background image

ALFRED HITCHCOCK

 

 

 

TAJEMNICA   

CZŁOWIEKA Z BLIZN

Ą

 

 

PRZYGODY TRZECH DETEKTYWÓW 

 

(Tłumacz: ANNA IWA

Ń

SKA) 

background image

 

Słowo wstępu Alfreda Hitchcocka 

 

Witajcie,  miłośnicy  tajemniczych  historii.  Z  przyjemnością  i  dumą  prezentuję 

najnowszą  przygodę  Trzech  Detektywów.  Rozwiązują  oni  zaskakującą  i  skomplikowaną 

sprawę, mającą międzynarodowe powiązania. Stykamy się tu z bandą terrorystów i napadem 

na bank, a osią intrygi jest niewidomy człowiek z blizną na twarzy. 

Więcej  nie  powiem,  gdyż  obawiam  się,  że  mógłbym  zdradzić  zbyt  wiele.  Jeśli 

rozbudziłem Waszą ciekawość, zabierzcie się do czytania rozdziału pierwszego. 

Tym  jednak,  którzy  być  może  stykają  się  z  Trzema  Detektywami  po  raz  pierwszy, 

pragnę  powiedzieć,  że  mieszkają  oni  w  Rocky  Beach,  małym  miasteczku  na  kalifornijskim 

wybrzeżu. Przywódcą zespołu jest Jupiter Jones, chłopiec obdarzony fotograficzną pamięcią i 

umysłem  ścisłym  jak  stalowy  potrzask.  Żywi  on  wiarę  w  siebie,  zadziwiającą  u  kogoś  tak 

młodego.

 

Pete  Crenshaw,  Drugi  Detektyw,  jest  wysportowany,  mocny  i  ostrożniejszy  od 

Jupe'a.  Bob  Andrews  zajmuje  się  dokumentacją  i  dokonuje  poszukiwań  w  archiwach  i 

bibliotekach, ale lubi przygody i chętnie wkracza do akcji jako detektyw. 

Reszty dowiecie się z książki. Bierzcie się do czytania - życzę dobrej zabawy! 

 

Alfred Hitchcock 

 

background image

 

ROZDZIAŁ 1 

 

Niewidomy ucieka 

 

-  Jeśli  to  się  zaraz  nie  skończy,  zacznę  krzyczeć!  -  powiedziała  kobieta  w  płaszczu 

przeciwdeszczowym. 

Poryw  wiatru  zawirował  po  Bulwarze  Wilshire.  Uderzył  w  parasolkę  kobiety  i 

wywinął ją na drugą stronę, po czym pomknął dalej, oblewając deszczem sklepowe witryny. 

Bob  Andrews,  który  stał  obok  kobiety  na  przystanku  autobusowym,  myślał  przez 

chwilę, że rzeczywiście zacznie ona krzyczeć. Wpatrywała się w swoją zniszczoną parasolkę, 

a  potem  spojrzała  oskarżające  na  Boba,  jakby  to  on  był  wszystkiemu  winien.  Wreszcie 

zupełnie nieoczekiwanie roześmiała się. 

- Niech to diabli - powiedziała i wrzuciła parasolkę do kosza na śmieci. - Musiałam się 

wybrać do Kalifornii akurat w czasie burzy! 

Usiadła na ławce obok tablicy z rozkładem jazdy. 

Bob,  zziębnięty  i  przemoczony,  drżał  i  kulił  ramiona.  Był  to  najbardziej  deszczowy 

kwiecień, jaki pamiętał. Około szóstej w ten wielkanocny poniedziałek było nie tylko zimno, 

ale  prawie  ciemno  z  powodu  burzy.  Bob  bez  sprzeciwu  poświęcił  trochę  czasu  ze  swych 

wiosennych wakacji na sprawunki, ale teraz czekanie na autobus dłużyło mu się bez końca.   

- O, idzie ten niewidomy - powiedziała kobieta na ławce. 

Bob  spojrzał  w  głąb  ulicy.  Przez  szum  deszczu  słyszał  stukanie  laski  i  brzęk 

podrzucanych w metalowym kubku monet. 

- Biedak - mówiła kobieta. - Często bywa ostatnio w tej okolicy. Zawsze mu coś daję. 

Zaczęła grzebać w portmonetce. Ślepiec podszedł bliżej i Bob zauważył, że jest chudy 

i utyka. Miał wysoko podniesiony kołnierz i nasuniętą głęboko na czoło czapkę. Nosił ciemne 

okulary, a do kurtki przypięta była okryta plastykiem kartka ze starannie wykaligrafowanym 

tekstem: “Jestem ślepy. Bóg wynagrodzi". 

- Wstrętny dzień - kobieta wstała i wrzuciła monetę do kubka niewidomego. 

- ...kuję! - powiedział. Jego biała laska stukał, wzdłuż, krawężnika, potem uderzyła w 

ławkę. Ostukiwał ją tam i z powrotem, wreszcie usiadł na niej. 

Bob  i  kobieta  przypatrywali  mu  się  chwilę,  po  czym  odwrócili  głowy  i  przenieśli 

wzrok na oświetlone okna banku po drugiej stronie ulicy. 

background image

Właśnie  kończono  tam  sprzątanie.  Blaty  kontuarów  błyszczały,  a  krzesła  były 

porządnie  ustawione.  Dwoje  sprzątających  -  mężczyzna  w  kombinezonie,  z  długimi, 

rozczochranymi, siwymi włosami i niska tęga kobieta - stało przy drzwiach prowadzących z 

pomieszczeń bankowych do holu budynku biurowego. 

Z zaplecza nadszedł umundurowany strażnik z pękiem kluczy. Zamienił kilka słów ze 

sprzątaczami i otworzył im drzwi. 

Kiedy sprzątacze szli przez hol do windy, Bob spojrzał znowu na niewidomego. Spod 

czapki wystawały mu siwe włosy, a policzki pokrywał parodniowy zarost. Od szczęki po kość 

policzkową biegła brzydka, szeroka blizna. Wypadek, po którym stanowiła ponurą pamiątkę, 

musiał  być  okropny,  pomyślał  Bob.  Zastanawiał  się,  czy  w  tym  samym  wypadku  ów 

człowiek stracił także wzrok. 

Ż

ebrak pochylił się wprzód, jakby zamierzał wstać. Na wpół uniesiony zahaczył nogą 

o laskę i zakołysał się w bok. 

- Och! - kobieta złapała go za ramię, żeby mu przywrócić równowagę. 

Metalowy kubek spadł i potoczył się po chodniku. Monety rozsypały się na wszystkie 

strony. 

- Moje pieniądze - zakrzyknął żebrak. 

- Wszystko pozbieramy! Niech się pan nie trudzi - powiedziała kobieta. 

Przykucnęła,  żeby  pozbierać  monety  z  chodnika,  a  Bob  wyławiał  je  z  rynsztoka. 

Kobieta podniosła kubek, który potoczył się pod kosz na śmieci, i wrzuciła do niego zebrane 

monety. 

-  Czy  znalazła  pani  wszystko?  -  zapytał  niewidomy.  -  Przez  cały  dzień  tylko  tyle 

uzbierałem. 

Bob  dorzucił  do  kubka  mokrą  ćwierćdolarówkę  i  dwie  dziesięciocentówki  i 

powiedział: 

- Myślę, że nie przeoczyliśmy niczego. 

Kobieta wręczyła kubek  niewidomemu, a ten wysypał monety na dłoń i przeliczył je 

palcami, mrucząc pod nosem. 

- Tak, wszystko w porządku - powiedział wreszcie.   

- Czy pan czeka na autobus? - zapytała go kobieta. - Zdaje się, że nadjeżdża. 

- Nie. Dziękuję pani. Mieszkam niedaleko. 

Bob spojrzał na drugą stronę ulicy. Sprzątacz wrócił do holu budynku biurowego. Stał 

przy drzwiach prowadzących do banku, potrząsając klamką. Z zaplecza nadchodził strażnik z 

kluczem.  Otworzył  drzwi  i  rozmawiali  chwilę,  po  czym  sprzątacz  wszedł  do  pomieszczeń 

background image

bankowych, Niewidomy wstał i ruszył przed siebie, stukając laską. 

- Biedak - powtórzyła kobieta. - Mam nadzieję, że nie musi iść daleko. 

Bob patrzył za wolno oddalającym się żebrakiem.   

- Och, coś mu wypadło - powiedziała kobieta.   

- Hej, panie! - zawołał Bob. Podbiegł i podniósł leżący na chodniku portfel. 

Niewidomy  doszedł  już  do  następnej  przecznicy.  Zatrzymał  się  przy  krawężniku, 

wyznaczył  drogę  laską  i  zszedł  na  jezdnię.  W  tym  momencie  jego  szczupłą  sylwetkę 

oświetliły  reflektory  nadjeżdżającego  trochę  zbyt  szybko  samochodu.  Hamując  przed 

skrzyżowaniem,  wpadł  w  poślizg  na  mokrej  jezdni.  Kobieta  trwożliwie  zapiszczała,  Bob 

głośno krzyknął, zazgrzytały hamulce. Niewidomy skrętem ciała starał się uniknąć zderzenia 

z pędzącym na niego samochodem. Rozległ się huk i żebrak potoczył się po jezdni. 

Samochód  stanął.  Wyskoczył  z  niego  kierowca.  Bob  i  kobieta  podbiegli

 

do  miejsca 

wypadku. Wszyscy troje znaleźli się równocześnie przy leżącym. 

Kierowca ukląkł przy nim i chciał go wziąć za rękę. 

- Nie! - Żebrak uderzył kierowcę pięścią. - Moje okulary! - krzyczał dziko. 

Kobieta  podniosła  je  i  podała  żebrakowi.  Były  całe.  Założył  je  i  szukał  po  omacku 

laski. 

W  świetle  reflektorów  samochodu  Bob  zobaczył,  że  kierowca  jest  młody  i  bardzo 

blady po przeżytym szoku. Podniósł laskę i włożył ją niewidomemu do ręki. Ten podniósł się 

wolno.  Obracał  głowę  to  w  jedną,  to  w  drugą  stronę,  jakby  próbując  z  wielkim  trudem  się 

rozejrzeć. Wreszcie ruszył w boczną ulicę. Kulał i stękał z bólu. 

- Proszę pana, proszę poczekać - zawołał kierowca. 

- Powinniśmy wezwać policję - powiedziała kobieta. - On może być ranny! 

Niewidomy stukał laską, kulał, ale spiesznie niemal truchtem szedł dalej. Bob pobiegł, 

wołając, żeby się zatrzymał. 

Niewidomy znikł w wąskiej uliczce za rzędem sklepów. Bob poszedł za nim. Było tak 

ciemno, że wciąż się o coś potykał i musiał odnajdywać drogę wyciągniętymi rękami. Uliczka 

kończyła  się  małym  podwórkiem.  Nad  tylnymi  drzwiami  przyległego  budynku  paliła  się 

ż

arówka, oświetlając pojemnik na śmieci i kartonowe pudło, wolno rozmakające na deszczu. 

Bob dostrzegł drugą uliczkę, prowadzącą z powrotem na Wilshire, ale po żebraku nie było ani 

ś

ladu. Przepadł! 

background image

 

ROZDZIAŁ 2

 

 

Zgubiony portfel 

 

- Nie był naprawdę ślepy - mówił Bob. - Jak mógł niewidomy umknąć tak szybko? 

Być  może  niewidomi  są  zdolni  poruszać  się  szybko  w  znajomych  sobie  miejscach 

-powiedział  Jupiter  Jones.  -  Poza  tym  są,  oczywiście,  nawykli  do  odnajdywania  drogi  po 

omacku. 

Jupiter starannie dobierał słowa, co było jego charakterystyczną manierą 

Działo  się  to  następnego  rana.  Bob  spotkał  się  ze  swoimi  przyjaciółmi,  Jupiterem  i 

Pete'em  Crenshawem  w  otwartej  pracowni  Jupe'a  na  terenie  składu  złomu  Jonesa.  Przestało 

padać.  Ranek  był  czysty  i  świeży  i  chłopcy  omawiali  zdarzenie  z  poprzedniego  wieczoru. 

Zgubiony przez żebraka portfel leżał na warsztacie Jupe'a. 

Nawet  jeśli  tylko  udawał  ślepca,  to  dlaczego  uciekał?  Zupełnie  jakby  się  nas  bał...  - 

Bob urwał i zamyślił się chwilę. - Chyba zresztą nikt z nas nie zachował się rozsądnie. Pani, 

która  ze  mną  czekała  na  przystanku,  znikła,  kiedy  wróciłem.  Przypuszczam,  że  nadjechał 

autobus i wsiadła do niego. Kierowca samochodu, który uderzył niewidomego, odjechał, gdy 

mu  powiedziałem,  że  żebrak  przepadł.  A  ja  stałem  jak  idiota  z  tym  portfelem,  zamiast  mu 

podać nazwisko niewidomego i swoje. 

- Byłeś w szoku - powiedział Jupiter. - W kryzysowej sytuacji ludzie często postępują 

nieracjonalnie. 

W  trakcie  rozmowy  Jupe  majstrował  przy  starym  telewizorze,  przywiezionym  do 

składu  tydzień  temu  przez  wujka  Tytusa.  Wymienił  popękane  przewody  i  zrobił  kilka 

poprawek  wewnątrz  aparatu.  Ustawił  go  należycie  na  warsztacie  i  włączył  do  gniazdka.  Z 

telewizora popłynął obiecujący szum. 

- Aha! 

- Twój kolejny wyczyn - powiedział z ironicznym podziwem Pete. 

- Zapewne tak - Jupe kręcił gałką telewizora. 

Chłopcy  uśmiechnęli  się.  Jupiter  był  swego  rodzaju  geniuszem  w  umiejętności 

reperowania i konstruowania różności z kawałków złomu. Złożył trzy radyjka walkie-talkie, 

którymi  wszyscy  trzej  posługiwali  się  z  pożytkiem.  Wyreperował  starą  prasę  drukarską, 

stojącą  w  rogu  pracowni.  Jego  też  dziełem  był  peryskop,  stanowiący  część  wyposażenia 

background image

Kwatery Głównej, czyli starej przyczepy kempingowej ukrytej pod stertami złomu w pobliżu 

pracowni. O przyczepie tej wujek Tytus i ciocia Matylda dawno zapomnieli. 

Wuj  i  ciocia  Jupitera  wiedzieli  o  pasji  Jupe'a,  Boba  i  Pete'a  do  wykrywania 

przestępstw i o tym, że chłopcy nazwali się Trzema Detektywami. Nie zdawali sobie jednak 

sprawy,  jak  bogata  była  ich  działalność.  W  przyczepie  pełno  było  urządzeń  pomocnych  w 

pracy  detektywów.  Mieli  tam  małe  laboratorium  kryminalne  z  przyrządem  do  wykrywania 

odcisków  palców  i  mikroskopem.  Sami  wywoływali  zdjęcia  w  ciemni  fotograficznej.  W 

biurze  znajdowała  się  też  szafka  zapełniona  aktami  spraw,  jakie  rozwiązali.  Mieli  nawet 

własny telefon, który opłacali pieniędzmi zarobionymi w składzie złomu. 

Teraz  wszystko  wskazywało  na  to,  że  wyposażenie  Kwatery  Głównej  uzupełni 

telewizor.  Stojący  na  warsztacie  Jupe'a  aparat  wracał  do  życia.  Obraz  zamigotał  i 

ustabilizował się. 

-  ...  państwu  skrót  porannych  wiadomości  -  rozległ  się  głos  spikera.  Na  ekranie 

pojawił  się  dziennikarz,  życząc  wszystkim  dobrego  dnia.  Doniósł  następnie,  że  sztorm  na 

Oceanie  Spokojnym  minął  Los  Angeles  i  w  południowej  Kalifornii  można  oczekiwać  kilku 

dni ładnej pogody. 

- Na wzgórzach za Malibu nastąpiło obsunięcie gruntu - mówił. - Mieszkańcy kanionu 

Big Tujunga porządkują swe posiadłości po wczorajszej powodzi. 

-  A  teraz  kolej  na  lokalne  informacje  policyjne.  Nasza  ekipa  znajduje  się  obecnie  na 

miejscu dokonania śmiałego rabunku Kasy Oszczędnościowo-Pożyczkowej w Santa Monica. 

Złodzieje weszli do banku wczorajszego  wieczora w przebraniu ekipy sprzątającej. Uwięzili 

strażnika bankowego w sali posiedzeń i czekali aż do rana na przybycie urzędników. Kiedy o 

ósmej czterdzieści pięć został zwolniony zegarowy zamek automatyczny, zmusili wiceprezesa 

banku,  Samuela  Hendersona,  do  otworzenia  skarbca.  Następnie  uszli  z  łupem  wysokości 

ć

wierć  miliona  dolarów  i  z  nie  ustalonej  wartości  biżuterią  zrabowaną  ze  skrytek  sejfowych 

klientów  banku.  W  południowym  wydaniu  dziennika  poinformujemy  państwa  o  dalszych 

szczegółach. 

- Masz! - Jupe wyłączył telewizor. 

-  O  rany,  byłem  akurat  naprzeciw  Kasy  Oszczędnościowej  w  Santa  Monica  wczoraj 

wieczór! - wykrzyknął Bob. - Wtedy ten niewidomy... niewidomy... 

Bob urwał i zbladł. 

Musiałem widzieć jednego ze złodziei.   

Pete i Jupe patrzyli na niego wyczekująco. 

-  Tak  pewnie,  że  widziałem.  Całe  wnętrze  banku  było  widoczne  z  przystanku. 

background image

Widziałem, jak sprzątacze wyszli do holu i podeszli do windy. Potem mężczyzna, to znaczy 

sprzątacz, wrócił i zapukał, żeby mu strażnik otworzył. 

- Wrócił? - zapytał Jupe. - To był ten sam człowiek? 

-  No,  tak  przypuszczam...  przypuszczałem...  -  Bob  zastanawiał  się  -  Nie  wiem. 

Niewidomy  upuścił  swój  kubek,  z  którego  wysypały  się  monety.  Więc  zbieraliśmy  je  z  tą 

panią  i  oddaliśmy  mu  kubek  z  zawartością,  potem  zobaczyłem  sprzątacza  przy  drzwiach 

banku. 

- Więc to mógł być inny człowiek - powiedział Jupe. 

Bob skinął głową. 

-  Co  za  pomysł!  -  wykrzyknął  Pete.  -  Sprzątacze  kończą  pracę  i  wjeżdżają  windą  na 

górę. Potem przychodzi ktoś przebrany za sprzątacza i puka do drzwi. Strażnik go wpuszcza 

i... bum! Strażnik ląduje zamknięty w pokoju na zapleczu, a bandyci buszują po banku jak u 

siebie w domu. Alarm nie działa. Mogą tylko siedzieć i czekać, aż przyjdą pracownicy. 

- No pewnie! Tak się to musiało stać - powiedział Bob.   

- Czy widziałeś, skąd przyszedł ten sprzątacz? - zapytał Jupe. - Czy wszedł do holu z 

windy, czy z ulicy?   

Bob potrząsnął głową. 

- Facet był już w holu, kiedy go zobaczyłem. Myślałem, że zjechał windą. Ale jeśli nie 

był jednym ze sprzątających w budynku, mógł wejść z ulicy. 

-  Co  otwiera  interesującą  możliwość  rozważań  -  Jupiter  wziął  do  ręki  leżący  na 

warsztacie portfel. - Powiedzmy, że ów człowiek wszedł z ulicy Ślepiec upuszcza swój kubek 

w momencie, gdy fałszywy sprzątacz zbliża się do drzwi budynku. Ty i kobieta schylacie się, 

ż

eby pozbierać rozsypane pieniądze. Każdy by tak postąpił. Jesteście zajęci i nie widzicie, jak 

złodziej wchodzi do holu. Czy to wam nasuwa jakieś przypuszczenia? 

Bob przełknął głośno ślinę. 

- Ślepiec ubezpieczał złodziei! Jupe oglądał portfel. 

-  Bardzo  ładny.  Z  miękkiej  skóry  i  kupiony  u  Neimana-Marcusa.  To  jeden  z 

najdroższych sklepów w mieście. 

- Nie zwróciłem na to uwagi - powiedział Bob.  -  Zajrzałem tylko do środka, czy nie 

ma tam numeru telefonu tego niewidomego, ale nie znalazłem. 

Jupe przejrzał zawartość portfela. 

-  Karta  kredytowa,  dwadzieścia  dolarów  w  gotówce,  krótkoterminowe  prawo  jazdy. 

Po co ślepemu prawo jazdy?   

Bob kiwał głową. 

background image

- Słusznie. Oczywiście udawał niewidomego. Wcale nie jest ślepy. 

- Hector Sebastian - czytał Jupiter z prawa jazdy - zamieszkały przy Mountain Avenue 

1534. 

-  Tam  jest  bardzo  fajnie  -  powiedział  Pete.  -  Może  żebranie  bardziej  popłaca  niż 

myślałem. 

- To nie musi być adres żebraka - zauważył Jupe. - Może jest kieszonkowcem i ukradł 

portfel.  Albo  go  gdzieś  znalazł.  Bob,  czy  poszukałeś  Hectora  Sebastiana  w  książce 

telefonicznej? 

- Tak. Nie ma go tam. Jupiter wstał. 

- Być może mamy tu coś, co zainteresuje policję. Z drugiej strony upuszczenie przez 

ż

ebraka  portfela  może  nie  mieć  znaczenia.  Podobnie  jak  fakt,  że  uciekał.  Mountain  Avenue 

jest  zaraz  na  przedmieściach  Rocky  Beach.  Przeprowadzimy  małe  doświadczenie,  nim 

zdecydujemy, czy zawiadomić policję, zgoda? 

- Pewnie! - wykrzyknął Bob. 

Kilka minut później chłopcy  wsiedli na rowery i  skierowali się na szosę nadbrzeżną, 

którą  pojechali  na  północ.  W  niecałe  pół  godziny  minęli  nadmorskie  centrum  handlowe  i 

skręcili w Mountain Avenue. 

Była to wąska droga, która wspinała się zakosami w głąb lądu przez paręset metrów, 

po  czym  biegła  równolegle  do  szosy  nadbrzeżnej.  Z  szosy  dobiegał  warkot  samochodów  i 

ciężarówek,  a  poprzez  rosnące  wzdłuż  lewej  strony  drogi  drzewa  widać  było  ocean.  Po 

prawej wznosiły się stoki górskie, a ponad nimi czyste, błękitne niebo. 

-  Nie  wygląda  na  to,  żeby  ktoś  tu  mieszkał  -  zauważył  Bob  po  ujechaniu  sporego 

dystansu  błotnistej  i  wyboistej  drogi.  -  Nie  widzę  ani  jednego  domu.  Czy  nie  sądzicie,  że 

adres w prawie jazdy jest fałszywy? 

-  Intryga  się  zagęszcza  -  powiedział  Pete.  -  Ślepiec  ma  prawo  jazdy  w  dodatku  z 

fałszywym adresem. 

Droga  opadła  na  dno  zagłębienia,  którym  płynęła  mała  struga  wody,  po  czym  znów 

pięła  się  w  górę.  Na  szczycie  wzniesienia  chłopcy  zatrzymali  się.  Przed  nimi  rozciągało  się 

bajoro brudnej, brunatnej wody, które pewnie wysychało w lecie. Po lewej, niemal na skraju 

błotnistego  rozlewiska  stał  brzydki,  przypominający  stodołę  budynek  z  mansardowymi 

oknami na piętrze. Do tonącego w błocie słupka przybity był szyld: “Górska Gospoda” 

- Gospoda? - zdziwił się Bob. 

Jupiter wyjął z kieszeni portfel i sprawdził adres w prawie jazdy. 

- Numer 1537. Ten sam jest na tej nowej skrzynce na listy przed frontem. 

background image

Usłyszeli  za  sobą  warkot  samochodu.  Usunęli  się  z  drogi,  żeby  go  przepuścić. 

Czerwone sportowe auto forsowało właśnie mały strumyk w zagłębieniu drogi. Za kierownicą 

siedział chudy mężczyzna o siwiejących włosach i pomarszczonej, smutnej twarzy. Minął ich, 

zdając się nie zauważać. Skręcił na błotnisty plac, który stanowił parking gospody, wysiadł z 

trudem  i  sięgnął  do  samochodu  po  laskę.  Wolno  wspiął  się  po  zapadniętych  stopniach  i 

wszedł do zrujnowanego budynku. Rozklekotane drzwi parawanowe zatrzasnęły się za nim. 

- On kuleje! - wykrzyknął Pete. - Hej, Bob, mówiłeś, że żebrak uciekł kulejąc. 

- No, potrącił go samochód. Każdy by po tym kulał. 

- Czy to może być ten sam człowiek? - zapytał Jupiter. - Czy przypomina choć trochę 

ż

ebraka?   

Bob    wzruszył ramionami. 

Ma mniej więcej tę samą posturę i jest chyba w tym samym wieku, ale takich facetów 

są tysiące. 

Jupiter wybrał nagle ton zdecydowany i profesjonalny: 

- Bardzo dobrze. Idę tam. 

- Co zamierzasz zrobić? - zapytał Pete. - Wejść i poprosić o hamburgera? 

- Dlaczego by nie? - odpowiedział Jupe. - Albo  po prostu zapytam o drogę. Tak czy 

inaczej  dowiem  się,  kim  jest  ten  człowiek.  Bob,  ty  się  lepiej  nie  pokazuj.  Jeśli  to  ten  sam 

facet, który był wczoraj w Santa Monica naprzeciw banku, może cię rozpoznać i... okazać się 

przykry. 

- Ja zostaję z Bobem - powiedział Pete. - Jestem uczulony na ludzi, którzy mogą być 

przykrzy. 

- Tchórz! - zaśmiał się Bob. 

-  Nie  jestem  tchórzem,  tylko  człowiekiem  ambitnym.  Mam  ambicję  dożyć  bardzo, 

bardzo późnego wieku. 

Jupe  zachichotał.  Zostawił  przyjaciół  przy  drodze  i  wjechał  na  błotnisty  parking. 

Umieścił rower pod ścianą gospody i wszedł na mały ganek frontowy. Ujął klamkę i drzwi się 

otworzyły. 

Wszedł  do  środka.  Było  tu  mroczno.  Widział  wypolerowaną  drewnianą  podłogę, 

ś

ciany  pokrywała  boazeria  z  ciemnego  drzewa.  Na  wprost  drzwi  wejściowych  szerokie 

odrzwia  odsłaniały  pusty  pokój  z  licznymi  oknami    w  przeciwległej  ścianie.  Roztaczał  się 

przez nie widok na drzewa i połyskujący za nimi ocean. Musiał to być kiedyś główny hol lub 

jadalnia gospody, która wyraźnie była już nieczynna. 

Jupe  stał  w  obszernym  przedsionku.  W  jego  lewej  części  leżały  zwalone  na  kupę 

background image

wysokie stołki, wyściełane siedzenia, części kontuaru, walały się zakurzone dzbanki do kawy. 

Jupe  zrozumiał,  że  są  to  pozostałości  po  barze  kawowym.  Spojrzał  w  prawo,  na  ścianę,  w 

której znajdowało się kilkoro drzwi. Wszędzie piętrzyły się skrzynie i kartonowe pudła. Kilka 

stało również w pokoju na wprost. Jedna ze skrzyń była otwarta i wysypywał się z niej papier 

pakunkowy. 

Jupe zrobił wolno kilka kroków i właśnie zamierzał zawołać przyjaciół, gdy usłyszał 

dźwięk  podnoszonej  słuchawki.  Zatrzymał  się  i  słuchał.  Ktoś  z  pokoju  leżącego  na  wprost 

dokądś telefonował. Usłyszał męski głos. 

-  Mówi  Sebastian  -  i  po  małej  pauzie  -  tak,  wiem,  że  to  będzie  kosztowne,  ale  za 

wszystko trzeba płacić. Jestem przygotowany na wydatki. 

W tym momencie coś małego i twardego wbiło się w plecy Jupe'a powyżej paska. 

- Rączki do góry - usłyszał cichy, ochrypły głos. - Żadnego ruchu, bo rozpłatam cię na 

pół. 

 

background image

ROZDZIAŁ 3 

 

Twórca sensacji 

 

Jupiter podniósł ręce w górę. Czuł mrowienie wzdłuż kręgosłupa.   

- Ja chciałem tylko... 

Ani słowa - powiedziała tajemnicza osoba za jego plecami.   

W pokoju zadudniły kroki i w progu pojawił się siwowłosy mężczyzna, którego Jupe 

widział  przedtem  w  samochodzie.  Stał  oparty  o  laskę,  z  lekko  przekrzywioną  głową  i 

przyglądał się Jupiterowi z zaciekawieniem. 

- O co chodzi, pani Hain? Kto to? 

Jupe  zmarszczył  czoło.  Coś  znajomego  było  w  stojącym  przed  nim  mężczyźnie.  Nie 

był  pewien,  czy  jego  głos,  czy  pochylenie  głowy.  Czy  spotkał  go  już  kiedyś?  Jeżeli  tak,  to 

gdzie? i kiedy? 

- Ten chłopak tu się włamał - powiedziała osoba, trzymająca rewolwer przytknięty do 

pleców Jupitera - stał tu i słuchał, jak pan rozmawia przez telefon. 

- Chciałem tylko zapytać o drogę - tłumaczył się Jupe. - Szyld przy drodze głosi, że to 

gospoda. Poza tym nie włamałem się. Drzwi były otwarte. 

- Ależ oczywiście - siwowłosy pan podszedł do niego z uśmiechem. - To była kiedyś 

gospoda i drzwi są istotnie otwarte. 

Jupe widział teraz mężczyznę wyraźnie. Miał on rumiane policzki i wydatny, spalony 

słońcem nos, na którym łuszczyła się skóra. Oczy pod grubymi, siwo-czarnymi brwiami były 

bardzo niebieskie. 

-  Odpręż  się,  młody  przyjacielu  -  mówił.  -  Pani  Hain  by  cię  nie  zastrzeliła,  nawet 

gdyby chciała. 

Jupiter upuścił ostrożnie ręce i się odwrócił. 

- Myślałeś, że to rewolwer - powiedziała pani Hain z zadowoleniem. Miała niski głos i 

sympatyczną  okrągłą  twarz.  W  ręce  trzymała  drewnianą  łyżkę,  wycelowaną  trzonkiem  w 

Jupe'a. - Jak widzisz, to nie jest rewolwer. Widziałam ten trik w telewizji. 

- Pani Hain jest moją gospodynią i miłośniczką filmów kryminalnych. 

-  Wielu  pożytecznych  rzeczy  można  się  z  nich  nauczyć  -  pani  Hain  odeszła  z 

uśmiechem  w  mroki  za  zdezelowanym  barem  kawowym.  Jupe  spoglądał  na  nią  z 

background image

ciekawością. 

- Chciałeś zapytać o drogę? 

- Tak! - Jupe aż podskoczył. - Tak. Tam dalej droga jest całkiem zalana. Czy za tym 

bajorem  ciągnie  się  jeszcze?  Czy  można  się  tam  jakoś  przedostać,  czy  musimy  wrócić  do 

szosy? 

- Droga nie prowadzi dalej. Zaraz za  rozlewiskiem się kończy, i nawet nie próbujcie 

go sforsować. Jest całkiem głębokie. 

-  Tak,  proszę  pana  -  Jupe  nie  bardzo  słuchał.  Patrzył  ciekawie  na  stojący  w  kącie 

karton.  Leżała  na  nim  sterta  jednakowych  książek.  Na  zakurzonej  czarnej  okładce  widniała 

ilustracja  -  sztylet  wbity  w  plik  dokumentów  i  wypisany  krwiste  czerwonymi  literami  tytuł: 

“Mroczna spuścizna". 

-  Hector  Sebastian!  -  wykrzyknął  Jupiter.  Podszedł  do  książek  i  wziął  jedną  z  nich. 

Odwrócił ją. Na tylnej okładce zobaczył fotografię gospodarza. 

-  Ależ  to  pan!  -  tym  razem  opanowanie,  z  którego  był  tak  dumny,  opuściło  Jupe'a 

zupełnie. - Pan jest Hectorem Sebastianem! Widziałem pana w telewizji! 

- Tak, kilkakrotnie. 

-  Czytałem  tę  “Mroczną  spuściznę"  -  głos  Jupe'a,  piskliwy  z  podekscytowania, 

brzmiał dziwnie w jego własnych uszach. Plótł jak wielbiciel oszołomiony widokiem obiektu 

swej  adoracji.  -  To  jest  świetne!  “Czynniki  zła"  też!  Och,  proszę  pana,  pan  z  pewnością  nie 

musi obrabowywać banków! 

- Myślałeś, że to robię? - pan Sebastian uśmiechnął się. - Wiesz, teraz nie sądzę, żebyś 

tu przyszedł po to tylko, by spytać o drogę. O co chodzi? 

Jupe poczerwieniał. 

- Ja... ja nawet nie chcę się przyznać, co o panu myślałem. Proszę pana, czy pan zgubił 

portfel? 

Wystraszony  pan  Sebastian  zaczął  obmacywać  kieszenie  marynarki,  potem  tylną 

kieszeń spodni. 

- Mój Boże, nie ma go! Czy ty go znalazłeś? 

- Nie ja, tylko mój przyjaciel Bob. 

Jupe opowiedział pokrótce wczorajszą przygodę  Boba. Opisał niewidomego któremu 

wypadł portfel, wspomniał też o rabunku i wypadku samochodowym, któremu uległ żebrak. 

Wspaniałe! Brzmi jak początek filmu Hitchcocka. 

Jupe

 

spojrzał na pana Sebastiana z zaskoczeniem.   

- O co chodzi? Czy powiedziałem coś dziwnego?   

background image

-  Nie  -  odpowiedział  Jupe  -  tylko  tak  się  składa,  że  pan  Hitchcock  jest  naszym 

przyjacielem. Bob robi notatki z naszych spraw, a pan Hitchcock je ocenia i opisuje. 

- Nie bardzo rozumiem. Jakie sprawy? I gdzie jest twój przyjaciel Bob, który znalazł 

portfel? 

- Na dworze. Zaraz go przyprowadzę!   

Jupe

 

wybiegł z domu i zawołał. 

- Chodźcie! Pan Sebastian chce się z wami zobaczyć! Wiecie, kim jest? 

Bob i Pete patrzyli na siebie. 

- Czy powinniśmy wiedzieć? 

Jupiter roześmiał się. 

-  To  ja  powinienem  wiedzieć.  Powinienem  się  od  razu  domyślić.  Musiałem  mieć 

blokadę  mózgu!  To  on  napisał  “Mroczną  spuściznę"  i  “Nocne  czuwanie",  i  “Czynniki  zła". 

Występował ostatnio w telewizji. Moorpark Studio właśnie zrobiło film według “Czynników 

zła", a Leonard Orsini komponuje do niego

 

muzykę. 

Pete przypomniał sobie teraz całą tę sprawę. 

- Och, tak! Mój tato mówiło tym filmie. To znaczy, że ten facet tutaj to pisarz? 

-  Żebyś  wiedział!  -  Policzki  Jupe'a  płonęły  z  podekscytowania.  -  Był  kiedyś 

prywatnym  detektywem  w  Nowym  Jorku.  Potem  pilotował  mały  samolot,  miał  wypadek  i 

został  ranny.  Zmiażdżyło  mu  nogę.  W  czasie  rekonwalescencji  zaczął  pisać  książkę, 

zainspirowaną  jedną  z  powierzony  mu  spraw.  Ukazała  się  w  wydaniu  kieszonkowym  pod 

tytułem  “Nocne  czuwanie”  Była  szalenie  poczytna.  Następnie  napisał  “Mroczną  spuściznę”. 

To książka o człowieku, który symuluje własną  śmierć, żeby żona mogła podjąć jego polisę 

ubezpieczeniową.  Nakręcono  według  niej  film,  pamiętacie?  Potem  pan  Sebastian  zarzucił 

kompletnie pracę detektywa i zajął się

 

wyłącznie pisaniem. Napisał nawet scenariusz według 

własnej  książki  dla  Studia  Moorpark.  Chodźcie!  Czy  nie  chcecie  go  poznać?  Bob,  masz  ten 

portfel? 

- Dałem ci go, nie pamiętasz? Chłopie, z tobą naprawdę jest źle! 

- Och - Jupiter przeszukiwał kieszenie. - Tak, jest tutaj. Chodźcie. Weszli do domu i 

Jupiter przedstawił panu Sebastianowi Boba i Pete'a. Gospodarz zaprowadził ich do pokoju i 

wskazał  im  składane  krzesła,  ustawione  wokół  niskiego  stołu  ze  szklanym  blatem.  Nadawał 

się  raczej  na  taras  lub  trawnik  koło  basenu  kąpielowego.  Stół,  krzesła  i  telefon  stanowiły 

jedyne umeblowanie w pokoju. 

- Z czasem będę tu miał pełen komfort - powiedział pan Sebastian. 

- Wprowadziłem się dopiero w zeszłym tygodniu i niewiele zdążyłem tu zdziałać. 

background image

- Pan zamierza tu mieszkać? - zdziwił się Pete. 

-  Ja  tu  mieszkam.  -  Pan  Sebastian  pokuśtykał  do  przedsionka  i  zawołał  panią  Hain. 

Gospodyni zjawiła się z tacą, na której stał szklany dzbanek z kawą i filiżanka. 

- Może znajdziemy jeszcze coś dla chłopców. Czy mamy jakąś oranżadę w lodówce? 

- Tylko lemoniadę. Bardzo zdrowa, domowej roboty.   

Jupe uśmiechnął się. Gospodyni pana Sebastiana przypominała mu ciocię Matyldę. 

- Może być lemoniada? - zapytał pan Sebastian i chłopcy zgodnie przytaknęli. 

Pani Hain poszła do kuchni w odległej części budynku za dawnym barem kawowym, 

a pan Sebastian wdał się w szeroki wywód na temat planów urządzenia swego domu. 

- Z czasem z baru kawowego zrobię jadalnię. Po drugiej stronie holu wejściowego jest 

magazyn,  który  można  przerobić  na  pokój  pani  Hain,  i  polecę  wybudować  jej  łazienkę  pod 

schodami. 

Chłopcy  popatrzyli  na  biegnące  wzdłuż  wewnętrznej  ściany  schody.  Prowadziły  one 

na otwartą galerię nad pokojem, w którym siedzieli. Pokój był wysoki na dwie kondygnacje. 

Nad drugą częścią budynku znajdowały się pokoje, do których prowadziły drzwi z galerii. 

-  Wiem,  że  dom  jest  w  opłakanym  stanie,  ale  konstrukcję  ma  mocną  -  mówił  pan 

Sebastian.  -  Sprawdził  to  architekt  i  przedsiębiorca  budowlany,  nim  kupiłem  tę  gospodę. 

Wiecie, ile by mnie kosztował dom tej wielkości i tak blisko oceanu? 

-  Jestem  pewien,  że  majątek  -  powiedział  Jupiter.  -  Pan  Hitchcock  kupił  starą 

restaurację w Malibu i przerobił ją na piękny dom. 

Pan Sebastian skinął głową. 

-  Tu  również  będzie  pięknie  po  remoncie.  Ten  pokój  jest  przecież  wspaniały.  Ma 

kominki po obu stronach i okna z widokiem na ocean!  Dach nie przecieka. Są rzeczy, które 

się uważa za normalne, ale ja żyłem dwadzieścia trzy lata w mieszkaniu na Brookłynie, gdzie 

dach  stale  przeciekał.  Miałem  kolekcję  wiader  i  misek  na  deszczowe  dni.  -  Pan  Sebastian 

uśmiechnął się i dodał: - Kto to powiedział, że był już w życiu bogaty i był także biedny, więc 

wie dobrze, że lepiej jest być bogatym? Kto by to nie był, wiedział, co mówi. 

Wróciła  pani  Hain  z  lemoniadą.  Jupiter  postawił  na  stole  znaleziony  portfel  i  pan 

Sebastian wziął go zaraz i zajrzał do środka. 

-  Wypadł  niewidomemu  żebrakowi,  mówicie?  Nie  mógł  być  w  wielkiej  potrzebie, 

skoro nie wydał ani grosza z moich pieniędzy. 

- Ale on naprawdę żebrał - powiedział Bob. - Miał blaszany kubek na monety i stale 

nim potrząsał.   

Pisarz zamyślił się. 

background image

- Ciekaw jestem, jak znalazł ten portfel. Jeśli był ślepy... 

-  Właśnie  -  wpadł  mu  w  słowa  Jupiter.  -  Ślepi  ludzie  nie  widzą  leżących  na  ulicach 

przedmiotów. Oczywiście mógł się potknąć o portfel i podnieść go. Kiedy i gdzie miał go pan 

ostatnio? 

- Mówisz jak zawodowy detektyw. Niemal oczekuję, że wyciągniesz notes i zaczniesz 

zapisywać  informacje.  Wspomniałeś  wcześniej  Alfreda  Hitchcocka.  Mówiłeś,  że  opisuje 

wasze sprawy. Czyżbyście się, chłopcy, uczyli zawodu detektywa? 

-  My  jesteśmy  detektywami  -  powiedział  Jupe  z  dumą.  Wyjął  z  kieszeni  własny 

portfel i wyciągnął z niego małą karteczkę. Podał ją panu Sebastianowi, a ten odczytał: 

 

TRZEJ    DETEKTYWI 

Badamy wszystko   

??? 

Pierwszy Detektyw .    .    .    .    .    .    .    . Jupiter Jones 

Drugi Detektyw .    .    .    .    .    .    .    .    .    Pete Crenshaw   

Dokumentacja i analizy .    .    .    .    .    Bob Andrews 

 

 

- Aha, wasz zespół nazywa się Trzej Detektywi i podejmuje się wszelkich dochodzeń. 

To odważna oferta. Do prywatnych detektywów ludzie mogą się zwracać z bardzo dziwnymi 

sprawami. 

-  Wiemy  o  tym  -  powiedział  Jupiter.  -  Natknęliśmy  się  już  na  wysoce  niezwykłe,  a 

nawet  zadziwiające  sploty  okoliczności.  To  nasza  specjalność.  Często  radziliśmy  sobie  ze 

sprawami, wobec których organy ścigania były bezsilne. 

Pan Sebastian pokiwał głową. 

- Wierzę ci. Młodzi ludzie mają giętki umysł, nie są obciążeni uprzedzeniami na temat 

tego, co może, a co nie może się zdarzyć.   

Bob przychylił się do niego. 

- Interesuje nas ten ślepy żebrak, ponieważ rozważamy możliwość, że był wmieszany 

w obrabowanie banku. Czy był pan wczoraj w Santa Monica? Czy tam zgubił pan portfel? A 

może żebrak skradł go panu? 

-  Nie  -  pan  Sebastian  odchylił  się  na  oparcie  krzesła  -  Wiem,  że  miałem  go  wczoraj 

rano.  Pamiętam,  jak  wkładałem  go  do  kieszeni  przed  wyjściem  do  przystani  Denicoli. 

Musiałem tam go zgubić, ponieważ nigdzie indziej wczoraj nie byłem. Pewnie mi po prostu 

background image

wypadł z kieszeni. Z pewnością ani przez chwilę nie znajdowałem się w żadnym zatłoczonym 

miejscu,  gdzie  w  ścisku  mógłby  mnie  ktoś  okraść.  Poza  tym  zwróciłbym  uwagę  na  ślepego 

człowieka. 

-  Czy  przystań  Denicoli  to  ta  przystań  za  Malibu,  gdzie  wynajmują  łodzie 

wędkarzom? - zapytał Pete. Pan Sebastian skinął głową. 

- Trzymam tam mój ślizgacz. To najbliższa przystań. Stoi tam zakotwiczony przy boi i 

kiedy mam ochotę na przejażdżkę, chłopak, który pracuje u pani Denicoli, przewozi mnie do 

niego łódką. Wczoraj odbyłem rejs. Musiałem zgubić portfel koło doku albo na parkingu. 

- A niewidomy go znalazł - dokończył Pete. 

- Potem pojechał do Santa Monica, nie zgłaszając zguby  w przystani - dodał Bob -  I 

tak się złożyło, że znalazł się naprzeciw banku akurat w momencie, gdy  wchodzili do niego 

złodzieje  przebrani  za  sprzątaczy.  Może  nawet  celowo  upuścił  kubek  z  monetami,  żeby 

odwrócić uwagę ludzi stojących na przystanku. 

-  Mokry  kubek  mógł  być  śliski  -  powiedział  pan  Sebastian  -  albo  żebrak  był 

zmęczony. Upuszczenie kubka może nie mieć żadnego znaczenia. 

-  Uciekał,  kiedy  Bob  biegł  za  nim,  żeby  mu  oddać  portfel  -  zauważył  Jupe.  -  Po 

wypadku też uciekał. 

- Nic niezwykłego, mógł doznać szoku - powiedział pan Sebastian. - Poza tym mając 

przy  sobie  cudzy  portfel,  mógł  się  bać  policji.  Policja  często  źle  traktuje  żebraków.  Nie 

wydaje  mi  się  prawdopodobne,  żeby  miał  coś  wspólnego  z  obrabowaniem  banku.  Ale 

dlaczego  nie  pójdziecie  na  policję,  żeby  powiedzieć  im  wszystko  to,  co  mnie 

opowiedzieliście?  Możecie  podać  moje  nazwisko,  jeśli  chcecie.  Chciałbym  się  wam  jakoś 

przydać. 

-  Oczywiście,  tak  należy  postąpić  -  w  głosie  Jupe'a  pobrzmiewało  rozczarowanie. 

-Prawdopodobnie  ma  pan  rację.  Ślepiec  trafił  tam  przypadkowo.  Myślę  że  sprawa  jest 

skończona, nim się w ogóle zaczęła. 

- Na to wygląda. Słuchajcie, jestem wam naprawdę wdzięczny za zwrócenie portfela - 

pan Sebastian zaczął przeglądać banknoty. 

- Ależ to drobnostka - powiedział szybko Pete. 

- Zrobiliśmy to z przyjemnością - dodał Bob. - Proszę nawet nie myśleć o nagrodzie. 

-  Więc  może  zrewanżuję  się  wam  w  inny  sposób.  Chcielibyście  przejechać  się 

ś

lizgaczem? Mógłbym was zabrać któregoś dnia. 

- Naprawdę? -    ucieszył się Pete. 

- Oczywiście. Dajcie mi wasz numer telefonu, a ja zadzwonię, kiedy będę się wybierał 

background image

w morze. 

- Zjawimy się tu w pół godziny - powiedział uszczęśliwiony Pete.   

Wszyscy trzej    podali swoje telefony. Pisarz odprowadził ich do drzwi i stał w progu, 

gdy wyprowadzali rowery na drogę. 

- Miły facet -    powiedział Pete, gdy ujechali kawałek.   

- O, tak -    zgodził się Jupe. - Miałem wrażenie, że wolałby, żebyśmy jeszcze zostali. 

Może czuje się samotny w Kalifornii. Całe życie spędził w    Nowym Jorku. 

-  Kiedy  tylko  zapragnie  towarzystwa  na  swoim  ślizgaczu,  jestem  do  dyspozycji  -       

powiedział Bob. -    Rany! To jest naprawdę... 

Urwał na widok    małego beżowego sedana, który pojawił się na drodze. Z niewielką 

prędkością minął chłopców i skręcił na błotnisty plac przed domem pana Sebastiana. Wysiadł 

z  niego  jakiś  starszy  mężczyzna  i  zbliżył  się  do  ganku,  na  którym  wciąż  stał  pisarz.  Obaj 

zaczęli ze sobą rozmawiać. 

Chłopcy  odjechali  już  za  daleko,  żeby  słyszeć,  o  czym  mówią,  ale  zatrzymali  się  i 

obserwowali  dwóch  mężczyzn.  Po  chwili  pan  Sebastian  cofnął  się  do  domu,  a  przybyły 

wszedł za nim. 

- No i co    wy na to! - wykrzyknął Bob. - Nasza sprawa wcale się nie skończyła! 

- O czym ty mówisz? - zapytał Pete. 

-  Strażnik.  Ten  facet,  co  przyjechał,  to  strażnik  z  banku  w  Santa  Monica,  który 

wpuścił złodziei. Ciekawe, co on robi u pana Sebastiana!? 

 

background image

 

ROZDZIAŁ 4

 

 

Detektywi znajdują klienta 

 

-  To  nie  ma  sensu!  -  powiedział  Jupiter.  -  Hector  Sebastian  musi  mieć  więcej 

pieniędzy, niż byłby w stanie wydać. Jego książki są bestsellerami! 

- Zgoda ! Ale jeśli nie ma on nic wspólnego z rabunkiem, to po co strażnik z banku do 

niego przyszedł? - zapytał Bob. 

- Nie wiem. 

Było  wczesne  popołudnie  i  detektywi  siedzieli  w  swojej  Kwaterze  Głównej 

Wcześniej,  na  Mountain  Avenue,  odczekali,  póki  strażnik  z  Santa  Monica  nie  odjechał. 

Rozważali chwilę, czy nie wrócić do pana Sebastiana i nie porozmawiać o wizycie strażnika, 

ale  Jupiter  był  w  końcu  temu  przeciwny.  Nie  chciał  nachodzić  ponownie  pisarza  tylko  dla 

zaspokojenia  ciekawości.  Wrócili  do  Kwatery  Głównej,  by  omówić  całą  sprawę.  Usiedli 

wokół dębowego biurka. Bob zapisywał fakty, póki miał je świeżo w pamięci. 

- Żebrak kulał uciekając z miejsca wypadku i pan Sebastian kuleje.   

-  Pan  Sebastian  miał  złamaną  nogę  w  kilku  miejscach  i  okulał  na  zawsze  -  odparł 

Jupiter. - Czy żebrak kulał przed wypadkiem? 

- Nie jestem pewien. 

-  Utykanie  może  być  zbiegiem  okoliczności  -  powiedział  Pete  -  ale  co  z  portfelem? 

Następny zbieg okoliczności? A człowiek, który właściwie wpuścił złodziei do pomieszczeń 

banku,  składa  panu  Sebastianowi  wizytę.  To  już  trzeci  zbieg  okoliczności.  Chyba  jest  ich 

trochę za dużo. 

-  Dlaczego 

 

więc  nie  idziemy  na  policję?  -  zapytał  Bob.  -  To  samo  powiedział  pan 

Sebastian. Nie mówiłby tego, gdyby był wmieszany w rabunek 

- Musiał tak powiedzieć - oświadczył Pete. - Bał się narazić na podejrzenia, gdyby nie 

doradził nam pójścia na policję. Dorośli zawsze to robią. 

- Myślę, że policjanci uznaliby naszą teorię za mocno naciągniętą - powiedział Jupiter. 

- Być może mieliby rację. Nie podobna uwierzyć, że pan Sebastian pomógł obrabować bank. 

Zbyt  wiele  by  ryzykował.  Ale  istnieje  jakiś  związek  między  nim  a  rabunkiem.  Może  pan 

Bonestell zechce nam pomóc w znalezieniu go. 

- Pan Bonestell? - powtórzył Bob. 

background image

Jupiter rozłożył leżącą na biurku gazetę, którą kupił po drodze, kiedy zatrzymali się na 

pizzę. Było to wczesne wydanie “Przeglądu Wieczornego" z Santa Monica. 

- Strażnik, który wpuścił złodziei do banku, nazywa się Walter Bonestell. Napisali to 

w  artykule  na  pierwszej  stronie  -  Jupiter  sięgnął  do  sterty  książek  telefonicznych  i  odszukał 

właściwą,  obejmującą  teren  Santa  Monica.  -  Mmm...  jest:  Walter  Bonestell.  Dolphin  Court 

1129. To parę przecznic powyżej plaży. 

-  Jupiter!  -  dobiegło  wołanie  z  dworu.  -  Jupiterze,  gdzie  jesteś?  Potrzebuję  cię.  Jupe 

westchnął. 

-  Ciocia  Matylda  wydaje  się  zirytowana.  Nie  widziała  mnie  od  śniadania.  Przez  ten 

czas musiała zrobić całą listę zajęć dla mnie. 

- Moja mama też mnie pewnie szuka - powiedział Pete. 

- A zamierzałem wam zaproponować złożenie wizyty panu Bonestellowi. Może się to 

uda  wczesnym  wieczorem.  Będziecie  mogli  wyjść?  Spotkalibyśmy  się  na  targowisku  w 

Rocky Beach i pojechalibyśmy do pana Bonestella. 

- Okay, jeśli o mnie chodzi - zgodził się Pete. Bob uśmiechnął się. 

- Jutro nie ma szkoły, będę mógł wieczorem wyjść z domu. Spotkamy się o siódmej. 

Wyszli z przyczepy. Jupiter przepracował w składzie całe popołudnie. Zjadł wczesną 

kolację z ciocią Matyldą i wujkiem Tytusem i przed siódmą był już na targowisku. Bob i Pete 

przyjechali pięć przed siódmą i w zapadającym zmierzchu ruszyli do Santa Monica. 

Dolphin  Court  okazał  się  krótką,  ślepą  uliczką  w  dzielnicy  małych  domów 

jednorodzinnych.  Drewniany  dom  z  numerem  1129  znajdował  się  w  połowie  uliczki.  Na 

podjeździe stał samochód, który widzieli na Mountain Avenue. Frontowe okna były ciemne, 

ale  widać  było  światła  z  tyłu  budynku.  Chłopcy  wprowadzili  rowery  na  tylne  podwórko  i 

zajrzeli przez okno do kuchni. 

Strażnik był tam. Siedział sam przy stole pod oknem. Przed nim stał telefon i piętrzyła 

się sterta gazet. Nie telefonował i nie czytał; wpatrywał się niewidzącymi oczami w ceratę na 

stole. Wyglądał mizernie i starzej niż rano. Miał cienkie, rzadkie włosy i sińce pod oczami. 

Chłopcy  przyglądali  mu  się  w  milczeniu.  Po  chwili  Jupiter  odwrócił  się  z  zamiarem 

przejścia do frontowych drzwi. Drogę zagrodził mu mężczyzna z automatycznym pistoletem 

w ręce!   

- Czego tu szukacie? - zapytał. 

Nie  mierzył  do  nich  z  pistoletu,  a  jego  głos  był  cichy  i  opanowany,  ale  Jupe  miał 

koszmarne  uczucie  śmiertelnego  zagrożenia.  Z  zachowania  mężczyzny  bił  jakiś  chłód  i 

determinacja.  Jego  usta  zarysowywały  się  wąską,  prostą  linią,  zdradzając  zupełny  brak 

background image

poczucia  humoru.  Słoneczne  okulary  odblaskowe  tkwiły  na  jego  nosie  niczym  druga  para 

zimnych oczu. 

Pete wydał    okrzyk przerażenia, a mężczyzna warknął: 

- Cicho ! 

Okno kuchenne otworzyło się i pan Bonestell wystawił głowę. 

- Co jest Shelby?    Co tam robisz? 

-  Ci  trzej  podglądali  cię  przez  okno  -  odpowiedział  mężczyzna  z  pistoletem, 

wskazując chłopców. 

-  Tak?  -  pan  Bonestell  zdawał  się  zdziwiony  i  zaciekawiony,  ale  powtórzył  z 

niepokojem: - Tak? Naprawdę? 

- Do domu! - rozkazał ten z pistoletem. - Tędy marsz!   

Chłopcy    przemaszerowali przez podwórko na ganek i weszli do kuchni. 

-  O  co  chodzi?  -  zapytał  pan  Bonestell.  -  Kiedy  rano  byłem  u  pana  Sebastiana, 

powiedział  mi,  że  właśnie  wyszli  od  niego  trzej  chłopcy.  Mówił  o  was  prawda?  Spotkałem 

was jadąc do niego, mieliście ze sobą rowery. 

- Tak, proszę pana - powiedział Jupiter.   

- Usiądźcie, proszę - pan Bonestell wysunął krzesła przy stole pod oknem 

- Walter, co to wszystko znaczy? O co chodzi? - dopytywał się człowiek z pistoletem. 

-  Sam  nie  wiem.  Shelby,  czy  mógłbyś  odłożyć  ten  pistolet?  Broń  palna  działa  mi 

nerwy! 

Shelby  zawahał  się.  Wreszcie  podciągnął  nogawkę  i  wsunął  pistolet  do  kabury 

umocowanej na nodze pod kolanem. 

Pete otworzył szeroko oczy, ale nie powiedział ani słowa. Wszyscy trzej usiedli przy 

stole. 

-  Pan  Sebastian  mówił  mi,  że  widzieliście  podejrzanego  osobnika  w  pobliżu  banku  - 

powiedział pan Bonestell. 

- Czy możesz mi powiedzieć, o co chodzi?! - krzyknął Shelby. 

  Pan Bonestell westchnął. 

- Czy nie słuchałeś wiadomości przez radio? Dziś rano obrabowano bank. 

-  Obrabowano  bank?  Nie  słyszałem.  Nie  włączyłem  radia  w  samochodzie.  A  o  co 

chodzi z tymi dzieciakami? Nic nie rozumiem!   

Pan Bonestell opowiedział mu pokrótce przebieg rabunku. 

-  To  ja  wpuściłem  rabujących  do  banku.  Myślę,  że  policja  podejrzewa,  że  byłem  w 

zmowie  ze  złodziejami.  Bytem  nieostrożny  -  przyznał  z  głębokim  smutkiem.  -  Gdybym  się 

background image

uważniej  przyjrzał  temu  człowiekowi  przy  drzwiach,  zobaczyłbym,  że  to  obcy.  Ale  to  nie 

oznacza,  że  jestem  przestępcą.  W  całym  moim  życiu  nie  popełniłem  żadnej  nieuczciwości! 

Policja mnie jednak nie zna i dlatego muszę znaleźć kogoś, kto udowodni moją niewinność. 

-  Postaraj  się  o  adwokata,  Walterze  -  powiedział  Shelby,  kiwając  głową  z 

zadowoleniem człowieka, który zawsze znajduje właściwe wyjście. - Ale co to ma wspólnego 

z tymi chłopcami? Dlaczego cię podglądali? 

Pan Bonestell opuścił głowę. 

- Myślę, że też mnie podejrzewają - pochylił się do Jupitera. - Miałem nadzieję, że pan 

Sebastian  mi  pomoże.  Występował  w  audycji  telewizyjnej  Harry'ego  Traversa  w  zeszłym 

tygodniu.  Mówił  o  filmie,  dla  którego  skończył  właśnie  scenariusz  i  powiedział,  że  ludzie 

popadają w kłopoty, bo się znaleźli akurat w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. To 

tak  jak  ze  mną,  prawda?  Więc  pomyślałem  sobie,  że  może  pan  Sebastian  zainteresuje  się 

moim... moim przypadkiem. Jedna z sekretarek  w banku też tak myślała i znalazła dla mnie 

jego  adres  w  rejestrze  kredytowym.  On  ma  zastrzeżony  telefon,  chyba  dużo  sławnych  ludzi 

tak robi, więc pojechałem się z nim zobaczyć i... 

-  Walterze,  przestań  pleść  od  rzeczy!  -  huknął  na  niego  Shelby.  -  Kto  to  na  litość 

boską jest ten pan Sebastian? Jupe odchrząknął. 

-  Jest  pisarzem  i  scenarzystą.  Kiedyś  był  prywatnym  detektywem.  Dziś  rano  my  też 

byliśmy u niego. Ktoś upuścił w pobliżu banku portfel należący do pana Sebastiana i Bob, to 

jest właśnie Bob Andrews, go znalazł. 

-  Czekałem  na  autobus  po  drugiej  stronie  ulicy,  kiedy  złodziej  wszedł  do  banku       

wyjaśnił Bob. - Widziałem, jak pan go wpuszczał. 

-  Byliśmy  lekko  zdziwieni,  kiedy  zobaczyliśmy  rano,  że  przyjechał  pan  do  pana 

Sebastiana  -  powiedział  Pete.  -  Myśleliśmy,  że  są  jakieś  powiązania  między  wami  i...  i 

rabunkiem banku. 

Pete umilkł zaczerwieniony. 

- Teraz, jak to już na głos    wypowiedziałem, widzę, że to głupota - dodał po chwili. 

- Chciałem tylko prosić pana Sebastiana o pomoc - tłumaczył pan Bonestell.-

   

Ale on 

zaczął  pracować  nad  nową  książką  i  nie  ma  dla  mnie  czasu.  Podał  mi  nazwiska  kilku 

prywatnych  detektywów  w  Los  Angeles,  uważa  jednak,  że  powinienem  raczej  pójść  do 

adwokata.  Telefonowałem  dziś  do  kilku  mecenasów.  Wiecie,  ile  kosztuje  adwokat  albo 

prywatny detektyw?    Nie stać mnie ani na jednego, ani na drugiego. 

Jupiter    wyprostował się na krześle. 

- Proszę pana, być może przyjechaliśmy tu z pewnymi podejrzeniami, ale już ich nie 

background image

mamy. Myślę, że możemy panu pomóc. Widzi pan, my jesteśmy prywatnymi detektywami. 

Podał panu Bonestellowi kartę firmową Trzech Detektywów. 

- Jakie to osobliwe! - powiedział Shelby sarkastycznie, czytając nad ramieniem pana 

Bonestella. 

Nic w tym osobliwego - Jupe starał się mówić spokojnie - odnieśliśmy liczne sukcesy, 

których  mogą  nam  pozazdrościć  niejedne  konwencjonalne  agencje  detektywistyczne. 

Jesteśmy wolni od rutynowych uprzedzeń, w przeciwieństwie do starszych osób. Wierzymy, 

ż

e  niemal  wszystko  jest  możliwe  i  że  należy  iść  za  swoim  instynktem.  Proszę  pana,  nie 

wierzę, że mógł pan mieć jakikolwiek udział w obrabowaniu banku. Myślę że moi przyjaciele 

dzielą  moje  uczucia  -  tu  spojrzał  na  Boba  i  Pete’a,  którzy  przytaknęli.  -  Jeśli  pan  to 

zaakceptuje, Trzej Detektywi z przyjemnością zajmą się pana sprawą. 

Pan Bonestell wydał się zaambarasowany.   

- Jesteście tacy młodzi...   

- Czy to jest doprawdy tak upośledzające? - zapytał Jupe. 

Bonestell załamywał nerwowo ręce. 

- Powinienem się zwrócić do prawdziwej agencji, tylko... tylko...   

- Walterze, ile by cię to kosztowało? 

Shelby  przysunął  sobie  krzesło  do  stołu.  Wpatrywał  się  ponad  głowami  pana 

Bonestella i chłopców w swoje odbicie w ciemnej szybie okna. Odgarnął do tyłu jasne, proste 

włosy, zdjął okulary słoneczne i schował do kieszeni sztruksowej marynarki. 

-  Nie  wiem,  dlaczego  się  tak  martwisz  -  powiedział  w  końcu.  -  Zgodnie  z  waszym 

systemem sprawiedliwości jesteś niewinny, póki nie udowodnią ci winy. 

- Nie czuję się tak bardzo niewinny - odparł pan Bonestell. - Rzeczywiście wpuściłem 

tych złodziei. 

-  Nie  mogą  cię  za  to  wsadzić  do  więzienia  -  upierał  się  Shelby.  -  Ale  jeśli  się  tak 

denerwujesz, wynajmij tych chłopców. Nie wiem, jak zdołają udowodnić, że jesteś niewinny, 

ale może potrafią tego dopiąć. 

- Z pewnością się o to postaramy - przyrzekł Pete. 

-  Tacy  jesteście  chętni  do  przyjścia  mi  z  pomocą  -  powiedział  pan  Bonestell.  -  Nie 

potrafię wyrazić, ile to dla mnie znaczy. Tak niewielu miłych ludzi spotyka się w dzisiejszych 

czasach.  Myślę...  jeśli  rzeczywiście  możecie  mi  pomóc...  chcę  być  waszym  klientem. 

Najwyższy czas mieć kogoś po swojej stronie! 

background image

 

ROZDZIAŁ 5 

 

Historia pana Bonestella 

 

- To jest koszmar - pan Bonestell wodził palcem wzdłuż wzoru na ceracie, spoglądając 

to na Jupe'a, to na Boba, to na Pete'a. - Powiedzieli mi, żebym nie przychodził do pracy, póki 

sprawa rabunku nie zostanie wyjaśniona. Nie powiedzieli, że jestem złodziejem, ale mogłem 

wyczuć, co myślą. Jak śmią? Czy ja wyglądam na człowieka, który pomaga rabować banki? 

Czy ten dom wygląda jak melina przestępców? 

Chłopcy  spojrzeli  na  niego,  potem  na  czyściutką  kuchnię.  Jupiter  miał  ochotę  się 

uśmiechnąć. Nie mógł sobie wyobrazić pana Bonestella planującego napad na bank w gronie 

przestępców  spiskujących  w  tym  domu,  który  był  tak  czysty,  że  nie  miał  w  ogóle  żadnego 

charakteru. 

- O kurczę! - wykrzyknął Shelby. - Moje zakupy.   

Wyszedł na ganek i drzwi trzasnęły za nim. 

- Może zaczniemy od początku, panie Bonestell - powiedział Jupiter - Jeśli zechce pan 

opowiedzieć  nam  wszystko,  co  pan  zapamiętał  -  przebiegu  rabunku,  może  przypomną  się 

panu szczegóły, które przeoczył pan wcześniej. 

Nie wyglądało na to, żeby Pan Bonestell żywił jakąkolwiek nadzieję. 

- Sebastian powiedział, że kiedy się nie ma  alibi, trudniej udowodnić niewinność niż 

winę. 

- Czy jest pan pewien, że nie ma alibi? - zapytał Jupe. - Niech pan nad tym pomyśli. 

Gdyby pan pozostawał w zmowie z jednym ze złodziei, musiałby pan poświęcić sporo czasu 

na  zaplanowanie  wraz  z  nimi  tego  rabunku,  I  poznałby  pan  resztę  złodziei.  Czy  może  pan 

podać  rozkład  swoich  zajęć  przez  ostatnie  dwa  tygodnie?  Pan  Bonestell  potrząsnął  smutno 

głową. 

- Może mógłby pana w tym wyręczyć pański przyjaciel, Shelby? Zdaje się, że mieszka 

z panem. Czy może powiedzieć, co pan robił przez ostatnie parę dni? 

Pan Bonestell ponownie potrząsnął głową. 

-  Shelby  mieszka  ze  mną,  ale  niewiele  bywa  w  domu.  Jest  przedstawicielem  firmy 

komputerowej  “System  TX-4".  Podróżuje  po  kraju  i  pomaga  przedsiębiorstwom  w 

instalowaniu  systemu  TX-  4.  Nie  było  go  przez  cały  zeszły  tydzień.  Pracował  we  Fresno, 

background image

gdzie kupiono system rachunkowości od jego firmy. Właśnie przed chwilą wrócił. Nawet jeśli 

jest  w  domu,  nie  zwraca  na  mnie  uwagi.  Był  wobec  mnie  o  wiele  bardziej  przyjacielski,, 

kiedy ja także pracowałem dla TX.                                                                       

- Pracowaliście razem? - zapytał Jupe.                                               

-  Tak,  pracowałem  dla  “Systemu  TX"  po  przejęciu  przez  nich  wytwórni  maszyn 

biurowych  Jonesa-Templetona.  -  Po  raz  pierwszy  cień  dumy  pojawił  się  na  twarzy  pana 

Bonestella.  -  Trzydzieści  lat  przepracowałem  u  Jonesa-Templetona.  Zacząłem  zaraz  po 

wojnie  od  noszenia  poczty.!  Potem  pracowałem  w  zaopatrzeniu  i  powoli  piąłem  się  w  górę. 

Byłem  nawet  zastępcą  kierownika  działu,  w  którym  mieliśmy  dwanaście  osób.  To  było  w 

czasach,  kiedy  dzieci  dorastały.  Miałem  dobrą  pracę  i  moje  dzieci  miały  dobre  życie. 

Stabilne, wiecie. Bez tych ciągłych przeprowadzek, jak to bywa u niektórych. 

Wstał  i  poszedł  do  sąsiedniego  pokoju.  Wrócił  po  chwili  z  fotografią  w  ramce. 

Pochodziła z czasów, kiedy był młodym mężczyzną z czarnymi gęstymi włosami, obok stała 

jasnowłosa kobieta o okrągłej twarzy i dwoje dzieci. 

- Moja żona, Eleanor. Pobraliśmy się rok po wojnie. Umarła na zawał serca cztery lata 

temu. Była jeszcze bardzo młoda.   

Urwał i odchrząknął. 

- Tak mi przykro - powiedział Jupiter. 

- Tak, no cóż, zdarza się. Dzieci tymczasem wyszły już z domu i zostałem samotny. 

Mój syn jest koordynatorem produkcji w firmie elektronicznej w Sannydale, a Debra wyszła 

za  mąż.  Jej  mąż  pracuje  w  zakładzie  ubezpieczeń.  Mieszkają  w  Bakersfield.  Mają  dwoje 

dzieci. 

Tak  więc,  nie  mogę  narzekać.  Odchowałem  dwoje  dzieci  i  wiedzie  im  się  dobrze. 

Tylko  wolałbym,  żeby  mieszkali  bliżej.  Ale  się  nie  złożyło.  Do  domu  już  nie  wrócą,  więc 

kiedy pracowałem jeszcze w TX-4, zacząłem się rozglądać za lokatorem, żeby sobie obniżyć 

koszty. Shelby, Shelby Tuckerman, szukał mieszkania i zamieszkaliśmy razem... 

Drzwi na ganek otworzyły się i wszedł Shelby, dźwigając papierową torbę. Podszedł 

do lodówki i zaczął wkładać pudełka mrożonek do zamrażalnika. 

- Wróćmy do wczorajszego wieczoru - odezwał się Jupiter po chwili - Czy zechciałby 

pan opowiedzieć nam wszystko, co zaszło?   

-  Dobrze,  jeśli  uważacie,  że  to  wam  pomoże.  Na  początku  nie  działo  się  nic 

niezwykłego.  Pracuję  tam  już  prawie  rok.  Przychodzę  w  południe,  zajmuję  się  tym  i  owym, 

niczym ważnym. Wziąłem tę pracę tylko dlatego, że mi się nudziło w ciągu dnia od przejścia 

na  emeryturę.  W  TX  zastąpił  mnie  komputer.  Tak  więc  jestem  teraz  kimś  w  rodzaju 

background image

człowieka  od  wszystkiego,  w  mundurze.  Po  zamknięciu  banku  dozoruję  sprzątaczy.  To  nie 

trwa  długo.  Zazwyczaj  kończą  sprzątanie  około  szóstej.  Wypuszczam  sprzątaczy,  zamykam 

za nimi i jeszcze raz sprawdzam, czy wszystko jest w porządku. Potem wychodzę. W banku 

nie ma nocnego stróża. Nie jest potrzebny, skoro mają automatyczny zamek do skarbca. Nikt 

się  do  niego  nie  dostanie  bez  uruchomienia  alarmu,  a  to  sprowadzi  mu  zaraz  na  kark 

wszystkie gliny w mieście. 

- Dlatego złodzieje więzili pana całą noc - wtrącił Bob. - Dopóki automatyczny zamek 

się nie odblokował, nic nie mogli zrobić. 

-  Słusznie  -  pan  Bonestell  skinął  głową.  -  Było  ich  trzech  i  oczywiście  znali  nasz 

system.  Musieli  gdzieś  czekać  i  widzieć,  jak  sprzątacze  wychodzą  i  jadą  windą  na  górę. 

Wtedy  jeden  z  nich  podszedł  do  drzwi  i  zapukał.  W  holu  nie  jest  zbyt  jasno,  więc  jak 

zobaczyłem  człowieka  w  kombinezonie  z  masą  siwych  rozczochranych  włosów  i  w  czapce 

nasuniętej  na  oczy,  myślałem,  że  Ralf  po  coś  wrócił.  Otworzyłem  drzwi  i  dopiero  kiedy 

wszedł, zobaczyłem, że to nie jest Ralf. Miał rewolwer, więc było za późno żeby cokolwiek 

zrobić. 

Zaraz  potem  nadeszli  następni  dwaj.  Nosili  peruki,  fałszywe  brody  i  wąsy.  Zmusili 

mnie  do  pójścia  z  nimi  do  sali  konferencyjnej,  gdzie  nikt  nas  nie  mógł  widzieć  z  ulicy. 

Trzymali  mnie  tam  przez  całą  noc.  Nawet  nie  zbliżyli  się  do  skarbca.  A  gdy  rano  zaczęli 

przychodzić  urzędnicy,  zganiali  ich  wszystkich  do  sali  konferencyjnej.  Kiedy  przyszedł  pan 

Henderson, okazało się,  że wiedzą, kim jest i że tylko on zna kombinację otwierającą drzwi 

skarbca. Jak tylko zwolnił się zamek uruchamiający alarm, kazali mu otworzyć skarbiec. 

Shelby Tuckerman usiadł obok Pete'a. 

-  Myślę,  że  któryś  z  sąsiadów  cię  szpiegował  -  powiedział.  -  Albo  któryś  z  tych 

starych pryków w klubie seniorów wpadł na pomysł, że bank da się łatwo obrobić. 

Pan Bonestell popatrzył na niego z irytacją. 

- Shelby, rozpoznałbym sąsiada albo przyjaciela. Nie znam tych ludzi. To byli obcy. 

Shelby wstał i postawił czajnik na kuchence. 

- Byli przebrani, prawda? Myślę, że nie zaszkodzi, żeby ci chłopcy mieli sąsiadów na 

oku. To nie jest najlepsze towarzystwo. 

- A ty niby jesteś z lepszego towarzystwa? - obruszył się pan Bonestell. 

- Jest oczywiste, że nie chce pan podejrzewać swoich sąsiadów - wtrącił Jupiter - ale 

istotnie  wygląda  na  to,  że  ktoś  był  dobrze  rozeznany  w  rutynowym  trybie  spraw  w  banku. 

Czy jest pan pewien, że nie był pan ostatnio obserwowany? Czy ktoś nie wypytywał pana o 

pańską pracę? 

background image

-  Nie  -  pan  Bonestell  wyglądał  na  kompletnie  załamanego.  Woda  zagotowała  się  w 

czajniku i Shelby zrobił sobie kawę. Wrócił do stołu i popijając czarny płyn, spoglądał to na 

Jupe'a, to na pana Bonestella. 

- Być może będziemy musieli udowodnić winę komuś innemu, nim zdołamy wykazać, 

ż

e pan jest niewinny - powiedział Jupiter. - Możliwe, że mamy już pewną poszlakę. 

- Poszlakę? - pan Bonestell ożywił się. - Jaką? 

-  W  tej  chwili  nie  jestem  jeszcze  niczego  pewien.  Lepiej  więc  na  razie  o  tym  nie 

mówić. Przeprowadzimy niezbędne dochodzenie i zatelefonujemy do pana za dzień lub dwa. 

Jeśli pan tymczasem zauważy u któregoś ze swoich znajomych jakieś niezwykłe zachowanie 

lub  zbytnią  ciekawość,  proszę  dać  nam  znać.  Numer  telefonu  jest  na  odwrocie  naszej  karty 

firmowej. 

- Tak, oczywiście. 

Po tym chłopcy wyszli. Gdy tylko drzwi zamknęły się za nimi, Bob zapytał: 

- Poszlaka? Masz na myśli portfel? To jest poszlaka? 

-  Bardzo  nikła,  ale  to  jedyne,  co  mamy  -  odpowiedział  Jupe.  -  Myślę,  że  możemy 

wykluczyć z listy podejrzanych pana Bonestella i pana Sebastiana. Jeśli jednak ślepy żebrak 

ma powiązania z rabunkiem, pan Sebastian musiał wejść z nim w jakiś kontakt. Jego portfel 

jest nicią wiodącą do żebraka. Warto więc pójść po niej. 

-  Masz  rację  -  powiedział  Pete  -  tylko  staraj  się  na  przyszłość  unikać  miejsc,  gdzie 

mierzą do nas z pistoletu. Okay? 

background image

 

ROZDZIAŁ 6 

 

Straszny sen 

 

Następnego dnia Bob wyruszył z Rocky Beach przed dziewiątą rano. pchał na rowerze 

wzdłuż  szosy  nadbrzeżnej  do  Santa  Monica.  Jego  zadaniem  było  wypytać  w  sklepach  w 

pobliżu banku, czy widziano po rabunku niewidomego. Potem czekała go praca w bibliotece 

w Rocky Beach. 

Jupiter  i  Pete  odprowadzili  Boba  do  szosy  i  skierowali  się  na  północ.  O  wpół  do 

dziesiątej mijali Malibu i pedałowali po stromym stoku, wznoszącym się za miastem. Potem 

puścili się w dół do przystani klubu wędkarskiego Denicoli. 

Zatrzymali  się  na  poboczu  szosy,  naprzeciw  pomostu  przystani.  Widzieli  to  miejsce 

tysiące  razy,  podróżując  szosą  to  w  jedną,  to  w  drugą  stronę,  ale  nigdy  nie  zwracali  na  nie 

większej  uwagi.  Klub  Denicoli  był  po  prostu  jednym  z  miejsc,  do  którego  ściągali 

rybacy-amatorzy.  Teraz  przy  drodze  stało  kilka  przyczep  kempingowych  i  furgonetek,  a  po 

plaży  snuła  się  gromada  wędkarzy.  Mimo  chłodnego  wiosennego  wiatru  kilku  odważnych 

pływało na deskach surfingowych. 

- Dobry dzień na surfing - powiedział Pete z zazdrością. Był świetny w tym sporcie i 

sam by chętnie wyruszył na morze ze swoją deską. 

Jupe  nie  interesował  się  jednak  surfingiem.  Przyglądał  się  przystani  przymocowanej 

do pomostu łodzi rybackiej. Nazywała się “Maria III". Była mocna, dobrze utrzymana, miała 

około pięćdziesięciu stóp długości, nad otwartym pokładem dla wędkarzy wznosił się mostek 

sternika.  Luk  na  pokładzie  był  otwarty,  pochylał  się  nad  nim  młody  człowiek  w  niebieskiej 

wiatrówce, grzebiąc w silniku. 

Po  drugiej,  północnej,  stronie  pomost  miał  niższy  poziom,  na  który  prowadziły 

okrętowe  schodki.  Tam  stała  uwiązana  łódź  wiosłowa.  Na  głębokiej  wodzie  kołysała  się 

przymocowana do lśniącej boi biała motorówka z zakrytym kokpitem. 

- To musi być ślizgacz pana Sebastiana - powiedział Jupe. 

Mhm - Pete nie odrywał oczu od surfujących. 

Jupe uśmiechnął się, odstawił rower i przeszedł na drugą stronę szosy   

Do  przystani  prowadziła  droga  dojazdowa.  Na  lewo  od  niej  znajdował  się  mały  plac 

parkingowy,  w  tej  chwili  pusty.  W  prawo  biegło  rozwidlenie  wiodące  do  białego, 

background image

drewnianego  domu,  krytego  wyblakłym,  szarym  gontem.  Ktoś  zaparkował  przy  nim 

samochód  combi.  Dalej,  między  domem,  a  przystanią,  stała  budka,  w  której  mieściło  się 

biuro.  Trzy  jej  ściany  były  przeszklone,  drzwi  znajdowały  się  od  strony  doku.  Przez  okna 

Jupe  zobaczył  siedzącą  przy  biurku  siwowłosą  kobietę  w  czarnej  sukni,  która  przeglądała 

jakieś  księgi.  Druga,  młodsza  kobieta  z  masą  kędzierzawych  rudych  włosów,  rozmawiała 

przez telefon. 

Jupe  zbliżył  się  do  biura,  uśmiechnął  się  przez  szybę  do  rudowłosej  i  wszedł  do 

ś

rodka. 

W  biurze  pachniało  morską  wodą,  gumowym  obuwiem,  wodorostami  i  pleśnią.  Pod 

ś

cianą stała drewniana ławka i stolik, na którym leżały broszury, reklamujące sport wędkarski 

i wycieczki do wysp Channel. Rudowłosa kobieta przykryła dłonią słuchawkę. 

- Za chwilę się tobą zajmę - powiedziała. 

- Nie spieszę się. 

Podniosła  głowę  i  Jupe  poczuł  na  sobie  jej  przeszywające  spojrzenie.  Przebiegł  go 

dreszcz  lęku.  W  ciemnych  oczach  kobiety  czaiła  się  jakaś  szczególna  wiedza,  jakby  czytała 

jego myśli. Ale jej bezwiedny uśmiech zdawał się świadczyć, że nie jest świadoma wrażenia, 

jakie wywiera jej spojrzenie. Po chwili wróciła do swoich ksiąg. 

Jupe  poczuł  się  nieswojo,  odwrócił  się  do  okna  i  patrzył  na  dok.  Młody  człowiek  w 

wiatrówce skończył przegląd silnika “Marii III". Zamknął luk, wskoczył z pokładu na pomost 

i szedł w stronę biura pogwizdując. 

-  Dobrze  -  powiedziała  ruda  do  słuchawki.  -  Oczekujemy  czterdziestu  trzech  osób  w 

sobotę. Jeśli miałoby przyjechać więcej, proszę dać mi znać. 

Odłożyła słuchawkę, a w tym samym momencie młody człowiek w wiatrówce wszedł 

do biura. 

- Czym ci mogę służyć? - zwróciła się do Jupitera. 

-  Chciałem  zapytać,  czy  przypadkiem  nie  znalazła  pani  portfela?  Może  ktoś  go  tu 

zwrócił? Dzień lub dwa temu pan Sebastian zgubił portfel na przystani. 

- Pan Sebastian? Był tu ostatnio? Nie widziałam go. Czy podwoziłeś go

 

do boi, Ernie? 

Sprawdź łódkę. Może jest tam jego portfel. 

-  Nie,  nie  ma  -  odpowiedział  Ernie.  -  Pan  Sebastian  był  tu  dwa  dni  temu.  Po 

przewiezieniu go z powrotem do przystani wyczerpywałem wodę z łódki. Znalazłbym portfel, 

gdyby go w niej zgubił. 

Spojrzał na Jupe'a ze zdziwieniem. 

- Dlaczego pan Sebastian sam tu nie przyjechał? Albo nie telefonował? 

background image

- Jest bardzo zajęty. Przez ostatnie dwa dni był w kilku miejscach i nie pamięta, kiedy 

ostatnim razem miał portfel w ręku. Zgodziłem się zajrzeć tutaj    w jego zastępstwie. Zawsze 

lepiej  sprawdzić  takie  rzeczy  osobiście.  Przez  telefon  ludzie  cię  zbywają,  nie  zadając  sobie 

trudu, żeby się rozejrzeć. 

Jupe zamierzał powiedzieć, że pan Sebastian natknął się na siwowłosego człowieka w 

ciemnych okularach i z blizną na twarzy, ale nim zdążył opisać niewidomego żebraka, starsza 

kobieta spojrzała na niego. 

- Pytasz o portfel - powiedziała. - To dziwne. Zeszłej nocy śnił mi się portfel. 

Młodsza uśmiechnęła się. 

-  Moja  teściowa  jest  przerażającą  osobą  -  zwróciła  się  do  Jupitera.  Czasami  miewa 

sny, które się sprawdzają. 

-  To  nie  ja  jestem  przerażająca  -  starsza  kobieta  mówiła  z  lekkim  obcym  akcentem, 

który teraz był bardziej wyczuwalny. - Moje sny bywają czasem przerażające. Ostatniej nocy 

ś

niło  mi  się,  że  przyszedł  tu  obcy  człowiek.  Podniósł  z  ziemi  portfel  i  schował  szybko  do 

kieszeni. 

- To był dziwny człowiek. Miał siwe włosy jak mój Vincenzo przed śmiercią, ale nie 

był taki niski i stary jak  Vincenzo. Nosił ciemne  okulary. Na

 

twarzy  miał  bliznę, jakby ktoś 

go okaleczył. Odnajdował sobie drogę laską jak niewidomi, ale wiedział, że na niego patrzę. 

Zagrażał  mi,  wyczuwałam  grożące  mi  z  jego  strony  niebezpieczeństwo.  To  byt  sen  zły  i 

bardzo realny. 

Ernie wydał odgłos, jakby z trudem łapał powietrze. Jupe spojrzał na niego. Ernie był 

blady i drżał lekko. 

- Co z tobą Ernie? - zapytała młodsza kobieta. - Czy ten człowiek ze snu przypomina 

ci kogoś? 

-  Ach,  nie!  -  zaprzeczył  Ernie  szybko  i  trochę  zbyt  głośno.  -  Po  prostu  robi  mi  się 

straszno, kiedy pani Denicola opowiada sny. 

- Rozumiem cię - powiedziała rudowłosa.   

Zapadło  milczenie.  Potem  Jupe  podziękował  obu  paniom  i  wycofał  siej  z  biura. 

Poszedł  szybko  na  drugą  stronę  szosy,  gdzie  Pete  wciąż  rozmarzonym  wzrokiem  przyglądał 

się surfującym.                                                           

- Trafiliśmy w dziesiątkę! - zawołał Jupe. - Starsza pani w biurze to pani Denicola, a 

młodsza jest jej synową i mówi, że stara pani ma prorocze sny.                                                                                                             

- Chcesz powiedzieć, że śni jej się to, co ma się stać? 

- Tak. Ale jej się śni także to, co już się stało. Właśnie miała sen o człowieku, który 

background image

znalazł  portfel  i  schował  go  do  kieszeni.  Ten  człowiek  odnajdywał  sobie  drogę  laską  jak 

ś

lepiec i ona czuła, że on jej w jakiś sposób zagraża. 

Pete wzdrygnął się. 

- Zmyślasz! 

- Nie. Powtarzam ci dokładnie, co mówiła. Ona się boi, a ten facet, co przedtem kręcił 

się przy łodzi, też. Jak opowiadała o śnie, zesztywniał ze strachu. On coś wie o niewidomym i 

nie chce, żeby ktoś wiedział, że on wie! Ma coś wspólnego z naszą zagadką. Zamierzam się 

dowiedzieć, co! 

 

background image

ROZDZIAŁ 7 

 

Pete uczestniczy w wiecu 

 

Pete sam zdecydował, że zostanie na miejscu, by poobserwować Erniego. 

-  Jeśli  on  coś  kombinuje,  lepiej  się  dowiedzieć,  co  to  takiego,  a  ciebie    już  widział. 

Wyda mu się podejrzane, że się wciąż tu snujesz. Mnie nie zna, więc mogę nawet podejść do 

niego blisko. Nie zwróci na mnie uwagi. 

- Bądź ostrożny - przestrzegł go Jupiter. 

- Wiesz, że zawsze jestem ostrożny, czego nie można powiedzieć o tobie. 

Kiedy Jupe odjechał, Pete przeciął szosę i poszedł spacerkiem na plażę. Podprowadził 

rower pod pomost, który tu, bliżej wody, wznosił się nad piaskiem dostatecznie wysoko, żeby 

chłopiec  mógł  pod  nim  stanąć,  i  przypiął  swój  pojazd  do  pala.  Starał  się  nie  okazywać 

ż

adnego  zainteresowania  przystanią.  Gdyby  go  ktoś  obserwował,  pomyślałby,  że  po  prostu 

szuka bezpiecznego miejsca na zostawienie roweru. 

Przeszedł kawałek plażą, minął kilku wędkarzy, usiadł na piasku i patrzył na wodę w 

stronę, gdzie stała “Maria III". Ernie był już tam znowu. Polerował mosiężne części. 

Ranek  minął  dość  przyjemnie.  Przyszła  grupa  dzieci  pobawić  się  w  piasku.  Pete 

zorientował się, że są to miejscowe dzieci i zaczął je wypytywać. Powiedziały mu, że Ernie 

mieszka  z  dwoma  przyjaciółmi  w  małym  domku  tuż  przy  szosie.  Rozmawiają  ze  sobą  w 

jakimś  obcym  języku.  Pete  odczuł  zadowolenie  z  siebie.  Jupe  nie  zdołałby  zebrać  lepszych 

informacji. 

Poszedł  następnie  do  małego  centrum  handlowego  w  pobliżu  przystani,  żeby  się 

posilić  sandwiczem,  a  potem  wrócił  na  plażę.  Całe  popołudnie  obserwował  Erniego.  Krótko 

po piątej Ernie zszedł z pomostu i ruszył poboczem wzdłuż szosy. Pete powędrował za nim w 

pewnej odległości. 

Ernie  skierował  się  wprost  do  małego  zrujnowanego  domu,  stojącego    frontem  do 

szosy  tuż  na  jej  skraju.  Wsparty  na  palach  tył  budynku  wystawał  nad  plażę.  Kiedy  znikł 

wewnątrz  odrapanego  domku,  Pete  przystanął  i  zastanawiał  się,  co  robić  dalej.  Jak  może 

dowiedzieć się czegoś wiece o człowieku, który prawdopodobnie zna żebraka? 

Szosą  nadjeżdżała  stara,  rozklekotana  ciężarówka.  Zjechała  na  pobocze  naprzeciw 

domku  Erniego  i  z  szoferki  wyskoczył  młody  mężczyzna  Pomachał  ręką  do  szofera, 

background image

wykrzykując podziękowania, przeciął szosę i wszedł do domu. Ciężarówka pojechała dalej. 

Kilka  minut  później  zjawił  się  drugi  młody  człowiek.  Zajechał  wiekowym  buickiem 

na zarośnięty chwastami placyk przy domu i wszedł do środka zatrzaskując za sobą drzwi. 

Na  plaży  zostało  tylko  kilku  rybaków.  Słońce  chyliło  się  ku  zachodowi,  Pete 

zdecydował,  że  zostanie  tu  jeszcze  dziesięć  minut,  a  potem  wróci  po  rower  i  pojedzie  do 

domu. 

Ledwie  zdążył  podjąć  tę  decyzję,  drzwi  domku  otworzyły  się  i  wszyscy  trzej  jego 

mieszkańcy wyszli na szosę. Pete ruszył za nimi. Minęli przystań Denicoli, przeszli na drugą 

stronę szosy i zaczęli mozolną wspinaczkę krętą drogą na wzgórze. Na szczycie stał budynek, 

a tablica na stoku głosiła, że jest to motel “Nad Oceanem". 

Ernie  i  jego  przyjaciele  dotarli  już  na  szczyt,  gdy  w  drogę  dojazdową  do  motelu 

skręcił samochód. Za nim zaczął się piąć w górę następny. Potem nadjechał trzeci i zatrzymał 

się  przy  szosie.  Wysiadła  z  niego  para  i  ruszyła  w  górę,  a  w  tym  samym  momencie  dwaj 

motocykliści wjechali na stromą drogę z rykiem silników. 

Pete patrzył za nimi i dumał. Kiedy na pobocze przy drodze zjechała furgonetka pełna 

młodych  ludzi,  zdecydował  się  działać.  Właśnie  gdy  przechodził  na  drugą  stronę  szosy,  na 

poboczu  drogi  zatrzymał  się  mały  sedan.  Wysypało  się  z  niego  kilkoro  ludzi:  mężczyzna, 

kobieta  w  średnim  wieku  i  dwóch  nastolatków.  Para  poszła  przodem  w  górę  drogi,  dwaj 

chłopcy za nimi, a parę kroków w tyle Pete. 

Wspiął  się  za  rodziną  na  szczyt  wzgórza,  obszedł  dookoła  motel,  parking  i  teren  z 

basenem  kąpielowym.  Na  tę  stronę  wychodziły  drzwi  wszystkich  pokoi  motelowych.  Nad 

każdymi  drzwiami  paliły  się  światła.  Na  tarasie  wokół  basenu  i  częściowo  na  czarnej 

nawierzchni  parkingu  ustawione  były  rzędy  krzeseł.  Na  trawniku  za  basenem  Ernie  i  jego 

przyjaciele  montowali  olbrzymie  sztalugi  i  ustawiali  na  nich  wielkie  fotografie.  Pierwsza  z 

nich  była  biało-czarnym  portretem  siwego  mężczyzny  w  wyszukanym  mundurze,  obszytym 

obficie  galonami. Na widok trzeciego zdjęcia, Pete'owi odebrało dech. Była to powiększona 

fotografia  mężczyzny  o  siwych,  kędzierzawych  -  włosach  i  z  blizną  biegnącą  od  kości 

policzkowej  po  brodę.  Oczy  skrywały  ciemne  okulary.  Wyglądał  dokładnie  tak,  jak  opisany 

przez Boba żebrak. 

Pete  zaczął  się  denerwować.  Pomyślał,  że  nie  powinien  tutaj  przebywać.  Poczuł   

przemożną  chęć  ucieczki,  ale  wiedział,  że  Jupe  by  mu  tego  nigdy  nie  darował.  Za  chwilę 

zacznie się tu jakieś zebranie i Pete miał szansę dowiedzieć się, kim jest mężczyzna z blizną. 

Spotkanie było wyraźnie otwarte, bo nikt nie okazywał żadnych biletów. Nikt też nie zwracał 

na niego uwagi. Chyba mógł tu bezpiecznie pozostać, pod warunkiem, że będzie zachowywał 

background image

się cicho i udawał, że należy do zebranych. 

Zajął  jedno  ze  składanych  krzeseł  i  kiedy  tęgi,  zdyszany  wspinaczką,  mężczyzna 

usiadł koło niego, zdobył się na przyjacielski uśmieszek.   

Zebranych  przybywało.  Ponieważ  wszystkie  miejsca  były  już  zajęte,  siadali  na 

schodach  przed  biurem  motelu  i  na  murku  obok  basenu.  W  motelu  było  jasno  i  Pete  dziwił 

się, że jest otwarty poza sezonem. 

Wreszcie,  przy  zupełnym  prawie  mroku  na  dworze,  Ernie  wszedł  na  małą  mównicę, 

ustawioną  przed  rzędami  krzeseł.  Od  strony  motelu  nadszedł  jeden  z  jego  przyjaciół,  niosąc 

chorągiew  z  niebieskiej  satyny  obramowanej  złotem  i  z  wiązką  złotych  liści  dębowych 

pośrodku.   

Jakaś kobieta spośród zebranych zaczęła śpiewać, przyłączyła się do niej druga, potem 

mężczyzna.  Wkrótce  wszyscy  wstali  i  śpiewali.  Pieśń  narastała  majestatycznie,  Pete  wstał 

również  i  udawał,  że  śpiewa.  Nigdy  nie  słyszał  tej  melodii,  ale  brzmiała  jak  jakaś  pieśń 

bojowa  lub  hymn  narodowy.  Kiedy  się  skończyła,  wszyscy  usiedli,  pokasłując  i  szurając 

krzesłami, a Ernie zszedł z mównicy. 

Jego  miejsce  zajął  starszy  pan  i  zaczął  przemawiać  po  hiszpańsku.  Pete  jęknął  w 

duchu. Nie rozumiał ani słowa! Gdyby Jupe tu był! 

Z  początku  głos  mówcy  był  ściszony.  Potem  nabrał  na  sile  i  mówiący  wymachiwał 

pięścią,  jakby  groził  zebranym  lub  komuś,  kto  był  gdzieś  dalej  poza  kręgiem  świateł  na 

wzgórzu. 

Skończył  i  wśród  owacji  zszedł  z  mównicy.  Z  widowni  wyszła  młoda  kobieta  z 

długimi  jasnymi  włosami.  Stanęła  przed  zebranymi  i  wykrzykiwała  coś,  co  brzmiało  jak 

slogan. Widzowie klaskali i gwizdali, niektórzy tupali. 

Kobieta  podniosła  ręce  i  wszyscy  się  uciszyli.  Zaczęła  przemawiać.  Mówiła 

płomiennie,  poruszając  się  tanecznie  i  wskazując  ustawione  za  nią  fotografie.  Ilekroć 

wyciągała rękę w stronę fotografii człowieka z blizną, na widowni podnosił się ryk. 

Kiedy  skończyła,  znowu  rozległy  się  oklaski  i  gwizdy.  Na  mównicę  wrócił  Ernie  i 

tłum uciszył się stopniowo. Następnie, ku przerażeniu Pete'a, Ernie zaczął wywoływać ludzi z 

widowni,  zachęcał  ich,  żeby  wstawali  i  przemawiali.  Robili  to,  mówiąc  zawsze  po 

hiszpańsku.  Najpierw  wystąpił  mężczyzna  z  pierwszego  rzędu,  potem  jakaś  kobieta  z 

widowni,  następnie  chłopiec,  siedzący  na  schodach  motelu.  Ilekroć  ktoś  wstawał,  Ernie 

krzyczał aprobująco, śmiał się i klaskał. 

Następnie Ernie wskazał Pete'a i siedzący obok niego utkwili w nim wzrok. 

Pete potrząsnął głową, ale jego sąsiad wziął go za łokieć i przynaglał, żeby wstał. 

background image

Czując  się  jak  w  koszmarnym  śnie,  Pete  podniósł  się  wolno  z  krzesła.  Wiedział,  że 

musi szybko coś wymyślić, ale jego mózg był całkowicie sparaliżowany.                                                                                                       

Ernie  powiedział  coś  i  przez  widownię  przebiegł  śmiech.  Potem  zaległa  cisza  i 

wszystkie twarze zwróciły się do Pete'a wyczekująco.                         

Chciał  uciec.  Chciał  się  wydostać  z  tego  tłumu  i  biec  w  dół  drogą,  uciekać,  nim  ci 

ludzie się zorientują, że jest szpiegiem. 

Mężczyzna obok niego powiedział coś cicho. Czy to było pytanie? Może groźba?                                                                                                   

Nagle  Pete  położył  rękę  na  szyi.  Otworzył  usta  i  wskazując  na  nie  wydał  dźwięki 

jakby płukał gardło. Potem potrząsnął głową. 

- Aha! - powiedział mężczyzna obok. - Laryngitis!   

Pete kiwnął głową i wymusił uśmiech. Ktoś się roześmiał. Pete usiadł z ulgą, czując, 

ż

e  słabnie.  Sąsiad  poklepał  go  współczująco.  Ludzie  odwrócili  głowy.  Ernie  rzucił  jakąś 

uwagę  i  wskazał  inną  osobę.  Potem  Ernie  i  jego  przyjaciele  rozdali  wśród  rzędów  krzeseł 

koszyki.  Jasnowłosa  kobieta  znowu  przemawiała,  najwyraźniej  nawołując  zebranych  do 

hojności.                                                                                                                     

Kiedy  koszyk  dotarł  do  Pete'a,  był  już  wypełniony  kopiasto  banknotami.  Chłopiec 

położył  na  wierzchu  dolara  i  podał  koszyk  dalej.  Nagle  ktoś  krzyknął  coś  od  strony  drogi  i 

koszyk prędko znikł. 

Powstało  zamieszanie  i  przed  widownią  pojawił  się  Ernie  wraz  z  innymi  dwoma 

mężczyznami,  nieśli  gitary  i  akordeon.  Ernie  uderzał  w  struny  gitary,  akordeonista  podjął 

melodię, a jasnowłosa kobieta zaczęła śpiewać. 

Do  śpiewu  przyłączyła  się  cała  widownia.  Melodia  była  przyjemna  i  prosta  jak 

piosenka dla dzieci. 

Nagle Pete usłyszał ryk motoru. Odwrócił się. Drogą nadjeżdżał szybko na motocyklu 

policjant z patrolu drogowego. 

Ś

piew załamał się i ucichł. 

Policjant zsiadł z motocykla i przeszedł przez trawnik obok mównicy. 

-  Przepraszam  państwa  za  najście.  Kto  jest  tu  odpowiedzialny  za  to  zgromadzenie? 

Ernie wstał. 

- Ja. O co chodzi? Pan Sanderson udzielił nam pozwolenia na odbycie tu próby. 

- Sanderson? - policjant spojrzał w stronę biura. - To jest właściciel tego motelu? 

- Tak, wynajęliśmy u niego świetlicę. Czy chce pan zobaczyć umowę? 

-  Nie.  Wierzę  wam.  Ale  to  nie  jest  świetlica.  A  czy  Sanderson  powiedział  wam,  że 

motel  nie  odpowiada  wymogom  bezpieczeństwa?  Jak  myślicie,  dlaczego  go  zamknięto? 

background image

Grunt  jest  podmokły  po  deszczach  i  wzgórze  może  się  w  każdej  chwili  obsunąć.  Co  wy  tu 

właściwie robicie? Kim właściwie jesteście, wy wszyscy? 

Uśmiech Erniego był rozbrajająco niewinny. 

-  Przygotowujemy  się  do  występu  na  festiwalu  muzyki  ludowej  w  Coloseum 

dwudziestego siódmego.   

Policjant spojrzał na widownię. 

- Wszyscy? Wszyscy tutaj mają próbę przed tym występem? 

- To jest festiwal, w którym uczestniczą duże zespoły amatorskie - odpowiedział Ernie 

cierpliwie. - A pan Sanderson istotnie mówił nam, że wzgórze jest niestabilne. Ale było już za 

późno  na  odwołanie  próby.  Niektóry  przyjechali  aż  z  laguny,  więc  zdecydowaliśmy  odbyć 

próbę na dworze. tak jest bezpieczniej. Nawet jeśli motel się zawali, nikomu nic się nie stanie. 

-  Na  to  nie  można  liczyć  -  powiedział  policjant  i  podnosząc  głos,  zwrócił  się  do 

zebranych:  -  Przykro  mi,  ale  muszę  państwa  prosić  o  jak  najszybsze  opuszczenie  tego 

miejsca. Bez paniki, ale naprawdę istnieje pewne ryzyko i należy się stąd oddalić. Proszę się 

rozejść. Mniejsza o krzesła. Zostawcie to wszystko i idźcie. 

Tłum  zaczął  się  wylewać  na  drogę  spokojnie  i  z  zachowaniem  porządku.  Idąc  ze 

wszystkimi, Pete usłyszał, jak Ernie mówi do policjanta:           

- Czy może mi pan dać czas na spakowanie instrumentów?   

Pete  kręcił  z  niedowierzaniem  głową.  Nie  mógł  się  doczekać  żeby  opowiedzieć 

wszystko Jupe'owi.                                                               

background image

 

ROZDZIAŁ 8 

 

Nowe tropy 

 

- Nie wiem, o co chodziło - mówił Pete - ale stawiam całe kwietniowe kieszonkowe, 

ż

e to nie ma nic wspólnego z pieśniami ludowymi. 

Działo  się  to  następnego  rana,  Pete  siedział  nachmurzony  na  podłodze  Kwatery 

Głównej. 

-  Nie  będę  się  z  tobą  zakładał  -  powiedział Jupe.  Przed  nim  leżała  gazeta  otwarta  na 

stronie  przynoszącej  program  imprez.  -  Dwudziestego  siódmego  w  Coloseum  jest  pokaz 

zwierząt hodowlanych. 

Bob siedział na stołku przy zasłonie odgradzającej laboratorium kryminalne. Z Santa 

Monica  wrócił  wczoraj  zniechęcony.  Niczego  o  ślepym  żebraku  nie  zdołał  się  dowiedzieć. 

Relacja Pete'a podniosła go na duchu. Przeglądał uważnie atlas świata. 

Sztandar,  który  demonstrowali  na  tej  próbie,  czy  też  wiecu,  nie  jest  flagą  Meksyku. 

Nie był to również sztandar narodowy Hiszpanii ani żadnego kraju Ameryki Centralnej. 

- Może to nie jest flaga żadnego kraju, tylko sztandar jakiejś organizacji - rzucił Jupe. 

- Jest! - wybuchnął Bob nagle.   

Studiował przez chwilę atlas, wreszcie podniósł głowę. 

-  Mesa  d'Oro.  To  jest  mały  kraj  w  Ameryce  Południowej.  Pokazują  tu  dwie  flagi. 

Jedną zieloną z godłem państwa pośrodku, drugą niebieską z pękiem złotych liści dębowych. 

Zielona  jest  flagą  oficjalną,  a  niebieska  była  flagą  czegoś,  co  w  atlasie  nazywają  starą 

republiką.  Piszą,  że  jest  wciąż  honorowana  w  niektórych  prowincjach  i  przez  pewne 

konserwatywne  ugrupowania.  Mesa  d'Oro  ma  porty  nad  Pacyfikiem.  Eksportuje  kawę  i 

wełnę. W górzystej części kraju, na południe od stolicy Cabo de Razon, uprawia się jęczmień. 

Posiada trzy i pół miliona ludności. 

- To wszystko? - zapytał Pete. 

- Atlas nie podaje szczegółowych informacji. Jest mapa, liczba ludności, podstawowe 

dane. 

- To bardzo interesujące! - powiedział Jupiter. - A więc był to swego rodzaju wiec, na 

którym  -  jak  można  przypuszczać  -  zbierano  pieniądze  na  jakiś  cel  związany  z  małym, 

południowo-amerykańskim  kraikiem.  Organizatorzy  wiecu  działają  skrycie,  kłamią,  kiedy 

background image

pojawia się policjant. Eksponują olbrzymią fotografię ślepego żebraka, przywódcą wiecu jest 

człowiek, który, słysząc o śnie pani Denicoli o niewidomym i portfelu wpada w przerażenie 

albo  przynajmniej  ulega  silnemu  wzburzeniu.  Co  naprawdę  robili  ci  ludzie  wczorajszego 

wieczoru?  Czy  wiąże  się  to  z  obrabowaniem  banku?  Czy  też  natknęliśmy  się  na  oddzielną 

zagadkę? Z pewnością nie chcieli, żeby policja znalazła prawdziwy powód ich zgromadzenia. 

-  Z  pewnością  nie  zgromadzili  się  po  to,  żeby  planować  jakieś  przestępstwa  - 

powiedział  Bob.  -  To  byłoby  śmieszne.  Zbierać  taki  tłum  i  nie  organizować  żadnego 

ubezpieczenia. Pete siedział tam, jakby nigdy nic, i nikt go o nic nie pytał,                                                                                   

Jupe  zmarszczył  brwi  i  skubał  dolną  wargę  -  pewny  znak,  że  myślał  usilnie  nad 

wyjaśnieniem zagadki.                                                                       

- Może fotografia, którą wczoraj widziałem, nie jest zdjęciem tego samego człowieka, 

którego widział Bob - powiedział Pete. - Może to jakiś inny ślepiec.                                                                                                     

- Byłby to bardzo dziwny zbieg okoliczności - odpowiedział szybko Jupe. - To musi 

być  ten  sam  człowiek,  z  tą  samą  blizną.  Pan  Sebastian;  zgubił  portfel  gdzieś  na  przystani,  a 

Ernie  rozpoznał  człowieka  ze  snu  pani  Denicoli.  Tylko  co  on  ma  wspólnego  z  krajem  o 

nazwie Mesa d'Oro? I czy    jest wmieszany w rabunek w Santa Monica?                                                     

-  Może  Ernie  jest  agentem  obcego  kraju,  a  niewidomy  jego  kontaktem?  -  podsunął 

Pete.  -  Nie  chciał  się  przed  policjantem  zdekonspirować,  więc  udawał  kogoś  innego,  na 

przykład piosenkarza. 

- Oglądasz za dużo programów telewizyjnych - powiedział Bob. - W życiu ludzie tak 

nie postępują. 

-  Ja  myślę,  że  w  życiu  ludzie  zachowują  się  bardziej  niewiarygodnie  niż  na  filmie  - 

powiedział Jupiter. - Ale na razie wiemy za mało o Erniem i w ogóle o nich wszystkich, żeby 

zrozumieć, o co chodzi w tej sprawie. Na szczęście przygoda Pete'a dostarczyła nam nowego 

tropu, którym należy pójść. A więc Mesa d'Oro. Musimy grzebać w dokumentach tak długo, 

aż znajdziemy coś, co oczyści z zarzutów pana Bonestella. 

- Popracuję dziś w bibliotece. Postaram się znaleźć wszystko, co się tylko da o Mesa 

d'Oro - zaproponował Bob. 

- Jupiter! Jupiterze, gdzie jesteś?! - rozległo się wołanie cioci Matyldy. 

Pete uśmiechnął się. 

- Wygląda na to, że jesteś potrzebny cioci Matyldzie i to natychmiast. 

Bob podniósł klapę w podłodze przyczepy i wszyscy trzej opuścili się przez otwór do 

wielkiej  karbowanej  rury,  wyścielonej  wewnątrz  skrawkami  dywanów.  Był  to  Tunel  Drugi. 

Biegł pod stertami zapomnianych belek i innych rupieci do pracowni Jupe'a. Stanowił jedno z 

background image

sekretnych  przejść,  którymi  chłopcy  mogli  się  przedostać  nie  zauważeni  do  Kwatery 

Głównej.   

Przeczołgali się przez tunel błyskawicznie, wypchnęli kratę, zasłaniającą wylot rury i 

wyszli do otwartej pracowni. 

- Jupiter! - ciocia Matylda była już bardzo blisko.   

Jupe ustawił spiesznie kratę na miejscu. 

- Jesteś wreszcie! - ciocia Matylda zajrzała do pracowni. - Dlaczego nie odpowiadasz, 

kiedy cię wołam? Hans cię potrzebuje. Jedzie dostarczyć towar. Ty też się zabierz, Pete, skoro 

tu  już  jesteś.  Trzeba  zawieźć  trochę  mebli.  Wiesz,  te  stoły  i  ławki,  które  wujek  Tytus 

pomalował  niebieską,  czerwoną,  zieloną  i  żółtą  farbą.  Ludzkie  pojęcie  przechodzi,  co  temu 

człowiekowi  wpada  czasem  do  głowy.  Szczęśliwym  trafem  jakaś  kobieta  wszystko  wczoraj 

kupiła. Otwiera przedszkole na Dalton Avenue w Santa Monica. Bogu dzięki, boby te meble 

leżały tu w nieskończoność. Bob, a ty dokąd idziesz? 

- Do pracy. Za dziesięć minut muszę być w bibliotece. 

- No to nie marudź - przykazała ciocia Matylda i odeszła zamaszyście. 

Jupe i Pete udali się na poszukiwanie Hansa, jednego z dwóch braci rodem z Bawarii 

zatrudnionych w składzie. Pomogli mu załadować meble na ciężarówkę i wkrótce wyruszyli 

na południe. 

Przedszkole  “Świat  dziecka"  mieściło  się  w  bocznej  ulicy,  niedaleko  wybrzeża. 

Chłopcy  odkryli,  że  tuż  obok  znajdował  się  klub  seniorów  “Nad  Oceanem".  Był  to 

jednokondygnacyjny ceglany budynek otoczony trawnikiem. Czterech starszych panów grało 

tam w kręgle. Piąty stał oparty na lasce i przyglądał się grze. Wyglądał mizernie i miał minę 

kogoś zrezygnowanego. Jupe westchnął na jego widok. 

Był to pan Bonestell. 

- Chyba niewiele sypia, no nie? - powiedział Pete.   

Jupę przytaknął. 

- Czy mi się zdaje, czy tamci faceci go ignorują? - zapytał Pete. 

- Możliwe. Tak to bywa, kiedy na kimś ciążą podejrzenia. Ludzie nie wiedzą, jak się 

wobec niego zachować,                                                             

- Znacie tego człowieka? - zaciekawił się Hans. 

-  To  nasz  klient  -  powiedział Jupe.  -  Powinienem  z  nim  porozmawiać,  ale  naprawdę 

nie mam nic do powiedzenia. Staramy się mi pomóc,                                                                                                                 

- Wobec tego wszystko mu się dobrze ułoży - oświadczył Hans.   

Wysiadł  z  ciężarówki  i  poszedł  do  przedszkola.  Chłopcy  czekali  w  szoferce,  patrząc 

background image

przed siebie. Nagle Pete'owi zaparło dech. 

- Co ci jest? - zapytał Jupe. 

- Ta dziewczyna - wskazał Pete i zsunął się niżej na siedzeniu.   

Ulicą szła wolno wyjątkowo ładna, młoda kobieta. Jej długie jasne włosy kołysały się 

w rytm jej kroków. Miała na sobie spodnie i obszerny bez kształtny sweter. Przy niej człapał 

bernardyn z otwartym pyskiem i wywieszonym ozorem,                                                                                                       

- Kto to? Znasz ją? - pytał Jupiter. 

-  To  dziewczyna  z  wiecu.  Wiesz,  ta,  która  wygłosiła  mowę  i  które  wszyscy 

wiwatowali. 

-  Mhm!  -  Jupe  usiadł  prosto  i  notował  w  pamięci  każdy  szczegół  stroju,  każdy  ruch 

dziewczyny. - Wygląda bardzo sympatycznie... i zachowuje się bardzo przyjacielsko. Popatrz, 

obejmuje pana Bonestella. 

- Co? - Pete podsunął się do góry i wytrzeszczył oczy.   

Jasnowłosa  dziewczyna  wypuściła  z  dłoni  smycz  i  położyła  ręce  na  ramionach  pana 

Bonestella, uśmiechając się do niego serdecznie. Potem pocałowała go w policzek. 

Pan Bonestell poczerwieniał z zadowolenia. 

- Wszystko jasne! - wykrzyknął Pete. - Wszystko się łączy - pan Bonestell i napad na 

bank, i ta banda koło przystani, i... i portfel pana Sebastiana, i ślepiec! 

- Ta dziewczyna jest ogniwem łączącym to wszystko? 

-  Pewnie.  To  proste.  Dziewczyna  jest  członkiem  gangu,  kapujesz,  zaznajamia  się  z 

panem  Bonestellem  i  wyciąga  od  niego  informacje  o  banku,  o  sprzątaczach,  o  wszystkim. 

Niewidomy  jest  szefem  gangu  i  osłania  wszystkich  innych  w  czasie,  kiedy  rabują  bank. 

Dziewczyna była jednym ze złodziei, no nie? Była w banku w przebraniu i pan Bonestell jej 

nie rozpoznał. Albo jest tylko informatorem. 

-  Chcesz  powiedzieć,  że  tylko  zbiera  informacje  -  poprawił  go  Jupe  bezwiednie, 

zastanawiając  się  nad  teorią  Pete'a.  -  To  jest  możliwe,  ale  co  z  tymi  wszystkimi  ludźmi, 

którzy uczestniczyli we wczorajszym wiecu? 

-  No  oni...oni  są...  -  Pete  urwał  i  po  chwili  zaryzykował  -  niewinnymi  naiwniakami? 

Przestępcy wykorzystują ich do... do...   

Zamilkł ponownie. 

-  Przestępcy  zebrali  od  nich  pieniądze,  bo  złodzieje,  którzy  ukradli  ćwierć  miliona  z 

banku, potrzebują ich jeszcze więcej - podsunął mu Jupe. 

- Tak, to rzeczywiście głupie. 

- To wcale nie jest takie głupie. Fakt, że dziewczyna, która odegrała tak. znaczącą rolę 

background image

na wiecu, zna pana Bonestella, jest następnym zwykłym zbiegiem okoliczności. Jak tylko pan 

Bonestell będzie sam, musimy go zapytać, ilu i jakich informacji jej udzielił. 

Dziewczyna roześmiała się właśnie. Jej pies zaplątał smycz wokół krzaków hibiskusa 

i pospieszyła mu na pomoc. 

-  Zostań  tu  i  pomóż  Hansowi  -  powiedział  Jupe  cicho.  -  Ja  pójdę  za  tą  dziewczyną. 

Zobaczę, gdzie mieszka i z kim się przyjaźni. Pst, kryj się! Ona tu idzie! 

Pete dał nura pod deskę rozdzielczą. 

- Chodź, piesku - usłyszał, gdy dziewczyna mijała ciężarówkę, stukając obcasami. 

Jupe odczekał chwilę, wyśliznął się z szoferki i poszedł za nią. 

background image

 

ROZDZIAŁ 9 

 

Charakteryzatorka 

 

Jupiter trzymał się od niej w sporej odległości, ale kiedy dziewczyna doszła do końca 

ulicy i skręciła w prawo, przyspieszył kroku. Dotarł do skrzyżowania na czas, żeby zobaczyć, 

jak śledzona wchodzi na dziedziniec starego bloku mieszkalnego. Zbliżył się do niego powoli. 

Dom, do którego dziewczyna weszła, zbudowany był wokół basenu kąpielowego. Od 

ulicy  osłaniało  basen  ogrodzenie  z  żelaznych  sztachet,  pomalowanych  na  biało.  Drzwi 

mieszkania  na  parterze  budynku  stały  otworem.  Jupe  zatrzymał  się  niezdecydowany  za 

ogrodzeniem w chwili, gdy wypadł z nich bernardyn.                                                                                     

- Brandy, do domu! 

Dziewczyna wybiegła z mieszkania, a pies umknął na drugą stronę basenu i usiadł na 

klombie,                                                                                   

- Ty potworze! - krzyknęła. - Chcesz, żeby mnie stąd wyrzucili? Jupe cicho otworzył 

furtkę  i  wszedł  na  dziedziniec.  Stanął  przed  rzędami  skrzynek  na  listy  i  oglądał  je  z 

namysłem,                                                       

- Szukasz kogoś? - zapytała dziewczyna.                                           

- N... niezupełnie. Ciekaw jestem, czy... - urwał, jakby się obawiał zadać pytanie. 

- Czy co? 

- Czy zechciałaby pani zaprenumerować “Dziennik Wieczorny"? 

- Żałuję, ale nie. Nie mam czasu na czytanie gazet. Dziękuję.   

Jupe wyjął z kieszeni kartkę i kikut ołówka. 

- Może tylko niedzielne wydanie? - zapytał. 

- Nie, dziękuję.                                                                                                             

- Och - Jupe zrobił zmartwioną minę. - Mało kto chce dziś kupować gazety,                                                                                                             

-  Ciężkie  czasy  -  uśmiechnęła  się  dziewczyna.  Pies,  znudzony  brakiem 

zainteresowania  jego  osobą,  zszedł  z  klombu  i  usiadł  u  jej  stóp.  Podrapała  go  za  uchem.  - 

Szkoła zleciła ci tę pracę, czy też możesz wygrać rower z dziesięciobiegową przekładnią, jak 

zbierzesz sto abonamentów? 

- Ani jedno, ani drugie. Staram się po prostu zarobić parę groszy. Jak pani myśli, czy 

ktoś w tym domu zaprenumerowałby gazetę? 

background image

- O tej porze nie ma nikogo w domu. Dziś jest czwartek. Wszyscy pracują. 

-  Och  -  Jupe  opuścił  kąciki  ust  i  usiadł  ostrożnie  na  krawędzi  jednego  z  krzeseł  nad 

basenem.  -  Roznoszenie  gazet  jest  łatwe.  Ale  pozyskiwanie  prenumeratorów  to  ciężka 

sprawa. Zechce pani... to znaczy, czy mogłaby pani... 

- Co? Czy co bym mogła? Źle się czujesz? 

- Nie, tylko chce mi się pić. Czy mogłaby pani z łaski swojej, dać mi szklankę wody? 

Dziewczyna roześmiała się. 

- Oczywiście. Siedź tutaj, zaraz ci przyniosę. 

Zniknęła w otwartym mieszkaniu, a pies poczłapał za nią. Po chwili wróciła z wysoką 

szklanką wody. Wychodząc zatrzasnęła drzwi, żeby pies został w środku. 

-  Powinnam  w  ogóle  nie  zwracać  na  niego  uwagi.  Ilekroć  staram  się  go  nauczyć 

posłuszeństwa, robi się nieznośny. 

Jupe  podziękował  i  zaczął  pić  powoli.  Dziewczyna  usiadła  na  krześle  obok  niego  i 

wystawiła twarz do słońca. 

- Powinieneś chodzić po domach wieczorem, kiedy ludzie wracają z pracy. 

- Chyba tak - Jupe odwrócił się do niej z nie najmądrzejszym wyrazem twarzy. - Ale 

człowiek sobie myśli, że zawsze kogoś zastanie. Jak panią, na przykład. Pani jest w domu. 

- Nie zawsze. 

- To pani też pracuje? 

- Tak, ale chwilowo nie mam pracy. 

- Och - Jupe zrobił zmartwioną minę. - Straciła pani robotę? 

- Nie, skądże. Pracuję w wytwórni filmów fabularnych, a to nie jest regularne zajęcie. 

Robię  aktorom  charakteryzację  i  pracuję  wtedy,  kiedy  kręci  się  jakiś  film.  Kiedy  nie  ma 

ż

adnego filmu w produkcji, siedzę w domu. 

Jupe skinął głową. 

- Tato mojego przyjaciela pracuje w filmie. Zajmuje się efektami specjalnymi. 

- Jak się nazywa? Może go znam.                                                     

- Crenshaw.   

Potrząsnęła głową. 

-  Nie,  nie  przypominam  sobie.  Chyba  nie  pracowaliśmy  przy  tych  samych  filmach. 

Ale to jest naprawdę coś, te efekty specjalne. Czasami mam ochotę porzucić charakteryzację i 

postarać się o jakąś stałą pracę Z drugiej jednak strony nieźle zarabiam i mam czas na moje 

kursy. 

- Pani chodzi do szkoły? 

background image

-  Niezupełnie.  Biorę  lekcje  aktorstwa  u  Vladimira  Dubronskiego.  Tak  na  wszelki 

wypadek... wiesz... gdyby mi dano jakąś rolę. 

Jupe pokiwał głową. Mimo sennego wyrazu twarzy, jego umysł pracował bystro,                                                                                                   

- Myślę, że każdy chciałby być aktorem. Ale charakteryzacja to tej fantastyczna rzecz. 

W zeszłym tygodniu widziałem film o facecie, który ukradł bożka ze świątyni i potem ciążyła 

na nim klątwa. 

- Och, domyślam się, jakiego to rodzaju film. Przypuszczam, że ten facet zamieniał się 

przy pełni księżyca w rzepę albo coś w tym rodzaju. Jupe roześmiał się. 

- Tak, zmieniał się w węża, tylko że dalej wyglądał jak człowiek,         

-  Ach,  tak.  “Inwazja  człowieka-kobry",  mówisz  o  tym  filmie?  Zrobili  ten  film  za 

grosze,  ale nie był wcale taki zły.  Znam faceta, który  robił charakteryzację człowieka-węża. 

Arnold  Heckaby.  On  się  specjalizuje  w  takich  rzeczach.  Pewnego  dnia  dostanie  pracę  w 

filmie wysokobudżetowym i zdobędzie nominację do Oscara.                                                                                   

- Czy pani kiedyś robiła taką charakteryzację? Taką, żeby wyglądać jak nietoperz czy 

wilkołak, czy inny potwór?                                                         

-  Kilku  aktorom  robiłam  makijaż,  żeby  wyglądali  na  starszych,  niż  są.  To  zabiera 

więcej  czasu  niż  zwykły  makijaż,  ale  nie  jest  zbyt  trudne.  Nigdy  nie  zrobiłam  z  nikogo 

potwora. 

-  Czy  to  trudno  zrobić  z  kogoś  potwora?  Albo  dorobić  blizny?  Pamięta  pani  film  o 

gabinecie figur woskowych, w którym czarny charakter cały był pokryty bliznami?           

Dziewczyna wzruszyła ramionami.                                          .                       

  - To wymaga  czasu. Przy pewnym nakładzie pracy można zrobić, prawie wszystko. 

Nie  da  się  tylko  odmłodzić  starych  ludzi.  Można  młodego  postarzeć,  ale  kiedy  aktor 

rzeczywiście  się  postarzeje,  już  pozostanie  stary.  Makijaż  może  trochę  pomóc  i  oczywiście 

wielu  aktorów  robi  sobie  operacje  plastyczne,  które  usuwają  zmarszczki  i  fałdy  pod  brodą. 

Farbują  sobie  włosy,  a  kamerzysta  filmuje  ich  przez  zmiękczającą  soczewkę,  ale  z  biegiem 

czasu i tak są za starzy, żeby grać romantycznych amantów. 

Jupiter już niemal opróżnił szklankę. Poprosił przed chwilą o wodę, żeby    zyskać na 

czasie  i  porozmawiać  dłużej  z  dziewczyną.  Teraz  już  zadecydował,  że  dowiedział  się  dość. 

Skończył wodę jednym haustem i postawił szklankę na stoliku obok krzesła. 

- Dziękuję pani bardzo. To było dobre. 

- Chcesz jeszcze? 

-  Nie,  dziękuję.  Powiem  panu  Crenshawowi,  że  panią  spotkałem.  Może  natknie  się 

pani na niego kiedyś w wytwórni. 

background image

-  Masz  na  myśli  tatę  twego  przyjaciela?  Tego,  co  robi  efekty  specjalne?  Miło  by  mi 

było go poznać. 

- Jakie nazwisko mam mu podać? 

- Graciela Montoya, ale wszyscy nazywają mnie Gracie. 

- Okay, jeszcze raz dziękuję za wodę. 

Wyszedł z dziedzińca i skierował się z powrotem do przedszkola, bardzo zadowolony 

z  rezultatu,  jaki  osiągnął  zgrywając  się  na  małego  głupka.  Ale  kiedy  skręcił  na  Dalton 

Avenue, mina mu zrzedła. 

Hans,  Pete  i  ciężarówka  przepadli!  Musiał  się  teraz  własnym  przemysłem  dostać  do 

Rocky Beach. 

-  Niech  to  diabli!  -  zaklął  na  głos  i  poszedł  w  stronę  Wilshire,  gdzie  mógł  złapać 

autobus. W głowie huczało mu od nowych przypuszczeń. 

background image

 

ROZDZIAŁ 10 

 

Terroryści 

 

Jupiter  siedział  za  biurkiem  w  Kwaterze  Głównej  i  właśnie  skończy  opowiadać 

przyjaciołom o swej rozmowie z Gracielą Montoyą. 

- Przypuśćmy - mówił - że niewidomy żebrak to kobieta.   

Bob zastanowił się chwilę i potrząsnął głową. 

- Nie, nie sądzę. 

- Ale czy nie istnieje taka możliwość? - zapytał Jupe. - Jest charakteryzatorką i wydaje 

się  bardzo  zaprzyjaźniona  z  panem  Bonestellem.  Pete,  możesz  mieć  rację,  że  osoba  Gracie 

Montoya wiąże żebraka i złodziei z ludźmi z przystani Denicoli. 

- Ona nie była żebrakiem - upierał się  Bob. - Ślepiec miał bokobrody. Stałem blisko 

niego  i  widziałem  jego  twarz.  Nie  golił  się  od  paru  dni  Nie  musiał  sobie  dorabiać 

bokobrodów. 

- Hm! - Jupe był rozczarowany. - Ale mogła wyciągnąć informacje od pana Bonestella 

i przekazać je złodziejom, z których jeden przebrał się za niewidomego. Blizna... 

- Blizna nie była prawdziwa - wtrącił Bob. 

- Ach tak? - Jupe się uśmiechnął. - Znalazłeś coś w bibliotece? 

- Żebyś wiedział. - Bob trzymał cały czas na kolanach dużą kopertę. Teraz wyjął z niej 

kilka  magazynów  ilustrowanych.  -  Mesa  d'Oro  to  kraj  mały,  ale  interesujący.  Ma 

powierzchnię  tylko  trzydziestu  tysięcy  kilometrów  kwadratowych  i  niecałe  cztery  miliony 

ludności, ale dość burzliwą historię. 

Otworzył w zaznaczonym miejscu jeden z magazynów. 

- W numerze “World Affairs" sprzed trzech lat zamieszczono krótki rys  historyczny. 

Kraj  był  kiedyś  kolonią  hiszpańską.  Około  roku  1815  właściciele  ziemscy  przegnali 

hiszpańskiego namiestnika i ogłosili niepodległość. Wybrano prezydenta i sformowano rząd. 

-  Bardzo  ładnie,  ale  co  to  ma  wspólnego  z  niewidomym  i  obrabowaniem  banku?  - 

przerwał mu Pete. 

-  Na  razie  nic.  To  jest  tylko  tło  historyczne.  W  1872  doszło  do  rewolucji.  Zginęło 

dużo  ludzi,  a  do  dzisiaj  jeszcze  krew  się  tam  leje  strumieniami.  Jupiter  i  Pete  popatrzyli  na 

niego zdumieni. 

background image

- Rewolucja, która wybuchła w 1872, trwa dalej? - zapytał Pete.- Żartujesz chyba! 

-  Trwa  i  nie  trwa  -  powiedział  Bob.  -  Rewolucja  1872  podobna  była  do  wielkiej 

rewolucji  francuskiej  lub  rosyjskiej  z  1917  roku.  Właściciele  ziemscy,  którzy  przepędzili 

Hiszpanów z Mesa d'Oro, ulegli korupcji. Wzbogacili się na pracy biednych ludzi, ale niczym 

się  im  nie  odpłacali.  Biedni  byli  w  większości  potomkami  Indian,  do  których  te  ziemie 

dawniej należały, bogaci jednak nie przyjmowali tego do wiadomości. 

W  końcu  Indianin  imieniem  Juan  zorganizował  swoich  rodaków.  Jeździł  po  całym 

kraju  i  głosił,  że  prawa  powinny  być  równe  dla  każdego.  Nie  podobało  się  to  właścicielom 

ziemskim i osadzono Corsa w więzieniu. 

- Mówiłeś o rewolucji - przypomniał Jupe. 

Doszło  do  niej  właśnie  wskutek  uwięzienia  Corsa.  Był  niezwykle  popularny  wśród 

prostych  ludzi  i  uwięzienie  go  wywołało  powszechny  sprzeciw.  Chłopi  uderzyli  na  stolicę, 

uwolnili  Corsa  i  powiesili  na  drzewie  prezydenta,  którym  był  facet  imieniem  Arturo 

Rodriguez.  Jego  syn  Anastasio  stanął  do  walki  z  rewolucjonistami.  Rządy  kilkakrotnie 

przechodziły  z  jednych  rąk  do  drugich.  Koniec  końców  prezydentem  został  Corso,  a 

Anastasio Rodriguez zbiegł do miasta Meksyk. 

Na  tym  sprawa  powinna  się  skończyć,  ale  tak  się  nie  stało.  Po  osiedleniu  się  w 

Meksyku Rodriguez zaczął się zachowywać jak król na wygnaniu. Tymczasem w Mesa d'Oro 

właściciele  ziemscy  bynajmniej  nie  byli  zadowoleni.  Ich  dawni  robotnicy  mieli  teraz  prawo 

głosu i zmusili bogaczy do płacenia wysokich podatków. 

- To ich musiało mocno zirytować - wtrącił Pete. 

-  Jeszcze  jak.  Zaczęli  myśleć  o  dawnych,  dobrych  czasach,  kiedy  prezydentem  był 

Arturo Rodriguez, i że nieźle by było sprowadzić jego syna z powrotem do kraju. Utworzyli 

ugrupowanie  pod  nazwą  “Żołnierze  republiki  i  przywrócili  starą  flagę,  niebieską  ze  złotymi 

liśćmi dębu. Bo nowy rząd ustanowił nową flagę, zieloną z godłem państwa w środku. Jupiter 

zmarszczył czoło. 

-  To  wszystko  działo  się  sto  lat  temu.  Co  więc  może  mieć  wspólnego  z  naszym 

klientem? Nie chcesz chyba powiedzieć, że właściciele ziemscy wciąż nawołują do powrotu 

syna prezydenta. Musiał dawno umrzeć! 

-  Oczywiście  -  powiedział  Bob.  -  Ale  żyje  jego  wnuk,  Felipe  Rodriguez.  Ten  Felipe 

czeka  tylko  na  szansę  powrotu  do  Mesa  d'Oro  jaki  głowa  państwa.  Ma  szpiegów,  którzy 

informują go, co się dzieje w ojczyźnie, której nigdy nie widział. 

- Och, daj spokój! - wykrzyknął Pete. 

- Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale to prawda. “Worid Affairs" nazywa konflikt w 

background image

Mesa d'Oro sprawą tradycji. Część obywateli jest wierna rodzinie Rodriguezów. Potomkowie 

dawnych  właścicieli  ziemskich  są  nadal  “Żołnierzami  Republiki".  Nie  jest  to  partia 

nielegalna.  Została  uznana  i  oficjalnie  zarejestrowana,  a  jej  członków  nazywa  się 

republikanami.  Zwołuj  wiece  i  wygłaszają  mowy,  wychwalające  dawne  czasy.  Od  czasu  do 

czasu udaje im się uzyskiwać miejsca w ich izbie ustawodawczej. 

Gdyby  cała  sprawa  ograniczała  się  tylko  do  tego,  nie  byłoby  zmartwienia.  Ale 

pewnym  ludziom  nie  wystarcza  członkostwo  w  partii  republikanów  Stanowią  frakcję 

ekstremistyczną,  która  dąży  do  obalenia  obecnego  rządu  siłą.  Przyjęli  nazwę  “Brygada 

Wolności" i są ugrupowaniem nielegalnym Wywołują zamieszki, porywają ludzi i podkładają 

bomby.  Kiedy  policja  zaczyna  im  deptać  po  piętach,  uciekają  z  kraju  i...  niektórzy 

przyjeżdżają tutaj 

Pete przełknął ślinę.                                                                                                   

-  Czy  chcesz  powiedzieć,  że  ludzie,  z  którymi  wczoraj  spędziłem  wieczór  to  banda 

terrorystów? 

- Może tak, a może nie. W Stanach Zjednoczonych mieszka wielu ludzi z Mesa d'Oro. 

Niektórzy  z  nich  są  zwolennikami  “Żołnierzy  Republiki",  partii  legalnej,  nie  stosującej 

przemocy.  Wspomagają  finansowo  Rodrigueza  w  Meksyku  i  głosują  na  republikanów  w 

wyborach w Mesa d'Oro. Niektórzy jednak popierają nielegalną “Brygadę Wolności". 

- Ślicznie! - mruknął Pete. 

- Okay! - powiedział Bob.  Lekcja historii skończona. Najbardziej interesujący jest  w 

tym  wszystkim  niewidomy  z  blizną.  Widziałem  go  wtedy  naprzeciw  banku,  uciekł  na  samą 

wzmiankę o policji. Ten typ, Ernie, przeraził się, gdy pani Denicola powiedziała, że śnił się 

jej niewidomy. I wreszcie wczoraj na wiecu Pete zobaczył portret niewidomego z blizną. Dla 

ludzi, którzy się tam zebrali, jest on niewątpliwie bohaterem.                                       

Wziął drugi magazyn, odszukał właściwą stronę i pokazał Jupe'owi i Pete'owi zdjęcie 

mężczyzny w ciemnych okularach i z blizną na twarzy. Stał przy mikrofonie, z uniesionymi 

rękami i otwartymi ustami, jakby krzyczał. 

- Pete, czy to jest fotografia, którą wczoraj widziałeś?     

- To... to nie jest ta sama fotografia, ale to ten sam człowiek. Tak, jestem pewien.         

- I to jest ten sam człowiek, którego widziałem przed bankiem - powiedział Bob. - Jest 

to jednak niemożliwe. Ta fotografia przedstawia Luisa Pascala Dominigueza de Altranto. W 

swoim  czasie  był  przybocznym  Felipe  Rodrigueza  w  mieście  Meksyk.  Był  terrorystą. 

Dokonał  w  Mesa  d'Oro  zamachu  bombowego,  w  którym  zginęło  czterdzieścioro  dzieci. 

Głosił,  że  sprawiedliwość  jest  po  jego  stronie,  a  krew  niewinnych  dzieci  spada  na  głowy 

background image

rządzących, którzy odebrali ziemie jego rodakom. 

-  Fanatyk  -  powiedział  Jupe.  -  Prawdziwy  fanatyk.  Ale  dlaczego  uważasz  za 

niemożliwe, żebyś go mógł zobaczyć naprzeciw banku? 

- Ponieważ Altranto nie żyje! Umarł parę lat temu.   

Przez chwilę wszyscy milczeli. Potem Pete westchnął. 

- Ale jeśli Altranto nie żyje... - nie dokończył zdania. 

-  Czy  żebrak  wyglądał  dokładnie  tak  jak  on,  z  blizną  włącznie?  -  zapytał  Jupe?  -  A 

ś

lepota? Czy Altranto był ślepy? 

-  Tak.  Stracił  wzrok  w  pożarze,  który  sam  rozniecił  w  magazynie  w  Mesa  d'Oro. 

Kalectwo go zresztą nie załamało. Przeciwnie, uczyniło go rodzajem

 

bohatera. 

-  A  więc  żebrak  był  ucharakteryzowany  na  Altranta  -  powiedział  Jupe.  -  Sprawa 

makijażu i ciemnych okularów. Ciekaw jestem, czy to    wykonała Gracie Montoya. Ale... ale 

po co to przebranie? Co to dawało? Nie było tam nikogo... 

Jupe  urwał  w  połowie  zdania.  Telefon  na  biurku  zaczął  dzwonić.  Patrzył  na  niego 

zirytowany. Wreszcie podniósł słuchawkę. 

- Halo. Ach tak, panie Bonestell.   

Słuchał przez chwilę, po czym powiedział: 

- Tak, będę za pół godziny.   

Odłożył słuchawkę. 

- Pan Bonestell był znowu przesłuchiwany przez policję. Bardzo się martwi. Wątpię, 

ż

eby policja podejrzewała go tak dalece, jak jemu się wydaje, ale pójdę się z nim zobaczyć i 

postaram się go pocieszyć. Zapytam go o Gracie Montoyę. Warto by wiedzieć, jak dobrze się 

znają.   

Spojrzał z ożywieniem na Boba i Pete'a. 

-  Musimy  zacząć  ją  śledzić.  Ciekaw  jestem,  czy  ma  bliski  kontakt  z  grupą  koło 

przystani, to jest z Erniem i jego przyjaciółmi. 

-  Nie  patrz  na  mnie  -  powiedział  Pete.  -  Mama  gotowa  głowę  mi  urwać,  jeśli  nie 

skoszę dziś trawnika. Trawa u nas przez te wszystkie deszcze wyrosła na pół metra. Poza tym 

ta dziewczyna może mnie poznać. 

- Bob? 

- W bibliotece dziś mnie nie potrzebują, więc mogę ją obserwować. 

-  Uważaj  lepiej  -  powiedział  Pete.  -  Jeśli  ci  osobnicy  sądzą,  że  to  w  porządku 

podkładać bomby dookoła i zabijać ludzi, lepiej im nie wchodzić w drogę.                                                                                 

background image

 

ROZDZIAŁ 11 

 

Atak! 

 

Kiedy  pół  godziny  później  Jupiter  zapukał  do  drzwi  pana  Bonestella,  otworzył  mu 

Shelby Tuckerman, w czarnej bluzie z golfem i odblaskowych okularach. 

Och,  dobrze!  -  powiedział.  -  Nasz  superdetektyw.  Może  ty  znajdziesz  jakieś 

pocieszenie dla Waltera. 

Jupe'a  ogarnęła  złość,  ale  się  nie  odezwał.  Przeszedł  wraz  z  Shelbym  przez  idealnie 

uporządkowany  pokój  do  kuchni.  Walter  Bonestell  siedział  przy  stole  pod  oknem  i  popijał 

kawę.  Jupe  usiadł  naprzeciw  niego.  Shelby  zaproponował  i  jemu  filiżankę  kawy,  ale  Jupe 

uprzejmie odmówił. 

- Nie piję takich mocnych napojów - wyjaśnił. 

-  Oczywiście  -  powiedział  Tuckerman.  -  Zapomniałem,  że  dzieci    w  tym  kraju  nie 

piją kawy. 

- Mamy napój z winogron w lodówce - zaoferował pan Bonestell. 

- Doprawdy dziękuję. Dopiero co jadłem obiad. 

-  Czy  dzieci  nie  opychają  się  ciągle  słodyczami?  -  zapytał  Shelby.  Nie  mów  mi,  że 

jesteś wyjątkiem. Nie wyglądasz na to. Jupe zagryzł zęby. Był za tęgi i bardzo czuły na tym 

punkcie, ale nie zamierzał okazać Shelby'emu swojej irytacji. 

- Pewnie przechodzisz od czasu do czasu na dietę - podsumował Shelby. 

Jupe trzymał język za zębami, a Shelby zajął się czajnikiem, w którym zagotowała się 

woda.  Zrobił  sobie  kawę  i  usiadł  między  panem  Bonestelem  a  Jupiterem.  Na  stole  stała 

cukierniczka. Shelby sięgnął po nią i wsypał łyżeczkę cukru do filiżanki. 

- Mam nadzieję, że zrobiliście jakieś postępy - powiedział. 

-  Niewielkie  -  odparł  Jupe  -  mamy  pewien  trop,  ale  nie  wiem,  czy  do  czegokolwiek 

prowadzi. 

- A jeśli do czegoś prowadzi? 

- Kto wie? Może podzielimy się tym odkryciem z policją. 

-  Słusznie,  tak  należy  postąpić  -  Shelby  wypił  kawę  i  wstał.  Umył  kubek  i  wyszedł. 

Jupe usłyszał po chwili, jak zapuszcza motor samochodu stojącego na podwórku. Przez okno 

zobaczył stary model sportowego auta. 

background image

Pan Bonestell siedział przybity. 

- Policja nie postawiła pana chyba w stan oskarżenia, kiedy tu dziś przyszła? - zapytał 

Jupe. 

Pan Bonestell potrząsnął głową. 

-  Nie,  ale  kazali  mi  trzy  razy  powtarzać  relację  o  zajściu.  Trzy  raz  opowiadać 

wszystko  od  początku!  Czy  myślisz,  że  liczyli,  że  się  pomylę?  Chyba...  chyba  niczego  nie 

poplątałem,                                                             

-  Jeśli  opowiedział  pan  to,  co  naprawdę  zaszło,  nic  nie  mogło  się  panu  poplątać.  A 

może pańskie obawy są bezpodstawne? Jest niefortunnym zbiegiem okoliczności, że był pan 

w banku sam, kiedy przyszli złodzieja ale tak się po prostu złożyło i jestem pewien, że policja 

to  rozumie.  Wiedzą  że  rabunku  dokonano  by  niezależnie  od  tego,  kto  był  akurat  w  banku. 

Dobrze chociaż, że złodzieje nie byli brutalni,                                                         

-  Nie  -  przyznał  pan  Bonestell.  -  Właściwie  zachowali  się  spokojnie  i  uprzejmie.  W 

każdym razie ten, który ze mną rozmawiał, był grzeczny.                                                                                                                   

Jupe nastawił uszu.                                                                                           

- Tylko jeden z nich z panem rozmawiał? 

- Tak. Ten, który przebrał się za Ralfa, naszego sprzątacza. 

- To znaczy, że głównie on się odzywał? Wydawał polecenia, a tamci nie powiedzieli 

nic ważnego, tak? 

Pan Bonestell potrząsnął głową. 

- Nie. Tylko on w ogóle coś mówił. Tamci nie odzywali się słowem.   

- Spędził pan całą noc z trzema osobami i dwie z nich w ogóle nie otworzyły ust?                                               

- Tak jest. 

- Ani jednego słowa?                                                                               

- Ani słowa. Teraz, jak o tym myślę, widzę, że to było dziwne, ale wtedy mnie to nie 

uderzyło. O czym było mówić? Czekało się do rana, aż przyjdą pracownicy banku. 

- Hm. Czy jeden z nich mógł być przebraną kobietą? Czy jest to możliwe? 

-  Kobietą?  -  pan  Bonestell  zdawał  się  zaskoczony.  -  Chyba  możliwe.  Wszyscy  byli 

mniej więcej tego samego wzrostu, metr siedemdziesiąt mniej więcej. Nosili workowate dresy 

i  luźne  koszule.  I  rękawiczki.  Tak,  nosili  rękawiczki.  Twarze  mieli  tak  zapacykowane,  że 

naprawdę  nie  można  powiedzieć,  jak  wyglądali.  Jeden  z  tych,  co  się  nie  odzywali,  miał 

okulary słoneczne, takie, co to wszystko odbijają, więc nawet jego oczu nie bylo widać. Miał 

też brodę, fałszywą, myślę. Drugi był w rudej peruce, miał wielkie wąsy i szerokie krzaczaste 

brwi, które zwisały mu na oczy. 

background image

- A ten, który się odzywał? Czy w jego słowach słychać było jakiś obcy akcent? Czy 

był młody, stary? Co może pan o nim powiedzieć? 

-  Nie  miał  głosu  starego  człowieka.  Myślę,  że  był  młody.  Dwadzieścia  parę, 

trzydzieści lat. Mówił bez obcego akcentu.   

Jupe zamyślił się chwilę. 

- Proszę pana, czy zna pan klub wędkarski Denicoli? Taką przystań za Malibu, gdzie 

wynajmują łodzie rybakom? 

-  Tak,  znam  klub  Denicoli.  Chodziłem  tam  na  ryby  z  synem,  zanim  się  ożenił. 

Pamiętam starą panią Denicolę. Była przystojną kobietą. I jej synową Eileen. Irlandka. Ładna. 

Mąż  Eileen  umarł  młodo  i  ona  sobie  wyrobiła  kartę  żeglarską.  Wiedziałeś  o  tym?  Sama 

pilotuje łódź, wypływając w morze. 

- U pani Denicoli pracuje młody człowiek imieniem Ernie. 

-  Tak?  Kiedy  bywałem  tam  z  synem,  miała  do  pomocy  chłopaka,  który  nazywał  się 

Ted czy  Hal,  czy  coś w  tym rodzaju. Pewnie  często się ci chłopcy zmieniają. To jest rodzaj 

pracy dodatkowej dobrej dla chłopców, póki są jeszcze w szkole. 

- Ostatnio nie był pan w klubie Denicoli. 

- Nie. 

- Więc nie zna pan Erniego. A niewidomego?   

Twarz pana Bonestella nie zmieniła wyrazu. 

- Niewidomego? Jakiego niewidomego? 

-  Czy  widział  pan  w  pobliżu  banku  lub  gdzie  indziej  ślepego  mężczyznę  z  blizną  na 

twarzy? Odnajduje sobie drogę laską i nosi ciemne okulary.   

Pan Bonestell potrząsnął przecząco głową. 

Dzisiaj rano, grając w kręgle rozmawiał pan z taką ładną dziewczyną. Co może pan o 

niej powiedzieć? 

-  O  Gracie?  Gracie  Montoya?  Dlaczego  o  nią  pytasz?  I  skąd  wiesz,  że  z  nią 

rozmawiałem? 

Tak się złożyło, że widziałem pana z panną Montoya. No i co z tego? - nastroszył się 

pan  Bonestell.  -  Podchodzi  do  mnie  ładna  dziewczyna,  to  z  nią  rozmawiam.  Jestem  może 

stary, ale jeszcze żyję! 

- Niewątpliwie. Musimy jednak wszystko sprawdzić. Czy pan ją dobrze zna? 

-  Często  z  nią  rozmawiam  -  powiedział  pan  Bonestell  wciąż  niechętnym  tonem.  - 

Chodzi tamtędy na spacery z psem. Pracuje, zdaje się, w filmie. To miła dziewczyna. Zawsze 

przystaje, żeby pogadać chwilę. 

background image

- Czy ona wie, że pracuje pan w banku? 

-  Nie  jestem  pewien.  Może  jej  o  tym  wspominałem.  Ale  ona  nigdy  nie  starała  się 

wyciągnąć  ode  mnie  niczego,  jeśli  do  tego  zmierzasz.  Po  prostu  serdecznie  się  do  mnie 

odnosi. 

-  Rozumiem.  A  jeśli  chodzi  o  innych  pana  przyjaciół,  czy  rozmawiał  pan  z  nimi  o 

swojej pracy? 

-  Przypuszczam,  że  tak.  Ale  nie  przypominam  sobie,  żeby  kogoś  specjalnie 

interesowało, co robię. 

- A pana Tuckermana? 

-  Shelby'ego?  Shelby'ego  interesuje  tylko  Shelby.  Większość  czasu  spędza  poza 

miastem, a kiedy jest na miejscu, trzyma się na uboczu. Zazwyczaj je na mieście, a jak jest w 

domu,  zamyka  się  w  swoim  pokoju  na  klucz.  Nie  żartuję.  Mogę  ci  pokazać  zamek  na 

drzwiach. 

-  Nie  ma  potrzeby  -  Jupiter  wstał.  -  Niech  się  pan  nie  załamuje.  Policja  musi  wciąż 

rozmawiać  z  panem  o  tej  sprawie.  Pewnie  nie  mają  żadnego  innego  punktu  zaczepienia  i 

liczą, że przypomni pan sobie jakiś szczegół, o którym nie pamiętał pan wcześniej. 

Walter Bonestell nie odpowiedział. Nie wyglądał bynajmniej na pocieszonego. Kiedy 

Jupe odchodził, siedział przy stole, patrząc przed siebie. 

Było  wpół  do  piątej,  gdy  Jupe  dotarł  do  składu  złomu.  Nie  podjechał  do  bramy,  ale 

zatrzymał  rower  w  narożniku  frontowego  ogrodzenia.  Cały  płot  był  barwnie  pomalowany 

przez  miejscowych  artystów.  W  narożniku  płynął  po  morzu  okręt,  na  który  nadciągała 

gigantyczna  zielona  fala.  Na  pierwszym  planie  wynurzała  się  ryba,  łypiąc  okiem  na  okręt. 

Jupe  przycisnął  palcem  oko  ryby  i  dwie  deski  uniosły  się,  odsłaniając  jedno  z  sekretnych   

wejść,  zwane  “Zieloną  Furtką".  Dostawali  się  nim  i  wydostawali  ze  składu,  nie  zauważeni 

przez ciocię Matyldę i wujka Tytusa. 

Jupe przepchnął rower przez furtkę prosto do swej pracowni. Rower Pete'a stał oparty 

o prasę drukarską. Jupe uśmiechnął się i zasunął deski. 

Wtedy  usłyszał  z  kąta  pracowni  jakiś  odgłos.  Szelest  ubrania  i  stłumiony  oddech. 

Odwrócił głowę. 

Niewidomy żebrak był tutaj! Stał z lekko uniesioną głową, zwrócony do Jupe'a twarzą 

z blizną. Nie miał teraz zarostu i nie trzymał laski. Jupe'a przeszedł dreszcz, gdy zobaczył, że 

blizna unosiła mu kącik ust, wykrzywiając je w szyderczym uśmiechu. 

Jupe  zamarł.  Żebrak  stał  nieruchomo.  Potem  Jupe  nabrał  powietrza  i  żebrak  się 

poruszył,  z  wciąż  zadartą  w  odruchu  zaskoczenia  głową  i  z  wykrzywionymi  szyderczo 

background image

ustami.  Coś  trzymał  w  zaciśniętej  mocno  ręce.  Zaczął  przesuwać  się  obok  Jupe'a  i  Jupe 

poczuł nagle nieodpartą chęć zobaczenia, co też w swej dłoni trzyma. Musiał się tego dowie-

dzieć. Odrzucił rower i skoczył na żebraka, ściskając obiema rękami jego zaciśniętą pięść. 

Mężczyzna  krzyknął  i  cofnął  się.  A  potem  zaatakował!  Cios  wylądował  na  policzku 

Jupe'a.  Jupe  poczuł  szarpiący  ból  pod  okiem.  Niebieskie,  czerwone  i  żółte  kręgi  przesłoniły 

mu wszystko i ogarnęła go słabość. 

Na  moment  stracił  przytomność.  Po  chwili  znów  odzyskał  świadomość,  zorientował 

się,  że  leży  na  ziemi,  a  żebrak  przechodzi  nad  nim.  Deski  w  płocie  rozsunęły  się,  po  czym 

opadły z trzaskiem i Jupe został sam. 

background image

 

ROZDZIAŁ 12 

 

Pluskwa 

 

Jupiter  uniósł  się  z  ziemi  do  pozycji  siedzącej.  Czuł  lekki  zawrót  głowy.  Gdy  mgła 

ustąpiła  mu  sprzed  oczu,  dostrzegł  upuszczony  przez  biedaka  przedmiot,  który  potoczył  się 

pod warsztat. Było to malutkie plastykowe pudełko z dziurkami w jednym boku. 

- Ciekawe, co to takiego. 

Powiedział to głośno i jakby w odpowiedzi brama obok prasy drukarskiej odsunęła się 

i z Tunelu Drugiego wystawił głowę Pete. 

- Co się stało? - zapytał. - Czy to ty krzyczałeś? 

-  Mieliśmy  gościa  -  Jupe  podniósł  się  na  kolana,  podczołgał  pod  warsztat  i  wziął  do 

ręki pudełeczko. Obejrzał je uważnie. 

-  O  ile  się  nie  mylę,  jest  to  urządzenie  podsłuchowe.  Malutki  mikrofon,  popularnie 

zwany  “pluskwą".  Widziałem  to  na  ilustracji.  Wtargnął  tu  ślepy  żebrak,  ale  bynajmniej  nie 

zachowywał się jak ślepy. Myślę, że chciał założyć podsłuch w pracowni. 

- Żebrak? - Pete wziął od Jupe'a mały aparacik i obejrzał go. - Dlaczego chciałby nas 

podsłuchiwać? Jak do nas trafił? 

Pete  obejrzał  się,  jakby  się  spodziewał,  że  człowiek  z  blizną  wciąż  stoi  za  jego 

plecami. 

- Skóra mi cierpnie! 

Jupe  usiadł  na  krześle  przy  warsztacie.  Wyjął  Pete'owi  z  ręki  pudełko  i  otworzył  je 

scyzorykiem. 

- Tak, to jest miniaturowe urządzenie nadawcze. Łapie dźwięk i przekazuje na krótki 

dystans, do mniej więcej pół kilometra. Zazwyczaj “pluskwa" nadaje do ukrytego w pobliżu 

adaptera, który uruchamia się na dźwięk. Urządzenie to dałoby żebrakowi możność słuchania 

wszystkiego, o czym mówimy w pracowni. 

- Jesteś pewien, że to nie działa? Może w tej chwili nadaje każde twoje słowo!? 

Jupe usunął końcem ostrza kilka maleńkich części z aparatu i zatrzasnął pudełko. 

- Gotowe! 

Siedział przez chwilę zamyślony, po czym spojrzał na Pete'a. 

- Jak dawno przyszedłeś do składu? 

background image

- Och, może dwadzieścia minut temu. 

- Wchodziłeś przez Zieloną Furtkę? 

- Aha. 

Jupe zasępił się. 

- Myślę, że żebrak przyszedł tu za tobą. 

- To niemożliwe! Nie wchodzi w rachubę! Jupe ciągnął, ignorując protesty Pete'a. 

- Może przyuważył cię na tym wiecu, a potem jechał za tobą do Rocky  Beach. Albo 

widział nas obu na przystani Denicoli, lub też wszystkich trzech u pana Bonestella. Gdzieś w 

ciągu  ostatnich  trzech  dni  nasze  drogi  musiały  się  skrzyżować  i  dotarł  za  nami  aż  tutaj.  A 

teraz  myślę,  że  wszedł  do  środka  za  tobą.  Zastanawiam  się,  czy  zdążył  zainstalować  inną 

pluskwę, nim przyszedłem. 

Pete  ponownie  obejrzał  się,  jakby  ślepiec  mógł  się  wciąż  ukrywać  w  jakimś  kącie. 

Potem  zaczęli  razem  przeszukiwać  pracownię.  Nigdzie  nie  było  drugiego  aparatu 

podsłuchowego i nic nie wskazywało, żeby cokolwiek tu ruszano. Zwały rupieci otaczających 

pracownię wyglądały jak zazwyczaj. 

Pete'a ogarnął lęk. 

-  Przyjechałem  tutaj  prosto  z  domu.  Jeśli  on  tu  trafił  za  mną,  czy...  czy  myślisz,  że 

obserwował mój dom? 

- Niekoniecznie. Mógł czekać na ciebie pod składem. Jupiter wziął gwoździe i młotek 

i  właśnie  zamierzał  poprzybijać  deski  w  płocie,  gdy  zjawił  się  Bob.  Zlikwidowali  w  trójkę 

sekretną  furtkę  i  przeczołgali  się  przez  Tunel  Drugi  do  Kwatery  Głównej.  Jupe  zajął  swe 

zwykłe miejsce za biurkiem i Bob przystąpił do relacji. 

-  Przez  jakiś  czas  było  interesująco,  bo  do  Gracie  przyszedł  ktoś  o  imieniu  Ernie. 

Wyglądał  jak  ten  facet,  o  którym  mi  mówiliście.  Zadzwonił,  ale  ona  nie  wpuściła  go  do 

ś

rodka.  Wyszła  z  mieszkania,  stanęła  nad  basenem  i  wykrzykiwali  coś  do  siebie  po 

hiszpańsku. 

- Żartujesz! - Pete zdawał się ubawiony.   

Bob skinął głową. 

-  Właściwie  to  ona  krzyczała.  Odniosłem  wrażenie,  że  on  starał  się  jej  coś  wyjaśnić, 

ale ona nie chciała słuchać. W końcu się rozzłościł i też zaczął krzyczeć. Pani z sąsiedniego 

budynku wyszła na ulicę i słuchała, a potem zagroziła, że wezwie policję. 

- Wreszcie ten facet sobie poszedł, a Gracie wróciła do mieszkania, ale zaraz wyszła z 

torebką.  Po  paru  minutach  pojechała  gdzieś  samochodem.  Odczekałem  pół  godziny  i  kiedy 

nie wróciła, odszedłem. 

background image

-  Hmm...  Ciekaw  jestem,  o  co  im  poszło  -  Jupe  pochylił  się  zaaferowany  -  ustalmy 

teraz, na czym stoimy. Żebrak przebywał w pobliżu miejsca przestępstwa, a biorąc pod uwagę 

jego  portfel,  możemy  założyć,  że  był  uprzednio  również  na  przystani  i  że  ma  powiązania  z 

Erniem i jego przyjaciółmi. Gracie Montoya zna ich, a także pana Bonestella i co najbardziej 

interesujące, jest charakteryzatorką. Czy to ona robi makijaż żebrakowi, upodobniając go do 

nieżyjącego  terrorysty  z  Mesa  d'Oro?  Czy  brała  udział  w  rabunku?  Jest  dość  wysoka,  by  w 

przebraniu  być  jednym  ze  złodziei.  Pan  Bonestell  mówił  mi  dzisiaj,  że  odzywał  się  tylko 

złodziej przebrany za sprzątacza. Pozostali dwaj nie wypowiedzieli ani słowa. 

-  Jeśli  jednym  z  tych  dwóch  była  Gracie  Montoya,  jasne,  że  się  nie  odzywała  - 

zauważył Pete. - Głos by ją zdradził. 

-  A  więc  jeden  ze  złodziei  mógł  być  kobietą  -  ciągnął  Jupe  -  albo  dwaj  z  nich  nie 

mówią po angielsku i nie chcieli tego wyjawić. Może przyjechali z Mesa d'Oro. 

-  To  mogli  być  ci  dwaj  faceci,  którzy  mieszkają  z  Erniem  -  podsunął  Pete.  -  To 

znaczy,  nie  wiem,  skąd  oni  są,  ale  mówią  po  hiszpańsku  jak  rodowici  Hiszpanie.  Może  nie 

znają angielskiego. 

- A Ernie mówi biegle oboma językami - nagle Jupe się ożywił. - Myślę, że nadszedł 

czas,  żeby  dowiedzieć  się  czegoś  więcej  o  Erniem  i  jego  przyjaciołach.  Bob,  ty  jesteś 

jedynym  z  nas,  którego  oni  nie  znają.  Możesz  sobie  po  prostu  usiąść  koło  przystani  i 

przyglądać się pracy na łodzi. Zawsze kręcą się tam jacyś gapie. Ernie widział już i Pete'a, i 

mnie, więc pozostajesz tylko ty. 

- Pewnie - zgodził się Bob. 

-  Ja  pójdę  pod  dom  Gracie,  może  uda  mi  się  coś  wypatrzyć.  Pete,  czy  możesz  tutaj 

czuwać? Ślepiec zrobił dziś pierwsze posunięcie. Czuję, że to nie koniec. Jeśli któryś z nas go 

zobaczy, musi zawiadomić o tym pozostałych. Ty będziesz łącznikiem między nami. 

- Czyli muszę wisieć przy telefonie - powiedział Pete. - Dobrze. Z przyjemnością, ale 

jeśli ślepiec się tutaj pokaże, możesz być pewien, że użyję telefonu, żeby wezwać policję. 

- Nie omieszkaj tego zrobić! - zawołał Jupe wesoło i dodał poważnie: - Powinniśmy 

oczywiście  zachować  ostrożność.  Żebrak  wie,  że  tu  jesteśmy,  i  możliwe,  że  wie  lub 

podejrzewa,  czym  się  zajmujemy.  Dziś  uciekł,  ale  nie  wiadomo,  co  zrobi  następnym  razem. 

Może stać się dla nas poważnym zagrożeniem... każdej chwili! 

background image

 

ROZDZIAŁ 13 

 

Ostrzeżenie 

 

- To musi być fajna robota - powiedział Bob. 

W  piątek  rano,  w  czasie  odpływu,  Bob  stał  na  skraju  pomostu  i  patrzył,  jak  Ernie 

maluje budkę sternika na pokładzie “Marii III" 

Odczekał chwilę, ale Ernie nie odpowiedział. Nawet nie spojrzał na niego. 

-  Malowaliśmy  nasz  dom  w  zeszłym  roku  -  spróbował  znowu.  -  Malarze  pozwolili, 

ż

ebym im trochę pomógł. Malowałem ramy okienne. 

Ernie przerwał pracę i podniósł głowę, potem podszedł bliżej pomostu i podał pędzel 

Bobowi. 

Bob  z  szerokim  uśmiechem  zeskoczył  na  pokład,  wziął  pędzel  i  zaczął  malować. 

Robił to ostrożnie i czysto. Ernie obserwował go z rozbawieniem. 

Po paru minutach milczenia Bob znów się odezwał: 

- Rany, to musi być fajnie pracować na łodzi!   

Ernie skinął tylko głową. 

- Płynąłem raz statkiem. Zabrał nas wujek mojego przyjaciela. Było wspaniale, dopóki 

nie zerwał się wiatr i nie wywołał dużej fali - Bob zmyślił następnie długą historię o swych 

cierpieniach na skutek choroby    morskiej. Ernie roześmiał się w końcu. 

- Tak, niektórzy tak reagują - powiedział bez najlżejszego obcego akcentu. - Ja nigdy 

nie choruję na morzu. 

Naciskany nieco przez Boba, opowiedział o najgorszym sztormie, w jakim się znalazł. 

Bob wypytywał go jak pełen podziwu dzieciak. Ernie stał się bardziej przyjacielski. Ale nim 

Bob  zdążył  dowiedzieć  się  czegoś  użytecznego,  na  pomost  weszli  dwaj  mężczyźni  w  wieku 

Erniego.  Zagadali  do  niego  po  hiszpańsku,  a  Ernie  odpowiadając  im,  zerkał  na  Boba.  Po 

chwili wspiął się na pomost i odszedł z przybyłymi poza zasięg słuchu. 

Bob  obserwował  ich  dyskretnie.  Wskazywali  rękami  na  brzeg,  jakby  dając  do 

zrozumienia, że coś się zbliża z północy. Ernie wzruszył ramionami, a jeden z jego przyjaciół 

zaczął wymachiwać pięściami w powietrzu. Drugi wskazał na swój zegarek i powiedział coś z 

dużym naciskiem. 

W  końcu  Ernie  zostawił  swych  przyjaciół,  a  oni  zeszli  z  pomostu  i  skierowali  się  w 

background image

stronę  brzydkiego  małego  domu  przy  szosie.  Bob  doszedł  do  wniosku,  że  byli  to 

współlokatorzy Erniego. 

Ernie wrócił na łódź i z aprobatą obejrzał pracę Boba. 

- Bardzo dobrze - powiedział ciepło. 

- Mówisz pierwsza klasa po hiszpańsku! - wykrzyknął Bob. - Twoi przyjaciele też. 

-  To  mój  drugi  język.  Moi  przyjaciele  pochodzą  z  Ameryki  Południowej  i  nie  znają 

dobrze angielskiego, więc rozmawiam z nimi po hiszpańsku. 

Bob zauważył, że z domu stojącego w pobliżu parkingu wychodzi stara pani Denicola. 

Niosła  tacę  z  kruszonem  i  kubkami.  W  połowie  drogi  między  domem  a  małym  biurem,  w 

którym siedziała Eileen Denicola, przystanęła i popatrzyła na “Marię  III". Jej wzrok spoczął 

na Bobie z pędzlem w ręce. Mimo dzielącej ich odległości ponad stu metrów, Bob wyczuł w 

niej napięcie. 

Po  chwili  weszła  do  biura.  Nie  minęła  minuta,  a  na  pomoście  ukazała  się  Eileen. 

Nosiła rozpiętą u góry niebieską roboczą koszulę, na szyi miała przewiązaną niebiesko-białą 

apaszkę. Stroju dopełniały wypłowiałe dżinsy i starte trampki. W jej postawie była pewność 

siebie. Wyglądała na rozgniewaną. 

- To ty miałeś malować budkę sternika - powiedziała do Erniego. Nie podniosła głosu, 

ale ton był surowy.   

Ernie wzruszył ramionami. 

- Dzieciak chciał mi pomóc. Lubi malować. 

- To prawda, proszę pani - powiedział Bob. - Naprawdę lubię. 

- Dobrze, ale resztę zrobi Ernie. Moja teściowa chce z tobą porozmawiać. 

- Ze mną? - zdziwił się Bob. 

- Czeka tam na ciebie - Eileen machnęła ręką w stronę biura. - Nie wiem, o co chodzi. 

Zostaw ten pędzel i chodź. 

Bob  oddał  pędzel  Erniemu  i  poszedł  za  nią.  Eileen  odwróciła  się  jeszcze,  żeby 

powiedzieć Erniemu, że łódź ma być gotowa zaraz po południu. 

-  Nie  później.  Musimy  pojechać  jeszcze  do  Kellehera  po  benzynę.  Jutro  o  siódmej 

rano przyjedzie tu czterdzieści osób i nie będzie na to czasu. 

- Tak, proszę pani - Ernie zaczął szybciej machać pędzlem. Bob uśmiechnął się. Eilen 

Denicola  wyraźnie  przywykła  do  tego,  żeby  okazywano  jej  posłuszeństwo.  Szła  przed  nim 

energicznie, a jej rude włosy podskakiwały przy każdym kroku. Starsza pani Denicola wyszła 

im na spotkanie. 

-  Wejdźmy  do  domu  -  powiedziała  i  skinęła  na  Boba.  -  Chodź  ze  mną,  młody 

background image

człowieku. 

Bob łamał sobie głowę, o co może chodzić. Pani Denicola wprowadziła go do pokoju, 

w  którym  silnie  pachniało  czymś  nieznanym.  Stały  tu  wielkie  fotele  o  wysokich  oparciach  i 

bardzo brzydka kanapa. 

- Siadaj - wskazała mu fotel ustawiony pod kątem prostym do kanapy i usiadła także. 

Złożyła ręce na kolanach, obciągniętych czarną suknią. Potem podniosła na niego wzrok tak 

przeszywający, że Bob musiał spuścić oczy. 

- Widziałam cię już przedtem. 

- N... nie sądzę - wyjąkał. 

- Nie możesz o tym wiedzieć, ale cię widziałam. To było we śnie, a potem zobaczyłam 

cię tam - wskazała ręką okno. - Nie powinieneś tam być. 

Zdawało  się,  że  czeka  na  odpowiedź.  Bob  otworzył  usta,  ale  głos  odmówił  mu 

posłuszeństwa.  Wydobył  się  z  nich  tylko  nieokreślony  dźwięk.  Zamknął  usta,  wziął  głęboki 

oddech i odchrząknął. 

- Ja tylko... pomagałem tylko malować. Nigdy tu przedtem nie byłem 

Umilkł, czując się nagle niezręcznie. Nie chciał obrazić starszej pani ani być dla niej 

niemiły,  ale  siła,  która  z  niej  emanowała,  przerażała  go.  Było  w  niej  coś  ze  starożytnych 

wyroczni,  z  owych  mądrych  kobiet,  które  żyły  w  odosobnieniu  i  przepowiadały  przyszłość, 

ostrzegając ludzi przed nadciągającą zgubą.                                                                                                             

Mimo panującej w pokoju duchoty poczuł chłód. 

Pani Denicola pochyliła się w jego stronę. Jej twarz mizerna i zmęczona przypominała 

skałę pociętą cieniami głębokich bruzd. 

- Nie powinieneś tam być - powtórzyła. - Myślę, że miałeś jakiś cel, żeby tu przyjść. 

Co cię tu ściągnęło? 

-  Dla...  dlaczego?  -  wyszeptał  Bob  ku  własnemu  zdziwieniu,  a  jednak  nie  mógł  się 

przemóc,  żeby  mówić  głośno.  -  Nie  miałem  żadnego  powodu.  Ja...  tak  się  tu  kręcę,  tylko  z 

nudów. 

Odwrócił  wzrok  pewien,  że  ta  kobieta  może  zajrzeć  w  jego  myśli  i  zobaczyć,  że 

kłamie. 

-  Grozi  ci  niebezpieczeństwo  -  powiedziała.  -  Musisz  stąd  odejść.  Odejdź  i  nigdy  tu 

nie  wracaj.  Jeśli  tu  zostaniesz,  ściągniesz  wielkie  nieszczęście.  Straszne  rzeczy  się  staną.  W 

moim śnie znajdowałeś się w miejscu, które skręciło się i zatrzęsło. Rozległ się wielki hałas i 

spadłeś w otchłań. To miejsce też w nią spadało, a ziemia się rozstępowała. 

Bob wpatrywał się w nią z przerażeniem. Zdał sobie sprawę, że ręce mu się zacisnęły i 

background image

zmusił się, żeby je rozluźnić. 

Eileen Denicola mówiła, że jej teściowa śni czasem prorocze sny. A Jupiterowi stara 

pani powiedziała, że śnił jej się niewidomy, który podniósł z ziemi portfel. Teraz znów miała 

sen o rozstępującej się ziemi i o tym, że spadał w odchłań. Co to wszystko oznacza? 

Trzęsienie  ziemi!  Śniło  jej  się  trzęsienie  ziemi!  Ale  dlaczego  ona  mu  o  tym  mówi? 

Odchodząc z przystani, nie ucieknie przecież przed trzęsieniem ziemi. 

Pani Denicola westchnęła. 

- Myślisz, że jestem zwariowaną staruszką - powiedziała ze smutkiem. - Być może nie 

powinnam ci mówić o moim śnie. Opowiesz o tym innym chłopcom i będziecie się ze mnie 

naśmiewać, wyzywać mnie od starych wiedźm. Stara włoska czarownica! Ale to prawda, że 

widziałam cię w miejscu, które rozpadało się na kawałki, i ja... ja też tam byłam! 

Drzwi frontowe otworzyły się i powiew świeżego powietrza wypełnił pokój. Do holu 

weszła Eileen Denicola. Zajrzała do nich z rozbawieniem, ale równocześnie z niepokojem. 

-  Co  tam  słychać?  -  zapytała  z  nutą  wymuszonej  wesołości  -  mam  nadzieję,  że  nie 

chodzi o jakiś następny sen? 

- A jeśliby nawet, to co w tym złego? - stara pani pochyliła się i dotknęła kolana Boba. 

- Mam wrażenie, że to pracowity i dobry chłopiec. Przepowiadam mu, że powiedzie mu się w 

ż

yciu i zajdzie daleko, jeśli tylko będzie słuchał rad tych, którzy mu dobrze życzą. 

Podniosła się. 

- Muszę się teraz pospieszyć. Nasz gość będzie tu niedługo, a jest wiele do zrobienia. 

Wyszła z pokoju, nie powiedziawszy już ani słowa do Boba. 

- Wszystko w porządku? - zapytała go Eileen. 

-  Tak  -  odrzekł  słabym  głosem  -  dziękuję.  Wstał  i  spiesznie  wyszedł.  Ten  dom 

przyprawiał go o dreszcze. Nie mógł się doczekać chwili, w której będzie mógł się oddalić. 

 

background image

ROZDZIAŁ 14 

 

Ernie dobija targu 

 

Dwaj  młodzi  współlokatorzy  Erniego  nadchodzili  plażą  w  stronę  pomostu  przystani. 

Ernie  wciąż  malował  budkę  sternika.  Wszystko  wyglądało  jak  dwadzieścia  minut  temu,  a 

jednak coś się zmieniło. 

Niebezpieczeństwo! Pani Denicola powiedziała, że grozi mu niebezpieczeństwo. 

Kilkaset  metrów  dalej  znajdowało  się  małe  centrum  handlowe  ze  sklepem 

spożywczym,  pralnią  automatyczną  i  biurem  sprzedaży  nieruchomości.  Przed  sklepem  Bob 

zobaczył budkę telefoniczną. Wszedł do niej i zatelefonował do Kwatery Głównej. 

Pete natychmiast podniósł słuchawkę i słysząc głos Boba, zapytał: 

- Wszystko w porządku? 

-  Tak,  chyba  tak.  Tylko  że  stara  pani,  pani  Denicola,  opowiedziała  mi,  że  jej  się 

ś

niłem. Pamiętasz, jej synowa mówiła, że stara pani ma sny, które się sprawdzają? No więc 

ś

niło  jej  się,  że  się  znalazłem  w  niebezpieczeństwie.  W  jakimś  miejscu,  gdzie  wszystko  się 

skręcało  i  rozpadało.  Jak  w  czasie  trzęsienia  ziemi.  Powiedziała  mi,  że  nie  powinienem  tu 

być. Skóra cierpnie, co? 

Pete milczał chwilę, wreszcie powiedział: 

-  Jeżeli  rzeczywiście  ona  miewa  prorocze  sny,  zabieraj  się  lepiej  stamtąd.  Chcesz, 

ż

ebym przyszedł cię wymienić? 

- Przecież to tylko sen - Bob starał się przekonać raczej samego siebie niż Pete'a. 

- No to bądź w każdym razie ostrożny. 

-  Tak,  będę.  Nie  chcę  stąd  teraz  odchodzić.  Coś  się  tu  szykuje.  Znasz  tych  dwóch 

facetów,  którzy  mieszkają  z  Erniem?  Rozmawiali  z  nim  koło  doku,  mocno  wzburzeni.  Są 

czymś naprawdę poruszeni. 

Szosą  nadjeżdżał  wolno  pikap.  Skręcił  na  drogę  dojazdową  do  przystani  i  stanął  na 

parkingu.  Wysiadł  wysoki,  długonogi  mężczyzna  w  roboczym  kombinezonie  khaki  i 

skierował się na pomost. 

- Siedź przy telefonie - powiedział Bob. - Będę w kontakcie. 

Odwiesił  słuchawkę  i  wyszedł  z  budki.  Na  poboczu  szosy  stały  wozy  kempingowe, 

furgonetki i samochody osobowe. Bob szedł z powrotem na przystań pod ich osłoną. 

Przybysz  z  pikapa  podszedł  do  Erniego  i  jego  przyjaciół  na  pomoście  obok  “Marii 

background image

III". Bob przystanął i obserwował ich. Ernie zdawał się rozgniewany, żywo gestykulował. 

Bob  okrążył  zaparkowaną  furgonetkę  i  zszedł  na  plażę.  Przebrnął  przez  nią  i  znalazł 

się pod pomostem, nie zauważony  przez stojących na  górze. Nie zabrał uwiązanego do pala 

roweru,  ale  poszedł  dalej  pod  pomostem,  na  skraj  wody.  Tu  stanął  i  słuchał.  Dobiegały  go 

głosy  rozmawiających,  ale  nie  rozróżniał  poszczególnych  słów.  Stali  zbyt  daleko,  a  szum 

rozbijających się fal zagłuszał wszystko. 

Bob zmarszczył brwi. Prawdopodobnie i tak by nie zrozumiał. Pewnie rozmawiali po 

hiszpańsku. 

Wtem nad jego głową zadudniły kroki. Mężczyźni zbliżali się. Szli, zatrzymywali się, 

szli  znowu  i  wreszcie  znaleźli  się  nad  nim.  Wtedy  Bob  ruszył  wraz  z  nimi  bezgłośnie, 

stawiając stopy na piasku. Patrzył w górę i słuchał. 

-  Okay,  Strauss  -  mówił  Ernie.  Zatrzymał  się  i  pozostali  też  stanęli.  -  Rozumiem,  że 

nic  nie  zrobisz,  póki  nie  dostaniesz  pieniędzy,  ale  my  musimy  najpierw  zobaczyć  towar.  I 

lepiej, żeby okazał się dobry! 

-  Jest  dobry  -  to  musiał  być  Strauss,  gdyż  mówił  po  angielsku  bez  najmniejszego 

obcego  akcentu,  tonem  pewnym  i  oficjalnym.  -  Natomiast  wy  nie  zachowujecie  się  zbyt 

poważnie. Nie wiem, po co ja się w ogóle z wami zadaję. Chcę się widzieć z Alejandrem. On 

zamawiał towar. 

-  Mówię  w  imieniu  Alejandra  -  powiedział  Ernie.  -  Jeśli  nalegasz,  możemy  dać  ci 

zaliczkę. 

- Owszem, nalegam. 

- Jedna czwarta całości. Reszta jest przygotowana, więc dostaniesz na pewno zaraz po 

przyjęciu dostawy. Jeśli okaże się taka, jak przyrzekłeś. 

- Połowa z góry - powiedział Strauss chłodno. Zdawał się odnosić do sprawy niemal 

obojętnie.  -  Druga  połowa  po  dostawie.  Ale  bez  zaliczki  się  nie  ruszę.  Nie  potrzebuję  was. 

Musisz wiedzieć, że mam pełno miejsc, gdzie mogę upłynnić towar. 

Zapadła cisza, wreszcie Ernie powiedział. 

-  Dobra,  połowa  z  góry.  Ale  póki  nie  zabierzemy  towaru,  nie  zobaczysz  drugiej 

połowy.  Jedź  z  powrotem  do  Pacific  Stałeś  i  czekaj  tam.  Zatelefonuję,  kiedy  będę  miał 

pieniądze. 

- Dlaczego nie mogę tu poczekać? Nie chce mi się jeździć tam i z powrotem. 

- Dlatego, że to potrwa, a ta pani, która jest moją szefową, siedzi teraz w biurze i jest 

wściekła, że się obijam w pracy. Jedź i czekaj na telefon. 

Zaległo  milczenie  i  Bob  domyślał  się,  że  wszyscy  patrzą  w  stronę  przeszklonego 

background image

biura. Bez wątpienia była tam Eileen Denicola i niewątpliwie ich obserwowała. 

-  No,  dobra  -  zgodził  się  w  końcu  Strauss.  -  Może  nie  powinienem  w  ogóle  tu 

przyjeżdżać.  Okay,  będę  czekać  na  telefon  w  Pacific  Stałeś.  Tylko  nie  próbuj  kręcić. 

Pamiętaj, że to ty mnie potrzebujesz, a nie ja was. 

Strauss  odszedł,  a  Ernie  rzucił  za  nim  jakąś  uwagę  po  hiszpańsku.  Nie  brzmiała  jak 

komplement. Jego towarzysze wydali aprobujące pomruki. 

Potem na pomoście rozległy się czyjeś lekkie kroki i Bob usłyszał gniewny głos pani 

Eileen Denicoli. 

- Kto to był? 

- Ktoś z klubu “Oldfellows" czy coś w tym rodzaju - odpowiedział Ernie. - Mówił, że 

zobaczył z szosy “Marię III" i chciał się dowiedzieć, czy jest do wynajęcia. 

- Jeśli ktoś następnym razem zapyta o łódź, przyślij go do mnie. 

- Tak, proszę pani. 

-  Teraz  idź  coś  zjeść.  Chcę  cię  tu  widzieć  z  powrotem  dokładnie  o  pierwszej. 

Popłyniemy po benzynę. I zostaw swoich kolesi w domu, słyszysz? 

- Tak, proszę pani. 

Młodzi ludzie i Eileen odeszli. Bob czekał w cieniu pod pomostem. Kiedy zobaczył, 

ż

e  Ernie  i  jego  przyjaciele  idą  plażą  do  ich  małego  domu,  ruszył  w  przeciwnym  kierunku. 

Chciał się dowiedzieć, gdzie jest Pacific States. Brzmiało to jak nazwa miasta, ale Bob nigdy 

o  takim  nie  słyszał.  Pobiegł  z  powrotem  do  centrum  handlowego  i  wszedł  do  budki 

telefonicznej. 

W  książce  telefonicznej  nie  wymieniono  miasta  Pacific  States,  ale  pod  “P"  znalazł 

przedsiębiorstwo  przewozowe  “Pacific  States"  przy  West  Albert  Road  w  Oxnard. 

Zatelefonował tam i zapytał o pana Straussa. 

- Nie ma go w tej chwili - usłyszał. - Czy mam powiedzieć mu, żeby oddzwonił? 

- Nie, sam zadzwonię później. 

Odwiesił  słuchawkę.  Zamierzał  właśnie  zatelefonować  do  Kwatery  Głównej,  gdy 

zobaczył,  że  ze  sklepu  spożywczego  wychodzi  ktoś  znajomy.  Mężczyzna  skierował  się  do 

zaparkowanego  samochodu.  Bob  opuścił  budkę  i niby  od  niechcenia  udał  się  w  tym  samym 

kierunku. 

- Cześć, Bob! - zawołał mężczyzna. - Co tu robisz? 

-  Dzień  dobry,  panie  Soams!  -  był  to  sąsiad  z  Rocky  Beach.  —  Sprawdzałem,  czy 

ryby dobrze tutaj biorą. Może w weekend wybierzemy się z tatą połowić. 

Pan Soams rozejrzał się. 

background image

- Przyjechałeś tu rowerem?   

Bob potrząsnął głową. 

- Kolega mnie podrzucił - kłamał niemal równie gładko jak Jupe. - Ach, może jedzie 

pan na północ? 

- Tak. Jadę do Carpinteria, do siostry. 

- Tak właśnie myślałem, że się pan do niej wybiera. Czy mógłby mnie pan po drodze 

podrzucić do Oxnard? 

- Pewnie... ale ja nie będę dzisiaj wracał. Jak się dostaniesz z powrotem do domu? 

-  Autobusem  -  powiedział  Bob  bez  zająknienia.  -  Strasznie  panu  dziękuję,  bardzo 

jestem wdzięczny. 

Wśliznął  się  na  przednie  siedzenie  małego  sedana,  wielce  z  siebie  zadowolony. 

Zaoszczędzi mu to długiej jazdy na rowerze. I może do wieczora się dowie, co kupuje Ernie i 

jego przyjaciele i za ile. 

background image

 

ROZDZIAŁ 15 

 

Bob w opałach 

 

Jupiter,  znudzony  i  zniechęcony,  siedział  na  krawężniku  naprzeciw  domu,  w  którym 

mieszkała  Gracie  Montoya.  Rano,  o  dziewiątej  zadzwonił  do  jej  mieszkania  i  próbował  raz 

jeszcze  namówić  ją  do  zaabonowania  gazety,  ale  odmówiła  i  nie  była  już  skłonna  do 

pogawędki. 

Stanął  w  bramie  budynku  naprzeciw  i  całe  rano  obserwował  mieszkanie  Gracie. 

Widział,  jak  niesie  pranie  gdzieś  na  zaplecze  domu  i  wraca  potem  ze  stertą  starannie 

złożonych  rzeczy.  Teraz  usiadła  nad  basenem  i  robiła  sobie  manicure.  Bardzo  chciał 

porozmawiać z nią znowu. Podniósł się i przeszedł na drugą stronę ulicy. Postanowił udawać, 

ż

e szuka zgubionej książki zamówień. 

Ale zatrzymał się za ogrodzeniem. Gracie rozmawiała przez telefon na długim sznurze 

z kimś o imieniu Marylin. 

-  Aktorsko  jest  słaby  -  mówiła  -  ale  efekty  świetne.  Kiedy  wystrzeliwują  statek 

kosmiczny,  czujesz,  jak  siedzenie  drży  pod  tobą.  Telefonowałam  sprawdzić,  o  której  jest 

pierwszy seans - i dowiedziałam się, że o drugiej. Chcesz coś zjeść przed pójściem? 

Jupe  odszedł  od  furtki.  Gracie  Montoya  wybiera  się  do  kina.  Nawet  jeśli  pójdzie  za 

nią, niczego się nie dowie, oglądając całe popołudnie film. 

Zastanawiał  się,  czy  Bob  spędził  czas  bardziej  owocnie  na  przystani  i  czy  robią 

naprawdę  wszystko,  żeby  pomóc  panu  Bonestellowi.  Czy  to  możliwe,  żeby  rabusiami  w 

banku byli Ernie i jego przyjaciele? A jeśli tak, jak Trzej Detektywi zdołają to udowodnić? 

Nagle przypomniał sobie coś, co widział w kinie albo w telewizji. Wsiadł na rower i 

pojechał szybko do składu złomu. 

Pete  siedział  w  Kwaterze  Głównej  i  ze  znudzoną  miną  przeglądał  kartki  magazynu 

sportowego. 

- Dobrze, że jesteś - powiedział. - Nudy na pudy. Ale Bob raz zadzwonił. 

- Tak? Co powiedział? 

-  Myśli,  że  coś  się  szykuje  u  Denicoli.  Współlokatorzy  Erniego  sterczą  tam  stale  i 

gadają  z  Erniem.  Bob  mówił,  że  czymś  są  podekscytowani.  A  starej  pani  Denicoli  śnił  się 

Bob. Powiedziała mu, że grozi mu niebezpieczeństwo i nie powinien być na przystani! 

background image

Jupe  poczuł  dreszczyk  emocji.  Nie  był  pewien,  czy  można  wierzyć  w  sny  pani 

Denicoli, ale Ernie to inna sprawa. 

- Jak dawno temu Bob telefonował? 

- Może pół godziny, może trochę dłużej. Powiedziałem mu, że mogę go zastąpić, ale 

on chciał tam zostać. Jupe skinął głową. 

-  Dobra.  Słuchaj,  ja  tam  jadę.  Spróbuję  sfotografować  tych  trzech  facetów.  Zrobię 

odbitki  i  dorysuję  im  brody,  wąsy  i  peruki.  Potem  pokażę  zdjęcie  panu  Bonestellowi.  Może 

ich rozpozna. 

Wziął z ciemni aparat fotograficzny z teleskopem i dodał: 

- Zostań tutaj. Zatelefonuję po zobaczeniu się z Bobem. 

Pół  godziny  później  był  na  przystani.  “Maria  III"  nie  stała  przy  pomoście,  a  małe 

biuro było puste. Nigdzie śladu Erniego czy Eileen. 

Jupe  wzruszył  ramionami,  przeciął  szosę  i,  podskakując  na  kamieniach,  zjechał  na 

plażę.  Znalazł  rower  Boba  przypięty  do  pala  pod  pomostem.  Umocował  obok  swój  rower  i 

rozejrzał  się  po  plaży.  Kilka  osób  łowiło  ryby,  jakieś  dzieci  bawiły  się  z  psem,  ale  Boba 

nigdzie  nie  było.  Z  aparatem  fotograficznym  w  ręce  wspiął  się  z  plaży  na  parking  Denicoli. 

Był  pusty.  Potem  dostrzegł  na  placyku  koło  domu  z  szarym  gontem  samochód  kombi.  Ktoś 

musiał tam być. 

Poszedł więc do domu pani Denicoli. Nie zdążył jeszcze dotknąć dzwonka, gdy drzwi 

się otworzyły i stanęła przed nim stara pani. Patrzyła na niego przenikliwie. 

- Czy widziała pani mojego przyjaciela? - zapytał Jupe. 

- Twego przyjaciela? 

- Tak, był tu rano i pani z nim rozmawiała. Śnił się pani. 

-  Ach!  Więc  ten  mały  chłopiec  w  okularach  to  twój  przyjaciel.  Chyba  o  tym  w  jakiś 

sposób wiedziałam. 

Ś

ciągnęła surowo brwi, ale Jupe pomyślał, że w gruncie rzeczy się nie gniewa. 

- Czy od tamtego czasu widziała go pani? - zapytał. - Jego rower stoi pod pomostem, 

ale nigdzie nie mogę go znaleźć. Czy mógł popłynąć gdzieś łodzią? Może pani synowa wzięła 

go na rejs? 

Pani Denicola potrząsnęła głową. 

- Ernie popłynął “Marią" z Eileen. Widziałam, jak wyruszyli. Nikogo więcej nie było 

na łodzi. 

- Dokąd on mógł pójść? - powiedział Jupiter bardziej do siebie niż do niej. 

- Nie wiem - pani Denicola cofnęła się i szerzej otworzyła drzwi. - Myślę, że stanie się 

background image

coś  złego.  Śniło  mi  się  to  i  jestem  bardzo  niespokojna.  Musisz  mi  powiedzieć  o  sobie  i  o 

twoim przyjacielu. Wejdź, proszę. 

Było  w  tonie  starej  pani  coś,  co  brzmiało  jak  głos  przeznaczenia  i  Jupe  po  raz 

pierwszy pomyślał, że Bob istotnie znalazł się w niebezpieczeństwie. 

Wiele  kilometrów  dalej,  w  Oxnard,  Bob  zbliżał  się  właśnie  do  przedsiębiorstwa 

przewozowego  “Pacific  States".  Znajdowało  się  ono  na  rozległym  placu  przy  Albert  Road, 

otoczonym  wysokim  ogrodzeniem  z  siatki.  Stał  tam  budynek  z  bloków  betonowych,  bez 

okien, a obok niego kilka zabłoconych wozów meblowych. Brama była zamknięta na kłódkę, 

a biegnąca od niej droga wjazdowa wyboista i pełna kałuż. 

Bob  nie  widział  nikogo  w  środku  i  zaczął  obchodzić  zakład  dookoła.  Ślepe  ściany 

budynku obrastały  chwasty, wszędzie walały się  połamane skrzynki i zmięte papiery.  Z tyłu 

widok  na  budynek  przesłoniły  Bobowi  stojące  tam  ciężarówki,  ale  usłyszał  czyjeś  głosy, 

stanął i słuchał. 

Rozmowa trwała dalej, nie mógł jednak pochwycić słów. Zauważył, że jeden z wozów 

meblowych  stał  bokiem  do  ogrodzenia.  Spojrzał  w  prawo,  potem  w  lewo  i  wziął  głęboki 

oddech. Stawiając stopy w oczkach siatki wspiął się na szczyt ogrodzenia i przelazł na dach 

wozu. 

Położył się nieruchomo i łapał oddech. Nie był tak wysportowany jak Pete, a jednak 

dokonał tego! Znalazł się wewnątrz placu. Podniósł się na czworaki i podczołgał do przodu. 

- To nie wyschnie na czas - głos był teraz blisko. 

- Co to za różnica? - usłyszał drugi głos. - Suche, nie suche, możemy ją brać. 

Tyłem  do  wozu,  na  którym  leżał  Bob,  ustawiony  był  drugi.  Bob  wstał.  Dzięki 

tenisówkom  bezgłośnie  przeskoczył  małą  przestrzeń  między  dwoma  wozami.  Opuścił  się 

znów  na  czworaki  i  przekradł  na  przód  dachu.  Popatrzył  w  dół  na  wolną  przestrzeń  między 

wozami.  Tyłem  do  niego  stało  tam  dwóch  mężczyzn.  Przyglądali  się  lśniąco  białej 

ciężarówce.  Bob  rozpłaszczył  się  szybko  na  dachu  i  wystawił  lekko  głowę,  żeby  lepiej 

widzieć. 

-  Okay,  Harry  -  powiedział  jeden  z  mężczyzn.  Był  to  Strauss.  Stał  z  rękami  na 

biodrach i przekrzywioną w bok głową. - Dobra robota. 

Harry  mruknął  coś  w  odpowiedzi.  Trzymał  w  jednej  ręce  puszkę  farby,  w  drugiej 

mały pędzel. W powietrzu unosił się silny zapach farby. Ciężarówka, którą podziwiał Strauss, 

miała  na  bocznej  ścianie  świeżo  wymalowany  napis.  Pokrywał  nazwę  przedsiębiorstwa 

przewozowego i głosił: ZAOPATRZENIE MORSKIE McCUTCHEONA. 

Bob uśmiechnął się - ci ludzie sprawili przebranie jednej z ciężarówek. 

background image

- Dużo z tym kłopotów - powiedział Harry, wymachując pędzlem. 

- Stawka też duża - mruknął Strauss. - Nie można ryzykować. Byle kto może zobaczyć 

wóz meblowy zaparkowany pod Denicolą, zainteresuje się i zacznie wypytywać. 

Strauss  odszedł  i  zniknął  w  otwartym  wejściu  do  wielkiego  budynku  bez  okien.  Po 

chwili  drugi  mężczyzna  poszedł  za  nim.  Przez  jakiś  czas  Bob  słyszał  tylko  odgłosy 

przesuwania drewna po betonie. Wreszcie pojawił się znowu Strauss. Ciągnął za sobą wózek 

załadowany drewnianymi skrzynkami. Zatoczył go pod świeżo pomalowaną ciężarówkę. 

Z  budynku  wyszedł  Harry  z  drugim  ładunkiem  skrzynek.  Po  przejechaniu  paru 

metrów wózek utknął mu na wystającym korzeniu. Jedna ze skrzynek zsunęła się na ziemię i 

otworzyła. Wypadło się z niej kilkanaście małych pudełek. 

- Uważaj! - wrzasnął Strauss. 

- Dobra, dobra. Uspokój się! 

Harry przykląkł, pozbierał pudełka, włożył je z powrotem do skrzynki i dźwignął ją na 

wózek. 

Ze swego stanowiska na dachu Bob zauważył, że jedno z pudełek pękło i wypadło z 

niego  kilka  małych  przedmiotów.  Bob  czekał  z  zapartym  oddechem.  Ani  Strauss,  ani  Harry 

nie  zauważyli,  że  coś  leży  na  ziemi.  Załadowali  skrzynki  do  przemalowanej  ciężarówki  i 

poszli po następne. 

Pracowali  tak  prawie  pół  godziny.  Skrzynki  miały  różne  kształty  i  rozmiary.  Jedne 

były drewniane, inne z karbowanej tektury. Niektóre były tak ciężkie, że musieli je podnosić 

na ciężarówkę we dwóch. Wreszcie zamknęli tylne drzwi ciężarówki i założyli na nie kłódkę. 

- Mogliśmy wziąć kogoś do pomocy - Harry ocierał czoło chusteczką. 

- Nie potrzeba nam świadków - powiedział Strauss. 

Weszli obaj do budynku, a Bob leżał cicho i czekał. Minęło pięć minut, dziesięć i ani 

Strauss,  ani  Harry  nie  wychodzili  z  budynku.  Bob  doszedł  do  wniosku, że  nie  wrócą  już  do 

załadowanej ciężarówki. 

Podczołgał się na skraj swego miejsca ukrycia. Ześliznął się na dach szoferki, stamtąd 

na  maskę  i  wreszcie  na  ziemię.  Podbiegł  szybko  do  rozsypanych  drobnych  przedmiotów  i 

przyklęknął. Podniósł jeden z nich.   

Był ciężki. Bob przyjrzał mu się i zmroziło go przerażenie. To był nabój!   

Podniósł wzrok i jego przerażenie przerodziło się w absolutną grozę.Chciał przełknąć 

ś

linę, ale wyschło mu w gardle. Był tak sparaliżowany, że nawet nie drżał. 

Nie  dalej  niż  dziesięć  kroków  przed  nim  stał  pies.  Doberman!  Stał  sztywno,  czujnie 

spięty,  jego  czarne  oczy  utkwione  były  w  Boba,  a  uszy  sterczały  do  góry.  Nie  wydawał 

background image

ż

adnego dźwięku. Tylko patrzył, przygważdżając Boba do miejsca. 

- Hej! - powiedział Bob. Był to raczej szept, gardłowy, drżący szept. 

- Hej, piesku! Co powiesz? 

Podniósł się wolno z klęczek i cofnął o krok. Czarne wargi psa uniosły się, obnażając 

białe kły, a z jego gardła wydobyło się niebezpieczne warczenie. 

- Hej - szepnął Bob. 

Warczenie nasiliło się. Pies zrobił krok do przodu i znowu stanął. 

Bob  nie  ruszał  się  więcej.  Był  to  pies  obronny  i  Bob  o  tym  wiedział.  Będzie  go  tak 

trzymał przez cały dzień, jeśli zajdzie potrzeba. Nie ma odwrotu! 

background image

 

ROZDZIAŁ 16 

 

Jupe ratuje się przed gorącą wodą 

 

U  pani  Denicoli  było  ciepło  i  pachniało  serem,  ziołami  i  ciężkim  sosem 

pomidorowym. Ale zapach dobrego jedzenia nie pobudził tym razem apetytu Jupe'a. Siedział 

zasłuchany naprzeciw starej pani, która opowiadała mu swój sen. 

-  Widziałam  we  śnie  twojego  przyjaciela.  Był  w  pokoju.  Panował  straszny  hałas, 

ś

ciany  pokoju  wyginały  się  i  rozpadały.  Nie  wiem,  gdzie  był  ten  pokój,  i  nie  znałam  tego 

chłopca.  Dziś  rano  zobaczyłam  go,  jak  malował,  pomagając  Ernestowi  i  stwierdziłam,  że  to 

chłopak z mego snu i że musi stąd odejść. Tu jest niebezpiecznie. Czuję to bardzo silnie. Nie 

tylko dla niego. Dla mnie również. Powiedziałam mu więc, żeby odszedł, i musiał posłuchać. 

Nie ma go tutaj. 

Jupe zmarszczył czoło. 

- Proszę pani, czy pani sny się zawsze sprawdzają? 

-  Nie.  Przeważnie  mam  takie  sny  jak  każdy.  Nie  mają  sensu.  Powstają  z  odprysków 

pamięci. Ale niektóre moje sny są inne. Widzę w nich obcych ludzi, których potem spotykam 

na  jawie  i  wtedy  wiem,  że  to  był  sen  proroczy.  Oczywiście  nie  wiem  wszystkiego.  We  śnie 

jawią  się  tylko  przelotne  obrazy.  Jak  migające  światło,  jak  smuga  wysyłana  przez  latarnię 

morską.  Jeśli  to  był  zły  sen,  wiem,  że  muszę  się  mieć  na  baczności,  bo  smuga  wskazuje 

miejsce, gdzie czyha niebezpieczeństwo. 

- Czy zawsze śni pani o niebezpieczeństwach? - zapytał Jupiter. 

- Ach, nie! - uśmiechnęła się. - Śniła mi się młoda kobieta z rudymi włosami, jeszcze 

nim mój syn Alfredo spotkał Eileen. To był dobry sen... 

Jupe  obawiał  się,  że  pani  Denicola  zagłębi  się  w  historię  rodzinną,  więc  szybko 

zmienił temat. 

- Czy ten człowiek, o którym pani mówi, ten Ernesto, jest pani krewnym? 

-  Ależ  skąd!  -  powiedziała  wzgardliwie.  -  To  jeden  z  tych  obiboków.  Niewiele  wart. 

Ale może ma dobre serce. Ci dwaj, co z nim mieszkają w tym domku nad plażą, przyjechali z 

Ameryki Południowej. Ernesto zawsze ma u siebie jakichś ludzi stamtąd. Mieszkają u niego, 

póki  nie  znajdą  pracy.  Uczą  się  trochę  angielskiego.  Potem  się  wyprowadzają.  Myślę,  że 

ojciec  Ernesta  pochodzi  z  Ameryki  Południowej  i  kiedyś  potrzebował  takiej  pomocy.  Teraz 

background image

Ernesto  jej  udziela  ze  względu  na  pamięć  ojca.  Tak  więc,  nikt  tu  nie  jest  kimś  całkiem 

bezwartościowym. Pani Denicola zmarszczyła brwi. 

-  A  co  z  tobą?  Naprawdę  nie  przyszedłeś  wtedy  szukać  portfela,  prawda?  Twój 

przyjaciel  też  nie  przyszedł  tu  z  nudów,  tylko  szpiegował.  Mam  rację?  Kogo  szpiegował? 

Ernesto? Coś się tu dzieje, czego nie wiemy. Coś skrywa się przed Eileen i przede mną. 

- Myślę, że tutaj się coś dzieje, ale nie wiem dokładnie, co - powiedział Jupiter. - Śnił 

się pani niewidomy, który zabrał portfel. Czy widziała go pani? Później, na jawie? 

- Nie widziałam. 

-  Ale  widział  go  mój  przyjaciel  Bob  i  ja  go  też  widziałem.  Jupe  wyjął  z  portfela 

firmową wizytówkę Trzech Detektywów, dopisał numer telefonu i podał kartę pani Denicoli. 

- Gdyby pani zobaczyła tego niewidomego, czy mogłaby pani zatelefonować pod ten 

numer? Jeśliby mnie nie było, ktoś zawsze odbierze wiadomość. Poza tym, gdyby zaszło coś 

niezwykłego,  gdyby  Ernie  coś  takiego  zrobił  lub  powiedział,  proszę  również  dać  nam  znać. 

Obawiam się o mojego przyjaciela. 

- I słusznie. Jesteś mądrym chłopcem. 

-  Dlatego,  jeśli  można,  chciałbym  skorzystać  z  telefonu.  Może  jest  jakaś  wiadomość 

od niego. 

Pani  Denicola  skinęła  rękaw  stronę  holu  i  Jupe  poszedł  zatelefonować  do  Kwatery 

Głównej. Pete podniósł słuchawkę w połowie pierwszego dzwonka. 

- Cześć, Bob dzwonił - powiedział - zaraz po twoim wyjściu. Jest w Oxnard. Mówił, 

ż

e  pojawił  się  nowy  człowiek  w  naszej  zagadce.  Facet  nazwiskiem  Strauss.  Bob  spróbuje 

dowiedzieć się o nim czegoś więcej i da nam znać później. 

- Dobrze! Zostawił tutaj swój rower. Bałem się, że mu się coś stało. 

- Nie. Wszystko w porządku. Gdzie jesteś? 

- U pani Denicoli. Niedługo wrócę. 

Jupiter odłożył słuchawkę. Pani Denicola wyszła do niego z pokoju. 

- Więc nic się nie stało twojemu przyjacielowi? - zapytała.   

Jupe uśmiechnął się. 

- Nie, telefonował z Oxnard. Musiał... miał tam coś do załatwienia. 

-  To  świetnie.  Więc  na  razie  nie  muszę  się  martwić  i  mogę  spokojnie  przygotować 

obiad dla mojego gościa. Niedługo przyjedzie. Ty pewnie masz swoje sprawy do załatwienia. 

Tylko bądź ostrożny, dobrze? 

Jupe przyrzekł to starszej pani i wrócił na szosę. Skierował się w stronę małego domu, 

w którym mieszkał Ernie i dwaj jego koledzy z Ameryki Południowej. 

background image

Znalazł sobie dobre miejsce naprzeciw domu i usiadł na podściółce z morskiej trawy, 

z aparatem fotograficznym w pogotowiu. Czekał ponad godzinę, aż pod oknem zatrzymała się 

stara, rozklekotana ciężarówka i wyszedł z niej jeden ze współlokatorów Erniego. 

Jupe wycelował obiektyw i pstryknął kilka zdjęć. Nim przybyły zniknął za drzwiami 

domu, młody detektyw zdążył sfotografować go sześć razy. 

Następnie  rozparł  się  wygodnie,  przygotowany  na  dalsze  czekanie.  Pojawienie  się 

“Marii  III"  przywitał  z  uśmiechem.  Przepłynęła  na  wprost  niego  i  przybiła  do  przystani. 

Wysiadły  dwie  osoby  -  Ernie  i  Eileen.  Jupe  pomyślał,  że  Ernie  prędzej  czy  później  musi 

przyjść do domu, a tymczasem poczeka na jego drugiego współlokatora. 

Mijały minuty. Na plaży lądowały mewy i znowu wzbijały się w powietrze. Po lewej 

była widoczna droga dojazdowa do Denicoli. Od czasu do czasu skręcał na nią lub wyjeżdżał 

z  niej  samochód.  Widok  na  biuro  zasłaniał  Jupe'owi  dom  pani  Denicoli.  Ale  mógł  się 

spodziewać, że Eileen jest w biurze. Możliwe, że Ernie w czymś jej tam pomaga. 

Jupe  odwrócił  głowę  i  popatrzył  na  plażę  po  prawej  stronie.  Kilku  rybaków  uwijało 

się z wędkami. Daleko w wodzie czekali na falę surfujący. Na horyzoncie zbierały się chmury 

i wiatr był teraz coraz zimniejszy. Dzień zaczął się piękną, bezchmurną pogodą, ale skończy 

się deszczem. 

Współlokator  Erniego  wyszedł  z  domu  i  skierował  się  do  przystani.  Jupe  spojrzał  na 

zegarek. Była prawie trzecia. Bob powiedział Pete'owi, że obaj przyjaciele Erniego byli rano 

na miejscu. Gdzie podziewał się teraz drugi? 

Spojrzał w stronę domu pań Denicola. Stał tam przedtem samochód kombi. Nie było 

go  teraz.  Kiedy  odjechał?  Przegapił  ten  moment.  Wiatr,  mewy  i  szum  fal  uśpiły  jego 

czujność. 

Wstał  i  wyszedł  na  szosę.  Mijając  drogę  dojazdową  do  przystani,  dostrzegł,  że  w 

biurze nie było Eileen. Ernie półleżał rozparty na krześle pani Denicoli, z nogami na biurku. 

Palił papierosa i śmiał się. Jego współlokator siedział na biurku ze skrzyżowanymi nogami i 

opowiadał  coś  Erniemu.  Na  jego  twarzy  widać  było  ożywienie,  mówiąc,  wymachiwał  w 

powietrzu rękami. 

Gdzie była Eileen Denicola? Czy w domu wraz z teściową? Co by powiedziała, gdyby 

zobaczyła  tych  dwóch  rozwalonych  nonszalancko  w  jej  biurze? Jupe  był  absolutnie  pewien, 

ż

e byłaby wściekła. 

Nagle  spostrzegł,  że  dom  sprawia  wrażenie  opuszczonego.  Okna  były  pozamykane, 

story  zaciągnięte.  Właśnie  zajechał  samochód.  Wysiadła  z  niego  siwowłosa  pani  z  różowo 

opakowanym  pudełeczkiem  w  ręce.  Zapewne  oczekiwany  gość  pani  Denicoli.  Jupe  patrzył, 

background image

jak dzwoni do drzwi, czeka, by jej otworzono, i przyciska dzwonek po raz drugi. Wciąż nikt 

nie otwierał drzwi i starsza pani skierowała się do biura. 

Ernie  obserwował  ją  przez  okno  i  wolno  wstał.  Jego  towarzysz  ciągle  siedział  na 

biurku. Gdy weszła, Ernie zamienił z nią kilka słów, potem napisała coś na kartce, złożyła ją i 

podała Erniemu. Była wyraźnie rozgniewana, gdy wracała do swego samochodu. 

Po jej odjeździe Ernie usiadł z powrotem z nogami na biurku i wrzucił do kosza liścik, 

który mu zostawiła. 

Jego przyjaciel roześmiał się. 

Wszystko  to  zaalarmowało  Jupe'a.  Zawrócił  i  szedł  szosą  tak  długo,  aż  dom  pani 

Denicoli znalazł się między nim a biurem. Tam przeszedł na drugą stronę i przemknął się na 

tył domu. 

Okno  obok  drzwi  kuchennych  było  nie  domknięte.  Jupe  otworzył  je  szerzej,  sięgnął 

do  zamka  na  drzwiach  i  przekręcił  go.  Wszedł  do  kuchni  i  zamknął  za  sobą  drzwi,  ale  nie 

przekręcił z powrotem zamka. Może będzie musiał wyjść stąd spiesznie. 

W kuchni było gorąco i pachniało silnie jedzeniem. Ale sos do makaronu zastygł już 

w  garnku,  w  piekarniku  stygła  pieczeń,  a  sałata  więdła  na  cedzaku.  Stara  pani  Denicola 

musiała opuścić dom w pośpiechu. 

Jupe przeszedł cicho do  jadalni. Stół nakryto na trzy osoby. Pokój był mroczny przy 

zaciągniętych  storach.  Mrok  panował  też  w  saloniku,  gdzie  jeszcze  niedawno  rozmawiał  ze 

starą panią. Poczuł niemiły zaduch, który niemal zabił zapachy roznoszące się z kuchni. Ktoś 

upuścił palącego się papierosa na dywanik przed kominkiem. Jupe zgasił go butem. 

Podszedł do schodów na piętro i choć nie oczekiwał odpowiedzi, zawołał cicho: 

- Pani Denicola? Czy jest pani w domu? To ja, Jupiter Jones. 

W domu panowała cisza. Jupe wszedł na górę. 

W  sypialniach  nie  pozaciągano  stor  i  było  tu  jasno.  W  jednym  z  pokoi  tłoczyły  się 

masywne  meble  z  ciemnego  drewna.  Na  komodzie  stały  liczne  fotografie.  Pokój  naprzeciw 

urządzono  białymi  meblami,  a  na  ścianach  wisiały  kolorowe  oleodruki.  Jupe  zaglądał  tam 

właśnie,  gdy  rozległ  się  dzwonek  telefonu.  Jupe  aż  podskoczył.  Potem  zobaczył  telefon  na 

stole obok łóżka. Spojrzał przez okno w stronę biura. 

Ernie wpatrywał siew telefon na biurku Eileen. Zdawał się wahać. 

Telefon koło łóżka wciąż dzwonił. 

W biurze Ernie odebrał telefon i dzwonienie w sypialni urwało się  gwałtownie. Jupe 

uśmiechnął  się.  Oba  telefony  miały  wspólną  linię.  Jupe  podniósł  szybko  słuchawkę  i 

przyłożył do ucha. 

background image

- Si - usłyszał Erniego. 

Z drugiego końca linii popłynęła lawa hiszpańskich słów. Jupe wstrzymywał oddech i 

słuchał ze skupieniem, starając się zrozumieć możliwie najwięcej. 

Mówiącym  był  niejaki  Alejandro.  Powiedział,  że  idzie  się  teraz  zobaczyć  ze 

Straussem.  Była  też  mowa  o  pieniądzach.  Jupe  usłyszał  nazwisko  Denicola  i...  własne! 

Alejandro  przypominał  Erniemu,  że  Jupiter  Jones  rozmawiał  ze  starym  Bonestellem  o 

Denicoli i o niewidomym. Przestrzegł Erniego, żeby był ostrożny. Ernie powiedział, że będzie 

i  że  wraz  z  Rafim  całkowicie  panują  nad  sytuacją.  Jupe  wyciągnął  stąd  wniosek,  że  Rafi  to 

kolega, który siedzi z Erniem w biurze. Padło jeszcze kilka słów i Ernie odłożył słuchawkę. 

Jupe zrobił to samo i popatrzył przez okno. Ernie stał przed biurem i rozglądał się po 

plaży.  Był  nachmurzony  i  kiedy  jego  przyjaciel  zbliżył  się  do  niego,  powiedział  coś, 

wskazując  mały  dom  nad  plażą.  Tamten  wzruszył  ramionami  i  poszedł  we  wskazanym 

kierunku. 

Ernie przeniósł wzrok na dom pani Denicoli i z nagłym błyskiem zaciekawienia ruszył 

ku niemu. 

Jupe cofnął się w głąb pokoju. Diabli nadali! - pomyślał. Ernie musiał usłyszeć “klik", 

gdy Jupiter podnosił słuchawkę w sypialni. 

Na  frontowym  ganku  rozległy  się  kroki  i  zgrzytnął  klucz  wkładany  do  zamka.  Ernie 

znajdował  się  już  pod  drzwiami.  Za  sekundę  je  otworzy  i  wejdzie  do  środka.  Jupe'owi  nie 

starczy czasu, żeby zbiec na dół. Przyłapie Jupe'a tutaj i... 

I co? 

Do sypialni przylegała łazienka. Jupe słyszał, że kran lekko przecieka. 

Drzwi frontowe otworzyły się ze skrzypieniem. 

Jupe  dopadł  łazienki  w  trzech  susach.  Odkręcił  w  prysznicu  kran  z  gorącą  wodą. 

Wrócił do pokoju, ukrył aparat fotograficzny pod łóżkiem i stanął za drzwiami. 

Ernie wbiegł na schody i przez otwarte drzwi zajrzał do sypialni. Stał chwilę w progu, 

wpatrując  się  w  drzwi  łazienki.  Wydobywająca  się  z  prysznica  para  zaczęła  się  przez  nie 

przesączać. Ernie przeszedł przez pokój, otworzył drzwi łazienki i szarpnął zasłonę prysznica. 

W  tym  samym  momencie  Jupe  wyśliznął  się  na  korytarz  i  zbiegł  po  schodach.  Gdy  dopadł 

drzwi  kuchennych,  usłyszał  krzyki  Erniego,  ale  się  nie  zatrzymywał.  Uciekał  z  domu  na 

złamanie karku. 

Ale dokąd miał biec?! Znajdował się na otwartym terenie,  a Ernie  w pościgu za nim 

wypadnie z domu w każdej chwili! 

background image

 

ROZDZIAŁ 17 

 

Ostateczna poszlaka 

 

Jupiter  pędził  w  stronę  szosy.  Był  za  ciężki,  żeby  utrzymywać  tę  szybkość  długo. 

Musiał znaleźć miejsce, gdzie mógłby się ukryć przed Erniem. Ale gdzie? 

Niedaleko,  na  poboczu  szosy  stał  wóz  kempingowy.  Tylne  drzwi  były  otwarte,  a 

właściciel  wozu  stał  odwrócony  tyłem.  Patrzył  na  nasyp  po  drugiej  stronie  drogi  i  wycierał 

ręce w papierowy ręcznik, 

Jupe nie zawahał się. Wśliznął się bezgłośnie do wozu, zwinął się na podłodze obok 

wiader  z  małżami  i  naciągnął  na  siebie  poplamiony  brezent.  Chwilę  później  drzwi  wozu 

zatrzasnęły się z hukiem. Właściciel wsiadł do szoferki i zapuścił motor. 

Wóz wytoczył się z pobocza, pojechał paręset metrów na południe, zrobił zakręt o sto 

osiemdziesiąt stopni i pomknął na północ. 

Jupe ściągnął brezent z głowy, usiadł i wyjrzał przez okno. Gdy mijali klub Denicoli, 

zobaczył  Erniego.  Stał  przy  szosie,  patrząc  to  w  prawo,  to  w  lewo.  Miał  zaciśnięte  pięści  i 

wyraz zupełnego osłupienia na twarzy. 

Jupe roześmiał się na głos. 

Po raz pierwszy, od kiedy  ruszyli, wóz zatrzymał się na światłach w środku Oxnard. 

Jupe był na taką sytuację przygotowany i gdy tylko stanęli, wyskoczył i przebiegł na chodnik. 

Szedł  szybko  ulicą,  skręcił  na  rogu  i  dziesięć  minut  później  był  na  dworcu  autobusów 

międzymiastowych. Wsiadł do pierwszego autobusu i pojechał do Santa Monica. 

Kiedy  autobus  mknął  na  południe,  chłopca  opanowała  szczególnego  rodzaju  radość. 

Nie ulegało teraz wątpliwości, że ludzie z przystani szpiegowali pana  Bonestella. Wiedzieli, 

ż

e wspomniał o niewidomym w trakcie ich wczorajszej rozmowy. 

Ale skąd o tym wiedzieli? 

Jupe zmarszczył brwi. Pan Bonestell musiał komuś powiedzieć. Gracie Montoyi? Czy 

ona ich informuje? Ogarnęła go irytacja. Jakież to głupie ze strony pana Bonestella! 

Autobus mijał teraz przystań Denicoli. Parking był pusty i nikogo nie było w małym 

biurze. 

Gdzie  jest  Ernie?  Gdzie  są  jego  przyjaciele?  Gdzie  panie  Denicola?  Ernie  popełnił 

jakieś łajdactwo. Jupe był tego pewien. A w klubie Denicoli dokonywał się jakiś spisek. Czy 

background image

Eileen  Denicola  i  jej  teściowa  były  ofiarami?  Niewinnymi  świadkami,  których  usunięto  z 

drogi? Czy też brały udział w zmowie? 

Jupe'a  ogarnął  nagle  lęk.  Czy  panu  Bonestellowi  nic  nie  grozi?  Eileen  i  stara  pani 

znikły. Pan Bonestell może być następny. 

Kiedy autobus zatrzymał się w Santa Monica, Jupe pierwszy przepchnął się do drzwi. 

Koło przystanku stały taksówki. Miał przy sobie pieniądze, więc pojechał na Dolphin Court 

taksówką. 

Pod  domem  pana  Bonestella  był  za  dwadzieścia  piąta.  Poczuł  szczerą  ulgę,  gdy  sam 

gospodarz otworzył mu drzwi. 

-  Nie  spodziewałem  się  ciebie!  -  w  głosie  pana  Bonestella  była  mieszanina  nadziei  i 

obawy. - Ale chciałem, żebyś przyszedł. Masz jakieś nowiny? 

-  Tak  myślę  -  Jupe  poszedł  za  panem  Bonestellem  do  kuchni  i  usiadł  przy  stole.  - 

Panie Bonestell, z kim pan rozmawiał od czasu naszego ostatniego spotkania? 

-  Z  kim  rozmawiałem?  -  wystraszył  się  pan  Bonestell.  -  Ależ  z  nikim.  Nawet  nie 

wychodziłem z domu. 

- Może ktoś telefonował albo przyszedł do pana? 

- Nie, nikt nie przychodził. Ja... ja nie mam wielu przyjaciół. Dlaczego pytasz? 

-  Ponieważ  to  jest  ważne.  Proszę  się  dobrze  zastanowić.  Wczoraj  po  południu 

rozmawialiśmy o klubie Denicoli i o niewidomym żebraku. Musiał pan komuś wspomnieć o 

naszej rozmowie. Jakże inaczej człowiek imieniem Alejandro by o niej wiedział? 

Pan Bonestell był zgnębiony. 

-  Z  nikim  nie  rozmawiałem  -  powtórzył  z  uporem  -  i  nikogo  tu  nie  było.  Nikogo 

oprócz  Shelby'ego,  ale  jemu  nic  nie  mówiłem.  Absolutnie  nie!  Shelby  nie  jest...  no,  nie  jest 

człowiekiem,  z  którym  się  łatwo  rozmawia.  Daje  mi  odczuć,  że  nie  mam  nic  ciekawego  do 

powiedzenia,  i  chyba  ma  rację.  Wczoraj  wieczorem,  zresztą,  poszedł  po  powrocie  prosto  do 

swego pokoju i zamknął się na klucz. 

- I potem pan z nim nie rozmawiał? Ani dziś rano? 

-  Nie.  Ani  słowa  poza  “dzień  dobry".  Jestem  tego  pewien!  Jupe  westchnął.  Skubał 

dolną  wargę,  patrząc  tępo  na  cukierniczkę  na  stole.  Wtem  zobaczył  w  myślach  Shelby'ego 

Tuckermana.  Widział  go  w  jego  odblaskowych  okularach  i  czarnej  koszuli  z  golfem. 

Powiedział  wtedy:  “Zgodnie  z  waszym  systemem  sprawiedliwości  jesteś  niewinny,  póki  nie 

udowodnią ci winy". 

- Dziwne, że nie zwróciłem na to uwagi - powiedział głośno Jupe. 

- Na co? 

background image

- Shelby nie lubi pańskich sąsiadów, prawda? 

- Tak przypuszczam. Uważa, że to pospolici ludzie. 

- A czy on jest taki niepospolity? 

Pan Bonestell wzruszył ramionami. Jupe wciąż wpatrywał się w cukierniczkę. 

—  Od  kiedy  Shelby  zaczął  słodzić  kawę?  -  zapytał  nagle.  -  Przedtem  nie  słodził, 

prawda? Kiedy byliśmy tu za pierwszym razem, pił kawę bez cukru. 

-  Chyba  tak...  tak.  Zaczął  słodzić  kawę  dzień  albo  dwa  temu.  Mówił,  że  łyżeczka 

cukru dodaje mu natychmiast energii. 

Jupiterowi  błyszczały  oczy,  gdy  sięgał  po  cukierniczkę.  Wsadził  palec  głęboko  w 

cukier i wyłuskał małe plastykowe pudełeczko z dziurkami w jednej ściance. 

Pan Bonestell obejrzał pudełeczko. 

- Co to jest? - zapytał. 

-  Aparat  podsłuchowy,  proszę  pana.  “Pluskwa".  Nie  musiał  pan  rozmawiać  z 

Shelbym.  Wystarczyło,  że  na  stole  stała  cukierniczka,  i  mógł  słyszeć  wszystko,  o  czym  się 

tutaj mówiło. 

Jupe wstał i podszedł do telefonu. 

- Shelby pracuje w firmie “System TX—4". Czy pamięta pan ich numer telefonu? 

Pan  Bonestell  podał  mu  numer  i  Jupe  zatelefonował.  Dochodziła  piąta  po  południu. 

Zapytał o Shelby'ego Tuckermana i powiedziano mu, że nie pracuje tu nikt o takim nazwisku. 

- Ale pan Tuckerman pracował u was. Kiedy odszedł? 

-  Nie  możemy  udzielić  tej  informacji.  Proszę  zatelefonować  w  poniedziałek.  Może 

ktoś  z  działu  personalnego  będzie  mógł  pana  poinformować.  Jupe  podziękował  i  odłożył 

słuchawkę. 

-  Więc  tam  nie  pracuje?  -  zapytał  pan  Bonestell.  -  Nie  rozumiem.  Muszę  się  mylić. 

Niedawno pracował we Fresno, wysłany przez TX- 4. 

- Bardzo w to wątpię - Jupe podszedł do lodówki i otworzył zamrażalnik. Wszystkie 

pudełka,  które  Shelby  włożył  tam  dwa  dni  temu,  znikły.  Był  to  wtedy  potężny  zapas 

gotowych dań i mrożonej pizzy, ale zostało tylko pudełko lodów. 

Jupiter zamknął zamrażalnik. 

- To tutaj musiało być przez cały czas. 

- Co? - nie pojmował pan Bonestell. 

- Nic. Chcę powiedzieć, że nie jestem pewien, i może być już za późno. Proszę pana, 

czy mówił pan, że Shelby trzyma swój pokój zamknięty na klucz? 

- Tak, Shelby jest bardzo skrytym człowiekiem. 

background image

- To łagodnie powiedziane. Panie Bonestell, muszę się dostać do pokoju Shelby'ego, i 

to natychmiast! 

background image

 

ROZDZIAŁ 18 

 

Więźniowie 

 

Jupiter i pan Bonestell wynieśli z garażu długą, rozciąganą drabinę i przystawili ją do 

okna  pokoju  Shelby'ego  Tuckermana  na  piętrze.  Okno  nie  było  zamknięte  na  klamkę  i  Jupe 

dostał się do środka. 

Aparat do nagrywania stał na komodzie. Jupe przewinął taśmę w adapterze i włączył 

odbiór. Usłyszał rozmowę, którą dopiero co prowadził z panem Bonestellem, a potem szmer 

tarczy  telefonu  i  swój  głos,  gdy  telefonował  do  TX-  4.  Później  usłyszał  odgłos  otwierania  i 

zamykania drzwi zamrażalnika i swoją uwagę, że może być za późno. 

Uśmiechnął  się  ponuro  i  zmazał  zapis  z  taśmy.  Ustawił  aparat  z  powrotem  na 

nagrywanie i zabrał się do szybkiej rewizji pokoju. 

Pokój  był  dziwnie  ogołocony.  Pusty  blat  biurka,  pusty  nocny  stolik.  Na  ścianach  nie 

było  obrazów,  nigdzie  żadnej  książki  ani  doniczki  z  roślinami.  Nic,  choćby  rzucona  gdzieś 

agrafka, nie wskazywało, że ktoś tu w ogóle mieszka. 

Jupe zajrzał do szafy. Wisiały w niej marynarki, spodnie i koszule. W kieszeniach nie 

znalazł nic. Otworzył szuflady komody. Leżała tam bielizna, skarpetki i koszulki z golfem. W 

dolnej szufladzie pod swetrami znalazł nóż. 

Tkwił  w  pochwie  z  dobrej  skóry,  bardzo  ostry.  Nie  był  to  nóż,  którym  ostrzy  się 

ołówki lub przecina linkę wędki. Był to rodzaj noża, którym można w kogoś rzucić. 

Jupe  zostawił  go  na  miejscu.  Zszedł  z  powrotem  po  drabinie  i  kiedy  ją  odstawił  do 

garażu, powiedział panu Bonestellowi, co znalazł. 

-  Ciekaw  jestem,  czy  nosi  nóż  nad  kostką,  jak  rewolwer  -  zakończył.                                                                                                                   

Pan Bonestell kręcił głową oszołomiony. 

- Mówił, że nosi rewolwer, bo często podróżuje, a nigdy nie wiadomo, co się w drodze 

może  przytrafić.  Ale  nóż?  Po  co  mu  nóż?  Nie  jeździ  na  żadne  kempingi  ani  nic  w  tym 

rodzaju.  W  gruncie  rzeczy  nie  robi  nic  interesującego.  Ogląda  telewizję  i  ucina  sobie  stale 

drzemki. 

Jupe skinął głową. 

- Nie jest zbyt dziarski, ale za to pełen sekretów. Założył podsłuch w pańskiej kuchni i 

trzymał coś cennego w pańskim zamrażalniku. 

background image

- Co? Miał tam tylko mrożone jedzenie. 

- Myślę, że w tych pudełkach nie było jedzenia. Myślę, że trzymał w nich pieniądze. 

Zapewne łup z obrabowanego banku. 

-  Nie,  to  nie  to.  Shelby  od  dawna  trzymał  góry  mrożonego  jedzenia.  Choć  wcale  nie 

jadał  w  domu.  Może  czuł  się  zabezpieczony,  mając  zawsze  jedzenie  pod  ręką,  czuł  się 

zabezpieczony.  Wiedział,  że  rzadko  używam  zamrażalnika,  więc  go  zapełniał  swoimi 

prowiantami. 

- Hmm... - Jupiter znowu skubał z namysłem wargę. - Jeśli nie jadał w domu, co się w 

końcu działo z tym jedzeniem? Czy wyjmował coś kiedyś z zamrażalnika? 

-  No  rzeczywiście,  jak  tak  teraz  o  tym  pomyślę,  to  nie  wiem,  co  on  robił  z  tym 

jedzeniem. Raz na jakiś czas coś sobie gotował. A przynosił dużo. Ale... ale to nie mogły być 

pieniądze z rabunku. Chyba żeby kradł od dawna. Jakoś nie wydaje mi się, żeby Shelby był 

rabusiem. 

-  Ach!  To  mogły  być  narkotyki.  To  by  wyjaśniało  jego  powiązania  z  ludźmi  z 

przystani Denicoli. Mogli wykorzystywać “Marię III" do spotkań na morzu z innym statkiem. 

Albo  pływali  nią  po  narkotyki  do  Baja.  Jest  też  możliwe,  że  Shelby  i  Ernie  szmuglują  tu 

nielegalnych  emigrantów,  a  niewidomy...  -  Jupe  poczuł,  że  się  zagalopował.  -  Nie,  to  nie 

miałoby  nic  wspólnego  z  zamrażalnikiem,  chyba  że...  no,  nie.  Tego  nie  możemy  wiedzieć  z 

pewnością. Nie mamy wystarczających informacji. Jeszcze nie mamy. 

- Czy zawiadomimy policję? - zapytał pan Bonestell. 

-  Nie  sądzę,  żebyśmy  mogli  to  zrobić.  Jak  udowodnimy,  że  Shelby  nie  rozdawał 

swoich mrożonek biednym? Albo że “pluskwa" w cukierniczce nie została tam umieszczona 

dla  kawału?  Czy  Shelby  brał  udział  w  obrabowaniu  banku,  czy  też  jest  zamieszany  w  coś 

zupełnie  innego?  A  co  z  paniami  Denicola?  Gdzie  się  podziały?  Mam  silne  przeczucie,  że 

Shelby to wie. 

Po raz pierwszy pan Bonestell okazał gniew i zdecydowanie. 

- Chcę wam pomóc - powiedział. - Co mogę zrobić? 

- Dużo - odparł Jupe i wyłożył mu swój plan. 

Pan Bonestell przystał na to chętnie i poszli razem do sąsiadów, poprosić o możliwość 

skorzystania z telefonu. Pan Bonestell wyjaśnił kobiecie, która im otworzyła, że jego telefon 

jest uszkodzony. 

Jupiter zatelefonował do Kwatery Głównej i powiedział Pete'owi, żeby, przyszedł na 

róg Dolphin Court i Second Street. 

- Będę tam za dwadzieścia minut - zgodził się Pete.                           

background image

-  W  razie,  gdybyś  tam  nas  nie  zastał,  wracaj  do  Kwatery  Głównej.  Zatelefonuję  do 

ciebie, kiedy tylko będę mógł. 

Po skończonej rozmowie Jupiter i pan Bonestell wrócili do domu. Poszli do kuchni i 

odegrali  krótkie  przedstawienie  na  użytek  “pluskwy",  którą  Jupe  umieścił  z  powrotem  w 

cukierniczce.                                                                     

- Panie Bonestell - mówił Jupe wyraźnie - wiem, że zaczyna się pan niecierpliwić, ale 

może  niedługo  będziemy  mieli  dla  pana  jakieś  wiadomości.  Możliwe,  że  Eileen  Denicola 

właśnie dostarcza informacji, których nam trzeba. Pete był u komendanta Reynoldsa w Rocky 

Beach i Eileen właśnie telefonowała w czasie jego wizyty. Pete oczywiście słyszał tylko jedną 

stronę rozmowy, ale odniósł wrażenie, że Eileen była rozhisteryzowana. Komendant wciąż ją 

uspokajał. W końcu powiedział, że zaraz tam będzie, zerwał się i wybiegł z pokoju. 

- Ale ja nawet nie znam pani Denicola - powiedział ostrożnie pan Bonestell. - Co ona 

może mieć wspólnego z rabunkiem? 

-  Musi  tu  być  jakieś  powiązanie.  Jesteśmy  tego  pewni.  Pete  chce,  abyśmy  razem 

przyszli na komendę policji w Rocky Beach. Myśli, że komendant Reynolds przywiezie tam 

panią Denicola. 

- Wezmę kurtkę.                                                                                             

  Jupe pstryknął kontakt górnego światła i wyszli do samochodu pana Bonestella. Pan 

Bonestell  wyprowadził  małe  auto  z  podjazdu  i  podjechał  do  rogu  ulicy.  Tam  zatrzymał 

samochód pod sięgającymi ziemi gałęziami , wierzby płaczącej. Czekali,                                                                                 

Niebawem  zjawił  się  Pete  na  rowerze.  Pan  Bonestell  dał  mu  znak  światłami 

samochodu. Pete wsunął rower pod rosnące opodal krzaki i wsiadł do auta. 

- Co słychać? - zapytał podekscytowany, sadowiąc się na tylnym siedzeniu. 

-  Shelby  założył  podsłuch  w  kuchni  pana  Bonestella  -  powiedział  Jupe.  -  Wsadził 

“pluskwę"  do  cukierniczki,  a  w  swoim  pokoju  ma  adapter,  który  uruchamia  nagrywanie  na 

głos. Czy to ci coś przypomina? 

- Ślepiec! - wykrzyknął Pete. - Próbował podłożyć “pluskwę" w składzie złomu. Czy 

myślisz, że Shelby...? 

- Możliwe. Zobaczymy. 

Jupe  powtórzył  mu  następnie  rozmowę  z  panem  Bonestellem,  którą  nagrali  dla 

Shelby'ego. 

-  Panie  Denicola  znikły  -  mówił  dalej  -  i  ja  się  naprawdę  o  nie  martwię.  Mam 

wrażenie, że kiedy Shelby przesłucha nagranie, zaprowadzi nas do nich. 

Tymczasem ściemniło się zupełnie. Deszcz, który całe popołudnie wisiał w powietrzu, 

background image

spadł  teraz.  Po  Second  Street  jeździły  samochody,  ale  żaden  nie  skręcił  w  Dolpin  Court. 

Dopiero  dobrze  po  szóstej  wziął  zakręt  samochód  Shelby'ego.  Pan  Bonestell  i  chłopcy 

obserwowali,  jak  wjeżdża  na  podjazd.  Po  chwili  zapaliło  się  światło  w  kuchni,  potem  we 

frontowych pokojach. 

- Szuka mnie - powiedział pan Bonestell. - Odkąd nie pracuję, jestem zawsze w domu 

o tej porze. 

Niebawem zapaliło się światło na piętrze, w pokoju Shelby'ego. 

-Już niedługo! - pan Bonestell prawie chichotał z uciechy.   

Jupe zdał sobie dopiero sprawę, jak bardzo pan Bonestell nie lubi Shelby'ego. 

W całym domu wciąż paliły się światła, gdy otworzyły się drzwi frontowe i wybiegł 

Shelby.  Pognał  przez  trawnik  do  swego  samochodu.  Wypadł  z  podjazdu  z  wyciem  motoru, 

przemknął koło samochodu pana Bonestella i z pełną szybkością skręcił w Second Street. 

Pan  Bonestell  zmniejszył  szybkość,  żeby  przepuścić  inny  samochód  między  nim  a 

Shelbym.  Jechali  teraz  w  ulewnym  deszczu.  Shelby  utrzymywał  się  na  granicy  dozwolonej 

szybkości. Zwolnił, jadąc przez Malibu, i znów nabrał prędkości. 

-  Musi  jechać  do  Denicoli  -  powtórzył  Jupe.  -  Ciekaw  jestem,  czy...  czy...  panie 

Bonestell, czy zna pan kogoś imieniem Alejandro? 

-  Nie.  Inicjałem  drugiego  imienia  Shelby'ego  jest  “A",  ale  wątpię,  czy  oznacza  to 

Alejandro. To Aleksander po hiszpańsku, co? Shelby nie jest Hiszpanem. 

Pan  Bonestell  zwolnił.  Zbliżali  się  do  przystani  Denicoli.  Ruch  na  szosie  był 

niewielki,  samochód  Shelby'ego  było  dobrze  widać,  tylne  światła  odbijały  się  w  lśniącej  od 

deszczu  nawierzchni.  Mogli  też  mgliście  dostrzec  stojącą  przy  pomoście  przystani  białą 

ciężarówkę. Nim Jupe zdążył się zastanowić, co oznacza jej obecność, Shelby przyhamował 

ostro i skręcił w prawo, w głąb lądu. Piął się w górę z rykiem silnika. 

- Motel! - wykrzyknął Pete. - Tam może być stara pani i Eileen! 

Pan Bonestell zatrzymał samochód na poboczu. 

-  Powinienem  o  tym  pomyśleć  -  powiedział  Jupe.  -  Okay.  Teraz  już  wiemy,  o  co  tu 

chodzi.  Proszę  pana,  czy  zechce  pan  poczekać  tu  na  nas?  Jeśli  nie  wrócimy  za  piętnaście 

minut, proszę pojechać do najbliższego telefonu i wezwać policję. 

- Z przyjemnością! Tylko bądźcie ostrożni. 

Jupe i Pete wysiedli i spojrzeli w górę. Motel rysował się ciemną bryłą. Nie paliło się 

ż

adne  światło.  Ruszyli  drogą  w  milczeniu,  kuląc  ramiona  przed  zacinającym  deszczem.  Na 

szczycie brukowana droga przechodziła w parking. Pete przyciągnął Jupe'a za rękaw. 

- Stoi samochód Shelby'ego - szepnął. - Jego nigdzie nie widzę. 

background image

- Pewnie jest w motelu. 

Przedarli się na dziedziniec z basenem kąpielowym. Tutaj budynek motelu osłaniał ich 

od  oceanu  i  dawał  pewne  schronienie  przed  wiatrem.  Nie  panowały  też  tak  kompletne 

ciemności. Nikłe światło odbijało się w strugach deszczu. 

Jupe wskazał jedno z okien motelu. Przez nie dosuniętą grubą zasłonę przesączało się 

trochę światła. We wnętrzu musiała się palio lampa. 

Chłopcy na palcach zbliżyli się do okna. Pochylili się i nadstawili uszu. 

Nagle Jupe poprzez szum deszczu i wiatru usłyszał jakiś odgłos nad sobą. 

Odwrócił głowę. 

-  Nie  ruszaj  się!  -  Shelby  Tuckerman  stał  za  nimi  z  rewolwerem  w  ręce.  -  Żadnego 

ruchu. 

Potem krzyknął na kogoś. 

Drzwi  pokoju  motelowego  otworzyły  się,  wypuszczając  falę  światła.  W  progu  stał 

jeden  ze  współlokatorów  Erniego,  ten,  którego  Jupe  nie  doczekał  się  przez  całe  popołudnie. 

On również był uzbrojony. 

-  Właźcie  obaj  do  środka!  -  zakomenderował  Shelby.  Jupe  i  Pete  weszli  do  pokoju. 

Było  tu  gęsto  od  dymu  papierosowego.  Eileen  Denicola  siedziała  na  krześle,  jej  ręce  w 

nadgarstkach były przywiązane do poręczy. Nie posiadała się z wściekłości. Jej teściowa była 

przywiązana do fotela koło łóżka. 

Ociekający wodą Shelby wszedł za nimi, a współlokator Erniego zamknął drzwi. 

- Cześć! - rozległ się czyjś bardzo znany głos. 

W kącie za drzwiami, przywiązany do krzesła, siedział Bob. 

background image

 

ROZDZIAŁ 19 

 

Koszmarny sen się spełnia! 

 

- Ta twoja rozmowa z Walterem o pójściu na policję to był trik, tak? - zapytał Shelby 

Tuckerman Jupitera. - Zaaranżowałeś to. 

- I zaprowadził nas pan tutaj - powiedział Jupe. 

Posadzono  go  obok  Pete'a.  Współlokator  Erniego,  który  miał  na  imię  Luis,  odłożył 

swój  rewolwer  i  przyniósł  z  sąsiedniego  pokoju  dwa  krzesła.  Potem  trzymanych  na  muszce 

przez Shelby'ego związał pasami z podartych prześcieradeł. 

- Na niewiele wam się to zdało - powiedział Shelby. - Gdzie jest Walter? Czeka przy 

szosie? 

Jupiter nie odpowiedział. Shelby uśmiechnął się złośliwie. 

-  Postaramy  się,  żeby  za  długo  nie  czekał.  Po  co  ma  się  denerwować.  Luis  skończył 

swoją  robotę  i  Shelby  odłożył  rewolwer.  Mówił  coś  szybko  po  hiszpańsku  do  Luisa,  gdy 

rozległo  się  pukanie  do  drzwi.  Dwa  stuknięcia,  przerwa,  znowu  dwa  stuknięcia.  Drzwi  się 

otworzyły i do pokoju wszedł Ernie. Na widok Pete'a i Jupe'a stanął zaskoczony. 

-  Co  te  dzieciaki  tu  robią?  -  zwrócił  się  rozzłoszczony  do  Shelby'ego.  -  Już  jednego 

było tu za wiele. Ach, mniejsza z tym. Zajmiesz się nimi. Przyszedłem po Luisa. Łódź prawie 

gotowa. Strauss już odjeżdża, a Rafi kończy ładowanie. 

Bob był blisko Jupe'a i zaczął do niego szeptać. 

-  Strauss  to  facet,  który  ma  firmę  przewozową  w  Oxnard.  Widziałem  dziś,  jak 

ładowali ciężarówkę. Jedna skrzynka się otworzyła. Były w niej naboje. 

- Amunicja!  Założę się,  że broń także. - Jupe spojrzał na Shelby'ego. -  Myślałem, że 

chodzi o narkotyki, że Ernie i jego kumple szmuglują narkotyki “Marią III". 

-  Po  moim  trupie!  -  wybuchła  Eileen  Denicola.  -  Jeżeli  myślisz,  że  Ernie  wypłynął 

kiedyś z doku beze mnie na centymetr, to się grubo mylisz! 

Ernie roześmiał się. 

- Wypłynę teraz, a pani nie będzie na pokładzie. 

- Na pokładzie będą karabiny - powiedział Jupe. - I to jest oczywiście przyczyna, dla 

której  obrabowaliście  bank.  Potrzebowaliście  pieniędzy  na  broń.  Co  może  być  bardziej 

naturalnego dla bandy rewolucjonistów? Wyślecie broń do Mesa d'Oro, gdzie zostanie użyta 

background image

do zabijania niewinnych ludzi. 

Ernie wyprostował się w poczuciu własnej słuszności. 

- Zostanie użyta w walce o sprawiedliwość. 

- Według pewnych źródeł wasza walka o sprawiedliwość może polegać na atakowaniu 

nie uzbrojonej ludności cywilnej - powiedział Jupiter. 

-  Jeśli  masz  na  myśli  straż  cywilną  w  Mesa  d'Oro,  to  reprezentuje  ona  uzurpatorów, 

którzy ukradli nam nasz kraj - oświadczył Ernie z wypiekami na twarzy. 

-  Nie  słuchaj  go,  Ernesto  -  powiedział  Shelby.  -  Co  to  ma  za  znaczenie,  co  dzieciak 

sobie myśli? 

-  To  pan  był  żebrakiem  z  blizną  -  mówił  Jupe  do  Shelby'ego.  -  Użył  pan  przed 

bankiem  przebrania,  żeby  pan  Bonestell  pana  nie  rozpoznał.  Wiedział  pan  o  zegarowym 

zamku  do  skarbca  i  o  tym,  że  pan  Bonestell  po  wyjściu  sprzątaczy  zostanie  w  banku  sam. 

Wszystko  byłoby  dobrze,  gdyby  nie  był  pan  tak  zachłanny.  W  przeddzień  rabunku  znalazł 

pan  w  przystani  Denicoli  portfel  pana  Sebastiana.  To  był  piękny  portfel,  więc  zamiast  go 

zwrócić,  schował  go  pan  do  kieszeni.  Ale  zgubił  go  pan  na  miejscu  dokonania  rabunku  i  to 

zaprowadziło nas prosto do przystani. 

- Ja... ja zamierzałem wrzucić go do skrzynki na listy - wyjąkał Shelby. 

Luis  patrzył  to  na  Erniego,  to  na  Shelby'ego.  Zaczął  coś  mówić  po  hiszpańsku,  ale 

Ernie uciszył go gestem. Zwrócił się do Shelby'ego, patrząc na niego surowo i oskarżająco. 

- A więc ślepiec podniósł portfel. Dla portfela naraziłeś naszą sprawę? Czy to prawda? 

-  Oczywiście,  że  nie!  -  warknął  Shelby.  -  Powiedziałem,  że  zamierzałem  wrzucić  go 

do skrzynki na listy. Nie traćmy czasu na kłótnie. Ten stary jest tam na dole i... 

-  Dlaczego  nie  dałeś  tego  portfela  mnie?!  -  krzyknął  Ernie.  -  Zatelefonowałbym  do 

pana  Sebastiana  i  na  tym  by  się  sprawa  skończyła.  Nie  sprowadziłby  nam  na  kark  tych 

dzieciaków! 

-  Mówię  ci,  że  to  nie  ma  znaczenia!  -  odparował  Shelby.  -  Was  tu  zaraz  nie  będzie. 

Dzieciakami ja się zajmę! 

- Pan nie odpływa, panie Tuckerman? - zapytał Jupe. - Czy mogę zgadnąć dlaczego? 

Jak pan zostanie, będzie się pan mógł nacieszyć częścią łupu, prawda? Nie zamierza pan tego 

dawać republikanom. 

Ernie  utkwił  wzrok  w  Shelby'ego.  Ten  najpierw  poczerwieniał,  potem  zbladł  jak 

płótno. Nie ulegało kwestii, że Jupe trafił w samo sedno. 

- Co to ma znaczyć? - zapytał Ernie z nutą groźby w głosie. 

- Pieniądze poszły na broń! Wiesz dobrze, Ernesto - powiedział Shelby. 

background image

-  Ja  wiem  tylko  o  dwunastu  tysiącach.  Po  południu  dałeś  Straussowi  połowę,  a 

wieczorem  ja  mu  dałem  drugą.  Co  z  resztą  pieniędzy  z  banku?  Mówiłeś,  że  wysłałeś  je  do 

Rodrigueza,  ale  masz  wypisane  na  twarzy,  że  to  nieprawda!  O  nic  się  nie  martw, 

powiedziałeś. Zawsze byłeś dobrym organizatorem. Załatwiłeś ubrania, peruki i samochód do 

ucieczki  z  łupem.  Myśmy  ci  ufali.  Tak  długo  przecież  byłeś  tu  kurierem.  Ty  trzymałeś 

pieniądze,  które  zbieraliśmy  dla  Rodrigueza,  i  powtarzałeś,  że  nic  dla  ciebie  nie  znaczą. 

Mówiłeś,  że  to  jak  wozić  kapustę  albo  papier,  że  to  po  prostu  dostawa.  Czy  część  tych 

pieniędzy też ci przylgnęła do rąk? 

- Jak śmiesz! - krzyknął Shelby. - Zapłacisz mi za to! 

-  Nie,  to  ty  zapłacisz  -  powiedział  Ernie.  -  Popłyniesz  dziś  z  nami  i  będziesz 

rozmawiał z ludźmi Rodrigueza w Meksyku, i może będziesz musiał pojechać do końca, do 

Mesa d'Oro i... 

- Nie bądź śmieszny! - przerwał mu Shelby. - Nie mogę dziś wyjechać! Mam tu ważną 

pracę do wykonania. Moja misja nie jest skończona! 

- W domu pana Bonestella jest co najmniej pięćdziesiąt tysięcy dolarów - odezwał się 

Jupiter. 

- Kłamiesz! - wrzasnął Shelby. Odwrócił się nagle do starej pani Denicoli. - Ty stara 

wrono! To też ci się śniło, co? Powtórzyłaś temu smarkaczowi i... 

- Pani Denicola niczego mi nie mówiła - wtrącił się Jupiter. - Mogę jednak powiedzieć 

pana  przyjacielowi,  Ernesto,  gdzie  są  pieniądze.  U  pana  Bonestella  w  zamrażalniku, 

schowane w pudełku od lodów. 

Shelby w dwóch susach dopadł Jupe'a i uderzył go mocno w twarz. 

Ernie pokręcił głową. 

- To było bardzo głupie, przyjacielu. Teraz musisz popłynąć z nami i nie ma więcej o 

czym mówić. 

Shelby sięgnął do kieszeni marynarki. W jego dłoni błysnęła stal rewolweru. 

- A więc to tak? - powiedział Ernie. 

Luis obserwował całą scenę cicho i nikt nie zwracał na niego uwagi. Teraz przystąpił 

do  akcji.  Znalazł  się  za  plecami  Shelby'ego  tak  szybko,  że  ten  nie  zdążył  zareagować.  Ręce 

Luisa zacisnęły się na jego szyi. Shelby krzyknął, rewolwer wypadł mu na podłogę. 

Ernie podniósł rewolwer i skierował go na niego. Shelby jęknął i usiadł. Luis jednym 

szarpnięciem postawił go na nogi. 

Chwilę później wyszli wszyscy trzej z pokoju. Słychać było, jak schodzą ze wzgórza. 

Deszcz bębnił o dach. Eileen zaczęła się mocować z więzami. 

background image

- Przetrzymałem ich, jak mogłem najdłużej - powiedział Jupe. - Mam nadzieję, że pan 

Bonestell zdążył pojechać po policję i że złapią ich, nim odpłyną. 

-  Myślę,  że  nie  tak  się  stanie  -  odezwała  się  stara  pani  Denicola.  -  Myślę,  że  jeszcze 

coś się musi zdarzyć, nim przyjdzie policja i nim wyjdziemy z tego pokoju. 

- Co? - zapytała Eileen i w następnej sekundzie wstrzymała oddech. 

Poprzez odgłosy burzy dał się słyszeć nowy dźwięk. Nie dobiegał zza okna, ale skądś 

z głębi ziemi. Gdzieś pękła szyba. 

- Święty Patryku! - jęknęła Eileen. 

-  Mój  sen  -  szepnęła  stara  pani.  -  Niebezpieczeństwo!  Pokój,  który  się  skręca  wokół 

chłopca i mnie. 

Zamknęła  oczy  i  zaczęła  się  modlić  głośno,  po  włosku.  Ściany  trzeszczały  i  znowu 

posypały  się  szyby  z  okien.  Ale  to  nie  było,  jak  myślał  Bob,  trzęsienie  ziemi.  Centymetr  za 

centymetrem osuwało się rozmokłe zbocze, na którym stał motel! 

background image

 

ROZDZIAŁ 20 

 

Ogniste zakończenie 

 

Pokój przechylił się! 

Lampy pospadały na podłogę i z rozerwanych przewodów posypał się deszcz iskier. 

-  Nie  dopuść,  żeby  się  zapaliło!  -  modliła  się  Eileen.  -  Dobry  Boże,  nie  dopuść, 

proszę! 

Znowu wystrzeliły biało-niebieskie iskry i zgasły, opadając. Potem zaległy ciemności. 

Wypełniały  je  tylko  trzeszczenia  drewnianych  ścian  i  skrzypienia  wychodzących  z  nich 

gwoździ. 

Pokój znów się przechylił i pani Denicola krzyknęła. 

-  Na  pomoc!!  -  wrzasnął  Pete.  -  Ludzie,  na  pomoc!!  Nie  było  odpowiedzi.  Nikt  nie 

nadchodził z pomocą. 

-  Za  chwilę  runie  całe  zbocze!  -  wykrzyknęła  Eileen.  Nie  przebrzmiał  jeszcze  jej 

okrzyk,  gdy  motel  przechylił  się  zatrważająco  o  dalsze  centymetry,  przewracając  wszystkie 

krzesła. Pete wyrżnął w łóżko, krzesło Jupe'a wylądowało obok niego. 

- Pani Denicola? - zawołał Jupe. - Czy nic się pani nie stało? 

-  Jeśli  do  mnie  mówisz,  to  nigdy  nie  czułam  się  lepiej  -  powiedziała  stara  pani.  - 

Eileen, gdzie jesteś? 

- Na podłodze. 

-  Policja  musi  zaraz  przyjść!  -  krzyknął  Jupe.  -  Pan  Bonestell  pewnie  ich  już 

zawiadomił. Bob, co z tobą? Pete? 

- Okay - westchnął Bob. 

- Tu jestem - powiedział Pete. 

Czekali, nadsłuchując. Jupe'a dobiegł szum wody. Nie był to deszcz bębniący o dach, 

szum dochodził z bliska. Jupe leżał na boku, więzy wrzynały mu się w ręce. Poczuł wilgoć i 

błotnisty  zapach  jakby  chemikaliów.  Zastanawiał  się  nad  tym  przez  chwilę,  po  czym  zakrył 

oczy w przerażeniu rozpaczy. 

Basen  zaczynał  pękać!  To  woda  z  basenu  płynęła  przez  pokój.  Jeśli  rozerwie  go 

kompletnie, runą na nich tony, tysiące ton wody! 

- Hej, skąd się ta woda bierze? - zapytał Pete. 

background image

Eileen Denicola zdała sobie sprawę, co się dzieje i zaczęła krzyczeć o pomoc. 

Nagle  ktoś  odpowiedział  z  zewnątrz.  Ktoś  przebywał  na  groźnie  osuwającym  się 

wzgórzu! 

- Tutaj! - usłyszeli. - Są tutaj! 

Ktoś szarpnął za drzwi, ale były zablokowane. 

Nastąpił  kolejny  głęboki  przechył  i  okno,  wychodzące  na  basen  roztrzaskało  się,  a 

szkło  wsypało  się  do  środka.  Potem  zabłysły  małe  światełka.  Dwaj  mężczyźni  z  latarkami 

stali na zboczu. Znowu rozległy się krzyki i znowu więcej wody wlało się do pokoju. 

-  Pani  Denicola!  -  wrzeszczał  Jupe.  -  Weźcie  panią  Denicolę!  Przez  okno  wszedł 

policjant z patrolu drogowego, za nim wskoczył strażak. Na widok przywiązanych do krzeseł 

kobiet i chłopców wyjąkał: 

- Co u... 

Migiem wynieśli starą panią razem z fotelem. Cały czas modliła się głośno. Nadeszli 

inni  i  wytaszczyli  Eileen  i  chłopców.  Uwolnieni  z  więzów,  ruszyli  w  dół  stoku.  Upadali, 

podnoszono ich i podtrzymywano i upadali znowu. 

Na  szosie  ruch  wstrzymano.  Ciemności  pulsowały  warkotem  motorów,  światła 

reflektorów  omiatały  zbocze.  Rozstawiono  sygnały  świetlne  i  bariery.  Ekipa  ratownicza 

przeprowadziła panie Denicola i chłopców w bezpieczne miejsce po drugiej stronie szosy. 

- Powiedziałem im, że jesteście na górze!   

Pan  Bonestell  torował  sobie  do  nich  drogę  między  barierami.  Niemal  tańczył,  gdy 

nareszcie złapał rękę Jupe'a i potrząsnął nią. 

- Powiedziałem im, że jesteście na górze! - powtarzał. - Uratowali was! Dzięki Bogu! 

-  Łódź!  -  krzyknęła  stara  pani  Denicola,  wyciągając  rękę.  Dom  i  biuro  tonęły  w 

ciemnościach.  Po  białej  ciężarówce  nie  było  śladu.  Ale  o  kilkaset  metrów  od  brzegu  morza 

migotały światła “Marii III". 

- Ci... ci piraci! - zawołała Eileen. - Jeśli Erniemu się wydaje, że uciekną...! 

Ruszyła w stronę pomostu. 

- Chodźcie! - krzyknął Pete. 

  Złapał Boba za ramię i pobiegł za nią. 

-  Panie  Bonestell,  proszę  powiedzieć  policji,  żeby  wezwali  straż  przybrzeżną  - 

powiedział Jupiter. - Ci ludzie na łodzi to handlarze bronią! 

- Powiem im o wszystkim! 

Jupe skinął głową i ruszył za pozostałymi. 

Eileen wpadła do biura i porwała z szuflady biurka klucz. Poleciła Pete'owi wziąć parę 

background image

wioseł z komórki za biurem. 

Z szosy dobiegły krzyki i wycie wozów strażackich. Wzgórze obsunęło się w końcu, 

znosząc  ze  sobą  motel, który  roztrzaskał  się  w  kawałki.  Ruina  pokryła  połowę  drogi.  Basen 

kąpielowy pękł kompletnie i błotnisty wodospad zalał szosę. 

Eileen i chłopcy tylko przez chwilę patrzyli na ten obraz zniszczenia. Potem odwrócili 

się i pobiegli na obmyty deszczem pomost. 

- Weźmiemy ślizgacz Sebastiana! - mówiła Eileen. - Łatwo “Marię" dogoni! 

Wsiedli do łódki, Pete ujął wiosła i podprowadził ją szybko do boi. 

- Nie widzę już świateł “Marii" - powiedziała Eileen. 

- Płynie blisko brzegu - pokrzepił ją Jupe. 

- Ernie jest fatalnym sternikiem. Wpakuje ją na skały.   

Eileen wychyliła się z łódki, żeby otworzyć kokpit ślizgacza. Przesiadła się pierwsza, 

chłopcy  za  nią,  a  Jupe  przywiązał  łódkę  do  boi.  Motor  zakrztusił  się,  zgasł,  wreszcie 

zaskoczył.  Ruszyli  skokami  przez  ciemny  w  deszczu  ocean.  Dziób  motorówki  ciął  fale  z 

pluskiem  głośnym  jak  wystrzały.  Eileen  trzymała  kierownicę  obiema  rękami.  Chłopcy 

uczepili się burt i dodawali sobie w duchu otuchy. 

Przystań była już daleko, gdy Bob dostrzegł światło przed nimi. 

- Jest! - zawołał. 

- Zgadza się! - Eileen zwiększyła jeszcze szybkość.   

Snop  ostrego  światła  oślepił  ich  na  moment.  Usłyszeli  warkot  helikoptera.  Światło 

przesunęło się po wodzie i znów ogarnęły ich ciemności. 

- Straż przybrzeżna! - powiedziała Eileen. 

Ś

wiatła  na  “Marii  III"  były  przyćmione  i  łódź  stanowiła  tylko  czarną  sylwetkę  w 

mroku. Zbliżali się do niej i widzieli już ślad, jaki zostawiała za sobą na wodzie. 

- Niech to diabli, płynie na otwarte morze! - krzyknęła Eileen. - Dranie, uciekną nam! 

Skręciła  gwałtownie  kierownicę.  Ślizgacz  przechylił  się.  Motor  pracował  z 

natężeniem i mała łódź śmignęła przez wachlarz wody za kilem “Marii III". Potem jej kadłub 

mieli obok i ktoś strzelił do nich z pokładu. 

- Tchórze! - wrzasnęła Eileen. 

Wyminęli  “Marię"  i  skręcili  błyskawicznie  w  poprzek  jej  dziobu.  “Maria"  także 

skręciła  i  wytraciła  szybkość.  Jej  reflektory  objęły  teraz  motorówkę.  Padł  kolejny  strzał. 

Chybił i pocisk znalazł się w wodzie. 

Potem znów nadleciał helikopter i potężne światło jego reflektora odnalazło “Marię". 

- Mają ich teraz! - wykrzyknął Jupe. 

background image

Spojrzał w stronę brzegu. Światła stamtąd widocznie bardzo się przybliżyły. 

- Gdzie, do diabła, jest ten kuter straży przybrzeżnej?! - krzyknęła Eileen. 

“Maria"  znowu  nabrała  szybkości.  Obracała  się  i  zbaczała  chwilę,  jakby  usiłowała 

zrzucić z siebie wiszący nad nią helikopter. Wreszcie jej dziób skierował się na otwarte morze 

i popłynęła pełną parą. 

Eileen  zaśmiała  się  ponuro  i  ruszyła  w  pogoń  za  “Marią".  Ślizgacz  znowu  ją 

wyprzedził i znowu człowiek na rufie skręcił ster, żeby uniknąć kolizji. 

Jupe dostrzegł po lewej stronie bielejącą wodę i usłyszał szum i huk łamiących się fal. 

- Baczność! - wrzasnął Pete. 

Eileen skręciła ostro kierownicę i mała motorówka przechyliła się na burtę i omal nie 

weszła w poślizg na fali. Potem znów płynęli równo i bezpiecznie po ciemnej wodzie. 

Ale  “Maria"  poszła  wprost  na  mieliznę  i  część  dna  oderwała  się  z  trzaskiem  i 

zgrzytem. Łódź wyniosło częściowo z wody i przechyliło na bok. Na pokładzie podniosły się 

krzyki i szamotanina. Nagle wystrzelił pomarańczowo-czerwony ogień. 

- Ona płonie - powiedziała Eileen. 

Krzyki i bieganina na “Marii" ucichły. Motorówka dryfowała, podskakując na falach, 

a Eileen się rozpłakała. Łzy toczyły się po jej policzkach. odbijając blask płonącej łodzi. 

- Musiał pęknąć przewód paliwa - szepnęła. 

Jeden z mężczyzn z “Marii" skoczył do wody, potem drugi, wreszcie pozostali dwaj. 

- Weźcie bosaki i trzymajcie je w pogotowiu - zakomenderowała Eileen. - Jeśli któryś 

będzie próbował wejść do motorówki, dajcie mu wycisk. 

- Tak jest, proszę pani - powiedział Pete.   

Rozbitkowie podpływali z pluskiem. 

- Pod siedzeniem są kamizelki ratunkowe - powiedziała Eileen. 

  Jupe rzucił po jednej do każdego z płynących. Ernie usiłował się zbliżyć do ślizgacza 

i Pete pogroził mu swoim bosakiem. Potem wszyscy czterej trzymali się już z dala. 

Bob znalazł zwój liny. Rozbitkowie uczepili się jej i dryfowali, unosząc się na falach. 

Wszyscy patrzyli na “Marię III". 

Płonęła  gwałtownie,  ogień  rozświetlał  ciemności.  W  pewnej  chwili  nastąpiła 

eksplozja. Część kadłuba wyleciała w powietrze, reszta zsunęła się z rufy i poszła pod wodę 

jak kamień. 

Kiedy  podpłynął  do  nich  statek  straży  przybrzeżnej,  Ślizgacz  wciąż  dryfował  w 

miejscu dramatu, a czterej rozbitkowie unosili się na wodzie w kamizelkach ratunkowych. 

Prawie  nic  nie  zostało  z  “Marii  III"  i  jej  śmiercionośnego  ładunku.  Tylko  resztki 

background image

podskakiwały na falach. 

background image

 

ROZDZIAŁ 21 

 

Pan Hitchcock zaspokaja swoją ciekawość 

 

Tydzień po zatonięciu “Marii  III"  Trzej Detektywi wybrali się do Malibu. Jechali na 

rowerach  drogą  nadbrzeżną  i  skręcili  do  Kanionu  Cyprysów.  Pan  Hitchcock  czekał  na  nich 

przed domem, który niegdyś był restauracją “U Charliego". W olbrzymim salonie z widokiem 

na ocean, Don nakrywał stół do powitalnej uczty. 

-  Ulubione  amerykańskie  dania  dla  ulubionych  amerykańskich  bohaterów!  -  zawołał 

na  widok  chłopców.  -  Kanapki  z  masłem  arachidowym  i  pianką  cukrową,  soczyste 

frankfurterki jak za dawnych dni i hamburgery ze złocistych bułeczek z pikantną przyprawą 

Picky-Pickle. 

Po tej rekomendacji Don wycofał się z pokoju z szerokim uśmiechem i w ukłonach. 

Pan Hitchcock westchnął. 

- Myślę, że Don czułby się w sklepie zupełnie zagubiony, gdyby na opakowaniach nie 

wypisywano sloganów reklamowych. Niczego nie byłby w stanie kupić. 

- Wszystko wygląda bardzo apetycznie - powiedział Bob uprzejmie.   

Reżyser spojrzał na niego chmurnie. 

-  Nie  chcesz  chyba  powiedzieć,  że  będziesz  jadł  kanapki  z  masłem  arachidowym  i 

pianką cukrową. 

- No, to może nie bardzo, ale frankfurterki lubię. 

- Hamburgery też - dodał Pete. - I u nas w domu także używamy Picky-Pickle. 

- Wobec tego proszę, bierzcie się do jedzenia - powiedział pan Hitchcock. 

Frankfurterki  i  hamburgery  szybko  zniknęły,  ale  talerz  z  kanapkami  pozostał 

nietknięty. Pete patrzył na niego niepewnie. 

- Może powinniśmy trochę zjeść. Don zdawał się taki... taki z nich dumny. 

- Prędzej czy później Don musi spojrzeć prawdzie w oczy - powiedział pan Hitchcock. 

-  Raz  musi  się  dowiedzieć,  że  Amerykanie  nie  odżywiają  się  wyłącznie  masłem 

arachidowym, gazowanymi napojami i czipsami. 

A  teraz  mówimy  o  waszej  sprawie.  Jestem  wszystkiego  niezmiernie  ciekaw.  Eileen 

Denicola  nie  chciała  w  ogóle  rozmawiać  z  dziennikarzami.  Zdaje  się,  że  ma  temperament 

równie  ognisty  jak  włosy.  Na  samą  wzmiankę  o  Erniem  Villalobos  i  jego  przyjaciołach 

background image

wpada w furię. Nie jest w stanie mówić. Myślę, że nie może darować policji... 

- ...że nie zapobiegła zatonięciu jej łodzi? - wtrącił Pete. 

- Nie, że nie dopuściła, żeby Eileen dostała Erniego w swoje ręce. 

Jupiter roześmiał się. 

-  Tak,  jest  kobietą  z  charakterem.  Nie  może  znieść,  że  dała  się  tak  naiwnie  oszukać. 

Poza tym jest zbyt zajęta, żeby rozmawiać z dziennikarzami. Musi się wykłócać z agencją o 

wypłatę ubezpieczenia za “Marię III" i targować o cenę przy zakupie “Marii IV" 

-  Jednym  słowem  doniesienia  prasowe  są  skąpe  i  nie  mogłem  się  was,  chłopcy, 

doczekać, żeby się wszystkiego dowiedzieć.   

Bob wręczył panu Hitchcockowi przygotowane notatki. 

- Jak zwykle, mamy dla pana pełną relację, 

-  Świetnie  -  powiedział  reżyser  i  zagłębił  się  w  historii  żebraka  i  patriotów  z  Mesa 

d'Oro. 

Ciszę  w  pokoju  zagłuszał  jedynie  szum  jadących  pobliską  szosą  samochodów.  Pan 

Hitchcock był całkowicie pochłonięty  czytaniem. Kiedy skończył, zapatrzył się na widok za 

oknami. 

-  Bywa,  że  drobne  ludzkie  przywary  okazują  się  złem,  które  przynosi  coś  dobrego. 

Gdyby  Shelby  Tuckerman  nie  był  tak  małostkowo  chytry,  nie  zatrzymałby  portfela  pana 

Sebastiana  i  wy  byście  nie  wpadli  na  aferę  z  handlem  bronią.  Nigdy  się  nie  dowiemy,  ilu 

ludzi by zginęło, gdyby ładunek “Marii" dotarł do celu. 

Jupe skinął głową. 

-  Ludzie  pokroju  Erniego  i  tak  będą  się  starali  doprowadzić  do  rozlewu  krwi,  ale 

udaremniliśmy chociaż jedną dostawę broni. 

-  Przypuszczam,  że  pan  Bonestell  jest  wolny  od  podejrzeń  -  powiedział  pan 

Hitchcock. - W gazecie o nim nie wspominano. 

-  Nigdy  go  naprawdę  nie  podejrzewano  -  odparł  Jupe.  -  Jeśli  był  cień  wątpliwości, 

wszystko wyjaśniło się po zeznaniach Erniego i jego przyjaciół. Są wściekli na Shelby'ego i 

wykładają karty na stół. Uważają go za oszusta, który grał tylko rolę szpiega i kuriera. Takich 

grup  jak  Erniego,  wspierających  republikanów  w  Mesa  d'Oro,  jest  wiele.  Shelby  zbierał 

pieniądze od przywódców tych ugrupowań, przechowywał je w zamrażalniku pana Bonestella 

i  raz  na  miesiąc,  a  czasem  częściej,  leciał  do  miasta  Meksyk  dostarczyć  pieniądze  ludziom 

Rodrigueza.  Ernie  i  jego  koledzy  uważają,  że  część  tych  funduszy  umieszczał  na  własnym 

koncie bankowym i jest to wielce prawdopodobne. 

- Alejandrem był Shelby, prawda? - zapytał pan Hitchcock. 

background image

- Tak, Alejandro to jego drugie imię. Jego matka była rodem z Mesa d'Oro. Sama była 

bardzo  aktywna.  Przemawiała  na  wiecach  i  zbierała  wiele  pieniędzy  dla  swojej  sprawy. 

Zmarła parę lat temu i Shelby usiłował zająć jej miejsce. Ale brak mu było jej charyzmy, nie 

potrafił przekonać ludzi, żeby dawali z siebie wszystko. Został więc kurierem. 

- Skąd wiedziałeś, że zatrzymał część łupu? 

-  Nie  wiedziałem,  ale  zdawało  mi  się  to  prawdopodobne.  Musiałem  powiedzieć  coś, 

co by ich zatrzymało i dało czas panu Bonestellowi na zawiadomienie policji. Obawiałem się 

także, że jeśli Ernie odpłynie, pozostawiając na  miejscu Shelby'ego,  Bóg wie, co ten z nami 

zrobi.  Pani  Denicola  i  my  mogliśmy  świadczyć  przeciw  niemu.  Gdyby  wykończył  pana 

Bonestella i uciszył nas wszystkich... 

Jupe zamilkł ponuro. 

-  Tak,  wasza  sytuacja  była  trudna  -  przytaknął  pan  Hitchcock.  -  Mieliście  zapewne 

szczęście, że Ernie wziął ze sobą Shelby'ego. 

- Wiem, jakie mieliśmy szczęście - powiedział Bob. - Widzi pan, do motelu przywiózł 

mnie  Shelby.  Nakrył  mnie  u  Straussa,  kiedy  przyjechał  z  połową  pieniędzy  za  broń.  Rany, 

ależ  był  wściekły!  Słyszałem,  jak  kłóci  się  z  Erniem,  co  ze  mną  zrobić.  Erniemu  było  to 

obojętne,  bo  opuszczał  kraj,  ale  Shelby  tutaj  zostawał.  Starał  się  przekonać  Erniego,  że 

powinien mnie zabrać na łódź i wrzucić do morza! 

Pan Hitchcock wzdrygnął się. 

-  Z  pewnością,  chłopcy,  nie  ułatwiliście  mu  życia.  Ale  czy  mieliście  jakiś  konkretny 

dowód na jego współudział w obrabowaniu banku?   

Pete zachichotał. 

-  Tak,  dowód  znajdował  się  w  pudełku  od  lodów  tak,  jak  się  Jupe  domyślił.  Shelby 

miał  spieniężyć  biżuterię,  którą  Ernie  ukradł  z  prywatnych  sejfów  w  banku.  Ale  zatrzymał 

sobie  co  cenniejsze  sztuki  i  policja  znalazła  je  w  zamrażalniku.  Właściciele  biżuterii 

zidentyfikowali ją. Policjanci znaleźli też peruki i kosmetyki do charakteryzacji w bagażniku 

samochodu  Shelby'ego.  Uważał,  że  to  będzie  bardziej  dramatycznie  i  z  fasonem  osłaniać 

złodziei w przebraniu terrorysty Altfranto. Pan Hitchcock roześmiał się. 

- Szczęście, że wy zajęliście się tą sprawą, a nie pan Sebastian czy inny profesjonalny 

detektyw. Kto by brał poważnie człowieka, który tak się lubi zgrywać? 

-  O,  należy  go  brać  poważnie  -  powiedział  Jupiter.  -  Podobnie  jak  Erniego  i  jego 

przyjaciół.  Oni  też  się  teraz  na  swój  sposób  zgrywają.  Jest  w  dobrym  stylu  puszyć  się 

własnymi  zbrodniami.  To  ma  im  zapewnić  chwałę  bohaterów.  W  istocie  są  osobnikami 

niezrównoważonymi,  którzy  prowadzą  niebezpieczną  grę  z  użyciem  materiałów 

background image

wybuchowych i broni palnej. 

- Tak, lepiej być rewolucjonistą niż draniem - wtrącił pan Hitchcock. 

-  Szlachetniej  -  powiedział  Jupiter.  -  Oczywiście,  powinienem  podejrzewać 

Shelby'ego  od  pierwszej  chwili.  On  miał  najlepszą  możliwość  poznania  pracy  banku,  a  do 

pana  Bonestella  wyraził  się  w  taki  znaczący  sposób:  “zgodnie  z  waszym  systemem 

sprawiedliwości,  jesteś  niewinny,  póki  nie  udowodnią  ci  winy".  Człowiek,  który  czuje  się 

Amerykaninem, powiedziałby: “Zgodnie z naszym systemem... 

- To prawda - przyznał pan Hitchcock - ale nie rób sobie wyrzutów. Spisaliście się na 

medal.   

ob się uśmiechnął. 

- Dziękuję, że nie dodał pan: “jak na trójkę dzieciaków". 

- Na medal i kropka. Spisaliście się lepiej niż wielu zawodowych detektywów. Sądzę, 

ż

e  Shelby'emu  tak  bardzo  zależało,  żeby  pan  Bonestell  was  wynajął,  bo  nie  wierzył,  że 

zdołacie  cokolwiek  wykryć.  Musiał  później  zmienić  zdanie  i  dlatego  próbował  założyć 

podsłuch w waszej pracowni. 

-  I  w  cukierniczce  -  dodał  Jupe.  -  Kiedy  odkryłem  tę  “pluskwę",  wiedziałem,  że  to 

Shelby  jest  żebrakiem  z  blizną  i  że  ma  powiązania  z  rabusiami.  Ale  nie  domyśliłem  się,  że 

chodzi o przemyt broni. Pomyślałem tylko o narkotykach i nielegalnych imigrantach. 

- Jak już mówimy o handlu bronią, to co z tą firmą przewozową w Oxnard? - zapytał 

pan Hitchcock. 

- Strauss i jego kamraci to zbrojni bandyci, którzy napadają na transporty wojskowe. 

Broń  i  amunicja  zostały  zrabowane  z  ciężarówki,  gdzieś  na  wschodzie  kraju.  Nurkowie 

wydobyli  część  broni  i  została  zidentyfikowana.  Strauss  i  jego  ludzie  znikli.  Zostawili 

wszystko i zwiali. Słyszeliśmy, że wyposażenie firmy nie przedstawiało wielkiej wartości i że 

była na krawędzi bankructwa. 

- Musi być trudno prowadzić z powodzeniem firmę, jeśli jest się zajętym rabowaniem 

- powiedział pan Hitchcock. - No a co z charakteryzatorką, która wygłosiła mowę na wiecu? 

- Gracie Montoya nie brała udziału w spisku - odpowiedział Pete. 

-  Jej  rodzina  pochodzi  z  Mesa  d'Oro  i  wychowano  ją  w  wierze  w  słuszność  sprawy 

republikanów i to wszystko. 

- To u nich tradycja - dodał Jupiter. - Przekazuje się tradycję z pokolenia na pokolenie. 

Myślę, że Gracie ma teraz co do niej pewne wątpliwości. Chciała pomóc w zbiórce pieniędzy 

dla zesłańców w Meksyku, ale zbierać na broń i zabijać to inna sprawa. 

- Policja wypytywała ją o zatarg, jaki miała z Erniem - podjął Bob. 

background image

- Okazało się, że tylko chciał się z nią umówić na randkę, a ona się nie zgadzała. 

- Na szczęście - pan Hitchcock zwrócił Bobowi jego sprawozdanie. 

- Dobrze napisane. 

-  Cieszę  się,  że  się  panu  podoba,  bo  spodziewamy  się,  że  nie  odmówi  pan 

zaprezentowania światu naszej sprawy. 

- Oczywiście, że nie. Uważam to za swój przywilej. Ciekaw jestem, czego dokonacie 

następnym  razem.  To  właśnie  sprawia,  że  przyjaźń  z  wami  jest  tak  interesująca.  Nigdy  nie 

wiadomo, jakie przygody i tarapaty czekają was w przyszłości!