background image

 

1

TRINE ANGELSEN 

 

ŻONA DWÓCH MĘŻÓW 

 

SAGA CÓRKA MORZA XV 

 
Rozdział 1 
 
 

W kuchni zaległa kompletna cisza. W końcu Lina wrzasnęła: 

 

-  Czy  to  prawda?  Jutro  przyjedzie  tutaj  Andreas?  –  zerwała  się  z  krzesełka  tak 

gwałtownie, że z hukiem runęło na podłogę. 
 

- Andreas przyjeżdża! Andreas przyjeżdża! – wyśpiewywała,  a potem odtańczyła na 

kuchennej podłodze najprawdziwszą polkę. – Och, Elizabeth, jakaś ty dobra! Z radości czuję 
mrowienie pod skórą. 
 

- Skąd przyszedł ci do głowy pomysł, żeby zrobić cos takiego? – śmiała się Maria do 

siostry. 
 

Pozostali  domownicy  też  przyglądali  się  Elizabeth  zaskoczeni,  że  posunęła  się  do 

tego, by napisać list do narzeczonego Liny w Kabelvaag i zaprosić go na święta do Dalsrud. 
 

Gospodyni wzruszyła ramionami. 

 

-  A  dlaczego  nie?  Przecież  Andreas  wkrótce  i  tak  się  tutaj  sprowadzi.  Pomyślałam 

sobie,  że  powinniście  mieszkać  we  dworze  aż  do  ślubu,  to  będziecie  mieli  czas  na 
wykończenie  swojego  nowego  domu  i  przygotowanie  wszystkiego.  Możecie  sobie  tam 
chodzić, Andreas będzie miał czas na zrobienie jakichś mebli i w ogóle. 
 

Lina opadła na krzesło. 

 

- W głowie mi się od tego kręci – śmiała się. 

 

- Uważam, że powinniśmy to uczcić kawą i ciastem – oznajmiła Ane. 

 

- No właśnie, tak trzeba zrobić – przytaknęła Elizabeth. – Maria, zajmij się kawą, a ja 

przyniosę ciasto.  
 

Siedzieli  przy  stole  i  gadali  jedno  przez  drugie,  dopiero  krojąc  ciasto,  Elizabeth 

zauważyła, że Kristiana z nimi nie ma. 
 

- A gdzie gospodarz? – spytała Larsa. 

 

- Nie wiem, wspomniał coś o sprawie do załatwienia, a potem już go nie widziałem. 

 

Poczuła, że robi jej się gorąco. Powinien był mieć tyle przyzwoitości, żeby razem ze 

wszystkimi usiąść do stołu, cieszyć się z Liną. Prychnęła gniewnie, układając ciasto na tacy. 
Jeśli dobrze zna swojego męża, to może się domyślać, że jest zirytowany, bo nie poradziła się 
go, wysyłając list z zaproszeniem dla Andreasa. Ale skoro Kristian chce się zachowywać jak 
uparty dzieciak, to proszę bardzo! 
 

Zmusiła się do szerokiego uśmiechu, potem wyszła ze śpiżarni i dołączyła do reszty 

domowników. 
 

- Oto ciasto, zapraszam – powiedziała, stawiając tacę na stole. 

 

- A gdzie tata- Kristian? – spytała Ane zaniepokojona. – Może po niego pójdę? 

 

-  Nie,  siedź  spokojnie.  Pewnie  miał  jakieś  pilne  zajęcie.  Jak  skończy,  to  przyjdzie. 

Maria, co z tą kawą? 
 

Helene  usiadła  obok  Larsa,  a  Elizabeth  spostrzegła,  że  ujęli  się  pod  stołem  za  ręce. 

Przepełniło  ją  radosne  uczucie.  Lina  zasługuje  na  jak  największe  szczęście,  ale  po  tych 
bolesnych doświadczeniach, jakie były niedawno udziałem Helene, to naprawdę wspaniale, że 
i ona spotkała nareszcie mężczyznę, którego będzie mogła pokochać i który odwzajemni jej 
miłość. 

background image

 

2

 

- Jeżeli on ma spać ze mną w izbie czeladnej, to pewnie powinienem tam posprzątać – 

powiedział Lars, częstując się kolejnym kawałkiem ciasta. 
 

-  Nie  –  odparła  Elizabeth.  –  Lina  przygotuje  dla  niego  pokój  gościnny  na  górze. 

Andreas jest naszym gościem. 
 

Służąca wytrzeszczyła oczy. 

 

- Andreas będzie mieszkał w tym pięknym pokoju, który należał do matki Kristiana? 

Elizabeth, to szaleństwo! Pomyślała, co twój mąż na to powie? 
 

- Myślisz, że w ogóle coś powie? – Czyż nie ma w Dalsrud zwyczaju, że goście nocują 

właśnie tam? 
 

Lina odłamała kawałek ciasta. 

 

- No, ale mimo wszystko… 

 

- Tak będzie  tym razem. 

 

Wtrąciła się Maria: 

 

-  A  czy  ktoś  pomyślał  o  prezencie  gwiazdkowym  dla  niego?  Bo  z  tego,  co 

zrozumiałam, spędzi z nami także Wigilię. 
 

Lina podskoczyła. 

 

-  O  Boże,  nie  przyszło  mi  to  do  głowy.  Ale  będzie  wspaniale!  Tylko  nie  szykujcie 

niczego specjalnego. Nie trzeba zachodu. A może byśmy spędzili święta w naszym, nowym 
domu? 
 

-  Słyszeliście,  jakie  głupstwa  wygaduje  ta  dziewczyna?  –  skrzywiła  się  Elizabeth.  – 

Czy nie mówi się o Dalsrud, że ludzie tutaj są bardzo gościnni? dlaczego nagle mielibyśmy to 
zmieniać? 
 

Lina zaczerwieniła się  obracała na spodeczku filiżankę z kawą. 

 

- Ja bym tylko nie chciała przysporzyć ci kłopotów, Elizabeth. Już u tak bardzo dużo 

zrobiłaś. 
 

Elizabeth poklepała ją po dłoni. 

 

- Głuptas z ciebie, Andreas i ty spędzicie święta z nami wszystkimi. A prezenty też się 

znajda. Mamy dopiero piętnasty grudnia, tak czy inaczej zdążymy. 
 

Rozmowa przy stole tłoczyła się dalej. Elizabeth myślała o tacy, która przed kilkoma 

dniami  schowała.  Lina  i  Andreas  dostaną  tę  tace,  kiedy  będą  się  wyprowadzać  do  siebie. 
„Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj” – wypisano na niej złoconymi literami. Ona 
sama  bardzo  ją  lubiła,  zauważyła  jednak,  że  Lina  też.  Ucieszy  się,  kiedy  ją  dostanie, 
pomyślała. Elizabeth zebrała także sporo innych domowych sprzętów i  włożyła je do dużej 
skrzyni. Ane i Maria wyhaftowały dla Lny dwa obrusy. 
 

- Mamo, dlaczego ty tak siedzisz i parzysz przed siebie uśmiechnięta? – spytała Ane. 

 

Elizabeth otrząsnęła się. 

 

- A bo pomyślała, że dzisiaj ty pójdziesz z Marią do obory, 

 

Ane skrzywiła się. 

 

- A ty? 

 

- ja pomogę Linie przygotować pokój dla Andreasa.  

 

-  To  niesprawiedliwe  –  burknęła  Ane,  ale  więcej  nie  protestowała.  Bo  w  gruncie 

rzeczy lubiła pracę w oborze, przy ukochanych zwierzętach. 
 
 

- No, to chyba nieprzyzwoite, inaczej nie można powiedzieć – oznajmiła Lina. 

 

Elizabeth poprawiła jeszcze narzutę na łóżku. 

 

- Co jest nieprzyzwoite? – spytała. 

 

- Że Andreas będzie tu spał z jedwabnymi tapetami i grubym dywanem na podłodze! 

 

Elizabeth wyprostowała się i spytała ze śmiechem: 

 

- Uważasz, że mu to zaszkodzi? 

background image

 

3

 

-  Nie,  nie  to  chciałam  powiedzieć  –  uśmiechnęła  się  Lina.  –  Ja  się  z  tego  strasznie 

cieszę,  Elizabeth.  No  bo  powiesz,  on,  który  mieszka  w  rybackiej  chacie!  I  nie  zna  innego 
ż

ycia! 

 

Elizabeth usiadła na krawędzi łóżka, ostrożnie, żeby nie pognieść narzuty. 

 

- Bardzo mało mi powiedziałaś o Andreasie. Jedyne, co wiemy, to jak się nazywa i że 

mieszka w Kabelvaag. No i dawno temu widzieliśmy jeszcze kawałek fotografii. 
 

Lina poruszyła się. 

 

-  I  niewiele  więcej  jest  do  opowiadania.  Andreas  jest  miły  i  dobry…  ma  niebieskie 

oczy i jasne włosy – dziewczyna przygryzła dolną wargę, jakby nie wiedziała, co mówić. – A 
jutro przyjedzie, to na pewno sam opowie więcej. Mnie się zdaje, że nie byłoby w porządku 
tak gadać o kimś, kogo tu nie ma; to jakby plotkować za plecami, 
 

- Plotkować o czym? 

 

- Ech, o jego życiu. 

 

Elizabeth wstała i pogłaskała służącą po policzku.  

 

Ale jedno jest pewne; dostanie najmilszą na świecie żonę. 

 

Lina zarumieniła się z radości. 

 

- Dziękuję, Elizabeth. Jak pięknie to powiedziałaś! 

 
 

Kiedy  wróciły  na  dół,  gospodarza  nie  zastały.  Elizabeth zajrzała  pospiesznie  do  obu 

izb i kantoru, ale stwierdziła, że Kristiana jak nie było, tak nie ma. Trzeba go znaleźć, zanim 
ludzie zaczną zadawać pytania! Samodziałowa kurtka, czapka i rękawice męża też zniknęły, 
zauważyła, władając okrycie. Z kuchni docierały rozmowy i śmiech. Dziewczyny cieszą się z 
powodu  jutrzejszej  wizyty,  pomyślała.  Choć  najbardziej  podniecona  jest  Lina,  to  wszyscy 
chętnie spotkają kogoś nowego. Zwłaszcza Andreasa, o którym tyle słyszeli. 
 

Położyła  rękę  na  brzuchu.  Wyraźnie  wyczuwała  już  maleńkie  wzniesienie.  Ale 

pozostało jeszcze pół roku do czasu, kiedy maleństwo ujrzy dzienne światło. Sześć długich 
miesięcy czekania. Uśmiechnęła się i zawzięła chusteczkę pod brodą. czas szybko przeleci. I 
zresztą,  co  to  jest  sześć  miesięcy  wobec  długich  lat  nadziei  i  tęsknoty  za  jeszcze  jednym 
dzieckiem. 
 
 

Na dworze zaczynało zmierzchać. Mimo to Elizabeth nie wzięła latarki. Przecież zna 

w  tym  obejściu  każdy  zakątek,  a  światło  niepotrzebnie  zwracałoby  uwagę.  Nie  chciała 
ż

adnych nieprzyjemnych pytań ze strony służby, dlatego wolała iść w ciemnościach. 

 

Stanęła przy ścianie śpichlerza i nasłuchiwała. Panowała jednak kompletna cisza. Taka 

gęsta, wyjątkowa cisza, jaka bywa tylko zimną, kiedy spanie dużo śniegu. 
 

Wzrok  gospodyni  zatrzymał  się  przy  szopie  na  łodzie.  Zdecydowanym  gestem  ujęła 

spódnicę tak, aby skraj się nie zamoczył w śniegu, i ruszyła ścieżką w dół. 
 

Kristian siedział na stołku i reperował sieci. Obok, na beczce, stała latarka, rzucając 

delikatne żółte światło na ręce i kolana mężczyzny. 
 

- A, tutaj siedzisz? – Elizabeth weszła, zamykając za sobą drzwi na haczyk. 

 

- Na to wygląda – odparł, nie podnosząc wzroku. 

 

-  Czy  ty  się  nie  wstydzisz?  –  spytała.  Nie  to  sobie  zaplanowała.  Miała  być  miła, 

wychodzić mu naprzeciw, ale złość przeważyła i Elizabeth nie panowała nad słowami. 
 

-  Dlaczego  miałbym  się  wstydzić.  –s  pytał.  Odciął  zawiązaną  nić,  wyjął  kolejną. 

Pracował szybko, tak jak Elizabeth, kiedy tka lub robi na drutach. 
 

Z rozmysłem udawał, że nie rozumie, Elizabeth była tego pewna. Nie wątpiła, że chce 

ją rozdrażnić. 
 

- Dlaczego sobie poszedłeś, nic nikomu nie mówiąc? 

 

- Mam robotę, która nie może czekać. 

 

Elizabeth nie mogła się z tym pogodzić. 

background image

 

4

 

- Wszyscy uważają, że zachowałeś się co najmniej dziwnie, Kristian. Pytali, dlaczego 

tak wybiegłeś, jakbyś nie mógł ścierpieć, ze ma do nas przyjechać ten narzeczony Liny. 
 

To akurat nie była prawda, miała jednak nadzieję, że w ten sposób zmusi do jakiejś 

reakcji. 
 

Zauważyła,  że  na  moment  zesztywniał.  Ogarnęły  ją  wyrzuty  sumienia  i  mało 

brakowało, a byłaby się wycofała, ale zacisnęła wargi, nie powiedziała nic więcej.  
 

- I co ty im powiedziałaś? 

 

- A co miałam powiedzieć. Żeby ciebie pytali. 

 

Kristian pracował nadal. Elizabeth widziała, że zbliża się do końca, ale zwleka z tym. I 

chyba nie wiedział, co zrobi, jeśli ona wciąż będzie nad nim stała. 
 

-  Ale  jeśli  ty  mi  odpowiesz,  to  mogłabym  przekazać  wiadomość  dalej  –  rzekła, 

krzyżując ręce na piersi.  
 

- Tylko że ja wcale nie uważam, żebym był komukolwiek winien jakieś wyjaśnienia. 

 

-  No  pewnie.  W  takim  razie  siedź  tu  sobie  naburmuszony  jak  jakiś  rozpieszczony 

dzieciak  –  powiedziała  i  ruszyła  ku  drzwiom.  Haczyk  się  zaciął  i  musiała  się  z  nim  przez 
chwilę mocować. 
 

-  Nie  powinnaś  była  robić  czegoś  takiego  bez  naradzenia  się  ze  mną  –  burknął 

Kristian. 
 

Coś w jego głosie sprawiło, że się odwróciła. Robił wrażenie naprawdę zmartwionego. 

Wpatrywała  się  w  męża  poprzez  mrok.  Było  bardzo  cicho.  Słyszała  tylko  chlupot  fal, 
rozbijających się na oblodzonych kamieniach. 
 

- A to dlaczego? 

 

Zwlekał z odpowiedzią. Tak długo, że nagle ogarnął ją niepokój. 

 

- Czasem lepiej się tak nie spieszyć. To się może opłacić – rzekł w końcu. 

 

- Czy robiłoby jakąś różnicę, gdybym najpierw ci powiedziała, jaki mam zamiar? 

 

- Nie wiem. 

 

Nareszcie udało jej się otworzyć haczyk. 

 

- Niedługo kolacja. 

 

Potem wyszła, nie mówiąc nic więcej. Kristian długo siedział i patrzył w ślad za nią. 

Wreszcie pochylił głowę i ciężko westchnął. W chwilę później wstał i poszedł za żoną. 
 

W czasie posiłku  zachowywał się normalnie, żartował z Ane, rozmawiał z Larsem o 

łowieniu ryb. I tylko Elizabeth wiedziała, że nie wszystko jest jak powinno. Dostrzegała to w 
jego  wzroku.  Pociemniałym,  zwróconym  do  wewnątrz,  jakby  Kristian  pogrążony  był  w 
głębokich myślach. 
 
 

Tego wieczora długo znajdowała sobie jakieś zajęcia w kuchni w końcu została sama, 

bo  wszyscy  poszli  już  spać.  Dla  pewności  wstąpiła  jeszcze  do  izby  tkackiej  i  popracowała 
trochę.  Wreszcie  uznała,  że  teraz  to  Kristian  już  na  pewno  śpi.  Wyjęła  z  koszyka  kłębek 
włóczki u ściskała go mocno, potem odłożyła na miejsce i podeszła do okna. U dołu szyby 
utworzyła  się  cieniutka  warstwa  lodu.  Elizabeth  poczuła,  że  marznie.  Trudno,  trzeba  iść  do 
łóżka. 
 

Jutro mamy gościa, myślała. Muszę być wypoczęta, nie mogę chodzić z workami pod 

oczyma. To zwyczajnie nie wypada. 
 

Po  ciemku  zdjęła  z  siebie  ubranie  i  niemal  bezszelestnie  położyła  się  na  swojej 

połowie łóżka. Oddychała ostrożnie, przez nos, żeby nie obudzić Kristiana. Akurat teraz nie 
miała ochoty na rozmowę. Nie chciała się więcej kłócić o to, dlaczego nie przyszła do niego 
po  poradę,  zanim  napisała  ten  list.  I  tak  zniszczył.  Przynajmniej  częściowo,  radość  z 
niespodzianki, jaką przygotowała dla Liny, i to ją złościło. 
 

- Dlaczego kładziesz się tak późno? 

 

Elizabeth drgnęła. Była przekonana, że mąż śpi. 

background image

 

5

 

- Ja… - bąknęła. Musiała odchrząknąć. – Ja miałam robotę, która nie mogła czekać – 

powiedziała i zdała sobie sprawę, że posługuje się tą samą wymówką, co on. 
 

- Takie to było ważne, że nie mogło poczekać do jutra? – przysunął się bliżej. 

 

- Nie. a zresztą jakie to ma znaczenie? 

 

Objął  ją  mocno  w  pasie,  drugą  rękę  położył  na  brzuchu.  Z  czułością,  jakby  on 

ochraniał. 
 

- Przepraszam, Elizabeth. 

 

Nie wiedziała, co powiedzieć, więc milczała. 

 

Kristian mówił dalej: 

 

- Nadal jesteś na mnie zła? 

 

Odwróciła się do niego. 

 

-  Nie,  Kristian.  Nie  jestem  na  ciebie  zła  –  zmoknęła  go  lekko  w  policzek.  Poczuła 

ukłucie twardego zarostu. – Jutro musisz się ogolić – rzekła. 
 

- Czy ty zawsze będziesz moja, Elizabeth? 

 

- Oczywiście, że będę. 

 

- Niezależnie od tego, co się stanie? 

 

- Co ty za głupstwa wygadujesz? – roześmiała się dobrodusznie, przysuwając się do 

niego. 
 

- Naprawdę chcę to wiedzieć! Mówię poważnie. 

 

- Ja też mówię poważnie: Gadasz głupstwa. 

 

- Ja i to maleństwo zawsze będziemy przy tobie. 

I  Maria,  i  Ane  też.  I  wszyscy  inni.  –  Zachichotała,  słysząc  jak  dziecinne  brzmią  te  jej 
wyznania. W taki sposób mówiła do dziewczynek, kiedy jeszcze były małe. 
 

Ale nagle zdała sobie sprawę, że on nadal jest poważny, po chwili westchnął i objął ją 

mocno. 
 

- Moja Elizabeth – szeptał, nagryzając jej ucho. 

 

Odchyliła głowę i przyjmowała pocałunki, którymi obsypywał jej szyję i ramiona, w 

końcu  wargi  pochwyciły  brodawkę  piersi.  Elizabeth  przeniknął  słodki  dreszcz,  jęknęła 
cichutko.  Równocześnie  poczuła  jego  rękę  na  brzuchu,  potem  na  biodrze  i  na  udach.  Była 
gotowa,  zanim  poczuła  w  sobie  jego  palce.  Zadrżała,  kiedy  dotarł  do  punktu,  z  którego 
płynęła największa rozkosz. Wpiła dłonie we włosy męża, tuliła się do jego ciała i rozsuwała 
uda. 
 

- Chodź – szepnęła spazmatycznie, unosząc w górę biodra. 

 

- Z drugiej strony – nakazał, przewracając ją na brzuch. – Na kolana! 

 

Oszołomiona  i  lekko  zawstydzona,  zrobiła,  co  chciał.  Poczuła,  że  w  nią  wchodzi. 

Najpierw  bardzo  wolno,  ostrożnie,  ale  potem  zaczął  przyspieszać  i  wkrótce  ogarnęło  ją 
wrażenie, że oboje opadają w dół, w mroczną otchłań. 
 

Kiedy  w  jakiś  czas  potem  leżeli  mocno  do  siebie  przytuleni,  szczęśliwi,  rozgrzani  i 

spoceni, szepnęła mu do ucha: 
 

- Zawsze będę twoja, Kristian. Zawsze! 

 
Rozdział 2 
 
 

Jeszcze  na  schodach  Elizabeth  słyszała,  że  Lina  śpiewa.  Zatrzymała  się  i  słuchała. 

Piosenka  opowiadała    nieszczęśliwej  miłości  –  dziewczyna,  po  długiej  i  ciężkiej  chorobie, 
umiera w ramionach ukochanego. 
 

-  Opuściłaś  mniee,  odeszłaś  do  Pana,  ale  kiedyś  spotkamy  sieje,  moja  ukochana  – 

wyśpiewywała Lina przejmującym głosem. Elizabeth ze śmiechu łzy spływały po policzkach. 
Nigdy jeszcze nie słyszała, żeby ktoś aż tak fałszował. Ale też nigdy przedtem nie słyszałam, 
jak Lina śpiewa, pomyślała. I, jak się okazuje, dzięki Bogu, że nie słyszałam. 

background image

 

6

 

-  Widzę,  że  humor  to  ci  naprawdę  dzisiaj  dopisuje  –  powiedziała  z  uśmiechem, 

wchodząc do kuchni. 
 

- O tak! Jestem taka szczęśliwa, że Andreas przyjedzie dziś wieczorem i że niedługo 

Boże  Narodzenie!  Pomyśl,  dzisiaj  mamy  szesnastego  grudnia!  To  już  naprawdę  niedługo. 
Tyle jakoś wytrzymamy. 
 

- Ale ja nie wytrzymam, jeśli nadal będziesz tak okropnie śpiewać – westchnęła Ane 

teatralnie, przewracając oczami. 
 

Elizabeth  tłumiła  śmiech.  Wiedziała,  że  powinna  skarcić  córkę,  ale  służąca  ją 

uprzedziła. 
 

-  Bezczelny  bachor!  –  prychnęła  Lina,  wymachując  chochlą.  Ale  odpowiedziała  jej 

salwa śmiechu, więc sama też musiała się roześmiać. 
 

Elizabeth  i  Helene  zaczęły  nakrywać  do  stołu.  Przyszedł  Lars,  a  wkrótce  po  nim 

Kristian. wszyscy usidli, odmówili krótką modlitwę i zaczęli jeść poranną kaszę. 
 

- Jesteś dzisiaj zmęczony? – spytała Helene, przyglądając się Kristianowi. 

 

-  Nie…  Chociaż  tak,  trochę  –  odparł  z  przelotnym  uśmiechem  i  znowu  pochylił  się 

nad talerzem. 
 

Elizabeth stwierdziła, że mąż istotnie wygląda na zmęczonego, i to chyba nie tylko z 

powody ich wczorajszych pieszczot, które przeciągnęły się do późna w noc. Widziała, że coś 
go  gnębi,  ale  przy  wszystkich  pytać  nie  mogła.  Jeśli  to  coś  ważnego,  z  pewnością  sam  jej 
opowie we właściwym czasie. 
 

- Jak ty będziesz w oborze, Lina to ja ci w pralni nagrzeję wody do kąpieli. I pomogę 

ci umyć włosy, jakbyś chciała. 
 

- Mogłabym? Tak w środku tygodnia? 

 

- A nie spodziewasz się czasem wizyty narzeczonego? 

 

Lina zarumieniła się i spuściła wzrok. 

 

- I przez resztę dnia będziesz pracować w domu, żeby ci włosy znowu nie przesiąkły 

zapachem obory. 
 

- Och, dziękuję! 

 

-  Dobrze,  dobrze,  nie  spiesz  się  z  podziękowaniami.  Mam  długą  listę  rzeczy,  które 

powinny zostać zrobione. Nie będziesz się nudzić, mogę cię zapewnić. 
 

Lina roześmiała się po prostu bez słowa i zjadła kaszę w rekordowym tempie. 

 
 

Ś

nieg skrzypiał pod podeszwami, kiedy wracała znad rzeki. Skraj sukni ociekał wodą i 

uderzał  rytmicznie  po  nogach.  Nosidła  uwierały  w  kark.  Ucieszyła  się,  widząc,  że  Kristian 
idzie jej na spotkanie. 
 

- Pomogę ci z tą wodą. Nie możesz się tak przemęczać, moja kochana. 

 

Zdyszana, nie była w stanie mu odpowiedzieć, skinęła tylko głową i poszła przed nim 

do  pralni.  Tam  przysiadła  na  ławeczce  pod  ścianą,  żeby  chwilę  odpocząć,  masowała 
zdrętwiały kark i ramiona. Po chwili przyszedł Kristian i przelał wodę z wiader do kociołka.
 

- Posiedź tu sobie i odpocznij, ja nanoszę ile trzeba – oznajmił i pospiesznie wyszedł, 

zamykając starannie drzwi. 
 

Bardzo dobrze, pomyślała Elizabeth. Nie wolno wypuszczać drogocennego ciepła. 

 

Kristian,  kiedy  skończył,  miał  wilgotne  od  potu  włosy  i  musiał  rozpiąć  koszulę  pod 

szyją. 
 

- No to chyba ci tej wody starczy – powiedział, dostałabym skrzywienia kręgosłupa i 

ręce wydłużyłyby mi się do ziemi – cmoknęła go lekko w usta i objęła czule w pasie. – Taki 
byłeś milczący dzisiaj przy stole – powiedziała, patrząc mu w oczy. 
 

Kristian zwilżył wargi i przytulił żonę. 

 

- Tak, ja… jest coś, o czym powinienem był powiedzieć ci już dawno temu, ale… 

 

- Naprawdę? Mówisz jakoś tak poważnie. 

background image

 

7

 

- Bo widzisz, złożyło się tak, że… 

 

W tym momencie drzwi się otworzyły i roześmiana Lina zajrzała do środka. 

 

- Już skończyłam w oborze. Oj, czy ja nie przeszkadzam? Zaraz uciekam, nie chciałam 

tak wpadać, bez pukania. 
 

-  Chodź,  chodź,  Lina,  ja  tylko  pomagałem  Elizabeth  przy  noszeniu  wody.  –  Rzucił 

ż

onie przeciągłe spojrzenie, zanim wyszedł. Drzwi zamknęły się z hałasem. 

 

Lina wyglądała na zawstydzoną, ale Elizabeth udawała, że tego nie widzi. 

 

- Przyniosłam ci pachnące mydło – powiedziała łagodnie. – Wejdź do balii, to pomogę 

ci z włosami. 
 

Służąca  pospiesznie  zrzuciła  ubranie,  ułożyła  je  staranie  na  ławie  i  zanurzyła  się  w 

kąpieli. 
 

- O rany boskie, jaka gorąca woda! – jęknęła. – To zwyczajna rozrzutność! – jęczała, 

ś

miejąc się zadowolona. 

 

Elizabeth polała wodą jej rudoblond włosy i zaczęła je delikatnymi ruchami namydlać. 

 

- Czas najwyższy, żebyś zaczęła więcej jeść – powiedziała. – Kręgosłup sterczy ci pod 

skórą. 
 

Lina roześmiała się w odpowiedzi. 

 

-  Jem  i  jem  bez  końca,  ale  grubsza  się  nie  robię.  Moja  mama  też  jest  taka  chuda, 

myślę, że to u nas rodzinne. – Wzięła myjkę i zaczęła nacierać ręce i kark. – Myślisz, że będę 
miała z tego powodu kłopoty przy porodzie? 
 

- Nie, dlaczego? Tusza nie ma z tym nic wspólnego. A chciałabyś mieć dzieci? 

 

-  O  tak,  całą  gromadkę.  A  przynajmniej  czworo.  Po  dwoje  każdej  płci.  Ale  tak 

naprawdę to jest mi wszystko jedno, co się urodzi. Każde dziecko jest darem od Boga; byleby 
tylko  były  zdrowe,  to  sowa  nie  pisnę.  Czy  ty  masz  jakieś  drugie  imię,  Elizabeth?  Bo  ja 
strasznie bym chciała dać jednemu z moich dzieci imię po tobie. 
 

- Nie mam, niestety. I bardzo dobrze, bo jak by mi nadali tak jak to jest w zwyczaju, 

po babce, to bym była Kentura. Na szczęście mamie się to nie podobało. 
 

Dziewczyna zachichotała. 

 

- Trudno się dziwić. Może pierwsze dziecko powinniśmy ochrzcić po Andreasie. Co 

byś powiedziała na dziewczynkę o imieniu Andrea? Czy to nie za bardzo podobne do imienia 
ojca? 
 

-  Przechyl  głowę  w  tył.  Będę  spłukiwać  mydło  nie  zamykały.  Elizabeth  szumiało w 

głowie, kiedy upomniała się surowo: 
 

-  Tylko  nie  wychodź  na  dwór  z  mokrymi  włosami.  Powiem  Laroswi,  żeby  wyniósł 

brudną wodę. 
 

Tego dnia Lina miała więcej niż dość prac domowych. Elizabeth przyniosła ze strychu 

wieki stos suchej bielizny i złożyła jej w objęcia. 
 

-  Przejrzyj  wszystkie  koszule  Kristiana,  zanim  zaczniesz  prasować  –  powiedziała.  – 

Sprawdź,  czy  kołnierzyki  i  mankiety  są  białe  jak  trzeba  i  nie  poprzecierane.  Gdyby  tak,  to 
trzeba je przeszyć na drugą stronę, przynajmniej w tych wyjściowych. I w ogóle obejrzyj, czy 
czegoś nie trzeba pocerować. 
 

Lina roześmiała się. 

 

-  Nie  musisz  mi  tak  dokładnie  tłumaczyć,  nie  robię  tego  pierwszy  raz.  –  Przyniosła 

stojące na piecu żelazko i sprawdziła wilgotnym palcem czy jest dostatecznie gorące. 
 

Elizabeth  obserwowała  dziewczynę,  patrzyła  jak  na  próbę  przesuwa  żelazko  po 

specjalnej szmatce, zanim przyłoży je do koszuli. Bystre ma służące, pomyślała. Złego słowa 
powiedzieć nie można. 
 

- Mam wielką ochotę na nowy piec kuchenny – westchnęła. – Słyszałaś, Lina o tych 

nowych wynalazkach? Piec jest czarny, z żelaza, na płycie ma fajerki, ogień pali się w środku, 
w zamknięciu. Słyszałam, że mniej brudzi i daje więcej ciepła. A jedzenie na nim gotuje się w 

background image

 

8

mig.  Muszę  porozmawiać  z  Kristianem,  powiem  mu,  że  na  wiosnę  powinniśmy  sobie  taki 
sobie kupić. Uznała, że decyzja jest rozsądna i zadowolona pokiwała głową. 
 

Wyjrzała  przez  okno  i  zobaczyła  Marię,  biegnącą  do  małego  domku.  Dziewczynka 

otulała  się  szczelnie  chustką.  Czy  coś  mi  się  przywidziało,  czy  też  siostra  robi  ostatnio 
wrażenie  przygnębionej?  Może  martwi  ją  to,  że  Olav  żeni  się  z  Elen?  Będę  musiała  przy 
okazji, porozmawiać z nią, pomyślała. 
 

- Ale piękna muzyka – westchnęła Lina. 

 

-  Gdzie?  –  Elizabeth  skupiła  się  i  zaczęła  słuchać.  muzyka  dobiegała  z  salonu. 

Podkradła się na palcach do drzwi, uchyliła je leciutko i przystanęła na zewnątrz. 
 

Ane siedziała. Szczuplutka i wyprostowana, przy fortepianie, a palce zwinnie biegały 

po  klawiaturze.  Kristian stał  za  nią,  odwrócony  plecami  do  drzwi, żadne  nie  zauważyło,  że 
mają słuchacza. 
 

Muzyka  sprawiała,  że  Elizabeth  zaczęła  sobie  wyobrażać  rozgrzane  w  słońcu 

kamienie,  delikatny  letni  wietrzyk,  spokojny,  gładki  niczym  lustro  fiord  i  kwitnącą  różową 
wierzbówkę. 
 

- Dobrze zagrałam? – spytała Ane, zwracając się do Kristiana. 

 

Elizabeth ocknęła się i zaczęła klaskać. 

 

- To najpiękniejszy kawałek jaki kiedykolwiek słyszałam. Jak ty się tego nauczyłaś? 

 

- Od Kristiana. Ćwiczyłam przeważnie, jak nikogo nie było w domu. A wiesz, jak się 

ten utwór nazywa? Dla Elizy. To prawie tak, jakby się nazywał Dla Ane- Elise, no nie? – Ane 
ś

miała się szczerze. Napisał go jeden pan o nazwisku Ludwig Beethoven. I wyobraź sobie, że 

miał tylko trzynaście lat, kiedy napisał pierwszą… Jak to się nazywało? – mała spojrzała na 
Kristiana. 
 

- Sonata. Pierwszą sonatę. 

 

- Sonata? Dla mnie brzmi jak nazwa jakiejś choroby – roześmiała się Elizabeth. 

 

- Choroby, no wiesz co! Tak ci się wydaje, bo się na tym nie znasz – prychnęła Ane i 

wzięła znowu parę tonów. 
 

- To co będziemy ćwiczyć teraz? 

 

- Zagraj jeszcze raz to samo. Nigdy nie zaszkodzi zrobić coś jeszcze lepiej. 

 

Elizabeth wycofała się cicho. O tak, to piękna muzyka, nie ulega wątpliwości, a córka 

jest z pewnością zdolna. Czasem tylko martwiła się, że Ane tak mało interesują robótki ręczne 
i prowadzenie domu. Nie lubi robić na drutach, ubojów i absolutnym ekspertem jeśli chodzi o 
unikanie prania. Elizabeth westchnęła. Co wyrośnie z tej dziewczyny? Nie żeby  nie umiała 
tych  wszystkich  rzeczy,  ale  najtrudniej  nakłonić  ją,  żeby  zaczęła.  Potem  już  idzie  dobrze, 
trzeba tylko pokonać początkową niechęć. Ale przecież nie można żyć z gry na fortepianie, 
wielu tak mówi. 
 

Maria wróciła, trzęsąc się z zimna i trzasnęła drzwi. 

 

- Rany boskie, ale ziąb – otrząsała się, wieszając chustkę na haku. 

 

-  Muszę  z  tobą  porozmawiać  –  powiedziała  Elizabeth,  ale  zaraz  tego  pożałowała. 

Może to nie jest właściwy moment? Było jednak za późno. 
 

- Tak? – Maria spoglądała na siostrę pytająco. 

 

- Chodź. – Elizabeth usiadła na schodach i wskazała siostrze miejsce obok siebie. – 

Nie bardzo wiem, jak zacząć, Maryjko… Chodzi o to, że Olav się żeni z Elen… Czy ciebie to 
martwi? 
 

Maria wyskubała jakąś nitkę ze swetra. Potem drugą. Próbowała je związać tak, żeby 

oczka nie poleciały, ale nie bardzo jej się to udawało. 
 

- Tak, trochę. 

 

- Tylko trochę? Żeby to o mnie chodziło, to bym się zalewała łzami z rozpaczy. 

 

Maria roześmiała się niemal bezgłośnie. 

background image

 

9

 

- Niełatwo mi będzie patrzeć, jak on się żeni z inną, ale przecież nie mogę decydować, 

w kim kto ma się zakochać. A skoro on już wybrał inną, nie mnie, to ja się cieszę, że padło na 
Elen. 
 

Elizabeth musiała przyjrzeć się jej uważniej. 

 

- Naprawdę tak myślisz? 

 

- Tak. Bo ja lubię go tak bardzo, że życzę mu wszystkiego najlepszego. A myślę, że z 

Elen będzie szczęśliwy. 
 

- To bardzo wielkoduszne z twojej strony – stwierdziła Elizabeth, czując dławienie w 

gardle. Mrugała pospiesznie, żeby powstrzymać łzy. – Gdybym ja była taka, nie musiałabym 
się tak bardzo zmagać ze światem, to pewne. 
 

-  No  nie  myśl  sobie,  ja  te  też  miewałam  brzydkie  myśli,  zanim  doszłam  do  tego 

ostatniego  przekonania  –  wyznała  Maria  szczerze.  Potem  wstała.  –  I  nie  martw  się  o  mnie, 
Elizabeth. Dam sobie radę. 
 

Elizabeth  kiwnęła  głową  i  nie  zatrzymywała  siostry.  Owszem,  Maria  da  sobie  radę. 

Ale trzeba czasu, żeby przejść przez taki ból. Wiedziała o tym z doświadczenia. 
 

 

 

Zimowy zmierzch powoli zapadał nad dworem, zbliżała się pora kolacji, Maria, Ane i 

Helene zaczynały nakrywać do stołu, kiedy do kuchni wpadła Lina z takim impetem, że bryły 
ś

niegu spod jej drewniaków rozleciały się po podłodze niczym białe myszy. Pościągała przy 

okazji  szmaciane  chodniki,  Helene  musiała  je  poprawiać,  Lina  jednak  niczego  nawet  nie 
zauważyła. 
 

- Myślę, że teraz to już naprawdę jadą – wykrztusiła zdyszana. – Co tam, jestem tego 

pewna. To znaczy, widziałam łódź. Wybiegła za drzwi, ale zaraz wróciła. – No, nie stójcie tak 
wszyscy. Musicie też iść i… - Nie kończąc zdania, pobiegła. 
 

- To chyba ja powinnam iść na brzeg i witać gościa – rzekła Elizabeth ze śmiechem. – 

Ale wy zaczekajcie w domu. Moim zdanie, jest za zimno. 
 

Pokręciła  się  w  sieni,  zaczęła  wkładać  ciepłe  okrycie.  Kristian  wyszedł  z  kantorka  i 

obserwował  żonę  –  niechętnie,  jakby  miał  ochotę  wrócić  tam,  skąd  przyszedł,  pomyślała 
Elizabeth. Twarz miał białą, wyglądał jak chory. A może coś wypił – zastanawiała się. 
 

- Chodź – powiedziała, podając mu rękę. – Pójdziemy razem powitać naszego gościa. 

Dla Liny tak wiele to znaczy. 
 

Skinął głową, włożył okrycie i wyszedł za żoną. Każde miało swoją latarkę, trzymali 

je wysoko, żeby lepiej oświetlić drogę. Na wzniesieniu Elizabeth przystanęła. 
 

- Pozwól, żeby Lina jako pierwsza przywitała Andreasa – powiedziała. – Obyczaj każe 

co  prawda,  żeby  pierwszymi  byli  gospodarze,  ale  nic  się  nie  stanie,  jak  zrobimy  trochę 
inaczej. 
 

Poczuła,  że  mąż  zaciska  rękę  na  jej  ramieniu  i  popatrzyła  na  niego  z  usmieche,. 

Powiedział coś, czego nie dosłyszała, jej uwagę przykuły głosy z nadbrzeża. 
 

- No to już wylądowali – stwierdziła. – Chodźmy, trzeba ich przyjąć. 

 

-  O,  jak  dobrze  widzieć  cię  znowu,  Andreas  –  dotarły  do  nich  słowa  Liny.  I  w 

następnym zdaniu: - Ale dlaczego zgoliłeś brodę? 
 

Gość  mruknął  coś  w  odpowiedzi,  ujął  dłoń  dziewczyny,  ale  patrzył  gdzieś  w  dal, 

ponad jej głową. 
 

Elizabeth szła tuż za Kristianem, wyciągnęła rękę. 

 

- Witaj w Dalsrud.  

 

Nagle  zaczęła  rozpaczliwie  chwytać  powietrze,  przyciskała  dłonie  do  serca.  To  nie 

może być… spojrzała ponownie. Ileż to razy śniła ten sen… marzyła, że on wróci? Tak, to 
musi być kolejny sen… 

background image

 

10

 

-  Jens  –  wyszeptała  ledwie  dosłyszalnie  i  mrugając,  przyglądała  się  przybyszowi. 

Zdała sobie sprawę, że on też się w nią wpatruje, jakoś dziwnie, ale że się nie uśmiecha. A 
przecież w jej snach zawsze się uśmiechał. 
 

- Jens… - chciała powiedzieć o wiele więcej, ale z jej gardła wydobywał się jedynie 

pisk, który ją dławił, nie chciał przemienić się w słowa. 
 

Nagle ziemia zaczęła się pod nią uginać, rozpaczliwie, po omacku, szukała jakiegoś 

oparcia, a potem wszystko pogrążyło się w mroku. 
 
Rozdział 3 
 
 

Elizabeth  miała  wrażenie,  że  unosi  się  na  fali.  Że  pochwyciła  ją  rozkołysana  woda, 

podrzuca, ją, obraca, pieści… Poprzez mroczną mgłę znowu przedzierały się głosy. 
 

-  Elizabeth,  Elizabeth,  słyszysz  mnie?  –  To  Kristian,  ale  ona  nie  była  w  stanie 

otworzyć  oczu.  Nie  chciała.  Coś  ją  powstrzymywało,  coś  mówiło,  że  najlepiej  będzie  dalej 
spać. Sen – teraz go sobie przypomniała. W tym śnie wydawało jej się, że Jens wrócił i stoi 
przed nią. 
 

I wtedy usłyszała, że Lina krzyczy łamiącym się głosem: 

 

- Dlaczego nic mi wcześniej nie powiedziałeś? 

 

Jakiś mężczyzna coś tłumaczył i Elizabeth natychmiast rozpoznała głos. Jens! A więc 

on wrócił, ten, który tam stoi, żywy człowiek. To Jens. Jej mąż. I ojciec Ane. 
 

Z  wolna  zaczęła  otwierać  oczy.  Jens  pochylał  się  nad  nią.  A  przy  nim  Kristian. 

kawałek dalej stała Lina z oczyma pełnymi łez. 
 

- Jens – wyszeptała. – To ty? 

 

Mężczyzna skinął głową. 

 

- Żyjesz, czy to tylko sen? 

 

- Żyję! 

 

Chciała  się  podnieść,  ale  nagle  straszny  ból  przeszył  jej  ciało.  Chyba  krzyknęła,  bo 

Kristian chwycił ją wpół i mocni trzymał. 
 

- Co się dzieje, Elizabeth? Masz bóle? 

 

W odpowiedzi jęknęła ochryple, bo fala bólu wróciła ze zdwoją siłą. Potem kolejna. 

 

- Gdzie cię boli? – pytał. 

 

- W… w Bruchu. O Boże, ratuj mnie, chyba tracę… 

 

Jens ukląkł przy niej, ale wzrok wciąż wbijał w Kristiana. 

 

- Czy ona jest w ciąży? – głos brzmiał nieprzyjemnie. 

 

Kristian  przytaknął.  Kurtkę  miał  rozpięta  przy  szyi,  Elizabeth  zauważyła,  że  jabłko 

Adama porusza się, kiedy mąż przełyka ślinę. 
 

- W takim razie zanieś ją do domu. Natychmiast! 

 

Kristian wziął żonę na ręce,  a ona zarzuciła mu  ramiona na szyję.  Kiedy chwycił ją 

kolejny  ból,  ukryła  twarz  w  samodziałowej  kurtce.  Tuliła  się  do  wełnianej  tkaniny,  która 
tłumiła krzyk. 
 

Miała  wrażenie,  ze  otworzył  drzwi  kopniakiem,  ale  nie  była  pewna,  jego  wołanie 

wypełniło wszystkie pomieszczenia: 
 

- Chodźcie, pomóżcie mi! Elizabeth poroniło! Szykujcie gorącą wodę i co tam trzeba, 

byle szybko! 
 

Elizabeth słyszała stukot drewniaków i głos biegnącej Helene: 

 

-  Zanieś  ją  na  górę,  ja  zaraz  przyjdę.  Lina,  nastawiaj  wodę!  Nie  stój  tu  i  nie  becz, 

dziewczyno!  Maria,  leć  po  świeżą  bieliznę  pościelową.  Słowa  sypały  się  na  głowy 
oniemiałych domowników niczym grad. 
 

Kristian położył Elizabeth na łóżku, a ona ciężko opadła na poduszki. 

background image

 

11

 

-  Nie  odchodź  –  prosiła.  –  Zostań  przy  mnie.  Ja  mogę  stracić  nasze  dziecko  – 

szlochała boleśnie, chwytając kołnierz jego kurtki. – Nie mogę stracić dziecka, na które tak 
długo czekałam. Pomóż mi! Boże zmiłuj się nade mną… 
 

Kristian otworzył zaciśnięte pięści i głaskał ją po włosach. 

 

- Uspokój się, Elizabeth, moja kochana. Wszystko się ułoży. No już, już… 

 

Poczuła  strumień  ciepłej  wilgoci  między  udam,  stanęła  przy  niej  Helene,  a  Kristian 

wlno wycofywał się w stronę drzwi. Bąknął jeszcze coś o doktorze i zniknął. 
 

Helene  nie  traciła  czasu  na  gadanie,  ściągnęła  z  leżącej  spódnice  i  rozpięła  bluzkę, 

ż

eby jej było lżej oddychać. 

 

Elizabeth nie zauważyła, co się wokół niej dzieje. 

Myśli  były  niczym  wzburzone  morze,  ból  bezlitosnymi  szponami  szarpał  brzuch  i  krzyż. 
Przypomniał skurcze, kiedy rodziła Ane, i to ją śmiertelnie przerażało. Krzyczała z bólu i ze 
strachu. Bluźniła przeciw Bogu, ze mógł jej coś takiego zrobić i szarpała się z Helene, kiedy 
ta chciała ją przytrzymać w pozycji leżącej. Ledwie odnotowała, że weszła Maria z miednicą i 
czystą bielizną pościelową. Nie widziała poszarzałej twarzy siostry, zbierającej zakrwawione 
prześcieradła. 
 

Czas  przestał  istnieć,  sama  nie  wiedziała,  jak  długo  to  już  trwa,  w  końcu  Helene 

zgarnęła coś w dużą szmatę i powiedziała. 
 

- No to jest po wszystkim. 

 

Elizabeth skuliła się i opadła na poduszki, wyczerpana walką. „Jest po wszystkim” – 

dźwięczało jej w uszach. „Moje małe dziecko…” Gorące łzy spływały po policzkach, a ona 
pustym wzrokiem patrzyła przed siebie. Było po wszystkim. 
 

Nie  wiedziała,  jak  długo  leży,  nie  była  w  stanie  myśleć  o  niczym  innym  prócz 

utraconego  dziecka.  Dłoń  spoczywająca  ba  brzuchu  była  lepka  od  potu,  mimo  to  jej  nie 
odsunęła. Dlaczego przecież nie ma już czego chronić, pomyślała z bólem w sercu. 
 

Musiała  na  chwilę  przysnąć,  może  tylko  na  kilka  minut,  w  każdym  razie  łzy  na 

policzkach  obeschły.  Wargi  same  ułożyły  się  w  słowo  „Jens”.  Jens  wrócił.  Ale  gdzie  się 
podziewał przez tyle lat? Dlaczego nie dawał znaku życia? Nie była w stanie pojąć, że godził 
się, by wierzyła w jego śmierć. Jens nie jest taki. 
 

Kiedy  Helene  wróciła,  Elizabeth  już  nie  płakała.  Miała  tylko  wrażenie,  że  oczy 

wypełnia jej piasek. 
 

- Co zrobiłaś z tym…? – spytała przyjaciółkę ochryple. 

 

-  Włożyłam  do  skrzynki  i  później  pochowam  między  kamieniami  w  murku, 

otaczającym kościół. 
 

- Dziękuję ci, Helene. Bałam się, że spaliłaś, albo zakopałaś w… jakimś miejscu… - 

umilkła. Nie była w stanie wypowiedzieć tego słowa. 
 

Helene usiadła na krawędzi łóżka i wzięła ją za rękę. 

 

- Ja wiem, że ludzie zwykle zakopują takie rzeczy w gnojowisku, Elizabeth. Ale twoje 

maleństwo  powinno  trafić  do  nieba,  a  później  Pan  Bóg  ześle  ci  inne.  Teraz  już  wiesz,  że 
będziecie mieć więcej dzieci. 
 

Elizabeth skinęła głową, chociaż w tej chwili słowa Helene nie przynosiły pociechy. 

Zwilżyła wargi końcem języka. były spierzchnięte i obolałe. Nagle wróciło do niej wszystko, 
co się ostatnio wydarzyło. Jęknęła boleśnie i uniosła się na łokciu. 
 

- Helene, Jens wrócił! Widziałam go na brzegu, on… 

 

Helene popchnęła ją łagodnie z powrotem na posłanie. 

 

- Wiem o tym, Elizabeth. Jens siedzi teraz w kuchni. 

 

- Musze z nim porozmawiać. 

 

-  Nie,  nie  musisz.  Teraz  powinnaś  odpoczywać.  Już  i  tak  za  dużo  przeszłaś  jak  na 

jeden dzień. 
 

- Ale skąd on się tutaj wziął? Gdzie się podziewał przez cały czas? 

background image

 

12

 

- Połóż się, mówię. 

 

Elizabeth uległa. 

 

- No a co z Andreasem Liny? czy on też przyjechał razem z Jensem? 

 

Helene  zaczęła  się  przyglądać  swoim  dłoniom,  w  końcu  westchnęła  głęboko  i 

skierowała wzrok na Elizabeth. 
 

- Andreas to Jens. 

 

- Co ty wygadujesz? 

 

-  Nie  zdążyłam  się  zbyt  wiele  dowiedzieć.  Tylko  tyle,  że  Jens  stracił  pamięć.  i 

myślała, że ma na imię Andreas. 
 

Elizabeth  wpatrywała  się  w  przyjaciółkę  przerażona,  informacje  powoli  zaczynały 

układać się w całość. 
 

- To dlatego tam na brzegu Lina tak strasznie krzyczała? Bo dowiedziała się, że… No 

tak, to się zgadza… 
Słyszałam przecież, że mówiła do niego Andreas i pytała, dlaczego zgolił brodę. 
 

Zapukano do drzwi i Maria wsunęła głowę. 

 

- Doktora nigdzie nie można znaleźć – oznajmiła cicho. 

 

Helene odwróciła się do niej. 

 

- No to przyjedzie, jak będzie miał czas. 

 

- Maria, chodź no tu. – Elizabeth wyciągnęła rękę i siostra zrobiła parę kroków w głąb 

pokoju. 
 

- Spotkałaś…. Jensa? 

 

- Tak. 

 

- I Ane też? 

 

- Ona też. – Maria umilkła na chwilę. – Elizabeth, teraz powinnaś odpocząć. 

 

- A co się dzieje z Liną? 

 

- W porządku. Przyniosła, ci trochę herbaty… -  siostra postawiła kubek  na stoliku i 

wycofała się pospiesznie. 
 

- Ona się zachowuje, jakbym była trędowata – jęknęła Elizabeth, czując bolesny ucisk 

w gardle. 
 

Helene poklepała ją po ręce. 

 

-  Maria  jest  po  prostu  przerażona,  musisz  to  zrozumieć.  Masz,  teraz  wypij  herbatę, 

którą dla ciebie zrobiła. 
 

Piła  posłusznie,  małymi,  szybkimi  łyczkami,  dopóki  nie  opróżniła  kubka.  Potem  i 

otarła usta wierzchem dłoni i ponownie opadła na poduszki. 
 

-  To  miała  być  Rebeka  albo  Andres  –  powiedziała  głucho.  –  A  teraz  nie  żyje. 

Dlaczego? 
 

- W odpowiedzi na to pytanie nie dostaniemy nigdy. – Helene głaskała ją delikatnie po 

włosach i policzkach. 
 

- Co Kristian mówi na to, że Jens wrócił? 

 

- Nie wiem. Myślę, że bardziej martwi się o ciebie. 

 

- Przyślij mi go tutaj. 

 

- jeszcze nie teraz, Elizabeth. 

 

- Tylko mi znowu nie powtarzaj, że mam się uspokoić i odpoczywać. 

 

- Nie będę. Obiecuję. 

 

Elizabeth  nie  wiedziała,  czy  to  działanie  herbaty,    czy  też  skutek  tego,  co  dzisiaj 

przeżyła, ale nagle poczuła się senna. Ciężkie powieki same się zamykały i wkrótce pogrążyła 
się w głębokim, pozbawionym marzeń śnie. 
 
 
 

background image

 

13

Rozdział 4 
 
 

Elizabeth  otworzyła  oczy  i  przecisnęła  się.  powoli  wracały  wspomnienia  minionego 

dnia. Utracone dziecko, Jens, który wrócił. Skuliła się, próbując uporządkować myśli. 
 

Z pokoju obok docierały głosy Ane i Marii. Ciekawe, o czym rozmawiają. Mała Ane, 

która  tak  się  cieszyła,  że  będzie  mieć  braciszka,  albo  siostrzyczkę…  Płacz  dławił  matkę  w 
piersi, uparcie przełykała ślinę, żeby się go pozbyć. 
 

„Ja mam dwóch tatusiów” – zwykła była mawiać Ane. – „Jeden ma na imię Jens i jest 

w niebie…” Jak dziecko przyjęło fakt, że Jens wrócił? No a Maria… Miała osiem lat, kiedy 
zaginął na morzu. Co dziewczyna czuje teraz? 
 

Elizabeth  pamiętała,  jak  ojciec  opowiadał  jej  o  nieszczęściu,  wtedy  na  brzegu,  całą 

historię o tym, jak to Jens próbował ratować praktykanta, którego fala zmyła z pokładu, i sam 
został wciągnięty przez ryczący żywioł. Maria rzuciła się ojcu na szyję i wypłakiwała żal w 
jego  samodziałową  kurtkę.  Drobnym  ciałem  dziecka  wstrząsał  szloch.  Czy  ona  to  jeszcze 
pamięta? I co myśli teraz, dziesięć lat później? Wprost trudno uwierzyć… Czy naprawdę Jens 
mieszkał przez cały czas w Kabelvaag? 
 

Głosy cichły na korytarzu i schodach na dół. Dziewczynki schodziły cicho, jakby się 

bały,  że  ją  obudzą.  Ale  to  musi  już  być  ranek,  myślała,  bo  słychać  było  hałasy  i  rozmowy 
służących w kuchni. Odgłosy budzącego się dnia. 
 

Przewróciła  się  na  drugi  bok  i  stwierdziła,  że  nadal  krwawi.  Dziewięć  lat  ona  i 

Kristian  byli  małżeństwem,  zanim  Elizabeth  zaszła  w  ciążę,  ale  oto  Jens  wrócił,  a  ona 
poroniła. 
 

- Boże kochany, jaki jest w tym sens? – spytała głośno. 

 

-  Bóg  daje  i  Bóg  zabiera,  przypomniała  sobie  słowa  Gurine,  starej  kucharki  w  tym 

dworze. Furie zawsze miała na podorędziu jakieś przysłowie albo cytat z Biblii. 
 

Na korytarzu znowu słychać było kroki. Drzwi się uchyliły i weszła Helene, z pełnym 

wody dzbanem i szmatami. 
 

- Nie śpisz? – spytała stłumionym głosem i odstawiła przyniesione rzeczy. 

 

- Nie, nie śpię. I chyba zaraz wstanę. 

 

Helene patrzyła na nią zaskoczona. 

 

- Mowy nie ma. Musisz leżeć. Co najmniej tydzień. 

 

- kto tak powiedział? 

 

- Ja! – Przyjaciółka usiadła na krawędzi łóżka. – Poronienie trzeba traktować prawie 

jak  poród,  Elizabeth.  Wciąż  mocno  krwawisz.  Ciało  potrzebuje  spokoju,  zanim  dojdzie  do 
siebie. 
 

- Co się dzieje na dole? – spytała, nie komentując słów Helene. 

 

- To co zwykle. – Helene wstała, umoczyła szmatę w wodzie i wykręciła ją. – Proszę 

umyj się teraz. 
 

Elizabeth zrobiła, co jej kazano. Helene pomogła jej zdjąć nocną koszulę. W pokoju 

było zimno, chora dostała gęsiej skórki. 
 

- Zaraz dołożę do pieca, żebyś nie marzła. – Ponownie zanurzyła szmatę w wodzie. 

 

- Ale to, co dzieje się na dole, nie jest normalne – stwierdziła Elizabeth stanowczo. – 

Gdzie Jens spał dzisiejszej nocy? A Kristian? Jak widzisz, jego część łóżka jest nietknięta. 
 

-  Kristian  pościelił  sobie  w  kantorze,  uważał,  że  potrzebujesz  spokoju.  A  Jens  zajął 

pokój gościnny, który przecież na niego czekał. 
 

Elizabeth  skinęła  głową  i  chwilę  milczała.  Helene  pomagała  jej  przy  myciu  i 

przebraniu. 
 

- Czujesz się już lepiej? – spytała, zaplatając włosy chorej w warkocz. 

 

Elizabeth przytaknęła, chociaż wcale nie było z nią tak dobrze. sytuacja zrobiła się po 

prostu  ponura.  Na  nic  się  zda  mycie  wodą  i  pachnącym  mydłem,  na  nic  czyste  podpaski, 

background image

 

14

skoro  całe  jej  życie  zostało  wywrócone  na  nice,  ostroi  brutalnie,  niczym  stara  ścierka  do 
podłogi,  zanim  zostanie  ciśnięta  z  powrotem  do  wiadra  z  pomykami.  Ale  akurat  tego  nie 
mogła powiedzieć Helene, bo ona życzy jej jak najlepiej i Elizabeth dobrze o tym wie. Mimo 
to musiała z całej siły zagryzać drżącą wargę i odwracać twarz, by Helene nie dostrzegła łez 
w jej oczach. Najbardziej ze wszystkiego pragnęła przytulić się do poduszki, naciągnąć kołdrę 
na głowę i po prostu spać. A kiedy się znowu obudzi, żeby wszystko okazało się snem. Żeby 
dzieciątko nadał żyło w jej brzuchu, a Jens pozostał jedynie wspomnieniem z dawnych lat. ale 
tak nie będzie. Widziała go przecież na własne oczy, słyszała, co do niej mówił. Potwornego 
bólu, kiedy traciła dziecko, też nie da się zapomnieć. 
 

- Jak Ane przyjmuje to wszystko? – spytała, chrząkając, żeby oczyścić gardło. 

 

Helene położyła szmatę obok miski z wodą. 

 

-  Uważa,  ze  to  niezwykłe,  iż  Jens  wrócił,  ale  bardzo  przeżywa  fakt,  że  straciłaś 

dziecko. 
 

Elizabeth skinęła głową i pustym wzrokiem patrzyła przed siebie. 

 

- A jak inni? – spytała w końcu. – I bądź ze mną szczera, Helene. 

 

Wyglądało na to, że tamta nie bardzo wie, co powiedzieć, wahała się bowiem długo. 

 

- Maria, jak dotychczas mówiła niewiele, wygląda jednak, że przyjmuje te sprawy ze 

zrozumieniem. No a Jens i Kristian… oni też mówią mało co. 
 

- Czy Jens powiedział coś więcej o tym, gdzie się podziewał przez cały ten czas, i jak 

sobie radził? 
 

- O ile wiem, to nie. 

 

- A Lina, biedactwo? 

 

- Ona wciąż płacze. 

 

- Może ja powinnam z nią porozmawiać. 

 

- Ty powinnaś odpoczywać, już ci mówiła. Poza tym Lina potrzebuje czasu, żeby się z 

tym wszystkim uporać. Jak my wszyscy, zresztą. 
 

Elizabeth  wiedziała,  że  nie  ma  sensu  protestować,  ułożyła  się  więc  wygodnie  na 

poduszkach i okryła ramiona kołdrą. 
 

Słyszała,  jak  Helene  hałasuje  drzwiczkami  piecyka,  a  w  chwilę  potem  ogień  zaczął 

wesoło trzaskać na palenisku. Jeszcze trochę i pokój wypełni przyjemne ciepło. 
 

-  Dziękuję,  Helene.  –  W  oczach  Elizabeth  znowu  pojawiły  się  łzy,  a  ona  mrugała 

pospiesznie, żeby nad nimi zapanować.  
 

Przyjaciółka podeszła do łóżka i ujęła jej rękę. 

 

-  Myślę,  że  rozumiem,  jak  się  teraz  czujesz,  Elizabeth.  Ja  z  rozmysłem  pozbyła  się 

swojego dziecka, ale potem żałowała. Wciąż tego żałuję, chociaż wiem, że nie miałam innego 
wyjścia. Ty swoje utraciłaś z powodu nieszczęścia, więc ból jest pewnie jeszcze większy….  
nie wiem. 
 

Elizabeth uścisnęła jej dłoń. 

 

- Taka jest wola Pana. I my nie mamy na nią wpływu, ani ty, ani ja. W każdym razie ja 

tam myślę. 
 

Helene  przytaknęła,  wstała,  żeby  wyjść.  Przy  drzwiach  odwróciła  się  jeszcze  z 

miednicą w rekach. 
 

- Mam przysłać do ciebie Marię z czymś do jedzenia? 

 

- Dziękuję, przyślij ją. 

 

Czekając na siostrę, Elizabeth próbowała się trochę zdrzemnąć, ale zbyt wiele i zbyt 

różnych myśli kłębiło jej się w  głowie.  Zbyt wielu fragmentów brakowało, by  mogła jakoś 
odpowiedzieć sobie na pytania, dlaczego Jens tak długo pozostawał poza domem i dlaczego 
nikt  go  nie  rozpoznał.  Helene  mówi,  że  przez  cały  ten  czas  był  pewien,  iż  ma  na  imię 
Andreas.  Ale  kiedy  spotkali  się  na  brzegi  i  ona  zapytała,  czy  jest  Jensem,  natychmiast 

background image

 

15

potwierdził. Coś się tu nie zgadza. Czy kłamie wszystkim innym? Tylko dlaczego miałby to 
robić? 
 

Rozległo się delikatne pukanie do drzwi i Maria wsunęła głowę do środka. 

 

- Śpisz? 

 

-  Nie.  –  Elizabeth  usiadła  na  łóżku  i  wzięła  tacę,  którą  podawała  jej  siostra,  mleko, 

kawa, talerz kaszy. 
 

- I jak ty się czujesz? – Maria usiadła na brzeżku krzesła obok toaletki. 

 

- Dobrze. A ty? 

 

Dziewczyna wzruszyła ramionami. 

 

- Dziwnie było zobaczyć znowu Jensa. Była pewna, że zapomniała, jak on wygląda, 

ale okazuje się, że bardzo dużo zapamiętałam. 
 

Elizabeth  milczała,  pozwalała  jej  mówić,  bała  się  przerywać  myśli,  którymi  siostra 

chciała się z nią podzielić. 
 

Maria w zamyśleniu przesuwała palcem po policzku. 

 

- Pamiętam, że miał ranę na twarzy. Blizna jej wyraźnie widoczna. Ale nie wiem, skąd 

się to wzięło? 
 

Elizabeth wypiła łyk kawy, żeby zyskać na czasie. 

 

- Pobił się z jakimś człowiekiem w Storvaagen. Porozmawiałaś z nim już? – spytała 

pospiesznie,  zanim  Maria  zdąży  zadać  więcej  pytań  w  sprawie  blizny.  Bo  to  Kristian  go 
zranił. A teraz ona już od dziesięciu lat jest żoną Kristiana, nie Jensa. Albo nadal jest żoną 
Jensa? Bolesne myśli pojawiały się jedna za drugą. 
 

- Niespecjalnie – mówił dalej głos Marii. – Jens powiedział tylko, ze dziwnie jest mnie 

znowu  widzieć.  I  że  wyrosłam  przez  te  lata.  Ane  bardzo  się  stara  opowiedzieć  mu  jak 
najwięcej o dworze. O swoim kocie, o zwierzętach w oborze, i kim będzie, jak dorośnie. Ane 
wciąż jest trochę dziecinna – zakończyła z uśmiechem wyższości. 
 

Kasza  nie  smakowała,  ale  Elizabeth  zjadła  wszystko  do  końca.  Wiedziała,  że  w 

najbliższym  czasie  będzie  potrzebować  sił.  Zerknęła  ukradkiem  na  Marię.  Siostra  patrzyła 
przed siebie, nieobecna myślami. 
 

- Nad czym się tak zastanawiasz? 

 

Dziewczyna podskoczyła. 

 

-  Nad  niczym,  tak  sobie  siedzę.  –  Wygładziła  kołdrę  i  podsunęła  tacę  trochę  bliżej 

Elizabeth. 
 

Ta przyglądała jej się uważnie. 

 

- To był szok, taki nieoczekiwany powrót Jensa, prawda? 

 

Maria wzruszyła ramionami. Splatała i rozplatała dłonie, spoczywające na kolanach. 

 

- Może. Ale jakoś się z tym uporamy. Najważniejsze, żebyś ty znowu stanęła na nogi. 

 

Elizabeth odstawiła tacę na nocny stolik i wzięła siostrę za rękę. 

 

- Ale nie powinnaś zapominać o sobie, moja mała Maryjko – rzekła z powagą. – Szok 

musiał być równie duży dla ciebie, jak dla mnie. 
 

Maria  długo  się  wpatrywała  w  swoje  kolana,  w  końcu  podniosła  głowę  i  spojrzała 

Elizabeth w oczy. 
 

- Tak, to był szok – zgodziła się. – Po tych wszystkich latach, kiedy pogodziłam się 

już  z  myślą,  że  Jens  nie  żyje  on  nagle  zjawia  się  jakby  nigdy  nic.  Ale  z  drugiej  strony  to 
bardzo się cieszę. Dobrze jest go znowu widzieć. Chociaż ja byłam mała, kiedy zniknął, to ty 
ciągle na nam o nim opowiadałaś, podtrzymywałaś pamięć o nim, w twoich opowieściach żył 
naprawdę. 
 

Umilkła na chwilę, a potem mówiła dalej: 

 

-  Wszystko  mogło  się  tak  dobrze  ułożyć,  żebyś  tylko  ty  mogła  zachować  swoje 

dziecko. – Musiała się odwrócić, nie chciała pokazać łez. 
 

Elizabeth przysunęła się bliżej krawędzi łóżka i pogłaskała siostrę po policzku. 

background image

 

16

 

-  Moja  kochana,  takie  rzeczy  się  zdarzają.  Taka  jest  wola  Boża,  nawet  jeśli  my  nie 

zawsze to rozumiemy. Mam nadzieję, że niedługo zajdę w ciąże, wiec i tak zostaniesz ciocią. 
Czy to nie piękne? 
 

Maria pokiwała głową, uśmiechając się niepewnie. 

 

- Wybacz mi. Powinnam tu przyjść, żeby cię pocieszyć, a tymczasem to ty pocieszasz 

mnie. 
 

- Zawsze chciałabym to robić – rzekła Elizabeth łagodnie. – Pamiętaj, że jesteś moją 

małą Maryjką. 
 

Maria wzięła tace, zostawiła tylko kubek z kawą. 

 

- Czy mogłabym coś dla ciebie zrobić? 

 

- Owszem, poproś Kristiana, żeby tu do mnie przyszedł. 

 

Maria skinęła głową. 

 

- Dobrze, zaraz mu powiem. 

 

Kiedy  siostra  wyszła,  Elizabeth  z  powrotem  opadła  na  poduszki.  Przymknęła  oczy. 

Dobrze jest być tą silniejsza, nawet jeśli to trwa tylko parę minut. 
 
 

Wkrótce przyszedł Kristian. 

 

- No i co z tobą, moja kochana? 

 

Miała  ochotę  zawołać,  żeby  przestali  ja  ciągle  pytać  o  to  samo,  ale  dostrzegła 

niepewność  w  jego  spojrzeniu  i  dała  spokój.  Poklepała  natomiast  miejsce  przy  sobie,  na 
brzegu łóżka. 
 

- Usiądź, Kristian. bardzo za tobą tęskniłam. 

 

- Naprawdę? – uśmiechnął się, zadowolony z jej słów. 

 

- Dlaczego nie spałeś przy mnie dzisiejszej nocy? Naprawdę nie było powodu, żebyś 

sobie ścielił w kantorze. 
 

- Potrzebowałaś spokoju. 

 

Prychnęła gniewnie. 

 

- Nie chcę więcej słuchać takich tłumaczeń. Dzisiaj będziesz spał tutaj. 

 

- Bo to było takie… takie smutne… ta sprawa z dzieckiem – jąkał się. – Ale później… 

później będziemy próbować znowu, prawda? 
 

-  Tak.  –  Musiała  odchrząknąć  i  napić  się  kawy.  Zdążyła  wystygnąć,  ale  to  bez 

znaczenia. Dzięki temu uniknęła dalszej rozmowy na temat, co ma być później. Dziecka które 
straciła,  nic  nigdy  nie  zastąpi.  Chociaż  to  tylko  maleńka  istotka,  nie  w  pełni  jeszcze 
rozwinięta, to przecież było jej dziecko. 
 

- Dla ciebie to też musiał być wstrząs, że Jens nieoczekiwanie wrócił – zmieniła temat. 

 

- Tak, to prawda. 

 

- I czyją ja właściwie teraz jestem żoną? – prawie nie słyszała swojego głosu. Ale tak 

czy inaczej zostało to powiedziane. Część tego, co zajmowało jej myśli.  
 

- Moją! 

 

- Jesteś pewien? 

 

-  Jens  nie  ma żadnych  pretensji.  Tylko  tyle  że  pastor  musi  zostać  poinformowany  o 

tym, co się stało. I lensman też. Z pewnością trzeba będzie załatwić mnóstwo papierów, ale 
tym zajmę się później, to chyba nie jest aż takie pilne. Na razie i tak mamy o czym myśleć, 
prawda, Elizabeth? – Wzrok miał błagalny, niczym mały szczeniak. Mówił lekko ochrypłym 
głosem, za dużo, i za szybko. 
 

- O co chodzi, Kristian. 

 

- O nic. Dlaczego pytasz? 

 

-  Co  ty  przede  mną  ukrywasz?  Powiedz  zaraz!  –  Usiadła  na  łóżku,  dysząc  ciężko. 

Kristian  wstał  i zaczął  chodzić  po  pokoju. Wziął  i  obejrzał  jej  grzebień,  leżący  na  toaletce, 

background image

 

17

wygładził bluzkę na oparciu krzesła, przez cały czas nie patrzył jej w oczy, nie patrzył nawet 
w stronę łóżka. 
 

- Oczekuję odpowiedź! 

 

- Elizabeth, ty wiesz, ze wszystko, co robię, robię jedynie dla twojego dobra. Jest tak 

dlatego, że bardzo cię kocham i… 
 

-  Do  rzeczy,  Kristian!  domyślam  się,  że  to  ma  coś  wspólnego  z  Jensem.  –  Sama 

słyszała,  że  głos  jej  się  zmienił.  Zrobił  się  twardy,  mroczny,  bezlitosny,  jakby  oczekiwała 
jakiejś bolesnej wiadomości. 
 

- Ja wiedziałem, ze Jens żyje. 

 

Zaległa kompletna cisza. Słychać było jedynie jej ciężki oddech. Długo trwało, zanim 

się znowu odezwała. 
 

- Co ty mówisz? 

 

- Od ponad sześciu lat wiedziałem, że on żyje. Ale musisz mi uwierzyć, Elizabeth, nie 

powiedziałem ci ze strachu, ze cię stracę. 
 

-  Ale  gdzie  go  spotkałeś?  –  Jej  głos  teraz  po  prostu  skrzypiał,  myślała,  że  musi 

powtórzyć pytanie, ale on zrozumiał wszystko. 
 

 -  W  kościele  w  Kabelvaag,  podczas  zimowych  połowów.  Widziałem  go  z  Liną.  – 

Kristian  ściskał  w  ręce  szczotkę  do  włosów,  drugą  nieustannie  przeczesywał  swoją  czarną 
czuprynę. – I później jeszcze raz, w Sorvaagen. Nie oczekiwanie podszedł do mnie i spytał, 
czy nie zna mnie z przeszłości. Zaprzeczyłem i powiedziałem, że nazywam się Peder Olsen. 
Jesn powiedział wtedy, że jest z Kabelvaag i nazywa się Andreas Sandberg. 
 

Elizabeth  spoglądała  na  Kristiana,  jakby  go  nie  widziała.  Ale  zauważyła,  ze  odłożył 

szczotkę  i  wsunął  rękę  do  kieszeni.  Zaraz  jednak  wyjął  ją  z  powrotem  i  zaczął  się  bawić 
guzikiem od koszuli. 
 

-  Domyśliłem  się  wtedy,  ze  on  nic  nie  pamięta  –  mówił  dalej.  –  To  dlatego  nie 

chciałem, żeby tu przyjeżdżał. 
 

Początkowo Elizabeth nie zdawała sobie sprawy z tego, że to nie ona krzyczy. Wrzask 

wypełnił  pokój.  Elizabeth  chwyciła  kubek  z  kawą  i  z  całej  siły  cisnęła  w  męża,  zdążyła 
zauważyć  przerażenie  w  jego  twarzy,  kiedy  odskakiwał,  żeby  uniknąć  ciosu.  Ale  kawa 
roztrysnęła  się  na  wszystkie  strony,  a  kubek  w  zderzeniu  ze  ścianą  rozpadł  na  mnóstwo 
kawałków. 
 

- Ty przeklęty głupcze! Ty gówniarzu! – wrzeszczała. – Niech cię piekło pochłonie! 

Nie  chcę  cię  więcej  widzieć  na  oczy  !  Wynoś  się  –  wyrwała  się  wściekle,  kiedy  chciał  ją 
powstrzymać. 
 

- Elizabeth, posłuchaj mnie… ja naprawdę nie chciałem… 

 

-  Czy  ci  uszy  brudem  zarosły?  –  krzyknęła.  –  Nie  dotykaj  mnie  swoimi  wstrętnymi 

łapami. - Nie wygłaszaj kolejnych kłamstw! Już dosyć się nasłuchałam! 
 

Przybyła Helene z Larsem. Ubrania mieli zimne, pachnące wiatrem Elizabeth, mimo 

wściekłości,  zastanawiała  się  dlaczego.  Helene  coś  mówiła,  ale  treść  do  niej  nie  docierała. 
Lars objął ją ramieniem i mocno trzymał. Pot oblewał cicho Elizabeth, warkocz fruwał, kiedy 
chciała się wyrwać z uścisku. 
 

-  Ty  diable!  –  prychnęła  jeszcze,  wbijając  wzrok  w  Kristiana  i  wtedy  zdała  sobie 

sprawę z tego, że w pokoju znajduje się też doktor. – Czego ty tu szukasz? – wrzasnęła, zanim 
znowu  zwróciła  się  do  Kristiana  i  opowiedziała  wszystkim,  co  on  przed  nią  ukrywał.  Że 
pozwolił  Jensowi  żyć  przez  tyle  lat  w  nieświadomości,  pozwolił,  by  rywal  nie  znał  nawet 
swojego prawdziwego nazwiska, bo się bał, że straci żonę. Doktor przyszedł i przyłożył jej do 
twarzy  nasączoną  czymś  szmatkę.  Pachniało  obco.  Elizabeth  poczuła  się  nieswoje….  Siły 
zaczęły z niej uchodzić, kręciło jej się w głowie. Miała wrażenie, że Helene kołysze się przed 
nią na wietrze, Lars miał bardzo dziwny głos… 

background image

 

18

 

Ostatnie,  co  widziała,  to  to,  ze  doktor  W  odpowiedzi  wkłada  coś  do  swojej  torby.  I 

pogrążyła się we śnie. 
 
Rozdział 5 
 
 

Język kleił się do podniebienia, była zmęczona i oszołomiona. Podniosła się chwiejnie 

i usiadła na łóżku. Na nocnym stoliku stała szklanka i karafka z wodą. Napiła się łapczywie i 
z powrotem opadła na poduszki. Mdliło ją, pamiętała, że doktor przykładał jej coś do twarzy. 
Czy  to  dlatego  tak  szybko  zasnęła?  Podał  jej  coś  znieczulającego?  Oblizała  spierzchnięte 
wargi  i  znowu  przymknęła  oczy.  Doktor  pojawił  się  w  odpowiedniej,  akurat  wtedy,  gdy 
zachowywała  się  jak  szalona.  Pokręciła  głową.  co  tam,  nic  jej  nie  obchodzi,  co  sobie  kto 
pomyśli. O ile pamięta, to powiedziała zebranym, co zrobił Kristian. albo, ściślej czego nie 
zrobił. 
 

Odrzuciła kołdrę  na bok i postawiła stopy na zimnej podłodze. Najwyraźniej Helene 

przychodziła tutaj w nocy  i dokładała do pieca,  bo w pokoju wciąż było ciepło.  Zataczając 
się, podeszła do toaletki, musiała się o nią oprzeć i poczekać, Az minie zawrót głowy. Potem, 
powłócząc  nogami,  podeszła  do  szafy,  wyjęła  stamtąd  czarną  suknię.  Na  komodzie  leżała 
ś

wieżo uprasowana bielizna i czyste podpaski. Potrzebowała też świeżej halki. 

 

Woda  wydawała  się  zimna  na  nagiej  skórze,  mimo  to  Elizabeth  myła  się  długo  i 

starannie. Zwłaszcza uszy i szyję. W końcu poczuła się jak po kąpiel, stanęła przed lustrem i 
przyglądała się sobie. Włosy mogą pozostać, jak są, zaplecione w długi warkocz, spływający 
po plecach. Taką fryzurę lubiła najbardziej. 
 

Na  dole  w  kuchni,  było  całkiem  cicho.  Albo  służące  jeszcze  nie  wstały,  albo  też 

poruszają się bezszelestnie, żeby nikogo nie budzić. Ostrożnie zajrzała do pokoju Ane i Marii. 
Było ciemno, ale wyraźnie dostrzegała postacie na łóżkach. Niech sobie śpią, Elizabeth wolno 
poszła przed siebie korytarzem. 
 

Za  następnymi  drzwiami  znajdował  się  Jens.  Zatrzymała  się  i  przeciągnęła  palec  po 

drewnie. Oparła  go na klamce i dopiero potem podniosła drugą rękę, żeby  zapukać. Nie za 
mocno. No mogłaby pobudzić śpiących, ale wystarczająco, by Jens usłyszał. 
 

Musiał już nie spać, Bi odpowiedział natychmiast. 

 

- Proszę wejść. Otwarte, 

 

Zauważyła, że łóżko jest zasłane, ale nie tak starannie, jakby to zrobiła Helene. 

 

Kiedy weszła, on właśnie wziął sznurowadła. Spojrzał, wyprostował się i zrobił parę 

kroków  w  jej  stronę.  Mogli  się  teraz  nawzajem  sobie  przyjrzeć.  Jens  się  postarzał,  tak  jak 
mówiła Maria. Miał drobne zmarszczki wokół oczu. Ma teraz trzydzieści lat. rok więcej niż 
ona. Włosy wciąż jasne. Grzywka trochę za długa, jak zawsze. Wyraźnie widoczna blizna na 
policzku,  ale  najbardziej  jej  uwagę  przykuwały  oczy.  Tak  samo  niebieskie  jak  dawniej. 
Niebieskie niczym morze, w otoczeniu gęstych czarnych rzęs. 
 

To on odezwał się pierwszy. 

 

- Córka morze – powiedział szeptem. 

 

Poczuła skurcz w sercu i kłucie pod powiekami, musiała kilka razy zamrugać. 

 

- Pamiętasz, że tak mnie kiedyś nazywałeś? 

 

Przytaknął skinieniem. 

 

- A masz jeszcze ten jedwabny szal?  

 

- Mam. Maria strasznie mi go zazdrościła, chciała dostać taki sam na konfirmację… -- 

umilkła  i  zastanawiała  się,  dlaczego  mu  to  opowiada.  I  nie  chciała  dokończyć,  że  Maria 
dostała  szal  od  Kristiana,  kiedy  wrócił  do  domu  z  zimowych  połowów.  –  A  to  jest  twoja 
Biblia – 

powiedziała, podając mu świętą księgę. – Zapomniałeś, wyjeżdżając. Przypominasz 

sobie? 

background image

 

19

 

-  Tak,  skoro  tak  twierdzisz.  –  Wziął  książkę  głaskał  zniszczoną  skórę  okładki.  – 

Dostałem ją od moich rodziców i powiedziałem, że Ane ją po mnie odziedziczy. Zgadza się? 
 

-  Zgadza  się.  –  Elizabeth  rozważała,  czy  powinna  wspomnieć,  co  zostało  ręcznie 

napisane na pierwszej stronie. Amor omnia vincit. Miłość zwycięży. Po chwili zrezygnowała. 
 

- Dziękuję – powiedział Jens i odłożył książkę na łóżko. 

 

-  Moglibyśmy  zejść  na  dół?  –  spytała  Elizabeth.  –  Chyba  nie  wypada,  żebyśmy  tak 

tutaj stali. 
 

- To do ciebie niepodobne, żeby się zastanawiać nad tym, co inni powiedzą. 

 

Roześmiała się prawie bezgłośnie. 

 

- To prawda. Ale trochę kręci mi się w głowie. Chciałabym usiąść. 

 

Schodził przed nią po schodach, ale do izby ona weszła pierwsza. 

 

-  Rozpalę  w  piecu  –  powiedział  Jens  i  najpierw  zapalił  kilka  naftowych  lamp.  Przy 

fortepianie znajdowały się dwa świeczniki. Świece z nich też zapalił. 
 

-  Ane  uczy  się  gry  na  fortepianie  –  poinformowała.  –  Umie  już  sporo,  nawet  parę 

kolęd. 
 

Ogień w piecu rozpalił się szybko i Jens wstał. 

 

- Dziwnie się czuje, widząc ją znowu. Małą Elizabeth. 

 

- Dużo pamiętasz… 

 

- Wciąż wracają nowe sprawy. 

 

Elizabeth zwijała w rękach chusteczkę do nosa, ale nie mogła sobie przypomnieć, czy 

ma ją od początku od kiedy wyszła z sypialni. Jens usiadł na krześle dokładnie naprzeciwko 
niej. Rozdzielał ich tylko jeden niewielki stolik. 
 

- Kiedy przypomniałeś sobie, że masz na imię Jens? 

 

- Kiedy ostatnim razem Lina wyjeżdżała z Kabelvaag. 

 

- I nic nie powiedziałeś? Nie napisałeś listu? 

 

- Nie. Bo pamiętałem niezbyt wiele. Tylko to imię i kim byli moi przybrani rodzice z 

czasem  przypomniałem  sobie  coraz  więcej,  ale  kiedy  przyszedł  list  od  ciebie,  wciąż  nie 
wiedziałem, że ty… to ty. Miałem zamiar tylko odwiedzić Line i powiedzieć jej, że w Dalsrud 
mieszka ktoś o imieniu Elizabeth. I że ta kobieta była moją żoną. A potem zastanowię się, co 
dalej,  myślałem.  Kiedy  jednak  zobaczyłem  cię  na  brzegu,  dotarła  do  mnie  prawda.  – 
Przyglądał się swoim rękom i zdrapywał jakiś strupek. 
 

Elizabeth miała ochotę zapytać, co ma na myśli, mówiąc „dotarła do mnie prawda”, 

ale milczała. Nie bardzo była pewna, czy rzeczywiście chce to wiedzieć. Jens jest tym samym 
człowiekiem  co  przedtem,  a  mimo  to  w  jakimś  sensie  nie  jest.  Dziesięć  lat  to  dużo.  Dla 
obojga. 
 

- Jak to się mogło stać, że wyszłaś za mąż za Kristiana Dalsruda? Akurat za niego…? 

 

-  Oświadczył  się.  Wielokrotnie,  ale  ja  zawsze  odmawiałam.  –  teraz  z  kolei  ona 

studiowała swoje paznokcie. Jakoś łatwiej było rozmawiać, kiedy nie musiała patrzeć mu w 
oczy. 
 

-  W  Dalen  obie  z  Ane  głodowałyśmy.  Ta  odrobina  jedzenia,  jakie  miałyśmy,  nie 

starczała nawet dla dziecka. Nie mogłyśmy tak żyć. Kristian dawał nam szansę. Nie mogłam 
wciąż mówić nie. 
 

- Nie dostawałyście jedzenia z Heimly ani od twojego ojca? no tak, on też nie miał w 

nadmiarze. – Jens sam odpowiedział sobie na pytanie. 
 

- Nikt nie wiedział, jak nam się powodzi – rzekła Elizabeth cicho. – Była, zbyt dumna, 

ż

eby o tym mówić, starałam się raczej ukrywać naszą sytuację na wszystkie sposoby. 

 

- Więc ty i Kristiana nie kochałaś? 

 

Elizabeth zwlekała z odpowiedzią. 

 

- No chyba jednak tak, w końcu… 

background image

 

20

 

Wciągnął  powietrze  tak  głęboko,  ze  ubranie  poruszyło  się  na  piersi.  Milczał  przez 

chwilę. 
 

- Czy ty straciłaś dziecko dlatego, że ja wróciłem? 

 

- Skąd ci to przyszło do głowy? 

 

- Przeżyłaś szok. 

 

Możliwe, że to dlatego. Sama się nad tym zastanawiała, słyszała kiedyś, że tak bywa. 

Ale przecież nie może oskarżać Jensa za spowodowanie nieszczęścia. 
 

- Nie. poronienie się zdarza od czasu do czasu  – powiedziała. – Widocznie Bóg tak 

chciał. 
 

- W którym miesiącu byłaś? 

 

- W trzecim. 

 

- Nie macie dzieci, ty i Kristian. 

 

- Nie. 

 

Przez dłuższą chwilę Jens się nie odzywał, a ona była mu wdzięczna, bo zbierało jej 

się na płacz. Nad sobą. I nad Jensem, i nad dzieckiem, które utraciła. 
 

Z kuchni docierały odgłosy rozmów słychać było szybkie kroki i stukanie garnkami. 

Zegar wybił piąta.  
 

Musiała  znowu  na  niego  popatrzeć,  jakby  się  przestraszyła,  że  nagle  rozpłynie  się 

przed nią w powietrzu, a ona ocknie się ze snu. 
 

- Mieszkałeś w Kabelvaag przez te wszystkie lata? 

 

-  Nie.  kiedy  wypadłem  z  kutra,  udało  mi  się  wbić  nóż  w  burtę  roztrzaskanej  łodzi. 

Trzymałem się tego noża i unosiłem na fali, w końcu sztorm wyrzucił mnie na brzeg jakiejś 
wyspy. Wyspa Topielca, tak się nazywała. 
 

- Byłeś u Laviny? – pytanie zabrzmiało jak szloch i nagle pojawiło się wspomnienie 

wyrobów  z  drewna,  które  kupiła  od  Laviny.  Wtedy  Elizabeth  przyglądała  się  ukradkiem 
chochlom i czerpakom, i myślała, że Jens robił takie same. To samo rzemiosło. Teraz różne 
fragmenty wspomnień znalazły się na swoich miejscach.  Futerał do noża, który znalazła na 
Wyspie Topielca. Był na nim monogram JR. Należał do Jensa! 
 

I tamten dzień, kiedy Lavina była chora i chciała rozmawiać z pastorem… Elizabeth 

podsłuchiwała pod drzwiami, słyszała strzępy jej wyznań. Lavina mówiła, ze przez jakiś czas 
ż

yła z żonatym mężczyzną. Czy Lavina wiedziała, kim jest jej kochanek? Z pewnością tak, 

uznała Elizabeth, ale teraz za późno na pretensje. 
Lavina umarła, nie ma jej wśród żywych. 
 

- Znałaś ją? – spytał Jens. 

 

- Wyspa leży niedaleko stąd – odparła Elizabeth dziwnie skrzekliwym głosem. – Ale 

Lavina nie żyje. 
 

- jak to? Kiedy umarła? Z jakiego powodu? 

 

Opowiedziała mu krótko o wizytach Laviny w Dalsrud, o tym, że wymieniała różne 

drewniane przedmioty domowego użytku na mąkę i inne produkty. 
 

- Ja robiłem, te wszystkie sprzęty – powiedział Jens. 

 

Elizabeth przytaknęła. 

 

-  tak,  teraz  wiem.  Zawsze  mi  one  tak  bardzo  przypominały  twoje  wyroby,  ze 

zastanawiałam się, czy może jeszcze żyjesz. No i żyłeś – dodała niemal bezgłośnie. 
 

Po chwili podjęła znowu swoje opowiadanie. 

 

-  Lavina  zapewniała,  że  wcale  nie  czuje  się  samotna  na  swoje  wyspie,  ale  jak  tylko 

pojawił się Nils Wędrowiec, oboje ją opuścili. 
 

-  To  musiało  być  już  po  moim  odejściu  –  westchnął  Jens  i  zaczął  opowiadać,  jak 

uciekł od Laviny. – To wtedy przełamałem strach przed morzem – zakończył. 
 

Elizabeth nie mogła wprost pojąć, ze Jens bał się morza, ale chyba nie ma w tym nic 

dziwnego, że po katastrofie i wielu godzinach dryfowania w stanie między życiem i śmiercią, 

background image

 

21

specjalnie go ono nie kusiło. Postanowiła więc opowiedzieć mu o losie Laviny. Postanowiła 
więc opowiedzieć mu o losie Laviny. 
 

- Pewnego dnia, kiedy wybrała się do nas z jakimś interesem, nie dotarła do dworu. 

Nieoczekiwanie znaleźliśmy ją nieżywą na brzegu. Doktor powiedział, że musiała poślizgnąć 
się na kamieniu, upadła, uderzyła się w tył czaszki i zginęła. 
 

- Biedna Lavina. Było w niej i zło, i dobro. 

 

Elizabeth musiała się uśmiechnąć. 

 

- Tak, to właściwe określenie. I dobro, i zło. 

 

Jens przyglądał jej się spod oka. 

 

- Wiesz, że twoje imię  wielokrotnie pojawiało się w mojej pamięci, kiedy żyłem na 

Wyspie Topielca. Lavina zawsze wtedy zapewniała, że to moja matka była Elizabeth… 
 

Ogarnęła ją nieprzeparta chęć, żeby go dotknąć, pogłaskać bliznę, przeczesać palcami 

włosy, poczuć po prostu, że on jest rzeczywisty. Wyciągnęła rękę i w tej chwili rozległo się 
pukanie do drzwi. 
 
Rozdział 6 
 
 

To Helene. 

 

- A więc wstałaś – stwierdziła, patrząc na Elizabeth. Potem przeniosła wzrok na Jensa, 

jakby chciała wybadać, co między nimi zaszło. 
 

- Tak. 

 

Helene pokręciła głową. 

 

-  Zaraz  przyniosę  wam  coś  do  jedzenia.  –  Drzwi  się  zamknęły,  słychać  było  tylko 

kroki oddalające się w stronę kuchni. 
 

- Bardzo się złościłaś wczoraj wieczorem – rzekł Jens. 

 

-  Złościłam?  To  mało  powiedziane!  Dowiedziałam  się,  że  Kristian    od  wielu  lat 

wiedział, że ty żyjesz. 
 

Jens  przytaknął.  Pewnie  on  też  przypomina  sobie  ich  spotkanie,  pomyślała.  Zresztą 

widocznie słyszał wczoraj jej wściekłe wrzaski. Musiała spytać. 
 

- Słyszałeś wszystko, co mówiliśmy? 

 

- Tak, trudno było tego uniknąć. Ale nie powinnaś oskarżać Kristiana, Elizabeth, jak 

bym postąpił tak samo. 
 

W tej sprawie akurat miała wątpliwości. Jens jest zbyt uczciwy i prostolinijny, żeby 

okłamywać kogoś przez tyle lat. 
 

Jakby czytał w jej myślach, mówił dalej: 

 

- A czy ty wiesz, że Leonard umarł śmiercią naturalną? To nie ty go otrułaś. Chciałem 

ci o tym opowiedzieć po powrocie z łowiska, ale… - umilkł. 
 

- Tak, w buteleczce po lekarstwie była czysta woda. Dowiedziałam się tego później… 

- przerwała. Nie chciała opowiadać, że sprawa wyjaśniła się podczas wesela Dorte i Jakoba. – 
Dowiedziałam się tego wiele lat później. A ty skąd wiesz? 
 

-  Jakob  mi  o  tym  mówił  wieczorem  przed  katastrofą.  Opowiadał  o  buteleczce  z 

lekarstwem, która dał dzieciom, a która nagle zniknęła, i że była w niej czysta woda. 
 

- Leonard zatruł się zepsutymi błękitnymi małżami. 

 

- Przynętą? – Jens skrzywił się z obrzydzeniem. 

 

Elizabeth musiała się roześmiać. W tej samej chwili weszła Helene z dużą tacą. 

 

- Zrobiłam wam kanapki – oznajmiła. – A tu jest kawa. I proszę cię, Elizabeth, byłoby 

dobrze,  gdybyś  jadła,  ile  trzeba,  jeśli  masz  szybko  dojść  do  siebie.  Chleb  solidnie 
posmarowałam masłem, do kanapek też niczego nie szczędziłam. No to jedzcie. 
 

- Dziękuję ci, Helene, jesteś bardzo miła. – Elizabeth uśmiechnęła się do przyjaciółki i 

poklepała ją po ręce. 

background image

 

22

 

Długo jedli w milczeniu, a kiedy skończyli, zostały tylko dwa kawałki chleba. 

 

- Od kiedy jesteście małżeństwem? – spytał Jens. 

 

- Ty zaginąłeś w kwietniu 1873. A za Kristiana wyszłam w grudniu następnego roku. 

 

Pamiętała ten dzień, kiedy w końcu powiedziała Kristianowi „tak”. To było po ataku 

Esaiasa, zbiegłego więźnia, który próbował ją zamordować. Skończyło się na tym, że Kristian 
zabił  jego,  ale  dosłownie  w  ostatniej  chwili,  zanim…  Nie,  z  tą  historią  trzeba  zaczekać  na 
jakąś  późniejszą  okazję.  Tylu  rzeczy  nie  powiedziano  i  o  tylu  trzeba  teraz  rozmawiać.  Ale 
wszystko w swoim czasie. 
 

Nagle  straciła  pewność  siebie,  nie  wiedziała,  co  mówić.  Zanim  wyszła  za  mąż  za 

Kristiana,  wielokrotnie  wyobrażała  sobie,  jak  to  będzie,  kiedy  wróci  Jens.  Powita  go 
wystrojona, świeżo wykąpana, będzie miała piękne włosy, a na sobie świąteczną suknię. 
 

Teraz  poczuła,  że  pot  spływa  jej  po  plecach  i  musiała  odejść  od  pieca.  Ale  to  nie 

pomogło,  widocznie  ze  zdenerwowania  tak  jej  gorąco.  Pragnęła  móc  patrzeć  otwarcie  na 
Jensa  i  żeby  jej  się  to  nie  wydawało  dziwne.  Musiała  się  jednak  zadowolić  ukradkowymi 
spojrzeniami. Tyle lat jego życia upłynęło bez niej. On chyba odczuwa to tak samo, też jest 
skrępowany. 
 

-  Uważasz,  że  zbyt  krótko  byłam  wdową?  –  spytała.  I  nagle  zaczęła  się  bać 

odpowiedzi. Zagryzła wargi. – Jens, ja nie mogłam wiedzieć, że ty żyjesz. Przez długi czas 
wierzyłam,  że  wrócisz,  ale  ludzie  przekonali  mnie,  że  powinnam  się  pogodzić,  przyjąć  do 
wiadomości, że umarłeś, że trzeba patrzeć w przyszłość. 
 

Bała  się,  ze  on  zacznie  robić  jej  wymówki,  ale  nic  takiego  się  nie  stało.  Jens  dolał 

sobie kawy i rozejrzał się po izbie. 
 

- Żyjecie tu bardzo wygodnie, niczego wam nie brakuje. 

 

- Tak, to prawda – Elizabeth napiła się kawy. – Przez wszystkie lata opowiadałam Ane 

o tobie, żeby cię nie zapomniała. 
 

Uśmiechnął się, jakby chciał okazać wdzięczność.  

 

- Zdążyłem się zorientować. A ona wie, że to Leonard jest jej….? 

 

- Kristian wie i to wystarczy. Ane nigdy nie pozna prawdy. Jej ojcem jesteś ty. Tak 

zapisano w kościelnych księgach. 
 

Jens skinął głową. 

 

- Rozumiem. 

 

- A rozmówiłeś się już z Liną po przyjeździe? Jej z pewnością nie jest teraz łatwo, ona 

też przeżyła wstrząs, kiedy pojęła prawdę. 
 

Elizabeth  poczuła  ukłucie  w  sercu,  coś  w  rodzaju  zazdrości.  Lina  i  Jens.  Razem. 

Skuliła się. Jens wstał i podszedł do pieca, długo dokładał do ognia. potem wyprostował się i 
popatrzył na Elizabeth. 
 

- Próbowałem rozmawiać, ale ona mnie nie słucha. 

 

- Widocznie za słabo próbowałeś. 

 

Roześmiał się cicho i wrócił na miejsce. 

 

- Elizabeth, czy ty uważasz, że ja wyglądam staro? 

 

Pokręciła głową. 

 

-  Nie,  jesteś  tym  samym  Jensem,  ale  oczywiście  postarzałeś  się  od  ostatniego 

spotkania. A ja? Jak czas obszedł się ze mną? 
 

Zdała sobie sprawę, że oczekuje od niego komplementów i zawstydziła się. 

 

- Ty, Elizabeth, po prostu wydoroślałaś – odparł z powagą. 

 

Uznała, że podoba mu się to, co widzi. 

 

Rozległo się delikatne pukanie do drzwi, po chwili uchyliły się i weszła Ane. 

 

- Czy mogłabym z wami posiedzieć? 

 

-  Oczywiście,  że  możesz.  –  Elizabeth  zrobiła  jej  miejsce  na  małej  kanapce.  Nagle 

poczuła się skrępowana. To Kristian powinien tu teraz być, bo to on stanowią rodzinę. Jens 

background image

 

23

jest…  jest…  szukała  właściwego  słowa.  Gościem?  Nie,  to  nie  tak.  Przyglądała  mu  się 
ukradkiem, kiedy rozmawiał z Ane. To jest ten sam Jens. Jej mąż. Strasznie wydanie tamtego 
chłopca, z którym dorastała, bawiła się, w którym się potem zakochała i w końcu wyszła za 
niego  za  mąż,  zanim  zaginął  na  morzu.  A  teraz  siedzi  tutaj,  w  izbie  w  Dalsrud,  i  żyje.  Na 
moment przymknęła oczy. 
 

- Mama opowiadała mi o tym, jak to było, kiedy mieszkaliśmy w Dalen. Ja i ona, i ty. 

O tej pięknej choince, i o wszystkim innym. 
 

Elizabeth uśmiechała się do córki i przytakiwała. 

 

- Teraz dom w Dalen stoi pusty – powiedziała, zwracając się do Jensa. – Ale w domu 

taty mieszka jedna taka, co ma na imię Mathilde, i jej córka Sofie. 
 

Jens spojrzał jej w oczy. 

 

- Teraz nie rozumiem… 

 

- Nasz tata nie żyje, Jens. Skaleczył się haczykiem na ryby i doszło do skażenia krwi – 

tłumaczyła. – Mathilde jest służącą w Heimlu, pozwoliła jej i córce mieszkać w domu, żeby 
nie popadał w ruinę. 
 

Jens pokręcił głową. 

 

- Jak widzę, o bardzo wiele rzeczach nie mam pojęcia. Pomyśleć, że twój tata nie żyje! 

Wprost trudno mi uwierzyć. 
 

- I nie znasz też swojego małego braciszka – wtrąciła Ane. 

 

- Ane! – upomniała ją Elizabeth. – masz siedzieć cicho. Jens potrzebuje czasu, żeby to 

wszystko jakoś ogarnąć. Nie możemy mu mówisz wszystkiego na raz. 
 

- To Ragna urodziła dziecko? 

 

-  Ragna  też  nie  żyje.  Umarła  zaraz  po  urodzeniu  Fredrika  –  rzekła  Elizabeth  z 

westchnieniem.  –  Dziewięć  lat  temu.  –  Zdała  sobie  sprawę,  że  mówi  to  za  szybko. 
Wiadomości o śmierci nie powinno się przekazywać w taki sposób. No ale trudno, stało się. 
 

Jens przenosił wzrok z Elizabeth na Ane i z powrotem, jakby czekał, że któraś z nich 

roześmieje się i powie, że to żart. 
 

Elizabeth zarumieniła się. 

 

-  Bardzo  mi  przykro,  Jens.  Powinieneś  był  dowiedzieć  się  tego  w  inny  sposób.  Nie 

chciałam, żeby… 
 

Jens wstał i podszedł do okna. Stał tam długo, odwrócony do nich plecami. Elizabeth 

widziała kątem oka, że Ane skuliła się i ukryła głowę w ramionach. 
 

- Bardzo przepraszam – szepnęła dziewczynka. 

 

Elizabeth objęła ją i głaskała wolno po plecach. 

 

- A wiec Ragna umarła w połogu – mruknął w końcu Jens. 

 

- I Mruczek też nie żyje – wtrąciła Ane niepewnie. 

 

Jens uśmiechnął się do niej. 

 

- Jaka ty jesteś podobna do mamy! Nazywałem cię Mała Elizabeth. 

 

Twarz Ane rozjaśniła się. 

 

-  A  wielu  to  uważa,  że  jestem  podobna  do  Kristiana.  Myślę,  że  to  dlatego,  bo 

mieszkamy razem. Słyszałem, ze często tak bywa. Dziwnie jest tylko to, że mamy jednakowe 
zęby. – Postukała paznokciem w siekacz, zachodzący wyraźnie na sąsiedni ząb. 
 

Jens z wielką powagą długo kiwał głową. 

 

- Ja też tak słyszałem. Że ludzie stają się do siebie podobni, jeśli razem mieszkają. 

 

- Jest jeszcze więcej… - rzekła Elizabeth. 

 

- Więcej ludzi nie żyje? 

 

- Nie, tylko Jakob widzisz, Jakob ożenił się z Dorte.  

 

Jens pytająco uniósł brwi: 

 

- Z Dorte z Neset? 

 

- Tak. 

background image

 

24

 

Jeden  z  kącików  ust  Jensa  zaczął  drgać,  potem  rozległ  się  śmiech.  Głośny, 

wyzwalający  śmiech.  Ane  spojrzała  na  niego  przestraszona,  ale  po  chwili  wtórowała  mu 
radośnie. 
 

-  Jakob  ożenił  się  z  Dorte.  Tak,  taj,  i z  pewnością  jest  im  razem  dobrze.  –  Głęboko 

zaczerpnął powietrza. – Powoli, powoli sobie z tym poradzę. 
 

Elizabeth wstała i popatrzyła Jensowi w oczy. 

 

- Teraz musisz rozmówić się z Liną. 

 

-  Pytanie  tylko,  czy  to  się  na  coś  zda  –  rzekł  zmęczony,  głosem,  jakby  czekała  go 

naprawdę ciężka praca. 
 

- Musisz! 

 

Jens razem z Ane zniknął w kuchni. Elizabeth wstała i poszła za nimi, ale w korytarzu 

natknęła się na Kristiana. Stanęli i mierzyli się nawzajem wzrokiem. 
 

- Wciąż jesteś na mnie zła? – spytał. 

 

-  Jestem.  To,  co  zrobiłeś,  jest  niewybaczalne.  –  Myślę,  że  nigdy  nie  zdołam 

zapomnieć. 
 

-  Rozumiem  cię,  Elizabeth.  Mimo  to  proszę  o  wybaczenie.  –  Zdenerwowany 

wyciągnął do niej rękę. – Próbuj zrozumieć. Tak się bałem, że mogę cię stracić! Od początku 
chciałem ci wszystko opowiedzieć, tylko że nie nadarzyła się odpowiednia chwila… 
 

-  Jens  o  wszystkim  wie.  Mimo  wszystko  uważam,  że  sam  powinieneś  z  nim 

porozmawiać. 
 

Rozległy  się  szybkie  kroki  na  końcu  korytarza,  Elizabeth  domyślała  się,  że  to  Lina 

idzie do kuchni. 
 

- Czekałeś trochę za długo – rzekła urażona, spoglądając na Kristiana. Nagle poczuła 

się tym wszystkim strasznie zmęczona. Jaki sens ma ta wymiana zdań? Co się stało, to się nie 
odstanie. Nikt nie cofnie czasu. 
 

- Elizabeth, moja kochana, ja wiem… Dałby wszystko, żeby sprawy mogły potoczyć 

się inaczej. 
 

- Zapomnij o tym – odparła, opierając się o poręcz schodów. 

 

- Czy ty się źle czujesz? Nie powinnaś się położyć. 

 

-  Nic  mi  nie  jest  –  odparła  niechętnie,  ale  nie  do  końca  tak  było.  Nadal  krwawi, 

chociaż Ne tak bardzo, żeby było się czym niepokoić. I chyba nie straciła tak dużo krwi, jak 
twierdzi Helene. Mimo wszystko jest bardzo wyczerpana, w głowie kręci się tyle myśli, nad 
którymi nie jest w stanie zapanować. 
 

Z kuchni dały się słyszeć podniesione głosy i płacz. 

 

-  Musimy  porozmawiać  z  Liną  –  powiedziała.  –  Chodź,  poprosimy  ją  i  Jensa  do 

salonu. Tam nikt nie będzie nam przeszkadzał. 
 
Rozdział 7 
 
 

Elizabeth pierwsza weszła do kuchni. 

 

- Lina i Jens, chodźcie z nami do salonu – porosiła łagodnym głosem, spoglądając na 

plecy Liny. Dziewczyna grzebała w piecu i udawała bardzo zajętą. Cała jej postać zdawała się 
krzyczeć: „Dajcie mi święty spokój!”. 
 

- Moim zdaniem nie ma już o czym rozmawiać – burknęła, przecierając ręką twarz. 

 

Elizabeth zaprotestowała stanowczo: 

 

- Tutaj ja będę decydować. 

 

Skinęła na Kristiana i oboje wyszli na korytarz. 

 

Lina odłożyła pogrzebacz i wpatrując się w podłogę, chwiejnym krokiem podążyła za 

nimi.  Jens  podniósł  się  wolno  i  też  wyszedł.  W  salonie  usiedli  wszyscy  z  wyjątkiem 
Elizabeth. Nie mogła się uspokoić, czuła, że najlepiej będzie stać. 

background image

 

25

 

- Rozumiem, ze to był dla ciebie wieli wstrząs, Lina – zaczęła. – Podobnie jak dla nas 

wszystkich. 
 

Lina  przyglądała  się  swoim  dłoniom.  Były  czerwone  i  po  ostatnim  praniu  bardzo 

spierzchnięte. 
 

Elizabeth odchrząknęła. 

 

- Na nic się nie zda, jeśli nadal będziesz tylko płakać i oskarżać Jensa o to, co się stało. 

on jest tak samo niewinny jak my, pozostali. Ja sama wierzyłam, ze Jens nieżywe. Wszyscy w 
to wierzyli! Tak zostało zapisane w urzędowych papierach. 
 

Ponieważ  Lina  nadal  się  nie  odzywała,  Elizabeth  rzucała  niespokojne  spojrzenia  na 

Jensa i Kristiana. 
 

-  Jedziemy  jakby  na  tym  samy  wózku,  Lina.  Ty  i  ja  –  rzekł  Kristian  niepewnie. 

Służąca nie odpowiedziała, więc umilkł, zawstydzony. Przecież to prawda, pomyślał. Chociaż 
zdawał sobie sprawę, że mówienie o tym nie jest właściwe. 
 

Lina otarła no w rękaw bluzki. 

 

Elizabeth westchnęła głośno. 

 

-  Lina,  gdybyśmy  wiedzieli,  że  twój  Andreas  to  Jens…  chodzi  mi  o  to,  że  gdyby 

Jens... – urwała i podeszła do okna. Oparła ręce o parapet i wyglądała na dziedziniec. Gdyby 
tylko Lavina chciała być uczciwa od pierwszej chwili i powiedzieć Jensowi prawdę! Mogła 
mu  pomóc  w  odzyskiwaniu  pamięci,  a  nie  kłamać  przez  tyle  lat.  Dlaczego  nigdy  nie 
powiedziała im o Jensie, kiedy przychodziła do Dalsrud? Wielu ludzi uniknęłoby dzięki temu 
cierpienia. 
 

„Nie  płacz  nad  rozlanym  mlekiem”,  zwykła  była  mawiać  stara  Gurine.  A  ja  wtedy 

uważałam, że to przysłowie nie ma sensu, pomyślała Elizabeth. Teraz wiem, że ma. Nikt nie 
może  odwrócić  przeszłości.  Gdyby  wiedzieli  o  tym  wcześniej,  Lina  nigdy  by  nie  spotkała 
Jensa i uniknęłaby nieszczęścia. 
 

Zerwała z rośliny w doniczce suchy liść i zgniotła go w dłoni. Tamci troje siedzieli jak 

przedtem.  przyglądała  im  się  taksująco.  Jens  wyglądał  na  zmartwionego.  Kristian 
przeczesywał palcami włosy jak zawsze, kiedy nie wie, jak się zachować. Z pewnością wciąż 
rozważa jej oskarżenia. Ale gdyby był wobec niej szczery… 
 

Znowu westchnęła. 

 

- Lina, myślę, że możesz wracać do pracy. Rozumiem, że potrzebujesz więcej czasu, 

ż

eby sobie to wszystko przemyśleć. 

 

Służąca zerwała się i natychmiast wybiegła. Drzwi zamknęły się za nią bezszelestnie. 

 

- Trzeba dać jej więcej czasu – powtórzyła Elizabeth. – To bez sensu zmuszać ją, by 

przestała płakać. 
 

Jens wstał. 

 

- Myślę, że najlepiej będzie, jeśli stąd wyjadę. 

 

Elizabeth widziała, że Kristian chce coś powiedzieć. Nie miała pojęcia, o co chodzi, 

ale go ubiegła. 
 

-  Cóż  to  znowu  za  głupstwa!  Nigdzie  nie  pojedziesz,  to  jasne,  zresztą  czemu  by  to 

miało służyć? 
 

Wzruszył ramionami. 

 

- Przynajmniej nie będzie musiała na mnie patrzeć. Lina jest na mnie wściekła, a poza 

tym… - nie dokończył. 
 

Elizabeth wiedziała, co myśli. To rzeczywiście bardzo trudne. Czy maja tak mieszkać? 

Ona i jej dwaj mężowie…? Czuła łzy pod powiekami, ale starała się nie rozpłakać. 
 

-  Sytuacja  nie  poprawi  się  w  żadnym  razie,  jeśli  znowu  pójdziesz  własną  drogą  – 

powiedziała.  –  Przeciwnie,  myślę,  że  najlepiej,  abyś  tu  został.  Lina  musi  się  po  prostu 
przyzwyczaić.  Podobnie  jak  my  wszyscy.  Poza  tym  przecież  po  nowym  roku  macie  wziąć 

background image

 

26

ś

lub. – Umilkła i zaczęła się zastanawiać. – Ty masz chyba w Kabelvaag jakieś rzeczy, które 

trzeba tu przywieźć. 
 

Jens przytaknął. 

 

-  Umówiłem  się  z  jednym  właścicielem  kutra,  że  przywiezie  mi  cały  dobytek  po 

nowym roku – uśmiechał się jakby przepraszająco. – W sumie nie ma tego dużo. 
 

Elizabeth  wbiła  spojrzenie  w  Kristiana,  jakby  chciała  go  zmusić  do  potwierdzenia 

tego, co powiedziała. Natychmiast zrozumiał, o co jej chodzi. 
 

- Elizabeth ma rację. 

 

Popatrzyła na resztki uschłego liścia. 

 

- Pójdę zobaczyć, czy nie potrzebują mnie w kuchni. 

 
 

Minął mniej więcej tydzień. Elizabeth czuła się już całkiem zdrowa, w każdym razie 

fizycznie. Z duszą bowiem było inaczej. Wciąż nosiła w sobie żal, wiedziała, że będzie się z 
nim  zmagać  jeszcze  bardzo  długo,  któregoś  dnia  szła  do  salonu,  gdy  w  korytarzu  spotkała 
Helene,  niosącą  duży  stos  białej,  świeżo  uprasowanej  bielizny.  Były  to  głównie  koszule 
Kristiana, którymi zajmowała się Lina. 
 

- Wezmę to – powiedziała. – Co się dzieje z Liną? 

 

Helene wykrzywiła twarz w niechętnym grymasie. 

 

- Nie myśl o tym, Elizabeth, Lina da sobie radę. Dbaj raczej o siebie. Uważaj, żeby nie 

dźwigać ciężarów,. 
 

- Głupstwo, sama wiem, na co mogę sobie pozwolić, i jestem zdrowa. 

 

Zamyśliła się na chwilę i dodała: 

 

- Najgorsze, co miałabym zrobić, to siedzieć w fotelu i rozpamiętywać nieszczęścia. Z 

pewnością bym zwariowała. Na zmartwienia najlepsza jest praca. 
 

- Rozumiem, ale mimo to dbaj o siebie. 

 

Elizabeth uśmiechnęła się z wdzięcznością, Helene opowiedziała tym samym. 

 

Na górze w sypialni nieoczekiwanie zaczęła myśleć o futerale noża, który znalazła na 

Wyspie Topielca. Pośpiesznie odłożyła na łóżko bieliznę, która przyniosła. Futerał nadal leżał 
na dniej jej skrzyni.  Znajduje się na nim monogram JR. Jens Rask. Przypomniała sobie, że 
tamtego  dnia  od  razu  pomyślała  o  Jensie,  ze  to  jego  monogram  został  wycięty  na  skórze. 
Teraz  odda  go  właścicielowi.  Pośpiesznie  wsunęła  futerał  do  kieszeni  spódnicy  i  zajęła  się 
koszulami  Kristiana.  Lina  jest  bardzo  staranną  służącą.  Elizabeth  była  zadowolona. 
Kołnierzyki  koszul  są  sztywne,  dobrze  uprasowane,  mankiety  podobnie.  Zaczęła  układać 
koszule w szafie męża. Nagle w głębi na półce natrafiła na coś twardego. Z bijącym sercem 
wyjęła fiński nóż. Na rękojeści zobaczyła te same litery. JR. To nóż, który Nils Wędrowiec 
przyniósł z Wyspy Topielca i sprzedał Kristianowi. Nóż musi należeć do Jensa! Wsunęła go 
do futerału i stwierdziła, że pasuje jak ulał. 
 

Poczuła  dławiący  gniew,  pulsowała  jej  w  skroniach,  kiedy  zbiegała  po  schodach. 

Drzwi do kantoru były uchylone, Kristian musi być w środku. 
 

- Czy możesz mi to wytłumaczyć? – spytała, wbijając nóż w blat biurka. 

 

Kristian  zmrużył  oczy,  zdenerwowany,  że  Elizabeth  znalazła  nóż,  i  chyba  tym,  że 

wbiła go w piękny mebel. 
 

- Tak, mogę wytłumaczyć. 

 

- Świetnie! – Elizabeth ujęła się pod boki. 

 

Kristian wstał, okrążył raz i drugi pokój, potem wrócił, usiadł, nie spuszczając z niej 

wzroku. 
 

-  Bardzo  cię  przepraszam,  Elizabeth.  To  oczywiste,  że  powinienem  był  ci  o  tym 

powiedzieć – dodał.    
 

- I to wszystko? 

background image

 

27

 

- Tak, ale ja… jest mi bardzo przykro, ale wcześniej nie byłem w stanie z tobą o tym 

rozmawiać.  Jak  tylko  Nils  zaproponował  mi  ten  nóż,  schowałem  go  głęboko,  i  nie  miałem 
zamiaru nigdy o nim mówić. Domyśliłem się od razu, że należał do Jensa. 
 

- No pięknie! Że też ty się nie wstydzisz! Ile jeszcze takich tajemnic masz przede mną, 

Kristian? ile spraw ukrywałeś? 
 

- Nie ma nic więcej, zapewniam cię. 

 

Prychnęła  gniewnie.  Kiedy  jednak  spojrzała  w  jego  pełne  żalu  oczy,  pojawiło  się 

współczucie. Ale druga część jej osobowości nie była w stanie tak szybko wybaczyć. Wzięła 
nóż i ruszyła do drzwi. 
 

- Oddam mu to. 

 
 

Jens bardzo się ucieszył, że nóż się odnalazł. 

 

- Dziękuję ci! Skąd on się tu wziął? – pytał, gładząc palcami ostrze, i futerał. 

 

-  Futerał  ja  znalazłam  na  Wyspie  Topielca  po  śmierci  Laviny.  Nóż  przyniósł  tu 

któregoś dnia Nils. 
 

Na szczęście Jens nie wypytywał o szczegóły. 

 

-  Dziękuję,  Elizabeth,  to  tak,  jakby  kolejny  fragment  przeszłości  do  mnie  wrócił. 

Kiedy  patrzę  na  ten  nóż,  pamiętam  więcej.  Przypominam  sobie,  kiedy  go  zrobiłem. 
Mieszkałem jeszcze wtedy w domu, w Heimly. – Opadł na fotel i w zamyśleniu patrzył przed 
siebie.  –  teraz  powinienem  odwiedzić  Jakoba  –  rzekł  w  końcu.  –  To  już  tydzień,  jak  tu 
przyjechałem, a jeszcze nie odezwałem się do nich. 
 

- Boisz się tego? 

 

- Nie, chyba się nie boję, ale… dziwnie będzie zobaczyć znowu całą rodzinę. 

 

- Rozumiem cię, Jens, ale chyba nie powinieneś dłużej czekać. Później będzie tylko 

gorzej. 
 

Patrzył na nią uważnie, głęboko wciągał powietrze i wolno je wypuszczał. 

 

- Jak myślisz, co oni powiedzą, kiedy mnie znowu zobaczą? 

 

Ponieważ nie odpowiedziała natychmiast, mówił dalej: 

 

- Najpierw was wszystkich wprawiłem w szok, a teraz to samo czeka moją rodzinę w 

Heimly. Bardzo bym chciał tego uniknąć. Chciałbym zrobić to w inny sposób. 
 

Elizabeth przytaknęła. 

 

- Spotkanie będzie dla nich wstrząsem, to pewne. Ale później przeżyją też radość. 

 

Uśmiechnęła się, chcąc dodać mu otuchy. 

 

-  A  gdyby  teraz  ktoś  o  mnie  pytał,  to  powiedz,  że  pojechałam  do  sklepu.  Mam  do 

załatwienia parę spraw. 
 

Jens przytakiwał, ale nie była pewna, czy zrozumiał, co do niego mówi. 

 
 

Stał  przy  oknie  i  patrzył  na  Elizabeth  idącą  do  stajni.  Wciąż  jeszcze  rozważał  radę, 

której mu udzieliła, by nie odwlekać wyjazdu do Heimly. Elizabeth ma rację, mimo wszystko 
czuł, że potrzebujesz jeszcze trochę czasu. Chociaż drugiej strony… jeśli będzie czekał zbyt 
długo, to po okolicy rozjedzie się, że jest w Dalsrud. A tego by nie chciał. Nie może dopuścić, 
ż

eby rodzina dowiedziała się o jego powrocie od innych. 

 

Ciekawe jako oni teraz wyglądają? Indianne i Olav byli dziećmi, kiedy widział ich po 

raz ostatni, teraz są już dorośli. I Jakob, ciekawe czy posiwiał? Jens wpatrywał się w parapet i 
oddychał ciężko. 
 

-  Ragna  –  szepnął.  –  Gdyby  wszystko  ułożyło  się  inaczej,  spotkalibyśmy  się,  zanim 

odeszłaś. 
 

Zdecydowanie odsunął od siebie ponure myśli. Tyle spraw powinno było ułożyć się 

inaczej, ale nikt nie może zmienić tego, co się stało. 

background image

 

28

 

Kiedy  znowu  spojrzał  na  dziedziniec,  zobaczył,  że  Elizabeth  wychodzi  ze  stajni, 

prowadząc  za  sobą  gniadego  konia.  Uśmiechnął  się  na  widok  tej  drobnej  kobiety, 
zdecydowanie  kierującej  wielkim  zwierzęciem.  Zawsze  umiała  wymusić  dla  siebie  respekt 
bez użycia siły i głośnych słów. Elizabeth była łagodna. Najczęściej wykorzystywała swoją 
dobroć i dzięki temu najczęściej dostawała to, na czym jej zależało. oparł się o futrynę okna i 
obserwował dziedziniec. Koń posłusznie stanął przy saniach. Elizabeth wprawnymi ruchami 
wiązała uprząż. 
 

Nagle usłyszała, że ktoś otwiera drzwi i odwrócił się. 

 

- Tak myślałem, że jeszcze cię tu zastanę – rzekł Kristian. – Mogę wejść? 

 

Jens wyciągnął rękę w zapraszającym geście. 

 

- To twój dom. 

 

Kristian zamknął drzwi, chwilę stał niezdecydowanie, a potem podszedł do stolika, na 

którym znajdowały się karafki i kieliszki. Nalał sobie do jednego z nich, potem zwrócił się do 
Jensa. 
 

- Napijesz się? 

 

- Nie, dziękuję. 

 

- Jak chcesz. 

 

Kristian  opróżnił  kieliszek  jednym  haustem  i  napełnił  go  ponownie.  Potem  usiadł  w 

fotelu. Wyciągnął przed siebie swoje długie nogi, obracając kieliszek w palcach. 
 

- Chciałbym z tobą chwilę porozmawiać. 

 

Jens  usiadł  niechętnie.  Położył  łokcie  na  oparciu  fotela  i  splótł  dłonie  na  piersiach. 

Czuł  się  źle  w  tej  sytuacji  i  szukał  wymówki,  aby  wyjść.  Mógł  się  znajdować  w  jednym 
pokoju z Kristiane w obecności innych ludzi, ale takie sam na sam było trudne do zniesienia. 
 

- Czy po nowym roku twój ślub odbędzie się tak jak planowaliście, zanim to się stało? 

– spytał Kristian. 
 

- Oczywiście.   

 

Kirstian skinął głową i upił łyk brunatnej cieczy z kieliszka. Jens domyślał się, że to 

koniak. 
 

- Rozumiem, ze zmagasz się teraz z mnóstwem trudnych myśli – mówił dalej Tristan. 

 

Jens  nie  bardzo  wiedział,  co  dopowiedzieć.  Jeśli  Kristian  spodziewa  się  jakichś 

długich zwierzeń, to przeżyje rozczarowanie. 
 

-  Oczywiście  tak  jest.  Przez  dziesięć  lat  byłem  człowiekiem  bez  nazwiska  i  bez 

przeszłości. Teraz nagle pamięć mi wróciła i wiem wszystko. nadal jednak wieli sądzi, że nie 
ż

yję, wkrótce będę musiał się z nimi spotkać. 

- Na to trzeba odwagi – stwierdził Kristian. 
 

Odwagi?, zdziwił się Jens. To trzeba po prostu zrobić, niezależnie od tego, czy ma się 

odwagę, czy nie. 
 

-  Moim  zdaniem  najciężej  będzie  z  tym,  z  którymi  mam  się  spotkać  –  powiedział. 

Kristian  pochylił  się  do  przodu  i  wbił  w  niego  spojrzenie  swoich  ciemnych  oczu.  Jens 
natomiast odchylił się w tył. 
 

- Ty naprawdę jesteś taki, czy tylko udajesz? – spytał Kristian. 

 

 

- O co ci chodzi? 

 

Kristian przeczesał włosy palcami i znowu upił łyk. 

 

-  No,  że  zachowujesz  się  jak  jakiś  święty,  zawsze  myślisz  najpierw  o  innych,  nie  o 

sobie. 
 

Jens nie wiedział, czy powinien odpowiedzieć złośliwe, czy lepiej być szczerym. 

 

- A jak powinienem zachowywać się twoim zdaniem? Jestem tym, kim jestem, a jeśli 

ktoś nie chce tego uznać, to jego sprawa. 
 

Kristian  uśmiechnął  się  blado.  Ukazał  się  jego  krzywy  ząb  i  przypomniał 

pokrewieństw Kristiana z Ane. 

background image

 

29

 

-  Rozumiem,  dlaczego  Elizabeth  przez  tyle  lat  o  tobie  nie  zapomniała  –  powiedział 

gospodarz. Opróżnił kieliszek i odstawił na stolik. 
 

Jens miał ochotę zapytać, co Elizabeth o nim mówiła. Chciałby się też dowiedzieć, jak 

im  się  układa  wspólne  życie,  ile  razy  Kristian  prosił  ją  o  rękę,  zanim  się  zgodziła,  jednak 
zwyciężył rozsądek. Rozumiał, że Kristian jest zazdrosny i nie chciał jątrzyć. 
 

- Czy ty żywisz do mnie urazę? – spytał nagle Kristian. 

 

-  Z  jakiego  powodu?  –  Jens  celowo  udawał,  że  nie  rozumie,  żeby  nie  powiedzieć 

czegoś, czego nie powinien. 
 

Kristian spoglądał na niego ponuro. 

 

 - Ja przecież wiedziałem, że ty żyjesz. Od wielu lat. 

Najpierw  widziałem  cię  z  Liną  pewnej  niedzieli  w  kościele.  Później  spotkaliśmy  się  w 
Storvaagen. Pamiętasz to. 
 

- Pamiętam. Ale nie żywię urazy. 

 

- Kłamiesz! – Kristian potrząsnął  głową. 

 

-  Nie,  nie  kłamię.  Gdybym  był  na  twoim  miejscu,  zachowałbym  się  tak  samo. 

Przypuszczam, że się bałeś. Bałeś się, że stracisz Elizabeth, jeśli wyjdzie na jaw, że ja żyję. 
 

Jens widział, że Kristian go obserwuje. Po chwili gospodarz powiedział. 

 

- Do licha, uważam, że mówisz prawdę. 

 

Jens  milczał.  Nie  spodziewał  się  też,  że  Kristian  coś  jeszcze  powie.  Minęła  dłuższa 

chwila, ale w końcu tamten chrząknął, pocierając brodę. 
 

-  Na  twój  widok  wpadłbym  w  panikę,  nie  byłem  w  stanie  rozsądnie  myśleć.  Potem 

oczywiście  chciałem  powiedzieć  o  wszystkim  Elizabeth,  ale  jakoś  właściwy  moment  się 
nigdy nie nadarzył. 
 

-  To  prawda,  o  takich  rzeczach  niełatwo  mówić  –  zgodził  się  Jens.  –  Nie  można  z 

czymś takim wyskoczyć po prostu przy obiedzie. 
 

Kristian roześmiał się i spojrzał mu w oczy. Nastrój w izbie trochę złagodniał. 

 

- Czy mogłoby być dla ciebie pociechą to, ze gdyby sprawa wyjaśniła się wcześniej, 

nigdy byś nie mógł ożenić się z Liną? 
 

- Tak, to może być pociecha – Jens wstał i wyciągnął rękę do Kristiana. 

 

Ten też się podniósł i uścisnął rękę mocno i zdecydowanie. 

 

- Jesteś wspaniałym człowiekiem, Jens. 

 

- Dziękuję i nawzajem. 

 

Nie wiadomo dlaczego powróciło dawne napięcie.  

Kristian wsunął ręce do kieszeni spodni. 
 

- No cóż, mam jeszcze sporo roboty. Musisz mi wybaczyć. 

 

Jens skinął głową. 

 

Przy drzwiach Kristian jeszcze się odwrócił. 

 

- A gdzie się podziała Elizabeth? 

 

- Miała jechać do sklepu. 

 

- Ach tak. 

 

Kiedy drzwi się zamknęły, Jens znowu podszedł do ona. Ślady na śniegu świadczyły, 

ż

e Elizabeth wyjechała. 

 

- Elizabeth – szepnął. – Córka morza. – Uśmiechnął się na wspomnienie tamtego dnia, 

kiedy po raz pierwszy tak ją nazwał. Kristian z pewnością o tym nie wie. I bardzo dobrze. 
 
 

Mróz  szczypał  w  policzki.  Co  za  ulga  wyrwać  się  na  chwilę  z  Dalsrud.  Czasem 

Elizabeth miała wrażenie, że ściany ją dławią, że trudno jej oddychać. Ciągła rozpacz Liny też 
zaczynała  działać  jej  na  nerwy.  Podobnie  jak  troskliwość  Helene  i  przemilczenia  Kristiana. 
Nagle poczuła, że ma tego wszystkiego dość i musi stąd uciec. 

background image

 

30

 

Na szczęście w sklepie było sporo ludzi, więc Peder nie od razu zwrócił na nią uwagę. 

Nie  lubiła  być  zbyt  szybko  obsłużona.  Chętnie  chodziła  trochę  po  sklepie,  rozglądając  się 
spokojnie.  Ostatnio  Peder  sprowadził  dużo  nowych  towarów,  pewnie  dlatego,  że  zbliża  się 
Boże  Narodzenie  i  wyjazd  mężczyzn  na  zimowe  łosika  też  za  pasem.  Sklepikarz  pozwala 
ludziom kupować na kredyt pod warunkiem, że zapłacą wszystko wiosną. Ona sama, kiedy 
mieszkała  w  Dalen,  też  kupowała  na  kreskę  –  i  nienawidziła  wiążącego  się  z  tym 
upokorzenia. 
 

Peder uwijał się jak w ukropie. Wchodził na drabinę, żeby zdjąć towary  wiszące na 

belkach pod sufitem, pochylał się nad szufladami, ściągał różne rzeczy z półek, z ołówkiem 
gotowym do zapisania sprawunków. 
 

Elizabeth  wodziła  wzrokiem  to  tomiku  poezji,  lokówce  do  włosów,  książkach 

kucharskich i romansach, haczykach na ryby i kłębach włóczki. Pod sufitem wisiały ciężkie 
buty, zielone szklane kule i inne dziwne rzeczy. Z półek unosił się zapach kawy i syropu. Na 
ladzie  stała  taca  z  ozdobami  i  broszkami  i  szpilkami.  Może  powinna  kupić  dla  Liny  coś 
ładnego? Pomysł pojawił się nagle, Elizabeth uśmiechnęła się sama do siebie. Tak, to sprytne, 
dziewczyna na pewno bardzo się ucieszy. Nie należy jednak kupować koronek czy wstążek, 
to zbyt pospolite. Tom wierszy do niczego jej się nie przyda. Lina stroi się rzadko, więc kupić 
jej broszkę to też jakby strata pieniędzy. Co by tu znaleźć? Chodziła dalej, rozglądając się na 
wszystkie  strony.  Nagle,  przy  półkach  w  głębi  sklepu,  przystanęła  i  patrzyła.  Stały  tam 
rzędami  filiżanki  do  kawy  –  białe  w  niebieskie  kwiaty,  ze  złoconymi  brzeżkami.  I 
spodeczkami do kompletu. Nie było tylko talerzyków do ciasta, ale nie szkodzi to akurat nie 
takie ważne. Sprawdziła karteczkę przyczepioną do uszka. Nie, filiżanki wcale nie są drogie. 
No bo i nie jest to najdelikatniejsza porcelana, choć całość dekorowana złotem. 
 

Czyż  filiżanki  nie  będą  pasować  do  starej  tacy  na  pieczywo?  Czyż  nie  będzie  to 

elegancki  prezent?  Uśmiechnęła  się  na  myśl  o  tym,  że  Lina  ustawi  serwis  ze  złoceniami  w 
swoim małym domku. 
 

Ile  tych  filiżanek  kupić?  Sześć?  Nie,  to  chyba  za  dużo,  byłaby  to  przesada.  Trzy 

wystarczą,  a  Lina,  jeśli  zechce,  sama  może  sobie  dokupić  więcej.  Jest  ich  w  sklepie  pod 
dostatkiem. Wzięła trzy filiżanki ze spodeczkami. 
 

- Dzień dobry, pani Elizabeth. 

 

Głos  był  cieniutki,  można  powiedzieć  przestraszony.  Mimo  to  Elizabeth  drgnęła,  o 

mało nie opuściła filiżanek. 
 

-  Przepraszam,  nie  chciałem  pani  przestraszyć.-  Kobieta  patrzyła  z  poczuciem  winy.

 

-  Nic  się  nie  stało  –  zapewniała  Elizabeth,  przyglądając  się  tamtej.  Gdzie  już  ją 

widziała. 
 

- Pani mnie nie poznaje? 

 

Elizabeth niechętnie kręciła głową. głupia sytuacja, przecież rzadko zapomina twarze. 

 

- Jestem matką Mathilde. 

 

-  Ach  tak,  oczywiście,  teraz  to  widzę.  Co  tam  u  was  słychać?  Często  odwiedzacie 

Mathilde? 
 

Kobieta przytakiwała. 

 

- To szczęście od Boga, że pani wynajęła jej dom swojego ojca. Mathilde tak się tam 

dobrze czuje, że wprost trudno ją poznać. Ale nie będę dłużej przeszkadzać swoim gadaniem. 
Ż

yczę, aby Bóg miał panią zawsze w swojej opiece. Pani jest aniołem na ziemi. 

 

Elizabeth  chciała  protestować,  powiedzieć  coś  miłego  w  zamian,  ale  tamta  już 

wmieszała  się  w  tłum,  zachwalę  odezwał  się  dzwonek  nad  drzwiami  sklepu  i  kobieta 
zniknęła. 
 

Lekko oszołomiona Elizabeth podeszła do lady. Został przed nią już tylko jeden klient, 

mężczyzna kupujący tytoń. 

background image

 

31

 

- Dzień dobry, pani Dalsrud – kłaniał się Peder. – Co to, kupuje pani nowe filiżanki do 

kawy? 
 

-  Czasem  trzeba  –  odarła  krótko,  uśmiechając  się  uprzejmie.  –  A  do  tego  poproszę 

dużą  torebkę  kawy  –  dodała,  rozglądając  się  wokół.  Potrzebowała  różnych  przypraw, 
wskazywała po kolei, które to mają być. Peder sprawnymi palcami robił śpiczaste torebki z 
papieru, pakował przyprawy, zapisywał ceny, a potem wkładał ołówek za ucho. 
 

- I to wszystko? – spytał, kiedy umilkła. 

 

- A co to? Goście przyjechali do Dalsrud? – spytał. Układając towary w skrzynce. 

 

Elizabeth poczuła, że sztywnieje. 

 

- Goście? Co Peder ma na myśli? 

 

- No, słyszałem, ze przyjechał gość, ukochany jednej z waszych służących. 

 

Elizabeth podniosła głowę. 

 

- Tak, to jej narzeczony. – Podziękowała za zakupy i szybkim krokiem wyszła. Jak, na 

Boga, sklepikarz zdążył się już dowiedzieć, co się dzieje w Dalsrud. Zamyślona, stała przez 
chwilę przy koniu, klepiąc go po karku. Mokry pysk przesuwał się po jej spódnicy, szukając 
cukru schowanego w kieszeniach. 
 

Dzwonek nad drzwiami sklepu znowu się odezwał i Peder zawołał. 

 

- Pani Dalsrud, przyszedł do was list. I nowy numer Lofoten Tidene. 

 

-  Dziękuję!  –  Chwyciła  podawane  jej  rzeczy.  –  Zapomniałam,  że  to  dzisiaj  dzień 

pocztowy.  –  Dodała  z  uśmiechem.  Teraz  trzeba  zachowywać  się  miło  i  uprzejmie,  bo  w 
przeciwnym razie plotki będą się rozchodzić jeszcze szybciej. – A czy mogłabym zapytać… - 
Ale Peder biegł już z powrotem do sklepu. Może to i lepiej, nie ma sensu rozstrzygać sprawy. 
Zresztą  nieostrożnie  jest  pytać,  skąd  sklepikarz  wie  o  przyjeździe  Jensa.  Zacznie  się 
zastanawiać dlaczego to taka tajemnica. 
 

-  Coś  pani  mówiła?  –  Peder  znowu  się  odwrócił.  Czarna  kamizelka  ciasno  opinała 

sterczący brzuch. Z kieszonki na zegarek zwisał błyszczący łańcuszek. 
 

- Nic, ani słowa – skłamała z uśmiechem. 

 

Sklepikarz podrapał się po lśniącej łysinie, mamrocząc coś pod nosem. 

 

- No to szczęśliwej podróży – ukłonił się i zawrócił do sklepu.  

 

Koń szedł wolno, a Elizabeth siedziała pogrążona w myślach. od przyjazdu Jensa nikt 

z domowników nigdzie nie chodził, nie rozmawiał z obcymi. W Dalsrud też nikt nie bywał. 
Jak  zatem,  u  licha,  Peder  wywąchał,  ze  mają  gości?  I  tak  dobrze,  że  nie  zna  całej  prawdy. 
Elizabeth  westchnęła  ciężko.  Pewnego  dnia  jednak  prawda  wyjdzie  na  jaw,  a  wtedy  ludzie 
będą mieli o czym gadać. I to bardzo długo: pomyślcie, pierwszy mąż Elizabeth jednak nie 
umarł,  a  teraz  ma  się żenić  z  Liną.  A  na  razie  mieszka  w  Dalsrud  z  Elizabeth  i jej  nowym 
mężem!...  Będą  zmyślać  jak  nęci,  żeby  upiększyć  historię,  a  pewnie  też  i  po  to,  by  jak 
najmocniej  oczernić  Elizabeth.  Wystarczająco  wielu  sąsiadów  jej  nie  lubi  i  tylko  czeka  na 
jakiś  soczysty  skandal.  Mnie  to  akurat  specjalnie  nie  obchodzi,  myślała.  Gorzej,  że  plotki 
dotrą też do Ane i Marii. Z pewnością obie będą musiały się bronić. Ane nasłucha się niemało 
w szkole. 
 

Spojrzała na skrzynkę, którą postawiła przy sobie, i znowu ogarnęła ją radość. Może 

Lina otrze łzy na widok pięknego prezentu? W każdym razie będzie to jakaś pociecha, w tym, 
co ją tak wzburzyło. Elizabeth ostrożnie ściągnęła lejce i koń natychmiast ruszył kłusem. 
 
Rozdział 8 
 
 

Sama odprowadziła konia do stajni, wyczyściła  go i  wytarła do sucha.  Czarny ogier 

radośnie  witał  swojego  współtowarzysza  i  wyciągał  szyję  do  Elizabeth  w  oczekiwaniu  na 
jakiś smakowity kąsek. 

background image

 

32

 

- Dzisiaj nic dla ciebie nie mam – tłumaczyła. – Tylko Ane trwoni pieniądze na cukier 

dla was. 
 

Ogromne zwierzę mrugało czarnymi jak węgiel oczami i przesuwało aksamitne chrapy 

po jej włosach. 
 

W zamian Elizabeth dała obu zwierzętom po wiązce siana. 

 

W domu, Helene powitała ją słowami: 

 

- Lina zniknęła! 

 

- Zniknęła? – powtórzyła Elizabeth, zdejmując chustkę z głowy. 

 

-  No  tak,  dług  jej  nigdzie  nie  było,  aż  zaczęłam  się  niepokoić,  no  bo  ktoś  w  takiej 

rozpaczy… 
 

Elizabeth usiadła na stołku i zaczęła zdejmować buty. 

 

- Mam nadzieję, że daleko nie odeszła – bąknęła. 

 

Z kuchni wyszedł Jens. Jego widok nadal był dla Elizabeth szokiem. Ciekawe, kiedy 

w  końcu  przywyknie,  że  on  żyje?  Kiedy  ustąpi  niepewność  i  ból?  Stwierdziła,  że  Jens 
wygląda na przestraszonego. 
 

- A sprawdzaliście, czy czegoś nie brakuje? 

 

Helene przechyliła głowę. 

 

- Brakuje? czego ma brakować? 

 

- No ubrań, jedzenia… 

 

- Nie sprawdzałam, ale zaraz zobaczę. – Helene znowu zniknęła. 

 

- Nie martw się tak – powiedziała Elizabeth do Jensa, podnosząc z podłogi skrzynkę, 

którą przywiozła ze sklepu. – A ja właśnie kupiłam dla was prezent. Do nowego domu. 
 

- Nie trzeba było, Elizabeth. 

 

- Dlaczego nie? 

 

Nie odpowiedział. 

 

-  Peder  ze  sklepu  wie,  że  ty  tutaj  jesteś  –  oznajmiła.  –  Pytał,  czy  gościmy  u  siebie 

ukochanego Liny. Masz jakieś podejrzenia, skąd może o tym wiedzieć? 
 

-  Ci  ludzie,  którzy  mnie  tutaj  przywieźli,  to  znajomi  Pedera.  Oni  musieli  mu 

powiedzieć. 
 

Wróciła Helene. 

 

-  Wszystkie  rzeczy  Liny  są  na  miejscu  w  jej  izbie,  ale  w  spiżarni  brakuje  jedzenia. 

Klucz do spichlerza masz tylko ty, więc stamtąd nie mogła nic wziąć. 
 

- W takim razie poszła pewnie do swojego domu – stwierdziła Elizabeth przekonana, 

ż

e ma rację. 

 

- No to ja też tam idę – Jens zdjął kurtkę z wieszaka. 

 

-  Nie,  zostaw  ją  w  spokoju  –  Elizabeth  położyła  mu  rękę  na  ramieniu.  –  Widocznie 

chciała pobyć sama. Na pewno zaraz wróci. 
 

Jens opuścił rękę. 

 

- Skoro tak uważasz… 

 

Z kantoru wyszedł Kristian. 

 

-  Masz  tutaj  Lofoten  Tidene  –  podała  mu  gazetę.  –  Przyszedł  też  list  –  mówiła, 

oglądając znaczek i stempel pocztowy – od Bertine. – Napotkała pytające spojrzenia Jensa i 
wyjaśniła: 
 

-  To  cioteczna  siostra  Kristiana.  Mieszka  w  Bergen  ze  swoim  mężem  Simonem.  – 

Przypomniała  sobie  pierwsze  spotkanie  z  Bertine  i  uśmiechała  się,  mówiąc:  -  Pierwszy  raz 
spotkałam Bertine na pogrzebie Ragny. Myślałam… - umilkła gwałtownie i zaczęła zbierać 
swoje rzeczy. O mało mu nie powiedziała, że podejrzewała wówczas, iż Bertine jest ukochaną 
Kristiana.  Głupio  byłoby  mówić  o  tym  Jensowi,  poza  tym  pogrzeb  Ragny  to  też  nie  żadne 
miłe wspomnienie, żeby je tu przywoływać. Nieoczekiwanie zdała sobie sprawę, że Bertine i 
Simon  nie  mają  dzieci.  Ja  mam  przynajmniej  Ane,  pomyślała  rękę  na  płaskim  brzuchu. 

background image

 

33

Otrząsnęła  się  szybko.  –  Masz,  weź  to  –  podała  Jensowi  skrzynkę  z  filiżankami  –  ale  nie 
zaglądaj jeszcze do środka. To ma być niespodzianka. 
 

- Będziemy szukać Liny? – spytała Maria, kiedy weszli do kuchni. 

 

- Nie, ona poszła tylko do swojego domu. Widocznie chce pobyć trochę w samotności, 

każdy  tego  potrzebuje  od  czasu  do  czasu,  powinniśmy  zostawić  ją  w  spokoju.  A  teraz 
zaparzymy kawy i przeczytamy wspólnie list od Bertine, który przywiozła, 
 

List  z  Bergen  był  gruby  i  budził  nadzieję  na  ciekawą  lekturę.  Nawet  Jens,  który 

przecież nie zna Bertine, sprawiał wrażenie zaciekawionego. Jakoś zdumiewająco szybko się 
u nas zadomowił, pomyślała Elizabeth. Jakby nie wiadomo ile czasu spędził już w Dalsrud. 
 

- Ty będziesz czytać, Maria – powiedziała, podając siostrze kopertę. 

 

- Ja? – Maria wyglądała na onieśmieloną. – Przecież zawsze czytałaś ty… 

 

- To prawda, a teraz kolej na ciebie. 

 

Maria z uroczystą miną rozłożyła list i zaczęła czytać. 

 

 

 

Kochani wszyscy mieszkańcy Dalsrud. Mali i duzi. 

 
 

Elizabeth odchyliła się w tył i oparła głowę o ścianę. Dobór słów Bertine sprawił, że 

się uśmiechnęła. 
 
 

Czas najwyższy napisać do was parę słów i opowiedzieć jak my tu, w Bergen, żyjemy. 

Simon większość swego czasy poświęca interesom, które ja uważam, za nudne i męczące. Ale 
przecie
ż  musimy  z  czegoś  żyć,  więc  nie  mogę  narzekać.  Mój  mąż  jest  taki  dobry  i  miły,  nie 
protestuje,  kiedy  odwiedzam  krawcowe  i  modystki,  których  w  Bergen  mamy  wiele.  Ach, 
Elizabeth,  
żebyś  tak  mogła  przyjechać  do  nad  na  trochę.  Pomyśl,  jak  miło  spędzałybyśmy 
razem czas. 
 
 

Bertine kontynuowała opowieści o tym, jak spędza dnie. Prowadzi życie kompletnie 

odmienne, od tego, co oni znają w Dalsrud. Opowiadała o spotkaniach, sklepach, kawiarniach 
i modzie. O brukowanych ulicach i o tym, jak trudno chodzi się po kamieniach w butach na 
cieniutkich  obcasach.  Opisywała  wszystkich  tych  interesujących  ludzi,  których  spotyka  na 
wielkich przyjęciach w zamożnych domach. 
 
 

Jedną  z  nich  jest  kobieta  imieniem  Amalie.  To  niezwykła  istota,  odczuwam  dla  niej 

wieli szacunek. Ona i jej mąż opłynęli na żaglowcu całą ziemię, próbowała też szczęścia jako 
autorka  sztuk  scenicznych.  Za  to  jednak  musiała  zapłaci
ć  wysoką  cenę,  bo  pięć  lat  temu 
została zamkni
ęta na wiele tygodni w domu na nerwowo chorych. 
 
 

Elizabeth  zerknęła  na  Kristiana.  Spojrzał  jej  w  oczy  i  uśmiechnął  się.  ona  też 

odpowiedziała  uśmiechem,  jakby  chciała  mu  powiedzieć  bez  słów,  że  nie  jest  już  na  niego 
zła, że wybaczyła mu tę sprawę z nożem. Biednemu Kristanowi też nie jest lekko. 
 

Zdała sobie sprawę, że Maria wciąż czyta list, a ona nie słucha. 

 
 

…i  na  tym  przyjęciu  usłyszałam  przerażającą  historię.  Wszystko  zaczęło  się  w  roku 

1869,  kiedy  pewna  służąca  imieniem  maren  ciężko  zachorowała.  Dostała  wymiotów  i 
biegunki,  a  po  czterech  dnia  umarła.  Pó
źniej,  w  roku  1872  zmarła  na  tę  samą  chorobę 
gospodyni  tego  domu.  I  wierzcie  mi  albo  nie,  ale  w  trzy  lata  pó
źniej  umarł  też  gospodarz, 
hurtownik i handlarz drewnem, Niell Ankerstang, te
ż z powodu biegunki i wymiotów. 
 

background image

 

34

 

Elizabeth  poczuła,  że  się  poci  na  myśl  o  tym,  iż  wszyscy  oni  zmarli  taką  samą 

ś

miercią jak Leonard. Bogu dzięki, że w końcu dowiedziała się, że nie zginął z jej ręki. Nie 

miała odwagi spojrzeć na Jensa, wiedziała, że on myśli o tym samym. 
 
 

Wkrótce  potem  inna  służąca  imieniem  Mathilde  zachorowała,  ale  przeżyła.  W  czasie 

jej choroby w domu wybuchł pożar, na szczęście Mathilde została razem z innymi uratowana.  
 

Długotrwałe dochodzenie wykazało, że to służąca Sophie wytruła ich wszystkich trutką 

na szczury czy, jak to ona nazwała, szczurzym prochem. Wyjawiła, że miała romans ze swoim 
chlebodawc
ą i że to zazdrość pchnęła ją do takich strasznych czynów. 
 
 

Maria odłożyła list. 

 

- Rany boskie, a to ci historia. Ciekawe, czy to prawda? 

 

- Z całą pewnością – Ane kiwała głową, wytrzeszczając oczy. – Bertine nie kłamie. 

 

- Nie, oczywiście, że nie, ale mogła całą opowieść trochę ubarwić. 

 

- Co pisze dalej? – spytała Elizabeth. 

 
 

Sophie  osądzona,  za  swoje  czyny  zapłaciła  głową.  ale  nie  chcę  was  dłużej  męczyć 

swoimi  historiami.  Życzę  wam  wszystkiego  najlepszego,  teraz  i  na  Boże  Narodzenie.  Czy 
paczka, któr
ą wysłała na północ, dotarła? 
 
 

- Paczka? – spytała Ane, spoglądając w napięciu na Kristiana i Elizabeth. 

 

Oboje kręcili przecząco głowami, twierdzili, że nic im nie wiadomo o paczce z Brgen. 

Po  chwili  Elizabeth  spojrzała  wymownie  na  Kristiana,  żeby  mu  dać  do  zrozumienia,  iż 
powinien  lepiej  schować  skrzynkę  na  wypadek,  gdyby  ciekawość  Ane  okazałą  się  nie  do 
opanowania. 
 
 

Najlepsze  pozdrowienia  od  Bertine.  Simon  też  wszystkich  pozdrawia  serdecznie 

pozdrawia  
 

– 

zakończyła Maria i starannie złożyła wszystkie arkusiki. 

 

- Przeczytaj jeszcze raz opowieść o tych wszystkich otrutych ludziach – domagała się 

Ane. 
 

Elizabeth popatrzyła na Jensa. 

 

- No więc sam widzisz. Za jej anielskim wyglądem ukrywa się wcale nie taka anielska 

natura. 
 

- A moim zdaniem powinniśmy jeszcze raz przeczytać cały list – powiedział Kristian. 

– Najpierw jednak napijemy się kawy. Helene, zajmiesz się tym? 
 
Rozdział 9 
 
 

Elizabeth wyjęła z szafy białą bluzkę i czarną spódnicę. Pod szyję przypięła srebrną 

broszkę, którą kilka lat temu dostała od Kristiana w prezencie  gwiazdkowym. Przez chwilę 
zastanawiała się, czy nie narzucić na ramiona jedwabnego szala od Jensa, ale zrezygnowała. 
Potem zawstydziła się tego pomysłu, sama nie wiedząc czemu. Włosy, jak zwykle, zaplotła w 
warkocz.  od  dawna  jest  dorosłą  kobietą,  powinna  chyba  zrezygnować  z  tej  dziewczęcej 
fryzury,  mimo  to  opuściła  pokój  z  warkoczem  na  plecach.  Na  korytarzu  zderzyła  się  z 
Kristianem, który wybiegł z kantoru potargany i nieogolony. Popatrzyła na niego uważnie. 
 

- Od dzisiaj będziesz sypiał we własnym łóżku. Nie ma powodu, żebyś wciąż ścielił 

sobie w kantorze. Zresztą to nie wypada. 
 

Bez słowa skinął głową i poszedł na strych, żeby się ogarnąć. 

background image

 

35

 

W kuchni Helene stała  przy piecu i  gotowała kaszę. Maria nakrywała do stołu, Ane 

rozmawiała z Jensem.  
 

-  Opowiedz  mi  jeszcze  –  prosiła,  tuląc  się  do  niego  –  opowiedz,  dlaczego  on  się 

nazywał Enok- Dwa Szylingi? 
 

- No bo on zawsze brał dwa szylingi za prace, niezależnie od tego, co robił. 

 

- Przestań już męczyć Jensa i pomóż Marii – upomniała ją Elizabeth. 

 

Ane posłała matce urażone spojrzenie. 

 

-  Nie  widziałam  taty  przez  tyle,  tyle  lat,  a  ty  mówisz, że  ja  go  męczę  –  energicznie 

odwróciła się do Jensa. – Ty też tak uważasz? 
 

Jens roześmiał się z czułością. 

 

- Nie, absolutnie nie. 

 

Elizabeth  nie  powiedziała  już  nic  więcej,  ale  chodząc  po  kuchni,  obserwowała  ich 

ukradkiem.  Ane  wpatrywała  się  w  Jensa  wielkimi,  pełnymi  podziwu  oczyma,  jakby  to  sam 
król przy niej siedział. I zaczęła się ostatnio stroić. Dzisiaj włosy spływały falami na plecy, 
podtrzymywane ciemnoniebieską wstążką. Elizabeth już chciała powiedzieć, że trzeba będzie 
zmienić tę fryzurę przed pójściem do obrządku, ale do kuchni wszedł Lars. 
 

- Szczęść Boże – podszedł do Helene i pogłaskał ją po policzku. – Jak ty się dzisiaj 

masz? 
 

- Dobrze – Helene zarumieniła się, ale najwyraźniej zachowanie  Larsa  sprawiało jej 

przyjemność, bo uśmiechnęła się do niego czule. 
 

- Lina jeszcze nie wróciła? – spyta Lars. 

 

Hlene pokręciła głową. 

 

- Nie i musze powiedzieć, ze wcale mi się to nie podoba. Nie wiem, jak ona się czuje, 

sama jedna w domu na wzgórzu. A przecież ta, nie ma nawet porządnego łóżka. 
 

Jens chciał coś powiedzieć, ale Elizabeth go ubiegła. 

 

- W ciągu dnia z pewnością wróci. Dzisiaj Lars pójdzie zamiast niej do pobory. 

 

Kiedy  przyszedł  Kristian,  odmówili  krótką  modlitwę  przed  posiłkiem,  potem  w 

milczeniu zjedli śniadanie. Na koniec Jens powiedział: 
 

- Postanowiłem, że dzisiaj wybiorę się do Heimly. Wszystko już przygotowałem. Chcę 

tylko zapytać, czy mógłbym pożyczyć konia? – zwrócił się do Kristiana. 
 

Gospodarz odpowiedział, nie podnosząc wzroku. 

 

- Oczywiście, weź ogiera. On jest silniejszy. 

 

- Dziękuję bardzo. – Znowu pochylił się nad talerzem. 

 

- Ja też chcę jechać! – zawołała Ane. 

 

Jens spoglądał po zebranych. 

 

- Jeśli o mnie chodzi, to… 

 

Kristian chrząknął, odłożył łyżkę i oznajmił: 

 

- Moim zdaniem Elizabeth i ja też powinniśmy jechać, jeśli nie masz nic przeciwko 

temu. Dawno tam nie byliśmy i może tobie będzie łatwiej… innym zresztą też, jeśli my.. – 
przerwał. 
 

Elizabeth  długo  patrzyła  na  męża.  Czy  to  z  jego  strony  próba  naprawienia 

popełnionych błędów? Skinęła głową, zadowolona, że Kristian tak myśli. 
 
 

Kristian  pozwolił.  Elizabeth  postarała  się,  żeby  Ane  siedziała  między  nią  a  Jensem. 

Potrzebowała tego dystansu. Nie tylko ze względu na Kristiana, choć wiedziała, że jemu musi 
być teraz trudno. Potrząsnęła lekko głową, próbowała zrozumieć, co mąż czuje. Przez wiele 
lat żył w strachu, że Jens się pojawi i tak się właśnie stało. 
 

Wiedziała jednak, że jeszcze nie potrafi mu wybaczyć. Jens stracił wiele lat życia, a 

może było oszczędzić mu bólu, gdyby Kristian zachował się uczciwie. Niezależnie od tego, 
jak bardzo się bał, że ją utraci. Okazuje się, ze myślał tylko o sobie. 

background image

 

36

 

Ane gadała niemal bez przerwy, a Jens wysłuchiwał cierpliwie jej opowieści – o tym, 

co  Fredrik  powiedział  i  zrobił,  o  Marii,  której  podobał  się  Olav,  ale  on  znalazł  sobie  inną 
imieniem Elen, więc Maria musiała zrezygnować. Ona sama nie zamierza nigdy wychodzić 
za mąż, oznajmiła Ane stanowczo. 
 

Elizabeth szturchnęła ją mocno w bok. 

 

- Przestałabyś już, Ane. Gdyby Maria słyszałam co wygadujesz, byłaby na ciebie zła. 

 

- Przepraszam – Ane mocno zacisnęła wargi, ale po chwili zaczęła znowu. 

 

- Ale ty nikomu tego nie powiesz, prawda? 

 

- Obiecuję ci, że nie – odparł Jens szeptem. 

 

Elizabeth  musiała  się  uśmiechnąć.  Mimo  wszystko  dobrze  jest  widzieć  tych  dwoje 

razem. 
 
 

Kątem  oka  Elizabeth  dostrzegła,  jak  bardzo  Jens  jest  skoncentrowany.  Siedział 

sztywno,  dosłownie  chłonął  wzrokiem  widok  pokrytego  lodem  brzegu,  wyniosłych  gór  i 
fiordu.  Uśmiechnął  się,  widząc  swoją  szopę  na  łodzie  i  szczególnie  długo  przyglądał  się 
domowi w Dalen. Kiedy dotarli do Heimly, ledwie mógł się ruszyć. 
 

Elizabeth  płonęła  z  chęci  wypytywania,  czy  wszystko  jest  takie,  jak  zapamiętał,  ale 

rozsądek wziął górę i milczała. To są jego chwile, nikt nie powinien mu przeszkadzać. 
 

Na  schodach  ukazał  się  Olav.  Wyglądał  na  zaskoczonego,  zawrócił  do  domu  i  po 

chwili wyszedł w ciepłej kurtce. Uśmiechał się i machał do Elizabeth, Kristiana i Ane. Potem 
popatrzył na Jensa i wyciągnął rękę. 
 

Nie zdążyli nic powiedzieć, bo z domu wybiegł Jakob. 

 

-  Dzień  dobry,  dzień  dobry,  witajcie  –  wołała  radośnie.  –  A  co  to  za  bieda  was  tu 

przygnała? – Skakał przy tym po śniegu, bo wciąż próbował porządnie włożyć wysoki but. – 
Tak  rzadko  was  widujemy,  że…  I  nagle  jakby  ktoś  uciął  słowa,  uśmiech  zastygł  mu  na 
wargach, a on kołysał się niepewnie w tył i przód. Jeden kącik ust uniósł się w górę, jakby na 
próbę, na twarzy pojawił się wyraz niepewności. Jakob roześmiał się krótko. 
 

- Najpierw pomyślałem, że to jest…  - znowu zamilkł, a wtedy Jens odwrócił  głowę 

tak, że ukazała się blizna na policzku. 
 

Jako odskoczył chwiejnie. 

 

- Najświętsza Panienko i Ojcze Syna – mamrotał. – Czy to… Czy to ty, Jens? 

 

Jens skinął głową. 

 

- Tak, to ja. Przeżyłem katastrofę. 

 

Jakob odzyskał równowagę i ruszył ku niemu. 

Otworzył ramiona i przycisnął Jensa do piersi. Wielkie dłonie klepały przybranego syna po 
plecach, głaskały i klepały znowu. Potem musiał go trochę od siebie odsunąć. Przyjrzał mu 
się,  i  ponowie  zaczął  poklepywać.  Szorstkimi,  spracowanymi  dłońmi,  pełnymi  blizn  i 
zgrubień przetarł pospiesznie twarz. 
 

- Stoję tu i mażę się jak jakaś baba – powiedział. Chciał śmiechem pokryć łzy. – To 

prawdziwy cud od Boga, nic innego. – Przyciągnął ku sobie Olava. – Poznałeś swojego brata. 
Jensa? 
 

Olav niepewnie pokręcił głową. 

 

- Tak od razu to nie. 

 

Podali  sobie  nawzajem  ręce,  a  Jens  powiedział,  że  Olav  bardzo  wydoroślał  od 

ostatniego spotkania i on też jest nie do poznania. 
 

Elizabeth spoglądała na pozostałych mieszkańców Heimly, tłoczących się w drzwiach 

domu. Ciekawi, wyciągali szyję, żeby zobaczyć, co to się dzieje. 
 

- Odprowadzę konia do stajni – powiedział Kristian i zaczął wyprzęgać. – Było jasne, 

ż

e jest w tej sytuacji zakłopotany. 

 

Jakob patrzył tylko na Jensa, oczu nie mógł od niego oderwać. 

background image

 

37

 

-  Gdzieś  ty  się  podziewał?  I  dlaczego  nie  dałeś  znaku  życia,  przecież  minęło  tyle 

czasy! 
 

- To bardzo długa historia – powiedział Jens. 

 

Jakob  wciąż  nie  spuszczał  z  niego  wzroku,  jakby  każdy  rys  jego  twarzy  chciał 

ponownie wryć sobie w pamięć. 
 

- A gdzieście wy go znaleźli? – spytał i Elizabeth domyśliła się, że pytanie skierowane 

jest do niej. 
 

Roześmiała się. 

 

- To też jest długa historia, myślę, że Jens sam ją opowie.  

 

- Zimno mi – skarżyła się Ane. – Nie moglibyśmy wejść do środka? 

 

- Co ty mówisz? - zdziwił się Jakob. – No tak, oczywiście. Tata małej Piri nie może 

zamarznąć na śmierć. 
 

Ane przewracała oczami i śmiała się, słysząc swoje dawne przezwisko, wzięła Jensa 

za rękę i oboje wolno poszli w stronę domu. 
 

- Jens? – jęknęła stojąca w drzwiach Dorte. – To naprawdę ty? 

 

Jens  przytakiwał  i  wyciągnął  do  niej  rękę.  Dorte  przeżegnała  się  i  ujęła  ją  w  obie 

dłonie.  Potem  pośpiesznie  puściła  i  zakryła  twarz  fartuchem.  Plecy  jej  się  trzęsły,  Jakob 
musiał ją pocieszać. 
 

- No już, Dorte, nie płacz tak strasznie. – Dobrze już, dobrze. to chwila radości, a nie 

rozpaczy. 
 

Otarła łzy, wyjęła z kieszeni chusteczkę do nosa. 

 

- Więc jednak tym razem pan Bóg mnie wysłuchał – wyszeptała. 

 

Jens spoglądał na nią zakłopotany, a ona mówiła dalej: 

 

- Każdziutkiego wieczora odkąd zaginąłeś, modliłam się do Boga. Błagałam go, żebyś 

wrócił.  No  i  jesteś!  –  rozszlochała  się  znowu,  ocierała  oczy  na  przemian  to  chusteczkę,  to 
skrajem fartucha. 
 

Elizabeth poczuła pieczenie pod powiekami, musiała mrugać, żeby nie pójść w ślady 

Dorte. 
 

- Tylu ludzi cię opłakiwało – mówiła dalej Dorte. – tylu za tobą tęskniło. Chociaż ja 

nigdy nie odważyłam się nikomu powiedzieć, że modlę się o twój powrót. Nawet Jakob nie 
wiedział. Ktoś mógłby pomyśleć, że jestem kompletną wariatką. Przed ludźmi udawałam, ze 
wierzę w twoją śmierć. Przed Elizabeth też, kiedy nie chciała pogodzić się z tym, że ciebie nie 
ma.  Bo  inni  to  byli  całkiem  pewni,  że  nie  żyjesz.  No  a  ty  wracasz!  Gdzie  się  podziewałeś 
przez ten cały czas? Dlaczego nie przyjechałeś do domu? 
 

- Mieszkałem na Wyspie Topielca, a potem w Kabelvaag – rzekł Jens pospiesznie. 

 

Wrócił Kristian. 

 

- To tutaj macie zamiar się gościć? – próbował żartować. 

 

Dorte nagle odzyskała panowanie nad sobą. 

 

- Chodźcie, chodźcie do środka, nie stójcie, bo całkiem przemarzniecie. Uff, gdzie ja 

mam rozum? Indianne, przywitaj się ze swoim bratem. I ty Fredrik też – umilkła, spoglądając 
na Jensa. – Chyba słyszałeś, że Jakob i ja.. I że Ragna… 
 

Przerwał jej z uśmiechem: 

 

- Tak, tak, wiem o wszystkim. 

 

Podeszła Indianne i skrępowana podała mu rękę. 

 

- Dzień dobry, Jens. 

 

Przyglądał jej się uważnie. 

 

-  Ciebie  to  bym  chyba  nie  poznał.  Miałaś  ledwie  dziewięć  lat,  kiedy  widziałem  cię 

ostatnio,  a  teraz  masz  dziewiętnaście.  Potarł  twarz  i  znowu  przyjrzał  się  siostrze,  aż  się 
zarumieniła i nie wiedziała, gdzie podziać oczy. 

background image

 

38

 

- Dzień dobry, Jens. A ja mam na imię Fredrik. Mama i tata tyle o tobie opowiadali, ze 

właściwie to ja ciebie znam. 
 

Jens opadł na krzesło i Elizabeth stwierdziła, że oczy mu się zaszkliły. Przełykał ślinę 

i odchrząkiwał raz po raz. 
 

- Więc to ty jesteś ten Fredrik, którego nigdy nie widziałem. Mój mały braciszek! 

 

Chłopiec przytakiwał, potrząsając  swoimi ciemnymi lokami. 

 

- Nasza pierwsza mama umarła, kiedy ja się urodziłem, ale zaraz dostaliśmy nową. I to 

jest Dorte. Ona przedtem była już mamą Daniela. Chodź Daniel, ty też się przywitaj. 
 

Daniel podszedł, podając rękę Jensowi, ukłonił się i natychmiast znowu wycofał. 

 

Elizabeth  popatrzyła  na  Ane.  Dziewczynka  stała,  oczy  jej  płonęły,  najwyraźniej 

podobała jej się ta scena. Żaden gest, żadne spojrzenie czy łza nie uszły jej uwagi. 
 

-  Tak,  ja  wiem  o  tym  wszystkim  –  powiedział  Jens,  spoglądając  na  najmłodszego 

brata.  –  A  może  wiosną  pójdziemy  obaj  na  grób  Ragny,  posprzątamy  tam,  powstańmy 
kwiaty? Co ty na to? 
 

Fredrik przytakiwał energicznie. 

 

- A jak będę duży, to chciałbym zostać rybakiem – oznajmił. Tak hak tata. 

 

Dorte znowu musiała ocierać oczy. 

 

-  No,  ale  dosyć  już  tego  płakania.  Siadajcie  do  stołu.  Zaraz  będzie  kawa.  Indianne, 

pomożesz  mi?  –  I  niemal  na  tym  samym  oddechu:  -  Powinnam  was  zaprosić  do  izby,  ale 
ponieważ nie wiedzieliśmy, że jadą do nas goście, to nie napaliliśmy. 
 

-  No  ale  kto  mógł  przypuszczać,  że  tata  Jens  mimo  wszystko  żyje?  –  wtrąciła 

nieoczekiwanie Ane. 
 

Elizabeth  zerknęła  w  stronę  Kristiana,  ale  on  nie  patrzył  jej  w  oczy.  Zawstydzony, 

odwrócił wzrok. 
 

Zauważyła,  że  nikt  nie  spuszcza  oczy  z  Jensa.  Jakby  się  bali,  że  im  znowu  zniknie, 

rozpłynie się  powietrzu. 
 

Ane usiadła tuż obok Jensa, Fredrik po jego drugiej stronie o oboje, przekrzykując się 

nawzajem opowiadali z zapałem o wszystkim, co ich zdaniem mogło go zainteresować. 
 

Dopiero  kiedy  Indianne  i  Dorte  przygotowały  posiłek  i  same  też  usiadły  przy  stole, 

Jakbo poprosił Jensa, żeby opowiedział, co się z nim działo. Opróżniono jeden dzbanek kawy, 
zaparzono drugi, a on mówił o dziesięciu ostatnich latach swojego życia, od chwili katastrofy 
na morzu i dnia, kiedy został przez fale wyrzucony na brzeg na Wyspę Topielca, opowiadał o 
ż

yciu z Laviną, a potem o latach spędzonych w Kabelvaag. Elizabeth domyślała się, że wiele 

faktów pomija. Nie mówi o wydarzeniach nie przeznaczonych dla obcych uszu i takich, które 
chce zachować tylko dla siebie. 
 

Na koniec opowiedział i pożarze i o tym, że to on właśnie wtedy zaczął odzyskiwać 

pamięć. 
 

- Ale wciąż jeszcze nie wszystko pamiętam – westchnął. – Czy raczej nie wiem, że o 

czymś  zapomniałem,  dopóki  inni  mi  o  tym  nie  przypomną  –  roześmiał  się.  –  Dosyć  to 
wszytko dziwne. Ale najdziwniejsze teraz jest to, że widzę was znowu wszystkich razem. Ty, 
Olav,  byłeś  dziesięcioletnim  chłopcem,  kiedy  widziałem  cię  po  raz  ostatni,  a  teraz  jesteś 
dorosłym  mężczyzną.  O  tylu  rzeczach  musicie  mi  opowiedzieć  –  rzekł  w  zamyśleniu, 
wpatrując się w blat stołu. W Tylku sprawach nie uczestniczyłem.  I tyle mogłoby potoczyć 
się inaczej. – Spojrzał na Kristiana, ale pospiesznie cofnął wzrok. 
 

Elizabeth popatrzyła po zebranych. Niemal wiedziała, o czym każde z nich myśli. 

 
 
 
 
 

background image

 

39

Rozdział 10 
 
 

W  kuchni  w  Dalsrud  uderzył  ich  w  nosy  zapach  solonej  ryby  u  pieczonego  mięsa. 

Skroplona  para  spływała  po  szybach,  Helene  miała  zarumienione  policzki.  Wytarła  ręce  w 
fartuch i witała ich z uśmiechem. 
 

- No i jak poszło w Heimly? – spytała. – Oni pewnie też przeżyli szok? Szok z radości. 

 

Jens przytaknął i usiadł przy końcu długiego stołu.  

 

-  Bez  tego  się  nie  obeszło.  Zresztą  dla  mnie  to  też  było  przeżycie.  Chociaż 

wiedziałem,  ze  rodzeństwo  dorosło  przez  te  lata,  to  jednak  trudno  się  przyzwyczaić. 
Zostawiłem ich jako dzieci, a kiedy teraz wracam, oni są dorośli, gotowi do żeniaczki. 
 

-  A  pomyśl,  jaka  byłam,  malutka  –  wtrąciła  Ane,  siadając  mu  na  kolanach.  –  A 

Fredrik! On to był jeszcze maleńkim ziarenkiem w niebie u Boga. 
 

Helene  zaczęła  nakrywać  do  stołu.  Ustawiała  talerzyki  i  szklanki.  Kładła  noże  i 

widelce.  Nad  salaterkami  z  rybą  i  ziemniakami  unosiła  się  para.  W  dużej  misce  pływały  w 
tłuszczy kawałki mięsa. Elizabeth poczuła, że ślina jej cieknie. Ludzie, którzy narzekają, że 
muszą  jadać  ryby  przesz  sześć  dni  w  tygodniu,  z  pewnością  nie  mają  takich  kucharek  jak 
Helene.  Ona  jest  po  prostu  mistrzynią  w  wyczarowywaniu  najpyszniejszych  dań  z  tego,  co 
daje morze. 
 

Nieoczekiwanie Jens podniósł się z miejsca. 

 

- Muszę przed obiadem porozmawiać z Liną – obracał w rękach czapkę. – Wybaczcie 

mi, ale pójdę do domu zobaczyć, co z nią. 
 

- Przecież ty nawet nie wiesz, jak tam trafić – powiedziała Elizabeth. 

 

Jens wzruszył ramionami. 

 

- Jeśli mi wytłumaczycie, na pewno dotrę na miejsce. Żal mi jej, biedaczki. 

 

Elizabeth znowu poczuła ukłucie w sercu. Dziwnie jest słyszeć, że Jens tak mówi o 

innej kobiecie. 
 

- To raczej ja pójdę i przyprowadzę ją tutaj – rzekł Kristian stanowczo. 

 

- Najpierw zjedz – protestowała Elizabeth. – Przecież nie ma aż takiego pośpiechu. 

 

Kristian zerknął spod oka na Jensa, który stał i miął czapkę. 

 

- Nie jestem głodny, Elizabeth. Zjem, jak wrócę. 

 

Tym razem zaprotestował Jens. 

 

-  Posłuchaj,  co  mówi  Elizabeth,  Kristian.  powiedz  mi  tylko,  jak  mam  iść,  to  sam  ją 

przyprowadzę. Moim zdaniem tak będzie najlepiej. 
 

- Siedź cicho i słuchaj, kiedy starsi do ciebie mówią – roześmiał się Kristian, wstając i 

wkładając kurtkę. – Już jestem w drodze. 
 

Drzwi się za nim zatrzasnęły. 

 

-  Nie  ma  sensu  z  nim  dyskutować,  jak  sobie  coś  wbije  do  głowy  –  westchnęła 

Elizabeth. 
 

- Każdy sądzi według siebie – odparł Jens z krzywym uśmiechem. 

 

- Co chcesz przez to powiedzieć, zuchwalcze? – roześmiała się. 

 

- Nic takiego. 

 

- Mam nadzieję, że wziął ze sobą… - zaczęła Helene, przyciskając nos do szyby. – Że 

włożył takiety śnieżne.  
 

Elizabeth  nalała  wody  do  dzbanka  i  postawiła  na  stole.  Poruszała  się  lekko,  Jens 

sprawił, że znowu potrafi się szczerze śmiać. Kiedy ostatnio tak było? Chyba bardzo dawno 
temu, myślała. Tyle się teraz wydarzyło. Najpierw ten szok z powodu powrotu Jensa, i ból po 
stracie dziecka, z którym wciąż się zmaga. Potrzebowała czasu na uporządkowanie uczuć, a 
to nie jest dobra pora na śmiech i żarty. 
 

Czasami  miała  wrażenie,  że  rozpada  się  na  kawałki.  Dziewczynki  jej  potrzebowały, 

każda na swój sposób, służące też wciąż czegoś chcą. Kristian jest jej mężem, ona go kocha, 

background image

 

40

ale  przecież  nie  może  przejść  do  porządku  dziennego  nad  tym,  ze  ją  oszukał.  To 
niewybaczalne,  tak  to  odczuwa.  Jens  w  dalszym  ciągu  jest  jej  mężem,  on  też,  choć 
równocześnie  należy  do  Liny.  Nie  jest  już  bolesnym  zmartwieniem  i  tęsknotą,  nie  jest 
przeszłością, którą można wspominać w trudnych chwilach, jest żywym człowiekiem i należy 
do innej. 
 

Dziesięć lat życia trzeba przejrzeć, przemyśleć i uporządkować. Tego się nie da zrobić 

w jednej chwili. Zbyt wiele drobiazgów, zbyt wiele uczuć się na nie składa. Nie można tego z 
siebie wyrwać, ze wspomnieniami trzeba się obchodzić ostrożnie. 
 

- Co się tak rozmarzyłaś? – spytała Maria. – Co tak bardzo zajmuje twoje myśli? 

 

Elizabeth wróciła do stołu. 

 

- Nic takiego, myślę o tym, co powiedziano dzisiaj w Heimly. Biedna Dorte, wyobraź 

sobie, że ona od zaginięcia Jensa każdego wieczora błagała Boga o jego powrót. Nie miała o 
tym pojęcia. 
 

- Czy to prawda? – Maria spoglądała na nią z powątpiewaniem. 

 

-  Prawda.    Czyż  to  niepodobne  do  Dorte?  To  kobieta  dobra  do  szpiku  kości,  ona 

zawsze najpierw myśli o innych. 
 

Jens potarł bliznę na policzku. 

 

- A jak im się żyje razem, Dorte i Jakobowi? 

 

- Dobrze – odparła Elizabeth po prostu. – Skoro już musiał znaleźć sobie nową żonę, 

to  nie  mógł  trafić  lepiej.  Możesz  mi  wierzyć,  im  nie  było  łatwo,  ani  jemu,  ani  dzieciom… 
Ragna umarła tak nagle. Ale Dorte zajęła się nimi, jakby były jej własne. Od czasu do czasu 
mówią do niej „ mama”, ale Dorte dba, żeby nie zapomniały o rodzonej matce. Nigdy w tym 
domu nie padło ani jedno złe słowo o Ragnie. 
 

Widziała, że Jens słucha z zadowoleniem i uśmiechnęła się. potem złożyła ręce. 

 

- Teraz odmówimy modlitwę przed jedzeniem. 

Dzięki, ci Boże, za jedzenie, które nam dajesz. Amen. 
 

Modlitwa była prosta, nawet się nie umywała do tek którą Kristian zwykle odmawia, 

ale Elizabeth się nie przejmowała. Ja postępuje po swojemu, pomyślała, obracając ziemniaka. 
 

-  Zapomnieliśmy  powiedzieć  Dorte  i  reszcie  o  tym,  ze  straciłaś  dziecko  –  zawołała 

Ane. 
 

Ból w sercu zepsuł miły nastrój. 

 

- Nie, ja nie zapomniała – odparła, stukając nożem w brzeg talerza. – Oni nie musza o 

tym wiedzieć. 
 

- Dlaczego nie? 

 

-  Dlatego…  -  chciała  powiedzieć,  że  o  takich  rzeczach  nie  rozmawia  się  przy  stole, 

zresztą gdzie indziej też nie, jeśli już o to chodzi, ale zrezygnowała. – Dlatego.. bo uważam, 
ze to bardzo przykra sprawa, a oni nie muszą mieć z tym nic wspólnego. I akurat teraz mają 
wiele innych spraw na głowie. 
 

- Tak, ale… 

 

- A ty ogłuchłaś? – przerwała jej ostro Maria. 

 

Ane umilkła natychmiast i przez dłuższy czas słychać było tylko stukanie sztućców o 

talerze. 
 

Jens  się  zakrztusił  i  musiał  popić  wody.  Kocur  wylazł  z  kąta  i  ocierał  się  o  nogi 

siedzących  przy  stole.  Normalnie  Ane  zaczęłaby  go  karmić  kawałkami  ryby,  ale  nie  tym 
razem.  Żuła  wolno,  jakby  jedzenie  rosło  jej  w  ustach.  Elizabeth  miała  wyrzuty  sumienia. 
Będzie musiała porozmawiać z córką. 
 

Teraz wyciągnęła rękę i pogłaskała małą po plecach. 

 

- Ja po prostu nie chcę, żeby obcy ludzie o tym wiedzieli, Ane, zależy mi, żeby cała 

sprawa została między nami, tutaj we dworze. Zgadasz się ze mną? 

background image

 

41

 

Ane  kiwała  głową,  wyszeptała,  że  się  zgadza,  a  potem  wyglądało  na  to,  ze  jedzenie 

smakuje  jej  bardziej.  Na  talerzy  został  tylko  kawałek  ryby,  kiedy  odłożyła  widelec  i 
powiedziała, ze ma dość. 
 

Zegar  w  izbie  wskazywał  drugą,  kiedy  Kristian  wrócił  do  domu.  Był  czerwony  od 

mrozu, musiał się rozgrzać za nim mógł coś powiedzieć. 
 

- Liny w domu nie ma! 

 

-  Co  ty  mówisz?  –  zatrwożyła  się  Elizabeth.  –  Rozglądałeś  się  po  obejściu?  może 

gdzieś wyszła? Może zbierała w lesie chrust na opał, albo… 
 

Kristian wolno kręcił głową. oczu mu pociemniały, kiedy spojrzał na Jensa. 

 

- Jej tam nigdy nie było! 

 

Elizabeth chciała spytać, czy jest tego pewien, ale on mówił dalej: 

 

-  Nie  ma  żadnych  śladów,  które  by  świadczyły,  że  odwiedziła  dom.  Że  w  ogóle 

ktokolwiek tam był. 
 

- Ale przecież jej nie ma od wczoraj – wtrąciła Maria piskliwie. Jakby nikt prócz niej 

nie zdawał sobie z tego sprawy. Elizabeth potrząsała głową, rozglądając się po czubi. Stół był 
uprzątnięty i wytarty, brudne naczynia stały na blacie, obłok pary unosił się nad kociołkiem z 
wodą, którą Helene grzała do zmywania. Na stole został tylko nakrycie dla Kristiana. 
 

- Muszę się rozejrzeć, czy gdzieś jej nie ma – oznajmił Jens głosem zmienionym nie 

do poznania. 
 

Elizabeth zerwała się z miejsca. 

 

-  Wszyscy  musimy  szukać  –  rzekła  stanowczo.  –  Musimy  znaleźć  Linę.  –  Nagle 

poczuła,  że  kolana  się  pod  nią  uginają,  miała  ochotę  położyć  się  po  prostu  na  podłodze  i 
zasnąć. Jak ten kot, który skulił się na skrzyni z torfem i spał bez żadnych zmartwień. 
 

-  Kristian,  musisz  najpierw  coś  zjeść  –  powiedział  Lars  –  chyba  przebrać  się  w  coś 

suchego. A my tymczasem zaczniemy, 
 

Elizabeth pocierała twarz, jakby chciała zdjąć z siebie ten ciężar, który ją przytłaczał. 

 

- Czy ty się dobrze czujesz? – spytał Kristian z troską w głosie. 

 

Zmusiła się do uśmiechu. 

 

- Tak, wszystko w porządku. Zjedz teraz, przebierz się i przyjdź do nas.   

 

Elizabeth  najpierw  zajrzała  do  spichlerza.  Z  uniesioną  wysoko  latarką  zaglądała  do 

wszystkich  kątów  i  zakamarków.  Stosy  podpłomyków  i  gliniane  garnki  z  masłem  stały 
rzędami  na  półkach,  pod  powała  rozwieszono  kiełbasy  i  suszone  baranie  udźce,  a  pod 
ś

cianami  znajdowały  się  czeki  z  peklowanym  mięsem.  Tylko  ona  miała  klucz  do  tego 

pomieszczenia,  mimo  to  uważała,  że  powinna  przejść  je  starannie.  Przypomniała  sobie,  że 
zauważyła brak jedzenia w spiżarni, zanim jeszcze zaczęli się zastanawiać, co się stało z Liną. 
A  może  się  wtedy  pomyliła?  Wyszła  na  dwór,  drzwi  zamknęła  za  sobą  na  klucz.  Na 
dziedzińcu zderzyła się z Larsem. 
 

- My z Helene przeszukaliśmy oborę – poinformował. – Maria sprawdza w szopie na 

opał i w pralni, natomiast Ane.. Ane poszła gdzieś z Jensem. 
 

- A czy ktoś był w szopie na siano? – spytała Elizabeth. – Zdarza się, że ludzie tam się 

chętnie ukrywają. 
 

Poszli razem do szopy. 

 

- Lina! Ona jest tutaj, to gdzieś przy brzegu – rzekł Lars. Zaczęli przekopywać siano. 

Ź

dźbła wpadały pod ubrania, wkrótce oboje byli spoceni od ciężkiej pracy. 

 

- Tutaj jej nie ma – stwierdziła Elizabeth zmartwiona. Otrzepali się i znowu wyszli na 

zewnątrz. 
 

Wszyscy domownicy kręcili się po dworze i nawoływali, przykładając dłonie do ust. 

Elizabeth podeszła do Marii. 
 

- Nie krzycz. Jeśli nawet Lina jest w pobliżu, to i tak nie odpowie. Tylko zwrócimy 

uwagę sąsiadów, że coś się u nas dzieje. 

background image

 

42

 

Z domu wyszedł Kristian. 

 

- czy ktoś sprawdzał w szopie na łodzie? 

 

Elizabeth pokręciła głową. 

 

- Jeszcze nie. chodź, pójdziemy tam razem. 

 

Szopa  była  od  zewnątrz  zamknięta  na  kłódkę,  ale  mimo  to  otworzyli  i  weszli  do 

ś

rodka. 

 

-  To  nie  ma  sensu  –  uznał  Kristian,  machając  ręką.  –  Ona  mogła  się  schować 

naprawdę wszędzie. 
 

Elizabeth uniosła latarkę i mrużąc oczy, rozglądała się przed nami. Trzeba szukać we 

dworze, to oczywiście ukrywa się przed nami. Trzeba szukać jakichś śladów jej obecności. 
 

W końcu musieli dać za wygraną, wszyscy.  

Elizabeth była rozczarowana. Może jednak trzeba wezwać sąsiadów? Ale coś jej mówiło, że 
to nierozsądne. Skończy się tylko na plotkach i gadaniu. Poza tym nie chciała, aby ludzie się 
dowiedzieli, że Jens wrócił. Jeszcze nie teraz. 
 

- Zaraz zrobi się kompletnie ciemno – stwierdził Kristian. 

 

Elizabeth  nie  odpowiedziała.  Nie  chciała  pogodzić  się  z  myślą,  że  wkrótce  muszą 

wrócić do domu. 
 

- Przejdę się jeszcze wzdłuż brzegu – powiedziała. 

 

- Mogę iść z tobą? 

 

- Nie, to nie jest konieczne. 

 

Wiedziała, że Kristian stoi i patrzy w ślad za nią, ale się nie odwróciła. Było go jej żal, 

miała wyrzuty sumienia, chyba powinna być dla niego lepsza. Ale nie umiała. To raczej on 
powinien  zadbać  o  mnie,  uważała.  Bo  to  on  ukrywał,  że  Jens  żyje.  Gdyby  jej  o  tym 
powiedziała, byłaby przygotowana… i może nie straciła dziecka. 
 

Stanęła i wpatrywała się w ciemny fiord. Przed chwilą słyszała jego kroki zmierzające 

w stronę domu, ciężki kroki, jakby się wahał, czy nie zawrócić i nie zostać z żoną. 
 

- Lina – wyszeptała w mrok okrywający ziemię. – Lina, jeśli jesteś w pobliżu, to się 

odezwij. Bądź tak miła, bo Jens.. – nagle sobie sprawę, że nie wie, co Jens czuje do Liny. Czy 
kocha ją jeszcze po tym, co przeżył? A co z dziewczyną? Co ona czuje oprócz bólu? 
 

Znowu ruszyła przed siebie, ostrożnie, żeby nie poślizgnąć się na jakimś oblodzony, 

kamieniu. Jeszcze kawałek i znajdzie się na palenisku, tam będzie bezpieczna. 
 

-  Boże  Wszechmogący,  ty,  który  wszystko  widzisz  i  wszystko  wiesz,  odnajdź  Linę! 

Dlaczego zsyłasz na nas jeszcze i to doświadczenie? 
 

Ale  jedyną  odpowiedzią  był  chlupot  wody,  uderzającej  o  nadbrzeżne  kamienie. 

Elizabeth  spojrzała  ku  niebu,  na  którym  pokazały  się  już  gwiazdy.  Czy  Bóg  siedzi  tam  w 
górze  spogląda  na  nią,  w  przekonaniu,  że  wszystko  to  ludzie  ściągnęli  na  siebie  sami? 
Dlaczego  Bóg  nie  utrudnia  życia  ludziom,  kiedy  kłamią,  oszukują  i  przemilczają  ważne 
informacje? Kiedy zazdrość i zawziętość kierują ich uczuciami? 
 

Usiadła  na  wysokim  kamieniu  i  ukryła  twarz  w  dłoniach.  Dobrze  jest  tak  siedzieć  i 

płakać,  dopóki  starczy  łez.  Płacz  jest  wyzwoleniem,  to  tak,  jakby  ktoś  zdjął  z  jej  ramion 
wielkie brzemię, które długo dźwigała. 
 

Nie miała pojęcia, jak długo tu jest, nagle drgnęła, czując na ramieniu czyjąś ciężką 

dłoń. 
 

-  Elizabeth,  nie  powinnaś  siedzieć  na  kamieniu.  To  niebezpieczne.  Zaziębisz  się  i 

rozchorujesz! 
 

Jens pomógł jej wstać, patrzył na nią z troską w błękitnych oczach. 

 

- Powinnaś bardziej o siebie dbać – powiedział. 

 

- Znaleźliście Linę? 

 

- Nie, przepadła bez śladu.   

background image

 

43

 

- Ja tego nie rozumiem, Jens! – rozglądała się wokół i zdała sobie sprawę, że zaszła 

dalej niż sądziła. Aż do dworu lensmana. 
 

- To moja wina – powiedział Jens bez śladu żalu w głosie. Po prostu to stwierdził. 

 

- Dlaczego? Przecież nie domyślałeś się nawet, jak to wszystko jest ze sobą splecione. 

 

-  Nie,  ale  gdybym  miał  dość  czasu,  to  mógłbym  jej  powiedzieć,  że  jestem  żonaty  z 

kobietą imieniem Elizabeth, i że mieszkaliśmy w Dalen. Wtedy ona by zorientowała, o kogo 
chodzi. Wiedziałem o tym jeszcze w Kabelvaag, przypomniałem sobie. Mogłem napisać do 
niej list. Ale nie było czasu – westchnął. – Gdyby świat był inny, to nikt by nie cierpiał. A tak, 
to  ja  też  ponoszę  winę. Powinienem  był  znaleźć  sposobność,  żeby  porozmawiać  z  Liną  już 
tutaj, chociaż ona nie chciała mnie słuchać. 
 

Uśmiechnął  się  blado,  pokazując  swoje  równe,  piękne  zęby.  Wciąż  były  takie,  jak 

zapamiętała. Miała ochotę pogłaskać go po policzku, ale się powstrzymała. Takie gesty łatwo 
ź

le zrozumieć. 

 

- Wracajmy, zanim domownicy podejmą akcję poszukiwawczą, tym razem z naszego 

powodu – roześmiał się Jens. – Poza ty, zmarzłaś. 
 

-  Tylko  w  ręce.  Zapomniałam  rękawic.  –  Próbowała  się  roześmiać,  ale  z  jej  gardła 

wydobył się tylko żałosny pisk. 
 

-  Weź  moje  –  Jens  podał  jej  duże,  ciepłe  rękawice.  Z  pewnością  prezent  od  Liny. 

Kiedy wyciągnął ramię, oparła się o nie. 
 

- Żebyś się nie przewróciła – powiedział. 

 

Przy  szopie  na  łodzie  stanęli.  Oboje  spoglądali  w  stronę  dziedzińca,  skąd  wciąż 

dochodziło wołanie: 
 

- Liiinaaa! 

 

- Trzeba skończyć na dzisiaj – rzekła Elizabeth. – Już jest za ciemno. 

 

Jens spojrzał jej w oczy. 

 

-  Nie,  ja  muszę  znaleźć  Linę.  Mogę  sam  szukać  dalej.  Pomyśl,  a  może  ona  jest  na 

dworze i… 
 

-  gdyby  była  na  dworze,  to  już  nie  żyje,  Jens.  – Słowa  były  brutalne,  ale  szczere.  – 

Jeśli  nie  przerwiemy,  wszyscy  się  rozchorują,  a  to  nie  pomoże  Linie,  niezależnie  od  tego, 
gdzie jest. Jutro wezwiemy pomoc. – Poklepała go po ramieniu. – Znajdziemy ją. Gdybyśmy 
nawet musieli zaglądać pod każdy kamień na ziemi, to odnajdziemy Linę. Obiecuję ci. 
 

- Nie powinnaś obiecywać zbyt wiele – odparł trzeźwo. 

 

Kiedy zbliżali się do domu, puściła jego ramię. Tu nie ma już śliskich kamieni. 

 
Rozdział 11 
 
 

Wszyscy stali na dziedzińcu z twarzami czerwonymi od mrozu. Zgnębieni, wpatrywali 

się w Elizabeth.  
 

-  Nigdzie  jej  nie  znaleźliśmy  –  jęknęła  Ane  z  rozpaczą  w  głosie.  –  Gdzie  ona 

przepadła? 
 

-  Ja  też  nie  wiem  –  przyznała  Elizabeth.  Napotkała  spojrzenie  Kristiana.  Czy  to 

podejrzliwość i zazdrość, że to nie on, a Jens sprowadził ją do domu? Nie zamierzała się tym 
przejmować. Nie teraz. 
 

-  Jest  już  za  późno  na  dalsze  poszukiwania  –  stwierdziła  zmęczona.  –  Zaczniemy 

znowu od rana, a teraz wracajcie do domu, zanim się po przeziębiacie. 
 

Kiedy wszyscy włożyli suche ubrania i ciepło wróciło do przemarzniętych członków, 

zebrali  się  w  salonie,  niczym  na  mocy  jakiegoś  milczącego  porozumienia.  Jens  był  cichy, 
nieobecny  myślami.  Ane  wciąż  go  zagadywała,  ale  rzadko  jej  odpowiadał.  Jeśli  już  się 
odezwał, to po to, by przedstawić kolejny pomysł, gdzie Lina mogła pójść. 

background image

 

44

 

- Czy wszystkie łodzie są na miejscu? – spytał, a mężczyźni. Sprawdzali to oczywiście 

na początku. Czy nikt nie widział śladów na śniegu? Przeczące ruchy głowami w odpowiedzi. 
Zresztą  od  czasu  zaginięcia  Liny  świeży  śnieg  nie  padał.  Jens  zaczął  nerwowo  chodzić 
między  salonem  i  kuchnią,  tam  i  z  powrotem.  Raz  i  drugi  zajrzał  też  na  strych,  Elizabeth 
domyślała się, że potrzebuje samotności. 
 

Ona  sama  wstała,  podeszła  do  okna  i  wpatrywała  się  w  ciemność.  Gdzie  lina  jest 

teraz? Czy marznie? Może jest głodna? Bo przecież chyba nie rzuciła do morza, nie utopiła 
się? Na myśl o tym przeniknął ją lodowaty dreszcz, skuliła się mimo woli. 
 

Podszedł Kristian i stanął za nią. 

 

- On się naprawdę o Linę martwi – powiedział. 

 

- Oczywiście, że się martwi. W końcu ma się z nią żenić. 

 

- Tak, jeśli ją znajdziemy – rzekł Kristian ponuro. 

 

Odwróciła się do niego gwałtownie. 

 

- Jeśli ją znajdziemy, Kristian, jeśli znajdziemy? 

 

Oczywiście, że tak będzie! 

 

Spojrzał na nią uważnie. 

 

- Co daje ci tę pewność? 

 

Z powrotem odwróciła się do okna. 

 

- Jeśli człowiek traci wiarę, traci wszystko. 

 

- A wierzyłaś kiedyś, że Jens wróci? – spytał niepewnie.  

 

Zwlekała z odpowiedzią. Najchętniej powiedziałaby to, co on chciałby usłyszeć, ale to 

by oznaczało kłamstwo. A kłamać nie chciała. 
 

-  Wiele  razy  było  tak,  że  wierzyłam.  Choćby  wtedy,  kiedy  Lavina  przyniosła  te 

wyroby z drewna, albo kiedy Lina pokazała nam szkatułkę od ukochanego z Kabelvaag. 
 

- To Jens zrobił te wszystkie przedmioty stwierdził Kristian stanowczo. 

 

- Tak. Którejś nocy obudziłam się z pewnością,  że on nie umarł. Nie mogłam tylko 

pojąć, dlaczego nie daje znaku życia, skoro się nie utopił. Odczuwałam to jako zdradę. Że nie 
chce do nas wrócić. Że o nas zapomniał. No i w jakimś sensie to akurat była prawda. 
 

W  ostatnich  słowach  krył  się  cień  wyrzutu.  Mogliby  otrzymać  odpowiedź  wiele  lat 

temu, gdyby Kristian nie… Złożyła ręce na piersiach, głęboko zaczerpnęła powietrza i znowu 
popatrzyła na męża. 
 

- Nie chcę stracić nadziei, że znajdziemy Linę. Żywą! 

 

- Ty nigdy nie straciłaś nadziei, że jeszcze zobaczysz Jensa żywego. 

 

- Nie to powiedziałam. Nie to. 

 

Zmusiła się do tego, żeby na niego popatrzeć. Kristian ma rację, ale sposób, w jaki to 

mówi, jest nieodpowiedni, chociaż wyraża jego ból. 
 

- Musimy dodawać Jensowi odwagi – powiedziała, zmieniając temat. 

 

Kristian uśmiechnął się blado, uznał, że jego też chciała pocieszyć. 

 

- Tak, musimy. Żeby po nowym roku mogło się odbyć wesele, jak planowaliśmy. 

 
 

Tej nocy Kristian spał w małżeńskim łóżku. 

Elizabeth rozbierała się odwrócona do niego plecami, wciągnęła nocną koszulę przez głowę i 
wślizgnęła się pod kołdrę. 
 

-  Na  szczęście  w  pokoju  było  ciemno,  bo  nagle  poczuli  się  jak  dwoje  obcych  w 

jednym łóżku. Złożyła ręce i odmówiła wieczorny pacierz, tak jak zawsze. Potem długo leżała 
i wpatrywała się w sufit. Wiedziała, że Kristian robi to samo, poznawała to po jego oddechu. 
W jakiś czas potem położył rękę na jej dłoni. Nie zaprotestowała. 
 

- Jesteś na mnie zła – stwierdził. 

 

- Nie, Kristian, jestem tylko zmęczona i wyczerpana. 

background image

 

45

 

- Masz powody się na mnie gniewać, po tym, co zrobiłem. Ja nie zmyślam, nie wolno 

ci tak sądzić. Mówię tylko prawdę. Teraz rozumiem, jakie to było okropne z mojej strony, że 
milczałem tyle lat. 
 

- Ale mnie to dręczy teraz najbardziej – odparła Elizabeth i tak było w istocie. – Teraz 

najbardziej boję się o Linę. Tyle świadczy, że mogła odebrać sobie życie. Pomyślałeś o tym? 
 

- To do Liny nie podobne. Nic na to nie wskazywało. 

 

- A czy ktoś ma napisane na czole, że nosi się z takim zamiarem? Jeśli rozpacz jest 

wielka, to człowiek jest w stanie zrobić różne rzeczy. Nikt z nas nie wie, co Lina przeżywała. 
Spróbuj wyobrazić sobie, co czuła. 
 

- To właśnie robię. 

 

- Przewróciła się na bok i wpatrywała się w męża poprzez mrok. 

 

- Przepraszam cię, Kristian, powiedziała łagodnie. 

 

- Za co? 

 

- Że nie jestem bardziej… że nie jestem dla ciebie lepsza. 

 

Pogłaskał ją po policzku. 

 

- Moje małe złotko, za dużo masz ostatnio zmartwień. I dziecko, które utraciliśmy… 

Helene była na cmentarzu i włożyła skrzyneczkę między kamienie w murze, powiedziała mi o 
tym. Pojechali saniami. 
 

- Oni? 

 

- Helene i Lars. 

 

 - Myślisz, że dziecko trafiło do nieba? 

 

Usiadł na posłaniu i zapalił świecę na nocnym stoliku. Potem na coś stamtąd wziął. 

 

-  Tak,  jestem  tego  całkowicie  pewien.  Posłuchaj.  –  Przewracał  kartki  w  Biblii,  aż 

znalazł odpowiedni fragment: 
 

Pozwólcie dziatkom przyjść do mnie, nie wzbraniajcie im, bo do nich należy Królestwo 

Niebieskie. 
 

-  Ale  przecież  ono  nie  było  jeszcze  prawdziwym  dzieckiem  –  szepnęła  Elizabeth  ze 

ś

ciśniętym gardłem. 

 

- W niebie mieszka jako prawdziwe, 

 

Mówił z taką pewnością, że musiała chwycić go za rękę. 

 

- Dziękuję ci. Myślałam, że ja cierpię bardziej niż ty, może nawet mi się zdawało, że 

tylko ja cierpię… 
 

Przysunął się bliżej, domyślała się, o co mu chodzi. 

 

- Ja jeszcze nie mogę. Jeszcze nie jestem całkiem zdrowa. 

 

- Wiem, ale chciałem tylko trochę cię popieścić. 

 

- Nie, nie jestem w stanie. 

 

Poczuła, że Kristian zastyga. Głos miał całkiem inne brzmienie, kiedy zapytał: 

 

- Czy to ma coś wspólnego z Jensem? Czy ty wciąż go kochasz? 

 

- Przestań! Lina zniknęła, nie wiemy, czy nie leży gdzieś martwa, a jedyne, co ty masz 

w głowie, to pieszczoty i w dodatku jesteś zazdrosny o Jensa. 
 

Odsunął się od niej. 

 

- Przepraszam, Elizabeth. To głupie z mojej strony. 

- Chwilę milczał. – To nieprawda, że ja nie myślę o Linie, i że się o nią nie boję. 
 

- Przecież ja wiem – odparła łagodniej. Pogłaskała go po policzku, potem poklepała po 

dłoni. – Teraz spróbujemy trochę się przespać, jutro czeka nas długi dzień, 
 

Powiedzieli  sobie  „dobranoc”,  każde  ułożyło  się  na  czas.  Szybko  się  uspokoił  i 

wkrótce  spał  głęboko.  Ona  sama  leżała,  wpatrując  się  w  nocne  ciemności.  Zegar  w  izbie 
wybił dwunastą, a do niej sen wciąż nie przychodził. Jeśli Lina jeszcze żyje, to co robi w tej 
chwili? Śpi, a może czuwa i rozmyśla? Może płacze… 

background image

 

46

 

Elizabeth skuliła się, nagle pragnęła być przy tamtej, móc ją pocieszyć, zapewnić, że 

wszystko się ułoży, że nie powinna czynić Jensowi wyrzutów, bo przecież on o niczym nie 
wiedział. 
 

Zaczęło wiać. Mój Boże, a jeśli Lina znajduje się teraz w którejś z letnich obór? Albo 

w  jakimś  obejściu,  gdzieś  w  pobliżu?  Nieoczekiwanie  pojawiła  się  iskierka  nadziei.  Jeśli 
służąca wzięła ze sobą odpowiednio dużo jedzenia, to może nawet przez kilka dni urywać się 
w jakiejś pobliskiej szopie na siano. 
 

Przez  chwilę  zastanawiała  się,  czy  nie  obudzić  Kristiana,  ale  zrezygnowała.  Zegar 

wybił  pierwszą.  Elizabeth  była  podniecona  tą  nową  nadzieję,  która  się  w  niej  rozpaliła.  Za 
cztery godziny wstaną, zjedzą śniadanie, zrobią obrządek, a potem będzie można rozpocząć 
poszukiwania. 
 

W końcu nie była w stanie uleżeć w łóżku. Wstała i boso wyszła z pokoju, ruszyła w 

stronę  schodów.  Przystanęła  przy  dziwach  pokoju  gościnnego,  przyłożyła  do  nich  ucho  i 
nasłuchiwała. Czy Jens także nie śpi? Leży i myśli o Linie? Uniosła rękę, żeby zapukać, gdy 
nagle coś z tyłu zaszurało. Podskoczyła ze zgrozą, obracała się w kółko, próbując dojrzeć coś 
z tyłu ciemnościach i poczuła miękkie kocie furo na bosych nogach. 
 

- Śmiertelnie mnie wystraszyłeś – prychnęła cicho. 

- Poza tym o tej porze powinieneś być w obejściu. Wynoś się! 
 

Może  to  był  jakiś  znak,  pomyślała,  kiedy  kot  wolno  schodził  na  dół.  Odwiedzenie 

Jensa  w  środku  nocy  to  był  naprawdę  głupi  pomysł.  Gdyby  Kristian  to  zobaczył,  nie 
uwolniłby  się  od  podejrzeń,  i  nie  mogłaby  mieć  mu  tego  za  złe.  Pospiesznie  wróciła  do 
sypialni,  bezszelestnie  wślizgnęła  się  pod  kołdrę.  Leżała  na  brzeżku  tak,  żeby  nie  obudzić 
Kristiana. Gdyby poczuł, jakie ma zimne nogi, zacząłby się dopytywać, gdzie była. A prawdy 
powiedzieć mu nie może. 
 

 

 

Przy śniadaniu opowiedziała o swoich nocnych rozmyślaniach. 

 

-  Uważam,  że  Lina  ukryła  się  gdzieś  w  którejś  z  sąsiednich  zagród  –  powiedziała, 

biorąc z rak Helene talerz z kaszą. Dostrzegła w oczach Jensa błysk nadziei. 
 

- Skąd ci to przyszło do głowy? 

 

Wzruszyła ramionami. 

 

-  Żadnej  pewności  nie  mam,  ale  musimy  brać  pod  uwagę  każdą  możliwość.  Lina 

chciała pewnie mieć trochę czasu dla siebie, żeby w spokoju przemyśleć sytuację. Nie poszła 
do swojego nowego domu, bo wiedziała, że zaraz ktoś będzie jej tam szukał, tu we dworze też 
byśmy ją szybko znaleźli. A teraz zimą nie ma zbyt wielu innych kryjówek. 
 

Jens  potakująco  kiwał  głową,  w  zamyśleniu  patrzył  przed  siebie,  potem  znowu 

spojrzał na Elizabeth. 
 

- A ty w to wierzysz? 

 

Musiała  zebrać  siły,  żeby  wyraźnie  odpowiedzieć  „tak”.  Jens  ją  zna,  wie,  kiedy  się 

waha lub jest niepewna. Mimo to długo patrzył jej w oczy. Tak długo, że wtrącił się Kristian. 
 

-  Powinniśmy  przekazać  wiadomość  wszystkim  sąsiadom  niezależnie  od  tego,  czy 

wywoła to plotki, czy nie. nie ma innej rady. 
 

-  Ja  też  pojadę  –  zgłosił  się  Lars.  –  Jeżeli  każdy  weźmie  konia,  szybko  objedziemy 

okolicę. 
 

Elizabeth musiała się z nimi zgodzić. 

 

Mężczyźni  wyruszyli  zaraz  po  śniadaniu,  Helene,  Maria  i  Ane  poszły  do  obory. 

Elizabeth  miała  tymczasem  posprzątać  w  kuchni.  Jens  wciąż  siedział  przy  stole,  milczący  i 
zamyślony. 
 

Jego obecność sprawiała jej ból. Jakby  coś się  w niej zaciskało. W ostatnich dniach 

wyraźnie się do siebie zbliżyli, Elizabeth rozumiała, jakie uczucia nim teraz szarpią: rozpacz, 
strach, wyrzuty sumienia. 

background image

 

47

 

Wstał i zaczął chodzić po kuchni, wielokrotnie podchodził do okna i wciąż powtarzał 

to samo: 
 

- Coś długo nie wracają. 

 

- Dlaczego nie pójdziesz pomóc w oborze? – spytała Elizabeth. 

 

Drgnął, nagle jakby zmalał. 

 

-  Lepiej  się  czymś  zając,  kiedy  człowiek  czeka  –  powiedziała  łagodnie.  –  Trzeba 

czasu, żeby objechać z wiadomością wszystkie dwory. 
 

Zgodził  się  z  nią  i  wyszedł  na  dwór,  gdzie  zaczynał  się  szary  zimowy  dzień,  a 

Elizabeth wróciła do pracy. Odczuła ulgę. 
 

Szybko skończyła i teraz ona wciąż podchodziła do okna. 

 

Dwudziesty grudnia – rzekła w pewnym momencie. – Za cztery dni święta. 

 

Jakie będą? Przypomniała sobie list, który wysłała do „Andreasa”, żeby zrobić Linie 

niespodziankę, sprawić jej radość. Chciała jedynie zaprosić ukochanego służącej do Dalsrud, 
ż

eby spędził z nimi święta, a doszło do takiej tragedii. Nagle ogarnęło ją niewypowiedziane 

zmęczenie.  Może  zdążyłaby  się  zdrzemnąć,  zanim  tamci  wrócą  z  obory?  Zaraz  jednak, 
zawstydzona,  uniosła  głowę.  To  przecież  nie  wypada.  Trzeba  też  pamiętać,  że  przy  okazji 
dowiedzieli się, iż Jens żyje. Przynajmniej Ane jest uszczęśliwiona, a to już dobrze. dziecko 
odzyskało ojca. 
 

Nagle zobaczyła, że ktoś obcy zbliża się do dworu. 

Chyba mężczyzna. Narzuciła pospiesznie gruby wełniany sweter i wyszła na ganek. 
 

- Gregus, to ty? – spytała zaskoczona i uradowana. 

- Jak tam twoja noga po tym skaleczeniu siekierą? 
 

-  Dziękuję,  jakoś  sobie  radzę.  Tak  dobrze  mnie  pielęgnowałaś,  że  żaden  doktor  nie 

sprawiłby się lepiej. – Gregus spoważniał. – Słyszałem, że Lina zaginęła co się stało? 
 

- Wejdźmy do środka – zapraszała Elizabeth. – A co masz w tej skrzynce? 

 

- Koguta! 

 

Elizabeth wbiła w niego wzrok. 

 

- Po co ci kogut? – spytała, choć w duszy rodziło się podejrzenie. 

 

- Jeśli Lina rzuciła się do morza, to ptak nam o tym powie. 

 

Elizabeth westchnęła. Wiedziała, że ludzie wykorzystują koguty w takich sytuacjach. 

Biorą ptaka do łodzi i wiosłują w poszukiwaniu zwłok. Jeśli natrafią, kogut głośno i wyraźniej 
zapieje. Metoda sprawdza się prawie zawsze. 
 

- Mam nadzieję, że nie będziemy musieli z niego korzystać – rzekła, otwierając drzwi. 

– Postaw skrzynkę w sieni, żeby kogut nie zamarzł na śmierć. 
 

- Nic mi nie będzie, nakładłem do skrzyni siana – mamrotał Gregus, podążając za nią 

do kuchni. 
 

Elizabeth  nalała  kawy  do  dużego,  emaliowanego  kubka  i  postawiła  przed  gościem. 

Jego  rękawice  położyła  na  skrzyni  z  torfem,  żeby  były  ciepłe,  kiedy  będzie  ich  znowu 
potrzebował. 
 

- No to co, opowiedz mi, co tej Liniew przyszło do głowy? – spytał w końcu Gregus. 

 

Elizabeth usiadła i opowiedziała mu wszystko po kolei. 

 

Słuchając, marszczył czoło tak, że pojawiły się na nim głębokie bruzdy. 

 

-  Więc  Jens,  twój  zmarły  małżonek,  znowu  żyje  i  poszedł  do  obory,  pomagać 

dziewczynom? – spytał gość. 
 

- Tak, tak można by powiedzieć – przytaknęła Elizabeth. – Wolałabym jednak, żebyś 

nikomu o tym nie mówił – dodała z prośbą w głosie. – Nikt nie musi o niczym wiedzieć. W 
każdym razie jeszcze nie teraz.  
 

-  Bądź  spokojna,  Elizabeth,  nie  posnę  ani  słówka  –  dopił  kawę,  gdy  na  dziedziniec 

wpadły galopem oba konie. 
 

- O, wrócili – powiedział, wstając. – Zaraz się dowiemy, czy ją znaleźli. 

background image

 

48

 
 

- Ludzie przeszukują teraz obejścia – oznajmił, klepiąc spoconego konia po karku. – A 

potem, jeśli jej nie znajdą, wszyscy przyjdą tutaj. 
 

- Tutaj? - - powtórzyła Elizabeth. Choć dobrze zrozumiała, co mąż ma na myśli. 

 

- Wszyscy razem będziemy przeszukiwać okolicę! 

 

- Rozumiem, przyszedł Gregus z kogutem – dodała. 

 

Kristian wpatrywał się w ziemię. Oczy mu pociemniały. 

 

- Oni zaraz tu będą – skinął Gregus głową i poszedł. 

 

Elizabeth  patrzyła  w  ślad  za  nim  i  Larsem,  kiedy  wprowadzili  konie  do  stajni.  Oni 

zaraz tu będą, powiedział Kristian. To oznacza, ze nie wierzy, iż ktoś znajdzie Linę w swoim 
obejściu. 
 

 

 

Na  dziedzińcu  roiło  się  od  ludzi.  Elizabeth  cieszyła  się,  że  nagle  tacy  są  chętni  do 

pomocy.  Przeważnie  przyszli  biedni  ludzie,  którzy  zwykle  pomagają  we  dworze.  Niektórzy 
przynieśli pochodnie, ale jeszcze ich nie zapalali. To bardzo dobrze, myślała Elizabeth, bo o 
tej porze roku dzień jest szary i szybko gaśnie. 
 

Na  szczęście  nikt  nie  pytał,  kim  jest  Jens.  Paru  starszych  mężczyzn  podchodziło  do 

niego, żeby się przedstawić, wtedy on też wymieniał swoje nazwisko, ale nikt nie reagował. 
Wszyscy wiedzieli, że Elizabeth była wdową, kiedy wychodziła za Kristiana, ale pewnością 
nikt nie pamięta, jak się jej pierwszy mąż nazywał. 
 

-  Nasze  łódki  znajdują  się  na  wodzie  –  powiedział  Kristian  do  zgromadzonych.  – 

Chciałbym, żeby kilku z was przeszukiwało fiord.  Inni niech chodzą  wzdłuż brzegu, trzeba 
też stworzyć grupę, która będzie szukać na torfowisku. Tam nie ma zbyt dużo śniegu. 
 

Rozdzielał  zadania,  grupki  ubranych  na  czarno  postaci  odchodziły  w  swoją  stronę  i 

znikały. 
 

Elizabeth chciała powiedzieć Jensowi coś dodającego otuchy, ale nic nie przychodziło 

jej do głowy. Miała wrażenie, że wszystkie słowa są zużyte. Przytuliła do siebie Ane. 
 

- Marzniesz, córeczko? 

 

Dziewczynka pokręciła głową. 

 

-  Tylko  tak  strasznie  mi  żal  taty  Jensa.  On  jest  teraz  żywy,  to  nagle  Lina  zniknęła i 

może umarła. 
 

- Nie wolno tak mówić – rzekła Elizabeth. – Jens nigdy nie był martwy i wciąż nic nie 

wiemy,  co  z  Liną.  Idź  do  domu  i  pomagaj  w  kuchni  przygotować  posiłek.  Ludzie  muszą 
dostać podobiadek. Będą jeść tutaj, w domu. Ane poszła, Elizabeth jednak stała, opierając się 
o  ścianę  spichlerza.  Widziała  z  daleka,  że  ludzie  zapalali  pochodnie.  Światła  migotały  na 
bagnach i w dole, na kamienistym brzegu. Kilka łodzi pływało wolno po fiordzie. Zewsząd 
docierały  monotonne  wołania:  -  Lipina!  Liina!  –  powtarzali  na  jednej  nucie,  niczym  jakąś 
pieśń. Pieśń żałobną… 
 

Kiedy przemarznięta, ze łzami na twarzy, wchodziła do domu, nikt jeszcze na wołania 

nie odpowiedział. 
 
 

Ludzie  przyszli,  żeby  zjeść  i  ogrzać  się.  mężczyźni  chcieli  zostawiać  okrycia  na 

ganku, zakłopotani zdejmowali ciężkie buty, odsłaniając dziurawe wełniane skarpety. 
 

- Weźcie ubrania do kuchni – powiedziała Elizabeth stanowczo, ułóżcie je przy piecu, 

to trochę podeschną i ogrzeją się.  a jeśli komuś  brakuje skarpet, to ja tu mam spory zapas. 
Oddacie później. 
 

Nikt  nie  miał  odwagi  wejść  jako  pierwszy.  Ocierali  nosy,  przeczesywali  włosy 

palcami i spoglądali ukradkiem jeden na drugiego. Na korytarzu utworzyła się długa kolejka 
przygarbionych mężczyzn.  Lina nie została odnaleziona, nie wiadomo,  czy oni zasłużyli na 
jedzenie. 

background image

 

49

 

Elizabeth widziała ich skrępowanie i bez słowa zaczęła rozdzielać wełniane skarpety. 

Potem  Helene  sadzała  wszystkich  wokół  dużego  kuchennego  stołu.  Było  ich  tak  wielu,  że 
niektórzy  musieli  jeść  w  izbie.  Wytrzeszczali  oczy  z  podziwu  dla  wspaniałości  tego 
pomieszczenia i w milczeniu siadali na brzeżkach krzeseł.  
 

Kobiety  roznosiły  dzbanki  z  kawą  i  tacę  z  kanapkami.  Trzeba  było  wielokrotnie 

zapraszać zebranych do jedzenia. 
 

- Musicie mieć siły, żeby szukać dalej – zachęcała Elizabeth. 

 

Mężczyźni  rozgrzewali  się,  humory  zaczynały  się  poprawiać.  Jedzący  rozmawiali 

coraz  głośnie.  Ustalili,  że  trzeba  szukać  jeszcze tylko  w  górach.  Chociaż  to  wątpliwe,  żeby 
Lina zdołała przebrnąć przez zalegający tam śnieg. Ale dla pewności trzeba sprawdzić, należy 
też przeszukać wszystkie letnie obory. 
 

Dyskutowali coraz śmielej. 

 

- Człowiek nie może tak po prostu rozpłynąć się w powietrzu – powiedział któryś. Inni 

zapewniali, że znajdą Linę, nawet gdyby trzeba było zaglądać pod każdy kamień okolicy. 
 

Tylko  Jens  prawie  się  nie  odzywał.  Elizabeth  widziała,  jak  bardzo  zmartwienie  go 

przytłacza i pragnęła jakoś mu pomóc. 
 

- Mówiłeś, że skąd pochodzisz? – spytał nagle Jensa ktoś z obecnych. 

 

- Z Kabelvaag – odparł pośpiesznie. 

 

- Ano tak. Prawda. – Mężczyzna rozejrzał się wokół, ale sąsiedzi zajęci byli jedzeniem 

i rozmowami. 
 

Jens wstał, żeby dołożyć torfu do pieca. Elizabeth domyślała się, że pragnie uniknąć 

dalszych pytań. 
 
 

Ludzie zjedli i wypili, nie pozostawało nic innego, jak tylko ubrać się i znowu wyjść 

na mróz. Większość ruszyła w stronę letnich obór. 
 

Elizabeth patrzyła, jak znikają na drodze, potem wróciła. Helene zbierała naczynia ze 

stołu. 
 

- Usiądź i teraz wypij filiżankę kawy – powiedziała, uśmiechając się do Elizabeth. 

 

Elizabeth poszła za nią do kuchni. Ane siedziała z kotem na kolanach, który mruczał 

cichutko. 
 

Elizabeth  opadła  na  krzesło.  Helene  postawiła  przed  nią  filiżankę  kawy,  ale  ona  nie 

była w stanie nic przełknąć. 
 

- A może Lina wróciła do Kabelvaag – westchnęła Ane. 

 

Elizabeth zerwała się z miejsca i chwyciła ją za ramię. Ane drgnęła, kot zeskoczył na 

podłogę. 

 

 

- Au. Co ty robisz, mamo? 

 

-  Skąd  ci  przyszło  do  głowy,  ze  Lina  mogła  pojechać  do  Kabelvaag?  –  spytała 

Elizabeth. – Czy ona ci coś na ten temat mówiła? 
 

Ane energicznie kręciła głową. 

 

-  Tak  tylko  pomyślała.  Chodzi  o  to,  że  jeśli  jej  było  przykro  z  powodu  tego,  co  się 

stało, to może chciała wrócić do domu, do swojej mamy. Jak bym tak zrobiła, bo ja zawsze 
przychodzę  do  ciebie,  jak  mi  jest  smutno.  W  żadnym  razie  nie  leciałabym  w  góry  ani  nie 
zaszywała w starej letniej oborze. 
 

Elizabeth puściła rękę córki i popatrzyła na Helene. Tamta wolno kiwała głową. 

 

- Mógł podwieźć ją koś, kto jechał w tamtą stronę. 

 

Elizabeth zaczęła się zastanawiać. 

 

- Ale powiedzieliby nam o tym, teraz, kiedy wiedzą, że Lina zniknęła. 

 

- Ale to mógł być ktoś z Kabelvaah, który był tutaj, za interesami. 

 

- Tak, oczywiście! 

 

Ane, wytrzeszczając oczy, spoglądała to na jedną, to na druga. 

background image

 

50

 

- Myślicie, że mam rację? – spytała. 

 

Elizabeth uśmiechnęła się i pogłaskała ją po policzku. 

 

- To możliwe. Zaraz zbadam tę sprawę. I dziękuję ci, Ane, jesteś mądrą dziewczynką. 

A teraz ja pojadę porozmawiać z lensmanem. 
 

Ane wyprostowała się, rozjaśniona niczym słoneczko. 

 

- Zobaczycie, jak się tata Jens ucieszy, kiedy wróci! – powiedziała. 

 
 

Elizabeth widziała u podnóża gór gromadę mężczyzn idących w stronę letnich obór. 

Byli tak daleko, że nie słyszała, czy wciąż wołają Linę, ale z pewnością tak. 
 

Daj Boże, żeby znaleźli dziewczynę, i żeby wszystko z nią było w porządku! Bo teraz 

zdała  sobie  sprawę,  ze  lensman  nie  uczestniczy  w  poszukiwaniach.  Nie  pokazał  się  też  w 
Dalsrud.  Może  Kristian  i  Lars  nie  przekazali  mu  wiadomości?  Może  na  razie  nie  chcieli 
włączać go do akcji? Teraz jednak trzeba z nim porozmawiać. Żebym tylko nie natknęła się 
na lensmanową, myślała. Na tej babie nie można polegać, zresztą Elizabeth nie miała ochoty 
opowiadać jej o tragedii. Do południa cała okolica wiedziałaby, co się stało. 
 

Musiała zapukać dwa razy. Otworzyła jej ta sama służąca, która była taka oczarowana 

Nilsem. Teraz dygnęła głęboko u uśmiechnęła się do Elizabeth. 
 

- Dzień dobry – Elizabeth też odpowiedziała uśmiechem, - Zastałam lensmana? 

 

- Nie, wcześnie rano wyjechał w interesach. Nie wiem, co robi, nie wiem też, kiedy 

wróci. Czy mam mu coś przekazać? 
 

Elizabeth westchnęła zniechęcona. 

 

- Nie, sama muszę z nim porozmawiać – odwróciła się z wahaniem. 

 

Jakiś parobek podszedł do drzwi i wyglądał zza pleców dziewczyny. 

 

- Lensman miał wrócić najpóźniej o dwunastej oznajmił, po czym zniknął w kuchni. 

 

Służąca  zarumieniła  się  i  spuściła  wzrok.  Coś  pewnie  jest  między  nią  a  tym 

parobkiem, pomyślała Elizabeth. Dobrze, że dziewczynie wrócił rozsądek, bo Nils był dla niej 
stanowczo za stary. 
 

- Pani lensmanowej też niestety nie ma w domu – powiedziała służąca, ale może pani 

posiedzieć w izbie i poczekać. 
 

Elizabeth  znowu  się  zawahała,  po  chwili  jednak  skinęła  głową  i  weszła  do  środka. 

Rozglądała się po paradnym pomieszczeniu. Ściany pokryte były tapetami w duży, szarobiały 
wzór. W jednym narożniku stała szafa na ksiązki, a obok niewielkie biureczko. Z brzozowego 
drewna, zauważyła Elizabeth. Na ścianach wisiały wielkie pejzaże w złotych ramach. 
 

Na  korytarzu  rozległy  się  kroki.  Gdzieś  otworzyły  się  drzwi,  a  potem  zamknęły, 

słychać  było  dziewczęce  śmiechy,  ktoś  hałasował  garnkami.  Stojący  zegar  uderzył  raz. 
Elizabeth  podniosła  wzrok.  Wpół  do  pierwszej.  Wstała,  podeszła  do  okna  i  wyjrzała.  Fiord 
był  spokojny,  nad  wodą  przy  brzegu  unosiła  się  leciutko  mgła.  Dziedziniec  pokryty  był 
ś

niegiem. Altanka miała na sobie białą czapkę. 

 

Odwróciła  się  i  poprawiła  firanki.  Wyjęła  rękawice  i  zapięła  kurtkę.  Nie  może  tu 

dłużej siedzieć. Nie wiadomo, kiedy lensman wróci, poza tym niedługo obiad, powinna być w 
domu. Może tymczasem ludzie znaleźli Linę. 
 

Nagle drzwi się otworzyły i w progu stanęła lenmanowa. 

 

- Dzień dobry – witała się z uśmiechem na pełnej twarzy. Podwójny podbródek opiera 

się  niemal  na  piersi,  zauważyła  Elizabeth.  Gospodyni  miała  rumieńce,  wciąż  ubrana  w 
futrzaną pelerynę. 
 

-  Służąca  powiedziała  mi,  że  pani  czeka  na  mojego  męża.  –  Niebieskie  oczy 

lenamnowej płonęły z ciekawości. – Może ja mogłaby w czyś pomóc. 
 

Elizabeth pokręciła głową. 

 

- Nie, muszę porozmawiać z lensmanem osobiście. - Ale dziękuję – dodała uprzejmie i 

chciała wyjść. 

background image

 

51

 

Lensmanowa jednak zastąpiła jej drogę. 

 

- Czy to ma może coś wspólnego z tym Nilsem? 

 

Elizabeth przyjrzała się jej zaskoczona i pokręciła głową. 

 

- Nie, ale teraz muszę już wracać do domu. Wkrótce obiad, państwo też pewnie będą 

jedli – mówiła tym razem ostrzejszym głosem, dając wyraźnie do zrozumienia, że zamierza 
wyjść. 
 

- A czy pani wie, gdzie on się podziewa? – spytała lensmanowa. – To znaczy Nils. 

 

Elizabeth znowu pokręciła głową, czując, że ogarnia ją złość. 

 

- Nie mam najmniejszego pojęcia. 

 

Lensmanowa wciąż stała jej na drodze, 

 

- Jaka to tragedia, w dodatku tajemnicza, to, co się stało z Laviną – powiedziała. – Nie 

mówiąc już o Mikkaelu. – Przyglądała się swoim paznokciom, ale równocześnie zerkała spod 
jasnych rzęs na Elizabeth. 
 

Elizabeth uniosła głowę. 

 

- Zupełnie nie rozumiem, co lensmanowa ,a na myśli. Mikkel potłukł się. bo nie był 

całkiem trzeźwy. A Lavina poślizgnęła się na nadbrzeżnych kamieniach. Powtarzam tu słowa 
lensmana i doktora. I chyba nie ma co dłużej tego roztrząsać. 
 

Tamta uśmiechnęła się krzywo, a jej podwójny podbródek się zatrząsł. 

 

- No tak, tak, takie jest oficjalne wyjaśnienie – oznajmiła. 

 

-  Co  lensmanowa  chce  przez  to  powiedzieć?  Nie  mogę  i  nie  chcę  uwierzyć,  by 

przedstawiciel władzy, ktoś taki, jak lensman albo doktor, biegał po wsi i mówił nieprawdę.
 

- Oczywiście, że żaden z nich nie kłamie. Co pani insynuuje? 

 

Proszę,  ile  ona  zna  pięknych  słów,  pomyślała  Elizabeth,  chociaż  nie  bardzo  jej  to 

odpowiadało. 
 

-  Ja  nic  –  powiedziała  głośno.  –  Ale  lensmanowa  insynuuje  sama,  że  istnieje  jakieś 

nieoficjalne wyjaśnienie i inne, które może tylko lemsnowa zna? 
 

Tamta gniewnie potrząsnęła głową. 

 

-  gdyby  to  stary  doktor  Lavinę,  to…  A  zresztą,  stary  a  stary,  on  jest  przemieć 

wystarczająco energiczny… - nagle oblała się płomiennym rumieńcem od korzonków włosów 
Aż do podbródka. – Dobrze, to już wszystko jedno – rzekła. Wzrok miała rozbiegany. 
 

Elizabeth przyglądała jej się ze złośliwą radością. 

 

-  Jak  powiedziałam,  trochę  mi  się  spieszy  –  rzekła,  przeciskają  się  między  grubą 

gospodynią i futryną drzwi. 
 

Zdążyła wyjść na schody, gdy na dziedziniec wjechał lensman. Uniósł rękę w geście 

powitania i zatrzymał konia. Lekko zeskoczył na ziemię. 
 

Elizabeth ruszyła mu na spotkanie. 

 

- Dzień dobry. Chciałabym zamienić z lensmanem parę słów. 

 

-  Naprawdę?  W  takim  razie  wejdźmy  do  środka.  Ja  się,  niestety,  trochę  spóźniłem, 

mam nadzieję, ze nie czeka pan długo. 
 

Elizabeth pośpiesznie zerknęła przez ramię, za firanką dostrzegła twarz lensmanowej. 

 

- A nie moglibyśmy tutaj? – poprosiła, wyciągając głęboko powietrze. – Chodzi o to, 

ż

e zaginęła Lina. 

 

Lensman zmarszczył brwi. 

 

-  To  nasza  służąca,  pochodzi  z  Kabelvaag.  Miała  tam  narzeczonego,  imieniem 

Andreas… - Elizabeth zdawała sobie sprawę, że lensman musi wiedzieć wszystko, jeśli ma 
pomóc. – Lensman ma obowiązek zachowania, tajemnicy, prawda? – spytała dla pewności. 
 

On  przytaknął,  ściągając  lejce.  Koń  stał  niespokojnie,  najwyraźniej  chciał  jak 

najszybciej znaleźć się w ciepłej stajni. 
 

Elizabeth odetchnęła i zaczęła: 

background image

 

52

 

- Jakiś czas emu ja napisałam do tego Andreasa list i zaprosiłam go do nas na święta. 

Kiedy przyjechał, okazało się, że to Jens Ras, mój pierwszy mąż. 
 

Przez chwilę bała się, że lensman dostanie ataku serca. Twarz mu poszarzała, chwiał 

się na nogach. 
 

- Jens Rask! Jak to.. – wykrztusił. 

 

-  Jens  przeżył  katastrofę,  ale  w  jej  wyniku  stracił  pamięć.  potem  przybrał  imię 

Andreas. Dopiero niedawno, po pożarze w Kabelvaag, pamięć zaczęła mu wracać. Coś spadło 
na  dó  i  uderzyło  go  w  głowę.  Od  tamtej  chwili  zaczął  sobie  przypominać  coraz  więcej  i 
więcej rzeczy z przeszłości. 
 

Jens opowiedział jej o tym któregoś dnia, kiedy byli sami. Potem dowiedziała się, że 

była ostatnią osobą, której o tym mówił, ale nie miała mu tego za złe. 
 

- Rozumiem – rzekł lensman. Gładził swoje długie wąsy. – Niech pani mówi dalej – 

poprosił. 
 

- To był szok dla nas  wszystkich. Po kilku dniach  Lina zniknęła. Mężczyźni z całej 

okolicy  szukają  jej  dzisiaj  od  wczesnego  rana,  ale  bez  rezultatu.  Jak  pomyślałam  sobie,  że 
może ona po prostu wróciła do Kabelvaag, do swojej matki. 
 

- To jest oczywiście możliwe – zgodził się lensman. 

 

Koń  szarpał  uprzężą  i  niecierpliwie  przestępował  z  nogi  na  nogę.  Lensman 

potrzebował czasu, żeby go uspokoić. 
 

- Gdyby lensman zadał sobie trud zbadania tej sprawy, bylibyśmy wdzięczni.. 

 

- Naturalnie. Natychmiast poślę kogoś do Kabelvaag. 

 

- Dziękuję. – Podała mu rękę, a on ją uścisnął, potrząsając kilkakrotnie. 

 

- Nie ma za co dziękować – powiedział przy tym. 

- I proszę pozdrowić Jensa – dodał. 
 

- Dziękuję, pozdrowię. A gdybyśmy znaleźli Linę, to natychmiast pana zawiadomimy. 

 

Pożegnała się, wsiadła do sań i zanim opuściła dziedziniec zdążyła jeszcze zobaczyć, 

ż

e lensmanowa zaciąga firanki. 

 
Rozdział 12 
 
 

Na dziedzińcu spotkała Larsa. Po jego minie poznawała, że nie ma nic radosnego do 

powiedzenia. Mimo to nie mogła się powstrzymać, by nie zapytać. 
 

- Jest coś nowego? 

 

Przejął lejce i pogłaskał konia po karku, nim odpowiedział. 

 

- Nie, nigdzie ani śladu Liny. 

 

Elizabeth wysiadła z sań. 

 

- Liczyłam się z tym, niestety. 

 

- Byłaś w sklepie? – zapytał. 

 

Elizabeth patrzyła przed siebie zamyślona. 

 

-  Co?  Nie,  byłam  u  lensmana.  Trzeba  go  było  poinformować  –  wahała  się  przez 

moment,  po  czym  dodała:  -  Właściwie  to  Ane  wpadła  na  ten  pomysł.  Nie  mówiła  ci?  Ona 
uważa, że być może Lina pojechała do Kabelvaag! Lensman obiecał, że pośle tam ludzi, aby 
zbadali sprawę. 
 

Lars uśmiechnął się szeroko. Dostrzegła w jego oczach iskierkę nadziei. 

 

- Teraz rozumiem, dlaczego Ane jest taka tajemnicza. Że też my nie pomyśleliśmy, że 

Lina mogła wrócić do Kabelvaag. To przecież najbardziej naturalne wytłumaczenie. 
 

- No dobrze, dobrze, ale nie cieszmy się zawczasu. 

 

- A ja bym się jednak cieszył. To o wiele lepsze niże martwić się na zapas – dodał i 

zaczął wyprzęgać konia. 
 

Nagle z drogi dotarło do nich rżenie. 

background image

 

53

 

-  Bergette  do  nas  jedzenie  –  powiedziała  Elizabeth  bardziej  do  siebie  i  ruszyła  na 

spotkanie gościa. 
 

Koń Bergette przystanął, ona jednak siedziała w saniach pod grubą warstwą okryć z 

owczych skór. 
 

- Pokój temu – domowi – przywitała się, poprawiając chustkę na głowie. 

 

-  Dziękuję.  –  Elizabeth  nie  bardzo  wiedziała,  co  jeszcze  powiedzieć.  Powinna 

oczywiście zaprosić Bergette do środka, ale na razie nie miała jeszcze ochoty przedstawiać jej 
Jensa. 
 

- Wracam ze sklepu – oznajmiła Bergette. – Mam dla ciebie list. – Wsunęła rękę pod 

kurtkę i wyjęła stamtąd kopertę. 
 

Elizabeth zerknęła na nią przelotnie, ale nie rozpoznała pisma. Nazwiska nadawcy też 

nie było. Schowała list do kieszeni, by uniknąć pytań. 
 

- Słyszałam, że Lina – rzekła Bergette. 

 

-  Tak,  to  prawda  –  Elizabeth  poczuła,  że  zasycha  jej  w  ustach,  nie  była  w  stanie 

patrzeć przyjaciółce w oczy. – Nagle przepadła jak kamień w wodę. 
 

-  Nie  chciałabym  się  wtrącać,  ale…  ale,  czy  stało  się  coś  szczególnego,  zanim 

zniknęła? Chodzi mi o to, że wtedy łatwiej by wam było szukać. 
 

Elizabeth  śledziła  wzrokiem  Larsa,  który  prowadził  konia  do  stajni.  Uważał,  żeby 

wejść do środka jako pierwszy, by nie znaleźć się między wielkim zwierzęciem a framugą. 
 

Bergette z pewnością zauważyła, że Elizabeth się waha. 

 

- Przeptaszam, że pytałam – rzekła krótko. – Jak mówię, to nie moja sprawa. A teraz 

muszę już wracać 
 

- Zaczekaj! – Elizabeth oparła rękę o sanie. – Jest podwód, dla którego Lina uciekła. 

Słyszałaś o jej narzeczonym, tym Andreasie z Kabelvaag? 
 

Bergette kiwała głową potakująco. 

 

- A co, zerwali ze sobą? 

 

-  Nie,  o  wiele  gorzej.  –  Po  czym  w  krótkich  słowach  opowiedziała,  co  się  stało. 

przemilczała tylko swoje poronienie. 
 

Bergette wpatrywała się w nią z niedowierzaniem. 

 

- Wprost trudno uwierzyć, że to możliwe – wyszeptała w końcu. 

 

Elizabeth skinęła głową. 

 

-  Wiem,  że  trudno.  Ale  przecież  wiadomo,  ze  wielu  rozbitków  długo  pływa  po 

katastrofie,  trzymając  się  resztek  łodzi.  Przeważnie  zamarzają,  niektórych  jednak  fale 
wyrzucają  na  ląd,  na  przykład  na  skaliste  wysepki,  i  oni  tam  dogorywają.  Czasem  ktoś  się 
uratuje. Jens dotarł do ludzi. Nieszczęście polegało na tym, że stracił pamięć na mniej więcej 
dziesięć lat. 
 

- Ty chyba nie sądzisz, że Lina odebrała sobie życie? 

 

- Nie wiem, teraz całą nadzieję wiąże z tym, że pojechała do Kabelvaag. 

 

Bergette poklepała ją przyjaźnie po ręce. 

 

- Ona z pewnością wkrótce się uspokoi i wróci, zobaczysz. Nie trać otuchy, Elizabeth. 

Gdybym mogła ci w czymś pomóc, to natychmiast powiedz. 
 

- Bardzo ci dziękuję,  Bergette. mam nadzieję, że nie powiesz nikomu o  Jensie. Nue 

mam ochoty, żeby wieś zaczęła o tym gadać. Jeszcze nie teraz, potrzebujemy czasu, żeby się 
otrząsnąć. Wszyscy przeżyliśmy trudne chwile, Jens także. 
 

- Możesz być całkiem spokojna, że nikomu nic nie powiem. 

 

- Ufam ci. 

 

 

 

Elizabeth  leżała  na  kanapie  w  izbie  okryta  pledem.  Opowiedziała  domownikom  o 

spotkaniu z lensmanem, a potem wymówiła się bólem głowy, i poszła się położyć, prosząc, 

background image

 

54

aby jej nie przeszkadzano. Ale to tylko połowa prawdy, pomyślała z westchnieniem. Trudniej 
byłoby tłumaczyć, jak bardzo jest zmęczona. 
 

Pomysł,  że  Lina  mogła  pojechać  do  Kabelvaag,  rozpalił  nadzieję  we  wszystkich, 

Elizabeth  na  to  pozwalała,  nie  chciała  tłumić  radości.  Sięgnęła  po  kieliszek  koniaku  i  upiła 
łyk.  Alkohol  rozgrzewał.  Pije  tylko  na  lekarstwo,  powiedziała  sama  do  siebie,  sprawdziła 
wielokrotnie, że napój działa uspokajająco. Miała zamiar poleżeć w spokoju nie dłużej niż pół 
godziny, potem trzeba będzie wstać i wrócić do pracy, 
 

Rozległo się delikatne pukanie do drzwi, a zaraz potem głos Ane. 

 

- Mamo, masz gościa. 

 

- Powiesz, że jestem chora – mruknęła Elizabeth, nie otwierając oczu. 

 

- Ale… 

 

- Dzień dobry, Elizabeth. Chyba nie przeszkadzam? 

 

Elizabeth zerwała się, słysząc głos lenamnowej. 

Twarz jej płonęła z irytacji. 
 

- Ach, to pani? Głowa bolała mnie tak bardzo, że musiałam się położyć – jąkała się, 

wygładzając włosy i spódnicę. 
 

Wzrok żony lensmana zatrzymał się na kieliszku z koniakiem. 

 

- O, wiedzę, że pani popija od czasu do czasu. 

 

Elizabeth czuła narastający gniew. 

 

-  Nie,  to  tylko  dzisiaj  –  odparła,  nie  zagłębiając  tematu.  –  Przychodzi  pani  z  jakąś 

konkretną sprawą? 
 

-  Chciałam  tylko  do  pani  zajrzeć.  Już  dawno  nie  rozmawiałyśmy,  a  dziej  wybiegła 

pani tak nagle… 
 

Elizabeth zwróciła uwagę, że kiedy lensmanowa się uśmiecha, to uśmiech nie dociera 

do oczy. 
 

Ty fałszywa babo, pomyślała, składając koc. Zabieraj się stąd, i to szybko. 

 

Wiedziała,  ze  jedynie,  czego  lensmanowa  chce,  to  wiadomości,  które  mogłaby 

roznosić  po  wsi.  Domyślała  się,  ze  w  Dalsrud  dzieją  się  jakieś  niezrozumiałe  rzeczy  i 
przyleciała najszybciej jak mogła, by poznać cała historię. 
 

Nagle zdała sobie sprawę, że Ane cały czas stoi w drzwiach. 

 

- Poproś Helene, żeby zapatrzyła kawy – zwróciła się do córki. 

 

Lensmanowa zdjęła okrycie. Skrzyżowała nogi i pochyliła się ku Elizabeth. 

 

- Może pani też wypiłaby kieliszeczek? – spytała Elizabeth. 

 

- Nie, dziękuję. 

 

-  Jak  sobie  pani  życzy  –  mruknęła  Elizabeth  i  wypiła  ostatni  łyk.  Wyjęła  z  koszyka 

robótkę. Pracowała nad rękawicami dla Kristiana. 
 

- Dla kogo to będzie? – spytała tamta i wyjęła z dużej torby przybory do haftowania. 

 

-  Dla  mojego  męża  –  odparła  Elizabeth  krótko.  Nie  potrafiła  znaleźć  tematu  do 

rozmowy.  Może  gdyby  było  więcej  osób…  Wtedy  zawsze  łatwiej.  Szkoda,  że  Bergette 
odjechała. 
 

- Tak, w pani domu potrzeba mnóstwo ubrań – stwierdziła lensmanowa. 

 

Elizabeth nie odpowiedziała. Zastanawiała się, czy Jens jest w kuchni. Żeby tylko ta 

ciekawska  baba  czegoś  nie  wywęszyła.  Nie  byłaby  teraz  w  stanie  odpowiadać  na  żadne 
pytania dotyczące byłego męża. 
 

- Słyszałam, ze zginęła jedna z waszych służących – zaczęła znowu żona lensmana. 

Haftowanie jakoś jej nie szło, bo zajmowała się głównie rozglądaniem po izbie. Pewnie szuka 
kurzu na meblach, pomyślała Elizabeth ze złością. Głośno zaś powiedział: 
 

- A mogę zapytać, gdzie pani o tym słyszała? 

 

- Mężczyźni z całej wsi szukają grupami po okolicy, więc to pewnie nie jest tajemnica 

– lensmanowa roześmiała się, Elizabeth wyczuła w tym śmiechu szyderstwo i zadrżała. 

background image

 

55

 

-  Nie,  to  nie  jest  żadna  tajemnica  –  westchnęła.  –  Wydarzyło  się  coś… 

nieprzewidzianego i Lina gdzieś przepadła.  
 

Lensmanowa przechyliła głowę i wpatrywała się w Elizabeth pytająco. 

 

- A co takiego się stało? 

 

Nic  takiego,  co  powinno  cię  obchodzić,  miała  ochotę  odpowiedzieć,  ale  zagryzła 

wargi. 
 

- Dramat miłosny – odparła. 

 

- Ach tak, aha – wbiła igłę w płótno, wyciągnęła ją z drugiej strony i powiedziała: - 

Dotarło  do  moich  uszu,  że  ta  dziewczyna  miała  narzeczonego  w  Kabelvaag,  i  że  zaraz  po 
Nowym Roku mieli się pobrać. Czy to prawda? 
 

- Mhm, zgadza się. – Elizabeth robiła na drutach tak szybko, że zaczęła gubić oczka. 

Lensmanowa to zauważyła. 
 

- Słyszałam też, że oddaliście im jedną ze swoich komorniczych zagród. 

 

Elizabeth  spojrzała  znad  robótki.  Właściwie  nie  musiała  patrzeć  na  druty,  chodziło 

raczej o to, żeby nie spoglądać w jasnoniebieskie oczy tamtej. 
 

- Tak, tak zrobiliśmy. Zagroda jest bardzo ładna. 

 

-  I  o  ile  mi  wiadomo  to  ten  narzeczony  Lin  jest  teraz  u  państwa  –  mówiła  dalej 

lensmanowa. 
 

Elizabeth  poruszyła  się  niespokojnie.  Żona  lensmana  jest  najwyraźniej  świetnie 

poinformowana o wszystkim. Przyszła tu chyba tylko po to, żeby dowiedzieć się szczegółów. 
 

- A jak państwu się powodzi? – spytała, udając, że nie słyszała ostatniego pytania. A 

właściwie nie pytana, lecz stwierdzenia. 
 

- Dziękuję, wszystko w porządku. 

 

Nagle Elizabeth poczuła, że nie może się powstrzymać, że musi zapytać: 

 

- I z doktorem też wszystko w porządku? Ludzie gadają, ze pani i doktor pozostają w 

znakomitych stosunkach. 
 

Nalana  twarz  lensmanowej  zrobiła  się  czerwona.  Kobieta  zaczęła  czegoś  szukać  w 

torebce. Kiedy się w końcu wyprostowała, na jej czole perlił się pot. Elizabeth nie wiedziała, 
czy to z wysiłku, czy raczej ze wstydu. 
 

- Musiała się pani przesłyszeć – bąknęła lensmanowa szorstko, odgryzając nitkę. 

 

Drzwi się otworzyły, weszła Helene z kawą i ciastem. Kiedy nakrywała do stołu, obie 

panie  milczały.  Ale  kiedy  pokojówka  dygnęła  i  już  miała  wychodzić.  Lensmanowa  spytała 
nagle: 
 

- Ty pewnie wiesz, co tak strasznie dręczyło tę Linę, że uciekła z domu. 

 

Elizabeth  poczuła,  że  złość  dławi  ją  w  gardle.  Akie  prawo  ma  ta  baba,  żeby 

wypytywać w ten sposób jej służące? 
 

-  To  już  najlepiej  Lina  sama  opowie,  jak  wróci  –  odparła  Helene,  patrząc  na 

lensmanową pustym wzrokiem. – Niech to będzie jej sprawa. 
 

Elizabeth  chichotała  w  duchu,  mało  brakowało,  a  byłaby  roześmiała  się  głośno. 

Lanemsnowa złożyła usta w ciup, ale jednak zapytała: 
 

- A jak się nazywa ten jej ukochany? 

 

Helene  udawała,  że  nie  słyszy.  Bez  słowa  wyszła  z  izby.  Elizabeth  nie  uważała,  że 

sytuacja jest zabawna. Lensmaniwa stała się natarczywa. Nie można pozwolić, by ta plotkara 
dowiedziała się, kim jest narzeczony Liny. Prędzej czy później prawda wyjdzie na jaw i cała 
wieś ją pozna. Trzeba będzie to znieść. Na razie jednak wolała uniknąć plotek. 
 

- Ona chyba nie słyszała, o co ją pytałam – stwierdziła lensmanowa urażona i położyła 

robótkę na kolanach. Elizabeth udała, że upadł jej kłębek wełny, chciała w ten sposób zyskać 
na czasie. Pochyliła się, jakby szukała zguby, trwało to dosyć długo. 
 

- A czy lensmanowa wie, co tam słychać u Petry w Storli? – spytała. 

 

Lensmanowa wypiła parę łyków kawy, spojrzenie niebieskich oczu ożywiło się. 

background image

 

56

 

- Gospodarze Storli muszą teraz pić piwo, którego sami naważyli. Harują od rana do 

nocy  i  jeśli  o  mnie  chodzi,  to  wcale  ich  nie  żałuję.  Jak  sobie  pościelisz,  tak  się  wyśpisz, 
mówią ludzie. On ukręcili bat ba własną skórę, traktując służbę tak źle. – Lensmanowa znowu 
zrobiła się czerwona, podwójny podbródek trząsł się, kiedy, zadowolona, chichotała. 
 

Elizabeth zrobiło się nieprzyjemnie. Nie do końca zgadzała się z lensmanową, ale też 

nie miała ochoty bronić  Petry Storli.  Zastanawiała się, co zrobić, żeby wiejska plotkara jak 
najszybciej sobie poszła, tymczasem lensmanowa nie przestawała gadać. 
 

-  O  co  to  ja  miałam  zapytać?  –  przypomniała  sobie  nagle  lensmanowa  .  –  Aha,  już 

wiem, jak ma na imię narzeczony tej Liny? Pani wie przecież, że imię wiele mówi o sobie, 
może  mi  pani  wierzyć.  Imiona  biblijne  i  królewskie  zazwyczaj  noszą  ludzie  dobrze 
sytuowani. 
 

- Takie jak na przykład Maria? – spytała Elizabeth, unosząc brwi. 

 

- Tak, no i widzi pani, pani siostra dorastała jednak w lepszym domu. Może pani być 

pewna, że jest w tym jakiś sens. 
 

Elizabeth nie chciała już słuchać tego ględzenia, spoglądała przez okno na dziedziniec. 

Zobaczyła Jensa zbliżającego się do domu. Niósł wielkie naręcze drewna na opał. Musiała się 
uśmiechnąć. W pierwszym okresie po przyjeździe do Dalsrud dni bardzo się Jensowi dłużyły, 
bo  Elizabeth  zabroniła  mu  uczestniczyć  w  domowych  pracach.  Jesteś  tu  gościem, 
powiedziała.  On  jednak  nie  umiał  siedzieć  bezczynnie.  Z  pewnością  słyszał,  jak  dzisiaj 
Elizabeth  narzekała,  że  od  palenia  torfem  w  piecu  w  izbie  wciąż  zbiera  się  czarny  pył. 
Powiedziała wtedy, że  wolałaby palić drewnem. No i proszę, Jens najwyraźniej nabierał na 
brzegu drewna wyrzuconego przez fale… Nagle zdrętwiała. Zdała sobie sprawę, że on niesie 
to drewno do izby! Trzasnęły drzwi wejściowe i z sieni dotarło głośnie tupanie. Przecież Jens 
dopiero co siedział w kuchni! Musiała nie słyszeć, że wyszedł. 
 

Zerwała się z miejsca. 

 

- Przepraszam panią, muszę coś sprawdzić. 

 

Lensmanowa rozglądała się wzburzona. 

 

- Co, na Boga… 

 

Jens próbował otworzyć drzwi do izby łokciem, Elizabeth odsunęła go zdecydowanie. 

 

- Uważaj – powiedziała, wypychając go z powrotem do sieni. 

 

Był tak zaskoczony, że omal nie stracił równowagi. 

 

- Chciałem ci tylko przynieść drewna – tłumaczył zakłopotany. 

 

- Cicho bądź! Jest u mnie ta baba lensmanowa. Nie mam ochoty, żeby cię zobaczyła – 

wyszeptała Elizabeth, zamykając drzwi. 
 

- O rany boskie, ona tu jest? Poznałaby mnie natychmiast. Przecież często odwiedzała 

Ragnę i Jakoba, kiedy z nimi mieszkałem. 
 

- Połóż na razie drewno w kuchni – nakazała szeptem Elizabeth. 

 

Jens nie zdążył jeszcze wyjść z kuchni, kiedy lensmanowa wyjrzała przez drzwi. 

 

-  Stało  się  coś  złego?  –  spytała,  rozglądając  się  swoimi  przenikliwymi  oczami.  – 

Słyszałam jakieś podniesione głosy… 
 

- Nie, to tylko Ane. Nie czuje się zbyt dobrze i… nie chciałabym jeszcze pani żegnać, 

ale muszę zajrzeć do małej. Boli ją brzuch i wymiotuje – dodała, robiąc poważną minę chwilę 
sama, ja niedługo wrócę, tylko… 
 

- Nie, nie, dziękuję. Nie mam ochoty się zarazić i potem leżeć w łóżku – lensmanowa 

uśmiechnęła się przelotnie i chwyciła swoje futrzane okrycie. Wybiegła z domu, nawet go nie 
zapinając. – Dziękuję za kawę. 
 

Po chwili była na dziedzińcu. Elizabeth oparła się o drzwi i odetchnęła z ulga. Dzięki 

ci, Boże, szeptała. 

background image

 

57

Potem zdecydowanie uniosła głowę. Straciła już większość dnia, a zajęcia czekają. Najpierw 
pomogę w kuchni, pomyślała. Wciąż bolały ją plecy. Nie doszła jeszcze całkiem do siebie po 
ostatnich nieszczęściach. 
 

 

 

Z  wielką  ulgą  wracała  wieczorem  na  strych.  To  był  długi  dzień.  Wolałaby  więcej 

takich nie przeżywać. Zmęczona opadła na łóżko. Wtedy poczuła, że coś ją uwiera w udo i 
wsunęła rękę do kieszeni.  List! Całkiem o nim zapomniała. Na toaletce znalazła szpilkę do 
włosów, którą rozcięła kopertę. Wyjęła kilka arkusików i zaczęła czytać. 
 
 

Do  kochanej  i  niezapomnianej  panny  Elizabeth  w  niezapomnianej  Norwegii.  Jest  mi 

niewymownie przykro, że niepokoję cię ty moim pisaniem. 
 
 

Elizabeth zmarszczyła brwi i musiała zajrzeć na ostatnią stronę, żeby się dowiedzieć, 

od kogo jest ten list. 
 

- Co? Od Nilsa Wędrowca? – krzyknęła zaskoczenia i wróciła do pierwszej strony. 

 
 

Jak  się  być  może  domyślasz,  jestem  teraz  w  Ameryce.  Pracuję  tu  jako  parobek. 

Niektórzy  płacą  mi  pieniędzmi,  inni  znowu  dają  utrzymanie  i  dach  nad  głową.  mieszkam  u 
ludzi,  dopóki  jest  co
ś  do  zrobienia,  a  potem  wędruję  dalej,  podobnie  jak  w  starym  raju. 
Nauczyłem si
ę paru angielskich słów i sam uważam, że mam do tego zdolności. 
 

Radzę  sobie  dobrze,  nie  mam  na  co  narzekać.  Jest  tu  też  dużo  istot  wielkiej  urody, 

byłoby  w  czym  wybierać.  Mimo  to  ja  nie  znalazłem  jeszcze  żadnej  takiej,  z  która  chciałbym 
dzieli
ć resztę życia. Żadna nie jest podobna do mojej ukochanej małej panienki, Laviny. 
 

Skoro  już  o  niej  wspomniałem,  to  przejdę  do  sedna  sprawy  i  powodu,  dla  którego 

posyłam  ci  ten  list.  Moje  sumienie  nie  jest  tak  do  końca  białe  i  niech  mi  wolno  będzie 
otworzy
ć swoje serce przed tobą, mój piękny aniele na tej ziemi. 
 
 

Elizabeth pokręciła głową, czytając te wzniosłe słowa. 

 
 

Tamtego  dnia,  kiedy  Lavina  popłynęła  łodzią  do  Dalsrud,  mnie  ogarnęła  straszna 

zazdrość..  W  słabości  mojej  duszy  wyobraziłem  sobie,  że  ona  ma  coś  wspólnego  z  twoim 
m
ężem, Kristianem, ponieważ wcześniej kilkakrotnie wymieniała jego imię
 

Zanim  opowiem  ci  o  wszystkim,  musze  wspomnieć,  że  wszystkie  zwierzęta  Laviny 

zostały  zabite,  a  mięso  sprzedane.  Pieniądze,  które  za  nie  dostaliśmy,  miały  pójść  na 
opłacenie naszej podró
ży do Bergen, gdzie oboje zamierzaliśmy rozpocząć nowe życie. 
 

Kiedy Lavina wzięła jedną z łodzi (jak z pewnością wiesz, mieliśmy dwie), poczekałem 

chwilę,  a  potem,  powiosłowałem  za  nią  (łodzie  też  mieliśmy  sprzedać).  Gdy  dopłynąłem  do 
Dalsrud,  spotkałem  Lavin
ę  na  brzegu.  Szła  w  kierunku  dworu.  Zaczęliśmy  się  kłócić  i  ja 
zarzucałem mojemu małemu kwiatuszkowi, 
że coś przede mną ukrywa. 
 

Mogę przysiąc na Pismo Święte, ze wydarzyło się nieszczęście. Moja cudowna Lavina 

poślizgnęła się i upadła, uderzyła głowa o kamień. Początkowo myślałem, że to głupstwo, ale 
potem  dotarła  do  mnie  powaga  sytuacji,  byłem  przera
żony,  AK  nigdy  przedtem.  mój 
najwi
ększy skarb na ziemskim globie opuścił mnie i przeniósł się do królestwa niebieskiego. 
 

Resztę historii znasz. Mimo wszystko pojechałem do Bergen, ale szybko wróciłem, bo 

chciałem wyznać swój grzech. Do tego jednak nie doszło, odwaga mnie zawiodła. 
 

Dopiero  teraz  to  czynię:  wyznaję  w  tym  liście,  żebym  mógł  być  spokojny,  kiedy 

spotkam swojego Stworzyciela i ponownie będę mu wyznawał grzechy. 
 

Na tych słowach kończę moje pisanie. 

 
Z najwi
ększym szacunkiem 

background image

 

58

 

Nils 

 
 

Elizabeth siedziała wpatrzona w list i różne myśli kłębiły jej się w głowie. A więc to 

jednak  był  nieszczęśliwy  wypadek  i  Nils  o  tym  przez  cały  czas  wiedział.  Gdyby  od  razu 
powiedział,  jak  było,  oszczędziłoby  nam  to  wiele.  A  ja  podejrzewałam  i  Linę,  i  Kristiana. 
Zmęczona przymknęła oczy. Mimo wszystko nie mogła się na niego złościć, zwłaszcza teraz, 
kiedy  usłyszała  całą  historię.  Może  większość  ludzi  zareagowałaby  tak  samo,  pomyślała, 
przestraszyła się i ciekła, i dopiero później zdała sobie sprawę, że to błąd. 
Spojrzała na ostatni arkusz, by sprawdzić, czy Nils podał jakiś adres. Nie, oczywiście, że nie. 
nie chce, żeby po tym wyznaniu ktoś go odnalazł. 
 

Na schodach rozległy się kroki, po chwili do pokoju wszedł Kristian. 

 

-  Jeszcze  nie  śpisz?  –  spytał  najwyraźniej  zadowolony.  Kiedy  zobaczył  list, 

zmarszczył brwi. – A co ty tu czytasz? 
 

- Dostałam list od Nilsa – rzekła. 

 

- Od Nilsa Wędrowca? 

 

-  Tak.  Wyobraź  sobie,  że  wyjechał  do  Ameryki  i  teraz…  teraz  wyznaje,  że  Lavina 

zmarła w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Był przy niej, kiedy poślizgnęła się na kamieniu 
i zabiła, tak pisze. 
 

Kristian zaczął się rozbierać. Szybko, bo w pokoju było zimno. 

 

- I ty wierzysz, że to był wypadek? – spytał. 

 

Elizabeth wstała, włożyła listo do szuflady i też zdjęła z siebie ubranie. 

 

- Tak, wierzę, bo przecież w przeciwnym razie nie pisałby do mnie listu. 

 

Kristian przytakiwał w półmroku, potem wślizgnął się pod kołdrę. 

 

- Tak, chyba masz rację. 

 

Elizabeth włożyła nocną koszulę i powyjmowała szpilki z włosów, a ciężki warkocz 

opadł na plecy. 
 

- On się przestraszył i uciekł – tłumaczyła, kładąc się przy mężu. 

 

- A co Nils robił tutaj w Dalsrud? – spytał Kristian. 

 

Elizabeth przykręciła knot lampy. 

 

- Lavina miała do nas jakiś interes, a on był zazdrosny. Myślał, że ją coś z tobą łączy. 

 

Kristian roześmiał się, ale jego śmiech brzmiał jakoś sztucznie. Elizabeth odwódrciła 

się i przyglądała się mężowi i z zainteresowanie. Nie zasłoniła okna i księżyc rzucał na jego 
twarz żółtawe światło. 
 

- teraz chciałabym, żebyś był ze mną szczery. Dlaczego dawałeś  Lavinie pieniądze? 

Wiem, że dawałeś, więc nie kłam. 
 

Przez  dłuższą  chwilę  leżał  bez  ruchu  i  patrzył  w  sufit.  Wiedziała,  że  przełyka  ślinę. 

Słyszała ciężki oddech. W końcu powiedział z wahaniem: 
 

- Ona wiedziała, że w Storvaagen spotkałem Jensa. 

Musiałam jej płacić, żeby ci o tym nie powiedziała. 
 

Elizabeth skinęła głowa i odwróciła się na plecy. 

 

- Mogłam była się domyślać. 

 

- Czy teraz będziesz na mnie jeszcze bardziej zła? – Kristian położył się na boku, z 

twarzą zwróconą ku żonie. 
 

- Nie, cieszę się po porostu, że prawda wyszła na kaw. 

Mam  dość  tych  wszystkich  kłamstw  i  przemilczeń.  Od  tej  chwili  musimy  mówić  sobie  o 
wszystkim, co się dzieje. Kristian. Bo inaczej ściągniemy na siebie nieszczęście. 
 

Przygarnął ją do siebie. 

 

- Dziękuję ci, Elizabeth – wyszeptał. – Nigdy więcej w żadnej sprawie ci nie skłamię. 

Obiecuję. 

background image

 

59

 

Przytuliła się do jego silnego, ciepłego ciała, poczuła na karku jego oddech. Kristian 

się bał, tak samo jak Nils. I tak samo ja ona, kiedy spodziewała się, że prawda o Leonardzie 
może wyjść na jaw. Każdy dźwiga jakąś tajemnicę. Wszyscy chronią to, co wiedzą. Ona też. 
 

Dopiero kiedy sen zaczął ją morzyć, przypomniała sobie coś jeszcze, potrząsnęła ręką 

Kristiana. On chyba też zasypiał, bo drgnął i patrzył na nią oszołomiony. 
 

- A wiesz, co się stało z Mikkelem? – spytała. – Miałeś z tym coś wspólnego? 

 

Zdziwiło ją, że potrafi mówić tak spokojnie. 

 

- A jeśli powiem, ze nie, to mi uwierzyć? – spytał mąż. 

 

- Liczę, że tym razem powiesz mi prawdę, Kristian. Dlaczego miałabyś kłamać? 

 

- Bo jestem tchórzliwym głupcem – głos brzmiał głucho. 

 

- Każdy taki bywa od czasu do czasu. 

 

Kristian się roześmiał krótko i cicho. Potem przez dłuższą chwilę słyszała tylko jego 

oddech. 
 

- To ja pobiłem Mikkel;a – rozległo się w końcu.  

 

- Ty? Dlaczego? 

 

- Zaczęliśmy się kłócić i we mnie złość wzięła górę. Niczego nie planowałem – dodał 

po chwili, jakby bronił swego zachowania. 
 

- A prosiłeś go o wybaczenie? 

 

-  Prosiłem  i  powiedziałem,  że  jeśli  chce  oskarżyć  mnie  przed  lensmanem,  to  proszę 

bardzo, niech to zrobi. 
 

- A on co na to? 

 

- Ze to ja powinienem wyznać swoje grzechy. I że on nie będzie roznosił plotek. 

 

Elizabeth uśmiechnęła się w mroku. 

 

- Dobrze powiedziane. 

 

- Masz rację. Później próbowałem pomagać Mikkelowi. Jak go spotkałem, wsuwałem 

mu  do  kieszeni  parę  gorszy.  Jedzenia  dawać  mu  nie  mogłem,  bo  to  ty  masz  klucze  do 
spichlerza. 
 

Dopiero teraz odwróciła się do męża. 

 

- Więc on nie żywi urazy o to, że nie wyznałeś prawdy lensmanowi? 

 

-  Nie,  i  powiedział  kiedyś,  że  to  teraz  nie  ma  już  wielkiego  znaczenia.  Ulżyło  mi, 

odczuwałem  to  tak,  jakbym  kupił  sobie  wolność.  Tak  samo  było  z  Laviną  –  Kristoan 
przeczesał włosy dłonią. – Boże kochany, jakim ja właściwie jestem człowiekiem? Uważasz, 
ze ja jestem podobny do swojego ojca? 
 

- An trochę. – Pogłaskała go po policzku. – A teraz położymy się i spróbujemy zasnąć. 

A o tym, co tu zostało powiedziane, nigdy więcej nie wspomnimy. 
 

Kristian  objął  ją  i  przytulił,  a  ona  ułożyła  się  wygodnie  na  jego  szerokiej  piersi. 

Księżyć  rzucał  mdłe  światło  na  szufladę,  w  której  leżał  list.  Spali  go  jutro  rano  jak  tylko 
wstanie. Nikt nie powinien poznać tajemnicy, którą Nils jej powierzył.  Wystarczy, że ona i 
Kristian wiedzą. 
 
Rozdział 13 
 
 

Elizabeth siedziała w izbie tkackiej i wyglądała przez okno. Dziedziniec był pokryty 

ś

niegiem, małe ptaszki dziobały kawałek sadła, który Ane wyprosiła w kuchni i powiesiła na 

drzewie.  Helene  Zr  zgrozą  kręciła  głową.  to  czysta  rozrzutność  rozwieszać  po  drzewach 
drogocenny łój, z którego można by odlać świecę. 
 

Dobrze  jest  porozmawiać  o  codziennych  sprawach,  czasem  się  nawet  posprzeczać, 

myślała Elizabeth. Dzięki temu można chociaż na chwilę uwolnić się od myśli o Linie. Tylko 
ż

e potem one wracając ze zdwojoną siłą i są jeszcze bardziej bolesne. Wszyscy mówią wtedy 

jeszcze więcej o Linie, pojawiają się nowe pytania. 

background image

 

60

 

To dlatego Elizabeth uciekła do izby tkackiej. Akurat teraz nie była w stanie martwić 

się sprawami innych, sama ma o czym myśleć. 
 

Na  ścieżce  wiodącej  znad  brzegu  ukazał  się  Jens  z  Ane.  Córka  pokazywała  coś  na 

fiordzie.  Jens  przystanął  i  mówił  do  niej.  Z  pewnością  coś  zabawnego,  bo  Ane  odchyliła 
głowę  i  zaniosła  się  śmiechem.  Elizabeth  poczuła  ukłucie  w  sercu  jak  zawsze,  kiedy 
dostrzegła  podobieństwo  córki  i  Kristiana.  Ten  właśnie  gest  był  charakterystyczny  dla  nich 
obojga. 
 

Jens  i  Ane  ruszyli  dalej.  Ane  podskakiwała  raz  po  raz,  nie  przestawała  mówić, 

gestykulowała. Często chwytała Jensa za rękę i coś mu pokazywała.  Ile on ma cierpliwości 
dla tego dziecka, pomyślała Elizabeth. Zawsze miał, ale teraz musi to być dla niego poważna 
próba, bo dziewczyna nie odstępuje go ani na krok. Otrząsnęła się z zamyślenia, zeszła na dół 
i spotkała ich w chwili, gdy wchodzili do siebie. 
 

- Czyściliśmy buty miotłą, naprawdę – zapewniała Ane, widząc, ile śniegu nanieśli do 

ś

rodka. – Nie masz pojęcia, ile ja dzisiaj rzeczy opowiedziałam tacie Jensowi! 

 

Nieoczekiwanie Elizabeth chciała poprosić, by Ane przestała go tak nazywać. Kiedy 

była  mniejsza,  lubiła  powtarzać,  ze  ma  w  niebie  jednego  tatę  imieniem  Jens,  a  drugiego  w 
Dlasrud  –  imieniem  Kristian.  teraz  jednak  wszystko  się  skomplikowało  i  być  może  Ane 
sprawia ból obu mężczyznom. 
 

Elizabeth  obserwowała  Jensa,  kiedy  zdejmował  okrycie.  Jego  samodziałowa  kurtka 

nie była ani nowa, ani taka ładna, jak kurtka Kristiana. Buty też miał zniszczone, spodnie na 
jednym kolanie połatane. Teraz włosy pod czapką mu się spocił. Pewnie poszedł z Ane gdzieś 
daleko.  Blizna  na  policzku  zsiniała  od  mrozu.  Elizabeth  była  zadowolona,  że  Jens  się  nie 
wstydzi i nie ukrywa jej pod zarostem. 
 

Poczuł  chyba,  że  mu  się  przygląda,  bo  ich  spojrzenia  się  spotkały.  Oczy  Jensa  były 

ciemnoniebieski  otoczone  długimi,  czarnymi  rzęsami,  jakie  on  ma  piękne  oczy,  pomyślała 
nagle, odwracając wzrok. 
 

- I opowiedziałam Jensowi o tym, jak się kiedyś z jedną dziewczynką bawiłyśmy na 

brzegu  –  mówiła  Ane,  wieszając  swoją  kurtkę.  Elizabeth  zauważyła,  ze  tym  razem 
powiedziała tylko „Jens”. Nie umiałaby jednak określić, co właściwie woli. 
 

- I wtedy zerwał się wiatr, a my siedziałyśmy w łódce i znosiło nas daleko na fiord, ale 

mama na uratowała. 
I opowiadałam też, jak zabrałaś Amandę od tych ludzi ze Storli, pamiętasz to? 
 

-  Tak,  pamiętam,  gospodyni  nazywa  się  Petra  Storni.  Chyba  jednak  powinnaś  już 

skończyć te opowieści. 
 

Ane udawała, że nie słyszy protestów Elizabeth. 

 

- Cała wieś myślała, że to jakaś czarownica pędzi drogą. Ty nie masz pojęcia, jak to 

wyglądało,  Jens!  Mama  nieustannie  zacinała  konia,  on,  kompletnie  mokry,  pędził  przed 
siebie, a za mamą jechał lensman i baba ze Storli, na końcu jej mąż. Chociaż wydaje mi się, 
ż

e był tam też doktor. I potem… 

 

- Ane- Elise! – Elizabeth wbiła spojrzenie w córkę. – Dość już tego! 

 

- Przepraszam. 

 

-  Idź  i  zobacz,  czy  podwieczorek  jest  już  na  stole  –  poleciła  Elizabeth  trochę 

łagodniejszym tonem. Ane uśmiechnęła się, nawet nie skrzywiła buzi i pobiegła do kuchni. 
 

-  Na  pierwszy  rzut  oka  jesteście  obie  strasznie  podobne  –  stwierdził  Jens.  –  Ale  ja 

dobrze wiem, jak bardzo się różnicie. 
 

- Starałam się ukształtować w niej wrażliwość. I jeśli chodzi o zwierzęta, to gotowa 

jest  poświęcić  wszystko  –  rzekła  Elizabeth.  –  Ma  też  mniej  skomplikowany  charakter  niż 
Maria i Ja. 
 

- Możliwe, że z wiekiem się ziemi – powiedział Jens. 

background image

 

61

 

-  Tak,  to  możliwe.  Ona  dorasta  przecież  w  zupełnie  innych  warunkach  niż  mu  – 

roześmiała  się.  –  I  mówi,  że  nigdy  nie  wyjdzie  za  mąż.  Że  zostanie  osobą  która  pielęgnuje 
chorych. Powtarza to od czasu, kiedy była bardzo mała. 
 

- Cóż, ma dopiero dwanaście lat. z czasem wiele może się zmienić. Ale jestem pewien, 

ze  konkurenci  do  ręki  będą  się  ustawiać  w  kolejce.  –  Nagle  Jens  spoważniał.  –  A  czy  ona 
widzi? 
 

Elizabeth rozumiała o co mu chodzi i pokręciła głową. 

 

- Nie, Bogu dzięki, niczego takiego nie zauważyłam. Parę razy miałam wątpliwości, 

ale nie, takich zdolności nie ma. Kiedy ja byłam w jej wieku, potrafiłam zobaczyć, gdzie są 
zaginione zwierzęta, przepowiadałam też pogodę. Ane tego nie umie. 
 

- Domyślam się, że nie zawsze łatwo jest żyć z takimi zdolnościami. 

 

-  Masz  rację,  niełatwo.  Szukałeś  Liny?  –  spytała  chcąc  skierować  rozmowę  na  inne 

tory. 
 

- Mhm. Ale nie natrafiłem na żaden ślad, na żaden, najmniejszy nawet znak. Ane jest 

przekonana, ze Lina pojechała do Kabelvaag, dlatego jej nieobecność przyjmuje ze spokojem. 
Ja  jej  na  to  pozwalam.  Nie  można  dziecka  niepokoić.  Ale  od  zaginięcia  Liny  minęło  wiele 
dni. Jutro Wigilia, nie potrafię przestać myśleć, że.. 
 

-  Nie  powinieneś  martwić  się  na  zapas  –  przerwała  mu  Elizabeth,  nie  wiedząc,  co 

chciał powiedzieć. 
 

- Ale ty wciąż potrafisz widzieć, prawda? 

 

-  Tak,  zdarzyło  się  wielokrotnie,  że  przewidziałam  czyjąś  śmierć.  Albo  na  przykład 

wiem, ze będziemy mieć gości, choć nikt się nie zapowiadał. Umiem też zatamować krew i 
uśmierzyć ból. Ma to swoje dobre i złe strony. 
 

Elizabeth umilkła, jakby się wahała, więc Jens zapytał: 

 

- Czy Lina jest w Kabelvaag? 

 

- Nie wiem, Jens. 

 

Wpatrywał się w podłogę. 

 

-  Jesteś  zła  na  Ane,  że  opowiada  mi  o  wszystkim,  ale  ja  martwię  się  o  ciebie. 

Powinnaś być ostrożniejsza, nie brać na siebie za wiele, bo my się o ciebie boimy. 
 

Dotknął rękę jej policzka, a Elizabeth przytuliła twarz do tej dłoni i poczuła jej ciepło. 

Przymknęła  oczy  i  pomyślała,  jak  dobrze  jest  wiedzieć,  ze  ktoś  się  o  człowieka  niepokoi. 
Troska o bliską osobę to piękne uczucie. 
 

Nagle drzwi otworzyły się gwałtownie i w progu stanęła Ane. 

 

- Co z wami? Wszystko gotowe, czekamy tylko na was.  

 

Jens cofnął rękę tak szybko, że Elizabeth była pewna, iż Ane niczego nie zauważyła. 

Zresztą  nie  robiliśmy  nic  złego,  pomyślała,  przygładzając  włosy.  Mimo  to,  idąc  za  Ane  do 
kuchni, czuła, że twarz jej płonie. 
 

Domownicy siedzieli już przy stole. Elizabeth zauważyła, że Kristian przygląda jej się 

badawczo. Usiadła obok niego, Ane u boku Jensa. Kristian tego nie skomentował, była jednak 
pewna, ze swoje myśli. Dotychczas to za nim Ane chodziło o krok w krok. Teraz ma Jensa. 
Nic jednak nie można na to poradzić. Nagle Elizabeth poczuła się w tym wszystkim strasznie 
zmęczona.  Trudno  jest  przez  cały  czas  udawać,  nie  może  też  rozmawiać  o  dziecku,  które 
poroniła. Nie wolno wspomnieć, że Lina być może nie żyje. Obaj jej mężowie mieszkają z nią 
pod  jednym  dachem  i  wszystko  wskazuje  na  to,  że  Kristian  jest  zazdrosny.  Jak  Jens  radzi 
sobie z tą sytuacją, wolała nie myśleć. 
 

- Dzisiaj wieczorem będzie ubierana choinka – powiedział Jens. Zerkając spod oka na 

Ane. 
 

- Mhm, ale dopiero jak ja pójdę spać. I to jest niesprawiedliwe, bo przecież niedługo 

będę dorosła. Do konformacji zostały mi jeszcze tylko trzy lata. O Boże, jak ja się cieszę, że 

background image

 

62

w  końcu  sama  będę  mogła  o  sobie  decydować.  Jaka  to  będzie  ulga.  –  Posmarowała  chleb 
grubo masłem. – A pamiętasz choinkę, która mieliśmy w Dalen? 
 

Jens przytakiwał zamyślony, ale zaraz się uśmiechnął. 

 

- I nie myśl sobie, to była bardzo piękna choinka. 

 

Ane zaczęła się śmiać. 

 

- Kłamiesz! Mama opowiadała mi o niej. A wiesz, że w tym roku Dorte i Jakob tez 

będą mieć świąteczne drzewko? Dotychczas nigdy nie mieli. Ale Dorte powiedziała, ze w tym 
roku ma ochotę. 
 

-  Ragna  uważała,  że  drzewko  to  pogański  zwyczaj,  coś  jak  złoty  cielec,  o  którym 

mowa w Biblii. 
 

Ane przytakiwała. 

 

- Na wsiach to wielu ludzi nie ma choinki. Ale słyszałam, że w dużych miastach na 

całym świecie ubieranie drzewka jest coraz bardziej popularne. 
 

Kristian dopił kawę i chrząknął. Zwrócił się do Ane. 

 

- A co byś powiedziała na to, żebyśmy poszli teraz do obory i dali zwierzętom trochę 

ś

wiątecznego jedzenia. 

 

- Już dzisiaj? Nie powinniśmy poczekać do jutra? 

 

Kristian uśmiechnął się. 

 

-  Możemy  to  zrobić  i  dziś,  i  jutro.  Konie  na  pewno  miałyby  ochotę  na  odrobinę 

brązowego cukru, nie sądzisz? – wskazywał głową stojącą na stole cukiernicę. 
 

Ane rozpromieniła się. 

 

- Jens, pójdziesz z nami? 

 

Odpowiadał, nie patrząc na nią. 

 

- Nie, mam inne zajęcia. 

 

- Co takiego? 

 

- Powinienem… - zaczął kaszleć. – Obiecałem Larsowi, że… że mu pomogę. 

 

Ane zerknęła na parobka i zastanawiała się z buzią w ciup. 

 

- No dobrze, to może innym razem. 

 

W  czasie  tej  rozmowy  Elizabeth  wstrzymywała  dech.  Kristian  zasługuje  na  to,  by 

pobyć chwilę sam z Ane. Ostatnio rzadko mu się to zdarza. 
 
 

Domownicy  wyszli  z  kuchni,  zostały  tylko  one  z  Helene.  W  milczeniu  sprzątały  ze 

stołu. Chodziły po kuchni, wynosiły jedzenie do spiżarni. Helene przygotowywała wodę do 
zmywania. 
 

- Co się z tobą dzieje? – spytała w końcu. 

 

Elizabeth stanęła po środku z maselniczką w dłoniach. 

 

- Wszystko w porządku – odparła, wyjmując z szuflady lnianą ścierkę do naczyń. – No 

a u ciebie? – spytała ze śmiechem. – Jak ci się układa z Larsem? Dobrze? 
 

- Oczywiście! – Helene opłukała talerzyk i podała go Elizabeth. – Lars to wspaniały 

człowiek – uśmiechnęła się. – Nie przestaję dziękować Bogu za to, że mi go zesłał. 
 

Elizabeth pochyliła się, żeby odstawić na miejsce dzbanek do mleka. I nagle spojrzała 

na tacę do chleba, którą zamierzała dać Linie i Jensowi w prezencie ślubnym. Jakiś czas temu 
zdjęła ją ze ściany, bo chciała odłożyć na strych razem z innymi rzeczami, które gromadziła 
dla  Liny,  ale  potem  nie  miała  już  do  tego  głowy.  „Chleba  naszego  powszedniego  daj  nam 
dzisiaj”, wypisano na tacy złoconymi literami. Poczuła, że gardło jej się zaciska i łzy pieką 
pod powiekami. Chwyciła tacę, przycisnęła ją do piersi i opadła na kolana. 
 

- Co się z tobą dzieje, moja droga? – spytała Helene, wycierając pospiesznie ręce w 

fartuch. – Coś sobie zrobiłaś? 

background image

 

63

 

- To jest taca, którą chciałam dać Linie? – szlochała Elizabeth. – tak się cieszyłam, że 

Lina  i  jej  narzeczony  powieszą  ją  w  swoim  nowym  domu.  A  teraz  się  okazało,  ze  ten 
narzeczony to Jens. Że on nie umarł, ale żyje i.. 
 

Helene wyjęła jej tacę z rąk, usiadła na ławie i objęła przyjaciółkę. 

 

- No, już dobrze, Elizabeth. To się ułoży. Zobaczysz. 

 

Elizabeth jej nie słuchała, powtarzała wciąż bez związku: 

 

- Straciłam swoje maleństwo, Lina po prostu zniknęła, a my nie mamy pojęcia, gdzie 

się podziała. Nie mówiąc już o tym, ze Kristian jest zazdrosny o Jensa, a ja muszę udawać, ze 
wszystko jest w porządku. Jak my będziemy  dalej żyć, Kristian i Jens, Lina i ja? – Znowu 
wybuchnęła rozpaczliwym szlochem. 
 

- Dobrze, dobrze, popłacz sobie, to ci ulży. Masz tu chusteczkę. Jest czysta i świeżo 

uprasowana. 
 

Elizabeth chwyciła chusteczkę i zaczęła ocierać oczy. 

 

- Jestem tym wszystkim tak zmęczona! Jutro Wigilia, jak to będzie? Może Lina leży 

gdzieś martwa? 
 

- Nie. Lina nie umarła – musisz to przyjąć do wiadomości. Wkrótce wróci i wszystko 

będzie dobrze. A zazdrość Kristiana to głupstwo. Nie przejmuj się ty, szybko mu przejdzie. 
 

Helene  kołysała  ją  w  ramionach,  szeptała  uspokajające  słowa.  Mówiła,  co  trzeba  w 

takiej  sytuacji.  W  końcu  Elizabeth  poczuła  pustkę  w  głowie,  była  kompletnie  wyczerpana. 
Jakby  długo  biegła  i  zużyła  wszystkie  siły.  Pociągając  nosem,  spoglądała  zawstydzona  na 
Helene. 
 

- Pewnie uważasz, ze zachowuje się dziwnie. 

 

-  Moja  droga,  dlaczego?  Każdy  czasem  musi  się  wypłakać.  A  teraz  umyj  twarz,  ja 

natomiast zaparzę kawy i posiedzimy sobie obie w spokoju. 
 

-  Coś  ty,  przecież  mamy  mnóstwo  roboty.  –  Zaprotestowała  Elizabeth,  wstając 

chwiejnie. 
 

-  Przestań!  Dzisiaj  potrzebujesz  spokoju.  Dopiero  wieczorem  trzeba  będzie  ozdobić 

dom. Nie uważasz, że potrzebujesz odpoczynku po tym, co się stało? 
 

- No tak, może masz rację. 

 

Helene pogłaskała ją po policzku, 

 

- Świetnie, to zrobisz, tak jak mówię. 

 
 

Jakiś  czas  potem  siedziały  każda  ze  swoją  robótką  w  rękach.  Kristian  znalazł 

widocznie więcej zajęć dla Ane, bo wciąż nie wracali. Jens też pracował z Larsem w szopie 
na łodzie, Maria zajmowała się czymś na górze. 
 

 W  kuchni  pachniało  kawą.  Wisząca  z  sufitu  Kampa  rzucała  złote  światło  na  stół. 

Drewniane druty postukiwały cichutko. Helene nie wspomniała już o ataku płaczu i Elizabeth 
była jej za to wdzięczna. Trochę się wstydziła, to do niej niepodobne, zarazem jednak wybuch 
dobrze  jej  zrobił.  szczerze  mówiąc,  chyba  go  potrzebowała.  Już  miała  zapytać,  czy  to  dla 
Larsa  Helene  robi  skarpety,  gdy  nagle  spojrzała  w  okno  i  zobaczyła,  że  na  dziedziniec 
wyjeżdżają sanie zaprzężone w jednego konia. 
 

- Boże, zmiłuj się, to lensman – wyszeptała, przytrzymując się stołu. 

 

Helene wyciągała szyję, też patrzyła w okno. 

 

- Myślisz, że on… może on ją znalazł? 

 

Elizabeth wstała, czując, że kolana się pod nią uginają.  

 

- Muszę iść go przywitać – bąknęła, biegnąc na ganek. Po drodze zdjęła z wieszaka 

dużą chustkę i zarzuciła ją sobie na ramiona. W drzwiach zderzyła się z Kristianem i Ane. 
 

- Zawołaj Jensa – poprosiła córkę. 

 

- Czy oni znaleźli Linę? – spytała Ane. 

 

- Biegnij, powiedziałam! – ucięła Elizabeth. – Natychmiast go tu sprowadź! 

background image

 

64

 

Ane  posłusznie  pobiegła  na  brzeg.  Dopiero  kiedy  znalazła  się  za  zasięgiem  głosu, 

Kristian spytał. 
 

- Była w Kabelvaag? 

 

Lensman potrząsał lejcami, które trzymał w jednej ręce. 

 

- Przykro mi – odparł cicho. 

 

Elizabeth nie wiedziała, jak tłumaczyć sobie tę odpowiedź. Czy jest mu  przykro, bo 

Liny  nie  było  w  Kabelvaag,  czy  też  ktoś  znalazł  ją  martwą  i  on  nie  umie  ich  o  tym 
poinformować.  Nie  chciała  pytać,  najpierw  musi  nad  sobą  zapanować.  Z  domu  wybiegła 
Maria i bez słowa stanęła przy nich. 
 

Do powrotu Jensa nikt się nie odezwał. 

 

- Co się stało? – spytał zdyszany, 

 

Lensman drapał się po głowie pod wielką futrzaną czapką. 

 

- Jest mi naprawdę przykro, ale w Kabelvaag nie znaleźli ani śladu Liny. Nikt jej tam 

nie widział.   
 

Elizabeth  objęła  Ane  ramieniem  i  przytuliła  ją  do  siebie.  Przyszła  też  Helene  z 

Larsem. Stanęli nieco z boku, al. Blisko jedno drugiego. 
 

- A co z jej rodziną? – spytał Jens zdenerwowany, machając rękami. 

 

- Matka jest wstrząśnięta i zrozpaczona, jak można się było spodziewać. Ale ona też 

nie ma pojęcia gdzie mogłaby być Lina. W Kabelvaag ludzie jej szukali, ale bez rezultatu. 
 

Jens  zdjął  czapkę,  odwrócił  się  tyłem  do  zebranych.  Stał  tak  przez  dłuższy  czas, 

potem, zwrócił się do lensmana: 
 

- Przecież nie rozpłynęła się w powietrzu! 

 

- No właśnie, też tak myślę – zgodził się tamten.  

 

- To w takim razie, gdzie ona teraz jest, twoim zdaniem? 

 

-  Pojęcia  nie  mam.  Jako  przedstawiciel  urzędu  nie  mogę  tak  tu  stać  i  zgadywać. 

Bardzo mi przykro, Jens, ale… 
 

-  Rozumiem.  –  Jens  bezradnie  opuścił  ręce.  –  Boże  drogi,  gdybym  w  odpowiednim 

czasie się zastanowił, to może bym się domyślił, jak się sprawy mają. I nic by się nie stało. 
 

- Co ty chcesz powiedzieć? – spytał lensman. 

 

- To, że  gdybym trochę  wysilił mózg, to mógłbym wyjaśnić  Linie sprawę, zanim tu 

przyjechałem i nie byłoby tej tragedii. Elizabeth by nie… umilkł nagle. 
 

Domyśliła  się,  że  chciał  powiedzieć  o  dziecku  i  poronieniu,  ale  na  szczęście  w 

ostatniej chwili zmienił zdanie. 
 

- Nie powinieneś robić sobie żadnych wyrzutów  - rzekła. 

 

Ane podeszła do konia i poklepała go do szyi. 

 

- Może lensman wstąpi na chwilę, żeby się ogrzać? Jens opowie, co się z nim działo 

przez ostatnie lata. 
 

- Oczywiście – przytakiwał Kristian. – Lars, wprowadź konia do stajni. 

 

Kiedy  wchodzili  do  domu,  Elizabeth  napotkała  wzrok  Jensa.  Wyczytała  w  nim 

bezgraniczną rozpacz. Jens za rękę i szepnęła: 
 

- Widzę, że Lina znaczy dla cienie bardzo wiele, może więcej niż chciałabyś przyznać. 

 

Przystanął i popatrzył na nią uważnie. Był tak blisko, że czuła ciepło jego oddechu. 

 

- Przecież mam się z nią ożenić. Umilkł, bo podszedł do nich Kristian. ciężką dłonią 

poklepał Jensa po ramieniu. 
 

- Nie denerwuj się, Jens. Na pewno znajdziemy Linę całą i zdrową. Sam powiedziałeś, 

ż

e nie mogła się po prostu rozpłynąć w powietrzu. 

 

Lensman odciągnął Elizabeth na bok i rzekł stłumionym głosem: 

 

- Musze z Elizabeth zamienić parę słów na osobności. 

 

- O co chodzi? 

 

- W cztery oczy, 

background image

 

65

 

- Dobrze, postaram się znaleźć okazję. 

 

 

 

W salonie było przyjemnie ciepło, bo Helene zdążyła napalić w piecu. 

 

Lensman usiadł w głębokim fotelu, naprzeciwko Jensa. 

 

- No to teraz opowiadaj, co się z tobą działo przez te dziesięć lat, Jens. Jak rozumiem, 

czas cudów jeszcze się nie skończył. 
 

Elizabeth  zdała  sobie  sprawę,  że  lensman  dużo  o  nich  wie,  z  pewnością  jednak 

interesują  go  szczegóły,  których  nie  chciałby  poznawać  przez  innych  ludzi.  Może  to  jakaś 
pociecha,  że  człowiek  się  odnajduje  po  tylu  latach,  a  skoro  tak,  to  Lina  też  się  na  pewno 
znajdzie. 
 

Jens odchrząknął. 

 

- To długa historia – zaczął. 

 

Elizabeth wstała. 

 

- Przepraszam, pójdę zająć się kawą – bąknęła i wyszła do kuchni. Słyszała tę historię 

tyle razy, a Helene potrzebuje pomocy. 
 

W kuchni były już Maria i Ane, układały na tacach ciasto i kanapki. 

 

- Jak myślisz, skoro Liny nie ma w Kabelvaag, to gdzie może być? – spytała Ane. 

 

Elizabeth wzruszyła ramionami. 

 

-  Naprawdę  nie  wiem,  tyle  razy  już  to  mówiłam  i,  jeśli  mam  być  szczera,  nie 

przychodzi mi do głowy żaden pomysł, gdzie moglibyśmy jej szukać. Gdybyśmy to wiedzieli, 
Lina już dawno byłaby w domu. 
 

- Biedny tata Jens – westchnęła Ane, opadając na krzesło. Spasiony kot zaczął ocierać 

się o jej łydki, ale nawet nie zwróciła na niego uwagi. – A w dodatku jutro Wigilia i w ogóle. 
 

Elizabeth ustawiła filiżanki i talerzyki na tacy. 

 

- Po południu Jens weźmie konia i pojedzie do Heimly. 

 

- Co będzie tam robił? – Ane spoglądała na nią zdumiona. 

 

- Pewno nie słyszałaś, o czym mówiliśmy u Dorte i Jackoba, bo siedziałaś z chłopcami 

w izbie. Jens spędzi święta razem ze swoją rodziną. 
 

Ane zerwała się z krzesła. 

 

-  Co?!  Rozumiem,  że  z  rodziną,  ale  przecież  teraz  to  my  jesteśmy  jego  rodzina!  Ja 

jestem  jego  córką,  a  Lina  ma  być  zoną  i…  on  po  prostu  nie  może  tak  sobie  wyjechać!  – 
wyraźnie zbierało jej się na płacz, w oczach pokazały się łzy. 
 

Elizabeth przytuliła ją do siebie. 

 

- Byłam pewna, że ty wiesz – bąkała. – Musisz zrozumieć, że Jens chciałaby pobyć 

trochę ze swoim ojcem i rodzeństwem. Nie widział ich przecież tyle lat. a poza tym wróci i 
dobrze mu zrobi, jak się trochę rozerwie, skoro jeszcze nie znaleźliśmy Liny. 
 

- To ja jadę z nim! 

 

Elizabeth trzymała ją za ramię. 

 

- Dziecko kochane, ale ty musisz zostać tutaj, z nami. 

 

Ane wyrwała się. 

 

- Nie ma  chyba nic złego w tym, ze chciałabym spędzić Boże Narodzenie razem ze 

swoim ojcem, którego też nie widziała, wiele lat. 
 

Elizabeth  poczuła,  że  sztywnieje,  spłoszona  rozejrzała  się  po  kuchni.  Na  szczęście 

Lars jeszcze nie przyszedł, Maria też była w izbie. Tylko Helene słyszała te rozmowę. 
 

-  Opanuj  się  –  upomniała  Elizabeth  córkę,  czując,  że  jej  cierpliwość  jest  na 

wyczerpaniu. – Nie zapominaj, że tutaj też masz ojca. 
 

- Kristiana widuję codziennie. 

 

- To nie ma znaczenia, za trzy lata idziesz do konfirmacji, zachowuj się, jak należy. 

 

- Ale to chyba nie ma nic wspólnego z wiekiem? 

background image

 

66

 

-  Owszem,  ma.  A  teraz  zachowujesz  się  jak  rozpieszczony  bachor.  Święta  spędzisz 

tutaj i nie będziemy i wysyczała przez zęby: 
 

- jesteś najbardziej niesprawiedliwym człowiekiem, jakiego znam. Nigdy ci tego nie 

daruję!  –  po  tych  słowach  zerwała  się,  żeby  wybiec  z  kuchni,  w  drzwiach  zderzyła  się  z 
Marią, ale nie przepraszając, pobiegła na strych. 
 

- Rany boskie, a tej co się stało? – jęknęła Maria. 

 

Elizabeth zmęczonym ruchem potarła czoło. 

 

- Z trudem znosi to, co się teraz u nas dzieje. Za dużo tego.. dla nas wszystkich. 

 

-  Mimo  to  powinna  się  zachowywać  przyzwoicie  –  stwierdziła  Maria,  odstawiając 

pustą tacę na stół. 
 

Elizabeth nie odezwała się, wzięła kanapki i ciasto i poszła do izby. 

 

-  …  i  przygotuję  wszystkie  niezbędne  dokumenty  lensman  jakieś  zdanie,  kiedy 

Elizabeth stanęła w progu. 
 

Nie  miała  wątpliwości,  o  czym  rozmawiali.  Jens  wiele  lat  temu  został  uznany  za 

zmarłego,  a  ich  małżeństwo  unieważniono.  Teraz,  kiedy  okazało  się,  że jednak  żyje,  trzeba 
przygotować nowe dokumenty. 
 

- Proszę bardzo, częstujcie się – zapraszała, nalewając kawę ze srebrnego dzbanka. 

 

Przez  jakiś  czas  jedli  w  milczeniu.  Lensman  chwalił  poczęstunek  i  wypił  dwie 

filiżanki kawy. 
 

- Tak słucham i przypominam sobie pewną historię z dawnych czasów – powiedział. – 

Wydarzyło się to na wschodnich Lofotach. Pewnie wiecie, że na wielkich statkach, jeśli ktoś 
z  załogi  umrze,  wkłada  się  zwłoki  do  wydrążonej  kłody  drewna.  Zwykle  dodaje  się  jakieś 
wartościowe rzeczy na zapłatę za pochówek. 
 

Elizabeth  przytakiwała.  Słyszała  o  tym  zwyczaju.  Kiedy  kłoda  ze  zwłokami  zostaje 

wyrzucona na ląd, ludzie, którzy ją znajdą, mają obowiązek pochować w poświęconej ziemi. 
 

Lensman opowiadał dalej: 

 

- Był sobie pewien chłop nazwiskiem Nils Larsa, który znalazł taką kłodę ze zwłokami 

jakiegoś  Rosjanina.  Było  w  niej  też  mnóstwo  złota,  srebra  i  diamentów.  Ów  Nils  nie  był, 
niestety,  jedynym  w  historii  złodziejem,  okradającym  zwłoki,  wrzucił  więc  cały  skarb,  a 
kłodę, razem ze zmarłym, wrzucił z powrotem do morza. Zrobił jednak coś jeszcze. Był taki 
chciwy, że uciął Rosjaninowi palec, żeby zdjąć złota obrączkę. 
 

Elizabeth odłożyła kawałek ciasta na talerzyk. Zrobiło jej się niedobrze. To chyba nie 

jest  odpowiednia  chwila  na  takie  opowieści,  uznała  jednak,  że  nie  powinna  przerywać 
lensmanowi. Bądź co bądź to przedstawiciel zwierzchności. 
 

-  Nils  ukrył  skarb  w  jakiejś  jamie,  wrócił  do  domu  i  położył  się  spać.  Nie  zaznał 

jednak  spokoju,  bo  od  tej  chwili  zmarły  Rosjanin  nie  przestawał  go  prześladować. 
Przychodził  do  niego  co  noc,  wielki  i  cuchnący,  panoszył  się  w  chacie,  ściągał  z  Nilsa 
futrzane okrycie. Biedak nie mógł nawet uciec, bo upiór podążał krok w krok. 
 

Elizabeth spoglądała raz po raz na lensmana. Bardzo się wczuwał w swoją opowieść, a 

Jens i Kristian słuchali, wstrzymując dech. Może lensman miał jakiś ukryty zamiar? Chciał po 
prostu przynajmniej na chwilę zając ich myśli czymś innym. 
 

-  Pewnego  razu  Nils  pojechał  do  Bergen,  sprzedał  tam  bryłę  złota  wielkości  dużej 

pięści  i  kupił  za  nią  dwanaście  tuzinów  srebrnych  łyżek  oraz  dwanaście  tuzinów  małych 
łyżeczek. Później na chrzcinach i weselach rozdawał te łyżki w prezencie. 
 

- A co z upiorem? – spytał Kristian, dolewając kawy. 

 

-  Upiór  dręczył  go  tak  samo  –  odparł  lensman.  –  W  końcu  Nils  rozchorował  się 

ciężko, opiekował się nim człowiek nazwiskiem Jakobsen. Nils był bardzo chory, palce mu 
popuchły i zaczęły odpadać. W końcu musieli posłać po pastora, żeby Nils mógł wyznać, co 
zrobił. dopiero potem odzyskał spokój i mógł umrzeć. 

background image

 

67

 

- No. No, co za historia – nie mógł się nadziwić Kristian. Elizabeth zwróciła uwagę na 

to, że mówi głośnie niż zazwyczaj. 
 

Lensman śmiał się zadowolony, potem podniósł się ciężko z miejsca. 

 

- No to trzeba ruszać w drogę do domu. – Pogładził wąsy, spoglądając na Jensa, który 

też wstał. – Nie denerwuj się, Jens. Prędzej czy później zajdziemy Linę. 
 

Jens milczał, a Elizabeth miała wrażenie, że słyszy jego myśli: może i znajdziecie, ale 

czy żywą? 
 

Ś

ciskali  lensmaowi  rękę  i  dziękowali,  że  przyjechał  z  wiadomościami.  On  też  się 

uśmiechał, chwalił kawę i pyszne jedzenie, po czym wszyscy odprowadzili go do sieni. 
 

- Jeśli nie będziecie mieć nic przeciwko temu, to pójdę się spakować.  Mam spędzić 

Wigilię w Heimly – zwrócił się Jens do lensmana. Ciężko stąpając, wchodził na schody. 
 

Lensman  zapinał  swoje  obszerne  niedźwiedzie  futro,  wkładał  rękawce  i  czapkę, 

kłaniał się i po raz kolejny żegnał. 
 

- Powiem Larsowi, żeby zaprzągł do sań – rzekła Elizabeth i wtedy zauważyła, że nie 

na dziedziniec w pędzie wjeżdżają inne sanie. 
 
Rozdział 14 
 
 

- Kto to jedzie? – spytała, mrużąc oczy. 

 

- Mnie się zdaje, że to Jakob i Dorte – stwierdził Kristian. 

 

Elizabeth włożyła ciepłą kurtkę i wyszła na schody. 

 

- Chyba masz rację. 

 

Wyszedł też Lars z Helene, a z nimi Maria. 

 

-  Jadą  do  nas  goście?  –  spytała  Maria,  wspinając  się  na  palce,  żeby  wyjrzeć  ponad 

ramieniem Elizabeth. 
 

- Tak, to Jakob i Dorte. Powiedz Jensowi. 

 

Usłyszała, że Maria zatrzymuje się w połowie schodów na strych i głośno woła. 

 

- Ale to nie Dorte – zaprzeczył lensman. 

 

Elizabeth poszła witać gości. 

 

- Dzień dobry, Jakob. Kogo ty nam tu wieziesz? – spytała. 

 

Kobieta na saniach odwróciła się do niej o zdjęła z głowy czarną chustkę. 

 

- To tylko ja – bąknęła cicho Lina. 

 

Elizabeth poczuła, że ziemia ugina jej się pod stopami i musiała oprzeć się o konia. 

 

-  Gdzieś  ty  ją  znalazł?  –  wykrztusiła  z  trudem,  nie  spuszczając  oczu  z  dziewczyny. 

Dziwne, ale służąca nie wyglądała na zabiedzoną. Wprost przeciwnie. 
 

-  Przez  cały  czas  siedziała  u  Mathilde  –  powiedział  Jakob.  –  Daniel  ją  tam  znalazł 

dzisiaj rano. 
 

-  Co?  –  dopiero  teraz  Elizabeth  spojrzała  na  niego.  –  Chcesz  powiedzieć…  że 

mieszkała w domu naszego taty? 
 

- Tak. Tam właśnie była. 

 

Gniew dławił Elizabeth za gardło, przed oczami latały jej czerwone punkciki. Zanim 

zdążyła pomyśleć, zamachnęła się i wymierzyła Linie siarczysty policzek.  
 

- Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, co narobiłaś? – krzyknęła. – Cała wieś ugania się 

za  tobą  od  wielu  dni!  Szukaliśmy  na  fiordzie,  gromady  ludzi  chodziły  w  góry, 
przetrząsnęliśmy torfowiska i byliśmy… 
 

- Dobrze już, Elizabeth. Uspokój się – Kristian objął ją w talii i odciągnął na bok. 

 

- Puść mnie – parsknęła, próbując się wyrwać. Niech ona mi wytłumaczy, jeśli może – 

krzyczała. Łzy spływały jej po policzkach. 
 

Z domu wybiegł Jens. 

 

- Lina! Gdzie ty byłaś? 

background image

 

68

 

Lina ukryła twarz w dłoniach. Teraz ona też płakała. 

 

-  Przeprasza,!  Nie  powinniście  się  na  mnie  złościć  –  szlochała.  –  Byłam  taka 

zrozpaczona. Nie chciała z nikim rozmawiać. 
 

- Mój Kon powinien trochę odpocząć w stajni – rzekł Jakob, wysiadając z sań. A my 

wejdźmy do domu i porozmawiajmy. 
 

Lensman chrząknął. 

 

- Zdaje mi się, że ja nie mam tu już nic do roboty – rzekł. Spoglądając na Elizabeth. – 

Postaram się, żeby matka Liny jak najszybciej dostała wiadomość. No i reszta mieszkańców 
wsi – doał. 
 

Elizabeth  wciąż  była  wściekła,  zarazem  jednak  wstydziła  się,  ze  tak  potraktowała 

Linę. 
 

- Dziękujemy lensmanowi – powiedziała, podając mu rękę. 

 

-Przedstawiciel władzy uśmiechnął się blado. 

 

-  Życzę  Elizabeth  szczęśliwych  świąt  Bożego  Narodzenia.  Niech  Elizabeth 

wykorzysta te dni na odpoczynek, którego potrzebuje po ostatnich przejściach. 
 

Było tyle ciepła w jego głosie, że Elizabeth trochę się uspokoiła. 

 

- Dziękuję – odparła. – I nawzajem, szczęśliwych świąt lensmanowi i jego rodzinie. 

 

Wszyscy szli już do domu, więc pobiegła za nimi. 

 

Lina weszła do kuchni, wciąż szlochając, Elizabeth podała jej chusteczkę do nosa. 

 

-  Teraz  opowiedz  nam,  jak  to  się  stało  –  rzekła  łagodnie.  W  tej  samej  chwili.  Ane 

zeszła ze schodów. Stanęła przy drzwiach i obserwowała, co się dzieje. 
 

Lina ocierała oczy i pociągała nosem. 

 

- Sama nie wiem, co mnie wtedy naszło – zaczęła drżącym głosem. – Przeżyłam taki 

szok, kiedy Andreas… To znaczy Jens do nas przyjechał i okazało się, że jest żonaty z tobą. 
Po kilku dniach nie byłam w stanie dłużej tego znosić. Co wy teraz zrobicie? 
 

-  Kristian  jest  moim  pracodawcą  mężem,  Lina.  Ty  i  Jens  możecie  się  pobrać,  jak 

planowaliście. Ale co ty sobie wtedy myślałaś? Przecież dla nas wszystkich to był taki sami 
wstrząs  i…-  umilkła.  Nie  ma  sensu  powtarzać  Linie,  ze  zachowała  się  nieodpowiedzialnie. 
Zresztą w głębi duszy nawet ją rozumiała, choć równocześnie wyrzucała jej lekkomyślność. 
 

Jens usiadł obok Liny i wziął ją za rękę. 

 

-  Czy  ty  nie  rozumiesz,  Lina,  jak  bardzo  myśmy  się  bali?  To  oczywiste,  że  się 

pobierzemy. Tak, jak postanowiliśmy. 
 

Elizabeth  poczuła  dziwne  ukłucie  w  sercu.  Czy  to  zazdrość?  Mysl  była  tak 

przerażająca,  że  nie  potrafiła  spojrzeć  Kristianowi  w  oczy.  Wpatrywała  się  w  blat  stołu,  na 
którym  kreśliła  palcem  jakiś  niewidzialny  wzór.  Słyszała,  że  Jens  wciąż  rozmawia  z  Liną. 
Opowiadał jej spokojnie, jak jej szukali i jak bardzo się bali, że może nie żyje. 
 

- Teraz to rozumiem – odparła Lina cicho. – Wiem, jakie to było beznadziejne. Bardzo 

przepraszam. 
 

Elizabeth zerknęła na nią spod oka. Na lewym policzku widać było czerwony ślad. 

 

- Całą drogę do Matjhilde przebyłam piechotą. Tylko do niej mogłam pójść. Chciałam 

pożyczyć  od  niej  trochę  pieniędzy,  bym  mogła  wyjechać  na  południe  i  tam  poszukać  sobie 
służby. Strasznie się wstydzę… 
 

- Czego się wstydzisz? – spytała Elizabeth. 

 

Lina wzruszyła ramionami, zwijała w palcach mokrą chusteczkę do nosa. 

 

- Było mi głupi, bo myślałam, że ja i An… i Jens się pobierzemy, a on przecież już był 

ż

onaty. 

 

- Głupia gęś – prychnęła Elizabeth, chociaż musiała się mimo wszystko uśmiechnąć. – 

Kiedy my przed paroma dniami siedzieliśmy w Heimly, to ty byłaś już u Mathilde? Nie do 
uwierzenia! 
 

Lina kiwała głową, wpatrując się w nosy swoich butów.  

background image

 

69

 

- Ale w tym samym czasie, kiedy ty wyruszyłaś w drogę, Elizabeth wracała ze sklepu 

– wtrącił Kristian. – Jak to możliwe, żebyście się nie spotkały, 
 

- Spotkałyśmy się – bąknęła Lina – ale ja się zgarbiłam, chustkę ściągnęłam na oczy, 

więc Elizabeth mnie nie poznała. 
 

Elizabeth wstała. 

 

- Ane, skoro już i tak zeszłaś na dół, to pomożesz nakryć do stołu. Myślę, że znowu 

musimy napić się kawy. 
 

-  Przepraszam  –  szepnęła  Ane,  kiedy  spotkały  się  przy  kuchennym  blacie.  –  Ja  nie 

chciałam… ja wcale tak nie myślę. 
 

Elizabeth pogłaskała ją po policzku. 

 

- Wiem, córeczko. 

 

Przypomniała  sobie  lensmana.  Mówił,  że  chce  z  nią  porozmawiać.  Ech,  jeśli  to  coś 

ważnego, na pewno się zgłosi. 
 

- A nie powinniśmy przenieść się raczej do salonu – spytała. 

 

Jakob uniósł ręce w geście protestu. 

 

-  Nie,  nie,  na  Boga,  ja  się  najlepiej  czuję  w  kuchni.  I  nie  róbcie  sobie  z  mojego 

powodu kłopotów. Filiżanka kawy wystarczy. 
 

- Co to znowu za głupstwa – zaprotestowała Elizabeth. – jeszcze by tego brakowało, 

ż

ebyśmy gościa nie zaprosili do stołu. 

 

Lina chwyciła ją za rękę. 

 

- Wybacz mi, Elizabeth, że dołożyłam jeszcze jeden kamień do brzemienia, które i tak 

dźwigasz. 
 

Elizabeth spojrzała na zapłakaną twarz dziewczyny, 

 

- Przestań już beczeć – powiedziała łagodnie. – Mamy to już za sobą. 

 

- Zachowałam się jak ostatni samolub, nie pomyślałam, ze ty cierpisz najbardziej, bo 

straciłaś dzie… 
 

-  Tak,  ale  jak  powiedziałam,  nie  będziemy  tego  dłużej  roztrząsać  –  przerwała  jej 

Elizabeth, nie miała odwagi spojrzeć na Jakoba, by sprawdzić, czy słyszał słowa Liny. Ona 
widocznie zrozumiałą swój błąd, nie odezwała się więcej. 
 

Dopijali już kawę, gdy Ane zapytała: 

 

- Jak długo masz zamiar zostać w Heimly? 

 

Lina  z  brzękiem  odstawiła  filiżankę  na  spodeczek  i,  zdumiona,  przyglądała  się 

Jensowi. Elizabeth spostrzegła, że go to krępuje. 
 

- Mam spędzić święta w Heimly – powiedział, patrząc Linie w oczy. – Ale trzeciego 

dnia wrócę. Ty też jesteś zaproszona. 
 

- Rozumiem – bąknęła Lina pod nosem. – To jasne, że chcesz spędzić święta ze swoją 

rodziną.  Ale  najlepiej  będzie,  jak  ja  zostanę  tutaj.  Wszyscy  potrzebujemy  czasu,  żeby  się 
uspokoić. 
 

Ane poklepała ją po plecach. 

 

-  Święta  w  przyszłym  roku  urządzicie  już  we  własnym  domu  i  ja  przyjdę  do  was  z 

wizytą. Jeśli, oczywiście, nie będziecie chcieli zostać z nami. 
 

Lina uśmiechnęła się, nareszcie w jej oczach też pojawiła się radość. 

 

Elizabeth wstała. 

 

-  A  ja  kupiłam  dla  was  prezent  –  wyjęła  z  szafy  skrzynkę  z  filiżankami  i  tacę  do 

chleba. – Lina i Jens przyjmijcie to od nas. 
 

Lina klasnęła w dłonie i wytrzeszczyła oczy. 

 

-  Ale  to  za  wiele…  o  piękna  taca  ze  złotymi  literami  i  w  ogóle!  Jens,  spójrz,  co 

dostaliśmy! Siedzisz tylko i gadasz. 
 

- „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj” – przeczytał. – To piękny prezent, 

Elizabeth. Dziękujemy ci. 

background image

 

70

 

Lina zajrzała do skrzynki i wyjęła filiżanki. 

 

- A spójrz na to! Trzy filiżanki ze spodeczkami. Każde będzie miało swoją i jeszcze 

jedna zostanie dla gościa. Filiżanki też są złocone! To będzie nasz odświętny serwis. 
 

Elizabeth  przyjmowała  podziękowania,  ale  w  duszy  nie  odczuwała  radości. 

Przypomniała  sobie  tamten  dzień,  kiedy  oboje  z  Jensem  i  z  Ragną  poszli  obejrzeć  dom  w 
Dalen.  W  kuchennej  szafie  stało  kilka  filiżanek  i  innych  naczyń.  Niektóre  wyszczerbione, 
albo  z  obtłuczonymi  uszkami,  ale  ona  była  z  nich  strasznie  dumna.  Dom  jej  i  Jensa… 
Odepchnęła od siebie wspomnienia, podniosła się z miejsca, żeby postawić na piecu dzbanek 
z  kawą.  Kiedy  się  odwróciła,  ocierała  oczy  wierzchem  dłoni,  tłumacząc,  ze  to  z  powodu 
dymu. 
 

-  Ale  ty  przecież  nie  widziałeś  jeszcze  naszego  nowego  domu,  Jens  –  powiedziała 

Lina.  –  W  tym  zamieszaniu  nie  było  czasu.  Może  przeszedłbyś  się  tam  ze  mną,  zanim 
wyjedziesz  do  Heimly?  To  długo  nie  potrwa,  trzeba  się  tylko  dobrze  ubrać.  Przy  okazji 
zaniesiemy filiżanki i inne rzeczy. Bardzo cię proszę – zawołała błagalnie, wiedząc wahanie 
na jego twarzy. 
 

- Jeśli  mnie chodzi, to idźcie – rzekł Jakob. – Ja poczekam. Jeśli oczywiście nie robię 

wam kłopotu – zwrócił się do Elizabeth. 
 

-  To  może  wszyscy  pójdą  z  nimi  –  gorączkowała  się  Lina.  –  Jest  tyle  rzeczy  do 

przeniesienia, że przyda nam się pomoc. 
 

- No, sama nie wiem… - Elizabeth pomyślała nagle z niechęcią o wyprawie. 

 

- Ale ja wszystko w domu zrobię – ofiarowała się Maria. – Idź. 

 

Elizabeth spojrzała na Helene, jakby szukając wsparcia. 

 

- A czujesz się wystarczająco zdrowa, Elizabeth? – wyrwało się przyjaciółce. 

 

- To ty byłaś chora? – spytał Jakob. 

 

- Takie tam kłopoty żołądkowe – pospieszyła Helene z odpowiedzią. 

 

- No to pójdę z wami – Elizabeth podjęła decyzję, zanim ktoś jeszcze zada pytanie. 

 
 

Ż

adnych  rzeczy  jednak  ze  sobą  nie  zabrali.  Elizabeth  uznała,  że  nie  można  składać 

pościeli i ręczników w pustym, zimnym i wilgotnym domu. 
 

Lina  szła  pierwsza  i  pokazywała  drogę,  Elizabeth  widziała,  jak  bardzo  ją  to  cieszy. 

Jens podążał między Liną i nią. Patrzyła na jego szerokie plecy i wąskie biodra. Pewnie stąpał 
po ścieżce, spod futrzanej czapki wysuwały się długie włosy. Widziała wyraźnie jak mięśnie 
ud  poruszają  się  pod  szorstkim  materiałem  spodni  i  poczuła  dziwne  ssanie  w  brzuchu. 
Otrząsnęła  się  zdecydowanie,  zadowolona,  że  nikt  nie  widzi  rumieńca  wstydu,  który 
przemknął po jej twarzy. 
 

- Czyż nie jest piękny? – szczebiotała Lina, kiedy dotarli do małego domku. 

 

Jens  przytakiwał  bez  słowa.  Elizabeth  nie  widziała  jego  twarzy,  nie  mogła  się 

nadziwić,  jak  szybko  Linie  zmienia  się  humor.  Dopiero  co  zrozpaczona  tonęła  we  łzach,  a 
teraz rozmawia i śmieje się jakby nigdy nic. A może tylko udaje radość jako swego rodzaju 
zadośćuczynienie za to, co zrobiła? 
 

-  Chodźcie,  wejdźmy  do  środka.  Mam  klucz  –  Lina  otworzyła  drzwi  i  pierwsza 

przestąpiła próg, w nozdrza uderzył zapach świeżego drewna. 
 

Jens stał pośrodku izby i rozglądał się, a Lina tłumaczyła, co gdzie będzie. 

 

-  Tutaj  moim  zdaniem  powinniśmy  postawić  kuchenny  blat,  a  nad  nim  powiesić 

szafki. Tu może stać łóżko, a tam stół i krzesła. Niczego więcej nie będziemy potrzebować. 
Co ty na to Jens? No i będzie jeszcze moja skrzynia, całkiem o niej zapomniałam. 
 

Jens spoglądał w sufit, przesuwał wzrok po drewnianych ścianach, oglądał piec. 

 

- Masz rację, Lina, dom jest piękny – powiedział i pogłaskał ją po policzku. 

 

Elizabeth  obserwowała  och,  oparta  o  drzwi.  Ja  nie  mam  z  tym  nic  wspólnego,  nie 

należę do tego domu, pomyślała i zapragnęła uciec. Biegiem pokonać całą drogę do Dalsrud. 

background image

 

71

 

- Nie masz pojęcia, co się tu działo, kiedy budowaliśmy ten dom – opowiadała dalej 

Lina,  jakby  nie  zauważała  napięcia.  –  Już  prawie  skończyliśmy,  a  wtedy  Gregus  przeciął 
sobie siekierą udo tak, że trzeba go było znieść na dół. Elizabeth zszyła ranę. Potem Gregus 
ż

artował sobie, że zbudowanie tego domu wymagało krwawej harówki. –  Lina  wybuchnęła 

głośnym śmiechem. 
 

Elizabeth napotkała spojrzenie Jensa. Przypomniała sobie, jak to kiedyś pewna kobieta 

z nazwiskiem Hartuvikka przyszła do nich do Dalen i skarżyła się na zbyt obfite miesięczne 
krwawienia.  Elizabeth  położyła  wtedy  dłoń  na  jej  brzuchu  i  szeptała  jakieś  formułki 
potrzebne do zatamowania krwi. Pomogło natychmiast. 
 

- A pamiętasz Hartuvikkę? – spytał Jens. Elizabeth przytaknęła z uśmiechem. Znowu 

pomyślał to samo, co ona. Wcale jej to nie zdziwiło, bo w czasach, kiedy byli małżeństwem, 
takie  rzeczy  zdarzały  się  często.  Jens  domyślał  się  teraz,  że  wykorzystała  swoją  magiczną 
moc, by zatamować krwotok Gregusa. 
 

- Myślisz, że potrafisz sam zrobić wszystkie potrzebne meble? – spytała Lina. 

 

- O tak, tak, nie będzie to chyba takie trudne. 

 

-  U  nas  na  strychu  jest  sporo  różnych  mebli,  których  nie  używamy  –  wtrąciła 

Elizabeth. – Na pewno znajdziecie tam coś dla siebie. – Włożyła rękawice, choć nie było jej 
zimno  w  dłonie.  Po  prostu  musiała  coś  robić.  –  Tej  zimy  jedzenie  będziecie  dostawać  z 
Dalsrud – mówiła dalej. – Nie wiem, czy Lina zdążyła ci powiedzieć? 
 

-  Owszem  wspomniała.  Mamy  to  odpracować.  A  na  wiosnę  zbudujemy  oborę  i 

kupimy sobie przynajmniej jedną kozę. 
 

Koza,  to  było  też  pierwsze  zwierze,  jakie  mieliśmy  w  Dalen,  pomyślała  Elizabeth. 

Koza żywicielka, inwentarz biedaków, jak to mówią. 
 

- Możemy wracać? – spytała. – Jakob pewnie się niecierpliwi. 

 

Dopiero,  kiedy  Lina  przeszła  obok,  Elizabeth  zdała  sobie  sprawę  że  służąca  tylko 

udaje dobry humor, bo z kącika oczu spływała po policzku samotna łza. Otarła ją pospiesznie 
i uśmiech wrócił na swoje miejsce. 
 
 

W  drodze  na  dół  mówili  niewiele.  Tylko  Lina  od  czasu  do  czasu  o  czymś 

informowała: ziemia jest zarośnięta, od dawna leży odłogiem, ale szybko ją zagospodarują. 
Będą przynajmniej mieć własne ziemniaki i może trochę warzyw. Przeważnie mówiła tylko 
ona, w końcu też umilkła. 
 

Na  wiejskiej  drodze  zobaczyli,  że  w  ich  stronę  pędzą  sanie  lensaman.  Mężczyzna 

zatrzymał konia. 
 

- Czy mogę zamienić z panią kilka słów na osobności? – zwrócił się do Elizabeth. 

 

Przytaknęła. 

 

- Idźcie – powiedziała do Jensa i Liny. – Zaraz was dogonię. 

 

-  Chciałem  o  to  zapytać  w  Dalsrud  –  zaczął  lensman  –  ale  wyleciało  mi  z  pamięci. 

Chodzi o to, że słyszałem plotki, jakoby nasz doktor miał romans z jakąś zamężną kobiety tu 
w okolicy. 
 

Elizabeth musiała się odwrócić, udawała, ze strząsa śnieg z spódnicy. 

 

- Tak lensman mówi? – spytała, kiedy w końcu mogła się opanować. 

 

Na czole lensmana pojawiły się głębokie bruzdy. 

 

-  Tak  i  nie  są  to,  niestety,  jedynie  zmyślone  pogłoski.  Nie  należę  do  ludzi,  którzy 

mieszają  się  do  prywatnego  życia  innych,  w  tej  sytuacji  jednak  jestem  zmuszony  postawić 
temu tamę. 
 

- Ale dlaczego? – spytała Elizabeth, zdając sobie sprawę, jak dziwnie brzmią te słowa. 

 

- Ludzie stracą zaufanie do doktora, a to może mieć fatalne skutki. Ja, rzecz jasna, nie 

mogę  nikomu  zabronić,  żeby…  -  chrząknął.  –  Zabronić  tego,  co  robią  –  dokończył.  – 

background image

 

72

Obowiązek  nakazuje mi, bym rozmówi się z doktorem. Może Elizabeth słyszała, kim jest ta 
kobieta? 
 

-  Nie!  Nie,  nie  mam  najmniejszego  pojęcia  –  starała  się  nie  mówić  za  szybko.  Nie 

chciałaby chronić lensmanowej, ale przecież to nie ona powinna przekazywać mężowi tego 
rodzaju informacje. 
 

- Rozumiem. W każdym razie proszę przyjąć podziękowanie – ukłonił się, cmoknął na 

konia i odjechał.  
 

Lina i Jens czekali na nią przy drodze. 

 

- Czego chciał? – spytała Lina. 

 

-  Chodziło  mu…  chodziło  o  dodatkowe  informacje  o  Kristanie.  Wiesz,  on 

przygotowuje nowe dokumenty. 
 

Lina zadowoliła się ta odpowiedzią, ale Jens nie wyglądał na przekonanego. Dobrze 

znał Elizabeth, domyślił się, że nie mówi prawdy, ale nigdy by nie zaczął wypytywać. 
 

Dziwne, ze po tylu latach, tyle o niej wie. 

 
Rozdział 15 
 
 

Po przebudzenie Jens nie mógł się przez chwilę zorientować, gdzie jest. Zaspany, miał 

wrażenie,  że  leży  na  pryczy  w  Kabelvaag.  Przecierał  oczy,  ziewał  i  przeciągał  się.  nagle 
rozpoznał strych w Heimly. Ten sam stary pokój, w którym sypiał chłopiec, i później, aż do 
dnia, w którym, jako osiemnastolatek, ożenił się z Elizabeth. Pokój był dokładnie taki sam, 
jak wtedy, kiedy się stąd wyprowadzał. To samo łóżko, komoda z umywalką, a na podłodze 
chodnik  z  gałganków.  Ragna  bardzo  pilnowała,  żeby  takie  chodniki  znajdowały  się  na 
wszystkich podłogach. Bo chronią deski, poza tym zdobią pokój. 
 

Poczuł, ze jest zimno. Podciągnął okrycie pod brodę. Bielizna pościelowa była jeszcze 

trochę sztywna i pachniała świeżością przypomniał sobie pierwszą noc spędzoną w Dalsrud. 
Puchowe  kołdry,  jedwabne  tapety  i  bielizna  pościelowa.  Zdobiona  koronkami  oraz 
zaszewkami. Ciężkie pluszowe zasłony na oknach i piękne obrazy na ścianach. Jakby znalazł 
się w innym świecie, zupełnie niepodobnym do skromnych warunków w jego chacie. 
 

Wspomniał też lata wczesnej młodości. Letnie wieczory, kiedy siadywał przy oknie, 

czekając, aż dom pogrąży się w śnie i on będzie mógł wymknąć się do Elizabeth. Uśmiechał 
się na samą myśl o tym. Na  szczęście ona nigdy nie pytała, czy Jens też musi wykradac się 
po  kryjomu,  bo  trzeba  by  było  się  przyznać,  że  tak.  A  przecież  cos  takiego  nie  przystoi 
mężczyźnie. Fakt, że ona spotykała się z nim bez wiedzy rodziców, nie budził protestów. Z 
dziewczynami  tak  bywa.  Wielokrotnie  brali  łódź,  by  w  blasku  nocnego  słońca, 
zabarwiającym  na  czerwono  niebo  i  polarny  krajobraz,  łowić  ryby.  Pamiętał  spotkania  za 
zabudowaniami lub w szopie na siano. Szczupła, drobna Elizabeth… Westchnął z żalem. 
 

Podłożył  ręce  pod  głowę  i  wpatrywał  się  w  ciemny  sufit.  Miał  wrażenie,  że  to 

wszystko  wydarzyło  się  w  innym  życiu.  I  w  jakimś  sensie  to  prawda  –  inne  życie.  zanim 
uznano go za zmarłego! 
 

Znowu okrył się kołdrą, bo zaczął marznąc. Nagle pojawiło się kolejne wspomnienie i 

jął  szukać  po  omacku  śladów  na  ścianie.  Badał  palcami  deskę  po  desce,  od  narożnika  w 
stronę okna. To powinna być piąta deska z kolei. O, tutaj! Kiedyś fińskim nożem wyciął tu 
literę E. ile mógł mieć wtedy lat? może szykował się do konfirmacji. 
 

Usłyszał, że otworzyły się jakieś drzwi, potem rozległy się ciche kroki na schodach, 

ktoś szedł do kuchni, czy to któreś z dzieci chciało ukradkiem przyjrzeć się choince? Zaraz 
jednak usłyszał, że otwierają się drzwiczki szafki i wieko skrzyni z torfem opadło z hałasem. 
Dorte! 
 

Szybko  odrzucił  kołdrę  na  bok  i  postawił  stopy  na  lodowatej  drewnianej  podłodze. 

Trzęsąc się, włożył ubranie, obmył twarz zimną wodą i palcami przeczesał włosy. Zauważył, 

background image

 

73

ż

e szyby pokryte są cieniutką warstewką lodu. Wziął buty w ręce i, skradając się, zszedł na 

dół. Dorte stała tyłem do drzwi i rozpalała ogień w piecu. 
 

-  Dzień  dobry  –  przywitał  się.  kobieta  zerwała  się  przerażona,  przyciskała  rękę  do 

serca. 
 

- O rany boskie, aleś mnie przestraszył! 

 

- Wybacz, nie chciałem. Bałem się tylko, że pobudzę innych. 

 

- Usiądź, zaraz zrobię kawę – mówiła Dorte, nalewając wodę do dzbanka. – Co, nie 

możesz spać? Chyba na strychu nie jest za zimno? Powinnam była dać ci dodatkowy koc albo 
okrycie ze skór. 
 

-  Łóżko  jest  wygodne  i  ciepłe  –  odparł.  –  Ja  po  prostu  przywykłem  do  wczesnego 

wstawania. 
 

Usiadł przy stole i wodził wzrokiem za krzątającą się Dorte. Była taka, jak dawniej, 

chociaż w trochę inny sposób. Rude włosy wciąż zaplatała w warkocze. Później pewnie upnie 
je w kok na karku, tak jak widział ostatnio. Na skroniach pojawiła się siwizna, uznał jednak, 
ze jest jej z tym do twarzy. 
 

Może  poczuła,  że  ją  obserwuje,  bo  odwróciła  się  i  uśmiechnęła  tak,  że  wokół  oczu 

pojawiła  się  siateczka  zmarszczek.  Pamiętał,  że  Dorte  miała  zawsze  szczupła  talię.  Teraz 
trochę przytyła, ale nie za bardzo. 
 

- Wstałeś tylko dlatego, że zwykle budzisz się wcześnie? – spytała, stawiając na stole 

dwa duże emaliowane kubki. 
 

- Nie tylko. Chciałem porozmawiać z tobą sam na sam – wyznał szczerze. – Chciałem 

cię na nowo poznać. Tyle mi umknęło… 
 

Dorte nalała kawy i usiadła naprzeciwko niego. Lampa nad ich głowami rzucała ciepłe 

ś

wiatło na blat stołu, ogień z pieca rozjaśniał część podłogi. W kuchni też leżały chodniki z 

gałganków tak samo, jak za życia Ragny. 
 

- Opowiedz, jak się zeszliście, ty i Jakob – poprosił, dmuchając na gorącą kawę. 

 

Dorte przez chwilę wpatrywała się w stół. 

 

-  To  się  zaczęło  niedługo  po  śmierci  Ragny.  Elizabeth  też  tu  wtedy  mieszkała.  Jak 

wiesz, to ona pomogła Fredrikowi przyjść na świat, i to ona czuwała przy Ragnie do ostatniej 
chwili, bo Jakob w tym czasie pojechał po doktora. – Dorte zaczerpnęła powietrza. – Doktor 
przyjechał za późno. A zresztą i tak nie mógłby nic zrobić. 
 

Jens kiwał głową. 

 

-  Tak,  Elizabeth  mi  opowiadała.  Powiedziała  mi  też,  że  zdążyły  sobie  wybaczyć 

wszystkie  kłótnie,  do  jakich  między  nimi  dochodziło.  Ragna  nie  bała  się  śmierci,  mówi 
Elizabeth, bo wierzyła, że trafi do nieba i spotka tam mnie. 
 

Dorte popatrzyła na niego przestraszona. 

 

- To prawda? Biedaczka, musiała przeżyć rozczarowanie. No tak, ale teraz siedzi sobie 

w niebie i patrz na nas, tu na ziemi. I myślę, że jest zadowolona. Cieszy się, że wróciłeś. – 
Umilkła  na  chwilę,  potem  dodała:  -  jak  mówiłam,  Elizabeth  wprowadziła  się  tutaj,  a  ja 
pomagała, jak mogła, w końcu i ja przeniosłam się do Heimly na stałe, tak było najwygodniej. 
No a później Jakob się oświadczył. 
 

- Wygląda, ze doszło do tego dosyć szybko? – Jens powiedział to z uśmiechem, żeby 

go źle nie zrozumiała. 
 

- Nie, tego bym nie powiedziała. Ja wcześnie zaczęłam żywić dla niego dobre uczucia, 

ale on, rzecz jasna, cierpiał po śmierci Ragny. I baliśmy się oboje, co powiedzą dzieci, ale z 
tym nigdy nie było żadnych problemów. 
 

Jens znowu się do niej uśmiechnął. 

 

- jestem pewien, że tak jak się stało, jest najlepiej dla wszystkich. 

 

Dorte zarumieniła się z radości i upiła łyk kawy, jakby musiała nad sobą zapanować. 

Po chwili mówiła dalej: 

background image

 

74

 

- Nie jest ci przykro, ze się z nią nie pożegnałeś? 

 

Patrzyła na Dorte długo. Pytanie było takie szczere i bezpośrednie. 

 

-  Tak,  to  oczywiste  –  rzekł  w  końcu.  –  Ale  powodu  tylu  rzeczy  jest  mi  przykro, 

niczego nie da się już naprawić. Straciłem wiele lat życia, kiedy tak teraz na to patrzę. Mimo 
wszystko dziękuję Bogu, ze przeżyłem. I wierzę, że on widzi w tym jakiś sens. 
 

Dorte rozjaśniła się. 

 

- ja też tak zawsze myślę. 

 

- Elizabeth mówiła mi, że wasza służąca zajęła dom Andresa. Opowiedz mi o niej. 

 

Dorte uśmiechnęła się. 

 

-  Po  śmierci  Ragny  potrzebowaliśmy  mami  dla  Fredrika.  A  Mathilde  miała  wtedy 

małą córeczkę i sprowadziła się tutaj. Ona jest trochę… trochę ma słabą głowę, ale to bardzo 
dobra kobieta. Urodziła nieślubne dziecko. Zgwałcił ją gospodarz, u którego służyła. Wiesz… 
- słowa zawisły w powietrzu. 
 

Jens  wolno  kiwał  głową,  o  mało  się  nie  wygadał,  że  z  Elizabeth  też  tak  było,  na 

szczęście  opamiętał  się  w  ostatniej  chwili.  Dorte  przecież  nie  wie,  że  to  Leonard  jest 
prawdziwym ojcem Ane. 
 

- Mathilde spędzi święta u rodziców w Storvika, ale na pewno spotkasz ją na weselu. – 

Dorte obracała w dłoniach kubek. – Ona pewnie obawia się spotkania z tobą, skoro nikomu 
nie powiedziała, że Lina u niej mieszka. 
 

- Ale przecież postąpiła tak w najlepszej intencji – przerwał Jens. 

 

- Oczywiście, tego jestem pewna. 

 

Ze  strychu  dobiegły  do  nich  odgłosy  rozmów  i  śmiechów,  skrzypiały  deski  w 

podłodze, a potem na schodach rozległy się kroki. 
 

- Dzień dobry – powiedziała Dorte, wstając, bo do kuchni wszedł Fredrik z Danielem. 

 

- Widziałeś już choinkę? – spytał Fredrik, pochylając się nad stołem w stronę Jensa. 

 

- Nie, z tym musimy poczekać, najpierw zrobimy obrządek. 

 

Fredrik oparł brodę na ręce. 

 

- Och, to jeszcze długo! – Potem zniżył głos do szeptu: - A może moglibyśmy zajrzeć 

tam przez dziurkę od klucza? Mama nie będzie się złościć, bądź pewien. Ona jest taka dobra, 
ż

e… 

 

Jesn poczochrał jego ciemne loki i odparł szeptem: 

 

 - Nie, to by było niesprawiedliwe wobec innych, którzy nie mogą tam zajrzeć. 

 

Do kuchni wszedł Jakob, przeciągał się i ziewał. Zaraz potem pokazała się Indianne, a 

na  końcu  Olav.  Jens  nie  nawiązał  jeszcze  bliskiego  kontaktu  ze  starszym  rodzeństwem. 
Łatwiej było z Danielem i Fredrikiem. Dorośli jednak nie są tacy otwarci jak dzieci. Chociaż 
sprawiało mu to ból, czuł i miał nadzieję, ze z czasem sprawy się ułożą. Czas, myślał. Mimo 
wszystko czasu mam chyba pod dostatkiem. 
 
 

Zapalili na choince małe, domowej roboty świeczki, Jakob odczytał przeznaczoną na 

wigilijny wieczór ewangelię, a potem jedli te wszystkie pyszności, które przygotowała Dorte. 
 

Były  też  prezenty.  Jens  dostał  ciepłe  zimowe  buty,  podarunek  od  całej  rodziny. 

Wspaniały podarunek, Jens był głęboko wzruszony. Dorte zrobiła mu na drutach skarp[ety i 
rękawice,  bo  takich  rzeczy  nigdy  dość.  Musiała  je  przygotować  zawczasu,  myślał 
zadowolony.  Od  niego  Jakob  i  Olav  dostali  gospodarskie  narzędzia,  które  sam  zrobił  z 
drewna, chłopcy drewniane zabawki, a Dorte dużą warząchew. Przygotowywał to właśnie dla 
Liny i mieszkańców Dalsrud, ale ich też szczodrze obdarował. 

 

 

Indianne  dostała  szkatułkę  z  pięknie  zdobionym  wieczkiem.  Do  środka  Jens  włożył 

papier listowy, pióro i atrament. 
 

- Żebyś pisała listy do brata, gdybyśmy mieszkali daleko od siebie. 

 

Ciemne oczy Indianne zaszkliły się. 

background image

 

75

 

- Dziękuję – wyszeptała, biorąc go za rękę. – Tak się cieszę, że znowu jesteś w domu. 

Tęskniłam za tobą. 
 

Olav chrząknął kilka razy, a potem powiedział. 

 

-  Mam  do  ciebie  pytanie,  Jens.  Czy  zechcesz  być  ojcem  chrzestnym  mojego 

pierwszego dziecka? – zarumienił się lekko. – Nie, nie, Elen nie jest jeszcze brzemienna, ale 
podbieramy  się  za  kilka  dni  i  mam  nadzieję,  ze  długo  na  potomka  czekać  nie  będziemy.  – 
Rozejrzał się zawstydzony, czy nikt się z niego nie śmieje. 
 

- Oczywiście, że przyjmuję zaproszenie – odparł Jens lekko ochrypłym głosem. – To 

dla mnie wieli zaszczyt, Olav. I już nie mogę się doczekać wesela. 
 

Uścisnęli  sobie  ręce,  poklepali  po  plecach,  jak  to  mężczyźni.  Siedzieli  potem  przy 

choince  i  rozmawiali  o  różnych  sprawach.  Jesn  nie  bardzo  w  tym  uczestniczył.  Myślami 
wracał do Dalsrud. Do Liny, Ane, Marii. I do Elizabeth… 
 

Płonące na pianinie świece sprawiały, że jasne włosy Ane mieniły się niczym srebrne 

nitki.  Elizabeth  przypomniała  sobie  słowa,  które  Kristian  wypowiedział  dawno  temu:  twoje 
włosy są jak złoto. Ane odziedziczyła je po matce. 
 

Słowa kolędy wypełniały izbę. Elizabeth spoglądała ukradkiem na Linę.d dziewczyna 

siedziała zwrócona dokona i wpatrywała się w zimowe ciemności. Myślami była daleko stąd. 
Przezyła  rozczarowanie,  że  Jensa  przy  niej  nie  ma,  ale  znosiła  to  z  godnością.  Chciał  ją 
przecież  ze  sobą  zabrać,  sama  odmówiła.  Ale  nie  jest  biedaczce  lekko,  Elizabeth  nie  miała 
wątpliwości. W czasie kolacji Lina siedziała milcząca, ze spuszczoną głową, podnosiła wzrok 
tylko wtedy, kiedy ktoś ją zagadnął. I uśmiechała się niepewnie. 
 
 

Elizabeth pomagała przy zmywaniu, Ane tymczasem poszła z Kristianem do obory. 

 

-  Zwierzęta  muszą  też  dostać  dzisiaj  jakieś  lepsze  kąski  –  stwierdził.  –  To  przecież 

wigilijny wieczór. 
 

- Jutro też im się należy, skoro to pierwszy dzień świąt – przekonywała Ane. 

 

- Nie posuwaj się za daleko – śmiał się Kristian, kiedy oboje zamykali za sobą drzwi 

kuchni. Elizabeth widziała, jak bardzo mąż się cieszy, że Ane dotrzymuje mu towarzystwa. 
 

- A ty, Lina, chodź ze mną, przeniesiemy resztki jedzenia z izby – poprosiła Elizabeth. 

Kiedy zostały same, usiadła i Linie też wskazała miejsce. – Wyglądasz jak siedem nieszczęść, 
Lina. Nie powinno tak być w wigilijny wieczór. 
 

- Przepraszam. Postaram się bardziej nad sobą panować. 

 

- To nie o to chodzi. Powiedz mi raczej, co się tak gnębi. 

 

Lina  zaczerwieniła  się  i  wpatrywała  we  własne  kolana.  Minęła  dłuższa  chwila,  nim 

zdołała coś wykrztusić: 
 

- Czy myślisz, że Jens pojechał do Heimly, żeby nie być ze mną? 

 

Elizabeth prychnęła gniewnie. 

 

- Dobrze wiesz, że to nieprawda. Co to za dziedzinie gadanie? Przecież pytał, czy z 

nim nie pojedziesz. 
 

Lina skuliła się, więc Elizabeth dodała łagodniej: 

 

-  Ja  wiem,  ze  za  nim  tęsknisz,  Lina,  ale  powinnaś  zrozumieć,  że  on  chce  pobyć  ze 

swoim ojcem i z rodzeństwem. Jens też dużo przeżył, potrzebuje czasu, żeby się otrząsnąć. 
 

Lina pokiwała głową i zmusiła się do bladego uśmiechu. 

 

- Tylko że to wszystko jest takie dziwne… przecież on jest jakby twoim mężem, jeśli 

rozumiesz, co mam na myśli. I wciąż jest taki smutny. Już sama nie wiem, co mam mówić i 
robić,  żeby  znowu  był  zadowolony.  Taki,  jak  wtedy…  zanim  to  się  stało  –  machnęła 
niechętnie ręką. 
 

-  On  był  moim  mężem  –  poprawiła  ją  Elizabeth,  czując,  że  głos  Ne  brzmi  już  tak 

pewnie. Wstała i wzięła salaterkę z ziemniakami. – Pozbieraj resztę. W kuchni nie pewnie na 

background image

 

76

nas czekają. I chcę ci powiedzieć, Lina, ze Jens będzie dla ciebie dobrym mężem. Widzę, jaki 
jest w tobie zakochany. Pamiętaj, ze ja należę do jego przeszłości. 
 

Widziała, ze twarz służącej się rozjaśnia. Lina położyła ciepłą dłoń na jej ramieniu i 

lekko przycisnęła. Dwie łzy spływały z oczu. 
 

- Tak mówisz? – szepnęła, ocierając policzki, a potem sięgnęła po półmisek. 

 

Elizabeth uśmiechała się. 

 

- Tak, Jens jest przeszłością. 

 

Miała nadzieję, że to prawda. 

 
 

Wybrzmiały ostatnie tony kolędy, Ane odwróciła się i przyjmowała pochwały. 

 

- Mogę zagrać jeszcze jedną? Inną, która też ćwiczyłam. 

 

-  Dziękujemy,  ale  oszczędzaj  siły  na  później.  Może  teraz  rozdamy  prezenty,  co?  – 

zachęcał Kristian. 
 

Elizabeth widziała, z jaką radością pobiegł do sieni. 

 

-  Proszę,  to  dla  was  –  oznajmił,  dźwigając  naręcze  pakunków.  –  To  dla Helene,  dla 

Liny i dla Larsa. 
 

Zdziwieni służący rozwijali paczki i wyjmowali piękne psałterze. 

 

- O Wszechmogący – wyszeptała Helene. – To naprawdę zbyt kosztowne. 

 

-  O  nie,  nie,  każdy  powinien  coś  takiego  mieć.  Przydadzą  się  wam,  zwłaszcza,  że 

niedługo wesele. 
 

Obdarowani  dziękowali  z  całego  serca.  Elizabeth  odwzajemniła  uścisk  rąk  i 

uśmiechała się, jakby od dawna wiedziała o ty  prezentach. Rękawice, które ona zrobiła dla 
nich  na  drutach,  wydawały  się  takie  ubożuchne.  Dlaczego  Kristian  nawet  nie  wspomniał  o 
swoich zamiarach? 
 

Ane  i  Maria  dostały  materiały  na  sukienki,  zakupione  w  Bergen.  Do  tego  mnóstwo 

koronek i zwój najpiękniejszej bawełny, z której szyje się bieliznę. Elizabeth wpatrywała się 
w Kristiana, kiedy obie dziewczynki zachwycały się wspaniałymi tkaninami, sama je dla nich 
wybrała  z  katalogu  przysłanego  z  Bergen,  ale  reszta  to  już  pomysły  Kristiana.  Oczywiście, 
ż

yczyła im wspaniałych podarunków, ale może nie powinno ich być aż tyle. 

 

Helene zauważyła chyba jej reakcję, bo wstała z miejsca. 

 

- czas nastawić na kawę – powiedziała. – Chodźcie ze mną, oboje – zwróciła się do 

Liny i Larsa. 
 

- Co? Ja też mam parzyć kawę> - protestował Lars, odkładając swój nowy psałterz. 

 

- Tak, ty też. 

 

Zdezorientowany, ruszył za nią, Lina już zniknęła w kuchni. 

 

Kristian też wstał z miejsca i szukał czegoś w kącie izby. 

 

- A oto prezent dla ciebie, Elizabeth. Korzystaj z niego na zdrowie. 

 

Stała  jak  wrośnięta  w  ziemię,  wpatrywała  się  w  męża,  jakby  oczekiwała,  że  on  się 

roześmieje i powie, że to tylko żart. 
 

- Nie podoba ci się? 

 

-  Myślę,  że  ty  po  prostu  oszalałeś!  Kupiłeś  mi  maszynę  do  szycia?  Podeszła  i 

pogłaskała ręką to czarne cudo. 
 

-  Ona  wygląda  jak  nasz  Pusia,  kiedy  wygina  grzbiet  –  roześmiała  się  Ane,  nie 

odrywając oczy od maszyny. 
 

- I musiała chyba kosztować majątek – wtrąciła Maria. 

 

-  Dla  was  nic  nie  jest  za  drogie  –  uśmiechnął  się  Kristian.  włożył  ręce  w  kieszenie 

spodni. – A poza tym to urządzenie bardzo ułatwia szycie. 
 

Elizabeth musiała usiąść. 

 

- No to koniec z ręcznym ściboleniem szwów – ucieszyła się Ane. 

background image

 

77

 

-  A  to  jest  prezent  dla  ciebie  –  rzekła  Elizabeth  z  przekąsem.  –  To  ostatnia  twoja 

koszula ręcznie szyta – podała mężowi białą koszulę. – Uznałam, że będzie ci potrzebna na 
wesele. 
 

Kristian był naprawdę szczerze uradowany. No jeszcze by tego brakowało, pomyślała 

Elizabeth. Spędziłam nad nią tyle godzin. Ale gdyby przeliczyć na pieniądze, to mój prezent 
nijak się nie ma do tego, co ja dostałam. 
 

Przypomniała  sobie  prezenty,  które  dał  im  Jens  przed  wyjazdem  do  Heilmy,  ona 

dostała stolnicę, a Lina malowaną na niebiesko drewnianą miskę. To do ich nowego domu – 
powiedział. 
 

-  Nie  podoba  ci  się  maszyna?  –  jeszcze  raz  spytał  Kristian,  przyglądając  jej  się 

badawczo. 
 

- Ależ tak, mój drogi. Jest naprawdę piękna – zapewniała. – Ja… Po prostu z radości 

mowę mi odjęło.  
 

Poczuła skurcz w żołądku, widząc, jak bardzo cieszą go jej słowa. 

 

- Chciałabym tylko, żebyś zawsze dostawała – to, co najlepsze – powiedział cicho. – 

Bo ja cię tak strasznie kocham, Elizabeth. 
 
Rozdział 16 
 
 

-  Lina,  pójdziesz  na  górę  i  zmienisz  bieliznę  pościelową  Jensa?  –  spytała  Elizabeth, 

pochylając  się  na  robotą.  Zanim  zaczęła  szyć  na  maszynie,  sfastrygowała  wszystkie  szwy 
sukni. Ta maszyna to prawdziwy cud, trzeba tylko nabrać wprawy. 
 

- Zmieniać pościel już teraz? – spytała Lina. 

 

Elizabeth uniosła wzrok. 

 

- Tak! On dzisiaj wraca i powinien mieć czyste posłanie. 

 

Lina owijała koniec warkocza wokół palca. 

 

- Nie chciałabym się wtrącać do prowadzenia domu, ale to chyba przesada. Ja wiem, 

jak Jens mieszkał dotychczas, a w naszym domu też nie będzie się pościeli zmieniać z byle 
powodu. 
 

Elizabeth  poczuła  narastającą  irytację.  Kark  wydawał  się  sztywny,  ból  głowy 

opasywał  czoło  żelazną  obręczą.  Akurat  w  tej  chwili  nie  miała  ochoty  na  dyskusje  ze 
służącymi. 
 

-  bardzo  dobrze.  ale  teraz  on  mieszka  w  Dalsrud,  a  tutaj  tak  właśnie  robimy  – 

powiedziała ostrzej niż zamierzała. 
 

Lina wyszła. Kątem oka Elizabeth dostrzegła, że Helene przygląda jej się badawczo. 

Miała ochotę powiedzieć, że czystość jeszcze nikomu nie zaszkodziła, ale dała za wygraną. 
Wielu ludzi uważa, że jest wprost przeciwnie. 
 

Wsunęła brzeg sukni Marii pod stopkę maszyny i zaczęła szyć. Zachwycona, patrzyła 

na powstający szew, prosty i równy. 
 

W  pierwszy  dzień  świąt  śnieżyca  uniemożliwiła  rodzinie  wyjazd  do  kościoła.  Lina 

przyjęła  to  z  przykrością,  widać  było  wyraźnie.  Cieszyła  się  przecież,  że  kościele  znowu 
spotka  Jensa.  Elizabeth  była  niespokojna,  nie  mogła  sobie  znaleźć  miejsca.  Zauważyła  to 
Maria  i  nie  mogła  się  powstrzymać,  żeby  nie  komentować,  ze  kiedy  dni  pracy  są  długie, 
wszyscy  wpatrują  świąt,  zwłaszcza  Bożego  narodzenia,  ale  potem  zaczynają  się  nudzić.  To 
kiepski  zwyczaj,  że  w  święta  nawet  zwyczajne  robótki  szybko  trzeba  odłożyć  na  bok. 
Siedzenie z założonymi rekami jest męczące, dowodziła Maria. Trudne do zniesienia dla ludzi 
nieprzywykłych do bezczynności. Elizabeth była tego samego zdania. W końcu wzięła jakąś 
książkę,  ale  nie  potrafiła  skoncentrować  się  na  czytaniu.  Zamknęła  ją  z  hałasem  i  długo 
patrzyła przed siebie. Dlaczego jest taka nie spokojna? Czy to z powodu Jensa? Zawsze po 
wyjeździe gościa w domu robi się pusto, ale po wyjeździe Jensa pustka dawała się wyjątkowo 

background image

 

78

we znaki. Bo przecież pojawił się w niezwykły sposób, jakby z zaświatów. Nikt nie mógł w 
to uwierzyć. 
 

Drugiego  dnia  złamała  wszelkie  zasady,  wyjęła  maszynę  do  szycia  i  materiał  na 

suknię. 
 

-  Jak  ty  się  z  tego  wytłumaczysz,  kiedy  staniesz  przed  Piotrową  Bramą?  –  spytał 

Kristian. 
 

-  Phi,  Ojciec  Niebieski  z  pewnością  mi  wybaczy,  chyba  rozumie,  że  potrzebujemy 

ubrań. 
 

- Nie jest z nami aż tak źle, żebyś musiała szyć w dzień świąteczny? – Kristian śmiał 

się, Elizabeth musiała odpowiedzieć mu uśmiechem. 
 

- Cała wina spadnie na ciebie, bo to ty kupiłeś  maszynę. Nie jestem w stanie dłużej 

czekać, muszę ją wypróbować. 
 

Maria,  Ane  i  Helene  też  zabrały  się  do  szycia.  Tylko  Lina  trzymała  się  na  uboczu, 

uważała, że takie łamanie przykazań jest niewybaczalne. 
 

W trzecim dniu świąt suknia była prawie gotowa. Jaka piękna, cieszyła się Elizabeth. 

Maria  potrzebowała  nowej  sukni  na  to  wesele.  Wiedziała,  ze  to  dla  siostry  ważne,  chociaż 
Maria o tym nie mówiła. Na pewno się cieszy, że będzie taka elegancka. 
 

Helene hałasowała przy zmywaniu. 

 

- Wciąż myślę o jutrzejszym dniu, po prostu nie mogę się doczekać – westchnęła Ane 

przy drugim końcu stołu. Przyszywała koronko do nowych długich majtek. Dowiedziała się, 
ż

e teraz taka moda. Wystające spod sukni koronki, najlepiej robione na szydełku, świadczą o 

zamożności. 
 

- Strasznie jestem podniecona tym wszystkim. Jakie młodzi dostaną prezenty, w jakich 

sukniach będą panie i… w ogóle. 
 

Maria odłożyła rękaw. 

 

- Gotowe – powiedziała. – Wystarczy go przyszyć. 

 

Elizabeth  uważnie  oceniała  pracę.  Siostra  zawsze  była  niezwykle  staranna,  szyła 

gęstym ściegiem, równym, niemal niewidocznym. 
 

- Ane, teraz pójdziesz ze mną do obory – rozkazała Maria, wstając. 

 

- Ale ja jeszcze nie skończyłam – protestowała Ane, nie podnosząc oczu znad roboty. 

 

-  Bydło  też  chce  jeść,  obrządek  czeka,  chodź  już.  –  Maria  mówiła  głosem  nie 

znoszącym sprzeciwu, więc Ane z westchnieniem wstała i poszła za nią. 
 

- Chyba pierwszy raz się zdarzyło, że Ane woli siedzieć przy szyciu niż iść do obory – 

stwierdziła Elizabeth odcinając nitkę. 
 

Helene  wytarła  ręce  w  fartuch  i  wzięła  ścierkę  do  naczyń.  Potem  stała  długo  i 

wpatrywała  się,  jakby  widziała  ją  po  raz  pierwszy.  Elizabeth  spoglądała  w  jej  stronę 
zaciekawiona. W końcu wróciła do szycia. 
 

-  Muszę  z  tobą  porozmawiać  –  rzekła  Helene,  ja  widzę,  że…  że  ty  wciąż  jesteś 

zakochana w Jensie. Tak samo, a może nawet bardziej niż w Kristianie. Kristiana też kochasz, 
ale chyba jakoś inaczej. 
 

Elizabeth tak się przeraziła, że wbiła sobie igłę w palec, a potem musiała wyssać krew. 

Szeroko otwartymi oczyma wpatrywała się w przyjaciółkę. 
 

- Skąd ty bierzesz takie pomysły? 

 

Brwi połączyły się na czole Helene. 

 

-  Ja  to  widzę,  Elizabeth.  Znam  cię  tak  dobrze,  że  coś  takiego  się  przede  mną  nie 

ukryje. 
 

- Głupie gadanie – prychnęła Elizabeth. – Jens był moim mężem kiedyś, dawno temu, 

ale teraz jestem żoną Kristiana. Jens należy do Liny, a my jesteśmy tylko przyjaciółki, niczym 
więcej. 
 

Helene rozkładała i składała ścierkę w dłoniach. 

background image

 

79

 

-  Zawsze  mówiłaś,  że  Jens  był  twoim  najlepszym  przyjacielem,  i  że  nikt  nie  zdoła 

zająć jego miejsca pod żadnym względem, pamiętasz to? 
 

- Oczywiście, że pamiętam. W dalszym ciągu w moim sercu jest miejsce dla Jensa, tak 

samo, jak dla ciebie. 
 

- Ale jednak inaczej – rzekła Helene stanowczo. 

 

Elizabeth westchnęła niemal niezauważalnie. 

 

- Wiesz, jaki to był wstrząs, ten jego powrót. I tyle się potem wydarzyło. Ja straciłam 

dziecko, a Lina uciekła. Muszę jednak iść dalej, muszę patrzeć w przyszłość. I nie czuję już 
nic takiego do Jensa. Musisz mi wierzyć. 
 

Helene wstała bez słowa. Twarz miała zatroskaną. 

 
 

Suknia  była  gotowa  na  dwudziestego  ósmego  grudnia.  Nowe  majtki  Ane  też,  więc 

będzie mogła pokazać na weselu białe koronki. 
 

-  Czy  ty  wiesz,  że  zwykle  to  nowożeńcy  przyszywają  takie  koronki  do  swojej 

bielizny? - spytała Maria, kiedy jechali saniami do kościoła. 
 

- Jasne, oczywiście, że wiem – odparła Ane, zadzierając nos. 

 

Elizabeth słuchała jednym uchem. Siedziała obok Jensa, w saniach było ciasno, więc 

dotykali się nawzajem udami. Próbowała się odsunąć, ale nie miała dokąd. Po drugiej stronie 
siedziała Lina. Jens rozmawiał półgłosem z narzeczoną, pokazywał coś i wypytywał o mijane 
dwory, a Lina opowiadała. Humor wyraźnie jej się poprawił, stwierdziła Elizabeth. 
 

Wróciła  myślami  do  rozmowy  z  Helene.  Słowa  przyjaciółki  nie  dawały  jej  spokoju. 

Czy rzeczywiście jest tak, jak tamta mówi? Czy to ssanie w żołądku, jakie odczuwała podczas 
ś

wiąt, coś niby głód, to była tęsknota za Jensem? Czy to możliwe, że dawna uczucia ożywają? 

Czy on też przeżywa to samo? 
 

Ostatniej nocy leżała, nie śpiąc, nasłuchiwała jakichś odgłosów z gościnnego pokoju i, 

szczerze  mówiąc,  pragnęła,  żeby  Jens  wstał,  to  ona  mogłaby  pójść  za  jego  przykładem. 
Mogłaby zapytać, czy czegoś nie potrzebuje. Może miałby ochotę na kubek ciepłego mleka, 
to by mu je zagrzała. Chciała rozmawiać z nim sam na sam, a noc jest tak stworzona do tego. 
 

Ale  na  strychu  panowała  kompletna  cisza.  Słyszała  tylko  miarowy  oddech  śpiącego 

Kristiana. Rumieniec wstydu oblewał jej twarz, składała pod kołdrę ręce do modlitwy, ale nie 
była w stanie usprawiedliwiać się wobec Wszechmogącego. Grzechu, który teraz popełniała 
w  myślach,  nikt  z  niej  nie  zdejmie.  Będzie  ją  obciążał  i  gnębił,  ale  ona  nie  potrafi  tego 
zmienić. Przesadą jest prosić Boga o wybaczenie, skoro sama nie robi nic, by stłumić w sobie 
niebezpieczne myśli. 
 

Sanie  weszły  w  zakręt  i  rzuciło  ją  w  stronę  Jensa.  Roześmiał  się  i  objął  ramieniem 

Linę. 
 

Elizabeth cofnęła się ku Marii. Poczuła bolesne ukłucie w sercu. 

 
 

Kristian  i  Lars  zajęli  się  końmi,  okrywali  je  derkami,  a  Elizabeth  poszła  w  stronę 

zgromadzonych przed kościołem ludzi. Kłaniała się i uśmiechała do znajomych, wypatrując 
rodziny  z  Heimly.  Nagle  spostrzegła  żeglującą  w  jej  stronę  żonę  lensmana.  Elizabeth 
rozglądała się w popłochu na boki, ale nie widziała możliwości ucieczki, uzbroiła się więc w 
uśmiech i postanowiła dzielnie stawić czoła temu, co miało nadejść. 
 

-  Dzień  dobry  o  wesołych  świąt  –  szczebiotała  lensmanowa  z  rozpromienionym 

wzrokiem. 
 

- Nawzajem. 

 

-  No  i  powinnam  też  pogratulować  –  mówiła  tamta,  wyciągając  pulchną,  opiętą 

rękawiczką dłoń. 
 

Elizabeth wahała się. 

 

- Nie bardzo rozumiem. 

background image

 

80

 

-  No  bo  jesteście  jakby  w  rodzinie.  –  Lensmanowa  odchyliła  głowę  ze  słodziutkim 

uśmiechem. W jej oczach natomiast pojawiło się szyderstwo. – Chodzi mi o to, że pani i Jens 
Ras też byliście prawowitym małżeństwem… A to w końcu jego brat się dzisiaj żeni. 
 

Elizabeth poczuła, że kręci jej się w głowie, a krew szybciej płynie w żyłach. 

 

- Źle się pani czuje? – spytała lensmanowa, spoglądając na nią z ukosa. 

 

Elizabeth wyprostowała się, narastała w niej wola walki. 

 

- Nie, nic mi nie jest – odparła zdecydowanie. – Ale lensmanowa się myli. Jens był 

jedynie przybranym synem właścicieli Heimly, więc o żadnym pokrewieństwie nie może być 
mowy. – Nie miała pojęcia, dlaczego mówi akurat to. Jensa zawsze uważano za najstarszego 
syna w Heimly, choć zgodnie z prawem majątku dziedziczyć nie mógł. 
 

Lensmanowa zachichotała. 

 

- Niedokładnie to miałam na myśli. Naprawdę niezwykły jest fakt, że om jednak żyje i 

ż

e ma skończyć jako mąż jednej z waszych służących. 

 

- Skąd lensmanowa to wszystko wie? – Elizabeth natychmiast pożałowała tych słów, 

ale cofnąć ich już nie mogła. 
 

Tamta uniosła swoje blond brwi, nie przestawała się śmiać. 

 

- A to miała być tajemnica? 

 

-  Nie,  niech  Bóg  broni  –  odparła  Elizabeth.  –  Ale  gdzieś  jednak  musiała  pani  to 

słyszeć. A dotychczas niewiele osób wiedziało. 
 

Odezwały się kościelne dzwony, biły głośno, ogłuszająco. Ludzie ruszyli do wejścia. 

 

-  Chodźmy  i  my,  na  dworze  zimno  –  rzekła  lensmanowa,  unikając  w  ten  sposób 

odpowiedzi. 
 

Kazanie, które wygłosił pastor, nie było długie, potem ojciec Elen podprowadził córkę 

do  ołtarza.  Elizabeth  widziała  go  po  raz  pierwszy.  Był  to  wysoki,  barczysty  mężczyzna  o 
prawie białych włosach. Domyślała się, ze musiał mieć już swoje lata, kiedy został ojcem. 
 

Elen uśmiechała się delikatnie, wpatrzona w narzeczonego, który  czekał  na nią przy 

ołtarzu. Była spokojna, promieniała radością, czarna suknia opinała szczupłą talię, więc ludzie 
z pewnością nie będę mieli o czym gadać. Wiadomo przecież, że wielu tylko po to przychodzi 
na ślub sprawdzić, jak to jest z panną młodą. Elizabeth zerkała na Helene, która ściskała w 
dłoniach swój nowy psałterz owinięty, jak zwyczaj nakazuje, w białą chusteczkę. 
 

- A teraz pytam cię, Olavie Myran, czy chcesz wziąć za żonę tę Elen Josefdatter, którą 

tu przy sobie widzisz… 
 

Elizabeth  spojrzała  na  Marię  w  chwili,  gdy  Olav  głośno  i  wyraźnie  odpowiedział 

„tak”. Samotna łza spłynęła po policzku siostry, za nią druga, 
 

Poczuła  skurcz  w  żołądku.  A  więc  Maria  nie  mówiła  prawdy.  Wciąż  jest  w  nim 

zakochana.  Udawała  tylko,  ze  wszystko  w  porządku.  Trudno,  Elizabeth  też  często  tak 
postępuje.  Chciała  objąć  Marię  i  powiedzieć  coś  pocieszającego,  ale  się  powstrzymała. 
Byłoby jeszcze gorzej. 
 
 

Zimowe powietrze, czyste i mroźne, uderzało w twarze, kiedy wychodzili z kościoła. 

Elizabeth  uścisnęła  ręce  państwa  młodych  i  zaraz  się  wycofała.  Wszyscy  chcieli  składać 
gratulację, postanowiła więc rozejrzeć się za rodzicami Elen. Nigdzie nie mogła ich znaleźć, 
ledwo udało jej się dotrzeć do Jakoba i Dorte. 
 

- Jakie to wzruszające – Dorte pociągała nosem i ocierała białą chusteczką piegowate 

policzki. – A ja stoję tu i beczę jak jakaś głupia – śmiała się przez łzy. 
 

Podchodzili kolejni goście z gratulacjami, wiec Elizabeth odszukała Marię. 

 

- Z tobą wszystko w porządku? – spytała, głaszcząc siostrę po plecach. 

 

-  Tak,  oczywiście.  A  miałoby  nie  być?  –  Maria  uśmiechała  się,  Elizabeth  wiedziała 

jednak, że nie robi tego szczerze. Ale i tym razem nie skomentowała zachowania siostry 
 

Podszedł do nich Benjamin, 

background image

 

81

 

- No to się pobrali – oznajmił. 

 

Elizabeth kiwała głową, podziwiając jego długie rzęsy i czyste, wyraźne rysy twarzy. 

Jaki to piękny chłopak, chociaż nie ma w nim żadnej słabości, stwierdziła. Jest jak stworzony 
dla Indianne. Jeśli się pobiorą, będą mieć śliczne dzieci. 
 

- Następną parą na ślubnym kobiercu będziemy my, Indianne i ja – perorował młody 

człowiek. 
 

- A co wam tak śpieszno? – prychnęła Maria. 

 

Elizabeth zdumiona popatrzyła na siostrę i szturchnęła ją lekko w plecy. 

 

Maria cofnęła się. 

 

-  Chodzi  mi  o  to,  że  każde  wesele  pociąga  za  sobą  wydatki.  Ciekawe,  jak  Dorte  i 

Jakob sobie z tym poradzą? 
 

Benjamin uśmiechał się nieskrępowany, udając, ze nie zauważył ostrego tonu Marii. 

 

- Dobrze o tym wiem, ale wydatkami można się dzielić. Jeszcze by tego brakowało. 

Już ja zadbam, żeby wszystko było jak trzeba, kiedy nadejdzie nasza kolej – uśmiechnął się 
do Marii szeroko. 
 

Elizabeth chciała zmienić temat rozmowy, ale właśnie pokazała się Indianne. 

 

- O Boże, jaka piękna suknia! – mówiła, lustrując Marię. – I jaki materiał! Skąd taki 

wzięłaś? 
 

Elizabeth  prawie  nie  słyszała,  jak  Maria  opowiada  o  gwiazdkowych  prezentach  od 

Kristiana.  Głos  siostry  był  łagodny  i  życzliwy,  trudno  uwierzyć,  że  dopiero  co  prawiła 
złośliwości.  Elizabeth  nie  mogła  się  uspokoić,  rozglądała  się  za  Benjaminem,  żeby  go 
przeprosić za zachowanie Marii. Ale zanim do niego dotarła, zabrał go ze sobą jakiś znajomy. 
Maria  śmiała  się  i  żartowała  z  Indianne,  opowiadały  sobie  o  nowych  fryzurach  i  krojach 
sukien. W oddali ukazała się Bergette i Elizabeth ruszyła w jej stronę. Dziewczęta nawet tego 
nie zauważyły. 
 

- Bergette! – zawołała, machając ręką. Zbierała się na odwagę, żeby powiedzieć, co jej 

leży  na  sercu.  –  Lensmanowa  dowiedziała  się  od  kogoś,  kim  jest  narzeczony  Liny  – 
powiedziała, patrząc Bergette w oczy. – Czy to ty jej powiedziałaś? 
 

Twarz Bergette skurczyła się boleśnie. 

 

- No coś ty, nie pisnęłam ani słówka. 

 

Elizabeth wierzyła przyjaciółce i poczuła się głupio. Widocznie lensmanowa wie to od 

kogoś innego. 
 

-  Bardzo  cię  przepraszam  –  wymamrotała,  biorąc  Bergette  pod  rękę.  –  Też  nie 

wierzyłam,  że  to  ty.  Ale  ona…  ona  mnie  po  prostu  zaskoczyła  tuz  przed  wejściem  do 
kościoła. Zresztą wiem, ze takiej tajemnicy nie da się utrzymać długo. W końcu oni mają się 
pobrać – ostatnie słowa zabrzmiały jak westchnienie, Elizabeth próbowała się uśmiechać. – 
jestem tylko zła, że lensmanowa wywęszyła, co się dzieje w Dalsrud, a wiesz jaka to plotkara. 
 

-  No  tak  –  Bergette  kiwała  głową.  –  Może  któryś  z  tych  ludzi,  co  szukali  Liny, 

domyślił się prawdy? Albo lensman wygadał się przed żoną. 
 

Elizabeth przytakiwała. 

 

-  tak,  pewnie  tak  było  –  przyciskała  psałterz  do  piersi.  –  Porozmawiamy  jeszcze  w 

Heimly. Bo będziesz na weselu? 
 

- Tak, wybieram się. 

 

Goście siadali do sań i ruszali w stronę domu weselnego. Kiedy pojawiła się Maria, 

Elizabeth zaczęła jej robić wymówki. 
 

-  Dlaczego  ty  się  tak  zachowujesz  wobec  Benjamina?  Jakbyś  zupełnie  nie  miała 

wychowania? 
 

Maria odsunęła się. 

 

- Już ci mówiłam i chętnie powtórzę jeszcze raz – ten człowiek nie jest taki, za jakiego 

się podaje. 

background image

 

82

 

- Co chcesz przez to powiedzieć, Maria? To przecież bardzo miły i urodziwy kawaler. 

Nie ma w nim ani odrobiny zarozumialstwa czy wielkopańskich manier, 
 

- No właśnie. Ty, jak wszyscy inni, widzisz tylko jego gładką powierzchowność, a nie 

dostrzegasz ciemnego wnętrza. 
 

Elizabeth,  zdumiona,  gapiła  się  na  siostrę,  która  pospiesznie  szła  w  stronę  sań. 

Wzburzona,  pokręciła  głowa  i  westchnęła.  Winne  są  pewnie  miłosne  niepowodzenia  Marii. 
Przecież ona zwykle nikogo nie krytykuje. I taka jest wrażliwa. 
 
Rozdział 17 
 
 

Dopiero  na  dziedzińcu  w  Heimly  miała  okazję  przywitać  się  z  matką  Elen.  Była  to 

niewysoka,  okrągła  pani  o  włosach  przyprószonych  siwizną  i  z  siateczką  drobnych 
zmarszczek na twarzy. Ona też musiała być dojrzałą kobieta, kiedy została matką. 
 

Obiema rękami ściskała dłoń Elizabeth. 

 

- Tyle dobrego o tobie słyszałam – uśmiechnęła się. 

 

Elizabeth  chciała  też  powiedzieć  coś  miłego,  ale  ponieważ  zupełnie  tamtej  nie  zna, 

więc nic nie przychodziło jej do głowy. 
 

- No, pewnie nie były to jedyne pochwały – mamrotała onieśmielona. 

 

-  Phi,  innych  ocen  ja  nie  słucham  –  roześmiała  się  matka  Elen.  –  I  tobie  radze 

postępować tak samo – dodała i pogłaskała Elizabeth po policzku. 
 

Ta poczuła ze złością, że się rumieni. Podszedł do nich ojciec Elen i zaczął się witać. 

Ś

ciskał mocno i wielokrotnie potrząsał jej ręką. Uśmiechał się szeroko i szczerze. Pewnie w 

ogóle często się śmieje, pomyślała Elizabeth. 
 

-  O,  a  tutaj  mamy  Marię,  jak  się  domyślam  –  wołał  dudniącym  głosem  i  witał 

dziewczynę z takim samym entuzjazmem. – jesteś naprawdę taka piękna, jak ludzie mówią. 
 

Maria rozglądała się wokół, jakby szukała wyjaśnienie. 

 

- Elen opowiadała nam o tobie – tłumaczył starszy pan. – I Olav też – zniżył głos. – Ja 

myślę, że Elen jest o ciebie zazdrosna. 
 

- O, naprawdę? Przecież nie ma powodu. 

 

- Tak uważasz? O ile mi wiadomo, Olav traktuje cię jak swoją najlepszą przyjaciółkę, 

a to już sygnał. Pamiętaj, że jesteś kobietą. No, no, nie zrozum mnie źle, ale takie przyjaźnie 
należą do rzadkości. A ty na dodatek jesteś śliczna. 
 

- Och, mój drogi, onieśmielasz Marię, nie powinieneś tego robić – wtrąciła się matka 

Elen, ujmując męża pod rękę. – Zostaw ją w spokoju, chodźmy przywitać pozostałych gości. 
 

- Teraz rozumiem, dlaczego Elen jest taka, jak jest – rzekła Elizabeth w zamyśleniu. 

Maria nie skomentowała jej słów. 
 
 

Przy  stole  Elizabeth  przypadło  miejsce  między  Kristianem  a  lensmanem.  Po  drugiej 

stronie  stołu,  nieco  na  skos  od  niej,  siedział  Jens  z  Liną.  Elizabeth  starała  się  na  nich  nie 
spoglądać, ale i tak widziała kątem oka, że Jens pochyla się do narzeczonej za każdym razem, 
kiedy  coś  do  niej  mówi.  Jasna  grzywka  opadła  mu  na  oczy.  Kiedy  to  ja  odgarniałam  ją  na 
bok, pomyślała Elizabeth. Lina raz po raz śmiała się i wpatrywała w Jensa rozpromienionym 
wzrokiem. W takich momentach Elizabeth nie mogła skupić się na tym, co Kristian do niej 
mówi. 
 

- Nie smakuje ci zupa? – spytał, z ustami przy jej uchu. 

 

- Nie, no coś ty, jest pyszna – odparła, wkładając do ust kawałek podpłomyka. 

 

- Jesteś jakaś nieobecna – mówił dalej. 

 

- Po prosu wzrusza mnie dzisiejsza uroczystość – skłamała, wybierając łyżką z talerza 

kawałki mięsa i jarzyn. 

background image

 

83

 

Uśmiechnął  się  i  odwrócił  do  Marii,  która  go  o  coś  spytała.  Elizabeth  tymczasem 

przyglądała się Ane, która siedziała obok Daniela. Na szczęście córka jest już taka duża, że 
potrafi  spokojnie  usiedzieć  przy  stole.  Chociaż  w  domu  bywa  uparta  i  dziecinna,  w 
towarzystwie umie się zachować. 
 

Z  niej  też  będą  ludzie,  zwykł  mawiać  Kristian,  kiedy  Elizabeth  narzekała  na 

zachowanie  małej.  Znowu  musiała  spojrzeć  na  Jensa  i  Linę.  Czy  siadywali  przy  sobie  tak 
samo  w  dniach,  kiedy  Lina  odwiedzała  go  w  Kabelvaag?  Czy  rozmawiali  i  dyskutowali 
podobnie, jak ona i Jens niegdyś robili? Czuła, ze ich zachowanie sprawia jej ból. Jakby ktoś 
zrywał strup z nie zagojonej rany. 
 

Zazdrość, podpowiadał jakiś głos w duszy. Trzeba po prostu przyjąć do wiadomości, 

ż

e Helene ma rację: Elizabeth wciąż coś do Jensa czuje. Jakby ostre szpony wbiły się w serce. 

 
 

Słyszała tylko strzępy weselnych przemówień. Jakob witał gości i przypomniał dzień 

sprzed pięciu lat, kiedy Olav przystępował do konfirmacji. 
 

- Zapowiedziałem wtedy, ze za parę lat spotkamy się znowu na wielkiej uroczystości, i 

ż

e potem my starzy będziemy mogli odpocząć. W dalszym ciągu mam nadzieję, że nic się nie 

zmieniło. Elen zapowiada się na wspaniała młodą gospodynię, z pewnością potrafi zadbać o 
dom. Mam nawet nadzieję, że młodzi wprowadzą tu wiele zmian! 
 

Ktoś się roześmiał, z czystej uprzejmości, uznała Elizabeth i też udawała rozbawioną, 

ale myślami wciąż była przy tamtych dwojgu po drugiej stronie stołu. 
 

Jako następny przemawiał ojciec Elen, a na końcu Olav. Żadne nie szczędził pięknych 

słów  pannie  młodej,  ale  wspominali  też  wielką  życzliwością  o  Dorte  choćby  za  to,  ze 
urządziła to piękne wesele. 
 

Elizabeth zauważyła, że Lina raz po raz kładzie rękę na ramieniu Jensa. Miała ochotę 

powiedzieć jej, ze to nie wypada. Przecież nie są jeszcze małżeństwem. Kiedy goście zaczęli 
bić  brawa  po  ostatnim  przemówieniu,  Elizabeth  drgnęła  tak,  że  o  mało  nie  przewróciła 
szklanki  z  wodą.  Opamiętaj  się,  upomniała  się  w  duchu.  Upiła  parę  łyków  i  z  uśmiechem 
odwróciła się do Kristiana. Nikt nie może się domyślać, że coś ją gnębi. A zwłaszcza on. 
 
 

Dorte  świetnie  panowała  nad  wszystkim.  Wynajęte  służące  szybko  posprzątały 

kuchnię, stół nakryto białym obrusem i usiedli przy nim starsi mężczyźni. Kobiety zebrały się 
w jednej części izby, druga, gdy goście wypiją kawę, służyć będzie do tańca. 
 

- Jakie piękne przemówienia – powiedziała Elizabeth do stojącej obok lensmanowej. 

 

Służące  rozstawiały  elegancki  serwis,  którego  w  Heimly  używano  tylko  w  święta  i 

przy najbardziej uroczystych okazjach. Jaka dumna była z niego Ragna, przypomniała sobie 
Elizabeth.  Popatrzyła  też  na  stół  z  prezentami  i  stwierdziła,  że  naprawdę  niczego  tam  nie 
brakuje. Lniane obrusy i przedmioty ze srebra, salaterki, półmiski, kieliszki i szklanki. Ktoś 
jej  też  powiedział,  że  Elen  ma  wyprawną  skrzynie,  której  zawartości  nikt  by  się  nie 
powstydził. 
 

- Ale powiem pani, że nie trzeba wierzyć we wszystko, co się słyszy. 

 

Elizabeth drgnęła, musiała dwa razy spojrzeć na lensmanową zanim dotarło do niej, o 

czym tamta mówi. 
 

- Przepraszam, ale nie bardzo rozumiem… 

 

- No ta Elen – ciągnęła swoje lensmanowa. – padło tyle wspaniałych słów na jej temat, 

ale z rzeczywistością to nie ma wiele wspólnego. 
 

- No nie, Elizabeth rozzłościła się i chciała odejść, ale tamta mówiła dalej: 

 

- Biedny Olav, przyjdzie mu pogodzić się z tym, że trzeba dzielić się z nią z innymi. 

Wkrótce się o tym przekona. 
 

Elizabeth poczuła, ze krew odpływa jej z twarzy. Do jakich złośliwości człowiek może 

się posunąć, myślała wzburzona. 

background image

 

84

 

- A ja to uważam, że najpierw trzeba pozamiatać przed swoimi drzwiami – rozległ się 

głos  Marii,  która  właśnie  do  nich  podeszła.  Jej  twarz  była  niczym  nieruchoma  maska,  ale 
uporczywie patrzyła lensmanowej w oczy. 
 

- Teraz ja nie rozumiem – wyjąkała tamta, a na jej policzkach pojawiły się czerwone 

plamy. 
 

- Ptaki na płotach ćwierkają, że pewna kobieta zadaje się z innymi mężczyznami. 

 

Teraz  rumieńce  rozlały  się  w  jedną  ognistą  plamę,  od  korzonków  włosów  po  szyję. 

Elizabeth  przestraszyła  się,  że  baba  dostanie  ataku  serca,  bo  dyszała  ciężko,  przyciskając 
pulchną dłoń do piersi. 
 

- Zna pani kogoś takiego? – spytała Maria niewinnie, ale jej oczy płonęły gniewem. 

 

Lensmanowa  chciała  odpowiedzieć,  ale  nagle  dom  wypełnił  się  muzyką  skrzypiec. 

Elizabeth wzięła Marię za rękę i odciągnęła ba bok. 
 

-  Co  to  za  przytyki?  –  prychnęła,  czując  jednak,  że  śmiech  dławi  ją  w  gardle.  Nie 

mogła okazać Marii, jak bardzo ją cieszą te słowa. 
 

- Nie wiedziała, ze ona romansuje z doktorem? – spytała Maria. 

 

Elizabeth przytaknęła niechętnie. 

 

- Słyszałam,  ale miała  wrażenie, że tylko ja jedna o tym  wiem. Niezależnie od tego 

powinnaś bardziej uważać na słowa, Maria. 
 

Dziewczyna zerknęła spod oka na lensmanową, która pośpiesznie wyszła z izby. 

 

-  Dobrze  jej  tak.  Wstrętna  plotkara  –umilkła  o  popatrzyła  Elizabeth  w  oczy.  – 

Wierzysz w tom co ona powiedziała o Elen? 
 

- Skąd mam wiedzieć, ale zapewniam cię, że trudno byłoby mi uwierzyć. 

 

- Biedny Olav – mruknęła Maria. – Gdyby to była prawda… 

 

 

 

Zanim Elizabeth zdążyła coś powiedzieć, ogłoszono walca nowożeńców. Elen i Olav 

wyglądali  pięknie  i  tańczyli  tak,  jakby  nigdy  nie  robili  nic  innego.  Ludzie  bili  brawa, 
roześmiani,  powoli  coraz  więcej  gości  decydowało  się  pójść  w  ich  ślady.  Kiedy  Lina  ujęła 
Jensa za rękę i pociągnęła za sobą, Elizabeth odwróciła wzrok. 
 

Podeszła do niej Bergette. 

 

-  Nareszcie  będziemy  mogły  w  spokoju  porozmawiać  –  powiedziała,  biorąc  ją  pod 

ramię. 
 

Znalazły jakiejś wolne miejsce. goście pili kawę i wino, one też wzięły po kieliszku. 

 

- Nie mogłaś przecież ukrywać sprawy Jensa w nieskończoność – zaczęła Bergette. – 

teraz  już  wszyscy  wiedzą,  że  wrócił,  chociaż  nikt  nic  nie  mówi.  To  bardzo  uprzejme  z  ich 
strony. 
 

Elizabeth popatrzyła na Jensa, tańczącego z  Liną. Przypomniała sobie ich wesele, w 

Dalen.  Nie  stać  ich  było  na  muzykanta,  nie  było  też  dość  miejsca,  obeszło  się  więc  bez 
tańców. Ciekawe, gdzie on się nauczył kroków? Może w Kabelvaag? Kiedy jednak przyjrzała 
się uważniej, stwierdziła, że nie jest tak dobrym tancerzem, jak początkowo myślała. 
 

Skinęła głowa. 

 

-  Oczywiście,  ludzie  na  pewno  wiedzą,  i  to  chyba  od  dawna.  Od  dnia,  kiedy 

zaczęliśmy szukać Liny. Słyszeli, że nasz gość ma na imię Jens, a przecież potrafią dodawać 
dwa do dwóch – roześmiała się. – Głupia byłam, wyobrażając sobie coś innego. Ale dni od 
jego powrotu minęły mi niczym… Tyle się wydarzyło w tym krótkim czasie. 
 

- Na zdrowie – Bergette uniosła kieliszek. 

 

- Na zdrowie – powtórzyła Elizabeth i wypił widno jednym haustem. 

 

Natychmiast podeszła służąca, żeby jej znowu nalać i Elizabeth nie zaprotestowała. 

 
 

- Chyba musze wyjść na dwór zaczerpnąć trochę powietrza – powiedziała w jakiś czas 

potem, czując, że pot spływa jej po plecach. Tańczyła z wieloma mężczyznami, dwa ostatnie 

background image

 

85

tańce należały do Kristiana. Zauważyła, że Jens przeważnie siedzi i rozmawia z Liną albo z 
którymś z gości. Ucieszyło ją to, nie wiadomo dlaczego. 
 

- Jeszcze jeden taniec – poprosił Kristian, obejmując ją w pasie. 

 

- Nie, nie jestem w stanie – stanowczo uwolniła się z uścisku męża. 

 

- Co się z tobą dzieje? – spytał i wzrok mu pociemniał. 

 

- Naprawdę nic. 

 

- Cały czas jesteś nieobecna myślami – stwierdził Kristian, znowu próbując ją objąć. 

 

- Po prostu się rozmarzyłam – odparła rozbawiona. 

 

Wypuścił ją z uśmiechem. 

 

- No to idź, przewietrz się, ale nie za długo. 

 

Nie odpowiedziała, zauważyła tylko, że jakiś mężczyzna podszedł do Kristian może 

być – zazdrosny  kłótliwy. 
 

Na  schodach  mroźnie  powietrze  owionęło  jej  twarz.  Przymknęła  oczy  i  głęboko 

oddychała. Choć włożyła ciepłe okrycie, wkrótce zaczęła marznąc. Jeszcze tylko chwileczkę, 
mówiła  do  siebie.  Rozkoszowała  się  ciszą  i  tym  świeżym  powietrzem.  Z  domu  dobiegały 
ś

miechy  i  śpiewy,  nad  wszystkim  górowała  muzyka  skrzypiec.  Towarzystwo  bawiło  się 

ś

wietnie. Na niebie mieniła się zorza polarna – żółte, niebieskie i seledynowe falujące światło, 

nieprawdopodobnie  piękne.  Mróz  szczypał  w  policzki,  Elizabeth  zaczęła  drżeć.  Odwróciła 
się, żeby wejść do środka, ale w drzwiach natknęła się na Jensa. Przeniknął ją dreszcz. 
 

- W –w-wychodzisz? – wyjąkała, otulając się kurtką. 

 

- Szukam ciebie – odparł. 

 

- To jakaś konkretna sprawa? – spytała, czując, że zasycha jej w gardle. 

 

-  Tak  –  potwierdzi.  –  Jest  coś,  o  czym  powinienem  był  powiedzieć  ci  dawno  temu. 

Może zaraz po przyjeździe do Dalsrud. 
 

Elizabeth  spojrzała  mu  w  oczy  i  poczuła,  że  serce  zaczyna  jej  szybciej  bić.  Ktoś 

nacisnął klamkę z tamtej strony, ale zaraz ją puścił. 
 

- Może jednak wejdziemy? 

 

Elizabeth  zgodziła  się.  w  tej  samej  chwili  szarpnięto  drzwi  na  strych  i  rozległ  się 

przerażający krzyk kobiety, któremu towarzyszył straszny łoskot. Ktoś wołał: 
 

- Jezu Chryste, on nie żyje! 

 

Usłyszeli  jeszcze  piskliwy,  dziewczęcy  głos.  To  Ane  wołała.  A  potem  zrobiło  się 

cicho.