background image

 

Jarosław Błotny 

 

Multiplum 

 
 
Słuchał 

porannych 

wiadomości 

płynących 

rozsypującego  się  lampowego  Tandberga,  gdy  usłyszał 
pisk  hamulców  pod  oknem.  Przydzielona  mu  po  jakimś 
folksdojczu  zaniedbana  kawalerka  ulokowana  była  na 
parterze.  Oprócz  zawilgoconych  ścian  i  powyrywanej 
instalacji  elektrycznej  oferowała  zastawę  kuchenną  z 
oznaczeniami Wehrmachtu, wyszczerbiony piec kaflowy i 
spory  zapas  węgla  w  piwnicy.  O  jej  wcześniejszych, 
wysiedlonych  polskich  właścicielach  nic  nie  wiedział. 
Chyba  właśnie  dlatego  stąpał  ostrożnie  po  trzeszczącej 
podłodze,  jakby  obawiał  się,  że  pod  deskami  ktoś  ukrył 
zbiór  pamiątek  albo  rodzinne  archiwum.  Kiedyś  nawet 
przyśniły  mu  się  zmumifikowane  zwłoki  dziecka, 
spoczywające  pod  posadzką.  Obraz  ten  nękał  go  później, 
ilekroć  gdzieś  natykał  się  na  rozeschnięte,  skrzypiące 
deski. 

Wstał od stołu, podszedł do okna i stwierdził, że to po 

niego. Brzdęk, brzdęk, brzdęk. Kierowca został w jeepie, 
a pasażer tłukł sygnetem w blaszany parapet. 

–  Nie  wal  tak,  człowieku  –  burknął.  –  Niedziela. 

background image

Pobudzisz wszystkich. 

Odsłonił postrzępioną firanę i dał znać, że jest już na 

nogach i zaraz wyjdzie. 

Wyłączył  radio,  dopił  kawę  i  zdmuchnął  płomień  w 

naftowej  lampie.  Wyszedł,  zapinając  kurtkę  i  nakładając 
na  głowę  uszankę,  którą  Amerykanie  docenili  przed 
dwoma  laty  w  Ardenach.  Odgłos  zamykania  drzwi 
mosiężnym  kluczem  poniósł  się  po  klatce  schodowej  jak 
wystrzał z rewolweru. Atmosfery grozy dopełniło upiorne 
skrzypienie  bramy  wejściowej.  Na  zewnątrz  padał 
pierwszy zimowy śnieg, a w powietrzu unosiła się wilgoć 
ustępującej jesieni i zapach zmrożonych liści. 

–  Słyszał  pan,  kapitanie?  –  zapytał  sierżant  Szaj.  To 

on stukał w parapet. Siedział obok kierowcy, zakutany w 
zimowy  płaszcz 

US

  Army  z  naszywkami  polskiej 

żandarmerii i trząsł się z zimna. Wykręcił głowę do tyłu w 
oczekiwaniu na odpowiedź. 

– Słyszałem – odrzekł Seweryn Sendler, sadowiąc się 

pod plandeką na tylnym siedzeniu. 

–  Prusy  Wschodnie  z  Alsztynem  mają  zostać  przy 

Polsce  –  ciągnął  Szaj  z  tym  swoim  trudnym  do  ukrycia 
kresowym zaśpiewem. 

– Z Olsztynem – poprawił Sendler. 
–  Z  Olsztynem,  panie  kapitanie.  To  dobra 

wiadomość. 

–  Bardzo  –  odrzekł  Sendler  i  wyciągnął  z  kieszeni 

kurtki paczkę papierosów. 

Samochód  ruszył.  Dojechali  do  ulicy  Górna  Wilda, 

background image

wzdłuż  której  ciągnęły  się  zburzone  lub  wypalone 
zabudowania  fabryki  Cegielskiego,  podczas  wojny  znane 
jako  Deutsche  Waffen  und  Munitionsfabriken.  Sendler, 
jako  miłośnik  broni  palnej,  wiedział,  że  kiedyś 

DWM 

produkowała  w  Niemczech  kultowy  pistolet  Parabellum, 
przez  Amerykanów  zwany  Lugerem.  Z  niewiadomych 
powodów cieszył się on wśród jankeskich oficerów jakąś 
niezrozumiałą  estymą.  On  sam  tej  zawodnej  broni  nie 
wziąłby nawet do ręki. 

Głęboko  wciśnięty  w  fotel  przypatrywał  się 

pierzejom  ulic.  Były  szare  i  poznaczone  wojennymi 
bliznami.  W  niektórych  oknach  widział  mdłe  światła 
lamp.  Jeep  podskakiwał  na  wybojach,  a  pęd  powietrza 
wyrywał spod plandeki kłęby papierosowego dymu. Ulice 
były  puste  i  dopiero  w  okolicach  ruin  fortu  Grollmana 
dostrzegł  grupki  ludzi  podążających  w  okolice  stadionu 
miejskiego, gdzie ciocia 

UNRRA 

wzniosła swoje magazyny 

i  prowadziła  dystrybucję  towarów  pierwszej  potrzeby dla 
polskich przesiedleńców z tzw. Ziem Odzyskanych, które 
niebawem miały znowu wrócić do Niemiec. 

 

* * * 

 
Sierżant  Antoni  Matysiak  właśnie  rozpalał  ogień  w 

kaflowym  piecu,  gdy  pojawił  się  Sendler.  Pokój,  który 
przydzielono  sekcji  polskiej  korpusu  żandarmerii 

US

 

Army,  był  pełen  dymu,  więc  kapitan  natychmiast  jak 
najszerzej otworzył okno. 

background image

– Nie ma cugu – usprawiedliwił się Matysiak. – Musi 

być komin przytkany. 

Miał  za  sobą  roczną  służbę  w Milicji  Obywatelskiej, 

z  której  zdezerterował,  gdy  wiosną  Amerykanie 
rozpoczęli  ofensywę  znad  Łaby.  Ponieważ  sojusznicy 
wykluczali  na  razie  powołanie  do  życia  miejscowej 
policji,  przygarnęła  go  amerykańska  żandarmeria. 
Najwyraźniej  nie  przeszkadzały  jej  wcześniejsze  związki 
Matysiaka z sowieckimi władzami okupacyjnymi. Sendler 
też  nie  miał  nic  przeciwko  temu.  Skoro  Jankesom  nie 
przeszkadzały  ich  własne  związki  z  Wehrmachtem, 
maszerującym  u  ich  boku  już  pod  nową  nazwą  na 
Wschód,  to  dlaczego  mieliby  mieć  cokolwiek  przeciwko 
młodemu człowiekowi, który nie uciekł z Poznania wraz z 
komunistami?  A  na  dodatek  sprezentował  im  ciężarówkę 
cennych z policyjnego punktu widzenia dokumentów? 

–  Prusy  i  Gdańsk  zostają  przy  Polsce  – 

zakomunikował Matysiak. 

– Ale Wrocław i Szczecin już nie – odrzekł Sendler i 

nie  zdejmując  czapki  ani  kurtki,  usiadł  przy  biurku,  na 
którym  stała  nowiutka  maszyna  do  pisania  marki 
Remington i stary poniemiecki telefon biurowy. 

– Pieprzyć ten cały Breslau i pieprzyć ten cały Stettin 

–  machnął  ręką  Matysiak  i  przysiadł  się  do  Sendlera.  – 
Wymarali  dla  nas  ruskie  jakieś  klunkry  na  gemyli,  a  my 
mamy  się  z  tego  cieszyć.  Przecież  tam  nigdy  Polski  nie 
było. 

– Ale mogłaby być. 

background image

– A po co? Przez sto lat musielibyśmy całować za to 

po  łapach  tego  ochlapusa  Stalina.  Pieprzyć  je,  panie 
kapitanie,  i  to  oba  dwa,  i  Breslau,  i  Stettin,  od  razu.  Ja 
brynczeć  po  nich  nie  będę,  poradzimy  sobie  bez  nich. 
Zresztą,  jak  to  Szaj  mawia,  jedna  bomba  atomowa  i 
wrócimy znów do Lwowa! 

Sendler  podniósł  się  i  otworzył  drzwi,  żeby  zrobić 

przewiew, bo samo otwarcie okna niewiele dało. 

–  Dzwonił  już  ktoś?  –  zapytał,  wskazując  ruchem 

głowy telefon na biurku. 

Matysiak potwierdził: 
– Ledwo żem drzwi otworzył. 
– Pilne? 
– Befel z góry. Trup w szpitalu na Szkolnej. 
Sendler zrobił wielkie oczy. 
–  A  to  ciekawe...  Jakiś  szpital,  w  którym  jeszcze 

dotąd nikt nie umarł? 

Matysiak nie wychwycił sarkazmu. 
– W ancugu nieboszczyka było złoto – odparł. – Jakiś 

szaber, bo sporo tego złota miał. Ale bez pośpiechu, panie 
kapitanie,  wszystko  rychtyk  zabezpieczone.  Chcą, 
żebyśmy  popęchcili,  skąd  je  miał  i  czy  czasem  nie  było 
tego więcej. 

– Gdzie to? 
– Szpital? Przy Starym Rynku. 
–  Napal  więc  w  tym  piecu  i  pojedziemy.  Dużo  ci  to 

jeszcze zajmie czasu? 

– Trzy na ósmą będę gotowy. 

background image

– Czyli kiedy? 
– Piętnaście po siódmej. 
–  Okay.  Na  miejscu  zadecyduję,  kto  poprowadzi 

sprawę. 

 

* * * 

 
Pojechali  we  dwóch,  bo  kierowca  miał  niedzielny 

dyżur przy półciężarowym dodgeu, a sierżant Szaj został, 
żeby  porządkować  papiery  z  poprzedniego  tygodnia. 
Prowadził  Matysiak.  Znał  miasto,  więc  pomimo  gruzów 
na  ulicach,  których  jeszcze  nie  zdążono  uprzątnąć  po 
wkroczeniu  wojsk  generała  Bradleya,  zajęło  im  to 
zaledwie kwadrans. Wjechali na podwórze trzypiętrowego 
kompleksu budynków, którego część straszyła oczodołami 
wypalonych  okien.  Dookoła  unosiła  się  ostra  woń 
spalenizny  i  szpitalnych  medykamentów.  Na  szczęście, 
chciałoby  się  powiedzieć,  bo  dzięki  temu  skutecznie 
tłumiła  trupi  odór  zgliszcz  otaczających  kompletnie 
zrujnowany Stary Rynek. 

W  sekretariacie  dyrekcji  szpitala  czekał  na  nich 

karton  z  rzeczami  nieboszczyka,  jego  podniszczone 
dokumenty i laboratoryjne naczynie pełne złotych  monet. 
Usiedli  przy  stole  i  wysypali  je  pod  czujnym  okiem 
szpitalnego  portiera,  który  ich  tu  przyprowadził,  a  teraz 
przyglądał  im  się  podejrzliwie.  Monety  zabrzęczały 
szlachetnie,  a  Matysiak  aż  pogładził  się  z  zachwytem  po 
podbródku. 

background image

– Ale bejmy – westchnął. 
– Stare – zauważył Sendler. 
–  Rzymskie  –  odezwał  się  ktoś  w  drzwiach  za  ich 

plecami. Miał na sobie biały fartuch, binokle na nosie i ani 
jednego  włosa  na  błyszczącej  głowie.  Nie  sposób  było 
określić, czy ma trzydzieści czy siedemdziesiąt lat. 

Sendler jeszcze raz przyjrzał się monetom. Stanął mu 

przed  oczami  rysunek  z  podręcznika  historii  w 
stanisławowskim  liceum  im.  Staszica  i  uczący  łaciny 
profesor  Maćków,  który  w  ramach  ćwiczeń  odpytywał  z 
bitej na rzymskich monetach tytulatury cezarów... 

–  Adam  Romanowski  –  przedstawił  się  lekarz.  –  To 

na moim oddziale zmarł właściciel tych monet. 

–  Jeśli  oczywiście  był  ich  właścicielem  –  zaznaczył 

Sendler. 

– Oczywiście. 
Podali sobie ręce. 
– 

Kapitan 

Seweryn 

Sendler, 

sekcja 

polska 

żandarmerii us Army. Gdzie pan znalazł te monety? 

Romanowski wszedł w głąb pokoju. 
–  W  waciaku,  który  miał  na  sobie,  gdy  go 

przywieziono z ulicy. Były zaszyte w rękawach. Z tym że 
znaleźliśmy je, dopiero gdy po śmierci zaczęliśmy szukać 
jakichś  dokumentów,  bo  miał  przy  sobie  jedynie  kartki 
aprowizacyjne  na  nazwisko...  –  Romanowski  zerknął  do 
notatnika,  który  trzymał  w  lewej  ręce,  i  dokończył:  – 
Bartkowiak.  Eustachy  Bartkowiak.  Leżał  u  nas  trzy  dni  i 
zmarł. 

background image

– Na co, panie ordynatorze? 
Romanowski  zdjął  binokle  i  schował  je  do  kieszeni 

białego  fartucha.  Dopiero  teraz  Sendler  zauważył 
zmęczenie  malujące  się  na  jego  twarzy.  Ale  nie  było  to 
zmęczenie  przepracowanego  lekarza.  Sendler  domyślił 
się,  że  w  życiu  Romanowskiego  więcej  było  strat  niż 
zysków. 

–  Nie  wiem,  panie  kapitanie.  Prawdopodobnie  na  to, 

na  co  wszyscy  teraz  umierają.  Niedożywienie  i  wszy.  W 
karcie  zgonu  wpisaliśmy  tyfus  powrotny.  Chory  pojawił 
się  u  nas  z  wysoką  gorączką  i  biegunką,  wyniszczony  i 
półprzytomny.  Od  samego  początku  nikt  nie  dawał  mu 
większych szans. 

– Rozumiem. Wie pan, gdzie mieszkał? 
Romanowski jeszcze raz sięgnął do notatnika. 
– Tak, wiem. Na kartkach aprowizacyjnych był adres: 

Wioślarska 12. 

Sendler rzucił pytające spojrzenie na Matysiaka. 
–  Po  tamtej  stronie  Warty  –  odparł  sierżant.  –  Aby 

bez most pontonowy i rug-cug będziemy na miejscu. 

Sendler zwrócił się do Romanowskiego: 
– Czy moglibyśmy dostać jakiś karton? Chcielibyśmy 

zabrać wszystko, co do niego należało. 

Romanowski  skinął  na  portiera,  który  przestępując 

nerwowo z nogi na nogę, przysłuchiwał się rozmowie. 

–  Panie  Wincenty,  poszukamy  czegoś,  prawda? 

Mamy  sporo  kartonów  po  lekach  i  materiałach 
opatrunkowych. 

background image

Portier  szybko  wyszedł.  Romanowski  zbliżył  się  do 

Sendlera. 

–  A  monety?  –  zapytał.  –  Dostanę  jakieś 

pokwitowanie? 

– Oczywiście. 
–  W  takim  razie  poproszę.  –  Romanowski  wyrwał 

kartkę  ze  swojego  notatnika  i  podał  Sendlerowi  razem  z 
wiecznym piórem. 

Sendler  usiadł  przy  stole  i  wypisał  pokwitowanie. 

Matysiak  w  tym  czasie  umieścił  z  powrotem  monety  w 
naczyniu i przejrzał pobieżnie rzeczy zmarłego. Staranniej 
obmacał  jedynie  poły  waciaka  z  rozprutymi  rękawami. 
Doktor  Romanowski  obserwował  go  z  pobłażliwym 
uśmiechem. 

–  Chcielibyśmy  go  zobaczyć,  panie  doktorze  – 

zażądał 

Sendler, 

przekazując 

Romanowskiemu 

pokwitowanie. 

– Bartkowiaka? 
– Tak. Zaprowadzi nas pan do niego? 
– Oczywiście. 
Zaczekali  na  portiera,  który  przyniósł  duży  karton  z 

nadrukami 

IG

 Farben. Nie sposób było nie zwrócić na nie 

uwagi. 

–  Jeszcze  niedawno  produkowali  Cyklon  B  – 

powiedział bezbarwnym głosem Romanowski. – A dzisiaj 
dostajemy od nich leki i środki dezynfekujące. 

Nie  wiedzieli,  co  odpowiedzieć,  ani  Sendler,  ani 

Matysiak.  Sendler,  bo  bał  się  wciągnięcia  w  dyskusję,  w 

background image

której  tacy  jak  on  –  żołnierze  Andersa  –  już  nie  raz 
musieli 

tłumaczyć 

się 

cynizmu 

polityków, 

zawierających 

brudne 

sojusze, 

Matysiak, 

bo 

interesowała  go  tylko  najbliższa  przeszłość  i  przyszłość, 
wczoraj i jutro, reszta była niewarta uwagi. Poza tym nie 
wiedzieli, co kryje się  w  głosie  Romanowskiego –  zarzut 
czy uznanie? 

Matysiak  pod  czujnym  okiem  lekarza  zapakował  do 

kartonu  zdezynfekowane  rzeczy  Bartkowiaka,  a  Sendler 
zgarnął  ze  stołu  naczynie  z  monetami.  Spojrzeli 
wyczekująco na doktora. 

– Proszę za mną – usłyszeli. 
Poszli  ponurymi  korytarzami,  które  wypełniała  ostra 

woń  kreoliny  używanej  do  dezynfekcji.  Sendler 
machinalnie  przysłonił  twarz  rękawem  kurtki,  co 
zauważył Romanowski. 

– 

Nienawidzę 

tego 

zapachu 

– 

spróbował 

wytłumaczyć  się  Sendler.  –  Byłem  ranny  i  spędziłem 
prawie  trzy  miesiące  w  amerykańskim  szpitalu  we 
Włoszech. 

Odpowiedź 

Romanowskiego 

zabrzmiała 

jak 

nokautujący cios w żołądek: 

–  A  ja,  panie  kapitanie,  spędziłem  trzy  lata  w 

Mauthausen.  To  był  obóz  koncentracyjny.  Gdyby  nie 
kąpiele  w  lizolu,  nie  przeżyłbym  tam  nawet  roku. 
Przyzwyczaiłem się. 

Kurwa mać, pomyślał Sendler. Wcisnął twarz jeszcze 

głębiej  w  rękaw  kurtki  i  postanowił  się  już  nie  odzywać. 

background image

Dotarli  do  klatki  schodowej,  która  sprowadziła  ich  do 
słabo  oświetlonej  piwnicy.  Tutaj  smród  chemikaliów  stał 
się  mniej  dokuczliwy,  zapewne  dlatego,  że  skutecznie 
wyparł  go  mdły  zapach  martwych  ciał.  Romanowski  nie 
zwracając  uwagi  na  dwuosobową  obsługę  kostnicy, 
podprowadził  ich  do  szeregu  prostych,  drewnianych 
trumien,  stojących  jedna  obok  drugiej  na  całej  długości 
korytarza.  Jedna  z  nich  była  odstawiona  na  bok. 
Romanowski,  wskazał  ją  głową,  a  Matysiak  odstawił 
karton  z  rzeczami  nieboszczyka,  podszedł  do  niej  i 
odsunął  wieko.  Pochylili  się  nad  trumną  z  dwóch  stron, 
prawie jednocześnie, Matysiak i Sendler. 

–  Jak  on  miał  w  papierach?  –  zapytał  Matysiak.  – 

Bartkowiak? 

Doktor Romanowski potwierdził skinięciem głowy. 
–  Ady  tam,  to  nie  jest  żaden  Bartkowiak,  panie 

kapitanie 

– 

Matysiak 

zwrócił 

się 

do 

swojego 

przełożonego. 

Zdziwiony Sendler odprowadził go na bok. 
– O co chodzi? 
Matysiak  zerknął  na  doktora  Romanowskiego,  który 

choć  równie  zaskoczony  jak  Sendler,  nie  miał 
najwidoczniej  zamiaru  przysłuchiwać  się  ich  rozmowie, 
bo oddalił się dyskretnie. 

–  O  co  chodzi?  –  powtórzył  półgłosem  Sendler,  gdy 

zostali sami. 

–  Panie  kapitanie,  nie  żeby  zaraz  jakaś  famuła  albo 

kompel, ale przecież ja go znam – wyszeptał Matysiak. – 

background image

W  Wojewódzkim  Urzędzie  Bezpieczeństwa  Publicznego 
gmerał przy folksdojczach. To ubek, Eliasz Kronprinc. 

 

* * * 

 
– Nazwisko? 
– Kindler... 
– Imię? 
– Konstanty... 
Przesłuchiwany  siedział  na  drewnianym  zydlu 

pośrodku  pokoju,  który  rozświetlała  słaba  żarówka.  Miał 
na  sobie  spodnie  z  podwiniętymi  nogawkami  i  szarą 
koszulę,  która  kiedyś  była  biała.  Koszula  upstrzona  była 
plamami  zaschniętej  krwi,  a  kołnierzyk  naderwany. 
Przesłuchiwany  trząsł  się  cały,  może  z  wyczerpania,  a 
może ze strachu, i nie śmiał podnieść opuszczonej głowy. 

Przesłuchujący  włączył  lampę  biurkową,  rzucającą 

snop  światła  na  spoczywający  wprost  pod  nią  cienki  tom 
akt  w  tekturowej  oprawie  oraz  leżące  na  nich  – 
niezapisaną kartkę papieru i zaostrzony ołówek. 

–  Nazywam  się  Eliasz  Kronprinc  i  mam  stopień 

porucznika  –  powiedział.  –  Zamierzam  ci  opowiedzieć 
pewną historię, Kindler. 

Wytwornym gestem zapalił pogniecionego Biełomora, 

po czym wstał i przespacerował się po pokoju. 

–  Była  sobie  mała  lubelska  wieś,  w  której  mieszkała 

rodzina o nazwisku Ulm. Było ich ośmioro: ojciec, matka i 
szóstka  dzieci.  Ostatnie  urodziło  się  już  za  okupacji. 

background image

Dobrzy  byli  z  nich  ludzie,  więc  przygarnęli  Żydówki: 
babcię  Ryjkę,  jej  dwie  córki:  Gusię  i  Fredzię  oraz 
córeczkę Gusi, której imienia nikt nie zapamiętał. Żydówki 
ukrywały  się  w  leśnej  ziemiance,  do  której  Ulmowie  co 
jakiś czas dostarczali jedzenie i picie. 

W  1942  roku  jakiś  skurwysyn  doniósł  o  Żydówkach 

na  granatową  policję,  a  stamtąd  wiadomość  dotarła  do 
Niemców.  Z  Łańcuta  przyjechał  oddział  żandarmów, 
którym  dowodził  odpasiony  folksdojcz  z  Wielkopolski,  i 
rozstrzelał ukrywające się Żydówki: babcię, jej dwie córki 
i małą wnuczkę. Słyszałeś o tej historii, Kindler? 

Zapadła  cisza.  Przesłuchujący  pochylił  się  nad 

rozdygotanym  aresztantem  i  wydmuchnął  mu  dym 
papierosowy  prosto  w  twarz.  Przesłuchiwany  zaniósł  się 
nerwowym 

kaszlem. 

Potem 

zaczął 

konwulsyjnie, 

bezgłośnie łkać. Tym razem nie było wątpliwości, że to ze 
strachu. 

Przesłuchujący 

wrócił 

za 

biurko, 

usiadł 

na 

skrzypiącym  krześle  i  niedbałym  ruchem  uniósł  okładkę 
akt, jakby chciał sprawdzić, czy nic z nich nie zaginęło. 

–  Tutaj  wszystko  jest,  Kindler...  Raporty,  zeznania 

świadków,  nawet  zdjęcia...  Wiesz,  co  się  później  stało  z 
Ulmami? 

Zgasił papierosa o kant biurka, a niedopałek upuścił 

na ziemię i zgniótł go pod obcasem. Rozparł się wygodnie 
na krześle. 

– Niepoprawni byli. Dwa lata później przyłapano ich 

znowu  na  szmuglowaniu  Żydów,  Szali  i  Goldman  się 

background image

nazywali,  w  sumie  osiem  osób.  Niemcy  w  ramach 
kolejnego  Judenjagd  rozstrzelali  wszystkich,  Żydów  i 
Ulmów, dorosłych i dzieci. Folksdojcza z Wielkopolski już 
tam wtedy nie było, pewnie rozbijał dziecięce główki albo 
strzelał w plecy komuś innemu gdzie indziej... Albo... 

Przesłuchujący  zawiesił  głos,  sięgnął  do  kieszeni  na 

piersi i położył przed sobą na biurku małą, złotą monetę. 
Po chwili zakręcił nią bączka. Przyglądał się, jak moneta 
traci  rozpęd,  zaczyna  wirować  coraz  bardziej  bezładnie, 
aż  w  końcu  przewraca  się,  wydając  metaliczny  odgłos,  i 
nieruchomieje. 

–  Albo  zajął  się  szabrownictwem,  bo  mu  się 

polowania  na  Żydów  znudziły  –  powiedział  po  chwili.  – 
Inni  się  dorabiali  w  bardziej  cywilizowany  sposób,  to 
dlaczego nie on? 

Wstał zza biurka i podszedł do przesłuchiwanego. 
– Skąd ty, Kindler, masz takie monety? 
Przesłuchiwany  podniósł  głowę.  Zrobił  to  z 

niebywałym  wysiłkiem.  W  jego  oczach  pojawił  się  błysk 
nadziei.  Uczepił  się  tonu  w  głosie  przesłuchującego 
niczym  ostatniej  deski  ratunku.  Przeciągnął  językiem  po 
miejscu z przodu szczęki, gdzie kiedyś były zęby. 

– Ja mogę... 
–  Wiem,  co  możesz,  Kindler!  –  wrzasnął  ubek.  – 

Jedyne, co możesz, to mówić prawdę, jasne?! 

– Tak, panie poruczniku... 
– No!... Może wtedy znajdziemy jakiś sposób, żeby nie 

rozgłaszać  wszem  i  wobec,  jak  nazywał  się  folksdojcz  z 

background image

Wielkopolski,  który  dowodził  mordercami  Żydówek  od 
Ulmów – wskazał ruchem głowy akta na stole. – W końcu 
to tylko zapisany papier, co nie? Szybko żółknie, atrament 
też nietrwały... Słowa, słowa, słowa... No, więc? 

– Powiem wszystko, panie poruczniku... 
– ... poruczniku Kronprinc. 
– Poruczniku Kronprinc... Mam więcej takich monet, 

panie poruczniku Kronprinc... Mogę... 

Przesłuchujący znienacka tupnął nogą w podłogę. 
–  ...  wa  mać,  przecież  już  ci  mówiłem,  co  możesz, 

Kindler! 

– Monety... 
– Sram na twoje monety, Kindler, jasne?! 
Konstanty Kindler zrobił bezbrzeżnie zdziwioną minę. 
Zapadła  cisza.  Przesłuchujący  jeszcze  raz  sięgnął  do 

kieszeni  na  piersi,  wyciągnął  z  niej  złożony  na  czworo 
arkusz pergaminu i podsunął pod oczy przesłuchiwanego. 
Na  pergaminie  widniał  sporządzony  ołówkiem  plastyczny 
odcisk  portretu  jakiegoś  władcy  sprzed  wieków,  a  obok 
wizerunek  jeźdźca  na  koniu,  sporządzony  tą  samą 
techniką. Ubek przykucnął przed trzęsącym się Kindlerem. 

– Ty mi powiedz lepiej, co to jest? – zapytał oschłym 

głosem. – Albo inaczej... Gdzie jest przedmiot, z którego to 
zdjąłeś? Pewnie był duży, co? Ciężki, hę? Jak mi powiesz, 
co się z nim stało, to zwolnię cię, zniszczę akta i pozwolę 
ci  zachować te  małe, osrane,  złote  monetki, wszystkie,  co 
do jednej  sztuki. Tak między Bogiem a prawdą, to na nic 
mi one, zrozumiałeś, Kindler? 

background image

 

* * * 

 
Piętrowy, nieotynkowany dom z czerwonej cegły stał 

przy  samej  ulicy.  Podobnie  jak  większość  posesji  po  tej 
stronie Warty, otaczał go warzywny ogród. Rosły tam też 
drzewa  owocowe,  teraz  smętne  i  kostuchowate,  bo 
pozbawione  liści.  Na  ich  powykręcanych  gałęziach 
osiadła  pierwsza  warstwa  mokrego  śniegu.  Weszli  do 
środka  przez  skrzypiącą  furtkę,  idealnie  pasującą  do 
drewnianego,  od  dawna  niemalowanego  płotu,  z  kilkoma 
sztachetami  dopiero  co  wstawionymi  zamiast  tych,  które 
zdążyły  rozpaść  się  ze  starości.  Wewnątrz  domu 
rozszczekał się pies. 

Seweryn  Sendler  zapukał  do  drzwi,  na  co  pies 

rozszczekał  się  jeszcze  bardziej,  po  czym  zamilkł, 
skarcony  męskim  głosem.  Głos  ten  należał  do 
kilkunastoletniego chłopaka, który w rozchełstanej koszuli 
otworzył im drzwi. 

– Tak? 
–  Dzień  dobry,  kapitan  Seweryn  Sendler.  –  Kapitan 

pokazał odznakę żandarmerii wojskowej. – Tutaj mieszka 
Eustachy Bartkowiak? 

Chłopak  zmierzył  Sendlera  i  Matysiaka  niepewnym 

spojrzeniem. 

– A o co chodzi? 
Matysiak zrobił krok w jego stronę, wychodząc przed 

Sendlera. 

background image

–  A  o  to,  gzubie  jeden,  czy  Bartkowiak  tu  mieszka 

czy  nie.  Nie  będziemy  rajzować  po  całym  fyrtlu. 
Postawny, ciemne włosy, koło czterdziestki. Mieszka? 

Chłopak szerzej otworzył drzwi. 
– Mieszka, a bo co? 
–  No  to  nie  staluj  się,  tylko  pokaż  gdzie.  Chcemy 

zobaczyć jego pokój. 

Obok chłopaka pojawił się ciekawski kundel. Sendler 

przykucnął  i  wyciągnął  rękę  w  jego  stronę.  Kundel 
szczeknął ostrzegawczo. 

– Nie ma go tu teraz – powiedział chłopak. – Nie ma 

go tu już od kilku dni. 

– Wiemy – ciągnął Matysiak. – Nie może go tu być, 

bo nie żyje. 

– Nie żyje? 
– Tak. Zawinął się w szpitalu. Przyjechaliśmy po jego 

lumpy. 

– Nie wiem, czy mogę... Mama jest w kościele... Jak 

wróci... 

Zniecierpliwiony  Sendler  powstał  z  kucek  i 

zdecydowanym ruchem odsunął chłopaka. 

– Nie mamy czasu, synu, przepraszam cię! – Wszedł 

do  środka,  przeganiając  kopniakiem  psa,  który  znowu 
zaczął  szczekać.  –  Gdzie  jest  jego  pokój?  Prowadź  nas, 
ale już! 

Chłopak  zamknął  drzwi  wejściowe  za  wkraczającym 

po  Sendlerze  Matysiakiem,  przegonił  szczekającego  psa 
do  kuchni  i  poprowadził  ich  do  tylnej  części  domu. 

background image

Ruchem brody pokazał drzwi do pokoju tuż przy wyjściu 
do ogrodu. Sendler nacisnął klamkę. 

– Masz zapasowy klucz? – zwrócił się do chłopaka. 
Ten  posłusznie  skinął  głową  i  po  chwili  wrócił  z 

kluczem.  Sprawnie  otworzył  drzwi.  W  środku  było 
chłodno  i  wilgotno.  Czuć  było  stęchlizną.  W  kącie  stał 
kaflowy piec, obok niego szafa, nocny stolik i drewniane 
łóżko. Okno wychodziło na ogród. 

–  Kiedy  go  ostatnio  widziałeś,  synu?  –  zapytał 

Sendler. 

–  Będzie  kilka  dni  temu...  Jakoś  tak  na  początku 

tygodnia... 

– Mówił coś? 
–  No,  że  idzie  do  doktora...  Kwękał...  To  znaczy, 

chciałem  powiedzieć,  że  źle  się  czuł...  W  ogóle  źle  się 
czuł już od jakiegoś czasu... 

– Czym się zajmował? 
– Nie wiem. Mama wróci, to może więcej powie... 
Sendler  otworzył  szafę,  a  Matysiak  wyjrzał  przez 

okno. 

– Często wychodził? – ciągnął Sendler. 
– Prawie go nie było. Wracał wieczorami. 
– Wyjeżdżał? 
– Chyba tak. 
– Na długo? 
– Bywało. 
– Dokąd? 
–  Mówił,  że  na  Ziemie  Odzyskane,  to  znaczy  do 

background image

Rajchu. 

– Po co? 
– Nie wiem... Może mama... 
W sieni po raz kolejny rozszczekał się pies. Usłyszeli, 

jak  ktoś  otwiera  drzwi  wejściowe.  Kobieta  w  średnim 
wieku  weszła  do  środka,  zziajana  i  wystraszona. 
Najwyraźniej zaniepokoił ją wojskowy jeep stojący przed 
domem  i  przyśpieszyła  kroku,  gdy  go  dostrzegła.  Ciężko 
dyszała i miała surowe, zimne spojrzenie. 

– Z żandarmerii – przestrzegł ją chłopak. 
– Tak? A o co chodzi? – zapytała ostro. 
–  Dzień  dobry  –  odrzekł  Sendler.  –  Chodzi  o  pani 

lokatora, Eustachego Bartkowiaka. Mieszkał tutaj? 

– Dzień dobry. Mieszkał. A bo co? 
– Nie żyje. Przyjechaliśmy po jego rzeczy. 
Kobieta  zmierzyła  ich  jeszcze  raz  przeszywającym 

spojrzeniem  i  zaczęła  się  rozbierać.  Zdjęła  czapkę, 
poprawiła włosy, odwiesiła na wieszak płaszcz z futrzaną 
pelisą.  Potem,  przysiadłszy  na  taborecie,  zzuła  buty  i 
odstawiła je do kąta. 

–  Tak  myślałam  –  powiedziała  w  końcu.  –  Słabował 

od  ostatniego  powrotu.  To  znaczy  od  powrotu  z  Rajchu. 
Prawie  nic  nie  jadł,  a  jak  już  zjadł,  to  wszystko  zwracał. 
Gorączkę  też  miał.  Powiedział,  że  idzie  do  doktora i  tyle 
go widzieliśmy. 

– Można się rozejrzeć u niego w pokoju? 
Westchnęła  ciężko  i  skinęła  przyzwalająco  głową. 

Stanęła  w  drzwiach,  najwyraźniej  chcąc  mieć  oko  na 

background image

wszystko, co będą robić. 

Sendler  wsparł  się  pod  boki  i  przyglądał  się,  jak 

Matysiak 

wyrzuca 

zawartość 

szafy 

na 

łóżko... 

Poniemiecka  granatowa  kurtka  z  pagonami,  dwie 
ciemnozielone  wojskowe  koszule,  krawat  w  tym  samym 
kolorze i popielata marynarka bez guzików... Oprócz tego 
dwie  pary  półbutów,  tego  samego  rodzaju,  ale  jedne 
znoszone,  zaś  drugie  prawie  nowe...  I  w  końcu  nieduża 
walizka,  a  w  niej  oficerskie  slipy  z  amerykańskiego 
demobilu i trochę wełnianych skarpet... 

Sendler  wskazał  Matysiakowi  ruchem  brody  nocną 

szafkę.  Ten  wyciągnął  z  niej  kilka  paczek  papierosów  i 
dwie  książki.  Były  niemieckie,  bogato  ilustrowane,  obie 
traktowały  o  monetach.  Z  jednej  z  książek  wypadły 
podniszczone,  wydane  jeszcze  przed  wojną  plany  miast: 
Frankfurtu  i  Breslau.  Sendler  przejrzał  je  pobieżnie, 
szukając jakichś notatek lub adnotacji. Ale nic nie znalazł. 

– Od kiedy tu mieszkał? – zapytał właścicielkę domu. 
– Od wiosny. 
– Widywała go pani w mundurze? 
– Jakim? 
– Wojskowym. 
– Wojskowym? 
– Chodzi o lubelskie wojsko. 
Kobieta zrobiła jeszcze bardziej zdziwione oczy. 
– Nie, nigdy. 
–  Dziękuję.  –  Sendler  podszedł  do  niej.  –  Chcemy 

zostać sami. 

background image

Wypchnął z pokoju kobietę oraz przyczajonego za nią 

syna.  Zamknął  za  nimi  drzwi.  Przez  chwilę  nasłuchiwał, 
czy 

odeszli. 

Potem 

ściszonym 

głosem 

polecił 

Matysiakowi: 

– Sprawdź podłogę. Obejrzyj dokładnie każdą deskę. 

Zwróć  uwagę,  czy  się  rusza,  jak  jest  zamocowana,  czy 
główki gwoździ są zamalowane czy nie, tego typu rzeczy, 
wiesz, o czym mówię... 

– Ganz genau. 
Sam 

podszedł 

do 

łóżka, 

żeby 

starannie 

systematycznie  zbadać  każdą  z  części  garderoby 
pozostawionych  przez  nieboszczyka. Te,  które  sprawdził, 
odrzucał pod okno na szybko rosnący stos. Nie znalazł nic 
interesującego,  a  kiedy  wreszcie  skończył,  zabrał  się  za 
łóżko.  Scyzorykiem  rozpruł  materac.  Nakłuwał  jego 
wnętrze  krótkimi,  zdecydowanymi  pchnięciami.  W 
pewnej chwili coś zazgrzytało pod ostrzem noża. Wsadził 
rękę  w  głąb  materaca  i  wydobył  zawinięty  w  bawełnianą 
szmatę sowiecki pistolet Tokariewa. 

–  Mówiłem,  że  to  Eliasz  Kronprinc  –  podsumował 

Matysiak, gdy zobaczył tetetkę w ręce Sendlera. 

Sendler 

właśnie 

sprawdzał 

pusty 

magazynek 

pistoletu, gdy rozległo się pukanie do drzwi. 

– Ktoś do was – zaanonsowała po chwili właścicielka 

domu. 

Zza 

jej 

pleców 

wychynął 

sierżant 

Szaj. 

Prawdopodobnie  przyjechał  na  drugą  stronę  Warty 
dodgeem.  Sendler  schował  tetetkę  do  kieszeni  kurtki  i 

background image

wskazał mu rzeczy w pokoju. 

– Trzeba będzie to wszystko zabrać. Zrobiłeś zdjęcia? 
Szaj potwierdził skinięciem głowy i dodał: 
– Nawet wywołałem od razu. 
– Brawo. 
Sendler  przejął  od  niego  pachnącą  chemikaliami 

fotografię,  wziął  pod  mankiet  właścicielkę  domu  i 
zaprowadził ją do kuchni. Jej syn starał się uspokoić psa, 
który na widok Sendlera znów zaczął szczekać. 

–  Poznaje  go  pani?  –  zapytał  Sendler,  podsuwając 

pod oczy kobiecie zdjęcie Bartkowiaka. 

Ostrożnie wzięła fotografię do ręki i przyjrzała się jej, 

ustawiając pod światło padające przez okno. 

– 

Fotografię 

wykonano 

już 

po 

śmierci 

– 

poinformował Sendler. 

– Widzę przecież. 
– Eustachy Bartkowiak? 
– Tak, to on – odpowiedziała pewnym głosem. – Mój 

lokator, pan Bartkowiak. 

Oddała  mu  zdjęcie,  które  Sendler  schował  do 

wewnętrznej  kieszeni  kurtki.  Nagle  przyszło  mu  coś  do 
głowy. 

– Jeszcze jedno pytanie... 
– Tak? 
– Jak on pani płacił? 
Potrząsnęła  głową,  nie  rozumiejąc.  Potem  okryła  się 

rumieńcem.  Sendlerowi  wydawało  się,  że  wie,  o  czym 
pomyślała. 

background image

– Płacił pieniędzmi? 
– No wie pan... – obruszyła się. 
– Czy to były zwykłe pieniądze? Współczesne? 
Rozejrzała  się  rozbieganym  wzrokiem  po  kuchni, 

opadła ciężko na krzesło i wydukała: 

– Nie... To nie były zwykłe pieniądze... 
– Złote? 
Tym  pytaniem  ją  przygwoździł.  W  jej  oczach 

pojawiły się łzy. 

– Złote? – powtórzył. 
–  Tak...  To  były  złote  pieniądze...  Takie  nieduże... 

Małe jakieś i stare... 

– Płacił nimi? 
– Jednym na miesiąc. 
Nie zabrzmiało to szczerze. 
– Ma je pani jeszcze? 
–  Nie...  Zaniosłam  do  złotnika,  żeby  przetopił... 

Joachimiak  się  nazywa...  Na  Śródce  mieszka...  Płaci  w 
dolarach według wagi... 

Seweryna  Sendlera  naszła  myśl  o  ściągnięciu 

posiłków i dokładnym przeszukaniu całego domu, strychu 
i piwnic, a szczególnie ciepłej kuchni z puszkami na kaszę 
i mąkę, gdy usłyszał wołanie Matysiaka: 

– Panie kapitanie! 
Ruszył za sierżantem Szajem, który przysłuchiwał się 

rozmowie  z  właścicielką  domu.  Matysiak  w  pokoju 
Bartkowiaka nie próżnował – rozpruł do końca materac. A 
teraz  z  rozanielonym  wzrokiem  prezentował  zawinięty  w 

background image

brudną 

szmatę 

kolisty 

przedmiot, 

połyskujący 

najczystszym  złotem.  Widniało  na  nim  popiersie 
człowieka  z  diademem  na  głowie,  dzierżącego  insygnia 
władzy, i Sendler gotów był pomyśleć, że to jakaś moneta, 
gdyby  nie  jej  fantastyczny  rozmiar.  Znalezisko  było 
wielkie niczym cyferblat ściennego zegara. 

– A niech mnie! – prawie krzyknął i podszedł bliżej, 

żeby mu się dokładniej przyjrzeć. 

Rozpromieniony 

Antoni 

Matysiak 

dumą 

zaprezentował 

dowódcy 

tajemniczy 

przedmiot, 

następnie,  zważywszy  go  w  dłoniach  dla  oszacowania 
ciężaru, zapytał z nieskrywanym przejęciem: 

–  Co  to  może  być,  panie  kapitanie?  Widział  pan  już 

kiedyś  coś  takiego?  Żeż  ten  Kronprinc,  jego  mać,  żydek 
jeden, do Rajchu na juchty po muzeach jeździł czy co? 

 

* * * 

 
Eliasz  Kronprinc  nie  czuł  żadnego  związku  z  ludźmi 

przebywającymi w obozie przejściowym. Wybierali się do 
Palestyny, gdzie chcieli założyć syjonistyczne państwo, co 
wydawało  mu  się  niedorzecznym  pomysłem.  Przed 
wyjazdem  z  ludowej  Polski,  która  chętnie  pozbywała  się 
nieufnych wobec niej wojennych niedobitków, przechodzili 
w  obozie  szkolenie  wojskowe,  wszyscy  bez  wyjątku, 
mężczyźni  i  kobiety,  uczyli  się  czołgać,  strzelać  i  czytać 
mapy.  Niektórzy  nawet  potrafili  zakładać  i  likwidować 
miny przeciwpiechotne. Wychudzeni i żylaści, ale z żarem 

background image

w oczach, mieli stanowić zalążek przyszłej, szkolonej nad 
Wisłą, podziemnej armii Erec Israel. Kronprinc życzył im 
powodzenia,  bo  im  mniej  ich  było
  w  Polsce,  a  im  więcej 
kłopotów  mieli  sprawić  zachodnim  aliantom  w  swojej 
nowej, wyśnionej ojczyźnie, tym lepiej było dla niego. 

Kiedy  zostali  sami  w  brudnym  i  ciemnym  gabinecie 

komendanta  obozu,  zapytał  chudego  jak  szczapa 
młodzieńca: 

– Nazywasz się Hersz Feldsztejn? 
Chłopak  stał  wyprostowany  i  spoglądał  na  niego 

spode łba. 

– Tak – odpowiedział niepewnie. 
Miał jasne włosy i pociągłą twarz. Trudno było się w 

niej dopatrzeć semickich rysów. To dlatego przeżył wojnę, 
pomyślał Kronprinc, a i w Palestynie nie będzie u siebie, 
taki  los  –  zawsze  i  wszędzie  obcy...  Podszedł  do  niego  i 
podsunął krzesło. 

– Usiądź. 
Chłopak usiadł. 
– Nazywam się Eliasz Kronprinc – przedstawił się. – 

Prowadzę  śledztwo  w  sprawie  folksdojcza  o  nazwisku 
Konstanty Kindler. Znasz go? 

Hersz  Feldsztejn  uniósł  głowę  i  spojrzał  prosto  w 

oczy Kronprinca. 

– On żyje? 
Kronprinc uśmiechnął się zimno. 
–  Na  razie  tak.  Ale  nie  ulega  wątpliwości,  że 

zasługuje  na  stryczek.  Mamy  na  niego  tyle,  że  można  by 

background image

go powiesić kilka razy. 

Feldsztejn  poprawił  się  na  krześle.  Kronprinc 

podsunął mu paczkę Biełomorów. 

– Zapalisz? 
Zobaczył,  jak  ręka  wyciągnięta  po  papierosa  tylko 

przez  chwilę  się  zawahała.  Zapalili.  Kronprinc  przysunął 
sobie 

krzesło 

usiadł 

naprzeciwko 

chłopaka, 

delektującego się dymem z papierosa. 

– Ciężko tu? 
– Ciężko – przyznał Feldsztejn. 
– Ale jeść dają? 
– Dają. 
– Bardzo chcesz wyjechać? 
Chłopak  przez  dłuższą  chwilę  myślał,  zanim 

odpowiedział: 

– Nie mam tu nikogo. Wszyscy zginęli. 
– Nie masz dokąd wrócić? 
– Po domu nie został nawet ślad. 
– Podobno pojedziecie przez Szwajcarię? 
–  Podobno.  Ale  czy  to  ma  jakieś  znaczenie? Byle  się 

wydostać. 

Kronprinc przez chwilę myślał. 
– Chciałbyś być w pierwszej grupie? 
–  Tak  –  odrzekł  od  razu  Feldsztejn,  jakby  był  od 

dawna przygotowany na to pytanie. 

Niemal 

równocześnie 

zgasili 

papierosy 

emaliowanej  miseczce  służącej  za  popielniczkę.  Spojrzeli 
sobie głęboko w oczy. 

background image

–  Mogę  w  czymś  pomóc?  –  zapytał  z  nadzieją  w 

głosie młody Feldsztejn. 

–  Oczywiście,  chłopcze.  –  Eliasz  Kronprinc  rozparł 

się  na  krześle.  –  Przyjechałem  tutaj,  żeby  usłyszeć  od 
ciebie  potwierdzenie,  że  niejaki  Konstanty  Kindler  wydał 
was w ręce Niemców. Prawda to? 

– Prawda. 
Kronprinc sięgnął do kieszeni i pokazał Feldsztejnowi 

zdjęcie Kindlera z aresztu. 

– To on? 
Chłopak przytaknął bez namysłu: 
– On. 
– Nie zmienił się? 
– Ani trochę. 
Kronprinc  jeszcze  raz  sięgnął  do  kieszeni,  zerknął, 

czy  drzwi  do  gabinetu  są  ciągle  zamknięte,  i  pokazał 
chłopakowi  złożony  na  czworo  pergamin  z  ołówkowym 
odciskiem portretu nieznanego władcy sprzed wieków. 

– Widziałeś to kiedyś? – zapytał. 
Przez  twarz  Hersza  Feldsztejna  przesunął  się  cień. 

Spojrzał  gdzieś  w  bok,  jakby  tam  poszukiwał  odpowiedzi 
na  zadane  pytanie.  Kronprinc  w  jego  oczach  dostrzegł 
ośnieżone  szczyty  Alp  berneńskich  i  pomarańczowe  gaje 
Galilei. 

– To ja robiłem te odciski – przyznał Feldsztejn. 
– Ty? 
– Tate kazali, to robiłem. Talent mam. 
– Rozumiem. Ile ich było? 

background image

– Dwa. 
– Po co dwa? 
–  Jeden  dla  Kindlera,  drugi  dla  tego  gestapowca, 

który miał nam pomóc. 

– Jak się nazywał? 
Feldsztejn 

zawahał 

się. 

Kronprinc 

czekał. 

Pomarańczowe gaje Galilei zaczynały wydzielać słodkawy 
zapach  dojrzałych  owoców.  W  powietrzu  unosiła  się 
dusząca  woń  kwitnących  ziół  i  spalonych  przez  słońce 
tamaryszków. 

–  Jak  się  nazywał  ten  Niemiec,  chłopcze?  Stube? 

Horst Stube? Potwierdź tylko. 

– Horst Stube. 
– Stopień? 
– Hauptsturmführer. 
Eliasz  Kronprinc  wstał.  Podszedł  do  okna,  by 

przyjrzeć  się  żydowskim  niedobitkom  zbierającym  się  w 
kolumnę marszową na placu apelowym. Usłyszał komendy 
wydawane  gromkim  głosem,  a  potem  odliczanie.  Może 
jednak będzie z nich jakieś wojsko?, pomyślał. 

–  A  ten  złoty  przedmiot,  z  którego  ojciec  kazał  ci 

zdjąć odciski? – zapytał. – Skąd go mieliście? 

Feldsztejn przełknął grudę, która tkwiła mu w gardle. 
–  Ojciec  przed  wojną  prowadził  antykwariat.  Dostał 

zlecenie  z  Ameryki  od  jakiegoś  bogatego  kolekcjonera. 
Dwa  lata  zabrało  mu  dotarcie  do  człowieka,  który  miał 
ten medalion. Wreszcie go kupił po długich targach. 

– Kiedy? 

background image

–  W  sierpniu  trzydziestego  dziewiątego  roku.  Kilka 

dni później wybuchła wojna. 

Kilka  dni  później  wybuchła  wojna,  powtórzył  w 

myślach  Kronprinc.  Ile  ten  szczeniak  miał  wtedy  lat? 
Dwanaście,  trzynaście?  Widać  są  jeszcze  szczęściarze  na 
tym świecie... 

–  Będziemy  go  szukać,  chłopcze,  znaczy  się  ten 

medalion,  czy  cokolwiek  to  jest  –  stwierdził  Kronprinc  z 
całą  mocą.  –  Folksdojcza  Kindlera  już  mamy,  a  jak 
znajdziemy  Horsta  Stubego,  to  znajdziemy  też  to  wasze 
złoto.  Sprawiedliwości  stanie  się  zadość.  Wsadzimy  je  do 
gabloty w jakimś muzeum. Obiecuję, że nikt nie dowie się, 
jak bardzo nam pomogłeś. 

Feldsztejn  nie  odpowiedział,  ale  było  widać,  że 

właśnie o to mu chodziło. 

– Życzę ci powodzenia w Palestynie, chłopcze. 
– Dziękuję. 
Na niczym tak bardzo nie zależało Kronprincowi, jak 

na  tym,  żeby  młody  Feldsztejn  znalazł  swoje  miejsce  na 
ziemi i żeby nigdy, przenigdy, nie powstała w jego głowie 
myśl o tym, by jeszcze kiedykolwiek wrócić do Polski. 

–  Mazeł  tow  –  powiedział  z  niezwykłą  dla  niego 

szczerością w głosie. 

 

* * * 

 
Seweryn  Sendler  wyciągnął  cenny  przedmiot  z 

chlebaka, odrzucił okrywającą go lnianą szmatę i położył 

background image

przed  siedzącym  za  biurkiem  dyrektorem  Muzeum 
Prehistorycznego.  Dyrektor  nazywał  się  Kostrzewski  i 
podobno  był  uniwersyteckim  profesorem,  przynajmniej 
tak  twierdzili  polscy  urzędnicy  z  komendantury  miasta. 
Założył  okulary,  po  czym  zerknąwszy  na  leżący  przed 
nim  artefakt,  równie  szybko  przeniósł  spojrzenie  na 
gościa. 

–  Na  Boga,  skąd  pan  to  ma?  –  wyszeptał  z 

przejęciem. 

Nosił  śnieżnobiałą  koszulę  z  wykrochmalonym 

kołnierzykiem, granatowy krawat i przedwojenny garnitur 
z  kamizelką.  Sendler  przez  chwilę  poczuł  się  jak  na 
egzaminie. 

– Pan wybaczy, ale nie mogę tego ujawnić – odrzekł. 

–  Przede  wszystkim  chciałbym  się  dowiedzieć,  co  to  w 
ogóle jest? 

Kostrzewski  odsunął  na  bok  szklankę  z  mocną 

herbatą i zajął się znaleziskiem. Poprawił okulary na nosie 
i  przysunął  lampę.  Długo  oglądał  wierzchnią  stronę 
przedmiotu,  po  czym  przewrócił  go  i  tyle  samo  czasu 
poświęcił drugiej,  spodniej stronie. Potem zainteresowało 
go przytwierdzone do medalu, misternie wykonane uszko 
do  przewlekania  przezeń  łańcuszka  albo  rzemienia.  W 
końcu westchnął i rzekł: 

–  Nigdy  jeszcze  czegoś  podobnego  nie  miałem  w 

rękach, panie kapitanie, a może mi pan uwierzyć, że jako 
archeolog niejedno już widziałem w swoim życiu. 

– Co to takiego, panie profesorze? 

background image

Kostrzewski rozsiadł się wygodniej w swoim fotelu. 
– Nie jestem specjalistą od okresu rzymskiego, a tym 

bardziej  od  numizmatyki  tamtych  czasów,  ale  posiadana 
wiedza  upoważnia  mnie  do  stwierdzenia,  iż  leży  przed 
nami  największy  medalion  rzymski,  jaki  kiedykolwiek 
znaleziono.  Według  mnie  pochodzi  z  Zagórzyna  pod 
Kaliszem,  gdzie  w  dwudziestym  ósmym  lub  w 
dwudziestym  dziewiątym  roku,  tego  nie  da  się  już 
dokładnie  ustalić,  odkryto  rzymski  skarb  złożony  z 
olbrzymiej ilości złotych i srebrnych monet oraz kilku lub 
nawet  kilkunastu  złotych  medalionów.  Samych  monet 
było ze dwadzieścia kilogramów... 

– Ile? – Sendler zrobił wielkie oczy. 
–  Tak,  tak,  nie  przesłyszał  się  pan...  Dwadzieścia 

kilogramów... 

Większa 

część 

skarbu 

zaginęła, 

rozprzedano  ją  na  aukcjach,  a  najcenniejsze  egzemplarze 
znalazły  się  w  Niemczech  i  Ameryce  u  prywatnych 
kolekcjonerów.  Ten  medalion,  który  pan  przyniósł, 
uchodził  za  zaginiony  już  przed  wojną.  Ze  względu  na 
problemy ze zbyciem, miano go niby pociąć na kawałki i 
sprzedać  jedynie  za  równowartość  kruszcu.  Wie  pan,  ile 
on waży? 

– Trzy czwarte kilograma. 
Kostrzewski,  zanim  sięgnął  po  szklankę  z  herbatą, 

wyszeptał: 

– Chryste przenajświętszy... 
Sendler okrył medalion szmatką. 
– Jest pan w stanie, profesorze, określić jego wartość? 

background image

Profesor zadumał się. 
–  Nie  podejmuję  się.  Dla  mnie  jako  archeologa  jest 

po prostu bezcenny. 

Spojrzenia  obydwu  na  dłuższą  chwilę  spoczęły  na 

znalezisku. 

–  A  mógłby  pan  wskazać  kogoś,  kto  przybliży  mi 

jego  dzieje?  –  zapytał  Sendler.  –  Nawet  gdyby  były  to 
tylko  czyste  spekulacje.  Być  może  jesteśmy  na  tropie  tej 
części  wspomnianego  przez  pana  skarbu,  która  zaginęła 
jeszcze przed wojną. Nie mówiąc już o całkiem świeżym 
nieboszczyku,  który  może  mieć  z  tym  wszystkim  coś 
wspólnego. 

Kostrzewski  zmierzył  ostrożnym  wzrokiem  Sendlera 

spod okularów w rogowej oprawie. 

–  Zastanowię  się,  panie  kapitanie.  Chyba  znam 

kogoś, kto mógłby panu pomóc. Ale chciałbym też prosić 
o daleko posuniętą dyskrecję, jeśli chodzi o ten medalion. 

– Bo? 
– Hmm... Od pewnego czasu mamy pewne problemy 

z amerykańskimi władzami okupacyjnymi... 

– Problemy? 
– Hmm... Jak by to powiedzieć? 
– Tak, żebym zrozumiał, panie profesorze. 
–  No,  cóż...  To  nie  do  wiary,  jak  blisko  Jankesi 

współpracują  teraz  z  Niemcami,  panie  kapitanie.  To 
niewybaczalne, jesteśmy tym  poruszeni. Tak się nie robi, 
szczególnie tutaj, w Poznaniu. Pan rozumie, w tej sytuacji, 
wszak  obaj  jesteśmy  Polakami...  Sicher  ist  sicher,  proszę 

background image

pana, tylko tyle powiem. 

 

* * * 

 
– To ilu ich w końcu będzie? 
Pytanie  padło  z  ust  cywila  z  Warszawy,  którego 

sekretarka  zaanonsowała  jako  prokuratora.  Siedząc  w 
głębokim  fotelu,  delektował  się  brazylijską  kawą  podaną 
w  filiżance  z  delikatnej  miśnieńskiej  porcelany.  Ciemny 
płaszcz  przewiesił  przez  oparcie  fotela,  a  kapelusz  rzucił 
na  biurko.  Założywszy  nogę  na  nogę,  poruszał  jedną  z 
nich  w  takt  ledwie  słyszalnej  muzyki  dochodzącej  zza 
ściany. 

–  Trzech  –  odrzekł  siedzący  za  biurkiem,  łysy  jak 

kolano przedstawiciel Polskiej Misji Wojskowej w stopniu 
majora.  –  Miało  być  sześciu,  ale  Amerykanie  częściowo 
wstrzymali  ekstradycję.  Podobno  ci,  których  wycofali, 
mają świadkować na procesie w Norymberdze. 

–  Jeśli  ten  proces  w  ogóle  się  zacznie  –  zgryźliwie 

zauważył człowiek z Warszawy. 

Rozpoczęcie 

procesu 

przed 

Międzynarodowym 

Trybunałem  Wojskowym  odkładano  już  kilka  razy. 
Napięcia między aliantami osiągnęły apogeum po tym, jak 
wyszło  na  jaw,  że  kilku  wysokich  rangą,  a  ciągle 
ukrywających  się  nazistów,  zostało  w  tajemnicy 
wywiezionych  do  USA,

  W 

następstwie  czego  został 

odwołany  do  Moskwy  główny  oskarżyciel  sowiecki 
Rudenko.  Na  szczęście  nie  miało  to  wielkiego  wpływu  na 

background image

współpracę aliantów z polskim Rządem Tymczasowym. 

–  A  wy,  towarzyszu,  po  kogo  przyjechaliście?  – 

zapytał człowiek z Warszawy. 

Porucznik  Eliasz  Kronprinc  stał  oparty  o  parapet 

okna wychodzącego na jedną z głównych ulic Berlina i nie 
uczestniczył w rozmowie. Pytanie go zaskoczyło. W ogóle 
wydawał się być nieco onieśmielony. Wszyscy Niemcy, na 
których  czekali  –  z  wyjątkiem  jednego  –  mieli  być 
konwojowani  do  Warszawy,  gdzie  powołano  do  życia 
Najwyższy  Trybunał  Narodowy.  A  on  przyjechał  z 
Poznania,  gdzie  działał  zaledwie  prowincjonalny  sąd 
doraźny w skromnym składzie: sędzia i dwóch ławników. 

– Hauptsturmführer Horst Stube – odrzekł Kronprinc, 

odrywając się od parapetu. 

– Nic mi nie mówi to nazwisko, poruczniku. 
– Warthegau, towarzyszu prokuratorze. 
– Wysiedlenia? 
– Nie tylko. Obóz w Chełmie nad Wartą. 
Człowiek z Warszawy pokiwał głową. 
–  Kulmhofan  derNehr?  Słyszałem.  Ten  wasz  helmut 

dostanie czapę jak nic. 

–  Co  będzie,  to  będzie  –  wzruszył  ramionami 

Kronprinc. 

Otworzyły  się  drzwi.  Sekretarka  w  wojskowym 

mundurze dała znak majorowi za biurkiem. Ten powstał i 
zakomunikował: 

– Przyjechali. Proszę ze mną na podwórze. 
Człowiek  z  Warszawy  zebrał  swoje  rzeczy  i  jako 

background image

pierwszy  opuścił  pokój.  W  jego  ruchach  dopiero  teraz 
Kronprinc dostrzegł żołnierski  dryl. Pewnie jeszcze jeden 
pułkownik  odesłany  do  cywilnej  prokuratury,  pomyślał. 
Pośpieszył  za  nim,  a  major  z  Misji  Wojskowej  uprzejmie 
przepuścił go w drzwiach. 

Podwórze  było  chłodną  studnią  z  jedną  ścianą 

doszczętnie zawaloną, a drugą odartą z tynku i wypaloną 
do żywej cegły. Pośrodku, w miejscu, skąd usunięto sterty 
gruzu,  stały  dwa  jeepy  i  dodge-więźniarka,  oznaczone 
białymi  gwiazdami.  Amerykanie  zdążyli  wysiąść  z 
samochodów i palili papierosy. Wśród nich był tylko jeden 
cywil z zieloną brezentową teczką, reszta w mundurach, w 
tym dwóch z długą bronią. 

Major  z  Polskiej  Misji  Wojskowej  przywitał  się  z 

amerykańskim  cywilem,  po  czym  zaprosił  go  do  wnętrza. 
Kronprinc z człowiekiem z Warszawy zostali na zewnątrz. 
Przyglądali się Jankesom, którzy w ogóle nie zwracali na 
nich uwagi, zajęci swoimi pogaduszkami. 

Niebawem polski major i amerykański cywil pojawili 

się znowu. Teczka Amerykanina była lżejsza. Zagadał coś 
do  swoich  podkomendnych,  którzy  otworzyli  więźniarkę  i 
wyprowadzili  z  niej  trzech  jeńców  w  cywilnych, 
niedopasowanych  ubraniach.  Ustawili  ich  pod  ścianą, 
jednego  obok  drugiego,  jakby  przygotowywali  egzekucję. 
Każdy  miał  kajdanki  na  rękach  i  przymocowany  do  nich 
foliowy woreczek z kartonowym wyciągiem z kartoteki. 

Odbyło  się  przekazanie  więźniów,  po  którym  polski 

major  i  amerykański  cywil  uścisnęli  sobie  dłonie. 

background image

Amerykanie  zgasili  papierosy  i  odjechali,  z  trudem 
manewrując na wypełnionym gruzem podwórku. Po chwili 
w ceglanej, miejskiej studni pozostały po nich tylko kłęby 
duszących, benzynowych spalin. 

Major  podprowadził  Kronprinca  do  jednego  z 

więźniów. 

–  Horst  Stube  –  przeczytał  przez  folię  chroniącą 

wyciąg  z  kartoteki,  przymocowany  do  kajdanek.  –  Zaraz 
przyniosę resztę akt. 

Eliasz  Kronprinc  stal  bez  ruchu  naprzeciwko 

Stubego. 

Mierzył 

go 

beznamiętnym, 

taksującym 

spojrzeniem.  Równy  mu  wzrostem  Niemiec  tylko  przez 
chwilę  wytrzymał  jego  wzrok,  po  czym  spuścił  głowę  i 
zaczął przyglądać się czubkom swoich znoszonych butów. 

–  To  chyba  nic  osobistego?  –  Kronprinc  usłyszał  za 

plecami głos człowieka z Warszawy. 

–  Nie,  skądże  znowu  –  zaprzeczył  Kronprinc.  –  Skąd 

ten pomysł? 

–  Tak  tylko  przyszło  mi  coś  do  głowy.  –  Człowiek  z 

Warszawy  najwyraźniej  nie  uwierzył  w  zapewnienia 
Kronprinca.  –  Dowieziecie  go  w  jednym  kawałku  do 
Poznania, towarzyszu? 

Kronprinc spojrzał na rozmówcę. Tym razem znalazł 

się  ktoś,  kto  wytrzymał  jego  spojrzenie,  co  więcej  –  to 
Kronprinc  po  dłuższej  chwili  musiał  ustąpić.  Zagryzł 
nerwowo  wargi  i  zacisnął  pięści.  Niczym  wybawienie 
pojawił  się  major  z  grubą  tekturową  teczką.  Kronprinc 
szybko  pokwitował  przejęcie  więźnia.  Major  wręczył  mu 

background image

teczkę i klepnął na pożegnanie w ramię. 

Na  podwórze  wjechał  zadaszony  gaz  i  rozklekotana 

poniemiecka sanitarka przerobiona na więźniarkę. Dwóch 
żołnierzy  z  granatowymi  otokami 

KBW 

na  czapkach 

zaprowadziło  Horsta  Stubego  do  więźniarki  i  wsiadło  do 
niej  wraz  z  nim.  Dwóch  innych  czekało  na  Kronprinca  w 
gaziku, rozmawiając półgłosem. Kronprinc pożegnał się z 
majorem i człowiekiem z Warszawy, który wyglądał, jakby 
chciał  jeszcze  o  coś  zapytać.  Ale  na  szczęście  nie  zrobił 
tego. 

Kronprinc usiadł w gaziku obok kierowcy i owinął się 

grubym pledem. 

– Jedziemy – rozkazał. 
Starał  się  zapomnieć  o  podejrzliwości  człowieka  z 

Warszawy.  Skupił  się  na  tym,  co  widział.  Obrazy 
przemykały  przed  jego  oczami  jak  w  fotoplastykonie. 
Oglądał  zrujnowany  Berlin  bez  emocji,  z  zimnym 
podziwem 

dla 

perfekcji 

dywanowych 

nalotów 

skuteczności  frontowej  artylerii.  Nie  miał  odrobiny 
współczucia  dla  ukrywających  się  wśród  ruin  dzieciaków 

puszkami 

przeterminowanego 

żarcia, 

gardził 

mężczyznami  o  poszarzałych  twarzach,  spuszczającymi 
wzrok  na  jego  widok,  i  kobietami,  noszącymi  w  sobie 
potomków  kołchoźników  znad  Wołgi.  Jak  dla  niego  to 
miasto mogłoby nie istnieć. 

Kiedy  dotarli  nad  Odrę,  zatrzymali  się  przed 

pontonową  przeprawą  obok  zbombardowanego  mostu, 
strzeżoną  przez  sowieckich  wartowników,  i  wysiedli  z 

background image

samochodów,  żeby  rozprostować  kości.  Eliasz  Kronprinc 
podszedł  do  plującej  dymem  więźniarki,  pozwolił 
konwojentom  załatwić  się  i  zaczerpnąć  świeżego 
powietrza  na  poboczu  rozjeżdżonej  drogi.  Dzięki  temu 
mógł zostać sam na sam z Horstem Stubem. Od momentu, 
gdy wyjechali z Berlina, próbował myśleć o nim nie jak o 
hauptsturmführerze  ss,  lecz  jak  o  szanowanym  doktorze 
archeologii uniwersytetu w Breslau. Nie przychodziło mu 
to łatwo. Nie zamierzał z nim rozmawiać, chciał mu tylko 
coś pokazać. 

Kronprinc  wspiął  się  po  ażurowych  schodkach  do 

więźniarki.  Chwilę  trwało,  zanim  jego  oczy  przywykły  do 
półmroku. Stube siedział wyprostowany, oparty plecami o 
ścianę  pojazdu.  Wyglądał  na  zrezygnowanego  i 
przestraszonego.  Musiał  być  jednak  na  tyle  inteligentny, 
by  przejąć  się  groźbą  zawartą  w  oczach  Kronprinca, 
czekającą  na  spełnienie,  gdyby  z  jakichś  powodów  po 
dotarciu do Poznania Herr Doktor nie zechciał mówić. 

 

* * * 

 
Sierżant  Antoni  Matysiak  zwymiotował  po  raz 

pierwszy,  kiedy  w  biurze  nie  było  jeszcze  Seweryna 
Sendlera.  Sendler  zastał  go  nad  emaliowanym  wiadrem, 
więc domyślił się, co się dzieje. 

–  Złe  się  czujesz?  –  zapytał,  pochylając  się  nad 

podwładnym. 

Matysiak wytarł usta wymiętoloną kraciastą chustką i 

background image

jęknął: 

–  Rety...  Nie  wypuszczam  z  rąk  wymborka...  Od 

wczoraj mnie męczy... 

Sendler przyjrzał się jego przeraźliwie bladej twarzy. 
– Może coś zjadłeś? 
– Może... 
– Masz gorączkę? 
Matysiak  oddychał,  jakby  zrobił  dziesięć  okrążeń  na 

stadionowym  żużlu.  Z  wysiłkiem  wzruszył  ramionami. 
Mieli  tyle  do  zrobienia,  a  tu  taki  pech,  zafrasował  się 
Sendler. 

–  Pójdziesz  do  lekarza,  jak  ci  się  do  południa  nie 

poprawi, jasne? 

Matysiak wyprostował się na krześle. 
– Jasne, panie kapitanie... 
– Nagotuję gorzkiej herbaty, może ci przejdzie. 
– Fest by było... 
Pojawił  się  sierżant  Szaj.  Za  nim  w  korytarzu  stał 

jakiś cywil. 

– Panie kapitanie, ktoś do pana. 
Cywil  stał  i  czekał.  Sendler  zaprosił  go  do  środka. 

Mężczyzna miał na sobie długi płaszcz w kolorze feldgrau 
z  sortów  mundurowych  Wehrmachtu.  Ani  chybi  trafiły 
mu  się  jakieś  magazyny  w  poniemieckich  koszarach, 
pomyślał Sendler. 

– Nazywam się Maurycy Jakubowski... Od profesora 

Kostrzewskiego. 

Sendler wyciągnął ku niemu rękę. 

background image

– W sprawie multiplum – kontynuował gość. 
– 

Oczywiście! 

– 

Sendler 

prawie 

wciągnął 

Jakubowskiego  do  środka.  –  Profesor  mówił,  że  kogoś 
przyśle. Bardzo się cieszę, że pan przyszedł. 

Sierżant  Matysiak  z  wiadrem  w  ręku obszedł  gościa, 

który przyjrzał mu się z zainteresowaniem. 

–  Kolega  źle  się  czuje  –  wytłumaczył  Sendler.  – 

Mamy  nadzieję,  że  to  nic  groźnego  Matysiak  wystawił 
wiadro na korytarz i wrócił. Ciężko opadł na krzesło przy 
biurku. Nie wyglądał ani ciut lepiej. 

Tymczasem  Jakubowski  rozebrał  się,  oddał  Szajowi 

płaszcz  pokryty  topniejącymi  płatkami  śniegu  i  stanął 
pośrodku pokoju. Szaj odwiesił płaszcz gościa, przysunął 
sobie  krzesło  i  usiadł  pod  ścianą,  nie  narzucając  się  ze 
swoją obecnością. 

– Napije się pan czegoś? – zapytał Sendler. 
–  A  czy  mógłbym  najpierw  zobaczyć  multiplum?  – 

gość odpowiedział pytaniem na pytanie. 

Miał przydługawe,  tłuste włosy i  błyszczące oczy, w 

których  czaiła  się  ciekawość.  Nawet  nie  próbował  jej 
ukrywać. Sendler skinął na Matysiaka. 

– Pokaż. Pan jest archeologiem? 
– Tak. Specjalizuję się w numizmatyce... To znaczy... 

w monetach. 

–  Wiemy,  co  to  jest  numizmatyka  –  uśmiechnął  się 

Sendler. 

Matysiak z namaszczeniem wyciągnął z biurka cenne 

zawiniątko  i  ostrożnie  położył  je  na  blacie.  Ociężałym 

background image

ruchem głowy przywołał Jakubowskiego. 

– Trzymacie to tutaj? – zapytał zaskoczony Jakubów– 

A  gdzie  indziej?  –  wystękał  Matysiak.  –  To  nie  jakaś 
rojber-buda,  tylko  posterunek  żandarmerii,  na  noc  durch 
zakluczany. A za dnia siedzę na tym złocie jak kwoka na 
jajach, to chyba dobrze, co? 

Jakubowski pochylił się nad biurkiem i własnoręcznie 

odsłonił medalion, żeby przyjrzeć mu się z bliska. Sendler 
stanął obok niego. 

– Walens – oznajmił po chwili Jakubowski. – Cesarz 

rzymski  z  drugiej  połowy  czwartego  wieku.  Zginął  pod 
Adrianopolem, walcząc z Wizygotami. 

– A ten po drugiej stronie? 
Jakubowski przewrócił medalion. 
– Jeździec. Bezimienny. Symbol czegoś tam. Wiecie, 

ile to waży? 

– Trzy czwarte kilo. 
Jakubowski przeliczył coś w głowie. 
–  Czyli  prawie  sto  pięćdziesiąt  solidów.  Solidy  to 

takie rzymskie monety. Z późnego okresu. Złote. 

–  Wiemy,  co  to  takiego  solidy  –  jeszcze  raz 

dobrodusznie  uśmiechnął  się  Sendler.  –  To  co,  napije  się 
pan teraz czegoś? 

– Z przyjemnością. 
– Herbata? 
– Prawdziwa? 
– Indyjska. Earl Grey. 
Jakubowski zrobił rozmarzone oczy. Sendler razem z 

background image

Szajem  przygotowali  herbatę  dla  wszystkich.  W  pokoju 
rozniósł się eteryczny zapach bergamotki. 

– Ten medalion bez wątpienia pochodzi z Zagórzyna 

–  powiedział  Jakubowski  tonem  znawcy.  –  Multiplum, 
które  uważano  za  zaginione.  Ba,  uważano  je  za 
zniszczone. Ktoś miał je sprzedać za wagę kruszcu. Teraz 
to  oczywiste,  że  chodziło  po  prostu  o  zacieranie  śladów. 
Co  innego  sprzedać  trochę  monet  na  aukcji,  a  co  innego 
spróbować zarobić na piramidzie Cheopsa. 

–  Piramidę  Cheopsa  znaleźliśmy  tu,  w  Poznaniu,  po 

drugiej stronie rzeki, na Ratajach – zauważył Sendler. 

–  Ja  właśnie  między  innymi  w  tej  sprawie  –  odrzekł 

Jakubowski. 

Sendler zainteresował się. 
– Tak? 
Archeolog  spuścił  wzrok  i  wbił  go w  podłogę,  jakby 

zastanawiał  się,  od  czego  zacząć.  Sendler  cierpliwie 
czekał.  W  pokoju  słychać  było  tylko  chrapliwy  oddech 
cierpiącego Matysiaka. 

–  Pochodzę  z  Warszawy  –  zaczął  wreszcie 

Jakubowski.  –  W  czasie  wojny  ukrywałem  się  w 
Ciechanowie.  Szukało  mnie  gestapo.  Po  wojnie 
organizowałem  współpracę  w  ramach  tak  zwanego 
Związku Muzeów. W listopadzie ubiegłego roku zostałem 
skierowany  do  Szczecina,  by  udzielić  pomocy  przy 
inwentaryzacji 

zbiorów 

tamtejszego 

muzeum 

archeologicznego, a raczej tego, co z nich zostało, bo jak 
pewnie się orientujecie, większość została przez Niemców 

background image

wywieziona  w  głąb  Rzeszy  jeszcze  przed  wkroczeniem 
Sowietów. Siłą rzeczy współpracowałem z tymczasowymi 
polskimi  władzami  cywilnymi  i  wojskowymi,  w  tym 
również, niestety, z bezpieką. Jakoś tak na przełomie roku 
poznałem  w  Szczecinie  oficera  Urzędu  Bezpieczeństwa 
Publicznego 

Poznania, 

który 

interesował 

się 

zagrabionymi  przez  Niemców  zbiorami  z  polskich 
muzeów. Wypytywał o konkretne eksponaty, różne takie, 
od  obrazów  po  bursztynową  komnatę,  miał  nawet  listę 
esesmanów  i  folksdojczów,  którzy  brali  udział  w  ich 
wywożeniu. Kiedyś pokazał mi  wykonany na  pergaminie 
ołówkowy odcisk medalionu z Zagórzyna. Wzbudził moje 
zainteresowanie, bo medalion z Walensem nigdy nie trafił 
do  żadnego  muzeum.  Ubek,  o  którym  mówię,  chciał  się 
też  dowiedzieć,  czy  gestapowiec  o  nazwisku  Stube 
pracował w czasie wojny w Szczecinie... 

– A pracował? 
– W muzeum pracował jakiś inny Stube. Krótko i na 

podrzędnym stanowisku. To nie była ta sama osoba. 

– Może rodzina? 
–  Tego  nie  mogę  wykluczyć.  Być  może  ten  ubek 

szukał jakichś powiązań między nimi. 

Seweryn Sendler wstał i podszedł do szafy z aktami. 

Wyciągnął teczkę Eliasza Kronprinca. Od chwili, kiedy ją 
założył,  teczka  napęczniała.  Wśród  zgromadzonych 
dokumentów 

było 

także 

zdjęcie 

Kronprinca 

wojskowym  mundurze.  Teraz  Sendler  pokazał  je 
Jakubowskiemu. 

background image

– Czy to ten człowiek? 
– Zdecydowanie.  Nie  mogę  tylko przypomnieć sobie 

jego nazwiska... 

– Kronprinc. Eliasz Kronprinc. 
–  No,  właśnie...  Wiedziałem,  że  to  było  jakieś 

żydowskie 

nazwisko. 

Teraz 

sobie 

przypominam. 

Oczywiście, że Kronprinc. 

Sendler pokazał Jakubowskiemu drugie zdjęcie. 
– A tak wyglądał po śmierci. Tylko że wtedy nazywał 

się już Bartkowiak. Eustachy Bartkowiak. 

Jakubowski uważnie obejrzał fotografię. 
– To on. Ale znałem go jedynie jako Kronprinca. 
Sendler zamyślił się. 
– To znaczy, że pojawił się w Szczecinie jeszcze jako 

Kronprinc... Pewnie dopiero potem został zawieszony... 

– Zawieszony? 
– W służbie. Został zawieszony w służbie. Z jakiego 

powodu  nie  wiemy.  I  nie  bardzo  wiemy,  co  potem  robił 
jako Bartkowiak. 

Jakubowski podrapał się po głowie. 
– Może za medalion? 
– Że niby go sobie przywłaszczył? Wątpię. Braliśmy 

pod  uwagę  taką  koncepcję,  ale  to  się  nie  trzymało  kupy. 
Za  wcześnie.  Wtedy  jeszcze  nikt  nie  wiedział,  że 
medalion z Zagórzyna w ogóle ujrzy światło dzienne. 

Popili  herbatę.  Nagle  od  zarzuconego  papierami 

biurka  zerwał  się  Matysiak  i  zataczając  się,  wybiegł  na 
korytarz.  Szaj  natychmiast  pośpieszył  za  nim.  Usłyszeli, 

background image

jak  Matysiak próbuje  zwymiotować,  ale  chyba  już  nie  za 
bardzo  miał  czym.  Potem  dobiegł  do  nich  metaliczny 
odgłos  przewracającego  się  wiadra  i  bezradny  krzyk 
Szaja: 

– Panie kapitanie!... Pomóżcie! 
 

* * * 

 
Hauptsturmführer  Horst  Stube  leżał  na  podłodze  z 

rozrzuconymi rękami i nogami. Był kompletnie nagi. Jego 
ciało  znaczyły  głębokie  rany  od  pejcza  i  siniaki  od 
metalowej  pałki.  Twarz  przypominała  kawał  zleżałego 
mięsa  obitego  brukarskim  młotkiem.  Wszystkie  paznokcie 
u  rąk  miał  powyrywane,  a  palce  połamane  i  opuchnięte. 
Na  jego  genitaliach  widniały  ślady  po  oparzeniach  od 
papierosów.  Krwawił  z  każdego  naturalnego  otworu 
swojego ciała. 

No  i  zabiłem  go,  pomyślał  Kronprinc,  zatłukłem  go, 

skurwysyna  jednego,  zupełnie  jak  tego  folksdojcza 
Kindlera... 

Powoli,  nie  śpiesząc  się,  opuścił  rękawy  koszuli. 

Podciągnął  szelki.  Bolała  go  głowa,  a  jak  na  złość  nie 
miał przy sobie żadnych proszków. Sięgnął po Biełomora i 
zapalił. 

Stojąc 

nad 

stygnącym 

ciałem 

Stubego, 

zastanawiał  się,  czy  było  warto?  To  się  okaże, 
odpowiedział sam sobie. Służbowa wyprawa do Szczecina, 
na którą tak długo czekał, tylko częściowo potwierdziła to, 
czego  się  wcześniej  dowiedział.  Młodszy  Stube  o  imieniu 

background image

Friedrich  rzeczywiście  pracował  przez  jakiś  czas  w 
Stettiner  Landesmuseum,  ale  czy  to  jemu  starszy  brat 
przekazał  medalion?  I  czy  Friedrich  nadal  utrzymywał 
kontakty  ze  swoim  poprzednim  miejscem  pracy, 
antykwariatem  Fassbendera  we  Frankfurcie?  Hmm,  jeśli 
tak,  to  trop  zapewne  biegł  do  sejfu  jakiegoś  bogatego 
kolekcjonera  w  Niemczech,  Szwajcarii  lub  Ameryce...  A 
tam sprawa definitywnie się kończyła. 

A  jeśli  to  ostatnie  słowa  Stubego  były  prawdziwe? 

Może  to  jednak  on,  osobiście,  Horst  Stube,  wywiózł 
medalion  do  rodzinnej  posiadłości  pod  Breslau  i  tam  go 
ukrył?  Czy  naprawdę  wierzył,  że  może  po  niego 
kiedykolwiek  wrócić?  Jak  to  sobie  wyobrażał?  Bity  po 
nerkach mówił prawdę czy po raz ostatni w życiu kłamał? 
Ale  ile  w  końcu,  do  kurwy  nędzy,  może  wytrzymać 
człowiek siedzący na odwróconym taborecie, bez paznokci 
u  rąk,  któremu  co  chwila  ktoś  przypomina, że  ma  jeszcze 
paznokcie  u  nóg,  a  na  widok  kolejnego  zapalanego 
papierosa skamle jak przerażone zwierzę? 

Kronprinc  oparty  o  stół  przyglądał  się  Stubemu 

leżącemu na podłodze. Teraz, po jego śmierci, nienawidził 
go jeszcze bardziej. Najchętniej wrzuciłby go do płytkiego 
dołu i zasypał wapnem. Ale nie pozwolą mu na to. Stanie, 
kurde,  do  raportu  jak  nic.  Na  pewno  nie  ujdzie  mu  to  na 
sucho.  Służba  to  w  końcu  nie  istriebitielnyj  batalion,  w 
którym  chęć  zemsty  wygrywa  z  wojskową  dyscypliną,  a 
Horst Stube to nie zwykły folksdojcz, jak Kindler, którego 
śmiercią nie zainteresował się nawet pies z kulawą nogą. 

background image

Paląc  papierosa,  Eliasz  Kronprinc  zastanawiał  się 

nad  reakcją  przełożonych.  Nie  miał  złudzeń.  Kończył  się 
kolejny  etap  w  jego  pieprzonym  życiu.  A  sporo  ich  było, 
począwszy  od  cudownych  lat  w  stanisławowskim  liceum 
im.  Staszica,  poprzez  poniżający  numerus  clausus  dla 
Żydów  i getto ławkowe na Politechnice Lwowskiej, aż po 
narastającą,  bezbrzeżną  chęć  porozbijania,  najpierw 
endeckich,  a  potem  nazistowskich  pysków,  która  znalazła 
wreszcie swoje spełnienie w bolszewickiej wizji światowej 
ojczyzny proletariatu... 

Ale  z  tego  już  się  nie  wywinie.  Nie  tym  razem. 

Posunął  się  o  krok  za  daleko.  Wszak  proces  Horsta 
Stubego  zaplanowano  jako  starannie  wyreżyserowaną 
pokazówkę,  dla  której  zarezerwowano  pierwsze  strony 
lokalnych  gazet.  A  on  okazał  się  źle  naoliwionym, 
zawodnym trybikiem w machinie sprawiedliwości ludowej. 
Powierzono  mu  odpowiedzialne  zadanie  i  co?  –  zawiódł, 
taka  będzie  ocena  przełożonych.  Tylko  czy  to  miało 
jakiekolwiek znaczenie, teraz, gdy zachodni alianci nawet 
bez  pretekstu,  jakim  mogło  stać  się  zakatowanie 
deportowanego gestapowca, wstrzymywali się od dobrych 
dwóch  miesięcy  z  przekazywaniem  na  Wschód  kolejnych 
jeńców,  a  coraz  częściej,  głośniej  i  bez  ogródek  mówiło 
się  o  nieuniknionej  wojnie  między  dotychczasowymi 
sojusznikami? 

 

* * * 

 

background image

Zbliżały  się  święta,  a  Sendler  od  trzech  dni  leżał  w 

łóżku.  Amerykański  doktor  nie  skierował  go  do  szpitala, 
tylko  przepisał  leki  i  zalecił  odpoczynek.  Sierżant  Szaj 
przyjeżdżał rano, żeby napalić mu w piecu, a po południu 
dostarczał  ciepłą  strawę  z  wojskowej  kuchni.  Sendler  nie 
zjadał  z  niej  nawet  połowy.  Ani  chybi  zaraził  się  czymś 
od Matysiaka. 

W południe z letargu wyrwało go natarczywe pukanie 

do  drzwi.  Zwlókł  się  z  łóżka  i  wspierając  się  o  kanciaste 
meble  – dzięki  ci,  Boże, za  te kanty  – dotarł  do  sieni. W 
drzwiach ukazał się Maurycy Jakubowski. 

– Dzień dobry, panie kapitanie. Chciałem... 
Zlany  potem  Sendler,  bardziej  zmęczony  niż 

zaskoczony, wpuścił archeologa do środka i nie oglądając 
się za siebie, poczłapał z powrotem do łóżka. Jakubowski 
podążył  za  nim,  stanął  w  płaszczu  pośrodku  pokoju  i 
rozejrzał się dookoła. Sendler obserwował go z łóżka. Co 
się  tak  gapi,  myślał,  liczył,  że  zobaczy  rzymskie 
medaliony na ścianach? 

– No? – wydobyło mu się z zaschniętego gardła. 
– Zrobić panu herbaty, kapitanie? – zapytał gość. 
–  Przykro  mi,  nie  rozpalam  w kuchni. Ale niech pan 

sobie zrobi, jeśli chce. 

– To może chociaż wody? 
– No, może. Poproszę. 
Jakubowski  nalał  wody  do  kubka,  a  sam  rozpalił 

ogień  w  piecu  i  nastawił  czajnik.  Dopiero  potem  zdjął 
płaszcz, wziął krzesło i usiadł przy Sendlerze, podając mu 

background image

kubek.  Spojrzał  na  radio  Tandberg,  z  którego 
wydobywały się ściszone takty sonaty Księżycowej. 

– To amerykańska rozgłośnia – wyjaśnił Sendler. 
–  Tak  właśnie  pomyślałem  –  odrzekł  Jakubowski  z 

ponurą miną. – Minie sporo czasu, zanim w polskim radio 
usłyszymy  Beethovena.  Dotarły  do  pana  dzisiejsze 
wieści? 

–  Tak.  To  koniec.  Rozejm.  Eisenhower  nie 

przekroczy linii Bugu. 

–  To  oznacza  Polskę  na  linii  Curzona.  I  bez  Ziem 

Odzyskanych. 

– Za to z Prusami Wschodnimi. 
–  Rzeczywiście  sukces.  –  Jakubowski  pogardliwie 

wydął  wargi.  –  Jeszcze  chwila  i  ludzie  zażądają  powrotu 
komunistów. 

–  Przyszedł pan  namawiać  mnie  do buntu przeciwko 

Amerykanom?  Anders  niech  się  martwi,  jak  to  nam 
wszystko wytłumaczyć. 

Minęło  jeszcze  trochę  czasu,  zanim  zagotowała  się 

woda. Jakubowski znalazł puszkę z herbatą, nasypał sobie 
łyżeczkę do kubka i zalał ją wrzątkiem. 

–  Pochodzę  ze  Stanisławowa  –  powiedział  ugodowo 

Sendler. 

Jakubowski  milczał,  ściskając  w  dłoniach  gorący 

kubek.  Nic  go  to  nie  obchodziło.  Nie  po  to  przyszedł, 
żeby  wysłuchiwać  kresowych  wspomnień.  Czekał,  aż 
herbata ostygnie. 

–  Wie  pan,  co  jest  najciekawsze  w  sprawie 

background image

Kronprinca? – ciągnął Sendler. 

– Tak? 
–  Obydwaj,  on  i  ja,  pochodzimy  ze  Stanisławowa, 

wiedział pan  o tym?  Przynajmniej tak wynika  z jego akt, 
jeśli w ogóle są prawdziwe. 

Jakubowski szybko zamrugał powiekami. 
– To ciekawe. Znał go pan? 
–  Ani  trochę.  Był  ode  mnie  starszy  o  sześć  lat.  Nie 

było  możliwości,  żebyśmy  się  spotkali  przed  wojną.  Ale 
jesteśmy  absolwentami  tego  samego  liceum.  Być  może 
nawet  mieliśmy  łacinę  z  tym  samym  nauczycielem. 
Profesor  Maćków  pokazywał  na  lekcjach  złote  rzymskie 
monety  i  odpytywał  z  tytulatury  cesarzy.  Może  wtedy 
Kronprinc zapałał miłością do skarbu z Zagórzyna? 

– Pan żartuje? 
–  Dlaczego?  Jak  na  funkcjonariusza  czerezwyczajki 

to dosyć intrygująca postać. 

Jakubowski w końcu napił się herbaty. 
–  Myślę,  że  po  prostu  chciał  się  urwać  z  tym 

medalionem. Wiedział, ile jest wart. 

–  Właśnie  o  tym  mówię.  Ilu  ubeków  zwróciłoby 

uwagę na coś więcej niż kilogram złota? 

–  Dobre  sobie.  Pozostanę  przy  swoim  zdaniu,  panie 

kapitanie. To,  że,  jak  pan  twierdzi,  wyleciał  ze  służby  za 
zakatowanie  Stubego,  nie  dowodzi  niczego  poza  tym,  że 
chciał  za  wszelką  cenę  zdobyć  medalion.  A  potem  go 
spieniężyć. 

Sendler  z  wysiłkiem  poprawił  sobie  poduszkę  pod 

background image

głową. 

–  Ale  jakoś  nie  przetopił  go  na  sztabki.  Miał  sporo 

czasu, lecz tego nie zrobił. Ciekawe dlaczego? 

–  Błagam,  niech  pan  go  nie  idealizuje.  Przyszedłem 

tu z prośbą. 

Sendler  zerknął  na  gościa  znad  krawędzi  kubka  z 

wodą. 

– No? 
–  Chciałem  pana  prosić  w  imieniu  profesora 

Kostrzewskiego  o  przekazanie  multiplum  do  Muzeum 
Prehistorycznego. 

Sendler uśmiechnął się kwaśno. 
– Jak mam to niby załatwić? 
Jakubowski pochylił się nad Sendlerem. 
– Chcę coś wyznać w tajemnicy. 
– Jak kamień w wodę. Słucham. 
–  Kilka  dni  temu  zostałem  zaproszony  przez 

Amerykanów 

na 

rozmowę. 

Rozmowa 

była 

protokołowana.  W  kącie  siedział  jakiś  Szwab  i 
przysłuchiwał  się  temu,  o  co  mnie  pytali.  A  pytali,  co 
wywiozłem  ze  Szczecina  jako  przedstawiciel  polskiego 
rządu.  Rozumie  pan?  Zrobili  ze  mnie  złodzieja,  oni, 
Jankesi,  nasi  wyzwoliciele,  psiakrew!  Najgorsze  jednak 
było  to,  że  na  wszystko  gapił  się  ten  faszystowski 
oberzłodziej,  który  pewnie  jeszcze  niedawno  łupił  muzea 
po całej Europie i wywoził do Rzeszy, co mu tylko w łapy 
wpadło.  Na  szczęście  trzymał  gębę  na  kłódkę,  bo  gdyby 
się odezwał, to... 

background image

Sendler nagle strzelił palcami, jakby go coś olśniło. 
– Może to brat Stubego? No, ten ze Szczecina, jak mu 

tam... Friedrich? 

–  A  wie  pan,  że  pomyślałem  o  tym  samym?  Ale  nie 

przedstawiono  mi  go.  Takie  teraz  mamy  obyczaje. 
Zresztą,  co  za  różnica?  Jestem  prawie  pewien,  że  jak 
przyjdzie  co  do  czego,  to  będą  próbowali  położyć  także 
łapy na medalionie z Zagórzyna. 

– Kto? Niemcy? 
– Oczywiście. 
– Eee... Nie chce mi się w to wierzyć. 
–  Jakiś  czas  temu  też  bym  nie  uwierzył,  że  będę 

przesłuchiwany przez Jankesów w obecności Szwaba. 

– To jakieś biurokratyczne niedopatrzenie. 
–  Raczej  skurwysyństwo.  Tu  jest  Polska,  a  nie 

Teksas, ten kowboj doskonale zdawał sobie z tego sprawę, 
co robi. 

Sendler  nakrył  się  kołdrą  aż po  szyję,  bo  zrobiło  mu 

się  zimno.  W  pokoju  było  znośnie,  ale  na  zewnątrz 
panował  siarczysty  mróz.  Zza  okna  dobiegł  do  nich 
odgłos  skrzypiącego  śniegu,  jakby  ktoś  przechodził  pod 
samą ścianą budynku. 

–  Napiszcie  w  sprawie  medalionu  oficjalny  wniosek 

albo  prośbę,  obojętnie,  jak  to  nazwiecie  –  zaproponował. 
– Zresztą dziwię się, że jeszcze tego nie zrobiliście. 

Rozległo  się  pukanie  do  drzwi.  Spojrzeli  po  sobie 

zaskoczeni.  Jakubowski  poszedł  otworzyć.  Sendler 
pomyślał,  że  jeszcze  za  wcześnie  na  Szaja,  ale  to  był 

background image

rzeczywiście  Szaj  w  asyście  dwóch  amerykańskich 
żandarmów  i  lekarza,  który  trzy  dni  temu  zbadał  go  i 
przepisał lekarstwa. 

–  Zabieramy  pana,  kapitanie  –  oświadczył  Szaj.  – 

Wszyscy idziemy do szpitala. 

– Wszyscy to znaczy kto? 
–  Wszyscy,  którzy  mieli  kontakt  z  tym  pieprzonym 

medalionem. 

Sendler  i  Jakubowski  spojrzeli  po  sobie  jeszcze 

bardziej zaskoczeni. 

–  Pan  też  –  rzucił  koszarowym  tonem  Szaj  do 

Jakubowskiego. 

– Ja? 
– Oczywiście. Pan też może mieć chorobę promienną. 
–  Jaką  chorobę?  –  roześmiał  się  Jakubowski.  – 

Promienną? 

Nagle  w  głowie  Seweryna  Sendlera  wszystkie 

elementy  układanki  ułożyły  się  w  jedną  całość.  Pojął, 
gdzie był i co robił Eliasz Kronprinc po tym, jak wyleciał 
ze służby. 

–  Chyba  popromienną,  sierżancie  –  poprawił  Szaja 

grobowym głosem. 

 

* * * 

 
Mam  go...  Żeż  kurwa  mać,  mam  go...  O,  niebiosa, 

mam... Nareszcie! 

Kronprinc  siedział  na  ławce  przed  zrujnowanym 

background image

wiejskim  domem  –  też  mi  wielka  posiadłość,  myślał, 
niektóre  żydki  pod  Stanisławowem  miały  większe 
gospodarstwa  niż  rodzina  Stube
  –  i  starannie  oglądał 
leżący  na  kolanach,  oślepiająco  błyszczący,  szczerozłoty 
medalion  Walensa.  U  jego  stóp  spoczywała,  wzmocniona 
metalowymi  opaskami,  drewniana  skrzynka,  z  której  go 
wydobył.  Znajdowało  się  w  niej  jeszcze  kilkadziesiąt 
złotych  i  srebrnych  monet.  Wszystko  to  –  medalion  i 
monety – odkrył w miejscu, które wskazał mu Horst Stube, 
zanim pękł na dobre po dziesiątym wyrwanym paznokciu, 
i przyciśnięty po raz ostatni, by sprawdzić, czy nie kłamie, 
w końcu wyzionął ducha. 

Kronprinc  odprężył  się.  Sięgnął  po  Biełomory  i 

przyłapał  się  na  tym,  że  wczoraj  spalił  ostatniego.  Oż 
cholera,  westchnął  z  żalem.  Po  raz  pierwszy  od  bardzo 
dawna zagłębił się we własnych myślach, nie trzymając w 
dłoni papierosa. 

W  sumie  strasznie  i  śmiesznie  to  wszystko 

wyglądało... Jankeskie samoloty nad głowami, wycofujące 
się w popłochu kolumny sowieckich wojsk, a między nimi 
spychane  na  pobocza  popyrkujące  dekawki  i  wozy 
drabiniaste  polskich  osadników  z  Ziem  Odzyskanych, 
którzy uwierzywszy w zapewnienia Rządu Tymczasowego, 
teraz  wiali  gdzie  pieprz  rośnie,  byle  tylko  zdążyć  przed 
spodziewanym powrotem niemieckich właścicieli kamienic 
i  gospodarstw  rolnych...  Potem  ten  błysk,  który  rozkwitł 
na 

niebie, 

niczym 

największe 

multiplum, 

jakie 

kiedykolwiek  przyszło  mu  oglądać,  później  straszliwe 

background image

dudnienie  i  drżenie  ziemi,  z  której  podniosły  się  tumany 
szarego  pyłu,  a  następnie  świszczący  wiatr,  zrywający 
dachy  i  obalający  kominy,  niosący  trawy,  krzewy  i 
wszystko,  co  mu  stanęło  na  drodze,  a  było  na  tyle  lekkie, 
by  pofrunąć  w  przestworza...  Na  koniec  oglądał  z 
podziwem 

ogromną 

chmurę 

rozgrzanych 

gazów, 

formujących  się  w  gigantyczny  grzyb,  czy  cokolwiek  to 
było,  który  powoli,  dystyngowanie  wspinał  się  pod 
niebiosa  jak  puchnący  wrzód...  Wunderwaffe,  pomyślał 
oszołomiony. 

Następnego  dnia  pojawiły  się  tabuny  sowieckich 

niedobitków,  próbujących  wydostać  się  z  kotła  Breslau, 
który  Amerykanie  jeszcze  raz  zaatakowali  nową, 
straszliwą  bronią.  Tym  razem  zobaczył  tylko  światło  i 
usłyszał  grzmot  podobny  do  odległej  burzy,  bo  był  po 
prostu  za  daleko.  Przerażonym  uciekinierom  nikt  nie 
przychodził 

pomocą, 

zmykali 

byle 

dalej 

od 

zrujnowanego miasta, poparzeni i poranieni, z obłędem w 
oczach, porzucając broń i amunicję, błagając o opatrunki 
i najmniejszy choćby łyk wody. Dziesiątki z nich, a może i 
setki,  umarły  na  jego  oczach  –  był  świadkiem  śmierci 
zwykłych 

żołnierzy 

oficerów, 

sanitariuszek 

radiotelegrafistów...  Jak  to  się  stało,  że  przeżył  w  tym 
rozgardiaszu,  między  nimi?  Przyszedł  z  drugiej  strony,  z 
dala od  śmiercionośnego ataku,  więc Sowieci  brali  go za 
zagubionego  polaczka,  jeśli  w  ogóle  zwracali  na  niego 
uwagę, zajęci sobą, swoimi ranami i walką o żywność. Na 
wszelki  wypadek  przemykał  niczym  zwierzę,  czaił  się  w 

background image

cieniu  pogruchotanych  budynków,  na  noc  mościł  sobie 
legowiska  w  lasach  i  zagajnikach.  Tylko  raz  musiał  się 
tłumaczyć  przed  podejrzliwym  oficerem,  że  szuka 
zaginionych  żony  i  dzieci.  Tamten  nawet  nie  sięgnął  po 
broń,  by  go  postraszyć,  o  kulce  w  łeb  –  co  zwykł  pewnie 
czynić  w  takich  sytuacjach  –  nawet  nie  wspominając. 
Machnął  na  niego  ręką,  podejrzewając  najwyraźniej,  że 
pomieszało mu się w głowie od nadmiaru nieszczęść. 

Kiedy  dotarł  do  Altenhagen,  był  chyba  jedynym 

żyjącym  człowiekiem  w  okolicy.  Nawet  zwierzęta  gdzieś 
przepadły, te dzikie i te domowe. Psy nie szczekały, a kury 
nie 

gdakały. 

Hodowlane 

gołębie, 

tak 

tutaj 

rozpowszechnione,  przestały  trzepotać  skrzydłami  nad 
jego  głową.  Odnalazł  ewangelicki  kościół  z  czerwonej 
cegły,  który  choć  pozbawiony  wieży  i  tak  górował  nad 
wszystkimi  pozostałymi  zabudowaniami.  Polscy  osadnicy 
zdążyli go już przemianować na katolicką świątynię, czego 
dowodem  były  ogłoszenia  wypisane  kopiowym  ołówkiem 
na  ocalałej  tablicy  przed  głównym  wejściem.  Sądząc  z 
zapowiedzi,  jakaś  młoda  para  zdążyła  się  już  nawet 
połączyć węzłem małżeńskim, którego trwałość najpewniej 
była  właśnie  wystawiana  na  próbę  przez  nieobliczalną 
historię. 

Znalazł studnię w cienistym sadzie i zaczerpnął z niej 

wody.  Napił  się,  rozebrał  do  naga  i  zanurzając 
kilkakrotnie  wiadro  w  studni,  zrobił  sobie  lodowaty 
prysznic.  Potem  bez  większych  trudności  odnalazł  dom 
rodziny Stube. 

background image

W  Altenhagen  wszystkie  domostwa  miały  pozrywane 

dachy, co w znakomity sposób ułatwiło mu poszukiwania. 
Za pomocą sznurów i drutu zmontował z kilku desek oraz 
palików do podtrzymywania fasoli prowizoryczną drabinę. 
Wspiął  się  na  puste,  nieużywane,  a  teraz  odsłonięte 
poddasze,  od  którego  zawiewało  cuchnącym  moczem 
łasic.  Nie  musiał  wszczynać  jakichś  nadzwyczajnych 
poszukiwań.  Na  jednej  z  grubych  stropowych  belek  stała 
przytulona  do  resztek  komina,  zapomniana,  drewniana  i 
dość  ciężka  –  pewnie  dlatego  fala  uderzeniowa  wybuchu 
nie zrzuciła jej wraz z dachem na ziemię – skrzynka, którą, 
po strząśnięciu z niej kurzu i popiołu, czym prędzej zniósł 
na  dół.  Tam  otworzył  ją  jednym  uderzeniem  ogrodowego 
szpadla  znalezionego  w  przydomowej  altance.  Kiedy 
siedząc  na  ławce  wkomponowanej  w  bluszcz  porastający 
południową  ścianę  zrujnowanego  domu,  napawał  się 
widokiem  tego,  co  wydobył  ze  środka,  usłyszał  złowrogi, 
terkoczący odgłos nadjeżdżającego samochodu... 

 

* * * 

 
Prawdopodobieństwo,  że  Sendler  umrze,  było 

minimalne.  Wprost  przeciwnie,  lekarz  stwierdził,  że  jego 
życiu  raczej  nic  nie  zagraża,  a  powiedział  mu  to  zaraz 
pierwszego  dnia  pobytu.  Jego  kontakt  z  medalionem 
Walensa  nie  był  tak  bliski  i  intensywny,  jak  Matysiaka, 
któremu  dawano  zaledwie  pięćdziesiąt  procent  szans  na 
przeżycie.  Z  tego  też  powodu  wywieziono  go  do 

background image

specjalistycznego  szpitala  wojskowego  w  amerykańskiej 
części okupowanych Niemiec. 

Sendlera  umieszczono  w  polowym  lazarecie  pod 

Poznaniem,  w  którym  wydzielono  oddział  leczenia  ofiar 
promieniowania,  powstającego  podczas  wybuchów  bomb 
nowego  typu.  Położono  go  w  tej  samej  sali,  co 
Jakubowskiego  i  Szaja.  W  szpitalu  na  jednodniowej 
obserwacji  pojawił  się  też  profesor  Kostrzewski.  Jakiś 
czas  później,  w  wyniku  zeznań  Sendlera,  przebadano 
również  pracowników  cywilnego  szpitala,  w  którym 
zmarł  Eliasz  Kronprinc,  oraz  właścicielkę  domu,  w 
którym  Kronprinc  wynajmował  pokój,  jak  również  jej 
nastoletniego syna. 

Sendlera 

zdiagnozowano 

limfopenię, 

czyli 

zmniejszenie  ilości  limfocytów  we  krwi,  co  początkowo 
nikogo  nie  zdziwiło,  bo  zdarzało  się  to  także  przy 
zwykłych  infekcjach  i  osłabieniach  organizmu.  Jak 
przyznał  opiekujący  się  nim  lekarz,  za  przyczynę  jego 
złego  stanu  zdrowia  uznano  początkowo  niezaleczoną 
gruźlicę, z którą Sendler zmagał się przed laty w obozach 
internowania  w  Rumunii  i  na  Węgrzech.  Dopiero 
przypadkowy kontakt podwładnego Sendlera – Matysiaka, 
ze  specjalistycznymi  dozymetrami  zainstalowanymi  w 
wojskowym  szpitalu,  w  którym  się  znalazł,  wywołał 
alarm  wśród  personelu  medycznego.  Trochę  potrwało, 
zanim  skojarzono  fakty  i  zlokalizowano  źródło  radiacji. 
Niestety,  Matysiak  ucierpiał  najbardziej,  bo  po  głębokiej 
limfopenii  pojawiła  się  niedokrwistość  oraz  wybroczyny 

background image

na  całym  ciele.  Decyzję  o  przetransportowaniu  go  na 
Zachód  podjęto  po  nagłym,  trudnym  do  opanowania 
krwotoku  z  przewodu  pokarmowego.  Tydzień  po 
przyjęciu  do  szpitala  Sendler  dowiedział  się,  że  sierżant 
Antoni Matysiak zmarł w amerykańskiej bazie wojskowej 
pod Kaiserslautern. 

Źródłem  promieniowania  był  oczywiście  medalion  z 

Zagórzyna. 

Śladowe 

promieniowanie 

stwierdzono 

również  na  pozostałych  monetach  znalezionych  przez 
Kronprinca.  Jak  wytłumaczył  Sendlerowi  amerykański 
specjalista  od  choroby  popromiennej  –  wiedział  o  niej 
niewiele  więcej  od  Sendlera  –  napromieniowanie 
numizmatów  wywołał  opad  radioaktywny  po  wybuchu 
bomby, bo raczej nie samo powstające w trakcie wybuchu 
promieniowanie  przenikliwe.  Kronprinca  zabił  więc 
najprawdopodobniej 

długi 

bliski 

kontakt 

radioaktywnymi  cząstkami  –  można  powiedzieć,  że  w 
gruncie  rzeczy  spał  na  śmiercionośnym  medalionie  – 
podobnie  zresztą,  jak  Matysiaka,  który  przechowywał 
medalion  w  swoim  biurku,  a  kilka  razy  dziennie,  na 
wyraźne  polecenie  Sendlera,  sprawdzał,  czy  artefakt 
ciągle tam jest. 

Sendlera  zastanawiało,  dlaczego  Kronprinc  znalazł 

się  tak  blisko  miejsca  eksplozji?  Okej,  w  porządku  – 
chciwość,  to  było  jakieś  wytłumaczenie.  Ale  dlaczego 
Kronprinc  nie  zaczekał?  Amerykanie  twierdzili,  że 
pierwszy 

rzęsisty 

deszcz 

spłukałby 

wszystkie 

napromieniowane  brudy  wokół  Breslau.  Więc  dlaczego? 

background image

Przecież  Kronprinc  to  nie  był  idiota,  który  nie  wiedział, 
czym  grozi  bezpośredni  kontakt  z  radioaktywnymi 
pozostałościami,  myślał  Sendler.  Musiał  zdawać  sobie 
sprawę, co oznacza wejście do strefy po bombardowaniu. 
Całe dwa semestry studiował na Politechnice Lwowskiej, 
co  prawda  na  Wydziale  Rolniczo-Leśnym,  ale  nie  był 
przecież  nieukiem  ani  jakimś  lekkoduchem.  Było  w  tej 
historii coś dziwnego, czego Sendler nie rozumiał. 

Kiedy  Sendler  w  połowie  lutego  trochę  wydobrzał, 

został  poproszony  do  komendanta  lazaretu,  gdzie  czekał 
na  niego  człowiek  z  amerykańskiego  wywiadu  OSS.  Że 
jest oficerem, Sendler zorientował się, dopiero gdy tamten 
machnął odznaką, którą wyciągnął z wewnętrznej kieszeni 
lotniczej  kurtki  z  demobilu.  U  boku  tajniaka  warował 
funkcjonariusz  niemieckiej  policji,  który  w  dziwacznym, 
źle  skrojonym  mundurze,  tak  różnym  od  wzbudzających 
lęk  i  podziw  nazistowskich  uniformów 

III 

Rzeszy, 

prezentował  się  niczym  miejski  ogrodnik  wysłany  na 
polowanie  na  lamparty.  Seweryn  Sendler  nie  podał  mu 
ręki,  choć  tamten  przez  chwilę  stał  z  wyciągniętą  w  jego 
stronę  dłonią.  Gówno  mnie  obchodzi,  czy  spędziłeś 
ostatnie dziesięć lat na emigracji, pomyślał o nim Sendler. 

–  Prowadzimy  śledztwo  w  sprawie  morderstwa 

dwóch  obywateli  Niemiec  pod  Breslau  latem  ubiegłego 
roku – poinformował ostrzyżony na jeża Amerykanin. 

Sendler  milczał.  Obydwaj,  Niemiec  i  Amerykanin, 

świdrowali  go  wzrokiem,  jakby  chcieli  powiedzieć: 
„Przecież wiesz, po co tu jesteśmy”. 

background image

–  To  bardzo  poważna  sprawa,  panie  kapitanie  – 

przestrzegł Amerykanin. 

– Aha – odezwał się w końcu Sendler. – Ale to chyba 

nie  jedyni  obywatele  Niemiec,  którzy  latem  ubiegłego 
roku zginęli pod Breslau? 

Na twarzy Amerykanina zagościł grymas, który mógł 

być 

jednocześnie 

uśmiechem 

politowania, 

jak 

bezwzględną groźbą. 

–  Zastrzeleni  to  Friedrich  Stube  i  Andreas 

Fassbender. Pełnomocnicy niemieckiego urzędu do spraw 
dziedzictwa  kulturowego.  Zginęli  od  strzałów  z  broni 
kaliber 7, 62. 

Sendler 

przyjrzał 

się 

uważnie 

Niemcowi 

przysłuchującemu 

się 

rozmowie. 

Był 

archetypem 

faszystowskiego  nadczłowieka  –  blondyn  o  niebieskich 
oczach i brwiach jak u dorsza. 

– Jak dla mnie – zwrócił się bezpośrednio do niego – 

pracowników  niemieckiego  urzędu  do  spraw  czegoś  tam 
można by zabijać nawet kijami do bejsbola. 

Niemiec  albo  nie  rozumiał  angielskiego,  albo  miał 

nerwy  ze  stali.  Ostrzyżony  na  jeża  człowiek  z  wywiadu 
oss na wszelki wypadek przyszedł mu z pomocą. 

–  To  mógł  być  sowiecki  pistolet  Tokariewa  – 

powiedział,  dając  jednocześnie  znak  Niemcowi,  żeby  się 
nie odzywał. – Tak zwana tetetka. 

Sendler sprostował: 
–  To  mógł  być  każdy  pistolet  na  naboje  o  tym 

kalibrze. 

background image

– To znaczy? 
–  Na  przykład  Mauser.  Sowieci  do  tetetki  używali 

adaptowanych nabojów Mausera. 

–  Aha...  Prowadził  pan  śledztwo  w  sprawie  śmierci 

niejakiego Eliasza Kronprinca? 

– Owszem. 
–  Czy  wśród  rzeczy  Eliasza  Kronprinca  znalazł  pan 

pistolet Tokariewa, kapitanie? 

– Nie – skłamał Sendler. 
– Na pewno? 
–  Na  pewno.  Wśród  rzeczy  Eliasza  Kronprinca  nie 

znalazłem pistoletu Tokariewa. 

– Dziękuję, panie kapitanie. 
– Proszę bardzo. 
Amerykanin  wydawał  się  być  usatysfakcjonowany. 

Dopiero  teraz  Sendler  zauważył,  że  misja  towarzyszenia 
niemieckiemu policjantowi chyba jednak trochę mu ciąży. 

– Czy ma pan jakieś pytania do kapitana Sendlera? – 

zwrócił się Amerykanin do Niemca. 

– Nein – odrzekł Niemiec, chcąc najwidoczniej zrobić 

przykrość Sendlerowi. 

–  W  takim  razie  ja  jeszcze  o  coś  zapytam.  – 

Amerykanin  zagryzł  wargi.  –  Czy  precjoza  znalezione  u 
Eliasza Kronprinca zostały należycie zabezpieczone? 

–  Co  do  tego  nie  mam  najmniejszych  wątpliwości  – 

odrzekł  Sendler.  –  Przechodzą,  jeśli  to  jest  odpowiednie 
określenie,  kwarantannę  w  amerykańskiej  brygadzie 
wojsk chemicznych stacjonującej w Poznaniu, przy czym 

background image

ich  dysponentem  jest  profesor  Kostrzewski  z  Muzeum 
Prehistorycznego w Poznaniu. 

–  I  do  niego  należałoby  się  zwrócić,  gdybyśmy 

chcieli je obejrzeć? 

– Wyłącznie. 
– Dziękuję, panie kapitanie. 
– Proszę bardzo – powtórzył Sendler. 
Amerykanin i Niemiec wstali i wyszli. Sendler został 

sam. Zaczekał, aż do gabinetu wróci komendant lazaretu, 
po czym zapytał go: 

– Czy kobieta, Polka z Poznania, którą przywieziono 

tutaj  kilka  dni  po  mnie  razem  z  synem,  lat  może 
szesnaście, siedemnaście, ciągle jest w szpitalu? 

–  Oboje  z  limfopenią?  –  Wiecznie  zaaferowany 

komendant  przewertował  w  swojej  głowie  niewidzialne 
kartoteki.  –  Zostali  przewiezieni  do  Kaiserslautern  w 
Niemczech jakieś trzy tygodnie temu. 

– Pogorszyło im się? 
– Trochę. Nie mieliśmy tutaj odpowiednich leków. 
Sendler wstał. 
– Dziękuję, panie komendancie. 
–  Proszę...  Czy  jest  coś,  co  powinienem  wiedzieć  na 

ich temat? 

–  Bynajmniej,  to  sprawa  prywatna,  niezwiązana  ze 

stanem ich zdrowia. 

 

* * * 

 

background image

Ledwie  Eliasz  Kronprinc  zdążył  wnieść  do  wnętrza 

domu  prowizoryczną  drabinę,  po  której  wspiął  się  na 
strych, i szpadel, którym rozłupał wieko skrzyni, gdy przed 
frontową  furtką  zatrzymał  się  samochód.  Kronprinc 
zamarł  ze  skrzynką  pełną  złotych  i  srebrnych  monet  w 
rękach pośrodku salonu zasypanego gruzem ze zwalonego 
komina. Nie wpadł w panikę, szybko rozejrzał się dookoła. 
Odłożył  cenne  znalezisko  na  podłogę,  sięgnął  do 
porzuconego 

wcześniej 

płaszcza 

wyciągnął 

wewnętrznej kieszeni na piersi zawinięty w lnianą szmatę 
pistolet  Tokariewa,  który  za  zasługi  pozwolili  mu 
zachować łaskawi przełożeni. 

Nie  czekał.  Kiedy  po  odgłosach  zorientował  się,  że 

intruzów nie będzie więcej niż dwóch, odbezpieczył broń i 
przeładował.  Ruszył  ku  nim,  zanim  znaleźli  się  przy 
drzwiach  wejściowych.  Pierwszemu,  jeszcze  z  ręką  na 
klamce,  strzelił  prosto  w  twarz  –  mężczyzna  runął  na 
ziemię  –  zaś  drugiego,  przerażonego  tym,  co  się  stało, 
potraktował  resztą  nabojów,  które  zostały  w  magazynku. 
Sień,  a  potem  zadaszony  ganek  wypełniły  się  prochowym 
dymem.  Przeskoczył  nad  trupem  i  wybiegł  na  zewnątrz, 
gdzie  nafaszerowany  żelazem,  ranny  intruz  próbował 
jeszcze powstać na nogi. Zamachnął się i zdzielił go kolbą 
w  głowę, a  kiedy  tamten upadł,  zostawił  go  zwiniętego  w 
kłębek.  Kątem  oka  dostrzegł,  że  samochód  przed  furtką 
stoi  pusty.  Rozejrzał  się  uważniej.  Nie  zauważył  niczego 
niepokojącego. 

Próbował 

wyłowić 

jakieś 

odgłosy 

dochodzące ze wsi, ale dookoła panowała głęboka, niczym 

background image

niezmącona cisza. 

Sprawdził,  czy  mężczyźni  żyją  –  nie  żyli  –  po  czym 

wciągnął  ich  do  budynku.  Tylko  jeden  był  uzbrojony,  ten 
pierwszy.  Rozpoznał  niemiecką  broń  marki  Walther. 
Grymas zaskoczenia zmarszczył mu czoło. Szwaby? Nowi 
sojusznicy Jankesów? Kimkolwiek by nie byli, nie powinni 
włazić  mi  w  drogę,  pomyślał.  Wysupłał  z  rękawów 
płaszcza  ukryte  pod  podszewką  naboje  i  załadował  nimi 
tetetkę.  Poczuł  się  dokładnie  jak  wtedy,  gdy  po  śmierci 
jakiegoś  sowieckiego  generała,  zamordowanego  przez 

UPA

,

 

dowództwo  frontowe  Krasnej  Armii  postanowiło 

zmiażdżyć 

Ukraińców 

siłami 

polsko-żydowskich 

niedobitków  uformowanych  w  istriebitielnyje  bataliony. 
Tak,  tak...  Lepiej  nie  było  wtedy  wchodzić  mu  w  drogę, 
jemu, 

funkcjonariuszowi 

sowieckiego 

wojenkomatu. 

Wyrównywał wówczas rachunki i nadrabiał stracony czas. 
Poczuł  potęgę  władzy  żelaza  i  nadzwyczajną  kruchość 
ludzkiego istnienia. Czasami jeszcze tylko zastanawiał się, 
czy widział to wszystko na własne oczy i czy rzeczywiście 
brał w  tym wszystkim udział. Teraz  dwóch Niemców w  tę 
czy  we  w  tę  nie  robiło  mu  już  żadnej  różnicy.  Liczyło  się 
coś  zupełnie  innego.  Postanowił  jakoś  wreszcie  urządzić 
sobie  życie.  Każdy  ma  prawo  do  szczęścia,  pomyślał, 
nawet  jeśli  ktoś  miałby  go  uznać  później  za  skończonego 
wariata. 

 

* * * 

 

background image

Sierżant  Szaj  przyjechał  wczesnym  rankiem  i  jak  to 

miał  w  zwyczaju,  podszedł  do  okna,  po  czym  zastukał 
sygnetem  w  blaszany  parapet.  Seweryn  Sendler  dał  mu 
znak  przez  firankę,  że  jest  już  na  nogach  i  kończy  pić 
kawę. Potem  wyłączył  radio, usiadł  na krześle  i  rozejrzał 
się  po  kuchni.  Przy  drzwiach  stała  niewielka  walizka 
wypakowana  osobistymi  rzeczami,  a  na  stole  wojskowy 
plecak  z  drobiazgami,  w  które  zdążyła  go  wyposażyć  us 
Army.  Jak  dobrze  pójdzie,  pomyślał,  to  jeszcze  dziś 
wieczorem  zawartość  plecaka  stanie  się  bezużyteczna,  a 
on założy w Warszawie polski mundur. 

Pod  koniec  jego  pobytu  w  amerykańskim  lazarecie 

odwiedzili go wysłannicy z Oddziału Personalnego Sztabu 
Naczelnego  Wodza,  który  właśnie  przenosił  się  z 
Londynu  do  Warszawy.  Rozmowa  była  krótka  –  czy  w 
związku z naciskami Amerykanów, mającymi nadzieję na 
pozbycie  się  go  po  sprawie  medalionu  z  Zagórzyna,  nie 
chciałby  wspomóc  tworzenia  Nadzwyczajnej  Komisji 
Narodowej powołanej do życia przez Rząd Tymczasowy? 
Jego  śledcze  doświadczenie  wyniesione  z  policyjnych 
struktur  wojskowych  mogło  się  przydać  przy  organizacji 
prac komisji, która miała sądzić dygnitarzy – londyńskich 
i moskiewskich, cywilnych i wojskowych – w jakikolwiek 
sposób  związanych  z  decyzjami,  mającymi  wpływ  na  to, 
co  wydarzyło  się  w  Polsce,  począwszy  od  trzydziestego 
dziewiątego  roku.  Seweryn  Sendler  zgodził  się,  choć 
dobrze  wiedział,  że  komisja  jest  elementem  gry 
politycznej  wymierzonej  w  poprzedników  Andersa  na 

background image

stanowisku 

Naczelnego 

Wodza. 

Chodziło 

przede 

wszystkim  o  Bora-Komorowskiego,  którego  Anders, 
doskonale  wyczuwający  polityczne  nastroje  po  utracie 
kresów  i  Ziem  Odzyskanych  –  teraz  nazywanych:  „na 
krótko  odzyskanymi”  –  otwarcie  obarczał  winą  za 
militarną  klęskę  powstania  warszawskiego  i  zagładę 
ludności  cywilnej.  To  właśnie  on  –  obok  „Niedźwiadka” 
Okulickiego,  o  którego  wydanie  za  pośrednictwem 
dyktujących  teraz  warunki  Amerykanów  Anders  zwrócił 
się do Moskwy – miał być pierwszą ofiarą tej rozgrywki. 
Dlaczego  przyłożenie  ręki  do  tych  porachunków 
zaproponowano 

Sewerynowi 

Sendlerowi? 

Bo 

nie 

spodziewano się odmowy? Miał zbyt twardy charakter, by 
traktować  to  jako  osobistą  zemstę,  ale  poczucie 
nieodkupionych  win  tkwiło  w  nim  równie  mocno,  co 
stanisławowskie wspomnienia: smak ciastek z cukierni w 
pasażu Gartenbergów i chłodny cień kilkusetletnich lip w 
alei  Ułanów  Krechowieckich.  Nigdy  nie  ukrywał,  że  za 
brak  tego  w  jego  obecnym  życiu  ktoś  powinien  zapłacić. 
Szczególnie  teraz,  kiedy  za  wszystko  nie  dało  się  już 
obwiniać  raz  Niemców,  a  raz  Sowietów,  na  zmianę,  jak 
komu wygodniej. 

Wszedł  sierżant  Szaj.  Zobaczył  Sendlera  siedzącego 

na  krześle  i  też  usiadł.  Sendler  zaproponował  Szajowi 
przenosiny  do  Warszawy,  a  ten  chętnie  przystał  na  tę 
propozycję.  U  Amerykanów  nie  miał  już  czego  szukać. 
Również  pochodził  z  kresów  i  coraz  bardziej  pragnął 
wtopić  się  w  nową,  powojenną  rzeczywistość.  Jeszcze 

background image

miesiąc temu twierdziłby, że co prawda Eisenhower stanął 
na Bugu, ale na wiosnę znowu ruszy na Sowietów. Teraz 
już  nie  perorował  na  ten  temat,  jakby  mu  ktoś  na  stałe 
zasznurował  usta.  Świat  zatrzymał  się  niczym  młyńskie 
koło, któremu odcięto dopływ wody. 

– Jedźmy – zadecydował Sendler. 
Zamknął  drzwi  mieszkania  i  zostawił  klucz  u 

sąsiadów.  Z  plecakiem  w  ręce  poszedł  do  samochodu  za 
Szajem niosącym jego walizkę. Pojechali Górną Wildą do 
fortu  Grollmana,  gdzie  skręcili  w  prawo  w  Królowej 
Jadwigi.  Ulica,  dokładnie  w  miejscu,  gdzie  Niemcy 
usypali  przyczółki  pod  nowy  most,  kończyła  się 
tymczasową,  pontonową  przeprawą  przez  Wartę.  Kiedy 
znaleźli się po drugiej stronie, Sendler polecił Szajowi: 

– Podjedź pod dom, gdzie mieszkał Kronprinc. Tam, 

gdzie znaleźliśmy medalion. 

Zaskoczony  Szaj  zwolnił,  a  potem  bez  słowa  skręcił 

w  prawo  w  pierwszą,  brukowaną  ulicę,  która  krzyżowała 
się z Wioślarską. 

– Zatrzymaj się po przeciwnej stronie ulicy. 
Stanęli  pod  starym  drzewem,  które  nieśmiało 

zaczynało  wypuszczać  pierwsze,  jasnozielone  liście.  W 
pobliskich krzakach hałasowały wróble. Za plecami mieli 
jednopiętrowy  dom  ze  spadzistym  dachem  i  dymiącym 
kominem. Szaj na polecenie Sendlera wyłączył silnik. 

Sendler zapalił papierosa. Poczęstował też Szaja. Nie 

spuszczał  wzroku  z  budynku  z  czerwonej  cegły  po 
przeciwnej stronie ulicy. Zza murów wyglądały ku niemu 

background image

obsypane  kwieciem  wiekowe  jabłonie.  Ktoś  odmalował 
drewniany płotek na prawo od furtki. Pewnie fragment na 
lewo od furtki pomaluje w przyszłym tygodniu, pomyślał. 
Czuł, że jest blisko rozwiązania jednej z zagadek, z jakich 
składała się jego praca. Wiedział, że przez uchylony rąbek 
tajemnicy, choćby najmniejszy i pilnie strzeżony, zawsze, 
przy  odrobinie  szczęścia  lub  wytrwałości,  można  dojrzeć 
całą resztę. 

Uświadomił  sobie,  że  jest  niedziela,  dokładnie  tak 

samo,  jak  wtedy,  gdy  przyjechali  z  Matysiakiem,  żeby 
przeszukać  pokój  Eustachego  Bartkowiaka  vel  Eliasza 
Kronprinca.  Tym  razem  jednak  nie  miał  zamiaru 
sporządzać  z  tego  wydarzenia  żadnej  notatki.  Sprawa 
została zakończona, a on był poza służbą. Nie powinno go 
to  już  więcej  interesować.  Kiedy  to  sobie  uświadomił, 
zobaczył  kobietę  wychodzącą  z  domu.  Miała  na  sobie 
ciemny prochowiec i chustkę na głowie, a w ręce trzymała 
torebkę.  Nieoczekiwanie  poczuł  jakieś  wewnętrzne 
drżenie.  Pewnie  tak  jak  wtedy,  w  ten  pierwszy  śnieżny 
dzień,  idzie  do  kościoła,  pomyślał.  Wróci,  żeby  się 
dowiedzieć, że Eustachy Bartkowiak nie żyje. I tak przez 
następne  tygodnie  i  miesiące.  A  może  nawet  przez  całe 
życie? 

Jakimś  zrządzeniem  losu  nie  zauważyła  ich 

samochodu,  może  dlatego,  że  poruszała  się  wolnym, 
niepewnym  krokiem,  wpatrując  się  uważnie  pod  nogi. 
Miała  wychudzoną  twarz  i  ziemistą  cerę.  Szaj  poprawił 
się  niespokojnie  na  swoim  siedzeniu,  a  Sendler  zamarł  z 

background image

papierosem  w  ustach,  gdy  znalazła  się  na  ich  wysokości. 
Pomyślał,  że  jeśli  ich  zauważy,  to  on  wyjdzie  z 
samochodu, podejdzie do niej i nawiąże rozmowę. Ale tak 
się  nie  stało.  Kobieta  minęła  ich  i  oddaliła  się.  Wtedy 
zrozumiał,  że  miał  rację.  Dobrze,  że  nie  musiał  z  nią 
rozmawiać,  bo  co  miałby  jej  powiedzieć?  Żeby  uważała 
na  resztę  monet  ukrytych  w  kuchennych  puszkach  na 
kaszę,  których  nie  zdążył  zarekwirować  z  Matysiakiem, 
albo  zakopanych  gdzieś  w  ogrodzie  pod  jabłoniami,  co 
wówczas, jesienią, nie przyszło mu nawet do głowy? 

Kazał  Szajowi  przyjechać  tutaj,  żeby  odkryć 

tajemnicę i wystarczyło. Koniec, basta! – zdecydował, nie 
zamierzał się w niej pogrążać. Kamień spadł mu z serca, a 
mimowolny uśmiech pokazał się na jego twarzy. 

– Z czego się pan tak cieszy? – zapytał Szaj. 
– A bo właśnie odkryłem, że największą tajemnicą są 

ludzie,  a  nie  szczerozłote  medaliony,  choćby  nie 
wiadomo, ile warte. 

– Słucham? 
– Żyjemy, sierżancie. Z tego się cieszę. 
Prawdopodobnie  Szaj  widział  w  nim  w  tej  chwili 

skończonego  wariata,  ale  Sendler  był  szczęśliwy,  że  tak 
się  stało.  Dobrze,  że  tu  przyjechali.  Był  tak  szczęśliwy, 
jak  tylko  szczęśliwy  może  być  człowiek,  który  już 
niczego  nie  oczekuje.  Odwrotnie  niż  Eliasz  Kronprinc, 
który  miał  nadzieję,  że  wszystko  jeszcze  przed  nim, 
pomyślał. 

–  Jedziemy,  sierżancie  –  powiedział  zdecydowanym 

background image

głosem, wyrzucając papierosa na ulicę. 

Pojechali  przed  siebie  do  skrzyżowania  dróg  z 

prowizorycznym, 

przekrzywionym 

drogowskazem, 

informującym:  „Warszawa”  –  „Katowice”.  Wybrali 
kierunek  na  Warszawę.  Droga  była  sucha  i  pusta,  jechali 
więc szybko. Wiosenny wiatr smagał im twarze, a rosnące 
na  poboczach  drzewa  wybijały  rytm  pokonanych 
kilometrów. Niebo wypogodziło się. Chmury rozpierzchły 
się. Jechali na wschód, mierząc w słońce – najpiękniejsze 
multiplum, jakie widzieli w swoim życiu.