Robyn Carr
Powrót do przeszłości
Rozdział 1
John przejeŜdŜał regularnie koło domu Jess Wainscott i za kaŜdym
razem mimo woli przypominał sobie jej córkę Leigh. Minęło juŜ prawie
pięć lat, a on wciąŜ na nią czekał, choć był na siebie wściekły i za
wszelką cenę usiłował wyrzucić ją z pamięci.
Tego dnia był tutaj nie przypadkiem. Jess zadzwoniła i stwierdziła, Ŝe
ma dla niego zlecenie. John prowadził własne przedsiębiorstwo w
Durango – „Usługi budowlane i ogrodnicze, McElroy” – które
wykonywało remonty, konserwacje, prace z dziedziny architektury
przestrzennej i ogrodnictwa. Jess chciała zasięgnąć u niego rady, czy
teraz, to znaczy na początku marca, nie jest za wcześnie na posadzenie
ś
liwy. Choć przedsiębiorstwo Johna rozwijało się pomyślnie, on sam
wciąŜ traktował siebie jako magika do wszystkiego. Mógł nie tylko
dostarczyć sadzonkę śliwy, ale takŜe wymienić kurek w zlewie, przykleić
tapety, zainstalować prysznic, wycementować patio. Albo mógł zlecić
wykonanie tych robót któremuś ze swoich pracowników.
– Nie, nie jest za wcześnie – odpowiedział – jeśli zechce pani opłacić
jakiegoś faceta, Ŝeby wkopał ją głęboko w ziemię dla ochrony przed
ewentualnymi przymrozkami.
– Ale tylko wtedy, kiedy tym facetem będzie pan – zgodziła się
ochoczo. – Koniecznie chcę tej wiosny spoglądać z okna mej sypialni na
kwitnące drzewo owocowe.
Mówiąc to westchnęła. John nigdy przedtem nie słyszał w jej głosie
takiego smutku. Wszelki sentymentalizm obcy był tej kobiecie.
Jess Wainscott miała sześćdziesiąt lat i była wdową od lat ośmiu.
Straciła męŜa, ale nie pozbawiło jej to dawnej energii. Nadal wyglądała
kwitnąco i cieszyła się doskonałym zdrowiem. Była przewodniczącą
zarządu Towarzystwa Przyjaciół KsiąŜki i Rady Kobiet Pierwszego
Kościoła Prezbiteriańskiego. Poza tym naleŜała do wielu komitetów i
duŜo czasu poświęcała na działalność charytatywną. MoŜna ją było
spotkać niemal na kaŜdym kiermaszu sztuki urządzanym w mieście, na
kaŜdej kweście pienięŜnej i imprezie sportowej, na oficjalnym obiedzie
czy zabawie ludowej na wolnym powietrzu. Jeździła teŜ na nartach i przy
tej okazji John widywał ją najczęściej, poniewaŜ naleŜał do ochotniczego
pogotowia narciarskiego.
– Cal mówił, Ŝe zjawi się u mnie po śmierci pod postacią kolibra i
będzie wysysał nektar z kwiatów śliwy rosnącej przed oknem mojej
sypialni – zwierzyła się Johnowi.
Mruknął coś w odpowiedzi, wyciągając sadzonkę ze swojej
półcięŜarówki.
– Będę musiała posadzić kilka drzewek, Ŝeby się przekonać, czy
mówił to powaŜnie.
– Jest pani wdową od ładnych paru lat, Jess – zauwaŜył John.
Była najmłodszą z grupki energicznych kobiet, które same siebie
nazywały brygadą wdów. Bardzo się przyjaźniły, zawsze widywano je w
mieście razem, a John wykonywał dla nich najróŜniejsze prace. Peg,
Abby, Kate i Jess. Miał wiele klientek, nie tylko wdowy, ale te cztery
kobiety były jego faworytkami. Przepłacały go, nie dawały spokoju,
próbowały traktować jak syna.
– Osiem lat z tym zwlekałam. AŜ do tej chwili nie tęskniłam za jego
powrotem. – Zaśmiała się.
Stojące wzdłuŜ podjazdu samochody świadczyły o tym, Ŝe Jess miała
gości.
– Spotkanie brygady? – zapytał.
– Dziś jest czwartek. To dzień poświęcony ogrodnictwu, a moŜe grze
w madŜonga? Nigdy nie pamiętam. Z trudem udaje nam się wykonać to,
co planujemy. Zazwyczaj staramy się coś załatwić, gdy schodzimy się na
plotki – wyjaśniła.
Zaprowadziła Johna za dom, tam, gdzie miało być posadzone
drzewko, i przez cały czas, gdy kopał dół, zasypywała go pytaniami. Czy
ostatniej zimy teŜ kierował ochotniczym pogotowiem narciarskim? Czy
ma duŜo pracy z prowadzeniem szkółki hodowlanej?
W której druŜynie baseballowej wystąpi tego lata, Ŝeby mogła
popatrzeć na jego grę? Czy nadal jest współwłaścicielem „Czyśćca”?
Jess nie ograniczała się tylko do pytań. Martwiła się, Ŝe naleŜy
uporządkować cały teren i trzeba przenieść na górę pianino, poniewaŜ
niedługo przyjedzie tutaj jej córka. Łopata zawisła w powietrzu.
– Moja córka, Leigh. Z pewnością musiał ją pan spotkać. Była tu
przez dwa albo trzy tygodnie tego lata, kiedy umarł Cal. Spędziła teŜ
tutaj całe wakacje jakieś pięć lat temu. MoŜe wtedy ją pan widział?
– Ja... och, być moŜe. Tak. Chyba tak.
– AleŜ John, zapamiętałby ją pan na pewno. Jest taka oszałamiająca.
Raczej trudno ją zapomnieć.
– Tak. Nie sposób jej zapomnieć.
Na czoło wystąpiły mu kropelki potu. Na dworze było jedenaście
stopni Celsjusza, w bruzdach w ogrodzie i miejscami na podjeździe i
chodnikach topniały resztki śniegu, a on się spocił. Serce, pracujące w
normalnym rytmie podczas kopania, teraz zabiło niespodziewanie
mocno.
– Nigdy pani o niej nie wspominała.
– Naprawdę? Po prostu nie zwrócił pan na to uwagi. PrzecieŜ ciągle o
niej mówię.
Ale nie jemu. Nie przebywali w tych samych kręgach towarzyskich,
nie mieli wspólnych przyjaciół ani podobnych upodobań. Łączyło ich
jedynie to, Ŝe oboje byli dobrze znani w mieście, zresztą z całkowicie
róŜnych powodów. Wszyscy znali Johna McElroya, poniewaŜ kierował
ochotniczym pogotowiem narciarskim i był prawdziwą złotą rączką,
majstrem do wszystkiego. Znano tu teŜ doskonale Jess Wainscott, gdyŜ
naleŜała do wszystkich moŜliwych klubów, stowarzyszeń
charytatywnych i społecznych w Durango. Ona – jedna z miejscowych
matron. On – najlepszy majster. I chociaŜ lubili się bardzo, nie byli
przyjaciółmi. Za kaŜdym razem, gdy wzywała go do jakiejś roboty,
słuchał pilnie kaŜdego jej słowa. Nigdy w rozmowie nie padło imię
Leigh. Nie mógłby tego przeoczyć. Kiedy kilka razy robił coś wewnątrz
domu, szukał wzrokiem jej fotografii. Ale była tylko jedna, stara, na
której Leigh wyglądała jak dwudziestolatka. To samo zdjęcie zauwaŜył,
gdy czyścił kominek, zawieszał nowy Ŝyrandol i przetykał zlew
kuchenny. Jakby wędrowało ono po całym domu. Nigdzie jednak nie
było Ŝadnej nowej fotografii.
– Czy ona jeździ na nartach? – zapytał udając, Ŝe tego nie wie.
– Leigh robi róŜne rzeczy, choć nie jest zbyt silna fizycznie. Jest
trochę... chaotyczna. JuŜ od dawna nie odwiedzała domu. Ostatnim
razem była tu dwa lata temu i to tylko przez kilka dni. Woli, Ŝebym to ja
ją odwiedzała, poniewaŜ ma wiele zajęć i duŜe mieszkanie. Los Angeles
jest dobrym miejscem, Ŝeby opalać się zimą.
Los Angeles? Kiedy pracowała na uniwersytecie w Stanford,
mieszkała w Los Altos. Mówiła jednak, Ŝe gdyby tylko chciała, mogłaby
dostać pracę na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles. Starał się
odsunąć od siebie te myśli. Mój BoŜe, to było tak dawno. A ona nigdy
nie ogląda się wstecz. Co teraz myśli o ich związku? śe był to flirt?
Pomyłka? Pisał do niej do biura, ale jego listy wracały. Kiedy dzwonił,
telefon odbierała sekretarka. Numer domowy w Los Altos, który z
trudem odnalazł, został zmieniony.
Roztrząsał to wszystko w myślach w trakcie kopania. Wreszcie
odstawił łopatę. Wetknął drzewko do dołu i zaczął je zasypywać ziemią.
– Jeśli przyjedzie tu na dłuŜej, to prawdopodobnie ją spotkam –
powiedział.
Pomyślał, Ŝe musi się czegoś napić.
– Właściwie zmusiłam ją do przyjazdu. Stało się coś niesłychanego.
Nie uwierzy pan: zdaje się, Ŝe mam jakieś kłopoty z sercem.
Podniósł głowę i spojrzał na nią. Jess była zadziwiająco silną
sześćdziesięcioletnią kobietą o wyjątkowo zdrowym wyglądzie. Włosy
miała siwe od dawna, odkąd ją znał. Na opalonej twarzy widać było
tylko delikatne zmarszczki w kącikach jasnych, inteligentnych
niebieskich oczu. Jej policzki były róŜowe, na nartach wyglądała
imponująco. I gdyby nie siwe włosy, moŜna by jej dać czterdzieści,
najwyŜej czterdzieści pięć lat. Wzruszyła ramionami, widząc jego
uwaŜne spojrzenie.
– Nie takie to dziwne w moim wieku.
– To straszne. A co mówi doktor?
– Mój BoŜe! Meadows nawet o tym nie wie – odpowiedziała, a John
zerknął na nią podejrzliwie.
Tom Meadows często spotykał się z wdowami... ze wszystkimi razem
i kaŜdą z osobna. Miał opinię podstarzałego lowelasa.
– Nie zasięgnęła pani rady doktora? – zapytał.
– No tak, Tom jest dobrym lekarzem, nie wątpię, ale nie jest
kardiologiem.
– Bardzo mnie pani zmartwiła, Jess. Proszę, niech pani będzie
ostroŜna i zastosuje się do poleceń lekarzy.
– To tylko niewielkie kłopoty z sercem, nic powaŜnego. Zawsze
miałam za złe Calowi, Ŝe tak nagle nas opuścił, ale i ja wolałabym po
prostu zasnąć w ogrodzie, tak jak on, niŜ leŜeć chora w łóŜku. Czuję się
wspaniale, ale kazano mi przejść na bardzo ścisłą dietę. Nie mogę jeść
nic dobrego. Muszę zrezygnować z narciarstwa i innych forsownych
ć
wiczeń, poza tym nie zmienię trybu Ŝycia. Trzeba bardziej uwaŜać na
cholesterol. JuŜ dawniej o tym wiedziałam, ale teraz naprawdę się
pilnuję. I chodzę na długie spacery.
– A więc to jednak powaŜna sprawa?
– Wady serca nie są teraz rzadkością, John – powiedziała
filozoficznie. – Poziom cholesterolu moŜna sobie zbadać nawet w
sklepie spoŜywczym. Teraz nikt nie umiera tak po prostu na serce –
kaŜdemu mogą włoŜyć rozrusznik, zastawkę czy coś w tym rodzaju.
Faktem jest, Ŝe jeśli będę skrupulatnie przestrzegać zaleceń lekarzy,
mogę poŜyć wystarczająco długo, Ŝeby dla wszystkich stać się cięŜarem.
A z drugiej strony trudno się spodziewać, Ŝeby czekało mnie jeszcze w
Ŝ
yciu coś szczególnie ciekawego.
– Jess!
Zaśmiała się dźwięcznie, głośno, wesoło, w tak dla niej typowy
sposób. Nie sposób było uwierzyć, Ŝe jest tak cięŜko chora.
– Wie pan, John, pan teŜ moŜe jutro umrzeć. Cała róŜnica polega
tylko na tym, Ŝe jeśli ja umrę, nie będzie to Ŝadnym zaskoczeniem. Chcę,
Ŝ
eby ta dziewczyna wróciła do domu i pomogła mi uporządkować
wszystkie sprawy. Ona potrzebuje opieki. Niech pan wejdzie do środka,
wypiszę panu czek. MoŜe napije się pan z nami wina? To dla mnie
najlepsze lekarstwo.
Przez chwilę zląkł się, Ŝe Jess czyta w jego myślach. Na wieść o
przyjeździe Leigh poczuł ochotę na wypicie kieliszka lub... dziesięciu.
– To jedyna dobra rzecz przy chorym sercu – kieliszek w południe,
kieliszek wieczorem.
– Muszę zrezygnować z wina, ale wezmę czek – powiedział.
Weszli na taras z drewna sekwojowego, otaczający jej duŜy dom. Jess
otworzyła drzwi do kuchni. Jak wcześniej się domyślił, były tam jej
przyjaciółki. Na stole obok papieru listowego stały filiŜanki z kawą. Być
moŜe wdowy planowały jakiś bal albo przygotowywały recenzje ksiąŜek
dla lokalnej gazety. Kiedyś, gdy wiedziony ciekawością zapytał, o czym
tak gorąco dyskutują, powiedziały, Ŝe piszą swoje testamenty. Od tej
pory nie zadawał pytań.
– Cześć, John – usłyszał trzy razy powtórzone powitanie.
– Czy obieca pan wpaść do nas, gdy będzie tu juŜ Leigh i jej chłopcy?
– Chłopcy? – Ton jego głosu podniósł się histerycznie.
Z trudem udało mu się nie okazać, jakiego doznał szoku. A więc
jednak! Mieć dzieci – to było jedno z jej największych marzeń. A dla
niego ojcostwo było wówczas ostatnią rzeczą, której by pragnął. Teraz
jednak wiadomość, Ŝe Leigh ma synów, wywołała ostry ból zazdrości.
Czy Jess będzie się upierać, Ŝe i o chłopcach wspominała często przez te
lata?
– Mitch i Ty, moi wnukowie – wyjaśniła, grzebiąc w torebce w
poszukiwaniu ksiąŜeczki czekowej. – To wcielone diablęta. Sądzę, Ŝe
przyzna mi pan rację. W przeciwieństwie do swojej matki są silni
fizycznie.
– Wpisała jego nazwisko w odpowiednim miejscu.
– Nie mogę powiedzieć, Ŝeby Leigh była złą matką. Ona ich uwielbia,
ale często błądzi myślami, jakby Ŝyła w jakimś innym świecie. śaden z
niej kompan do zabawy, jest zbyt rozkojarzona. To genialna kobieta, ale
brak jej pewnego wyczucia, rozumie pan?
Rozumiał doskonale.
– Myślę, Ŝe jest wyczerpana – mówiła Jess wypisując czek. –
Terminy, róŜne komplikacje, praca, praca i jeszcze raz praca. Gospodyni
odeszła, zostawiając wszystko na jej głowie, a ona jest taką niezdarą.
Moja wina. DuŜo się uczyła i była zbyt zajęta, Ŝeby zajmować się
sprawami domu, a ja nie chciałam jej do tego zmuszać. No tak. Leigh
nigdy nie traci czasu, chyba Ŝe jest kompletnie wykończona.
Jak wtedy, pomyślał.
– De lat mają pani wnuki? – zapytał.
– Cztery – odpowiedziała, wyciągając portfel z torebki. – To
bliźnięta. – Podsunęła mu pod nos kolorowe zdjęcie.
John z trudem łapał oddech, a jego serce trzepotało w piersi.
– Trudno mi uwierzyć, Ŝe jeszcze nie pochwaliłam się nimi, ale
widocznie zbytnio zanudzałam tym innych.
– Strasznie chwali się swymi wnukami – wtrąciła Kate.
– Mogłaby czasem zmienić temat – zauwaŜyła Peg.
John spojrzał na fotografię. Jeden z chłopców miał blond włosy i
niebieskie oczy, drugi był ciemnowłosy. Ciekawe. Leigh była
niebieskooką blondynką. A on sam był szatynem o piwnych oczach.
Poczuł ucisk w gardle.
– Wyglądają na starszych – powiedział z pewnym wysiłkiem, chcąc
ją wybadać. Serce biło mu w piersi w przyśpieszonym tempie. Miał
nadzieję, Ŝe jego glos nie zabrzmiał zbyt nienaturalnie.
– AleŜ skąd, właśnie skończyli cztery lata.
Niewiele brakowało, Ŝeby zemdlał.
– Chyba w końcu stycznia. Tak, dwudziestego ósmego.
Przymknął oczy, z trudem licząc w myślach, gdyŜ nie mógł uŜyć do
tego palców. Nie był biegły w arytmetyce. Zresztą w Ŝadnej dziedzinie
nie był geniuszem. A więc dzieci urodziły się w siedem miesięcy od dnia
ich rozstania. Zadawniony ból przeszył go na wskroś i odnowił ranę. Och
nie! Ona juŜ wtedy była w ciąŜy. Nie wiedziała o tym? To niemoŜliwe...
– Nie wiem, czy mogę pana o to prosić, ale dobrze by było, gdyby
wziął ich pan na ryby czy zorganizował jakąś inną rozrywkę. Bardzo
brakuje nam tu męŜczyzny.
– Tak. Oczywiście – odpowiedział z trudem.
– Oczy zaszły mu mgłą i przestraszył się, Ŝe mogą go zdradzić łzy.
BoŜe, wciąŜ ją kochał.
– Czy potrzebuje pani jeszcze czegoś ode mnie? – zapytał, chowając
do kieszeni czek i pragnąc jak najszybciej znaleźć się w swojej
cięŜarówce.
Zazwyczaj lubił trochę pogawędzić z tymi kobietami, ale tym razem
nie czuł się na siłach. Z trudem oddychał.
– Na miłość boską, niech pani dba o siebie, Jess.
– Planuję pewną inwestycję i potrzebna jest do tego cała brygada. W
połowie czerwca zamierzam tutaj, w ogrodzie, wydać wielkie przyjęcie, i
do tego czasu chcę dokonać istotnych zmian w mojej posiadłości. Za
kilka dni przyjedzie Leigh i chciałabym, Ŝeby najpierw ona
wypowiedziała się w tej sprawie. Będzie tutaj mieszkać przynajmniej
przez kilka miesięcy, a moŜe zostanie na stałe. Czy podejmie się pan
tego? Poradzi pan sobie z tak cięŜką pracą?
– Na stałe? – zapytał stłumionym głosem. – PrzyjeŜdŜa, Ŝeby zostać
na stałe?
Roześmiała się. Zaśmiały się teŜ jej przyjaciółki.
– Nazywam to dłuŜszą wizytą, ale tak naprawdę mam zamiar nie
puścić jej od siebie. Ona kocha Durango. Dlaczego więc nie miałaby tu
mieszkać? To doskonałe miejsce do wychowywania dzieciaków i Leigh
o tym wie.
– Z pewnością – przytaknął cicho.
I tylko pomyśleć, Ŝe będzie tu przez cały czas, Ŝe będzie ją spotykał w
sklepie spoŜywczym, w Galerii Sztuki Jaycee’a, w barze „Steak
House”...
– Czy uda się panu skończyć prace w ciągu wiosny, John?
– Tak. Bez wątpienia. Ale muszę juŜ iść, jestem dzisiaj bardzo zajęty.
ś
egnam panie.
– Do widzenia, John – odpowiedziały cztery głosy.
Trzasnął drzwiami kuchennymi, przeskakując po dwa stopnie zbiegł z
tarasu i dopadł swojej cięŜarówki. Wreszcie był sam. Odczekał chwilę,
zanim włączył silnik. Leigh była wówczas wyczerpana, śmiertelnie
zmęczona – pomyślał. I tylko o to chodziło.
Pani Wainscott wyjrzała przez okno salonu i zobaczyła Johna
siedzącego w cięŜarówce. Abby podeszła do niej z tyłu i odchyliła
zasłonę, Ŝeby lepiej widzieć.
– Nie rób tego – szepnęła Jess. – MoŜe zauwaŜyć, Ŝe go
obserwujemy.
– Nie musisz mówić szeptem – powiedziała Kate. – PrzecieŜ nas nie
usłyszy.
– Co o tym myślicie? – zapytała Jess.
– Omal nie zemdlał, gdy powiedziałaś, Ŝe masz wnuków, ale to nic
nie znaczy. A jak zareagował na wiadomość o przyjeździe Leigh do
domu?
– Myślałam, Ŝe skoczy do dołu, który wykopał.
– Myślę, Ŝe dowiesz się wszystkiego dopiero wtedy, gdy zobaczysz
ich razem. Ale czy nie byłoby prościej ot tak, spytać ją, czy przypadkiem
nie miała romansu z naszym ulubionym majstrem jakieś pięć lat temu,
gdy spędzała tu wakacje i zaszła w ciąŜę?
Jess zachmurzyła się.
– To nie takie łatwe. Była wtedy bliska załamania nerwowego.
Niepokoiłam się, czy to przeŜyje. Teraz martwię się o przyszłość jej i
tych wdzięcznych istotek. Ale czy nie uwaŜasz, Ŝe John byłby dla nich
dobry, nawet jeśli to nie on jest ojcem moich wnuków?
– Byłby dobry dla kaŜdej. Och, Ŝeby być o czterdzieści lat młodszą.
– Spójrzcie na niego. Ciągle tam siedzi. Jest w szoku, to chyba dobry
znak – powiedziała Kate.
– Wprost przeciwnie. Tak wstrząsnąć męŜczyzną. .. – westchnęła
Peg. – Choćby tylko jeszcze jeden jedyny raz.
– JuŜ nie wiem, czy to się uda – zadumała się Jess, obserwując
stojącą ciągle w miejscu cięŜarówkę.
– Logicznie myśląc, nie sądzę, Ŝeby moŜna było podstępem zmusić
kogoś do małŜeństwa – oznajmiła Kate.
– Oczywiście, Ŝe nie. Nawet nie będę tego próbować. Pomyślałam
tylko, Ŝe dobrze byłoby ich sprowokować, by przebywali razem. Jeśli
zaleŜy im na sobie, to sami zdecydują się na małŜeństwo.
– Nie zrobili tego wtedy.
– No tak... ale i sytuacja była inna.
– Niewiele róŜniła się od dzisiejszej – podsumowała Kate.
–
Rozdział 2
John nie był w stanie ruszyć. Musiał poczekać, aŜ uspokoi mu się
oddech, a serce przestanie trzepotać.
Pięć lat temu, na początku czerwca, kiedy wszystko dokoła tonęło w
cudownej zieleni, kiedy Durango i całe Kolorado było świeŜe i pełne
Ŝ
ycia – wtedy właśnie ją spotkał. Leigh, dwudziestosiedmioletnia,
długonoga, inteligentna, bogata dziewczyna, przyjechała do domu, Ŝeby
odwiedzić matkę, i została z nią dłuŜej. Wniosła sprawę o rozwód po
rocznej separacji z męŜem. PoniewaŜ oboje tego chcieli, cała sprawa
powinna się odbyć szybko, bez niepotrzebnego rozgłosu. Leigh
powiedziała, Ŝe to czysta formalność, poniewaŜ mąŜ nigdy nie przestał
być jej nauczycielem, a ona jego studentką.
John zobaczył ją siedzącą samotnie w barze „Steak House” przy
kieliszku białego wina. Niczym nie róŜniła się od wielu długonogich
piękności, które odwiedzały Durango, tyle tylko, Ŝe był to czerwiec.
Kobiety tak fotogeniczne najczęściej zjawiały się tutaj w sezonie
narciarskim. „Czyściec” był wówczas jak szwedzki bufet pełen
obiecujących rozkosze kobiet. Przedstawił się jej, nie mając nic
specjalnego na myśli, ot tak, dla zabicia czasu chciał nawiązać
znajomość z tą oszałamiającą kobietą. Wtedy właśnie dowiedział się, Ŝe
jest córką Jess, której nieraz remontował dom i pracował w jej ogrodzie.
Wypił kilka piw, podczas gdy Leigh obracała w palcach swój kieliszek.
Jej mąŜ był mikrobiologiem i specjalistą od inŜynierii genetycznej na
uniwersytecie w Stanford. Poznała go jako bardzo młoda dziewczyna,
robiąc doświadczenia do pracy doktorskiej. Wyszła za mąŜ i zaczęła
prowadzić badania razem z nim, a właściwie dla niego. John pomyślał,
Ŝ
e właściwie została sekretarką uczonego. Za kaŜdym razem, gdy Max
Brackon miał nowe pomysły i nowe wydatki, wciągał do tego swoją
Ŝ
onę. Przyjechała teraz do domu, by wypocząć, zmienić tryb Ŝycia.
Wtedy poprosił, Ŝeby się z nim spotkała.
– Chce się pan ze mną umówić? Mam się umówić na randkę?
– To nie jest zakazane w czasie legalnej separacji – powiedział, jakby
się na tym doskonale znał. W rzeczywistości wiedział tylko to, Ŝe musi z
nią być.
– Czuję potrzebę przebywania z ludźmi – powiedziała. – Będąc z
Maxem, zostałam od nich odizolowana, nie miałam... No dobrze –
zgodziła się w końcu.
– Zaproponował drinka w piątek wieczorem w tym samym miejscu i
o tej samej porze.
– Czy uwaŜa pan, Ŝe powinnam powiedzieć o tym mojej matce? –
zapytała.
– Oczywiście. Chyba tak... Dlaczego nie? MoŜe teŜ pani jej
powiedzieć, Ŝe wstąpiła pani do „Sierra Clubu” ze względu na panującą
tam atmosferę.
Miał to być Ŝart, ale nie był pewien, czy Jess zaaprobowałaby taką
randkę z jej domowym majstrem. Pomyślał teraz, Ŝe na ogół wszystkie
romanse tak się zaczynają. Trochę przez przypadek. Przypuszczał, Ŝe
Leigh się rozmyśli, ale tak się nie stało. Zaczęli od obustronnych
zwierzeń na temat ich nieudanych związków.
John w wieku dwudziestu jeden lat miał romans z pewną dziewczyną.
Poznał ją w San Francisco podczas słuŜby wojskowej w marynarce
wojennej. Potem zabrał ją ze sobą do Durango. Wtedy właśnie pojawiło
się kilka pierwszych siwych włosów na skroniach jego matki. Ten
związek nie trwał jednak długo.
Dziewczynie nie przypadło do gustu Ŝycie w małym miasteczku.
Chciała zostać gwiazdą rocka, chociaŜ nie umiała ani śpiewać, ani grać
na Ŝadnym instrumencie. Opuściła go zostawiając list. Niewiele
potrzebował czasu, Ŝeby o niej zapomnieć. Całkiem moŜliwe, Ŝe
występuje teraz w programach muzycznych w telewizji, skąpo odziana,
przeświadczona o swoim talencie. Przyznał się bez Ŝenady, Ŝe od tej pory
umawiał się tylko z kobietami, które przyjeŜdŜały tutaj na wakacje. Nie
chciał się powaŜnie angaŜować.
Leigh została Ŝoną bardzo znanego, interesującego starszego
męŜczyzny. Naukowca. Geniusza. Ona była dla niego za młoda, a on dla
niej za stary, teraz to rozumiała. Ale jej sytuacja była w jakimś sensie
nietypowa – wyszła za mąŜ za swojego nauczyciela, który przypominał
jej ojca.
– Czy wie pan – zapytała Johna – Ŝe mój ojciec prowadził badania
medyczne? Był biochemikiem. Mama i tata przenieśli się tutaj będąc juŜ
na emeryturze, ale tata w dalszym ciągu intensywnie pracował. Był
bardzo sławny.
Nie zrobiło to specjalnego wraŜenia na Johnie. Nigdy nie miał w ręku
pisma naukowego. Nie skończył Ŝadnego college’u i nie marzył o
dalszym kształceniu.
Leigh mówiła, Ŝe teraz zdaje sobie sprawę ze swej pomyłki. Chciała
mieć dzieci i przyjaciół, a jej mąŜ, choćby z powodu wieku, nie zdradzał
takich upodobań. Jego praca wymagała poświęcenia porównywalnego z
wychowaniem niesfornego dziecka, nie był więc w stanie prowadzić
Ŝ
ycia towarzyskiego. Tak naprawdę nie odczuwał wielkiej potrzeby
posiadania Ŝony. Asystentka, sympatia, studentka – tak. Ale Ŝona?
Według niego miałby to być ktoś o podobnych planach Ŝyciowych, ktoś,
kto nie będzie go odciągał od badań naukowych, tak jak jego pierwsza
Ŝ
ona. Prawdę mówiąc, nie miał czasu na małŜeństwo. Poślubił swoją
pracę.
Nawet wtedy, gdy juŜ byli w separacji i mieszkali osobno, Max w
dalszym ciągu wzywał ją do swego laboratorium, Ŝeby zrobiła dla niego
to czy owo. Nie mógł liczyć na nikogo innego tak, jak na nią. W końcu
wypełniła druki rozwodowe i przyjechała do Durango, bo on równie
mało interesował się rozwodem, jak i ich małŜeństwem.
John juŜ po pierwszej randce, wstrząśnięty i zachwycony, stwierdził,
Ŝ
e jest zakochany. No, moŜe niezupełnie, ale coś w tym rodzaju. Z
wielkim trudem powstrzymywał się, by nie dotknąć Leigh
pieszczotliwym gestem. Wiedział juŜ, Ŝe zawsze fascynować go będzie
miękkość i zapach jej skóry. Od samego początku poddał się urokowi
dźwięcznego głosu, który go zachwycał. Jej oczy błyszczały, śmiech
brzmiał jak muzyka.
– Gdyby pan znał mojego ojca i wiedział, jak bardzo jestem do niego
podobna, zrozumiałby pan, jakim nieporozumieniem było moje
małŜeństwo – powiedziała Leigh. – Matka przepowiedziała od razu, Ŝe
szybko się rozpadnie. Musi pan wiedzieć, Ŝe ona jest zupełnie
niepodobna do ojca. Była dla niego opoką. W Ŝyciu niewzruszenie
kieruje się zdrowym rozsądkiem. Jest bardzo mądra, ale nie w taki
efektowny, niezwykły sposób jak ojciec. Odradzała mi małŜeństwo z
kimś tak podobnym do mego ojca, ale jej nie słuchałam.
John patrzył na Leigh oszołomiony i zamówił jeszcze jedno piwo,
pozwalając jej mówić dalej, zaintrygowany wyszukanym słownictwem.
Potem, po kilku drinkach, długo całowali się w jego cięŜarówce, i były to
najradośniejsze pocałunki w jego Ŝyciu. A było ich niemało.
John często zastanawiał się, czym jest w ogóle pociąg fizyczny. Było
to jak zazębianie się delikatnego mechanizmu... I dlatego powiedział:
– CóŜ za wspaniała harmonia smaku, materii i zapachu.
– To feromony, hormony przywabiające... – zaczęła wyjaśniać.
John znajdował o wiele więcej przyjemności w doświadczaniu
zjawiska niŜ w omawianiu go, i pocałunkami zamknął jej usta.
NiewaŜne, czy są to feromony, czy ślepy los, ale człowiek musi się temu
poddać. I tak było od samego początku znajomości z Leigh, jakby
przedtem nie znał Ŝadnej kobiety. Choć była piękna, to przecieŜ nie jej
doskonała i niezwykła uroda najbardziej go pociągała. Lubił piękno, ale
nie znosił zarozumiałości. Leigh, jak szybko spostrzegł, nie
przywiązywała szczególnej wagi do swego wyglądu. Pragnął jej
nieustannie. I nie zmieniło się to do dziś.
Jess nigdy nie dowiedziała się, Ŝe jej córka spotyka się z jakimś
męŜczyzną w Durango. Pod pozorem wizyt w „Sierra Clubie” znikała na
całe dni na „wycieczki piesze”, „przejaŜdŜki konne po okolicy” i
„wycieczki z biwakiem pod gołym niebem”. John czuł się jak w raju,
nigdy przedtem nie był tak szczęśliwy. Zastanawiał się tylko, czy Jess
niczego nie podejrzewa.
– Ona stara się nie wtrącać w moje Ŝycie prywatne – powiedziała
Leigh. – Mój ojciec był intelektualistą o duszy artysty, a ja – jedynym
dzieckiem, psutym i rozpieszczanym. Od trzeciego roku Ŝycia
traktowano mnie jak dorosłą. Nie chcę więc, Ŝeby teraz zaczęła się o
mnie martwić.
Kiedy Jess miała dwadzieścia jeden lat, wyszła za mąŜ za
czterdziestoletniego ekscentrycznego geniusza i wydała na świat
utalentowane dziecko. Leigh, mając takiego ojca jak Cal – bardzo
znanego, zdobywającego nagrody, wiele podróŜującego – Ŝyła w
hermetycznym środowisku naukowców. Ukończyła uniwersytet w wieku
dziewiętnastu lat, a magisterium uzyskała mając lat dwadzieścia jeden.
Jej specjalność to niezwykłe połączenie matematyki i filozofii. Mówiła
czterema językami, malowała, rzeźbiła, pisała wiersze i dramaty, grała na
fortepianie i oczywiście czytała mnóstwo ksiąŜek.
Miała kilka tytułów naukowych, łącznie z doktoratem z filozofii i
fizyki.
John natomiast skończył tylko szkołę średnią i latem, kiedy spotykał
się z Leigh, pełnił rolę chłopaka do wszystkiego, co zapewniało mu
pieniądze na uprawianie narciarstwa przez całą zimę. Nie związany z
nikim uczuciowo i niezaleŜny materialnie, korzystał z uroków Ŝycia. Gdy
Leigh opuściła Durango, ze względu na liczne zamówienia postanowił
wejść do spółki z pewnym młodym człowiekiem, który miał niewielkie
przedsiębiorstwo. Wychowany w Denver, John był najmłodszym synem
mechanika samolotowego i gospodyni domowej. Nie polubił duŜego
miasta i nigdy nie starał się zrozumieć takich rzeczy jak mechanika
teoretyczna, fizyka kwantowa czy DNA, a czytywał tylko tygodniki
sportowe. Ale za to wiedział, jak wyhodować piękną śliwę. Był
zapalonym narciarzem i majsterkowiczem.
Spędzili razem ponad dwa miesiące. Przez cały ten czas nie mógł się
nadziwić, jak bardzo był w niej zakochany. Przekonał się, Ŝe chociaŜ
Leigh podróŜowała po całym świecie i czytała po hiszpańsku „Poemat o
Cydzie”, nie miała Ŝadnego doświadczenia w sprawach seksu. Choć
mówiła wieloma językami, to, jak sama przyznała, niewiele wiedziała o
tych sprawach, dopóki nie spotkała Johna.
– Myślałam, Ŝe męŜczyźnie wystarczy jeden raz.
– A ile byś chciała, moja śliczna? Mnie się nie śpieszy.
– Och, John... czy kaŜdy męŜczyzna jest taki wspaniały?
– Nie – odpowiedział całując ją. – Tylko połączenie takich osób jak
ty i ja daje podobnie dobre efekta.
– Efekty – poprawiła, ale nie usłyszał tego.
Później przekonał się, jak był zarozumiały wierząc, Ŝe Leigh go
pokocha i zechce z nim zostać. Uwierzył, Ŝe odkrył przed nią uroki
seksu. Potrafiła malować i rzeźbić, ale to on był pierwszym męŜczyzną,
który ją rozebrał do naga i kochał na chyboczącym się pokładzie łodzi.
A gdzieś w okolicy pierwszego sierpnia, gdy stwierdził, Ŝe nie moŜe
bez niej Ŝyć, nastąpiły wydarzenia, które ich rozdzieliły. Dziś, z
perspektywy czasu, skłonny był przypuszczać, Ŝe to pechowy los
przeszkodził mu, zanim dojrzał do podjęcia właściwej decyzji Najpierw
Max Brackon miał atak serca i Leigh pojechała do niego. I mimo Ŝe nie
zrezygnowała z rozwodu i wróciła przed upływem tygodnia, John poczuł
ukłucie zazdrości i obawę, Ŝe nie jest na odpowiednim poziomie, by być
przez nią kochanym. Stał się rozdraŜniony, niegrzeczny i krytyczny.
Doszedł do wniosku, Ŝe miłość do geniusza nie moŜe mu przynieść nic
dobrego.
Po pierwsze – Leigh miała bardzo mało doświadczenia w sprawach
praktycznych. Przebywając wyłącznie w towarzystwie naukowców,
radziła sobie znacznie lepiej z problemami wielkiego świata niŜ ze
sprzątaniem czy gotowaniem. Pracowała umysłowo, pozwalając innym
harować fizycznie. Wiedziała, jak skonstruowana jest kuchenka
mikrofalowa, ale nie umiała z niej skorzystać.
– ToŜ to zwykłe lenistwo – stwierdził John. MoŜliwe, Ŝe nieco
podniesionym głosem.
– Nie jestem leniwa – odpowiedziała równie gwałtownie. – Nie
moŜesz nazywać leniwym kogoś, kto uzyskał juŜ trzy stopnie naukowe i
doktorat w wieku dwudziestu trzech lat.
– Myślałem, Ŝe chodziło o magisterium.
– Wtedy miałam dwadzieścia jeden.
Po drugie – Leigh była święcie przekonana, Ŝe z powodu jej
wysokiego ilorazu inteligencji miała prawo do innego rodzaju potrzeb, i
spodziewała się od ludzi pewnego pobłaŜania. Kiedy zaczynali mówić,
Ŝ
e nigdy się nie rozstaną, dla niej było oczywiste, Ŝe pojadą tam, gdzie
ona zechce.
– A cóŜ bym robiła w Durango? – pytała. – Muszę być tam, gdzie są
moŜliwości działania. Najbardziej ze wszystkiego boję się nudy.
Dostałam ofertę z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles. Mam
pracować nad nowym projektem tomografu komputerowego,
analizującego przyczyny nagłych zgonów noworodków. Ty teŜ mógłbyś
tam pojechać.
– I strzyc trawniki? – zapytał. – A moŜe mógłbym – czyścić baseny,
kiedy ty będziesz zdobywać Nagrodę Nobla w dziedzinie matematyki?
– Robiłbyś, co byś zechciał – odpowiedziała, zupełnie nie rozumiejąc
jego zastrzeŜeń. – Byłabym szczęśliwa, wspierając cię finansowo. Z tym
nie będzie Ŝadnego problemu.
– Owszem, będzie.
Jak kobieta tak wykształcona mogła być do tego stopnia niewraŜliwa
na uczucia i potrzeby męŜczyzny? Ale i jemu nigdy nie przyszło do
głowy, Ŝe naleŜałoby uwzględnić równieŜ jej potrzeby.
Po trzecie – była tylko jedna rzecz, w której się zgadzali. We
wszystkich pozostałych mieli odmienne zwyczaje i upodobania. Ona
chciała mieć dzieci juŜ teraz, natychmiast. On nie chciał ich wcale. On
lubił sport, a ona nigdy nawet nie podbiegła, Ŝeby podnieść słuchawkę
dzwoniącego telefonu. On uwielbiał góry i świeŜe powietrze, ona ciągle
zakopana była w ksiąŜkach. On reprezentował siłę i sprawność fizyczną,
ona – sprawność umysłową. Byli jak ogień i woda.
– To jedno nam się udaje – szepnął do niej, gdy się kochali.
– Tak – powiedziała ze łzami w oczach – ale czy to wystarczy? Nie
robiliśmy tego z Maxem, ale tu, w Durango, jest to moje jedyne zajęcie.
A ja potrzebuję pracy, rodziny, aktywności intelektualnej.
Tego John nie mógł jej zapewnić.
Sytuacja pogorszyła się jeszcze pod koniec lata. Leigh dała mu
ksiąŜki, których nie przeczytał, opowiadała o badaniach naukowych,
których nie był w stanie zrozumieć. Jedynym tematem, na który mogli
wspólnie rozmawiać, Ŝeby nie czuł się jak idiota, była ekologia. Niełatwo
dawała się namówić na wycieczki, zajęta swoimi papierami. Coraz
wyraźniejsze stawały się dzielące ich róŜnice. Leigh często traciła
kontakt z rzeczywistością. Zaczynała przygotowywać kawę, ale
pochłonięta myślą o jakimś skomplikowanym problemie
matematycznym, o którym właśnie przeczytała, zapominała postawić
dzbanek na ekspresie i zalewała kuchenkę. Pewnego razu, rozwiązując w
myśli jakiś zawiły problem, zostawiła na podjeździe samochód Jess.
Stoczył się w dół po stromym zboczu i wpadł do rowu. To roztrzepanie,
które tak bawiło Johna na początku, teraz zaczęło go irytować. Chwilami
czuł się jak niańka. Nie było to zajęcie dla niego i nie potrafił zapanować
nad sytuacją. Niezadowolenie i rozczarowanie zaczynały dominować nad
uczuciem ekstazy. Leigh, najwyraźniej czymś przygnębiona, stawała się
coraz bardziej niespokojna. Raz chciała zostać, to znów wyjechać...
Nalegała, Ŝeby się kochali, ale czasem nawet płakała w łóŜku. John
zaczaj się obawiać, Ŝe kobieta tak skomplikowana moŜe całkiem
zniszczyć jego Ŝycie. Gdzie się podziały te wszystkie ładniutkie i
głupiutkie dziewczęta, które podziwiały jego męską siłę i nie oczekiwały
powaŜnych rozmów?
Paniczny lęk przed zbliŜającym się nieuchronnie końcem ich romansu
wywoływał w nich jednocześnie poŜądanie i ból. W takim właśnie
nastroju kochankowie oczekują od siebie rzeczy niemoŜliwych i tracą
zdrowy rozsądek.
Leigh potrzebowała długich godzin wytęŜonej pracy. Relaks, jaki
odpowiadał Johnowi, dla niej był bardzo trudny do zaakceptowania.
Najlepiej odpręŜała się czytając dzieła filozoficzne i ksiąŜki z dziedziny
fizyki.
Dla niego były to bzdury. Naprawdę tak myślał.
Wszystko zakończyło się szybciej, niŜ moŜna się było spodziewać.
Oznajmiła, Ŝe wraca do Stanford, Ŝeby przemyśleć całą sytuację i
wreszcie zakończyć sprawę rozwodu. A on odpowiedział jej na to:
– No cóŜ. Jedź. Było fajnie, ale naleŜymy do dwóch róŜnych światów.
Ja nie potrafię się dostosować do twoich wymagań.
A gdy się rozpłakała, nie objął jej ani nie przeprosił za swoje słowa.
Nie próbował niczego zmienić ani jej zatrzymać. Przez krótką chwilę
naprawdę wierzył, Ŝe potrzebna mu była „normalna” kobieta. Tak się
właśnie myśli, gdy się ma dwadzieścia siedem lat i jest się głupim.
Po jej odjeździe dzwonił, pisał, a raz nawet odwaŜył się zagadnąć
Jess:
– Jak się pani miewa? Czy nie trzeba zrobić czegoś koło domu?
– Och nie, była tu moja córka, ale wróciła juŜ do siebie –
odpowiedziała.
John czuł się całkowicie odrzucony. Po czterech miesiącach depresji i
wielu nieudanych próbach skontaktowania się z Leigh, oŜenił się z
młodą, ładną dziewczyną o imieniu Cindy, która była „normalna”, a
której, choć nie zastanawiał się wtedy nad tym, wcale nie kochał. Ich
wspólne szczęście trwało nie dłuŜej niŜ miesiąc, a rozwód ciągnął się w
nieskończoność.
Bardzo chciałby się dowiedzieć, czy Leigh opuściła go z własnej
woli, czy teŜ to on zmusił ją do tego swoim postępowaniem. Zdrowy
rozsądek podpowiadał mu, Ŝe miała rację. Ich związek nie mógł trwać
długo. NiewaŜne, Ŝe byli wspaniale dobrani fizycznie. Nie mógłby
spokojnie patrzeć na to, Ŝe ona czuje się coraz bardziej znudzona
towarzystwem kogoś takiego jak on – zwykłego męŜczyzny, który mało
zarabiał i nie był w stanie dyskutować na tematy naukowe. Niestety,
rzadko potrafił myśleć o tym rozsądnie.
Teraz dowiedział się, Ŝe Leigh ma dwóch synów, bliźniaków. Tego
pierwszego wieczoru, kiedy się spotkali, zwierzyła mu się, Ŝe jednym z
powodów jej rozczarowania małŜeństwem był brak dzieci. Siedem
miesięcy po pierwszym wspólnie wypitym drinku, po pierwszym
intymnym zbliŜeniu, urodziła bliźniaki. To znaczy, Ŝe nie była w
całkowitej separacji z męŜem. Kiedy zdała sobie sprawę, Ŝe jest w ciąŜy,
w poczuciu winy wróciła do Maxa, uciekając od wakacyjnego romansu.
W niewielkim stopniu poprawiała mu samopoczucie myśl, Ŝe powodem
wyjazdu Leigh była nie tylko chęć zerwania związku z tak
nieodpowiednim partnerem.
Bał się spotkania z nią, a jednocześnie rozpaczliwie tego pragnął. Nie
był teraz ani bardziej odwaŜny, ani mądrzejszy niŜ dawniej.
Jess przesadzała rośliny na sekwojowym tarasie.
Mogła stąd obserwować zabawę swoich wnuków, Mitcha i Ty’a,
budujących twierdzę między gęsto rosnącymi drzewami w głębi ogrodu.
Przedtem bujali się na zwisającej linie, a teraz zbili z desek drabinę i
bezskutecznie usiłowali wejść po niej na ścianę szałasu z kolczastych
gałęzi. Przewidywała, Ŝe przed upływem tygodnia poproszą ją o
pozwolenie spędzenia nocy w namiocie. Jak to cudownie, Ŝe chłopcy są
tacy ruchliwi, ciekawi Ŝycia, zdrowi, silni... Prawdziwe szczęście.
Potrafią znaleźć sobie ciekawe zajęcie. Broją tak samo jak inne
dzieci, zdarzało im się trafić piłką w okno, podkradać cukierki, wdawać
się w bójki.
Leigh była trudnym dzieckiem. Czytała juŜ w wieku dwóch lat,
przeskakiwała z klasy do klasy, przez cały okres szkolny miała specjalne
lekcje, na których przerabiała materiał starszych klas. Była tak
wszystkiego ciekawa, Ŝe otworzywszy kiedyś wytrychem drzwi szopy
ogrodowej wymieszała dokładnie środki czyszczące z nawozami. A
innym razem wypaliła wielką dziurę w podłodze.
Obecność Leigh dawała złudzenie, Ŝe i Cal tu wrócił. Córka była dla
Jess powodem do radości, zachowywała się jak najlepszy przyjaciel,
mądry, wesoły, pomocny. Ale w jakichś pięciu procentach pozostała
nadal ciekawskim dzieckiem, chociaŜ jak dotąd usilnie starała się
zachować przytomność umysłu.
Powodem pierwszej małej sprzeczki stała się sprawa dolegliwości
sercowych Jess.
– Chciałabym porozmawiać z twoim lekarzem – powiedziała Leigh.
– Nie. To moja sprawa. Jak dotąd radzę sobie z tym i nie chcę, Ŝebyś
się wtrącała. Przeszłam mnóstwo badań, pilnuję poziomu cholesterolu i
ograniczam swoje zajęcia. Pewne jest, Ŝe dziś jeszcze nie umrę i mogę
opiekować się – dziećmi. Skrupulatnie przestrzegam diety i
prawdopodobnie dam ci się jeszcze we znaki w najbliŜszych latach.
Jesienią mam zamiar poddać się kolejnym badaniom. A powiedziałam ci
o tym tylko na wszelki wypadek.
– Czy to angina pectoris?
– Co takiego?
– Mamo, mogłabym ci pomóc przeprowadzić badania, ustalić sposób
leczenia...
– Absolutnie się nie zgadzam. Zdaję sobie sprawę z twojej
inteligencji, jednak ta sprawa wymaga odpowiedniego przygotowania.
– Ale przyjechałam do domu, poniewaŜ...
– Mam nadzieję, Ŝe jesteś w domu, bo się za mną stęskniłaś, a nie
dlatego, Ŝe się boisz mojej nagłej śmierci.
– Mamo... – zaczęła znowu Leigh.
– Córko... – przedrzeźniła ją Jess.
Teraz przyglądała się Mitchowi, temu ciemnowłosemu, bujającemu
się na linie zwisającej z wysokiej gałęzi. Dzielny chłopak. Nagle poczuła
okropny swąd i zaklęła pod nosem. To te pięć procent! Szybko pobiegła
schodami do kuchni i zobaczyła przypalający się w garnku makaron.
Usłyszała jakiś dziwny odgłos i spojrzała do góry. Na suficie rozlewała
się ogromna mokra plama. Zaklęła ponownie.
– Gdybym miała powaŜną wadę serca – mruczała zdenerwowana,
idąc na górę – to ta dziewczyna zabiłaby mnie kiedyś. A jeśli naprawdę
kiedyś zachoruję, to ona będzie ostatnią osobą, która się o tym dowie.
Z odkręconego kranu lała się woda.
– Leigh! – krzyknęła.
Ale ona oczywiście tego nie usłyszała. Zajęta była swoimi sprawami.
Jess zakręciła kran i wyciągnęła korek z wanny. Woda zalewająca
wykładzinę dywanową chlupała jej w pantoflach. Poszła na poddasze,
gdzie był gabinet Cala, i zobaczyła Leigh ubraną w szlafrok, siedzącą
przed ekranem komputera i wystukującą coś bardzo szybko na
klawiaturze.
– Przypaliłaś garnek i zalałaś łazienkę.
– O BoŜe, mamo. – Odwróciła się zaskoczona. – Bardzo
przepraszam! Niech to licho! Posprzątam... przepraszam... ja...
– No dobrze, nie ma o czym mówić – westchnęła Jess.
– A gdzie są chłopcy? – zapytała Leigh, odwrócona znowu do
komputera.
– Z nimi wszystko w porządku. To ciebie trzeba pilnować.
Kilka dni później, gdy po południu popijały wino na tarasie, Jess
powiedziała:
– Czy nie sądzisz, Ŝe zachowujesz się o wiele lepiej spotykając się ze
znajomymi? Tego lata, gdy chodziłaś do „Sierra Clubu”, byłaś bardziej
skupiona. Myślę, Ŝe dobrze ci robi świeŜe powietrze.
– Miałam wtedy róŜne wpadki. Nie pamiętasz?
– Nie były takie powaŜne.
– Dla ciebie – odparła Leigh.
A potem, nawiązując do tematu „wpadki sprzed czterech lat”,
powiedziała:
– Wiesz, Ŝe Max pamiętał o Mitchu i o Ty’u? Czy to nie szlachetne z
jego strony?
– Uwzględnił ich w testamencie? – zapytała zdumiona Jess.
– Tak. Właściwie nie rozumiem dlaczego. Widywał ich tak rzadko.
Zapewne zrobił to dla mnie, wiedząc, jak bardzo chciałam mieć dzieci.
Czy nie świadczy to o tym, Ŝe ostatecznie mi przebaczył? MoŜe kochał
mnie bardziej, niŜ myślałam? Chyba jestem sentymentalna.
Jess nie mogła się powstrzymać i pogłaskała złociste włosy córki,
przepasane wstąŜką i opadające na ramiona. Czasem myślała o tym, jak
Leigh musi cierpieć, jak trudno jej Ŝyć w samotności. MęŜczyźni nie
mieli odwagi proponować jej spotkań, a z kobietami zaprzyjaźniała się
bardzo rzadko. Ludzie nieprzeciętni mają trudne Ŝycie.
– Chłopcy potrzebują ojca – szepnęła.
Leigh odwróciła od niej wzrok. Rzadko ujawniała swoje uczucia.
– Nie mówmy o tym znowu, mamo. Nie ma nikogo, kto mógłby był
ich ojcem, i nic na to nie mogę poradzić.
Ale ja mogę – pomyślała Jess i powiedziała głośno:
– Potrzebuję twojej rady, kochanie. Zamierzam urządzić wielkie
przyjęcie tego lata, poniekąd z okazji waszego przyjazdu do domu, a
częściowo dlatego, Ŝe nie wiem, czy jeszcze kiedyś będę miała dość siły
na coś takiego. Chciałabym, aby nasz ogród, zaniedbany od lat, stał się
cudownym zakątkiem. Czy zechcesz mi w tym pomóc?
– Od kiedy czytujesz takie pisma? – zapytała Leigh, biorąc do ręki
miesięcznik dla nowoŜeńców.
– Zostawiła to Abby albo Peg. Planowałyśmy wesela ich córek...
Zabawne. Córka Abby zostawiła nawet swoją sukienkę ślubną, a ty masz
podobną figurę. Mogłabyś ją przymierzyć któregoś dnia. Ale, wracając
do sedna sprawy. Chcę wyłoŜyć ścieŜki kamiennymi płytami, zbudować
altanę i zainstalować ogromny roŜen w ogrodzie. Myślę teŜ o kilku
basenikach ozdobionych figurkami ptaków lub posągami... a moŜe nawet
przydałaby się fontanna? Czy mogłabyś coś takiego zaprojektować na
swoim komputerze?
– Przypuszczam, Ŝe tak. Zajmę się tym za dwa lub trzy dni.
– Kiedy juŜ będziesz miała jakiś pomysł, chcę, Ŝebyś się spotkała z
facetem, który czasem wykonuje dla mnie róŜne prace – z Johnem
McElroyem. Świetnie się zna na pracach budowlanych i na architekturze
przestrzennej. Jest poza tym doskonałym narciarzem i kieruje grupą
ochotniczego pogotowia narciarskiego. Poproszę go, Ŝeby nauczył
chłopców tej zimy jeździć na nartach.
Leigh z niezwykłą dla niej uwagą przeglądała miesięcznik, nie
reagując na słowa matki.
– Dlaczego nie miałabyś mnie uszczęśliwić i po prostu wyjść za
niego za mąŜ? UwaŜam, Ŝe jest wystarczająco stateczny, Ŝeby
zaopiekować się tobą i chłopcami, kiedy mnie juŜ nie będzie. Mitch jest
nawet trochę podobny do niego.
Leigh milczała przez długą chwilę.
– AleŜ masz pomysły – odezwała się w końcu, sącząc wino i niedbale
przewracając kartki miesięcznika.
Rozdział 3
– Cześć, John.
Zrzucił kolejny worek kompostu na stos i odwrócił się do niej. Cały
niepokój, towarzyszący myślom o moŜliwym spotkaniu, opuścił go w
jednej chwili. Była tu. Piękna jak zawsze. Minione lata prawie wcale jej
nie zmieniły.
I mimo woli pomyślał, Ŝe jest brudny, śmierdzi potem i krowim
nawozem. Nie tak to planował. Wiedział, Ŝe moŜe się na nią natknąć, ale
nie był jeszcze przygotowany na to spotkanie.
– Leigh – powitał ją spokojnie. – Doktor Brackon.
Uśmiechnęła się, gdy wypowiedział jej imię, ale natychmiast
spowaŜniała, słysząc swój tytuł naukowy.
– Ja... nie chciałam cię zaskoczyć. Przepraszam.
– Och, nic się nie stało. Ale rzeczywiście jestem trochę speszony. Tak
dawno się nie widzieliśmy.
– Przyjechałam dwa tygodnie temu. Mieszkam teraz z matką, być
moŜe zostanę tu na stałe. Ona mnie potrzebuje, a i ja chętnie zmienię coś
w swoim Ŝyciu. Jess... moja mama... ma jakieś kłopoty z...
– Tak, mówiła o tym. – Wyjął z kieszeni chusteczkę i otarł pot z
czoła. – Mówiła o swoich dolegliwościach sercowych i o tym, Ŝe zmusiła
cię do przyjazdu.
– Nie potrzebowała mnie zmuszać. Byłam juŜ zdecydowana. Sama
chciałam, planowałam to od kilku lat – A co na to twój mąŜ?
– Nie powiedziała ci nic o Maksie? No cóŜ... rozwiodłam się z nim
juŜ dawno temu, a Max... nie Ŝyje od sześciu miesięcy. Miał
sześćdziesiąt lat. Był w wieku mamy... Za wcześnie umarł.
– Nie wiedziałem. Bardzo mi przykro.
– Nie wiem, dlaczego pomyślałam, Ŝe powinieneś był o tym wiedzieć
– powiedziała lekko zmieszana, z właściwym jej roztargnieniem.
– A skąd miałbym wiedzieć? – rzucił z rozdraŜnieniem, którego nie
zamierzał okazywać.
Leigh zawsze zakładała, Ŝe kaŜdy powinien nadąŜać za jej myślami.
Byłam przekonana, Ŝe o tym mówiliśmy, i zakładałam z góry, Ŝe wiesz
coś, czego, jak się okazuje, nie wiedziałeś. Nie chciał zaczynać znowu
takich dyskusji.
– Od czasu do czasu wykonuję tu pewne prace na zlecenie Jess, ale
ani razu nie wspomniała o tobie. O twoich dzieciach po raz pierwszy
powiedziała mi wtedy, gdy przywiozłem jej drzewka owocowe.
Gratuluję. Pamiętam, jak bardzo chciałaś mieć dzieci.
– To niemoŜliwe, Ŝeby nie wspomniała o chłopcach. Nigdy nie
przestaje o nich mówić. Widać nie zwróciłeś na to uwagi.
– Jestem pewien, Ŝe zwróciłbym uwagę.
– Och, tak... – powiedziała nieco zdenerwowana.
– A więc wróciłaś, Ŝeby pomóc Jess i spróbować innego Ŝycia –
powiedział, wyraźnie akcentując ostatnie słowa. – Czy juŜ raz tego nie
próbowałaś?
– Słuchaj, John, mama chce dokonać pewnych zmian w otoczeniu
domu i Ŝyczy sobie, Ŝebyś to ty właśnie zrobił. Najwyraźniej nie wie, jaki
potrafisz być złośliwy. – Leigh sięgnęła do torebki i wydostała kartkę, na
której naszkicowany był w punktach jej projekt. – PoniewaŜ mieszkam
obecnie tutaj, stale będziemy się spotykać. Jeśli ci to nie odpowiada,
powiedz, a wynajmę kogoś innego. – Rzuciła mu stanowcze spojrzenie.
Nie wyglądała na starszą niŜ kilka lat temu, ale w jej zachowaniu
pojawiła się pewność siebie. – A więc?
DłuŜszą chwilę mierzyli się wzrokiem, aŜ wreszcie gwałtownie
wyrwał kartkę z jej ręki i pobieŜnie ją przeczytał. Budowa altany,
miejsce na roŜen, wybrukowanie ścieŜek, baseniki, fontanna. Gwizdnął.
– Niemało tego.
Pomyślał, Ŝe tym ludziom nigdy nie brak fantazji ani pieniędzy. Jest
to trochę irytujące.
– Tak, zdaję sobie z tego sprawę. Moja mama jest taka spontaniczna.
Kiedy wpadnie na jakiś pomysł, natychmiast chce go realizować.
– Ale dlaczego? Chyba nie zamierza sprzedać domu?
– Och, nie. Któregoś dnia ja go odziedziczę. A teraz – chce wydać w
ogrodzie wielkie przyjęcie, na które zaprosi pół miasta. Czyni to z dwóch
powodów. Po pierwsze – poniewaŜ wróciłam do Durango, Ŝeby
zamieszkać tu z chłopcami. Po drugie – trochę się tym niepokoję – nie
jest pewna, jak będzie się czuła następnego lata. A co ty wiesz o jej
chorobie?
– Skąd mam cokolwiek wiedzieć? Jestem tylko jej majstrem, a nie
spowiednikiem.
– Wybacz. Robię, co mogę, Ŝeby się czegoś dowiedzieć, bo ona sama
nic mi nie powie, a ja się zamartwiam.
Johnowi zrobiło się jej Ŝal.
– Nie gniewaj się. – Ostatnia rzecz, jakiej by pragnął, to sprzeczać się
z nią. – Nic nie wiem, choć pytałem. Zdaje się, Ŝe nawet doktor
Meadows nie ma o tym pojęcia. Jak sądzę, oznacza to, Ŝe była u innego
lekarza, ale nie wiem u kogo. Myślałem, Ŝe doktor opiekuje się
wszystkimi wdowami. Ale moŜe nie ma to nic wspólnego z medycyną.
– Mnie powiedziała, Ŝe nie radziła się Toma, bo są zbyt dobrymi
przyjaciółmi. Ale kiedy zadzwoniłam do niego i zapytałam, czy zalecił
jej konsultacje u kardiologa, długo milczał, zanim powiedział, Ŝe nie.
Zasugerował mi, bym przepytała wdowią brygadę na temat tej
domniemanej wady serca. Domniemanej? Ona zachowuje się bardzo
dziwnie. Przypuszczam, Ŝe to coś gorszego niŜ serce, choć nie udało mi
się wyciągnąć od niej Ŝadnej informacji. Przeszukałam wszystkie jej
szafki i nie znalazłam jakiejkolwiek recepty, absolutnie nic. Jest
nieznośna i nie pozwala mi wtrącać się w swoje sprawy.
– A co powiedziały wdowy?
Wzruszyła ramionami.
– śebym się zajęła sobą i zostawiła Jess w spokoju. Abby West
stwierdziła, Ŝe to wyłącznie sprawa mamy. „Moja droga, twoja matka tak
wiele poświęciła dla ciebie, kiedy byłaś dzieckiem. Dlaczego ty nie
moŜesz jej teraz ustąpić?” Wreszcie, widząc, Ŝe tak łatwo nie skapituluję,
matka obiecała, Ŝe jeśli teraz nie będę jej dręczyć, opowie mi o
wszystkim później. Przed następnym badaniem kontrolnym. Oświadczyła
stanowczo, Ŝe tego lata nie będziemy mówić o jej zdrowiu.
Uśmiechnął się mimo woli:
– AleŜ z niej uparciuch.
Leigh uderzyła dłonią w kartkę.
– Myślę, Ŝe przeprowadza te remonty i ulepszenia, Ŝeby nie zostawić
nic nie dokończonego.
– CóŜ za pomysł – mruknął.
– Ona juŜ taka jest – szybka, porywcza. Mam nadzieję, Ŝe myli się co
do choroby. Nie wyobraŜam sobie, jak mogłabym Ŝyć bez niej. Jest moją
podporą. Wiesz... nie mam nikogo prócz Jess, u kogo znalazłabym
zrozumienie i pomoc.
– Jeszcze nie umarła. Pomyślmy raczej o jej ogrodzie, zanim
zaczniemy się martwić, gdzie ją pochować. Z projektu wynika, Ŝe to duŜa
przebudowa. Kupa pieniędzy.
– Ale czy moŜesz to wszystko zrobić? Murowaną altankę, murowane
stanowisko na roŜen, płyty chodnikowe na ścieŜkach? Chcesz wziąć mój
projekt?
Skrzywił się.
– Nie, Leigh. Jestem majstrem budowlanym i specjalistą od
urządzania ogrodów. To ja ci przedstawię mój projekt, a ty albo go
przyjmiesz, albo poprawisz. Zrozum, znam się na tym.
– To mój ogród.
– Na litość boską! – wybuchnął. – Czy będziemy się sprzeczać o takie
głupstwa?
Odetchnęła głęboko. Dwa razy.
– W porządku – zgodziła się. – Twój projekt, moje ulepszenia.
Podejmujesz się tego zadania?
– Masz szczęście. Trafiłaś na speca.
– Jakiego rodzaju?
– Na takiego, który za pieniądze zrobi wszystko.
Uśmiechnęła się lekcewaŜąco.
– Ale będzie to kosztowało masę forsy, jeśli chcecie, Ŝeby ogród
wyglądał wspaniale.
– Mama nie musi martwić się o pieniądze. Jest dobrze sytuowana i
otrzymuje nadal honoraria za ksiąŜki mego ojca. John, czy matka
mogła... czy wie coś o tamtym lecie?
– Skąd miałaby wiedzieć? Dlaczego pytasz?
– Prosiła, Ŝebym cię zapytała, czy będziesz tylko nadzorował robotę,
czy teŜ większość prac wykonasz sam. Spytała teŜ, ot tak, znienacka, czy
nie mogłabym wyjść za ciebie za mąŜ i w ten sposób sprawić jej
przyjemności.
Nie wydało mu się to zabawne.
– Czy wspomniałaś jej, Ŝe juŜ to omawialiśmy?
– Oczywiście, Ŝe nie. Ale tak naprawdę, to nigdy nie mówiliśmy na
temat małŜeństwa. Rozmawialiśmy tylko o wspólnym Ŝyciu, ale i w tej
sprawie nie mogliśmy się porozumieć.
– – No cóŜ, jeśli sobie przypominasz, jedno z nas nie było wtedy
wolne – powiedział gwałtownie.
Zacisnęła pięści zirytowana. Obawiała się, Ŝe nie zapanuje nad sobą.
Spróbowała zmienić temat – Rzeczywiście, duŜo potrafisz zrobić.
Ostatnim razem był to garaŜ otoczony Ŝelazną siatką.
– A kiedy to było?
– Nie pamiętam dokładnie – skłamała. – Wyjechałeś wówczas z
miasta. Byłeś w podróŜy poślubnej.
No tak! A więc nie będzie to tylko jego wina, jeśli od wojny
podjazdowej przejdą do otwartej bitwy. A takie miał dobre intencje.
– PrzyjeŜdŜałaś tu? Nikt mi nigdy o tym nie powiedział.
– Nie zostawiłam Ŝadnej wiadomości, bo cię nie było. Nie mogliśmy
porozmawiać. Ale wracając do naszego tematu: ta nagła przebudowa
ogrodu jest typowa dla Jess...
– Dlaczego wtedy przyjechałaś? – zapytał.
– Mówiłam ci, Ŝe przyjadę. Mówiłam, Ŝe muszę w spokoju
zastanowić się nad całą sytuacją. JuŜ zapomniałeś?
– To nie było tak. Mówiłaś, Ŝe nie mogłabyś tu zostać i mieszkać ze
mną. Nie byłem dla ciebie wystarczająco atrakcyjny.
– Nie o ciebie chodziło. Nie było tu dla mnie pracy. Potrzebowałam
tego rodzaju zajęcia...
– Mówiłaś, Ŝe musisz wrócić do Stanford, poniewaŜ...
– PoniewaŜ tam mieszkałam. Tam mogłam robić, co lubiłam, w Los
Altos był mój warsztat pracy. Obiecywano mi zaliczkę – musiałam ją
przyjąć, Ŝeby mieć z czego Ŝyć. Jedno z nas musiało pracować. Ty byłeś
tylko narciarzem, który od czasu do czasu wynajmuje się do strzyŜenia
trawników. A poza tym powiedziałeś, Ŝe cieszysz się z mojego wyjazdu.
– Dla ścisłości, byłem członkiem ochotniczego pogotowia
narciarskiego. Wykonywałem teŜ prace budowlane. Nie był to być moŜe
nadzwyczajny zawód, ale przyzwoita praca, jaką wykonują zwykli
ludzie. Powiedziałem, Ŝe jestem zadowolony z twego wyjazdu, bo byłem
zbyt dumny. Nie mogłem pogodzić się z tym, Ŝe tak po prostu mnie
opuszczasz. Nawet nie oglądając się za siebie.
– Nie oglądając się... Wybacz, jeśli cię uraziłam – powiedziała
uszczypliwie. – Musiałam zdobyć pracę, gdziekolwiek. Byłam w ciąŜy.
Otrzymałam propozycję z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles.
Musiałam wyjechać, John.
– Ach, tak. Rozumiem. Przyjechałaś wtedy, Ŝeby się poŜegnać, a nie
po to, Ŝeby się ze mną zobaczyć.
Leigh spoglądała na niego przez chwilę, otworzyła usta, Ŝeby coś
powiedzieć, ale ze zdenerwowania nie mogła wydusić słowa.
– Wróciłam, Ŝeby zobaczyć się z mamą i z tobą. Byłam juŜ po
rozwodzie. Zamierzałam prosić cię ponownie, Ŝebyś zechciał zamieszkać
ze mną w Los Angeles. Gdybyś się nie zgodził, miałam nadzieję, Ŝe uda
nam się wymyślić coś innego.
– Wymyślić coś innego?
– Tak. Nie wiem co. Zresztą, jaka to róŜnica, John?
– Nie mogłam się z tobą skontaktować. Byłeś w podróŜy poślubnej.
– Byłem w podróŜy poślubnej, bo oŜeniłem się po miesiącach
czekania, aŜ wreszcie zechcesz odpowiedzieć na moje telefony i listy.
– Telefony i listy? Ty głupcze! Nie dostałam Ŝadnych listów i nie
było Ŝadnych telefonów.
– Prosiłem o przekazanie wiadomości. Pisałem.
– No tak. Wróciłam do Los Altos, spakowałam się i
przeprowadziłam. Nie wiedziałam, Ŝe to ja miałam cię powstrzymać
przed małŜeństwem. Większość ludzi pobiera się, bo tego pragną, a nie
dlatego, Ŝe ktoś nie odpowiada na przeklęte telefony.
– Nikt mi nie powiedział, Ŝe się przeprowadziłaś. I nie nazywaj mnie
głupcem. JuŜ i tak czuję się nieswojo przebywając z tobą w tym samym
mieście, jako Ŝe twój iloraz inteligencji przekracza wszelkie normy. Czy
jest jakiś szczególny powód, Ŝe ty sama nie spróbowałaś do mnie napisać
lub choćby zadzwonić?
– Nie, nie ma Ŝadnego szczególnego powodu! – krzyknęła. – Tylko
to, Ŝe byłam zajęta. Pracowałam nad nowym problemem naukowym,
byłam w ciąŜy i szukałam u psychoanalityka odpowiedzi na pytanie,
dlaczego kobieta tak mądra jak ja tak źle pokierowała swoim Ŝyciem.
Chętnie bym z tobą jeszcze pogawędziła, ale mam coś innego do roboty.
A więc czy podejmujesz się tej modernizacji ogrodu dla mojej matki?
Tak czy nie?
– Tak! – wrzasnął. – Będę tu jutro.
– Doskonale! – odkrzyknęła odwracając się tak – gwałtownie, Ŝe
wstąŜka wpleciona w jej włosy musnęła jego twarz. Trzasnęła drzwiami.
Poczuł, jak z wściekłości krew napływa mu do twarzy. O BoŜe! śe
teŜ musieli się znowu pokłócić.
– John?
Uniósł głowę.
– Ja... zostawiłam kluczyki w samochodzie, nie powinnam była...
Mimo woli uśmiechnął się. To było do przewidzenia.
– Znów to twoje roztargnienie. Myślałaś o tym, jak działa dźwig, a
moŜe o jambach w pentametrze? A moŜe o mnie – pomyślał. Czy
myślałaś o mnie, Leigh?
– Nie martw się. Potrafię wszystko otworzyć – powiedział głośno.
– Chciałam teŜ przeprosić cię za to, co się stało. Za kłótnię. Nie
spodziewałam się, Ŝe tak to się skończy – powiedziała. – I nie chcę
więcej kłócić się z tobą.
– To nie tylko twoja wina – zauwaŜył. – Leigh, moŜe dobrze by było,
gdybyśmy się spotkali i poszli na drinka lub kolację? Pogmatwany los
zetknął nas znowu i jeśli teraz nie wyjaśnimy sobie wszystkiego do
końca, to w przyszłym Ŝyciu spotkamy się jako śmiertelni wrogowie. I
pół biedy, jeśli staniemy naprzeciw siebie w dwóch róŜnych druŜynach
futbolowych, ale jeśli odrodzimy się jako siostry bliźniaczki, czy coś w
tym rodzaju, wtedy będzie to katastrofa. Chyba powinniśmy
porozmawiać i zostać... przyjaciółmi. Co ty na to?
– Masz rację – odpowiedziała juŜ spokojnie. – Tak, – tego właśnie
chciałam od samego początku. Porozumienia i przyjaźni. Ale ty jesteś
Ŝ
onaty.
– JuŜ nie. Mój rozwód nastąpił faktycznie zaraz po zawarciu
małŜeństwa.
– Nie wiedziałam. Bardzo ci współczuję. – Była najwyraźniej
zaskoczona tą wiadomością.
– To się skończyło, zanim się zaczęło. Byliśmy ze sobą tylko kilka
miesięcy. Przez jeden sezon – wyjaśnił nieco zmieszany.
– Masz dzieci?
– Nie.
– Och prawda, mówiłeś, Ŝe nie chcesz ich mieć, więc pewnie jesteś
zadowolony.
– Nie chcę do tego wracać. Miałem wtedy dwadzieścia siedem lat i
byłem egoistą. Myślałem tylko o sobie. Na pewno to pamiętasz.
Uśmiechnęła się lekko. Brzmiało to prawie jak przyznanie się do
niedoskonałości, a moŜe i przeprosiny, co przedtem Leigh raczej się nie
zdarzało.
– Wygląda na to, Ŝe nie mieliśmy zbyt duŜo szczęścia w naszym
romansie, nie uwaŜasz?
– A co powiesz na to, Ŝeby dwoje nieszczęśliwych ludzi znów się ze
sobą spotkało?
– Nie wiem...
– Masz kogoś? Jakiegoś przyjaciela?
Rozbawiło ją to pytanie.
– Mam dwóch przyjaciół. Mają po cztery lata – odpowiedziała.
– A gdybyśmy teraz... Leigh westchnęła.
– Nie najlepsza ze mnie partnerka, John. Bywam – taka nietaktowna
we wzajemnych stosunkach. Nie robię tego umyślnie. To trudniejsze niŜ
matematyka. A teraz... jestem matką. Muszę uwaŜać, Ŝeby nie
skrzywdzić chłopców.
– Kochaliśmy się i zniszczyliśmy naszą miłość – powiedział. – Teraz
znów zaczynamy od kłótni. Widocznie pozostało coś do wyjaśnienia.
Czy nie powinniśmy o tym rozsądnie i spokojnie porozmawiać?
Spojrzała w jego ciemnobrązowe oczy. Oczy, w których moŜna było
zakochać się bez pamięci. Barki Adonisa, twarz księcia z bajki,
temperament Attyli, wodza Hunów. Uśmiechnęła się.
– Uczesałeś się w koński ogon.
Zaskoczony, odezwał się dopiero po chwili.
– Tak. To bardzo wygodne uczesanie. Masz coś przeciwko temu?
– AleŜ nie – odrzekła.
Końskie ogony ciągle jeszcze noszono, ale jeśli chodzi o Johna, to nie
wiadomo, czy uczesał się tak ze względu na modę, czy z lenistwa.
Dawniej nie zwracał na modę najmniejszej uwagi.
– „Steak House”? – zaproponowała.
– Dobrze. Chodźmy po twoje kluczyki.
Zrobił ruch, jakby chciał ująć Leigh pod ramię. Zawahał się
niezdecydowany. Tylko lekko ją musnął i opuścił rękę.
Leigh drgnęła. Poczuła, Ŝe znów jest zakochana po uszy. Gdyby
dotknął jej po raz drugi, nie miałaby sił, Ŝeby mu się oprzeć.
Rozdział 4
Gdy Leigh przyszła o siódmej, John juŜ na nią czekał. Miała na sobie
jedwabną sukienkę i fantazyjnie przerzucony przez ramię długi szal, w
uszach – kolczyki z muszli, na nogach – beŜowe pantofelki na niskim
obcasie. Wyglądała szykownie i elegancko. Tak stwierdziła Jess,
obrzuciwszy ją badawczym spojrzeniem. Tym razem Leigh nie udawała,
Ŝ
e idzie do „Sierra Clubu”.
– Będziesz pewnie zachwycona, jeśli ci powiem, Ŝe twój faworyt
zaprosił mnie na kieliszek wina – oznajmiła matce.
John ubrany był w dŜinsy – zupełnie przyzwoite, bez dziur – w
koszulkę polo i sweter. Ktoś patrzący na nich z boku nie domyśliłby się,
jak bardzo oboje bali się tego spotkania. Lękali się tego samego: Ŝe albo
nastąpi oficjalne zakończenie ich romansu, albo wręcz przeciwnie – będą
go kontynuować tak, jakby nic się nie zmieniło od momentu, kiedy się
rozstali. Przed nią stał kieliszek z winem, przed nim piwo. Dopiero po
drugiej kolejce byli w stanie rozpocząć rozmowę.
– Opowiedz, jak to było – zaczął.
– Z czym?
– Przyjechałaś tu i dowiedziałaś się, Ŝe się oŜeniłem. Ja ci powiem, co
się działo ze mną, jeśli ty zrobisz to samo. A więc, co było przedtem, w
Los Altos?
– Och, to było straszne. Max, który dopiero co miał atak serca, omal
nie dostał drugiego. Był na mnie wściekły.
– Dlaczego? – zdziwił się.
Spojrzała na niego z pewnym zakłopotaniem, jak gdyby chciała
zapytać: „Nie domyślasz się?”
– śe byłaś w ciąŜy?
Skinęła głową.
– Powiedział, Ŝe poczuł się zdradzony... Tak to ujął. A ja z jednej
strony cieszyłam się, Ŝe spełniają się moje najskrytsze marzenia, a z
drugiej dziwiłam, jak mogłam być tak głupia. I gdyby nie moja matka,
nie wiem, co bym zrobiła.
– Poczekaj chwilę, poczekaj – przerwał jej pamiętając, jak łatwo
traciła wątek, zaczynając opowiadanie od końca. Nie wątpił, Ŝe potrafi
napisać dysertację, ale gdy chodziło o normalne Ŝyciowe problemy,
miała trudności z wysławianiem się. – Mów powoli, Leigh, Złościł się na
ciebie, Ŝe byłaś w ciąŜy? Nie chciał zostać ojcem?
– AleŜ skąd! – odpowiedziała najwyraźniej zdumiona. – Oczywiście,
Ŝ
e nie. PrzecieŜ ci o tym mówiłam.
– No tak. Myślał, Ŝe nie chce, ale kiedy mu powiedziałaś, Ŝe...
f Potrząsnęła głową ze zdumieniem.
– To wstrętne – powiedział John szczerze oburzony. – Nawet tacy
męŜczyźni, którzy uwaŜają, Ŝe nie czas jeszcze na dzieci, potrafią się
zachować przyzwoicie na wiadomość o ciąŜy. Sądzę, Ŝe ja właśnie tak
bym się zachował.
Jej oczy robiły się coraz bardziej okrągłe ze zdumienia, patrzyła nie
rozumiejąc, co do niej mówi. Wreszcie, otrząsnąwszy się z zaskoczenia,
wykrztusiła:
– PrzecieŜ sam mówiłeś, Ŝe nie chcesz być ojcem.
– Zgoda, mówiłem wtedy szczerze, co myślę. Ale przypuszczam, Ŝe
zachowałbym się rozsądniej niŜ Max. Nie oskarŜałbym cię o zdradę.
– Chwileczkę. A jak ty byś postąpił w takiej sytuacji? Co byś zrobił,
gdybyś dowiedział się, Ŝe twoja Ŝona jest w ciąŜy?
– Musielibyśmy oboje dołoŜyć wszelkich starań, Ŝeby nasze
małŜeństwo było udane.
– O, mój BoŜe! John... widziałeś juŜ chłopców? – zapytała.
– Nie. Oglądałem tylko ich zdjęcie. Jess zapytała mnie, czy nie
wziąłbym ich kiedyś na ryby. Są naprawdę ładni, ale nie wyglądają na
bliźniaków. Przypuszczam, Ŝe ten czarnowłosy podobny jest do swojego
ojca. – Leigh przełknęła ślinę i kiwnęła głową potakująco. – Jess wie, Ŝe
jestem trenerem chłopięcej druŜyny baseballowej i Ŝe w zimie nie tylko
działam w pogotowiu, ale uczę teŜ dzieci jazdy na nartach. Powiedziała o
nich, Ŝe to prawdziwe diablęta – dodał z uśmiechem i połoŜył rękę na jej
ramieniu.
– John – zaczęła, obracając w ręku kieliszek. – Nie wiem, które z nas
namieszało tu bardziej... ty czy ja.
– A co byś powiedziała na to, Ŝebyśmy zaczęli wszystko od nowa?
– Nie jestem pewna, czy nam się uda. Przeszłość osacza nas zewsząd.
A poza tym... jak mamy zacząć?
– Napij się wina, Leigh. Porozmawiajmy o czymś innym, nie
poruszajmy tematów osobistych.
– Myślę, Ŝe łatwo nam to przyjdzie i dlatego mówię: „Nie chcę”.
– Czego? – zapytał.
– Nie mam ochoty wracać do tego, John. To zbyt boli. I ostatecznie
nie jest istotne, które z nas bardziej zawiniło.
John pogłaskał jej ramię. BoŜe, jak on to dobrze rozumiał! Tak, Leigh
ma rację. A wszystko, czego teraz chciał, to objąć ją, przytrzymać jej
dłoń i mówić właśnie o tym. Musiał wyjaśnić wszystko tej kobiecie,
którą tak beznadziejnie kochał przez ostatnie pięć lat Pragnął się
przekonać, czy będąc blisko niej w dalszym ciągu czuje niedosyt tej
bliskości. Tylko to chciał wiedzieć. Bał się, Ŝe zwariuje.
– Przejdźmy się, dobrze? Porozmawiamy. I obiecuję, Ŝe nie będziesz
zmuszona mówić znowu: „Nie chcę”. Słowo skauta.
– Byłeś kiedyś skautem? – zapytała trochę później.
– Nie.
– Mogłam się tego domyślić – stwierdziła.
– To był tylko jeden pocałunek – zauwaŜył. – Chciałem sprawdzić,
czy będzie tak dobrze jak dawniej.
– I co? Było?
– – Aha. Ale oznacza to, Ŝe moŜe się powtórzyć równieŜ wszystko
to, co było złe. Lepiej więc skończmy rozmowę na ten temat.
Zrezygnowali ze spaceru, poniewaŜ kwietniowy wieczór był trochę
za chłodny i dygotali z zimna. Później siedzieli w jego cięŜarówce, skąd
mogliby podziwiać bezkresne niebo i rozciągającą się wokół dolinę. Ale
nie podziwiali. Czując jego usta na swoich, Leigh próbowała zrozumieć
samą siebie. Miała wiele zaskakujących wiadomości dla Johna, ale, jak
tchórz, postanowiła działać powoli i dojść do celu okręŜną drogą.
Zaczęła mówić o problemach swego małŜeństwa, czego, jak uwaŜała,
nigdy przedtem nie wyjaśniła w sposób wyczerpujący. Ona i Max raczej
się nie kochali. Przede wszystkim tworzyli zespół naukowy, a on był jej
mistrzem. PoniewaŜ nie miała Ŝadnych przyjaciółek w swoim wieku,
nigdy teŜ nie miała przyjaciela, nie zdawała sobie sprawy, jak dziwny był
jej związek z Maxem. I gdyby nie spotkała i nie pokochała Johna, do dziś
nic by o tym nie wiedziała.
– Jesteś tak cudowna...
Potrząsnęła głową.
– Nie uwaŜałam siebie za atrakcyjną. Mówię uczciwie. Sądziłam, Ŝe
jestem jakaś dziwna. Nigdy nie byłam na Ŝadnej randce. Miałam juŜ
dwadzieścia lat, kiedy zrozumiałam, Ŝe onieśmielam moich kolegów, a
koleŜanki raczej mnie nie lubią. Oczywiście z wyjątkiem kobiet
starszych, bardziej dojrzałych, będących juŜ matkami i ludzi zajmujących
się pracą naukową. W Ŝyciu, jakie prowadziłam, najwaŜniejsze było
chyba to, Ŝe umysł ciągle pracuje i łatwo jest zapomnieć o sprawach
osobistych. Nigdy nie traciłam czasu na dokładniejsze analizowanie
przyczyn moich niepowodzeń, poniewaŜ łatwiej było zająć myśl czymś
innym. Chyba niezbyt to praktyczne.
– Być moŜe inni ludzie teŜ woleliby myśleć o czymś innym, a nie
tylko o własnych problemach.
– Och nie, John. Nie mówię o unikaniu rozczulania się nad sobą.
Mówię o świadomym odsuwaniu od siebie tego, co się dzieje wokół. To
prowadzi do samoograniczenia... Do jakiegoś stopnia moŜna udawać, Ŝe
się tego nie widzi, ale zazwyczaj tak się dzieje, Ŝe to, czego człowiek
sobie odmawia, wreszcie bierze nad nim górę. – Przerwała na chwilę i
uśmiechnęła się do niego. – Byłam bardzo bliska tego, co ludzie
nazywają załamaniem nerwowym, gdy znalazłam się w sytuacji, kiedy
sama musiałam sobie radzić z dwojgiem małych dzieci – powiedziała
spokojnie. – Dwie małe istotki, zaleŜne ode mnie. Nie mogłam im
zapewnić dobrego Ŝycia, bo sama nie wiedziałam, co to znaczy. Nie
zaznałam takiego. Wtedy do Los Angeles przyjechała Jess, Ŝeby mi
pomóc, a ja poszłam do psychologa – wspaniałej kobiety, która dzieciom
o wysokim ilorazie inteligencji pomagała w przystosowaniu się do Ŝycia.
Byłam jej pierwszym dwudziestoośmioletnim dzieckiem.
John słuchał spokojnie, a ona zastanawiała się, czy był w stanie
zrozumieć, jakie znaczenie dla niej miał ich związek. Najwidoczniej nie,
gdyŜ powiedział:
– Nigdy nie myślałem, Ŝe masz takie problemy w Ŝyciu. Sądziłem, Ŝe
jesteś na tyle mądra, Ŝeby wiedzieć, jak naleŜy postępować.
Lekko zagryzła wargi. Mogłaby napisać całą rozprawę naukową na
ten temat. Nigdy jednak nie potrafiła dostosować się do otoczenia.
– Czy miałeś kiedyś przyjaciela, który okazywał ci jawną zawiść? –
zapytała. – Taką prawdziwą, nieopanowaną? Na przykład wtedy, gdy
zdobyłeś medal w zawodach i skarŜyłeś się na ból mięśni, albo Ŝe
wyschło twoje konto bankowe, czy teŜ Ŝe opuściła cię dziewczyna,
poniewaŜ zajęty treningami nie poświęcałeś jej naleŜytej uwagi? Jeśli
powiedziałeś, Ŝe czujesz się wykończony, poniewaŜ tak wiele wysiłku
włoŜyłeś w ten sukces, a twój przyjaciel kwituje to mniej więcej takimi
słowami: „Dobra, dobra, co się tak nad sobą rozczulasz. Wygrałeś czy
nie?”
John długo namyślał się, zanim odpowiedział. Nigdy nie był wybitny,
choć ze wszystkim radził sobie dobrze. Pamiętał, Ŝe na krótko przed
wstąpieniem do marynarki brał udział w zjazdach narciarskich. Pobił się
wtedy z pewnym typem, który zarzucał mu, Ŝe uŜywa środków
dopingujących. A on na tych zawodach omal się nie zabił, stawiając
wszystko na jedną kartę. Teraz dopiero doszedł do wniosku, Ŝe ten facet
był zazdrosny.
– Tak, spotkałem takiego człowieka.
– A ja tylko takich – powiedziała powaŜnie.
– Nigdy ci niczego nie zazdrościłem.
– Och, John, wiem. Ale chciałam, Ŝebyś zrozumiał, dlaczego nie
wiedziałam, jak postępować z przyjacielem. .. z kochankiem. Nigdy ich
przedtem nie miałam. Nigdy. Max nie był ani moim przyjacielem, ani
kochankiem. Pobraliśmy się siłą... bezwładu. Zrezygnował z pracy na
Uniwersytecie Kolumbijskim w Nowym Jorku i zajął się jakimś nowym
problemem w Stanford. Chciał, Ŝebym dalej z nim pracowała. To nie
była prawdziwa miłość, choć, jak sądzę, Max kochał mnie na tyle, na ile
potrafił. Kiedy poznałam ciebie, nie wiedziałam, co się ze mną dzieje.
Było to moje pierwsze zetknięcie z prawdziwą miłością, z tym, czym jest
naprawdę kochanie się. I myślę, Ŝe dlatego tak to się skończyło. Było za
bardzo skomplikowane, a ja miałam za mało doświadczenia.
– Czego ty właściwie chcesz, Leigh?
– Teraz juŜ niewiele. Chcę być dobrą matką i mieć kilku przyjaciół.
Chcę, Ŝeby choć trochę moŜna mnie było zaakceptować. Byłam bardzo
zawiedziona, Ŝe nie umieliśmy poradzić sobie z naszą sytuacją. Od czasu
rozstania doznałam niewielu przyjemności. Wiem, Ŝe uwaŜasz mnie za
osobę kłopotliwą, niezdarną, zapominalską. .. ale lubiłam tamte nocne
biwaki i wycieczki. Wtedy śmialiśmy się często. Myślę, Ŝe mogłabym
nauczyć się jeździć na nartach...
John zmarszczył czoło, wyobraŜając sobie Leigh drepczącą po stoku,
mylącą krok i przewracającą się co chwila. No tak, ale są przecieŜ górki
dla dzieci... Jak ona sobie wyobraŜała wychowywanie dwóch chłopców?
– Trzeba teŜ będzie nauczyć dzieciaki jeździć na nartach i grać w
baseball. JuŜ dziś lubią wszystko, co ma jakikolwiek związek ze sportem,
i nie interesuje ich nic poza filmami rysunkowymi. Są całkowicie
normalni.
John stwierdził, Ŝe w ciągu tych kilku lat, od wyjazdu Leigh, polubił
dzieci. Nie miałby nic przeciwko temu, Ŝeby pograć z jej chłopcami w
baseball lub udzielać im lekcji jazdy na nartach. Jeśli zaczną w takim
wieku, z pewnością osiągną dobre wyniki.
– Masz wiec zamiar tu pozostać? – zapytał.
– Ojciec zostawił pewną sumę, która wystarczyłaby mi na skromne,
lecz niezłe Ŝycie. Ja jednak chcę pracować. Piszę teraz rozprawę o etyce
badań naukowych, którą zatytułowałam: „Obawa przed nowym
poznaniem”. MoŜe z tego wyjść cała ksiąŜka.
– A co powiesz o poznawaniu się na nowo? – zapytał. – I o starych
kochankach? Co takiego interesuje cię w etyce?
– Jest bardzo ciekawa, jednocześnie prosta i niezwykle
skomplikowana – odpowiedziała. – A jaka jest twoja definicja etyki?
Wzruszył ramionami.
– Dla mnie nie jest to nic skomplikowanego. Uczciwość,
sprawiedliwość, przyzwoitość, umiejętność rozróŜniania, co dobre, a co
złe. Traktowanie ludzi w sposób uprzejmy, tak jak sam chciałbym być
traktowany.
Leigh spojrzała przez okno na rozległy pejzaŜ Kolorado oświetlony
blaskiem księŜyca. Wreszcie poczuła się bezpiecznie. Westchnęła
głęboko. Nie musi mówić, Ŝe ma on całkowitą, niezaprzeczalną rację, ale
i tak mogłaby wiele napisać na ten temat. Mogłaby wykazać, Ŝe
najbardziej etycznie postępują ludzie, którzy Ŝyją w sposób naturalny,
nie zastanawiając się nad tym zagadnieniem. Nie są to ludzie bez skazy,
którzy nie popełnili nigdy Ŝadnych błędów, starają się jednak
postępować dobrze i – jeśli tylko moŜna – naprawiać własne błędy – Tak
jak John.
Ona teŜ nie zastanawiała się ani chwili, gdy zadzwoniła Jess i
powiedziała: „Jesteś mi potrzebna, przyjeŜdŜaj do domu”. Była jej za to
wdzięczna, niezbędny był ten impuls. To oczywiste, Ŝe wraca się do
domu, gdy wzywa cię matka, która zawsze była dla ciebie ostoją w
trudnych chwilach. A ponadto, Leigh juŜ wcześniej myślała, Ŝeby wrócić
i spróbować wyjaśnić nieporozumienia, jakie zaszły pomiędzy nią i
Johnem, zakończyć spór i znaleźć jakieś wyjście z sytuacji. ChociaŜ
spotkanie z Johnem było dla nich obojga niełatwe, wiedziała, Ŝe to dobry
i uczciwy człowiek, a ona potrzebowała męŜczyzny, który byłby wzorem
dla jej synów.
– No i co dalej? – odezwał się John.
– Myślisz, Ŝe moglibyśmy zostać przyjaciółmi?
– CóŜ, wszystko jest moŜliwe. Ale kłopot polega na tym, Ŝe ja
pamiętam, jak cię obejmowałem – powiedział John. – Przypominałem to
sobie w najdziwniejszych momentach. Tak bardzo do ciebie tęskniłem,
Leigh. Nigdy ci nie mówiłem, jak wiele dla mnie znaczysz.
Zmarnowałem tyle okazji, Ŝeby powiedzieć to, co naleŜało. Byłem
zakochany do szaleństwa i śmiertelnie się bałem... Fascynowałaś mnie.
PrzeraŜałaś... Teraz mogę ci tylko dziękować za to, Ŝe wróciłaś i chcesz
odnowić przyjaźń, podejmujesz próbę załatwienia naszych spraw...
Jestem taki... Ale dlaczego płaczesz?
– Tonie.
– Och, Leigh. Wszystko jest w porządku. Dobrze, Ŝe jesteśmy razem i
mogę cię objąć, a ty...
– – Spokojnie, John. Powoli...
Mówiąc to, przysunęła się do niego, szukając schronienia w jego
opiekuńczych ramionach.
– Tak, niech tak będzie... Uznajmy, Ŝe wszystko jest w porządku.
Zgoda?
Leigh połoŜyła rękę na ramieniu Jess, Ŝeby ją obudzić.
– JuŜ jestem. Nie powinnaś była czekać na mnie.
– Co? Ach, wcale nie miałam zamiaru czekać. Po prostu zasnęłam
tutaj. Dobrze się bawiłaś, kochanie?
– Tak, mamo. Jak się czujesz?
– W porządku – odpowiedziała Jess i ziewnęła. – Oczywiście, Ŝe w
porządku. Po prostu zasnęłam. Czy omawiałaś z Johnem sprawę
modernizacji?
– Tak. Myślę, Ŝe wszystko juŜ uzgodniliśmy.
– To bardzo miły człowiek, prawda? – spytała.
– Tak, mamo. Idę spać.
– Czy jeszcze się z nim zobaczysz?
– No pewnie, będę go widywać bardzo często. Ma tu pracować przez
ładnych kilka tygodni. Dobranoc.
Jess uniosła brwi.
– Leigh, czy ty płakałaś? Masz zaczerwienione oczy.
– Ja? Ja nigdy nie płaczę.
Rzeczywiście, nie zwykła płakać – pomyślała Jess. Tylko miłość
mogła u niej wywołać łzy.
– To pewnie z powodu dymu papierosowego w „Steak House” –
powiedziała głośno.
Rozdział 5
Po pierwszym maja ludzie Johna oczyścili teren z gęsto rosnących
krzaków, Ŝeby móc przystąpić do zaplanowanych prac. Sam John był na
miejscu codziennie od rana i czuwał nad przebiegiem prac.
Kilka dni wcześniej został zaproszony na kolację w towarzystwie
Jess, Leigh i dwóch rozbrykanych, hałaśliwych małych chłopców. Mieli
ostatecznie ustalić zakres zmian, omówić związane z tym koszty i,
chociaŜ byli przyjaciółmi, podpisać umowę. Okazało się to niełatwe,
gdyŜ Mitch i Ty biegali, skakali, krzyczeli, przewracali się i w końcu
pobili przed samym pójściem do łóŜka.
John potraktował to jako rzecz całkiem normalną. Sam miał brata
starszego o dwa lata, z którym teŜ się wciąŜ boksowali, poszturchiwali,
draŜnili. PogrąŜył się we wspomnieniach, kiedy nagle jeden z chłopców
zaczął głośno płakać. Bliźniacy we wszystkim się dublowali, więc i tym
razem po chwili płakali juŜ obaj.
– Mamusiu, Mitch uderzył mnie w oko.
– Mitch, uderzyłeś Ty’a?
– To on mnie popychał, choć prosiłem, Ŝeby przestał, ja go nie
uderzyłem, ja...
– Ty, Gzy Mitch prosił cię, Ŝebyś go nie zaczepiał?
– Mamusiu, on chciał, Ŝebym go łaskotał, no to ja...
– Mitch, prosiłeś go, Ŝeby cię łaskotał.
John spojrzał na Jess, jakby chciał powiedzieć: „Tak oto radzi sobie z
dziećmi nasza genialna Leigh”. Ale opanował się i zauwaŜył:
– Myślę, Ŝe juŜ czas na kąpiel przed spaniem.
– Nie!!!
– Jeszcze nie! Mamusiu!
– O tak, czas najwyŜszy – podchwyciła Leigh.
Nieco później, gdy juŜ siedzieli przy kawie w błogiej ciszy, John
poradził jej:
– Niezbyt dobrze znam się na wychowywaniu dzieci, ale jedno wiem
na pewno. Nie staraj się nigdy dociec, który z nich zaczął. Lepiej sienie
wtrącaj. Jeśli nie potrafią sami zaprzestać kłótni czy bójki, zaproponuj im
jakąś zabawę. W ten sposób ich rozbroisz.
– Czy pana matka tak właśnie sobie radziła? – zapytała Jess.
– Mniej więcej tak – odpowiedział trochę zmieszany. – Ciągle biłem
się z jednym z braci. On był trzeci z kolei, a ja czwarty. Choć dzieliły nas
dwa lata, byliśmy prawie tego samego wzrostu. Obaj jednakowo
rwaliśmy się do bijatyki. Mama zwykle wysyłała nas – na dwór, Ŝebyśmy
tam mogli dokończyć swoje porachunki.
– No i który z was wygrywał? – zainteresowała się Leigh.
– Nie było zwycięzcy – odpowiedział, popijając kawę. – Jeśli nie
odnieśliśmy ran, oznaczało to remis. Większość naszych bójek kończyła
się tym, Ŝe musieliśmy udowodnić, który z nas jest bardziej wytrzymały.
Kiedyś mój brat stał tak długo na rękach, Ŝe znudziło mi się czekać i
poszedłem spać. – Przerwał na chwilę. – Teraz, gdy to wspominam,
myślę, Ŝe i dziś jest trochę dziwny.
– Czy po takich eksperymentach moŜe pisać na maszynie? – zapytała
Leigh chichocząc.
– Nie ma z tym Ŝadnych problemów. Jest lekarzem i specjalizuje się
w chirurgii plastycznej. Chełpi się tym, Ŝe jest twórcą urody połowy
kobiet, które zimą przyjeŜdŜają tu do nas na narty. Gdyby nie Ŝona, zaraz
by pytał kaŜdą piękną kobietę, kto ją operował.
Leigh uświadomiła sobie, Ŝe bardzo mało wie o rodzinie Johna. Jak
to moŜliwe, Ŝe nigdy nawet go o to nie pytała?
– Zabieramy się do roboty? – zapytał John.
Jess postawiła jeden warunek: musi kiedyś zabrać chłopców na ryby.
Nie mają ani wujków, ani kuzynów, nikogo, kto mógłby zapewnić im
takie atrakcje.
John odparł, Ŝe chętnie to zrobi.
Kiedy po dwóch tygodniach pracy, w którąś ciepłą sobotę, John
postanowił wybrać się z chłopcami na ryby, Leigh równieŜ się do nich
przyłączyła.
– AŜ do tego pierwszego wieczoru, kiedy jadłeś u nas kolację, nie
zdawałam sobie sprawy, Ŝe nigdy nie pytałam cię o twoją rodzinę.
– Jestem najmłodszym z czterech synów i, jak mówi mama, jedynym,
który nie grzeszy nadmiarem ambicji. Powszechnie wiadomo, Ŝe nie
zwykłem się przepracowywać. Lubię pracę, która mnie bawi. Któregoś
dnia całkiem przypadkiem zrozumiałem, Ŝe sprawia mi przyjemność, gdy
tworzę coś pięknego lub zmieniam na lepsze.
– Opowiedz mi o swojej rodzinie – poprosiła.
Siedzieli nad rzeką razem z chłopcami, którzy z długimi wędkami w
rękach łowili ryby.
– Najstarszy jest Bob. Ma około czterdziestki, prowadzi w Denver
własny warsztat mechaniczny. Doskonale zarabia, ma wspaniałą Ŝonę i
trójkę chłopaków. Judy, jego Ŝona, początkowo marzyła o dziesięciorgu
dzieciach i chyba na trójce nie poprzestanie. Mikę, drugi z kolei, ma
trzydzieści siedem lat. Jest pastorem, wyobraŜasz sobie? To naprawdę
mądry człowiek, Ŝyjący zgodnie z zasadami religii, zrobił doktorat z
teologii. Jest Ŝonaty i ma dwóch chłopców. Mój brat Ted, ten chirurg, ma
trzech synów i Ŝonę, która nie musiała jeszcze korzystać z jego usług.
Chris jest kapitalna. Pracuje jako pielęgniarka na oddziale
pooperacyjnym.
– Chciałabym mieć rodzeństwo, ale rozumiem, dlaczego było to
niemoŜliwe – powiedziała Leigh. – Po pierwsze, mój ojciec musiał ciągle
podróŜować, po drugie, nie był juŜ taki młody, kiedy się pobierali – z
mamą. Kiedy się urodziłam, miał ponad czterdzieści lat.
– Tak więc niewiele wiesz o sprawach związanych z
wychowywaniem dzieci, o ich zabawach, bójkach, łowieniu ryb.
Potrząsnęła głową.
– No to jak zamierzasz ich wychowywać? – zapytał, wskazując
chłopców.
– No cóŜ, wprawdzie bardzo chciałam mieć dzieci, ale nie
wiedziałam, czy będę je mieć. Nie przypuszczałam teŜ, Ŝe jeśli juŜ do
tego dojdzie, będę je wychowywać sama – odpowiedziała. – Zawsze
mogę liczyć na pomoc Jess. Czy często widujesz się ze swoją rodziną?
– JeŜdŜę do Denver za kaŜdym razem, gdy moi bracia odwiedzają
rodziców. PrzyjeŜdŜają teŜ tutaj na narty, czasami całą gromadą, a
czasami tylko w kilka osób. To bardzo porządni ludzie. I rzecz ciekawa:
nikt w mojej rodzime nigdy nie miał córki. Mama urodziła czterech
synów, a moi bracia teŜ mają chłopców.
Teraz, pomyślała. Teraz muszę mu powiedzieć.
– Czy zastanawiałaś się, jakie Ŝycie chcesz im stworzyć? – zapytał.
– Myślę o tym nieustannie. Chciałabym, Ŝeby mieli Ŝycie podobne do
twojego – odpowiedziała w zadumie. – A pewnie będę mogła dać im to,
co zawdzięczam ojcu i mamie. Teraz, kiedy nie jestem tak zajęta pracą,
mogę poświęcić im więcej czasu. KaŜdego dnia uświadamiam sobie, jak
bardzo brakuje mi naturalnego instynktu macierzyńskiego. Na przykład
ta ich bójka... Nigdy nie zastanawiałam się nad czymś takim.
– To bardzo fajni chłopcy – powiedział. – Udali ci się. Chciałabyś
mieć więcej dzieci?
– Nie zadawaj takich pytań niezamęŜnej kobiecie. MoŜesz się znaleźć
w kłopotliwej sytuacji.
– Zgadzam się, to nietaktowne pytanie. A więc pracujesz teraz mniej,
choć kiedyś mówiłaś, Ŝe właśnie najbardziej się boisz braku
odpowiedniego zajęcia.
– Wtedy, kiedy to mówiłam, naprawdę tak myślałam. Nie znałam
jednak powodu. A powód był prosty – gdy tylko miałam chwilę wolnego
czasu, od razu zaczynałam odczuwać swoją samotność. Zmieniło się to
nieco przed samym wyjazdem z Los Angeles. Znalazłam się w grupie
kobiet, z którymi pracowałam społecznie i uczyłam się, jak zdobywać
przyjaciół Nie chodziło o takich, z którymi ślęczy się nad mikroskopem
czy komputerem, lecz o przyjaciół, z którymi moŜna pograć w piłkę,
pójść do kina lub na plaŜę. Pomogli mi w tym moi chłopcy. Na lekcjach
pływania dla dzieci, na gimnastyce i w przedszkolu poznałam kilka
matek.
– CzyŜbyś chciała być Ŝoną, która zajmuje się tylko domem i
dziećmi? – zapytał.
Roześmiała się.
– Taką kurą domową? PrzecieŜ mamy dziewięćdziesiąty drugi rok.
– No, juŜ dobrze, dobrze... A co byś zrobiła, gdybyś nie miała
Ŝ
adnego konkretnego zajęcia poza obowiązkami matki? Co wtedy?
– Zawsze staram się znaleźć coś dla siebie. Kiedy byłam mała, Jess
powtarzała mi to, co pewnie równieŜ inne matki mówią swoim dzieciom:
„To dobrze, Ŝe się – tak starasz. Ale pamiętaj, musisz być zawsze
najlepsza”. Praca dawała mi radość, taką, jaką teraz daje wychowywanie
synów. ChociaŜ chciałam mieć dzieci, nie wyobraŜałam sobie, Ŝe jest to
takie cudowne. Ale mogę takŜe zajmować się swoją pracą, którą kocham
i która przyda się innym ludziom.
– Tak więc zawsze będziesz pracować. – Zabrzmiało to trochę jak
oskarŜenie.
– Ale moŜe nie tak intensywnie. Jeśli nie będę samotna, to być moŜe
zacznę funkcjonować w bardziej rozsądnym tempie, nie tak jak dotąd,
Ŝ
eby nie odczuwać tego wszystkiego, czego mi w Ŝyciu brakowało. Jest
jeszcze coś, co mówiła moja matka, gdy juŜ byłam znacznie starsza i
pracowałam nad powaŜnymi zagadnieniami: „Powinnaś pamiętać o
jednym: jeśli robisz coś konkretnego, musisz oddawać się temu
całkowicie. Rób to tak dobrze, jak tylko potrafisz. Jeśli jesteś dobrym
piekarzem, piecz dobry chleb. Jeśli jesteś utalentowanym ogrodnikiem,
uczyń świat piękniejszym. A jeśli jesteś wybitnym uczonym, rób
wszystko, Ŝeby stał się bardziej bezpieczny”.
Gwizdnął.
– Trudno nie czuć się winnym, Ŝe się pracuje za mało, gdy się chce
sprostać takiemu wyzwaniu.
– Ona nie mówiła tego po to, Ŝeby wywołać we mnie poczucie winy.
Mama i tata głęboko wierzyli, Ŝe kaŜdy człowiek powinien uŜywać
wszystkich swoich umiejętności i stale robić coś dobrego, ulepszać
ś
wiat, nie pogarszać i tak juŜ trudnej ludzkiej egzystencji. – Po namyśle
Leigh dodała: – Teraz otrzymałam wielki dar niebios w postaci Mitcha i
Ty’a. Jess niedawno – powiedziała, Ŝe wychowanie ich będzie wymagało
ode mnie wielkiego poświęcenia. Być moŜe chodziło jej o ograniczenie
czasu, jaki poświęcam pracy naukowej. Mówi teraz duŜo o miłości, o
randkach, o męŜczyznach, a nawet o powtórnym zamąŜpójściu.
– Sądzę, Ŝe myśli właśnie o nas. Traktuje mnie jak kandydata na męŜa
dla ciebie.
– Tak, wiem o tym. Nie miej jej tego za złe. Ale cieszę się, Ŝe znowu
mogę cię widywać. I nie jest waŜne, do czego zmierza Jess. Bądźmy
cierpliwi i skorzystajmy z okazji, Ŝeby lepiej się poznać. Zgoda?
Popatrzył Leigh w oczy i ujął jej dłoń.
– Przebywanie z tobą i cierpliwe czekanie na odpowiedni moment ma
swoje bardzo dobre strony... ale takŜe złe.
Nachylił się, jakby chciał ją pocałować, i właśnie wtedy rozległ się
triumfalny wrzask Ty’a, któremu udało się złapać rybę.
– Teraz twoja kolej, Jess. Gramy w brydŜa czy nie?
Ach, tak. Matka narzeczonej znowu marzy na jawie – pomyślała Jess.
– Trzy kiery – odezwała się, ignorując gniewne sapnięcie swojej
partnerki. – Mogę sama grać w te kiery – dodała nieustępliwie.
– I tak będzie – mruknęła ze złością Peg.
– Pewnie znowu coś knuje – zauwaŜyła Abby West.
– śadnych postępów? Czy mamy dalej rozglądać się za srebrną
zastawą? – zapytała Peg, odkładając karty i patrząc z nadzieją na Jess.
– Trudno dociec, czy tak bardzo interesowała się rozwojem romansu
między Leigh i Johnem, zainscenizowanym przez matkę ewentualnej
panny młodej, czy po prostu chciała zrobić przerwę w grze. Nie znosiła
brydŜa i grała jedynie po to, Ŝeby sprawić przyjemność przyjaciółkom.
Wszystkie bacznie śledziły rozwój romansu pomiędzy Leigh i
Johnem. ChociaŜ Ŝadna z nich nie miała akurat takiego problemu, ale
przekonane były, Ŝe nikt tak jak matka nie doradzi w trudnych chwilach
swoim dzieciom. One teŜ były matkami.
– Jak do tej pory, wszystko idzie wspaniale. PoniewaŜ John ze
względu na swoją pracę jest tutaj ciągle, zasugerowałam Leigh, Ŝeby
poprosiła go o zorganizowanie zajęć sportowych dla chłopców. No i
właśnie zapisał ich do dziecięcej grupy baseballowej. Ciekawe, jak się jej
udaje utrzymać go na dystans? PrzecieŜ widać, Ŝe mają się ku sobie. No
tak, ale zawsze obok są te pędraki.
– Chciałabym, Ŝeby moja Rebeka na BoŜe Narodzenie wyszła za mąŜ
za doktora – wtrąciła Kate, najbardziej cyniczna z całej grupy.
– To nie takie proste – stwierdziła Jess.
Podejrzewała, Ŝe to właśnie John jest ojcem dzieci Leigh. Mogła się
mylić, ale raczej nie wchodziło to w rachubę. Kiedy dowiedziała się, Ŝe
córka jest w ciąŜy, i Ŝe to nie jej oziębły mąŜ przyczynił się do tego,
zaczęła się zastanawiać, kto mógł być tym kochankiem, któremu udało
się złamać serce Leigh.
Tak, tak... Początkowo zamierzała go odnaleźć i zabić. Ale potem,
kiedy poświęciła duŜo czasu, pomagając córce przebrnąć przez rozwód,
zmianę pracy, przeprowadzkę i cały okres ciąŜy, doszła do wniosku, Ŝe
moŜe lepiej załatwić to w inny sposób. Leigh była bezkompromisowa w
uczuciach i prawdopodobnie to ona złamała serce jakiemuś biedakowi.
Jess zamierzała juŜ zapytać o nazwisko męŜczyzny odpowiedzialnego za
tę nieszczęsną sytuację, ale zdecydowała, Ŝe bardziej przyda się tu
psycholog, który pomoŜe Leigh w nawiązaniu kontaktów z
rówieśnikami. Poza tym odkrycie nazwiska winowajcy nie przyniosłoby
chyba nic dobrego. Mogła zaakceptować Johna jako zięcia, ale z
pewnością było na to za wcześnie.
JuŜ po urodzeniu bliźniaków Leigh parokrotnie wspomniała
terapeutce o męŜczyźnie, z którym spotykała się w Durango: „To
człowiek nieskomplikowany, niezbyt cięŜko pracujący, któremu nie
podobało się, Ŝe mam doktorat. Chyba nie chcesz, Ŝebym wyszła za mąŜ
za jakiegoś narciarza? Owszem, nieźle zarabia, ale poniewaŜ w Los
Angeles nieprędko będzie potrzebne pogotowie narciarskie, nie zamierza
ruszyć się z Durango. A poza tym właśnie się oŜenił i nic nie wie o
dzieciach”.
Po powrocie do domu Jess zadzwoniła do Johna, Ŝeby zlecić mu
jakąś pracę, i zaczęła go bacznie obserwować. Nigdy nie zapytał o Leigh,
ale zauwaŜyła, Ŝe szuka wzrokiem jej fotografii. Zatrzymała jedno stare
zdjęcie w ramce i przenosiła je z miejsca na miejsce, stwierdzając z
satysfakcją, Ŝe John rzeczywiście rozgląda się za nim i najwyraźniej
uspokaja, kiedy je odnajduje.
Z rozmysłem nie wspominała w ogóle o swych wnukach. Zostawiła
to na później, kiedy trzeba będzie sprawdzić jego reakcję. AŜ któregoś
dnia Leigh sama powiedziała:
– Zawsze byłam taka mądra, ale okazało się, ze jestem idiotką w
sprawach sercowych. Wiesz, moŜe nie był to właściwy człowiek, ale dziś
jestem pewna, Ŝe bardzo bym go kochała. On nie jest złym facetem.
Przeciwnie. Tyle tylko, Ŝe nie mógł mnie zaakceptować. Byłam za mądra
dla niego.
– A moŜe po prostu nie dałaś mu szansy? – podpowiedziała Jess.
– Teraz i tak juŜ jest za późno.
W Ŝadnym wypadku, pomyślała matka przyszłej narzeczonej. Nigdy
nie jest za późno. Po pierwsze dlatego, Ŝe John był rozwiedziony, co
odkryła z pewnym trudem. Po drugie, gdy przyglądała się dzieciakom,
coraz bardziej oczywiste stawało się dla niej, Ŝe są podobni do swego
ojca. A kiedy przekonała się, Ŝe Leigh nadal kocha go i uwaŜa za
dobrego człowieka... No cóŜ, Jess w kaŜdej chwili gotowa była urządzić
wesele.
Jej zdaniem sprawa małŜeństwa była na dobrej drodze. JednakŜe
Leigh nie powiedziała jeszcze wprost, czy pozostanie z matką na stałe.
Najwyraźniej zwlekała z decyzją. Boi się, pomyślała Jess. Nic dziwnego,
któŜ by się nie bał na jej miejscu? Tymczasem bliźniacy rośli, czas leciał.
Następnej jesieni powinni juŜ pójść do szkoły. I dlatego wymyśliła małą,
nieszkodliwą wadę serca. Chodziło jej o to, Ŝeby przyśpieszyć powrót
córki.
– To nic powaŜnego, kochanie – wyjaśniła jej.
– Nie chcę, Ŝebyś się tym zbytnio denerwowała. Pragnę tylko, zanim
umrę, spędzić trochę czasu z moimi wnukami. MoŜe to moje ostatnie
wakacje... a moŜe uda mi się jeszcze poŜyć wiele lat.
Jess nigdy przedtem nie zrobiłaby czegoś takiego. Był to pomysł Peg.
I okazał się całkiem dobry.
Kiedy Leigh juŜ tu była, trzeba było tak pokierował sprawami, Ŝeby
ponownie zbliŜyć ich z Johnem, co okazało się trudniejsze, niŜ
przypuszczała. Do pomocy zwerbowała brygadę wdów. Peg poradziła,
Ŝ
eby równieŜ Johnowi wspomnieć o chorobie serca jako o przyczynie
przyjazdu Leigh. Jess nie podejrzewała przyjaciółki o takie zdolności.
Chytra z niej sztuka. Natomiast Kate wymyśliła, Ŝeby wciągnąć Johna i
Leigh do wspólnej pracy nad modernizacją otoczenia domu. Nie była tu
potrzebna Ŝadna głupia altanka, ale nic innego nie przychodziło im do
głowy. Abby zaś zasugerowała, Ŝeby wspomnieć Leigh, Ŝe jej
małŜeństwo z Johnem uszczęśliwiłoby matkę.
– Starsze kobiety zwykle bawią się w swatanie i nikogo to nie dziwi –
powiedziała Abby. – Choćbyś nic nie mówiła, oni wyczują, co się święci.
Teraz Leigh była w domu i oboje z Johnem pracowali w ogrodzie.
Jess nie zdradziła się ani jednym słowem. Ale widząc ich razem, gdy byli
we dwoje lub we czworo, coraz bardziej była przekonana, Ŝe są sobie
przeznaczeni.
– Wydawało mi się, Ŝe zamierzałaś sama rozegrać te trzy kiery –
odezwała się Peg. – Stara kłamczucha.
– Nie nazywaj mnie kłamczucha. To ty podsunęłaś mi pomysł z
udawaniem choroby serca.
– Zgoda. Czy jednak nie zrobiłaś tak, jak mówiłyśmy?
– Nie gniewajcie się na mnie, ale nie mogę się na niczym
skoncentrować. Tak bardzo martwię się o tę dziewczynę. Chcę tylko jej
szczęścia. I marzę, Ŝeby ono przyszło jak najszybciej.
– śeby juŜ wreszcie wyszła za mąŜ i Ŝeby nasze Ŝycie mogło wrócić
do normy – powiedziała Kate.
– Tak, ale ja ją znam. Byłam Ŝoną jej ojca – mówiła dalej Jess. – Ona
potrzebuje zwykłego, solidnego, godnego zaufania męŜczyzny, takiego
jak John. Wierzcie mi, wiem dobrze. Tego właśnie potrzebował jej ojciec
– zwykłej, rozsądnej, normalnej kobiety, która opiekowałaby się tym
wspaniałym człowiekiem o niepospolitym umyśle. KtóŜ moŜe wiedzieć o
tym lepiej niŜ ja?
– Gramy w tego brydŜa czy nie?
–
Rozdział 6
Przez dwa tygodnie Leigh pracowała intensywnie, czytając i pisząc,
podczas gdy otoczenie domu stawało się prawdziwym rajskim ogrodem.
Zawsze znajdowała parę minut na pogawędkę z Johnem, a on stał się
niemal domownikiem. Znowu zaproponował, Ŝeby spotkali się w
dawnym miejscu, w „Steak House”, a ona, na myśl o czekających ją
pieszczotach i pocałunkach, poczuła się podniecona jak nastolatka. Teraz
dopiero zrozumiała, dlaczego młode dziewczyny nie mogą skupić się nad
matematyką.
– Chyba wrócę późno – uprzedziła matkę.
– Lubisz go, co? – zapytała Jess.
– Tak, bardzo go lubię – odpowiedziała Leigh. I pomyślała: Jestem
naprawdę kopnięta. Czekał na nią przed drzwiami restauracji.
– Chcę ci coś pokazać – powiedział. – Czy ufasz mi na tyle, Ŝeby
pojechać ze mną do mojego domu?
– A będziesz grzeczny?
– MoŜe tak, a moŜe nie. To zaleŜy od ciebie.
Zastanowiła się przez chwilę. Kiedy się poznali, zachowywała się jak
piętnastolatka i kierowało nią tylko poŜądanie. Teraz miała juŜ
trzydzieści dwa lata i chyba potrafi zapanować nad sobą. Zgodziła się.
Dom Johna stał w centrum miasta. Przebudowywał go i urządzał
stopniowo juŜ od ponad trzech lat.
– Chciałbym, Ŝebyś go zobaczyła. PokaŜę ci, co jeszcze mam zamiar
tu zmienić.
– Jaki śliczny – powiedziała Leigh, gdy zajechali przed drzwi
frontowe.
Był to dom typowy dla małych miast, z gankiem i ogrodzeniem z
białych palików. „Dom dla duŜej rodziny” – pomyślała w pierwszej
chwili. Ale natychmiast skarciła siebie za to, Ŝe zbytnio popuszcza
wodze fantazji. Nie mogła jednak opanować ogarniającego ją lęku,
podczas gdy John opowiadał jej o domu.
– Ten budynek ma pięćdziesiąt pięć lat. śeby zwiększyć jego
powierzchnię, zburzyłem ścianę dzielącą salon od pokoju jadalnego.
Teraz przerabiam kuchnię, ale poniewaŜ niezbyt często gotuję dla siebie,
więc się z tym nie śpieszę. Nawiasem mówiąc, jestem dobrym
kucharzem. Wiedziałaś o tym?
Nie wiedziała.
Wprowadził ją do środka. Otworzył lodówkę i wyjął z niej butelkę
wina.
– Mam zamiar zamienić ją na zamraŜarkę. Chcę postawić kuchenkę
mikrofalową, zamontować nowy piecyk, zamiast starej spiŜarni zbuduję
nową, tam w głębi. Tu zrobię wykusz z oknem i w ten sposób powstanie
kącik śniadaniowy.
Planował zawiesić więcej półek niŜ szafek. Pokazał jej zdjęcie
przedstawiające francuską wiejską kuchnię, w której czuło się zapach
dobrego jedzenia i atmosferę ciepła rodzinnego.
– Poddasze nie jest jeszcze wykończone – opowiadał dalej, szukając
w szufladzie korkociągu. – Na górze są dwie sypialnie. Myślę o
zbudowaniu nowych schodów na piętro, dwóch okien i schodków do
ogrodu. To niewielki teren, ale gdy patio pokryje się daszkiem i gdy
dokonam innych przeróbek, będzie tu pięknie. Chodź ze mną –
powiedział, odstawiając butelkę i prowadząc Leigh do tylnych drzwi.
Był tam stary garaŜ ze spadzistym dachem, przeznaczony na dwa
samochody.
– Powiększę ten garaŜ i urządzę warsztat. Na górze będzie składzik, a
z tyłu warsztat. – Zaprowadził ją z powrotem do domu. – Zamiast
linoleum dam terakotę i połoŜę parkiet. A co do ganku od frontu... –
Nalał wino do dwóch kieliszków i podał jej jeden. – Chodź ze mną –
powiedział, prowadząc ją znowu do salonu. Obok staromodnego
kominka stała stylowa kanapa. Leigh nie zauwaŜyła telewizora, ale
dostrzegła wspaniały zestaw stereo. John wskazał okno, z którego widać
było frontowy ganek. – Zasłonię je i w ten sposób będę miał więcej
miejsca na poszerzenie schodów.
– To cudowne – powiedziała, popijając wino. – Jak długo juŜ nad tym
pracujesz?
– Od kilku lat Robię po trochu, to to, to tamto. Sam – mogę zrobić
stolarkę meblową, ale potrzebuję dobrego murarza i zezwolenia na
przebudowę. Zamierzam jednak zająć się tym na serio. Będzie tu wtedy
znacznie więcej miejsca niŜ teraz. Na razie nie będę wykańczał
poddasza, ale juŜ wiem, Ŝe zmieszczą się tam dwie sypialnie i łazienka.
Początkowo myślałem o sprzedaŜy domu po przebudowie, teraz jednak
zamierzam tu mieszkać. Ale bałagan, co?
– Tylko trochę – odpowiedziała Leigh. – To ja jestem specjalistką od
bałaganu. Choćbym miała całkowicie wykończony dom, to i tak byłby w
nim nieporządek. Teraz juŜ jest lepiej, ale w czasach szkolnych w ogóle
nie zwracałam na to uwagi.
– Spójrz tutaj – powiedział, prowadząc ją na górę.
Był tam niewielki hol. Na ścianach wisiały wycięte z pism fotografie.
Jedna z nich przedstawiała łazienkę wyposaŜoną w starego typu
prysznic, staromodną szafkę bieliźnianą i kosze pełne zwiniętych w rulon
kolorowych ręczników. Druga – sypialnię z łoŜem z baldachimem,
wmurowaną toaletkę i kwieciste tapety dopasowane do narzuty na łóŜku.
– Spróbuj sobie wyobrazić, Ŝe tak tu będzie – powiedział, wskazując
na otwarte drzwi do łazienki. Urządzę ją dokładnie tak, jak na zdjęciu.
Sypialnia teŜ juŜ była prawie gotowa, ale brakowało jeszcze łóŜka z
baldachimem.
– Prześlicznie, John. Widzę, Ŝe na podłodze połoŜyłeś nową
wykładzinę.
– To dywan, który naleŜał do mojej babci – wyjaśnił z dumą.
– – Jesteś prawdziwym artystą – powiedziała z szacunkiem.
Był kimś znacznie więcej niŜ zwykłym majster-klepką na zawołanie.
To prawdziwy mistrz z wyobraźnią. Dom zaskoczył ją. Nigdy nie
zwracała większej uwagi na otoczenie. Potrzebowała wygód w Ŝyciu, ale
sama nie poświęcała ani odrobiny energii na ich tworzenie.
– Bardzo blisko jest szkoła podstawowa. A za tymi domami jest teren
zabaw dla dzieci.
– Kiedy postanowiłeś rozbudować dom? – zapytała.
– Niedawno. Leigh... – zaczął, z trudem znajdując właściwe słowa. –
W niczym nie jesteśmy do siebie podobni, absolutnie w niczym. Nie
jestem nawet pewien, czy pragniemy tego samego. Ale... Próbowałem
małŜeństwa z kimś podobnym do mnie. Z kimś, kto jak ja chciał się tylko
bawić, nie martwiąc się o przyszłość, o rodzinę. To było straszne...
Właściwie zaraz po ślubie zaczęły się między nami nieporozumienia. A
ty? Poślubiłaś geniusza, który był tak pochłonięty swoją pracą, Ŝe nie
miał juŜ czasu na nic więcej.
– O czym ty mówisz, John?
– Rzeczywiście, nie najlepiej mi to wychodzi – uśmiechnął się
zaŜenowany. – Nie bardzo wiem, jak to wyrazić. Przyjechałaś zaledwie
kilka tygodni temu. CięŜko mi. Nie umiem Ŝyć bez ciebie. Chciałbym się
przekonać, czy udałoby się nam wspólne Ŝycie. Dziś ludzie zawierają
małŜeństwa inaczej, niŜ było to w latach pięćdziesiątych czy
sześćdziesiątych. Wówczas musieli mieć te same cele, te same aspiracje,
albo nic – z tego nie wychodziło. Rozmawialiśmy juŜ nieraz na temat
twojej pracy, którą tak kochasz, i o moim upodobaniu do beztroskiego
Ŝ
ycia... Zastanawiam się, czy nie moglibyśmy pójść na jakiś kompromis,
tak, Ŝebyśmy oboje mieli to, czego chcemy.
– Jestem matką. Szukając męŜczyzny, z którym chciałabym Ŝyć,
musiałabym najpierw upewnić się, Ŝe zechce on być ojcem moich dzieci.
– Lubię twoich chłopców – powiedział.
„Teraz. Teraz mu powiedz”.
– Nie wiem, jakim byłbym ojcem, ale chyba niezłym. Dobrze radzę
sobie z dziećmi. Przede wszystkim chodzi mi jednak o ciebie. Nigdy nie
przestałem o tobie myśleć, bez ciebie jest mi źle. Bardzo Ŝałuję, Ŝe wtedy
się rozstaliśmy.
– Tak naprawdę, to niczego nie planowaliśmy – zaczęła mówić, ale
on nachylił się nad nią, a jego usta znalazły się tuŜ obok, coraz bliŜej jej
warg.
Stali akurat przed drzwiami sypialni.
– Będę się do ciebie zalecał aŜ do kresu naszych dni... Obiecuję... –
pocałował ją delikatnie. – Mógłbym duŜo zrobić w domu jeszcze tego
lata i wprowadziłabyś się z dziećmi... Wysprzątałabyś te trociny w
chwilach wolnych od twoich etycznych badań nad zbawianiem świata.
Gdy tak mówił do niej z wargami na jej ustach, poczuła, Ŝe nogi się
pod nią uginają i zawładnęło nią niepohamowane poŜądanie, jakie
potrafił w niej wzbudzić tylko on.
– John – zapytała, wcale nie usiłując odsunąć się od niego – czy było
tu duŜo kobiet?
– Chodzi ci o to, czy z wieloma tu spałem?
– Tak.
– Nie. Po naszym zerwaniu próbowałem znaleźć jakąś inną, która
pomogłaby mi zapomnieć o tobie... ale nie udało się. A w ogóle, jeśli
chodzi o ostatnie dziesięciolecie, to byłem bardzo ostroŜny. Tak więc to
raczej ty powinnaś przedstawić historię swego Ŝycia seksualnego wraz z
zaświadczeniem od lekarza. Ja jestem w porządku. MoŜe niedomagam
umysłowo, ale poza tym nic mi nie jest.
– Kochasz mnie – powiedziała ze łzami w oczach.
– Tak, kocham. Wiedz, Ŝe próbowałem róŜnych sposobów. Po twoim
wyjeździe i po moim nieudanym małŜeństwie chciałem zmienić wszystko
w swoim Ŝyciu. Zacząłem czytać mądre ksiąŜki, ale najczęściej przy nich
usypiałem.
Zaśmiała się i mocniej przytuliła do niego. Wprowadził ją do sypialni
i odstawił kieliszek na toaletkę. Ona teŜ odstawiła swój i mocno
pocałowała Johna. Chciała, Ŝeby ten pocałunek trwał wieki, ale on mówił
dalej:
– Wtedy zająłem się interesami. Jeśli nie mogę być mądry,
przynajmniej będę bogaty. W ten sposób chciałem zasłuŜyć na twoje
uznanie, chociaŜ ciebie juŜ tutaj nie było. Wzbogacanie się teŜ niezbyt
długo mnie bawiło. Taki juŜ jestem, Leigh. Majster-złota rączka. I takim
chcę pozostać.
– A ja mam zamiar nauczyć się być wreszcie „normalna”. Moje
doświadczenia teŜ nie były lekkie... Muszę nauczyć się odpoczywać,
myśleć o zwykłych – sprawach. Nic tak nie przywraca do rzeczywistości
jak miska pełna brudnych pieluszek.
– Kochasz mnie – powiedział, kryjąc twarz w jej włosach.
– Kocham. I zawsze kochałam. Co teraz zrobimy?
– Dziecinko, po raz drugi mamy szansę. I nie zmarnujmy jej. To
wszystko, co mamy do zrobienia. Pamiętasz naszą ostatnią sprzeczkę,
kiedy powiedziałem: „No to jedź”? Dziś musiałaby to być znacznie
większa awantura, Ŝebym pozwolił ci odejść.
„Teraz. Teraz mu powiedz”.
– A jeśli chodzi o chłopców... – zaczęła.
– Nie teraz – przerwał jej. – Z nimi będzie wszystko dobrze, jeśli nam
się powiedzie.
– Szaleję za tobą, John, i...
Nie była w stanie mówić i całować go równocześnie. Spełniało się to,
o czym marzyła przez wiele nocy, gdy budziła się, z trudem łapiąc
oddech i powstrzymując się od płaczu. Myślała, Ŝe nigdy juŜ nie będzie
jej dobrze. Ani z nim, ani z nikim innym.
John okrywał ją pocałunkami, błądząc ustami od szyi do uszu, od
podbródka do koniuszków palców. Jedynym dźwiękiem, jaki wydała,
było głębokie westchnienie ulgi. Tak długo czekała na niego, a teraz był
tuŜ obok niej. Jej ciało w cudowny sposób odpowiadało na jego
wyzwanie, sutki piersi zrobiły się sztywne, we wnętrzu uczuła
narastające, ogromne napięcie, była na granicy wytrzymałości. Dotyk
jego rąk sprawiał jej rozkosz.
– Często marzyłem o tym, Ŝe znów cię całuję – powiedział, kołysząc
ją w ramionach. – Myślałem o tym w najbardziej nieoczekiwanych
chwilach. Zaczynam wierzyć, Ŝe kaŜdy męŜczyzna ma z góry
przeznaczoną mu właściwą partnerkę...
– Czy w ten sposób dajesz mi do zrozumienia, Ŝe chcesz się ze mną
oŜenić?
– Nie chcę zachować się głupio ani niczego zepsuć. Dopiero
wróciłaś... ale czy potraktujesz to jako oświadczyny, jeśli powiem, Ŝe
zmierzam w tym kierunku?
– Myślę, Ŝe tak – odpowiedziała, całując go w ucho, szyję...
Wyszarpnęła mu koszulę ze spodni i zaczęła głaskać go po piersi. Jego
skóra była sucha i ciepła, a sutki jak małe, twarde guziczki.
Teraz on wyciągnął bluzkę z jej spodni. CięŜko dysząc szukał ustami
jej ust.
– Pragnę cię. Czy moŜemy? Zgadzasz się?
Po co tyle słów? – pomyślała. Czuła, Ŝe za chwilę zemdleje, jeśli
John jej natychmiast nie rozbierze.
– MoŜemy – odpowiedziała.
– Czy stosujesz jakieś środki? Nie chcę, Ŝeby coś się wydarzyło.
A niech to!
– Och, John – westchnęła. – Jadąc tutaj myślałam, Ŝe jesteś Ŝonaty...
Zaśmiał się.
– Tym razem nie uda ci się wykręcić. Odwróć się – rozkazał.
Usłuchała. Mógł robić z nią, co chciał. Zaczął rozplatać jej włosy. –
Przewidywałem, Ŝe nie będziesz o tym pamiętać – powiedział, muskając
palcami jej włosy. – Nigdy nie byłaś praktyczna, więc sam poszedłem do
apteki.
– Miałeś więc nadzieję, Ŝe...
Westchnął głęboko.
– Miałem nadzieję od chwili, kiedy cię znowu ujrzałem. Czy zbyt się
pośpieszyłem? – zapytał, odwracając ją do siebie.
Potrząsnęła głową, a on wolno zdjął jej bluzkę i odrzucił na bok.
– Nigdy nie zostawię cię samej. – Rozpiął jej stanik. – Jesteś piękna.
Zamknęła oczy i odchyliła do tyłu głowę, a on ustami wodził po jej
piersiach, jednocześnie rozpinając suwak jej dŜinsów. Potem jednym
szybkim ruchem zdjął swoją koszulę. Przywarli do siebie mocno w
gorącym uścisku. DrŜała lekko w przewidywaniu tego, co miało nastąpić,
wtulona w niego całym ciałem. Tak długo czekała, marzyła o tym.
– To nie potrwa długo – szepnął urywanym, chrapliwym głosem. –
Następnym razem będzie dłuŜej...
– Nie przejmuj się – odpowiedziała dziwnie zmienionym głosem.
Odtrącając nogą dŜinsy i majteczki przypomniała sobie, jakie to
cudowne uczucie zatracić się i przestać panować nad sobą. Nie byłaby
juŜ w stanie powstrzymać ani jego, ani siebie. Tym bardziej, Ŝe
wiedziała, jak wspaniale zgrane są ich ciała. Świadomość, Ŝe nie panuje
juŜ nad swoim poŜądaniem, przyprawiła ją o zawrót głowy.
Całując ją, pieszcząc, dotykając w niezwykle delikatny sposób, sam
równieŜ się rozebrał i ułoŜył ją ostroŜnie na dywanie. Podziękowała mu
słabym, omdlewającym głosem za jego czułość, tracąc całkowicie
poczucie rzeczywistości pod wpływem ogarniającego ją poŜądania.
Kochali się delikatnie i czule...
Na wpół przytomna, głaszcząc jego plecy i ramiona, powracała
myślami do ich pierwszego razu. Miała tak niewiele doświadczenia w
tych sprawach. Ale i wtedy, tak jak dziś, wystarczył tylko jego dotyk, by
wywołać w niej ekstazę.
Teraz juŜ wiedziała, Ŝe będzie to cudowne. Było jednak coś jeszcze, z
czym musiała się uporać.
– John... – zaczęła.
– Słucham?
– John, jeśli chodzi o chłopców... Pocałował ją w usta.
– Bardzo lubię twoich synów, Leigh. Adoptuję ich, będę się z nimi
bawił, jak tylko potrafię, będę dla nich dobrym ojcem. .. iw ogóle zrobię,
co tylko zechcesz.
– Ale chciałam ci coś o nich powiedzieć.
– Nie w tej chwili – przerwał, całując ją w ucho, szyję, pierś. – Mamy
całe Ŝycie na rozmowy o chłopcach i ich przyszłym rodzeństwie. Teraz
jest czas dla nas, dla ciebie i dla mnie. Musimy być pewni, w łóŜku i
poza nim, Ŝe pragniemy siebie nawzajem. W ciągu minionych lat
nauczyłem się pewnych rzeczy. Dziś wiem, Ŝe jest tylko jeden sposób na
zatrzymanie cię przy mnie: akceptuję cię taką, jaka jesteś, i nie będę
próbował ci dorównać. Jeśli teraz powiesz, Ŝe chcesz mnie takim, jaki
jestem – to masz mnie całego.
– Pragnę ciebie – szepnęła.
–
Rozdział 7
Była pora lunchu. Leigh siedziała z ksiąŜką na tarasie nad filiŜanką
bezkofeinowej kawy. Prace miały się juŜ ku końcowi i większość
robotników poszła gdzieś na ciepły posiłek. John grał w piłkę z
chłopcami. Został tu takŜe dlatego, Ŝe Jess zaprosiła go na swoją słynną
zupę jarzynową.
– Bawisz się w swatkę? – zapytała Leigh matkę tydzień wcześniej.
– MoŜna to i tek nazwać. Moi wnukowie potrzebują męŜczyzny,
który by się nimi zajął. Przyprowadź kogoś, kogo bardziej lubisz, a ja
przestanę mówić o Johnie.
– W ogóle przestań się tym zajmować.
– Nie przestanę.
PoniewaŜ Leigh wiedziała, Ŝe nie ma na świecie nikogo lepszego od
Johna, tolerowała poczynania matki. Ale teŜ wcale jej do tego nie
zachęcała. JuŜ i tak Jess więcej mówiła o Johnie niŜ ona sama.
Tymczasem oboje postanowili nie przyśpieszać biegu wydarzeń, choćby
tylko z jednego powodu – przecieŜ byłoby to dziwne, Ŝe chcą się pobrać
po niecałych dwóch miesiącach znajomości.
Chłopcy bardzo lubili bawić się z Johnem. Wskakiwali mu na plecy,
kiedy tylko go zobaczyli. Leigh zmuszona była odgrywać rolę surowej
matki, Ŝeby zostawili go w spokoju i pozwolili choć trochę popracować.
Wiosna była w pełnym rozkwicie. Leigh przebywała w domu od
ponad dwóch miesięcy. Altana była juŜ prawie gotowa, ścieŜki w
ogrodzie zostały wyłoŜone kamiennymi płytami, a stanowisko na roŜen,
do przygotowywania hamburgerów i befsztyków, miało być zrobione w
przyszłym tygodniu. PoniewaŜ cały teren był ogrodzony i gęsto
porośnięty krzakami, budowa niezbyt rzucała się w oczy. Leigh,
szczęśliwa jak nigdy przedtem, ufnie patrzyła w przyszłość. John był
wyraźnie oczarowany chłopcami, zainteresowanie i Ŝyczliwość, jakie im
okazywał, przekraczały jej najśmielsze marzenia.
Wspominała czasy, gdy nie ukrywała, Ŝe woli czytać ksiąŜkę niŜ
przebywać z Johnem. Sprawiała mu tym dotkliwą przykrość, bo
rozumiał, Ŝe w ten sposób ona ucieka przed swymi uczuciami. A przecieŜ
juŜ wówczas kochała go bardzo. Teraz, gdy zupełnie inaczej patrzyła na
ś
wiat, myślała, Ŝe nie napisano jeszcze ksiąŜki, która byłaby w stanie
choć na chwilę odciągnąć jej uwagę od Johna.
Przystając na jej warunki umiejętnie odbudowywał ich przyjaźń.
Zabierał chłopców do klubu baseballowego, na lody, a w ostatnią sobotę
byli razem w kinie. Jess prawie codziennie zapraszała Johna na lunch lub
obiad i traktowała ze śmiertelną powagą.
– Twoja matka wprawia mnie w zakłopotanie. Wobec nikogo nie
zachowuje się tak serio – powiedział kiedyś.
– Wiem – odpowiedziała.
JuŜ dawniej Leigh wiedziała, czego chce: kochanka, przyjaciela,
partnera, dzieci. To właśnie stało się jednym z powodów separacji z
Maxem, który postawił sprawę jasno: nie zamierzał spełnić jej
oczekiwań.
A w jej stosunkach z Johnem było coś innego. Coś, co często opisuje
się w tanich romansach. Przynajmniej raz, a czasem dwa razy w tygodniu
udawało się im spędzić wieczór sam na sam. John nawet nie próbował
się z nią kochać. Całowali się tylko długo i namiętnie, rozmawiając w
przerwach. Oddawali się cudownemu uczuciu rozkoszy wzajemnego
poŜądania, którego nie byli w stanie opanować. Pragnęła go bardzo, aŜ
do bólu.
Kobieta o silnym charakterze dotrzymałaby raz danego sobie słowa.
A ona poddała się od razu. I chociaŜ tak bardzo zaleŜało jej na
uczciwości w ich wzajemnych stosunkach, mimo Ŝe marzyła, Ŝeby
znowu kochać się z nim, bała się powiedzieć o chłopcach. Obawiała się,
Ŝ
e będzie zły, iŜ zataiła przed nim prawdę. Musi zrobić to jak
najszybciej. MoŜe jeszcze dziś wieczorem.
Patrzyła, jak Ty przewrócił się uderzony piłką rzuconą przez Mitcha,
i jak John klaskał i wykrzykiwał coś radośnie. Odwrócił się do Leigh i
podniósł do góry kciuk na znak, Ŝe wszystko jest w porządku.
Uśmiechnęła się i pomachała mu ręką.
Zawsze go pragnęła, ale poprzednim razem zostali kochankami,
zanim stali się przyjaciółmi, zanim zrozumieli, czego oboje chcą.
Okazało się, Ŝe mają całkowicie odmienne pragnienia. Tym razem
chciała, Ŝeby wszystko działo się we właściwej kolejności. Nareszcie
potrafili ze sobą rozmawiać i znaleźć płaszczyznę porozumienia.
– Myślę – powiedział kiedyś – Ŝe tak naprawdę to najpierw cię
polubiłem, a dopiero potem pokochałem. A uświadomienie sobie tego
faktu jest tak samo waŜne dla mnie, jak i dla ciebie.
Miał coś, czego Leigh nie miała nigdy i czego nie podejrzewała u
Johna w tamtym okresie – Ŝyciową mądrość.
Teraz sytuacja rozwijała się pomyślnie. Poznawali się na nowo, byli
juŜ przyjaciółmi. Postąpili rozsądnie, odkładając ślub na kilka miesięcy,
chociaŜ nie udało się im zapobiec intymnemu zbliŜeniu. Byli tak
spragnieni siebie nawzajem, Ŝe musieli zachowywać umiar równieŜ w
pocałunkach, poniewaŜ nie zaspokojone poŜądanie wywoływało
prawdziwą udrękę. Na myśl o tym oblała się gorącym rumieńcem.
Lubiła mu się przyglądać. Gdy pracował czy teŜ bawił się z
chłopcami, widać było, jaki jest silny i zręczny.
John przerwał nagle grę i wyprostował się. Piłka, którą rzucił Ty,
uderzyła go w kolano, ale on nawet nie drgnął.
– Hej, gramy! – zawołał Ty.
John spojrzał na Leigh z wyrazem wielkiego zaskoczenia na twarzy.
Odwrócił się do chłopców, powiedział do nich coś, czego nie dosłyszała,
i wolnym krokiem skierował się w stronę tarasu. Zmarszczył brwi,
rozmyślając nad czymś intensywnie. Wreszcie stanął i przez chwilę
przyglądał się jej bez słowa.
– John, co się stało?
– Dwa i pół kilograma?
– O czym ty mówisz?
– O chłopcach... kaŜdy z nich tyle waŜył... Byli wcześniakami.
– Tak. To prawda, Ty waŜył trochę mniej, a Mitch...
– O ile wcześniej się urodzili?
– Prawie dwa miesiące. Trochę ponad sześć tygodni.
Skrzywił się boleśnie. Potrząsnął głową, a potem z wysiłkiem
spojrzał jej w oczy.
– To moi synowie – powiedział.
Ogarnął ją paniczny lęk. Miała wraŜenie, Ŝe grunt osuwa się jej spod
nóg. W chwilę później odczuła pewną ulgę, Ŝe wreszcie ma to juŜ za
sobą. Ale przecieŜ nie chciała, Ŝeby tak to się odbyło. Kiwnęła głową
niepewnie.
– Czy zamierzałaś mi o tym kiedykolwiek powiedzieć?
Obejrzała się za siebie, Ŝeby sprawdzić, czy nikt ich nie słyszy.
– Głównie z tego powodu chciałam tu wrócić, chociaŜ myślałam, Ŝe
jesteś Ŝonaty... Wiem, Ŝe powinnam była powiedzieć ci o nich...
– A niech to diabli.
– John! – powiedziała prosząco. – Nie przypuszczałam, Ŝe tego nie
wiesz. Dopiero kiedy spotkaliśmy się w „Steak House” i nie mogłeś
zrozumieć, dlaczego Max czuł się zdradzony... Przez te wszystkie lata
sądziłam, Ŝe gdy tylko o nich usłyszysz, od razu się domyślisz, Ŝe to twoi
synowie.
– Jak to? Miałbym wiedzieć i w ogóle się nimi nie zainteresować?
Jak mogłaś tak pomyśleć?
– Byłeś taki nieugięty! Nie chciałeś Ŝadnego związku ani dzieci.
Później, gdy wróciłam, zdawało mi się, Ŝe o wszystkim zapomniałeś. I
nawet wtedy, gdy się dowiedziałeś, nie zrobiło to na tobie większego
wraŜenia.
Nie mogła nie zauwaŜyć wyrazu ogromnego cierpienia, jakie
odmalowało się na jego twarzy.
– Uznałaś, Ŝe byłem zbyt głupi, Ŝeby to ogarnąć.
– AleŜ nie! – potrząsnęła głową. – Po prostu nic nie rozumiałam.
ChociaŜ czasami wydawało mi się, Ŝe rozumiem. Kiedy przyjechałam tu
w ciąŜy, gruba jak beka, i dowiedziałam się, Ŝe jesteś Ŝonaty, wtedy
pomyślałam, Ŝe nawet nie wiesz, Ŝe spodziewam się dziecka.
– PrzecieŜ nic mi nie powiedziałaś.
– Tak, wiem... wiem... Nie chciałam mówić, zanim mój rozwód nie
zostanie załatwiony do końca. Nie sądziłam zresztą, Ŝeby udało się tego
dokonać przed narodzinami dzieci. Wszystko tak mi się poplątało w
Ŝ
yciu. ChociaŜ nie mieszkałam z męŜem od ponad roku, według prawa
ciągle byłam jego Ŝoną. śoną w ciąŜy. Dostałam rozwód przed samym
porodem, a potem juŜ było za późno. I...
– Mów dalej. To było wtedy. A co teraz ci przeszkodziło?
– No cóŜ, kiedy zastanawiałam się nad tym, doszłam do wniosku, Ŝe
w ogóle niewiele wiesz o dzieciach, o tym, Ŝe bliźniaki zwykle rodzą się
wcześniej, Ŝe...
– Ale nie śpieszyłaś się, Ŝeby mi to wyjaśnić, prawda?
– Hej, John! – zawołał Mitch.
– Powiedziałem, Ŝebyście ćwiczyli! – krzyknął – zniecierpliwiony. –
Leigh, dlaczego nie powiedziałaś mi tego od razu?
– Nie wiem, bałam się. Myślałam, Ŝe tak będzie lepiej.
– Co takiego?
– No... – zaczęła drŜącym głosem. – PoniewaŜ nie domyślałeś się, Ŝe
to twoje dzieci, chciałam, Ŝebyś je zaakceptował całkowicie z własnej
woli. Dwa razy próbowałam ci o tym powiedzieć, a potem stchórzyłam.
Wydaje mi się jednak, Ŝe teraz zmierzamy w tym samym kierunku, Ŝe
chcemy tego samego. WyobraŜałam sobie, Ŝe w pierwszej chwili
będziesz wściekły, ale jednocześnie wierzyłam, iŜ potem będziesz
szczęśliwy mając takich synów.
– Dobry BoŜe! – powiedział kręcąc głową. – PrzecieŜ to wielka
róŜnica, czy ich zaakceptuję, bo są jakby częścią naszej umowy, czy
dlatego, Ŝe ich naprawdę chcę... A ty zrobiłaś sobie z tego eksperyment,
Leigh. To niemoralne ukrywać tego rodzaju fakty.
– Częściowo zgadzam się z tobą. Ale na tym właśnie polega cała
złoŜoność etyki. Czy lepiej nie wymieniać nazwiska ojca moich dzieci,
czy wskazać kogoś, kto mógłby je skrzywdzić?
– Ja miałbym je skrzywdzić? – zapytał osłupiały. – Czy nie byłem
dostatecznie dobry dla nich, czy nie zajmowałem się nimi, nie wiedząc
nawet...
– Wolałam dobrze cię poznać. Co by było, gdybyś ich nie chciał? –
powiedziała to tak cicho, Ŝe z trudem ją usłyszał. – Gdybyś nie chciał
mnie? Albo mnie razem z nimi?
Zazgrzytał zębami.
– Dlaczego po prostu nie powiedziałaś mi prawdy? Nie zostawiłaś
wiadomości, Ŝe spodziewasz się dziecka? Dlaczego nie napisałaś potem,
nie zatelefonowałaś?
– Nie chciałam ci zawracać głowy. Mówiłeś, Ŝe nie chcesz mieć
dzieci. Właśnie dlatego cię opuściłam. Powiedziałeś mi wtedy: „Jedź.
Zbyt wiele nas dzieli.”
– Leigh – zaczął spokojnie, starając się zapanować nad
rozdraŜnieniem – męŜczyźni zawsze mówią takie głupstwa. Ale to nic
nie znaczy. Facet mówi coś takiego, a potem jego Ŝona zachodzi w
ciąŜę...
– Nie wiem, co mówią faceci i co mają na myśli.
Przeciągnął ręką po włosach i pokiwał głową.
– Leigh, posłuchaj mnie. Nie moŜesz tak mówić. NiewaŜne, co się
zdarzyło między nami. Te dzieci są moje. Powinnaś mi była o nich
powiedzieć. Mimo wszystkich dzielących nas róŜnic jakoś byśmy sobie z
tym poradzili. Odebrałaś mi synów, bo uznałaś, Ŝe tak będzie lepiej.
Zdaję sobie sprawę, Ŝe zraniłem cię, mówiąc po prostu „Jedź”, ale
przecieŜ nie zabrałbym ci dzieci! Czy jest jeszcze coś, co powinienem
wiedzieć?
– O co ci chodzi?
– Czy są zdrowi? Normalni? Czy mają jakieś wady wrodzone?
– AleŜ skąd! Powiedziałabym ci o tym.
– Zupa gotowa! – zawołała Jess od strony drzwi kuchennych. – Ja i
moje przyjaciółki jemy juŜ w kuchni. A wy potem obsłuŜycie się sami,
dobrze?
Leigh i John nic nie odpowiedzieli, tylko spojrzeli na siebie.
– Czy ona wie? – zapytał po dłuŜszej chwili.
– Czasem wydaje mi się, Ŝe tak. Ciągle mi przypomina, Ŝe mam wyjść
za mąŜ. Jej zdaniem powinnam poślubić kogoś takiego jak ty. Ale nie
wyobraŜam sobie, skąd miałaby wiedzieć, Ŝe są to twoi synowie. MoŜe
wyglądasz na człowieka, który doskonale nadaje się na ojczyma?
– Ojczym! – mruknął, krzywiąc się ze złości. – Popisałaś się tym
razem. WciąŜ trudno mi uwierzyć, Ŝe mogłaś tak ze mną postąpić. A
moŜe był to jakiś rodzaj testu, czy jestem dostatecznie dobry?
– Och, John, nie mów tak! Proszę cię! – powiedziała z oczami
pełnymi łez.
– Czasami zachowujesz się zupełnie bez sensu.
– Tak, wiem, ale myślałam...
– Dość tego.
Odwrócił się. CzyŜby i w jego oczach ukazały się łzy? Znowu
potrząsnął głową, próbując zapanować nad wzruszeniem.
– Pójdę juŜ, Leigh. Przeproś Jess w moim imieniu, ale muszę
wszystko przemyśleć. Sam. Pozwól mi odejść.
– Ale pamiętaj o jednej rzeczy.
– O czym?
– śe to nie wina chłopców.
Prace wokół domu posuwały się w błyskawicznym tempie, ale
ostatnio nie było tu widać szefa robotników. Altanka została pokryta
dachem, w stanowisko pod roŜen wmurowano ostatnią cegłę, a John
ciągle się nie pokazywał.
– Co się z nim stało? Nie widziałam go juŜ od tygodnia –
zaniepokoiła się Jess.
– Od sześciu dni – uściśliła ponuro Leigh.
– Nie wiem dokładnie – skłamała Jess, która liczyła kaŜdą minutę. –
A miałam juŜ wraŜenie, Ŝe jest zainteresowany tobą i chłopcami. MoŜe to
tylko moje urojenie?
Leigh nie odpowiedziała. Zapatrzyła się w przestrzeń przed sobą;
ostatnio często tak robiła. Matka mówiła dalej:
– Chłopcy najwyraźniej za nim tęsknią. Inni męŜczyźni teŜ bywają
mili, ale Ŝaden nie zajmowałby się tak chłopcami jak John. Zapisał ich do
dziecięcej druŜyny baseballowej i w ogóle doskonale się z nimi bawił.
CóŜ to za wspaniały chłop.
– Tak, wspaniały chłop – powiedziała Leigh i dodała w duchu: Ale
jaki głupi! Jeśli nawet wściekł się na nią, nie powinien był porzucać
chłopców. Oczywiście, oni jeszcze nie zdają sobie z tego sprawy, ale
wkrótce muszą to zauwaŜyć...
– Powiedz, co sądzisz o tym zaproszeniu, Leigh – powiedziała Jess,
pokazując jej zapisaną kartkę.
Jessica Stewart Wainscott serdecznie zaprasza Pana (Panią) na
garden party, które odbędzie się w niedzielę 10 czerwca, o godz. 14-tej,
w wesołej, swobodnej atmosferze przy dobrym jedzeniu, piciu i muzyce.
Na górze był adres i zwyczajowa formułka: „Proszę o
potwierdzenie”.
– Na litość boską! – zdziwiła się Leigh. – PrzecieŜ miał to być
zwykły piknik w ogrodzie.
– Jeśli się wydało tyle pieniędzy na uporządkowanie terenu, to trzeba
zorganizować odpowiednie przyjęcie. Nie sądzisz?
– He osób zapraszasz?
– Wszystkich znajomych.
– A kto przygotuje jedzenie? Pomyślałaś o tym?
– Naturalnie. Zleciłam to firmie „Piekarnia i Delikatesy Barkeleya”.
Są fantastyczni.
– To będzie kosztowało majątek.
– Planuję tylko jedno takie przyjęcie.
– Zgoda – powiedziała Leigh, oddając matce zaproszenie. – śebyś się
tylko nie przemęczyła i nie rozchorowała.
– Och, nie bądź niemądra! Ja sama nic przy tym nie będę robić. Ale
chyba trzeba ci kupić nową kreację na to przyjęcie?
– Nową kreację? Przewidujesz, Ŝe goście będą uroczyście ubrani?
– Mamusiu! – rozległ się cichy głosik. Leigh spojrzała w dół i
zobaczyła, Ŝe blondynek Ty stoi koło tarasu z głową zadartą do góry. –
Zagrasz z nami?
– A gdzie jest Mitchell? – zapytała Leigh.
– Tam. Czeka na nas.
– Dobrze – zgodziła się. Zabawy z dziećmi to jeszcze jeden jej słaby
punkt. Ty pierwszy rzucił do niej piłkę, a ona jej nie złapała i musiała po
nią biec.
– Mamo! – zawołała, oglądając się w stronę tarasu. – Zostały nam
tylko trzy tygodnie. Myślisz, Ŝe zdąŜymy?
– JuŜ teraz prawie wszystko jest zrobione – odpowiedziała Jess
patrząc, jak Leigh rzuca piłkę do syna i oczywiście nie trafia.
– Mitch głośno wyraził swoje niezadowolenie i pobiegł po piłkę.
– Poproszę syna Peg, który jest ogrodnikiem, Ŝeby zrobił girlandy ze
ś
wieŜych kwiatów do dekoracji altanki i stołów – powiedziała Jess.
Leigh chciała rzucić piłkę do Ty’a, ale wylądowała ona koło Mitcha.
Obaj chłopcy jęknęli z rozpaczą.
– Mamusiu, rzucaj trochę niŜej – poradził Ty. – NiŜej. O, tak. –
Pokazał, jak naleŜy to robić. Ale na nic zdały się wszelkie wskazówki.
Grała gorzej niŜ jej czteroletni synowie. Ustawiła ich bliŜej siebie. Teraz,
kiedy stali zaledwie kilka metrów od niej, mogła wreszcie trafić tam,
gdzie chciała.
– Mamo, juŜ wystarczy – powiedział Mitch. – Teraz sami sobie
poćwiczymy, a ty pograsz z nami później. Dobrze?
– Patałach ze mnie, co?
– PrzecieŜ to takie łatwe – stwierdził Ty. – A kiedy przyjedzie John?
– Nie wiem. Przypuszczam, Ŝe niedługo.
– Leigh, czy on ci nie powiedział, Ŝe gdzieś wyjeŜdŜa? Gdybym go
nie znała tak dobrze, pomyślałabym, Ŝe nas unika – powiedziała głośno
Jess.
– Nic nie wiem, mamo.
– Czy moŜesz zadzwonić do niego w moim imieniu? Zaproś go na
obiad. Jestem pewna, Ŝe czuje coś do ciebie i bardzo polubił chłopców.
Coś mu się musiało przytrafić...
– Mamo! Na litość boską.
– O co ci chodzi? To bardzo miły człowiek. Znam go od lat i widzę
wyraźnie, Ŝe się lubicie. MoŜe gdybyś...
– Mamo! Przestań.
– Ja tylko chcę ci zasugerować, Ŝe takie garden party dałoby się bez
trudu zamienić w przyjęcie weselne – powiedziała Jess najbardziej
cierpliwym tonem, na jaki tylko mogła się zdobyć. – Miałabym tu ciebie
i chłopców i mogłabym się nimi zajmować, zanim umrę.
– Coś ci powiem, mamo. To było zabawne przez krótki czas, ale juŜ
nie jest. Zrób mi tę uprzejmość i nie mów więcej o Johnie, małŜeństwie i
ś
mierci. Ani Ŝartem, ani serio. Zrozumiałaś?
– Och, Leigh, jesteś za młoda, Ŝeby zachowywać się jak dziwaczka.
– Czasem myślę, Ŝe mówisz powaŜnie.
– Gdybyś i ty zachowywała się powaŜniej, to wszystko lepiej by się
ułoŜyło.
– Mam juŜ tego dość! – krzyknęła Leigh. – JuŜ dłuŜej nie
wytrzymam.
– Mój BoŜe, ale się zaperzyła! – mruknęła do siebie Jess.
Była środa. Brygada wdów siedziała we frontowym pokoju, kiedy
weszła tam Leigh.
– Mamo, Ty i Mitch oglądają telewizję na górze. A ja chciałabym
pojechać do księgarni. Czy moŜesz ich przypilnować?
– Oczywiście – odpowiedziała Abby.
– Tak, tak – odezwała się Jess, zerkając na swą przyjaciółkę,
niezadowolona, Ŝe wtrąca się w nie swoje sprawy.
– Dziękuję – powiedziała Leigh, szukając w torbie kluczyków do
samochodu.
– W ostatniej chwili przypomniała sobie, Ŝe nie wzięła ksiąŜeczki
czekowej, i wróciła do domu.
– No i będę miała to głupie garden party, a przecieŜ chciałam, Ŝeby to
było przyjęcie weselne – usłyszała głos Jess.
– Robiłaś, co mogłaś – pocieszała ją Abby. – Czy nie domyślasz się,
co mogło się zdarzyć?
– Na mam zielonego pojęcia. Wydawało się, Ŝe lada moment rzucą
się sobie w objęcia. Nigdy nie widziałam takiej namiętności w
spojrzeniach dwojga ludzi. Teraz John zniknął, a Leigh jest zrozpaczona.
Dzieciaki! Nawet nie potrafią poradzić sobie z taką prostą sprawą, jak
małŜeństwo.
– Czy moŜna będzie dodać słowo „weselne” na zaproszeniach? –
zapytała Kate.
– Chyba juŜ za późno. Jutro odbieram je od drukarza, a przyjęcie ma
być za dwa tygodnie. No, ale moŜna to zrobić telefonicznie.
– A moŜe byś udała atak serca i oznajmiła, Ŝe twoim ostatnim,
przedśmiertnym Ŝyczeniem jest, by Leigh poślubiła Johna?
– Czuję się juŜ i tak wystarczająco winna przez to symulowanie.
Mam zamiar wszystko jej wyjawić.
– To nie będzie konieczne – odezwała się Leigh. Stała w otwartych
drzwiach kuchennych. – Och, mamo, jak mogłaś tak mnie okłamywać?
– BoŜe! – Jess tak gwałtownie przycisnęła rękę do piersi, jakby
naprawdę zabolało ją serce.
Ale na Leigh nie zrobiło to wraŜenia.
– Wstydź się, mamo. I bez tego mam dość zmartwień.
– Chciałam ci pomóc...
– Naprawdę! – wtrąciła się Peg. – Ona tylko o tym myślała.
– Nie wtrącaj się – powiedziała Kate.
– To Abby wpadła na ten pomysł – zdradziła tajemnicę Peg.
– Och, przestańcie! – przerwała Leigh. – Ale z was intrygantki.
Wstydźcie się.
– Wybacz, kochanie – odezwała się Jess. – Jest mi tak głupio.
– I co właściwie chciałaś przez to zyskać?
– Myślałam, Ŝe ty i John doskonale do siebie pasujecie, no i trochę,
być moŜe...
– Za daleko się posunęła – dokończyła Peg. – Ale to przede
wszystkim moja wina, Leigh. To ja ją do tego namówiłam.
– Ja teŜ – dodała Abby.
– Ostrzegałam ją od samego początku – powiedziała Kate.
– Wszystkim wam naleŜy się bura – w głosie Leigh wyczuwało się
wściekłość. – Nie zdziwię się, jeśli John w ogóle nie wróci.
– Ale dlaczego, Leigh? Co się stało?
– Och, zapomnij o tym! Byłam głupia, Ŝe w ogóle rozmawiałam z
tobą na ten temat! Wychodzę, nie będzie mnie trochę dłuŜej. Muszę
pobyć sama. Popilnujesz chłopców?
– Oczywiście – szepnęła Jess.
Patrzyła na drzwi, dopóki nie usłyszała odjeŜdŜającego samochodu.
Potem odwróciła się do swoich przyjaciółek.
– I która z was mnie do tego namówiła?
Rozdział 8
Wybrał się na ryby! – mruczała pod nosem Leigh, jadąc wąską,
górzystą drogą.
Najpierw pojechała do szkółki drzewek, Ŝeby dowiedzieć się, gdzie
moŜna go znaleźć. Zastała tam tylko dziewczynę, której jedynym
zajęciem było wypisywanie cen. Potem skierowała się do jego domu,
gdzie znalazła w drzwiach kartkę: „Pojechałem na ryby”. Wtedy teŜ
zauwaŜyła cięŜarówkę ze znakiem firmy Johna na drzwiczkach.
Pojechała za nią, a gdy cięŜarówka zatrzymała się, zapytała kierowcę,
czy nie wie, gdzie John zazwyczaj łowi ryby. Wymienił trzy moŜliwe
miejsca.
W pierwszych dwóch, połoŜonych dość blisko, nie znalazła go.
Wyglądało na to, Ŝe musiał zaszyć się głęboko w lesie, gdzieś nad
górskim strumieniem, do którego trzeba było jechać wyboistą polną
drogą.
Przypomniała sobie, Ŝe byli tam razem przed laty. Zirytowało ją
trochę jego dziecinne zachowanie. Na siebie teŜ była zła. Jednocześnie
jednak dręczyło ją poczucie winy, Ŝe nie zawsze robiła to, co naleŜało.
Czy ludzie nie mogliby okazywać sobie więcej zrozumienia? ChociaŜ
mówisz komuś, Ŝe jesteś krótkowidzem, nie zwraca na to uwagi i
pokazuje ci odległe pejzaŜe, denerwując się, Ŝe ich nie widzisz.
Poza tym, ile razy miałaby przepraszać? A ile czasu on sam
potrzebował, Ŝeby zrozumieć, jak wiele musiała wykazać odwagi
wracając tu, Ŝeby wyznać prawdę o jego synach, w dodatku wiedząc, Ŝe
jest Ŝonaty?
Nigdy jej nie ufał, zawsze miał coś do zarzucenia.
W kółko, aŜ do znudzenia, powtarzała sobie te same argumenty,
kiedy nagle spostrzegła jego cięŜarówkę na polanie. Tak, to tutaj była z
nim kiedyś. I tak jak wówczas John łowił ryby. Musiał juŜ tu być od
dawna, bo zobaczyła rozstawiony namiot. MoŜe zamierzał pozostać w tej
leśnej samotni do czasu, aŜ ona, całkowicie zrezygnowana, wyjedzie z
miasta?
Tak się właśnie stało wówczas, kiedy nie potrafili się ze sobą
porozumieć. W jednej chwili odrzucili wszystko, co ich łączyło. Och,
gdyby mu wtedy powiedziała.
Na samą myśl o tym zaczęła płakać. Nie była beksą, ale od czasu
powrotu do domu płakała częściej niŜ przez ostatnie dziesięć lat.
Wyskoczyła z auta nie zwaŜając na łzy, które strumieniem spływały po
policzkach, i poszła w jego kierunku. Zobaczył ją, gdy podjeŜdŜała, a
teraz przyglądał się spokojnie.
Roztrzęsiona podeszła do niego.
– Nie wiem, czego ode mnie chcesz – odezwała się.
Zrobił kilka kroków w jej stronę. Nie śpieszył się. Jego opanowanie
jeszcze bardziej ją zdenerwowało.
– Chcesz, Ŝebym cię błagała? Czy o to ci chodzi? Przepraszam. To ja
wszystko pogmatwałam od samego początku, bo w pewnych sprawach
jestem aŜ za mądra, a w innych całkiem głupia. Nigdy nie myślałam, co
mogłoby się zdarzyć, gdybym się w kimś zakochała, choćby nawet
przelotnie... ani razu przez dwadzieścia siedem lat! Sądziłam, Ŝe
niektórym ludziom przeznaczona jest miłość, a innym mądrość... Nie
powiedziałam ci o dzieciach, bo juŜ zdąŜyłeś się oŜenić i byłam pewna,
Ŝ
e kochasz swoją Ŝonę. Nie powiedziałam ci, bo po prostu nie
wiedziałam, jak to zrobić. Czego więc chcesz ode mnie, John?
Podczas całej tej tyrady patrzył na nią z nieruchomą twarzą.
– Powiedz coś! A gdyby oni nie byli twoimi dziećmi, ale Maxa? Czy
nie zauwaŜyłeś, jak szaleją za tobą? PrzecieŜ o tym wiesz. Pytają mnie,
kiedy wrócisz, a ja nie wiem, jak im powiedzieć, Ŝe John wściekł się,
poniewaŜ juŜ wie, iŜ jest ich tatusiem. Jest zły nie dlatego, Ŝe został
ojcem, ale dlatego, Ŝe nie powiedziałam mu o tym wcześniej.
Pociągnęła głośno nosem i otarła niecierpliwie łzy. John w dalszym
ciągu przyglądał się jej z rękami opuszczonymi wzdłuŜ ciała.
– Co więcej mogłabym zrobić, chcąc uporządkować nasze sprawy?
Zamierzałam wrócić do Durango i jakoś z tobą porozmawiać. Nawet nie
marzyłam o tym, Ŝe będziesz rozwiedziony. Spodziewałam się, Ŝe
zobaczę cię jako szczęśliwego męŜa i ojca kilkorga słodkich dzieciaków.
Nie wiedziałam, czy uda mi się wywiązać dobrze z tego zadania, ale
byłam pewna, Ŝe musisz dowiedzieć o swoich synach. – Głos jej się
załamał. – To dobrzy chłopcy, John. To miłe, grzeczne, kochane, bystre
dzieciaki. Myślałam, Ŝe będziesz z nich dumny. Byłam bardzo
zaskoczona, gdy dowiedziałam się, Ŝe jesteś sam. Jeszcze bardziej
zdziwiło mnie to, Ŝe twoje uczucia dla mnie nie zmieniły się. Mówię
szczerze. Nigdy nie wyobraŜałam sobie, Ŝe jestem w stanie wywrzeć
takie wraŜenie na jakimś męŜczyźnie... a tym bardziej na męŜczyźnie,
którego kochałam do szaleństwa. Kiedy przekonałam się, Ŝe ty teŜ mnie
kochasz, nie posiadałam się ze szczęścia. No i znowu wszystko
zepsułam, bo nie powiedziałam ci tego we właściwym czasie.
Przełknęła łzy i otarła nos rękawem. Od bardzo dawna tak nie
płakała. A on wciąŜ stał nieruchomo i patrzył na nią bez słowa.
– Przebacz mi – powiedziała, pokonując szloch. – Przez te pięć lat,
kiedy odeszłam, Ŝyłam sama i sama wychowywałam dzieci, ale teraz
duŜo zrozumiałam. Jeśli przypuszczasz, Ŝe pozwolę ci pod wpływem
złości opuścić nas, to się mylisz. Bo myślę, Ŝe mnie kochasz, i wiem, Ŝe
ja kocham ciebie. Mcc czego chcesz ode mnie, John?
Zrobił to tak szybko, Ŝe aŜ straciła oddech: objął ją i przyciągnął do
siebie, zamykając jej usta pocałunkiem. Całował jej pobrudzoną, zalaną
łzami twarz i trzymał wciąŜ w mocnym uścisku.
Leigh mimo woli pomyślała, Ŝe w ten sposób niczego się nie załatwi.
A potem nie była juŜ w stanie w ogóle o niczym myśleć, gdyŜ
niewypowiedzianie szczęśliwa zatraciła się do szaleństwa w
pocałunkach, czując tak cudowną bliskość jego ciała. I zrozumiała, Ŝe
oboje tego pragnęli.
Za nic nie odeszłaby juŜ od niego. On teŜ nie odejdzie. Trzymając ją
mocno w ramionach, zaniósł do namiotu. Tam upadli na rozłoŜony
ś
piwór, całując się i obejmując, a Leigh wciąŜ płakała.
– Czy uda się nam kiedykolwiek zachować rozsądek? – szepnęła.
– Nie jestem tu po to, Ŝeby zachowywać się rozsądnie, najdroŜsza –
odpowiedział, obsypując pocałunkami jej mokre od łez oczy. –
Wystarczyła chwila, Ŝebym znowu zdał sobie sprawę, jak bardzo pragnę
być z tobą... i z nimi. Muszę się tylko zastanowić, jak powiadomić moją
rodzinę, Ŝe mam synów, Ŝe zamierzam poślubić ich matkę, Ŝe to było
tylko głupie nieporozumienie między dwiema nierozsądnymi osobami, z
których jedna jest genialną córką naukowca.
Zaśmiała się przez łzy.
– Trudno im będzie w to uwierzyć. Nie jestem tak inteligentny jak ty,
ale czy wiesz, Ŝe jednym z powodów, dla których wybrano mnie na
kierownika grupy ochotniczego pogotowia narciarskiego, jest moja
intuicja i zdrowy rozsądek?
Ponownie się zaśmiała.
– Kocham cię.
– Wiem. Ja teŜ ciebie kocham. Byłem wściekły, uwaŜałem, Ŝe
powinnaś mi była wcześniej o wszystkim powiedzieć, ale teraz jestem
naprawdę szczęśliwy, Ŝe przywiozłaś tutaj chłopców. Chcę być z wami.
Rozszlochała się na dobre.
– Bardzo się bałam, Ŝe tego nie zechcesz. Byłeś tak przeciwny
dzieciom.
– Tak się tylko mówi. Nie wiem, skąd się to bierze. MęŜczyźni boją
się, Ŝe jeśli tylko pozwolą na rozmowę o dzieciach, natychmiast zostaną
usidleni. A szczerze mówiąc, to martwiłem się ostatnio, Ŝe w ogóle nie
będę mieć dzieci.
– Ach tak! – zawołała.
Odpowiedział mocnym pocałunkiem.
– Czy po tym wszystkim, co mi powiedziałeś, chcesz mieć dzieci? –
zapytała.
– Od dzisiaj, Leigh, zmieniamy reguły gry. Nie ma mowy o
małŜeństwie, jeśli nie będziemy ze sobą szczerzy. Ukrywaliśmy swoje
myśli. Byłem zazdrosny o Maxa... i pełen lęku, Ŝe uznasz mnie za
niegodnego miłości.
Uśmiechnęła się zakłopotana.
– A ja się bałam, Ŝe uwaŜasz mnie za dziwaczkę. Otarł palcem jej
wilgotny policzek.
– Jesteś nią. Wyjdziesz za mnie? – Tak.
– Czy dopełnimy aktu zaręczynowego?
– Jeśli mi powiesz, Ŝe wziąłeś ze sobą na ryby środki
antykoncepcyjne, to stanę się podejrzliwa.
– Nie wziąłem.
– Wobec tego to zbyt duŜe ryzyko.
– ChociaŜ miałaś juŜ raz wspaniałą wpadkę, nie zmartwię się
następną.
Leigh westchnęła i objęła go.
– A ja nie będę tego ukrywać – powiedziała bardzo powaŜnie.
Mimo Ŝe naprawdę nie zamierzali kusić losu ani podejmować
kolejnej próby, spędzili w namiocie Johna całe popołudnie, szepcąc
sobie czułe słówka i śmiejąc się z tego, Ŝe tak niewiele brakowało do
ponownego zerwania.
Leigh pomyślała, Ŝe to przede wszystkim rozstania były powodem ich
nieporozumień. Gdy nie byli razem, zaczynali wszystko analizować i
dochodzili do wniosku, Ŝe ich szaleńcza miłość nie ma najmniejszego
sensu. Zdecydowała, Ŝe najlepiej będzie, jeśli się pobiorą i zamieszkają
razem, zanim od nowa zaczną dzielić włos na czworo.
Jeśli zaś chodzi o Johna, to ciągle jeszcze nie mógł uwierzyć, Ŝe moŜe
być kochany przez taką kobietę. Była nie tylko niezwykle mądra, ale i
miła, uczciwa, dobra i lojalna. Nie krytykowała go. Przeciwnie,
zachwycała się jego stosunkiem do dzieci, miasta, przyrody.
Po kilku godzinach nieprzerwanych rozmów, pocałunków i pieszczot
stało się dla nich jasne, Ŝe tym razem powiedzieli sobie wszystko, Ŝe nie
ma sensu czekać dłuŜej. Wtedy Leigh opowiedziała mu o Jess.
– Z tego, co podsłuchałam, zrozumiałam, Ŝe symulowała chorobę.
Razem ze swoją brygadą wdów chciała w ten sposób zmusić nas do
małŜeństwa. Miała nadzieję, Ŝe to planowane garden party zamieni się w
przyjęcie weselne.
Z ulgą przyjęła śmiech Johna.
– Tak, to do niej pasuje. Zasługuje na to, Ŝeby dać jej nauczkę, jeśli
jesteś pewna, Ŝe z jej sercem jest wszystko w porządku.
– Jestem pewna. Ale moŜe się rozchorować, jeśli – zaraz nie wrócę.
Jeszcze sobie pomyśli, Ŝe załamałeś się na wiadomość o czteroletnich
bliźniakach, a to moŜe zaszkodzić niejednemu zdrowemu sercu.
– Nie wydaje mi się, Ŝeby to była wystarczająca kara, ale na początek
moŜe być – powiedział ze śmiechem.
Przeprowadzili zasadniczą rozmowę z brygadą wdów. Wszystkie
szczerze przyznały się do winy, przysięgając, Ŝe chciały jak najlepiej.
– Tworzycie taką cudną parę – powiedziała Peg. – Wydawało nam
się, Ŝe potrzebujecie jakiegoś bodźca.
– Chcemy tylko szczęścia waszych dzieci – powiedziała Abby.
– Chodzi nam o szczęście rodzinne, a nie o ten styl Ŝycia, jakiemu
hołdują niektórzy młodzi ludzie – wyjaśniła Kate.
– Wybaczcie nam, Ŝe wtrącałyśmy się w wasze sprawy, ale
myślałyśmy, Ŝe będziecie razem szczęśliwi – dodała Jess.
– A jednak to nie do was naleŜało załatwianie naszych spraw –
powiedział John z naganą w głosie. – Macie szczęście, Ŝe nie stało się
nic złego. Macie szczęście, bo Leigh i ja lubimy się bardzo i mamy
zamiar nadal się spotykać. Ale czy zdecydujemy się pobrać, będzie to
wyłącznie nasza decyzja. Zrozumiałyście?
Cztery kobiety jednocześnie skinęły głowami.
– A poza tym – dorzuciła Leigh – wziąwszy pod uwagę, Ŝe w grę
wchodzą równieŜ dzieci, nie ma mowy o Ŝadnym flircie.
Dyskutowaliśmy z Johnem o tym, jak powinno wyglądać Ŝycie rodzinne.
Nie moŜemy zbytnim pośpiechem zagrozić ich dobru i przyszłości.
Musimy się upewnić, Ŝe mamy takie same upodobania, poglądy i cele.
Wiecie przecieŜ, jak wiele nas róŜni. Czy to jasne?
Znowu zgodnie kiwnęły głowami.
– Od tej pory nie będziecie się zajmować niczyimi problemami
sercowymi prócz własnych.
Cztery pary szeroko otwartych oczu mrugnęły na znak, Ŝe przyjmują
to do wiadomości. A co do ich własnych problemów sercowych... Ba.
– Jeśli będziecie chciały się czegoś dowiedzieć, grzecznie zapytajcie i
otrzymacie odpowiedź, być moŜe taką: „To nie wasza sprawa”.
Zrozumiano?
– Tak, kochanie – odpowiedziała Jess. – Ale wiedz, Ŝe miałyśmy
dobre intencje. I gdyby skończyło się to ślubem, nie posiadałybyśmy się
z radości. Skoro jednak ma być inaczej – to trudno. Za nic na świecie nie
chciałabym cię skrzywdzić.
– Musisz mi pozwolić Ŝyć własnym Ŝyciem, popełniać błędy i
samodzielnie planować moją przyszłość – powiedziała Leigh. – Przedtem
potrzebowałam twojej pomocy, ale tym razem posunęłaś się za daleko.
– I jeszcze nie wiem, czy zaprosimy was na ślub, jeśli w ogóle do
niego dojdzie – ostrzegł je John. – Jesteście okropnymi intrygantkami.
Czy będziecie juŜ grzeczne?
Obiecały.
Kiedy juŜ wyszli, John powiedział do Leigh:
– Dałbym wiele, Ŝeby być teraz w tamtym pokoju.
– Pewnie się nawzajem obwiniają. Sądzisz, Ŝe nasz plan się uda?
– Wszystko idzie doskonale. Zaufaj mi.
Ufała mu. Całkowicie.
Rozdział 9
Jess rozesłała zaproszenia na przyjęcie pełna optymizmu. Nie wracały
więcej z Leigh do niemiłego tematu. Brygada wdów była zadowolona, Ŝe
przyczyniła się do zorganizowania tej imprezy, a teren wokół domu
gotów był juŜ od tygodnia. Leigh podsunęła pomysł, Ŝeby wynająć
kwartet smyczkowy, wybrała kolory kwiatów i ozdób na stoły. Razem z
matką odwiedziła dostawcę artykułów Ŝywnościowych, a potem kupiły
dla Jess śliczną, kwiecistą suknię.
Kiedy upewniła się, Ŝe matka da sobie radę bez niej, wynajęła kobietę
do pilnowania dzieci. Powiedziała, Ŝe na kilka dni musi polecieć do
Denver, Ŝeby w związku ze swoimi badaniami zajrzeć do biblioteki
uniwersyteckiej. Jess obiecała doglądać chłopców.
– Okropnie się denerwuję – powiedziała Leigh do Johna.
– Ja teŜ. Ale wszystko się dobrze ułoŜy. Moja matka będzie
zadowolona, a ojciec w głębi duszy będzie nawet dumny.
– A moŜe powiedzieć Jess, iŜ miała rację, Ŝe to ty jesteś ojcem
chłopców?
– Obawiam się, Ŝe poczułaby się wtedy zbyt pewna siebie –
zauwaŜył.
Zatrzymali się na chodniku przed skromnym podmiejskim domkiem,
naleŜącym do rodziców Johna. Leigh wyobraziła sobie, ile ruchu i
wrzawy było w tym małym, jednopiętrowym budynku, kiedy pani
McElroy wychowywała czterech synów. Leigh czuła, Ŝe spotka się tu z
miłością i Ŝyczliwością.
– Wchodzimy? – zapytał John.
– Poczekaj chwilę. Co im właściwie powiedziałeś?
– śe chcę im przedstawić dziewczynę, którą zamierzam poślubić.
– A co na to twoja matka?
– Powiedziała: „Znowu?”
– O BoŜe! Nie wiem, czy zdołam zrobić choć jeden krok.
– Chodź, maleńka, nie bój się.
– Co jeszcze im powiedziałeś?
– śe tym razem to zupełnie co innego. śe kocham cię od lat, Ŝe moje
poprzednie małŜeństwo było wynikiem chwili słabości, Ŝe teraz znowu
spotkaliśmy się i jest nam ze sobą dobrze. Coś w tym rodzaju.
– Uda nam się, prawda, John? Tym razem będzie dobrze?
Pocałował ją i uśmiechnął się uspokajająco.
– Nie moŜe być lepiej.
Wewnątrz domu państwa McElroy ujrzeli całe zgromadzenie, na
które Leigh nie była wcale przygotowana. Prawdę mówiąc, John teŜ się
tego nie spodziewał. Cały klan McElroyów zebrał się pod jednym
dachem, Ŝeby zobaczyć i powitać nowego członka rodziny. Swoje
samochody ustawili w garaŜu lub ukryli gdzieś z dala od domu.
Pachniało pieczoną wołowiną, a w salonie słychać było głośne rozmowy.
Gdy tylko Jeanette McElroy otworzyła drzwi i przywitała się z synem,
wszyscy zawołali: „Niespodzianka!”
Pastor Mikę przyleciał samolotem na to rodzinne zgromadzenie.
Wraz z Ŝoną i dziećmi stał obok Teda i Chris i ich dzieci. Bob wziął
urlop, a Judy przyjechała wcześniej, by pomóc w przygotowaniu
uroczystego obiadu na tyle osób. Wszyscy pozdrawiali i ściskali Leigh.
– Pomyśleliśmy, Ŝe powinna się pani przekonać, w co się pani pakuje
– powiedział Bob. – Nie jesteśmy spokojną, małą rodzinką.
– Pewnie jest pani zaskoczona widokiem tak wielu ludzi, ale proszę
się nie przejmować, zawsze zjawiamy się w Durango wszyscy na raz.
Damy wam parę tygodni na rozkoszowanie się szczęściem małŜeńskim,
zanim zwalimy się wam na głowę – dorzucił Mikę.
– Musi pani zawczasu wiedzieć, Ŝe mamy pewien problem
genetyczny – zaczęła Chris. – W tej rodzinie nie urodziła się jeszcze ani
jedna dziewczynka, liczymy na panią.
– A skąd ta pewność, Ŝe się nie urodziła? – zaŜartował John. –
PrzecieŜ juŜ raz byłem Ŝonaty. Zresztą, Leigh teŜ miała męŜa.
– Spokój! – powiedziała Jeanette. – Serce mi podpowiada, Ŝe
wreszcie znalazłeś dla siebie odpowiednią Ŝonę. To się wyczuwa w
twoim głosie... Słyszę to juŜ po raz czwarty – dodała, spoglądając na
pozostałych synów.
Kiedy pieczeń została cienko pokrojona, wszystkie dzieciaki
usadzono w jadalni, a dorośli zebrali się w salonie przy długim stole,
ktoś odwaŜył się wyrazić nadzieję, Ŝe John i Leigh będą mieli duŜo
dzieci. Zapadła cisza i wszystkie oczy zwróciły się ku nim.
– Tak – zaczął John – między innymi dlatego teŜ zdecydowaliśmy się
tu przyjechać i powiedzieć wam to osobiście. To znaczy... my... juŜ
zrobiliśmy pewien początek...
Zapadła cisza. Pierwszy przerwał ją pastor.
– To się zdarza. Cieszy nas, Ŝe postanowiliście się pobrać. Gratuluję.
Inni teŜ zaczęli składać gratulacje. A potem rozległy się śmiechy i
toasty.
– Ale – powiedział John – Leigh nie jest teraz w ciąŜy. My juŜ mamy
parę bliźniaków... czteroletnich.
Znowu wszyscy umilkli. Wiadomo było przecieŜ, kiedy John się
oŜenił i kiedy rozwiódł. A więc w jaki sposób został ojcem bliźniąt?
Nawet pastor nie wiedział, co powiedzieć. Jeanette McElroy stała z
otwartymi ze zdumienia ustami. Zmieszana Leigh oblała się gorącym
rumieńcem. Robert McElroy patrzył surowo na swego syna.
– Cztery lata? – szepnął ktoś.
– Bliźnięta?
– To na początek, jak powiedziałem.
– To są... to są chłopcy – wyjaśniła Leigh, widząc, Ŝe wszyscy
spoglądają po sobie, całkowicie oszołomieni.
AŜ wreszcie Chris wybuchnęła głośnym śmiechem:
– Chłopcy! MoŜna się było tego spodziewać.
– Chcę coś wyjaśnić... – próbowała dojść do słowa Leigh, ale oni,
otrząsnąwszy się z wraŜenia, śmiali się i poklepywali po plecach.
– No to poczwórne gratulacje.
– To wspaniale, Ŝe się pobieracie.
– Mamy tu na miejscu pastora.
– Gdzieście ukryli dzieciaki?
– Po co ten pośpiech? – Te rozsądne słowa wypowiedział ojciec
Johna. – Później wysłuchamy wszystkich wyjaśnień. Teraz musimy
rozstrzygnąć dwie sprawy. Pierwsza – kiedy będzie ślub? Druga – kiedy
zobaczymy nasze dzieciaki?
„Nasze dzieciaki”. Brzmiało to cudownie. Dopiero teraz Leigh zdała
sobie sprawę, jak mądrze postąpiła, wybierając tak odpowiedzialnego
męŜczyznę. Nie tylko John był dobry, ale i jego rodzina okazała się
wspaniała. Zawsze marzyła, Ŝeby jej dzieci miały rodzeństwo, kuzynów,
dziadków, Ŝeby w ich Ŝyciu duŜo było miłości, wrzawy, ludzi.
Harmider był nieopisany. Trudno było uciszyć tę rodzinę. Toczyła się
bezładna rozmowa. Leigh dowiedziała się wiele o braciach Johna, o
sukcesach dorosłych, o upodobaniach i zdolnościach dzieci. Ted znał
niektóre z prac naukowych jej ojca i mówił teraz z zachwytem o jego
niezwykłym intelekcie i odkryciach. Leigh całkowicie się odpręŜyła.
Zmęczone dzieci wreszcie się uspokoiły. Zachodziło słońce i ci dorośli,
którzy nie pomagali przy myciu naczyń, siedzieli w salonie popijając
kawę. Panowała atmosfera spokoju i wzajemnej Ŝyczliwości.
Leigh zaproponowała, Ŝe przyniesie jeszcze kawy, i poszła do kuchni.
Zastała tam Mike’a, który serdecznie obejmował matkę. Jeanette z lekka
pochlipywała. Leigh stanęła niezdecydowana. Oni równieŜ byli
zaskoczeni. Odsunęli się od siebie i patrzyli na nią. Jeanette odwróciła
się, szukając chusteczki do nosa.
– O, to ty... – powiedział Mikę.
– To przeze mnie pani płacze, prawda? Z powodu chłopców, Ŝe ja
nie...
– Och, nie, Leigh! – Mikę podszedł do niej. – Przekonasz się, Ŝe nie
naleŜymy do ludzi, którzy zbyt często oglądają się wstecz. Nic się nie
martw. Wszystko będzie dobrze.
– John z trudem mi wybaczył, Ŝe ukrywałam przed nim prawdę o
chłopcach. A ja nie wiedziałam, jak to zrobić... Właśnie wtedy się oŜenił
i...
– Nic nie mów, kochanie. Nie trzeba. Jakiekolwiek miałaś powody,
nie oskarŜam cię i nie będę o to pytać. Jestem teraz szczęśliwa, Leigh. –
Jeanette pociągnęła nosem. – Jestem zachwycona słysząc, Ŝe po raz
kolejny zostałam babcią. Ale jest coś jeszcze. Mam na myśli Johna.
Martwiłam się o mego, kiedy nie mógł sobie znaleźć dobrej dziewczyny.
Wiem, Ŝe mam staromodne poglądy, ale dla moich chłopców pragnęłam
przede wszystkim szczęścia rodzinnego.
– Miło teŜ stwierdzić, Ŝe mój brat się zmienił – powiedział Mikę. –
Nie straciliśmy nigdy nadziei, Ŝe i jemu, tak jak nam, uda się w Ŝyciu.
Tak się teŜ stało.
– Dziękuję wam – powiedziała Leigh. – Dziękuję, Ŝe przyjęliście
mnie do waszego grona.
– Leigh, to nie my robimy ci grzeczność, pozwalając wejść do naszej
rodziny. Jesteśmy zaszczyceni, Ŝe mamy tu ciebie. Mówię to absolutnie
szczerze.
Dziesiątego czerwca była cudowna, słoneczna pogoda. Leigh i Jess
wstały wcześnie rano, gdyŜ miały jeszcze masę rzeczy do zrobienia.
Trzeba było do końca uporządkować dom, choć wszystko lśniło
czystością. Chłopcy zostali wykąpani i ubrani w czyste spodenki i
koszulki.
Jako pierwszy przyjechał ogrodnik, Ŝeby ozdobić girlandami altanę i
stoły. Leigh wyszła mu naprzeciw, przywitała się i wzięła od niego mały
pakunek, który zaniosła do swego pokoju.
Potem pojawili się dostawcy artykułów spoŜywczych i zaczęli ze
swoich dwóch furgonetek wyładowywać najróŜniejsze potrawy, tace,
dzbanki, obrusy i inne akcesoria. Wszystko to zanosili do kuchni. Leigh
zamieniła z nimi po cichu kilka słów.
– O co chodzi? – zapytała Jess. – Co się stało?
– Och, nic, mamo – zaśmiała się Leigh. – Po prostu prosiłam ich,
Ŝ
eby przygotowali stoły, ale nie stawiali jedzenia, dopóki nie przyjdą
pierwsi goście. Nie chcemy przecieŜ nikogo zatruć nieświeŜą sałatką.
– – Oczywiście.
Następnie przyjechali muzycy z kwartetu smyczkowego, Ŝeby
ustawić w altanie instrumenty i krzesła. Wtedy teŜ pojawił się John.
– Jesteś za wcześnie! – zawołała zaskoczona Jess. – Przyjęcie
zaczyna się dopiero o drugiej po południu.
– Wiem, przepraszam. Chciałem tylko sprawdzić, czy w ogrodzie
wszystko jest zrobione jak naleŜy. Ja, niestety, nie będę na przyjęciu.
– Och, nie, to niemoŜliwe! – zawołała Jess. – Nawet nie chcę o tym
słyszeć! PrzecieŜ nie pracujesz dzisiaj, prawda?
– Nie, ale niespodziewanie przyjechała do mnie rodzina i muszę z nią
spędzić weekend.
– To przyprowadź ich tutaj.
– Nie, nie mogę. Nie chodzi o dwie czy trzy osoby, ich jest duŜo.
Zawsze tak robią. Kiedy tylko mama i tata postanowią mnie odwiedzić,
natychmiast dołącza się do nich mój brat z Ŝoną, drugi brat z Ŝoną i
dziećmi... taka jest właśnie moja rodzina. Lubią być razem. Nie moŜe
pani zapraszać tylu ludzi.
– AleŜ mogę! Przyprowadź ich.
– Naprawdę?
– Mamo, moŜe Johnowi uda się stamtąd wyrwać na kilka minut...
– Nie mów głupstw! Przyprowadź ich wszystkich. I tak będzie tu
połowa miasta. No, moŜe nie połowa, ale znaczna jego część. Twoja
rodzina będzie miała okazję poznać Leigh.
Oboje spojrzeli na nią groźnie.
– O, przepraszam! Nie róbcie takich ponurych min. Po prostu tak mi
się jakoś powiedziało.
– Mogę rzucić okiem na ogród? – zapytał John.
– Oczywiście – zaśmiała się Leigh.
Poprowadziła Johna przez kuchnię na taras i pozwoliła mu się
rozejrzeć.
Potem trzeba było po raz drugi wykąpać i przebrać Mitcha i Ty’a.
Przez cały czas zajęci byli budowaniem zamku na tyłach ogrodu i
okropnie upaćkali się mokrą ziemią. Leigh zabrała się do szorowania
chłopców, przy okazji zdradzając im część sekretu. Było duŜo szeptów i
chichotów.
O wpół do drugiej jedzenie było przygotowane, stoły ukwiecone,
kwartet smyczkowy na miejscu. Jess i Leigh stały na tarasie,
sprawdzając, czy wszystko jest w porządku. Widok był wspaniały.
RóŜowe szarfy powiewały w girlandach róŜ. Długie stoły przyozdobione
zostały egzotycznymi roślinami, srebrna zastawa połyskiwała na bieli
obrusów. Świeciło słońce i było ciepło.
– Pięknie to wygląda, mamo – powiedziała Leigh. – Wspaniała
oprawa dla przyjęcia weselnego.
Jess odwróciła się do córki:
– Kochanie! Mam nadzieję, Ŝe juŜ wybaczyłaś mi intryganctwo.
Nigdy przedtem nie zdarzyło mi się nic takiego i przysięgam, Ŝe więcej
się nie powtórzy.
Leigh ucałowała ją w policzek.
– Wiem. Jestem szczęśliwa, Ŝe nie masz kłopotów z sercem i Ŝe
jestem z tobą. To wspaniałe miejsce dla chłopców.
– Myślałam, Ŝe tak będzie dobrze.
– Byłaś bardzo sprytna.
– Jeśli w czymś przeszkodziłam... jeśli z mojego powodu odłoŜyliście
pewne plany na potem, bo byłam taka...
– Mamo, czy nie umówiłyśmy się, Ŝe nie będziemy wracać do tego
tematu? Zapomnijmy o tym.
– Dobrze, ale czy mogę ci zadać jedno pytanie?
– Tylko jedno.
– Czy to nie ja znalazłam właściwego męŜczyznę dla ciebie i
chłopców?
– Mamusiu...
– Tak?
Leigh uśmiechnęła się.
– Tak, udało ci się. Ale mam nadzieję, Ŝe więcej nie będziesz
próbować. O, spójrz, są juŜ goście! A ja nie jestem gotowa.
– Biegnij, pośpiesz się! Sama ich powitam.
Leigh poszła do domu i wysłała chłopców na dwór.
Jako pierwsze zjawiły się konspiratorki: Abby, Kate i Peg. Później
przybył Tom Meadows z kwiatami dla kaŜdej z wdów i pięknym
bukietem dla Leigh. Następnymi gośćmi byli pastor z Ŝoną i miejscowy
księgarz, radny miejski. John przywiózł całą rodzinę, która ledwie
zmieściła się w trzech samochodach. Wcale tym nie zdziwieni Mitch i Ty
podbiegli i przytulili się do niego. John przedstawił ich swojej rodzinie.
Potem przyjechali właściciele wędlinami, piekarni i sklepu z
upominkami, po nich członkowie Towarzystwa Literackiego i Koła
Przyjaciół KsiąŜki. Około pięćdziesięciu osób stało półkolem ze
szklankami ponczu w rękach, kiedy na schodach tarasu ukazała się
Leigh.
Miała na sobie długą, piękną brzoskwiniową suknię. Jess nie była w
stanie zgadnąć, skąd wzięła się ta kreacja. Długie blond włosy Leigh
spięła klamrą z tyłu głowy.
– Spójrzcie tylko na nią – powiedziała Jess półgłosem, jakby do
siebie.
Tom Meadows odchrząknął.
– Czy jesteś pewna, Ŝe twoje serce to wytrzyma?
I powiedziawszy to poszedł w stronę Leigh, Ŝeby wręczyć jej kwiaty.
John skierował się do altany, gdzie stał jego brat Mikę z małą,
oprawną w skórę ksiąŜeczką w ręku. John szepnął coś muzykom, którzy
w pół taktu urwali lekką melodyjkę i zaczęli grać utwór jakŜe dobrze
wszystkim znany.
Spojrzenia Jess i Leigh skrzyŜowały się. Jess miała usta na pół
otwarte, a Leigh uśmiechała się dc mej promiennie. Przesłała matce ręką
pocałunek, przyjęła bukiet od Toma i wzięła go pod rękę. Tom w takt
„Marsza weselnego” poprowadził ją do altany, gdzie czekali juŜ na nich
John z chłopcami. John nachylił się i szepnął coś synom do ucha, a oni
zaśmiali się i kiwnęli głowami. Wtedy wyszedł na spotkanie Leigh.
Dopiero teraz Jess zaczęło coś świtać w głowie. Jego rodzina, która
tak niespodziewanie się tu zjawiła! Nigdy przedtem nie widziała Johna w
krawacie! Nie miał, oczywiście, na sobie ani smokingu, ani garnituru, ale
włoŜył olśniewająco białą koszulę i krawat dopasowany kolorem do
sukni Leigh. Na chwilę zamarło jej serce. Nie mogła uwierzyć w to, co
się działo.
– Moi drodzy – zaczął Mikę.
Jess zachwiała się z lekka. Obok niej stanęła Peg, z drugiej strony
Kate i Abby. Stały we cztery zaledwie kilka kroków od Leigh, po raz
pierwszy w Ŝyciu niezdolne wykrztusić ani słowa.
– On jest pastorem! – szepnęła Jess. – Nie wierzę własnym oczom.
Po kilku wstępnych zdaniach zwróconych do gości, którzy zebrali się
tu, Ŝeby w obliczu Boga uczestniczyć w ceremonii zaślubin, Mikę
spojrzał ponad głowami młodej pary i zapytał:
– Kto oddaje tę kobietę temu męŜczyźnie za Ŝonę?
Brygada wdów chwyciła się za ręce. Spojrzały po sobie i uśmiechnęły
się poprzez łzy. A potem uniosły złączone ręce do góry i wzruszone
powiedziały:
– My.
Bo tak teŜ było w istocie.
Kiedy wreszcie panna młoda i pan młody przypieczętowali swoją
przysięgę pocałunkiem, rozległy się okrzyki radości. A potem wszyscy
członkowie połączonych rodzin po kolei podchodzili do nich i nie było
końca uściskom. Kieliszki napełniono szampanem, którego Jess nie
zamawiała, i zapanowało ogólne radosne zamieszanie.
– Och, wy, spiskowcy! – powiedziała Jess.
– Mieliśmy dobre nauczycielki – przypomniał John.
– Macie szczęście, Ŝe nie jestem chora na serce.
– A więc masz to, czego chciałaś?
– Tak... oczywiście... ale chciałam to sama zorganizować.
Okazało się, Ŝe poza Jess niewiele osób było zaskoczonych tym, co
się stało, poniewaŜ Leigh obarczyła Toma obowiązkiem poinformowania
wszystkich gości o ślubnej niespodziance. I chociaŜ miano nie wręczać
prezentów, niektórzy wierni tradycji goście udali się do swych
samochodów po przywiezione podarki. Wzniesiono wiele toastów na
cześć nowoŜeńców, aŜ wreszcie głos zabrał John:
– Chciałbym wznieść toast za moją teściową – powiedział.
– Brawo! Brawo! – zawołali wszyscy.
– Mamo, kocham cię.
Jess podniosła swój kieliszek i spełniła toast.
Był późny sobotni wieczór. Dostawcy wszystko juŜ uprzątnęli,
kuchnia lśniła czystością, ucichła muzyka, nawet wdowy udały się juŜ do
siebie. W domu paliło się tylko parę lamp. Jess siedziała, trzymając
chłopców na kolanach.
– Babciu, co to jest miodowy miesiąc?
– To taki czas, kiedy nowy mąŜ z nową Ŝoną wyjeŜdŜają, Ŝeby pobyć
we dwoje z dala od innych i poznać się dobrze. Bez Ŝadnych babć czy
małych chłopców.
– A czy mama znała juŜ przedtem Johna?
– Tak, ale chcą jeszcze pobyć sami, bo bardzo się kochają. A potem
wrócą do nas i zostaną tutaj.
– I John będzie naszym tatusiem?
– I John będzie waszym tatusiem.
– I zabierze nas ze sobą na ryby? I dalej będziemy grać w baseball?
– Tak, oczywiście. I zorganizuje wam jeszcze wiele innych zabaw.
– A co oni tam robią? – zapytał Ty.
– Łowią ryby? – zainteresował się Mitch.
Uścisnęła ich lekko i uśmiechnęła się.
– Nie wiem, czy łowią ryby. Ale pewnie obejmują się i całują. Bawią
się w zakochanych i mówią do siebie: „Bardzo cię kocham.”
– Ojej! – zdziwił się Mitch.
– I będą to robili przez dwa dni? – dopytywał się Ty.
– Co właściwie oznacza słowo „miodowy”? – spytał Mitch.
– Dobrze, Ŝe my nie musieliśmy tam pojechać – stwierdził Ty.
– A po co bawią się w zakochanych?
– Ot tak, Ŝeby się do siebie przyzwyczaić – odparła Jess.
Dzięki temu zostaną przyjaciółmi i będą się kochać przez całe Ŝycie.
To miłe przyzwyczajenie. I czyŜ matka nie wie, co jest najlepsze dla jej
dziecka?