background image

Jeden dzień

Rano przyjechałem do tego wielkiego miasta. Cały dzień po nim łaziłem, po jego ulicach i 
mostach, których jest pełno w tym mieście. Przepływa przez to miasto druga wielka rzeka 
tego kraju, ale nie jednym korytem,  tylko mnóstwem kanałów, które gdzieś, za miastem, 
muszą się łączyć, ale w mieście jest pełno kanałów, stąd pełno mostów, po których łaziłem 
przez cały dzień. I po ulicach między mostami. Prawie na każdym moście przystawałem. 
Opierałem się o poręcz i patrzyłem na wodę przez jakiś czas, właściwie wcale jej nie widząc, 
to znaczy widziałem wodę na początku, jak tylko pochyliłem się przez poręcz, ale później już 
jej chyba nie widziałem, boja mam takie dwa patrzenia, i jedno z nich to było dzisiaj, na 
każdym moście prawie: patrzyłem na wodę uporczywie przez jakiś czas, którą z początku 
widziałem, ale później jakby rozmazywała się, przemieniała się w powietrze czy w mgłę, jeśli 
jest taka przezroczysta. Prawie na każdym moście przystawałem, zapala-
Jem papierosa i pochylałem się nad poręczą utkwiwszy spojrzenie w wodę, którą z początku 
widziałem, ale później już nie, bo jedno z tych moich patrzeń to jest takie nicniewidzenie, 
zapominanie  się   oczami,   zapadanie   się  w leje,   które  muszą   być   po  drugiej   stronie  oczu. 
Prawie na każdym moście zapadałem się w leje. Między jednym mostem a drugim szedłem 
wtuliwszy głowę w gniazdo ramion i kołnierza, a ręce w gniazdo kieszeni. Ale i tak było 
dosyć zimno. Kiedy skończy się ta przeklęta zima? Przeklęta zima. Dobre lato. Można usiąść 
gdzieś, na chodniku albo w polu się położyć, wszystko jedno, zamknąć oczy, a słońce dobre, 
ciepłe opada na powieki, całe lato masz na powiekach, bo lato to jest słońce dobre, ciepłe. 
Więc leżysz sobie na kamiennej płycie miejskiego cmentarza albo w trawach leżysz między 
niebem a ziemią, wszystko jedno, i to jest takie w słońcu dobre, ciepłe zamarzanie. Potem, 
kiedy   już   się   na-kochałeś   ze   słońcem,   wstajesz.   Idziesz   szukać   rzeki,   wody,   w   którą 
wstępujesz powoli albo od razu się rzucasz, ja to od razu się rzucam, pływam długo, a kiedy 
się   zmęczę,   przewracam   się   na   plecy   i   leżę,   poruszając   lekko   nogami,   żeby   się   tylko 
utrzymać. I to jest też takie w wodzie dobre, ciepłe zamarzanie. Tak. Lato jest dobre, a zima 
nie.
Dzisiaj cały dzień szedłem przez tę złą zimę i przez to miasto wielkie bardzo, do którego 
przyjechałem rano. Przedtem, wczoraj jeszcze, byłem w innym mieście, też wielkim. Długo 
tam nie byłem, ale trochę byłem. Jakieś dwa tygodnie. Około. Mieszkałem u takiego chłopca-
Piotrka. Mieszkał tylko z matką, która wyjechała na wczasy w góry. Będę kiedyś  musiał 
pojechać w góry. Na drugą zimę może. Postaram się skądś o jakieś dobre, ciepłe buty, żebym 
miał lato w stopach, bo tam jest dużo zimnego śniegu, a jeszcze będę chodził dużo po górach, 
a złe buty szybko się zdzierają, a jeszcze w górach. Przez lato będę kosił trochę po chłopach, 
to zarobię na takie dobre, ciepłe buty na góry. Ale do drugiej zimy daleko. Do lata jest daleko, 
a co dopiero. Więc matka tego chłopca-Piotrka wyjechała w góry, i on powiedział, że dopóki 
nie przyjedzie, to mogę u niego zamieszkać. Nieźle było u tego chłopca-Piotrka, tylko trochę 
za dużo mówił. Gdyby tyle nie mówił, to byłoby nawet wspaniale. Próbowałem go uczyć za 
dużo nie mówić, ale nie wyszło. Prosił mnie, żebym go zabrał gdzieś ze sobą, ale co ja bym z 
nim robił. Nie dlatego, że za dużo mówił, ale co ja bym z nim robił. Ale mówił też za dużo. 
Wiele razy mnie gniewał i gwizdałem sobie przez zęby, a nie zapomniałem o mojej dla niego 
wdzięczności, więc musiał mówić dużo za wiele. Ja raz mu tylko dość długo mówiłem. A 
mówiłem mu o tapczanie, kołdrze, fotelu, radiu i o tym pokoju, w którym to wszystko było, w 
którym mieszkaliśmy i w którym mu o tym mówiłem. Zdaje się, że na próżno mówiłem, dość 
długo mówiłem, bo on sam nie wiedział, co ma. Potem wróciła jego matka i już nie miałem 
gdzie spać, więc powiedziałem sobie, że mogę z tego miasta wyjechać. W pociągu nie mu-
siałem wcale się chować przed konduktorem, bo miałem bilet, więc spałem, bo znalazłem 
całkiem wolny przedział i była noc.
Rano przyjechałem  do tego wielkiego  miasta,  którego nie znałem wcale. Nie wiedziałem 

background image

nawet, skąd tu tyle tych kanałów. Dopiero spytałem jakiegoś innego, który powiedział mi, że 
to ta rzeka, o której wiedziałem, że przepływa przez to miasto, tak jest rozgałęziona w kanały, 
których   jest   bardzo   dużo,   on   nie   wie   ile,   ale   bardzo   dużo,   i   że   ta   rzeka   jest   świetnie 
uregulowana, nie jak ta największa w tym  kraju, i że to wszystko  Niemcy,  bo oni lubią 
ordnung. Cały dzień chodziłem po tych mostach i po tych ulicach między mostami, chociaż 
zimno było dosyć, ale lubię bardzo oglądać nowe dla mnie miasto. Opowiem je trochę. Cały 
dzień po nim chodziłem. Teraz jest noc i jestem w poczekalni dworcowej. Opowiem o niej 
kiedy indziej. Teraz będę opowiadał dzień i miasto, i wszystko, co zauważyłem, o ile dobrze 
zauważyłem, boja mam takie dwa patrzenia, i jedno z nich to było dzisiaj na ulicach między 
mostami: patrzyłem na wszystko rozbieganymi  oczami, na sklepy,  domy,  tramwaje, buty, 
płaszcze, dachy, bo to jest moje drugie patrzenie — rozbiegane na wszystko, bo nigdy nie 
wiem, co począć z oczami, podobnie jak z palcami, więc albo palę papierosa patrząc w coś 
uporczywie,  to znaczy nic nie widząc, zapadając  się w leje, które muszą  być  po drugiej 
stronie oczu, albo trzymam ręce w kieszeniach i wtuliwszy głowę w gniazdo ramion idę, 
kołysząc się na prawo i lewo rozbieganymi oczami.
Opowiadam dalej. Muszę powiedzieć, że w żadnym mieście, a widziałem ich dużo, o, dużo 
miast widziałem, i nie tylko w tym kraju, bo przedtem, kiedy jeszcze byłem mały, ale nie tak 
bardzo, bo wszystko dobrze pamiętam, to byłem w innym kraju, i kiedy przyjeżdżałem do 
tego kraju, w którym jestem, i w którym jest to miasto, to przejeżdżałem przez dwa jeszcze 
inne kraje i wiele miast, które widziałem z okna wagonu, więc widziałem wiele miast chyba, 
nie? ale muszę powiedzieć, że w żadnym mieście nie widziałem tylu zburzonych domów, co 
w tym. Oglądałem te domy z wielkim zdziwieniem i nie mogłem się do nich przyzwyczaić, 
chociaż napotykałem takie domy co jakiś czas. Bardzo często. Niektóre domy to była połowa 
domu  albo ćwierć, albo zupełnie niepodobne. Nigdy nie widziałem.  Wydawało mi  się to 
groźne, i tak wyglądało. Więc muszę powiedzieć, że miałem co oglądać tym swoim drugim 
rozbieganym na wszystko patrzeniem. W każdym nowym dla mnie mieście mam co oglądać, 
ale w tym jest szczególnie. Nad wyraz te domy zburzone przez wojnę, której nie pamiętam 
prawie. Byłem jeszcze bardzo mały. Trochę pamiętam, ale troszeczkę. Byłem jeszcze bardzo 
mały i byłem z rodzicami moimi rodzonymi w innym kraju, w którym się urodziłem i do 
którego bym chętnie powrócił i mógłbym, bo tamto wcale temu nie przeszkadza, a nawet 
sprzyja, tak myślę. Na zawsze bym tam nie pozostał jednak. Wróciłbym na powrót do tego 
kraju, który bardzo lubię, nie wiem czemu. Mimo wszystko. W tym kraju rosnę już najdłużej i 
w   tym   kraju   stało   się   tamto   moje   największe   bohaterstwo,   z   którego   jestem   dumny 
niepomiernie, i które obnoszę jak głowę swoją i stopy po różnych jasnych, ale najwięcej po 
ciemnych miejscach i zawsze jestem mężny, szlachetny i mężny, choć byłem w ciemnych 
bardzo miejscach, o, tak, nikt by nie zliczył, najwięcej w tym kraju, ale mimo to lubię ten 
kraj, bo w nim się narodziłem po raz drugi jakby, ale lepiej, mocniej. Ale tak na dwa miesiące 
tobym chętnie bardzo pojechał do tamtego kraju, w którym się urodziłem i który pamiętam 
dobrze.   Wojny   nie   pamiętam   prawie   nic,   bo   wtedy   byłem   mniejszy   i   mieszkaliśmy   na 
południu, w małym miasteczku, gdzie nawet podczas wojny było bardzo cicho i nie było 
wcale zburzonych domów, nie tak jak w tym, w którym teraz jestem, to znaczy w poczekalni 
dworcowej tego miasta, bo jest noc i jakoś nie chciało mi się szukać tego innego, którego 
poznałem nad morzem, i który powiedział: „Przyjedź, a spanie ja ci załatwię". Więc kiedy 
skończyło się spanie u tego chłopca-Piotrka w tamtym mieście, to pomyślałem sobie: mogę 
pojechać naprzód, mogę pojechać do tyłu, na prawo, na lewo, ale mogę przecież pojechać do 
tego młodego-innego, którego poznałem nad morzem ostatniego lata pięknego. Nie myślałeś 
długo, tylko od razu postanowiłem, bo wiem, że bardzo często nie trzeba wcale myśleć, tylko 
natychmiast postanowić, bo myślenie bardzo często osłabia postanowienie i ono już potem 
kruszy się łatwo jak główka maku.
Chodziłem po tym mieście przez cały dzień. Nie mówię, że byłem wszędzie, bo to miasto jest 

background image

ogromne niezwykle. Nie wiem, czy tamto poprzednie miasto, w którym byłem i które jest 
stolicą tego kraju, jest więcej ogromne od tego. Mogła być pierwsza, druga, trzecia godzina, 
kiedy zachciało mi się jeść i wstąpiłem do jakiejś knajpy, bo miałem jeszcze jakąś forsę i 
chciałem się trochę ogrzać, bo zmarzłem dosyć na tych mostach i na tych ulicach między mo-
stami. Zamówiłem flaki i zacząłem się rozglądać po knajpie — bo ja mam takie dwa patrzenia 
i jedno z nich, to rozbiegane, było dzisiaj w knajpie — siedzą na wysokim stołku przy barze, 
czekając na flaki: przy stolikach siedzieli inni i jedli, i pili. Nie byli piękni. Sala też była w 
brudzie wzorzysta. Nad wyraz ściany w liszajach. Przy jednym stoliku siedziało dwóch. Jeden 
z nich, ten odwrócony do mnie plecami, i który był lepiej ubrany od tego, którego twarz, 
brzydką, widziałem, mówił:
— Drogi panie. W dwudziestym wieku jedynym rozsądnym zajęciem jest walczyć o pokój 
albo systematycznie się upijać. Wybrałem to drugie, bo mam wolną wolę.
A ten drugi:
— Tak jest.
Wychylili kieliszki i ten drugi, z brzydką twarzą, znowu powiedział:
— Dobra franca. A ten pierwszy:
— Dlaczego nam, starszym, odebrano zabawki z dzieciństwa? Przecież nie możemy bawić się 
bombą atomową.
Przy barze jakiś inny krzyczał:
— Zbudowaliśmy KDM czy nie?
Dostałem flaki i zacząłem jeść. Bardzo lubię flaki i było ciepło w knajpie. Dawniej, dawno, 
nie mogłem sobie wyobrazić, jak inni mogą jeść flaki. Ja bym nie mógł — myślałem. Nawet 
jeśli są dobre, to jedząc je na pewno będę myślał, skąd się one wzięły i co przedtem w nich 
było.  Ale  raz,  to  było   już  po tamtym,  więc  chodziłem  przeważnie  głodny,  wszedłem   do 
knajpy w jakimś  mieście  na piwo, bo tylko  tyle  miałem,  właściwie  nawet tylko  tyle  nie 
miałem,   bo   brakowało   mi   dwudziestu   groszy,   ale   chciało   mi   się   pić   bardzo.   Barmanka 
powiedziała, że to nic nie szkodzi, że oddam, jak będę miał, i że może jestem głodny, to ona 
mi da flaki, ajajej oddam, jak będę miał, kiedyś. Byłem dosyć bardzo głodny i pomyślałem, że 
muszę jej się podobać, bo patrzyła mi w oczy niewymownie przymilnie, i że będę mógł u niej 
dostawać żarcie przez jakiś czas, nie tylko flaki, więc już przemogłem się. Spanie miałem w 
takim baraku w takim ogrodzie. Lato było. Więc już przemogłem się i powiedziałem dla 
upewnienia:
— Ja, proszę pani, nie wiem, czy prędko będę miał pieniądze.
— Nic nie szkodzi. Nic nie szkodzi. Zaraz przyniosę ci flaki. Dawała mi żarcie przez długi 
czas i jap nie spałem w baraku
w ogrodzie, ale potem uciekłem, bo nie chciałem się zasiedzieć i gnić. Ale wtedy właśnie 
zaczął się mój smak na flaki, które dzisiaj zamówiłem i jadłem z miłością, bo wiem, że to jest 
dla mnie wesele. Więc kiedy już zjadłem flaki, to zapaliłem papierosa i zacząłem popijać 
piwo, wpatrując się uporczywie w kufel, który z początku widziałem i później chyba też 
widziałem, tylko że oczy mi się zapomniały, boja mam takie dwa patrzenia, więc chociaż 
widziałem kufel, który stał przede mną, to po chwili tego mojego uporczywego patrzenia 
widziałem już go tylko płasko, a potem zapadałem w leje. Ale uszy nie zapadały w leje:
— Życie, drogi panie, jest jak poker. Kto ma pieniądze, wygrywa i może bluffować.
— Tak jest. Tankujemy.
— Zbudowaliśmy KDM czy nie?
Potem obudziły mi się oczy i zaczęło się to moje drugie rozbiegane patrzenie, ale wszystko 
było jednakowe, niezmienne, więc musiałem wyjść z knajpy, bo nie wiedziałem, co począć z 
oczami, i ogrzałem się dosyć, i najadłem się też, i chciałem jeszcze miasto oglądać, więc 
musiałem  wyjść  z knajpy,  która była  ziarnem  miasta  tylko,  okiem miasta,  jelitem  miasta 
może, ale mimo to jednym z niezliczonych ziaren, ócz, jelit, więc była okruchem tylko. Dlate-

background image

go wyszedłem, bo to mało. Wsadziłem ręce w gniazdo kieszeni, a głowę w gniazdo między 
ramionami-konarami   moimi,   i zacząłem  się  rozbiegiwać   oczami   dookoła,  a  dookoła  były 
domy,   kamienice   podobające   mi   się   bardzo,   nie   starożytne,   ale   dosyć   średniowieczne,   a 
przynajmniej po dwieście lat, tak sądzę po cegłach i wzorach, i może nie po zapachu, ale po 
tym, że wśród takich domów czuję się młody, a przynajmniej nie mam dwustu lat. Jeśli już 
tak sądzę, to zawsze będę młody, a na pewno będę żył młodo, choć może miałbym zawsze co 
oglądać i zawsze gdzie iść, nie tylko przez dwieście lat, ale nawet przez dwieście pięć albo 
pięćset. Tylko, że jak ja bym wyglądał, jak ja bym mógł siebie kochać zgarbionego, łysego, o 
mięśniach jak nici lub masło, nie mógłbym niczego przeskoczyć, chodzić po drzewach bym 
nie mógł, pływać zupełnie, tańczyć wcale i śpiewać, żadne wędrowanie najulubieńsze, to jak 
ja bym siebie kochać potrafił, takiego kraba? To musiałbym wtedy kogo innego pokochać, 
ładnego smukłego chłopca, kogoś innego pięknego bym musiał pokochać i co by ze mnie 
zostało?
Ale teraz jestem mężny, szlachetny i mężny, i tylko tak będę żył, i zawsze będę miał prężność 
w kolanach jak dzisiaj po tym mieście. Opowiadam dalej to dzisiaj, to miasto i innych, którzy 
między sobą różnili się mało, a jednak nie byli do mnie podobni, nikt mi nie powie, kilka razy 
świetnie wyczułem podobnych, ale się rozstałem, bo najlepiej samemu można się odkupić i 
świętować, chociaż nie wszyscy ci podobni to rozumieli, ale ci inni nie byli do mnie podobni, 
nikt   mi   nie   powie,   a   jednak   między   sobą   różnili   się   mało,   jeszcze   raz   mówię,   te   same 
uśmiechy, nawet nie smutne, to samo niemyślenie na czołach, w ułożeniu postaci, w chodzie 
też nie mieli żadnego myślenia, a w oczach żadnego zamyślenia, a przerażenia to ani błysku. 
Nie widziałem ich rąk, przyznaję, bo było zimno i wszyscy mieli ręce w kieszeniach albo w 
rękawiczkach,   więc   nie   widziałem   ich   rąk,   ale   widziałem   ich   usta,   bo   na   usta   nie   ma 
rękawiczek, więc nie potrzebowałem widzieć ich rąk, bo widziałem ich usta, a to, co na 
rękach, to na ustach.
Opowiadam dalej to miasto  i to dzisiaj, ale coraz mniej, bo zaczął już zapadać wieczór, 
początek wieczoru, pierwsze straże wieczoru zaczęły zapadać na miasto i nawet tego nie 
zauważyłem, bo stałem na jednym z tych mostów, których jest mnóstwo, nie wiem ile, ale 
mnóstwo, to wiem i ten przechodzień nie kłamał. Wcale nie zauważyłem, jak zaczął zapadać 
mrok,   początek   mroku,   pierwsze   straże   mroku.   Stałem   na   moście,   paliłem   papierosa   i 
pochylony   nad   poręczą   patrzyłem   na   wodę,   a   może   nad   wodę,  tym   swoim   uporczywym 
nicniewidzeniem, zapominaniem się oczami. Dość długo musiałem zapadać się w leje, bo 
wcale nie zauważyłem, że pierwsze straże mroku już są dookoła. A dookoła były też domy, 
kamienice podobające mi się bardzo i inni, których nienawidziłem może, choć mieszkali w 
tych kamienicach, może dlatego między innymi.
Bo gdzie ja teraz pójdę? Mogę iść naprzód. Mogę iść do tyłu. Mogę iść na prawo. Mogę iść 
na lewo. Ale mogę iść na dworzec. Nie muszę, ale wolę. No, jeszcze nie wolę, bo przecież 
jest dopiero początek wieczoru. Pierwsze straże już minęły, początek mija, ale za tym jest 
przecież   cała   wielka   armia   wieczoru,   więc   mam   jeszcze   co   zdobywać,   starczy   na   kilka 
godzin. Potem przyjdzie największa armia świata — nocna armia, którą wolę na dworcu zdo-
bywać, na którym jestem w tej chwili, choć tak piszę, jakbym szedł pisząc, a raczej pisał idąc.
Opowiadam dalej to miasto i to dzisiaj, a raczej już ten wieczór, bo wieczór to jest coś innego 
chyba, coś odrębnego. Wieczór nie należy do dnia chyba i myślę, że nie należy do nocy 
chyba, chociaż poranek należy do dnia na pewno. Zacząłem się więc powoli posuwać przez 
ten wieczór i przez to miasto, po którym cały dzień łaziłem i nie przez cały wieczór, tylko 
przez  trochę wieczoru, bo więcej wieczoru spędziłem w takiej  knajpie, która się nazywa 
„Schron", i o której za jakieś pół godziny zacznę opowiadać. Szedłem powoli, bo po co 
szybko? Te wszystkie pół-domy, ćwierć-domy i zupełnie nie-domy, do których nie mogłem 
się przyzwyczaić i które napotykałem dzisiaj co jakiś czas, bardzo często, wyglądały jeszcze 
bardziej groźnie, i teraz, wieczorem, to nie były nawet pół--domy, ćwierć-domy czy zupełnie 

background image

nie-domy, ale jakieś dziwne stwory, wielkie przedpotopowe zwierzęta, gady skamieniałe, ale 
groźnie wyglądające. Szedłem tak przez wielką armię wieczoru i nie czułem się żołnierzem, 
lecz jak ktoś inny, nie potrafię dokładnie, ale nie żołnierzem ani generałem, lecz jak ktoś inny 
zupełnie, i nie byłem po żadnej stronie: armii wieczornej ani miasta odpierającego ataki, więc 
czułem się normalnie, jak zawsze.
Szedłem tak właśnie przez wieczór i wyszedłem tak na plac dość duży, a za nim było to, 
czego nie oczekuje się co krok, lecz oczekuje się niezwykle: widok-olśnienie. I to jest jak 
manna z nieba na oczy. Opowiadam o tym spokojnie, bo nie chcę płoszyć widoku, który chcę 
opowiedzieć, więc nie mogę płoszyć także opowieści. Dlatego mówię spokojnie, i w tym 
widoku był spokój, choć dużo więcej głęboki, mistyczny, nieprzebrany, ale jednak spróbuję. 
Ten mój wieczorny widok-olśnienie rozpościerał się między dwiema narożnymi kamienicami, 
które   otwierały   rynek   tego   miasta   dla   mojego   patrzenia,   które   nie   było   ani   jednym,   ani 
drugim, ale zafascynowaniem, więc nie było ani zapadaniem się w leje, ani rozbiegiwaniem, 
więc było trzecim moim patrzeniem: rzadkim bardzo, mistycznym, ale jednak trzecim moim 
patrzeniem, którego dzisiaj nie było, ani na mostach, ani na ulicach między mostami, którego 
dawno, dawno nie miałem, bo od tego ostatniego, dawnego, dawnego porannego widoku-
olśnienia nic podobnego mnie nie zafascynowało. Patrzyłem tym swoim trzecim patrzeniem 
na ten kawałek powietrza, między dwiema narożnymi kamienicami, które było niebieskawe, 
ale bardzo inaczej, tak jak jest tam, w krainie umarłych, tak mi się wydaje. Pośrodku tego 
umarłego, dostojnego niezmiernie powietrza był czubek ratusza, biały też bardzo inaczej, nie 
tak jak musi być w Arabii albo Persji, tak mi się wydaje. Jeśli już mi się tak wydaje, to coś 
takiego powinno być w środku dżungli, taki niebieskawy i biały pałac, do którego się wchodzi 
po   marmurowych,   przestronnych   ątopniach,   porosłych   roślinami   i   mchem,   i   potem   się 
wchodzi do sali pierwszej i stawia się pierwszy krok, i nagle ptak jakiś się spłoszy i zakrzyczy 
przeraźliwie, a krzyk ten powtarza się wielokrotnie i ostro w dalszych, dalszych salach, aż 
umrze, i znowu jest cisza nieprzebrana i pustka, ale nie jesteś tu sam i nie jesteś tu władcą, 
choć sam jesteś, jak władca jesteś sam, ale nie jesteś tu królem, bo tu królują duchy, czujesz 
to nad wyraz i nie czujesz się duchem, najdalszym krewnym tego wszystkiego, nie jesteś z 
tego drzewa, ni gałęzią, ni liściem, ni owocem, ale nie jesteś nawet nawozem dla drzewa tego 
korzeni i wyglądać musisz jak świeca zgaszona między palącymi się niebieskawo i biało, ale 
bardzo inaczej.
Pozostanę w tym mieście trochę. Może dla tego samego widoku-olśnienia, który każdego 
wieczoru  mnie  tu przywałęsa i przyfascynuje  — ten mały kawałek powietrza  i ten mały 
kawałek ratusza: biały czubek. Opowiadam dalej. Ocknąłem się po chwili z tego mojego 
trzeciego   patrzenia,   które   w   tym   miejscu   przypomina   zapadanie   się   w   leje   —   pierwsze 
patrzenie, po którym trzeba też się - zbudzić. Na rynek wszedłem nie całkiem przebudzony 
jeszcze z resztkami mojego zafascynowania, bo nie opuściłem głowy, przeszedłem te kilka 
kroków z podniesioną głową, ale z każdym krokiem to już nie było to samo, jakby ubywało 
coś z widoku, choć zbliżałem się do niego, może dlatego. Tak wszedłem na rynek. Opuściłem 
głowę i zaczęło się to moje drugie rozbiegane patrzenie: rynek był duży na oko, pośrodku stał 
ratusz. Widziałem to samo nieraz — ratusze na rynkach w innych miastach. Ratusz otoczony 
był przez rusztowania żelazne. Wiele razy widziałem rusztowania wokoło ratusza w innych 
miastach.   Ratusz   pośrodku   rynku   to   nie   musi   być   środek   miasta,   ale   sądzę   z   historii   i 
obyczajów, że ratusz to w każdym mieście coś najstarszego, najdawnego. Dlatego skorpiony 
czasu   najwięcej   mogły   wygryźć   z   ratusza   właśnie.   Dlatego   on   się   kruszy   i   trzeba   go 
wspomagać.   Dlatego   nie   zdziwiły   mnie   rusztowania   wokoło   ratusza,   który   obszedłem 
dookoła, i zachciało mi się pić. Herbatę lubię bardzo. Spytałem jakiegoś młodego-innego, 
gdzie można by tu najbliżej wypić herbatę. Zauważyłem zdziwienie na jego twarzy, bo stał 
pod latarnią. „Najbliżej to w »Schronie« — powiedział — ale nie wiem, czy ten alkohol tam 
jest. Tu, w tę bramę i na lewo. Przeczyta pan na drzwiach". Wszedłem w bramę, którą ten 

background image

młody-inny mi wskazał i która była ciemna bardzo, tak jak tamta, w której dostałem nożem w 
ramię,   więc   szedłem   dosyć   ostrożnie,   choć   przy   wejściu   do   tej   bramy   był   przystanek 
tramwajowy   i   stało   dosyć   dużo   ludzi,   ale   nigdy   nic   nie   wiadomo.   Zapaliłem   zapałkę   i 
przeczytałem   napisane   białą   farbą   na   drzwiach:   „SCHRON".   Ten   młody-inny   musiał   to 
przeczytać w dzień i zapomniał, że teraz jest wieczór, kiedy mi powiedział: „Przeczyta pan na 
drzwiach". Drzwi były wpółuchylone i wewnątrz było jeszcze ciemniej. Już chciałem odejść, 
bo pomyślałem, że ten młody-inny musiał mnie okłamać jednak, choć byłem pewien, że nie 
kłamał,  kiedy dobiegły mnie  zza drzwi jakieś śmiechy z dołu. Po chwili kilku młodych-
innych zaczęło wydobywać się z dołu, jak zauważyłem po ogniu z papierosów. Przeszli obok 
mnie zataczając się dosyć bardzo, że musiałem się odsunąć, bo było ich czterech i ja nikogo 
nigdy nie zaczepiam. Kiedy poszli, zapaliłem zapałkę i zacząłem schodzić po kamiennych 
stopniach idących w lewo, i zobaczyłem zaraz światło, którego z bramy nie można było doj-
rzeć, bo schody schodziły w kółko. Po schodach był długi korytarz oświetlony, ale pełen 
wody, ze musiałem iść na piętach, ale i tak poczułem wodę w butach, bo moje buty, to lepiej 
nie mówić.
W korytarzu, a raczej w wodzie, było kilka stopni w górę, które powitałem z radością, na 
pewno nie tak, jak rozbitek wyspę albo ramię rozbitka kawał belki, która może być długim 
ramieniem do jakiejś wyspy, więc takie powitanie dwóch ramion jest na pewno radosne, ale 
moje powitanie ze schodami było też trochę radosne. Nie kłamię. Ja nigdy nie kłamię. Ja 
nawet nie wiem, dlaczego nie kłamię. Może mi wstyd. Kilka razy skłamałem i było mi bardzo 
wstyd, do tej pory, choć to się wcale nie wydało, że skłamałem. Do tej pory mi wstyd. Więc 
myślę, że gdybym więcej kłamał, to byłoby mi więcej wstyd, coraz więcej, gdybym jeszcze 
więcej kłamał i msiałbym się cały wstydzić. Może jest jeszcze coś oprócz wstydu, co nie każe 
mi kłamać. Może to samo, co nie każe mi kraść, kiedy nie jestem głodny; co nie każe mi 
innego uderzyć, kiedy ten inny mnie pierwszy nie uderzy; co nie kazałoby mi innego zabić, 
gdyby ten inny mi ojca nie zabił lub matki, lub siostry, lub brata, lub drugiego brata; może to 
samo, co nie każe mi się samemu zabijać, kiedy jeszcze oddycham, choć wszystko często 
wydaje mi się złe, domy, pola, ulice, usta innych i ręce, śmiech i płacz, wszystko jest złe, 
więc idę i ból mnie wypełnia taki za wielki i nienawiść, ale jeszcze oddycham, nie mogę się 
zabijać i nie mogę kłamać też, a muszę kochać wszystkie dzieci.
Ja tak się nad tym zastanawiam, jak gdyby te schody, które powitałem z radością po tej 
wodzie w korytarzu, były takie długie, że idąc po nich miałem czas się nad tym wszystkim 
zastanawiać. Ja jestem na dworcu, w poczekalni i mam dużo czasu do rana. A mówię o tym 
dlatego tylko, że w niektórych chwilach tak piszę, jakbym pisał idąc, więc może rzeczywiście 
mogłem się zastanawiać nad tym kłamaniem w innym miejscu, bo schody były rzeczywiście 
krótkie, pięć czy sześć stopni, więc jeśli już w niektórych miejscach tak piszę, jakbym pisał 
idąc, to wchodząc po tych stopniach nie zdążyłbym rzeczywiście tego wszystkiego napisać i 
jeszcze się zastanawiać, i jeszcze się zastanawiać nad pisaniem, bo to jest trudne bardzo,' to 
wszystko i to pisanie.
Ale schody powitałem z radością. Nie kłamię. Wszedłem po nich i powitał mnie wielki dym i 
głosy,   i   śmiechy,   tylko   nie   radośnie,   bo   nikt   nie   zwrócił   na   mnie   uwagi,   i   ja   to   żadne 
powitanie powitałem z radością też, bo nie lubię, kiedy się ktoś na mnie ogląda i nawet nie 
szuka w mojej twarzy niczego, tylko tak się ogląda. Więc to żadne powitanie podobało mi się, 
a przynajmniej nie wzmogło mojej nienawiści, która zawsze wieczorem wypełnia mnie, nie 
wiem dlaczego; a może wiem. Podszedłem do baru przez wielki dym i usiadłem na wysokim 
stołku, co bardzo lubię, i zaczęło się to moje drugie rozbiegane patrzenie na wszystko, co było 
dookoła, a dookoła byli inni-mlodzi i pili wino, ale więcej krzyczeli, i były inne--młode i piły 
wino, ale więcej się śmiały, i wszyscy nie różnili się między sobą. A ten „Schron" to był 
chyba rzeczywiście dawniej schron przed bombami, których nie pamiętam prawie nic. To 
samo wchodzenie do niego i drzwi żelazne, mocne, i to sklepienie z cementu nad głową. A ci 

background image

inni-młodzi   i   inni-starzy,   szykowniej   ubrani,   ciągle   coś   wykrzykiwali   i   pili   wino,   które 
nalewał barman wysoki bardzo, i który po chwili podszedł do mnie i zapytał:
— Słucham pana. Portoriko?
Nie wiedziałem, co to jest portoriko, i spytałem:
— Co to jest portoriko? Uśmiechnął się i powiedział:
— Portoriko — portwajn — najtańsze wino — radzieckie — sześć pięćdziesiąt lampka.
— Nie, dziękuję bardzo — powiedziałem — chciałbym się napić herbaty, jeśli można.
— Proszę bardzo. Jurek, dla pana herbata — zwrócił się do młodego-innego, który podawał z 
kuchni kawę, soki: pomidorowy i ananasowy (nigdy nie słyszałem), i herbatę, oprócz wina, 
które   nalewał   sam   barman   wysoki   bardzo,   i   który   często   mówił   do   tego   Jurka   małego: 
„Mówiłeś coś?", choć ten mały Jurek o nic go nie pytał. Potem wybuchali śmiechem, ten 
barman i ten Jurek teraz pytał barmana: „Mówiłeś coś?" „Że niebo kamieniste?" I znowu wy-
buchali śmiechem. Pomyślałem sobie, że oni muszą się tak bawić, bo po co oni by co jakiś 
czas mówili „Mówiłeś coś?", choć ten drugi nic nie mówił przedtem do tego pierwszego albo 
ten pierwszy do tego drugiego. Albo kiedy ktoś przy barze pytał barmana: „Dasz lampkę na 
kredyt?", to wtedy barman mówił: „Brzuch mnie boli na razie". To ja od razu odgadłem, że 
barman tak mówi, bo nie chce dać tamtemu lampki na kredyt.
Było dosyć ciepło. Może trochę od dymu było ciepło. Bo od tamtych śmiechów to chyba nie. 
Dla mnie przynajmniej to nie było wcale ciepło, te śmiechy i krzyki. Piłem herbatę, paląc 
papierosa i wpatrując się w szklankę uporczywie, którą z początku widziałem, ale później już 
ją widziałem płasko, a jeszcze po chwili już jej chyba nie widziałem, ani jej, ani tego, co 
obok, jakby promienie czy coś innego, co wysyła oko, wracały do oka, ale nie tylko, bo jakby 
dalej wracały, zapadały się w leje, które muszą być po drugiej stronie oczu. Tylko muszę 
powiedzieć — nie było to patrzenie do tyłu: przypominanie sobie czegoś oczami, co było w 
dawnych oczach minionych, w minionym patrzeniu raczej, bo nie wiem, czy oczy mijają. Nie 
wiem, czy wszystko mija. Wszystko chyba nie mija. Ja bym wolał, żeby wszystko nie mijało.
Siedziałem tak, zapadając się w leje czy też śniąc z otwartymi oczami, ale jeśli nawet śniłem 
jakieś sny, to takie, których po przebudzeniu nie można sobie wcale przypomnieć, bo są takie 
sny, i ja nieraz śniąc taki sen wiem podczas tego śnienia, że śnię i że kiedy się przebudzę, to 
nie   będę   mógł   sobie   niczego   przypomnieć.   Bo   są   takie   sny.   Więc   jeśli   nawet   śniłem   z 
otwartymi oczami dzisiaj, wieczoru dzisiejszego raczej, siedząc w „Schronie" na wysokim 
stołku, paląc papierosa, to kiedy się po chwili ocknąłem, żadnego snu nie potrafiłem sobie 
przypomnieć i mnie to nawet nie męczyło. Tak mówię o snach, jakby to wokoło były całe 
dzielnice białej pościeli i ciemność, i cisza. Nie. Jajestem na dworcu, w poczekalni dworco-
wej tego miasta i nie ma tu nic takiego podobnego. W tym „Schronie" też nic takiego nie 
było. Chociaż była senność w tym „Schronie", mimo śmiechu i krzyków, ale to była taka 
ciężka senność, lepka, sącząca się taka jak wino, snująca się taka jak dym, zła senność.
Ale przede wszystkim było w tym schronie dużo młodych-innych, którzy dużo pili, ale więcej 
krzyczeli, ale kiedy który z nich krzyczał za dużo, to jedna taka młoda-inna krzyczała do tego: 
„Ty,  koleś! Może byś  się trochę uspokoił?" Pomyślałem,  że ona tu musi być  królową, a 
przynajmniej kimś ważnym, bo siedziała w fotelu pod ścianą i wszyscy jej się kłaniali, i ci 
najgłośniejsi zaraz się uspokajali, kiedy ona mówiła: „Ty, koleś..." A potem wstała, i ja się 
wcale nie dziwiłem tym najgłośniejszym, że się uspokajali, bo kiedy wstała, to ją ujrzałem. A 
miała władzę w oczach i była bardzo potężna, i musiała być silna, i mogłaby niejednego 
powalić   w   tym   „Schronie",   bo   nie   zauważyłem   tam   silnie   zbudowanych   tym   bardziej. 
Wszyscy prawie ci młodzi-inni byli nie bardzo rozwinięci i płaską pierś musieli ukrywać pod 
koszulą.   I   ja   się   nie   dziwię,   bo   dym   w   powietrzu   to   nie   jest   ozon   w   powietrzu,   a   oni 
przychodzili tu co wieczór, tak sądzę, i oddychali tym zgniłym powietrzem, więc ja się nie 
dziwię, że oni musieli gnić w tym  oddychaniu. I mnie to zgniłe powietrze też zaczynało 
rozleniwiać,   więc   poprosiłem   tego   barmana   wysokiego,   ze   chciałem   zapłacić.   On   się 

background image

uśmiechnął i powiedział: .Jeden złoty i 57 groszy". To ja od razu odgadłem, że on chce się 
znowu bawić, bo przecież już dawno nie było tych monetek po jednym groszu i po dwa 
grosze. Więc powiedziałem: „Brzuch mnie boli na razie". I obaj żeśmy się zaśmieli. Potem on 
powiedział: „Dobry jesteś. Jeden złoty i 63 grosze". To ja znowu: „Mówił pan coś?" Ale w 
końcu zapłaciłem złoty i 60 groszy i wyszedłem. Przeszedłem przez jezioro korytarza na 
piętach i po schodach wyszedłem na zewnątrz.
Powitało mnie od razu inne powietrze, wieczorne i świeże, nie tak jak w polu lub w lesie, ale 
dosyć świeże, dużo więcej niż w „Schronie", jeśli może tam być coś świeżego. Spytałem 
jakiegoś starego-innego, jak można się dostać na dworzec, i zacząłem iść w tę stronę, i zaraz 
uleciało ze mnie te trochę radości z bawienia się w „Schronie" z barmanem, a opadła mnie 
nienawiść, która zawsze wieczorem wypełnia mnie, jakby to ona tylko była łupem każdego 
dnia całego. A przecież wiem, że nie jej szukałem rozdzierającej, lecz czułości odrobinę, 
pyłku  czułości szukałem przez cały dzień po tym  mieście, jego mostach,  ulicach  między 
mostami, wszędzie, i zawsze otwarty jestem na czułość, jej mosty, ulice między mostami, bo 
tego mi zawsze brakowało, i dlatego zabiłem tamto wszystko i porzuciłem tamto wszystko, co 
tak kochałem, bo nie było czułości u nich dla mnie. I powędrowałem do krainy Nad, na 
wschód od Edenu, i tysiąc dni wędruję, i tysiąc nocy.
Teraz jestem na dworcu, w poczekalni dworcowej, gdzie nie ma czułości. Jest noc i nie ma w 
niej czułości. Patrzę na innych. O, usnąć! Usnąć w tej zawsze przeklętej godzinie! Usnąć, by 
niczego nikomu nie zazdrościć.
A potem obudzić się. Obudzić się potem, kiedy już nie będę myślał, nie będę wędrował, nigdy 
już więcej nie będę wędrował ani w myślach. Ktoś podejdzie do mnie, weźmie mnie za rękę, 
zaopiekuje się mną, weźmie mnie za rękę i powie- „Na imię mi Olga. Zamknij oczy. Będę ci 
wszystko opowiadała".

Listy do Olgi

Tyle bólu. Tyle bólu, który tak wielki, za wielki, żeby go można odnaleźć w tych słowach. 
Tak, bo i one są przeciwko mnie w tej chwili, wszystko jest przeciwko mnie, słowa tez, które 
zawsze mi się opierały, ale kusząco, zalotnie, żeby większa pieszczotliwość, a teraz nawet one 
są przeciwko mnie, bo nie mogę znaleźć tych, które byłyby lustrem nieskalanie odbijającym, 
stąd ból dodany jeszcze do tego za wielkiego.
Może i w Tobie jest ból, ale czym on jest, czym? Przy bólu moim przepastnym czym jest 
każdy ból inny? O, przeklęta niech będzie chwila, kiedyś przeze mnie ujrzana: oczy Twoje: 
tyle czułości w Twoich oczach, której mi zawsze brakowało, dlatego zabiłem tamto wszystko, 
co   tak  kochałem,   i  porzuciłem   tamto   wszystko,  bo  nie  było  czułości  u  nich  dla   mnie.   I 
powędrowałem do krainy Nad, na wschód od Edenu, i tysiąc dni wędrowałem i tysiąc nocy, i 
Ciebie ujrzałem w tamtej chwili przeklętej błogosławionej.
I musiałem Cię ujrzeć, bo wiedziałem, że znajdę to, czego szukałem, czego pragnąłem duszą i 
ciałem,   każdym   oddechem,   każdym   zgięciem   przegubu   i   kolan   po   drogach   i   miastach, 
zgarniając   f   okruchy,   mnóstwo   okruchów,   ale   to   nie   było   to,   to   nie   było   morze,   które 
wiedziałem, ze gdzieś, niedaleko już, powinno się rozlewać,  w nim zamarznę, wkrótce już, 
spłonę, i tak jest, bo wiedziałem, że znajdę to, czego szukałem — Ciebie, Olga, musiałem 
ujrzeć kiedyś.
O, tak. To są słowa, to są słowa, których papier nie przyjmuje. Tych liter moich ognistych 
papier przyjąć nie może. Zbyt mało jest biały — ten czysty, biały papier — brudny jest dla 
liter moich najbielszych. I ja to widzę. Nikt więcej! Nikt więcej?

background image

1 kwietnia

Pisałem tego ptaka, kiedy Jurek wszedł do pokoju i powiedział: Sted, Olga cię prosi". W 
pierwszej   chwili,   pamiętam   wspaniale,   zacząłem   się   topić   jak   lód,   nie   chciałem   wcale 
krzyczeć z radości, tylko topiłem się, rozlewała się po mnie słoneczność, jak w bryłę lodu 
wchodzi słońce, promienie jego dobre, ciepłe. Powiedziałem: „Gdzie jest?" „Na schodach" — 
odparł. Wyszedłem na klatkę schodową i nagle śmiech mnie doleciał z tyłu, oddalony jakby, 
bo cały byłem zagubiony, zapatrzony w Ciebie, lecz nie było słońca, nikt mnie nie olśnił, 
tylko śmiech mnie z tyłu doleciał Jurka i słowa: „Udał mi się kawał. Dzisiaj prima aprilis". I 
to było jak cios między oczy, po którym się nie zapada, lecz wraca do siebie najboleśniej.
Do okna podszedłem  i nawet nie uderzyłem  Jurka, nic nie powiedziałem,  tylko  do okna 
podszedłem i tak bym sobie popłakał. Tak bym sobie popłakał, ale nawet one — łzy — były 
przeciwko   mnie:   jak   małe   liski   pochowane   w   swych   norach   lękały   się   wyjrzeć,   chociaż 
myśliwy dawno już odszedł, chociaż już dawno byłem odszedłem, tak dawno mnie tam nie 
było, i stałem przy oknie, i tak bym sobie popłakał.
Bo otwarły mi się wszystkie dawne rany stare, te zabliźnione, tak sądziłem, i cały byłem 
jeszcze raz kaleczony przez to wszystko, co już raz mnie kaleczyło, a potem zabliźniały się 
długo moje rany, bo trudno zapominam moim winowajcom, więc goiło się to wszystko długo 
bardzo, żeby w tej chwili na powrót się otworzyć, i cały byłem jeszcze raz kaleczony.
I cały byłem  dymiącym  ochłapem, przy oknie, za którym było niebo dawno błękitne nie 
widziane i słońce inne, ale to, które po zimie pojawia się zawsze-niezmiennie-odwieczne, i 
które po przepłynięciu chmur czarnych też pojawia się, bardziej jeszcze miłosne. To ja chyba 
nie Ciebie szukałem?
Czy uczyniłem Ci krzywdę? Powiedz!

4 kwietnia

Piszę do Ciebie dalej, bo los czy przypadek, który przecież zawsze był po mojej stronie, nie 
pozwolił mi Ciebie zobaczyć, choć byłem u Ciebie wczoraj, w sobotę, bo dzisiaj jest niedziela 
i dzisiaj też byłem u Ciebie.
Ale najpierw wczoraj. Byłem u Ciebie o siódmej wieczorem. Tak walczyłem ze sobą: jechać, 
nie jechać — i nie wiem, co zwyciężyło: dobro czy zło, choć walka została rozstrzygnięta, bo 
pojechałem do Ciebie. Wszedłem po schodach i stanąłem pod drzwiami.
Zastanawiałem się przez chwilę, co mam powiedzieć, kiedy ukażesz się w drzwiach, ale nic 
już nie potrafiłem. I zapukałem w drzwi, ufając nieśmiało, że wszystko zobaczysz w moich 
oczach. Myślę, że tak bym się rzucał w wodę. Ufając, że ona odczyta wszystko i nie pozwoli 
mi walczyć o życie, którego nie chcę, a później nie wyrzuci na brzeg, na pastwę. Tylko u 
siebie mnie zatrzyma.
Więc zaufałem Tobie, że wszystko odczytasz w moich oczach tak, jakbym wodzie zaufał, 
rzucając się w nią. Tak też rzuciłem się w Ciebie, nie wiedząc, co powiem, kiedy ukażesz się 
w drzwiach. Ale nie ukazałaś się. Zszedłem z powrotem i nic mnie nie tknęło. Pojechałem do 
„Schronu", usiadłem tam przy barze i wszystko we mnie płakało. A dookoła wszyscy inni pili 
i tańczyli, i krzyczeli, a ja siedziałem przy barze. Siedziałem i nieśmiało, bardzo nieśmiało 
czekałem, że przyjdziesz niepostrzeżenie, położysz mi rękę na ramieniu i powiesz „Edward", 
tak   jak   nikt   tego   nie   potrafi,   bo   Ty   może   nie   wiesz   nawet,   że   każde   Twoje   „Edward" 
zamykało mnie w Tobie najmiłośniej i nie pragnąłem już wcale wędrować, nigdzie i nigdy, 
tylko   tak   znikać   w  tobie   miękko,   łagodnie.   Ale   nikt   mnie   nie   dotknął   i  nikt   mi   nic   nie 
powiedział, choć niektórzy coś do mnie mówili, ale nikt do mnie nie mówił i ja się nie dziwię, 

background image

bo nie było mnie tam. Siedziałem tak nieśmiało, ja, który przedtem miałem wszystkie talenty i 
wszystko mnie w tym umacniało. Ale nie czułem się śmiesznie dla innych, dla mnie samego 
też mój widok nie był śmieszny i myślę, że nie było to tylko smutne, bo zbyt nieobjęte.
Potem wstałem i wyszedłem. I poszedłem nad kanał, nad którym jeszcze cztery dni temu 
byliśmy. Dlaczego minęły te cztery dni? Tak jak nigdy nie kłamię, dałbym czterysta innych 
dni za to, by tych czterech nie było. Byśmy jak cztery dni temu stali nad kanałem: Ty przy 
mnie, ja przy Tobie. Gdzie jesteś? Patrzyłem na wodę, która przepływała blisko, dwa metry 
pode mną przepływała woda, która wzmogła  jeszcze mój  ból wielki i gniew mój wielki. 
Dlaczego przepłynęły te cztery dni?
I stałem tak, patrząc na wodę, ale nic mnie nie tknęło. A nie wiem, co uczyniłbym, gdyby 
mnie coś tknęło, wtedy, kiedy tak patrzyłem na wodę, która była blisko, tuż, i która mnie 
nawet magnesowała do siebie.
Przeszedłem przez kładkę, wiesz, i skoczyłem do tramwaju, i znowu bardzo, bardzo nieśmiało 
prosiłem   Boga   albo   kogo   innego,   byś   była   i   bym   mógł   Cię   zobaczyć.   Przyjechałem, 
wszedłem   po  schodach   i   zapukałem   nieśmiało,   bo  już   ze   mnie   nic   nie   zostało   prócz   tej 
nieśmiałości maleńkiej. Zapukałem mocniej. Pukałem jeszcze dosyć długo, raz głośniej, raz 
ciszej, ale nikt się nie odezwał. Zszedłem na ulicę i postanowiłem zaczekać. Czy wiesz, czym 
był   dla   mnie   każdy   przystający   na   przystanku   przed   Twoim   domem   tramwaj?   Tym 
przyjedziesz.   Nie.   Następnym.   Tak   przyjechało   ich   dużo   i   każdy   tramwaj   był   dla   mnie 
największą nadzieją, a czas przyjazdu między jednym a drugim — oczekiwaniem bolesnym, 
lecz  zawsze nadziejnym.  Potem powiedziałem  sobie, że jeśli przyjedziesz tym  teraz  albo 
jednym z trzech następnych, to wcale do Ciebie nie podejdę.
Dobry Boże, jeśli przyjedzie tym teraz, to zobaczę ją tylko i zaraz odejdę, nie pokażę się jej. 
Tylko niech przyjedzie tym. Ja myślę, że już w tramwaju, kiedy jechałem do Ciebie po raz 
drugi, nie chciałem niczego więcej, tylko ujrzenia Ciebie, choć jeszcze wtedy nic mnie nie 
tknęło ani później. Nie byłem zazdrosny i niepotrzebnie to wszczynam, ale chcę Ci wszystko 
opowiedzieć,  jak najwięcej. Więc nie byłem zazdrosny.  Tyle  ja nie umiem.  Dużo więcej 
umiem,   bo   nawet   powiedziałem   sobie,   widząc   jadący   w   dali   tramwaj,   że   jeśli   nim 
przyjedziesz, to może być przy tobie jakiś inny, jakiś facet. A kiedy nie przyjechałaś, to po 
jakimś czasie, widząc jadący następny tramwaj, już zezwoliłem na to, żeby ten inny Cię po-
całował. Może Ty tego nie pojmujesz, aleja nawet chciałem już potem, żeby wysiadł z Tobą 
jakiś inny, żeby Cię pocałował, żebym ja to zobaczył, żeby mnie już trafił piorun. Żebym był 
czysty.
Było późno, kiedy wreszcie wywalczyłem pójście pieszo w stronę miasta. Nie, nie byłem 
jeszcze pokonany, bo miałem nadzieję, malutką, że spotkam Cię wracającą również pieszo, 
nie mogącą się doczekać na tramwaj, których w nocy jest dużo mniej niż w dzień. Szedłem 
bardzo długo i po drodze minęły mnie dwa jeszcze tramwaje, w których spróbowałem Cię 
poszukać, ale przejechały szybko i nie zdążyłem wszystkiego w nich zobaczyć, a były prawie 
puste.
Na Oporów zaszedłem późno chyba. Mogła być druga, trzecia, czwarta godzina nad ranem, 
nie wiem, nie było gwiazd i wcale nie chciało mi się wiedzieć, która może być godzina. 
Wiem, że szedłem długo bardzo, i zdawało mi się, że nigdy w życiu tak długo nie szedłem, 
choć nieraz szedłem dziesięć razy dłużej na pewno. Raz, pamiętam, szedłem całą noc i pół 
dnia na takim pustkowiu na Pomorzu. Uciekałem przed taką jedną bandą, która chciała mnie 
zabić chyba, ale nic. Uciekałem długo, dłużej niż wczoraj, pięć razy, i kiedy wreszcie trafiłem 
na stóg, położyłem się pod nim, bo nie mogłem już dalej i oni mnie chyba tak daleko nie 
gonili. Obudziłem się w środku nocy, tak osądziłem po gwiazdach, drżałem z zimna, choć 
było lato jeszcze, ale noce są przeważnie zimne i złe. Wlazłem na szczyt stogu, wyżłobiłem 
tam sobie dziurę w słomie i schowałem się do niej. Nie chciało mi się już spać i patrzyłem na 
gwiazdy. Byłem trochę głodny, ale więcej myślałem. Zawsze dużo myślę, ale wtedy bardzo 

background image

dużo. Ale najwięcej tęskniłem. Myślę, że za Tobą, bo Ty może nic nie wiesz albo wiesz 
trochę. Tęskniłem nieprzebranie, nieprzebranie i myślę, że ktoś tam daleko, pod tym samym 
niebem, musiał też za mną tęsknić, a jeśli spał, tu musiał się zbudzić, bo to niemożliwe, 
żebym nikogo nie trafił w serce w tamtym środku nocy, sercu nocy. Myślę jeszcze, że tęsk-
niłem za kobietą, a bardzo często tęsknię chłopca do mnie podobnego. Ale wtedy tęskniłem 
kobietę i syna pod jej powierzchnią — chłopczyka do mnie podobnego. Więc ktoś też musiał 
za mną zatęsknić w tamtym środku nocy, bo to niemożliwe. Ale wtedy o tym nie pomyślałem. 
Pamiętam, jak ogarnęła mnie czułość tak potężna, że powodowała mi bóle w brzuchu, i co 
jakiś czas miałem wrażenie, że omdlewam. Wiem na pewno, że ten ból w brzuchu, bardzo 
wyraźny, nie był z głodu. Na pewno nie. Czułość obejmowała mnie jak woda lub słońce albo 
wiatr. Nieprzebranie.
Tak samo teraz co jakiś czas łapie mnie ból w środku, a przecież jestem najedzony dosyć. 
Przekonuję się coraz bardziej, bo od dawna już tak sądziłem, że dusza i ciało są nierozłączne i 
kiedy smutna jest dusza, ciało smutne  jest również. Oczywiście  czuję w sobie całą moją 
zwinność i zręczność, które to talenty dała mi wyrodność, ale na co mi one w tej chwili? Na 
co? Gdyby mnie wczoraj napadło kilku albo jeden nawet, to ja bym się wcale nie bronił. Ja 
bym się poddawał uderzeniom pięści czy nogi i może trochę z lubością. Może Ty tego nie 
pojmujesz, ale mnie by trochę ukoiło może takie kopanie mnie w plecy i w zęby.
Przyszedłem   w   końcu   do   domu   tego   szczura,   u   którego   mieszkam,   ale   nie   sprawiło   mi 
radości, że nie ujrzę jego kłamliwej, fałszywej mordy, bo była noc i on spał już dawno, więc 
go nie zobaczę. Otworzyłem drzwi, bo mam swój klucz, i wszedłem jak najciszej do mojego 
jeszcze na jakiś tydzień pokoju. Zdjąłem płaszcz i usiadłem do pisania jakiegokolwiek, ufając 
nieśmiało, że ono przyniesie mi pocieszenie, ulgę jakąś. Przedtem było zawsze inaczej, bo 
siadając do pisania zawsze byłem pewien, że to będzie dla mnie wielka męka, ale wielka 
radość taka sama co najmniej. Ale teraz jest inaczej. Nigdy taki nie byłem. Zrobiłem sobie 
herbaty,  usiadłem  na  stołku, zapaliłem  papierosa  i paląc  go uniosłem głowę znad kartki, 
starając się nie myśleć przez jakiś czas, wiedząc, że to krótkie niemyślenie przed pisaniem 
sprzyja mi. Ale nie potrafiłem nie myśleć, choć może nawet o niczym nie myślałem, ale by-
łem złamany. Nie byłem cały. Nie byłem skupiony. Coś oderwało się ode mnie i gdzieś tam 
kaleczyło sobie skrzydła: nad kanałem, w „Schronie", u Ciebie w kuchni, w przedpokoju, w 
pokoju. I błądziło to coś mojego, i krwawić musiało, boja to wszystko wyraźnie odczuwałem. 
To jak mogłem pisać?
Więc nie mogąc pisać, a spać to wiedziałem, że daremne, pomyślałem o kąpieli, która zawsze 
była  dla mnie  czymś  wspaniałym.  W każdym  mieście,  w którym  się znalazłem,  pytałem 
najpierw o łaźnię: gdzie ona jest. Zimą szczególnie łaźnia była moją ucieczką, ale nic. Więc 
wczoraj w nocy, a raczej dzisiaj rano, nie mogąc pisać, a spać to wiedziałem, że daremne, 
pomyślałem o kąpieli wspaniałej. Odkręciłem kurek, zapaliłem gaz i zawiesiłem szmatkę na 
kurku, żeby woda cicho po niej spływała. Czekając, aż naleci, poszedłem do mojego na kilka 
dni jeszcze pokoju. Otworzyłem okno szeroko na noc i stanąłem przy nim i przy niej, bo nie 
było jej we mnie, nie było nocy we mnie, mimo wszystko. Nigdy nie będzie. Ale ból był we 
mnie, co jakiś czas chwytał mnie tam w środku, bo wszystko wiło się tam niezmiennie i ja 
nawet nie wyobrażałem sobie, żeby się coś mogło odmienić, żeby się wydarzyło uspokojenie, 
choć nie było nocy we mnie i nigdy nie będzie. Stałem tak, patrząc w noc, i chyba już o 
niczym nie myślałem ze zmęczenia. Tylko tak patrzyłem.
Po   jakimś   czasie   ocknąłem   się   i   poszedłem   do   łazienki.   Wody   było   już   dosyć,   więc 
rozebrałem  się  i  wszedłem  do  wanny,  zanurzając  się  bardzo  powoli,  bo woda  była   dość 
gorąca, i czułem, że gdybym się od razu zanurzył, to mogłoby coś trzasnąć we mnie. Leżałem 
sobie w wannie, poruszając od czasu do czasu nogami, bo wtedy woda robiła się cieplejsza. 
Pluskałem cicho i było dobrze, dosyć dobrze mniej więcej, a kiedy ogarniało mnie naraz 
zmęczenie   takie   wielkie:   obezwładnienie   wszystkiego,   i   mięśni,   i   głowy,   to   odkręcałem 

background image

szybko kurek z zimną wodą i podstawiałem głowę prędko, żeby mi nie odeszła za daleko. 
Zachowywałem się cicho bardzo, bo ten szczur tam spał za ścianą, a nie chciałem go budzić, 
bo obudzony mógłby mi coś powiedzieć, nie żeby mnie strofował, bo wyrobiłem sobie u 
niego uszanowanie, nie chciałem, żeby mnie podziwiał, ale na uszanowaniu mi zależało; więc 
mógłby mi  cokolwiek powiedzieć,  ten szczur, o papierosa poprosić, spytać, gdzie byłem, 
wszystko jedno, bo ujrzałbym go, i nie wiem właśnie, czy nie naszłaby mnie wtedy chęć 
zadusić go, szczura. Więc zachowywałem się cicho możliwie, bo wolałem go nie budzić, nie 
oglądać w tamtej chwili, bo mógłbym mu coś złego uczynić, chociaż dla mnie, przypuszczam, 
że   to   by   było   coś   dobrego,   i   dla   całego   plemienia   szlachetnych   tak   samo,   a   nawet   dla 
humanizmu   coś   nie   bardzo   złego.   Więc   wykąpałem   się   cicho   i   wyszedłem   z   łazienki,   i 
położyłem się cicho, i nie czułem już nic, nie pamiętam już nic, prócz głowy błądzącej, głowy 
błądzącej.
Jest gdzieś około północy chyba, nie wiem, więc może jest już 5 kwietnia. Ale niech będzie 4 
kwietnia.   Obudziłem   się   po   raz   pierwszy   niedaleko   południa,   tak   osądziłem   po   słońcu 
przebijającym   się   przez   cienkie   kretonowe   zasłony   na   okna   i   po   hałasie   pory   tuż 
przedobiadowej, a także po zapachu tej pory słodkiej, ale nic. Obudziłem się po raz pierwszy 
ze snu, który z piekła raczej niż z gór. Nie pamiętam początku snu i jak dostaliśmy się do gór, 
w których byliśmy, w dolinie u podnóża zbocza, w trawach wysokich bardzo, bo widziałem 
tylko głowę Twoją — siwe włosy. Całkiem białe włosy miałaś. Boże. Byłaś przede mną, w 
trawach, jakieś dwadzieścia kroków oddalona, i szłaś wolno, poziomo do zbocza. Ja szedłem 
za Tobą, dwadzieścia  kroków oddalony,  nie próbując wcale zrównać się z Tobą, jakbym 
wiedział, że nie doścignę Ciebie, choć szłaś wolno, prosto głowę trzymałaś, całkiem siwe 
włosy, Boże. Potem odwróciłaś się i zobaczyłem Twoją twarz młodą, młodszą jeszcze, bardzo 
dokładnie widziałem, jak na dwadzieścia kroków, piętnaście może, bardzo dokładnie jak na 
oczy moje słabe, zatroskane. „Co ja ci zrobiłam?" — powiedziałaś.
O, nie. Nie. Wtedy się zbudziłem zaraz natychmiast, bo usłyszałem jęk, który wydobył mi się 
z gardła, ciężki niewymownie, taki spod ziemi jęk przywalonego górami wszystkimi świata. 
Jakie to było ciężkie. Jak on dobywał się z krtani, ten jęk piekielny, narodzony w śnie jeszcze, 
a umierający na jawie już; ten jęk trwający krótką chwilę, a jakże przeciągała się ta chwila 
krótka, czułem, słyszałem wyraźnie każdą sekundę, każdą nieskończoność tej chwili krótkiej, 
która mostem była między snem a jawą, łączyła więc wszystko, bo czym jest wszystko, gdzie 
jest wszystko, jeśli nie między tym a tamtym. Wtedy właśnie się zbudziłem, bo musiałem 
uczynić   jakiś   ruch   nadludzki,   coś   unieść   chciałem   nadmiernego,   przerwać   coś,   przejść 
niemożliwość, dwadzieścia kroków, piętnaście może, i wtedy dobyłem ten jęk zza świata 
prawie. Białe włosy Twoje, Boże.
Gdzie jesteś, Olga? Gdzie jesteś? Przyjdź. Ułożymy się w trawach wysokich bardzo, nikt nas 
nie dojrzy, niebo tylko i ptak na niebie przelotem, nikt nas nie skaleczy, słońce nas będzie 
dotykać, a ja włosy Twoje lekko, słoneczne białe włosy Twoje przepiękne. Gdzie jesteś? 
Przyjdź. Przyjdź, Dziewczynko.
I wtedy musiałem zasnąć na powrót w tym moim wołaniu wysokim do Ciebie, do traw, do łąk 
dolinnych,   do   nieba,   słońca,   ptaka   nad   nami,   do   Ciebie,   do   traw,   gdzie   odpoczywanie 
przestronne, do traw, skąd można już tylko najwyżej, do Ciebie  wołanie moje: „Przyjdź, 
Olga, przyjdź, Dziewczynko", do snu z Tobą jednego wiecznego nieskończonego.
Ale obudziłem się zaraz niedługo, po raz drugi, piętnaście minut spałem może, dwadzieścia 
minut wiłem się, płonąłem, słowa przeklęte, co to za słowa, dwadzieścia minut płonąłem i 
zbudziłem się po raz drugi, i ja się nie dziwię, bo jak można w ogniu wytrzymać więcej? 
Dwadzieścia minut w ogniu, to już chyba nic nie zostaje, nawet z modlitwy żadne piórko, 
tylko swąd dookoła i dym nieprzebyty, i garść popiołu, którą trzeba odnaleźć, odszukać trze-
ba, bo to nie jest wcale relikwia, ale nawóz urodzajny: na nim na powrót dojrzewanie, na 
powrót rośniecie, na powrót wołanie: „Przyjdź, Olga, przyjdź, Dziewczynko".

background image

Umierałem tak i zmartwychwstawałem wiele razy, dziesięć razy, dwadzieścia razy może, jak 
te dwadzieścia kroków od Ciebie oddalenia. Potem zerwałem się z łóżka siły woli ostatkiem, 
bo może bałem się, że jeszcze trochę i już nie zmartwychwstanę z ostatniego umierania, które 
nie chcę, żeby było ostatnie, niech będzie przedostatnie, ale ostatnie chcę z Tobą umieranie 
odprawiać, z Tobą świętować. Więc zerwałem się wysiłkiem woli przedostatniej z tego piekła 
raczej mz z łóżka i poszedłem do łazienki, do wody zimnej na czoło, oczy, ramiona, szyję. 
Nie mogłem odejść od kranu, taki był pociągający: ta woda zimna wyśmienita gojąca. Jeszcze 
jedno chluśnięcie, jeszcze jedno, jeszcze jedno. Może dwadzieścia razy tak chlustałem wodą 
wspaniałą na pogorzelisko, które zaczynało się budzić, odradzać, krew w krwiobiegu żywe 
obieganie. Było to bardzo przyjemne i musiałem to docenić mimo wszystko.
Potem poszedłem do pokoju i zacząłem gimnastykować ręce, nogi i wszystko, bo wierzyłem 
jednak,   że   jeśli   prężne   jest   ciało,   dusza   prężna   jest   również.   Za   oknem   była   niedziela, 
popołudnie i słońce, i na boisko wyległo mnóstwo ludzi, choć nie było meczu, ale ciepło było, 
kwiecień, drzewa zieleniły się już i mamusie w lepszych sukniach dzieci swoje w wózkach 
kołysały, i przechadzali się obok nich mężowie, więcej sztywno, ale trochę też dostojnie, i po-
zdrawiali  się skinieniem głowy znajomi,  a kobiety pochylały się nad innymi  wózkami, a 
potem nad sukniami, i to wszystko słońce łaskotało i kwiecień niedzielny popołudniowy.
Wdychałem przy oknie głęboko to słońce i ten widok niedzielny kwietniowy, który byłby 
może   kojący,   gdyby   nie   ci   wszyscy   inni,   którzy   nic   nie   byli   winni,   choć   kto   wie,   i 
powodowali moją nienawiść, niezazdrosną zupełnie, bo niech oni mają największą szczę-
śliwość,   ja   im   tego   życzę   od   serca   serdecznie,   więc   moja   nienawiść   musi   być   bardzo 
starożytna, ale jaka ona nie jest, to czy może być kojąca, no czy może być?
Ale   pomyślałem   sobie,   że   dobrze   będzie   tak   po   cmentarzu   spacerować.   Niedaleko   jest 
cmentarz. Blisko. Tam jeszcze bardziej świeżość zieleni. Umarli nic nie widzą przecież, a tam 
tyle umarłych, to tam rośniecie wiosenne musi być jak gwiazdy jaśniejące. Pomyślałem też, 
że tam jest cicho i między umarłymi można się czuć półumarłym, jak się bardzo chce, więc 
wtedy cała moja nienawiść to będzie półnienawiść, cały mój ból to będzie połowa bólu, więc 
będzie lepiej może o połowę.
Tak myślałem, jakby coś mogło istnieć dla mnie poza Tobą: rośniecie wiosenne? gwiazdy? 
połowa? I nie walczyłem  prawie nic, nie broniłem się, bo jaki to dla Ciebie przeciwnik: 
zieloność? cisza cmentarna? umarli? Ubrałem się prędko i poszedłem na przystanek, żeby 
tramwajem do Ciebie. Przyjechałem, wszedłem po schodach, zapukałem, jeszcze raz lekko, a 
potem pięścią, jeszcze raz pięścią, nogą i nic. I wtedy mnie tknęło. Że uczyniłaś sobie coś.
Kiedy byłem  bardzo młody,  pamiętam,  że posiadałem  we śnie zdolność unoszenia  się w 
powietrzu. Wystarczyło poruszyć rękami ruchem skrzydeł ptaków i unosiłem się w górę. Było 
to bardzo przyjemne uczucie i dzisiaj nie potrafię tego z niczym porównać, choć na pewno 
bym   to   odgadł,   gdyby   chciało   powrócić.   O,   królu,  królu.   Wielki   jest  Nansen   Amundsen 
Czeluskin.   Szczury   się   mnożą,   królu.   Tyle   szczurów,   flecisto.   Bądź   pozdrowiony.   Bądź 
powitany.   Ave   flecista.   Flamandia   Normandia   Prowansja   Macedonia.   Ech,   ty   chłopcze 
biedny,   zagubiony   ty,   posiany   między   osty,   haki;   nasienie   ty   wyrodne,   wstydliwe.   Ave 
Maryja. Ave flecista. Wyprowadź to gnijące, to ścierwo, federacje te, za miasto wyprowadź, 
za mury, za pole widzenia, na skałę tarpejską, pogub to w czeluściach, zagub; a zachowaj 
czystych, szlachetnych. O, królu, królu. Jeruzalem Babilon Hosanna. Kiedy byłem bardzo 
mały, pamiętam, mogłem się w górę unosić, w powietrze najbliższe, w hosanny: „skrzydła 
teopais, o skrzydła". Pomiłuj boh. O, królu, królu. Lasy, królu. Ptaki. Ci są nieśmiertelni. 
Igliwie,   królu.   Ogon   wróbla.   Piórko   wróbla.   Trawa.   Źdźbło.   Ci   są   akademicy.   Oczko   w 
głowie,   królu.   To.   Mrówki,   królu.   Pszczoły   królowe.   Lud   prosty   pracowity.   Ci   są 
nieśmiertelni. Co tam federacje krytyczne mianowane, hanzy fotelowe zasiedziałe szczurów 
tych kupców, z ust do ust anegdota, ręka rękę myje. Zabij boh. Zabij. Ręka rękę myje. O, 
królu, królu. Poruszałem rękami jak skrzydłami i unosiłem się w górę, w powietrze najlżejsze. 

background image

Jak delfin pływałem nad dolinami, nad winnicami. O, królu, królu. Jak to jest? Jakie to jest 
wszystko? Dlaczego tak jest, o, bogowie? Jakie to było uczucie przyjemne, królu. Jak delfin 
pływałem   nad   dolinami,   nad   winogronami.   Wystarczyło   poruszyć   rękami   tylko,   ruchem 
skrzydeł ptaków, i już w niebo wchodziłem. O, królu, królu.

6 kwietnia
Ja Ci nie potrafię opisać niedzielnego wieczoru, i cały poniedziałek, i cały wtorek, bo teraz 
jest wtorek wieczór i jestem u Ciebie, i Rena — Twoja przyjaciółka z Tobą mieszkająca — 
powiedziała   mi,   że   wyjechałaś   już   w   środę   (więc   zaraz   po   tamtym)   i   że   ona   ma   mi 
powiedzieć, że wyjechałaś, gdybym przyszedł.
Wszedłem   przed   chwilą   do   domu   Twojego   z   tym   facetem   Reny,   którego   spotkałem   w 
tramwaju, jadąc do Ciebie. On też mi powiedział, że wyjechałaś i że Rena wyjechała, i że 
Was   nie   było,   nie   było   nikogo,   kiedy   ja   odwiedzałem   dom   Twój   nieśmiało,   uparcie, 
nieśmiało.
Więc   kiedy  mi  to  powiedział   i  kiedy  powtórzyła  mi  to  Rena,  więc  nic  Ci  się  nie  stało, 
ogarnęła mnie radość niepomierna, ale krótka bardzo, bo naraz pomyślałem, że gdybym Cię 
miał przy sobie w tej chwili, tobym Cię po nogach całował ze szczęścia, a potem bym wstał i 
bym Cię bił. Tak bym Cię bił.
Znowu boli. Znowu się to odzywa. Szeroko tak. Nieraz miałem coś takiego przy muzyce 
słuchając, a szczególnie przy śpiewaniu z chórami z tyłu odległe. Tak, na pewno wtedy coś 
podobnego do teraz. Nie tyle może, ale podobnie. Szczególnie jak chóry wchodziły w muzykę 
czy w śpiewanie jednego. Tak wyrastały powoli z tyłu czy z boków miękko, i we mnie wtedy 
też coś się rozciągało, podnosiło się coś i chyliło jak trawa lub pola żytowe, kiedy wiatr. Tak, 
wiatr. Wiatr podnosił mi się tam w środku, przy muzyce słuchając i przy chórach nad wyraz. 
Ale czemu on bolał, ten wiatr? Czemu on boli, ten wiatr szeroki, bo tak mnie boli szeroko. Jak 
gdyby   wielkie   chóry   nieprzeliczone   zastępy   otaczały   mnie   wkoło   i   ponad   kołem   głowy 
jeszcze i tym swoim śpiewaniem bolesnym przepastnym rozciągały mi serce na wszystkie 
strony świata promieniste.
Siedzę i piszę, ale co to za słowa? Co to za słowa? Ja wiem, że to nie są słowa — lustra 
nieskalane   pokazujące,   wiem,   i   wiem,   że   tego   wszystkiego   to   ja   Ci   nie   potrafię   nigdy 
rozpostrzeć, nawet z lustrami, nawet samym płakaniem nieprzebranym czy zabijaniem siebie 
w rzekę, czy z okna domu wysokiego na bruk ciało moje lecące, a potem już nie moje ciało 
ani Twoje, ale więcej Twoje niż moje. I ja się tego nie boję tak bardzo, nie, boja bym miał tę 
zdolność tragiczną uczynienia, bo ja bym wszystko odrzucił precz, co nie kazałoby mi się 
zabijać, co plątałoby mi się w głowie rozumnej i w nogach kochających tak bardzo stąpanie 
po ziemi każdej jednej, dobrej czy złej. Ja bym potrafił ten talent największy niesprawiedliwy. 
Ale wiem, że to jeszcze nawet po tym nie byłoby wszystko, co chciałem Ci ofiarować, co 
chciałem Ci rozpostrzeć u stóp. Bo tego jest u mnie dużo za wiele. Nawet dla Twojego 
chłonięcia przepastnego. Bo ja już tak jestem zbudowany, że kiedy coś pokocham, że kiedy 
Olgę   pokocham,   to   nie   jest   całą   moją   miłością   moje   dla   Olgi   płakanie,   moje   dla   Olgi 
zabijanie, a co dopiero moje dla Olgi pisanie. Ale piszę do Ciebie, piszę do Ciebie, bo może 
gdzieś, w niektórych miejscach mojego pisania albo między tymi miejscami, trafi się jakiś dla 
Ciebie klejnot, droższy może jeszcze niż klejnot-płakanie czy klejnot-zabijanie. Choć jestem 
zwyczajnym człowiekiem, prostym i jestem z tego dumny, choć nieraz myślę, że muszę być z 
bogów. I powiem Ci, że ja takie myślenia przemiany przechodzę też podczas tego pisania 
właśnie: w niektórych miejscach czy między niektórymi miejscami myślę, że jestem małym, 
biednym, nędznym człowiekiem, a gdzie indziej myślę, że nie jestem jednak taki marny, a 
przy innych miejscach znowu myślę, że muszę być z bogów.
Rena   mówi,   że   masz   przyjechać   jutro,   że   mogę   przecież   zaczekać   do   jutra.   Bo   ja   jej 
powiedziałem, że wyjeżdżam i że chciałem się z Tobą pożegnać, kiedy przyszedłem przed 

background image

godziną. Nie powiedziałem, że wyjeżdżam już dzisiaj, i nie miałem jeszcze tej chęci, tego 
zdecydowania. Ale jeśli masz przyjechać jutro, to ja pojadę dzisiaj jednak. Pojadę. Za długo 
czekałem. Za długo wędrowałem i szukałem: tysiąc dni i tysiąc nocy, to dosyć. Nie będę 
czekać jeszcze jedną noc. To za dużo. I to byłoby też niesprawiedliwe, bo Ty nie jesteś, Ty 
nie jesteś Olga.
Więc mówię do Reny, że właściwie to mogę na Ciebie zaczekać do jutra, ale pojadę dzisiaj. 
„To ona się zmartwi" — mówi Rena.
O, królu, królu.

Jak mi było na Mazurach

Miejscowość nazywała się Krzyże, a ja cały byłem zachwycony. Nieraz byłem zachwycony. 
Wiele razy. Ale zawsze jakaś zła myśl przeklęta w głowie czy przypomnienie jakieś bolesne 
przeszkadzało   albo   urągało   nawet   i   zachwycenie   nie   mogło   wcale   przechodzić   dalej   do 
szczęśliwości.   Tak,   że   musiałem   z   tym   zawrzeć   pogodzenie,   bo  znam   siebie   i   wiem,   że 
zawsze jestem jednakowy mniej więcej.
Przyjechałem tam z jednym człowiekiem, który mnie uczył wielu rzeczy praktycznych, ale 
najwięcej humoru. Przedtem nie bardzo wiedziałem, jakie to jest słuszne postępowanie, kiedy 
się  nie  zapomina  o  śmierci:   czy  należy się  śmiać,  czy też   nie  trzeba  w ogóle.  On  mnie 
nauczył, że dlatego właśnie trzeba się śmiać czysto i przestronnie. I ja to natychmiast pojąłem. 
Ja chyba przedtem domyślałem się tego, choć nie bardzo wiedziałem, ale trochę nie śmiałem, 
trochę się wstydziłem, trochę się bałem najwięcej, że to będzie zgrzyt albo śmiech sztuczny 
właśnie   najgorszy.   Więc   on   mnie   tego   nauczył,   ten   człowiek,   a   raczej   wyzwolił   mi   te 
wszystkie złote humoru pokłady. Był dla mnie bardzo dobry, sam nie wiem skąd. Bardzo był 
mądry też, choć odkryłem w nim kilka wadliwości, ale drobnych.
Przyjechaliśmy do Krzyży samochodem tego człowieka, którego on wygrał  „za całe dwa 
złote"   na   loterii   —   „kochana   Rzeczpospolita".   Przez   drogę   były   bardzo   piękne   niektóre 
krajobrazy — wielkie równiny nad rzekami. A on prowadził świetnie, tak mi się zdaje, i 
śpiewał różne śmieszne niezwykle piosenki. „Galerami na Florydę. Turystyczna płynie pieśń. 
Czy przyjedzie pan prezydent. Galerniczy okrzyk wznieeeeś" i różne jeszcze. A jedna taka 
żołnierska, to już była ponad wszystkie inne. Nie wymawiało się jednej sylaby na końcu 
każdego ciągu, tak jak żołnierze, kiedy maszerują i śpiewają, i nie kończą właśnie: „Akcja 
wspaniale się rozwi... Zdobyte czołgi, armaty..." I w tym miejscu on podnosił rękę i pokazy-
wał dwa palce, co miało oznaczać, że zdobyto dwie armaty. I dalej:
„I cekaemów nam wciąż przyby... Bo każdy z nas chce mieć ciężką br...", co miało znaczyć: 
broń.
Bardzo mi się radośnie jechało z tym człowiekiem, z tymi piosenkami i z tymi krajobrazami 
mijanymi pięknymi. Dwa razy tylko zasępiłem się przez całą drogę długą trzygodzinną. Raz 
mi się starszy brat przypomniał, którego już dawno nie widziałem, a drugi raz, jak spojrzałem 
na siebie za daleko naprzód. Może dlatego się zasępiłem, że on przestał śpiewać na chwilę, bo 
kiedy znowu zaczął: „Galerami na Florydę", to wszystko niepokojące mnie odleciało, jakby 
ręką odjął, albo śpiewem odśpiewał, choć przedtem bardzo często byłem zasępiony w samym 
środku różnych śpiewów i śmiechów. Najczęściej właśnie.
Więc oprócz tych dwóch zasępień nic nie było smutnego dla mnie po drodze, a za to było 
wiele rzeczy bardzo ładnych: jedna duża dziewczyna pasła konia na łące, był koniec wiosny, 
więc zieleń była różnorodna jeszcze i świeża; topole stały wysokie i z daleka wierzchołki 
jakby łączyły się, i były one jak gdyby akwedukty powyższe nad drogą asfaltową, gładką, po 
której jechaliśmy cicho i szybko, że wiatr świstał głośno, ale nie mącąc wcale ciszy. Nie my-

background image

ślałem o niczym i nie starałem się o to, bo moja głowa wiedziała, że nie trzeba wcale myśleć, 
wszystko   jest   dobrze   na   razie   i   bezpiecznie,   więc   niech   będą   raz   wakacje,   niech   będzie 
odpoczywanie, które zasłużone jest, bo tyle już wycierpiałem, tyle razy się biłem z życiem 
praktycznym   przemożnym,   a   po  tych   wakacjach   będzie   znowu   to  samo   przecież,   bo   ten 
człowiek zabierał mnie na tydzień tylko. Więc niech będą wakacje w zupełności i zasłużone, 
jeszcze raz powtarzam, ale co to kogo obchodzi.
Ale dojechaliśmy do tej miejscowości, która się nazywała Krzyże i która leżała nad jeziorem 
Nidzkim   wielkim   wspaniałym,   otoczonym   drzewami   dzikimi,   jak   tylko   mogłem   dojrzeć. 
Jezioro było bez porównania. Pod niebem błękitnym migotało słonecznie i nieprzebranie i 
miało się wrażenie, że niebo jest niewiele większe od niego, a czarny pas lasu okalający jakby 
nie zamykał wcale przestrzeni jeziornej, tylko tak. Woda była przezroczysta u brzegów, a 
płytkie piaszczyste dno schodziło wolno ciemniejąc do głębokości coraz ciemniejszych. Ale 
tego opisać nie można.
Zamieszkaliśmy u takiej jednej rodziny mazurskiej, bardzo uczciwej, którą ten mój człowiek 
dobrze znał, bo przyjeżdżał do niej co roku, to znaczy nie do niej, a do powietrza świeżego, 
jeziora i lasu. Ale u tej rodziny się zatrzymywał, bo trzeba gdzieś spać, chociaż ja, gdybym 
miał   samochód,   tobym   nigdy   już   więcej   nie   prosił   nikogo   o   spanie,   tylko   bym   spał   w 
samochodzie jak w domu samochodowym. Ale nic. Na drugi dzień rano poszliśmy nad jezio-
ro w takie jedno miejsce, które mój człowiek znał. Ech, co to było za miejsce. Wysoka skarpa 
otwierała szeroko jezioro i horyzont cały daleko widoczny przez powietrze przezroczyste i 
świeże, i tak się tam oddychało, jakby się jadło coś lekkiego, bardzo zdrowotnego. Ale tego 
opisać nie można.
Skakałem ze skarpy w piasek zbocza  biały ciepły albo kładłem  się na plecy i z samego 
szczytu zesuwałem się po piasku jak po ślizgawce, albo odbiegałem do lasku sosnowego 
zaraz  na lewo i wchodziłem na jakieś drzewo, i przechodziłem  z jednego na drugie, jak 
dawniej, kiedy wszystko  było  jeszcze dobrze, i goniliśmy się po drzewach z Reginem,  i 
wszyscy   na   mnie   mówili   Tarzan,   albo   jeszcze   dawniej,   kiedy   wszystko   było   jeszcze 
nieprzypuszczalne nawet, 14 lipca w święto wielkie narodowe, na placu w Pont-de-Cheruy, 
wypełnionym ciasno tłumem świętującym, wchodziłem na słup wysoki śliski, posmarowany 
parafiną   naumyślnie,   żeby   było   trudniej,   a   ja   przed   wchodzeniem   plułem   na   ziemię   i 
wycierałem w tym błotku bose stopy, żeby było trochę łatwiej, i zaczynałem wspinanie, nie 
patrząc w dół, bo to mogło zaszkodzić, a na dole chłopaki i starszy brat krzyczeli: „Vas-y, 
Edziu, vas-y", i osiągałem w końcu to koło żelazne dookoła słupa wysoko, na którym wisiały 
butelki   wina,  pęki  kiełbasy  i   inne  dobre  rzeczy,  i   miałem   prawo  coś  sobie   zerwać,  a   ja 
zrywałem butelkę wina dla starszego brata, który stał na dole i krzyczał: „Fais attention, 
Edziu, fais attention", bo strasznie się o mnie bał, a ja go też kochałem strasznie.
Więc to wszystko mi się przypominało, tamten czas świetności, a nie mogłem się martwić, nie 
mogłem, bo to były wakacje przecież zasłużone, więc cieszyłem się i miałem prawo zresztą, 
bo bardzo prędko doszedłem do tamtych  zwinności i skoków. Przeskakiwałem z jednego 
drzewa   na   drugie,   aż   do   samego   brzegu   jeziora,   a   niektóre   drzewa,   to   były   nawet   całe 
pochylone nad jeziorem. Wchodziłem na nie i z samego czubka skakałem do wody. Pluska-
łem   w  wodzie,   nurkowałem   i   pływałem   pod  woda   7  otwartymi   oczami   zdziwionymi.   Ja 
dobrze wiedziałem, że muszę się cieszyć. Moja głowa dobrze o tym wiedziała i całe ciało w 
słońcu   i   w   wodzie   uradowane.   Potem   usłyszałem   krzyk   i   przypomniałem   sobie   o   moim 
człowieku, bo zupełnie o nim zapomniałem, nie dlatego żebym mu był niewdzięczny, że mnie 
tam przywiózł, aleja zawsze bezwolnie samemu się świętuję i za to nikomu się nigdy nie 
uskarżam, choć nieraz mam wielką ochotę wydobyć komuś moje bolesności i gorycze. Bo są 
takie chwile sprzyjające przed oczami i w życiu, że pragnie się mówić i pragnie się słuchania 
dla tego mówienia, bo wiedząc tym bardziej, że następna taka chwila słaba nie przyjdzie 
prędko,  a  wszystko   narasta  ciągle  w tym  milczeniu   i  zawziętości,   i  to  może   być   bardzo 

background image

niebezpieczne, ten wybuch kiedyś nagły możliwy, to pęknięcie nagłe i to rozlewisko potem 
ropy niewymówionej niewysłuchanej. Ale trudno jest niepomiernie znaleźć ucho, oko i serce 
wdzięcznie słuchające. Ale ten mój człowiek coś do mnie krzyknął, a ja nie dosłyszałem pod 
wiatr i krzyknąłem: „Co?" On złożył dłonie w trąbkę i krzyknął głośno: „Jaka jest różnica 
między   hipopotamem?"   Znowu   mnie   uczy   humoru,   pomyślałem,   ale   nie   byłem   pewny   i 
zacząłem się zastanawiać nad pytaniem krzykniętym. „Jaka jest różnica między hipopotamem 
a   czymś,   a   kimś   —   powinno   być   prawidłowo.   Między   hipopotamem   a   krokodylem   na 
przykład" — powiedziałem do siebie cicho, ale to pytanie wydało mi się dużo mniej świetne 
niż tamto nie dokończone: ,Jaka jest różnica między hipopotamem?" „Że lubi pływać" — 
krzyknął   mój   człowiek.   „Prujemy   na   obiad".   Przez   całą   drogę   od   jeziora   do   domu 
zaśmiewałem się z tego jego świetnego pytania i z tej odpowiedzi jego świetnej i prawidłowej 
najzupełnie.
Opowiadać dzień po dniu cały tydzień, jak tam było — nie potrafię. Nigdy nie potrafię sobie 
przypomnieć   dnia  wczorajszego,  a  już  przedwczorajszego  nic.  Wiem  tylko,   że  nigdy  nie 
marnuję czasu. Wystarczy. Dla mnie wystarczy. I tam nie marnowałem czasu. Oddychałem. I 
jeszcze skakałem i pływałem. Uczyłem się także smażyć placki, skrobać ryby i czyścić je z 
wnętrzności. Również humoru się uczyłem od mojego człowieka, który na każdym kroku 
śpiewał albo opowiadał coś śmiesznego, choć dobrze widziałem, że nie zapomina o śmierci, a 
ona o nim. Dobrze widziałem. Ale on ją wygrywał przez swój humor wspaniały. Opowiadał 
ze śmiechem urozmaicone historie o szpitalach, w których przebywał, albo jak go kroili w 
jednej operacji. Widziałem nad jeziorem jego brzuch z długą, ukośną szramą.
Późnym  wieczorem szliśmy na spacer do lasu. O dziesiątej  było jeszcze widno zupełnie. 
Wychodziła wtedy odległość. Widziało się bardzo wyraźnie plany wychodzące: drugi, trzeci i 
dalej.
— Musi pan pojechać do Leningradu — mówił mój człowiek. —Jedno z najpiękniejszych 
miast Europy, towarzyszu. Białe noce. Czyta pan książkę jak w dzień.
Bardzo chętnie bym pojechał do Leningradu. W lesie było jedno małe jeziorko, które się 
nazywało   „Wesołek",   wiem   dlaczego,   bo   było   bardzo   ponure.   Dookoła   „Wesołka"   było 
bagno, na którym rosły drzewa, całe suche przeważnie. Zapach tam się roznosił trochę inny 
niż nad jeziorem Nidzkim przepięknym. Nie był taki szeroki i zwiewny, ale przyduszony, 
przydeptany jakby bagnem. Tak — że piękność „Wesołka" to była taka ponura piękność i 
tajemnicza   dosyć.   Raz   poszedłem   sam   do   lasu   i   chciałem   odszukać   „Wesołka",   ale   nie 
trafiłem i ledwo z powrotem do domu. Mój człowiek pokazywał mi różne kwiaty i mówił, jak 
się nazywają. Najbardziej podobał mi się łubin — taki niebieski i wysoki, który rósł stadami 
przy   drogach.   Widziałem   wiele   razy   żółty   łubin   na   polach,   ale   ten   niebieski   był   dużo 
piękniejszy i wyższy.
Wszystko   tam   było   nadzwyczajne.   I   tak   samo,   że   nie   potrzebowałem   szukać   spania   jak 
zawsze przedtem. Nie potrzebowałem nikogo prosić o spanie i upokarzać się przed byle kim, 
który nie warty często jednej mojej ręki albo tych zaszczytów, że z nim rozmawiam i że go 
proszę. Z nikim się nie biłem. Nikt mnie znikąd nie wypędzał. Nadzwyczajne. Nie uciekałem 
na dworzec przed nocą. Nie bałem się jej. A tak się boję nocy, kiedy nie mam łóżka albo 
czegoś   przypominającego.   Tak   się   boję   tego   zmęczenia   nad   ranem,   kiedy   niewyspany   i 
zmarznięty opuszczam jakąś poczekalnię dworcową albo antresolę jakąś, albo wagony na 
bocznicach, albo już nie wiem co, i widzę ludzi porannych wyspanych, i przez okna na ulice 
zapach czuję domowy: mleko się gotuje czy kawa, chleb czuję świeży, radio gra. Opieram się 
o mur tuż pod oknem i wdycham to wszystko, jestem tam: piję gorącą kawę, jem śniadanie, 
słucham muzyki. Zawsze tak robię przeważnie. To mi się udaje, bo mam wyobraźnię wielką i 
wyćwiczoną. Ale potem muzyka przestaje i zaczynają mówić o wojnie, że nowe posunięcie 
łagodzące, o konferencjach, o rakietach, i mnie się wtedy płakać chce albo gryźć metale, a 
teraz widzę, że niepotrzebnie zupełnie, bo nie bardzo znałem humor, a to jest właśnie to, 

background image

chociaż nie tylko i może najmniej, ale trzeba się z tego śmiać, bo to pomaga. Teraz właśnie 
będę próbował z tym walczyć humorystycznie.
W środku wieczora, przed spacerem, graliśmy z moim człowiekiem w belotkę. Nauczyłem się 
w belotkę od mojego ojca, jeszcze zanim przestał nim być. Mój ojciec był mistrzem w Pont-
de-Cheruy.   Bardzo   często   przynosił   kurę   albo   kaczkę   z   jakichś   zawodów.   Ale   ten   mój 
człowiek też grał świetnie. Ograł mnie wysoko I byłem trochę przygnębiony, bo zawsze lubię 
być  pierwszy we wszystkim. Wprawdzie graliśmy w nieco inną belotkę i to mnie trochę 
gubiło w układach i rozgrywaniu, ale przecież nie mogę tym się pocieszać. Muszę jednak 
powiedzieć, że przy końcu tego tygodnia wakacyjnego wygrałem trzy partie z rzędu, co jest 
zupełnie   normalne,   bo   zawsze   byłem   bardzo   pojętny   we   wszystkim,   tylko   nie   w   życiu 
praktycznym przeklętym, które mnie bez przerwy zabija, choć wiem bardzo dużo o wielu 
innych rzeczach dosyć nieśmiertelnych.
Po belotce szliśmy na spacer. Nadzwyczajne: chodzić na spacer. To ja przedtem włócząc się 
po   całych   nocach   po   ulicach   czy   gdzie,   wcale   nie   spacerowałem,   bo   spacerowałem   bez 
przerwy. Chyba że to było nieprzerywane nigdy spacerowanie, ale nie ma takich spacerów. 
Spacer jest po kolacji i po belotce. To jest spacer. A kiedy jeszcze przed kolacją jest obiad, a 
przed nim śniadanie, a przed śniadaniem jest wstawanie z łóżka pięknego, w którym sen 
najpiękniejszy,   to   spacer   na   końcu   takiego   dnia   nadzwyczajnego   jest   jak   zachód   słońca 
powolny albo jak schodzenie z konia trzysta metrów przed domem, więc takie opóźnianie 
sobie radości, a to jest też radość i większa nawet, bo awanturnicza. Wszystko tam było 
nadzwyczajne.   Któregoś   naszego   wieczoru   spacerowego   spotkaliśmy   jednego   znajomego 
mojego  człowieka.  Jechał  na rowerze i to było  znowu pełne humoru, bo rower pod nim 
wyglądał   bardzo   mały   i   nie   mogło   być   inaczej,   bo   on   był   bardzo   wysoki   i   szeroki. 
Przywitaliśmy się i mój człowiek zapytał go, co miał ostatnio na rozkładzie. „A, dwa wilki" 
—   on  powiedział.   Jeszcze   coś   pogadali   i  on   wsiadł   na  rower   i   odjechał.   Po   chwili   mój 
człowiek powiedział:
— Wie pan, ten Minczuk to wielki myśliwy, ale miał jedną wstydliwą przygodę. Więc raz 
Mińczuk czołga się do rykowiska. Ale patrzy na lewo, a tam wilk też czołga się do rykowiska. 
Więc czołgają się powoli razem. Ale w pewnej chwili Mińczuk coś źle obliczył i nastąpił na 
suchą   gałązkę,   która   trzasła.   Wtedy   wilk   odwrócił   się   do   Mińczuka   i   machając   ogonem 
syknął: ciiicho.
Przez całą drogę od lasu do domu zaśmiewałem się przestronnie.
Po   spacerze   graliśmy   jeszcze   jedną   partyjkę   belotki   „na   zdrowie"   i   udawaliśmy   się   na 
spoczynek.   Nadzwyczajne:  udawać   się  na  spoczynek.   To  ja  przedtem...   Ale  nic.   Miałem 
swoje łóżko i pościel białą, i koce. Spałem też dobrze, nie wiłem się po kilka godzin. A są 
nieraz takie łóżka, że nie mogę wcale usnąć i wiję się kilka godzin jak ryba wydobyta na 
trawę   kilka   minut   i   dłużej,   żeby   umrzeć.   Raz,   jeden   raz   inaczej,   to   już   było   niepojęte. 
Nieszczęścia spadały na mnie jedno po drugim, zupełnie już nienormalnie, jak na pogaństwo 
albo   na   chrześcijaństwo   w   zależności   od   przewagi   i   przemocy,   i   byłem   dosyć   blisko 
tragicznego uczynienia, kiedy wiatr się naraz odwrócił i wszystko się odwróciło, i zaczęły na 
mnie spadać same dobre pogody. Najbardziej błogosławiony był pokój na cały miesiąc, w 
którym stało łóżko, a na nim pościel biała i czysta. Jeśli ktoś twierdzi, że w świecie tym są 
większe problemy, to jest przede wszystkim zawsze wyspany, a potem jest głupi i ja się będę 
z niego śmiał, bo to będzie humor. Więc ten pokój miał być dla mnie przez cały miesiąc, aż 
do powrotu pana Zarębskiego z Nałęczowa. Ale stało się coś niepojętego. Pierwszego dnia 
położyłem się do łóżka o godzinie północnej gdzieś i, pamiętam dokładnie, jedenaście godzin 
leżałem   do   późnego   rana,   żeby   zasnąć.   Jedenaście   godzin   niepojętych.   Tak   było   przez 
dwadzieścia pięć dni około. Czego ja nie robiłem, żeby te myśli wszystkie liany przeciąć i 
żeby mnie sen opanował. Mówiłem nawet, że wcale mi się nie chce spać, że wcale nie jestem 
zmęczony,   utrapiony.   Starałem   się   w   to   uwierzyć,   bo   nienawidzę   wszelkiej   fałszywości 

background image

jakiejkolwiek i chyba zaczynałem w to wierzyć, bo nie zasypiałem ciągle. Przeszkadzał mi 
własny oddech przeklęty.  Leżałem  i nie  czułem wcale  rąk, nóg, całego  ciała, jak dotyka 
pościeli. To wszystko spało. Nie czułem też głowy ani ucha na poduszce, a jednak nie spałem, 
bo wiedziałem, że nie śpię. Tylko to mi nie spało, ta wiedza. To było bez porównania i tego 
też opisać nie można.
Na śniadanie jedliśmy z moim człowiekiem twarożek z sokiem malinowym i chleb swojej 
roboty,   to   znaczy   roboty   pani   Kwiatkowskiej,   u   której   mieszkaliśmy,   i   herbatę   piliśmy 
„Yunan" najlepszą. Nie wiedziałem, że można jeść twarożek z czymś słodkim. Myślałem, że 
można   tylko   ze   solą.   Bardzo   mało   wiem   jednak   o   jedzeniu.   Ajuż   prawie   nic   o   tych 
nadzwyczajnych jedzeniach, o tych uroczystościach jadalnych, kiedy się zaczyna od rzeczy 
delikatnych i je się długo i powoli coraz to inne dania i jarzyny, i mięsa, a potem znowu 
rzeczy delikatniejsze, a potem znowu mięsa i tak długo w kółko. To musi być bardzo świetne i 
miłe takie siedzenie przy takich stołach ozdobionych.
Po   śniadaniu   szliśmy   nad   jezioro   z   tym   moim   człowiekiem   i   ponieważ   oprócz   innych 
talentów   mam   talent   wdzięczności,   to   życzę   mvi   dwieście   lat   w   radości   i   w   zdrowiu 
najpiękniejszym.

Jasny pobyt nadrzeczny

Zachód jest piękny, ale mówi mi wola twardniejąca z dnia na dzień, mówi ona kamienowana, 
że dosyć już, że nie można za bardzo przeciągać widoku, bo trzeba odwrócić oczy i zejść z 
pagórka. I niech tak się stanie. Niedaleko na wschodzie, niecały kilometr stąd, są siedziby. Są 
tam pola kartoflane. Włożę tylko spodnie i kurtkę.
Mieszkam nad rzeką. Gdzieś powyżej środkowego biegu tej największej rzeki w tym kraju 
mieszkam. Ukryłem się tu, bo tamci już za bardzo mi chodzą po piętach. Za bardzo pragną się 
oni ze mną zobaczyć, te gady. Tropią mnie od dawna dosyć. Muszą być bardzo na mnie 
rozgorączkowani. Muszę być  dla nich świetnym chłodnym balsamem. Chcą mi coś złego 
uczynić, żeby sobie dobrze uczynić albo temu, który ich najmuje, tych psów gończych. Może 
nie jest tak źle, jak mówię, ale nie zawadzi to dla ostrożności. To dla niej nawet dobrze. To są 
dla niej jak gdyby masaże przed wejściem na ziemie wulkaniczne.
Mieszkam nad rzeką. Postawiłem sobie szałas z długich snopów suchej wikliny, których są 
całe stosy, ułożone już i związane na brzegu niedaleko poniżej. Lato jest we wspaniałości. 
Skóra moja jest bardzo brązowa, bo chodzę tylko w slipach. Dookoła bioder mam pasek i nóż 
do niego przytwierdzony, który kupiłem przedtem w miejskim sklepie, tak samo jak i toporek, 
jak i dużo soli, i trochę zapałek, przygotowując się do pobytu nadrzecznego, nie wiem jeszcze 
jak długiego. Sól, zapałki i toporek są zakopane w szałasie, w tym moim pałacu wiklinowym, 
który   wyłożyłem   grubo   liśćmi,   żeby   nie   ciągnęło   od   ziemi.   Dookoła   mojego   domu   sza-
łasowego powbijałem możliwie grube pale i wykopałem rów, też możliwie głęboki, żeby 
mnie jakieś stado dzików nie stratowało pędzące. Kosztowało mnie to mnóstwo roboty, bo nie 
mam szpadla, ale teraz jestem spokojniejszy. Bardzo bym chciał psa przy boku. Pies by mnie 
uszczęśliwił niezmiernie.
Dobra. Gdzieś na tej szerokości powinno już być to pole kartoflane. Szedłem wśród gęstwiny 
cały czas nadbrzeżnej, bo po co mam wychodzić na widoczność, po co mam się pokazywać 
komuś na oczy,  choć mogę wyglądać  na kogoś zwykłego, ale po co mam komuś dawać 
powody do myśli  ubocznych. Przez krzaki widzę w bliskiej oddali dom w mroku wolno 
zapadającym. Pole jest tu.
Wszystko jest dobrze. Mam w kieszeni spodni i kurtki około trzydziestu pięciu kartofli, które 
podebrałem umiejętnie spod krzaków kartoflanych, z kilku krzaków po kilka. Jakby nic się 

background image

nie   stało,   tak   zrobiłem   i   ślady   zatarłem.   Jak   leżałem,   zauważyłem   obok,   że   ziemia   była 
poruszona, i ślady dzików zauważyłem. Tym lepiej.
Wszystko jest dobrze. Siedzę przy ogniu. Przygotowałem drewka na ogień przedtem, przed 
zachodem, przed oglądaniem tego słońca zachodzącego pięknego. Teraz siedzę przy moim 
małym   ognisku.   Niech   się   trochę   popali,   niech   się   ogień   trochę   potrzaska.   Potem   włożę 
kartofle do środka żaru. Komary to też jest plaga jednak. Wypiłyby mi całą krew, te gady, 
gdyby nie ogień. Niebo jest jasne nade mną i nad okolicą. Z początku nie widać na nim 
gwiazd, ale po chwili dostrzegam te odległe ogniki, gdy patrzę dłużej. Pojawiają się tu i tam. 
Ile ich jest? Czytałem gdzieś, że jest ich około stu pięćdziesięciu miliardów i że uczeni mogli 
się pomylić najwyżej tylko dwukrotnie. To znaczy, że może jest ich trzysta miliardów. To 
trochę śmieszne, ta pomyłka: — najwyżej tylko. Poza tym myślę, że powinni napisać w tej 
książce, że uczeni mogli się pomylić najwyżej tylko dwukrotnie w jedną stronę, to znaczy, że 
może ich jest trzysta miliardów. A tak jak oni napisali, to ja mogę sobie odczytać, że albo jest 
ich trzysta miliardów, albo ich nie ma w ogóle. To trochę śmieszne. Ale włożę teraz kartofle 
do żaru. Patrzę tam. Jak daleko jest do nich? I co to są gwiazdy? Mówią, że to są słońca 
dalekie i świetlne, podobne do tego, które zaszło przed dwiema godzinami może. Mówią, że 
dookoła nich też są planety krążące. Czy tam są inne planety-Ziemie? Czy tam jest druga 
planeta-Ziemia?   Czy   tam   jest   drugie   takie   miejsce   nadrzeczne,   drugi   szałas,   druga   noc 
zapadająca, drugie ognisko i chłopiec przy ognisku siedzący drugi i myślący o mnie w tej 
chwili, jak ja o nim, w tej chwili? Czy on jest do mnie podobny? Jakie ma imię? Jakie ma 
włosy?  Co  on  teraz  robi?   Czy  wyjmuje  kartofle  patykiem   z  żaru  swojego  ogniska?   Czy 
zeskrobuje z nich lekko nożem trochę powierzchni zwęglonej i kładzie je na szerokie liście 
przygotowane? Czy idzie do szałasu, przechodzi rów, odstawia snop, jakby drzwi szałasowe 
otwierał, i odkopuje toporek, i sól, bierze trochę soli w dłoń i zakopuje skrzętnie z powrotem 
sól drogocenną, i wraca do ogniska, w prawej trzymając toporek, a w lewej dłoni trochę soli? 
Czy siada na pniu przyciągniętym z brzegu rzeki dwa dni temu, wbija toporek pod siebie, w 
pień z prawej strony, a sól kładzie ostrożnie na liście obok kartofli upieczonych? Czy tęskni? 
Czy  smakują  mu   bardzo  kartofle,  których   zjadł   szesnaście   chyba,  a  pozostałe  są  tam,  w 
środku żaru i niech będą, na jutro, na poranne jedzenie wczesne, bo wcześnie musi jutro 
wyruszyć po jakiegoś ptaka domowego do innej okolicy, bo nie chce w swojej wprowadzać 
zamieszania, zasiewać lekkiego podejrzenia rosnącego, wszczynać poszukiwań może na tego 
lisa przeklętego, który najpiękniejszą kurę porwał czy kaczkę, czy perliczkę i schrupał już na 
pewno, ten lis przeklęty, niech mvi stanie kością w gardle ta moja kurko slicno, z marca była, 
a już niosła slicnotka ona? Czy tęskni? Czy patrzy w ogień dogasający, właściwie nie widząc, 
jakimś uporczywym nic niewidzącym patrzeniem, jakby przenikał przez płomyki, przez żar, 
przez ziemie całą głęboką, jakby nic nie mogło zatrzymać jego patrzenia, jakby się nie mógł o 
nic zahaczyć albo odwrotnie, jakby się zapadał w drugą stronę, w leje po drugiej stronie oczu, 
ale to jest to samo w końcu, bo go nie ma? Czy ocknął się po jakimś czasie z tego swojego 
zapadania się? Czy wstał trochę prędko i zasypuje ziemią kupę żaru gasnącego, w którym 
powinno być jeszcze około dwudziestu kartofli na jutro, na wczesne jak najbardziej jedzenie, 
więc trzeba się położyć już? Czy wyciąga toporek z pnia fotelowego i naraz, ściskając go 
trochę mocniej, prostuje się powoli i naprężony, a nóż mu z lewej strony lekko uderza w udo, 
i stoi tak chwilę, zamknąwszy oczy i każde inne drgnienie, żeby nic nie mąciło słuchania, bo 
właśnie uszy poddaje na ten szmer lekki, trzask jakiś od strony wody? Czy chciałby psa? Czy 
pies   by  go  uszczęśliwił   niezmiernie?   Czy   już   dobrze?   Czy   stoi  jeszcze   chwilę?   Czy   już 
dobrze? Czy idzie do szałasu swojego hotelu i z wewnątrz zamyka się dwoma snopami, jakby 
drzwi domu zamykał?  Czy klęcząc zdejmuje kurtkę i wyciąga sweter ciepły spod liści, i 
wkłada go, i nakłada znowu kurtkę, choć ciepło jest jeszcze dosyć, ale potem będzie zimno? 
Czy kładzie toporek z prawej strony na wyciągnięcie ręki? Czy bardzo tęskni? Czy strasznie 
tęskni?

background image

Jest rano chyba. Zmarzłem dosyć bardzo. Zimno mnie obudziło. Wypycham snopy wejściowe 
i   wyskakuję   z   szałasu   i   z   resztek   snu   zniewalającego   wyskakuję.   Jest   rano   słoneczne, 
olśniewające. Mrużę oczy, bo za dużo jasności, za dużo światłości na mnie spada. Zimno 
mnie potrząsa od góry do dołu. Rozbieram się prędko do naga i biegnę do rzeki z pochyłości 
lekkiej i skok. Woda jest zimna przeraźliwie, ale to dobrze. Wracam zaraz do brzegu po 
skoku, bo krew by mi skrzepła, a serce w lód się zamieniło w tej lodowatości. Wymachuję 
rękami, biegając w kółko i skacząc w kółko i w bok. Ale to jest wyzdrowienie z zimna, a 
także, sądzę, z różnych bólów tajemniczych możliwych. Jeszcze trochę wymachuję i wkła-
dam slipy, spodnie i koszulę, i pasek z nożem przewiązuję dokoła. Zimno mi jeszcze, ale 
zaraz   będzie   świetnie.   Idę   do   szałasu,   biorę   toporek   i   koc.   Wychodzę.   Zawijam   w   koc 
toporek, sweter i kurtkę, i zakopuję ten majdan mój, dobytek tam, jedenaście kroków na 
południe od szałasu pod krzakiem. Wracam do szałasu. Odkopuję trochę soli do kieszeni w 
liść. Biorę worek. Wychodzę, zamykając drzwi szałasowe. Odgrzebuję kartofle. Wkładam je 
do worka. Przewiązuję go przez plecy i naprzód. Proca jest w kieszeni? Dobra. Po drodze 
nazbieram kamieni. Naprzód.
Ptaki śpiewają. Krew mi śpiewa. Nogi mi śpiewają. Przedtem nic nie było. Oto jest początek 
świata. Pierwszy dzień świata. Pierwszy ranek pierwszego dnia. Jestem pierwszy człowiek, 
pierwsze dziecię nieskazitelne tego świata słonecznego. A ptaki śpiewają i krew mi śpiewa, i 
stopy. I wszystko jest śpiewające harmoniczne. Mont-joie!
Idę na wschód południowy brzegiem rzeki. Minąłem już dosyć daleko wczorajsze kartoflisko. 
Słońce wysuszyło mi już włosy. Grzeje mnie powoli umiłowane ono, ubóstwiane ono. Czuję, 
jak wypędza mi ostatnie fale chłodne z piersi i pleców. Ale usiądę tu na tej małej polanie 
nadrzecznej otwartej na wodę leniwą. Usiądę tu na poranne jedzenie. Miejsce jest po mojej 
stronie i jest tak samo na czasie śniadaniowym, bo nagle smak na kartofle mi nadpłynął do 
gardła. Więc usiądę tu i zjem.
Opuszczam teraz wybrzeże i skręcam na południowy zachód prostopadle. Wejdę za chwilę na 
wał i będę nim szedł na północ lekko zachodnią. Dwa kilometry stąd płynie rzeczka przy 
wale. Muszą tam być świetne kamyki do procy. Zauważyłem tam również wielką siedzibę, 
coś jakby młyn. Wielką ilość ptactwa domowego tam zauważyłem. Szedłem tamtędy kilka 
dni temu, kiedy opuściłem to miasteczko, do którego przyjechałem na chybił, poszukując 
jakiegoś miejsca bezpiecznego przed tamtymi, i starałem się dużo zauważyć, bo idąc czułem, 
że tam, nad rzeką, gdzie mieszkam, znajdę coś odpowiedniego na pobyt długi i ukrywany i że 
dobrze będzie od razu zapoznać się z okolicami, a przynajmniej dużo zapamiętać.
Świetne kamyki!  Bardzo wspaniałe! Okrągłe, obtoczone przez wodę, gładkie. Zszedłem z 
wału nad rzeczkę, do której doszedłem, i ponieważ po jednej i po drugiej stronie były krzaki i 
pokrzywy, to zdjąłem spodnie, zawiązałem je dokoła szyi nogawkami i wszedłem do wody, 
która miejscami po kostki a miejscami po pas, i zacząłem się posuwać w górę, brodząc. I 
trafiłem   właśnie   na   takie   świetne   miejsce,   kamykowate   dno,   złotą   żyłę.   Zapamiętam   to 
miejsce.
Teraz wychodzę z wody na brzeg i wkładam spodnie. Wyciągam procę, odwijam gumy z 
widełek, prostuję je i kładę na skórę jeden kamyk świetny. Rozglądam się za celem jakimś 
jakimkolwiek. Na drzewku po drugiej stronie rzeczki widzę ptaszka wróbla, ale po co? Niech 
śpiewa, niech się raduje. Najedzony jestem na razie, a na później właśnie idę polować i chcę 
dzisiaj coś większego upolować, tak mi dopomóż oko niezawodne. W tę gałązkę na prawo. 
Ajajjaj! Uciąłem jąjak cięciem szybkim niewidocznym. Wróbel nawet nie zdążył się spłoszyć 
i siedzi nieruchomo, przestraszony jest bardzo, biedaczek skulony. Wczoraj strzeliłem dwa, 
bo doprawdy skakało mi całe stadko dokoła szałasu tak blisko, jakby same przyleciały na 
śmierć, tak to się mówi. Strzeliłem więc i jednym kamieniem zabiłem dwa od razu, a reszta 
uciekła. Podniosłem te dwa i żal mi się zrobiło, ale powiedziałem sobie, że nie może być mi 
żal, ale nie dlatego, że to i tak nic im nie pomoże już. Oporządziłem je, usmażyły się raz dwa i 

background image

zjadłem   ten   półkęsek.   Zostało   mi   trochę   mięsa   między   zębami   do   dzisiaj,   ale   go   nie 
wydłubuję. Niech będzie. Tak. Jak się dzisiaj uda, to przez dwa dni co najmniej, przyrzekam 
wróblom spokojne dokoła mnie latanie, a nawet chodzenie po głowie i po rękach.
Posuwam się wolno wśród krzaków i drzewek, bo widzę przez nie jakieś wielkie drzewa o sto 
metrów i szum wody słyszę rosnący. To na pewno ta wielka siedziba z młynem. Z prawej 
strony brzeg się podnosi w pochyłość wysoką skarpę. Idę lewym brzegiem, ale przejdę na 
tamten, bo na moim robi się gęstwina niemożebna i nie chcę hałasować, przedzierając się 
przez  nią.   Podwinąłem   jeszcze  wyżej   spodnie  i   przechodzę.   Powinny  tu  być  raki.   Woda 
podmyła   brzegi   i   korzenie   drzew   tuż   przy   brzegu   rosnących   tworzą   bardzo   dla   raków 
odpowiednie   nory.   Posuwam   się   jeszcze   wolniej   i   bardzo   ostrożnie,   choć   szum   wody 
spadkowej   jest   wielki   coraz   bardziej,   ale   pomyślałem   właśnie,   że   ptactwo   tutejsze   i   psy 
strzegące   również,   i   mieszkańcy   także   —   mogą   być   tak   do   tego   hałasu   wodnego 
przyzwyczajeni, że on jest dla nich jakby nigdy nic, jakby cisza normalna. Że on jest poza ich 
słuchaniem. W takim razie moje nieostrożne skradanie nie byłoby wcale dla nich zagłuszane 
przez ten szum wody, dla nich wcale nie słyszalny, wcale nie szumny. W takim razie mogliby 
mnie oni usłyszeć, psy szczekać, ptactwo się spłoszyć. Więc posuwam się bardzo powoli, 
mimo szumu, choć możliwe, że on wszystko zagłusza jednak.
Jest. Są raczej, dwie. Obie białe. Widzę je tam o dwadzieścia pięć metrów mniej więcej. Są 
tuż przy spadku wody. Ten szum wody wielki musi jednak wszystko zagłuszać chyba. Tamto, 
co pomyślałem, to niemożliwe chyba. Ale ostrożnie. Wyjmuję procę i wybieram z kieszeni 
kamień najpiękniejszy, i kładę go na skórę, a skórę pcham w usta, żeby obie ręce mieć wolne 
do rozsuwania gałęzi. Pochyliłem się i na kolanach bardzo wolniutko. Zbliżyłem się o jakieś 
trzy metry, pięć, osiem i jestem teraz o jakieś dziesięć metrów od nich za krzakiem bardzo 
dogodnym. Ale dalej jest wolny widok i nie widzę na razie żadnego sposobu, bo z dziesięciu 
metrów trafić którąś w głowę ruchliwą to będzie ciężko jednak, bo łatwo mogę którąś trafić w 
skrzydło czy w tył, ale to jej nie powali śmiertelnie i narobi wielkiego gdakania i trzepotu, i 
będę zmykał przestraszony. Ale oto jedna coś znalazła długiego, robaka może, widzę przez 
liście, i druga kura też to zobaczyła i biegnie do tej pierwszej, a pierwsza ucieka, w moją 
stronę ucieka, bardzo blisko zaraz będzie.
Wszystko jest dobrze. Bardzo często ostatnio wszystko jest dobrze. Nie chcę nic przez to 
powiedzieć.   To   bardzo   dobrze   po   prostu.   Idę   wałem.   Przedtem   szedłem   nad   rzeczką,   a 
przedtem szedłem jakieś trzydzieści metrów w wodzie na wszelki wypadek mądrych psów 
tropiących. Idę wałem teraz. Jakiś człowiek jedzie na rowerze naprzeciw. Przesuwam kurę 
pod koszulą z piersi na plecy. Po co mam mu dawać powody do myśli ubocznych, kiedy 
zobaczy, że coś tam mam pod koszulą. A może skąd mogę wiedzieć, czy on nie mieszka w 
tamtej siedzibie właśnie i kiedy wieczorem będzie jadł kolację, a żona jego zauważy brak 
jednej kury i mu to powie, to on sobie przypomni, że widział na wale przed południem jed-
nego takiego łobuza, który coś tam miał, coś tam niósł pod koszulą ten sukinsyn — i może 
mnie   kiedyś   przyuważyć,   niekoniecznie   jutro   czy   pojutrze,   ale   kiedyś,   może   jutro   czy 
pojutrze, i będę musiał uciekać albo się z nim szarpać, albo kłamać, że skąd, gdzie, mój tatuś 
to ma dwa tysiące kur w naszej fermie i co dzień jest rosół na obiad u nas. Właśnie przejechał, 
a ja jego kurę przesuwam z powrotem na piersi, bo skąd mogę wiedzieć, czy on się nie od-
wróci, czy nie zechce z tyłu na mnie popatrzeć i zobaczy ten garb dziwny, i będzie wszystko 
to samo albo gorzej może, skąd mogę wiedzieć?
Ale jak to się stało niespodziewanie i błyskawicznie. Nie zdążyłem nawet wyjąć procy z ust. 
Była niepotrzebna zresztą. Przepuściłem tę pierwszą z robakiem i skoczyłem na tę drugą, bo 
widziałem, że cała jest zapatrzona w tego robaka w dziobie tej pierwszej, który z nieba chyba 
spadł, ale już dosyć. Ale prężyła się bardzo. Ukręciłem jej szyję, a ona jeszcze kilka minut 
szarpała się nad wyraz między moimi kolanami. Ale wiedziałem, że to nerwy, bo kilka razy 
widziałem, kiedy jakaś pani chłopska ucinała kurze łeb tasakiem na pieńku, i rzucała ją potem 

background image

na ziemię, tę kurę bez głowy, to ta skakała wysoko i jakieś dobre piętnaście metrów.
Słońce minęło już ćwierć półkuli i pali mnie teraz przez koszulę, i chyba ją zdejmę, zawinę w 
nią   łup,   tak   będzie   może   mniej   podejrzane   rzeczywiście.   Idę   ciągle   wałem   na   wschód 
południowy. Niebo jest jasne nade mną, a tamci mnie tutaj prędko nie odnajdą. Plecy mam 
jak z miedzi, jak metal miedziany przez te pięć czy sześć dni mojego tutaj pobytu jasnego. 
Kto mnie ochrania? Kto opiekuje się mną?
Będę miał bardzo wyśmienite jedzenie na dzisiaj i na jutro tez. Jestem w swojej siedzibie. 
Siedzę na pieńku. Na kolanach mam kurę i skubię ją na zimno. Pierze kładę osobno na jedną 
kupę. Owinę je potem w liście i podłożę je na noc pod głowę, żeby jej ofiarować trochę 
miękkości, mojej biednej głowie utrapionej, chociaż na razie jest nieźle dla niej, jeśli nie 
wspaniale: — w słońcu jest cała skąpana i może być w wodzie, w beztroskości i we własnej 
miłości ciągle rosnącej. Nałamię trochę drewek teraz na ogień obiadowy wspaniały. Kto mnie 
ochrania? Kto opiekuje się mną?
Zbliża się południe powoli. Oporządziłem kurę z wnętrzności, z jej flaków i z tego kawałka 
żółci ciemnozielonej trującej. Wystrugałem patyk średnio gruby i nadziałem kurę na niego. 
Ogień trzaska, a zapach mięsa pieczonego roznosi się w krąg niezmiernie smakowity. Dawno 
mnie w nozdrza nie upajał zapach podobny. Kiedy szedłem wałem z powrotem, to uderzył 
mnie w nozdrza zapach tabaki swoisty śmierdzący, taka fala tabaczana mnie ogarnęła na kilka 
sekund. Musi tam gdzieś rosnąć tabaka w obrębie. Dawno już nie paliłem nic. Zupełnie o tym 
zapomniałem. Przyjemnie bym sobie zapalił wieczorem przy ogniu, rozmyślając o tym i o 
tym albo teraz na przykład, obracając kurę nad ogniem w lewo i w prawo. Przejdę się jutro 
powęszyć i poszukać.
O, niezrównane jest leżenie na piasku gorącym pod niebem, kiedy głód zaspokojony i oddech 
też   niezrównany:   —   spokojny   i   równy,   i   nie   grozi   mu   pośpiech   żaden   na   tej   wysepce 
przybrzeżnej-mieliźnie, którą przepłynąłem po jedzeniu obiadowym zaraz, i teraz leżę sobie! 
Niezrównany jest bóg słoneczny pieszczotliwy, kiedy głód zaspokojony i teraz pieści mnie! 
Niezrównana jest fala cicho pluskająca, a stopy w niej spoczywają i nie muszą nigdzie wę-
drować, przed nikim uciekać, nic nie muszą. Tak bym sobie popłakał z radości. Wola mi 
mówi, że mogłaby na to zezwolić.
Obudziłem się nagle. Zerwałem się na nogi nagle, bo hałas nieopisany, zgiełk przeraźliwy i 
gwizdy runęły na moje uszy uśpione i całe ciało śpiące spokojnie. O trzydzieści metrów, 
mniej nawet, o dwadzieścia metrów jakiś statek rzeczny mnie mijał, a na nim ludzie, dzieci i 
inni   krzyk   podnieśli   wielki   i   niezależny,   i   wskazywali   na   mnie   palcami,   i   słyszałem 
pojedyncze okrzyki: — dzikus, Indianin. Stałem i nie wiedziałem, co robić, serce mi biło, 
mocno waliło, nie wiedziałem, co robić, tak mnie te pioruny hałasu wprowadziły w osłupienie 
skamieniałe nogi. Ale oni już mijali powoli, bo w górę rzeki płynęli i mnie też powoli wracało 
normalne oddychanie rytmiczne, i trzepotanie mijało, a także strach, bo kiedy wtedy tak się 
zerwałem   niespodziewanie,   to   błysnęło   mi,   że   to   oni,   że   już   mnie   mają,   że   to   koniec 
wszystkiego nadszedł.
Ale oddala się to wszystko coraz dalej. Stoję jeszcze i patrzę za nimi, a teraz dopiero widzę, 
że nagi jestem od stóp do głów, tak to się mówi. Najwięcej to, widzę, musiało ich do krzyku 
przynaglać, ich ochoty do krzyków, coś tam. Musiałem bardzo obszernie spać na mojej małej 
wysepce, że nie dosłyszałem, że nie obudziło mnie statku zbliżanie. Krzyczeli: — dzikus, 
Indianin. Ale przypominam sobie teraz, że najwięcej to zachwyt przebijał w tych okrzykach 
przezywających   mnie.   Ale   pojechali.   Niech   sobie   jadą,   niech   sobie   podróżują   daleko, 
najdalsze strony niech sobie zwiedzają. Słońce ma do zachodu jakieś dwie godziny około. 
Spałem   bardzo   dobre   kilka   godzin,   widzę,   bo   położyłem   się   przecież   niedługo   po   jego 
zenicie. Będę pływał teraz. Potem pójdę po kartofle tam. Teraz będę pływał. Wola mi mówi, 
że mogę sobie popływać. Mont-joie!
Siedzę przy ogniu. Bawię się kostkami. Nie ma kury. Myślałem, że będzie na jutro jeszcze, a 

background image

ja ją dzisiaj całą pochłonąłem. Zjadłem więcej niż połowę na południowe jedzenie i tak byłem 
przepełniony,   że   ledwo   przepłynąłem   te   nędzne   dwadzieścia   pięć   metrów   od   brzegu   do 
mielizny   przybrzeżnej.   Położyłem   się   tam   na   piasku   gorącym   i   tak   mi   było   leniwie 
błogosławienie,  i zdawało  mi  się,  że wieczorem  nie będę  zdolny do jedzenia,  tak byłem 
nasycony niepomiernie. Ale sen mi to wszystko wyciągnął i woda potem wyżłobiła jeszcze 
większą pustkę, bo długo pływałem i wspaniale mi się pływało po tym przebudzeniu się 
moim nagłym burzliwym. Jak ich mój widok rozkrzyczał! Jak ich moja nagość musiała roz-
promienić. Wszyscy byli przeszli na jedną burtę, widziałem, pchali się jeden na drugiego. 
Łatwo   mógł   ktoś   wypaść   z   tej   gawiedzi   do   nurtu.   Musiałbym   wtedy   wskoczyć   i   tam 
popłynąć, bo zanim ten parostatek by stanął i zanim by łódź spuścili, to ten w wodzie, nie 
wiem, zależy jak by pływał, ale ubranie bardzo wciąga, prąd by go znosił, a potem by trafił na 
wir, zacząłby się trzepotać, strach by go zgubił, napiłby się wody raz, drugi raz, a trzeci raz, to 
już by go mogło najwyżej wyrzucić na brzeg trupa, gdzieś o kilometr albo o kilka. Nałożę 
trochę drewek. Pogoda przez ten cały mój czas tutaj jest po mojej stronie. Słonecznie było 
przez wszystkie dni, a wieczory ciepłe były i dzisiejszy tak samo. Kto opiekuje się mną? Noc 
jest czarna i nieprzebrana wokoło. Pierwszego dnia bałem się bardzo. Rozpaliłem ogień i 
zasypałem go zaraz, jak płomienie rozbłysły, tak mnie ta jasność przeraziła. I było mi potem 
lepiej w ciemności rzeczywiście. Nie byłem już jasnym celem łatwym dla każdego. Ale na 
drugi dzień mi przeszło i już nie gasiłem ognia płonącego. Nie mówię przez to, że się nie 
bałem   i   że   teraz   się   nie   boję.   Trochę   się   przyzwyczaiłem,   ale   też   się   boję   bardzo.   Ale 
wszystko warte jest bania się. Na każdym jednym kroku i w każdej sekundzie. Wszystko 
warte jest bania się. Najwięcej. Nałożę trochę drewek. Każdy ruch może być ostatni. Każdy 
jeden ruch może być przedśmiertelny. We wszystkim jest śmierć większa od wszystkiego: od 
mięśni   najlepszych,   od   głowy   najmądrzejszej,   od   najsłynniejszych   ludzi   i   miast 
pompejańskich. Widziałem jeden film: „Siódma pieczęć". To był film o śmierci. To był film o 
niej. Przedstawiona ona tam była podwójnie po ludzku: jako mężczyzna w długiej czarnej 
sukni i mówiący też głosem kobiecym bardziej. Twarz jego czy jej była bardzo blada i taka 
właśnie ni mężczyzny, ni kobiety. Postać jego była męska i kilka ruchów, ale głos jej to była 
mowa kobieca. Więc była ona przedstawiona podwójnie po ludzku, mówię, albo zupełnie nie 
po ludzku, tylko potrójnie. Z początku ta twarz wydała mi się brzydka bardzo, ale potem 
zauważyłem, że ona jest chyba niezmiernie, ironiczna niezmiernie. Ale potem zauważyłem, 
że to wszystko była bezczelność. Największa bezczelność światowa, jaką znam, była na niej 
wyrysowana,   wyżłobiona.   Szczególnie   w   oczach,   a   najwięcej   w   ustach   wąskich   i   jakby 
zżartych jakimiś kwasami. Jeden rycerz, który wracał właśnie z wyprawy krzyżowej z Ziemi 
Świętej, grał  z nią  w szachy,  bo ona przyszła  po niego, żeby go zniszczyć,  zamienić  w 
powietrze śmierdzące albo przemienić może. Grali więc w te szachy na brzegu morza. Grali 
w   nocy   przez   dwie   noce   albo   trzy.   W   dzień   rycerz   poszedł   na   modły   do   kościoła,   do 
spowiedzi do jednego duchownego, który był zakryty kapturem, i rycerz mu powiedział, że 
gra właśnie w szachy ze śmiercią i że chce ją zwyciężyć. Ten duchowny spytał jak. Rycerz 
powiedział, że przez kombinację koni i laufrów, której śmierć nie zna i której on się wyuczył 
prawdopodobnie   tam,   w   Ziemi   Świętej,   to   ja   tak   przypuszczam.   Wtedy   duchowny   się 
odwrócił i rycerz zobaczył, że to nie był wcale duchowny, tylko że ona z twarzą bezczelną. I 
rycerz wyszedł. Poszedł sobie. A na ulicach i drogach szły tłumy ludzi i bili się, chłostali sami 
siebie, i jeszcze biczowali ci z tyłu tych na przedzie, a ci z tyłu byli biczowani przez tych 
dalej z tyłu, i nieśli wielkie krzyże ogromne, i dym kadzideł się roznosił, bo w kraju panowała 
zaraza i ludzie padali od niej jak muchy, tak to się mówi, a wierzyli, że przez biczowanie 
siebie   samych,   przez   to   poddawanie   się   cierpieniom   ułaskawiają,   zarazę,   ukołyszą   ją, 
przebłagają. A rycerz na to wszystko patrzał. Twarz jego nie wyrażała strachu, ale wielkie 
natężenie, wielkie zgłębianie spraw. Potem przyszła noc i przyszła śmierć, żeby dokończyć 
partii szachowej. I rycerz grał już na czas tylko, na zwlekanie. Opóźniał wykonywanie ru-

background image

chów figurami. Raz nawet zaśmiał się głośno do śmierci, że szykuje jej zasadzkę-podstęp. Ale 
to było nieprawdopodobne i widać było, że sam rycerz w to nie wierzy i właściwie nie wiem, 
dlaczego on to zrobił. Czy chciał dodać sobie otuchy przed strachem, bo już się wtedy bał, 
czy chciał on raz zadrwić ze śmierci przed tym końcem partii ostatecznej? Czy chciał on raz 
być bezczelny? Film się kończył, jak śmierć i rycerz, i kilku jeszcze przeznaczonych trzymają 
się za ręce, i tańczą na wzgórzu, śmierć na przedzie wszystkich tańcująca. To był bardzo 
prawdopodobny film. Tak. Nie mogę powiedzieć, żebym się nie bał. Patrzę w lewo i w prawo 
co   jakiś   czas,   jak   bym   czekał   na   nią,   na   jej   pojawienie,   zaproszenie   do   gry   szachowej 
ostatecznej. Ale tak jak nigdy nie kłamię, z nią tobym myślał straszliwie nad grą. Bo mogę nie 
wydobywać   wszystkich   wysiłków,   grając   z   panem   Szwaczem   na   przykład   czy   z   panem 
Pydakowskim   nawet,   kiedy   przyjeżdżam   do   tego   miasta   największego,   ale   z   nią,   tobym 
grzebał   w   najdalszych   zakamarkach   mojej   głowy   fenomenalnej   i   pracował   ciężko   nad 
szukaniem, nad wyszukaniem tych bram nieśmiertelnych, tych bram zatraconych wyszukując. 
Nałożę   trochę   drewek,   bo   tak   się   zatopiłem,   że   ogień   przygasł   trochę.   Kiedy   miałem 
piętnaście   lat,   to   chłopcy   mówili:   —   Taki   jesteś   Tarzan,   to   idź   na   rosyjski   cmentarz   o 
dwunastej w nocy. — Gdzieś o wpół do dwunastej poszliśmy we czterech. Oni zostali przy 
furtce blisko siebie, a ja przeskoczyłem przez murek i poszedłem wolno w alejkę wysadzoną 
wielkimi starymi drzewami strasznymi. Przeszedłem jakieś piętnaście metrów może, kiedy 
usłyszałem z lewej strony stłumiony szept od grobowców. Odwróciłem się i jak nie popędzę z 
powrotem, przeskoczyłem przez murek, nie dotykając go, ani rękami, ani nogami, i porwałem 
ich trzech ze sobą jak wiatr trzy żagle, jak wicher. Po kilku miesiącach dopiero przyszło 
wytłumaczenie   tamtych   szeptów   głosowych,   kiedy   milicja   i   wojsko   otoczyli   rosyjski 
cmentarz, bo ukrywało się tam dwóch bandytów, którzy mieli broń i napadali, i nawet zabili 
jednego księdza. Serce mi wtedy zamarło, ale dobrze, że nogi mi nie zamarły. Jakiś czas 
potem poszedłem sam na rosyjski cmentarz. W dzień. Próbowałem przeskoczyć murek, nie 
dotykając go rękami, nie opierając się na nim, ale nie było skoku. Wtedy mnie strach potężny 
tak wysadził w górę, jak ciało kangura jego długie tylne nogi sprężyny. Nie będę więcej do-
kładał do ognia. Niech się to wypali. Pomyślę jeszcze trochę o śmierci i pójdę spać.
Obudziło mnie zimno. Odchyliłem jeden snopek. Słońce jeszcze nie wstało. Była noc jeszcze, 
ale malejąca. Owinąłem się kocem na powrót, skurczyłem nogi pod brzuch i zasnąłem na 
powrót. Słońce było nad krzakami, kiedy obudziłem się po raz drugi na dobre i prędko do 
wody pobiegłem, żeby się zbudzić jeszcze lepiej. Teraz jestem na pagórku. Słońce suszy mi 
włosy i skórę całą, i wypędza mi spod niej te nocne zimne prądy pozostałe. A one odchodzą, 
potrząsając mną od góry do dołu, jakbym był ze słomy kruchej i wiotkiej, a nie z mięśni i 
kości  stalowych.  Tak  się one ze  mną  bawią  ironicznie.  Ale  niech odchodzą,  niech  sobie 
podróżują daleko, jak najdalsze strony niech sobie zwiedzają.
Myślę właśnie, że przejdę się dzisiaj do tego miasteczka, które jest stąd jakieś dwanaście-
piętnaście kilometrów, a połowa drogi prowadzi przez lasy sosnowe. Zaraz za lasem jest 
wielka   równina,   a   za   nią,   na   wyżynie,   rosną   sady.   Na   pochyłości   zauważyłem   krzaki 
orzechowe,   więc   mogę   trochę   wypełnić   torbę   tym   i   tamtym,   wracając   z   miasteczka,   po 
którym chciałbym właśnie trochę pochodzić. Pragnę je sobie obejrzeć, a także zakupić trochę 
drutu, bo wpadły mi o nim dwie myśli do głowy pomysłowej. Napiję się tam też wody czystej 
z jakiejś pompy.
Zakopałem koc, toporek, sweter pod umówionym krzakiem i zatarłem ślady starannie, cofając 
się. Możliwe też, że kupię w mieście trochę gwoździ, bo chciałbym coś jakby stół w cieniu 
krzaków   urządzić.   Nóż   lepiej   schowam   do   worka.   Po   co   mam   dawać   powody  do   myśli 
ubocznych, choć mogę wyglądać na kogoś zwykłego, ale jednak nie na harcerza, który z 
nożem finką w pochwie jest kimś dosyć zwykłym, choć ten jego nóż jest dla widoku przeważ-
nie, dla parady.
Idę wałem, ale zaraz zejdę na lewe jego podnóże, bo zbliżam się do tego młyna, miejsca 

background image

wczorajszych łowów, i lepiej nie pokazywać się tamtym na oczy. Schodzę więc z korony 
wału. Widzę tu szczaw w wielkiej ilości, całe zbocze porośnięte trawą szczawiową. Pozuję 
sobie trochę tej kwaśnej trawy dobrej, a szczególnie te łodyżki, w których najwięcej soku 
kwaskowego dobrego. Narwę trochę szczawiu do torby. Będę szedł, żując.
Przecinam teraz autostradę, do której dochodzi wał i tu urywa się o jakieś trzy kilometry od 
rzeki. Po drugiej stronie autostrady są łąki. Widzę tam kosiarza pochylonego. A gdybym się 
go spytał, czy nie chciałby mnie nająć do kosy? Mógłbym trochę zarobić. Niedużo już mi 
zostało pieniędzy. Tylko że on sam może być najęty. Spytam go:
— Szczęść Boże. Dzień dobry!
— Bóg zapłać. Dźin dobry!
— Jak się kosi?
— A jakoś się kosi powolutku. Żebym ta mioł te lata co kawaler!
— Duża trawa!
— A wyrosła latoś. Wyrosła wielgachna!
— Mogę zobaczyć trochę?
— Prose, prose, niech kawaler zobocy. Tylko niech mi kawaler kosy nie złomie! Ho, ho, jo 
widzę, że kawaler ma glift!
— Kosa dobra!
— Nie, nie, jo widzę, że z kawalera stary kosiorz!
— Ma pan osełkę?
— O jest tu. Prose bardzo. Dawni to jo bym to wszystko ściachał roz, dwa, ale tero. Człowiek 
stary. W krzyżu strzyko. Tak, tak.
— Kosa dzisiaj naklepana, widzę?
— Ano żem wstoł raniusieńko i żem ją klepoł długo, bo trawa to się kosi najcinży, kawaler 
wi. Tak, tak. Kawaler tu gdzieś mieszko blisko?
— Mieszkam nad rzeką. Nie tak daleko!
— Tak, tak. A dużo mo kawaler w domu roboty?
Koszę. Stary człowiek już poszedł. Ma mnie zawołać na obiad w południe. Zgodziliśmy się 
po sto pięćdziesiąt od morgi zjedzeniem. Podobałem mu się. On był zadowolony i ja byłem. I 
jestem.   Ucieszony   jestem   bardzo.   Zarobię   trochę   pieniędzy   i   jeść   będę   dobrze.   Zdjąłem 
koszulę, spodnie i trampki. Słońce ma najwyżej dwie godziny do zenitu. Przez dwie godziny 
wzrośnie mój głód, ale będzie to też jakby wzrastająca radość na obiad, który mnie czeka. 
Mont-joie!
Koszę. Zjadłem obiad, leżałem półtorej godziny sjesty i koszę znowu. Gospodarz ma na mnie 
zawołać na kolację. Na obiad było zsiadłe mleko i kartofle. Bardzo mi to smakowało. Jutro 
ma być czarnina.
Koszę. Dzisiaj ma być czarnina na obiad. Spałem dobrze. Spałem lepiej. Bardzo mnie bolą 
kości i mięśnie, i skóra na rękach najwięcej. Powiedziałem wczoraj, że schowałem kosę w 
trawie, żeby nie marnować czasu na chodzenie w tę i z powrotem. Na kolację wczoraj była 
herbata gorąca i chleb z masłem i z serem. Bardzo mi to smakowało. Kiedy wychodziłem, 
powiedziałem dobranoc.
Koszę. Dzisiaj na obiad będzie znowu czarnina, która została od wczorajszego obiadu i mięsa 
zostało   jeszcze   sporo.   Nie   chciało   mi   się   wczoraj   zapalić   ogniska.   Położyłem   się   zaraz 
natychmiast   i   zasnąłem.   Nie   myślałem   nic.   Nawet   o   śmierci.   Wstałem   wcześnie.   Słońce 
dopiero co wstawało. Wstaliśmy razem prawie. Zmarzłem niewymownie. Wskoczyłem do 
lodowatej kąpieli uzdrowiskowej, ubrałem się prędko i przebiegłem pół drogi, zanim zrobiło 
się cieplej. Ale teraz jest dobrze.
Minęły cztery dni. Pracowałem ciężko przez te cztery dni. Pracowałem ciężko nad szukaniem, 
nad   wyszukiwaniem   tych   bram   nieśmiertelnych,   tych   bram   zatraconych   poszukując. 
Najgorsze były bąble na dłoniach, które mi wystąpiły. Z niektórych zdarła się biała skóra i te 

background image

były najgorsze. Nie mogłem trzymać osełki i ostrzyć kosy, tak mnie piekło. Ale teraz jest 
dobrze. Teraz jest najlepiej. Mogę się o to założyć z każdym jednym. Jest ranek piątego dnia i 
wszystko jest śpiewające harmoniczne.
Więc jest ranek, piątego dnia, mówię. Zarobiłem dużo pieniędzy, sześćset złotych dokładnie. 
Idę właśnie do tego miasteczka, mówię. Zjadłem wczoraj ostatnią kolację u gospodarza. Była 
uroczysta. Było wiele dobrych rzeczy i wódka za dobrą robotę. Gospodarz był zadowolony i 
ja byłem. I jestem. Uradowany jestem cały. Uszczęśliwiony jestem bardzo. Piliśmy i jedliśmy, 
i gospodarz powiedział, że na przyszły rok może mnie też zgodzić, bo mu się podobam, i żeby 
miał jeszcze jedną córkę, toby mi ją dał, bo jestem fest chłopak i nie boję się roboty. Mówił, 
że on też w młodości nie bał się żadnej roboty, a teraz to ona się go nie boi, bo on jej nic nie 
zrobi ze starymi kościami. Ja powiedziałem, że nie jest tak źle, że jest jeszcze bardzo dziarski 
na swoje lata, że w mieście to ludzie w jego wieku to zupełnie do niczego i dekadenci. On po-
wiedział, że tak, tak, nie ma to jak na wsi. I robota w polu najzdrowsza, i powietrze czyste, 
nie fabryczne pełne kurzu i „baterii chorobowych". Potem on powiedział, że mi zagra na 
skrzypcach   i   zagrał,   a   ja   mu   zaśpiewałem  Ave   Maria  Schuberta   i   on   się   rozpłakał,   i 
powiedział, że powinienem śpiewać w kościele z chórem jako solo, że głos mam jak anioł, 
Jezulku,   że   w   głośnikach   to   krzyczą   tylko   i   ryczą   na   obrazę   boską.   To   ja   mu   jeszcze 
zaśpiewałem  Kukurukuku  —  Wołanie gołębi,  a on powiedział, że jestem wielki artysta i że 
mnie  kocha   jak  syna.  I  poszliśmy   spać   potem.   Nie  wróciłem  na   noc  do  swojej  siedziby 
wiklinowej   nadrzecznej,   tylko   w   stodole   spałem.   Gospodyni   mi   tam   uszykowała   spanie 
wspaniałe pod pierzyną. Rano nie chciałem jeść śniadania. Napiłem się tylko dużo zimnego 
mleka i poszedłem dziękując i żegnając się, i dziękując.
Więc   jest   ranek   piątego   dnia,   mówię.   Idę   przez   las,   w  jego   chłodzie   po  igliwiu.   Idę  do 
miasteczka. Pragnę je sobie obejrzeć, a także zakupić kilka rzeczy drobnych i trochę pokarmu 
zapasowego: chleba, słoniny i tak dalej. Dobrze, że zabrałem worek wczoraj z mojego domu 
szałasowego. Przypuszczałem, że będę spał w stodole u nich, a rano wyruszę do miasteczka. 
Chciałbym sobie kupić taki kociołek do gotowania wody i w ogóle. Bardzo by mi był taki 
kociołek przydatny. Kupię chleba, słoniny, z dwa kilo cukru, zresztą zobaczę. Idę przez las 
ciągle.   Zakupię   chyba   też   trochę   pieprzu,   dużo   cebuli,   herbaty   trochę   i   jakieś   zupy   w 
kostkach, zresztą wszystko się zobaczy.
Wyszedłem z lasu, przebyłem dolinę i idę po wyżynie teraz do miasteczka już widocznego. 
Niebo jest jasne nade mną i nad okolicą. To jest trochę niepojęte i tajemnicze, ta słoneczność 
przez dwa tygodnie prawie, bo niebo jasne takie pogodne, że coś się musi za tym kryć: jakaś 
burza straszliwa z piorunami i z gradem może, wielkim jak orzechy. Nie chcę nic przez to 
powiedzieć ani wywoływać diabła, ale to jest trochę niepojęte jednak. To powietrze musi wy-
buchnąć,   przypuszczam.   Umocnię   swój   dom   szałasowy,   kiedy   wrócę   z   miasteczka. 
Powtykam więcej liści jeszcze i gałęzi w szpary między snopkami, a szczególnie na czubku. 
Muszę kupić drugi koc, choćbym miał bardzo dużo zapłacić. Chyba żeby nie było.
Idę   po   ulicy   brukowanej,   po   kocich   łbach   tego   miasteczka.   Mam   ręce   w   kieszeniach   i 
oglądam   to   wszystko   rozbieganym   patrzeniem:   domy,   okna,   dachy,   które   zawsze   tworzą 
urozmaicone układy, i ludzi oglądam tych innych. Oni też tworzą bardzo urozmaicone układy, 
choć nie tak prostolinijne jak dachy. Chcę tutaj przez to coś powiedzieć, choć niebo jest jasne 
jednakowo nad dachami i nad głowami innych, i nad moją głową, która znowu chce tutaj 
przez to coś powiedzieć.
Ale zupełnie zapomniałem, że broda mi wyrosła przez ten mój czas nadrzeczny dosyć duża. 
Minęły mnie oto dwie dziewczynki i jedna powiedziała: — Ale ma brodę. — Pójdę się więc 
ogolić na początek moich tu odwiedzin miasteczkowych, bo to jest niewątpliwie miasteczko: 
spokojnie   tu,   ruch   umiarkowany   bardzo,   jeden   samochód   zauważyłem   i   jedną   furmankę 
chłopską   turkocącą,   cicho   tu:   pora   południowa   zaraz   będzie,   wszystko   nie   bardzo   prze-
budzone.

background image

Wchodzę do fryzjera właśnie, a on mi mówi, że już miał budę zamykać. Siadam na jednym 
fotelu jedynym, a on mi już zakłada serwetkę z tyłu, i ja mówię, że nie, ogolić tylko. To on 
źle ukrywa zdziwienie, obrazę jakby, i zakłada mi serwetkę z przodu. Bierze maszynkę, a ja 
mówię znowu, że ogolić tylko, że włosy sam sobie obcinam. To on, że jak może brzytwą, jeśli 
mam włosy na brodzie jak on na głowie. Że musi mnie maszynką najpierw, a potem dopiero 
namydlić. Ja mówię, że go bardzo przepraszam, to on nic nie mówi, tylko mi jeździ osobliwie 
gwałtownie maszynką po brodzie, że aż mi wyrywa włosy i to mnie boli, ale też nic nie 
mówię.
Wyszedłem  właśnie z fryzjerni  nareszcie.  Miałem  zapłacić  sześć złotych,  a ja mu  dałem 
dziesięć,   choć   tego   nie   lubię.   Niech   ma.   Od   razu   się   przemienił.   Czesałem   sobie   włosy 
palcami   przed   lustrem,   a   on   mnie   otrzepywał   z   tyłu   delikatnie.   Kiedy   wychodziłem, 
powiedziałem: — do widzenia, a on odpowiedział: — uszanowanie panu, moje uszanowanie
Ale ktoś podchodzi do mnie, jakby mnie znał:
— Cześć stary!
— Cześć!
— Pożycz dwa złote!
— Nie!
— No, pożycz. Nie bądź tym, co ryje!
— Nie.
— Dobra; to nie jesteś przyjacielem?
— Nie.
— Małego piwa nie postawisz?
— Spłyń!
— Co?
— Spierdalaj!
Dlaczego ziemia nosi takich? Dlaczego on się nie wstydzi podchodzić do nieznajomego, taki 
jeden? Ale dosyć. To nie on zmąci moją wesołość, moje radosne poczucie, moje wielkie 
uradowanie zasłużone i zachwyt, i oczarowanie z tego życia przeklętego, ale tak pięknego, tak 
pięknego, o, tak! Nikt tego przedtem nie mówił. O, tak! Będę żył! Będę się cieszył!
Pochodziłem po miasteczku jakieś dwie godziny,  wstąpiłem do gospody coś zjeść: kotlet 
siekany, a potem siedziałem na ławce cienistej do trzeciej, do otwarcia sklepów po przerwie 
obiadowej.   Siedziałem   na   ławce   i   paliłem   papierosa,   których   kupiłem   dziesięć.   Paliłem 
ostrożnie, bo dawno nie paliłem. Nie chciałem się bardzo zaciągać, żeby mnie głowa nie 
rozbolała,   żeby   mi   się   nie   kręciło   w   głowie   rozweselonej.   Wypaliłem   pół   i   zgasiłem   na 
wieczór. Wypalę te pól albo całego wieczorem przy ogniu. To może być bardzo przyjemne. 
Mogę sobie po tym wiele obiecywać.
Właśnie siedzę teraz w mojej siedzibie nadrzecznej. Słońce zaszło już. Oglądałem ten zachód. 
Wola mówiła  mi,  że mogę  sobie oglądać, bo umocniłem  przedtem swój dom szałasowy: 
powbijałem kołki wewnątrz szałasu, tak że snopki są umocnione z dwóch stron i wiatr nie 
porwie mi chyba domu, nie wysadzi go w powietrze, nie zrówna go z ziemią, tak to się mówi. 
Posprzątałem w środku czysto i pochowałem w nim zapasy, które pokupiłem w miasteczku. 
Przyniosłem   też   zapas   snopów   na   ogień.   Postawiłem   je   dookoła   szałasu   na   razie. 
Przypuszczam, że za długo było pogodnie. Potem pływałem długo, a potem oglądałem zachód 
długo, ten kulisty znak ognisty niepokojący. Potem rozpaliłem ogień, usmażyłem cebuli na 
słoninie i zjadłem to z chlebem. Teraz siedzę przy ogniu i palę papierosa. Od trzech dni jest 
księżyc, ćwierć księżyca. Jeszcze go nie ma, ale powinien być niedługo. W rzece pluskają się 
ryby. Wyskakują na powierzchnię. Jest bardzo parno. Woda była dzisiaj tak ciepła, jakby ze 
stawu schowanego w dolinie i w trzcinach, a nie z rzeki bieżącej otwartej na wszystkie strony. 
Wiem, że za długo było dobrze. To wszystko musi wybuchnąć. To jasne niebo musi pęknąć z 
wielkim   hukiem.   Kiedy   przechodziłem   koło   młyna,   koguty   głośno   piały,   choć   było 

background image

popołudnie, a nie wczesny ranek czy przedświt. Mogę tylko sobie wiele przypuszczać. Ale 
wiem, że za długo było dobrze. Wiem po sobie, że to jest dziwne bardzo. Wiem to bardzo 
dokładnie po sobie. Nikt mi nie powie. Siedzę i palę papierosa. I myślę. Myślę w ten sposób, 
jakbym wypuszczał strzały z łuku: jeślibym umierał, to ten nie będzie wył z żalu, przeklinał 
siebie, że żyje, albo milczał straszliwie i posępnie, ten też nie, ani ten, ani ta, ani tamten, ani 
ten — wielki poeta. Księżyc się podnosi naprzeciw, ćwierć tej tarczy. Patrzę w górę i szukam 
gwiazd. I jego szukam. Jesteś tam, chłopczyku? Co tam robisz w tej chwili? O czym myślisz, 
chłopczyku, za kim ty możesz  tęsknić w tej chwili? Oni są źli, chłopczyku, a słowa ich 
pstrokate! Czyny ich podstępne, miły! Serca samolubne!

Królewicz

Było to, świętej mojej pamięci, wtedy, kiedy nienawiść wypełniała mi już wszystkie żyły i 
czasami się przelewała. Nie miałem już jej w małym palcu tylko, bo miałem za sobą wiele 
podłych losów i serce przez to bardzo skaleczone i dużo moich tablic czarno zapisanych. Ale 
ona   mnie   ulubiła   wdać   i   wybrała   na   swojego   rycerza,   ta   pani   nienawistna,   na   swojego 
królewicza, żebym ciągle podnosił jej czarne chusteczki upuszczane.
Było  to,  czarnej   mojej   pamięci,   w  czasie  wczesnozimowym   albo późnojesiennym,  na  tej 
granicy wątłej i niebezpiecznej, kiedy powietrze bardzo zdradliwe, bo jeszcze wilgotne, a już 
się suche wiatry północne i wschodnie zrywają lodowate. Było to w tym czasie chorobliwym, 
nie wiadomo jakim. Miałem już wtedy za sobą wiele podłych losów i dwie zimy bez dachu 
własnego, jakieś sto pięćdziesiąt tych dni i sto pięćdziesiąt tych nocy. Miałem już wtedy ręce 
odmrożone,   choć   tej   drugiej   zimy   owijałem   je   sobie   dwiema   szmatami,   dwoma   takimi 
ręcznikami, które ukradłem z ustępów w kawiarniach, ale było już za późno. Ale byłem już 
jednak złodziejem grosza publicznego.
Mając to wszystko za sobą i jeszcze dużo więcej, co też mogłem mieć przed sobą, ja — 
królewicz? Jakie podłe losy? Jakie paniki miały mnie gnać? Jakie perspektywy? Dzień był 
właśnie taki niewiadomy, chorobliwy, ale nie wiadomo. Nie był to dzień jesienny i nie był to 
dzień zimowy, i nie był to nawet dzień pół na pół. Miałem go właściwie za sobą, bo mogła 
być trzecia, czwarta godzina popołudniowa i było już szaro o tej porze roku. Ale jeszcze nie 
ciemno. Wszystko było na tej granicy wątłej, a ja najwięcej.
Mając   ten   dzień   za   sobą   i   jeszcze   dużo   więcej,  co  też   mogłem   mieć   przed   sobą,   ja   — 
ulubieniec?   Jaki   wieczór?   Jaka   noc   miała   mnie   gnać?   Jaka   perspektywa?   Siedziałem   w 
kawiarni   jednego  miasta   przeklętego   i  patrzyłem   trochę  na  ludzi  eleganckich   i  trochę  na 
wielkie szyby, za którymi był ten dzień nie wiadomo jaki: z błotem, ze śniegiem wodnistym i 
z tym wiatrem mroźnym ze wschodu, który to on mnie zapędził do tej kawiarni, tak mnie 
pchał w plecy lodowato. I w butach też miałem mokro. Jeszcze nie gnój, ale dosyć mokro. 
Skarpetki mi się przyklejały do stóp niemile. Co jakiś czas przechodziła mnie elektryczność 
lodowata: zęby mi  klekotały,  trzęsła mi się broda i jakby włosy też mi się poruszały na 
głowie, tak mi się zdawało bardzo wyraźnie. Bardzo dziwnie. Nie miałem jeszcze wtedy palta 
od   Staszka   Roztworowskiego.   Nie   miałem   tego   za   sobą.   Chodziłem   w   swoim   stroju 
amerykańskim   bardzo   mocnym,   ale   zwiewnym   i   dla   wiatru   lodowatego,   dla   tego   wiatru 
przeklętego to nie była żadna bariera, żadna watolina. Wchodził mi w plecy na przestrzał 
przenikliwie,   że   musiałem   wstąpić   do   tej   kawiarni,   gdzie   wiedziałem,   że   będą   na   mnie 
patrzeć, ja na nich; ale nie wiedziałem, że będzie tak źle. Nie wiedziałem, że będzie wylew.
Wszedłem i od razu zauważyłem kilka spojrzeń: „a ten, co to za jeden?" Ale ja nastawiłem się 
na   spokojność   i   na   obojętność.   Nakazałem   sobie   niezwracanie   uwagi.   Usiadłem   w  rogu, 
zdjąłem   buty,   żeby   nikt   nie   widział   i   postawiłem   stopy   na   oparciu   drugiego   krzesła. 

background image

Zamówiłem herbatę i tak sobie siedząc pozycyjnie patrzyłem trochę na wielkie szyby i trochę 
na ludzi eleganckich, za którymi byli inni ludzie eleganccy i jeszcze inni: sama elegancja. A 
jeszcze inni wchodzili i było coraz bardziej elegancko może, ale nie było już miejsc jednak i 
jeden z tych podszedł do mojego stolika i powiedział, zaczął piszczeć:
— Bardzo pana przepraszam. Czy pan może na kogoś czeka?
— Nie.
— To z pewnością nie czekał pan również i na mnie, cha, cha, ale czy pozwoli pan łaskawie, 
że mimo tego się przysiądę i zakłócę panu samotność?
Nie   pomyślałem,   dobra   moja   pamięć,   że   wszystko,   co   powiem,   i   tak   nie   dorówna   jego 
słowom, tylko powiedziałem: „proszę bardzo", ale pomyślałem, bardzo dobra moja pamięć, 
że lepiej by mi się coś innego wymówiło przez zęby. Bardzo chętnie. Usiadł na krześle, z 
którego już przedtem zdjąłem nogi i teraz nakładałem buty pod stołem, nie ruszając się, bo 
miałem takie buty bez sznurowadeł, które się wsuwa na nogi: mokasyny. Ale zacząłem na 
niego patrzeć, zacząłem go sobie rozpoznawać po twarzy. Miałem już wtedy za sobą wiele 
podłych losów i bardzo wiele najrozmaitszych twarzy już studiowałem. Miałem już za sobą 
takie twarze, jak on. Całe zastępy,  całe defilady tych  twarzy okrągłych, słodkich i inteli-
gentnych. Ale nie myślałem o nim nic złego. Nastawiony byłem na spokojność przez cały 
czas,   na   spokojne   kontemplowanie.   Nie   czułem   zupełnie   jego   promieni.   Siedziałem 
swobodnie. Nie zabijał mnie ani trochę swoimi promieniami. Tak z nim siedziałem, że jakby 
sam siedziałem. Nie magnesował mnie zupełnie. Ja piłem herbatę, a on pił kawę małą czarną.
Patrzyłem trochę na niego i trochę na wielkie szyby, za którymi był już wieczór na pewno, a 
nie chciałem patrzeć na siebie w tył czy naprzód: jak to będzie? Musiałem myśleć o różnych 
rzeczach, nie pamiętam, ale pamiętam, fenomenalna moja pamięć i muzyczna, że myślałem o 
gitarze, że bardzo bym chciał mieć taką rzecz fantastyczną. Myślałem: jeśli bym dobrze grał, 
to może by mnie przyjęli Cyganie do siebie, a gdyby nie chcieli albo się wahali, tobym grał 
coraz bardziej świetnie, tak świetnie, aż by się Cyganie zaczęli wstydzić swojej odmowy i 
obrali mnie królem. A przed królem by nie utracili swojego wstydu, to dobrze, bo taki wstyd 
to byłaby dla mnie opieka. Myślałem:  ufarbowałbym  swoje blond włosy na czarno i nie 
obcinałbym swoich czarnych włosów: niech schodzi ten wieniec na szyję, barki i niżej. Wtedy 
bym wprowadził zwyczaj, żeby się nie witać podawaniem dłoni, a przez dotykanie sobie 
włosów. To byłoby ładne bardzo i delikatne jeszcze więcej, a także moja władza królewska 
by się przez to umocniła i byłaby długa jak moje włosy.
Tak sobie myślałem bardzo pięknie, ja-królewicz i przypuszczam teraz, że gdybym  sobie 
wtedy myślał tak dalej, to wszystko by się potoczyło na pewno nie bardzo pięknie ani nawet 
dobrze, ale chyba dużo lepiej dla mnie, niż się potoczyło. I potem jeszcze. Piłem gorącą 
herbatę, paliłem papierosa, atmosfera była ciepła i mogłem przecież nie patrzeć na nich, nie 
myśleć, że to jest ich atmosfera, nie moja. Mogłem przecież o czymś innym myśleć. Mogłem 
przecież patrzeć i nic nie widzieć, i układać sobie w głowie jakieś słowa obok siebie, jakiś 
wiersz nieśmiertelny,  o tym na przykład: „jak lotosy wchodzą w niebo i wyższa trawa, i 
najwyższa trawa — lotos pojedynczy, kiedy wszystko gnije, to on wchodzi w niebo". A może 
nie miałem w tamtej chwili na to ochoty albo chęci, albo czegoś? To mogłem przecież o czym 
innym  myśleć, o tym  na przykład: czy fabryka  tytoniowa,  która robi papierosy i pakuje, 
paczkuje ten sam gatunek w paczki po dwanaście sztuk i po dwadzieścia sztuk, czy ona tylko 
dobrze   wyliczyła   ceny?   Czyja   wiem,   o   czym   mogłem   myśleć?   O   czym   mogłem   móc? 
Musiałem już koniecznie o nich myśleć? Ale ona mnie ulubiła widać i wybrała na swojego 
rycerza, ta pani nienawistna, na swojego królewicza mnie wybrała.
Przestałem więc myśleć o gitarze, co ja zrobię? i na nich zacząłem patrzeć, o nich myśleć, i 
od razu poczułem,  jak nienawiść porusza mi  krew, jak czarna rzeka zalewa  mi  błękitną. 
Zamknąłem oczy i zacząłem mówić do siebie cicho, łagodnie bardzo: „Co ci jest, Sted? Co ci 
jest? Uspokój się kochany.  Co ty od nich chcesz?" Nie wiedziałem,  czego od nich mam 

background image

chcieć, nic nie wiedziałem, nic nie wiem, Jezu. „Uspokój się, Sted. Co oni cię obchodzą?" Ale 
to już była mowa do głuchego. To była nawet oliwa na ogień, a nie oliwa na wodę łagodząca. 
Miałem oczy zamknięte i złapałem się dwiema rękami za krzesło mocno. Miałem już takie 
stany uczuciowe. Miałem już wtedy za sobą wiele podłych losów i kilka takich wylewów 
straszliwych, niebezpiecznych, kiedy chciałem kopać wszystkich i gryźć, a potem chodziłem 
po   tej   granicy   wątłej   i   niebezpiecznej   życia   i   śmierci.   Bardzo   wyraźnie.   Bardzo 
niebezpiecznie. Chciałem się już zabijać.
Miałem oczy zamknięte, bałem się otworzyć oczy, trzymałem się dwiema rękami mocno, 
dziesięcioma paznokciami. „Nie ruszaj się, Sted, nie ruszaj się nic". I może by mi przeszło, 
może by nic nie było. Wszystko by się gotowało jeszcze trochę i jakoś by mi przeszło chyba, 
jakoś by się wszystko wygotowało na pewno. Chyba na pewno. Ale on powiedział:
— Co panu jest? Przepraszam bardzo.
Rozsunąłem  oczy  i  najpierw  złapałem  kilka   spojrzeń  tych  dalszych:  „a  to  ten",   a  potem 
dopiero   zauważyłem   towarzysza   najbliższego:   jego   oczka   małe   zaciekawione.   Siedziałem 
prosto, patrzyłem na niego, nic nie mówiłem, a on znowu powiedział:
— Może panu  niedobrze?  Ja bardzo pana  przepraszam.  Tylko  już inaczej  to powiedział, 
strachliwie. Strachliwość już mu się narodziła w oczach, a ja nic nie mówiłem. A on już 
zaczynał głupieć i zaczął się jąkać:
— Co panu jest? Co panu jest? Ale już zaczynał pojmować:
— Czego pan ode mnie chce? Co ja panu zrobiłem? Ja pana nie znam.
Nie wiedziałem, co on mi zrobił, nic nie wiedziałem, nic nie wiem, Jezu. Coraz to inni zaczęli 
na   mnie   patrzeć,   coraz   to   inni   zaczęli   mnie   dźgać,   a   ja   wstałem,   chciałem   iść   stąd   jak 
najprędzej. Chciałem wyjść z tej kawiarni, z tego widowiska, i iść sobie, odejść na stronę, w 
cień głęboki. Pod ziemię się zapaść jakby z wielkiego wstydu. Choć to nie był wcale wstyd 
ani trochę, tylko nienawiść mnie opętała całego bardzo niebezpiecznie i bałem się o jakieś ru-
chy nieoczekiwane i szaleństwa z własnej strony. Bo miałem już za sobą takie szaleństwa. 
Miałem już wtedy za sobą wiele podłych losów i kilka takich wystąpień nieoczekiwanych, 
jeden   raz   w  kinie.   Pamiętam,   jak   się  śmiało   wiele   osób  z   jednej   bardzo   smutnej   rzeczy 
miłosnej.   Dostałem   wtedy   ataku   nerwowego.   Wstałem   i   krzyknąłem:   „Dlaczego   się 
śmiejecie? Dlaczego się śmiejecie?" Z wielkim żalem to krzyknąłem. Nie z zapytaniem, ale z 
wielką pasją żalową. Zacząłem się przepychać między kolanami i uciekłem, wyszedłem z 
kina, nie zostałem do końca. Chodziłem po mieście i bardzo długo nie mogłem uspokoić serca 
oburzonego. Dopiero jak wszedłem do jakiegoś lokalu i zszedłem na dół do kibla, bo za-
chciało mi się odlać, a przy wyjściu stała stara kobieta i ja mówię: „Ile się płaci za ten gips?" 
A ona mówi: „To od pana zależy" i mnie się wtedy tak na śmiech zebrało, że coś ode mnie 
zależy na tym  świecie. Śmiałem się jak głupi i całe pięć złotych jej dałem, starej dobrej 
pocieszycielce, jakbym rzeczywiście już zgłupiał albo nie wiedział, co robić z walutą, ale jeśli 
ona była taka wspaniałomyślna, to nie mogłem być gorszy.
Więc  coraz  to inni  zaczęli  na mnie  patrzeć  w tej  kawiarni,  a ja wstałem  i zacząłem  się 
przepychać między stolikami, chciałem wyjść z tego kina, nie chciałem zostać do końca. I 
może jeszcze wtedy by nic nie było, ale jak przechodziłem koło jednego stolika, to ktoś 
powiedział:
— Ten to chyba z cyrku się urwał czy co.
Ale nawet jeszcze wtedy mogło nic nie być, bo tylko spojrzałem na tego z powagą i z wielkim 
smutkiem  nieobliczalnym.  A spojrzawszy,  miałem  wyjść,  odejść sobie gdzie  indziej.  Ale 
drugi z tego samego stolika powiedział:
— Jeszcze jak się patrzy bezczelnie.
Siedzieli w trójkę, a może w czwórkę, a może być, że w piątkę, nie pamiętam tego w porywie 
i nie mówię tego dlatego, żeby siebie samego przez to bardziej uwidocznić: że ja byłem sam 
tylko.  Ja dobrze wiem bez tego, kto ja jestem.  Ja sobie może  natomiast nawet nie zdaję 

background image

sprawy.   Pamiętam   te   uśmiechy   ich   okrutne.   Kopnąłem   nogą   stół   ich   różnymi   napojami 
zastawiony. Przewróciło się wszystko, porozlewało się, pobiło, potrzaskało się trochę szkła 
taniego. To był poryw, choć na pewno byli ode mnie silniejsi w trójkę czy w czwórkę, czy też 
w piątkę, a bardzo możliwe, że nawet któryś z nich w pojedynkę by mnie skopał i pokonał. 
Ale nie pozwoliłem na to, bo po tym kopnięciu popędziłem do drzwi zaraz natychmiast w 
trzech skokach, a drzwi były takie obracane, nie normalne, ale takie cztery przegrody, cztery 
skrzydła   dokoła   osi.   Uderzyłem   głową   o   jakiś   pręt   tych   drzwi   przeklętych,   ale   nie 
przystanąłem, żeby to zbadać palcami. Tylko, wyskoczywszy, popędziłem na drugą stronę 
szerokiej ulicy w ciemniejszą uliczkę. Słyszałem, jak za mną wypadli, i słyszałem okrzyki ich 
nieprzyjazne i to mi dodawało jeszcze pędu w nogi. Biegnąc cały czas, zaczerpnąłem trochę 
śniegu wodnistego i przyłożyłem do czoła. Miałem guza. Czułem, jak rośnie pod palcami. 
Biegłem   tak   z   zapartym   tchem   od   wiatru   i   strachu,   ale   robiłem   jednak   jak   najwięcej 
gzygzaków dla utrudnienia. Bardzo rozsądnie. Stanąłem w końcu i schowałem się do jednej 
bramy  ciemnej,   żeby  odetchnąć,  uspokoić  serce  łomocące.  Oddychałem   tak,  uspokajałem 
serce   i   podnosiłem   trochę   śniegu   co  jakiś  czas   i   przykładałem   do  guza,   który  już   jakby 
przestał się uwypuklać.
Wody też już nie podnosiły się wyżej. Opadały raczej i nadchodził teraz najgorszy może czas, 
najbardziej   niebezpieczny,   bo   nie   walki   zapalczywej,   ale   obraz   wielkiego   zniszczenia 
dookoła.   Zapiąłem   się   szczelnie,   owinąłem   się   szalikiem   i   wyszedłem   na   ulicę,   ręce   do 
kieszeni wsadziwszy. A dookoła domy zaczęły mi się wyłaniać, okna jasne i ciemne, okna, 
okna, i od razu wiatr się też za mną wyłonił przeklęty mroźny, wył cicho od czasu do czasu, 
jakby jamnika miał na smyczy, płaczkę swoją. Latarnie też się wyłaniały jak milczące ptaki 
bez skrzydeł przez miasto oberwane, znaki świetlne, reklamy potęgi miasta okrutnego. — Ten 
cały   wielki   obraz   zniszczenia   wyłaniał   się   spod   wód   i   to   było   dla   mnie   najwięcej 
niebezpieczne, bo gdzie ja tu miałem najmniejszą miłosność wyszukać, ja — ulubieniec.
O, to jest niewypowiedziane. To jest niewymowne. Nieprzemijające to jest. Mijali mnie i 
jedni się odwracali za mną, a drudzy nie, ale to jest niewymowne, ta moja osobność, moja 
nienawiść   do   tego   wszystkiego.   Ale   więcej   moja   osobność   od   tego   wszystkiego,   moje 
oddalenie od tego epokowe. Nic nie było moje, nic nie było krewne, ze wspólnego drzewa 
rodzinnego. Ta ulica, ten wiatr przeklęty, ten jamnik jego, te domy, ci inni, wszystko — to nie 
byli moi krewni, moi kuzyni, żadna najdalsza familia, Jezu. To była inna epoka. I szedłem, i 
chciałem   się   już   zabijać,   przejść   do   innego   świata,   do   stron   przychylniejszych.   Do 
grobowców jakichś rodzinnych. Mijał mnie właśnie jeden, spojrzał na mnie bokiem przy mi-
janiu,   a   ja   pomyślałem,   że   gdyby   mnie   o   coś   zapytał:   którędy   droga,   czy   rozpoczął 
rozmawianie o czymś,  tobym  nie umiał mu nic odpowiedzieć, czybym  wiedział, czy nie, 
żadnego słowa bym z gardła nie wydusił. Miałem już wtedy za sobą wiele podłych losów i za-
czynało się już wtedy moje wielkie milczenie: zamknięcie ust i skupienie serca. Już wcześniej 
wpadłem na to przy jakichś rozmowach z innymi, że nie umiem się już zupełnie odzywać, że 
nie umiem rozmawiać ani gadać i że wolę bardzo chętnie nic nie mówić. Albo coś innego: jak 
ktoś mówił: „Tak, tak. Życie jest ciężkie", to chciałem takiemu dać w mordę zaraz, żeby już 
nie piszczał więcej. Bardzo podobnie, jak ktoś mówił: „Panie, ja przeżyłem okupację, obóz, 
panie. Teraz to bajka". Myślę, że o tamtym się nie powinno mówić. Nie powinno się w ogóle 
mówić o wojnie, o tych obozach straszliwych, o tych piecach, bo to jest zerowanie. To jest 
wielkie profanowanie tamtej ludzkiej krwi. Tak mówię.
Szedłem i chciałem się już zabijać i to jest niewymowne, ten mój stan uczuciowy na tej 
granicy   wątłej   życia   i   śmierci.   Szedłem   krawężnikiem   i   kiedy   jechał   w   przodzie   jakiś 
samochód, to nie wiem, jak ja jeszcze żyję. To jest niewypowiedziane ta chwila samochodu 
przejeżdżającego   blisko   i   to   moje   naprężenie   ostateczne,   gotowanie   się   do   skoku.   Czyja 
powinienem o tym mówić? Czy wolno o tym mówić? Tak pytam. Ale powoli uspokajało się 
wszystko.  W coś innego  się to wszystko  zamieniało.  Nie szedłem już chodnikiem,  tylko 

background image

jezdnią samochodową i kiedy coś jechało naprzeciw, to starałem się, żeby mnie minęło jak 
najbliżej, żeby się otarło o mnie. Tak samo jak coś z tyłu jechało, to szedłem bliżej środka 
ulicy i nie odwracałem się na ruchy jego świateł i wszyscy, kiedy obok mnie przejeżdżali, to 
zwalniali i krzyczeli przez szybę: „Chcesz, żebym ci zrobił z dupy garaż, gówniarzu?" Ale to 
już była zabawa tylko. Nie chciałem się już zabijać. Bawiłem się tylko. Ale od rozpoczęcia tej 
zabawy zimno też się rozpoczęło przenikliwe, które przedtem też mnie przenikało, ale cały 
byłem zajęty tą walką śmiertelną i ona musiała mnie trochę rozgrzewać widocznie.
Jechało coś z tyłu i wyszedłem na sam środek drogi prawie i nie odwracałem się. Słyszałem, 
jak się zbliżał, i widziałem, jak mi daje znaki światłami, bo nie chciał trąbić, bo w mieście nie 
wolno, zdaje się. Słyszałem, jak hamował. Stanął przy mnie, wyskoczył z wozu i powiedział:
— Chcesz, żebym ci zrobił z dupy garaż, gówniarzu?
A ja powiedziałem: „Chcę". „Chcę, chcę" — krzyknąłem, bo już cały byłem rozbawiony. On 
zrobił dwa ruchy głową w lewo i w prawo, czy nie ma nikogo, i pach mnie w mordę.
Kiedy się podnosiłem, on już był daleko, jego czerwone światełka. Krew mi pobrudziła rękę, 
kiedy dotknąłem wargi. Przejechałem palcami po zębach, ale wszystko było w porządku. 
Tylko wargę miałem przeciętą od zęba. Wstałem i oparłem się o pień drzewa i pamiętam, 
fenomenalna moja pamięć, że nawiedziła mnie, spadła na mnie taka chwila uprzywilejowana: 
stałem się spokojny nagle niezmiernie: wszystko mnie naraz odeszło: wszystkie napady i 
sprzeciwy,  i nienawiści,  wszystko,  wszystko.  Stałem  pod drzewem,  opierając się. Ssałem 
wargę. Krew z wargi przeciętej. Nie było mnie zupełnie na tej ulicy wieczornej, nie było mnie 
w tym  mieście.  Nie było  mnie  zupełnie w tej epoce przeklętej.  Ale nie byłem też  gdzie 
indziej, w innej epoce, nigdzie nie byłem, wspaniale. Wspaniale. O niczym nie myślałem, ani 
o śmierci. Odeszły mi gdzieś wszystkie myśli moje natarczywe i zwiewne. Najdalsze siostry 
powietrzne. Nie myślałem nic, nic. Nie tęskniłem też za nikim, ani za Olgą, ani za synem, nic 
mnie nie bolało w brzuchu od tej wieczystej tęsknoty,  ale nie tęskniłem nawet za jakimś 
łóżkiem na kilka dni, nie mówię już na dwa tygodnie czy na cały miesiąc, czy na całą zimę — 
toby dopiero było świętowanie, Jezu, Jezu. Więc tak: najwięcej czasu tobym spał, spał, spał. 
Za wszystkie czasy. Za wszystkie moje niewyspania. Zaraz na drugim miejscu po spaniu toby 
było śpiewanie na zmianę z nauką jakiegoś obcego języka. A przez resztę czasu bym szukał 
żarcia, dużo żarcia, żeby się miało co w dużo tłuszczu zamieniać przez ten długi czas spania. 
Żebym  na wiosnę, na lato i na jesień miał  co oddawać przyrodzie  i różnym  przygodom 
niespodziewanym. Mógłbym też na zmianę ze śpiewem i z nauką jakiegoś obcego języka 
spróbować opisać rok miniony: jaki on dla mnie był, jakie miałem w nim zachwycenia ajakie 
przerażenia,   jakich  złych   ludzi  spotkałem,   a jakich  głupich   poetów, jakich  dobrych   ludzi 
spotkałem, a jakich głupich poetów, w ogóle jak mi się szło przez wszystkie pory roku.
Mógłbym to spróbować pisać na zmianę ze śpiewem i z nauką jakiegoś obcego języka. A na 
dworze, za oknem, śnieg by padał i wiatr by huczał: uu, uu.

Nocna jazda pociągiem

Byłem w pociągu. Jechałem nim, bo nie miałem gdzie się podziać, a nie dlatego, żebym miał 
jakieś załatwienie w innej miejscowości czy że dostałem list, że mnie tam ktoś oczekuje z 
gościnnością,   z   wakacjami:   jakaś   dusza.   Jeszcze   nikt   mnie   nie   odkrył.   Kupiłem   w  kasie 
peronówkę, żeby się dostać na perony, bo nie opłaciło mi się za parę groszy szukać innych 
możliwości   czy   też   wejść   na   perony   od   tyłu,   okrążając   stację   dworcową.   Bo   było   tam 
przejście. Dwa żelazne pręty były wygięte od siebie. Rano ludzie przechodzili tamtędy, żeby 
zdążyć na pociąg robotniczy. Sam przez tamtą dziurę przeszedłem, kiedy wysiadałem, kilka 
dni   temu,   w   tym   mieście   pierwszy   raz.   Jechałem   też   bez   biletu   i   nie   musiałem   wcale 

background image

wysiadać, bo nie podpadłem nic u konduktora i mogłem jechać dalej. Do rana było niedaleko. 
Podnosiła się już lekko jasność świtowa za oknem. Ciepło było w pociągu i mogłem już do 
rana dojechać gdzieś. Ale wysiadłem, sam nie wiem. Miasto było duże. Zresztą nie będę się 
cofał do tyłu, chociaż to było kilka dni temu dopiero, ale jak już powiedziałem.
Pociąg też jechał naprzód. Jechał w tę samą stronę, z której nadjechałem kilka dni temu 
dopiero, ale jechał naprzód jednak, bo co było, to było. To samo już nigdy nie będzie. Już się 
nie wróci. Może być lepiej albo gorzej. Raczej gorzej. Wolę tak mówić i nawet tak uważać, 
bo nadzieja mogłaby mnie trochę osłabić, zmylić mnie. Nadzieja jest niedobra. Wiara jest 
dobra. Najlepsza. Ja właśnie wierzę niezmiernie. Ze wszystkich moich głębin. Wierzę, że ktoś 
mnie kiedyś odkryje, moje dobre serce, mój język jeden, a nie dwa. Ktoś mnie kiedyś doceni 
całego: jaki jestem prosty. Zawsze w to wierzyłem. Od samego początku.
Pociąg się rozpędził i robił pięćdziesiąt pięć-sześćdziesiąt na godzinę teraz. Po stukocie tak 
obliczyłem. To można bardzo łatwo, jak się ma ucho trochę z tym obeznane. W pociągu był 
tłok, a ja cały czas tak mówię, jakbym był sam w pociągu. A bym wolał nie być sam w 
pociągu. Nie dlatego, żeby mi było smutno i pusto samemu. O, nie. Absolutnie. Na pewno 
nie. Ja się czuję bardzo bezpiecznie, jak jestem sam. Najwięcej. Bardzo mi jest dobrze ze sobą 
samemu. Ja od razu powiem temu, który mnie odkryje, żeby się na mnie nie gniewał, jak 
sobie będę odchodził trochę co jakiś czas. Ale chciałem powiedzieć, że wolałbym nie być sam 
w pociągu, bo konduktor by mnie od razu przyuważył i o bilet zahaczył. A tak, w tłoku, 
można  go  długo  filować.  I  ciepło  jest  w  tłoku.  Przez   to  ocieranie   się.  Przez   tę  bliskość 
obecności. Jeden drugiego ogrzewa, oddychając. Chociaż może gdyby wiedzieli, że robią 
sobie dobrze, toby woleli już wcale nie oddychać, gdyby było można, ale tak nie można 
jednak, więc mogliby najwyżej  powietrzem lodowym oddychać. Z tych swoich pokładów 
lodowych.
Jechałem w środku środkowego wagonu. Umieściłem się tu, bo to już mi dawało jakiś czas w 
spokoju, a przynajmniej w napięciu niewielkim. Konduktorzy przeważnie robią tak, że jeden 
wsiada do pierwszego wagonu, a drugi do ostatniego i posuwają się do środka, sprawdzając. 
Nie zawsze, nie zawsze. No jasne, że nie zawsze. Nie będę się o to kłócił, bo wiem dobrze, że 
nie zawsze. Niektórzy zaczynają od środka i jeden idzie na początek, a drugi na koniec. 
Wiem, wiem. Niektórzy to w ogóle nie sprawdzają, jak jest tłok, tylko idą do pierwszej klasy 
albo otwierają sobie jakiś przedział zarezerwowany i siedzą tam po ciemku, i jak jest stacja, to 
wysiadają, i przeważnie bardzo głośno krzyczą tę nazwę stacji, żeby ludzie w pociągu nie 
myśleli   sobie,   że   nie   ma   konduktora,   że   nie   ma   pana   nad   nimi.   Więc   zauważyłem,   jak 
zaczynali od końców, bo ten pociąg rozpoczynał podróż z tego miasta właśnie. Które było 
bardzo duże jednak, siedemdziesiąt kościołów miało, mówił mi jeden obywatel, dwa rynki: 
jeden duży, drugi mały,  ale miałem się nie cofać. Podstawili pociąg całe półtora godziny 
przed odjazdem, ale i tak bardzo wielkie mnóstwo ludzi czekało na peronie, żeby wskoczyć i 
zająć miejsce, sobie i jeszcze komuś bardzo często. Ale ja pierwszy do niego wskoczyłem. 
Wlazłem   do   I   klasy   i   usiadłem   przy   oknie,   żeby   wykorzystać   ten   czas   do   odjazdu   na 
odpoczynek   swoisty.   Potem   jak   nadchodziła   godzina   odjazdu,   wyszedłem   z   I   klasy, 
poszedłem do II, do środka pociągu mniej więcej jakoś się przepchałem i otworzyłem okno na 
peron, żeby patrzeć przed siebie obojętnie, ale z boku patrzyłem uważnie, jaki sposób, jaką 
sobie metodę obiorą konduktorzy. Więc zauważyłem, że będą zaczynać od końców, tak że 
byłem dobrze umieszczony na razie, do pierwszej stacji przynajmniej, może do drugiej nawet, 
ale chyba nie dalej, bo konduktorzy z początku śpieszą się raczej, a tylko jak pociąg dojeżdża 
do końca swojej podróży, to już w ogóle nie sprawdzają wtedy. Bóg z nimi.
Ale ciągle o tłoku zapominam. Że był duży. Nawaliło się ludzi bardzo dużo. W korytarzu był 
największy tłok i co chwila ktoś się przepychał: ci, którzy sobie jeszcze miejsca nie mogli 
znaleźć.  A   może   być,   że   marzyli,   o   jakimś   miejscu   siedzącym   marzyli   i   zaglądali   do 
przedziałów, że może, może jakieś wolne miejsce by się znalazło, przepraszali, ludzie ich w 

background image

myślach przeklinali, a oni przepraszali bardzo grzecznie i w końcu przed kiblem zostawali, w 
najgorszym położeniu, i teraz oni przeklinali w myślach tych, którzy ich przepraszali, którzy 
do kibla chcieli się dostać. Nadzieja ich zgubiła. Ja byłem w środku środkowego wagonu 
mniej   więcej.  W  tłoku   największym.   Stałem,   o  drzwi  przedziału   się  opierając.   Papierosa 
paląc. Zapowiadało mi się na dłuższe bezpieczeństwo jednak, taki był tłok, więc napięcie 
moje nie podnosiło się raczej, a mięśnie głowy i nóg odpoczywały trochę.
O, nie tym bezdennym odpoczywaniem pięknym, kiedy się nie czuje nic, żadnej męki, żadnej 
wrażliwości nerwowej, nic, tylko ziemię się czuje, trawę pod sobą. O, tak. Mówię o tym, bo 
mi się przypomniało, jakjeden pan Gralewski opowiadał mi o tych rozróżnieniach. Więc na 
przykład jak się idzie: jest człapanie, chodzenie normalne, kołysanie, elastyczność. Jak sieje: 
jest żarcie, połykanie, jedzenie normalne, uczta. A jak się śpi na przykład: jest sen z de-
monami, spanie normalne, spanie przerywane i kraina marzeń i snów. Prawie we wszystkim 
są takie rozróżnienia. Kategorie.
Ale ciągle o tłoku zapominam. Jedna pani wiejska pchała się z workiem takim przewiązanym 
przez plecy. Była gruba i jeszcze opatulona w różne chusty, a pod tym miała na pewno dwa 
serdaki jeszcze. To dziwne, bo wszyscy już byli usytuowani. Pociąg już z pół godziny jechał. 
A ona jeszcze się przenosiła z miejsca na miejsce. A przecież nic jej nie gnało chyba: jakaś 
panika czy jakiś wiatr wewnętrzny. Pchała się przez tłok i nic nie mówiła, nie przepraszała ni-
kogo, i miała rację, miała rację, bo ludzie i tak ją w myślach przeklinali, w powietrzu to się 
czuło,   jak   wszyscy   oddychają   przekleństwami.   A  ona   nic.   Pchała   się   przez   to   powietrze 
ziejące i jakieś trzy kroki przede mną musiało się jej to miejsce spodobać, bo zdjęła swój 
worek na podłogę i usiadła chyba na nim, bo zapadła się naraz i już jej nie widziałem. Ale 
posłyszałem jedno zdanie pytające człowieka, który stał nad nią: „I to już tak dobrze?" A ona 
mu powiedziała tak, żeby on zaniemówił: „Może dobrze, a może niedobrze".
I raczej nikt nie mówił. Wszyscy raczej nic nie mówili. Tak jest w pociągach, że z początku 
się nie mówi. Dopiero potem nawiązuje
— Ma pan zapałki?
— Proszę pana bardzo.
— Pan daleko?
— Ja do końca. A pan?
— Ja też do końca.
— Tak? To świetnie.
Nie   zawsze,   nie   zawsze.   Niektórzy   to   z   początku   rozmawiają,   a   potem   coraz   rzadziej 
wymawiają słowa i w milczenie wpadają, w monotonię.
Więc   możliwe,   że   była   to   ta   chwila   właśnie   przełomowa,   kiedy   ci   pierwsi   jeszcze   nie 
nawiązali,  a  ci  drudzy zaczynali  w  milczenie  wpadać,  w  monotonię.  Dlatego   nic  się nie 
słyszało raczej. Dlatego było cicho. Ja tam byłem najcichszy. Nie próbowałem z nikim nic 
nawiązać, bo niechby mnie z dwóch stron osaczyli i już bym był złapany, spisywanie, dowód, 
to wszystko, toby mnie ogarnęło uczucie wstydu głupiego przed tym, z którym nawiązałem 
jakieś słowa. I jemu też by było głupio może. A może by się ze wstrętem zachował albo z 
litością, jeszcze gorzej, konduktora by wziął na bok, walutę mu jakąś dał w łapę, nie, nie. 
Wolę nie. Więc nigdy z nikim nie próbuję nawiązywać raczej, a jak ktoś ze mną próbuje, to ja 
go hamuję jak mogę. Odpowiadam: „tak", „nie", robię wyraz twarzy nie-rozmowny, aż on to 
widzi w końcu nareszcie i urywa monolog. I ja się wtedy przenoszę gdzie indziej, bo już te 
kilka słów mnie z nim związało, a niechby mnie złapali, toby mnie ogarnęło uczucie wstydu 
głupiego przed nim, przez te parę głupich słów właśnie.
Tak  samo  w monotonię  nie  wolno  mi   wpadać,   bo mogłaby  ona całą   czujność  mi  zabić, 
zadusić lepkimi łapami. Od miodu czy od wina też jest taka ociężałość zwodnicza. Mogliby 
przyjść i chapnąć mnie. Ci pierwsi od razu by nawiązali, nie potrzebowaliby o zapałki pytać. 
Tylko tak: „Co, co? Bez biletu jechał, mówi szanowny pan. Chciał się na gapę przejechać, na 

background image

koszt państwowy. Wybuli teraz trochę więcej". Ci drudzy — monotonni — też by się ożywili 
chyba trochę. W ogóle to by trochę rozerwało wszystkich.
Ale   niedoczekanie.   Na   razie   przynajmniej   niedoczekanie,   bo   tłok   naprawdę   niezbity,   to 
znaczy wszyscy są zbici, ale tak się mówi, ale ja tak mówię. Pociąg hamował, bo do jakiejś 
stacji dojeżdżał, i ja chciałbym zapytać, gdzie ci ludzie ze stacji pomieszczą swoje postacie i 
tobołki, bo na pewno więcej wejdzie, niż wyjdzie, bo tak jest z początku, dopiero w dalszej 
podróży więcej wysiada, niż wsiada. Tak jest zawsze. W dalszym życiu tak samo. W dalszej 
podróży życiowej. Ale o doku zapominam. Że który konduktor będzie chciał się pchać przez 
taką   gęstwinę.   Któremu   się   będzie   chciało.   Na   pewno   się   zamelinowali   w   I   klasie   albo 
otworzyli   sobie   jakiś   przedział   zarezerwowany   i   kimają   tam   po   ciemku,   a   teraz   jeden 
wyskoczy,  bo dojeżdżamy do jakiejś stacji, jak już powiedziałem,  i on będzie na pewno 
bardzo głośno krzyczał tę nazwę stacji, żebym sobie nie myślał, że nie ma konduktora, że nie 
ma  pana nade mną. Jeszcze się taki nie narodził. Ja jestem niezależny.  Ja nie mogę być 
zależny.
Pociąg stanął i posłyszałem zaraz głos konduktora bardzo głośny, jak krzyknął tę nazwę stacji 
właśnie. Głos dochodził na pierwsze słyszenie z daleka, z odległości jakichś dwóch wagonów 
w tył, więc zapowiadało mi się na dłuższe bezpieczeństwo, jak widzę. Jak słyszę. Potem 
posłyszałem z tej samej odległości „siadać, siadać" — ten sam głos konduktora popędzający 
bardzo słusznie, bo pociąg nie będzie się na ludzi oglądał, on nie może się spóźnić, on ma wy-
znaczone godziny i minuty. Konduktor jeszcze raz popędził: „siadać tam" i zaraz krzyknął 
„odjazd", bo zimno było na dworze, mróz, zima już się zaczęła na dobre, choć śnieg jakoś nie 
chciał spaść i nie chciał. I było gorzej. Bo jakby śnieg spadł, toby było lepiej. On by dużo 
złagodził ten ziąb od ziemi zmarzniętej ciągnący. A tak, bez śniegu, to zimno i z góry, i z 
dołu. I z nieba, i z piekła. Śnieg jest piękny niezmiernie. Co to jest w ogóle za zima bez śnie-
gu? Albo co to jest za lato bez słoneczności? Ja bym chciał zapytać. Co to są za pory roku 
niejasne?
Jechaliśmy.   Pociąg   się   rozpędzał.   O,   tak,   śnieg   jest   piękny   niezmiernie.   Lubię   śnieg, 
uwielbiam. Jak pada. To jest dla mnie zawsze wielka radość spadająca. Idę i podnoszę twarz 
do góry, i ręce wyciągam, a płatki opadają na nie, i zamieniają się w wodę zaraz, w łzy się 
zamieniają, w płacz, bo nie wolno ich dotykać, bo to są dziewice najbielsze nieskazitelne. 
Więc chowam ręce do kieszeni prędko, żeby nie były gwałtowne, a nie dlatego, żeby mi było 
zimno w ręce. Może to jest niezrozumiałe dla innych, przyszło mi na myśl. Dosyć podobnie 
jechałem w pociągu. Jechałem, bo nie miałem gdzie się podziać, a nie dlatego, żebym miał 
jakieś załatwienie w innej miejscowości, czy że dostałem list, że mnie tam ktoś oczekuje z 
gościnnością, z wakacjami: jakaś dusza. Nie. Jeszcze nikt mnie nie odkrył. Weszło kilku ludzi 
do wagonu, przedtem na stacji, ale się nie pchali  dalej, jak zobaczyli.  Przy drzwiach się 
usytuowali. Nie wiem. Może weszli do tego przejścia między wagonami, które jest. Do tej 
harmonijki takiej. To im tam dobrze musiało za-wiewać z dołu i z góry, i przez dziury z 
boków. Ze wszystkich stron dziurawych.
Pociąg się już rozpędził i robił pięćdziesiąt pięć - sześćdziesiąt na godzinę teraz. Od czasu do 
czasu gwizdał, buczał jak statek i było dobrze, mówię, całkiem, całkiem. Pozwoliłem sobie 
zapalić   papierosa.   Pozwoliłem   sobie   też   na   rozejrzenie   się   dookoła.   Uważniejsze   trochę. 
Przedtem też się rozglądałem, ale nie pozwalałem sobie na łapanie spojrzeń, na spotkanie się 
mojego   wzroku   z   czyimś,   na   zatrzymanie   tego   przez   kilka   sekund   czy   jedną   sekundę. 
Rozglądałem się przedtem bezosobowo zupełnie. Przestrzennie tak. Bo nie chciałem ściągnąć 
spotkania się wzroków. Bo niechby mnie złapali, niechby się coś ze mną stało, tobym na 
pewno pamiętał o tamtym wzroku, i niechby mnie złapali właśnie, to mnie zaraz ogarnia 
uczucie  wstydu  głupiego,  bo przypomniałem  sobie  tamten  wzrok. A tak jak z nikim nie 
rozmawiałem kilka słów, jak z nikim nie spotkałem wzroku, to niechby mnie złapali, to nie 
jest mi głupio wstyd, bo nie jestem z nikim zbliżony. Niech mają rozrywkę, ale dla mnie oni 

background image

nie istnieją, nie grają dla mnie roli. Możliwe, że i to może być niezrozumiałe dla innych. Tak 
przypuszczam tylko.
Ale ponieważ był wielki tłok i było całkiem, całkiem, to pozwoliłem sobie na uważniejsze 
rozglądanie się dookoła. Paliłem papierosa, patrząc w lewo i w prawo, spotkania się wzroków 
za bardzo nie unikając. Jechaliśmy jakąś niecałą godzinę chyba, więc był to ciągle początek 
podróży, pierwsza młodość ciągle. We wzrokach na prawo i lewo to się odbijało. Jeszcze była 
świeżość we wzrokach, ochota życiowa, jeszcze nikt nie był zmęczony raczej, jeszcze nikt nie 
miał dosyć na razie. Ja tam byłem najweselszy. Chwile były znakomite, nic mi nie groziło, w 
wagonie już się nagrzało, paliłem papierosa, byłem niezależny. Senność też mnie rozklejała, 
dotykała   mnie   tylko   leciutko   i   to   było   przyjemne   nawet,   przyznaję.   Stukot   pociągu   nas 
kołysał.
Stałem przy oknie, twarzą do niego. Nic nie było widać za oknem. Czarno było zupełnie. A 
widziałem przecież, że jest czas księżycowy i to tydzień trzech czwartych, więc musiały być 
chmury na niebie grubo i nisko. Pomyślałem o jednej rzeczy, ale zobaczymy. Wszystko się 
zobaczy:   co   ma   być.   Odwróciłem   się   plecami   do   okna   teraz,   do   przedziału   twarzą.   W 
przedziale byli ludzi siedzący. Ci, których los trochę pogłaskał. Po tych miejscach siedzących 
właśnie. Mnie też los w to miejsce pogłaskał, bo wskoczyłem pierwszy do pociągu. W biegu, 
jak go podstawili. Nikogo jeszcze nie było. Ja już sobie wygodnie siedziałem przy oknie 
błyskawicznie, jak pociąg całkiem stanął. Wtedy dopiero rozegrało się o miejsca, komu one 
przypadną. Ale potem musiałem wyjść, kiedy nadchodziła godzina odjazdowa pociągu, bo nie 
mogłem przecież, musiałem uważać, musiałem widzieć, z której strony będą nadchodzili, 
żeby ich filować jak najdłużej. Bóg z nimi. Cała I klasa była już zapchana. To był podobno 
najlepszy pociąg i przyspieszony, i w ogóle słyszałem, jak go wszyscy chwalili i wynosili. 
Więc  kiedy  nadchodziła   godzina  odjazdowa,  wyszedłem   z  przedziału,   który  już  był  cały 
pozajmowany, i w korytarzu było sporo ludzi. Nie było wielkiego tłoku, bo to zawsze I klasa 
jednak. Chciałem najpierw oddać miejsce jednej ładnej dziewczynie, która stała obok, ale 
zaraz wrócił mi rozsądek i sprawiedliwość, i wszystkie inne dobre zalety, i zacząłem szukać 
kogoś   innego:   kto   mi   się   spodoba.   Kto   by   mi   się   spodobał.   Przeszedłem   cały   wagon, 
wszystkich stojących w korytarzu oglądając, ale nie znalazłem nikogo takiego, kogo bym 
wyróżnił ponad wszystkich bez wahania. Oddałem w końcu miejsce jednemu starszemu. Nie 
był może ze wszystkich najstarszy, ale miał twarz dosyć pooraną, dosyć podobną do prostego 
człowieka. Zaprowadziłem go do przedziału, pokazałem mu miejsce i powiedziałem, że to dla 
niego. Potem poszedłem prędko do środkowego wagonu i tam się jakoś umiejscowiłem w 
tłoku. Tak właśnie jechałem i już z dobrą godzinę jechałem.
Niedaleko musiała być jakaś stacja. Pociąg jeszcze nie hamował. Zahuczał dwa razy. To był 
na pewno znak, aleja nawet nie dlatego wiedziałem, że już niedaleko jest jakaś stacja. Pociąg 
zaczynał   hamować   teraz   dopiero  wolno  i   ja  chciałbym   zapytać,  gdzie  ci   ludzie   ze  stacji 
pomieszczą swoje postacie, bo na pewno jacyś są, a na pewno więcej wsiądzie niż wysiądzie. 
Tak jest zawsze z początku. Dopiero w dalszej podróży więcej wysiada, niż wsiada. Pociąg 
stawał i odwróciłem się do okna twarzą, żeby popatrzeć. Stacja była dosyć duża. Na małych 
stacjach ten pociąg się nie zatrzymywał. Tylko na dużych i dosyć dużych. Na peronie trochę 
ludzi biegało: jedni w jedną stronę, drudzy w drugą stronę. Gdzie? Ja bym chciał zapytać. 
Stacja   była   oświetlona   nowocześnie,   z   tych   rur   takich   szklanych,   co   bolą   oczy. 
Przypomniałem sobie, że miałem jedną rzecz zauważyć: czy jest wiatr. Otworzyłem okno i 
splunąłem, żeby ludzie myśleli, że po to otworzyłem okno, żeby się nie krzywili albo mówili, 
że po co wpuszczam zimno. Nie poczułem żadnego wiatru, to dobrze, bo mógłby on chmury 
przegnać z nieba i śniegu by nie było. Konduktor. Jego głos doszedł do mnie tak samo jak 
przedtem: „siadać, siadać", z tej samej odległości, to dobrze, to bardzo dobrze, to mnie bardzo 
uspokoiło, chmurę z czoła mi przegnało.
Jechaliśmy.   Było   jeszcze   trochę   widać   za   oknem,   bo   jeszcze   przez   miasto   jechaliśmy 

background image

kawałek. Pusto było na ulicach, ale była noc przecież. Dlatego. Nocne życie miasta odbywa 
się w innym miejscu przeważnie. Zapaliłem papierosa znowu i patrzyłem, jak wyjeżdżamy z 
miasta, jak już mijamy te ostatnie budy podmiastowe baraki i jak w ciemność się wsuwamy.  
Ach,   chwile   były   znakomite   naprawdę.   Paliłem   papierosa,   czoło   o   szybę   opierając.   Dla 
ochłody. Bo ciepło było. Bardzo pięknie.
Była teraz druga godzina tej jazdy, druga młodość, ale nie zawsze, nie zawsze. Miałem twarz 
odwróconą do okna ciągle, czoło do szyby przyklejone, a myśli moje miłosne zanosiłem do 
łaźni raniutko, do sali pustej i lodowatej, ale już odkręcam wszystkie krany i kurki i woda się 
wydobywa, gorąca, tryskając, i już paruje dookoła, już się unosi lekka ciepłota rosnąca, woda 
leci na włosy, na głowę moją biedną, na plecy, na ciało całe znękane zmordowane, brudne od 
tego wszystkiego, ale gdzie chodzić, gdzie się kierować, gdzie się obracać? Miałem twarz 
odwróconą do okna ciągle, czoło do szyby przyklejone, a myśli moje miłosne zanosiłem do 
śniadania porannego, do baru mlecznego małego, gdzie czysto jest, kafle na ścianach wymyte, 
cerata na stołach porządna, nie porozlewane nigdzie, kupuję duże mleko, cztery chleby z 
masłem i serem, mleko jest gorące bardzo i parzy mnie w gardle od większych łyków, kiedy 
zaczerpnę, czysto jest dookoła, cicho, spokojnie, a ja sobie jem powoli, popijając.
Miałem twarz odwróconą do okna ciągle, czoło do szyby przyklejone, a myśli moje miłosne 
zanosiłem   do   lata   pięknego,   do  tej   pory  letniej   przepięknej,   jak   na  łące   jestem   leżąc,   w 
trawach nad wodą leżę sobie rozebrany, kąpałem się długo, pływałem, pluskałem, miłowałem 
się   z   wodą   długo,   a   teraz   ze   słońcem   się   miłuję,   z   tym   Bogiem   słonecznym   całuję   się 
swobodnie.
Tak.   Nadzieja   jest   niedobra.   Wiara   jest   dobra.   Najlepsza.   Ja   wierzę   niezmiernie.   Ze 
wszystkich moich głębin wierzę głęboko. Ktoś mnie kiedyś odkryje na pewno. Wiem. Zawsze 
to wiedziałem. Kiedyś będzie dobrze. Kiedyś będzie tak, że ani jedna zmora nie będzie nade 
mną wsiała. Ani jedna panika nie będzie mnie ścigać, nie będzie mnie przeganiać z miejsca na 
miejsce. Nic mi nie będzie przesłaniać jasnego widoku. Ani jedna czarna pieczęć. Zawsze to 
wiedziałem.   Dlatego   wszystko   wytrzymam.   Najgorsze.   Dlatego   mogą   sobie   dyndać   teraz 
zmory nad moją głową, raz wyżej, raz niżej. Tylko, że nieraz tak blisko dyndają, że aż strach 
mnie ogarnia, szaleństwo mnie strasznie ogarnia bojaźliwe, że nie daj Chryste Panie, jak 
jestem blisko końca końców. Ale to nie jest najgorsze jeszcze, bo wiara moja głębinowa 
zawsze wygrywa w końcu końców ostatecznym. Najgorsze są inne chwile, inne chwile dzie-
jów: strachu wtedy nie mam najmniejszego, zmory mnie nie gnębią, nic, smutku też nie czuję, 
żadnego zmartwienia, wszystko jest właściwie dobrze jakby, nie myślę o niczym, i to jest 
właśnie   to,   o   to   właśnie   chodzi,   bo   oto   głowa   zaczyna   mi   odchodzić   gdzieś   daleko,   od 
wszystkiego, co znam, czego nie znam, ale sobie wyobrażam, co mogę sobie wyobrazić. Nie 
jest to marzenie, bo nie widzę obrazów wymarzonych, zresztą nie mogę, bo nie mam głowy. I 
nie wiem, gdzie ona jest. W gwiazdach się ona nie obraca, bo to jest dla niej chleb powszedni, 
to gdzie się ona obraca? Ale to nie jest najgorsze jeszcze. W ogóle to nie jest ani najgorsze, 
ani najlepsze, ani w ogóle nic, bo nie mam głowy, jak już powiedziałem. Najgorsze są chwile 
potem. Kiedy głowa powraca na miejsce z wędrówki nieznanej pozagrobowej. Te chwile. To 
są chwile beznadziejne. Ale najgorsze, że to są chwile bez wiary, muszę to powiedzieć, bez 
wiary  mojej  wielkiej   głębinowej   w tamtego,   który  mnie  odkryje.   Muszę  to   powiedzieć  i 
muszę   powiedzieć,   że   mówię   o   tym   bez   skruchy,   ale   tak   jest.   O,   tak.   To   są   chwile 
beznadziejne.   To   są   chwile   bez   wiary.   Ratuje   mnie   tylko   własna   miłość   wtedy,   własne 
ubóstwianie, wiara w siebie jedynego. Mam twarz odwróconą do okna ciągle, czoło do szyby 
przyklejone, a myśli moje miłosne zanoszę do siebie samego.
Jechaliśmy. Cieszyłem się, że nie chce mi się szczać, że nie potrzebuję pchać się do kibla 
przez pół wagonu zawalonego. Rzadko widziałem taki pociąg zawalony. Wszyscy byli zbici, 
ramię w ramię stali milcząco. W dni przedświąteczne jakiegoś wielkiego święta tak jest. 
Szczególnie jak ma być Wielkanoc albo Boże Narodzenie za parę dni. Wtedy się rodziny 

background image

zjeżdżają do siebie, wszystkie gałęzie rodowe, wszystkie powinowactwa: wujkowie, ciotki, 
szwagrowie, szwagierki, kuzynostwo, teście, a także córki-studentki i synowie-studenci — 
przyszłość narodu, sam kwiat. Wszyscy się wtedy zjeżdżają. Ze stron dalekich i bliskich. 
Kilka dni naprzód już żyją w napięciu świątecznym. W tym nastroju. A kiedy nadchodzi 
dzień wyjazdu uroczysty, biorą pakunki i walizki, i na stację idą po bilet, choć pociąg ma 
przyjść za trzy godziny dopiero albo za cztery, ale to nigdy nie zaszkodzi. I siedzą potem, 
bilet kupiwszy, w poczekalni, w świetlicy, na oknach, gdzie się da, albo stoją, bagaże przy no-
gach blisko trzymają, torebki na kolanach, bo znają obyczaje panujące i różne nauczki mieli. 
A potem na perony wychodzą podróżnicy, pchają się w przejściu bardzo niecierpliwie, choć 
pociąg ma przyjść za godzinę dopiero albo za półtorej. Ale to nigdy nie zaszkodzi. A kiedy 
nadchodzi czas na przyjście pociągu oczekiwany, to tu ogłaszają przez głośnik, że pociąg nie 
przyjdzie na czas, że ma opóźnienie, w przybliżeniu jakieś trzydzieści minut albo czterdzieści, 
nikt nie wie. Nikt nie wie, bo ten w głośniku tak mówi, jakby się rycyny napił albo innego 
świństwa, jeden się drugiego pyta, ten mówi, że trzydzieści minut, ten, że czterdzieści minut, 
ten, że dwadzieścia. Pociąg przyjeżdża za godzinę, staje, jeszcze całkiem nie stanął, i wtedy 
dopiero się zaczyna walka o miejsca: komu one przypadną. Pchają się, kopią i przezywają 
wszystkie   gałęzie   rodowe,   wszystkie   powinowactwa:   wujkowie,   ciotki,   szwagrowie, 
szwagierki,   kuzynostwa,   teście,   a   także   córki-studentki   i   synowie-studenci   —   pociechy 
narodu, sam kwiat.
Jechaliśmy. Starałem się przypomnieć sobie, czy ma być jakieś wielkie święto za parę dni, ale 
niczego sobie nie mogłem przypomnieć. Chyba nic nie miało być. Boże Narodzenie miało 
być, ale dopiero za jakieś dwanaście dni. Może za dziesięć dni, ale wcześniej na pewno nie. 
To skąd taki tłok? Przedtem się nad tym nie zastanawiałem. Odpowiadało mi niezmiernie, że 
jest tłok, ale się nie zastanawiałem. Miałem myśli skupione gdzie indziej. Co innego miałem 
na   uwadze.   Własne   bezpieczeństwo.   Ale   ponieważ   było   dosyć   bezpiecznie,   dosyć 
bezpiecznie,   całkiem,   całkiem,   nie   mogę   powiedzieć,   to   puściłem   myśli,   żeby   się   trochę 
rozbiegały: gdzie im się podoba. Puściłem wodze i teraz mnie ten tłok nagle zastanowił. Skąd 
on może być? Święta żadnego za parę dni nie miało być na pewno. Ale może się coś stało, 
tam, gdzie ten pociąg jechał? Może tam się jakiś cud stał? Może tam coś się pokazało, jakaś 
zjawa? Może tam coś się wydarzyło nadprzyrodzonego w ludzkim mniemaniu? I wszyscy 
tam jechali, żeby to zobaczyć. Wszyscy tam jechali. Ze stron dalekich i bliskich. Bo to się 
roznosi   bardzo   szybko   taka   wieść   po   świecie.   Lotem   strzały.   Ale   chyba   nie   jednak,   bo 
przecież wszyscy by o tym mówili, gdyby tak było. Słyszałoby się głosy wokoło, w innym 
nastroju by się jechało, w religijnej atmosferze. W atmosferze tajemniczych sił. Każdy by coś 
opowiadał tematycznie: ten, jak go nastraszyło jakieś Ucho, wszelki duch Pana Boga chwali; 
ten, jak mu się matka cała w bieli pokazała, co już dawno umarła, wszelki duch Pana Boga 
chwali; ten, jak słyszał różne głosy ponad głową, wszelki duch Pana Boga chwali. Nie, nie. 
To by było ożywienie swoiste przez całą drogę. To skąd taki tłok? Gdyby się coś stało, toby 
mogły być wielkie straty w ludziach.
Pociąg kilka razy stanął  i była  teraz  śmiało  trzecia  godzina tej  jazdy,  ale  już nie trzecia 
młodość, podróżnicy już to odczuwali, przestawali mówić pomału, jeszcze niektórzy mówili: 
ci, co zawsze muszą mówić. Ja tam byłem najcichszy. Nie próbowałem z nikim nic nawiązać, 
ale w ogóle jestem taki, że wolę bardzo chętnie nic nie mówić. Nie dlatego, że nie mam nic do 
mówienia,   odwrotnie,   bardzo   odwrotnie,   ale   komu   mówić,   komu   opowiadać,   kto   na   to 
zasługuje? Dlatego wolę już słuchać chociażby. Raz słucham uważnie, raz nieuważnie, a jak 
nie ma co słuchać, to idę się przejść, a jak jest żarcie i picie przy stole, to siedzę i jednym 
uchem słucham, a drugim wypuszczam, jedząc sobie i popijając. A niech mi nikt nie mówi, że 
to   jest   oszukaństwo   albo   słowo   —   nielojalność.   Ja   znam   bardzo   dobrze   najmniejsze 
przewinienia i jak coś takiego zrobię, to sobie daję różne kary za to. Więc niech mi nikt nie 
mówi. Jeść trzeba i pić trzeba. To jest posiłek. Słuchać bardzo wiele razy nie potrzeba. Przy 

background image

jedzeniu się nie powinno mówić zresztą. Co innego podśpiewywać sobie cicho z radości.
Stałem odwrócony do okna ciągle, twarzą do niego i tak właśnie jednym uchem słuchałem, a 
drugim wypuszczałem, to, co mówili ci, co zawsze muszą mówić. Obracałem się dosyć długi 
czas w jednym środowisku, gdzie tak właśnie mówili członkowie tego środowiska, że lepiej 
było   wstać,   lepiej   było   wstać   i   iść   się   przejść,   mówię.   Mówię   o   tym   środowisku,   bo 
rzeczywiście obracałem się tam dosyć długo i miałem wielkie prawo tam być, największe pra-
wo ze wszystkich. Ale poznałem bardzo prędko, że to jest wielka hańba większość członków 
towarzystwa.   Czystość   tam   nie   królowała   ani   piękna   wstydliwość,   ani   duma,   ani   honor: 
najprostsze zalety człowiecze. Ciemne potęgi tam panowały, ciemne mechanizmy; podwójne 
oblicza i kopanie dołków. A uchodzili ci ludzie za wybranych i tacy powinni być, tacy mieli 
być, światło mieli nieść i prawdę. Jeszcze kiedyś powiem o członkach tego towarzystwa, je-
szcze kiedyś o nich powiem. I powiem więcej, bo dobrze ich poznałem, długo wśród nich 
przebywałem, bo chciałem wszystko poznać, wszystkie sprężyny. Żeby wydać wyrok.
Jechaliśmy. Odwróciłem się od okna teraz, twarzą do przedziału, żeby popatrzeć, oczy czymś 
zająć,   bo   zmęczenie   mnie   zaczynało   ogarniać   jednak.   Ręce   bym   umył   z   wielką 
przyjemnością. Co to jest? W pociągu od razu brudzą się ręce. Brud wchodzi za paznokcie nie 
wiadomo skąd. Nie patrzyłem sobie na ręce, wiedziałem, że mam brudne, ale nie chciałem na 
nie   patrzeć,   bo   brud   męczy   bardzo.   Tak   samo   brzydota   męczy   i   wiele   innych  rzeczy 
nieoczywistych. Coś mi się robiło w kąciku ust, strupek taki mały od zimna zaczynał mi się 
tam robić. Wyjąłem chusteczkę z kieszeni, którą wyprałem w łaźni miasta, bo lubię czyste 
chusteczki, tam, gdzie mogę, to piorę. Bardzo lubię czyste chusteczki duże na sześć, osiem 
rąk, prześcieradła takie małe, że można cały tydzień smarkać, i to dobrze, a nie dmuchać tylko 
w tkaninę, jak to robią fałszywie kobiety wykwintnisie. Wyjąłem chusteczkę, jak już powie-
działem, rozciągnąłem na sztywno i zacząłem pocierać mocno, jeździć po kąciku ust, żeby 
zetrzeć ten strupek, który mi się tam robił i który by się zrobił jeszcze większy, i by się długo 
nie goił, bo jakbym otwierał usta, to on ciągle by pękał i by się to długo babrało. A to się 
przenosi na poczucie zaraz, na humor, na zachowanie. To kaleczy od razu jedność duszy i 
ciała. Tak że lepiej to zetrzeć zupełnie. I to jest sposób. Najlepiej to robić czystym grubym 
ręcznikiem. Są takie ręczniki. Frotowe mają nazwę. Potem dobrze jest posmarować miejsce 
wodą kolońską albo kwiatową. Piecze z początku trochę, ale co jest za cierpienie. Jak byłem 
mały i jak się skaleczyłem albo coś takiego, to zawsze myślałem o Indianach: jacy oni byli 
mężni w cierpieniach i wytrzymali. Teraz też, nie jak mnie piecze w kącikach ust, bo to jest 
śmieszna igraszka, ale jak mnie boli ząb albo głowa na przykład, która boli mnie bardzo 
rzadko, ale za to, jak to mówią, w dwójnasób, to zawsze myślę o Indianach: jacy oni byli 
godni.
Lizałem   od   czasu   do   czasu   miejsce   w   kąciku   ust,   bo   ślina   ona   ma   swoje   właściwości 
lekarskie. W przedziale  grali w karty na walizce czterej  podróżnicy.  W korytarzu  dwóch 
rozmawiało o wojsku, czasy wojskowe wspominali z jednakowym uczuciem. Jak nimi po-
miatali i z gównem mieszali chamy nad chamy — oficerowie armii. Ale mimo to, to była 
szkoła życia, mówili, uniwersytet życia. Jednym uchem słuchałem, a drugim wypuszczałem, 
bo słyszałem takie wspominki tysiąc razy. W pociągach to się słyszy co rusz. Patrzyłem na 
tych w przedziale podróżników. Czterech grało w karty. Chciałem oczy czymś zająć, jakimś 
żywym obrazem, bo fala zmęczenia i senności atakowała mnie dosyć natarczywie, a nie był 
czas i miejsce na spanie. Było dobrze ciągle, nieźle zupełnie, jak mi spokój miły i obłoki na 
niebie, ale nie był czas i miejsce na spanie, mówię. I nie ma tu co rozwodzić bystrego umysłu.
W przedziale przy oknie mężczyzna i kobieta, kobieta tyłem do ruchu pociągu jadącego, mieli 
głowy pod płaszczami, a nogi ich były bardzo poplątane. Wyglądało, że spali. Tak wyglądało. 
Ale patrzyłem trochę dłużej na nogi im i zauważyłem, że nogi ich nie spały. Więc nie spali 
jednak. Gdyby spali, nogi też by im spały. I ręce, i uszy, i cała skóra Takie jest ogólne prawo 
ekonomiczne snu każdego. Piękne prawo. Prawo do odpoczynku człowieka. Ale przestałem 

background image

patrzeć na nogi im, bo to mnie męczyło: czekanie na nieznaczny ruch. Jak jestem na odczycie 
jakimś nieraz obecny, na przemówieniu jakimś i ktoś mówi, ach, różnymi słowami, ale co ja-
kiś czas mówi jedno i to samo słowo: „prawda" albo „jak by tu rzec", to mnie też to męczy, 
bo  w  ogóle  nie  uważam  wtedy,  tylko  czekam,  kiedy on  powie  to  swoje  słowo  puste.  Z 
początku bawię się w zgadywankę: o, teraz powie to słowo; ale potem już mi się nie chce i 
wstaję. Idę.
Więc przestałem patrzeć na nogi im i zacząłem patrzeć na żywszy ruch, na tych, co w karty 
grali na walizkach. Postawili dwie walizki na kolana sobie i grali na nich wjakąś grę, którą 
próbowałem   rozpoznać,   żebym   mógł   też   grać   razem   z   tym,   który   był   najbliżej   drzwi   i 
któremu karty widziałem dokładnie. Była to gra zwana remik albo „wariat" niektórzy na nią 
mówili. Brało się karty z kupki, po jednej po kolei, i układało sieje według kolorów albo 
figur. Ten pierwszy, który wszystkie czternaście kart ułożył, wygrywał. Znałem dosyć dobrze 
tę grę. Była to gra bardzo towarzyska. Grało się w nią w sferach inteligencji przeważnie, 
chociaż nie mogę powiedzieć, żeby ta gra była znowu taka wymagająca. Nieraz w nią grałem, 
kiedy w jakimś  domu  inteligenckim  się znalazłem.  Nie była  to gra taka szlachetna,  taka 
królewska jak szachy na przykład, albo wciągająca taka jak poker; entuzjastycznie w nią nie 
grałem,  bynajmniej, jak tam się mówiło, ale taki był  układ właśnie swoisty.  Miałem nie 
wracać do tyłu, nie cofać się w tył myślami, ale to nie można jednak. W pociągu wszystko się 
przypomina   jednak.   Wszystko   wraca   do   głowy   samowolnie.   Bez   wysiłków   żadnych 
myślowych. Jeszcze się jedno nie skończyło, to już drugie się zaczyna. Jeszcze się trzecie nie 
skończyło, to już czwarte. Taki jest układ znowu swoisty.
Zaczynało mnie odpadać zmęczenie i senność: ta fala. Zaczynało mnie to opuszczać, wielkie 
dzięki. Wielkie dzięki. Że przejechałem taki kawał drogi, wielkie dzięki. Że już żyję taki 
kawał czasu: dwadzieścia parę lat, wielkie dzięki. Że są góry i morza, i rzeki, wielkie dzięki. 
Że jest wiosna i lato, i jesień, wielkie dzięki. Że jest zima, wielkie dzięki. Że są pola i lasy, i 
słońce, i lasy cieniste, wielkie dzięki. Że są psy i krowy, i kozy, wielkie dzięki. Że jest ziemia 
i niebo, że są chmury, wielkie dzięki. Że może będzie padać śnieg, wielkie, wielkie dzięki.

Koniec miesiąca marzec

Śpię w ogrodzie. W budzie, gdzie syn gospodarza albo jakiś stary wynajęty pilnuje latem 
czereśni, a jesienią orzechów przed złodziejaszkami i przed takim jak ja. Ale teraz jest koniec 
marca i nie ma o tym mowy. W ogóle nie ma nawet żadnej mowy o najmniejszym kawałku 
zielonego czegoś, pączku jakimś na drzewkach, czy żeby się kora zaczynała lekko zielenić, a 
co dopiero mówić tam o czereśniach. O orzechach to nawet jeszcze marzyć nie warto w tej 
chwili. To byłby bardzo stracony czas. Jest koniec marca, mówię, a nie wygląda wcale, żeby 
to był  koniec miesiąca marzec. Wygląda, jakby to był sam środek miesiąca styczeń albo 
miesiąca luty. Wygląda, jakby to było drugie rozkwitanie tamtych miesięcy. Od tygodnia już 
przeszło mróz trzyma  ostry,  wiatry wieją przeklęte  północno-wschodnie, coś jak wilk mi 
dzisiaj mignęło w lesie, w tych stronach równinnych to jest niepodobne. Tak, nie wygląda 
wcale, że po miesiącu marzec ma być miesiąc kwiecień za parę dni. Nie wygląda zupełnie, 
żeby się miało zaczynać budzić nowe. To był chyba lis. Po nocach nic nie słyszę takiego. 
Były dwa ładne dni: słońce grzało już dosyć i tak było jaśniejąco, każdy najmniejszy robaczek 
myślał już sobie chyba, że to się zaczęło, że teraz będzie coraz weselej z dnia na dzień, coraz 
cieplej, coraz, coraz.
Sprawdzałem dzisiaj wnyki w lesie. Znowu nic się nie złapało, a tu już mi się zaczyna robić 
niedobrze w głowie z głodu. Drugi dzień nic nie jem. Drugi dzień nic nie jem i nie wygląda 
wcale na to, żebym  miał  coś dzisiaj przekąsić cokolwiek. Nie wygląda na to. Czereśnie, 

background image

orzechy — to są rzeczy niesamowite. Lepiej się było wcale nie ruszać z budy, widzę teraz, 
tylko leżeć spokojnie i robić jak najmniej ruchów. Bo one na pewno denerwują jakoś apetyt. 
Więc lepiej było leżeć spokojnie. Jeszcze ziemia była dosyć ciepła od wczorajszego ognia, co 
go rozpaliłem pod wieczór w samej budzie właśnie, w środku, żeby się ziemia nagrzała na 
noc na spanie. Paliło się z pół godziny, nie za mocno, pilnowałem, żeby nie za mocno, żeby 
się nie zapaliła buda moja od ognia. Dymiło z początku straszliwie, na dwór musiałem co 
chwila wychodzić, a potem już w środku siedziałem, jak przestało kopcić. Żarzyło się jeszcze 
spory czas, bardzo dobrze, potem rozdeptywałem wszystko nogami równo po całej budzie. 
Potem rozłożyłem na to kapotę i sam też się rozłożyłem. I leżałem spokojnie, bo to już był  
cały boży dzień, jak nie jadłem, więc nie chciałem wychodzić i robić niepotrzebne ruchy, 
choć   była   noc,   jasna   i   gwiaździsta,   widziałem   jak   zapadała,   śnieg   lśni   w   takie   noce 
niezmiernie wspaniale i chrzęści pod butami, błyszczy pod księżycem i cisza jest, dostojność 
niewymowna wprost, że to są noce zupełnie nie dla ludzi stworzone. Absolutnie nie. Ale nie 
wywlokłem się z budy, chociaż wiedziałem, że tak właśnie jest na dworze, jak napisałem, 
albo   i   jeszcze   ładniej   nawet.   Byłem   głodny   i   tu   się   usprawiedliwiam.   Nie   chciałem 
chodzeniem denerwować głodu. Jakbym nie był głodny, to już by mnie taka noc dwadzieścia 
pięć   razy   wyciągnęła   i   zaniosła   na   horyzont.   Ale   ponieważ   byłem   głodny,   to   leżałem 
spokojnie i myślałem o wielu różnych, różnych fantastycznych rzeczach, bo ja mam zdolność 
myślenia   straszliwą.   Nie   mówię   przez   to,   że   moje   myśli   są   straszliwie   mądre   i   piękne 
wszystkie, takie jak te siedem cudów świata na przykład albo jak perły na dnie morza. Nie. Są 
takie i takie. Różne. Ach, jakie smutne mam nieraz myśli  w głowie, Jezus mój. Dlatego 
właśnie powiedziałem przedtem, że mam zdolność myślenia straszliwą. Dlatego tak właśnie 
nazwałem przedtem tę moją zdolność: że ona jest straszliwa. Ach, jakie smutne ja miałem 
wczoraj myśli, jak tak leżałem w ciemnościach z otwartymi oczami. Ja nie mówię tego, żeby 
się skarżyć. To nie są absolutnie słowa uskarżające. Ja jestem od tego bardzo daleki. A te 
myśli były od tego jeszcze dużo dalej. Te moje wczorajsze myśli to nie były myśli, co by się 
do kogoś albo do czegoś odnosiły, do jakiegoś żywego czy do jakiegoś martwego człowieka, 
czy do jakiejś rzeczy. To były myśli na wolnym powietrzu i one do niczego się nie odnosiły. 
To były myśli straszliwie smutne, mogę powiedzieć, takie smutne, mogę powiedzieć, że się w 
tym czasie przestaje istnieć zupełnie, że się przestaje żyć. To jest takie, że to już nie jest 
nawet smutne w dalszym ciągu. To jest na pewno straszliwie smutne z początku, ale potem to 
już przechodzi w zastyganie zupełne, w zatrzymanie się życia i czasu, na czystym, na wolnym 
powietrzu jest człowiek rozciągnięty. Na samej przestrzeni. Nic innego nie ma, tylko jest ta 
przestrzeń jedynie i to ona jest straszliwa. O, tak, tak. Nigdy nie byłem tak blisko tego wy-
tłumaczenia,   tego   spróbowania   wytłumaczenia   stanów   tych   moich,   które   mnie   nieraz 
napadają i tak rozciągają, rozwieszają na przestrzeni.
Tyle o tym mówię i tak przejmująco cały czas, bo to mnie właśnie tak przejmuje zawsze do 
głębi, jak to sobie przypomnę, wszystko na bok odstawiam i tylko na tym próbuję skupić całą 
moją logikę, nad tym jej się każę zastanowić: jak by to można było wytłumaczyć coś takiego. 
W tej chwili  nawet, kiedy taki głodny leżę  w budzie, zmęczony jestem,  przez całe  rano 
sprawdzałem wnyki w lesie, nic się nie złapało, co zrobić, w tej chwili nawet, kiedy taki 
głodny leżę, południe już minęło, półtora dnia nie miałem nic w zębach, to myślę o tym, bo 
mi się przypomniało, jak mnie wczoraj napadło to zjawisko. Mogę jeszcze trochę powiedzieć, 
że to zjawisko mnie nieraz spotyka przy średnim słońcu, kiedy już, już, ma wyjść słońce zza 
chmury, ale jeszcze nie wyszło, i jest takie światło wtedy niezmierne wyraźne i wszystko jest 
takie   bardzo   wyraźne   dookoła,   ogólny   widok   i   szczegóły,   że   się   przestaje   wierzyć   w   to 
wszystko, przestaje się to widzieć, no i zaczyna się ta moja dziwna dola.
Ale starczy już na dzisiaj. I tak zaszedłem dzisiaj tak daleko jak nigdy. Że nic nie jadłem już 
półtora dnia, to też znaczy, że w tym dość daleko zaszedłem, chociaż zachodziłem już trochę 
dalej: trzy dni. Słyszę nieraz, jak mówią niektórzy, jakby nigdy nic, że trzy dni nic nie jedli 

background image

albo i więcej, to mnie się wydaje, że oni coś tu nadużywają wolność słowa. Leżę w budzie, 
południe już minęło, na dworze słońce jest piękne migotliwe, śnieg tak błyska, że nie można 
patrzeć prawie, ale tu też bardzo przyjemnie w budzie, ciemnawo, miło bardzo jest, to trzeba 
powiedzieć...
W zimie jednak człowiek się prędzej w mieście wyżywi, bo latem to w polu i w lesie można 
żyć jak złoto i jeszcze dosyć sporo waluty uskładać. Za konwalie, za jagody, za borówki, za 
maliny. Za chojaki od chłopów, za tyczki najwięcej, jeszcze jak się ktoś buduje, szopę stawia 
czy komórkę, to od razu większą ilość zamówi, to jest robota nieraz nieprzerwana przez całe 
siedem późnych wieczorów. W ogóle można wyjść z lasu zupełnie i do kosy się nająć, a 
potem do cepów, a jak jest maszyna, parówka, to można za parówką chodzić całe lato od 
gospodarza do gospodarza,  od wioski do wioski, żarcie dają przy maszynie  ekstra klasa, 
można   od   razu   spanie   na   tę   jedną   nockę   załatwić   u   gospodarza   i   jeszcze   waluta   leci 
normalnie,  naprawdę można  uskładać  sporo oszczędności. Trzeba  się natyrać,  to prawda. 
Najgorzej to ja nie lubię wykopków. W ogóle nie lubię tej roboty, i te baby. Zasuwają, że nie 
można nadążyć  i obmawiają wszystkich po kolei, całą wieś i jeszcze trzy wokoło. Potem 
zaczynają o swoich chłopach opowiadać, że mój to taki, a mój taki, nic się nie wstydzą wcale. 
Z jednej strony to dobre, bo robota prędzej zleci i patrzeć, a już południe. Ale nie przepadam 
raczej za tą robotą. Tylko że to jest taki czas: wykopki, że nie ma prawie żadnej innej roboty 
w polu w tym czasie, wszystko już sprzątnięte, zasiane, zaorane; raniutko, jak się w pole 
wychodzi, to zimno, już szron, to jest właściwie w polu koniec roboty. No, buraki też są 
jeszcze w tym miesiącu. Kartofle to już się przebiera potem w domu, a dłubanie fasoli na 
zimę się zostawia, na te długie wieczory koło piecyka. Tak, latem to w polu można zarobić 
zawsze,   jak   się   chce.   Latową   porą   ludzi   zawsze   w   polu   jest   za   mało.   Dwa   lata   temu, 
pamiętam, zarobiłem wielkie mnóstwo waluty. Natyrałem się też jak wół, ale zarobiłem na 
całą zimę. W ogóle na choinki nie poszedłem tego roku do Szwajcarskiej Doliny, tyle miałem 
waluty. Nie chodzi o to, że byłem zupełnie w drugim końcu ojczyzny,  ale miałem dosyć 
waluty i piękne spanie miałem akurat załatwione na całe święta, aż do Trzech Króli. Bardzo 
niedobrze  zresztą zrobiłem.  Paru klientów przez to straciłem.  Tej  zimy,  jak poszedłem z 
choinkami przed Bożym Narodzeniem, to w paru domach mi powiedzieli, że nie potrzeba, że 
już u kogo innego mają obstalowane. W tamtym roku mieli u mnie obstalowane, a ja nie 
przyniosłem i oni musieli w samą Wigilię kupować na rynku takie landary, że wstyd, ale co 
mieli robić. Więc ja bardzo przepraszałem, że to rzeczywiście nieładnie z mojej strony, że ich 
tak zostawiłem na pastwę losu, ale oni się uparli, a ja nie próbowałem ich namawiać, bo 
uznałem, że rzeczywiście mogą mieć do mnie pretensje za złamanie solidności.
Myślę sobie teraz, że to rzeczywiście był z mojej strony nieładny krok i jak tak kiedyś będzie, 
że   nie   będę   potrzebował   chodzić   po   choinki,   to   trzeba   będzie   wszystkich   moich   ludzi 
wcześniej zawiadomić, że nie mają co z choinkami na mnie liczyć. Trzeba będzie tak zrobić, 
żeby być w porządku.
Ale właściwie teraz to myślę o innej rzeczy, która jest bardzo ciekawa jednak, chociaż się 
prawie nigdy o niej nie myśli, taka jest schowana pod płaszczykiem. Leżę ja sobie tutaj na 
przykład, w mojej budzie, brzuch mi z głodu gada cały czas, po co ja mam jeszcze o tym 
rozpowiadać, a tam gdzieś, w innych geografiach, są inne krainy, słońce tam teraz świeci, 
niebo błękitne całkowicie, a na dole zielono znowu całkowicie, ogrody owocowe, czereśnie, 
morele, Jezus mój, więc jest tam to wszystko i jeszcze inne dobroci nieopisane, aja tam na 
przykład nie jestem. A mnie tam na przykład nie ma, mówię, i to jest niby w porządku, i to 
jest niby normalny bieg dziejów. Aleja tak prędko nie mogę tego pojąć, bo dlaczego ja na 
przykład jestem akurat tutaj, a nie jestem akurat tam? Czy jakbym nie był tutaj, a był na 
przykład tam, czy to nie byłby tam tak samo normalny bieg dziejów? Czy to by nie było 
wszystko w porządku? Jakbym był tam? Ja myślę, że to byłoby też wszystko w porządku i 
nawet w jeszcze lepszym porządku. Dlatego że jak ja przebyłem sześć miesięcy wiatrów, 

background image

deszczów, gradów, śniegu, mrozu i bezrobocia, to dlaczego nie mam teraz żyć w ciepłym 
lekkim wiaterku, w słońcu, w obfitości jadła, owoców i roboty, i w otoczeniu malowniczym? 
Dlaczego ja nie mam chcieć się takiego czegoś spodziewać? Takiego dalszego ciągu? Czy to 
nie tak powinien wyglądać normalny bieg dziejów? Na pewno tak.
O to właśnie chodzi, że się o takich prostych rzeczach nie myśli zupełnie, tylko się żyje głupią 
nadzieją. Już nieraz mówiłem, że nadzieja jest niedobra, fałszywa, zwodnicza i tak dalej, i 
mydli tylko oczy. Wiara, mówię, wiara jest jedyna. Leżę tu w swojej budzie, brzuch mi coraz 
gada, nigdy nic nie miałem,  i wiara, mówię, wiara. I nie mówię tego, żeby sobie dodać 
otuchy, że jestem w takiej sytuacji niezazdrosnej, zima, mróz, brzuch mam cały spustoszony, 
lato i Pan Turowski i Pan Artur kochany są daleko, nie wiedzą, gdzie jestem, ale myśl mam 
jasną, rozum mam jasny i wyraźny, kiedy mówię cichutko: wiara, wiara jest jedyna.
Nie będę już nigdzie dzisiaj chodzić za jakimś jedzeniem. Nie chce mi się w ogóle ruszyć. 
Jeszcze tak nie jest, żebym ledwo żył. Jeszcze wcale tak nie jest. Tak się łatwo nie zdycha. 
Jest źle i to jest właśnie jeszcze nieźle. Całkiem źle toby było wtedy, jakby już się zaczynało 
robić dobrze. Jeszcze tak ze mną nie było, ale słyszałem, że to tak jest właśnie. Że taki on jest 
ten ostatni stan. Że to jest nawet najmilsza chwila tego życia. Ja to nieźle rozumiem.
Na  dworze  wieczór  już  na  pewno  zapada.   Miesiąc   temu   to  już  byłaby  dawno  noc  o  tej 
godzinie. Ale teraz dni są dużo dłuższe już. A w ogóle to chcę powiedzieć, że chyba zmienia 
się klimat jednak. To się daje zauważyć. Dawniej, pamiętam, koniec marca to już była wiosna 
w pełnej zieloności. Miesiąc czerwiec, miesiąc lipiec, sierpień, wrzesień to były miesiące lata 
wspaniałego gorącego. Teraz lato to nie jest żadne lato, tylko ciepła jesień. Te parę ostatnich 
lat na przykład albo ostatnie weźmy, czy to było lato? Było trochę gorących tygodni i to się 
nazywało   lato.   Reszta   to   była   ciepłozimna   jesień:   deszcze   i   deszcze,   wszystko   gniło   na 
polach, zboże powalone na wszystkie strony, żyto się kosiło jak saradelę zupełnie, morgę trzy 
dni. Maszyny, to ja ich nie widziałem na polach. Ale widziałem za to, jak ludzie sierpami 
sprzątali. Biedaki. Nie każdy może sobie oranżerię postawić i pomidory flancować tam w 
podgrzewanej temperaturze. Nie każdego na to stać, żeby sobie taki własny ciepły klimat 
wybudować.   A   co   się   wtedy   dzieje   w   miastach?   Drożyzna   i   panika.   Ludzie   wszystko 
wykupują. Co się tylko pokaże: cukier, sól, mąkę, kaszę, makaron i co się da.
Weźmy teraz, jaka jest zima. Śnieg prawie nie pada. Jak pada to wodnisty, błoto się robi, 
straszna berbelucha, a nie piękny biały dywan. Potem mróz złapie trochę, wszystko zamarza, 
niebezpieczeństwo powstaje duże na drogach i szosach. I tak jest i jest, jeden tydzień, trzy 
tygodnie. Śnieg nie pada nic, tylko świszczę wiatr. On się potem odwraca i zaczyna wszystko 
z powrotem odmarzywać i znowu się robi straszna berbelucha. A nie piękny biały dywan. I 
tak jest i jest, potem złapie mróz, potem znowu odwilż i nagle pada grad. Czy to nie jest 
zupełne   pomieszanie   sezonów?   Ludzie   mówią,   że   to   wszystko   przez   bomby   atomowe   i 
wodorowe, a ja czytałem, że uczeni dosyć podobnie się na to zapatrują.
Trochę się dziwię, że mnie nie boli głowa z głodu, ani nic, ani brzuch mnie właściwie nie 
boli, tylko tak bulgoce w środku, raz cicho, raz głośno, że aż się podskakuje. Co to może być? 
Chyba puste powietrze. Tak, że nic mnie nie boli, tylko się jakoś strasznie ostro czuję, jestem 
w bardzo ostrym stanie. Nie wiem, jak to powiedzieć, ale to słowo „ostre" jest dobre. Na 
przykład, mam bardzo ostro nastawiony rozum, myśli. Ale co by nie powiedzieć, to już cały 
drugi boży dzień, jak nie jem, i rzeczywiście nie ma co więcej o tym mówić, bo po co żyć w 
świecie wymarzonych obrazów, w świecie utopijnym.
Na dworze, na tym świecie, noc już jest. Noc. Taka sama jak wczoraj na pewno. Księżyc już 
wyszedł chyba, tak jakbym go czuł, śnieg zaczyna migać i dostojność się powoli rozpościera. 
Cisza też panuje bezmierna. Nic nie słychać, z lasu żadnego głosu, ze wsi, z nieba, znikąd. I ja 
leżę cicho. Cicho i dostojnie. Tak jak przystało. Oczy mam otwarte, a w głowie wielkie stada 
myśli.
Wojna. Leżę w budzie cały czas cicho i dostojnie, tak jak przystało, i myślę o słowie wojna. 

background image

Trochę się dziwię, że mogę myśleć o takich różnych rzeczach: o smutku, o różnych robotach 
w polu, co są, o nadziei, o klimacie, o słowie wojna teraz na przykład. Trochę się dziwię, że 
pusty brzuch mi w tym nie przeszkadza ani ślina, to znaczy wielki apetyt. To znaczy trochę 
chleba z cebulą albo trochę kartofli ze solą, albo trochę mięsa jakiegoś, wołowiny, baraniny, 
wieprzowiny,  koniny,  co bądź, a jakby nic z tego, to przynajmniej kawał czekolady. Ale 
niepotrzebnie zapędzam się w świat utopijny, widzę. Wojna. Słowo wojna. Mówię słowo 
wojna, bo samej wojny to nigdy dobrze nie widziałem. Chociaż może i trochę widziałem, ale 
nie pamiętam. Co pamiętam, to dwóch partyzantów pod lasem, jak strzelali do samolotu. Ja 
tam do nich przyszedłem i dostałem od jednego strasznie w dupę, a jak przyszedłem do domu, 
to dostałem jeszcze więcej. I jeszcze co pamiętam bardzo dobrze, to jak wjechali Amerykanie 
na czołgach i rzucali gumę do żucia, czekoladę i pomagali dziewczynom wchodzić na czołgi. 
Co to znaczy słowo wojna, dowiedziałem się nie tam, a tu, jakżeśmy tu przyjechali po wojnie. 
Tutaj mnie dopiero uświadomili. I nikt lepiej by nie potrafił tego zrobić. Bo największa i 
najstraszliwsza wojna to była, zdaje się, tutaj. Nauczyłem się tutaj o słowie wojna bardzo 
dużo. Mam teraz o tym słowie bardzo wiele wyobrażeń. Mówię słowo wojna, a nie wojna, bo 
sam na wojnie nie byłem i nie walczyłem do ostatniej kropli krwi. Wszystko, co wiem, wiem 
z opowiadań, z filmów i książek. To nigdy nie będzie to samo, co widzieć na własne oczy 
bombardowanie,   rozstrzeliwanie,   odrywanie   dzieci   od   matek,   kopanie   w   głowę,   palenie, 
torturowanie,   zachowywanie   się   tak,   że   człowiek,   to   widząc,   przestaje   się   nazywać 
człowiekiem, nie chce już być więcej człowiekiem, chce być małpą z powrotem, wrócić do 
małp,   tylko   nie   być   człowiekiem,   jak   taki   gestapowiec   jest   też   człowiekiem.   Ja   tego 
wszystkiego na oczy nie widziałem, mówię. Ja nie wiem, co by się ze mną zrobiło, jakbym to 
widział na własne oczy. Ja tylko nieraz widzę takie rzeczy na filmach i jak wychodzę, to idę 
sztywno wyprostowany jak ślepy i mówię do siebie cicho: Ja nie chcę być człowiekiem, ja nie 
jestem człowiekiem". Tak idę długi czas po ulicach jak nieżywy prawie, ale jakby mnie ktoś 
dotknął, toby go chyba przeszedł prąd.
Wojna. Słyszałem nieraz takie powiedzenie, że wojna to kara na ludzi za to, że źle żyją. Że 
żyją w rozpuście. To prawda, to jest święta prawda, że ludzie żyją tak, a nie inaczej. Ale co to 
jest za kara na złych ludzi, jak giną na wojnie, tak samo i dzieci, tyle dzieci i tyle spokojnych, 
nie dobrych i nie złych ludzi, co żyje z pracy rąk po wsiach i po miasteczkach, i po wielkich 
miastach. I jak ginie tak samo ta garstka, ta garsteczka niewinnych, czystych zupełnie, jak ona 
topnieje w oczach coraz bardziej. Więc nikt nie ma prawa takiej kary ustanowić. Nikt. Żaden 
człowiek i żaden naród. Mogę to udowodnić każdemu człowiekowi i każdemu narodowi. I 
jeszcze co to jest za kara, jak ci, co karzą, co są, jak to mówią, ramieniem tej kary, są nie 
lepsi, ale dziesięć razy gorsi.
Biedni są ludzie. Ja wiem, jacy są ludzie w większości, jaki jest straszny upadek w ludzkich 
sferach, ja wiem dobrze. Ale mogę jednak powiedzieć ze spokojnym sumieniem, że ludzie są 
biedni w jednym: w tym, że człowiek nie zależy od siebie, że tyle ludzi nie zależy od siebie, 
tylko od paru jakichś ludzi albo od jednego nawet człowieka, który, czy ja wiem, co mu się 
może nagle przywidzieć. Biedni są ludzie w tym właśnie. Że nawet umrzeć muszą nie wtedy, 
jak się tego spodziewają po chorobie, co ich pożera, czy po starszym wieku już: sześćdziesiąt, 
siedemdziesiąt, osiemdziesiąt lat, zależy jak u kogo, tylko wybucha wojna i ludzie padają 
pokotem.
Leżę  w budzie cały czas, pół dnia  już prawie tak leżę, żeby nie denerwować głodu, ale 
normalnie to ja przez cały dzień chodzę, a nie leżę. Normalnie to ja całe boże dnie chodzę 
sobie, jeżdżę, jak się da, tu jestem parę dni, potem gdzie indziej się przenoszę, potem znowu 
gdzie indziej i ja w tym wiecznym ruchu spotykam dużo, bardzo dużo ludzi, i bardzo rzadko 
tych samych, tylko ciągle nowe oblicza. Więc powiedzieć, że ja w tym moim wiecznym ruchu 
jeszcze   nie   spotkałem   takiego   człowieka,   co   by   mówił,   że   chce   wojny,   albo   się   tak 
zachowywał dwuznacznie czy obojętnie. Wszyscy się zachowują niedwuznacznie. I to jest 

background image

jasne. Ludzie chcą żyć.
Oczy już mi się zaczynają kleić. Ludzie chcą żyć. Ludzie chcą żyć. Tylko jak chcą żyć: 
złodzieje   chcą   kraść,   pyszałkowie   chcą   się   pysznić,   hieny   chcą   żerować,   oszuści   chcą 
oszukiwać,  bandyci,  fir-cyki,  skąpcy,  plotkarze,  dewotki,  krzykacze,  pijacy,  przemądrzali, 
intryganci. Zatracają wszystkie uczucia, ostatnią godność, ostatnią godność.

Miecz Damoklesa

Wyspałem się, co to jest za wielkie szczęście. Dziesięć godzin prawie spałem bez żadnego 
przebudzenia i nic mi się nie śniło złowrogiego, tylko rozmaite kolorowe rzeczy mi się śniły 
niezwykłe. Dziesięć godzin spałem z tymi kolorami. Ech, gdybym wiedział, komu trzeba za 
to dziękować. Idę sobie teraz ulicą w podskokach, podskakuję sobie, pogwizduję sobie.
Tak idę w podnieceniu, bo wesoły jestem, wesoły jestem nad wyraz, cały jestem napełniony 
wesołością.   Wielkim   szczęściem.   A   ile   sił   mi   przybyło   przez   to   spanie   długie 
dziesięciogodzinne: dziesięć sił. Nerwy się nie szarpały. Spały sobie. Dziesięć godzin bez 
przerwy odpoczywały w krainie marzeń i snów. Dobrze im tam było. Dobrze nam tam było. 
Jaszczurki, co są na murze w słońcu rozciągnięte, nie mają lepiej. A czy one nie mają raju, jak 
się  tak  na  murze  rozciągną  leniwie,   na kamieniach   rozgrzanych,  przymrużą   oczy,   a Bóg 
słoneczny nad nimi i cała pora latowa, cisza, powietrze drgające?
Tak mówię w podnieceniu, bo wyspałem się tak dobrze, mocno i to jest najlepsza rzecz na 
świecie, jaka może tylko być, lepszej rzeczy nie ma, może być tylko taka sama druga rzecz: 
wyspać się tak samo drugi raz. Ech, żeby tak można było spać co dzień, dziesięć, dziewięć 
godzin bez przerwy, bez demonów, spokojnie sobie spać. Żebym tak spał co dzień, jak dzisiaj 
się   wyspałem,   to   mógłbym   przez   cały   dzień   bardzo   wiele   pięknych   czynów   wykazać. 
Mógłbym   tak   chodzić   i   promieniować,   żeby   się   ludzie   oglądali,   a   jakby   koło   mnie 
przechodzili, to już by potem szli inaczej, nie tak samo, jak szli, nie wiem, jak, ale nie tak 
samo na pewno.
Ale to jest na pewno rzecz niemożliwa  spać spokojnie co dzień.  Wszyscy widzą, że nie 
rozpoczynam od tego: czy to jest rzecz możliwa spać spokojnie co dzień, bo to jest oczywista 
prawda, że to jest rzecz niemożliwa. Dlatego od razu mówię, że to jest rzecz niemożliwa, 
dlatego od razu łączę jedno z drugim. Bo jak tu można spać spokojnie? Jak tu można spać 
spokojnie, kiedy się widzi wszystko i słyszy,  kiedy się ma uszy i oczy otwarte i chociaż 
trochę czułości się ma, nie mówię o sobie, chociaż trochę wrażliwości nerwowej szlachetnej, 
nie mówię o sobie, trochę serca sprawiedliwego, nie mówię o sobie, już nie chcę lepiej mówić 
o sobie. O, jeśli jest niebo. Jeśli jest Bóg na niebie. Jeśli on jest dobry, widzi wszyst ko i 
słyszy, to ja nie wiem, czy on może spad spokojnie. To ja nie wiem, ja nie wiem, czy on w 
ogóle jest, taki Bóg na niebie.
Czy   to   jest   rzecz   możliwa?   Wszyscy   widzą,   że   rozpoczynam   od   tego:   czy   to   jest   rzecz 
możliwa, a nie mówię od razu, że to jest rzecz niemożliwa, nie łączę od razu jednego z 
drugim, chociaż może to jest taka sama prawda oczywista, że nie ma nic na niebie, jak ta 
prawda, że nie można spać spokojnie co dzień. A dlaczego tak nie mówię? Dlaczego tak nie 
mówię   od   razu?   —   niektórzy   się   zapytają.   Wielka   nauka   postępowa,   czy   ona   nie 
wytłumaczyła tyle rzeczy fantastycznych? Czy ona nie zbadała tylu rzeczy tajemniczych: róż-
ne dziwy? Czy nie otwiera się wszystko powoli przed nią: największe nieobjęte niezmierzone 
obszary   niebiańskie   i   te   najmniejsze   nieobjęte   niezmierzone   tak   samo   krainy:   ziarnka, 
nasienia, pyłku kwiatowego? Wiec dlaczego nie mówię od razu, że nie ma, nie ma Boga na 
niebie wysokim ani w sercu nasienia najmniejszego, nigdzie? Dlaczego tak nie mówię od 
razu? Dlaczego tak nie mówię?

background image

Bo tęsknię. O, Boże. Puchem jestem, pyłkiem kwiatowym w tych niezmierzonych wielkich 
nieobjętych obszarach niebiańskich, przenoszę się z miejsca na miejsce, z planety na planetę, 
z miasta do miasta, wiatr mnie gna, zima, mróz, ziąb od ziemi tej skorupy, miecz Damoklesa, 
żelaza, ruchy ogniste, wyziewy, lawa, miecz Damoklesa, budowle żelazne, chmury ołowiane. 
O, Boże, Boże, puchem jestem marnym, pyłkiem kwiatowym maleńkim i gdzie ja tu mam 
najmniejszą miłosność wyszukać? Gdzie tu jest kawałek ziemi? Gdzie ja tu mogę zakwitnąć, 
Boże, na tych blachach wszędzie wokoło, co krok to blacha, żelazo, beton, trybunały, miecz 
Damoklesa,   o,   Boże,   Boże   mój,   dlaczego   nie   ma   ciebie?   Gdzie   ty   jesteś?   Gdzie   ty   się 
podziewasz? Gdzie ty się obracasz, Boże mój? W jakich stronach?
Siedzę w kawiarni na przykład, szukam ciebie, patrzę, rozglądam się wokoło, w krąg, śmieją 
się jedni, drudzy się nie śmieją, piją kawę jedni, a ci herbatę, a ci leśny owoc piją, a ci czytają 
takie   pismo   brukowe,   a   ci   znowu  takie   pismo   brukowe  czytają,   ten   pan  ma   siwe   włosy 
sędziwy, ta młoda pani ma fioletowe włosy, ta starsza pani ma zielone włosy, tamta pani 
korale ma na szyi, ten pan, co z nią rozmawia, trzy albo cztery brody ma, też korale posiada 
własne   prywatne,   a   ten   młody   okulary   ma   ciemne   słoneczne,   choć   wieczór   jest,   późny 
wieczór dosyć, słońce zaszło już dawno, o, bardzo dawno słońce już zaszło, na stolikach 
kwiaty są, kwiatki-margaretki, widzę, widzę to wszystko, słyszę, mam oczy i uszy otwarte, 
ale nie widzę, nie widzę ciebie, Boże mój, nie widzę zupełnie, ja bym cię zobaczył, jakbyś 
był, jakbyś tu był, jakby tu tylko twoje słowo było, twój palec boży, twój duch, twój puch 
maleńki, pyłek najmniejszy, okruch, ja bym od razu wiedział, choć puchem jestem, pyłkiem 
kwiatowym, okruchem, ziarnkiem, minimalnym, ale jestem, ja jestem, ja tu jestem.
A teraz na dworcu jestem, w sali barowej, zima, mróz, wiatry lodowe mnie tu przygnały, 
papierosa palę i grzane piwo popijam, papierosa pociągam i widzę, jak inni piją piwo, a inni 
jedzą, bigos w głównej mierze, a te panie chłopki mają własne żarcie, własną wałówkę, po 
dwie herbaty ino zakupiły, a ta biała panienka z kuchni jest, z wózkiem jeździ i brudne talerze 
zbiera, brudne szklanki, brudne kufle, całą brudną zastawę, jakiś chłopak jej się spodobał, bo 
śmieje się do niego i on się do niej śmieje, a obok dwóch się kłóci cały czas, jak tylko 
przyszedłem, przedtem już chyba zaczęli, jak mnie tu nie było, jak gdzie indziej byłem, jak 
gdzie indziej cię szukałem; kłócą się oni zatem więc, nie wiem, o co idzie, jeden piwo pije, a 
drugi je bigos i mówi do tego pierwszego, że on ludzi potopił, a jeden młody, też co obok stoi, 
śmieje się i mówi: „bul, bul, bul, bul"; a ten, co ludzi potopił, mówi do tamtego, że to on jest 
hiderowiec   i   ludzi   marnował,   bo   on   to   tysiące   Niemców   zabił   w   partyzantkach,   to   ten 
hitlerowiec   mówi:   „bandyta   jesteś,   złodziej   nie   partyzant",   to   złodziej-bandyta   mówi   do 
hiderowca: „ty łachudro, ty gnoju ty", i nagle nic nie mówią, przestali mówić nagle, tylko 
patrzą na siebie, żeby zabili oczami, jakby było można, żeby się zagryźli jak wściekłe psy, 
żeby jeden drugiego w łyżce wody utopił, i nagle gnój-łachudra odzywa się do bandyty, co 
trzyma swój kufel siłą woli: „I co się tak patrzysz? Głodny jesteś, co?" A bandyta zapytany 
jak nie wybuchnie z większym szyderstwem, z większą ironią i wyższością: „Ech, ty gnojku! 
Patrz łachudro".  I pokazuje mu  z kieszeni pół litra wódki rzeczywiście.  „Widziałeś?" — 
mówi. „A ty słyszysz?" — mówi. I z drugiej kieszeni brzęczy walutą, monetami dzwoni. 
Najpierw mu na oko pokazał, a potem na ucho, a obok inni się gromadzą, przeważnie młodzi 
bandyci, śmieją się, podburzają tych dwóch do dalszej walki słownej, żeby się przemieniła w 
walkę ręczną może, mają nadzieję, widzę to, widzę to wszystko i słyszę, mam oczy i uszy 
otwarte, ale gdzie tyjesteś, Boże mój, nie widzę tu ciebie, ja bym cię zobaczył, ja bym cię 
odnalazł od razu, jakbyś tu był, tak cię szukam wszędzie, wokoło, w krąg wszędzie, gdzie je-
stem.
W pociągu jestem. Z gór powracam. Byłem tam trochę. Koniec lata mamy. Pusto jest dosyć. 
Siedzę w przedziale sobie. Przy oknie dwie kobiety nie młode, nie stare rozmawiają jedna do 
drugiej, ale chyba do siebie:
— Liście już opadają, widzi pani.

background image

— Jesień.
— Nie lubię, wie pani, jak liście opadają. Nieprzyjemnie.
— Tak, smutno się robi.
Tak sobie gadają o tym i o tym. Nie są młode, nie są stare, ale są więcej stare niż młode.
Patrzę za okno. Widzę tam kolory jesienne: rudy kolor wspaniały, inne wspaniałe kolory, 
zbocza widzę — do macania jakby ustawione — żeby je dotykać, niebo jest w obłokach 
wędrujących,   lasy   od   połowy   zbocza,   pola,   łąki,   ziemia   uprawna   jak   najwyżej,   niektóre 
zaorane już pola, na zimę, na zagon już, zboże jeszcze nie sprzątnięte widzę, tu i tam, na co 
oni czekają, na co oni czekają? Na deszcze? Będą potem kradli to zboże z pola w przerwach 
między   deszczami,   w   tych   krótkich   przebłyskach,   ale   i   tak   zgnije   im   potem   w   stogu, 
spleśnieje, zbutwieje, będą snopy rozwiązywać i na klepisku po trochu suszyć, i już maszyna 
nie da rady, tylko cepami trzeba będzie, ale i tak im nie będzie sypać dobrze jak należy, po 
dwa razy będą musieli obracać posady, jak dzikie woły się narobią, ale i tak gdzie ty jesteś, 
Boże? Gdzie ty jesteś?
Ja jestem w górach jeszcze ciągle. Ta sama jesienna pora roku jest, ta sama godzina, minuta 
może tylko nie ta sama, ale te same dziesięć minut jest na pewno, bo nie minęło więcej, jak w 
pociągu   byłem   przed   chwilą   i   oglądałem   przez   okno   te   zbocza   namacalne   i   te   kolory 
rudobrązowe, i wyskoczyłem z pociągu, bo tak mi się zachciało po polach i po zboczach 
pochodzić jeszcze raz: takie pragnienie, zanim tu kiedyś wrócę do gór, zanim tu się znajdę 
znowu. Wyskoczyłem z pociągu, co szedł bardzo wolno, na hamulcach cały czas, bo z góry 
dosyć spadzistej jechaliśmy w dół, i jakby nie hamował, toby go strasznie rozpędziło, a jakby 
nie miał w ogóle hamulców, jakby mu nawaliły czy co, toby go strasznie głęboko w równinę 
zapędziło, tam by dopiero mógł stanąć, to znaczy jakby nie zrzuciło go z torów po drodze na 
jakimś   ostrym   zakręcie   śmiertelnym   albo  jakby  go nie  spotkał  jakiś inny pociąg   na tym 
samym torze — co by to było za straszne nieszczęście. Co by to była za straszna żałoba w 
wielu, wielu domach miejskich, wiejskich i na przedmieściach. A co to by była za straszna 
nadzieja przedtem w tych domach u tych ludzi, że może on został jeszcze jeden dzień w tym 
górskim uzdrowisku, może zabrakło mu pieniędzy, może ona spóźniła się na ten pociąg, może 
zabrakło jej pieniędzy, nie zna tam nikogo, nie będzie od obcych pożyczać, może akurat on 
spotkał   kogoś   od   pierwszego   wejrzenia,   może   ona   tak   samo   (może   akurat   on   i   ona   się 
spotkali?) i zakochali się od pierwszego wejrzenia, i zostali jeszcze kilka dni, jeden dzień 
chociaż postanowili jeszcze zostać razem; różne, rozmaite, bardzo najprzeróżniejsze nadzieje 
wynajdują w tych domach rodziny zagrożonych, te rodziny tknięte, i układają to wszystko też 
bardzo, bardzo najprzeróżniej w kwiat nadziei, że może jednak, może jednak nie pojechali 
tego dnia wyznaczonego tym pociągiem przeznaczonym — każdy sobie w głowie wynajduje, 
każdy sobie w głowie kombinuje i układa w myśli cichutko, pokornie, pokornie bardzo. Ale te 
wszystkie kwiaty nadziei. Przychodzi telegram zwiastujący parę słów, parę słów. Boże mój. 
Nie trzeba już teraz wynajdywać nadziei, układać kwiaty-nadziejki, nie trzeba, teraz one się 
same ułożą — w wieniec nagrobkowy.
Więc byłeś tam, Boże mój? Czy ty tam byłeś? Widziałeś, jak to nastąpiło? Słyszałeś ten huk, 
metal o metal, zgrzyty przeraźliwe, metal w metal? Widziałeś, jak to się wywalało na kupę 
wszystko na boki, jak to się roztrzaskiwało, jak te grube szyby pryskały lekko, słyszałeś ten 
huk, ten trzask? Ten grzmot? Widziałeś ten widok piekielnie straszliwy? A widziałeś, jak 
długo   potem   jeszcze   koła   się   u   wywalonych   do   góry   brzuchem   wagonów   kręciły   coraz 
wolniej, coraz wolniej? A słyszałeś, jeszcze dłużej potem jeszcze, ucho do blachy poharatanej 
przystawiwszy, jak brzęczało coś tam, szumiało, jakby morze szumiało w muszli? Widziałeś i 
słyszałeś to wszystko? Miałeś oczy i uszy otwarte? Byłeś tam? To gdzie byłeś? Gdzie?
A może byłeś tam? Może tam byłeś? W środku? W piekle? Może widziałeś ich wszystkich, 
twarze ich, oczy ich? Może widziałeś ten widok? A może widziałeś, jak się spotkali: on i ona? 
Jak się oni spotkali jednak? Bo nigdy nie jest za późno. Więc może wchodzili razem do tego 

background image

pociągu osobno jako obcy i dopiero tam się oni zobaczyli: ona jego, on ją. A zobaczywszy 
siebie,   zapomnieli   wszystko,   dawne   swoje   życie,   rodziny   swoje,   nazwiska,   imię   nadane, 
wszystko, i zaczęli iść do siebie, przez wagon, który już się cały zanosił, zaczęli iść do siebie, 
uśmiechając się nieśmiało przepięknie, nie widzieli nic, nie wiedzieli nic, nie mieli w głowie 
tego, że jadą na złamanie, nie czuli nic, jak ich kopie, popycha naród oszalały, szli do siebie 
przez tę wielką histerię, przez ten strach niezmierny, przez te wszystkie uczucia targające 
ludzkość, szli swoje do swojego, coraz bliżej i bliżej, że nie mogę już dalej, nie mogę już 
dalej mówić, bo dech mi zatyka i słów już na to nie mam, tylko łzy mam w oczach. Płaczę.
Płaczę. Idę ulicą i płaczę. Łzy mi wchodzą do ust. A taki byłem wesoły nie tak dawno, tak 
sobie szedłem w podskokach wesoło. A teraz płaczę. Cały brzuch mi się trzęsie od płaczu.
1960-1962