będą to ludzie kierowani przez jednego z członków 
świetlanego chóru zjednoczonych z Bogiem mędrców. 
Styl takich wybrańców będziemy mogli uważać za bez 
mała doskonały, całkowicie podobny do kolumny. Do 
niczego nie może tu doprowadzić podchwytująca słowa 
krytyka stylu: podchodzenie do objawień Jaśniejących z 
subiektywnymi poglądami i uprzedzeniami jest na dal-
szą metę skazane na niepowodzenie. Zresztą jest rzeczą 
wątpliwą, czy zwykłe sposoby krytyki w stosunku do 
dzieł wielkich artystów można w ogóle brać poważnie, 
a cóż dopiero w wypadku objawienia, którego prawdzi-
wość  można   byłoby  sprawdzić  tylko   w   drodze   wew-
nętrznego przeżycia. Bardziej niż  gdziekolwiek indziej 
styl i człowiek tutaj nie różnią się.

Jeżeli tu występujemy, wobec Bô Yin Râ jako czło-

wieka zaprowadzającego ład i kształt, zobowiązani jeste-
śmy rozpatrzyć  pewne najważniejsze osobliwości jego 
stylu, z którym muszą wynikać logiczne wnioski, co do 
istoty dzieła i człowieka.

Może wskazane jest najpierw rzucić  okiem na jego 

obrazy, ponieważ  tam szybciej i bardziej bezpośrednio 
osiąga się ogólne wrażenie. Zupełnie obojętne przy tym, 
czy uprzytomnimy sobie jedną z jego duchowych kom-
pozycji, – zjawia się uczucie, że coś się otwiera, otwiera 
się szeroko, coraz szerzej, a dusza nasza może doświad-
czyć  przyjemnego uczucia stale wzrastającego wyzwo-
lenia, jeśli ma zamiar współbrzmieć. Że to, co tu powie-
dziano, nie jest tylko wyrazem dowolnej interpretacji, 
wskazuje wręcz bezpośrednio obiektywna budowa wię-
kszości obrazów duchowych. Spotykamy w nich prawie 
zawsze przednie kulisy w postaci obramowania z wyraź-
nie poruszanych składających się form, jakby rozsuwają-

50

background image

cych się, aby dopuścić rzut okiem do wnętrza, czyniące-
go wrażenie świętego, tak jak rozsuwają się chmury po 
burzy,   ustępując   przed   wspaniałością  nieba   i   jego 
światła. Tę niebiańską część środkową zapełniają często 
śnieżne lub koloru kości słoniowej obrazy górskie i w 
rodzaju

 

wież,

 

jak

 

również

 

złote

 

lub

 

barwne słońca, a ca-

łość  dyszy szczęściem, spokojem i wzniosłą  harmonią. 
Dosłownie   coś  się  otworzyło.   Napięcie   ustępuje,   aby 
dać miejsce swobodzie. Radosne, zdecydowanie uszczę-
śliwiające przeżycie.

Ale nawet przy krajobrazach można zrobić  te same 

spostrzeżenia, o ile widz nie trzyma się ściśle przedmio-
tu krajobrazu. Chodziło mu tam, podobnie jak i wszę-
dzie, o prostotę, którą mądry Hans Thoma wpajał w nie-
go wówczas jeszcze, kiedy korzystał z jego wskazówek 
we Frankfurcie. Dzięki tej prostocie i „ornamentalnemu 
ujmowaniu natury”

 

uzyskuje

 

się niespodziewaną olbrzy-

mią  przestronność. Szczególna właściwość  tych krajo-
brazów,  zwłaszcza od czasu  przeżyć  greckich, polega 
zawsze na tym,  że niezależnie od wybranego motywu 
robią one wrażenie stojących otworem i nieruchomych. 
Jest to tak, jak gdyby odkryty dopiero przez nie widz 
był  zaproszony   jako   gość:   wejdź  i   znajdź  tu   pokój 
i radość, spokój i wyrównanie wszelkich przeciwności. 
Zupełnie wyraźnie występuje zamiast naturalnego tema-
tu coś  z wziętej za tło sytuacji duchowej. Tutaj Mistrz 
zgodnie ze swą naturą wprawiał się w świetlanej magii 
również  jako  żyjący   w   ciele   człowiek.  A  oto   jedno 
z moich własnych wspomnień:

„Pewnego razu, gdyśmy o zmierzchu zimowym wra-

cali z Carony, wielogłosowy dźwięk dzwonów tesyńskich 
kościołów dochodził  do nas ze wszystkich stron przez  
ostre powietrze przesycone zapachem dymu drzewnego, 

51

background image

a w dali Monte Rosa połyskiwała  śnieżnym blaskiem. 
Mistrz w sposób tajemniczy otworzył  mi serce, tak,  że 
do   pewnego   stopnia   wyczuwałem   krajobraz   od 
wewnątrz. Nie daje się opisać, ale czułem w tej chwili, 
co to jest człowiek oraz jakim był on człowiekiem.”

Od czasu pobytu w Grecji w obrazach jego dojrzała 

do tego stopnia właściwa dlań „matematyka” podziału 
przestrzennego i wartości farb, że jego styl nie może już 
być  porównywany   ze   stylem   jakiegokolwiek   innego 
mistrza. Pytania o pięknie lub brzydocie rozwiązują się 
same przez się, gdy natura dzięki ornamentalnemu uję-
ciu zostaje wyzwolona – z powstałego z przeciwieństw 
napięcia – ręką człowieka, który przypomniał sobie zno-
wu swą  przyrodzoną  królewskość  nie tylko w marze-
niach, lecz w rzeczywistości.

Bô Yin Râ częstokroć podkreślał to wspaniałe pocho-

dzenie, ale przebłyskuje ono również w innych słowach, 
niedźwięczących   bynajmniej   mistycznie,   w   liście   do 
jednego z przyjaciół (14.3.1927): „Każde wielkie dzieło 
wymaga pewnego nadmiaru ufności do samego siebie”.

Przez to nie chciał oczywiście bronić chaosu i pychy, 

gdyż  tam gdzieś  chodzi o tego człowieka i jego styl, 
wszystko było w nim „karmicznie jasne i prostokątnie 
obciosane”.

Dlatego nie tolerował on nigdy bezplanowej wybuja-

łości fantazji, ani w swych malowidłach ani w swych 
pismach, przy całym właściwym mu rozmachu i beztro-
skiej   rozwlekłości,   przypominającej   wschodnią  i   bud-
dyjską  literaturę. Słowa z wiersza Holderline „święcie 
trzeźwy”,   które  stały  sięsławne,  dotyczą  właśnie   jego 
stylu.   Jeśli   sprawdzić  następnie   jego   kompozycje   du-
chowe, promieniujące złocisto białym blaskiem, często 
jak u Goethego w późniejszym wieku wydłużone okre-

52

background image

sy,   jak   również  niektóre   rozdziały   w  „Księdze   Roz-
mów”
 i „Księdze sztuki Królewskiej” przybrane w szatę 
bajek, wówczas wątpliwości, co do źródeł tej duchowej 
twórczości znikną  bez  śladu. Jego pisma są  w każdej 
sylabie, jego obrazy w każdej  linii, w każdej  plamce 
barwnej – radosnym hymnem dla wspaniałej siły miło-
ści do wszystkiego, co boskie, z czego wszyscy powstali-
śmy i dzięki czemu żyjemy.

I to właśnie ta niezłomna pewność i stałe świadome 

doświadczanie   boskiej   rzeczywistości   sprawiają,  że 
wszystko staje się u niego tak solidne. Nikt nie znajdo-
wał większej satysfakcji z solidności niż on.

Zarówno w  życiu, jak i swym stylu i jego  środkach 

był  człowiekiem   wielkiej   miary,   całkowicie   obcym 
skąpstwem,   ale   również  przeciwnym   bezużytecznemu 
marnotrawstwu,   tym   bardziej,  że   stale   i   ciągle   kładł 
nacisk na konieczność  wdzięczności w odniesieniu do 
wszystkiego i do każdego, co kogoś spotyka, co komuś 
przypada w udziale, co ktoś zużywa i spożywa. Nic z te-
go wszystkiego, z czym się w życiu spotykamy, zwłasz-
cza, jeśli to jest coś miłego, nic nie jest rzeczą zwykłą, 
samo przez się zrozumiałą – mawiał z naciskiem. Jego 
styl, jego charakter powinien służyć każdemu twórcy za 
wzór.. Każdy artysta, niezależnie od tego, jakie dzieło 
planuje i tworzy, musi stanowczo zasięgnąć rady swego 
sumienia.   Najmniejsze   nawet   nadużycie   materiału   i 
środków,   kształtów   i   pomysłów   będzie   nań  fatalnie 
oddziaływać. Sztuka musi pełnić wolę bożą, wprzeciw-
nym razie jest jej grzechem przeciw Duchowi.

Mogło   zapewne   rzucić  się  w  oczy,  że   Bô  Yin   Râ 

zaimki  osobowe bardzo  często stosuje do siebie.  Coś 
władczego, imponującego i potężnego w tonie jego „Ja” 
decyduje   do   pewnego   stopnia   o   jego   stylu.   Słusznie 

53

background image

mógłby ktoś ten, który zresztą u niego stale robi wraże-
nie jowialnego i patriarchalnego, odczuwać  jako chy-
biony   i   nieudany,   gdyby   nie   występował  tu   właśnie 
człowiek posiadający mistrzostwo, tak jak pragniemy, 
by było ono rozumiane:

Mistrzostwo   Jaśniejących   w   Praświetle.   Jeżeli   oni 

przejawiają w tonie Ja, to mówią o potędze pewnej Jaź-
ni, która nie jest zwodnicza, poobwieszana świecidełka-
mi   i   nie   jest   z   tego  świata,   lecz   spoczywa   w  łonie 
boskiej Prajaźni i mówią na mocy pewnej Jaźni, której o 
sobie wolno powiedzieć, a która powiedzieć  to musi: 
„Ja i Ojciec jedno jesteśmy”. Dlatego też całe jego dzie-
ło   jest   w   pewnym   stopniu   jego   własnym   portretem, 
a tego rodzaju dzieł ludzkość wydała niewiele. Dotyczy 
to zarówno jego obrazów jak i pism. Jego styl jest iden-
tyczny   z   jego   jaźnią,   z   jaźnią  jego   Braci   w   Duchu, 
kolumną w Świątyni Wieczności.

Jedynie wychodzące w tej potęgi „Ja” można wyja-

śnić  stylistyczne osobliwości, które rzucają  się  w oczy 
każdemu bezstronnemu czytelnikowi ksiąg, o których tu 
mowa. Przede wszystkim daje się w nich zauważyć, że 
tak się  wyrażę, akcent rapsodyczny, który szczególnie 
był  utrzymywany  w  pierwszych,   podstawowych   księ-
gach.   Rytm   uroczystych   zdań   łatwiej   utrwala   się  w 
wewnętrznych zmysłach (jak również i w naszej pamię-
ci zewnętrznej) .

Nie ma więc także w tym nic dziwnego, że niekiedy 

w tym rytmicznym falowaniu zjawiają się formy wyra-
zów  rzadko   używane,  robiące   wrażenie  archaicznych: 
na przykład upodobanie do stosowania „saskiego gene-
tivu”   (przykłady:  „aller   Menschheit   Fluren”,   den 
Meisters erate Kindheit”, seiner Enge Fessel”  
itd.   – 
jako unikanie rodzajnika) przykład: alter Observanz des 

54

background image

Judentums   getreu”  zamiast  der   alten   Observanz....”); 
jako   uwypuklenie   rzeczownika   celem   rozszerzenia 
w zdaniu względna (przykład:  „Die seine Bruder sind, 
nennen ihn....”
) ; jako zaakcentowanie przez podwójną 
negację (przykład: .... keiner meiner Bruder ist, der hier  
nicht ehr furchtsvoll ver ihm sich neigen musste”
) . Moż-
na by było przytoczyć jeszcze wiele innych podobnych 
środków   wyrazu.   Zawsze   słyszy  się  w  tych   zdaniach 
mowę i czytelnik czuje, że autor do niego bezpośrednio 
się zwraca w sposób poufały, patriarchalny i traktujący 
go po prostu per „ty”.

Przez pauzy i spacje domaga się utrwalenia tekstu w 

pamięci.   Bezustannie   poniekąd   bada   i   uprawia   glebę 
duszy, w którą rzuca swój siew. Czasami robi wrażenie 
reżysera,   który  rozważył  i   opracował  starannie   każde 
słowo, i wtłacza je w słuchającego uważnie aktora, aby 
służyły   następnie   dzieciom   ludzkości   do   wielbienia 
kosmicznej poezji złożonej z prawdy i piękna. Wszyst-
kie te  środki stosował  bardziej powściągliwie w księ-
gach, które się później ukazały, chociaż okresy wyłado-
wują się prawie że jeszcze obszerniej. Albo może należy 
trafniej powiedzieć: nie rozbudowują się one tak bardzo 
wszerz, ale raczej wzwyż i w głąb, stają się coraz bar-
dziej strome i bardziej podobne do kolumn. Trzeba je 
bardzo spokojnie wchłaniać i starać się rozmyślać. Stają 
się  coraz   bardziej   na   to   nastawione,  żeby   nie   można 
było pominąć ich przy czytaniu.

Czyżby powstawał w związku z tym rozwojem rzu-

cający się  w oczy fakt,  że wcześniejsze obrazy ducho-
we,   tak   jak   je   znamy   z   księgi  „Światy”,   przeważnie 
były w formacie poziomym,  późniejsze zaś  i ostatnie 
tego rodzaju kompozycje wszystkie bez wyjątku dawały 
pierwszeństwo formatowi wzwyż? Często wszak zdarza 

55

background image

się,  że   wielcy   twórcy   w   sile   wieku   skłaniają  się  ku 
poziomej linii morza, a w późniejszym czasie – ku idą-
cej wzwyż linii gór alpejskich, czy to raczej zewnętrzne, 
czy   bardziej   wewnętrznie   (po.   Michał  Anioł,   Rem-
brandt, Goethe) .

Niech wystarczy już  to wszystko cośmy dotąd po-

wiedzieli. Daleką  jest od nas pokusa dania całkowitej 
psychologii   interesującego   nas   dzieła.   Mogą  tu   być 
podane tylko impulsy i zachęta do pełniejszego wniknię-
cia z miłością w coś, czego sobie niechętnie i wzgardli-
wie odmawiamy, nie przeczuwając, co w głębi się  tu 
rozgrywa, a mianowicie:  Tuares agitur. Ciebie to doty-
czy.

56

background image

8. Postać

Istnieje na Zachodzie stosunkowo mało znany szczyt 

sztuki   ludzkiej:   daleko-wschodnie   malarstwo   tuszem, 
zwłaszcza   wykonane   przez   Zen-byddystów   w   dawno 
minionych wiekach, odpowiadających mniej więcej na-
szemu  średniowieczu.  W   tym   malarstwie,   przyjmując 
pod uwagę środki niezmiernie oszczędnej i celnej sztu-
ki, spotyka się nierzadko wizerunek Bodhidharma, owe-
go   indyjskiego   księcia,   który   udał  się  do   Chin,   aby 
nadać  buddyzmowi cechy wspólne z taoizmem, a mia-
nowicie naukę  Zen, według której poznania prowadzą-
cego   do   szczęśliwości   nie   można   osiągnąć  ani   przez 
mądrość zaczerpniętą z ksiąg, ani przez rytuały i czynno-
ści, lecz jedynie przez wewnętrzne pogrążenie a więc 
rozmyślanie.

Ów bez wątpienia oświecony i świadomy stosunków 

duchowych mąż wydaje się być w swych rysach twarzy 
– choćby nawet „wizerunki”, które chciały przedstawić 
raczej siłę, Świadomość i mądrość a nie podobieństwo – 
podobny z rysów do naszego Mistrza. Powiedziałem to 
w tym znaczeniu,  że obydwa oblicza tak odpowiadają 
jedno drugiemu, jak to może się dziać z dwoma dębami, 
z   dwoma   górskimi   jeziorami   lub   dwiema   katedrami 

57

background image

gotyckimi. Widać te same pełne i doświadczone usta na 
pełnym siły woli podbródkiem, ten sam silny nos, to 
samo głębokie przenikliwe spojrzenie oczu pod potęż-
nym czołem i silną czaszką. Również brody były bardzo 
podobne, dopóki Bô Yin Râ swojej nie zgolił.

Obie twarze opromienia ogień poznania, rzuca się w 

oczy pewna surowość, które świadczą o niezwykłej sile 
wypływającej z powagi duchowej potęgi i łaski i posia-
dają  swego   rodzaju   pełnię   –  jak   się  wydaje   niewiele 
ceniącą ascezę i umartwianie ciała jako środki wiodące 
do celu. Tak jedno jak i drugie oblicze należy do ludzi 
torujących drogę do kraju, gdzie powstaje twórcza rze-
czywistość. Ale jest w nich pewna różnica: niezwłocz-
nie daje się zauważyć, że oblicze pierwszego Zen – pa-
triarchy jest tak strasznie zamknięte, by każdego wprost 
przerazić, podczas gdy rysy w obliczu naszego Mistrza 
jednak łagodnie się rozwierają, jak to czyniła cała jego 
istota   w   stosunku   do   niezmiernie   wielu   ludzi,   którzy 
u niego szukali rady i pomocy. Obie fizjonomie odpo-
wiadają  całkowicie   dziełom   ich   posiadaczy.   Bodhi-
dharm   nie   znalazł  innej   możliwości   przekazywania 
wskazówek na wspinanie się wzwyż, jak przemilczenie, 
jak symboliczne napomknienia o okresach czasu kryją-
cych w sobie siły i szafujących nimi. Wszystkie pisma 
Zen są, więc dziwne, pełne ciemnej, pozornie dziwacz-
nej dowolności, pisma, których głęboki sens otwiera się 
dopiero przebudzonemu w duchu. Ale Zen można zro-
zumieć  najprędzej   w   przecudownych   przenośniach 
malarskich sztuki Zen, naszkicowanych z błyskawiczną 
szybkością  piórkiem lub pędzlem z włosia borsuka lub 
też złamaną trzciną.

Po tych wysiłkach doprawdy wielkich ludzi i arty-

stów pragnących wyrazić owo niewypowiedziane, moż-

58

background image

na lepiej osądzić, co zdziałał Bô Yin Râ swoja twórczo-
ścią, czyniąc za pomocą słowa (i farby) rzeczy niemoż-
liwe możliwymi. W nauce i sztuce Zen wszelka postać 
jest ujęta w chwili wyzwolenia, by w ten sposób dać 
możność odczucia charakteru tej istoty.

U Bô Yin Râ tymczasem staje się wszystko postacią 

i objawia charakter tej istoty. Tożsamość  nieba i ziemi 
zostaje   zobrazowana   w   prawie   nieznany   dotychczas 
sposób.

Bô Yin Râ był wysokiego wzrostu, przystojny, które-

go dopiero cierpienia w drugiej połowie życia wyrządzi-
ły krzywdę  fizyczną, lecz z drugiej strony dopomogły 
do   wyrobienia   pewnych   charakterystycznych   rysów 
fizjonomii, tak, że wyłoniła się postać – niegdyś kwiat, 
teraz dopiero owoc rzeczy osiągniętych i dokonanych, 
a przede wszystkim ziarno do siewu tego, co w przyszło-
ści ma się urzeczywistnić i przeobrazić. Jeżeli jako mło-
dzieniec i mężczyzna w ziemskim znaczeniu mógł być 
nazwany  pięknym  i  przystojnym,  to   w jego  jesiennej 
dojrzałości  życia   wystąpiła   nadzwyczajna   siła   i   szla-
chetność; pomimo całego naturalnego przeminięcia peł-
nych   powabu   cech   rzeczy   ziemskich:   ten   spokój   od-
świętny,   to  łagodne   królestwo   pośrednie   między 
jaskrawymi marzeniami dnia i słodkim spokojem nocy, 
przygotowania do chwili, kiedy  „słońce da się  ujrzeć 
o północy”
  –  Wyciskają  na rozstającej się  z tym  świa-
tem fizyczności piętno prawdziwości duchowej promie-
niującej żarem miłości.

Jego postać nadająca sens wszelkiej jego twórczości, 

ta zewnętrzna znikoma powłoka jego istoty była zawsze 
od   początku  życia   bardzo   zagrożona   (albowiem   siły 
zniszczenia oczywiście godziły szczególnie w tę  grupę 
cicho   a   potężnie   działającą,   ową   „najmniejszą  grupę 

59

background image

duszną ludzi ziemskich o pokrewnych impulsach, grupę 
sięgającą  do  świetlanego   kręgu   prapewnego   bytu”– 
(vide  „Upiór wolności”  str. 147) , odkąd 25 listopada 
1876 roku o godzinie 2 rano pod postacią ziemską naro-
dził się człowiek jako Józef Antoni Schneider) w przy-
szłości dopiero jako artysta dla odróżnienia od niezli-
czonych innych osób noszących to nazwisko, przybrał 
nazwisko   Schneiderfranken,   zatwierdzone   urzędowo 
jako nazwisko rodowe) .

Jego ojciec Józef Schneider pochodził  z Eugstadtk) 

Miltttenberga   we   Frankonii,   matka   jego   Maria  Anna, 
z domu   Albert,   z   Hosbach   niedaleko   Aszafenburga. 
Przodkowie jego byli od dawna osiadłymi wolnymi wi-
niarzami i majstrami ciesielskimi, ze strony zaś  matki 
leśnicy mogunoccy.

Już po pierwszym szczepieniu ospy był bliski śmier-

ci. Jako mały chłopiec wpadł kiedyś pod lód na Menie, 
a gdy pewnego razu opierał się, by go położono do łóż-
ka, tak, że – w przeciwieństwie do surowego skrupulat-
nego   ojca,   bardzo  łagodna   matka   zatrzymała   go   na 
chwilę przy sobie, zarwał się sufit nad jego pustym łóż-
kiem, co wywołał  w jego pobożnej i po dziecięcemu 
wierzącej   matce   przekonanie,  że  święty   Józef,   jego 
patron,   uratował  dziecko.   W   dzień  Wniebowzięcia 
Marii,   jako  młodzieńcowi,   przytrafił  mu   się  wypadek 
kolejowy.   Razem   z   narożną  częścią  jego   przedziału 
wyrzucony został na pole, gdzie go znaleziono nieprzy-
tomnego.  Wszystkie   jego   lata   spędzone   w   Szwajcarii 
były przyćmione stale wzmagającymi się  cierpieniami, 
wobec których cudem się  wydaje, że jego ciało jednak 
tak długo mogło opierać się śmierci.

Lecz można to objaśnić  tylko całkowitą  odmienno-

ścią  jego   duchowo  –  ludzkiego   nastawienia.   Pewne 

60

background image

w związku z tym już wspomniane i inne jeszcze poema-
ty   dydaktyczne   z   księgi  „Marginalia”  dają  uważnie 
wsłuchującemu się w nie – do głębi wzruszające wyja-
śnienia.

Najbardziej szczególne w jego postaci i jego istocie 

było   to,  że   był  całkowicie   „po   ziemsku   zabarwiony” 
i pośród   wszelkich   ciężarów   i   mąk,   których   ogromu 
większość ludzi nie może sobie wyobrazić i nie powin-
na sobie wyobrażać (vide „Poważna prośba” Margi-
naliach
): w gruncie rzeczy był stale pogodny i szczęśli-
wy,   a   przy   tym   rozsiewał  wokół  szczęście,  żywy 
przykład zadziwiających nauk zawartych w jego „Księ-
dze Szczęścia”
, które wręcz nakazują obowiązek szczę-
ścia i określają  jako grzech brak pragnienia szczęścia, 
niechęć stworzenia go sobie lub w dążeniu do szczęścia 
wykazywanie  „politowania   godnej   skromności”.   Po-
twierdził  swym  życiem i twórczością  wygłoszone prze 
siebie   zdanie:  „Szczęście   jest   zadowoleniem   twórcy 
z jego dzieła”
.

Dobitnie nam wpoił, że bytowanie ludzkie jest rów-

noznaczne   z   radosną,   swobodną  twórczością  zgodnie 
z utajoną w nas wolą boską, twórczością, której tworze-
nie nigdy się  nie kończy. Dlatego też  Bô Yin Râ miał 
zwyczaj ostro występować przeciwko bezpodstawnemu 
smutkowi,   który  tak  łatwo   opanowuje  subtelniejszego 
człowieka, i piętnował  ten smutek jako niebezpieczne 
schorzenie   nerwowe,   przeciwko   któremu   najlepszym 
lekarstwem   jest   pełnienie   obowiązków   i   praca.   Z   tą 
cechą  charakteru sam musiał  walczyć  w młodości, aż 
mu się udało całkowicie ją opanować. Chociaż z natury 
odziedziczył  on   względnie   dobre   warunki   fizyczne  – 
jego ojciec był winiarzem, był to zresztą postawny męż-
czyzna o czarujących oczach – to jednak łączył w sobie 

61

background image

przy całym uporze i sprężystości wielką  delikatność  i 
wrażliwość  uczuć. Do jego zdolności należał  może też 
talent do trzymania się tego, co konieczne, a jednocze-
śnie odrzucania i wyłączania wszystkiego, co zbędne; 
przejawiało się  to przede wszystkim w tym,  że często-
kroć  trudno   mu   było   zapamiętać  jakąś  zwrotkę  lub 
temat   muzyczny,   podczas   gdy   posiadał  bez   zarzutu 
pamięć miejsca, barw, kształtu i położenia.

Skłonność w czasach swej młodości do oczekiwania 

natchnienia przy swej artystycznej pracy przezwyciężył 
później przez surowe wychowanie siebie do pracy. Jeśli 
przyjąć, że królestwo niebieskie gwałt cierpi, to można 
spokojnie przypuścić, że nawet muza do pewnego stop-
nia   ulegać  może   przymusowi.  Ściśle   tak   samo,   jak 
szczęście, można i ją wciągnąć w prawdziwą, a nie tyl-
ko maskowaną  jako  życzenie wolę: jednak natchnienie 
i entuzjazm, które bynajmniej nie mogą zawsze wyłado-
wywać  się  na zewnątrz w jakichś  przesadnych gestach 
i zbytniej czułości, nie są identyczne ze szczęściem.

W ogóle szczęście, a więc szczęście tworzenia jest 

przecież  wzrastającą  harmonią  z ukrytą  w nas postacią 
Ducha, radosnym działaniem przy powstawaniu Świąty-
ni, w ziemskiej postaci. Dlatego Mistrz zawsze wystę-
pował o godne reprezentowanie tej postaci przez staran-
ne   i   zgodne   z   Duchem   zachowaniem   formy   i   form 
w naszym otoczeniu, a zatem i w ubraniu. Zawsze dbał, 
w miarę posiadanych do dyspozycji środków, o dyskret-
ną solidność i nobliwość ubrania.

Nie   cierpiał  niedbalstwa,   tak   w   tych   sprawach   jak 

i wszędzie. Przy całym humorze i wybaczającym uśmie-
chu   wobec   zwierzęco   ludzkich   słabości,   miał  jednak 
ostre i nieubłagane oko. Najdrobniejsze szczegóły nie 
uszły jego uwagi i zgoła nie  życzył  sobie, by zbytnia 

62

background image

swoboda   w   obejściu   przekraczała   właściwe   granice. 
Dlatego nie podobało się mu wszystko, co trąciło bohe-
mą. Uważał, że zgoła niezgodną jest chęć wywyższania 
się ponad innych przez zewnętrzne zachowanie lub dzi-
waczność w ubraniu i fryzurze. A chociaż ubiór współ-
czesnej epoki bynajmniej mu się  nie podobał  i trochę 
zazdrościł  szat swym braciom przebywającym na azja-
tyckim Wschodzie, to jednak nawet we  śnie nie przy-
szłoby mu do głowy, aby ubrać  się  na sposób cudzo-
ziemski  –  może   nawet   dla   ciała   pożyteczniejszy   pod 
względem estetycznym i zdrowotnym – lub wręcz prze-
jąć ubiór chiński, który, jak nam wiadomo, szczególnie 
cenił. A że był właśnie po ziemsku zabarwiony i z grun-
tu prawy, miał we wszystkim ów subtelny takt i właści-
wy umiar, a więc zgodną bardzo z duchem właściwość, 
która w równej mierze może być nazwana antyczną hel-
leńską, jak i antyczną chińską, jeżeli nie w ogóle wypły-
wającą z najczystszych elementów ludzkich.

Gdyby nawet ktoś nie patrzał na jego oblicze, to już 

w samym układzie swych rąk wypowiadał się całkowi-
cie, ponieważ odczucie swej odwiecznej jaźni przenika-
ło całe jego ciało, mimo że było zawsze tak bardzo cier-
piące. A że każdy poszczególny palec potrafił poniekąd 
powiedzieć „ja” otrzymało to, co te palce komunikowa-
ły czy to w postaci pisma, czy też barwnej plamy i linii, 
coś całkowicie twórczego, a zarazem dobitnego i wyraź-
nego, czemu zupełnie jawnie duch kapłański służył  za 
postawę.

Bardzo   często   przy  rozmowie  –  ręce,   a   zwłaszcza 

ręka prawa – pomagały w słowu nie w sposób patetycz-
ny i teatralny, lecz powściągliwy i jakoś szukający, jak 
gdyby końce palców rzucały spojrzenia dookoła lub też 
na wewnątrz. Mam jeszcze wyraźnie w pamięci, jak mi 

63

background image

kiedyś  wyczarował  przed   oczami   brodate   oblicze 
widzianego przezeń  wewnętrznie Laotse, raczej dzięki 
wymowie ręki niż opisującym je słowom. Gdy ręka jego 
„mówiła”, widziało się  wypływający z niej kształt, jak 
go   przedstawiają  w   szczególności   jego   krajobrazy 
duchowe: ale te kształty nie były stałe, lecz rozrastały 
się i zmieniały, a często bywał w nich śmiech i przymi-
lanie   się,   gdyż  ręce   jego   były   również  wesołe.   Ba, 
mogły być nawet zupełnie niesforne. Gdyśmy któregoś 
wesołego wieczoru zabawiali się muzyką, jego ręce tak 
żywo wybijały na indyjskim bębnie takt wykonywanej 
przeze mnie z werwą na fortepianie wspaniałej neapoli-
tańskiej piosenki ulicznej, że aż skóra popękała.

Choć te ręce umiały chwytać tak silnie i energicznie, 

poznać było można, że były też zdolne wykonywać naj-
delikatniejsze wyroby złotnicze lub najbardziej precy-
zyjne prace: Miały w sobie delikatność i ojcowską czu-
łość. Jednym słowem pięknie to było przypatrywać  się 
tym rękom i warto o nich rozmyślać, ponieważ prowa-
dzi to do powiązań wielkiej wagi.

Bô Yin Râ z całym naciskiem podkreślał,  że mowa 

posiada dla poznania, również dla poznania naukowego, 
podstawowe   znaczenie.   Zawiera   przecież  w   swym 
jądrze wszelkie możliwe poznanie: trzeba tylko odczuć 
jej doprawdy proroczą  treść świetlaną. Ta siła  światła 
spływa również nie zmniejszona na mowę pisaną. Ludy 
Dalekiego Wschodu już w zamierzchłych czasach wie-
działy  o  tym  i   swe  malarstwo  rozwinęły  z   kaligrafii. 
Rękopis o wielkiej wadze miał dla nich równą wartość 
jak wielka artystyczna wypowiedź  i bywał  częstokroć 
bogato oprawiony brokatem oraz drzewem lub kością 
słoniową, jak obraz jakiegoś wielkiego artysty.

64

background image

Jeżeli rozpatrujemy charakter pisma Bô Yin Râ zgod-

ny z jego rękami oraz całą jego postacią (trochę podob-
ną  do postaci pogodnych starożytnych filozofów, któ-
rych się  widzi na tle dawnych chińskich krajobrazów, 
pogrążonych na przykład w oglądaniu jakiegoś  wodo-
spadu)   ,   jako   ukształtowanie   odpowiadające   tej   jego 
postaci,   to   znajdujemy,   pomimo   stosowania   opornych 
środków   zachodniej   grafiki,   w   spokojnych   i   pełnych 
rysach tego pisma, a jego pięknie i symetrycznie płyną-
cych   kształtach   doskonały   posiew   poznania   Mistrza 
i optycznie  –  artystyczne przedstawienie tego poznania 
w krajobrazach o obrazach duchowych, które są  rów-
nież swego rodzaju krajobrazami.

Wszelka sztuka wysokiego stopnia może być tworzo-

na   tylko   drogą  najgłębszego   skupienia   i   przedstawia 
poniekąd akt białej magii. Ręce i charakter pisma, które 
były dla nas punktem wyjściowym, doprowadzają  nas 
niechybnie do takich wniosków.

65

background image

9. Uzupełnienia Prawdy

Niniejsza   księga   nie   ma   za   zadanie   podawania 

w skrócie   duchowej   nauki  życia   pozostawionej   nam 
przez Mistrza, ani jej wyjaśniania lub tworzenia według 
niej czegoś w rodzaju małego modelu dla wewnętrzne-
go oka czytelnika przez odrzucenie rzeczy drugorzęd-
nych, gdyż nic w tej nauce nie może być drugorzędne. 
A że chodzi w niej wyłącznie o prawdę i rzeczywistość, 
o to jedno jedyne, wszystko w niej jest ważne w stale 
zmieniającym się aspekcie. Dlatego sam Mistrz nie zna-
lazł

 

krótszej drogi, jak tylko przestawienie nauki

 

w posz-

czególnych trzydziestu  –  mniej lub bardziej zwięzłych 
księgach. Zdarzające się  tam powtórzenia są  tylko po-
zorne: ukazują  raczej stale nowe i przeważnie niespo-
dziewane perspektywy rzeczy istotnych.

Zadaniem, jakie sobie w tej księdze postawiłem, jest 

udowodnienie, że życie człowieka, który obdarzył świat 
ujętym w nowej formie objawieniem prawdy,  istotnie 
jest zgodne z jego dziełem.

Z tego wynika jeszcze jedno dalsze zadanie: ustalić, 

czy ujęta w nowej formie nauka jest potrzebna i konie-
czna, czy jej głoszenie nie jest czasem rzeczą  zbędną, 
gdyż doprawdy nie odczuwa się braku nauk życia i reli-

66

background image

gii. Gdy by ta nauka nie podawała nic innego, jak tylko 
to, co jest już zawarte w innych naukach, choćby to było 
coś najlepszego i podane było w doskonałej, przystępnej 
i odpowiedniej dla czasów dzisiejszych formie, wów-
czas jej głoszenie nie byłoby koniecznością, prawie nie 
opłacałoby się  robić  z tego wielkiej sprawy. W  „Księ-
dze rozmów”
 (str.71) znajduje się bardzo ważna uwaga:
„U każdego ludu nie znajdziesz „gotowej” nauki, która  
by ci całkowicie odsłoniła wszystką prawdę.”

Tak było zawsze i tak zawsze będzie. Zdarza się jed-

nak od czasu do czasu, że w danej epoce na skalę możli-
wości   ludzkich   są  warunki   do   głoszenia   „gotowej” 
nauki, jak to bez wątpienia miało miejsce na przykład 
z Tao te King, prastarą księgą, przypisywaną Lao – Tse 
i zawierającą  osiemdziesiąt   jeden   przypowieści,   oraz 
Jezusem, którego Bô Yin Râ nazywa największym ze 
wszystkich Miłujących,  –  w jego nauce głoszonej ust-
nie, która doszła do nas w poblakłych, o parę  wieków 
późniejszych   opowiadaniach   i   przekładach,   często 
wydających się czymś nadludzkim i wstrząsającym.

To samo zdarzyło się dzięki nauce, którą tu rozpatru-

jemy. Ośmielamy się tak twierdzić i postaramy się wyja-
śnić to, lecz nie uzasadnić, gdyż nie sposób uzasadniać 
naukowo   spraw   duchowych   oraz   tych,   które   tylko 
wewnętrznie można przeżywać. Postaramy się wykazać, 
że nauka ta przedstawia mądrość w tak doskonałej for-
mie, jak to w naszych czasach jest konieczne, możliwe 
i słuszne. Przy tych rozważaniach dokonamy odkrycia, 
że nauka ta wyjaśnia szereg zagadnień, wobec których 
w   domach   i   kaplicach   innych   nauk   staliśmy   zawsze 
zakłopotani lub byliśmy skłonni je poniechać.

Lektura ksiąg Mistrza wykazała już niejednemu czy-

telnikowi, że autor tylko pozornie unikał odpowiedzi na 

67

background image

pewne pytania,  że te pytania jednak w dalszym ciągu 
w nim nurtowały i  że ich niespodziewane rozwiązania 
jak nocna błyskawica raptem wszystko oświetlały. Dla-
tego też  mówimy o integracji, uzupełnieniu i ustaleniu 
nienaruszonego stanu prawdy.

Jest, więc naszym obowiązkiem położyć nacisk na te 

rzeczy istotne i będziemy starali się uporządkować czte-
ry wspomniane już działy:

O Świątyni Wieczności,

O poznaniu w nas Boga,

O Duszy

i O biegunowości.

68

background image

10. O Świątyni Wieczności

„Bóg

 

 

to żywy ogień” mówi „Księga Boga Żywego”.

Każdy z nas ludzi na tej ziemi jest synem marnotraw-

nym. Jeśli wreszcie dojrzeje w nim decyzja, by udać się 
w drogę  do domu i włączyć  się  w obwód prądu, który 
przepływa   pomiędzy   niebem   a   ziemią,   to   wiekuista 
Miłość postara się stworzyć należyte zabezpieczenie, by 
strącone dziecię Światła nie zostało niezwłocznie spalo-
ne potęgą Światła nadświatowej energii, od której się 
już odzwyczaiło, a na której działanie waży się teraz na-
rażać. Gdyż w gospodarce wszechświata panuje cudow-
ny porządek. O cóż, więc tu chodzi?

Bô Yin Râ w jednym z listów do swoich uczniów 

duchowych,   ogłoszonych   w   swoim   czasie   w   jednym 
z czasopism,   na   pozór   zupełnie   na   marginesie   czyni 
uwagę, która może niejednego głęboko poruszyć.

Głosi ona, co następuje:  „Religijne przenośnie mó-

wią, że ludzie świadomie w Duchu żyjący – jakiekolwiek 
miano by im nadawano i jakkolwiek by sobie ich wy-
obrażano  –  bezustannie   „przed   tron   Boga”   zanoszą 
swoje „Święty, Święty, Święty”, co nastrojonym do pew-
nego stopnia estetycznie sceptykom mogłoby się  wyda-
wać  raczej   karą  piekielną,   niż  dowodem   wiekuistej 

69

background image

szczęśliwości. Ale w tych alegoriach tkwi tylko prawda,  
że  świadome  życie w Duchu wiekuistym jest bezustan-
nym rytmicznie akcentowanym czynem, i że ten czyn jest  
najwyższym   uwielbieniem   wiekuistego   Bytu,   lecz   nie 
daje się opisać za pomocą ziemskich porównań. Że czyn 
ten usiłowano przedstawić jako śpiew, – a czasami na-
wet jako muzykę, – wskazuje wyraźnie, że ta mowa ale-
goryczna pochodzi od ludzi, którzy doprawdy przema-
wiali z Ducha wiekuistego...”

Rytmicznie akcentowany czyn. Jakże by istota, która 

dopiero   zdecydowała   się  ujść  z   chaosu,   mogła   nagle 
znieść taką wspaniałość, nawet gdyby już była do pew-
nego stopnia przygotowana przez rytmiczne skojarzenia 
natury w postaci kwiatów, kryształów oraz przypływów 
i   odpływów   morza,   lub   też  przez   rytmiczne   wysiłki 
ziemskich   artystów   i   budowniczych  świątyń,   nawet 
gdyby stworzono ziemskie pontyfikaty w Rzymie lub 
Lassie czy też  gdzie indziej, w słusznym założeniu,  że 
bez budowniczych mostów i bez pośredników nie moż-
liwe jest znalezienie bezpiecznej drogi powrotnej?

Żądanie   skołatanej   duszy   ludzkiej   niezbędnego, 

z Ducha   zatwierdzonego   pontyfikatu   jest   usprawiedli-
wione i od dawna spełnione i urzeczywistnione. W jaki 
sposób,   to   wyjawił  nam   obecnie   Mistrz.   Prawdziwie 
duchowy i  święty, czyli zbawienny i wyzwalający, ryt-
micznie akceptowany czyn sięga aż  do sfer tej planety 
jako struktura, którą Mistrz nazwał Świątynią Wieczno-
ści,   a   Jaśniejących   Praświatłem   jej   kapłanami.   We 
wszystkich wielkich religiach znajdujemy napomknie-
nia o tym fakcie duchowym, nigdzie jednak tak jasno 
i wyraźnie wypowiedziane, żeby czuć mocny grunt pod 
stopami. W sposób symboliczny objawia się  wszędzie 
istnienie tej  Świątyni z kryształowo czystej, wiekuistej 

70

background image

substancji duchowej (porównanej, Bô Yin Râ „Listy do 
ciebie i do wielu innych”
) .

W podaniach i legendach chrześcijańskich mit o Gra-

alu na przykład czyni nader wzruszające aluzje do tej po 
raz pierwszy odsłoniętej przez Bô Yin Râ rzeczywisto-
ści.

Powiedziano nam,  że  „Świątynia Wieczności”  znaj-

duje się  gdzieś  w Himalajach, niedostrzegalna dla oka 
cielesnego, bez określenia miejsca. Nawet dla przecięt-
nego   pojmowania   jasne   jest,  że   to   wysoko   położone 
i odległe miejsce nie jest narażone na zwierzęco-ludzką 
atmosferę,   skutkiem,   czego   skupione   w   nim   wpływy 
duchowe i stąd kierowane w głąb ziemi nie napotykają 
na  żadne  nieczyste przeszkody.  Świątynia zawdzięcza 
swój błogosławiony i niezniszczalny byt działaniu i „ry-
tmicznie   skoncentrowanemu   czynowi”
  budowniczych, 
którzy są jedynymi upoważnionymi do kierowania czło-
wieka, który odpadł od swego Boga, na jego powrotnej 
drodze do Ojca. Cicho i niezmordowanie budują dalej tę 
doskonałą, ale wciąż jeszcze dającą się doskonalić pra-
duchową  architekturę  wszelkiej   natchnionej   budowy 
świątyni   na   ziemi,   której   szczytowe   punkty  znane   są 
nam przede wszystkim jako doryckie świątynie i gotyc-
kie katedry. Jest to, więc substancjalny, duchowo prze-
strzenny pomnik i dokument działalności tych Jaśnieją-
cych Praświatłem „Wielkich duchów”. To wielkie dzieło 
jest   kwintesencją  duchowo  –  ludzkiej   twórczości   na 
naszej   planecie,   a   obleczone   w   formę  daje   rękojmię 
powrotu   ziemskich   ludzi   dobrej   woli   do   ojczystego 
świata ducha,  świata przyrody, dobra i piękna; dzieło, 
które we wszystkich swych częściach składowych jest 
dźwięcznym odzwierciedleniem harmonii sfer. Goethe, 
którego Bô Yin Râ czytał zawsze z najwyższym szacun-

71

background image

kiem   i   podziwem,   doskonale   wyczuwał  wewnętrznie 
istnienie  Świątyni   Wieczności,   gdy   w   drugiej   części 
„Fausta”  (scena   w   pałacu   cesarskim,   sala   rycerska) 
pisał:

„Wskroś przez powietrze dźwiękami przesnute
Wszystko się zlewa w melodyjną nutę.
O tron tryglifu poddźwięk się roztrąca.
Cała świątynia zda się śpiewająca”.
Związek   braterski   i   konwent   tych   ludzi   wielkiej 

duszy, tych Jaśniejących Praświatłem, składa się przede 
wszystkim z ludzi Duchów nie upadłych w ciało zwie-
rzęce, którzy w miłującym porywie poświęcili się  wy-
zwalaniu swych „młodszych braci” tęskniących za utra-
conym szczęściem. Można ich porównać z Bodhisattvą 
wschodniej   i   aniołami   stróżami   zachodniej   mitologii. 
Ale   zresztą  niemożliwą  byłoby   dla   tych   dostojnych 
„Najstarszych”   dosięgnąć  upadłych   ludzi   ziemskich 
i nieść im pomoc, by się przeobrazili w odpowiednie dla 
swego celu jaśniejące kamienie węgielne pod budowę 
Świątyni ludzkości.  „Człowiek ziemski upadł  zbyt głę-
boko, by bez stopni pośrednich mogli go dosięgnąć owi 
najwyżsi, nigdy nie upadli opiekunowie duchowi”
  (Bô 
Yin Râ „Księga Boga Żywego”).

Dlatego   właśnie   kształcą  oni   odpowiednie   duchy 

ludzkie, które się dobrowolnie na to ofiarowały na dłu-
go przed ich wcieleniem w ciało zwierzęce, aby następ-
nie w życiu ziemskim mogły tworzyć niezbędne stopnie 
pośrednie. Takich ziemskich ratowników bywa zawsze 
bardzo niewielu. Ale troszczą się o to, aby łańcuch nig-
dy się  nie zerwał. Może wieść  o tych zbudzonych w 
duchu Mistrzach i pomocnikach „Najstarszych” zacho-

72

background image

wała się  w zachodnich podaniach o bohaterach, które 
osnuły takie postacie jak Orfeusz lub Parsival.

Choćby  nawet   istniały   różnice   miary  duchowej   na 

podobieństwo różnic pomiędzy słońcami wszechświata, 
to jednak wszyscy kapłani Świątyni Wieczności są iden-
tyczni w swej  –  przekraczającej zdolności pojmowania 
ludzi ziemi  – łączności albo transsubstancjacji z „Oj-
cem” wiekuistym.

Gdy rozważymy, co ci Mistrzowie  Świątyni poma-

gają nam osiągnąć w nas samych –

Prowadzi to nas bezpośrednio na nauki:

O poznaniu w nas Boga.

73

background image

11. O poznaniu w nas Boga

Pełno jest na  świecie ludzi, którzy z mniej lub bar-

dziej wyraźną świadomością szukają Boga.

A że droga do Boga jest drogą  prowadzącą  w głąb 

siebie   a   nie   na   zewnątrz,   co   do   tego   są  jednomyślni 
wszyscy ci, którzy to rzeczywiście poznali i uświadomi-
li sobie. Jest, więc rzeczą jasną i niewątpliwą, że Bô Yin 
Râ również nie wskazuje żadnej innej drogi, jak tylko tę 
właśnie.  Wskazuje   nam   nie   tylko,   gdzie   i   jak   można 
znaleźć  Boga, lecz przede wszystkim podaje zarazem, 
kto i co to jest – Bóg.

Zdołał  odsłonić  fakty   duchowe,   które   dotychczas 

wydawały się nie do opisania. A że mógł i miał prawo to 
uczynić, odczuwają jako wielkie dobrodziejstwo ducho-
we wszyscy ludzie nie upojeni rojeniami lub uprzedze-
niami i nie lubiący drwić  ani szydzić. Jak więc Mistrz 
naświetla nasze pojęcie o Bogu?

Przede wszystkim nie oczekiwanym stwierdzeniem: 

„Jedynie wolna wola, świadoma wola Ducha kształtuje 
siebie dla samej siebie – na Boga”.

To sformułowanie brzmi prawie zastraszająco, gdyż 

Bóg   jako   samoukształtowanie   woli   Ducha   występuje 
jako jego najwyższe wypowiadanie własne, stanowiące 

74

background image

warunek istnienia wszechświata, który ze swej strony 
jest warunkiem istnienia Boga (Księga Boga Żywego) . 
To  wyraźne  sformułowanie  rzuca  od  razu   upragnione 
światło   na   naukę  o   Słowie   w   pierwszym   rozdziale 
ewangelii   Jana.   W   swej   księdze  „Mądrość  Janowa” 
Mistrz   podał  duchową  wierną  rekonstrukcję  pisma 
ucznia Janowego, która to prawda nie jest przeznaczona 
ani dla ludzi pobożnych i wierzących zgodnie z dogma-
tami, ani dla biegłych w Piśmie, a prócz tego w żadnym 
wypadku nie ma ona zakłócać spokoju tych grup ludz-
kich, lecz jest niezwykle ciekawa i pouczająca dla ludzi, 
którzy  muszą  kroczyć  własnymi   drogami.   Znamienne 
początkowe zdania Ewangelii brzmią  w  ścisłym i dos-
łownym przekładzie z języka greckiego: „Na początku 
było Słowo (Logos) i Słowo było u Boga i Bogiem było 
Słowo. Wszystko się przez nie stało, a bez niego nie sta-
ło się  ani jedno z tego, co się  stało. W nim był żywot, 
a żywot był Światłością ludzi”.

Mistrz   podaje   następujące   ujęcie,   które   zasadniczo 

przenosi wszystko w czas teraźniejszy, a właściwie w 
stałą  teraźniejszość  wieczności:  „Na początku jest Sło-
wo, a Słowo jest w Bogu i Bogiem jest Słowo. Wszystko 
się  tylko przez nie stało, a bez niego nic się  nie staje: 
nawet rzeczy najdrobniejsze. W nim żywot wszystkiego a 
jego żywot jest Światłością ludzi”.

Światłość ludzi: gdyż Bóg jest człowiekiem – należy-

cie rozumiejąc – a właściwie tym, co stanowi istotę jaź-
ni  duchowej  człowieka.  Każdy może  odnaleźć  swego 
Boga, od którego odłączył się w swym upadku ze Świa-
tła   i   ukształtować  go   według   najgłębszej   swej   wiary, 
dzięki czemu staje się  Bóg dla niego i tylko dla niego 
dostępny do zrozumienia. Jak jednak mogą  nastąpić  te 

75

background image

wewnętrzne narodziny Boga? Przez Słowo. Jak to nale-
ży rozumieć?

Mistrz stale wskazywał  na magiczna potęgę  Słowa, 

a nawet   wręcz   powiedział,  że   dla   naszych   czasów  – 
gdyż nie zawsze można dostrzec „to samo nadzwyczaj-
ne działanie sił”
  – żadne inne magiczne działanie nie 
jest odpowiednie, jak tylko działanie Słowa. Już  nawet 
na   zewnątrz   wypowiedziane   Słowo   wywołuje,   jak   to 
udowodniły w naszych czasach liczne przykłady, nie-
zwłocznie skutki w takich rozmiarach, jakich dawniej 
zapewne nie znano. Tylko pozornie, albo przynajmniej 
częściowo   działanie   Słów   wynika   z   ich   rozumowo 
uchwytnego znaczenia. Jest to raczej ich magiczna war-
tość dźwiękowa, ich zgodność z liczbowymi i rytmicz-
nymi   podstawami   wszechświata,   z   której   wynika   ich 
potężna siła w pewnych okolicznościach  „poruszająca 
z posad   góry”.   Gdyż  prawdziwe   Słowa   wypłynęły 
z Prasłowa, jak jaźń z Jaźni światowej. A droga do Boga 
jest drogą do wewnętrznej tożsamości Słowa ze Słowem 
wszystkich Słów, do poznania imienia człowieka, któ-
rym się jest.

Odczute wewnętrznie Słowo, zakładając odpowiedni 

tryb  życia, wywołuje palenie się  krzaków ciernistych, 
raptowne otwieranie się  drzwi oddzielających od ocze-
kującego wewnątrz bóstwa. Jak przyszła matka, a przy 
tym miłująca i rozumna, poświęca wiele uwagi swemu 
odżywianiu, tak też  uczeń  duchowy, który pragnie, by 
Bóg jego w nim się  narodził, będzie bacznie dobierał 
Słów, które wewnętrznie wymawia i ćwiczy, które spo-
żywa jako pokarm duchowy, gdyż obdarza nimi nie tyl-
ko   samego   siebie,   lecz   przede   wszystkim   najświętsze 
dziecię boże, które oczekuje narodzin. A że prawdziwa 
jaźń człowieka całkowicie i wyłącznie z Ducha pocho-

76

background image

dzi, zabłyśnie Bóg narodzony w jaźni jako objawienie 
się  Ducha i jest on identyczny z jednym Bogiem, cho-
ciaż  ukształtowany  indywidualną  siłą  twórczą  danego 
człowieka.   W   miarę  możliwości   każdy   człowiek   jest 
podobizną owego chrześcijańskiego legendarnego Świę-
tego Krzysztofa, który początkowo nieświadomie, ugi-
nając się pod ciężarem, a następnie w pełni świadomo-
ści,   przy   coraz   lżejszym   ciężarze   niesie   Dzieciątko 
Boże, a wraz z nim istotę całego Ducha – przez wody, 
przez pierwiastki Prabytu, oceanu duszy.

Jeżeli   więc   powiedziano   nam,  że   Bóg   narodzi   się 

w duszy człowieka, powstaje pytanie: co to jest dusza?

77

background image

12. Dusza

Chodzi jedynie  o narodziny Boga  żywego w jaźni 

duszy,  a  to urzeczywistnienie w głębinach człowieka. 
Co to więc jest ta dusza, której nigdy jeszcze nie ujrzało 
oko śmiertelnika, której istnienie stale na nowo z sarka-
zmem bywa zaprzeczane, o której jednak mędrcy i świę-
ci wszystkich czasów mówią jako o czymś niewymow-
nie przewyższającym w swej rzeczywistości wszystkie 
rzeczy uchwytne dla zmysłów.

Uprzytomnijmy   sobie   pobieżnie   budowę  wszech-

świata,   którą  w   sposób     przekonywający   przedstawia 
Mistrz w „Księdze Zaświata”:

Istnieją dwie grupy światów, obie zawierające niezli-

czone poszczególne  światy, obie przepełnione kształta-
mi i dające się oglądać na swój sposób za pomocą zmy-
słów: królestwo duchowe i fizyczne. Poza tym istnieje 
„królestwo utajonych przyczynotwórczych sił  Prabytu” 
–  jedyna rzeczywistość, na której opierają  się  wszelkie 
rodzaje   poznania   zmysłami,   oraz   odpowiadające   im 
światy zjawisk tak po duchowej, jak i po fizycznej stro-
nie wszechświata. Owe utajone przyczynotwórcze siły 
bytu czynne są  w człowieku ziemskim, jako „siły jego 
duszy”.   (Księga   Zaświata  str.   140)   .  Ludzie   ziemscy, 

78

background image

którzy ulegli śmierci fizycznej, muszą porzucić wszyst-
kie skupione siły duszy, których nie zdołali związać, aż 
wreszcie te siły, związane z innymi jednostkami, osią-
gną  spełnienie   i   dojdą  do  harmonijnego  uwieńczenia. 
Ten proces zależy od tak zwanej na Wschodzie  „Kar-
ma”
,   której   odpowiednikiem   od   pewnego   czasu   na 
Zachodzie stało się pojęcie Losu.

Innymi   słowy:   dopóki   siły   duszy,   zawdzięczające 

swoje impulsy jakiejś  określonej sile kształtującej, nie 
nabiorą  odpowiednich form, wypowiada się  ten proces 
przez karmę wywołany, we wszystkich biorących w tym 
udział wolach ludzkich.

Ta okoliczność, jak to wyjaśnia Bô Yin Râ, wywołała 

błędne   w   istocie   swej   pojęcie   mieszkańców   Azji 
o ponownym wcieleniu. Każdy człowiek jest obciążony 
w   mniej   lub   większym   stopniu   niespokojnymi   siłami 
duszy, które otrzymał  w spadku od duchów być  może 
od dawna zmarłych ludzi. Te siły duszy mogą  w pew-
nych okolicznościach wywołać w jego wyobraźni wspo-
mnienia,   które   nie   należały   do   jego   własnego  życia. 
Taki człowiek skłonny jest wówczas przypuszczać,  że 
był  już  przedtem   raz   jeden   albo   i   więcej   wcielony 
fizycznie.   Zazwyczaj   myli   się  on,  chociaż  możliwość 
fizycznego  ponownego  wcielenia  nie  jest  wykluczona 
w trzech   przypadkach,   jak   to   wskazuje   Bô   Yin   Râ, 
a mianowicie: po pierwsze na skutek nadmiernego uwi-
kłania   się  sił  w   fizycznej   hipnozie,   nie   dającej   się 
zerwać po rozstaniu z ziemią, po wtóre z powodu zbyt 
wczesnej śmierci „zanim wiekuista wola znalazła speł-
nienie swego dążenia do doświadczeń  zmysłami fizycz-
nymi”, 
po trzecie jako skutek samobójstwa, dokonanego 
w   pełni  świadomości.   Wszystkie   te   trzy   możliwości 
dotyczą tylko bardzo nikłej cząstki ludzi, którzy upadli 

79

background image

z królestwa przyczyn w świat skutków. Dlatego fizycz-
ne wcielenie w ciało zwierzęce – nie tylko jako ukrycie 
się  przed budzącymi lęk potęgami wiekuistego chaosu, 
odrzutowymi siłami absolutnej stężałej, gęstej jak lawa 
„nicości”,   jak   się  wyraża   Mistrz,   lecz   również  jako 
ucieczka od własnych, poprzednio opanowanych, pra-
potężnych sił  duszy  –  jest z reguły jednorazowe, nie-
skończenie   ważne   jako   decydujący   najniższy   punkt 
zwrotny wiekuistej egzystencji i okazja do zawrócenia 
i powrotu do dawnej  wspaniałości wzbogaconej przez 
jej przeciwieństwo, przez zaznaną niemoc i głębię.

Z tej nauki o duszy wynika – w odróżnieniu od koś-

cielnych poglądów Zachodu, które upatrują  tworzenie 
duszy w chwili zapłodnienia i poczęcia dzięki interwen-
cji boskiej  –  jej bezwzględne istnienie przed narodze-
niem. Zauważyć należy, że łączące duszę w całość i kie-
rująca nią wola ducha ludzkiego jest promieniowaniem 
wszechżycia prawdziwego, substancjalnego Ducha.

Karma jako skutek czynów, bez względu na to, czy 

zostały spełnione, czy też tylko pomyślane, odczute lub 
zamierzone, a więc czynów samowolnych i nieposkro-
mionych sił duszy, będzie rozwikłane i umorzone dopie-
ro w chwili, gdy te siły duszy zostaną  stopione przez 
wolę  duchową  w   harmonijna   jedność,   w   której   Bóg 
żywy może się narodzić.

Dążenie   to   nie   może   tylko   być  czymś  sztucznym 

i wymuszonym, czymś  gwałtownym, lecz  –  jak to już 
wypowiedziano  –  pełną  niezmąconego spokoju równo-
wagą,   całkowitym   oddaniem   się,   zgodnym   poświęce-
niem się  wolności wszechjedynej woli boskiej. Mistrz 
Eckhart ma na myśli to samo gdy w swym kazaniu na 
temat   ewangelii   Mateusza   mówi;  „by   naprawdę  być 
ubogim, musi człowiek tak dalece wyzbyć  się  własnej, 

80

background image

stworzonej przez siebie woli, jak był wówczas, kiedy go 
jeszcze   nie   było.   Zaprawdę  powiadam   wam:   dopóki  
macie jeszcze wolę spełniać wolę bożą i macie jakiekol-
wiek pragnienia – choćby nawet pragnienie wieczności, 
nawet pożądania Boga – dopóty nie jesteście naprawdę 
ubodzy. Gdyż ten tylko jest ubogi, który nic nie chce, nic  
nie poznaje, niczego nie pożąda. Gdym był  w pierwot-
nym poczęciu, nie miałem jeszcze żadnego Boga: należa-
łem sam do siebie (a więc do Boga) .

Nie chciałem, nie pożądałem, gdyż  byłem wówczas 

nieskończoną istotą, poznającą samego siebie w boskiej 
prawdzie”.

By   jednak   wyraźniej   odczuć  sposób   działania   sił 

duszy i elementów Prabytu, należy starać się uprzytom-
nić  sobie   stan   napięcia   panujący   we   wszechświecie, 
trzeba wyobrazić sobie biegunowość wynikającą z chęci 
zachowania   w   sobie   elementów   Bytu   wyrzucanych 
z Prabytu,   biegunowość,   której   napięcie   prowadzi   do 
przyciągania i wreszcie do skupienia (porównaj rozdział 
„En soph” w Księdze Boga Żywego) .

Tak więc dochodzimy do nauki o Biegunowości.

81

background image

13. Biegunowość

Prawo   biegunowości   jest   w  gruncie   rzeczy  czymś, 

czego nie można sobie wyobrazić  ani pojęciowo wyja-
śnić, a raczej czymś, co można tylko przeżyć. W ogóle 
należy   ono   do   rzędu   doświadczeń,   które   tylko 
wewnętrznie mogą  przeżywać  ludzie wewnętrznie doj-
rzali i to przeważnie ludzie starsi, a przede wszystkim 
o „starszych” duszach. Być  może, iż  daje się  to ujmo-
wać  i kształtować  tylko w sposób artystyczny,  jak to 
zresztą  czynił  Bô   Yin   Râ,   który   w   swym   działaniu 
i kształtowaniu  –  pomijając jego posłannictwo  –  stale 
był artystą.

Dwubiegunowość  wszelkiego  życia   odgrywa   decy-

dującą  rolę  w   religijnych   i   filozoficznych   pojęciach 
ludzkości. Jest to jednak osobliwością  chrześcijaństwa, 
wspólną  dla wszystkich jego postaci, (pod tym wzglę-
dem podobnie do judaizmu i mahometanizmu) , że nie 
życzy sobie przyjmować do wiadomości i przede wszy-
stkim   nie   uznaje   pierwiastków  żeńskich   w   swym 
wyobrażeniu   o   boskości,   chyba  że   można   przyjąć,   iż 
piękne nabożeństwo ku czci Marii w kościele katolic-
kim   czyni   aluzję  do   tego.   Jednak   ta   okoliczność  nie 
powinna wprowadzać  w błąd, gdyż  Bóg chrześcijański 

82

background image

w trzech osobach przedstawia się nie inaczej jak czysto 
męski. Wskutek tego zdarzyć się może, że mieszkańco-
wi   Zachodu   wychowanemu   w   duchu   historycznego 
chrześcijaństwa, będą stanowiły bardzo wielkie trudno-
ści w przynoszącej  światło nauce Mistrza ustępy poru-
szające   sprawę  dwubiegunowości.   Trudności   te   rzecz 
prosta   wynikają  nie   z   nauki,   lecz   z   odziedziczonych 
przez czytelnika hamulców. Będę usiłował w najzwięź-
lejszej formie wskazać, jakie pod tym względem decy-
dujące poznanie dał  nam Mistrz i jak dalece ma  ono 
możność zmienić wydatnie nasze odziedziczone wyobra-
żenia.  Ponieważ  upadły  tu  na ziemię  człowiek  ducha 
wcielił się w ciało zwierzęce i przynależy do „neutralnej 
strefy” (porównaj księgę  tegoż  autora  „Malarz Bô Yin 
Râ”
  Monachium   1927   str.79.)   fakt   dwubiegunowości 
stanowi dlań misterium i nie może być przezeń całkowi-
cie pojęte drogą rozumowania. Czy człowiek tę dwubie-
gunowość uznaje, czy wątpi o niej, czy też ją neguje – 
jest   w   gruncie   rzeczy   obojętne,   ponieważ  dyskusja 
w tych sprawach do niczego nie prowadzi i w niczym 
stanu rzeczy zmienić nie może. Wolno każdemu wierzyć 
w to lub nie. W każdym razie dzięki dwubiegunowości 
najwyższe możliwe dzieło wyzwolenia ducha ludzkie-
go, a mianowicie stanie się miłującym, nabiera dopiero 
najgłębszego, wzruszeniem przejmującego znaczenia.

Czysty   Duch  „od   wieczności   po   wieczność  zajęty 

tworzeniem siebie samego” i z siebie płodzący wszyst-
ko, co istnieje, jak to poucza Mistrz w  „Księdze Czło-
wieka”
,   jest   mężem   i   niewiastą.   Mąż  i   niewiasta 
w Duchu... płodzą i rodzą ze swej od prapoczątku danej 
im postaci własnej.... człowieka czystego Ducha.... na 
obraz i podobieństwo swoje jako męża i niewiastę, zjed-
noczonych w odwiecznie istniejącej jedności dwubiegu-

83

background image

nowej istoty, I tak ciągnie się to w nieskończonym pło-
dzeniu dalej, coraz głębiej i dalej od prapodłoża, cho-
ciaż „srebrna nić” promiennych sił z pierwszego płodze-
nia w czystym Duchu nigdy się nie urywa i sięga w dół 
aż do zatraconego w zwierzęciu człowieka ziemskiego, 
do   którego   losów,   jakie   sam   sobie   zgotował,   należy 
również i to, że oba jego bieguny oderwały się od siebie 
i niestrudzenie szukają się wzajem. Bô Yin Râ wyraźnie 
mówi: „Wszędzie, gdzie męskość i kobiecość w kosmo-
sie nie są  czynne w połączeniu, musi powstać  dyshar-
monia.   Dlatego   małżeństwo   uważa   się  w   szczególnej 
mierze za  święto, gdyż choćby nawet nie odnalazły się 
w nim należące do siebie od prapoczątku bieguny, a tyl-
ko działały bieguny zastępcze w dążeniu do duchowej 
dwujedni, to o ile małżeństwo takie żyje w możliwie naj-
wyższej czystości i harmonii, sięga ono istoty duchowe-
go prapodłoża i w tym sensie jest ćwiczeniem się w miło-
ści i powrocie do utraconej ojczyzny duchowej, którego  
znaczenia nie można dość  wysoko ocenić. Należy sta-
nowczo   zdawać  sobie   z   tego   sprawę,  że   mający   się 
w duszy narodzić Bóg żywy jest mężem i niewiastą.”

Bo Yin Ra nazywa to wręcz przewinieniem, jeżeli 

człowiek   ziemski   widzi   jedynie   mężczyznę  w   swym 
„wymarzonym   Bogu”.   Przecież  wszelkie  życie   we 
wszechświecie powstaje tylko i wyłącznie dzięki połą-
czenia biegunów przeciwnych i nie istnieje nic uciele-
śnionego i posiadającego kształt, co by nie zawierało w 
sobie w ten czy inny sposób obu biegunów bytu.

Nawet to, co Bô Yin Râ nazywa elementami Prabytu, 

„obdarzonymi   siłą  twórczą  potęgami   praprzyrody”
prowadzi przez potężne zachowanie ich rozdwojenia do 
powstania biegunów dodatniego i ujemnego. Bieguno-
wość tworzy nie tylko odpychanie i napięcia, lecz rów-

84

background image

nież przyciąganie, które prowadzi do skupienia i jedno-
ści: oto potrójny bieg kolisty wszechświata.

Jeżeli w sferach czysto duchowych biegunowość mu-

si   się  wypowiadać  jako   swego   rodzaju   kontrapunkt 
potęg, to w naszej neutralnej strefie może nie brak przy-
padków,  że   przeciwieństwa   ostro   przeciwstawiają  się 
jedno drugiemu, jak  światło i cień, dzień  i noc  –  przy 
czym jednak zauważyć należy, jakie pocieszające znaki 
dla nas wystawiono: właśnie na granicy między  świa-
tłem i ciemnością stają półcienie i półmroki, które wystę-
pują, jako tajemnicza zapowiedź  nadświata, w którego 
majestatycznej ciszy dają się słyszeć tym, co mają uszy, 
głosy głębszego i bardziej rzeczywistego bytu. Pomię-
dzy najwznioślejszą  siłą  światła  będącą  sensem  życia 
i tworzącą  jądro  świadomości boskiej człowieczeństwa 
duchowe, a więc pomiędzy miłością  a jej przeciwień-
stwem – nienawiścią, piętrzącą się z nicości, nie istnieje 
naturalnie harmonijna strefa półmroku, lecz co najwyżej 
szara i nudna pustka czegoś nieokreślonego.

85

background image

14. Ora et Labora

„Ora et labora”: módl się  i pracuj. Tej pradawnej 

sentencji benedyktyńskiej nie zawiera wprawdzie reguła 
założyciela zakonu, ale towarzyszyła ona jako cudowna 
formułka   białej   magii,   błogosławionej   działalności 
benedyktynów, których modlitwie i pracy, których twór-
czości   i   pomysłom   Zachód   zawdzięcza   to,  że   jego 
mieszkańcy po wtargnięciu niszczącego wszelką kulturę 
barbarzyństwa,   powrócili   znowu   do   obyczajowości, 
dzięki której mogły powstać katedry i świątynie.

Sentencja jest zwięzła i pełna treści, lecz jej podsta-

wowe działanie polega na rytmicznej i magicznej warto-
ści wewnętrznej jej dźwięków. Już z tego powodu prze-
kład   z  łaciny   tej  średniowiecznej   mowy  środowisk 
kulturalnych nie daje tego, co oryginał. Podwójne tro-
cheiczne wibracje pomiędzy A i O, które niegdyś stano-
wiły początek i koniec alfabetu greckiego oraz obrazo-
wo  wszelkich   kosmicznych   wydarzeń:   wydaje   się,  że 
dźwięczy to w podwórcach i przedsionkach klasztorów 
zbudowanych   na   górach,   a   służących   uobyczajnieniu 
zbałamuconego  środowiska,   z   których   to   klasztorów 
pierwszy, Monte Cassino. Wzniesiony został  przez Be-
nedykta   na   miejscu   dawnej  świątyni   Apollina.   Było 

86

background image

więc tak, jak gdyby muzy w jasnym odczuciu południa 
roztaczały   potajemnie   opiekę  nad   działalnością  tych 
klasztorów,   jak   gdyby   stawała   się  ona   działalnością 
Apollina, kierowana przez to jasne, a jednak tajemnicze 
bóstwo, w którego boskości nadali Grecy kształt uskrzy-
dlonemu słowu.

Ten zwięzły aforyzm o pracy i modlitwie, w którym 

dźwiękowo i zgodnie z sensem  –  koniec na początek, 
O i A, połączone zostały w wiecznym obiegu kolistym, 
słusznie można by odczuwać  jako najistotniejszą  treść 
tego, co Bô Yin Râ przez swe  życie i naukę  przekazał 
ludziom   na   ich   dzień  powszedni.   Cechą  charaktery-
styczną najważniejszych wskazówek Mistrza jest to, że 
zdobycie i odnowienie prawdziwych sił niezbędnych na 
stromej drodze prowadzącej do  Światła należy czerpać 
nie z jakichś tajemniczych praktyk i  ćwiczeń oddecho-
wych, lecz z życia codziennego, a mianowicie z należy-
cie   i   sumiennie   wykonywanej   pracy.   Jak   najbardziej 
gorliwe i sumienne spełnianie obowiązków, jak gdyby 
od tego zależało szczęście i porządek całego świata: o to 
właśnie   chodzi,   a   nie   o   ciągłe   pełne   namaszczenia 
nastroje, które przeważnie nie są niczym innym jak osza-
łamiającą trucizną duszy.

Rzeczywiście porządek świata zależy od naszego po-

stępowania. Nawet rzekomo najniższa i najbardziej bez-
duszna robota uszlachetnia się, zyskuje sens, a wreszcie 
i sprawia przyjemność przez sposób, w jaki się ją wyko-
nuje, przez miłość i oddanie, przez skupienie woli na tej 
właśnie jedynej czynności. W zasadzie przecież wszyst-
ko we wszechświecie jest z sobą  powiązane i myśl,  że 
jakiś genialny człowiek nie mógłby dokonać swego dzie-
ła, gdyby niezliczona moc innych ludzi, choćby to byli 
prawie nie zasługujący na uwagę  robotnicy, nie  świad-

87

background image

czyła swych usług pomocniczych, a mianowicie gdyby 
nie   dostarczała   innym   ludziom   i   jemu   mieszkania, 
odzienia,   pożywienia,   niezbędnych   materiałów   i   nie 
dokonywała tysiąca innych rzeczy – ta myśl jest bardzo 
przekonywująca, jak również jest rzeczą zrozumiałą, że 
najbardziej niepozorny robotnik, czy chce wierzyć  te-
mu,   czy  nie,   przez   dzieło   owego   geniusza   w   jakichś 
sposób jednak będzie opromieniony i podniecony. Jeden 
drugiemu winien być wdzięczny.

W  „Księdze   Pociechy”  Mistrz   poświęcił  cały   roz-

dział „sile pociechy czerpanej z pracy”. Sens, jaki nale-
ży  nadawać  pracy,  polega  na   jej  stosunku  do  Ducha, 
polega na tym, że jest ona źródłem radości, że jest czyn-
nym składnikiem szczęścia ludzkiego, a więc i szczęścia

wszechświatowego. Ale szczęście jest to cicha radość 

dziękczynnej modlitwy, a wszelka religia tylko wtedy 
ma   wartość,   jeśli   ta   wartość  wypowiada   się  w   dniu 
powszednim.

O ile w przeciwieństwie do powszechnie przyjętego 

wyobrażenia o powołaniu do „oglądania Boga” Bô Yin 
Râ odrzuca umartwianie ciała i ascezę, wyrzeczenie się 
i ucieczkę  od  świata, dzieje się  to tylko dlatego,  że te 
środki rozpowszechniane w wielu religiach w celu osią-
gnięcia   kontemplacji   duchowej   zamienia   on   jakby  na 
ich bieg przeciwny, na działanie, a mianowicie na pracę 
i należyte opanowanie dnia powszechnego: każde dzia-
łanie, każda praca z góry zakładają wyrzeczenie i rezy-
gnację,   wysiłek   i   poświęcenie.   W   jednym   ze   swych 
listów wyraził się kiedyś: „Im bardziej człowiek tak się 
nastawia,   jak   gdyby   nie   oczekiwał  na   nic   innego   na 
świecie, jak tylko na nasuwające mu się  rzeczy niedo-
skonałe, tym więcej stwarza „magnetyzm” dla rzeczy  
nadzwyczajnych”
. Ani ambicje i  środki czarodziejskie, 

88

background image

ani wewnętrzne gromadzenie zobowiązań  na duchową 
przyszłość  nie przynoszą  najmniejszej  nawet pomocy, 
doprowadzają jedynie do bierności, skłaniają do zarozu-
miałości, do nieszczęsnych urojeń. W tym sensie Mistrz 
pisał w innym liście do tego samego adresata: „Nie to, 
co ktoś posiada, nadaje mu wartość w oczach wieczno-
ści, lecz to, jak sobie z tym posiadanym poczyna, a przy  
tym, czy odpowiada temu, czego się od niego żąda”.

Słowem,   nawet   działanie   powinno   już  zawierać 

w sobie   kontemplację,   jak   również  i   kontemplacja  – 
działanie,  ściśle tak samo, jak całkowicie przebudzony 
poznaje,  że zjawisko i rzeczywistość  dopiero stanowią 
całość.  A  w   ten   sposób   stanie   się  dopiero   jasne,  że 
modlitwa i praca są  wprawdzie przede wszystkim bie-
gunami przeciwnymi, ale przy należytej wprawie dopro-
wadza się je do harmonijnego połączenia. Jeśli mówimy 
o pracy, jak ją rozumie Bô Yin Râ, tym samym jesteśmy 
otoczeni modlitwą.

Jeśli Tomasz z Akwinu mówi,  że działanie powinno 

być czymś, co się dodaje do modlitwy, a nie czymś co 
się jej odbiera, to słuszne zapatrywanie zostało uzupeł-
nione i odnowione dzięki nauce naszego Mistrza. Jest, 
więc   czas   rozpatrzyć,   jakie  światło   z   tego   pada   na 
modlitwę.

W swej księdze pt. „Modlitwa” Bô Yin Râ dał zaska-

kujące objaśnienie powszechnie znanych słów z kazania 
na Górze o prośbie, szukaniu i kołataniu, tak, że wydaje 
się,   jakbyśmy   dotychczas   niby  ślepcy   przechodzili 
omackiem koło tych promiennych słów.

Kto zna Biblię, tego uwagi nie ujdzie, że Bô Yin Râ 

w   swym   objaśnieniu   przedstawił  słowa   ewangelisty. 
W przekazanym nam w Ewangelii Mateusza kazaniu na 
Górze czytamy dosłownie: „Proście, a będzie wam da-

89

background image

ne; szukajcie, a znajdziecie; kołatajcie, a będzie wam 
otworzone”
. Mistrz umieścił środkowe zdanie na pierw-
szym   miejscu;   wkrótce   zobaczymy,   w   jaki   sposób   to 
uzasadnia.

Z drugiej strony te trzy stopnie prawdziwej i należy-

cie zanoszonej modlitwy są swego rodzaju trzema sko-
kami człowieka wznoszącego się ku Wieczności, tak, że 
nie następuje tu coś jedno po drugim, lecz jedno przeni-
ka   w   drugie.   Jednak   człowiek   pragnący   nauczyć  się 
modlić, podobnie jak uczniowie Jezusa z Nazaretu tego 
pragnęli – a oni wiedzieli, dlaczego – słusznie postąpi, 
jeśli będzie trzymał  kolejności zaleconej dla modlitwy 
w księdze, o której mowa.

Bo

 

Yin

 

Ra

 

wskazuje nam, że te trzy słowa odnoszą się 

do

 

myślenia, czucia i postępowania. Cały przebieg czyni 

niezwykle wyraźnym, posługując się będącym na czasie 
porównaniem z elektromotorem, podkreślając, że motor 
najpierw musi być starannie sprawdzony, zanim będzie 
włączony   płynący   przezeń  prąd,   przez   co   osiągnięta 
zostanie wydajność pracy dzięki zużyciu jego ruchu.

Przede wszystkim, więc należy sprawdzić, czyli szu-

kać i znaleźć, przy czym „szukający jest sam dla siebie 
przedmiotem szukania”
 (Modlitwa str.24) i przy należy-
tym szukaniu niechybnie musi odnaleźć siebie, a miano-
wicie swą wiekuistą jaźń utajoną w sercu Prabytu. Może 
to nastąpić przy pełnym spokoju i spokojnym wyłącze-
niu wyobrażeń  plastycznych i myślowych, odczuwając 
własne ciało niby naczynie wypełnione sobą  w postaci 
płynu. Będzie się  musiał  człowiek wówczas pogrążyć 
w głęboki lęk wzbudzających ciemności, zanim zaświta 
nowa jaśniejąca  świadomość  i znajdzie się  w nierozłą-
cznej jedności z Prajaźnią i Prabytem, do jakiej wznio-
sła się wola własna w Prawoli.

90

background image

Na takim podłożu może dopiero powstać prawdziwa 

i skuteczna modlitwa. Prawdziwa modlitwa polega na 
uprzednim   wewnętrznym   poznaniu   praw   wiekuistych, 
których nawet Bóg obalić nie chce i nie może. To poz-
nanie   równające   się  aktowi   miłości   (słowo  Erkennen 
miało   niegdyś  głęboko   tajemniczy   podwójny   sens), 
potrafi należycie włączyć prądy sił i miłości i utrzymać 
je w tym stanie. W ten sposób prośba bez oporu stanie 
się  otrzymaniem,   gdyż  prawdziwa   modlitwa  nakazuje 
chcieć tego, czego Prabyt chce od Wieczności.

Dlatego też dalej powiedziano, że człowiek ma zako-

łatać, aby mu otworzono, zakołatać do wrót tej Świątyni 
Wieczności, którą zawiera w sobie każda poszczególna 
dusza   biorąca   udział  w   ocenie   wszechdusz.   Głupotą 
byłoby   lękliwie   i   bezczynnie   stać  i   oczekiwać:   gdyż 
i tutaj mają  zastosowanie słowa:  „królestwo niebieskie 
gwałt   cierpi”
.   Wszystko   to   jednak   byłoby   daremne, 
gdyby wkradło się  zwątpienie, czy aby to, co ma być 
przydzielone, przydzielone być musi.

„Modlący się –  musi sobie zadać  pytanie, czy aby 

„otrzyma”

 

usunąć

 

to

 

całkowicie

 

ze swych myśli i uczuć”. 

(Modlitwa str.46) . Istnieje legendarne podanie, że Moj-
żesz, uderzając na rozkaz Pana swym kijem w skałę, 
aby spragnionemu ludowi otworzyć źródło, uderzył dwa 
razy, gdyż  nie był  pewny. Dlatego Pan z daleka tylko 
ukazał mu krainę Kanaan. Co za głęboki przykład grze-
chu zwątpienia.

Mistrz scharakteryzował modlitwę wręcz jako źródło 

działania   drabiny   niebieskiej.   Przez   nią  powstaje   to 
stopniowanie, na którym hierarchiczne Moce jedne dru-
gim „podają złote wiadra”.

Byłoby   jednak   zuchwalstwem,   wprost   z   haniebnej 

obcości wobec duchowej ojczyzny, stawać  oko w oko 

91

background image

z boskością. Człowiek uległby losowi Semele, umiłowa-
nej Zeusa, która go zmusiła do objawienia się jej w swej 
odwiecznej postaci. Człowiek byłby na popiół spalony, 
byłby wniwecz obrócony. Ale wiekuista Miłość zatrosz-
czyła   się  przez   swoich   pośredników   o   to,   aby   coś 
podobnego stać się nie mogło. Oni to budują należycie 
zabezpieczone   przewody,   aby   prąd   nie   występował 
z większą  siłą,   niż  to   znieść  może   otrzymujący   go. 
W przeciwnym razie łaska stawałaby się męką.

Życie każdego Jaśniejącego Praświatłem jest w grun-

cie   rzeczy   nieustającą  modlitwą,   ciągłym   układaniem 
przewodów. Ci ludzie, którzy znali Bô Yin Râ jeszcze 
za jego życia i prócz tego mieli możność poznania coś 
niecoś  jego  istoty,   uświadomili   to   sobie.   Ja  osobiście 
muszę i mam obowiązek tu poświadczyć, że niezliczone 
razy pomagał mi radą i czynem, zachętą i pouczeniem, 
udzielaniem   sił  i   odradzaniem,   i   to   dość  często   bez 
mojej wiedzy.

Siły prawdziwej modlitwy nie można nawet ocenić: 

niech więc każdy rzetelnie zbada własne swe doświad-
czenia.   Może   ona   w   rzeczywistości   pomóc   jeszcze 
wówczas, gdy wszelka inna pomoc zawodzi i gdy się 
wszystko   możliwe   zrobiło,   do   czego   człowiek 
wewnętrznie był zobowiązany.

Jeżeli tylko modlitwa – o czym powinno się zawsze 

pamiętać – wewnętrznie idzie w parze z czynem i dzia-
łaniem, a mianowicie z pracą w najwyższym znaczeniu. 
Przez  modlitwę  możliwe  jest oddziaływanie  sięgające 
aż  do serca wszechświata. I dlatego Bô Yin Râ w nie-
wielkiej, ale niewyczerpanej księdze o modlitwie udzie-
la rady, a raczej daje nakaz kroczenia przy modleniu się 
w odwrotnej kolejności niż ta, którą dyktuje życie.

92

background image

Jeśli   w  życiu   zaczynać  należy   od   rzeczy   najbliż-

szych, od treści o siebie samego i o najbliższych krew-
nych,   to   modlitwę  należy   zanosić  za   wszystkich. 
W szczególności należy modlić się za wszystkich, choć-
by to byli rzekomo najdalsi, zanim się pomyśli o okre-
ślonych grupach ludzi, a szczególnie bliskich i wreszcie 
o samym sobie. Jednocześnie modlitwa może i musi, 
gdyż  posiada siłę, działać  w zaświecie i ogarniać  rów-
nież  zmarłych, którzy wszyscy bez wyjątku mnie lub 
więcej   potrzebują  pomocy,  „gdyż  znajdują  się  teraz 
w pewnym stadium rozwoju duszy, który nie pozwala im  
samym czynnie kierować  swym losem”  
(Modlitwa  str. 
96).

Mistrz uważa wszystkich, którzy naprawdę  potrafią 

się  modlić,   jako   przysposabiających   przyszłość,   jako 
zwiastunów   tajemniczo   przezeń  zapowiedzianego 
„nowego człowieka”, który połączy wszystko teraz roz-
dzielone,  „gdyż będzie żył  tylko w miłości”. (Modlitwa 
str. 102). Dlatego „Ora et labora” objawia się jako bieg 
kolisty z nieba na ziemię i z ziemi do nieba.

Istnieje   niebezpieczeństwo,  że   zanoszenie   modłów 

pozostaje paplaniną  (nie powinno tak być), dopóki nie 
odbywa się „w cichym wnętrzu”. Najgłębszy sens tego 
polega na przeciwstawieniu modlenia się  publicznie  – 
tabernaculum,  do którego nie ma dostępu nic, co nie 
z Boga   pochodzi,   dom,   w   którym   nie   mogą  znaleźć 
miejsca  żadne niepełne twory, opanowane ciekawością 
myśli,  żadne   pieszczenia   się  z   cierpliwym,   ani  żadne 
namiętności,   gdyż  one   rozpraszają  uwagę.   Dlatego 
Mistrz   w   krótkiej   notatce   pt.  „Dom   duszy”  mówi: 
„Wielu szukało Boga, a znaleźli bożków, gdyż  nie wie-
dzieli oni, że Bóg wtedy tylko się objawia, gdy w krainie  
duszy zbudowano mu dom”
. Nie jest przy tym w  żad-

93

background image

nym razie w sprzeczności,  że Bô Yin Râ w pismach, 
listach i rozmowach stale na nowo podkreślał  aktyw-
ność  jednostki (przeciwstawiając jednocześnie bezwol-
ną  zdolność  wyobraźni masy) : im częściej i „neutral-
niej” dom modlitwy duszy jest utrzymany, tym bardziej 
kształtotwórcze   mogą  się  stać  wszelka   praca,   czyny 
i działanie.

Nadanie należytego i prostego wyrazu tym wszyst-

kim   sprawom   jest   niezwykle   trudne,   ponieważ  w 
naszym  świecie niepojęta prostota i jedność  Ducha są 
osiągalne   zaledwie   w   przybliżeniu.   Każda   dyskusja 
o istniejącej od prapoczątku rzeczywistości jest już pra-
wie rozszarpującym fałszowaniem, rozrywaniem czegoś 
żywego na zawierające kawałki i strzępy. W tym wła-
śnie przejawia się mistrzostwo, że wszystkiemu, o czym 
Mistrz mówi, potrafi nadać pewien blask prostoty i jed-
ności,   gdyż  wszystkiego   tego   doświadcza  świadomie 
i na wieki w samym sobie. Bô Yin Râ prawie wszystkie 
swoje wypowiedzi ujmuje z niedającą  się  naśladować 
prostotą, a inaczej być  to zgoła nie może, gdyż  tylko 
w stale nowym odzwierciedleniu ciągle mówi się o jed-
nym i tym samym.

Wszystko, o czym pouczali wielcy nauczyciele życia 

jest w gruncie rzeczy wiecznie to samo, i dla tych, któ-
rych ciekawość łaknie rzeczy osobliwych i interesują-
cych, może nie mieć wielkiego znaczenia, gdyż dla nich 
wszelkie   możliwe   do   pomyślenia   rzeczy   są  bardziej 
interesujące, niż to właśnie, co jedynie powinno by ich 
interesować, gdyż dotyczy ich jedynie i naprawdę w ich 
najgłębszej jaźni.

Będą  oni zaledwie zwracali uwagę  na upomnienie, 

jakie Mistrz wypowiedział  w jednym ze swych listów: 
„Na dzisiaj mogę  ci tylko zwrócić  uwagę  na głęboką 

94

background image

mądrość  przysłowia:  „Pomagaj   sam   sobie,   a   Bóg   ci  
dopomoże,”  –  którego bynajmniej nie wolno cynicznie  
pojmować.   Według   swego   właściwego   sensu   jest,   co  
raczej najwyższym wyrazem ufności pokładanej w Bogu. 
Chce   ono  powiedzieć:  Zabierz  się  do  dzieła  i   stwórz 
sobie sam warunki, a pomoc boska cię nie opuści”.

Ta samopomoc zarówno w kontemplacyjnej modli-

twie jak i czynnej pracy jest składnikiem tych możliwo-
ści i w pełnej tajemnic tożsamości w nich się znajdują; 
jest to stała i ciągła budowa  świątyni, uszlachetnianie 
własnej postaci na tabernakulum, skazujące na wygna-
nie wszystko, co nieczyste.

Jeśli do modlitwy nie powinny mieć  dostępu  żadne 

wyobrażenia obce trącące głupią żebraninę  i lękliwym 
balwochwalstwem, to i praca musi również być strzeżo-
na przed roztargnieniem i gadulstwem.

W tym sensie pisał kiedyś Mistrz w liście do przyja-

ciela:  „...Praca,   o   której   chciałbym   mówić  przed   jej 
zakończeniem, byłaby dla mnie stracona”.

Jak jednak i od czego w  życiu zaczynać  i do czego 

brać  się  należy,   Mistrz   odpowiadał  w   ten   sposób: 
„Zawsze od tego, co się znajduje najbliżej...”

Dlatego też ostrzega bezustannie, jak i wszyscy inni 

Mistrzowie  życia to czynili, przed nieporządkiem, roz-
targnieniem, brakiem odwagi i lękiem, przy czym przy 
okazji wspomina, że stan bojaźni oraz niemożność sta-
nia się  optymistą  zawarte są  we krwi jako dziedzictwo 
po przodkach, którzy w ciężkich zawieruchach wojen-
nych musieli przeżywać stany wielkiej trwogi. Oczywi-
ście okropne czasy, które przeżyliśmy i w dalszym cią-
gu   przeżywać  musimy,   zaostrzyły   ponownie   te   stany 
trwogi,   a   trzeba   sobie   uprzytomnić,  że   trwoga,   miast 
uzbrajać  przeciw   niebezpieczeństwu,   wytrąca   z   rąk 

95

background image

człowiekowi   oręż  rozważnego   poznania,   rozumie   się 
rzeczywistego   poznania.   Jest   bowiem   rzeczą  ważną, 
żeby   się  nie   poddawać  nieustannie   obleganiu   przez 
nagromadzone doznania. Dlatego to Mistrz w jednym ze 
swoich pism powiedział:  „Jest rzeczą  samo przez się 
zrozumiałą, że...pewne poznania bledną, gdy nowe wstę-
pują w pole widzenia świadomości. Dostalibyśmy obłą-
kania, gdyby wszystko, czegośmy w  życiu doświadczyli 
i wszystko, co wiemy – pozostawało w świadomości sta-
le w tej samej wyrazistości. Zupełnie wystarcza, że doś-
wiadczenie, przeżycie i poznanie znowu powracają gdy 
tego potrzeba. A zresztą w bycie duchowym nie chodzi o  
poznanie, które by można było w myślach sformułować, 
lecz o  postępowanie,  którego  celem jest  ucieleśnienie 
Ducha (Ducha „Świętego”) i jego sił. To postępowanie 
– choć brzmi to wręcz paradoksalnie – polega na tym, 
że człowiek wszelkie możliwe dlań czynności skierowane 
na duchowość  wykonuje za pomocą  ciała i jego orga-
nów, całkowicie bez udziału myśli. Oczywiście z  żarli-
wym oddaniem i uczuciem wdzięczności za to,  że jako 
cielesne istoty ziemskie możemy to czynić. Oczywiście 
ze skupieniem uwagi, niby światła reflektora, na tę jedy-
ną czynność, do której właśnie przystępujemy. Ale nie z 
pomocą myśli, oddani jakiemuś myśleniu. Nie myśląc z 
wdzięcznością. Nie skupiając myśli na naszej czynności, 
choćby ta czynność miała polegać tylko na absolutnym 
pozbawionym wszelkiego rodzaju napięcia spokoju cia-
ła.

Podczas gdy dążenia skierowane na rzeczy zewnętrz-

ne, bez szczególnego związku z pełną tajemnic dziedziną 
Ducha Świętego, jak wiadomo należy dobrze rozważyć i 
w myślach wyjaśnić, jeżeli człowiek nie chce ponosić 
szkód, to wszystko, co czyni w celu stworzenia ze swego  

96

background image

ciała świątyni Ducha Świętego, może być dokonane zgo-
ła bez udziału myśli.

Z takiego postępowania wynika wówczas prawdziwa  

pełnia uczuć, o których znów nie należy rozmyślać. Od-
czucia należy żarliwie odczuwać, doznawać, nie zwra-
cając uwagi na żadne nasuwające się myśli. Wówczas,  
jeśli człowiek tak postępuje i przyzwyczai się do takiego  
postępowania, zjawiają się później, w zupełnie innym  
czasie, również poznania myślowe. Ale przychodzą one  
wówczas   jako   dojrzałe   owoce,   wyrosłe   na   świętym  
gruncie naszych wolnych od myśli czynów i odczuć”.

Z opisanego postępowania wynika teraz, w tym  ży-

ciu,   ten   stan   szczęśliwości,   który   stał  się  pośmiertną 
chwałą  wszystkich   prawdziwych   mędrców   i  świętych 
mimo   wszelkich   cierpień  i   mąk,   które   znosili   i   to   w 
stopniu   znacznie   przewyższającym   wszystko,   co   się 
zwykło na ziemi znosić. Jest to szczęście, które postrze-
gamy w pełnym spokoju uśmiechu Buddy i Kwanony 
dalekiego   Wschodu.   Należy   zwrócić  uwagę,  że   ten 
uśmiech maluje się nie tylko na samej twarzy, lecz i na 
cichych,   spokojnych,   pełnych   rozmachu   liniach   całej 
postaci, jako wyraz w spokoju pożądanego i osiągnięte-
go szczęścia, które dla racjonalistycznego mieszkańca 
Zachodu stało się bez mała niezrozumiałe, gdyż u niego 
wszystko   skupia   się  w  mózgu   i   całemu   organizmowi 
prawie, że nie może już być przekazane. Mózg, co naj-
wyżej   tworzy   sobie   być  może   jakieś  abstrakcyjne 
wyobrażenie o szczęściu, (którego Bô Yin Râ poświęcił 
całą  księgę) i wówczas oczekuje, czy zechce ono na-
dejść. Pewien ustęp listu Mistrza daje temu bardzo prze-
konywujące wyjaśnienie: „Ciesz się swym życiem i bądź 
szczęśliwy”
.  Człowiek jest szczęśliwy tylko wtedy, gdy 
chce być szczęśliwy.

97

background image

Ci którzy oczekują, że staną się szczęśliwi, oczekują 

niestety prawie zawsze daremnie”. Wszystko to nie ma  
na celu trwonienia zbyt trywialnego optymizmu, niechcą-
cego   uparcie   zwracać  uwagi  na  rzeczywistość  świata 
zjawisk, lecz „nie zawsze wszystko układa się  tak, jak 
byśmy tego pragnęli, ale wreszcie okazuje się, że prawie 
każde wyrzeczenie jest przyczyną jakiegoś zysku, które-
go inaczej nigdy by się nie osiągnęło”.

Dlatego z pożytkiem będzie na zakończenie przyto-

czyć  tu   jeszcze   jeden   cytat   z   listu,   który   wszystko, 
o czym   była   mowa,   ponownie   i   wyraźnie   streszcza: 
„Jeżeli   człowiek   sam   czyni   wszystko   to,   co   do   niego  
należy i nie naraża się lekkomyślnie na łatwe do pozna-
nia niebezpieczeństwo, tedy może być pewny, że znajdu-
je się pod opieką, która doprawdy więcej zdziałać może, 
niż wszelka pomoc zewnętrzna. To jest inny piękny sens 
przysłowia: Pomagaj sam sobie, a Bóg ci dopomoże.

Warunkiem   wykorzystania   pomocy   duchowej   jest  

zawsze i w każdej sprawie, aby człowiek sam wypełnił 
wszystko, co jest w jego mocy”.

Wszystko to brzmi bardzo prosto i w rzeczy samej 

jest proste. Odurzony jak we śnie bierny sprzeciw i opór 
człowieka, niechcącego się  duchowo rozwinąć, będzie 
to  –  jak już  wspomniano  –  uważał  za nieinteresujące. 
Któż  jednak   spośród   tych   odurzonych   przeczuwa 
wewnętrzną szczęśliwość, która przenika skromną natu-
ralność  serca   ludzkiego   zjednoczonego   z   Prajaźnią, 
a więc   szczęśliwość  człowieka   zbudzonego   lub  wręcz 
samego Mistrza, jakiego mamy tu na myśli?

Jeśli   Jezus   dopuszczał  do   siebie   ludzi   o   prostocie 

dziecięcej, miał  na myśli nie dzieci Lucyfera. Lucyfer 
nie znosił  prostoty bożej. Dlatego spowodował  rozłam 
i rozproszenie.

98

background image

Chociaż usiłowałem naświetlić ludzki dzień powsze-

dni wypełniony przez ora et labora za pomocą działalno-
ści w dniu powszednim Mistrza naszych czasów  –  jak 
go z całym spokojem ośmielamy się  nazywać –  to nie 
wolno mi było i nie mogło to nigdy nastąpić w formie 
mającej zaspokoić próżną ciekawość.

A że świadomość Mistrza ucieleśnionego w powłoce 

ziemskiej jest zawsze jednakowa tak na fizycznej, jak 
i na duchowej płaszczyźnie, a przy tym dla nas ludzi 
ziemskich nie pojęcie ożywiona, jego życie i działalność 
dnia   powszedniego   sięga   najdalszych   podstaw   bytu 
i ogarnia cały niezmierzony obszar pomiędzy serdecz-
nym   płomieniem   ognia   miłości   a   ziemią,   skostniałą, 
zaskorupiałą ścianą nicości. To, czego Mistrz dokonuje 
co dzień i co godzinę, tego możemy się zaledwie słabo 
domyślać. Pewnego pojęcia o tym może nam udzielić 
następujący  ustęp   listu   Mistrza:  „Działanie   duchowe, 
tak jak ono dokonuje się przeze mnie jak przez ziemską 
„antenę”,  sięga...  daleko  poza wszystko,  co zdołałem 
ukształtować  do dnia dzisiejszego dla wszystkich cza-
sów przyszłych, gdyż najistotniejsze przejawy tego dzia-
łania   następują  w   niewidzialności,   tak  że   wynikające 
z nich   skutki   muszą  być  ponownie   przetworzone   na 
modłę  ziemsko-zmysłową, zanim będą  mogły z pewno-
ścią stać się uchwytne dla zmysłów ziemskich”.

99

background image

15. Miłość

Wszyscy Mistrzowie są, nawet w szacie ziemskiej, 

duchami czyniącymi dzieło Miłości. Dzięki tej prapotę-
dze czynią oni swe dzieło wyzwolenia, które jest dzie-
łem

 

pomocy przy narodzinach Boga żywego w Ja, a któ-

re   można   porównać  z   ponownym   narodzeniem   czło
wieka ziemskiego.

Jednocześnie jest to dzieło budowania mostów, gdyż 

przerzucają  oni potężne a nieuchwytne dla oka mosty 
wiodące   od   nowonarodzonego   człowieka   poprzez 
wszystkie hierarchie do Ojca, do człowieka wieczności 
w jego nieskończonej  Światłości, którego można rów-
nież  nazywać  Ojcem  – Matką  (Księga Miłości str. 96). 
Wszystkie   kształtotwórcze   siły,   które   z   upadłego 
w podobieństwo człowieka czynią  dopiero Człowieka, 
są  to   odmiany   siły   miłości,   które   ze   swej   strony   są 
wyrazem   praboskiego   przeżywania   i   poznania   Jaźni. 
Jest, więc aż  nadto zrozumiałe,  że Mistrzowie oddają 
najgłębszą  cześć  jednemu   spośród   nich,   który   ziścił 
miłość w sposób, w jaki żaden inny z tych wspaniałych 
naczyń Miłości nie był w stanie tego uczynić.

Dopiero  Księgi   Mistrza  naszych   czasów   naprawdę 

wykazały, kto to był Jezus i kim nadal pozostaje: „Nie 

100

background image

wymarzony Bóg, lecz człowiek niezrównany, którego peł-
nia   duszy   i   zdolność  miłowania   przewyższa   blaskiem 
każdy   obraz   Boga   dzięki   potędze   swej  żywotności 
i synostwa   Bożego   swej   rzeczywistości,  –  przewyższa 
tak, jak zorza poranna, błędny ognik migający ponad 
bagniskiem.”

Odsłonięcie rzeczywistości tajemnicy ofiary  śmierci 

Jezusa jest jednym z Najwyższych objawień  ofiarowa-
nej przez Bô Yin Râ nauki życia. Legenda o Bogu, który 
poświęca swego syna, przysłoniła mgłą  równy cudowi 
czyn, którego zasięgu nasz umysł  zmierzyć  nie zdoła; 
ten czyn przemawia jedynie do naszych nie spaczonych 
uczuć. Człowiek – i to człowiek również w poprzednim 
okresie swego życia – w chwilach grozą przejmujących 
męczarni zadawanych przez „bliźnich”, w chwilach bez 
przykładowego poniżenia i potępienia  przez  obłąkany 
świat współczesny, w chwilach nie dającego się wyob-
razić  opuszczenia i beznadziejnego cielesnego położe-
nia, w obliczu niechybnej  śmierci cielesnej  –  znajduje 
siłę do pokonania nawet śladu nienawiści, pogardy, chę-
ci zemsty, smutku i rozpaczy, jednym słowem: do prze-
zwyciężenia   wszelkiej   ludzkiej   nieudolności,   aczkol-
wiek przecież każda komórka nerwów drgała krzykiem 
męki. Zdobył  się  na to wszystko, aż  wreszcie uciele-
śniona w nim siła Miłości stopiona z jego jaźnią wzbiła 
się  do   nieporównanego   triumfu   i   stała   się  słowem: 
„Ojcze,   przebacz   im,   bo   nie   wiedzą,   co   czynią”.   To 
przecież oznacza, że nawet Ojciec im teraz przebaczyć 
pragnie, przebaczyć musi i przebaczy; że skończyła się 
straszliwa,  ponuro ciążąca  nad  upadłym  światem klą-
twa: że potęga ciemności złamana została w swym rdze-
niu dzięki  światłu miłości i otrzymała cios, po którym 
nigdy już nie będzie mogła powstać. Jest to wydarzenie 

101

background image

duchowe należące do wieczności, ale całkowicie wcie-
lone w fizyczna doczesność: stan przeobrażenia ciele-
snego w najwyższym sensie w świątynię, która oddzia-
ływuje nie tylko na całą  przyszłość, lecz musi również 
posiadać moc wstecznego działania. Jest to akt niepoję-
tej kosmicznej przemiany w granicach ziemskiej sfery 
duchowej,   oddziałujący   zarazem   na   nasz  świat   oraz 
świat pośrednio niedostępny dla naszych zmysłów. Jest 
to przeistoczenie, przeczute i uroczyście święcone jako 
punkt   najważniejszy   w   liturgiach   religii   chrześcijań-
skiej.

Jest to najdoskonalsze przeistoczenie samego siebie, 

które w rzeczywistości daje w sposób wiarygodny moż-
liwość i pewność przeistoczenia siebie również wszyst-
kim innym ludziom, którzy byli, są i będą dobrej woli.

Jeśli więc we wspomnianej Ewangelii według Mate-

usza (27,51-53) napisano, że wówczas zasłona kościelna 
rozdarła się na dwie części od góry aż do dołu, ziemia 
zadrżała a skały z hukiem pękały, groby się  otworzyły 
i wiele ciał świętych powstało i wyszedłszy z grobów 
po wskrzeszeniu weszło do miasta świętego, – to dzięki 
temu dawnemu tekstowi w potężnych obrazach wyjaśni-
ło się do głębi, co zdziałał ów czyn miłości Jaśniejącego 
pośród jego najgłębszego i pełnego mąk poniżenia na 
jerozolimskim miejscu straceń, pośród złości i głupoty 
ludzkiej.

Słusznie, więc postąpi ten, kto będzie sobie to uprzy-

tomniał, bądź przez rozpamiętywanie dawnych tekstów, 
bądź też – jeszcze lepiej – przez gruntowne zagłębienie 
się w te księgi, w których Bô Yin Râ wyczarował postać 
Największego Miłującego (w szczególności „Misterium 
Golgoty”
  1953  r.  „Mądrość  Janowa”,  „Wysoki  Cel”
„Zmartwychwstanie”).

102

background image

Wszelako   raz   jeszcze   należy   zwrócić  szczególną 

uwagę  na   to,  że   wszystko   cokolwiek   Mistrzowie   i 
Współbracia „Wielkiego Miłującego” z Nazaretu świad-
czą  i co czynią  sprawiają, dzieje się  pod wpływem sił 
promieniujących   z   duchowego   ognia   miłości;   jest   to, 
jeśli ktoś tak woli: zesłanie Ducha świętego przez zjed-
noczonych z Bogiem.

Brak słów w języku ludzkim, aby oddać pojęcie tego 

cudu, mimo że niejeden natchniony trudził się, by przez 
pełne zachwytu słowa poezji albo przez natchnioną for-
mę sztuki dać o tym pojęcie. Cud jest nadspodziewaną 
zgodnością śmierci i miłości, godów wesołych i naro-
dzin. Nie na próżno spostrzegamy na sarkofagach staro-
żytnych, tj. w miejscach przechowania w proch obróco-
nych kształtów ziemskich, radosne, triumfujące obrazy 
miłości i upojenia. Wiele daje do myślenia, a jeszcze 
więcej   do   przeżycia   wewnętrznego,   to   sąsiedztwo 
śmierci i najwyższych radości  życia w  świecie antycz-
nym,   znajdującym   się  tak   bardzo   pod   decydującym 
wpływem misteriów, których pobożności i głębi religij-
nych

 

nie docenia niestety człowiek wychowany w duchu 

chrześcijańskim. Przez to zestawienie miłości i śmierci 
prawie   całkowicie   brak   w   antycznej   religii   czegoś 
okropnego i niesamowitego, czym nasz  świat obrazów 
tak biegle włada i prawie od dwóch tysięcy lat przełado-
wuje   smutkiem.  Ale   istnieje   pojednanie  święte,   pro-
mienne   piękne   i   dające   głęboko   poznać  wyrównanie 
tych   sprzeczności  –  w   utworze   poetyckim   przeszło 
osiemdziesięcioletniego Goethego. Mam na myśli kla-
syczną  noc Walpurgii, ten artystyczny wynik najgłęb-
szego   poznania   człowieka   oświeconego.   Ten   właśnie 
utwór,   wielce   odosobniony   w   nowszej   literaturze 
zachodniej, może w inny zupełnie sposób niż cały sze-

103

background image

reg historii miłosnych dać wyczucie, co to jest wszech-
rozbrzmiewająca siła miłości.

Miłośc nigdy nie bierze, nie posiada w swym stale 

wzrastającym   nadmiarze   miejsca   w   sobie,   aby   brać; 
raczej rozdaje ona i rozrzuca – a przez to rośnie. Miłość 
to  życiorys Jaśniejących, którzy się  bezustannie rozra-
dowują.

Jeżeli Bô Yin Râ w jednej ze swych wierszowanych 

wypowiedzi pisze:

„Całe moje życie było
Od wczesnej młodości

Ustawicznym dawaniem...”

to w tych kilku słowach mieści się  cały jego  życiorys, 
a wszelkie dane dodawane poza tym – to tylko odmiany 
i uzupełnienia tego samego tematu. Bardzo liczne listy 
Mistrza, które, poza skierowanymi do mnie, przejrza-
łem, działają dziś jeszcze niby prąd żywej miłości, który 
już w owym czasie płynął i płynie nadal z zaświata na 
ziemię. Jest to ten ognisty prąd, który spala wszystko, 
co marne i sprowadza śmierć rzeczy nieważnych i dzi-
wacznych, prąd miłości, który żąda ofiary z własnej jaź-
ni,   by   po   uświetnieniu   znaleźć  się  z   powrotem   we 
Wszechświecie.

Bô Yin Râ nigdy nie odrzucał spraw ziemskich. Po-

dziwiał  często ze zdumieniem i w pełni miłości ziem-
skie zjawisko prądu elektrycznego i chętnie czynił alu-
zje   do   pełni   zawartych   w   nim   symboli.   Szczególnie 
żywo   przypomina   sobie,   jak   staliśmy   z   nim   przed 
oknem   wystawowym   w   Lugano   i   oglądaliśmy   dość 
rzadko wówczas jeszcze spotykane rurki neonowe, któ-
rych   widokiem   był  widocznie   przejęty.   W   niedługim 
czasie potem pisał w liście, do którego dołączył zdjęcie 

104

background image

przedstawiające wyładowanie iskry elektrycznej w cen-
trali prądów wysokiego napięcia: „Nie ma.... w tym zgo-
ła nic dziwnego, że iskra elektryczna może tworzyć takie 
wstęgi nawarstwień światła, gdyż  jest ona w ziemskim 
materialnym  świecie   praprzodkiem   wszelkiego  życia 
w kształtowaniu form i nie może całkowicie ukryć swe-
go wyższego pochodzenia. Zapewne wieszcze starożytni 
o czymś podobnym wiedzieli, gdy przedstawiali Lucyfe-
ra jako upadłego anioła i stworzyli mit o Prometeuszu? 
–  Jedno i drugie daje się  doskonale odnieść  do pana 
ciemności, brata  świętego praognia, który „był  zanim 
niebo i cokolwiek innego zostało stworzone”.

Miłość  jest potężną  niszczycielką  cierpienia. Zdanie 

to jest stwierdzeniem niezbitego faktu, a raczej pewnego 
prawa. Jeśli Bô Yin Râ szczerze i otwarcie mówi,  że 
należy swoje cierpienia miłować, to bynajmniej nie ma 
na myśli kultu cierpienia, jak to czynili i czynią niektó-
rzy   uważani   za  świętych   maniacy,   a   raczej   zupełnie 
przeciwieństwo tego kultu. Kto miłuje swoje cierpienie, 
tym   samym   pracuje   nad   pozbawieniem   go   wartości, 
a wreszcie nad jego zniszczeniem. Rzecz prosta, że nie 
wszystko cierpienie może być  zniszczone: to by ozna-
czało unicestwienie wszelkiego bytu. Ale niewymownie 
wiele cierpienia można usunąć lub mu zapobiec, w każ-
dym razie całe cierpienie, które niejako chce być czymś 
więcej   niż  mroczną  przeciwwagą  przejawiającej   się 
wspaniałości.

Kształt   z   gałęzi   i   liści,   piękno   kwiatów,   bogactwo 

owoców krzewu albo drzewa nie mogłyby istnieć  bez 
zakorzenienia w ciemnej glebie. Jak bardzo rozstrzygają-
ce   jest   złudne   istnienie   cierpienia   w  życiu   ziemskim 
Mistrzów zjednoczonych z Bogiem widoczne było na 
Golgocie.   Ten   kielich   nie   mógł  ominąć,   chociażby 

105

background image

doprawdy nie był pożądany; musiał być do dna wychy-
lony, albowiem taki był warunek, dzięki któremu został 
spełniony czyn wszelkich czynów, czyn miłości Jezusa, 
który przełamał bezlitosny grom klątwy nękający ludz-
kość ziemską.

Obowiązywało to również Bô Yin Râ jak i obowiązu-

je każdego z tych  świetlanych ratowników: wyzwalać 
określone   siły   ziemi.   Wiersz   w   jego  „Marginaliach” 
mówi o tym wyraźnie:

„Siły tej ziemi,

Które w „dniu moim” wyzwalać muszę.

Dają się wyzwolić tylko temu.

Kto z wdzięcznością znosi

Ziemskie cierpienie cielesne:

Jak wyzwoliciel więzów cielesnych

Wyzbyty trwogi i skarg”.

W tym samym wierszu odrzuca wszelkie współczu-

cie z powodu jego cierpień cielesnych i mówi nawet, że 
raczej każdy powinien zazdrościć mu: wręcz przejmują-
ce grozą słowa.

Gdy się  je czyta, są  one w pierwszej chwili prawie 

niezrozumiałe. Ale gdy przenikną  do naszego wnętrza, 
zdolne są do rozwiązania od dawna stawianego pytania: 
na cóż cierpienie, dlaczego panuje zło, po cóż to wszyst-
ko?

Odpowiedź może być dana tylko przez duchowe prze-

życie. Wiersz o którym mowa oraz wiele jeszcze innych 
zawartych w „Marginaliach” stanowią odpowiedź na to 
odwieczne pytanie, są wyzwaniami człowieka duchowo 
całkowicie   obudzonego,   ale   są  jeszcze   niezrozumiałe, 
jeśli się je ujmuje rozumowo: muszą one przeniknąć we 

106

background image

własne życie jako wpływ miłości z Wszech-Życia, które 
tam jest miłością.

Wydawałoby   się,  że   o   tym   wszystkim   nie   można 

mówić,  że można zaledwie bełkotać. Lecz Bô Yin Râ 
potwierdza się tu jako Mistrz, nigdy bowiem nie bełko-
cze, lecz mówi tak jasno i prosto, jak gdyby mówił tyl-
ko: dzień dobry, jak się masz?

Ten prosty sposób mówienia bywa często lekceważo-

ny i poddany wątpliwościom: cóż tam może być osobli-
wego? Przecież  to są  rzeczy doprawdy same przez się 
zrozumiałe. Ale powoli: być  może jednak nie tak już 
same przez się  zrozumiałe dla tych wszystkich, którzy 
zaplątali się w skomplikowanej piekielnej sieci odłącze-
nia od ducha, od miłości, od praźródła  życia. Przecież 
i dzisiaj spotykamy wielu ludzi, którzy Rafaela kojarzą 
z oleodrukiem, a Mozarta z  ćwiczeniami muzycznymi. 
Zachodzi tylko pytanie, czy to Mozart i Rafael, czy też 
oni sami ponoszą winę za taką formę zblazowania.

Doprawdy, Mistrz niechętnie cierpiał, a jednak – jak 

się wyrażał – modlił się o cierpienie, aby w ten sposób 
przejąć wołanie o pomoc innych ludzi cierpiących ciele-
śnie w kierowaniu życiem cielesnym.

Człowiek powierzający się  temu kierownictwu poj-

muje wówczas w sobie sens słów: Widzieć w cierpieniu 
„kłamstwo” Znaczy: „niszczyć” swoje cierpienie.

Zawsze   nie   należy   grzebać  się  ani   w   swoim,   ani 

w cudzym   cierpieniu.  Ale   należy   o   tym   pamiętać,  że 
cierpienie na tej ziemi Jaśniejących służy bezwzględnie 
zawsze do gloryfikacji miłości oraz siły tworzącej jej 
piękno duchowe.  Żaden z Mistrzów nie jest ani refor-
matorem  świata ani rewolucjonistą. On daje przykład. 
Oto wszystko. Odnalazł siebie samego i dokonał swego 
wychowania, wychowania z miłości. A czym jest wy-

107

background image

chowanie siebie w miłości, jeśli nie pełne miłości ofia-
rowanie   i   pogrążenie   własnej   jaźni   w   boską  jaźń? 
Mistrz, jeśli wewnętrznie zdołamy uważnie przysłuchi-
wać  się  jego   cichym   słowom,   pociąga   nas   w   głąb 
i wzwyż  do akordu miłości wirujących sfer. A jest rze-
czą zupełnie obojętną, czy ten przebieg rozwojowy wyja-
śnia się kierowanemu człowiekowi zgodnie z jego uspo-
sobieniem   w   obrazach,   czy   w   dźwiękach,   czy   też 
przeobraża się on bez takich duchowo-zmysłowych spo-
strzeżeń  w niezachwianie pewne poznanie miłości pa-
nującej   w   jej   nieprzemijającym   rdzeniu.   Miłość  jest 
przecież  bardziej istotna niż  każde jej odbicie, choćby 
było najwznioślejsze.

108

background image

16. Mądrość

Gdziekolwiek czytelnik zechce się  zatrzymać  w og-

rodzie   ksiąg   pełnych   kwitnącego  życia,   ksiąg,   które 
podjęliśmy  się  rozpatrzyć,  zawsze   będzie   miał  całość 
przed   sobą.   Zgoła   nie   powtarzając   się  całkowicie 
w temacie i motywach, kątach widzenia i przenośniach, 
zawiera jednak każda księga, a nawet więcej: każdy roz-
dział, każdy ustęp, prawie każde zdanie – całość, tak że 
nawet w najdrobniejszych częściach zawarta jest całość 
nauki. Właściwie Mistrz mówi zawsze o jądrze duszy 
poszczególnego człowieka, a zatem powszechnej cało-
ści, która jest przecież w niego samego wpromieniowa-
na. Wskutek tego przy przerzucaniu stron i szukaniu, 
nigdzie tutaj czytelnik nie natknie się  na jakiś  system 
lub jego szkic. Jaźń i wszechświat nie są systemem – są 
to żywe ciała.

Bô Yin Râ przemawia zawsze do ciebie. Wkłada on 

wszystko w wychowanie samego siebie. Na tym wycho-
waniu polega cała pedagogika, cały socjalizm, cała poli-
tyka.   Decydujące   odpowiedzi   znaleźć  można   zawsze 
tylko we własnej głębi, jedynym niezawodnym kompa-
sie wszelkiego kierownictwa życiowego.

109

background image

Kto chce wychowywać, rządzić i socjalnie ulepszać, 

ten niech rozpoczyna od samego siebie. Jeżeli nie może 
dać rady z sobą samym, jakże może uporać się z inny-
mi?

Mistrz  życiem   swoim   i   swoim   dziełem   wskazuje, 

czym jest człowiek, czym jest  życie i jak się  samego 
siebie wychowuje. Jedynie z przykładu wynika należyte 
oddziaływanie   na   zewnątrz.   Kto   nie   wie   z   własnego 
poznania, czym jest człowiek i  życie, jak może chcieć 
kierować  ludźmi   i   ich   wychowaniem,   kierować  ich 
życiem? Rodzicom, którzy sobie łamią głowę, jak mają 
wychować  dzieci,   można   zawsze   tylko   powiedzieć: 
zacznijcie od wychowania samych siebie; reszta wynik-
nie sama przez się. Bô Yin Râ napisał kiedyś: „Wszelkie 
wychowanie dzieci zależy przede wszystkim od tego, aby  
rodzice poznali samych siebie.”

Cała nauka moja odnosi się do tego wychowania. To 

nie jest tak jak sądzicie, że macie dopiero odpowiedzial-
ność względem dzieci. Przede wszystkim istnieje dla każ-
dego człowieka tu na ziemi odpowiedzialność za siebie 
samego. Jeżeli wszystkie swoje wysiłki będziecie kiero-
wać  na to, by stale poddawać  kontroli wasze własne 
wychowanie, wtedy możecie bezwzględnie być pewni, że 
nie popełnicie żadnego „błędu” przy wychowaniu dzie-
ci.... Wychowanie dzieci polega w pierwszym rzędzie na 
tym,  że   należy   dzieckiem   kierować  w ten   sposób,   by 
wychowało się  samo. Tylko wówczas, gdy człowiek od 
wczesnej młodości nauczy się  odczuwać,  że może sam 
siebie wychowywać, to i wychowuje się sam, i tylko to  
wychowanie jest trwałe. Zbyt wiele robicie sobie kłopo-
tu sądząc, że losy dziecka zależą od waszej pedagogiki. 
Nie zapominajcie proszę, że każde dziecko jest samoist-
ną istotą, której losy są w ręku Boga i której to istocie 

110

background image

możemy o tyle tylko wyrównywać drogę życia, o ile zdo-
łamy dodać na tę drogę coś na wewnętrzną i zewnętrzną 
własność.   Nie   zależy   tak   dalece   na   tym,   aby   dzieci  
odzwyczaić od wszelkiego drobnego błędu, a nawet każ-
dego poważnego błędu, lecz daleko ważniejsze jest to, 
by   dziecko   wyniosło   z   domu   rodzicielskiego   zasady  
prawdziwego,   dobrotliwego,   pełnego   miłości   uczucia 
ludzkiego.... Im spokojniej i swobodniej staracie się dać 
swym dzieciom to, coście w samych sobie znaleźli, tym 
lepiej. Nie słowa wypowiadane przy wychowaniu, jakie  
dziecko   słyszało   w domu   rodzicielskim   i   być  może 
zachowało w pamięci, dają  mu w  świecie rzeczywistą 
ochronę.   Dorastający   poza   domem   rodziców   młody 
człowiek  chroniony  jest tam tylko wtedy,  gdy wyniósł 
niezachwiane   przekonanie,  że   o   każdym   czasie   sam 
może się  wychować, a celem jego wychowania będzie 
dobro, prawda i szlachetność, jeśli te cnoty już w domu 
pokochał  i z nimi się  zżył. Wszystko dalsze pozostawić 
możecie naprawdę  z całym spokojem Bogu.  Jeśli wy-
chowanie ma być coś warte, musi wypływać z własnego 
żywego czucia i z serca, a nie z mózgu”.

Wszyscy, którzy mieli możność  obcowania z Mist-

rzem,   mogą  stwierdzić,  że   znajdował  on   zawsze   i   w 
mgnieniu oka radę  na ich potrzeby, nie banalne rady, 
lecz starannie wyczute, wypływające z duchowych pod-
staw: wyraźny znak jego wewnętrznego, hierarchiczne-
go stopnia jako wysłannika z zaświata.

W wolnym przekładzie nazywamy ewangelię „rado-

sną  nowiną”.  Ściślej powinna się  ona nazywać  „dobrą 
nowiną”.

Jeśli się rozważy, że to orędzie pochodzi już z drugiej 

lub trzeciej ręki, a nie bezpośrednio od Tego, kto mógł 
powiedzieć: Jam jest droga i prawda i  żywot; nikt nie 

111

background image

przychodzi do Ojca jak tylko przeze mnie (Jan 14,6) – 
mamy wszelkie powody nazywać  orędzie pochodzące 
bezpośrednio   od   Mistrza   naszych   czasów,   które   przy 
tym   napisane   zostało   w   całkowitym   porozumieniu 
duchowym z Jezusem, radosną, a nawet ponad wszelką 
miarę  uszczęśliwiającą  nowinę,   jako   niezbędne   nowe 
objawienie ze sfer Wieczności i daje ciąg dzieła miło-
sierdzia. To objawienie wskazuje nam w  żywych sło-
wach, które poniekąd stały się ciałem i krwią, nie tylko 
drogą powrotną do Ojca działającego i przebywającego 
w naszej duszy, lecz również mającą nastąpić decydują-
cą duchową przemianę naszego świata ziemskiego. Sto-
imy na progu potężnego wydarzenia. Ale musimy się 
strzec, aby nie popaść  w błąd pierwszych chrześcijan, 
którzy usiłowali zmaterializować  swoje mesjanistyczne 
nadzieje   i  źle   zrozumieli   objawienia   Jezusa”.  „Chęć 
zmiany duchowo-kosmicznych wpływów”
, jak to Bô Yin 
Râ określił w swej księdze „O bezbożności”, nie może 
być  wyobrażana   jako   przedstawienia   z   reflektorami, 
ogniami   sztucznymi   i   wodotryskami,   zmierzchem 
bogów   itp.,   lecz   jako   wolny   od   przesądów,   wyzbyty 
wszelkiego   sennego   upojenia   zwrot   wielu   ludzi   do 
Ducha, jako pewne i niezawodne poznanie wiekuistej 
rzeczywistości:   cel,   którego   można   najserdeczniej 
życzyć. Jasne jak na dłoni,  że to potężne wydarzenie 
moce ciemności będą usiłowały powstrzymać za pomo-
cą wszelkich przeszkód i zaczynamy to aż nad to odczu-
wać. Z mobilizacji sił przeciwnych, jakich ziemia jesz-
cze  nie   widziała,   z  techniczno-romantycznych  potwor
ności,  intelektualnej  pychy,   z  wyrafinowania   a  często 
jednorazowego barbarzyństwa sztuki i rozkoszy, niepoję-
tego wyobcowania z naturą, by to tylko tu wymienić, – 
można przeczuć  do pewnego stopnia wspaniałość  nad-

112

background image

chodzącego „z Ducha wiekuistego rozjaśnienia i oświe-
cenia”
. Kto ma przeczucie tego, temu wolno, pomimo 
całego  rozpętania  mocy  piekielnych,  razem z  Bô Yin 
Râ, gdy cytuje on słowa Huttena, powiedzieć z całą ra-
dością:  „Rozkoszą  jest  żyć”  (O  bezbożności,   str.   47). 
Naturalnie   nie  łatwo   jest   zachować  radosną  ufność 
w chaotycznym zamęcie dzisiejszej rzeczywistości, która 
prawie każdego człowieka obrabowała ze zwykłego nie-
gdyś minimum pewności. Tu w wysokiej mierze ma zna-
czenie to, co Mistrz powiedział do jednego z przyjaciół: 
„Pewien sprzeciw, pewne oporne nastawienie przeciw  
złu   atakującemu   od   zewnątrz   musi   według   mojego 
doświadczenia   rzeczywiście   nastąpić,   jeżeli   ma   się 
potwierdzić zaufanie.”

Potwierdzenie zaufania ze strony Ducha nastąpi bez 

oporu, jeżeli spokój wewnętrzny nie pozwoli się zbała-
mucić żadną życiową  niedolą, ani  żadnymi sztuczkami 
piekielnymi lub oszołomić blaskiem.

Mądrość  Mistrza   pouczała   nas   na   każdym   kroku 

widzieć  rzeczy  takimi,   jakie   one   są,   a   nie   jakimi   się 
wydają. Potrafi on czynić je przejrzystymi, w szczegól-
ności rzeczy ostateczne i rzeczy boskie, o których do-
tychczas   dowiadywaliśmy   się  tylko   niby   o   rzeczach 
odbitych   w   lustrze   i   przy   tym   niejasnych   słowach. 
Słusznie mówi w jednej ze swoich uwag: „Kto... szuka 
rady w tym, com napisał, ten wnet pozna, co mu się 
z powołanej   lub   niepowołanej   strony   przedstawia 
i powiada, by temu uwierzył. Trudno mu będzie popaść 
w błąd”.

Stale na nowo ostrzega nas przed naszym najbardziej 

złośliwym   wrogiem  –  lękiem.  W  wyżej   przytoczonej 
uwadze   nadaje   temu   ostrzeżeniu   szczególną,   niemal 
przerażającą  nutkę:  „Najcięższym   grzechem   jest   lęk, 

113

background image

aby   nie   popaść  w   grzech...   Nie   ma...   zgoła  żadnego 
stopnia błędu, co w najgorszym razie może być „grze-
chem”
, z którego człowiek chcący tego a ufający w wie-
kuistą Łaskę nie mógłby cię znów dźwignąć o własnych 
siłach ze swego życia ziemskiego.

Zdumiewające,   o   posmaku   prawie   rewolucyjnym, 

a jednak jest bardzo pocieszające i krzepiące słowa. Nic, 
ale to zgoła nic, nie ma takiego, czego by się  należało 
lękać, nawet grzechu, a przede wszystkim nie bać  się 
Boga, który wszak jest Miłością i człowiek Mu ufający 
odczuwa Go jako  Łaskę. Boga należy się  raczej wsty-
dzić, jeżeli człowiek, jak się  to prawie zawsze zdarza, 
okaże   się  niegodny   Boga,   ulegając   wszelkim   głup-
stwom, chuciom i różnym napaściom lenistwa i trwogi. 
Oto mądrość Mistrza, że dużym dzieciom, które wresz-
cie mają się rozwinąć, opowiada zajmująco – niby książ-
ka z bajkami – o pięknej ojczyźnie duchowej, a jedno-
cześnie nastraja je radośnie i ufnie i usuwa głupi lęk. 
A nie opowiada on bzdurnych bajek dziecinnych, lecz 
niesie najczystsze i najjaśniejsze wieści o rzeczywisto-
ści   i   prawdzie,   o   dobru   i   pięknie   krainy   duchowej, 
o Bogu żywym w sercu duszy oraz o cudownych niezbi-
tych sprawach boskich. Może on, jak Pan do Mojżesza, 
powiedzieć  budzącym   się  dzieciom  „Nie   bójcie   się, 
gdyż jestem przy was”
. Ale również odradza im wszelką 
przesadę w wyobrażeniach.

Chodzi przecież  tylko o jedna rzecz samą  przez się 

bardzo   prostą:   o   poznanie   z   całą  pewnością  we   wła-
snych głębiach przyczyny tego, kim jest człowiek du-
chowo i co fizycznie jest jego powłoką.

Dlatego   w   tych   samych,   już  często   przytaczanych 

słowach wypowiada upomnienie: „Wybujałość wyobraź-
ni przeszkadza w słyszeniu delikatnych poruszeń serca, 

114

background image

które człowiekowi nie obeznanemu jeszcze ze  światem 
Światłości jedynie mogą podać o nim wieść... Ludzie nie 
chcą wierzyć, że to, co wiec
zne, przejawia się  w takiej 
prostocie”.

Zanim się dotrze do tej treści prawdy, należy usunąć 

pokłady gruzu, chwastów, kurzu, próchna i zapleśniałej 
pajęczyny, należy wypłoszyć  urojenia, dzienne i nocne 
upiory z ich poglądami i naukami w świecie zewnętrz-
nym, a przede wszystkim wewnątrz w onieśmielonych 
i zdezorientowanych duszach. A jest to sedno wszelkiej 
mądrości  –  wskazać  człowiekowi ziemskiemu, jak ma 
się uporać z głównym swym wrogiem: z powszechną na 
świecie trwogą, która się  zagnieździła lub grozi wśli-
zgnięciem   się  w   postaci   lęku,   przerażenia,   opętania, 
zwątpienia, rozpaczy, troski, bojaźni, przesądu, melan-
cholii   i   tysiące   innych   Postaci.   W   prawdziwej,   albo-
wiem z  łaski Mistrza nadanej mądrości, Mistrz z nie-
zrównaną  wytrwałością  i cierpliwością  wskazuje drogi 
i możliwości osiągnięcia tego pierwszego celu, uwzglę-
dniając najróżniejsze typy charakterów.

Jakiekolwiek zainteresowania może mieć  człowiek, 

jaki   temperament   w   nim   przeważa,   czy   będzie   miał 
usposobienie czynne, czy też  kontemplacyjne, znajdzie 
on w jakimś  ustępie lub nawet w wielu ustępach licz-
nych nauk, a może i przy intuicyjnym wczuciu się w ten 
lub inny obraz duchowy – wynalezioną dla niego możli-
wość,   aby   powoli   lub   szybko   opanować  w   końcu   tę 
trwogę, niegodną dziecka królewskiego; gdyż my wszy-
scy jesteśmy pochodzenia „królewskiego” (niezależnie 
od tego, czymkolwiek byśmy się trudnili) .

Szczególnie niebezpieczny jest smutek. Bô Yin Râ 

surowo sądził ludzi opanowanych tym uczuciem i rzad-
ko czynił z tego tajemnicę, że uważa za grzech, co naj-

115

background image

mniej za oznakę rozstroju nerwowego, który należy bez-
względnie zwalczać. Świadczy o tym wiele fragmentów 
jego pism, a jeszcze bardziej listów, w których Mistrz 
delikatnie lub ostro, zależnie od okoliczności, zmywa 
głowę  opanowanym przez smutek adresatom, przeciw-
stawiając nieświadomej magii lęku  – świadomą  magię 
niezachwianej ufności, udzielając pociechy, którą dusza 
musi sama w sobie wyzwolić:

„Pociechy nie znajdziesz

W pobliżu ni w dali,

Dopóki złość i zawiść

Duszę twą niewoli.

Gdy dusza sama z siebie

Nie znajdzie pociechy,

Zaiste jej nie zazna

Na ziemi po wieki”.

Wszystko bowiem, co Bô Yin Râ oznajmił przyjacio-

łom bliźnim znajduje się wręcz poza wszelkimi teoriami 
zaczerpnięte z doświadczenia w sposób, jaki znacznie 
przewyższa normalny naukowy i praktyczny empiryzm. 
Dlaczego? Gdyż  prawdziwemu mędrcowi nie potrzeba 
wiedzy od kogoś przejętej, aniż żadnych poza nim stoją-
cych konstrukcji pomocniczych, gdyż źródłem, z które-
go czerpie, jest on sam. Jego mądrość  nie jest czymś 
zapożyczonym, co się  rozpada razem z szatą  ziemską, 
lecz trwałym wiekuistym posiadaniem. Dlatego Mistrz 
mówi   na   zakończenie   rozdziału  „Wiedza   mędrców” 
w księdze   „Zmartwychwstanie”:  „Przy   wiedzy   wieku-
istej.... Wiedzący, przedmiot jego wiedzy oraz to, co on o 
nim wie, całkowicie przenikają się wzajemnie. W ten ty-
lko sposób naprawdę się poznaję”.
 Kto pozwoli radom 
i opiniom   nauki   przewinąć  się  przed   oczyma   ducha, 

116

background image

a przy tym jeszcze, jak miał możność autor niniejszego 
dzieła, bezstronnie zbadać wpływ poważnego materiału 
listów i notatek, notatek dalej ożywić wspomnienia wie-
lu   rozmów   przeprowadzonych   z   Mistrzem,   ten   musi 
dojść do odczucia wręcz niezwykłej pewności: tu moc-
ny jak opoka. Co się tyczy treści tej mądrości, to Bô Yin 
Râ kiedyś po prostu powiedział: „Nie przynoszę żadnej 
„teorii”,  żadnej nowej „filozofii”,  żadnej nowej „reli-
gii”, lecz wyłącznie wyniki praktycznego doświadczenia 
w   dostępnych   dla   mnie   osobiście   duchowych   dziedzi-
nach życia, które nieświadomie są prawdziwą ojczyzną 
duchową każdego człowieka ziemskiego”.

W   drugiej   połowie   mego  życia   miałem   szczęście 

oglądać  starożytne, z dalekiego Wschodu pochodzące, 
malowidła wykonane tuszem  –  w kopiach, lub jeśli to 
było możliwe w oryginałach. Gdy zagłębiam się w tych 
uduchowionych   krajobrazach   lub   też  na   swój   sposób 
obcuję  z   tymi   osobliwymi   pielgrzymami   i  świętymi, 
wówczas zawsze wydaje mi się, że mnie spotyka i prze-
mawia do mnie na swój niewymownie pogodny sposób 
ów z Bogiem zjednoczony, którego pamięci i ewokacji 
duchowej poświęcam mój wysiłek napisania tej książki. 
W tych spokojnych mających wygląd świętych, nieskoń-
czenie dyskretnych dziełach sztuki prastarej, na głębo-
kim szacunku ugruntowanej kultury, odczuwam coś, co 
najbardziej ze wszystkich innych ludzkich tworów może 
dać piękną oprawę uśmiechniętej złocisto-białej mądro-
ści Mistrza. Wszystkie one razem wzięte są  przenośni-
kami Domu Duszy. Delikatnie i miękko rzucone, a jed-
nak potężnie wznoszące się i cudownie uporządkowane 
krajobrazy,   w   których   nie   ma   nic   zbędnego,   a   każde 
drzewo, każdy wodospad, każde jezioro, każda góra czy 
obłok   stały   się  symbolem   i   obrazem   Boga.   Wysoce 

117

background image

ludzkie w sposób zgoła niezrozumiały. Tu stale staje mi 
w pamięci Bô Yin Râ, który w swym utworze napisa-
nym w rodzaju psalmu pt. „Dom Duszy” powiedział: 
„Zważ Szukający – kraina wiekuistych kształtów

stoi przed tobą zawsze otworem,

Musisz jedynie wybrać gdzie pragniesz zbudować

w niej dom swój....

W domu twoim, jeśliś go odpowiednio wybrał

Bóg nie będzie ci obcy

Jako potężnego przyjaciela będziesz

Go gościł u siebie”.

Mądrość  Mistrza przejawiała się  nieraz także w po-

staci   humoru,   jeśli   sytuacja   ziemska   była,   jak   to   się 
mówi   zawikłana.   I   mogło   się  zdarzyć,  że   osoby   go 
odwiedzające, które oczekiwały wyroczni apolińskich, 
znajdowały   dowcipne   słówka   i  żarty,   wywołujące 
w nich zakłopotanie, o ile im, co niestety dość  często 
zdarzało się, brak było poczucia humoru. Brak humoru 
jest jednak smutną  cechą. Należy on do rzeczy najbar-
dziej  rozpaczliwych, jakie w tym  życiu  przytrafić  się 
mogą człowiekowi, o ile mu się nie uda znaleźć czegoś 
budzącego wesołość  nawet w rzeczy pozbawionej  hu-
moru.

118

background image

17. Patriarcha

Ten   człowiek   został   zesłany   w   czasach   pełnych 

zamętu,   chaosu,   tak,   że   w  historii   dwóch   tysięcy  lat, 
połowicznie tylko znanej, próżno by się rozglądać za 
bardziej szaleńczym chaosem myśli, słów i czynów. Nic 
w takich czasach nie przynosi większej ulgi człowieko-
wi, jak rzeczy jasne i trwałe, których się bezmyślnie nie 
podkopuje, a które noszą pogodny blask. Doprawdy nie-
łatwo człowiekowi zachować pogodę i dobry humor, nie 
dając się zbić z tropu i podążać drogą uznaną za właści-
wą,  pragnąc  szczęścia  dla  siebie  i  dla  innych  działać 
w tym kierunku. Biada temu, kto zwątpi.

A jednak znalazł się przecież człowiek, który cicho 

a z wielką mocą spokojnie i z pogodą, niby patriarcha 
czasów biblijnych, znalazł właściwe słowa, nadające się 
do tego by odwrócić nieszczęście. Wprawdzie nie mógł 
czynić cudów, tak jak i sam Bóg nie mógł tego dokonać 
by stworzyć raj na ziemi. Pomijając to, raj na ziemi nie 
jest   ani   możliwy   ani   pożądany,   wymaga   on   partnera 
dobrej woli, człowieka czujnego, który zmęczył się już 
drzemaniem i marzeniami sennymi.

I oto znów zjednoczony z Bogiem człowiek – Bô Yin 

Râ – dał, jeżeli ktoś potrafi należycie czytać, zadawala-
jące   odpowiedzi   na   wszelkie   nurtujące   ludzi   pytania, 

119

background image

które należało rozwiązać. Zwłaszcza w tomie  „Ułuda 
Wolności”
  znajdował   zawsze   nić   przewodnią,   która 
wskazuje drogę z labiryntów zagadnień socjalnych, na-
rodowych   i   w   ogóle   społecznych,   przy   czym   często 
w jednym jedynym zdaniu trafnie ujmuje rzeczy decy-
dujące. Nie przeczy przy tym wcale doniosłości nauki 
i jej zasług. Przyznaje on jej być może więcej, niż by to 
mogło być miłe niejednemu gorliwemu fanatykowi. Ale 
rozwikłuje i przecina ostrzem jasnego i prostego pozna-
nia duchowego wiele przędziwa omotującego prawdzi-
we

 

lub

 

rzekome

 

zagadnienia i sprowadza każde z nich do 

decydującego mianownika, do wewnętrznej jaźni, z któ-
rej wychodząc – wszystko, ale to rzeczywiście wszystko 
można doprowadzić do porządku i harmonii, z której 
jedynie wychodząc odbudować można wszelką dającą 
się pomyśleć społeczność – czy to obejmować będzie 
małżeństwo, rodzinę lub przyjaciół określonego rodzaju 
grupy   dusz   lub   wspólnoty   ludowe,   związki   narodów 
i całą   ludzkość   ziemską,   czy   nawet   cały   przeniknięty 
boskością a więc i człowieczeństwem wszechświat.

Mistrz wszystko to widział i opisał, a oprócz tego 

przeżył   jako   ojciec,   jako   patriarcha,   co   musimy  stale 
podkreślać. Jego dzieło i istota jest na wskroś patriar-
chalna   przy   jego   dobrotliwej,   promieniującej   ciepłem 
więzi daleko sięgającej miłości, przypływającej doń nie-
przebranie jedynie dzięki jego jedności z Bogiem.

Bardzo znany od dawna już zmarły uczony wyraził 

się o nim w kółku znajomych mnie więcej tymi słowy: 
„Jest on niby anioł unoszący się w przestrzeni, ale lu-
dzie tego nie widzą”.

Bô Yin Râ czynił zawsze wrażenie pełnego spokoju 

patriarchy pod drzewem figowym lub też mędrca z Da-
lekiego Wschodu medytującego na występie skalnym, 

120

background image

leżącym naprzeciw wodospadu, albo pod strzechą prze-
wiewnego   pawilonu   stojącego   na   polach   na   jeziorze 
górskim i wysyłającego światu krzepiące myśli i impul-
sy. Z tej jego patriarchalnej postawy wypływa to, co nie-
gdyś napisał: „Człowiek zawsze będzie błądził, jeśli sta-
le szuka czegoś „nowego” miast dążyć do oparcia się  
o rzeczy najstarsze”.

Taka   zasadnicza   postawa   pozwalała   mu   przy  całej 

skromności do miłego otoczenia do dobrych i pięknych 
rzeczy pozostawać spokojnym i obojętnym, przy nader 
sumiennie   uregulowanych   stosunkach,   do   wszystkich 
niespokojnych pokus w postaci namiętności, przepychu, 
ambicji i tym podobnych, a do tego dochodziło coś jesz-
cze   bez   mała   niby   lęk   przed   osobistym   obcowaniem 
z ludźmi, gdyż każdy jego kontakt z obcymi stale mu-
siał się dlań przekształcać w wewnętrzne ustosunkowa-
nie się do każdego z osobna. Czynił on charakterystycz-
ną różnicę pomiędzy ziemską społecznością a kierowa

 

z ducha wspólnotą, o czym w księdze „Ułuda Wolno-

ści” wypowiedział wszystko, co istotne. Choć ze wzglę-
du na harmonię i zwyczaje przywiązywał pewną wagę 
do opinii, to jednak jako artyście i pisarzowi były mu 
obce myśli o sławie. Każdy człowiek inteligentny zro-
zumie, że chodzi tu nie o potrzebę zdobycia znaczenia i 
nie o żądzę sławy, lecz o stwierdzenie ważnego, gdyż 
duchowego a dla ludzi bliskich przebudzenia pociesza-
jącego faktu, o czym Mistrz kiedyś napisał: „Nadejdzie 
dzień, w którym się okaże, że pomoc duchowa podawa-
na jest ludziom jej godnym zaiste nie bez mocy dalej  
działającej,   chociaż   nawet   jej   skutki   ujawniały   się  
w czasie znacznie późniejszym.... Nic a nic zginąć nie  
może   po   wieczne   czasy   z   danej   przeze   mnie   pomocy  
duchowej”.

121

background image

Ten patriarchalny, w naszych czasach tak niezwykły, 

a dlatego dwójnasób sympatyczny, przejmuje nastrajają-
cy sposób bycia zmagał się coraz bardziej od czasu, gdy 
posiadł on Mistrzostwo duchowe i nie na próżno miły, 
łagodny i szlachetny krajobraz Lugano mógł przygoto-
wać do tego nader godnie, ściągając na siebie błogosła-
wieństwo. Rzeczywiście Lugano i jego okolica jest bło-
gosławioną krainą czy przybywa się tam z południa, czy 
z północy, jest ono dla podróżnika zdolnego do przyj-
mowania   subtelniejszych   odczuć   prawdziwą   niespo-
dzianką. Zabawką Boga uśmiechająca się do oczu zmy-
słów i duszy.

Bô Yin Râ rozmiłowany był poza tym w Tessimie, 

lecz szczególnie w okolicach Locarno, położonego na 
brzegu znacznie większego otwartego Lago Maggiore, 
które wraz z jego dolinami pozostało do pewnego stop-
nia mniej zeszpecone. Jednakże wybrał miejski charak-
ter Lugano z racji dogodniejszych dla rodziny warun-
ków życia, a szczególności ze względu na ważne dla 
dzieci   szkoły.   Gdy   mu   wychwalano   wielkość   Lago 
Maggiore w porównaniu z jeziorem Lugano, zauważał 
z zadowoleniem: „Dla mnie jest ono dostatecznie wiel-
kie”
. Dom, do którego zdecydował się wprowadzić da-
wał mu coraz większy spokój i zadowolenie z powodu 
pięknego   wysokiego   położenia   z   licznymi   widokami, 
jak  również   z   powodu  architektonicznego   pokrewień-
stwa   z   prostotą,   niewyszukaną   tradycją   włoską,   oraz 
ogród, z którego dało się coś nie coś zrobić. Jeżeli cho-
dzi o dom to pragnąłby może dla siebie nieco innego 
rozwiązania, o czym świadczy zachowany własnoręcz-
ny szkic z tego rodzaju rozplanowaniem. Ale pozostał 
wierny temu domowi na resztę dni swego życia ziem-
skiego, przede wszystkim ze względu na otwarte jeszcze 

122

background image

wówczas   rozległe   widoki,   nieco   ustronne   położenie 
i ogród,   którego   pielęgnacji,   jako   nader   zamiłowany 
ogrodnik, bezustannie poświęcał wiele pracy. Botanicz-
ny inwentarz tego naprawdę niewielkiego ogrodu przy 
willi Gladiola jest niezmiernie bogaty, a każda szczegól-
na roślina była starannie przez Mistrza strzeżona, pielę-
gnowana i doglądana, kto miłuje rośliny i zna się na 
nich, dla tego nie będzie to wręcz niemiłe, jeśli zaryzy-
kuję tu suche, bez wyjaśnień wyszczególnienia najważ-
niejszych roślin: każda z tych nazw przypominała mu 
mały   i   miły   indywidualny   światek   pełen   niewinności 
i piękna. Były tam i są dotychczas: bambusy, jucha pal-
ma wachlarzowa, daktylowa, cyprysy złociste, rozma-
ryn, klon karłowaty, passiflora, kwitnące pnącza, hor-
tensja,

 

łoza winna, dąb zimowy, magnolia, dąb korkowy, 

rododendron,   drzewo   kamforowe,   drzewa   laurowe, 
róża, glicynia, klematis, (roślina pnąca o dużych barw-
nych   kwiatach),   cyklameny,   oliwka   pachnąca,   Cornus 
Floryda, viburnum, drzewo figowe, drzewo cytrynowe.

Spis ten nie jest zupełny. Wiele z tych roślin znajduje 

się   w   kilku   okazach   i   odmianach.   Rośliny   te   nie   są 
oczywiście rozmieszczone charakterystycznie bez pla-
nu,   lecz   łączą   się   w   dyskretnej   harmonii   liczącej   się 
z widokiem na góry i jezioro w oddali. Porządek  nie 
pochodzi od jakiegoś ogrodnika pejzażysty, ani botani-
ka, lecz, że się tak wyrażę, od ogrodnika z serca, które-
go stan fizyczny koniec końców prawie nie pozwalał 
wychodzić do ogrodu, chyba, że na chwilę, a tym bar-
dziej   na   dalsze   wycieczki.  Ale   oko   potrafiło   zastąpić 
piesze spacery własnymi wędrówkami, o czym świad-
czy wiersz z lat późniejszych Mistrza:

123

background image

„O wy pogodne i wesołe góry

Pokryte zielenią winnic i drzew,

Raz ostrym łukiem,

To niby znowu zamki skalne

Otaczające moje jezioro.

Od dawna już zasie

Wędrowca, co oglądając

Kroczy tu i tam po was,

A jego oczu jasne spojrzenie

Szerokie obejmują horyzonty,

Gdy znów i jeszcze raz ponownie

Po was wędrują,

By móc szczyty i wasze wąwozy

Tkliwie – z dala na swym łożu

Okiem tylko was dotykając –

Z tęsknotą was obejmował”.

Jest to pełne miłości, ogarniające wszystko spojrze-

nie Noego lub Abrahama, ale jego patriarchalność uka-
zuje się wzbogacona wewnętrznie świadomością o ojco-
stwie – macierzyństwie Bóstwa oraz miłośnie przez nie 
objętych istotach wszechświata. Ta cecha arcyojcowska 
u podstaw bytu Mistrza tworzyła zeń we wszelkich oko-
licznościach życiowych wychowawcę i opiekuna rzeczy 
wypróbowanych, a nam przekazanych i przynoszących 
ciągle bogate kwiaty i owoce. „Nowością” w nauce Bô 
Yin   Râ   jest   wyłącznie   uchylenie   zasłony   z   rzeczy 
dotychczas nieobjawionych, lecz od dawna nam danych. 
Choć czasy dzisiejsze były i są pełne zamętu i chaosu, 
oczekiwał jednak dla czasów nadchodzących zdecydo-
wanego   nawrotu   do   stosunków   naprawdę   patriarchal-
nych, a więc do harmonijnego ładu z w życiu ziemskim, 
które   nie   będzie   budowane   tylko   ze   stanowiska   kon-

124

background image

strukcyjno-rozumowego

 

i państwowo-politycznego, lecz 

całą widzialność niewidzialność wciągnie w pole oka 
ziemskiego   oraz   postrzegania   wewnętrznego   i   będzie 
uwzględniać przede

 

wszystkim ziemię i jej twory z nami 

spokrewnione: rośliny i zwierzęta. Miłował jedne i dru-
gie, chociaż na zwierzęta nie zawsze spoglądał chętnym 
okiem w bezpośrednim otoczeniu domu, gdyż pragnął 
widzieć zachowaną swobodę zwierzęcia i raczej unikać 
obustronnych wpływów. On, który czuł wstręt do wszy-
stkiego, co trąciło gwałtem, a więc i do kary śmierci, nie 
miał nic przeciwko zabijaniu zwierząt, jeżeli wtargnię-
cie   zwierzęcia   w   otoczeniu   człowieka   okazywało   się 
niebezpieczeństwem, którego w inny sposób nie dawało 
się uniknąć, lub, jeżeli zwierzę inaczej musiałoby niepo-
trzebnie cierpieć. Pół żartem, pół serio dla naświetlania 
tej sprawy wspominam to, co mi opowiadał o pewnym 
człowieku,   którego   poznał.   Mieszkał   on   na   jednej 
z wysp   greckich   w   jego   sąsiedztwie.   Plagą   jego   było 
robactwo, którego jednak nie ważył się zabijać. Raczej 
wynosił je na brzeg morski, gdzie wówczas oczywiście 
musiało nędznie zginąć.

Bô Yin Râ zwrócił uwagę na okrucieństwo jego czy-

nu.   Należy   właśnie   w   drobnych   i   wielkich   sprawach 
mieć odwagę postępowania, narażając się nawet na nie-
bezpieczeństwo, że wydaje  się nieosiągalna  całkowita 
„bezgrzeszność”. Ludzie nadmiernie trwożliwi dopatru-
ją się grzechu w wielu rzeczach, które nie są niczym 
innym   jak   aktem   rozsądku   i   koniecznością   obrony; 
skrupulatne sumienie będzie tu umiało ściśle odróżnić 
sofizmaty   od   konieczności.   Przede   wszystkim  „bez-
grzeszności” nie można osiągnąć przez ponurość, brak 
humoru i lęk przed śmiesznością. Są to raczej podejrza-
ne oznaki wewnętrznego usposobienia człowieka. Nie 

125

background image

znam żadnego innego domu, w którym by bardziej roz-
brzmiewał śmiech i wesoły śpiew, niż dom tego patriar-
chy,   który   sam   był   niewyczerpany   w   opowiadaniu 
łagodnych historyjek, wesołych anegdot. Dowcipne żar-
ty sprawiały mu wiele przyjemności, a jeszcze więcej 
pogodny  humor,  a  nawet  dziecinna  swawola.  W jego 
księgach znajduje się wiele ustępów będących bezcen-
nym źródłem pocieszenia i humoru na modłę duchową. 
Nie lubił, gdy ktoś w fałszywej i namaszczonej zarozu-
miałości nie umiał zdobyć się na to, by od czasu do cza-
su   zażartować   z   samego   siebie.   On   w   każdym   razie 
umiał i to jak jeszcze. A swoim zabawnym historyjkom 
lubił czasami nadawać szczególny rozmach ku przeraże-
niu niejednego ze swych gości, który z daleka spieszył 
na kilka chwil w nadziei usłyszenia wyroczni delfickich 
tajemnych aforyzmów, które by w sposób czarodziejski 
rozwiązywały   wszelkie   światowe   zagadnienia.   Uszło 
zapewne   uwagi   takich   ludzi,   że   ten   właśnie   rodzaj 
humoru, ta wesoła gra w chowanego, tak lubiana przez 
marionetki i arlekinów, zawiera rozwiązanie niejednej 
zagadki. Wszyscy ludzie prawdziwie i szczerze religijni 
wykazywali zawsze tę pogodę i wesołość ducha.

Dlatego Mistrz nie ustosunkowywał się nieprzychyl-

nie do pogodnego delektowania się dobrymi rzeczami 
na   tej   ziemi,   natomiast   nie   pochwalał   żądzy   uciech 
i łakomstwa.   Szczególnie   ostrzegał   przed   pasjonowa-
niem   się   lekturą,   co   łatwo   doprowadzić   może   do 
wewnętrznej próżni i pustki. A stan ten jest wówczas 
wszystkim   innym,   tylko   nie   pierwszym   krokiem   do 
mistycznych przeżyć i może raczej czynne życie dopro-
wadzić do wyczerpania.

Dlatego też Mistrz nie tyle wchłaniał rzeczy w siebie, 

ile   raczej   sam   się   w   nie   pogrążał.  Wskutek   tego   był 

126

background image

dokładny aż do pedanterii. Jest to być może w mniej-
szym stopniu talent wrodzony, a raczej zdecydowanie 
się   na   bezwarunkowe   oddanie,   które   mu   zdobyło   tak 
wiele   znajomości   spraw   technicznych,   że   znał   się   na 
wielu   rzemiosłach   lepiej   niż   tylko   powierzchownie. 
Skłonny   był   do   szczodrobliwości   i   chętnie   rozdawał, 
chociaż był troskliwym ojcem rodziny. Podczas naszych 
spacerów często spotykaliśmy starego niewidomego że-
braka,   któremu   zawsze   dawał   szczodrą   jałmużnę   i   to 
w wielu różnych drobnych monetach. W pewnej odle-
głości zatrzymywał się potem, oglądał się i cieszył rado-
ścią   człowieka,   który   dotykał   poszczególnych   monet 
i liczył je. Mistrz mawiał: „Tak oto ma przecież więcej 
przyjemności niż gdybym dał mu tylko jedną większą  
monetę. Teraz wkrótce zbierze się i powędruje do naj-
bliższej knajpki, by wypić swój kieliszek. Dlaczego nie-
miałoby mu się sprawić tej przyjemności?”

Dobrym   smakiem   wiedziony   kupował   z   zasady   – 

rozumie się w miarę możliwości środków – zawsze rze-
czy możliwie najlepsze. Są to przy tym rzeczy piękniej-
sze i trwalsze, tak że nabywca ma nie tylko estetyczne 
zadowolenie,   lecz   również   dobrze   na   tym   wychodzi. 
W każdym razie jego stosunek do żebraka wykazuje nie 
tylko zwykłe, pełne braterskiej miłości uczucie, ale tak-
że pełen dobroci humor. Potrafił do pewnego stopnia tak 
człowieka rozruszać, że musiał mu już przez to sprawić 
radość. Zresztą mógł on w tej chęci rozruszania za dale-
ko się posunąć i nagle wywołało sytuację, która zainte-
resowanej osobie nie mogła sprawić prawdziwej przy-
jemności. Wiem jednak, że w takich przypadkach przy
kładał zawsze kojący plaster na tę drobną rankę. Kiedyś 
przyszedł doń pewien malarz i rzekł: „Wobec moich ob-
razów staję często przed zagadnieniem, ale dobrze nie  

127

background image

wiem nawet, na czym ono  polega”. Na to Mistrz odpo-
wiedział  „To   mogę   panu   zupełnie   dokładnie   powie-
dzieć: jest to zagadnienie, jak je sprzedać”.

Po śmierci jednego ze swych przyjaciół we Francji 

położył   na   gramofonie   płytę   z   Marsylianką,   a   gdy 
zabrzmiała ta porywająca melodia, którą zresztą bardzo 
chętnie nucił, powiedział: „A więc teraz słyszy ją przeze  
mnie”.
  Opowiadający tę w swoim rodzaju tajemniczą, 
pełną humoru historie, powiedział również, że ilekroć 
rozterce   wewnętrznej   wywołanej   współodczuwaniem 
nieszczęść spowodowanych wojną odwiedzał Bô Yin Râ 
był naładowany przezeń niby akumulator. Początkowo 
czuł się jak kamień, a następnie nagle jakby mu skrzy-
dła   wyrosły.   Tej   wewnętrznej   przemiany   wywołanej 
prze obecność Patriarchy z Massagno doznawali niezli-
czeni ludzie bywający u niego w gościnie. Mogli oni 
przynajmniej w tym krótkim czasie swego pobytu czuć 
się synami i córkami tego Praojca w Światłości, cho-
ciażby liczyli więcej lat na ziemi niż on sam.

W willi Gladiola panowała zawsze atmosfera, nader 

rzadko gdzie indziej spotykana, wręcz absolutnej czy-
stości   przypominającej   pierwiastki   życia   na   świętych 
szczytach gór. Ta życiodajna atmosfera domu wypływa-
ła z więzi, która jak piękna wstęga łączyła ojca, małżon-
kę mającą pełne zrozumienie dla jego dzieła, niezwykle 
dobrze   wychowane,   sympatyczne   córki,   jak   również 
służbę domową. Ta wstęga była utkana ze złotych nitek 
miłości i srebrnych nitek szacunku. Nie było do pomy-
ślenia jakieś niewłaściwe słowo, czy też przygnębiający 
sposób bycia świętoszkowatej bigoterii. Zawsze pano-
wała

 

w

 

najpiękniejszym

 

sensie

 

nastrojowa

 

otwarta i rado-

sna religijność, która bez specjalnego nacisku pedago-
gicznego   oddziaływała   wychowawczo.   Mistrz   był 

128

background image

zdania, że potrzeba czułości półdorosłych i dorastają-
cych   dzieci   mogła   być   przez   rodziców   przyjmowana 
tak, aby w czasie dojrzewania fizycznego nie dochodzi-
ła   do   przesady.   Krótko   mówiąc,   wstępowało   się   tam 
w atmosferę   uduchowioną.   Zjednoczone   z   Bogiem 
Mistrzostwo w ten sposób znajdowało wyraz i w życiu 
domowym. O ile ktoś był zdolny do tego, to w uszczę-
śliwiający   sposób   potrafił   odczuć,   że   tu   panują   siły 
anielskie. Ten patriarchalny i hierarchicznie ożywiony 
duch zakreślał również stosunek Mistrza do jego przyja-
ciół,   którzy  odczuwali   błogosławieństwo   przebywania 
z nim.

Nie   potrafię   dać   lepszego   i   odpowiedniejszego 

zakończenia  temu  rozdziałowi,  jak  przytoczenie   kilku 
fragmentów listów, które sędziwy artysta skierował do 
swego dawnego ucznia, a późniejszego najwyższą czcią 
poważanego   opiekuna   wielu   ludzi:  „Jestem   obecnie 
w trakcie żegnania się z tym światem i pragnąłbym spo-
kojnie rozwiązać wiele więzów łączących mnie z życiem  
ziemskim. Nie jest to łatwe zadanie – i ostatecznie nie  
pozostaje człowiekowi, nic innego, jak ufność w wieku-
istą   potęgę,   którą   nazywamy   Bogiem   żywym,   ufność,  
z którą dusza mówi: wszystko jest dobrze tak, jak było,  
jak jest i będzie.... Pańska „Księga Boga Żywego” bar-
dzo mnie interesuje i podtrzymała mnie w bardzo cięż-
kich chwilach, tak, że w głębi serca jestem za nią wdzię-
czny, gdyż ona mnie nie krępuje, lecz w gruncie rzeczy  
wyzwala; w szczególności wyzwala od poglądu, że prze-
znaczeniem człowieka jest ulepszać świat, co wbija go w  
pychę. Gdy przyjmuje się całe życie na ziemi jako łaskę  
Boga żywego, wtedy rodzi się w sercu pokora i prawdzi-
wy   pokój.   Nie   usiłuje   się   już   zmieniać   otaczającego  

129

background image

świata, lecz bierze się go takim, jakim być może, tak jak  
się na nim urządzić możemy...

Jeżeli się człowiekowi uda uchwycić iskierkę światła,  

które nam zwiastował Bô Yin Râ, lub też jest się samemu  
przez nią uchwycony, to walka na tym ziemskim padole  
staje się stosunkowo obojętna.

Stoję przed końcem moich dni ziemskich, wgląd do  

królestwa Światła i Ducha życia wiekuistego daje mi  
bodaj nową nadzieję na rozwiązanie zagadki, potwier-
dzenie moich przeczuć, które stale biegły obok moich  
wątpliwości. Cieszy mnie to, że muszę dalej czytać Pań-
skie książki. Stan mego zdrowia jest bardzo zły, tak, że  
nawet pisanie sprawia mi trudności; chociaż wiele mam  
na   sercu,   nie   jestem   w   stanie   tego   wypowiedzieć”
... 
(z listów  z  20  grudnia   1910  r.  i   16  listopada   1920  r. 
datowanych w Karlsrue) .

Toma miał  wówczas osiemdziesiąt lat i  żył  jeszcze 

do 1924 roku.

130

background image

18. Przejście

W swej nauce duchowej, którą – dla zrozumiałego 

odróżnienia od traktujących o religii ksiąg, uznawanych 
za pisma święte narodów – nazywał „religią samą w so-
bie”
, mówi Bô Yin Râ pewnego razu w sposób bardzo 
prosty i zrozumiały o śmierci, że jest ona wyzwoleniem 
z nadmiaru i uzupełnieniem braku. Komu po usłyszeniu 
tych słów łuski spadną z oczu, ten się znajduje, jeśli 
wszystko   w   ogóle   nie   jest   złudą,   na   dobrej   drodze, 
przede wszystkim w tym sensie, że żadne okropności 
ziemskie   nie   wytrącą   go   może   z   równowagi.   Dobrze 
zrozumiane słowo pociechy posiada dźwięk zaczarowa-
nego fletu. Mozart wiedział o tym. W przeciwnym razie 
jakże mógłby napisać swoje tak niepojęte celne utwory 
muzyczne? Słowo, więc wypływa z duszy, co, do której 
nie było wiadomo, żeby tylko w ciągu jednego mgnie-
nia   oka   zadrżała   wobec   śmierci.   Wiedziała   przecież 
zupełnie jasno, tak jak wie Wiedzący, który sam stał się 
wiedzą, czym jest śmierć, a czym nie jest. Na skutek 
tego nie potrzebowała się obawiać się ani absolutnego 
unicestwienia   ani   sądu   ostatecznego,   kar   piekielnych 
czy   ognia   czyśćcowego,   a   więc   nie   ulegała   pewnym 
zbyt   skostniałym   wyobrażeniom,   którymi   zamąca   się 

131

background image

większość innych ludzi. Przy tym większość ludzi jest 
niespokojna,   obawiając   się   rozłąki   ze   wszystkim,   co 
było dla nich miłe i drogie, oderwania się od wszelkich 
stworzeń, których urok zmysłowy i urok duszy przykuł 
ich do siebie. Ten lęk nie może zdobyć przewagi nad 
wiedzącym, którego świadomość sięga na druga stronę 
życia i mówi mu, że i w świecie Ducha wszystko posia-
da formę i postać i że świat abstrakcyjny istnieje tylko 
w urojeniach mózgu.

Co się zaś tyczy strachu przed cierpieniami nadcho-

dzącej śmierci, zgrozy wobec mąk w chwilach przej-
ścia, mąk, które zapewne w wyobraźni są przeważnie 
straszniejsze niż w rzeczywistości, to Bô Yin Râ uporał 
sie z tym podczas dziesiątków lat stale wzrastających 
cierpień fizycznych, zdobył sobie stopniowo, jak to sam 
kiedyś powiedział, swego rodzaju mistrzostwo w zno-
szeniu bólu. To mistrzostwo było przy tym opancerzone 
niedającym   sie   przezwyciężyć   humorem,   który   mu 
pomagał znosić tragizm jego ciężkiego stanu fizycznego 
i   pozbawiać   wartości   cierpienie,   o   co   mu   w   każdym 
razie chodziło, jak to stale podkreślał.

W ten sposób ćwicząc się sam w ciągu całego życia, 

uczył   nas  wszystkich   ćwiczyć   się   w  tym,   co   nazywa 
nauką umierania i co nie jest tak łatwe, ani tak trudne, 
jak to wmawia w siebie wielu ludzi, lecz trzeba ćwiczyć 
się   z   całą   bezwzględnością   i   spokojem.   Jako   szafarz 
pomocy duchowej nigdy przecież nie doradzał czegoś, 
aby następnie wycofywać się i samemu inaczej postępo-
wać,  lecz  zawsze  wszystko  stwierdzał  przykładem  na 
samym sobie.

W  „Księdze   Zaświata”,   której   pierwsze   wydanie 

ukazało się już w 1920 roku, przedstawił z góry w całej 
pełni to wszystko, co następnie przeżywał praktycznie. 

132

background image

Pociecha i pokój, jakie spływają z tego dzieła na pogrą-
żającego  się  w nim czytelnika  o rozbudzonych   uczu-
ciach, przypadły w udziale wielu ludziom, a w przyszło-
ści   może   ich   liczba   progresywnie   zwiększyć   się.   Już 
wówczas pisał do niego Hans Toma:  „A że bliski już 
jestem   kresu   mego   życia   i   ciężar   osiemdziesięciu   lat  
człowieka,   dążenie   do   nauczenia   się   spoglądania   na  
tajemnicę śmierci ze spokojem, aby w ten sposób grun-
townie i jak można najlepiej przygotować się do poże-
gnania z tym światem, nie wyrządzając przez to szkody  
swej chęci do życia i radowania się życiem. W szczegól-
ności chodzi też o to, aby fakt śmierci ujęty po ludzku  
przyjąć i wewnętrznie przeniknąć i poznać, że zewnętrz-
na rozłąka na krótki lub długi okres musi zawsze prze-
biegać   w   tym   głębszym   wewnętrznym   zjednoczeniu  
z osobami drogimi sercu naszemu. I tego trzeba się na-
uczyć.”

Wśród ludzi Szukających u niego pomocy w swych 

smutkach bywali, jak łatwo zrozumieć szczególnie tacy, 
którzy kogoś bliskiego utracili i którzy oto bezradni sta-
wali przy trumnie. W związku z tym wypowiedział się 
niejednokrotnie. Kilka ustępów z listów poruszających 
ten temat pragnęlibyśmy tu przytoczyć, gdyż mogą one 
dać pewne uzupełnienia i warianty do wszystkiego, co 
powiedziano w tej materii w nauce, a prócz tego jak 
i wszystkie inne przytoczone w niniejszej książce frag-
menty listów posiadają treść stojącą ponad czasem i ma-
jącą znaczenie ogólne: „...Prawdziwe, głębokie uczucie 
doskonale uświadamia sobie, że ta żałoba po śmierci  
ukochanej osoby, dotyczy nas samych, a nie jej. Mamy  
wszystkie   podstawy   do  żałoby,   ponieważ  sferze   życia,  
która jest obecnie widownią naszego czucia, brak nagle  
ciepłego   światła,   w   którego   promieniach   moglibyśmy  

133

background image

znowu czuć się szczęśliwi – przebrzmiał dźwięk głosu,  
który, jak się nam zdaje, wciąż jeszcze słyszymy, istota,  
której dotknięcia sprawiały mu przyjemność, stała się  
nieuchwytnym

 

 

krótko

 

mówiąc

 

rzeczywiście

 

znikło z na-

szego świadomego życia duchowego, co stopniowo tak  
dalece okazało się zjednoczone z naszym czuciem, że  
mogłoby zniknąć dla nas tylko jednocześnie z tym czu-
ciem. A oto pozostało tylko samo czucie. Ale jest też tak,  
że każde nowe przeżycie tego stanu różni się od wszyst-
kich poprzednich przeżyć i wskutek tego stale nowe siły  
wydobywają się na światło dzienne. Im mniej w takim  
czasie usiłujemy bronić się od żałoby i smutku, im głę-
biej i intensywniej to wszystko w sobie odczuwamy. Co  
w takim właśnie czasie pozostaje w nas, o tyle bardziej  
darzą nas wzmożeniem sił duchowych tym głębsza, peł-
niejsza i prawdziwsza jest też w następstwie pociecha,  
która nas pokrzepia.....

Rzadko tylko widzimy siebie od wewnątrz tak wyraź-

nie i tak wyzwolonych, jak gdybyśmy widzieli wynurza-
jące wszystko to, co nas ongiś łączyło z umiłowaną oso-
bą, która dziś nas opuściła. Jakże wielkie i promienne  
ukazują   się   wówczas   przed   nami   każde   dobre   słowo,  
dzięki któremu wywołaliśmy ongiś choćby tylko pogod-
ny uśmiech na ustach tego, który dziś odszedł. W takiej  
żałobie uczymy się rzeczy te głęboko doceniać. Rośnie-
my dzięki zdolności oglądania samych rzeczy tak, jakby-
śmy je oglądali, gdybyśmy sami już przebyli drogę, jaką  
przemierzyli przed nami ci, których ze względu na siebie  
samych opłakujemy. Właśnie z intensywności uczuć tym  
bardziej będziemy sobie uświadamiać, że istnieje więź  
duchowa, dzięki której ci, co żyją w czystym Duchu, są  
nam mieszkańcom ziemi bliscy tak samo, jak nasza wła-
sna duchowość, a nawet, że oni w nas i łącznie z nami  

134

background image

przeżywają to, co by dla nich, zgodnie z ich ukształto-
waniem duchowym musiało pozostać niedostępne, gdy-
by nas nie mieli...

Na ogół biorąc ludzie wyobrażają sobie dalsze życie  

osób   przez   siebie   umiłowanych   w   postaci   budzącej...  
błędną   krytykę.   Rzeczywistość   duchowa   jest   jednak  
znacznie prostsza, gdyż polega  na niepomiernie  głęb-
szym   wspólnym   życiu   odbiorczych   organów   duszy.  
W rzeczywistości, więc zmarły.. jest dla was teraz znacz-
nie bliższy, niż mógłby być kiedykolwiek w ziemskim,  
cieleśnie ukształtowanym życiu....

Duchowe   wznoszenie   się  duszy,  które  u  większości  

ludzi może następować jedynie po zrzuceniu cielesnej  
powłoki, nie odbywa się bynajmniej w jakimś urojonym  
świecie,

 

lecz

 

wymaga bliskiego powiązania uczuć z tym,  

co dusza przedtem po ziemsku odczuwała, i to bardziej  
niżby pewne okresy życia ludzi jeszcze w postaci ziem-
skiej   żyjących   mogły   kiedykolwiek   wystarczyć,   by   do-
prowadzić   do   pożądanej   doskonałości   w   rozumieniu  
przeżyć osiągniętych niegdyś również na ziemi. Może-
cie, więc wyobrazić sobie zmarłego jako uczuciowego  
żyjącego obok was jak inni wszyscy bliscy nam kiedyś w  
tym życiu ziemskim. Wszyscy oni są jeszcze duchowo na  
tym   samym   miejscu   i   w   dalszym   ciągu   potrzebują  
współżycia z osobami, które kochały”.

Nie   tylko   stan   –   że   tak   powiem   –   przyzwyczajeń 

naszych drogich zmarłych, lecz również, i to w szcze-
gólności, stały wzrost wyczuwanej wewnętrznej wspól-
noty z tego samego rodzaju oraz w sposób szczególny 
spokrewnionymi   duchami   ludzkimi   –   niezależnie   od 
tego czy jeszcze zdają ziemski „egzamin” na tym czy 
innym miejscu kuli ziemskiej, czy też już zmarli, wspól-
noty   zwłaszcza   z   ziemskimi   zmarłymi   naszej   grupy 

135

background image

dusznej   (jak   to   nazywa   Bô  Yin   Râ)   przyczyniają   sie 
w nie dający się ocenić sposób do naszego prawdziwego 
szczęścia. To jest właśnie szczęście „odosobnienia”.

Kaznodzieja, dominikanin Eckhart, dał temu wyraz. 

Rozumie   on   to   odosobnienie   (jeszcze   w   życiu   ziem-
skim) od wszystkiego, co nas nie dotyczy, co jest zbęd-
nym bagażem i zboczeniem od celu. Prowadzi ono jedy-
nie   do   zjednoczenia   z   Bogiem   oraz   tymi,   którzy   do 
zażyłości   z   Bogiem  dążą.   Szczęście   odosobnienia   we 
wspólnocie z Bogiem oraz ze zjednoczonymi z Bogiem, 
nawet, jeżeli temu wszystkiemu daleko będzie jeszcze 
do doskonałości, jest tymczasem zakosztowaniem z gó-
ry   stanu   ostatecznego   i   rzeczywistego   odosobnienia 
w krainach   Ducha,   stanu   błogosławionego   pogrążenia 
się we własne, przeniknięte przez Boga udoskonalenie, 
w klejnot w Lotosie, zastrzeżone dla tych, którzy się nie 
zaprzedali „przybrzeżnym królestwom” w zaświatach.

Bô Yin Râ wprawdzie tęsknił czasem do przejścia na 

drugą stronę, gdyż męki cielesne, pomijając całkowicie 
inne aspekty życia ziemskiego, stawały się niekiedy bar-
dzo ciężkie. Z drugiej znów strony życzył sobie żyć dłu-
go ze względu na rodzinę i ze względu na ludzi w ogóle. 
Chciał żyć. Ponieważ jednak wiedział, że śmierć nie jest 
niczym innym jak zasłonięciem pewnej warstwy świata, 
który i tak nie może być zbyt pocieszający, więc wolał 
oczywiście  żyć   w  czystych  i  w wnętrzniejszych  war-
stwach wszechświata. Naturalnie przytakiwał wszelkie-
mu życiu, a więc i strukturze fizycznej sfery życia, które 
pomimo   wszelkich   okropności   obfituje   w   symbole 
duchowego piękna i dobra. Ale nie miał pod tym wzglę-
dem żadnych iluzji. Znamienne jest to, co powiedział 
pewnej damie, która go kiedyś zapytała:  „Czy pan nie  
uważa,

 

że jest szkodliwe, gdy mój mąż stale się irytuje?” 

136

background image

Na to Mistrz: „Oczywiście jest szkodliwe. Ale cóż, całe  
życie   jest   szkodliwe”
.  A  nie   mniej   charakterystyczne 
jest, co w pewnym liście napisał o znoszeniu cierpienia: 
„Jeżeli   panu   powiem,   że   przez   cierpliwe   znoszenie  
swych dolegliwości i cierpień dokonuje pan wielkiego  
dzieła dla innych pomagając im w tak doniosły sposób  
pozbawiać wartości cierpienia, to oczywiście usłyszę, że  
pan się przynajmniej o to zadanie nie ubiegał i odczuwa  
pan to jako sztuczkę diabelską, że właśnie pana zmusza-
ją do tego, by brać na siebie nader obficie odmierzone  
cierpienie innych, którzy cierpieć nie mogą. Ale nie jest  
to jakaś postronna wola, która by do czegoś podobnego  
pana zmuszała. Jest to pański własny byt duchowy, któ-
ry   nakłada   na   pana   to   cierpienie.   –   Dzieje   się   tu   z  
panem pewien podobny sposób jak ze mną, tylko, że pan  
o   tych   sprawach   nie   może   wiedzieć,   podczas   gdy   ja  
jasno i świadomie podporządkowuję się temu i czynię  
tylko rzeczy najbardziej potrzebne, chcąc, aby ten sen  
trwał dalej....”

Są to godne uwagi zdania, które niejednemu powinny 

dać wiele do myślenia. Z tego widać, jak liczne są funk-
cje   cierpienia,   a   ta,   która   została   oddana   słowami 
mistrza Eckharta, że cierpienie jest najszybszym ruma-
kiem donoszącym do poznania, nie jest jedyna. Istnieje, 
więc swego rodzaju zastępcze cierpienie wypływające 
z potęgi   miłości.   Właściwe   pojmowanie   tych   spraw 
wstrząsa   człowiekiem,   broniąc   go   jednocześnie   przed 
okropną krańcowością zabobonnych wyobrażeń, jakoby 
Bóg oddał w ofierze katom swego syna, aby przez to 
sprawić ulgę wszystkim innym ludziom.

Najosobliwszą   i   wręcz   przejmującą   zgrozą   cechą 

życia   fizycznego   jest   to,   że   przedstawia   ono   ciągłe 
umieranie. Umiera się, można powiedzieć, nieprzerwa-

137

background image

nie od urodzenia. Życie wprawdzie zwycięża również 
nieprzerwanie   śmierć,   aż   wreszcie   śmierć   zwycięża 
życie,   aby   jednocześnie   zejść   ze   sceny   i   całkowicie 
ustąpić pola prawdziwemu życiu. W konsekwencji taki 
osobliwy stan wahania, taki zmienny prąd, tworzy usta-
wicznie okazję do potwierdzania się triumfu czy klęski. 
To stałe wprawianie się w sztuce umierania jest zarazem 
ćwiczeniem

 

poszerzającym

 

świadomość,

 

uczy

 

ono w tym 

samym stopniu sztuki życia, wyrabia wreszcie zdolność 
do wstąpienia w pełni świadomości w owo wiekuiste 
życie   i   oszczędza   złośliwych   bezdroży   i   manowców 
wiodących do królestw nadbrzeżnych, a tym bardziej od 
zatracenia w piekłach zaniku świadomości.

Historia   cierpień   cielesnych   Bô   Yin   Râ   –   głębiej 

sprawy ujmując – jest historią ustawicznego ich prze-
zwyciężania.   Było   tyle   ważnych   rzeczy   do   zrobienia 
w śpieszeniu z pomocą duchową i poradą, z uchylaniem 
i   rozbrajaniem   grożących   niebezpieczeństwem   możli-
wości, a przede wszystkim niesieniem ulgi w cierpieniu 
innym, którzy byli zbyt słabi by znosić cierpienie; nale-
żało mieć w pogotowiu całą siłę powzięcia decyzji i tam 
kierować   prądy  miłości,   gdzie   dusze   były  spragnione 
i omdlewające. W tym czasie ciało należało pozostawić 
samemu sobie. Wszelkie leczenie mało pomagało tym 
bardziej, że ścisła diagnoza zapewne nigdy się nie uda-
ła. Niewielki ustęp listu charakteryzuje jego stan zapew-
ne lepiej niż fachowe opisy, gdyż obserwował go z zew-
nątrz jak chłodny obserwator.

„Ostatnie tygodnie dały mi znowu okazję aż do dna  

zakosztować udręki ciała ziemskiego wypróbować, jak  
dalece może ono stawić opór, powiedzmy raczej – igno-
rować. Nawet najstraszliwsze bóle można znieść, jeśli  
się pozostaje z ciałem sam na sam...”

138

background image

Stała ścisła kontrola ciała, którą sobie nakazał, wi-

docznie sprawiała mu ulgę w uporaniu się z mękami 
i mimo   wszelkich   zakazów   lekarzy   prawie   nigdy   nie 
pozwalał   przeszkadzać   sobie   w   wykonywaniu   swych 
zadań duchowych oraz pracy umysłowej, jak również 
w godnym przyjmowaniu gości zjawiających się rzadko 
bez jakiś próśb, przy czym był wrażliwy na każde poru-
szenie duszy wszystkich tych ludzi, nie dając przy tym 
w najmniejszym stopniu poznać po sobie, że męczarnie 
prawie go zmogły. Naturalnie w ostatnich latach bywał 
przeważnie do tego stopnia wyczerpany po tych wizy-
tach, dla których zbierał, żeby nie powiedzieć: wszyst-
kie swoje siły, a przede wszystkim siłę swej jowialności, 
ze musiał się kłaść, tak że dla rodziny miał już tylko 
ograniczony czas.

A jednak wówczas jeszcze dość często zajmował się 

muzyką i chętnie czytał domownikom na głos rzeczy 
zwłaszcza   wesołe,   uczył   ich   dawnych,   w   tym   nawet 
pobożnych   pieśni.   Szczególnie   lubił   i   cenił,   jak   już 
wspomniałem, pieśni o Marii – może, dlatego właśnie, 
że   w   nich   i   w   kulcie   rzymskiego   kościoła   upatrywał 
niby, delikatny dalszy rozkwit pradawnej wiedzy o żeń-
skich pierwiastkach składowych Boga.

Jeżeli nawet mógł uważać ciebie za potężną naturę, 

to jednak ponad wszelkie oczekiwanie długie znoszenie 
wprost rozpaczliwego stanu fizycznego nie daje się pra-
wie wytłumaczyć; można to jedynie wytłumaczyć natę-
żonym ćwiczeniem znajdujących się w polu wewnętrz-
nego   bogactwa   sił   woli.   W   końcu   pisał   wyłącznie 
prawie w łóżku lub leżąc dyktował.

Zakończenie   życia   cielesnego   nastąpiło   z   powodu 

zawału serca, po którym chory, jak wiadomo, musi się 
ściśle wystrzegać najmniejszych poruszeń i wzruszeń. 

139

background image

Ale   jak   można   było   tego   w   rzeczywistości   uniknąć, 
nawet   przy   zagwarantowanym   spokoju   zewnętrznym, 
jeśli się weźmie pod uwagę, co dla człowieka o zobo-
wiązaniach duchowych tak osobliwego przekroju było 
niewzruszoną koniecznością.

Na kilka godzin przed śmiercią ujrzał we śnie, jak się 

wyraził „swoje prochy”. W tym samym czasie, jak rów-
nież poprzedniej nocy szalała niezwykła burza nad oko-
licą.  Ale   bezpośrednio   po   jego   zgonie,   który  nastąpił 
wskutek   zatoru   naczyń   krwionośnych   serca   (embolia 
serca), zapanowała uroczysta cisza nad jeziorem i góra-
mi Lugano. Był to wieczór 14 lutego 1943 roku.

Myśl o ostatecznym przejściu zastawała go zawsze 

w pełnym spokoju, jaki zachował Sokrates, niosąc do 
ust kielich z cykutą. Jak we wszystkich zagadnieniach 
dotyczących   fizyczności   i   tragikomizmu   człowieka 
w niej uwikłanego, jego sposób zapatrywania również 
w odniesieniu   do   śmierci   szedł   w   parze   z   wesołymi 
drwinami   i   wyzwalającym   śmiechem.   Przecież   sam 
o tym mówi w wierszu pt.  „Boski śmiech”  w księdze 
„Wiekuista Rzeczywistość”:

„Mam wrodzoną pobożną żarliwość

Jak i swobodny, wesoły śmiech....

Nie byłbym tym, kim od wieków jestem,

Gdybym mógł ścieśnić sobie wzrok i myśl

Na to, co Bóg przeznaczył człowiekowi.

Aby sie nauczył po ziemsku śmiać,

Tak, jak jego Stwórca wstrząśnięty Tworzeniem,

Nawet w najgłębszej powadze wieczności
Ze wszystkiego, co wiecznie jest śmieszne

Z pragłębokiej mądrości – śmieję się”.

140

background image

Dla ludzi, którzy ze drżeniem ważą się zbliżać do 

wyobrażeń   ich   rodzaju   religijności,   brzmi   to   bardzo 
zuchwale, jeśli nie wręcz bluźnierczo. Ale dla ich uszu 
słowa pochodzące od ludzi, którzy podają wieści o mi-
łości, łasce, o rzeczywistości i prawdzie, wieści oparte 
na   własnym   niezawodnym   poznaniu,   brzmią   zawsze 
zuchwale i bluźnierczo. Będą oni również kręcić głową, 
gdy im powiem, że Bô Yin Râ dość często stroił sobie 
żarty

 

ze

 

swej śmierci, że widząc dym unoszący się z kre-

matorium w Lugano zwykł był mówić: „Oto znów ktoś 
szczęśliwy”
,   że   z   okazji   złożenia   do   grobu   jednego 
z przyjaciół powiedział: „Czuje, jak sobie dopiero żarty  
stroi

 

ze

 

swego pogrzebu”. Czyż te słowa nie mogą wręcz 

przerazić? Zbawiennie przerazić – rzec by można. Są to 
promienne   błyskawice   w   mroku   naszych   makabrycz-
nych   skurczów,   tak   często   zagradzających   drogę   do 
przypomnienia sobie nas samych, naszego pochodzenia 
ze świata radości i piękna. Nie wolno jednak poddawać 
się   nieporozumieniu,   że   ten   prawdziwy  człowiek,   dla 
którego nic, co ludzkie nie było mu obce, zawsze tylko 
śmiał się i drwił, radował i śpiewał. I on miewał chwile 
Getsemani.   Jakżeż   nie.   Przecież   nawet   ostatni   dzień 
swego

 

życia

 

musiał

 

znieść jako dzień bardzo ciężki i mę-

czący.   Jak   opowiadano   wyglądał   zasmucony.   Bardzo 
cierpiał. Świadomość była zupełnie jasna i wypromie-
niowywała – jak to zwykle bywało – nader wzruszającą 
miłość.   Nasuwa   się   przypuszczenie,   że   nie   odczuwał 
smutku ani grozy, przeczuwając bliską śmierć, lecz tro-
skę o tych, których opuszczał. I co najwyżej bolało go 
oderwanie od tak cennych możliwości pracy twórczej tu 
na ziemi. Gdy nastąpiły trzy dni temu chwile polepsze-
nia,   z   radością   i   zadowoleniem   wyrażał   nadzieję,   że 
będzie mógł znów wziąć się do pędzla i palety.

141

background image

Mistrz już w 1907 roku myślał o kamieniu w przy-

szłości na grobie, na którym projektował napis, znajdu-
jący się w piątej  Valii Kathaka – Upaniszad, brzmiący 
w przekładzie:

„Gdy po rozpadnięciu się ciała

Ucieleśniony w tym ciele

Wyzwoli się z ciała,

Po cóż pytacie o resztę?”

Później  uważał  i  to  za  zbędne  i  chciał  tylko  mieć 

wykute   swoje   imię   duchowe,   które   w   gruncie   rzeczy 
wyraża wszystko, czym on jest, co działa i co kształtuje. 
Niech więc się stanie tak, jak sobie życzył, a myśmy 
w księdze   niniejszej   czasami   mówili   też   trochę   o   tej 
„reszcie”, przynajmniej tyle, ile nasza ludzkość ziemska 
w swej słabości i uwarunkowaniu pragnie może łatwiej-
szej do ogarnięcia wyobraźnią domieszki strony ducho-
wej. Dla nas Bô Yin Râ w rzeczywistości nie odszedł 
i jest tym bliżej, im bardziej się nam przetrzebić zarośla 
tej „reszty”. Niektórym czytelnikom „Księgi Zaświata” 
wydają   się   podane   tam   szczegóły   i   wskazówki   zbyt 
„ziemskie”, niedostatecznie duchowe. Nasi współcześni 
mogą   sobie   wyobrazić   duchowość   przeważnie   tylko 
jako   abstrakcję,   a   zatem   w   ogóle   nie   wyobrażają   jej 
sobie. Skłonni są zawsze nie zwracać uwagi na swoje 
najgłębsze wyczucia ostatecznej zgodności istnienia po 
tej i po tamtej stronie. Można by im przytoczyć senten-
cję z czwartej Valii tych samych Upanishad:

„Co jest tu, to jest tam,
Co jest tam, to jest i tu.

Ze śmierci w nową śmierć pogrąża się ten,

Kto sądzi, iż widzi tu różne rzeczy”.

142

background image

To coś poznać, znaleźć, stać się tym i dzięki temu 

tworzyć – oto nasza droga, nasz cel, nasze szczęście, 
którego   z   głębi   serca   pragniemy.   Staniemy   się   wolni 
dopiero   wtedy,   gdy   będziemy   w   zgodzie   z   tą   wolą. 
Wówczas dopiero będziemy mieli możność wtopić naj-
istotniejszą treść naszej świadomości ziemskiej w błogą 
wiekuistą świadomość jak w jakiś wir Światła, którego 
ośrodkiem jest mający w swej pieczy naszą najwewnę-
trzniejszą jaźń – Bóg żywy. Tego właśnie chce nasza 
wiekuista wola; – gdyż jak mówi „Księga Zaświata” – 

„nie jesteśmy niczym innym, jak tylko tym,

czego chce nasza skupiona wiekuista wola”.

– KONIEC –

143