background image
background image

Spis treści

Galaktyka Gutenberga
Strona tytułowa
Strona redakcyjna

Na wodach Iss
Pod górami
Świątynia Słońca
Ukryta wieża
Droga do Kaol
Bohater Kaol
Nowy sojusznik
W Jaskiniach Trupów
Wśród żółtych ludzi
Kadabra
W Lochu Obfitości
Strażnik Północy
Losy bitwy
Nagrody
Nowy władca

background image

Wyjątkowa seria z amerykańską, brytyjską i rosyjską science fiction i fantasy Książki i e-booki Edgara
Rice'a Burroughsa w serii Galaktyka Gutenberga: cykl Barsoom

Księżniczka Marsa

background image

Bogowie Marsa
Wódz Marsa
Thuvia, wojowniczka Marsa -- w przygotowaniu cykl Pellucidar
At the Earth's Core Pellucidar
Tanar of Pellucidar Back to the Stone Age Land of Terror

Serię można subskrybować w całości. Dla subskrybentów specjalne edycje powieści i zbiorów opowiadań znanych pisarzy
amerykańskich.
Seria dostępna wyłącznie w księgarni Solarisnet.pl

background image
background image

Wódz Marsa

The Warlord of Mars © 1918 by Edgar Rice Burroughs

ISBN 978--83--7590--219--8

Skład -- Solaris Druk

Agencja "Solaris"

Małgorzata Piasecka

11--034 Stawiguda, ul. Warszawska 25 A

tel./fax 89 5413117

e--mail: agencja@solarisnet.pl

sprzedaż wysyłkowa:

solarisnet.pl

background image

Na wodach Iss

W  cieniu  lasu  otaczającego  purpurową  równinę  nad  Zaginionym  Morzem  Korus  w  Dolinie  Dor,  pod  księżycami  Marsa
pędzącymi  niczym  meteory  tuż  nad  swoją  umierającą  planetą,  skradałem  się  cicho  śladem  zagadkowej  postaci,  która
trzymała się ciemnych miejsc ze stałością zdradzającą złowróżbny charakter jej misji.

Przez  sześć  długich  marsjańskich  miesięcy  wędrowałem  w  okolicach  Świątyni  Słońca,  w  której  ukrytym  daleko  pod

powierzchnią  Marsa,  obracającym  się  powoli  szybie  pogrzebana  była  moja  księżniczka  --  lecz  nie  wiedziałem,  żywa  czy
martwa. Czy wąskie ostrze Phaidor przebiło to umiłowane serce? Tylko czas mógł odsłonić w końcu prawdę.

Musiało  upłynąć  sześćset  osiemdziesiąt  siedem  marsjańskich  dni,  zanim  drzwi  celi  znowu  znalazłyby  się  naprzeciw

końca korytarza, gdzie po raz ostatni widziałem moją wiecznie piękną Dejah Thoris.

Upłynęła już, a właściwie miała upłynąć nazajutrz połowa z nich, a jednak w pamięci, wymazując wszelkie wcześniejsze

i późniejsze wydarzenia, wciąż tkwiła mi wyraźnie ta ostatnia scena, zanim oślepił mnie powiew dymu i wąska szczelina
pozwalająca zajrzeć do wnętrza celi, odcięła mnie na długi marsjański rok od księżniczki Helium.

Nadal,  jakby  to  było  wczoraj,  widziałem  piękną  twarz  Phaidor,  córki  Matai  Shanga,  wykrzywioną  szałem  zazdrości  i

nienawiści, kiedy rzuciła się, unosząc wysoko sztylet, na umiłowaną przeze mnie kobietę.

Widziałem czerwoną dziewczynę, Thuvię z Ptarthu, skaczącą do przodu, aby nie dopuścić do tego podłego czynu.
Wtedy  nadciągnął  dym  z  płonącej  świątyni,  zasłaniając  rozgrywającą  się  tragedię,  ale  w  uszach  słyszałem  wciąż  ten

jeden, jedyny krzyk, kiedy opadł nóż. Potem zapadła cisza, a kiedy dym się rozwiał, obracająca się świątynia schowała przed
wzrokiem i słuchem komnatę, w której uwięziono trzy piękne kobiety.

Od tamtej strasznej chwili wiele rzeczy zajmowało moją uwagę, ale pamięć tych wydarzeń nie zbladła ani na chwilę, a

cały  czas,  jaki  udawało  mi  się  wygospodarować  pośród  licznych  obowiązków  związanych  z  rekonstrukcją  rządu
Pierworodnych,  które  spadły  na  mnie  po  pokonaniu  ich  przez  naszą  zwycięską  flotę  i  siły  lądowe,  spędzałem  w  pobliżu
ponurego szybu więżącego matkę mojego syna, Carthorisa z Helium.

Rasę czarnoskórych, czczących od wieków Issus, fałszywe bóstwo Marsa, ogarnął chaos, kiedy zdemaskowałem ją jako

zwykłą, nikczemną starą kobietę. W szale wściekłości rozszarpali ją na kawałki.

Z wyżyn własnej pychy Pierworodni upadli wtedy w otchłań upokorzenia. Ich bogini odeszła, a z nią cała fałszywa tkanka

ich religii. Okryta sławą flota poniosła klęskę w walce z lepszymi statkami i wojowniczymi czerwonymi ludźmi z Helium.

Do świętych ogrodów Świątyni Issus wtargnęli na dzikich thoatach groźni zieloni wojownicy z ochrowego dna martwych

mórz świata zewnętrznego, zaś na tronie Issus zasiadł najgroźniejszy z nich, Tars Tarkas, jeddak Tharku, sprawując rządy
nad czarnoskórymi, podczas gdy sprzymierzeńcy dyskutowali nad losem pokonanego narodu.

Prośba, abym wstąpił na pradawny tron czarnoskórych była niemal jednogłośna, poparli ją nawet sami Pierworodni, nie

zamierzałem jednak na to przystać. Moje serce nie mogło należeć do narodu, który tak poniżał moją księżniczkę i syna.

Dzięki  mojej  sugestii  jeddakiem  Pierworodnych  został  Xodar.  Kiedyś  był  ich  datorem,  lub  księciem,  dopóki  nie  został

zdegradowany przez Issus, dzięki czemu nikt nie kwestionował jego przydatności do godności, którą został obdarzony.

Zapewniwszy w ten sposób pokój w Dolinie Dor, zieloni wojownicy rozjechali się po pustkowiach dna mórz, zaś my, z

Helium,  wróciliśmy  do  swojego  kraju.  Tu  znowu  zaoferowano  mi  tron,  ponieważ  do  tej  pory  nie  nadeszły  żadne  wieści  o
zaginionym jeddaku Helium, Tardos Morsie, dziadku Dejah Thoris, ani jego synu, Mors Kajaku, jedzie Helium i jej ojcu.

Minął już ponad rok, od kiedy wyruszyli, by zbadać północną półkulę w poszukiwaniu zaginionego wtedy Carthorisa, i

zniechęcony lud uznał wreszcie za prawdę niejasne pogłoski o ich śmierci, które docierały z arktycznych rejonów.

background image

Po raz kolejny odmówiłem, ponieważ nie chciałem uwierzyć, że wielki Tardos Mors i jego nie mniej potężny syn, nie żyli.
-- Do ich powrotu niech rządzi wami ktoś z ich krwi -- oznajmiłem zgromadzeniu dostojników Helium, zwracając się do

nich  z  Piedestału  Prawdy  przed  Tronem  Sprawiedliwości  w  Świątyni  Nagrody,  z  tego  samego  miejsca,  w  którym  rok
wcześniej wysłuchiwałem wydanego na mnie wyroku śmierci z ust Zat Arrasa.

Powiedziawszy  to,  zrobiłem  krok  do  przodu  i  położyłem  dłoń  na  ramieniu  Carthorisa,  stojącego  w  otaczającym  mnie

pierwszym szeregu dostojników.

Arystokraci  i  lud  jednomyślnie  dali  wyraz  swojej  opinii,  podnosząc  długie  wiwaty  na  zgodę.  Dziesięć  tysięcy  mieczy

wyskoczyło  z  pochew  i  uniosło  się  do  góry,  kiedy  okryci  chwałą  wojownicy  starożytnego  Helium  ogłosili  Carthorisa  jego
jeddakiem.

Miał  sprawować  ten  urząd  dożywotnio  lub  do  powrotu  swojego  dziadka  lub  pradziadka.  Spełniwszy  w  ten  sposób

zadowalająco to ważne zobowiązanie wobec Helium, następnego dnia ruszyłem do Doliny Dor, aby trzymać się w pobliżu
Świątyni  Słońca,  aż  do  brzemiennego  w  skutki  dnia,  kiedy  miała  otworzyć  się  cela,  więżąca  pod  ziemią  moją  utraconą
miłość.

Hor Vastusa i Kantos Kana, oraz innych moich szlachetnych poruczników pozostawiłem w Helium z Carthorisem, aby

służyli  mu  swoją  mądrością,  wiernością  i  walecznością  w  pełnieniu  uciążliwych  obowiązków,  które  na  niego  spadły.
Towarzyszył mi tylko Woola, mój marsjański pies.

Dzisiejszej nocy to wierne zwierzę szło cicho moim śladem u nogi. Wielki jak kucyk szetlandzki z odrażającą głową i

straszliwymi  kłami,  stanowił  iście  przerażający  widok,  skradając  się  za  mną  na  dziesięciu  krótkich,  mocno  umięśnionych
nogach. Dla mnie jednak był wcieleniem miłości i oddania.

Postacią  przed  nami  był  Thurid,  czarnoskóry  dator  Pierworodnych,  którego  niegasnącą  nienawiść  zdobyłem,  kiedy

powaliłem go gołymi dłońmi na dziedzińcu Świątyni Issus, po czym związałem jego własną uprzężą na oczach szlachetnie
urodzonych kobiet i mężczyzn, którzy jeszcze chwilę wcześniej wychwalali jego tężyznę.

Podobnie jak wielu swoich rodaków, na pozór spokojnie pogodził się z nowym stanem rzeczy i złożył przysięgę lojalności

przed  swoim  nowym  władcą,  Xodarem.  Wiedziałem  jednak,  że  nienawidził  mnie  i  byłem  przekonany,  że  w  głębi  serca
nienawidził również i zazdrościł Xodarowi, obserwowałem więc jego sekretne wyprawy, aż nabrałem pewności, że zajmował
się knuciem jakiejś intrygi.

Kilka  razy  widziałem,  jak  wychodził  po  zmroku  poza  mury  miasta  Pierworodnych,  udając  sie  do  okrutnej  i  straszliwej

Doliny Dor, gdzie żaden uczciwy człowiek nie miałby czego szukać.

Dzisiejszej nocy przeszedł szybko skrajem lasu, aż znalazł się daleko poza zasięgiem głosu czy wzroku od miasta, po

czym skręcił na purpurową murawę, kierując się w stronę brzegów Zaginionego Morza Korus.

Promienie wiszącego nisko nad doliną bliższego księżyca odbiły się od wysadzanej klejnotami uprzęży tysiącem różnych

refleksów i zalśniły na gładkiej, błyszczącej hebanowej skórze. Obejrzał się dwa razy w stronę lasu, jakby miał złe zamiary,
choć musiał czuć się bezpieczny przed wszelkim pościgiem.

Nie  śmiałem  iść  za  nim  w  świetle  księżyca,  ponieważ  moim  zamiarom  odpowiadało  najlepiej  nie  przerywać  mu

wędrówki: chciałem, aby dotarł do celu niczego nie podejrzewając, tak abym dowiedział się, dokąd zmierzał i poznał sprawy,
jakie czekały tam nocnego wędrowca.

Pozostałem więc w ukryciu, dopóki Thurid nie zniknął za krawędzią odległej o ćwierć mili stromej skarpy nad brzegiem

morza. Po czym pobiegłem za czarnym datorem przez otwartą przestrzeń, z Woolą u nogi.

Tajemniczą  dolinę  śmierci,  schowaną  głęboko  w  ciepłym  gnieździe  zapadniętej  kotliny  na  południowym  biegunie

umierającej  planety,  spowijała  grobowa  cisza.  W  oddali  strzelała  wysoko  w  niebo  potężna  bariera  Złotych  Urwisk,

background image

połyskujących we wspaniałym blasku dwóch księżyców Marsa szlachetnymi kruszcami i roziskrzonymi klejnotami, z których
były zbudowane.

Za sobą miałem las, przystrzyżony jak murawa i przycięty do symetrii przypominającej parki, przez pasące się tu upiorne

człekorośliny.

Przede mną leżało Zaginione Morze Korus, dalej zaś widziałem migoczącą wstęgę Iss, Rzeki Tajemnic, wypływającej

krętym  nurtem  spod  Złotych  Urwisk  i  wpadającą  do  Korus,  gdzie  od  niezliczonych  wieków  niosła  nieszczęsnych,
zwiedzionych mieszkańców świata zewnętrznego Barsoom w ich ostatniej pielgrzymce do tego fałszywego raju.

Człekorośliny z ich krwiopijczymi dłońmi i potworne białe małpy, dzięki którym dni w Dolinie Dor są straszliwe, schowały

się już na noc w swoich jamach.

Na balkonie w Złotych Urwiskach nad rzeką nie było już czuwającego Świętego Therna, który mógłby wezwać je swoim

niezwykłym krzykiem do ofiar płynących lodowatym nurtem pradawnej, szerokiej Iss prosto w ich paszcze.

Floty  Helium  i  Pierworodnych  oczyściły  świątynie  i  fortece  thernów,  kiedy  ci  odmówili  poddania  się  i  pogodzenia  z

nowym porządkiem, który zmiótł ich fałszywą religię z cierpiącego od dawna Marsa.

Zachowali  jeszcze  swoją  odwieczną  władzę  w  kilku  izolowanych  krainach,  ale  ich  hekkador,  Matai  Shang,  Ojciec

Thernów, został przepędzony ze swojej świątyni. Dołożyliśmy wszelkich starań, aby go złapać, ale uciekł z kilkoma wiernymi
sobie ludźmi i ukrywał się nie wiadomo gdzie.

Podszedłszy ostrożnie do krawędzi niskiej skarpy nad Zaginionym Morzem Korus, ujrzałem Thurida wypływającego na

lśniące  wody  małym  skifem:  jedną  z  niewiarygodnie  starych,  osobliwej  konstrukcji  łodzi,  które  Święci  Thernowie  z  całą
społeczną strukturą kapłanów i niższych thernów, zwykli zostawiać na brzegach Iss, aby ułatwić swoim ofiarom ich długą
podróż.

Pode mną na plaży leżało dwadzieścia podobnych łodzi, każda zaopatrzona w długi, ostro zakończony drąg, który służył

jako wiosło. Thurid trzymał się brzegu, a kiedy zniknął mi z oczu za pobliskim cyplem, zepchnąłem jedną z łodzi do wody i
zawoławszy na pokład Woolę, odepchnąłem się od brzegu.

Pogoń za Thuridem prowadziła mnie brzegiem morza w stronę ujścia Iss. Dalszy księżyc wisiał nisko nad horyzontem,

rzucając  gęste  cienie  pod  wiszącymi  nad  wodą  urwiskami.  Thuria,  bliższy  księżyc,  zaszedł  już  i  miał  wzejść  dopiero  za
niecałe cztery godziny, więc przynajmniej na ten czas miałem zapewnioną osłonę ciemności.

Czarnoskóry wojownik płynął coraz dalej. Znalazł się już naprzeciw ujścia Iss. Bez chwili wahania wpłynął pod prąd na

posępną rzekę, wiosłując mocno.

Woola i ja płynęliśmy teraz bliżej niego, ponieważ był zbyt mocno zajęty zmuszaniem łodzi do kursu w górę rzeki, aby

zwracać uwagę na to, co działo się za nim. Thurid trzymał się blisko brzegu, gdzie prąd był nieco słabszy.

Wreszcie dotarł do przepastnej ciemnej bramy w ścianie Złotych Urwisk, przez którą wypływała rzeka. Popłynął dalej

prosto w egipskie ciemności.

Próba płynięcia za nim w miejsce, gdzie nie zauważyłbym nawet własnej dłoni przed twarzą, wydawała się beznadziejna

i  miałem  już  porzucić  pogoń  i  popłynąć  z  powrotem  do  ujścia  rzeki,  aby  czekać  tam  na  jego  powrót,  kiedy  nagłe  zakole
ukazało z przodu nikły blask.

Znowu widziałem wyraźnie moją zwierzynę, a w przybierającym na sile świetle fosforyzujących skał, których wielkimi

plamami przetykane było nierówne, łukowate sklepienie pieczary, nie miałem żadnych trudności w śledzeniu go.

To była moja pierwsza podróż po Iss, a to, co wtedy ujrzałem, na zawsze zostanie mi w pamięci.
Choć widok był straszny, nie mógł nawet w przybliżeniu równać się z potwornościami, jakie musiały tu panować, zanim

Tars Tarkas, wielki zielony wojownik, Xodar, czarnoskóry dator, oraz ja sprowadziliśmy na świat zewnętrzny światło prawdy i

background image

powstrzymaliśmy  szalony  pęd  milionów  ruszających  w  pielgrzymkę,  która  w  ich  przekonaniu  miała  prowadzić  do  pięknej
doliny pokoju, radości i miłości.

Niskie  wyspy,  rozsiane  w  szerokim  nurcie,  nadal  były  zasypane  szkieletami  i  na  pół  pożartymi  zwłokami  tych,  którzy

przez strach czy nagłe uświadomienie sobie prawdy, zatrzymali się niemal u końca podróży.

W  okropnym  smrodzie  tych  przerażających  trupich  wysp  wymizerowani  szaleńcy  wrzeszczeli  i  bełkotali,  walcząc  nad

rozszarpanymi szczątkami swojej upiornej uczty; na innych, gdzie leżały tylko obrane do czysta kości, walczyli ze sobą, słabsi
dostarczali pożywienia silniejszym, lub podobnymi do szponów dłońmi chwytali napływające z prądem opuchłe ciała.

Thurid  nie  zwracał  najmniejszej  uwagi  na  wrzeszczące  istoty,  które  wedle  upodobania  wygrażały  mu  lub  błagały:

widocznie znał już otaczające go straszliwe widoki. Przez jakąś milę płynął nadal w górę rzeki, po czym dobiwszy do lewego
brzegu, wciągnął łódź na niską półkę położoną niemal równo z wodą.

Nie odważyłem się popłynąć za nim na drugą stronę strumienia, ponieważ na pewno by mnie zauważył. Zamiast tego,

zatrzymałem  się  w  pobliżu  przeciwległej  ściany,  pod  nawisłą  skałą,  rzucającą  mroczny  cień.  Tu  mogłem  obserwować
Thurida, nie ryzykując wykrycia.

Czarnoskóry stał na półce obok łodzi, spoglądając w górę rzeki, jakby oczekiwał kogoś z tamtej strony.
Unosząc się na wodzie pod ciemnymi skałami, zauważyłem, że w stronę środka rzeki szarpał łodzią silny prąd, tak że z

trudem  utrzymywałem  ją  w  jednym  miejscu.  Przepłynąłem  nieco  dalej  w  cień,  żeby  uchwycić  się  brzegu,  ale  choć
pokonałem kilka jardów nie znalazłem żadnego punktu zaczepienia. W końcu zauważywszy, że wkrótce dotrę do punktu, w
którym  Thurid  zniknie  mi  z  oczu,  musiałem  zostać  tam  gdzie  dotąd,  utrzymując  się  w  miejscu  jak  tylko  mogłem  dzięki
silnemu wiosłowaniu pod prąd wypływający spod skalnej masy za moimi plecami.

Nie  mogłem  wyobrazić  sobie,  jaka  mogła  być  przyczyna  tak  silnego  prądu  bocznego,  ponieważ  z  miejsca,  w  którym

unosiłem się na wodzie widziałem wyraźnie główne koryto rzeki oraz pokryte zmarszczkami wody miejsce, w którym łączyło
się z tajemniczym prądem, który pobudził moją ciekawość.

Podczas gdy snułem domysły na temat tego zjawiska, Thurid przykuł nagle moją uwagę, unosząc skierowane wnętrzem

przed siebie dłonie nad głowę w powszechnym na Barsoom pozdrowieniu. Chwilę później, cicho lecz wyraźnie, dotarło do
mnie jego powitalne "Kaor!".

Skierowałem wzrok w górę rzeki, w tę samą stronę, co on, i wkrótce w moim ograniczonym polu widzenia pojawiła się

długa łódź, w której siedziało sześciu ludzi. Pięciu z nich wiosłowało, podczas gdy szósty siedział na miejscu honorowym.

Białe  skóry,  długie  żółte  peruki  na  łysych  czaszkach  i  wspaniałe  diademy  spoczywające  złotymi  kręgami  na  głowach

zdradzały w nich Świętych Thernów.

Kiedy  podpłynęli  do  półki,  na  której  oczekiwał  Thurid,  siedzący  na  dziobie  łodzi  wstał,  żeby  wyjść  na  brzeg.  Wtedy

ujrzałem, że był to sam Matai Shang, Ojciec Thernów.

Zaskoczyła mnie wyraźna serdeczność, z jaką ta dwójka wymieniła powitania, ponieważ biali i czarnoskórzy z Barsoom

byli odwiecznymi wrogami, i nie słyszałem, aby spotykali się w innych okolicznościach niż w walce.

Najwyraźniej  nieszczęścia,  jakie  spadły  ostatnio  na  oba  te  narody  zaowocowały  sojuszem  między  tymi  dwoma

osobnikami -- przynajmniej przeciw wspólnemu wrogowi, zaś teraz zrozumiałem, dlaczego Thurid tak często wychodził nocą
do Doliny Dor oraz że jego knowania mogły mierzyć blisko mnie lub moich przyjaciół.

Żałowałem, że nie udało mi się znaleźć miejsca bliżej tej dwójki, abym słyszał ich rozmowę, ale próba pokonania rzeki

nie wchodziła teraz w rachubę, unosiłem się więc cicho na wodzie, obserwując tych, którzy daliby wiele, aby wiedzieć, jak
blisko nich byłem i z jaką łatwością mogliby pokonać mnie i zabić dzięki swojej przewadze.

Thurid wskazał kilka razy przez rzekę w moim kierunku, ale ani przez chwilę nie sądziłem, żeby jego gesty odnosiły się

background image

do  mnie.  Wkrótce  wszedł  razem  z  Matai  Shangiem  do  łodzi  tego  ostatniego,  która  odbiła  od  brzegu  i  obróciwszy  się,
podążała uparcie w moją stronę.

Kiedy posuwali się do przodu, przesuwałem łódź coraz dalej pod nawisłą ścianę skalną, ale w końcu stało się widoczne,

że ich łódź płynęła tym samym kursem. Dorównywanie prędkości większej łodzi napędzanej przez pięciu wioślarzy obciążało
moje siły do granic.

Spodziewałem  się,  że  lada  chwila  dziób  mojej  łodzi  uderzy  o  skałę.  Nie  widziałem  już  światła  z  rzeki,  ale  z  przodu

dostrzegałem nikły blask odległej poświaty, a przed sobą nadal miałem otwarte wody.

Wreszcie  zrozumiałem:  płynąłem  podziemną  rzeką,  która  wpadała  do  Iss  dokładnie  w  tym  miejscu,  w  którym  się

ukryłem.

Wioślarze byli już blisko mnie. Odgłos ich wioseł zagłuszał dźwięk mojego wiosłowania, ale za chwilę przybierające na

sile światło miało mnie przed nimi zdradzić.

Nie było czasu do stracenia. Cokolwiek zamierzałem zrobić, musiałem zrobić to zaraz. Obróciwszy dziób łodzi w prawo,

poszukałem  skalistego  brzegu  rzeki  i  unosiłem  się  przy  nim,  podczas  gdy  Matai  Shang  i  Thurid  nadciągali  środkiem
strumienia o wiele węższego od Iss.

Kiedy się zbliżali, usłyszałem podniesione głosy kłócących się Thurida i Ojca Thernów.
--  Mówię  ci,  Thernie  --  mówił  czarny  dator  --  że  pragnę  tylko  zemścić  się  na  księciu  Helium,  Johnie  Carterze.  Nie

prowadzę cię w pułapkę. Co zyskałbym, wydając cię tym, którzy doprowadzili do ruiny mój ród i naród?

-- Zatrzymajmy się tu na chwilę, żebym wysłuchał twoich planów -- odparł hekkador. -- Potem, lepiej rozumiejąc nasze

wzajemne powinności i zobowiązania, możemy płynąć dalej.

Wydał wioślarzom polecenie, aby zatrzymali łódź opodal brzegu, niecały tuzin długości od miejsca, w którym unosiłem

się na wodzie.

Gdyby  zatrzymali  się  w  dole  rzeki,  zauważyliby  mnie  z  pewnością  na  tle  słabej  poświaty  z  przodu,  ale  z  miejsca,  w

którym zatrzymała się ich łódź, byłem równie niezauważalny jakby rozdzielały nas całe mile.

Te kilka słów, które zdążyłem usłyszeć, zaostrzyło moją ciekawość i nie mogłem doczekać się, aż usłyszę, jaką zemstę

zaplanował dla mnie Thurid. Nie musiałem wcale czekać długo. Nasłuchiwałem czujnie.

--  Nie  ma  żadnych  zobowiązań,  Ojcze  Thernów  --  mówił  Pierworodny.  --  Thurid,  dator  Issus,  nie  ma  ceny.  Kiedy  to

spełnimy, wystarczy mi, jeśli dopilnujesz, aby przyjęto mnie w sposób godny mojego starożytnego rodu i szlachetnej rangi na
jakimś dworze, który dochował wierności twojej pradawnej wierze, ponieważ nie mogę powrócić do Doliny Dor ani w żadne
inne miejsce, gdzie sięga władza księcia Helium. Nawet tego jednak nie żądam: stanie się, jak podyktuje ci w tej sprawie
twoje uznanie.

-- Stanie się, jak pragniesz, datorze -- odparł Matai Shang. -- A to nie wszystko: czekają cię władza i bogactwo, jeśli

zwrócisz mi moją córkę, Phaidor, i oddasz mojej władzy księżniczkę Helium, Dejah Thoris.

--  Ten  Ziemianin  będzie  cierpiał  za  upokorzenia,  jakimi  obrzucił  największe  świętości,  a  żadne  poniżenie,  jakie  może

spotkać jego księżniczkę, nie może być zbyt podłe -- mówił dalej z szyderczym grymasem. -- Gdybym tylko mógł zmusić go,
aby był świadkiem poniżenia i upodlenia tej czerwonoskórej.

-- Zanim minie kolejny dzień, zrobisz z nią, co tylko zechcesz, Matai Shangu -- powiedział Thurid. -- Wystarczy tylko

słowo.

-- Słyszałem o Świątyni Słońca, datorze -- odparł Matai Shang. -- Nie słyszałem jednak nigdy, aby można było wypuścić

jej więźniów przed upływem wyznaczonego im czasu. Wobec tego, w jaki sposób zamierzasz dokonać niemożliwego?

-- Wejście do każdej z cel świątyni jest możliwe o każdej porze -- odparł Thurid. -- Wiedziała o tym tylko Issus, a nie

background image

zwykła dzielić się swoimi sekretami bardziej niż to konieczne. Po jej śmierci natknąłem się przypadkiem na starożytne plany
świątyni,  a  w  nich  znalazłem  zapisane  wyraźnie  szczegółowe  wskazówki  pozwalające  dotrzeć  do  cel  o  każdej  porze.
Dowiedziałem  się  więcej:  że  w  przeszłości  wielu  ludzi  udawało  się  tam  na  rozkaz  Issus,  aby  torturować  lub  mordować
więźniów,  lecz  ci,  którzy  poznali  w  ten  sposób  tajną  drogę,  ginęli  zazwyczaj  w  tajemniczych  okolicznościach  zaraz  po
powrocie i złożeniu meldunku bezlitosnej Issus.

--  Ruszajmy  więc  --  powiedział  wreszcie  Matai  Shang.  --  Muszę  ci  zaufać,  a  równocześnie  ty  musisz  zaufać  mnie,

ponieważ jest nas sześciu na ciebie jednego.

-- Nie boję się ciebie ani nie potrzebuję -- odparł Thurid. -- Wystarczą więzy naszej nienawiści do wspólnego wroga, aby

zapewnić naszą wzajemną lojalność, a kiedy już pohańbimy księżniczkę Helium, będziemy mieli jeszcze lepszy powód do
podtrzymania naszego sojuszu, chyba że mylę się bardzo w ocenie charakteru jej władcy.

Matai Shang powiedział coś do wioślarzy. Łódź ruszyła dalej w górę dopływu Iss.
Z  najwyższą  trudnością  powstrzymałem  się  przed  rzuceniem  się  na  nich  i  zabiciem  obu  spiskowców;  szybko  jednak

dostrzegłem szaloną lekkomyślność podobnego czynu, który uśmierciłby jedynego człowieka, który mógł zaprowadzić mnie
do więzienia Dejah Thoris przed upływem niekończącego się długiego marsjańskiego roku.

Jeśli miał zaprowadzić w to święte miejsce Matai Shanga, zaprowadzi tam również księcia Helium, Johna Cartera.
Wiosłując cicho, podążyłem powoli śladem większej łodzi.

background image

Pod górami

W  miarę  jak  posuwaliśmy  się  w  górę  rzeki,  która  wypływa  z  wnętrzności  Gór  Otz  i  płynąc  krętym  korytem  pod  Złotymi
Urwiskami miesza swe wody z ponurą i tajemniczą Iss, słaba poświata z przodu przybierała stopniowo na sile, aż wreszcie
przeszła we wszechogarniający blask.

Rzeka  stawała  się  coraz  szersza,  aż  wreszcie  zaczęła  przypominać  wielkie  jezioro,  którego  koliste  sklepienie,

rozświetlone  przez  fosforyzujące  skały,  zalane  było  jaskrawym  blaskiem  diamentów,  szafirów,  rubinów  i  niezliczonych
nienazwanych klejnotów Barsoom, zatopionych w dziewiczym złocie, z którego składają się w większej części te wspaniałe
urwiska.

Za oświetloną grotą jeziora leżała ciemność, a tego, co znajdowało się za nią, nawet się nie domyślałem.
Podążanie  za  łodzią  thernów  przez  te  lśniące  wody  oznaczałoby  proszenie  się  o  błyskawiczne  wykrycie,  więc  choć

niechętnie  spuszczałem  Thurida  choćby  na  chwilę  z  oczu,  musiałem  czekać  w  cieniu,  aż  druga  łódź  zniknęła  na  drugim
końcu jeziora.

Powiosłowałem wtedy przez jego olśniewające wody w obranym przez nich kierunku.
Kiedy po czasie, który wydawał mi się wiecznością, dotarłem wreszcie do cienia w górnym końcu jeziora, odkryłem, że

rzeka wypływa z niskiego otworu. Żeby przepłynąć pod nim kazałem Wooli leżeć płasko w łodzi, sam zaś musiałem schylić
się w pół, aby nie trafić głową w niskie sklepienie.

Ściany  groty  podniosły  się  błyskawicznie  po  drugiej  stronie  otworu,  ale  zniknęło  jaskrawe  oświetlenie.  Zamiast  niego,

drogę  oświetlała  tylko  nikła  poświata  emanująca  z  niewielkich  plam  fosforyzującej  skały,  rozrzuconych  w  ścianach  i
sklepieniu.

Prosto przede mną rzeka wpadała do tej mniejszej groty przez trzy oddzielne łukowate otwory.
Thurida i thernów nie było widać -- w którym z ciemnych tuneli mogli zniknąć? Nie było sposobu, abym mógł się tego

dowiedzieć, uznałem więc, że środkowy tunel równie dobrze jak inne mógł poprowadzić mnie we właściwym kierunku.

Dalsza  droga  wiodła  w  zupełnej  ciemności.  Strumień  był  wąski,  tak  wąski,  że  płynąc  w  mroku  krętym  i  skalistym

łożyskiem rzeki, stale wpadałem to na jedną, to na drugą skalną ścianę.

Wkrótce daleko z przodu usłyszałem głęboki, posępny ryk, który w miarę jak się do niego zbliżałem przybierał na sile, aż

wreszcie  kiedy  zatoczyłem  ostry  łuk  na  oświetlone  niewyraźnie  rozlewisko  zaatakował  me  uszy  z  całą  swoją  szaloną
wściekłością.

Zaraz przede mną rzeka spadała z hukiem potężnym wodospadem, który wypełniał całą szerokość wąskiego parowu,

wznosząc się na kilkaset stóp: najwspanialszy spektakl, jaki kiedykolwiek widziałem.

Ale ten ryk: przerażający, ogłuszający ryk pędzącej w dół wody zamkniętej w skalistej, podziemnej pieczarze! Jestem

przekonany, że nawet gdyby wodospad nie blokował mi całkiem dalszej drogi, wskazując, że obrałem niewłaściwy kurs, i tak
uciekłbym przed tym przyprawiającym o obłęd hałasem.

Thurid i thernowie nie mogli tędy przepłynąć. Obrawszy zły kierunek, zgubiłem ich ślad, zaś oni uzyskali taką przewagę

nade mną, że być może nie udałoby mi się znaleźć ich, zanim będzie za późno, o ile w ogóle uda mi się ich znaleźć.

Przebijanie się pod silny prąd do wodospadu zajęło mi kilka godzin, a potrzebowałem kolejnych kilku na powrót, choć

tym razem miałem płynąć o wiele szybciej.

Z westchnieniem skierowałem dziób łodzi w dół strumienia i potężnymi uderzeniami wiosła pomknąłem z brawurową

szybkością ciemnym, krętym nurtem, aż wróciłem do groty, do której wpadały trzy odnogi rzeki.

background image

Do  wyboru  miałem  teraz  dwa  niezbadane  kanały,  a  nie  było  żadnego  sposobu,  aby  ocenić,  który  z  nich  z  większym

prawdopodobieństwem mógł zaprowadzić mnie do spiskowców.

Nigdy w życiu, jak sięgam pamięcią, nie cierpiałem podobnej udręki niezdecydowania. Tak wiele zależało od właściwego

wyboru, tak wiele -- od pośpiechu.

O ile nie była jeszcze martwa, godziny, które zdążyłem już zmarnować, mogły przypieczętować los niezrównanej Dejah

Thoris. Poświęcenie kolejnych godzin, a może i dni, na bezowocne badania kolejnej ślepej uliczki, bez wątpienia miałoby
zabójcze skutki.

Kilka razy zapuszczałem się w prawą odnogę, tylko po to żeby zawrócić, jakby jakiś oparty na intuicji zmysł ostrzegał

mnie,  że  nie  była  to  właściwa  droga.  Wreszcie  przekonany  tym  powracającym  uporczywie  przeczuciem,  postawiłem
wszystko na lewy tunel. Mimo to, nadal powątpiewając, obrzuciłem pożegnalnym spojrzeniem posępne wody wylewające
się ciemną, groźną strugą spod ponurego niskiego łuku sklepienia prawej odnogi.

A  kiedy  patrzyłem,  z  egipskich  ciemności  nadpłynęła,  podskakując  na  falach,  skorupa  jednego  z  wielkich,  soczystych

owoców drzewa sorapusa.

Z trudem powstrzymałem się przed wydaniem okrzyku uniesienia, kiedy ten cichy, nieświadomy posłaniec minął mnie w

drodze do Iss i Korus, ponieważ zdradził mi, że wędrujący podziemną rzeką Marsjanie znajdowali się w górze rzeki na tej
odnodze.

Spożywali te cudowne owoce, ukryte przez naturę w twardej skorupie orzecha sorapusa, po czym wyrzucili łupiny za

burtę. Skorupa mogła pochodzić tylko z łodzi, której szukałem.

Porzuciłem szybko wszelką myśl o lewym korytarzu i chwilę później skierowałem się w prawy. Strumień stał się wkrótce

szerszy, a występujące często plamy fosforyzujących skał oświetlały mi drogę.

Płynąłem szybko, ale byłem przekonany, że tropieni przeze mnie spiskowcy wyprzedzili mnie znacznie. Obaj z Woolą

nie  jedliśmy  nic  od  wczoraj,  choć  w  jego  przypadku  nie  miało  to  wielkiego  znaczenia,  ponieważ  praktycznie  wszystkie
zwierzęta zamieszkujące dno martwych mórz są w stanie niewiarygodnie długo przetrwać bez pożywienia.

Głód nie doskwierał mi jednak. Woda w rzece nie była zanieczyszczona przez rozkładające się zwłoki jak Iss, okazała się

słodka i zimna, zaś co do jedzenia, sama myśl o tym, że zbliżam się do mojej ukochanej księżniczki wynosiła mnie ponad
wszelkie potrzeby materialne.

W miarę jak płynąłem, rzeka stawała się węższa, a nurt szybszy i wzburzony, aż wreszcie z ogromnym trudem mogłem

w ogóle posuwać się łodzią w górę rzeki. Płynąłem najwyżej sto jardów na godzinę, kiedy za zakolem rzeki ujrzałem przed
sobą serię bystrzy, w których woda pędziła ze straszliwą szybkością, pieniąc się i kipiąc.

Poczułem, jak opuszcza mnie nadzieja. Łupina orzecha sorapusa okazała się fałszywym tropem. Jednak to moja intuicja

miała rację i powinienem był popłynąć lewym kanałem.

Gdybym był kobietą, rozpłakałbym się. Po prawej stronie miałem pogrążony w mroku, wielki, obracający się powoli pod

nawisłą ścianą urwiska wir, i żeby przed ruszeniem w drogę powrotną dać odpocząć strudzonym mięśniom pozwoliłem łodzi
dryfować w jego objęcia.

Rozczarowanie niemal rzuciło mnie na ziemię. Wracanie po własnych śladach i ruszenie w górę ostatniej niezbadanej do

tej  pory  odnogi  oznaczałoby  stratę  kolejnej  połowy  dnia.  Co  za  upiorny  pech  kazał  mi  wybrać  spośród  trzech  możliwych
ścieżek akurat te dwie, które okazały się niewłaściwe?

Unoszony powoli leniwym prądem zatoczki po krawędzi wodnego kręgu, otarłem dwa razy łodzią o skalisty brzeg rzeki

w ciemnym zagłębieniu pod urwiskiem. Po raz trzeci łódź uderzyła łagodnie, jak przedtem, tym razem jednak wydając inny
dźwięk -- odgłos drewna ocierającego się o drewno.

background image

Momentalnie  stałem  się  czujny,  ponieważ  na  tej  podziemnej  rzece  nie  mogło  być  drewna,  którego  nie  sprowadził  tu

człowiek. Niemal równocześnie z pierwszym odgłosem, sięgnąłem ręką za burtę łodzi i po chwili poczułem, że moje palce
ścisnęły burtę innej łodzi.

Siedziałem skamieniały w napiętej i sztywnej ciszy, w kompletnej ciemności wytężając wzrok, aby zobaczyć, czy druga

łódź była zajęta.

Całkiem  możliwe  było,  że  na  pokładzie  znajdowali  się  ludzie,  którzy  nie  uświadomili  sobie  jeszcze  mojej  obecności,

ponieważ łódź ocierała lekko o skały po jednej stronie, tak że z łatwością mogli nie odczuć delikatnego dotyku mojej łodzi.

Choć  wytrzeszczałem  oczy  z  całych  sił,  nie  mogłem  przebić  się  przez  mrok,  wobec  czego  zacząłem  nasłuchiwać

uważnie  odgłosu  oddechów:  jednak  poza  hukiem  bystrzy,  łagodnym  ocieraniem  się  łodzi  i  pluskiem  wody  o  burty  nic  nie
usłyszałem. Myślałem szybko, jak zwykle.

Na  dnie  mojej  łodzi  leżała  zwinięta  lina.  Podniosłem  ją  bardzo  cicho  i  uwiązawszy  jeden  koniec  do  brązowego

pierścienia na dziobie, wszedłem ostrożnie na drugą łódź, w jednej dłoni ściskając linę, a w drugiej ostry długi miecz.

Po  wejściu  na  obcą  łódź  przez  jakąś  minutę  stałem  bez  ruchu.  Pokład  zakołysał  się  lekko  pod  moim  ciężarem,  ale

wydawało się, że jeśli ktokolwiek w niej był, zaalarmowałoby go raczej już ocieranie się burty o burtę.

Nie  usłyszałem  jednak  niczego,  a  chwilę  później  zbadałem  łódź  dotykiem  od  dziobu  do  rufy  i  odkryłem,  że  została

opuszczona.

Wodząc  dłońmi  po  ścianie  skalnej,  do  której  była  zacumowana,  odkryłem  wąską  półkę,  która  musiała  być  ścieżką,  z

której skorzystali ci, którzy byli tu przede mną. Sądząc po wielkości i budowie znalezionej łodzi, byłem przekonany, że musiał
to być Thurid i jego wspólnicy.

Wołając za sobą Woolę, wspiąłem się na półkę. Wielkie dzikie zwierzę wczołgało się za mną, zwinne jak kot.
Przechodząc przez łódź, zajmowaną wcześniej przez Thurida i thernów wydał z siebie pojedynczy niski warkot, a kiedy

stanął  na  półce  obok  mnie  i  położyłem  mu  dłoń  na  karku,  poczułem  jak  krótka  grzywa  zjeżyła  się  gniewnie.  Sądzę,  że
wyczuwał telepatycznie niedawną obecność wroga, ponieważ w trakcie naszej wędrówki nie próbowałem podzielić się z nim
naturą naszej misji ani statusem tropionych przez nas ludzi.

Teraz pospiesznie naprawiłem to zaniedbanie i podobnie jak robią to ze swoimi zwierzętami zieloni Marsjanie, używając

częściowo niezwykłej i osobliwej władzy marsjańskiej telepatii a częściowo mowy, wytłumaczyłem mu, że tropiliśmy tych,
którzy zajmowali niedawno łódź, po której przed chwilą przeszliśmy.

Miękkie mruczenie, jakby wielkiego kota, oznaczało, że Woola zrozumiał. Wtedy, każąc mu iść za sobą, obróciłem się w

prawo i ruszyłem półką, zaledwie jednak to zrobiłem, poczułem jak szarpie mnie potężnymi kłami za skórzaną uprząż.

Kiedy odwróciłem się, żeby odkryć przyczynę jego zachowania, nadal ciągnął mnie uporczywie w przeciwnym kierunku i

nie chciał ustąpić, dopóki nie odwróciłem się i nie dałem do zrozumienia, że pójdę za nim dobrowolnie.

Nie  widziałem  nigdy,  aby  pomylił  się  w  tropieniu,  ruszyłem  więc  ostrożnie  z  poczuciem  pewności  śladem  wielkiego

zwierzęcia. W egipskich ciemnościach kroczył wąską półką tuż nad kipiącymi bystrzami.

Posuwaliśmy  się  dalej  drogą  prowadzącą  spod  nawisłego  urwiska,  a  gdy  pojawiło  się  niewyraźne  oświetlenie,  wtedy

zauważyłem, że ścieżkę wykuto w litej skale i że prowadziła brzegiem rzeki poza bystrza.

Szliśmy całymi godzinami wzdłuż ciemnej, ponurej rzeki coraz dalej w trzewia Marsa. Sądząc po kierunku i odległości

przeczuwałem, że znaleźliśmy się już pod Doliną Dor, a może nawet pod Morzem Omean -- Świątynia Słońca musiała być
już niedaleko.

Dokładnie  w  chwili,  kiedy  sformułowałem  tę  myśl,  Woola  zatrzymał  się  nagle  przed  wąskim  łukowatym  wejściem  w

skalnej ścianie z boku ścieżki. Kucnął zaraz z dala od wejścia, odwracając wzrok w moją stronę.

background image

Słowami  nie  mógłby  bardziej  wyraźnie  powiedzieć  mi,  że  w  pobliżu  czaiło  się  jakieś  niebezpieczeństwo,  podszedłem

więc w ciszy do jego boku i minąwszy go, zajrzałem do szczeliny po prawej stronie.

Miałem  przed  sobą  spore  pomieszczenie,  które  sądząc  po  wyposażeniu,  musiało  pełnić  kiedyś  funkcję  strażnicy.

Ujrzałem stojaki na broń i niewysokie platformy przeznaczone na jedwabne posłania i futra wojowników, ale w chwili obecnej
zajmowali je tylko dwaj thernowie z grupy towarzyszącej Thuridowi i Matai Shangowi.

Prowadzili ożywioną konwersację, a z ich tonu wynikało wyraźnie, że kompletnie nie zdawali sobie sprawy z faktu, iż byli

podsłuchiwani.

-- Mówię ci, że nie ufam temu czarnemu -- powiedział jeden. -- Wcale nie musieli zostawiać nas do pilnowania drogi.

Przed czym mielibyśmy strzec tej zapomnianej od wieków ścieżki prowadzącej ku otchłani? To był tylko podstęp, aby zmusić
nas do rozdzielenia się.

--  Sprawi,  że  pod  tym  czy  innym  pretekstem  Matai  Shang  zostawi  pozostałych,  a  w  końcu  zaatakuje  nas  ze  swoimi

sprzymierzeńcami i wszystkich pozabija.

-- Zgadza się, Lakorze -- odparł drugi. -- Między thernami a Pierworodnymi możliwa jest wyłącznie śmiertelna nienawiść.

A co powiesz o tej niedorzecznej sprawie ze światłem? "Świeć z natężeniem trzech jednostek radu przez pięćdziesiąt talów,
a potem z natężeniem jednego radu przez jeden xat, wreszcie z natężeniem dziewięciu jednostek przez dwadzieścia pięć
talów". Dokładnie tak mówił. Pomyśleć tylko, że stary mądry Matai Shang posłuchał takich bzdur.

-- Istotnie, to niedorzeczne -- odpowiedział Lakor. -- Posłuży tylko temu, aby pozbyć się szybko nas wszystkich. Musiał

coś powiedzieć, kiedy Matai Shang zapytał go prosto z mostu o to, co ma zrobić, kiedy dotrze do Świątyni Słońca, wymyślił
więc to na poczekaniu. Założę się o diadem hekkadora, że sam nie zdołałby teraz tego powtórzyć.

-- Nie sterczmy tu tak, Lakor -- powiedział drugi thern. -- Może jeśli pobiegniemy za nimi, uda nam się dogonić ich w

porę, żeby uratować Matai Shanga i zemścić się na czarnym datorze. Co powiesz?

-- W całym moim długim życiu nie złamałem ani jednego rozkazu Ojca Thernów -- odpowiedział Lakor. -- Zostanę tu,

dopóki nie zgniję, albo dopóki on nie wróci i nie każe mi pójść gdzie indziej.

Towarzysz Lakora potrząsnął głową.
-- Jesteś moim przełożonym i mogę robić tylko to, na co mi pozwolisz -- powiedział. -- Mimo to uważam, że pozostając

tu postępujemy głupio.

Również ja uznałem, że zostawszy tu, postąpili głupio, ponieważ zachowanie Wooli wskazywało, że trop prowadził przez

pomieszczenie, którego pilnowali thernowie. Nie miałem szczególnych powodów do sympatii dla tej rasy demonów, mimo to
ominąłbym ich jednak, gdyby okazało się to możliwe, nie napastując ich.

Tak czy owak, warto było spróbować, ponieważ walka mogła oznaczać poważne opóźnienie a nawet położyć kres moim

poszukiwaniom: lepsi niż ja ginęli już w starciu z wojownikami o mniejszych umiejętnościach niż te, które posiadali zawzięci
wojownicy thernów.

Dając  Wooli  znak,  żeby  trzymał  się  przy  nodze,  wszedłem  nagle  do  pomieszczenia.  Na  mój  widok  obaj  thernowie

wyciągnęli z uprzęży lśniące długie miecze, ja jednak uniosłem dłoń, powstrzymując ich.

-- Szukam Thurida, czarnoskórego datora -- powiedziałem. -- To z nim mam sprawę, nie z wami. Pozwólcie mi przejść

w pokoju, ponieważ, o się nie mylę, jest tak samo waszym wrogiem jak moim i nie macie powodu, żeby go chronić.

Opuścili miecze i odezwał się Lakor.
-- Nie wiem, kim jesteś, z białą skórą therna i czarnymi włosami czerwonoskórych, ale gdyby w grę wchodziło tylko życie

Thurida, to jeśli o nas chodzi, przepuścilibyśmy cię z chęcią.

-- Powiedz, kim jesteś, i co sprowadza cię do tej nieznanej krainy pod Doliną Dor, a wtedy może znajdziemy sposób aby

background image

pozwolić ci ruszyć w drogę, którą sami byśmy obrali, gdyby pozwalały nam na to rozkazy.

Byłem zaskoczony, że żaden z nich mnie nie rozpoznał, ponieważ wydawało mi się, że wszyscy thernowie na Barsoom

znali  mnie  wystarczająco  dobrze  czy  to  z  osobistego  doświadczenia,  czy  dzięki  mojej  reputacji,  aby  rozpoznać  mnie
natychmiast w każdym rejonie planety. W gruncie rzeczy, poza moim synem Carthorisem, byłem przecież jedynym białym
człowiekiem na Marsie, który miał czarne włosy i szare oczy.

Ujawnienie  mojej  tożsamości  mogło  stać  się  przyczyną  nagłej  napaści,  ponieważ  wszyscy  thernowie  na  Barsoom

wiedzieli,  że  to  mnie  zawdzięczali  upadek  swojej  odwiecznej  duchowej  władzy.  Z  drugiej  strony,  moja  sława  wojownika
mogła wystarczyć, aby ta dwójka pozwoliła mi przejść, jeśli nie starczało im odwagi, aby stanąć do walki na śmierć i życie.

Szczerze mówiąc, nie próbowałem łudzić się podobną sofistyką, ponieważ wiedziałem dobrze, że tę wojowniczą planetę

zamieszkuje  niewielu  tchórzy,  zaś  każdy  mężczyzna  --  książę,  kapłan  czy  wieśniak  --  uważa  walkę  na  śmierć  i  życie  za
powód do chwały. Ścisnąłem więc mocniej miecz, odpowiadając Lakorowi.

--  Wierzę,  że  dostrzeżecie  mądrość  w  uczynku  przepuszczenia  mnie  bez  walki  --  powiedziałem.  --  Przecież  nic  nie

zyskalibyście, ginąc na darmo w skalnych trzewiach Barsoom, w obronie waszego odwiecznego wroga, jakim jest Thurid,
dator  Pierworodnych.  O  tym,  że  jeśli  wybierzecie  walkę,  czeka  was  śmierć,  świadczą  gnijące  zwłoki  wszystkich  wielkich
wojowników z Barsoom, którzy polegli od tego ostrza. Jestem John Carter, książę Helium.

Zdawało się, że brzmienie tego imienia sparaliżowało obu mężczyzn. Trwało to jednak tylko chwilę, po czym młodszy z

nich natarł na mnie z obnażonym mieczem i podłym przekleństwem na ustach.

Ponieważ podczas naszych negocjacji stał nieco za swoim starszym towarzyszem, Lakorem, zanim zdążył zewrzeć się

ze mną, ten chwycił go za uprząż i pociągnął do tyłu.

-- Stój! -- rozkazał Lakor. -- Na walkę będzie mnóstwo czasu, o ile uznamy to za wskazane. Istnieją słuszne powody, dla

których  każdy  thern  na  Barsoom  chciałby  przelać  krew  tego  świętokradcy  i  bluźniercy,  ale  niech  naszej  uzasadnionej
nienawiści towarzyszy mądrość. Książę Helium idzie w celu, który sami przed chwilą pragnęliśmy móc spełnić.

--  Wobec  tego  niech  idzie  zabić  czarnego.  Kiedy  wróci,  będziemy  tu  jeszcze,  aby  odciąć  mu  drogę  do  świata

zewnętrznego. Tym samym, pozbędziemy się dwóch wrogów, nie wzbudzając niezadowolenia Ojca Thernów.

Kiedy mówił, zauważyłem w jego oczach chytry błysk, a choć dostrzegałem wyraźnie logikę jego rozumowania, może

podświadomie  wyczuwałem,  że  jego  słowa  skrywały  jakieś  złe  zamiary.  Drugi  thern  odwrócił  się  do  niego,  wyraźnie
zaskoczony, ale kiedy Lakor szepnął mu kilka krótkich słów na ucho, on również cofnął się i skinął głową, zgadzając się z
propozycją przełożonego.

-- Idź, Johnie Carter -- powiedział Lakor. -- Musisz jednak wiedzieć, że jeśli nie pokona cię Thurid, to na twój powrót

czekają ci, którzy dopilnują, abyś już nigdy nie ujrzał światła słońca. Idź!

W trakcie naszej rozmowy Woola warczał przy mojej nodze, jeżąc się złowieszczo. Od czasu do czasu spoglądał mi w

twarz, popiskując błagalnie, jakby prosił, abym kazał mu rzucić się do odsłoniętych gardeł thernów. On również wyczuwał
podłe zamiary za gładkimi słówkami.

Ze strażnicy wychodziło kilka tuneli. Lakor wskazał nam ten na samym końcu, po prawej stronie.
-- Tędy dojdziesz do Thurida -- powiedział.
Kiedy jednak miałem przywołać Woolę, żeby wszedł tam ze mną, zwierzę zaskomlało i cofnęło się, po czym pobiegło

szybko do pierwszego wyjścia po lewej, gdzie stanęło, wydając z siebie urywane szczekanie, jakby ponaglając mnie, żebym
poszedł za nim właściwą drogą.

Posłałem Lakorowi pytające spojrzenie.
-- To zwierzę rzadko sie myli -- oznajmiłem. -- A choć nie wątpię, thernie, że orientujesz się lepiej, wydaje mi się, że

background image

dobrze zrobię słuchając głosu instynktu wspartego miłością i oddaniem.

Mówiąc to, uśmiechnąłem się ponuro, dając znać bez słów, że mu nie ufam.
-- Jak chcesz -- odpowiedział, wzruszając ramionami. -- Na jedno wyjdzie.
Odwróciłem się i ruszyłem za Woolą korytarzem po lewej stronie, a choć byłem odwrócony plecami do moich wrogów,

nasłuchiwałem  czujnie.  Nie  usłyszałem  jednak  żadnych  odgłosów  pościgu.  Korytarz  oświetlały  słabo  rozmieszczone  w
pewnych odstępach lampy radowe, powszechnie stosowane jako oświetlenie na Barsoom.

Te  same  lampy  mogły  służyć  w  tych  podziemnych  tunelach  nieprzerwanie  od  wieków,  ponieważ  nie  wymagają

konserwacji, a ich konstrukcja pozwala na zużycie zaledwie ułamka ich substancji podczas całych lat wytwarzania światła.

Nie dotarliśmy daleko, kiedy zaczęliśmy mijać wyloty innych korytarzy, ale Woola nie zawahał się ani razu. Wkrótce z

wylotu jednego z tuneli po prawej stronie dotarł do mnie dźwięk, bardziej zrozumiały dla Johna Cartera, wojownika, niż słowa
języka ojczystego: szczęk metalu i ekwipunku, dochodzący z niewielkiej odległości.

Woola również go usłyszał i okręcił się błyskawicznie, stając przodem do zagrożenia ze zjeżoną grzywą, unosząc wargi

w  warkocie  i  obnażając  wszystkie  rzędy  lśniących  kłów.  Uciszyłem  go  gestem,  po  czym  wycofaliśmy  się  razem  w  inny,
położony kilka kroków dalej korytarz.

Tu czekaliśmy. Nie trwało to długo, gdyż wkrótce ujrzeliśmy cienie obu mężczyzn na podłodze głównego korytarza przed

wejściem  do  naszej  kryjówki.  Poruszali  się  bardzo  ostrożnie  --  nie  powtórzył  się  już  ten  przypadkowy  szczęk,  który  mnie
zaalarmował.

Wkrótce dotarli do wylotu naszego schronienia i nie poczułem żadnego zaskoczenia, widząc Lakora i jego towarzysza ze

strażnicy.

Szli bardzo cicho, a w ich dłoniach połyskiwały ostre, długie miecze. Przystanęli dość blisko wejścia do naszej kryjówki,

rozmawiając szeptem.

-- Może ich już wyprzedziliśmy? -- zapytał Lakor.
--  Możliwe,  albo  to  zwierzę  poprowadziło  go  fałszywym  tropem  --  stwierdził  drugi.  --  Ponieważ  do  tego  punktu  trasa,

którą szliśmy jest o wiele krótsza dla tego, kto ją zna. Gdyby John Carter ją wybrał, jak mu sugerowałeś, okazałaby się dla
niego skrótem do śmierci.

--  Owszem  --  zgodził  się  Lakor.  --  Żadne  umiejętności  nie  ocaliłyby  go  przed  zapadnią  w  posadzce.  Musiałby  na  nią

nadepnąć, i jeśli jama pod nią ma dno, czemu przeczy Thurid, leciałby właśnie na jego spotkanie. Zaraza na tego calota,
który wskazał mu bezpieczniejszą drogę!

-- Czekają go jednak inne pułapki -- powiedział towarzysz Lakora. -- A może nie uda mu się uciec przed nimi tak łatwo, o

ile wymknie się naszym mieczom. Pomyśl tylko, jakie może mieć szanse, jeśli wejdzie niepodziewanie do komnaty...

Wiele  bym  dał,  żeby  usłyszeć  resztę  tej  rozmowy  i  poznać  czekające  mnie  z  przodu  niebezpieczeństwa,  ale  w  tej

właśnie chwili, kiedy najbardziej wolałbym tego uniknąć, interweniował los i... kichnąłem.

background image

Świątynia Słońca

Nie  zostało  mi  już  nic  poza  walką,  a  wyskakując  z  mieczem  w  dłoni  przed  obu  thernów  nie  miałem  żadnej  przewagi,
ponieważ moje niefortunne kichnięcie ostrzegło ich o mojej obecności i pozwoliło przygotować się do starcia.

Nie marnowaliśmy oddechu na słowa. Sama obecność tej dwójki świadczyła o ich zdradzieckich zamiarach. Aż nazbyt

wyraźnie widać było, że szli za mną, aby zaatakować mnie znienacka, oni zaś rzecz jasna domyślili się, że przejrzałem ich
plan.

Natarłem  równocześnie  na  obu,  a  choć  żywię  odrazę  do  samej  nazwy  thernów,  muszę  oddać  im  sprawiedliwość  i

przyznać,  że  była  to  rasa  wspaniałych  szermierzy.  Ta  dwójka  nie  była  wyjątkiem,  chyba  że  posiadali  jeszcze  większe
umiejętności i byli jeszcze bardziej nieustraszeni niż przeciętni przedstawiciele ich nacji.

W istocie, dopóki nasze starcie trwało, była to najbardziej radosna walka, jaką przeżyłem. Co najmniej dwa razy ocaliłem

się przed śmiertelnym pchnięciem w pierś tylko dzięki cudownej zręczności, jaką obdarzyły mnie moje ziemskie mięśnie w
warunkach mniejszego ciążenia i ciśnienia powietrza na Marsie.

Mimo  to,  tego  dnia  w  ponurym  tunelu  pod  południowym  biegunem  Marsa  otarłem  się  o  śmierć,  ponieważ  Lakor

wykorzystał sztuczkę, której nie widziałem w całym swoim żołnierskim życiu na dwóch planetach.

Walczyłem właśnie z drugim thernem, spychając go do tyłu: udało mi się drasnąć go tu i ówdzie czubkiem miecza, aż

krwawił z tuzina skaleczeń, choć nie byłem w stanie przebić się przez jego wspaniałą gardę, żeby trafić go w czułe miejsce
co wystarczyłoby, abym posłał go na spotkanie z przodkami.

Lakor odpiął wtedy szybko jeden z pasów uprzęży i kiedy cofnąłem się, parując zajadłe pchnięcie, uderzył końcem pasa

przy mojej lewej kostce, owijając ją na chwilę, po czym szarpnął mocno za drugi koniec, powalając mnie na plecy.

Rzucili się na mnie jak pantery, ale w swoich rachubach nie uwzględnili Wooli. Zanim któryś z nich zdążył dotknąć mnie

ostrzem, nad moim bezwładnym ciałem przeskoczyło z rykiem wcielenie tysiąca demonów. Mój wierny calot rzucił się na
thernów.

Wyobraźcie sobie jeśli potraficie, ogromnego niedźwiedzia grizzly o dziesięciu nogach, uzbrojonego w potężne pazury i

olbrzymią, żabią paszczę rozciągniętą od ucha do ucha, uzbrojoną w trzy rzędy długich, białych kłów. Następnie zaopatrzcie
ten wytwór waszej wyobraźni w zręczność i zajadłość wygłodzonego tygrysa bengalskiego oraz siłę stada byków, a będziecie
mieli pewne pojęcie o Wooli w działaniu.

Zanim zdołałem go przywołać, jednym ciosem potężnej łapy zmiażdżył Lakora, zmieniając go w galaretę, i dosłownie

rozszarpał  drugiego  therna  na  kawałki.  Jednak  kiedy  odezwałem  się  do  niego,  skulił  się  potulnie,  jakby  zrobił  coś,  co
zasługiwało na karę i potępienie.

Przez wszystkie długie lata, jakie minęły od mojego pierwszego dnia na Marsie, kiedy zielony jed Tharku powierzył mu

straż  nade  mną,  nie  miałem  nigdy  serca  karać  Wooli,  czym  zdobyłem  sobie  jego  miłość  i  oddanie  po  jego  poprzednich
okrutnych  i  pozbawionych  serca  panach.  Wierzę  jednak,  że  poddałby  się  każdej  okrutnej  karze,  jaką  postanowiłbym  mu
wymierzyć -- tak wielkie było jego oddanie.

Diadem  na  złotej  obręczy  na  skroniach  Lakora  zdradzał  w  nim  Świętego  Therna,  podczas  gdy  jego  towarzysz,

pozbawiony  podobnych  ozdób,  był  niższym  thernem,  choć  jego  uprząż  wskazywała,  że  dotarł  już  do  Dziewiątego  Kręgu,
położonego tylko o jedną rangę poniżej Świętych Thernów.

Kiedy stałem przez chwilę, przyglądając się upiornym ranom zadanym przez Woolę, powróciło do mnie wspomnienie

innej  okazji,  kiedy  to  przebrałem  się  w  perukę,  diadem  i  uprząż  Sator  Throga,  Świętego  Therna  zabitego  przez  Thuvię  z

background image

Ptarthu. Przyszło mi do głowy, że teraz mógłbym użyć w tym samym celu stroju Lakora.

Chwilę później zdarłem mu z łysej czaszki żółtą perukę, przenosząc ją wraz z diademem i uprzężą na własną osobę.
Ta metamorfoza nie przypadła Wooli do gustu. Obwąchiwał mnie i powarkiwał złowrogo, ale kiedy odezwałem się do

niego i poklepałem po wielkiej głowie, pogodził się w końcu z tą przemianą i na mój rozkaz pobiegł truchtem w tę stronę
korytarza, w którą szliśmy, kiedy thernowie przerwali naszą wędrówkę.

Ostrzeżeni  przez  podsłuchany  przez  mnie  fragment  rozmowy,  szliśmy  teraz  ostrożnie.  Szedłem  równo  z  Woolą,

wypatrując wspólnie mogącego ukazać się nagle zagrożenia, i dobrze się stało, że zostaliśmy uprzedzeni.

U dołu wąskich schodów korytarz zawracał ostro, skręcając zaraz znowu w pierwotnym kierunku, tak że tworzył w tym

miejscu  idealną  literę  S,  której  górny  koniec  łączył  się  nagle  z  wielką,  słabo  oświetloną  salą,  której  podłogę  pokrywały  w
całości jadowite węże i odrażające gady.

Próba pokonania tej komnaty równałaby się proszeniu o błyskawiczną śmierć, i przez chwilę poczułem niemal całkowite

zniechęcenie. Potem pomyślałem, że skoro musieli przejść tędy przede mną Thurid i Matai Shang z wojownikami, na pewno
istniał jakiś sposób.

Gdyby nie szczęśliwy przypadek, któremu zawdzięczałem podsłuchanie tego niewielkiego fragmentu rozmowy thernów,

weszlibyśmy  co  najmniej  na  krok  lub  dwa  w  tę  skłębioną,  zabójczą  masę,  a  jeden  krok  wystarczyłby  całkowicie,  aby
przypieczętować nasz los.

Były to jedyne gady, jakie widziałem na Barsoom, ale z podobieństwa do skamieniałych szczątków wymarłych podobno

gatunków, które widziałem w muzeach Helium, wiedziałem, że znajdowało się tu wiele rodzajów prehistorycznych gadów. A
nawet inne, jeszcze nieodkryte.

Nigdy  wcześniej  nie  widziałem  bardziej  odrażającego  kłębowiska  potworów.  Próba  opisania  ich  Ziemianom  musi  być

daremna, ponieważ jedyne, co łączy je z jakimkolwiek znanym wam stworzeniem z przeszłości czy teraźniejszości naszej
planety, jest ich budowa. Nawet ich jad jest tak niesłychanie zabójczy, że w porównaniu z nimi kobra wydaje się nieszkodliwa
jak dżdżownica.

Kiedy mnie zauważyły, te najbliżej wejścia, w którym stałem, ruszyły razem w moją stronę, ale zatrzymał je szereg lamp

radowych osadzonych nad progiem Sali: najwyraźniej nie odważały się zapuścić poza linię światła.

Miałem pewność, że nie odważą się wyjść poza komnatę, w której je odkryłem, choć nie domyślałem się tego przyczyny.

Sam fakt, że w korytarzu, którym właśnie przyszliśmy, nie znaleźliśmy żadnych gadów, świadczył wystarczająco mocno, że
nie zapuszczały się tam.

Odciągnąłem  Woolę  od  niebezpieczeństwa,  po  czym  zacząłem  przyglądać  się  uważnie  tej  części  Sali  Gadów,  którą

widziałem z miejsca, gdzie stałem. Kiedy mój wzrok przyzwyczaił się do słabego oświetlenia, zacząłem rozróżniać stopniowo
kształt niskiej galerii po drugiej stronie sali, za którą widać było kilka wyjść.

Podszedłszy do progu na tyle blisko, na ile pozwalała mi odwaga, prześledziłem wzrokiem bieg galerii, stwierdzając, że

prawdopodobnie  okrążała  całą  salę.  Zerknąłem  wreszcie  w  górę,  ponad  górną  krawędź  drzwi,  przy  których  staliśmy,  i  ku
swojej radości o niecałą stopę nad głową ujrzałem koniec galerii. Wskoczyłem na nią zaraz i zawołałem do siebie Woolę.

Gadów tu nie było: droga była czysta aż do przeciwległego końca odrażającej sali, a chwilę później zeskakiwałem wraz z

Woolą do bezpiecznego korytarza po drugiej stronie.

Niecałe  dziesięć  minut  później  dotarliśmy  do  rozległej  okrągłej  sali  z  białego  marmuru,  której  ściany  wysadzane  były

złotymi hieroglifami niezwykłego pisma Pierworodnych.

Od wysokiego sklepienia potężnej groty do podłogi sięgała wielka okrągła kolumna, a przyjrzawszy się jej stwierdziłem,

że obracała się powoli.

background image

Dotarłem do fundamentów Świątyni Słońca!
Gdzieś nade mną była uwięziona Dejah Thoris, a z nią Phaidor, córka Matai Shanga i Thuvia z Ptarthu. Ale zagadka, jak

mógłbym dotrzeć do ich potężnego więzienia, pozostawała nierozwikłana.

Okrążałem powoli wielką kolumnę, szukając wejścia. Obszedłszy ją częściowo, znalazłem maleńką latarkę radową, a

przyglądając  się  jej  z  umiarkowanym  zaciekawieniem,  skąd  wzięła  się  w  tym  niemal  niedostępnym  i  nieznanym  miejscu,
znalazłem nagle na obudowie wysadzany klejnotami herb rodu Thurida.

Znalazłem się na właściwym tropie, pomyślałem, wkładając tę błyskotkę do zawieszonej na uprzęży sakwy, po czym

kontynuowałem poszukiwania wejścia, które musiało leżeć w pobliżu. Nie musiałem szukać długo, ponieważ niemal zaraz
potem,  natknąłem  się  na  drzwiczki,  osadzone  tak  sprytnie  w  podstawie  kolumny,  że  mniej  spostrzegawczy  czy  uważny
obserwator mógłby je przeoczyć.

Znalazłem drzwi, którymi mogłem wejść do więzienia, ale w jaki sposób miałem je otworzyć? Nie widziałem żadnych

przycisków ani zamka. Raz za razem badałem starannie każdy cal kwadratowy powierzchni, ale znalazłem jedynie maleńki
otwór  nieco  powyżej  i  na  prawo  od  środka  drzwi;  otwór,  który  wydawał  się  tylko  skutkiem  niedoskonałości  materiału  lub
uszkodzenia wyrobu.

Starałem się zajrzeć w tę mikroskopijną szczelinę, ale nie widziałem, czy miała tylko ułamek cala głębokości, czy też

przechodziła  na  wylot  przez  drzwi  --  w  każdym  razie  nie  widziałem  za  nią  żadnego  światła.  Przyłożyłem  do  niej  ucho  i
nasłuchiwałem, ale moje wysiłki znowu okazały się bezowocne.

Podczas tych eksperymentów Woola stał przy mnie, wpatrując się czujnie w drzwi, a kiedy spojrzałem na niego, przyszło

mi do głowy, żeby sprawdzić prawdziwość mojej hipotezy, że to tym wejściem czarnoskóry dator, Thurid, i Ojciec Thernów,
Matai Shang, dostali się do środka świątyni.

Odwróciwszy  się  nagle,  przywołałem  go  do  siebie.  Wahał  się  przez  chwilę,  po  czym  skoczył  do  mnie,  popiskując  i

szarpiąc mnie za uprząż, żebym zawrócił. Zanim ustąpiłem, oddaliłem się na pewną odległość od drzwi, żeby przekonać się
dokładnie, co zrobi, po czym pozwoliłem mu prowadzić się, gdzie chciał.

Zawlókł mnie prosto z powrotem przed zagadkowe drzwi, siadając ponownie pyskiem do niemego kamienia i wpatrując

się w lśniącą powierzchnię. Przez godzinę starałem się rozwikłać tajemnicę kombinacji, która miała otworzyć mi drogę.

Przypomniałem  sobie  uważnie  wszystkie  chwile  pogoni  za  Thuridem,  dochodząc  do  pierwotnego  wniosku,  że  Thurid

dotarł  tu,  mając  do  dyspozycji  wyłącznie  własną  wiedzę,  po  czym  bez  pomocy  z  wewnątrz  przeszedł  przez  drzwi,  które
blokowały mi teraz drogę. Ale jak tego dokonał?

Przypomniałem sobie wydarzenia w Sali Tajemnic w Złotych Urwiskach, kiedy wyzwoliłem z niewoli thernów Thuvię z

Ptarthu, ona zaś zabrała z pęku kluczy martwego dozorcy wąskie, igłowate narzędzie, którym otworzyła ponownie drzwi do
Sali Tajemnic, w której Tars Tarkas walczył o życie z wielkimi banthami. Drogi do zamka tamtych drzwi bronił równie maleńki
otwór, jak ten, który teraz nie chciał przede mną ustąpić.

Wysypałem  pospiesznie  zawartość  sakwy  na  ziemię.  Może  udałoby  mi  się  znaleźć  wąski  kawałek  stali,  z  którego

udałoby się sporządzić klucz otwierający drzwi do świątyni-więzienia?

Przeglądając  uważnie  kolekcję  wszelkich  śmieci,  które  zawsze  można  znaleźć  w  sakwie  każdego  marsjańskiego

wojownika, trafiłem dłonią na opatrzoną herbem latarkę radową czarnoskórego datora.

Miałem  już  odłożyć  ją  na  bok  jako  bezwartościową  w  moim  położeniu,  kiedy  mój  wzrok  padł  przypadkiem  na  kilka

osobliwych liter wydrapanych niedawno niewprawną ręką w miękkim złocie obudowy.

Zdawkowa  ciekawość  kazała  mi  je  odcyfrować,  choć  to,  co  przeczytałem,  nie  miało  dla  mnie  żadnego  wyraźnego

znaczenia. Na obudowie, jeden pod drugim, widniały trzy grupy znaków:

background image

3 |---| 50 T
1 |---| 1 X
9 |---| 25 T

Przez krótką chwilę pobudziły moją ciekawość, po czym odłożyłem latarkę do sakwy, ale nie zdążyłem oderwać od niej

palców, kiedy do głowy powróciło mi pędem wspomnienie rozmowy między Lakorem i jego towarzyszem, w której niższy
thern cytował drwiąco słowa: "A co powiesz o tej niedorzecznej sprawie ze światłem? "Świeć z natężeniem trzech jednostek
radu przez pięćdziesiąt talów" -- to był przecież pierwszy szereg znaków na metalowej obudowie latarki: 3---50 T; "potem z
natężeniem jednego radu przez jeden xat" -- to był drugi szereg, i wreszcie trzeci: "z natężeniem dziewięciu jednostek przez
dwadzieścia pięć talów".

Wzór był kompletny, ale co mógł oznaczać?
Wydało mi się, że wiem, i chwyciwszy ze śmietniska z mojej sakwy silne szkło powiększające zacząłem badać uważnie

marmur  w  najbliższej  okolicy  otworu  w  drzwiach.  Niemal  zawołałem  na  głos  w  uniesieniu,  kiedy  odkryłem  prawie
niewidzialną warstwę cząstek karbonizowanych elektronów emitowanych przez marsjańskie latarki.

Najwyraźniej  od  wieków  przykładano  lampy  do  tego  otworu,  a  przyczyna  mogła  być  tylko  jedna:  mechanizm  zamka

uruchamiały promienie świetlne, zaś ja, John Carter, książę Helium, trzymałem w dłoni właściwą kombinację, wyrytą dłonią
mojego wroga na obudowie jego własnej latarki.

Na  nadgarstku  nosiłem  osadzony  w  cylindrycznej  złotej  bransolecie  marsjański  chronometr;  delikatny  przyrząd

wskazujący  tale,  xaty  i  zody  czasu  Barsoom,  odmierzający  je  pod  silną  kryształową  obudową,  niezwykle  podobny  do
ziemskiego drogomierza.

Pilnując uważnie czasu, przyłożyłem latarkę do otworu w drzwiach, regulując natężenie światła za pomocą obsługiwanej

kciukiem dźwigni z boku obudowy.

Przez pięćdziesiąt talów świeciłem w otwór z natężeniem trzech jednostek światła, potem z natężeniem jednej jednostki

przez jeden xat, i wreszcie przez dwadzieścia pięć talów z natężeniem dziewięciu jednostek. Te ostatnie dwadzieścia pięć
talów było najdłuższymi chwilami mojego życia. Czy po upływie tego niekończącego się czasu zamek miał zaskoczyć?

Dwadzieścia trzy! Dwadzieścia cztery! Dwadzieścia pięć!
Zgasiłem światło dotknięciem kciuka. Czekałem przez siedem talów, nie dostrzegając żadnego widocznego działania na

mechanizm zamka. Czy to możliwe, że moja teoria okazała się całkowicie błędna?

Zaraz! Czy to napięcie wywoływało już halucynacje czy też drzwi naprawdę się poruszyły? Nie, nie miałem omamów!

Kamienna płyta wsuwała się powoli i bezgłośnie w ścianę.

Odsuwała  się  coraz  dalej,  na  dziesięć  stóp,  odsłaniając  po  prawej  stronie  wąskie  wejście  do  ciemnego,  wąskiego

korytarza  biegnącego  przy  zewnętrznej  ścianie  kolumny.  Zaledwie  ujrzeliśmy  z  Woolą  wejście,  wskoczyliśmy  do  niego,  a
drzwi wsunęły się cicho z powrotem na miejsce.

W pewnej odległości zauważyłem słabe refleksy światła w korytarzu i ruszyliśmy w jego stronę. W miejscu, z którego

padało światło, trafiliśmy na ostry zakręt, a nieco dalej na oświetloną jasno, okrągłą salę.

W jej środku odkryliśmy prowadzące w górę spiralne schody.
Wiedziałem od razu, że dotarliśmy do centrum fundamentu Świątyni Słońca: spiralne schody prowadziły w górę, mijając

od wewnątrz ściany cel. Gdzieś w górze była Dejah Thoris, chyba że Thurid i Matai Shang zdołali już ją porwać.

Zaledwie ruszyliśmy w górę, Woola zaczął zdradzać nagle dzikie podniecenie. Skakał do przodu i do tyłu, łapiąc mnie za

nogi i za uprząż, aż pomyślałem, że oszalał, a kiedy w końcu odepchnąłem go od siebie i ponownie ruszyłem w górę, chwycił
w szczęki mój miecz i zaczął ciągnąć mnie do tyłu.

background image

Nie mogłem zmusić go, aby mnie puścił, żadnym łajaniem i kuksańcami; byłem całkowicie zdany na jego zwierzęcą siłę,

chyba  że  postanowiłbym  uderzyć  go  lewą  dłonią  sztyletem.  Jednak  bez  względu  na  to,  czy  Woola  oszalał  czy  nie,  nie
miałbym sumienia przebić tego wiernego ciała ostrzem.

Pociągnął mnie na dół, do okrągłej sali i dalej, do ściany przeciwległej do tej, przez którą weszliśmy. Znajdowało się tu

kolejne wejście, które prowadziło do korytarza biegnącego prosto w dół stromą pochylnią. Bez chwili wahania Woola powlókł
mnie tym tunelem wykutym w skałach.

Wkrótce zatrzymał się i puścił mnie, ustawiając się między mną a tunelem, którym tu przyszliśmy i patrząc mi w twarz,

jakby pytał, czy pójdę teraz z nim po dobroci czy też nadal będzie musiał uciekać się do użycia siły.

Spojrzawszy markotnie na ślady wielkich zębów na swoim nagim ramieniu, postanowiłem zrobić to, czego zdawał się

ode mnie chcieć. Ostatecznie, jego niezwykły instynkt mógł być bardziej godny zaufania niż moja mylna ludzka ocena.

Dobrze się stało, że zmusił mnie, abym za nim poszedł. Nie oddaliliśmy się bardzo od okrągłej sali, kiedy wyszliśmy

nagle do rozświetlonego labiryntu korytarzy z kryształowego szkła.

Ściany krętych tuneli były tak czyste i przezroczyste, że na początku uznałem, iż trafiliśmy do jednej, ogromnej sali, ale

kiedy kilkukrotnie omal nie rozbiłem głowy, próbując przejść przez lite kwarcowe ściany, zacząłem poruszać się z większą
ostrożnością.

Pokonaliśmy  może  kilka  jardów  korytarza,  którym  weszliśmy  do  tego  niezwykłego  labiryntu,  kiedy  Woola  zaryczał

przeraźliwie, rzucając się równocześnie na przezroczystą ścianę po lewej stronie.

Echo jego przerażającego ryku odbijało się jeszcze w podziemnej sali, kiedy zauważyłem jego przyczynę.
Daleko przed nami, niewyraźnie za dzielącymi nas wieloma taflami szkła, jakby spowitych mgiełką, która nadawała im

nierealny, widmowy wygląd, ujrzałem sylwetki ośmiorga ludzi -- trzech kobiet i pięciu mężczyzn.

Zatrzymali  się  właśnie,  najwyraźniej  zaskoczeni  dzikim  rykiem  Wooli  i  rozglądali  wokół.  Wtem  jedna  z  kobieta

wyciągnęła ręce w moją stronę, a nawet z tej odległości zauważyłem, że poruszyła wargami: to była moja Dejah Thoris,
wiecznie piękna i młoda księżniczka Helium.

Obok niej stali Thuvia z Ptarthu, Phaidor, córka Matai Shanga, Thurid, Ojciec Thernów, oraz trzech niższych thernów,

którzy im towarzyszyli.

Thurid potrzasnął pięściami w moją stronę, po czym dwaj thernowie chwycili brutalnie Dejah Thoris i Thuvię za ręce i

popędzili je w dalszą drogę. Chwilę później zniknęli w kamiennym korytarzu za szklanym labiryntem.

Mówią, że miłość jest ślepa, ale miłość tak wielka, jak ta, która pozwoliła Dejah Thoris poznać mnie nawet w przebraniu

therna za rozmazanym obrazem kryształowego labiryntu, musi tak naprawdę być daleka od ślepoty.

background image

Ukryta wieża

Nie zamierzam rozwodzić się tu nad monotonnymi wydarzeniami tych pełnych mozołu dni, które spędziliśmy z Woolą na
wyjście  ze  szklanego  labiryntu  i  wędrówce  położonymi  za  nim  ciemnymi,  krętymi  ścieżkami  pod  Doliną  Dor  i  Złotymi
Urwiskami,  aby  wyłonić  się  wreszcie  na  zboczach  Gór  Otz  nad  Doliną  Zgubionych  Dusz:  żałosnym  czyśćcem
zamieszkanym  przez  nieszczęśników,  którym  zabrakło  odwagi,  aby  kontynuować  przerwaną  pielgrzymkę  do  Dor  lub
powrócić do krain świata zewnętrznego, z których tu przybyli.

Ślad porywaczy Dejah Thoris prowadził u podnóża gór, stromymi, skalistymi parowami, nad straszliwymi przepaściami,

a czasami doliną, w której stoczyliśmy liczne walki z członkami rozmaitych plemion zaludniających tę dolinę rozpaczy.

Pokonaliśmy  jednak  w  końcu  wszystkie  te  przeszkody,  aż  dotarliśmy  do  miejsca,  w  którym  droga  prowadziła  w  górę

wąskiego przesmyku, który z każdym krokiem stawał się coraz bardziej stromy i trudny do pokonania, aż ujrzeliśmy przed
sobą potężną twierdzę skrytą w cieniu wznoszącego się nad nią urwiska.

Oto była tajna kryjówka Matai Shanga, Ojca Thernów. To stąd, w otoczeniu garstki wiernych, hekkador dawnej wiary,

którego słuchały niegdyś miliony wasali i sług, udzielał wsparcia duchowego tym nielicznym narodom Barsoom, które trwały
uporczywie przy swojej fałszywej, zdyskredytowanej religii.

Zapadał  mrok,  kiedy  ujrzeliśmy  przed  sobą  na  pozór  niezdobyte  mury  tej  górskiej  twierdzy  i,  żeby  uniknąć  wykrycia,

cofnąłem  się  z  Woolą  za  wystający  granitowy  cypel,  w  kępę  wytrzymałych  purpurowych  krzaków  porastających  jałowe
zbocza Otz.

Leżeliśmy w ich cieniu, aż marsjański dzień przeszedł szybko w noc. Wtedy wyczołgaliśmy się z ukrycia, żeby podejść

do murów fortecy w poszukiwaniu sposobu wejścia.

Czy  to  przez  beztroskę,  czy  nadmiar  ufności  strażników  w  domniemaną  niedostępność  ich  kryjówki,  potrójna  brama

twierdzy była uchylona. Za nią siedziała garstka strażników, śmiejących się i rozmawiających nad jedną z niezrozumiałych
gier z Barsoom.

Zauważyłem, że żaden z nich nie należał do grupy, która towarzyszyła Thuridowi i Matai Shangowi; zdawszy się więc w

pełni na moje przebranie, podszedłem śmiało do bramy i strażników.

Thernowie przerwali grę i spojrzeli na mnie, ale nie zdradzali oznak podejrzliwości. Spojrzeli również na warczącego u

mojej nogi Woolę.

-- Kaor! -- pozdrowiłem ich po marsjańsku, na co podnieśli się i oddali pozdrowienie. -- Przychodzę ze Złotych Urwisk --

ciągnąłem. -- I chciałbym widzieć się z hekkadorem, Ojcem Thernów, Matai Shangiem. Gdzie mogę go znaleźć?

-- Chodź za mną -- powiedział jeden ze strażników, i odwróciwszy się, poprowadził mnie przez zewnętrzny dziedziniec w

stronę drugiego, wzmocnionego przyporami muru.

Nie wiem, dlaczego pozorna łatwość, z jaką udało mi się ich oszukać, nie wzbudziła moich podejrzeń, chyba że w moich

myślach  pełnych  wciąż  przelotnego  widoku  ukochanej  księżniczki  nie  było  miejsca  na  nic  poza  nim.  Jakkolwiek  by  było,
prawda jest taka, że poszedłem za swoim przewodnikiem sprężystym krokiem prosto w paszczę śmierci.

Dowiedziałem się później, że na wiele godzin zanim dotarłem do ukrytej twierdzy, szpiedzy thernów wiedzieli o tym, że

się zbliżam.

Specjalnie zostawili uchyloną bramę, abym dał się wciągnąć do środka. Strażników pouczono o ich roli w spisku, a ja

niczym jakiś uczniak, a nie doświadczony wojownik, wbiegłem prosto w pułapkę.

Po drugiej stronie dziedzińca, w zakątku muru utworzonym przez jedną z przypór, znajdowały się kolejne, węższe drzwi.

background image

Mój przewodnik wyjął klucz i otworzył je, po czym cofnął się i zaprosił mnie gestem do środka.

--  Znajdziesz  Matai  Shanga  za  nimi,  na  dziedzińcu  świątyni  --  powiedział,  a  kiedy  przeszliśmy  z  Woolą  przez  drzwi,

zamknął je szybko za nami.

Nieprzyjemny śmiech, który dotarł do mnie przez ciężkie deski drzwi, kiedy zaskoczył zamek, był pierwszą wskazówką,

że nie wszystko było takie, jak powinno.

Znalazłem  się  w  niewielkim,  kolistym  pomieszczeniu  wewnątrz  przypory.  Przed  sobą  miałem  drzwi,  prowadzące

przypuszczalnie na dziedziniec wewnętrzny. Wahałem się przez chwilę, czując rozbudzone nagle poniewczasie podejrzenia,
po czym wzruszywszy ramionami, otworzyłem drzwi i wyszedłem w blask oświetlających wewnętrzny dziedziniec pochodni.

Zaraz  przede  mną  strzelała  w  górę  wysoka  na  trzysta  stóp  masywna  wieża.  Stanowiła  przykład  pełnego  osobliwego

piękna  współczesnego  stylu  Barsoom,  o  powierzchni  pokrytej  w  całości  reliefami  o  zawiłych  i  fantazyjnych  wzorach.
Trzydzieści stóp nad dziedzińcem wisiał szeroki balkon, na którym rzeczywiście stał Matai Shang, a z nim Thurid, Phaidor,
Thuvia i Dejah Thoris, te dwie ostatnie skute ciężkimi kajdanami. Za tą niewielką grupą stała garstka wojowników thernów.

Kiedy wszedłem na dziedziniec, wzrok stojących na balkonie spoczął na mnie.
Okrutne wargi Matai Shanga wykrzywił brzydki uśmiech. Thurid rzucił w moją stronę szyderstwo i położył niedbale dłoń

na  ramieniu  mojej  księżniczki.  Odwróciła  się  w  jego  stronę  jak  tygrysica,  wymierzając  tej  bestii  potężny  cios  kajdanami
skuwającymi jej ręce.

Oddałby jej, gdyby nie powstrzymał go Matai Shang. Zauważyłem wtedy, że nie okazywali sobie zbyt wielkiej przyjaźni:

kiedy  thern  objaśniał  Pierworodnemu,  że  księżniczka  Helium  była  osobistą  własnością  Ojca  Thernów  jego  postawa  była
władcza i arogancka. Zaś zachowanie Thurida w stosunku do wiekowego hekkadora nie było nacechowane szacunkiem czy
sympatią.

Kiedy sprzeczka na balkonie ucichła, Matai Shang odwrócił się znowu w moją stronę.
-- Posłuchaj, Ziemianinie! -- zawołał. -- Zasłużyłeś na o wiele bardziej podłą śmierć niż pozwala nam ci zadać nasza

osłabiona władza. Ale śmierć, która czeka cię dziś wieczór będzie po dwakroć bardziej gorzka, ponieważ musisz wiedzieć,
że kiedy zginiesz, wdowa po tobie stanie się na rok żoną Matai Shanga, hekkadora Świętych Thernów.

--  Jak  wiesz,  po  tym  czasie  zgodnie  z  naszymi  prawami  zostanie  oddalona,  ale  nie  do  cichego,  zaszczytnego  życia

wysokiej  kapłanki  jakiegoś  świętego  przybytku,  jak  to  się  zwykle  dzieje.  Zamiast  tego  księżniczka  Helium,  Dejah  Thoris,
zostanie zabawką moich oficerów, może nawet twojego znienawidzonego wroga Thurida, czarnoskórego datora.

Umilkł,  czekając  w  ciszy  na  wybuch  szału  z  mojej  strony,  coś,  co  osłodziłoby  mu  zemstę.  Nie  dałem  mu  jednak  tej

upragnionej satysfakcji.

Zrobiłem za to jedyną rzecz, która mogła wzbudzić jego gniew i spotęgować nienawiść do mnie; wiedziałem bowiem, że

gdybym zginął Dejah Thoris również znalazłaby sposób, aby umrzeć, zanim zdążyliby zasypać ją kolejnymi upokorzeniami i
cierpieniami.

Ze wszystkich świętości otoczonych przez thernów czcią i szacunkiem, żadna nie cieszy się większym respektem niż

żółte peruki okrywające ich łyse czaszki, a zaraz za nimi złote diamenty i klejnoty, których roziskrzony blask zdradza tych,
którzy dotarli do Dziesiątego Kręgu.

Wiedząc  o  tym,  zdjąłem  z  głowy  diadem  i  perukę,  ciskając  je  niedbale  na  kamienne  płyty  dziedzińca.  Następnie

wytarłem stopy o żółte sploty peruki, a usłyszawszy z balkonu gniewny jęk, splunąłem na święty diadem.

Matai Shang pobladł z gniewu, ale na wargach Thurida zauważyłem grymas ponurego rozbawienia, ponieważ dla niego

rzeczy te nie były święte. Dlatego, aby moje czyny nie dostarczały mu łatwej rozrywki, zawołałem:

--  Dokładnie  to  samo  zrobiłem  ze  świętościami  Issus,  Bogini  Życia  Wiecznego,  zanim  rzuciłem  ją  samą  tłumom  jej

background image

dawnych wyznawców, by rozszarpali ją w jej własnej świątyni.

To starło uśmiech z twarzy Thurida, który stał wysoko w łaskach Issus.
-- Połóżmy kres tym bluźnierstwom! -- zawołał, odwracając się do Ojca Thernów.
Matai  Shang  podniósł  się  i  przechyliwszy  się  przez  krawędź  balkonu,  wydał  z  siebie  to  niezwykłe  wołanie,  które

słyszałem już z warg kapłanów pełniących straż na balkonie w ścianie Złotych Urwisk nad Doliną Dor, którzy w dawnych
czasach  wzywali  straszliwe  białe  małpy  i  odrażających  ludzi-rośliny  na  ucztę  z  ofiar  dryfujących  rozległymi  wodami
tajemniczej  Iss  w  stronę  zamieszkanych  przez  siliany  wód  Zaginionego  Morza  Korus.  --  Wypuścić  śmierć!  --  zawołał,  po
czym w podstawie wieży otworzył się błyskawicznie tuzin drzwi, z których wybiegły na arenę groźne i straszliwe banthy.

Nie był to pierwszy raz, kiedy miałem walczyć z dzikimi lwami Marsa, ale nigdy wcześniej nie walczyłem samotnie z

całym  ich  tuzinem.  Nawet  przy  pomocy  nieustraszonego  Wooli,  tak  nierówna  walka  mogła  skończyć  się  tylko  w  jeden
sposób.

Bestie cofnęły się na chwilę przed jasnym światłem pochodni, ale kiedy ich wzrok przyzwyczaił się do blasku, ruszyły w

naszą stronę z nastroszonymi grzywami, porykując głęboko i bijąc o płowe boki potężnymi ogonami.

Wykorzystałem  tę  krótką  chwilę  życia,  jaka  mi  pozostała,  aby  rzucić  ostatnie  pożegnalne  spojrzenie  na  moją  Dejah

Thoris. Jej piękna twarz stężała w wyrazie grozy, a kiedy napotkałem wzrokiem jej oczy, wyciągnęła w moją stronę ręce,
walcząc z trzymającymi ją strażnikami, aby rzucić się z balkonu w dół, by połączyć się ze mną w śmierci. Wreszcie, kiedy
banthy zacisnęły wokół mnie krąg, odwróciła się i ukryła twarz w ramionach.

Nagle moją uwagę przyciągnęła Thuvia z Ptarthu. Piękna dziewczyna przechyliła się daleko przez krawędź balkonu, z

płonącymi z podniecenia oczami.

Banthy miały rzucić się na mnie lada chwila, ale nie mogłem oderwać wzroku od twarzy czerwonoskórej dziewczyny,

ponieważ wiedziałem, że jej mina nie wyrażała bynajmniej radości z mającej rozegrać się w dole ponurej tragedii; kryło się za
nią jakieś głębsze znaczenie, które próbowałem przeniknąć.

Przez chwilę rozważałem zaufanie moim ziemskim mięśniom i zwinności, aby uciec przed banthami na balkon, co z

łatwością mógłbym zrobić. Nie potrafiłem jednak zmusić się, by porzucić wiernego Woolę na samotną śmierć w bezlitosnych
kłach wygłodzonych banthów. Nie takie są zwyczaje Barsoom, i nie takie są zwyczaje Johna Cartera.

Wreszcie powód tajemniczego uniesienia Thuvii wyjaśnił się, kiedy z jej warg popłynął ten sam mruczący odgłos, który

słyszałem  już  kiedyś  w  Złotych  Urwiskach,  gdy  przywołała  do  siebie  dzikie  banthy,  prowadząc  je  jak  pasterka  stadko
potulnych i niegroźnych owiec.

Na  pierwszy  dźwięk  tego  kojącego  głosu,  wszystkie  banthy  zatrzymały  się  jak  wryte,  unosząc  groźne  głowy  w

poszukiwaniu źródła znajomego nawoływania. Wreszcie zauważyły dziewczynę na balkonie w górze i odwróciwszy się w jej
stronę, zaryczały w pozdrowieniu.

Strażnicy  rzucili  się  w  stronę  Thuvii,  aby  odciągnąć  ją  od  krawędzi  balkonu,  ale  zanim  do  tego  doszło,  rzuciła  serię

poleceń w stronę słuchających bestii, które odwróciły się jednocześnie i pomaszerowały z powrotem do swoich zagród.

-- Teraz nie musisz się ich obawiać, Johnie Carter! -- zawołała Thuvia, zanim zdołali ją uciszyć. -- Banthy nie skrzywdzą

już ciebie ani Wooli.

Właśnie  to  potrzebowałem  teraz  usłyszeć.  Nic  nie  mogło  mnie  już  powstrzymać  przed  wskoczeniem  na  balkon,  i

wziąwszy rozbieg wybiłem się długim skokiem w górę, chwytając dłońmi jego niższą krawędź.

W jednej chwili zapanował dziki chaos. Matai Shang cofnął się; Thurid skoczył do przodu z obnażonym mieczem, aby

mnie zabić.

Dejah Thoris znowu zarzuciła ciężkim łańcuchem, ciągnąc go do tyłu. Wtedy Matai Shang chwycił ją w talii i powlókł za

background image

sobą przez drzwi prowadzące do wieży.

Thurid  wahał  się  przez  chwilę,  po  czym  jakby  ogarnięty  lękiem,  że  Ojciec  Thernów  wymknie  mu  się  z  księżniczką

Helium, on również wybiegł z balkonu ich śladem.

Jedynie  Phaidor  zachowała  przytomność  umysłu.  Dwóm  strażnikom  poleciła  zabrać  z  balkonu  Thuvię  z  Ptarthu,

pozostałym kazała zostać i uniemożliwić mi pójście za nimi. Wreszcie odwróciła się w moją stronę.

-- Johnie Carter! -- zawołała. -- Po raz ostatni ofiarowuję ci miłość Phaidor, córki Świątobliwego Hekkadora. Przyjmij ją,

a zwrócę twoją księżniczkę na dwór jej dziadka, a ty sam będziesz żył w szczęściu i pokoju. Odmów, a Dejah Thoris spotka
wszystko, czym groził jej mój ojciec. Nie zdołasz jej już uratować, ponieważ zdążyli dotrzeć w miejsce, gdzie nawet ty nie
trafisz za nimi. Odmów, a nic cię nie ocali, ponieważ choć ułatwiono ci dotarcie do ostatniej twierdzy Świętych Thernów,
wyjście z niej okaże się niemożliwe. Co powiesz?

--  Znałaś  moją  odpowiedź,  Phaidor,  jeszcze  zanim  otworzyłaś  usta  --  odpowiedziałem.  --  Z  drogi!  --  zawołałem  do

strażników. -- Przejście dla Johna Cartera, księcia Helium!

Z tymi słowami przeskoczyłem otaczającą balkon niską poręcz i stanąłem z obnażonym mieczem przed moimi wrogami.
Było ich trzech; Phaidor musiała domyślać się jednak, jaki będzie wynik tej walki, ponieważ przekonawszy się, że nie

przystanę na żadną część jej propozycji, odwróciła się i uciekła z balkonu.

Trzej strażnicy nie czekali, aż ich zaatakuję. Ruszyli na mnie równocześnie całą trójką, i to właśnie dało mi nad nimi

przewagę, ponieważ na ciasnym balkonie wchodzili sobie wzajemnie w drogę, tak że idący z przodu w pierwszym zwarciu
potknął się i nadział prosto na moje ostrze.

Czerwona plama na mieczu rozbudziła we mnie do końca dawną, żołnierską żądzę krwi, która zawsze była we mnie

silna,  wobec  czego  moje  ostrze  przecinało  powietrze  z  zabójczą  prędkością  i  precyzją,  które  wpędziły  obu  pozostałych
thernów w szaloną desperację.

Kiedy wreszcie przebiłem stalą serce kolejnego therna, trzeci rzucił się do ucieczki, a domyślając się, że pobiegnie tą

samą drogą, którą obrali ci, których szukałem, pozwoliłem mu oddalić się na tyle daleko, żeby uznał, że udało mu się uciec
przed moim ostrzem.

Przebiegł kilka komnat we wnętrzu wieży, aż dotarł do spiralnych schodów. Pomknął nimi do góry, zaś ja następowałem

mu  na  pięty.  Na  górze  wpadliśmy  do  niewielkiej  sali  o  gołych  ścianach  oprócz  jednej,  w  której  tkwiło  pojedyncze  okno
wychodzące na zbocza Gór Otz i położoną za nimi Dolinę Zgubionych Dusz.

Strażnik  zaczął  obmacywać  gorączkowo  to,  co  wyglądało  na  fragment  gołej  ściany  naprzeciw  okna.  Domyśliłem  się

błyskawicznie,  że  szukał  ukrytego  wyjścia  z  komnaty,  czekałem  więc,  aż  zdoła  je  otworzyć,  nie  miałem  bowiem  zamiaru
pozbawiać  życia  tego  nieszczęsnego  sługi:  pragnąłem  tylko  wolnej  drogi  do  pościgu  za  Dejah  Thoris,  moją  utraconą
księżniczką.

Ale choć thern starał się, jak tylko potrafił, panel nie ustąpił przed sprytem ani siłą. Strażnik poddał się w końcu i odwrócił

się, żeby stanąć do walki ze mną.

-- Odejdź swoją drogą, thernie -- powiedziałem, wskazując wejścia na klatkę schodową, którą tu przyszliśmy. -- Nie mam

nic do ciebie i nie zależy mi na twoim życiu. Odejdź!

W odpowiedzi natarł na mnie z mieczem, i to tak gwałtownie, że omal nie uległem pod pierwszym atakiem. Pozostało mi

tylko dać mu to, czego szukał, i to jak najszybciej, aby nie zdołał zatrzymać mnie zbyt długo w tej komnacie, podczas gdy
Matai Shang i Thurid uciekali z Dejah Thoris i Thuvią z Ptarthu.

Strażnik okazał się zręcznym szermierzem: przebiegłym i skrajnie podstępnym. W gruncie rzeczy wyglądało na to, że

nie zdawał sobie sprawy z istnienia czegoś takiego jak kodeks honorowy, ponieważ co i rusz łamał dziesiątki marsjańskich

background image

reguł walki, za które człowiek honoru wolałby zginąć niż je zignorować.

Posunął się nawet do tego, by zerwać z głowy swoją świętą perukę i cisnąć mi nią w twarz, żeby oślepić mnie choć na

chwilę, kiedy wyprowadzał pchnięcie w moją nieosłoniętą pierś.

Ale kiedy wyrzucił ostrze do przodu, nie znalazł mnie, ponieważ walczyłem już z thernami i -- choć żaden z nich nie użył

dokładnie  tego  samego  fortelu  --  wiedziałem,  że  są  to  najmniej  honorowi  i  najbardziej  podstępni  wojownicy  na  całym
Barsoom, więc walcząc z członkami ich rasy zachowywałem zawsze czujność na nowe, piekielne podstępy.

W końcu jednak przesadził, wyciągając z pochwy krótki miecz i rzucając nim we mnie jak oszczepem, gdy równocześnie

natarł na mnie długim mieczem. Odbiłem lecące ostrze zamaszystym zamachem miecza i rzuciłem je ze szczękiem na mur
po drugiej stronie pomieszczenia, po czym ustąpiłem w bok przed gwałtownym natarciem mojego przeciwnika, wbijając mu
miecz prosto w brzuch.

Broń wbiła się w jego ciało aż po rękojeść i z przeraźliwym krzykiem padł martwy na podłogę.
Zatrzymując się tylko na moment potrzebny do wyciągnięcia miecza z zabitego przeciwnika, rzuciłem się przez komnatę

do pustej ściany po drugiej stronie, przez którą starał się wcześniej przejść. Próbowałem znaleźć ukryty w niej zamek, jednak
bezowocnie.

W rozpaczy starałem się pchnąć mur, ale zimny nieustępliwy kamień równie dobrze mógłby drwić z moich żałosnych,

daremnych wysiłków. Mógłbym nawet przysiąc, że istotnie zza nieustępliwej ściany dobiegł mnie ślad szyderczego śmiechu.

Zdjęty odrazą, zaniechałem tych bezowocnych wysiłków i podszedłem do jedynego okna w komnacie.
Nic nie przyciągało mojego zainteresowania w zboczach Gór Otz i odległej Dolinie Zgubionych Dusz; moją wyostrzoną

uwagę przykuła za to wznosząca się nade mną rzeźbiona ściana wieży.

Dejah Thoris była gdzieś w tej potężnej budowli. Dostrzegałem okna w górze: możliwe, że to właśnie tędy prowadziła

jedyna droga, którą mogłem do niej jeszcze dotrzeć. Ryzyko było wprawdzie spore, ale nic nie wydawało się zbyt groźne,
kiedy szło o los najwspanialszej kobiety na świecie.

Zerknąłem w dół. Sto stóp poniżej ujrzałem poszarpane granitowe głazy na krawędzi przerażającej przepaści, nad którą

sterczała wieża; gdyby moje stopy pośliznęły się choć raz lub gdyby szukające punktu zaczepienia palce straciły na ułamek
sekundy oparcie, czekała mnie pewna śmierć -- jeśli nie na głazach, to na dnie przepaści.

Nie było jednak innej drogi, i wzruszając ramionami, choć muszę przyznać, że gest ten był na poły wzdrygnięciem się,

wyszedłem na zewnętrzny parapet okna i zacząłem niebezpieczną wspinaczkę.

Ku swemu przerażeniu odkryłem, że w przeciwieństwie do ozdób na większości budowli Helium, krawędzie tych rzeźb

były na ogół zaokrąglone, więc każdy mój punkt oparcia był w najlepszym wypadku bardzo niepewny.

Pięćdziesiąt stóp wyżej, w murze wieży zaczynała się seria wystających, cylindrycznych kamieni o średnicy kilku cali,

które otaczały całą wieżę grupami rozmieszczonymi w odległości sześciu stóp jedna od drugiej. Ponieważ każdy kamienny
cylinder wystawał na jakieś cztery czy pięć cali poza powierzchnię innych ozdób, zapewniłyby mi stosunkowo łatwą drogę
wspinaczki, gdyby tylko udało mi się do nich dotrzeć.

Z trudem wspinałem się do nich przez leżące pod nimi okna, z nadzieją, że uda mi się wejść jednym z nich do środka

wieży, gdzie mógłbym znaleźć łatwiejszą trasę kontynuacji swoich poszukiwań.

Chwilami  mój  uchwyt  na  zaokrąglonych  krawędziach  rzeźb  był  tak  niepewny,  że  wystarczyłoby  kichnięcie,  kaszel  czy

nawet lekki powiew wiatru, abym odpadł i pomknął w otchłań poniżej.

W  końcu  jednak  dotarłem  do  miejsca,  w  którym  mogłem  zacisnąć  za  chwilę  palce  na  parapecie  położonego  najniżej

okna i miałem już westchnąć z ulgą, kiedy przez otwarte okno dotarły do mnie z góry głosy.

--  Nigdy  nie  uda  mu  się  rozwiązać  tajemnicy  tego  zamka  --  mówił  Matai  Shang.  --  Chodźmy  do  hangaru  na  górze  i

background image

lećmy daleko na północ, zanim znajdzie inną drogę, o ile to w ogóle możliwe.

--  Dla  tego  nędznego  calota  nie  ma  chyba  rzeczy  niemożliwych  --  odpowiedział  drugi  głos,  w  którym  rozpoznałem

Thurida.

-- W takim razie pospieszmy się -- stwierdził Matai Shang. -- Ale żeby mieć pewność, zostawię dwóch strażników przed

tym wejściem. Polecą później za nami drugą łodzią i dogonią nas w Kaol.

Nie  sięgnąłem  parapetu  wyciągniętymi  w  górę  palcami.  Na  pierwszy  dźwięk  głosów  cofnąłem  dłoń  i  trzymałem  się

mocno w tej niebezpiecznej pozycji, rozpłaszczony na prostopadłej ścianie, ledwie mając odwagę oddychać.

Cóż za koszmarna pozycja, w której mógłby zastać mnie Thurid! Wystarczyłoby mu wychylić się z okna, żeby strącił

mnie czubkiem miecza na spotkanie wieczności.

Wkrótce  głosy  straciły  na  sile  i  wznowiłem  swoją  niebezpieczną  wspinaczkę,  tym  bardziej  teraz  utrudnioną,  że

wspinałem się okrężną drogą, aby unikać okien.

Wzmianka Matai Shanga o hangarze i łodziach latających wskazywała, że mój cel znajdował się na samym szczycie

wieży, zwróciłem się więc w stronę tego odległego jeszcze miejsca.

Wreszcie  skończyła  się  najtrudniejsza  i  najbardziej  niebezpieczna  część  drogi,  i  z  ulgą  poczułem,  jak  moje  palce

zaciskają się na najniższym z kamiennych cylindrów.

Co prawda występy były położone dość daleko od siebie, aby reszta wspinaczki była podobna do beztroskiego spaceru,

ale przynajmniej miałem w zasięgu ręki punkt oparcia, którego w razie wypadku mogłem się uchwycić.

Około dziesięciu stóp pod szczytem wieży, mur nachylał się mniej więcej na stopę do środka, co niezmiernie ułatwiło

dalszą wspinaczkę, wkrótce więc zacisnąłem palce na krawędzi dachu.

Kiedy podciągnąłem się do poziomu wzroku na szczyt wieży, ujrzałem gotową do startu łódź latającą.
Na jej pokładzie byli Matai Shang, Phaidor, Dejah Thoris, Thuvia z Ptarthu, oraz kilku wojowników thernów. W pobliżu

stał Thurid, gramoląc się niezgrabnie na pokład.

Stał niecałe dziesięć kroków ode mnie, zwrócony w przeciwną stronę; i nie domyślam się nawet, jaki okrutny kaprys losu

kazał mu odwrócić się dokładnie w tej chwili, kiedy podniosłem oczy nad krawędź dachu.

Obrócił  się  jednak,  a  napotkawszy  mnie  wzrokiem,  rozciągnął  twarz  w  złowrogim  uśmiechu  i  skoczył  w  moją  stronę.

Tymczasem ja próbowałem wdrapać się prędko przez krawędź dachu, aby zyskać grunt pod nogami.

W  tej  samej  chwili  musiała  zauważyć  mnie  Dejah  Thoris,  ponieważ  krzyknęła  w  moją  stronę  daremne  ostrzeżenie

dokładnie w momencie, kiedy stopa Thurida, uniesiona w potężnym kopniaku, trafiła mnie prosto w twarz.

Zachwiałem się jak ogłuszony wół, i spadłem do tyłu przez krawędź wieży.

background image

Droga do Kaol

Jeśli nawet istnieje los, który bywa dla mnie okrutny, istnieje również z pewnością czuwająca nade mną dobra i miłosierna
Opatrzność.

Staczając się z wieży w straszliwą otchłań w dole, miałem się już za martwego. Najwyraźniej Thurid myślał podobnie,

ponieważ  nie  zadał  sobie  nawet  kłopotu,  żeby  spojrzeć  w  ślad  za  mną,  tylko  odwrócił  się  i  wsiadł  zaraz  do  czekającego
statku.

Spadałem tylko dziesięć stóp, po czym pętla mojej wytrzymałej skórzanej uprzęży zaczepiła o jeden z cylindrycznych

występów  w  murze  wieży,  i  zatrzymała  mnie.  Nawet  przestawszy  spadać,  nie  mogłem  uwierzyć  w  cud,  który  ocalił  mnie
przed natychmiastową śmiercią i wisiałem tam chwilę, zlany zimnym potem.

Odzyskawszy jednak w końcu pewną pozycję, czekałem ze wspinaczką, ponieważ nie byłem pewny, czy w górze nie

czekał na mnie nadal Thurid.

Usłyszałem jednak zaraz warkot wirnika latającej łodzi, a ponieważ odgłos tracił z każdą chwilą na sile, uświadomiłem

sobie, że moi nieprzyjaciele odlatywali na północny wschód nie upewniwszy się co do mego losu.

Wróciłem  ostrożnie  na  dach  i  muszę  przyznać,  że  podnosząc  po  raz  kolejny  oczy  nad  jego  krawędź,  nie  miałem

bynajmniej  przyjemnych  przeczuć,  ale  ku  mojej  uldze  nie  zauważyłem  na  dachu  nikogo  i  chwilę  później  stanąłem
bezpiecznie na szerokim lądowisku.

Wystarczyła chwila, abym dotarł do hangaru i wyciągnął znajdujący się w nim drugi statek latający, a kiedy z wnętrza

wieży  wyłonili  się  na  dach  dwaj  wojownicy  thernów  zostawieni  przez  Matai  Shanga,  aby  zapobiec  mojemu  pościgowi,
wzbiłem się w powietrze z szyderczym śmiechem.

Zanurkowałem zaraz na wewnętrzny dziedziniec, gdzie widziałem po raz ostatni Woolę i z uczuciem niezmiernej ulgi

zastałem tam jeszcze to wierne zwierzę.

Tuzin  ogromnych  banthów  leżał  przed  wejściami  do  zagród,  mierząc  go  wzrokiem  i  powarkując  złowieszczo,  nie

odważyły się jednak sprzeciwić rozkazom Thuvii, a ja czułem wdzięczność za los, który mianował ją ich opiekunką w Złotych
Urwiskach, i obdarzył łagodną, współczującą naturą, którą zdobyła sobie wierność i oddanie tych groźnych zwierząt.

Zauważywszy  mnie,  Woola  zaczął  podskakiwać  w  szalonej  radości,  a  kiedy  łódź  dotknęła  na  chwilę  płyt  dziedzińca,

wskoczył na pokład obok mnie i w niedźwiedzim napadzie żywiołowej radości nieomal spowodował, że rozbiłbym statek o
skalne mury dziedzińca.

Pośród  gniewnych  nawoływań  strażników  wzbiliśmy  się  wysoko  nad  ostatnią  twierdzę  Świętych  Thernów,  po  czym

pomknęliśmy prosto na północny wschód w stronę Kaol, o którym usłyszałem z ust Matai Shanga.

Późnym popołudniem dostrzegłem daleko z przodu inny statek, widoczny jako maleńki pyłek. Mogła to być tylko łódź

wioząca moich nieprzyjaciół i utraconą miłość.

Do  wieczora  zmniejszyłem  poważnie  dystans  między  nami,  po  czym  --  wiedząc,  że  z  pewnością  mnie  dostrzegli  i

zamierzali  lecieć  dalej  w  mroku  bez  świateł  --  nastawiłem  na  nich  mój  lokalizator  celu  podróży,  ów  niezwykły  marsjański
mechanizm, który raz nastawiony na cel, wskazuję drogę do niego bez względu na zmiany jego położenia.

Ścigaliśmy  się  całą  noc  nad  pustkowiem  Barsoom,  przelatując  nad  niskimi  wzgórzami  i  dnem  martwych  mórz,  nad

opuszczonymi  od  dawna  miastami  i  rozległymi  skupiskami  czerwonych  ludzi  wśród  podobnych  do  wstążek  linii  ziemi
uprawnej wokół oplatających całą planetę dróg wodnych, które nazywają na Ziemi marsjańskimi kanałami.

O świcie ujrzałem, że doganiałem szybko lecącą z przodu łódź. Była większa i nie tak szybka jak moja, choć mimo to od

background image

początku lotu pokonała olbrzymią odległość.

Odmienna roślinność w dole zdradzała, że zbliżaliśmy się szybko do równika. Ścigani byli już na tyle blisko, że mógłbym

ostrzelać ich z działa na dziobie, ale choć wiedziałem, że Dejah Thoris z pewnością nie było na pokładzie, obawiałem się
strzelać do wiozącego ją statku.

Thurid nie miał podobnych zahamowań i choć z pewnością trudno było mu uwierzyć, że to naprawdę ja leciałem za nimi,

nie  mógł  przecież  wątpić  w  świadectwo  własnych  oczu.  Własnoręcznie  naprowadził  więc  na  mnie  ich  działo  rufowe  i  w
chwilę później niebezpiecznie blisko nad pokładem mojej łodzi przemknął pocisk radowy.

Następny strzał okazał się bardziej dokładny, trafiając mój statek prosto w dziób i wybuchając w chwili uderzenia, tym

samym rozrywając dziobowe zbiorniki wyporowe i unieruchamiając silnik.

Po tym strzale dziób naszej łodzi opadł tak szybko, że z ledwością zdążyłem przywiązać Woolę do pokładu i przypiąć

swoją uprząż do koła osadzonego w burcie, kiedy statek zawisł rufą do góry i zaczął ostatnie długie zejście ku ziemi.

Rufowe zbiorniki wyporowe nie pozwalały mu opaść zbyt prędko, ale Thurid nadal strzelał szybko, próbując rozerwać je i

posłać mnie na spotkanie śmierci.

Powietrze wokół nas rozdzierał pocisk za pociskiem, ale jakimś cudem żaden z nich nie trafił Wooli ani mnie, ani nie

przebił zbiorników na rufie. Ta dobra passa nie mogła trwać wiecznie, więc pewny, że Thurid nie zostawi mnie znów przy
życiu,  odczekałem  na  nadciągnięcie  kolejnego  trafnego  pocisku.  Wtedy,  wyrzuciwszy  ręce  nad  głowę,  puściłem  uprząż  i
opadłem nieruchomo, wisząc bezwładnie w uprzęży jak trup.

Podstęp  zadziałał  i  Thurid  przerwał  ostrzał.  Usłyszałem  wkrótce  słabnący  dźwięk  wirników  i  zrozumiałem,  że  znowu

byłem bezpieczny.

Uszkodzony statek opadł powoli na ziemię, a wyplątawszy się z Woolą z wraku, ujrzałem, że znaleźliśmy się na brzegu

naturalnego  lasu  --  widoku  tak  rzadkiego  na  powierzchni  umierającego  Marsa,  że  nigdy  wcześniej  nie  znalazłem  niczego
podobnego na całej planecie, poza puszczą w Dolinie Dor nad Zaginionym Morzem Korus.

Z książek i relacji podróżników wiedziałem co nieco na temat mało znanego kraju Kaol, położonego na równiku niemal w

połowie planety na wschód od Helium.

Kraj  ten  obejmuje  skrajnie  upalną  tropikalną  kotlinę,  zamieszkaną  przez  rodzaj  czerwonych  ludzi  nie  różniących  się

zbytnio pod względem manier, wyglądu i zwyczajów od reszty przedstawicieli ich rasy z Barsoom.

Wiedziałem,  że  należeli  do  tych  mieszkańców  świata  zewnętrznego,  którzy  trwali  uporczywie  przy  zdyskredytowanej

religii Świętych Thernów, i że Matai Shang mógł liczyć wśród nich na chętne powitanie i bezpieczną kryjówkę, podczas gdy
Johna Cartera w najlepszym wypadku czekała haniebna śmierć z ich rąk.

Ponieważ tego kraju nie łączą z ziemiami innych ludów jakiekolwiek drogi wodne, izolacja Kaol jest niemal całkowita, zaś

mieszkańcy kraju nie potrzebują rzek, ponieważ zajmująca całą krainę bagnista kotlina sama nawadnia ich obfite tropikalne
uprawy.

Ciągnące się daleko we wszystkie strony poszarpane wzgórza i jałowe przestrzenie dna martwych mórz zniechęcają do

utrzymywania z nimi kontaktów, a ponieważ na wojowniczym Barsoom, gdzie każdy naród jest samowystarczalny, handel
praktycznie nie istnieje, niewiele było wiadomo na temat dworu jeddaka Kaolu oraz niezwykłego, choć interesującego ludu,
którym rządzi.

Przypadkowym grupom myśliwych zdarzało się trafiać do tego położonego na uboczu zakątka globu, ale zazwyczaj ich

wyprawy  kończyły  się  katastrofą  wskutek  wrogości  tubylców,  wobec  czego  nawet  łowy  na  niezwykłe,  dzikie  stworzenia
zamieszkujące  ostępy  dżungli  Kaol  okazywały  się  ostatnimi  laty  niewystarczającą  pokusą  nawet  dla  najbardziej
nieustraszonych wojowników.

background image

Wiedziałem, że znalazłem się właśnie na granicy tego kraju, nie miałem jednak pojęcia, w jakim kierunku miałem szukać

Dejah Thoris, ani jak daleko musiałem przedzierać się przez wielką puszczę.

Ale wiedział to Woola.
Zaledwie  wyplątałem  go  z  wraku,  kiedy  już  uniósł  wysoko  łeb  i  zaczął  krążyć  na  skraju  lasu.  Przystanął  zaraz  i

odwróciwszy  się,  aby  sprawdzić,  czy  idę  za  nim,  wszedł  prosto  w  labirynt  drzew,  w  kierunku,  w  którym  lecieliśmy  zanim
strzał Thurida zniszczył nasz statek.

Poszedłem za nim, jak szybko mogłem nadążyć, ześlizgując się po stromej pochyłości zaczynającej się na skraju lasu.
Wysoko w górze strzelały w niebo korony potężnych drzew, szerokimi liśćmi zasłaniając choćby najmniejszy skrawek

nieba. Nietrudno było zrozumieć, dlaczego mieszkańcy Kaol nie potrzebowali floty: ich miasta, ukryte w środku tej strzelistej
puszczy, musiały być z góry całkiem niewidoczne i tylko najmniejsze jednostki latające mogły w nich lądować, a i to ryzykując
katastrofą.

Nie potrafiłem wyobrazić sobie nawet, jak zamierzali wylądować Thurid i Matai Shang, choć później dowiedziałem się,

że w każdym mieście Kaol równo z czubkami drzew wznosi się smukła strażnica, dniem i nocą strzegąca mieszkańców tej
krainy przed skrytym atakiem wrogiej floty. Hekkador Świętych Thernów bez trudu przycumował do jednej z nich, i dzięki niej
cała grupa zeszła bezpiecznie w dół.

Kiedy zaczęliśmy zbliżać się z Woolą do dolnego końca stoku, ziemia stała się miękka i grząska, więc poruszaliśmy się

do przodu z największą trudnością.

Otaczały nas rozsypane rzadko kępy smukłych, purpurowych traw zwieńczonych czerwonymi i żółtymi liśćmi podobnymi

do liści paproci, które sięgały o kilka stóp nad moją głowę.

Między  drzewami  zwisały  niezliczone  kształtne  wstęgi  pnączy,  wśród  nich  kilka  odmian  marsjańskiej  "człekorośliny",

której kwiaty posiadają oczy i kończyny służące do wypatrywania i chwytania owadów stanowiących jej dietę.

Rosło tu też licznie odrażające drzewo calot. To mięsożerna roślina wielkości mniej więcej sporego krzewu bylicy, jakie

porastają  nasze  zachodnie  równiny.  Każda  gałąź  zakończona  jest  mocnymi  szczękami,  które  według  pogłosek  potrafią
chwytać i pożerać nawet groźne, wielkie drapieżniki.

Woola i ja kilka razy z ledwością wymknęliśmy się tym żarłocznym, roślinnym potworom.
Rzadkie  fragmenty  stałego  gruntu  pozwalały  nam  odpocząć  po  trudzie  żmudnego  przedzierania  się  przez  to  piękne,

spowite  półmrokiem  bagno.  W  końcu,  kiedy  mój  chronometr  ostrzegł  mnie,  że  zaraz  zapadnie  noc,  postanowiłem  rozbić
obóz na jednym z nich.

Wokół nas rosło obficie wiele odmian owoców, a ponieważ marsjańskie caloty są wszystkożerne, kiedy schyliłem dla

niego  gałąź,  Woola  bez  trudu  najadł  się  do  syta.  Posiliwszy  się  również,  oparłem  się  plecami  o  grzbiet  wiernego
marsjańskiego psa i zapadłem w głęboki, pozbawiony marzeń sen.

Las  spowijał  nieprzenikniony  mrok,  kiedy  obudziło  mnie  ciche  warczenie  Wooli.  Zewsząd  dokoła  dochodziły  mnie

odgłosy  ostrożnego  stąpania  wielkich  miękkich  łap,  a  od  czasu  do  czasu  dostrzegałem  złowrogi  błysk  zielonych  oczu.
Podniosłem się, wyciągając długi miecz, i czekałem.

Wtem niemal przy moim boku rozległ się głęboki, straszny ryk wydobywający się z paszczy jakiejś dzikiej istoty. Cóż za

głupcem byłem, nie szukając dla nas bezpieczniejszego schronienia w gałęziach otaczających nas niezliczonych drzew!

W świetle dnia stosunkowo łatwo zdołałbym znaleźć sposób, by tak czy inaczej podsadzić Woolę na drzewo, ale teraz

było już na to za późno. Zostało mi tylko bronić się i przełknąć nasz los, choć sądząc po atakującym nasze uszy straszliwym
zgiełku,  który  podniósł  się  w  odpowiedzi  na  ten  pierwszy  ryk,  otaczały  nas  setki,  a  może  i  tysiące  krwiożerczych
mieszkańców dżungli Kaol.

background image

Piekielny jazgot trwał całą resztę nocy, choć nie domyślałem się, dlaczego wydające go stworzenia nie zaatakowały nas

jeszcze, i do dziś nie jestem tego pewny, chyba że chodziło o to, że nie zapuszczają się nigdy na obszary szkarłatnej trawy
porastającej kępami bagno.

Kiedy wstał ranek stworzenia nadal otaczały nas, krążąc tuż poza krawędzią trawiastej kępy. Trudno byłoby wyobrazić

sobie straszliwsze zbiorowisko dzikich, krwiożerczych potworów.

Zaraz po wschodzie słońca zaczęły znikać pojedynczo i parami w dżungli, a kiedy ostatnie z nich odeszło, podjęliśmy z

Woolą dalszą wędrówkę.

W trakcie dnia natykaliśmy się od czasu do czasu na te straszliwe bestie; na szczęście jednak zawsze w pobliżu rosła

kępa traw, a jeśli nas zauważały, kończyły zawsze pościg na skraju stałego gruntu.

Około  południa  natknęliśmy  się  na  solidnie  zbudowaną  drogę  zmierzającą  mniej  więcej  w  tym  samym  kierunku,  w

którym  szliśmy.  Wszystko  w  budowie  drogi  wskazywało  na  to,  że  była  dziełem  zręcznych  inżynierów,  a  ze  śladów  jej
sięgającego  starożytności  wieku  i  oznak  codziennego  używania  wywnioskowałem  ze  sporą  pewnością,  że  prowadziła  do
jednego z głównych miast Kaol.

Weszliśmy  właśnie  na  nią,  kiedy  z  dżungli  po  drugiej  stronie  wyłonił  się  ogromny  potwór,  który  na  nasz  widok  ruszył

wściekle prosto na nas.

Wyobraźcie  sobie,  jeśli  potraficie,  znanego  wam  z  Ziemi  szerszenia  o  rozmiarach  nagradzanego  medalami  byka  z

Hereford, a zyskacie pewne -- choć nikłe -- pojęcie o groźnym wyglądzie i straszliwym wrażeniu, jakie robił nacierający na
mnie skrzydlaty potwór.

W porównaniu z jego szczękami i ogromnym, jadowitym żądłem w odwłoku, mój długi miecz zdawał się nikłą i żałosną

obroną. Nie było też nadziei, abym zdołał umknąć szybkim jak błyskawica ruchom lub ukryć się przed oczami o fasetowych
ściankach,  które  zajmowały  trzy  czwarte  obrzydliwej  głowy,  umożliwiając  temu  stworzeniu  równoczesne  patrzenie  we
wszystkich kierunkach.

W zestawieniu z tym stworzeniem nawet potężny i groźny Woola wydawał się bezradny jak kociak. Ale choćbym miał w

zwyczaju odwracać się plecami do niebezpieczeństw, ucieczka była daremna, stałem więc nieruchomo z warczącym Woolą
u boku, mając tylko nadzieję, że zginę tak, jak żyłem -- walcząc.

Stworzenie było już blisko, i w tej chwili ujrzałem jedną nikłą szansę na zwycięstwo. Gdyby udało mi się pozbyć groźby

nieuniknionej śmierci skrywającej się w zasilających żądło gruczołach jadowych, walka byłaby bardziej wyrównana.

Z tą myślą kazałem Wooli skoczyć na głowę stworzenia i utrzymać się tam. Kiedy wierny przyjaciel zacisnął potężne

szczęki na tym upiornym pysku, zatapiając lśniące kły w kościach, chrząstce i położonych niżej segmentach wielkich oczu,
stworzenie uniosło się, podnosząc z ziemi, aby wbić żądło od dołu w zwierzę uwieszone u jego głowy. Wtedy zanurkowałem
pod wielkim ciałem.

Stając  na  drodze  pełnej  trucizny  włóczni,  ryzykowałem  błyskawiczną  śmiercią,  ale  innego  sposobu  nie  było.  Kiedy

monstrum  uderzyło  we  mnie  jak  błyskawica  żądłem,  zrobiłem  mieczem  potężny  zamach,  który  odciął  zabójczą  kończynę
zaraz u nasady, przy pokrytym wspaniałym wzorem ciele.

Wtedy, niczym taranem, trafił mnie prosto w pierś jednym z potężnych odnóży i pozbawiwszy mnie oddechu, cisnął na

wpół ogłuszonego na drugą stronę szerokiej drogi, w poszycie rosnącej wokół dżungli.

Na szczęście nie trafiłem w żadne drzewo, gdyby tak się stało, z pewnością odniósłbym poważne obrażenia, o ile bym

nie zginął -- z taką szybkością stworzenie odrzuciło mnie od siebie tą ogromną nogą.

Choć  byłem  ogłuszony,  podniosłem  się  niepewnie  i  ruszyłem  chwiejnym  krokiem  na  pomoc  Wooli,  widząc  że  jego

przeciwnik krąży dziesięć stóp nad ziemią, młócąc wściekle uczepionego ze wszystkich sił calota trzema parami potężnych

background image

odnóży.

Nawet podczas nagłego lotu, ani razu nie wypuściłem z dłoni miecza, pobiegłem więc zaraz pod walczące zwierzęta, raz

po raz dźgając skrzydlate monstrum moim ostrzem.

Stworzenie z łatwością mogło wznieść się poza zasięg miecza, najwyraźniej jednak tak samo jak Woola i ja nie słyszało

jeszcze o ucieczce przed zagrożeniem, ponieważ opadło zaraz w moją stronę i zanim zdołałem mu umknąć, chwyciło mnie
potężnymi szczękami za ramię.

Biło  we  mnie  daremnie  bezużytecznym  kikutem  olbrzymiego  żądła,  jednak  same  uderzenia  były  niemal  równie

skuteczne co koński kopniak. Mówiąc daremnie, mam więc na myśli wyłącznie naturalne funkcje okaleczonej kończyny --
prędzej czy później stworzenie musiało stłuc mnie na miazgę. Niewiele już do tego brakowało, kiedy naszą walkę zakłóciło
zdarzenie, które położyło jej kres.

Wisząc kilka stóp nad drogą, widziałem ją na kilkaset jardów, aż do miejsca, w którym skręcała na wschód. Porzuciłem

już wszelką nadzieję, że uda mi się uciec z opałów, w jakich się znalazłem, kiedy zza zakrętu wyłonił się czerwonoskóry
wojownik.

Dosiadał wspaniałego thoata, z mniejszego gatunku używanego przez czerwonych ludzi, w dłoni zaś ściskał niezwykle

długą, lekką lancę.

Kiedy ich zauważyłem, jego wierzchowiec stąpał spokojnie, ale w chwili, kiedy wojownik nas dostrzegł, wydał thoatowi

komendę, ruszając pełnym galopem. Długa lanca pochyliła się w naszą stronę, a kiedy thoat i jeździec przemknęli pod nami,
ostrze przebiło ciało naszego przeciwnika.

Drżąc spazmatycznie, stworzenie zesztywniało i rozluźniło szczęki, puszczając mnie na ziemię, po czym obróciwszy się

w powietrzu, padło na drogę, przygniatając całkiem Woolę, uczepionego wytrwale zakrwawionej głowy.

Zanim zdołałem podnieść się, czerwony wojownik zdążył zawrócić i podjechać w naszą stronę. Widząc, że przeciwnik

leży  bez  życia,  Woola  zwolnił  na  mój  rozkaz  uścisk  i  wyczołgał  się  spod  przykrywającego  go  ciała,  po  czym  stanęliśmy
razem przed przyglądającym nam się z siodła wojownikiem.

Otworzyłem usta, aby podziękować mu za ratunek w samą porę, ale przerwał mi władczym głosem.
--  Kim  jesteś,  że  odważasz  się  wkraczać  do  Kaol  i  polować  w  królewskich  lasach  jeddaka?  --  zapytał.  Po  czym,

zauważywszy  pod  pokrywającą  mnie  skorupą  brudu  i  krwi  białą  skórę,  otworzył  szeroko  oczy  i  wyszeptał  zmienionym
głosem: -- Czyżbyś był jednym ze Świętych Thernów?

Mógłbym przez pewien czas oszukiwać tego człowieka, podobnie jak oszukiwałem innych, ale zrzuciłem święty diadem i

żółtą perukę w obecności Matai Shanga, i wiedziałem, że mój nowy znajomy musiał wkrótce odkryć, że wcale nie byłem
thernem.

-- Nie -- odparłem, po czym odrzucając wszelką ostrożność dodałem: -- Jestem John Carter, książę Helium, o którym

być może już słyszałeś.

O  ile  otworzył  szeroko  oczy  na  myśl,  że  miał  przed  sobą  Świętego  Therna,  na  dźwięk  mojego  imienia  omal  nie

wyskoczyły  mu  z  orbit.  Wypowiadając  słowa,  po  których  byłem  pewny  ataku,  ścisnąłem  mocniej  miecz,  ale  ku  mojemu
zaskoczeniu nie zaszło nic podobnego.

-- John Carter, książę Helium -- powtórzył powoli, jakby nie do końca rozumiejąc prawdziwość tych słów. -- John Carter,

największy wojownik na Barsoom!

Wtedy zsiadł z thoata i położył mi dłoń na ramieniu, w najbardziej przyjaznym marsjańskim pozdrowieniu.
-- Moim obowiązkiem, a nawet przyjemnością, powinno być zabicie cię, Johnie Carter -- powiedział. -- Ale w głębi serca

zawsze podziwiałem twoje męstwo i wierzyłem w twoją szczerość, równocześnie wątpiąc w thernów i nie dowierzając ich

background image

religii. Gdyby na dworze Kulan Titha ktoś domyślał się mojej herezji, oznaczałoby to dla mnie natychmiastową śmierć, ale
jeśli tylko mogę ci służyć, książę, wystarczy, że wydasz rozkaz dwarowi drogi do Kaol, Torkar Barowi.

Prawda  i  szczerość  widniały  wypisane  wielkimi  literami  na  szlachetnym  obliczu  wojownika,  więc  choć  powinien  być

moim wrogiem, nie mogłem powstrzymać się od okazania mu zaufania. Tytuł kapitana drogi do Kaol tłumaczył jego fortunną
obecność  w  sercu  dzikiej  puszczy,  ponieważ  każda  droga  na  Barsoom  jest  patrolowana  przez  walecznych  wojowników
rekrutujących się spośród arystokracji, i żadna służba nie jest bardziej zaszczytna niż ta samotna i niebezpieczna straż nad
słabiej uczęszczanymi regionami krain zamieszkanych przez czerwonych ludzi z Barsoom.

-- Zaciągnąłem już u Torkar Bara potężny dług wdzięczności -- odparłem, wskazując na zwłoki stworzenia, z którego

serca wyciągał właśnie swoją długą włócznię.

Czerwony wojownik uśmiechnął się.
-- Dobrze się złożyło, że przybyłem w samą porę -- powiedział. -- Tylko cios zatrutej włóczni w samo serce sitha może

uśmiercić go na tyle szybko, aby ocalić jego ofiarę. W tej części Kaol wszyscy jesteśmy uzbrojeni przeciw sithom w długie
włócznie o ostrzach pokrytych jadem stworzenia, które mają zabić -- żadna inna trucizna nie działa na te bestie tak szybko,
jak jej własna.

-- Spójrz -- mówił dalej, wyciągając sztylet i mniej więcej o stopę od nasady żądła robiąc na zwłokach nacięcie, z którego

wydobył zaraz dwa worki, mieszczące po pełnym galonie zabójczej cieczy.

--  W  ten  sposób  uzupełniamy  nasze  zapasy,  choć  gdyby  nie  pewne  przemysłowe  zastosowania  jadu,  właściwie  nie

musielibyśmy wcale tego robić, ponieważ sithy niemal już wymarły.

--  Obecnie  tylko  czasami  zdarza  nam  się  na  jakiegoś  natknąć.  Jednak  dawnymi  czasy  w  Kaol  roiło  się  od  tych

straszliwych potworów, które nierzadko pojawiały się stadami po dwadzieścia lub trzydzieści sztuk, spadając z góry na nasze
miasta i zabierając ze sobą dzieci, kobiety, a nawet wojowników.

Kiedy opowiadał, zastanawiałem się, ile dokładnie mogę mu zdradzić na temat celu, który sprowadzał mnie do tej krainy.

Jego następne słowa uprzedziły jednak poruszenie tego tematu przeze mnie, i poczułem wdzięczność, że nie odezwałem się
przedwcześnie.

-- A teraz, co do ciebie, Johnie Carter -- powiedział. -- Nie będę pytał, co cię tu sprowadza i nie chcę tego wiedzieć. Mam

własne oczy i uszy, oraz przeciętny rozum, zaś wczoraj rano zauważyłem grupę, która przybyła do Kaol z południa małym
latającym statkiem. Proszę cię tylko o jedno: twoje słowo, że nie zamierzasz podejmować żadnych otwarcie wrogich działań
wymierzonych w lud Kaol ani jego jeddaka.

-- To mogę ci obiecać, Torkar Barze -- odpowiedziałem.
--  Moja  droga  prowadzi  dalej,  w  kierunku  przeciwnym  do  miasta  --  ciągnął.  --  Nikogo  tu  nie  spotkałem,  tym  bardziej

Johna Cartera. Ty również nie widziałeś Torkar Bara, ani nie słyszałeś o nim. Rozumiesz?

-- Doskonale -- odparłem.
Położył mi dłoń na barku.
-- Tą drogą dojdziesz prosto do Kaol -- powiedział. -- Powodzenia! -- I wskoczywszy na grzbiet thoata, oddalił się wolnym

truchtem, nie oglądając się za siebie.

Zapadł już zmrok, kiedy dostrzegliśmy z Woolą za wielkimi drzewami potężne mury opasujące Kaol.
Nasza droga obyła się bez niefortunnych wypadków i przygód, a choć nieliczni spotkani przez nas ludzie z ciekawością

przyglądali się wielkiemu calotowi, żaden z nich nie przeniknął wzrokiem poza czerwony pigment, którym wysmarowałem
dokładnie każdy cal kwadratowy ciała.

Jednak  przedostanie  się  przez  okolice  strzeżonego  miasta  i  wejście  do  stolicy  Kulan  Titha,  jeddaka  Kaolu,  to  dwie

background image

zupełnie  różne  sprawy.  Nikt  nie  dostanie  się  do  miasta  Marsjan,  nie  podawszy  najpierw  szczegółowo  i  w  wyczerpujący
sposób  swoich  zamiarów,  ja  zaś  nie  zamierzałem  nawet  łudzić  się,  że  mógłbym  choć  na  chwilę  oszukać  przenikliwość
oficerów straży, przed którymi musiałbym stanąć po zjawieniu się przed którąkolwiek z bram.

Wyglądało na to, że moją jedyną nadzieją było zakradnięcie się do miasta pod osłoną ciemności, a po dostaniu się do

środka poleganie na własnym sprycie, który pozwoliłby mi ukryć się w jakiejś zaludnionej okolicy, gdzie wykrycie byłoby o
wiele mniej prawdopodobne.

Z tą myślą zacząłem okrążać wielki mur, trzymając się skraju lasu, wyciętego na niewielką odległość od murów, aby

uniemożliwić wrogom wykorzystanie drzew do przedostania się do miasta.

W kilku punktach próbowałem wspiąć się na umocnienia, ale nawet moje ziemskie mięśnie nie były w stanie poradzić

sobie ze zmyślną konstrukcją murów, które pochylały się na zewnątrz do wysokości trzydziestu stóp, po czym biegły równo
przez odcinek tej samej długości, aż wreszcie około piętnastu stóp od szczytu pochylały się do środka.

I  ta  gładź!  Polerowane  szkło  nie  mogło  mieć  gładszej  powierzchni.  W  końcu  byłem  zmuszony  uznać,  że  trafiłem

wreszcie ma marsjańskie umocnienia, których nie mogłem pokonać.

Zniechęcony, wróciłem do lasu obok szerokiej drogi prowadzącej do miasta od wschodu, i z Woolą u boku ułożyłem się

do snu.

background image

Bohater Kaol

Świtało, kiedy obudził mnie bliski odgłos ukradkowych ruchów.

Kiedy otworzyłem oczy, Woola również poruszył się i podniósł na zadnie łapy, wbijając wzrok w krzaki oddzielające nas

od drogi, ze zjeżoną grzywą na szyi.

Początkowo  nic  nie  widziałem,  zaraz  jednak  zauważyłem  fragment  lśniącej,  gładkiej  zieleni  poruszającej  się  wśród

żółtych i purpurowych roślin.

Nakazując Wooli, aby pozostał cicho na miejscu, podkradłem się do przodu, by przyjrzeć się bliżej, a wyjrzawszy zza

pnia wielkiego drzewa zobaczyłem długi szereg straszliwych zielonych wojowników z dna martwych mórz, ukrywających się
przy drodze w gęstej dżungli.

Jak okiem sięgnąć, od Kaol ciągnął się ten milczący szereg śmierci i zniszczenia. Wytłumaczenie mogło być tylko jedno.

Zielonoskórzy spodziewali się wyjścia oddziału czerwonych wojowników z najbliższej bramy miasta, i czekali tu w zasadzce,
aby na nich napaść.

Nie obowiązywała mnie lojalność wobec jeddaka Kaolu, pochodził jednak z tej samej szlachetnej rasy czerwonych ludzi,

co moja księżniczka, i nie zamierzałem stać bezczynnie w pobliżu patrząc, jak jego wojownicy są wyrzynani przez okrutne i
pozbawione serca demony z pustkowi Barsoom.

Przekradłem  się  ostrożnie  z  powrotem  do  miejsca,  gdzie  zostawiłem  Woolę,  i  ostrzegłszy  go,  aby  zachował  ciszę,

nakazałem  mu  gestem  iść  za  mną.  Zatoczywszy  wielki  krąg,  aby  uniknąć  możliwości  wpadnięcia  w  ręce  zielonych
wojowników, dotarłem wreszcie do wielkiego muru.

O sto jardów z prawej strony widziałem bramę, z której najwyraźniej spodziewano się wyjścia żołnierzy, ale by do niej

dotrzeć, musiałbym ominąć flankę zielonoskórych w odległości, z której byłbym z łatwością widoczny. Obawiając się, że w
ten sposób mój zamiar ostrzeżenia Kaolian mógłby zostać udaremniony, postanowiłem pobiec w lewo, gdzie dostałbym się
do miasta inną, oddaloną o milę bramą.

Wiedziałem,  że  niesiona  przeze  mnie  wiadomość  byłaby  idealną  przepustką  do  Kaol,  i  muszę  przyznać,  że  moja

ostrożność  była  podyktowana  bardziej  gorliwym  pragnieniem  dostania  się  do  miasta,  niż  chęcią  uniknięcia  spotkania  z
zielonymi ludźmi. Choć walka sprawia mi przyjemność, nie zawsze mogę jej się oddać, a w tej właśnie chwili zaprzątały
mnie ważniejsze sprawy niż przelewanie krwi nieznanych mi wojowników.

Gdyby tylko udało mi się dostać za mury, w chaosie i poruszeniu, które musiała wywołać wiadomość o armii zielonych

najeźdźców, mogła nadarzyć się okazja do znalezienia drogi do pałacu jeddaka, gdzie z pewnością zakwaterowano Matai
Shanga i towarzyszących mu ludzi.

Nie  przeszedłem  jednak  jeszcze  stu  kroków  w  stronę  położonej  dalej  bramy,  kiedy  po  odgłosach  maszerujących

żołnierzy, szczęku metalu i popiskiwaniu thoatów tuż za murami, zorientowałem się, że żołnierze Kaol maszerowali już w
stronę drugiej bramy.

Nie było ani chwili do stracenia. Za chwilę brama miała się otworzyć i czoło kolumny miało wymaszerować na drogę,

wokół której czaiła się śmierć.

Zawróciwszy  w  stronę  pechowej  bramy,  pobiegłem  skrajem  polany,  pędząc  potężnymi  skokami,  dzięki  którym

zasłynąłem  na  Barsoom.  Skoki  na  trzydzieści,  pięćdziesiąt,  a  nawet  sto  stóp  to  nic  takiego  dla  mięśni  atletycznego
Ziemianina na Marsie.

Kiedy  mijałem  skrzydło  czekających  w  zasadzce  zielonych  ludzi,  zauważyli,  że  patrzę  na  nich  i  zorientowawszy  się

background image

błyskawicznie, że zostali spostrzeżeni, najbliżsi z nich poderwali się na nogi, próbując odciąć mi drogę do bramy.

W  tej  samej  chwili  potężne  wrota  otworzyły  się  szeroko  i  wyszło  z  nich  czoło  kolumny  Kaolian.  Tuzin  zielonych

wojowników zdołał zagrodzić mi drogę do bramy, ale mieli niewielkie pojęcie, kogo zamierzali zatrzymać.

Wpadając  między  nich,  nie  zwolniłem  ani  trochę,  a  kiedy  padali  pod  moim  ostrzem,  nasunęło  mi  się  radosne

wspomnienie  wielu  innych  bitew,  w  których  Tars  Tarkas,  jeddak  Tharku,  najpotężniejszy  z  marsjańskich  zielonych
wojowników,  walczył  ramię  w  ramię  ze  mną  w  długie  i  upalne  marsjańskie  dni,  kładąc  naszych  nieprzyjaciół  trupem,  aż
otaczające nas stosy zwłok sięgały powyżej głowy.

Tu,  przed  rzeźbioną  bramą  Kaol,  kiedy  kilku  przeciwników  natarło  na  mnie  za  silnie,  skoczyłem  im  nad  głowami  i

wzorując się na taktyce odrażających ludzi-roślin z Dor, wyprowadziłem cios w głowy moich przeciwników, przelatując nad
nimi.

Z  miasta  pędzili  już  w  naszą  stronę  czerwonoskórzy  wojownicy,  a  na  ich  spotkanie  ruszyła  z  dżungli  dzika  horda

zielonych ludzi. Po chwili znalazłem się w samym środku najbardziej zawziętej i krwawej bitwy, w jakiej brałem udział.

Kaolianie  są  doprawdy  wspaniałymi  wojownikami,  a  zielonym  ludziom  z  równika  nie  zbywa  wcale  na  wojowniczości

typowej  dla  ich  zimnokrwistych,  okrutnych  kuzynów  ze  strefy  umiarkowanej.  Nie  brakowało  okazji,  żeby  któraś  ze  stron
mogła wycofać się bez ujmy na honorze, kładąc tym samym kres rzezi, ale sądząc po szalonej zaciekłości, z jaką wznawiały
niezmiennie  walkę,  uznałem  wkrótce,  że  starcie,  które  mogło  okazać  się  tylko  błahą  potyczką,  skończy  się  wyłącznie
całkowitym wytępieniem jednej z armii.

Poczuwszy na nowo bitewne uniesienie, czerpałem wyraźną radość z walki, a kierowane w moją stronę okrzyki zachęty

Kaolian świadczyły o tym, że zauważyli moje dokonania.

Jeśli  wydaje  się  czasem,  że  moje  żołnierskie  umiejętności  napawają  mnie  zbyt  wielką  dumą,  musicie  pamiętać,  że

wojna to mój zawód. Jeśli waszym powołaniem jest podkuwanie koni lub malowanie obrazów, a jedno czy drugie potraficie
robić  lepiej  od  sobie  podobnych,  bylibyście  głupcami  nie  czując  dumy  ze  swoich  umiejętności.  Podobnie  i  ja  szczycę  się
faktem, że na obu planetach nie było nigdy większego wojownika od Johna Cartera, księcia Helium.

Tego  dnia  zaś  przechodziłem  samego  siebie,  starając  się  odcisnąć  ten  fakt  w  pamięci  mieszkańców  Kaol  i  utorować

sobie drogę do ich serc -- i miasta. I nie zawiodłem się w moich rachubach.

Walczyliśmy przez cały dzień, aż droga stała się czerwona od krwi i zasypana trupami. Centrum bitwy przetaczało się w

tę i z powrotem śliską ścieżką, ale brama Kaol ani razu nie była naprawdę zagrożona.

Zdarzały  się  chwile  oddechu,  kiedy  miałem  okazję  wymienić  uwagi  z  czerwonymi  wojownikami,  u  których  boku

walczyłem, zaś raz sam jeddak, Kulan Tith, położył mi dłoń na ramieniu i zapytał o imię.

--  Nazywam  się  Dotar  Sojat  --  odpowiedziałem,  przypomniawszy  sobie  imię  nadane  mi  wiele  lat  wcześniej  przez

Tharków, zgodnie z ich zwyczajem złożone z nazwisk dwóch zabitych przeze mnie wojowników.

-- Wspaniały z ciebie wojownik, Dotar Sojat -- powiedział. -- Kiedy ten dzień się skończy, porozmawiamy jeszcze w sali

audiencyjnej mojego pałacu.

Wtedy ogarnęła nas znowu walka i rozdzieliliśmy się, ale osiągnąwszy to, czego pragnąłem, zacząłem bić wokół długim

mieczem ze świeżym zapałem i radością ducha, aż resztki zielonoskórych uznały, że mają dość i wycofały się w kierunku
odległego dna martwego morza.

Dopiero  kiedy  bitwa  dobiegła  końca  dowiedziałem  się,  dlaczego  czerwoni  ludzie  wypuścili  się  tego  dnia  za  mury.

Wyglądało na to, że Kulan Tith spodziewał się wizyty wielkiego jeddaka z północy: jedynego potężnego sojusznika Kaol, i
chciał powitać swojego gościa o dzień drogi od Kaol.

Teraz jednak wymarsz armii powitalnej opóźnił się, aż do kolejnego ranka, kiedy żołnierze ponownie wyruszyli z Kaol. Po

background image

bitwie, Kulan Tith nie wezwał mnie do siebie, ale przysłał po mnie oficera, który odprowadził mnie do wygodnej kwatery w
części pałacu wydzielonej dla oficerów straży królewskiej.

Spędziłem tam z Woolą wygodnie noc i wstałem odświeżony po uciążliwych trudach kilku ostatnich dni. Poprzedniego

dnia Woola walczył u mego boku, zgodnie z instynktem i tresurą marsjańskich psów bojowych, które występują licznie w
dzikich hordach zielonych ludzi z dna martwych mórz.

Żaden z nas nie wyszedł ze starcia bez szwanku, jednak cudowne marsjańskie maści lecznicze wystarczyły, aby w jedną

noc postawić nas na nogi.

Zjadłem  śniadanie  w  towarzystwie  kilku  oficerów  z  Kaol,  którzy  okazali  się  równie  dwornymi  i  wspaniałymi

gospodarzami, jak arystokraci Helium, znani ze wspaniałych manier i dobrego wychowania. Posiłek ledwie dobiegł końca,
kiedy przybył goniec od Kulan Titha, wzywający mnie przed jego oblicze.

Kiedy wszedłem do sali tronowej, jeddak wstał i zszedł z podwyższenia, na którym stał jego wspaniały tron, wychodząc

mi na spotkanie, co było oznaką wyróżnienia rzadko przyznawaną komukolwiek poza składającym oficjalną wizytę władcą.

-- Kaor, Dotar Sojat! -- powitał mnie. -- Wezwałem cię, aby podziękować ci w imieniu ludu Kaol, ponieważ gdyby nie

twoje bohaterskie wyzwanie rzucone losowi, aby ostrzec nas przed zasadzką, z pewnością weszlibyśmy prosto w dobrze
przygotowaną pułapkę. Opowiedz mi więcej o sobie: z jakiego kraju pochodzisz i co sprowadza cię na dwór Kulan Titha.

--  Pochodzę  z  Hastor  --  powiedziałem,  ponieważ  rzeczywiście  posiadałem  niewielki  pałac  w  tym  mieście  położonym

daleko na południu krain podległych władcy Helium. Moja obecność w krainie Kaol jest częściowo skutkiem wypadku: mój
statek powietrzny rozbił się na południowym skraju waszej puszczy. Szukając drogi do Kaol, natknąłem się na zieloną hordę,
oczekującą w zasadzce twoich żołnierzy.

Nawet jeśli Kulan Tith zastanawiał się, co ściągnęło mój statek latający na granice jego kraju, był na tyle łaskawy, że nie

domagał się dalszych wyjaśnień, które w gruncie rzeczy sprawiłyby mi kłopot.

Podczas mojej rozmowy z jeddakiem do sali weszła za mną inna grupa. Nie widziałem ich twarzy, dopóki Kulan Tith nie

minął mnie, aby przywitać się z nimi, polecając mi iść za sobą, aby mógł dokonać prezentacji.

Odwróciwszy  się  w  ich  stronę,  z  trudem  zapanowałem  nad  twarzą,  ponieważ  słuchając  peanów  Kulan  Titha  na  mój

temat, stali tam moi arcywrogowie: Thurid i Matai Shang.

--  Święty  Hekkadorze  Świętych  Thernów  --  mówił  jeddak.  --  Zechciej  pobłogosławić  Dotar  Sojata,  walecznego

przybysza z odległego Hastor, którego zadziwiająca waleczność i wspaniała odwaga wygrały wczoraj bitwę dla Kaol.

Matai Shang zrobił krok do przodu i położył mi rękę na ramieniu. Nic na jego twarzy nie wskazywało, że mnie rozpoznał

-- najwyraźniej moje przebranie było perfekcyjne.

Porozmawiał ze mną uprzejmie, po czym przedstawił mnie Thuridowi. Wyglądało na to, że czarnoskóry dator również

dał  się  oszukać.  Następnie,  ku  memu  niezmiernemu  rozbawieniu,  Kulan  Tith  uraczył  ich  szczegółowym  opisem  moich
dokonań na polu bitwy.

Wydawało się, że największe wrażenie wywarła na nim moja niezwykła zwinność, i raz po raz opisywał jak wspaniale

przeskakiwałem nad nieprzyjaciółmi, rozłupując im w locie czaszki długim mieczem.

Wydało mi się, że w trakcie tej opowieści zauważyłem, jak Thurid otworzył szerzej oczy, a kilka razy przyłapałem go na

uważnym  studiowaniu  mojej  twarzy  spod  przymrużonych  powiek.  Czy  zaczynał  coś  podejrzewać?  Wtedy  Kulan  Tith
opowiedział o walczącym u mego boku dzikim calocie, i zauważyłem podejrzliwy blask w oczach Matai Shanga, a może
tylko zdawało mi się?

Pod  koniec  audiencji  Kulan  Tith  oświadczył,  że  pragnie,  abym  towarzyszył  mu  w  drodze  na  spotkanie  z  królewskim

gościem,  kiedy  zaś  oddalałem  się  w  towarzystwie  oficera,  który  miał  zapewnić  mi  stosowny  strój  i  odpowiedniego

background image

wierzchowca,  Matai  Shang  i  Thurid  wydawali  się  zupełnie  szczerzy  w  okazywaniu  radości  z  szansy  na  poznanie  mnie.
Opuściłem  salę  z  westchnieniem  ulgi,  przekonany,  że  wyłącznie  nieczyste  sumienie  kazało  mi  wierzyć,  iż  któryś  z  moich
wrogów mógł domyślać się mojej prawdziwej tożsamości.

Pół godziny później wyjechałem przez bramę miasta w kolumnie towarzyszącej Kulan Tithowi w drodze na spotkanie z

przyjacielem i sojusznikiem. Choć podczas audiencji u jeddaka i wędrówki po pałacu miałem oczy i uszy szeroko otwarte, nie
zauważyłem ani nie usłyszałem niczego, co wskazywałoby na obecność Dejah Thoris lub Thuvii z Ptarthu. Miałem całkowitą
pewność, że znajdowały się gdzieś w tej wielkiej, chaotycznej budowli, i wiele bym dał, aby znaleźć sposób na pozostanie w
pałacu podczas nieobecności Kulan Titha, abym mógł oddać się ich poszukiwaniom.

Około południa natknęliśmy się na czoło kolumny, której wyruszyliśmy na spotkanie.
Wspaniały pochód, towarzyszący dostojnemu gościowi, ciągnął się milami szeroką, białą drogą do Kaol. Przednią straż

tworzyli żołnierze na wierzchowcach, w skórzanych uprzężach wysadzanych lśniącymi w słońcu klejnotami i szlachetnymi
metalami, za nimi zaś ciągnął tysiąc wspaniałych wozów zaprzężonych do wielkich zitidarów.

Niskie,  przestronne  wozy  jechały  po  dwa  obok  siebie,  otoczone  z  obu  stron  nieprzerwanymi  szeregami  jeźdźców,

eskortujących jadące na wozach dzieci i kobiety z dworu jeddaka. Na grzbiecie każdego z monstrualnych zitidarów siedział
czerwonoskóry młodzieniec, zaś cała scena przeniosła mnie w pamięci z powrotem do pierwszych dni mojego pobytu na
Barsoom, odległych już o dwadzieścia jeden lat, kiedy to po raz pierwszy ujrzałem wspaniałą karawanę hordy zielonoskórych
Tharków.

Nigdy  wcześniej  nie  widziałem  zitidarów  służących  czerwonym  ludziom.  Te  zwierzęta  to  olbrzymie  bestie,  górujące

nawet  nad  rosłymi  zielonymi  ludźmi  i  ich  wielkimi  thoatami;  jednak  w  zestawieniu  ze  stosunkowo  niewysokimi
czerwonoskórymi nabierają iście kolosalnych, przerażających proporcji.

Zwierzęta były wystrojone w wysadzane klejnotami uprzęże i derki z jedwabiu w wesołych barwach, wyszywanymi w

fantazyjne wzory sznurami pereł, diamentów, rubinów i szmaragdów, oraz niezliczonych nienazwanych klejnotów Marsa, zaś
z każdego wozu wznosił się tuzin sztandarów: flagi, wstęgi i proporce powiewały na wietrze.

Zaraz przed wozami jechał na całkiem białym thoacie -- kolejny niezwykły widok na Barsoom -- sam dostojny gość, a za

nim ciągnęły  niekończące się  szeregi włóczników,  strzelców  i wojowników  na  wierzchowcach. Widok  był ze  wszech  miar
imponujący.

Oprócz pobrzękiwania ekwipunku i przypadkowych gniewnych popiskiwań thoatów lub niskich, gardłowych porykiwań

zitidarów, marsz kawalkady był niemal bezgłośny, ponieważ żadne z tych marsjańskich zwierząt nie mają kopyt, zaś szerokie
koła wozów wykonane są z elastycznego tworzywa, które nie wydaje w drodze żadnego dźwięku.

Od  czasu  do  czasu  rozlegał  się  radosny  kobiecy  śmiech  lub  szczebiot  dzieci,  ponieważ  czerwoni  Marsjanie  to

towarzyski, radosny lud -- wprost przeciwnie do zimnokrwistych i wrogo usposobionych zielonych ludzi.

Formalności i ceremonie związane z przywitaniem obu jeddaków trwały godzinę, po czym zawróciliśmy w stronę Kaol,

do którego czoło kolumny dotarło tuż przed zmrokiem, choć był już prawie ranek, kiedy bramy minęła straż tylna.

Na szczęście znajdowałem się blisko czoła kolumny, a po wielkiej uczcie, na której byłem obecny wraz z oficerami straży

królewskiej, mogłem udać się na spoczynek. Tej nocy w pałacu było tyle zamieszania i krzątaniny związanej z napływającymi
stale  dostojnikami  świty  goszczącego  jeddaka,  że  nie  odważyłem  się  próbować  poszukiwań  Dejah  Thoris,  wobec  czego
wróciłem do swojej kwatery.

Idąc  korytarzem  między  salą  bankietową  a  przydzielonymi  mi  pokojami,  poczułem  nagle,  że  jestem  obserwowany  i

obróciwszy się szybko, uchwyciłem kątem oka postać, która w tej samej chwili rzuciła się w stronę otwartych drzwi.

Choć  pobiegłem  szybko  w  miejsce,  gdzie  zniknął  śledzący  mnie  człowiek,  nie  znalazłem  po  nim  ani  śladu,  choć

background image

mógłbym przysiąc, że to ulotne spojrzenie pozwoliło mi zauważyć białą twarz zwieńczoną masą żółtych włosów.

Wydarzenie dostarczyło mi powodów do obaw, ponieważ jeśli moje wnioski po tym przelotnym przyjrzeniu się szpiegowi

nie były mylne, to Matai Shang i Thurid domyślali się z pewnością mojej tożsamości, a w takim razie nawet moje zasługi dla
Kulan Titha nie ocaliłyby mnie przed jego religijnym fanatyzmem.

Niejasne domysły i bezowocne lęki nie były jednak nigdy wystarczająco ważne dla mnie, by nie pozwalały mi wypocząć,

rzuciłem się więc na futra i jedwabne posłania, i zapadłem zaraz w pozbawioną snów drzemkę.

Calotom nie wolno wchodzić w mury właściwego pałacu, musiałem więc odesłać biednego Woolę do stajni, w której

trzymane są królewskie thoaty. Miał wygodne, a nawet luksusowe lokum, ale wiele bym dał, aby mieć go przy sobie; gdyby
tak było, nigdy nie doszłoby do tego, co wydarzyło się tej nocy.

Spałem  najwyżej  kwadrans,  kiedy  obudził  mnie  nagle  dotyk  czegoś  zimnego  i  lepkiego  na  czole.  Poderwałem  się

błyskawicznie, wyciągając ręce w stronę, z której, jak sądziłem, pochodził dotyk. Przez chwilę dotykałem dłonią ludzkiego
ciała, ale kiedy rzuciłem się przed siebie w mrok, żeby złapać nocnego gościa, zaplątałem się stopą w jedwabne posłanie i
upadłem jak długi na podłogę.

Zanim zdołałem podnieść się i odszukać przycisk włączający światło, mój gość zniknął. Przeszukawszy uważnie pokój,

nie znalazłem niczego, co wskazywałoby na tożsamość lub misję człowieka, który tak zagadkowo nawiedził mnie w środku
nocy.

Nie  potrafiłem  przekonać  się,  czy  zamierzał  coś  ukraść,  ponieważ  kradzież  jest  praktycznie  nieznana  na  Barsoom.

Kwitnie za to skrytobójstwo, ale nawet ono nie mogło być motywem zagadkowego gościa, ponieważ mógł mnie uśmiercić z
łatwością przez sen, gdyby tego właśnie chciał.

Miałem już porzucić daremne dociekania i ułożyć się z powrotem do snu, kiedy do komnaty wszedł tuzin strażników.

Dowodzący nimi oficer był jednym z moich poznanych rano miłych gospodarzy, teraz jednak na jego twarzy nie było śladu
przyjaźni.

-- Wzywa cię Kulan Tith -- powiedział. -- Chodź!

background image

Nowy sojusznik

Otoczony  przez  strażników,  poszedłem  korytarzami  pałacu  Kulan  Titha,  jeddaka  Kaol,  z  powrotem  do  wielkiej  sali
audiencyjnej znajdującej się w centrum potężnego gmachu.

Kiedy  wszedłem  do  oświetlonej  jasno  sali,  wypełnionej  dostojnikami  Kaol  i  oficerami  goszczonego  jeddaka,  oczy

wszystkich zwróciły się na mnie. Po drugiej stronie sali, na wielkim podwyższeniu stały trzy trony, na których siedzieli Kulan
Tith oraz dwaj jego goście: Matai Shang i drugi jeddak.

Szliśmy w śmiertelnej ciszy szerokim przejściem pośrodku, zatrzymując się u stóp podwyższenia.
-- Przedstaw swoje zarzuty -- powiedział Kulan Tith, zwracając się do kogoś stojącego wśród dostojników po jego prawej

stronie. Wtedy z tłumu wysunął się Thurid, czarnoskóry dator Pierworodnych, i stanął przede mną.

-- Szlachetny jeddaku, ten przybysz w twoim pałacu od początku wydał mi się podejrzany -- powiedział, zwracając się do

Kulan Titha. -- Twój opis jego nieziemskiej waleczności odpowiadał mojej wiedzy na temat naczelnego wroga prawdy na
powierzchni Barsoom. Jednak, aby uniknąć pomyłki, posłałem kapłana twojej wiary, aby przeprowadził próbę, która miała
pozbawić go przebrania i ujawnić prawdę. A oto rezultat! -- zawołał, wskazując wyprostowanym sztywno palcem moje czoło.

Wszyscy obecni podążyli wzrokiem za tym oskarżycielskim palcem; wyglądało na to, że tylko ja jeden nie domyślałem

się, jaki złowieszczy znak miałem na czole.

Stojący przy mnie oficer domyślił się mojej konsternacji, a kiedy Kulan Tith zmarszczył groźnie brwi, przyglądając mi się,

dowódca straży wyjął z sakwy niewielkie zwierciadło i podstawił mi je przed twarz.

Wystarczyło jedno spojrzenie na odbicie.
Wyciągnięta w ciemności dłoń therna, który pod osłoną mroku zakradł się do mojej sypialni, starła mi z czoła fragment

maskującego czerwonego pigmentu szerokości dłoni. Pod nim widać było moją opaloną białą skórę.

Thurid zamilkł na chwilę, jak podejrzewam, aby podkreślić dramatyzm mego zdemaskowania, po czym podjął znowu:
-- Oto ten, który zbezcześcił świątynie Bogów Marsa, naruszył nietykalność osób Świętych Thernów i obrócił cały świat

przeciw pradawnej religii, Kulan Ticie! -- zawołał. -- Obrońco Świętości, jeddaku Kaol, oto zdany na twoją łaskę stoi przed
tobą John Carter, książę Helium!

Kulan Tith spojrzał w stronę Matai Shanga, jakby szukając potwierdzenia tych zarzutów. Hekkador Świętych Thernów

skinął głową.

-- To rzeczywiście ten bluźnierca -- powiedział. -- Nawet teraz udał się za mną do serca twego pałacu, Kulan Ticie, aby

mnie zabić. On...

-- Kłamstwo! -- zawołałem. -- Wysłuchaj mnie, Kulan Ticie, abyś mógł poznać prawdę. Powiem ci, dlaczego John Carter

podążył za Matai Shangiem do twojej siedziby. Wysłuchaj mnie, po czym sam osądź, czy moje czyny nie są bardziej zgodne
ze szczerym rycerskim zachowaniem i honorem Barsoom, niż działania tych mściwych wyznawców fałszywej wiary, z której
więzów uwolniłem wasz świat.

-- Milcz! -- ryknął jeddak, zrywając się z tronu i kładąc dłoń na rękojeści miecza. -- Milcz, bluźnierco! Kulan Tith nie musi

pozwalać, abyś kalał powietrze tej sali herezjami wydobywającymi się z nieczystego gardła, żeby cię osądzić. Skazałeś już
sam siebie; zostało mi tylko określić sposób twojej śmierci. Nie pomogą ci nawet zasługi, jakie oddałeś Kaol: był to tylko
nikczemny fortel, za pomocą którego zamierzałeś wkraść się w moje łaski i dotrzeć do tego świętego męża, którego chciałeś
pozbawić życia. Do lochu z nim! -- skończył, zwracając się do oficera mojej straży.

Sytuacja  była  beznadziejna!  Jakie  szanse  miałem  w  starciu  z  całym  narodem?  Jaką  mogłem  mieć  nadzieję  na

background image

miłosierdzie ze strony fanatycznego Kulan Titha, wspieranego przez doradców takich jak Thurid i Matai Shang? Czarny dator
uśmiechnął mi się złowrogo w twarz.

-- Tym razem nie wywiniesz się, Ziemianinie -- szydził.
Strażnicy  otoczyli  mnie.  Przed  oczami  zobaczyłem  czerwoną  mgiełkę.  W  żyłach  zabiła  mi  żywiej  wojownicza  krew

moich przodków z Wirginii. Ogarnęła mnie w pełni wściekła żądza walki.

Jednym skokiem dopadłem Thurida i zanim ten piekielny, szyderczy uśmieszek zdążył zniknąć z jego przystojnej twarzy,

uderzyłem go pięścią prosto w usta. Trafiony starym, dobrym ciosem w prawdziwym amerykańskim stylu, czarnoskóry dator
poleciał dwanaście stóp do tyłu, padając bezwładnie u stóp tronu Kulan Titha, gdzie pluł zębami i krwią z poranionych ust.

Wyciągnąłem miecz i okręciłem się z podniesioną gardą, aby stanąć do walki z całym narodem.
Strażnicy ruszyli na mnie błyskawicznie, ale zanim padł choć jeden cios, przez zgiełk krzyczących wojowników przebił

się  czyjś  potężny  głos  i  olbrzymia  postać  zerwała  się  z  podwyższenia  obok  Kulan  Titha,  stając  z  obnażonym  mieczem
między mną a moimi przeciwnikami.

Był to goszczący w Kaol jeddak.
--  Stać!  --  zawołał.  --  Kulanie  Tith,  jeśli  cenisz  moją  przyjaźń  i  odwieczny  pokój  między  naszymi  narodami,  odwołaj

swoich  ludzi,  ponieważ  gdziekolwiek  i  z  kimkolwiek  walczy  książę  Helium,  John  Carter,  u  jego  boku  aż  do  śmierci  stać
będzie jeddak Ptarthu, Thuvan Dihn.

Okrzyki ucichły i groźne ostrza opadły, kiedy tysiąc oczu zwróciło się najpierw w zaskoczeniu na Thuvan Dihna, po czym

podniosło się pytająco w stronę Kulan Titha. Początkowo jeddak Kaolu pobladł z gniewu, ale zanim otworzył usta, odzyskał
panowanie nad sobą, więc przemówił spokojnym, opanowanym tonem, jak przystało w rozmowie między dwoma wielkimi
jeddakami.

--  Musisz  mieć  ważny  powód,  aby  w  ten  sposób  dopuszczać  się  łamania  odwiecznych  zwyczajów  określających,  co

przystoi gościowi w pałacu gospodarza, Thuvan Dihnie -- powiedział powoli. -- Zachowam milczenie, dopóki jeddak Ptarthu
nie wyjaśni swojego czynu, abym i ja nie zapomniał się, jak mój królewski przyjaciel.

Widziałem, że jeddak Ptarthu nieomal cisnął mu w twarz mieczem, ale zachował panowanie nad sobą tak samo dobrze

jak jego gospodarz.

-- Nikt nie zna praw rządzących czynami ludzi w kraju sąsiadów lepiej niż Thuvan Dihn -- powiedział. -- Jednak muszę

dochować  wierności  jeszcze  wyższemu  prawu:  prawu  wdzięczności.  A  żaden  człowiek  na  Barsoom  nie  zasługuje  na  nią
bardziej niż książę Helium, John Carter.

-- Przed laty, przy okazji twojej ostatniej wizyty u mnie, Kulanie Tith, zachwyciły cię wdzięk i uroda mojej jedynej córki,

Thuvii -- ciągnął. -- Widziałeś, jakim uczuciem ją darzyłem, po czym dowiedziałeś się, że poruszona jakąś nieprzeniknioną
zachcianką, ruszyła w ostatnią, długą pielgrzymkę po zimnych wodach tajemniczej Iss, pozostawiając mnie w rozpaczy.

-- Parę miesięcy temu usłyszałem o wyprawie, którą poprowadził John Carter przeciw Issus i Świętym Thernom. Do

moich  uszu  doszły  niejasne  pogłoski  o  odrażających  czynach,  jakich  mieli  dopuszczać  się  thernowie  na  tych,  którzy  od
niezliczonych wieków płynęli potężną Iss.

--  Usłyszałem,  że  uwolniono  tysiące  więźniów,  z  których  tylko  nieliczni  mieli  odwagę  wrócić  do  swoich  krajów  przez

straszliwy nakaz okrutnej śmierci, który ciąży na wszystkich powracających z Doliny Dor.

-- Przez pewien czas nie mogłem uwierzyć w herezje, które usłyszałem, i modliłem się, aby moja córka Thuvia zginęła,

zanim  dopuściła  się  świętokradztwa  powrotu  do  świata  zewnętrznego.  Potem  jednak  odżyła  we  mnie  ojcowska  miłość  i
przysiągłem sobie, że wybiorę raczej wieczne potępienie niż dalszą rozłąkę z nią, jeśli tylko uda mi się ją znaleźć.

--  Posłałem  więc  emisariuszy  do  Helium,  na  dwór  Xodara,  jeddaka  Pierworodnych,  oraz  do  obecnego  władcy  tych  z

background image

thernów,  którzy  porzucili  swoją  religię,  a  wszyscy  oni  i  każdy  z  osobna  potwierdził  tę  samą  historię  o  niewymownym
okrucieństwie i okropnościach, jakich dopuszczali się thernowie na nieszczęsnych, bezbronnych ofiarach swojej religii.

-- Wielu widziało lub poznało moją córkę, a od thernów, którzy znajdowali się blisko Matai Shanga, dowiedziałem się o

upokorzeniach, jakimi osobiście ją zasypywał, a przybywszy tu, ucieszyłem się na wieść, że on również jest twoim gościem,
ponieważ zamierzałem znaleźć go, nawet gdyby miało mi to zająć całe życie.

-- Słyszałem też o rycerskiej uprzejmości, jaką okazał mojej córce John Carter. Opowiedziano mi, jak walczył za nią, i

uratował  ją,  porzuciwszy  ucieczkę  przed  dzikimi  Warhoonami  Południa,  aby  posłać  ją  w  bezpieczne  miejsce  na  własnym
thoacie i wyjść pieszo na spotkanie zielonoskórych wojowników.

-- Czy dziwisz się, Kulanie Tith, że jestem gotów zaryzykować życie, pokój mego narodu, a nawet twoją przyjaźń, którą

cenię nad wszystko inne, aby stanąć u boku księcia Helium?

Kulan  Tith  milczał  przez  chwilę.  Wyraz  jego  twarzy  zdradzał,  że  czuł  dogłębną  konsternację.  W  końcu  odezwał  się

przyjaznym, choć dość smutnym tonem:

-- Kim jestem, by osądzać równego sobie, Thuvan Dihnie? W moich oczach Ojciec Thernów wciąż jest święty, a wiara,

którą głosi, jest jedyną prawdziwą, ale nie wiem, czy stojąc przed tym samym problemem, co ty, nie czułbym i nie postąpił
dokładnie  tak  samo.  Mogę  uczynić  coś  w  sprawie  księcia  Helium,  ale  mogę  zająć  wyłącznie  pojednawcze  stanowisko
między  tobą  a  Matai  Shangiem.  Zanim  zajdzie  słońce,  książę  Helium  zostanie  odprowadzony  do  granic  mojej  krainy,  po
czym może odejść, dokąd zechce; jednak pod groźbą śmierci nie wolno mu wracać do Kaol.

--  Jeśli  między  tobą  a  Ojcem  Thernów  istnieje  jakiś  zatarg,  nie  muszę  chyba  prosić,  abyście  wstrzymali  się  z

rozstrzygnięciem go, dopóki obaj nie znajdziecie się poza zasięgiem mojej władzy. Czy jesteś usatysfakcjonowany, Thuvan
Dihnie?

Jeddak Ptarthu skinął na zgodę głową, ale nieprzyjemny grymas, który posłał w stronę Matai Shanga, nie wróżył dobrze

temu bóstwu o ciastowatej twarzy.

--  Za  to  książę  Helium  bynajmniej  nie  jest  usatysfakcjonowany!  --  zawołałem,  zakłócając  szorstko  te  zaczątki  zgody,

ponieważ nie mógłbym przełknąć zawarcia pokoju za wyznaczoną cenę. -- Wymknąłem się śmierci pod tuzinem postaci, aby
podążyć  za  Matai  Shangiem  i  znaleźć  go,  i  nie  zamierzam  pozwolić,  aby  odwiedziono  mnie  jak  prowadzonego  na  rzeź
zniedołężniałego thoata z dala od celu, który osiągnąłem wyłącznie dzięki mojej waleczności i sile moich ramion.

--  Thuvan  Dihn,  jeddak  Ptarthu,  również  nie  będzie  usatysfakcjonowany,  jeśli  wysłucha  mnie  do  końca.  Czy  wiesz,

dlaczego  śledziłem  Matai  Shanga  i  Thurida,  czarnoskórego  datora,  przez  pół  świata  od  lasów  Doliny  Dor,  pokonując
niezliczone trudności? Czy sądzisz, że książę Helium, John Carter, zniżyłby się do skrytobójstwa? Czy Kulan Tith może być
takim głupcem, aby wierzyć kłamstwom sączonym mu do uszu przez Świątobliwego Hekkadora lub datora Thurida?

-- Nie podążam za Matai Shangiem, żeby go zabić, choć jedynemu Bogu mojej planety wiadomo, że aż świerzbią mnie

dłonie,  aby  go  udusić.  Śledzę  go,  Thuvan  Dihnie,  ponieważ  towarzyszy  mu  dwoje  więźniów:  moja  żona,  Dejah  Thoris,
księżniczka Helium, i twoja córka -- Thuvia z Ptarthu. Czy naprawdę uważasz, że pozwolę się teraz odprowadzić poza mury
Kaol, jeśli nie będzie towarzyszyć mi matka mojego syna, a ty nie odzyskasz córki?

Thuvan Dihn odwrócił się do Kulan Titha. W jego surowym wzroku zapłonął gniew, ale dzięki wspaniałemu panowaniu

nad sobą przemówił spokojnym tonem.

-- Czy wiedziałeś o tym, Kulan Ticie? -- zapytał. -- Wiedziałeś, że moja córka jest więźniem w twoim pałacu?
-- Nie mógł o tym wiedzieć -- przerwał Matai Shang, blady moim zdaniem bardziej ze strachu niż z gniewu. -- Nie mógł o

tym wiedzieć, ponieważ to kłamstwo.

Zabiłbym go za to na miejscu, ale kiedy ruszyłem w jego stronę, Thuvan Dihn położył mi ciężką dłoń na ramieniu.

background image

-- Poczekaj -- powiedział, po czym zwrócił się do Kulan Titha: -- To nie może być kłamstwo. Tyle wiem o księciu Helium,

że na pweno nie jest kłamcą. Odpowiedz mi, Kulanie Tith, zadałem ci pytanie.

-- Ojcu Thernów towarzyszyły tu trzy kobiety -- odparł jednak Kaol. -- Jego córka, Phaidor, i dwie inne, które przedstawili

jako jej niewolnice. Nawet jeśli to Thuvia z Ptarthu i Dejah Thoris z Helium, nie mogłem o tym wiedzieć, ponieważ żadnej nie
zobaczyłem. Ale jeśli to one, jutro zostaną wam zwrócone.

Mówiąc  to,  spojrzał  prosto  na  Matai  Shanga,  nie  jak  wyznawca  na  arcykapłana,  lecz  jak  władca  wydający  komuś

polecenie.

Ojciec  Thernów  musiał  widzieć  równie  wyraźnie  jak  ja,  że  ostatnie  rewelacje  na  temat  prawdziwej  natury  religii

dostatecznie osłabiły już wiarę Kulan Titha i niewiele trzeba było, aby potężny jeddak zmienił się w jego zapiekłego wroga;
jednak  ziarna  zabobonu  są  tak  silne,  że  nawet  wielki  władca  Kaol  wzdragał  się  jeszcze  przed  zerwaniem  ostatniej  nici
wiążącej go z pradawną religią.

Matai Shang okazał się na tyle mądry, aby udać zgodę na polecenie swojego wyznawcy, i obiecał sprowadzić nazajutrz

obie niewolnice do sali audiencyjnej.

-- Prawie już świta -- powiedział. -- Nie chciałbym przerywać snu mojej córki, w przeciwnym wypadku zaraz kazałbym je

tu sprowadzić, abyś przekonał się, że książę Helium się myli -- podkreślił to ostatnie słowo, próbując zadać mi afront w tak
zawoalowany sposób, że nie mogłem okazać otwarcie urazy.

Miałem już sprzeciwić się wszelkiej zwłoce i zażądać, aby natychmiast przyprowadzono księżniczkę Helium, kiedy dzięki

Thuvan Dihnowi podobne żądanie stało się niepotrzebne.

--  Chciałbym  zaraz  zobaczyć  moją  córkę  --  powiedział.  --  Ale  jeśli  Kulan  Tith  zapewni  mnie,  że  nie  dopuści,  aby

ktokolwiek opuścił tej nocy pałac, oraz że od teraz do chwili, kiedy staną przed nami o świcie w tej sali, Dejah Thoris ani
Thuvii z Ptarthu nie spotka żadna krzywda, nie będę nalegał.

--  Nikt  nie  opuści  pałacu  --  odparł  jeddak  Kaolu.  --  Zaś  Matai  Shang  zapewnia  nas,  że  obu  kobiet  nie  spotka  żadna

krzywda, prawda?

Thern potwierdził skinieniem głowy. Parę chwil później Kulan Tith dał do zrozumienia, że audiencja dobiegła końca i na

zaproszenie  Thuvan  Dihna  towarzyszyłem  jeddakowi  Ptarthu  do  jego  komnat,  gdzie  siedzieliśmy  do  świtu,  podczas  gdy
słuchał opowieści o moich przygodach na jego planecie oraz o wszystkim, co przydarzyło się jego córce w tym czasie, który
spędziliśmy razem.

Odkryłem  w  ojcu  Thuvii  bratnią  duszę,  a  tej  nocy  zawiązała  się  między  nami  przyjaźń,  która  przybierała  na  sile,  aż

ustępowała tylko uczuciu, jakie żywię dla zielonego jeddaka Tharku, Tars Tarkasa.

Z pierwszym nagłym blaskiem marsjańskiego poranka do komnat przybyli gońcy Kulan Titha, aby zawołać nas do sali

audiencyjnej, gdzie  Thuvan Dihn  po latach  rozłąki  miał odzyskać  córkę,  zaś ja  po niemal  nieprzerwanym  dwunastoletnim
rozstaniu miałem połączyć się znowu z niedościgłą córką Helium.

Serce tłukło mi się w piersi tak mocno, że zacząłem rozglądać się z zawstydzeniem po sali, pewny że słyszą je wszyscy

wokół. Moje ramiona tęskniły za chwilą, w której będą mogły ponownie objąć boską postać tej, w której wieczna młodość i
nieprzemijająca uroda były tylko zewnętrznymi oznakami doskonałej duszy.

Wreszcie powrócił goniec posłany po Matai Shanga. Wyciągałem szyję, aby ujrzeć jak najszybciej te, które powinny iść

za nim, ale posłaniec szedł sam.

Zatrzymawszy się przed tronem, odezwał się do jeddaka głosem wyraźnie słyszalnym dla wszystkich obecnych w sali.
-- Kulan Ticie, najpotężniejszy z jeddaków -- zawołał zgodnie z ceremoniałem. -- Twój posłaniec wraca sam, ponieważ

dotarłszy do komnat Ojca Thernów, zastał je puste, podobnie jak pokoje jego świty.

background image

Kulan Tith pobladł.
Z  warg  stojącego  obok  mnie  Thuvan  Dihna,  który  nie  zasiadł  na  przygotowanym  dla  niego  tronie  obok  gospodarza,

wyrwał się cichy jęk. Na chwilę w sali audiencyjnej jeddaka Kaolu, Kulan Titha zapadła śmiertelna cisza. Przerwał ją sam
jeddak.

Podniósłszy  się  z  tronu,  zszedł  z  podniesienia  do  Thuvan  Dihna.  Ze  łzami  w  oczach,  położył  dłonie  na  ramionach

przyjaciela.

-- Że też doszło do tego w pałacu twojego najlepszego przyjaciela, Thuvan Dihnie! -- zawołał. -- Osobiście skręciłbym

Matai  Shangowi  kark,  gdybym  tylko  domyślał  się,  co  zamierza  w  swoim  nikczemnym  sercu.  Zeszłej  nocy  wiara,  którą
wyznawałem przez całe życie, została osłabiona. Dziś rano została skruszona ostatecznie, ale za późno, za późno.

--  Aby  wydrzeć  córkę  i  żonę  tego  dostojnego  wojownika  z  niewoli  tych  łotrów  możesz  dysponować  zasobami  całego

mojego narodu. Oddaję ci do dyspozycji całe Kaol. Co możemy zrobić? Powiedz tylko słowo!

-- Najpierw znajdźmy twoich ludzi odpowiedzialnych za ucieczkę Matai Shanga i jego świty -- zaproponowałem. -- Nie

doszłoby do tego bez pomocy straży pałacowej. Znajdźmy winnych i wyduśmy z nich, jak udało im się zniknąć i w którą
stronę się udali.

Zanim Kulan Tith zdążył wydać rozkazy, aby zacząć dochodzenie, młody przystojny oficer wystąpił do przodu, zwracając

się do jeddaka.

--  O  Kulan  Ticie,  najpotężniejszy  z  jeddaków  --  powiedział.  --  To  ja  ponoszę  wyłączną  odpowiedzialność  za  tę

pożałowania godną pomyłkę. Zeszłej nocy dowodziłem strażą pałacową. Podczas audiencji, która odbyła się tu przed ranem,
przebywałem  na  służbie  w  innej  części  pałacu  i  nie  wiedziałem  o  tym,  co  tu  zaszło.  Kiedy  więc  Ojciec  Thernów  wezwał
mnie, tłumacząc, że było twoim życzeniem, aby jego świta opuściła szybko miasto z powodu obecności śmiertelnego wroga
Świątobliwego  Hekkadora,  który  zamierzał  pozbawić  go  życia,  zrobiłem  to,  do  czego  przygotowało  mnie  całe  życie:
okazałem  posłuszeństwo  temu,  którego  nauczono  mnie  uważać  za  władcę  nas  wszystkich,  włącznie  z  tobą,  o
najpotężniejszy z jeddaków. Niech konsekwencje i kara dotkną tylko mnie, bo tylko ja ponoszę winę. Pozostali członkowie
straży, którzy pomogli w ucieczce, zrobili to na mój rozkaz.

Kulan Tith spojrzał najpierw na mnie, potem na Thuvan Dihna, jakby zamierzał prosić nas o sąd nad tym człowiekiem,

jednak pomyłka była tak wyraźnie zrozumiała, że żaden z nas nie myślał nawet, aby kazać młodemu oficerowi cierpieć za
błąd, który popełniłby z łatwością każdy inny na jego miejscu.

-- W jaki sposób opuścili miasto? -- zapytał Thuvan Dihn. -- I dokąd się udali?
-- Odeszli tak, jak przybyli -- odparł oficer. -- Latającym statkiem. Po odlocie przez pewien czas obserwowałem światła

ich statku, które w końcu zniknęły na północy.

-- Gdzie na północy może szukać schronienia Matai Shang? -- zapytał Thuvan Dihn.
Kulan Tith stał przez kilka chwil ze zwieszoną głową, najwyraźniej pogrążony w myślach. Wreszcie jego twarz pojaśniała

nagle.

--  Mam!  --  zawołał.  --  Jeszcze  wczoraj  Matai  Shang  podpowiedział  mi  cel  swojej  podróży,  opowiadając  o  rasie

różniących  się  od  nas  kolorem  skóry  ludzi  zamieszkujących  daleką  północ.  Twierdził,  że  Święci  Thernowie  znali  ich  od
zawsze jako oddanych i lojalnych wyznawców pradawnej wiary. Wśród nich mógłby znaleźć schronienie, gdzie nie znalazłby
go żaden "kłamliwy heretyk". To tam na pewno się udał.

-- A w całym Kaol nie ma ani jednego statku, którym moglibyśmy za nim polecieć -- zawołałem.
-- Dopiero w Ptarthu! -- odparł Thuvan Dihn.
--  Zaraz!  --  zawołałem.  --  Nieopodal  południowego  krańca  wielkiej  puszczy  leży  wrak  statku  thernów,  którym

background image

przyleciałem aż do tego miejsca. Kulan Ticie, jeśli użyczysz mi ludzi, aby go tu sprowadzić, oraz rzemieślników do pomocy,
w dwa dni zdołam go naprawić.

Miałem jeszcze mocne podejrzenia co do pozornej szczerości nagłego odstępstwa jeddaka Kaol, ale entuzjazm, z jakim

przystał  na  moją  propozycję,  i  gotowość,  z  jaką  oddał  mi  do  wyłącznej  dyspozycji  oddział  żołnierzy  i  oficerów,  rozwiały
ostatecznie resztki wątpliwości.

Dwa dni później mój statek latający stał na szczycie strażnicy, gotowy do odlotu. Thuvan Dihn i Kulan Tith zaoferowali mi

wszelkie zasoby obu narodów: do dyspozycji miałem miliony wojowników. Ale poza mną i Woolą na pokładzie łodzi było
miejsce tylko dla jednego człowieka.

Kiedy wszedłem na pokład, Thuvan Dihn zajął miejsce obok mnie. Zaskoczony, spojrzałem na niego pytająco. Odwrócił

się do najwyższego rangą oficera, który towarzyszył mu do Kaol.

-- Powierzam ci bezpieczny powrót mojej świty do Ptarthu -- powiedział. -- Mój syn z pewnością spisuje się tam świetnie

pod moją nieobecność. Książę Helium nie poleci sam do kraju wroga. To wszystko. Żegnajcie!

background image

W Jaskiniach Trupów

Nasz lokalizator, nastawiony na statek Matai Shanga od chwili, kiedy ustawiłem go opuszczając fortecę thernów, prowadził
nas cały dzień i noc prosto na północ.

Drugiej  nocy  zauważyliśmy  szybko,  że  powietrze  stało  się  wyraźnie  zimniejsze,  a  sądząc  po  odległości,  jaką

pokonaliśmy od równika, byliśmy pewni, że zaczynaliśmy zbliżać się prędko do arktycznych krain Północy.

Moja  znajomość  prób  zbadania  tych  nieznanych  ziem  przez  niezliczone  ekspedycje,  kazała  mi  zachować  uwagę,

ponieważ  ze  statków,  które  zapuściły  się  daleko  poza  potężną  barierę  lodową  otaczającą  południowy  kraniec  strefy
arktycznej nie powrócił żaden.

Nikt nie wiedział, co się z nimi stało: wiadomo było tylko, że zniknęły na zawsze w tej posępnej, podbiegunowej krainie.
Samą barierę dzieliła od bieguna odległość, jaką szybki statek powietrzny mógłby pokonać w kilka godzin, zakładano

więc, że na wszystkich, którzy dotarli do "zakazanej krainy" jak nazywali ją mieszkańcy świata zewnętrznego, czekało jakieś
straszliwe nieszczęście.

Z  tego  właśnie  powodu,  zbliżywszy  się  do  bariery  zacząłem  lecieć  wolniej,  zamierzając  zachować  podczas  lotu  nad

lądolodem ostrożność, aby zanim wpadnę w pułapkę, odkryć czy na biegunie północnym rzeczywiście leżała zamieszkana
kraina, ponieważ nie wyobrażałem sobie innego miejsca, w którym Matai Shang mógłby czuć się bezpieczny przed Johnem
Carterem, księciem Helium.

Lecieliśmy  ślimaczym  tempem,  unosząc  się  zaledwie  kilka  stóp  nad  ziemią  i  dosłownie  wymacując  sobie  drogę  w

mroku, ponieważ oba księżyce już zaszły, a światło gwiazd zasłoniły obłoki, które na Marsie można znaleźć wyłącznie na
biegunach.

Nagle  prosto  przed  nami  podniosła  się  wyniosła  ściana  bieli,  a  choć  obróciłem  mocno  sterem  i  przesunąłem  silnik  w

pozycję  wstecz,  nie  zdążyłem  uniknąć  zderzenia.  Z  odrażającym  trzaskiem,  niemal  z  pełną  prędkością  uderzyliśmy  w
strzelistą przeszkodę.

Statek  podniósł  się  rufą  do  góry,  silnik  stanął,  połatane  zbiorniki  wypornościowe  pękły  równocześnie  i  runęliśmy

dwadzieścia stóp na ziemię.

Na szczęście żaden z nas nie odniósł obrażeń, a kiedy wyplątaliśmy się wreszcie z wraku, a znad horyzontu wyskoczył

mniejszy księżyc, odkryliśmy, że znaleźliśmy się u podnóża potężnej bariery lodowej, z której sterczały potężne granitowe
ostrogi wzgórz powstrzymujących dalszy pochód lodowca na południe.

Co za pech! Będąc właściwie u celu podróży, rozbić się po niewłaściwej stronie tej stromej i niezdobytej lodowo-skalnej

ściany!

Spojrzałem na Thuvan Dihna. Potrząsnął głową z przybitym wyrazem twarzy.
Pozostałą część nocy spędziliśmy dygocząc z zimna na śniegu u stóp lodowca w naszych nienadajacych się do tych

warunków jedwabnych ubraniach.

Kiedy wstał świt, moja udręczona dusza odzyskała nieco zwykłego optymizmu, choć muszę przyznać, że nie miała go

zbytnio czym żywić.

-- Co robimy? -- zapytał Thuvan Dihn. -- Czy zdołamy pokonać to, co niepokonane?
-- Najpierw musimy udowodnić, że takie nie jest -- odpowiedziałem. -- I nie uznam, że jest inaczej, dopóki nie zatoczymy

wokół bariery pełnego koła i nie staniemy pokonani w tym samym miejscu. A im szybciej ruszymy, tym lepiej, ponieważ nie
widzę innego sposobu, a pełna trudów wędrówka przez leżące przed nami mile lodu zajmie nam ponad miesiąc.

background image

Przez  pięć  pełnych  chłodu,  bólu  i  niedostatku  dni  przedzieraliśmy  się  po  nierównej,  skutej  lodem  drodze  położonej  u

podnóża bariery lodowej. Dniem i nocą atakowały nas dzikie, pokryte futrem stworzenia. Ani przez chwilę nie mogliśmy czuć
się bezpieczni przed niespodziewaną napaścią jakiegoś potężnego demona Północy.

Naszym najbardziej uporczywym i niebezpiecznym wrogiem były apty.
To  olbrzymie,  pokryte  białym  futrem  sześcionogie  stworzenia,  które  czterech  krótkich,  ciężkich  kończyn  używają  do

szybkiego  przemieszczania  się  po  śniegu  i  lodzie,  zaś  dwie  pozostałe,  wyrastające  z  barków  po  obu  stronach  długiej,
potężnej szyi są zakończone nieowłosionymi, białymi dłońmi, którymi chwytają i trzymają zdobycz.

Spośród ziemskich zwierząt, ich głowy i paszcze przypominają najbardziej hipopotama, tyle że po bokach dolnej szczęki

wyrastają im dwa wielkie rogi, zakrzywione lekko w dół.

Największą ciekawość wzbudzały we mnie ich wielkie ślepia, które przypominają dwie sporych rozmiarów owalne plamy

sięgające po obu stronach głowy od czubka czaszki w dół, do miejsca położonego poniżej korzeni rogów -- wydaje się więc,
że ta naturalna broń wyrasta w istocie z dolnej części oczu, złożonych z kilku tysięcy segmentów.

Podobna  budowa  oka  wydała  mi  się  niezwykła  u  zwierzęcia  zamieszkującego  jaskrawe  połacie  śniegu  i  lodu,  choć

zbadawszy  szczegółowo  kilka  zabitych  przez  nas  sztuk  odkryłem,  że  każdy  segment  oka  posiadał  własną  powiekę,  zaś
zwierzę mogło wedle woli zamykać dowolną liczbę segmentów. Nadal byłem jednak przekonany, że natura wyposażyła je w
ten sposób, ponieważ większą część życia spędzały w ciemnych, podziemnych tunelach.

Wkrótce natknęliśmy się na największego apta, jakiego do tej pory widzieliśmy. Zwierzę miało całe osiem stóp w kłębie,

a jego sierść była tak gładka, czysta i lśniąca, że mógłbym przysiąc, iż została dopiero co wyczyszczona.

Stał z uniesioną głową, przyglądając się, jak zbliżaliśmy się do niego, uznawszy za stratę czasu próbę ucieczki przed

nieustępliwą zwierzęcą zaciekłością, którą zdają się obdarzone te piekielne stwory, przemierzające ponure krainy Północy i
rzucające się na każde żywe stworzenie, jakie pojawi się w zasięgu ich bystrego wzroku.

Nawet  najedzone,  nie  mogąc  jeść  dalej,  zabijają  dla  czystej  przyjemności,  jaką  zdają  się  czerpać  z  odbierania  życia.

Kiedy  więc  ten  apt  nie  zaatakował  nas,  kiedy  zbliżaliśmy  się  do  niego,  zamiast  tego  okręcając  się  i  oddalając  truchtem,
poczułbym niemałe zaskoczenie, gdybym nie zauważył przypadkiem błysku złotej obroży na jego szyi.

Zauważył ją też Thuvan Dihn i dla nas obu miała to to samo, pełne nadziei, znaczenie. Tę obrożę mógł umieścić na szyi

zwierzęcia wyłącznie człowiek, a ponieważ żadna znana nam rasa Marsjan nie próbowała udomowić dzikich aptów, musiał
należeć  do  ludu  Północy,  z  którego  istnienia  nie  zdawaliśmy  sobie  sprawy  --  prawdopodobnie  do  owianych  legendą
żółtoskórych  mieszkańców  Barsoom,  członków  niegdyś  potężnej  rasy,  która  podobno  wymarła,  choć  niektórzy  badacze
twierdzili, że żyła nadal na skutej lodem Północy.

Ruszyliśmy  razem  tropem  wielkiego  zwierzęcia.  Prędko  udało  nam  się  wytłumaczyć  Wooli,  co  zamierzamy,  dzięki

czemu nie musieliśmy starać się nadążyć za aptem, który uciekając szybko po nierównym gruncie, wkrótce zniknął nam z
oczu.

Trop niemal pełne dwie godziny prowadził równolegle do lodowca, po czym skręcał nagle w jego stronę po najbardziej

nierównym i na pierwszy rzut oka nieprzebytym terenie, jaki kiedykolwiek widziałem.

Z  obu  stron  drogę  zagradzały  olbrzymie,  granitowe  głazy,  głębokie  lodowe  rozpadliny  groziły  pochłonięciem  nas  przy

najmniejszym fałszywym kroku, zaś wiejący z północy wietrzyk przynosił do nozdrzy niewymowny smród, w którym prawie
się dusiliśmy.

Następne dwie godziny zajęło nam pokonanie kilkuset jardów do podnóża bariery.
Wreszcie, zakręciwszy za kolejny załom przypominającej mur granitowej ostrogi, natknęliśmy się na szeroki, jakieś dwa

lub trzy akry, kawałek płaskiego terenu u podnóża wyniosłej sterty lodu i skał, która całymi dniami nie pozwalała nam się

background image

pokonać. Za nim zaś ujrzeliśmy ciemny i szeroki otwór jaskini.

Straszliwy smród bił właśnie z tej odrażającej jamy, a ujrzawszy to miejsce Thuvan Dihn zatrzymał się, wydając okrzyk

szczerego zdumienia.

-- Na moich przodków! -- zawołał. -- Że też na własne oczy ujrzałem owiane legendą Jaskinie Trupów! Jeśli to prawda,

to znaleźliśmy drogę za barierę. Starożytne kroniki pierwszych historyków Barsoom, tak stare, że przez wieki uznawaliśmy je
za  mity,  opisują  ucieczkę  żółtych  ludzi  przed  najazdami  zielonych  hord,  które  zalały  Barsoom,  kiedy  wysychanie  wielkich
oceanów zmusiło rasy panujące do opuszczenia ich twierdz.

-- Mówią o wędrówce resztek tej niegdyś potężnej rasy, które nękane na każdym kroku dotarły wreszcie do przejścia

poza północną barierę lodową do żyznej doliny na biegunie.

--  Przed  wejściem  do  podziemnego  tunelu  prowadzącego  do  miejsca  ich  ucieczki  stoczono  wielką  bitwę,  w  której

zwyciężyli żółci ludzie, zaś ciała poległych -- żółtych i zielonoskórych -- ułożono stosami w jaskiniach prowadzących do ich
nowej siedziby, aby ich smród odstraszał przeciwników od dalszego pościgu.

-- Od tego dawno zapomnianego dnia, martwych tej owianej legendą krainy zanoszono zawsze do Jaskiń Trupów, aby w

śmierci  i  rozkładzie  nadal  służyli  krajowi,  odstraszając  wszelkich  najeźdźców.  Tutaj  też,  jak  chce  legenda,  znoszone  są
wszelkie śmieci tego ludu: wszystko, co może gnić i potęgować obrzydliwy smród, który bije właśnie w nasze nozdrza.

-- Zaś wśród rozkładających się trupów na każdym kroku czai się śmierć, ponieważ to tu urządziły swoje leże dzikie apty,

wzbogacając sterty obrzydlistwa tymi fragmentami swojej zdobyczy, których nie zdołają pożreć. To obrzydliwa, ale jedyna
droga do naszego celu.

-- Zatem jesteś pewny, że znaleźliśmy drogę do kraju żółtych ludzi? -- zawołałem.
-- Na ile to możliwe, mając na poparcie swoich teorii tylko starożytną legendę -- odparł. -- Ale spójrz tylko, jak bardzo

wszystkie szczegóły zgadzają się ze starą jak świat legendą o ucieczce żółtej rasy. Owszem, jestem pewny, że odkryliśmy
drogę do ich pradawnej kryjówki.

-- Jeśli to prawda, a módlmy się, żeby tak było, może uda nam się rozwikłać tam zagadkę zniknięcia jeddaka Helium,

Tardos Morsa, i jego syna, Mors Kajaka -- stwierdziłem. -- To jedyne miejsce na Barsoom, jakie nie zostało zbadane przez
liczne  ekspedycje  i  niezliczonych  szpiegów,  którzy  szukali  ich  prawie  przez  dwa  lata.  Ostatnie  wiadomości,  jakie  o  nich
słyszeliśmy, mówiły, że postanowili szukać mojego walecznego syna, Carthorisa, za barierą lodową.

Rozmawiając, zbliżaliśmy się do wejścia do jaskini, a przestąpiwszy jej próg, przestałem dziwić się, że groza tej upiornej

drogi odstraszyła w starożytności zielonoskórych wrogów żółtych ludzi.

Szeroką powierzchnię pierwszej groty zalegały wysoko trupie kości, pokryte gnijącą warstwą miazgi rozkładających się

ciał, w której apty wydeptały odrażającą ścieżkę prowadzącą do wejścia do kolejnej pieczary.

Sklepienie pierwszej, jak i wszystkich pozostałych grot, było niskie, przez co obrzydliwy smród był zamknięty wewnątrz

jaskiń i skondensowany do tego stopnia, że wydawał się wręcz namacalny. Człowiek prawie miał ochotę wyciągnąć miecz i
spróbować wyciąć sobie drogę w poszukiwaniu położonego za nim świeżego powietrza.

-- Czy można oddychać tym splugawionym powietrzem i przeżyć? -- zapytał, dławiąc się, Thuvan Dihn.
-- Niezbyt długo, jak sądzę -- odparłem. -- Lepiej pospieszmy się. Pójdę przodem, ty pójdziesz z tyłu, a Woola między

nami. Dalej! -- I z tymi słowy rzuciłem się przed siebie, w cuchnącą, gnijącą miazgę.

Dopiero minąwszy siedem różnej wielkości grot, niewiele różniących się pod względem natężenia zalegającego w nich

smrodu, natknęliśmy się na fizyczną przeszkodę. W ósmej pieczarze odkryliśmy gniazdo aptów.

Całą jaskinię zalegały dwie dziesiątki tych potężnych zwierząt, usadowionych przy ścianach jaskini. Niektóre z nich spały,

inne rozszarpywały świeże zwłoki przyniesionej do gniazda zdobyczy, lub siłowały się ze sobą w miłosnych zapasach.

background image

Dopiero  tutaj,  w  słabym  świetle  ich  podziemnej  siedziby,  widać  było  wyraźnie  korzyści  płynące  z  ich  wielkich  oczu,

ponieważ wewnętrzne groty podziemnego przejścia zalegał wieczny mrok, tylko niewiele jaśniejszy niż całkowita ciemność.

Próba  przebicia  się  przez  środek  tego  groźnego  stada  nawet  mi  wydawała  się  szczytem  głupoty,  wobec  czego

zasugerowałem, aby Thuvan Dihn z Woolą powrócił do świata zewnętrznego i poszukał drogi powrotnej do cywilizacji, po
czym wrócił z siłami dostatecznymi nie tylko do tego, aby pokonać apty, ale i wszelkie inne przeszkody, jakie mogły jeszcze
dzielić nas od celu.

-- Tymczasem może uda mi się znaleźć jakiś sposób, aby przemknąć się samemu do krainy żółtych ludzi -- ciągnąłem. --

Jeśli nie, zginie przynajmniej tylko jeden z nas. Gdybyśmy poszli i zginęli wszyscy, nie byłoby komu sprowadzić ratunku dla
Dejah Thoris i twojej córki.

-- Nie zawrócę i nie zostawię cię tu samego, Johnie Carter -- odparł Thuvan Dihn. -- Do zwycięstwa czy do śmierci,

jeddak Ptarthu zostanie przy tobie. Powiedziałem.

Z  jego  tonu  wywnioskowałem,  że  dalszy  spór  byłby  bezcelowy,  ustąpiłem  więc,  odsyłając  z  powrotem  Woolę  ze

skreśloną  pospiesznie  wiadomością  zamkniętą  w  umocowanym  u  szyi  metalowym  pojemniku.  Wierne  zwierzę  dostało
rozkaz,  aby  znalazło  Carthorisa  w  Helium,  i  choć  od  celu  oddzielało  je  pół  świata  i  niezliczone  niebezpieczeństwa,
wiedziałem, że jeśli to tylko możliwe, to Woola tego dokona.

Obdarzony  przez  naturę  niesamowitą  szybkością  i  wytrzymałością,  oraz  straszliwą  nieustępliwością,  dzięki  której  był

godnym  przeciwnikiem  dla  każdego  nieprzyjaciela,  na  jakiego  mógł  się  natknąć,  bystrością  i  wspaniałym  instynktem  z
łatwością mógł nadrobić to, czego jeszcze mu brakowało, aby z powodzeniem wypełnić misję.

Wielkie zwierzę odwróciło się z wyraźną niechęcią, aby opuścić mnie zgodnie z poleceniem, ale zanim odeszło po prostu

musiałem otoczyć jego wielki kark ramionami w pożegnalnym uścisku. Potarł mnie policzkiem na pożegnanie, i po chwili
pędził już przez Jaskinie Trupów w stronę świata zewnętrznego.

W wiadomości do Carthorisa zapisałem wyraźne wskazówki, dzięki którym mógł znaleźć Jaskinie Trupów, kategorycznie

nakazując  mu  wejście  do  położonej  za  nimi  krainy  tą  drogą,  oraz  polecając,  aby  pod  żadnym  pozorem  nie  próbował
sforsować bariery lodowej flotą. Napisałem, że nawet nie domyślałem się co leżało za ósmą jaskinią, ale byłem pewny, że
gdzieś po drugiej stronie lodowej bariery znajdowała się jego matka w niewoli Matai Shanga, oraz że byli tam również, o ile
jeszcze żyli, jego dziadek i pradziad.

Dalej doradzałem mu, aby zwrócił się do Kulan Titha i syna Thuvan Dihna z prośbą o statki i wojsko, aby ekspedycja

była wystarczająco silna do odniesienia sukcesu już przy pierwszym ataku.

A jeśli znajdziesz czas, zabierz ze sobą Tars Tarkasa -- zakończyłem. -- Ponieważ, o ile tego dożyję, niewiele rzeczy

mogłoby sprawić mi większą przyjemność niż walka ramię w ramię z moim starym przyjacielem.

Kiedy  Woola  oddalił  się,  ukrywszy  się  w  siódmej  jaskini  omówiliśmy  z  Thuvan  Dihnem  i  odrzuciliśmy  wiele  planów

pokonania ósmej groty. Z miejsca, w którym staliśmy, widzieliśmy, że zapasy aptów traciły na sile, zaś wiele z tych, które się
posilały, przerwały żer i udały się na spoczynek.

Niedługo  widać  było  wyraźnie,  że  wkrótce  wszystkie  groźne  stwory  miały  zapaść  w  spokojny  sen,  dzięki  czemu

nadarzała nam się ryzykowna sposobność przejścia przez ich leże.

Bestie,  jedna  po  drugiej,  układały  się  na  kipiącej  masie  zgnilizny  zaścielającej  warstwę  kości  na  podłodze  jamy,  aż

pozostał tylko jeden czuwający apt. Sporych rozmiarów osobnik wędrował niespokojnie po okolicy, obwąchując towarzyszy i
odrażające śmietnisko jaskini.

Od czasu do czasu przystawał, patrząc czujnie w stronę to jednego z wyjść z pieczary, to znów drugiego. Całym swoim

zachowaniem przypominał strażnika.

background image

Musieliśmy uznać wreszcie, że nie zaśnie, dopóki spali pozostali mieszkańcy jaskini, i łamaliśmy głowy w poszukiwaniu

planu,  dzięki  któremu  udałoby  się  nam  go  przechytrzyć.  Wreszcie  zasugerowałem  Thuvan  Dihnowi  pewien  sposób,  a
ponieważ wydawał się równie dobry jak każdy inny z omówionych wcześniej, postanowiliśmy go wypróbować.

Thuvan Dihn zajął w tym celu miejsce pod ścianą jaskini, przy wejściu do ósmej groty, ja zaś rozmyślnie pozwoliłem, aby

pilnujący  stada  apt  zauważył  mnie,  spoglądając  w  stronę  naszej  kryjówki.  Potem  rzuciłem  się  na  drugi  koniec  przejścia,
rozpłaszczając się na ścianie.

Wielkie  zwierzę  pobiegło  bez  dźwięku  w  stronę  siódmej  groty,  aby  sprawdzić,  jakiego  rodzaju  intruz  zapuścił  się

lekkomyślnie tak daleko w głąb jego leża.

Kiedy  wystawiło  głowę  przez  łączący  pieczary  wąski  otwór,  po  obu  stronach  czekały  na  nią  ciężkie,  długie  miecze  i

zanim miało okazję wydać choćby jedno warknięcie, odcięta głowa potoczyła się do naszych stóp.

Zajrzeliśmy szybko do ósmej komory: żaden z aptów nawet nie drgnął. Przeszedłszy ostrożnie nad blokującymi wejście

zwłokami wielkiego zwierzęcia, weszliśmy ostrożnie z Thuvan Dihnem do budzącej grozę, niebezpiecznej jamy.

Cicho i ostrożnie, skradaliśmy się w ślimaczym tempie wśród wielkich, odpoczywających ciał. Jedynym odgłosem poza

naszym oddechem było mlaskanie naszych stóp podnoszonych z gnijącej masy, przez którą brnęliśmy.

Byliśmy w połowie drogi, kiedy jedno z potężnych zwierząt, leżące dokładnie przede mną poruszyło się niespokojnie w

tej samej chwili, w której zawisłem stopą nad jego głową, by przejść dalej.

Czekałem,  wstrzymawszy  oddech,  balansując  na  jednej  stopie,  ponieważ  nie  miałem  odwagi  poruszyć  choćby

mięśniem. W prawej dłoni ściskałem krótki miecz, którego ostrze zawisło o cal nad grubym futrem, pod którym biło dzikie
serce zwierzęcia.

Wreszcie apt uspokoił się; westchnął, jakby wychodząc z koszmaru i zaczął znów regularnie oddychać w głębokim śnie.

Postawiłem uniesioną stopę obok jego łba i po chwili przekroczyłem nad zwierzęciem.

Thuvan Dihn ruszył zaraz za mną i po chwili, niezauważeni, znaleźliśmy się przy dalszym wyjściu z groty.
Na Jaskinie Trupów składa się ciąg dwudziestu siedmiu połączonych ze sobą grot, powstałych w zamierzchłych czasach

wskutek erozji wywołanej przez wody potężnej rzeki, która tym jedynym przejściem w lodowo-skalnej barierze otaczającej
kraj podbiegunowy, znalazła ujście na południe.

Pozostałe dziewiętnaście grot pokonaliśmy z Thuvan Dihnem bez dalszych przygód czy niefortunnych wypadków.
Później dowiedzieliśmy się, że tylko raz w miesiącu można zastać wszystkie apty z Jaskiń Trupów zebrane w jednej

grocie.

Kiedy indziej wędrują samotnie lub parami poza jaskiniami i wśród nich, wobec czego praktycznie niemożliwe byłoby,

aby dwóm ludziom udało się przejść wszystkie dwadzieścia siedem grot, nie napotykając w żadnej jednego z tych zwierząt.
Raz w miesiącu stworzenia te przesypiają cały dzień, zaś my mieliśmy szczęście natknąć się na nie właśnie przy tej okazji.

Za ostatnią jaskinią wyszliśmy w ponury krajobraz lodu i śniegu, ale znaleźliśmy oznaczony szlak prowadzący na północ.

Podobnie jak na południe od bariery, droga była usiana głazami, przez co cały czas widzieliśmy przed sobą tylko niewielki
kawałek czekającej nas trasy.

Po kilku godzinach obeszliśmy wielki głaz, wychodząc na stromą pochyłość schodzącą do jakiejś doliny.
Prosto przed sobą ujrzeliśmy pół tuzina ludzi: groźnych, czarnobrodych, o skórze koloru dojrzałej cytryny.
--  Żółci  ludzie  z  Barsoom!  --  zawołał  cicho  Thuvan  Dihn,  który  nawet  widząc  ich  teraz  na  własne  oczy,  ledwie  mógł

uwierzyć, że rasa, którą spodziewaliśmy się odkryć w schronieniu tej odległej i niedostępnej krainy, naprawdę istniała.

Cofnęliśmy się za pobliski głaz, żeby przyglądać się poczynaniom tej grupki, przyczajonej plecami do nas u stóp innej

wielkiej skały.

background image

Jeden z ludzi wyglądał za krawędź bloku granitu, jakby obserwując kogoś, kto zbliżał się z drugiej strony.
Wkrótce obiekt jego czujnych spojrzeń pojawił się w zasięgu wzroku -- był to kolejny żółty człowiek. Wszyscy mieli na

sobie  wspaniałe  futra:  przyczajona  za  skałą  szóstka  pasiaste,  żółto-czarne  skóry  orluka,  zaś  nadchodzący  --  lśniące,
całkowicie białe futro apta.

Żółci  ludzie  byli  uzbrojeni  w  dwa  miecze,  dodatkowo  każdy  z  nich  niósł  przerzucony  przez  plecy  krótki  oszczep.  Na

lewym ramieniu trzymali okrągłe tarcze, obrócone wklęsłą powierzchnią na zewnątrz, w stronę przeciwnika.

Wyglądały na godne politowania i nieskuteczne zabezpieczenie przed choćby przeciętnym szermierzem, wkrótce jednak

miałem przekonać się, do czego służyły, i z jaką wprawą posługiwali się nimi żółci ludzie.

Moją uwagę przyciągnął zaraz jeden z mieczy, które miał przy sobie każdy z wojowników. Piszę miecz, choć naprawdę

było to ostrze zakończone u czubka hakiem.

Drugi miecz, prosty i obosieczny, był mniej więcej tej samej długości co hak, w przybliżeniu o długości między moim

długim a krótkim mieczem. Oprócz wyliczonego przeze mnie uzbrojenia, każdy z wojowników miał przy sobie jeszcze sztylet
w uprzęży.

Kiedy  człowiek  w  białym  futrze  podszedł  bliżej,  cała  szóstka  ścisnęła  mocniej  miecze  --  lewymi  dłońmi  zakończony

hakiem, prawymi -- prosty, unosząc sztywno nad lewym nadgarstkiem małe tarcze osadzone na metalowych uchwytach.

Kiedy  samotny  wojownik  znalazł  się  naprzeciw  nich,  cała  szóstka  rzuciła  się  na  niego,  wydając  upiorny  okrzyk,  który

najbardziej przypominał dzikie zawołanie bojowe Apaczów z południowego zachodu.

Zaatakowany, wyciągnął błyskawicznie oba miecze, a kiedy szóstka napastników ruszyła na niego, stałem się świadkiem

walki tak zajadłej, że trudno ją sobie wyobrazić.

Walczący próbowali uchwycić przeciwnika ostrymi hakami, a wklęsłe tarcze odskakiwały błyskawicznie pod uderzeniem

broni, gdy hak zanurzał się w ich zagłębienie.

Raz  samotnemu  wojownikowi  udało  się  trafić  przeciwnika  hakiem  w  bok,  po  czym  przyciągnął  go  do  siebie  i  przebił

mieczem.

Przeciwnicy mieli jednak zbyt wielką przewagę liczebną, a choć walczący z nimi był najlepszym i najbardziej dzielnym ze

wszystkich walczących, widać było wyraźnie, że znalezienie luki w jego gardzie przez pozostałą piątkę napastników i zabicie
go było tylko kwestią czasu.

Zawsze  sympatyzowałem  ze  słabszą  stroną  starcia,  a  choć  nie  wiedziałem  nic  o  przyczynach  tej  walki,  nie  mogłem

przecież stać bezczynnie, patrząc jak posiadający przewagę liczebną przeciwnik morduje dzielnego człowieka.

W gruncie rzeczy podejrzewam, że moich myśli nie zaprzątało wtedy zbytnio szukanie usprawiedliwienia, ponieważ zbyt

mocno kocham dobrą walkę, aby potrzebować jakichkolwiek innych powodów do przyłączenia się do niej, kiedy nadarza się
okazja.

I tak, zanim Thuvan Dihn zorientował się, co zamierzam, stanąłem u boku ubranego w białe futro żółtego człowieka,

walcząc jak szaleniec z jego pięcioma przeciwnikami.

background image

Wśród żółtych ludzi

Thuvan  Dihn  przyłączył  się  zaraz  do  mnie,  a  choć  zakończona  hakiem  broń  naszych  przeciwników  wydawała  nam  się
dziwna i barbarzyńska, w trójkę szybko pozbyliśmy się stojących przed nami czarnobrodych wojowników.

Kiedy starcie dobiegło końca, nasz nowy znajomy odwrócił się do mnie, i zdjąwszy tarczę z przedramienia, podał mi ją.

Nie znałem znaczenia tego gestu, ale uznałem, że była to tylko oficjalna forma wyrażenia wdzięczności.

Później  dowiedziałem  się,  że  ten  gest  oznaczał  ofiarowanie  życia  w  zamian  za  jakąś  wielką  przysługę,  zaś  moja

natychmiastowa odmowa była oczekiwaną odpowiedzią.

-- Wobec tego przyjmij ten znak wdzięczności od Talu, księcia Marentiny -- powiedział żółty człowiek i sięgnąwszy pod

jeden z szerokich rękawów szaty, wyciągnął bransoletę, którą założył mi na ramię. Potem powtórzył tę ceremonię z Thuvan
Dihnem.

Następnie  zapytał  nas,  jak  się  nazywamy  i  z  jakiego  kraju  przybyliśmy.  Wydawał  się  całkiem  nieźle  znać  geografię

świata zewnętrznego, a kiedy oznajmiłem, że przybyliśmy z Helium, uniósł brwi.

-- Ach, szukasz waszego władcy i jego towarzyszy? -- zapytał.
-- Słyszałeś o nich? -- zapytałem.
--  Niewiele  ponad  to,  że  zostali  więźniami  mojego  wuja  Salensus  Olla,  Jeddaka  Jeddaków,  władcy  Okar,  krainy

żółtoskórych ludzi z Barsoom. Nie wiem nic na temat ich losów, ponieważ pozostaję w stanie wojny z wujem, który pragnie
obalić moją władzę w księstwie Marentiny. Ludzie, przed którymi mnie właśnie uratowaliście, to nasłani przez niego zbóje.
Mieli znaleźć mnie i zabić, ponieważ wiedzą, że często przychodzę tu samotnie polować i zabijać święte apty, otaczane czcią
przez Salensus Olla. Nienawidzi mnie częściowo właśnie dlatego, że nie cierpię jego religii, choć przede wszystkim boi się
mojej rosnącej mocy i potężnego stronnictwa obecnego w całym państwie, które z radością powitałoby mnie na tronie Okar i
obwołało w jego zastępstwie Jedakkiem Jeddaków.

--  To  okrutny  i  znienawidzony  przez  wszystkich  tyran,  a  gdyby  nie  wielki  lęk,  jaki  go  otacza,  w  jedną  noc  zdołałbym

zebrać armię, która szybko starłaby w proch tę garstkę, jaka nadal dochowuje mu wierności. Lud mojego księstwa pozostaje
lojalny wobec mnie, zaś mała dolina Marentiny od roku nie płaciła dworowi Salensus Olla trybutu.

-- I nie mogą nas do tego zmusić, ponieważ wąską drogę do Marentiny tuzin ludzi może bronić przeciw milionom. Teraz

jednak  porozmawiajmy  o  was.  Jak  mogę  wam  pomóc?  O  ile  zechcecie  uczynić  mi  zaszczyt,  przyjmując  zaproszenie  do
Marentiny, mój pałac jest do waszej dyspozycji.

--  Kiedy  doprowadzimy  naszą  misję  do  końca,  z  radością  przyjmiemy  to  zaproszenie  --  odparłem.  --  Teraz  jednak

bardziej pomożesz nam, wskazując drogę na dwór Salensus Olla i podpowiadając nam, w jaki sposób możemy dostać się
do miasta i pałacu, czy też jakiegoś innego miejsca, gdzie mogą być więzieni nasi przyjaciele.

Talu spojrzał smutno na nasze gładkie twarze i skórę -- czerwoną Thuvan Dihna i moją białą.
-- Najpierw musicie udać się do Marentiny -- stwierdził. -- Gdyż zanim będziecie mogli mieć nadzieję, aby wpuszczono

was do któregokolwiek miasta w Okar, trzeba mocno zmienić wasz wygląd. Musicie mieć żółte twarze i czarne brody, zaś
wasze  stroje  i  uprzęże  nie  mogą  wzbudzać  najmniejszych  podejrzeń.  Na  moim  dworze  znajdzie  się  ktoś,  kto  sprawi,  że
będziecie wyglądali na prawdziwych żółtych ludzi, jak sam Salensus Oll.

Sugestia wydawała się mądra, a ponieważ najwyraźniej nie istniał inny sposób, aby dostać się do stolicy Okar, Kadabry,

ruszyliśmy z Talu, księciem Marentiny, do jego otoczonego skałami kraiku.

Trasa  wiodła  jedną  z  najgorszych  dróg,  jakie  widziałem,  i  nie  dziwię  się,  że  w  tym  kraju,  gdzie  nie  ma  thoatów  ani

background image

statków  latających,  Marentina  nie  lęka  się  żadnej  napaści.  W  końcu  jednak  dotarliśmy  do  celu  podróży,  który  objawił  się
moim oczom po raz pierwszy ze szczytu niewielkiego wzniesienia o pół mili od miasta.

Osadzone  w  głębokiej  kotlinie,  leżało  przede  mną  miasto  z  marsjańskiego  betonu,  w  którym  wszystkie  ulice,  place  i

otwarte  przestrzenie  przykryte  były  szklanym  dachem.  Wszędzie  wokół  zalegał  lód  i  śnieg,  z  wyjątkiem  zaokrąglonej,
kopulastej osłony z kryształu, osłaniającej całe miasto.

Wtedy przekonałem się, w jaki sposób ludzie ci radzili sobie z surowym arktycznym klimatem, mieszkając wśród wygód i

luksusu w krainie wiecznego lodu. Ich siedziby były prawdziwymi cieplarniami, a kiedy znalazłem się w tym mieście, mój
szacunek i podziw dla naukowych i inżynierskich zdolności tego zamieszkującego podziemia narodu nie znał granic.

Z chwilą, gdy weszliśmy do miasta, Talu -- podobnie jak my -- zrzucił wierzchnie futrzane okrycie, i zauważyłem, że pod

spodem  jego  strój  niewiele  się  różnił  od  strojów  czerwonoskórych  mieszkańców  Barsoom.  Poza  skórzaną  uprzężą,
wysadzaną gęsto klejnotami i szlachetnymi metalami, był nagi. I rzeczywiście, w ciepłej i wilgotnej atmosferze miasta wszelki
strój stawał się niewygodą.

Książę  Talu  podejmował  nas  na  swoim  dworze  przez  trzy  dni,  udzielając  nam  wszelkiej  uwagi  i  uprzejmości,  i

zapoznając nas ze wszystkimi ciekawostkami jego wielkiego miasta.

Gdyby  wielka  centralna  fabryka  powietrza  znowu  przestała  działać,  jak  tego  pamiętnego  dnia,  w  którym  dano  mi

przywrócić  życie  i  szczęście  temu  niezwykłemu  światu,  który  tak  mocno  pokochałem,  wytwórnia  powietrza  w  Marentinie
mogła  podtrzymywać  życie  w  miastach  bieguna  północnego  przez  nieograniczony  czas  po  tym  jak  wszelkie  życie  w
pozostałych częściach ginącego Marsa zniknęłoby wskutek braku powietrza.

Pokazał nam również system ogrzewania, gromadzący ciepło słońca w wielkich zbiornikach pod miastem, oraz jak mało

trzeba było, aby we wspaniałych ogrodach tego arktycznego raju podtrzymywać wieczne lato.

Po szerokich alejach, obsianych ochrową roślinnością porastającą dno martwych mórz, przemieszczały się bezgłośnie

lekkie i zwinne pojazdy naziemne, które są jedyną formą sztucznego transportu używaną na północ od gigantycznej bariery
lodowej.

Szerokie koła tych wyjątkowych pojazdów są tylko wykonanymi z gumowatej substancji zbiornikami gazu, wypełnionymi

ósmym  rodzajem  promieniowania  z  Barsoom,  znanym  też  jako  promień  napędzający  --  to  niezwykłe  odkrycie  Marsjan,
dzięki któremu powstały wielkie floty potężnych statków latających, zapewniające czerwonym ludziom przewagę w świecie
zewnętrznym. To właśnie ten promień wysyła w przestrzeń własne i odbite światło planety, a zamknięty w zbiornikach nadaje
marsjańskim pojazdom ich niezwykłą wyporność.

Pojazdy  naziemne  Marentiny  mają  w  swoich  podobnych  do  samochodowych  kołach  dokładnie  tyle  promienia

napędowego, ile trzeba, aby zapewnić pojazdom przyczepność umożliwiającą sterowanie; a choć tylne koła są połączone z
silnikiem  i  pomagają  w  napędzaniu  maszyny,  większa  część  masy  pojazdu  napędzana  jest  niewielkim  wirnikiem
umieszczonym z tyłu.

Nie  znam  wspanialszego  uczucia  niż  jazda  jednym  z  tych  zbytkownie  wyposażonych  pojazdów,  które  mkną  lekko  i

zwinnie  jak  piórka,  miękkimi,  porośniętymi  mchem  alejami  Marentiny,  poruszając  się  całkiem  bezgłośnie  między
krawędziami purpurowych trawników, pod łączącymi się w górze drzewami obsypanymi wspaniałymi kwiatami typowymi dla
tylu powszechnie uprawianych roślin na Barsoom.

Pod koniec trzeciego dnia nadworny fryzjer -- nie pasuje do niego żadne inne ziemskie określenie zawodu -- dokonał na

mnie i Thuvan Dihnie tak niezwykłej przemiany, że nie poznałyby nas nawet nasze żony. Nasza skóra była teraz tej samej
cytrynowej  barwy,  co  jego  własna,  zaś  do  naszych  gładkich  twarzy  przymocował  zmyślnie  wielkie  czarne  brody  i  wąsy.
Złudzenie wzmagał ekwipunek wojowników Okar, zaś do okrycia poza cieplarnianymi warunkami miasta każdy z nas miał

background image

strój z żółto-czarnej, pasiastej skóry orluka.

Talu udzielił nam dokładnych wskazówek na drogę do Kadabry, stolicy ludu Okar, jak brzmi ogólne określenie żółtych

ludzi. Będąc dobrym druhem, towarzyszył nam przez jakiś czas w drodze, po czym pożegnał się, obiecując pomóc w każdy
możliwy sposób.

Przy  rozstaniu  wsunął  mi  na  palec  niezwykły  pierścień,  w  którym  osadzono  czarny  jak  noc,  matowy  kamień,

przypominający raczej okruch węgla bitumicznego niż bezcenny marsjański klejnot, którym naprawdę jest.

-- Z macierzystego kamienia, który znajduje się w moim posiadaniu, wycięto tylko trzy inne -- powiedział. -- Noszą je moi

zaufani dostojnicy, których posłałem w tajnych misjach na dwór Salensus Olla.

-- Jeśli zbliżysz się na pięćdziesiąt stóp do któregokolwiek z tej trójki, poczujesz mrowienie na palcu, na którym masz

pierścień. Właściciel jego odpowiednika poczuje to samo: powodem jest oddziaływanie elektryczne, które zachodzi, gdy dwa
klejnoty wycięte z tego samego kamienia macierzystego, znajdą się w zasięgu swojej mocy. Dzięki niemu poznasz, że w
pobliżu jest przyjaciel, który w razie potrzeby udzieli ci pomocy.

--  Gdyby  nosiciel  podobnego  klejnotu  poprosił  cię  o  pomoc,  nie  odmawiaj  mu,  a  jeśli  grozić  ci  będzie  śmierć,  raczej

połknij pierścień niż dopuść, aby wpadł w ręce nieprzyjaciół. Strzeż go własnym życiem, Johnie Carter, ponieważ pewnego
dnia może okazać się dla ciebie ważniejszy niż życie.

Z  tym  pożegnalnym  napomnieniem,  nasz  druh  zawrócił  w  stronę  Marentiny,  zaś  my  obraliśmy  kurs  w  stronę  miasta

Kadabra i dworu Jeddaka Jeddaków, Salensus Olla.

Tego samego wieczora dotarliśmy na odległość wzroku od otoczonej murem i przykrytej szklaną kopułą stolicy, położonej

w  niskiej  kotlinie  w  pobliżu  bieguna,  otoczonej  przez  skaliste,  pokryte  śniegiem  wzgórza.  Z  przełęczy,  którą  weszliśmy  w
dolinę, mieliśmy wspaniały widok na to wielkie miasto Północy, którego kryształowa kopuła lśniła w jasnym świetle słońca,
iskrząc się nad pokrytym szronem murem zewnętrznym, otaczającym miasto przez pełne sto mil obwodu.

Do  miasta  można  było  dostać  się  przez  osadzone  w  regularnych  odstępach  wielkie  bramy,  ale  nawet  z  odległości,  z

której  oglądaliśmy  tę  potężną  budowlę,  widać  było,  że  wszystkie  są  zamknięte,  wobec  czego  zgodnie  z  sugestią  Talu
odłożyliśmy próbę wejścia do miasta do następnego rana.

Tak  jak  powiedział,  w  otaczających  wzgórzach  znaleźliśmy  liczne  jaskinie  i  w  jednej  z  nich  schowaliśmy  się  na  noc.

Nasze ciepłe skóry z orluka okazały się bardzo wygodne i następnego ranka obudziliśmy się wspaniale wypoczęci zaraz po
wschodzie słońca.

Miasto  budziło  się  już  i  ujrzeliśmy  grupy  żółtych  ludzi  wychodzące  z  kilku  bram.  Trzymając  się  w  każdym  szczególe

instrukcji  naszego  druha  z  Marentiny,  pozostaliśmy  przez  kilka  godzin  w  ukryciu,  dopóki  grupa  mniej  więcej  pół  tuzina
wojowników nie przeszła szlakiem pod naszą kryjówką, kierując się między wzgórza przełęczą, którą pokonaliśmy zeszłego
wieczoru.

Odczekawszy, aż znajdą się poza zasięgiem wzroku od naszej jaskini, wyszliśmy z niej ostrożnie z Thuvan Dihnem i

poszliśmy za nimi, doganiając ich dopiero, kiedy zapuścili się na dobre między wzgórza.

Kiedy już prawie ich dogoniliśmy, zawołałem głośno do przywódcy grupy. Wojownicy zatrzymali się i odwrócili w naszą

stronę. Nadeszła kluczowa chwila: jeśli udałoby nam się oszukać tych ludzi, reszta okazałaby się już względnie łatwa.

-- Kaor! -- zawołałem, podchodząc bliżej.
-- Kaor! -- odpowiedział dowódca grupy.
-- Przybywamy z Illall -- ciągnąłem, podając nazwę najbardziej oddalonego miasta Okar, które utrzymuje tylko nieliczne

lub wręcz żadne stosunki z Kadabrą. -- Dotarliśmy tu dopiero wczoraj, a dziś rano dowódca straży przy bramie powiedział
nam, że ruszacie polować na orluki, o które trudno w naszej okolicy. Podążyliśmy za wami z prośbą, żebyście pozwolili nam

background image

przyłączyć się do was.

Oficer dał się całkowicie oszukać i łaskawie pozwolił nam przyłączyć się do grupy. Rzucony na chybił trafił pomysł, że

ruszali  polować  na  orluki,  okazał  się  trafny.  Talu  powiedział  nam  wcześniej,  że  szanse,  iż  jakakolwiek  grupa  ludzi  będzie
opuszczać Kadabrę przełęczą, którą weszliśmy do doliny, właśnie w tym celu, były jak dziesięć do jednego, ponieważ szlak
ten prowadzi prosto na rozległe równiny nawiedzane przez te podobne do mamutów drapieżniki.

Co  do  samych  łowów,  dzień  okazał  się  pechowy,  ponieważ  nie  natknęliśmy  się  na  choćby  jednego  orluka.  Dla  nas

jednak  było  to  ze  wszech  miar  korzystne,  ponieważ  żółtoskórzy  byli  tak  rozgoryczeni  brakiem  powodzenia,  że  nie  chcieli
wracać do miasta tą samą bramą, którą opuścili je rano, gdyż wyglądało na to, że przechwalali się mocno przed dowódcą
straży swoimi umiejętnościami w tropieniu tej niebezpiecznej zwierzyny.

Z tego powodu zbliżyliśmy się do stolicy w punkcie odległym o kilka mil od tego, którym opuściła je rano nasza grupa,

dzięki czemu uwolniliśmy się od groźby kłopotliwych pytań i wyjaśnień ze strony dowódcy straży, który według naszych słów
miał pokierować nas za tą właśnie grupą myśliwych.

Dotarliśmy już dość blisko miasta, kiedy moją uwagę przykuła strzelista czarna kolumna wznoszącą się na kilkaset stóp

w górę spośród plątaniny czegoś, co wyglądało na usypisko wraków i śmieci, schowane częściowo pod śniegiem.

Nie  odważyłem  się  zadać  pytania  z  obaw,  że  wzbudzę  podejrzenia  wyraźną  nieznajomością  czegoś,  co  powinienem

wiedzieć, jako żółty człowiek. Zanim jednak dotarliśmy do bramy miasta, poznałem przeznaczenie tej ponurej kolumny oraz
co oznaczało ogromne usypisko pod nią.

Prawie  dotarliśmy  już  do  bramy,  kiedy  jeden  z  myśliwych  zawołał  do  towarzyszy,  wskazując  równocześnie  w  dal  na

południowy  widnokrąg.  Podążając  wzrokiem  we  wskazanym  kierunku,  ujrzałem  kadłub  wielkiego  statku  powietrznego
nadlatującego szybko ponad grzbietami otaczających wzgórz.

--  Kolejni  głupcy  pragnący  odkryć  tajemnice  zakazanej  Północy  --  powiedział  pod  nosem  oficer.  --  Czy  ta  zabójcza

ciekawość nigdy ich nie opuści?

-- Miejmy nadzieję, że nie -- odpowiedział jeden z wojowników. -- Inaczej skąd bralibyśmy niewolników i zabawę?
-- Prawda, mimo wszystko, co to za bezmyślne bestie, skoro wciąż przylatują do krainy, z której jeszcze żaden z nich nie

wrócił.

-- Poczekajmy i popatrzmy, jak to się skończy -- zaproponował jeden z ludzi.
Oficer spojrzał w stronę miasta.
-- Straż już ich zauważyła -- powiedział. -- Możemy zostać; być może okażemy się potrzebni.
Spojrzałem  w  stronę  miasta.  Z  najbliższej  bramy  wysypywało  się  już  kilkuset  wojowników.  Szli  spokojnie,  jakby  nie

musieli się spieszyć, a jak miałem się zaraz dowiedzieć, rzeczywiście nie musieli.

Odwróciłem ponownie wzrok w stronę statku. Leciał prędko w stronę miasta, a kiedy podszedł całkiem blisko, poczułem

zdumienie ujrzawszy, że jego wirniki stały w miejscu.

Leciał prosto na ponurą kolumnę. W ostatniej chwili ujrzałem, jak wielkie śmigła poruszyły się, aby go cofnąć, jednak

leciał dalej, jakby przyciągany jakąś potężną, nieodpartą siłą.

Na pokładzie zapanowało mocne poruszenie. Ludzie biegali we wszystkie strony, obsadzając działa i przygotowując się

do wypuszczenia jednoosobowych łodzi latających, których cała flotylla znajduje się na wyposażeniu każdego marsjańskiego
okrętu  powietrznego.  Statek  pędził,  zbliżając  się  coraz  bardziej  do  czarnej  kolumny.  Za  chwilę  musiał  się  z  nią  zderzyć.
Wreszcie  zauważyłem,  że  wywiesił  znany  mi  sygnał,  nakazujący  wypuszczenie  wielkiej  chmary  łodzi  ze  statku
macierzystego.

Z  pokładu  uniosła  się  błyskawicznie,  jak  rój  wielkich  ważek,  setka  maleńkich  łodzi  latających;  ledwie  jednak  opuściły

background image

okręt, kiedy każda obróciła się dziobem w stronę kolumny i one również pomknęły ze straszliwą prędkością na spotkanie
tego samego, najwyraźniej nieuchronnego końca, który zagrażał większemu statkowi.

Po chwili doszło do zderzenia. Ludzie zostali rozrzuceni z pokładu na wszystkie strony, podczas gdy sam statek, pogięty i

wykrzywiony, zanurkował po raz ostatni w stronę sterty wraków u stóp kolumny.

Wraz z nim opadł deszcz latających łodzi, z których każda zderzyła się gwałtownie z twardą powierzchnią słupa.
Zauważyłem, że roztrzaskane statki osuwały się początkowo po powierzchni kolumny, zaś ich upadek nie był tak szybki,

jak można by się spodziewać. Wreszcie pojąłem nagle tajemnicę kolumny i odkryłem przyczynę, która nie pozwalała wrócić
statkom powietrznym zapuszczającym się daleko za barierę lodową.

Słup był potężnym magnesem, a skoro tylko statek znalazł się w zasięgu jego ogromnej siły przyciągania działającej na

aluminium,  które  stanowi  główny  składnik  konstrukcji  wszelkich  statków  na  Barsoom,  nie  było  takiej  siły  na  ziemi,  która
mogłaby zapobiec takiemu końcowi, jaki właśnie ujrzeliśmy.

Dowiedziałem się później, że kolumna znajduje się dokładnie na biegunie magnetycznym Marsa, jednak nie wiem czy w

jakikolwiek sposób zwiększa to jej nieobliczalną siłę przyciągania. Nie jestem naukowcem, a żołnierzem.

Znalazłem  przynajmniej  wytłumaczenie  długiej  nieobecności  Tardos  Morsa  i  Mors  Kajaka.  Ci  mężni,  nieustraszeni

wojownicy  rzucili  wyzwanie  sekretom  i  niebezpieczeństwom  skutej  lodem  Północy  w  poszukiwaniu  Carthorisa,  którego
przedłużająca się nieobecność pochyliła w żalu głowę jego pięknej matki, księżniczki Helium, Dejah Thoris.

W  chwili,  kiedy  ostatnia  z  łodzi  spoczęła  u  podstawy  kolumny,  stertę  wraków  zasypali  czarnobrodzi,  żółtoskórzy

wojownicy, którzy brali do niewoli wszystkich, którzy nie ponieśli obrażeń, od czasu do czasu pozbawiając życia pchnięciem
miecza rannych, zdających się nie gustować w ich szyderstwach i zniewagach.

Kilku  nietkniętych  czerwonoskórych  walczyło  mężnie  z  okrutnym  wrogiem,  ale  wydawali  się  nazbyt  przybici  grozą

przeżytej właśnie katastrofy, aby stać ich było na cokolwiek poza bezwolnym poddaniem się złotym łańcuchom, którymi ich
skuto.

Kiedy spętano ostatniego z jeńców, grupa zawróciła do miasta, gdzie natknęliśmy się przy bramie na stado dzikich aptów

w złotych obrożach, z których każdego prowadzili dwaj wojownicy, trzymający je na mocnych łańcuchach wykonanych z tego
samego tworzywa, co obroże.

Tuż za bramą, wojownicy spuścili całe stado z łańcuchów, kiedy zaś bestie pomknęły susami w stronę ponurej czarnej

kolumny nie musiałem pytać w jakim celu. Gdyby w bezlitosnej Kadabrze nie było ludzi, którzy potrzebowali ratunku o wiele
bardziej niż nieszczęśnicy, którzy zginęli już lub właśnie dogorywali na zimnie wśród pogiętych i połamanych wraków tysiąca
statków, nic nie powstrzymałoby mnie przed pognaniem z powrotem i walką z tymi odrażającymi stworzeniami wysłanymi,
aby rozszarpać ich i pożreć.

Tymczasem jednak musiałem iść z pochyloną głową za żółtymi wojownikami, dziękując losowi za okazję, dzięki której

Thuvan Dihn i ja dostaliśmy się z taką łatwością do stolicy Salensus Olla.

Znalazłszy  się  za  bramą,  bez  trudu  wymknęliśmy  się  poznanym  rano  przyjaciołom  i  dotarliśmy  wkrótce  do

marsjańskiego zajazdu.

background image

Kadabra

Odkryłem, że zajazdy na Barsoom nie różnią się zbytnio od siebie. Prywatność zapewnia się w nich wyłącznie poślubionym
parom.

Nieżonaci  mężczyźni  trafiają  do  wielkiej  sali,  o  podłodze  wykonanej  zwykle  z  białego  marmuru  lub  mocnego  szkła,

utrzymywanej w starannej czystości. Znajduje się tu wiele niewielkich podwyższeń na jedwabne posłania i futra gości, jeśli
zaś ci nie posiadają własnej czystej bielizny, zapewnia się im świeżą po symbolicznej cenie.

Złożywszy swoje rzeczy osobiste na jednym z podwyższeń, mężczyzna staje się gościem domu, zaś platforma należy

do niego, dopóki go nie opuści. Nikt nie rusza ani nie grzebie w jego rzeczach, gdyż na Marsie nie ma złodziei.

Ponieważ  jedynym,  czego  należy  się  bać,  jest  skrytobójstwo,  właściciele  zajazdów  utrzymują  zbrojną  straż,  która

patroluje sypialnie dniem i nocą. Liczba strażników i stan ich uprzęży zwykle dość dobrze wskazują status hotelu.

W  domach  tych  nie  podaje  się  żadnych  posiłków,  za  to  na  ogół  przylegają  do  nich  publiczne  jadłodajnie.  Łazienki  są

połączone z salami sypialnymi, zaś każdy gość musi codziennie brać kąpiel lub opuścić hotel.

Zwykle  na  drugim  lub  trzecim  piętrze  znajduje  się  wielka  sypialnia  dla  samotnych  gości  płci  żeńskiej,  choć  jej

wyposażenie  nie  różni  się  znacząco  od  sprzętów  w  sali  mężczyzn.  Strażnicy  pilnujący  kobiet,  spędzają  noc  na  korytarzu
przed  sypialnią,  podczas  gdy  wnętrza  pilnują  przechadzające  się  wśród  śpiących  niewolnice,  gotowe  powiadomić
wojowników, gdyby ich obecność okazała się konieczna.

Poczułem zaskoczenie widząc, że wszyscy strażnicy w zajeździe, w którym się zatrzymaliśmy, byli czerwonymi ludźmi.

Zapytawszy o to jednego z nich, dowiedziałem się, że byli niewolnikami kupionymi od rządu przez właściciela. Człowiek ten,
który  pełnił  straż  nieopodal  mojego  posłania,  był  kiedyś  dowódcą  floty  wielkiego  marsjańskiego  narodu.  Los  jednak  zniósł
jego  statek  flagowy  poza  barierę  lodową  w  zasięg  działania  kolumny  magnetycznej,  a  teraz  od  wielu  lat  trudził  się  jako
niewolnik żółtych ludzi.

Powiedział mi, że wśród służby żółtoskórych byli książęta, jedowie, a nawet jeddakowie ze świata zewnętrznego, kiedy

jednak  zapytałem,  czy  słyszał  o  losach  Mors  Kajaka  lub  Tardos  Morsa,  potrząsnął  głową,  twierdząc,  że  nie  było  mu
wiadomo, czy byli tu przetrzymywani, choć znał dobrze sławę i reputację, jaka otaczała ich w świecie zewnętrznym.

Nie dotarły też do niego żadne pogłoski na temat przybycia Ojca Thernów i czarnoskórego datora Pierworodnych, choć

wytłumaczył pospiesznie, że niewiele wiedział o tym, co działo się w pałacu. Widziałem, że zaciekawiło go mocno, dlaczego
żółty człowiek żywił podobną dociekliwość dotyczącą konkretnych czerwonoskórych więźniów spoza bariery lodowej, oraz
dlaczego okazałem się takim ignorantem w kwestii zwyczajów i warunków panujących wśród mojej własnej rasy.

Rzeczywiście,  ujrzawszy  czerwonego  człowieka  pełniącego  straż  przy  moim  posłaniu,  zapomniałem  o  swoim

przebraniu, jednak jego coraz bardziej zdziwiona mina ostrzegła mnie na czas, ponieważ nie zamierzałem zdradzać nikomu
swojej tożsamości, o ile nie mogło to okazać się dla nas korzystne, nie wiedziałem zaś jeszcze, w jaki sposób ten biedak
mógłby mi się przysłużyć, choć przyszło mi do głowy, że mógłbym przyczynić się później do uratowania jego oraz wszystkich
pozostałych tysięcy więźniów spełniających wolę swoich surowych żółtoskórych panów.

Omawialiśmy z Thuvan Dihnem nasze plany, usadowieni na jedwabnych posłaniach i futrach wśród setek żółtych ludzi

dzielących z nami salę. Mówiliśmy szeptem, ale ponieważ tego właśnie wymaga dobry obyczaj we wspólnej sypialni, nie
wzbudzaliśmy przy tym żadnych podejrzeń.

Ustaliwszy  wreszcie,  że  wszystkie  plany  będą  wyłącznie  jałowymi  spekulacjami,  dopóki  nie  będziemy  mieć  szansy

zbadania miasta i nie spróbujemy wprowadzić w życie planu zasugerowanego nam przez Talu, życzyliśmy sobie dobrej nocy

background image

i położyliśmy się spać.

Nazajutrz  po  śniadaniu  wyruszyliśmy  na  zwiedzanie  Kadabry,  a  ponieważ  dzięki  hojności  księcia  Marentiny  byliśmy

sowicie zaopatrzeni w używaną w Okar walutę, kupiliśmy piękny pojazd naziemny. Nauczywszy się prowadzić je w trakcie
pobytu w Marentinie, spędziliśmy wspaniały, udany dzień, poznając stolicę. Późnym popołudniem, o porze, w której według
Talu  mogliśmy  zastać  urzędników  rządowych  w  biurach,  zatrzymaliśmy  się  na  placu  przed  wspaniałym  budynkiem
położonym naprzeciw terenów pałacu królewskiego.

Mijając  w  drzwiach  uzbrojoną  straż,  weszliśmy  śmiało  do  wnętrza,  gdzie  przywitał  nas  czerwony  niewolnik,  pytając,

czego sobie życzymy.

--  Powiedz  swojemu  panu,  Soravowi,  że  dwaj  wojownicy  z  Illall  chcą  wstąpić  na  służbę  do  straży  pałacowej  --

powiedziałem.

Sorav, jak twierdził Talu, był dowódcą straży pałacowej, a ponieważ ludzie z położonych dalej miast Okar, zwłaszcza z

Illall, ze znacznie mniejszym prawdopodobieństwem zdążyli ulec wirusowi znużenia, toczącemu od lat dwór Salensus Olla,
był pewny, że będziemy tu chętnie widziani bez zbędnych pytań.

Udzielił nam ogólnych pouczeń, jakie jego zdaniem były konieczne, żeby zaakceptował nas Sorav. Następnie mieliśmy

przejść kolejny sprawdzian przed samym Salensus Ollem, który miał zbadać naszą tężyznę i żołnierską sprawność.

Ponieważ posiadaliśmy niewielkie doświadczenie w walce przy użyciu niezwykłych zakrzywionych mieczy żółtych ludzi i

ich podobnych do filiżanek tarcz, było raczej mało prawdopodobne, aby któryś z nas przeszedł ten ostateczny sprawdzian.
Istniała  jednak  szansa,  że  po  przyjęciu  nas  na  służbę  przez  Sorava  zostaniemy  na  kilka  dni  zakwaterowani  w  pałacu
Salensus Olla, zanim Jeddak Jeddaków znajdzie czas, aby poddać nas ostatecznemu testowi.

Odczekawszy  parę  minut  w  przedpokoju,  zostaliśmy  wezwani  do  osobistego  biura  Sorava,  gdzie  srogi,  czarnobrody

oficer  przywitał  nas  uprzejmie.  Zapytał  nas  o  imiona  i  stanowisko  zajmowane  w  rodzinnym  mieście,  a  otrzymawszy
najwyraźniej zadowalające odpowiedzi, zadał pewne pytania, przewidziane przez Talu, który przygotował nas do odpowiedzi
na nie.

Rozmowa nie trwała jeszcze dziesięciu minut, kiedy Sorav wezwał swojego asystenta, któremu polecił zaciągnąć nas w

odpowiedni sposób, a następnie zaprowadzić do kwater w pałacu, wydzielonych dla aspirantów do straży pałacowej.

Asystent zabrał nas najpierw do swojego gabinetu, gdzie zmierzył, zważył i sfotografował nas równocześnie za pomocą

zmyślnej maszyny skonstruowanej specjalnie w tym celu, odtwarzającej równocześnie pięć kopii w pięciu różnych biurach
rządowych,  z  których  dwa  znajdują  się  w  odległych  o  całe  mile  miastach.  Następnie  przeprowadził  nas  przez  dziedziniec
pałacu do głównej wartowni, oddając nas pod opiekę dowódcy straży.

Ten przesłuchał nas znowu, po czym wysłał wreszcie żołnierza mającego zaprowadzić nas na kwaterę, która okazała się

ulokowana na drugim piętrze wieży położonej na tyłach pałacu.

Zapytawszy  naszego  przewodnika,  dlaczego  mieliśmy  mieszkać  tak  daleko  od  kwater  strażników,  usłyszeliśmy,  że

zwyczaj  każący  starszym  członkom  straży  wszczynać  spory  z  aspirantami,  aby  wypróbować  ich  stal,  skutkował  tyloma
zgonami,  że  dopóki  się  utrzymywał,  trudno  było  utrzymać  straż  w  pełnym  stanie.  Dlatego  Salensus  Oll  wydzielił  osobne
kwatery dla aspirantów, którzy byli tu bezpieczni przed groźbą napaści ze strony strażników.

Ta niezbyt mile widziana wiadomość, położyła nagły kres naszym starannie ułożonym planom, oznaczała bowiem, że

dopóki  Salensus  Oll  nie  uzna  za  stosowne  poddać  nas  ostatecznemu  egzaminowi  sprawności,  będziemy  praktycznie
więźniami w jego pałacu.

Ponieważ  dzisiaj  zamierzaliśmy  osiągnąć  jakiś  efekt  w  poszukiwaniach  Dejah  Thoris  i  Thuvii  z  Ptarthu,  kiedy

usłyszeliśmy szczęk wielkiego zamka zamykającego się za naszym przewodnikiem, który odszedł odprowadziwszy nas do

background image

komnat, nasze rozgoryczenie nie miało granic.

Odwróciłem  się  z  kwaśną  miną  do  Thuvan  Dihna.  Mój  towarzysz  pokręcił  tylko  głową  z  niepocieszonym  wyrazem

twarzy i podszedł do okna po drugiej stronie pokoju.

Zaledwie przez nie wyjrzał, przywołał mnie głosem, w którym słychać było stłumione uniesienie i zaskoczenie. W jednej

chwili znalazłem się przy nim.

-- Patrz! -- powiedział Thuvan Dihn, wskazując na dziedziniec pod nami.
Podążywszy wzrokiem we wskazanym kierunku, ujrzałem dwie kobiety przechadzające się po zamkniętym ogrodzie.
Poznałem je od razu: były to Dejah Thoris i Thuvia z Ptarthu!
Oto miałem przed sobą te, których tropem przebyłem cały świat, od jednego bieguna do drugiego. Dzieliło mnie od nich

tylko dziesięć stóp powietrza i parę metalowych prętów.

Przyciągnąłem ich uwagę okrzykiem, a kiedy Dejah Thoris podniosła wzrok, patrząc mi prosto w oczy, zrobiłem gest

miłości, jaki mężczyźni na Barsoom posyłają swoim kobietom.

Ku mojej zgrozie i zdumieniu, zadarła głowę i odwróciła się do mnie plecami z pełną pogardy miną rysującą się wyraźnie

na delikatnych rysach. Noszę na ciele blizny tysiąca walk, ale żadna rana w całym moim długim życiu nie zadała mi takiego
bólu, ponieważ tym razem moje serce przebiło stalowe spojrzenie kobiety.

Odwróciłem się z jękiem, kryjąc twarz w ramionach. Słyszałem, jak Thuvan Dihn zawołał głośno Thuvię, ale po chwili

jego okrzyk zdziwienia powiedział mi, że również on został wzgardzony przez własną córkę.

-- Nie chcą nas nawet słyszeć! -- zawołał. -- Zasłoniły uszy dłońmi i odeszły w drugi koniec ogrodu. Słyszałeś kiedyś o

podobnym szaleństwie, Johnie Carter? Ktoś musiał rzucić na nie jakiś czar!

Wkrótce  zebrałem  się  na  odwagę,  żeby  powrócić  do  okna,  ponieważ  kochałem  ją,  przed  chwilą  wzgardziła  mną  i

musiałem nasycić wzrok jej boską twarzą i sylwetką. Zauważywszy jednak, że znowu się jej przyglądam, odwróciła się.

Odchodziłem  od  zmysłów,  próbując  znaleźć  wytłumaczenie  dziwnego  zachowania  Dejah  i  Thuvii,  która  również  --  co

wydawało się niewiarygodne -- odwróciła się od ojca. Czy to możliwe, aby moja niezrównana księżniczka tkwiła nadal przy
odrażającej religii, przed którą ocaliłem jej świat? Czy możliwe, że patrzyła na mnie z pogardą i odrazą, ponieważ wróciłem z
Doliny Dor lub zhańbiłem świątynie i osoby Świętych Thernów?

Nie  przychodziło  mi  do  głowy  nic  innego,  czym  mógłbym  wyjaśnić  jej  dziwny  dystans,  a  jednak  wydawało  się

niemożliwe, aby tak było w istocie, ponieważ Dejah Thoris darzyła Johna Cartera wspaniałą, potężną miłością, wykraczającą
ponad wszelkie różnice rasy, wyznania czy religii.

Kiedy oglądałem z żalem od tyłu jej dumną, królewską głowę, po drugiej stronie ogrodu otworzyła się brama i do środka

wszedł jakiś człowiek. Zrobiwszy to, odwrócił się i wsunął coś w dłoń żółtego strażnika za bramą, a dzieląca nas odległość
była dość mała, abym zauważył, że były to pieniądze.

Zorientowałem się błyskawicznie, że ten przybysz kupił sobie wejście do ogrodu. Następnie odwrócił się w stronę kobiet i

ujrzałem, że był to we własnej osobie Thurid, czarny dator Pierworodnych.

Zanim się odezwał, podszedł dość blisko nich, a kiedy odwróciły się na dźwięk jego głosu, zauważyłem, że Dejah Thoris

cofnęła się przed nim.

Podszedł bliżej i znów coś powiedział z obrzydliwą, pełną pożądania miną na twarzy. Nie słyszałem, co powiedział, ale

dotarła do mnie wyraźnie odpowiedź Dejah Thoris.

-- Wnuczka Tardos Morsa zawsze jest gotowa na śmierć -- powiedziała. -- Ale nie mogłaby kupić życia za cenę, jaką

proponujesz.

Ujrzałem wtedy, jak ten czarny pies padł przed nią na kolana, omal nie czołgając się w piachu z błaganiem. Słyszałem

background image

tylko część tego, co powiedział, ponieważ choć najwyraźniej zmagał się z pasją i uniesieniem, równie wyraźnie starał się nie
podnosić głosu z obawy przed zauważeniem.

-- Mógłbym uratować cię przed Matai Shangiem -- dotarło do mnie. -- Wiesz, jaki los czeka cię z jego rąk. Naprawdę

wolisz go ode mnie?

-- Nie wybrałabym żadnego z was -- odparła Dejah Thoris. -- Nawet gdybym miała swobodę wyboru, której jak dobrze

wiesz, nie mam.

-- Ależ jesteś wolna! -- zawołał. -- Książę Helium, John Carter, nie żyje.
--  Posiadam  inną  wiedzę;  ale  nawet,  gdyby  nie  żył,  a  ja  musiałabym  wybrać  nowego  towarzysza  wolałabym  już

człowieka-roślinę lub białą małpę niż Matai Shanga czy ciebie, czarny calocie -- odparła, wykrzywiając pogardliwie wargi.

Wypełnione złością bydlę straciło nagle panowanie nad sobą i rzuciło się z wstrętnym przekleństwem na smukłą kobietę,

zamykając jej delikatne gardło w brutalnym uścisku. Thuvia krzyknęła i rzuciła się na pomoc towarzyszce niewoli, zaś w tej
samej  chwili  ja  również  straciłem  kontrolę  nad  sobą  i  szarpnąwszy  za  kraty  w  oknie,  wyrwałem  je  z  muru,  jakby  były
miedzianymi drutami.

Wyskoczywszy przez otwór, wpadłem do ogrodu o sto stóp od miejsca, w którym czarny próbował udusić moją Dejah

Thoris, i jednym potężnym skokiem znalazłem się przy nim. Nie odezwałem się ani słowem, zrywając z pięknej szyi jego
zbrukane palce, nie wydałem też żadnego dźwięku, rzucając nim o dwadzieścia stóp od siebie.

Pieniąc się z wściekłości, Thurid podniósł się i ruszył na mnie jak wściekły byk.
-- Nie wiesz, na kim położyłeś swoje plugawe ręce, żółty człowieku! -- wrzasnął. -- Ale zanim z tobą skończę, dowiesz

się, co znaczy obrazić jednego z Pierworodnych!

Po  czym  rzucił  się  na  mnie,  sięgając  mi  do  gardła,  zaś  ja  zrobiłem  dokładnie  to  samo,  co  przy  naszym  pierwszym

spotkaniu  na  dziedzińcu  Świątyni  Issus.  Zanurkowałem  pod  jego  wyciągniętymi  rękami,  a  kiedy  mnie  mijał,  trafiłem  go
potężnym ciosem prawej ręki w szczękę.

Zrobił dokładnie to samo, co wtedy. Okręcił się jak bąk, kolana ugięły się pod nim i padł bezwładnie na ziemię u moich

stóp. Wtedy usłyszałem za sobą głos.

Był  to  głęboki,  władczy  głos,  jakim  wyróżniają  się  wśród  ludzi  władcy,  a  odwróciwszy  się,  aby  stanąć  twarzą  do

odzianego wspaniale olbrzymiego żółtego człowieka nie musiałem zadawać żadnych pytań, aby wiedzieć, że miałem przed
sobą Salensus Olla. Po jego prawej stronie stał Matai Shang, a za nimi dwudziestu strażników.

-- Kim jesteś i co ma znaczyć to wtargnięcie na teren ogrodu kobiet? -- zawołał. -- Nie przypominam sobie twojej twarzy.

Jak się tu dostałeś?

Gdyby nie jego ostatnie słowa, zapomniałbym całkowicie o swoim przebraniu i powiedział mu prosto z mostu, że stoi

przed nim książę Helium, John Carter. Pytanie przywróciło mi jednak przytomność umysłu. Wskazałem na wyrwane z okna
kraty w górze.

--  Staram  się  o  przyjecie  do  straży  pałacowej  --  powiedziałem.  --  A  zobaczywszy  z  tego  okna  wieży,  w  której

oczekiwałem na ostatni sprawdzian sprawności, jak to zwierzę zaatakowało... tę kobietę, nie mogłem stać bezczynnie, mój
jeddaku, patrząc na podobne zajście na terenie pałacu i nadal czuć się godnym służby w ochronie twojej królewskiej osoby.

Najwyraźniej moja składna wypowiedź zrobiła wrażenie na władcy Okar, a kiedy zwrócił się do Dejah Thoris i Thuvii z

Ptarthu, które potwierdziły moje słowa, sprawy zaczęły wyglądać dość kiepsko dla Thurida.

Kiedy  Dejah  Thoris  opowiedziała  o  wszystkim,  co  zaszło  między  nią  a  Thuridem,  zauważyłem  nieprzyjemny  błysk  w

złych oczach Matai Shanga; kiedy zaś doszła do tej części, w której opowiedziała o mojej interwencji, widać było wyraźnie jej
wdzięczność, choć jej wzrok zdradzał, że coś ją niezwykle zaintrygowało.

background image

Nie dziwiłem się jej zachowaniu w stosunku do mnie w obecności innych, choć nadal dokuczało mi mocno, że odwróciła

się ode mnie, kiedy były w ogrodzie same z Thuvią.

W trakcie przesłuchania rzuciłem okiem na Thurida i przyłapałem go na tym, że przyglądał mi się ze zdumioną miną

szeroko otwartymi oczami, po czym roześmiał mi się nagle w twarz.

Po chwili Salensus Oll zwrócił się do czarnego człowieka.
-- Co masz na odparcie tych zarzutów? -- zapytał głębokim, groźnym głosem. -- Czy odważasz się rościć żądania wobec

tej, którą upodobał sobie Ojciec Thernów, a która mogłaby być odpowiednią towarzyszką nawet dla Jeddaka Jeddaków?

Po czym czarnobrody tyran odwrócił się z pożądliwym spojrzeniem w stronę Dejah Thoris, jakby na te słowa w jego

myślach i sercu rozbudziło się nowe pożądanie.

Thurid miał już odpowiedzieć, wyciągając w moją stronę ze złośliwym uśmiechem na twarzy oskarżycielski palec, kiedy

uciszyły go słowa i wyraz twarzy Salensus Olla. W jego oczach pojawiło się chytre spojrzenie, a z wyrazu twarzy wiedziałem,
że kolejne słowa wcale nie były tymi, które zamierzał powiedzieć.

-- O najpotężniejszy z jeddaków, ten człowiek i kobiety nie mówią prawdy -- powiedział. -- Wojownik wszedł do ogrodu,

aby  pomóc  im  w  ucieczce.  Stałem  z  tyłu  i  słyszałem  ich  rozmowę,  a  kiedy  wszedłem  do  środka,  kobieta  krzyknęła,  zaś
mężczyzna rzucił się na mnie, omal mnie nie zabijając.

-- Co wiesz o tym człowieku? Nie znasz go, i ośmielam się twierdzić, że przekonasz się, że to szpieg i wróg. Salensus

Ollu, postaw przed sądem jego, a nie twojego gościa i przyjaciela, Thurida, datora Pierworodnych.

Salensus Oll wyglądał na zbitego z tropu. Odwrócił się znowu, spoglądając na Dejah Thoris, po czym Thurid podszedł

blisko do niego, szepcząc mu coś -- nie wiem co -- do ucha.

Władca żółtych ludzi odwrócił się zaraz do jednego z oficerów.
-- Dopilnuj, aby tego człowieka zamknięto, dopóki nie znajdziemy czasu, aby zbadać tę sprawę głębiej -- polecił. -- A

ponieważ wygląda na to, że same kraty go nie zatrzymają, niech skują go mocno łańcuchami.

Po czym odwrócił się i opuścił ogród, zabierając ze sobą Dejah Thoris, z dłonią na jej ramieniu. Odeszli też Thurid i

Matai Shang, a kiedy dotarli do bramy, czarny odwrócił się i roześmiał mi znowu prosto w twarz.

Co  mogła  oznaczać  ta  nagła  zmiana  jego  zachowania  w  stosunku  do  mnie?  Czy  domyślał  się  mojej  prawdziwej

tożsamości? Na pewno o to właśnie chodziło, a zdradziła mnie pięściarska sztuczka i cios, którymi pokonałem go po raz
drugi.

Kiedy  zabierali  mnie  strażnicy,  czułem  w  sercu  dotkliwy  smutek  i  gorycz,  ponieważ  do  dwóch  nieprzejednanych

nieprzyjaciół,  którzy  tak  długo  dręczyli  moją  księżniczkę,  dołączył  teraz  kolejny,  jeszcze  bardziej  potężny.  Byłbym  bowiem
głupcem nie rozpoznawszy nagłego uczucia do Dejah Thoris, które zrodziło się na moich oczach w groźnej piersi Salensus
Olla, Jeddaka Jeddaków, władcy Okar.

background image

W Lochu Obfitości

Nie  tkwiłem  długo  w  lochach  Salensus  Olla.  Podczas  spędzonego  tam  w  złotych  łańcuchach  krótkiego  czasu,  często
zastanawiałem się nad losami Thuvan Dihna, jeddaka Ptarthu.

Kiedy zaatakowałem Thurida, mój dzielny towarzysz wszedł za mną do ogrodu, a kiedy Salensus Oll oddalił się ze świtą

i Dejah Thoris, zostawiając w ogrodzie Thuvię z Ptarthu, najwyraźniej pozostał z córką, niezauważony, ponieważ jego strój
przypominał mundur straży.

Ostatni raz widziałem go, kiedy stał, czekając na odprowadzających mnie wojowników, aby zamknąć za nimi bramę i

zostać sam na sam z Thuvią. Czy mogli uciec? Wątpiłem w to, choć całym sercem żywiłem nadzieję, że mogło to okazać się
prawdą.

Trzeciego  dnia  mojego  zamknięcia  w  lochu  pojawił  się  tuzin  wojowników,  którzy  mieli  eskortować  mnie  do  sali

audiencyjnej,  gdzie  miał  mnie  sądzić  sam  Salensus  Oll.  W  sali  tłoczył  się  tłum  dostojników,  wśród  których  zauważyłem
Thurida, choć nigdzie nie widziałem Matai Shanga.

Dejah  Thoris,  promieniująco  piękna  jak  zawsze,  siedziała  na  małym  tronie  obok  Salensus  Olla.  Pozbawiony  nadziei,

żałosny wyraz jej umiłowanej twarzy zakłuł mnie głęboko w sercu.

Pozycja u boku Jeddaka Jeddaków nie wróżyła dobrze ani jej ani mi, a kiedy ujrzałem ją tam, powziąłem solidny zamiar

nie opuścić tej sali przy życiu, gdybym musiał zostawić ją w niewoli potężnego tyrana Okar.

Zabijałem  już  nawet  gołymi  rękami  ludzi  lepszych  niż  Salensus  Oll,  i  poprzysiągłem,  że  zabiję  go,  jeśli  okaże  się  to

jedynym sposobem na ocalenie księżniczki Helium. Nie przeszkadzało mi wcale, że oznaczałoby to dla mnie błyskawiczną
śmierć,  może  o  tyle,  że  uniemożliwiłoby  dalsze  starania  o  uwolnienie  Dejah  Thoris.  Wyłącznie  z  tego  powodu  mógłbym
zdecydować się na inny sposób, ale nawet gdybym zabił Salensus Olla, nie pozwoliłoby to mojej ukochanej żonie powrócić
do  jej  ludu.  Postanowiłem  zaczekać  na  ostateczny  wynik  procesu,  aby  dowiedzieć  się  wszystkiego  na  temat  zamiarów
władcy Okar, po czym dostosować swoje plany do nich.

Zaledwie stanąłem przed nim, Salensus Oll wezwał Thurida.
-- Złożyłeś przede mną niezwykłą prośbę, Thuridzie -- powiedział. -- Jednak zgodnie z twoimi zapewnieniami i obietnicą,

że  spełnienie  jej  wyjdzie  na  korzyść  dla  mnie,  postanowiłem  przychylić  się  do  niej.  Twierdzisz,  że  pewne  ogłoszenie
przysłuży się do skazania więźnia, równocześnie umożliwiając mi spełnienie najgorętszego pragnienia.

Thurid skinął głową.
-- W takim razie zrobię to tutaj, w obecności wszystkich moich dostojników -- ciągnął Salensus Oll. -- Od roku u mego

boku na tronie nie zasiadała królowa, wypada więc, abym pojął za żonę tę, która słynie jako najpiękniejsza kobieta na całym
Barsoom, czemu nikt, kto kocha prawdę, nie ośmieli się zaprzeczyć. Szlachetnie urodzeni panowie Okar, obnażcie miecze i
złóżcie  hołd  Dejah  Thoris,  księżniczce  Helium  i  przyszłej  królowej  Okar,  ponieważ  po  przewidzianych  prawem  dziesięciu
dniach zostanie ona żoną Salensus Olla.

Kiedy  dostojnicy  obnażyli  ostrza,  unosząc  je  w  górę  zgodnie  ze  starożytnym  zwyczajem  Okar  na  ogłoszenie  przez

jeddaka zamiaru ożenku, Dejah Thoris poderwała się z miejsca.

-- Nie mogę zostać żoną Salensus Olla, ponieważ jestem już żoną i matką -- stwierdziła. -- Książę Helium, John Carter,

nadal żyje. Wiem, że to prawda, ponieważ słyszałam, jak Matai Shang powiedział swojej córce, Phaidor, że widział go na
dworze  jeddaka  Kulan  Titha  w  Kaor.  Jeddak  nie  może  poślubić  zamężnej  kobiety,  a  Salensus  Oll  nie  dopuści  się
pogwałcenia węzła małżeńskiego.

background image

Salensus Oll odwrócił się do Thurida z nieprzyjemnym spojrzeniem.
-- Czy to ma być ta niespodzianka, która miała mnie czekać? -- krzyknął. -- Zapewniałeś, że między mną a tą kobietą nie

ma żadnych przeszkód, których nie można by łatwo pokonać, teraz zaś dowiaduję się, że istnieje jedna przeszkoda nie do
pokonania. Co ty sobie myślisz, człowieku? Masz mi coś do powiedzenia?

--  Salensus  Ollu,  gdybym  wydał  Johna  Cartera  w  twoje  ręce,  czy  uznałbyś,  że  spełniłem  z  nawiązką  złożoną  ci

obietnicę? -- zapytał Thurid.

-- Nie mów jak błazen -- krzyknął rozzłoszczony jeddak. -- Nie jestem dzieckiem, byś mógł się ze mną tak bawić.
-- Mówię tylko, jak ktoś dobrze poinformowany -- stwierdził Thurid. -- Ktoś, kto może spełnić wszystko, co obiecał.
-- W takim razie wydaj mi Johna Cartera w ciągu dziesięciu dni albo spotka cię taki sam koniec, jaki wymierzyłbym mu,

gdyby znalazł się w mojej władzy! -- uciął Jeddak Jeddaków z brzydkim grymasem na twarzy.

--  Nie  musisz  czekać  dziesięciu  dni,  Salensus  Ollu  --  odparł  Thurid;  po  czym  odwróciwszy  się  nagle  w  moją  stronę,

zawołał, wskazując mnie oskarżycielskim palcem: -- Oto książę Helium, John Carter!

-- Głupcze! -- wrzasnął Salensus Oll. -- Kretynie! John Carter jest biały. Ten człowiek ma żółtą skórę tak samo jak ja.

Carter ma gładką twarz; Matai Shang opisał mi go. Ten więzień ma brodę i wąsy wielkie i czarne, jak u wszystkich innych
mieszkańców Okar. Straż, szybko, do lochu z tym czarnym szaleńcem, który chce pożegnać się z życiem dla lichego żartu z
waszego władcy!

-- Stać! -- zawołał Thurid i zanim zdążyłem domyślić się, co zamierza, rzucił się naprzód, chwycił mnie za brodę i zerwał

z mojej twarzy i głowy całą fałszywą powłokę, odsłaniając pod nią gładką, opaloną skórę i ostrzyżone krótko czarne włosy.

W jednej chwili w sali tronowej audiencyjnej Salensus Olla rozpętało się pandemonium. Wojownicy tłoczyli się wokół

mnie  z  obnażonymi  mieczami,  myśląc,  że  mógłbym  planować  zamordowanie  Jeddaka  Jeddaków.  Tymczasem  pozostali
napierali na nich z ciekawości, aby zobaczyć człowieka, którego imię było znane między oboma biegunami.

Kiedy  ujawniono  moją  tożsamość,  zobaczyłem,  że  Dejah  Thoris  zerwała  się  na  nogi  z  wymalowanym  na  twarzy

zdumieniem,  po  czym  przecisnęła  się  przez  uzbrojony  tłum,  zanim  ktokolwiek  zdołał  ją  powstrzymać.  Po  krótkiej  chwili
stanęła przede mną z wyciągniętymi rękami i oczami rozświetlonymi jej wielką miłością.

-- John Carter! Mój John Carter! -- zawołała, kiedy przycisnąłem ją do piersi, a wtedy zrozumiałem nagle, dlaczego nie

poznała mnie w ogrodzie pod wieżą.

Jakim  głupcem  byłem!  Jak  mogłem  oczekiwać,  że  przejrzy  wspaniałe  przebranie  przygotowane  przez  pałacowego

fryzjera z Marentiny! Po prostu mnie nie poznała, a ujrzawszy gest miłości ze strony obcego, poczuła słuszne oburzenie.
Doprawdy, byłem głupcem.

-- To ty mówiłeś do mnie z wieży! -- zawołała. -- Skąd miałam wiedzieć, skoro nie śniło mi się nawet, że za tą groźną

brodą i żółtą skórą kryje się mój ukochany Wirginijczyk?

Nazywała  mnie  tak  w  chwilach  czułości,  ponieważ  wiedziała,  że  uwielbiałem  brzmienie  tego  wspaniałego  określenia,

które stawało się tysiąckroć piękniejsze i święte, kiedy wypowiadały je jej kochane usta, a usłyszawszy je znowu po długich
latach rozłąki, poczułem, jak oczy mi się zamgliły a głos zaczął dławić się ze wzruszenia.

Przyciskałem  do  siebie  tę  ukochaną  postać  z  całych  sił  zaledwie  chwilę,  kiedy  Salensus  Oll,  trzęsąc  się  z  gniewu  i

zazdrości, przepchnął się w naszą stronę.

-- Brać go! -- zawołał do wojowników i rozłączyła nas setka bezlitosnych dłoni.
Dobrze się złożyło dla dostojników dworu jeddaka Okar, że John Carter nie miał przy sobie broni. Mimo to, co najmniej

tuzin strażników poczuł na sobie ciężar moich pięści, a zanim zdołali mnie zatrzymać, przebiłem się prawie na schody przed
tron, na który Salensus Oll odniósł Dejah Thoris.

background image

Wtedy zostałem powalony przez pół setki wojowników, ale zanim pobili mnie do nieprzytomności, usłyszałem z warg

Dejah Thoris słowa, które sprawiły, że wszystkie moje cierpienia nabrały sensu.

Stojąc  obok  ściskającego  ją  za  ramię  zwalistego  tyrana,  wskazała  na  miejsce,  w  którym  walczyłem  samotnie  z

przeciwnikiem dysponującym tak straszliwą przewagą.

-- Czy wydaje ci się, Salensus Ollu, że żona takiego człowieka, choćby zginął i tysiąc razy, zhańbi jego pamięć, łącząc

się z gorszym śmiertelnikiem? -- zawołała. -- Czy na którymkolwiek ze światów żyje jeszcze ktoś taki, jak książę Helium,
John  Carter?  Czy  jest  jeszcze  jakiś  mężczyzna,  który  z  miłości  do  kobiety  zdołałby  przebić  się  w  obie  strony  przez  całą
wojowniczą planetę, walcząc z dzikimi bestiami i hordami dzikich ludzi?

-- Należę do niego, ja, Dejah Thoris, księżniczka Helium. Walczył o mnie i zdobył mnie, a jeśli uważasz się za dzielnego,

uszanujesz  jego  męstwo  i  pozostawisz  go  przy  życiu.  Zrób  go  niewolnikiem,  jeśli  zechcesz,  Salensus  Ollu,  ale  daruj  mu
życie. Wolałabym być niewolnicą u boku tego człowieka niż władczynią Okar.

-- Ani niewolnica, ani królowa nie będzie mówić Salensus Ollowi, co ma robić -- odparł Jeddak Jeddaków. -- John Carter

zginie w naturalny sposób w Lochu Obfitości, a w dniu, kiedy to się stanie, Dejah Thoris zostanie moją żoną.

Nie usłyszałem jej odpowiedzi, ponieważ cios w głowę pozbawił mnie przytomności, a kiedy odzyskałem zmysły, w sali

tronowej pozostała ze mną tylko garstka strażników. Kiedy otworzyłem oczy, zaczęli szturchać mnie mieczami i kazali wstać.

Następnie poprowadzili mnie długimi korytarzami na dziedziniec położony z dala od środka pałacu.
Pośrodku dziedzińca  ziała głęboka  jama, przy  krawędzi  której oczekiwało  mnie  pół tuzina  innych strażników.  Jeden  z

nich trzymał w dłoniach długą linę, którą na nasz widok zaczął przygotowywać.

Znaleźliśmy się może o pięćdziesiąt stóp od tych ludzi, kiedy poczułem w jednym z palców nagłe, szybkie kłucie.
To  dziwne  uczucie  zbiło  mnie  na  chwilę  z  tropu,  po  czym  przypomniałem  sobie  o  tym,  co  w  wirze  przygody  całkiem

wyleciało mi z głowy: darze od księcia Talu z Marentiny.

Spojrzałem  natychmiast  w  stronę  grupy,  do  której  się  zbliżaliśmy,  równocześnie  podnosząc  do  czoła  lewą  dłoń,  aby

pierścień był dobrze widoczny, dla tego, kto go szukał. W tej samej chwili, na pozór przeczesując włosy, lewą dłoń uniósł
jeden z oczekujących nas wojowników, na którego palcu zauważyłem pierścień identyczny z moim.

Wymieniliśmy  szybkie  porozumiewawcze  spojrzenie,  po  czym  starałem  się  kierować  oczy  z  dala  od  wojownika  i  nie

wracać do niego wzrokiem, z obawy, że wzbudzę podejrzenia pozostałych. Kiedy doszliśmy do krawędzi jamy, przekonałem
się,  że  była  bardzo  głęboka  i  uświadomiłem  sobie,  że  wkrótce  miałem  przekonać  się  naocznie,  jak  daleko  dociera  pod
powierzchnię  dziedzińca.  Trzymający  linę  owinął  nią  bowiem  moje  ciało  w  ten  sposób,  że  w  każdej  chwili  mogła  zostać
poluzowana z góry, po czym, kiedy chwycili ją wszyscy wojownicy, pchnął mnie na krawędź czeluści.

Po  pierwszym  wstrząsie,  zaczęli  opuszczać  mnie  szybko  i  sprawnie.  Tuż  przed  upadkiem,  kiedy  dwóch  czy  trzech

strażników pomagało obwiązać mnie liną, jeden z nich przybliżył mi usta do policzka i w tej krótkiej chwili, zanim wrzucono
mnie do złowieszczej jamy, szepnął mi do ucha jedno słowo:

-- Odwagi!
Jama, którą moja wyobraźnia odmalowała już jako bezdenną, okazała się nie sięgać głębiej niż sto stóp. Ale ponieważ

jej ściany były gładko zeszlifowane, równie dobrze mogłaby mieć tysiąc stóp wysokości, ponieważ nie miałem najmniejszej
nadziei na ucieczkę bez pomocy z zewnątrz.

Cały  dzień  tkwiłem  w  ciemności,  po  czym  moją  niezwykłą  celę  wypełniło  nagle  jaskrawe  światło.  Ponieważ  po  raz

ostatni jadłem i piłem na dzień przed uwięzieniem, zdążyłem już solidnie zgłodnieć i poczuć pragnienie.

Ku  memu  zdziwieniu  zauważyłem,  że  ściany  lochu,  które  brałem  do  tej  pory  za  gładkie,  wyłożone  były  półkami

zastawionymi najbardziej smakowitymi potrawami i napojami, jakie można było dostać w Okar.

background image

Rzuciłem się przed siebie z okrzykiem zachwytu, żeby posilić się upragnioną strawą, ale zanim zdążyłem jej dosięgnąć,

światło  zgasło,  a  choć  zbadałem  dotykiem  całe  pomieszczenie,  moje  dłonie  trafiały  tylko  na  twarde,  gładkie  ściany,  które
wyczułem przy pierwszym zbadaniu więzienia.

Natychmiast zaczął doskwierać mi głód i pragnienie. O ile wcześniej czułem tylko łagodny brak pożywienia i picia, teraz

ich  nieobecność  zaczęła  sprawiać  mi  prawdziwe  cierpienie,  a  wszystko  przez  złudny  widok  jedzenia,  jakie  przez  chwilę
znalazło się prawie w zasięgu moich rąk.

Otoczyły mnie znowu ciemność i cisza, przerwana tylko czyimś drwiącym śmiechem.
W  ciągu  kolejnego  dnia  nie  wydarzyło  się  nic,  co  zakłóciłoby  monotonię  mojego  więzienia  lub  złagodziło  cierpienie

wywołane głodem i pragnieniem. Ukłucia bólu stawały się stopniowo coraz mniej wyraźne, w miarę jak cierpienie zakłócało
aktywność pewnych nerwów. Wtem światło znowu rozbłysło i ponownie ujrzałem przed sobą kolekcję nowych, kuszących
potraw, oraz wielkich karafek czystej wody i flakonów odżywczego wina, których zewnętrzne ścianki pokrywała rosa.

Znowu rzuciłem się przed siebie, jak gnane głodnym szałem dzikie zwierzę, aby chwycić te kuszące potrawy, i znów

światło zgasło, zanim udało mi się to zrobić, a ja zatrzymałem się nagle na twardej ścianie.

Szyderczy śmiech rozległ się po raz drugi.
Loch Obfitości!
Co za okrutny umysł mógł wymyślić tę wyszukaną, piekielną torturę?! Rzecz powtarzała się dzień po dniu, aż znalazłem

się  na  krawędzi  szaleństwa.  Wtedy  jednak,  podobnie  jak  w  lochach  Warhoonów,  odzyskałem  pełnię  władz  nad  swoim
umysłem, zmuszając go do powrotu do zdrowego myślenia.

Czystą siłą woli odzyskałem panowanie nad swoim rozchwianym umysłem do tego stopnia, że następnym razem, kiedy

oświetlono moją celę, siedziałem zupełnie nieruchomo, przyglądając się obojętnym wzrokiem świeżym, kuszącym potrawom
znajdującym się prawie w zasięgu rąk. Miałem przy tym szczęście, ponieważ dzięki temu, udało mi się rozwikłać zagadkę
pozornie znikających uczt.

Kiedy nie ruszałem się, aby sięgnąć po jedzenie, moi dręczyciele pozostawili włączone światło w nadziei, że w końcu

będę  musiał  dostarczyć  im  rozkosznego  dreszczu  radości,  jaką  zapewniały  im  moje  wcześniejsze  daremne  wysiłki,  aby
dosięgnąć jedzenia.

Siedząc  i  przyglądając  się  uważnie  obładowanym  jedzeniem  półkom,  zauważyłem  wkrótce,  w  jaki  sposób  działała  ta

tortura, a rzecz okazała się tak prosta, że dziwiłem się tylko, że wcześniej na to nie wpadłem. Ściany mojego więzienia były z
najczystszego szkła, a zwodnicze wiktuały znajdowały się za nim.

Światło zgasło, niemal po godzinie, ale tym razem nie rozległ się szyderczy śmiech -- przynajmniej nie ze strony moich

dręczycieli, ponieważ ja, aby wyrównać z nimi rachunki, roześmiałem się cichym śmiechem, którego nie można było wziąć
za rechot szaleńca.

Minęło dziewięć dni i z głodu i pragnienia opadłem z sił, ale przestałem odczuwać cierpienie -- nie byłem już w stanie go

czuć. Wtedy z mroku w górze na ziemię przy mnie opadło jakieś zawiniątko.

Macałem wokół obojętnie, szukając go, przekonany, że to kolejny pomysł moich strażników, którzy postanowili zwiększyć

moje cierpienia.

Znalazłem  ją  w  końcu:  owiniętą  w  papier  paczuszkę,  na  końcu  silnej,  cienkiej  linki.  Kiedy  ją  otworzyłem  na  ziemię

wypadło kilka pastylek. Podniosłem je, badając dotykiem i obwąchując, i odkryłem, że były to tabletki koncentratów żywności,
spotykane powszechnie we wszystkich rejonach Barsoom.

"Trucizna!", pomyślałem.
I co z tego? Dlaczego nie miałbym raczej zakończyć swoich cierpień już teraz niż przewlekać je o kolejne kilka pełnych

background image

katuszy dni w tej ciemnej jamie? Powoli podniosłem jedną z pastylek do ust.

--  Żegnaj,  Dejah  Thoris!  --  westchnąłem.  --  Dla  ciebie  żyłem  i  walczyłem,  a  teraz  spełni  się  moje  kolejne  wielkie

pragnienie, ponieważ za ciebie umrę -- i wziąwszy w usta jeden kęs, połknąłem go.

Zjadłem,  jedną  po  drugiej,  wszystkie  pastylki,  i  w  całym  życiu  nic  nie  smakowało  mi  lepiej  niż  te  drobiny  jedzenia,  w

których musiały czyhać nasiona mojej śmierci, możliwe że w jakiejś koszmarnej, pełnej cierpienia postaci.

Siedziałem  w  ciszy  na  ziemi,  czekając  na  koniec,  kiedy  trafiłem  palcami  przypadkiem  na  papier,  w  który  owinięto

pastylki.  Bawiąc  się  nim  bezcelowo,  powędrowałem  myślami  daleko  w  przeszłość,  aby  przez  kilka  krótkich  chwil  przed
śmiercią przeżyć ponownie choć niektóre z wielu szczęśliwych chwil mojego długiego i szczęśliwego życia. Wtem zdałem
sobie  sprawę  z  obecności  osobliwych  wybrzuszeń  na  gładkiej  powierzchni  podobnej  do  pergaminu  substancji  w  moich
dłoniach.

Przez jakiś czas nie przywiązywałem do nich szczególnego znaczenia: zaintrygował mnie tylko lekko fakt ich obecności.

W końcu jednak zaczęły nabierać kształtów, a wtedy uświadomiłem sobie, że stały w jednej linii, jak pismo.

Zacząłem śledzić je raz po raz palcami z większym zainteresowaniem. Znalazłem cztery odrębne zestawy wypukłych

linii. Czy mogły to być cztery słowa skierowanej do mnie wiadomości?

Moja ekscytacja rosła tym bardziej, im więcej o tym myślałem, aż moje palce zaczęły przemykać gorączkowo w tę i z

powrotem po frapujących wybrzuszeniach i wgłębieniach na papierze.

Nie potrafiłem ich jednak przeniknąć i uznałem w końcu, że to właśnie mój pośpiech nie pozwalał mi rozwikłać zagadki.

Zacząłem badać wiadomość wolniej, raz po raz wodząc palcem wskazującym po pierwszej z czterech kombinacji znaków.

Mieszkańcom Ziemi raczej trudno wyjaśnić marsjańskie pismo: to coś pomiędzy stenografią a pismem obrazkowym, a

równocześnie język całkowicie odrębny od tego, którym mówi się na Marsie.

Na Barsoom istnieje tylko jeden język mówiony.
Obecnie posługują się nim wszystkie rasy i narody, dokładnie tak samo, jak u początków istnienia ludzi na Barsoom.

Rozwijał  się  wraz  z  rosnącym  zasobem  wiedzy  i  osiągnięć  naukowych  mieszkańców  planety,  ale  jest  tak  wyszukany,  że
słowa służące wyrażeniu nowych myśli lub oddaniu nowych warunków czy też odkryć tworzą się same; żadne inne słowo
poza tym, które tworzy się w naturalny sposób, nie zdołałoby oddać zjawiska, na które potrzeba nowego określenia, dzięki
czemu bez względu na dystans dzielący jakiekolwiek rasy lub narody, języki, jakim mówią, niczym się od siebie nie różnią.

Inaczej  jest  z  językiem  pisanym.  Nie  istnieją  dwa  narody,  które  posługiwałyby  się  tym  samym  pismem,  a  zdarza  się

często, że pismo konkretnego miasta różni się znacznie od języka narodu, do którego to miasto należy.

Dlatego  właśnie  znaki  na  papierze,  o  ile  rzeczywiście  były  słowami,  przez  jakiś  czas  były  dla  mnie  niezrozumiałe.  W

końcu jednak rozpoznałem pierwszy z nich.

Skreślono go znakami używanymi w Marentinie. Mówił zaś: "Odwagi!".
Odwagi!
To właśnie słowo szepnął mi do ucha żółtoskóry strażnik, kiedy stałem na krawędzi Lochu Obfitości.
Wiadomość musiała zatem pochodzić od niego, a wiedziałem, że był przyjacielem.
Ze  świeżą  nadzieją  włożyłem  wszystkie  siły  w  odcyfrowanie  reszty  wiadomości.  W  końcu  moje  wysiłki  zostały

nagrodzone powodzeniem i odczytałem te oto cztery słowa:

"Odwagi! Idź za liną".

Idź za liną!
Cóż to mogło znaczyć?

background image

"Idź za liną". Jaką liną?
Przypomniałem sobie zaraz o sznurku przyczepionym do zawiniątka, kiedy spadło obok mnie, a obmacując przez chwilę

ziemię  wokół,  trafiłem  na  niego  znowu  dłonią.  Zwisał  luźno,  a  kiedy  pociągnąłem  za  niego,  okazało  się,  że  był  mocno
uwiązany, prawdopodobnie u wylotu jamy.

Przyjrzawszy mu się bliżej, uznałem, że choć cienka, linka była dość silna, by utrzymać ciężar kilku ludzi. Zaraz po tym

dokonałem kolejnego odkrycia: w linę, mniej więcej na wysokości mojej głowy, wpleciona była druga wiadomość. Znając już
klucz do niej, odcyfrowałem ją ze znacznie większą łatwością.

"Zwijaj linę za sobą. Za węzłami czai się niebezpieczeństwo".
Tylko tyle. Najwyraźniej wiadomość została naprędce sformułowana w ostatniej chwili.
Nie zastanawiałem się dłużej nad znaczeniem drugiej wiadomości, a choć nie byłem pewny, co miało oznaczać ostatnie

ostrzeżenie: "Za węzłami czai się niebezpieczeństwo", nie wątpiłem, że oto pojawiła się przede mną droga ucieczki, a im
szybciej z niej skorzystam, tym większe szanse miałem wydostać się na wolność.

W każdym razie nie mogłem wyjść na tym o wiele gorzej niż gdybym pozostał w Lochu Obfitości.
Zanim  jednak  wydostałem  się  na  dobre  z  tej  przeklętej  jamy,  zdążyłem  przekonać  się,  że  znalazłbym  się  w  o  wiele

gorszych opałach, pozostając tam przez kolejne dwie minuty.

Mniej więcej tyle czasu potrzebowałem, żeby wspiąć się o jakieś pięćdziesiąt stóp nad dno lochu, gdy wtem moją uwagę

przyciągnął  jakiś  hałas.  Z  rozgoryczeniem  ujrzałem,  że  wysoko  w  górze  odsuwano  właśnie  pokrywę  lochu,  a  w  świetle
dziedzińca ujrzałem grupę żółtych wojowników.

Czy możliwe było, że wspinałem się właśnie mozolnie w nową pułapkę? Może wiadomość okazała się jednak fałszywa?

Ale właśnie kiedy nadzieja i odwaga opadły we mnie, zauważyłem dwie rzeczy.

Jedną z nich było potężne ciało szarpiącego się i warczącego apta, opuszczanego przez krawędź jamy w moją stronę;

drugą -- otwór w ścianie szybu, wielkości nieco większej niż dla jednego człowieka, w którym znikała moja lina.

Dokładnie  w  chwili,  kiedy  wspiąłem  się  do  ciemnego  otworu,  apt  minął  mnie,  warcząc  i  rycząc  przeraźliwie,  kłapiąc

szczękami i próbując pochwycić mnie przy tym potężnymi łapami.

Dopiero teraz ujrzałem wyraźnie, jaki koniec zaplanował dla mnie Salensus Oll. Zadręczywszy mnie najpierw głodem,

kazał wpuścić do mojego lochu to dzikie stworzenie, aby dokończyło dzieła zrodzonego w piekielnej wyobraźni jeddaka.

Wtedy  dotarł  do  mnie  kolejny  fakt:  przeżyłem  dziewięć  z  dziesięciu  wyznaczonych  dni,  które  musiały  upłynąć,  aby

Salensus Oll mógł uczynić Dejah Thoris swoją królową. Apt miał pozwolić mu upewnić się o mojej śmierci przed nastaniem
dziesiątego dnia.

Pomyślawszy,  w  jaki  sposób  ten  środek  ostrożności  ze  strony  jeddaka  Okar  miał  pomóc  mi  udaremnić  jego  zamiar,

niemal  roześmiałem  się  na  głos.  Odkrywszy,  że  apt  był  w  Lochu  Obfitości  sam,  strażnicy  musieli  uznać,  że  pożarł  mnie
doszczętnie, a tym samym, nie podejrzewając mojej ucieczki, nie wszczęliby poszukiwań.

Szedłem przed siebie, zwijając linę, dzięki której dotarłem już tak daleko w tej niezwykłej podróży, i szukając jej drugiego

końca.  Zaraz  odkryłem  jednak,  że  lina  nie  kończyła  się,  ciągnąc  się  cały  czas  z  przodu.  A  więc  to  miały  znaczyć  słowa:
"Podążaj za liną!".

Korytarz, którym się skradałem był ciemny i niski. Uszedłem nim kilkaset jardów, kiedy wyczułem pod palcami węzeł.

"Za węzłami czai się niebezpieczeństwo".

Poruszałem  się  teraz  z  najwyższą  ostrożnością,  a  chwilę  potem  za  ostrym  łukiem  korytarza  trafiłem  do  wejścia  do

wielkiej, dobrze oświetlonej sali.

Tunel,  którym  szedłem,  wznosił  się  lekko,  z  czego  oceniłem,  że  sala,  którą  ujrzałem  przed  sobą,  znajdowała  się  na

background image

pierwszym piętrze pałacu lub zaraz pod nim.

Na przeciwnej ścianie zobaczyłem wiele niezwykłych przyrządów i urządzeń, zaś pośrodku pomieszczenia stał długi stół,

przy którym siedziało dwóch ludzi pogrążonych w ożywionej rozmowie.

Siedzący  naprzeciwko  mnie  był  żółtoskórym  człowiekiem:  niewielkim,  pomarszczonym  i  bladym  starcem  o  wielkich

oczach, wypełnionych bielą wokół całej tęczówki.

Jego rozmówca miał czarną skórę i nie musiałem widzieć jego twarzy, żeby mieć pewność, że to Thurid, ponieważ na

północ od bariery lodowej nie było innych Pierworodnych.

Mówił właśnie, kiedy znalazłem się w zasięgu ich głosów.
-- Solanie, ryzyka nie ma żadnego, a nagroda wielka -- mówił. -- Sam wiesz, że nienawidzisz Salensus Olla i nic nie

sprawi ci większej przyjemności niż pokrzyżowanie mu jakiegoś bliskiego sercu planu. A nic nie jest mu droższe niż myśl o
ślubie z piękną księżniczką Helium; ale ja również jej pragnę, a z twoją pomocą mogę ją zdobyć.

-- Wystarczy tylko, że na mój znak wyjdziesz na chwilę z tej sali. Resztą zajmę się ja, a kiedy zniknę, możesz wrócić i

przełożyć przełącznik na miejsce, po czym wszystko będzie jak przedtem. Potrzebuję tylko godziny przewagi, żeby znaleźć
się poza zasięgiem tej piekielnej siły, którą kontrolujesz w ukrytych komnatach pod pałacem swojego władcy. Spójrz, jakie to
łatwe  --  tu  czarnoskóry  dator  podniósł  się  z  siedzenia  i  przeszedł  przez  salę,  kładąc  dłoń  na  sporej,  gładkiej  dźwigni
sterczącej z muru po przeciwnej stronie.

--  Nie!  Nie!  --  zawołał  żółty  człowieczek,  rzucając  się  za  nim  z  dzikim  wrzaskiem.  --  To  nie  ta!  Nie  ta!  Ta  kontroluje

zbiorniki promieni słonecznych, a gdybyś przesunął ją za daleko, ich ciepło pochłonęłoby całe miasto, zanim zdążyłbyś ją
przesunąć  z  powrotem.  Zostaw  ją!  Odsuń  się!  Nie  wiesz,  z  jakimi  mocami  igrasz.  To  tej  dźwigni  szukasz  --  przyjrzyj  się
dobrze białym oznaczeniom na jej hebanowej powierzchni.

Thurid podszedł bliżej i przyjrzał się uważnie dźwigni.
-- Rozumiem -- powiedział. -- Magnes. Zapamiętam to. Rozumiem więc, że jesteśmy umówieni -- ciągnął temat.
Starzec zawahał się. Na jego niezbyt urodziwej twarzy malował się wyraz chciwości zmieszanej z lękiem.
-- Dasz mi dwa razy tyle -- powiedział. -- To i tak jeszcze za mało za przysługę, o jaką prosisz. Przecież nawet goszcząc

cię w tym zakazanym podziemiu, ryzykuję życiem. Gdyby Salensus Oll dowiedział się o tym, jeszcze przed upływem dnia
kazałby rzucić mnie aptom.

-- Nie odważy się zrobić tego i wiesz o tym, Solanie -- zaprotestował czarnoskóry. -- Posiadasz zbyt wielką władzę życia

i  śmierci  nad  ludem  Kadabry,  aby  Salensus  Oll  choćby  rozważał  grożenie  ci  śmiercią.  W  końcu  zanim  jego  podwładni
zdołaliby położyć na tobie ręce, mógłbyś chwycić za tę samą dźwignię, o której mnie przed chwilą ostrzegłeś, i zetrzeć z
powierzchni ziemi całe miasto.

-- I siebie na dodatek -- powiedział Solan, wzdrygając się.
-- Zdobyłbyś się na to, gdybyś i tak miał zginąć -- odparł Thurid.
--  Owszem  --  mruknął  Solan.  --  Często  nad  tym  rozmyślałem.  No  cóż,  datorze,  czy  uważasz  swoją  czerwonoskórą

księżniczkę  za  wartą  ceny,  jakiej  żądam  za  moje  usługi,  czy  dasz  sobie  spokój  i  jutrzejszej  nocy  będziesz  oglądał  ją  w
ramionach Salensus Olla?

-- Dostaniesz, ile żądasz, Solanie -- odrzucił Thurid z przekleństwem. -- Połowę teraz, a resztę, kiedy wywiążesz się z

umowy.

Mówiąc to, dator cisnął na stół pękatą sakiewkę.
Solan otworzył ją i drżącymi palcami zaczął liczyć zawartość. W niezwykłych oczach starca pojawiło się teraz chciwe

spojrzenie,  a  potargana  broda  i  wąsy  drgały  w  rytm  poruszeń  ust  i  podbródka.  Ten  nawyk  zdradzał  wyraźnie,  że  Thurid

background image

trafnie domyślił się słabości starca: nawet kurczowe ruchy podobnych do szponów palców zdradzały w nim chciwość skąpca.

Sprawdziwszy, czy suma się zgadza, Solan włożył pieniądze z powrotem do sakiewki i wstał od stołu.
-- A teraz, czy jesteś całkowicie pewny, że znasz drogę? -- powiedział. -- Aby dostać się do jaskini i jeszcze dalej, poza

zasięg Kolumny Mocy, musisz uciekać szybko, masz na to ledwie godzinę, więcej nie ośmielę się ci dać.

-- Powtórzę drogę -- powiedział Thurid -- żebyś sprawdził, czy zapamiętałem ją dokładnie.
-- Mów -- rzekł Solan.
-- Tamtymi drzwiami -- zaczął dator, wskazując na drzwi po drugiej stronie pomieszczenia -- wyjdę do tunelu, którym

pójdę,  mijając  trzy  korytarze  po  prawej;  potem  skręcę  w  czwarty  korytarz  po  prawej  i  pójdę  nim  do  miejsca,  w  którym
spotykają się trzy korytarze, tam znowu pójdę prawym, trzymając się blisko ściany, żeby uniknąć pułapki. Na końcu korytarza
dotrę do spiralnych schodów. Pójdę nimi nie w górę, a w dół. Dalej droga wiedzie prosto jednym korytarzem bez żadnych
odnóg. Zgadza się?

-- Bardzo dobrze, datorze -- odpowiedział Solan. -- A teraz idź już. Zbyt długo wystawiasz swoje szczęście na próbę w

tym zakazanym miejscu.

-- Spodziewaj się sygnału dziś w nocy lub jutro -- powiedział Thurid, wstając, aby odejść.
-- Dziś w nocy albo jutro -- powtórzył Solan, a kiedy za jego gościem zamknęły się drzwi, starzec nadal mamrocząc,

odwrócił  się  z  powrotem  do  stołu,  na  który  wysypał  znowu  zawartość  sakiewki,  przebierając  palcami  w  stosie  lśniącego
metalu,  układając  monety  w  niewielkie  kolumny,  licząc  je  raz  po  raz,  i  pieszcząc  swoje  bogactwo,  cały  ten  czas  nie
przerywając mamrotania pod nosem.

Wreszcie  jego  palce  znieruchomiały,  a  oczy  otworzyły  się  szerzej,  spoglądając  na  drzwi,  za  którymi  zniknął  Thurid.

Monotonny zaśpiew przeszedł w ciche zrzędzenie, a wreszcie w nieprzyjemny warkot.

W końcu starzec podniósł się od stołu, wygrażając pięścią w stronę zamkniętych drzwi. Mówił teraz głośniej, a słowa

docierały do mnie wyraźnie.

-- Głupcze! -- dyszał. -- Wydaje ci się, że Solan poświęci życie dla twojego szczęścia? Gdybyś uciekł, Salensus Oll od

razu wiedziałby, że udało ci się to tylko dzięki mojej pomocy i posłałby po mnie. Czego ode mnie chcesz? Żebym obrócił
siebie i to miasto w popiół? O nie, istnieje o wiele lepszy sposób, głupcze! Zdecydowanie lepszy sposób na to, żeby Solan
zatrzymał twoje pieniądze i zemścił się na Salensus Ollu.

Zaniósł się nieprzyjemnym, rechoczącym śmiechem.
--  Żałosny  głupcze!  Możesz  użyć  dźwigni,  która  udzieli  ci  swobody  lotu  nad  Okar,  i  uciekać  w  bezmyślnym  poczuciu

bezpieczeństwa  ze  swoją  księżniczką  ku  wolności  --  wolności,  jaką  daje  śmierć.  Kiedy  opuścisz  w  ucieczce  tę  salę,  co
powstrzyma  Solana  przed  przestawieniem  dźwigni  w  tę  samą  pozycję,  w  jakiej  znajdowała  się,  zanim  dotknęły  jej  twoje
nieczyste  dłonie?  Nic!  A  wtedy  Strażnik  Północy  pozbawi  życia  ciebie  i  twoją  kobietę,  a  kiedy  Salensus  Oll  ujrzy  wasze
martwe ciała, nawet nie przyjdzie mu do głowy, że Solan miał z tym cokolwiek wspólnego.

Wreszcie jego głos ścichł znowu w niezrozumiałe mamrotanie, ale to, co usłyszałem, wystarczyło, abym domyślał się o

wiele więcej, i dziękowałem łaskawej Opatrzności, że zawiodła mnie do tej komnaty w chwili tak ważnej dla Dejah Thoris i
dla mnie.

Teraz musiałem jednak ominąć starca! Lina leżała niemal niewidzialna na podłodze, ciągnąc się prosto przez salę ku

drzwiom po drugiej stronie.

Nie  znałem  żadnej  innej  drogi,  i  nie  mogłem  pozwolić  sobie  na  zignorowanie  rady,  aby  iść  za  liną.  Musiałem  przejść

przez to pomieszczenie, ale nie miałem pojęcia, jak tego dokonać niezauważony, dopóki starzec tkwił w samym środku sali.

Oczywiście, mógłbym rzucić się na niego i uciszyć go na zawsze gołymi dłońmi, ale usłyszałem dość, aby wiedzieć, że

background image

dopóki żył, zdobyta przeze mnie wiedza mogła przydać mi się kiedyś w przyszłości. Tymczasem gdybym zabił go, to na jego
miejsce pojawiłby się ktoś inny, a Thurid porzuciłby swój zamiar przyjścia tu z Dejah Thoris, jak to planował.

Stałem  w  mrokach  wylotu  tunelu,  łamiąc  sobie  głowę  nad  planem  działania  i  śledząc  z  kocią  czujnością  każdy  ruch

starca, kiedy ten wziął sakiewkę ze stołu i oddalił się na drugą stronę sali, gdzie przykucnięty zaczął gmerać przy osadzonym
w ścianie panelu.

Domyśliłem się zaraz, że był to schowek, w którym gromadził swój majątek, a kiedy kucał przy nim odwrócony do mnie

plecami, wszedłem na palcach do pomieszczenia i z najwyższą ostrożnością starałem się dotrzeć na drugą stronę, zanim
starzec przestanie zajmować się sejfem i odwróci się znowu do środka sali.

Musiałem  zrobić  wszystkiego  trzydzieści  kroków,  ale  mojej  przeciążonej  wyobraźni  przeciwległa  ściana  wydawała  się

odległa o mile. W końcu jednak dotarłem do niej, ani razu nie odrywając oczu od potylicy starego skąpca.

Nie odwrócił się, dopóki nie położyłem dłoni na przycisku otwierającym drzwi, przez które prowadziła moja droga. Okręcił

się w chwili, kiedy przeszedłem przez nie i zamknąłem je delikatnie za sobą.

Zatrzymałem  się  na  chwilę,  przykładając  ucho  do  drzwi,  żeby  sprawdzić,  czy  domyślał  się  czegoś,  ale  ponieważ  nie

usłyszałem  ze  środka  żadnych  odgłosów  pogoni,  obróciłem  się  i  poszedłem  dalej  korytarzem,  zwijając  i  zbierając  linę,  w
miarę jak posuwałem się naprzód.

Niewiele  dalej,  w  miejscu,  gdzie  stykało  się  pięć  korytarzy,  trafiłem  na  koniec  liny.  Dokąd  miałem  teraz  iść?  W  którą

stronę skręcić? Nie wiedziałem, co robić.

Przyjrzawszy się uważnie końcówce liny, odkryłem, że przecięto ją jakimś ostrym narzędziem. To, i słowa ostrzeżenia o

niebezpieczeństwach czyhających za węzłami, kazało mi myśleć, że linę przecięto już po tym, jak zostawił ją tu dla mnie mój
przyjaciel  --  do  tej  pory  minąłem  bowiem  tylko  jeden  węzeł,  podczas  gdy  na  całej  długości  liny  było  ich  najwyraźniej  co
najmniej dwa.

Dopiero  teraz  znalazłem  się  rzeczywiście  w  niezłych  opałach,  nie  wiedziałem  bowiem  ani  którędy  iść,  ani  gdzie  na

ścieżce mogło czyhać na mnie niebezpieczeństwo. Ale ponieważ zostając tam, gdzie byłem, nie mogłem w żaden sposób
polepszyć swojej sytuacji, nie zostało mi nic innego, jak pójść jednym z korytarzy.

Wybrałem środkowy tunel i ruszyłem w głąb zalegającego go mroku z modlitwą na ustach.
W miarę marszu, tunel wznosił się szybko, a po chwili skończył się nagle przed ciężkimi drzwiami.
Nie słyszałem za nimi nic i ze swoją zwykłą brawurą otworzyłem drzwi na oścież, wchodząc prosto do pomieszczenia

wypełnionego żółtoskórymi wojownikami.

Pierwszy,  który  mnie  zauważył,  otworzył  szeroko  oczy  ze  zdumionym  wyrazem  twarzy.  W  tej  samej  chwili  poczułem

mrowienie w palcu oznaczające obecność nosiciela bliźniaczego pierścienia.

Zaraz zauważyli mnie również pozostali żółci ludzie, po czym ruszyli razem, aby mnie ująć, ponieważ wszyscy okazali

się członkami straży pałacowej, a tym samym znali moją twarz.

Pierwszy położył na mnie ręce nosiciel bliźniaczego odpowiednika mojego niezwykłego pierścienia, a podchodząc bliżej,

szepnął: -- Poddaj się mi. Po czym zawołał donośnym głosem: -- Biorę cię do niewoli, biały człowieku! -- grożąc mi przy tym
swoimi dwoma mieczami.

W ten sposób John Carter, książę Helium, poddał się potulnie jednemu przeciwnikowi. Pozostali strażnicy stłoczyli się

zaraz  wokół  nas,  zadając  wiele  pytań.  Nie  chciałem  jednak  z  nimi  rozmawiać,  a  wreszcie  mój  zwycięzca  ogłosił,  że
odprowadzi mnie z powrotem do celi.

Jakiś oficer rozkazał paru innym wojownikom dotrzymać mu towarzystwa i po chwili szliśmy z powrotem drogą, którą

właśnie przyszedłem. Mój sojusznik szedł przy mnie, zadając wiele niedorzecznych pytań o kraj, z którego przybyłem, aż

background image

jego towarzysze przestali zwracać uwagę na niego i tę gadaninę.

Mówiąc, ściszał stopniowo głos, aż wkrótce mógł rozmawiać ze mną cicho, nie zwracając na siebie uwagi. Użyty przez

niego fortel był przebiegły i wskazywał, że Talu słusznie ocenił przydatność tego człowieka do niebezpiecznej misji, z jaką go
wysłał.

Upewniwszy  się  w  pełni,  że  pozostali  strażnicy  nie  słuchali  nas,  zapytał,  dlaczego  nie  poszedłem  za  liną,  a  kiedy

powiedziałem, że skończyła się przy rozwidleniu pięciu korytarzy, stwierdził, że musiał przeciąć ją ktoś, komu potrzebny był
kawałek liny, ponieważ był pewny, że "głupi Kadabranie nie wpadliby na to, czemu miała służyć".

Zanim dotarliśmy do miejsca, w którym rozchodziło się pięć korytarzy, mój przyjaciel z Marentiny zdołał cofnąć się ze

mną na tył niewielkiej kolumny, a kiedy rozwidlenie znalazło się w zasięgu wzroku, szepnął:

-- Biegnij pierwszym korytarzem w prawo. Prowadzi do strażnicy w południowym murze. Skieruję pogoń w kolejny tunel.

-- Z tymi słowami pchnął mnie mocno w ciemny wylot korytarza, krzycząc równocześnie w udawanym bólu i ostrzeżeniu,
padając na ziemię, jakbym go przewrócił.

Głosy  przejętych  strażników  z  tyłu  odbijały  się  echem  w  korytarzu,  tracąc  nagle  na  sile,  kiedy  szpieg  Talu  markując

pościg poprowadził ich niewłaściwym korytarzem.

Gdyby ktoś widział mnie, kiedy biegłem z całych sił ciemnym tunelem pod pałacem Salensus Olla, musiałby uznać, że

przedstawiam  sobą  niesamowity  widok,  ponieważ  choć  cały  czas  byłem  bliski  śmierci,  na  myśl  o  sprycie  bezimiennego
bohatera z Marentiny, któremu zawdzięczałem życie, na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

Z takiego właśnie tworzywa stworzono lud mojego ukochanego Helium, a kiedy spotkam podobnego im człowieka, bez

względu na rasę czy kolor skóry, oddaję mu serce, właśnie jak w przypadku mojego nowego przyjaciela, który ryzykował dla
mnie życiem tylko dlatego, że miałem na palcu pierścień, będący bliźniakiem tego, który włożył mu na palec jego władca.

Tunel,  którym  biegłem,  wiódł  prawie  całkiem  prosto  na  znacznej  długości,  kończąc  się  u  stóp  spiralnych  schodów,

którymi ruszyłem w górę, wychodząc w okrągłej komnacie na pierwszym piętrze wieży.

W  sali  tej  tuzin  czerwonych  niewolników  pracował  nad  polerowaniem  lub  naprawą  broni  żółtych  ludzi.  Pod  ścianami

pomieszczenia  ustawiono  stojaki,  w  których  tkwiły  setki  prostych  i  zakrzywionych  mieczy,  sztyletów  i  oszczepów.
Najwyraźniej trafiłem do zbrojowni. Pracujących pilnowało tylko trzech wojowników.

Ogarnąłem  całą  scenę  spojrzeniem.  Było  tu  całe  mnóstwo  broni!  I  zahartowani  w  bojach  czerwoni  wojownicy,  którzy

potrafili się nią posługiwać!

A teraz był tu jeszcze książę Helium, John Carter, któremu potrzebna była broń i żołnierze!
Kiedy wszedłem do sali, strażnicy i więźniowie ujrzeli mnie równocześnie.
Nieopodal wejścia, w którym stałem, znajdował się stojak pełen prostych mieczy, a zaciskając dłoń na rękojeści jednego

z nich, spojrzałem na twarze dwóch pracujących obok siebie więźniów.

Jeden ze strażników ruszył w moją stronę.
-- Coś ty za jeden? -- zawołał. -- I co tu robisz?
--  Przychodzę  po  jeddaka  Helium,  Tardos  Morsa,  i  jego  syna,  Mors  Kajaka  --  zawołałem,  wskazując  dwójkę

czerwonoskórych więźniów, którzy poderwali się na nogi, otwierając szeroko oczy ze zdumienia, kiedy mnie rozpoznali.

--  Do  broni,  żołnierze  Helium!  Zanim  zginiemy,  zostawimy  w  pałacu  tyrana  Okar  pamiątkę,  która  odbije  się  na  całą

wieczność w kronikach Kadabry ku chwale Helium! -- zawołałem, widząc, że wszyscy więźniowie należeli do floty Tardos
Morsa.

Wtedy natarł na mnie pierwszy strażnik i zaczęła się walka, ale zaledwie zwarliśmy się w boju, kiedy zauważyłem ze

zgrozą, że czerwoni niewolnicy byli przykuci do podłogi.

background image

Strażnik Północy

Strażnicy  nie  zwracali  na  swoich  podopiecznych  najmniejszej  uwagi,  ponieważ  choć  każdy  z  nich  chwycił  broń,  którą
zajmował  się,  kiedy  wszedłem  do  zbrojowni,  i  był  gotów  przyłączyć  się  do  mnie  przy  pierwszej  sposobności,  żaden  z
czerwonych ludzi nie mógł oddalić się dalej niż na dwie stopy od wielkich pierścieni, do których byli przykuci.

Żółtoskórzy skupili się całkowicie na mnie i nie trwało długo, zanim odkryli, że całej ich trójki nie było wcale nadto, aby

bronić  pomieszczenia  przed  Johnem  Carterem.  Gdybym  tylko  miał  tego  dnia  w  dłoni  swój  własny  długi  miecz!  Mimo  to,
posługując się nieznaną mi bronią żółtych ludzi i tak wystawiłem sobie zadowalające świadectwo.

Początkowo byłem dość zajęty unikaniem ich zdradzieckich zakrzywionych mieczy, ale po minucie czy dwóch udało mi

się wyszarpnąć z jednego ze stojaków pod ścianą prosty miecz, którym zacząłem parować ciosy haków moich przeciwników,
czując, że walka stała się nieco bardziej wyrównana.

Zaatakowali  mnie  równocześnie  całą  trójką,  i  gdyby  nie  szczęśliwy  przypadek,  szybko  mogłoby  być  po  mnie.  Kiedy

przyparli  mnie  do  ściany,  stojący  najbliżej  strażnik  wyprowadził  podstępny  cios  hakiem  na  mój  bok,  ale  uchyliłem  się  i
uniosłem rękę, dzięki czemu broń drasnęła mnie tylko, wbijając się w stojak z oszczepami, w którym utknęła.

Przebiłem go mieczem, zanim zdołał ją wyciągnąć, po czym polegając na taktyce, która setki razy ocaliła mnie z opałów,

natarłem  na  obu  pozostałych  wojowników,  spychając  ich  do  tyłu  prawdziwym  deszczem  pchnięć  i  ciosów,  wywijając
mieczem wokół ich gard, aż poczuli lęk przed śmiercią.

Wtedy jeden z nich zaczął wzywać pomocy. Było już jednak za późno, aby zdołano ich ocalić.
Byli jak glina w moich dłoniach i goniłem ich wokół całej zbrojowni, aż zapędziłem dokładnie tam, gdzie chciałem: w

zasięg mieczy skutych niewolników. W jednej chwili obaj padli bez życia na ziemię. Jednak ich nawoływania nie okazały się
całkowicie daremne, ponieważ słyszałem już okrzyki i kroki wielu biegnących ludzi, szczęk metalu i rozkazy oficerów.

-- Drzwi! Szybko, Johnie Carter, zarygluj drzwi! -- zawołał Tardos Mors.
Widać już było straż, pędzącą przez widoczny za drzwiami otwarty dziedziniec.
Za  parę  chwil  mogli  dotrzeć  do  środka  wieży.  Jednym  skokiem  znalazłem  się  obok  ciężkich  wrót,  zamykając  je  z

donośnym hukiem.

-- Zarygluj je! -- krzyknął Tardos Mors.
Próbowałem wsunąć wielką sztabę na miejsce, ale nie poddawała się moim wysiłkom.
-- Unieś ją lekko, żeby zwolnić zatrzask -- zawołał jeden z czerwonoskórych.
Tuż za drzwiami słyszałem już żółtych wojowników pędzących po kamiennych płytach. Uniosłem sztabę i przesunąłem

ją w prawo dokładnie w tej chwili, kiedy strażnik biegnący z samego przodu rzucił się od przeciwnej strony na potężne wrota.

Bariera wytrzymała. Zdążyłem, w ostatnim ułamku sekundy.
Teraz zająłem się więźniami. Podszedłem najpierw do Tardos Morsa, pytając go, gdzie mogłem znaleźć klucze, by zdjąć

z nich łańcuchy.

-- Nosi je przy sobie oficer straży, który stoi na zewnątrz wśród próbujących tu wejść -- odparł jeddak Helium. -- Będziesz

musiał użyć siły, żeby je zdjąć.

Większość więźniów biła już w ogniwa łańcuchów trzymanymi w dłoniach mieczami. Żółci ludzie tłukli o drzwi siekierami

i oszczepami.

Zająłem  się  łańcuchami,  którymi  skuty  był  Tardos  Mors.  Raz  po  raz  tłukłem  ostrzem  o  metal,  ale  ulewa  ciosów  na

zewnątrz również biła coraz mocniej o drzwi.

background image

Wreszcie ogniwo ustąpiło pod moimi wysiłkami i po chwili Tardos Mors był wolny, choć z jego kostki zwisało nadal kilka

cali wlokącego się po ziemi łańcucha.

Drzazga z drzwi, która wpadła do środka sali, oznajmiła mi, że nasi wrogowie poczynili już pewien postęp.
Potężne wrota zadrżały i wygięły się pod szaleńczym naporem rozwścieczonych żółtych ludzi.
Przy  waleniu  do  drzwi  i  tłuczeniu  przez  czerwonoskórych  w  łańcuchy,  hałas  w  zbrojowni  był  wręcz  przerażający.

Zaledwie  Tardos  Mors  oswobodził  się,  zajął  się  kolejnym  z  więźniów,  tymczasem  ja  zabrałem  się  do  uwalniania  Mors
Kajaka.

Chcąc  przeciąć  wszystkie  łańcuchy,  zanim  ustąpią  drzwi,  musieliśmy  działać  szybko.  Do  środka  wpadł  z  trzaskiem

pojedynczy  panel  drzwi,  a  Mors  Kajak  rzucił  się  do  otworu,  broniąc  wejścia,  żeby  dać  nam  dość  czasu  na  uwolnienie
pozostałych.

Chwyciwszy ze ściany oszczepy, siał spustoszenie wśród stojących najbliżej Okarian, podczas gdy my zmagaliśmy się z

nieczułym metalem dzielącym naszych towarzyszy od wolności.

W końcu uwolniliśmy wszystkich więźniów poza jednym, a wtedy drzwi wpadły do środka z wielkim hukiem, ustępując

przed zaimprowizowanym naprędce taranem, nas zaś opadła żółta horda.

-- Na górę! -- zawołał czerwony wojownik, który był jeszcze przykuty do podłogi. -- Do górnej sali! Możecie się tam bronić

nawet  przed  całym  miastem.  Nie  zostawajcie  tu  dla  mnie,  bo  nie  mógłbym  prosić  o  lepszą  śmierć  niż  w  służbie  Tardos
Morsa i księcia Helium!

Ale  wolałbym  raczej  poświęcić  życie  nas  wszystkich  niż  zostawić  jednego  czerwonego  człowieka,  tym  bardziej  tego

bohatera o lwim sercu, który błagał, abyśmy go zostawili.

-- Przetnijcie mu łańcuchy -- zawołałem do dwóch czerwonoskórych. -- Nasza reszta zatrzyma nieprzyjaciół.
Stanęliśmy  w  dziesiątkę  do  walki  z  gwardią  Okarian,  i  dam  głowę,  że  ta  starożytna  strażnica  nie  widziała  jeszcze

bardziej zaciekłej bitwy niż ta, którą stoczyliśmy tego dnia w jej ponurych murach.

Pierwsza fala natarcia żółtych wojowników odbiła się od ciosów ostrzy dziesięciu zaprawionych w bojach wojowników

Helium. Wejście blokował teraz tuzin żółtoskórych trupów, ale przez tę makabryczną barierę rzuciło się naprzód kolejnych
dwudziestu strażników, wykrzykując ochryple swój odrażający okrzyk wojenny.

Ramię w ramię, wyszliśmy im na spotkanie na tym krwawym kopcu; kłując, kiedy brakło miejsca by wyprowadzić cięcie,

bijąc mieczem, kiedy udało się wyprostować ramię, a z dzikim zawołaniem Okarian splótł się wspaniały okrzyk "Za Helium!
Za  Helium!"  od  niezliczonych  wieków  pobudzający  najdzielniejszych  wojowników  do  walecznych  czynów,  które  rozsławiły
herosów Helium na całym świecie.

Zdjęto wreszcie łańcuch z ostatniego z czerwonoskórych i w trzynastu przyjęliśmy kolejną szarżę gwardzistów Salensus

Olla. Tylko jeden z nas krwawił niemal z dwudziestu ran, ale żaden nie poległ.

Na zewnątrz widzieliśmy setki wysypujących się na dziedziniec strażników, a w dolnym korytarzu, którym przedostałem

się do zbrojowni, słychać było szczęk metalu i ludzkie nawoływania.

Za chwilę musielibyśmy stawić czoło atakowi z dwóch stron, a nawet przy naszej waleczności, nie mogliśmy łudzić się,

że zdołalibyśmy stawić opór tak wielkiej przewadze liczebnej, rozdzielając nasze nikłe siły i uwagę.

--  Na  górę!  --  zawołał  Tardos  Mors  i  po  chwili  zaczęliśmy  wycofywać  się  w  stronę  schodów  prowadzących  na  górne

piętra.

Wtedy stoczyliśmy kolejną krwawą walkę z oddziałem żółtych ludzi, którzy wpadli do zbrojowni, kiedy cofaliśmy się spod

drzwi. Wtedy ponieśliśmy pierwszą, dotkliwą dla nas stratę szlachetnego wojownika. W końcu jednak wszyscy poza mną
znaleźli się na schodach, zaś ja miałem zatrzymać Okarian, dopóki reszta nie znajdzie się bezpiecznie na górze.

background image

U  stóp  wąskich  spiralnych  schodów  mógł  mnie  atakować  tylko  jeden  człowiek  na  raz,  dzięki  czemu  bez  trudu

powstrzymałem wszystkich przez tę krótką chwilę, jakiej potrzebowaliśmy, po czym cofając się powoli, zacząłem wchodzić
na górę.

Przez całą długą drogę na szczyt wieży strażnicy napierali na mnie. Za każdym razem, kiedy któryś padał pod moim

mieczem, kolejny piął się w górę przez jego trupa, aby zająć jego miejsce. W ten sposób, co kilka stóp zbierając straszliwe
żniwo śmierci, dotarłem do przestronnej strażnicy o szklanych ścianach na szczycie wieży.

Moi  towarzysze  stali  już  w  szyku,  gotowi  mnie  zastąpić,  zaś  ja  odszedłem,  aby  odpocząć  przez  chwilę,  kiedy  oni

powstrzymywali wroga.

Z  wysokiej  wieży  we  wszystkie  strony  rozciągał  się  widok  na  kilka  mil.  Na  południu,  aż  do  granic  potężnej  bariery,

ciągnęło  się  nierówne,  lodowe  pustkowie.  Na  wschodzie,  zachodzie  i  niewyraźnie  na  północy  widać  było  inne  miasta
Okarian; tymczasem na najbliższym planie, tuż za murami Kadabry, wznosiła się posępna kolumna.

Spojrzałem wtedy w dół, na ulice Kadabry, z których dobiegł mnie nagły zgiełk, i ujrzałem tam szalejącą bitwę, zaś za

murami miasta -- uzbrojonych ludzi maszerujących wielkimi kolumnami w stronę pobliskiej bramy.

Przywarłem  niecierpliwie  do  szklanej  ściany  obserwatorium,  niemal  nie  mając  odwagi,  aby  uwierzyć  świadectwu

własnych oczu. W końcu jednak musiałem przestać wątpić i z okrzykiem radości, który dziwnie zabrzmiał wśród przekleństw
i jęków ludzi walczących w wejściu do komnaty, zawołałem Tardos Morsa.

Kiedy podszedł do mnie, pokazałem w dół na ulice Kadabry i maszerujące za nimi kolumny, nad którymi powiewały w

arktycznym powietrzu flagi i sztandary Helium.

Po  chwili  wszyscy  czerwonoskórzy  w  wysokiej  strażnicy  zdążyli  ujrzeć  ten  inspirujący  widok,  i  rozległ  się  taki  okrzyk

dziękczynienia, jakiego z pewnością nie słyszano jeszcze w tej pradawnej, kamiennej budowli.

Musieliśmy jednak walczyć dalej, ponieważ choć nasze wojska weszły do Kadabry, miasto było dalekie od kapitulacji i

nie  zaatakowano  jeszcze  pałacu.  Na  zmianę  utrzymywaliśmy  szczyt  schodów,  podczas  gdy  reszta  syciła  oczy  widokiem
naszych walecznych rodaków walczących daleko w dole.

Natarli  już  na  bramy  pałacu!  Wielkie  tarany  zderzyły  się  z  potężnymi  wrotami.  Cofnęli  się  pod  zabójczym  deszczem

oszczepów ciskanych ze szczytu muru!

Znowu zaatakowali, ale czoło kolumny załamało się w starciu z wycieczką sporego oddziału żółtych ludzi z prostopadłej

alei, a wojownicy Helium zaczęli ginąć w starciu z przeważającym przeciwnikiem.

Bramy pałacu otworzyły się na oścież i wypadł z nich oddział osobistej gwardii jeddaka, wybrańcy spośród najlepszych

żołnierzy Okar, aby zgnieść zdezorientowane regimenty. Przez chwilę wyglądało na to, że nic już nie powstrzyma klęski, po
czym  ujrzałem  wspaniałą  postać  na  ogromnym  thoacie  --  nie  maleńkim  thoacie  używanym  przez  czerwonoskórych,  a
jednym z jego olbrzymich kuzynów zamieszkujących dno martwych mórz.

Wojownik  przebił  się  do  przodu,  zbierając  za  sobą  rozsypanych  żołnierzy  Helium,  a  kiedy  uniósł  twarz,  rzucając

wyzwanie ludziom na murach pałacu, ujrzałem jego twarz i serce wezbrało mi dumą i radością, kiedy czerwoni wojownicy
skoczyli do boku wodza, odzyskując teren, który właśnie stracili, ponieważ twarz człowieka na olbrzymim thoacie należała do
mojego syna -- Carthorisa z Helium.

Przy  nim  walczył  wielki  marsjański  pies  bojowy,  a  nie  musiałem  upewniać  się,  żeby  wiedzieć,  że  był  to  Woola:  mój

wierny Woola, który w ten właśnie sposób wypełnił swoje niełatwe zadanie i w samą porę sprowadził nam z odsieczą legiony
Helium.

W samą porę?
Nie było jeszcze wcale pewne, że zdążyli na czas, aby nas ocalić, zawsze jednak mogli nas jeszcze pomścić! I to jaki

background image

odwet wzięłaby na nienawistnych żółtych ludziach ta niepokonana armia! Westchnąłem na myśl, że mogłem nie dożyć, aby
to zobaczyć.

Powróciłem wzrokiem do okien. Czerwoni ludzie nie przebili się poza zewnętrzny mur pałacu, ale zmagali się dzielnie z

najlepszymi wojownikami, jakich mogło wystawić przeciw nim Okar, walcząc zaciekle o każdy cal drogi.

Moją  uwagę  przyciągnął  teraz  nowy  element  za  murami  miasta:  wielki  oddział  górujących  nad  czerwonymi  ludźmi

wojowników  dosiadających  wierzchowców.  Byli  to  wielcy,  zielonoskórzy  sojusznicy  Helium:  dzikie  hordy  z  dna  martwych
mórz Południa.

W strasznej, posępnej ciszy pędzili w stronę bramy na straszliwych wierzchowcach, których miękkie łapy nie wydawały

żadnego dźwięku. Wpadli pędem do skazanego miasta, a kiedy zatoczyli krąg przez szeroki plac przed pałacem Jeddaka
Jeddaków, na ich czele ujrzałem zwalistą sylwetkę ich potężnego wodza: Tars Tarkasa, jeddaka Tharku.

A zatem moje życzenie miało się spełnić i znów miałem ujrzeć w walce mojego starego druha, a choć nie mogliśmy

stanąć ramię w ramię, walczyłem przecież po tej samej stronie co on na strzelistej strażnicy Kadabry.

Nie  zanosiło  się  wcale  na  to,  żeby  nasi  zawzięci  nieprzyjaciele  zamierzali  zaniechać  ustawicznych  ataków,  ponieważ

ciągle napływali kolejni, pomimo że ścieżka do górnej sali wieży była usłana ciałami poległych. Od czasu do czasu przerywali
walkę,  aby  odciągnąć  zawadzające  zwłoki,  po  czym  kolejni  wojownicy  ruszali  przed  siebie,  aby  zakosztować  z  kielicha
śmierci.

Przyszła moja kolej, abym bronił wejścia do naszego schronienia, kiedy Mors Kajak, obserwujący bitwę na ulicy w dole,

zawołał głośno w nagłym uniesieniu. W jego głosie brzmiała nuta lęku, która kazała mi podejść do niego, kiedy tylko mogłem
ustąpić  miejsca  innemu  wojownikowi.  Mors  Kajak  wskazał  ponad  lodowo-śnieżną  pustką  w  stronę  południowego
widnokręgu.

-- Biada mi! -- zawołał. -- Dlaczego muszę patrzeć, jak okrutny los ich zdradza, nie mogąc im pomóc ani ostrzec! Tak czy

owak, na jedno i drugie jest już za późno.

Spojrzawszy  we  wskazanym  przez  niego  kierunku,  zauważyłem  przyczynę  poruszenia.  Od  strony  bariery  lodowej  w

stronę Kadabry nadciągała majestatycznie potężna flota statków powietrznych, zbliżających się z dużą prędkością.

-- Przyciąga je ta posępna kolumna, którą nazywają Strażnikiem Północy -- powiedział smutnym głosem Mors Kajak. --

Podobnie jak przyciągnęła Tardos Morsa i jego wielką flotę. Spójrz, jej statki leżą tam zniszczone i połamane, jako ponure i
straszne świadectwo niszczycielskiej siły, której nic się nie oprze.

Ujrzałem wtedy coś jeszcze, czego nie widział Mors Kajak. Oczami wyobraźni zobaczyłem podziemną salę o ścianach

zapełnionych niezwykłymi urządzeniami i przyrządami.

Pośrodku pomieszczenia stał długi stół, a przed nim siedział licząc pieniądze niewielki starzec o wyłupiastych oczach;

najwyraźniej  ze  wszystkiego  widziałem  jednak  umieszczony  na  ścianie  duży  przełącznik,  w  którego  czarnej  dźwigni
osadzono niewielki magnes.

Zerknąłem na zbliżającą się szybko flotę. Za pięć minut potężna podniebna armada miała zmienić się w potrzaskane i

bezwartościowe  wraki,  leżące  u  podstawy  słupa  za  murami  miasta,  z  którego  bramy  miała  wysypać  się  żółta  horda,  aby
zaatakować  nielicznych  ocalałych,  zataczających  się  na  oślep  wśród  rumowiska,  potem  zaś  miały  nadciągnąć  apty.
Wzdrygnąłem się, wyobraziwszy sobie dokładnie tę straszną scenę.

Zawsze szybko podejmowałem decyzje i zaczynałem działać. Wydaje się, że impuls, który pobudza mnie do działania, i

samo  działanie  następują  w  moim  przypadku  równocześnie,  ponieważ  nawet  jeśli  mój  umysł  zajmuje  się  dokuczliwymi
formalnościami rozumowania, musi to odbywać się podświadomie, bowiem ja nie zdaję sobie z tego sprawy. Psycholodzy
utrzymują, że podświadome rozumowanie nie jest możliwe, bliższe zbadanie moich czynności umysłowych mogłoby okazać

background image

się niezbyt pochlebne; jednak jakkolwiek by było, zawsze dopinałem swego, podczas gdy człowiek zastanawiający się nad
działaniem utknąłby na niekończącym się zadaniu rozważania różnych możliwości.

Teraz zaś prędkość działania była podstawowym warunkiem sukcesu tego, co zamierzałem.
Ścisnąwszy mocniej miecz, zawołałem do czerwonego wojownika broniącego wejścia na schody, żeby odsunął się.
-- Droga dla księcia Helium! -- zawołałem, a zanim zdumiony żółty człowiek, który miał pecha znaleźć się w tej chwili na

końcu linii walczących, zdołał zebrać zmysły, skróciłem go o głowę i ruszyłem na stojących za nim jak wściekły byk.

-- Droga dla księcia Helium! -- krzyczałem, wycinając sobie drogę wśród zaskoczonych gwardzistów Salensus Olla.
Tnąc na lewo i prawo, przebijałem się w dół zatłoczonej spiralnej klatki schodowej, aż stojący niżej uznali, że schodziła

na nich cała armia, po czym odwrócili się i uciekli.

Kiedy wszedłem do zbrojowni na parterze, była pusta. Ostatni strażnicy uciekli już na dziedziniec, więc nikt nie widział,

jak poszedłem schodami dalej, w stronę położonego w dole korytarza.

Tu  pobiegłem  jak  najszybciej  w  stronę  miejsca,  w  którym  stykało  się  pięć  korytarzy,  a  tam  zagłębiłem  się  w  tunel

prowadzący do posterunku starego chciwca.

Wpadłem do środka, nie zaprzątając sobie głowy formalnością pukania. Starzec siedział przy stole, ale na mój widok

poderwał się, wyciągając miecz.

Rzuciwszy w jego stronę tylko przelotne spojrzenie, ruszyłem w stronę wielkiego przełącznika, ale choć byłem szybki,

żylasty starzec znalazł się tam przede mną.

Nigdy nie dowiem się, jak tego dokonał i nie wydaje mi się prawdopodobne, aby istota urodzona na Marsie mogła choć

zbliżyć się do szybkości moich ziemskich muskułów.

Ruszył na mnie jak tygrys i wkrótce przekonałem się, dlaczego to właśnie Solana wybrano do tej ważnej służby.
Nigdy w życiu nie widziałem równie wspaniałych umiejętności szermierczych i tak niezwykłej zwinności, jaką okazywał

ten  wiekowy  worek  kości.  Zdawał  się  być  w  czterdziestu  miejscach  równocześnie,  a  zanim  choćby  zdołałem  zdać  sobie
sprawę ze stojącego przede mną zagrożenia, był już bliski tego, żeby zrobić ze mnie idiotę, i to na dokładkę martwego.

Dziwne, jak nowe, niespodziewane wyzwania budzą w nas umiejętności, których istnienia nawet się nie domyślamy.
Tego  dnia  w  podziemnej  sali  pod  pałacem  Salensus  Olla  dowiedziałem  się,  czym  jest  szermierka  i  jakie  wyżyny

mistrzostwa we władaniu mieczem potrafię osiągnąć w starciu z takim czarodziejem ostrza jak Solan.

Przez  pewien  czas  wyglądało  na  to,  że  mnie  pokona,  wkrótce  jednak  ujawniły  się  ukryte  możliwości,  które  musiały

spoczywać we mnie uśpione, i zacząłem walczyć z taką nieludzką sprawnością, o jakiej nigdy nawet nie śniłem.

Zawsze wydawało mi się zniewagą dla świata, że ten królewski pojedynek odbył się w ciemnym zakamarku piwnic, bez

obecności  choćby  jednego  świadka,  który  potrafiłby  go  docenić.  Szkoda,  przynajmniej  z  punktu  widzenia  Barsoom,  gdzie
krwawa walka jest najważniejszą i pierwszą umiejętnością ludzi, narodów i ras.

Próbowałem dosięgnąć przełącznika, Solan usiłował mi to uniemożliwić, a choć staliśmy niecałe trzy stopy od dźwigni,

nie udało mi się przebić ani o cal w jej stronę, ponieważ przez pierwsze pięć minut walki starzec spychał mnie cal za calem
w tył.

Wiedziałem,  że  jeśli  chciałem  zdążyć  ocalić  nadciągającą  flotę,  musiałem  wyłączyć  magnes  w  ciągu  kolejnych  kilku

sekund, próbowałem więc zmusić Solana do ustąpienia starą taktyką natarcia z impetem, równie dobrze jednak mógłbym
rzucić się na mur z cegieł.

W gruncie rzeczy przez moje starania omal nie nadziałem się na jego ostrze, walczyłem jednak w słusznej sprawie i

wydaje mi się, że człowiek jest obdarzony wtedy większą pewnością siebie, niż gdy ma świadomość walki po złej stronie.

Przynajmniej pewności mi nie brakowało i kiedy po raz kolejny natarłem na Solana, wyprowadziłem cios w jedną stronę,

background image

zakładając, że obróci się, aby wyjść naprzeciw nowej linii natarcia. Tak też się stało, i walczyliśmy teraz stojąc bokiem do
upragnionego celu: dźwigni wielkiego przełącznika, która znalazła się w zasięgu mojej prawej ręki.

Odsłonięcie  gardy  choćby  na  chwilę  równało  się  prośbie  o  szybką  śmierć,  nie  widziałem  jednak  innego,  mniej

ryzykownego  sposobu,  aby  ocalić  nadciągającą  z  odsieczą  flotę.  Ryzykując  więc  pchnięcie  mieczem  przez  przeciwnika,
sięgnąłem ostrzem, uderzając nagle w przełącznik i przesuwając wielką dźwignię w dół.

Solan był tak zaskoczony i przerażony, że zapomniał wyprowadzić końcowe pchnięcie. Zamiast tego okręcił się w stronę

przełącznika z wrzaskiem, który okazał się jego ostatnim, ponieważ zanim zdążył położyć dłoń na dźwigni, przebiłem mu
serce czubkiem miecza.

background image

Losy bitwy

Głośny krzyk Solana nie był jednak całkiem daremny, ponieważ po chwili do sali wpadł tuzin strażników, choć do tej pory
zdążyłem już wykrzywić i zniszczyć przełącznik do tego stopnia, że nie można było użyć go znowu do przesłania prądu do
kolosalnego niszczycielskiego magnesu, którym sterował.

Nagłe  pojawienie  się  strażników  zmusiło  mnie  do  poszukania  schronienia  w  pierwszym  dostępnym  korytarzu.  Ku

mojemu rozczarowaniu był nim nie ten, który zdążyłem już poznać, a kolejny, na lewo od niego.

Strażnicy  musieli  usłyszeć  mnie  lub  domyślić  się,  którędy  poszedłem,  ponieważ  nie  zdążyłem  ujść  daleko,  kiedy

usłyszałem odgłosy pościgu. Nie miałem ochoty zatrzymywać się tu, żeby walczyć z nimi, kiedy w innych miejscach miasta
było mnóstwo okazji do walki, bardziej pożytecznej dla mnie i bliskich mi ludzi niż bezowocne wyrzynanie się w głębinach
pałacowych podziemi.

Pościg był jednak coraz bliżej, a ponieważ nie znałem drogi, uznałem, że strażnicy dogonią mnie wkrótce, o ile nie uda

mi  się  znaleźć  kryjówki.  Wtedy  miałbym  szansę  wrócić  do  wieży  drogą,  którą  tu  przyszedłem  albo  znaleźć  sposób,  aby
dotrzeć na ulice miasta.

Od opuszczenia sali z przełącznikiem korytarz wznosił się gwałtownie, teraz zaś ciągnął się równo, dobrze oświetlony,

jak  okiem  sięgnąć.  Dotarłszy  do  tego  prostego  odcinka,  ścigający  mnie  wojownicy  mieliby  mnie  jak  na  dłoni,  ja  zaś  nie
miałbym żadnych szans na wymknięcie się niespostrzeżenie z korytarza.

Wkrótce  ujrzałem  przed  sobą  szereg  drzwi  po  obu  stronach  korytarza,  a  ponieważ  wszystkie  wyglądały  podobnie,

wypróbowałem pierwsze, do których dotarłem. Za nimi natknąłem się na niewielkie, luksusowo wyposażone pomieszczenie,
które było najwyraźniej przedpokojem jakiegoś biura lub sali audiencyjnej pałacu.

Po drugiej stronie znajdowało się zasłonięte ciężką kotarą przejście, zza którego dochodził szum głosów. Przesadziłem

błyskawicznie małe pomieszczenie i rozsunąwszy kotarę, zajrzałem do większej sali.

Przede  mną  stała  grupa  może  pięćdziesięciu  odzianych  we  wspaniałe  szaty  dworskich  dostojników,  zgromadzonych

przed tronem, na którym siedział Salensus Oll. Jeddak Jeddaków właśnie do nich przemawiał.

--  Nadeszła  wyznaczona  godzina  --  mówił,  kiedy  wszedłem.  --  I  choć  wrogowie  Okar  stoją  u  bram,  nic  nie  udaremni

zamiaru Salensus Olla. Musimy zrezygnować z wielkiej pompy, aby nie zatrzymywać tu nikogo, kto przyda się w obronie
miasta, poza wymaganą zwyczajem pięćdziesiątką ludzi, którzy mają stać się świadkami powołania nowej władczyni Okar.
Za  chwilę  dopełnimy  ceremonii  i  powrócimy  do  walki,  podczas  gdy  księżniczka  Helium  będzie  przyglądać  się  z  wieży
królowej unicestwieniu jej dawnych rodaków, oglądając wielkość swego nowego męża.

Po czym zwrócił się do jednego z dworzan, wydając mu cicho jakiś rozkaz.
Człowiek, do którego się zwrócił, podbiegł do drzwiczek po drugiej stronie komnaty i otworzywszy je na oścież, zawołał: -

- Droga dla Dejah Thoris, przyszłej królowej Okar!

Natychmiast pojawiło się dwóch strażników, wlokących opierającą się pannę młodą w stronę ołtarza. Nadal miała skute

za plecami dłonie, najwyraźniej aby zapobiec samobójstwu.

Potargane włosy i unosząca się ciężko pierś zdradzały, że mimo więzów nadal opierała się temu, co zamierzali z nią

zrobić.

Na jej widok Salensus Oll podniósł się i wyciągnął miecz. Miecze unieśli również wszyscy z pięćdziesięciu dostojników,

tworząc szpaler, pod którym wleczono nieszczęsną, piękną istotę na spotkanie przeznaczenia.

Kiedy pomyślałem o nieprzyjemnym zaskoczeniu, jakie czekało władcę Okar, na moje usta wypłynął ponury uśmiech, a

background image

palce pogładziły niecierpliwie rękojeść zakrwawionego miecza.

Przyglądając się procesji, złożonej z garstki kapłanów kroczących powoli za Dejah Thoris i dwoma strażnikami w stronę

tronu, uchwyciłem kątem oka czarną twarz wyglądającą zza arrasów pokrywających ścianę za podwyższeniem, na którym
oczekiwał oblubienicy Salensus Oll.

Strażnicy wpychali teraz księżniczkę Helium po kilku schodach do boku tyrana Okar i w tej chwili nie mogłem skupić

wzroku ani myśli na niczym innym. Jeden z kapłanów otworzył jakąś księgę i uniósłszy dłoń, zaczął recytować monotonnym,
melodyjnym głosem słowa ceremoniału. Salensus Oll wyciągnął rękę po dłoń oblubienicy.

Chciałem zaczekać, aż pojawi się jakaś okoliczność, która da mi rozsądne szanse powodzenia, ponieważ dopóki żyłem,

choćby  i  ceremonia  dobiegła  końca,  małżeństwo  nie  mogło  być  ważne.  Oczywiście  moją  główną  troską  było  uratowanie
Dejah Thoris: o ile to możliwe, chciałem zabrać ją z pałacu Salensus Olla, a kwestia czy dokonam tego przed nieważnymi
zaślubinami czy po nich wydawała się drugorzędna.

Kiedy  jednak  ujrzałem  nieczystą  dłoń  Salensus  Olla  wyciągniętą  po  rękę  mojej  ukochanej  księżniczki,  straciłem

panowanie  nad  sobą  i  zanim  dostojnicy  Okar  zorientowali  się,  co  zaszło,  przedarłem  się  przez  ich  przerzedzone  szeregi,
stając na podwyższeniu obok Dejah Thoris i Salensus Olla.

Odbiłem płazem miecza jego plugawą dłoń i chwyciwszy Dejah Thoris w talii, przesunąłem ją za siebie, stając plecami

do zasłon z tyłu podwyższenia, twarzą do tyrana Północy i sali pełnej jego najlepszych wojowników.

Jeddak  Jeddaków  był  olbrzymim  człowiekiem:  prymitywną,  brutalną  bestią,  i  potrafię  wyobrazić  sobie,  że  mniej

doświadczony wojownik zadrżałby na jego widok, kiedy stał tam nade mną, strosząc gniewnie groźną czarną brodę i wąsy.

Warcząc, rzucił się w moją stronę z obnażonym mieczem, ale nigdy nie dowiedziałem się, czy Salensus Oll był dobrym

czy  kiepskim  szermierzem,  ponieważ  ze  stojącą  za  moimi  plecami  Dejah  Thoris  przestałem  być  człowiekiem:  stałem  się
kimś więcej i nikt nie zdołałby w tej chwili mi się oprzeć.

Z  cichym  okrzykiem  "Za  księżniczkę  Helium!"  przebiłem  sztychem  zepsute  serce  władcy  Okar,  i  z  okropnym

śmiertelnym grymasem Salensus Oll stoczył się przed pobladłe, zdjęte trwogą twarze dostojników, do stóp podwyższenia
własnego małżeńskiego tronu.

Na  chwilę  w  sali  ślubnej  zapadła  napięta  cisza,  po  czym  pięćdziesięciu  dworzan  ruszyło  w  moją  stronę.  Walka  była

zaciekła,  ale  miałem  nad  nimi  przewagę,  ponieważ  stałem  na  podwyższeniu,  walcząc  za  najwspanialszą  kobietę
wspaniałego narodu, wielką miłość i matkę mojego syna.

Tymczasem  za  moim  ramieniem  wzniósł  się  srebrzystą  harmonią  tego  drogiego  głosu  zagrzewający  do  walki  hymn

bitewny Helium, śpiewany przez kobiety tego ludu maszerującym po zwycięstwo mężom.

Już to samo wystarczyło, aby pomóc mi odnieść zwycięstwo nawet w obliczu większej przewagi liczebnej przeciwnika, i

jestem szczerze przekonany, że tego dnia w sali ślubnej pałacu jeddaka Kadabry pokonałbym wszystkich obecnych w niej
żółtych wojowników, gdyby nie pojawiła się przeszkoda, która przyszła im z pomocą.

Walka była szybka i zajadła. Dworzanie Salensus Olla nacierali raz za razem w górę schodów przed tronem po to, by

cofnąć się zaraz przed moim uzbrojonym ramieniem, które po doświadczeniach walki z podstępnym Solanem zdawało się
obdarzone jakąś nową mocą.

Dwóch  napierało  na  mnie  tak  mocno,  że  nie  byłem  w  stanie  odwrócić  się,  kiedy  usłyszałem  za  sobą  jakiś  ruch  i

zauważyłem, że hymn bitewny ustał. Czyżby Dejah Thoris szykowała się, żeby zająć miejsce u mego boku?

Waleczna  córka  walecznego  świata!  Chwycenie  za  miecz  i  walka  u  mego  boku  wcale  nie  byłaby  niezgodna  z  jej

charakterem, ponieważ choć marsjańskie kobiety nie ćwiczą się w sztuce wojennej, czują ducha walki i zdarzało się, że to
właśnie robiły przy niezliczonych okazjach.

background image

Nie pojawiła się jednak, co mnie ucieszyło, ponieważ osłanianie jej, zanim zdołałbym przesunąć ją znowu w bezpieczne

miejsce,  podwoiłoby  moje  obciążenie.  Uznałem,  że  musiała  rozmyślać  nad  jakąś  sprytną  strategią  i  walczyłem  dalej  w
bezpiecznym przekonaniu, że moja boska księżniczka stoi tuż za mną.

Zmagałem się z dworzanami Okar co najmniej pół godziny, zanim choć jeden z nich postawił stopę na podwyższeniu,

gdzie stałem. Wreszcie, wszyscy pozostali ustawili się nagle pode mną w szyku do ostatniej, rozpaczliwej szarży. Jednak w
chwili,  kiedy  ruszyli  naprzód,  drzwi  po  drugiej  stronie  komnaty  otworzyły  się  na  oścież  i  do  sali  wbiegł  goniec  z  błędnym
wzrokiem.

-- Jeddaku Jeddaków! -- zawołał. -- Gdzie jest Jeddak Jeddaków? Miasto uległo hordom zza bariery lodowej! Wojownicy

z południa sforsowali właśnie bramę pałacu i wlewają się na święte dziedzińce.

-- Gdzie jest Salensus Oll? Tylko on jeden może ożywić słabnącą odwagę naszych wojowników. On jeden może jeszcze

wygrać tę bitwę dla Okar. Gdzie jest Salensus Oll?

Dostojnicy cofnęli  się znad  martwego ciała  władcy.  Jeden z  nich  wskazał na  wyszczerzone w  pośmiertnym  grymasie

zwłoki.

Posłaniec zachwiał się, zdjęty grozą, jakby ktoś uderzył go w twarz.
-- Uciekajcie, dostojnicy Okar! -- zawołał. -- Nic was nie ocali! Słuchajcie tylko! Już tu idą!
Kiedy mówił, z korytarza na zewnątrz dobiegł głęboki ryk walczących wojowników, szczęk zbroi i pobrzękiwanie mieczy.
Nie poświęciwszy świadkowi tej tragicznej sceny, jakim byłem, kolejnego spojrzenia, dostojnicy obrócili się i uciekli z sali

drugim wyjściem.

Niemal natychmiast w drzwiach, którymi wszedł przed chwilą posłaniec, pojawił się oddział żółtych wojowników. Cofali

się w stronę podestu, stawiając zawzięty opór garstce walczących z nimi czerwonych ludzi, którzy powoli, lecz nieuchronnie
spychali ich do tyłu.

Z  mojego  punktu  obserwacyjnego  na  podwyższeniu  zauważyłem  ponad  głowami  walczących  twarz  mojego  starego

przyjaciela, Kantos Kana, prowadzącego niewielką drużynę, która przebiła się do samego serca pałacu Salensus Olla.

Zauważyłem błyskawicznie, że atakując żółtych ludzi od tyłu mogłem pomieszać im szyki do tego stopnia, że dalszy opór

byłby krótkotrwały. Z tą myślą rzuciłem się naprzód z podwyższenia, rzucając Dejah Thoris przez ramię wyjaśnienie, choć nie
odwróciłem się, żeby na nią spojrzeć.

Dopóki stała obok tronu, oddzielona od nieprzyjaciół moją osobą, nic nie mogło jej grozić.
Chciałem,  żeby  żołnierze  Helium  zauważyli  mnie  i  wiedzieli,  że  była  tu  również  ich  ukochana  księżniczka,  ponieważ

zdawałem  sobie  sprawę,  że  ta  wiedza  pobudzi  ich  do  jeszcze  bardziej  walecznych  czynów  niż  te,  których  zdążyli  już
dokonać, choć w istocie przebijając się do niemal niezdobytej siedziby tyrana Północy musieli dokonać ich niemało.

Kiedy przechodziłem przez salę, żeby zaatakować żołnierzy Kadabry od tyłu, otworzyły się drzwiczki po lewej stronie, w

których zauważyłem ze zdziwieniem sylwetki Ojca Thernów, Matai Shanga, i jego córki, Phaidor, zaglądających do sali.

Ogarnęli ją szybko wzrokiem. Otwierając w zgrozie szeroko oczy, zatrzymali się przez chwilę spojrzeniami na martwym

ciele  Salensus  Olla,  na  purpurowej  pokrywie  krwi  na  posadzce,  trupach  dostojników  zaścielających  gęsto  schody  przed
tronem, na mnie, i na wojownikach zmagających się w walce przy drugich drzwiach.

Nie próbowali wejść do środka, ale z miejsca, w którym stali, obejrzeli dokładnie każdy jej zakątek, a kiedy przeszukali

wzrokiem całe pomieszczenie na twarz Matai Shanga wypłynął grymas dzikiej wściekłości, zaś na wargach Phaidor pojawił
się chytry, zimny uśmieszek.

Wreszcie zniknęli, ale przedtem dziewczyna roześmiała mi się szyderczo prosto w twarz.
Nie rozumiałem wtedy, co oznaczała wściekłość Matai Shanga ani radość Phaidor, wiedziałem jednak, że nie wróżyły mi

background image

dobrze.

Chwilę  później  natarłem  od  tyłu  na  żółtych  ludzi,  a  kiedy  czerwoni  wojownicy  Helium  ujrzeli  mnie  ponad  barkami

przeciwników, w korytarzu podniósł się gromki okrzyk, który zagłuszył na chwilę odgłosy walki.

-- Za księcia Helium! -- wołali. -- Za księcia Helium! -- I niczym głodne lwy na zwierzynę po raz kolejny rzucili się na

słabnących wojowników Północy.

Żółci  wojownicy,  schwytani  w  pułapkę  między  dwoma  nieprzyjaciółmi,  walczyli  z  desperacją,  którą  często  wywołuje

całkowity  brak  nadziei.  Walczyli  dokładnie  tak,  jak  ja  sam  walczyłbym  w  ich  położeniu,  z  ponurą  determinacją,  aby  ginąc
zabrać ze sobą tylu wrogów, ilu tylko zdołam powalić mieczem.

Walka była wspaniała, a jej koniec wydawał się nieuchronny, kiedy z korytarza za czerwonoskórymi nadciągnęły wkrótce

liczne posiłki dla żółtych wojowników.

Role odwróciły się. Teraz wyglądało na to, że to żołnierze Helium zostaną zmiażdżeni między dwoma żarnami. Wszyscy

musieli  odwrócić  się,  aby  odeprzeć  natarcie  ze  strony  o  wiele  liczniejszego  oddziału,  więc  to  mnie  przypadło  zająć  się
niedobitkami żółtych wojowników w sali tronowej.

A zajęcia było sporo: tyle, że zacząłem zastanawiać się, czy kiedykolwiek uda mi się z nimi skończyć. Powoli zaczęli

spychać  mnie  z  powrotem  do  sali,  a  kiedy  wszyscy  weszli  do  środka  za  mną,  jeden  z  wojowników  zamknął  i  zaryglował
drzwi, skutecznie blokując wejście żołnierzom Kantos Kana.

Posunięcie było sprytne, ponieważ wystawiało mnie samotnie na łaskę tuzina ludzi w komnacie odciętej od wszelkiej

pomocy, równocześnie pozbawiając czerwonych ludzi na korytarzu drogi ucieczki, gdyby napór ich nieprzyjaciół okazał się
zbyt silny.

Stawałem już jednak samotnie przed liczniejszymi nieprzyjaciółmi niż tego dnia, i wiedziałem, że Kantos Kan wywalczył

sobie drogę z setki groźniejszych pułapek niż ta, w której się znalazłem. Nie popadając w rozpacz, poświęciłem więc uwagę
najbliższym sprawom.

Myślami wracałem stale do Dejah Thoris, tęskniąc za chwilą, kiedy walka dobiegnie końca i będę mógł znowu objąć ją i

usłyszeć po raz kolejny wyznanie miłości, którego odmawiano mi przez tyle lat.

Podczas walki w komnacie nie miałem ani jednej szansy, żeby choć zerknąć na nią stojącą z tyłu przy tronie martwego

władcy.  Zastanawiałem  się,  dlaczego  nie  dodawała  mi  już  otuchy  nutami  bitewnego  hymnu  Helium,  ale  wystarczyła  mi
wiedza, że walczę dla niej, abym dał z siebie to, co najlepsze.

Zamęczyłbym  was,  rozwlekając  się  tu  nad  szczegółami  tego  krwawego  starcia;  opowiadając  jak  walczyliśmy

przesuwając  się  przez  całą  salę  od  drzwi  aż  do  stóp  tronu,  aż  wreszcie  ostatni  z  moich  przeciwników  padł  z  sercem
przebitym moim mieczem.

Odwróciłem  się  z  okrzykiem  radości,  wyciągając  ręce,  żeby  złapać  moją  księżniczkę  i  przyłożyć  wargi  do  jej  ust,

odbierając nagrodę, która miała z nawiązką wynagrodzić mi krwawe walki, jakie stoczyłem w imię mojej ukochanej w drodze
od jednego bieguna do drugiego.

Okrzyk  radości  zamarł  mi  na  wargach,  a  ramiona  opadły  bez  życia  do  boków.  Zataczając  się,  jak  śmiertelnie  ranny,

wszedłem po schodach chwiejnym krokiem przed tron.

Dejah Thoris zniknęła.

background image

Nagrody

Uprzytomniwszy  sobie,  że  Dejah  Thoris  nie  było  w  sali  ślubnej,  przypomniałem  sobie  poniewczasie  ciemną  twarz,
zauważoną  za  draperiami  z  tyłu  tronu  Salensus  Olla  w  chwili,  kiedy  trafiłem  nieoczekiwanie  na  niezwykłą  scenę
rozgrywającą się w tej komnacie.

Dlaczego widok tej pełnej zła twarzy nie pobudził mnie do zachowania większej czujności? Dlaczego dopuściłem, aby

szybki rozwój sytuacji wymazał mi z pamięci myśl o tej groźbie? Niestety, daremne żale nie mogły odwrócić nieszczęścia,
jakie mnie spotkało.

Dejah Thoris po raz kolejny wpadła w szpony tego arcyłotra, Thurida, czarnoskórego datora Pierworodnych. Wszystkie

moje trudy poszły na marne. Rozumiałem już przyczynę wściekłości wypisanej wyraźnie w rysach Matai Shanga i okrutną
radość, którą ujrzałem na obliczu Phaidor.

Znali  prawdę  lub  domyślali  się  jej,  a  hekkador  Świętych  Thernów,  który  najwyraźniej  przyszedł  do  sali  z  nadzieją

udaremnienia Salensus Ollowi zdrady, jakiej zamierzał się dopuścić wobec arcykapłana, pragnąc Dejah Thoris dla siebie,
uświadomił sobie, że Thurid sprzątnął mu zdobycz spod nosa.

Radość  Phaidor  była  wywołana  zarówno  jej  świadomością,  co  oznaczał  dla  mnie  ten  ostatni  okrutny  cios,  jak  i

częściowym zaspokojeniem nienawistnej zazdrości, jaką odczuwała do księżniczki Helium.

Przede wszystkim pomyślałem o tym, żeby zajrzeć za draperie z tyłu tronu, ponieważ to tam widziałem Thurida. Jednym

szarpnięciem zdarłem bezcenną tkaninę z zaczepów, odsłaniając umieszczone za tronem wąskie drzwi.

Nie miałem wątpliwości, że tą drogą właśnie uciekł Thurid, a nawet gdybym jakieś miał, rozwiałby je widok maleńkiego,

wysadzanego klejnotami świecidełka leżącego o kilka kroków dalej w korytarzu.

Podniósłszy tę błyskotkę zauważyłem, że miała na sobie herb księżniczki Helium, i przytknąwszy ją do warg, pognałem

jak szalony krętą ścieżką schodzącą łagodnie w dół, w stronę niższych korytarzy pałacu.

Nie  zaszedłem  daleko,  kiedy  trafiłem  na  salę  zajmowaną  dawniej  przez  Solana.  Zwłoki  starca  leżały  tam,  gdzie  je

zostawiłem, i nic nie zdradzało, aby od mojego pobytu w tej sali przeszedł nią ktoś inny. Wiedziałem jednak, że tak było:
przeszli tędy Thurid, czarny dator i Dejah Thoris.

Zatrzymałem  się  na  chwilę,  niepewny,  którym  z  kilku  wyjść  mogłem  trafić  na  właściwą  ścieżkę.  Próbowałem

przypomnieć sobie podsłuchane wskazówki, recytowane przez Thurida Solanowi. Wreszcie powoli, jak przez gęstą mgłę,
wróciło wspomnienie słów Pierworodnego:

Idź tunelem, mijając trzy korytarze po prawej; potem skręć w czwarty korytarz po prawej i idź nim do miejsca, w którym

spotykają  się  trzy  korytarze.  Znowu  idź  prawym,  trzymając  się  blisko  ściany,  żeby  uniknąć  pułapki.  Na  końcu  korytarza
dojdziesz do spiralnych schodów. Idź nimi nie w górę, a w dół. Dalej droga prowadzi prosto jednym korytarzem bez żadnych
odnóg.

Przypomniałem sobie, które wyjście wskazał.
Nie zwlekałem długo z ruszeniem nieznaną trasą i nie starałem się zachować ostrożności, choć wiedziałem, że mogły

czekać mnie groźne pułapki.

Część trasy była czarna jak grzech, choć na ogół tunel był dość dobrze oświetlony. Najciemniejszy był odcinek, w którym

musiałem trzymać się ściany, aby uniknąć pułapki i zanim zorientowałem się, że znalazłem się w pobliżu niebezpiecznego
miejsca,  stanąłem  prawie  na  krawędzi  straszliwej  otchłani.  Nie  wiedząc  o  niej,  musiałbym  wpaść  do  niej  przy  pierwszym
kroku,  ponieważ  wtajemniczeni  mogli  przejść  nad  dołem  tylko  wąską,  szeroką  ledwie  na  stopę  półką.  W  końcu  jednak

background image

przedostałem  się  na  drugą  stronę,  po  czym  dzięki  słabemu  oświetleniu  widziałem  wyraźnie  resztę  drogi,  aż  wreszcie  na
końcu ostatniego korytarza, wypadłem nagle w jaskrawe światło dnia nad polami śniegu i lodu.

Ponieważ  mój  strój  pasował  do  cieplarnianej  atmosfery  Kadabry,  nagłe  wyjście  na  arktyczny  mróz  nie  było  wcale

przyjemne. Najgorsza ze wszystkiego jednak była świadomość, że niemal nagi nie mógłbym wytrzymać tego przenikliwego
mrozu i zmarłbym, zanim zdołałbym dogonić Thurida i Dejah Thoris.

Fakt, że pokonawszy wszelkie sztuczki i podstępy przebiegłego przeciwnika, zostałem w ten sposób zatrzymany przez

samą  naturę,  wydawał  się  czystą  złośliwością  losu,  i  chyba  jeszcze  nigdy  nie  byłem  tak  bliski  utraty  nadziei,  jak  kiedy
schroniłem się znowu w cieple tunelu.

Nie  zamierzałem  wcale  zaniechać  pościgu,  ponieważ  gdyby  zaszła  potrzeba,  szedłbym  dalej,  choćbym  miał  zginąć,

zanim  dotrę  do  celu.  O  ile  istniał  jednak  bezpieczniejszy  sposób,  warto  było  zaczekać,  aby  spróbować  go  odkryć,  by  w
stosownym czasie znaleźć się znowu u boku Dejah Thoris i móc dla niej walczyć.

Powróciwszy do tunelu, natknąłem się na fragment futrzanego okrycia, które zdawało się tkwić przy fragmencie podłogi

korytarza nieopodal ściany. Nie widziałem w ciemności, co je trzymało, ale obmacując okolicę odkryłem, że zaklinowało się
w dole zamkniętych drzwi.

Odsunąwszy je na bok, stanąłem w wejściu do niewielkiego pomieszczenia o ścianach pełnych rzędów wieszaków, na

których wisiały kompletne stroje śnieżne żółtych ludzi.

Ponieważ  znajdowało  się  przy  końcu  prowadzącego  z  pałacu  tunelu,  było  dość  jasne,  że  służyło  jako  przebieralnia

dostojnikom  opuszczającym  i  przybywającym  do  miasta,  zaś  Thurid,  wiedząc  o  nim,  zatrzymał  się  tu,  aby  wyekwipować
odpowiednio siebie i Dejah Thoris przed wypuszczeniem się na przenikliwy mróz arktycznej krainy.

W  pośpiechu  upuścił  kilka  okryć,  a  zdradliwe  futro,  które  wystawało  częściowo  do  korytarza,  pomogło  mi  znaleźć

miejsce, które najbardziej chciałby przede mną ukryć.

Włożenie  stroju  ze  skóry  orluka  i  ciężkich,  obszytych  futrem  butów,  będących  niezbędną  częścią  stroju  ludzi

zamierzających z powodzeniem zmagać się ze skutymi lodem ścieżkami i lodowatymi wichrami ponurej arktycznej krainy
zabrało mi tylko kilka sekund.

Wyłoniłem  się  znowu  z  wylotu  tunelu,  szukając  śladów  Thurida  i  Dejah  Thoris  w  świeżym  śniegu.  Moje  zadanie

nareszcie okazało się łatwe, ponieważ choć poruszanie się w śniegu było skrajnie trudne, nie trapiły mnie już wątpliwości co
do kierunku, który musiałem obrać, nie dokuczała mi też już ciemność, ani ukryte zagrożenia.

Droga wznosiła się zasypanym śniegiem kanionem w stronę szczytów niskich wzgórz. Dalej znowu opadała w kolejny

jar, wznosząc się ponownie ćwierć mili dalej, w kierunku przełęczy biegnącej bokiem skalistego wzgórza.

Po śladach ludzi, którzy szli tędy wcześniej, widziałem, że Dejah Thoris wyrywała się stale do tyłu, zaś czarny musiał

ciągnąć ją za sobą. Gdzie indziej widać było tylko jego głębokie, położone blisko siebie ślady, po czym poznałem, że musiał
ją nieść, i potrafiłem wyobrazić sobie, że przy każdym kroku stawiała mu zaciekły opór.

Obszedłszy wystającą ostrogę wzgórza, zobaczyłem coś, na widok czego mój puls przyspieszył, a serce zabiło żywiej: w

maleńkiej niecce między szczytami dwóch sąsiadujących wzgórz, przed wylotem wielkiej jaskini stała czwórka ludzi, a przy
nich na lśniącym śniegu leżała latająca łódź, widocznie przed chwilą wyciągnięta z kryjówki.

Tymi  ludźmi  byli  Dejah  Thoris,  Phaidor,  Thurid,  i  Matai  Shang.  Obaj  mężczyźni  byli  pogrążeni  w  ożywionym  sporze:

Ojciec Thernów groził, podczas gdy czarny drwił z niego, zajmując się pracą przy łodzi.

Podkradłem się ostrożnie w ich stronę, starając się podejść jak najbliżej zanim mnie zauważą. W końcu wyglądało na to,

że mężczyźni osiągnęli jakiś kompromis, ponieważ z pomocą Phaidor zaczęli wciągać na pokład łodzi stawiającą opór Dejah
Thoris.

background image

Związali  ją,  po  czym  zeszli  obaj  na  ziemię,  żeby  dokończyć  przygotowania  do  startu.  Phaidor  weszła  do  niewielkiej

kabiny na pokładzie.

Byłem ćwierć mili od nich, kiedy zauważył mnie Matai Shang. Zobaczyłem, jak chwycił Thurida za rękę i okręcił go w

moją  stronę,  wskazując  miejsce,  w  którym  byłem  wyraźnie  widoczny,  ponieważ  wiedząc,  że  zostałem  zauważony,
porzuciłem wszelką ostrożność i pognałem szaleńczym pędem w stronę statku.

Obaj zaczęli pracować szybciej przy wirniku, z którym się zmagali, a który zakładali widocznie na powrót po zdjęciu go w

celu jakiejś naprawy.

Dokończyli pracę, zanim pokonałem połowę dzielącej nas odległości, po czym obaj rzucili się w stronę drabinki.
Pierwszy dotarł do niej Thurid, który wdrapał się szybko z małpią zręcznością na pokład łodzi, gdzie wciskając przycisk

kontrolujący zbiorniki wypornościowe, poderwał statek powoli do góry, choć nie z prędkością typową dla dobrze utrzymanych
statków powietrznych.

Zostało mi do nich jeszcze jakieś sto jardów, kiedy zauważyłem, że wznoszą się poza mój zasięg.
Za mną, w okolicach Kadabry, stała na kotwicy ogromna flota potężnych statków powietrznych połączonych flot Helium i

Ptarthu, które wcześniej tego dnia ocaliłem przed zniszczeniem. Jednak zanim zdołałbym do nich dotrzeć, Thurid mógł już z
łatwością uciec.

Biegnąc, ujrzałem, że Matai Shang wspinał się na pokład po rozkołysanej, chwiejącej się drabince, podczas gdy nad nim

wychylała się za burtę złowroga twarz Pierworodnego. Odzyskałem nadzieję widząc, że za rufą statku ciągnęła się jakaś lina.
Gdyby  tylko  udało  mi  się  złapać  ją,  zanim  znajdzie  się  za  wysoko  nad  moją  głową,  miałem  jeszcze  szanse,  aby  przy  jej
wątpliwej pomocy dostać się na pokład.

Brak wyporności zdradzał, że z łodzią było coś bardzo nie w porządku, o czym świadczył też fakt, że choć Thurid obracał

się dwa razy do dźwigni startu, łódź unosiła się dalej nieruchomo w powietrzu, dryfując lekko w delikatnej bryzie z północy.

Matai Shang znalazł się przy burcie. Wyciągnął w górę długą, szponiastą dłoń, zamierzając uchwycić się metalowego

relingu.

Thurid wychylił się w stronę współspiskowca.
W wyrzuconej nagle w górę dłoni czarnoskórego zalśnił uniesiony sztylet, który pomknął w dół ku pobladłej twarzy Ojca

Thernów. Z donośnym okrzykiem przerażenia Święty Hekkador chwycił za grożące mu ramię.

Byłem  już  blisko  wlekącej  się  za  statkiem  liny.  Łódź  cały  czas  wznosiła  się  powoli,  znoszona  coraz  dalej  ode  mnie.

Wtedy  potknąłem  się  na  lodzie,  uderzając  głową  w  skałę,  i  padając  jak  długi  na  wyciągnięcie  ręki  od  liny,  której  koniec
właśnie odrywał się od ziemi.

Potem straciłem przytomność.
Leżałem bez zmysłów na arktycznym lodzie najwyżej kilka sekund, kiedy to, co mi najdroższe, oddalało się ode mnie w

niewoli  czarnoskórego  diabła.  Trwało  to  krótko,  ponieważ  otworzywszy  oczy  ujrzałem,  że  Thurid  i  Matai  Shang  nadal
zmagali się na szczycie drabinki, zaś statek leciał zaledwie sto jardów dalej na południe. Ale końcówka ciągnącej się za nim
liny znalazła się już dobre trzydzieści stóp ponad ziemią.

Rozwścieczony okrutną porażką, jaką poniosłem, mając cel niemal w zasięgu rąk, przesadziłem w szale dzielącą nas

odległość i tuż pod zwisającą z pokładu końcówką liny poddałem swoje ziemskie mięśnie najtrudniejszemu sprawdzianowi.

Potężnym kocim skokiem poderwałem się w górę w stronę cienkiej liny: jedynej pozostałej drogi, którą mogłem dotrzeć

jeszcze do mojej oddalającej się ukochanej.

Zacisnąłem  palce  o  stopę  nad  końcem  liny.  Choć  chwytałem  się  kurczowo,  poczułem  zaraz,  że  lina  wyślizguje  się  z

mojego uchwytu. Próbowałem unieść wolną dłoń, żeby uchwycić się wyżej, ale ta zmiana pozycji sprawiła tylko, że zacząłem

background image

ześlizgiwać się szybciej w stronę końca liny.

Poczułem, że nikły sznur zaczyna wymykać mi się z rąk. Za chwilę miałem stracić wszystko, co do tej pory zyskałem;

wtem moje palce dotarły do węzła na końcu liny i przestały się ześlizgiwać.

Szepcząc dziękczynne modły, zacząłem wdrapywać się w stronę pokładu. Nie widziałem Thurida i Matai Shanga, ale

słyszałem  odgłosy  ich  walki,  dzięki  czemu  wiedziałem,  że  zmagali  się  nadal.  Thern  walczył  o  życie,  zaś  czarnoskóry  o
pozbycie się ciężaru jednego ciała, dzięki czemu łódź zyskałaby na wyporności.

Gdyby Matai Shang zginął, zanim udałoby mi się stanąć na pokładzie, moje szanse na dotarcie do niego okazałyby się

rzeczywiście  niskie,  ponieważ  czarnoskóremu  datorowi  wystarczyłoby  przeciąć  linę  nade  mną,  żeby  pozbyć  się  mnie  na
zawsze.  Statek  bowiem  zawędrował  poza  krawędź  przepaści,  w  której  otchłań  spadłoby  moje  ciało,  zmieniając  się  w
bezkształtną miazgę.

Zacisnąłem wreszcie dłoń na relingu łodzi. W tej samej chwili w dole rozległ się przeraźliwy, mrożący krew w żyłach

wrzask, który kazał mi odwrócić przerażony wzrok na okręcającą się z krzykiem postać, spadającą w straszliwą otchłań pode
mną.

To Matai Shang, Święty Hekkador, Ojciec Thernów, wyruszył w drogę na sąd ostateczny.
Wystawiłem  głowę  nad  pokład  i  ujrzałem  Thurida,  który  ruszył  w  moją  stronę  ze  sztyletem  w  dłoni.  Znajdował  się

naprzeciw przedniej ściany kabiny, podczas gdy ja starałem się wspiąć na pokład w okolicach rufy. Dzieliło nas tylko kilka
kroków i nie było takiej siły na ziemi, która zdołałaby pomóc mi dostać się na łódź, zanim rzuci się na mnie rozwścieczony
czarny.

Wiedziałem, że nadszedł mój koniec, a gdybym jeszcze w to wątpił, przekonałby mnie o tym paskudny uśmiech triumfu

na złowrogiej twarzy datora. Za Thuridem widziałem przerażoną Dejah Thoris, z otwartymi szeroko w przerażeniu oczami,
szarpiącą swoje więzy. Fakt, że musiała oglądać moją straszną śmierć sprawiał, że ten gorzki koniec zdawał się podwójnie
okrutny.

Zaniechałem prób wspięcia się przez burtę. Zamiast tego uchwyciłem się relingu lewą dłonią i wyciągnąłem sztylet.
Mogłem przynajmniej umrzeć tak, jak żyłem -- walcząc.
Kiedy  Thurid  znalazł  się  przed  drzwiami  kabiny,  w  ponurej  napowietrznej  tragedii  rozgrywającej  się  na  pokładzie

uszkodzonej latającej łodzi Matai Shanga pojawił się nowy bohater.

Phaidor.
Ze spłonioną twarzą, potarganymi włosami, i oczami, po których widać było, że gościły w nich niedawno śmiertelne łzy,

które do tej pory były obce tej dumnej bogini, córka Matai Shanga wyskoczyła na pokład przede mną.

W dłoni trzymała długi, wąski sztylet. Spojrzałem na moją ukochaną księżniczkę z uśmiechem, jak powinien mężczyzna,

który ma zaraz umrzeć. Następnie odwróciłem twarz w stronę Phaidor, czekając na cios.

Ta piękna twarz nigdy nie była tak urocza jak właśnie w tej chwili. Zdawało się niewiarygodne, że ktoś tak piękny mógł

nosić  w  uroczej  piersi  tak  okrutne  i  bezlitosne  serce,  a  dziś  w  tych  cudownych  oczach  pojawił  się  nowy,  niewidziany
wcześniej wyraz -- spoglądały z nieznaną dotychczas łagodnością i udręką.

Thurid znalazł się obok niej, przeciskając się, żeby dopaść mnie pierwszy, a to, co stało się potem, wydarzyło się tak

szybko, że zanim zdałem sobie z tego sprawę, było już po wszystkim.

Smukła dłoń Phaidor wystrzeliła, zamykając się na przedramieniu ręki, w której czarny trzymał broń. Następnie uniosła

wysoko prawą rękę, w której ściskała lśniące ostrze.

-- To za Matai Shanga! -- zawołała, zanurzając sztylet w piersi datora. -- To za los, jaki planowałeś dla Dejah Thoris! --

Ostra stal po raz kolejny zagłębiła się w skrwawionym ciele.

background image

-- A to, to, i to za księcia Helium, Johna Cartera! -- wrzasnęła, z każdym słowem wbijając ostrze w nikczemne serce

zwalistego łotra. Następnie wzgardliwie zepchnęła zwłoki Pierworodnego z pokładu, posyłając je wśród okropnej ciszy za
ciałem jego ofiary.

Ze zdumienia  byłem tak  osłupiały, że  podczas  całej tej  zadziwiającej  sceny, której  byłem świadkiem,  nie  próbowałem

nawet wspiąć się na pokład. Jej następny czyn zdziwił mnie jeszcze bardziej, ponieważ Phaidor wyciągnęła do mnie dłoń i
pomogła mi wejść na pokład, gdzie stałem, przyglądając się jej z osłupieniem, nie kryjąc zaskoczenia.

Na jej wargach pojawił się słaby uśmiech, ale nie był to znany mi już okrutny i wyniosły uśmiech bogini.
-- Dziwisz się, skąd wzięła się we mnie ta niezwykła przemiana, Johnie Carter? -- powiedziała. -- Powiem ci. Dokonała

tego miłość, miłość do ciebie. -- Kiedy zmarszczyłem brwi w dezaprobacie, uniosła proszącym gestem dłoń.

--  Zaczekaj  --  powiedziała.  --  Nie  chodzi  o  moją  miłość.  To  miłość,  jaką  darzy  cię  twoja  księżniczka,  Dejah  Thoris,

nauczyła mnie, czym może być prawdziwe uczucie: czym powinna być i jak daleka od prawdziwej miłości była samolubna i
pełna zazdrości namiętność, jaką pałałam do ciebie. Zmieniłam się. Teraz mogłabym kochać tak, jak Dejah Thoris. I mogę
cieszyć się tylko, widząc was znowu razem, ponieważ tylko przy niej możesz odnaleźć prawdziwe szczęście.

--  Ale  czuję  żal  z  powodu  zła,  które  wyrządziłam.  Mam  wiele  grzechów  do  odpokutowania,  a  choćbym  była

nieśmiertelna, nie starczyłoby mi życia, aby za nie zapłacić. Istnieje jednak inny sposób i nawet jeśli Phaidor, córka Świętego
Hekkadora Świętych Thernów zawiniła przeciw tobie, dziś częściowo spłaciła swój dług, a żebyś nie wątpił w szczerość jej
przemiany i nowego uczucia, którym obejmuje również Dejah Thoris, dowiedzie swojej prawdomówności w jedyny pozostały
sposób. Ocaliwszy cię dla innej kobiety, Phaidor zostawi cię jej ramionom.

Powiedziawszy to, odwróciła się i rzuciła się z pokładu w otchłań pod nami.
Z okrzykiem grozy skoczyłem przed siebie w daremnej próbie uratowania życia, którego kres z radością ujrzałbym w

ciągu ostatnich dwóch lat. Spóźniłem się.

Z oczami zamglonymi od łez, odwróciłem się, żeby nie oglądać strasznego widoku w dole.
Po  chwili  przeciąłem  więzy  Dejah  Thoris,  a  kiedy  zarzuciła  mi  na  szyję  ukochane  ramiona  i  przywarła  doskonałymi

wargami  do  moich  ust,  w  uniesieniu  otrzymanej  nagrody  zapomniałem  o  grozie,  jakiej  byłem  świadkiem,  i  o  znoszonych
przez siebie cierpieniach.

background image

Nowy władca

Statek,  na  którego  pokładzie  odnaleźliśmy  się  z  Dejah  Thoris  po  dwunastu  długich  latach  rozłąki,  okazał  się  całkowicie
bezużyteczny. Zbiorniki wypornościowe silnie przeciekały, a silnik nie chciał zapalić. Unosiliśmy się bezradnie w powietrzu
nad arktycznym lodem.

Przelecieliśmy nad przepaścią, w której leżały zwłoki Matai Shanga, Thurida i Phaidor, po czym zawiśliśmy nad niskim

wzgórzem. Otworzywszy zawory opróżniające zbiorniki, posadziłem łódź powoli na ziemi, a kiedy wylądowała, zeszliśmy z
Dejah Thoris z pokładu i trzymając się za dłonie, wróciliśmy przez zamarznięte pustkowie w stronę Kadabry.

Przeszliśmy tunelem, którym ścigałem Thurida, niespiesznym krokiem, ponieważ mieliśmy sobie wiele do powiedzenia.
Opowiedziała mi o tej ostatniej straszliwej chwili sprzed miesięcy, kiedy drzwi jej celi w Świątyni Słońca zamykały się

powoli między nami. O tym, jak Phaidor rzuciła się na nią, unosząc wysoko sztylet, i o krzyku Thuvii, kiedy ta zdała sobie
sprawę z nikczemnego zamiaru bogini thernów.

To  właśnie  ten  krzyk  rozbrzmiewał  mi  w  uszach  przez  długie,  pełne  udręki  miesiące,  kiedy  targała  mną  okrutna

niepewność  losów  mojej  księżniczki.  Nie  wiedziałem  bowiem,  że  zanim  córka  Matai  Shanga  zdołała  skrzywdzić  Dejah
Thoris lub ją samą, Thuvia wyrwała ostrze z jej rąk.

Opowiedziała  mi  też  o  ciągnącym  się  bez  końca,  okropnym  uwięzieniu.  O  bezwzględnej  nienawiści  Phaidor  i  czułej

miłości Thuvii, oraz o tym, jak w chwilach najczarniejszej rozpaczy obie czerwone kobiety trzymały się tej samej nadziei i
przekonania, że John Carter znajdzie sposób, aby je uwolnić.

Wreszcie dotarliśmy do komnaty Solana. Szedłem przed siebie, nie myśląc o zachowaniu ostrożności, pewny, że do tej

pory miasto i pałac z pewnością znalazły się już w rękach moich przyjaciół.

Tak  właśnie  doszło  do  tego,  że  wchodząc  do  sali  wpadłem  prosto  na  tuzin  dworzan  Salensus  Olla,  zamierzających

przejść tędy do świata zewnętrznego korytarzami, które właśnie pokonaliśmy.

Na nasz widok stanęli w miejscu, po czym na twarzy ich przywódcy pojawił się nieprzyjemny uśmiech.
-- Oto sprawca wszystkich naszych nieszczęść! -- zawołał, wskazując na mnie. -- Możemy zemścić się choć w części,

zostawiając tu okaleczone zwłoki księcia i księżniczki Helium!

-- A kiedy ich znajdą, poznają, że zemsta żółtych ludzi jest kosztowna dla ich nieprzyjaciół -- ciągnął, wskazując kciukiem

w  stronę  pałacu  w  górze.  --  Szykuj  się  na  śmierć,  Johnie  Carter!  Jednak,  aby  dodać  twojej  śmierci  goryczy,  powiem,  że
możliwe, iż zmienię zdanie i nie zadam twojej księżniczce miłosiernej śmierci. Być może zostawię ją przy życiu jako igraszkę
dla moich dworzan.

Stałem  przy  pokrytej  instrumentami  ścianie  z  Dejah  Thoris  u  boku.  Kiedy  wojownicy  ruszyli  w  naszą  stronę  z

obnażonymi mieczami, uniosła na mnie wzrok w zaciekawieniu, ponieważ miecz wisiał nadal w pochwie u mego boku, na
wargach zaś miałem uśmiech.

Żółci  dostojnicy  również  spoglądali  w  zaskoczeniu.  Ponieważ  nie  próbowałem  nawet  dobyć  miecza,  zawahali  się,

obawiając się podstępu. Przywódca popędzał ich jednak do przodu. Kiedy znaleźli się niemal w odległości wyciągniętego
ostrza, uniosłem dłoń, kładąc ją na gładkiej powierzchni wielkiej dźwigni, po czym spojrzałem wrogom w twarz z ponurym
uśmiechem.

Zatrzymali się równocześnie, spoglądając po sobie i na mnie lękliwym wzrokiem.
-- Stój! -- krzyknął ich przywódca. -- Nie śniło ci się nawet, co robisz!
-- Masz rację -- odparłem. -- John Carter nie śni. On wie. Wie, że jeśli któryś z was zrobi choć krok w stronę księżniczki

background image

Helium, pociągnę za tę dźwignię i zginiemy razem, choć nie sami.

Dostojnicy cofnęli się, porozumiewając się szeptem przez kilka chwil. W końcu przywódca odwrócił się do mnie.
-- Idź swoją drogą, Johnie Carter -- powiedział. -- A my pójdziemy naszą.
-- Jeńcy nie chodzą, gdzie chcą -- odpowiedziałem. -- A wy jesteście jeńcami księcia Helium.
Zanim  zdążyli  odpowiedzieć,  drzwi  po  przeciwnej  stronie  pomieszczenia  otworzyły  się  i  do  sali  wpadło  dwudziestu

żółtych ludzi. Przez chwilę na twarzach dostojników zagościła ulga, po czym zmarkotnieli, zauważywszy przywódcę grupy
przybyszów -- był nim Talu, zbuntowany książę Marentiny, i wiedzieli już, że nie mogli oczekiwać z jego strony pomocy ani
miłosierdzia.

--  Dobra  robota,  Johnie  Carter!  --  zawołał.  --  Użyłeś  przeciw  nim  ich  własnej  potęgi.  Dobrze,  że  byłeś  tu,  aby

powstrzymać ich ucieczkę, ponieważ to największe łotry na północ od lodowej bariery. Ten -- wskazał przywódcę grupy --
zamierzał  uczynić  się  Jeddakiem  Jeddaków  w  miejsce  martwego  Salensus  Olla.  Doprawdy,  mielibyśmy  wtedy  jeszcze
gorszego władcę niż ten znienawidzony tyran, który padł pod twoim mieczem.

Dostojnicy  Salensus  Olla  pozwolili  się  aresztować,  ponieważ  gdyby  stawiali  opór,  czekała  ich  niechybna  śmierć.

Następnie, eskortowani przez wojowników Talu, udaliśmy się do wielkiej sali tronowej poprzedniego władcy Okar. Zastaliśmy
w niej wielki tłum wojowników.

Czerwoni ludzie z Helium i Ptarthu, żółci ludzie z Północy, ramię w ramię z czarnoskórymi Pierworodnych, przybyłymi

pod  wodzą  mojego  przyjaciela  Xodara,  aby  pomóc  w  poszukiwaniach  mnie  i  mojej  księżniczki.  Stali  tu  dzicy,  zieloni
wojownicy  z  dna  martwych  mórz  Południa  i  garstka  białoskórych  thernów,  którzy  wyrzekli  się  swojej  religii  i  przysięgli
wierność Xodarowi.

Ujrzałem  Tardos  Morsa  i  Mors  Kajaka,  oraz  wysokiego  i  potężnego  we  wspaniałej  uprzęży  bojowej  mojego  syna,

Carthorisa. Kiedy weszliśmy, cała trójka rzuciła się na Dejah Thoris, i choć zwyczaje i edukacja królewskich rodów Barsoom
nie zachęcają do wylewnego okazywania uczuć, myślałem, że zaduszą ją uściskami.

Obecni byli też moi starzy druhowie -- Tars Tarkas, jeddak Tharku, i Kantos Kan, zaś stary kochany Woola szalał ze

szczęścia, skacząc i szarpiąc mnie za uprząż z nadmiaru miłości.

Na  nasz  widok  wzniosły  się  długie  i  głośne  wiwaty,  zaś  metal  dźwięczał  ogłuszająco,  kiedy  zaprawieni  w  bojach

wojownicy ze wszystkich regionów Marsa krzyżowali ze szczękiem miecze nad sobą na znak tryumfu i zwycięstwa. Jednak
idąc  przez  ten  tłum  salutujących  mi  dworzan,  dostojników,  wojowników,  jeddaków  i  jedów,  miałem  nadal  ciężkie  serce,
ponieważ brakło tu dwóch twarzy, za których widok wiele bym oddał -- w całej wielkiej sali nie było widać Thuvan Dihna ani
Thuvii z Ptarthu.

Rozpytywałem o nich wśród członków wszystkich ludów, aż wreszcie usłyszałem od jednego z żółtoskórych jeńców, że

zostali  aresztowani  przez  dowódcę  straży  pałacowej  podczas  próby  dotarcia  do  Lochu  Obfitości,  kiedy  byłem  w  nim
uwięziony.

Nie  musiałem  pytać,  skąd  wzięli  się  tam  odważny  jeddak  i  jego  oddana  córka.  Mój  informator  powiedział  mi,  że

znajdowali się teraz w jednym z podziemnych lochów pałacu, gdzie oczekiwali, aż tyran Północy zadecyduje o ich dalszym
losie.

W  chwilę  później  grupy  wojowników  zaczęły  przeczesywać  starożytną  budowlę  w  ich  poszukiwaniu,  a  mój  kielich

szczęścia nareszcie był pełen, kiedy ujrzałem, jak wprowadzają ich do sali wśród wiwatów straży honorowej.

Na  widok  Dejah  Thoris,  Thuvia  od  razu  rzuciła  się  do  jej  boku  i  nie  potrzebowałem  lepszych  dowodów  miłości,  jaką

darzyły się obie kobiety, niż szczerość ich uścisku.

Ponad zatłoczoną salą wznosił się cichy i pusty tron Okar.

background image

Żadna scena z tych, jakie musiał oglądać od dawno minionych czasów, kiedy zasiadł na nim pierwszy Jeddak Jeddaków,

nie mogła równać się z tą, której świadkiem był teraz, a rozważając nad przeszłością i przyszłością ukrytej od wieków rasy
czarnobrodych żółtoskórych ludzi, uznałem, że dostrzegam dla niej wspanialszą i bardziej użyteczną rolę w wielkiej rodzinie
sprzymierzonych narodów, obejmujących cały świat od bieguna południowego niemal do wrót ich krainy.

Dwadzieścia  dwa  lata  wcześniej  trafiłem  nagi  i  obcy  na  ten  niezwykły,  dziki  świat.  Wszystkie  narody  i  rasy  walczyły

wtedy ustawicznie w wojnach toczonych przeciw ludziom wszystkich innych krajów i kolorów skóry. Dziś dzięki sile miecza i
wierności  przyjaciół,  których  zdobyłem,  ramię  w  ramię  w  pokoju  i  zgodzie  stali  tu  ludzie  czarni,  biali,  czerwoni  i  zieloni.
Narody Barsoom nie stały się jeszcze jednym ludem, ale dokonaliśmy wielkiego kroku w tę stronę, a gdyby teraz udało się
jeszcze  włączyć  do  tego  braterstwa  narodów  groźną  rasę  żółtych  ludzi,  uznałbym,  że  spełniłem  wielkie  życiowe  zadanie,
przynajmniej częściowo spłacając wielki dług wdzięczności, jaki miałem wobec Barsoom za to, że obdarował mnie Dejah
Thoris.

Zastanawiając się nad tym, widziałem tylko jeden sposób i jednego człowieka, który mógł zapewnić spełnienie moich

nadziei i jak zawsze w moim przypadku, zadziałałem bez dalszego namysłu i konsultacji.

Ci,  którym  nie  odpowiadają  moje  plany  i  sposób,  w  jaki  je  przedstawiam,  zawsze  mają  u  boku  miecz,  którym  mogą

wyrazić swoją dezaprobatę. Wyglądało jednak na to, że tym razem nie było głosu niezgody, kiedy chwyciwszy Talu za ramię,
podszedłem do tronu, który należał kiedyś do Salensus Olla.

--  Wojownicy  Barsoom!  --  zawołałem.  --  Kadabra  padła,  a  wraz  z  nią  znienawidzony  tyran  Północy!  Trzeba  jednak

zachować  jedność  Okar.  Czerwonymi  ludźmi  rządzą  czerwoni  jeddakowie,  zielonoskórzy  wojownicy  starożytnych  mórz
uznają wyłącznie zielonych władców, zaś prawo dla Pierworodnych z bieguna południowego stanowi czarnoskóry Xodar. Nie
byłoby zgodne z interesem żółtych ani czerwonych ludzi, gdyby na tronie Okar zasiadł czerwony jeddak.

-- Tylko jeden wojownik nadaje się najlepiej do przyjęcia pradawnego i wspaniałego tytułu Jeddaka Jeddaków Północy.

Ludu Okar, unieście miecze dla waszego nowego władcy -- Talu, księcia Marentiny!

Na to wolni ludzie Marentiny i jeńcy z Kadabry wznieśli gromki okrzyk radości, ponieważ wszyscy myśleli, że zgodnie ze

zwyczajem  Barsoom  czerwonoskórzy  będą  próbowali  zatrzymać  to,  co  zdobyli  siłą  własnego  oręża  i  od  tej  pory  rządzić
będzie nimi obcy jeddak.

Zwycięscy wojownicy, którzy walczyli pod dowództwem Carthorisa przyłączyli się do tej szalonej demonstracji uczuć, i

pośród dzikiego zamieszania, zgiełku i wiwatów, wyszliśmy z Dejah Thoris do wspaniałego ogrodu jeddaków, który ozdabia
wewnętrzny dziedziniec pałacu w Kadabrze.

Przy naszych nogach szedł Woola, a na niezwykle pięknej rzeźbionej ławie pod altaną purpurowych kwiatów ujrzeliśmy

dwójkę ludzi, którzy znaleźli się tam przed nami: Thuvię z Ptarthu i Carthorisa z Helium.

Przystojny młodzieniec pochylał piękną głowę nad uroczą twarzą swojej towarzyszki. Spojrzałem z uśmiechem na Dejah

Thoris, po czym przyciągnąwszy ją do siebie, zapytałem szeptem: -- Dlaczego nie?

Rzeczywiście, dlaczego nie? Jakie znaczenie miał wiek w tym świecie wiecznej młodości?
Pozostaliśmy w Kadabrze jako goście Talu aż do oficjalnej ceremonii objęcia stanowiska, po czym wraz z wielką flotą,

którą miałem szczęście ocalić od zniszczenia, odlecieliśmy na południe, za barierę lodową. Przedtem jednak ujrzeliśmy, jak
na rozkaz nowego Jeddaka Jeddaków zniszczono całkowicie posępnego Strażnika Północy.

-- Od teraz -- oznajmił Kalu, kiedy rzecz dobiegła końca -- floty czerwonych i czarnych ludzi mogą swobodnie pokonywać

barierę lodową w obie strony, jak nad własnym krajem.

-- Aby ułatwić zielonym ludziom trafienie do Okar, Jaskinie Trupów zostaną oczyszczone, zaś polowanie na święte apty

stanie się sportem moich dworzan, dopóki nasza kraina lodu nie zostanie uwolniona od tych odrażających stworzeń.

background image

Pożegnaliśmy przyjaciół ze szczerym żalem, udając się do Ptarthu. Tam byliśmy podejmowani przez miesiąc na dworze

Thuvan Dihna, a widziałem, że gdyby Carthoris nie był księciem Helium, zostałby tam na zawsze.

Unosiliśmy się nad potężną fortecą Kaol, dopóki wiadomość od Kulan Titha nie pozwoliła nam lądować na jego jedynej

nadającej się do tego wieży, gdzie nasze załogi schodziły z okrętów przez cały dzień i pół nocy. Pozostaliśmy przez pewien
czas w Kaol, zacieśniając więzy między tym miastem a Helium, po czym pewnego pamiętnego dnia ujrzeliśmy wreszcie
wysokie, smukłe wieże bliźniaczych miast Helium.

Lud  długo  przygotowywał  się  na  nasze  przybycie.  Niebo  rozpłoniło  się  widokiem  przystrojonych  w  wesołe  barwy

latających łodzi, zaś wszystkie dachy w obu miastach wyłożono kosztownymi jedwabiami i tkaninami.

Na dachach, ulicach i placach rozsypano złoto i klejnoty, przez co oba miasta zdawały się płonąć wewnętrznym ogniem

wspaniałych kamieni i gładkiego metalu, odbijającego jasne światło słońca i zmieniającego je w niezliczone, rozkoszne dla
oczu odcienie.

Po dwunastu latach rodzina królewska Helium powracała nareszcie do swojego potężnego miasta, otoczona szalejącymi

z radości milionami zgromadzonymi przed bramami pałacu. Kobiety, dzieci i potężni wojownicy płakali z wdzięczności za los,
który  zwrócił  im  ukochanego  Tardos  Morsa  i  ubóstwianą  przez  cały  naród  niezrównaną  księżniczkę,  ale  żadnemu  z
pozostałych uczestników tej pełnej nieopisanych gróźb i chwały wyprawy nie brakło wyrazów uznania.

Tej nocy, kiedy siedzieliśmy z Dejah Thoris i Carthorisem na dachu mojego miejskiego pałacu, gdzie dawno założyliśmy

wspaniały ogród, aby móc szukać w nim odosobnienia i cichego szczęścia we własnym towarzystwie z dala od dworskiej
pompy i ceremonii, przybył do mnie goniec, wzywając nas do Świątyni Nagród, gdzie -- jak zakończył swoje posłannictwo --
"jedno miało zostać tej nocy poddane sądowi".

Głowiłem  się,  próbując  dojść,  jaka  to  ważna  i  nagląca  sprawa  mogła  wzywać  rodzinę  królewską  z  pałacu  w  wieczór

powrotu do Helium po latach nieobecności, jednak kiedy wzywa jeddak, żaden człowiek nie może zwlekać.

Kiedy nasza łódź latająca osiadła na szczycie świątyni, ujrzeliśmy niezliczone inne łodzie, które przylatywały i odlatywały

z dachu Świątyni. Na ulicy w dole, przez potężne wrota budowli wlewał się do środka wielki tłum.

Z wolna wróciła mi pamięć o odroczonym wyroku, który wisiał nade mną, od kiedy zostałem osądzony przez Zat Arrasa

w tej Świątyni za grzech powrotu z Doliny Dor i Zaginionego Morza Korus.

Czy możliwe, że surowe poczucie sprawiedliwości, dominujące u Marsjan, kazało im nie dostrzegać wielkiego dobra,

jakie przyniosło moje odszczepieństwo? Czy mogli zignorować fakt, że wyłącznie mnie zawdzięczali wyzwolenie Carthorisa,
Dejah Thoris, Mors Kajaka i Tardos Mors?

Nie  mieściło  mi  się  to  w  głowie,  a  jednak  w  jakim  innym  celu  mogłem  być  wzywany  do  Świątyni  Nagród  zaraz  po

powrocie Tardos Morsa na tron?

Kiedy wszedłem do świątyni, idąc w stronę Tronu Sprawiedliwości, przede wszystkim z zaskoczeniem zauważyłem ludzi

zasiadających w roli sędziów. Zobaczyłem jeddaka Kaolu, Kulan Titha, którego przed paroma dniami zostawiliśmy w jego
własnym pałacu, oraz Thuvan Dihna, jeddaka Ptarthu -- w jaki sposób znalazł się w Helium równo z nami?

Obecni  byli  też  jeddak  Tharku,  Tars  Tarkas,  i  Xodar,  jeddak  Pierworodnych.  Widziałem  też  Talu,  Jeddaka  Jeddaków

Północy, choć mógłbym przysiąc, że przebywał w swoim otoczonym lodami mieście cieplarni za północną barierą lodową.
Wśród  nich  siedzieli  również  Tardos  Mors  i  Mors  Kajak,  z  wystarczającą  liczbą  niższych  rangą  jedów  i  jeddaków,  aby
osiągnąć liczbę trzydziestu jeden sędziów, konieczną do sądu nad równym sobie.

Założę się, że równie królewski sąd nie zasiadał jeszcze nigdy w całej historii prastarego Marsa.
Kiedy wszedłem, w nieprzebranym tłumie, którym zapchane było audytorium, zapadła cisza. Tardos Mors podniósł się z

tronu.

background image

--  Johnie  Carter  --  powiedział  głębokim,  marsowym  głosem.  --  Stań  na  Piedestale  Prawdy,  abyś  został  poddany

sprawiedliwemu i bezstronnemu sądowi równych tobie.

Nie  spuszczając  wzroku,  z  wysoko  podniesioną  głową,  zrobiłem,  co  kazał,  a  rozglądając  się  po  kręgu  twarzy,  które

mógłbym  przysiąc,  że  należały  do  najlepszych  spośród  moich  przyjaciół  na  Barsoom,  nie  napotkałem  ani  jednego
przyjaznego spojrzenia -- jedynie surowy wzrok nieugiętych sędziów, którzy mieli za chwilę spełnić swój obowiązek.

Potem wstał sekretarz i odczytał z wielkiej księgi długą listę co bardziej niezwykłych czynów, które uważałem do tej pory

za  przemawiające  na  moją  korzyść.  Obejmowały  długi  okres  dwudziestu  dwóch  lat,  od  kiedy  trafiłem  na  ochrowe  dno
martwego morza nieopodal inkubatora Tharków. Obok nich, przeczytał też o wszystkich moich dokonaniach w kręgu Gór
Otz, którym władali wcześniej Święci Thernowie i Pierworodni.

Zwyczaj  Barsoom  nakazuje,  aby  kiedy  człowiek  staje  przed  sądem,  wraz  z  przewinieniami  wymienić  jego  zalety,  nie

byłem więc zdziwiony tym, że moi sędziowie, którzy znali tę opowieść na pamięć, usłyszeli moją historię jeszcze raz. Kiedy
czytanie dobiegło końca, Tardos Mors podniósł się.

-- Najsprawiedliwsi spośród sprawiedliwych sędziowie! -- zawołał. -- Wysłuchaliście, jak odczytano nam wszystko, dobre

i złe, co wiadomo o księciu Helium, Johnie Carterze. Jaki jest wasz sąd?

Na te słowa Tars Tarkas wstał powoli, prostując się na swoją pełną, imponującą wysokość, aż zawisł nad wszystkimi

niczym zielono-brązowa statua. Spojrzał na mnie złowróżbnym wzrokiem -- ten Tars Tarkas, u którego boku walczyłem w
niezliczonych bitwach i którego kochałem jak brata.

Zapłakałbym, gdyby gniew nie wypełniał mnie do tego stopnia, że w szale omal nie sięgnąłem po miecz, aby rzucić się

na nich.

-- Wyrok może być tylko jeden -- stwierdził. -- John Carter nie jest już godny tytułu księcia Helium... -- urwał -- ...zamiast

tego znany będzie jako Jeddak Jeddaków, Wódz Barsoom!

Kiedy trzydziestu jeden sędziów poderwało się z siedzeń, sięgając po miecze i unosząc je w jednomyślnej zgodzie z

werdyktem, w potężnej budowli rozszalała się istna burza, aż zdawało mi się, że sufit runie na nas od gromkich okrzyków.

Nareszcie zrozumiałem ponure poczucie humoru, jakie kazało im obrać ten sposób powierzenia mi tej wielkiej godności,

jednak  gotowość,  z  jaką  obsypali  mnie  gratulacjami  najpierw  sami  sędziowie,  a  po  nich  dostojnicy  Helium,  przeczyła
jakiemukolwiek oszustwu co do samego nadanego mi tytułu.

Zaraz  po  tym  Ścieżką  Nadziei  przeszło  pięćdziesięciu  najpotężniejszych  dostojników  największych  rodów,  niosąc  na

ramionach  wspaniałą  lektykę,  a  kiedy  ludzie  zobaczyli  siedzącą  w  środku  osobę,  wznoszone  dla  mnie  wiwaty  zbladły  do
nicości w porównaniu z tymi, które odbiły się potężnym echem w całej budowli, ponieważ dworzanie nieśli na ramionach
ukochaną księżniczkę Helium, Dejah Thoris.

Zanieśli ją wprost do Tronu Sprawiedliwości, gdzie Tardos Mors pomógł jej wysiąść i odprowadził do mego boku.
-- Niech najpiękniejsza kobieta świata dzieli ten zaszczyt ze swoim mężem -- powiedział.
Na oczach wszystkich przyciągnąłem żonę do siebie i ucałowałem jej usta.

KONIEC TOMU TRZECIEGO


Document Outline