background image

L

UCY 

M

AUD 

M

ONTGOMERY

 

 
 
 

P

ANNA MŁODA CZEKA

 

 

P

RZEŁOśYŁA 

J

OANNA 

K

AZIMIERCZYK

 

background image

I

CH MAŁA 

J

OSIE

 

1915 

 
Skandal  wybuchł,  kiedy  Paul  Morgan,  młody,  ambitny  prawnik  poślubił  Elinor  Ashton, 

gwiazdę  teatru  „Zielony  Kwadrat”.  Koledzy  szkolni  i  sąsiedzi  z  rodzinnego  Spring  Valley 
załamali  ręce  ze  zgrozą,  a  rodzice  Ŝyjący  na  starej  farmie  Morganów  pogrąŜyli  się  w 
rozpaczy.  Tacy  byli  dumni  ze  swego  niezwykle  zdolnego  syna  i  los  ich  za  to  ukarał. 
Ukochany jedynak poślubił aktorkę! 

Cyrus i Deborah Morganowie, wychowani na surowych, staroświeckich zasadach, odczuli 

to  jako  prawdziwą  tragedię.  Nie  pogodzili  się  z  tym  faktem  i  nic  przyjęli  do  wiadomości 
małŜeństwa  syna,  a  sąsiedzi  mawiali:  —  Cy  Morgan  nie  podniósł  juŜ  głowy,  odkąd  Paul 
oŜenił się z tą komediantką. — Lecz to raczej nie upokorzenie, a smutek pochylił go ku ziemi 
i  posrebrzył  czarne  dawniej  włosy.  Paul  bowiem  zapomniawszy  o  poświęceniu  i  latach 
wyrzeczeń  rodziców,  z  rozgoryczeniem  przeczytał  list  zabraniający  mu  tego  związku. 
Odpowiedział gniewnymi, pełnymi oburzenia słowami, po czym zapadło milczenie. Rozdarci 
między  rozpaczą  i  wstydem  Morganowie,  w  krótkim  czasie  po  ślubie  syna  gwałtownie  się 
postarzeli. 

Pod  koniec  tego  roku  Elinor  zmarła,  wydając  na  świat  dziewczynkę,  a  trzy  miesiące 

później Paul zginął w katastrofie kolejowej. Po pogrzebie Cyrus Morgan przywiózł do domu 
maleńką Joscelyn, córeczkę swego syna. 

Sierotą  chciała  się  zaopiekować  siostra  matki,  Annice  Ashton,  lecz  Cyrus  zdecydowanie 

odmówił.  Aktorka  nie  będzie  wychowywać  jego  wnuczki,  oświadczył  z  oburzeniem. 
Wystarczy,  Ŝe  była  nią  matka,  po  której  dziecko  moŜe  odziedziczyć  złe  skłonności.  Ale  w 
Spring Valley postarają się je zwalczyć! 

Początkowo dziadkowie nie darzyli Joscelyn gorętszym uczuciem. Z jakąś urazą traktowali 

jej  pochodzenie,  obco  brzmiące  imię  i  niezwykłe  podobieństwo  do  ciemnookiej  i 
ciemnowłosej matki, której zresztą nigdy nie widzieli. Wszyscy Morganowie byli jasnowłosi. 
Gdyby  Joscelyn  miała  niebieskie  oczy  i  złociste  loki  Paula,  dziadek  i  babka  pokochaliby  ją 
wcześniej. 

Ale  miłość  przyszła  i  tak;  musiała  przyjść, prędzej  czy  później.  Nikt  nie  zdołałby  oprzeć 

się  wdziękowi  Joscelyn.  Była  niewątpliwie  jednym  z  najbardziej  ujmujących  i  słodkich 
maleństw, jakie kiedykolwiek stąpały po ziemi. Wielkie, ciemne oczy śmiały się wesoło, nim 
jeszcze zaczęła gaworzyć, a w policzkach tworzyły się zachwycające dołeczki. W niczym nie 
przypominała innych dzieci w Spring Valley.  KaŜdy jej uśmiech był pieszczotą, a szczebiot 
przypominał  śpiew.  Dziadkowie  w  końcu  zaczęli  uwielbiać  wnuczkę  i  ze  względu  na  tę 
miłość stali się szczególnie surowi. Próbowali uchronić ją od dziedzictwa matki. 

Joscelyn  śmignęła  niepostrzeŜenie  przez  dzieciństwo  stając  się  pełną  uroku  dziewczyną  i 

nie zaszkodziła jej chłodna, przeniknięta zakazami atmosfera domu. Cyrus i Deborah bardzo 
dokładnie  realizowali  swe  postanowienia.  Nie  wspominano  imienia  zmarłej  matki  i  nie 
nazywano  wnuczki  inaczej  niŜ  Josie,  bo  brzmiało  to  „bardziej  po  chrześcijańsku”  niŜ 
Joscelyn. Rozkwitającą, niezwykłą urodę ukrywano za pomocą najprostszych i najbrzydszych 
sukienek oraz najskromniejszych fryzur. 

Nigdy,  mimo  częstych  zaprosin,  nie  pozwalano  dziewczynce  odwiedzić  ciotki  Annice. 

JednakŜe  panna  Ashton  pisywała  do  niej  od  czasu  do  czasu  i  na  kaŜde  BoŜe  Narodzenie 
przysyłała  prezenty.  Ich  przyjęcia  dziadkowie  nie  mogli  zabronić,  choć  spoglądali  z 
dezaprobatą  i  surowo  ściągniętymi  ustami  na  wytworne  drobiazgi:  ręcznie  malowane 
wachlarze, koronkowe kołnierzyki i ozdobioną falbankami bieliznę. Najchętniej wrzuciliby to 
wszystko do ognia jak przedmioty dotknięte zarazą. 

background image

Tak więc droga wyznaczona stworzonym do tańca nóŜkom Joscelyn była kręta i wyboista. 

Rzadko pozwalano jej na towarzystwo rówieśników, nawet tych ze spokojnego Spring Valley. 
Nie  miała  prawa  bywać  na  miejscowych  koncertach,  a  tym  bardziej  uczestniczyć  w  nich. 
Zabraniano takŜe czytania powieści. Cyrus spalił nawet stary tom dramatów Szekspira. Dostał 
go przed laty od Paula i sam czytał wielokrotnie, a teraz obawiał się, Ŝe ta lektura obudzi w 
dziewczynie  złe  dziedzictwo.  Jej  pasja  do  czytania  była  bezsporna  i  dziadkowie  uwaŜali  za 
swój święty obowiązek pohamować, ile tylko moŜna, to upodobanie. 

Wszelkie  ograniczenia  i  zakazy  nie  miały  większego  wpływu  na  rozwój  bogatej  natury 

Joscelyn.  śadne  wysiłki  dziadków  nie  zdołały  zrobić  z  niej  Morganówny  z  krwi  i  kości. 
KaŜdy  krok  był  tańcem,  kaŜde  słowo  i  gest  pełne  wdzięku  i  energii,  napawając  staruszków 
niespokojnym  zdziwieniem.  Niebezpieczne  skłonności  im  bardziej  tłumione,  tym  stawały  e 
silniejsze. Choć łagodna, prawdomówna i skromna, Josie tak mało przypominała proste, miłe 
dziewczęta  ze  Spring  Valley,  jak  róŜa  polne  stokrotki  i  ta  odmienność  niezmiernie  ciąŜyła 
Morganom. 

A mimo to kochali wnuczkę i byli z niej dumni. „Nasza Josie” — mówili, i znaczyła dla 

nich  więcej,  niŜ  chcieli  przyznać.  Tak  naprawdę  to  była  ich  radością.  Babka  narzekała 
czasem,  Ŝe  Josie  nie  przykłada  się  jak  naleŜy  do  szycia  kap  i  szydełkowania  dywaników. 
Dziadek  natomiast  pragnął,  aby  przypominała  raczej  nieco  spokojniejszy  i  bardziej  dlań 
zrozumiały typ młodej panny. 

W  siedemnastoletniej  Joscelyn  dostrzegła  Deborah  wyraźną  zmianę.  Dziewczyna 

przycichła, często zamyślała się lub pogrąŜała w marzeniach, siedząc z rękami na kolanach i 
utkwiwszy w przestrzeni wielkie, niewidzące oczy. Wymykała się na samotne wędrówki do 
bukowego  lasu.  Wychodziła  przygnębiona,  a  wracała  z  rozpalonymi  policzkami, 
promieniejąca dziwnym blaskiem. Pani Morean, przekonana, Ŝe dziecku potrzebny jest środek 
uspokajający, dawała jej siarkę z melasą. 

Pewnego  dnia  wszystko  się  wyjaśniło.  Cyrus  i  Deborah  pojechali  na  drugą  stronę  doliny 

odwiedzić zamęŜną córkę. Nie zastali jej w domu i niespodzianie wrócili wcześniej. Joscelyn 
nie było w kuchni, ale babka Usłyszała odgłosy śmiechu i rozmowy w bawialni po przeciwnej 
stronie hallu. 

— Jakich  to  gości  przyjmuje  Josie?  —  zdziwiła  się,  otwierając  drzwi  do  hallu  i 

nadsłuchując od progu. Gdy tak stała słuchając, twarz jej szarzała ze zmartwienia. Wreszcie 
bezszelestnie odwróciła się, wyszła z domu i pobiegła do stajni. 

— Cyrusie,  Josie  robi  w  pokoju  przedstawienie…  Śmieje  się,  recytuje…  wyraźnie 

słyszałam. Och, zawsze się bałam, Ŝe to się w niej kiedyś obudzi i miałam rację! Chodź i sam 
posłuchaj! 

Dziadkowie  ostroŜnie,  jakby  nie  chcieli  spłoszyć  złodzieja,  szli  przez  hali  aŜ  do 

uchylonych  drzwi  bawialni.  Towarzyszył  im  kpiący,  triumfujący  śmiech  Joscelyn.  Brzmiał 
jak bluźnierstwo i dziadkowie słysząc go, zadrŜeli. 

Joscelyn  włoŜyła  ofiarowaną  przez  ciotkę  rok  temu  powłóczystą  czarną  spódnicę,  której 

nie pozwalano jej nosić. Owinęła się jedwabnym szalem, pozostawiając odsłonięte ramiona. 
Włosy  brązowe  i  lśniące,  z  miedzianym  połyskiem,  zaczesała  do  góry  i  związała  taśmą  z 
perłowych koralików. Policzki okrywał rumieniec, a  cała postać od stóp do głów olśniewała 
takim pięknem, Ŝe Cyrus i Deborah, stojąc w milczącym przeraŜeniu, wzięli to za diabelskie 
sztuczki. 

Nieobecna duchem Joscelyn nie spostrzegła dziadków.  Zwracała twarz ku niewidocznym 

słuchaczom  z  namiętnym  oskarŜeniem.  Mówiła,  poruszała  się,  stawała  i  gestykulowała  z 
talentem widocznym w kaŜdym ruchu i tonie głosu. 

— Josie,  co  ty  wyprawiasz?  —  pierwszy  odezwał  się  Cyrus,  wchodząc  do  pokoju  jak 

surowe  i  niewzruszone  uosobienie  sądu.  Uniesione  ramiona  Joscelyn  opadły  i  odwróciła  się 
gwałtownie. Po twarzy przemknął strach i zgasł w niej wewnętrzny blask. Przed chwilą była 

background image

wspaniałą i nieustraszoną kobietą, a teraz oto stała uczennica zbyt zmieszana i zawstydzona, 
by otworzyć usta. 

— Co  robisz,  Josie?  —  ponownie  zagadnął  dziadek.  —  W  takim  ubraniu?  I  odkąd  to 

rozmawiasz ze sobą? 

Pobladła  twarz  dziewczyny  spurpurowiała.  Dumnie  uniosła  głowę.  —  Ćwiczyłam  rolę 

cioci Annice w jej nowej sztuce — odparła. — Nie robiłam nic złego, dziadku. 

— Złego? To odezwała się krew twej matki! Mimo tylu naszych zabiegów! Skąd wzięłaś 

tę sztukę? 

— Ciocia  mi  ją  przysłała  —  powiedziała  Joscelyn,  rzucając  szybkie  spojrzenie  na  leŜącą 

na  stole  ksiąŜkę.  A  gdy  dziadek,  jakby  obawiał  się  zarazków,  wziął  ją  ostroŜnie  do  ręki, 
dodała: — Och, dziadku, daj mi ją, proszę! Nie zabieraj mi jej! 

— Spalę ją — oznajmił stanowczo Cyrus Morgan. 
— Dziadku, nie! — krzyknęła Joscelyn ze łzami. — Nie pal jej, proszę. Ja… ja… juŜ nie 

będę  ćwiczyć  Ŝadnej  roli.  Wybacz  mi,  jeśli  sprawiłam  ci  przykrość.  Zwróć  mi,  proszę, 
ksiąŜkę. 

— Nie — padła krótka odpowiedź. — Idź do swego pokoju i przebierz się. W moim domu 

nie  ma  miejsca  na  przedstawienia,  zapamiętaj  to  sobie.  —  Rzucił  ksiąŜkę  w  ogień  na 
kominku. 

Pierwszy  raz  w  Ŝyciu  Joscelyn  zapłonęła  namiętnym  oburzeniem.  —  Jesteś  okrutny  i 

niesprawiedliwy, dziadku. Nie zrobiłam nic złego… To nic złego, jeśli się rozwija wrodzony 
talent. To jedno, co mogę robić… i będę robić. Moja matka była aktorką, ale i uczciwą, dobrą 
kobietą. Taka sama jest ciocia Annice. Postaram się być do niej podobna. 

— Och,  Josie,  Josie!  —  zawołała  przestraszona  babka.  Dziadek  zaś  tylko  powtórzył 

surowo: — Przebierz, się dziewczyno, i nie chcę słyszeć ani słowa na ten temat. 

Joscelyn  wyszła,  pozostawiając  atmosferę  zakłopotania.  Cyrus  i  Deborah  nie  byliby 

bardziej wstrząśnięci, gdyby włamała się do szuflady z pieniędzmi. Tego wieczoru, siedząc w 
kuchni przy kominku, rozmawiali z goryczą. 

— Nie byliśmy wobec niej dość surowi, matko — powiedział gniewnie Cyrus. — Musimy 

naprawić błąd, jeśli nie chcemy, aby ściągnęła hańbę na rodzinę. Słyszałaś, jak się postawiła? 
Mówię ci, matko, jeszcze narobi nam kłopotów ta dziewczyna. 

— Nie  bądź  dla  niej  zbyt  okrutny,  ojczulku,  bo  zatnie  się  w  uporze  —  wyszlochała 

Deborah. 

— Nie  mam  zamiaru  być  okrutny.  Wszystko  co  robię,  jest  dla  jej  dobra,  wiesz  o  tym 

doskonale.  Josie  jest  mi  tak  samo  droga  jak  tobie,  matko,  ale  musimy  stać  się  bardziej 
wymagający. 

Tacy teŜ byli. Od tego dnia Josie nie ufano i nie pozwalano przebywać walnej. Skończyły 

się  samotne  spacery  Dziewczynę  wzięto  pod  ściślejszy  niŜ  dotąd  nadzór  i  aŜ  wiła  się  pod 
bacznymi  spojrzeniami.  Joscelyn  Morgan,  dumna  i  pełna  pasji,  nie  byłaby  córką  swoich 
rodziców,  gdyby  na  dłuŜszą  metę  podporządkowała  się  takiemu  traktowaniu.  To  co  mogło 
zaakceptować  dziecko,  dla  kobiety  pełnej  temperamentu  i  świadomej  własnej  wartości  było 
nie do zniesienia. Joscelyn buntowała się, ale nie uznawała obłudy; to nie leŜało w jej naturze. 
Napisała więc do ciotki Annice i kiedy otrzymała odpowiedź, poszła z nią prosto i odwaŜnie 
do dziadków. 

— Dziadku, oto list od cioci. Prosi, bym zamieszkała z nią i zaczęła przygotowywać się do 

zawodu aktorki. Napisałam, Ŝe pragnę się temu poświęcić. I zrobię to. 

Cyrus i Deborah patrzyli na nią w milczącym strapieniu. 
— Wiem, Ŝe gardzicie aktorkami — ciągnęła dziewczyna rumieniąc się coraz bardziej. — 

Przykro  mi  z  tego  powodu,  poniewaŜ  jest  to  jedyny  zawód  dla  mnie.  Ja  muszę  pojechać… 
muszę. 

— Tak, musisz — odrzekł z wyrzutem Cyrus. — Masz to we krwi… W złej krwi… 

background image

— Moja krew nie jest zła — zawołała dumnie Joscelyn. — Miałam uczciwą i szlachetną 

matkę. Jesteś niesprawiedliwy, dziadku. Nie chcę jednak, abyś się na mnie gniewał. Kocham 
was oboje i zachowam wdzięczność za waszą dobroć. Pragnę tylko, Ŝebyście zrozumieli, Ŝe… 

— Rozumiemy — przerwał ostro Cyrus. — To wszystko, co mam ci do powiedzenia. Jedź 

do ciotki, do tej artystki, jeśli chcesz. Ani babka, ani ja nie będziemy ci przeszkadzać. Ale nie 
wrócisz tu nigdy. Nie chcemy mieć dłuŜej z tobą do czynienia. MoŜesz wybrać własną drogę i 
pójść nią. 

Joscelyn opuściła Spring Valley. Przy poŜegnaniu objęła Deborah i rozpłakała się. Cyrus 

nawet  nie  powiedział  „do  widzenia”.  W  dniu  wyjazdu  wnuczki  wyszedł  rano  rzekomo  w 
interesach i wrócił dopiero wieczorem. 

Joscelyn  dostała  się  na  scenę.  Wpływy  ciotki  i  sława  matki  bardzo  jej  pomogły.  Nie 

zakosztowała trudności, które są  zwykle udziałem początkujących aktorek.  Zresztą jej talent 
zwycięŜyłby  w  kaŜdych  okolicznościach.  Odziedziczyła  cały  dar  aktorski  matki,  zaś  po 
Morganach szczerość i siłę przeŜywania, a takŜe upór i silną wolę. Mając dwadzieścia jeden 
lat Joscelyn Morgan znana była na dwóch kontynentach. 

Po wyjeździe wnuczki Cyrus Morgan wrócił do domu wieczorem i zapowiedział Ŝonie, by 

nigdy w jego obecności nie wspominała Josie. Deborah usłuchała go. UwaŜała postępowanie 
męŜa za słuszne, aczkolwiek w głębi serca nie mogła się z nim pogodzić. 

Pomimo  to  oboje  bardzo  tęsknili.  Wydawało  się,  Ŝe  wraz  z  odejściem  tego  młodego, 

tętniącego pasją Ŝycia, dom utracił duszę. Morganowie zaprosili najstarszą dziewczynkę swej 
zamęŜnej córki,  Paulinę.  Była  to  cicha  i  posłuszna  panienka,  pracowita  i  bardzo  zwyczajna. 
Taką  właśnie  usiłowali  bez  skutku  zrobić  z  Joscelyn.  Zresztą  zawsze  stawiano  jej  starszą 
kuzynkę za wzór. A jednak ani Cyrus, ani Deborah nie przywiązali się do Pauliny i bez Ŝalu 
zgodzili się na jej powrót do domu. 

— Ona  nie  ma  w  sobie  tej  Ŝywości  co  Josie  —  zarzucał  wnuczce  Cyrus.  Deborah 

powiedziała głośno i krótko: — Polly to dobra dziewczyna, ojczulku, ale nie ma w niej iskry. 

Joscelyn pisywała do babki od czasu do czasu, opowiadając otwarcie o swych planach i o 

tym co robi. Brak odpowiedzi sprawiał jej być moŜe przykrość, lecz nie dawała tego odczuć. 
Deborah  czytała  listy  w  zadumie,  a  potem  zostawiała  je  w  widocznym  miejscu  dla  Cyrusa. 
Początkowo  nie  zwracał  na  nie  uwagi,  później  zaś  czytał  ukradkiem,  gdy  Ŝony  nie  było  w 
domu. 

Odkąd  Joscelyn  zaczęła  odnosić  sukcesy,  przysyłała  na  farmę  gazety  i  magazyny 

zawierające  jej  fotografie  i  recenzje  sztuk,  w  których  grała.  Deborah  wycinała  artykuły  i 
przechowywała w szufladzie biurka razem z listami. Pewnego razu przeoczyła jedno zdjęcie, 
lecz  Cyrus  znalazł  i  starannie  wyciął.  Miesiąc  później  Morganowa  znalazła  je  między 
stronicami Biblii. 

Mimo  to  w  dalszym  ciągu  nie  wspominała  imienia  Joscelyn,  a  gdy  o  nią  pytano, 

odpowiadała  chłodno  i  krótko.  W  jakimś  stopniu  złagodnieli  wobec  wnuczki,  ale  wstyd 
pozostał. Nie mogli zapomnieć, Ŝe jest aktorką. 

Sześć  lat  po  wyjeździe  Joscelyn  ze  Spring  Valley  Cyrus  czytał  przy  stole  gazetę  i  nagle 

zerwał  się  z  gniewnym  okrzykiem.  Wepchnął  pismo  do  pieca,  zatrzaskując  z  hukiem 
drzwiczki.  —  Ten  głupek  nie  wie,  o  czym  gada  —  tylko  tyle  powiedział.  Deborah, 
powodowana  ciekawością,  poszła  wieczorem  do  sąsiada  i  wymyślając  jakiś  pretekst, 
poŜyczyła tę samą gazetę. UwaŜnie przeczytała prawie wszystkie kolumny nie rozumiejąc, co 
teŜ  wywołało  gniew  męŜa,  aŜ  wreszcie  w  połowie  działu  „Notatki  sceniczne”  znalazła 
krytyczną  ocenę  gry  Joscelyn  Morgan.  Recenzja  była  jadowicie  złośliwa.  W  miarę  czytania 
oczy  Deborah  rozpalały  się  niebezpiecznym  blaskiem.  —  Zdaje  mi  się,  Ŝe  ktoś  bardzo 
zazdrości Josie — mruknęła. — Nic dziwnego, Ŝe ojczulek się rozgniewał. Sądzę jednak, Ŝe 
ona sobie z tym poradzi. Jest przecieŜ Morganówną. 

background image

Niedługo po tym Cyrus oznajmił, Ŝe chce wybrać się do miasta. Powinien pójść na koński 

jarmark i odwiedzić kuzyna Hirama. — Jak wiesz, matko, byliśmy dobrymi kompanami. Od 
ciągłego siedzenia w Spring Valley zaczynamy porastać mchem. Ruszmy się więc z miejsca i 
poszalejmy przez tydzień. Co ty na to? 

Deborah zgodziła się, choć nie lubiła opuszczać domu na dłuŜej i nie przepadała za  Ŝoną 

kuzyna. Natomiast Cyrus cieszył się z wyprawy jak dziecko. Drugiego dnia pobytu w mieście 
Morganowa poszła na zakupy, a mąŜ wymknął się z domu i ukradkiem pośpieszył do teatru 
„Zielony  Kwadrat”.  Kupił  bilet  i  przecisnął  się  na  miejsce.  Było  to  przedpołudniowe 
przedstawienie i Joscelyn występowała w nowej roli. 

Cyrus  czekał  na  podniesienie  kurtyny  z  uczuciem,  Ŝe  wszyscy  znajomi  widzą  go  i 

osądzają. Gdyby Deborah się dowiedziała… Ale do tego nie wolno dopuścić! Pierwszy raz w 
Ŝ

yciu stary człowiek ukrył coś przed Ŝoną. Musiał jednak zobaczyć znowu swoją małą Josie. 

Kurtyna poszła w górę i Cyrus przetarł oczy. Spodziewał się jakichś tajemnic i niegodziwości, 
a zobaczył starą kuchnię, bardzo podobną do własnej. Przy duŜym piecu, w fartuchu z ręcznie 
tkanego płótna, z włosami splecionymi w warkocz, siedziała Joscelyn taka, jaką widział tysiąc 
razy. Widownia zareagowała oklaskami i tylko stary człowiek wyciągnął z kieszeni chustkę i 
otarł łzy radości i dumy. Ona się wcale nie zmieniła! Aktorstwo nie zepsuło małej Josie. CzyŜ 
nie była córką Paula? I wszystkie te oklaski są dla niej.,. 

Nowa sztuka była prostym utworem. Zręcznie połączono w niej elementy wesołej komedii 

i wzruszającego patosu. Joscelyn szczerą grą przydawała temu wszystkiemu autentyczności i 
w  ten  sposób  powstało  prawdziwe  dzieło  sztuki.  Cyrus  Morgan  słuchał  i  pęczniał  z  dumy. 
Chciał  wejść  na  scenę  i  dać  w  zęby  czarnemu  charakterowi  intrygującemu  przeciwko  niej, 
uścisnąć  rękę  zacnej  kobiecie  występującej  w  obronie  Josie,  a  nawet  spłacić  hipotekę  i 
uczynić  ją  szczęśliwą.  W  trzecim  akcie,  kiedy  dziewczynę  wyrzucono  z  domu,  raz  po  raz 
ocierał  łzy.  Tak  samo  w  akcie  czwartym,  gdy  stała  z  ukochanym  jako  promienna  panna 
młoda. 

Cyrus  Morgan  opuszczał  teatr  czując,  Ŝe  obudził  się  z  długiego  snu.  TuŜ  przy  wyjściu 

natknął  się  na  Ŝonę  z  panią  Hiramową.  Zapłakana  Deborah  chwyciła  go  za  rękę.  —  Och, 
ojczulku, jakie to  wspaniałe! Czy nasza Josie nie była cudowna? Taka jestem z niej dumna. 
Musiałam ją zobaczyć. Nic nie mówiłam, bo bałam się twego gniewu. Widząc cię w rzędzie 
przed nami nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Płakałam prawie cały czas. 

Widzowie  spoglądali  na parę  starszych  ludzi  z  rozbawioną  i  pobłaŜliwą  ciekawością,  oni 

jednak  nie  zwracali  uwagi  na  otoczenie.  Pani  Hiramowa  próbowała  odciągnąć  kuzynów 
gdzieś  na  stronę.  Wreszcie  Cyrus  Morgan  chrząknął  kilka  razy  i  oznajmił:  —  To  było 
znakomite,  matko,  znakomite!  Zaćmiła  innych  aktorów.  Od  razu  czułem,  Ŝe  ten  typ  z 
„National  Gazette”  nie  ma  pojęcia,  o  czym  pisze.  Matko,  natychmiast  chodźmy  do  Josie. 
Mieszka z ciotką w hotelu Maberly, przeczytałem o tym w porannej gazecie. Muszę przyznać, 
Ŝ

e miała rację, a my nie. Została wspaniałą aktorką, bije wszystkie inne na głowę, i to teŜ jej 

powiem! 

background image

T

RAFIŁA KOSA NA KAMIEŃ

 

1903 

 
Nie  mają  sensu  próby  odwodzenia  stryja  Abimelecha  od  raz  podjętej  decyzji.  Z  równym 

skutkiem moŜna potrząsać skałami Gibraltaru — stwierdził posępnie Murray. 

Murray  łatwo  się  zniechęca,  czym  przypomina  kochanego  tatę.  Ja  natomiast  jestem 

nieodrodną córką mamy. Stryj przy kaŜdej okazji podkreśla, jaka to ze mnie Fosterówna. W 
przeciwieństwie  do  mnie  nie  lubi  rodziny  matki.  Gdybym  po  śmierci  ojca  czekała  z 
załoŜonymi  rękami,  aŜ  stryj  w  wolnej  chwili  postanowi, co  z  nami  zrobić,  nigdy  byśmy nie 
wstąpili  do  college’u.  Chciałam  pójść  na  studia  tylko  dlatego,  Ŝe  nie  zniosłabym  rozłąki  z 
bratem. Jesteśmy bliźniętami i odkąd pamiętam, byliśmy razem. 

Stryj  nie  miał  zwyczaju  zmieniać  decyzji.  JednakŜe  lubił  powtarzać,  Ŝe  zawsze  jest  ten 

pierwszy raz. Uznałam więc, iŜ czas wreszcie na pierwszy raz dla niego. Nie wiedziałam, jak 
przeprowadzić  intrygę,  ale  musiałam  osiągnąć  cel  —  przecieŜ  nie  darmo  nazywają  mnie 
„typową Fosterówna”. 

Mogłam  polegać  tylko  na  sobie.  Murray  jest  doskonały  w  nauce  i  krojeniu  martwych 

zwierzaków, ale nie ma praktycznego zmysłu. Nawet gdyby nie uznał z  góry,  Ŝe ze stryjem 
nie wygramy, wolałabym na niego nie liczyć. 

— Murray,  idę  na  stryszek  przemyśleć  sprawę —  oznajmiłam  powaŜnie.  —  Nie  pozwól, 

by mi przeszkadzano i nie mów stryjowi, gdzie jestem. Jeśli nie zejdę do podwieczorku, zrób 
sam herbatę. Nie opuszczę stryszku, dopóki nie wymyślę czegoś, co skłoni stryja do zmiany 
postanowienia. 

— No  to  zostaniesz  doŜywotnim  więźniem,  kochana  siostruniu  —  odparł  sceptycznie 

Murray.  —  Inteligentna  z  ciebie  dziewczyna,  Prue,  i  masz  silnej  woli  za  dwoje,  lecz  nie 
pokonasz uporu stryja. 

— Zobaczymy  —  zauwaŜyłam.  Weszłam  na  poddasze,  na  wszelki  wypadek  zamykając 

dokładnie  drzwi  na  zasuwkę.  Potem  ułoŜyłam  pod  oknem  kilka  poduszek  —  człowiek 
powinien  siedzieć  wygodnie  podczas  rozmyślania  —  i  zaczęłam  rozwaŜać  sytuację  ab  ovo. 
Na  dworze  wiatr  tarmosił  gałęzie  rozłoŜystego  klonu,  sięgające  kalenicy  naszego  starego 
domu.  Pewien  odwaŜny  wróbel  przysiadł  na  parapecie  i  popatrzył  na  mnie  przenikliwie.  W 
kącie podwórka Murray zajmował się chorą kaczką. Niedawno nastawił jej złamaną nóŜkę i 
teraz pomagał w rekonwalescencji. Wszyscy poza stryjem Abimelechem wiedzieli, Ŝe Murray 
jest  urodzonym  lekarzem.  Zmuszanie  go  do  innej  pracy  było  sprzeciwianiem  się  wyrokom 
opatrzności. 

Dom stał na wzgórzu i z okna stryszku rozciągał się widok na całą farmę. Widziałam pola, 

łąkę, bukowy lasek i wszystkie najdroŜsze mi na ziemi miejsca. Znaliśmy tu kaŜdy kamień, a 
teraz trzeba zrezygnować z tego co ukochane, bo Murray nie chce zostać farmerem. Ponadto 
farma  naleŜała  do  stryja,  choć  tato,  Murray  i  ja  zawsze  tu  mieszkaliśmy.  Ojciec  zapadł  na 
zdrowiu  jeszcze  w  college’u.  Z  tego  między  innymi  powodu  stryj  sprzeciwiał  się  studiom 
Murraya, choć ten jest silny i barczysty. Zresztą kaŜdy z rodziny Fosterów musi być taki. 

Ale wracam do taty. OtóŜ lekarze orzekli, Ŝe odzyska zdrowie Ŝyjąc na świeŜym wiejskim 

powietrzu. Wtedy tato wydzierŜawił jedną z farm stryja i mieszkał na niej do ostatnich swoich 
dni.  Leczenie  trwało  długo,  aŜ  w  końcu  za  późno  było  na  studia.  Pozostał  więc,  jak  nam 
zawsze powtarzał, ni rakiem, ni rybą. Mama zmarła bardzo dawno, prawie jej nie pamiętamy. 
ś

yliśmy szczęśliwie, chociaŜ stryj rządził nami, jak chciał. Tacie to odpowiadało — nie lubił 

podejmować decyzji. 

A  potem  tata  zmarł.  Och,  to  był  straszny  okres!  Po  zastanowieniu  zdaliśmy  sobie  z 

Murrayem sprawę z całkowitej zaleŜności od stryja Abimelecha. Byliśmy ubodzy jak myszy 

background image

kościelne,  a  moŜe  nawet  biedniejsi.  Myszy  przynajmniej  mają  w  kościele  za  darmo 
mieszkanie. 

Murray  pragnął  pójść  do  college’u  i  na  medycynę.  Poprosił  stryja  o  poŜyczkę  na 

rozpoczęcie  studiów.  Potem  mógłby  znaleźć  jakąś  pracę  i  opłacić  dalszą  naukę.  Stryj  jest 
bogaty, a Murray i ja stanowimy jego najbliŜszą rodzinę. Jednak nie chciał nawet słuchać o 
naszych planach. 

— Nie mam zamiaru popierać takich bzdur — oświadczył. — I dobrze wiecie,  Ŝe będzie 

tak, jak postanowię! 

Muszę  nadmienić,  Ŝe  stryj  nie  jest  skąpy.  Nic  podobnego.  Gotów  nam  pomagać  pod 

warunkiem,  Ŝe  będziemy  postępować  zgodnie  z  jego  Ŝyczeniami.  A  Ŝyczył  sobie,  byśmy  z 
Murrayem  zostali  na  farmie,  gdy  zaś  skończymy  dwadzieścia  jeden  lat,  przekaŜe  ją 
Murrayowi na własność. 

— To dobra posiadłość, chłopcze — tłumaczył. — Twój ojciec ledwie sobie radził dlatego, 

Ŝ

e  nie  miał  dość  sił  do  pracy.  Wszystko  przez  te  studia!  Ty  jesteś  zdrów  i  silny,  a  takŜe 

wystarczająco ambitny, by mieć dobre wyniki. 

Lecz  Murray  nie  chciał  zostać  farmerem  i  w  tym  sęk.  Powiedziałam  to  stryjowi  bardzo 

stanowczo  i  powtarzałam  wiele  razy,  ale  on  nie  zmienił  zdania.  Siedział  i  słuchał  z 
nieodgadnionym  wyrazem  ogorzałej  i  całkiem  przystojnej  twarzy.  Słuchał  i  w  końcu 
powiedział:  —  Jeśli  ktoś  powinien  iść  do  college’u,  to  tylko  ty.  Zostałabyś  doskonałym 
adwokatem.  Gdybym  oczywiście  popierał  zwyczaj  kształcenia  kobiet.  Murray  moŜe  wziąć 
farmę lub nie, jak zechce. Jeśli wybierze studia, nie otrzyma ode mnie pomocy. Jesteś bardzo 
naiwną, małą dziewczynką, Prue, skoro popierasz ten niemądry pomysł. 

Strasznie  mnie  to  stwierdzenie  rozgniewało,  zwłaszcza  Ŝe  juŜ  od  roku  upinam  włosy  do 

góry i stryj o tym doskonale wie. Zrezygnowałam teŜ ze sporu, wiedząc Ŝe nic nie wskóram. 

O  sprawach  tych  nadal  rozmyślałam  na  stryszku,  ale  nie  potrafiłam  znaleźć  wyjścia  z 

trudnej  sytuacji.  Zajadałam  jabłka  na  pociechę,  lecz  niewiele  to  pomogło,  a  widok  stryja 
kroczącego dostojnie ścieŜką, pogłębił jeszcze mój zły humor. 

Sięgnęłam po gazetę, w której przyniosłam jabłka i wpatrzyłam się w nią ponuro. I wtedy 

zobaczyłam  coś,  co  sprawiło,  Ŝe  ujrzałam  w  myślach  pokonanego  stryja.  Ta  moŜliwość 
rozbawiła mnie do tego  stopnia,  Ŝe roześmiałam się wesoło, patrząc na mały łysy krąŜek na 
czubku głowy naszego opiekuna, który właśnie wydawał Murrayowi jakieś polecenia. 

Potem  zeszłam  na  dół  i  odszukałam  brata.  —  Obmyśliłam  pewien  plan  —  zaczęłam.  — 

Nie powiem ci jaki. Musisz go przyjąć bez zastrzeŜeń. Mam zamiar rzucić stryja na kolana. 
Musisz tylko popierać mnie, bez względu na to co zrobię i dać mi wolną rękę. 

— Zgadzam się, siostrzyczko — powiedział Murray. 
— Przyrzeknij uroczyście, stosownie do wagi problemu — zaŜądałam. 
— Przyrzekam  uroczyście  —  oznajmił  Murray  i  dla  podkreślenia  waŜności  słów 

wytrzeszczył oczy jak sowa. 

— Doskonale.  Siedź  cicho  jak  mysz  pod  miotłą.  Maść  Allowaya  jest  bardzo  dobrym 

ś

rodkiem, prawda? Wyleczyłeś nią zwichnięcie, gdy nie pomagały inne leki? 

— Tak. Ale nie widzę Ŝadnego związku… 
— Nie musisz. CóŜ, twoje zwichnięcie i moje bóle reumatyczne powinny załatwić sprawę. 
— Słuchaj  no,  Prue.  Czy  te  rozmyślania  na  stryszku  i  nasze  kłopoty  nie  padły  ci 

przypadkiem na głowę? 

— Mój umysł jest w zupełnym porządku. A teraz sługo moŜesz odejść… 
Murray  uśmiechnął  się  wyrozumiale  i  wyszedł.  Ja  zaś  napisałam  list  i  zaniosłam  go  na 

pocztę. Przez tydzień nie miałam nic więcej do roboty. 

Wśród wielu cech stryja Abimelecha dominowało poczucie dumy rodowej. Melvillowie są 

bardzo  starą  rodziną.  Tradycja  sięga  czasów  normańskiego  podboju,  gdy  jakiś  Roger  de 
Melville,  nasz  przodek,  przybył  do  Anglii  z  Wilhelmem  Zdobywcą.  Nie  sądzę,  by 

background image

Melvillowie od tej pory wsławili się czymkolwiek. śaden z nich nie zrobił teŜ specjalnie nic 
złego.  Zawsze  byli  ludźmi  uczciwymi  i  godnymi  szacunku;  uwaŜam,  Ŝe  moŜna  tym  się 
szczycić. 

Pewien  znany  heraldyk  odszukał  herb  i  narysował  go  stryjowi  wraz  z  drzewem 

genealogicznym od Rogera de Melville. Oba rysunki wisiały oprawione w bibliotece. Sam zaś 
stryj starał się być godnym herbu i dzielnego przodka. 

Pod  koniec  tygodnia  otrzymałam  odpowiedź  na  list.  Była  taka,  jakiej  pragnęłam.  Znowu 

napisałam i wysłałam paczuszkę. Po trzech tygodniach nastał sądny dzień. 

Owego  dnia  zobaczyłam  stryja  Abimelecha  pędzącego  ku  domowi  z  gazetą  w  ręku. 

Odwróciłam się do Murraya, który ślęczał nad podręcznikiem anatomii. — Murray, za chwilę 
rozpęta się piekło. Pozwól sobie przypomnieć o przyrzeczeniu. 

— Udawać, Ŝe nic nie wiem i milczeć? O to chodzi? 
— Dopóki stryj nie zwróci się wprost do ciebie. Wtedy masz mnie poprzeć. 
W tej chwili wpadł purpurowy z gniewu stryj. Rycerz Roger de Melville pewnie nigdy nie 

wyglądał groźniej. ZadrŜałam, ale spojrzałam na stryja nieustraszenie. 

— Prudence,  co  to  znaczy?  —  zagrzmiał  stryj,  rzucając  na  stół  gazetę.  Murray  zaczął 

przeglądać ją  i  po chwili  gwizdnął  przeciągle.  Zamierzał coś  powiedzieć, ale  w  porę  ugryzł 
się w język, obrzucił mnie tylko ponurym wzrokiem. Murray teŜ jest dumny z nazwiska, choć 
się do tego nie przyznaje i Ŝartuje ze słabostki stryja. 

Zerknęłam  do  gazety  i  roześmiałam  się.  Wyglądaliśmy  bardzo  zabawnie,  Murray  i  ja  w 

ogłoszeniu  reklamowym.  Zajmowało  całą  stronę.  Na  górze  nasze  twarze,  a  pod  spodem 
nazwisko  i  adres  wydrukowane  duŜą  czcionką.  Jeszcze  niŜej  tekst  listu,  który  napisałam  do 
firmy  Alloway.  Była  to  kwiecista  oracja  o  zaletach  firmowej  maści.  Pisałam,  Ŝe  maść 
wyleczyła  zwichniętą  stopę  Murraya,  gdy  zawiodły  inne  środki,  oraz  moje  stawy,  kiedy 
cierpiałam na gorączkę reumatyczną itd, itd. 

Trochę  przesadziłam,  bo  masaŜe  robione  przez  ciotkę  Sarę  z  Doliny  pomogły  tyle  co  i 

maść. Ale to nie miało znaczenia. 

— Co  to  znaczy,  Prudence?  —  powtórzył  stryj  Abimelech.  Trząsł  się  z  gniewu,  a  ja 

udawałam niewiniątko. Murray stał niczym posąg. 

— CóŜ,  stryju  —  zauwaŜyłam  chłodno.  —  To  po  prostu  jeden  ze  sposobów  zdobycia 

pieniędzy.  Za prawo umieszczenia w gazecie fotografii z reklamą zapłacono mi pięćdziesiąt 
dolarów. Wystarczą na ksiąŜki i czesne dla nas w college’u w  Kentville. Pani Tredgold  jest 
tak  miła,  Ŝe  zgodziła  się  wynająć  mi  pokój  za  pomoc  w  pensjonacie  —  trzepałam  bez 
zająknięcia, by nie zdąŜył mi przerwać. 

— To haniebne! — zagrzmiał. — Haniebne! Pomyśl tylko, sir Roger de Melville i reklama 

jakiejś maści! Murrayu Melville, gdzie byłeś, kiedy twoja siostra okrywała wstydem rodowe 
nazwisko? 

Trochę się przestraszyłam. Co, jeśli Murray mnie zawiedzie? Ale znalazł się na wysokości 

zadania. — Dałem Prue wolną rękę, stryju. To uczciwy interes, a samo rodowe nazwisko nie 
utrzyma nas w college’u, stryj dobrze wie. 

Stryj  patrzył  na  nas  cięŜkim  wzrokiem.  —  Skończmy  z  tą  sprawą  —  powiedział.  — 

Ogłoszenie nie moŜe się ponownie ukazać. Nie pozwolę na to! 

— Podpisałam  kontrakt  na  sześć  miesięcy  —  odparłam  zdecydowanie.  —  Poza  tym  są 

jeszcze  inne  leki.  Na  przykład  ten  „ziołolek”,  który  tak  mi  pomógł  jednej  wiosny.  Właśnie 
prowadzę rozmowy z wytwórnią i oni… 

— Szalona dziewczyno! — zawołał stryj. 
— Mam  po  prostu  głowę  do  interesów.  Nie  chcesz  pomóc  Murrayowi,  więc  zrobię  to 

sama. Tak jak potrafię. 

Wreszcie  stryj  Abimelech  poszedł,  kipiąc  gniewem.  Murray  trochę  protestował,  lecz 

przypomniałam mu o przyrzeczeniu i musiał się poddać. 

background image

Nazajutrz stryj wrócił zrezygnowany i pokorny. — Słuchaj no, Prue, — powiedział. — Tę 

sprawę  trzeba  zakończyć.  Nie  mogę  pozwolić,  by  nazwisko  Melvillów  szargano  w  całym 
kraju  przez  reklamę  jakiejś  maści.  Rozegrałaś  swoją  partię  i  wygrałaś.  Jeśli  zgodzisz  się 
odwołać  ten  haniebny  kontrakt,  ureguluję  wszystko  z  firmą  i  sfinansuję  studia  Murraya. 
Twoje  równieŜ,  jeśli  tylko  zechcesz!  Coś  trzeba  z  tobą  zrobić,  nie  ma  dwóch  zdań. 
Zadowolona? 

— Całkowicie  —  odparłam  pospiesznie.  —  Jeśli  obiecasz  zapomnieć  o  wszystkim  i 

przebaczyć mi, stryju, będę bardzo szczęśliwa. 

Stryj  wzruszył  ramionami.  —  Tak  samo  wisi  się  za  pensa  jak  i  za  funta  —  odrzekł.  — 

Zgoda,  Prue.  Zapomnijmy  o  przeszłości  i  zacznijmy  nowe  Ŝycie.  Ale  nie  próbuj  podobnych 
wyczynów! Dobrze obmyśliłaś ten plan. Tu trzeba było charakteru Fostera! Pamiętaj jednak, 
Ŝ

e zgodnie z prawem jesteś Melville! 

Skinęłam potulnie. — Będę o tym pamiętała — obiecałam. 
Gdy  wszystko  zostało  juŜ  załatwione  i  stryj  wrócił  do  siebie,  spojrzałam  na  brata  i 

zapytałam: — No i co? 

Murray  mrugnął  porozumiewawczo.  —  Dokonałaś  rzeczy  niemoŜliwej,  ale  jak  zauwaŜył 

stryj, nie próbuj tego ponownie. 

background image

D

ESPERACKI CZYN 

D

ORINDY

 

1906 

 
Dorinda  wróciła  do  domu  przed  tygodniem  i  młodsze  rodzeństwo  zaczynało  się  do  niej 

pomału  przyzwyczajać.  Kiedy  dziewczynka  wyjeŜdŜa  mając  dziesięć  lat  i  wraca  jako 
piętnastolatka,  to  naturalną  koleją  rzeczy  rodzina  traktuje  ją  z  początku  jak  obcą  osobę. 
Zwłaszcza  Ŝe  z  usposobienia  jest  prawdziwą  Page,  gdy  pozostali  to  Carterowie  do  szpiku 
kości. 

Przed  pięciu  laty  ciotka  Mary,  ta  ze  strony  Carterów,  napisała  do  pani  Page,  zapraszając 

małą Dorindę na zimę. Pani Page, aczkolwiek biedna wdowa (mało kto wiedział jak bardzo!) 
obarczona  sześciorgiem  dzieci,  długo  wahała  się,  czy  wyrazić  zgodę.  Podejrzewała  —  i  nie 
bez  podstaw  —  Ŝe  zima  moŜe  się  przedłuŜyć.  Ale  Mary  niedawno  straciła  córeczkę  i  pani 
Page  aŜ  drŜała,  myśląc  o  jej  osamotnieniu.  Aby  pocieszyć  kuzynkę,  pozwoliła  Dorindzie 
pojechać  pod  warunkiem,  Ŝe  wróci  przed  latem  do  domu.  JednakŜe  wiosną  ciotka  Mary 
znowu  przysłała  list.  Pisała,  iŜ  Dorinda  jest  zadowolona  i  czy  Emily  nie  pozwoliłaby  córce 
zostać  dłuŜej.  Pani  Page  popłakała  sobie  i  zaczęła  się  zastanawiać.  Jeśli  teraz  ustąpi,  mała 
zostanie  na  czas  nieokreślony.  To  było  przykre.  Z  drugiej  strony  ledwie  wiązała  koniec  z 
końcem. Dochody były zbyt małe, a potrzeby rosły. Dorindzie nie będzie u ciotki brakowało 
ptasiego mleka. Gdyby tylko mogła opanować rozŜalone matczyne serce. Wreszcie zgodziła 
się, by dziewczynka pobyła dłuŜej i w rezultacie wizyta przeciągnęła się do pięciu lat. 

Ale teraz Dorinda wróciła do małego domku, otoczonego drzewami jabłoni i winoroślą, na 

oddalonym  od  drogi  wzgórzu.  Ciotka  Mary  zmarła  niespodziewanie,  a  jej  syn  wyjechał  do 
Japonii. Dorindzie nie pozostało nic innego, jak wrócić na łono rodziny, zająć dawne miejsce 
w sercu matki i zdobyć przywiązanie sióstr i braci, którzy ją ledwie pamiętali. 

Początkowo  rodzeństwo  czuło  się  onieśmielone  taką  zupełnie  nieznaną,  czarnooką  i 

czarnowłosą  siostrą.  Ale  to  szybko  minęło.  Przy  Dorindzie  nikt  nie  mógł  długo  pozostawać 
onieśmielony; jej nie sposób było nie lubić. Miała w sobie tyle energii, pogody i Ŝyczliwości! 
—  „Godna  przedstawicielka  Page’ów”  —  mówiono.  Bracia  i  siostry  zaś  byli  typowymi 
Carterami o jasnych włosach, błękitnych oczach i drobnych delikatnych rysach. 

Po  tygodniu  domowej  krzątaniny,  podczas  której  nieustannie  przerzucała  z  ramienia  na 

ramię  długi,  lśniący  warkocz,  Dorinda  stała  się  członkiem  rodziny  ze  wszystkimi 
wynikającymi  z  tego  konsekwencjami.  Pewnego  popołudnia  omówiła  z  matką  dokładnie 
największe troski i przykre obowiązki. Zajęta cerowaniem pani Page westchnęła i stwierdziła, 
Ŝ

e juŜ nie wie, co począć. Dorinda nie wzdychała. Ona teŜ nie miała pojęcia, lecz była pewna 

jednego:  —  Coś  trzeba  zrobić  koniecznie!  Szyła  w  milczeniu,  mocno  zaciskając  czerwone 
wargi. 

— Nie martw się, mamo — powiedziała po chwili z werwą. — Spróbujemy działać jak ów 

słynny Rzymianin, który albo znajdował drogę, albo ją budował. Lubię pokonywać trudności. 
Wiesz,  Ŝe  mam  w  sobie  sporo  walecznej  krwi  admirała  Page’a.  Najpierw  ustalimy,  jakie 
problemy musimy rozwiązać w pierwszej kolejności. NajwaŜniejszy jest tu… 

— Leicester — przerwała pani Page. 
Dorinda  zamrugała  oczami.  Robiła  tak  zawsze,  gdy  miała  jakieś  zastrzeŜenia.  — 

Rozumiem, to jedna z istotnych spraw, ale nie miałam zamiaru stawiać jej na początku listy. 
Skoro  jednak…  A  więc  kłopot  z  Leicesterem  polega  na  tym,  Ŝe  jest  on  bardzo  zdolnym 
chłopcem.  Gdyby  nie  był  moim  bratem,  powiedziałabym,  Ŝe  nadzwyczaj  zdolnym.  Zdobył 
tyle wiedzy, ile mogła dać szkoła w Willowdale i zakwalifikował się do Akademii Blue Hill. 
Chce  wstąpić  tam  jesienią,  by  rozpocząć  kurs  przygotowawczy  do  college’u.  Jednak  nie 
moŜemy posłać Leicestera do Blue Hill. 

background image

— Niestety!  —  westchnęła  pani  Page.  —  Biedny  chłopiec  strasznie  to  przeŜywa. 

Postanowił pójść do college’u i zostać lekarzem jak jego ojciec. UwaŜa, Ŝe zdołałby zarobić 
na  siebie  w  czasie  studiów,  gdyby  tylko  miał  coś  na  początek.  Mnie  nie  stać  na  dalsze 
posyłanie  go  do  szkoły.  Od  jesieni  zacznie  więc  pracować  w  sklepie  pana  Churchilla  w 
Willow Centre. Pan Churchill był tak dobry i zaproponował mu posadę. Leicester nienawidzi 
samej myśli o sklepie, wiem, Ŝe tak jest, choć mi nigdy tego nie powiedział. 

— Oprócz studiów w college’u dla Leicestera chciałybyśmy… 
— Lekcji muzyki dla Jean. 
Dorinda  znowu  zamrugała.  —  Czy  lekcje  muzyki  dla  Jean  to  powaŜny  problem?  — 

zapytała. 

— O tak! W kaŜdym razie ja się o nie martwię. Jean tak kocha muzykę. Biedne dziecko, 

dotąd właściwie niczego dobrego nie zaznała, nawet do szkoły chodziła nie tyle, ile powinna. 
Często zatrzymywałam ją do pomocy w domu. Jest taka dobra i cierpliwa i tak pragnie uczyć 

się muzyki! 
— CóŜ, będzie miała te lekcje, po załatwieniu Leicesterowi pierwszego roku w akademii. 

Trzeci kłopot to nowy… 

— Tej jesieni naleŜy pokryć dach — oświadczyła pani Page z niepokojem. — Naprawdę, 

Dorindo.  Jest  dziurawy  jak  sito.  Ilekroć  pada,  woda  zalewa  mieszkanie.  Lecz  nie  mam 
pojęcia, skąd wziąć pieniądze! 

— Gonty  na  pokrycie  dachu  to  trzy  —  wyliczała  Dorinda,  starannie  notując  wszystko  w 

pamięci. — I po czwarte, mamo, tym razem ja coś powiem: Po czwarte piękną, nową suknię i 
ciepły płaszcz dla ciebie. Tak, tak, najdroŜsza mamo, musisz je mieć. MoŜemy poczekać rok 
na college Leicestera i lekcje muzyki Jean, stawiać miednice i wiadra pod dziury w dachu, ale 
nowa suknia i płaszcz są niezbędne i będziesz je miała, choćby nie wiem co. 

— Pochodzę jeszcze w tym, co mam — oświadczyła stanowczo pani Page. — Jeśli tylko 

załatwię  tamte  sprawy.  Gdyby  stryj  Eugene  zechciał  nam  choć  trochę  pomóc,  dopóki 
Leicester  nie  skończy  studiów!  Właściwie  powinien  to  zrobić.  Lecz  naturalnie  do  tego  nie 
dojdzie! 

— Prosiłaś go kiedykolwiek o pomoc? — spytała Dorinda. 
— Och,  moje  dziecko!  Oczywiście,  Ŝe  nie  —  odparła  pani  Page  przestraszonym  tonem. 

Zupełnie jakby córka zapytała ją, czy ukradła sąsiadom łyŜeczki. 

— Dlaczego nie miałabyś tego zrobić? 
— Och,  Dorindo,  stryj  Eugene  nas  nie  znosi.  Nigdy  by  nie  wysłuchał  Ŝadnej  prośby  o 

pomoc, nawet gdybym się do niej zniŜyła. 

— Mamo,  co  stanęło  między  nami  a  stryjem  Eugene?  Nikt  mi  o  tym  nie  mówił.  Kiedy 

byłam  mała,  nie  rozumiałam,  o  co  chodzi.  Pamiętam  tylko,  Ŝe  stryj  nie  odwiedzał  nas  i  nie 
rozmawiał przy spotkaniach. Wszyscyśmy się go trochę bali. Przywykłam myśleć o nim jak o 
potworze,  którym  się  straszy  niegrzeczne  dzieci.  Dlaczego  stał  się  naszym  wrogiem?  I  jak 
doszło do tego, Ŝe przypadł mu cały majątek dziadka Page’a, a tatuś nie dostał nic? 

— CóŜ, dobrze wiesz, Ŝe dziadek oŜenił się drugi raz. Eugene jest synem z pierwszej Ŝony 

i  miał  dwadzieścia  pięć  lat,  gdy  urodził  się  twój  ojciec.  Zawsze  był  jakiś  dziwny,  nawet  w 
młodości.  Nie  chciał,  by  dziadek  Ŝenił  się  ponownie,  lecz  bardzo  przywiązał  się  do  brata, 
którego matka zmarła w połogu. Przyjaźnili się do czasu wstąpienia taty do college’u. Wtedy 
nastąpiło zerwanie. Powód kłótni był błahy i tylko przez Eugene nie puszczono sprzeczki w 
niepamięć. JuŜ nigdy nie wrócili do dawnej przyjaźni. Sądzę, Ŝe stryj zazdrościł twemu ojcu. 
Myślał,  Ŝe  ojciec  bardziej  kocha  młodszego  syna.  A  do  tego  był  bardzo  uparty  i 
ekscentryczny. Twój ojciec poszedł do college’u, skończył studia i został lekarzem, a potem 
pobraliśmy się. Dziadek Page chciał, by syn poślubił kogoś innego i bardzo się rozgniewał z 
powodu  naszego  małŜeństwa.  Groził  nawet  wydziedziczeniem.  Dowiedziałam  się  o  tym 
dopiero  po  ślubie.  Niestety,  dziadek  dotrzymał  słowa.  Posłał  po  adwokata  i  spisał  nowy 

background image

testament,  zostawiając  wszystko  Eugene.  Sądzę,  Ŝe  z  czasem  by  się  udobruchał,  lecz  zmarł 
nagle, zaraz po tych wydarzeniach. W ten sposób Eugene dostał cały majątek. Ot, i wszystko. 

— I stryj od tej pory jest naszym wrogiem? 
— Tak. Widzisz, moje dziecko, nie mogę go prosić o Ŝadne przysługi. 
— Tak,  rozumiem  —  odparła  Dorinda  i  w  duchu  dodała:  —  Co  nie  znaczy,  Ŝe  ja  nie 

mogę… 

Dorinda rozmyślała o rodzinnych problemach przez następne kilka dni. Przychodziło jej do 

głowy  tylko  jedno  wyjście,  lecz  mimo  pokrewieństwa  z  walecznym  admirałem  Page  nie 
mogła się zdecydować. Jednego wieczoru zastała Leicestera z głową wciśniętą w ksiąŜkę i… 
nie, to nie były łzy, bo chłopak wyśmiał pogardliwie taką insynuację. 

— Nigdy  bym  z  tego  powodu  nie  zapłakał,  Dorindo.  Jestem  przecieŜ  męŜczyzną!  Ale 

naprawdę przykro mi z powodu studiów. I nie znoszę nawet myśli o pracy w sklepie. Wiem 
jednak, Ŝe muszę, ze względu na mamę. Postaram się więc wytrwać w tej pracy i polubić ją. 
Tylko…  tylko…  —  W  tej  chwili  Leicester  wstał,  zagwizdał  i  odwrócił  się  plecami  do 
Dorindy. 

— CóŜ,  to  ostatecznie  załatwia  sprawę  —  stwierdziła  Dorinda  głośno,  szczotkując 

wieczorem włosy przed lustrem. — Popełnię go. 

— Popełnisz co? — spytała z łóŜka Jean. 
— Desperacki czyn — odparła uroczyście Dorinda i na tym skończyła. 
Nazajutrz pani Page pojechała z synem do miasta. Po południu Dorinda włoŜyła najlepszą 

suknię i kapelusz i wyszła z domu. Waleczna krew admirała Page’a róŜowiła jej policzki, gdy 
szła szybko przez wzgórze. Tylko serce biło jakoś niespokojnie. 

— Pewnie gdzieś tam w głębi jestem mocno wystraszona — westchnęła. — Ale muszę to 

zrobić. śaden strach mnie nie powstrzyma. 

Oaklawn,  gdzie  mieszkał  stryj  Eugene,  znajdowało  się  w  odległości  dwóch  mil.  Była  to 

piękna,  stara  posiadłość,  połoŜona  w  uroczej  okolicy.  Dorinda  nie straciła  odwagi  na  widok 
otaczających  ją  wspaniałości.  Nacisnęła  dzwonek  i  weszła  za  słuŜącą  do  eleganckiego 
saloniku. 

Niebawem  zjawił  się  stryj,  wysoki  i  czarnooki,  z  gęstą  srebrną  czupryną.  W  jego  twarzy 

dominowały krzaczaste brwi i wąskie, zaciśnięte wargi. 

Dorinda  wstała  silnie  zarumieniona,  z  pałającymi  odwagą  oczami.  Stryj  przyjrzał  się 

dziewczynie uwaŜnie. — Kim jesteś? — spytał szorstko. 

— Jestem bratanicą stryja. Nazywam się Dorinda Page. 
— A  czegóŜ  to  moja  bratanica  chce  ode  mnie?  —  męŜczyzna  zaprosił  ją  gestem,  by 

usiadła. 

Dorinda nie skorzystała z zaproszenia. Łatwiej jest walczyć na stojąco. — Chcę, by stryj 

zrobił cztery rzeczy — mówiła spokojnie, jakby wyraŜała zwykłą, codzienną prośbę. — Chcę, 
Ŝ

eby stryj poŜyczył pieniądze na opłacenie studiów Leicestera. On je zwróci,  kiedy skończy 

college.  No  i  na  lekcje  muzyki  dla  Jean.  TeŜ  odda  stryjowi  dług,  gdy  zacznie  dawać  sama 
lekcje.  Chcę  takŜe  poŜyczyć  pieniądze  na  pokrycie  dachu  i  kupienie  mamie  nowej  sukni  i 
płaszcza. To zwrócę sama, bo wkrótce mam zamiar zająć się krawiectwem. 

— Czy coś jeszcze? — odezwał się stryj, gdy Dorinda zamilkła. 
— Nie, sądzę, Ŝe to wszystko. 
— A dlaczego nie prosisz o coś dla siebie? 
— Nie  potrzebuję  niczego  —  prędko  odparła  dziewczyna.  —  ChociaŜ  nie!  Chcę  twej 

przyjaźni, stryju Eugene. 

— Bądź tak uprzejma i usiądź — powiedział stryj. Dorinda usiadła. 
— Jesteś nieodrodną córką Page’ów — stwierdził stryj. — Od razu to zauwaŜyłem. Poślę 

Leicestera do college’u i nie musi mi zwracać kosztów. Jean dostanie swoje lekcje muzyki, a 

background image

takŜe pianino do ćwiczeń. Dach zostanie naprawiony. Dam teŜ pieniądze na suknię i płaszcz. 
Nie widzę przeszkód, byśmy stali się przyjaciółmi. 

— Dziękuję — wykrztusiła Dorinda. Zastanawiała się, czy śni. 
— Chętnie  pomógłbym  wam  wcześniej  —  oznajmił  stryj  Eugene  —  gdyby  twoja  matka 

zwróciła  się  do  mnie  w  tej  sprawie.  Postanowiłem,  Ŝe  zaczekam,  aŜ  sama  poprosi.  Połowa 
spadku  powinna  przypaść  twemu  ojcu  i  byłem  gotów  zwrócić  ją,  gdyby  mnie  poproszono. 
Tak pragnąłem upokorzyć jego dumę i dumę Carterów. Powiesz pewnie, Ŝe to źle świadczy o 
moim  charakterze?  Przyznaję,  Ŝe  nie  jestem  miły  i  nigdy  taki  nie  byłem.  Musisz  się  z  tym 
pogodzić. Widzę, Ŝe chcesz wtrącić coś uprzejmego, lecz nie zadawaj sobie trudu. Chciałbym, 
abyśmy  spotykali  się  często.  Zapraszam  równieŜ  pozostałą  rodzinę.  MoŜesz  zostać  dziś  na 
herbacie? 

Dorinda została, wiedząc Ŝe podwieczorkiem w domu zajmie się z powodzeniem Jean. Z 

kaŜdą  chwilą  byli  sobie  ze  stryjem  bliŜsi.  Kiedy  wychodziła,  odprowadził  ją  do  drzwi  ze 
słowami:  —  Dobranoc, bratanico.  Jesteś  prawdziwym  Page’em.  Powiedz  matce,  Ŝe  w  Ŝyciu 
traci  się  mnóstwo  rzeczy,  gdy  się  o  nie  nie  poprosi.  Tobie  naturalnie  ta  informacja  nie  jest 
potrzebna! 

background image

P

RZEZNACZENIE

 

1899 

 
Piąty  bieg  w  kolejnej  gonitwie  właśnie  się  zakończył.  ZwycięŜyła  klacz  Lu–Lu.  Tłum 

zebrany na trybunie i wzdłuŜ toru wznosił radosne okrzyki. 

Wśród ogólnego hałasu rozległ się kobiecy głos: — Och, zgubiłam gdzieś program! 
Stojący przed nią męŜczyzna odwrócił się. — Mam zapasowy. Zechce go pani przyjąć? 
Drobna  rączka  w  modnej  rękawiczce  chwyciła  kartonik,  nim  jeszcze  dama  spojrzała  na 

ofiarodawcę.  Po  czym  oboje  przez  chwilę  p a t r z y l i   na  siebie  uporczywie.  Twarz 
męŜczyzny silnie zbladła, zarumienione policzki kobiety spurpurowiały. 

— To ty? — wykrztusiła. 
Skrzywił  usta  w  lekcewaŜąco–wyniosłym  uśmiechu,  który  tak  dobrze  pamiętała  i… 

nienawidziła. 

— Widzę, Ŝe na mój widok nie szalejesz z radości — stwierdził spokojnie. — Powinienem 

się tego spodziewać. Bądź spokojna, nie przyszedłem, by sprawić ci przykrość. To spotkanie 
jest  dla  nas  obojga  taką  samą  niespodzianką.  Gdybym  wiedział,  Ŝe  tyle  czasu  stoję  obok 
mej… 

Przerwała stanowczym gestem i  ściskając w dłoni kartonik z programem, ustawiła się do 

niego bokiem. Znowu się uśmiechnął. Tym razem z odrobiną pogardy i odwrócił wzrok. 

ś

aden  ze  stojących  obok  widzów  nie  zauwaŜył  zapewne  owej  krótkiej  wymiany  zdań. 

Wszyscy  utkwili  oczy  w  tor,  oczekując  finału  kolejnego  wyścigu.  Konie,  biorące  udział  w 
poprzedniej  gonitwie,  prowadzono  okryte  derkami.  Tłum  radośnie  pozdrowił  Lu–Lu.  Ci,  co 
postawili na Maskotkę, spoglądali posępnie po bokach. 

Kobieta nie zwracała na to uwagi. Była niewysoka, bardzo ładna, jeszcze młoda i ubrana 

ze  smakiem.  Ukradkiem  zerkała  na  męŜczyznę.  Wyglądał  starzej  niŜ  wówczas,  gdy  go 
opuściła. W krótko obciętych włosach i małej, ostro zakończonej bródce połyskiwały srebrne 
nitki.  Ale  wydawało  się,  Ŝe  czas  nie  tknął  nieruchomej  twarzy  i  surowych,  szarych  oczu. 
Zastanawiała się, czy spotkanie zrobiło na nim jakiekolwiek wraŜenie. 

Nie widzieli się pięć lat. Przymknęła oczy i przeszłość stanęła przed nią jak Ŝywa. Kiedy 

się  pobrali,  miała  osiemnaście  lat.  On  był  znacznie  starszy  —  powaŜny,  opanowany 
naukowiec.  Przyjaciele  nie  pojmowali,  dlaczego  za  niego  wyszła.  Sama  czasem  zadawała 
sobie takie pytanie, ale przecieŜ kochała go lub przynajmniej tak sądziła. 

MałŜeństwo było pomyłką. śona lubiła towarzystwo, zabawy; mąŜ zaś ciszę i samotność. 

NaleŜała do istot impulsywnych, on spokojnie rozwaŜał kaŜdą decyzję. Często dochodziło do 
spięć.  Po  dwóch  latach  pełnego  silnych  wraŜeń  Ŝycia  rozstali  się  bez  emocji  i  —  unikając 
skandalu. Chciała rozwodu, lecz na to mąŜ się  nie zgodził. Odeszła więc zabrawszy posag i 
nareszcie  mogła  robić  to,  co  chciała.  Przez  następne  pięć  lat  skutecznie  zacierała 
wspomnienia  przeszłości.  Nikt  nie  wiedział,  czy  jest  szczęśliwa.  Prowadziła  wesołe 
aczkolwiek nienaganne Ŝycie, toteŜ środowisko okazywało jej duŜą pobłaŜliwość. 

ś

ałowała  serdecznie,  Ŝe  wybrała  się  na  te  wyścigi.  Spotkanie  zirytowało  ją.  OstroŜnie 

otworzyła oczy. Zakurzony tor, rozpędzone konie, barwne suknie kobiet, bezchmurne niebo, 
oślepiające słońce i fioletowy horyzont — wszystko utworzyło jaskrawą plamę i przyprawiało 
o  ból  głowy.  Na  domiar  złego  ten  człowiek  stoi  obok  i  jakby  nigdy  nic  przygląda  się  w 
skupieniu gonitwie. Zdziwiła ją obecność męŜa na wyścigach. Takie rozrywki nie były w jego 
stylu. Najwyraźniej teŜ przypadkowe spotkanie nie wywarło na nim szczególnego wraŜenia. 
Widocznie juŜ mu jest obojętna. Westchnęła cichutko i znowu przymknęła oczy. 

background image

Gdy  gonitwa  się  skończyła,  odwrócił  się.  —  Czy  mogę  spytać,  jak  ci  się  Ŝyło  od…  od 

naszego ostatniego spotkania? Wyglądasz znakomicie. A „Targowisko PróŜności”? WciąŜ ma 
dla ciebie ten sam urok? 

Ogarnął  ją  irracjonalny  gniew.  Dlaczego  utraciła  beztroskę  i  opanowanie  światowej 

kobiety.  Znajdowała  się  na  granicy  histerii.  Co  zrobi,  jeśli  wybuchnie  płaczem  wobec  tego 
tłumu  i  pod  bacznym,  krytycznym  spojrzeniem  męŜa.  Na  samą  myśl  o  tym  prawie  go 
znienawidziła. Ale odezwała się spokojnie: — Dlaczego nie? Dalej mi się podoba i dobrze mi 
się powodzi. A tobie? 

Nim odpowiedział, zaznaczył coś w programie. — Mnie? Och, mól ksiąŜkowy i odludek 

prowadzi zawsze spokojne  Ŝycie. Jak wiesz, nigdy nie szukałem rozrywek. Przyjechałem na 
aukcję  rzadkich  ksiąŜek  i  Ŝyczliwy  przyjaciel  wyciągnął  mnie  na  wyścigi.  Nawet  całkiem 
interesujące. Nie przypuszczałem. śałuję, Ŝe mogę zostać tylko do końca tej gonitwy. 

Obstawiłem Maskotkę, a ty? 
— Lu–Lu  —  odpowiedź  zabrzmiała  jak  wyzwanie.  Czuła  się  jak  w  nierealnym  świecie. 

Rozmawiali o drobiazgach niby dobrzy, spotykający się przypadkiem znajomi. — NaleŜy do 
mojej przyjaciółki i zrozumiałe, Ŝe jestem zainteresowana. 

— Obie mają równe szansę. Zadecyduje więc jeden bieg. Dziś jest dobry dzień na wyścigi. 

O, przepraszam — pochylił się i strzepnął z jej szarego płaszcza jakiś pyłek. Ona zaś lekko 
zadrŜała. 

— Zimno ci? Trochę tu wieje. 
— Nie, wcale nie jest mi zimno. Co to za gonitwa? Ach, to ta trzyminutowa! 
Z  przejęciem  studiowała  program  i  stawki.  Oddychała  cięŜko,  a  oczy  miała  pełne  łez. 

Mocno przygryzła wargi i wbiła wzrok w tor, dopóki nie odzyskała panowania nad sobą. 

Po chwili męŜczyzna powiedział półgłosem: — To dziwne spotkanie, nie uwaŜasz? Ma w 

sobie coś romantycznego. Ale, a propos, wciąŜ czytasz tyle powieści? ‘ 

Miała  wraŜenie,  Ŝe  słyszy  w  jego  głosie  drwinę.  Pamiętała,  z  jakim  lekcewaŜeniem 

traktował  jej  lektury.  Zirytowała  się  teŜ  zbyt  poufałą  nutą  w  głosie  męŜa.  Jakie  ma  do  tego 
prawo? — Prawie tyle co dawniej — odparła niedbale. 

— Byłem  bardzo  nietolerancyjny,  prawda?  —  spytał  po  chwili  milczenia.  —  Tak 

sądziłaś… i miałaś rację. Jesteś szczęśliwsza, odkąd mnie opuściłaś? 

— Tak — odpowiedziała butnie, patrząc mu prosto w oczy. 
— I nigdy nie Ŝałowałaś? — pochylił się i lekko dotknął ramienia kobiety. 
— Tego… tego nie powiedziałabym — wyszeptała zaskoczona własną odpowiedzią. 
Rozległ się gwar okrzyków. Wyprowadzono konie do finałowego biegu. Odwróciła się, by 

na nie popatrzeć. Nastąpiło nie kończące się obliczanie punktów. Czuła się zmęczona. To, czy 
wygra  Lu–Lu  czy Maskotka, przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. A co miało znaczenie? 
Wszak towarzyskie Targowisko PróŜności nie wypełniło pustki w sercu. 

A  przecieŜ  on  ją  kiedyś  kochał.  Początkowo  byli  bardzo  szczęśliwi.  Nagie  poczuła  jego 

dłoń na ramieniu. Oczy ich spotkały się 

— Wróć do mnie — wyszeptał. 
— Nnie… wiem — odparła bez tchu. Jak w transie. 
— Oboje  zawiniliśmy,  ale  ja  bardziej.  Zbyt  wiele  od  ciebie  wymagałem.  Powinienem 

okazać więcej zrozumienia. Teraz jesteśmy starsi i mądrzejsi. Wróć do mnie… Ŝono. — Ton 
głosu był chłodny, twarz nieruchoma, bez wyrazu. 

Na jej wargach zawisło namiętne „nie”… 
Ale  szczupła  dłoń,  którą  czuła  na  ramieniu,  drŜała  od  tłumionego  uczucia.  Więc  jednak 

zaleŜało  mu  na  niej.  Gwałtownie  poderwała  się,  a  umysł  jej  przeniknął  szalony  pomysł.  — 
Patrz!  —  zawołała.  —  JuŜ  ruszyły.  Ten  bieg  prawdopodobnie  zadecyduje  o  końcowym 
wyniku.  Jeśli  wygra  Lu–Lu,  zostaję  sama,  jeśli  zaś  Maskotka  —  wracam  do  ciebie.  Tak 
postanowiłam. 

background image

Pobladł  silnie,  ale  skinął  na  znak  zgody.  Wiedział  z  gorzkiego  doświadczenia,  z  jakim 

uporem trzymała się najbardziej absurdalnych zamysłów. 

Pochyliła się, wstrzymując oddech. Tłum zamarł w milczeniu. Lu–Lu i Maskotka szły łeb 

w  łeb  prezentując  wysoką  klasę.  W  połowie  drugiego  okrąŜenia  Lu–Lu  wysunęła  się  o 
długość  szyi  i  jej  kibice  szaleli.  Tylko  jedna  kobieta  ukryła  twarz  w  dłoniach,  nie  mając 
odwagi  podnieść  wzroku.  Jeden  śmiertelnie  blady  męŜczyzna  z  nieruchomym  spojrzeniem 
zacisnął usta do krwi. 

Maskotka  zaczęła,  cal  po  calu,  wysuwać  się  na  czoło.  Na  ostatniej  prostej  szły  równo. 

Znowu rozległy się okrzyki, potem zapadła cisza, a po niej szalony wybuch, wołania, gwizdy, 
oklaski… Maskotka wygrała! 

W  pierwszym  rzędzie  podniosła  się  kobieta  i  zachwiała  jak  szarpnięty  podmuchem  liść. 

DrŜącą ręką poprawiła czerwony kapelusz i woalkę. Na ustach miała uśmiech, a w oczach łzy. 
Nikt nie zwracał na nią uwagi. Stojący obok męŜczyzna pewnym, władczym ruchem ujął ją 
pod rękę. Razem opuścili trybunę. 

background image

M

śEŃSTWO 

E

MILY

 

1903 

 
Emily Fair zeszła przy furtce z wozu Hirama Jamesona, zabrała torbę i parasolkę, a potem 

podziękowała  za  podwiezienie.  Głos  miała  Emily  bardzo  charakterystyczny.  Niezwykle 
dźwięczny  i  melodyjny,  ale  przewaŜnie  zimny.  Czasem  łagodniał,  gdy  zwracała  się  do 
szczególnie  bliskich  osób,  jednak  zawsze  pobrzmiewała  w  nim  pewna  nuta  zdecydowania  i 
silnej woli. Nikt teŜ nie słyszał, by głos Emily Fair kiedykolwiek zadrŜał. 

— Nie  ma  za  co  dziękować,  pani  Fair  —  odrzekł  Hiram  Jameson,  patrząc  z  naboŜnym 

podziwem. 

Emily przyjęła jego spojrzenie z całkowitą obojętnością. Nie lubiła Hirama i wprost dusiła 

ją  wściekłość,  od  chwili  gdy  spotkała  go  na  dworcu.  śe  teŜ  musiała  się  natknąć  akurat  na 
niego! 

Jameson wyczuł pogardę, lecz postanowił ją zlekcewaŜyć. — Dumna jak paw — pomyślał, 

odjeŜdŜając. — CóŜ, to jej niczego nie ujmuje. Nie lubię potulnych kobiet, zawsze okazują się 
przebiegłe.  JeŜeli  Ste—phen  Fair  nie  wydobrzeje,  będzie  wolna,  a  wtedy…  —  Całkowicie 
pochłonęło go wspomnienie Emily stojącej przy furtce w ostrym świetle jesiennego zachodu, 
Emily  z  kasztanowymi  włosami  wijącymi  się  wokół  bladej,  podłuŜnej  twarzy  i  z  dumnym 
błyskiem w wielkich, szarych oczach. 

Emily  stała  przy  furtce  jeszcze  chwilę  po  odjeździe  Jamesona.  Gdy  przygasł  wspaniały 

blask  zachodzącego  słońca,  odwróciła  się  i  weszła  do  ogrodu,  gdzie  jeszcze  kwitły  późne 
astry  i  chryzantemy.  Zerwała  kilka  najpiękniejszych,  bo  bardzo  lubiła  kwiaty.  Dziś  jednak 
czuła, jakby paliły jej ręce, toteŜ upuściła bukiet i gniewnie go rozdeptała. 

Od  rdzawych,  nasiąkniętych  wilgocią  pól  powiał  silny  wiatr.  Ogołocone  z  liści  klony 

wokół  ogrodu  zakołysały  się  i  zajęczały.  Było  przenikliwie  zimno.  W  powietrzu  wisiał 
deszcz. Emily zadrŜała i weszła do domu. 

Amelia  Phillips  schylała  się  nad  piecem.  Odwróciła  się  i  delikatnie  odebrała  z  rąk Emily 

pakunki. Widoczna przy tym czułość stanowiła dziwny kontrast z jej posępnym obliczem. — 
Jesteś zmęczona? Dobrze, Ŝe juŜ wróciłaś. Szłaś ze stacji pieszo? 

— Nie.  Podwiózł  mnie  Jameson.  Ale  wolałabym  naprawdę  przyjść  pieszo.  Zbiera  się  na 

burzę. Gdzie jest John? 

— Poszedł po kolacji do wsi — odparła Amelia zapalając lampę. — Potrzebowaliśmy tylu 

rzeczy ze sklepu. 

Płomień  w  lampie  podskoczył  i  światło  wydobyło  ostre,  wręcz  surowe  rysy  i  głęboko 

osadzone oczy. Twarz Amelii przypominała niezwykle realistyczny rysunek węglem. 

— Wydarzyło  się  coś  w  Woodford  podczas  mojej  nieobecności?  —  obojętnie  zapytała 

EmiJy.  Najwyraźniej  nie  oczekiwała  interesującej  odpowiedzi.  śycie  w  Woodford  płynęło 
spokojnie, bez szczególnych sensacji. 

Amelia rzuciła siostrze szybkie spojrzenie. A więc nie słyszała! Spodziewała się, Ŝe Hiram 

wypaple nowinę po drodze. Tak byłoby lepiej. Zawsze obawiała się reakcji Emily. Wiedziała, 
Ŝ

e  pod  zewnętrzną  powściągliwością  kryje  się  namiętna  natura,  nie  uznająca  Ŝadnych 

ograniczeń, gdy raz wyrwie się z purytańskich rygorów. Amelia, przy całej przenikliwości i 
znajomości  charakteru  Emily,  dotąd  nie  zgłębiła  stosunku  siostry  do  męŜa.  Od  owego  dnia 
przed  pięcioma  laty,  gdy  Emily  wróciła  do  rodzinnego  domu,  nigdy  nie  wymówiła  imienia 
Stephena Faira. 

— Przypuszczam,  Ŝe  nie  wiesz  jeszcze  o  chorobie  Stephena?  —  zapytała  z  namysłem 

Amelia. 

background image

W  twarzy  Emily  nie  drgnął  Ŝaden  mięsień.  Tylko  głos,  gdy  się  odezwała,  był  dziwnie 

zachrypnięty, jakby jakaś obca nuta zmąciła jego srebrzysty dźwięk. 

— A co mu się stało? 
— Tyfus  —  odparła  krótko  Amelia.  Poczuła  ulgę,  widząc  jak  spokojnie  Emily  przyjęła 

wiadomość.  śywiła  do  Stephena  Faira  gwałtowną,  niepohamowaną  nienawiść,  wierzyła,  Ŝe 
ź

le  traktował  Ŝonę,  ale  nie  miała  pewności,  czy  siostra  w  głębi  serca  nie  kryje  miłości  do 

męŜa. To zaś w opinii Amelii świadczyłoby o niedopuszczalnej słabości. 

Emily popatrzyła na lampę bez drgnienia powiek. — Trzeba przyciąć knot — zauwaŜyła i 

zaraz dodała niepewnie: — Czy jest niebezpiecznie chory? 

— Od  trzech  dni  nie  mieliśmy  wiadomości.  W  poniedziałek  lekarze  nie  wyraŜali  obaw, 

choć twierdzili, Ŝe to bardzo powaŜny przypadek. 

Na  moment  piękna  twarz  Emily  przybrała  wyraz  ni  to  ulgi,  ni  to  rozczarowania.  Kiedy 

odezwała się ponownie, w jej dźwięcznym głosie nie zabrzmiała ani jedna fałszywa nuta. — 
Chyba  połoŜę  się  Amelio.  John  wróci  późno,  a  ja  jestem  taka  zmęczona.  Popatrz,  zaczęło 
padać. Deszcz na pewno zniszczy nam kwiaty. 

W  ciemnym  hallu  Emily  zatrzymała  się  na  chwilę  i  uchyliwszy  frontowych  drzwi, 

wystawiła  twarz  na  zacinające  strugi  deszczu.  Wpiła  wzrok  w  nieprzeniknioną  czerń  nocy. 
Wiał  porywisty,  jesienny  wiatr  i  uderzając  o  ściany  starego  domostwa,  zdawał  się  łkać  i 
jęczeć. 

Zegar  w  bawialni  wybił  ósmą.  Emily  wzdrygnęła  się  i  zamknęła  drzwi.  Przypomniała 

sobie, Ŝe siedem lat temu o ósmej rano odbył się jej ślub. Oczami wyobraźni zobaczyła siebie 
schodzącą po schodach w białej sukni z bukietem astrów. Poczuła złośliwe zadowolenie, Ŝe 
wiatr i deszcz zniszczą doszczętnie astry w ogrodzie. 

Potem  odzyskała  zwykłe  opanowanie  i  odpędziła  sentymentalne  wspomnienia.  Zaczęła 

wchodzić na górę do swego pokoju w północno—zachodniej części domu.  Zgasiła światło i 
połoŜyła się do łóŜka, ale nie mogła zasnąć. Udawała przed sobą, Ŝe przeszkadza jej burza, bo 
nawet w głębi serca nie chciała wyznać, z jakim niepokojem oczekuje powrotu Johna. Za nic 
na świecie nie okaŜe słabości, bo Emily Fair podobnie jak Amelia Phillips gardziła słabością. 

Co chwila poryw wiatru uderzał w dom z dzikim rykiem i smagał okno pokoju potokami 

deszczu.  W  przerwach  między  podmuchami  słyszała  miękki  szum  ulewy  przeniknięty 
słabymi  pomrukami  dochodzącymi  od  strony  stodoły,  gdzie  wicher  szarpał  gałęzie  sosen. 
Nagle Emily przypomniała sobie niesamowitą historię przeczytaną przed laty o duszy, która 
podczas  szalejącej  nocą  burzy  opuściła  ciało  i  zabłądziła  w  ciemnościach  między  niebem  a 
ziemią.  Wzdrygając  się  na  to  wspomnienie,  naciągnęła  kołdrę  na  głowę.  —  Najbardziej  ze 
wszystkiego nie cierpię burzy — mruknęła. — Przejmuje mnie zgrozą. 

Ku szczeremu zdziwieniu, bo zwykle nawet myśli umiała podporządkować nieugiętej woli, 

nie mogła przestać myśleć o Stephenie. Zaskakiwał sam fakt jego choroby. W pamięci Ŝony 
pozostał  człowiekiem,  który  nigdy  w  Ŝyciu  nie  zapadł  na  zdrowiu.  Sięgnęła  wstecz 
spojrzeniem. Dotychczasowe Ŝycie oglądała z chłodnym zainteresowaniem jak serię fotografii 
zupełnie  obcej  osoby.  Scena  za  sceną,  twarz  za  twarzą  przemykały  przed  jej  oczami  na  tle 
nocnej ciemności. 

Matka  Emily  umarła,  wydając  ją  na  świat,  ale  Amelia,  dwadzieścia  lat  starsza  siostra, 

wypełniła  puste  miejsce  z  wyjątkową  czułością.  Emily  nigdy  nie  odczuła  braku  matki. 
RównieŜ John Phillips, powaŜny i milczący brat, kochał i rozpieszczał dziecko. Mieszkańcy 
Woodford zwykli mówić, Ŝe John i Amelia strasznie psują siostrę. 

Emily  nie  przypominała  innych  dziewcząt  w  Woodford  i  nie  miała  przyjaciółek  wśród 

rówieśnic.  Nieprzeciętna  uroda  zapewniała jej  licznych  wielbicieli,  ale  nie  zwracała  na  nich 
uwagi. Przynajmniej tak długo, dopóki w starym domostwie Phillipsów nie pojawił się starszy 
od niej o piętnaście lat Stephen Fair. 

background image

Amelia  i  John  nie  polubili  go.  Między  rodzinami  miały  kiedyś  miejsce  waśnie  i  urazy, 

których wprawdzie wyrzekło się młodsze pokolenie, lecz starsi nie zapomnieli. 

Emily  pokochała  Stephena  od  pierwszego  wejrzenia.  Kapryśne  i  nieobliczalne  serce 

dziewczyny  zabiło  dla  męŜczyzny  na  długo  przed  tym  pamiętnym  dniem,  gdy  zdał  sobie 
sprawę, Ŝe na farmie Phillipsów dziecko rozkwitło w niezwykłej urody kobietę. 

John i Amelia odrzucili na bok nieuzasadnioną niechęć do Stephena, gdy dowiedzieli się o 

uczuciach siostry.  Po  krótkim  narzeczeństwie  młodzi  pobrali  się  i  zamieszkali  na  odległej o 
dwie mile farmie Fairów. 

Gospodarowała z nimi matka Stephena, Janet Fair. Nie cierpiała Emily i odradzała synowi 

to  małŜeństwo.  Ale  oprócz  niechęci  kobieta  ta  odznaczała  się  szczególnym  talentem 
sprawiania ludziom przykrości i wykorzystywała go z prawdziwą satysfakcją. Za Ŝycia męŜa 
nieustannie  wywoływała  awantury  między  nim  i  synem,  choć  obu  bardzo  kochała.  Teraz 
głównym źródłem przyjemności stały się intrygi między małŜonkami. 

Teściowa  górowała  nad  Emily  umiejętnością  zachowania  pozorów  łagodności  i  pogody. 

Emily  natomiast,  raniona  na  dziesiątki  sposobów  tak  wymyślnych,  Ŝe  trudno  je  było 
konkretnie  wskazać,  zadziwiała  męŜa  wybuchami  gniewu,  które  jemu  wydawały  się 
pozbawione przyczyn i sensu. Próbował, jak mógł utrzymać zgodę, lecz bez powodzenia. Nie 
wiedział, ile cierpień doświadczyła Emily od okrutnej starej kobiety i zaczął uwaŜać Ŝonę za 
nieopanowaną,  rozpieszczoną  kapryśnicę.  Przestał  teŜ  traktować  powaŜnie  jej  skargi  i 
wymówki. 

Do pewnego stopnia miał rację. Emily była rozpieszczona. Niezmienna pobłaŜliwość brata 

i  siostry  nie  przygotowały  dziewczyny  do  chwili,  kiedy  Ŝycie  wystawi  ją  na  cięŜką  próbę. 
Prawda, Ŝe pani Fair miała niemiły i trudny charakter. Gdyby jednak Emily cierpliwie znosiła 
drobne  złośliwości  i  nie  zniechęcała  męŜa  w  jego  szczerych  choć  nieporadnych  próbach 
wprowadzenia  harmonii,  teściowa  nie  wyrządziłaby  tyle  złego.  Lecz  Emily  zacięła  się  i 
nieporozumienia między małŜonkami narastały. 

Zerwanie  nastąpiło  dwa  lata  po  ślubie.  Zbuntowana  Emily  zagroziła  męŜowi,  Ŝe  nie 

zostanie dłuŜej w domu razem z teściową. — Musisz wybrać: ja albo ona — powiedziała, a w 
jej wspaniałym głosie wibrowały namiętne tony. — Jeśli nie ona, to ja odejdę! 

Stephen Fair przejęty i zaskoczony wpadł w gniew. Przebrała się miara cierpliwości. — A 

więc idź! — odparł stanowczo. — Dla Ŝadnej kobiety nie wypędzę matki z mego domu. 

Twarz Emily pobladła jak wosk. — A więc tak zdecydowałeś — zauwaŜyła spokojnie. — 

Zastanów się dobrze. Bowiem jeśli pójdę, juŜ nigdy nie wrócę! 

— To  moje  ostatnie  słowo  —  odrzekł  Stephen.  —  Opuść  nasz  dom,  jeśli  tak  lekko 

traktujesz  małŜeńską  przysięgę.  Kiedy  odzyskasz  rozsądek,  moŜesz  wrócić  znowu.  Lecz  ja 
nigdy cię o to nie poproszę! 

Emily  odwróciła  się  bez  słowa.  Tego  samego  wieczoru  zjawiła  się  u  Johna  i  Amelii. 

Przyjęli  powrót  siostry  z  radością,  wierząc  Ŝe  jest  kobietą  skrzywdzoną.  Teraz  juŜ  mieli 
powód i nienawidzili Stephena ze wzmoŜoną siłą. Nie mogli teŜ wybaczyć Emily uczucia do 
męŜa, nazywając to słabością. 

Emily nie była słaba czy ustępliwa. W głębi serca czuła,  Ŝe postąpiła źle, choć wszystkie 

jej zarzuty są słuszne. 

Po dwóch latach pani Fair zmarła i domem zajęła się owdowiała bratowa Stephena. Jeśli 

on myślał o Emily, to nie okazywał tego, nie miał zwyczaju łamać danego słowa. 

Od chwili separacji małŜonkowie nie wymienili ani jednego słowa czy spojrzenia. Podczas 

przypadkowych  spotkań  twarz  kaŜdego  pozostawała  bez  wyrazu.  Emily  głęboko  ukryła 
miłość. Duma i poczucie krzywdy kazały jej wyrzucić przeszłość z pamięci. 

A  teraz  Stephen zachorował.  Ta  zdumiewająca  kobieta  mogła  być  dumna  z  niezłomnego 

charakteru, bo fakt ten nie poruszył jej. Wmawiała sobie, Ŝe jest tak obojętna, jakby chodziło 
o całkiem obcego człowieka. Mimo to nadsłuchiwała, czekając na powrót Johna. 

background image

O dziesiątej usłyszała go w kuchni. Wysunęła się z łóŜka i uchyliła drzwi, ale nie mogła 

rozróŜnić słów. Wstała więc i bezszelestnie przeszła do hallu. Uklękła za balustradą tuŜ przed 
otwartymi  drzwiami  do  kuchni  i  smuga  światła  padła  na  jej  napiętą  twarz.  Wyglądała  jak 
skazaniec. 

Początkowo  John  i  Amelia  rozmawiali  o  rozmaitych  drobiazgach.  Lecz  wreszcie  Amelia 

nieoczekiwanie zapytała: — Jak się miewa Stephen Fair? 

— Jest umierający — padła krótka odpowiedź. Emily usłyszała okrzyk zdziwienia siostry. 

Z  całej  siły  zacisnęła  dłonie  na czworokątnych kolumienkach  balustrady.  Z  kuchni  dobiegał 
szorstki  i  obojętny  głos  Johna.  —  Pogorszyło  mu  się  przedwczoraj  i  od  tej  pory  jest  coraz 
gorzej. Lekarze nie sądzą, by doczekał rana. 

Amelia zaczęła coś prędko i cicho mówić, lecz Emily przestała słuchać. Podniosła się i po 

ciemku wróciła do pokoju z takim bólem w sercu, Ŝe aŜ zdziwiła się, dlaczego nie krzyczy. 

Stephen,  jej  mąŜ,  umierający!  W  okropnej  udręce  zajrzała  w  głąb  duszy  i  odnalazła  tam 

ukrytą głęboko miłość, która objawiła się teraz z całą mocą i… oskarŜała. Siedząc zastygła w 
bólu pojęła, Ŝe ma przed sobą jeden tylko cel: pójdzie do Stephena  i wybłaga przebaczenie, 
nim  będzie  za  późno. Nie  ma  co  prosić  Johna,  aby  ją  zawiózł  do  męŜa,  na pewno  odmówi. 
Phillipsowie  znani  byli  z  bezwzględności.  Poza  tym  wywoła  burzę  protestów,  a  wolała 
uniknąć starcia z rodzeństwem. W obecnym nastroju doprowadziłoby ją do szaleństwa. 

Zapaliła lampę i ubrała się po cichu. Amelia i John juŜ spali. WłoŜyła grubą pelerynę, po 

czym  ostroŜnie  zeszła  na  dół.  Sztywnymi  z  przejęcia  palcami  przekręciła  klucz,  otworzyła 
drzwi i wysunęła się na dwór. 

Gwałtowna  burza  zdawała  się  wyciągać  ramiona,  by  nią  zawładnąć.  Przebiegła  ogród  i 

pole. Padała i podnosiła się, a wiatr strugami deszczu smagał ją po głowie. Cudem odnalazła 
ś

cieŜkę, która wijąc się przez łąkę, prowadziła do utraconego domu. 

Później często wspominała tę drogę jak nie kończący się i przeraŜający koszmar. Raz gdy 

upadła,  sucha  gałąź  zraniła  ją  w  czoło  tak,  Ŝe  blizna  pozostała  do  końca  Ŝycia.  Walcząc  z 
ulewą  i  wichurą,  potykając  się  w  ciemnościach,  modliła  się  rozpaczliwie:  —  O  BoŜe,  nie 
pozwól  mu  umrzeć,  zanim  do  niego  nie  dojdę…  nie  pozwól…  nie  pozwól!  —  prosiła,  a 
właściwie Ŝądała. Gdy zaś zdała sobie z tego sprawę, krzyknęła przeraŜona, pewna Ŝe spotka 
ją okrutna kara za bluźnierstwo i zastanie męŜa martwego. 

Kiedy Emily otworzyła kuchenne drzwi domu Fairów, Almira Sentner krzyknęła ze zgrozą 

na  widok  dziwacznego  stworzenia  w  poszarpanym  ubraniu,  z  kredowobiałą,  zakrwawioną 
twarzą i szalonymi oczami. W następnej chwili rozpoznała przybyłą i zesztywniała. Od tylu 
lat nienawidziła Emily. 

— Czego tu szukasz? — rzuciła szorstko. 
— Gdzie jest mój mąŜ? — spytała Emily. 
— Nie moŜesz go zobaczyć — odparła wyniośle pani Sentner. — Lekarze nie wpuszczają 

nikogo do jego pokoju, z wyjątkiem osób, do których przywykł. Obcy go draŜnią. 

Emily  okazała  się  głucha  na  obraźliwe  okrucieństwo  tych  słów.  Zrozumiała  tylko  jedno: 

Jej  mąŜ  Ŝyje.  Odwróciła  się  do  drzwi  prowadzących  do  hallu.  —  Zejdź  mi  z  drogi  — 
powiedziała  cichym  głosem,  ale  było  w  nim  coś  takiego,  co  poskromiło  złośliwość  Almiry. 
Niechętnie odstąpiła na bok i Emily bez przeszkód pobiegła schodami do pokoju chorego. 

Stało przy nim dwóch lekarzy i pielęgniarka z miasta. Emily odepchnęła ich i osunęła się 

na kolana przy  łóŜku. Jeden z doktorów  zrobił  gest, jakby chciał powstrzymać kobietę, lecz 
drugi zauwaŜył: — Teraz to juŜ nie ma znaczenia. 

Stephen Fair odwrócił ogoloną głowę. Zamglone gorączką oczy spotkały się ze wzrokiem 

Emily. Cały dzień nikogo nie poznawał, ale rozpoznał Ŝonę. — Emily! — wyszeptał. 

Emily przyciągnęła głowę męŜa ku sobie i ucałowała go w usta. — Stephen, wróciłam do 

ciebie. Wybacz mi, wybacz mi! Powiedz, Ŝe mi wybaczasz! 

— Wszystko jest w porządku, kochanie — odparł słabym głosem. 

background image

Wtuliła twarz w poduszkę i zaszlochała. 
O  szarym,  jesiennym  świcie  stary  doktor  podszedł  do  łóŜka  i  podniósł  Emily  z  klęczek. 

Całą noc spędziła na kolanach. Teraz patrzyła błagalnie na lekarza. Ten spojrzał na śpiącego 
męŜczyznę  i  powiedział  łagodnie:  —  Będzie  Ŝył,  pani  Fair.  Pani  obecność  uratowała  mu 
Ŝ

ycie. 

— Dzięki Bogu! — zawołała Emily i pierwszy raz jej piękny głos przepełniło drŜenie. 

background image

R

OZSTANIE

 

1907 

 
Pani Longworth minęła hotelową werandę, zeszła po schodach i skręciła na drogę wzdłuŜ 

brzegu  morza.  Niezwykła  gracja  uderzała  w  kaŜdym  ruchu  idącej.  Oczy  jej  błyszczały,  a 
rumieńce  barwiły  blade  zazwyczaj  policzki.  Dwaj  męŜczyźni  siedzący  w  rogu  werandy 
popatrzyli w ślad za nią z podziwem. 

— Wyjątkowo piękna kobieta — zauwaŜył jeden z nich. 
— Podobno ostatniej zimy opowiadano coś o niej i o Cunninghamie? — spytał drugi. 
— Tak.  Często  widywano  ich  razem.  Choć  nie  musiało  być  w  tym  nic  złego.  Wiesz,  to 

córka  sędziego  Carmody.  Longworth  przycisnął  starego  w  sprawach  finansowych  i  potem 
przykręcił  śrubę.  Mówiono,  Ŝe  ceną  za  ocalenie  Carmody’ego  stała  się  jego  córka. 
Dziewczyna  była  wtedy  bardzo  młoda.  Nigdy  nie  zapomnę jej  twarzy  w  dniu  ślubu.  Muszę 
przyznać  bezstronnie,  Ŝe  od  tej  pory  dzielnie  się  trzyma.  Jeśli  cierpiała,  to  się  z  tym  nie 
obnosiła.  Nie  sądzę,  by  Longworth  źle  traktował  Ŝonę.  On  jest  po  prostu  ordynarnym 
prostakiem, to wszystko. Nikt mu nie będzie szczególnie współczuł, jeśli jego Ŝona ucieknie z 
Cunninghamem. 

Tymczasem  Beatrice  Longworth  szła  szybko  nadbrzeŜną  drogą.  W  nasłonecznionym 

zagłębieniu  między  wydmami  zobaczyła  Stephena  Gordona  wygodnie  rozciągniętego  na 
ciepłej,  pachnącej  morzem  trawie.  Młodzieniec  zerwał  się  na  równe  nogi,  a  jego  wielkie 
brązowe oczy rozbłysły. 

Pani  Longworth  uśmiechnęła  się.  Całe  lato  pozostawali  w  wielkiej  przyjaźni.  On  był 

wyrośniętym chudym piętnasto– lub szesnastoletnim chłopcem. Nieco oryginalny, wstydliwy 
i  marzycielski  trzymał  się  z  dala  od  innych  gości  hotelowych.  Jednak  z  panią  Longworth 
znalazł wspólny język juŜ podczas pierwszego spotkania. Pod wieloma względami był, jak na 
swoje lata, bardzo dojrzały. Lecz jej szczególnie spodobała się w nim szczera, nie dająca się 
ukryć chłopięcość. 

— Tak bardzo pani potrzebuję. Mam nowinę do przekazania. Proszę tu usiąść — mówił z 

przejęciem,  wskazując  szczupłą,  opaloną  dłonią  leŜący  obok  płaski  głaz.  Beatrice  zawahała 
się.  Właśnie  teraz  pragnęła  samotności.  Ale  inteligentne  oczy  w  nieładnej  twarzy  chłopca 
spoglądały tak błagalnie, Ŝe uległa i siadła. 

Stephen wyciągnął się u jej stóp na trawie i oparłszy podbródek na dłoniach spoglądał na 

kobietę  z  zachwytem.  —  Pani  jest  taka  piękna!  Uwielbiam  panią.  Proszę  zsunąć  kapelusz 
jeszcze  bardziej  na  lewą  stronę.  O,  właśnie  tak!  Kiedyś  namaluję  pani  portret.  —  Głos  i 
maniery chłopca cechowała naturalna prostota. 

— Wtedy, kiedy będziesz wielkim artystą? — zapytała Beatrice pobłaŜliwie. 
Chłopiec  przytaknął.  —  Tak.  Mam  zamiar  zostać  artystą.  A  teraz  pora  na  nowinę.  Jutro 

wyjeŜdŜam. Otrzymałem dziś telegram od ojca. — Wyciągnął z kieszeni kopertę i pomachał 
nią w powietrzu. — Mam dołączyć do niego niezwłocznie. Jest teraz w Rzymie. Proszę sobie 
wyobrazić, w Rzymie! Tam będę studiował malarstwo. 

— Cieszę  się  i  zarazem  Ŝałuję  —  powiedziała  Beatrice,  głaszcząc  potargane  brązowe 

włosy. — Strasznie będzie mi cię brakowało, Stephen. 

— Byliśmy  wspaniałymi  kompanami,  prawda?  —  zawołał  przejęty  chłopiec  i  nagle  jego 

twarz  zmieniła  wyraz.  Przysunął  się  do  swej  towarzyszki  i  pochylił  głowę  tak  nisko,  Ŝe 
wargami  dotykał  niemal  brzegu  sukni.  —  Cieszę  się,  Ŝe  przyszła  pani  dzisiaj  —  zaczął 
stłumionym  głosem.  —  Chciałem  coś  opowiedzieć  i  tutaj  będzie  to  łatwiejsze.  Nie  mogłem 
wyjechać bez podziękowania. Och, boję się zaplątać, nigdy nie potrafiłem nic wyjaśnić. Ale 
pani  była  dla mnie…  tyle  pani  dla  mnie  znaczyła.  Uwierzyłem  w  rzeczy,  w  które  przedtem 

background image

wątpiłem. Dzięki pani wiem, Ŝe istnieje ktoś taki jak szlachetna kobieta, która moŜe sprawić, 
Ŝ

e  męŜczyzna  staje  się  lepszy  tylko  dlatego,  iŜ  przebywa  obok  niej.  Zamilkł  na  chwilę,  a 

potem ciągnął nieco ciszej. 

— To przykre, kiedy człowiek nie potrafi powiedzieć nic dobrego o swojej matce. Ona nie 

była uczciwą kobietą. Kiedy miałem osiem lat, odeszła od nas z jakimś łajdakiem. To złamało 
ojcu serce. Nikt nie przypuszczał,  Ŝe ja coś z tego rozumiem, byłem przecieŜ taki mały. Ale 
rozumiałem.  Słyszałem  rozmowy  i  wiedziałem,  Ŝe  okryła  siebie  i  nas  hańbą.  A  ja  ją  tak 
kochałem! Potem podrosłem i miałem nieszczęście stykać się z nikczemnymi kobietami. Były 
to tylko słuŜące, ale bałem się ich i nienawidziłem. Moja ciotka próbowała okazać mi serce na 
swój  sposób.  Kiedyś  skłamała  i  gdy  to  wykryłem,  juŜ  nie  mogłem  jej  kochać.  A  ojciec… 
kochaliśmy  się  i  stanowiliśmy  parę  dobrych  przyjaciół,  tylko  Ŝe  on  równieŜ  nikomu  nie 
wierzył.  To  zrozumiałe…  był  bardzo  rozgoryczony.  Mówił,  Ŝe  wszystkie  kobiety  są  takie 
same. Wyrosłem w tym przekonaniu. Nie zaleŜało mi zbytnio na niczym, nic nie wydawało 
się warte zachodu. Wtedy przyjechałem tutaj i poznałem panią. 

Znowu  umilkł.  Beatrice  słuchała  z  poszarzałą  twarzą.  Na  pewno  ten  widok  by  go 

zaskoczył, gdyby tylko podniósł wzrok. Na szczęście tego nie zrobił. Po chwili kontynuował. 
— Pani zmieniła moje Ŝycie. Dotychczas byłem takim sobie gamoniowatym chłopakiem. Pani 
jest matką mej duszy. Ona bowiem obudziła się dzięki pani. I za to kocham panią i szanuję. 
Zostanie  pani  na  zawsze  moim  ideałem  i  natchnieniem.  Jeśli  dokonam  w  Ŝyciu  czegoś 
waŜnego,  będzie  to  pani  zasługą.  Cokolwiek  zrobię,  to  z  myślą:  ona  to  oceni.  Och,  znowu 
tracę wątek. Nie umiem powiedzieć, co czuję… Pani jest taka dobra, czysta, szlachetna! Od 
tej chwili zacznę szanować wszystkie kobiety! 

— A gdybym — powiedziała Beatrice stłumionym głosem — gdybym okazała się inna niŜ 

ten  idealny  obraz?  Gdybym  zrobiła  coś,  co  zniszczyłoby  twoją  wiarę  we  mnie,  coś 
niegodnego… 

— AleŜ  pani  nie  mogłaby!  —  przerwał,  unosząc  głowę  i  spoglądając  na  nią  wielkimi 

oczami z jakimś niewolniczym oddaniem. 

— Ale gdybym tak postąpiła — nastawała. — To co wtedy? 
— Znienawidziłbym  panią  —  rzucił  z  pasją.  —  Byłaby  pani  gorsza  od  morderczyni. 

Zabiłaby  pani  moją  wiarę  i  wszystkie  dobre  zamiary.  Nigdy  więcej  nie  zaufałbym  nikomu. 
Ale przecieŜ — w jego głosie zabrzmiała czułość — pani mnie nigdy nie zawiedzie, czuję to, 
jestem tego pewien. 

— Dziękuję ci — rzekła Beatrice prawie szeptem. — Dziękuję ci — powtórzyła po chwili. 

Po  czym  wstała  i  wyciągnęła  rękę.  —  Powinnam  juŜ  pójść.  Do  widzenia,  mój  chłopcze. 
Napisz  do  mnie  z  Rzymu.  Zawsze  z  przyjemnością  poczytam  o  tym,  co  robisz.  I  zawsze… 
zawsze będę się starała dorównać twemu ideałowi. 

Chłopiec  poderwał  się  i  ucałował  ze  czcią  rękę  kobiety.  —  Wiem  o  tym  —  powiedział 

powoli. — Do widzenia. 

Kiedy pani Longworth znalazła się w swoim pokoju, wyjęła z biurka list zaadresowany do 

Maurice’a  Cunninghama.  Podarła  go  na  kawałki  i  połoŜyła  na  tacy,  a  potem  przyłoŜyła 
płonącą  zapałkę.  Na  kawałku  kartki  moŜna  było  przeczytać:  „Odejdę  z  tobą,  jeśli  o  to 
poprosisz”. Po chwili na tacy czerniał tylko popiół. 

Pani Longworth westchnęła cięŜko i ukryła twarz w dłoniach. 

background image

N

A PRZEKÓR SOBIE

 

1896 

 
Spakowałem  walizki  i  ze  starszym  wspólnikiem  uzgodniłem  miesięczny  urlop.  Ciocia 

Lucy  napisała,  Ŝe  poniewaŜ  jej  mąŜ  wyruszył  w  daleką  podróŜ,  prosi,  bym  w  tym  czasie 
przejął  nadzór  nad  farmą  i  młynami.  Naturalnie,  jeśli  mi  się  to  uda,  prowadziłem  bowiem 
kancelarię adwokacką. Dodawała takŜe, Ŝe „Gussie” chciała sama pilnować interesów; ciocia 
jednak woli, by takimi sprawami zajmował się męŜczyzna. 

Nie miałem dotąd przyjemności poznania przyszywanej kuzynki, Augusty Ashley. Z tego 

co  ciocia  o  niej  mówiła,  wiedziałem,  Ŝe  naleŜy  do  gatunku  osób,  których  organicznie  nie 
znoszę.  Przypuszczałem,  Ŝe  ma  ponad  trzydzieści  lat.  Pewnie  jest  wysoka,  zdecydowana,  z 
ostrym  wścibskim  nosem  i  głęboką  zmarszczką  między  brwiami.  No  i  lubi  się  rządzić  jak 
szara  gęś.  Znałem  ten  typ  i  spodziewałem  się,  Ŝe  pobyt  u  drogiej  cioteczki  będzie  pasmem 
nieustannych sporów z panną Ashley. 

Zawiadomiłem  ciocię  Lucy  o  terminie  przyjazdu,  załatwiłem  co  trzeba  i  poszedłem  z 

poŜegnalną wizytą do Nellie. Miałem zamiar oŜenić się z nią. Dotąd jednak nie rozpocząłem 
oficjalnych  starań  o  jej  rękę.  Byliśmy  kuzynami  i  wyrastaliśmy  razem,  znałem  więc 
dziewczynę bardzo dobrze i nie spodziewałem się kosza. Bardzo lubiłem Nellie, toteŜ łatwo 
uwierzyłem,  Ŝe  jestem  w  niej  zakochany.  W  dodatku  bardziej  niŜ  inne  znane  mi  panny 
przypominała  mój  ideał  Ŝony.  Sprawiała  miłe  wraŜenie,  choć  nie  była  oszołamiającą 
pięknością. Niewysoka, jasnowłosa i bardzo kobieca, dobrze się ubierała, śpiewała i grała na 
pianinie,  a  takŜe  z  wdziękiem  tańczyła.  Nie  grzeszyła  nadmiarem  inteligencji  i  nie  miała 
specjalnych  zainteresowań.  Dlatego  w  wielu  sprawach  byłem  dla  niej  nieomylnym 
autorytetem.  Jaki  męŜczyzna  nie  lubi,  by  go  stawiano  na  piedestale?  śaden  rywal  nie 
wchodził mi w paradę, a obie rodziny całkowicie akceptowały nasz związek. Mogłem uwaŜać 
się za szczęściarza. Wiedziałem, Ŝe będzie mi brakowało Nellie. Ona zaś obiecywała strasznie 
tęsknić.  Przy  rozstaniu  wyglądała  tak  słodko,  Ŝe  juŜ  chciałem  prosić  ją  o  rękę.  Jednak  los 
wtrącił  swoje  trzy  grosze  w  postaci  małego  braciszka.  Powiedziałem  więc  tylko  „do 
widzenia”  i  wróciłem  do  domu.  Porównywałem  Nellie  z  moim  wyobraŜeniem  panny 
Augusty. Naturalnie wypadło na korzyść tej pierwszej. 

Wysiadłem  z  pociągu  na  malutkiej,  sennej  stacyjce.  Natychmiast  podbiegł  do  mnie 

czarnooki  urwis  i  zakomunikował,  Ŝe  pani  Ashley  wysłała  go  z  wózkiem  po  mój  bagaŜ,  a 
„panna  Gussie”  czeka  z  bryczką  pod  sklepem.  Wskazał  niewielki  budynek,  przed  którym 
jakaś dziewczyna próbowała uspokoić wystraszonego konia. 

Idąc w jej kierunku zauwaŜyłem, Ŝe jest wysoka, trochę za wysoka jak na mój gust. Lubię 

spoglądać na kobiety z góry. Musiałem jednak przyznać, Ŝe figurę ma bezbłędną i porusza się 
z  gracją.  Wyciągnęła  do  mnie  dłoń  białą  i  duŜą,  ale  chłodną  i  przyjemną  w  dotyku. 
Jednocześnie  powitała  całkiem  obojętnym  tonem:  —  Pan  Carslake,  jak  sądzę?  Mama  nie 
mogła wyjechać, więc wysłała mnie. Proszę przez chwilę potrzymać konia. Muszę zabrać coś 
ze sklepu. — Z tymi słowy spokojnie podała mi lejce i zniknęła. 

Uroda panny nie wywarła na mnie Ŝadnego wraŜenia, chociaŜ nie była brzydka ani nijaka. 

Zwróciłem  uwagę  na  kształtne  rysy:  duŜy,  prosty  nos  i  czerwone,  pełne  usta.  Na  szerokie, 
białe  czoło  opadały  zalotnie  jeden  czy  dwa  pukle  włosów.  Szczególną,  posągową  bladość 
twarzy  podkreślały  proste,  ciemne  brwi,  oczy  zaś  miała  szaroniebieskie,  o  źrenicach  —  co 
dostrzegłem  później  —  przypominających  niekiedy  otchłań  jeziora.  Trzeba  dodać  długie 
firanki  bardzo  gęstych  rzęs.  W  ogóle  oczy  stanowiły  najbardziej  uderzający  składnik  jej 
urody. Patrzyła jasno i otwarcie, głos miała melodyjny i szczery, choć pozbawiony słodyczy. 
Wyglądała na jakieś dwadzieścia dwa lata. 

background image

Wtedy  raczej  nie  spodobała  mi  się.  W  duchu  postanowiłem,  Ŝe  nigdy  nie  polubię  panny 

Ashley.  Nie  przepadałem  za  chłodnymi  i  rzeczowymi  kobietami,  wtrącającymi  się  do 
interesów. Nellie nigdy nie będzie zaprzątać sobie ślicznej główki takimi sprawami. 

Panna  Ashley  wyszła  ze  sklepu  z  naręczem  paczek  i  ułoŜyła  je  w  powoziku.  Wsiadła, 

powiedziała mi jaką drogą jechać i milczała, dopóki nie znaleźliśmy się na ślicznej, wiejskiej 
drodze  obsadzonej  klonami  i  złotobrązowymi  bukami.  Czerwonawa  mgiełka  słonecznego, 
jesiennego dnia unosiła się nad polami. Pozwoliłem sobie na uwagę, Ŝe dzień jest wyjątkowo 
piękny, a panna Ashley przyznała mi rację. Potem promienny uśmiech rozjaśnił jej oczy i na 
twarzy pojawiły się nagle dołeczki. 

— Nie mówmy o pogodzie, to oklepany temat — zauwaŜyła. 
— Przypuszczam,  Ŝe  zastanawia  się  pan,  dlaczego  właściwie  mama  ściągnęła  go  tutaj. 

Próbowałam  jej  to  wyperswadować,  ale  bez  skutku.  Mama  uwaŜa,  Ŝe  interesami  musi 
kierować męŜczyzna, inaczej wszystko się rozleci. Sama mogłam zająć się majątkiem. Nie na 
darmo całe Ŝycie byłam „synem” swego ojca. ToteŜ bez potrzeby oderwała pana od zajęć. 

Zaprotestowałem.  Oświadczyłem,  Ŝe  i  tak  miałem  wziąć  urlop,  a  spraw  w  kancelarii  nie 

było zbyt wiele. — Nie wątpię w pani zdolności — stwierdziłem. — Ale obowiązki zarządcy 
mogą okazać się zbyt uciąŜliwe. 

— Nic podobnego — zaprzeczyła, tak pewna siebie, Ŝe aŜ jęknąłem w duchu. — Lubię to. 

Ojciec  zawsze  mówi,  Ŝe  jestem  urodzonym  administratorem.  Pewnie  uzna  pan  młyn 
Ashleyów  za  mało  atrakcyjne  miejsce.  To  coś  w  rodzaju  zaczarowanego,  sennego  zamku. 
Proszę spojrzeć, juŜ widać dom — dodała, gdy minęliśmy wysadzany klonami zakręt drogi i z 
wierzchołka jednego wzgórza mieliśmy widok na drugie. Dom był duŜym, białym budynkiem 
z  zielonymi  okiennicami.  Tonął  w jesiennych  barwach,  bo  w jego  tle  rósł  gęsty,  świerkowy 
las.  PoniŜej  połyskiwała  smuga  ciemnoniebieskiego  stawu,  a  za  nim  widniało  długie  pasmo 
złotobrązowej łąki, pnącej się po wyniosłości, w delikatnej mgle, aŜ do horyzontu. 

— Jak pięknie — wykrzyknąłem z podziwem. 
— Prawda? — odrzekła z dumą Gussie. — Kocham ten widok. — Jej źrenice rozszerzyły 

się  i  pociemniały,  a  ja  wbrew  woli  przyznałem,  Ŝe  panna  Ashley  jest  niezwykle  atrakcyjną 
dziewczyną. 

Gdy dojeŜdŜaliśmy, na schodkach werandy pojawiła się ciocia Lucy. Gussie wyskoczyła z 

bryczki,  ledwie  dotykając  czubkami  palców  mojej  ręki.  —  Mama  czeka,  aby  rzucić  się  na 
pana  i  posłuchać  rodzinnych  nowinek  —  powiedziała.  —  Proszę  się  przywitać  jak  przystoi 
siostrzeńcowi. 

— Najpierw odprowadzę konia — odparłem uprzejmie. 
— Nie  potrzeba  —  oświadczyła  panna  Ashley,  stanowczym  gestem  wyjmując  mi  lejce  z 

dłoni. — Potrafię sama wyprząc Charleya. Nikt go tak nie rozumie jak ja. Poza tym jestem do 
tego przyzwyczajona. 

— Łatwo  mogę  w  to  uwierzyć  —  pomyślałem  z  niesmakiem,  gdy  prowadziła  konia  do 

studni,  i  odszedłem  do  cioci  Lucy.  Przez  okna  bawialni  przyglądałem  się  ciekawie  pannie 
Ashley, jak poiła i zręcznie wyprzęgała Charleya, a potem poprowadziła do stajni, głaszcząc 
czule po chrapach. 

Nie  spotkałem  jej  do  podwieczorku.  Dopiero  wtedy  weszła,  mówiąc  Ŝe  herbata  czeka  i 

poprosiła nas do jadalni. 

Nie dało się ukryć, Ŝe panna Gussie dzierŜy ster rządów jak naleŜy. Jej silne, zręczne, białe 

ręce  sprawiały  wraŜenie  zdolnych  do  kaŜdej  pracy.  Mówiła  mało,  zostawiając  konwersację 
cioci Lucy i mnie. Tylko od czasu do czasu wtrącała właściwe słowo czy zdanie. Pod koniec 
posiłku  jednakŜe  zwróciła  uwagę  na  mój  niezręcznie  wyraŜony  pogląd  i  rozniosła  go  na 
strzępy. Wynikł zatem oŜywiony spór. Panna Gussie broniła swego zdania z taką zaciętością i 
rzeczową  argumentacją,  Ŝe  uznałem  się  za  zwycięŜonego.  Naturalnie,  moja  niechęć  do  niej 
wzrosła.  To  bardzo  upokarzające  zostać  pokonanym  przez  dziewczynę  ze  wsi,  co  to 

background image

większość swego Ŝycia spędziła na farmie! Niewątpliwie miała na kaŜdy temat własne zdanie 
i chciała mieć prawo głosu. Teraz uwierzyłbym we wszystko, jeśli o nią chodziło. 

Po herbacie panna Ashley zaproponowała zwiedzanie okolicy jako wprowadzenie mnie w 

przyszłe  obowiązki.  Oprócz  farmy,  pan  Ashley  posiadał  duŜy  młyn  i  tartak.  Robił  zresztą 
znakomite  interesy.  Z  ich  szczegółami  młoda  dama  wydała  się  doskonale  obeznana.  Nie 
miałem  wątpliwości  co  do  jej  kierowniczych  talentów.  W  porównaniu  z  rozległą  wiedzą 
Gussie,  czułem  się  całkowitym  ignorantem.  Spacer  nabrał  rumieńców  podczas  trochę  zbyt 
oŜywionej  wymiany  zdań  na  temat  zarządzania.  Spacerowaliśmy  dość  długo.  Kiedy  cienie 
ś

wierków  zaczęły  padać  aŜ  na  staw  i  na  niebie  pokazał  się  biały  sierp  księŜyca, 

zakończyliśmy  ostrą  dyskusję.  Oczy  Gussie  zrobiły  się  całkiem  czarne,  a  na  policzkach 
pojawiły się ciemne rumieńce. Na twarzy zaś wyraz triumfu i pewność zwycięstwa. 

— Muszę  pójść  i  dopilnować  schłodzenia  mleka.  Przypuszczam,  Ŝe  z  zadowoleniem 

uwolni  się  pan  ode  mnie  —  zauwaŜyła  z  niespodziewaną  skromnością.  —  Za  jakieś  pół 
godziny  proszę  wyjść  na  werandę;  dostanie  pan  szklankę  świeŜego  mleka  i  kawałek 
droŜdŜowego placka. Upiekłam go według przepisu znanego naszej rodzinie od stu lat. śyczę 
sobie, by się pan nim udławił za dzisiejsze docinki. — Opuściła mnie dystyngowanie po tym 
przyjaznym poŜegnaniu, a ja długo jeszcze stałem nad brzegiem jeziora. Powietrze pełne było 
łagodnych, wieczornych dźwięków. Gdy wróciłem do domu, ciocia Lucy siedziała z robótką 
na  werandzie.  Gussie  przyniosła  mleko  i  ciasto. Gawędziła  pogodnie  i  zachowywała  się  tak 
Ŝ

yczliwie, iŜ byłem gotów odstąpić od swojego zdania na jej temat. Po powrocie do  pokoju 

dostrzegłem  wazon  z  pięknymi  jesiennymi  liśćmi.  Domyśliłem  się,  Ŝe  zawdzięczam  je 
troskliwym  rękom  Gussie.  Przez  chwilę  Ŝałowałem  szorstkiego  zachowania  i  okazywanej 
dziewczynie niechęci — ale tylko przez chwilę. Gussie z macochą przeszły hali i miękki głos 
cioci Lucy dobiegł spoza uchylonych drzwi: — No i cóŜ sądzisz o kuzynie, moja droga? 

Na  co  owa  stanowcza  młoda  dama  odparła  bez  namysłu:  —  Myślę,  Ŝe  to  najbardziej 

zarozumiały młody człowiek, jakiego spotkałam od dłuŜszego czasu. 

Miłe,  prawda?  Przypomniałem  sobie  potulny  podziw  Nellie  wobec moich  słów  i  decyzji. 

Wyjąłem  z  portfela  jej  fotografię,  a  wtedy  po  raz  pierwszy  zauwaŜyłem,  Ŝe  miała  banalne 
rysy twarzy. Taką nielojalną myśl odepchnąłem czym prędzej od siebie i poszedłem do łóŜka. 

Spodziewałem  się  snów  o  niemiłej  Gussie,  lecz  tak  się  nie  stało.  Spałem  jak  zabity  i 

obudziłem  się  dopiero  o  dziesiątej.  Wyskoczyłem  z  łóŜka,  zły  na  siebie,  pospiesznie  się 
ubrałem i zbiegłem na dół. Przez okno zobaczyłem w ogrodzie Gussie wykopującą geranium. 

WłoŜyła  poplamiony  brązowy  fartuch,  wielki  kapelusz  zakrywał  jej  twarz,  a  na  rękach 

miała  brudne  rękawiczki.  Kiedy  odwróciła  się  na  moje  „dzień  dobry”,  zauwaŜyłem 
poplamiony ziemią policzek. I wtedy do długiej listy niedoskonałości panny Ashley dodałem 
jeden punkt. 

— Raczej  dobre  południe.  Nie  wie  pan  która  godzina?  Robotnicy  trzy  godziny  temu 

czekali na zlecenia. Sama je wydałam. Pomyślałam, Ŝe nie warto przerywać panu snu. 

Ogarnęła  mnie  złość.  Ale  się  popisałem!  Teraz  pannica  pewnie  kpi  sobie  ze  mnie!  — 

Oczekiwałem,  Ŝe  zostanę  na  czas  obudzony  —  odparłem  sztywno.  —  Nie  mam  zwyczaju 
zasypiać. Zapewniam panią, Ŝe to się nie powtórzy. 

Gussie jakby nie zauwaŜyła mej postawy pełnej godności. Ściągnęła rękawiczki i pogodnie 

stwierdziła: — Na pewno jest pan głodny. Zaraz umyję ręce i przygotuję śniadanie. Jeśli chce 
pan być uŜyteczny, proszę pomóc mi przy geranium. 

Co  mi  pozostało?  Poszedłem  do  ogrodu  jak  zmyty.  Jednak  pracowaliśmy  zgodnie.  Pełna 

energii  Gussie  nie  dała  okazji  do  próŜnowania  ani  do  sporów.  Czas  upływał  bardzo 
przyjemnie,  dopóki  nie  pokłóciliśmy  się  z  powodu  jakiegoś  ogrodniczego  problemu.  Obiad 
więc  jedliśmy  nadąsani  i  milczący.  Po  obiedzie  Gussie  zniknęła  i  długo  jej  nie  widziałem. 
Początkowo  cieszyło  mnie  to,  ale  później  zacząłem  się  nudzić.  Nawet  sprzeczka  byłaby 
lepsza.  Odwiedziłem  młyn,  obejrzałem farmę, a potem  od  niechcenia  spytałem ciocię  Lucy, 

background image

gdzie zniknęła  panna Ashley. Ciocia wyjaśniła, Ŝe pojechała odwiedzić przyjaciółkę i wróci 
dopiero jutro. 

To była dobra wiadomość, oczywiście. Co za ulga stracić z oczu dziewczynę pewną siebie 

i  tak  niezaleŜną.  Zamarzyłem,  by  przyjaciółka  zatrzymała  ją  na  cały  tydzień.  Mimo  to 
doznałem  przyjemnego  rozczarowania,  gdy  nazajutrz  po  południu  zobaczyłem  Gussie  przy 
furtce  z  duŜą  torbą  i  naręczem  złotorózgi.  Ruszyłem  na  pomoc,  lecz  zanim  doszliśmy  do 
połowy ścieŜki, kłóciliśmy się zawzięcie. Jak zwykle Gussie nie chciała mi przyznać racji. 

Po spacerze miała rumieńce na policzkach, a cięŜki, klasyczny węzeł z  włosów na karku 

rozluźnił się. Powiedziała, Ŝe musi upiec ciasteczka do herbaty. Jeśli nie mam nic lepszego do 
roboty, mogę zabawić ją rozmową. Poszedłem, mimo Ŝe zaproszenie nie było zbyt uprzejme. 
Zawsze to ciekawsze niŜ przebywać sam z sobą. 

Pod  koniec  tygodnia  zadomowiłem  się  w  Ashley  Mills,  jakbym  mieszkał  tu  całe  Ŝycie. 

Spędzałem  z  Gussie  sporo  czasu:  z  konieczności  lub  braku  innego  towarzystwa.  Jednak  w 
moich  oczach  nadal  nie  zyskała  lepszej  opinii.  Kiedy  chciała,  umiała  być  rozmowna  i 
zabawna. 

Czasami  wydawała  się  piękna,  ale  wciąŜ  nie  aprobowałem  jej,  w  kaŜdym  razie  tak 

uwaŜałem.  Od  czasu  do  czasu  znajdowałem  się w  zupełnie  niezrozumiałym  dla  mnie  stanie 
ducha. 

Pewnego wieczoru poszedłem z ciocią i Gussie do kościoła. Dotąd nie poznałem pastora z 

Ashley  Mills,  choć  obie  panie  przyjaźniły  się  z  nim.  WyobraŜałem  sobie  siwego, 
dobrotliwego  staruszka.  ToteŜ  zdziwił  mnie  widok  młodego,  wysokiego  męŜczyzny  o 
wyglądzie intelektualisty i zdecydowanie atrakcyjnego. 

Zdumiałem  się  jeszcze  bardziej,  kiedy  po  naboŜeństwie  zszedł  po  schodach  razem  z 

Gussie. Poczułem się zlekcewaŜony, idąc obok cioci Lucy. To dziwne, bo raczej powinienem 
odczuć ulgę. Wielebny Carroll Martin miał prawo odprowadzić pannę Ashley, jeśli uznał to 
za  stosowne.  Niewątpliwie  dziewczyna,  która  wie  wszystko  o  prowadzeniu  interesów, 
uprawie  ziemi,  młynarstwie,  nie  mówiąc  juŜ  o  gospodarstwie  domowym  i  ogrodnictwie, 
potrafi równieŜ dyskutować o teologii. Zresztą to nie moja sprawa. 

Tej nocy coś długo nie dawało mi zasnąć. W efekcie znowu zaspałem. Masz ci los! Źle z 

moją reputacją! Kiedy wyszedłem na dwór, czułem się źle i głupio. 

Przy studni zauwaŜyłem niezwykłe oŜywienie. Urządzenie to było staroświeckie, z korbą i 

łańcuchem. Ciocia Lucy niespokojnie zaglądała do środka. W chwili gdy podszedłem, z głębi 
wynurzyła  się  Gussie  z  triumfalnym  uśmiechem.  Spódnicę  miała  mokrą  i  zabłoconą,  włosy 
potargane, a w ręku trzymała ociekającego wodą czarnego kota. 

— Coco  musiał  wpaść  do  studni  wczoraj  wieczorem  —  wyjaśniła.  —  Szukałam  go  od 

ś

witu, a gdy podeszłam tutaj, usłyszałam rozdzierające miauczenie. Woda była gładka. Potem 

dopiero  dostrzegłam,  Ŝe  wcisnął  się  w  małą  wnękę  między  kręgami  cembrowiny.  Wzięłam 
więc drabinę i zeszłam po niego. 

— Powinnaś  mnie  zawołać  —  oznajmiłem  cierpko.  —  Mogłaś  spowodować  wypadek, 

schodząc bez zabezpieczenia. 

— A Coco by się poślizgnął i utopił, zanim wstałbyś — odparowała Gussie. — Poza tym 

nie było potrzeby. Umiem to robić nie gorzej od ciebie. 

— Bez  wątpienia  —  odparłem  bardziej  szorstko,  niŜ  powinienem.  —  Ani  mi  w  głowie 

spory  czy  potrafisz  robić  wszystko,  co  ci  tylko  przyjdzie  na  myśl.  JednakŜe  wchodzenie  do 
studni nie jest zwyczajem większości młodych panien! 

— Bardzo  moŜliwe  —  odpowiedziała  lodowato.  —  Ale  jak  zauwaŜyłeś,  nie  naleŜę  do 

„większości młodych panien”. Jestem sobą, Augusta Ashley i jeśli zechcę, to zejdę do studni 
kaŜdego  dnia.  To  wyłącznie  moja  sprawa!  —  Oddaliła  się  z  podniesioną  głową.  Gussie 
Ashley  była  jedyną  znaną  mi  panną,  która  w  takich  okolicznościach  wyglądała 
dystyngowanie. 

background image

Zacząłem czyścić studnię, bardzo z siebie niezadowolony. Obraziłem Gussie i czułem, Ŝe 

nieprędko ją udobrucham. Dobrze przewidywałem. Przez tydzień trzymała mnie na dystans, 
choć  zachowywałem  się  pokornie.  W  tym  czasie  wielebny  Carroll  bywał  częstym  gościem 
pod  pretekstem  zorganizowania  szkółki  niedzielnej  dla  ubogich.  Prowadzili  z  Gussie  długie 
rozmowy  na  ten  podniecający  temat.  Potem  Gussie  pojechała  do  przyjaciółki  z  kolejną 
wizytą, a kiedy wróciła, pojawił się i wielebny. 

Pewnego  chłodnego  i  mglistego  popołudnia  powoli  szedłem  od  strony  młyna  i 

przypadkiem spojrzawszy na dom, osłupiałem. Z dachu unosiły się płomienie. Najwidoczniej 
wyschnięte gonty zajęły  się od jakiejś iskry. Dokoła  nie było  Ŝywej duszy. Rzuciłem się do 
kuchni,  gdzie  Gussie  obierała  jabłka:  —  Dom  się  pali!  —  krzyknąłem.  Gussie  zbladła  i 
upuściła nóŜ. — Nie budź mamy! — zawołała, chwytając wiadro z wodą. 

Drabina  ciągle  jeszcze  leŜała  przy  studni.  W  jednej  chwili  przystawiłem  ją  do  dachu,  a 

Gussie jak wiewiórka wbiegła do góry i chlusnęła wodą. Ja tymczasem miałem gotowe dwa 
następne wiadra. 

Na  szczęście  ogień  nie  ogarnął  duŜej  powierzchni,  choć  jeszcze  kilka  minut  a  sprawa 

przyjęłaby groźny obrót. Ogień syczał i przygasał, gdy Gussie lała wodę. Po krótkim czasie 
pozostała juŜ tylko czarna dziura w dachu. 

Gussie  zeszła  z  drabiny.  DrŜała  od  stóp  do  głów,  ale  uśmiechała  się  triumfalnie. 

Uścisnęliśmy sobie ręce z niespotykaną dotąd serdecznością. 

Cały  następny  tydzień,  nie  bacząc  na  wielebnego  Carrolla,  byłem  szczęśliwy,  myśląc  o 

Gussie i zaŜenowany, wspominając Nellie. UwaŜałem, Ŝe mam wobec niej zobowiązania. A 
poza tym, czyŜ nie była moim ideałem? 

Któregoś dnia otrzymałem list od siostry. Był długi i pełen nowin. Najciekawsza okazała 

się  ósma  strona:  „Jeśli  nie  wrócisz  do  domu  i  nie  zadbasz  o  Nellie  —  pisała  Kate  —  to 
wkrótce  nie  będziesz  miał  o  kogo  dbać.  Pamiętasz  Roda  Allena,  jej  dawną  sympatię?  OtóŜ 
wrócił  z  zachodu  przebogaty  i  jego  zainteresowanie  Nellie  jest  tematem  rozmów  w  całym 
mieście. Myślę, Ŝe i ona go lubi. Jeśli jeszcze dłuŜej pozostaniesz w tym Ashley Mills, to nie 
obwiniaj nikogo za skutki”. 

Spadł mi ogromny cięŜar z serca, ale strona dziewiąta przygniotła je z powrotem. — „Nie 

wspominasz panny Ashley. Jaka ona jest: młoda, stara, ładna czy brzydka, mądra czy tępa i 
nudna? Niedawno spotkałam pewną panią, która ją zna i powiedziała mi, Ŝe panna Ashley jest 
czarująca. Mówiła teŜ, Ŝe wkrótce wyjdzie za mąŜ za pastora. Czy to prawda?” 

— OtóŜ  to!  Czy  to  prawda?  Zupełnie  prawdopodobne.  List  Kate  przygnębił  mnie.  Tego 

dnia  Gussie  miała  bardzo  nudnego  kompana.  Po  kilku  bezowocnych  próbach  oŜywienia 
konwersacji dała za wygraną. — Nie ma co z tobą rozmawiać — powiedziana niecierpliwie. 
— Zdaje mi się, Ŝe tęsknisz za domem. Ten list wyglądał podejrzanie. W kaŜdym razie liczę 
na to, Ŝe do mego powrotu nastrój ci się poprawi. 

— Znowu gdzieś wyjeŜdŜasz? — jęknąłem. 
— Tak. Jadę na parę dni do Flossie. (Flossie była tą przyjaciółką od serca). 
— Wygląda na to, Ŝe spędzasz z nią sporo czasu — zauwaŜyłem rozgoryczony. 
Gussie  szeroko  otworzyła  oczy.  —  Naturalnie  —  oznajmiła.  —  Zawsze  byłyśmy  sobie 

bliskie. Teraz potrzebuje mnie bardziej niŜ kiedykolwiek. W przyszłym miesiącu wychodzi za 
mąŜ. 

— Och, rozumiem… i ty… 
— Ja,  oczywiście,  będę  druhną.  Mamy  więc  mnóstwo  roboty.  Flossie  chciała  czekać  do 

BoŜego Narodzenia, ale pan Martin się spieszy… 

— Pan Martin — przerwałem — Ŝeni się z twoją przyjaciółką? 
— Naturalnie!  Nic  o  tym  nie  wiedziałeś?  Są  wyjątkowo  dobraną  parą.  O,  właśnie 

nadchodzi. Mamy jechać razem, a ja nie jestem jeszcze gotowa. Porozmawiaj z nim chwilę. 
Bądź człowiekiem! Ja szybko się ubiorę. 

background image

Nigdy  rozmowa  nie  sprawiła  mi  większej  przyjemności.  Carroll  Martin  okazał  się 

szczególnie interesującym towarzyszem. 

Nellie  wyszła  za  Roda  Allena  w  BoŜe  Narodzenie.  Była  czarującą  panną  młodą  i  Rod 

ś

wiata poza nią nie widział. 

Mój  własny  ślub  odbył  się  dopiero  wiosną.  Gussie  stwierdziła,  Ŝe  wcześniej  nie  zdąŜy 

przygotować wyprawy! 

background image

P

RAWIE MIŁOŚĆ

 

1909 

 
Dawid Hartley wstąpił po sąsiedzku do Josephine Elliott. Było późne zimowe popołudnie. 

Na  dworze,  w  czystym  i  rześkim  powietrzu  długie,  błękitne  cienie  świerków  padały  na 
ośnieŜoną ziemię. 

Dzień  był  mroźny.  Szyby  w  nie  ogrzanych  pokojach  pokrywały  srebrzyste  wzory.  Ale 

obszerna  kuchnia,  ciepła  i  przytulna,  wydała  się  Dawidowi  bardziej  niŜ  kiedykolwiek 
kusząca.  Miał  wraŜenie,  trochę  krępujące,  Ŝe  się  zasiedział  i  powinien  wrócić  do  domu. 
Josephine zawzięcie robiła na drutach długą, szarą skarpetę. Oznaczało to, Ŝe powiedziała juŜ 
wszystko,  co  było  do  powiedzenia.  Dopóki  bowiem  Josephine  miała  o  czym  mówić,  jej 
pulchne  dłonie  przebierały  drutami  powoli.  Gdy  rozmowa  utykała,  zaczynała  gwałtownie 
przykładać się do pracy, jakby mąŜ i pół tuzina synów czekało na ukończenie kolejnej pary. 
Dawid  zastanawiał  się  często,  gdzie  podziewają  się  te  niezliczone  szare  skarpety.  Robiła  je 
niemal bez przerwy. MoŜe oddaje misjonarzom albo sprzedaje swemu parobkowi. W kaŜdym 
razie  wyglądały  na  ciepłe  i  wygodne  i  Dawid  westchnął,  myśląc  o  godnym  poŜałowania 
stanie swych własnych skarpetek. 

Kiedy  tylko  westchnął,  Josephine  zaniepokoiła  się.  Czuła,  Ŝe  zaraz  wpadnie  w  to  swoje 

„rozczulenie”  i  za  wszelką  cenę  musi  zmienić  jego  nastrój.  Wbiła  więc  druty  w  puszysty 
kłębek wełny i oznajmiła, Ŝe czas na herbatę. 

Dawid wstał z krzesła. 
— Daj  spokój,  przecieŜ  nie  wyjdziesz  bez  podwieczorku?  —  powiedziała  gościnnie 

Josephine. — Przygotuję go w mig. 

— Sądzę,  Ŝe  powinienem  juŜ  pójść  do  domu  —  zauwaŜył  Dawid,  walcząc  z  pokusą.  — 

Zillah czeka z herbatą, no i trzeba oporządzić bydło. 

— UwaŜam,  Ŝe  Zillah  nie  będzie  zbyt  długo  czekać  —  odparła  Josephine.  Nie  chciała, 

Ŝ

eby  to  tak  zabrzmiało,  ale  w  jej  głosie  usłyszał  pogardliwy  ton.  —  Musisz  zostać! 

Zamierzam dziś wypić herbatę w towarzystwie. 

Dawid  usiadł.  Wprost  promieniał  z  zadowolenia  i  Josephine,  aby  ukryć  uśmiech, 

przyklękła obok pieca, układając kawałki drewna. 

— Biedak — pomyślała. Po tych głodowych racjach, które podaje mu Zillah, cieszy się jak 

dziecko, wiedząc, Ŝe dostanie przyzwoity posiłek. 

Ale  Josephine  błędnie  odczytała  zadowolenie  Dawida,  tak  zresztą  jak  i  on  jej  intencje. 

Zaprosiła  go  na  podwieczorek  z  litości.  On  zaś  myślał,  Ŝe  czuje  się  samotna  i  uznał  to  za 
dobry znak. Nie marzył o dobrym jedzeniu, choć obiad zjadł marny; tylko Zillah mogła taki 
przyrządzić. Siedział wygodnie na wyściełanym krześle, patrząc  na krzątającą się po kuchni 
Josephine. Przepełniała go radość, bo mógł jeszcze godzinę z nią spędzić. Poczeka cierpliwie, 
aŜ zacznie mu nalewać herbatę, podsuwać ciasteczka, zupełnie jakby… zupełnie jakby… 

Josephine  patrzyła  na  gościa  takim  przenikliwym  i  powaŜnym  wzrokiem,  jakby  czytała 

jego myśli. I Dawid zaczerwienił się zakłopotany w poczuciu winy. Ale Josephine nawet nie 
zauwaŜyła  tego  rumieńca.  Zastanawiała  się  tylko,  czy  podać  konfitury  truskawkowe,  czy 
wiśniowe  i  wybrawszy  te  ostatnie  odwróciła  się,  spoglądając  na  Dawida  niewidzącym 
wzrokiem. Lecz on juŜ puścił wodze fantazji. 

Josephine  zastawiła  stół  porcelaną  ze  ślubnego  serwisu  matki.  Wyjęła  go,  bo  akurat 

wypadała  rocznica  ślubu  jej  rodziców.  Dawid  jednak  uznał  to  za  uprzejmy  gest  pod  swoim 
adresem.  Wiedział,  Ŝe  Josephine  ceni  tę  porcelanę  ponad  wszystkie  swoje  doczesne  dobra. 
Zaczął gładzić wygolony podbródek z wyrazem twarzy człowieka, któremu właśnie złoŜono 
naleŜny hołd. 

background image

Gospodyni  uwijała  się  między  spiŜarnią,  kuchnią  a  piwnicą.  Za  kaŜdym  obrotem  stół 

wyglądał  wytworniej.  Nie  darmo  przecieŜ  Josephine,  co  mógł  poświadczyć  kaŜdy  w 
Meadowby, była mistrzynią w szlachetnej sztuce gotowania. Niegdyś, ambitne młode i stare 
gosposie  próbowały  z  nią  współzawodniczyć,  ale  szybko  zdały  sobie  sprawę  z 
bezskuteczności wysiłków i z pokorą zadowoliły się dalszymi lokatami. 

Josephine  z  dumą  artysty  oceniła  nakryty  stół.  Były  tu  róŜowe  plastry  ozora  na  zimno, 

zielone, chrupkie pikle, aromatyczny agrest przyprawiony korzeniami. Przepis na tę potrawę 
wymyśliła sama i przyniósł jej pierwszą nagrodę na dorocznej wystawie prowincji. Złociło się 
cytrynowe  ciasto,  biszkopty  i  soczyste,  pulchne  kawałki  owocowego  placka.  Były  teŜ 
rubinowe  konfitury  z  wiśni,  galaretka  z jabłek  i nade  wszystko  filiŜanki parującej  herbaty o 
niepowtarzalnym smaku i aromacie. 

Josephine  królowała  u  szczytu  stołu.  Włosy  miała  czarne  i  lśniące,  a  policzki  tak  samo 

delikatnie zarumienione jak dwadzieścia lat temu. Wówczas młody Dawid Hartley zerkał na 
nią znad ksiąŜki do naboŜeństwa, a potem całą  drogę do domu dreptał z tyłu, gdyŜ był zbyt 
nieśmiały, aby podejść i spytać, czy moŜe ją odprowadzić. 

Biorąc  to  wszystko  pod  uwagę,  czy  moŜna  się  dziwić,  Ŝe  Dawid  stracił  głowę  i  zadał 

Josephine jeszcze raz dobrze znane pytanie? Po raz pierwszy zapytał ją przed osiemnastu laty, 
a  ostatnio  dwa  lata  temu.  Postanowił  spróbować  szczęścia,  bo  Josephine  traktowała  go 
łaskawiej  niŜ  kiedykolwiek.  Gdy  zjedli,  sprzątnęła  ze  stołu  i  zmyła  naczynia.  Wówczas 
Dawid uznał, Ŝe wybiła jego godzina. Wstał i usiadł obok niej na sofie. 

Słońce  zachodziło  wspaniałymi  barwami,  oświetlając  ośnieŜone  wzgórza  i  granatową 

Zatokę  św.  Wawrzyńca.  Dawid  uchwycił  się  zachodu  jako  pretekstu  do  rozpoczęcia 
rozmowy.  —  Czy  to  nie  piękne,  Josephine?  —  zaczął  z  podziwem.  —  Przypomina  mi  się 
wiersz  z  czytanki  dla  piątej  klasy.  Pamiętasz,  jak  go  ćwiczyliśmy  w  piątkowe  popołudnia? 
Zaczynał się tak: 

 

„Opada piękniej niźli zachodziło 
Słońce nad zielonymi wzgórzami Morei”. 

 
A  potem  wyrecytował  wszystkie  strofy,  śpiewnie  rozciągając  samogłoski  i  pomagając 

sobie  banalnymi  gestami  zapamiętanymi  ze  szkolnych  lekcji.  Josephine  znała  dalszy  ciąg. 
KaŜde oświadczyny poprzedzał deklamowaniem poezji. Czekała zrezygnowana. Skoro tak ma 
być, to im prędzej, tym lepiej. 

Więcej  tego  nie  zniosę  —  mówiła  sobie  w  duchu.  —  Dam  mu  stanowczą  odprawę,  by 

nigdy juŜ nie próbował mnie nagabywać. 

Kiedy  Dawid  skończył  wiersz,  połoŜył  dłoń  na  pulchnym  ramieniu  ukochanej.  — 

Josephine — powiedział lekko ochrypłym głosem. — Jak myślisz, czy mogłabyś teraz?… czy 
mogłabyś się zdecydować i przyjąć mnie? Bardzo tego pragnę. Mogłabyś, Josephine? 

PołoŜyła ręce na kolanach i spojrzała adoratorowi prosto w oczy. — Dawidzie Hartley — 

oznajmiła  zdecydowanie.  —  Nie  proponuj  mi  więcej  małŜeństwa,  skoro  raz  na  zawsze  ci 
odmówiłam! 

— WciąŜ mam nadzieję, Ŝe zmienisz zdanie — odparł pokornie. 
— A więc posłuchaj mnie uwaŜnie. Po pierwsze nigdy nie wyjdę za ciebie. Po drugie, Ŝeby 

to było ostatni raz! Nie wolno ci prosić mnie o rękę pod Ŝadnym warunkiem. Jeśli to zrobisz, 
udam Ŝe nie słyszę i nie odezwę się do ciebie do końca Ŝycia. Zostańmy przyjaciółmi. Lubię, 
gdy  wpadasz  na  sąsiedzkie  pogawędki,  lecz  jeśli  mnie  nie  usłuchasz,  skończy  się  nasza 
przyjaźń. 

— Och, Josephine, jesteś zbyt okrutna! — zaprotestował. Czuł, Ŝe nieodwołalnie rozwiewa 

się jego ostatnia nadzieja. 

background image

— Mówię powaŜnie — odparła chłodno Josephine. — A teraz, Dawidzie, idź juŜ do domu. 

Po silnych wraŜeniach wolę być sama. 

Zmartwiony  Dawid  przyjął  tę  decyzję  z  rezygnacją  i  ubrał  się.  Josephine  Ŝyczliwie 

ostrzegła  gościa  przed  oblodzonymi  schodami  ganku.  Nawet  zapaliła  świecę  i  stojąc  w 
kuchennych drzwiach, trzymała ją wysoko, póki nie zszedł bezpiecznie. Wracając polem do 
domu,  unosił  w  myślach  obraz  pulchnej  kobiety  w  szykownej,  samodziałowej  sukni  i 
falbaniastym fartuchu w biało—niebieską kratkę. Wizja nie była zapewne zbyt romantyczna, 
ale dla Dawida najpiękniejsza na świecie. 

Zostawszy  sama,  Josephine  zamknęła  drzwi  i  zadrŜała.  Zdmuchnęła  świecę,  bo  z  natury 

bardzo  oszczędna  uwaŜała,  Ŝe  za  wcześnie  na  sztuczne  światło.  Pomyślała  przy  tym,  jak 
bardzo  samotny  i  cichy  jest  dom,  w  którym  mieszka.  Ciszę  mąciło  tylko  tykanie  starego 
zegara  i  łagodne  syczenie  płonących  szczap.  Usiadła  przy  oknie.  —  śeby  tak  wpadł  ktoś  z 
Sentnersów — zapragnęła. — Gdyby się Dawid głupio nie zachował, mógłby przesiedzieć tu 
cały wieczór. Kiedy chce, umie być miłym kompanem. Jest oczytany i inteligentny. Pewnie 
niezbyt mu wesoło w domu, skoro nie ma nikogo prócz Zillah. 

Spojrzała  w  kierunku  małego  domku  po  drugiej  stronie  podwórka.  Mieszkał  w  nim  jej 

parobek,  z  pochodzenia  Francuz,  Leon  Poirier  z  Ŝoną  i  dzieckiem.  Nad  kominem  wiła  się 
fioletowa  spirala  dymu.  MoŜe  powinna  odwiedzić  panią  Leonową?  Nie,  wszak  nigdy  nie 
umiały znaleźć wspólnego języka. 

Gdyby nie było tak zimno, poszłabym odwiedzić Idę — rozmyślała. — A najlepiej zrobię, 

jeśli zajmę się skarpetą. Widziałam, jak Jimmy’emu Sentnerowi wychodziły gołe palce. JakŜe 
smutny i rozczarowany był Dawid. Sądzę jednak, Ŝe ten pomysł z małŜeństwem wybiłam mu 
z głowy raz na zawsze i bardzo się cieszę. 

To samo powiedziała nazajutrz pani Sentner. Skubały w kuchni pierze, a na stole leŜał rząd 

martwych  ptaków  zabitych  rankiem  przez  Leona.  Josephine  włoŜyła  szeroki,  wzorzysty 
fartuch, a głowę owinęła dokładnie chustką, by uchronić przed puchem piękne włosy. 

— Czy  wiesz,  Ido  —  zaśmiała  się  serdecznie  na  samo  wspomnienie.  —  Był  tu  wczoraj 

Dawid Hartley i znowu  prosił mnie o rękę. Oto przykład wytrwałości! Nie mogę pochwalić 
się wieloma konkurentami, ale za to złoŜono mi sporą liczbę ofert małŜeńskich. 

Pani  Sentner  nie  roześmiała  się.  Jej  drobna,  szczupła  twarz  ze  śladami  dawnej  urody 

wyglądała tak, jakby nigdy nie gościł na niej uśmiech. — Dlaczego nie wyjdziesz za niego? 
— zapytała z wyrzutem. 

— A dlaczego miałabym to zrobić? — odparowała Josephine. — Powiedz mi, proszę, Ido 

Sentner. 

— NajwyŜszy  czas,  Ŝebyś  wyszła  za  mąŜ  —  oświadczyła  stanowczo  Ida.  —  Nie  uznaję 

samotnie  Ŝyjących  kobiet.  I  nie  wiem,  co  mogłabyś  zrobić  lepszego,  niŜ  poślubić  Dawida 
Hartleya. 

Twarz  Josephine  wyraŜała  drwiące  zaciekawienie.  Od  dawna  próbowała  zrozumieć  swą 

siostrę i jej pociąg do swatania. Ida wyszła za mąŜ bardzo młodo. Od piętnastu lat harowała i 
cierpiała na róŜne dolegliwości, a Tom Sentner był leniwym i ospałym człowiekiem. Ludzie 
w  Meadowby  mówili,  Ŝe  kiedy  jest  „pod  gazem”  bije  swą  Ŝonę,  ale  Josephine  w  to  nie 
wierzyła.  Nie  przypuszczała,  by  Ida  mogła  się  powstrzymać  od  wyznania  siostrze  tego 
rodzaju przeŜyć. Pani Sentner bowiem nie zwykła cierpieć w milczeniu. 

Gdyby  nie  pomoc  Josephine,  rodzina  Toma  miałaby  znakomitą  okazję  do  głodowej 

ś

mierci.  Właściwie  to  Josephine  ich  utrzymywała,  a  jej  szczodrość  nie  zawodziła  ani 

upokorzała.  Karmiła  i  ubierała  siostrzeńców  i  siostrzenice.  Wszystkie  zaś  szare  skarpetki, 
których przeznaczenie zastanawiało Dawida, szły do Sentnerów. 

Jeśli zaś chodzi o samą Josephine, to miała porządną farmę, wygodny dom, solidne konto 

w banku i była zadowoloną z Ŝycia, niezaleŜną kobietą. To niebywałe, Ŝe w tej sytuacji Ida 
zamartwiała się staropanieństwem siostry, uwaŜając, Ŝe mąŜ mógłby o nią zadbać. Josephine 

background image

wzruszyła  ramionami  i  zrezygnowała  z  rozwiązania  tej  zagadki.  Spytała  tylko  ironicznie, 
odpowiadając jednocześnie na uwagę Idy: — I mieszkać razem z Zillah Hartley? 

— Wiesz  doskonale,  Ŝe  odkąd  Johnowi  Hartleyowi  z  Creek  zmarła  Ŝona,  ciągle  prosi 

Zillah, aby przeniosła się do niego i poprowadziła mu dom. Gdyby Dawid z tobą się oŜenił, 
Zillah  wyniosłaby  się  natychmiast.  Nikt  by  jej  nie  zatrzymał  nawet  siłą!  A  Dawid  ma  taki 
piękny  dom!  Dziesięć  razy  ładniejszy  od  twojego,  choć  nie  przeczę,  twój  jest  bardzo| 
wygodny.  I  najlepszą  w  okolicy  farmę,  która  w  dodatku  przylega  do  twojej!  Pomyśl,  jaką 
piękną  posiadłość  stworzyłyby  po  połączeniu.  Teraz  czujesz  się  znakomicie,  ale  co  zrobisz, 
kiedy się zestarzejesz i nikt się o ciebie nie zatroszczy? Ta myśl spędza mi sen z powiek. 

— Wystarczy ci własnych zmartwień spędzających sen z powiek, bez dodawania moich — 

odparła  cierpko  Josephine.  —  A  o  starości  mam  czas  pomyśleć.  Kiedy  twój  Jack  urośnie  i 
nabierze  rozumu,  moŜe  zamieszkać  ze  mną.  Nie  mam  zamiaru  wychodzić  za  Dawida 
Hartleya, tego bądź pewna, moja droga Ido. śałuję, Ŝeś nie słyszała, jak wczoraj raczył mnie 
poezją. Dla niego nie ma znaczenia, co recytuje. Zwykle jest to pierwszy lepszy wiersz, jaki 
przychodzi mu do głowy. Pamiętam, Ŝe pewnego razu była to pieśń kościelna, zaczynająca się 
od  słów:  „I  rozległ  się  z  mogiły  posępny  głos”.  A  dwa  lata  temu  pieśń:  „Do  Maryi  w 
niebiosach”. Nie słyszałam bardziej pretensjonalnego wykonania. Z wielkim trudem udało mi 
się  nie  wybuchnąć  śmiechem.  Za  nic  w  świecie  nie  chciałabym  bowiem  zranić  jego  uczuć. 
Nie,  zdecydowanie  nie  chcę  męŜa,  ale  gdyby  stało  się  inaczej,  to  nie  byłby  nim  stary, 
poczciwy i sentymentalny Dawid. 

Pani Ida walnęła oskubaną gęsią o ławę. Nie zmarnuje więcej ani słowa na przekonywanie 

głupiej  i  upartej  siostry.  Poczciwy,  dobre  sobie!  Czy  Josephine  uwaŜa  to  za  wadę?  Pani 
Sentner  westchnęła.  —  Gdyby  siostra  musiała  przez  piętnaście  lat  znosić  humory  Toma, 
umiałaby ocenić wartość poczciwego męŜczyzny. 

Minął  tydzień  od  wizyty  Dawida,  a  ostry  mróz  trzymał  nadal. W  sobotę wieczorem,  gdy 

pani  Sentner  przyszła  po  dzbanek  śmietany,  termometr  na  ganku  Josephine  wskazywał 
kilkanaście stopni poniŜej zera. Zatoka stała się biała od lodu. Wokół trzeszczały zmarznięte 
gałęzie  i  skrzypiał  śnieg  pod  nogami.  Josephine  rozpaliła  ogień  we  wszystkich  piecach,  ale 
ciepła i przytulna była tylko kuchnia. 

— Owiń  dobrze  głowę,  Ido  —  powiedziała  z  troską  w  głosie,  gdy  siostra  zbierała  się  do 

wyjścia. — Jesteś mocno przeziębiona. 

— Zaczyna  się  prawdziwa  epidemia  —  zauwaŜyła  pani  Sentner.  —  Wszyscy  są  prawie 

chorzy. Dawid Hartley wpadł dzisiaj do nas i okropnie kasłał. Powiedziałam mu, Ŝe wcale o 
siebie nie dba. Mówił, Ŝe Zillah teŜ jest zaziębiona. WyobraŜam sobie, jaka jest nieznośna w 
chorobie! 

Tego wieczoru Josephine siedziała do późna dokładając do ognia. W końcu połoŜyła się w 

małym  pokoiku  naprzeciw  wielkiego  pieca  w  hallu.  Usnęła  natychmiast  i  śniło  się  jej,  Ŝe 
wiatr  szarpie  termometrem,  który  coraz  głośniej  uderza  o  ścianę  domu.  Hałas  narastał,  aŜ 
obudziła się. Wtedy usłyszała nagle stukanie do drzwi. 

Wyskoczyła  z  łóŜka  i  włoŜyła  szlafrok.  Nie  miała  wątpliwości,  Ŝe  coś  stało  się  u 

Sentnerów.  Mieli  przyjemny  zwyczaj  chorowania  w  środku  nocy.  Otworzyła  drzwi, 
spodziewając  się  Toma  lub  rozhisteryzowanej,  przeraŜonej  Idy.  Tymczasem  na  progu  stał 
zdyszany  Dawid  Hartley  z  gołą  głową  i  bez  płaszcza.  Kasłał  przy  tym  niemiłosiernie. 
Josephine nic nie mówiąc, chwyciła go za ramię i wciągnęła do środka. 

— Na miłość boską, Dawidzie, co ty wyprawiasz? 
— Zillah  jest  bardzo  chora  —  wykrztusił.  —  Przyszedłem  tutaj,  bo  mieszkasz  najbliŜej. 

Czy mogłabyś do nas przyjść, Josephine? Muszę pojechać po doktora, a boję się zostawić ją 
samą.  Wiem,  Ŝe  nie  jesteście  w  dobrych  stosunkach,  lecz  moŜe  jednak  przyjdziesz?  Tak 
bardzo cierpi! 

background image

— Oczywiście!  —  odparła  Josephine  szorstko.  —  Nie  jestem  barbarzyńcą,  by  odmówić 

pomocy  choremu  człowiekowi,  nawet  gdyby  to  był  mój  największy  wróg.  Ubiorę  się,  a  ty 
posiedź przy piecu w hallu. Jest w nim jeszcze ogień. I o czym, u licha, myślałeś wychodząc 
w taki mróz bez płaszcza? 

— Tak  byłem  przeraŜony,  Ŝe  zapomniałem  o  ubraniu  —  odparł  Dawid  tonem 

usprawiedliwienia.  —  Rozpaliłem  tylko  ogień  w  kuchni  i  pobiegłem.  Przykro  słyszeć,  jak 
Zillah jęczy. 

— Potrzebujesz opieki tak samo jak Zillah — oświadczyła surowo Josephine. 
Po kilku minutach stała gotowa do wyjścia. Zabrała teŜ koszyk pełen domowych leków. — 

Więcej  niŜ  pewne,  Ŝe  nie  ma  tam  niczego  pod  ręką  —  mruknęła.  Uparła  się,  aby  Dawid 
owinął  się  wełnianym  kocem  i  włoŜył  rękawiczki.  Po  czym  zamknęła  drzwi  i  ruszyli  przez 
lśniące  w  księŜycowej  poświacie,  zamarznięte  pole.  Było  bardzo  ślisko.  Josephine  trzymała 
Dawida  pod  rękę,  by  utrzymać  się  na  nogach.  Zachwycony  tym  męŜczyzna  zapomniał  o 
wszystkich kłopotach. 

Po  chwili  minęli  ośnieŜone  topole  na  farmie  Hartleya  i  Josephine  pierwszy  raz  w  Ŝyciu 

przekroczyła  próg  jego  domu.  Przed  laty,  gdy  Hartleyowie  mieszkali  w  starym  dworze,  w 
którym  kręciło  się  pół  tuzina  córek,  Josephine  bywała  tam  częstym  gościem.  Wszystkie 
dziewczęta,  z  wyjątkiem  Zillah,  bardzo  ją  lubiły.  Kiedy  panny  powychodziły  za  mąŜ  i 
opuściły dom, Josephine przestała przychodzić. Nigdy nie widziała wnętrza nowego dworu, a 
z Zillah nie rozmawiały od lat. 

Teraz Zillah zachorowała i była zbyt słaba, aby okazywać nieuprzejmość Josephine. Dawid 

nie zwlekając, zaczął się wybierać do Creek po lekarza i tym razem miał kto dopilnować, aby 
się  ciepło  ubrał.  Potem  Josephine  przygotowała  dla  Zillah  okłady  z  gorczycy  i  usiadła  przy 
łóŜku chorej. 

Kiedy  nazajutrz  rano  przyszła  pani  Sentner,  zastała  Josephine  zajętą  przygotowywaniem 

okładów  z  siemienia  lnianego.  Zaciśnięte  usta  świadczyły,  Ŝe  podjęła  trudną  decyzję.  — 
Zillah  ma  cięŜkie  zapalenie  płuc  —  poinformowała  siostrę.  —  Jest  doktor  i  Mary  Bell  z 
Creek,  która  zajmie  się  chorą.  Ale  potrzeba  kobiety  do  innych  prac.  Postanowiłam  zostać. 
UwaŜam to za swój obowiązek i nie wiem, kto jeszcze mógłby się go podjąć. MoŜesz posłać 
Mamie  i  Jacka  do  mojego  domu;  niech  mieszkają,  dopóki  nie  wrócę.  Będę  zresztą  wpadać 
kaŜdego dnia i doglądać gospodarstwa. 

Po  tygodniu  Ŝyciu  Zillah  nie  zagraŜało  niebezpieczeństwo.  W  sobotę  po  południu 

Josephine  zajrzała  do  siebie,  ciekawa  jak  Mamie  i  Jack  sobie  radzą.  Zastała  siostrę,  która 
pospiesznie wyprawiła dzieci na pocztę, aby spokojnie wysłuchać nowin. 

— To  był  okropny  tydzień,  Ido  —  oznajmiła  uroczyście  Josephine,  siadając  przy  piecu  i 

przysuwając stopy do drzwiczek. 

— Przypuszczam,  Ŝe  trudno  ci  było  wytrzymać  z  Zillah  —  zauwaŜyła  ze  współczuciem 

pani Sentner. 

— Och, nie o nią chodzi. Opieka naleŜała do Mary. Mam na myśli dom. Nigdy w Ŝyciu nie 

przebywałam w tak zaniedbanym miejscu. śal mi Dawida Hartleya bardziej niŜ kogokolwiek 
na świecie. 

— Sądzę, Ŝe do tego przywykł — odparła pani Sentner. 
— Nie  uwierzę  —  jęknęła  Josephine.  —  Dawid  był  dawniej  taki  pedantyczny.  Kiedy 

przekroczyłam  próg,  najpierw  obejrzałam  sobie  ich  kuchnię.  Nie  myto  jej  chyba  od 
postawienia  domu.  Kłębki  kurzu  moŜna  było  z  kątów  wynosić  na  łopacie.  Wymiotłam  z 
grubsza następnego dnia i o mało się nie udusiłam. A spiŜarnia!… Im mniej o tym powiem, 
tym lepiej. Na meblach moŜna pisać, a tu gruntowne sprzątanie jest niemoŜliwe!… Z powodu 
choroby  Zillah  nie  naleŜy  hałasować.  Udało  mi  się  zmyć  największy  brud  i  naturalnie 
wysprzątałam  spiŜarnię.  No  i  posiłki…  Dopilnowałam,  Ŝeby  porządnie  jedli.  Powinnaś 
zobaczyć minę Dawida. Czuł się dziwnie we własnym domu. Wycerowałam mu skarpetki — 

background image

nie miał ani jednej całej pary! I starałam się, zapewnić mu odrobinę wygody. Ze względu na 
Zillah  niewiele  mogłam  zrobić,  bo  gdy  tylko  coś  przesunęłam,  zaraz  posyłała  Mary  z 
pytaniem, co się dzieje. Wchodząc na górę, zdejmowałam buty i stąpałam na palcach. Zostanę 
tam  jeszcze  dwa  tygodnie.  Do  tego  czasu  Zillah  trochę  się  wzmocni.  Trudno  mi  się  oprzeć 
pokusie, Ŝeby wyszorować cały dom od strychu do piwnicy, nie zwaŜając na nią. 

Pani Sentner mało mówiła, ale w myśli stwierdziła zadowolona: 
— JuŜ Ŝal jej Dawida. CóŜ, słyszałam, Ŝe litość jest bliska miłości. Zobaczymy, co z tego 

wyniknie. 

Josephine udało się przeŜyć  te dwa tygodnie. Pewnego ranka przy  śniadaniu powiedziała 

do Dawida: — CóŜ, myślę, Ŝe Mary Bell poradzi sobie sama od jutra. Powinnam wrócić dziś 
do  domu.  ‘  Twarz  Dawida  zachmurzyła  się.  —  Hm,  wiem,  nie  powinniśmy  dłuŜej  cię 
zatrzymywać,  Josephine.  To  niezwykle  szlachetnie  z  twojej  strony,  Ŝe  pomagałaś  nam  tak 
długo. Nie mam pojęcia, co byśmy zrobili bez ciebie. 

— Nie ma za co dziękować — odrzekła Josephine krótko. 
— Nie wybieraj się pieszo do domu. Śnieg po kolana. Zawiozę cię, kiedy będziesz gotowa. 

—  Poszedł  do  swych  zajęć  w  posępnym  nastroju.  Przez  trzy  tygodnie  Ŝył  w  cudownym 
ś

wiecie. Dbano o jego potrzeby, posiłki jadł smaczne i ładnie podane, wszystko dokoła lśniło 

czystością.  No  i  przede  wszystkim  była  Josephine,  z  pogodnym  uśmiechem  i  pełna 
Ŝ

yczliwości. Niestety, teraz to się skończy. 

Josephine  siedziała  przy  stole  jeszcze  długo  po  odejściu  Dawida.  Robiła  miny  do 

cukiernicy  i  surowo  kiwała  głową  w  stronę  dzbanka  z  herbatą.  —  Muszę  to  zrobić  — 
oznajmiła w końcu filiŜance. — Tak mi go Ŝal, Ŝe nie mogę postąpić inaczej. — Podeszła do 
okna,  spoglądając  na  swój  dom  przytulony  do  świerkowego  lasku.  —  Jest  przytulny  i 
wygodny — westchnęła. — I zawsze ceniłam sobie niezaleŜność. Ale nie ma o czym mówić. 
Nie da mi spokoju myśl o Dawidzie głodnym i mieszkającym w brudzie i bałaganie. Czuję w 
tym rękę opatrzności. Najgorsze jest to, Ŝe muszę sama mu o tym powiedzieć. On, biedaczek, 
nie  odwaŜy  się  po  moich groźbach.  śałuję,  Ŝe  byłam  tak  zdecydowana. Lecz  trudno!  Tylko 
niech  się  nie  spodziewa, Ŝe  zacznę  od  recytowania  wierszy!  —  Josephine  odrzuciła  głowę  i 
wybuchnęła serdecznym śmiechem. Potem podeszła do pieca i poruszyła Ŝar. 

— Na  obiad  będzie  kapusta  i  duszona  wołowina  —  postanowiła.  —Zrobię  teŜ  ulubiony 

pudding Dawida. Właściwie to bardzo przyjemnie mieć dla kogo gotować. Zawsze uwaŜałam, 
Ŝ

e nie ma sensu robić tego dla jednej osoby. 

Cały  dzień  nuciła  przy  pracy,  a  Dawid  chodził  z  twarzą  skazańca.  O  zachodzie  słońca 

zjawił się na kolację taki zasmucony, Ŝe Josephine musiała uciec do spiŜarni, by się wyśmiać. 

Pod  względem  towarzyskim  posiłek  nie  naleŜał  do  udanych.  Josephine  była 

zdenerwowana, a Dawid milczał ponuro. Mary Bell połknęła, co miała na talerzu i poszła na 
górę z jedzeniem dla Zillah. Wtedy Dawid odezwał się niepewnie: — Jeśli chcesz wracać do 
siebie, to zaprzęgnę Czerwonego Roba i zawiozę cię. 

Josephine  miętosiła  frędzle  obrusa.  śałowała  bardzo  dawnej  stanowczości.  Nie 

odpowiadając na propozycję Dawida, zaczęła szorstko: — Muszę ci powiedzieć, co myślę o 
Zillah. Jest w duŜo lepszym stanie, ale przeszła cięŜką chorobę i nie moŜe tej zimy pracować. 
Jeśli  chcesz  wysłuchać  mej  rady,  to  powiem  ci  prosto  z  mostu,  Ŝe  jak  tylko  stanie  na  nogi, 
powinna  wyjechać  z  długą  wizytą.  Clementine  chce,  by  odwiedziła  ją  i  pobyła  trochę  w 
mieście. To byłoby najlepsze rozwiązanie. 

— Zillah  moŜe  pojechać,  gdzie  chce,  to  oczywiste  —  oznajmił  posępnie  Dawid.  — 

Poradzę sobie przez jakiś czas. 

— Nie  ma  potrzeby,  Ŝebyś  dawał  sobie  sam  radę  —  odparła  Josephine  jeszcze  bardziej 

szorstko. — Ja… ja tu przyjdę i poprowadzę to gospodarstwo, jeśli zechcesz. 

Dawid patrzył na nią tępo, nie rozumiejąc. — A czy ludzie nie będą plotkować? — spytał z 

wahaniem. — Mnie to… 

background image

— Nie  wiem  o  czym  mieliby  plotkować  —  przerwała  mu  Josephine  —  jeśli  weźmiemy 

ś

lub. 

Dawid poderwał się tak gwałtownie, Ŝe o mało nie przewrócił stołu. 
— Josephine, naprawdę się zgadzasz? — wykrzyknął. 
— Oczywiście — odrzekła, jak mogła najchłodniej. — Ale teraz ani słowa! Idź do swoich 

zajęć. Chciałabym przez chwilę pobyć sama. 

Po  raz  pierwszy  i  ostatni  Dawid  jej  nie  usłuchał.  Zamiast  wyjść  z  domu,  obszedł  stół, 

chwycił stanowczo Josephine w ramiona i pocałował. A ona… nie miała nic przeciwko temu. 

background image

N

IEBIESKI POKÓJ Z WIDOKIEM NA PÓŁNOC

 

1906 

 
To  —  oświadczyła  Sara,  rzucając  list  ciotki  Józefiny  na  kuchenny  stół  —  to  przechodzi 

wszelkie pojęcie! Wiele zniosłam. Zrezygnowałam z lekcji muzyki, kiedy proponowała mi to 
ciocia  Nan.  Zostałam  w  domu,  by  pomóc  Willardowi  spłacić  dług  hipoteczny  —  choć 
obawiam  się,  Ŝe  nic  z  tego  nie  wyjdzie.  Pogodziłam  się  z  faktem,  Ŝe  nie  poślemy  Raya  do 
Akademii w Valley, nawet gdybym chodziła w tym samym płaszczu i kapeluszu cztery zimy 
z  rzędu.  Nie  narzekałam,  gdy  stryj  Joel  zamieszkał  z  nami,  Ŝeby  „być  blisko  dzieci  swego 
drogiego bratanka”. UwaŜałam za chrześcijański obowiązek przygarnięcie kuzynki Caroline, 
by  uratować  ją  przed  domem  opieki.  Ale  moja  cierpliwość,  a  co  gorsza  moje  meble, 
wyczerpały się. Nie mogę akceptować przyjazdu ciotki Józefiny na zimę, poniewaŜ nie mam 
gdzie jej umieścić. 

— Halo,  Sally,  co  się  stało?  —  spytał  Ray,  wchodząc  do  kuchni  z  ksiąŜką  w  ręku.  Raya 

trudno  było  spotkać  bez  ksiąŜki;  brał  je  nawet  do  łóŜka.  Taki  zdolny  chłopiec  i  nie  mógł 
studiować w college’u! Sara uwaŜała to za skandal wołający o pomstę do nieba. 

— Wyglądasz, ukochana siostruniu, jakby cię gryzło sumienie — dodał Ŝartobliwie. 
— Zostaw  moje  sumienie  w  spokoju  —  odparła  powaŜnie  Sara.  —  Mam  tu  coś 

specjalnego dla ciebie. Oto list od ciotki Józefiny! Pisze, Ŝe czuje się bardzo samotna. Jej syn 
wyjechał do Południowej Ameryki i wróci dopiero na wiosnę. Ciocia chce przyjechać do nas. 

— A dlaczego nie? — spytał pogodnie Ray, którego spokoju nic nie potrafiło zmącić. — 

Im nas więcej, tym weselej. 

— Rayu Sheldon! A gdzie ją ulokujemy? Nie mamy ani jednego wolnego pokoju. Dobrze 

o tym wiesz! 

— Nie mogłaby zamieszkać z kuzynką Caroline? 
Pokój jest za mały dla dwóch osób. W dodatku przeładowany rupieciami kuzynki Caroline. 

Ciotka Józefina na pewno przywiezie dwa kufry. Pomyśl trochę, mądralo! 

— A moŜe niebieski pokój od północy? 
— Masz  pomysły!  Niby  tak,  lecz  na  czym  ją  połoŜymy  spać?  A  inne  potrzebne  sprzęty? 

Ciocia spodziewa się gościnności, a kaŜemy jej zamieszkać w pustym pokoju? Zapomniałeś, 
Ŝ

e tam nie ma ani jednego mebla i ponadto nie znajdziemy centa, by cokolwiek kupić, nawet 

najtańszą rzecz. 

— No  to  się  poddaję  —  stwierdził  Ray.  —  Mógłbym  spróbować  rozwiązać  kwadraturę 

koła, lecz sprawa umieszczenia ciotki Józefiny wyraźnie przerasta moje moŜliwości. 

— Jest jedno wyjście, trzeba napisać do ciotki, uprzejmie i stanowczo, Ŝe nie moŜemy jej 

przyjąć wobec braku odpowiednich warunków. Ty napiszesz ten list, Ray. Tak uprzejmie, jak 
tylko potrafisz, ale przede wszystkim stanowczo. 

— AleŜ Sally, moja droga — zaprotestował Ray, nie mając najmniejszej ochoty na pisanie 

takiego listu. — Czy nie podejmujesz zbyt pochopnie decyzji? A gdzie zasady uprzejmości? 
Biedna ciocia czuje się zapewne bardzo samotna i zrozumiałe, Ŝe chce odwiedzić krewnych. 

— Nie  jesteśmy  jej  krewnymi  —  zawołała  Sara.  —  Nawet  najdalszymi.  Ona  jest  tylko 

przyrodnią siostrą przyrodniego brata mamy. Ładnie to brzmi, prawda? A w dodatku to nudna 
i wścibska kobieta. Będą się kłócić z Caroline, bo wszyscy się kłócą z kuzynką Caroline… 

— Z wyjątkiem Sary — przerwał Ray, ale Sara nie zwróciła uwagi na komplement. 
— I nie będziemy mieli przez  całą zimę ani minuty spokoju. A zresztą, nawet  gdybyśmy 

na upartego ją przyjęli, to gdzie? Po prostu, nie moŜemy nikogo zaprosić! 

— Mama była bardzo przywiązana do ciotki Józefiny — zauwaŜył z namysłem Ray. Sara 

otworzyła  usta,  gotowa  coś  wtrącić, ale  zamknęła je  bez słowa,  a  chłopiec  ciągnął  dalej:  — 

background image

Ciotka Józefina teŜ lubiła mamę. Cieszyła się, Ŝe jest zawsze mile widziana w Mapie Hollow. 
To przykre, Ŝe ty nie zwaŜając na tradycje, namawiasz mnie do napisania, Ŝe w Mapie juŜ nie 
ma dla niej miejsca. 

— Zostawię decyzję Willardowi — powiedziała szybko Sara. — Jeśli on powie, Ŝe ciotka 

ma  przyjechać,  niech  przyjeŜdŜa,  jeśli  nawet  Dorothy  i  ja  będziemy  zmuszone  koczować  w 
stodole. 

— Idę pogrzebać na strychu — oznajmił, pozornie bez związku z rozmową, Ray. 
— A  ja  przygotuję  podwieczorek  —  dodała  Sara.  —  Dorothy  zaraz  wróci  ze  szkoły  i 

słyszę, jak stryj Joel się porusza. Willard nie wróci przed zmrokiem, więc nie ma co na niego 
czekać. 

O  zmierzchu  Sara  postanowiła  wyjść  na  spotkanie  Willarda.  Często  robiła  to,  zwłaszcza 

gdy  był  poza  domem  cały  dzień.  UwaŜała,  Ŝe  nie  ma  na  świecie  drugiego  człowieka  tak 
dobrego i kochanego jak starszy brat. 

Zapadał  szary  listopadowy  wieczór;  klony  w  kotlinie  stały  nagie,  a  krzaki  głogu  wzdłuŜ 

ś

cieŜki pokrywał szron. Po południu spadło trochę śniegu i białe płaty leŜały tu i ówdzie na 

brązowej  ziemi.  Świat  wyglądał  ponuro  i  bezbarwnie.  Sara  westchnęła.  Za  długo  myślała  o 
ciemnej iStronie  Ŝycia. — Wszystko jest nie tak — szepnęła ze smutkiem. — Willard musi 
pracować  jak  niewolnik  i  mimo  największych  wysiłków  z  trudem  spłaca  hipotekę.  I  Ray 
powinien iść do college’u. Nie wiem jak sobie z tym poradzimy. Prawdę mówiąc, przygotuje 
się dopiero na przyszłą jesień, ale i wtedy nie będziemy bogatsi. śeby kupić ubrania i ksiąŜki, 
zapłacić  stancję  i  czesne,  trzeba  co  najmniej  sto  pięćdziesiąt  dolarów.  Gdyby  pobył  w 
Akademii  choć  rok,  potem  zarabiałby  na  dalsze  studia  korepetycjami.  Lecz  marzyć  o  stu 
pięćdziesięciu dolarach moŜemy z takim samym skutkiem jak o podróŜy na księŜyc. 

Sara  znowu  westchnęła.  Miała  osiemnaście  lat,  a  czuła  się  bardzo  staro.  Willard  miał 

dziewiętnaście  i  właściwie  nigdy  nie  był  młody.  Stracił  ojca  w  wieku  dwunastu  lat  i  od  tej 
pory  sam  gospodarował  na  farmie.  Właściwie  razem  z  Sarą,  bo  okazała  się  świetnym 
organizatorem. Matka zmarła dwa lata temu i naturalnie domowe obowiązki spadły na barki 
Sary. Czasami, w chwilach takich jak teraz, sytuacja niezmiernie jej ciąŜyła, ale rozmowa z 
Willardem  zawsze  dodawała  sił.  Willard  takŜe  miewał  chwile  depresji,  lecz  dzięki 
opatrzności, w innych terminach. Gdy jedno przeŜywało swój „dołek”, drugie podnosiło je na 
duchu. 

— Wszystko dziś w porządku, Saro? — spytał pogodnie Willard. 
— Przyszedł  list  od  ciotki  Józefiny  —  odparła  Sara,  chcąc  mieć  najgorsze  z  głowy.  — 

Zamierza  przyjechać  na  zimę  do  Mapie  Hollow.  Najpierw  pomyślałam,  Ŝe  po  prostu 
odwiedziemy ją od tego zamiaru. Później postanowiłam zostawić decyzję tobie. 

— CóŜ, w domu juŜ teraz jest ciasno — powiedział wolno Willard. — Lecz sądzę, Ŝe jeśli 

ciocia pragnie przyjechać, to powinniśmy ją przyjąć. Zawsze lubiłem ciocię Józefinę, mama 
zresztą teŜ. 

— Nie wiem, gdzie moglibyśmy ją ulokować. Nie mamy wolnego pokoju gościnnego. 
— Ray  i  ja  moŜemy  spać  na  stryszku  nad  kuchnią.  Ty  i  Dorothy  zajmiecie  nasz  pokój  i 

oddacie cioci swój. 

— Stryszek nie nadaje się do spania — zauwaŜyła Sara niechętnie. — Tam jest straszliwie 

zimno,  są  teŜ  myszy  i  szczury  —  brr!  Po  kilku  nocach  poogryzają  was do  kości.  Ale  skoro 
mamy  przyjąć  ciotkę  Józefinę,  to  nie  ma  innej  rady.  Powiem  Rayowi,  Ŝeby  do  niej  jutro 
napisał. Jedynie on zrobi to odpowiednio serdecznie. 

Willard  siedział  przy  kolacji,  gdy  przyszedł  Ray,  od  stóp  do  głów  omotany  pajęczyną. 

Oznajmił radośnie: — Rozwiązałem problem cioci Józefiny. Umeblujemy niebieski pokój! 

— Czym? — spytała z niedowierzaniem Sara. 

background image

— Pogrzebałem  trochę  na  strychu  i  w  schowku  nad  wozownią  znalazłem  interesujący 

skład  mebli.  Są  bardzo  stare  i  zakurzone,  dowodem  mój  wygląd.  Wymagają  mycia, 
polerowania i paru gwoździ, ale nadają się do uŜytku. 

— Zupełnie  zapomnieliśmy  o  tych  starociach  —  przyznała  Sara.  —  Nie  uŜywano  ich  za 

mej  pamięci  i  chyba  jeszcze  długo  przedtem.  Stoją  na  strychu  od  dawna,  zanim  mama  tu 
zamieszkała. Myślałam, Ŝe są połamane i bezuŜyteczne. 

— Wcale nie, w kaŜdym razie nie wszystkie. Wystarczy do umeblowania pokoju. W stylu 

raczej  staroświeckim,  lecz  nie  mamy  wyboru.  Na  strychu  jest  łóŜko  i  naroŜna  oszklona 
szafka,  dwa  solidne  fotele  i  bardzo  zabawna  komoda  z  wysuwanym  blatem.  Pełno  tam 
poŜółkłych listów i śmieci. Pod stertą starych dywanów znalazłem teŜ umywalkę, wieszak na 
ręczniki i przezabawny stoliczek na trzech nogach w kształcie lwich łap. Jedna odpadła, lecz 
chyba potrafię ją przymocować. Są dwa jeszcze starsze krzesła i dziwaczny owalny stolik z 
lustrzanym blatem. 

— JuŜ wiem — zawołała Sara w przypływie natchnienia. — Urządzimy niebieski pokój w 

staroświeckim  stylu.  Nie  wstawimy  tam  Ŝadnego  nowego  sprzętu.  Na  podłogę  dam  stary 
dywan mamy, zszywany z gał—ganków i cztery malutkie dywaniki, które dostałam od babci 
Sheldon,  i  mosięŜny  stary  świecznik,  i  tę  irlandzką  kapę  na  łóŜko.  Och,  jestem  pewna,  Ŝe 
ś

wietnie się zabawimy! 

Tak  teŜ  było.  Przez  tydzień  Sheldonowie  tłukli  młotkami,  kleili,  myli  i  naradzali  się. 

Niebieski  pokój  wyklejono  błękitną  tapetą  w  staromodny  wzór.  Na  podłodze  połoŜono 
dywaniki.  W  jednym  rogu  ustawiono  starannie  wyczyszczone  łóŜko,  stanowiące,  jak  się 
okazało,  piękny  mebel.  Na  umywalce  Sara  umieściła  starą  fajansową  miednicę  i  dzbanek, 
naleŜące niegdyś do babci. Ray naprawił stolik, który wyglądał jak nowy. Sara postawiła na 
nim mosięŜną tacę, dwa świeczniki i noŜyczki do przycinania knotów. Toaletka z ruchomym 
lustrem w ozdobnej ramie stanęła przy oknie, a naprzeciw niej stara komoda. Wniesiono takŜe 
szafę  i  stary  stojący  zegar  z  hallu,  a  nad  kominkiem  zawisły  dwa  fajansowe  talerze  z 
kobaltowym wzorem. Jeszcze wyŜej zaś makatka wyszyta przez babcię Sheldon, kiedy była 
jeszcze małą dziewczynką. 

— A wiecie — zauwaŜyła Sara, gdy stanęli na środku pokoju oglądając rezultat swej pracy 

— sądziłam, Ŝe pośmiejemy się z tego wszystkiego, ale nie mam na to ochoty. KaŜdy mebel 
pasuje  do  reszty  i  wyglądają  razem  szacownie  i  na  miejscu.  Są  takŜe  autentyczne. 
Przypuszczam teŜ, Ŝe stolik i komoda  to solidny mahoń. Popatrzcie na łóŜko, jest naprawdę 
piękne z tymi rzeźbami. Chyba ciocia Józefina nie będzie miała zastrzeŜeń? 

Ciocia Józefina nie miała. Z filozoficznym spokojem przyjęła do wiadomości, Ŝe w pokoju 

gościnnym mieszka kuzynka Caroline i jedynie północny pokój został wolny. 

— Och, nie martwcie się — oznajmiła, wyraźnie zdecydowana cieszyć się tym, co jest. — 

Stare meble są teraz w cenie, choć ja za nimi nie przepadam. Lubię rzeczy lŜejsze i weselsze. 
Ale  bogaci  ludzie  uganiają  się  za  antykami.  Znam  kobietę  w  Bostonie,  która  cały  dom 
umeblowała  starociami. Gdy  tylko usłyszy  o  jakimś  starym sprzęcie,  natychmiast  usiłuje  go 
kupić. To hobby drogo ją kosztuje. Na widok twego pokoju, Saro, wpadłaby w zachwyt. 

— Chcesz  powiedzieć,  ciociu,  Ŝe  są  ludzie,  co  kupują  stare  meble?  —  zapytała  z 

niedowierzaniem Sara. 

— Tak. I płacą za nie więcej niŜ za nowe. Ale cóŜ, świat roi się od róŜnych pomyleńców. 
Sara  z  trudem  przyzwyczajała  się  do  myśli,  Ŝe  stare  meble  mają  jakąś  wartość,  Ŝyła 

bowiem z dala od wielkiego świata z jego dziwactwami. Nie zapomniała jednak słów ciotki 
Józefiny. 

Zima  minęła.  Ciotka  Józefina  czuła  się  szczęśliwa  w  gościnie.  Co  o  tym  myśleli 

Sheldonowie, niech zostanie tajemnicą. W marcu wrócił jej syn i ciotka pojechała do domu. 
Przedtem  Sara  poprosiła  ją  o  adres  kobiety,  której  hobby  stanowiły  stare  sprzęty.  Tego 
samego  popołudnia  napisała  i  wysłała  list.  Przez  tydzień  wyglądała  bardzo  tajemniczo,  lecz 

background image

ani  Willard,  ani  Ray  nie  odgadli,  jaki  uknuła  spisek.  W  końcu  tygodnia  przyjechała  pani 
Stanton. 

Później pani Stanton wielokrotnie mówiła, Ŝe sam widok niebieskiego pokoju wprawił ją w 

osłupienie i zachwyt. Takie odkrycie! ŁóŜko z rzeźbionymi oparciami, stolik na lwich łapach, 
stara ceramika! MoŜna mówić o prawdziwym szczęściu! 

Kiedy  Willard  i  Ray  wrócili  na  podwieczorek,  Sara  siedziała  na  schodach,  licząc  cudem 

zdobyte bogactwo. 

— Sally, gdzie znalazłaś zaginiony skarb? — spytał Ray. 
— Była dzisiaj pani Stanton z Bostonu — odparła Sara szczęśliwa do upojenia. — Zbiera 

stare  meble.  Sprzedałam  jej  wszystko,  co  wstawiliśmy  do  niebieskiego  pokoju,  oprócz 
dywanika mamy i makatki babci Sheldon. Nie mogłam się z nimi rozstać. — Sara podniosła 
dramatycznym gestem ręce pełne banknotów. — Oto dwieście pięćdziesiąt dolarów. Otworzą 
ci, Rayu, jesienią drzwi Akademii. 

— To nie w porządku — zaoponował z wypiekami na twarzy Ray. — Ty i Will… 
— Will i ja uwaŜamy, Ŝe musisz je przyjąć — odparła Sara. — Chcemy, abyś studiował w 

college’u.  Gdy  dostałam  te  pieniądze,  kamień  spadł  mi  z  serca.  Poza  tym  do  ciebie  jako 
znalazcy naleŜała większość mebli i ty pierwszy oddałeś głos za przyjęciem cioci Józefiny. 

— Oczywiście,  Rayu,  przyjmiesz  je  —  poparł  siostrę  Willard.  —  Sprawisz  nam 

największą przyjemność. I pomyśleć, Ŝe to wszystko dzięki ciotce Józefinie! 

background image

D

LACZEGO PAN 

C

ROPPER ZMIENIŁ ZDANIE

 

1903 

 
A więc, panno Maxwell, jak dziś pani poszło? — spytał uprzejmie pan Baxter, gdy nowa 

nauczycielka podeszła do stołu. Była to szczupła, niezbyt ładna dziewczyna, ale za to pełna 
zapału. Pan Baxter był zadowolony, lubił jej „styl”, jak to określał. 

W okręgu Maitland rozpoczął się letni semestr. Esther Maxwell była tu obca, lecz zdolna i 

ś

wiadoma  swoich  moŜliwości.  Uśmiechnęła  się  promiennie  do  pana  Baxtera.  —  Zupełnie 

dobrze jak na początek. Dzieci wydają się bystre, chętne i dość łatwe do opanowania. 

Pan  Baxter  potwierdził.  —  W  tej  szkole  nie  ma  złych  dzieci,  no  moŜe  z  wyjątkiem 

Cropperów. Ale i oni potrafią zachować się właściwie, jeśli tylko zechcą. Domyślam się, Ŝe 
dzisiaj ich nie było? 

— Nie. 
— CóŜ, panno Maxwell, muszę panią uprzedzić; z tymi chłopcami moŜe mieć pani trochę 

kłopotów. Lecz stare porzekadło mówi: „ostrzeŜony — uzbrojony”. Pan Cropper sprzeciwiał 
się zatrudnieniu pani w szkole. Oczywiście nie z jakichś osobistych powodów. Jest po prostu 
przeciwny nauczycielkom i za nic na świecie nie zmieni zdania. Twierdzi, Ŝe nauczycielki nie 
potrafią  utrzymać  dyscypliny.  WyraŜał  swoją  niechęć  dość  otwarcie  i  jego  chłopcy  o  tym 
wiedzą.  Wiedzą  teŜ,  Ŝe  poprze  ich,  bez  względu  na  to  co  zrobią.  Cropper  jest  sprytny  i 
przebiegły, trudno go przygwoździć. 

— Czy ci chłopcy są duzi? — spytała Esther zaniepokojona. 
— Tak. Trzynaście i czternaście lat i do tego nad wiek wyrośnięci. Kłopot w tym, Ŝe ich 

pani nie wychłosta. MęŜczyzna mógłby, ale pani się wywiną. Będzie z nimi moc problemów. 
A moŜe zechcą sprawować się jak naleŜy? 

W skrytości ducha pan Baxter nie miał nadziei, lecz Esther bardzo na to liczyła. Nie mogła 

uwierzyć, by pan Cropper mógł przenosić osobiste uprzedzenia na szkolny grunt. Przekonała 
się o tym, gdy nazajutrz spotkał ją w drodze do domu i zaproponował podwiezienie, j Był to 
duŜy,  przystojny  męŜczyzna  o  ujmujących  manierach.  Z  wielkim  zainteresowaniem 
wypytywał ją o pracę w szkole, wyraŜał nadzieję, Ŝe da sobie radę i przyznał,  Ŝe jest ojcem 
dwóch młodych hultajów, których niebawem przyśle na lekcje. Esther poczuła ulgę. — Pan 
Baxter pewnie trochę przesadził — pomyślała. 

— Śliwa  pani  Charley  ugina  się  w  tym  roku  od  owoców  —  zauwaŜył  i  pan  Baxter 

wieczorem  przy  herbacie.  —  Przechodziłem  dzisiaj  tamtędy,  wracając  z  lasu.  Będą  na  niej 
pudy śliwek. 

— Nie sądzę, aby biedna pani Charley dostała z tego o jedną więcej niŜ zwykle — odparła 

z oburzeniem pani Baxter. — To po prostu skandal! Bardzo bym chciała, choć raz przyłapać 
tych Cropperów na gorącym uczynku. 

— AleŜ, Mary, nie ma Ŝadnych dowodów przeciwko nim — zaoponował jej małŜonek. — 

Nie powinnaś takich oskarŜeń opowiadać publicznie. 

— Dobrze  wiem,  Ŝe  to  oni  —  odparowała  pani  Baxter  —  i  ty  wiesz  o  tym  takŜe, 

Adoniramie.  I  pani  Charley  wie,  jakkolwiek  nie  moŜe  niczego  udowodnić,  a  szkoda!  Nie 
mówię,  Ŝe  to  Isaac  Cropper  osobiście  kradnie  śliwki.  Lecz  on  wie,  kto  to  robi  i  wszystkie 
trafiają do słoików Mehitable Cropper — nie ma wątpliwości! 

— Widzi pani, panno Maxwell, to śmieszna trochę historia — zaczął pan Baxter. — MąŜ 

pani Charleyowej Cropper był bratem Isaaca. Obaj  Ŝyli ze sobą nie najlepiej i kiedy Charley 
zmarł, doszło do okropnej awantury o spadek. Isaac zachowywał się złośliwie i skandalicznie 
przez cały czas. Opinia publiczna do tej pory nie moŜe mu wybaczyć… Ale pani Charley nie 
w ciemię bita i udało mu się zagarnąć mniej niŜ oczekiwał. O jeden kawałek ziemi toczono 

background image

szczególny spór. LeŜał między obu farmami i przyznano go wdowie. TuŜ przy linii podziału 
rośnie wielka śliwa. Jest to chyba najpiękniejsza śliwa w Maitland, ale pani Charley dotąd nie 
zebrała z niej ani jednego owocu. 

— A co się z nimi dzieje? — spytała zaciekawiona Esther. 
— Znikają  —  odparł  pan  Baxter,  znacząco  kiwając  głową.  —  W  porze dojrzewania  pani 

Charley  odkrywa  pewnego  ranka  ogołocone  drzewo.  Dotąd  nie  zdobyła  najmniejszego 
dowodu,  co  do  sprawcy.  Gdyby  tak  było,  potrafiłaby  zalać  mu  sadła  za  skórę.  Lecz,  nikt  w 
Maitland nie ma cienia wątpliwości, Ŝe Isaac Cropper wie, gdzie znikają śliwki. 

— Nie sądzę, by pan Cropper mógł kraść — zaprotestowała Esther. 
— CóŜ, on nie uwaŜa tego za kradzieŜ. Traktuje ziemię, a tym samym i drzewo, jak swoje. 

Poza  tym  z  całego  serca  nienawidzi  pani  Charley.  Dałbym  wiele,  Ŝeby  zobaczyć  starego 
grzesznika na miejscu przestępstwa, ale na to jest za sprytny. 

— Baxterowie  zbyt  surowo  oceniają  pana  Croppera  —  powiedziała  sobie  Esther  po 

kolacji. — Na pewno są do niego uprzedzeni. Lecz miesiąc później zmieniła zdanie. W tym 
czasie obaj Cropperowie zaczęli chodzić do szkoły. 

Początkowo  Esther  była  skłonna  ich  polubić.  Urodziwi  i  układni,  a  do  tego  inteligentni. 

Przez kilka dni wszystko szło dobrze i Esther odetchnęła z ulgą. 

Niebawem  jednak  w  szkole  dał  o  sobie  znać  duch  niesubordynacji  i  Esther  okazała  się 

bezsilna. Cropperowie nigdy otwarcie nie wystąpili przeciw niej, ale robili dokładnie to, na co 
mieli  ochotę.  Inni  uczniowie  brali z  nich  przykład  i  w  rezultacie  po  miesiącu  biedna  Esther 
całkowicie  straciła  kontrolę  nad  swoim  małym  królestwem.  Słyszano  skargi  niektórych 
podatników i nawet pan Baxter zaczynał mieć wątpliwości. 

Esther  zdawała  sobie  sprawę,  Ŝe  jeśli  nie  zdoła  odzyskać  autorytetu,  będzie  zmuszona 

złoŜyć  rezygnację.  Do  szału  doprowadzał  ją  ten  nieuchwytny  system  oporu,  jaki 
zorganizowali młodzi Cropperowie. 

Pewnego  dnia  postanowiła  iść  do  samego  pana  Croppera  i  odwołać się  do  jego  poczucia 

sprawiedliwości. To był szczególnie trudny dzień. Pod jej nieobecność ustawiono piramidę z 
ławek,  pozamieniano  ksiąŜki  i  zeszyty  i  dokonano  innych  jeszcze  psot.  KaŜdy  z  uczniów 
zaprzeczał  i  nie  potrafił  podać  sprawców.  Cropperowie  niewinnie  patrzyli  prosto  w  oczy  i 
traktowali  ją  z  obłudną  galanterią.  Wiedziała,  Ŝe  są  winni  i  wyobraŜała  sobie,  jakie  to 
przesadne opisy zajścia rozniosą się po okolicy. Myśląc o tym, miała ochotę usiąść i zapłakać. 
Lecz zacisnęła tylko usta, pomogła dzieciom przywrócić porządek i po lekcjach wybrała się 
do domu Isaaca Croppera. 

Właśnie wrócił od Ŝniw i wyglądał wytwornie nawet w roboczym ubraniu. Po serdecznym 

powitaniu zaczął prowadzić swobodną rozmowę o pogodzie. Esther nie dała się odwieść od 
właściwego tematu, chociaŜ czuła, Ŝe stopniowo opuszcza ją odwaga. 

— Przyszłam  w  sprawie  Alberta  i Roberta,  panie  Cropper  —.  oznajmiła.  —  Chłopcy nie 

zachowują się odpowiednio. 

— CzyŜby? — głos pana Croppera wyraŜał wielkie zaskoczenie. — To dziwne. Nigdy nie 

słyszałem, by chłopcy sprawiali kłopot nauczycielom. Co zrobili tym razem? 

— Nie słuchają moich poleceń — odparła Esther słabym głosem. 
— Proszę  wybaczyć,  panno  Maxwell,  ale  czy  nauczyciel  nie  powinien  wymusić 

posłuszeństwa? Moi synowie są pełni temperamentu i trzeba im silnej i pewnej ręki. Zawsze 
popierałem zatrudnianie męŜczyzn na tym stanowisku. Wtedy panowałby w szkole porządek. 
Nie mam nic prywatnie przeciwko pani. Byłbym rad, gdyby się pani powiodło, lecz słyszałem 
ostatnio skargi na brak dyscypliny w klasie. 

— Nie  miałam  kłopotów,  dopóki  nie  pojawili  się  pana  synowie  —  odparowała  Esther, 

tracąc  panowanie  nad  sobą.  —  I  gdyby  pan  okazał  chęć  współpracy  ze  mną,  poradziłabym 
sobie z nimi. 

background image

— No cóŜ, łaskawa pani — odparł pan Cropper. — Posyłając chłopców do szkoły liczyłem 

na to, Ŝe nauczycielka potrafi wykonać tę pracę, do której się zobowiązała. 

— Więc odmawia pan pomocy? — spytała Esther drŜącym głosem. 
— Droga,  młoda  damo,  cóŜ  mogę  zrobić?  Chłopcy  doskonale  orientują  się,  na  co  mogą 

sobie pozwolić. Nie wątpię, Ŝe uda się pani znaleźć pracę w innej szkole, gdzie będzie łatwiej. 
Ale  tutaj  potrzebujemy  twardej  ręki.  JuŜ  pani  odchodzi?  Pani  Cropper  zaraz  przyniesie  coś 
orzeźwiającego do picia. Przyda się po spacerze. 

— Nie, bardzo dziękuję — odrzekła biedna Esther. Czuła, Ŝe musi natychmiast odejść, by 

zachować  resztki  godności.  Przytłaczały  ją  te  niebieskie,  zimne  jak  stal  oczy.  Wróciła  do 
domu, zamknęła się w pokoju i wybuchnęła płaczem. — Nie pozostało mi nic innego, tylko 
złoŜyć rezygnację — myślała zrozpaczona. 

W  następną  sobotę  Esther  wybrała  się  na  spacer  z  aparatem  fotograficznym.  Był  piękny, 

jesienny  dzień.  Lasy  i  pola  kąpały  się  w  słońcu  i  delikatnej  mgiełce.  Esther  szła  na  przełaj 
łąkami do pani Charleyowej Cropper z wizytą. Zastała dom zamknięty i najwidoczniej pusty. 
Obeszła go dokoła i ruszyła dalej przed siebie. Za kępą klonów i gąszczem młodych drzewek 
znajdowało się pole, a na nim uginając się pod cięŜarem owoców stała słynna  śliwa. Esther 
patrzyła przez chwilę na drzewo, a potem jej twarz rozjaśnił przekorny  uśmiech i uniosła w 
górę swego kodaka. 

W poniedziałek wieczorem ponownie udała się do pana Croppera. Po wstępnych uwagach, 

które go rozbawiły, nadmieniła, Ŝe sobota była pięknym dniem. 

— Miałam  doskonałe  światło  do  fotografowania.  Na  szczęście  udało  mi  się  zrobić  dobre 

zdjęcie. Przyniosłam panu na dowód. Sądzę, Ŝe pana zaciekawi. — PołoŜyła na stole zdjęcie, 
na  którym  widać  było  wyraźnie  drzewo.  Bob  i  Alf  Cropperowie  siedzieli  na  gałęziach  i 
zrywali śliwki, a na ziemi stał ich ojciec z koszykiem w ręku. 

Pan  Cropper  patrzył  w  milczeniu.  Oczy  mu  pociemniały  i  odezwał  się  wyzywającym 

tonem: — Te śliwki prawnie naleŜą do mnie! 

— Bardzo  moŜliwe  —  odparła  chłodno  Esther.  —  Lecz  nie  wszyscy  tak  myślą.  Na 

przykład pani Charley. Chętnie by zobaczyła ten „dowód”. 

— Proszę jej nie pokazywać — zawołał gorączkowo pan Cropper. 
— PrzecieŜ  mówię,  Ŝe  śliwki  są  moje!  Zmęczyły  mnie  te  ciągłe  wojny  i  pozwolę  jej 

zbierać  owoce.  To  w  końcu  taki  drobiazg!  A  jeśli  chodzi  o  tę  sprawę,  o  której  mówiliśmy 
…Wie pani, panno Maxwell, przemyślałem wszystko jeszcze raz i przyznaję, Ŝe zachowałem 
się nierozsądnie. Porozmawiam z Alfredem i Robertem. 

— Doskonale  —  odparła  spokojnie  Esther.  —  Sprawa  śliwek  mnie  nie  interesuje.  Nie 

zamierzam  wtrącać  się  w  rodzinne  waśnie.  Zwłaszcza  Ŝe  pozwoli  pan  cieszyć  się  pani 
Charley jej własnymi śliwkami. Co do spraw szkolnych, to mam nadzieję, Ŝe sytuacja zmieni 
się na lepsze. 

— Czy zostawi mi pani zdjęcie? — spytał niepewnie pan Cropper. 
— Och, oczywiście — uśmiechnęła się Esther. — Mam przecieŜ negatyw! 
Od  tego  dnia  młodzi  Cropperowie  zachowywali  się  wzorowo.  Inne  niespokojne  duchy 

pozbawione  przywódców  szybko  ucichły.  Skargi  ustały  i  pod  koniec  semestru  odnowiono  z 
Esther kontrakt. 

— Jakim cudem przeciągnęłaś starego Croppera na swoją stronę? — zainteresował się pan 

Baxter wieczorem przy kolacji. — Mówił na zebraniu, Ŝe jesteś najlepszą nauczycielką, jaką 
dotąd mieliśmy i proponował, by ci podwyŜszyć pensję. Nie spodziewałem się, Ŝe doczekam 
chwili, kiedy Isaac zmieni swoje zdanie. 

Esther  uśmiechnęła  się.  Dobrze  wiedziała,  Ŝe  zmiana  opinii  pana  Croppera  dokonała  się 

pod pewną presją, ale zachowała tę informację dla siebie. 

background image

P

ANNA MŁODA CZEKA

 

1932 

 
Była niedziela i Susan nie poszła do college’u. ToteŜ nic nie odrywało jej myśli od smutnej 

rzeczywistości. Dziś właśnie przypadała trzydziesta rocznica urodzin i tego faktu nie dało się 
zmienić! 

Ciotce  Adzie  najwidoczniej  wyleciało  to  z  głowy,  choć  przy  śniadaniu  nie  omieszkała 

wypomnieć  Susan  kilku siwych  włosów.  To  było  w  stylu  ciotki!  Kiedy  Susan  pierwszy  raz 
zobaczyła  srebrne  nitki  w  pięknych  ciemnych  splotach,  wmówiła  sobie,  Ŝe  to  rzecz  bez 
znaczenia.  Nic  się  nie  liczyło,  odkąd  przed  laty  otrzymała  telegram  z  krótką  i  straszliwą 
wieścią o śmierci Vernona Darby pod Vimy Ridge. Włosy mogły sobie osiwieć, stać się szare 
i bez blasku, jak Ŝycie które wiodła. Dlaczego więc czuła przykrość z powodu urodzin? 

Nawet  Ellery  o  nich  zapomniał.  Pierwszy  raz  nie  przysłał  róŜ.  A  moŜe  chciał  być 

taktowny.  Sądził,  Ŝe  kobiecie  nie  naleŜy  przypominać  nawet  bukietem  róŜ  o  skończonych 
trzydziestu latach. Nie ma zamiaru zaprzątać sobie tym głowy. Nikogo przecieŜ nie obchodzi, 
czy  nauczycielka języków obcych  w  college’u  Clement  ma  trzydzieści  albo  pięćdziesiąt  lat, 
dopóki dobrze pracuje. 

Próbowała wmówić sobie, Ŝe zawsze szczyciła się zdrowym rozsądkiem, lecz ta perswazja 

nie pozwalała zapomnieć o osiągniętym wieku. Takie maleńkie ukłucie doskwierało gdzieś w 
głębi serca. Trzydzieści lat to duŜo więcej niŜ dwadzieścia dziewięć i brzmi zbyt dostojnie. I 
trzeba jakoś przeŜyć tę resztę Ŝycia. Do tego w roli skromnej nauczycielki języków, uczącej 
dziewczęta, którym języki — współczesne czy dawne — potrzebne są wyłącznie do rozmów 
o chłopcach. Susan rzadko myślała tak o swych uczennicach, ale widać trzydziestka zmienia 
człowieka na gorsze. 

Rocznica  urodzin,  jak  nadciągający  kataklizm,  dręczyła  ją  od  ładnych  paru  tygodni. 

Zastanawiała się, czy nie byłoby rozsądniej przyjąć oświadczyny Ellery’ego. Ellery zgodnie z 
ustalonym  zwyczajem  oświadczał  się  co  roku  w  dniu  jej  urodzin.  Ona  zaś  usiłowała  go 
przekonać, Ŝe zawsze pozostanie wierna pamięci Vernona Darby. A teraz… CóŜ, będzie dalej 
wierna, na swój sposób, jak ktoś kiedyś powiedział. Trudno się dziwić, Ŝe oboje próbują jak 
najlepiej przejść wspólnie przez  Ŝycie. Byli dobrymi przyjaciółmi jeszcze w szkole  średniej. 
Sądziła,  Ŝe  nie  zdoła  obdarzyć  go  miłością.  Tę  pochowano  gdzieś  we  Francji,  ale  przecieŜ 
szacunek,  przyjaźń  i  zrozumienie  wiele  znaczą.  Jeśli  to  mu  wystarczy,  to  wyjdzie  za  niego. 
UwaŜała,  Ŝe  Ellery  powinien  docenić  namiastkę  uczucia  i  być  wdzięczny.  A  ona  będzie 
zadowolona, jeśli go uszczęśliwi. Oczywiście, sama juŜ nikogo nie pokocha. 

Ellery  Boyden  zjawił  się  późnym  wieczorem  i  nie  przyniósł  kwiatów.  Susan  zauwaŜyła, 

jak  nadchodził  z  podskakującym  wesoło  Banjo;  widocznie  wizyta  stanowiła  tylko 
zakończenie  wieczornego  spaceru.  Westchnęła,  prosząc  w  myśli  Vernona  o  przebaczenie  i 
ruszyła na spotkanie przeznaczenia i Ellery’ego. 

Godzinę  później  Susan  czuła,  Ŝe  zawiodła  się  w  swoich  oczekiwaniach.  Ellery  nie 

wykazywał najmniejszego zainteresowania oświadczynami. Siedział wygodnie w ulubionym 
fotelu  i  opowiadał  zabawne  historyjki.  Banjo,  wesoły  mały  psiak,  leŜał  u  stóp  Susan  z 
pyszczkiem na jej bucie. Bardzo lubiła Banjo, ale czas płynął i coraz mocniej pragnęła, aby 
sobie poszedł gdzie indziej. 

Nagle Ellery umilkł. Susan trochę się oŜywiła. MoŜe w końcu podjął decyzję? 
Pierwsze sygnały juŜ znała. Ellery chrząknął, wyprostował się i załoŜył nogę na nogę. Jak 

dotąd  wszystko  było  na  najlepszej  drodze.  Lecz  dlaczego  się  denerwował?  Susan  nigdy  nie 
widziała go tak zaniepokojonego przed ceremonią oświadczyn. CzyŜby i on czuł, Ŝe sprawy 
zbyt długo szły swoim trybem i nadeszła pora nieodwołalnych postanowień? 

background image

— Właściwie  to  chciałem  prosić  cię  o  przysługę  —  zaczął  wreszcie  Ellery  niepewnym 

głosem. — Wielką… przysługę. 

To było coś nowego i Susan nadstawiła uszu, ale wciąŜ siedziała nieporuszona. — Zrobię 

dla ciebie wszystko, co w mojej mocy — odparła uprzejmie. 

— Och, naturalnie. Właściwie jesteś do tego stworzona. Masz taki dobry gust. 
CzyŜby  zamierzał  ją  prosić,  by  wybrała  mu  krawat?  Wstęp  nie  zapowiadał  oświadczyn. 

Susan drgnęła i Banjo zaskomlał przez sen. 

— Ja…  ja  kupiłem  dom  —  oznajmił  Ellery  z  trudem.  Coś  wprawiało  go  w  okropne 

zakłopotanie. — I chciałbym… to jest… mam prośbę… Ŝebyś… jeśli moŜesz… pomogła mi 
go urządzić. 

A więc jednak oświadczyny! Susan uśmiechnęła się ukradkiem. Tym razem przynętą jest 

dom.  Zabawne.  Ellery,  kochane  biedactwo,  kupujący  dom!  Jakby  mogła  zaślubić  go  ze 
względu na dom! I pewnie uwaŜa, Ŝe jest niezwykle sprytny. A tu podstęp niepotrzebny, bo 
zdecydowała się wyjść za niego z innych, wznioślejszych powodów. 

— Wiesz,  Ellery  —  powiedziała  powoli  —  nie  znam  się  na  urządzaniu  domów.  Mogę 

wszystko  popsuć.  Połączę  na  przykład  styl  wiktoriański  z  modernistycznym  i  stworzę  ci 
niezły koszmarek. MoŜesz to sobie wyobrazić? — Susan nie miała zamiaru poddać się zbyt 
łatwo… I na pewno nie za cenę domu. Ellery musi zrozumieć, Ŝe nie da się nabrać na takie 
chwyty. — Poza tym mój gust moŜe nie odpowiadać… pani tego domu. 

— Och, z pewnością będzie. — Ellery oŜywił się bardziej niŜ zwykle. — Wiem, Ŝe Juanitę 

zachwyci wszystko, co wybierzesz. 

Juanitę! Susan wyciągnęła nogę i Banjo się obudził. Spojrzał na nią z wyrzutem, a potem 

wstał i usiadł obok pana. 

— Kto to jest Juanita? — zapytała Susan nie swoim głosem. 
— Moja  przyszła  Ŝona  —  rzucił  nonszalancko  —  Juanita  Vaughan.  Poznałem  ją,  gdy  w 

ostatnie BoŜe Narodzenie pojechałem do domu. Ona… Ona jest aniołem. 

— Przypuszczam — Susan miała dość czasu, Ŝeby dojść do siebie po… cóŜ, to był piorun 

z jasnego nieba. KaŜdego zaskoczyłaby podobna wiadomość. Roześmiała się słabo. Nieczęsto 
się śmiała, ale za to bardzo ładnie. Teraz zabrzmiało to jakoś głucho, lecz w tym stanie ducha 
Ellery nie zauwaŜył zmiany. — To prawdziwy urodzinowy prezent, mój drogi. 

— Och…  rzeczywiście!  Dziś  są  twoje  urodziny  —  zauwaŜył  zmieszany  Ellery.  — 

Zapomniałem… kupowałem dom… bardzo przepraszam. 

— Nie  ma  za  co  —  odrzekła  łaskawie  Susan.  —  Trudno  w  takich  okolicznościach 

pamiętać o urodzinach, W moim wieku takie zapomnienie jest mile widziane. Jeśli zaś idzie o 
nowinę,  to…  sprawiła  mi  przyjemność.  Jako  stara  przyjaciółka  Ŝyczę  ci  wiele  szczęścia. 
Mogłeś jednak — uwaŜam — powiedzieć mi o tym wcześniej. 

— Właściwie  nie  było  o  czym  mówić…  aŜ  do  niedawna…  Podjęliśmy  decyzję  dopiero 

kilka  dni  temu.  Jesteś  pierwszą  osobą,  która  o  tym  słyszy.  Wiedziałem,  Ŝe  będziesz 
zadowolona  z  tego,  iŜ  nie  trwam  bez  końca  w  swym…  uporze.  Pozostaniemy  na  zawsze 
dobrymi kompanami, prawda? 

— Naturalnie. Nie wyobraŜam sobie, aby mogło być inaczej — odparła Susan z godnością. 
— A Juanita…? Zaprzyjaźnisz się z nią, zgoda? Jest taka młoda. Zupełne dziecko. 
— Na pewno staniemy się sobie bardzo bliskie. 
— Spodziewałem się tego po tobie — powiedział z triumfem Ellery. — Jesteś kochanym, 

starym druhem, na którym moŜna polegać. Jeśli chodzi o dom… PomoŜesz mi, dobrze? 

— Zobaczę,  co  się  da  zrobić  i  jeśli  uznasz,  Ŝe  Juanita  zaakceptuje  mój  gust…  Czyj  dom 

kupiłeś? 

— Ten na wzgórzu, naleŜący do Dana Weavera… Wiesz… Koci Grzbiet. 
Tak, Susan wiedziała. Oboje z Ellerym przechodzili  koło niego podczas jednej z pieszych 

wędrówek  i  wprost  ją  zachwycił.  Zawsze  lubiła  ładne  domy.  Dotąd  mieszkała  w  wielkim, 

background image

okropnym choć dostatnim domu ciotki Ady, stojącym na gołym placu i nienawidziła go. Ale 
dom  Dana  Weavera…  Koci  Grzbiet  —  Dan  nazwał  go  tak  z  powodu  stromego  urwiska  na 
tyłach posesji. Pociągał ją od pierwszego wejrzenia i tak byłoby przyjemnie… A teraz musi 
urządzać go dla Juanity. 

— Przystąpiłem  natychmiast  do  kupna,  gdy  tylko  Juanita  obiecała  wyjść  za  mnie  — 

ciągnął  Ellery.  —  Ja…  ten  dom  wprost  jest  dla  niej  stworzony.  Och,  Susan,  jaka  to  piękna 
dziewczyna! 

— Jestem pewna, Ŝe nie wybrałbyś innej — odparła Susan z jeszcze większą łaskawością. 

Ani jej, ani pewnie Ellery’emu nie przyszło do głowy, Ŝe właśnie obdarzyła się znakomitym 
komplementem. — Jak ona wygląda? To znaczy, jaki przedstawia typ? To waŜne, skoro mam 
dla  niej  urządzać  dom,  A  nie  lepiej  poczekać  do  ślubu,  by  sama  zajęła  się  tym?  Nie 
dopuściłabym, Ŝeby ktokolwiek wyręczył mnie w takiej przyjemnej czynności. 

— No  tak,  ale  widzisz,  Juanita  jest…  inna  —  zauwaŜył  Ellery  z  rozmarzeniem.  —  Jest 

jedynaczką…  zawsze  wszystko  robiono  za  nią…  pochodzi  z  tych  Vaughanów  z  Edgetown, 
wiesz  o  kim mówię.  Nie  ma  w  sobie  zaradności.  —  Tu  Susan  drgnęła. —  I  nie  chcę  nuŜyć 
młodej główki przyziemnymi sprawami. Wymarzyłem sobie, Ŝe gdy przyjedzie, dom będzie 
gotowy. 

— Zapewne przeniesiesz ją przez próg — wtrąciła Susan z odrobiną sarkazmu w głosie. 
— Tak, właśnie tak — zgodził się z prostotą Ellery. — Nie sprawi mi to trudności… ona 

jest  taka  dziewczęca.  A  jak  wygląda?  No  cóŜ,  z  takim  imieniem  powinna  być  śniada  i 
czarnowłosa,  lecz  w  rzeczywistości  jest  jasna  jak  blask  księŜyca.  Ma  lśniące  blond  włosy  i 
łagodne  zielone  oczy…  Nigdy  nie  widziałem  równie  pięknych  oczu,  dopóki  nie  poznałem 
Juanity. To taka nieśmiała, eteryczna istota o twarzy Madonny. 

— I  mam  umeblować  dom,  by  wnętrze  do  niej  pasowało?  —  zapytała  Susan  z  udawaną 

troską. — A kiedy… hm, kiedy odbędzie się ślub? 

— Mam nadzieję, Ŝe pod koniec sierpnia. To pozwoli nam spędzić miesiąc w Muskoka. 
— A teraz mamy połowę maja. Trzy miesiące. Dobrze, zrobię, co się da. 
— Dziękuję  ci.  —  Ellery  wstał  z  wyraźną  ulgą.  —  Zdjęłaś  mi  wielki  cięŜar  z  serca. 

Chodźmy, Banjo. 

Susan  po  kilku  spędzonych  w  samotności  minutach  wbiegła  po  schodach,  śpiewając. 

Ciotka Ada wyjrzała ze swego pokoju. — Co się stało, moje dziecko? 

— Stało się? AleŜ nic się nie stało. Po prostu śpiewam. 
— PrzecieŜ śpiewasz tylko wtedy, gdy coś cię trapi. 
— Nic  mnie  nie  trapi.  Absolutnie  nic.  Jestem  uradowana  i  podekscytowana.  Mam  przed 

sobą pracowite, pełne radości lato. Obiecałam Ellery’emu Boydenowi urządzić dom dla jego 
przyszłej  Ŝony…  pochodzącej  z  Vaughanów  z  Edgetown.  Znasz  ich  chyba?  Kto  by  nie 
ś

piewał, mając coś takiego w perspektywie? 

— Ba — rzekła pocieszająco ciotka Ada — w morzu pływa niejedna ryba… 
Susan  zatrzasnęła  drzwi.  Nie  ma  sensu  sprzeczać  się  z  ciotką.  Ona  nie  wierzy,  Ŝe  serce 

Susan zostało pogrzebane na polu bitwy we Francji. Podeszła do lustra i popatrzyła uwaŜnie. 
Nie, w niczym nie przypomina Juanity. Jest wysoka i ciemnowłosa… na razie. I raczej trudno 
byłoby  ją  przenieść  przez  próg.  Ale  czy  jej  wyniosła  postawa  nie  zaczyna  tracić  na 
atrakcyjności? 

— Ellery  ma  trzydzieści  pięć  lat  i  Ŝeni  się  z  dzieciakiem  —  mruknęła  pogardliwie.  — 

Najwidoczniej  profesor  ekonomii  i  socjologii  w  college’u  Clement  stracił  rozsądek.  CóŜ, 
ś

miej  się,  Susan.  To  odpowiedni  moment  do  sprawdzenia  twego  sławetnego  poczucia 

humoru.  Czekasz  w  trzydziestą  rocznicę  urodzin  na  oświadczyny,  a  tu  rzekomy  konkurent 
przychodzi  i  proponuje  umeblowanie  domu  dla  jego  jasnowłosej,  eterycznej  panny  młodej. 
Wiesz, Susan, to doskonały temat satyrycznego komiksu. 

 

background image

*

 

*

 

 
— Podobało  mi  się  wiele  domów  —  powiedział  Ellery.  —  Lecz  gdy  zobaczyłem  ten, 

natychmiast  zapragnąłem  go  mieć.  Pamiętasz  wieczór  przed  rokiem,  gdy  zbieraliśmy 
pierwiosnki, wracając do domu na skróty? Wtedy jednocześnie spojrzeliśmy w tamtą stronę. 

— Zawsze chciałam… kochałam biało—zielone domy — dodała Susan marząco. 
Dom  zwany  Kocim  Grzbietem  okazał  się  jeszcze  bardziej  uroczy,  niŜ  pamiętała  z 

ubiegłego  roku.  A  domy  mające  własny  czar  zawsze  wprawiały  Susan  w  podniecenie,  bo 
zdarzały się tak rzadko. Co za widok! U stóp wzgórza rozciągało się miasto, po lewej stronie 
tereny  college’u…  piękna  wieŜa  z  biblioteką  między  włoskimi  topolami.  Z  prawej  strony 
falujące wzgórza. 

— Niektóre doliny są wyjątkowe — usłyszała głos Ellery’ego. — Sam ich widok sprawia 

przyjemność. Ta naleŜy do szczególnie uroczych. Ale jedno drzewo trzeba ściąć. Jak sądzisz? 

— Piękny klon… och, nie rób tego — zawołała Susan, która kochała drzewa. 
— Psuje widok — tłumaczył się Ellery. 
— SkądŜe.  Zobacz,  ile  piękna  i  romantycznego  nastroju  dodaje  temu  zakątkowi.  Jestem 

pewna, Ŝe Juanita je pokocha. 

Tak  naprawdę,  to  Susan  wcale  nie  była  tego  pewna.  Dręczyło  ją  przeczucie,  Ŝe  ta 

zielonooka istota nigdy nie pokocha Ŝadnego drzewa. 

Ale  Ellery  takich  wątpliwości  nie  miał.  —  Tak  i  ja  sądzę.  Zostawmy  je  więc.  Będzie  to 

doskonałe miejsce na śniadania w letnie poranki. Jeśli dopisze pogoda. — Spójrz, Susan, tam, 
na  to  wzgórze.  To  mój  przyjaciel.  CzyŜ  nie  wygląda  jak  dostojny  starzec?  W  tym 
nasłonecznionym zakątku zrobimy ogród kwiatowy. Muszą tu rosnąć orliki i nasturcje, białe 
irysy,  naparstnice  i  oczywiście  róŜnobarwne  dzwonki.  Ogrody  w  Edgetown  toną  w  nich  po 
prostu. 

— Czy  jasnowłosa  pani  twego  serca  zechce  hodować  takie  staroświeckie  kwiaty?  — 

spytała z przekąsem Susan. 

— Ona lubi wszystko co piękne — odrzekł bezmyślnie Ellery. 
Susan  nie  cierpiała  bezmyślności.  Weszła  więc  do  środka,  aby  obejrzeć  wnętrze  domu. 

Chciała  znaleźć  wiele  braków,  aby  bez  Ŝalu  czy  wzruszenia  przekazać  dom  przyszłej  pani 
Boyden.  Niestety,  nie  mogła  wypatrzyć  ani  jednego.  Słoneczna  jadalnia  o  wykuszowych 
oknach  ocienionych  dzikim  winem  —  była  jadalnią  jej  marzeń.  Na  półpiętrze  nisko 
umieszczone  okno  z  miękko  wysłanym  parapetem  zapraszało  do  wygodnego  oglądania 
krajobrazu. 

— Sądzisz, Ŝe spodoba się jej okolica? — zapytał Ellery. — Cieszę się, Ŝe ze wszystkich 

okien są takie ładne widoki. Pragnę, by moją Ŝonę otaczało wyłącznie piękno. 

Susan pomyślała, Ŝe  zakochani ludzie stają się sentymentalni. Postanowiła jednak okazać 

wyrozumiałość. Przez następne tygodnie całkowicie pochłonęła ją praca. Odsunęła od siebie 
wszelkie myśli o Juanicie i postanowiła urządzić Koci Grzbiet według własnego gustu. — Nie 
ma  sensu  kierować  się  innymi  względami.  Prócz  zachwytów  Ellery’ego  nic  nie  wiem  o 
dziewczynie. Musi zaufać całkowicie mojemu dobremu smakowi. 

Ellery okazywał wielką ufność. Powiedział Susan, Ŝeby nie przejmowała się kosztami i nie 

wtrącał  się.  Towarzyszył  jej  cierpliwie  w  poszukiwaniu  sprzętów  pasujących  do  wnętrz 
Kociego Grzbietu i czasem dochodziło do sprzeczki, ale zawsze Ellery w końcu się poddawał. 
Susan  potrafiła  cudem  wynaleźć  odpowiednie  drobiazgi.  Kiedyś  niemal  rozpłakała  się  z 
radości, gdy  w  obskurnym  Ŝydowskim  sklepiku  znalazła  staroświecką, mosięŜną  kołatkę  do 
drzwi.  Stary  perski dywan  Ellery’ego  został  połoŜony  w  bawialni, choć on  chciał  kupić coś 
nowego  i  jaśniejszego.  Do  hallu  przeznaczyła  wiekowy  zegar  stojący  i  dębową  kanapkę. 
Dobrała do tego kilka odpowiednich rycin i kuty,  Ŝelazny kandelabr. Nastawała równieŜ, by 

background image

umieścić w domu stylowy stół z giętymi nogami, który Ellery odziedziczył po babce, a takŜe 
mahoniową  komodę  naleŜącą  do  stryja  —  kapitana  marynarki.  Ellery  zamierzał  oba  meble 
upchnąć  w  pokoju  gościnnym,  lecz  zaprotestowała,  wołając:  —  To  przecieŜ  najpiękniejsze 
meble jakie masz! 

Spędzili  niezwykłe  popołudnie,  przeglądając  zawartość  szuflad  komody.  Ellery  był 

zaskoczony.  Korale  —  białe  i  czerwone,  róŜnorodne  muszle,  pióra  egzotycznych  ptaków, 
nasiona  i  orzechy  z  wysp  Pacyfiku, figurki  boŜków  z  kości  słoniowej,  niezwykłej  piękności 
hafty. 

— Co  za  cudowne  zajęcie.  Nie  wiadomo  na  co  człowiek  moŜe  się  natknąć  —  wołała 

entuzjastycznie Susan. — Czy to nie wspaniałe? Patrz, prawdziwa perła! 

— KaŜę ją oprawić dla Juanity — oznajmił Ellery. 
Oglądając  cuda  zamknięte  w  szufladzie,  zupełnie  zapomniała  o  Juanicie.  Teraz  wstała 

trochę  pobladła  i  zirytowana.  Czuła  zmęczenie.  Całe  popołudnie  robiła  zakupy  w  domu 
towarowym, poniewaŜ dom panny Vaughan z Edgetown nie moŜe być umeblowany samymi 
tylko antykami. Kilka bezsennych nocy rozmyślała o zasłonach do okien, ale teŜ efekt godny 
był  poniesionych  kosztów.  Susan  zauwaŜyła,  Ŝe  nawet  bez  takich  problemów  spędza  zbyt 
wiele  nocy  bezsennie…  Lato  było  upalne,  a  poszukiwanie  mebli  jest  wyczerpującym 
zajęciem.  Nic  więc  dziwnego,  Ŝe  często  nerwy  odmawiały  jej  posłuszeństwa  i  miewała 
napady złego humoru. Irytował ją błysk w oczach Ellery’ego, gdy mówił o Juanicie. I ta mała 
złocista  poduszeczka  na  parapet  w  oknie  półpiętra.  Ellery kupił  ją  osobiście.  Powiedział,  Ŝe 
wyobraził  sobie  złocistą  główkę  narzeczonej  na  takim  właśnie  tle.  Susan  poduszkę 
znienawidziła.  UwaŜała,  Ŝe  zachowanie  przyjaciela  jest  po  prostu  śmieszne.  —  Powinieneś 
kupić Juanicie zieloną poduszkę. Ta pasuje do ciemnych włosów. 

— Jest  bardzo  odpowiednia  dla  niej  —  upierał  się  Ellery.  —  Na  złotym  tle  będzie 

wyglądała jak Madonna w aureoli. 

Tak  więc  poduszka  lśniła  na  ciemnym  parapecie,  a  Susan  świerzbiły  ręce,  by  ją  cisnąć z 

urwiska. — Aureola! TeŜ mi gadanie! 

Do  innych  rzeczy  nie  miała  zastrzeŜeń.  Pod  koniec  lipca  wnętrza  były  gotowe  w 

najdrobniejszych  szczegółach.  śeby  taką  doskonałość  marnować  na  dzieciaka,  dla  którego 
dom  stanowił  jedynie  miejsce  do  jedzenia  i  spania!  I  jeszcze  do  tańców,  bo  z  wynurzeń 
Ellery’ego wnioskowała, Ŝe Juanita lubi się bawić. W ogóle za duŜo mówił o Juanicie. Trochę 
powściągliwości  byłoby  w  lepszym  guście.  Susan  jednak  słuchała  cierpliwie,  udając 
zrozumienie  i  sympatię.  Miała  przy  tym  poczucie  głębokiej  satysfakcji  z  dobrze  wykonanej 
pracy. Nawet Juanicie trudno będzie to popsuć. 

— Koci  Grzbiet  czeka  na  przyjęcie  panny  młodej  —  powiedziała  Ellery’emu  pewnego 

lipcowego  wieczoru.  LeŜała  nieruchomo  w  fotelu,  zbyt  zmęczona  by  zadbać  o  swoją  twarz. 
Wyglądam blado i staro — pomyślała z gniewem. 

— JakŜe ci mam dziękować? — zapytał pokornie Ellery. 
— Nie  trudź  się  —  odparła  obojętnie.  —  Za  co  tu  dziękować?  Miałam  sporo  uciechy 

dzięki tobie. Naprawdę z przyjemnością urządzałam ten dom. Kiedy bierzecie ślub? 

— To  jeszcze  nie  zostało  ustalone.  Spodziewam  się…  Ŝe  niebawem.  Mam…  mam 

nadzieję, Ŝe nastąpi to wkrótce. Susan, widzę, Ŝe jesteś znuŜona. 

— Skonana, jak to zauwaŜyła ciocia Ada. Ona to potrafi człowieka pocieszyć! Zrozumiałe, 

iŜ  w  moim  wieku  szybciej  odczuwa  się  zmęczenie.  Banjo,  dlaczego  uśmiechasz  się  tak 
szelmowsko? Ellery, czy Juanita polubi Banjo? I pozwoli mu przynosić kości do domu? 

— Niestety, Juanita nie przepada za psami. Trochę się ich boi i chyba kupię jej kota. 
— A jak to przyjmie Banjo? 
— Musi się przyzwyczaić. 

background image

— Ludzie mówią, Ŝe do wszystkiego moŜna się przyzwyczaić — westchnęła Susan. — Ale 

ja  w  to  nie  wierzę.  Biedny  psiak!  Nie  sądzisz!  Ellery,  Ŝe  nawet  pies  powinien  mieć  jakieś 
prawa? 

— „Oho,  znowu  zaczyna  śpiewać”  —  pomyślała  ciotka  Ada,  kiedy  i  Susan  weszła  do 

swego pokoju. — „Nigdy tyle nie śpiewała co tego lata. Mam nadzieję, Ŝe wkrótce odzyska 
pogodny nastrój. 

 

*

 

*

 

 
Pewnego  pięknego  popołudnia  Ellery  zadzwonił  o  piątej  i  spytał  Susan,  czy  spotka  się  z 

nim w Kocim Grzbiecie około ósmej. Ma jej coś waŜnego do powiedzenia. Spodziewała się 
rozmowy  o  ślubie  i  wcale  nie  była  tym  zainteresowana.  Kiedy  człowiek  jest  strasznie 
zmęczony,  niewiele  go  obchodzi.  Niczego  nie  pragnie,  nic  go  nie  cieszy.  JednakŜe  po 
namyśle  postanowiła  pójść  godzinę  wcześniej  i  mieć  przynajmniej  trochę  czasu  dla  siebie. 
Chciała poŜegnać się z domem. 

Koci  Grzbiet  nigdy  nie  wyglądał  piękniej,  a  Susan  nigdy  nie  czuła  takiej  z  nim  więzi. 

Kochała ten dom równie mocno, jak nienawidziła Juanity. Torturą była myśl, Ŝe inna kobieta 
zamieszka  w  nim,  będzie  przestawiała  meble,  siadywała  przy  kominku,  dotykała 
przedmiotów…  Zacisnęła  dłonie.  Najchętniej  wszystko  by  potłukła.  W  pierwszej  kolejności 
ten  śliczny  błękitny  dzbanuszek  w  złote  róŜyczki.  Juanita  nie  powinna  go  mieć…  Na  samą 
myśl o tym robiło jej się słabo. Rozbiję dzbanek… Podbiegła do kominka i zdjęła naczyńko z 
gzymsu. Potem zobaczyła w lustrze swoją twarz i… odstawiła je na miejsce. Wielkie nieba! 
Jaką  to  chudą,  wysuszoną  i  złą  kobietą  stanie  się  w  przyszłości!  Samotną  i  oschłą! 
Nienawidziła  pięknej  Juanity,  która  nigdy  nie  męczyła  zielonych  oczu  ślęczeniem  nad 
studenckimi wypracowaniami. W tej chwili mogłaby podać jej truciznę… 

— Chodź na dwór zobaczyć zachód słońca — powiedział od progu Ellery. 
— Widziałam  setki  zachodów.  Co  jest  szczególnego  w  tym  właśnie?  —  spytała  sucho. 

Chciała  zostać  w  środku.  Tutaj  w  zapadającym  mroku  nie  musiała  dzielnie  się  uśmiechać. 
Czuła, Ŝe jeśli choć tylko raz się uśmiechnie, coś okropnego stanie się z jej twarzą. 

— W kaŜdym zachodzie słońca jest coś szczególnego — rzekł Ellery. Ale wszedł i usiadł 

na  kanapie.  Jakiś  czas  milczeli.  Susan  nie  mogła  wydobyć  z  siebie  głosu.  Przeraziła  się  i 
zaczęła  dygotać.  Kipiała  wprost  z  wściekłości  i  rozpaczy.  Nienawidziła  Juanity  coraz 
bardziej.  Tej  Juanity,  która  zabrała  jej  dom  i  jej  męŜczyznę!  Tak,  jej  męŜczyznę!  Vernon 
Darby stał się nagle wyblakłym wspomnieniem. 

— Pomyśl,  Susan  —  odezwał  się  wreszcie  Ellery  —  za  dwa  miesiące  przybędzie  pani 

mego serca, moja mała królowa. Wydaje mi się to… — tu zniŜył głos ze wzruszenia — zbyt 
piękne, by mogło być prawdziwe. Czy to nie sen? 

Być  moŜe,  gdyby  Ellery  nie  uŜył  idiotycznego  zwrotu  „moja  mała  królowa”,  Susan  nie 

straciłaby panowania nad sobą. Lecz to była ostatnia kropla goryczy. Poderwała się z miejsca 
i  rzuciła  z  pasją:  —  Ty  beznadziejny  głupcze!  Bo  jesteś  głupcem  poślubiając  młodziutką 
dziewczynę. Pustego, pięknego trzpiota bez jednej własnej myśli w głowie. Czy śnisz? O, tak! 
I  obudzisz  się,  kiedy  będzie  za  późno…  i  nikt  się  nad  tobą  nie  ulituje…  staniesz  się 
pośmiewiskiem! — W tym momencie wybuchnęła histerycznym śmiechem, a Ellery wstał. 

— Nareszcie!  —  powiedział  z  głęboką  satysfakcją.  Gdybyś  jeszcze  przez  minutę 

zachowała tę sztuczną pozę obojętnej Ŝyczliwości, stłukłbym cię na kwaśne jabłko. Nawet nie 
wiesz, jak bliski byłem zbrodni tego lata. Co do Juanity, to całkowicie się z tobą zgadzam — 
za młoda dla mnie. Wiedziałem to od samego początku. Jednak nie nazwałbym jej bezmyślną 
i  pustą.  To  zdumiewająco  inteligentne  pięcioletnie  dziecko  i  naprawdę  jest  urocza.  Wiesz, 
Susan, na pewno ją pokochasz, gdy pojedziemy na BoŜe Narodzenie do Edgetown. 

background image

Susan spowaŜniała i patrzyła tępo na Ellery’ego. On zaś odpowiedział nieco zakłopotanym 

uśmiechem.  —  Och,  tak  nie  lubię  wyjaśnień!  JednakŜe  z  ulgą  powiem  prawdę  po  tylu 
kłamstwach.  Ale  przecieŜ  mówiłem,  Ŝe  Juanita  jest  dzieckiem?  I  to  jest  święta  prawda! 
Musiałem coś zrobić, pokazać ci, Ŝe… Ŝe… 

— śe romantyczne wspomnienie brałam za uczucie — dokończyła Susan wolno. Powinna 

się rozgniewać, lecz była jedynie wstydliwie uradowana. 

— Nie  tylko,  lecz  Ŝe  ci  na  mnie  zaleŜy,  jeśli  zechcesz  to  sobie  uświadomić.  Zbyt  długo 

walczyłem  z  duchem.  Byłem  zdesperowany.  Uznałem,  Ŝe  to  moja  ostatnia  szansa.  I  co 
powiesz, Susan? Koci Grzbiet jest gotów na przyjęcie swej pani, a tylko ty moŜesz nią zostać. 

— Powinnam  być  wściekła  i…  zerwać  przyjaźń —  odparła  — ale nie  mogę  tego  zrobić. 

Po prostu nie mogę! Lepiej popłaczę sobie trochę na twym ramieniu. 

background image

W

IELKA PRZYGODA 

A

BLA

 

1917 

 
Proszę  wyjść  na  dwór,  panie  nauczycielu!  Nie  potrafię  myśleć  ani  mówić  otoczony 

ś

cianami,  nigdy  nie  potrafiłem.  Chodźmy  do  ogrodu!  —  takie  słowa  usłyszałem  z  ust  Abla 

Armstronga przy pierwszym spotkaniu. Był członkiem rady szkolnej i wybrałem się do niego 
w  piękny  majowy  wieczór,  by  omówić  pewną  sprawę.  Objąłem  w  letnim  semestrze 
stanowisko kierownika szkoły w Stillwater. 

Wybudowano ją w okolicy raczej odludnej, z czego byłem zadowolony. Ostatnio Ŝycie nie 

układało mi się najlepiej. Duszę miałem obolałą i zbuntowaną z powodu róŜnych przeŜyć, nie 
mających  jednak  z  tą  opowieścią  nic  wspólnego.  Stillwater  dało  mi  czas  i  warunki  do 
zaleczenia ran i przemyślenia pewnych rzeczy. Kiedy z perspektywy czasu spoglądam wstecz, 
wiem, ile w tym zasługi Abla i jego pięknego ogrodu. 

Abel  Armstrong  (zawsze  mówiono  o  nim  „Stary  Abel”,  choć  ledwie  dobiegał 

sześćdziesiątki)  mieszkał  w  uroczym,  szarym  domu  nad  brzegiem  zatoki.  Jeszcze  przed 
spotkaniem  wiele  o  nim  słyszałem.  Nazywano  go  „dziwakiem”,  ale  mieszkańcy  Stillwater 
bardzo  lubili  Abla.  Gospodarował  z  siostrą  Tamzine,  której,  jak  mnie  poinformowała 
gadatliwa  gospodyni,  od  lat  szwankował  umysł.  Po  lepszych  i  gorszych  okresach  nastąpiła 
wyraźna poprawa i kobieta stała się tylko nader cicha i „dziwna”. W młodości Abel przez rok 
studiował w college’u, lecz zrezygnował z nauki, gdy Tamzine „zwariowała” i potrzebowała 
opieki.  Abel  wrócił  do  domu  i  osiadł  na  gospodarstwie  z  widocznym  zadowoleniem;  w 
kaŜdym razie nikomu się nie skarŜył. 

— On zawsze traktował wszystko pogodnie — powiedziała pani Campbell. — Nigdy nie 

martwił  się  z  powodu  niepowodzeń  czy  rozczarowań,  jak  to czyni  większość  ludzi.  Wydaje 
mi się, Ŝe dopóki Abel Armstrong moŜe spacerować po swoim ogrodzie, recytować wiersze i 
przemawiać  do  Ŝółtego  kocura  jak  do  człowieka,  to  nie  obchodzi  go,  co  się  wokół  dzieje. 
Nigdy nie był zaradny ani pazerny. Jego ojciec nigdzie nie zagrzał miejsca, ale dzieci wdały 
się w rodzinę matki — marzycielskie, trochę nie dostosowane do naszej rzeczywistości. Tacy 
ludzie nie osiągają wiele na tym świecie. 

O  tak,  zacna  pani  Campbell,  na  tym  mają  niewiele.  Są  jednak  inne  światy,  gdzie  do 

uczynków  przykłada  się  inną  miarę  i  Abel  Ŝył  właśnie  w  takiej  krainie,  z  dala  od  spojrzeń 
skrzętnych  farmerów  i  rybaków.  Od  pierwszej  chwili  spędzonej  w  ubarwionym  blaskami 
zachodu  ogrodzie  czułem,  Ŝe  znalazłem  przyjaciela.  Osobowość  i  Ŝyciowa  filozofia  Abla 
wzbogaciły  mą  egzystencję  i  nadały  jej  poczucie  harmonii.  Opowieścią  tą,  pełną 
wdzięczności, składam hołd jednej z najwspanialszych znanych mi istot. 

Był  męŜczyzną  wysokim,  o  kanciastej  i  niezgrabnej  sylwetce.  W  pospolitej  twarzy 

zwracały uwagę duŜe, pełne wyrazu aksamitno—orzechowe oczy, niezwykle czyste i bystre 
jak  na  człowieka  w  jego  wieku.  Miał  teŜ  niewielką,  spiczasto  przyciętą  bródkę  bez  jednej 
srebrnej  nitki,  choć  głowę  okrywała  mu  siwizna.  Wyglądał  na  człowieka,  co  to  zaznał 
licznych  cierpień,  te  zaś  pozostawiły  niezatarte  ślady.  Przyglądając  mu  się,  wątpiłem  w 
słuszność  wypowiedzi  pani  Campbell,  Ŝe  „bez  Ŝalu”  rozstał  się  ze  studiami.  Musiał 
zrezygnować  z  wielu  rzeczy,  ale  odczuł  to  dotkliwie.  Pokonał  jednak  ból  i  doznał  łaski 
ukojenia.  Miał  zdumiewająco  melodyjny,  dźwięczny  głos,  a  opalona  dłoń,  którą  do  mnie 
wyciągnął, była długa i kształtna. 

Wyszliśmy  do  ogrodu  w  pachnące  i  wilgotne  powietrze  wiosennego  wieczoru.  Z  lewej 

strony  rozciągał  się  sosnowy  las  i  niemal  dotykał  domu.  Z  prawej  zaś  rósł  rząd  włoskich 
topoli, teraz poczerwieniałych w zachodzącym słońcu. 

background image

— Zawsze  lubiłem  włoskie  topole  —  wyznał  Abel.  —  To  księŜniczki  wśród  drzew. 

Bardzo modne były w czasach mego dzieciństwa. KaŜdy, kto chciał uchodzić za wytwornego, 
sadził  je  na  skraju  trawnika,  podjazdu  czy  ostatecznie  po  obu  stronach  drzwi  frontowych. 
Teraz wyszły z mody.  Ludzie utyskują, Ŝe usychają im czubki i drzewa brzydko wyglądają. 
Nie zdarza się to wówczas, jeśli ryzykując skręceniem karku, obcina się je tak, jak ja to robię. 
Jakoś do tej pory udało mi się zachować całą głowę, a moje topole rosną zdrowo bez suchej 
wiechy,  jak  ptasie  gniazdo,  na  wierzchołku.  Matka  lubiła  ich  dostojeństwo  i  tę  szczególną 
wyniosłość.  Nie  spoufalają  się  z  byle  kim.  Widzi  pan  —  sosny  są  do  zabawy,  topole  do 
towarzystwa. 

Przekroczyliśmy  furtkę  do  innej  części  ogrodu.  Tu  wąska  ścieŜka  wiodła  do  olbrzymiej 

jabłoni,  przypominającej  wielki  stoŜek  róŜowego  kwiecia.  Drzewo  otaczała  omszała 
ławeczka.  Lecz  ulubione  miejsce  Abla,  o  czym  mi  później  powiedział,  stanowiła  altanka  z 
prętów  oplecionych  młodymi  pędami  szmaragdowozielonego  chmielu.  Tam  właśnie  mnie 
przyprowadził  i  z  dumą  pokazał  wspaniały  widok  na  rozległą  zatokę  i  przystań.  Blask 
wczesnego  zachodu  —  róŜowy  i  płomienny  —  juŜ  znikał  z  nieba;  woda  mieniła  się  jak 
srebrzyste zwierciadło, a ledwo widoczne  Ŝaglówki przesuwały się wolno wzdłuŜ brzegu. W 
katolickiej  kaplicy  z  drugiej  strony  zatoki  biły  dzwony.  Łagodny  dźwięk  płynął  przez 
zmierzch i jednoczył się z szeptem morza. Światło latarni u wejścia do kanału drŜało i rzucało 
błyski na opałowe niebo. W dali szarzała wstęga dymu z komina przepływającego parowca. 

— CzyŜ  widok  nie jest godny  zachwytu?  —  zapytał  Abel  z  dumą  pełną czułości.  —  I w 

dodatku bezpłatny. Morze i niebo są niczyje i przez to bezcenne. Usiądźmy w altance, panie 
nauczycielu. Wkrótce wzejdzie księŜyc. Nigdy nie znudzi mnie widok księŜycowej poświaty 
na powierzchni morza. Za kaŜdym razem mam niezwykłe przeŜycie. Ale widzę, Ŝe chce pan 
mówić  o  interesach,  proszę  zaczekać.  Nie  powinno  się  rozmawiać,  oczekując  wschodu 
księŜyca. Choć osobiście w ogóle nie lubię rozmów o interesach. 

— Niestety, czasem nie moŜna tego uniknąć. 
— Tak,  uwaŜam  to  za  zło  konieczne,  panie  nauczycielu  —  zgodził  się  ze  mną.  —  Lecz 

wiem,  co  pana  tu  sprowadza  i  moŜemy  ów  problem  załatwić  w  pięć  minut.  Zgodzę  się  na 
wszystko, czego chce pan i dwaj pozostali członkowie rady. Bóg jeden wie, dlaczego mnie do 
niej  włączono.  Chyba  z  przyczyny  mojej  malowniczości.  Przypuszczam,  Ŝe  chcieli  mieć 
jednego  prawdziwie  przystojnego  męŜczyznę.  —  Jego  szczery,  pełen  wesołości  śmiech  był 
bardzo zaraźliwy. Ja teŜ się roześmiałem i usiadłem w altance. 

— A teraz, jeśli pan sobie nie Ŝyczy, nie musimy rozmawiać. Zabawimy tu trochę, a jeśli 

przyjdzie  nam  do  głowy  coś  mądrego,  to  powiemy.  Lecz  nie  przejmujmy  się,  jeśli  nie 
przyjdzie. Gdy z przyjemnością siedzimy w milczeniu przez pół godziny z jakąś osobą, to są 
szansę na zawarcie przyjaźni. W przeciwnym wypadku nawet nie warto próbować. 

Owego wieczoru w chmielowej altance Abel i ja z powodzeniem przeszliśmy sprawdzian 

milczenia.  Jakoś  wyjątkowo  odpowiadała  mi  ta  chwila  zadumy,  choć  ostatnio  nie  miałem 
większej  ochoty  na  rozmyślania.  Uroczysty  spokój,  od  dawna  obcy  mej  zmęczonej  duszy, 
rozlewał  się  wokół.  Tchnął  nim  Abel  i  cały  ogród.  Rozglądając  się,  rozwaŜałem,  na  czym 
polega urok tego miejsca? 

— Ładnie i daleko od zgiełku, prawda? — zagadnął Abel nieoczekiwanie, jakby czytając 

w  moich  myślach.  —  śadnego  handlu  ani  zysków.  Nic  stąd  nie  sprzedałem.  Tamzine  ma 
warzywną działkę, ale czego nie zjemy sami, oddajemy. Geordie Marr  w dole koło przystani 
ma duŜy ogród i sprzedaje naręcza kwiatów, kosze owoców i jarzyn do hotelu. UwaŜa mnie 
za  głupca,  bo  nie  postępuję  podobnie.  CóŜ,  on  ma  z  ogrodu  pieniądze,  a  ja  szczęście  i 
przyjemność.  W  tym  cała  róŜnica.  Przypuśćmy,  Ŝe  zarobiłbym  duŜo  pieniędzy  i  co  z  tego? 
Zabierałbym je w ten sposób bardziej potrzebującym. Geordie Marr jest najnieszczęśliwszym 
stworzeniem  pod  słońcem.  Zawsze,  biedaczysko,  tkwi  w  jakichś  kłopotach.  Oczywiście, 
większość sam spowodował, ale to nie czyni ich lŜejszymi. Siedział pan kiedyś, nauczycielu, 

background image

w  chmielowej  altance?  —  zacząłem  się  przyzwyczajać  do  nieoczekiwanych  zwrotów  w 
rozmowie i odparłem, Ŝe nigdy. 

— CóŜ za wspaniałe miejsce do marzeń — zauwaŜył pogodnie Abel. — Młodzieniec taki 

jak pan musi często marzyć. 

Wtrąciłem gwałtownie i gorzko, Ŝe od dawna przestałem bujać w obłokach. 
— Tak  się  panu  wydaje  —  powiedział  w  zadumie  Abel.  —  Za  jakiś  czas  wróci  pan  do 

marzeń i dzięki Bogu za to! Nie pytam, co pana chwilowo zniechęciło, ale niedługo zmieni 
pan  zdanie.  Zwłaszcza jeśli  będzie  pan  częstym  gościem  w  moim  ogrodzie.  Przepełniają  go 
wszelkiego  rodzaju  marzenia.  MoŜna  wybierać  do  woli.  Ja  od  lat  tęsknię  do  przygód.  Mam 
sześćdziesiąt jeden lat i nigdy nie dokonałem śmielszego czynu niŜ wyprawa na dorsze przy 
ładnej pogodzie. WciąŜ jednak mam nadzieję, Ŝe przeŜyję coś niezwykłego. Gdy nawiedzają 
mnie takie pragnienia, staję się krwioŜerczą bestią. 

Wybuchnąłem śmiechem. Prawdopodobnie  śmiech rozlegał się w tym zakątku niezwykle 

rzadko.  Tamzine,  pieląca  opodal,  podniosła  raptownie  głowę  i  podreptała  do  domu.  Nie 
obdarzyła  nas  słowem  ni  spojrzeniem.  W  pełni  zasługiwała  na  opinię  osoby  niezwykle 
nieśmiałej. Była bardzo tęga, o twarzy okrągłej i bez wyrazu, ale bardzo pięknych, rudawych 
włosach.  Miała  na  sobie  jaskrawą  suknię  z  materiału  w  białe  i  czerwone  prąŜki.  Szedł  przy 
niej  ogromny,  rudawy  kocur,  który  nagle  pomknął  do altanki i  wskoczył Ablowi  na  kolana. 
Podziwiałem piękne zwierzę o błyszczących zielonych ślepiach i białych łapach. 

— Kapitan Kidd — pan Woodley — Abel przedstawił nas powaŜnie, jakby kot był ludzką 

istotą. Nie przejawiliśmy szczególnego entuzjazmu. 

— Nie przepada pan za kotami — zauwaŜył Abel, gładząc aksamitny grzbiet. — Nie mam 

tego panu za złe, bo i ja ich nie lubiłem, dopóki nie znalazłem Kapitana. Ocaliłem mu Ŝycie, a 
to jest trochę tak, jakby się dało Ŝycie. Na świecie jest wielu bezmyślnych ludzi. Niektórzy z 
letników mieszkających w domkach nad zatoką są bezmyślni aŜ do okrucieństwa. Trzymają 
koty przez lato, karmią je, pieszczą, stroją we wstąŜki, a gdy nadejdzie jesień — wyjeŜdŜają, 
pozostawiając zwierzaki na łasce losu. Krew się we mnie burzy! 

Pewnego dnia ostatniej zimy znalazłem na brzegu martwą, starą kotkę, a przy jej boku trzy 

malutkie  kocięta.  Zdechła,  starając  się  ogrzać  je  własnym  ciałem.  LeŜała,  obejmując  dzieci 
łapkami. Panie nauczycielu, popłakałem się na ten widok, a potem zacząłem kląć. Zabrałem 
kocięta, nakarmiłem i odchuchałem, a później umieściłem w dobrych domach. Znałem panią, 
która zostawiła tę kotkę. Kiedy wróci latem, powiem jej, co o tym myślę. Zostanie to uznane 
za  wtrącanie  się  w  nie  swoje  sprawy,  lecz  wszyscy  wiedzą,  Ŝe  lubię  się  wtrącać,  gdy  mam 
waŜny powód. 

— Czy Kapitan Kidd jest jednym z porzuconych? — spytałem. 
— Tak.  ZauwaŜyłem  go  pewnego  mroźnego  dnia  zaplątanego  w  gąszczu  krzewów. 

Zaczepił się przez tę idiotyczną wstąŜkę i prawie dogorywał z głodu. Panie BoŜe, trzeba było 
widzieć  jego  oczy!  Choć  taki  mały,  jakoś  dawał  sobie  radę,  dopóki  nie  zawiesił  się  na  tej 
wstąŜce.  Kiedy  go  uwolniłem,  polizał  mi  rękę  malutkim  czerwonym  języczkiem.  Przed 
dziewięcioma laty nie był jeszcze takim pewnym siebie piratem, ale potulnym barankiem. Jak 
na kota dość długo Ŝyje. Dobry teŜ z niego kompan. 

— Przypuszczałem, Ŝe będzie pan miał raczej psa — powiedziałem. 
Abel pokręcił głową. — Miałem kiedyś. Bardzo się do niego przywiązałem i gdy zdechł, 

nie  mogłem  znieść  myśli,  Ŝe  inny  pies  zająłby  miejsce  mego  ulubieńca.  Był  przyjacielem, 
rozumie  pan?  Kapitan  zaś  jest  tylko  towarzyszem.  Lubię  go.  Szczególnie  za  tę  szczyptę 
diabelstwa tkwiącą we wszystkich kotach. Psy kocha się bardziej niŜ koty, ale z drugiej strony 
nie mogę powiedzieć, Ŝe są tak samo interesujące. 

Roześmiałem się, wstając z ociąganiem. 

background image

— JuŜ pan odchodzi? PrzecieŜ jeszcze nie mówiliśmy o interesach. Domyślam się, w jakiej 

pan  przyszedł  sprawie.  Tylko  ci  dwaj  pomyleni  członkowie  rady  mogli  wpaść  na  pomysł 
czyszczenia wiosną pieca! 

— Oni pytają, czy zgadza się pan na postawienie nowego pieca. 
— Niech im pan powie, Ŝeby stawiali, jaki tylko chcą i niech  mi dadzą święty spokój — 

odparł  Abel.  —  A  pan,  nauczycielu,  będzie  mile  widziany  w  tym  ogrodzie  o  kaŜdej  porze. 
Jeśli poczuje pan zmęczenie, samotność lub gniew czy nadmiar ambicji, niech pan przyjdzie i 
posiedzi tu sobie. Jaki człowiek mógłby trwać w gniewie, gdyby przez dziesięć minut patrzył 
na  bratek?  Jeśli  zechce  pan  gawędzić,  będę  mówił,  a  gdy  nadejdzie  czas  zadumy,  zostawię 
pana w spokoju. Mam wielkie doświadczenie w tej dziedzinie. 

— Postaram się często tu przychodzić — powiedziałem. — MoŜe nawet za często. 
— Proszę  tak  nie  myśleć.  Pan  jest  młody,  ja  —  stary,  ale  nasze  dusze  są  prawie  w  tym 

samym  wieku  i  będziemy  mieli  sobie  duŜo  do  powiedzenia.  Czy  idzie  pan  stąd  wprost  do 
domu? 

— Tak. 
— W  takim  razie  proszę  wstąpić  na  chwilę  do  Mary  Bascom  i  dać  jej  ode  mnie  bukiet 

białego bzu. Przepada za nim, a ja chcę, by go dostała jeszcze przed śmiercią. 

— Jest bardzo powaŜnie chora? 
— Suchoty. To u nich rodzinne. MoŜe umrzeć w ciągu miesiąca jak jej brat, albo poŜyje 

dwadzieścia  lat  jak  ojciec.  Krótko  czy  długo;  dopóki  kwitnie  bez,  posyłam  jej  co  dzień 
wiązankę.  Piękny  dziś  mamy  wieczór.  Zazdroszczę  panu  spaceru  brzegiem  morza  przy 
ś

wietle księŜyca. 

— Proszę pójść ze mną — zaproponowałem. 
— Nie  —  Abel  spojrzał  w  stronę  domu.  —  Tamzine  nie  lubi  samotności  wieczorem. 

Dlatego  chodzę  po  ogrodzie.  KsięŜyc  jest  moim  przyjacielem.  Kocham  go,  odkąd  sięgam 
pamięcią.  Jako  ośmiolatek  zasnąłem  raz  o  zmierzchu  w  sadzie  i  nikt  tego  nie  zauwaŜył. 
Obudziłem  się,  sam  w  nocy,  śmiertelnie  przeraŜony.  Dobry  BoŜe,  co  za  dziwne  cienie  i 
dźwięki  widziałem  i  słyszałem!  Nie  śmiałem  się  poruszyć!  Siedziałem  więc  dygocząc, 
biedaczysko!  I  nagle  zobaczyłem,  Ŝe  księŜyc  spogląda  na  mnie  przez  gałęzie  jak  stary 
przyjaciel. Natychmiast poczułem się lepiej, i Wstałem i pomaszerowałem do domu dzielny 
jak  lew.  Dobranoc,  panie  j  nauczycielu.  Proszę  powiedzieć  Mary,  Ŝe  będzie  dostawała  bez 
jeszcze j przez tydzień. 

Od  tego  wieczoru  byliśmy  z  Ablem  serdecznymi  druhami.  Spacerowaliśmy  rozmawiając 

lub milcząc i razem łowiliśmy ryby. Mieszkańcy Stillwater dziwili się, Ŝe przedkładam jego 
towarzystwo nad towarzystwo młodzieŜy. Zaniepokojona pani Campbell wyraziła pogląd, Ŝe 
straszny ze mnie oryginał i Ŝe „szukali się w korcu maku”. 

Pokochałem  stary  ogród  nad  brzegiem  zatoki,  a  nawet  i  starego  Abla,  uczuciem 

prawdziwie  głębokim.  Gdy  zamykała  się  za  mną  furtka  ogrodu,  zostawiałem  dręczące 
wspomnienia i Ŝale. W ciszy i spokoju moja dusza uwalniała się z przepełniającej ją goryczy i 
stawała się znowu zdrowa — tak jak przepowiedział Abel. On sam nigdy mnie nie pouczał, 
ale  emanował  pogodną  odwagą,  wytrwałością  i  akceptacją  Ŝyciowych  trudności.  Był 
najbardziej  zrównowaŜonym  człowiekiem,  jakiego  kiedykolwiek  spotkałem.  Nigdy  nie 
pomniejszał  zła  ani  teŜ  nie  przesadzał,  gdy  chodzi  o  dobro.  Jego  zdaniem  ból  nie  powinien 
nadmiernie przygnębiać, a przyjemności nie  powinny sprowadzać w lenistwo i niedbalstwo. 
Pomógł mi zrozumieć, jak tchórzliwie wykręcałem się od pewnych decyzji. Zdałem teŜ sobie 
sprawę,  Ŝe  moje  osobiste  zmartwienia  nie  są  najwaŜniejszymi  rzeczami  na  świecie.  Abel 
nauczył mnie znowu śmiać się, a kiedy człowiek śmieje się szczerze i radośnie, nie jest z nim 
tak źle. 

Stary ogród był zawsze pogodny. Nawet gdy wiał wschodni wiatr i szare fale biły o brzeg, 

jakieś  promyki  słońca  zdawały  się  tu  docierać.  MoŜe  dlatego,  Ŝe  rosło  tak  wiele  Ŝółtych 

background image

kwiatów,  które  lubiła  Tamzine.  A  i  Kapitan  Kidd  często  paradował  w  przepychu  złocistej 
sierści. Dziwiłem się, skąd w ogrodzie tyle rozśpiewanego ptactwa? Okazało się, Ŝe Kapitan 
Kidd nigdy nie polował. Pewnie rozumiał, jak źle by to przyjął jego pan. 

Zewsząd  dochodziło  ćwierkanie  lub  śpiew,  a  wiatr  w  gałęziach  sosen  zawsze  dźwięczał 

niby  radosne  powitanie.  My  zaś  spacerowaliśmy  po  ścieŜkach  zatopieni  w  dyskusji  o 
prawdach uniwersalnych. 

— Lubię  rozwaŜać  róŜne  problemy,  choć  nigdy  nie  potrafię  ich  rozwiązać  —  oznajmił 

Abel. — Mój ojciec twierdził, Ŝe nie ma sensu mówienie o rzeczach, których się nie rozumie. 
Ale, dobry BoŜe, gdybyśmy tak postępowali, niewiele zostałoby tematów do rozmów! Pewnie 
bogowie słuchając nas, często pokładają się ze śmiechu, lecz jakie to ma znaczenie? Dopóki 
pamiętamy,  Ŝe  jesteśmy  tylko  ludźmi,  wszystko  jest  w  porządku.  PrzecieŜ  nie  wyrządzamy 
nikomu najmniejszej krzywdy. Dlatego teŜ i dzisiaj utniemy sobie pogawędkę o pochodzeniu 
zła… 

W  miarę  upływu  czasu mijało  onieśmielenie  Tamzine  i  kiedy  się  zjawiałem,  witała  mnie 

szerokim  uśmiechem.  Prawie  cały  czas  spędzała  na  pieleniu  ogrodu,  który  kochała  równie 
mocno  jak  Abel.  Przepadała  za  jaskrawymi  kolorami  i  zawsze  miała  na  sobie  fartuchy  w 
barwne i oryginalne wzory. Uwielbiała Abla, a kaŜde jego słowo było dla niej święte. 

— Dzięki  Bogu,  Tamzine  juŜ  dobrze  się  czuje  —  powiedział  któregoś  wieczoru  Abel. 

Akurat obserwowaliśmy zachód słońca. Dzień zaczął się posępnie, spowity w szare chmury, 
lecz  dobiegał  końca  w  przepychu  purpury  i  złota.  —  Jeszcze  niedawno  było  inaczej. Chyba 
słyszał  pan,  nauczycielu?  Teraz  Tamzine  nieźle  sobie  radzi.  Tak  więc,  gdy  pewnego  dnia 
wyjdę naprzeciw swej wielkiej przygody, nie zostawię siostry bezradnej. 

— Jest  od  pana  starsza  dziesięć  lat.  Prawdopodobnie  ona  uda  się  tam  pierwsza  — 

zauwaŜyłem. 

Abel potrząsnął głową i pogładził wypielęgnowaną bródkę. Podejrzewałem,  Ŝe broda jest 

jedynym śladem młodzieńczej próŜności mego przyjaciela. Natomiast szpakowatej czuprynie 
wyraźnie brakowało kontaktu z grzebieniem. 

— Nie, Tamzine mnie przeŜyje. Ma serce Armstrongów, a ja — Marwoodów. Moja matka 

była z domu Marwood. Nie doŜywamy późnej starości, ale za to odchodzimy szybko i lekko. 
I bardzo dobrze. Nie brak mi odwagi, lecz perspektywa oczekiwania na śmierć napełnia mnie 
przeraŜeniem. JuŜ nic więcej nie powiem na ten temat, ale gdy pewnego dnia usłyszy pan o 
ś

mierci  starego  Abla,  proszę  się  nie  smucić.  Będzie  pan  pamiętał,  Ŝe chciałem  odejść  w  ten 

właśnie  sposób.  Nie,  Ŝebym  czuł  zmęczenie  Ŝyciem  —  jest  ono  całkiem  przyjemne:  mam 
swój  ogród,  Kapitana  Kidda  i  zatokę.  Lecz  czasem  bywa  odrobinę  monotonne,  a  śmierć 
stanowi pewną odmianę. Naprawdę jestem jej ciekaw, panie nauczycielu. 

— Nienawidzę myśli o śmierci — napomknąłem. 
— Och, bo pan jest młody. Śmierć staje się bardziej przychylna, J gdy nadchodzi starość. 

Choć  nikt  tak  naprawdę  nie  chce  umierać.  Tennyson  miał  rację,  gdy  to  mówił.  W  Channel 
Head  mieszka  stara  pani  Warner.  Całe  Ŝycie  miała  biedaczka  mnóstwo  kłopotów  i  straciła 
prawie  wszystkich  bliskich.  Często  powiada,  Ŝe  będzie  zadowolona,  gdy  nadejdzie  jej  czas, 
bo ma dosyć egzystencji w strumieniach łez. Ale gdy tylko nadchodzi jakaś choroba to, BoŜe 
drogi!  Co  za  larum!  Doktorzy  z  miasta,  pielęgniarka  i  tyle  leków,  Ŝe  starczyłoby  do 
uśmiercenia  stada  psów!  śycie  moŜe  być  padołem  łez,  lecz  niektórym  ludziom  szlochanie 
sprawia przyjemność, zapewniam pana. 

Lato przeszło przez ogród strojąc się w kwiaty: róŜe i lilie, malwy i wyjątkowo piękne tego 

roku  złotorózgi.  W  odległej  części  ogrodu  rósł  wielki  krzew  wyglądający  jak  olbrzymia 
wiązka słonecznych promieni. Tamzine cieszyła się nim jak dziecko, ale Abel wolał kwiaty o 
głębszych  barwach.  Mógł  godzinami  wpatrywać  się  w  jedwabiste  kielichy  malw  o  barwie 
czerwonego wina. Na podobnej medytacji zastałem go kiedyś w chmielowej altance. 

background image

— Ten  kolor  zawsze  działa  na  mnie  kojąco  —  wyjaśnił.  —  śółty  jest  zbyt  ekscytujący, 

czyni  umysł  niespokojnym  i  kaŜe  mi  pragnąć  Ŝeglowania  „poza  granice  horyzontu”,  jak 
mawiał poeta. Patrzyłem dzisiaj na przepych złotorózgi, dopóki nie zacząłem myśleć, Ŝe całe 
moje Ŝycie jest jedną wielką klęską. Znalazłem ślicznego motyla i wyprawiłem mu pogrzeb, 
tam,  wśród  paproci.  Przypuszczam,  Ŝe  nie  przyniosłem  światu  więcej  poŜytku  niŜ  ten  mały 
motyl.  Och,  nauczycielu,  pogrąŜyłem  się  w  smutku.  Widzi  pan,  kiedy  człowiek jest  sam,  to 
przebywa  z  Bogiem  albo  z  diabłem.  I  to  diabeł  kręcił  się  koło  mnie,  gdy  spoglądałem  na 
złotorózgę,  a  Bóg  przemówił,  kiedy  przeniosłem  wzrok  na  malwy,  i  wydało  mi  się,  Ŝe  ktoś 
posiadający taki ogród moŜe uwaŜać, Ŝe powiodło mu się w Ŝyciu. 

— Chciałbym po latach powiedzieć to samo o sobie — wyznałem szczerze. 
— Pragnę,  aby  pan  osiągnął  inny  rodzaj  powodzenia  —  potrząsnął  głową  Abel.  — 

Powinien  pan  robić  te  rzeczy,  które  ja  robiłbym,  gdybym  miał  szansę.  Teraz  pana  kolej. 
Trzeba zacisnąć zęby i przeć naprzód. 

— Jestem  pewien,  Ŝe  dzięki  panu,  panie  Armstrong,  potrafię  zacisnąć  zęby  i  iść  w 

odpowiednim  kierunku.  Zmierzałem  wprost  ku  klęsce,  nim  przyjechałem  tu  wiosną,  ale 
nauczyłem się cenić inne wartości. 

— Dałem panu coś w rodzaju kompasu, prawda? — uśmiechnął się Abel. Wiedziałem, Ŝe 

mogę  panu  pomóc,  lecz  mój  ogród  zrobił  więcej  ode  mnie,  niech  mi  pan  wierzy.  A  teraz 
proszę tu podejść. Posiedzimy sobie i porozmyślamy. 

Siedzieliśmy  dość  długo,  milcząc,  a  wtem  Abel  nieoczekiwanie  powiedział:  —  Pan, 

nauczycielu,  nie  dostrzega  ludzi,  których  ja  widzę  w  moim  ogrodzie.  Tych  wszystkich,  co 
przebywali  tu  dawno  temu.  Niegdyś  było  to  bardzo  oŜywione  miejsce. Stanowiliśmy  liczną 
rodzinę  i  dzieciaki  weseliły  się,  a  śmiech  rozlegał  się  w  róŜnych  miejscach  naraz.  Teraz 
pozostali tylko stary Abel i jeszcze starsza Tamzine. — Dumał przez chwilę, oglądając obrazy 
przepływające  w  pamięci,  niewidoczne  dla  mnie  osoby  spacerujące  po  wąskich  ścieŜkach. 
Potem  ciągnął  dalej:  —  Spośród  pojawiających  się  postaci,  dwie  są  bardziej  wyraziste  od 
innych. Jedna to moja siostra, Alice. Umarła trzydzieści lat temu. Była bardzo piękna. Trudno 
uwierzyć, patrząc na mnie i Tamzine, prawda? Ale tak było. Zawsze nazywaliśmy ją Królową 
Alice,  z  powodu  dostojeństwa  i  urody.  Miała  piwne  oczy  i  złotorude  włosy.  Ojciec  ją 
uwielbiał.  Tej  nocy,  gdy  przyszła  na  świat,  przypuszczano,  Ŝe  matka  nie  wyŜyje.  Ojciec 
spacerował całą noc przed domem. O wschodzie słońca, kiedy oznajmiłem mu o szczęśliwym 
rozwiązaniu, ukląkł pod starą jabłonią i dziękował Bogu. 

Alice  zawsze  była  pełna  radości.  Rzadko  zwyczajnie  chodziła  —  po  prostu  biegała  lub 

tańczyła. śyła tylko dwadzieścia lat, ale dziewiętnaście bardzo szczęśliwie. Miała wszystko, 
co czyni Ŝycie wartościowym: miłość, śmiech, a w końcu takŜe smutek. 

Kochała Jamesa Milburna. Minęło trzydzieści jeden lat od chwili, gdy wypłynął jego statek 

i Alice machała ręką na poŜegnanie z tego miejsca. Nigdy więcej nie powrócił. Nigdy teŜ nie 
słyszano o Ŝaglowcu. 

Kiedy  Alice  straciła  nadzieję  na jego  powrót,  umarła  z  powodu  złamanego  serca.  Ludzie 

mówią, Ŝe nie ma takiej choroby, ale jej nic innego nie dokuczało. Dzień za dniem wystawała 
przy furtce, wpatrując się w wody zatoki, a gdy wreszcie zgasła ostatnia iskra nadziei, uszło z 
niej  Ŝycie.  Pamiętam  ten  dzień:  spoglądała aŜ  do  zachodu  słońca,  a  potem  odwróciła  się  od 
furtki. Cała rozpacz oczekiwania zniknęła z jej oczu i pojawił się jakiś straszliwy spokój — 
spokój umarłych. „Ablu, on juŜ nigdy nie wróci” — wyszeptała wtedy do mnie. 

Po tygodniu juŜ jej nie było.  Inni ją opłakiwali, ale nie ja. Widzi pan, Alice poznała całą 

głębię  Ŝycia  i  nic  więcej  nie  miała  na  resztę  długich  lat.  Bardziej  rozpaczałem  wcześniej, 
miotając się w udręce i nie mogąc jej pomóc. Często, w długie letnie popołudnia, zdaje mi się, 
Ŝ

e sryszę śmiech Alice, choć od dawna nie ma jej wśród Ŝywych. 

background image

Znowu  opanowary  go  wspomnienia.  Nie  chciałem  ich  przerywać  i  dopiero  po  jakimś 

czasie  dowiedziałem  się  o  innej,  drogiej  mu  osobie.  Wrócił  do  tego  tematu  niespodzianie, 
kiedy siedzieliśmy w altance podziwiając migotliwy blask morza. 

— Panie nauczycielu, ile osób siedzi tu w tej chwili? 
— Dwie  istoty  materialne,  a  ile  duchów,  tego  nie  wiem  —  odparłem,  starając  się 

dostosować do jego nastroju. 

— Jest tu jeszcze jedna z tych, o których panu wspomniałem. O tej jest mi trudniej mówić. 
— Jeśli to bolesne, proszę tego nie robić — rzekłem. 
— Ale  ja  chcę  opowiedzieć.  Czy  wie  pan,  dlaczego  mówiłem  o  Alice  i  mam  zamiar 

wyjawić  tajemnicę  Mercedes?  Dlatego,  iŜ  pragnę,  aby  ktoś  o  nich  pamiętał  i  czasem 
wspomniał, gdy mnie zabraknie. Nie mogę znieść myśli, Ŝe ich imiona zostaną zapomniane. 

Mój  starszy  brat,  Alec, był marynarzem  i  podczas  ostatniej  podróŜy  do  Indii  Zachodnich 

oŜenił  się  i  przywiózł  do  domu  Ŝonę,  Hiszpankę.  Ojcu  i  matce  małŜeństwo  brata  nie 
przypadło do gustu. Ciemnowłosa i śniada Mercedes była cudzoziemką i katoliczką. Dzieliło 
ją  od  nas  wszystko,  ale  gdy  ją  ujrzałem,  przestałem  obwiniać  Aleca.  Nie  z  powodu  urody 
Ŝ

ony. Nie miała wiele wdzięku, za to jakiś urok — silny i nieodparty. Kobiety nie potrafiły go 

zrozumieć  i  zastanawiały  się,  co  Alec  w  „obcej”  zobaczył.  Ja  nigdy  się  nie  dziwiłem.  Ja… 
ja… ją teŜ pokochałem i to od pierwszego wejrzenia. Nikt się o tym nie dowiedział. Mercedes 
teŜ  nie  miała  pojęcia. A  we  mnie  uczucie  przetrwało  całe  Ŝycie.  Nigdy  nie  pragnąłem  innej 
kobiety.  Kochać  ją,  to  było  jakby  picie  jakiegoś  rzadkiego  wina  o  cudownym  aromacie.  Po 
nim traciło się chęć na zwykłe napoje. 

Myślę, Ŝe spędziła tutaj szczęśliwy rok. Nasze gospodarne kobiety z Stillwater robiły na jej 

temat kąśliwe uwagi i twierdziły,  Ŝe „do niczego się nie nadaje”. Nie potrafiła robić tego co 
one.  Ale  potrafiła  kochać!  Uwielbiała  Aleca.  A  ja  go  znienawidziłem!  Och,  moje  serce 
przepełniały  czarne  myśli.  Po  latach  składam  dzięki  losowi,  Ŝe  byli  tacy  szczęśliwi.  Tę 
altankę zrobił dla Mercedes Alec, to znaczy on zrobił kratę, a ona posadziła chmiel. 

Latem  spędzała  w  niej  większość  czasu.  Dlatego  ja  tak  lubię  tu  przebywać.  Oczy  miała 

nieobecne  i  rozmarzone,  dopóki  nie  pojawiał  się Alec. JakąŜ  to  było  dla mnie  torturą!  Lecz 
teraz lubię wspominać jej miękki cudzoziemski głos i małe, białe dłonie… Umarła po roku… 
Pochowaliśmy ją razem z dzieckiem na cmentarzu przy katolickiej kaplicy, po drugiej stronie 
zatoki. Stamtąd co wieczór dochodzi bicie dzwonów. Lubiła słuchać ich dźwięku… Alec Ŝył 
drugie lata, ale nie oŜenił się powtórnie. Teraz i jego juŜ nie ma i nikt poza mną nie pamięta 
Mercedes. 

Abel zatonął w marzeniach. Nie chciałem ich zakłócać. Sądziłem, Ŝe nie zauwaŜył mego 

odejścia, lecz gdy otwierałem furtkę, pomachał mi ręką. 

Trzy  dni  później  znowu  poszedłem  do  starego  ogrodu.  Na  Ŝaglu  w  oddali  błyskało 

czerwone  światełko.  Wokół  pogrąŜonej  w  mroku  przystani  zachodzące  słońce  zbudowało 
wspaniałe  miasto.  Były  tu  pałace,  purpurowe  i  złote  wieŜe.  W  powietrzu  czuło  się  muzykę 
wiatru i fal. Hen, daleko brzmiała melodia dzwonów  z kaplicy, obok której spała wiecznym 
snem  Mercedes.  Ogród  przepełniały  róŜnorodne  barwy  i  zapachy.  Topole  wokół  domu 
wznosiły się powaŜne i smukłe. Abel siedział w chmielowej altance. Obok niego spał Kapitan 
Kidd. Myślałem, Ŝe Abel takŜe zasnął, bo głowę oparł o kratę i zamknął oczy. 

Kiedy  jednak  podszedłem  bliŜej,  stwierdziłem,  Ŝe  nie  śpi.  Na  ustach  zastygł  mu  dziwny, 

wyrozumiały  uśmiech,  jakby  dotarł  do  sedna  prawdy  i  pobłaŜliwie  oceniał  ludzkie 
zmartwienia i opinie o Ŝyciu. 

Stary Abel wyprawił się po swą Wielką Przygodę. 

background image

C

ZARNY BEZ 

F

ILLMORE

A

 

1909 

 
Tego  się  właśnie  spodziewałem  —  stwierdził  Timothy  Robinson.  Ton  jego  wypowiedzi 

wywołał  rumieniec  na  twarzy  Ellisa  Duncana.  Chłopak  otworzył  usta,  chcąc  odpowiedzieć 
gniewnie,  ale  szybko  je  zamknął  i  zacisnął  wargi.  Zupełnie  w  ten  sam  sposób  co  Timothy 
Robinson. 

— Kiedy  usłyszałem,  Ŝe  twój  leniwy  i  bezwartościowy  ojciec  nie  Ŝyje,  oczekiwałem,  Ŝe 

zechcecie ode mnie pomocy — ciągnął szorstko Timothy. — Ale nie sądź, Ŝe ją otrzymacie. 
Nie mam wobec was Ŝadnych zobowiązań, chociaŜ twój ojciec był moim przyrodnim bratem. 
ś

adnych  zobowiązań!  Nie  jestem  równieŜ  zwolennikiem filantropii  —  mówiąc  to,  Timothy 

uśmiechnął  się  krzywo.  Rzeczywiście  daleki  był  od  dobroczynnych  gestów.  W  opinii 
sąsiadów  miał  węŜa  w  kieszeni,  niektórzy  nazywali  go  skąpiradłem.  NaleŜy  to  uznać  za 
przesadę,  choć  niewątpliwie  Timothy  łatwo  grosza  z  ręki  nie  wypuszczał.  Zdarzało  się,  Ŝe 
bywał hojny, gdy uznał cel za odpowiedni. 

— Nie  proszę  o  jałmuŜnę,  stryju  Timothy  —  zaprzeczył  z  godnością  Ellis.  Pominął 

milczeniem obraźliwą uwagę o ojcu, choć go bardzo dotknęła, gdyŜ niestety była prawdziwa. 
— Pragnę utrzymać matkę z uczciwej i cięŜkiej pracy. Nie proszę o specjalne względy z racji 
pokrewieństwa.  Słyszałem,  Ŝe  szukasz  robotnika,  więc  przyszedłem  tak  samo,  jak 
poszedłbym do kaŜdego innego gospodarza. 

— Owszem, szukam robotnika — odrzekł stryj Timothy sucho. — Ale męŜczyzny, nie zaś 

czternastoletniego  chłopca,  który  nie  zapracuje  na  to,  co  zje.  Potrzeba  mi  kogoś 
odpowiedzialnego. 

Ellis  zaczerwienił  się  i  znowu  się  pohamował.  —  Chcę  pracować,  stryju  i  gdybyś  tylko 

spróbował, przekonasz się, Ŝe potrafię. Oczywiście za niŜszą zapłatę niŜ dorosły męŜczyzna. 

— Nie zatrudnię cię za Ŝadną zapłatę — przerwał stanowczo Timothy Robinson. — Jasno 

się  chyba  wyraziłem?  Jesteś  synem  niewłaściwego  człowieka.  Twój  ojciec  był 
niekompetentny,  leniwy  i  co  najgorsze  niegodny  zaufania.  Raz  próbowałem  mu  pomóc,  a 
rezultat? Straty i niewdzięczność! Nie chcę nikogo podobnego w moim domu. Nie wierzę w 
ciebie, więc zabieraj się stąd od razu. Nie mam czasu do tracenia na spory z tobą. 

Ellis  odszedł  z  płonącymi  uszami.  W  drodze rozmyślał  z  goryczą.  Stryj  mówił prawdę  o 

jego ojcu i chłopak zdawał sobie sprawę, jak trudno mu będzie uzyskać pracę. Nikt nie zechce 
zawracać  sobie  głowy  synem  „starego  Sama  Duncana”,  choć  nie  wszyscy  będą  tak 
bezpośredni jak stryj Timothy. 

Sam Duncan i Timothy Robinson byli przyrodnimi braćmi. Sam, starszy z nich, był synem 

pani Robinson z pierwszego małŜeństwa. Obaj chłopcy bardzo się róŜnili. Sam był leniwy i 
gnuśny. Zasługiwał w pełni na surową ocenę znajomych. Nie chciało mu się pracować i nikt 
nie  mógł  na  nim  polegać.  Natura  jednak  nie  poskąpiła  mu  urody  i  w  młodości  potrafił 
zjednywać sobie ludzi. Początkowo więc lubiano go bardziej niŜ szorstkiego, zamkniętego w 
sobie  i  pracowitego  Timothy’ego.  Matka  wcześnie  ich  odumarła,  ale  pan  Robinson 
przywiązał się do Sama i chłopiec miał zapewnione dom i opiekę. Gdy skończył dwadzieścia 
dwa  lata  a  Timothy  osiemnaście,  pan  Robinson  zmarł  nagle  nie  zostawiwszy  testamentu. 
Wszystko  co  posiadał,  przeszło  tym  sposobem  na  Timothy’ego.  Sam  natychmiast  opuścił 
dom. Mówił, Ŝe nie zniesie, by Timothy nim rządził. 

Wynajął mały domek we wsi. OŜenił się z dziewczyną „o wiele dla niego za dobrą” —jak 

mówiono  —  i  zaczął  wynajmować  się  do  róŜnych  prac.  Szedł  przez  Ŝycie  wałkoniąc  się, 
wykręcając  od  odpowiedzialności  i  zaciągając  długi.  Raz  Timothy,  pewnie  powodowany 
litością  dla  Ŝony  i  dziecka  Sama,  wynajął  go  na  rok  do  pracy  i  płacił  mu  więcej  niŜ  innym 

background image

robotnikom. Sam przez miesiąc udawał, Ŝe coś robi, potem się obraził i rzucił pracę w samym 
ś

rodku sianokosów. Po tym Timothy Robinson machnął na niego ręką. 

Gdy  Ellis  miał  lat  czternaście,  Sam  Duncan  zmarł  po  długiej  chorobie.  Przez  ten  czas 

rodzina egzystowała dzięki Ŝyczliwości litościwych sąsiadów. Ellis nie mógł szukać zajęcia, 
gdyŜ  spoczywał  na  nim  obowiązek  opieki  nad  chorym  ojcem.  Pani  Duncan,  osoba  słaba  i 
wątła, wyczerpana trudnym Ŝyciem nie miała dość siły, aby samej pielęgnować męŜa. 

Kiedy Sama pochowano, Ellis głęboko odetchnął i zaczął zastanawiać się nad przyszłością. 

Zdecydował,  Ŝe  musi  zapracować  na  utrzymanie  matki  i  swoje  i  powinien  zacząć  starania 
natychmiast.  Jak  na  swój  wiek,  był  wysoki  i  silny,  otrzymał  teŜ  przyzwoite  wykształcenie. 
Matka  uparcie  kazała  mu  uczęszczać  do  szkoły,  kiedy  chciał  pójść  do  pracy.  Zawsze  był 
bardzo skromny i cichy. Nikt w Dalrymple właściwie go nie znał. Wszyscy natomiast dobrze 
znali  jego  ojca.  Nikt  więc  nie  chciał  zatrudnić  Ellisa,  chyba  Ŝe  zgodziłby  się  do  pracy  na 
warunkach  duŜo  gorszych  niŜ  inni.  Ellis  nie  zwrócił  się  do  stryja,  dopóki  nie  wyczerpał 
innych moŜliwości. Teraz jednak i tu mu się nie powiodło. Czerwiec dobiegał końca i kaŜdy, 
komu potrzebny był pomocnik, juŜ go sobie znalazł. Gdziekolwiek spojrzeć, perspektywy nie 
wydawały się ciekawe. 

— Gdyby  mi  się  tylko  trafiła  okazja!  —  myślał  ze  smutkiem.  —  PrzecieŜ  nie  jestem 

leniwy  ani  ślamazarny.  Gdyby  tylko  dano  mi  szansę!  —  Zamyślony  usiadł  na  ogrodzeniu 
pastwiska Fillmore’ów. To pastwisko cieszyło się w Dalrymple złą sławą. Niegdyś urodzajna 
i tłusta ziemia została zniszczona przez bujny i uparty rozrost krzewów czarnego bzu. Thomas 
Fillmore początkowo próbował walczyć z tą klęską w „nocy przy księŜycu”. Ale roślina nic 
sobie  nie  robiła  ani  z  wyrywania,  ani  z  księŜyca  i  rozrastała  się  gęsto  dalej.  W  ostatnich 
dwóch  latach  stary  Thomas  zrezygnował  z  bitwy  o  pole  i  krzewy  bez  Ŝadnych  przeszkód 
panoszyły się w najlepsze. 

Thomas  Fillmore,  przygarbiony  staruszek  o  chytrych  oczach  i  pomarszczonej  twarzy, 

wynurzył  się  z  krzaków  na  wprost  chłopca.  —  Jak  się  masz,  Ellis.  Widziałeś  gdzie  moje 
łaciate cielęta? Szukam ich wszędzie od godziny. 

— Nie, nie widziałem Ŝadnych cieląt, ale na tym pastwisku słoń by się ukrył przed ludzkim 

wzrokiem — odparł Ellis z uśmiechem. 

Stary  Thomas  z  Ŝalem  pokiwał  głową.  —  Siła  złego  na  jednego  —  powiedział.  —  Czyś 

widział  kiedy  bardziej  zapuszczone  miejsce?  Trudno  uwierzyć,  Ŝe  dwadzieścia  lat  temu  nie 
było w Dalrymple lepszego kawałka ziemi. Jaka tu rosła trawa! 

— Ziemia musi być dobra jak dawniej — zauwaŜył Ellis. — Czy nie moŜna by tego bzu 

wykopać? 

— To cięŜka praca. Trzeba mieć siłę, cierpliwość i czas, Ŝeby się za to wziąć. Ja nie mam 

pierwszego,  bom  stary,  a  mój  parobek  nie  ma  ostatniego.  I  nikt  się  za  to  nie  weźmie  za 
pieniądze, na które mnie stać. 

— A ile by pan mi dał, panie Fillmore, gdybym oczyścił pole? — spytał Ellis. 
Stary  Thomas  popatrzył  na  niego  zdziwiony.  Kiedy  zrozumiał,  Ŝe  chłopiec  mówi 

powaŜnie, chytre oczka mu błysnęły. — Musisz bardzo potrzebować pracy? — zauwaŜył. 

— Bardzo — padła lakoniczna odpowiedź. 
— Niech pomyślę. — Stary Thomas zaczął dokładnie kalkulować. Nigdy, jeśli tylko mógł, 

nie  płacił  za  nic  ani  centa  więcej  niŜ  naleŜało,  a  targował  się  do  upadłego.  —  Dam  ci 
szesnaście dolarów za wykarczowanie pola — oświadczył w końcu. 

Ellis przyjrzał się pastwisku. Wiedział co nieco o usuwaniu krzewów czarnego bzu, a takŜe 

to, Ŝe szesnaście dolarów będzie mizerną zapłatą za jego wysiłek. Większość krzewów była 
wyŜsza od niego i miała głęboko zapuszczone w ziemię korzenie, grubsze od jego ręki. — Ta 
robota warta jest więcej, panie Fillmore. 

background image

— Nie dla mnie — krótko odparł stary Thomas. — Mam  duŜo ziemi i jestem stary, a do 

tego  bezdzietny.  Po  cóŜ  mam  wydawać  pieniądze,  jeśli  przyjdzie  po  mnie  ktoś  obcy?  Jak 
chcesz to zrobić za szesnaście dolarów — rób; jak nie — to nie. 

Ellis wzruszył ramionami. Stracił nadzieję na coś stałego, a szesnaście dolarów było lepsze 

niŜ nic. Powiedział więc: — Niech będzie. Zgadzam się. 

— Dobra,  chłopcze,  ale  pamiętaj,  masz  to  zrobić  dokładnie.  Korzenie  muszą  być 

wykopane  z  ziemi.  I  spodziewam  się,  Ŝe  doprowadzisz  robotę  do  końca,  a  nie  rzucisz  w 
połowie dla lepszego zarobku. 

— Nie odejdę stąd, dopóki nie skończę z pańskim bzem — oświadczył Ellis. 
Młody Duncan zabrał się do pracy od świtu. Najpierw pościnał krzaki i ułoŜył je w sterty 

do  spalenia.  To  mu  zajęło  dwa  dni  i  było  stosunkowo  łatwe.  Trzeciego  dnia  wziął  się  za 
korzenie. Pod koniec przedpołudnia zrozumiał, co naprawdę oznacza karczowanie pastwiska, 
ale zacisnął zęby i pracował dalej. Po południu Timothy Robinson, którego farma sąsiadowała 
z gruntami Fillmore’a, przechodził tamtędy i osłupiał na widok Ellisa. Chłopiec nie zauwaŜył 
stryja i pracował z widocznym zacięciem. 

— Tych mięśni nie odziedziczył po Samie — rzekł do siebie Timothy. — Sam zemdlałby 

na  samą  myśl  o  karczowaniu  krzewów.  MoŜe  się  pomyliłem  co  do  chłopaka?  CóŜ, 
poczekamy i zobaczymy, jak długo wytrwa. 

Ellis  wytrwał.  Próbował  wytrwać  równieŜ  krzewy  czarnego  bzu,  ale  chłopiec  okazał  się 

lepszy. Była to jednak cięŜka harówka i Ellis nigdy jej nie zapomniał. Tydzień za tygodniem 
tyrał  w  upale,  kopiąc,  przycinając  i  wyciągając  z  ziemi  korzenie.  Praca  nie  miała  końca,  a 
efekty  były  zniechęcająco  mierne.  Spodziewał  się,  Ŝe  wystarczy  mu  na  to  miesiąc,  lecz 
szybko  zorientował  się,  Ŝe  i  dwóch  będzie  za  mało.  Timothy  Robinson  często  przystawał 
obok  i  przyglądał  się  rosnącej  stercie  korzeni  i  powoli  powiększającej  się  powierzchni 
oczyszczonej ziemi. Nigdy jednak nie odzywał się i nie mówił o tym z nikim. 

Pewnego  wieczoru,  gdy  pole  było  w  połowie  wykarczowane,  Ellis  wrócił  do  domu 

zmęczony bardziej niŜ zwykle. Bolały go wszystkie kości i rozgoryczony zastanawiał się, czy 
starczy mu Ŝycia na dokończenie tej pracy. W domu czekał na niego Jacob Green z Westdale i 
od  razu  przystąpił  do  rzeczy:  —  Mój  pomocnik  złamał  nogę  i  muszę  natychmiast  znaleźć 
kogoś na jego miejsce. Powiedziano mi o tobie i postanowiłem spróbować. Płacę dwanaście 
dolarów miesięcznie z jedzeniem i mieszkaniem. Co ty na to? 

Twarz Ellisa zarumieniła się z radości. Dwanaście dolarów na miesiąc i stała praca! Lecz 

zaraz  przypomniał  sobie,  co  obiecał  panu  Fillmore.  Kilka  sekund  walczył  z  pokusą.  — 
Bardzo Ŝałuję, panie Green — odezwał się ze smutkiem. — Chętnie przyjąłbym tę pracę, ale 
nie mogę. Obiecałem panu Fillmore oczyścić pastwisko, a to potrwa jeszcze miesiąc. 

— Nie przypuszczałem, Ŝe ktoś odrzuci dobrą ofertę dla starego Toma — mruknął Jacob. 
— Tu chodzi o mnie — odparł z uporem Ellis. — Obiecałem i muszę dotrzymać słowa. 
Jacob odjechał niezadowolony. Po drodze spotkał Timothy’ego i opowiedział mu o swoich 

kłopotach. 

Nie  da  się  ukryć,  Ŝe  w  ciągu  następnego  miesiąca  Ellis  nie  raz  Ŝałował  odrzuconej 

propozycji  Jacoba  Greena.  W  końcu  jednak  zadanie  zostało  wykonane  i  pastwisko 
Fillmore’ów zmieniło swój wygląd. 

— Kiedy to dobrze wyschnie, przyjdę i podłoŜę ogień — obiecał Ellis panu Fillmore. — 

NaleŜy mi się ta satysfakcja. 

— Dobrze  wykonałeś  robotę  —  przyznał  stary  Thomas.  —  Oto  szesnaście  dolarów. 

KaŜdego  centa  uczciwie  zarobiłeś,  muszę  to  przyznać.  Jak  będziesz  potrzebował 
rekomendacji, przyjdź do mnie. 

W drodze do domu Ellis mijał farmę Robinsonów i spotkał na ścieŜce stryja. — CóŜ, Ellis 

— odezwał się do bratanka pierwszy raz od pamiętnego wieczoru — skończyłeś juŜ tę pracę? 

— Tak, stryju. 

background image

— I  dostałeś  szesnaście  dolarów,  gdy  robota  była  warta  cztery  razy  tyle?  Stary  Tom  cię 

oszukał, a ty byłeś głupi, odrzucając propozycję Greena! 

— Obiecałem panu Fillmore! 
— Hm! A co będziesz teraz robił? 
— Nie wiem. W przyszłym tygodniu zaczną się Ŝniwa. MoŜe dostanę jakąś pracę choć na 

krótko. 

— Ellis — odezwał się po chwili stryj. — Zwalniam swego pomocnika. Jest  do niczego. 

Chciałbyś zająć jego miejsce? Daję piętnaście dolarów miesięcznie i utrzymanie. 

Ellis  wbił  wzrok  w  Timothy’ego  Robinsona.  —  PrzecieŜ  nie  chciałeś  zatrudnić  syna 

bezwartościowego ojca — powiedział bardzo wolno. 

— Zmieniłem  zdanie.  Widziałem,  jak  harowałeś  na  pastwisku.  Trudno  o  lepszy 

sprawdzian.  Kiedy  Jacob  Green  napomknął  mi,  dlaczego  mu  odmówiłeś,  zrozumiałem,  Ŝe 
moŜna  na  tobie  polegać.  Zajmę  się  tobą,  nie  mam  przecieŜ  innych  krewnych.  Aha,  jeszcze 
jedno!  Zmęczyły  mnie  ciągłe  zmiany  gospodyń.  MoŜe  twoja  matka  zajmie  się  domem? 
SłuŜąca  jest  dobra,  ale  chodzi  o  kogoś,  kto  utrzyma  wszystko  w  ręku.  Twoja  matka  ma 
pewnie głowę na karku, po kimś musiałeś odziedziczyć swoje zalety. To jasne, Ŝe nie po ojcu! 

— Stryju  Timothy  —  zaczął  Ellis  z  szacunkiem  lecz  stanowczo.  —  Z  wdzięcznością 

przyjmuję  twoją  propozycję.  Sądzę,  Ŝe  mama  będzie  równieŜ  zadowolona,  ale  muszę  cię  o 
coś prosić. To co powiedziałeś o moim ojcu, jest prawdą, ale on juŜ nie Ŝyje. Zamieszkam z 
tobą pod warunkiem, Ŝe nic złego o nim juŜ od ciebie nie usłyszę. 

Timothy  Robinson  uśmiechnął  się  zwykłym,  krzywym  uśmiechem,  w  którym  jednak  był 

ś

lad  zrozumienia  i  sympatii.  —  Zgoda  —  rzekł.  —  Nigdy  więcej  nie  wspomnę  o  wadach 

twego ojca. Przenieś się do mnie i jeśli dalej będziesz taki zaradny i odpowiedzialny to… to 
niedługo zapomnę, Ŝe nie jesteś moim własnym synem. 

background image

N

ARZECZONA DOKTORA

 

1908 

 
Wyglądam  na  starą  kobietą,  co  nie  znaczy,  Ŝe  taką  się  czuję.  Serca  się  nie  starzeją,  a 

przynajmniej nie powinny. Moje pozostało młode, dzięki Bogu! Mocno zabiło, kiedy dziś po 
południu zobaczyłam doktora Johna i Marcellę Barry przejeŜdŜających drogą. Ucieszyłam się 
ich szczęściem nie mniej, niŜ gdyby doktor był moim rodzonym synem. Mając osiemdziesiąt 
pięć  lat  moŜna  juŜ  tylko  siedzieć  przy  oknie  i  robić  na  drutach.  Tak  przynajmniej  ludzie 
uwaŜają. Oczy jednak zostały stworzone do patrzenia i robię z nich właściwy uŜytek. Zawsze 
cieszę się, gdy widzę rzeczy dobre i piękne i Ŝaden człowiek nie powinien innych szukać. To 
Pan  Bóg  na  początku  zaplanował  i  stworzył  samo  dobro  i  piękno,  wbrew  intrygom… 
niektórych.  A  jeśli  przeznaczył  kiedyś  dwoje  ludzi  dla  siebie,  to  byli  nimi  doktor  John  i 
Marcella  Barry.  Zawsze  powtarzałam  to  wszystkim,  którzy  wytykali  im  róŜnicę  wieku. 
„Mógłby  być  jej  ojcem”  —  rozczulała  się  pani  Riddell.  Odpowiedziałam  jej  tylko 
spojrzeniem, ale jakim! Przypuszczam,  Ŝe moja twarz wyraŜała dokładnie to, co czułam. Ta 
kobieta ma sześćdziesiąt lat i nie rozumie, czym jest prawdziwa miłość! 

Nikt  w  Bridgeport  nie  oczekiwał  powrotu  Marcelli.  Nikt,  z  wyjątkiem  doktora  i  mnie. 

Nawet  jej  ciotka  Sara  nie  wierzyła.  Ludzie  Ŝartowali  sobie,  kiedy  twierdziłam,  Ŝe  jednak 
przyjedzie. Mnie ten śmiech i kpiny nie przeszkadzały. Nie na próŜno mieszkałam osiem lat 
obok Marcelli. Nie zwątpiłam, podobnie jak nie zwątpił doktor John. 

Marcella zamieszkała w Bridgeport, kiedy miała osiem lat. TuŜ przedtem zmarł jej ojciec, 

Chester Barry. Opiekę nad córką powierzył swemu bratu Richardowi. Matka Marcelli, siostra 
Sary  Bryant,  mej  sąsiadki,  nie  Ŝyła  od  czterech  lat.  Panna  Sara  tak  bardzo  prosiła  o 
pozostawienie dziewczynki u niej, Ŝe Barry’owie zgodzili się wreszcie. Miała zostać z ciotką 
do szesnastego roku Ŝycia, a potem wrócić do nich, aby zdobyć odpowiednie wykształcenie i 
zająć właściwe miejsce w świecie. Wiadomo bowiem, Ŝe świat panny Sary Bryant bardzo się 
róŜni  od  świata  Chestera  Barry.  Nie  zamierzam  wydawać  na  ten  temat  opinii.  Wszystko 
zaleŜy od punktu widzenia. 

Tak czy siak, Marcella zamieszkała z nami w Bridgeport. Świadomie mówię „z nami”, bo 

kaŜda  niemal  zagroda  w  wiosce  była  jej  domem.  NaleŜy  wyjaśnić,  Ŝe  przy  nieistotnych 
róŜnicach  zdań,  tak naprawdę to jesteśmy  jedną wielką  rodziną.  Poza  tym  Marcella  usidlała 
serca  od  pierwszego  spotkania.  Jedno  przeciągłe  spojrzenie  wielkich,  szaroniebieskich  oczu 
spod czarnych rzęs zapadało w serce na zawsze. Była ładnym i dobrym dzieckiem, a poza tym 
szczerym, lojalnym i odwaŜnym stworzeniem. Nawet jako ośmiolatka nie powiedziałaby ani 
zrobiła czegoś niegodziwego. 

Przyjaźniłyśmy  się  od  samego  początku.  Kochała  mnie  i  kochała  ciotkę  Sarę,  ale 

najgłębszym uczuciem obdarzyła doktora Johna Havena, mieszkającego po sąsiedzku z panną 
Sarą. 

Doktor  John  pochodził  z  Bridgeport  i  kiedy  skończył  studia,  wrócił  do  domu  i 

gospodarował  z  owdowiałą  matką.  Wśród  miejscowych  dziewcząt  zapanowało  poruszenie. 
Kawalerowie do wzięcia stanowili w naszej wiosce rzadkie zjawisko. Zaczęto zarzucać sieci, 
czego  nie  mogę  przemilczeć,  choć  nie  lubię  plotek.  Ale  Ŝadna  z  panien  jakoś  nie  omotała 
doktora.  Pani  Riddell  twierdziła,  Ŝe  jest  on  typowym  starym  kawalerem.  Myślę,  Ŝe  opierała 
swoje przekonanie na tym, Ŝe doktor zawsze był cichy i pochłonięty ksiąŜkami. Zupełnie nie 
interesował się Ŝyciem towarzyskim i nigdy nie flirtował. Znałam serce doktora Johna lepiej, 
niŜ  Martha  Riddell  mogła  sobie  wyobrazić.  Wiedziałam,  Ŝe  nie  ma  w  sobie  nic  ze  starego 
kawalera.  Czekał  po  prostu  na  właściwą  kobietę  —  to  wszystko.  Nie  potrafił,  tak  jak  inni 
męŜczyźni, zadowolić się byle czym. 

background image

Gdy  Marcella  przybyła  do  Bridgeport,  miał  trzydzieści  lat  i  był  wysokim,  barczystym 

męŜczyzną z gęstą, kędzierzawą czupryną i spokojnymi orzechowymi oczami. Chodził lekko 
pochylony,  z  rękoma  załoŜonymi  do  tyłu  i  miał  głęboki,  melodyjny  głos.  Jak  muzyka.  Był 
odwaŜny,  dobry  i  Ŝyczliwy,  ale  zachowywał  się  powściągliwie.  Ludzie  w  Bridgeport 
powaŜali  go, lecz  tylko  nieliczni  mogli  poszczycić się jego  przyjaźnią.  Z  dumą  wyznaję,  Ŝe 
zaliczałam się do nich. Dla starej kobiety to dobry powód do przechwałek! 

Doktor John zawsze lubił dzieci i nawzajem. Rzecz naturalna, Ŝe on i mała Marcella zostali 

przyjaciółmi. Uczestniczył w jej wychowaniu, gdyŜ panna Sara radziła się go we wszystkim. 
Marcella  nie  sprawiała  kłopotów,  ale  miała  silną  wolę  i  kiedy  się  przy  czymś  uparła,  tylko 
doktor mógł na nią wpłynąć. Zawsze respektowała jego decyzje. 

Marcella naleŜała do dziewcząt, co szybko dojrzewają. W wieku piętnastu lat była kobietą 

— kochającą, piękną i pełną Ŝycia. 

I doktor ją kochał, jako kobietę, nie dziecko. Wiedziałam o tym wcześniej niŜ on sam, ale 

chyba nie przed Marcella. Jej młode, śmiało patrzące oczy łatwo i szybko czytały w ludzkich 
sercach.  Obserwowałam  rodzącą  się  miłość  podobną  do  pięknego,  rzadkiego  kwiatu.  Panna 
Sara teŜ to spostrzegła i nie wiedziała czy cieszyć się, czy smucić, bo sądziła, Ŝe doktor jest 
dla Marcelli za stary. No i naleŜało brać pod uwagę rodzinę Barrych. Oni zaś potrafili spędzić 
biednej pannie Sarze sen z powiek! 

Nadszedł wreszcie czas, gdy doktor się ocknął. Zajrzał w głąb własnego serca — i jak mi 

wyznał  znacznie  później  —  doznał  olśnienia.  Był  jednak  człowiekiem  odwaŜnym  i 
rozsądnym. Nie dbał o to,  co powiedzą ludzie. Sprawa dotyczyła wyłącznie jego i Marcelli. 
Następnie  zapytał  się  w  duchu,  czy  ma  prawo  do  wzajemności  Marcelli  i  uznał,  Ŝe  nie  ma 
takiego prawa. Nie chciał wykorzystać jej młodości i braku doświadczenia. Pomyślał teŜ, Ŝe 
wkrótce  dziewczyna  przeniesie  się  do  rodziny  ojca  i  nie  powinna  odchodzić  uwikłana  w 
jakieś zobowiązania. 

…Tyle powiedział sam doktor. Nie dawałam Ŝadnych rad. W końcu przeŜyłam na świecie 

ponad  siedemdziesiąt  lat.  Jego  decyzja  była  męska,  słuszna  i  szlachetna,  ale  spóźniona,  bo 
Marcella juŜ go kochała. 

Doktor i  Marcella  sporo  mi  powiedzieli,  lecz istniały  pewne  sprawy  dla  nich  święte  i  do 

dziś nie wiem, jak doktor odkrył uczucie Marcelli. 

Pewnego  dnia,  dokładnie  na  miesiąc  przed  szesnastymi  urodzinami  Marcelli,  przyszli 

oboje  do  panny  Sary  (siedziałyśmy  właśnie  na  werandzie)  i  powiedzieli,  Ŝe  obiecali  sobie 
wierność.  Twarze  ich  tchnęły  miłością.  Widziałam  doktora  —  wysokiego,  powaŜnego,  ze 
srebrnymi  nitkami  we  włosach  i  uśmiechem  szczęśliwego  człowieka.  Widziałam 
rozpromienioną  Marcellę  —  taką  młodą,  z  długim,  czarnym  warkoczem  i  oczami  jeszcze 
wilgotnymi od łez. Ja, stara kobieta, patrzyłam i dziękowałam Bogu za ich szczęście. 

Panna  Sara  śmiała  się,  płakała,  całowała  oboje  i  ze  strachem  myślała,  co  powie  klan 

Barrych.  Jej  złe  przeczucia  sprawdziły  się.  Kiedy  doktor  napisał  do  Richarda  Barry’ego, 
opiekuna  Marcelli,  prosząc  o  zgodę  na  zaręczyny,  ten  szybko  narobił  kłopotów.  Zjechał  do 
Bridgeport i całkowicie zgnębił pannę Sarę. Wyśmiał sam pomysł zaręczyn takiego dziecka z 
mało znanym wiejskim lekarzem. A co gorsze, zabrał Marcellę! 

Oczywiście,  musiała  pojechać.  Był  jej  prawnym  opiekunem  i  nie  słuchał  Ŝadnych  próśb. 

Lecz  nie  znał  charakteru  Marcelli.  Sądził,  Ŝe  nowe  Ŝycie  w  wielkim  świecie  zatrze  w  jej 
pamięci dziecinne zadurzenie. Po pierwszym wybuchu łez i błagań Marcella przyjęła decyzję 
stryja  ze  stoickim  spokojem,  przynajmniej  tak  to  wyglądało.  Zachowywała  się  dostojnie jak 
młoda królowa. Wieczorem, przed wyjazdem, przyszła do mnie poŜegnać się. Nie uroniła ani 
jednej łzy, ale oczy świadczyły o bólu i goryczy. 

— To poŜegnanie na pięć lat, panno Tranquil — oznajmiła. — Gdy skończę dwadzieścia 

jeden lat, wrócę tu. To jedyna obietnica, jaką mogę złoŜyć. Oni nie pozwolą mi pisać ani do 
Johna, ani do cioci Sary, ja zaś nie zrobię niczego potajemnie. Nie zapomnę jednak i wrócę! 

background image

Richard  Barry  nie  pozwolił  jej  zobaczyć  się  z  doktorem  Johnem  na  osobności.  Musiała 

poŜegnać  go  pod  lodowatym  i  pogardliwym  wzrokiem  światowego  człowieka.  Wymienili 
więc tylko uścisk dłoni i długie spojrzenie, czulsze od pocałunku i wymowniejsze od słów. 

— Wrócę,  gdy  będę  pełnoletnia  —  powiedziała  Marcella,  a  ja  dostrzegłam  uśmiech 

Richarda Barry’ego. 

Marcella  wyjechała…  W  Bridgeport  nie  istnieje  coś  takiego  jak  sekret,  więc  wszyscy 

wiedzieli o romansie jej i doktora i o złoŜonej obietnicy. Ubolewano nad Johnem, poniewaŜ 
wierzono, Ŝe utracił swą ukochaną bezpowrotnie. 

— Jasne jak słońce, Ŝe ona tu nigdy nie wróci — oświadczyła pani Riddell. — To jeszcze 

dziecko  i  wkrótce  o  nim  zapomni.  Wyjedzie  do  jakiejś  szkoły  za  granicą,  a  wakacje  ma 
spędzać  z  rodziną  stryja.  A  oni,  jak  wiadomo,  obracają  się  w  najwyŜszych  sferach!  śal  mi 
doktora!  MęŜczyzna  w  jego  wieku  niełatwo  zmienia  uczucia,  a  on  szalał  za  Marcella. 
Spotkała go kara za miłość do dzieciaka! 

Są chwile, gdy Martha Riddell szczególnie działa mi na nerwy. Jest poczciwą kobietą, ale 

potrafi zaleźć za skórę. 

Nawet  panna  Sara  zirytowała  mnie.  Ją  jednak  usprawiedliwiam.  Kochała  to  dziecko  jak 

swoje własne i zabierając je, złamano jej serce. Lecz nawet w takiej sytuacji powinna, moim 
zdaniem, wierzyć w Marcellę. 

— Och! Nie, nie! — łkała panna Sara. — Ona tu nigdy nie wróci. Tak, wiem, Ŝe obiecała, 

ale oni ją zmienią, odciągną ode mnie. Gdy zakosztuje światowego Ŝycia, nie zechce wrócić! 
W jej wieku pięć lat to cala wieczność. Nie, panno Tranquil, niech mnie pani nie pociesza, bo 
nie pragnę pociechy! 

Kiedy  ktoś  postanowi  być  nieszczęśliwy,  to  naleŜy  mu  pozwolić  tonąć  w  „otchłani 

rozpaczy”. Bałam się natomiast spotkania z doktorem Johnem. Sądziłam, Ŝe będzie załamany 
i straci wiarę w Marcellę. Lecz natychmiast spostrzegłam, jak bardzo się myliłam. Wprawdzie 
jego oczy straciły dawny blask, lecz pojawiła się w nich spokojna cierpliwość. 

— Ona do mnie wróci, panno Tranquil — powiedział. — Słyszałem, co mówią ludzie, ale 

to  mnie  nie  obchodzi.  Nie  znają  Marcelli.  Dała  słowo  i  dotrzyma  go,  zrobi  to  chętnie  i  z 
radością. Gdy będzie wolna, odwróci się od świata blichtru i wróci do mnie. Jedno co mogę 
zrobić, to czekać. 

Tak więc doktor John czekał i wierzył. Po pewnym czasie zainteresowanie sprawą opadło i 

ludzie zapomnieli o Marcelli. Nie mieliśmy o niej wiadomości poza wzmiankami w kronice 
towarzyskiej  miejskiej  gazety.  Posłano  ją  na  trzy  lata  do  szkoły,  a  potem  wyjechała  za 
granicę. Została nawet przedstawiona u dworu w Londynie. 

Gdy  doktor  przeczytał  ostatnią  wiadomość,  był  u  mnie  w  domu.  Przykrył  oczy  dłonią  i 

siedział dłuŜszą chwilę w milczeniu. Zastanawiałam się, czy i jego nie opanują wątpliwości. 
W gazecie pisano o jej towarzyskim triumfie i urodzie, a takŜe snuto przypuszczenia na temat 
małŜeństwa z utytułowaną osobą. Czy moŜliwe, Ŝeby pozostała mu wierna? 

Doktor  musiał  odgadnąć  moje  myśli,  bo  uśmiechnął  się.  —  Ona  wróci  —  rzekł  krótko  i 

zauwaŜyłam,  Ŝe  zwątpienie  zniknęło  z  jego  oczu.  Patrzyłam,  jak  odchodził  —  wysoki, 
łagodny, pełen dobroci — i modliłam się, aby nie spotkał go zawód. To złamałoby mu serce. 

Pięć  lat  oczekiwania  to  długi  okres,  ale  minęły  wreszcie.  Pewnego  dnia  uprzytomniłam 

sobie, Ŝe nadeszły dwudzieste pierwsze urodziny Marcelli. Nawet panna Sara nie pamiętała o 
nich.  Dla  niej  Marcella  wciąŜ  była  małym  dzieckiem,  które  kochała  i  straciła.  Wieczorem 
odwiedził mnie doktor. Miał róŜę w butonierce i stąpał lekkim krokiem jak młody chłopiec. 
— Od dzisiaj jest wolna — stwierdził. — Wkrótce znowu będzie z nami, panno Tranquil. 

— Sądzi pan, Ŝe będzie taka sama jak dawniej? Doktor się roześmiał. — JakŜe mogłaby się 

zmienić?  —  spytał.  —  Niektóre  kobiety  mogłyby,  większość  by  się  zmieniła  na  pewno,  ale 
nie Marcella. Nie wiem, kiedy wróci; nie wiem nawet, gdzie przebywa, lecz gdy tylko będzie 
mogła — zjawi się. 

background image

Więcej  o  tym  nie  mówiliśmy,  ale  blask  w  oczach  doktora  stawał  się  z  kaŜdym  dniem 

głębszy  i  czulszy.  Wiedziałam,  Ŝe  myśli  nieustannie  o  Marcelli.  Zachowywał  się  duŜo 
spokojniej ode mnie. Ja drŜałam, gdy pukał listonosz, podskakiwałam, gdy trzaskała furtka i 
oblewałam się zimnym potem, widząc biegnącego ulicą posłańca z telegramem. 

Dwa  tygodnie  później  odwiedziłam  pannę  Sarę.  Wyszła  dokądś,  więc  usiadłam  w  małej 

bawialni  i  czekałam.  Niebawem  nadszedł  doktor  i  siedzieliśmy  oboje  w  półmroku,  rzadko 
przerywając  milczenie.  Wieczór  był  niezwykle  piękny.  RóŜe  w  ogrodzie  panny  Sary 
pachniały wilgotne od rosy. Niebo między drzewami było róŜowe i srebrzysto–niebieskie, a 
nad wiązami rosnącymi na moim podwórku błyszczała gwiazda wieczorna. Usłyszeliśmy, Ŝe 
ktoś  otworzył  drzwi  i  idzie  przez  hali.  Spodziewałam  się  zobaczyć  pannę  Sarę,  odwróciłam 
się  i…  ujrzałam  Marcellę!  Stała  w  progu  wysoka  i  piękna,  a  promień  zachodzącego  słońca 
padał  na  jej  czarne  włosy.  Widziała  tylko  doktora  Johna.  W  jej  ogromnych  oczach  tlił  się 
wyraz, jaki mają wracający do domu wygnańcy. 

— Marcello! — zawołał doktor. 
Zamknęłam drzwi, zostawiając ich samych. 
Wesele odbędzie się w przyszłym miesiącu. Panna Sara nie moŜe pozbierać się z radości. 

To  co  się  działo  we  wsi,  wyczerpało  resztki  mojej  cierpliwości.  Przez  ostatnie  dziesięć  dni 
byłam niegrzeczna i ofuknęłam więcej osób niŜ przez całe swoje Ŝycie. 

Wszystko  to  jednak  zupełnie  nie  irytuje  doktora  Johna  i  Marcelli.  Są  zbyt  szczęśliwi,  by 

zwracać uwagę na plotki czy ludzką ciekawość. Rodzina Barrych nie przyjedzie na ślub. Nie 
przebaczyli  Marcelli  i  odmówili  zgody  na  jej  szaleństwo,  jak  to  nazwali.  Szaleństwo!  Gdy 
widzę  tych  dwoje  razem,  zdaję  sobie  sprawę,  ile  dla  siebie  znaczą.  Wtedy  teŜ  zaczynam 
rozumieć, czym właściwie jest prawdziwa mądrość! 

background image

Z

 POWODU 

J

ULIUSZA 

C

EZARA

 

1906 

 
W  poniedziałek  wieczorem  zawiadomiła  mnie  Melissa,  Ŝe  od  wtorku  powinnyśmy 

rozpocząć obchód z listą składek na obicia kościelnych ławek. Ja uwaŜałam, Ŝe lepiej zacząć 
w czwartek. Nie miałam nic przeciwko wtorkowi, ale  Melissa lubi podejmować decyzje bez 
zasięgania opinii innych. Ja zaś sądzę, Ŝe nie naleŜy zbytnio jej ustępować. Melissa jest moją 
kuzynką  i  zawsze  byłyśmy  przyjaciółkami,  co  nie  znaczy,  Ŝe  pozwolę  sobie  wchodzić  na 
głowę. Ostatecznie ustaliłyśmy termin na środę. 

Ilekroć słyszę o zbieraniu pieniędzy na kolejne potrzeby kościoła, ogarnia mnie niepokój. 

Wiem  bowiem  doskonale,  Ŝe  to  ja  i  Melissa  będziemy  musiały  się  tym  zajmować.  Ludzie 
mówią,  Ŝe  nam  się  udaje  zawsze  zebrać  więcej  niŜ  innym.  Pewnie  myślą,  Ŝe  skoro  Melissa 
jest pozbawioną obowiązków starą panną, a ja pozbawioną obowiązków wdową, to mamy za 
duŜo  wolnego  czasu.  Od  lat  kwestowałyśmy  na  fundusz  budowlany,  pomocy  społecznej, 
kolacje świąteczne i tak dalej, ale teraz z tym kończę i Melissa równieŜ. 

Zaczęłyśmy  Ŝwawo  w  środę  o  poranku,  gdyŜ  nasze  Jersey  Cove  jest  sporą  osadą  i 

potrzebny  nam  będzie  cały  dzień,  aby  obejść  wszystkie  gospodarstwa.  Musiałyśmy  do 
wszystkich  chodzić  pieszo,  bo  Ŝadna  z  nas  nie  posiada  konia,  a  poza  tym  z  koniem  byłoby 
więcej  kłopotu.  Dzień  był  piękny  i  zapowiadał  się  upalnie,  ale  nastroje  miałyśmy  ponure. 
CóŜ,  nie  moŜna  oczekiwać  zbyt  wiele,  biorąc  pod  uwagę,  jak  niemiłą  wyprawę  miałyśmy 
przed sobą. 

 

*

 

*

 

 
Czekałam  na  Melissę  przy  furtce.  Nadeszła  i  zmierzyła  mnie  wzrokiem  pełnym 

dezaprobaty.  Widać  było,  Ŝe  uwaŜa  za  głupotę  wkładanie  jednej  z  lepszych  sukienek  i 
eleganckiego  kapelusza  —  tego  z  róŜowymi  kwiatami  —  na  wędrówkę  w  kurzu  i  upale.  Ja 
jednak byłam innego zdania. Moje doświadczenie w kwestowaniu wskazuje, Ŝe im staranniej 
człowiek jest ubrany i lepiej wygląda, tym więcej zbierze pieniędzy. W kaŜdym razie wtedy, 
gdy prosi o nie męŜczyzn, a tak właśnie miało być. Gdyby płaciły kobiety, ubrałabym się w 
najstarsze  i  najbrzydsze  rzeczy.  Melissa  wyglądała  na  strasznie  zaniedbaną.  Z  wyjątkiem 
włosów, które jak zawsze ułoŜyła starannie. Nigdy nie mogłam pojąć, jak Melissa potrafi tak 
pięknie się uczesać. 

Do południa nic szczególnego się nie wydarzyło. Parę osób narzekało i nie chciało wpisać 

na  listę  ani  centa,  ale  tak  ogólnie  poszło  nam  nieźle.  Gdybyśmy  zbierały  na  misję,  sprawa 
wyglądałaby  gorzej.  Lecz  chodziło  o  własną  wygodę,  czyli  wyściełane  kościelne  ławki  i 
ludzie  okazywali  się  hojni.  Do  domu  Daniela  Wilsona  dotarłyśmy  około  południa  i  tam 
poczęstowano  nas  obiadem.  Nie  zjadłyśmy  wiele,  choć  byłyśmy  porządnie  głodne.  CóŜ, 
kuchnia Mary Wilson ma w Jersey Cove ustaloną reputację. Nic dziwnego, Ŝe Daniel choruje 
na Ŝołądek. Cierpiący czy nie podpisał się na duŜą sumę „na te wasze poduszki” i zauwaŜył, 
Ŝ

e  wyglądamy  bardzo  młodo.  Daniel  nie  szczędzi  kobietom  komplementów  i  powiadają,  Ŝe 

Mary jest bardzo zazdrosna. 

Kiedy  opuściłyśmy  dom  Wilsonów,  Melissa  powiedziała  tonem  skazańca:  —  Chyba 

pójdziemy teraz do Isaaca Appleby, aby mieć go z głowy. 

Zgodziłam się z nią. Cały dzień bałam się tej wizyty. To Ŝadna przyjemność pójść do domu 

męŜczyzny, którego propozycję małŜeństwa niedawno się odrzuciło i prosić go o pieniądze, a 
obie byłyśmy w takiej sytuacji. 

background image

Isaac  był  zamoŜnym,  starym  kawalerem.  Nie  zdradzał  chęci  do  oŜenku,  dopóki  ostatniej 

zimy  nie  zmarła  siostra,  prowadząca  mu  dom.  Gdy  tylko  uporał  się  z  wiosennym  siewem, 
zaczął  rozglądać  się  za  kandydatką  na  Ŝonę.  Najpierw  przyszedł  do  mnie,  ja  zaś  odparłam 
„nie”  —  stanowczo  i  głośno.  Lubiłam  Isaaca,  ale  Ŝyłam  sobie  spokojnie  i  wygodnie.  Stare 
drzewo nie da się przesadzić. Poza tym zaloty Isaaca wydały mi się zbyt interesowne. A ja nie 
umiem Ŝyć bez odrobiny romantyzmu. Isaac okazał wyraźne rozczarowanie. Lecz dał mi do 
zrozumienia, Ŝe nie ma zamiaru się załamywać i ktoś trochę gorszy ode mnie teŜ go zadowoli. 
Kimś  takim  okazała  się  Melissa,  której  oświadczył  się  po  upływie—jak  nakazywała 
przyzwoitość  —  dwóch  tygodni.  Melissa  równieŜ  mu  odmówiła.  Przyznam,  Ŝe  mnie  to 
zdziwiło,  bo  miała  chęć  na  małŜeństwo.  Ale  Isaaca  Appłeby  zawsze  traktowała  z  góry  ze 
względu  na  jakąś  starą  rodzinną  waśń.  Poza  tym  jej  dawny  wielbiciel,  obecnie  wdowiec, 
zaczął  się  nią  znowu  interesować.  Podejrzewałam,  Ŝe  Melissa  wiąŜe  z  nim  pewne  nadzieje. 
Nie mówiąc juŜ o tym, Ŝe nie chciała być „tą drugą” po mnie. 

Jakie tam były przyczyny, odrzuciła biednego Isaaca i to wyczerpało jego matrymonialne 

szansę,  jeśli  chodzi  o  Jersey  Cove,  gdzie  nie  było  juŜ  kandydatki  na  Ŝonę.  To  znaczy  w 
odpowiednim dla niego wieku. Jestem jedyną wdową, a inne stare panny, oprócz Melissy, są 
beznadziejnie staropanieńskie i do niczego. 

Wszystko to stało się trzy miesiące temu i od tej pory Isaac sam prowadził gospodarstwo. 

Nikt nie miał pojęcia, jak sobie radzi, bo dom Applebych stoi w odległości pół mili od reszty 
osady. Strasznie odludne pustkowie, o czym sobie przypomniałam, rozwaŜając oświadczyny 
Isaaca. 

— Jarvis Aldrich mówił, Ŝe Isaac sprawił sobie ostatnio ładnego psa — oznajmiła Melissa, 

gdy dotarłyśmy do domu Isaaca. — Jarvis mówił, Ŝe to jakaś rasa z importu. Mam nadzieję, 
Ŝ

e nie jest groźny. 

Panicznie  boję  się  psów,  szłam  więc  przez  wielkie  podwórze  z  duszą  na  ramieniu. 

Byłyśmy w połowie drogi, gdy Melissa zawołała: — Annę, tam jest pies! 

Tam rzeczywiście był pies i to buldog, a kłopot w tym, Ŝe nie chciał stać w miejscu, tylko 

biegł  prosto  w  naszą  stronę.  Był  to  najbrzydszy  pies,  jakiego  kiedykolwiek  widziałam  i  na 
tyle  wielki,  Ŝeby  przegryźć  człowieka  na  pół.  Straciłyśmy  głowy.  Zaczęłyśmy  krzyczeć, 
upuściłyśmy parasolki i pobiegłyśmy do jedynego bliskiego schronienia, do drabiny opartej o 
stary dom Applebych. Mam czterdzieści pięć lat i pulchną sylwetkę, toteŜ wdrapywanie się po 
drabinie  nie  jest  moją  ulubioną  rozrywką.  Na  tę  jednak  wskoczyłam  z  szybkością  i 
zręcznością  szesnastolatki.  Melissa  poszła  moim  śladem  i  znalazłyśmy  się  na  dachu  —  na 
szczęście płaskim — zdyszane i spocone, ale bezpieczne. Chyba, Ŝe ten szatański pies potrafi 
włazić po drabinie. 

OstroŜnie zbliŜyłam się do krawędzi i spojrzałam w dół. Potwór siedział u stóp drabiny i 

nigdzie mu się nie spieszyło. Błysk w ślepiach zdawał się mówić: „Mam was, nieprzejednane 
kwestorki,  w  swojej  mocy.  To  mi  sprawia  ogromną  radość”.  Uświadomiłam  Melissę  co  do 
naszej sytuacji i spytałam: — Co teraz zrobimy? 

— Zrobimy? — warknęła Melissa. — Jasne, Ŝe zostaniemy na dachu do chwili, gdy Issac 

Appleby zabierze to bydlę. A co innego moŜemy zrobić? 

— A jeśli nie ma go w domu? 
— To  poczekamy,  aŜ  wróci.  Och,  co  za  obrzydliwa  sprawa!  To  jest  skutek  wykładania 

poduszkami kościelnych ławek! 

— Mogło być gorzej — powiedziałam pocieszająco. — A gdyby dach był pochyły? 
— Wołaj Isaaca! — rzuciła krótko Melissa. 
Nie  miałam  ochoty,  ale  zaczęłam  wołać.  Gdy  nie  przybywał,  Melissa  raczyła  przyłączyć 

się i utworzyłyśmy niezły duet. Ale mimo naszych wrzasków Isaac się nie pokazał, natomiast 
psisko siedziało na ziemi i śmiało się bezczelnie. 

background image

— To  na  nic  —  stwierdziła  zniechęcona  Melissa.  —  Isaac  Appleby  albo  umarł,  albo  nie 

ma go w domu. 

Minęło  pół  godziny,  które  wydało  nam  się  wiekiem.  Słońce  przypiekało,  a  my 

rozpływałyśmy się z gorąca. Męczyło nas pragnienie i od upału rozbolały głowy. Czułam teŜ, 
jak  moja  muślinowa  suknia  w  kwiaty  płowieje  w  oczach.  Jeśli  zaś  chodzi  o  róŜe  na 
kapeluszu… O tym wolałabym nawet nie myśleć. 

I  wtedy  zobaczyłyśmy  coś  cudownego:  Isaac  Appleby  szedł  podwórkiem  z  motyką  na 

ramieniu.  Prawdopodobnie  pracował  na  tyłach  domu.  Nigdy  nie  przypuszczałam,  Ŝe  jego 
widok sprawi mi taką przyjemność. — Isaac, hej, Isaac! — zawołałam radośnie, wychylając 
się, na ile starczyło mi odwagi. 

Isaac  popatrzył  zdumiony,  jak  wijemy  się  nad  krawędzią  dachu.  Potem  zobaczył  psa  i 

pojął, o co chodzi. Spostrzegłam teŜ, Ŝe się uśmiechnął pod nosem. 

— Isaac,  bądź  tak  dobry  i  odprowadź  gdzieś  tego  psa,  Ŝebyśmy  mogły  zejść  — 

powiedziałam prosząco. 

Isaac  zastanawiał  się  chwilę,  a  potem  zbliŜył  się  i  zanim  zdałyśmy  sobie  sprawę,  co  ma 

zamiar zrobić, połoŜył drabinę na ziemi. 

— Isaacu Appleby, co to ma znaczyć? — spytała gniewnie Melissa. 
Isaac  skrzyŜował  ramiona  i  spojrzał  w  górę.  Trudno  byłoby  powiedzieć,  czyje  oblicze 

wyraŜało  większe  zdecydowanie  —  jego  czy  psa.  Muszę  jednak  przyznać,  Ŝe  Isaac  miał 
przewagę w posturze. — To znaczy,  Ŝe zostaniecie obie na dachu tak długo, aŜ jedna z was 
zdecyduje się wyjść za mnie — oznajmił uroczyście. 

Zamurowało  mnie.  —  Isaacu,  nie  mówisz  tego  powaŜnie!  —  zawołałam  z 

niedowierzaniem. — Nie moŜesz być taki złośliwy. 

— Mówię  powaŜnie.  Potrzebna jest  mi  Ŝona  i  dostanę ją.  Zostaniecie  tam  obie, a  Juliusz 

Cezar  będzie  was  pilnował.  Uzgodnijcie  między  sobą  i  dajcie  mi  znać,  gdy  podejmiecie 
decyzję. Po tych słowach Isaac podąŜył raźno do swego nowego domu. 

— Ten człowiek nie mówi na serio! — zawołała Melissa. — To tylko głupi kawał. 
— Jest śmiertelnie powaŜny — odparłam posępnie. — śaden Appleby nie umie Ŝartować. 

Będzie nas tu trzymał, dopóki któraś nie zgodzi się wyjść za niego. 

— To na pewno nie będę ja — oświadczyła Melissa z zimną wściekłością. — Nie wyjdę za 

niego,  nawet gdybym miała siedzieć na tym dachu przez resztę Ŝycia. Ty  go moŜesz  wziąć. 
Ciebie chce naprawdę i tobie pierwszej się oświadczył. 

Miałam rację! AleŜ to draŜniło Melissę! Starannie przemyślałam sytuację. W rzeczy samej 

nie  mogłyśmy  zejść  z  dachu,  a  nawet  gdybyśmy  mogły,  to  na  dole  był  Juliusz  Cezar.  Dom 
znajdował  się  na  odludziu  i  moŜe  przez  tydzień  nikt  się  tu  nie  pojawi.  Oczywiście,  gdy  nie 
wrócimy do siebie, sąsiedzi zaczną nas szukać, ale stanie się to nie wcześniej niŜ za dwa — 
trzy dni. 

Melissa  odwróciła  się  do  mnie  plecami  i  siedziała,  opierając  łokcie  na  kolanach,  ze 

wzrokiem  wbitym  posępnie  w  morze.  Czułam,  Ŝe  nie  zdołam  jej  przekonać,  aby  wyszła  za 
Isaaca.  Jeśli  chodzi  o  mnie,  to  nie  miałam  do  niego  Ŝadnych  zastrzeŜeń.  Choć  pozbawiony 
romantycznych  skłonności,  był  przecieŜ  zacnym  i  do  tego  bardzo  zamoŜnym  człowiekiem. 
Tylko  rozgniewał  mnie  rodzaj  zalotów.  —  Lepiej  będzie,  Melisso,  jeśli  się  zgodzisz  — 
zachęcałam. — Ja juŜ miałam jednego męŜa i to mi wystarczy. 

— Dla mnie i jeden to zbyt wiele, dziękuję bardzo — odparła z sarkazmem. 
— Isaac  jest  dobrym  człowiekiem,  ma  ładny  dom,  a  ty  wcale  nie  jesteś  pewna,  czy  ten 

znajomy z Kingsbridge ma powaŜne zamiary. 

— JuŜ  raczej  wolałabym  —  powiedziała  Melissa  z  tym  swoim  okropnym  spokojem  — 

skoczyć z dachu i skręcić kark, albo zostać rozszarpana na kawałki przez tego potwora! 

Po  tym  oświadczeniu  nie  było  co  mówić.  Siedziałyśmy  w  grobowym  milczeniu,  a  czas 

dłuŜył  się  niemiłosiernie.  Byłam  zgrzana,  głodna,  spragniona  i  zła.  Poza  tym  czułam 

background image

ś

mieszność  sytuacji,  co  było  gorsze  niŜ  wszystko  inne.  Widziałyśmy  Isaaca  siedzącego 

wygodnie  i  czytającego  gazetę.  Myślę,  Ŝe  gdyby  ten  widok  tak  mnie  nie  rozdraŜnił, 
wywiesiłabym  białą  flagę  wcześniej.  Ale  skoro  tak  się  stało,  to  postanowiłyśmy  trwać  w 
uporze  jak  wszyscy.  Cała  czwórka  —  Isaac,  Melissa,  Juliusz  Cezar  i  ja  —  byliśmy  bardzo 
upartymi stworzeniami. 

O  czwartej  Isaac  wstał  i  poszedł  do  domu.  Po  kilku  minutach  pojawił  się  znowu,  z 

koszykiem  w  jednej  i  kłębkiem  sznurka  w  drugiej  ręce.  —  Nie  zamierzam  was  morzyć 
głodem, moje panie — oznajmił uprzejmie. 

— Rzucę  wam  kłębek,  a  wy  podciągniecie  na  sznurku  koszyk.  Chwyciłam  kłębek,  bo 

Melissa nawet nie odwróciła głowy. TeŜ wolałabym okazywać wzgardę, ale byłam straszliwie 
spragniona.  Schowałam  dumę  do  kieszeni  i  wciągnęłam  koszyk  na  dach.  Poza  tym 
pomyślałam  sobie,  Ŝe  posiłek  pozwoli  nam  trwać,  dopóki  nie  nadarzy  się  jakaś  okazja  do 
ucieczki. 

Isaac  wrócił  do  domu,  a  ja  rozpakowałam  koszyk.  Była  w  nim  butelka  mleka,  trochę 

chleba  z  masłem  i  ciasto.  Melissa  nie  tknęła  jedzenia,  lecz  była  tak  spragniona,  Ŝe  musiała 
wypić łyk mleka. 

Próbowała  podnieść  woalkę  i  o  coś  ją  zahaczyła.  Szarpnęła  mocniej  i  razem  z  woalką  i 

kapeluszem spadły starannie ułoŜone pukle znad czoła! Nigdy pewnie nie widzieliście czegoś 
podobnego.  Od  dawna  podejrzewałam,  Ŝe  przód  fryzury  Melissy  jest  fałszywy,  lecz  nie 
miałam dowodu. 

Melissa  z  purpurową  twarzą  przypięła  włosy,  włoŜyła  kapelusz,  napiła  się  mleka,  a 

wykonała te czynności bez jednego słowa. Współczułam jej. 

Zrobiło  mi  się  równieŜ  Ŝal  Isaaca,  gdy  spróbowałam  chleba.  Był  kwaśny  i  pod  kaŜdym 

względem  po  prostu  beznadziejny.  Ugryzłam  kawałek  i  rzuciłam  Juliuszowi  Cezarowi.  Nie 
okazał  się  przesadnie  wybredny  i  zjadł.  Miałam  nadzieję,  Ŝe  się  struje,  bo  najgorsze  moŜe 
spotkać  nawet  psa  po  zjedzeniu  czegoś  podobnego.  Pomyślałam  sobie,  Ŝe  męŜczyzna 
prowadzący  taką  kuchnię  naprawdę  potrzebuje  Ŝony  i  moŜna  mu  wybaczyć  barbarzyńskie 
metody  zdobywania  towarzyszki  Ŝycia.  Do  tego  czułam  się  okropnie  po  wielogodzinnym 
praŜeniu na dachu. 

Ale  tak  naprawdę  na  moją  decyzję  wpłynęła  burza.  Kiedy  zobaczyłam  szybko 

nadciągające  z  północnego  zachodu  czarne  chmury,  poddałam  się  natychmiast.  Zniosłam 
wiele  i  gotowa  byłam  znieść  więcej,  ale  za  mój  najlepszy  kapelusz  zapłaciłam  dziesięć 
dolarów  i  nie  zamierzałam  zniszczyć  go  w  czasie  burzy.  —  Jeśli  pozwolisz  nam  zejść  i 
obiecasz pozbyć się tego psa, zanim tu zamieszkam, to wyjdę za ciebie — powiedziałam. — 
Ale i tak później sprawię, Ŝe tego poŜałujesz. 

— Zaryzykuję,  Annę  —  rzekł.  —  I,  naturalnie,  sprzedam  psa.  Mając  ciebie,  nie  będę  go 

potrzebował.  —  Isaac  powiedział  to  jako  komplement,  choć  widząc  pysk  tego  straszydła, 
trudno było go zaakceptować. 

Kazał  odejść  Juliuszowi  Cezarowi  i  przystawił  drabinę,  a  potem,  gdy  schodziłyśmy, 

odwrócił  się  skromnie  plecami.  Musiałyśmy  wejść  do  domu  i  przeczekać  ulewę.  Nie 
zapomniałam powodu naszej wizyty i zaraz za progiem wyciągnęłam listę składek. 

— Ile juŜ zebrałyście? — spytał Isaac. 
— Siedemdziesiąt dolarów, a musimy mieć sto pięćdziesiąt — odparłam. 
— MoŜesz wpisać mnie na pozostałe osiemdziesiąt — powiedział spokojnie Isaac. 
Trzeba przyznać, Ŝe Appleby’owie nigdy nie byli skąpi. 
Gdy  się  przejaśniło,  Isaac  zaproponował,  Ŝe  odwiezie  nas  do  domu,  ale  odmówiłam. 

Chciałam  załatwić  pewną  sprawę  z  Melissa,  zanim  zacznie  opowiadać  sąsiadkom  o  naszej 
przygodzie. Po drodze do domu odezwałam się: — Mam nadzieję, Melisso, Ŝe nie piśniesz o 
tym  nikomu.  Nie  mam  nic  przeciwko  poślubieniu  Isaaca,  ale  nie  chciałabym,  aby  ludzie 
wiedzieli, jak do tego doszło. 

background image

— Och, nie napomknę jednym słowem — odparła Melissa, śmiejąc się wymuszenie. 
— PoniewaŜ — dodałam, by zakończyć sprawę i spojrzałam wymownie na jej fryzurę — 

ja teŜ mam coś do powiedzenia. 

Melissa na pewno będzie trzymać język za zębami! 

background image

M

OJA 

L

ADY 

J

ANE

 

1915 

 
Statek  zacumował  w  Broughton  pół  godziny  po  odejściu  mojego  pociągu.  Spóźnienie 

spowodowało  drobne  uszkodzenie  w  maszynowni.  Dla  mnie  oznaczało  to  konieczność 
zanocowania  w  mieście.  Wstyd  mi  teraz  za  to  wszystko,  co  wtedy  pomyślałem  i 
powiedziałem.  Gdy  wyobraŜam  sobie,  Ŝe  los  mógł  pójść  mi  na  rękę  i  podstawić  specjalny 
pociąg,  albo  dokonać  innego  cudu  i  opuściłbym  miasto  tego  wieczoru,  czuję  nieprzyjemne 
dreszcze. Wdzięczny za szczęśliwy zbieg okoliczności przysiągłem nigdy nie narzekać, jeśli 
ucieknie mi pociąg i stracę wygodne połączenie. 

Wtedy  jednak  byłem  wyjątkowo  rozgoryczony.  Bardzo  zaleŜało  mi  na  załatwieniu 

waŜnych interesów, a czas uciekał… 

W Broughton czułem się obco. Miasteczko wyglądało groteskowo i niesympatycznie. Do 

hotelu  dotarłem  w  paskudnym  humorze.  Kiedy  opadło  ze  mnie  zdenerwowanie, 
postanowiłem  dla  zabicia  czasu  odszukać  Clarka  Olivera.  Nie  przepadałem  zbytnio  za 
Clarkiem Oliverem, choć to mój kuzyn. Kawał drania z niego i do tego znacznie głupszego, 
niŜ  wypadało  członkowi  naszej  rodziny.  Na  domiar  złego  zajmował  się  polityką,  a  ja 
polityków nie cierpię. Jeśli chciałem go zobaczyć, to dlatego by sprawdzić, czy nadal jest do 
mnie tak bardzo podobny. Nie widziałem go trzy lata i pragnąłem, aby czas dokonał jakichś 
zmian.  Minął  juŜ  rok  od  chwili,  gdy  zostałem  zmieszany  z  błotem  przez  nie  znanego  mi, 
mocno podekscytowanego osobnika. Chciał się właśnie policzyć „z tym łajdakiem Oliverem” 
— oczywiście chodziło o poglądy polityczne. 

Powlokłem się do biura Clarka i powiedziano mi, Ŝe juŜ wyszedł. PodąŜyłem więc za nim 

do  mieszkania.  Na  widok  kuzyna  doznałem  niemiłego  uczucia  utraty  czy  teŜ  zakłócenia 
toŜsamości. Clark był zdumiewająco do mnie podobny. Do tego stopnia, Ŝe miałem wraŜenie, 
jakbym widział się w lustrze. Przy czym mój sobowtór zachowywał się zupełnie inaczej niŜ 
ja. 

Clark  udał  radość  na  mój  widok.  Wtedy  jeszcze  nie  przyszedł  mu  do  głowy  „wspaniały 

pomysł”, a nie lubiliśmy się od zawsze. 

— Jak  się  masz,  EUiott  —  powiedział,  potrząsając  mą  ręką.  Gest  wyuczony  w  czasie 

kampanii wyborczych miał oznaczać coś w rodzaju serdeczności. — Cieszę się, Ŝe cię widzę, 
staruszku. Rany, ciągle jesteś do mnie tak samo podobny. Skąd się tu wziąłeś? 

Wyjaśniłem  mu,  co  się  stało  i  przez  chwilę  w  spokoju  i  nawet  Ŝyczliwie  opowiadaliśmy 

sobie  rodzinne  ploteczki.  Nie  jestem  ich  amatorem,  ale  są  nieco  lepsze  od  polityki,  a  Clark 
moŜe rozmawiać tylko na te dwa tematy. Opisałem mu wesele Mary Alice, nowego adoratora 
Florence i bliźnięta Toma i Kate. Clark próbował okazywać zainteresowanie, ale widziałem, 
Ŝ

e tak naprawdę zajmuje go zupełnie inna sprawa. Po chwili popatrzył na zegarek, zmarszczył 

czoło  i  powiedział:  —  Mam  pewien  problem.  Mark  Kennedy  z  Ŝoną  wydają  dziś  proszoną 
kolację.  Oczywiście  nie  znasz  ich,  ale  to  waŜni  ludzie  w  Broughton.  Kennedy  kieruje  tu 
polityką  a  pani  K.  Ŝyciem  towarzyskim.  To  moje  pierwsze  zaproszenie  do  ich  domu  i 
koniecznie  muszę  je  przyjąć.  Bezwarunkowo!  Pani  K.  nigdy  by  mi  nie  wybaczyła, gdybym 
zawiódł w ostatniej chwili. Moja osoba nic dla niej nie znaczy, ale zakłóciłbym porządek przy 
stole.  Pani  K.  traktowałaby  mnie  jak  powietrze,  a  na  nieszczęście  mąŜ  jest  pantoflarzem. 
Naprawdę nie mogę jej obrazić. No i będzie pewna dziewczyna. Spotkałem ją raz i chciałbym 
odnowić  znajomość.  Jest  piękna,  co  do  tego  nie  ma  dwóch  zdań,  choć  bardzo  wyniosła. 
Sądzę, Ŝe wywarłem na niej wraŜenie. Było to w ubiegłym tygodniu na wieczorku tanecznym 
u  Har—veyów.  Zaćmiła  inne  kobiety  urodą  i  nie  spuszczała  ze  mnie  wzroku.  Dałem  pani 

background image

Kennedy wyraźnie do zrozumienia, Ŝe chcę siedzieć obok młodej damy. Jeśli tam nie pójdę, 
to stracę wszystko. 

— No dobrze, co cię powstrzymuje od pójścia? — spytałem z lekkim wyzwaniem. Zawsze 

draŜnił  mnie  sposób,  w  jaki  Clark  mówił  o  dziewczętach  i  chwalił  się  zwycięskimi 
podbojami. 

— Jedna  rzecz.  Dziś  po  południu  przyjechał  Herbert  Bronson  i  wyjedzie  o  wpół  do 

jedenastej.  Zawiadomił  mnie,  bym  wpadł  wieczorem  do  jego  hotelu.  Mamy  do  omówienia 
pewien  interes.  Jeśli  się  z  nim  nie  zobaczę,  to  sprawa  wymknie  mi  się  z  rąk,  a  z  kieszeni 
ładnych parę tysięcy. 

— CóŜ, rzeczywiście jesteś między młotem i kowadłem — zgodziłem się z filozoficznym 

spokojem. Tego wieczoru interesy nie odciągały mnie od obowiązków towarzyskich, mogłem 
więc współczuć Clarkowi. Jakie to miłe ubolewać nad kimś, kogo się nie lubi. 

— Na  to  wygląda.  Nie  mogę  podjąć  decyzji,  co  powinienem  zrobić.  A  niech  to  licho! 

Muszę  zobaczyć  się  z  Bronsonem,  nie  ulega  wątpliwości.  W  ogóle  powinno  się  mieć 
sobowtóra  i  wysyłać  go  w  razie  potrzeby  na  proszone  kolacje.  Na  Jowisza!  Elliott!  — 
Clarkowi  przyszedł  do  głowy  „wspaniały  pomysł”.  Podskoczył  na  krześle  z  wraŜenia.  — 
Elliott,  pójdziesz  zamiast  mnie  do  Kennedych?  Oni  niczego  nie  zauwaŜą.  Zrób  to,  bądź 
człowiekiem! 

— Bzdury — odparłem. 
— śadne  bzdury.  Nasze  podobieństwo  zostało  przewidziane  na  taką  właśnie  okazję. 

PoŜyczę ci wieczorowy strój, na pewno będzie pasował. I tak nie masz co dzisiaj robić, a ja 
ofiaruję  ci  znakomitą  kolację  i  miłą  partnerkę.  Wiesz,  jesteś  mi  coś  winien  za  sprawę 
Mulhenen! 

Sprawa  Mulhenen  przyspieszyła  podjęcie  decyzji.  Dopóki  o  niej  nie  wspomniał,  nie 

miałem  zamiaru  udawać  kuzyna.  Lecz  kiedyś  mi  pomógł,  o  czym  „delikatnie”  napomknął  i 
miałem wobec niego zobowiązania. Nie ma nic gorszego, niŜ zawdzięczać coś człowiekowi, 
którym się gardzi. Skoro więc nadarza się okazja, spłacę wreszcie dług wdzięczności. 

— JednakŜe  —  zauwaŜyłem  z  powątpiewaniem  —  nie  znam  Kennedych  i  Ŝadnych 

towarzyskich wydarzeń w Broughton. Nie odwaŜę się odezwać i wyjdę na głupca. Jeśli nawet 
nie popełnię większej gafy, to i tak gospodarze będą zdegustowani. Przyniesie to twej karierze 
więcej szkody niŜ nieobecność. 

— AleŜ nic podobnego! Odzywaj się tylko z konieczności i wygłaszaj ogólniki, a wszystko 

pójdzie  gładko.  Zajmij  się  dziewczyną.  Jest  tu  obca  i  nie  pozna  się  na  twojej  ignorancji  w 
miejscowych  sprawach.  Nikt  cię  nie  będzie  podejrzewać.  Nikt  nie  wie  o  naszym 
podobieństwie!  No,  a  teraz  ubieraj  się!  Nie  masz  za  duŜo  czasu.  Pani  K.  nie  lubi 
spóźnialskich. 

Wyglądało na to, Ŝe pani Kennedy nie lubi wielu rzeczy. Pomyślałem, jak mało mam szans 

zdobycia jej względów, zwłaszcza gdy muszę dorównać osobowości Olivera. W trakcie tych 
rozwaŜań ubierałem się tak szybko, jak potrafiłem. Przygoda zaczynała mnie bawić. Zawsze 
lubiłem niezwykłe sytuacje. W kaŜdym razie było to lepsze od samotnego wieczoru w hotelu. 
Poza tym nikomu nie wyrządzało krzywdy. Zapłacę Clarkowi za przysługę, a pani Kennedy 
zaoszczędzę kłopotu z powodu pustego miejsca przy stole. 

Kiedy  włoŜyłem  wieczorowe  ubranie  kuzyna,  wyglądałem  zupełnie  jak  on.  Poczułem 

irracjonalną niechęć do garnituru za to, Ŝe tak dobrze na mnie leŜy. 

— Przejdziesz  próbę  —  zdecydował  Clark.  —  Pamiętaj  tylko,  Ŝe  jestem konserwatystą  i 

nie wyskakuj z liberalnymi poglądami. Aha, pani Kennedy zbiera kufle od piwa i ma bogatą 
kolekcję. Miłośnicy plotek szepczą, Ŝe panna Harvey interesuje się filantropią… 

— Panna kto? — przerwałem gwałtownie. 
— Harvey. Nie znam imienia. To ta dziewczyna, o której ci wspomniałem. Bądź dla niej 

miły, bo upatrzyłem ją na twoją przyszłą kuzynkę. Nie popsuj mi opinii! 

background image

ZadrŜałem  na  dźwięk  nazwiska  Harvey.  Kiedyś,  w  innej  rzeczywistości,  znałem  Jane 

Harvey.  Lecz  panna  wspomniana  przez  Clarka  nie  mogła  być  moją  Jane.  Przed  miesiącem 
czytałem  w  gazecie,  Ŝe  przebywa  na  wybrzeŜu  Pacyfiku.  Poza  tym  Jane,  którą  znałem,  nie 
zajmowała się dobroczynnością. NiemoŜliwe, aby w ciągu dwóch lat dokonała się w niej taka 
zmiana! Dwa lata! A mnie wydawały się długie jak wieki! 

Udałem się  do  Kennedych  w  przyjemnie  podniosłym nastroju  i  w  doroŜce.  Przybyłem  w 

ostatniej  chwili.  Dom  okazał  się  duŜy  i  wszystko  w  nim  było  pokaźne  —  z  wyjątkiem 
gospodarza. Mark Kennedy, niewysoki, szczupły i łysy, wcale nie wyglądał na politycznego 
bossa. No cóŜ, w tym świecie rzeczy nie są tym, na co wyglądają. 

Pani Kennedy przywitała mnie wylewnie i oznajmiła z naciskiem, Ŝe spełniła moją prośbę. 

To znaczyło, Ŝe poprowadzę do stołu pannę Harvey. Oczywiście, nie przedstawią nas, bo jako 
Oliver znałem swą damę. Zastanawiałem się, w jaki sposób ją rozpoznam i nagle zakręciło mi 
się w głowie. W rogu pokoju ujrzałem Jane. 

Nie miałem czasu pozbierać myśli. Goście juŜ wychodzili do jadalni. Wziąłem się w garść, 

złoŜyłem ukłon i po chwili prowadziłem Jane do stołu. 

Jane  tutaj!  Idzie  obok  mnie  sądząc,  Ŝe  jestem  Clarkiem  Oliverem.  Jest  piękniejsza  niŜ 

dawniej,  ta  moja  wysoka,  brązowowłosa,  wyniosła  Jane.  Zainteresowanie  filantropią 
włoŜyłem między bajki. Takie sprawy w Ŝyciu kobiety oznaczają pojawienie się zmarszczek 
albo zawód miłosny. Jane natomiast nie groziło ani jedno, ani drugie. 

Kiedyś  byłem  zaręczony  z  Jane.  Zakochałem  się  w  niej  obłędnie  i  sądziłem,  Ŝe  z 

wzajemnością.  Dotąd  nie  wyleczyłem  się  z  mego  szaleństwa,  przeszło  ono  za  to  w  stan 
chroniczny.  WciąŜ  podsycałem  w  sobie  nadzieję,  Ŝe  któregoś  dnia  spotkam  ją  i  pogodzimy 
się.  Zabroniła mi szukać się i nawet pisać, a miała pewne rzadką u kobiet cechę — mówiła 
dokładnie to, co myślała. 

A teraz jadłem kolację u boku Jane jako Oliver Clark! Co robić? Wyznać prawdę i prosić o 

wybaczenie?  Ktoś  mógłby  usłyszeć  naszą  rozmowę.  Poza  tym  fakt,  Ŝe  stroję  się  w  cudze 
piórka, nie posłuŜy za przepustkę do serca Jane. Na pewno potępiłaby taki postępek. Jednym 
słowem sytuacja była skomplikowana! 

Jane  spokojnie  jadła  zupę.  Była  jedyną  znaną  mi  kobietą,  która  przy  tej  czynności 

wyglądała jak królowa. Złapała mnie na ukradkowym studiowaniu jej profilu… i zarumieniła 
się! Porwała mnie złość. Ten rumieniec był wszak przeznaczony dla Olivera! I on uwaŜa, Ŝe 
Jane straciła dla niego głowę! Jane… i Clark! 

— Jest  pan  zdumiewająco  podobny  do  osoby,  którą  kiedyś  znałam  —  zaczęła  rozmową 

Jane. W pierwszej chwili wzięłam pana za niego. 

Osoby, którą kiedyś znała! Och, Jane, to zbyt bolesny cios! 
— Chodzi  pewnie  o  mego  kuzyna,  Elliotta  Camerona?  —  odparłem  tak  obojętnie,  jak 

potrafiłem. — Jesteśmy bardzo do siebie podobni. Znała pani Camerona, panno Harvey? 

— Słabo — odrzekła Jane. 
— To porządny człowiek — mówiąc to, zarumieniłem się. 
— A–ach! — westchnęła Jane. 
— Mój  ulubiony  kuzyn  —  ciągnąłem  odwaŜnie.  —  Jest  wyjątkowo  zdolny,  ale  ostatnio 

bardzo  posmutniał.  Słyszałem,  Ŝe  dwa  lata  temu  miał  zawód  miłosny  i  dotąd  nie  moŜe  się 
pozbierać. 

— Naprawdę? — Jane powiedziała to chłodno, krusząc w palcach kawałek chleba. 
Nie  zwiodła  mnie  obojętna  twarz.  Pamiętałem  bowiem,  jak  dawniej  krytykowała  ludzi, 

którzy  nie  mogąc  opanować  nerwów,  robią  takie  rzeczy  z  chlebem.  —  Obawiam  się,  Ŝe 
biedny  Elliott  ma  kompletnie  zrujnowane  Ŝycie  —  stwierdziłem  wzdychając.  —  Wielka 
szkoda! 

— Zwierzał się panu z tej miłosnej historii? — spytała z odcieniem pogardy w głosie. 

background image

— CóŜ, w pewnym sensie. Powiedział trochę i domyśliłem się reszty. Nie znam nazwiska 

tej  kobiety.  Wiem  tylko,  Ŝe  jest  bardzo  piękna  i  bez  serca.  Potraktowała  go  wyjątkowo 
okrutnie! 

— On to panu mówił? 
— AleŜ  nie!  Złego  słowa  nie  dał  na  nią  powiedzieć.  Ale  człowiek  ma  prawo  wyciągać 

wnioski, prawda? 

— Co  było  powodem  zerwania?  —  Jane  uśmiechnęła  się  w  tym  momencie  do  jakiejś 

damy. Wyglądało na to, Ŝe prowadzimy normalną towarzyską konwersację. Lecz w dalszym 
ciągu kruszyła chleb. 

— Jak  sądzę  zwykła  sprzeczka.  Elliott  nie  wdawał  się  w  szczegóły.  Podobno  ta  dama 

zaczęła z kimś flirtować. 

— Ludzie  przez  flirt  rozumieją  róŜne  rzeczy  —  zauwaŜyła  Jane.  —  Czasem  traktują  tak 

przyjazną  Ŝyczliwość.  MoŜe  pański  kuzyn  naleŜy  do  męŜczyzn  chorobliwie  zazdrosnych  z 
powodu  najmniejszego  drobiazgu?  Niektórzy  chcą  korzystać  z  władzy,  zanim  ją  w  ogóle 
posiądą. Dla kobiety z charakterem jest to nie do przyjęcia. 

— Oczywiście,  Ŝe  Elliott  był  zazdrosny  —  przyznałem.  —  Powinna  pani  wiedzieć, 

zazdrość jest miarą męskiej miłości! Jeśli przekroczył granice swych praw, jestem pewien, Ŝe 
gorzko tego Ŝałuje. 

— Czy rzeczywiście… ciągle ją kocha? — spytała Jane. Niby jadła z zapałem, a talerz był 

wciąŜ prawie pełny. Ja nawet nie udawałem. Dziobałem tylko jedzenie widelcem. 

— Kochają z całego serca. Dla Elliotta nie istnieją inne kobiety. 
— Dlaczego więc nie powie jej o tym? — Jane mówiła to takim tonem, jakby cała sprawa 

ją znudziła. 

— Zabroniła mu pokazywać się na oczy. Twierdziła, Ŝe go nienawidzi. 
— To jakaś niemądrze uparta pannica — skomentowała moje słowa Jane. 
— Chciałbym  usłyszeć,  jak  ktoś  mówi  to  Elliottowi  —  zauwaŜyłem.  —  On  uwaŜa  ją  za 

doskonałość. Bardzo mi go Ŝal. Ma złamane serce. 

— A wie pan — powiedziała Jane powoli, jakby z wysiłkiem — zdaje mi się, Ŝe znam tę 

dziewczynę. 

— Naprawdę? — zdziwiłem się obłudnie. 
— To jedna z mych przyjaciółek. Ona… ona nigdy nie podała mi jego nazwiska. Ale teraz 

mam prawie pewność, Ŝe to pański kuzyn. Moja przyjaciółka uwaŜa się za winną rozstania. 

— Ona tak myśli? — serce mało mi nie rozsadziło piersi. 
— Tak, sądzi, Ŝe postąpiła pochopnie i nierozwaŜnie. Wcale nie miała zamiaru flirtować… 

i  nigdy  nie  zaleŜało  jej  na  innym.  Tylko  czuła  się  poniŜona  zazdrością.  A  w  dodatku  nie 
pomyślała, Ŝe on potraktuje to powaŜnie i obrazi się. 

— Przypuszcza  pani,  Ŝe  mój  kuzyn  ma  jakieś  szansę?  —  Biorąc  pod  uwagę  wysokość 

stawki, zadałem pytanie zupełnie spokojnie. 

— Na pewno — odparła Jane beznamiętnie. — Nigdy nie spojrzała na innego męŜczyznę. 

Cały wolny czas poświęca dobroczynności. Nie sprawia wraŜenia szczęśliwej. 

A  więc  wieści  o  zainteresowaniu  filantropią  były  prawdziwe.  Och,  Jane!  —  Więc  mój 

kuzyn powinien, pani zdaniem, odwaŜnie zwrócić się do niej? Czy go wysłucha i przebaczy? 

— Chyba tak — odparła. 
— Pozwoli pani powtórzyć to Elliottowi? 
Jane  z  namysłem  wybrała  oliwkę  i  jadła  z  irytującą  dokładnością.  —  Naturalnie,  jeśli 

uwaŜa pan, Ŝe on chciałby to usłyszeć — odparła po dłuŜszym milczeniu. 

— Powiem  mu  o  tym,  gdy  tylko  wrócę  do  domu.  —  Nareszcie  miałem  satysfakcję.  Jane 

zaskoczona odwróciła się i spojrzała mi prosto w oczy. — Tak — powiedziałem, z wysiłkiem 
odrywając wzrok. — Przybył dziś statkiem i spóźnił się na pociąg. Musiał zostać u mnie na 

background image

noc. Niewątpliwie jutro popędzi na złamanie karku do swej bogini. Ciekawe czy wie, gdzie 
ona jest? 

— Jeśli nie wie — oświadczyła Jane tonem osoby kończącej raz na zawsze nudny temat — 

to  chętnie  powiem.  Proszę  mu  przekazać,  Ŝe  mieszkam  u  państwa  Moore,  a  wyjeŜdŜam 
pojutrze.  A,  prawda,  czy  widział  pan  juŜ  kolekcję  pani  Kennedy?  Jest  rzeczywiście 
interesująca… 

Clark nie mógł albo nie chciał być na naszym ślubie. Jane nigdy go juŜ nie widziała. Nie 

moŜe pojąć, dlaczego Ŝywię do kuzyna tyle niechęci, gdy on się o mnie tak dobrze wyraŜał. 
Jej  zdaniem,  to  czarujący  człowiek  i  najbardziej  interesujący  rozmówca,  z  jakim 
kiedykolwiek siedziała przy stole. 

background image

O

STATNI ROZDZIAŁ

 

1912 

 
Często siadała w kącie zachodniej werandy, robiąc na drutach coś białego, róŜowego albo 

błękitnego,  ale  zawsze  puszystego.  Pewnie  były  to  chusty,  szale  i  jakieś  kapturki.  Gdy 
kończyła  jedno,  oddawała  którejś  z  dziewcząt  i  zaczynała  następne.  KaŜda  dziewczyna  w 
Harbour Light nosiła tego lata jakąś niezwykłą rzecz, która wyszła spod białych, szczupłych i 
niestrudzonych rąk panny Sylwii. 

Była  stara  tą  piękną,  pogodną  starością,  mającą  tyleŜ  wdzięku  co  młodość.  Musiała  Ŝyć 

szczęśliwie, skoro tak urocza i pełna niezwykłego czaru doczekała sześćdziesiątki. Niektórzy 
dziwili się, Ŝe znajomi mówią do niej „panno Sylwio”. Taka kobieta przecieŜ powinna mieć 
silnych, dorosłych synów i wnuczęta z dołeczkami na policzkach. 

Pierwsze  dni  po  przybyciu  do  hotelu  siedziała  w  rogu  werandy  sama.  Potem  zawsze 

otaczał  ją  krąg  młodzieŜy.  Ludzie  w  średnim  wieku  i  starsi  teŜ  chętnie  by  się  tam  znaleźli. 
Lecz  panna  Sylwia,  niezmiennie  uprzejma  dla  wszystkich,  zdecydowanie  wyróŜniała 
młodych. Siadała więc wśród chłopców i dziewcząt, młodych męŜczyzn i panien jak królowa. 
Nosiła suknie trochę staroświeckie, ale do niej pasowały doskonale. 

Bez przerwy robiła na drutach i  rozmawiała, ale najwaŜniejsze, Ŝe jak  nikt inny potrafiła 

słuchać. Oblegaliśmy ją godzinami i opowiadaliśmy o róŜnych sprawach. 

Na  początku  znajomości  kaŜdy  zwracał  się  do  niej  „panno  Stanleymain”,  lecz  ona 

wytrzymywała  to  zaledwie  dwadzieścia  cztery  godziny.  Potem  prosiła,  by  mówić  do  niej 
„panno Sylwio” i taką właśnie przetrwała w mej pamięci na zawsze. 

Panna  Sylwia  lubiła  nas  wszystkich,  ale  ja  zostałem  jej  ulubieńcem.  Powiedziała  o  tym 

szczerze i wyraziła Ŝyczenie, aby nam nie przeszkadzano w rozmowie, gdy inni zauwaŜą, Ŝe 
heliotropowy szal zsunie się jej nagle z ramion. 

Byłem  dumny  z  jej  względów  jak  zakochany  wielbiciel,  choć  nie  znałem  przez  dłuŜszy 

czas przyczyn tego wyróŜnienia. 

Panna  Sylwia  wysłuchiwała  bez  końca  naszych  zwierzeń.  Sama  jednak  niczego  nie 

wyznała. Podejrzewaliśmy, Ŝe kiedyś tam w jej Ŝyciu musiał zaistnieć jakiś romans, a jednak 
wszelkie  próby  zgłębienia  szczegółów  kończyły  się  niepowodzeniem.  Panna  Sylwia unikała 
dociekliwych pytań tak zręcznie, iŜ nie mieliśmy wątpliwości, Ŝe ma coś do ukrycia. Pewnego 
wieczoru,  gdy  znałem  ją  juŜ  od  miesiąca,  jeśli  chodzi  o  czas  kalendarzowy,  i  od  lat  — 
mierząc  go  wzajemnym  zrozumieniem,  opowiedziała  mi  swoją  historię,  ale  tylko  pewien 
fragment… Zabrakło ostatniego rozdziału. 

Siedzieliśmy  na  werandzie  oświetlonej  promieniami  zachodzącego  słońca.  Większość 

hotelowych  gości  pływała  Ŝaglówkami,  kilkoro  błąkało  się  w  pobliŜu,  zerkając  smętnie  w 
naszą stronę. Lecz z układu heliotropowego szala wiedzieli, Ŝe nie mogą się przyłączyć. 

Czytałem pannie Sylwii  jedno z moich opowiadań. Na swoje usprawiedliwienie powiem, 

Ŝ

e to ona mnie do tego skłoniła. Nie chadzam bowiem z rękopisami pod pachą i nie narzucam 

ich  lektury  bezbronnym  kobietom.  Panna  Sylwia  odkryła,  Ŝe  pisuję  do  czasopism  i  —  na 
dodatek — Ŝe tego ranka zamknąłem się w pokoju, pracując nad nowelą. Nie było wyjścia… 
obiecałem jej przeczytać nowelkę. 

Było  to  raczej  smutne  opowiadanie.  Bohater  kochał  dziewczynę  z  wzajemnością.  Jeśli 

jednak  wolno  mu  było  kochać  bez  przeszkód,  to  takowe  istniały,  gdy  szło  o  poślubienie. 
Ostatecznie  musiał  wyjechać.  Ale  czy  nie  mógł  przy  poŜegnaniu  powiedzieć  jej  o  swoim 
uczuciu? Czy nie powinien przynajmniej zaznać pociechy odkrywając, Ŝe ona go teŜ kocha? 
Toczył  wewnętrzną  walkę,  wygrał  ją  i  wyjechał  bez  słowa,  wierząc,  Ŝe  zachował  się  jak 
męŜczyzna. 

background image

Kiedy zacząłem czytać, panna Sylwia robiła na drutach, tym razem coś seledynowego. Po 

chwili  robótka  zsunęła  się  jej  na  kolana,  a  ona  zacisnęła  ręce.  Był  to  najsubtelniejszy 
komplement,  jaki  kiedykolwiek  otrzymałem.  Przewróciłem  ostatnią  kartkę  rękopisu  i 
podniosłem  wzrok;  łagodne,  brązowe  oczy  panny  Sylwii  pełne  były  łez.  Wyciągnęła 
zaciśnięte  dłonie  i  zawołała  z  uniesieniem:  —  Och!  Nie!  Nie!  Nie  pozwól  mu  odejść  bez 
wyjaśnienia! Nie pozwól mu na to! 

— Widzi  pani,  panno  Sylwio  —  zacząłem  niebywale  przejęty  wraŜeniem,  jakie  wywarli 

moi bohaterowie — to by zrujnowało nowelę. Straciłaby wtedy swoją wymowę. Jej główny 
wątek to panowanie bohatera nad uczuciem. On jest przekonany, Ŝe postępuje szlachetnie. 

— Nie,  to  nie  tak.  Gdyby  ją  kochał,  powinien  o  tym  powiedzieć.  Pomyśl  o  wstydzie  i 

upokorzeniu, jakie przeŜyła! Kochała go, a on odszedł bez słowa i nigdy nie dowiedziała się o 
jego miłości. Musisz to zmienić, musisz! Nie mogę myśleć o jej cierpieniu, po tym co ja… 

— I tu panna Sylwia zaszlochała. Aby ją uspokoić, obiecałem zmienić fabułę noweli, choć 

wiedziałem, Ŝe straci cały dramatyzm. 

— JakŜe się cieszę — oznajmiła panna Sylwia i oczy jej rozbłysły. — Wiem, Ŝe to sprawi 

ulgę  tej  dziewczynie.  Aby  cię  przekonać,  opowiem  swoją  własną  historię,  Tylko  proszę, 
nikomu jej nie powtarzaj. 

— Przykro  mi,  Ŝe  uwaŜa  pani  za  konieczne  przypominać  mi  o  tym  —  zauwaŜyłem  z 

wyrzutem. 

— Och,  nie  chciałam  cię  urazić  —  zapewniła  mnie  pospiesznie.  —  Wiem,  Ŝe  mogę  ci 

zaufać.  To  zresztą  banalna  historyjka.  Postaraj  się  z  niej  nie  śmiać.  Jedyny  romans  jaki 
przeŜyłam…  Przed  czterdziestu  laty,  gdy  byłam  dwudziestoletnią  dziewczyną,  obdarzyłam 
kogoś  wielkim uczuciem. Poznałam go w takim jak tea hotelu. Przebywałam w nim z moją 
ciotką,  a  on  był  z  matką,  osobą  dość  chorowitą.  Widywaliśmy  się  bardzo  często.  On  był… 
och,  zupełnie  niepodobny  do  męŜczyzn,  których  znałam.  Ty  mi  go  trochę  przypominasz. 
ZauwaŜyłam to podobieństwo juŜ przy pierwszym spotkaniu. Nie wiem dokładnie, na czym 
ono polega, ale sądzę, Ŝe na wyrazie twarzy i sposobie trzymania głowy. On  nie był całkiem 
zdrów  —  często  kasłał…  A  pewnego  dnia  nagle  wyjechał.  Myślałam,  Ŝe  jestem  mu  bliska, 
lecz nigdy tego nie powiedział i tak po prostu wyjechał! Och, jakŜe się wstydziłam! Po jakimś 
czasie dowiedziałam się, Ŝe dla ratowania zdrowia udał się do Kalifornii i zmarł tam następnej 
wiosny. Serce mi pękało. Nigdy juŜ nie pokochałam nikogo — nie mogłam. Ale duŜo łatwiej 
byłoby  mi  znieść  ten  ból,  gdybym  wiedziała,  Ŝe  odwzajemniał  moją  miłość.  To  byłaby 
ogromna róŜnica. A tak cierń tkwi we mnie tyle lat! 

— On musiał panią kochać — powiedziałem z przekonaniem. — Nie mogło być inaczej, 

panno Sylwio. 

Potrząsnęła  głową  ze  smutnym  uśmiechem.  —  Nie  mam  takiej  pewności.  Czasem  sądzę, 

Ŝ

e  tak,  ale  zaraz  powraca  zwątpienie.  Tak  pragnę  uwierzyć  i  mieć  świadomość,  Ŝe  nie 

roztrwoniłam  uczuć  na  człowieka,  który  ich  nie  pragnął.  A  nigdy  się  nie  dowiem,  nigdy… 
Mogę  tylko  mieć  nadzieję.  Och,  ty  tego  nie  rozumiesz.  MęŜczyzna  nie  potrafi  pojąć  bólu, 
jakiego doznałam. Ale teraz wiesz, dlaczego chcę, byś zmienił treść noweli. 

Panna Sylwia schowała robótkę i oddaliła się. Ja zaś z oburzeniem i niechęcią myślałem o 

zmarłym męŜczyźnie, którego kochała i nazywałem go w duchu draniem. 

Nazajutrz panna Sylwia była znowu łagodna, uśmiechnięta i nie robiła  Ŝadnych aluzji do 

wczorajszej  opowieści.  Po  dwóch  tygodniach  wyjechała  do  domu,  a  ja  takŜe  wróciłem  do 
swoich zajęć. W ciągu zimy napisałem do niej kilka listów i otrzymałem odpowiedzi. Kiedyś 
wysłałem trzeciorzędny magazyn z opublikowaną nowelą (tylko trzeciorzędny magazyn mógł 
przyjąć ją w nowej wersji), odpisała, jak cieszy się, Ŝe biedna dziewczyna dowiedziała się o 
uczuciach ukochanego. 

background image

Na  początku  kwietnia  otrzymałem  list  od  mieszkającej  na  wsi  ciotki.  Pisała,  Ŝe  zamierza 

sprzedać  dom  i  przenieść  się  do  miasta.  Prosiła,  abym  przyjechał  do  Sweetwater  na  kilka 
tygodni i pomógł jej w przeprowadzce. 

Sweetwater powitało mnie słoneczną wilgocią i delikatnym chłodem, tak znamiennym dla 

kanadyjskiej wiosny. O, te nasze wiosny są długie, przewrotne i niezdecydowane, ale za to ile 
w nich czaru! 

W  ciągu  tygodnia  załatwiłem  najwaŜniejsze  sprawy.  Ciotka  Mary  zaproponowała  mi 

przejrzenie pokoju wuja Alana. 

— Nikt tam niczego nie ruszał od jego  śmierci — powiedziała. — Przede wszystkim zaś 

starego  kufra  pełnego  listów  i  róŜnych  papierów.  Przysłano  go  tutaj  z  Kalifornii  po  śmierci 
Alana.  Nie  przypuszczam,  by  między  tymi  papierzyskami  było  coś  waŜnego.  Lecz  nie  chcę 
wszystkiego wieźć do miasta. Zdecyduj więc sam, czy jest w nim coś godnego zachowania. 
Resztę spalimy. 

Nie  byłem  zachwycony  poleceniem.  Wuj  AJan  Blair,  najstarszy  brat  mej  matki,  zmarł 

przed  moim  narodzeniem.  Słyszałem  o  jego  niezwykłych  zdolnościach.  Podobno 
spodziewano  się  wiele  po  nim.  Ale  jakoś  nie  miałem  ochoty  grzebać  w  zakurzonych 
papierach, leŜących w zapomnieniu przez czterdzieści lat. 

O  zmierzchu  udałem  się  do  pokoju  wuja.  W  ciągu  dnia  padał  ciepły  wiosenny  deszcz,  a 

później  się  przejaśniło  i  nagie  konary  klonów  za  oknem  lśniły  od  gęstych,  połyskliwych 
kropli. Pokój był północny i zawsze panował w nim  półmrok. Widziałem przez szyby  gęsto 
rosnące  sosny  i  dalekie  morze,  które  tak  kochał  wuj  Alan.  Rozpalone  zachodem  niebo 
upstrzyły  drobne,  bladoróŜowe,  złociste  i  zielonkawe  chmurki.  To  natychmiast  mi 
przypomniało pannę Sylwię i jej puszyste robótki. Z tym obrazem w głowie zapaliłem lampę i 
wziąłem  się  do  rozpakowania  kufra.  Większość  papierów  stanowiły  listy  od  rodziny  i 
kolegów  ze  studiów.  Było  teŜ  kilka  prac  pisemnych  z  college’u  i  mnóstwo  rozmaitych 
drobiazgów jeszcze z lat chłopięcych. Przeglądałem to wszystko w pośpiechu, dopóki na dnie 
kuferka nie natknąłem się na małą ksiąŜeczkę oprawioną w ciemnozieloną skórę. KsiąŜeczka 
okazała się dziennikiem, który zacząłem czytać z leniwym zainteresowaniem. 

Wuj prowadził dziennik od wiosny, po ukończeniu college’u. Wówczas juŜ cięŜka choroba 

powaŜnie  nadwątliła  jego  organizm.  Notatki  wychodziły  więc  spod  pióra  człowieka 
skazanego.  Odczuwał  ten  wyrok,  niby  mróz  skuwający  wszelkie  nadzieje  i  obietnice. 
Znajdował ukojenie w przelewaniu na papier myśli i uczuć. W pamiętniku nie było jednak nic 
chorobliwego i niegodnego męŜczyzny. Czytając go, polubiłem wuja Alana i Ŝałowałem, Ŝe 
nie był moim przyjacielem. 

Tego lata doktor zalecił jego matce pobyt nad morzem. Alan pojechał razem z nią. I tu w 

dzienniczku  istniała  luka.  Nie  wyrwano  Ŝadnej  kartki,  lecz  najwidoczniej  część  z  nich  się 
obluzowała i wypadła. Znalazłem je później na dnie kuferka, tymczasem jednak przeszedłem 
do następnej strony i tam zapis brzmiał następująco: 

 

„Ta  dziewczyna  jest  najsłodszą  istotą,  jaką  Pan  Bóg  stworzył.  Nigdy  nie  znałem 

kobiety, która byłaby równocześnie tak śliczna i pełna słodyczy. Jej uroda oślepia, a 
dusza  promieniuje  czystością.  Zakochałem  się  bez  pamięci  i  dziękuję  za  to  losowi. 
Cieszę  się,  Ŝe  poznałem  takie  uczucie,  choć  ceną  będzie  niewypowiedziana  gorycz. 
Wiem teraz, Ŝe męŜczyzna, który znał i kochał Sylwię Stanleymain, nie Ŝył na próŜno. 
Nie  mogę  oczekiwać  wzajemności,  nie  mam  do  tego  prawa.  Gdybym  miał  szansę 
wyzdrowieć, zdobyłbym ją. Wierzę w to. Lecz w obecnej sytuacji takie postępowanie 
moŜna  uznać  za  tchórzostwo.  Nie  potrafię  sobie  odmówić  radości  patrzenia  na  nią. 
Pozostanie w mym sercu we dnie i w nocy, owładnie mymi snami. O, Sylwio, kocham 
cię, moja słodka!” 

 

background image

Tydzień później pojawił się taki zapis: 
 

„17  lipca.  Boję  się.  Dzisiaj  spotkałem  wzrok  Sylwii.  Dojrzałem  w  nim  coś,  co 

najpierw  poruszyło  głęboko  moje  serce  i  napełniło  je  burzliwą  radością,  a  potem 
przypomniałem  sobie…  Muszę  oszczędzić  jej  tego  cierpienia,  za  wszelką  cenę.  Nie 
mogę sobie pozwolić na zatopienie się w tej niebezpiecznej słodyczy, jaką jest myśl, 
Ŝ

e  serce  jej  wyrywa  się  do  mnie.  To,  co  byłoby  szczytem  radości  dla  innego 

męŜczyzny, dla mnie jest tylko nowym źródłem udręki”. 

 
A potem: 
 

„18  lipca.  Dziś  rano  pojechałem  do  miasta.  Zdecydowałem  się  poznać  najgorszą 

prawdę.  Nasz  domowy  lekarz  uspokajał  mnie  niejasnymi  nadziejami.  Poszedłem  do 
znanego  specjalisty  i  poprosiłem  o  rzeczową  informację.  Dowiedziałem się,  Ŝe  mam 
przed sobą osiem miesięcy Ŝycia, nie więcej! Nie spodziewałem się, Ŝe tak prędko… 
Nie  czas  jednak  na  uŜalanie  się  nad  sobą.  Muszę  pomyśleć  o  Sylwii.  Wyjadę  stąd 
natychmiast,  zanim  to  uczucie  rozwinie  się  w  jej  sercu  jak  kwiat,  a  potem  zatruje 
najlepsze lata. 

19 lipca. JuŜ po wszystkim. PoŜegnałem się z Sylwią w obecności wielu osób, bo 

nie  miałem  odwagi  zostać  z  nią  sam.  Wydawała  się  dotknięta  i  zaskoczona.  Lecz 
wkrótce  zapomni  o  mnie.  Nawet  jeśli  nie  pomyliłem  się,  czytając  w  jej  oczach.  Dla 
mnie w tym okrutnym rozstaniu utonęła gorycz rychłej  śmierci. Jedno co mi zostaje, 
to do końca odgrywać prawdziwego męŜczyznę”. 

 
Z kolejnych notatek w dzienniku dowiedziałem się, Ŝe Alan Blair wrócił do Sweetwater i 

nieco później zalecono mu wyjazd do Kalifornii. 

Zapisy  stamtąd  były  nieliczne  i  skąpe.  W  kaŜdym  wspominał  o  Sylwii.  Wreszcie  po 

długim milczeniu napisał: 

 

„Myślę,  Ŝe  mój  koniec jest  bliski.  Nie  Ŝałuję,  bo  zbyt  cierpiałem  ostatnimi  czasy. 

Wczorajszej  nocy  poczułem  się  lepiej.  Usnąłem  i  śniło  mi  się,  Ŝe  widzę  Sylwię. 
Zastanawiam  się,  czy  nie  prosić,  aby  po  mej  śmierci  wysłano  jej  ten  dziennik,  lecz 
chyba  nie  byłoby  to  mądre.  Dlatego  teŜ  zniszczę  go,  kiedy  poczuję,  Ŝe  mój  czas 
dobiega końca. W tej wspaniałej krainie lato juŜ w całej pełni, choć w domu dopiero 
zaczyna się wiosna… Gdybym mógł zobaczyć ją jeszcze raz! I Sylwię…” 

 

W miejscu, gdzie pióro wypadło mu z ręki, zaznaczał się duŜy kleks. Widocznie koniec był 

bliŜszy,  niŜ  wuj  Alan  przypuszczał.  W  kaŜdym  razie  innych  zapisów  nie  było  i  zielona 
ksiąŜeczka nie została zniszczona. Bardzo się cieszyłem, Ŝe ocalała i mogę ofiarować pannie 
Sylwii ostatni rozdział jej opowieści. 

Jak tylko skończyłem sprawy w Sweetwater, pojechałem do odległego o trzysta mil miasta, 

w którym mieszkała panna Sylwia. Zastałem ją w bibliotece dokładnie taką, jaką pamiętałem 
z werandy hotelu Harbour Light. 

— Mój drogi chłopcze! — zawołała. 
— Wie pani, dlaczego przyjechałem? 
— Kobieca próŜność podpowiada mi, Ŝe chciałeś mnie zobaczyć — odparła z uśmiechem. 
— Chciałem panią zobaczyć, ale przede wszystkim pragnę zwrócić pani brakujący rozdział 

pewnej historii. 

— Ja… ja nie rozumiem — powiedziała panna Sylwia trochę zaskoczona. 

background image

— Miałem  stryja.  Nazywał  się  Alan  Blair.  Umarł  czterdzieści  lat  temu  w  Kalifornii. 

Niedawno przeglądałem jego papiery i wśród nich znalazłem dziennik. UwaŜam, Ŝe pani ma 
do  niego  największe  prawo.  —  PołoŜyłem  paczuszkę  na  jej  kolanach.  Siedziała,  milcząc 
bardzo zdziwiona. 

— A  teraz  odchodzę  —  dodałem.  —  Pewnie  po  przeczytaniu  dziennika  zechce  pani  być 

sama. Przyjdę więc dopiero jutro. 

Nazajutrz panna Sylwia przywitała mnie w drzwiach.  Jej oczy promieniały. — Uczyniłeś 

mnie szczęśliwą! — powiedziała drŜącym głosem. — NiewyobraŜalnie szczęśliwą! Nareszcie 
przestałam cierpieć, gdy wiem, Ŝe mnie kochał. 

PołoŜyła  mi  głowę  na  ramieniu  tak,  jak  dziewczyna  tuląca  się  do  ukochanego,  a  ja 

pochyliłem się i pocałowałem ją w imieniu stryja Alana. 

background image

O

BIETNICA 

L

UCY 

E

LLEN

 

1904 

 
Cecily Foster szła powoli prowadzącą ze wsi drogą wśród sosen. Zwykle chodziła długimi, 

zdecydowanymi  krokami,  ale  dzisiaj  poddała  się  łagodnemu  nastrojowi  jesiennego 
popołudnia.  Nie  próbowała  niczego  analizować.  Była  po  prostu  zadowolona  ze  swego 
dotychczasowego  Ŝycia.  Reszta  zapowiadała  się  spokojnie,  przyjemnie,  bez  nagłych 
wstrząsów.  Ciche,  miłe  dni  miały  być  wypełnione  zwyczajnymi  czynnościami.  Taka 
przyszłość podobała się Cecile. 

Gdy  doszła  do  swojej  ścieŜki,  zatrzymała  się  i  oparła  ręce  na  krawędzi  bielonej  furtki. 

Napawała  się  ciepłem  promieniującym  z  zarosłej  trawą  kotliny,  otoczonej  młodymi 
ś

wierkami.  Przed  nią  rozciągały  się  melancholijne,  pofałdowane  pola,  które  opadały  ku 

piaszczystemu  brzegowi  omywanemu  pienistymi  falami.  Ich  plusk  dźwięczał  w  ciszy 
wieczoru jak delikatna melodia. 

Na  niewielkim  wzniesieniu  stał  dom  naleŜący  do  niej  i  do  Lucy  Ellen.  Był  stary, 

poszarzały  od  wiatru  i  deszczu.  Niskie  okapy  facjatki  i  ganki  obrosło  dzikie  wino.  Po 
październikowych przymrozkach nabrało brązowo–czerwonej barwy. Z trzech stron osłaniały 
dom  wysokie  stare  świerki.  Zewnętrzne  gałęzie  nosiły  ślady  nieustającej  szarpaniny  z 
atlantyckimi  wiatrami,  wewnętrzne  zaś  były  zielone  i  pierzaste.  Od  frontu  zgrabny  płotek 
otaczał  kwiatowe  rabatki.  Cecily  widziała  fioletowe  i  szkarłatne  astry,  tworzące  barwne 
plamy  pod  oknami  salonu  i  bawialni.  Rabaty  Lucy  Ellen  były  większe  i  weselsze  niŜ  jej 
własne. Lucy Ellen zawsze miała dobrą rękę do kwiatów. Na schodku frontowej werandy spal 
stary  Bokser,  a  na  parapecie  w  oknie  salonu  rozciągnął  się  biały  kot  Lucy.  Wokół  nie  było 
ś

ladu Ŝycia. Zadowolona Cecily westchnęła głęboko. 

— Po herbacie wykopię dalie — powiedziała głośno.  — JuŜ dawno powinnam to zrobić. 

AleŜ błękitne i łagodne jest dzisiaj morze! JuŜ dawno nie mieliśmy pięknego dnia. Nie było 
mnie dłuŜej, niŜ się spodziewałam. Ciekawe czy Lucy czuła się osamotniona? 

Odwróciła  wzrok  od  zamglonego  oceanu  i  spojrzała  w  stronę  domu.  Zdziwił  ją  widok 

męŜczyzny  idącego  raźnym  krokiem.  Przyjrzała mu  się  zaskoczona.  Musiał być  nietutejszy, 
bo z pewnością Ŝaden męŜczyzna w Oriental nie chodził w taki sposób. — Jakiś komiwojaŜer 
niepokoił Lucy Ellen — mruknęła zirytowana. 

Nieznajomy  szedł  spręŜyście,  tak  odmiennie  niŜ  mieszkańcy  Oriental.  Spotkali  się  pod 

bursztynowolistnym  klonem  w  samym  sercu  kotliny.  Mijając  Cecily,  męŜczyzna  uchylił 
kapelusza i ukłonił się z przymilnym uśmiechem. 

Miał  około  czterdziestu  pięciu  lat,  był  ubrany  dobrze,  choć  nieco  krzykliwie.  Z  jego 

postaci biło zadowolenie i pewność siebie. Spod marynarki wyglądał cięŜki, złoty łańcuch od 
zegarka,  a  na  palcu  połyskiwał  duŜy  sygnet.  Wysokie,  mocno  wyłysiałe  czoło  otaczał 
wianuszek rudo–blond loczków. Twarz miał ogorzałą i sympatyczną, oczy duŜe, niebieskie i 
małe wąsiki. 

Cecily nie poznała go, choć było w nim coś znajomego. Pospiesznie podąŜyła do domu. W 

bawialni  zastała  Lucy  Ellen  wyglądającą  przez  szparę  między  firankami.  Odwróciła  się  na 
odgłos kroków i dało się zauwaŜyć, Ŝe rozpiera ją skrywane podniecenie. 

— Kto to był? — spytała Ceciły. 
Ku jej zdziwieniu Lucy spłonęła rumieńcem, który zaróŜowił jej delikatną drobną twarz i 

cudownie  odmłodził.  —  Nie  poznałaś  go?  To  Cromwell  Biron  —  odparła  ze  sztuczną 
swobodą. Lucy Ellen, zwykle rzeczowa, od czasu do czasu wpadała w afektację. 

— Cromwell  Biron  —  powtórzyła  lodowato  Cecily.  Automatycznie  zdjęła  kapelusz, 

strzepnęła kurz z kokardy i schowała go starannie do białego pudła. Czuła się jak po silnym 

background image

ciosie  i  nie  miała  odwagi  pytać  o  nic  więcej.  Rumieniec  na  twarz  Lucy  przestraszył  ją.  To 
zdawało  się  zapowiadać  oszałamiające  zmiany.  —  Ale  przecieŜ  obiecała!  Obiecała!  — 
mruknęła Cecily z pasją. 

Kiedy  się  przebierała,  Lucy  Ellen  w  niewielkiej  kuchni  przygotowała  podwieczorek.  Od 

czasu do czasu podśpiewywała, ale milkła zaraz w poczuciu winy. Cecily słyszała ją i mocno 
zacisnęła wargi. — Gdyby mnie męŜczyzna porzucił dwadzieścia lat temu, nie okazywałabym 
takiego bezgranicznego zadowolenia z jego powrotu.  Zwłaszcza Ŝe zrobił się łysy i tłusty — 
dodała,  wykrzywiając  usta  w  niechętnym  uśmiechu.  Cecily,  mimo  zewnętrznej  powagi  i 
surowych poglądów na Ŝycie, posiadała duŜe poczucie humoru. 

Podwieczorek  tego  dnia  nie  naleŜał  do  szczególnie  udanych.  Zwykle  przy  herbacie 

gawędziły z oŜywieniem. Dziś Cecily miała duŜo do powiedzenie, ale uparcie milczała. Lucy 
Ellen nie zadawała pytań, a źle ukrywane emocje nadawały jej nienaturalny wygląd. 

W  sercu  Cecily  rozgorzały  zazdrość  i  niepokój.  Uśmiechnęła  się  z  pewnym 

okrucieństwem, spokojnie zajadając grzankę z masłem. — A więc to był Cromwell Biron — 
zauwaŜyła z wystudiowaną niedbałością. Wydał mi się znajomy. Kiedy wrócił do domu? 

— Przyjechał  do  Oriental  wczoraj  —  odpowiedziała  z  zakłopotaniem  Lucy  Ellen.  — 

Zamierza  tu  pozostać  dwa  miesiące.  Prowadziliśmy  bardzo  ciekawą  rozmowę  dziś  po 
południu. On… on, jak zawsze, jest taki dowcipny. śałowałam, Ŝe nie ma cię w domu. 

Skłamała i Cecily o tym wiedziała… 
— Nie  ma  czego.  Nigdy  nie  przepadałam  za  jego  towarzystwem.  Okazał  wiele  tupetu, 

zjawiając się tu nieproszony. I to po tym, jak cię zdradził! 

Lucy spurpurowiała i milczała opuściwszy wzrok. 
— Strasznie  się  zmienił  —  ciągnęła  uparcie  Cecily.  —  Wyłysiał  i  utył!  Trudno  sobie 

wyobrazić  dawnego,  smukłego  Cromwella.  Ale  nadal  ma  tępawy  wyraz  twarzy.  MoŜesz  mi 
podać jagodową galaretkę, Lucy Ellen? 

— Nie  zauwaŜyłam,  Ŝeby  bardzo  utył  —  mruknęła  z  urazą  Ellen,  gdy  Cecily  wstała  od 

stołu. — A jeśli nawet, to jest mi to obojętne. 

Dwadzieścia  lat  temu  Cromwell  Biron  porzucił  Lucy  Ellen  Foster.  Była  wówczas 

najładniejszą dziewczyną w Oriental, ale nowa nauczycielka w Crossway okazała się bardziej 
interesująca.  Miała  w  sobie  coś  pikantnego,  czego  brakowało  Lucy.  Cromwell  uciekł  z 
nauczycielką  i  pobrali  się,  a  Lucy  Ellen  została  i  długo  leczyła  zranione  i  obolałe  serce. 
Przyrzekła  sobie,  Ŝe  będzie  wierna  jedynej  miłości  swego  Ŝycia.  To  brzmiało  tak 
romantycznie i stanowiło pewne pocieszenie. 

Wychowywała się u stryja. Kiedy on i Ŝona umarli, Lucy wraz z kuzynką, Cecily Foster, 

były same na świecie. Cecily kochała Lucy jak siostrę. Wierzyła przy tym, Ŝe Lucy w końcu 
wyjdzie  za  mąŜ  i  serce  w  niej  zamierało  na  myśl  o  Ŝyciu  w  samotności  bez  kogoś,  o  kogo 
mogłaby się troszczyć. 

Ale  to  Lucy  zaproponowała  złoŜenie  wspólnej  obietnicy.  Cecily  uchwyciła  się  tego  jak 

tonący brzytwy. Obie kobiety, zbliŜające się do wieku średniego, uroczyście przyrzekły sobie, 
Ŝ

e  nigdy  nie  wyjdą  za  mąŜ  i  zawsze  będą  razem  mieszkały.  Od  tego  czasu  Cecily  Ŝyła 

spokojnie. Przekonana, Ŝe dane słowo jest rzeczą świętą. 

Nazajutrz wieczorem, na religijnym zgromadzeniu, starzy przyjaciele i sąsiedzi zgotowali 

Cromwellowi owacyjne powitanie. W młodości cieszył się ogólną sympatią. Teraz otaczał go 
dodatkowo urok egzotyki i przypuszczalnego bogactwa. 

Był niezwykle oŜywiony i wylewny. Poszedł na chór i uczestniczył w śpiewie. Lucy Ellen 

siedziała obok niego i oboje korzystali z tego samego śpiewnika. Delikatne policzki barwiły 
ciemne  rumieńce,  a  do  Ŝakietu  przypięła  bukiecik  liliowych  chryzantem.  Wyglądała  niemal 
dziewczęco i Cromwell wpatrywał się w nią z nie ukrywanym podziwem, podczas gdy Cecily 
zerkała  znad  ksiąŜki  z  wyraźną  niechęcią.  Zrozumiała,  Ŝe  Cromwell  wrócił  do  domu,  by 
ubiegać się o względy dawnej narzeczonej. 

background image

— Ale  jej  nie  dostanie!  —  szepnęła  Cecily  w  modlitewnik.  Słowa  te  sprawiły  jej  ulgę. 

Dodała więc: — Ona przyrzekła. 

Na  stopniach  kościoła  Cromwell  szarmancko  podał  ramię  Lucy  Ellen.  Ona  ujęła  je 

nieśmiało i razem podąŜyli w dół, drogą skąpaną w jesiennej księŜycowej poświacie. Po raz 
pierwszy od dziesięciu lat Cecily wracała z wieczornego naboŜeństwa sama. Szybko  weszła 
po schodach na górę i rzuciła się na łóŜko. Nie zdjęła nawet sukni i kapelusza. 

Lucy  Ellen  nie  śmiała  zaprosić  Cromwella  do  domu.  Zbyt  była  zaleŜna  od  Cecily,  by 

zrobić  coś  takiego.  Lecz  stała  z  nim  przy  furtce,  dopóki  zegar  w  hallu  nie  wybił  jedenastej. 
Wtedy  Cromwell  odszedł,  wesoło  pogwizdując,  z  chryzantemami  w  butonierce.  Lucy  zaś 
przepłakała resztę nocy. 

Cecily  nie  płakała.  LeŜała  gniewnie,  nie  mogąc  zasnąć.  —  Widzę,  Ŝe  Cromwell  Biron 

znowu się zaleca — powiedziała bez ogródek, gdy usiadły do śniadania. 

Lucy  Ellen  nerwowo  drgnęła  i  poczerwieniała.  —  Och,  nie  mów  głupstw!  — 

zaprotestowała. 

— To  nie  są  głupstwa  —  odparła  chłodno  Cecily.  —  To  prawda.  Nie  ma  większych 

głupców  niŜ  starzy  głupcy,  a  Cromwell  Biron  nigdy  nie  grzeszył  rozsądkiem.  I  jaka 
zarozumiałość! 

Ręce Lucy Ellen mocno drŜały, gdy odstawiała filiŜankę. — Nie taki stary — odezwała się 

słabym głosem. — Wszyscy poza tobą lubią go i jest zamoŜny. Gdzie tu zarozumiałość? 

— MoŜe i nie, jeśli tak na to patrzysz. Bardzo łatwo wybaczasz, Lucy Ellen. Zapomniałaś 

juŜ, jak cię kiedyś potraktował? 

— Nie–e–e. Nie zapomniałam — odpowiedziała Lucy połykając łzy. 
— W kaŜdym razie — stwierdziła zimno Cecily — nie powinnaś robić mu nadziei. Wiesz, 

Ŝ

e nie moŜesz za niego wyjść, nawet gdyby cię o to prosił. Przyrzekłaś! 

Krew odpłynęła z twarzy Lucy Ellen. Pod bezlitosnym spojrzeniem Cecily, skurczyła się i 

zwiędła.  —  Wiem  —  odparła  z  rezygnacją.  —  Nie  zapomniałam.  Opowiadasz  głupstwa, 
Cecily. Chętnie widuję Cromwella i on mnie lubi. Jestem po prostu jedną z nielicznych osób 
pozostałych  tu  z  jego  paczki.  Czuje  się  w  Oriental  nieco  samotny.  —  Lucy  Ellen  dumnie 
uniosła nieduŜą, płową głowę. Ratowała, jak mogła swą godność. 

W  ciągu  następnego  miesiąca  Cromwell  Biron  kontynuował  z  uporem  zaloty,  wcale  nie 

speszony wrogością Cecily. Październik minął i nastał listopad, a z nim chłodne, deszczowe 
dni.  Dla  Cecily  cały  świat  zdawał  się  cierpieć  razem  z  nią.  Mimo  to  ciągle  Ŝartowała,  choć 
ś

miech był coraz bardziej gorzki. 

Pewnego  wieczoru  wróciła  z  wizyty  później  niŜ zamierzała. Cromwell Biron  minął ją  na 

ś

cieŜce  pod  nagimi  juŜ  teraz  konarami  klonów,  czarno  zarysowanymi  na  tle  srebrzystego 

nieba. 

Kiedy weszła do domu, Lucy Ellen stanęła w progu salonu. Była bardzo blada, ale płonęły 

jej oczy i dłonie przycisnęła do piersi. — Chciałabym, Cecily, Ŝebyś wstąpiła tu na chwilę — 
powiedziała  gorączkowo.  Cecily,  milcząc,  wkroczyła  dostojnie  do  pokoju.  —  Posłuchaj, 
Cecily  —  zaczęła  drŜącym  głosem  Lucy.  —  Był  tu  dzisiaj  Cromwell.  Zaproponował  mi 
małŜeństwo.  Kazałam  mu  przyjść  jutro  wieczorem  po  odpowiedź.  —  Zamilkła  i  spojrzała 
błagalnie na kuzynkę. 

Ta milczała. Stała przy stole wyniosła i nieugięta. Sztywna, napięta twarz zaskoczyła Lucy 

jak nagły cios. Wyciągnęła szczupłe dłonie i zawołała z zaskakującą namiętnością: — Cecily, 
chcę  go  poślubić!  Ja…  ja…  go  kocham.  Zawsze  go  kochałam.  Nie  myślałam  o  tym,  gdy 
składałam przyrzeczenie. Och, Cecily, zwolnisz mnie z tej obietnicy, prawda? 

— Nie — odparła głucho Cecily. I nic więcej nie dodała. 
Ręce  Lucy  opadły  bezwładnie  i  wszelkie  Ŝycie  zamarło  na  jej  twarzy.  —  Nie  zwolnisz 

mnie? — zapytała z rozpaczą. 

background image

Cecily wyszła z saloniku. W progu odwróciła się: — Kiedy sześć lat temu John Edwards 

proponował  mi  małŜeństwo,  ze  względu  na  ciebie  odmówiłam  mu.  Dla  mnie  przysięga  jest 
przysięgą i koniec! Ale ty zawsze byłaś sentymentalna! 

Lucy  Ellen  nic  nie  powiedziała.  Stała  poraŜona  na  dywaniku  przed  kominkiem,  jak 

zwiędły kwiat zaskoczony przymrozkiem. 

Następnego  wieczoru Cromwell Biron wyszedł z domu Fosterów juŜ nie taki oŜywiony i 

dziarski jak poprzednio. Lucy Ellen udała się do pokoju Cecily. Przez chwilę stała w wąskich 
drzwiach, a słabe światło lampy rzucało posępny blask na jej zmęczone rysy. — Odmówiłam 
mu — oznajmiła bezbarwnym tonem. — Dotrzymałam obietnicy, Cecily. 

Zapanowało milczenie. Cecily nic odpowiedniego nie przychodziło do głowy. I nagle Lucy 

wybuchnęła z goryczą: — Chciałabym umrzeć! A potem szybko się odwróciła i pobiegła do 
swego pokoju. Cecily stłumiła jęk bólu. — Oto nagroda za miłość, którą darzyła Lucy Ellen. 
—  W  kaŜdym  razie  mamy  to  za  sobą  —  westchnęła,  spoglądając  w  zadumie  na  skąpane  w 
księŜycowym świetle gałęzie świerków. — Kiedy Cromwell wyjedzie, Lucy zapomni o nim. 
Nie zamierzam się zadręczać. Obiecała, a w dodatku to był jej pomysł! 

Przez następne dwa tygodnie tragedia odsłaniała w starym domu  swe posępne oblicze. A 

jednak  Cecily,  choć  na  swój  sposób  trapiła  się,  nie  mogła  bez  rozbawienia  obserwować 
romantycznego smutku Lucy Ellen. 

Lucy zaś wykonywała poranne obowiązki niczym automat i cierpliwie znosiła popołudnia. 

Cecily czułaby ulgę, gdyby kuzynka zrobiła awanturę, walczyła; ale po wieczornym wybuchu 
Lucy nie wypowiedziała słowa skargi. 

Któregoś  dnia  Cecily  poszła  odwiedzić  znajomych.  Był  tam  równieŜ  Cromwell  Biron, 

który  rycersko  nastawał,  by  odprowadzić  ją  do  domu.  Z  zachowania  męŜczyzny  wysnuła 
wniosek, Ŝe Lucy Ellen nie podała mu przyczyny odmowy. I w tej chwili uczuła podziw dla 
kuzynki. 

Gdy  doszli  do  domu,  Cromwell  nagle  przystanął  w  smudze  światła  padającego  z  okna 

bawialni.  Zobaczyli  Lucy siedzącą samotnie przed kominkiem, z rękami opartymi na stole i 
złoŜoną na nich głową. Na ten widok Cecily sapnęła z irytacją. 

— Lepiej wejdź do środka — zaproponowała. — Lucy Ellen wygląda na smutną. 
Cromwell  wymamrotał  nieśmiało:  —  Obawiam  się,  Ŝe  moje  towarzystwo  nie  sprawi  jej 

przyjemności. Jakoś ostatnio nie przepada za mną… 

— Och, czyŜby? — odrzekła z goryczą Cecily. — Jeśli cokolwiek wiem na ten temat, to 

lubi  cię  bardziej  ode  mnie.  W  tej  sprawie  ja  zawiniłam.  Zresztą  Lucy  ci  wszystko  wyjaśni. 
Powiedz, Ŝe kazałam jej to zrobić. No, wejdźmy wreszcie! 

Chwyciła wahającego się Cromwella za ramię i niemal siłą wciągnęła na ganek, a potem 

przez  próg.  Otworzyła  drzwi  bawialni,  wepchnęła  Cromwella  do  środka  i  weszła  za  nim. 
Lucy Ellen podniosła się zaskoczona. Zza łysawej czaszki Cromwella wynurzyła się tragiczna 
i pełna determinacji twarz Cecily. 

— Oto twój ukochany, Lucy Ellen — powiedziała. — Zwracam ci słowo. — Zatrzasnęła 

drzwi, widząc rozjaśnione oczy Ellen i poszła wypłakać się do swego pokoju. — Teraz mogę 
sobie tylko Ŝyczyć śmierci — mruknęła. A za chwilę roześmiała się histerycznie. 

— Co  za  głuptas  z  tego  Cromwella!  Jak  śmiesznie  wyglądał,  śmiertelnie  wystraszony  i 

zaŜenowany. Biedna mała Lucy Ellen! CóŜ, mam nadzieję, Ŝe będzie dla niej dobry! 

background image

N

OTA EDYTORSKA

 

 
Opowiadania  zamieszczone  w  tym  zbiorze  byty  po  raz  pierwszy  publikowane  w 

czasopismach  i  gazetach  kanadyjskich,  dziś  trudno  dostępnych.  PoniŜej  podajemy  tytuły 
oryginalne, daty i miejsca pierwodruków — według kolejności przyjętej w tym tomie. 

 
Their Girl Josie. „American Home”, 1906. 
A Patent Medicine Testimonial. „Star Monthly”, 1903 April, 7–8. 
Dorinda’s Desperate Deed. „Days of Youth”, 9 December 1906, 2–3, 7. 
Kismet. „Canadian Magazine”, 13 July 1899. 
Emily’s Husband. „Canadian Magazine”, 22 November 1903. 
The Parting of the Ways. „Canadian Magazine”, February 1907. 
In Spite of Myself. „Chicago Inter Ocean”, 5 July 1896, 37–38. 
Akin to love. ..Canadian Magazine”. 34 December 1909. 
The Blue North Room. „East and West”, 21 April 1906, 121–122. 
Why Mr Cropper Changed His Mind. „Household Guest” [1903]. 
The Bride Is Waiting. „Canadian Magazine”, April 1932. 
Abel and His Great Adventure. „Canadian Magazine”, February 1917. 
The Fillmore Elderbenies. „East and West”, 18 September 1909, 299, 302. 
The Doctor’s Sweetheart. „Canadian Magazine”, June 1908. 
By Grace of Julius Caesar. „Canadian Magazine”, September 1908. 
My Lady Jane. „Maclean’s Magazine”, February 1915. 
The Finished Story. „Canadian Magazine”, December 1912. 
The Promise of Lucy Ellen. „The Delineator”, February 1904.