background image

Aby rozpocząć lekturę,

 kliknij na taki przycisk           ,

który da ci pełny dostęp do spisu treści książki.

Jeśli chcesz połączyć się z  Portem Wydawniczym

LITERATURA.NET.PL

kliknij na logo poniżej.

background image

2

Stanisław Goszczurny

Jolka córka Mewy

background image

3

Tower Press 2000

Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000

background image

4

Część I

1

– Nie mogę iść z tobą?
– Mówiłem ci już, dzisiaj muszę iść sam.
– Znowu coś przede mną ukrywasz?
– Jolciu... – przyciągnął ją do siebie i, choć odwracała głowę, pocałował mocno w usta. –

Pamiętasz jaką mamy umowę?

– Tak. Co możesz, to mówisz, czego nie, to nie – odparła, nie przestając się dąsać. – Ale to

układ wygodny dla ciebie.

–  Co  ci  odbiło?  –  zmarszczył  brwi,  odsunął  ją  nieco  od  siebie  i  patrzył  na  jej  chmurną

twarz. – Wiesz przecież, że lepiej żebyś o wszystkim nie wiedziała.

– Wiem, wiem – przerwała mu gniewnie. – Sto razy powtarzałeś, że to dla mnie lepiej i

bezpieczniej. A może ja nie chcę tak? Może wolę nie mieć spokoju, a za to wiedzieć wszyst-
ko?

– Oszalałaś? – teraz on był zagniewany. – Zgodziłaś się na taki układ i kropka. Inaczej być

nie może. A jeśli ci się nie podoba... – urwał i przez dłuższą chwilę patrzyli sobie w oczy. W
końcu Jolka opuściła powieki, skinęła głową i powiedziała niemal pokornie:

– Dobra. Nie chcę włazić tam, gdzie mnie nie wpuszczasz. Układ  to układ. Ale jeżeli za

tym kryje się jakaś blondynka, to pamiętaj, ja też potrafię się odegrać...

Roześmiał  się  głośno,  znów  ją  przygarnął  i  pocałował.  Daj  spokój,  Jolcia,  żarty  ci  się

trzymają. Nie do twarzy ci z zazdrością. A jakbym chciał odskoczyć w bok, to i tak byś się
nie  dowiedziała.  Zresztą  ty  też  nie  jesteś  święta,  ale  pasujemy  do  siebie,  więc  nie  zgrywaj
zazdrosnej żony.

Chciała się wyrwać z jego uścisku, coś ciętego odpowiedzieć, ale nie była w stanie. Był od

niej wyższy, silny i nie mogła się uwolnić. Zaciskał coraz mocniej ramię wokół jej talii, rów-
nocześnie przechylając ją do tyłu.  Znów ją  pocałował,  tym  razem  długo,  aż  do  utraty  tchu.
Poczuła,  że  słabnie,  że  serce  jej  zaczyna  bić  szybciej  i  gniew  mija,  a  jego  miejsce  zajmuje
narastająca słabość.

– Nie, nie chcę, daj mi spokój – wykrztusiła, z trudem łapiąc powietrze.
– Nie opowiadaj, chcesz, chcesz, zawsze chcesz – mówił, uśmiechając się i równocześnie

popychając ją do tyłu. Brzeg fotela podciął jej nogi, upadła na plecy, jeszcze rzuciła ciałem,
chcąc mu pokazać, że nie tak bardzo i nie zawsze chce, ale nie zrobiło to na nim najmniejsze-
go  wrażenia.  Zresztą  już  jej  gniew  minął,  wiedział,  że  mu  ulegnie,  a  pozory  obrony  mają
udowodnić jej niezależność i udawaną niechęć. Bez większego wysiłku sięgnął pod spódnicę,
jednym ruchem zdarł rajstopy, rozszarpując je jak pajęczynę.

– Marek, daj spokój – słabo zaprotestowała, ale już się nie broniła. Legła na fotelu, nawet

odruchowo nieco się poprawiła i posunęła ku krawędzi. Gdy rozpinał spodnie, miała okazję
się wyrwać, ale nie uczyniła tego. A kiedy zbliżył się poczuła jego palce otwierające wejście,
uniosła nogi już całkiem obezwładniona pożądaniem.

– O tak, o tak – szeptał jej w twarz – taką cię lubię, wszędzie i zawsze...
Nie odpowiadała, tylko przygarniała go coraz silniej do siebie, wbijała w głąb, usiłowała

pomagać mu, choć ruchy na brzegu fotela miała ograniczone. W końcu krzyknęła jakby jej
zadał nieznośny ból. Potem raz jeszcze i jeszcze.  Marek  odetchnął  głęboko,  dłuższą  chwilę
trwał nieruchomo, wreszcie odsunął się i popatrzył na leżącą na fotelu Jolę.

– Dobrze?

background image

5

Nie  odpowiedziała.  Opuściła  nogi,  wsunęła  się  w  głąb  fotela  i  odpoczywała  przez  jakiś

czas. W końcu zdjęła podarte rajstopy i powiedziała:

– No dobra, udowodniłeś, że nie idziesz do baby...
– Jolciu, jeszcze potrzebujesz takich dowodów?
– Zawsze wolę wiedzieć, że masz akumulator pusty – stwierdziła złośliwie.
– Jak będzie trzeba, to zawsze jeszcze się w nim iskra znajdzie – odciął się. Nim zdążyła

jednak odpowiedzieć, kierując się do łazienki dorzucił: – No, dosyć tych żartów. Późno się
zrobiło. Muszę iść i nie wiem, kiedy wrócę. A ty, co będziesz robiła?

– Nie wiem, może też pójdę sobie drugi raz załadować akumulatorek – zażartowała. Popa-

trzył na nią groźnie, ale zaraz roześmiała się i powiedziała poważnie: – Chyba pojadę do ma-
my. Dawno u niej nie byłam. Nie będę tu sama siedziała do białego rana...

– Dobrze – zgodził się. – Nawet lepiej, że cię w domu nie będzie.
– A to czemu?
– Za dużo pytasz, Jolciu.
– W porządku. Twoje interesy, twoja chata, twoje sprawy – znów się naburmuszyła. – Jak

chcesz, mogę wcale nie wracać.

– Jola, co ci jest? – popatrzył na nią uważnie. – Nigdy tyle nie gadałaś, a dziś jesteś jak osa.
Wstała z fotela, podeszła do niego. Trzymał rękę na klamce od łazienki i patrzył wycze-

kująco. Widział, że jest niespokojna, nie rozumiał dlaczego.

– Boję się – powiedziała poważnie.
– Boisz się? – uniósł brwi zdumiony. – Ty? Czego? Jesteś tu bezpieczna, nie krępuję cię,

żyjemy dobrze a nawet lepiej, nic ci nie grozi, więc czego się boisz?

–  Nie  wiem  –  wzruszyła  ramionami.  –  Ale  czasem  ogarnia  mnie  taki  strach.  Tyle  masz

różnych interesów, tyle jakichś spraw cichych, tajnych, że czasem się boję. Nie o siebie, Ma-
rek, o ciebie...

– Spokojnie, Jolciu, spokojnie. Pewnie będziesz miała miesiączkę – zaśmiał się. – Przej-

dzie ci, jak wrócisz od mamy...

– I jak ty wrócisz...
– Jasne. – A co do tych tajemnic, to wiesz sama, że nie o wszystkim należy mówić. Nawet

komuś najbliższemu.

– Ale ja czasem chciałabym wiedzieć więcej niż wiem. Nie z ciekawości. Po prostu nie znoszę

tego ciągłego ukrywania, półsłówek, niezrozumiałych telefonów, tego całego twojego biznesu.

– Dobra, dobra – uciął szorstko. – Rozkleiłaś się dziś.
– Nie. Tylko, jeśli jestem ci naprawdę bliska, to nie mogę tak żyć na uboczu, poza twoimi

sprawami.

– Jola – skarcił ją – po co to przemówienie? Ważne, że mamy szmal i to niezły, na nic ci

nie żałuję, mieszkamy całkiem fajnie, jak chcesz się podobać, to ci nie zabraniam, idę z tobą
dokąd chcesz, czego jeszcze potrzebujesz?

– Spokoju. I tego... no, żebym się nie bała czy wrócisz w nocy albo, czy będziesz w domu,

kiedy ja tu wracam...

– Dobrze, dobrze – uciszał ją pocałunkiem. – Macierzyńska troska o mnie, tak? No więc,

mamusiu, nie martw się, wszystko gra. Zawsze wracam. A jak przyjdzie pora, to powiem ci
więcej. Czasem też myślę, że możesz mi pomóc, przydać się...

– Chcę ci być  bliska,  najbliższa  –  odpowiedziała  przysuwając  się,  ale  tym  razem  Marek

zatrzymał ją ruchem dłoni.

– Dobra, Jolciu, już raz było, drugi raz będzie jak wrócę. I jak ty wrócisz od mamy. Późno,

czas na mnie.

– Nie podrzucisz mnie? – spytała nieco rozczarowana.
– Już nie zdążę – odparł zza drzwi łazienki. – Wiesz, że się nie lubię spóźniać. Weź tak-

sówkę, z powrotem też przyjedź taksówką. Kiedy wrócisz?

background image

6

– Nie wiem! – odkrzyknęła – może nawet zanocuję u mamy. Nie lubię nocnych wędrówek

przez Trójmiasto. Nawet taksówką.

– Dobra – zgodził się wychodząc z łazienki i dociągając krawat. – Masz rację, wśród tak-

siarzy też zdarzają się oprychy, chociaż tobie by chyba nie dali rady...

Jola nie odpowiedziała, tylko weszła do łazienki. Przez drzwi usłyszała jego „to cześć, po-

zdrów mamę”, a potem trzask zamykających się drzwi. Umyła się, przebrała, zrobiła makijaż
i także wyszła, starannie sprawdzając czy dobrze zamknęła wszystkie trzy zamki. Postój był
niedaleko, więc wsiadła do pierwszej taksówki i rzuciła krótko:

– Na Przymorze.
Taksówkarz spojrzał na nią w lusterku, włączył taksometr i ruszył.

2

Na jej widok Zośka ucieszyła się i powitała ją serdecznie. Jolka zauważyła jednak u niej

pewną powściągliwość. Pomyślała, że może matka ma żal za to, że tak rzadko ją odwiedza.
Lubiła tu przychodzić, choć nie robiła tego często. Podobało jej się niewielkie mieszkanko,
zawsze  czyste,  starannie  utrzymane,  nieźle  urządzone.  Dwa  nieduże  pokoje  z  kuchnią  i  ła-
zienką były nieco za ciasne, kiedy mieszkały tu obie, ale dla samej matki wystarczały w zu-
pełności. Jolka wiedziała, że matka nie jest taka samotna, ma bliskiego jej człowieka, z któ-
rym  żyje  od  wielu  lat,  choć  nigdy  nie  zamieszkali  razem.  On  był  znanym,  cenionym  leka-
rzem, chirurgiem, Zośka od wielu lat pracowała tam jako przełożona pielęgniarek. Doszła do
tej pozycji, poczynając od salowej, a lata praktyki sprawiły, że cieszyła się uznaniem i sza-
cunkiem przełożonych i sympatią pacjentów. Na nocnych dyżurach zbliżyli się do siebie. Po-
tem ta przygoda zamieniła się w przyjaźń, aż wreszcie stała się trwałym związkiem, w którym
żyli mieszkając osobno. Wprawdzie on chciał się dla niej rozwieść, lecz Zośka nigdy o tym
nie chciała słyszeć i twierdziła, że dobrze jej tak właśnie, kiedy może mieć kogoś bliskiego,
kochanego, ale zarazem zachować swobodę i niezależność. Było jeszcze inne, dalekie już dziś
tło  tej  decyzji,  ale  mało  kto  o  tym  wiedział,  bo  sprawy,  które  wpływały  na  postanowienie
Zośki,  odeszły  w  przeszłość,  liczącą  ponad  trzydzieści  lat.  Nie  wiedziała  o  tych  sprawach
także  Jolka,  która  zawsze  pamiętała  matkę  tylko  jako  pielęgniarkę,  osobę  troskliwą,  ener-
giczną, zaradną i nie powracającą do wspomnień z wczesnej młodości. Niemal nie znała też
Jolka  swojego  ojca.  Kostka,  który  w  jej  życiu  pojawił  się  dwa  czy  trzy  razy.  Matka  o  nim
mówić nie chciała. Dziewczyna wiedziała, że jest to człowiek, z którego nie może być dumna.
Owszem,  pamiętała  go,  ale  milczenie  matki  na  jego  temat,  jakaś  nieuchwytna  atmosfera
wstydliwej tajemniczości nie pozwalały jej pytać, kim naprawdę był ten Kostek, co znaczył w
życiu Zośki, dlaczego nie został jej legalnym mężem a pozostał  tylko ojcem Jolki, noszącej
zresztą  nazwisko  matki.  Matka  sama  ją  wychowywała,  posyłała  do  szkoły,  namawiała  do
ukończenia Technikum Gastronomicznego. Z matką mieszkała sporo lat, nawet gdy już pra-
cowała jako kelnerka w sopockiej restauracji. Matka też z rezerwą patrzyła na jej związek z
Markiem, ale nie protestowała, gdy Jolka przeprowadziła się do niego. Córka wtedy była już
bardzo dorosła i Zośka uznała jej prawo do samodzielnych decyzji. Ale zawsze widywały się
chętnie, miały sobie wiele do powiedzenia, istniała między nimi bliska, nawet serdeczna więź,
choć czasem nie widywały się po kilka tygodni...

Ucałowały się i matka zauważyła:
– Nieźle wyglądasz. Dawno cię nie widziałam... – Jolka wyczuła  odrobinę sztuczności w

tym powitaniu.

– Coś nie tak, mamo? Jeśli przyszłam nie w porę, to...
– Nie zawracaj głowy – ofuknęła ją niezbyt szczerze Zośka. – Zawsze jesteś w porę, tylko wiesz...
– Widzę, gdzieś się wybierasz?

background image

7

– Tak. Edward przyjdzie po mnie. Umówiliśmy się do kina, potem na kolację. Rzadko ra-

zem wychodzimy, rozumiesz...

– Ależ mamo! – roześmiała się Jolka. – Nie tłumacz się. Wpadłam niespodziewanie, moja

wina, mogłam zadzwonić i uprzedzić. Ale tak się złożyło, że Marek ma swoje sprawy i mam
pusty wieczór, a nie chciałam zostać w domu sama. Nie martw się, zaraz się wynoszę...

– Zwariowałaś? – zaprotestowała matka. – Masz tu zawsze dom. Do tego kina chyba pój-

dę, bo nie chcę sprawić Edkowi zawodu, ale zaraz potem wracam i zjemy razem kolację. Mo-
że on też zostanie, chyba, że masz jakieś sprawy, o których nie powinien wiedzieć.

– Ależ nie – zaprzeczyła Jolka. – Tak, zwyczajnie przyszłam, bo cię dawno nie widziałam.

Zaraz sobie idę, nie będę ci burzyła planu na wieczór.

– Jolciu – matka objęła ją i przytuliła. – Wiesz, jak się zawsze cieszę, kiedy przychodzisz.

Zostań. Wrócimy po dwóch godzinach, potem on pójdzie, a my sobie posiedzimy, pogadamy,
no, dobrze?

– Fajno – skinęła głową Jolka. Propozycja była jej na rękę. Nie wiedziała dokładnie dla-

czego, ale nie chciała być dziś wieczorem sama w domu Marka. Tu jakoś czuła się bezpiecz-
niej. Nie umiałaby tego wytłumaczyć, ale ów lęk, o którym wspomniała Markowi, nie opusz-
czał jej, był irracjonalny, nie miał żadnych podstaw, nic złego się nie działo, a jednak tkwił w
niej i potrzebowała towarzystwa, czyjejś bliskości, rozmowy, poczucia bezpieczeństwa.

– Zanocujesz? – zapytała jeszcze matka.
– Mogę. Marek nie mówił, kiedy wróci, zresztą zobaczymy.
Zośka w tym czasie już kończyła przygotowania do wyjścia. Jolka siadła i paląc papierosa

obserwowała  matkę  kręcącą  się  po  mieszkaniu.  Znów  stwierdziła,  że  odczuwa  podziw  dla
niej. Zośka, choć dawno przekroczyła pięćdziesiątkę, ciągle była kobietą atrakcyjną, nie wy-
glądającą na swoje lata. Figurę miała niemal doskonałą, ani śladu tłuszczu na biodrach, talię
jak osa, skórę gładką, lekko śniadą, a włosy bujne, kasztanowe leciutko tylko przyprószone na
skroniach siwizną, którą zresztą dość dobrze maskowały płukanki ziołowe.

Za oknem zapadł wczesnojesienny zmrok. Dochodziła siódma. Jeszcze widać było czubki

drzew rosnących pod blokami, za nimi jarzyło się czerwonawe niebo, jakby poza wzgórzami
morenowymi płonął daleki ogień. Przez uchylone okno nie dobiegał żaden powiew, powietrze
było spokojne, dzień zamierał łagodnie i niedostrzegalnie przechodził w wieczór.

Gotowa do wyjścia Zośka usiadła na kanapie obok córki, stawiając dwie szklaneczki soku

pomarańczowego. Spojrzała na zegarek i stwierdziła:

– Jeszcze trochę, idziemy na ósmą. No, co u ciebie?
– W porządku. Wszystko dobrze.
– Żadnych problemów?
– Absolutnie.
– I naprawdę przyszłaś tylko tak, po prostu mnie odwiedzić?
– Przecież mówiłam.
– Dobrze. Wiesz, że zawsze mnie to cieszy. Ale wiem, że jak długo nie przychodzisz, to

rzeczywiście nie masz problemów.

– No właśnie, długo nie byłam u ciebie.
– Ale przyszłaś. No, ale skoro mówisz, że wszystko dobrze, to nie ma co szukać dziury w

całym. Cieszę się. Zostań na noc, dobrze?

– Chyba zostanę.
Milczały przez jakiś czas. Zośka wzięła od córki papierosa i choć paliła rzadko, bez spe-

cjalnej przyjemności, to teraz poczuła, że potrzebny jest jej haust dymu tytoniowego. Mimo
zapewnień córki, czuła, że coś się za tą niespodziewaną wizytą kryje. Nie chciała teraz naci-
skać  Jolki  zbyt  mocno,  uznała,  że  będą  miały  dosyć  czasu  na  rozmowę,  gdy  wróci.  Czuła
podświadomie jednak, że córka ma jakieś kłopoty.

background image

8

Dzwonek do drzwi przerwał jej rozmyślania.  Obydwie odczuły  pewną  ulgę,  bo  milczały

dłuższą chwilę i zaczynało to im ciążyć. Wszedł szczupły, wysoki pan o prezencji profesora z
amerykańskich  filmów.  Włosy  miał  nieco  szpakowate,  krótko  przycięte,  okulary  w  złotej
oprawie, szary garnitur nienagannie skrojony i wyprasowany, buty lśniące od pasty kiwi, wą-
skie dłonie o długich, niemal kobiecych palcach. Jolka znała go, zawsze jej okazywał życzli-
we zainteresowanie, nawet sympatię, a jednak czuła się w  jego  towarzystwie  onieśmielona.
Dla niej był to człowiek z innego świata. Nie z takiego, w którym żyła razem z Markiem, nie
z kawiarni czy nocnych lokali, a raczej właśnie z filmów o biznesmenach, intelektualistach i
w ogóle ludziach, którym się powiodło. Ale była rada, że matka właśnie z nim się związała.
Wiedziała, że darzy ją uczuciem, jest do niej bardzo przywiązany, a także zapewnia jej do-
brobyt, bo z pielęgniarskiej pensji nie mogłaby żyć tak swobodnie i mieć tak dobrze urządzo-
nego,  samodzielnego  mieszkania,  w  dodatku  wykupionego  na  własność.  Wiedziała  też,  że
matka czuje się z nim szczęśliwa i nigdy nie dociekała, czemu właściwie nie są na stałe ra-
zem. Zresztą nie było to najważniejsze, sama przecież żyła z Markiem bez żadnych zobowią-
zań, a jednak łączyło ich wspólne mieszkanie, łóżko, wiele zainteresowań i właściwie gdyby
nie te jego tajemnicze  sprawy,  do  których  jej  nie  dopuszczał,  uznałaby  swoje  współżycie  z
nim za w pełni szczęśliwe.

– O, dobry wieczór! – powitał ją doktor, lekko zaskoczony tym,  że Zośka nie jest sama.

Gospodyni pospieszyła z wyjaśnieniem:

– Jola przyszła niespodziewanie, ale to nic, idziemy do kina, potem...
– Potem pójdziecie na kolację, jak zaplanowaliście – wpadła jej w słowo córka. – Nie ma

powodu żebyście sobie psuli wieczór. Chciałam odejść – wyjaśniła Edwardowi – ale mama
nalegała  abym została.  Mam  czas,  poczekam  na  nią.  Nie  musicie  się  spieszyć,  przecież  nie
jestem tu gościem, poradzę sobie...

– No dobrze – zgodziła się Zośka wyraźnie rada, że mimo wizyty córki, ich plany nie zo-

staną zakłócone. Cieszyła się na ten wspólny wieczór z Edwardem, miała ochotę i na kino i na
kolację w dobrej restauracji, bo lubiła takie wypady, a nie urządzali ich zbyt często.

– To wobec tego rozgość się. Jedzenie jest w lodówce, nawet jeśli masz ochotę na drinka,

to  wiesz,  gdzie  jest.  Kanapę  sobie  przygotuj,  zresztą  co  ci  będę  mówiła,  znasz  mieszkanie,
wszystko wiesz, jesteś u siebie.

– Jasne. Bawcie się dobrze.
Wyszli i po chwili usłyszała pod oknem warkot silnika Edwardowego BMW.

3

Po ostatnim rozlaniu w butelce pokazało się dno. Wanda nalała do szklaneczek wody mi-

neralnej, gospodarz kieliszek uniósł do góry:

– No, Kostek, twoje, za udany start! – Kostek uśmiechnął się i stuknął kieliszkiem w kieli-

szek gospodarza, potem jego kobiety. Wypili. Sięgnął do półmiska po plasterek bekonu, zjadł,
popił wodą.

– Nie wierzę w udany start – powiedział. – Już mi nic nie wyjdzie...
– Co się łamiesz? – zaprotestował gospodarz. – Ty, zawsze taki chojrak? Kostek, teraz jest

inne życie, możliwości takie, że tylko łapać okazje...

– Nie, Gruby – pokręcił głową Kostek. – Dla mnie to inny świat, niż ten sprzed kicia. Nie

masz pojęcia, co to jest tyle lat przerwy. Nie będę umiał teraz się urządzić, stary, to nie mój
świat.

– Gadanie – mruknęła Wanda.
– A ty się nie wtrącaj – ofuknął ją gospodarz. – Lepiej zrób herbaty...
– Dobrze, dobrze – podniosła się  niechętnie  i  powędrowała  przez  dużą,  niechlujną  bara-

kową izbę do pseudokuchni. Kostek popatrzył za nią, kiwnął się na krześle i powiedział:

background image

9

–  Mój  Boże,  Gruby,  jakby  mi  ktoś  powiedział,  że  tyle  lat  z  nią  wytrzymasz,  to  bym  go

wziął za wariata. Ile to? Dwadzieścia? Trzydzieści?

–  Nie  liczę  lat  –  burknął  gospodarz.  –  A  do  wszystkiego  można  się  przyzwyczaić.  –

Wbrew temu, jak go nazywał Kostek, nie był gruby. Niski, nalany, o niezdrowej cerze, kiedyś
był otyły, ale teraz sprawiał wrażenie worka ze starej skóry, z którego wypuszczono znaczną
część powietrza. Tylko oczy miał bystre i choć wypił tyle, co jego gość, trzymał się całkiem
dobrze.

– Zawsze ją traktowałeś jak ścierkę – otwarcie powiedział Kostek.
– Bo była i jest ścierką – beznamiętnie odparł Gruby. – Ale moją ścierką. Przejechały ją

załogi wszystkich armatorów świata, ale zawsze mnie oddawała grosz. Jak mi się źle działo,
to warowała przy mnie jak suka. To co, teraz, kiedy nie znajdzie amatora nawet najbardziej
pijanego, mam ją wygonić? Zresztą mam w tym swój interes. Przydaje mi się. Czasami kanto-
ru popilnuje, w domu wszystko zrobi. Flejtuch jest, to fakt, ale co tam, czasem coś ugotuje,
herbatę zaparzy a i wypić mam z kim, jeśli żaden kumpel się nie zjawi. A kumple, wiesz Ko-
stek, już się mało kiedy pokazują. Inna gwardia, inne interesy, inni kumple. Zresztą nie mam
kumpli.

– Ale masz kantorek, sam mówiłeś – zauważył Kostek.
–  Iii,  zawracanie  głowy  –  machnął  ręką  Gruby.  –  Drewniana  buda  na  targowisku.  Tyle

mojego, co wykołuję na kursach ruskich, bo oni się nie zawsze kapują i przelicznik na ruble
mają  niesamowity.  Ale  w  ogóle  to,  co  można  zarobić,  jak  na  dolarze  masz  pięćdziesiątkę,
najwyżej stówę, a obrót dzienny sto, no, najwyżej trzysta dolców? Grosze mówię ci Kostek,
bida z nędzą i w dodatku konkurencja, wielki biznes bankowy, a jeszcze dola dla ochroniarzy.
Szkoda gadać, to nie to, co kiedyś, jak było przebicie na dolcu dwie, trzy stówy, miały one
swoją wartość.

Kostek słuchał, kiwał  głową, zagryzał z wolna baleronem na przemian  z  pomidorem.  W

końcu powiedział:

– Zawsze byłeś kutwa i krętacz. Gruby. Znam cię. Gadasz, owijasz w bawełnę, płaczesz

żeby tylko się mnie pozbyć i nie pomóc.

– Ale, co ja ci mogę pomóc, człowieku, ledwo sam na te pół litra zarobię. I Wandzi trzeba

od czasu do czasu sprawić nowy ciuch. I jeszcze podatek trzeba zapłacić, bo to teraz legalny
interes, więc trzeba dać państwu, kurwa, bo jak nie, to cię zgnoją. Zobacz, w jakich portkach
chodzę, wyglądam na milionera, no powiedz, wyglądam?

– Gadanie – warknął Kostek. – Zawsze byłeś flejtuch, a przyjaciel z ciebie był jak koziej

dupy trąba.

– To po coś tu przyszedł, prosto z kicia? – rozzłościł się Gruby.
– Bo nie miałem gdzie. Jaki jesteś, taki jesteś, ale kielicha jednak postawiłeś. Po dwunastu

latach, wiesz jak to smakuje?

– I idzie do głowy – wtrąciła Wanda, niosąc herbatę – uważaj, Kostuś, bo się zalejesz, na-

rozrabiasz i znowu cię przymkną.

– Na noc, to może by i było dobrze – mruknął. Popatrzyła na niego z litością. Znała go tyle

lat,  pamiętała  jako  chłopaka,  za  którym  poszłyby  wszystkie  mewki  z  Nowego  Portu.  I
wszystkie zazdrościły Zośce, że go miała. Ale zaraz przypomniała sobie, jakie słodkie życie
miała z nim Zośka, jak szarpała się sama, bo albo go nie było, albo siedział w pudle. Wybiła
się, była najlepsza,  fakt,  ale  nie  dzięki  niemu.  Po  prostu  miała  szczęście.  I  figurę.  I  fart  do
chłopów...

Otrząsnęła się z tych wspomnień i postawiła przed nimi szklanki z herbatą.
– Napij się. Kostek – powiedziała miękko. – Dobrze ci zrobi, chandra przejdzie i wszystko

będzie okej.

_ Chandra mi przejdzie, jak jeszcze strzelimy po jednym – odparł Kostek.
– Nie ma już – Gruby uniósł butelkę i pokazał, że jest pusta.

background image

10

– To powiedz jej, żeby przyniosła – upierał się Kostek.
–  Nigdzie  nie  pójdę,  macie  dosyć  –  powiedziała  Wanda,  rozzłoszczona  takim  obrotem

sprawy.

– Kto ma dość, ja? – zdziwił się Kostek niemal łagodnie. Oboje  gospodarze wiedzieli, że

taki ton przybiera zawsze wtedy, gdy ma zamiar wszcząć awanturę. Gruby położył mu rękę
na ramieniu i powiedział spokojnie:

– Dobra, Kostek, napiliśmy się, więcej nie ma i nie będzie. Nie rób draki, bo to nie ma sen-

su.  Chociaż  mówisz,  że  jestem  szmaciarz  nie  kumpel,  to  cię  mogę  przenocować,  jeśli  nie
masz, gdzie się podziać, ale gorzały więcej nie będzie. Już nie mam takiej kondycji jak daw-
niej, a nie chcę żeby mnie odwieźli karetką reanimacyjną.

Kostek popatrzył na niego uważnie, szarpnął ramieniem, zrzucając rękę Grubego i powie-

dział ostro:

– Nie, to nie, pies cię trącał. Ją też.
– Dobra, Kostek, – Gruby nie dawał się sprowokować. – Chcesz tu przenocować?
– Mam was w dupie.
– No i dobrze – powiedziała ze złością Wanda. – Zawsze byłeś hardy palant i taki zostałeś.

Zjeżdżaj, bo zaczynasz mi działać na nerwy. – Ona także sporo wypiła i zachowanie Kostka
wprawiło ją w irytację. Gruby jeszcze łagodził:

– Gdzie pójdziesz? Zostań, jak chcesz, tylko nie rób draki. Rano wszystko zawsze jest ładniej-

sze. Pójdziesz gdzieś, wdasz się w jakąś drakę i znów cię wsadzą na parę lat. No jak, zostaniesz?

– Daj mu spokój, niech idzie do diabła! – piekliła się Wanda. – Jak zostanie i to jeszcze

ciebie dziabnie jak tamtego faceta i znów dostanie dwanaście lat. Kostek łypnął na nią wście-
kle, ale pohamował wybuch. Odpowiedział tylko:

– Za ciebie to bym nawet roku nie dostał. Idę, pies wam mordę lizał! – Wstał, lekko się za-

chwiał, ale zaraz się wyprostował i ruszył ku drzwiom.

– Czekaj, Kostek, czekaj – Gruby ruszył za nim. Pogrzebał w kieszeni, wyjął zwitek bank-

notów i wcisnął kilka Kostkowi do garści.

– Weź, pewnie jesteś goły. Tylko nie chlej, a załatw sobie jakąś bezpieczną metę.
– Dobra, dobra, nie bądź taki miłosierny – mamrotał nieco udobruchany Kostek.
– A może jednak zostaniesz – nalegał Gruby. – Gdzie pójdziesz, nie masz przecież nikogo,

po tylu latach. Rano pomyślimy, coś ci się załatwi...

–  Jak  to,  nie  mam  nikogo?  –  Kostek  wyprostował  się  i  zaśmiał  nieszczerze.  –  Przecież,

Zośka to jak żona. I córkę z nią mam. Czy to nie rodzina? Jest  żona, jest córka, jest chata,
mam gdzie iść, no nie?

– Kostek, na litość boską! – krzyknął przestraszony Gruby. Ale Wanda, zła już na dobre i gdzieś, w

głębi serca rozgoryczona tym, że ciągle jeszcze pamiętał o tamtej i do niej ciągnął, wrzasnęła:

– Zostaw go, do cholery! Niech robi, co chce! Pójdzie tam, to zobaczy, co go czeka i jak

go przyjmie teraz ta jego ż o n a ...

– Zobaczymy – odparł spokojnie Kostek i wyszedł, trzasnąwszy drzwiami aż zadrżał stary

barak, pamiętający przedwojenne czasy. Gruby pokręcił głową i bez specjalnego gniewu po-
wiedział do Wandy:

– Ależ z ciebie zołza, wiesz jak on tam może narozrabiać?
– Gówno mnie to obchodzi. A ty byś się jeszcze nad nim litował.
– Zawsze to stary kumpel – mruknął Gruby.
– On by cię sprzedał bez wyrzutów sumienia – warknęła. – Poszedł i dobrze, będzie trochę

spokoju. A ty, jak chcesz się jeszcze napić, to może coś znajdę.

– Zawsze byłaś niezła – powiedział Gruby, obejmując ją niezgrabnie. – Nie wiedziałem, że

jeszcze jesteś o nią zazdrosna...

– Idź do cholery – odepchnęła go i poszła do kuchni, gdzie miała jeszcze schowane pół li-

tra. Bardzo chciała się jeszcze napić.

background image

11

4

Wyprowadził  samochód  z  garażu  i  wolno  ruszył  w  dół  zadrzewioną  ulicą.  Wokół  było

spokojnie i cicho. Wille stojące w uliczkach górnego Sopotu zdawały się senne i puste, tylko
w niektórych mieszkańcy już zapalali światła. Spojrzał w lusterko wsteczne i upewniwszy się,
że w pobliżu nie widać żadnego samochodu, nieco przyspieszył, przeciął ulicę z pierwszeń-
stwem przejazdu, zatrzymał się na skrzyżowaniu, co znów było okazją do zbadania, czy nikt
go nie obserwuje. Główną ulicą pojechał w lewo, w stronę Gdyni, potem, za wiaduktem skrę-
cił  w  prawo  i  już  niemal  pewny,  że  nie  ma  „ogona”  sunął  dalej  w  stronę  Grand  Hotelu.  Z
rzadka  mijały  go  samochody,  jadące  w  przeciwnym  kierunku.  Sezon  urlopowy  w  Sopocie
dawno minął. W mieście było pustawo, szczególnie o tej porze, kiedy ruch dzienny zamierał,
a nocne życie jeszcze się nie rozpoczęło. Tylko w parku po lewej stronie drogi spacerowali
właściciele piesków, a z pawilonu w Łazienkach Północnych dolatywał przez  otwarte  okno
głośny łomot młodzieżowej muzyki.

Przed kortami tenisowymi zmniejszył szybkość do minimum, raz jeszcze popatrzył w lu-

sterka, i za willą ZAIKS-u dosyć ostro skręcił w następną, wąską, ciemnawą uliczkę. Z daleka
zobaczył sylwetkę człowieka wolno idącego brzegiem wąskiego chodnika. Podjechał do nie-
go od tyłu, zahamował i przechylając się w prawo otworzył drzwiczki, nie zatrzymując samo-
chodu. Mężczyzna zwinnie wskoczył na siedzenie. Trzasnęły drzwiczki i wóz ruszył z rosną-
cą szybkością. Na ostrym zakręcie zapiszczał oponami. Zakręt w prawo, jeszcze raz w prawo,
potem prosto, na pełnej już szybkości przeleciał tuż przed zmieniającymi się koło mola świa-
tłami dla pieszych tak, że nawet, jeśli ktoś jechał za nim, to  nie mógł zdążyć przed zapale-
niem się czerwonego sygnału. Wyskoczył na szeroką ulicę prowadzącą do Gdańska, potem na
rondzie  skręcił  w  prawo  i  po  chwili  zagłębił  się  w  dość  wąską  leśną  drogę  biegnącą  przez
wzgórza poza miastem.

Przez  cały  czas  nie  zamienili  ani  słowa.  Mężczyzna  w  ciemnej  wiatrówce  i  czapeczce  z

długim daszkiem siedział milczący i obojętny.

Jazda leśną drogą trwała kilkanaście minut. Potem Marek wydostał się na szosę w kierun-

ku  Chwaszczyna,  a  po  przecięciu  biegnącej  poza  Trójmiastem  obwodnicy  skręcił  w  lewo,
potem jeszcze raz w lewo aż wreszcie począł zjeżdżać w dół drogą do Gdańska. Tu, w pew-
nym momencie zjechał z asfaltowej szosy i zagłębił się w wąską dróżką zadrzewionego tere-
nu, na którym widać było w gęstniejącym mroku małe domki. Był to teren ogródków dział-
kowych, pustych o tej porze, choć w ciągu dnia pełnych krzątających się pracowicie właści-
cieli. Pokonawszy labirynt wąskich uliczek i dróżek między ogrodowymi starannie utrzyma-
nymi działkami, Marek zatrzymał samochód w odległym od głównej drogi zakamarku. Wy-
siadł, otworzył metalową furtkę, potem bramę, wprowadził wóz i ustawił go poza domkiem
tak, że z uliczki był niewidoczny.

– No, jesteśmy – to były jego pierwsze słowa od momentu zabrania pasażera. – Chodźmy.

Ruszył przodem, otworzył drzwi domku i zapalił światło. Marek szczelnie zasłonił okna, za-
miast górnego światła zapalił małą lampkę w kąciku i zaprosił gościa:

– Siadaj, napijesz się czegoś?
– Nie, daj spokój. Też jestem wozem.
Zajęli miejsce przy niskim stoliku. Siedząc naprzeciwko siebie przez jakiś czas patrzyli na

siebie w milczeniu.

Domek  okazał  się  całkiem  przestronny  i  dobrze  urządzony.  Większość  powierzchni  zaj-

mował duży, wyłożony surowymi deskami pokój z jednym oknem wychodzącym na uliczkę,
którą  przyjechali.  W  oknie  były  założone  solidne  kraty,  a  grube  zasłony,  teraz  zaciągnięte,
sprawiały, że z zewnątrz nie można było stwierdzić, czy ktoś jest w środku. Pod ścianą stał
bufet  z  wmontowaną  lodówką,  przy  drugiej  ścianie  stał  dość  szeroki  tapczan,  przy  trzeciej
stolik  z  czterema  wygodnymi  krzesłami.  Telewizor,  radio,  wideo,  elektryczny  piec  olejowy

background image

12

świadczyły,  że  gospodarz  bywa  tutaj  w  różnych  porach  roku  i  spędza  sporo  czasu,  a  także
noce. Na bufecie stał aparat telefoniczny, co w tym działkowym osiedlu było wielką rzadko-
ścią. Teraz zamknięte drzwi prowadziły do kuchni i łazienki. Z kuchni też było drugie wyjście
z domku, na tyły, skąd można było wydostać się inną drogą niż ta, którą przyjechali.

– No więc? – zapytał gość. – Co to za alarm?
– Spokojnie – odparł Marek. – Nie ma co się spieszyć, musimy porządnie pogadać. Może

jednak coś łykniemy, przecież ci nic nie zrobią.

–  Nie.  Nie  chcę  się  tłumaczyć  i  legitymować.  Po  co  zostawiać  ślady?  Ciebie  mam  tego

uczyć?

– W porządku – roześmiał się Marek i poczęstowawszy gościa, zapalił papierosa. – Nawet

nie zapalisz? Dobra, dobra, żadnych śladów, wiem...

– Za dużo mówisz o niczym. Lepiej od razu mów o co chodzi, wolę tu być jak najkrócej.

Co masz za sprawę?

– Sprawy – sprostował Marek i zdusiwszy niedopałek pochylił się nad stołem. – Potrze-

buję więcej informacji. I lepszego zabezpieczenia.

Gość odsunął się, jakby raził go oddech Marka. Twardo patrząc mu w oczy, powiedział:
– Słuchaj, stary, sam wiesz, w co gram z tobą. Jeden nieostrożny ruch, jedna najmniejsza

poszlaka i leżę do końca życia. Dobrze o tym wiesz. Robię dla ciebie co mogę, ale więcej nie
mogę.

– Jasiu – łagodnie odpowiedział Marek – umówmy się, że nie będziemy się zachowywali

jak smarkacze, dobra? Robisz, bo musisz, przecież to wiesz...

– Boś mnie zmusił. Sam nigdy bym na to nie poszedł.
– Gadanie – machnął ręką Marek. – Znamy się sto lat i obaj wiemy, jak to jest. Przycisną-

łem cię, fakt, ale gdybyś nie chciał, to znalazłbyś sposób, żeby się mnie pozbyć. Robiłeś to z
innymi, zrobiłbyś i ze mną.

–  Mam  teraz  mniejsze  możliwości.  –  To  nie  stare  czasy,  teraz  nadzór  jest  ostry,  patrzą

człowiekowi na ręce, nie pozwalają zapomnieć, że jest ze „starego portfela”, i choć zweryfi-
kowali, to w każdej chwili mogą się ze mną pożegnać. Mam ci to tłumaczyć?

–  Tym  bardziej  staraj  się,  żeby  jak  najwięcej  załapać  szmalu,  to  będziesz  miał  potem  z

czego żyć – cynicznie odparł Marek.

– Łatwo ci mówić. Wymagania masz coraz większe, a mnie coraz trudniej je spełnić.
– Nic za darmo, Jasiu – przypomniał Marek. – Ty mi dajesz to, czego potrzebuję, ja ci pła-

cę i to nieźle chyba, co? A może masz mało?

– Zawsze przyda się więcej – teraz gość lekko się uśmiechnął. – Tym bardziej że sam mó-

wisz, żeby się spieszyć i łapać, co się da...

–  Jednak  naleję  po  jednym  –  zdecydował  Marek.  –  Leciutkim,  żeby  nie  zaszumiało...

Wstał, podszedł do bufetu, nalał do wysokich szklanek nieco ginu, dolał wermutu, z lodówki
wyjął po dwie kostki lodu i postawił napoje na stole.

– Twoje zdrowie, Jasiu, za powodzenie – stuknął swoją szklanką o brzeg szklanki gościa i

obaj napili się po małym łyku.

– No więc? – gość patrzył czujnie na Marka. A ten zapalił ponownie, zaciągnął się głęboko

i powiedział:

– Trzeba rozkręcać interesy, Jasiu, trzeba iść naprzód. Kto stoi w miejscu, ten się cofa.
– Nie pieprz banałów. Mówże, o co idzie?
– Jasiu – ton Marka był łagodny, przyjacielski. – Musisz wiedzieć, że już mi nie wystarczy

to, co dajesz. Nie wystarczy cynk, na kogo zbieracie materiały, kogo macie na oku, dla kogo
szykuje pudło prokurator, albo kiedy będą przetrząsali teren, żeby znaleźć parę starych wra-
ków samochodowych, które komuś tam zginęły.

background image

13

– Marek –  gość zmarszczył  brwi  –  wiesz,  że  robię  więcej.  Dzięki  mnie  to  i  ludzie  mają

spokój, ode mnie masz papiery, jakich potrzebujesz, nie jednego z twoich wyciągnąłem z pu-
dła, a i ciebie od niego uchroniłem, może nie?

– Nie przeczę. Chociaż co do mnie, to pewnie się przechwalasz, żeby mi zaimponować al-

bo wywołać wdzięczność. Ale pamiętaj, co za to masz.

– No dobra, dajmy spokój. Robię dla ciebie to, co robię. Co chcesz jeszcze?
– Rozkręcam nowy, duży interes. Inicjatywa teraz potrzebna, sam wiesz.
– Znów pieprzysz, zamiast mówić konkretnie – zirytował się gość.
– Dobra, więc ci powiem jasno. Ta historia ze sklepikarzami, którzy płacą za ochronę, to

mała rzecz. Cieszy, ale ledwo wyrabiam na siebie, chłopaków, a i na ciebie też, Jasiu.

– I na Jolkę – złośliwie zauważył gość.
– Jolkę zostaw – warknął Marek. – Ona jest wkalkulowana w moje dochody. Może kiedyś

ją włączę głębiej, to wtedy też będziemy liczyli dolę dla niej. A w ogóle, to zostaw ją raz na
zawsze. I matkę też.

– Do matki teraz nic nie mamy. Co było, to było, dużo lat temu, teraz pracuje, żyje spokoj-

nie, ma przyzwoitego faceta, wszystko gra. Ale Jolka jeszcze ma przyszłość, zwłaszcza przy
tobie.

– Daj spokój, Jasiu, bo się naprawdę zdenerwuję. Słuchaj lepiej, zamiast tyle gadać.
Pociągnęli po łyku koktajlu a Marek mówił dalej:
– Samochody w skali lokalnej to też nie za wielka sprawa. Trafił się facet, który chce hur-

towo i za granicę.

– Co? – zdumiał się gość. – To może zamówi na Żeraniu.
–  Dowcipny  jesteś,  Jasiu  –  roześmiał  się  Marek.  –  Wańka  chce  wozy  pierwszej  klasy.

Mercedesy, volvo, BMW, audi, volkswageny, no, w ostateczności ople. Jak się trafi peugeot
albo renault, to też weźmie.

–  Rolls  royceów  i  jaguarów  nie  chce?  –  ironizował  gość.  Marek  mówił  dalej,  wyraźnie

rozgrzewając się myślą o nowym interesie.

– Jak się jaki trafi, to na pewno też weźmie.
– Duże zapotrzebowanie. – W kraju takich wozów dla niego nie wystarczy.
– Co się da wziąć z kraju, to weźmiemy. – Ale tak planuję, żeby główne źródło było na

Zachodzie.  Niemcy  mają  za  dużo  wozów.  Austriacy  też.  Francuzom  też  można,  coś  niecoś
wyjąć. Tam nie ma prawie granic, więc byle doprowadzić do naszej kochanej Odry. Tu już
nas nie dosięgną, właściciel nie straci, a firmy ubezpieczeniowe są bogate, nie muszę ich ża-
łować.

– Więc, w czym problem?
– Mam już prawie zorganizowanych dostawców stamtąd – chwalił się Marek, nie ukrywa-

jąc  zadowolenia.  –  Mam  też  odbiorców,  ale  za  naszą  granicą  na  wschodzie.  Cały  problem,
żeby taki wózek bezpiecznie przejechał przez Polskę, od Odry do Bugu. I oczywiście przez
obie granice.

– Co ja tu mogę zrobić?
– Dużo, Jasiu, dużo i liczę na ciebie.
– No, więc?
–  Po  pierwsze,  musisz  mi  pomóc  zabezpieczyć  przed  waszymi  ludźmi  całą  operację.  I

przed zanadto wścibskimi celnikami, zwłaszcza na wschodzie.

– W jaki sposób?
–  Jasiu,  nie  bądź  dzieckiem.  Trzeba  chronić  takiego  ładnego  mercedesa,  jak  będzie  wę-

drował przez naszą ojczyznę.

– Mam mu dać patrol drogówki jako ochronę, żartujesz?
– Nie. Masz mi mówić, które rejony są najmniej kontrolowane przez waszych ludzi. W ra-

zie  wpadki  masz  wyciągać  moich  ludzi.  Papiery  będą  mieli,  ale  jak  nakryją  mojego  pilota

background image

14

prowadzącego trefny wóz, to musisz go pomóc wyciągnąć. Masz dać blankiety rejestracyjne,
bo lepiej, żeby większość jechała na polskiej rejestracji. Masz wybadać celników i pogranicz-
ników, który jest „miękki”, kiedy ma służbę, czy bierze, a jeśli twardy, to lepiej przeczekać aż
skończy służbę. Masz Jasiu sporo roboty. Sam wiesz, że przy takiej operacji potrzeba dużo
zachodu i musi być maksymalne bezpieczeństwo. Ty mi je zapewnisz. Albo jesteś u was szy-
chą, albo nie...

– To wszystko?
– Nie, Jasiu. Jest jeszcze taki jeden facet, nasz wspólny znajomy. Mówią na niego Cygan,

bo jest Cyganem. Trzeba go uziemić.

– Na zawsze?
– Nie. Ale postraszyć, wyeliminować, bo to duży konkurent i ma niezłą grupę. Już tu mi

sprawia sporo kłopotów, a co będzie, jak się dowie o tym dużym biznesie i zechce też się za
to wziąć, albo zacznie mnie rugować, a znasz jego metody.

– Twoje też znam.
– A ja znam twoje. Na razie sam go trochę wyciszę, ale w razie grubszego zagrożenia z je-

go strony będziesz musiał wkroczyć i raz na zawsze go wyeliminować.

– Raz na zawsze, to możesz ty. Ja mogę na parę lat – chmurnie odparł gość.
– No i dobrze. Starczy. Czy wszystko jasne?
– Poza jednym.
– No, pytaj, Jasiu.
– A co będzie, jak się nie zgodzę?
Marek uniósł brwi i uśmiechnął się ironicznie:
– Jasiu, nie żartuj. Po pierwsze, lubisz forsę, a na tym zarobisz. A po drugie... wypił odro-

binę koktajlu, wstał, wyłączył telewizor i włożył kasetę do magnetowidu. Po chwili na ekra-
nie telewizora pojawiły się obrazy.

Na taśmie wideo widać było Jana w towarzystwie kobiety. Najpierw przy restauracyjnym

stoliku, potem w samochodzie, wreszcie w pokoju. Tu, bez zbędnych ceregieli począł się do
niej  dobierać.  Kobieta  słabo  się  broniła,  potem  uległa.  Sceny  miłosne  dwojga  nagich  ludzi
były wyraźne, a niejeden producent filmów pornograficznych by się ich nie powstydził. Po-
tem, w tym samym mieszkaniu został ukazany następny seans Jana z inną kobietą. Ta kobieta
wykazywała dużo więcej inwencji niż poprzednia, a i partner nie pozostawał biernym uczest-
nikiem spektaklu.

– Dosyć, przestań! – krzyknął Jan.
– Czemu, to przecież ładne – roześmiał się Marek. – Pokazałem ci drugi raz, żeby przy-

pomnieć. Wiesz, że szefowie by cię nie pochwalili za te numery z funkcjonariuszką i z byłą
szefową. A co by powiedziała twoja żona i córka, wolimy obaj nie myśleć, prawda, Jasiu?

–  Jesteś  zimny  skurwysyn  –  powiedział  przez  zaciśnięte  zęby.  –  Nie  zapominaj,  że  ty

mógłbyś mieć za to ładną sprawę. Wykorzystanie lokalu i sprzętu do szantażu kolegi...

– Co mi mogą zrobić – roześmiał się Marek. – Ja już w tym interesie nie jestem, mogą mi

nadmuchać. Ale ty? Jesteś, i chcesz być do emerytury, czy nie? A nawet, jeśli nie dotrwasz, to
grosz ci się przyda. I teraz, i w przyszłości. Zwłaszcza dobrze ulokowany, a ty wiesz, jak go
ulokować, nie, Jasiu?

Jan milczał długą chwilę. Wypił nawet do dna koktajl i zapalił papierosa. W końcu powie-

dział:

– Dobrze wiesz, że nie wszystko mogę, dużo spraw jest poza moim zasięgiem...
– Wiem, Jasiu, wiem, znam tę robotę. Biorę to pod uwagę. Ale wiem, że mimo wszystko,

masz wielkie możliwości, masz kolegów tu i tam, dasz sobie radę, pomożesz mi, prawda?

– A mam wyjście? – zapytał zrezygnowany Jan. Marek wzruszył ramionami:
–  Jakubowski  mówił, że  z  każdej  sytuacji  są  dwa  wyjścia.  Tylko,  że  to  drugie  w  twoim

przypadku jest raczej nieprzyjemne.

background image

15

– Dziś zdecydowanie za dużo filozofujesz – kąśliwie zauważył Jan.
– No dobra – uciął Marek. – Więc jak, umowa stoi?
– Zaraz – Jan patrzył mu teraz twardo w oczy. – Jeszcze jedno pytanie.
– No?
– Co ja z tego będę miał? Bo nie myślisz chyba, że tyle dodatkowego ryzyka podejmę za

tyle, co teraz?

– O, fajno, teraz jesteś rzeczowy – ucieszył się Marek. – Czy ja cię kiedy skrzywdziłem?

Starego kumpla ze wspólnej roboty?

– No więc?
– Każdy wóz przeprowadzony przez Polskę, aż do granicy brata – trzysta papierków. Ma-

ło. Pięćset.

– Puknij się, Jasiu! Policz moje koszty. Połowa zostaje tam, skąd jest wóz. Taniej go nie

wezmą  i  nie  doprowadzą  do  granicy  albo  i  do  Polski.  Potem  zrobienie  papierów,  przebicie
numerów, ukrycie, transport przez cały kraj, coś dla celnika, coś dla wopisty, moja działka,
chłopaków za ochronę, twój grosz – widzisz, ile tego? A nieprzewidziane koszty? Stary, to
przecież deficytowy interes. Robię to dla sportu i tyle...

Jan roześmiał się głośno. Marek mu zawtórował. Potem powiedział:
–  Mniejszy  i  starszy  wóz  –  dwieście,  nowszy,  większy,  luksus  –  czterysta.  Czasem,  za

trudniejszą robotę coś ekstra. Za Cygana, jak zajdzie potrzeba, też będzie ekstra. Stoi? – wy-
ciągnął dłoń do gościa.

– Stoi – Jan klasnął swoją dłonią, dobijając targu. – Ale pamiętaj, mnie nie ma, nie istnieję,

mgła, powietrze, choćby palili, smażyli.

– Jasne, to też mój interes. Ale, jak będę potrzebował coś poza tym, to nie odmówisz?
– Czy, kiedy odmówiłem?
– A czy, kiedy nie zapłaciłem?
– Z fotografem za plecami – skrzywił się Jan.
– Nie martw się, to grób, mogiła. Przyjdzie czas, to wszystko zniknie. A teraz co, jeszcze

po jednym na zakończenie?

– Ale małym – zgodził się Jan. – Ty jedziesz bokiem, potem prosto do chaty, a ja muszę

jeszcze prawie przez całe Trójmiasto.

– Dobra, co ci kto może zrobić – roześmiał się Marek. – Taka fisza, na sam widok twojej

legitymacji drzewa stają na  baczność,  a  co  dopiero  zwyczajna  glina  z  drogówki.  No,  Jasiu,
zdrowie, żeby dobrze poszło.

Powrotną drogę odbyli tą samą trasą. Marek widział  jak  z  terenu  ogródków  wyjechał  za

nim samochód bez świateł, które włączył dopiero na szosie. Nie przejął się tym. To było jego
zabezpieczenie na działkach. Gdyby Janek zamierzał w domku coś zadziałać przeciwko nie-
mu, wystarczyło krzyknąć. Teraz byli już niepotrzebni, ale jechali za nim, bo też wracali do
Sopotu...

5

Jolka nie bardzo była zadowolona z takiego obrotu sprawy. Jadąc do matki chciała tylko

uniknąć samotności w Markowym mieszkaniu. Wyszła także dlatego, że szarpał ją jakiś nie-
uzasadniony niepokój, nie mający racjonalnych podstaw. Kładła to na karb zmiennej pogody,
niżu barycznego, przedmiesiączkowego okresu, ale w gruncie rzeczy zdawała sobie sprawę,
że bez konkretnych przyczyn lęka się o siebie, Marka, o wszystko, co się wokół nich dzieje.
Nie było żadnych oznak zwiastujących jakieś  zagrożenie  czy  niebezpieczeństwo,  jednak  od
czasu do czasu serce jej łomotało szybciej, gdy zadawała sobie pytanie: Co dalej? Co właści-
wie się dzieje?

background image

16

Żyła z Markiem już długo. Mijał czwarty rok jak zgodziła się zamieszkać u niego, niczym

legalna  żona.  Przedtem  bywało  różnie,  rzadko  wspominała  te  czasy,  ale  jeśli  już,  to  raczej
niechętnie.  Związek z Markiem – mężczyzną dobiegającym  czterdziestki, a więc dużo star-
szym, spokojnym, zawsze szczodrym, chętnym do rozrywek, wyraźnie darzącym ją uczuciem
– był dla niej miły. Miała dostatek, nie musiała pracować i żyła spokojniej, z większym po-
czuciem własnej wartości. Ale, mimo to nie czuła się całkowicie bezpiecznie. Były bowiem
sprawy, o których Marek jej nie mówił. Nie wszystko z  nią  dzielił.  Wychodził  nie  mówiąc
dokąd, ani kiedy wróci. Miał jakichś znajomych, może przyjaciół, może partnerów w intere-
sach, ale Jolka ich nie znała. Widziała przelotnie jednego czy drugiego. Nie podobali jej się,
choć niczego nie mogła im zarzucić. Istniała jakaś tajemnicza sfera, poza którą nie miała do-
stępu. Była to sfera owych interesów Marka. Miał pieniądze. Zawsze dużo, przeważnie dola-
rów. Ale nie wiedziała skąd pochodzą. W jaki sposób je zarabia, kto ma w tym udział. Już
sporo lat stykała się z tym przesyconym seksem, szpanem, nawet brutalnością i zawsze obra-
cającym dużymi sumami półświatkiem. A że była inteligentna, więc bez trudu domyślała się,
że z tego właśnie środowiska, z interesów tam właśnie robionych pochodzą pieniądze Marka i
że na nich opierało się jej dostatnie życie. Marek specjalnie nie afiszował się forsą. Nie był
skąpy, raczej dla niej hojny, ale nie szastał, nie kłuł innych w oczy. Jednak czasem widziała u
niego duże pliki zielonych banknotów i nie były to jedno– czy pięciodolarówki. Nie pytała,
bo i tak by jej nie powiedział. Gdy kiedyś zobaczyła, że ma pistolet, przestraszyła się. Uspo-
koił ją, że to gazowy, a gdy stwierdziła, że kłamie – wyjaśnił, że ma zezwolenie i dodał, że
dziś każdy, kto ma do czynienia z pieniędzmi, musi się jakoś zabezpieczyć, bo świat jest bru-
talny, a ludzie bywają gorsi od wilków. Zawsze umiał mówić ładnie, przekonywająco, a gdy
mu już brakowało argumentów, sięgał po ten ostatni, który zawsze odnosił skutek i zamykał
jej usta. Był dobry. Nie miała nigdy takiego mężczyzny. Potrafił ją zaspokoić aż do fizyczne-
go bólu. Był gotowy zawsze, wszędzie o każdej porze dnia; w samochodzie, sypialni, kuchni,
na stole, na fotelu, na podłodze, na schodach, w piwnicy, w lesie – wszędzie i zawsze mógł,
chciał i robił to zarazem czule, delikatnie sprawiając jej nie  tylko fizyczną przyjemność, ale
dając satysfakcję ze świadomości, że jest tak pożądana a może nawet kochana. Dlatego też od
czasu, gdy byli razem, przez myśl jej nie przeszło spróbować z innym mężczyzną, choć wielu
chciało, bo była atrakcyjna, a i okazji nie brakowało, gdyż Marek często zostawiał jej dużo
swobody, jak choćby dziś, odchodząc na noc. Był jej chyba pewny, bo nie okazywał zazdro-
ści, ale kiedyś powiedział groźnie:

– Spróbuj tylko, a zobaczysz, co zrobię! Tobie i facetowi...
Wiedziała,  że  mówi  serio,  bała  się  go  nawet,  gdy  tak  przemawiał  ze  zmarszczonymi

brwiami, ściągniętą twarzą i przez zaciśnięte zęby. W tej akurat sprawie nie obawiała się go,
bo była czysta i nie miała najmniejszego zamiaru robić „skoku w bok”. A czy on robił? My-
ślała  o  tym  niekiedy.  Nawet  wypróbowywała  go,  gdy  wracał  po  dłuższej  nieobecności  nad
ranem,  wyraźnie  zmęczony.  Zawsze  odpowiadał  na  jej  prowokacyjny  zew,  udowadniał,  że
jest dla niej gotów – jak zwykle – do wyczynów, po których stawała się spokojna i łagodna
jak nasycona kotka.

Więc nie „te sprawy” leżały u podłoża lęku, który niekiedy nachodził ją niespodziewanie.

Także nie przyszłość,  bo  rzadko  o  niej  myślała,  żyjąc  beztrosko  dniem  dzisiejszym.  To,  co
robił Marek w owej sferze, do której nie miała dostępu, co mu tam zagraża i czym to się może
skończyć, stanowiło źródło jej niepokoju. Choć sama przed sobą nie zawsze się do tego przy-
znawała, wierzyła lub pragnęła wierzyć w zapewnienia Marka, iż  wszystko jest okej, a jego
interesy całkiem legalne – są prawdziwe.

Dziś liczyła, że lęk ucichnie,  gdy posiedzi z matką. Pogadają sobie jak to miały w zwy-

czaju, gdy jeszcze mieszkały razem przed „epoką” Marka, a potem wróci do domu, gdzie go
zastanie śpiącego po tajemniczej nocnej wyprawie.

background image

17

A jednak wszystko ułożyło się inaczej. Przyplątał się ten wyprasowany doktor w złotych

okularach. Poszli do kina, sama ich zachęciła do pójścia na kolację, bo co miała im powie-
dzieć? Że potrzebuje matki, że nie chce być samotna, że czegoś się boi? Bzdura. Tak się zło-
żyło i dobrze. Matka też ma swoje potrzeby, jest jeszcze absolutnie na chodzie, należy jej się
dobry facet, a że doktor jest dobry – Jola wiedziała, bo jego związek z Zośką trwał od wielu
lat i matka nieraz mówiła o tym człowieku z sympatią, czułością, może nawet wdzięcznością,
że wypełnił jej życie, które bez Joli byłoby puste i samotne, z perspektywą nieuchronnie nad-
chodzącej  starości.  Na  oko  daleko  jeszcze  było  Zośce  do  starości,  imponowała  wyglądem,
temperamentem, figurą, powodzeniem, ale dla Jolki była przecież matką, osobą z innej epoki,
odległej, tak dawnej, że nie warto było o niej mówić. I też na ogół nie mówiły. Jola wiedziała,
iż z Kostkiem matce życie się nie układało, przeważnie wymykał się z domu, miesiące i także
lata spędzał w areszcie lub w więzieniu. A ostatnio, przed długim, dwunastoletnim wyrokiem
pokazał się na krótko i jego pobyt skończył się awanturą o pieniądze, o wychowanie Joli, o
wszystko, wszystko, co zapewne narosło w nim przez lata nieudanego, cinkciarskiego życia.

Zjadła  kolację  w  kuchni.  Nie  miała  specjalnie  apetytu,  wypiła  jednak  szklankę  zimnego

mleka i wmusiła w siebie dwie kromki chleba z szynką i serem. Potem wzięła chrupki i po-
szła z nimi do pokoju. Oglądała stary, amerykański film, w którym scenarzysta, reżyser, akto-
rzy i producent usiłowali ją przekonać, że czarny policjant jest w Ameryce taki sam dobry, a
nawet lepszy niż biały, bo mniej brutalny,  ale za to bardziej cwany i  w  dodatku  dowcipny.
Dotrwała do końca. Było już po dziesiątej, lecz jeszcze nie chciało jej się spać, więc wybrała
pierwszą lepszą kasetę i włączyła wideo. W połowie jednak zrezygnowała z oglądania strze-
laniny,  wybuchów,  zwycięstw  jednego  byłego  komandosa  nad  armią  przygłupich  policjan-
tów. Zaczęła szykować się do snu. Pościeliła matce tapczan w pokoju a sobie kanapę w dru-
gim,  tu  gdzie  stał  telewizor.  Jeszcze  wypiła  szklankę  mleka,  wzięła  prysznic  i  włożywszy
nocną koszulę matki usiadła na kanapie. Obok stała niewielka szafka. Mimo woli otworzyła
drzwiczki, pogrzebała w leżących tam kosmetykach, potem wysunęła szufladę. Gwizdnęła na
widok tego, co tam zobaczyła.

W  oczy  rzucał  się  kolorowy  wizerunek  nagiej  dziewczyny  spoczywającej  w  nadzwyczaj

swobodnej  pozie  na  puszystym  dywanie.  Była  to  okładka  pisma,  którego  treść  nie  budziła
wątpliwości  i  składała  się  wyłącznie  z  obrazków  podobnych  do  tego,  i  niektórych  jeszcze
bardziej  wyuzdanych.  Leżało  tam  też  ładne  pudełeczko  z  widniejącą  na  nim  przytuloną  do
siebie parą oraz napisem o seksie. Jolka wiedziała, że w środku są pigułki zawierające afro-
dyzjak. Ale największe jej zainteresowanie wzbudził przedmiot z różowego plastyku. Był to
okazały fallus, zadziornie sterczący ku górze, do złudzenia przypominający prawdziwego.

Jolka wzięła atrapę do ręki, i uśmiechnęła się. Nie spodziewała się znaleźć czegoś takiego

u matki. Przyszło jej do głowy, że być może doktor nie jest tak sprawny jakby się mogło wy-
dawać  na  podstawie  jego  wyglądu,  a  może  matka  miała  większe  potrzeby,  których  on  nie
mógł zaspokoić. Nie wzbudziło to jednak w niej niechęci do zainteresowań Zośki. Sama nig-
dy dotąd takiego penisa nie miała w ręku, z ciekawością więc obejrzała go dokładnie, naci-
snęła palcami i stwierdziła, że ma tę samą giętkość a zarazem jędrność co ten, którego znała
ze swych kontaktów z Markiem. Po dłuższych oględzinach odłożyła go w końcu na miejsce i
zamknęła szufladę.

Zgasiła  światło  i  przymknęła  oczy.  Było  już  dość  późno,  dochodziła  jedenasta,  lecz  nie

czuła senności. Była przyzwyczajona do późniejszego zasypiania, a także do silnych przeżyć
z  Markiem,  po  których  zawsze  spała  dobrze.  Dziś  Marka  nie  było,  a  ogarniający  ją  lęk  w
ciemności spotęgował się i sprawił, iż wiedziała, że nie zaśnie.

Zaczęła rozmyślać o swoim życiu, o stosunku Marka do niej, o tym, co by się z nią stało,

gdyby nagle zniknął, co by wówczas zrobiła, gdzie by mieszkała, z czego żyła. Miała wpraw-
dzie zawód, była specjalistką od gastronomii, doskonale radziła sobie jako kelnerka, ale teraz,

background image

18

po latach spędzonych bez trosk materialnych i pod skrzydłami Marka przerażeniem napawała
ją myśl, że musiałaby wrócić do tej pracy i do dawnego życia.

Przewracała  się  z  boku  na  bok,  usiłowała  w  nieskończoność  liczyć,  ale  złe  myśli  ciągle

wracały, i odbierały sen. Chcąc się uspokoić zaczęła myśleć o seksie i sięgnęła do szuflady.
Dotyk elastycznego plastyku przywrócił uczucie, jakiego doznawała, gdy sięgała do takiego
samego, ale prawdziwego u Marka. Fala ciepła uderzyła jej do głowy. Niemal poczuła jego
obecność koło siebie  a potrzeba połączenia z mężczyzną stała się tak silna, że  gotowa była
głośno krzyczeć by przywołać Marka.

Palcami ugniatała plastykowego fallusa i wsunęła pod kołdrę. Chwilę bawiła się, dotykając

nim swego brzucha, ud, aż wreszcie zbliżyła do miejsca, dla którego był przeznaczony. Już
nie myślała, że to nie ma sensu, działała rozluźniona, pragnąca rozkoszy, wyobrażająca sobie,
że to Marek jest blisko, przytula ją i dąży do tego, co oboje tak bardzo lubili. Stwierdziła, że
to, co z wolna zanurza się w  niej  jest  teraz  ciepłe,  ogrzane  jej  własnym  ciałem.  Rozchyliła
nogi,  zapomniała  o  wszystkim,  a  tylko  szeptała:  Och,  chodź,  chodź,  Marek,  Mareeek!...  –
wykrzyczała głośno i niemal się tego przestraszyła. Napięcie opadło, chwilę tylko oddychała
jak po długim biegu. Poczuła ulgę, nadeszło odprężenie i zadowolenie.

Wstała, w łazience starannie umyła własność matki, schowała ją  ponownie do szuflady i

położywszy się znów zgasiła światło. Teraz była spokojna, lęki uleciały, sen nadszedł szybko.

6

Kostek długo stał na ulicy. Był wściekły, że tak się skończyła jego wizyta u starego kom-

pana. Nigdy nie uważał Grubego za przyjaciela, ale w przeszłości łączyło ich wiele interesów,
nieraz  wzajemnie  sobie  pomagali  i  teraz  liczył,  że  w  momencie,  gdy  po  długim  pobycie  w
więzieniu  stawał  do  ponownego  startu  życiowego,  od  niego  właśnie  uzyska  jakąś  pomoc  a
przynajmniej wsparcie na początek. Lata izolacji sprawiły, iż czuł się jakby go przeniesiono
do innego świata niż ten, który znał tak dobrze i w którym umiał sobie radzić. Czuł się wy-
rzucony, bezradny, wściekły na Grubego i jego przyjaciółkę.

Szukając papierosa natrafił w kieszeni na banknoty, które wetknął mu Gruby na odchod-

nym. Trochę mu to dodało otuchy. Pomyślał, że zanim coś zdecyduje, powinien się jeszcze
napić, a poza tym czuł potrzebę obecności ludzi, nie chciał być sam, w nocy, w odległej od
centrum, niebezpiecznej dzielnicy. Przypomniał sobie starego „Albatrosa”, knajpę w Nowym
Porcie, która była jego przystanią, miejscem interesów, spotkań z kumplami i dziewczynka-
mi, zawsze  gwarną,  wypełnioną  dymem  i  oparami  alkoholu,  a  także  dźwiękami  muzyki  ta-
necznej.  Zatęsknił  do  tego  miejsca.  Poszedł  do  pobliskiego  przystanku  tramwajowego,  cie-
sząc się w duchu, że z miejsca, w którym się znajdował, było niedaleko do Nowego Portu.

Zanim wypalił papierosa, nadjechał tramwaj. Był niemal pusty, tylko jakaś starsza kobieta

biednie ubrana drzemała na siedzeniu w pobliżu motorniczego, a  w drugim końcu para mło-
dych przytulała się tak, że wyglądali jakby przeżywali miłosne spełnienie. Kostek uświadomił
sobie, że nie ma biletu, ale zlekceważył to. Siadł i podrygując w takt podskoków wagonu pa-
trzył  przez  ciemne  okno.  Nie  była  to  zabudowana  dzielnica,  z  rzadka  tylko  przesuwało  się
światło jakiegoś domku na działkach, potem było Brzeźno, także niezbyt imponujące, zwłasz-
cza nocą. Wreszcie tramwaj dojechał do pętli przy dawnej strefie wolnocłowej, do dziś ogro-
dzonej wysoką,  metalową  siatką.  Kostek  wyszedł  i  powędrował  znajomymi  ulicami  w  głąb
dzielnicy Nowy  Port.  Początkowo  miał  po  lewej  stronie  basen  portowy,  widział  oświetlone
statki, niektóre załadowane, inne puste i ciche o tej porze, budynki magazynów i dźwigi, któ-
rych szczyty ginęły w ciemności. Potem zaczęły się stare zabudowania Nowego Portu. Stąd
już było blisko do znajomej knajpy. Uderzył go tylko brak ruchu, wokół nie było niemal ni-
kogo, a pamiętał, że w czasie jego dobrych lat o takiej właśnie porze, od bramy portowej wę-
drowały  liczne  grupki  mężczyzn,  marynarzy  pragnących  nocnej  rozrywki;  że  bywały  tu

background image

19

dziewczynki, przepędzone przez konkurentki z restauracji, kręcili się cinkciarze wymieniają-
cy marynarskie waluty na polskie złotówki po korzystnym kursie obydwu stron. Teraz nikogo
prawie nie było, nie licząc rzadkich przechodniów spiesznie gdzieś podążających.

Dotarł w końcu do centrum dzielnicy. Na rogu znajdował się „Albatros”, jego knajpa, w

której spędził większość życia, pomiędzy odsiadkami. Było ciemnawo i pusto. Daleka, słaba
latarnia  oświetlała  jednak  trochę  ów  narożnik.  Zobaczył  nawet  trzy  schodki,  po  których
wchodziło się do wnętrza „Albatrosa”.

Ale nie było tam napisu świetlnego, który dawniej, pokazywał drogę marynarzom, mew-

kom, cinkciarzom i wszystkim spragnionym zabawy w nocnej, portowej knajpie. Także drzwi
były zamknięte, a wokół nie było widać ani jednego człowieka.

Kostek stanął przed wejściem i długo patrzył na zamknięte drzwi, nad którymi z trudem

odczytał  nieoświetlony  napis  „Sklep  spożywczy”.  Na  bocznych  szybach  lokalu,  dawniej
szczelnie zasłoniętych, by  gapie nie mogli podglądać jak tu się bawi  portowe  towarzystwo,
teraz widniały ukośne, białe napisy: sery, masło, drób, pieczywo, wędliny...

Kostek splunął, zapalił wymiętego papierosa i gapił się przez długą chwilę na lokal, który

kiedyś był dla niego drugim domem. Poczuł się naprawdę samotny i bezradny. Nie był sen-
tymentalny, ale kiedy mu się przypomniało, jak tu się bawił i kim był dla licznych bywalców
„Albatrosa”, zrobiło mu się smutno jakby utracił coś bliskiego. To miejsce pamiętał, o nim
myślał często, gdy nostalgia za wolnością stawała się za grubymi murami nie do zniesienia.
Tu przecież bywał z Zośką, tu ona królowała, tu...

Zośka.  Wypluł  niedopałek  na  chodnik  i  wyprostował  się.  Przecież  żyje,  mieszka  w  tym

mieście, pracuje, ma córkę.  J e g o   córkę. Poczuł przypływ optymizmu. Ale również przypo-
mniał sobie w jaki sposób rozstali się ostatnio. W gniewie, z wzajemnymi oskarżeniami, nie-
mal z nienawiścią. On nie mógł darować jej ciągłych wymówek i żądań by wreszcie zaczął
normalnie żyć, a nie wegetować na marginesie i to przeważnie na jej koszt. On ciągle wypo-
minał jej przeszłość, że go zdradziła, opuściła, gdy po raz pierwszy poszedł do więzienia zła-
pany  na  gorącym  uczynku.  Ona  na  to  rzucała  oskarżenie,  że  to  przez  niego,  przez  głupie
uczucie, którym go darzyła, stała się mewką, że nawet potem, gdy ją odszukał po wyjściu z
więzienia  i  gdy  mimo  wszystko  przyjęła  go  pokaleczonego,  samotnego,  ale  jeszcze  jej  bli-
skiego, nawet wówczas nie umiał zerwać ze starym życiem, choć ona już z ogromnym wysił-
kiem to uczyniła. Takie kłótnie przeplatały się z przebaczeniami, nienawiść z miłością, roz-
stania z powrotami, bo Kostek niejeden raz odchodził i niejeden raz wędrował za kratki. Na-
wet narodziny Jolki nie potrafiły go zmienić. A kiedy  w złości  poddał w wątpliwość swoje
ojcostwo, Zośka nie mogła tego ścierpieć i wyrzuciła go za drzwi. Nie obeszło się przy tym
bez bijatyki, interwencji sąsiadów, nawet milicyjnego patrolu, który jednak uznał, że nie bę-
dzie się wtrącał do rodzinnej dyskusji.

A kiedy wówczas, gdy zapadał ów ostatni, długi wyrok, ubłagał ją w liście by przyszła na

widzenie, ona poszła, ale tylko po to, żeby mu powiedzieć, że nigdy więcej nie chce go wi-
dzieć, bo nie wierzy, żeby się zmienił i lepiej jeśli Jolka będzie żyła bez ojca niż ze świado-
mością tego, że jest nim typ spod ciemnej gwiazdy, opryszek, bandzior, nawet morderca. Bo
ten wyrok za rozprawę nożową między cinkciarskimi konkurentami otrzymał właśnie Kostek.
Według  zeznań  świadków  –  zadał  śmiertelny  cios  młodemu,  butnemu  chłopakowi,  który
wszedł do jego rejonu działania. Nie pomogły zaprzeczenia Kostka, że jest niewinny zabój-
stwa,  że  w  tej  ogólnej  bijatyce  ktoś  inny  zbyt  mocno  pchnął  nożem  chłopaka  –  przeszłość
przemawiała przeciwko niemu i sąd jako notorycznemu recydywiście wydał surowy wyrok, a
on odsiedział go w całości.

A jakby teraz zareagowała Zośka, gdyby się u niej pojawił? Zadał sobie w duchu to pyta-

nie i wiedział jaka byłaby odpowiedź. Ale wiedział też, że była dobra, potrafiła okazać wyro-
zumiałość czy litość, a on potrzebował i jednego, i drugiego. Potrzebował wsparcia, pomocy
na starcie, kąta, a potem jakoś się urządzi, jeśli ona nie zechce, żeby został na stałe.

background image

20

Myślał tak, a równocześnie nie miał odwagi ruszyć do Zośki. Postanowił dodać sobie jesz-

cze trochę odwagi. Zamroczenie, jakie odczuwał u Grubego, już niemal minęło, czuł się zbyt
trzeźwy, by stanąć przed Zośką, która na pewno najpierw wpadnie w złość, a może dopiero
potem, zmięknie i pozwoli mu zostać.

Rozejrzał się po ulicy, powędrował przed siebie ufając, że w końcu znajdzie jakąś knajpę

czy  bar,  bo  pora  była  jeszcze  nie  tak  późna  jak  na  portową  dzielnicę.  Nie  zawiódł  się,  po
przejściu paru przecznic zobaczył nędzny neon i z daleka poczuł znajomą woń, charaktery-
styczną dla nocnych lokali.

Był to podrzędny bar, dosyć pustawy, o mocno przyciemnionych światłach. Prosty bufet w

kącie, za nim rząd butelek z alkoholami, raczej nie najwyższej jakości, kran od piwa i grube,
niedomyte kufle, barman o ponurym spojrzeniu, na wzór westernowy w kamizelce i z podwi-
niętymi rękawami białej niegdyś koszuli. Kilku zalanych facetów kiwało się na stołkach, dwie
czy trzy pary siedziały w półmroku przy stolikach z plastykowymi blatami, zmęczona kelner-
ka niosąca tacę z ciężkimi kuflami gdzieś na zaplecze – to obraz, jaki zarejestrował Kostek,
gdy wszedł do środka. Nie zraziło go to, był nawet rad, że nie trafił na knajpę o lepszym stan-
dardzie, bo on ubrany nędznie, nieogolony, mógłby spotkać się z nieprzyjemnym przyjęciem.
Tu zresztą także barman, najwyraźniej właściciel, nie okazał się dla niego życzliwy. Gdy Ko-
stek stanął przy barze opierając się łokciami o mokry blat, spojrzał na niego ponuro i mruk-
nął:

– No?
– Nie „no” – warknął Kostek – tylko dużą wódkę i duże piwo.
– Duża wódka, duże piwo, duży pieniądz – odparł barman.
– Mówiłem: wódka i piwo – Kostek już patrzył ze złością na barmana.
– A ja mówiłem: forsa – odparł barman. – Tu się na kredyt nie daje. Zwłaszcza obcym.
– Jestem tu swój bardziej niż inni – odparł Kostek. – No, mam jeszcze raz prosić? – To

mówiąc wyciągnął z kieszeni banknoty od Grubego i położył je na bufecie. Było tam kilka
niebieskich papierków stutysięcznych, Gruby okazał się hojniejszy niż Kostek przypuszczał.
Ale barman spojrzał na pieniądze i mruknął:

– Bez zakąski nie podaję.
–  To  dzwonko  śledzia  i  wodę  mineralną  –  zamówił  Kostek,  patrząc  bezczelnie  w  oczy

barmanowi.

– Tylko? – barman wyraźnie nie miał ochoty go obsłużyć.
– Wystarczy, nie jestem głodny. No, długo jeszcze trzeba prosić, czy mam złożyć skargę, że

tu się spokojnych gości źle traktuje? – drwił Kostek. Barman pochylił się nad pieniędzmi, wy-
brał kilka banknotów, nawet wydał jakąś resztę, potem nalał setkę wódki, napełnił kufel piwem,
na  talerzyku  położył  śledzia  w  oleju  i  dołożył  butelkę  wody  mineralnej.  Wszystko  postawił
przed Kostkiem z ponurą miną, bez jednego słowa. Kostek uśmiechnął się promiennie:

– Dziękuję...
Wypił połowę wódki, pociągnął duży łyk piwa, popchnął to wodą i chuchnął zadowolony.

Jakiś mocno pijany jegomość, w kapeluszu, z dwudniową szczeciną na policzkach przysunął
się i zabełkotał do Kostka:

– Aaaa, kogo ja widzę, jak się masz, kolego. Sto lat się nie widzieliśmy. Jak leci?
– Dobrze, a bo co? – odparł Kostek. Nie znał tego człowieka, choć wiedział o co mu chodzi.
– Nic, cieszę się, że widzę kolesia. Postaw kielicha, pogadamy...
– Spierdalaj! – warknął barman do natręta. – Zostaw gości w spokoju, już swoje wypiłeś.
– Ale jeszcze bym się napił – żałośnie powiedział pijak.
– Słyszałeś, co powiedział szef? – zapytał Kostek. – Spierdalaj! – Wypił resztę wódki pod-

sunął kieliszek do barmana i poprosił:

– Jeszcze raz. Piwo też – dodał, opróżniając kufel.
– A zakąska?

background image

21

– Mówiłem, że nie jestem głodny – odparł Kostek, który nie ruszył pierwszego kawałka

śledzia. – Ale jak musi być, to niech będzie. Jeszcze raz to samo. I daj mu pan też jednego –
skinął głową do pijaka. – Znam życie, wiem, jak to jest, kiedy  się chce pić, a nie ma za co.
No, pij bracie i spływaj...

Barman spełnił jego polecenia, znów starannie odbierając sobie należność. Kostek poczuł

się teraz znacznie lepiej. Było mu ciepło, perspektywa spotkania z Zośką już nie napawała go
takim  strachem  jak  poprzednio.  Pomyślał,  że  chyba  wypije  jeszcze  jeden  kieliszek  wódki  i
pójdzie  do  niej.  Jak  pomyślał,  tak  zrobił.  Zresztą  więcej  by  nie  dostał,  bo  barman  twardo
oznajmił, że zamyka lokal, który zdążył już całkiem opustoszeć...

7

Wysadził  pasażera,  tak  jak  go  wziął  –  na  bocznej  ulicy,  szybko,  niemal  nie  zatrzymując

wozu.  Odczekał  aż  tamten  zniknął  za  zakrętem,  jeszcze  przez  jakiś  czas  obserwował  ulicę
przez przednią szybę i lusterka wsteczne. W końcu zobaczył zbliżające się światła samocho-
du.  Raz,  szybko  mrugnął  reflektorami.  Tamten  odpowiedział  tym  samym.  Marek  ruszył  i
skierował wóz w stronę Jelitkowa. Widział, że tamten samochód jedzie za nim w dostatecznej
odległości i by go nie stracić z oczu i nie wzbudzić podejrzeń zbyt natrętnym „siedzeniem na
ogonie”. Teraz Marek nie chciał, aby się nim ktokolwiek interesował...

Zajechał na parking, zamknął starannie wóz. Nie był nowy, nawet na pierwszy rzut oka ro-

bił wrażenie wysłużonego, niegodnego kradzieży, ale miał nowy silnik citroena, a poza tym
Marek wiedział, że bywają  amatorzy nawet starych, wysłużonych wozów. Najczęściej mło-
dziaki, którzy chcą się przejechać, przeważnie z dziewczyną do pobliskiego lasu. Wolał unik-
nąć takich niespodzianek.

Odczekał aż pilnujący go samochód zatrzymał się w pobliżu, potem widząc, że jego dwaj

pasażerowie wysiedli – wszedł do lokalu. Tamci, w pewnej odległości poszli za nim, starając
się trzymać blisko, ale tak, żeby się to nie rzucało się w oczy.

Lokal był na pierwszy rzut elegancki, z błyszczącym od niklu barem, kolorowymi lamp-

kami na wyłożonymi  ciemnoczerwonymi  tapetami  ścianach,  stolikami  rozstawionymi  w  ni-
szach po rogach i wokół okrągłego parkietu. Orkiestra znajdująca się na niewielkim podium
grała właśnie rumbę, w takt której chudawa stripteaserka rozbierała się, udając przy tym, że
ekscytująco tańczy. Odsłoniła właśnie niezbyt jędrne piersi i rzuciwszy gościom przy najbliż-
szym stoliku stanik poczęła długo i wcale niepodniecająco ściągać figi.

Marek przeleciał wzrokiem po ciemnawym wnętrzu lokalu. Przy barze zauważył znajomą

postać  –  szczupłego,  wysokiego,  śniadego  mężczyznę,  który  z  kieliszkiem  whisky  w  dłoni
przyglądał się pokazowi rozbierania. W jego pobliżu, za wygięciem barowgo blatu popijało
dwóch młodych, ciemnowłosych, jaskrawo ubranych osiłków. Jeden z nich zauważył Marka i
trącił  lekko  łokciem  kolegę.  Ten  spojrzał  i  skrzyżował  wzrok  z  wchodzącym.  Marek
uśmiechnął się krzywo. Kiedy za jego plecami ukazali się tamci dwaj, z samochodu, ci przy
barze coś szeptali do siebie i jeden zrobił dwa kroki w kierunku śniadego gościa z whisky. W
przelocie coś do niego powiedział. Śniady popatrzył na przybyłych i zmarszczył brwi. Zaraz
jednak przybrał beztroski wyraz twarzy i skinął ręką do Marka, zapraszając go do baru. Ma-
rek pokręcił przecząco głową. Wrócił do szatni, wykręcił numer  wewnętrzny i  gdy usłyszał
„haloo”, powiedział cicho:

– Kaziu? Spadnij na dół. Ale nie do baru, będę w kąciku.
– Nie czekając na odpowiedź odłożył słuchawkę, ponownie wszedł do środka i zajął miej-

sce w rogu sali. Był to kąt zasłonięty ścianką od strony baru a otwarty tylko na parkiet. Tam-
ci, pijąc przy barze, nie mogli go już bezpośrednio obserwować.

Kelner, nie bacząc, że podczas striptisu  nie  obsługiwano  gości,  natychmiast  podszedł  do

stolika. Marek zamówił dwie lampki koniaku, orzeszki i wodę. Patrzył na striptiserkę, która

background image

22

już  rozebrała  się  całkowicie  i  kokietowała  gości,  kręcąc  biodrami.  Orkiestra  zagrała  tusz,
dziewczyna powiewając majteczkami i podrygując w ukłonach zeszła z parkietu. Zabrzmiała
melodia taneczna i już pierwsze pary poczęły wstawać od stolików.

W wejściu ukazał się czterdziestoletni mężczyzna, uważnie rozglądający  się  po  sali.  Był

niski, pulchny, twarz błyszczała mu jakby się przed chwilą ogolił i nasmarował kremem. Miał
na sobie szary garnitur, białą koszulę z rozpiętym kołnierzykiem i bordową apaszką. Wyglą-
dał jak średniej klasy biznesmen ze skłonnościami do młodych chłopców. Dostrzegł Marka i
na ukos, poprzez parkiet poszedł prosto do jego stolika. Śniady przy bufecie obserwował go
dyskretnie przez cały czas. Spojrzał znacząco na dwóch swoich kompanów, którzy odpowie-
dzieli mu lekkimi skinięciami głowy.

–  Kaziu  –  Marek  nie  wstając  wyciągnął  rękę  na  powitanie.  –  Sto  lat.  już  myślałem,  żeś

gdzieś popłynął... – mówił to głośno, na pokaz, jakby chciał by go słyszano. Przybysz uści-
snął mu dłoń, rozsiadł się przy stoliku, blisko Marka i także głośno odpowiedział:

– A po co? Tu jest wszystko, czego człowiek potrzebuje: bar, orkiestra, dziewczynki, a jak

się umoczę, to mam blisko do łóżka – roześmiał się na cały głos, a na widok kelnera nadcho-
dzącego z lampkami koniaku na tacy dodał radośnie:

– O, zamówiłeś już, doskonale, twoje zdrowie!
Łyknęli nieco koniaku, lecz Marek zamarkował picie pamiętając, że jest samochodem. Od-

stawiając kieliszek pochylił się nieco w bok i szepnął:

– Tu lepiej nie rozmawiajmy, na parkingu jest mój polonez. Wyjdziesz chwilę po mnie...
–  To  chodźmy  do  mnie,  na  górę  –  zaproponował  także  półgłosem  pulchny  gość.  Marek

pokręcił przecząco głową.

– Nie, Kaziu. W hotelach ściany mają uszy.
– Jeszcze teraz? – zdziwił się Kazio. – Przecież podobno pozdejmowali podsłuchy, pisali...
– Kaziu, nie bądź dzieckiem. Pisze się różne rzeczy. A faceci biorą pieniądze za to żeby

wiedzieli, co się dzieje na świecie. U nas, u was.

– Jasne. – Ale jak tu jest trefnie, to i na twojego poloneza mogą mieć oko. Mój golf stoi na

końcu, po prawej stronie parkingu. Wyjdę pierwszy, ty chwilę za mną, dobra? U mnie „plu-
skwy” chyba nie zdążyli założyć.

– Dobra. Posiedźmy trochę.
– Jasne – ucieszył się Kazio. – Starzy kumple mają o czym pogadać, nie? Ej, panie starszy,

jeszcze dwa koniaki, pij Marek.

Marek dyskretnie wylał swój koniak do wazonika z kwiatkiem, a Kazik powiedział:
– Masz rację. Ale ja nie będę już dziś nigdzie jechał, mogę sobie łyknąć.
Przez jakiś czas wspominali stare czasy, kiedy Kazio jeszcze był taksówkarzem na Wybrze-

żu i robił w konia pijanych gości. Od paru lat mieszkał w Niemczech, lecz kontaktów nie ze-
rwał. Co rok przyjeżdżał na stare śmieci – jak sam mówił – trochę szpanował coraz to nowymi
samochodami,  popijał  nieźle,  spotykał  się  z  dawnymi  kolegami,  a  szczególnie  z  Markiem,  z
którym znali się od wielu lat. W pewnej chwili, znów ściszonym głosem Kazio zapytał:

– Ktoś tu jest?
– Tu zawsze ktoś jest. Ale na tamtego, przy barze trzeba uważać, pamiętasz go?
– Pewnie. – To Cygan, mały gnojek, jego się boisz?
– Z małego gnojka zrobił się duży – wyjaśnił Marek.
– Kabluje?
– Gorzej. Konkuruje. Ma swoich chłopaków i robi na własną rękę. Gdzie może włazi mi w

drogę. Twardy się zrobił, nie ma z nim żartów.

– Nie możesz sobie z nim poradzić?
– Jak przyjdzie pora, to go załatwię – ponuro oświadczył Marek. – Na razie nie chcę większej draki.
– To o co ci idzie? On robi swoje, ty swoje...

background image

23

– Dla dwóch trochę tu za mało miejsca – wyjaśnił Marek. Znów wylał koniak do flakoni-

ka, a Kazio zamówił po raz trzeci. Potem obaj trochę potańczyli z wesołymi dziewczynkami.
Dwie z nich nawet zaprosili do stolika. Koło północy Kazio wziął swoją partnerkę i poprowa-
dził ostentacyjnie przez całą salę, jakby ją holował do hotelowego pokoju. Jednak za drzwia-
mi restauracji wcisnął jej do ręki pięćdziesiąt dolarów i powiedział:

– Bierz mała manatki i spływaj stąd.
– Co ty? – żachnęła się dziewczyna. – O tej porze nawet niemowlaki nie idą jeszcze spać.
– Ty możesz iść. Starczy ci na dziś?
– Normalnie mam obrót większy. Niżej stówy nie schodzę. Za pięćdziesiątkę to ci mogę

najwyżej...

– Dobra, dobra – przerwał jej Kazio. – Masz drugie i spływaj. Niech cię tu nie widzą. Wy-

szliśmy razem, jasne?

– Dobra – dziewczyna schowała pieniądze i zniknęła. Kazio był pewny, że nie poszła do

domu,  tylko  zmieni  lokal,  ale  to  go  już  nie  interesowało.  Chciał  żeby  widziano,  iż  opuścił
restaurację z dziewczyną i poszedł z nią do swego pokoju. Tymczasem wyszedł na zewnątrz,
rozejrzał  się,  czy  ktoś  go  nie  obserwuje  i  poszedł  na  parking  do  swojego  golfa.  Usiadł  na
przednim siedzeniu, zapalił cienką cygaretkę i czekał.

Marek tymczasem bawił się z drugą dziewczyną, wlewając w nią coraz to nowe porcje ko-

niaku. Gdy uznał, że jest już dostatecznie wstawiona, zamówił dla niej jeszcze jedną lampkę i
powiedział:

– Siedź  tu,  Lala,  ja  muszę  na  chwilę  wyskoczyć.  –  Dziewczyna  jakby  nagle  otrzeźwiała

chwyciła go za rękaw.

– Spływasz? – nachmurzyła się. – Nie wyrolujesz mnie...
– Zamknij jadaczkę – brutalnie uciął Marek. – Powiedziałem, że na chwilę muszę wyjść.
– A ja mam zapłacić rachunek i iść spać, co? – podniosła głos. Marek uścisnął jej rękę aż

skrzywiła twarz z bólu. Miał teraz złe oczy i zdawało się, że za chwilę ją uderzy.

– Siedź – syknął. – Powiedziałem, że wrócę. A jak się boisz, to masz tu, starczy na rachu-

nek i dla ciebie. – Położył jej na kolana dwa milionowe banknoty. Dziewczyna skrzywiła się:
– Wolę zielone. – Te też mają ładny kolor – stwierdził już rozluźniony Marek. – Zresztą i tak
zapłacę kelnerowi jak wrócę, a to zostanie dla ciebie. No, siedź grzecznie i czekaj. Idę do to-
alety – roześmiał się pogodnie i zostawiwszy ją przy stoliku poszedł przez salę ku wyjściu.

Cygan nadal stał na swoim miejscu i popijał whisky. Dwaj jego goryle sennie kiwali się

nad barem, wypili więcej niż szef i czuli się trochę zmęczeni. Natomiast dwaj dobrze zbudo-
wani, młodzi ludzie, którzy przyszli tu zaraz za Markiem, popatrzyli na siebie, potem na wy-
chodzącego szefa, jakby nie wiedzieli, co robić. Obaj byli w towarzystwie dziewczynek i nie-
zręcznie im było tak od razu je zostawić, a nie mogli pozwolić by Marek wyszedł z lokalu bez
opieki.  On  widocznie  rozumiał  ich  rozterkę,  bo  przechodząc  obok  podniósł  lekko  do  góry
jeden palec. W moment po jego wyjściu jeden z mężczyzn wstał i  powędrował niespiesznie
za nim, drugi pozostał przy stoliku z obiema dziewczynami.

Marek bez trudu znalazł golfa i ujrzał profil siedzącego w nim Kazika. Zaszedł z drugiej

strony, siadł obok niego i dla pewności rozejrzał się po parkingu. Zobaczył, jak jego ochro-
niarz  wyszedł,  powędrował  pod  budynkiem,  jakby  chciał  zaczerpnąć  świeżego  powietrza  i
zaczął spacerować w pobliżu golfa. Nikt inny nie wyszedł z jasno oświetlonych drzwi.

– No, dość chyba tej konspiracji – roześmiał się Kazio. Był nieco podchmielony, miał do-

skonały humor, zachowywał się swobodnie, mimo nieco niezwykłej sytuacji w jakiej się obaj
znaleźli.

– Sprawa jest za duża, żeby głupio wpaść, i to zaraz na starcie – odparł poważnie Marek.
– Na jakim starcie? – zdziwił się Kazio. – Przecież interes idzie od dawna.
– To była mała zabawa. Kaziu, trzeba rozkręcać biznes a nie ciułać grosze i żyć z dnia na dzień.
– Co kombinujesz?

background image

24

– Zrobimy duży szmal przez krótki czas, a potem zmienimy branżę albo się przyczaimy,

albo wymyślimy coś jeszcze innego.

– Mów jasno – zażądał Kazik. – W co mnie chcesz wrobić?
– Nie chcę cię wrobić – odparł gniewnie Marek – tylko chcę robić interesy na dużą skalę, a

nie chałupniczo.

– No?
– Mamy za mały obrót. Jedna, dwie gabloty na miesiąc, to tyle, co nic.
– Nie mów, że tylko ze mnie żyjesz. Przecież tu też bierzecie, co się da.
– Jasne, ale sezon na Wybrzeżu jest krótki. Teraz gości mało, chłopaki robią co mogą, ale

więcej jak dwa, trzy miesięcznie nie da rady.

– Twoja sprawa i twoich chłopaków. Jak się nastawiliście tylko na zachodnie maszyny, to

macie mały obrót, ale za to większy zysk. Mam rację?

– Częściowo. Ale koszty też są duże. Wiesz, ilu ludzi trzeba mieć, żeby wszystko grało?
– Twoja sprawa. Ale nie powiesz mi, że dopłacasz.
– Nie, ale jak wszystkich pospłacam, to mam tyle, co nic. Policz sam: ci, co muszą wyka-

pować  wóz,  ci,  co  go  zwijają,  potem  papiery,  obstawa,  czasem  przebicie  numerów,  nawet
nowy lakier, pilotowanie, zbyt, ktoś tam jeszcze, sam wiesz, żeby było bezpiecznie i tak to
idzie. Forsa łatwo się rozchodzi, a zarobić ciężko.

– Jak masz deficyt, to weź się za coś innego, a ten interes zwiń – zadrwił Kazik.
– Mówmy poważnie, Kaziu. Interes trzeba rozwijać, zamiast go zwijać.
– Masz pomysł?
– Jasne. Przecież wiesz, że otworzył się rynek wschodni.
– Mówisz jak minister handlu zagranicznego – zauważył ze śmiechem Kazik.
– Bo to jest handel zagraniczny. Dotychczas tylko od czasu do czasu szły tam nasze wozy.

Ale teraz mogę sprzedać ile zechcę.

– Żartujesz? Jak? Przecież Ruscy nie otworzyli granicy specjalnie dla ciebie.
– Na wszystko jest sposób, Kaziu. Granica to małe piwo. Ważne jest, czy masz tam na-

bywcę.

– A ty masz?
– Mam. Hurtowego.
– Żartujesz?
–  Za  poważna  sprawa  na  żarty.  Złapałem  kontakt  z  takim  Wańką,  który  weźmie  każdy

wóz, byle zachodni, ładny i niestary.

– Jak płaci, rublami?
– Zielonymi, Kaziu, zielonymi. Ten kraj też się zmienił.
– To brzmi nieźle. Ile chce?
– Ile będę miał, tyle weźmie.
– Tak, po prostu? Bez kłopotu?
– Nie ma życia bez kłopotu. Nasz problem to przyjąć wóz od ciebie i dostawić poza ich

granicę. Dalej oni przyjmują i kamień w wodę. To wielki kraj i  nikt nie pyta nawet, skąd u
nich się wziął śliczny mercedes albo BMW, czy choćby taki golf jak twój.

Kazik milczał przez chwilę przetrawiając to, co usłyszał. Od razu pojął, że Marek otwiera

przed  nim  niezwykłe  perspektywy.  Zamiast  dorywczego  przerzucania  skradzionych  na  Za-
chodzie samochodów, mieli się zamienić w hurtowników,  robiących  to  systematycznie  i  na
dużą skalę.

– Jakbym trochę zwiększył swoją brygadę – Kazik mówił niczym fachowy producent albo

handlowiec – to można by zwiększyć obroty.

– Musimy, Kaziu – naciskał Marek. – Musimy to zrobić, póki jest ten chętny Wańka. On

tam ma swoje chody, swoją grupę, zresztą jego sprawa, jak i co. Ja mam mu tylko dostarczać
maszyny za nasz szlaban graniczny. On daje szmal i po sprawie.

background image

25

– Lepiej by było, żeby odbierał u nas.
– Nie da się. Żaden Ruski nie przejedzie zachodnim wozem, bo go zwiną jak nie nasi, to

ich  celnicy.  Nam  to  pójdzie  łatwiej.  Papiery  się  zrobi,  dwóch,  trzech  pilotów  zaangażuje,
ubierze jak biznesmenów jadących na wschód robić interesy z wielkim krajem, a kto spraw-
dzi, że potem wrócą pociągiem albo samolotem?

– A ja?
– Co ty? Będziesz robił to, co teraz, tylko więcej. Wóz do kraju, a tu ja go przejmuję. Bie-

rzesz szmal i jedziesz po następny.

– A po dwóch, trzech rundach miesięcznie tak mnie zapamiętają, że zrobią mi bramę po-

witalną i wyścielą chodnikiem drogę do pudła – ponuro zauważył Kazik.

– Kaziu, duży jesteś, a mówisz jak dziecko. Kto ci każe samemu przyprowadzać maszyny?

Masz ludzi? Masz. A jak mało, to wynajmij innych. Płać od sztuki, czy raczej od kursu. Le-
piej nawet żeby się zmieniali, mniej będą wiedzieli o całym interesie. Ty działasz tam, ja tu,
Wańka na wschodzie i wszystko gra.

– Łatwo się mówi... – wahał się Kazik. – Co innego skok z wozem raz na jakiś czas, a co

innego taki stały interes na dużą skalę. Raz dwa się połapią, że to zorganizowana sprawa.

– No to co? – zlekceważył Marek. – I tak wiedzą albo się domyślają. Sądzisz, że w tym

bałaganie ma ktoś głowę do tego, żeby się poważnie zająć samochodami? Nie takie szwindle
faceci robią, miliardowe a może i bilionowe, i co? Nic. Trochę szumu, gadanie na postrach a
potem  cisza.  My  im  nie  damy  szansy  nawet  zrobienia  szumu.  Popracujemy  z  rok  i  potem
zwiniemy  interes.  A  co  złapiemy,  to  nasze.  Będzie  z  czym  startować  do  innego  biznesu.
Otworzymy sobie na przykład  polsko-niemiecki  bank,  kupimy  jaką  fabrykę  z  prywatyzacji,
albo jeszcze coś innego wykombinujemy. Pamiętaj, Kaziu w dużym biznesie pierwszy milion
zawsze pochodzi ze szwindlu albo kradzieży...

– Ty już masz ten pierwszy. Nie milion a miliard, albo Więcej – zauważył Kazik.
–  Żartujesz,  Kaziu  –  obruszył  się  Marek.  –  W  naszej  forsie  tak,  ale  wiesz,  co  to  warte.

Złotówki teraz się liczy na kilogramy. A w zielonych daleko mi jeszcze do miliona. Ale teraz
go zrobimy, spokojna głowa.

– Coś w tym jest.
– Fajno. To przemyśl sprawę, wracaj do Vaterlandu, zorganizuj sobie większą grupę od-

ważniaków i ze dwóch, trzech dostawców do mnie, a ja zajmę się resztą. Tylko szybko, Ka-
ziu, Wania ma forsę, klientów, nie chce czekać. Jak będziesz się guzdrać, to ktoś nam wsko-
czy w interes. Choćby taki Cygan...

– Chyba się nie dasz wykołować? – przestraszył się Kazik. Był już całkiem przekonany do

propozycji Marka i traktował rzecz jako w zasadzie uzgodnioną. Pozostało jeszcze tylko za-
sadnicze pytanie.

– Ile od sztuki?
– Jak dotychczas. Mógłbym zmniejszyć trochę stawkę, bo będzie duży obrót, więc zaro-

bisz więcej niż teraz, ale znasz mnie, nie jestem pazerny i kumpli nie krzywdzę.

Kazik przeżuwał przez chwilę to, co usłyszał, potem odpowiedział:
– Zarobię więcej ja, ale i ty. A ryzyko będzie dużo większe. I będę musiał chyba rozsze-

rzyć obszar na Austrię, Francję, może Włochy, Szwajcarię.

– Boisz się, że u was wozów zabraknie?
– Większy obszar, większe ryzyko.
– Dobra, dobra – uciął Marek. – To twoje zmartwienie. Ja chcę mieć dziesięć, dwadzieścia,

a jak dobrze pójdzie, to i więcej wózków miesięcznie.

–  Ile  będzie,  tyle  będzie.  Pierwszy  w  tydzień  po  moim  powrocie  do  domu.  Dostaniesz

cynk, kiedy będzie na granicy. Forsa jak zwykle, po dostawie do rączki pilotowi, stoi?

– Stoi – zgodził się Marek. – No, Kaziu – dodał – coś mi się zdaje, że zaczynamy duży

biznes i czeka nas wielki szmal.

background image

26

– Nie mów hop, póki nie przeskoczysz.
– Jasne – zgodził się Marek – a co z tym?
– Jak to co? To, co zwykle.
– Stary jest?
–  Stary  to  jest  świat  –  roześmiał  się  Kazik  i  uderzając  dłonią  w  kierownicę  wyjaśnił:  –

Wózek prawie nowy. Pół roku trzy miesiące na liczniku.

– Dobrze – ucieszył się Marek. – To będzie pierwszy dla Wańki.
– Gadaj tak mamie – śmiał się Kazik. – Chcesz mi powiedzieć, że Wańka spadł z nieba i

robisz z nim pierwszy numer?

– Nie ma o czym mówić. W każdym razie Wańka nie wróci z pustymi rękoma. Odwiezie

go mój chłopak, jak jakiego hrabiego. Tylko postaw to pudło za Grandem, żeby chłopaki nie
musieli się gimnastykować jak wykiwać parkingowego. Tam jest niestrzeżony...

–  Przecież  wiem  –  obruszył  się  Kazik.  –  Dobra,  będę  jutro  od  pierwszej  na  obiedzie  w

Grandzie. Trochę mi go szkoda, nie lubię pociągów ani samolotów, ale trudno, czego się nie
robi dla przyjaciela – roześmiał się.

– Dla szmalu – uzupełnił Marek.
– To też – zgodził się Kazik i wręczył Markowi zapasowe kluczyki.
– Masz, po co mają uszkodzić zamek?
– Okay – Marek schował kluczyki. – To po sprawie. Wracamy?
– Ja nie. Przecież poszedłem z tą szmatą do pokoju.
–  Jak  chcesz.  To  graba.  Czekam  na  sygnał  i  ruszam  z  miejsca  ostro.  A  tu  masz  za  tego

wraka – wręczył Kazikowi paczkę dolarów.

Podali sobie dłonie. Marek wysiadł pierwszy i wrócił do lokalu, gdzie jego partnerka nie-

mal go nie rozpoznała, tak była już pijana.

Następnego  dnia  do  policji  wpłynął  meldunek  od  obywatela  niemieckiego,  że  kiedy  jadł

obiad w Grand Hotelu ukradziono mu z nie strzeżonego parkingu niemal nowego volkswage-
na golfa. Policja przyjęła meldunek i obiecała szukać wozu i sprawców, ale gość niemiecki z
góry wiedział, że takie obiecanki nie są spełniane i po dwóch dniach odjechał pociągiem, po-
zostawiając policji swój adres w Monachium...

8

Obudziła się z głębokiego snu i w pierwszej chwili nie wiedziała, gdzie jest i co się z nią

dzieje.  Usiadła,  nasłuchując  w  ciemności.  Tym  razem  wyraźnie  usłyszała  dzwonek.  Pomy-
ślała, że to telefon. Zaświeciła nocną lampkę i sięgnęła po słuchawkę, ale gdy dźwięk dzwon-
ka rozległ się po raz kolejny, uświadomiła sobie, że to ktoś domaga się żeby go wpuścić do
mieszkania. Przyszło jej na myśl, że matka zapomniała kluczy i niechętnie wstawszy z posła-
nia poczłapała do drzwi.

– To ty, mamo? – zapytała zaspanym głosem. Dzwonek zabrzmiał raz jeszcze. Długo, na-

tarczywie. „Co jest – pomyślała już zła – nie słyszy mnie, spiła się, czy co?” i zapytała gło-
śniej:

– To ty?
Odpowiedział jej chrapliwy, męski głos:
– Otwieraj!
Senność  uleciała  momentalnie.  Wydało  jej  się,  że  zna  ten  głos,  ale  nie  wiedziała  skąd.

Natychmiast powrócił tamten, wieczorny lęk, dużo silniejszy, wywołujący skurcz  w  gardle.
Jeszcze próbowała bronić się myślą, że to ktoś obcy zabłądził, pomylił drzwi w nocy i powie-
działa niepewnie:

– Proszę odejść, to pomyłka...

background image

27

– Otwieraj! – głos był już niemal groźny. – No, otwieraj! – dzwonek zabrzmiał tym razem

bardzo głośno i Jolce zdawało się, że musi go być słychać w całym, wielopiętrowym domu.

– Kto? – zapytała, jeszcze grając na zwłokę.
– Nie udawaj, że nie wiesz – mężczyzna mówił głośno, trochę bełkotliwie, poznała, że jest

nietrzeźwy. – Otwieraj, bo rozwalę drzwi!

– To rozwal! – krzyknęła nagle zdesperowana. – A ja zadzwonię po policję. Rozległ się

głośny łomot. To przybysz walił pięścią w drzwi i nie zdejmował palca z przycisku dzwonka.

– Otwieraj! – krzyczał.
– Ale matki nie ma w domu. Nie wpuszczam obcych. Za drzwiami na chwilę zapanowała

cisza. Potem przybysz powiedział nieco spokojniej:

– To ty Jolka? W porządku, otwórz. Nie poznajesz mnie? Wpuść.
– Odejdź – zażądała.
– Nie odejdę – upierał się. – Otwieraj mówię... – i znów zabębnił pięścią.
Uznała,  że  awantura  z  pijanym  poprzez  drzwi  do  niczego  nie  doprowadzi,  a  może  się

skończyć  niemiłą  interwencją  sąsiadów  i  wzywaniem  policji.  Otworzyła.  Kostek  wszedł  do
środka, zatrzasnął za sobą drzwi i oparłszy się o nie plecami uważnie się jej przyglądał.

– Masz głos podobny do Zośki. Myślałem, że to ona.
– Mówiłam, że jej nie ma w domu. Idź stąd.
– A to czemu? – postąpił krok ku niej. Jolka odruchowo cofnęła się w głąb pokoju. – Mam

tu prawo być, byłem zameldowny, wracam do swojego domu.

–  Lepiej  odejdź  –  Jolka  starała  się  przekonywać  go  łagodnie,  wiedząc,  że  z  pijanym  nie

wygra złością. – Jak matka przyjdzie, to cię wywali na zbity pysk.

– Zobaczymy, kto kogo wywali – roześmiał się i już całkiem wszedł do środka. – A swoją

drogą  mogłabyś  mnie  sympatyczniej  przywitać.  Człowiek  wraca  po  tylu  latach  a  tu  własne
dziecko wita go jak wroga – starał się być żartobliwy, swobodny, ale widać było, że nie jest
zbyt pewny siebie i nadrabia miną.

Jolka przyglądała mu się z uwagą i coraz bardziej żałowała, że go wpuściła. Kostek bardzo

postarzał  się  od  czasu,  kiedy  go  widziała  po  raz  ostatni.  Był  przygnębiony,  miał  głębokie
bruzdy na policzkach, zapadnięte oczy, a ciemny zarost nie ogolony przynajmniej od dwóch
dni czynił go jeszcze bardziej zaniedbanym. Wydał jej się odrażający. Cuchnął wódką i pi-
wem, ubranie miał wymięte a ręce brudne.

– Lepiej spieprzaj stąd! – sięgnęła do żargonu. Kostek roześmiał się bezczelnie:
– A jak nie, to co?
– Jak matka wróci, to we dwie załatwimy cię bez kłopotu. Polecisz po schodach i jeszcze

złożymy meldunek, że chciałeś nas okraść.

– Żartujesz, kiciu – wyciągnął rękę jakby chciał pogłaskać ją po policzku, ale odskoczyła

do tyłu z obrzydzeniem. – Twoja mamuśka nie jest taka zła, żeby człowieka głodnego wyrzu-
cać w nocy na bruk. Zresztą mówiłem ci, że jestem tu u siebie.

– U siebie to jesteś w pierdlu!
– Dobra, dobra, przestań mała – powiedział ugodowo, jakby go zmęczyła ta kłótnia. – Nie

widzisz, że jestem złachany jak ostatni kundel. Daj trochę odsapnąć. Matka wróci, pogadamy
i jak będzie chciała, to sobie pójdę. No, nie stój tak,  jakbyś  mnie  chciała  ugryźć.  Ojciec  to
ojciec, choćby najgorszy, nie?

Mówiąc to, wszedł głębiej do mieszkania. Minął pokój, w którym  spała Jolka, zajrzał do

drugiego,  potem  wszedł  do  kuchni  i  bez  pytania  rozsiadł  się  za  stołem,  opierając  łokcie  na
blacie, a brodę na dłoniach. Dopiero teraz, w świetle silnej, kuchennej żarówki Jolka zoba-
czyła  jaki  jest  mizerny.  Sprawiał  wrażenie  tak  wykończonego,  że  wydawało  jej  się,  iż  lada
chwila  głowa  mu  opadnie  i  zaśnie  na  tym  kuchennym  stole.  Przez  moment  poczuła  jakieś
drgnienie współczucia, ale pohamowała ten odruch.  Zbyt wiele w  niej było do niego  żalu  i
starej urazy, by mogła tak łatwo przejść nad tym do porządku. Wiedziała, że spokój w matki

background image

28

domu  był  zawsze  tylko  wtedy,  kiedy  Kostka  nie  było,  a  oddychały  najswobodniej,  gdy  na
dłuższy  czas  znikał  za  bramą  więzienną.  Kiedy  tu  był,  nawet  nie  mogły  powiedzieć,  że
mieszka z nimi. Nie było go całymi dniami. Przychodził niespodziewanie, wyciągał od matki
pieniądze, awanturował się o byle co, wypominał jej jakąś bliżej Jolce nie znaną przeszłość,
często dochodziło do rękoczynów, a gdy stawała w obronie matki, z tych starć wychodziła z
siniakami  i  bolesnymi  urazami.  Takim  go  pamiętała  od  zawsze  i  takim  go  widziała  teraz.
Dziwiła się, że matka żyła z takim człowiekiem, wstydziła się myśli, że to jest jej ojciec, ale
nie wnikała głębiej w tę tajemnicę. Zośka zaś nigdy z nią o tym nie mówiła, a gdy chciała ją
spytać, czemu zgadza się na obecność takiego typa w swoim domu, i zwłaszcza, że nie był
oficjalnie i legnie nigdy jej mężem, wówczas odpowiadała:

– Jesteś za mała żeby to  zrozumieć.  A  później,  gdy  już  nie  była  „za  mała”:  –  Nie  ma  o

czym mówić, zostawmy to... – i nigdy córce nie udało się przedostać za tę kurtynę, którą mat-
ka spuszczała na swoje pożycie z Kostkiem.

Mimo wszystko jednak pierwsza złość już jej minęła. Zrozumiała, że nie pozbędzie go się

tak szybko i albo trzeba poczekać na powrót matki, albo grać na zwłokę, i dopiero w odpo-
wiednim momencie podjąć na nowo próbę wyperswadowania mu pozostania w mieszkaniu. Z
pokoju przyniosła papierosy i zapaliła.

– Daj – wyciągnął rękę. – Mnie się skończyły.
–  Cały  jesteś  skończony  –  warknęła,  ale  rzuciła  na  stół  paczkę  cameli  i  zapalniczkę.

Uśmiechnął się, obejrzał papierosy i zapalając powiedział:

– Widzę, że nieźle ci leci, nie pamiętam, kiedy paliłem camela, a ty tak na codzień?
– Nie twoja sprawa – odburknęła.
– Mieszkasz z matką? – pytał, nie zwracając uwagi na jej wrogi ton.
– Nie twoja sprawa – powtórzyła.
–  Nie  umiesz  odpowiadać  jak  człowiek?  –  błysnął  złym  okiem,  ale  się  opanował.  Pytał

dalej, zaciągając się z wyraźną przyjemnością:

– Dalej robisz w tej knajpie? Jesteś stripteaserką czy kelnerką?
– Mówiłam ci dwa razy: nie twoja sprawa – Jolka podniosła głos.
–  Dobra,  nie  moja.  Chociaż  mam  prawo  wiedzieć,  co  robi  moje  dziecko,  nie?  Nie  wie-

działa:  kpi,  czy  mówi  poważnie.  Wydało  się  jej  jednak,  że  jest  zbyt  zmożony  alkoholem  i
zmęczeniem, by stać go było na kpiny. Raczej gadał byle siedzieć tu najdłużej i nie pozwolić
się  wyrzucić  za  drzwi.  Zrozumiała,  że  on  też  gra  na  zwłokę.  Liczy,  że  matka  będzie  mniej
surowa niż córka i pozwoli mu pozostać. Postanowiła wybić mu to  z  głowy  i  zaoszczędzić
Zośce spotkania z tym typem. Powiedziała ostro:

– Jeżeli myślisz, że matka pozwoli ci tu zostać, to się mylisz. Chata jest zajęta.
– Widzę, że tu śpisz – odparł spokojnie. – Ale mnie to nie przeszkadza. Mogę spać z żoną,

chyba się nie zgorszysz, jak zobaczysz rodziców razem w łóżku.

– Żarty ci się trzymają? – Jolka podeszła blisko stołu i popatrzyła na niego z góry. – Matka

ma faceta, nie takiego szmaciarza jak ty, ale normalnego, jak się należy, jest z nim i nie ma
już tu dla ciebie miejsca.

– Nie dziwię się – spokojnie powiedział Kostek. – Nigdy nie była zakonnicą, a nie mogę

wymagać, żeby przez tyle lat czekała na mnie jak święta. Robiła to nieraz, zrobiła i teraz.

Zaczekam, przyjdą, obejrzę go sobie i pogadamy w trójkę. Albo we czwórkę, jeśli i ty bę-

dziesz chciała...

Siadła naprzeciw niego, patrząc z nieukrywaną nienawiścią, mówiła mu prosto w twarz:
– Jeżeli zrobisz matce najmniejszą drakę, albo przyczepisz się do tego gościa, to pamiętaj:

będziesz miał do czynienia nie tylko z nią, ale i ze mną. A mnie ma kto pomóc, mówię ci, ma
kto i lepiej żebyś się o tym nie musiał przekonywać, bo wtedy już nie pójdziesz do pierdla,
ale twoje gnaty zaniosą do parku sztywnych.

Mówiła z taką mocą, że Kostek aż się odsunął, przestraszony jej wyglądem i tonacją głosu.

background image

29

– Dobra, Jolciu – powiedział niemal pokornie. – Po co tyle złości? Czy ja chcę zrobić coś

złego  Zośce  albo  tobie?  A  ten  facet  mi  wisi.  Przyszedłem,  bo  potrzebuję  trochę  odpocząć.
Głodny jestem – zakończył niemal płaczliwie. Jolka zmiękła. Znów pojawiło się współczucie,
które natychmiast zdusiła. Lecz już bez poprzedniego gniewu, zapytała:

– Dziś wyszedłeś?
– Nie, ze dwa dni temu.
– Nie pamiętasz dokładnie? Tak balowałeś?
– Tułałem się, zanim tu przyszedłem. Nie za bardzo  miałem  odwagę  –  przyznał  –  znam

przecież Zośkę, potrafi być wściekła jak czarownica.

– Ale napić się zdążyłeś.
– Jeszcze bym się trochę napił. I zjadł coś. Głodny jestem...
– Piłeś bez zagrychy – drwiła Jola.
– Może i coś jadłem, ale dawno. Teraz jestem głodny – powtórzył. Nie ruszyła się z miej-

sca. Głową wskazała na lodówkę i zapytała:

– Jak ci dam coś zjeść, a może i kielicha na drogę to sobie pójdziesz?
– Mówiłem, że chciałbym pogadać z Zośką.
–  To  pogadasz  jutro.  Prześpisz  się,  wytrzeźwiejesz,  przyjdziesz  w  dzień  i  spokojnie,  jak

człowiek, pogadasz sobie z mamą.

– Gdzie się prześpię? Nie mam gdzie, tu jest moja chata.
– To nie jest twoja chata – odparła z naciskiem. – Nie licz, że matka ci pozwoli  zostać,

zwłaszcza w takim stanie.

– Jasne – pokiwał głową. – Chcesz się mnie pozbyć, żeby tamten gość mnie nie zobaczył.

Może masz rację, ale gdzie przenocuję, gdzie?

– Na dworcu, na ławce, może w areszcie, twoja sprawa
– powiedziała bezlitośnie.
– Dobra – ustąpił zrezygnowany. – Daj coś na ząb, bo aż mnie mdli.
Jolka sięgnęła do lodówki, wyjęła wędlinę, żółty ser, z szafki wzięła maselniczkę, chleb i

postawiła to wszystko przed Kostkiem. Od razu sięgnął po nóż i zaczął krajać grubą kromkę
chleba.

– Herbaty też?
– Wolę kielicha. I może masz piwo?
– A szmpana chcesz? – zapytała złośliwie.
– Może też być – odparł wesoło. – Ja piję wszystko. Zwłaszcza po tak długiej przerwie...
– A może jednak lepiej herbaty niż kielicha. Wlejesz się w trupa i nie wypchnę cię stąd.
– Powiedziałem, że pójdę, to pójdę – odparł urażony. – A kielicha daj, bo obiecałaś.
– Ale...
– Jak chcesz żebym sobie znalazł nocleg, po trzeźwemu? – zawołał. – Z dworca mnie zwi-

ną jak ostatniego łacha, na ławce będzie mi zimno a tylko w żłobku dostanę czystą pościel i
jeszcze mi zrobią prysznic. A do żłobka mnie trzeźwego nie wezmą, sama wiesz, trzeba być
dobrze wlanym...

– A kto potem zapłaci za izbę wytrzeźwień? – zapytała rzeczowo.
– Nikt. Jak gość nie ma forsy, to go zapisują i na tym koniec. Ojczyzna zapłaci, bo jak mo-

gą ściągnąć od faceta, który nic nie ma?

– Zrobią ci kolegium.
– To zrobią. I co? Skórę ze mnie złupią? Najwyżej dadzą miesiąc aresztu i będę miał wikt

za darmo. Jak mnie tu nie chcecie, to jakoś państwo mnie musi wyżywić – roześmiał się bez-
trosko. Jola już dłużej nie dyskutowała, tylko wyszła do pokoju i wróciła z napoczętą butelką
wódki. Kostek sam znalazł szklankę, postawił na stole i dopilnował aby nalała mu do pełna.
Spełniła jego życzenie i odniosła butelkę na miejsce. Wypił połowę i zaczął łapczywie jeść

background image

30

kanapkę z kiełbasą i serem, którą sobie przygotował. Patrzyła na niego, już bez poprzedniego
obrzydzenia, przecież mimo wszystko był jej ojcem...

Kostek czuł na sobie jej wzrok i coraz bardziej tracił pewność siebie. Drugą kanapkę jadł

wolniej, a kiedy skończył, dopił resztkę wódki. Poczuł się teraz nieco lepiej, choć drażnił go
badawczy wzrok Jolki.

– Nie patrz tak na mnie – powiedział chmurnie. – Lepiej nalej jeszcze trochę.
– Mowy nie ma – twardo odmówiła Jolka. – Jak ci dam jeszcze, to padniesz pod stół i wo-

łami cię nie wyciągną.

– To jednak myślisz, że matka mnie wypędzi?
– A ty myślisz, że co? Przygarnie do piersi i położy do łóżka?
– Czemu nie? Robiła to nieraz.
– Nie tym razem. Popędzi ci kota, zobaczysz. Lepiej zmyj się sam, zanim wróci...
– Zawsze była nerwowa – bez gniewu przyznał Kostek, zapalając znów papierosa Jolki. –

Ale jak jej złość mijała, można się było dogadać.

– Nie tym razem – powtórzyła Jolka. – Sama mówiła, że dość już przez ciebie życia zmar-

nowała. Teraz chce przez ostatnie lata mieć spokój.

– A ja, to co? – spytał niemal żałośnie.
– Twoje życie, twoja sprawa.
– I to mówi córka – pokiwał głową. Jolka zareagowała nagłym wybuchem:
– Ty, ty mi to mówisz!? – wykrzyknęła. – Czy choć przez chwilę byłeś dla mnie ojcem?

No, powiedz, jaki z ciebie był ojciec? Powiedz, bo jak nie, to ja ci powiem. Nigdy w życiu nie
chciałam się do ciebie przyznać, bo mi było wstyd. Wolałam udawać, że jestem nieślubnym
dzieckiem...

Kostek pokiwał głową, nie reagując na jej wybuch. Dmuchnął dymem aż pod sufit i mruk-

nął:

–  Jasne,  różnie  mogło  być,  ale  fakt,  że  się  urodziłaś  po  tym,  jak  mnie  Zośka  wzięła  ze

szpitala poharatanego za to, że jej szukałem. Wtedy nikogo nie miała. Byliśmy razem i było
dobrze...

– Aż ci znów odbiło i poszedłeś w Polskę – ze złością stwierdziła Jolka.
– Fakt, poszedłem. Ale wszystko jedno, ona nie buja, jesteś moją córeczką, Jolciu, nie da

się ukryć...

– A jak nie? Skąd wiesz? Sam chcesz w to wierzyć, bo każdy mężczyzna nie znosi myśli,

że został wykiwany. Ech zresztą, nie ma o czym mówić. Jesteś czy nie – jaka różnica.

Dla mnie jesteś i kropka.
– Jest różnica – powiedział wolno. – Patrzył przy tym na nią uporczywie, czuł, że rodzi się

w nim jakieś niedobre uczucie, którego nie umiałby określić: gniew, podziw, rozczarowanie?
A  może  słowa  Jolki, że  właściwie  nie  uważa  go  za  swego  ojca,  obudziły  jeszcze  inne  pra-
gnienie, coś, czego bardzo chciał przez lata, a nie mógł zaspokoić w więziennej celi? Sam nie
wiedział, co to jest, ale nie był wrogo nastawiony. Wyciągnął rękę poprzez stół, ujął jej dłoń,
ścisnął mocno, chciała ją wyrwać.  Ładna jesteś, Jolciu. Bardzo ładna – mówił chrapliwie. – I
gdybyś nie była moją córką, to...

– To co? – wyszarpnęła dłoń z jego uścisku i zerwała się zza stołu. On także wstał, obszedł

stół i zbliżał się do niej, choć cofała się, starając się by stół odgradzał ją od niego.

– Nie uciekaj – mamrotał. – Kogo się boisz? Swojego taty? – usta wykrzywiły mu grymas,

w kącikach warg pojawiła się piana, wzrok robił się coraz bardziej obłąkany. Wódka, którą
wlał  w  siebie  przed  chwilą,  połączona  z  tym,  co  wypił  poprzednio,  sprawiła,  iż  nie  bardzo
wiedział, co czyni. Opanowało go tylko jedno pragnienie. Miał przed sobą kobietę. Nie Jolkę,
nie córkę, ale kobietę. Pragnął jej w sposób zwierzęcy, nie myślał o niczym tylko o tym, by
zbliżyć się do niej, objąć, zaspokoić żądzę, która czyniła go jednym, wielkim kłębkiem napię-
cia.

background image

31

Jola wiedziała, co się z nim dzieje. Teraz pojęła, że jeszcze chwila, a zostanie zaatakowana

brutalnie, z całą siłą, której nie zdoła się oprzeć. Ogarnął ją nieopanowany strach i zarazem
wściekłość. Wykrzyczała w tę wykrzywioną pożądaniem, czerwoną z napięcia twarz:

– Nie jestem twoją córką! Nie może być moim ojcem takie zwierzę!...
– Nie jesteś? – krzyknął i nagłym susem doparł ją, nim zdążyła się raz jeszcze uchylić za

stół. Chwycił za ramiona, przyciągnął do siebie. Jola była półnaga, miała na sobie tylko cien-
ką, nocną koszulę. Czuł jej ciepłe ciało, jędrne piersi, falujący brzuch, twarde uda. Przygniótł
ją  do  kantu  stołu  i  mówił  przez  zaciśnięte  zęby:  –  To  dobrze.  Nie  jesteś,  to  dobrze.  To  na
pewno prawda. Twoja matka była kurwą, wiesz? Mewką, królową portu... Nikt nie wie, ilu
miała facetów. Jesteś Jolka, córka Mewy. To w porządku. Możesz być moja... Moja, moja... –
już zupełnie stał się nieprzytomny i nie panował nad sobą. Sięgnął ręką w dół, zadarł jej ko-
szulę, potem jednym szarpnięciem rozerwał rozporek i chwyciwszy w dłoń z wolna pęcznie-
jącego członka, jeszcze bardziej do niej przywarł.

Jolka  zdrętwiała  ze  zgrozy  i  przerażenia.  Czuła  między  udami  szorstkość  jego  spodni,

czuła  jak  do  najwrażliwszego  miejsca  zbliża  się  brutalnie  i  nieuchronnie.  Jego  śmierdzący,
przesycony zapachem piwa i wódki oddech przyprawiał ją o mdłości.

– Nie! – krzyknęła rozpaczliwie. – Zostaw, bo cię zabiję!
– Nie broń się – wycharczał. – Przecież nie jesteś moją córką,  tylko mewki. – Popchnął

jeszcze  dalej  tak,  że  opadła  plecami  na  stół  i  bezwolnie  otworzyła  przed  nim  uda.  Poczuła
jego ciepło w swoim wnętrzu, zwymiotowała mu prosto w twarz. Nie zwrócił na to uwagi,
tylko starał się wejść dalej, śliniąc się i pomagając sobie rozdygotanymi palcami.

Jolka ręką, wykręconą do tyłu podczas upadku na stół, poczuła nagle dotyk metalu. W bły-

sku świadomości pojęła, że dotyka noża,  który  Kostek  zostawił  na  stole,  kiedy  krajał  sobie
chleb. Jednym, rozpaczliwym zrywem rzuciła się niczym ryba wyjęta z wody i  Kostek wy-
skoczył z niej. Chciał ponownie zaatakować, ale w tym momencie dziewczyna chwyciła nóż i
nim zdążył zrobić to, co zamierzał, uderzyła go najpierw kolanem w bok, a potem na oślep
przejechała ostrzem po jego kroczu. Zawył i rzucił się odruchowo do tyłu, a wówczas Jolka
zadała jeszcze jeden cios. Tym razem na odlew, ukośnie, z góry na dół przez piersi.

Kostek zachwiał się, zrobił krok do tyłu, obiema dłońmi chwycił się  za  krocze,  a  potem

upadł.  Wykrztusił  jakieś  przekleństwo,  zwinął  w  kłębek,  a  potem  znieruchomiał.  Stracił
przytomność. Wokół niego rosła ciemna plama krwi.

Jola stała nad nim z nożem w ręku, gotowa jeszcze raz uderzyć, gdyby znów spróbował ją

zaatakować. Kostek leżał nieruchomy i tylko plama krwi robiła się coraz większa.

Z wolna zaczęła pojmować, co zrobiła. Cofała się, nie spuszczając z niego wzroku. Dotarła

tak do kąta między zlewem a lodówką. Oparta o ścianę nadal patrzyła na leżącego. Nie wie-
rzyła. Nie docierało do jej świadomości, że to ona sprawiła, iż Kostek tak leży nieruchomo w
kałuży krwi.

– Kostek – powiedziała cicho rozdygotanymi wargami. – Kostek, wstań, nie udawaj. Ko-

stek, Kostek... Tato, tato...

Powtarzała  bezwiednie  jego  imię,  wołała  jako  ojca,  chciała  żeby  się  poruszył,  odezwał,

wstał, ale on leżał zwinięty w kłębek z dłońmi między udami, mały teraz, stary, niegroźny.

Rzuciła nóż przed siebie, opuściła się plecami po ścianie aż siadła na podłodze i patrzyła

na niego, już nic nie mówiąc, tylko dygocąc jakby znajdowała się na mrozie.

Nie zareagowała, kiedy rozległ się dzwonek u drzwi. Nie słyszała go. Patrzyła i trzęsła się,

jakby ją ten zeszmacony strzęp ludzki przyciągał z niesamowitą siłą.

background image

32

9

– Rusz się, to nie sypialnia – Marek bezceremonialnie tarmosił  dziewczynę. – Wstawaj i

zjeżdżaj zanim cię stąd nie wyrzucą!

Podniosła głową i patrzyła na niego  nieprzytomnie.  –  Aaa  –  ziewnęła  –  To  ty?  Co  jest?

Idziemy?

– Idziemy spać, mała. Dość zabawy na dziś.
– No, to chodźmy – zgodziła się, usiłując wstać. – Gdzie masz chatę, tu?
– Sama spływaj. Dostałaś, co ci się należy i spadaj, kochana. Chyba trafisz do siebie?
– Sama? – dziwiła się naiwnie. – A ty? Nie masz ochoty?
– Mówiłem: spadaj. Jesteś za bardzo wlana na kochanie.
– Jak nie możesz, to nie – zgodziła się dziewczyna. – Ale mi się należy...
–  Przecież  dostałaś,  świata  nie  widzisz,  tak  się  spiłaś  –  podniósł  banknoty,  które  jej  po-

przednio dał, a które teraz leżały na kanapce. – No, bierz i nie mów, że cię wyrolowałem.

Wzruszyła  ramionami,  schowała  pieniądze  do  torebki  i  ruszyła  chwiejnie  do  baru.  Była

rozczochrana, szminkę rozmazała sobie na policzku a nogi mocno jej się plątały. Chciała jed-
nak jeszcze wypić drinka, ale barman jej odmówił, a byczkowaty wykidajło bezceremonialnie
wyprowadził na dwór i wsadził do taksówki, sprawdzając czy ma czym zapłacić za kurs.

Marek poczekał chwilę na kelnera, zapłacił rachunek i spojrzał na zegarek. Minęła północ.

Było jeszcze wcześnie jak na niego, nie miał tu już nic do roboty. Jednak po chwili namysłu
wstał  i  podszedł  do  baru.  Cygan  skinął  przyjaźnie  głową  i  odsunął  się,  robiąc  mu  miejsce
obok  siebie.  Dwaj  jego  ochroniarze  czekali  w  napięciu,  ale  widząc,  że  szef  zachowuje  się
spokojnie, zastygli w bezruchu nad swoimi szklaneczkami, tylko od czasu do czasu rzucając
okiem na Marka i Cygana.

– Cześć – odezwał się Cygan. – Cóż to, starych przyjaciół nie poznajesz? – Marek nic nie

odpowiedział, tylko zamówił coca-colę.

– No i masz – roześmiał się Cygan. – Myślałem, że łykniemy sobie po jednym, a ty wciąż

tę swoją lemoniadkę. Napij się, postawię ci whiskacza.

– Jak będę chciał, to sobie sam postawię – odpowiedział niezbyt przyjaźnie Marek.
– To po coś do baru przyszedł? – drwił Cygan. – Tu się pije, a nie odmawia pacierze...
– Tyś zdążył chyba ze trzy różańce odmówić i to wolno – odparował Marek. – Tkwisz tu

przez cały wieczór...

–  Lubię  tak  sobie  pociągać,  popatrzeć  na  ludzi,  posłuchać  muzyki  –  niemal  z  rozmarze-

niem odpowiedział Cygan. – Czasem się coś zobaczy, coś usłyszy, a jak nie, to też dobrze.
Jak leci?

– Nie narzekam. Ty też chyba nie...
– Różnie – wzruszył ramionami Cygan. – Chudo na mojej działce, wyrolowałeś mnie, sta-

ry...

Marek odwrócił ku niemu z wolna twarz i popatrzył w oczy.
– Umowa jest umową – powiedział twardo. – Trzymaj się tego, co uzgodniliśmy.
– Trzymam się, choć sam wiesz, że mnie wyrolowałeś. Gdańsk to nie to, co Sopot, zwłasz-

cza w sezonie...

– Nie płacz – warknął Marek. – Tak się zgodziłeś i kropka. A jak twoje oprychy będą za-

glądały na mój teren, to któregoś dnia nie doliczysz się ich...

– Jakie oprychy? – Cygan uniósł brwi. – I w ogóle, o czym mówisz? Może jakiś amator

czasem ci zamiesza, ale moje chłopaki?

– To już amatorów zatrudniasz? – roześmiał się Marek. – Nie miej mnie za frajera, wiem

jak jest i ostrzegam...

– Dobra, dobra – łagodził Cygan. – Może i czasem któryś się zapędzi na twoją działkę, jak

u nas pusto, ale wiesz, że trzymam się umowy.

background image

33

– Lepiej żeby tak było – z pogróżką w głosie powiedział Marek.
– I to tylko chciałeś mi powiedzieć?
– A co jeszcze chciałeś usłyszeć?
– No, może byś powiedział, jak się ma Kaziu?
– Kaziu? – Marek udał zdziwienie. – Jaki Kaziu?
– No, ten stary taryfiarz, co teraz udaje niemieckiego barona – roześmiał się Cygan. – Nie

powiesz mi, że przyjeżdża tu od czasu do czasu tylko po to, żeby łyknąć kielicha z tobą...

– Za dużo chcesz wiedzieć – chmurnie odparł Marek. – Mnie cudze sprawy nie obchodzą –

wzruszył  ramionami  Cygan.  –  Ale  jakby  wam  był  potrzebny  ktoś  do  pomocy,  to  wiesz,  że
możesz na mnie liczyć. Kazia znam od wieków, jeszcze jak jeździł po Trójmieście rozkleko-
taną taryfą i dmuchał pijane kurewki w lasku, zamiast brać od nich za kurs.

– Mówiłeś, że cię cudze sprawy nie obchodzą – przypomniał Marek.
– Bo nie. Ale, jakby mi się coś przytrafiło, to bym chętnie wskoczył do interesu. Mówiłem

ci, że moja działka mała, muszę dorabiać, stary, trudno dziś wyżyć... A twoja większa i chyba
jeszcze się powiększa...

Marek wolno odwrócił się do Cygana, popatrzył na niego groźnie, potem wziął go palcami

za ucho, mocno ścisnął i pociągnął do tyłu.

–  Słuchaj,  śmierdzielu  –  syknął  przez  zęby.  –  Uważaj,  żebyś  nie  wdepnął  w  gówno,  bo

może ci być trudno się oczyścić. Pilnuj swojej działki, bo i to ci mogę zabrać...

Cygan nie bronił się, tylko nieznacznie odsunął swoją szklaneczkę whisky i uniósł dłoń do

góry. Wtedy dwaj jego ciemnowłosi ochroniarze nagle, jakby poderwani jednym impulsem,
skoczyli zza stolików i momentalnie znaleźli się przy szefie. Jeden złapał Marka za łokieć a
drugi przyłożył do boku ostry koniec noża, ale tak, że z parkietu niczego nie było widać.

Marek zesztywniał. Puścił ucho Cygana,  chciał się  odsunąć  od  tego  z  nożem,  lecz  drugi

przycisnął go do baru.

– No i co? – zapytał z krzywym uśmiechem Cygan. Nagle uśmiech zgasł mu na wargach.

Zobaczył jak dwóch rosłych osiłków staje po obu stronach jego ochroniarzy. Jeden trzymał
rękę za pazuchą i patrzył groźnie a drugi ujął tego z nożem za ramię i powiedział:

– Odsuń się, koleś, bo się chcę napić – a ciszej dodał – i schowaj to, bo się skaleczysz...
Cyganie zdawali się być zaskoczeni tą niespodziewaną interwencją i patrzyli wyczekująco

na swego szefa. A on roześmiał się głośno i powiedział do Marka:

– Może jednak napijemy się po jednym, prawdziwym, a nie tej lemoniadki? – palcem po-

kazał szklaneczkę z coca-colą stojącą przed Markiem.

Barman, który doskonale orientował się, co zaszło, podszedł, nalał dwie szklaneczki i po-

chyliwszy się powiedział szeptem do Marka i Cygana:

– Spokojnie, panowie, spokojnie. Tu nie Ameryka, nie będziecie sobie łamać kości a mnie

rozbijać mebli. A jak chcecie, to do filmu, Polański potrzebuje kaskaderów...

– Wesoły jesteś – roześmiał się Marek. – No, Cygan, niech będzie po jednym.
– To rozumiem – ucieszył się Cygan. – Chłopakom też damy, co?
– Czemu nie – zgodził się Marek. – Też ludzie.
Wszyscy wypili i rozeszli się. Marek nie był zadowolony ani z tego spotkania, ani z roz-

mowy z Cyganem. Uznał, że Cygan za dużo wie albo się domyśla, a z tego mogą być w przy-
szłości kłopoty.

Wsiadł do swojego poloneza i odjechał z parkingu. Dwaj ochroniarze pilotowali go aż do

bramy willi, w której mieszkał, poczekali dopóki nie zaświecił światła i dopiero zniknęli.

Marek rozejrzał się po obszernym mieszkaniu. Zajmował całą willę, którą w przemyślny

sposób zdołał kupić od rodziny zmarłej, zasobnej damy, która ją tu, nieco na uboczu pod la-
sem, wybudowała. Pomogło mu w tej transakcji jego ówczesne zajęcie, bo zdołał przekonać
szefów, że to będzie doskonały lokal kontaktowy, ale potem, gdy już musiał opuścić służbę,
uzyskał prawo własności, płacąc spadkobiercom niezbyt dużo, ale za to w dolarach.

background image

34

W jednej części, na parterze urządził małe biuro agencji PZB, którą założył i prowadził od

trzech  lat.  Biuro  było  skromne:  jeden  pokój,  mała  służbówka  z  kuchenką  dla  zagotowania
herbaty, metalowa szafa i druga, zwykła, na akta. PZB znaczyło: „Pewność, Zaufanie, Bez-
pieczeństwo”. Agencja zajmowała się ochroną mienia i choć skromna, znana była hurtowni-
kom, firmom handlowym i paru większym sklepom na Wybrzeżu, a szczególnie w Sopocie i
Gdyni.

Marek zatrudniał kilku wysportowanych, obeznanych z bronią i walką wręcz ludzi w róż-

nym wieku, na ogół dosyć młodych i sprawnych. Prawie wszystkich łączyło to, że poprzednio
pracowali w milicji, SB albo byli w wojsku, głównie w jednostkach komandosów. Zmuszeni
do odejścia przedwcześnie ze służby tutaj zarabiali sporo i byli do dyspozycji Marka na każde
wezwanie.  Robili  wszystko:  od  ochrony  magazynów,  bogatszych  sklepów,  poprzez  nocne
patrole aż po ochronę osobistą, jeśli ktoś taką usługę zamówił. Ponadto – już bez rozgłosu i
reklamy – stanowili żelazną kadrę Marka do innych poruczeń, o których on nigdy głośno nie
mówił, a które im wszystkim przynosiły niebagatelny dochód, nieznany Izbie Skarbowej.

Marek i Jolka zajmowali pozostałą, obszerną część parteru, gdzie był duży pokój, snobi-

stycznie  przez  Jolkę  zwany  „living  room”,  duża,  świetnie  wyposażona  kuchnia,  ubikacja,
służbówka, zejście do piwnicy z obszernego przedpokoju, w którym mogła by się pomieścić
czteroosobowa rodzina. Świetne, wygodne meble, boazerie ze szlachetnego drewna, dębowy
parkiet pokryty grubym, autentycznym wschodnim dywanem sprawiały wrażenie dostatku a
zarazem wygody i przytulności.

Drewniane,  kręcone  schody  prowadziły  na  piętro,  gdzie  była  duża  sypialnia,  łazienka  z

wpuszczoną  w  podłogę  wanną  i  za  nią  drugi,  mniejszy  pokój  służący  w  razie  potrzeby  go-
ściom.

Teraz  cały  ten  dom  był  pusty  i  cichy.  Z  początku  Marek  miał  nadzieję,  że  Jolka  jednak

mimo wszystko wróciła  na  noc  od  matki,  bo  rzadko  u  niej  zostawała.  Lubiła  być  tu,  lubiła
podwójny,  arcywygodny  tapczan  w  ich  sypialni,  łazienkę  jak  z  reklamowego  prospektu  i
przepastne fotele w living roomie, gdzie mogła godzinami oglądać wideo albo programy sa-
telitarne.

Kiedy stwierdził, że jednak jej nie ma, nachmurzył się. Nie lubił spędzać tu samotnie nocy.

Wysokie, żelazne ogrodzenie, automatyczny, zagraniczny zamek w  drzwiach furtki i bramy
wjazdowej, bezpieczne potrójne zamki w drzwiach wejściowych i tylnych, do małego ogrodu
dawały mu poczucie bezpieczeństwa. Wiedział, że gdyby ktoś chciał zabezpieczenia te sfor-
sować, natychmiast odezwałyby się  zainstalowane  sygnały  alarmowe.  Po  prostu  lubił  obec-
ność Joli w domu. Nie zastanawiał się, czy kryje się za tym jakieś głębsze uczucie dla niej,
czy tylko przyzwyczajenie. Jej nieobecność psuła mu humor i napełniała uczuciem osamot-
nienia. Nie wiedział wtedy, co z sobą począć, niecierpliwie czekał na jej powrót i dopiero gdy
razem znajdowali się w domu, a najlepiej w łóżku, był spokojny i czuł się zupełnie bezpiecz-
ny.

Teraz wiedział, że Jolka nie wróci tej nocy, uprzedzała go o tym, że może zostanie u mat-

ki, nie miał więc powodu do niepokoju, ale mimo wszystko czuł się zawiedziony, że jednak
nie wróciła, wbrew temu, co mówiła. Jej wymówki i dąsy, gdy wieczorem wychodził, trakto-
wał niezbyt poważnie, nieraz już w ten sposób reagowała, późno wracał. Nie mogła się pogo-
dzić z tym, że nie wszystko wie o nim, jego interesach i kontaktach. Nawet ją rozumiał, zda-
wał sobie sprawę, że jako kobieta kochająca,  a  przynajmniej  bardzo  do  niego  przywiązana,
chce mieć go nie tylko w domu, w łóżku, ale całkowicie, ze wszystkimi myślami, tajemnica-
mi, bez reszty...

Pokręcił się trochę po living roomie, potem poszedł do kuchni przygotować sobie coś do

zjedzenia,  bo  przez  cały,  długi  wieczór  nie  jadł  nic.  Wypił  tylko  parę  łyków  koniaku,  a  na
pożegnanie z Cyganem pół szklaneczki whisky. Otworzył lodówkę i pochylony namyślał się,
po co sięgnąć. Zdecydował się na parę plastrów szynki, masło, pieczywo i pomidora. Postawił

background image

35

talerz na kuchennym stole i zapalił gaz pod czajnikiem. Miał ochotę na gorącą herbatę. Wła-
śnie  czajnik  zagwizdał,  gdy  usłyszał  w  pokoju  przytłumiony  dźwięk  telefonu.  Mimo  woli
rzucił  wzrokiem  na  okrągły  zegar  Seiko  umieszczony  nad  kuchenną  szafką  z  naczyniami.
Minęło w pół do pierwszej. Pomyślał, że może jednak Jola zdecydowała się wrócić i dzwoni
żeby po nią przyjechał. Ochoczo skoczył do pokoju i ujął słuchawkę.

Nie zawiódł się. Usłyszał głos Jolki, ale w miarę jak jej słowa docierały do niego, twarz

mu bladła a usta zaciskały się w wąską linię.

– Spokojnie. Tylko bez paniki. Jest matka? Dobrze. W porządku.  Nie ruszaj się stamtąd.

Zaraz będę.  Już  jadę,  słyszysz,  już  jadę,  uspokój  się,  mówię!  –  krzyknął  do  słuchawki,  bo-
wiem Jolka jakby nie słyszała jego słów, mówiła bezładnie, chaotycznie, mówiła w kółko to
samo: Kostek nie żyje, zabiłam go, zabiłam. Kostek nie żyje, zabiłam, nie żyje, nie żyje. Ko-
stek...

Powtarzała jeszcze te słowa, mimo że Marek już rzucił słuchawkę, wyłączył gaz w kuchni,

popędził do garażu i ruszył swoim starym, pozornie zużytym polonezem w noc pustą i cichą,
jakby to była głęboka prowincja, a nie portowe, ruchliwe, zawsze pełne życia Trójmiasto.

10

Zośka, sądząc, że Jolka nie otwiera, bo śpi, wygrzebała klucz z torebki i razem z Edwar-

dem weszli do małego przedpokoju, starając się zachowywać cicho. On chciał się już poże-
gnać, uznał, że powinien wrócić do domu, wprawdzie nie obawiał się wymówek żony, która
przywykła do jego nieobecności, zawsze tłumaczonej lekarskimi obowiązkami, ale rano mu-
siał być w klinice, czekała go dosyć poważna operacja i chciał się choć trochę przespać. Zoś-
ka  jednak,  rozgrzana  winem,  zadowolona  z  dobrze  spędzonego  wieczoru,  nie  miała  ochoty
tak szybko się z nim rozstawać. – Chodź, napijmy się jeszcze herbaty – powiedziała szeptem,
a on uległ, bo zawsze jej ulegał. Przywykł do niej bardzo, nawet ją kochał na swój sposób.
Być może jakoś uzupełniali się, on opanowany i zawsze zrównoważony widocznie potrzebo-
wał kobiety takiej jak ona: energicznej, czynnej, pełnej temperamentu i żywiołowości, zawsze
gotowej do seksu, jakby nie miała blisko sześćdziesięciu lat. Wiedział o niej wszystko. Zwie-
rzyła mu się którejś nocy w chwili pełnego zaspokojenia, z pełnym zaufaniem, którego sama
sobie  nie  umiała  wytłumaczyć.  Nie  zawiodła  się.  Wysłuchał  jej,  pomilczał  przez  chwilę,  a
kiedy już zaczynała odczuwać niepokój i obawę, czy dobrze uczyniła ujawniając przed nim
najbardziej  osobiste  tajniki  odległej  a  bardzo  ciemnej  przeszłości,  odezwał  się  jak  zwykle
powściągliwie i spokojnie:

– Dobrze, że mi o tym powiedziałaś. Myślę, że potrzebna ci była taka spowiedź. To spra-

wia ulgę.

– Mówisz jak ksiądz – usiłowała żartować.
– Lekarz i ksiądz są blisko siebie. A my jesteśmy także bardzo blisko. Lepiej, że wiem to

od ciebie, niż któregoś dnia miałby mi opowiedzieć o tym ktoś inny.

Milczała, nie wiedząc czy  te słowa oznaczają przebaczenie,  wyrozumiałość  czy  może  są

wstępem do czegoś gorszego, czego nie chciałaby od niego usłyszeć. A on po chwili dodał:

– Było – nie ma. Liczy się to, co jest teraz. A teraz jesteśmy razem. Nigdy więcej o tym nie

będziemy mówić, dobrze?

Przywarła do niego w nagłym porywie wdzięczności za te słowa. A on po prostu już tak

się z nią zżył, tak splótł swój los z jej losem, że nie dopuszczał myśli, iż mogliby się rozstać.

Weszli na palcach do pokoju i Zośka dopiero teraz uświadomiła sobie, że świeci się nocna

lampka. Pewnie Jolka zmorzona snem zapomniała ją zgasić, ale kiedy postąpiła jeszcze krok,
zobaczyła puste posłanie. Z kuchni, przez uchylone drzwi widać było smugę jasnego światła.

– Jola! – powiedziała nieco głośniej – jesteś tam? Nie było odpowiedzi. Zośka już trochę

zaniepokojona ruszyła przez pokój a Edward postępował za nią. Gdy pchnęła drzwi do kuchni

background image

36

i otworzyła je na całą szerokość, z początku myślała, że i tu nikogo nie ma. Na widok tego, co
zobaczyła wydała głośny, nieopanowany, pełen strachu okrzyk. Edward momentalnie chwycił
ją za ramię i odsunął do tyłu:

– Co się stało?
– Tam... Zobacz... leży... Jezus, Maria – Zośka była bliska ataku histerii. Wieloletnie lekar-

skie opanowanie Edwarda sprawiło, że zareagował spokojniej. Ale nawet on poczuł się nie-
pewnie na widok tego, co zobaczył w kuchni. Na podłodze, tuż obok stołu leżał jakiś czło-
wiek, nędznie ubrany, zwinięty w kłębek, niczym embrion w łonie matki z dłońmi wciśnię-
tymi między podkurczone niemal pod brodę kolana. Wokół niego ciemniała gęsta, prawie już
zastygła kałuża krwi. Obok stołu leżało przewrócone krzesło, a tuż przy głowie dostrzegł du-
ży,  kuchenny  nóż.  Zośka  opanowała  pierwszy  atak  przerażenia  i  natychmiast  pomyślała  o
córce.

– Jolka! – zawołała – gdzie ona jest? Jolka!... – krzyknęła jakby chciała przywołać córkę z

oddali.  Wtedy  z  kąta  kuchni  rozległ  się  dziwny  dźwięk,  przypominający  skamlenie  zbitego
psa. Zośka spojrzała tam i zobaczyła córkę przykucniętą na podłodze, dygocącą z przerażenia,
w  nocnej  koszuli  rozdartej  na  piersiach  i  ramieniu.  Dłoń,  którą  dziewczyna  opierała  się  o
podłogę, była czerwona od krwi...

–  Jola  –  powiedziała  przerażona  matka,  zbliżając  się  do  niej.  –  Co  tu  się  stało,  skąd  się

wziął ten człowiek, co się stało? Jola, mów, przestań skamleć, mów, Jola! – podnosiła głos aż
do krzyku. Chwyciła córkę za ramiona, poderwała ją z podłogi, przyparła do ściany i żądała
odpowiedzi. A Jolka nie przestając dygotać, z trudem wymawiając słowa, wykrztusiła:

– To Kostek... Przyszedł... był pijany... Chciał mnie zgwałcić... zabiłam go, zabiłam, zabi-

łam... – nagle wybuchnęła nieopanowanym, histerycznym szlochem i chciała się przytulić do
Zośki, ale ta odsunęła się pełna strachu i obrzydzenia.

– Zabiłaś? Kostka? – zapytała, nie wierząc własnym uszom. Zaczęła szarpać córkę z ca-

łych sił w przypływie rozpaczy i niewytłumaczalnej wściekłości. Głowa dziewczyny stuknęła
o ścianę, z ust wydobył się charkot, łzy płynęły jej po policzkach.

Edward, widząc tę straszną scenę podszedł do kobiet. Ani na moment nie tracił opanowa-

nia, twarz miał spokojną, głos równy, choć zdecydowany i stanowczy:

– Dosyć, przestań! Nie widzisz, w jakim jest stanie?
Zośka  puściła  córkę,  chwiejącą  się  lekko  i  patrzącą  na  oboje  nieprzytomnym  wzrokiem.

Strząsnęła z ramienia dłoń przyjaciela i nie mogąc zapanować nad swym strachem i gniewem,
zawołała:

– Jak go zabiłaś, to go sobie zabierz stąd. Zabierz i znikaj, niech cię tu więcej nie widzę.

Wynoś się, bierz tego trupa, wynoś się natychmiast...

Edward znów się zbliżył, silnie chwycił Zośkę za ręce, przycisnął do siebie i powiedział

ciągle tym samym, opanowanym, stanowczym głosem:

– Przestań, to nie ma sensu, sama nie wiesz, co mówisz. Uspokój się, no już, zostaw ją i

sama się opanuj...

W końcu Zośka przestała się miotać, poddała się jego głosowi, posłusznie usiadła i przy-

jęła szklankę zimnej wody, którą jej podał.

A tymczasem Jolka wyszła z kuchni. Posuwała się jak lunatyczka. Dotarła do pościelonej

kanapy, siadła na niej, sięgnęła na szalkę po słuchawkę telefonu. Kurczowo przyciskając ją do
ucha odruchowo nakręciła numer, modliła się w duchu, żeby po drugiej stronie odezwał się
znajomy głos. Spełniło się. Po trzecim sygnale usłyszała „hallo”. Wtedy poczęła półprzytom-
nie w kółko powtarzać: „zabiłem go, zabiłam, zabiłam...” – i mówiła to nawet wówczas, gdy
Marek popędził już do garażu po samochód. Dopiero Edward  wyjął  jej z dłoni buczącą sy-
gnałami słuchawkę i odłożył na widełki.

W tym wielkim zamieszaniu wszyscy właściwie zapomnieli o Kostku. Przyjęli za pewnik,

że jest martwy, więc nikt nie spieszył się  by  go  ratować.  Jednak  doktor  Edward,  gdy  tylko

background image

37

zdołał nieco uspokoić Zośkę, podszedł do leżącego, uklęknął i pochylił się nad nim. Wtedy
usłyszał chrapliwy jęk. Odwrócił go na plecy. Kostek miał zamknięte oczy, zionął kwaśnym
odorem alkoholu i jęczał.

– Żyje – powiedział głośno lekarz. – Podaj nożyczki, prędko, masz środki opatrunkowe?
Zośka bez słowa pobiegła do łazienki. Wyjęła z szafki bandaż, środek dezynfekcyjny, no-

życzki i wróciła do pokoju. Jolka  nadal  siedziała  na  kanapie  i  patrzyła  na  to,  co  się  dzieje,
zaszokowana, niewiele z tego rozumiejąca.

Tymczasem lekarz odjął najpierw dłonie Kostka z jego krocza. To, co ujrzał sprawiło, że

nawet on, odporny na rany i urazy, odruchowo wstrząsnął się. Z  rozpiętych i opuszczonych
spodni Kostka wyłaniał się krwawy strzęp przecięty niemal na pół, oblepiony zaschniętą już
krwią. Cios nożem Jolki sprawił, że niemal połowa męskości Kostka wisiała na samej skórce.
Lekarz opanował się i zaczął badać klatkę piersiową nieprzytomnego wciąż Kostka. Rozpiął
koszulę, która już zdążyła przywrzeć do ciała, rozdarł ją szeroko, odsłaniając cały prawy bok.
Mimo  zaschniętej  krwi  widać  było,  że  nóż  przejechał  ukosem  od  pachy  niemal  po  środek
brzucha. Nie wiadomo było jak głęboka jest rana, ale nie musiała sięgać poza żebra a tylko
przecięła skórę i tkankę pod nią. Brzegi rany otworzyły się, ukazując w jednym miejscu dwa
żebra,  czubek  noża  najwidoczniej  nie  przedostał  się  głębiej,  bo  Jolka  pociągnęła  ostrzem  z
góry w dół i nie wbiła noża w głąb.

Zwilżywszy  watę  spirytusem  Edward  obmywał  rany.  Najpierw  oczyścił  cięcie  na  pier-

siach,  potem,  starając  się  czynić  to  możliwie  najdelikatniej  obmył  rannemu  krocze.  Zośka
choć pełna odrazy, jednak wiedziona instynktem pielęgniarki, przykucnęła przy nim i starała
się pomagać.

– Będzie żył?
– Nic wielkiego mu się nie stało. Nóż poszedł płytko po żebrach. Najgorsze jest to – poka-

zał na przecięty członek. – Ale nic mu nie będzie, po amputacji będzie dobrze...

– Co chcesz zrobić?
– Trzeba go przetransportować do szpitala. Od razu zrobię operację.
– Nie – zaprotestowała gwałtownie. – Szpital to wyjaśnienia, raporty, może policja. Mogą

być straszne kłopoty...

– Więc co? – pytał podnosząc głowę znad rannego.
– Zoperuj go tu.
– A potem, co?
– Potem spróbujemy jakoś z tego wybrnąć. Najważniejsze żeby się nie rozniosło, kto mu

to  zrobił.  Jolka  mogłaby  mieć  kłopoty.  Ja  też.  To  przecież  moje  mieszkanie  i  on  do  mnie
przyszedł... Edward wstał i namyślał się przez chwilę.

–  Dobrze.  Mam  nadzieję,  że  sobie  jakoś  poradzicie.  Muszę  jednak  jechać  po  narzędzia,

przecież trzeba go zoperować jak należy.

– Ty wiesz najlepiej. Jedź i wracaj szybko.  Kostek zaczął coś  mamrotać,  potem  jęknął  i

usiłował się przewrócić na bok. Oboje go przytrzymali. Lekarz powiedział:

–  Nie  wiem  czy  sobie  poradzę.  Jak  odzyska  przytomność,  będzie  się  rzucał.  To  bolesny

zabieg.

– Jest pijany do nieprzytomności – stwierdziła Zośka. – Nic nie czuje. Zresztą dasz mu coś

uspokajającego...

– No dobrze, chyba nie mamy innego wyjścia – ustąpił Edward. – Ale przenieśmy go na

łóżko. I obmyj go trochę. Niech tak nie leży brudny i pokrwawiony.

Włożył marynarkę, którą zdjął zajmując się rannym, obmył nad zlewem w kuchni ręce i

wyszedł.

Kostek, przeniesiony przez Edwarda i Zośkę z podłogi na kanapę, leżał w pościeli nadal

nieprzytomny,  od  czasu  do  czasu  rzucał  się  i  mamrotał  niezrozumiale.  Zośka  obmyła  mu
tamponem twarz, dłonie, zdjęła koszulę, ściągnęła spodnie. Był teraz nagi. Wyglądał żałośnie

background image

38

niczym Łazarz po wstaniu z grobu. Chudy, z zapadniętym brzuchem, twarzą niemal czarną i
sinymi  wargami.  Otwarta  rana  na  boku  już  nie  krwawiła,  ale  wyglądała  groźnie  –  długa,  z
otwartymi  brzegami.  Niżej  na  krocze  Zośka  nie  miała  odwagi  patrzeć.  Zarzuciła  na  niego
prześcieradło i siadła czekając na powrót Edwarda. Nie troszczyła się o Jolkę, która siedziała
w kuchni przy stole, z głową podpartą rękami i milczała jakby nic z tego, co się wokół niej
działo, nie docierało do jej świadomości. Tylko drgawki, jakie od czasu do czasu nią wstrzą-
sały, świadczyły, że nadal znajduje się w stanie szoku.

11

Zajechał ostro pod dom, byle jak ustawił samochód i od razu przeskakując po dwa,  trzy

stopnie błyskawicznie znalazł się pod drzwiami. Tu dopiero zahamował swój impet, uświa-
domiwszy  sobie,  że  jest  głęboka  noc  i  wszelkie  hałasy  są  niepożądane.  Delikatnie  nacisnął
klamkę licząc, że drzwi będą otwarte. Nie omylił się. Wszedł do mieszkania i objął wzrokiem
pokój.  Ujrzał  zarośniętą,  ciemną  twarz  Kostka  leżącego  pod  prześcieradłem,  obok  siedzącą
nieruchomo Zośkę, która z wolna odwróciła się ku niemu głowę.

– Gdzie Jola? – zapytał wystraszony tym, że nie zobaczył jej w  pokoju.  Zośka wskazała

głową w stronę kuchni:

– Tam.
Nie pytając o nic więcej, przeszedł obok kanapy z Kostkiem i znalazł się w kuchni. Jola

już  wcześniej  usłyszała  jego  głos.  To  ją  wyrwało  ze  stanu  odrętwienia.  Podniosła  głowę,  a
gdy go ujrzała, zerwała się z krzesła, podbiegła, objęła gwałtownie ramionami i przyciskając
twarz do jego piersi zaczęła ze szlochem bełkotać:

– Jesteś, Marek, jesteś, ratuj, zabiłam go, ratuj, Marek...
Przytulił ją mocno, pogładził po włosach i powiedział łagodnie:
– Uspokój się, Jola, uspokój się, będzie dobrze, tylko spokojnie...
W tym momencie Zośka, która wszystko słyszała, weszła do kuchni i ostro zareagowała:
– Nie histeryzuj. Jolka. Nikogo nie zabiłaś. Kostek żyje, tylko mu rozwaliłaś nożem bok i

ucięłaś  kawałek...  –  niedopowiedziała  nie  chcąc  być  wulgarną.  Jolka  oderwała  zapłakaną
twarz od marynarki Marka i popatrzyła na matkę z niedowierzaniem.

– Żyje? Nie zabiłam go? – pytała jakby nie wierzyła w to, co usłyszała.
– Przecież ci mówię. Edward go zbadał. Teraz pojechał po narzędzia, musi go tu zopero-

wać. I co dalej?

Marek był spokojny. Nie wypuszczając Jolki ze swoich ramion odparł:
– Co będzie dalej, to się zobaczy. Najważniejsze teraz, to go ratować i nie pozwolić, żeby

wokół sprawy zrobił się szum. Nikt nic nie widział?

– Nie – odparła Jolka. – Byłam sama, kiedy przyszedł...
– Dobrze, potem mi wszystko opowiesz – przerwał jej Marek. – Teraz trzeba stąd znikać,

lepiej żeby cię przy tym wszystkim nie było.

– Nie – zaprotestowała Zośka. – Trzeba poczekać na Edwarda. Nie możecie mnie zostawić

z nim samej.

– Dobrze – natychmiast ustąpił Marek. – Poczekamy, potem razem zdecydujemy, co dalej.

Jest przytomny?

– Nie. Pijany, no i stracił sporo krwi.
– To trzeba zmyć krew, usunąć ślady jatki – Marek rozkazał władczo, zdecydowanie, jak-

by nieraz znajdował się w podobnych sytuacjach. Zośka bez słowa poddała się jego domina-
cji,  Jolka,  już  bardziej  przytomna,  nawet  ożywiona  po  tym,  co  usłyszała  i  po  przyjeździe
Marka – ruszyła się do pomocy matce. Błyskawicznie zmyły z podłogi plamę krwi, obmyty
nóż znalazł się na stole, pokój znów wyglądał jak zwykle, a spoczywający na kanapie Kostek
sprawiał wrażenie głęboko śpiącego.

background image

39

– No – Marek rozejrzał się po pokoju – teraz tu jako tako wygląda. Gdzie ten doktor?
Dzwonek  zabrzmiał  w  nocnej  ciszy  ostro,  aż  wszyscy  się  wzdrygnęli.  Zośka  ruszyła  do

drzwi, mówiąc:

– Już jest. Otwarte, wejdź...
Nagle  stanęła  nieruchomo  zastygła  w  przerażeniu.  Ujrzała  jak  do  mieszkania  wchodzi

dwóch policjantów. Byli nachmurzeni, patrzyli na obecnych w pokoju wrogo i podejrzliwie.

– Co tu się dzieje? – zapytał starszy, postępując w głąb mieszkania. Obaj nie zdjęli czapek,

podkreślając w ten sposób, że przybyli tu służbowo.

– Nic, nic – mamrotała Zośka, a Jolka w odruchu przerażenia skryła się za plecami Marka.

Ten jednak nie stracił panowania, tylko zapytał ostro:

– A panowie, co? Czemu wchodzicie do mieszkania w nocy? Po co?
Jego stanowcza postawa i ostry ton nieco zdetonował policjantów. Starszy już teraz mniej

zaczepnie odpowiedział:

– Jesteśmy z patrolu. Ktoś z tego domu dzwonił, że w tym mieszkaniu odbywa się jakaś awantu-

ra, bijatyka, że słychać podejrzane hałasy. Dyżurny nas tu skierował. A pan kto? Lokator?

– Nie – spokojnie odparł Marek. – Przyjechałem tu po żonę. To moja teściowa, wskazując

w stronę Zośki, ujął za ramię Jolkę i przyciągnął do siebie, jakby chciał obronić przed poli-
cjantami.

– A tu śpi mąż? – pytał policjant, patrząc na nieruchomego Kostka.
– Nnnno, tak – z dużym ociąganiem odparła Zośka.
Policjant popatrzył na nią badawczo, potem pochylił się nad leżącym i pociągnął nosem.
– Wypił i narozrabiał, tak? Nikt mu nie odpowiedział. Policjant patrzył kolejno na obec-

nych w pokoju. Był nadal nieufny, coś mu się w tym wszystkim nie podobało. Spojrzał raz
jeszcze na leżącego i nagle... Na prześcieradle, którym okryty był leżący, ukazała się podłuż-
na, niezbyt jaskrawa, ale jednak wyraźna smuga czerwieni. Krew, choć już niemal zastygła,
jednak  przemoczyła  płótno.  Widocznie  badanie  przeprowadzone  przez  Edwarda  podrażniło
ranę i spowodowało ponowne krwawienie.

–  A  to  co?  –  zapytał  policjant.  Jednym  ruchem  odgarnął  prześcieradło  i  aż  gwizdnął  ze

zdumienia. Rana wyglądała groźnie, długa, zaczerwieniona, z rozwartymi brzegami. – Kto go
tak urządził?

– To nic groźnego – Zośka postąpiła naprzód, jakby chciała odsunąć policjanta od leżącego.
– Nic groźnego? – w głosie policjanta zabrzmiała ironia.
– Prawie przecięty na pół a pani mówi, że nic groźnego? Jak to się stało?
– To naprawdę nic groźnego – upierała się Zośka. Marek przysunął się bliżej i wtrącił do

rozmowy.

– Panie sierżancie – powiedział – ten człowiek przyszedł tu w nocy pijany, awanturował

się, wrzeszczał, potem stracił przytomność. Ktoś go musiał zaatakować nożem na ulicy...

– Tak sobie przyszedł? Pijany, ranny, nożem, na ulicy?
– sierżant już otwarcie drwił, wyraźnie pokazując, że nie wierzy w te wyjaśnienia. – Kto to

jest? – zapytał groźnie. Wiecie chociaż tyle?

– To mój mąż – cicho odpowiedziała Zośka. – Właśnie wrócił z więzienia.
– I tak go pani przywitała?
– Nie. On naprawdę przyszedł tu pijany i ranny. Awanturował się z córką, która miała u

mnie zanocować. Potem stracił przytomność.

– Czemu pani nie wezwała karetki?
–  Wezwałam  lekarza.  Był  tu,  zbadał  go.  To  naprawdę  niegroźna  rana.  Powierzchowna.

Zrobimy mu opatrunek, poleży i zagoi mu się...

– Tak powiedział lekarz, czy pani to sobie wymyśliła? – pytał policjant.
–  Jestem  pielęgniarką  –  odparła  Zośka  niemal  wyniośle.  –  Wiem,  co  mówię.  Lekarz  to

potwierdził.

background image

40

– Więc co, pani go tu będzie zszywała? – drwił policjant.
– Nie, zrobi to lekarz. Był tu, zbadał go, teraz pojechał po narzędzia i leki. To chirurg, or-

dynator oddziału w Akademii.

Wyjaśnienia te nieco uspokoiły policjanta. Mimo wszystko jednak, ciągle miał wątpliwo-

ści.

– I lekarz tak, bez oporu, chce go operować tu, a nie w szpitalu? – dociekał.
– Mówiłam, że rana jest płytka. A ranny pijany, po co wieźć do szpitala? Tu wrócił, tu ze-

mdlał, tu zostanie.

Dalszą  dyskusję  przerwało  wejście  Edwarda.  Niósł  walizeczkę,  był  lekko  zadyszany,

szybko  biegł  po  schodach.  Na  widok  policjantów  zatrzymał  się  w  progu  zdetonowany.  Ale
Zośka od razu zawołała niemal radośnie:

–  O,  widzi  pan,  jest  lekarz.  Mówiłam  panu.  Proszę  jeszcze  zapytać  doktora,  jak  sprawa

wygląda naprawdę.

– O co chodzi? – Edward zmarszczył brwi, patrzył surowo na policjantów. – Jestem leka-

rzem, tu człowiek czeka, żeby mu zszyć ranę, a panowie co?

– Wyjaśniamy sprawę – ugodowo powiedział policjant. – To prawda, że pan chce zrobić

zabieg na miejscu, a nie w szpitalu?

– Po co do szpitala? – Edward już zrozumiał o co idzie gra. – Pijanego tam nie będę wy-

syłał. Rana jest powierzchowna, nóż tylko przejechał po żebrach. Zaszyję, dam zastrzyk, śro-
dek uspokajający i po trzech dniach pacjent będzie zdrowy. Byle po alkohol nie sięgał – to
powiedział groźnie do Zośki. Ona, pojmując rolę, skinęła poważnie głową.

– Nie pozwolę mu. Dopilnuję tego doktorze. Ale jak wyzdrowieje, nie ręczę...
– No więc, panowie? – Edward zwrócił się do policjantów
– nie mogę zwlekać, muszę wykonać zabieg.
– W porządku – odparł chmurnie policjant. – Tylko poprosimy jeszcze nazwiska. Pańskie,

doktorze, na wszelki wypadek, właścicielki lokalu i jego – brodą wskazał Kostka.

– Muszę zrobić raport.
– Po co wam raport? – wtrącił Marek. – Wystarczy służbowa notatka. Nic się  wielkiego

nie stało, zwyczajne zakłócenie porządku.

– A pan co? – groźnie zmarszczył brwi policjant, nierad, że mu ktoś dyktuje, co ma robić.
– Znam się na tym – pogodnie odparł Marek. – Jestem z branży, ale to nie ma nic do rze-

czy. Niech pan spisze, co trzeba, sierżancie i po sprawie.

To oświadczenie zrobiło pewne wrażenie na policjancie. Marek swą pewnością siebie, po-

stawą, tonem głosu robił wrażenie kogoś z kim lepiej nie zadzierać. Sierżant spisał więc tylko
nazwiska lekarza, Zośki a gdy chciał także Kostka, Zośka burknęła:

– Przecież mówiłam, że to mój mąż. Ma na imię Konstanty.
– W porządku – ustąpił policjant, widząc, że lekarz krząta się już wokół rannego i zamie-

rza rozpocząć operację. – Przynajmniej na razie. Jak coś będzie nie tak, to wrócimy. No i że-
by już nie było nocnych wrzasków, bo sąsiedzi dzwonią z pretensjami...

–  Myślę,  że  będzie  przez  jakiś  czas  spokojny  –  odparła  Zośka.  Sierżant  skinął  głową,

schował notes i wraz z kolegą opuścili mieszkanie.

– Dziwne to wszystko – zauważył młodszy kolega, gdy już się znaleźli w samochodzie.
– Jest dużo dziwnych rzeczy na świecie – odparł filozoficznie sierżant. – Jak pożyjesz, po-

słuchasz trochę dłużej, to się przekonasz. Jak mówią, że wszystko jest w porządku, to po co
mam robić z gówna problem? – Ruszył wolno między uliczki i równocześnie w skrócie poin-
formował dyżurnego, że wyjaśnił sprawę i nie ma powodu do ostrej interwencji policyjnej.

Tymczasem  Edward  już  rozłożył  narzędzia  i  przystępował  do  zabiegu.  Poprosił  Zośkę  o

przygotowanie strzykawki.

background image

41

– Chodźmy stąd – powiedziała ze strachem Jolka. – Nie mogę na to patrzeć. – Widok na-

giego Kostka z dwoma ranami, lekarza klęczącego nad nim i matki podającej strzykawkę był
dla niej nie do zniesienia. Ale Edward zaprotestował:

– Jak nie możesz patrzeć, to idź do kuchni – rozkazał Jolce. – A pan niech zostanie. Proszę

go złapać za nogi i mocno trzymać. Może się niespodziewanie zacząć rzucać. W jego stanie
nie mogę przewidzieć reakcji.

Marek  posłuchał  i  trzymając  mocno  nogi  Kostka  patrzył,  jak  chirurg  wykonuje  obydwa

zabiegi.  Poczuł  mdłości,  gdy  ujrzał,  jak  ostry  lancet  odciął  resztkę  tkanki,  na  której  zwisał
fragment penisa. Chirurg trzymał przez moment w palcach amputowaną część, jakby nie wie-
dział, co z nią zrobić. Zośka odebrała to od niego i położyła na ligninie. Chirurg tymczasem
wsunął  w  cewkę  cienką  rurkę,  potem  opatrzył  ranę  i  wszystko  kazał  Zośce  zabandażować.
Zszycie cięcia na klatce piersiowej nie zajęło mu dużo czasu. Zośka po tym wszystkim wy-
tarła  brzegi  rany  środkiem  dezynfekcyjnym  i  przy  pomocy  lekarza  i  Marka  obandażowała
Kostka.

Długo  nie  odzyskiwał  przytomności.  Nie  rzucał  się,  nie  mamrotał,  leżał  nieruchomo  po-

grążony w głębokiej nieświadomości.

– Gotowe – Edward umył ręce, schował narzędzia i włożył marynarkę.
– Tu masz jedną dawkę morfiny, dasz mu, gdybyś uznała, że to konieczne. Ale raczej po-

daj mu reladorm, będzie po nim spał. Nie pozwól mu tylko pić, gdy oprzytomnieje.

– Więc musi tu zostać? – powiedziała Zośka z żalem.
– A co chcesz zrobić? Nie ma sensu wozić go do szpitala. Sama przecież mówiłaś, że nie

chcesz  raportów,  wyjaśnień,  zeznań,  wszystkich  tych  korowodów,  które  są  konieczne,  jak
przywożą kogoś rozpłatanego nożem.

– Tak, tak wiem – zgodziła się. – Jakoś sobie poradzę.
– Zmień mu jutro opatrunek. Zadzwonię, a jak będzie potrzeba, to przyjdę, choć nie prze-

widuję komplikacji – mówił lekarz. Był już gotów do wyjścia. Sięgnął po swoją walizeczkę,
gdy wtem Zośka zbliżyła się i przywarła do niego. Powiedziała z wdzięcznością:

– Co ja bym bez ciebie zrobiła?... – Pocałował ją w głowę i odparł swym zwykłym, nieco

surowym głosem:

– Umiesz sobie radzić. Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Postaraj się przespać, nim

on oprzytomnieje. No i nie przychodź przez dwa, trzy dni do pracy. Usprawiedliwię cię.

– Co ja bym bez ciebie zrobiła – powtórzyła Zośka.
– Już dobrze – niemal burknął. – Ja też muszę choć trochę odpocząć. I zwrócił się do Mar-

ka i Joli: – Idźcie spać.

– Zostanę tu – spontanicznie ofiarowała się Jolka”. – Mama nie może być z nim sama.
– Jedźcie do domu. Dam sobie radę. Tyle razy sobie radziłam z nim, to i teraz sobie pora-

dzę.

– Dobrze – powiedział Marek. – Ale proszę z nim nie rozmawiać, kiedy odzyska przytom-

ność. Przyjdę tu i sam z nim pogadam. Musimy parę spraw ustalić. Potrzebna mu będzie mę-
ska rozmowa.

Obydwie nic na to nie powiedziały. Były zadowolone, że Marek bierze na siebie dalszy tok

sprawy z Kostkiem. A wiedziały, że problemy zaczną się, gdy Kostek odzyska przytomność...

– Dzwoń, gdybyś nas pilnie potrzebowała – powiedział Marek, całując Zośkę w policzek.

Ten gest zrobił jej przyjemność.

– Jedźcie już, nie widzisz, że ona pada z nóg ze zmęczenia?
– Dobrze, możesz być o nią spokojna – zapewnił Marek i poprowadził Jolę do drzwi. Zoś-

ka została z nieprzytomnym Kostkiem. Siadła w nogach kanapy, patrzyła na jego zapadnięte
policzki, ciemne, przymknięte powieki, usta sine i mocno zaciśnięte. Nie czuła w sobie nic.
Ani litości, ani nienawiści. Po prostu patrzyła na niego jak na kawałek drewna i nie myślała o
niczym, czuła w głowie pustkę i ogarniało ją bezgraniczne zmęczenie.

background image

42

12

Przez  całą  drogę  nie  zamienili  ze  sobą  ani  słowa.  Marek  zajechał  pod  dom,  wprowadził

wóz do garażu i wewnętrzymi schodami dostali się do środka. Jola milcząca i potulna, trzy-
mała się go blisko, jakby przy nim czuła się bezpieczniej.

Noc dobiegała końca. Ponad drzewami w ogrodzie ukazała się jaśniejsza smuga zwiastują-

ca nadchodzący, wczesnojesienny świt. Nim weszli do pokoju, Marek usłyszał mocno przy-
tłumiony  głos.  To  dyspozytor  ochraniarzy  rozmawiał  przez  radiotelefon  z  samochodowymi
patrolami. Wkrótce zjadą do swych domów, bo gdy nastanie dzień, minie niebezpieczeństwo
rabunków i ochrona nie będzie już potrzebna.

Poprowadził ją do łazienki, pomógł rozebrać się, dopilnował by umyła ręce i twarz a po-

tem, trzymając pod łokieć, jak chorą, powiódł  ją  do  łóżka.  Gdy  się  położyła,  wziął  mocny,
chłodny prysznic, tak, jakby chciał z siebie spłukać wszystkie przeżycia ostatniego dnia. Nagi
wrócił  do  pokoju,  stąpając  ostrożnie,  bo  myślał,  że  Jolka  natychmiast  zasnęła.  Wsunął  się
obok niej pod pościel i ogarnęło go uczucie wielkiej ulgi.

Nie spała. Gdy tylko znalazł się obok niego, przywarła do jego boku całym ciałem i objęła

ramieniem. Była już rozgrzana, nie drżała jak poprzednio, ale przytulała się tak mocno jakby
nadal tylko jego bliskość dawała jej poczucie bezpieczeństwa.

Marek nagle poczuł, że także od razu nie zaśnie. Podłożył prawe ramię pod jej  głowę, a

lewą dłoń wyciągnął po papierosa. Zapalił, wydmuchując dym w bok, żeby jej nie drażnić.

Czuł na swoim boku jej pierś, jędrne, niewielkie, ale kształtne i zawsze znajdujące się jak-

by w stanie podniecenia.

Ciepły brzuch dotykał jego boku, a udami objęła jego udo. Zdawało się, że silniej nie mo-

gą być zespoleni.

– Marek... – usłyszał jej cichy głos.
– Śpij. Będzie jeszcze czas na rozmowę. Potrzebujesz odpoczynku. Ja też...
–  Bałam  się,  pamiętasz?  –  nie  zwróciła  uwagi  na  jego  słowa.  –  Miałam  złe  przeczucia.

Gdybyś  mnie  zabrał  ze  sobą,  nie  byłoby  tego  wszystkiego.  –  W  jej  głosie  nie  słyszał  nuty
pretensji. Po prostu mówiła to, o czym myślała. Odpowiedział nieco zniecierpliwiony:

– Wiesz, że nie mogłem. Mówiłem ci... Mogłaś czekać tu, a nie jechać do matki. Stało się,

nie ma o czym mówić...

Milczała długo. Czuł jak serce bije jej przyspieszonym rytmem. Trochę mocniej przygar-

nął ją do siebie i pogłaskał po ramieniu.

– Gniewasz się na mnie? – zapytała niespodziewanie.
– Ja? Za co? – zdziwił się szczerze.
– To dobrze – ucieszyła się. – Bo to wszystko nie moja wina...
– Powiedziałem ci: śpij, będzie czas na rozmowę. Musisz mi wszystko opowiedzieć, zanim

sobie pogadam z tym palantem...

– Powiem ci teraz. Nie mogę spać. Nie zasnę, póki ci nie opowiem.
– Tak cię to męczy?
– Chcę żebyś wiedział. Musisz mi wierzyć...
– Czy powiedziałem, że ci nie wierzę?
Nie słuchając go zaczęła szeptem, niemal do ucha, opowiadać mu co zaszło w mieszkaniu

Zośki. Jak Kostek przyszedł, wyrwał ją ze snu, jak chciała go przepędzić a potem się zlito-
wała i dała mu jeść. Jak rozmawiali, jak zaczął zaprzeczać, że  jest jej ojcem... – w tym mo-
mencie urwała i dopiero po dłuższej przerwie powiedziała:

– On mówił, że mama była kurwą Królową Portu. Mewką. A ja jestem córką mewki i nie

wiadomo, kto jest moim ojcem... Marek – uniosła głowę, jakby chciała popatrzeć mu w oczy,
czy to prawda? Powiedz, czy to prawda? Ty przecież wiesz wszystko...

background image

43

W jej głosie było błaganie o prawdę a zarazem niewypowiedziana nadzieja, że Marek za-

przeczy. Był młodszy od jej matki, ona – jeśli prawdą było to, co powiedział Kostek – działać
musiała dużo wcześniej. Ale wiedziała też kim był Marek, jeszcze przed kilku laty i że miał
dostęp do bardzo wielu informacji, a Wybrzeże i jego podziemny światek znał, jak mało kto.
Czekała więc w napięciu na odpowiedź, lecz on milczał długo. Wreszcie zdusił niedopałek po
omacku i odpowiedział, starając się aby głos zabrzmiał obojętnie i uspokajająco:

– Nie masz innych zmartwień? Musisz wałkować to, co ci mówił ten stary pijaczek?
– On żył z matką całe lata. Znają się nie wiem jak długo – odparła. – Czy mówił prawdę?

Powiedz, chcę wiedzieć.

Znał prawdę. Sam nigdy się bezpośrednio z nią nie zetknął, bo była od niego o piętnaście

lat starsza, ale starsi koledzy opowiadali mu sporo o sławnej  w  całym  Trójmieście  Zośce  z
Nowego Portu. Z podziwem mówili o jej urodzie, powodzeniu, przewadze nad konkurentka-
mi. Słyszał anegdotę, że marynarze ze stałych linii do Gdańska z Finlandii, Szwecji, Niemiec
czy  Anglii,  przed  przybyciem  do  portu  ciągnęli  losy,  który  pierwszy  do  niej  „wystartuje”.
Potem podobno można było taki wygrany los odkupić za pięćdziesiąt albo sto dolarów, nie-
zależnie od ceny, jaką trzeba było ponieść za kontakt ze sławną Królową Portu.

Zaciekawiony  tymi  opowieściami  sięgnął  kiedyś  po  jej  teczkę  w  Komendzie.  Było  tam

sporo dokumentów. Raporty, opisy, zeznania, ale nigdy nic takiego, co by mówiło, że popeł-
niła jakieś przestępstwa prócz tego, że królowała w sławnej ongiś knajpie „Albatros” i za do-
lary umilała marynarzom portowe postoje. A później raporty się skończyły. Była jeszcze no-
tatka o jej przeniesieniu się z Nowego Portu do Gdańska i że podjęła naukę  a  potem  pracę
jako pielęgniarka. Później już nie było potrzeby się nią interesować i sporządzać notatek służ-
bowych  czy  raportów.  Z  tej  teczki  także  wiedział  o  znajomości  Zośki  z  Kostkiem  i  o  jego
aresztowaniu za handel walutą, wówczas niedozwolony i karalny. Sprawy te nie należały ści-
śle do jego kompetencji. Pełnił służbę cywilną, głębiej i w innych celach penetrował środowi-
sko marynarzy, portowców a później szerzej mieszkańców Trójmiasta i przybyszów, którzy
budzili pewne podejrzenia. To, że dowiedział się o Zośce wynikało z ciekawości spowodo-
wanej  opowiadaniami  starszych  kolegów  podczas  nudnawych,  nocnych  dyżurów.  Później,
gdy los sprawił, że przestał pełnić tę służbę i wkrótce połączył się z Jolką, z nawyku „spraw-
dził” swoją dziewczynę. Bez trudu odkrył, kim jest jej matka, lecz mu to nie przeszkadzało.
Przeciwnie, nawet podziwiał Zośkę, że potrafiła jednak wyrwać się z knajpianego kurwidołka
i ułożyć życie normalnie, choć samotnie. Kostek nie został jej mężem i częściej przebywał w
więzieniach niż w jej domu, do którego za każdym razem po zwolnieniu usiłował powrócić,
by po jakimś czasie znów zniknąć i trafić za kratki.

Teraz, natarczywie nagabywany przez Jolkę, pomyślał o tym wszystkim. Mógł jej odpo-

wiedzieć, mógł wprost wyznać prawdę, ale coś go powstrzymywało.

Dotychczas sądził, że Jolka zna losy swej matki, a tylko nigdy o tym nie mówi, wstydząc

się jej przeszłości. Teraz pojął, że Zośka, zrywając z przeszłością nie powiedziała jej prawdy
o sobie, chciała uchronić córkę przed ludzkimi językami. Pragnęła by dziewczyna wierzyła,
że ma normalną matkę, pielęgniarkę, samotną, nieszczęśliwą w związku z pijakiem, złodzie-
jem, niebieskim ptakiem i zabójcą, ale mimo wszystko układającą sobie jakoś życie, choćby
w cieniu spokojnego, poważnego, cieszącego się doskonałą opinią lekarza. Czy miał zerwać
tę  zasłonę  nieświadomości,  którą  rozciągnęła  nad  córką  Zośka?  Starając  się,  by  jego  głos
brzmiał obojętnie i wiarygodnie, odpowiedział w końcu:

– Nie ma człowieka, o którymby nie gadali najróżniejszych rzeczy. Przeważnie bardzo pa-

skudnych.  Możesz  mi  wierzyć,  znam  się  na  tym,  nasłuchałem  się  kalumnii,  plotek,  pomó-
wień, nawet od takich, którychbyś nigdy nie posądzała o bezinteresowną nienawiść do ludzi...

– Wykręcasz się – stwierdziła Jolka.
– Nie – odparł poważnie. – Tylko chcę ci powiedzieć, że twoja matka to świetna i bardzo

dzielna  kobieta.  Rzadko  taką  można  spotkać.  A  jaka  była  trzydzieści  czy  więcej  lat  temu?

background image

44

Skąd mogę wiedzieć? Jestem od niej tyle lat młodszy. Ale nigdy nie słyszałem takich rzeczy o
jakich ci mówił ten szmaciarz. Chciał się na niej odegrać a tobie dokuczyć...

– Dlaczego? Co ja mu zrobiłam?
– Trzeba powodu daleko szukać? Wmawiał ci, że twoja matka była mewką a ty nie jesteś

jego córką. Nie wiesz dlaczego? Nie próbował się dobrać do ciebie? Chciał złamać twój opór,
chciał żebyś się nie broniła, żebyś nie myślała, że robisz to z własnym ojcem... Co za skurwy-
syn! – to już wykrzyknął ze szczerą wściekłością.

Jola opadła na poduszkę. Nie wszystko, co powiedział Marek, trafiało jej do przekonania,

bardzo chciała wierzyć, że to prawda, że matka jest czysta, że to, co mówił Kostek to oszczer-
stwo, brudne kłamstwo.

Już więcej o nic nie pytała. Znów przytuliła się do jego ramienia, a jego ogarnęła rzadka u

niego fala współczucia i tkliwości. Przysunął się jeszcze bliżej i niemal dotykając wargami jej
ucha wyszeptał:

– Ukarałaś go za to... W życiu czegoś takiego nie widziałem... Już nigdy nie porwie się na

żadną kobietę, a nawet jeśli, to śmiech słychać będzie od Gdańska do Krakowa.

– Przestań – szarpnęła go. – To straszne. Nie mogę o tym spokojnie myśleć.
– No, Jolu, uspokój się – zrozumiał, że popełnił nietakt przypominając, co zrobiła Kostko-

wi. Chciał to jakoś naprawić, skończyć tą irytującą rozmowę, zakończyć wreszcie ten strasz-
ny, długi, dramatyczny dzień.

Położył delikatnie dłoń na jej piersi, potem z wolna posunął ją niżej, na brzuch, wreszcie

dotarł do granicy miękkich, skręconych włosów. Poczuł przypływ pożądania i już chciał ru-
szyć jeszcze niżej, gdy Jolka nagle odsunęła się od niego.

– Zostaw, Marek, nie... teraz nie... nie mogę, rozumiesz? Cofnął rękę, ale przygarnął ją do

siebie.

–  Rozumiem  –  odparł  –  postaraj  się  zasnąć.  Już  wszystko  się  skończyło,  mamy  nowy

dzień. Śpij, Jola, śpij...

Łagodny głos podziałał na nią kojąco. Oddychała coraz równiej,  wolniej aż w końcu za-

snęła na jego ramieniu. Marek wkrótce także zapadł w sen, choć za oknem zrobiło się całkiem
jasno i pora była raczej wstawać niż zasypiać...

background image

45

Część II

1

Telefon zabrzęczał dyskretnie raz i umilkł. Marek obudził się i spojrzał na zegarek. Była

dokładnie  dwunasta.  Jolka  spała  z  nosem  wtulonym  w  poduszkę.  Zapalił  papierosa  i  wy-
dmuchnął dym aż pod sufit. W pokoju panował niemal mrok, gdyż zasłony z grubego weluru
były szczelnie zasłonięte i tylko po bokach przedostawało się nieco światła. W domu pano-
wała absolutna cisza.

Znów zaterkotał dzwonek telefonu. Marek nie wyciągnął ręki po słuchawkę. Tym razem

sygnał zagrzmiał dwa razy i znów umilkł. Po minucie odezwał się jeszcze raz. Teraz Marek
podjął słuchawkę. Nie zgłosił się, tylko w milczeniu słuchał jak męski głos oznajmił:

– Chciałbym się z tobą spotkać.
– Dobrze. Jeżeli masz ważne sprawy, to będę za godzinę.
– W porządku – zgodził się tamten i przerwał połączenie. Nie musieli się sobie przedsta-

wiać ani wyznaczać miejsce spotkania. Wszystko było z góry umówione. Trzykrotny sygnał
telefonu w takim właśnie rytmie był ich sygnałem wywoławczym. Nawet gdyby telefon Mar-
ka był  na  podsłuchu,  to  i  tak  nic  albo  niewiele  można  by  z  tej  krótkiej  wymiany  zdań  wy-
wnioskować.

Rozmowa, choć cicha, obudziła Jolkę. Nie odrywając głowy od poduszki spojrzała jednym

okiem i spytała:

– Co jest, mama dzwoniła?
– Nie, leż spokojnie. To moje sprawy.
– Która godzina?
– Dwunasta. Spij sobie jeszcze – doradził jej, stawiając stopy na dywanie. Jolka nadal sen-

nym głosem zapytała:

– Wstajesz? Zostań jeszcze, chce mi się spać.
– To śpij – powtórzył Marek. – Ja muszę załatwić parę spraw.
– Znów mnie zostawisz? – podniosła głowę. Od razu odżyły w niej lęki z dnia poprzednie-

go.  Przypomniała  sobie,  co  się  wydarzyło  w  nocy  i  zapragnęła  aby  to  był  sen.  Nie  chciała
zostać sama. Chwyciła Marka za łokieć i poprosiła:

– Nie zostawiaj mnie, chociaż dzisiaj bądź ze mną.
– Zawsze jestem z tobą – uśmiechnął się i pocałował ją w policzek. – Nawet kiedy mnie

nie ma.

– Nie żartuj. Boję się.
–  Muszę  iść.  Mam  ważne  sprawy.  A  poza  tym  muszę  załatwić  do  końca  z  tym  całym

Kostkiem.

– Co chcesz zrobić? – przestraszyła się.
– Trzeba go wyciszyć. Jeżeli zacznie za dużo gadać, skarżyć się, to dobrze wiesz, że może

narobić smrodu.

– Marek – Jolka była przestraszona. – Zostaw go... On jest nieobliczalny, jak ty się w to

wdasz, to może narobić kłopotów, choćby na złość matce i mnie.

– No, więc sama widzisz, że trzeba coś z nim zrobić – odparł spokojnie.
– Ale... – nie dokończyła tylko patrzyła na niego z rosnącym strachem.
Marek znów się uśmiechnął, poklepał ją po ramieniu:
– Nie, nie martw się. Nic mu nie zrobię, muszę tylko z nim pogadać jak mężczyzna z męż-

czyzną. Myślę, że się dogadamy.

background image

46

– Nie zrobisz mu krzywdy? – upewniła się.
– Ty mu dosyć zrobiłaś – roześmiał  się  szeroko.  –  Nie  bierz  mnie  za  głupca.  Teraz,  jak

była tam policja, jest notatka służbowa, to jemu się nic nie może przytrafić, bo zaczęliby nas
podejrzewać, pytać, węszyć i mogło by być niedobrze. Zresztą nie ma co się babrać z takim
facetem.

– To co chcesz z nim zrobić?
–  Jeszcze  nie  wiem,  ale  sobie  z  nim  pogadam  i  myślę,  że  jakoś  się  porozumiemy.  Nie

martw się, moja w tym głowa.

– Jedziesz prosto tam? Przecież mogą jeszcze spać.
– Nie. Najpierw załatwię moje sprawy. Tam będę gdzieś za dwie – trzy godziny. Zadzwoń

do matki i uprzedź ją, że przyjadę, dobrze?

– Zadzwonię. I będę czekała na ciebie. A może pojechać z tobą?
– Zostaw to wszystko mnie, Jolciu – zażądał Marek. – Ty już swoje zrobiłaś i wystarczy.

Sam sobie poradzę. Pośpij sobie jeszcze, potem zjedz coś, poleż i poczekaj. Wrócę przed wie-
czorem.

– I zostaniesz na noc?
– Dzisiaj chyba tak – obiecał. Opadła na poduszkę nieco uspokojona. Marek wziął prysz-

nic, zaparzył sobie mocną kawę, zjadł kanapkę i wkrótce, wyprowadziwszy z garażu samo-
chód, odjechał.

Jola leżała w mroku usiłując zasnąć. Jednak myśli, które jej się nieustannie nasuwały cał-

kowicie ją rozbudziły. Przeżywała jeszcze raz to wszystko, co wydarzyło się minionej nocy,
widziała  Kostka  leżącego  w  kałuży  krwi,  potem  plecy  lekarza  pochylonego  nad  rannym  w
czasie operacji, matkę krzątającą się po mieszkaniu – każda chwila, każda scena na nowo ją
przerażała. Nie mogła sobie wyobrazić, co dalej będzie. Próbowała się  pocieszyć  myślą,  że
skoro Marek wziął sprawy w swoje ręce, to wszystko jakoś się ułoży, ale mimo tego, nie mo-
gła się uspokoić. W końcu wstała, zrobiła sobie kawę, próbowała nawet coś zjeść, ale nie mo-
gła przełknąć nawet kęsa bułki z masłem. Wreszcie wzięła słuchawkę i wykręciła numer mat-
ki. Zośka zgłosiła się niemal natychmiast, jakby czekała na ten telefon. Głos miała ochrypły z
przemęczenia, ale ucieszyła się słysząc córkę.

– Spałaś trochę?
– Tak, ale już nie mogę sama wytrzymać w domu.
– Marka znów nie ma?
– Wyszedł przed chwilą. Powiedział, że do ciebie przyjedzie.
– To dobrze – ucieszyła się Zośka. – Coś przecież trzeba z tym wszystkim zrobić.
– On też tak myśli.
– To dobrze – powtórzyła Zośka.
– A on... co – Jolka nie mogła wymówić imienia Kostka ani tym bardziej słowa „ojciec”.
– Leży jeszcze nieprzytomny. Jeszcze chyba działa morfina i wódka. To końska dawka, ale

pewnie niedługo otworzy oczy.

– Tylko sama nie wdawaj się z nim w żadne rozmowy – poprosiła Jola. Znała energiczny,

a nawet porywczy charakter matki, znała też arogancję Kostka. Obawiała się, że może z tego
wybuchnąć awantura i zanim przyjdzie tam Marek stanie się coś złego. Zośka ją uspokoiła:

– Nie martw się, dam sobie z nim radę. Dawałam nieraz, dam sobie i teraz. Jak się ocknie,

będzie słaby jak mucha a pewnie nawet nie będzie pamiętał, co się stało. Dopiero potem za-
cznie sobie przypominać, ale do tego czasu Marek zdąży już przyjechać.

– To dobrze – Jola poczuła ulgę po tych rozsądnych wyjaśnieniach.
– A ty, co masz zamiar robić?
– Nic. Będę czekała na Marka. A jakby się coś działo, to dzwoń, dobrze?
– Dobrze. Siedź dziś w domu i nie wychodź nigdzie.
Zjadłaś coś?

background image

47

– Nie, napiłam się kawy.
– Spróbuj coś zjeść. I pośpij jeszcze. Takie sprawy najlepiej przespać.
– Nie mogę już zasnąć.
– Weź coś na sen, masz chyba.
– Coś tu pewnie mam. Ale nie chcę. Wolę być przytomna.
– Masz rację. Ale nie wychodź z domu, obiecujesz?
– Obiecuję. Mam wszystkiego dosyć.
Odłożyła  słuchawkę  i  wróciła  do  łóżka.  Lecz  bezczynne  leżenie  bardzo  ją  męczyło.  W

końcu więc połknęła pastylkę uspokajającą i zapadła w płytki, niedobry, pełen zwidów i ma-
jaków sen.

2

Jechał bez pośpiechu drogą, która omijała miasto i prowadziła wprost do obwodnicy. Po

piętnastu minutach znalazł się na obszarze ogródków działkowych i wkrótce zatrzymał polo-
neza  przed  swoim  domkiem.  Wysiadłwszy  rozejrzał  się  dookoła.  Na  niektórych  działkach
krzątali się ludzie, przeważnie starsi mężczyźni zbierający ostatnie, jesienne plony albo prze-
kopujący już ziemię przed nadchodzącą zimą. Tu i ówdzie widać było dojrzałe gruszki i póź-
ne jabłka na wypielęgnowanych drzewach. Małe domki – jedne wypieszczone, przypominają-
ce  miniaturowe  wille,  inne  ubogie,  prowizoryczne,  wyłaniały  się  zza  ogrodzeń  i  drzewek.
Domek Marka otoczony trawnikiem wyróżniał się okazałością i rozmiarami, rosły tam tylko
krzewy i drzewa ozdobne, nie wymagające tylu zabiegów i stałych starań, co owocowe. Wi-
dać było, że nie jest to działka, z której właściciel pragnie mieć jakieś wymierne korzyści, a
raczej wykorzystuje ją na weekendowy wypoczynek.

Marek dostrzegł, że na uboczu, za skrzyżowaniem dwóch uliczek stoi szara toyota z czło-

wiekiem siedzącym za kierownicą. Nie zwlekając dłużej otworzył metalową furtkę i wszedł
na działkę. Otworzył drzwi frontowe, zabezpieczone aż dwoma zamkami, równocześnie po-
patrując,  czy  ktoś  go  obserwuje.  Nie  dojrzał  nikogo,  ktoby  się  nim  specjalnie  interesował  i
tylko tamten ciągle siedział za kierownicą toyoty.

Gdy znalazł się w środku domku, w którym poprzedniej nocy rozmawiał z Jankiem, zbli-

żył  się  do  okna  i  wyjrzał  na  zewnątrz.  Mężczyzna  z  toyoty  wysiadł,  niespiesznie  zamknął
wóz, potem powędrował boczną uliczką na tyły działki. Tam znajdowało się drugie wejście,
niezbyt  widoczne  za  dwoma  srebrnymi  świerkami.  Marek  poczekał  jeszcze  chwilę,  potem
przeszedł przez cały domek i w służbówce, za kuchenką, otworzył drzwi. Przybysz wszedł do
środka.

Był to wysoki mężczyzna, o bystrych, ciemnych oczach, którymi zdawało się, nieustannie

obserwuje wszystko dookoła. Ubrany, w dżinsowe spodnie, rozpiętą pod szyję koszulkę polo
i  wiatrówkę  z  zamkiem  błyskawicznym,  sprawiał  wrażenie  sportowca  w  średnim  wieku,
około czterdziestu lat.

– Cześć, cześć  –  uścisnęli  sobie  dłonie  i  usiedli  przy  stoliku  w  głównym  pomieszczeniu

domku. Marek oczyścił popielniczkę z niedopałków, które zostały po jego nocnym spotkaniu
z Jankiem, poczęstował przybysza papierosem i odezwał się pierwszy:

– No, jak?
– Dobrze. Noc niezła. Mamy trzy.
– Nasze czy obce?
– Dwa obce, jeden nasz. Taki, jak twój, tylko nowszy. Dwulatek.
– A tamte?
– Jeden merc, drugi szwed – gość Marka mówił dość łatwymi do rozszyfrowania skrótami.

– Pierwszy prawie nowy, drugi rocznik 89.

background image

48

Marek był zadowolony z meldunku. Jak na jedną noc, i to poza sezonem turystycznym, nie

było to źle, choć miewali dużo lepsze. Wydał dyspozycje:

– Ten nasz poleci na giełdę do Katowic. Byle szybko.
– Już poleciał – roześmiał się przybysz. – Nie ma na co czekać, jutro mogą szukać na dro-

gach całego kraju.

– Ładnie – pochwalił Marek. – Mam nadzieję, że zdążyliście wszystko zrobić?
– Jasne – przybysz był rozluźniony, pewny siebie. – Chłopaki wzięli go z wieczora, Franuś

zdążył raz dwa przebić numery, tablice założone, rejestracja wrocławska, papiery są okey, nie
musisz się o nic martwić.

– Dobra – pochwalił Marek. – A te dwa, kiedy polecą?
– Już piloci są zawiadomieni. Dziś w nocy ruszają. Rano, albo wczesnym przedpołudniem

powinni być na granicy. Do wieczora dokumenty będą zrobione, numery zostają te same. Za-
nim goście zameldują a gliny roześlą meldunek, będziemy u Ruskich.

– Jak pojadą?
– Jeden przez Olsztyn na Ostrołękę, a drugi trasą łódzką i potem przez Tomaszów. Różni-

ca taka, że się na granicy nie spotkają. A jeżeli nawet, to nie ma sprawy. Dwa różne wozy,
dwie różne rejestracje, dwóch różnych kierowców.

– Jasne. Tu nie ma problemu. Teraz słuchaj. Koło Grandu zaraz będzie stał albo nawet już

stoi prawie nowy golf.

– Z której strony?
– Z tyłu, na bocznym parkingu. Poznasz go, rejestracja niemiecka, czarny, nowy tegorocz-

ny, prawie ciepły.

– Ładnie – ucieszył się gość. – Ma alarm?
– Nie, nie ma. Tu masz kluczyki. Jedź prosto stąd, bierz któregoś z chłopaków, niech na-

tychmiast wsiada i jedzie do bazy. Gość podniesie alarm po południu, więc trzeba się zmyć z
naszego terenu. W nocy pchnij go do Bronka w Markach albo, jak znajdziesz gotowego pilo-
ta, lepiej też od razu do granicy. Może być przez Warszawę, będzie bliżej i zdąży się, zanim
zaczną szukać.

– Jasne. Coś jeszcze?
– Rozkręcamy interes.
– A nie lepiej na jakiś czas trochę przyhamować? Jest sporo  smrodu  na  Wybrzeżu.  Bie-

rzemy my, bierze Cygan, czasem wskoczy w interes jakiś amator.  Za dużo tego, jak na taką
porę. Jak trochę przyhamujemy, to za tydzień, dwa można będzie skoczyć całą parą.

– Boisz się? – zdziwił się Marek.
– Nie, ale sam wiesz, że jak jest taki duży ruch w interesie, a sezon się skończył, to gliny

mają więcej czasu i potrafią urządzić łapankę. Przeczekamy, nerwy im się uspokoją. W tym
czasie może Cygan wpadnie...

–  Gliny  zostaw  mnie  –  powiedział  pogodnie  Marek.  –  Cygana  też.  Coś  mi  się  zdaje,  że

zbeszczelniał i trzeba będzie mu porządnie naskoczyć na ogon, żeby się trzymał swojego re-
jonu. Ale to moja sprawa. Powiedziałem: rozkręcamy interes.

– Chyba, że wyjdziemy poza naszą działkę.
– Jasne. Tu nie odpuszczamy. Jeden, dwa, jak się zdarzy, to trochę więcej na jedną noc.

Tyle się da wytrzymać od Słupska do Sopotu, byle chłopaki się ruszyli trochę dalej. Za spo-
kojnie jest w Rumi, Wejherowie, Kartuzach, Pucku, Słupsku. Popędź im kota, bo oni by tylko
siedzieli w Gdyni albo Sopocie.

– Coś w tym jest. Ale to nie zmienia sprawy, na całym naszym terenie zrobiło się gorąco i

trochę pusto, mało gości przyjeżdża, a na samych krajowych daleko nie zajedziemy.

– Dobra. Za tydzień, dwa zaczną przychodzić zagraniczne, Z całego Zachodu, rozumiesz? Z całego.
– No, no. Ile tego będzie?

background image

49

– Jeszcze dokładnie nie wiem, ale dużo. To ma iść taśmowo, po parę sztuk tygodniowo.

Prawie bez zatrzymywania. Tranzyt, od Odry do Bugu i poza Bug, kapujesz?

– Ale robota! – przybyszowi zaświeciły się oczy. – Jesteś pewny, że wypali?
– Jasne. Każdy ma w tym interes. Tamci, na Zachodzie, my, Wańka na Wschodzie czysta

sprawa. Tylko firmy ubezpieczeniowe stracą, ale to nie mój kłopot. – Roześmiali się obaj, a
gość zauważył, że taki interes wart jest oblania.

–  Innym razem – skwitował Marek. – Jak ruszą  pierwsze  dostawy  i  interes  się  na  dobre

rozkręci. W każdym razie zwiększymy obroty z pięć razy albo i więcej.

– Kiedy to rusza?
– Mówiłem: za tydzień, dwa. Teraz przygotuj chłopaków, dobierz trochę, bo może być za

mało. Zwłaszcza pilotów.

Takich z językiem, eleganckich, wiesz – biznesmenów, albo starszych turystów, co nie bu-

dzą podejrzeń.

– Dobra, wiem.
– No to fajno. Leć po tego golfa. A tu masz, rozdziel jak zwykle. Podał gościowi grubą,

szarą kopertę wypchaną zielonymi banknotami, którą trzymał za paskiem spodni, pod kurtką.
Gość nawet nie przeliczył. Schował kopertę, uścisnął dłoń Markowi i zniknął. Marek przez
okno obserwował ukradkiem, jak wszedł do toyoty i odjechał.

3

Ocknął się i od razu poczuł silny ból głowy i dziwną sztywność ciała. Przez dłuższą chwilę

leżał nieruchomo, usiłując uświadomić sobie, gdzie się znajduje, ale nie mógł rozpoznać po-
koju, w którym leżał. Było mu wygodnie,  a zarazem odczuwał ucisk w boku i niepokojące
pieczenie w kroczu. Chciał przetrzeć dłonią spoconą twarz, ale wówczas odezwał się jeszcze
silniejszy ból w prawym boku. Nie mógł unieść ręki, a gdy chciał wykonać drobny ruch żeby
się poprawić, poczuł ogień po całej prawej stronie ciała a w najczulszym miejscu mężczyzny
jakby  ostre  kłucie  sztyletem.  Przestraszył  się  i  jęknął.  Przejechał  językiem  po  spieczonych
wargach. Język miał sztywny i szorstki niczym pilnik i smak goryczy w ustach.

– Pić... Jest tu kto? – jego głos zabrzmiał słabo. Powtórzył głośniej: – piiić...
Usłyszał za sobą cichy odgłos kroków, ktoś nadchodził w miękkich pantoflach. Pomyślał,

że chyba jest w szpitalu, ale wystrój pokoju nie przypominał separatki. Usiłował unieść się,
lecz ból głowy, w piersiach i kroczu uniemożliwił mu najmniejszy ruch.

– Kto tu? Gdzie jestem? – pytał przestraszony.
– Leż spokojnie – usłyszał spoza pleców. Wydawało mu się, że rozpoznaje ten głos, ale nie

miał pewności. Zamarł nieruchomo i tylko raz jeszcze poprosił:

– Pić...
Kobieca ręka ujęła go pod głowę i lekko uniosła do góry. Syknął z bólu. Poczuł dziwnie

znajomy  zapach,  który  z  zakamarków  pamięci  wydobył  coś  bliskiego,  przyjemnego,  przy-
prawiającego o zawrót głowy. Kubek dotknął jego warg i usłyszał znów ten głos:

– Powoli, ostrożnie... – płyn rozlał mu się na brodę, ale zdołał pociągnąć spory łyk. Gdy

chciała  odjąć  kubek  od  jego  warg,  gwałtownie  przywarł  do  niego,  czując  równocześnie,  że
pierś  rozdziera  mu  przejmujący,  ostry  ból,  a  w  głowie  zahuczało  jakby  tam  walił  ogromny
parowy młot. Pozwoliła mu się jeszcze napić i dopiero, gdy sam  przestał chłeptać, odsunęła
kubek. Wtedy dopiero podniósł oczy i zobaczył ją pochyloną nad sobą, znajomą głowę Zośki.
Ogarnęły  go  mieszane  uczucia:  strach  i  równocześnie  radość,  że  jest  tu,  z  nim,  a  więc,  nie
grozi mu żadne niebezpieczeństwo.

– Zośka? – zapytał słabo. – To ty?
– Nie, mój duch – odburknęła i po jej tonie poznał, że jednak nie wszystko jest w porządku.
– Skąd się wzięłaś? Gdzie jestem? – pytał ciągle jeszcze oszołomiony i półprzytomny.

background image

50

– Nie wiem, skąd się wziąłeś – odparła nieprzyjaźnie. – A jesteś u mnie, w moim mieszkaniu...
Zacisnął powieki z całych sił i trwał tak długą  chwilę, starając się opanować  rozbiegane

myśli i wrócić do pełnej świadomości. Już coś zaczęło mu świtać, fragmenty wydarzeń prze-
latywały w głowie niczym zamazane obrazy, ale odpędzał je, nie chciał wierzyć, łudził się, że
to nieprawda.

– Co mi jest? – zapytał niepewnie. Zośka wyszła spoza jego wezgłowia i stanąwszy w no-

gach kanapy patrzyła na niego wrogo.

– Nie wiesz, czy udajesz?
– Powiedz – poprosił. – Nie mogę zebrać myśli. Szumi mi we łbie, boli...
– No i dobrze – stwierdziła bezlitośnie. – Ciesz się, że żyjesz.
– Boli – powtórzył płaczliwie. – Powiedz, co mi się stało?
– Naprawdę nie wiesz, czy udajesz wariata? – Zośka zmarszczyła brwi. Było jej go trochę

żal, lecz nie mogła się wyzbyć uczucia nienawiści do tego człowieka, który tyle złego uczynił
jej w życiu, a wczoraj niemal nie zburzył tego, co z takim trudem sobie zbudowała w ciągu
ostatnich lat.

– Trochę sobie zaczynam przypominać – przyznał Kostek. – Wieczorem... w nocy przy-

szedłem tu. Do ciebie... Gdzie miałem iść?

– Do diabła, a nie do mnie – wybuchnęła z niepohamowaną złością. – Przylazłeś tu pijany

jak świnia. Najpierw wlałeś w siebie morze gorzały i piwa, a potem sobie przypomniałeś, że
tu mieszkam i przyniosło cię...

– Nie krzycz – poprosił. – Głowa mi pęka. I tu boli – wskazał lewą ręką na prawy bok.
– A tam cię nie boli? – z ironią wskazała na miejsce pod okryciem, gdzie wyraźnie zazna-

czał się mały wzgórek opatrunku.

– Też... Powiedz, co mi się stało? Jak to było... Pamiętam Jolkę. Gdzie ona, tu mieszka? –

mówił  niewyraźnie,  chaotycznie,  ale  zarazem  z  coraz  większą  jasnością  przypominał  sobie
więcej i więcej szczegółów. Zośka zaś, pozbywszy się samarytańskich uczuć, powiedziała bez
ogródek:

– Tak, była tu Jolka. Wpuściła cię jak głupia. Byłeś schlany, ona jeszcze ci dała, bo pewnie

myślała, że jak sobie dolejesz, to się zwalisz nieprzytomny i będzie do rana spokój, albo jakoś
się ciebie pozbędzie. – Przerwała na chwilę, jakby nie miała odwagi powiedzieć mu, co było
dalej, ale on czekał, patrząc na nią szeroko otwartymi oczami.

– Nie pamiętasz, co było potem? – spytała, pochylając  się.  –  Naprawdę?  To  ci  powiem.

Zrobiłeś  awanturę.  Zacząłeś  jej  wymyślać.  Powiedziałeś,  że  jest  córką  kurwy.  Jolką,  córką
Mewy, pamiętasz to? Powiedziałeś tak, czy nie?

– Nie pamiętam – wyjąkał.
– Pamiętasz, teraz widzę, że pamiętasz! – Zośka niemal krzyczała. – I powiem ci jeszcze,

dlaczego  to  jej  powiedziałeś.  Chciałeś  się  zemścić  na  mnie,  chociaż  ci  nigdy  nic  złego  nie
zrobiłam. Tak było?

– Nie...nie, Zosiu, nie... – jąkał się wystraszony jej tonem i postawą. Ona jednak, już nie

bardzo panując nad sobą, wyrzucała z siebie:

– Chciałeś jej wmówić, że nie jest twoją córką, żeby ją... żeby ją – zająknęła się, jakby to

wulgarne słowo nie mogło jej przejść przez gardło. On odruchowo zasłonił się zdrowym ra-
mieniem i krzyknął:

– Nie, Zośka, nie, to nieprawda...
–  Kłamiesz  jak  pies.  Chciałeś  ją  zerżnąć.  Tu  w  moim  pokoju,  własną  córkę  jak  ostatnie

bydle, ty skurwysynu, ty bydlaku...żałuję, że cię odratowaliśmy...

– Przestań! – krzyknął i choć ból w głowie i boku ogarnął go z niezwykłą siłą, uniósł się

nieco na łokciu. – To nie może być prawda!

– To jest prawda i dobrze o tym wiesz – bezlitośnie przygważdżała go Zośka. – Tylko Jol-

ka to moja córka. Nawet, jeśli ty się jej wypierasz, to ja się nie wyprę. Zobacz, co ci zrobiła.

background image

51

Ucięła ci... Już nigdy nie spróbujesz gwałcić  ani jej, ani nikogo...  –  W  jej  głosie  czuć  było
satysfakcję. A Kostek, przerażony tym, co słyszał, sięgnął ręką w dół i natrafił na gruby ban-
daż. Teraz zaczynał pojmować skąd, ból w tym miejscu.

– To niemożliwe – wyjąkał.
–  Możliwe,  możliwe  –  Zośka  uśmiechała  się,  jakby  to  stwierdzenie  sprawiało  jej  wielką

radość. – I ciesz się, że potem przejechała cię nożem tylko po żebrach. Gdyby nie to, już byś
wąchał kwiatki od spodu...

Opadł na poduszkę i dyszał ciężko. Wiedział, że usłyszał całą prawdę, przypomniał sobie

najważniejsze sceny z wcześniejszych wydarzeń, ale ciągle jeszcze podświadomie oddalał od
siebie tę myśl. Chciał żeby to był tylko żart Zośki, złej na niego, impulsywnej jak dawniej, ale
jednak jego Zośki, która mówi to wszystko tylko po to, żeby mu dokuczyć. Potem roześmieje
się i przyzna, że to okrutny żart, a prawda jest taka, iż potrącił  go samochód, ktoś napadł i
pobił. Wszystko, tylko nie to, co mówiła... Czuł jednak, że te  myśli to tylko złudzenie, kur-
czowa  ucieczka  od  tej  strasznej  rzeczywistości.  Oblizał  wargi,  poczuł,  że  podniebienie  ma
suche jak skała.

– Pić – wymamrotał niewyraźnie. – Daj mi coś... może piwo, albo kieliszek...
– Aha! – wykrzyknęła złośliwie – masz kaca i boisz się. Boisz się tego, co zrobiłeś...
– Daj pić – powtórzył. – Daj kieliszek...
– Dobrze – zdecydowała się nagle. – Ale pamiętaj, dostałeś zastrzyk morfiny, możesz nie

wytrzymać...

– Wszystko jedno. Wolę śmierć niż taką mękę.
– Słyszałam to nieraz – odpowiedziała ze złością, ale podeszła do szafki, nalała duży kieli-

szek  wódki  i  wróciła  do  kanapy.  Kostek  na  widok  alkoholu  usiłował  sam  się  podnieść,  ale
powstrzymała go, podparła głowę i wolno poczęła go poić. Uważał, by nie uronić nawet kro-
pli  upragnionego  płynu.  Pił  powoli,  malutkimi  łyczkami,  aż  całkiem  opróżnił  kieliszek.  W
pierwszej chwili poczuł takie uderzenie alkoholu, iż myślał, że zwymiotuje. Rzuciło nim, płyn
wrócił  od  żołądka  do  gardła.  Wielkim  wysiłkiem  opanował  skurcze  i  mdłości,  parę  razy
przełknął ślinę i z wolna uspokoił się. Niemal natychmiast poczuł się trochę lepiej.

– Daj jeszcze – wyszeptał bez nadziei, że Zośka spełni jego prośbę. Nie mylił się; spojrzała

na niego tak, iż nie miał odwagi powtórzyć prośby.

– Leż spokojnie – nakazała. – Staraj się zasnąć.
– A potem co?
– Zobaczymy. Coś zdecydujemy. Teraz nie ma sensu o tym mówić... Może coś zjesz? –

zapytała niespodziewanie, ale Kostek pokręcił przecząco głową. Już mu było dobrze, ból ze-
lżał, napięcie ustąpiło i z wolna nadchodziła obojętność. Czuł, że lada moment znów zaśnie i
chciał tego, bo bał się własnych myśli, bał się tego, co go czeka w przyszłości.

Nim jednak zasnął, usłyszał, jakby z dużej odległości, dźwięk dzwonka. To go wyrwało z

narastającego stanu obojętności.

– Kto? – zapytał ze strachem – Nie otwieraj...
–  Boisz  się?  –  roześmiała  się  Zośka.  –  Leż  spokojnie.  To  swój.  I  teraz  nie  zasypiaj,  bę-

dziesz musiał jeszcze trochę porozmawiać.

– Z kim, nie chcę – protestował, ale ona, nie zważając na niego, poszła do drzwi i wpuściła

przybysza.

Marek przywitał się całując ją w rękę. Zawsze zachowywał się wobec niej z szacunkiem,

szarmancko, jakby chciał podkreślić, że uważają za osobę bliską i zabiega ojej względy. Zoś-
ka też nie miała nic przeciwko niemu. Nie wtrącała się nigdy do ich spraw, żadnym słowem
ani gestem nie dawała mu odczuć, że żyje z Jolką w niezalegalizowanym związku. Było jej to
obojętne, bo uważała,  że  skoro  córka  sama  tak  chce,  to  ona  nie  ma  tu  nic  do  powiedzenia.
Najważniejsze, że Jola nigdy się nie skarżyła na Marka, a często nawet mówiła, że żyje z nim
w zgodzie i dostatku. Zośka, mająca wielkie doświadczenie, domyślała się, że Marek prowa-

background image

52

dzi życie na krawędzi prawa, a może nawet poza tą krawędzią, szczegółów nigdy nie chciała
znać i nie pytała o nie ani córki, ani jej  przyjaciela.  A  to,  że  był  przystojny,  dojrzały,  miał
około czterdziestki, nawet ją uspokajało. Jola była od niego około dwunastu lat młodsza, ale
Zośka uważała ją za tak dorosłą, że nie rościła sobie prawa ani do uwag, ani do prób ingeren-
cji. Ta jej dyskrecja sprawiała, że Marek czuł się wobec niej pewnie, wiedział, że jest akcep-
towany i ze swej strony zawsze pragnął okazać „teściowej”, że potrafi to docenić.

Przywitawszy się skinął głową w stronę leżącego z przymkniętymi oczami Kostka:
– Jeszcze nieprzytomny?
– Nie, już wołał kielicha, bo go suszy.
– Dostał?
– Dałam mu – odparła, wzruszając ramionami.– I tak dosyć się męczy.
– No i dobrze – zgodził się z nią Marek. Podszedł bliżej kanapy, przysunął sobie krzesło i

usiadł.  Kostek  nie  otwierał  oczu.  Wiedział,  że  czekają  go  jeszcze  niemiłe  chwile,  chciał  je
odwlec jak najdłużej, choć zdawał sobie sprawę, że postępuje jak małe dziecko. Po alkoholu
miał teraz umysł jasny, nie czuł niemal bólu, prócz szczypania  w cewce, a zdarzenia nocne
przypomniał sobie już niemal całkowicie. Czekał aż przybysz odezwie się pierwszy.

– Zapalisz?
–  Nie  –  wymamrotał  nie  otwierając  oczu.  –  Zośka,  kto  to  jest?  –  zapytał  dosyć  głośno.

Zośka nie odpowiedziała, tylko spytała Marka:

– Chcesz z nim sam pogadać, czy mam ci pomóc?
– Lepiej sam – odparł Marek. – To musi być męska rozmowa, nie uważasz? – to pytanie

skierował do Kostka, ale ten nie odpowiedział. Zośka zdecydowała:

– To ja pójdę, muszę zrobić jakieś zakupy, bo przybył mi stołownik. Wrócę za godzinkę,

wystarczy? – zwróciła się do Marka, a on tylko skinął głową. Odczekał aż opuściła mieszka-
nie i pochyliwszy się nad Kostkiem powiedział:

– No, koleś, nie udawaj, że śpisz, czas spojrzeć prawdzie w oczy.
Kostek otworzył oczy. Długo patrzył na Marka, jakby chciał rozpoznać, kogo ma przy so-

bie: wroga czy przyjaciela. Wreszcie zapytał:

– Ty jesteś facet Jolki?
– Zgadza się. Ale nie mów do mnie facet, zgoda?
– To jak: panie czy zięciu? – próbował nadrobić miną Kostek, choć czuł narastający nie-

pokój. Ten młody jeszcze, dobrze zbudowany przystojniak patrzył na niego tak, jak śledczy
podczas przesłuchania. Uznał, że nie wróży mu to nic dobrego.

– Może być wujku. – Ale dość żartów. Narozrabiałeś, koleś, wiesz?
– Nie mów do mnie koleś! – odszczeknął się Kostek.
– To będę ci mówił tato – Marek nadal był swobodny, uśmiechnięty. – Musimy chyba po-

gadać, nie uważasz?

– O czym?
– O tobie.
– Nie mam o czym z tobą gadać – żachnął się Kostek.
– Aleja z tobą mam – teraz Marek przestał się uśmiechać. Kostek zobaczył, że oczy Marka

robią się zimne, a mięśnie na policzkach napięły się pod skórą. Obleciał go strach. Powiedział
ugodowo:

– Jak uważasz. O co chodzi?
– Brzydko, koleś. Chciałeś zgwałcić moją dziewczynę. W dodatku to twoja córka. Wiesz

co za to robią?

Kostek milczał, nie wiedząc co odpowiedzieć, a Marek po chwili dokończył:
– Żeby nie była w to wplątana Jola i jej matka, to byś, koleś,  wylądował na przykład na

dnie jeziorka. Lubisz chyba wodę, co?

background image

53

– Daj spokój, nie strasz – odparł Kostek, siląc się na obojętność, choć poczuł ciarki na ple-

cach. Ten człowiek jest zdolny to zrobić. Marek jednak znów się uśmiechnął i uspokoił go:

– Nie panikuj, koleś. Już zostałeś ukarany. Jolka cię załatwiła tak, że ja bym lepiej tego nie zrobił.
– No to, czego jeszcze chcesz? – zapytał Kostek, uspokajając się nieco.
– Jesteś jak dziecko, koleś – cierpliwie tłumaczył Marek. – Może nie pamiętasz, ale były tu

wczoraj gliny. Sąsiedzi narobili rabanu. Wypytywali, ledwo się  pozbyliśmy policjantów, ale
mogą się zastanowić, analizować, pytać, badać, sam wiesz, jak to z nimi jest, co? Zetknąłeś
się z tym, nie?

– No i? – Kostek czekał, co Marek powie dalej.
– No więc umowa: morda w kubeł. Jasne?
– A bo co?
– Już ci mówiłem: nie chcę, żeby ktoś z rodziny miał kłopoty. A ty też jesteś rodziną, nie

uważasz? Więc nie chcę, żebyś ty też miał kłopoty. Na przykład ze mną.

– Co chcesz żebym zrobił?
– Nic. Leż sobie, będą ci zmieniać opatrunki, karmić, poić – raj, istny raj. – Ale jakby kto

pytał, to wiesz, koleś, co powiesz?

Kostek milczał ponuro. Już wiedział czego od niego oczekuje ten twardy, pozornie żarto-

bliwy mężczyzna. Zatuszowania sprawy, odsunięcia wszelkich podejrzeń od Jolki. Pomyślał,
że teraz nie powinien mu się sprzeciwiać. A co będzie potem – zobaczy. W każdym razie nie
umiał myśleć spokojnie o Joli i o tym, co mu zrobiła. Jednak Markowi odpowiedział wyraź-
nie i spokojnie jak policjantowi do protokołu:

– Przyszedłem tu, bo nie miałem gdzie... Byłem trochę pijany, napiłem się z przygodnymi

znajomymi, zresztą  to  nieważne.  Tu  zastałem  córkę,  Jolę.  Wypiłem  jeszcze  jeden,  czy  dwa
kieliszki.  Zaszumiało  mi  w  głowie,  bo  byłem  cały  dzień  bez  jedzenia.  Córka  powiedziała,
żebym sobie sam wziął coś z lodówki. Chciałem sobie ukroić chleb, a ona, kiedy zobaczyła,
że nie mogę sobie poradzić, bo jestem pijany, chciała mi pomóc. Odepchnąłem ją, nie chcia-
łem pomocy. Sam sobie chciałem ukroić chleba. Nie mogłem zapanować nad sobą. Nóż mi
zjechał w dół, skaleczyłem się w...no...w kutasa – powiedział nie znajdując w swoim repertu-
arze innego słowa. – Potem jeszcze raz spróbowałem ukroić, ale Jola chciała mi odebrać nóż.
Zacząłem się z nią szamotać, machnąłem nożem i kiedy znów próbowałem ukroić, to nóż mi
pojechał  w  bok  i  skaleczyłem  się  w  piersi.  Wtedy  upadłem,  zrobiło  mi  się  słabo,  straciłem
przytomność. Jola mnie ratowała. Potem jej matka, znaczy moja... – zaciął się na moment i
zakończył: – Wezwały lekarza, zrobili mi opatrunek, zaopiekowały się i to wszystko...

Marek wysłuchał w skupieniu a potem nagle zaczął się śmiać, szeroko, swobodnie, jakby

słyszał doskonały dowcip.

– Koleś! – wołał, klepiąc się w udo. – Jesteś genialny! Tak się urządzić! Współczuję ci, ale

sam widzisz, że nikt tu nie zawinił.

– Jasne – odparł ponuro Kostek. – Dobrze tak?
– Doskonale – pochwalił Marek. – Jesteś koleś inteligentny, a nie widać, wiesz? Może jak

się ogolisz, to będzie widać. W każdym razie tak jest w porządku.

– No i co dalej?
– Jak to co? Wyleczysz się, staniesz na nogach i pójdziesz w świat. Bez kawałka kuśki, ale

cały i zdrowy. Czy to mało?

– Mało. Zrobiliście ze mnie wraka. Padnę gdzieś pod płotem.
– Koleś – Marek zmarszczył się groźnie. – Zapomniałeś? Kto zrobił z ciebie wraka? No, kto?
– Dobrze już, dobrze, sam jestem sobie winien – potulnie wycofał się Kostek. – Ale żyć

przecież muszę.

– Teraz inaczej mówisz – pochwalił Marek. – Umowa stoi. Jak cię postawią na nogi, to ja

cię urządzę.

– W jeziorze? – spytał ponuro Kostek.

background image

54

– Jesteś nie tylko inteligentny, ale i dowcipny – zauważył Marek. – No, ale powiedziałem:

umowa stoi. Staniesz na nogi, a ja ci znajdę robotę i kąt.

– Robotę? – Kostek nie mógł ukryć obrzydzenia. Marek znów się roześmiał.
– Ale jesteś draczny, koleś. Jeszcze grymasisz. Bądź spokojny, nie każę ci nosić worków.

Powiedzmy,  że  będziesz  jakimś  portierem  w  hotelu,  albo  kimś  w  tym  guście,  co  ty  na  to?
Ubranko jak admirał, napiwki, micha na miejscu, a może da się jeszcze załatwić jakiś kąt do
spania, bo nie chcę żebyś tu dupę zawracał Zośce. No, jak ci się to widzi? Może być?

Kostek rozpogodził się. Propozycja była kusząca, a myśl, że będzie w hotelu, czyli blisko

restauracji, gdzie zawsze bywa alkohol, jeszcze mu dodała ducha.

– Widzę, że pomyślałeś o wszystkim – powiedział z uznaniem.
– Jasne – napuszył się żartobliwie Marek. – Przecież jesteś, koleś, moim teściem. Jola jest

twoją córką, no, powiedz: jest, czy nie?

– Jest, jest – potwierdził ze smutkiem Kostek. – Wczoraj głupstwa mówiłem.
– Zdarza się – przyznał Marek i zaraz  go pochwalił: – Ale za to dziś mówisz całkiem z

sensem. Okazuje się, że można nie mieć kawałka kuśki, ale nie stracić reszty rozumu. A o tej
robocie jeszcze pogadamy. Możesz mi się tam bardziej przydać niż myślisz.

Kostkowi zabłysły oczy, widać, że Marek ma  wobec  niego  jakieś  dalsze  plany,  nie  miał

jednak odwagi zapytać. A Marek niczego bliżej nie wyjaśniał, tylko dorzucił:

– Tośmy się dogadali, koleś. Zasłużyłeś na kielicha. – Podszedł do szafki, nalał dużą por-

cję, napoił Kostka, ale sam nie pił.

Gdy Zośka wróciła. Kostek już zapadł w nieświadomość. Marek ją poinformował:
– Śpi. Dałem mu kielicha i zasnął, zmęczył się biedak...
– Kielicha? – zdumiała się.
– Zasłużył. Dogadaliśmy się. Szczegóły potem. Teraz go leczcie, żeby jak najprędzej się

stąd wyniósł. A jakby ktoś pytał, to sam się skaleczył nożem przy krajaniu chleba. On to po-
twierdzi...

– Naprawdę? – nie chciała uwierzyć.
– Jasne. Teraz spokój, leczenie i jazda z nim stąd. Dalej ja się nim zajmę. No, dobrze?
– Doskonale – Zośka nie ukrywała ulgi i zadowolenia.
– To ja lecę. Mam jeszcze trochę spraw i chcę wcześniej wrócić. Trzeba pobyć trochę z

Jolką, ona też ma nerwy nadszarpnięte i potrzebuje kogoś.

– Dziękuję – powiedziała, ale Marek machnął ręką, pożegnał się i wyszedł.

4

W  ciągu  minionej  nocy  a  także  rankiem  i  wczesnym  popołudniem  w  Trójmieście  skra-

dziono kilka samochodów.

Jadący wolno fiat 125, niepozorny, sterany długą eksploatacją, krążył po ulicach Gdyni. W

środku siedziało dwóch mężczyzn: kierowca, a obok niego młody osiłek, bystro rozglądający
się dookoła. Od czasu do czasu przez mikrofon rzucał kilka słów meldunku do dyspozytora w
Sopocie. Patrolował dość obszerny rejon z licznymi sklepami, zapewniając bezpieczeństwo,
zgodnie z umową zawartą między handlowcami a firmą ochroniarską PZB.

W pewnej chwili mężczyzna, zajmujący miejsce pasażera, powiedział cicho do kierowcy:
– Zrób tu jeszcze raz rundkę. – Kierowca w lot go zrozumiał. Zawrócił na następnej ulicy,

wolno pojechał w przeciwnym kierunku niż poprzednio. Światła reflektorów fiata wydobyły z
mroku ciemny kształt samochodu zaparkowanego na chodniku tuż pod ścianą jakby jego wła-
ściciel  chciał  przytulić  pojazd  do  domu.  Był  to  wiśniowy  mercedes  najnowszej  generacji.
Rzut oka wystarczył, by stwierdzić, że samochód ma rejestrację niemiecką.

Ten obok kierowcy rzucił krótko do mikrofonu:
– Centrala, zgłasza się dwójka.

background image

55

– No, jak wam leci? – zachrypiał głośnik.
– W porządku. Spokój i cisza. Jesteśmy w rejonie. Dokładnie... tu szybko podał ulicę, na

której się w tej chwili znajdowali, i dorzucił: – Jedziemy do końca. Nikogo nie widać, pusto,
spokój. Zrozumiałeś?

– Jasne – odparł dyspozytor. – Róbcie swoje...
W tych rutynowych zdaniach zawarta była informacja, gdzie się znajdują i że jest tu obiekt

godny  zainteresowania.  Dyspozytor,  już  telefonicznie  skierował  tam  dwóch  innych  ludzi,
którzy dotychczas, w jednym z gdyńskich mieszkań czekali na jego znak. Od razu wyruszyli
na łowy.

Kiedy patrolujący nadal w tym rejonie spostrzegli, że zza rogu wyłaniają się dwie sylwet-

ki, kierowca lekko mrugnął światłami i odjechał. Spełnił swoje zadanie, teraz mógł spokojnie
patrolować dalej swój rejon.

Tamci dwaj podeszli do mercedesa. Jeden stanął z boku, w cieniu i bacznie rozglądał się

dookoła. Ulica była pusta, ciemnawa, a godzina późna, dobrze po północy.

Drugi zbliżył się chyłkiem do mercedesa. Nie bawił się w otwieranie zamka, tylko jednym

silnym uderzeniem rozbił małą, boczną szybkę w tylnych drzwiach. Szkło poleciało do środka
i  nawet  nie  było  słychać  brzęku.  Teraz,  włożywszy  rękę  przez  otwór,  bez  trudu  otworzył
drzwi i zniknął we wnętrzu wozu.

Po krótkiej chwili silnik mercedesa zaskoczył i zaczął dosyć głośno pracować. Złodziej nie

tracił czasu. Natychmiast włączył bieg, ruszył z chodnika, na moment zwolnił przy ochrania-
jącym go koledze i gdy ten wskoczył do środka, już na pełnym gazie ruszył i po chwili znik-
nął za rogiem. Cała operacja trwała najwyżej trzy minuty.

Mercedes wyskoczył ze śródmieścia Gdyni, dojechał do obwodnicy  trójmiejskiej, skręcił

w  prawo,  i  lasami,  wśród  wzgórz,  przedostał  się  w  okolice  Kartuz.  Tu  zniknął  w  rejonie
Chmielna, za wioską, nad wielkim jeziorem. Były tam zasłonięte lasem zabudowania gospo-
darskie. Gospodarz widocznie nie mógł się utrzymać ani z rolnictwa, ani z połowów ryb, bo
przy  bramie  widniał  nieco  po  amatorsku  wymalowany  szyld:  Warsztat  samochodowy.  Bla-
charstwo, mechanika, przeglądy, naprawy. Jan Kaszubowski i syn. Na podwórzu, oprócz za-
rdzewiałych maszyn rolniczych stało kilka starych, wymagających napraw samochodów, bu-
dynek obok stodoły wyglądał na dość obszerny warsztat.

Tu właśnie wjechał ciemny mercedes.

Drugi skok był bardziej skomplikowany i niebezpieczny. Tym razem dwóch ludzi, pieszo

patrolujących ulice,  także  pracowników  firmy  PZB,  od  czasu  do  czasu  zbaczało  z  głównej,
wytyczonej  trasy,  obejmującej  ulicę  Bohaterów  Monte  Cassino  i  przyległe  do  niej  ulice  z
większymi sklepami wypełnionymi cennymi towarami, które mieli chronić. Miasto było pu-
stawe, tylko od  czasu do czasu szybko przemykał jakiś spóźniony przechodzeń,  albo  rozle-
gały się głośne pokrzykiwania a nawet śpiewy amatorów nocnych zabaw.

W jednej z bocznych uliczek, niedaleko ich rejonu patrolowania, zobaczyli samochód za-

parkowany na podwóreczku, za ogrodzeniem. Znali ten dom, był tu pensjonat, w którym go-
ście spędzali lato, a także zatrzymywali się jesienią czy nawet zimą by odpocząć nad morzem,
nawdychać się jodu i zrelaksować po zwykłych, codziennych trudach. Goście na ogół tu by-
wali zasobni, nierzadko zagraniczni. Przeważnie swoje samochody zostawiali na pobliskim,
płatnym parkingu, a niektórzy parkowali na małym podwóreczku, gdzie mogły się pomieścić
dwa, nawet trzy wozy.

Ustawione ukośnie, pod grubym pniem rosnącego tam drzewa, stało czerwone volvo. Pen-

sjonat  pogrążony  był  w  ciemności.  Przez  dłuższą  chwilę  obserwowali  uważnie  dom.  Wie-
dzieli, że na wysokim parterze, tuż obok wejścia znajduje się służbówka, w której przez całą
noc powinna czuwać dozorczyni. Drzwi pensjonatu na noc zamykano i jej obowiązkiem było

background image

56

wpuszczanie gości, którzy wracali po dwudziestej drugiej, a także pilnowanie aby jakiś zło-
dziej nie przedostał się nocą do wnętrza, co w przeszłości już nieraz się zdarzało.

Okienko od tej strony, gdzie znajdowała się służbówka, było słabo oświetlone. Widocznie

świeciła się tylko mała, nocna lampka. Dozorczyni na pewno położyła się, bo wiedziała, że
wszyscy  goście  już  wrócili  na  noc,  a  zamknięte  drzwi  wejściowe  i  łańcuch  oraz  kłódka  u
bramki od podwóreczka dawały jej poczucie bezpieczeństwa.

Obserwujący  rozumieli  się  bez  słów.  Chyłkiem,  jak  cienie,  podsunęli  się  pod  metalowe

ogrodzenie pensjonatu. Jeden z nich  zwinnie  i  cicho  jak  kot  przeskoczył  ogrodzenie.  Drugi
przycupnął przy wejściowych schodkach, rozejrzał się, a gdy usłyszał lekki trzask świadczą-
cy, że jego kolega jest już w samochodzie, przesunął się ku bramce i bez trudu, wytrychem
otworzył kłódkę. Delikatnie, by nie zabrzęczeć ogniwami, odwinął łańcuch a potem bez kło-
potu otworzył szeroko bramę. Volvo już pracowało na małych obrotach. Ten, który otworzył
bramę, podbiegł do wozu i wsiadł.

W tym momencie na pierwszym piętrze otworzyły się balkonowe drzwi i ukazał się męż-

czyzna  w  piżamie.  Czujne  ucho  właściciela  samochodu  zarejestrowało  odgłosy  podejrzanej
krzątaniny na dole a instynkt podpowiedział mu, że to jego wóz  jest w niebezpieczeństwie.
Gdy wyskoczył na balkon, natychmiast przekonał się, że się nie mylił. Zaczął krzyczeć: „zło-
dzieje!”,  „na  pomoc!”,  „policja!”,  lecz  jego  volvo  właśnie  spokojnie,  bez  pośpiechu  tyłem
odjechało uliczką i wnet zniknęło za zakrętem.

Policja  przyjechała  nawet  dość  szybko,  po  niespełna  godzinie.  Wysłuchali  właściciela,

przepytali przerażoną portierkę, która miała ogromne poczucie winy, że spała jak suseł. Obu-
dziły ją dopiero krzyki właściciela samochodu oraz warkot wyjeżdżającej z podwórka maszy-
ny. Potem policjanci spisali  raport,  zanotowali  dane  zagranicznego  gościa  i  oświadczyli,  że
będą  szukać  złodziei,  a  jeśli  znajdą,  to  go  zawiadomią.  Lecz  nadzieje  są  słabe.  Codziennie
ginie samochodów sporo, ale odnajduje się mało, bardzo mało...

A volvo już jechało w poprzek morenowych wzgórz, kierując się lasami, koło Chwaszczy-

na w stronę Wejherowa, gdzie na obrzeżach miasta, tuż pod lasem stały niezbyt okazałe, lecz
solidne budynki właściciela warsztatu samochodowego.

Z golfem nie było żadnych problemów. Nie trzeba było obserwacji, podchodów, ostrożno-

ści ani pośpiechu.

Około wpół do drugiej po południu, młody człowiek w skórzanej kurtce, obcisłych aż do

przesady dżinsach i ciemnych okularach, maskujących rysy twarzy, wszedł na niewielki par-
king  za  Grand  Hotelem.  Zatrzymywały  się  tu  przeważnie  autobusy  turystyczne  a  pod  mur-
kiem zawsze stało kilka wozów osobowych. Golf stał pierwszy z brzegu, był dobrze widocz-
ny z ulicy.

Młody człowiek poruszał się pewnie, nie rozglądał się, nie wahał, sprawiał wrażenie wła-

ściciela  idącego  do  swego  wozu.  Bez  pośpiechu  kluczykami  otworzył  drzwi  od  strony  kie-
rowcy,  wsiadł,  poprawił  się  na  siedzeniu  i  zapiął  pas  bezpieczeństwa.  Jeszcze  zajrzał  do
skrytki i znalazł tam dokumenty rejestracyjne samochodu. Zarówno rejestracja jak i numery
były niemieckie.

Młody mężczyzna schował dokumenty wozu do kieszeni, potem uruchomił silnik, przega-

zował go, żeby się nieco rozgrzał, i tyłem wyjechał z parkingu. Potem skręcił w lewo, spo-
kojnie,  uważając  by  nigdzie  nie  przekroczyć  dozwolonej  prędkości,  przejechał  całą,  dolną
trasę poprzez Sopot, następnie wydostał się na nadmorską trasę do Jelitkowa, a tam skręcił w
prawo  i  po  chwili  był  w  Oliwie.  Tu,  na  rondzie  znów  skręcił  w  prawo.  Nie  upłynęło,  od
chwili gdy wsiadł do wozu, piętnaście minut a już opuszczał Oliwę i wjeżdżał na piękną, za-
lesioną trasę wiodącą w kierunku Chwaszczyna.

Gdzieś po godzinie, koło wpół do trzeciej, wyszedł z hotelowej restauracji zażywny męż-

czyzna, dobrze ubrany, pogodny, widocznie rad ze spożytego posiłku. Na parkingu stwierdził,
że po jego golfie nie pozostał nawet najmniejszy ślad. Nie krzyczał, nie histeryzował, tylko

background image

57

pospiesznie wrócił do hotelu, w recepcji skorzystał z telefonu i zameldował policji o kradzie-
ży. Potem wziął taksówkę i pojechał do innego hotelu, w którym się zatrzymał. Miał od poli-
cji obietnicę, że poszukiwania rozpoczynają się natychmiast, a jeśli wóz się odnajdzie, to go
zawiadomią tu, albo w Niemczech. Ale...

I jeszcze jeden samochód zniknął, w tym dniu z miejsca w którym parkował. Stało się to

wcześniej niż z golfem, nad ranem, kiedy jeszcze nie nastał świt, ale rzednący mrok zwiasto-
wał nadchodzący dzień.

Było to całkiem nowe, piękne BMW, pokryte lekko zielonkawym lakierem metalic. Wła-

ściciel zaparkował wóz pod latarnią tak, by był dobrze widoczny. Uważał zapewne, że jasne
światło  jodowej  lampy  onieśmieli  ewentualnych  amatorów  jazdy  takim  pięknym  samocho-
dem.

Trzej  młodzi,  wyraźnie  podpici  mężczyźni  przechodzili  drugą  stroną  ulicy.  Rozmawiali

głośno,  żartowali,  nie  krępowali  się  w  ten  sposób  zakłócać  spokoju  śpiącym  mieszkańcom
okolicznych domów. Nagle jeden z nich zatrzymał się:

– Patrzcie tam... – wskazał ręką na drugą stronę ulicy.
Dobrze widoczny w świetle latami wóz prezentował się nie gorzej niż na wystawie w salo-

nie samochodowym.

– Rany boskie, oczom nie wierzę – już nie tak głośno jak poprzednio powiedział drugi i

oblizał wargi, jakby miał przed sobą najlepszy smakołyk.

– Zawsze był na parkingu, a tu stoi jak byk – wydziwiał ten pierwszy.
– I czeka na nas – wtrącił pogodnie trzeci.
Nie tracili już słów na próżno. Nagle rozsypali się na wszystkie strony. Jeden pozostał na

chodniku, którym dotychczas szli, tylko cofnął się pod ścianę i począł obserwować ulicę, czy
ktoś nie nadchodzi albo nie nadjeżdża. Dwaj pozostali najpierw  się  rozdzielili,  a  potem  za-
częli chyłkiem, niby przypadkowo, zbliżać się z dwóch stron do samochodu. Sunęli tuż pod
ścianą domu i stąpali bez zbędnego hałasu.

Ulica była całkiem pusta. Była to dzielnica Gdańska niezbyt oddalona od centrum, ale jed-

nak trochę na uboczu. Uliczka biegła nieco pod górę, po jednej stronie stały nieduże, piętrowe
domki z ogródkami, starannie ogrodzone i zadbane. Tu mieszkali ludzie dość zasobni, prze-
ważnie właściciele tych domów, które, choć pamiętały przedwojenne czasy, jednak były so-
lidne i wygodne. Z ich okien widać było drugą stronę, zabudowaną paskudnymi, współcze-
snymi  blokami  mieszkaniowymi.  Właśnie  pod  jednym  z  tych  bloków  stało  BMW,  którego
właściciel mieszkał naprzeciwko, w piętrowym domku i widocznie sądził, że w razie czego,
będzie  z  okna  widział,  czy  ktoś  nie  majstruje  koło  jego  samochodu  dobrze  widocznego  w
świetle  latarni.  Zwykle  stawiał  na  noc  swój  wóz  na  płatnym  parkingu,  znajdującym  się  na
sąsiedniej przecznicy, ale dziś wrócił do domu zbyt późno i był za bardzo zmęczony aby tru-
dzić się parkowaniem na zwykłym miejscu i parominutową wędrówką do domu. Zresztą było
to już niemal nad ranem i właściciel BMW mając mało czasu na wypoczynek, chciał jak naj-
szybciej się położyć, bowiem o ósmej musiał być na swoim stanowisku. To wszystko spra-
wiło, że piękne BMW stało pod latarnią, a od dawna oblizujący się na jego widok młodzieńcy
trafili na jedyną w swoim rodzaju okazję.

Nie zmarnowali jej. Byli fachowcami dużej klasy. Dwaj, skradający się pod ścianą bloku,

doskoczyli do wozu, jeden błyskawicznie, specjalnym wytrychem otworzył drzwiczki i nim
zdążył zadziałać autoalarm, przeciął kable biegnące pod kierownicą do sygnału. Potem, gdy
drugi sadowił się na siedzeniu pasażera, wyrwał kabelki pod stacyjką, połączył je bez więk-
szego trudu i uruchomił silnik. Jeszcze tylko wyłączył blokadę kierownicy zainstalowaną fa-
brycznie, lecz dobrze mu znaną, i już ruszał spod latarni. Tamten, pilnujący, dwoma susami
przesadził jezdnię, dopadł tylnych drzwiczek i wszedł do środka.

background image

58

Bez zbędnego  hałasu,  nadmiernego  naciskania  gazu,  uważając  by  nie  zadrapać  lakieru  o

latarnię  lub  ścianę  domu,  odjechali  ulicą  w  dół.  Po  chwili  znów  wokół  było  cicho  i  pusto,
jakby nic się nie wydarzyło.

Jednak w momencie, gdy z owej biegnącej w dół uliczki zamierzali wyjechać na Kartuską,

nagle pojawił się policyjny radiowóz patrolujący okolicę. Prowadzący BMW nie zawahał się,
jechał śmiało wprost na policyjnego fiata, jakby był właścicielem i widok policji wcale go nie
obchodził. Jednak policjantom wydało się dziwne, że o tej porze z bocznej uliczki wyjeżdża
BMW,  które  znali,  bo  pochodziło  z  ich  rejonu  i  miało  kolor  niespotykany  w  tej  dzielnicy.
Wiedzieli do kogo wóz należy i zauważyli, że prowadzi go ktoś inny. Toteż ich fiat zatrzymał
się nagle, usiłując zablokować drogę nadjeżdżającemu BMW.

Młody  kierowca  BMW  nie  wahał  się  ani  przez  moment.  Jego  kolega  za  plecami  zdążył

tylko zakląć:

– Cholera, gliny...
– Spokój – rzucił przez zęby i wykonał ostry,  gwałtowny skręt.  Wóz  nagle  zatoczył  się,

wskoczył kołami na krawężnik. A kierowca nacisnął gaz do oporu.  BMW skoczyło niczym
rakieta. Policjant zdążył odruchowo nacisnąć hamulec swego wozu, bo gdyby nie to, uderzył
by w bok BMW. Lecz tamci już polecieli przed maską fiata, z piskiem opon skręcili w lewo i
pognali Kartuską w dół, do śródmieścia. To był chytry manewr, gdyby uciekli w prawo, poza
miasto,  wówczas  fiat  mógłby  ich  gonić,  a  tak  policjant  musiał  zawrócić.  Zanim  to  uczynił,
BMW było już za szarym budynkiem Urzędu Miasta. Jeden z policjantów wyskoczył, szarpał
się przez chwilę z kaburą, wyjął pistolet i zamierzał oddać strzał do uciekających, ale było już
za późno. Nie miał szans na trafienie, a na postrach nie było sensu strzelać. Schował pistolet i
zaklął:

– Cholera, nawet pewnie numeru nie zapamiętałeś?
– Nie – odparł drugi. – Ale to i tak bez znaczenia. Przecież i tak zmienią numer.
– To wóz doktora? – upewniał się policjant, zapinając kaburę.
– Jasne  –  potwierdził  drugi.  –  Coś  go  podkusiło,  żeby  nie  stawiać  na  parkingu,  no  i  ma

pasztet. Zawiadomimy go?

– Iii, szkoda go budzić – ziewnął ten od pistoletu. – Na przykre wiadomości zawsze jest

czas. Jak się obudzi, to sam zobaczy, zamelduje, a jeśli my mu powiemy, jeszcze gotów mieć
pretensje, że nie upilnowaliśmy...

– Racja – i prowadzący policjant wolno ruszył w stronę centrum miasta.
Po  zakończeniu  służby  złożyli  meldunek  o  zdarzeniu.  BMW  tymczasem  zniknęło  już  w

gęstych zabudowaniach wzdłuż drogi z Gdańska poprzez Święty Wojciech do Pruszcza. Było
tu wiele magazynów, domków, warsztatów i ciemnych, niebezpiecznych zakamarków...

Polonez, który zniknął tej nocy z miejsca  postoju,  był  po  prostu  zaparkowany  pomiędzy

blokami na Przymorzu. Jego właściciel powiedział żonie, że wyjeżdża do odległego miasta w
interesach, a w rzeczywistości postanowił spędzić parę miłych godzin z przyjaciółką. Był tak
zajęty wzajemnymi z nią kontaktami, że nie martwił się o to, co się może stać jego samocho-
dowi. Złodzieje bez żadnego trudu uprowadzili poloneza w lasy, poza Trójmiastem, a meldu-
nek o kradzieży nie zrobił specjalnego wrażenia na policjantach.  Zaś właściciel martwił się
tym, co powie żonie, gdy wyjdzie na jaw, że wóz mu skradziono nie gdzieś w Polsce, ale tu,
na Przymorzu, parę przecznic od własnego mieszkania. Ale tym, poza właścicielem, nikt się
nie kłopotał.

5

Jolka wyraźnie się ucieszyła, kiedy Marek wrócił koło czwartej  po południu. Wprawdzie

obiecał jej, że razem spędzą dzisiejsze popołudnie i wieczór, ale nie była pewna, czy dotrzy-
ma słowa. Na wszelki wypadek jednak przygotowała obiad, co z kolei jego ucieszyło.

background image

59

Ciągle była w szlafroku, czuła się rozbita i nie miała ochoty się ubierać. Wcale mu to nie

przeszkadzało  a  przeciwnie  –  wydawało  się  sprawiać  przyjemność.  Toteż  nie  szczędził  jej
niezbyt wyszukanych, lecz miłych oznak sympatii. To sięgał dłonią do jej kolan, gdy podcho-
dziła  z  wazą  zupy.  To  niespodziewanie  wsunął  jej  rękę  za  dekolt  i  delikatnie  ściskał  pierś,
kiedy pochylała się nad stołem, a ona niby to oganiała się, a w gruncie rzeczy była rada, bo
wiedziała, że jest w dobrym humorze. Na razie nie pytała go o nic, lecz kiedy zjedli obiad, nie
wytrzymała:

– No jak? – rzuciła, patrząc mu pytająco w oczy.
– Z czym?
– Nie udawaj – zniecierpliwiła się.
– A ty, nie udawaj, że nie wiesz, przecież rozmawiałaś z matką.
– Tak, ale ona mi tylko powiedziała, że wszystko załatwiłeś.
– No i wystarczy – skwitował. – Sprawa jest zamknięta, nie musisz o tym więcej myśleć.

Poleży u matki, póki nie dojdzie do siebie, a potem się wyniesie, będzie z nim spokój, raz na
zawsze.

– Myślisz, że w ogóle wyjedzie z Wybrzeża?
–  Nieee,  on  tu  ma  korzenie,  dokąd  by  wyjechał?  Dostanie  dobrą  robotę,  będzie  miał  co

zjeść, wypić, znajdzie ciepły kąt, czego więcej może oczekiwać taki szmaciarz?

Było jej trochę mimo wszystko przykro, że Marek z taką pogardą mówi bądź co bądź o jej

ojcu, ale puściła to mimo uszu. Jej uczucia wobec Kostka też nie były zbyt serdeczne, zwłasz-
cza po wczorajszym jego wyczynie. Zapytała tylko z niedowierzaniem:

– I to tak sam, dobrowolnie zgodził się na wszystko?
– Jasne – potwierdził Marek z półuśmiechem. – Przecież to doświadczony gość i jak jest

trzeźwy,  potrafi  zrozumieć,  gdzie  jest  jego  interes.  Będzie  trzymał  mordę  na  kłódkę,  nie
martw się i nie mówmy o nim więcej.

Ujął Jolkę za ramię, wsunął dłoń pod szeroki rękaw szlafroka i  przyciągnął ją do siebie.

Poczuł jak przywarła piersiami do jego boku. Ogarnęła go fala ciepła, która przychodziła ile-
kroć Jolka była blisko. Ona także zmiękła, zrobiła się uległa i uniosła twarz, podając mu usta
do pocałowania.

– Chodź – powiedział jej do ucha. Noc była za krótka – należy nam się mała drzemka.
Nie zaprotestowała, pozwoliła  się  poprowadzić  do  pokoju,  gdzie  tapczan  był  jeszcze  nie

pościelony. Marek spiesznie zdjął z niej szlafrok, potem nocną koszulę, pchnął na tapczan i
sam zaczął się rozbierać. Jolka – nieco rozleniwiona – ogarnięta stale rosnącym pożądaniem,
bez skrępowania patrzyła jak się obnaża. Zawsze lubiła oglądać go nago i nieraz w nocy, gdy
zaspokajali  swoje  wzajemne  pożądanie,  zapalała  specjalnie  lampkę  obok  tapczanu,  by  wi-
dzieć jego tors unoszący się i opadający na nią, zaczerwienioną z wysiłku twarz, nieco błędne
oczy i półotwarte usta, coraz szybciej łapiące powietrze.

Tak było i teraz. Należeli do siebie tak spontanicznie, z takim zapamiętaniem jakby to ro-

bili po raz pierwszy. Przeciągły, głośny jęk Jolki obwieścił, że pierwsza osiągnęła szczyt za-
dowolenia, a chwilę potem on opadł całym ciężarem na nią i wtulając twarz między jej piersi
przez dłuższą chwilę oddychał głęboko jak po długim biegu. Lubiła ten moment, a gdy cza-
sem w przypływie troski pytał, czyjej nie za ciężko, odpowiadała, że kobieta może z łatwo-
ścią unieść duży ciężar, byle rozłożony na niej płasko...

Stoczył się w końcu na bok. Byli tak wyczerpani, że nawet żadnemu nie chciało się wstać i

skorzystać  z  łazienki.  Wkrótce  też  Jolka  usłyszała  jak  jego  oddech  staje  się  spokojniejszy,
głębszy,  bardziej  rytmiczny.  Zasnął,  a  ona,  przytuliwszy  się  jeszcze  całym  ciałem  do  jego
boku, także po chwili zapadła w sen. Po raz pierwszy od wielu godzin ustąpił lęk, poczuła się
spokojna i bezpieczna.

background image

60

Spaliby tak zapewne do późnego wieczora, a być może do rana, gdyby nie przytłumiony,

lecz natarczywy dźwięk telefonu. Marek pierwszy się ocknął, sięgnął po słuchawkę i rzucił
niezadowolonym, zaspanym głosem:

– Halo, słucham? – od razu rozpoznał głos Zośki. Mówiła podniecona, zdenerwowana:
– Dobrze, że jesteś. Pewnie spaliście?
– Nieważne – odparł Marek, otrząsając się z resztek snu. – Co się stało?
– Są kłopoty.
– Z tym... – Marek urwał, nie chcąc użyć wulgarnego słowa.
– Nie. On jeszcze śpi. Ale coś przytrafiło się Edwardowi.
– No? – Marek usiadł na pościeli. Jolka już także obudzona z niezadowoleniem zapytała:
– Kto to? Nie możesz odłożyć tego gadania na później? Marek pokręcił przecząco głową i

nadal pytał:

– Coś poważnego?
– Nie dramat, ale duża przykrość.
– Powiedz dokładnie – zażądał.
– Lepiej nie przez telefon. Ale chyba potrzebna jest twoja pomoc. Edek jest bardzo zmar-

twiony. Należy mu się coś od nas, nie sądzisz?

– Jasne – zgodził się Marek. – Niech przyjedzie, albo nie – uświadomił sobie, że lepiej nie

przyjmować u siebie gości, a tym bardziej ludzi, którzy nigdy nie powinni znaleźć się w krę-
gu tych, co się nim na pewno interesowali. – Lepiej ja przyjadę.

–  Dobrze  –  ucieszyła  się  Zośka.  Jolka  zaś,  nie  zrozumiawszy  wszystkiego  i  sądząc,  że

znów Marek ją opuści, naburmuszyła się i zaprotestowała:

– Nie możesz choć raz dotrzymać słowa i zostać ze mną? Znowu gdzieś pójdziesz i mnie

zostawisz? Zobaczysz, to się kiedyś źle skończy. Dla ciebie. Nie wytrzymam. Pójdę też w cug
i mnie przez tydzień nie znajdziesz.

Była rozżalona i zła. Wiązała  z  tym  wieczorem  duże  nadzieje  –  chciała  mieć  Marka  dla

siebie, nawet poprzednio snuła plany na jakiś przyjemny wspólny wieczór w lokalu rozryw-
kowym.  Marek  na  jej  tyradę  pochylił  się,  pocałował  ją  w  usta,  choć  z  gniewem  odwracała
głowę na bok, i powiedział:

– Nie złość się, malutka, to twoja mamuśka. – Jolce od razu minęła złość a zastąpił ją nie-

pokój.

– Co się stało? Kostek?
– Nie – uspokoił ją Marek. – Mówi, że Edward ma jakieś kłopoty i potrzebuje mojej po-

mocy. Nie mogę przecież odmówić. A zresztą to na pewno nic wielkiego, jakie poważne kło-
poty może mieć taki gość? No, ale w każdym razie muszę pojechać... – Już wyskoczył z po-
ścieli i ruszył do łazienki. Jolka także wstała.

– Jadę z tobą – oświadczyła zdecydowanie. – Nie zostanę tu za nic sama.
– Nie ma sprawy – od razu zgodził się Marek. – Razem odwiedzimy rodzinkę. – Był nadal

w dobrym humorze, czuł się rześki i wypoczęty, a telefon od Zośki nie wywołał w nim więk-
szego niepokoju. Nim wszedł do łazienki, rzucił Joli propozycję:

– Wiesz co, ubierzemy się tak trochę wieczorowo. Jak załatwimy sprawę, to wyskoczymy

sobie do któregoś lokalu. Należy nam się chyba, co?

Jolka od razu odzyskała dobry humor. Pospiesznie oboje wzięli wspólny prysznic, w cza-

sie którego znów nie mogli się oprzeć wzajemnemu pożądaniu, a że byli wypoczęci, więc ten
wysiłek  pod  ciepłym  strumieniem  wody  nie  męczył  ich,  przeciwnie  –  jeszcze  im  poprawił
nastroje.

Wkrótce sfatygowany polonez Marka sunął w stronę Przymorza.  Było  już  ciemno,  prze-

spali  całe  popołudnie.  Trochę  czasu  zajęły  im  przygotowania  do  wyjścia  i  wyczyny  pod
prysznicem.

background image

61

Zośka otworzyła drzwi natychmiast, gdy Marek nacisnął dzwonek, zupełnie jakby stała w

przedpokoju i czekała na ich przybycie.

  – Ależ to trwało – powiedziała chmurnie. – Już myślałam, i że nie przyjdziesz – to było

do Marka, a do Jolki: – A ty co, [powinnaś dziś wypocząć, poleżeć, dojść do siebie po tym
wszystkim. Lepiej było z domu nie wychodzić.

– Ona już doszła do siebie, – roześmiał się szeroko Marek i Zośka od razu zrozumiała o

czym mówi. Nie podzieliła jednak dobrego humoru Marka, tylko mruknęła:

– Jest sprawa, to trzeba ją załatwić, a dopiero potem sobie poluzować.
Jolka cmoknęła matkę w policzek i weszła do pokoju. Za nią Marek, przepuszczając jed-

nak  w  drzwiach  Zośkę.  Niewiele  tu  się  zmieniło  od  poprzedniego  razu,  gdy  rozmawiał  z
Kostkiem.  Ranny  leżał  na  kanapie,  pod  czystą  pościelą,  i  miał  zmieniony  opatrunek.  Był
przytomny, patrzył bystro i wyglądał lepiej choć twarz miał nadal nieogoloną.

– Mógłbyś się oskrobać, koleś – rzucił mu pogodnie Marek. Kostek skrzywił się i odparł:
– Nie dam rady lewą ręką. Chyba, że ty mi pomożesz. I nie mów do mnie, koleś...
– Nieźle – roześmiał się Marek. – Widzę, koleś, że wracasz do życia. Trochę krótszy, ale

jakby bardziej żywy niż wczoraj. Pić ci się nie chce?

– Odpierdol się – Kostek nie zważał na obecność kobiet, na których zresztą ta odżywka nie

zrobiła większego wrażenia.

– No dobrze – załagodził Marek. – Nie bądź taki wrażliwy. Nie ogolę  cię,  bo  jestem  za

ładnie ubrany, żeby się bawić w fryzjera. Może jutro ci to załatwię albo przyślę jakiegoś goli-
brodę...

–  Daj  spokój  –  wtrąciła  się  Zośka.  –  Sama  się  nim  zajmę.  Niech  leży  i  nie  wtrąca  się,

chodź do kuchni. Ty Jola zostań tu.

– Za Boga – otrząsnęła się Jolka. Myśl o tym, że mogła by zostać w pokoju tylko z Kost-

kiem napawała ją odrazą.

– Dobrze, niech idzie z nami – zdecydował Marek. – Mało mam przed nią tajemnic. Jolka

popatrzyła  na  niego  ironicznie,  ale  nie  zaprzeczyła,  bo  nie  chciała  się  z  nim  wdawać  w
sprzeczkę przy matce. Wszyscy troje weszli do kuchni, a Zośka zamknęła drzwi, żeby Kostek
nie słyszał rozmowy.

Za  stołem,  pochylony  nad  filiżanką  kawy  siedział  doktor  Edward.  Minę  miał  poważną,

wyglądał na zmartwionego, choć wyraźnie starał się trzymać z godnością, nieco sztywno, jak
to było w jego stylu.

–  No,  doktorze,  co  jest?  –  bezceremonialnie  spytał  Marek,  siadając  naprzeciw  Edwarda.

Kobiety zajęły miejsca także przy stole. – Coś po tej nocy? Może odezwały się gliny?

– Niee – zaprzeczył Edward. – Z tym wszystko w porządku. Nawet  komplikacji u niego

żadnych nie widać, a policja nie dała żadnego znaku...

– No, więc jest okey – ucieszył się Marek. – A co z panem? Po co ten alarm? – spojrzał w

stronę Zośki. Ona nie odpowiedziała, a doktor po chwili wahania wyrzucił, tracąc wyraźnie
swoje zwykłe opanowanie:

– Ukradli mi samochód!
Marek pokręcił głową z niedowierzaniem:
– To śliczne BMW? Jakże to? Z parkingu? W jaki sposób?
– Nie z parkingu, sprzed domu – sprostował Edward.
– Aaa – Marek pokiwał głową z politowaniem. – Więc pan zostawił wóz pod domem? Ta-

ki wóz! Kto tak robi! Przecież takie BMW aż się prosi, żeby je podprowadzić. No i znaleźli
się amatorzy. Niech pan opowie szczegółowo.

– Nie mam dużo do powiedzenia – wyznał lekarz jakby ze skruchą. – Po prostu byłem zbyt

zmęczony, żeby odprowadzić wóz na parking, zresztą było już prawie rano – więc pomyślałem,
że przez te trzy, cztery  godziny, które zostały do czasu, kiedy będę musiał jechać do  kliniki,
wóz może postać przed domem. Tam jest widno, świeci latarnia, uliczka boczna, ludzi mało...

background image

62

– W sam raz dla złodziei – uśmiechnął się z politowaniem Marek. – No i co, widział pan

coś, albo może słyszał?

– Nie, nic. Dopiero kiedy wstałem i spojrzałem przez okno, przekonałem się, że wozu nie

ma – odparł doktor z wyraźnym poczuciem winy.

– Jasne. Fachowa robota. Ale czemu dopiero teraz pan o tym mówi?
– Od razu zawiadomiłem policję – wyjaśnił Edward. – A potem musiałem przecież iść do

pracy, miałem w programie dwie poważne operacje... No a teraz, kiedy przyszedłem tu, Zofia
postanowiła zawiadomić pana...

– Możesz pomóc? – pytała Zośka. Marek milczał przez dłuższy czas jakby chciał dobrze

przetrawić każde słowo, zanim je wypowie.

– Nie wiem – odparł w końcu ostrożnie. – W każdym razie, to nie jest takie proste... Może

nawet się nie udać, kto wie, czy ten wóz jest jeszcze na terenie Wybrzeża, od rana upłynęło
dużo czasu...

– Przecież to znaczny wóz – zdziwił się lekarz – jakże mógłby odjechać stąd nie zauważo-

ny, policja ma opis, numer, markę...

– Może przypadkowo na niego natrafią, ale żeby specjalnie szukali, to wątpię – odpowie-

dział ironicznie Marek.

–  No  więc,  co  będzie?  –  Edward  był  wyraźnie  zmartwiony,  aż  Jolce  zrobiło  się  go  żal.

Zwróciła się do Marka:

– Zrób coś, jeżeli możesz – poprosiła.
– Łatwo powiedzieć. Wóz zginął tu, na terenie Gdańska...
– To ma jakieś znaczenie dla pana? – chciał wiedzieć lekarz, ale Marek tylko wzruszył ramionami.
– Takie – odpowiedział – że mogę się najwyżej domyślać czyja to robota. Ale to wcale nie

upraszcza sprawy. Odzyskać wóz i to taki, to prawie beznadziejne.

– Gotów jestem pokryć koszty – zaoferował się Edward.
– To już coś, jeśliby się udało go odnaleźć a sprawcy chcieliby pertraktować. Ale czy pan

wie, ile to może kosztować?

– Mogę dać pięć tysięcy dolarów.
– Co to dla nich, doktorze – roześmiał się Marek. – Taki wóz, nowy, kosztuje ze trzydzieści

tysięcy albo więcej. Oni wezmą połowę, albo trzy czwarte. To chyba więcej niż pięć tysięcy...

– Więcej nie mogę. No, może jeszcze tysiąc, dwa, ale to kres moich możliwości...
– Dobrze – Marek machnął ręką. – Będziemy o tym mówić jak przyjdzie pora.  Na razie

muszę się rozejrzeć, zorientować.

– A ja? – spytał lekarz – co mam robić?
– Nic. Czekać i jeździć na razie tramwajem albo taksówką.
– Nie żartuj – skarciła go Zośka. – Widzisz jaki Edward jest załamany. Ten wóz to było

jego marzenie, kupił za ciężką pracę na Zachodzie...

–  Dobrze  rozumiem  –  zgodził  się  Marek.  –  Ale  teraz  naprawdę  nie  trzeba  nic  robić.  W

każdym razie pan i ty.

– A ty? – pytała natarczywie Jolka – włączysz się?
– Zrobię, co będę mógł, ale cudu nie obiecuję – odparł ostrożnie Marek. Jednak tę odpo-

wiedź przyjęli wszyscy jako obietnicę pomocy i atmosfera nieco się poprawiła. Zośka zapro-
ponowała młodym kawę a nawet kolację, ale Marek odmówił.

– Pójdziemy – powiedział wstając. – Obiecałem Joli, że się dziś trochę pobawimy, muszę

dotrzymać słowa, bo zagroziła, że mnie rzuci...

– Takie zmartwienie a wy chcecie się bawić zamiast działać? – Zośka była jawnie zgor-

szona. Ale Marek, całując ją w dłoń, odparł:

– Trzeba umieć łączyć przyjemne z pożytecznym. Niech się pan nie załamuje, doktorze.

Zawsze ranek jest mądrzejszy od wieczora, może tak też będzie i tym razem.

Lekarz i Zośka odetchnęli. To już była dosyć wyraźna obietnica. Już ich dłużej nie zatrzymywali...

background image

63

6

Jechali przez jakiś czas w milczeniu. Jolka nie była zadowolona z tego, że Marek został

obarczony  sprawą  skradzionego  samochodu,  choć  dobrze  wiedziała,  że  nie  mógł  odmówić
prośbie matki i Edwarda. Czuła, że sprawa ta może zakłócić beztroskie i miłe spędzenie wie-
czoru z Markiem. Nic jednak nie powiedziała. Przecież powinni pomóc przyjacielowi matki i
ufała, że Marek potrafi coś w tej sprawie zrobić. Mimo nie wtajemniczenia jej w swoje intere-
sy. Jolka orientowała się, iż nie tylko praca w firmie PZB jest jego głównym zajęciem. Zbyt
wiele było różnych tajemniczych spotkań, szybkich i przyciszonych rozmów telefonicznych,
krótkich wizyt mało jej znanych ludzi, półsłówek, nocnych wypraw i innych oznak działalno-
ści Marka, by nie rozumiała, że musi się za tym kryć cała, duża sfera interesów, o których nie
chciał z nią rozmawiać. Kiedy ostrożnie, półgębkiem, ale jednak dosyć wyraźnie obiecał, że
zainteresuje się sprawą BMW, domyśliła się, iż musi wkroczyć w ten ciemny, niebezpieczny
świat i w nim szukać rozwiązania. Bała się tego, choć pragnęła by Marek jednak pomógł wy-
raźnie zmartwionemu wielką stratą Edwardowi.

Marek także milczał, bo  zastanawiał  się,  jak  zabrać  się  do  dzieła.  Nie  miał  wątpliwości,

kto ukradł samochód i gdzie go należy szukać. Bardzo niechętnie wkraczał w ten obszar, bo
musiał złamać obowiązującą go umowę. Dotychczas miał tę przewagę, że to on zarzucał wia-
rołomnemu  partnerowi,  iż  wciska  się  na  jego  teren.  Teraz  nie  bardzo  wiedział  jakich  użyć
argumentów, by czegoś się dowiedzieć, a może nawet odzyskać wóz. To, co się stało, powin-
no być poza jego zainteresowaniem i z góry wiedział, że jego kroki napotkają na twardy opór.
Mimo wszystko jednak postanowił działać. Lubił Zośkę, nie miał nic przeciwko Edwardowi,
nawet darzył go pewną sympatią, a poza tym wypadki minionej nocy sprawiły, że nabrał do
niego jeszcze szacunku za szybką, bezinteresowną, choć ryzykowną pomoc. Zresztą myśl o
tym,  że  twardemu  i  niebezpiecznemu  rywalowi  będzie  musiał  stawić  czoła  podniecała  go,
wyzwalała żyłkę hazardu, którą nosił w sobie.

Skierował wóz w stronę centrum Gdańska.
– Dokąd jedziesz? – odezwała się wreszcie Jolka.
– Wpadniemy najpierw do „Heweliusza”.
– To ponura buda – zaprotestowała.
– Ale kuchnię mają dobrą. Zjemy kolację, potem ruszymy w objazd, dobrze?
– Jak chcesz – wzruszyła  ramionami. Domyślała się, że za decyzją tą  kryje  się  jakiś  za-

miar, ale wolała nie pytać. Miała ochotę na dobrą kolację, a jak dalej zamierzał Marek działać
nie zastanawiała się. I tak by pewnie jej nie powiedział.

Pora na kolację była dobra.  Jeszcze  zbyt  wielu  gości  hotelowych,  przeważnie  Niemców,

których grupy tu się najchętniej zatrzymywały, nie było w sali. Parę stolików stało pustych,
świeżo  nakrytych,  a  kelnerzy  w  czerwonych  kamizelkach  i  czarnych  spodniach  czujnie  ob-
serwowali wchodzących i natychmiast podchodzili z ukłonem, i kartą dań.

Usiedli, Marek zamówił po drinku, przekąski, uzgodnił z Jolką główne danie i gdy kelner

odszedł,  rozejrzał  się  po  sali.  Było  pustawo,  niezbyt  przytulnie  i  za  cicho  jak  na  jego  gust.
Przywykł do gwaru, ruchu, tłoku przy barze, brzęku naczyń i dźwięków muzyki. Tu panował
spokój  jakby  byli  w  wytwornej  jadalni  jakiegoś  zamku  a  nie  w  znanej  restauracji.  Później
zrobi się tu gwarniej, choć i tak największy ruch i zabawa trwać będą w podziemiach, gdzie
mieściła się dyskoteka zawsze pełna, zawsze zadymiona i wypełniona łomotem nowoczesnej
muzyki, rozsadzającym bębenki uszu.

– Trochę tu jak na stypie – zauważyła Jolka, która także wolałaby większy ruch i restaura-

cyjny gwar.

– Nie martw się. Tu tylko zjemy. Obiecałem ci, że ruszymy w kurs. A na razie poczekaj

chwilę, muszę na moment wyskoczyć.

background image

64

Skrzywiła się niezadowolona, że ją opuszcza, ale nie protestowała i o nic nie pytała. Marek

odszedł,  tymczasem  kelner  przyniósł  już  przekąski  i  drinki.  Jola,  nie  czekając  na  partnera,
pociągnęła długi łyk dżinu z wermutem. Lubiła ten koktajl i choć nie bardzo pasował do zim-
nej przystawki, to zawsze piła go chętnie i w sporach ilościach.

Marek wyszedł do obszernego i wysokiego jak katedra holu recepcyjnego, rozejrzał się, a

nie zobaczywszy tego, kogo szukał, ruszył dalej. W otwartym jeszcze sklepiku Pewexu kupił
paczkę cameli, potem zajrzał do znajdującego się obok barku hotelowego. W niskich, głębo-
kich fotelach siedziało kilka panienek nad kawą lub cienkimi drinkami. Nudziły się w ocze-
kiwaniu na późniejszą porę, kiedy podchmieleni klienci postawią im, lepsze napoje i zaproszą
na uciechy w hotelowych pokojach lub pozwolą się poprowadzić do ich mieszkań gdzieś w
mieście.

Przy barze, na stołku dostrzegł wreszcie tego, kogo chciał zobaczyć. Był to niemłody, chy-

ba dobrze po pięćdziesiątce, mężczyzna  w beżowej marynarce i jasnych, letnich spodniach.
Miał sporą już łysinę i skronie mocno oszroniałe. Należał do najstarszych cinkciarzy na Wy-
brzeżu. Od lat przesiadywał w kawiarni Monopolu, kręcił się w hotelowych holach, zjawiał
się  przy  autokarach  przewożących  niemieckich  wycieczkowiczów.  Teraz,  gdy  ten  zawód
zszedł na psy, nie umiał się przestawić, pozostał na stanowisku, jakoś wegetował korzystając
z tego, że niektórzy zagraniczni goście chcieli szybko wymienić swoje marki czy dolary na
złotówki, albo byli zbyt leniwi, aby szukać kantorów wymiany. Zarabiał mało, ale jakoś żył,
coraz bardziej samotny, bo liczni kiedyś koledzy i konkurenci albo zmienili zainteresowania,
albo  pootwierali  własne  placówki  wymiany,  albo  połączyli  się  w  grupy  prowadzące  różne
walutowe transakcje. On był nadal cinkciarzem i co dzień pojawiał się w dwóch, trzech miej-
scach,  wśród  których  znajdował  się  także  hotel  „Heweliusz”.  Był  tu  dobrze  znany  –  nawet
zaprzyjaźniony z portierami i recepcjonistkami. Nikt mu nie robił trudności, a niektórzy na-
wet snuli przypuszczenia, że tak wytrwale uprawia przestarzałą profesję, bo znana instytucja,
której nazwy nigdy nie wymawiano głośno, ciągle go zatrudnia i powierza zadania potrzebne
takim instytucjom wszędzie i zawsze, na całym świecie. Marek znał go dobrze, wiedział co o
nim myśleć, łączyły ich nawet stosunki, które można by nazwać przyjaznymi. Teraz przysiadł
na sąsiednim stołku. Stary cinkciarz dokończył piwo, kiwnął głową na jego widok.

– Sie masz Marek – powiedział bez uśmiechu. – Co cię tu przywiodło?
– Jem kolację z dziewczyną. Jak ci leci Rysiu?
– Zostawiłeś ją, żeby mnie o to zapytać? – Rysio uśmiechnął się krzywo.
– Piwo ci chciałem postawić – oświadczył Marek.
– To stawiaj i nawijaj, co jest grane – odparł Rysio. – Dziewczyna nie powinna długo cze-

kać sama przy stoliku...

– Racja – roześmiał się Marek. Dał znak barmance, zamówił dla Rysia piwo tuborg a dla

siebie sok pomarańczowy.

– Ty zawsze te soczki? – zauważył Rysio. – Nie pamiętam żebym z tobą kiedy rąbnął po-

rządnego kielicha.

– Jak dobrze pójdzie, to się doczekasz – odparł Marek.
– Dziś jestem samochodem.
– Mało kto dziś chodzi pieszo – zauważył smętnie Rysio.
– No, co jest? – łyknął piwa i nie patrząc na Marka czekał. Marek zapytał wprost:
– Cygana tu nie było?
– Jeszcze nie. Zresztą ostatnio dosyć rzadko tu przychodzi. A jeżeli już, to później, koło

północy, do dyskoteki.

– Nie wiesz, gdzie może być?
– Posejdon? Marina? – zastanawiał się Rysio. – Ale jest jeszcze za wcześnie. Może dopie-

ro wiąże krawat i smaruje włosy brylantyną? Wiesz jaki z niego powiatowy elegant.

– Ale kolację gdzieś pewnie zje? – dopytywał Marek.

background image

65

– Może „Pod Łososiem”, albo u Kubickiego. On lubi Kubickiego, bo tam ma spokój i do-

brze dają jeść – informował Rysio.

– Dobra – Marek kiwnął na barmankę, żeby podała Rysiowi jeszcze jedno piwo i położyw-

szy na ladzie banknot wstał. – Idę, masz rację, że dziewczyna nie powinna za długo czekać
sama. Pełno tu podrywaczy. Trzym się. Rysiu.

– Cześć – odparł smutno cinkciarz. – Jakbyś czego potrzebował, to wiesz...
– Wiem. – Marek klepnął go w ramię i ruszył do restauracji.
Jola siedziała z chmurną miną. Zdążyła już wypić połowę jego drinka. Nie miał jej za złe,

alkoholu unikał, a zamówił sobie dlatego, żeby nie przynosił kelner drinka tylko dla kobiety.

– Długie masz siusianie – zauważyła kąśliwie.
– Dużo się pije, to dużo się siusia – odpowiedział ze śmiechem i pogłaskał ją po dłoni. –

No, Jola, uszy do góry, uśmiech na twarzy. Wiesz, że obiecałem coś niecoś mamie i doktor-
kowi. Jak obiecałem, to muszę dotrzymać...

– I tak będziesz znikał przez cały wieczór? – dąsała się.
– Przestań, Jola – odrobinę podniósł głos. – Bawimy  się,  jesteśmy  razem,  a  reszta  jakoś

poleci. No, pij i zjedzmy coś, bo jestem głodny jak wilk...

Zjedli kolację w nieszczególnej atmosferze. Marek starał się żartować, był czuły i troskliwy,

ale Jola nie umiała się dostosować do niego. Wiedziała, że zachowuje się sztucznie i jest cały
spięty. Przeczuwała, że może się tej nocy wydarzyć jeszcze sporo nieprzewidzianych rzeczy,
skoro Marek postanowił bawiąc się z nią, równocześnie załatwiać sprawę wozu Edwarda. Po-
myślała, że lepiej by chyba było, gdyby zostali we dwójkę w domu, ale nie powiedziała tego na
głos, nie chcąc zdenerwować Marka. Rozumiała, że w końcu ta fatalna sprawa wynikła z całego
splotu  wydarzeń,  w  którym  ona  też  miała  swój  udział  i  to  niemały...  Nadrabiała  więc  trochę
miną, jadła niezbyt dużo, za to wypiła trzy koktajle, co jej poprawiło humor.

Nie  protestowała,  kiedy  Marek  zaproponował  zmianę  lokalu.  Gdy  wsiedli  do  poloneza,

powiedział:

– Wpadniemy na moment do Kubickiego?
–  Może  być  –  zgodziła  się  potulnie,  choć  to  nie  była  jej  ulubiona  restauracja.  Stara,  pa-

miętająca jeszcze przedwojenne czasy, ciągle stylizowała się na portową knajpę, choć zmo-
dernizowana, kuchnię miała doskonałą i obsługę uprzejmą. Nie był to jednak lokal taneczny,
a Jolka chciała się bawić, tańczyć a nie popijać w kolejnych knajpkach przy barach. Nie pro-
testowała jednak, bo już całkowicie pogodziła się z tym, że Marek działa według własnego
planu.

U Kubickiego było ciemnawo, w powietrzu wisiał błękitny dym, przy stolikach siedzieli

podpici goście, wokół baru panował tłok. Marek rozejrzał się po sali, pociągnął Jolkę do baru,
zamówił jej drinka a sobie sok i pochyliwszy się do barmana szeptem go o coś zapytał. Ten
pokręcił głową, a na powtórne pytanie wzruszył ramionami. Marek napił się soku, poczekał
aż Jola wypije swój koktajl i powiedział:

– Idziemy, to nie to.
– Jasne – zgodziła się. – Zaliczyliśmy Kubickiego, a teraz dokąd?
W samochodzie zaproponował:
– Może „Pod Łososiem”?
– Jak chcesz – zgodziła się potulnie.
Tutaj dokładnie powtórzyła się scena z Kubickiego. Tyle, że Marek usłyszał, że jeśli Cy-

gan  do  tej  pory  się  nie  pojawił,  to  pewnie  zjadł  dziś  kolację  gdzieś  indziej  i  chyba  już  nie
przyjdzie.

Potem zajrzeli do hotelu „Marina”, wreszcie znaleźli się w dużym nowotelu „Posejdon”.

Tu Jolka zbuntowała się. Pijąc już piątego drinka, powiedziała ponuro:

–  Jak  masz zamiar  zrobić  taki  błyskawiczny  rajd  po  wszystkich  knajpach  Trójmiasta,  to

beze mnie.

background image

66

– Nie denerwuj się – uspokajał ją Marek. – W końcu znajdę go. Wiesz, że muszę. Jeszcze

wcześnie, zdążymy się zabawić, zobaczysz...

– Aha – mruknęła z powątpiewaniem. – Ale tu byłoby nieźle, w Hadesie jest świetna ka-

pela.

– I kurew jak mrówek – odparł Marek. – Ale zajrzymy, zatańczymy trochę – ustąpił jej,

mając  nadzieję,  że  w  podziemnej,  nocnej  knajpie  może  znajdzie  poszukiwanego  przez  cały
wieczór Cygana.

Nie było go. Zatańczyli kilka razy. Jola chciała jeszcze pić, ale Marek zaprotestował:
– Przyhamuj, Jolcia. Zanim zaczniemy, na dobre spijesz się w trupa...
– No i co? Nie jestem sama – odparta buńczucznie. – W razie czego odwieziesz mnie do

domu...

Faktycznie, pomyślał, że może tak byłoby najlepiej, pozwolił jej tylko jeszcze na łyk kok-

tajlu, a potem odsunął niedopitą szklankę i oznajmił:

– Idziemy.
– Gdzie? – Jola patrzyła zaczepnie, gotowa już zrobić awanturę.
– Do baru Karo – oświadczył. – Tam koniec. Zostajemy i bawimy się, zgoda?
– Serio?
– Serio. Ja też mam dość tej rajzy. No idziemy, tłoczno tu...
– Lubię taki tłok – odparła Jolka, wstała jednak posłusznie i poszła za nim do wyjścia.
Dochodziła północ i Marek rzeczywiście miał już dosyć bezskutecznych poszukiwań. Miał

trochę  wyrzutów  sumienia  wobec  Joli,  a  prócz  tego  humor  psuło  mu  to  niepowodzenie.
Uznał,  że  już  tej  nocy  nie  odnajdzie  Cygana.  Bar  Karo  w  Grand  Hotelu  nie  był  miejscem
przez niego zbyt często odwiedzanym. Znajdował się poza jego obszarem działania i Marek
wiedział, że zagląda tu niechętnie, bardzo rzadko, bo woli być  na swoim terenie, gdzie czuł
się pewniej i zawsze miał coś do załatwienia. Sam zresztą zachowywał się podobnie – rzadko
bywał w knajpach Gdańska, a swoje sprawy załatwiał w lokalach Sopotu i Gdyni. Toteż serio
myślał, że da sobie teraz spokój na razie ze sprawą BMW i wreszcie spełni życzenie Jolki,
która chciała się beztrosko pobawić.

Weszli bocznym hotelowym wejściem od strony mola i znaleźli się w dość niebanalnym

barze Karo. W dole znajdował się okrągły parkiet z malutkim podium dla orkiestry i solistki.
Wokół  niego  stało  kilka  stolików  oblepionych  gośćmi,  w  towarzystwie  stałych  rezydentek
tego lokalu, zastawionych koniakami, winami, szklaneczkami z koktajlami, sokami a nawet
małymi zakąskami, bo normalnych, gorących dań tu nie podawano. Tu się piło i tańczyło...

W górze, na półkolistym pięterku był duży bufet barowy, jak zawsze z pijącymi gośćmi,

roześmianymi  dziewczynami,  smutnymi  starszymi  panami  i  bystro  rozglądającymi  się  mło-
dymi,  modnie  ubranymi  dżentelmenami.  Pod  ścianami  także  stały  stoliki.  Małe,  kameralne,
dające wrażenie odosobnienia i zapewniające trochę intymności. Marek skinął głową na kel-
nera, pokazał mu oczami stolik w kąciku. Siedziały tam dwie prostytutki, dotychczas samotne
i wyraźnie zdegustowane. Kelner coś im szorstko powiedział. Usiłowały zaprotestować, ale
drugie odezwanie kelnera sprawiło, że zabrały swoje szklaneczki i kołysząc biodrami powę-
drowały w dół, licząc, że może tam gdzieś się przyłączą do większego towarzystwa przy któ-
rymś z okrągłych stolików,  gdzie  alkohol  płynął  obficie  a  goście  nie  zwracali  uwagi  z  kim
piją,  kto  się  przysiada,  a  kto  wstaje  i  odchodzi,  by  potańczyć  albo  zniknąć  na  jakiś  czas  w
pokoju czy samochodzie na pobliskim parkingu.

– Zastaw pan ten stolik – rozkazał kelnerowi Marek, a do Jolki powiedział pogodnie: – No,

Jolciu, idziemy w cug, koniec pracy, koniec zmartwień, świat należy do nas...

– To lubię! – ucieszyła się Jolka. Od razu też chwyciła go za rękę i pociągnęła w dół, na

parkiet.

background image

67

Piosenkarka  o  podkrążonych  oczach  i  wymuszonym  uśmiechu  ciągnęła  w  nieskończoność

melodię staroświeckiego tanga. Tu się nie skakało, tu grano i śpiewano tak, by stworzyć nastrój,
by ludzie mogli się do siebie mocno przytulić, poszeptać na ucho, czuć wzajemnie swoje ciała.

– To lubię – powtórzyła Jola, wtulając się w tors Marka.
– Nareszcie...
Nieco oszołomiona alkoholem, zadowolona, że mimo wszystko dopięła swego, tańczyła z

przymkniętymi  oczami,  wolno,  rytmicznie,  zapominając  o  przykrościach.  Czuła  delikatny
zapach wody od policzka Marka, jego bliskość działała na nią podniecająco. Zdawało jej się,
że ogarnia ją łagodna, miękka fala, która ją unosi przyjemnie i sprawia, że wszystko, co było,
staje się nieważne, małe, odległe.

– Dobrze, dobrze, dobrze – mruczała mu do ucha w takt tanga. Przycisnął ją jeszcze moc-

niej i zespolili się w tańcu tak, że nie istniało wokół nich nic i stanowili doskonałą jedność. W
obojgu narastało dobrze im znane uczucie pożądania.

Marek, choć także uległ nastrojowi, nie tracił świadomości. Przytulał się do Joli, policzek

trzymał przy jej policzku, a jednak od czasu do czasu obrzucał wzrokiem salę.

W pewnym momencie stracił rytm i zachwiał się nieco, jakby się potknął.
– Co? – zapytała półprzytomnie Jola.
– Nic, nic – odparł z wymuszonym spokojem. Odsunęła głowę i zobaczyła, że Marek ma

wzrok skierowany poza nią, w górę i patrzy tam uważnie, ze zmarszczonymi brwiami. Popa-
trzyła także w tym kierunku i zesztywniała. Na szczycie schodów wiodących z barowej części
na parkiet stał wysoki, śniady mężczyzna, ubrany zbyt jaskrawo i wyraźnie uśmiechał się do
Marka. Choć znała go tylko przelotnie, wiedziała, kto to jest. Przyjemna, kołysząca rozkosz-
nie fala odpłynęła natychmiast i zastąpił ją niepokój.

– To on? – zapytała Marka, choć już znała odpowiedź.
– On. Nareszcie...
– Niech was szlag trafi – powiedziała to tak głośno, że tańczący najbliżej nich zaczęli pa-

trzeć z zaciekawieniem.

–  Spokój,  mała,  spokój  –  nakazał  zmienionym,  dziwnie  twardym  tonem  Marek.  –  Bądź

grzeczna. Masz być dla niego miła i przyjemna...

– Chcesz go wziąć na mnie? – zapytała niemal z wściekłością.
– Chcę z nim dobrze rozegrać sprawę. Słyszałaś, co powiedziałem? Bądź miła i grzeczna...
Kiedy tak do niej mówił, wiedziała, że nie powinna się sprzeciwiać. Pozwoliła się popro-

wadzić za rękę do góry. Marek z daleka pomachał dłonią Cyganowi, jakby byli najlepszymi
przyjaciółmi.  Tamten  także  odpowiedział  mu  sympatycznym  gestem,  nie  przestając  się
uśmiechać. Potem Cygan odwrócił się i szukał wzrokiem miejsca przy barze, wyraźnie pra-
gnąc się tam ulokować. Młody człowiek na końcu baru posunął się i zapraszającym gestem
zachęcał go by podszedł do niego.

Marek chwycił Cygana za łokieć i powiedział przyjaznym głosem:
– Tu tłok, palca nie wciśniesz. Może siądziesz z nami? Mamy tam stoliczek.
– Nie jesteś sam – odparł także sympatycznie Cygan.
– Nie szkodzi – Jola cię też zaprasza, prawda, kochanie?
– Mhm – odburknęła.
Cygan nie dał się drugi raz prosić, skorzystał z zaproszenia i usiadł z nimi a kelner zaraz

postawił przed nim wysmukły kieliszek, napełniając go szampanem.

7

Przez chwilę sytuacja była trochę niezręczna. W milczeniu patrzyli na siebie, obaj z półu-

śmieszkiem na ustach, czujni, spięci jak przed zwarciem w śmiertelnym uścisku. Jola wyczuła
tę atmosferę. Ogarnął ją prawdziwy strach. Czuła, że za chwilę między tymi dwoma mężczy-

background image

68

znami może dojść do spięcia, które wywoła burzę w całym lokalu. Przypomniało jej się, co
nakazał Marek i postanowiła podjąć inicjatywę. Wzięła w dłoń kieliszek szampana.

–  No  to  zdrowie!  –  wzniosła  toast.  –  Wypijmy,  skoro  jesteśmy  w  takim  przyjacielskim

gronie.

Wydało jej się, że obaj przyjęli tę propozycję z ulgą. Spełnili jej życzenie, zapalili, częstu-

jąc ją także. Marek nadal nic nie mówił, więc Cygan odezwał się pierwszy:

– Szukałeś mnie?
– Już wiesz? – zdziwił się Marek.
– Trójmiasto to w gruncie rzeczy mała dziura – roześmiał się Cygan. – Kichniesz w Gdań-

sku a w Gdyni ci powiedzą natychmiast „na zdrowie”.

– Szukałem – przyznał otwarcie Marek.
–  Chcesz  pogadać  na  osobności?  –  Cygan  był  przyzwyczajony  załatwiać  sprawy  bez

świadków.

– Nie, ona nie przeszkadza. Nie mam przed nią tajemnic.
– To fajnie – ucieszył się Cygan, trochę błaznując. – Szkoda by było gdybyś nas pozbawił

towarzystwa takiej pięknej dziewczyny... A poważnie? – zapytał znienacka.

– Poważnie, to mam sprawę, przyjacielską – powiedział Marek już bez uśmiechu.
– Wal – zachęcił. – Lubię załatwiać sprawy przyjaciołom.
Marek lekko zacisnął zęby. Wiedział, że tamten niemal otwarcie z niego kpi, ale nie chciał

wywoływać starcia. Wolał porozmawiać spokojnie, miał nadzieję, że się dogadają bez zbęd-
nych korowodów i silniejszych nacisków.

– To załatw mi jedną sprawę. Dla ciebie drobiazg, dla mnie sprawa honoru. Wiesz, że po-

trafię się zrewanżować...

– Jeszcze nie powiedziałeś o co chodzi – przypomniał Cygan.
– Dziś – zaczął Marek i spojrzawszy na zegarek, który wskazywał parę minut po północy,

poprawił się – wczoraj nad ranem zginął samochód.

– Co ty powiesz? – udał zdziwienie Cygan. – Sporo samochodów ostatnio ginie.  Ludzie

nie mają forsy, żeby sobie kupić, to zabierają bogatszym...

– Mówię poważnie – zmarszczył brwi Marek.
– Dobra – Cygan też spoważniał. – Gdzie? Jaki?
– BMW, metalic, nowy. W Gdańsku, na górce koło Kartuskiej.
– W Gdańsku? – Cygan uniósł brwi, potem napił się łyka szampana. – No i co?
– Wiesz coś o tym?
– Ja? – Cygan zrobił okrągłe oczy. – Odkąd to ja mam coś wiedzieć o skradzionych samo-

chodach? Zwłaszcza BMW. I zwłaszcza nowych... To musi być piękna maszyna, co ja bym
dał żeby taką jeździć!

Marek nagle pochylił się, złapał go za przegub i ścisnął z taką mocą, że aż Cygan syknął z

bólu. – Nie zgrywaj się – powiedział z wyraźnie hamowaną wściekłością. – Mówiłem: to dla
mnie honorowa sprawa.

– Panowie, panowie, napijmy się – wtrąciła gorączkowo Jola, widząc na co się zanosi. Cy-

gan wyrwał rękę z uścisku Marka, chwilę masował przegub i powiedział:

– Ale masz chwyt, specjalnie ćwiczyłeś, czy co?
– Odpowiesz? – nalegał Marek.
– Co ja ci mogę odpowiedzieć – odparł ciągle spokojny Cygan. – Myślisz, że wiem o każ-

dym skradzionym samochodzie?

– To twoja działka, amatorzy by takiej  gabloty nie zwinęli, to  musieli być twoi ludzie –

naciskał Marek.

–  Masz  rację  –  przyznał  cynicznie  Cygan  –  Gdańsk  to  moja  działka.  Sam  się  zgodziłeś,

choć ja uważam, że mnie krzywdzisz, bo masz większą.

– Nie o tym mówimy – przerwał mu Marek.

background image

69

– W porządku, nie o tym – przyznał Cygan. – A właściwie o czym?
– Ten wóz musi wrócić do właściciela – oświadczył Marek. – Za wszelką cenę.
– Za wszelką? To znaczy za jaką? – Cygan pozornie nadal błaznował, lecz Marek pojął, że

nareszcie zadał konkretne pytanie. Teraz już był pewny, że wie o BMW i świadomie się z nim
droczy.

– Noo – przeciągnął, trochę udając, że się namyśla – powiedzmy za pięć...
– Pięć czego? – chciał dokładnie wiedzieć Cygan.
– Tysięcy dolarów –  wyskandował Marek. Cygan odsunął się i wyszczerzył zęby  w iro-

nicznym uśmiechu.

– Stary, żarty stroisz? – powiedział. – Taki wózek stoi ze trzydzieści albo więcej.
– W salonie – wtrącił Marek.
– Jasne – zgodził się Cygan. – A u ciebie, ile? No, powiedz, ile byś wydusił za taką gablo-

tę? Dwadzieścia? Najmniej piętnaście. Dajesz mi napiwek czy co?

– Cygan – Marek mówił bez uśmiechu, patrząc mu prosto w oczy – mówiłem ci, to sprawa

honorowa. Gość jest mi bliski. Może dać pięć, no, może sześć, ale to najwyżej...

– Jak ci taki bliski, to dopłać za niego – zadrwił Cygan. – Albo kup mu nowy taki wózek.

Ja bym na przyjaciela grosza nie żałował...

– Cygan! – zabrzmiało to tak groźnie, że tamten odruchowo odsunął się od stolika, jakby w

obawie przed niespodziewanym ciosem w szczękę.

– Dobrze już, dobrze – usiłował załagodzić. – Na żartach się nie znasz? Od kiedy jesteś ta-

ki ponurak.

– To sprawa nie do żartów. A ty nie stracisz, mówiłem, że potrafię się zrewanżować.
– Jasne, wierzę ci – odparł Cygan. – Ale ja wcale nie powiedziałem, że wiem coś o tym

wózku. Trzymam się z daleka od takich spraw, sam wiesz...

– Wiem, wiem – teraz Marek był ironiczny. – Ja też. I dlatego z tobą o tym gadam. Najle-

piej rozmawia się z ludźmi, którzy nic o niczym nie wiedzą. Zawsze mogą się dowiedzieć, nie
uważasz?

– O, mówisz jak kaznodzieja – roześmiał się Cygan. – A zatem, co mam zrobić?
– Zadziałaj żeby do rana ten wózek znalazł się tam, gdzie był wczoraj...
–  Fiuu!  –  gwizdnął  Cygan.  –  Masz  mnie  za  cudotwórcę...  No,  ale  dobra,  mówimy  jak

przyjaciele, sama pani słyszała, prawda? – zwrócił się do Joli, a ona zdezorientowana skinęła
głową niepewnie. To ja, jak przyjaciel ci odpowiem: mogę się popytać. A jak się czegoś do-
wiem o nowym BMW metalic, to ci powiem. I grosza od ciebie nie wezmę. Od przyjaciół za
takie przysługi zapłaty nie biorę...

Marek był bliski wybuchu. Z jednej strony zdawał sobie sprawę, że Cygan z niego drwi,

handryczy  się,  usiłuje  wydusić  wyższą  cenę,  a  z  drugiej  wiedział,  że  przemocą  niczego  od
niego nie wyciśnie i sprawa może przepaść raz na zawsze. A Cygan dodał:

– Jak go zwinęli wczoraj nad ranem, to może tego BMW już wcale nie być na Wybrzeżu.

Może go już nawet nie być w Polsce. To nie taki wielki kraj, można go przelecieć w parę go-
dzin,  zwłaszcza  szybkim  wózkiem...  Wiesz,  to  już  może  wcale  nie  być  BMW,  tylko  jakaś
wołga albo superłada... – roześmiał się z własnego dowcipu. Widać było, że czuł swoją prze-
wagę nad Markiem i nadal igra z nim, jak kot z myszą. Ale Markowi nie było do śmiechu.
Zapytał chmurnie, z ukrytą groźbą w głosie:

– To jak będzie? Załatwimy sprawę, czy nie?
– Nie gorączkuj się – odparł Cygan. – Powiedziałem,  że  mogę  się  dowiedzieć,  a  jak  się

czegoś dowiem, to ci powiem. Za darmo...

– To zrób to od razu – naciskał Marek.
– Stary! – wykrzyknął Cygan. – Aleś w gorącej wodzie kąpany. Skąd ja ci o tej porze, w

knajpie, wśród obcych ludzi wydostanę takie informacje...

– Nie czaruj. Cygan. Chcę znać odpowiedź. Bo jak nie, to sam zacznę działać.

background image

70

– Odważny jesteś – z dziwną powagą odparł Cygan. – Sam mówisz, że wózek zniknął w

Gdańsku, a ty nie znasz tamtego terenu, bo to nie twoja działka. Możesz zabłądzić w jakichś
zakamarkach...

Marek wiedział, że to otwarta pogróżka, ale zaszedł już zbyt daleko, by się wycofać.
– Nie znasz moich możliwości – rzucił ponuro. – Mów: idziesz na to, czy nie?
– Dobrze – zdecydował się nagle Cygan. – Powiedziałem i słowa dotrzymam. Postaram się

czegoś dowiedzieć. Może nawet tu, zaraz, zobaczę, co się da zrobić, poczekaj. Przepraszam
panią – zwrócił się szarmancko do Joli, opróżnił kielich szampana, wstał i odszedł do baru.
Oboje widzieli, jak się tam kręci, zamienia po parę słów z niektórymi mężczyznami, potem
wychodzi na zewnątrz, nie rozglądając się po lokalu.

– Poszedł – powiedziała Jola.
– Nie sądzę. Pewnie gdzieś telefonuje... Poczekajmy...

8

Cygan nie wracał dosyć długo. Jola wyraźnie się nudziła, a Marek, choć tego nie okazy-

wał,  czuł  narastające  zniecierpliwienie  i  zdenerwowanie.  Zamówił  jeszcze  jedną  butelkę
szampana,  wbrew  swemu  zwyczajowi  wypił  pełny  kieliszek,  a  kiedy  Jola  zaproponowała,
żeby  zatańczyli  zamiast  marnować  czas,  zgodził  się  bez  oporu.  Nadal  jednak  był  napięty,
spoglądał w górę, spodziewając, że na schodach znów pojawi się znajoma sylwetka. Ale czas
mijał i Cygana nie było.

Kiedy orkiestra zrobiła przerwę, wrócili z Jolką do stolika i Marek znów wypił szampana.

Jola nic nie mówiła, ale widziała, że z Markiem dzieje się coś niedobrego. Chcąc jakoś rozła-
dować atmosferę i zagadać rosnący zły nastrój przyjaciela, powiedziała:

– Nie dziś – to jutro na pewno coś ci powie...
– To zimny sukinsyn – odparł przez zaciśnięte zęby Marek. – Z nim trzeba inaczej. Byłem

za łagodny. On uznaje tylko silniejszego. Zmył się jak szczur, ale go dopadnę...

– Może poszedł z jakąś lalą? – próbowała bez przekonania tłumaczyć Jola.
– Tam siedzi jego lala – Marek zrobił ruch głową w stronę baru. Jola spojrzała i dostrzegła

owego młodzieńca, którego poprzednio zachęcał Cygan, aby zajął miejsce obok niego.

– Jak to lubi, to jego strata – próbowała żartować. – Ja cieszę się, że ty lubisz co innego.

Zwłaszcza ze mną...

Nie zdążył odpowiedzieć, bo właśnie w tym momencie ukazał się portier hotelowy, dyżu-

rujący  zazwyczaj  na  dole  przy  wejściu.  Rozglądał  się  szukając  kogoś  wzrokiem,  wreszcie
ujrzawszy Marka podszedł i zgiął się w pół.

– Bardzo państwa przepraszam – mówił pokornie. – Czy może pan na chwilkę wyjść?
– Co jest? Po co? – najeżył się Marek. Portier był nadal uniżenie uprzejmy.
– Proszę się nie gniewać – mówił błagalnie. – Nic wielkiego, ale mam pewien kłopot.
– Co mnie to obchodzi? – Marek czuł, że coś się za tym może kryć i był ostrożny. Znał te-

go portiera, wiedział, że jest na swoim  terenie,  więc  nie  powinien  się  niczego  obawiać,  ale
rozmowa z Cyganem, napięcie nerwowe, dosyć dziwny nastrój całego wieczoru sprawiły, że
był czujny i nieufny. Tym bardziej miał się na baczności, że idąc z Jolą bawić się, nie zabrał
ze sobą chłopców z ochrony, którzy zazwyczaj dyskretnie mu towarzyszyli, kiedy załatwiał
nocą  różne  swoje  sprawy.  Dziś  nie  przewidywał  takich  spraw,  więc  uznał,  że  nie  będą  mu
potrzebni, a teraz zaczynał tego żałować. Jednak portier był tak uniżony, uprzejmy i niemal
go błagał, że w końcu zamiast go przepędzić, zapytał raz jeszcze:

– Powie pan, co się stało, czy nie?
– Chciałem prosić żeby pan przestawił swój samochód – wyjaśnił jąkając się portier.
– Przecież stoję prawidłowo – zdziwił się Marek.

background image

71

– Tak, bardzo pana przepraszam – sumitował się portier. – Aleja za to miejsce wziąłem od

jednego gościa hotelowego. Teraz wrócił, jest zalany i się awanturuje, nie chce stanąć gdzie
indziej. To zagranicznik, pan wie, zależy mi. Odjedzie pan trochę na bok i będzie w porządku.
Przepraszam, moja wina... – Mówił szybko, jąkał się trochę, wyraźnie speszony tym, że zwra-
ca się do gościa z taką nieco dziwną prośbą. Markowi jednak to tłumaczenie wydało się dość
prawdopodobne, więc sięgnął do kieszeni, wyjął kluczyki i podał je portierowi.

– To masz pan – powiedział. – Przestaw sam mój wóz i będzie po krzyku.
–  O  nie!  –  portier  podniósł  dłonie,  jakby  się  chciał  nimi  zasłonić  przed  niebezpieczeń-

stwem. – Nigdy nie dotykam wozów gości... Bardzo proszę, niech pan sam, to tylko moment.
Pani wybaczy, prawda?...

–  Idźże wreszcie,  niech  pan  nie  nudzi  –  zdenerwowała  się  Jola.  Marek  podniósł  się  nie-

chętnie i poszedł za portierem ku wyjściu z baru.

Kiedy dochodzili do szatni, znajdującej się już blisko wyjścia na dwór, portier powiedział

przejmującym szeptem:

– Niech pan się nie gniewa, to naprawdę nie moja wina, musiałem...
– O czym pan mówi – zmarszczył brwi Marek, ale nie zdążył usłyszeć wyjaśnienia portie-

ra,  bo  w  tym  momencie  ktoś  go  mocno  pchnął  w  stronę  drzwi  z  napisem:  Szatnia.  Obcym
wstęp wzbroniony. Było to wejście dla szatniarza. Marek znalazł się nagle w niewielkim po-
mieszczeniu,  jakby  przedpokoju  do  szatni,  gdzie  z  dwóch  stron  nacisnęli  go  nieznani  męż-
czyźni.  Zrozumiał,  co  to  znaczy.  Portier  zniknął  gdzieś,  zresztą  nie  zmieściłby  się  tu  na
czwartego, tak ciasne było to pomieszczenie.

– Co jest? – zapytał Marek, starając się nie tracić panowania nad sobą. Z obu stron naci-

skało na niego dwóch rosłych byczków. Żaden z nich nie przekroczył trzydziestki, obaj byli
krępi, przypominali bokserów co najmniej wagi półciężkiej. Jeden złapał go mocno za ramię,
a drugi odchylił połę marynarki i ukazał pistolet do połowy schowany w skórzanej kaburze
zawieszonej pod pachą.

– Ktoś ma do pana małą prośbę – powiedział.
– Kto?
– Nieważne – ten drugi przycisnął Marka brzuchem do ściany. – Chodzi o stolik. Za długo

pan go zajmuje, a to stałe miejsce jednego gościa.

–  Taak?  –  przeciągnął  Marek.  Już  odzyskał  panowanie  nad  sobą.  Ukradkiem  spoglądał

wokół,  zastanawiając  się  jakie  ma  szansę  wyjścia  z  opresji,  był  jednak  bezradny.  Mocno
przyciśnięty, zagrożony bronią nie mógł nawet myśleć o obronie. A ten z pistoletem pytał:

– To jak, dogadamy się?
– A tak konkretnie, o co idzie?
– Nie udawaj głupiego – zdenerwował się ten z brzuchem. – Masz się zmyć i to już... Za-

bieraj tę laleczkę i już cię nie ma, są tu ludzie, którzy czekają na miejsce, a ty siedzisz jakbyś
był właścicielem. Jasno mówię?

– A jak nie, to co? – jeszcze próbował zwlekać Marek.
– To będzie marnie – grubszy zrobił zmartwioną minę. – Może się coś przytrafić tobie albo

tej ładnej panience.

– To głupie – powiedział Marek. – Pójdę dziś, wrócę jutro...
– Jutro daleko, a dziś jest jak jest. Zmywaj się, bo przeszkadzasz i nie rób trudności, do-

brze? – mówił, jakby łagodnie perswadował, ale Marek wiedział, że to nie żarty. Nie bał się o
siebie, nawet gotów byłby podjąć walkę, nie tutaj, ale tam, w lokalu, bo był pewien, że jeśli
nie posłucha, to znajdą pretekst do awantury i zaatakują go. Jednak myśl o tym, że mogą coś
zrobić Jolce, sprawiła, że postanowił zaprzestać oporu.

– Dobra – powiedział. – Dziś wasze na górze. A temu panu, co tak tęskni do mojego stoli-

ka, powiedzcie, że chętnie się z nim spotkam. Nie dziś, to jutro...

background image

72

– Dobra, dobra, spadaj – warknął ten z pistoletem, usuwając się, by zrobić Markowi przej-

ście. Gdy Marek ruszył do drzwi, ten grubszy kopnął go mocno w kostkę. Zabolało i Marek z
trudem powstrzymał się, by tego nie okazać. Jednak nie darował. Błyskawicznie, z półobrotu
uderzył  pięścią  w  wypięty  brzuch.  Mężczyzna  zgiął  się,  a  drugi  nie  zdążył  zareagować,  bo
Marek już wyszedł z pomieszczenia a na zewnątrz, w szatnianym holu było kilka osób i lepiej
było nie wszczynać otwartej awantury.

Gdy wrócił do stolika, był tak opanowany, że Jolka nie domyśliła się, iż zaszło coś poważ-

nego. Dopiero, kiedy przywołał kelnera i zażądał rachunku, zapytała zdziwiona:

– Już chcesz iść? Teraz, kiedy się dopiero rozkręcamy?
– Cicho, Jolciu – odparł łagodnie. – Nie grymaś, idziemy...
–  Jak  mnie  traktujesz?  –  zdenerwowała  się  nie  na  żarty.  –  Najpierw  obiecujesz  szałową

noc, potem snujesz się bez sensu po knajpach a teraz, jak zaczęło być dobrze, to każesz wy-
chodzić.

– Powiedziałem: cicho – nie podniósł głosu, ale spojrzał przy tym na nią tak, że zamilkła.

A gdy raz jeszcze powtórzył „idziemy” – nie protestowała dłużej. Zrozumiała, że miał jakiś
ważny powód, ale zrobiła nadąsaną minę, aby okazać jak bardzo czuje się urażona. Dopiero w
samochodzie Marek powiedział do niej łagodnie:

– Nie rób grymasów, Jolciu. Wiesz, że gdybym nie musiał, to bym nie wyszedł. Jeszcze się

pobawimy. Innym razem. Teraz są ważniejsze sprawy.

– Ale ten Cygan. Miał wrócić, nie poczekasz? – pytała naiwnie.
– Z Cyganem jeszcze się spotkam – odparł ponuro. – Odechce mu się robić dowcipy. Te-

raz lepiej już o nic nie pytaj.

Ruszył dość ostro i tylko po tym można było poznać, że jest wściekły, bowiem zazwyczaj

startował spokojnie. Nie lubił wariackiej jazdy...

Po paru minutach zatrzymał się przed wejściem do swojej willi i wyłączył silnik. Jola za-

pytała zdziwiona:

– Nie wjeżdżasz do garażu?
–  Dużo  dziś  zadajesz  pytań  –  odparł  chmurnie.  –  Wysiadamy.  –  Pozostawił  samochód,

wprowadził Jolę do mieszkania:

– Bądź grzeczna, mała. Dziś już zostaniesz w domu. Zresztą jest późno,  pójdziesz  sobie

spać, jesteś na pewno trochę zmęczona.

– A ty? – w jej głosie zabrzmiał strach. Wreszcie dotarło do niej, że Marek podejmuje ja-

kąś akcję. Po tym wszystkim, co zaszło domyślała się, że będzie to coś niebezpiecznego.

– Mam jeszcze coś niecoś do zrobienia – odparł wymijająco. – Mówiłem ci żebyś za dużo

nie pytała. Idź spać, ja wrócę niedługo...

– Idę z tobą – zdecydowała nagle. – Nie zostanę tu sama.
– Jola! – tym razem jego głos zabrzmiał groźnie. – Zrobisz jak powiedziałem.
– Masz mnie za idiotkę! – wybuchnęła. – Myślisz, że tu zasnę spokojnie, kiedy ty będziesz

robił nie wiadomo co? Chcę wszystko wiedzieć, chcę być z tobą albo pójdę do diabła.

–  Nie  wrzeszcz!  –  posadził  ją  i  położywszy  jej  dłoń  na  głowie,  dodał  łagodniej:  –  Jak

przyjdzie czas, to ci powiem wszystko. Albo przynajmniej tyle, ile powinnaś wiedzieć. Teraz
sza, spać. Wdepnąłem w sprawę i muszę ją dokończyć. Przecież tego chciałaś, nie? Ty i twoja
mama? No więc cicho, mała, bądź grzeczna – i pocałował ją w usta, a ona już nie miała od-
wagi protestować.

Zdjął marynarkę, zamienił ją na sportową kurtkę, rzucił jeszcze: – Zgaś światło, w domu

nie ma nikogo, rozumiesz? – i wyszedł. Jola posłusznie spełniła jego życzenie.

background image

73

9

Zszedł na dół i wewnętrznym przejściem skierował się do agencji PZB. Było to pomiesz-

czenie odizolowane od reszty willi, ale jednak znajdujące się pod ręką, w każdej chwili łatwe
do osiągnięcia.

Dyspozytor na widok wchodzącego Marka zrobił zdziwioną minę, ale nic nie powiedział,

tylko odstawił szklankę z herbatą i spojrzał pytająco.

– Ściągaj chłopaków – rozkazał Marek.
– Tych z patroli? – upewnił się dyspozytor.
– Nie. Niech oni oblecą ekipę i sprowadzają. Natychmiast.
– Całą?
– Tak. W dwóch wozach. Pełna gotowość. – Brzmiało to jak wojskowe rozkazy. Dyspo-

zytor jeszcze się upewniał:

– Tu mają przyjechać?
– Nie. Pod Grand. Błyskawicznie. Będę tam na nich czekał.
Nie  było  więcej  pytań.  Dyspozytor,  człowiek  koło  pięćdziesiątki,  dość  jednak  żwawy,

szybko  wydawał  przez  radiotelefon  polecenia  patrolującym  pracownikom  PZB.  Mówił  nie-
zbyt skomplikowanym szyfrem, urywanymi zdaniami:

– Zwołać ekipę. Czwórka. Dwie gabloty. Grand Hotel, parking. Natychmiast...
Tamci  potwierdzili  przyjęcie  polecenia  i  w  głośniku  zapanowała  cisza.  Marek  pociągnął

łyk herbaty ze szklanki dyspozytora i wtedy ten, ośmielony nieco tym gestem, zapytał:

– Coś się dzieje?
– Coś niecoś – odparł zdawkowo Marek. – Nie zaśnij tu, jakby było trzeba, to się odezwę.
– Nigdy nie śpię na dyżurze – obraził się dyspozytor.
– Dobra – Marek klepnął go po ramieniu. – Dalej wszystko normalnie.
– Jasne – kiwnął głową dyspozytor. Marek już opuszczał dyspozytornię.
W samochodzie zapalił papierosa i chwilę się namyślał. Miał jeszcze trochę czasu. Wie-

dział, że musi upłynąć ze dwadzieścia minut zanim wezwani przez niego ludzie stawią się na
wskazanym  miejscu.  Schylił  się  i  sięgnął  pod  tablicę  rozdzielczą.  Wyjął  stamtąd  pistolet,
obejrzał go w mroku, bo najbliższa latarnia znajdowała się dosyć daleko. Sprawdził magazy-
nek, zabezpieczył broń i wsunął ją za pasek od spodni na brzuchu. Wypaliwszy, wolno poje-
chał w stronę Grand Hotelu.

Zatrzymał się na tym samym parkingu, na którym stał poprzednio, ale nieco dalej, tak by

jego wóz nie rzucał się w oczy i żeby mógł równocześnie widzieć parking, i wejście do baru
Karo. Uważnie przyjrzał się zaparkowanym samochodom i odetchnął z ulgą. Rozpoznał wóz
Cygana. Był to peugeot 405, biały, prawie nowy, zbyt rzucający się w oczy jak na gust Mar-
ka.  Wiedział  jednak,  że  Cygan  jest  dość  próżny  i  lubi  szpanować.  Stąd  wyzywające  nieco
garnitury, przesadna elegancja zalatująca prowincją, stąd też ten samochód, który rzucał się w
oczy. Teraz Marek był zadowolony z takiego gustu Cygana, bo nie musiał sprawdzać, czy jest
on jeszcze w lokalu. A jeśli był on – pomyślał – to i tamci też. Niewątpliwie byli to jego lu-
dzie z osobistej ochrony. Zbyt szybko się pojawili, by mogli  być  specjalnie  wezwani  przez
Cygana żeby przepędzić Marka.

Nie upłynęło pół godziny, kiedy dojrzał jak na parking zajeżdżają dwa samochody. Każdy

z innej strony – jeden wbrew zakazowi wjazdu od stacji benzynowej, a drugi normalnie, bez
łamania przepisów. Zatrzymały się w niewielkiej odległości od niego, w obydwu wyłączono
reflektory. Wówczas Marek raz, krótko, błysnął swoimi światłami. Przyzwyczajony do mroku
Marek  ujrzał  jak  cicho  otwierają  się  drzwiczki  w  tamtych  samochodach  i  wysiadają  z  nich
ciemne sylwetki. Dwaj mężczyźni ukradkiem, w cieniu drzew rosnących tu na skwerku, po-
deszli do jego poloneza i wsiedli. O nic nie pytali, czekali, co Marek im powie. A on, nie od-
wracając głowy, szeptem wyjaśnił:

background image

74

– Cygan jest w barze. Mam do niego sprawę. Ma obstawę, dwóch brysiów, im też się należy.
– To, jak ma być? – także szeptem spytał jeden z mężczyzn.
– Poczekamy aż wyjdą – wyjaśnił Marek. – Cygan na pewno wyjdzie pierwszy, tam stoi

jego peugeot – pokazał palcem. Za nim pewnie wyjdzie obstawa. Nie ruszy się bez nich.

– Który ich wóz? – padło pytanie.
– Nie wiem – odparł Marek. – Musicie patrzeć i jak ich zobaczycie, to, zanim ruszą, wska-

kujcie. Trzeba ich wyciszyć.

– Na amen? – w głosie pytającego nie było entuzjazmu.
– Nie, baranie – szorstko odparł Marek. – Wyłączyć z akcji, nie mogą się wtrącić, jak bę-

dziemy załatwiać sprawę z Cyganem.

– Jasne – z pewną ulgą powiedział mężczyzna. – A Cygana sam załatwisz?
– Nie. Jedna para bierze goryli, druga Cygana. Jak tylko wsiądzie, macie go przytrzymać

za kierownicą, ale nie robić krzywdy. Tylko bez hałasu.

– Jasne. A potem?
– Zobaczymy. Pewnie gdzieś pojedziemy. Gaz macie, czy tylko ostre?
– I to, i to – padła odpowiedź.
– Fajnie – ucieszył się Marek. – No to wszystko jasne?
– Jasne.
– Ja się włączę, jak będziecie mieli Cygana – dorzucił. – Teraz jazda.
Mężczyźni wysiedli i skierowali się do swoich samochodów. Po chwili Marek zobaczył,

jak cztery sylwetki wyłaniają się z ich wnętrz i znikają za drzewami i krzakami. Wiedział, że
od tej pory samochody Cygana i jego obstawy są czujnie obserwowane. Ziewnął i spojrzał na
zegarek. Fosforyzujące wskazówki pokazywały wpół do drugiej. Chciało mu się zapalić, ale
wolał tego nie robić. Nie był pewny, czy Cygan nie podjął jakichś środków bezpieczeństwa i
wolał nie zdradzać swojej obecności na parkingu...

Czekał dosyć długo. Dochodziła trzecia nad ranem, kiedy ujrzał jak Cygan wychodzi z baru.

Nie był sam. Towarzyszył mu ów młody chłopak, który poprzednio przyzywał go do siebie. Wi-
docznie Cygan w końcu skorzystał z zaproszenia. Marek nie był z tego zadowolony, ale uznał, że
nie ma się czym specjalnie przejmować, bo tacy chłopcy nie byli zbyt skorzy do walki.

Wokół  nic  się  nie  działo.  Cygan  rozejrzał  się  dookoła  i  skierował  do  swego  peugeota  a

wraz z nim wsiadł chłopak. W tym momencie ukazali się dwaj ochraniarze Cygana. Szli dość
szybko do opla, zaparkowanego blisko od wozu Cygana.

Marek nie ruszał się. Kątem oka widział jak z krzaków wyłoniły  się  cienie  jego  chłopa-

ków. Błyskawicznie dopadli opla i otworzyli drzwiczki równocześnie z dwóch stron. Zniknęli
na  tylnym  siedzeniu.  Marek  obserwował  uważnie  spodziewając  się,  że  może  tam  zajść  coś
nieprzewidzianego, lecz nadal panował spokój. Z daleka, w ciemności, mogło się wydawać,
że na parkingu nie zdarzyło się absolutnie nic.

Tymczasem  dwa  inne  cienie  chyłkiem,  kryjąc  się  za  samochodami,  zbliżyły  się  do  peu-

geota. Tu scena dokładnie się powtórzyła. Obaj weszli przez tylne drzwiczki i zatrzasnęli je
za sobą. Marek, nie spiesząc się wyszedł z poloneza i zbliżył się najpierw do opla.

Dwaj jego znajomi z szatni siedzieli na przednich siedzeniach. Obaj mieli ręce założone na

tyły  głów  i  tkwili  nieruchomo.  Za  nimi,  na  tylnych  siedzeniach  widać  było  głowy  dwóch
mężczyzn w kominiarkach a lufy pistoletów dotykały potylic goryli.

Marek wsunął się także na tylne siedzenie i w milczeniu dał znak swoim ludziom. Wów-

czas obaj, jak na komendę, uderzyli kolbami. Rozległ się niemiły odgłos jakby ktoś uderzył
ciężkim, owiniętym w szmatę, przedmiotem w ścianę. Głowy goryli opadły.

– Dobra, dajcie im gazu – szeptem polecił Marek. Jeden z napastników wyjął zza paska pi-

stolet gazowy i skierował strumień na twarze nieprzytomnych.

– Dobra – rozkazał Marek – spływamy, bo jeszcze i my zaśniemy. Pośpią sobie jakiś czas.

Ma któryś kajdanki?

background image

75

Jeden z jego ludzi, nie pytając o szczegóły, wyjął kajdanki i przechylając się ponad opar-

ciem przedniego siedzenia skuł razem nieprzytomnych.

– Już nas nie ma! – rozkazał Marek.
Nie robiąc hałasu wysiedli. Marek jeszcze szeptem poinstruował swoich ludzi, co mają ro-

bić dalej, i przeszedł do peugeota.

We wnętrzu panowała cisza. Cygan siedział z rękami opartymi na kierownicy, ale nie ruszał

się, bo miał między łopatkami lufę pistoletu. Siedzący obok niego chłopak trząsł się ze strachu,
niema] łkał, ale nie miał odwagi czynić tego głośno, bo także czuł na karku chłód stali.

–  W  porządku  –  powiedział  Marek,  nie  starając  się  mówić  szeptem  ani  zmieniać  głosu.

Wiedział, że to i tak nie zda się na nic, zresztą chciał, żeby Cygan wiedział z kim ma do czy-
nienia. Szukał satysfakcji za to, co mu tamten zrobił przed trzema godzinami. – Przesiadaj się,
tu, do tyłu, tylko bez kawałów – ostrzegł. Ty – skinął do swojego człowieka w kominiarce –
za kierownicę. No, już...

Cygan bez protestu przesiadł się, cały czas trzymany na muszce. Człowiek Marka siadł za

kierownicą i uruchomił silnik.

– Jedź gdzieś na bok – polecił Marek. Mężczyzna posłusznie ruszył, bez pośpiechu opuścił

parking i skierował wóz w wąskie, ciemne uliczki. Za nimi, z przygaszonymi światłami po-
suwał się samochód tamtej dwójki. W pewnym miejscu, już na uboczu, Marek polecił kieru-
jącemu by się zatrzymał.

– Zjeżdżaj synku – powiedział do chłopaka siedzącego obok kierowcy. – No, już..  I bez

hałasu, bo...

Nie musiał tego dwa razy powtarzać. Chłopak wyskoczył i nawet nie zatrzasnąwszy za so-

bą drzwiczek ruszył biegiem, byle jak najdalej od tych ludzi.

– Jedziemy! – rozkazał Marek – w górkę, w stronę Opery Leśnej. – Wóz ruszył. W czasie

jazdy Marek powiedział drwiąco do Cygana:

– Odważna to ona nie jest ta twoja dziewczynka... – kierujący wozem człowiek parsknął

śmiechem, ale zaraz umilkł i dalej prowadził w milczeniu. Cygan powiedział spokojnie:

–  Co  za  człowiek  z  ciebie.  Miałeś  na  mnie  poczekać  i  nie  poczekałeś.  Jak  wróciłem,  to

przy twoim stoliku siedział jakiś burek z tłustą dziewuchą i żłopał czystą, nawet nie szampa-
na...

– Zamknij się! – warknął Marek. – Nie bądź za wesoły. Tu stajemy – to było do kierujące-

go. Zatrzymał samochód w cieniu drzew, na pustej, bocznej ulicy w pobliżu Opery Leśnej.

Marek wziął Cygana za klapy marynarki, odwrócił do siebie. Siedzący teraz z tyłu, jego

człowiek dotykał nadal lufą potylicy Cygana. Drugi, ten przy kierownicy, odwrócił się i także
błysnął bronią, podtykając lufę pod nos delikwentowi.

– No więc? – powiedział Marek, cedząc słowa. – Wróciłeś jednak... I co mi chciałeś po-

wiedziać?

–  Nic  –  wykrztusił  Cygan,  starając  się  nie  okazywać  strachu,  który  mu  ściskał  krtań.  –

Nic... Nie dowiedziałem się w twojej sprawie...

– Taaak? – przeciągnął ironicznie Marek i powiedział do tego z przodu: Zrób mu kreskę.

Tylko nie za głęboką, szkoda urody takiego przystojniaka.

Mężczyzna wyjął sprężynowy nóż, otworzył go z trzaskiem i przeciągnął ostrzem po po-

liczku Cygana. Ukazała się smuga krwi biegnąca od ucha do brody. Cygan nie krzyknął, tylko
skrzywił się, jakby miał zamiar się rozpłakać.

– No? – pytał teraz Marek już twardo, z nieukrywaną pogróżką. – Powiesz, czy poprawić?
– Nnnie, zostaw, będzie blizna – wyjąkał Cygan. Marek roześmiał się, tak go ubawiła tro-

ska Cygana o urodę. – Nie szkodzi – powiedział – to ci doda męskości. Powiesz, żeś się za-
ciął przy goleniu. No – głos znów mu stwardniał – gdzie jest wóz?

– Pod Pruszczem – wyjąkał Cygan.
– Dokładnie! – rozkazał Marek.

background image

76

– Nnnie wiem jaki to adres, za Świętym Wojciechem, taki warsztat...
– Dobra, pojedziemy tam, pokażesz – zdecydował Marek. Samochód ruszył teraz ostro. Cygan

zacisnął szczęki,  był  bezradny. Siedział  cicho między  człowiekiem  w  kominiarce  a  Markiem  i
widział przed sobą plecy kierowcy. Za nimi – jak na sznurku – jechał drugi samochód. Droga z
Sopotu do Gdańska była o tej porze zupełnie pusta, jakby całe Trójmiasto było wymarłe.

10

Wyjechali poza miasto przez nikogo nie zatrzymywani, raz tylko minęli policyjny wóz pa-

trolowy jadący w przeciwnym kierunku. Za Orunią, kiedy dojeżdżali do Świętego Wojciecha,
Marek zapytał:

– Tu gdzieś?
– Dalej – odparł Cygan.
Jeszcze przez jakiś czas jechali w milczeniu, ale gdy już widać było zabudowania Pruszcza

Marek zagroził:

– Jeżeli coś kombinujesz, to uważaj, nie zdążysz, a ja cię załatwię bez litości. Mówiłem ci,

że mi na tej sprawie zależy...

– Zwolnij... – polecił Cygan. Kierowca posłuchał go, a gdy byli już przed pierwszymi za-

budowaniami Pruszcza, Cygan nakazał: – Skręć w lewo. Tu ostrożnie... droga marna, resory
mi połamiesz...

– Dobry jesteś – roześmiał się Marek. – Żarty ci się trzymają. No, gdzie teraz?
Znaleźli się między niskimi, nędznymi zabudowaniami. Droga zmieniła się w jakąś niemal

polną ścieżkę, z prawa i lewa mijali krzywe płoty, przed nimi było ciemno a dalej rozciągała
się żuławska równina.

–  Jeszcze  kawałek,  ostrożnie  –  powiedział  Cygan.  Kierowca  prowadził  wolno,  bo  wóz

podskakiwał na dużych wybojach nieutwardzonej drogi. Wreszcie w świetle reflektorów uka-
zały się zabudowania, które zamykały dalszą drogę. Metalowa brama  była  zamknięta,  okna
ciemne. Przy głównym, piętrowym budynku widać było drewniane szopy, coś jakby stodołę,
a bliżej blaszak z napisem widocznym z daleka: „Nie palić”.

– Stań – nakazał kierowcy Cygan, a Marek zapytał: – Tu?
– Tu – potwierdził Cygan.
Marek patrzył przez dłuższą chwilę przed siebie, uważnie obserwując budynki. Kierowcy

kazał zgasić światła, a ci, którzy stali za nimi, zrobili to samo.

Wokoło teraz było ciemno i cicho. W zabudowaniach panował spokój, zdawać by się mogło,

że nikt tam nie mieszka. W gęstym mroku, na tle nieco jaśniejszego horyzontu majaczyły cienie
budynków. Zadudnił pociąg przejeżdżający niedaleką trasą do Trójmiasta i znów zapadła cisza.

– Poczekajcie – powiedział Marek i wysiadł. Podszedł do stojącego z tyłu drugiego samo-

chodu i wszedłwszy do środka poinstruował ludzi:

– Zostańcie na dworze i uważajcie. I lepiej żeby was nie widzieli. Obserwujcie, co się bę-

dzie działo i w razie potrzeby wskoczycie do środka. Jeżeli tylko zobaczycie, że coś jest nie
tak – ruszacie, jasne?

– Jasne – odpowiedział jeden, upewniając się: – W razie czego idziemy na całego?
– Tak, ale tylko w ostateczności. Najważniejsze to nas ubezpieczać.
– Dobra.
Wysiadł i wrócił do pierwszego wozu. Raz jeszcze rozejrzał się i stwierdziwszy, że w za-

budowaniach nadal panuje spokój, otworzył drzwiczki.

–  Idziemy!  –  rozkazał.  Dwaj  jego  ludzie  bez  słowa  wysiedli,  ale  Cygan  nie  ruszył  się  z

miejsca. Marek wyjął pistolet i szturchnął go lufą. – Ty też, szybciej!

Cygan, nic nie mówiąc, wygramolił się z samochodu. Marek stanął za jego plecami i mó-

wił ciągle szeptem:

background image

77

– Wiesz, że nie będę żartował. Żarty się skończyły w Grandzie...
– No, czego chcesz? – zapytał Cygan również szeptem.
– Zapukasz, zażądasz żeby cię wpuścili.
– A jak nie?
– To sam się przekonasz, że nie żartuję.
– Dobra, i co?
– Wejdziesz, a my za tobą. Dalej to już moja sprawa. Idziemy.
Pchnął lekko Cygana lufą. Ten niechętnie poszedł przed siebie.  Dwaj milczący ludzie  w

kominiarkach i z bronią w ręku szli cicho po bokach, nieco z tyłu. Niemal bezszelestnie do-
tarli do metalowej bramy.

– Nie przeskoczę – oświadczył Cygan.
– Nie zgrywaj się – odparł groźnie Marek. – Wiesz jak go obudzić.
Cygan już dłużej nie szukał wykrętów. Namacał guzik dzwonka i długo go naciskał. Cze-

kali przez jakiś czas, aż w jednym z okien na parterze pojawiło się światło. Umieszczony na
słupku głośniczek zachrypiał.

– Kto? – usłyszeli zaspany głos. Marek mocniej wcisnął lufę w plecy Cygana.
– To ja – powiedział niezbyt głośno Cygan. – Otwórz!
Zaterkotał brzęczek i furtka obok bramy, lekko pchnięta przez Marka otworzyła się. Jed-

nocześnie zaświeciła się niespodziewanie lampa na słupie przy bramie. W jej blasku wyraźnie
widać było całą czwórkę wkraczającą na podwórze. Światło wydobyło też z mroku kilka sta-
rych  samochodów  stojących  po  prawej  stronie,  w  pobliżu  blaszanego  baraczku.  Przy
drzwiach wejściowych do domu znów rozległ się ten sam głos z drugiego głośniczka:

– Po co was tylu?
– Nie gadaj dużo, otwieraj! – gniewnie odpowiedział Cygan, czując ucisk lufy pod żebra-

mi. Stał pod drzwiami z Markiem za plecami i dwoma ludźmi po bokach. Wiedział, że nie ma
żadnych szans wobec takiej przewagi, miał tylko nadzieję, że może gdy będą w środku, znaj-
dzie jakieś wyjście. Ale Marek go uprzedził:

–  Pamiętaj,  bez  kawałów!  Przyjechałeś  po  ten  wóz.  Zabieramy  go  i  odjeżdżamy  razem.

Bez szumu, bez draki.

Znów rozległ się brzęczek i głos zachrypiał:
– Wejdź, ale sam.
– Nie – odpowiedział twardo za Cygana Marek. – Otwieraj, czasu mało!
Drzwi otworzył mężczyzna w piżamie. Zrobił małą szparę i wyjrzał przez  nią.  Zobaczył

Cygana i to go nieco uspokoiło. Zdjął łańcuch i otworzył szerzej. Wówczas Marek z całej siły
pchnął drzwi aż  uderzyły  gospodarza  tak,  że  ten  poleciał  na  ścianę.  Popychając  przed  sobą
Cygana wdarł się do środka. Tamci dwaj momentalnie wskoczyli za nim.

Jeden przytknął lufę gospodarzowi do nosa a drugi, zatrzasnąwszy nogą drzwi, oparł się o nie

plecami i czujnie patrzył na całą grupę, także trzymając pistolet wycelowany w gospodarza.

– Co to. Cygan, co jest?.. – bełkotał zaskoczony gospodarz. Był to niemłody mężczyzna, z

wyraźnie zarysowanym pod bluzą piżamy brzuszkiem,  szpakowatą  czupryną  i  wąsami  opa-
dającymi w dół po obu stronach ust. Oczy latały mu z jednego na drugiego, ręce bez rozkazu
uniósł do góry i wyraźnie trząsł się ze strachu.

–  Prowadź  do  środka  –  nakazał  Marek.  Gospodarz  posłusznie  poszedł  przodem,  Marek

pchnął  Cygana  za  nim,  tamci  dwaj,  znów  trzymając  się  z  tyłu,  także  wkroczyli  do  pokoju.
Świeciła się tu lampa pod sufitem i widać było dość wygodne, ale prowincjonalne umeblo-
wanie, stół na środku, marne reprodukcje obrazów na ścianach. W głębi schody prowadziły
na górę, gdzie widocznie znajdowała się sypialnia. Właśnie stamtąd rozległ się kobiecy głos:

– Co się dzieje?
Marek popatrzył na  gospodarza tak  groźnie i wymownie,  że  ten  od  razu  pojął,  czego  od

niego oczekuje.

background image

78

– Nic, nic – powiedział niezbyt pewnym głosem. – Mam gości...
– O tej porze? – dociekała żona. – Przecież już po trzeciej.
– Dobrze, dobrze, połóż się – burknął mąż. – Zaraz załatwimy...
Widocznie  kobieta  była  przyzwyczajona  do  różnych  spraw  męża,  w  które  nie  powinna

wnikać ze zbytnią ciekawością – bo zamilkła i trzask drzwi na górze był znakiem, że wróciła
do łóżka. Marek skinął głową z zadowoleniem i nakazał:

–  Siadajmy  –  pierwszy  zajął  miejsce  za  stołem.  Cyganowi  pokazując  wzrokiem  krzesło

obok siebie. Gospodarz nie opuszczając rąk przycupnął po drugiej stronie. Dwaj ludzie Marka
rozstawili się pod ścianami i czuwali, by nic ich nie zaskoczyło.

– Opuść ręce – powiedział już łagodniej Marek. – Gospodarz z wyraźną ulgą spełnił pole-

cenie,  ale  nadal  wystraszony  patrzył  pytająco  to  na  Marka,  to  na  Cygana.  A  Marek  polecił
Cyganowi:

– Mów, po co przyszliśmy. – Cygan łypnął na niego spod oka, ale nie zamierzał się nara-

żać. Zwrócił się do gospodarza:

– BMW gotowe?
– Kluczyki zrobione, można jechać – odparł gospodarz. – Ale mieliście zabrać jutro...
– Już jest jutro – wtrącił Marek niemal żartobliwie.
– Ale wieczorem...
– Nie twoja sprawa – wtrącił Cygan. – Daj kluczyki, bierzemy wóz.
Gospodarz dobrze wiedział, że decyzja Cygana jest wymuszona, ale sterroryzowany bronią

nie zamierzał ani zbyt wiele pytać, ani niczego przedsiębrać.

– Są tam – pokazał głową na szafkę pod ścianą. – Mogę wziąć?
– Dawaj! – rozkazał Marek. Gospodarz wstał i podszedł do szafki. Poruszał się tak ostroż-

nie,  jakby  był  niepełnosprawny.  Jeden  z  ludzi  Marka  stanął  za  jego  plecami  i  patrzył  jak
otwiera szufladę. Nie dojrzał w niej broni. Znajdowało się tam  kilka kompletów kluczyków
od  samochodów  i  dowodów  rejestracyjnych.  Gospodarz  wziął  jeden  komplet,  najwyraźniej
nowy,  nie  używany.  Dorobił  je,  bo  wóz  był  skradziony  bez  kluczyków.  Wrócił,  położył  je
przed Cyganem i wyjaśnił:

– Ale papierów jeszcze nie ma. Mają być dziś, przed wieczorem, taka była umowa.
– Nie szkodzi – powiedział za Cygana Marek. – Poradzimy sobie. Prowadź!
Gospodarz spojrzał za Cygana, ale ten lekko skinął  głową, nakazując mu by wykonywał

polecenia, więc wstał i ruszył do drzwi. Nim jednak wyszedł powiedział:

–  Jest  zimno,  włożę  coś  na  siebie  –  i  sięgnął  do  wieszaka,  gdzie  wisiała  dosyć  wytarta

kurtka. Już miał ją wziąć, gdy jeden z ludzi Marka uprzedził go, wyciągnął rękę i obmacał
kurtkę. Z wewnętrznej kieszeni wyjął stary, bębenkowy rewolwer i pokazał go Markowi. Ten,
nie namyślając się, z rozmachem uderzył gospodarza kolbą swojego pistoletu w głowę. Męż-
czyzna zachwiał się i potoczył pod ścianę, odruchowo osłaniając głowę rękami.

– Nie bądź taki dowcipny – powiedział Marek, nie podnosząc specjalnie głosu. – Pójdziesz

bez kurtki. A jak spróbujesz jeszcze raz, to... – nie dokończył. Groźba była tak wyraźna, że
gospodarz skulił się, a Cygan powiedział:

– Dobrze, dobrze, nie ma co się szarpać, chodźmy. – Gospodarz teraz już posłusznie po-

szedł przodem, za nim Marek z Cyganem i na końcu ochrona z bronią gotową do strzału. Wy-
chodząc jeden z nich jeszcze szarpnął za kabel telefonu i wyrwał go z gniazdka. Marek obej-
rzał się i skinął z aprobatą głową.

Na dworze nie było widać dwóch pozostałych ludzi Marka, na pewno byli gdzieś w pobli-

żu,  obserwowali  całą  scenę  z  ukrycia,  gotowi  do  interwencji.  Gospodarz  poprowadził  całą
grupę do drzwi blaszaka. Otworzył  go i pstryknął światło. Stały tam dwa  stare  samochody,
wyraźnie znajdujące się w remoncie. Jeden to stary fiat 125 ze zdjętymi przednimi błotnika-
mi, a drugi – jeszcze starszy moskwicz z wyjętymi drzwiami i otwartą maską.

background image

79

– Żarty sobie stroisz? – zapytał groźnie Marek. Gospodarz jednak nie odpowiedział, tylko

poszedł dalej, do tylnej ściany blaszaka. Tu znajdowały się małe drzwiczki, które prowadziły
do drugiej części baraczku. Tam właśnie stało błyszczące metalicznym odblaskiem BMW.

Marek obszedł samochód dookoła, sprawdził czy wszystko w porządku, wziął kluczyki i

włożywszy do stacyjki uruchomił silnik. Zaskoczył od razu i pracował równym, spokojnym
rytmem. Kluczyki pasowały jak fabryczne.

– W porządku – pochwalił Marek. – Dobry z ciebie majster. Jak będę cię potrzebował, to

dam znać. – Był teraz w dobrym humorze. Do tej pory obawiał się, że mogą go czymś zasko-
czyć, spodziewał się silniejszej ochrony warsztatu albo większego oporu właściciela. Zbliżył
się teraz do niego i, podtykając pod nos lufę, powiedział spokojnie, jakby mówił do przyja-
ciela:

– Nie było tu nas, nie było BMW, nic się nie stało...
– Tttak – wyjąkał gospodarz.
– Twój szef – pokazał głową na Cygana – nie będzie miał pretensji, bo sam odebrał wóz,

nieprawda? – spojrzał ironicznie na Cygana, a ten mruknął:

– Daj już spokój, po co to przedstawienie?
– Na wszelki wypadek – odparł Marek. – Wypuść nas, przyjacielu, kładź się spać i zapo-

mnij o wszystkim, jasne?

– Tak jest – po wojskowemu odpowiedział gospodarz.
– Ty – teraz zwracał się do swoich ludzi – pojedziesz wozem Cygana, a ty – wskazując

drugiego – razem z nami, tym cackiem. No, Cygan, wsiadamy, otwieraj!

Gospodarz posłusznie otworzył drugie, tylne drzwi blaszaka. Marek siadł za kierownicą, z

tyłu jego człowiek wepchnął Cygana i zajął miejsce obok niego. Drugi odczekał aż wóz wy-
jedzie na zewnątrz i także wyszedł. Marek rzucił mu przez uchylone okienko:

– Tamci też niech się zwijają. Dobra, jeszcze brama, szefie – to było do gospodarza. Ten

posłusznie pobiegł otworzyć bramę wjazdową. BMW wyjechało z podwórza, brama zatrza-
snęła się i gospodarz patrzył przez chwilę jak w uliczce zapalają się reflektory dwóch samo-
chodów,  które  zawróciły  i  pojechały  za  sunącym  przodem  BMW.  Potem  zamknął  bramę
wjazdową, następnie drzwi blaszaka, wrócił do  domu,  zgasił  światło  na  słupie,  założył  łań-
cuch, przekręcił klucze w zamkach i zgasiwszy jeszcze światło w pokoju powędrował wolno
na górę, do sypialni.

– Co to było? – zapytała zrzędliwie żona. – Musieli przyjeżdżać o tej porze?
– Widocznie musieli – odburknął. – Śpij, do rana jeszcze daleko...

11

Kawalkada samochodów, jadących w niewielkiej odległości jeden za drugim, wyjechała na

drogę do Gdańska. Cygan siedział spokojnie, nie odzywał się, ale nie był pewny, co Marek
zamierza z nim zrobić. Czuł jednak nieustannie niemiły ucisk w boku. To jego sąsiad, ciągle
w kominiarce, nie opuszczał ręki z bronią.

Jadące przodem BMW skręciło z  głównej  drogi  w  prawo  i  zatrzymało  się  nad  brzegiem

płynącej tu Raduni. Rosły  tu rzadkie krzaki,  grunt był podmokły i śliski.  Cyganowi  przele-
ciała przez głowę myśl, że Marek może go tu wykończyć i wrzucić do rzeki. Hamując lęk i
starając się panować nad głosem, powiedział:

– Nie możesz mnie podrzucić do pętli?
– Wysiadaj! – zamiast odpowiedzi, rozkazał Marek. Wysiadł posłusznie a ochroniarze za

nim. Dwa pozostałe samochody, niczym wierne psy, zaczaiły się w pobliżu. Marek pociągnął
za rękę Cygana nad sam brzeg rzeki.

– Mógłbym się tu kazać wykończyć i wrzucić do wody – powiedział spokojnie.
– Mógłbyś – zgodził się na pozór spokojnie Cygan. – Ale nie zrobisz tego.

background image

80

– Tak myślisz? – spytał Marek. – A to czemu?
– Bo wiesz, że są ludzie, którzy ci nigdy tego nie darują – odparł Cygan.
– Na pewno – zgodził się Marek tonem, jakby prowadził towarzyską konwersację. – Ale ty

wiesz, że są też ludzie, którzy nie darują tym, co nie darują...

– To za trudne dla mnie – przyznał Cygan. – Zostaw mnie. Załatwiłeś sprawę, zrobiłeś do-

bry interes i skończ. Mało ci jeszcze?

– Nie jestem rzeźnikiem – oświadczył Marek. – Ale dziś zagrałeś mi na nerwach. Należy

ci się za to wycisk...

– I tak jestem stratny – stwierdził Cygan. – Miałeś dać tysięcy...
– To dostaniesz pięć kopów – oświadczył Marek i  z  rozmachem  kopnął  Cygana  w  pod-

brzusze. Ten zgiął się, ale następny kopniak wyprostował go. Pozostałe trzy przyjął na bok i
tył. Nie jęknął, nie krzyknął, tylko chronił rękami podbrzusze i przygarbiony czekał, co dalej
nastąpi. Ale Marek skończył na tym, co obiecał.

– Zostawię cię tu – powiedział. – Nie będziesz woził dupy moim wozem, znajdziesz sobie

okazję do Gdańska albo wrócisz piechotą. Po drodze pomyśl o tym, że nie warto odmawiać
przysługi  przyjaciołom...  A  jak  będziesz  chciał  sprawę  pociągnąć,  to  pamiętaj:  następnym
razem nie skończy się na pięciu kopniakach...

Cygan milczał. Stał na brzegu  rzeczki w ciemności, patrzył ponuro jak Marek ze swoim

człowiekiem  odchodzą,  coś  konferują  przy  tamtych  samochodach  i  wreszcie  odjeżdżają  w
stronę Gdańska. Powlókł się wówczas w kierunku szosy, licząc, że któryś z rzadko o tej porze
przejeżdżających samochodów zabierze go z tego odludzia.

Tymczasem  Marek  rozkoszował  się  prowadzeniem  BMW.  Przyjemność  sprawiało  mu

równe, ledwo słyszalne mruczenie silnika, podziwiał znakomitą amortyzację i wygodę fotela.
Miał  chwilami  ochotę  nacisnąć  pedał  przyspieszenia  i  skoczyć  z  całą  mocą  do  przodu,  ale
powstrzymywał się, wolał żeby przypadkowy patrol nie zatrzymał go za nadmierną szybkość.
W lusterku widział, jak pozostałe wozy sunęły za nim wiernie i  wytrwale. Na  rondzie koło
„Żaka” jeden pojechał prosto, drugi skręcił za nim w ulicę Kartuską, trzymając się ciągle w
tej samej odległości.

Wjechał w boczną uliczkę wiodącą pod górę. Gdy znalazł się pod długim blokiem miesz-

kalnym, wjechał na chodnik, zaparkował starannie pod latarnią i wyłączywszy silnik włożył
kluczyki do schowka. Wysiadł. Dookoła była cisza, poza kręgiem  światła panowała jeszcze
całkowita ciemność. Dochodziła czwarta nad ranem. Marek spojrzał jeszcze na domki znaj-
dujące  się  po  drugiej  stronie  ulicy,  zatrzymał  dłużej  wzrok  na  tym,  który  był  dokładnie  na
wprost samochodu i uśmiechnął się lekko, myśląc jakie oczy zrobi doktor, gdy rano wyjrzy
przez okno.

Już nie marudząc dłużej wsiadł do pilotującego go samochodu.
– Co teraz? – padło pytanie.
– Jeszcze nie koniec – odparł. – Jedź do Sopotu, pod Grand. – Jego ludzie nie mieli zwy-

czaju  zadawania  zbyt  wielu  pytań.  Kierowca  zawrócił  i  pojechał  tam,  gdzie  mu  szef  kazał.
Drugi kiwał się obok niego, zapadając w drzemkę i budząc się, gdy na zakrętach opadał na
kolegę.  Obydwaj  nie  mieli  już  kominiarek,  wyglądali  jak  dwaj  młodzi,  zmęczeni  podróżą
ludzie wracający do domu po długiej, nocnej jeździe.

Na parkingu pod Grand Hotelem nic się nie zmieniło. Może tylko ubyły ze dwa albo trzy

samochody gości, którzy już skończyli zabawę w barze. Ale bar jeszcze był czynny, orkiestra
grała tam do piątej nad ranem, a później, jeśli któryś z gości  miał ochotę i gest, to potrafili
grać dalej, do białego dnia, póki przez półokrągłe okno nie widać było wyłaniającego się z
porannej mgły morza lub wstającego niechętnie zza horyzontu słońca.

Marek zobaczył swojego poloneza w miejscu, gdzie go pozostawił. Trochę dalej, tak samo

nieruszony, stał samochód goryli Cygana. Skinął głową na swoich ludzi i wszyscy trzej wy-
siedli. Marek wsiadł do swego wozu i patrzył przez przednią szybę jak tamci podeszli do wo-

background image

81

zu z gorylami. Obaj nadal spali pod wpływem silnej dawki gazu usypiającego, złączeni kaj-
dankami, nieświadomi tego, co się w tym czasie wydarzyło.

Ludzie Marka podeszli z dwóch stron i równocześnie otworzyli drzwiczki. Żaden ze śpią-

cych nie obudził się, tylko jeden z nich poruszył się i wymamrotał coś przez sen.

Jeden  z  ludzi  Marka  szybko  przeszukał  skrytki  samochodów,  badając  czy  nie  ma  tam

ukrytej broni. Potem obszukał śpiących i wyjął im pistolety, chowając je sobie za pasek od
spodni. Drugi sprawnie otworzył kajdanki, uwalniając dłonie śpiących. Następnie wystrzelił
do  wnętrza  wozu  jeszcze  jeden  nabój  gazowy.  Drzwiczki  zostały  zatrzaśnięte  a  mężczyźni
odeszli  do  swojego  wozu.  Wsiadając  jeden  z  nich  kiwnął  ręką,  dając  Markowi  znak,  że
wszystko jest w porządku.

Marek ruszył od razu i pojechał w stronę górnego Sopotu. Po kilku minutach już był pod

swoją willą. W oknach nie widać było światła, więc ucieszył się na myśl, że Jola jednak po-
słuchała go i poszła spać. Wjechał do garażu, zamknął drzwi i poszedł do dyspozytora.

Pilotujący go samochód zatrzymał się w pobliżu, tak, żeby można było z niego obserwo-

wać cały dom, bez potrzeby wysiadania.

Dyspozytor  usłyszał  kroki  już  na  schodach,  więc  gdy  wszedł,  napotkał  jego  pytający

wzrok.

– W porządku – powiedział Marek. – Wszystko gra. A u ciebie?
– W normie – odparł dyspozytor. – Spokój, nigdzie nie było żadnego skoku... A nasi byli

w akcji dwa razy. Już jest po robocie.

Marek skinął głową z zadowoleniem.  Znów w jego rękach znalazły  się dwa samochody,

których właściciele pewnie jeszcze spali, nie wiedząc, jaka ich czeka niespodzianka, kiedy się
obudzą. Dyspozytor zapytał:

– A chłopaki gdzie? Poszli spać?
– Jedna ekipa tak. Druga jest tam – pokazał w stronę okna. – Teraz trzeba, żeby bez prze-

rwy ktoś tu uważał. Nie chcę niespodzianki. Zorganizuj to tak, żeby się zmieniali. Ktoś musi
być pod ręką, bez przerwy.

– Dobra. Ale ci są zmachani, trzeba im też dać odsapnąć.
– Twoja sprawa – obojętnie odparł Marek. – Masz kogoś, to ich podmień.
– Dobra. Długo tak ma być?
– Do odwołania – postanowił Marek i dyspozytor o nic więcej nie pytał.

12

Wszedł do mieszkania na palcach i nie zapalił światła, żeby nie obudzić Joli. Jednak usły-

szała jego krzątaninę w łazience, ale udawała, że śpi. Była na niego zła, bolała ją trochę gło-
wa, bo wypiła zbyt wiele, ale mimo wszystko odczuła ulgę, że wreszcie wrócił. Gdy została
sama,  dręczyła  ją  obawa  o  niego,  bo  choć  niczego  jej  nie  powiedział,  to  jednak  doskonale
orientowała się, że podjął walkę z Cyganem a wiedziała, iż jest to niebezpieczny przeciwnik i
konkurent Marka.

Nie poruszyła się jednak, kiedy wsunął się obok niej do łóżka. Nie zareagowała także, kie-

dy objął ją ramieniem. Marek zaś, znużony przeżyciami i napięciem nerwowym, szybko za-
snął, zadowolony z tego, co osiągnął. Jola, słysząc jego równy oddech, także znów zapadła w
sen.

Obudził ich dzwonek telefonu. Przez szpary w zasłonach przedostawało się światło dzien-

ne,  z  ulicy  dolatywał  hałas  śmieciarki.  Marek  otworzył  oczy.  W  pierwszej  chwili  nie  mógł
oprzytomnieć, zerwał się tylko i usiadł. Jola także ocknęła się:

– Telefon, odbierzesz?
Mruknął coś, niezadowolony, i sięgnął po słuchawkę. Dotarł do niego głos Zośki:
– Obudziłam was? – pytała, a Marek odparł niezbyt uprzejmie:

background image

82

– Tak jakby. Co się stało? Która godzina?
– Dziesiąta. Dzwonię, bo mnie o to prosił Edward.
– No? – Marek nadal był na pół rozbudzony i chmurny.
– Własnym oczom nie mógł uwierzyć, jak zobaczył samochód – mówiła radośnie Zośka. –

Jesteś cudotwórcą. Edward zaraz przyjechał tu, do mnie, chce się z tobą zobaczyć.

– A po co? – zapytał Marek.
– Przestań – zirytowała się. – Wiesz, co to dla niego znaczy!
– W porządku. Sprawa załatwiona i nie ma o czym mówić. Zobaczymy się później, albo

przy jakiejś okazji.

– Nie zgrywaj się – skarciła go Zośka. – Dam mu słuchawkę.
Marek chciał zaprotestować, nie miał ochoty teraz na rozmowę, nie chciał słuchać podzię-

kowań i w ogóle uważał, że cała ta rozmowa nie powinna się odbywać przez telefon. Zośka
jednak już oddała słuchawkę lekarzowi.

– Nie wiem jak mam dziękować – usłyszał Marek jego podniecony głos. – Naprawdę, nie

spodziewałem się, że to się uda...

– Dobrze, doktorze – przerwał mu Marek. – Udało się, sprawa załatwiona i nie ma o czym

mówić.

– Jednak chciałbym, żeby pan wiedział, jaki jestem wdzięcznym. No i umówiliśmy się, że

pokryję koszty...

– Doktorze – Marek nie ukrywał zniecierpliwienia. – Powiedziałem: nie ma o czym mó-

wić.  Jesteśmy  jakby  rodziną,  pan  pomógł  w  sprawie  tego...  –  urwał,  nie  chcąc  wymawiać
imienia Kostka – ja pomogłem panu, trzeba sobie pomagać i to cała filozofia...

–  Tak  –  przyznał  lekarz.  –  Ale  słowo  się  rzekło.  Jestem  panu  winien  pięć  tysięcy...  Jak

mam je przekazać?

Marek czuł narastającą irytację. Nie umiałby powiedzieć, dlaczego go złościła natarczywa

wdzięczność lekarza, ale już sam fakt, że ten zaczął otwarcie mówić przez telefon o pienią-
dzach był wystarczającym powodem, żeby przerwać rozmowę. Stare  doświadczenie podpo-
wiedziało Markowi, że w takich sprawach nigdy nie dość ostrożności, a telefony mają to do
siebie, że przekazują rozmowy nie tylko zainteresowanym.

– Doktorze – odparł ostro. – Już raz powiedziałem... Nic mi pan nie jest winien...
– Ale jednak... – upierał się Edward.
Marek zamilkł. Najchętniej rzuciłby słuchawkę, nie chciał jednak być aż tak niegrzeczny.

Tymczasem Jolka, już także całkiem rozbudzona zapytała:

– O co chodzi, Marek?
W tym momencie przyszła mu do głowy pewna myśl. Uznał, że skoro lekarz tak się upie-

ra, to nie ma sensu dłużej, krygować. Głos Joli podsunął mu pomysł.

– Dobrze – powiedział już łagodniejszym tonem. – Skoro pan tak bardzo chce dotrzymać

słowa, to niech pan zostawi pieniądze Zosi. Ona je przekaże Joli. Zasłużyła na to, pomogła mi
w tej sprawie.

– Doskonale – ucieszył się Edward. – Pańska decyzja, pańskie pieniądze. Zostawiam tu, a

dalej będzie jak pan postanowi.

– Nie mówmy już o tym – Marek koniecznie chciał zakończyć rozmowę.
– W porządku – zgodził się lekarz. – Chcę tylko dodać, że jestem panu ogromnie zobowią-

zany i może pan na mnie liczyć. Zawsze, w każdej sprawie, która będzie w granicach moich
możliwości.

– Dobrze, doktorze. Koniec, nie wracamy do tego. Do widzenia.
Nim  podniecony  i  uszczęśliwiony  Edward  zdążył  jeszcze  coś  powiedzieć,  odłożył  słu-

chawkę  i  opadł  na  plecy.  Ciągle  jeszcze  był  senny  i  czuł  zmęczenie.  Jola  leżała  obok  z
otwartymi oczami i milczała przez jakiś czas. W końcu jednak nie wytrzymała:

– To był Edward? – upewniła się, choć dobrze wiedziała z kim rozmawiał.

background image

83

– Aha – odburknął, sięgając po papierosa. Zaraz jednak odłożył go, bo czuł w gardle dra-

panie i pomyślał, że chętnie by jeszcze trochę pospał.

– To jednak załatwiłeś mu tę sprawę?
– Aha – znów odburknął niechętnie.
– I nie chciałeś od niego pieniędzy?
– Pytasz jak dziecko – zirytował się. – Przecież słyszałaś, wciskał mi je na siłę...
– A ty kazałeś, żeby zostawił u matki dla mnie...
– No i co z tego?
– Pięć tysięcy dolarów? – upewniała się.
– Przestań, do cholery – jego gniew był jednak udany. Nie chciał mówić o tej całej spra-

wie, ale było mu przyjemnie, że Jolka głosem i  coraz  silniejszym  przytulaniem  się  okazuje
mu wdzięczność.

– I mogę z tym zrobić co chcę? – dopytywała.
– Czy ci kiedy żałowałem pieniędzy, albo pytałem, na co wydajesz? – odburknął. Ale ona,

przytulając się już do niego, bardzo dokładnie powiedziała:

– Pięć tysięcy dolarów, to straszna fura pieniędzy...
– Będziesz wiedziała, co z nimi zrobić – odparł nieco ironicznie...
Chwila milczenia. Czuł jej ciepło przy sobie, ale był zbyt rozleniwiony i ciągle senny by

zareagować. Ona zaś cicho szepnęła:

– Niepotrzebnie się złościłam w nocy... Ale wiesz... ja stale się boję o ciebie... Czasem nie

mogę znieść tego strachu...

– Daj spokój – mruknął sennie. – Nic się nie dzieje. Wszystko jest w porządku. Nic mi się

nie stanie...

– Czasem marzę o tym, żebyśmy gdzieś stąd wyjechali. Żebyś rzucił w diabły to wszystko,

żebym już się nie musiała bać... Albo chociaż, żebyś mi więcej mówił o sobie... Wtedy może
bym się mniej bała...

– Daj spokój, Jolciu – już głos miał ciepły, przyjazny, ale cichy jakby za moment miał za-

snąć. – Jak przyjdzie czas, to może pogadamy... Teraz pośpijmy jeszcze trochę... Jestem taki
wykończony...

– Dobrze – zgodziła się potulnie. Marek poczuł, że jej ręka sięga do jego piżamy, wędruje

pod gumkę spodni, osuwa się coraz niżej. Nie miał siły ani ochoty, lecz delikatny dotyk jej
palców sprawił, że drgnął, choć nie znalazł się w pełnej gotowości. Jola zaś mówiła cicho:

– Leż spokojnie, zaśnij sobie, odpocznij... – koiły go te słowa, usypiały, lecz łechtał go de-

likatny, ale natarczywy ruch miękkich, jakby aksamitnych palców.

– Jolciu, daj spokój, potem – poprosił. – Nie mam teraz siły...
– Dobrze, dobrze – nadal  szeptała  uspokajająco,  jak  do  dziecka,  które  się  chce  uśpić  ła-

godnym głosem. – Śpij, odpoczywaj, śpij... – osuwała głowę w dół.

Poczuł falę obezwładniającej, narastającej rozkoszy.  Miękkość  jej  warg  i  delikatność  ru-

chliwych palców sprawiły,  że  resztki  napięcia,  po  przeżytej  nocy  odeszły  bez  śladu  i  coraz
bardziej zapadał się w niezwykły błogostan, w którym chciałby trwać na zawsze. Chwycił ją
za włosy i wydał ciche, przeciągle westchnienie.

Męska  ambicja  i  zwykłe  w  takich  przypadkach  uczucie  wdzięczności  kazały  mu  się  jej

odwzajemnić, ale nie zdążył

tego uczynić, bo zasnął w tym stanie błogości i poczucia bezpieczeństwa.

13

Drugi raz telefon zaterkotał po jakimś czasie, kiedy już minęło południe. Tym razem Ma-

rek  obudził  się  natychmiast,  od  razu  przytomny  i  wypoczęty.  Zdjął  słuchawkę  z  widełek  i
rzucił krótko:

background image

84

– Tak, słucham?
Odpowiedziała mu cisza. Jednak wiedział, że po tamtej stronie przewodu ktoś jest, słyszał

jego oddech. Poczuł ukłucie niepokoju.

– Słucham! – niemal krzyknął. Jola podniosła głowę, podciągnęła się na poduszkę i okryła

kołdrą. Tamten wreszcie odezwał się cicho:

– Nie krzycz – powiedział wolno. – Jeszcze nie masz powodu do krzyku.
– To ty? – Marek odczuł ulgę, rozpoznawszy głos Cygana.
– Czego jeszcze chcesz?
– Niczego – odparł Cygan beznamiętnie. – Chciałem usłyszeć głos przyjaciela.
– No, więc usłyszałeś – odpowiedział ironicznie Marek.
– A w ogóle, to nie budź ludzi o takiej porze. Sam też powinieneś jeszcze pospać, pewnie

miałeś ciężką noc...

– Odpoczywam – tym samym spokojnym tonem odparł Cygan. – I tobie też radzę, bo mo-

żesz mieć ciężkie dni. Zabraknie ci czasu na odpoczynek.

– Nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz – teraz Marek śmiał się otwarcie. – Jak ci było mało,

to mogę dołożyć...

– Dobra – powiedział Cygan. – Jeszcze rozliczymy nasze rachunki. Jesteś mi sporo winien,

stary, nie wiem, czy ci starczy, żeby mi spłacić dług...

– Ja się z tobą rozliczyłem – bez śmiechu odpowiedział. Głos miał twardy, groźny. – A jak

chcesz ściągnąć rachunki, to uważaj... Pójdę na całość i raz na zawsze zamknę sprawy między
nami.

– No, teraz wiemy, czego się trzymać – odparł Cygan niemal pogodnie i zaraz dodał zaja-

dłym szeptem: – Dopadnę cię, stary, dopadnę. Nie dziś, to jutro. Rozliczymy się do końca. A
na razie odpoczywaj. Z tą twoją dziewczyną.

Marek chciał coś jeszcze odpowiedzieć, nie zdążył jednak  bo  Cygan  odłożył  słuchawkę.

Zapalił papierosa, zaciągnął się głęboko aż zaniósł się kaszlem.

– To był Cygan? – zapytała ze strachem Jola.
– Tak – odparł lekko. – Nie przejmuj się, nie warto. Jak będzie podskakiwał, to sobie z nim

poradzę. Raz na zawsze! – i pochyliwszy się w bok, mocno pocałował ją w usta.

Nie był jednak tak beztroski, jak to jej demonstrował. Tym bardziej że Cygan wspomniał

też o niej, a to była jawna pogróżka...

Nie  chciał  jednak  teraz  myśleć  o  tych  sprawach.  Wiedział,  że  z  Cyganem  tak  czy  owak

musi jeszcze dojść do ostatecznego zwarcia, ale czuł swoją przewagę, wierzył w sprawność
ludzi i całej organizacji, którą stworzył i kierował. Teraz jednak  chciał wszystkie problemy
odsunąć na plan dalszy i wypocząć, prawdziwie beztrosko się odprężyć.

–  Jolciu  –  powiedział,  raz  jeszcze  ją  całując.  –  A  co  byś  powiedziała  gdybyśmy  dziś  w

ogóle nie wychodzili z mieszkania?

– Chcesz przewałkonić cały dzień w łóżku?
– A czemu nie? – odparł beztrosko. – Raz będziemy razem. Dzień, noc, a jak zechcemy to

jeszcze dzień i jeszcze noc...

– Bez jedzenia, bez picia, bez powietrza – wyliczała Jolka.
– Zjedzeniem, z piciem – odpowiedział, znów ją całując. – Zrobisz coś na ząb, dasz kawy,

dasz... – szepnął jej na ucho, jakby nie chciał, żeby ktoś usłyszał, co ona mu jeszcze da. A
Jolka roześmiała się głośno i zawołała.

– Świetnie! Na okrągło w łóżku! Niech będzie! Chociaż raz spędzimy parę godzin razem.

Nie puszczę cię, choćby tu dzwoniło stu facetów, zobaczysz, tak cię ścisnę, że nie wyrwiesz
się!

Była najwyraźniej rada z decyzji Marka. Wyskoczyła z łóżka i nawet nie naciągając szla-

froka  pobiegła  do  kuchni  zaparzyć  kawę  i  przygotować  kanapki.  Oboje  byli  już  porządnie
głodni.

background image

85

Część III

1

Zdecydowanie podobał się sobie. Uniform w kolorze czekoladowym, ozdobiony był zło-

tymi paskami na rękawach kurtki i takimiż lampasami na nogawkach. Czarny krawat, popie-
lata koszula i czarne buty, które zawsze musiały  błyszczeć,  uzupełniały  ten  służbowy  strój.
Kostek,  od  lat  przyzwyczajony  do  niedbałego,  swobodnego  ubrania,  a  ostatnio  do  szarego,
workowatego stroju więziennego, czuł się teraz elegancki w jakiś sposób wyróżniony, jakby
uzyskał  awans  społeczny.  Jakby  ten  hotelowy  mundur  portiera  wydobywał  go  z  kręgu  do-
tychczasowego życia, stawiał w innym bezpieczniejszym miejscu. Toteż przez pierwsze dni,
dopóki nie przywykł do swego wyglądu, zerkał ustawicznie w lustro, znajdujące się w hote-
lowym holu, albo  w  kryształowo  czyste  szyby  sklepów  dla  gości  hotelowych  obok  których
przechodził wiele razy dziennie. Z czasem wszystko spowszedniało – ubiór, otoczenie, zaję-
cie, ludzie pracujący w hotelu a także goście, którzy choć bywali różni i z różnych tu przyby-
wali miejsc. Jednak mieli coś wspólnego – bagaże, tymczasowość, obojętność a nawet pewną
wyniosłość  wobec  niego,  portiera,  który  otwierał  drzwi  wejściowe,  kłaniał  się,  uśmiechał,
przenosił walizki, załatwiał, co mu  polecono,  i  chował  szybko  do  kieszeni  banknoty,  mniej
lub bardziej dyskretnie wciskane mu w dłoń.

Był właściwie zadowolony z tej pracy, niezłych warunków i z tego, że miał tu także kąt do

mieszkania  i  spania.  Była  to  wprawdzie  klitka  zagubiona  gdzieś  w  zakamarkach  wielkiego
hotelu,  ale  czuł  się  w  niej  bezpiecznie,  miał  ciepło,  dość  wygodnie.  Przez  fakt  mieszkania
tutaj  w  jakiś  sposób  czuł  się  wyróżniony,  bowiem  inni,  równi  mu  pozycją  pracownicy,  nie
mieszkali w hotelu. Tylko jemu dyrektor zgodził się oddać ten malutki pokoik. Kostek wie-
dział, dlaczego tak się stało, ale uznał, że mu się to należy, bo tak obiecał Marek.

Kiedy doszło między nimi do rozmowy na ten temat, Kostek był już wyleczony, lecz jesz-

cze dosyć słaby. Edward i Zośka doprowadzili go do całkiem przyzwoitego stanu fizycznego,
ale psychicznie ciągle  nie  mógł  się  pozbierać.  Męska  ambicja  i  duma  ciągle  były  zranione,
myśl o Joli przyprawiała go o przyspieszone bicie serca. Nie mógł jej darować tego, co zro-
biła. Nie mówił o tym Zośce, wiedział, że usłyszałby w odpowiedzi stwierdzenie, iż to była
jego wina i nie mógłby temu zaprzeczyć. Jednak takie okaleczenie sprawiało, że czuł się nie
tylko  poszkodowany,  ale  i  poniżony.  Tego  Joli  nie  mógł  darować  i  kiedy  przychodziła  do
matki,  gdy  jeszcze  tam  leżał,  a  potem  snuł  się  po  mieszkaniu  jako  rekonwalescent,  unikał
rozmowy z nią, zamykał się w kuchni, zostawiając je same, albo siedział w kącie, udając, że
czyta lub ogląda telewizję. Jolka też nie kwapiła się do rozmowy z nim. Nie miała poczucia
winy, raczej odczuwała wrogość, żal, niechęć – mieszaninę uczuć, które sprawiały, że wolała
go unikać i czekała, kiedy się wyniesie od matki.

Marek pamiętał o swojej obietnicy i gdy Kostek był już wyleczony, pewnego dnia przy-

szedł z Jolką do jej matki. Skinął na Kostka, poprowadził go do kuchni i zostawiwszy kobiety
same w pokoju, tu, za zamkniętymi drzwiami, przeprowadził z nim rozmowę.

– No jak, koleś? – zapytał z nieco drwiącym uśmiechem. Kostek żachnął się.
– Sto razy ci mówiłem: nie nazywaj mnie „koleś” – odburknął.
– Dobra – roześmiał się Marek. – Chcesz, to ci będę mówił „tatuśku”.
– Przestań – zażądał Kostek. – Mów czego chcesz.
– Nie wiesz? Mieliśmy umowę.
– Jaką? – udawał zdziwionego Kostek.
– Nie zgrywaj się, tatuśku – Marek przestał się uśmiechać. – Stanąłeś na nogi, czas żebyś

się stąd zmył.

background image

86

– A to czemu? – próbował się stawiać Kostek, lecz wypadło to blado. Marek machnął ręką.
– Daj spokój – powiedział ugodowo. – Nie zaczynaj wszystkiego od początku. Było, mi-

nęło, ty trzymałeś mordę, ja ci coś za to obiecałem i dotrzymam.

–  Jak  to  ma  wyglądać?  –  chciał  wiedzieć  Kostek.  Był  ponury.  Tu  czuł  się  dobrze,  bez-

piecznie, był leczony i karmiony, więc mimo chowanej w sercu  urazy,  szczególnie  do  Joli,
miał cichą nadzieję, że wszystko jakoś przyschnie i będzie mógł pozostać u Zośki. Teraz zro-
zumiał, że ta nadzieja była nieuzasadniona i obawiał się tego, co go czekało.

– Załatwiłem ci robotę. Lekką, przyjemną, spokojną, a jak się dobrze będziesz starał, to i

dość dochodową.

– No? – Kostek przejawił zainteresowanie.
– W hotelu – wyjaśnił Marek. – Pogadałem z kim trzeba i przyjmą cię.
– Na dyrektora?
– Nie bądź taki dowcipny, bo się rozmyślę i zostaniesz na lodzie – zagroził Marek.
– Dobra, mów – ustąpił Kostek.
– Mają wolne miejsce portiera. To niezła fucha jak dla takiego faceta. Dostaniesz służbowe

wdzianko, takie jak admirał z Południowej Ameryki, wyżywienie,  a goście też wsadzą ci w
łapę jakiś grosz.

– Nieźle, będę za gońca, przynieś-zanieś-podaj...
–  Jak  z  ciebie  taki  hrabia,  to  nie  bierz  tej  roboty.  Ale  pamiętaj,  obiecałem,  załatwiłem  i

więcej nie będę sobie tobą głowy zawracał...

– A co z chatą? – pytał Kostek.
– Załatwione i to. W drodze wyjątku dyrekcja hotelu da ci pokój. Pewno nie będzie to naj-

bardziej reprezentacyjny apartament hotelowy, ale zawsze to lepsze niż ławka w parku, kąt na
dworcu albo twarde wyrko w ciupie.

– O wszystkim pomyślałeś – z przekąsem zauważył Kostek. – Tak  ci zależy, żeby  mnie

stąd spławić?

– Zależy mi, żeby ci dotrzymać słowa – odparł Marek. – I żeby cię Jola nie widziała na

oczy. I jeszcze jej matka...

– Dobry z ciebie zięć – zgryźliwie zauważył Kostek.
– Zamknij japę, tatuśku – zirytował się Marek. – Masz propozycję. Chcesz, to ją przyjmuj,

a nie, to nie, twoja sprawa.

– Dobra. Wygląda na to, że powinienem ci podziękować.
– Jasne – roześmiał się Marek. – A w ogóle, to nie bądź baran. Dla ciebie to tak jakbyś Pa-

na Boga za nogi złapał, nie grymaś. Tylko... – urwał, patrząc uważnie w oczy Kostkowi.

– Co jeszcze? – zapytał ten z niepokojem.
– Mała sprawa. Nie musisz mi być specjalnie wdzięczny, lecz jednak coś niecoś powinie-

neś dla mnie zrobić.

– Co? – Kostek niemal się przestraszył. Wiedział, czym pachną takie zobowiązania i jakie

bywają życzenia tego rodzaju dobroczyńców. Marek uniósł dłoń w uspokajającym geście.

– Drobiazg – oznajmił lekkim tonem. – W hotelu bywa dużo różnych ludzi. Są tacy, którzy

mnie nie obchodzą, ale bywają też i tacy, którymi się interesuję. O nich będę chciał od ciebie
wiedzieć i to możliwie dużo.

– O kim?
– Wyszedłeś z obiegu przez tę odsiadkę, więc najpierw musisz się wciągnąć – poznać tego

i owego, zaprzyjaźnić się, dać się polubić, stać się swoim człowiekiem...

– Chcesz ze mnie zrobić kapusia? – najeżył się Kostek.
– Albo jesteś głupi, albo udajesz. Wiesz, że dziś informacja to podstawa biznesu. I za in-

formację się płaci. Ja też płacę.

– No, to już coś.

background image

87

–  Właśnie.  Poznaj  ludzi,  szczególnie  takiego  śniadego,  wysokiego.  Nazywają  go  Cygan,

bo jest naprawdę Cyganem. Bywa w tym hotelu bardzo często. Jego ludzie też. O nim chcę
wiedzieć wszystko, jasne?

– A on mi zrobi kuku? – zapytał Kostek.
– Nikt ci nic nie zrobi, jak będziesz dyskretny, mądry i lojalny.
– Wobec ciebie?
– Wobec mnie. No i wobec dyrekcji hotelu, rzecz jasna – roześmiał się Marek. – W końcu

to oni ci będą płacili. U mnie tylko sobie dorobisz. No jak, stoi?

– Dobra, biorę to – odpowiedział chmurnie Kostek. – Ale jak coś będzie śmierdziało, to

nie znamy się...

– O widzisz – ucieszył się Marek. – Już mówisz rozsądnie i rozważnie. A więc dogadali-

śmy się. Bierz robotę, rozglądaj się, a jak przyjdzie pora, to odezwę się ja, albo któryś z mo-
ich ludzi. Powie ci, że jest od Marka, wymieni imię Joli i będziesz wiedział, że to swój.

– W porządku – i Kostek przyjął, choć z oporem, wyciągniętą dłoń Marka.
Potem wszystko poszło gładko. Dyrektor administracyjny hotelu potraktował go bez wy-

lewności, ale rzeczowo. Pouczył o obowiązkach, pokazał klitkę, która miała być jego miesz-
kaniem, skierował do magazynu po uniform, a na koniec upomniał, że każdy przejaw braku
dyscypliny,  poufałości  z  gośćmi,  a  przede  wszystkim  skłonności  do  kieliszka  natychmiast
skończy się bezwarunkowym zwolnieniem z pracy. Kostek pokornie przyjął warunki i rozpo-
czął pracę, która niemal od razu mu się spodobała.  Ciągle  jeszcze  miał  cichy  żal,  że  został
wyrzucony  z  ciepłego  i  bezpiecznego  miejsca  za  jakie  uważał  mieszkanie  Zośki.  Z  wolna
jednak przyzwyczajał się do hotelu, pracy i swojego kąta na ostatnim piętrze, z małym oknem
wychodzącym na Stare Miasto, które z tej wysokości wydawało mu się jakieś nieprawdziwe,
niczym makieta filmowa.

Rysio zauważył  go już w dniu, w którym  rozpoczął pracę.  Początkowo  nie  wierzył  wła-

snym oczom. Trudno mu było rozpoznać w tym dość starannie ubranym, czystym i skromnie
zachowującym się nowym portierze hotelowym starego kumpla. Wprawdzie nigdy blisko ze
sobą nie współpracowali, byli raczej konkurentami, ale bez specjalnego wchodzenia sobie w
drogę,  jednak  znali  się  od  wielu,  wielu  lat.  Jeszcze  gdy  Gdańsk  leżał  w  gruzach,  a  Kostek
rozpoczynał swoją działalność jako obiecujący cinkciarz i zadziorny przywódca niebieskich
ptaszków, nie gardzących obrabianiem gości w ciemnym zaułku, Rysio zetknął się z nim raz
czy dwa w kawiarni Monopol. Potem Kostek przeniósł się do Nowego Portu a on pozostał na
starym  miejscu.  Czasem  stykali  się,  niekiedy  robili  drobne  interesy,  ale  nie  istniała  między
nimi silniejsza więź łącząca zwykle tych, którzy albo współpracowali ze sobą albo wzajemnie
się tolerowali, działając na jednym terenie.

Zawsze jednak był to stary kompan, człowiek z tego samego kręgu, ktoś, kto przypominał

czasy,  kiedy  ryzyko  było  wprawdzie  dużo  większe,  ale  za  to  za  nielegalnie  wymienionego
dolara można było uzyskać dwustu-, trzystuprocentowy zysk.

Rysio nie spieszył się. Obserwował ukradkiem Kostka, widział, jak początkowo nieporad-

nie kręci się koło gości, potulnie wykonuje polecenia panienek z recepcji, chętnie bierze na-
piwki i skwapliwie chowa  je  do  kieszeni.  Potem  Rysio  zasięgnął  języka,  pogadał  z  dwoma
czy trzema ludźmi, ktoś sam z nim poszeptał, wreszcie uznał, że nadszedł czas, aby odnowić
starą znajomość.

Pewnego popołudnia, w parę dni po rozpoczęciu pracy przez Kostka, Rysio pojawił się w

holu, odczekał aż zrobi się pustawo i niby przypadkiem stanął przed Kostkiem.

– Kogo ja widzę?! – wykrzyknął, robiąc wielkie oczy. – Mylę się, czy nie?
Kostek  stał  nieco  skonfundowany,  bo  nie  bardzo  sobie  przypominał  tego  łysawego,  za-

żywnego jegomościa, który nosił się sportowo, zachowywał jak stary bywalec hotelu, a wy-
glądał jak cinkciarz albo alfons na emeryturze. Na wszelki wypadek zapytał sztywno:

– O co chodzi? Czym mogę... – chciał użyć służalczego, hotelowego zwrotu, ale Rysio zawołał:

background image

88

– Nie, nie mylę się! Daj spokój, stary. Nie poznajesz mnie?
– Nie bardzo – wybąkał niepewnie Kostek.
– Rysio jestem – wyciągnął dłoń. – A ty Kostek, nie?
– Tak – potwierdził Kostek i z wahaniem przyjął dłoń.
– Daj spokój, stary – wołał uradowany. – Tyle lat! Nie dziwię się, że mnie nie bardzo pa-

miętasz, zmieniłem się, co? Lata lecą, ty też jesteś taki, jakby no, nie z tamtych czasów, pa-
miętasz? Monopol, gruzy, potem ty w Nowym Porcie, ja tu... I ta twoja panienka, no jak tam,
no, ta, co potem była mewką, Zośka chyba, nie?

Kostek naburmuszył się na te wspomnienia, ale zarazem rozluźnił się, bo zrozumiał, że tak

może mówić do niego tylko ktoś, kto w tamtych, odległych czasach pracował w tej branży,
znał Zośkę a przynajmniej sporo o niej wiedział. A więc kompan z dawnych lat. Brakowało
mu kogoś takiego. Swojego człowieka, takiego, który nie potępi, zrozumie różne sprawy, jak
będzie trzeba, to pomoże, a nawet – być może – zrobią jakiś wspólny interes. Jednak nabyta
przez  lata  nielegalnego  lub  półlegalnego  działania  nieufność  powstrzymywała  go  przed  na-
tychmiastowym nawiązaniem szczerego kontaktu. Wprawdzie, gdy Rysio podał jeszcze wię-
cej  szczegółów,  przypomniał  sobie  tego  rozmiłowanego  w  skórzanych  kurtkach,  młodego  i
gotowego na różne ryzykanckie „skoki'' chłopaka, choć z trudem go sobie kojarzył z tym już
mocno podstarzałym mężczyzną, zgrywającego się na chojraka, i pewnie żyjącego z dnia na
dzień, na marginesie, dość biednie, co widać było po jego bardzo przeciętnym ubiorze.

Po krótkiej pogawędce, w czasie której Kostek rozluźniał się coraz bardziej, wskoczyli na

moment do baru dla hotelowych gości. Wprawdzie Kostek dobrze pamiętał upomnienia szefa
i zakaz popijania, szczególnie podczas pracy, ale Rysio nalegał tak silnie, że dał się namówić
i  szybko  ukradkiem  strzelili  sobie  po  jednym  tuborgu  na  koszt  zapraszającego.  Barmanka
spojrzała  trochę  krzywo  na  Kostka,  ale  piwo  podała  i  tylko  mruknęła:  –  Niech  pan  uważa,
panie Kostku, raz dwa i nie ma pana.

Skorzystał  z  tej  rady  i  wrócił  na  stanowisko.  Przedtem  jednak  umówił  się  z  Rysiem  na

spotkanie po pracy, kiedy zdejmie czekoladowy mundur i będzie mógł – z dala od głównych
hotelowych miejsc przeznaczonych dla  gości a nie personelu  –  łyknąć  kielicha  i  pogadać  o
starych czasach.

Obaj  chcieli  tego  spotkania,  toteż  o  umówionej  porze  Kostek  pojawił  się  w  „cywilnym”

ubraniu.  Rysio  czekał  na  niego  cierpliwie.  Było  już  ciemno,  dochodziła  dziewiąta.  Kostek
nawet  zjadł  kolację,  uważając,  że  tak  będzie  lepiej,  bo  zaoszczędzi  na  zakąsce.  Nie  poszli
daleko, kilkadziesiąt metrów od hotelu, po drugiej stronie ulicy, za rogiem była knajpa znana
z  niezbyt  wygórowanych  cen,  dobrej  golonki  i  niewyszukanego  wystroju  wnętrza.  Znaleźli
stolik w kącie, zamówili od razu pół litra, żeby kelnerka nie musiała za dużo biegać, Rysio
wziął coś ciepłego. Kostek plasterek szynki i kiszonego ogórka.

Popijali  niespiesznie,  wspominali  dawne  czasy.  Początkowo  Rysio  wiódł  prym;  mówił

niemal bez przerwy, wspomniał, wydobywał z pamięci szczegóły, o których  Kostek  dawno
zapomniał. Odświeżał imiona albo pseudonimy kolegów, którzy dawno zniknęli z horyzontu,
przypomniał  Kostkowi  nawet  Grubego,  co  ostatecznie  przełamało  jego  nieufność  i  utwier-
dziło w przekonaniu, że ma do czynienia z autentycznym kumplem z dawnych lat.

Po kilku kieliszkach rozluźnił się całkowicie, począł wtrącać swoje wspomnienia, uzupeł-

niać to, co mówił Rysio. A gdy jeszcze wypił trochę, rozkrochmalił się zupełnie. Opowiedział
Rysiowi o swoich nieudanych latach, o wpadkach, o tej najgorszej, w czasie której został za
nim trup a on powędrował na dwanaście lat do więzienia. Gdy Rysio okazał mu współczucie.
Kostek  już  pełen  uczucia  przyjaźni  i  zaufania,  pożalił  się  jak  został  potraktowany  w  domu
Zośki przez własną córkę. Nie pochwalił się, co jej próbował zrobić, ale wyznał, że go zaata-
kowała nożem, zraniła i to bardzo dotkliwie.

– Nie wierzę – dziwił się Rysio. – Własna córka? Jolka, córka tej Mewki?

background image

89

–  Nie  wierzysz?  –  Kostek  był  dość  mocno  pijany.  –  Chcesz  to  ci  pokażę.  Pół  kuśki  mi

ucięła. Nożem jak Boga kocham, chcesz zobaczyć? – sięgnął do rozporka, ale przytomniejszy
Rysio powstrzymał go. Kostek zaś biadał:

– Ta cała sprawa z nożem, to nic, ale że mi ucięła, nigdy jej nie daruję. Wiesz, co to dla

mnie, rozumiesz? Pół kuśki!

– Daj spokój, stary – pocieszał Rysio. – Stało się, jesteś zdrów, masz fajną metę, ułoży ci się...
– I co? Jak się jakiejś babie pokażę z tą połówką? – pytał rozgoryczony Kostek. – Byłby

śmiech na całe Trójmiasto!

– A jeszcze potrzebujesz? – pytał Rysio.
– A co myślisz – obraził się Kostek. – Nie co dzień, fakt, ale od czasu do czasu obowiąz-

kowo. I co?

– Co się martwisz – lekceważył sprawę Rysio. – Trafisz na specjalistkę, to ani mrugnie i

załatwi  ci,  co  trzeba.  Jak  będziesz  chciał,  to  ci  znajdę  taką,  słowa  nie  powie,  będzie  miła  i
drogo nie weźmie...

–  Stary  –  rozpromienił  się  Kostek.  –  To  jest  pociecha!  Wiadomo,  na  starych  przyjaciół

zawsze można liczyć. A Jolce nie daruję...

– Odpuść to – uspokajał go Rysio. –  Zaczniesz się mścić, ona ma faceta, narobisz sobie

kłopotów, daj spokój, mały ci od tego nie odrośnie...

–  To  fakt  –  przyznał  Kostek  –  ale  nie  daruję.  Poczekam  na  okazję...  A  teraz  wypijemy

jeszcze...

Chciał zamówić następną butelkę,  ale Rysio przytomnie  go powstrzymał. Przypomniał o

pracy, rygorach hotelowych i groźbie utraty dobrego miejsca. Kostek ustąpił. Wypili po jed-
nym kieliszku i wyszli z lokalu.

Obaj dotarli do Heweliusza. Tu Rysio podprowadził Kostka od tyłu, do wejścia od strony

Raduni, gdzie przywożono dostawy do hotelu. Pomógł mu przedostać się do towarowej win-
dy, pojechał razem aż na górę i dopiero  gdy Kostek zamknął  za  sobą  drzwi  swego  pokoju,
odszedł zadowolony ze wspólnie spędzonego wieczoru.

Tego,  czego  się  dowiedział  podczas  długiej  rozmowy,  żadnych  szczegółów,  nawet  tych

najintymniejszych nie zachował dla siebie. Wkrótce je powtórzył i to dwukrotnie.

2

Drzemał w swoim pokoju. W tym dniu miał dyżur w hotelowym holu od dwudziestej do

ósmej rano. Czas płynął wolno. Kostek nie miał co robić, więc po obiedzie wyciągnął się, aby
przed nocą jakoś wypełnić puste godziny.

Jakiś szmer sprawił, że ocknął się i otworzył oczy. W pokoju panował półmrok, bo dzień

był  pochmurny,  a  małe  okno  przepuszczało  niewiele  światła  i  minęła  już  osiemnasta.  W
pierwszej chwili sądził, że to mysz chrobocze, zorientował się jednak, że jest to lekki meta-
liczny  dźwięk.  Spostrzegł  też,  że  klamka  porusza  się  i  ktoś  chce  wejść.  Drzwi  były  jednak
zamknięte.  Kostek  zawsze  przekręcał  klucz,  choć  w  zasadzie  czuł  się  tu  bezpiecznie  i  nie
spodziewał się żadnych wizyt. Był to jednak stary nawyk z czasów, kiedy miewał różne nie-
spodziewane i nie zawsze pożądane wizyty.

Nie zareagował, tylko czekał, co będzie dalej. Nawet nie czuł niepokoju, raczej zdziwienie,

że ktoś chce do niego wejść. Klamka znieruchomiała i po chwili usłyszał lekkie pukanie.

– Kto? – zapytał.
– Swój, nie bój się, otwórz. Głos był nieznany, więc zawahał się. Siadł na łóżku i odezwał

się głośniej.

– O co chodzi?
– Otwórz – głos już był lekko zniecierpliwiony. – Jest do ciebie sprawa.

background image

90

Nadal zastanawiał się, czy wpuścić natręta. Teraz już oprócz zaciekawienia odczuwał nie-

pokój. A tamten, wyraźnie tracąc cierpliwość, ponowił żądanie, tym razem groźniej:

– No, otwieraj! Sprawa służbowa, od dyrektora. Nie miał powodu dłużej zwlekać. Nie znał

tego głosu, pracował zbyt krótko, by rozpoznać każdego z pracowników hotelu. Wstał więc i
przekręcił klucz.

Drzwi  natychmiast  odskoczyły  tak  gwałtownie,  że  Kostek  z  trudem  zdołał  się  uchylić

przed uderzeniem. Wzeszło dwóch mężczyzn, których nigdy przedtem nie widział. Jeden był
wysoki, śniady, ubrany w garnitur dosyć elegancki i zbyt jaskrawy krawat. Drugi był barczy-
sty, krępy, patrzył groźnie i szedł jak taran, popychając przed sobą Kostka dotąd, dopóki ten
nie usiadł na łóżku.

– Co jest? Czego chcecie? – jąkał się ze zdenerwowania. Wyższy rozejrzał się po pokoju,

potem usiadł przy stoliku i zapalił papierosa. Drugi ciągle stał przed Kostkiem i nie spuszczał
z niego oka.

– Nieźle się tu urządziłeś – powiedział śniady.
– O co wam chodzi? – pytał Kostek, nie mogąc opanować strachu. Już się domyślał kogo

ma przed sobą, ale nie miał pojęcia, po co przyszli. Cygan dał znak swemu kompanowi, aby
także usiadł i uspokoił Kostka.

– Nie bój się, nic ci nie zrobimy – a po chwili dodał – jeśli będziesz grzeczny.
–  Ale...  –  usiłował  coś  jeszcze  powiedzieć  Kostek,  lecz  Cygan  przerwał  mu  bezceremo-

nialnie.

– Zamknij się i przestań trząść portkami ze strachu. Chcemy tylko pogadać. No, jak, bę-

dziesz rozsądny?

– Ale, o co wam chodzi? – już spokojniej pytał Kostek.
– Słuchaj, stary – Cygan mówił konfidencjonalnie. – Nie musimy  się zgrywać, wiemy o

tobie dużo, może nawet wszystko.

– No więc? – Kostek już się opanował. Zrozumiał, że mają do niego jakiś interes i teraz

czekał na dalsze wyjaśnienia. Cygan po chwili ciągnął:

– Wiemy, kto cię tu wsadził. No i dobrze. Masz tu jak u Pana Boga za piecem. Ale to się

może szybko skończyć. To nie ten, co cię tu wsadził, ale ja rządzę tym hotelem.

– No i?
– Nie udawaj głupka. Jak będzie coś nie tak, to momentalnie znajdziesz się znów w dołku,

a chyba dobrze ci w tym ciepłym kąciku?

– Na razie nie narzekam.
–  No  właśnie  –  uśmiechnął  się  Cygan  i  niespodziewanie  zapytał:  –  Ten  twój  Marek  ma

dziewczynę?

– Ma – potwierdził Kostek.
– A ty masz córkę?
– Czy ja wiem – już całkiem opanowany Kostek z ciekawością czekał, co jeszcze od niego

usłyszy.

– Jolkę?
– Możliwe...
– Jasne – teraz Cygan śmiał się cynicznie. – Z taką, jak jej matka, nigdy nic nie wiadomo.

No, ale to jest córka, nie wypierasz się?

– Nikt mnie o to nie pyta...
– Ja też nie pytam, tylko mówię. I jeszcze ci powiem, że ta córka ostatnio zrobiła ci dużą

krzywdę, zgadza się?

– To moja sprawa – nachmurzył się Kostek. Nie sądził, że ta jego bolesna i zarazem wsty-

dliwa przygoda już jest komuś znana.

– Twoja – zgodził się Cygan. – Ale takiego czegoś się nie zapomina. Żaden mężczyzna te-

go nie daruje. A ty jesteś jeszcze mężczyzną, co, stary, no powiedz: jeszcze, czy nie?...

background image

91

– O co wam chodzi? – zdenerwował się Kostek. Milczący dotychczas kompan Cygana po-

ruszył się tak groźnie, że zamilkł i czekał, co będzie dalej. Cygan po chwili milczenia konty-
nuował:

– Ty masz porachunki z córką, a ja z jej facetem. Myślę, że to nas powinno łączyć.
– Ja do faceta nic nie mam – burknął Kostek. – Krzywdy mi nie zrobił.
– Jasne – zgodził się Cygan. – Ale ona ci zrobiła, a on mnie. Obaj mamy z nimi porachun-

ki. Temu facetowi chyba zależy na Joli, jak myślisz?

– Chyba tak – niepewnie potwierdził Kostek.
– Dobra. Nie ma co długo się rozwodzić. Możemy zrobić interes. Chcesz?
– Jaki?
– Zostawię cię tu, będziesz sobie dalej żył słodko i wygodnie. Tylko będziesz grzeczny i

lojalny wobec mnie, a nie wobec tego, kto ci dał tę fuchę, jasne?

– No i co?
– Wszystko, ale to wszystko, co będziesz o nim wiedział, będę wiedział także ja, zgoda?
– Nie mam z nim kontaktu. Tu mnie urządził i tyle...
– Ale powinieneś mieć. Z nim, a przede wszystkim z córką. Jak normalny ojciec...
– Żartujesz – burknął Kostek.
–  Nie.  Przecież  nie  możesz  się  gniewać  na  własne  dziecko.  Tym  bardziej  że  to  fajna

dziewczyna. Nie musisz się jej wstydzić. I nie możesz do końca życia jej pamiętać tej drobnej
przykrości, którą ci wyrządziła...

– Żartujesz?
– Może tak, może nie – już bez uśmiechu odpowiedział Cygan. – A tak naprawdę, to po-

winieneś  odezwać  się  do  Joli,  do  jej  matki,  wpaść  do  nich,  odwiedzić,  pogodzić  się,  może
nawet przeprosić, opowiedzieć jak sobie teraz dobrze żyjesz...  No, źle ci radzę? Tak będzie
ładnie i elegancko...

– O co chodzi? – Kostek był ogłupiały. Nie rozumiał do czego zmierza Cygan a jego wy-

wody budziły w nim sprzeciw. Cygan przestał żartować. Lecz twardo mówił dalej:

– Wrócisz na łono rodziny. Zaprzyjaźnisz się. Będziesz wiedział wszystko o twojej Zośce,

o Joli, o jej facecie. Jesteś przecież w rodzinie. A co będziesz wiedział ty, będę wiedział też
ja, jasne?

Kostek pojął wreszcie, że Cygan chce  go użyć do swoich  celów. Domyślił,  że  będzie  to

porachunek z Markiem, a on, poprzez Jolę ma mu to ułatwić. Zrozumiał też, że ta gra nie bę-
dzie dla niego bezpieczna. Marek nie wyglądał na baranka. Zośkę znał dobrze i wiedział, że
potrafi bronić siebie, córki i ich sprawy. A Jola? Na własnej skórze przekonał się, że potrafi
się bronić. Tak więc nadarza mu się okazja do zemsty za okaleczenie i upokorzenie. Nosił tę
myśl w sobie, odkrył ją przed Rysiem, marzył o tym, żeby Jolce zapłacić za to, co mu zrobiła.
Teraz pojawia się taka możliwość.

– No więc? – naciskał Cygan.
– Zastanowię się – odparł ostrożnie.
– Nie, stary. Ty się nie zastanowisz, ty się zgodzisz. Nie masz wyjścia. Albo tak, albo ja

się wezmę za ciebie. A wtedy będziesz biedny, wierz mi...

– Co mam robić?
– Na razie nic. Po prostu nawiąż kontakt, zachowaj się jak człowiek. Jego będziesz infor-

mował – wskazał głową na milczącego przez cały czas kompana. On tu bywa często. Ja też,
ale  powiedzmy,  że  się  nie  znamy,  tak?  Któregoś  dnia  umówisz  się  z  Jolką,  normalnie,  jak
ojciec... Raz, może dwa, u matki, w mieście. Reszta to moja sprawa... Nic wielkiego od ciebie
nie chcę, widzisz... No, może jeszcze żebyś od czasu do czasu powiedział jakby coś tu było
ciekawego  w  hotelu,  a  my  byśmy  nie  widzieli  albo  nie  wiedzieli.  Pogadasz  sobie  z  tym  i
owym, oczy będziesz miał otwarte, uszy umyte, będziesz patrzył, słuchał, a gadał mało. Tylko
jemu. Zgoda?

background image

92

– A co ja z tego będę miał?
– Spokój, stary – roześmiał się Cygan. – Święty spokój, ciepłe miejsce, bezpieczeństwo i...

słodką zemstę, przecież marzysz o niej, nie? No powiedz marzysz, żeby się zemścić za ten
ucięty kawałek?

– Daj spokój – odburknął Kostek.
– Dobra  –  uciął  Cygan,  wstając.  –  Dogadaliśmy  się.  Pamiętaj,  masz  być  dobrym  ojcem,

który umie przebaczyć, starym przyjacielem jej matki, nawet jeśli ona ma teraz innego face-
ta... No i kumplem tego. Marka..

– Jak się uda.
– Rób, co możesz, stary liczę na ciebie. A o forsę mnie więcej  nie pytaj. Pamiętaj, że ja

biorę, a nie daję. No, pogadaliśmy sobie, trzymaj się. I jak będziesz coś miał, to do niego –
ruchem głowy wskazał w stronę mil czka już stojącego przy drzwiach.

Odeszli. Kostek przez dłuższy czas myślał o tej rozmowie i coraz bardziej utwierdzał się w

przekonaniu, że stanął przed szansą, aby rękami Cygana i jego ludzi zemścić się na Jolce...
Podczas  nocnej  służby,  gdy  miał  wolną  chwilę,  jeszcze  zastanawiał  się,  skąd  Cygan  o  nim
wiedział i nawet znał jego wstydliwą tajemnicę, ale nie zawracał sobie tym długo głowy, bo
zdawał sobie sprawę, że tacy ludzie wiedzą zawsze bardzo dużo. Oni i jeszcze inni, ale z tymi
drugimi nie chciałby mieć nic wspólnego. On nie chciał, ale oni chcieli. Przekonał się o tym
wkrótce po najściu Cygana i jego kumpla.

Tym razem odbyło się to inaczej. Gdy ukrył się na chwilę za filarem w holu, by spokojnie

wypalić  papierosa,  nagle  obok  niego  pojawił  się  młody  dość  niedbale,  jak  na  warunki  tego
hotelu, ubrany mężczyzna.  Poprosił  go  uprzejmie  o  ogień  i  pochyliwszy  się  nad  płonącą  w
ręku Kostka zapalniczką pokazał ukradkiem legitymację. Kostek zesztywniał.

Zapytał wrogo:
– Co jest? Nic nie zrobiłem...
– Jasne – potwierdził młody mężczyzna. – Ale pogadać trzeba.
– Tu? – przestraszył się Kostek.
– Nie. Za dużo tu oczu i uszu.
– Gdzie? Kiedy?
– Może u nas? Jutro?
– Koniecznie?
– Jasne – pogodnie odparł mężczyzna. – Najlepiej koło południa, jak się pan prześpi trochę

po nocnej służbie. Może być o pierwszej?

– Przyjdę – zgodził się Kostek głosem, brzmiącym jakby obwieszczał własny pogrzeb.
– Pokój dwieście trzy – poinformował młody. – Przepustka będzie czekała na dole.
Zniknął tak nagle jak się pojawił, a Kostek miał do końca dyżuru fatalny humor. Znał do-

brze  miejsce,  do  którego  został  zaproszony.  Wiedział  też,  że  jeśliby  nie  skorzystał  z  tego
uprzejmego zaproszenia, to i tak musiałby tam pójść. Tyle, że nie dobrowolnie.

Poszedł więc następnego dnia i znalazł się w skromnie umeblowanym pokoju. Usiadł na-

przeciw starszego już mężczyzny, który uważnie lustrował go wzrokiem. Kostek w milczeniu
czekał.

– Dawno się nie widzieliśmy – usłyszał.
– Nie moja wina – próbował żartować. – Miałem przerwę w życiorysie.
–  Taaak  –  westchnął  współczująco  przesłuchujący  i  zajrzał  do  teczki  z  aktami.  –  Dosyć

długą. No, ale skończyła się przerwa a zaczęło się życie.

Nie odpowiedział. Wolał ostrożnie poczekać na dalsze pytania. Ciągle zastanawiał się, po

co go wezwano, jaki był powód tej rozmowy. Lecz przesłuchujący nie spieszył się. Uprzejmie
poczęstował Kostka papierosem, nawet podał mu ogień, a gdy już obaj zapalili stwierdził:

– Z tego, co wiem, próbujesz jakoś się na nowo urządzić.
– Jakoś trzeba żyć – zdawkowo odpowiedział Kostek.

background image

93

– No właśnie – zgodził się funkcjonariusz. Znamy się już dosyć  długo – ciągnął z nutką

nostalgii.  –  Ile  to  już  lat?  Dwadzieścia?  Nie,  co  ja  mówię,  będzie  z  trzydzieści,  ho,  dawne
czasy, były, minęły, stare lata...

Nie odpowiedział. Znał ten familjarny, pozornie przyjazny ton. Wiedział, że to wstęp, któ-

ry ma go rozluźnić, uspokoić, a potem nastąpi atak. Znał też tego łysiejącego już mężczyznę,
na pozór dobrodusznego, ale wytrwałego i twardego w razie potrzeby. Pamiętał go jeszcze z
Nowego Portu, gdzie zetknęli się po raz pierwszy. Pamiętał dwa, czy trzy przesłuchania, pa-
miętał też to ostatnie, groźne, chwilami brutalne, po którym  prokurator  wydawał  się  łagod-
nym  barankiem.  Ale  wtedy  chodziło  o  rzecz  naprawdę  poważną,  tę,  która  zakończyła  się
dwunastoletnim wyrokiem. A dziś? Ciągle nie mógł się domyślić, czy policjant chce go o coś
oskarżyć, czy może tylko ostrzec, albo po prostu porozmawiać i dać do zrozumienia, że mają
go na oku i lepiej żeby się nie angażował w jakieś podejrzane, nieczyste sprawy. Przesłuchu-
jący widocznie uznał, że pora zakończyć ten sympatyczny wstęp, bo ponownie zajrzał do akt,
zgasił papierosa i oschłym tonem powiedział:

– Mam tu trochę informacji o tobie. Po staremu mówił Kostkowi „ty”, jak dawniej, pod-

czas poprzednich przesłuchań.

– Nic nie zrobiłem.
– Nie, chyba na razie nie – zgodził się przesłuchujący. – Ale niektóre z tych informacji są

trochę niepokojące. Jesteśmy starymi znajomymi – spojrzał na Kostka z udaną szczerością –
nie chciałbym znowu przygotowywać prokuratorowi materiału do aktu oskarżenia na ciebie.

To zabrzmiało niepokojąco. Kostek poruszył się na krześle, oblizał wargi i niemal z pokorą

zapytał:

– Chyba nie ma powodu?
– Na razie nie. Ale jutro może być inaczej...
– Nie mam zamiaru wdawać się w żadne trefne historie – zapewnił Kostek. – Zapłaciłem

za to, co było, i jestem kwita z państwem. Chcę pożyć spokojnie...

– Pewnie. Latka lecą, człowiek nie ten, co dawniej, prawda? Popatrz, mnie się zrobiła łysi-

na, do emerytury mam niedaleko, a ty, co? Swoje latka też masz, sześćdziesiątka na plecach a
na emeryturę nie zarobiłeś.

– Czego pan ode mnie chce? – nie wytrzymał Kostek.
– Na razie niczego. Pogadać. Odnowić znajomość... No i... – zawahał się przez chwilę –

może ostrzec? Albo zaprzyjaźnić się?

–  Zaprzyjaźnić?  –  Kostek  tym  razem  nie  udawał  zdziwienia.  Przesłuchujący  lekko  się

uśmiechnął.

– No, bez przesady. Wiem, że tacy jak ty nie przyjaźnią się z gliniarzami. Ale nie zaprze-

czysz, że po tylu latach znajomości jest między nami jakaś więź, prawda?

– O co naprawdę chodzi? – Kostek był zbyt doświadczony by nie zrozumieć, że za tymi

słowami kryją się jakieś konkretne sprawy, zamierzenia.

– Dobrze, powiem otwarcie – zdecydował się przesłuchujący. – Jesteś na wolności dopiero

parę tygodni. Fakt, że w zasadzie nie możemy mieć do ciebie konkretnych pretensji, ale nie-
pokoić się mam prawo jako stary znajomy.

– Nic nie zrobiłem – pochmurnie i z naciskiem powtórzył Kostek.
– To prawda. Spotkanie z Grubym to nie przestępstwo, tym bardziej że po wyjściu z kicia

nie bardzo miałeś dokąd pójść... No, ale Gruby to dziś inny facet, sam ledwie wiąże koniec z
końcem, nie mógł cię przygarnąć, tak?

– Niczego od niego nie chciałem – odburknął Kostek.  Oficer skinął  głową, że  się  z  nim

zgadza i ciągnął:

–  Jasne.  Wypiliście  po  kielichu  i  potem  coś  z  sobą  trzeba  było  zrobić,  prawda?  No,  ale

Zośka już nie ta dziewczyna, co dawniej. Teraz to jest poważna pani, przełożona pielęgniarek,

background image

94

ma przyzwoitego przyjaciela, dorosłą córkę, sympatyczne mieszkanie, też nie chce wracać do
dawnych spraw. Zresztą już od dawna tego nie chce... No i ciebie nie chce...

– Tak sobie do niej zajrzałem, stare sympatie, stare dzieje... – mruknął Kostek.
–  Jasne.  Stare  sympatie  i  sentymenty.  Rozumiem  to.  No  i  córka.  Było  nie  było  własne

dziecko. Ale coś tam się jednak stało. Chyba przyszedłeś za bardzo wlany i zdarzyła się jakaś
awaria, mam rację?

– Nic się nie zdarzyło – zaprzeczył bez przekonania Kostek.
– Jasne. Tyle, żeś się pociął nożem przy krojeniu chleba. Zdarza się, jak człowiek jest na

dużej bani... No, przykra sprawa, ale jakoś z tego się wymigałeś. Tu głos oficera stwardniał.
Popatrzył surowo i oznajmił: – Gdybym tak głębiej pogrzebał w tej sprawie, to może by się
znalazło coś więcej niż samookaleczenie, przypadkiem, podczas krajania chleba. Ale  chyba
nie warto w tym grzebać, co?

– Nie warto – zapewnił Kostek.
– No właśnie. Tym bardziej że nie złożyłeś żadnej skargi. Tylko sąsiedzi wezwali patrol,

bo im przeszkadzały hałasy. No, ale nie będziemy tego rozgrzebywać. Lekarz się tobą zajął,
Zośka przechowała i teraz masz niezłą robotę, ciepły kąt, wyżywienie, mundur i jakiś grosz,
wszystko gra, tak?

– Tak. Chyba nikt o nic nie ma do mnie pretensji? – trochę zaczepnie zapytał Kostek.
– Nie. Na razie nie.
– No to, po co ta cała rozmowa?
– Taka sobie przyjacielska pogawędka.
– Żeby mi pokazać, że jestem na widelcu? – Kostek udawał rozgoryczonego. – Wiem, że

jak raz kogoś u siebie zapisaliście, to już go stale macie na oku. Wiem, że macie swoich ludzi,
meldunki, podsłuchy, obserwacje, ale co do mnie, to strata czasu. Teraz jestem czysty i będę...

– Dobrze by było – znów skinięcie głową. – Ale tak na wszelki wypadek wolę żebyś wie-

dział, że za dużo kontaktów z takimi ludźmi, jak ten... no, jak go nazywają, chyba „Ewangeli-
sta”...

– Jaki Ewangelista? – szczerze zdziwił się Kostek.
–  Marek.  Taką  ma  ksywę.  Od  Marka-Ewangelisty.  Nieważne.  Więc  ten  Marek,  Cygan,

nawet Rysio, to ludzie, no, jakby to powiedzieć, nie dla ciebie...

– Nie szukam ich. Do niczego mi niepotrzebni – Kostek był w duchu wściekły na wszyst-

kich, których wymienił oficer, na siebie, wreszcie na przesłuchującego go policjanta. Zrozu-
miał, że jest niedwuznacznie ostrzegany. Ale ukrył swe uczucia, udawał obojętność. Tamten
zaś kończył:

– Takie interesy, jakie oni prowadzą, już dziś nie dla ciebie. Inne czasy, inne sprawy, inni

ludzie. W sumie, to wszystko jest dla starszego człowieka niebezpieczne. Mam rację?

– Pewnie. Ale, co ja mam z tym wspólnego?
– Może nic. A może już masz? A może będziesz miał? Kto może powiedzieć dziś, co bę-

dzie jutro...

– Czego pan właściwie ode mnie chce?
– Widzisz, jeżeli naprawdę chcesz mieć spokój i żyć jako tako,  to trzymaj się od nich  z

daleka. Ja znam życie. Wiem, że to oni mogę czegoś chcieć od ciebie. Na przykład Cygan. A
może i ten Marek? To może być nawet niebezpieczne. A przed niebezpieczeństwem kto cię
może uchronić, no kto?

Kostek wzruszył ramionami i w milczeniu czekał na ciąg dalszy.
–  My.  Ja,  twój  stary  znajomy,  bo  nie  powiem  przyjaciel.  Jak  wpadniesz  w  tarapaty,  na

przykład znów się skaleczysz nożem przy krajaniu chleba, to może nie być pod ręką znajo-
mego lekarza i opiekuńczej Zośki. Wtedy my ci możemy pomóc. Tylko ty też musisz wobec
nas być w porządku...

– Nie rozumiem – bąknął Kostek.

background image

95

– Rozumiesz – łagodnie zaprzeczył  oficer.  –  Takiemu  bystrzakowi  nie  muszę  tłumaczyć

jak dziecku, że nas interesuje, co  robi taki Cygan i jego ludzie, albo taki Ewangelista, albo
może  inni  ludzie.  W  takim  wielkim  hotelu  dzieją  się  różne  ciekawe  rzeczy,  kręcą  różni  lu-
dzie... Znasz mój telefon? Nie, prawda, skąd miałbyś znać. O, tu masz go, zapamiętaj, potem
zniszcz kartkę, po co ktoś miałby u ciebie znaleźć taki dziwny  numer.  A jak ci niezręcznie
zadzwonić, to od czasu do czasu pogadaj sobie chwilę z tym młodzikiem, którego już pozna-
łeś, no wiesz, z tym co nie ma ognia... A jak nie, to on, albo  ktoś inny zgłosi się do ciebie,
powiedzmy raz na tydzień albo dwa, i sobie pogadacie, no jasne?

– Nie będę na nikogo kablował – hardo odpowiedział Kostek. – Jestem czysty, chcę mieć

spokój i koniec...

– Ty możesz i chcesz, ale czy inni tego chcą? Czy taki Cygan, który potrafi z tym swoim

burkiem nachodzić człowieka w jego własnym pokoju da ci spokój? Co ja zresztą ci tłumaczę
jak dziecku. Ostrzegam, daję przyjacielskie rady, proponuję życzliwy kontakt, a ty wierzgasz.
Nie  chcesz,  to  nie,  twoja  sprawa.  Ale  w  razie  czego  nie  narzekaj,  że  nikt  w  tym  kraju  nie
chroni spokojnego człowieka przed różnymi ciemnymi typami...

– No, tego... – bąknął Kostek, rozumiejąc, że to już nie tylko propozycja współpracy, ale

niemal otwarta groźba. Na stałe to nie, ale czasem, jak będę wiedział coś ważnego... o jakimś
świństwie czy coś takiego, to mogę powiedzieć...

– O, to już inna mowa – ucieszył się oficer. – Telefon zapamiętałeś? Tak na wszelki wypa-

dek,  w  razie  większego  alarmu.  A  normalnie  to  sobie  pracuj,  patrz,  słuchaj,  pogadaj  z  tym
młodzikiem. Dyskretnie, na boczku, bez afiszowania się... A jakbyś czego ode mnie potrze-
bował, też daj znać. Lubię ludziom pomagać. Zwłaszcza starym znajomym, którzy chcą sobie
ułożyć normalne życie. Rozumiemy się?

– Tak.
– Dobra. To teraz opowiedz, czego chciał Cygan.
Kostek zesztywniał. Nie spodziewał się, że tak od razu będzie musiał przekazać informa-

cję.  Jednak  zabrnął  zbyt  daleko,  a  pogróżki  zabrzmiały  zbyt  poważnie,  aby  się  mógł  teraz
wycofać. Opowiedział więc w miarę dokładnie o przebiegu wizyty Cygana i treści rozmowy,
jaką z nim odbył. O sprawy wcześniejsze oficer nie pytał.

Później, kiedy już był sam w swoim pokoju, zastanawiał się, skąd ten policjant tyle wie-

dział  o  jego  aktualnych  sprawach  i  kontaktach,  które  były  niespodziewane,  dyskretne,  zda-
wało się niewidoczne dla żadnego obserwatora. Przyszło mu na myśl, że musiał w tym ma-
czać palce Rysio, zapewne też ktoś z otoczenia  Cygana,  może  ktoś  z  hotelu,  może  z  kręgu
Marka... Przestał się w końcu tym trapić, ale postanowił bardzo uważać a informacje, o które
go proszono, przekazywać sporadycznie, ot, byle zaznaczyć dobrą wolę. A swoją drogą  nie
bez pewnej próżności pomyślał, że nagle zrobił się ważny, skoro aż trzech różnych ludzi roz-
mawiało z nim na ten sam temat i oczekiwało niemal identycznych usług...

3

Starzejący się i dosyć już łysiejący mężczyzna zatrzymał swojego mocno sfatygowanego

fiata przy krawężniku w bocznej, mało uczęszczanej ulicy. Wysiadł, rozejrzał się dyskretnie,
wszedł do budki telefonicznej i wykręcił numer. Było ciemno, minęła ósma, ludzie przeważ-
nie siedzieli przed telewizorami, wokół panował spokój i nie widać było żadnego przechod-
nia.  Czekał  dosyć  długo,  aż  w  końcu  sygnał  urwał  się  i  usłyszał  znajomy  głos.  Powiedział
krótko:

– Cześć. Dawno się nie widzieliśmy...
– Masz sprawę?
– Czy koniecznie trzeba mieć sprawę? Nie wystarczy sama ochota, żeby wypić piwo i po-

gadać trochę z przyjacielem?

background image

96

– Dobra. Mogę wpaść tak gdzieś za pół godziny, odpowiada?
– Odpowiada. Do zobaczenia. Odłożył słuchawkę, raz jeszcze zlustrował okolicę, wsiadł

do samochodu i wolno ruszył poza miasto...

Jola usłyszawszy tę rozmowę od razu się nastroszyła. Znała tę wymianę zdań, pozornie nic

nie znaczących, urywanych, krótkich. Zawsze po nich Marek gdzieś znikał na dłuższy czas i
zawsze miało to miejsce późnym wieczorem albo wręcz w nocy, kiedy najbardziej nie lubiła
zostawać  sama.  Ostatnio  coraz  bardziej  bała  się  tych  samotnych  godzin  w  pustej  willi.  Bo
choć w drugiej części, za ścianą, znajdowało się biuro agencji, gdzie dyspozytor dyżurował
przez całą noc, kierując patrolami ochraniarzy, to jednak tu, w  części mieszkalnej, odizolo-
wanej od biura, była samotna, a teraz po prostu bała się. W ostatnich dniach Marek znacznie
częściej przebywał w domu, jeśli wychodził, to raczej w ciągu dnia. Ona widziała, że z bocz-
nej uliczki zawsze wyjeżdża za nim samochód z ochroną, więc tych wyjazdów nie obawiała
się tak bardzo jak nocnych, kiedy wszystko mogło się zdarzyć, wówczas czuła się bezradna,
zalękniona i pełna złych przeczuć. Dziś uprzedził ją, że zamierza nazajutrz wyjechać na dwa,
trzy dni „w Polskę”. Pogodziła się z tym, rozumiejąc, że jeśli ma ważne interesy, to nie może
zamurować się w domu, zresztą wyobrażała sobie, że poza domem, poza tym miastem, Marek
będzie bezpieczniejszy i zapewni także sobie ochronę. Wyjechać  miał jutro, rankiem. Tym-
czasem telefon zwiastował jakieś nieznane jej sprawy jeszcze dziś.

Nie myliła się. Marek pocałował ją i sięgnął po cieplejszą kurtkę.
– Wychodzisz? – zapytała, nie kryjąc niezadowolenia.
– Muszę. Słyszałaś, miałem telefon. Gość chce się ze mną zobaczyć...
– Koniecznie teraz? W nocy?
– Co ci będę tłumaczył – lekko się zniecierpliwił. – Sama wiesz, że czasem są sprawy, któ-

re muszę natychmiast załatwiać. Tym bardziej teraz, kiedy jutro mam wyjechać. No, nie dąsaj
się, nie będę długo – godzinkę, może dwie, ale nie więcej. Pooglądaj sobie w tym czasie tele-
wizję, a jak nie chcesz, to może wideo. Poczekaj z kolacją, raz dwa będę z powrotem.

Wiedziała, że jej sprzeciw nie zda się na nic. Powiedziała tylko:
– Uważaj na siebie.
– Jasne – roześmiał się. – Zawiążę szalik i zapnę kurtkę pod szyję, żeby się nie przeziębić.

No, malutka, uszy do góry, zanim obejrzysz film, będę w domu. – I już od drzwi odwrócił się
i rzucił ze śmiechem: – Coś mi się zdaje, że jeszcze trochę, a każesz mi włożyć filcowe kap-
cie i spędzać z tobą wieczory przed telewizorem a spać chodzić z kurami...

– Nie bądź taki dowcipny – rzuciła ze złością. Wyszedł a ona stanęła przy oknie i zrobiw-

szy szparę w zasłonie dyskretnie patrzyła jak wyprowadza z garażu poloneza i odjeżdża. Nie-
co się uspokoiła, gdy zobaczyła, że wóz z bocznej uliczki rusza zaraz i jedzie w tym samym
kierunku co polonez.

Marek w lusterku widział światła jadącego za nim samochodu z ochroną. Dwukrotnie na-

cisnął delikatnie pedał hamulcowy, dając znak, żeby nie siedzieli mu tak blisko na ogonie i
przyspieszył. Tamci zrozumieli, zwiększyli odległość, ale ciągle byli w zasięgu jego wzroku.

Po paru minutach wyjechał z Sopotu i skręcił w prawo. Znajoma droga przez las wiła się

niczym w górach, reflektory wydobywały z ciemności drzewa po obu stronach, od czasu do
czasu przygaszał światła, żeby nie oślepiać kierowców nadjeżdżających z naprzeciwka samo-
chodów.

Kiedy znalazł się na wyżynie  i  skończył  się  las,  zobaczył  na  prostym  odcinku  szosy  jak

spoza jadącego za nim samochodu wyłaniają się światła innego, jadącego z większą niż jego
ochrona szybkością. Błysk długich świateł oznaczał, że ktoś żąda wolnej drogi. Jego ochrona
widocznie zjechała na prawy skraj szosy, bo tamten wóz przesunął się do przodu i teraz Ma-
rek widział jego światła. Jechał na długich światłach, co go nieco oślepiało. Przestawił luster-
ko,  niwelując  kłujący  w  oczy  blask,  i  ze  złością  zamrugał  tylnymi,  czerwonymi  światłami,
dając tamtemu znak, że go oślepia.

background image

97

Nadjeżdżający wóz przybliżał się dosyć szybko. Jego kierowca nie zareagował na sygnały

Marka.  Za  to,  kiedy  znalazł  się  na  luku  jezdni,  uchyliły  się  tylne  drzwiczki  i  ktoś  wysunął
rękę  na  zewnątrz.  Sypnął  niewielkimi,  trójkątnymi  kolczatkami  poza  siebie  i  drzwiczki  się
zatrzasnęły. Trwało to kilka sekund. Kierowca chroniącego Marka wozu nie zauważył tego,
bo ciągle jechał na światłach mijania, Marek zaś wcale nie mógł tego dostrzec, bo wszystko
działo się poza nim, za granicą długich świateł zbliżającego się samochodu.

Postanowił go przepuścić, by nie zgubić swojej ochrony. Zjechał więc na skraj szosy, lek-

ko zwolnił i czekał aż tamten wyprzedzi.

Tymczasem samochód jego ochrony dotarł do łuku. I Marek i jadący za nim wóz byli teraz

niewidoczni, więc ochroniarz nacisnął mocniej pedał przyspieszenia, żeby szybciej wyjść na
prostą i odzyskać widoczność. W tym momencie samochód zarzucił. Tył poleciał w prawo,
przód zatoczył się jak pijany człowiek, potem nastąpiło szarpnięcie, głośne przekleństwo kie-
rowcy, pisk opon na asfalcie, gwałtowne hamowanie, znów szarpnięcie w prawo i wreszcie
samochód zatrzymał się, stając w poprzek jezdni.

– Co jest? – zapytał ten, który siedział obok kierowcy.
– Opona, cholera. Zmieniamy.
– Zgubimy go.
–  A  co  mam  robić,  pieszo  lecieć?  –  złościł  się  kierowca  wyskakując  z  samochodu.  Raz

dwa, to potrwa minutę. Jak zobaczy, że nas nie ma, to przyhamuje i poczeka. Rusz się!

Obaj  wyskoczyli  z  samochodu  aby  błyskawicznie  zmienić  koło,  a]  e  wówczas  kierowca

zaklął i to znacznie mocniej niż poprzednio.

– Popatrz!  –  podsunął  otwartą  dłoń  pod  światło  reflektora.  Jego  kolega  zobaczył  na  niej

kolczasty przedmiot.

– Gliny?
– Nie, oni mają inne.
– O kurwa! – zaklął ochroniarz. – Biegiem, może nie odjechali zbyt daleko...
Obaj rzucili się biegiem przed siebie, choć rozumieli, że szansę dogonienia Marka i tego,

kto rozrzucił kolczatki, mają zerowe. Mieli rację, kiedy wybiegli poza łuk drogi, nie zobaczyli
przed sobą niczego. Tylko ściana pobliskiego lasu dość wyraźnie odcinała się od jaśniejszego
tła nieba.

– Dajmy spokój – powiedział kierowca, zatrzymując się. – Lepiej zmieńmy to koło i jedź-

my.

– Po co? Przecież nikogo już nie dogonimy...
– Ale jechać trzeba. Cholera wie, co się tam stało...
– Szef da sobie radę – wyraził wątłą nadzieję ten drugi. Obaj chcieli w to wierzyć, ale wo-

leli nie myśleć o tym, co będzie, jeśli się mylą. Kiedy już zbliżali się do pozostawionego na
szosie  wozu,  kierowcy  zdawało  się,  że  słyszy  z  dużej  odległości  jakiś  niepokojący  dźwięk,
przypominający  przytłumione  strzały.  Nie  powiedział  o  tym  koledze,  który  chyba  tego  nie
usłyszał. Gdy po paru minutach, zmieniwszy koło pojechali dalej, niczego nie zobaczyli na
drodze.  Była  pusta  aż  do  obwodnicy.  Raz  tylko  jakiś  samochód  minął  ich,  nadjeżdżając  z
przeciwnej strony, ale nie było powodu, aby się nim interesować.

– No i co? – zapytał ten obok kierowcy.
– Gówno! – ze złością wykrzyknął kierowca. – Mnie pytasz?
– Nie drzyj się! Sam widziałeś droga pusta. Szef sobie poradził. Inaczej widzielibyśmy w

rowie jego wóz albo tamten...

– A może to był tylko głupi kawał jakichś gówniarzy z tymi kolczatkami?
– Tak czy siak, nie mamy tu co stać. Jedziemy.
– Z powrotem czy tam, gdzie mieliśmy?
– Naprzód, zawsze naprzód – niemal wesoło powiedział kierowca.  Obaj wiedzieli dokąd

miał  jechać  Marek,  i  choć  im  tego  nie  powiedział,  to  dobrze  się  orientowali  dokąd  jeździł

background image

98

zawsze nocą, tą szosą. Pojechali obwodnicą, a następnie w dół, ku Gdańskowi i wreszcie do
ogródków działkowych, gdzie niejednokrotnie bywali, zawsze z daleka czuwając nad tym, by
nikt  nie  niepokoił  szefa  w  małym  domku  na  działce.  Trochę  martwiła  ich  myśl,  co  Marek
powie na to, że zostawili go samego, chociaż pocieszali się, że jeśli się nic nie stało, to nie
powinien być na nich zbytnio zły i uznać, że w niczym nie zawinili.

4

Wóz z tyłu zbliżył się z dużą szybkością, wyprzedził go  | i  Marek  wrócił  na  poprzednie

miejsce,  bliżej  środka  szosy.  Puścił  pod  nosem  wiązankę  pod  adresem  „rajdowca”  i  rzucił
okiem w lusterko, ale nie dostrzegł świateł swoich towarzyszy.

Nagle stwierdził, że przed nim dzieje się coś dziwnego. Samochód, na który już przestał

zwracać  uwagę,  sądząc,  że  pojechał  dalej  w  tempie  w  jakim  go  dogonił,  nagle  wyraźnie
zwolnił a następnie zatrzymał się na środku jezdni. Uczynił to dostatecznie daleko, by Marek
nie wpadł na jego bagażnik, ale wyraźnie zatarasował drogę. Dwóch ludzi wyskoczyło po obu
stronach wozu i stanęło twarzą do nadjeżdżającego Marka.

– Co te skurwysyny wyprawiają? – syknął przez zęby Marek, jeszcze nie domyślając się,

co tamci zamierzają. Szybko jednak zrozumiał.

Był  na  tyle  daleko,  aby  zahamować  i  nie  uderzyć  w  tarasujący  mu  przejazd  samochód  i

chciał to uczynić,  kiedy zobaczył w świetle swoich reflektorów, że obaj trzymają w  rękach
jakieś przedmioty. Natychmiast je rozpoznał. Stopa sama ześlizgnęła się z pedału hamulca na
pedał gazu. Polonez ponownie poderwał się do szybkiej jazdy.

A tamci już podnieśli lufy i skierowali je wprost na zbliżający się wóz Marka. Z obu rów-

nocześnie trzasnęły wachlarze ognia. Potem jeszcze raz. Nim huk dotarł do uszu Marka, po
raz trzeci zobaczył błyski wystrzałów. Usłyszał plaśnięcie pocisku o dach samochodu, potem
drugie, gdzieś z boku w przedniej części. Widocznie tamci, zdenerwowani, a może zaskocze-
ni szarżą poloneza nie celowali zbyt dokładnie, tylko strzelali na oślep, licząc, że przy gęstej
strzelaninie muszą go trafić.

Marek działał zupełnie odruchowo. Wszystko odbyło się błyskawicznie. Pędził wprost na

te dwie sylwetki i stojący za nimi samochód blokujący przejazd.

Tamci dwaj odskoczyli na boki, staczając się do  rowów. Marek  na  moment  ujrzał  przed

sobą ciemny bagażnik samochodu. Odruchowo gwałtownie szarpnął kierownicą w lewo. Tu
była wąska, wolna przestrzeń. Zbyt mała, żeby mógł się zmieścić, musiał zahaczyć o tamten
wóz, szczęśliwie nie uderzył w niego maską, tylko otarł się przednim błotnikiem, rozbijając
świecący reflektor. Trzask, brzęk tłuczonego szkła, zgrzyt blachy o blachę – wszystko to za-
brzmiało  równocześnie.  Nie  zwolnił.  Lekko  tylko  zarzuciło  wozem  i  Marek  już  znalazł  się
poza  przeszkodą.  Długie  światła,  znów  pedał  do  oporu  i  wyrównanie  wozu  na  wolnej  już
jezdni. Silnik citroena pokazywał co potrafi, polonez mknął niczym rajdowa lancia, rozcina-
jąc  reflektorami  mrok  nocy  i  ukazując  rząd  drzew  uciekających  do  tyłu.  W  lusterku  Marek
zobaczył jeszcze dwa błyski – tamci usiłowali za nim strzelać, ale nic mu już nie mogli zro-
bić. Po chwili zniknęli za zakrętem i przed Markiem była wolna droga, a za nim tylko ciem-
ność.

– Ciekawe, co zrobili chłopakom – pomyślał o swoich opiekunach. Wiedział, że użyli ja-

kiejś sztuczki, by ich zatrzymać. A jednak poczuł się lekki, odprężony i niemal radosny. Wy-
winął się samodzielnie i chyba nawet nie tak bardzo uszkodził wóz, bo silnik pracował równo,
ciągnął doskonale i nie słychać było żadnych stuków ani brzęku uszkodzonej blachy.

Zwykłą drogą dotarł po jakimś czasie do ogródków działkowych i zatrzymał się w swoim

zacisznym, mało widocznym miejscu. Wyjąwszy ze schowka latarkę obejrzał samochód. Na
dachu była podłużna rysa, niczym zadrapanie ostrym narzędziem, z przodu, na błotniku, ale
ponad oponą mała dziurka a z boku dosyć głębokie zadrapanie od uderzenia w tamten samochód.

background image

99

– No – poklepał swego poloneza po masce. – Udało nam się, stary. Możesz jechać jutro,

doprowadzimy cię do porządku po powrocie.

Wszedł  tylnymi  drzwiami  do  domku  i  zastał  tu  już  Janka,  który  przyjechał  wcześniej  i

otworzył sobie własnym kluczem. Był trochę niezadowolony, bo czekał zbyt długo.

– Co się tak grzebałeś? – powitał Marka. – Nie mam za dużo czasu, żeby tu czekać na cie-

bie godzinami.

– Nie przesadzaj, Jasiu – pogodnie odparł Marek. – Nie spóźniłem się dużo. Zrobiłem tyl-

ko małą rundkę, bo nie byłem pewny, czy ktoś nie jedzie za mną.

– Miałeś ogona? – zaniepokoił się Jan.
– Nic wielkiego. Próbowali mnie zatrzymać, ale się urwałem. Tyle, że mam dziurę w błot-

niku i dwie rysy, ale to nic.

– Strzelali? – z nieukrywanym niepokojem pytał gość.
– Panu Bogu w okno – lekko odparł Marek. – Ja bez strzelania ich załatwię.
– To Cygan – domyślił się Jan. – A ty, jak głupi jeździsz bez obstawy.
– Miałem chłopaków, ale ich jakoś wyeliminowali. Musimy się napić, co, Jasiu po jednym.
– Daj – zgodził się gość. – Trochę się też zdenerwowałem.
– Ja nie jestem zdenerwowany – roześmiał się Marek. Już postawił na stole butelkę whisky

i wodę sodową. Nalał do szklaneczek, bez słowa wypili po dużym łyku.

– Nie udawaj takiego chojraka – powiedział ponuro Jan. – Widzisz, że to nie żarty. Cygan

idzie na całego...

– Ja też potrafię – zapewnił Marek. – Koniec o tym, mów o co chodzi, czasu mało, rano

jadę w dłuższą trasę...

Jan postawił szklankę, zapalił, podał także Markowi i powiedział zatroskany:
– Sam widzisz jaki obrót sprawy przyjmują.
– Powiedziałem: dosyć o tym. Cyganem będę się martwił jak wrócę. Mów, co masz pilne-

go.

– To właśnie – wyjaśnił Jan.
– Co? Mów jasno.
–  Marek  –  głos  Jana  był  wyjątkowo  poważny,  niemal  uroczysty  a  zarazem  przyjazny.  –

Zastanów się czy nie pora trochę przyhamować?...

– Co ci odbiło? Masz złe przeczucia czy fakty? – ostro zareagował Marek.
– Przeczucia to ma moja żona – odparł Jan.
– To dawaj te fakty.
– Zaczyna coraz bardziej śmierdzieć koło ciebie. Jesteś na celowniku i to nie jednym.
– Żartujesz sobie, czy co? – roześmiał się Marek. – Myślisz, że nie wiem? Ty sam masz

mnie na celowniku. Cygan też. No i co z tego? Mam zdryfować? Dobrze wiesz, że na celow-
niku można być latami. Jak nie ma faktów, dowodów, to nic mi nie zrobią, choćby prokurator
się  skręcał  ze  złości.  A  ty  mu  dowodów  nie  dasz,  Jasiu,  co?  –  ostatnie  pytanie  zabrzmiało
trochę jak groźba.

– Nie pieprz, Marek – odpowiedział Jan. – Wiesz, że jestem umoczony w tym tak jak ty.

Nawet gorzej, bo jakby mnie nakryli, to bym dostał więcej jako czynny funkcjonariusz...

– A ja nie jestem żadnym funkcjonariuszem – niemal z triumfem oznajmił Marek – i mogą

mi nadmuchać. Jak mi coś udowodnią, to najwyżej dostanę trochę odsiadki. To dziś nic wiel-
kiego, nawet powód do chwały. Prawie każdy biznesmen musi przez to przejść...

– Pogadajmy poważnie – zaproponował Jan. – Zgrywasz się, choć wiesz, że jak cię przy-

dupią, to się odegrają za wszystko. Za dziś i za wczoraj. Lepiej przysiądź na zadku, przecze-
kaj, wszystko ucichnie, sprawy się zakurzą i znów ruszysz ostrzej. Masz z czego pożyć przez
jakiś czas, nie? Zresztą agencję możesz sobie prowadzić a ona daje zyski. Tu nikt o nic się do
ciebie przyczepić nie może...

background image

100

– Skąd ci się biorą takie pomysły? – ironicznie zapytał Marek. – Sam to wymyśliłeś, czy

ktoś ci podpowiedział?

– Marek – Jan był śmiertelnie poważny – policz sobie te fakty, o które sam prosisz. Masz

kontakt z Kaziem, od niego idą samochody do Rusków, ty wiesz i ja wiem, jaki to trefny inte-
res.

– Trefny, ale prawie bez ryzyka – odparł lekko Marek.
– Do czasu. Już są kontakty naszych z policją niemiecką. Szykują się wspólne akcje, orga-

nizują  system  kontroli  na  granicach  wschodnich  i  zachodnich,  dokładne  badania  wozów  na
giełdach i w pokątnych warsztacikach. Ty wiesz jakich... Za parę dni ma być szeroko zakro-
jona akcja poszukiwania takich melin. Wiedzą, że tam się przerabia wozy, zmienia numery,
daje nowe dokumenty i eksploatuje dalej...  Za tydzień będzie duża akcja kontrolna na całej
trasie  do  granicy  wschodniej.  Od  Odry  do  Bugu.  Wszystkie  województwa  wezmą  w  tym
udział.  Złapią  kurierów  w  kradzionych  wozach,  wyłuskają  tych,  którzy  mają  inny  lakier,
przebite numery silników, nie mówiąc o tablicach rejestracyjnych. Złapią przy okazji twoich
ludzi i twoje wozy.

– Nie złapią, bo mnie właśnie uprzedziłeś – roześmiał się Marek.
– Teraz tak, ale co dalej? To się będzie nasilało. Działania będą koordynowane z centrali,

razem z Niemcami, Austriakami, może Włochami, bo stamtąd przychodzi najwięcej Wozów.
Ruscy się też do tego włączą lada dzień. Nie Uchowasz się, Marek przy takiej sile, prędzej
czy później cię przyskrzynią.

– Ciekawe rzeczy opowiadasz – Marek wpadł w nastrój familiarny. – Ładnie się starasz,

Jasiu. Dobrze o tym wiedzieć.

–  Nie  zgrywaj  się  –  poprosił  powtórnie  Jan.  –  To  materiał  z  mojej  działki.  Są  też  inne

oznaki tego smrodu. Ktoś u nas przebąkiwał, że trzeba by lepiej rozeznać, skąd się biorą i kim
są ci tajemniczy chłopcy, którzy tak sprawnie i bez śladów zwijają różne ładne samochody w
Trójmieście, a nawet poza nim, w Wejherowie, Pucku, Słupsku, Elblągu. Już nikt nie wierzy
w  indywidualne  skoki  amatorów.  Jest  jasne,  że  to  robota  zorganizowana,  sprawna,  a  więc
wystarczy złapać za jedną nić i dojdzie się do kłębka. Będzie niedobrze, jeśli w końcu tego
kłębka znajdziesz się ty, twoja agencja, twoi ludzie...

– Oni będą gęby trzymać... – zapewnił Marek. – A ja, cóż, wiesz, że jestem na boku, spo-

kojny biznesmen, dawny funkcjonariusz na bocznym torze,  który  prowadzi  sobie  uczciwą  i
pożyteczną agencję ochrony i z tego jakoś żyje.

– Tobie się wydaje, że tak myślą. Ale pamiętaj o celowniku. Nie ja jeden przez niego na

ciebie patrzę. No i jest sprawa Cygana. Myślę, że to on dał cynk do nas o tych twoich tranzy-
tach  wozów  z  Niemiec  i  o  Kaziku.  Dużo  nie  przekazał,  bo  pewnie  nie  wie  zbyt  wiele,  ale
zawsze skierował uwagę, a to już coś...

– Z Cyganem skończę i to szybko – zapewnił Marek z zaciętością.
– To nic nie da. A może się zdarzyć tak, że on cię pierwszy dopadnie. Sam mówiłeś, że

miałeś coś po drodze. – Czy to nie on?

– Pewnie tak.
–  No  widzisz.  Potrafi  być  szybki.  I  jest  uparty.  I  mściwy...  Miałeś  z  nim  ostatnio  ostre

zwarcie, prawda?

– Skąd wiesz?
– Wiem. Ja mam wiedzieć o wielu sprawach. No i widzisz, tak sprawy stoją. Masz na kar-

ku Cygana, masz zagrożenie z naszej strony, robi ci się ciasno. Dobrze radzę, przysiądź i po-
czekaj...

Marek wstał i przeszedł się po pokoju. Jan czekał spokojnie, pociągając jeszcze długi łyk

whisky.

– Jak tak się ciebie posłucha – odezwał się wreszcie Marek – to trzeba przyznać, że coś w

tym wszystkim jest.

background image

101

– No właśnie! Sam widzisz, że jak się atmosfera zagęszcza, jak przybywa drobnych fakci-

ków, zdarzeń, sygnałów, to wreszcie musi się to skończyć eksplozją...

– Wiem. Ale rzecz w tym, żeby nie dopuścić do eksplozji.
– To właśnie ci radzę. Spokój, odpoczynek, przerwa. Potem znów będzie można się rozej-

rzeć i coś dalej robić. Ostrożny nigdy nie traci...

– Ale ja nie jestem ostrożny! – wybuchnął nagle Marek. – Nigdy nie byłem i nie chcę być!

Nie umiem, rozumiesz? I nie chcę! – powtórzył dobitnie.

– Wiem – przyznał smętnie Jan. – Znamy się nie od dziś, dobrze wiem jaki jesteś. Ale to

już nie te czasy. I działasz inaczej, nie w tej branży, co dawniej...

–  Wiesz,  co  ci  powiem,  Jasiu?  –  Marek  pochylił  się  nad  gościem  i  mówił  mu  prosto  w

twarz – świat jest pełen wilków.  Zagryzają się wzajemnie. Nie ma przyjaźni, nie ma taryfy
ulgowej – jesteś słabszy, jesteś miękki, to koniec. Zęby w  gardło i koniec z tobą.  Taki  jest
świat. Dlatego ja nie chcę być słabszy w tym stadzie dzikich wilków. Chcę być silny. Najsil-
niejszy, najbardziej przebiegły.

– Kosztem innych?
– Nic mnie inni nie obchodzą. Bo i ja nikogo nie obchodzę. Więc radzę sobie sam, stosując

się do tych reguł jakie obowiązują. Przegram, to moja sprawa – przegryzą mi gardło i zdech-
nę, ale póki co – nie dam się. I nie będę siedział w bamboszach przed telewizorem jak zdarty,
stary dziad...

– Prawo wilka wyznajesz, Marek – smętnie zauważył Jan. – Nie byłeś taki.
– Byłem – zaprzeczył Marek. – Tylko robiłem to normalnie, z obowiązku a nie na swoją

rękę.  I  ty  też  działałeś  według  tego  prawa.  Tyle,  że  mnie  się  pozbyli,  a  ty  możesz  robić  to
nadal. Spokojnie, służbowo, normalnie.

Było coś w jego głosie, co sprawiło, że Jan popatrzył na niego  z mieszanymi uczuciami.

Nagle zaczął się bać tego starego kolegi, z którym przez wiele lat razem pracował i z którym
teraz łączyły go bliskie, acz niebezpieczne i nielegalne, ale zyskowne więzi.

– Marek? – zapytał cicho. – Ciągle nie możesz przeboleć, że cię...?
– Przeboleć? – roześmiał się sztucznie Marek. – Nie Jasiu, to nie to. Robiłem co do mnie

należało tak, jak faceci z naszej branży robią do dziś. I ty dalej to robisz, a zostawili cię...

– Miałem inny sektor. Kryminalny, to się liczy inaczej.  Zresztą dziś jestem potrzebny,  a

jutro nie będę i też pójdę do diabła. – Jan mówił jakby się tłumaczył przed Markiem.

–  Pewnie  tak  będzie  –  zgodził  się  Marek.  –  I  jak  się  zastanowić,  to  wszystko  jest  okey.

Sprawiedliwie.

– O co ci chodzi, Marek?
– Jasiu – nagle Marek zmienił ton, zrobił się mniej agresywny – ja wszystko rozumiem i

zgadzam się. Ale  mam  czterdzieści  dwa  lata.  Jestem  w  pełnej  formie.  Lubię  działać.  Lubię
ruch w interesie. A ja nic innego nie umiem tylko działać ostro, iść na całość, więc robię to,
co umiem.

– Aż wreszcie naprawdę zasłużysz na krawat! – stwierdził ponuro Jan.
– To zasłużę. Na niczym mi nie zależy. Nie będę zaczynał na nowo, od dozorcy, marnego

urzędnika, strażnika przy fabrycznej bramie. Nie, za późno, Jasiu. Jużbym nawet nie wypra-
cował sobie emeryturki... Nie zależy mi na takim życiu...

– Naprawdę na niczym ci nie zależy?
– Naprawdę. Idę na całość. I z wami, i z Cyganem. I z całym światem.
– A Jola? – zapytał niespodziewanie Jan.
– Co Jola? – spojrzał na niego zaskoczony.
– Na niej też ci nie zależy?
– Zostaw Jolę w spokoju – chmurnie zażądał Marek. – To fajna dziewczyna, nie ma z tym

wszystkim nic wspólnego.

background image

102

– Tak myślisz? A historia z Kostkiem w mieszkaniu jej matki? A co z nią będzie, jak ci się

coś stanie? Pomyślałeś? Zostanie na lodzie. Wdowa, czy jak?

– O czym mówisz?
– O tym, że gadasz bez sensu. Boli cię, że cię wylali, chociaż rozumiesz, że tak być mu-

siało.

– Wcale nie musiało.
– Na ciebie wypadło, bo znaleźli twoje raporty, wyniki twojej roboty. Poszedłeś na pierw-

szy ogień. Potem pójdą inni. Ja też, sam mówiłeś. I dobrze, normalka w życiu. Ale trzeba to
jakoś przełknąć, żyć, nie dać się.

– Przecież o tym mówię.
–  No  właśnie.  Żyć  i  nie  kaleczyć  bliskich.  A  Jolę  możesz  skaleczyć,  jak  będziesz  nie-

ostrożny. I jej matkę też.

– Ona nie ma nic do naszych spraw.
– Ma. Kocha córkę. Lubi ciebie. Dobrze jej z tym doktorem. Zburzysz to wszystko, jeśli

nie będziesz ostrożny. Sam możesz sobie podskakiwać, ale nie wolno ci ryzykować ich kosz-
tem i... moim – dokończył Jan.

Marek znów milczał przez długi czas. Coś z tego, co usłyszał, trafiało mu do przekonania.

Odezwał się jakby w zadumie:

– Taaak, Jasiu. Masz rację, o Joli muszę pomyśleć. Nie zasłużyła na kłopoty. Wprowadzę

ją w niektóre sprawy, zabezpieczę na wszelki wypadek.

– No i odpuść sobie na razie. Kaziowi powiedz, że robicie przerwę. Do niego jedziesz ju-

tro, prawda?

– Domyślasz się, czy wiesz? – podejrzliwie zapytał Marek.
– Nie ważne. Wyhamuj. Z Jolą pogadaj, chroń ją, jej matkę też. O sobie też pamiętaj. No, a

wtedy  i  ja  będę  miał  chwilę  na  jaki  taki  oddech.  W  odpowiednim  czasie  weźmiemy  się  za
Cygana...

– Z nim nie będę czekał – zdecydował Marek z zawziętością. Za daleko się dziś posunął...
– Uważaj, to nie małe dziecko. On też potrafi być szybki.
– To i dobrze. Prędzej się spotkamy. Fajno Jasiu – Marek zmienił ton, dolał po odrobinie

whisky. – Jestem ci wdzięczny za te informacje. Zrobię co trzeba, nie martw się. A o tym, co
tu mówiłem – zapomnij. To takie gadanie, sam rozumiesz. Czasem tak człowieka najdzie jak
jest  zdenerwowany.  Nie  da  się  ukryć,  że  lubiłem  robotę  w  naszej  firmie,  dopóki  mnie  nie
przydzielili do polityki... No, ale komu to dziś tłumaczyć?

Nie ma sensu.
–  Nie  ma  –  zgodził  się  Jan.  Wypili  obaj  już  w  lepszym  nastroju.  Jan,  podstawiwszy

szklankę, popatrzył na Marka i powiedział:

– Cieszę się, żeś się trochę otrząsnął. Ta gadka dobrze ci zrobiła.
– Zgadza się.
– No więc pamiętaj: uważaj i bądź ostrożny... I jeszcze uważaj  na tego Kostka. To mały

szmaciarzyna... Może coś namotać...

– On? – roześmiał się Marek. – Dostał od Joli nauczkę, a ja mu załatwiłem robotę i ciepły

kąt. Teraz ma być wdzięczny i robić co mu każę...

– Będzie robił albo nie. A może też będzie robił to, co mu każe Cygan? I jeszcze to, co mu

każę ja?

– Taaak? – przeciągnął Marek.
– A co, nie znasz takich facetów? To nie twardy bandzior, tylko gnojek, miękki jak wosk,

przerażony,  gotów  spełnić  wszystko  to,  co  mu  każe  silniejszy  albo  ten,  kto  nieźle  zapłaci.
Uważaj na niego!

– To w końcu ojciec Joli – smętnie zauważył Marek.

background image

103

– Nie przejmowałbym się tym specjalnie – odparł Jan. – On też się tym nie przejmuje, mo-

gę cię zapewnić... No, trzymaj się. Jak wrócisz, daj znać. A może lepiej nie jedź jutro?

– Muszę, jestem umówiony co do minuty. I to nie w jednym miejscu.
– Dobra, ale potem poluzuj.
– Chyba tak – zgodził się niezbyt zdecydowanie Marek. Rozstali  się. Odczekał aż ucichł

warkot  samochodu  Jana,  potem  wsiadł  do  swego  nieco  pokiereszowanego  poloneza  i  inną
drogą niż ta, którą przybył, wrócił do domu. Bez przygód dojechał do domu. W zaułku, na-
przeciw  willi  dostrzegł  samochód  swojej  obstawy.  Wprowadził  wóz  do  garażu,  chyłkiem
przemknął przez ulicę i wsiadłwszy do nich zapytał,  co się stało. Gdy mu wyjaśnili, zrozu-
miał, że akcja była starannie przygotowana i nie miał wątpliwości, że to była robota Cygana.
Ostrzegł  swoich  ludzi  żeby  na  drugi  raz  byli  czujniejsi  i  nie  dali  się  tak  załatwić  jak  małe
dzieci.  Potem  jeszcze  uzgodnił,  dokąd  mają  go  pilotować,  kiedy  wyjedzie  rano,  i  wreszcie
wszedł do mieszkania.

5

Siedziała w półmroku przed telewizorem i nawet się nie odezwała, kiedy wszedł. Była wy-

raźnie nadąsana, bo Marek bardzo się spóźnił. Pocałował ją w czubek głowy.

– Nie gniewaj się, tak wypadło.
– Zawsze ci coś wypada – odparła, nie przestając patrzeć na jakiś stary film. – Przyzwy-

czaiłam się do tego...

– Daj spokój – łagodził. – Wiesz, że nie robię tego specjalnie na złość tobie.
– Może nie, ale mam tego dość – oświadczyła. Marek nie zareagował. Nie chciał sprzecz-

ki. Przez całą drogę przygotowywał się do rozmowy jaką zamierzał z nią przeprowadzić, czuł
się zmęczony. Zdawał sobie sprawę, że Jola wie dużo, ale nie wszystko. To, czego nie wie-
działa, mogło ją mocno zaskoczyć. Nie był pewny jak zareaguje. A musiał jej powiedzieć. Już
poprzednio jej obiecał pewne wyjaśnienia, a teraz, po rozmowie z Janem, był przekonany, że
musi to uczynić. Nie wiedział jednak, od czego zacząć, a nastrój Joli nie sprzyjał nawiązaniu
bardziej ciepłego kontaktu. Potrzebował trochę czasu, by ją rozchmurzyć. Powiedział:

– Jestem głodny.
– Kolacja na stole w kuchni – odparła obojętnie.
– Ty jadłaś?
–  Czekałam  dosyć  długo.  Masz  wszystko  gotowe,  tylko  sobie  zagrzej  wodę  na  herbatę,

pewnie wystygła.

Została sama w fotelu i słyszała jak krząta się w kuchni przy kolacji. Nie patrzyła na film.

Była tym razem wyjątkowo rozgoryczona. Mówiła prawdę, że ma dość takiego życia. Nieraz
mu to mówiła. Nieraz obiecywał, że coś się zmieni, że będą jakoś bliżej, inaczej, na co dzień,
a nie tylko nocami w łóżku...

Myślała o tym podczas jego przedłużającej się nieobecności.  Znów, po raz nie wiadomo

który, odczuwała ów lęk, który ją obezwładniał, wywoływał wewnętrzny sprzeciw, pragnie-
nie by wszystko się zmieniło albo... skończyło.

Z Markiem była od dłuższego czasu. Miała za sobą kilka lat życia dość trudnego, wypeł-

nionego zabiegami o wybicie się, uzyskanie jakiegoś sukcesu, ale samodzielnego, wolnego,
nawet bez pomocy matki, która – choć serdeczna i zawsze gotowa jej pomóc – jednak miała
własne życie a fakt, że Edward zajmował w nim dużo miejsca, sprawił, iż Jola nie chciała jej
przeszkadzać.

Była  przez  jakiś  czas  szansonistką,  choć  nie  skończyła  szkoły  muzycznej,  a  gastrono-

miczną. Wystartowała w konkursie „mikrofon dla wszystkich”, poszło jej nieźle, przygarnął
ją niezbyt sławny, ale obiecujący zespół młodych muzyków, z którym wystąpiła w paru kon-
certach. Kiedy jednak szef zespołu dał jej niedwuznacznie do zrozumienia, że może dalej z

background image

104

nimi występować, a on jej pomoże zrobić prawdziwą karierę, pod pewnym warunkiem, wów-
czas  bez  słowa  odeszła,  bo  muzyk  jej  się  nie  podobał.  Miał  zawsze  przetłuszczone  włosy,
psujące się zęby i zapadniętą klatkę piersiową, ale uważał się co najmniej za Johna Lennona.

Potem była stripteaserką w nocnym lokalu, niedaleko  Grand Hotelu. Szef knajpy przyjął

ją, kiedy pokazała mu się w kostiumie kąpielowym, a potem niechętnie i bez wprawy zdjęła
go i nie umiejąc ukryć zawstydzenia, usiłowała jak najkrócej paradować nago. Szef był za-
chwycony. Jej figurą, talią, piersiami, włosami, nawet ową nieśmiałością, która – jak powie-
dział – musi zrobić na gościach jak najlepsze wrażenie. W każdym razie powinna się bardziej
podobać niż chudawe, smętne zawodowe stripteaserki, po sto razy oglądane, bo miały w cią-
gu nocy po trzy, cztery występy w różnych knajpach, byle zwiększyć zarobki.

Jola  rzeczywiście  bardziej  od  zawodówek  podobała  się  gościom.  Szczególnie  łakomie

spoglądali  na  jej  jędrne  piersi,  podskakujące  niczym  sprężyny,  krągły  tyłeczek  i  apetyczne
biodra. Co starsi oblizywali się z pożądliwości, a co bardziej pijani robili cichaczem konkret-
ne propozycje, nawet wymieniając całkiem wysokie sumy.

Nie reagowała. Szef był zadowolony, płacił dobrze i nie dobierał się do niej, bo nad nim i

lokalem  czuwała  żona,  nie  spuszczająca  oka  z  atrakcyjnej  dziewczyny,  stanowiącej  realne
zagrożenie dla ich stadła.

Jednak kiedy którejś nocy mocno podpity, gruby zaśliniony facet wsadził jej między po-

śladki zwinięty w  rulon studolarowy banknot, trzasnęła  go bez namysłu w  gębę, i  nim  szef
zdążył ją wylać, zabrała manatki i nie wróciła więcej.

A  później  była  kelnerką  w  dość  przyzwoitej  restauracji,  nieco  na  uboczu,  odwiedzanej

przez  różnych  biznesmenów,  nieźle  ubranych  młodych  ludzi  z  dziewczynami,  także  zasob-
nych  urlopowiczów  w  sezonie  i  łaknących  dobrej  kuchni  i  sprawnej  obsługi  miejscowych
gości w pozostałych miesiącach.

Tam po raz pierwszy zobaczyła Marka. Siedział przy stoliku z  jakimś  starszym  jegomo-

ściem, dosyć  ponurym,  przyzwoicie  ubranym  i  zachowującym  się  spokojnie.  Pili  mało,  po-
chyleni ku sobie rozmawiali o czymś, na koniec zamówili dobry koniak... Marek podobał się
jej. Nie tak, żeby od razu oszalała, ale zrobił jednak wrażenie. Wydawał się solidny, dobrze
ułożony, z tych, co to nie rzucą brutalnie paskudnej propozycji, nie wymienią ceny, jaką są
gotowi zapłacić za noc, ale raczej wolą uśmiech, wymowne spojrzenie, miłą grę, poprzedza-
jącą bliższy kontakt.

I tak w zasadzie było. Tyle, że gra toczyła się na odległość i bez słów. Zaczął pojawiać się

częściej, patrzył jej w oczy, czasem niby przypadkowo musnął ręką jej odsłonięte ramię, to
znów widziała ukradkiem, jak obserwuje jej sylwetkę, kiedy przechodziła między stolikami.
Na uśmiech odpowiadała uśmiechem, na spojrzenie – spojrzeniem, ale nigdy nie padła żadna
propozycja ani nawet nie zamienili jednego słowa, poza jego zamówieniami dań i jej uprzej-
mym: „proszę bardzo”, „dziękuję bardzo”.

Aż pewnego razu stało się. Tego dnia zjadł późną kolację, potem zamówił koniak, kawę i

siedział samotnie przy stoliku, pozornie zamyślony a w rzeczywistości uważnie ją spod oka
obserwujący, co jak zwykle od razu zauważyła.

Zbliżała  się  godzina  zamykania  restauracji,  która  nie  była  nocnym  lokalem.  Większość

stolików była już pusta, przy niektórych goście prosili o rachunki, w rogu jeszcze dwaj pano-
wie kończyli ostatnie dwie wódki. Jola nie bardzo wiedziała jak dać do zrozumienia samot-
nemu gościowi, że nadchodzi pora zamykania lokalu. Wreszcie podeszła i uprzejmie zapyta-
ła:

– Podać coś jeszcze?
Podniósł głowę, spojrzał jej w oczy i odparł:
– Wiem, późno już, zaraz zamykacie? Skinęła głową. Wówczas on ujął ją za przegub i po

prostu powiedział:

– Poczekam aż zamkniecie, a potem pójdziemy razem.

background image

105

Nie poprosił, nie zapytał, zwyczajnie stwierdził, że pójdą razem. A Jola nie zaprotestowa-

ła, nie oburzyła się, nie wyrwała ręki z jego dłoni tylko zwyczajnie odparła:

– Dobrze.
Tej nocy dowiedziała się, gdzie mieszka ten przystojny, czterdziestoparoletni mężczyzna.

Podobała jej się willa, niezbyt bogate wnętrze, ale pełne ładnych, wygodnych i użytecznych
mebli i sprzętów. Dowiedziała się także, iż łóżko w tej willi jest bardzo wygodne, szerokie i
bezszelestne. I jeszcze w tym łóżku naprawdę poznała, co to jest prawdziwy raj z prawdzi-
wym mężczyzną.

Została. Wkrótce Marek zaproponował, żeby przestała pracować, bo jest w stanie zapew-

nić jej nie tylko utrzymanie, ale nawet luksus jakiego dotychczas nie zaznała. Zgodziła się.
Było  jej  wygodnie  w  tym  domu,  a  przede  wszystkim  rozkosznie  w  szerokim  łóżku.  Miała
wszystko, czego zapragnęła, tylko z czasem przekonała się, że są pewne bariery między nią a
Markiem, których przekroczyć nie mogła. Po prostu nie odpowiadał na pewne pytania, albo
dawał odpowiedzi wymijające, lub okazywał, że lepiej, żeby zbyt dużo pytań nie zadawała.
Rzecz jasna, po dłuższym czasie zdołała pewne sprawy poznać, niektórych się domyślić, tro-
chę podsłuchać w trakcie krótkich i urywanych rozmów telefonicznych. Wówczas zrozumia-
ła,  że  lepiej  w  niektóre  interesy  Marka  nie  wnikać  zbyt  głęboko.  Nie  przejmowała  się  tym
zbytnio. Uważała, że każdy biznesmen w nowym czasach musi dyskretnie prowadzić swoje
sprawy, a wiele z nich musi być takich, że lepiej głośno o nich nie mówić. Nie nudziła się.
Marek wprowadził ją w sprawy Agencji „Pewność Zaufanie Bezpieczeństwo”, zlecił jej pro-
wadzenie spraw finansowych: rozliczeń z klientami, wypłat pracownikom, kontaktów z wła-
dzami finansowymi, więc właściwie pracowała i nie mogła mieć pretensji, że żyje bezczynnie
i bez celu.

Ale jego nieobecności, niekiedy półsłówka zasłyszane przypadkiem, albo takie zdarzenia

jak  owej  nocy  w  Grand  Hotelu  napawały  ją  coraz  większym  niepokojem.  Zdawała  sobie
sprawę, że interesy Marka wykraczają zbyt daleko poza ową linię bezpieczeństwa, za którą
kończy  się  biznes  a  zaczyna  przestępstwo.  Nie  chciała  tego  tak  nazwać,  nigdy  mu  o  tych
swoich myślach nie  mówiła,  ale  nie  ukrywała  lęku,  który  od  pewnego  czasu  coraz  częściej
powracał, a ostatnio, po wydarzeniu z Kostkiem, niemal nieustannie ją wypełniał.

Nie  szukała  dotychczas  ratunku  u  matki.  Zośka  całkowicie  akceptowała  jej  związek  z

Markiem, zresztą od chwili, gdy Jola rozpoczęła samodzielne życie, nigdy nie wtrącała się do
jej spraw. Ale córka wiedziała, że matka jest gotowa udzielić jej pomocy w razie potrzeby i że
zawsze, w każdej sytuacji stanie po jej stronie. Tak było od dzieciństwa i wiedziała, że tak
jest i będzie nadal. To dodawało jej odwagi, podtrzymywało na duchu, gdy wpadała w depre-
sję podczas kolejnej, zbyt długiej nieobecności Marka.

Dziś nadszedł kolejny kryzys. Ostatnie wydarzenia uświadomiły jej, że coś się dzieje wo-

kół Marka; coś niedobrego, może groźnego.  Kostek, Cygan, dzisiejszy nagły  wyjazd  po  ta-
jemniczym telefonie...  Znów  wróciły  złe  przeczucia.  Tym  bardziej  że  jutro,  wczesnym  ran-
kiem, Marek miał wyjechać i to na dłużej, nie na kilka godzin, jak to bywało najczęściej. Te-
raz, kiedy sama widziała, że zapewnił sobie stałą ochronę i to  nawet w  czasie, kiedy był w
domu, domyślała się, że i ta podróż może być niebezpieczna. Bała się. O niego. O siebie. O
ich wspólne życie.

Podniosła się i wolno przeszła do kuchni. Marek siedział przy stole nad szklanką herbaty z

papierosem w palcach. Talerzyk z resztkami jedzenia odsunął, i tkwił tak nieruchomo, zamy-
ślony, jakby nieobecny. Kiedy ją zobaczył, podniósł wzrok i wówczas po raz pierwszy w jego
oczach i twarzy zobaczyła zmęczenie. Nigdy dotychczas tak na nią nie patrzył. Usiadła na-
przeciw niego i położywszy dłoń na jego ręce powiedziała:

– Marek, ja już nie mogę...
– Wiem – odpowiedział jakoś miękko, jakby pokornie.

background image

106

– Zrób coś, proszę cię, ja naprawdę nie mogę tak żyć. Nie mogę ciągle się bać, nie mogę

czekać na ciebie wieczorami i po nocach, nie mogę stale myśleć, że coś ci się stanie, że nie
wrócisz i zostanę sama...

– Co mam zrobić?
– Zmień wszystko. Masz przecież pieniądze. Możemy wyjechać. Sprzedaj ten dom, skończ

z tym, co robisz, jedźmy gdzieś na drugi koniec Polski, albo za granicę, zacznijmy żyć ina-
czej...

– Jak?
– Normalnie. Chcę być z tobą. Nie chcę się stale bać. Chcę chodzić po ulicach bez strachu.

Chcę... mieć dziecko...

– Nie mogę – odparł cicho. – Nie mogę tak od razu wszystkiego zmienić.
– Czemu nie? – podniosła głos. – Co cię wiąże? Co ty właściwie robisz? Marek, przecież

ja nic o tobie nie wiem... Obiecałeś mi...

– Wiem. Powiem ci. Teraz. Zanim wyjadę.
– Boisz się, że nie wrócisz? – zapytała ze strachem.
– Nie. Wrócę. Ale przecież zawsze coś się może zdarzyć. Każdemu, nie tylko mnie. Masz

prawo wiedzieć...

– Więc mów – zażądała. Wstał, przeszedł do pokoju, wyjął wtyczkę telefonu z gniazdka,

zamknął drzwi między kuchnią a pokojem i ponownie usiadł. Zrozumiała, że robi to, by się
zabezpieczyć  przed  podsłuchem.  Napełniło  ją  to  jeszcze  większym  niepokojem,  ale  już  nic
nie  mówiła,  tylko  czekała.  Marek  zaczął  mówić  wolno,  wyraźnie,  ściszonym  głosem  jakby
obawiał się, że mimo środków ostrożności, ktoś jednak może podsłuchać.

– Wiesz, że mamy firmę ochroniarską. Pracujesz w niej. To jest legalne.
– Wiem. Ale mów o tym, o czym nie wiem.
– Po kolei. Druga działka to samochody. Chłopaki z ochrony wypatrują, druga grupa robi

skok i... – nie umiał znaleźć dosyć dokładnego określenia, ale Jolka mu pomogła:

– Kradną...
– Niech będzie – zgodził się. – Co dalej, nie musisz wiedzieć. Wszystko jest zorganizowa-

ne: przeróbki, zmiany numerów, dokumenty itd. Ale to nie twoja rzecz. Nad tym czuwa szef
ochrony, ten tam – skinął głową w stronę ściany, za którą mieściło się biuro i dyspozytornia.

– Trzecia działka to też samochody. Z zagranicy. Mam facetów, którzy tam wszystko or-

ganizują, są tacy, którzy je odbierają, przejeżdżają przez Polskę, mam odbiorców po drugiej
stronie.

– U Rusków?
– Tak. To dobry interes. Nawet dość bezpieczny, bo nie daje rady nas nakryć, a zarobek

jest duży i to w zielonych.

Tyle, że jest konkurencja.
– Cygan? – domyśliła się.
– Cygan – przytaknął. – I tu jest zgryz. On idzie na całego. Ostatnio miałem z nim zwarcie

o BMW Edwarda. Nie chciał oddać dobrowolnie, więc mu odebrałem po swojemu. Teraz się
będzie mścił. Już zaczął i nie zostawi tej sprawy, póki się nie odegra. Albo...

– Albo póki ty... – nie dokończyła, a on tylko skinął głową.
– To jest teraz najtrudniejsza sprawa. Jego ludzie krążą, polują, ale dam sobie radę. Upo-

rządkuję wszystko, jak wrócę.

– A musisz jechać?
– Muszę. Naprawdę, Jola, muszę. Trzeba się porozliczać, trzeba trochę wyciszyć, zamrozić

na razie kanał z zachodu na wschód, muszę osobiście zrobić rundę i wszystko pozałatwiać, bo
nikt tego za mnie nie zrobi. I jeszcze dużo mi się należy, więc muszę to odebrać. Też osobiście.

– I to wszystko? To będzie koniec? – zapytała z nadzieją w głosie.

background image

107

– Na jakiś czas tak. Są jeszcze chłopaki, którzy chronią mnie, zbierają trochę forsy od róż-

nych takich, co jej mają za dużo, ale to też się na razie  wyciszy, chłopaków pochowa, wy-
trzymają przez jakiś czas. Zresztą z tym nie ma problemu, nikt tu nie węszy, nikt mi nie prze-
szkadza...

– Marek! – zawołała przerażona. – Za każdą z tych spraw możesz posiedzieć. I każda jest

śmierdząca. Jak nie policja, to konkurencja. Miałam rację, w każdej chwili możesz nie wró-
cić. Nawet tu, w domu nie jesteśmy bezpieczni.

–  Daj  spokój,  Jola  –  roześmiał  się  z  przymusem.  Nie  panikuj.  Obstawiłem  się  dobrze,

chłopaki mnie pilnują, sam też potrafię się obronić. Dam sobie radę, wierz mi...

– Ale Marek! – mówiła gorączkowo – przecież ty wcale nie masz zamiaru z tym skończyć.

Ty chcesz się tylko przyczaić, przeczekać, rozliczyć z Cyganem i co? Dalej robić to, co teraz?

– Jolciu – starał się perswadować łagodnym tonem – ja też mam tego dosyć. Masz rację,

mamy dosyć pieniędzy żeby pożyć spokojnie, uruchomić jakiś większy biznes, działać otwar-
cie i legalnie. Już się uskładało i jeszcze sporo mi się należy, ale...

– Ale co? – przerwała mu gwałtownie. – Nie chcesz? Nie umiesz już żyć normalnie? Nie

zrozumiałeś, co ci powiedziałam? Ja tak nie chcę, nie będę tak z tobą żyła. Odejdę, słyszysz?
Odejdę. I jak ci na mnie nie zależy, to rób co chcesz, ale beze mnie...

–  Jolciu  –  nadal  mówił  łagodnie  –  to  nie  tak.  Zależy  mi.  Na  tobie.  Na  tym,  żeby  mieć

wreszcie spokój. Ale nie mogę tak od  razu  z  tym  wszystkim  skończyć.  Muszę  wycofać  się
ostrożnie, powoli, krok po kroku... Nie jestem sam, mam wspólników, pomocników, ludzi –
wszyscy na mnie liczą...

– I wszyscy ci skoczą do gardła jak ich zostawisz na lodzie, tak? – wykrzyknęła. – Boisz

się? Nie tylko konkurencji, nie tylko policji, ale i swoich wspólników, swoich ludzi, którzy by
ci nie darowali, tak?

– Jest w tym coś – przyznał.
– Sam widzisz w jakim jesteś położeniu – stwierdziła z goryczą. – Jak niejedni, to drudzy.

Nie masz wyjścia, Marek. A ja tego nie zniosę...

– Jola – teraz mówił poważnie, z naciskiem – obiecuję ci, że skończę z tym. Szybko, jak

tylko to możliwe. Od jutra zaczynam wyciszać interes samochodowy, potem będę się wyco-
fywał z innych spraw. To nie potrwa długo, ale potrwać musi.

– A ja mam spokojnie czekać? I nadal ciągle się bać? I tak żyć? Nie!
– Uspokój się – przerwał jej Marek. – Ty mi możesz pomóc. I musisz poczekać. Nie ma

wyjścia.

– Poczekać? Na co? Aż dostanę wiadomość, że cię znaleźli z nożem w żebrach albo z kulą

w głowie? I co wtedy? Zostanę sama, bez niczego, a może i mnie załatwią, bo z tobą żyję i na
mnie się odegrają za ciebie...

– Uspokój się! – krzyknął, pragnąc zahamować ten potok słów. – Nic ci nie grozi. Mówi-

łem,  że  jestem  chroniony  i  zabezpieczony.  Ty  też.  Teraz  masz  tylko  przetrwać,  dopóki  nie
wrócę. Dwa dni mnie nie będzie. Pojutrze wieczorem będę w domu. Dalej sam wszystko po-
prowadzę. A ty mi pomożesz, jeśli będziesz spokojna. Siedź tu, w domu i nikogo nie wpusz-
czaj.  W  razie  gdyby  działo  się  coś  podejrzanego  –  zwróć  się  do  dyspozytora.  Możesz  mu
otwarcie  mówić,  co  ci  grozi  albo  czego  się  boisz.  On  ci  pomoże  w  każdej  sytuacji,  on  ma
kontakt z chłopakami. No, widzisz? Pomyślałem o twoim bezpieczeństwie.

– Mam tu siedzieć dwa dni jak więzień, w strachu, z poczuciem, że lada chwila ktoś przyj-

dzie  i  mi  ukręci  łeb?  Nie,  nie  będę  tu  sama.  Pojadę  do  matki.  Jak  wrócisz,  dasz  mi  znać  i
przyjedziesz po mnie, albo sama przyjadę. Sama tu nie zostanę.

Zastanawiał się przez chwilę. Wiedział, że Jola jest w stanie tak silnego zdenerwowania i

strachu, iż rzeczywiście nie powinna tu zostać sama. Ale czy tam, u Zośki, będzie bezpiecz-
na? Czy po drodze nic jej nie spotka? Nie powiedział o tych obawach, nie chcąc powiększać
jej strachu.

background image

108

– Dobrze. Jeżeli tak chcesz, to jedź do matki. Ale pamiętaj, tylko w ciągu dnia. Taksówką.

Sama. Szybko. Z nikim nie rozmawiaj, nie otwieraj tu nikomu, tam też bądź ostrożna.

– Widzisz! – wykrzyknęła z goryczą. – Ty sam się boisz. Wiesz, że może mi się coś stać. I

tobie też...

– Każdemu, wszędzie może się coś stać – odparł Marek sentencjonalnie. – Mądry człowiek

zabezpiecza się na wszelki wypadek.

– I myślisz, że ja będę przez te dwa dni bezpieczna?
– Jeśli zachowasz ostrożność, to tak – odparł zdecydowanie. – Zresztą – tę decyzję podjął

impulsywnie, pragnąc dać jej pełne poczucie bezpieczeństwa – tu masz namiary – na serwetce
napisał dwa numery telefonów i nazwisko. – Dobrze to zapamiętaj. Ten numer jest do domu,
czynny  wieczorem,  a  ten  w  ciągu  dnia.  Zgłosi  się  ten  facet  –  palcem  wskazał  na  wypisane
nazwisko. Powiedz mu: jestem Jola, żona Marka. Potem resztę, rozumiesz?

– Jaką resztę?
– Daję ci te dane tylko na wszelki wypadek – mówił z naciskiem. – To jest kontakt, o któ-

rym  natychmiast  zapomnisz,  jak  tylko  wrócę.  W  ogóle  nie  powinien  ci  być  potrzebny.  Ale
gdyby co... ja wiem, no gdybyś uznała, że dzieje się coś strasznego, że coś ci grozi, coś abso-
lutnie poważnego, że sama  sobie  nie  poradzisz,  że  moi  chłopcy  nie  potrafią  cię  obronić,  to
dzwoń, proś o pomoc, a on ci jej udzieli. Pamiętaj, to ostateczność, zrozumiałaś?

Jola uważnie słuchała i milczała. Zdawała sobie sprawę, że Marek zdradza jej swoją naj-

większą tajemnicę, że ujawnia kontakt, który jest jego zabezpieczeniem, ostatnią deską ratun-
ku. Uznała, że to, iż jej zdradza istnienie tego człowieka i przekazuje jego dane, jest dowo-
dem najwyższego zaufania. To ją nieco uspokoiło.

A Marek potwierdził jej myśli:
– Pamiętaj – mówił z naciskiem – to największa moja tajemnica. Teraz chyba wierzysz, że

nie chcę, żeby ci się coś stało? I że możesz spokojnie poczekać aż wrócę?

– A jak wrócisz, to zlikwidujesz te śliskie sprawy?
– Już zaczynam likwidować, od tego wyjazdu. – A reszta – wolno, cicho i po kolei. No,

dobrze już?

– Nie – odparła bez poprzedniego podniecenia. – Nie będzie dobrze, dopóki wszystkiego

nie zlikwidujesz i nie rozpoczniemy normalnego życia.

– Zlikwiduję. I rozpoczniemy takie życie. Ja też już mam dość tej huśtawki, ryzyka, zagro-

żeń, szarpaniny... Tylko trochę cierpliwości.

Wstała i podarła serwetkę, zapamiętawszy zapisane tam przez Marka dane, i powiedziała:
– Chodźmy trochę pospać, musisz odpocząć przed podróżą. O której wyjeżdżasz?
– O piątej. – Wstanę cicho, ty śpij sobie... I pamiętaj: bądź ostrożna!
– Dobrze, już dobrze – przerwała – wszystko wiem.
Położyli się do łóżka. Tym razem Jola odsunęła jego rękę, kiedy zaczęła wędrować w dół,

po jej brzuchu.

– Daj spokój. Nie mam dziś ochoty. A ty musisz się trochę przespać.
Nie zaprotestował. Usiłował zasnąć, ale długo jeszcze leżał, nie mogąc odpędzić myśli o

wszystkim,  co  się  zdarzyło  i  o  tym,  co  będzie  musiał  zrobić  w  przyszłości,  aby  dotrzymać
danego Jolce słowa.

6

Zażywny, wypielęgnowany i dobrze ubrany gość z młodą towarzyszką wyglądającą na je-

go córkę, choć córką nie była, zameldował się w recepcji i otrzymawszy klucz rozejrzał się po
holu. Skórzanej „bondówki” nie wypuszczał z ręki, ale sporej walizki i torby jego towarzysz-
ki nie chciało mu się dźwigać.

background image

109

Kostek dostrzegł jego spojrzenie i usłużnie podbiegł. Wziął bagaże i poszedł z tą parą do

windy. Tu dwie, czy trzy osoby już czekały aż winda zjedzie z góry. Kostkowi wydało się, że
wśród czekających widzi kogoś znajomego, ale nie zwrócił na to specjalnej uwagi. Teraz już
wiele twarzy znał, niektóre przelotnie inne lepiej, bo w tym wysokim hotelowym holu stale
ktoś się kręcił, przechodził, o coś prosił, żądał informacji albo jakiejś drobnej usługi. Twarze
przewijały  się  przed  oczami  Kostka,  ludzie  przechodzili,  niektórzy  wracali,  a  byli  też  tacy,
którzy ciągle tutaj się kręcili.

Winda zjechała wreszcie na dół i wszyscy oczekujący wsiedli. Kolejno naciskali guziczki,

wybierając piętra, na które jechali. Kostek spojrzał na numer klucza pokoju jego gościa i na-
cisnął ósemkę. Ostatnie dwa piętra przebyli we czwórkę: para gości, on i ten mężczyzna, któ-
ry mu się wydał znajomy.

Wniósł bagaże do pokoju, oddał gościowi klucz, wziął napiwek i zamknął za sobą drzwi,

zamierzając  wrócić  do  windy.  W  tej  samej  chwili  poczuł,  że  ktoś  dyskretnie  ciągnie  go  za
rękaw.

– Słucham? – spojrzał zdziwiony i zobaczył mężczyznę z windy. W tym momencie przy-

pomniał sobie, kto to jest. To był ten milczący osobnik, który towarzyszył Cyganowi podczas
jego wizyty w pokoju Kostka. Poczuł skurcz w żołądku, ale opanował się i zapytał:

– Co jest?
– Cii – mężczyzna położył palec na ustach i pociągnął Kostka na koniec korytarza, gdzie

były awaryjne schody. Niemal wepchnął go za drzwi i tutaj, ukryci przed czujnymi oczami
piętrowej  pokojówki  stanęli  twarzą  w  twarz.  Kostek  był  napięty,  czujny,  niepewny  czego
chce od niego człowiek Cygana, a tamten od razu zaczął przyciszonym, groźnym szeptem:

– Mamie się starasz, koleś, mamie.
– O co chodzi? – Kostek usiłował być szorstki, choć w gruncie rzeczy odczuwał strach.
– Miałeś mówić, jak się coś będzie działo, obiecałeś dać znać i co?
– Nic się nie dzieje – odparł Kostek, opanowując strach.
– A jednak. Nasz przyjaciel wyjechał, jego laleczka jest sama. Nie wiesz o tym?
– Nie.
– To mam rację, że marnie się starasz. Powinieneś wiedzieć.
– Niby skąd? Mieszkam z nimi, czy co? – zbuntował się Kostek. Ale tamten nie miał za-

miaru dłużej dyskutować. Rozkazał:

– Poszukaj jakiegoś kolesia i zamień się z nim.
– Jakim cudem? Skąd wezmę zastępstwo?
– Twoja sprawa. Jak nie znajdziesz, to powiedz szefowi, że masz atak ślepej kiszki i mu-

sisz lecieć do lekarza.  Za pół  godziny masz być na dole. Po drugiej stronie, pod księgarnią
będzie stał peugeot. Wsiądziesz.

– Ale o co chodzi?
– Dowiesz się – uciął mężczyzna. – Teraz zrób, co ci powiedziałem. Pamiętaj, za pół go-

dziny. Nie lubię czekać. I bez tego wdzianka – szarpnął za klapę hotelowego munduru Kost-
ka.  –  Po  cywilnemu.  Cześć!  –  zniknął  za  drzwiami  a  Kostek  odczekał  trochę  i  dopiero  po
chwili poszedł do windy. W korytarzu już nie było tamtego i tylko pokojowa zerknęła na nie-
go uważnie, ale się nie odezwała.

Kierowniczka recepcji bardzo niechętnie zgodziła się na zwolnienie Kostka z pracy, lecz

kiedy zapewnił ją, że jego kolega da sobie radę sam przez jakiś czas, wreszcie ustąpiła. Szyb-
ko pojechał do siebie na górę, przebrał się i wybiegł przed hotel. Naprzeciw wejścia, po dru-
giej stronie ulicy stał samochód. Tylne drzwi uchyliły się i Kostek  wsiadł.  W  wozie,  prócz
niego, było jeszcze trzech mężczyzn – kierowca, jakiś młody człowiek obok niego, a na tyl-
nym  siedzeniu  ten,  którego  już  Kostek  znał.  Za  siedzeniem,  pod  oknem  leżał  duży  bukiet
kwiatów zawiniętych w błyszczącą folię.

background image

110

– Jedź! – rozkazał ten siedzący z tyłu. Najwyraźniej był szefem całej grupy. Ruszyli ostro i

na rogu Rajskiej skręcili w prawo. Kostek milczał, tamci na razie także się nie odzywali. Do-
piero kiedy samochód znalazł się w lipowej alei, wiodącej z Gdańska do Gdyni, szef powie-
dział:

– Przeprosisz córkę.
– Co? – Kostek myślał, że się przesłyszał.
– Tu masz kwiaty – kciukiem pokazał na tył wozu. – Dasz jej, przeprosisz za tamtą histo-

rię, postarasz się być miły. W końcu to twoja córka i ty namieszałeś, nie?

– Co jest grane? – zbuntował się Kostek. – Ja ją mam przepraszać? Co wy macie do tego?
– Za dużo gadasz – przerwał mu bezceremonialnie mężczyzna. – Lepiej posłuchaj i dobrze

zapamiętaj. Jak coś sknocisz, nie chciałbym być w twojej skórze.

– A-le... – Kostek chciał jeszcze protestować, lecz tamten uderzył go łokciem w bok z taką

siłą, że na moment stracił oddech.

– Powiedziałem; słuchaj i dobrze zapamiętaj! Musisz wejść do środka. Nie ma chyba lep-

szego sposobu jak wizyta tatusia z kwiatami i przeprosinami, co?

– Ale przecież on... Marek.
– Słuchaj, do cholery i nie gadaj tyle! – ponowna sójka w bok sprawiła, że Kostek już nic

nie mówił. – Jego nie ma. Wyjechał rano. Ona siedzi w domu sama. Normalnie zadzwonisz,
wejdziesz z kwiatami, przeprosisz, będziesz grzeczny i miły jak jaki dżentelmen, jasne?

– A jak mnie nie wpuści?
– Tatusia z kwiatami nie wpuści? Zresztą to twoja sprawa. Masz  tak bajerować, żeby cię

wpuściła.

– I co?
– Rozejrzysz się dobrze w środku. Zobaczysz jakie są zamki, jak to tam wygląda, czy jest

szansa przedostania się bez szumu i nie frontowym wejściem. To raz.

– A dwa?
– Spróbuj, może ci się uda ją wyciągnąć z domu. Może na kawę, na spacer, albo zapropo-

nuj, żebyście razem pojechali do matki, bo ją też chcesz przeprosić, no w każdym razie tak
bajeruj, żeby wyszła z tobą.

– A jak nie wyjdzie? Przecież siłą jej nie wyprowadzę.
– Nie. Jak się nie uda, to spróbuj otworzyć drzwi i nas wpuścić. Może pójdzie zrobić ci

kawę, może będzie taka chwila, że dasz radę otworzyć bramkę i drzwi do domu. My będzie-
my wszystko widzieli. Jeśli tylko się uda, twoja robota skończona.

– A jak się nie uda? Jak mnie spławi?
–  To  najgorszy  wariant,  ale  trudno.  Wtedy  wrócimy  a  po  drodze  nam  powiesz,  jakie  są

szansę, żeby się dostać do środka. Wszystko jasne?

Kostek milczał przez dłuższą chwilę. Samochód już wyjechał z Oliwy i zbliżał się do gra-

nic Sopotu.

– Co jej chcecie zrobić? – zapytał Kostek ponuro. Mężczyzna roześmiał się.
–  Nie  martw  się  tatusiu,  nic  wielkiego.  Jak  ją  dostaniemy,  to  dosięgniemy  też  tego  jej

Ewangelistę. O niego idzie, nie o nią, możesz być spokojny o córeczkę... Zresztą masz z nią
swoje porachunki, nie?

Nie  odpowiedział.  Już  byli  w  Sopocie  i  samochód  zatrzymał  się  pod  światłami  a  potem

skręcił w lewo, pod górę. Mężczyzna klepnął Kostka w kolano i powiedział niemal wesoło:

– Postaraj się, koleś, zrób, co się da, a najlepiej wyciągnij ją jakoś z tej nory. Tak czy siak,

zrób, co powiedziałem, my będziemy blisko, jak się dobrze postarasz, to nie pożałujesz. No,
wyskakuj, bierz to warzywo! – podał Kostkowi bukiet i otworzywszy drzwiczki niemal wy-
pchnął go na zewnątrz. Samochód zatrzymał się przed skrzyżowaniem, kilkadziesiąt metrów
od willi Marka.

background image

111

Było już po południu, pogoda pochmurna, panowała wilgoć i podmuchy wiatru zrywały z

drzew liście zwiastując nadchodzącą jesień. W pobliżu przeszła  jakaś  kobieta  z  torbą  pełną
zakupów, na sąsiedniej uliczce mignął samochód, poza tym panował spokój jak zwykle w tej
dzielnicy. Kostek wolno, z ociąganiem poszedł do furtki. Przez moment, miał ochotę rzucić
bukiet, skoczyć gdzieś w bok i uciec, ale szybko porzucił tę myśl – wiedział że nie ma szans,
dopadną go albo zaraz, albo potem, w hotelu. Wciągnął głęboko powietrze, jak przed skokiem
do lodowatej wody, i nacisnął guzik. Długo nikt nie odpowiadał. Okna willi były zasłonięte,
wewnątrz, za metalowym ogrodzeniem nie było żywej duszy. Pomyślał, że chyba w ogóle nie
ma tu nikogo. Kiedy jednak ponownie nacisnął guzik i przytrzymał na nim dłużej palec, za-
chrypiał głośnik na murowanym słupku i usłyszał głos Joli.

– Kto tam?
– Jola? To ja, otwórz.
Poznała go po głosie, a być może widziała także zza zasłony. Przez chwilę nie odpowia-

dała, a potem zapytała z wyraźną niechęcią w głosie:

– Czego chcesz?
– Porozmawiać. Wpuść...
– Po co?
– Chcę porozmawiać. Przeprosić cię – odruchowo uniósł do góry rękę z bukietem jakby jej

chciał go pokazać.

– Nie mamy o czym rozmawiać. Idź do diabła! – powiedziała ostro.
–  Jolu  –  starał  się,  by  jego  głos  brzmiał  miło  i  łagodnie.  –  Nie  chcę  tego  tak  zostawić.

Wpuść, chcę porozmawiać jak ojciec z córką...

Jola znów przez dłuższy czas nie odpowiadała. Rzeczywiście przez uchyloną zasłonę dys-

kretnie obserwowała Kostka stojącego przy bramce. Widziała bukiet, stwierdziła, że jest sam,
i poczuła do niego jakieś współczucie, litość, a dotychczasowa niechęć nieco zbladła.

–  Dobrze.  Wejdź,  ale  tylko  na  chwilę.  –  I  nacisnęła  przycisk.  Zadzwonił  brzęczyk.  Kostek

pchnął  bramkę  i  znalazł  się  za  ogrodzeniem.  Drzwiczki  wróciły  na  miejsce  i  z  trzaskiem  za-
mknęły się. To samo powtórzyło się, gdy Jola wpuściła go do wnętrza domu. „Nie wejdą za mną”
pomyślał Kostek i sam nie wiedział, czy odczuwa z tego powodu zadowolenie czy rozczarowa-
nie.

7

Kiedy wszedł do przedpokoju poczuł się niepewnie i stracił odwagę. Jola patrzyła na niego

nieprzychylnie a on chrząknął, przestąpił z nogi na nogę i nie  wiedział od czego zacząć. W
końcu wyciągnął przed siebie rękę z bukietem i powiedział niepewnie:

– To dla ciebie...
– Coś takiego! – ironicznie uśmiechnęła się Jolka. – Pierwszy raz w życiu dostaję od ciebie

kwiaty. No wejdź, ale tylko na chwilę – gestem zaprosiła go dalej, do pokoju.

– Należą ci się – bąkał Kostek. – Wiesz, co było, to było, chciałem cię przeprosić...
– Nie do wiary! – nadal ironizowała Jola.
– Daj spokój – starał się mówić łagodnie, przepraszająco. – Wiesz jak to jest, byłem wtedy

podłamany, wypiłem trochę, sam nie wiedziałem co robię... W końcu jesteś moją córką...

– A wtedy mówiłeś, że nie – nie wytrzymała.
–  Zapomnij  o  tym  –  poprosił.  –  Człowiek  w  pijanym  widzie  różne  rzeczy  mówi...  No  a

tamto... wiesz... sam nie wiem dlaczego... Przesiedziałem tyle lat...

– No i zachciało ci się – była bezlitosna, choć już zmiękła i głos miała łagodniejszy. – No,

ale w końcu nie udało ci się.

– Nie mówmy o tym – poprosił. – Dałaś mi nauczkę na resztę życia. Trudno należało mi

się. Chcę zgody. Z tobą i z matką...

background image

112

Popatrzyła  na  niego  podejrzliwie.  Mówił  jednak  tak  jakoś  pokornie,  zachowywał  się  tak

potulnie, że nie miała sumienia dłużej go dręczyć. Fakt, że przyszedł z kwiatami i zdobył się
na te słowa złagodził jej nienawiść, wywołał nawet współczucie.

– Dobrze. Niech będzie zgoda. Ale nie licz na żadne serdeczności i kontakty. Mam swoje

życie. Mama też. Zresztą jak chcesz z nią łagodzić, to sam to zrób.

– Tak, wiem, nie mam pretensji – wybąkał Kostek.
– Jeszcze by też – prychnęła. – Ty nie masz pretensji!
– Dajmy temu spokój – poprosił Kostek. – Wy macie swoje życie, ja teraz też, jakoś mi się zaczy-

na układać, stare dzieje minęły, nie ma powodu żebyśmy sobie wypominali. Lepiej żyć w zgodzie.

– Ale z daleka – zastrzegła Jola.
Przez cały czas rozmawiała z nim na stojąco. Kostek był pokorny, ale ukradkiem rozglądał

się. Niewiele zobaczył. Zresztą teraz niemal był szczerze przejęty rozmową z Jolą. Nienawiść,
którą od tamtej  chwili  czuł  do  niej,  pragnienie  zemsty  za  okaleczenie  gdzieś  uleciały.  Miał
przed sobą młodą, ładną kobietę, niezbyt dla niego miłą, ale podobną do Zośki z czasów jej
młodości, energiczną, patrzącą bystro i mówiącą ostro. To w Zośce lubił, to także podobało
mu się w córce. Jola zaś wyraźnie zmiękła.

– Siądź, ale na chwilę. Nie licz na żadne przyjęcia. Powiedziałeś, co chciałeś, przyjmuję to

i koniec. Zaraz wychodzę, tylko wstawię kwiaty do wody.

Usiadł, zapalił nie pytając jej o zgodę, i w milczeniu patrzył jak się krzątała. Ona zaś wy-

jęła z oszklonej szafki wazon i poszła do kuchni napełnić go wodą i wstawić kwiaty.

Gdy nie było jej w pokoju. Kostek nieco swobodniej rozejrzał się. Przez uchylone drzwi

do  przedpokoju  zobaczył,  że  jest  tam  jeszcze  jedno  wyjście,  ale  nie  na  zewnątrz  tylko  wi-
docznie prowadzące w dół, do dolnej części willi. Były też tam drewniane schody wiodące do
góry, na piętro. Z pokoju, w którym siedział, także można było przejść w głąb willi innymi
drzwiami,  teraz  zamkniętymi.  Słabo  widział  kuchnię,  gdzie  właśnie  Jola  napełniała  wazon
wodą, ale mógł dostrzec, że jest obszerna, dobrze urządzona i okno miała wychodzące na tył
domu. Gdy Jola wracając nieco szerzej uchyliła drzwi, zobaczył, że tam także są jeszcze jed-
ne, białe jak cała kuchnia drzwi, prowadzące albo do służbówki, albo gdzieś w głąb.

– No – powiedziała Jola z wyraźną przyjemnością, dotykając palcami płatków róż – pięk-

ne, wykosztowałeś się.

– Stać mnie teraz – odpowiedział chełpliwie.
– Cieszę się, że stanąłeś na nogi. – Jola była już normalna, mówiła bez poprzedniej ironii i

niechęci. – Poczęstowałabym cię kawą, należy ci się za takie róże, ale wychodzę.

– Sama jesteś?
– Tak. Marek wyjechał.
– Szkoda. Chętnie bym z nim trochę pogadał.
– Jego też chcesz przeprosić? – zakpiła.
– No, nie, ale chętnie...
– Nic z tego. Nie ma go. Zresztą przyszedłeś do mnie, nie do niego...
–  Jasne.  Ale  do  niego  teżbym  miał  sprawę.  Ale  nic,  jak  wróci,  to  może  się  zobaczymy.

Powiedz mu, że byłem.

– Powiem. Będzie jutro wieczorem. – Nie chciała jednak ciągnąć dalej tej rozmowy. – Nie

gniewaj się, pogadaliśmy, wyjaśniliśmy sobie, co było do wyjaśnienia, ja się muszę zbierać,
jadę do mamy...

– To cię odprowadzę – zaoferował się Kostek. – Ja też przecież wracam do Gdańska.
– Ale do niej nie pójdziesz ze mną – zastrzegała.
– Nie, mam przecież pracę – zapewnił.
Nie miał pojęcia, co dalej zrobi i jak potoczą się sprawy, ale wolał wyjść razem z nią. Jakoś po-

czuł się pewniej w jej towarzystwie, zdawał sobie sprawę, że jeśli wyjdzie sam, to natychmiast po-
jawią się tamci, będzie musiał zdać sprawę z tego, co widział i zdziałał, a wolał teraz tego uniknąć.

background image

113

– Jak chcesz – zgodziła się bez specjalnego entuzjazmu, ale i bez wyraźnej niechęci Jola. –

Zamówiłam taksówkę, powinna już być.

Wyjrzała przez okno, tym razem nie ukradkiem, jak poprzednio, kiedy Kostek dzwonił do

bramki. Przez cały czas, gdy była sama, nie opuszczał jej niepokój. Pamiętała też o przestro-
gach Marka. Od rana była sama, nie wychodziła z domu, nie rozsunęła nawet zasłon, sądząc
iż  w  ten  sposób  ktoś  niepożądany  pomyśli,  że  nikogo  nie  ma.  W  końcu  nie  mogła  dłużej
znieść  samotności  i  potęgującego  się  niepokoju.  Zadzwoniła  do  matki  uprzedzając  ją,  że
przyjedzie do niej i tuż przed pojawieniem się Kostka telefonicznie zamówiła taksówkę.

Właśnie stary, brudnozielony mercedes zajechał przed willę.
– Jest, idziemy – powiedziała Jola, wkładając kurtkę i biorąc torebkę. Kostek posłusznie

wstał i wyszedł za nią. Patrzył jak starannie zamyka drzwi wejściowe, zaopatrzone w mocne,
patentowe  zamki,  potem  przekręca  klucz  w  bramce,  mimo  że  zatrzasnęła  się  samoczynnie.
Pomyślał, że Marek musi mieć co chronić w tej willi, skoro ją tak zabezpieczył. Rzucił jesz-
cze okiem na drugie, boczne wejście, przy którym widniała tabliczka z nazwą firmy ochro-
niarskiej, i stwierdził, że jest ono właściwie całkiem odizolowane, przynajmniej zewnętrznie
od reszty willi. Wjazd do garażu był po drugiej stronie bramki i tu też zobaczył mocny zamek
i dużą kłódkę. Tymczasem

Jola już wsiadała do mercedesa, wołając:
– Wsiadaj, jak chcesz jechać!
Posłusznie zajął miejsce obok niej na tylnym siedzeniu. Rzuciła adres i samochód ruszył w

dół. Kostek dostrzegł na najbliższym skrzyżowaniu, że peugeot, którym tu przyjechał z tam-
tymi ludźmi wyjeżdża wolno, jakby kierowca wahał się lub szukał nieznanego adresu. Wie-
dział, że pojedzie za nim i poczuł skurcz niepokoju. Teraz już  wolałby, aby Joli nic się nie
stało. Zresztą taką miał nadzieję, bo przecież tamci polowali na Marka, a nie na nią.

Całą drogę przebyli w milczeniu. Dopiero kiedy dojeżdżali do domu, w którym mieszkała

Zośka, Kostek powiedział:

– Pozdrów matkę... i powiedz, że chętnie bym z nią pogadał... Powiedz jej wszystko...
– Pozdrowię i powiem – odparła już niemal przyjaźnie Jola. – A jak chcesz z nią pogadać,

to spróbuj, ale najpierw zadzwoń, lepiej nie rób jej niespodzianki...

– Jasne – zgodził się, rozumiejąc, że Jola nie chce, żeby natknął się na Edwarda. Mercedes

właśnie zatrzymał się przed domem i Jola otworzyła drzwiczki.

– Wysiadasz, czy pojedziesz do siebie?
– Wysiądę – zdecydował – przejdę się trochę. Jola już stała na chodniku i sięgała do toreb-

ki po pieniądze, Kostek wychodził z wnętrza mercedesa i właśnie wysunął nogę, gdy wtem
stało się coś, co wszystkich zaskoczyło.

Z tyłu podjechał peugeot i zatrzymał się tak blisko, że niemal dotknął zderzaka mercedesa.

Równocześnie  otworzyły  się  drzwiczki  z  przodu  i  z  tyłu.  Dwaj  mężczyźni  wyskoczyli  i  w
jednej sekundzie znaleźli się przy mercedesie. Jeden z nich otwartą dłonią pchnął Kostka w
twarz tak silnie, że, wpadł on z powrotem do wnętrza samochodu. Padło krótkie i ostre:

– Spierdalajcie, ale już!
Kierowca mercedesa przez moment zobaczył otwór lufy pistoletu tuż przy swojej głowie.

Bez namysłu włączył bieg, nacisnął gaz i wóz ruszył z piskiem opon. Stary wyga wiedział, że
w takim momencie nie należy zwlekać, protestować, o nic pytać, tylko trzeba wykonać pole-
cenie.

Drugi napastnik mocno chwycił Jolę jedną ręką za ramię a drugą położył jej na ustach.
– Cicho, mała! – rozkazał. – Wskakuj! – pchnął ją w stronę otwartych drzwiczek peugeota.

Ten pierwszy uporawszy się z mercedesem już także był przy nich i Jola poczuła jego uchwyt
z drugiej strony. Pierwszy z napastników brutalnie zgiął jej kark, żeby łatwiej wsiadła do sa-
mochodu. Popchnięta silnie uderzyła się w kolano, ramieniem zawadziła o blachę  i  niczym
bezwolny tobołek wpadła głową do środka samochodu. Jeden porywacz popychał ją jeszcze z

background image

114

tyłu,  usiłując  wejść  za  nią  do  środka  a  drugi  pobiegł  dookoła  wozu,  żeby  wsiąść  z  drugiej
strony. Silnik peugeota przez cały czas pracował, gotowy do ruszenia z miejsca.

Ale  Jola  po  pierwszym  szoku  spowodowanym  napaścią  momentalnie  odzyskała  świado-

mość. Cała jej energiczna natura zbuntowała się przeciw tej przemocy i natychmiast pojęła,
że to jest właśnie niebezpieczeństwo, przed którym ostrzegał ją Marek. Gdy padła na siedze-
nia od razu odwróciła się na plecy. Teraz miała przed sobą czerwoną z wysiłku twarz męż-
czyzny, który popychając ją, usiłował wejść do środka. Nie namyślając się z całej siły kop-
nęła w tę twarz. Ostry obcas ugodził go w zęby aż głowa podskoczyła pod sufit. Jola kopnęła
drugi  raz  i  jednym  rzutem  ciała  znalazła  się  na  zewnątrz  samochodu.  Drugi  napastnik,  nie
zdążył jej zatrzymać, bo już wsiadł na miejsce obok kierowcy. Zanim zorientował się, co się
stało, Jola wypadła na jezdnię, poderwała się na nogi i wołając: ratunku, bandyci! – rzuciła się
w stronę wejścia do domu. Kopnięty porywacz chciał skoczyć za nią, zatrzymać, ale już wo-
kół  miejsca  napadu  zaczął  się  gromadzić  niewielki  tłumek.  Pora  była  niezbyt  późna,  około
piątej, ludzie wracali z pracy, szli tędy od pobliskiego przystanku tramwajowego, więc sza-
motanina, krzyk Joli, niezwykłe zamieszanie sprawiły, że niektórzy zwrócili na to uwagę a co
odważniejsi podbiegli do miejsca. Jeden z mężczyzn zastąpił drogę napastnikowi, usiłując go
zatrzymać. Ten bez namysłu uderzył go pięścią w twarz i rezygnując z pościgu wskoczył do
peugeota. Miał zakrwawioną twarz, oczy wściekłe, ręce dygotały mu z emocji i zdenerwowa-
nia. Ten drugi także uznał, że już nie dopadną Joli, która właśnie zniknęła na klatce schodo-
wej, i wskoczył na swoje miejsce.

– Ruszaj, kurwa, jedź! – krzyknął do kierowcy. Peugeot momentalnie poderwał się z miej-

sca i odjechał, nim ktokolwiek zdążył zapamiętać napastników lub numer rejestracyjny.

Kostek widział całe to zajście przez wsteczne lusterko. Był zdenerwowany, nie spodziewał

się, że jego zleceniodawcy mogą się posunąć do tak bezczelnego ataku w biały dzień i to na
dość ruchliwej ulicy. Odetchnął, gdy zobaczył, że Joli udało się wyrwać z ich rąk.

– Chryste, ale Ameryka! – powiedział kierowca. – Gdzie jedziemy?
– Pod Heweliusza – oznajmił Kostek. – Udało jej się – dodał z zadowoleniem.
– To pańska znajoma? – zainteresował się kierowca taksówki.
– Córka. Jedź pan, zapłacę za cały kurs.
Taksówkarz odetchnął zadowolony, że przynajmniej nie straci na tym kursie.

8

Sama nie wiedziała, w jaki sposób pokonała  schody  na  pierwsze  piętro.  Gwałtownie  za-

częła  naciskać  przycisk  dzwonka,  lecz  za  drzwiami  panowała  cisza.  Zrozumiała,  że  Zośka
jeszcze nie wróciła z pracy. Rozdygotanymi rękami poczęła szukać w torebce kluczy, z prze-
rażeniem zerkając czy ktoś za nią nie biegnie do  góry. Ale na klatce schodowej nikogo nie
było. Wreszcie znalazła klucze, otworzyła i wpadła do mieszkania. Natychmiast zaryglowała
za sobą drzwi i wreszcie odetchnęła. Po chwili podeszła do okna i wyjrzała. Na ulicy przed
domem stała jeszcze grupka ludzi żywo komentujących zajście, ale już nie było samochodu
ani żadnego z napastników.

Usiadła i dopiero teraz poczuła, że opuściły ją wszystkie siły. Zdała sobie sprawę, że unik-

nęła niebezpieczeństwa i na myśl o tym, co mogło się z nią stać, przeniknął ją dreszcz. Wy-
kręciła numer telefonu i poprosiła o połączenie z Zośką. Usłyszała odpowiedź, że już skoń-
czyła pracę i wyszła do domu.

Siedziała długo nieruchomo, w gęstniejącym coraz bardziej mroku, nie mając odwagi za-

palić światła. W końcu usłyszała chrobot klucza. Zerwała się, ale widok Zośki uspokoił ją.

– Aaa, jesteś,  co za niespodzianka – ucieszyła się matka.  Jola  podskoczyła  do  niej  i  po-

częła histerycznie wołać:

– Zgaś światło, zgaś, zgaś!...

background image

115

– Co ci się stało? – Zośka dopiero teraz zobaczyła, że Jolka jest blada i rozdygotana.
– Napadli mnie, chcieli porwać...
– Gdzie? Kto? – Zośka szeroko otworzyła oczy ze zdumienia.
– Tu, pod domem. Ledwo się wyrwałam. Mogą tu jeszcze gdzieś być...
– Uspokój się. Jak uciekłaś, to więcej tu nie przyjdą. Siadaj,  dam ci herbaty, no, już do-

brze... – Zaczęła się krzątać, posadziła Jolkę przy stole, nastawiła czajnik – od razu wprowa-
dziła atmosferę spokoju i pewności. Jola patrząc na nią opanowywała roztrzęsione nerwy i w
duchu podziwiała jej spokój.

– Opowiadaj – zażądała Zośka, stawiając na stole dwie szklanki herbaty.
Jola już spokojniejsza, opowiedziała jej po kolei o całym wydarzeniu, poczynając od wi-

zyty Kostka aż po próbę porwania.

– To Kostek – stwierdziła Zośka. – On ich naprowadził...
– Nie, to niemożliwe. Widziałam jak go uderzyli i wepchnęli z powrotem do taksówki –

wyjaśniła Jola.

– To w takim razie, skąd wiedzieli, że tu przyjedziesz?
– Od niego na pewno nie. Przecież za nim do mnie przyszedł też, nie mógł o tym wiedzieć.

Przyjechał tu razem ze mną. Z nikim w tym czasie nie rozmawiał, bo byliśmy razem – Jola
tłumaczyła drobiazgowo, jakby pragnąc za wszelką cenę udowodnić niewinność Kostka.

– No to chyba obserwowali wasz dom i jechali za wami, aż tu.
– Na pewno tak było. Nie mogło być inaczej.
– A Marek gdzie?
– Wyjechał. Ma wrócić jutro wieczorem. Nie wiem, co zrobię. Boję się...
– Zostaniesz u mnie – stwierdziła po prostu Zośka.
– A jak tu przyjdą?
– Nie przyjdą. Nikogo nie wpuścimy. A w razie czego narobię  rabanu na cały  dom. Nie

odważą się...

Słowa matki uspokoiły Jolę. Piła herbatę, słuchała jej słów i z wolna ogarniało ją poczucie

bezpieczeństwa.

Zostaniesz tu dopóki nie wróci Marek. A jak będzie trzeba, to dłużej. To są jego sprawy i

on musi je załatwić z tymi facetami.

– Oni na niego polują – domyślała się Jola.
– Na to wygląda. Ale to jego sprawa. Sam sobie musi poradzić...
– A jak nie da rady? Co wtedy? Co ja zrobię? – znów wrócił lęk, łzy zaczęły jej się cisnąć

do oczu. Zośka przysunęła się bliżej i objęła ją ramieniem.

– Uspokój się – powiedziała łagodnie. – U mnie nic ci się nie stanie. Jak chcesz, to możesz

do niego w ogóle nie wracać.

– Ale on... ja... – jęknęła Jola, nie podnosząc oczu na matkę.
– Wiem. Kochasz go, albo ci się zdaje, że go kochasz. Dobrze ci z nim, masz dom, masz

wszystko, czego potrzebujesz. Ale nie masz spokoju, żyjesz w ciągłym strachu. Boisz się o
niego, o siebie, o wszystko. Ja to znam. Przeżywałam coś takiego. Dawno, dawno temu... z
Kostkiem. A czym się to skończyło? Wiesz? Jeśli nie wiesz, to lepiej nie mówić...

– Nie mów, jak nie chcesz – odparła cicho Jolka.
– Nie ma tajemnicy. Złapali go na gorącym uczynku, wyrwał się, uciekł, stawiał opór. Do-

stał trzy lata. Pierwszy raz. A ja zostałam sama, bez grosza, bez przyjaciół, bez niczego. To co
miałam robić? I tak się to zaczęło. Przez niego. Ale to przeszłość. Dawna. Nie wróci. Tylko
nie chcę, żeby i ciebie to spotkało. A jak Marek będzie robił to, co robi, to cię czeka ciężki
los. Sama dziś zobaczyłaś, do czego ci ludzie są zdolni...

–  Obiecał  mi,  że  skończy,  że  będziemy  żyć  normalnie  –  wyznała  Jola.  Zośka  pokiwała

głową powątpiewająco:

background image

116

– Może skończy, może nie. To jest dla nich jak narkotyk. Może jednak ten Marek jest inny

niż był kiedyś Kostek... Ale na razie zostań tu, nie wracaj.

–  Nie  mogę.  Dziś  przenocuję,  bo  go  nie  ma.  Ale  jutro,  muszę  wrócić,  uprzedzić  go,

ostrzec... Tylko jak? Boję się, strasznie się boję.

– No widzisz, już cię wciągnął...
– Nie, ale zależy mi na nim.
–  Dobrze  –  przerwała  Zośka.  –  Na  razie  jesteś  bezpieczna.  Rozbierz  się,  zrobię  kolację,

prześpisz się tu, a jutro zdecydujesz, co robić. Nie masz nikogo, kto by ci mógł pomóc?

–  Nnnie  –  niepewnie  odpowiedziała  Jola  i  w  tej  chwili  przypomniała  sobie  rozmowę  z

Markiem w nocy przed jego wyjazdem. – Może...

– No? Jest ktoś taki? Przyjaciel Marka? Znasz go?
– Nie wiem – odparła Jolka. – Nie znam. Ale Marek mówił, że gdybym bardzo potrzebo-

wała pomocy, gdyby działo się coś naprawdę złego, to powinnam do niego zadzwonić.

–  To  zadzwoń.  Jak  to  ktoś  bliski  Markowi,  to  ci  pomoże  albo  przynajmniej  doradzi  co

masz robić. Albo uprzedzi Marka. Tak czy owak – zadzwoń.

Jola po chwili wahania wykręciła numer. Po kilku sygnałach usłyszała niski, męski głos:
– Tak, słucham.
– Tu Jola... Mówię od Marka – powiedziała niepewnie. Po tamtej strome słuchawki zapa-

dła dłuższa cisza jakby mężczyzna czekał na dalsze wyjaśnienia. Jola rzuciła nerwowo: – Po-
trzebuję pomocy. Boję się...

– Coś się stało? – głos nie zdradzał emocji.
– Tak. Coś bardzo złego.
– Co?
– Chcieli mnie porwać. Tu, na ulicy...
– Kto?
– Nie wiem. Trzej ludzie. Byli samochodem. Wyrwałam się...
– Gdzie pani jest? W domu?
– Nie. U matki. Adres...
– Wiem – przerwał głos. – To dobrze. Proszę tam zostać na noc. W żadnym wypadku ni-

kogo nie wpuszczać.  N i k o g o ,   nawet pana doktora...

– Tak, tak – skwapliwie zgadzała się Jolka. – Ale, co dalej? Co mam robić? Boję się, po-

może mi pan?

– Zrobię, co będę mógł – odparł głos tak samo beznamiętnie. – Niech się pani uspokoi. A

jutro... – zawahał się jakby potrzebował czasu do namysłu.

– Co jutro, co mam robić? Czekać tu, wracać do domu? – pytała nerwowo Jola.
– Proszę nigdzie nie wychodzić. Matka, jeśli musi, niech idzie do pracy, ale pani niech zo-

stanie, zamknie się na wszystkie zamki i nikogo nie wpuszcza. Słyszy mnie pani?

– Tak słyszę. Ale ja tu nie mogę wiecznie siedzieć.
– Niech pani słucha dalej. Punktualnie o czwartej pod dom podjedzie stary, jasny fiat 125,

wie pani jaki to samochód?

– Wiem.
– Jasny. Nie biały, a kość słoniowa.
– Tak wiem.
–  Samochód  wjedzie  na  chodnik.  Kierowca  wyjdzie  i  będzie  oglądał  po  kolei  wszystkie

cztery koła. Z pani okna będzie to dobrze widać.

– Tak...
– Wtedy pani szybko zejdzie na dół, wsiądzie do tego samochodu i pojedzie nim do domu.
– Jak to, tak zwyczajnie? Skąd będę wiedziała, że to ten samochód? Może to będą oni...
– Spokojnie. Przecież powiedziałem. Samochód, fiat 125 kość słoniowa. Kierowca obejrzy

wszystkie koła. Wóz stanie na chodniku. Wystarczy?

background image

117

– Tttak – zgodziła się Jola. – Czy to będzie pan? I kim pan jest?
– To już wszystko – sucho odparł głos. – Na razie więcej nie mogę pani pomóc. Do jutra. –

Odłożył słuchawkę, a Jola stała przez chwilę, patrząc na czarny aparat jakby przetrawiała to,
co usłyszała.

– I co?
–  Kazał  mi  tu  zostać  do  jutra.  O  czwartej  po  mnie  przyjedzie.  Podał  znaki...  Zabierze

mnie... – Nagle podniosła głowę i powiedziała ze zdziwieniem: – On zna adres, wie o tobie,
mówił, że możesz iść do pracy... On cię też zna.

– No więc Marek ma faceta, który bardzo dużo wie – stwierdziła bez zdziwienia Zośka. –

To dobrze. Zrobisz tak, jak on powiedział. Chyba, że w ogóle nie chcesz już wracać do Mar-
ka.

– Chcę, muszę.
– No to nie ma o czym mówić.

9

Kostek po powrocie z dramatycznej wyprawy natychmiast pojechał na górę, przebrał się w

hotelowy uniform i zszedł do holu. Szefowa powitała jego powrót skinieniem głowy, kolega
zastępujący go pomachał przyjaźnie ręką. Wszystko w hotelu było normalnie, ruch mały, jak
zwykle przed wieczorem.

Wypalił  papierosa,  potem  przeniósł  do  windy  bagaże  dwóch  gości  i  czuwał,  jak  zwykle

kręcąc się po holu. Nie dawał poznać po sobie, ale był zdenerwowany i ciągle myślał o tym,
co się zdarzyło. Nie przypuszczał, że Cygan i jego ludzie zdobędą się na taki krok. Był zły, że
go użyli jako przynęty. Już nie czuł nienawiści do Joli, rozmowa z nią  sprawiła,  że  patrzył
teraz inaczej na to, co zaszło między nimi. Za to do Cygana i tych z samochodu czuł urazę.
Wiedział, że  w  razie  wpadki,  on  także  odpowiadałby  za  porwanie  Joli.  Zresztą,  zamiar  po-
rwania jej budził w nim sprzeciw i narastającą złość. Czuł, że  coś powinien zrobić, jakoś ją
uchronić przed niebezpieczeństwem. Zdawał sobie sprawę, że skoro raz zaczęli działać, to nie
spoczną, póki nie osiągną celu.

W momencie, kiedy w  hotelu  panował  zupełny  spokój,  przespacerował  się  wolnym  kro-

kiem  do  barku,  zlustrował  go  wzrokiem,  potem  przeszedł  do  kawiarni.  Pod  oknem,  przy
okrągłym  stole  zobaczył  młodego  mężczyznę  w  towarzystwie  kobiety.  To  był  ten,  którego
szukał. Podszedł, ukłonił się uniżenie i powiedział:

– Telefon do pana. W recepcji.
Młody człowiek o nic nie pytał, tylko skinął głową, przeprosił partnerkę i ruszył do holu.

Ale tu nie poszedł do lady, gdzie były telefony, tylko zatrzymał się za filarem. Kostek stanął z
drugiej strony. Był przestraszony, rozglądał się czujnie dookoła. Mężczyzna zapytał cicho:

– Co się dzieje?
– Cygan. Była próba porwania dziewczyny Marka. Przed godziną, pod domem jej matki,

na ulicy. Przedtem zawieźli mnie do Sopotu, kazali wybadać dom, nawiązać kontakt i przeka-
zać im wszystko. Wyraźnie szykują się na niego.

– A on jest?
– Nie ma. Będzie jutro wieczorem.
– To co mieli do Joli?
– Pewnie chcą go zaszantażować. Chcieli porwać...
– Dobrze. Wystarczy. Jak będzie trzeba, to się zgłosimy – oznajmił młody człowiek i ru-

szył z powrotem do kawiarni.

Kostek  zobaczył,  że  właśnie  przez  hol  przechodzi  Rysio.  Zobaczył  tamtego  mężczyznę,

potem jego. Pomachał mu ręką i swobodnie zawołał:

– Cześć, jak leci?

background image

118

– W porządku – odparł Kostek, wracając na swoje zwykłe miejsce. Był niezadowolony, że

Rysio go widział w pobliżu tamtego mężczyzny. Stali bywalcy tej części hotelu wiedzieli, że
to dyżurny. A Rysio, stary lis, wiedział o tym na pewno. Kostek nie miał do niego za grosz
zaufania, ale nic już nie mógł poradzić. Sprawy toczyły się własnym torem.

Nie  mógł  widzieć,  że  Rysio  w  barku  przysiadł  się  na  wysokim  stołku  do  mężczyzny  w

dżinsowej kurtce, samotnie popijającego piwo. Odczekał aż barmanka weszła na zaplecze po
lód i pochylając się szepnął:

– Kostek kabluje. Rozmawiał z dyżurnym.
Dżinsowiec  dopił  piwo,  zapłacił  i  niespiesznie  wstał  ze  stołka.  Po  chwili  nie  było  go  w

barku.

A Kostek na swoim posterunku w miarę upływu czasu uspokajał się coraz bardziej. Miał

poczucie spełnionego obowiązku, już wiedział, że postąpił słusznie i być może uchroni Jolę
od nieszczęścia. Wokół panował zwykły ruch, nic nadzwyczajnego się nie działo, nie zauwa-
żył także żadnego z ludzi Cygana, więc począł wierzyć, że już nic mu nie grozi.

Gdy skończył dyżur, po dwudziestej, zjadł kolację, nawet wypił piwo i w dość pogodnym

nastroju pojechał windą na ostatnie piętro, a potem jeszcze przeszedł kawałek korytarzem do
zakamarka, w którym mieścił się jego pokój. Trochę się zdziwił, że drzwi nie były zamknięte
na klucz. Przecież zawsze je zamykał. Nim zdążył pomyśleć, dlaczego tak jest, już zobaczył,
że w pokoju ktoś na niego czeka.

Cygana poznał od razu. Ten drugi był nowy. Ani podczas poprzedniej wizyty, ani w czasie

dzisiejszej wyprawy samochodem nie widział go.

–  Zamknij  drzwi  –  powiedział  Cygan,  nie  wstając  od  stołu.  Kostek  posłuchał  a  asystent

Cygana natychmiast stanął za jego plecami, jakby chciał mu zagrodzić drogę odwrotu.

– Siadaj – mówił przyjaźnie Cygan. – Masz mi coś niecoś do powiedzenia, nie?
–  Co?  –  niepewnie  pytał  Kostek,  wykonując  polecenie  i  sięgając  po  papierosy.  Cygan

uśmiechnął się życzliwie i wyjaśnił:

– Nie udawaj debila. Miałeś zebrać materiał. Mów co widziałeś, jak tam jest, jakie wejścia,

wszystko...

Kostek nieco się uspokoił. Zrozumiał, że Cygan przyszedł po sprawozdanie z lustracji willi

Marka, jaką mu zlecili. Opowiedział wszystko, choć – jak lojalnie zastrzegł – nie widział zbyt
wiele. Opisał wejście zamki, drzwi, pokoje na dole, kuchnię, poinformował, że w oknach są
kraty. Dodał nawet, że Agencja: „Pewność-Zaufanie-Bezpieczeństwo” mieści się z boku, ma
osobne wejście od ulicy i jest całkowicie oddzielona od reszty willi.

– Jak na jedną krótką wizytę, to dowiedziałeś się sporo – pochwalił Cygan. – Jak myślisz,

jest tam przejście z tej agencji do głównej części willi?

– Może jest – odparł Kostek. – Nawet myślę, że powinno być. Ale to wygląda na fragment

oddzielony od reszty.

– Jasne – zgodził się Cygan. – Ale na pewno są jakieś drzwi. Muszą być, przecież to jeden

budynek, nikt nie budował willi z osobnym, na mur oddzielonym pomieszczeniem.

– Może dla służby?
– Jak to budowali, to jeszcze służba nie była w modzie – roześmiał się Cygan. Wstał i wy-

ciągnął rękę. – No, koleś, spisałeś się nieźle. A reszta się nie liczy... Zresztą była jeszcze jakaś
reszta?

– Jaka? – udał zdziwienie Kostek. – Pierwsze słyszę...
– Fajno – ucieszył się Cygan. – Zasłużyłeś na kielicha. Sam chętnie się napiję z tobą. Masz

tu coś?

– Nie, tylko butelkę piwa...
– Iiii tam, piwo – lekceważąco skrzywił się Cygan – takie sprawy oblewa się koniakiem.

Skocz no, przynieś butelkę, tu masz forsę – podał Kostkowi banknoty. – Najlepiej idźcie ra-
zem, ja poczekam. Tylko nie marudźcie za długo.

background image

119

Było  to  powiedziane  tak  apodyktycznie,  a  zarazem  naturalnie,  że  Kostek  nie  zaprotesto-

wał, choć nie bardzo miał ochotę pić z Cyganem. Ten drugi pociągnął go za łokieć i wyszedł
posłusznie razem z nim. Na korytarzu kompan Cygana powiedział:

– Chodźmy lepiej schodami, po co nas mają widzieć w windzie.
Kostek  znów  nie  zaprotestował.  Lekko  popchnięty  w  plecy  poszedł  przodem.  Na  końcu

korytarza były drzwi a za nimi strome schody, wiodące od strychu aż na sam dół hotelu.

Gdy stanął na pierwszym od góry stopniu, nagle poczuł, że dłoń idącego za nim zaciska się

na jego ustach. Odruchowo ugryzł tę dłoń, ale równocześnie poczuł niesamowity ból w ple-
cach. Kolano tamtego uderzyło go w stos pacierzowy a druga ręka pchnęła z całej siły w ple-
cy. Potoczył się po schodach, tłukąc głową o kanty stopni aż legł nieruchomo na dole.

Cygan ukazał się za plecami mężczyzny, który zepchnął Kostka. Obaj nie spiesząc się ze-

szli na dół, zatrzymali przy nieruchomo leżącym Kostku i Cygan dotknął dłonią szyi. Skinął
głową zadowolony.

– W porządku. Załatwiony.
– Ugryzł mnie skurwysyn – wykonawca oglądał dłoń, na której pojawiły się krople krwi.

Cygan roześmiał się:

– Do wesela się zagoi. Chodźmy do windy, jakoś tu smutno, jak w kostnicy.
Zadowolony z dowcipu, poszedł pierwszy, a na dole w barku zamówił sobie koniak, a Ry-

siowi i temu drugiemu po piwie.

10

Zośka  nie  poszła  do  pracy.  Zadzwoniła  do  Edwarda,  żeby  ją  jakoś  usprawiedliwił,  że

wszystko wyjaśni mu wieczorem, że zostaje w domu, bo pragnie czuwać nad Jolą. Obawiała
się, że pozostawiona sama sobie Jola nie wytrzyma nerwowo i pojedzie do Sopotu, a wów-
czas nie wiadomo, co się może stać.

Jola z trudem wytrzymała do południa. Już za piętnaście czwarta stała przy  oknie  i  dys-

kretnie wyglądała na ulicę, gotowa do wyjścia.

Jasny fiat przyjechał punktualnie co do minuty. Widocznie kierowca stwierdził, że coś z

wozem jest nie w porządku, bo wjechał na chodnik, wysiadł i obchodząc dookoła starannie
obejrzał wszystkie cztery koła. Następnie siadł za kierownicą.

– Jest! – krzyknęła zdenerwowana Jola. Zośka stała obok niej i także go widziała.
– Może jednak zostaniesz? – zaproponowała, ciągle niespokojna o córkę.
– Idę – odparta zdecydowanie Jola. – To przecież człowiek Marka...
– Idź. I zadzwoń jak będziesz w domu. Ja dziś nigdzie nie wychodzę. Zadzwoń też jak Ma-

rek wróci. Chcę być pewna, że jesteś bezpieczna.

– Dobrze – Jola cmoknęła ją w policzek i wybiegła z mieszkania.
Kierowca musiał bacznie wszystko obserwować, bo gdy tylko pojawiła się przed domem,

pochylił się i otworzył tylne drzwiczki. Wsiadła i wóz natychmiast ruszył.

Jola widziała przed sobą tył głowy nieznanego człowieka. Był już niemłody a nie nakryta

głowa świeciła dość pokaźną łysiną. Miał szerokie plecy, musiał być wysoki, bo głową sięgał
niemal sufitu. Duże owłosione dłonie trzymał na kierownicy i prowadził wóz spokojnie, ni-
czym wytrawny kierowca. Jola siedziała cicho, nie mając odwagi się odezwać.

– Niech pani opowie – zażądał mężczyzna, kiedy minęli najbardziej ruchliwe skrzyżowa-

nie. – Spokojnie, po kolei, wszystko od początku.

Tak jak poprzedniego wieczoru matce Jola opowiedziała mu wszystko, co wydarzyło się

wczoraj. Milczał przez cały czas i tylko raz zapytał:

– Kostek przyszedł bez uprzedzenia?

background image

120

– Bez. Właśnie miałam wychodzić. Przyniósł kwiaty, przepraszał mnie... – Skinienie gło-

wą miało znaczyć, że mężczyzna rozumie. Mówiła więc dalej, aż skończyła na swej ucieczce
do mieszkania matki. Wtedy padło drugie pytanie:

– A dziś nic się nie działo?
– Nic.
– Nikt nie przychodził, nie dzwonił, listonosz, dozorca, nikt?
– Nikt.
Po długiej chwili milczenia, nie odwracając głowy mężczyzna zaczął mówić rozkazującym

tonem:

– Niech pani słucha uważnie i zrobi dokładnie tak, jak powiem.  Teraz zawiozę panią do

domu. Wejdzie pani. Marka jeszcze nie ma. Proszę się zachowywać normalnie. Zapalić świa-
tło, zrobić sobie kawę, herbatę, coś do zjedzenia, wszystko normalnie. Ma być tak, jak zaw-
sze...

– Ale ja... oni... boję się – z trudem powiedziała Jolka.
– Proszę dokładnie tak zrobić. I nikogo nie wpuszczać. Nie reagować na żadne dzwonki,

domofony,  na  nic.  Telefonów  też  proszę  nie  przyjmować.  Żadnego  kontaktu.  Nawet  gdyby
ktoś przyszedł z depeszą... Po prostu czeka  pani  spokojnie  na  Marka.  Nawet  gdyby  coś  się
działo w mieszkaniu, gdyby pani usłyszała coś podejrzanego, kroki, stuki – proszę nie reago-
wać. Czy to jasne?

– Boję się – powtórzyła.
– Nie bój się, dziecko – usłyszała niespodziewanie. – W domu będziesz bezpieczna, jeśli

mnie posłuchasz. Będę nad wszystkim czuwał. Wróci Marek i wszystko będzie w porządku...

Była mu wdzięczna za ten cieplejszy ton i uspokajające słowa.
Zatrzymał samochód spory kawałek przed willą. Jego głos znów stał się obojętny, rozka-

zujący:

– Tu pani wysiądzie. Proszę spokojnie iść, będę patrzył z daleka. Wchodzi pani normalnie,

zamyka za sobą wszystkie zamki. Dalej – jak mówiłem.

– Dobrze – odparła niepewnie.
– Jeszcze jedno – tym razem lekko odwrócił głowę, ale w niezbyt jasnym świetle kończą-

cego  się  pochmurnego  dnia  nie  zobaczyła  wyraźnie  jego  twarzy.  –  Nie  dzwoniła  pani  do
mnie. Nie widzieliśmy się, nie rozmawialiśmy. W ogóle mnie nie było...

– To jak przyjechałam?
– Normalnie, kolejką elektryczną. Albo raczej przygodnie zatrzymanym samochodem. Fa-

cet chciał zarobić i panią podwiózł, dużo jest takich. Czy to też jasne?

– Tak, jasne.
– To... powodzenia. I nie bój się, dziewczyno – znów ten cieplejszy ton. – Wszystko bę-

dzie dobrze.

Wysiadła i niemal biegiem dotarła do bramki. Wiedziała, że nad nią czuwa, ale nie mogła

zapanować  nad  strachem.  Dopiero  kiedy  znalazła  się  w  środku,  za  starannie  zamkniętymi
drzwiami, odetchnęła. W duchu modliła się, żeby Marek wrócił jak najprędzej, bo wiedziała,
że czekanie na niego w pustej willi będzie niezwykle trudne.

A jej opiekun odczekał, póki nie zobaczył światła w oknie willi, potem pojechał dalej, za

rogiem  zatrzymał  wóz,  wysiadł  i  wrócił.  Wszedł  spokojnie,  jak  zwykły  klient  do  agencji
ochrony „Pewność-Zaufanie-Bezpieczeństwo”.

Dyspozytor,  który  o  tej  porze  nie  miał  zbyt  dużo  zajęć,  czytał  gazetę  i  popijał  herbatę.

Wejście niespodziewanego gościa zaskoczyło go, zerwał się z miejsca z okrzykiem:

– To pan? Panie majorze! – uradował się wyraźnie, a przybysz uściskał go.
– Cześć, sierżancie. Kawał czasu się nie widzieliśmy. Emeryturka, co?
– Trochę za wcześnie – zwierzył się sierżant – ale co robić. Jakoś leci, tu sobie dorabiam.

A pan? Ciągle w służbie?

background image

121

– Jeszcze, ale pewno niedługo... – odparł smętnie przybysz i usiadł przy biurku, obok dys-

pozytora. Głośnik krótkofalówki milczał, mikrofon był wyłączony.

– Potrzebuje pan czegoś? – pytał zaintrygowany wizytą dawnego przełożonego dyspozy-

tor. – Jakaś ochrona?

– Nie sierżancie. W ogóle sprawa jest poważna i dosyć trudna. Dobrze, że to pan tu jest,

razem sobie poradzimy.

– Co jest? – sierżant zrobił się czujny, gotowy do działania.
– O Cyganie pan słyszał?
– Jasne. Ciągle nie siedzi.
– Może będzie siedział. A na razie szykuje skok. Tu, na ten dom...
– Na Marka? – sierżant nie zdziwił się zbytnio. Dużo wiedział, choć mało mówił. Teraz też

czekał na dalsze wyjaśnienia.

– Nie będę się wdawał w szczegóły – kontynuował major. – Ale zależy mi, żeby nie mie-

szać do tego policji. Póki to możliwe, oczywiście.

– Jasne.
– No więc jest tak: Marka nie ma, ale wróci i to wkrótce. Cygan tu do niego przyjedzie.

Nie sam i nie z towarzyską wizytą.

– Domyślam się – wtrącił sierżant.
– Trzeba go zwinąć. Nie dopuścić, żeby coś zrobił Markowi albo jego pani. Jak to zrobić –

pańska sprawa. Ale znam Cygana i jego ludzi. Może pójść ostro. Wtedy i wy będziecie zmu-
szeni zadziałać na całego.

– Jasne. O której przyjdą?
– Nie wiem o której. Nie wiem jak będą chcieli się dostać do środka. Lecz wiem, że przy-

jadą i Cygan spróbuje załatwić swoje porachunki. Pańscy ludzie mają broń?

– Mają. Legalnie.
– W porządku. Ilu pan może skrzyknąć?
– Zaraz wyjadą na patrole. Czterech w dwóch wozach.
– Trochę mało. Cygan może przyprowadzić więcej.
– Mogę ściągnąć jeszcze dwóch. Razem sześciu.
– W porządku, powinno wystarczyć. Niech pan ich tu ściągnie. Natychmiast. Póki Marek

nie przyjechał i jest spokój.

– I co? Obstawić chałupę i nie dopuścić?
– Przeciwnie. Jakbym pochował chłopaków tak, żeby ich nawet jasnowidz nie wykrył. Po-

czekałbym na Marka...

– A jak Cygan przyjdzie wcześniej?
– Też dobrze. Wtedy bym nadal czekał aż przyjedzie Marek.
– Ale w domu jest pani Jola, może jej zrobić krzywdę.
– Racja – przyznał major. – Lecz myślę, że nic jej nie zrobi, bo jemu zależy na Marku, nie

na niej.

– To ryzyko.
– Tak, sądzę, że najwyżej ją postraszy, potrzyma i poczeka na Marka. Najwyżej każe jej

otworzyć,  żeby  Marek  się  za  wcześnie  nie  domyślił,  że  czeka  na  niego.  A  wtedy  wskoczą
pańskie chłopaki.

– Może być strzelanina.
– Myślę, że na pewno będzie. Ale zaskoczycie ich. Cygan się nie spodziewa zasadzki. Da-

cie sobie radę. Sześciu, pan siódmy, Marek ósmy, to cała drużyna wojskowa.

– Ryzykowne, ale ma sens – zgodził się sierżant i zaraz się zmarszczył.
– Ciekawe którędy będzie chciał się dostać?
– Nie wiem. Może tędy, przez agencję? Wtedy pan pozwoli się zastraszyć, przepuści go,

ale pańskich chłopaków nie może wykryć. A jeśli zechce inaczej, siłą przez drzwi, to będzie

background image

122

mu trudno bez hałasu. Jola go nie wpuści. Chyba że jakoś sobie otworzą, on ma fachowców.
Przez okno nie wejdzie, bo są kraty, a gdyby chcieli przepiłować, będzie słychać i Jola narobi
alarmu.  Tak  czy  owak  musi  pan  patrzeć  i  dostosować  się  do  sytuacji.  Mogą  przyjść  przed
Markiem,  mogą  po  jego  powrocie  –  nie  wiadomo,  ale  przyjadą  na  pewno.  Pańska  sprawa,
żeby ich zlikwidować – na ostatnie słowo położył szczególny nacisk i spojrzał wymownie na
sierżanta. Ten skinął poważnie głową i zapytał jeszcze:

– A pan? Wkroczy pan z mundurowymi?
– Nie. Mnie tu nie będzie. Nie ma. I nie było. Rozumiemy się?
– Ttak, chyba tak – odparł niezbyt pewnie dyspozytor.
– No to niech pan wzywa chłopaków i działa. Wszystko zależy od pana, sierżancie. Przy-

pomni pan sobie stare czasy.

Poczekał aż dyspozytor przez radiotelefon wezwał wszystkich swoich ludzi, by się stawili

w firmie, potem pożegnał go serdecznie:

– Będę w pobliżu. Tak na wszelki wypadek, gdyby coś nie wyszło. A w ogóle to pan pa-

mięta...

– Tak, tak – przytaknął sierżant. – Nie ma, nie było i nie będzie pana...

11

Czekała  w  stanie  najwyższego  napięcia  nerwowego.  Starała  się  sobie  tłumaczyć,  że  nic

złego  nie  może  jej  spotkać,  przypomniała  sobie  uspokajające  słowa  człowieka,  który  ją  tu
przywiózł, próbowała wszelkimi sposobami zapanować nad strachem,  ale  nie  była  w  stanie
wytrzymać tej ciszy, samotności i poczucia bezradności. Każdy szelest gałęzi za oknem, każ-
dy – prawdziwy czy wyimaginowany – stuk, czy skrzypnięcie podłogi w głębi domu wywo-
ływały  przyspieszone  bicie  serca.  Nie  chciało  jej  się  jeść,  nie  miała  nawet  odwagi  iść  do
kuchni zaparzyć sobie kawy lub herbaty. Próbowała oglądać telewizję, ale jakaś kreskówka
dla dzieci denerwowała ją. Wzięła książkę, usiłowała czytać, lecz nie rozumiała ani jednego
słowa.

Pomyślała,  że  mogłaby  pójść  do  dyspozytorni,  tam  czuła  by  się  bezpieczniej,  ale  znów

przypomniały jej się nakazy tajemniczego opiekuna.

Czas mijał wolno. Wskazówki zegara pokazały siódmą, potem ósmą, było cicho i spokoj-

nie, a ona dygotała ze strachu i modliła się, żeby już Marek wreszcie wrócił, żeby skończyło
się to niemożliwe do zniesienia czekanie.

Dyspozytor także był zdenerwowany, choć starał się tego nie okazywać. Cicho, żeby nie

niepokoić Joli, porozmieszczał swoich  ludzi  w  różnych  miejscach  domu.  Pod  schodami,  na
górze w sypialni, w łazience za drzwiami, w piwnicy, tuż przy wyjściu na parter. Zrobił to tak
sprawnie i bezszelestnie, że Jola niczego nie słyszała.

Wszyscy czekali. Sierżant co chwilę wstawał, wyglądał przez okno, popatrując na bramkę

i na ulicę przed willą. Niczego jednak nie widział, na ulicy i  w domu panował spokój, czas
mijał i nic się nie działo.

Tymczasem  Marek  jechał  z  nadmierną  szybkością  i  zbliżał  się  do  Trójmiasta.  W  ciągu

tych dwóch dni przejechał szmat kraju; był w Szczecinie, Gorzowie, przenocował w Pozna-
niu,  potem  dotarł  do  Ostrowa  Wielkopolskiego,  na  krótko  zatrzymał  się  w  Koninie  i  teraz
wracał do domu. Był zmęczony, ale w dobrym humorze. Dogadał się z Kazikiem, który zro-
zumiał, że wobec niebezpieczeństwa zmasowanej akcji policyjnej, należy na jakiś czas zawie-
sić działalność. Rad był z rozliczenia, odebrał pieniądze i wrócił do Niemiec, obiecując spo-
kojnie  czekać  na  znak  od  Marka.  W  pozostałych  miejscach,  gdzie  były  komórki  Marka,
warsztaty,  ukryte  miejsca  służące  do  przechowywania  samochodów,  bazy  „pilotów”,  prze-
prowadzających skradzione wozy przez kraj – także wszystko pozałatwiał szybko. Zatrzymał
sprawnie działającą maszynę, zapłacił tym, którym coś był winien, odebrał pieniądze od tych,

background image

123

którzy byli winni jemu. Teraz wiedział, że dopóki nie da odpowiedniego sygnału, nic się nie
będzie działo i cała policja kraju nie zdoła niczego wykryć.

Trasą toruńską, pustawą o tej porze roku, jechał, stale przekraczając sto dwadzieścia kilo-

metrów na godzinę. W Starogardzie skręcił w drogę boczną, znacznie krótszą. Minęła ósma,
kiedy wjechał do Gdańska. Tu nieco zwolnił i już prawie z dozwoloną szybkością zbliżał się
do  Sopotu.  Pomyślał  o  Joli,  cieszyła  go  myśl,  że  będzie  mógł  ją  uspokoić  i  postanowił,  że
wyjadą na jakiś czas w góry albo może nawet gdzieś za granicę, do kraju, w którym jeszcze
było ciepło.

W Sopocie skręcił na światłach w lewo, przeciął ulicę prowadzącą górną częścią miasta do

Gdańska i znalazł się w gorzej oświetlonej, pustej już o tej godzinie dzielnicy. Był krok od
domu.

Ostre światła wyskakującego zza rogu samochodu oślepiły go. Zaklął, szarpnął kierownicą

w prawo, ale nie zdołał uniknąć zderzenia. Tamten z dużą siłą uderzył go w przedni błotnik.
Równocześnie z tyłu nadjechał drugi wóz i stanął tuż za jego bagażnikiem.

– Co jest, do cholery! – wrzasnął Marek, wyskakując z wozu i w tym momencie zoriento-

wał się, że jest w pułapce. Z dwóch stron zbliżali się do niego ludzie w kominiarkach, z bro-
nią wyciągniętą w jego kierunku. Wolno podniósł dłonie do góry na znak, że się poddaje.

Dwóch bez słowa chwyciło go za ręce i wykręciło je do tyłu. Trzeci wcisnął mu lufę pi-

stoletu maszynowego między łopatki a czwarty podszedł z przodu, uderzył go mocno otwartą
dłonią w twarz i powiedział:

– Idziemy. Tylko pamiętaj, jedno słowo i nie ma cię.
Poznał Cygana. Nawet się nie zdziwił. Był tylko wściekły na siebie, że tak dał się zasko-

czyć jak małe dziecko. Ruszył wolno, ale ten z tyłu popchnął go, zmuszając do przyspieszenia
kroku. Cygan mówił cicho:

– Otworzysz bramkę i drzwi. Pamiętaj, bez słowa, bo ci zatkamy pysk raz na zawsze.
Przed bramką jeden z napastników zwolnił uchwyt prawej ręki Marka. Sięgnął po klucze.

Cygan wyrwał mu je i sam otworzył tak delikatnie, że nie słychać było żadnego dźwięku. To
samo powtórzyło się przy  drzwiach wejściowych do willi. Marek zobaczył światło i zdążył
pomyśleć, że Jola jest w domu i czeka na niego. Całkowicie zaskoczona krzyknęła:

– Marek! – i zerwała się z fotela.
– Spokój, siadaj – huknął Cygan i pchnął ją z powrotem na fotel. Otworzyła usta do krzy-

ku, ale nie zdołała wydobyć z siebie głosu. Widziała jak jeden  z bandytów obchodzi pokój,
zagląda do kuchni i staje za jej plecami a drugi staje pod oknem i wodzi po pokoju lufą małe-
go pistoletu maszynowego. Poznała go. Miał jeszcze świeżą ranę  na twarzy i spod wykrzy-
wionych warg widać było szczerbę po wybitym zębie. Chyba specjalnie chciał jej to pokazać,
bo uniósł kominiarkę odsłaniając dolną połowę twarzy.

Poznała też Cygana. Stał na środku pokoju z triumfalną miną i wodził wzrokiem od niej do

Marka i z powrotem.

– No i co, koleś – powiedział nie ukrywając satysfakcji – spotkaliśmy się znowu. Cieszysz

się, co?

Nie czekając na odpowiedź, podszedł do Marka i znów go uderzył w twarz. Jola krzyknęła.

Cygan zbliżył się i uderzył ją także.

– Cicho mała – powiedział, pozornie łagodnie ale Jolę przeszedł dreszcz.
– Od ciebie zaczniemy. Niech sobie popatrzy zanim go wykończymy. – Skinął ręką i ten,

który stał przy kuchni, zbliżył się i chwycił Jolę za ramiona. Z całych sił przycisnął ją do fo-
tela, obezwładniając jej ręce. Cygan zachęcił szczerbatego:

– No chodź. Bury. Ty pierwszy, należy ci się za te wybite zęby...
Człowiek nazwany Burym puścił pistolet, który zawisł na pasku. Wolno zbliżył się do fo-

tela, w którym tkwiła unieruchomiona Jola. Pochylił się, jednym ruchem zadarł spódnicę do

background image

124

góry,  potem  brutalnie  rozerwał  rajstopy.  Nogi  wbił  między  jej  kolana,  uniemożliwiając
wszelki opór. Zresztą była tak przerażona, że nie była w stanie się bronić.

A Bury, z twarzą ciągle od góry ukrytą pod kominiarką, ustami wykrzywionymi w upior-

nym uśmiechu, rozpiął spodnie i zaczął wyciągać członka. Nie spieszył się, chciał się nasycić
jej przerażeniem, chciał zaimponować kolegom swoją wielką męskością i opanowaniem.

Marek szarpnął się i krzyknął na całe gardło:
– Zostaw ją, ty skurwysynu! – resztę słowa zdusiła mu mocna dłoń zaciskająca się na gar-

dle. Bury nie zwrócił nawet na to uwagi. Już przyklęknął, przysunął się blisko. Jola czuła cie-
pło jego oddechu, zdawało jej się, że rozerwie ją w kroku swoim ciałem, jeszcze moment a
stanie  się.  Wtedy  zdobyła  się  na  nadludzki  wysiłek.  Szarpnęła  się  tak  mocno,  że  Bury  nie-
przygotowany na to zachwiał się i byłby upadł do tyłu. Jola zaczęła histerycznie, z całych sił
wrzeszczeć:

– Na pomoc! Ratunku! Marek! Bandyci! Ratunku! Ratun.... – cios Cygana zatkał jej usta, a

Bury całym ciężarem rzucił się na nią. Szarpała się i wiła pod nim, uniemożliwiając dokona-
nie gwałtu.

– Pomóc ci, Bury? – roześmiał się jeden z tych, którzy trzymali Marka. Ale w tym mo-

mencie stało się coś, co sprawiło, że wszystkim śmiech zamarł na ustach.

Dyspozytor nie widział jak wchodzili do willi. Stało się to szybko, cicho, a on właśnie w

tym momencie odszedł od okna. Gdy zaczynał już wątpić, czy coś naprawdę się stanie, usły-
szał jakiś głos. Był to okrzyk Marka. Potem nastąpiła dłuższa cisza. I znów rozległ się mocno
przytłumiony  przez  ściany,  ale  jednak  wyraźny  głos  kobiecy.  Nie  miał  wątpliwości  –  ktoś
krzyczał w głębi domu.

– O jasna cholera! – zaklął i zawołał: – Chłopaki, ruszamy, ale  cicho,  jazda...  –  Pobiegł

pierwszy. Jego ludzie poczęli wyłaniać się z ukrycia. Każdy ze swego miejsca posuwał się na
palcach, bezszelestnie, nasłuchując i trzymając broń gotową do strzału.

Sierżant cicho uchylił drzwi do kuchni. Wszedł a dwaj ludzie wsunęli się za nim. Wiedział,

że inni pojawią się z góry, od sypialni wprost do pokoju, a jeszcze jeden wyjdzie z piwnicy w
przedpokoju.

Z kuchni przesunął się pod drzwi do głównego pokoju. Stamtąd dochodziły jakieś głosy,

szamotanie, ale już nie było słychać tamtego krzyku. Pchnął skrzydło kuchennych drzwi i od
razu, jakby go ktoś silnie popchnął, skoczył do przodu, wołając:

– Ręce do góry, stać, będę strzelał!
Jego ludzie nagle pojawili się od strony kuchni, z góry i z przedpokoju. Nim bandyci zdą-

żyli zrozumieć, co zaszło, już byli otoczeni ze wszystkich stron. Bury półleżał na podłodze z
rozpiętym rozporkiem i wywalonym na wierzch członkiem. Jola zerwała się z fotela i z całej
siły kopnęła go w to miejsce. Zawył z bólu i skręcił się w kłębek.

Jeden Cygan nie stracił panowania nad sobą. Skoczył do Joli, chwycił ją w pół i choć szar-

pała i kopała, zasłonił się nią.

– Strzelajcie, no strzelajcie! – zawołał.
Dyspozytor zawahał się. Ale w tej chwili Marek, już uwolniony z uchwytu dwóch bandy-

tów zaskoczonych pojawieniem się uzbrojonych ludzi, wyrwał jednemu z nich pistolet i nie
namyślając się strzelił dwa razy. Zawsze był świetnym strzelcem. Trafił Cygana w bok głowy
i kark. Cygan osunął się na Jolę, a ona cofała się przerażona, z oczami szeroko rozwartymi,
niezdolna wydobyć z ust okrzyku. Strzały Marka jednak wyrwały wszystkich z letargu. Bury
zdołał chwycić rękojeść swego automatu i sypnął na oślep pociskami po pokoju. Jeden z nich
drasnął Marka w ramię, drugi rozbił szybę, reszta utkwiła w ścianie. Bury przestał strzelać, bo
pocisk wystrzelony z pistoletu sierżanta przebił mu czaszkę. Ten, który przedtem trzymał Jolę
na  fotelu,  nie  zdążył  się  wyprostować,  strzały  oddane  przez  stojącego  za  dyspozytorem
ochroniarza trafiły go w plecy, przetrącając kręgosłup. Ci dwaj, którzy byli obok Marka, nie

background image

125

mieli szans. Jeden był już bez broni, a drugi sparaliżowany strachem padł na podłogę. Ochro-
niarz z przedpokoju chciał do nich wystrzelić, ale dyspozytor go powstrzymał:

– Dobra, spokój. Zostawcie ich. Będą świadczyć, jak to się odbyło i kto tu przyszedł z bro-

nią. No jak, będziecie zeznawać prawdę? Pierwszy z brzegu odpowiedział płaczliwie:

– To on nas zmusił, to Cygan... Drugi skwapliwie mu przytakiwał.
Jola, półprzytomna z przerażeniem, oszołomiona tym, co się zdarzyło i co przeżyła, dopa-

dła do Marka, wpiła się palcami w jego bluzę i wołała:

– A mówiłam, prosiłam, błagałam, i co, co teraz, co teraz będzie, co?
Chwycił ją oburącz, mocno przycisnął do siebie i gładząc po włosach, mówił łagodnie:
– Już dobrze, dobrze, uspokój się. Już po wszystkim. Nic nam nie grozi. No, uspokój się,

wszystko będzie dobrze...

– Nie będzie, nie będzie dobrze, nie chcę tak żyć, nie chcę! –  krzyczała, ale w miarę jak

czuła jego dłoń delikatnie głaszczącą włosy, jak docierał jego uspokojony głos, uciszała się,
aż wreszcie rozszlochała się, wyrzucając z siebie cały strach, ból, żal za to, co musiała prze-
żyć. A Marek nadal mówił:

– Będzie dobrze. Wyjedziemy stąd. Obiecałem ci. Wyjedziemy. Teraz pojedziesz do mat-

ki. Odpoczniesz...

– Nie zostawiaj mnie! – krzyknęła.
– Nie zostawię cię. Już nigdy cię nie zostawię. Pojedziemy razem. – Ruszył ku drzwiom a

nim przestąpił próg, powiedział do dyspozytora:

– Zajmij się tym  wszystkim. Wezwij policję, przekaż tych  tu,  opowiedz  jak  było.  A  po-

tem... zajmij się firmą...

– W porządku – odparł dyspozytor niemal wesoło. – Wszystko będzie w porządku.
Marek wyszedł, prowadząc ciągle szlochającą, ale już coraz ciszej, Jolę.

KONIEC


Document Outline