background image

 

1

 

NINA DREJ 

“Za drzwiami młodości” 

 

 

 

Rozdział I 

 

          Dom, w którym się urodziłam i wychowałam, to stara, 
przedwojenna kamienica, z resztkami świetności na elewacji, 
drewnianymi schodami wewnątrz i toaletami w piwnicy, i na 
strychu. Tylko w nielicznych mieszkaniach były toalety. Budynek 
usytuowany był obok torów kolejowych. Gdy przejeżdżał pociąg w 
mieszkaniach trzęsły się meble. U Celiny na trzecim piętrze, było to 
widoczne najbardziej. Stała tam biblioteczka z szybami, która 
oprócz tego że sama drżała jak osika, to jeszcze trzęsły się w niej 
szyby.  

           Na podwórku rosły cztery topole posadzone przez dzieci z 
parteru, kiedy byłam jeszcze bardzo mała. Tory kolejowe, to 
dodatkowa atrakcja podwórka. Czarny węglowy miał z nasypu 
doskonale zastępował kawę, kiedy bawiliśmy się w sklep. 
Przejeżdżający towarowymi pociągami polscy i radzieccy żołnierze 
rzucali suchary.  

 Fajnie też było pomachać , gdy przejeżdżał pociąg osobowy, bo 
ludzie też nam machali. 

- Mnie pomachały trzy osoby, a mnie cztery - przekrzykiwaliśmy się 
zadowoleni. 

 Na szynach kładliśmy też monety, które potem rozgniatał 
przejeżdżający pociąg. Najważniejszy był ten, kto miał najwięcej 
takich rozpłaszczonych pieniążków.  

         Podwórko należało tylko do nas. Dzieci z innych podwórek 
miały tu wstęp tylko za szczególnym pozwoleniem. Było komu 

background image

 

2

pilnować wstępu, bo mieszkało tam trzydzieścioro pięcioro dzieci. 
Obok naszego bloku był plac, na którym można było grać w piłkę, w 
klasy i w inne gry. Dorośli porobili tam ogródki, więc zawsze można 
było wsadzić rękę przez płot, aby wyrwać jakąś pyszną marchewkę 
czy inny ogrodowy smakołyk. Ten plac nazywaliśmy ,,Ejzelman”  
Podobno przed wojną stała tam  kamienica , której właścicielem był 
Żyd o takim nazwisku. Na Ejzelman mogli wchodzić wszyscy, bo 
trudno było wygonić kogoś z tak dużego terenu. Jak przez  mgłę 
pamiętam bramę obok naszego domu. Później ją zburzono. Resztki 
murów były tam bardzo długo. Płoty okalające ogródki służyły też 
za rusztowanie do robienia namiotów z koca, w których 
przesiadywało się latem do zmroku.                                                                           
W momencie, kiedy robiło się ciemno trzeba było wiać na inne 
podwórko, bo mama wołała do domu. Lepiej było wtedy nie 
słyszeć, bo nieposłuszeństwo karano laniem. Z dokładnością 
szwajcarskiego zegarka wiedzieliśmy, kiedy trzeba zmienić klimat , 
chociaż nikt z nas nie znał się wtedy na zegarku, a zresztą nikt 
takowego nie posiadał.  

 Warto byłoby wspomnieć, że piwnice w naszym bloku były zalane, 
bo  dostawały się tam wody z pobliskiego jeziora. Była to też 
uciecha dla dzieci. Łaziliśmy po wodzie w poszukiwaniu czegoś 
ciekawego dopóki nie wypędzili nas dorośli. Kiedy wysuszono 
ostatecznie piwnice, zamieszkały tam szczury. Ktoś wysypał trutkę 
na nie. Jednak pierwszą ofiarą trucizny na szczury był kot Marioli z 
pierwszego piętra. 

Wpadła wtedy do mnie z płaczem i już od drzwi wołała: 

- Ninka, kotek zmarł!  

- Nie płacz, trzeba  zrobić mu pogrzeb - odpowiedziałam, chyba nie 
bardzo żałując kota ,a  raczej węsząc dobrą zabawę. 

 Zapakowałyśmy kota w pudełko i ubrałyśmy się odświętnie. 
Zebranie dzieciarni na tak ważną uroczystość nie stanowiło 
większego problemu. Ktoś przyniósł krzyżyk. Wszyscy ustawiliśmy 
się w kondukt żałobny i głośno śpiewając ,,Serdeczna matko...” 
Ruszyliśmy na miejsce pochówku, czyli pod płot. Niestety ktoś 

background image

 

3

dorosły usłyszał nasze zawodzenie i rozpędził żałobną  procesję. 
Dostało się nam za profanację, a kot i tak wylądował pod płotem. Z 
uporem maniaka  robiliśmy mu nagrobek i krzyż z kamyków, a 
dorośli rozgarniali grób. W końcu zainteresowało nas coś innego, 
więc daliśmy spokój kociemu nagrobkowi. 

                              

     

 

                     Rozdział II 

 

        Babcia Antonina poszła na krótko do pracy. Powstał dylemat 
co zrobić z Niną. Ewa, moja siostra, chodziła już do szkoły. Po 
rodzinnej naradzie postanowiono posłać mnie do przedszkola. 
Wybrano nowo powstałe przedszkole w centrum miasta. Nie 
bardzo chciałam tam iść. W domu było mi dobrze. Do przedszkola 
nie chodziła Celina , Jolka, więc miałam się z kim bawić. Niestety 
decyzja była nieodwołalna. Któregoś dnia rano zaprowadzono mnie 
tam. Z ciężkim sercem przeżyłam czas do obiadu. Nie cieszyły 
mnie nowe zabawki, ani nowe koleżanki. Najgorsze nastąpiło 
później. Przyszła pora leżakowania. Okazało się, że leżaków jest 
mniej niż dzieci. Pani wychowawczyni postanowiła kłaść  po dwoje 
dzieci na jednym posłaniu. Spać nie chciałam wcale, a z kimś to w 
ogóle nie wchodziło w grę. Niestety nie mogłam mieć wpływu na 
decyzję pani. Płakałam jak bóbr, ale to nic nie pomogło. Czara 
goryczy przelała się , gdy okazało się, że moim łóżkowym  
partnerem był chłopak. Tego moje kobiece serce nie zniosło. 

- Nie chcę z chłopakiem! - Krzyczałam, gdy pani usiłowała położyć 
mnie na siłę. 

 W końcu udało się pani wcisnąć mnie do łóżka znienawidzonego 
chłopaka. Przepłakałam przez dwie godziny, a po leżakowaniu 

 Doszłam do wniosku, że mam dosyć takiego przedszkola - 
wychodzę! 

background image

 

4

Niezauważona przez nikogo, opuściłam niegościnne mury tej 
placówki wychowawczej i udałam się w sobie tylko wiadomym 
kierunku. 

Kiedy o piętnastej przyszła po mnie mama, nauczycielki z 
przerażeniem stwierdziły , że Ninki nie ma. Mama zdenerwowana 
pobiegła na poszukiwanie. Wychowawczynie też szukały mnie na 
własną rękę, bojąc się odpowiedzialności, gdyby coś się stało. 

Ninka tymczasem wędrowała sobie po mieście. Wieczorem, gdy 
poszukiwania nie odniosły skutku postanowiono wezwać milicję. 

Wtedy nieoczekiwanie w drzwiach pojawiłam się ja. Cała i zdrowa, 
tylko trochę głodna i brudna jak nieboskie stworzenie. Rozpacz 
rodziców natychmiast przerodziła się w gniew. 

- Gdzie byłaś ! - Darła się mama na niewinną córeczkę. 

- Przecież my tu wychodzimy z nerwów -  dołożył swoje tata. 

Patrzyłam na nich przestraszonym wzrokiem i wiedziałam, że 
muszę dać rodzicom jakąś odpowiedź. Sama nie bardzo 
wiedziałam gdzie byłam, ale trzeba było działać. 

- Byłam na stacji kolejowej i widziałam w studni krokodyla- 
odpowiedziałam szybko. 

Rodzice się roześmieli i już wiedziałam ,że burza minęła. 

Tak skończyła się moja przedszkolna kariera. Ciągotki  do 
włóczęgostwa, albo delikatniej mówiąc , do zwiedzania świata, 
miałam od zawsze. Lubiłam jak mama zabierała mnie ze sobą po 
zakupy czy do znajomych. Chłonęłam widoki, wysuwałam ciekawe 
wnioski  i spostrzeżenia. Jednym z takich spostrzeżeń podzieliłam 
się z Jolką.  

- Wiesz, Jolka - opowiadałam z przejęciem, jak się idzie do mojego 
dziadka jedną droga , to można wrócić inną. 

- Jak to ? -  Koleżanka nie mogła zrozumieć .  

- No to ci pokażę jak to się fajnie idzie , pójdziesz? - Namawiałam. 

background image

 

5

Jola młodsza ode mnie   o rok trochę się bała. 

- Nie , mama nie pozwala mi odchodzić od domu- jęczała. 

Ja już jednak podjęłam decyzję. 

- To się robi tylko takie kółko. Wychodzisz koło domu, wracasz  i 
znów jesteś koło domu - tłumaczyłam. 

W końcu udało mi się naciągnąć Jolkę na tę wycieczkę. 

Wyruszyłyśmy w stronę domu dziadka. Tak mi się                                                                                       
przynajmiej wydawało. Droga jakoś się wydłużała, domu dziadka 
nie było widać. Jolka zaczęła popłakiwać. Mnie też robiło się trochę 
markotno, ale jeszcze trzymałam się dzielnie. 

Nie rycz, jeszcze tylko kawałek i będziemy przy domu. - 
pocieszałam Jolkę. 

Niestety zaczęło zmierzchać i mnie też już trząsła się 
broda.Szłyśmy  tak przestraszone, z brudnymi twarzami, na których 
rozmazałyśmy łzy i nie wiedziałyśmy co robić. Za którymś kolejnym 
zakrętem wpadłyśmy na panią Danusię - przyjaciółkę mamy. 

- Co tu robisz Ninka ? - Zapytała 

- Bo ja do dziadka, bo kółko, bo było blisko - jąkałam się , płacząc. 

- Chodźcie, odprowadzę was - powiedziała. 

Kiedy przyszłyśmy, trwały już poszukiwania. Nie pamiętam czym 
się dla mnie skończyła ta wycieczka, a może nie chcę  pamiętać. 

                               

                                  Rozdział III                

         

             Zrobiły się letnie upały i starsze dzieci chodziły na plażę. 
Mnie nie wolno było samej , to znaczy z innymi dziećmi, iść się 
kąpać, więc ryczałam jak bóbr. Babcia, która opiekowała się mną 
podczas nieobecności rodziców, zniosła mi na podwórko 

background image

 

6

aluminiową wannę, nalała do niej wody i chlapałam się w niej do 
woli. Zanim rodzice wrócili z pracy na podwórku zaroiło się od 
wanien i reszta maluchów chlapała się w najlepsze. Niestety 
znoszenie wanny z drugiego piętra zostało obowiązkiem babci już 
do końca wakacji. Nie jedynym zresztą, bo ktoś musiał przecież 
nauczyć mnie jeździć na rowerze. Biegała, więc babcia Antosia za 
rowerem, trzymając  kij wetknięty za siodełkiem.  

         Wakacje się kończyły więc, Celina z trzeciego piętra, Zdzichu 
z parteru i ja szliśmy pierwszy raz do szkoły. Rodzice kupili nam 
tekturowe tornistry, bo innych przecież nie było. Pamiętam jak 
zazdrościła nam Jolka z mojego piętra, która szła do szkoły rok 
później.  

                             

                           Rozdział IV                           

       Na trzecim piętrze lokatorzy mieli swoje strychy, na których 
suszyło się bieliznę. Nasz  strych babcia przerobiła na pokoik. 
Mieszkała tam przez jakiś czas. Bardzo lubiłam się tam bawić, ale 
nie zawsze było mi wolno. Jeżeli już dostąpiłam zaszczytu, brałam 
obecną najlepszą koleżankę i bawiłyśmy się  w dom. Pewnego razu 
zaprosiłam tam Jolkę. Znudzone zabawą odpoczywałyśmy na 
tapczaniku, gdy Jola zauważyła butelki z czymś za łóżkiem. Nagle 
zachciało jej się pić. 

- Ojej, chyba umrę, tak chce mi się pić - zajęczała. 

- To idź do kranu - odrzekłam  

-    Nie chcę pić wody, tylko tego z butelek- odpowiedziała Jola, 
wskazując na szereg  równo ustawionych flaszek po oranżadzie. 
Wiedziałam, że babcia nie pozwala ruszać nic w pokoiku, ale nie 
potrafiłam odmówić. 

 Wzięłam więc jedną z butelek i udawałam, że nie mogę poradzić 
sobie z jej otwarciem. 

- Mocno zamknięta- stękałam niby z wysiłku.  

background image

 

7

- Chyba musisz napić się wody- dodałam z zadowoleniem, że mój 
wybieg się udał. 

- Co ty taka słaba ? -  Spytała Jolka wyjmując mi butelkę z rąk.  

Bez najmniejszego wysiłku pociągnęła za korek i za chwilę cały 
pokoik babci był oblany sokiem jagodowym. Jagody były wszędzie. 
Skapywały ze ścian i mebli. Przerażenie odjęło nam mowę. Szybko 
uciekłyśmy na strych Jolki. Niestety sąsiadka Truda - 
wszystkowiedzący anioł stróż bloku-  wypatrzyła nas, zajrzała do 
pokoju i w te pędy pobiegła donieść babci. Babcia miała na 
niegrzeczne dzieci swoją metodę. Mianowicie, straszyła 
krzyżowaniem do podłogi. Baliśmy się tego wszyscy, bo każdy 
przynajmniej raz naraził się babci Antoninie. Tego dnia ja i Jolka 
leżałyśmy na podłodze w naszej kuchni drżąc ze strachu, a babcia 
jak zwykle nie mogła znaleźć to młotka, to gwoździ. 

- Gdzie ja położyłam ten młotek? -  Pytała siebie głośno. 

- O jest!- Krzyknęła zadowolona wyjmując narzędzie tortur z 
szuflady. 

Struchlałyśmy. Jednak babcia nadal kręciła się po kuchni. Tym 
razem szukała gwoździ. 

- Gdzie mogą być te gwoździe? - Zastanawiała się, otwierając po 
kolei wszystkie szafy. 

Po dłuższym czasie , a dla nas bardzo długim ,babcia stwierdzała 
zniechęcona: 

- No gdzieś zapodziały mi się te gwoździe, więc tym razem wam 
daruję, ale jak jeszcze raz narozrabiacie, to na pewno je znajdę. 

 Za każdym razem ten blef jej się udawał, a my wierzyłyśmy 
święcie, że kiedyś znajdzie jedno i drugie.  

                                                       

                                      

                              Rozdział V 

background image

 

8

           W naszym bloku wszyscy się znali i wszyscy o wszystkich 
wszystko wiedzieli. Gdy była potrzebna sąsiedzka pomoc to na 
pewno się znalazła, ale były też plotki i awantury między sąsiadami. 
Pewnego razu pan Bazyli, ojciec Wandy z parteru ganiał z siekierą 
jej matkę, która nie wiadomo dlaczego uciekała nago. Ktoś z 
sąsiadów  udzielił jej wtedy schronienia. Kiedy pan Janek, z 
drugiego piętra bił swoją żonę, panią Marysię, to babcia pomogła 
jej go związać jak baleron.  

    Specyficzną atmosferę miała nasza kamienica. Mieszkali tam 
ludzie różnego pokroju i o różnej pozycji społecznej. Jednak po 
pracy wszyscy byli sobie równi. Siostra moja- Ewa, wraz z 
koleżankami zorganizowała  teatrzyk. Oczywiście one były 
reżyserkami, a młodsze dzieci aktorami. Graliśmy sztukę 
,,Kopciuszek”. Bardzo chciałam grać główną rolę, ale po 
,,znajomości” zostałam  brzydką siostrą. Próby odbywały się na 
strychu. Swoją  nieskomplikowaną  rolę opanowałam bardzo 
szybko. Wychodziłam na scenę mówiąc między innymi: 

- Książę na mnie teraz patrzy, książę ze mną będzie tańczył. 

Miałam jeszcze trzy takie ,, długie” kwestie i na tym koniec.  

Wreszcie premiera! Zaproszenia wypisane i rozniesione po 
mieszkaniach naszych sąsiadów. Pani Truda pozwoliła w swoim 
mieszkaniu zrobić garderobę. Między jedną ścianą strychu, a drugą 
rozciągnięto sznur, przez który przewieszono koc. To była kurtyna. 
Krzesła dla widzów pożyczyliśmy od mamy Celiny i od pani Trudy. 
Przyszli wszyscy sąsiedzi. Rysiek, starszy od nas o wiele lat syn 
sąsiadki z naprzeciwka akompaniował nam na akordeonie. 
Przedstawienie wypadło znakomicie. Szkoda , że Ewa 
zorganizowała tylko jedno. Była zdolna i za co się wzięła 
wychodziło dobrze. Później próbowaliśmy z innymi dziećmi robić 
przedstawienia, ale to już nie było to samo. Ciągotki artystyczne 
miałam zawsze. Zostało mi tylko śpiewanie do elektrycznej 
maszynki do golenia. Śpiewałyśmy z Jolką naśladując siostry 
,,Sisters”. 

background image

 

9

 Strych w naszym domu był miejscem zabaw całej blokowej 
dzieciarni. W deszczowe dni grało się tam w piłkę i prowadziło 
towarzyskie pogawędki. Razem z Celiną byłyśmy szczęśliwymi 
posiadaczkami małych, blaszanych kuchenek. W związku z tym 
trzeba było ugotować lalkom obiad. W tym celu ustawiłyśmy sprzęt 
na drewnianej desce klozetowej w ubikacji. Rozpaliłyśmy pod 
blachą i zabrałyśmy się do pichcenia. Ogień trochę się nam za 
mocno rozpalił, bo zajęła się deska i trzeba było uciekać. Mama 
Celiny dała nam za to ostrą burę.  

Obok naszego domu była niewielka góra tak zwane ,,Polskie radio”. 
Dlaczego taka nazwa -nie wiem .Zjeżdżało się  stamtąd na sankach 
wprost cudownie. Wieczorem świeciły tam latarnie, więc po zmroku 
nie trzeba było wracać do domu.  

         Wszystkie dzieci czekały na Boże Narodzenie z 
niecierpliwością. Ja nie byłam wyjątkiem. Pewnego razu rodzice 
postanowili przyprowadzić nam  Świętego Mikołaja. W tym 
charakterze miał się pojawić dziadek. Nie podejrzewano jednak, że 
dziadzio trochę się urżnie. Kiedy pojawił się przebrany w pokoju, z 
wrażenia odjęło nam mowę. Jednak,, Święty Mikołaj” zamiast 
rozdać prezenty postanowił nadrobić zaległości wychowawcze 
rodziców.  

- Gdzie są te niegrzeczne dziewczynki - krzyczał groźnie uderzając 
przy tym laską w podłogę. 

- Ależ Święty Mikołaju, one są grzeczne - usiłowała uspokoić 
dziadka mama. 

- Jakie tam grzeczne! - Wrzeszczał dziadek nie dając za wygraną. 

- Zaraz dostaną rózgą , a nie prezenty! 

Tego już było za wiele. Obie z siostrą z płaczem schowałyśmy się 
pod stół, a rodzice wyprowadzili niefortunnego świętego. 

Równie niecierpliwie oczekiwałam 6 grudnia. Dostawałyśmy wtedy 
drobne prezenty do buta. Śniło mi się kiedyś, że w prezencie 
dostałam książkę, a Celina czekoladę. Bardzo byłam zadowolona z 

background image

 

10

tej książki. Celina koniecznie chciała się ze mną zamienić , na co ja 
nie miałam ochoty. Nalegała tak bardzo, że postanowiłam jej wlać. 
Zamachnęłam się i .... Oberwała moja siostra, która spała obok 
mnie. Nie spodziewała się tak przykrego przebudzenia. Usiadła na 
łóżku i po prostu oddała mi. Zaczęła się walka, bo ja nie byłam 
dłużna. Płakałyśmy obie okładając się równo. Przybiegli rodzice , 
aby nas rozdzielić. 

- Nawet w nocy nie ma z nimi spokoju - narzekał tata. 

Niestety często zdarzało się nam używać takich argumentów jak 
pięści. 

                                                          

                                      

 

                         Rozdział VI 

          

 

                  Do szkoły miałam  pod górkę, co opłacało się zimą. 
Wracając z powrotem  do domu zjeżdżałam na tornistrze. Po takiej 
jeździe zeszyty moje były w opłakanym stanie. Mokre i w plamach 
po rozmazanym atramencie. Na razie do szkoły chodziłam chętnie, 
nie lubiłam tylko rano wstawać. Szybko nauczyłam się czytać i 
każdą, no prawie każdą ,wolną chwilę spędzałam nad książką. 
Oczywiście czytałam też w szkole na lekcjach. Kiedyś, będąc w 
drugiej klasie , rozłożyłam już swoją aktualną lekturę pod ławką i 
tak się zaczytałam, że nie zauważyłam pani stojącej nade mną . 
Przyglądała mi się już od dłuższego czasu. 

- Co ty Ninka robisz?- Zapytała 

- Nic- odrzekłam z niewinną minką . 

- Przecież widzę, że czytasz- stwierdziła zdziwiona moją 
bezczelnością. 

background image

 

11

- Ależ, co też pani opowiada- łgałam w żywe oczy. 

Finał tej sprawy zakończył się wezwaniem matki do szkoły. 
Dostałam w domu burę , ale nie taką straszną, bo rodzice cieszyli 
się po cichu, że mają taką dobrze zapowiadającą się córeczkę. 

 Córeczka rozrabiała w szkole nie zdając sobie sprawy z 
konsekwencji swoich czynów. W efekcie była zdziwiona 
,,niezasłużoną” karą. Wychodząc z kąta, do którego postawiła mnie 
pani za gadanie na lekcji, grzecznie mówiłam ,, dziękuję”.  

- Mówi się przepraszam- pouczała mnie nauczycielka. 

- Dziękuję za to, że mnie pani z kąta wypuściła- tłumaczyłam. 

        Kiedyś Celina przez całą lekcję pokazywała mi język. 

- Zobaczysz, że dostaniesz - szeptałam do niej ze złością. 

 Na te moje groźby Celina jeszcze mocniej wysuwała jęzor i 
poruszała nim, co sprawiało, że purpurowiałam ze złości. Takie to 
było okropne.  

Nie mogłam znieść tej zniewagi i na przerwie, gdy piliśmy mleko, 
wylałam jej na głowę pół swojej porcji. Nie poskarżyła pani, bo 
zagroziłam jej, że ją stłukę. Tym razem  czuła się zagrożona, więc 
mi się  upiekło.  

Celina zemściła się na pracach ręcznych wbijając mi w pośladek 
igłę. Kiedy wrzasnęłam głośno, wyleciałam za drzwi. Tłumaczenia , 
że to wina  Celiny na nic się nie zdały. Jak tu wierzyć w 
sprawiedliwość w szkole. 

 Szkolnej niesprawiedliwości doświadczyłam jeszcze 
niejednokrotnie. Kiedyś tata przywiózł z jakiejś podróży peruki. 
Jedną z blond włosami dla mnie , a drugą czarną dla Ewy. Peruki 
miały warkocze , co stanowiło duży plus, gdy miało się włosy 
obcięte na chłopaka. Wystroiłyśmy się w nie i poszłyśmy do szkoły. 
Wszystkie dzieci zazdrościły nam .Te z mojej klasy otoczyły mnie 
kołem i zasypywały gradem pytań. 

background image

 

12

- Skąd masz takie włosy? 

- Gdzie się takie kupuje? 

- Dasz ponosić? 

Odpowiadałam na wszystkie pytania dumna , że jestem w centrum 
zainteresowania. 

 Jednak moja  pani była innego zdania. Najpierw nakrzyczała na 
mnie, zerwała mi z głowy perukę, a na końcu wytargała za uszy. 
Siostra moja nosiła  tę ozdobę do końca lekcji i nikt nie miał do niej 
pretensji.  

Wracałam do domu z czerwonymi od płaczu oczami, czerwonymi 
od ciągnięcia uszami i z nieszczęsną peruką w tornistrze. 

- Co się stało? - Spytała babcia widząc moją  zapłakaną twarz i 
napuchnięte uszy.   

Opowiedziałam jej wszystko i babcia oburzona postępowaniem 
nauczycielki ruszyła do akcji. Pobiegła do szkoły,  wpadła  do klasy, 
w której prowadziła  lekcję moja pani i przy wszystkich dzieciach 
wytargała ją za uszy.                                         

                             

                             Rozdział VII                     

      Zaczęła się era telewizora. Pierwsi mieli telewizor sąsiedzi z 
pierwszego piętra. Program zaczynał się jakoś tak po godzinie 
szesnastej, więc pustoszało podwórko, a dzieciarnia i wiele 
dorosłych wybierało się na telewizję. Pytanie ,, jest telewizja?” 
otwierało nam sąsiedzkie drzwi i  po ulokowaniu się na dywanie 
oglądano wszystko jak leci, do momentu, kiedy uprzejmi 
gospodarze mieli dosyć i wyłączali swoje kino. Następnymi, którzy 
kupili to cudowne pudełko byliśmy my. Towarzystwo podzieliło się  i 
sąsiedzi z pierwszego piętra odetchnęli z ulgą. Era telewizyjna 
rozwijała się szybko, więc mniej więcej po roku telewizor przestał 
być atrakcją. 

background image

 

13

Naszej kamienicy nie ominęła  tragedia. Ojciec Jolki wypił przez 
pomyłkę jakiś kwas i zmarł. Ubyło też drugiego faceta, chociaż to 
już nie była  tragedia. Matka Wandy w końcu pogoniła swojego 
męża- pijaka. Odtąd wychowywała swoje trzy córki sama .  

- Ma teraz Julcia święty spokój - komentowali sąsiedzi.                                                                                                        
Janek, mąż Trudy z trzeciego piętra często wracał do domu na 
gazie, a Truda robiła mu awanturę: 

- Ty pijaku, draniu, znowu przepiłeś wypłatę ! 

Janek wtedy śpiewał jej głośno:  

- ,,Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”. 

 Dziadek mój, mimo że nie mieszkał z nami też stanowił nie lada 
atrakcję. Przychodząc, dawał na lody, zabierał na oranżadę.  

 Gdy miałam pięć lat zabrał mnie do pobliskiej knajpy i zamiast 
oczekiwanej oranżady dał wódki. Oczywiście sam też wypił, więc 
zostawił mnie  pod knajpą swojemu losowi. Pod wieczór znalazła  
mnie mama. Byłam pod wpływem, zataczałam się, a majtki spadły 
mi na  kostki. 

 Zaraz po wojnie dziadek został ubowcem. Nosił broń i często 
dokuczał babci. Popijał zdrowo, najczęściej w knajpie za torami, w 
której upił i mnie. Pewnego razu, wieczorem gdy rodzina w 
komplecie siedziała w pokoju  z kuchni dały się słyszeć strzały. 
Wszyscy zamarli. Na pewno ojciec strzela w okna z knajpy- 
powiedziała babcia do mojej mamy. Strzały nie powtórzyły się , 
więc trzeba było pójść do kuchni i oszacować szkody. Babcia 
Antonina włożyła sobie na plecy wielki wojskowy taboret i na 
czworaka, jak żółw popełzła do kuchni. Jakie było zdziwienie babci, 
gdy okazało się, że szyba w oknie jest cała. Za to z wiecznej szafy ( 
szafa wbudowana na stałe.) Ciekło coś czerwonego. Krew?! Z 
czego? Okazało się, że to słynne babcine jagody wystrzeliły w 
szafie. 

 Jeszcze  jeden wyczyn dziadka godny jest wspomnienia. Kiedyś, 
gdy bawiłam się na dworze przed domem, przechodził dziadek.  

background image

 

14

- Czy chcesz Ninka pojechać z dziadkiem na wczasy?- Zapytał. 

 Ninka chciała, więc dziadzio zabrał wnuczkę prosto z podwórka, 
nie zawiadamiając przy tym rodziców. Kiedy późnym wieczorem nie 
znalazłam się, rodziców ogarnęła panika. Zginęło dziecko. Ktoś na 
szczęście widział dziadka i rodzice dośpiewali sobie resztę. 
Zadzwonili do ośrodka, w którym dziadek był zaopatrzeniowcem i z 
ulgą dowiedzieli się ,że jestem cała i zdrowa. Mama długo potem 
gniewała się na niego. 

 Dziadek mieszkał blisko mojej szkoły. Na przerwie biegałam tam. 
Zawsze dał mi pięć złotych, a pani Bronia, z którą mieszkał dawała 
mi szmatki na ubrania dla lalek, była bowiem krawcową.          

                                                          

  

                                 Rozdział VIII 

          Z naszego bloku zaczęto się wyprowadzać. Pierwszymi byli 
moi rodzice chrzestni. Następnymi , moja koleżanka Mariola z 
rodziną. Mieszkanie ich było bardzo długo puste i nie zamknięte na 
żaden zamek, więc Celina i ja chodziłyśmy się tam bawić. 
Wszystkich ciekawiło  kto się tam wprowadzi. Pewnego dnia zaczął 
się ruch. Ludzie nosili meble, biegały jakieś obce dzieci. 
Obserwowaliśmy tę bieganinę z zaciekawieniem. Hura! 
Wprowadziła się rodzina z siedmiorgiem dzieci, a obok rodzina z 
czwórką pociech. Po bilansie okazało się, że jest nas  czterdziestu 
rozbójników. Rozbójników, a jakże, bo chodziliśmy kraść jabłka i 
inne owoce z pobliskich sadów. W moim domu nie brakowało 
owoców, ale kradzione były smaczniejsze. Nie zdawałam sobie 
sprawy ze szkodliwości naszych poczynań i pewnego razu, wraz z 
Jolką wsadziłyśmy swoje chude łapy do szafki na zamkniętym 
straganie, wyciągając  stamtąd   brzoskwinie. Kiedy napchałyśmy 
już brzuchy pomyślałyśmy o milicji. Pół dnia przesiedziałyśmy u 
Jolki na strychu, czekając kiedy przyjdą nas aresztować. 

      Nabijaliśmy sobie rozmaite guzy, rozbijaliśmy kolana,  a 
przerażeni rodzice spędzali nas z topoli rosnących  przy torach w 

background image

 

15

obawie o nasze życie. Drzewa te wybujały na wysokość drugiego 
piętra, a my oczywiście właziliśmy pod sam wierzchołek. Co do 
czystości to też można było mieć dużo do  życzenia. Nie 
uchowałam się na podwórku w czystości ani minuty. Mama nie 
wypuszczała mnie przed wyjściem z wizytą na dwór, bo musiałaby 
przebierać mnie na nowo. Ewa mogła czekać przed domem. Ona 
lubiła być czysta jak prawdziwa dziewczynka. 

                        

                        

                                Rozdział IX                  

          Rośliśmy. Życie toczyło się swoim torem. Zabawy zmieniały 
się trochę. Może nawet poważnieliśmy, ale jeśli ,to niewiele. Świat 
ciekawił nas niezmiernie. Marzenie, żeby zostać piosenkarką 
trochę przybladło. Następne marzenie to być baletnicą. Zaczęły się 
więc tańce. Oczywiście każda baletnica miała długie włosy, a my 
Jolka i ja obstrzyżone byłyśmy na chłopaka. Na to też znalazł się 
sposób. Po prostu na głowę zakładało się rajstopy i warkocze były 
jak malowanie. Babcia przyglądała się tym naszym harcom i w 
końcu kazała nam się spakować, bo odwozi nas do Warszawy do 
baletu. Nie spodziewała się jednak, że ten niewinny żart 
potraktujemy poważnie. Kiedy za godzinę  Jolka przytachała 
ogromną walizkę, ja też wypakowałam już pół szafy babcia po 
prostu roześmiała się. Poczułyśmy się śmiertelnie obrażone. 
Postanowiłyśmy się zemścić. Najlepiej byłoby znaleźć się w 
szpitalu. Aby nasz plan wprowadzić w czyn wlazłyśmy u Jolki na 
duży kuchenny stół i próbowałyśmy skacząc złamać sobie nogę. 
Niestety ku naszemu rozczarowaniu nie udało nam się to. Trudno, 
trzeba było żyć bez szpitala.  

                  

                          Rozdział X                        

       Wieczna szafa była zawsze dla mnie zagadką. Wielka i 
nieprzystępna, bo nie dosięgałam do wszystkich jej kątów. Często, 
gdy rodziców nie było w domu, przystawiałam taboret  szperałam  

background image

 

16

w niej i oglądałam cuda, które tam odkryłam. Pewnego razu, gdy 
siedziałam w szafie odkryłam metalowy pojemnik pełen balonów. 

 - Kochani rodzice - pomyślałam sobie, chcieli zrobić mi 
niespodziankę i schowali te balony.  

- Skoro już je znalazłam to pewnie mogę je wziąć.- Ucieszyłam się. 
Napompowałam zaraz kilka, porozdawałam innym dzieciom, bo 
skąpa nie byłam. Pobiegłam też do Elżuni z pierwszego piętra 
pochwalić się znaleziskiem. Tam dopiero Jurek, jej młodszy brat 
powiedział, że to nakłada się na siusiaka. Nie wiedział tylko w jakim 
celu. Poszedł nawet do ubikacji, aby przymierzyć , ale wyszedł 
stamtąd  rozczarowany.  

- To chyba jest jakieś zepsute, bo spada. - Stwierdził.  

- Nie bardzo mu wierzyłyśmy. Dopiero, kiedy przyszedł dziadek  
nakrzyczał na mnie i wypytywał czy nie znalazłam tego 
przypadkiem na śmietniku zaczęłam Jurkowi wierzyć.                                                 

                                                

                         

                                      Rozdział XI                            

         Gdy byłam w pierwszej klasie zdarzało się, że wieczorem 
zostawałam sama w domu. Pewnego razu ktoś zapukał do drzwi. 
Otworzyłam natychmiast i w drzwiach zobaczyłam obcego 
mężczyznę. Pan  zapytał o rodziców, a gdy okazało się, że jestem 
sama, wyłuszczył sprawę. 

- Zostawiłem   u twojego taty złoty zegarek w zastaw, czy mogłabyś 
mi go oddać ? - Zapytał. 

Pamiętałam , że w szafie w pokoju leżał złoty zegarek. Oglądałam 
go niejednokrotnie, bo był złoty jak skarby w bajkach. Pod 
nieobecność rodziców chwaliłam się nim nawet koleżankom.  

- Skoro jednak trzeba go oddać to trudno - pomyślałam. 

- Proszę za mną do pokoju - zaprosiłam gościa. 

background image

 

17

Zaczęłam szperać w szafie w poszukiwaniu zegarka. Niestety nie 
mogłam go znaleźć. Wtedy przytrafiło mi się nieszczęście. 
Narobiłam w majtki.( Widać musiałam być trochę chora.) 
Przeprosiłam pana i pobiegłam do toalety. Tam ogarnęła mnie 
panika. Nie miałam czystych majtek, nie było jak się umyć, a tam 
czekał gość. Wreszcie jakoś uporałam się z tym problemem i po 
dłuższej chwili wyszłam z ubikacji. Niestety pana już nie było. Za to 
była już moja starsza   siostra, która nakrzyczała na mnie za 
otwarte na oścież drzwi na korytarz. Na drugi dzień Ewa 
przypomniała sobie  o moim gościu, kiedy rodzice nie mogli znaleźć 
w szafie dwóch tysięcy złotych. Była to jak na owe czasy spora 
suma. Naszego zegarka na szczęście tam nie było. Rodzice 
zaprowadzili mnie na milicję, zawiadomili o przestępstwie, a ja 
musiałam złożyć zeznania. Tego faceta złapano. Kazano mi 
odróżnić go spośród dziesięciu innych mężczyzn. Okazało się, że 
owszem zostawił w zastaw zegarek, ale piętro niżej. 

     Szafa w pokoju kryła jeszcze jedną tajemniczą rzecz - lalkę. 
Była piękna! Miała  dwa długie, kasztanowe warkocze , była ubrana 
w piękną sukienkę , nosiła majteczki , haleczkę , a na nogach miała 
śliczne białe buciki. Miała tylko jeden mankament. Nie była moja. 
Lalka była własnością Ewy, która i tak już się nią nie bawiła. Mnie 
jednak nie wolno było jej ruszać, bo mogłam zepsuć. Na koncie 
miałam już kilka popsutych lalek , więc nie dziwię się zakazowi 
rodziców. Zakaz ten nie obowiązywał , gdy  byłam sama w domu. 
Miałam, więc okazję do zabawy. Rozbierałam moją  ,,córeczkę” i 
ubierałam, karmiłam i woziłam w wózeczku. Zawsze bawiła się ze 
mną jakaś koleżanka. Dziewczynki z mojej kamienicy znały moją 
lalkę i nie imponowała im tak jak obcym dzieciom. W związku z tym 
zaprosiłam do siebie koleżankę  z klasy, Krysię. Krysi lalka 
podobała się tak bardzo, że po skończonej zabawie nie mogła się z 
nią rozstać. 

- Pożycz mi ją do domu - błagała. 

- Nie mogę, bo mama nie pozwala - byłam nieugięta.  

Wiedziałam przecież, że nawet w domu lalką nie wolno mi się 
bawić, a co dopiero pożyczać komuś. Krysia jednak nie dawała za 

background image

 

18

wygraną. Nie potrafiłam odmówić, więc znalazłam kompromisowe 
rozwiązanie.  

- Wiesz co, podzielimy się nią - zawołałam zadowolona ze swojego 
pomysłu. 

- Jak? -  Wybałuszyła na mnie oczy Krysia. 

Nie mówiąc nic więcej, po prostu urwałam łeb kochanej lali i 
pożyczyłam go Krysi. Lalka, chociaż bez głowy była w domu, gdyby 
mama pytała. 

Afera wybuchła dopiero kiedy przez przypadek mama wypatrzyła w 
szafie szanowny korpus. Kazała mi odzyskać głowę, jednak Krysia 
gdzieś ją zgubiła. 

    

                                    Rozdział XII 

               Na plażę chodziłam już sama. To znaczy bez opieki 
dorosłych. Braliśmy rano koce, jedzenie, coś do picia i dużą paczką 
szliśmy nad jezioro. Pływałam jak ryba. Nie bałam się wody, a co 
za tym idzie pozwalałam sobie na brawurę. Obok plaży był tartak. 
Następne miejsce do zabawy. Na teren zakładu wstęp był 
zabroniony, ale na jeziorze spławiano drzewo. Wielkie kłody  
pływały w wodzie, kusząc do biegania po nich. Nikt nie 
przepuściłby takiej okazji. Biegało się po nich, a sztuką było nie 
spaść do wody. Spadłam wiele razy. Tylko raz zdarzyło mi się 
wpaść pod belki i gdyby nie pomoc innych dzieci utonęłabym z 
pewnością. 

 Wielką męką było chodzenie na plażę z mamą . Ciągnęła mnie ze 
sobą nad  malutką zatoczkę bliżej domu, a przecież moje 
towarzystwo szło się kąpać na dużą gwarną plażę miejską. 
Nudziłam się okropnie i z utęsknieniem wpatrywałam się w 
przeciwległy brzeg , gdzie bawiły się moje koleżanki. W końcu nie 
wytrzymałam. Weszłam do wody i postanowiłam przepłynąć 
jezioro. Niezauważona przez nikogo dopłynęłam na środek. 
Niestety mama narobiła wrzasku i w chwilę potem znalazła się przy 

background image

 

19

mnie łódź. Facet w niej był tak zachwycony dobrze pływającą 
siedmiolatką, że asekurował mnie do mojego upragnionego brzegu. 
Kłopot miałam tylko z powrotem do domu. Nie dość, że przez 
miasto szłam w stroju kąpielowym, to jeszcze w domu czekało mnie   
lanie.  

                        

                       Rozdział XIII                             

         W naszym bloku nikt nie chował zwierząt. Tylko Truda 
przygarniała od czasu do czasu  bezpańskie kociaki. Moi rodzice 
zawsze zostali namówieni na adopcję, kiedy u Trudy rozmnożyły 
się po raz kolejny. Kota dostała też Celina. Po dostaniu takiego 
zwierzątka trzeba było go wykąpać. Ewa nalała do wanny wody i 
kąpałyśmy wrzeszczącego delikwenta. Pachniał potem wieloma 
szamponami. Koty przewijały się u nas często, ale  żaden nie 
dożywał u nas spokojnej starości. Po prostu ginęły. Najdłużej 
mieszkał z nami rudy, pręgowany kocur Kuba. Kocisko było bardzo 
mądre . Nie było w domu żadnej kuwety, bo Kubuś załatwiał się na 
dworze. Nie obsikiwał  też mebli, jak to mają w zwyczaju inne koty. 
Za to łazęgował  sporo. Wychodził wieczorem, a wracał rano, gdy 
mama zawołała go przez okno. Biegł wtedy po schodach z głośnym 
miauczeniem.  Gdy na wołanie mamy kot się nie zjawiał, to był 
znak, że stało mu się coś złego. Więc wysyłano mnie na 
poszukiwania. Zazwyczaj znajdowałam go zamkniętego w cudzej 
piwnicy. Pewnego razu, kiedy Kuba nie wrócił do domu, jak zwykle  
zaczęłam go szukać po piwnicach wołając go po imieniu. Z 
jakiegoś miejsca dochodziło mnie jego miauczenie, ale nie 
wiedziałam skąd. Wreszcie znalazłam! Kot siedział na wielkim 
klonie rosnącym przed domem. Widocznie zapędził go tam jakiś 
pies i biedak nie mógł sam zejść. Zadzwoniliśmy po straż pożarną, 
ale dzielne strażaki nie chciały przyjechać ratować kota. Już 
wyobrażałam sobie jego głodową śmierć na drzewie. Kota uratował 
sąsiad z parteru- Robert. Wszedł na drzewo i ściągnął go. Kubuś z 
wdzięczności podrapał sąsiada i dał dyla do domu. Zatrzymał się 
dopiero na tapczanie, na którym sypiał po nocnych wojażach. Nie 
interesowało go nawet śniadanie. Kocur zniknął tak samo nagle jak 
się pojawił. Obawialiśmy się , że został ukradziony na skórki, bo 

background image

 

20

tego samego dnia zginął też rudy kot sąsiadów. Żal po stracie Kuby 
był tak wielki, że nigdy już nie zdecydowaliśmy się na kota. Po 
jakimś czasie w domu zamieszkał pies- pekińczyk. Miał piękne imię 
Miśka, bo okazał się być suką. Było to bardzo rozpieszczone przez 
nas zwierzątko. Miśka piła tylko słodką herbatę. Jeśli chodzi o 
jedzenie, to potrafiła nie jeść nawet kilka dni, gdy nie było jej 
ulubionego dania. Tym daniem była sparzona wątróbka, nereczki i 
chude mięsko z kurczaczka. Rarytasy te trudne były w tych 
czasach do zdobycia. Ile Miśka wytrzyma bez jedzenia nie 
dowiedzieliśmy się nigdy, bo po trzydniowej głodówce mama 
gotowała jej kaszkę mannę na mleku, albo jajecznicę i karmiła 
psinę na siłę łyżką. Miśka miała w bloku swoich wrogów. Nie 
wiadomo dlaczego nienawidziła pani Trudy z trzeciego piętra. 
Przypuszczaliśmy, że dostała od niej kiedyś porządnego kopniaka. 
W  swym psim serduszku zachowała urazę do końca swych dni. 
Truda była jedyną sąsiadką, na którą Miśka szczekała zawzięcie i 
koniecznie chciała ją ugryźć. Uprzykrzyła też mocno życie 
sąsiadce, bo chodziła na trzecie piętro i zostawiała na jej 
wycieraczce psi,, prezent”, a dopiero potem szła na podwórko.  

        Pewnego razu, gdy byłam już w piątej klasie, postanowiłam 
być bardziej przydatna społeczeństwu niż do tej pory. Zaczęłam 
udzielać się w szkole, pomagałam koleżankom w lekcjach, a nawet 
zostałam ,, Niewidzialną ręką”. W tym celu przekopałyśmy z Jolką 
kilka ogródków. Oczywiście miałyśmy na celu głęboko idącą pomoc 
staruszkom, do których te ogródki z pewnością należały. Jakoś się 
tak dziwnie złożyło, że przekopałyśmy również świeżo zasiane 
grządki. Nie wiem jakim cudem się to wydało, ale wystąpiłyśmy na 
szkolnym apelu i nikt nie miał zrozumienia dla naszej ciężkiej pracy. 
W związku z tym, że ,, Niewidzialna ręka” umarła szybko 
gwałtowną śmiercią, postanowiłam zająć się poszerzaniem mojej 
wiedzy religijnej, poprzez szczegółowe studiowanie katechizmu i 
regularne chodzenie na lekcje religii.  

A kiedy już będę wszystko wiedziała, to wstąpię do klasztoru - 
planowałam sobie po cichu. 

Niestety życie płata nam różne figle. Kiedyś wyjątkowo 
postanowiłam nie iść na religię z bardzo błahego powodu. Po 

background image

 

21

prostu nie wzięłam do szkoły kanapek i po pięciu lekcyjnych 
godzinach głód wygrał walkę z przyszłą zakonnicą. 

Idę do domu, bo umieram z głodu - poskarżyłam się Celinie. 

Nie idziesz??? - Celina ze zdziwienia otworzyła usta. 

No przecież mówię - odpowiedziałam skręcając w stronę domu. 

Perspektywa samotnego powrotu do domu nie wydała się Celinie 
zbyt kusząca, więc pogrzebała szybko w tornistrze i z satysfakcją 
zawołała: 

Mam kanapkę! 

Zakonnica, która była we mnie chwyciła kanapkę i pobiegłyśmy, bo 
już było dosyć późno. Wpadłyśmy do zachrystii w ostatniej chwili i 
kiedy zdążyłam odpakować kanapkę, wszedł ksiądz. Schowałam 
więc głowę pod ławkę i zaczęłam ją łapczywie pożerać. 

Co ty tam robisz pod tą ławką? - zapytał duchowny wychylając się 
zza katedry. 

Wyprostowałam się i z pełną buzią powiedziałam zgodnie z 
prawdą, bo zakonnice nigdy nie kłamią. 

Jem , psze księdza. 

Jak możesz jeść na lekcji? - wrzasnął ksiądz, aż pokazały mu się 
niebieskie żyły na skroniach.  

Głodnego nakarmić - popisałam się znajomością biblii. 

W tym momencie wielebny spurpurowiał na twarzy i w moim 
kierunku poszybował olbrzymi pęk kluczy. W ostatniej chwili 
uchyliłam głowę i klucze spadły obok. 

Wynoś się stąd, ale szybko - wrzeszczał. 

Chwyciłam nie dojedzoną kanapkę, tornister i przerażona, nic nie 
rozumiejąca wybiegłam z sali. Oczywiście moje plany bycia 
zakonnicą odpłynęły w dal. Jednak wcale tego nie żałowałam. 

background image

 

22

Wręcz przeciwnie. Cieszyłam się z tego, a kościół był ostatnim 
miejscem, gdzie możnaby było mnie spotkać. 

                          

                          

                            Rozdział XIV                                     

            Kiedy byłam już starsza, strych przemienił się w salę do 
tańca. Nie  było wtedy dyskotek. Królowały prywatki. Przynosiłam z 
domu adapter i płyty, Celina dawała stolik, a jej brat Rysiek ustawiał 
ten sprzęt i puszczał muzykę. Trzęśliśmy się w rytm muzyki i 
wszyscy byli zadowoleni. Czasem, gdy było za głośno, jakiś rodzic 
uciszał nas stanowczo, a czasem nawet rozpędzano imprezę. 
Prywatkę uatrakcyjniali koledzy Ryśka, którzy przychodzili na jego 
zaproszenie. Było więc z kim tańczyć wolne kawałki. 

 Były to czasy, kiedy dzieci chodziły sprzedawać butelki, by mieć 
pieniądze na lody, albo co poniektórzy na papierosy. Mirek, syn 
Trudy ćmił już od piątego roku życia. Ja też próbowałam wtedy 
palić papierosy. Paliło się na strychu, u pani Trudy, albo u Wandy z 
parteru, która nawet poczęstowała fajką. Wanda imponowała nam 
bardzo. Była starsza od nas o pięć lat, więc w naszych oczach to 
już dorosła osoba.  Od takiej dorosłej dostać papierosa to już coś. 
Wanda wybierała kogo chce zaprosić. Mówiła na przykład: 

- Ciebie nie zapraszam, tylko Ninę i Celinę.  

Paliłyśmy więc dumne z tego wyróżnienia, aż robiłyśmy się żółte na 
twarzy. Odmówić jednak nie wypadało. 

                           

                        Rozdział XV                                 

        Czasy się zmieniały. Babcia wyprowadziła się do swojego 
mieszkania na innej ulicy, w związku z tym więcej obowiązków 
spadło na mnie. Często, gdy rodziców nie było w domu dostawałam 
nakaz , aby posprzątać. Lubiłam to jak diabli. Trzeba było jednak 
radzić sobie jakoś. Zawsze miałam w domu papierosy, bo rodzice  

background image

 

23

palili i owoce, które z racji ojca pracy były w domu pod dostatkiem. 
Innym sąsiadom trudniej było zdobyć te rarytasy i to był mój atut. 
Mirek z trzeciego piętra i jego siostra Teresa sprzątali za mnie. 
Dostawali za to szlugi, bo tak na papierosy mówił Mirek, no i 
owoce, które aktualnie miałam w domu. Mieszkanie pani Trudy 
stało się miejscem spotkań wszystkich dzieci z bloku. Wchodziło 
się do niej jak do siebie, mówiło dzień dobry i zajmowało miejsce 
przy stole. Z gospodarzami nie było potrzeby rozmawiać. Zawsze 
był tam ktoś z rówieśników. Pani Truda od wczesnej wiosny do 
późnej jesieni chodziła boso i bez majtek. Dzieci podglądały ją z 
zainteresowaniem. 

Śmiano się też z niej, bo wszystkie jej dzieci miały w imieniu literę  
,,r”, której ona nie wymawiała. Klęła też jak szewc. Często 
wieczorem było słychać jak pani Truda nawołuje swoje dzieci do 
domu. Zazwyczaj nie chciały od razu przychodzić, więc 
zdenerwowana sąsiadka wołała je w ten sposób: ,,Romek, Mirek, 
Piotrek, Teresa - s.....syny do domu!”. Swoista samokrytyka.  

Mieliśmy także w naszym domu ,,firmę” rozładunkową. 

Do firmy, w której pracował mój ojciec przychodziły wagony z 
cytrusami, pomidorami i z arbuzami. W tamtych czasach były to 
rarytasy dostępne tylko na święta i to nie dla wszystkich. Tata jako 
kierownik zawsze miał kłopot z rozładunkiem tego towaru.  

Ninka, zbierz załogę - mawiał , zarobicie trochę, a ja będę miał z 
głowy rozładunek. 

Brałam wtedy starsze dzieci i szliśmy na stację kolejową. Ilu ma 
być ,,pracowników” decydował tata, ale kto to miał być ,to już 
zależało ode mnie. Dzieci bardzo się do tej pracy rwały, w związku 
z tym trzeba było przy mnie pochodzić i trochę się podlizać. 

Robota  była dobrze zorganizowana. Skrzynki lekkie, więc 
dzieciarnia ustawiona w szeregu podawała sobie ładunek taśmowo, 
z rąk do rąk, a ktoś dorosły odbierał i układał na samochód. 

background image

 

24

Wesoło było przy tym, chociaż narobiliśmy się , bo nieraz 
rozładowało się i czternaście ton towaru. Opłacało się , bo oprócz 
pieniędzy wszyscy brali w torby owoce.                     

 

                         

 

                                Rozdział XVI                                   

              Pani Marysia, mama Jolki postanowiła pomalować  
mieszkanie. Efektem tego malowania było dziecko. Mieszkańcy 
zastanawiali się, czy dziewczynka nie jest córką zatrudnionego 
przez panią Marysię fachowca. Sąsiadka jednak nie chciała się 
przyznać. Pewnego razu wracając ze szkoły zobaczyłam panią 
Marysię z dwuletnią już córeczką i sąsiadką z parteru.  
Przypadkiem byłam świadkiem takiej  rozmowy: 

- Pani Marysiu- prosiła sąsiadka z parteru, powiedz  pani, Sylwia 
jest malarza, czy nie. 

- Ależ pani Reniu, na pewno nie malarza- odpowiadała coraz 
bardziej zdenerwowana nagabywaniami mama Jolki. 

- Ależ pani Marysiu, bo wszyscy i tak się domyślają- ripostowała ta 
druga. 

W tym czasie znudzone dziecko kręciło się niemiłosiernie u boku 
matki. Pani Marysia nie wytrzymała w końcu i ze złością krzyknęła 
do córki: Stój spokojnie ty p.....lony malarzu. 

Takich humorystycznych zdarzeń było w naszym domu więcej. 

Pewnego razu, mój ojciec wracał w nocy z mocno zakrapianej 
kolacyjki. Niestety nie miał klucza od drzwi, a rodzina na 
nieszczęście spała snem sprawiedliwego. Cóż miał robić biedny, 
strudzony Zygmunt? Wpadł na genialny pomysł i wyjął kaseton z 
drzwi. Powstała dziura o wymiarach miej więcej 50  na 50cm. W 
sam raz aby się przez nią przecisnąć. Niestety tatuś przeliczył się i 

background image

 

25

utknął gdzieś na poziomie brzucha. Trzeba tu dodać, że dawno już 
zapomniał jak wygląda smukła sylwetka. Kiedy wysiłki, by się 
wydostać spełzły na niczym,  tatulo się zmęczył zasnął jak anioł , 
pochrapując sobie z cicha. Rano od strony naszej kuchni mama 
zobaczyła zwisającą glacę swojego twardo śpiącego męża, a 
sąsiedzi ujrzeli wystający tyłek. Tu jeszcze raz przydała się 
sąsiedzka pomoc, bo bez niej mama sama nie dałaby rady 
wyciągnąć mężusia z dziury. 

                

                         

 

                               Rozdział XVII                               

         Nadszedł czas, aby spełnić przynajmniej część moich 
marzeń. W klubie ,,Kolejarz” zorganizowano kółko taneczne. 
Zapisałyśmy się tam z Celiną natychmiast. Nie był to co prawda 
balet, tylko taniec ludowy, ale nam to wystarczało w zupełności. 
Tańczyłyśmy więc krakowiaka, oberka, kujawiaka z wielkim 
zacięciem. Niestety , dzieci nie przychodziły regularnie na próby, 
pani instruktorka zdenerwowała się i mniej więcej po roku 
rozwiązano działalność . Bardzo tego żałowałam. Po tańcach 
przyszła kolej na teatr. Pierwsza moja rola, to rola herolda w 
sztuce,, O  szewczyku Dratewce”. Wchodziłam  na scenę i wołałam 
głośno: ,,Król idzie, hej król idzie”.  Byłam z tego dumna. 
Zwłaszcza, że nie wymawiałam ,,r”, a co za tym idzie nie wszystkie 
amatorskie teatry chciały mnie przyjąć w swoje szeregi. Warto 
dodać, że litery tej nie wymawiała oprócz mnie i Trudy jeszcze 
siostra moja Ewa, Celina z trzeciego piętra i Wanda z parteru. Teatr 
istniał bardzo długo, a potem samoistnie przeistoczył się w kabaret. 
Zarówno w teatrze jak i w kabarecie grałam główne role. Tylko, że 
kabaret okazał się niewypałem, bo nasz instruktor jak i aktorzy nie 
mieliśmy bladego pojęcia o kabarecie. Wychodziło więc nam coś, z 
tekstami kogoś. Oczy na to otworzył nam reżyser z Warszawy, 
który przyjechał do nas w ramach pomagania młodym aktorom. 
Wróciliśmy więc do teatru. 

background image

 

26

                     

                        Rozdział XVIII                                    

         

          Nasza kamienica stała przy ulicy prowadzącej do dworca 
kolejowego. Było to powodem pewnego zabawnego zdarzenia. 

Na drugim piętrze mieszkała  sąsiadka, której mąż pracował na 
drugą zmianę. Wracał do domu o godzinie 23. Zazwyczaj o tej 
porze już spała, więc nie zamykała drzwi, żeby mąż mógł wejść. 

 Po godzinie 22 obudziła się najmłodsza córka naszej sąsiadki i 
mama musiała wstać do dziecka. Kiedy wróciła z powrotem do 
łóżka mąż już spał. Wsunęła się cicho pod kołdrę. Zaniepokoił ją 
jednak zapach alkoholu wydobywający się z ust pochrapującego 
męża. Usiadła na łóżku i już chciała zapytać gdzie pił, lecz w 
świetle latarni zza okna zobaczyła całkiem obcego mężczyznę. 
Zerwała się przestraszona, narzuciła szlafrok i przybiegła do nas 
zadzwonić na milicję. Po przyjeździe władzy okazało się, że pijany 
delikwent nie mieszkał nawet w naszym mieście. Po drodze na 
dworzec urwał mu się film , a że mieszkał też na pierwszym piętrze 
myślał ,że przyszedł do domu. Milicja zabrała chłopa na izbę 
wytrzeźwień . Sąsiadce  facet musiał zapłacić za nocleg. Taka była 
wola panów w niebieskich mundurach. 

                                                   

                             Rozdział XIX 

 

         Takich historii, które po latach opowiada się jako anegdotki 
było w naszym domu wiele. Najbardziej pamiętam te, które 
wydarzyły się w moim mieszkaniu lub w bezpośrednim sąsiedztwie. 
Kamienica nasza miała  jedną wadę. Mianowicie mieszkania tam 
były bardzo wysokie. Wieszanie firan, czy zwykła wymiana żarówki 
sprawiały wszystkim lokatorom nie lada kłopot. Do tej czynności 
potrzebny był niewątpliwie mężczyzna, bo panowie są przeważnie 
wyżsi od kobiet. U nas w domu roboty na wysokościach wykonywał 

background image

 

27

tata. Kiedy trzeba było  zmienić żarówkę, pod lampę stawiało się 
stół, na stół taboret, na taboret mały stołeczek. Na tak 
przygotowaną piramidę wchodził bohater dnia i  wykonywał tę z 
pozoru prostą  czynność. Nie za każdym razem wychodziło to bez 
szwanku. Kiedyś tata wszedł po niedokładnie ustawionych 
stołkach, a będąc już na górze zachwiał się i spadł. Zdarzenie to 
obserwowały żona i teściowa. Zamiast biec nieszczęśnikowi na 
ratunek, wybuchnęły śmiechem. Tego było już za wiele. Śmiać się 
z nieszczęścia męża i zięcia? Zdenerwowany i urażony tata w 
porywie sprawiedliwego gniewu wpadł do kuchni, chwycił garnek z 
czerwonym barszczem i rzucił go na podłogę.  

- Teraz się k..wy śmiejcie - krzyknął. 

Niestety śmiech zamarł na ustach mamy i babci. 

Tata, porywczy, ale dobry człowiek, oczywiście sam sprzątał 
rozlaną zupę przy gderliwym akompaniamencie swoich pań. 

                                                   

 

                               Rozdział XX  

       Siostra moja , Ewa wyjechała na studia do Wrocławia. Nie 
musiałam już dzielić z nią pokoju. Miałam biurko do swojej 
dyspozycji, mogłam bez przeszkód przyjmować koleżanki. Bardzo 
mnie te zmiany cieszyły. Byłam już przecież w ósmej klasie i 
potrzebowałam prywatności. Niestety nie potrafiłam utrzymać 
takiego porządku, jaki miała moja siostra. Nie zjedzone i już 
zapleśniałe kanapki wrzucałam na  dno biurka, papiery i inne 
śmieci też tam trafiały. Kiedy Ewa wracała do domu robiła mi w 
biurku gruntowne porządki , przy akompaniamencie wymówek.  

- Nina, popraw się , bo poskarżę mamie. 

- Przecież jest czysto - łgałam w żywe oczy. 

    Kiedyś  przez takie sprzątanie Ewa o mało nie narobiłaby 
kłopotów. 

background image

 

28

      Przed świętami tata dał mi stary portfel grubo wypchany  
pieniędzmi i prosił ,żebym go gdzieś schowała. Wrzuciłam go do 
biurka między stare zeszyty, papierzyska i kanapki, po czym  
zapomniałam o całej sprawie. Ewunia  po przyjeździe postanowiła 
jak zwykle posprzątać mi w biurku. Wygarnęła wszystkie śmieci i 
wyniosła do śmietnika. Niestety w jej mniemaniu portfel to też był 
śmieć. 

 Historia ta dobrze się skończyła, bo pani Truda obserwowała przez 
okno poczynania mojej siostry i zaraz potem pobiegła zobaczyć co 
też takiego dobrego Ewa wyrzuciła. Znalazła portfel i odniosła 
rodzicom. Wszyscy byli zaskoczeni uczciwością sąsiadki, która 
raczej nie słynęła z uczciwości. 

 

          

                        Rozdział XXI 

 

         Wiek dziecięcy się skończył. Wybryki też nie były takie 
dziecięce. Byłam już nastolatką. Zaczęły się pierwsze miłości. 
Pierwszy raz zakochałam się w się w siódmej klasie. Moim 
wybrankiem był chudy dryblas z drugiej równorzędnej klasy. 
Niestety kochałam go bez wzajemności. Wzdychałam do niego 
nadaremnie. Na potańcówkach szkolnych tańczyłam z nim kilka 
razy, ale wtedy drżałam jak osika i mylił mi się krok. Przebój 
Czerwonych Gitar ,,Matko” przerobiłam do własnych potrzeb i 
śpiewałam: ,,Straciłam ciebie Zbyszku”. Zrobiłam się bardziej 
melancholijna, ale w przerwach między marzeniami sprawiałam 
kłopoty wychowawcze z lubością. 

         W naszej kamienicy miałam też adoratora. Był nim Krzysiek, 
który mieszkał piętro niżej. Adorator to może za wielkie słowo. 
Krzysztof po prostu dojrzewał i rozpierała go seksualna energia. 
Często więc pilnował czy przypadkiem nie idę do piwnicy po 
ziemniaki, a gdy już mnie wypatrzył, schodził za mną po cichu i 
usiłował całować i wsadzać mi łapy pod spódnicę. Zawsze jakoś 

background image

 

29

udało mi się wyrwać. Do piwnicy bałam się chodzić i zawsze 
szukałam jakiegoś towarzystwa. Choć nie zawsze je znalazłam. 
Mamie się nie przyznałam, a strach przed piwnicą sprytnie 
wytłumaczyłam pojawiającymi się tam duchami. Słyszałam raz jak 
mama mówiła do taty: 

Nina na stare lata boi się duchów, może trzeba pójść z nią do 
psychologa. 

O niedoczekanie wasze - myślałam ze złością. 

Krzysiek przestał za mną chodzić do piwnicy przez przypadek, a 
właściwie przez pewien wypadek. Któregoś dnia znowu zmuszona 
byłam iść po te diabelne kartofle, ale tym razem koło mieszkania 
napalonego kolegi przebiegłam na paluszkach. 

Uff, udało się - myślałam zadowolona otwierajac drzwi. Kiedy 
weszłam już do środka wpadł jak burza mój amant. Przewrócił mnie 
na skrzynię z ziemniakami i położył się na mnie. Byłam przerażona. 
Ręką wymacałam największego kartofla i z całej siły uderzyłam go 
w skroń. Krzysiek znieruchomiał. Wygrzebałam się spod niego i 
pobiegłam po Jolkę. 

Jolka! zabiłam Krzyśka - krzyczałam już od progu.. 

Zwariowałaś? - zdziwiła się . 

Chodź ze mną! - wołałam ciągnąc nic nie rozumiejącą koleżankę 
do piwnicy. 

Na miejscu okazało się, że Krzyśka nie było, a gdy opowiedziałam 
Jolce całą historię popukała się znacząco w czoło i dodała: 

Ty to masz fantazję. 

Oszołomiony chłopak przestał mnie prześladować, ale Jolka nie 
mogła mi uwierzyć, więc postanowiłam w jakiś sposób jej to 
udowodnić. Byłam oburzona brakiem wiary u koleżanki, więc za 
wszelką cenę postanowilam jej udowodnić, że mówię prawdę. 
Minęło już trochę czasu od tego wypadku. Krzysztof nabrał wody w 
usta i ja też udawałam,że nic się nie stało. Jolka natomiast często 

background image

 

30

wracała do tego tematu, podkpiwując sobie z moich fantazji i 
głośno rozmyślając dlaczego tak bezczelnie nałgałam. Tego już 
było za wiele. 

Jak jesteś  taki niedowiarek, to już wiem jak ci udowodnię, że 
Krzysiek to jest napaleniec. - powiedziałam któregoś dnia. 

No, to udowodnij! - zawołała Jolka węsząc już jakąś sensację. 

Zaproszę go do siebie, a ty się schowasz pod łóżko.Zobaczysz, że 
po krótkiej chwili rzuci się na mnie, a ty wtedy wyjdziesz i powiemy 
mu razem do słuchu. - wyłuszczyłam koleżance podstępny plan. 

Dobra, jak się rzuci to ci uwierzę. - zgodziła się . 

Tak też bezzwłocznie zrobiłyśmy. Pobiegłam piętro niżej i 
zaprosiłam nieświadomego swoich losów Krzyśka do mnie. 
Przyszedł bez pytania,, po co”. Jolka leżała pod łóżkiem i 
niecierpliwiła się coraz bardziej, bo kolega zachowywał się 
nienagannie. Już myślałam, że zawsze w oczach Jolki będę 
kłamczuchą, ale w końcu Krzysztof rzucił się na mnie. Przewrócił 
mnie na łóżko, pod którym leżał mój świadek koronny. Krzysiek 
ostro wziął się do rozpinania mojej bluzki, ja broniłam się jak 
mogłam, a Jolka nie wyłaziła spod tego przeklętego wyra. 

Zostaw mnie zboczeńcu! - darłam się do niego. 

Wyłaź kretynko! - krzyczałam jednocześnie do Jolki. 

Po chwili koleżanka wygramoliła się spod łóżka i wziąwszy się pod 
boki stanęła przed Krzyśkiem, który był tak zajęty szarpaniem się 
ze mną, że nawet tego nie zauważył. 

A ty skurczybyku, a ty draniu jeden. Już masz przesrane w tym 
domu! - krzyczała na niego Jolka.  

Kolega zerwał się jak opażony. 

Ma się na zboczeńców swoje sposoby - powiedziałam do niego z 
satysfakcją.  

background image

 

31

Uciekał chyłkiem w stronę drzwi, a my wykrzyczałyśmy za nim 
wszystkie brzydkie wyrazy, jakie przyszły nam w tej chwili do głowy. 

Dlaczego nie wylazłaś od razu? - zapytałam Jolkę z pretensją w 
głosie. 

 

Przecież musiałam poczekać, aż akcja się rozwinie. - powiedziała. 

No, a on by mnie całkiem poszarpał - stwierdziłam ponuro. 

E tam zaraz poszarpał. Przecież byłam obok. - tłumaczyła się. 

Zaraz jednak dodała z błyskiem zadowolenia w oczach: 

Ale fajna akcja, nie? 

Kretynka - skwitowałam to jednym słowem. 

 

                             

 

       

                           Rozdział XXII 

     Aniołem nigdy nie byłam. Zawsze miałam ochotę coś zbroić, 
choć nie zawsze było to zamierzone. Za to pomagać wszystkim 
lubiłam bardzo. Ta pomoc objawiała się różnie. Od opieki nad 
małymi dziećmi w Domu Dziecka, po ... No właśnie !  

       Kiedyś, gdy stałyśmy z Celiną przed domem podeszło do nas 
dwóch Węgrów.  Zapytali o najbliższy hotel. Na ich twarzach widać 
było zmęczenie. Dźwigali wielkie i na pewno ciężkie plecaki. 
Niestety jedynym słowem, które zrozumiałyśmy to ,,hotel”. 
Wytłumaczyć obcokrajowcom jak dojść do tej jedynej w naszym 
mieście noclegowni było ponad nasze siły. Uprzejme szesnastolatki 
postanowiły zaprowadzić przystojnych i nie starych Węgrów do 

background image

 

32

hotelu. Na miejscu okazało się, że chłopcy będą musieli spać na 
dworcu, bo nie na miejsc. Chyba, że... 

Przecież babcia miała pokoik!! Uratujemy biednych Madziarów!! Z 
trudem, ale udało nam wytłumaczyć im, że już  nie mają kłopotu. 
Jednak my go dopiero zaczynałyśmy mieć. Najpierw trzeba było 
wykraść babci klucze. Następnie wprowadzić chłopaków na 
stryszek tak, aby nikt z sąsiadów ich nie zauważył.( Bałyśmy się 
sąsiadów tak mocno jak i rodziców.) Turyści nie bardzo rozumieli 
dlaczego muszą przemykać pod ścianami, ale nie oponowali. Gdy 
znaleźliśmy się w pokoiku odetchnęłyśmy z ulgą. W moim domu 
była impreza, na którą zaproszeni byli również rodzice Celiny, więc 
nie obawiałyśmy się o wpadkę. Nasi goście poczęstowali nas 
węgierską kiełbasą ,,Salami”, a my ich polskim papierosem ,,Sport”. 
Ze względu na brak porozumienia panowie postanowili przejść do 
konkretów. Niestety na tym polu także nie mogliśmy się dogadać. 
Pożegnałyśmy się więc i obiecałyśmy, że o szóstej rano obudzimy 
ich i po cichu wyprowadzimy z budynku. 

          Rano wstałyśmy i na palcach poszłyśmy po Węgrów. 
Pakowali plecaki bardzo mozolnie, a w każdej chwili mógł nas ktoś 
zobaczyć. Nareszcie! Nie był to jednak koniec naszych nerwów. Na 
półpiętrze zatrzymali się przy zlewie i jak gdyby nigdy nic zaczęli 
poranną toaletę. Wydawało się nam, że myją się już wieczność. 
Kiedy spakowali mydło i ręczniki odetchnęłyśmy. Niestety 
wyciągnęli szczoteczki do zębów i pastę. Nigdy nie słyszałam, żeby 
ktoś tak głośno mył zęby. Bałam się , że szorowanie słychać na 
parterze. 

Udało się nam jednak wyprowadzić gości bez wpadki, ale emocji 
miałyśmy pod dostatkiem. Myślę, że stąd wywodzi się powiedzenie 
o polskiej gościnności. 

 

 

                                

                                Rozdział XXIII 

background image

 

33

           

           Na kolonie , obozy i zimowiska jeździłam do  piętnastego 
roku życia.. Później byłam już za  stara. Musiałam organizować 
sobie lato sama. Co prawda nie zmieniło się nic z naszego letniego 
rozkładu w czasach gdy byliśmy dziećmi, bo dalej chodziliśmy na 
plażę . Nie skakaliśmy jednak po belkach, ale za to paliliśmy po 
kątach jak smoki. No i towarzystwo powiększyło się o szkolne 
przyjaciółki. Może zorganizowalibyśmy coś ciekawszego, ale  
niewiele było nam wolno. 

- Wyrwać się na jakiś biwak !- Marzyłyśmy nieraz. 

 Rzeczywiście nasze marzenie spełniło się wkrótce dzięki mojej 
siostrze Ewie. Jako osobie dorosłej rodzice pozwolili jej wybrać się 
pod namiot z koleżankami. Wybrały się więc niedaleko naszego 
miasta, na łąkę nad jeziorem. Od naszego domu było tam około 
trzech kilometrów. Na szczęście dla mnie pogoda była deszczowa, 
więc szybko znudziło się im w ociekającym wodą namiocie. Nie 
złożyły go jednak, tylko wróciły do domu. Jaka była radość kiedy 
rodzice zgodzili się , abym ja poszła tam pomieszkać z moimi 
koleżankami. Nam deszcz nie przeszkadzał. Namówiłam na tę 
eskapadę Celinę i Alkę - koleżankę ze szkoły. Wszystkie trzy nigdy 
nie mieszkałyśmy pod namiotem, więc było to dla nas nowe 
przeżycie. Kłopot był tylko jeden. Nie miałyśmy kuchenki i żadna z 
nas nie potrafiła rozpalić ogniska z mokrego chrustu. Pozostało 
nam popijanie konserw mięsnych i rybnych mlekiem kupowanym w 
pobliskiej leśniczówce. Deszcz już nie padał i zrobiło się ciepło. 
Opalałyśmy się , kąpałyśmy i kopciłyśmy do woli. Z braku lodówki 
mleko trzymałyśmy w trzcinach. Woda chłodziła je , ale zdarzało 
się, że kanka przechyliła się i do mleka wpłynęło mnóstwo wodnych 
żyjątek. Nie stać nas było na luksus wylania jedynego prócz wody 
napoju, więc wyłowiłyśmy te większe, a reszty wolałyśmy nie 
widzieć. 

Po  tygodniu  pobytu na naszą polankę przyjechali turyści. Dwoje 
młodych, zakochanych ludzi. Nie wychodzili prawie z namiotu, więc 
nie przeszkadzali nam. Zdarzało się, że do brzegu przypływali 

background image

 

34

kajakarze, ale po kąpieli odpływali. Trochę było żal, bo niekiedy byli 
wśród nich całkiem ładni chłopcy. My też byłyśmy zauważone. 

      Pewnej nocy, kiedy już głęboko spałyśmy nagle spadło nam 
coś na głowę. Wszystkie obudziłyśmy się przerażone. 

- Ratunku!!, Duszę się - darła się Celina 

-Umieram - płakała Alka, która na dodatek spaliła się za mocno na 
słońcu. 

Tylko ja jakoś zachowałam zimną krew. Doczołgałam się po 
omacku do suwaka od namiotu i udało mi się go otworzyć. 

Celina i Alka darły się w dalszym ciągu. 

- Cicho wariatki- wrzasnęłam z kolei ja. 

- Ktoś nam spuścił namiot- stwierdziłam. 

Mimo całego mojego opanowania nie potrafiłam postawić namiotu z 
powrotem. Okryłyśmy z Celiną trzęsącą się Alkę, a same 
poszłyśmy do namiotu obok po pomoc. Sąsiad pomógł nam i po 
chwili mogłyśmy pójść z powrotem  spać. Nigdy nie dowiedziałyśmy 
się kto to zrobił. 

Po tej pełnej wrażeń nocy Alka dostała wysokiej  gorączki. 
Spakowałyśmy się więc i wróciłyśmy do domu. 

 

 

                          Rozdział XXIV 

      

                 Tego lata udało mi się jeszcze raz pojechać pod namiot. 
Rodzice, którzy odwiedzali nas nad jeziorem widocznie uznali, że 
byłyśmy grzeczne i pozwolili nam pojechać na prawdziwe pole 
namiotowe. Było ono co prawda niedaleko mojego miasteczka , ale 
to nie to co samotna polana. Namówiłyśmy się z Alką i Celiną , 

background image

 

35

przygotowałyśmy prowiant i pojechałyśmy autostopem. Pole było 
kategorii pierwszej. Łazienki, kuchnia polowa i takie różne bajery. 
Byli też tam cudzoziemcy i mnóstwo młodzieży. Nasz niebieski 
namiot rozbiłyśmy w centrum pola, tak abyśmy nie wychodząc z 
namiotu mogły obserwować co ciekawsze okazy męskie. Nie 
musiałyśmy długo czekać, a ,,panowie” już przyszli i zaprezentowali 
się nam ze swojej jak najlepszej strony. Mnie od razu wpadł w oko 
długowłosy chłopak z Kraśnika, na  którego wszyscy wołali ,,Pip”. 
Celina i Alka znalazły sobie ,,narzeczonych” z Warszawy. Nie 
lubiłam ich. Byli to wyjątkowi buce. One jednak były zachwycone i 
wieczorem, kiedy ja z moim Pipem piłam piwo, one ,,pitigriliły" się w 
namiocie. Po piwku biedna Ninka  musiała czekać pod namiotem, 
aż koleżankom znudzą się amory. Święta też nie byłam, ale to one 
zajmowały namiot. Siedząc tak pod tym nieszczęsnym namiotem 
usłyszałam zabawny dialog: 

- Ojej!, Co tu tak mokro?- Zapytał dziewczęcy głos. 

- Chyba wylała się woda ze szklanki- odpowiedział na to zmieszany  
głos chłopaka.  

 - Przecież tu nie ma żadnej szklanki, a zresztą to jest takie lepkie -  
odpowiedział ze wstrętem głos mojej koleżanki. 

Uciekłam spod namiotu dusząc się ze śmiechu. Na drugi dzień 
żadna nie chciała się przyznać, że tak mocno podziałała na 
chłopaka. Ja jednak domyślałam się czyj to był głos. 

           Naprzeciwko naszego pola namiotowego była jadłodajnia. 
Tam właśnie na okres lata zatrudniła się moja koleżanka - Mańka. 
Obydwie miałyśmy skłonności do podróżowania autostopem. 
Mańka po odpracowaniu trzech dni miała wolne następne trzy. Nie 
namyślając się długo postanowiłyśmy zwiedzić Poznań. Żeby nie 
tracić czasu wybrałyśmy się w podróż nocą. Szczęścia miałyśmy 
wiele, bo od razu zatrzymał się wielki TIR. Kierowca jechał z 
towarem do Niemiec właśnie przez Poznań. Był zadowolony, że nie 
będzie nudziło mu się w podróży. Bawiłyśmy go gadaniem do 
północy, a potem pozwolił nam przespać się na łóżkach z tyłu 
kabiny. 

background image

 

36

- No, dziewczyny - rzekł budząc nas o trzeciej nad ranem, pora 
odpracować podróż. 

Struchlałyśmy. Ciężarówka stała na poboczu. Wszędzie głucha 
cisza i znikąd ratunku. Kierowca widząc nasze przerażone miny 
roześmiał się i wyjaśnił: 

- W termosie jest kawa , w skrytce pączki. Poszukajcie kubków i 
przygotujcie śniadanie. Ja w tym czasie rozprostuję kości. 

Odetchnęłyśmy z ulgą. Pan okazał się sympatyczny i podróż 
upłynęła nam w wesołej atmosferze. 

 Dopiero po przyjeździe na miejsce okazało się, że nie bardzo 
mamy co z sobą zrobić. Połaziłyśmy trochę po Poznaniu, 
zwiedziłyśmy palmiarnię i wyruszyłyśmy w podróż powrotną. 
Miałyśmy szczęście, że nikt z rodziny się o tej eskapadzie nie 
dowiedział. 

Pieniędzy na pobyt na polu namiotowym nie dostałyśmy za wiele. 
Trzeba było radzić sobie inaczej. Wyjeżdżałyśmy więc do domu co 
kilka dni, aby, najlepiej pod nieobecność rodziców, opróżnić 
lodówkę z żarcia. Pewnego dnia obowiązek zaopatrzenia nas w 
prowiant przypadł Celinie i mnie. Celina co prawda trochę się 
dąsała, bo jej warszawiak narobił swojej pannie na szyi kilka różnej 
wielkości malinek. Obowiązek jednak przewyższył. Zawiązałyśmy 
Celinie na szyi gustowną chusteczkę i wyruszyłyśmy jak zwykle 
autostopem. 

W moim domu była mama. Wesoła i tryskająca humorem, nie 
pytała nawet kiedy wracamy, tylko zapakowała torbę smakołyków w 
postaci wędlin, konserw itp. Dała nawet parę groszy. Zadowolona  
szykowałam się do wyjścia, gdy wtem, drzwi otworzyły się z 
impetem i wpadła przez nie czerwona ze złości mama Celiny 
ciągnąc za sobą spłakaną koleżankę. 

- Zobacz!- Wołała do mojej mamy , zrywając nieszczęsną chustkę z 
szyi zawstydzonej dziewczyny. 

background image

 

37

- Taki wstyd!- Krzyczała oburzona - dać sobie narobić takiego 
świństwa!!  

Moja mama milczała zaskoczona świętym oburzeniem spokojnej 
przecież sąsiadki. Ta jednak nie przestawała krzyczeć. 

- Obejrzyj sobie szyję Niny, na pewno też ma pełno malinek! 

Mama skrupulatnie przyjrzała się mojej szyjce, ale oprócz brudu nie 
znalazła nic gorszącego. 

- Nina na szyi nic nie ma - rzekła moja mama z godnością. 

- Nigdzie nie pojedziesz!!- Groziła swojej córce sąsiadka, 
wyprowadzając ją za drzwi. 

Jeszcze na schodach słychać było krzyki, a potem wszystko 
ucichło. Cóż, musiałam  sama wracać nad jezioro. Po rzeczy Celiny 
pojechał jej brat Rysiek. 

Nie długo byłyśmy z Alką same. Moja nieoceniona mamusia 
przywiozła nam moją kuzynkę Teresę, która akurat zawitała w 
nasze progi. Teresa bardzo się ucieszyła, gdyż jej konserwatywna 
mama nigdy by na mieszkanie pod namiotem nie pozwoliła. Nie 
biwakowałyśmy już długo, bo lato miało się ku końcowi i powoli 
wszyscy opuszczali pole namiotowe. Niechętnie, ale wróciłyśmy i 
my. 

 

 

 

                             Rozdział XXV 

         

              Zamiłowanie do podróży  i różnorakich przygód rozwijało 
się we mnie wraz z wiekiem. To, że udało mi się odwiedzić Poznań 
bez wiedzy rodziców rozzuchwaliło mnie tylko i dodało pewności 
siebie. Postanowiłam  kontynuować poznawanie Polski. Kłopot był 

background image

 

38

tylko w tym, że rozpoczął się rok szkolny i trzeba było chodzić do 
szkoły. Od czego jednak są wagary? Pewnego pięknego 
jesiennego ranka Ninka wraz z koleżanką Mańką zamiast do szkoły 
wyruszyły w podróż do najbliższego miasta. Tam w jakiejś 
kawiarence wypiłyśmy kawę spaliłyśmy po paczce papierosów i 
bogatsze w nowe doświadczenia wróciłyśmy do domu. Przez cały 
rok szkolny takie wyprawy pozwoliły nam poznać całe 
województwo. Geografię regionu znałyśmy na piątkę. Ze stopniami 
radziłam sobie całkiem nieźle. Niestety, opuszczone godziny 
lekcyjne były widoczne w dzienniku z daleka, więc pofatygowano 
do szkoły mamę . Wybuchła afera. Obie mamy, Mańki i moja, 
próbowały zwalić winę na  którąś z nas. Nigdy się nie dowiedziałam 
która z nas miała zły wpływ na drugą. Efektem tego był całkowity 
zakaz spotkań z koleżanką.  

Idealną córką nie byłam i ściśle nie respektowałam rodzicielskich 
zakazów. Na wagary jednak chodziłam dużo rzadziej.  

   Zbliżały się następne wakacje i wszystkie moje myśli skierowane 
były w tym kierunku. Pobyt pod namiotem, który tak bardzo 
przypadł mi do gustu rok wcześniej tym razem też mi się marzył. 
Kłopot był tylko w znalezieniu towarzystwa. Celina nawet nie mogła 
myśleć o polu namiotowym, Alce też zabroniono na wszelki 
wypadek, ale ja byłam grzeczna, tata obiecał mi pożyczenie 
namiotu, wiec pozostało mi tylko namówić jakąś dziewczynę. W 
klasie miałam sympatyczną koleżankę. Mieszkała na wsi dosyć 
daleko oddalonej od naszego miasta. Była to niewysoka, krótko 
obcięta blondynka- Alka, którą nazywaliśmy po prostu ,,Mała". 
Zaproponowałam jej wspólny pobyt pod namiotem, a ona zgodziła 
się natychmiast. W umówiony dzień przyjechała do mnie z 
niewielkim prowiantem, małym plecaczkiem i z niewielka ilością 
gotówki. Brak było tylko najważniejszej  rzeczy- namiotu. 
Zadzwoniłam w tej sprawie do ojca, który był w tym czasie w pracy, 
a tam właśnie można było wypożyczyć wspomniany namiot.  Jakież 
było moje zaskoczenie , gdy usłyszałam przez słuchawkę głos taty, 
który brzmiał jak wyrok: 

- Nie dostaniesz żadnego namiotu. 

background image

 

39

- Dlaczego?, Przecież mi obiecałeś - spytałam zdziwiona. 

Tu ojciec wytoczył swój największy argument 

- Bo nie - powiedział spokojnie. 

- Tatooo!- Jęczałam w słuchawkę, przyjechała koleżanka, co ja jej 
powiem? 

- Nic ponadto, że nie dostałaś namiotu - rzekł mój cudowny ojciec i 
odłożył słuchawkę. 

Siedziałam jak struta.  

- Co się stało ? - Zapytała Mała, która ze zdziwieniem obserwowała 
moją reakcję. Oczy miałam pełne łez i  zacięte, pełne wściekłości 
usta. Nie odpowiadając na jej pytanie ruszyłam do kuchni, gdzie 
urzędowała mama, szukając u niej ratunku. 

- Mamo! - Wołałam od progu - ojciec nie chce dać mi namiotu. 

- No to trudno - spokojnie powiedziała mama, dając mi do 
zrozumienia, że spodziewała się takiej decyzji. 

- A więc zmowa!! - Wrzeszczałam. 

- Specjalnie to wymyśliliście, żeby zrobić mi na złość - płakałam już 
na głos, nie zważając na siedzącą w drugim pokoju koleżankę. 

Nagle zaświtał mi w głowie wspaniały pomysł. Odwróciłam się na 
pięcie i poszłam do pokoju, gdzie czekała na mnie trochę 
przestraszona awanturą ,,Mała". 

- Pojedziemy w Polskę autostopem - szepnęłam do niej, tak żeby 
mama nie słyszała. 

- Dobra - zgodziła się szybko koleżanka, której powrót do domu się 
nie uśmiechał. 

Spakowałam się szybko. Problem jednak tkwił w tym , że trzeba 
było wynieść moje ciuchy tak, aby mama nie widziała. Od czego 
jednak ma się sąsiadów, a właściwie sąsiadki. Otworzyłam okno, 

background image

 

40

wychyliłam się tak jak mogłam najmocniej i zawołałam Teresę, 
która mieszkała piętro niżej. 

Dopiero po kilku nawoływaniach firanka w jej oknie poruszyła się i 
wysunęła się głowa bardzo wyczekiwanej sąsiadki. 

- Czego chcesz? - Spytała grzecznie. 

- Wyrzucę plecak przez okno - szeptem scenicznym oznajmiłam 
Teresie, nie zastanawiając się , że przed chwilą darłam się głośno. 
Gdyby więc mama słyszała, to cała konspiracja na nic by się nie 
zdała.  

- Po co ? - Zapytała zdziwiona. 

- Ojej - zniecierpliwiłam się - później ci wszystko wyjaśnię. 

- Weź go i zabierz do siebie do domu , a ja zaraz przyjdę po niego - 
wyjaśniłam. 

- Rzucaj! - Krzyknęła, ... I plecak poszybował w dół. 

- No, sprawa załatwiona - powiedziałam z ulgą. 

- A masz jakąś kasę? - Spytała Mała. 

Niestety nie śmierdziałam  groszem. 

- Może pożyczę od kogoś? - Myślałam na głos, ale mimo moich 
wysiłków nie przypominałam sobie nikogo z moich znajomych, 
którzy mieliby jakąkolwiek gotówkę na zbyciu. 

- No to klops - stwierdziłam załamana. 

Siedziałyśmy w milczeniu, bo i gadać nam się odechciało. 

Słychać tylko było mamę , która zadowolona z pomyślnego 
zakończenia sprawy podśpiewywała w kuchni jakieś pioseneczki. 

- Nina! - Rozległ się nagle maminy głos.  

- Co chcesz? - Zapytałam z miną cierpiętnika stając w drzwiach 
kuchni. 

background image

 

41

- Pójdziesz na pocztę i zapłacisz za mieszkanie i prąd - powiedziała 
mama nie zważając na moją kwaśną minę. 

Dobrze, że na mnie nie spojrzała, bo zobaczyłaby wielką radość 
malującą się na mojej niewinnej buzi. Za chwilę jednak 
opanowałam się, z powagą wzięłam pieniądze, książeczki opłat i 
jak gdyby nigdy nic wyszłam z koleżanką na  pocztę. 

- Co ty się tak cieszysz? - Zapytała moja nic nie rozumiejąca 
koleżanka. 

- Jak to co? -  Spojrzałam na nią z niewinną minką. 

- Mamy forsę - dodałam. 

- A co rodzice ? 

- Ojej - zniecierpliwiłam się. Wyśle się do nich telegram, że 
wyjechałam, a książeczki wrzuci się do skrzynki na listy.  

Tak też zrobiłam. Potem odebrałam od Teresy plecak i w drogę. 

          Zanim zastanowiłyśmy się jaki obrać kierunek, nogi same 
nas poniosły na warszawską trasę, bo najruchliwsza i łatwiej było o 
samochód. 

- Gdzie jedziemy? - Dopytywała się Mała jakbym była przynajmniej 
atlasem świata. 

- Zapytaj kierowcy, który się pierwszy zatrzyma. - Odpowiedziałam 
machając przy tym zawzięcie ręką. 

Zatrzymał się autobus jadący  do Warszawy. W środku siedzieli 
jacyś ludzie. Wszyscy raczej młodzi z plecakami, wyglądali na 
autostopowiczów. 

- Ty - szepnęła do mnie Mała - ten kierowca zabiera wszystkich z 
trasy. 

- Jasne, fajny gość - odrzekłam rozpromieniona. 

Poczułam powiew przygody.  

background image

 

42

- Jak to fajnie - pomyślałam, wszyscy sobie gdzieś jadą zwiedzają 
ciekawe miejsca, a potem będą mogli opowiadać co widzieli. 

Po kilku kilometrach jazdy poznałyśmy Grzegorza. Był 
sympatyczny, bez bagażu i bardzo głodny. 

- Okradli mnie nad morzem - przyznał się po chwili. 

- Nie mam pieniędzy, dokumentów i plecaka. Z Gdańska jadę dwa 
dni, bo zatrzymać samochód chłopakowi trudniej niż dziewczynie - 
powiedział. 

Współczułyśmy mu bardzo, ale nie miałyśmy ze sobą nawet 
kanapki, aby go poczęstować. W pewnym momencie autobus 
zatrzymał się. 

- Mam tu coś do załatwienia  i odjeżdżam  za półtorej godziny- 
powiedział kierowca. 

Była więc okazja aby coś zjeść, no i nakarmić głodnego. Poszliśmy 
we trójkę do baru mlecznego, gdzie z naszych skromnych funduszy 
zjedliśmy jakiś ciepły posiłek.  

Po przybyciu do Warszawy wdzięczny Grzegorz zabrał nas do 
swojego mieszkania. Tam zaprosił nas od razu do kuchni. Z wielkiej 
lodówki wyjął puszkę z parówkami, które w takiej postaci były przez 
nas widziane tylko w filmach. Zastawił stół różnymi smakołykami, 
podał te parujące kiełbaski i zaczęłyśmy zajadać z takim apetytem, 
jakbyśmy to my nie jadły od dwóch dni. Wdzięczność chłopaka nie 
skończyła się tylko na kolacji, ale zrobił nam stertę kanapek na 
drogę i poprosił swojego przyjaciela , aby ten wywiózł nas na trasę 
poza miasto.  

      Zmierzchało. Stałyśmy na rozdrożach. Jedna droga wiodła do 
Katowic, druga do Wrocławia. Umówiłyśmy się, że Mała będzie 
zatrzymywać samochody jadące do Katowic, a ja do Wrocławia. 
Która pierwsza zatrzyma, tam pojedziemy. Wypadło na Wrocław. 
Zatrzymała się  duża ciężarówka. Kierowca jechał do Jelcza przez 
Wrocław, bo tam też miał coś załatwić. Bardzo mu się podobała 
podróż z nami, bo śpiewałyśmy po drodze, opowiadałyśmy kawały i 

background image

 

43

nasz dobroczyńca nie był śpiący. Nad ranem jednak zmęczenie 
dało się we znaki i zasnęłyśmy. Rano, kiedy otworzyłyśmy oczy, 
samochód stał nad rzeką, a pan zażywał kąpieli. 

- Radzę wam dziewczyny zrobić to samo - powiedział, gdy zobaczył 
nasze zaspane gęby wyglądające z szoferki na świat.  

Natychmiast skorzystałyśmy z okazji i już po chwili pluskałyśmy się 
w najlepsze. Pan kierowca poczęstował nas śniadaniem, a kanapki 
od Grzegorza zostały nam na później.  

       Bardzo przywiązałyśmy się do naszego pana kierowcy, więc 
we Wrocławiu, kiedy wyładowywał swój towar grzecznie 
czekałyśmy na niego pod jakąś firmą. Może nie tyle byłyśmy 
przywiązane do samego pana co do jego portfela, z którego 
wyłuskiwał pieniążki na bułeczki i konserwy. Zdawałyśmy sobie 
sprawę , że nasze zasoby finansowe szybko się skurczą, w 
związku z tym   oszczędzałyśmy ostro. 

Niestety w Jelczu musiałyśmy pożegnać miłego kierowcę i ruszyć 
dalej. Mała przypomniała sobie o siostrze w Bielsku - Białej.  

- Dlaczego miałybyśmy jej nie odwiedzić ?  

- Jeżeli tylko nas przyjmie, to jedziemy - zawołałam. 

Tym sposobem kroki nasze skierowałyśmy na Górny Śląsk.  

Niestety , warszawskie zapasy skończyły się nam dawno i w Opolu 
poczułyśmy wilczy głód. Zaszaleć nie mogłyśmy, więc trzeba było 
zadowolić się suchą bułką i litrem mleka. Zaczynałyśmy odczuwać 
zmęczenie, a jak na złość szczęście przestało nam dopisywać i 
żaden wóz nie chciał się zatrzymać. Owszem, zatrzymał się - 
radiowóz. Panowie milicjanci wylegitymowali nas, sprawdzili, czy 
nie uciekłyśmy z poprawczaka i puścili wolno. Odetchnęłyśmy. Nie 
miałyśmy przecież osiemnastu lat i liczyłyśmy się z tym, że jakiś 
mądrzejszy glina odstawi nas przez izbę dziecka do domu. Na 
szczęście dla nas, nic takiego się nie stało i mogłyśmy 
kontynuować naszą ,,podróż za jeden uśmiech". 

background image

 

44

       W Bielsku byłyśmy około dwudziestej drugiej. Siostra mojej 
koleżanki chwyciła się za głowę widząc nas w drzwiach.  

- Co wy tu robicie? - Zapytała ze zgrozę w głosie. 

- No, przyjechałyśmy cię odwiedzić - odpowiedziała trochę 
niepewnie Mała. 

Starsza o kilka lat, zamężna siostra dała nam reprymendę, ale dała 
też kolację. Kazała wziąć prysznic i położyła do łóżek. 

- Nic nie może równać się z łóżkiem po tak długiej i męczącej 
podróży.- Powiedziałam z rozrzewnieniem, zasypiając. 

Mała już nie odpowiedziała.  

 

                           Rozdział XXVI 

 

         Cały dzień spędziłyśmy zwiedzając miasto, a wieczorem 
szwagier mojej koleżanki zawiózł nas na dworzec, kupił bilety i 
dopilnował, abyśmy nie wysiadły z pociągu przed jego odjazdem.     

- Trudno, wracamy - westchnęła Mała. 

Nie pisane nam jednak było dotrzeć do domu. Gdy wreszcie 
wysiadłyśmy w naszym miasteczku okazało się, że  strach przed 
powrotem jest zdecydowanie za silny, aby pozwolił nam na 
spokojne przywitanie się z rodzicami. Pieniędzy jednak miałyśmy 
jak na lekarstwo. Od czego jednak są przyjaciele? Tym razem 
udało się nam pożyczyć niewielką kwotę i tak zaopatrzone 
rozważałyśmy na ławce w parku co robić dalej. 

- Ja proponuję Gdańsk- rozpromieniła się Mała , dodając jakby na 
swoje usprawiedliwienie. 

- Nigdy tam nie byłam. 

- Dobra, mnie jest wszystko jedno - zgodziłam się natychmiast. 

background image

 

45

Ruszyłyśmy na trasę Gdańską. Samochód zatrzymał się w miarę 
szybko, ale kierowca nie był skory do wydawania na nas pieniędzy, 
więc po przyjeździe do miasta musiałyśmy uszczknąć trochę z 
naszych finansowych zapasów i kupić coś do jedzenia. Tak jak 
poprzednim razem postanowiłyśmy jechać na noc i przespać się w 
szoferce jakiegoś gościnnego kierowcy. Wieczorem wyszłyśmy 
poza Gdańsk. Niestety, droga nie była ruchliwa i posunęłyśmy się 
zaledwie trzydzieści kilometrów. Noc zbliżała się nieuchronnie, a 
my głodne, zmęczone i bez szansy na jakikolwiek nocleg. Z 
tęsknotą spoglądałam w rozświetlone okna jakiegoś gospodarstwa. 
Nagle zaświtał mi genialny pomysł. 

- Mała - szarpnęłam za ramię zasypiającą już koleżankę, a gdyby 
tak na sianie? 

- Co na sianie? - Spytała niezbyt przytomnie. 

- Spanie na sianie! - Zawołałam zadowolona ze swojego pomysłu. 

- O już, zaraz cię ktoś zaprosi - podkpiwała. 

- No to zobaczymy, spróbować nie zawadzi. 

Ruszyłam w stronę domostwa. 

- No chodź - wolałam ociągającą się koleżankę. 

Nieśmiało zapukałam do drzwi. W środku słychać było ruch, po 
chwili drzwi uchyliły się lekko i wyjrzała niepewnie głowa starszej 
kobiety. Obmiotła nas taksującym spojrzeniem i zapytała: 

- O co chodzi? 

- Dobry wieczór - powiedziałam grzecznie. 

- Jedziemy do cioci do Kartuz, ale uciekł nam ostatni autobus. 
Boimy się. - Wyjaśniłam zdziwionej takim najściem kobiecie. 

- Czy mogłybyśmy zanocować na sianie? - Spytałam po chwili 
wahania. 

- Józek! - Zawołała w głąb mieszkania, chodź no tu. 

background image

 

46

Przyczłapał starszy pan i przyjrzał się nam życzliwie. Widocznie 
słyszał całą rozmowę, bo od razu powiedział: 

- Możecie spać na sianie, tylko zostawcie jakieś legitymacje. 

- Nie palić mi tam, bo wzniecicie pożar. - Dodał po chwili. 

Tym sposobem udało się nam przespać noc w miarę spokojnie i 
pod dachem. Rano podziękowałyśmy gospodarzom i ruszyłyśmy w 
dalszą drogę. Ruch samochodowy był większy niż wieczorem , 
więc szybko zatrzymałyśmy jakiś pojazd. Kierunek - Szczecin. 
Tam, w Goleniowie, niedaleko Szczecina mieszkała moja ciotka 
Jagoda, której zresztą nie zamierzałam odwiedzić, bo i po co? 
Zaraz  podkablowałaby rodzicom, że jestem i nie daj boże zabraliby 
mnie do domu. Oprócz cioci miałam tam mnóstwo koleżanek i 
kolegów, którzy pomogą w potrzebie, nakarmią i przenocują. Tak 
też się stało. Przez trzy dni karmiono nas i dostarczano nam 
różnorakich rozrywek. Jednak po upływie tego czasu, coś tak 
zaczęłyśmy czuć lekki smrodek roztaczający się wokół nas. 
Znaczyć to mogło tylko jedno. Nasi gospodarze mieli nas powoli 
dosyć. Wcale im się nie dziwię, bo przecież ukrywali mnie i Małą w 
altance na działce.. Musieli też po cichu wynosić nam jedzenie.  

- Mała, jedziemy dalej - stwierdziłam pewnego dnia i radośnie 
żegnając się z naszym towarzystwem ruszyłyśmy na trasę. 

      Wielkiego wyboru nie miałyśmy, bo albo nad morze, albo 
znowu na Dolny Śląsk. Wybrałyśmy to drugie.  

Tym razem trasa prowadziła przez Zieloną Górę. Droga była mało 
uczęszczana, więc po przejechaniu kilku kilometrów utknęłyśmy na 
dobre. Jednak doświadczenie nie pozwoliło nam się martwić. 
Przespałyśmy się jak dawniej - na sianie.  

      Trochę dawała się nam ta podróż we znaki, bo coraz częściej 
czułyśmy głód , a dobrodusznych kierowców, którzy poratowaliby 
nas w potrzebie gdzieś wymiotło. Spanie na sianie też nie było już 
taką frajdą. Zaczęłyśmy, o dziwo, bać się robactwa, które 
spacerowało sobie w najlepsze po sianku. Głód nie pozwalał od 
razu zasnąć, czarne myśli chodziły po głowie, a do domu strach 

background image

 

47

wracać. Cóż  kontynuowałyśmy tę nieszczęsną wędrówkę, bo nie 
widziałyśmy innego wyjścia. 

  Dzień jednak szybko zmywał nam troski z twarzy i znowu 
stawałyśmy się bohaterkami nie zważającymi na nic.  

      Trasa do Wrocławia była długa. Trwała trzy dni, ale już 
drugiego dnia poznałyśmy dwóch chłopaków, którzy mieli duuużo 
jedzenia, a o wiele mniej szczęścia.  

- Dziewczyny, my schowamy się w krzakach, a wy zatrzymacie 
samochód. Wtedy wyskoczymy i pojedziemy wszyscy.- Tłumaczył 
nam jeden z nich. 

- Dobra- Mała  zgodziła się natychmiast. 

Ja natomiast miałam trochę wątpliwości, ale świadomość, że mamy 
zapewnione żarcie, pozwoliła mi nie myśleć o tym, iż podróż w 
męskim towarzystwie znacznie się wydłuży. Nie było to jednak aż 
tak  proste jakby się wydawało. Zatrzymałyśmy już piąty z kolei 
samochód, ale gdy z krzaków wyłaniali się niedomyci jegomoście, 
to kierowca po prostu ruszał nie oglądając się na nic. Udało się 
nam w końcu zatrzymać zdezelowaną ciężarówkę, której kierowca 
zabrał nas nie patrząc na podejrzany wygląd męskiej części 
autostopowiczów. Jednak po paru kilometrach sami poprosiliśmy o 
wysadzenie . Szczelna paka zaczęła napełniać się spalinami. 
Wysiedliśmy krztusząc się i kaszląc. 

     Do Wrocławia - rodzinnego miasta  naszych przygodnych 
znajomych dotarliśmy  wieczorem. Chłopcy mieszkali prawie poza 
miastem, więc rozbili nam namiot pod laskiem, nakarmili i 
zostałyśmy same. Zasnęłyśmy natychmiast. W środku nocy 
obudziły nas rozmowy. To wrócili nasi gospodarze. Chciałam im 
powiedzieć, że nie śpimy, ale Mała, która nie spała dłużej ode mnie 
położyła palec na ustach w znaczącym geście. Rozmowa, którą 
usłyszałyśmy nie napawała optymizmem. Chłopcy byli podpici i 
wyraźnie podochoceni.  

- Ty, myślisz, że będą się bronić? - Usłyszałyśmy bełkotliwy głos.  

background image

 

48

- No co ty - odparł drugi, przecież są nam coś winne. 

- A jak będą? - Znów zapytał ten pierwszy. 

- Siły nie masz?- Odpowiedział jego kompan i  dodał: 

- Dasz w mordę i po krzyku. 

Zdrętwiałyśmy . Przez głowę zaczęło przelatywać mi mnóstwo 
czarnych myśli. Nasi przyszli kochankowie dyskutowali na 
szczęście dalej. 

- Gumki masz? - Zapytał jeden z nich.  

- Zostały na stole -  odpowiedział drugi. 

- Trzeba iść po nie, bo jakby co, to nie my - rozsądnie  
wydedukował ten bardziej podpity.  

Usłyszałyśmy oddalające się kroki.  

- O Jezu, trzeba wiać! - Krzyknęła przerażona Mała.  

Nie musiała  dwa razy powtarzać. Chwyciłyśmy swój niewielki 
dobytek i w nogi. Posuwałyśmy się po ciemku, byle dalej od 
namiotu. Gałęzie drzew drapały nam twarze, krzaki szarpały za 
bluzy. Bałyśmy się tylko, aby nasi prześladowcy nas nie znaleźli. 
Nie czułyśmy ani nocnego chłodu ani  rosy osiadającej nam na 
butach , tylko ten strach.  

Kiedy oddaliłyśmy się na bezpieczną odległość, usiadłyśmy pod 
drzewem i przeczekałyśmy tę straszna noc do rana. Nasza 
sytuacja była nie do pozazdroszczenia. Siedziałyśmy w szczerym 
polu, z dala od miasta. Nie znałyśmy kierunku, w którym mogłyśmy 
pójść, poza tym byłyśmy głodne. 

- Ja chcę  do domu - jęknęła Mała. 

- Ja też, bez względu na wszystko - odpowiedziałam. 

Podniosłyśmy się i ruszyłyśmy na poszukiwanie szosy. 

background image

 

49

Na szczęście  szosa okazała się być dosyć blisko. Niestety, nie 
była to trasa prowadząca do domu.  

            Na znakach drogowych widniał  napis: 

Legnica 65, a w drugą stronę; Wrocław 2.  

- I co my teraz zrobimy? - Westchnęła moja zmarnowana 
koleżanka.  

- Trzeba skombinować coś do jedzenia, bo umieram z głodu - 
powiedziałam . 

- No to co, jedziemy? - Zapytała Mała wiedząc już o co chodzi. 

- Legnica!. Pewnie! ,Bo Wrocław za blisko i nie za bardzo 
bezpieczny - stwierdziłam mając na myśli ostatnią noc. 

Zaczęłyśmy zatrzymywać samochody. Zdobywanie jedzenia przy 
pomocy wymyślonej bajeczki miałyśmy opanowane do perfekcji. 
Tym razem historia biednych, okradzionych na polu namiotowym 
dziewcząt także poskutkowała. Kierowca, który nas zabrał, 
mimochodem przysłuchiwał się dialogowi, który prowadziłyśmy 
między sobą. 

- Jak ciotki nie będzie? - Martwiła się na niby Mała. 

- To wtedy klops. Nikt już nie pożyczy nam pieniędzy na drogę do 
domu. - Powiedziałam smutnym głosem. 

- Żeby chociaż coś zjeść . 

- Jak uda się nam dojechać w dwa dni do domu, to z głodu nie 
umrzemy- odpowiedziałam jej optymistycznie. 

W tym momencie kierowca nie wytrzymał. Zatrzymał auto przed 
wiejskim sklepikiem, wszedł do środka i po chwili wrócił trzymając 
w ręku siatkę pełną wiktuałów. 

- Macie dziewczyny - rzekł wręczając nam zakupy. 

- Słyszałem, że macie kłopoty - dodał. 

background image

 

50

- Tak, okradli nas. Nie mamy pieniędzy ani dokumentów - smutnym 
głosem oznajmiłam samarytaninowi. 

Po dojechaniu do Legnicy, pożegnałyśmy się z kierowcą i 
przeszłyśmy na drugą stronę ulicy, aby złapać samochód do 
Wrocławia. Tym razem też się udało i pan poczęstował nas swoimi 
kanapkami. Miłą wiadomością dla nas było to, że facet jechał do 
Oleśnicy, czyli jakieś czterdzieści kilometrów za Wrocław. 

       Decyzja powrotu na łono rodziny była nieodwołalna. Miałyśmy 
serdecznie dosyć tego całego autostopu. 

      W Oleśnicy, a właściwie za nią, przesiedziałyśmy o suchym 
pysku do wieczora. Nie zatrzymał się żaden zafajdany samochód. 
Nasze rozmowy dotyczyły wyłącznie żarcia. Niestety inwencja 
twórcza wyczerpała się nam i w mózgu burczało tak samo jak w 
żołądku. Kiedy wieczorem zatrzymał się w końcu jakiś wóz, nie 
miałyśmy siły na wymyślanie historyjek. Zasnęłyśmy natychmiast. 
Kierowca wysadził nas w Łodzi, żartując przy tym, że nie miał zbyt 
gadatliwego towarzystwa.  

Zmęczone, głodne, przeszłyśmy to cholerne miasto na piechotę, bo 
na środki lokomocji nie było forsy, a bałyśmy się jechać na gapę. 
Na trasie warszawskiej wystałyśmy się  bardzo długo, a gdy w 
końcu zatrzymał się samochód, to kierowca zażądał forsy za 
przejazd. Groszem nie śmierdziałyśmy, więc nas nie zabrał. Pech 
przestał nas prześladować około południa. Zatrzymałyśmy 
elegancki, zagraniczny wozik, który w szybkim tempie przywiózł 
nas do Warszawy. Trzeba było jeszcze przejść to miasto, aby wyjść 
na trasę. Ostatnie dwieście kilometrów i jesteśmy w domu.  

- Przejść całą Warszawę na piechotę? Przecież to nie możliwe! - 
Jęczała Mała. 

- Mamy chyba z dziesięć kilosów - dołączyłam się do biadolenia 
koleżanki. 

Tak jęcząc i stękając, ruszyłyśmy przed siebie, kierując się 
drogowskazami. Po dwóch godzinach nogi miałam spuchnięte jak 
banie. Mała trzymała się lepiej, ale i ona miała dosyć. 

background image

 

51

- Boże, ile mogą się ciągnąć te szyny tramwajowe - biadoliła. 

- Już chyba zaraz będzie pętla i koniec - powiedziałam z nadzieją w 
głosie. 

Umówiłyśmy się ,że o jedzeniu nie będziemy wspominać. Miałyśmy 
przecież na co narzekać. Żaden choćby najbardziej byle jaki 
gruchot nie chciał się zatrzymać, a końca tej metropolii jakoś nie 
było widać. 

Wreszcie jest! Zatrzymała się przed nami najpiękniejsza limuzyna 
na świecie. Kierowca zaprosił nas uprzejmie do swojego ,,Żuka" i 
ruszyliśmy. 

- Niestety panienki , mogę zawieźć was tylko do Zakroczymia - 
powiedział nasz wybawca. 

- Nic nie szkodzi - odrzekłam zadowolona, bo do głowy przyszedł 
mi jak zwykle genialny pomysł. 

W Zakroczymiu mój tata miał znajomych, którzy znali także i mnie. 

- Mała, jest szansa na żarcie - szepnęłam do niej i opowiedziałam o 
moim zbawczym pomyśle. 

- A jak cię nie poznają - zwątpiła 

- No, to się przedstawię- odpowiedziałam. 

Dom znajomych leżał przy szosie, więc nie miałyśmy daleko. 
Udałyśmy się tam natychmiast.  

- Dzień dobry, - powiedziałam kłaniając się grzecznie. 

Mała również dygnęła jak pensjonarka. Pani, która była w kuchni 
spojrzała zdziwiona. Nie znała mnie, więc szybko wydukałam swoje 
nazwisko. 

- Poczekajcie chwilę - powiedziała i zniknęła za drzwiami. 

Po chwili weszła prowadząc za sobą dobrze mi znaną postać. 

background image

 

52

- Dzień dobry Ninka - rzekł trochę zdziwiony moim widokiem, ale 
nie pytał o nic, tylko zwrócił się do kobiety stojącej obok:  

- No dawaj Maryśka jedzenie, dziewczyny są na pewno głodne.  

 Za chwilę na stole wylądowały kiełbaski, szyneczka, masełko, 
serek i inne pyszności, których u bogatego gospodarza nie 
brakowało. Pałaszowałyśmy to wszystko w milczeniu. Byłyśmy w 
kuchni same, więc zachowywałyśmy się jak świnki. Pieczone mięso 
wpychałyśmy do dziobów łapami, popychałyśmy to sobie sałatą i 
byłyśmy naprawdę szczęśliwe. 

     Gdy poczułyśmy już jako taką sytość, zwolniłyśmy tempo 
jedzenia, racząc się teraz wolniej i staranniej dobierając smakołyki. 
Nagle, za naszymi plecami dał się gwar męskich głosów. 
Struchlałam. W jednym z tych głosów rozpoznałam mojego 
kochanego tatę.  

- O Jezu! - Stęknęłam, ojciec. 

Mała nie musiała o nic pytać. Spojrzała na mnie wymownie i 
szepnęła: 

- Ja się boję, chyba się wynoszę. 

Nie zdążyłam jej odpowiedzieć, bo do kuchni wszedł ojciec z 
gospodarzem. Skuliłam się na krześle czekając na ... Grom z 
jasnego nieba, albo jakiś inny kataklizm. Nic takiego jednak się nie 
stało. Tatuś tak się ucieszył z odzyskania córeczki, że uściskał 
mnie i nie powiedział złego słowa. Byłam uratowana. Wieczorem, 
kiedy już wykąpane, leżałyśmy w czystej pościeli dzieliłyśmy się 
wrażeniami z podróży. Mała jednak nie mogła się nadziwić. 

- Ty to masz starego - wzdychała. Moi starzy to by mi tak wlali, że 
nie siadłabym na tyłek przez rok. 

- Nie bój się w domu czeka mnie jeszcze przeprawa z mamą, która 
nie jest dla mnie tak pobłażliwa jak tata. 

background image

 

53

Jednak spotkanie z mamą było tak odległe, że nie chciało mi się o 
tym myśleć. Spać w prawdziwym łóżku było tak przyjemnie, że nic 
więcej się nie liczyło. 

        Na drugi dzień ruszyłyśmy razem z ojcem do domu. 
Oczywiście , tak jak oczekiwałam, mama objechała mnie zdrowo, 
ale chyba bardziej dlatego ,iż wypadało, a nie dlatego, że była na 
mnie zła. 

 

 

                        Rozdział XXVII 

 

       Rodzice od czasu do czasu postanawiali wcielić w życie 
zasady wzięte żywcem z psychologii wychowawczej. Tym razem 
było to wychowanie przez pracę. Widać przyszło im to do głowy po 
moim wybryku autostopowym. 

- Jeśli chcesz mieć pieniądze, to sobie zarób - stwierdzał tata , 
bardzo ze swego pomysłu zadowolony. 

- Gdzie, przecież nie ma dla mnie pracy? - Stękałam. 

- Mam przecież jeszcze wakacje. 

- O to się nie martw, jak chcesz to praca zawsze się znajdzie - 
ripostował ojczulek. 

Pamiętałam doskonale, że brak pieniędzy, to bardzo uciążliwa 
sytuacja. 

- Dobra, tylko znajdę sobie kogoś do towarzystwa - zgodziłam się w 
końcu. 

Wybór mój padł na Jolkę z mojego piętra. 

- Zawsze można trochę zarobić - stwierdziła filozoficznie i za dwa 
dni tyrałyśmy już na polu, przy pieleniu jakiegoś zielska. 

background image

 

54

Ręce nienawykłe do pracy na roli bolały od pierwszej chwili. 
Przerwę na posiłek przedłużałyśmy do oporu. Nie mogłyśmy 
doczekać się końca dnia. W końcu Jolka zaczęła cichym głosem  
śpiewać: 

,,Zachodźże słoneczko, skoro masz zachodzić, bo nas nogi bolą po 
tym polu chodzić". 

Po chwili ja dołączyłam się do tego śpiewania i już razem na dwa 
głosy wyłyśmy: 

,,Nogi bolą chodzić, ręce bolą robić, zachodźże słoneczko, skoro 
masz zachodzić". 

Wyglądało to tak smętnie, jakbyśmy naprawdę odrabiały 
pańszczyznę. Reakcja kobiet, które pracowały z nami była różna. 
Jedne robiły znaczące kółko na czole, inne wzruszały ramionami, a 
jeszcze inne nie mogły powstrzymać się od komentarza: 

- ,,Takie gówniary, to by tylko po zabawach chodziły, a do roboty to 
się nie nadają". 

Uważałam za słuszne powiedzieć tej pani kilka słów prawdy, a 
Jolka dodała swoje. Znalazła się jednak i taka, która wzięła nas w 
obronę. 

- Co się ich czepiasz, to już dziewczyny pośpiewać sobie przy 
robocie nie mogą? 

Jednak już więcej nie śpiewałyśmy. Kariera pracownic polowych 
trwała trzy dni i dosyć. Do końca wakacji byłam przykładną córką. 
Chodziłam na plażę, a nawet zniżałam się do pomocy w domu. 

   Pod koniec wakacji rodzice zlitowali się nade mną i wysłali mnie 
na kilka dni do cioci, do Goleniowa. Jest to małe miasteczko 
niedaleko Szczecina. Pociąg miałam prawie bezpośredni. Trzeba 
było tylko przesiąść się w Szczecinie - Dąbiu i po trzydziestu 
minutach jazdy było się na miejscu. Jeździłam tam wielokrotnie i 
taka podróż ,to dla mnie pestka. Tym razem też nic wielkiego się 
nie zdarzyło. Około północy wysiadłam na stacji w Dąbiu i jak 
zwykle przesiadłam się do zapowiadanego właśnie pociągu do 

background image

 

55

Świnoujścia, przez Goleniów. Wpakowałam się pośpiesznie do 
przedziału i pociąg ruszył. Teraz miałam czas, aby się trochę 
rozejrzeć. Z przyjemnością pomyślałam, że tym razem nie jest to 
zwykły piętrus, lecz elegancki ciepły przedział. Noc była chłodna, 
więc ciepełko było wskazane. Pasażerowie też nie tacy zwyczajni. 
Elegancki pan, wyglądający na Szweda, paniusia z pieskiem i 
starsza nobliwie wyglądająca dama. Zwykle do Goleniowa wracali 
pracownicy pobliskiej fabryki. 

  Wyglądałam oknem i kiedy z daleka ujrzałam światła miasta, 
powoli zaczęłam zbierać się do wyjścia. Niestety okazało się że to 
jeszcze nie Goleniów, bo pociąg przemknął szybko, nawet nie 
zwalniając. Po dłuższej chwili poczułam zaniepokojenie. 

- Przepraszam, czy był już Goleniów? - zapytałam jak mogłam 
najgrzeczniej. 

- Tak, jakieś dziesięć minut temu - odpowiedziała mi paniusia z 
pieskiem. 

Zamarłam. 

- Jak to..., dlaczego się nie zatrzymał? - wyjęczałam przestraszona. 

- Bo to ekspres, nie zatrzymuje się w małych miejscowościach - 
poinformowała mnie starsza dama. 

W tym momencie wszedł konduktor.  

- Bilety do kontroli, proszę  - powiedział. 

Zerwałam się szybko i spojrzałam na niego błagalnie. 

- Proszę pana, ja powinnam wysiąść w Goleniowie, bo chyba 
pomyliłam pociągi!.. 

- no... to... trzeba zrobić dopłatę do ekspresu - wyrecytował powoli 
unosząc brwi. 

- Ależ proszę pana to dziewczę  pomyliło pociągi, niech pan będzie 
człowiekiem - zapałała świętym oburzeniem dama. 

background image

 

56

- Żartowałem tylko - wytłumaczył się szybko konduktor. 

- Co ja teraz zrobię? - zmartwiłam się. 

- Wysiądzie pani w Wysokiej Kamiennej i poczeka pani na pociąg z 
powrotem.Po czym kłaniając się wyszedł. 

- Może pani pojechać ze mną do Świnoujścia, a rano dam pani na 
taksówkę do Goleniowa - zaproponował ,,Szwed". 

- Dziękuję , ale rodzina na mnie czeka. W tym momencie 
uzmysłowiłam sobie, że ciotka i babcia odchodzą od zmysłów. No, 
ale cóż miałam zrobić. 

- Sama sobie wezmę taryfę - pomyślałam - pewnie nie będzie taka 
droga. 

Wysiadłam na stacji i z przerażeniem stwierdziłam że to wiocha 
zabita dechami. Ciemno, głucho i nie ma co marzyć o jakimkolwiek 
aucie. Weszłam do poczekalni. Pustka. Piec w kącie, ławka i 
rozkład jazdy. Podeszłam i zaczęłam szukać na nim najbliższego 
pociągu do Goleniowa. Był. O szóstej rano. Spojrzałam na zegarek. 
Pierwsza piętnaście. 

- Boże, tyle czasu sama na takim zadupiu. - pomyślałam i 
wstrząsnął mną dreszcz. 

Zaczęłam się bać że ktoś może mnie napaść. Chwyciłam walizkę i 
wyszłam przed budynek. Nie mogłam zrozumieć, że taki ekspres 
zatrzymał się na wsi, a nie w mieście. Goleniów, chociaż mały , to 
jednak miasto. Nagle moją uwagę przykuło światło dobiegające z 
budyneczku obok poczekalni. Natychmiast skierowałam się w 
tamtą stronę. 

- Zawsze to lepsze niż sterczeć w ciemnej poczekalni - 
pomyślałam. 

Zapukałam leciutko i nie czekając na zaproszenie, weszłam do 
środka. W pokoju siedzieli dwaj panowie w mundurach kolejarskich. 
Stały tam jakieś urządzenia ze światełkami, więc domyśliłam się, że 
to pokój zawiadowcy. 

background image

 

57

- Dobry wieczór - wyszeptałam nieśmiało. 

Spojrzeli na mnie ze zdziwieniem. Szybko, aby nie dać im dojść do 
głosu opowiedziałam  historię mojej fatalnej pomyłki. 

- No ... ,trochę się boję siedzieć sama w tej pustej poczekalni. - 
dokończyłam. 

Panowie byli bardzo mili i pozwolili mi posiedzieć razem z nimi. 
Zmęczenie jednak dało mi się we znaki i nie wiadomo kiedy 
zasnęłam. Obudziło mnie szarpanie za rękaw. Zerwałam się 
przestraszona. 

- Proszę pani, zaraz będzie jechała lokomotywa do Goleniowa - 
powiedział kolejarz.Proszę pójść ze mną na peron. 

 Zegar dworcowy pokazywał kwadrans po drugiej. Byłam zaspana i 
szłam jak owieczka, nie zwracając uwagi na nic. Chwilę postaliśmy 
w milczeniu, gdy z daleka dał się słyszeć miarowy stukot kół. Po 
chwili na stację wtoczyła się lokomotywa i zatrzymała się z piskiem. 
Z okna wyjżał umorusany maszynista. 

- No gdzie jest ten pasażer? - Zapytał. 

Zrobiłam krok do przodu. 

- A nie ubrudzisz mi się tu, panienko? - dodał wesoło. 

- Mogę nawet dokładać do pieca - Zapewniłam gorliwie. 

Ruszyliśmy. Sen przeszedł mi jak za dotknięciem czarodziejskiej 
różdżki. Wnętrze starej lokomotywy ciekawiło mnie bardzo. Już 
coraz mniej takich zabytków poruszało się po torach. Panowie, bo 
było ich dwóch zabawiali mnie rozmową i co tu ukrywać jawnie 
podśmiewali się z mojej przygody. Kiedy wysiadłam w Goleniowie, 
mina mi zrzedła. 

 - Co powiedzą w domu? - martwiłam się. Przecież nikt mi nie 
uwierzy w pomylenie pociągów. Znają przecież moje zamiłowanie 
do przygód, więc znowu pomyślą,że gdzieś mnie poniosło. 

Stało się tak jak przewidywałam. U cioci nikt nie spał. 

background image

 

58

- A ty cholero jasna ! - krzyczała babcia, gdy tylko pojawilam się w 
drzwiach. 

- Babciu, ty nic nie rozumiesz ! - próbowałam się tłumaczyć. 

Zanim jednak dopuszczono mnie do głosu, dostałam kilka razy 
mokrą ścierką po plecach. Uwierzono mi w końcu, ale czułam się 
bardzo pokrzywdzona za niesprawiedliwe lanie. 

                      

                                Rozdział XXVIII   

 

           W trakcie roku szkolnego w dalszym  ciągu udzielałam się w 
kółku teatralnym. Brałam udział w konkursie recytatorskim i w ogóle 
byłam grzeczną dziewczynką. Niestety moja niespokojna dusza nie 
dawała mi spać spokojnie. 

Wczesną wiosną moja trupa teatralna wystawiała spektakl pod 
interesującym tytułem ,,Zwariowany Stefek". Ja grałam rolę Stefka. 
Pewnie dlatego, że miałam krótkie włosy, no i był u nas, jak i we 
wszystkich tego typu teatrach amatorskich, niedobór chłopaków. 
No, nie chwaląc się aktorka też byłam niezłą, co z dobrym skutkiem 
wykorzystywałam w życiu. Po cyklu przedstawień w rodzinnym 
mieście zaproponowano nam wyjazd do Ostrowa Wielkopolskiego.  
Wszyscy byli zachwyceni takim awansem. Po tygodniowych 
przygotowaniach przyszedł nareszcie dzień wyjazdu. Pociąg do 
Poznania wyjeżdżał wieczorem, ale mnie już zaświtał w głowie 
nowy pomysł. Można pojechać autostopem! Mańka, co prawda nie 
należała do kółka, ale dla towarzystwa zgodziła się jechać ze mną. 
W tym celu udałyśmy się na trasę zaraz po lekcjach. Miałyśmy 
pieniądze, pełne brzuchy i tylko termin tym razem nie był obojętny. 
Musiałyśmy być w Ostrowie na dworcu najpóźniej wtedy, gdy 
pociąg z całą grupą wjeżdżał na peron. 

- To się da zrobić - tłumaczyłam Mańce, przecież mamy kilka 
godzin przewagi. 

background image

 

59

Ona akurat najmniej się tym przejmowała. Ruszyłyśmy. Kierunek 
Łódź. Pierwszy samochód zatrzymał się natychmiast. Droga była 
dobra, więc kierowca pokonywał trasę z łatwością zabawiając nas 
rozmową: 

- To gdzie się panienki wybieracie? - Zagadnął. 

- Jedziemy na występy - odpowiedziałyśmy z dumą. 

Pan z niedowierzaniem pokręcił głową. 

- Tak same, po nocy? 

- Spóźniłyśmy się na pociąg - zełgałam na poczekaniu. 

- A, to co innego - stwierdził i po chwili dodał: 

- Ja niestety mogę dowieźć was tylko do Łasku. 

- Dobre i to - powiedziała Mańka. 

Łask - małe miasteczko gdzieś między Łodzią, a Kaliszem powitało 
nas już w nocy. Kierowca pomachał nam na pożegnanie i 
zostałyśmy same. Przejmujący chłód kazał nam ubrać się we 
wszystko co mamy. Wyglądałyśmy jak bałwany. Nie musiałyśmy 
jednak wstydzić się swojego wyglądu, bo nie było żywej duszy. 
Szosa pusta, tak jakby nigdy nikt tędy nie jeździł. Żaden nocleg nie 
wchodził w grę, bo nie miałyśmy na to czasu. Stałyśmy więc jak te 
sieroty i po raz kolejny w życiu żałowałam ,że wpadłam na 
następny głupi pomysł.  

- Głupie pomysły, to moja specjalność - powiedziałam głośno do 
zasypiającej koleżanki. 

- Zawsze o tym wiedziałam - odpowiedziała ze stoickim spokojem. 

- No wiesz, a ty to niby mądrzejsza? - Zapałałam świętym 
oburzeniem.  

- Sama to powiedziałaś - broniła się. 

- Co innego ja, a co innego jak ktoś to powie - podnosiłam głos. 

background image

 

60

- Odwal się - skwitowała Mańka krótko. 

Kłóciłybyśmy się pewnie nadal, gdyby nie nadjeżdżający 
samochód. Kierowca jak gdyby wiedział, że musi zażegnać 
wiszącą na włosku nocną awanturę na szosie i zatrzymał się. 

- Do Kalisza - powiedział wychylając się z szoferki. 

- Dobrze, my też - odpowiedziałam pakując się do ciepłego 
wnętrza. 

Piąta rano, a my w Kaliszu. Do Ostrowa już niedaleko. Głód 
zaprowadził nas na dworzec. Tylko tam można było coś zjeść o tej 
porze. W dworcowym barze zamówiłam mój ulubiony napój - 
mleko. Mańka poprosiła o herbatę. Suche kanapki smakowały jak 
pierwszorzędna pieczeń. Po takim posiłku, nawet nie wiadomo 
kiedy zasnęłyśmy. 

      Obudziłyśmy się trochę za późno i biegiem ruszyłyśmy na 
trasę. Niby było już niedaleko, ale musiałyśmy liczyć na łut 
szczęścia , bo gdy samochód nie zatrzyma się w miarę szybko, to 
klops. Na szczęście trasa była uczęszczana, kierowcy uczynni, 
więc dosyć szybko znalazłyśmy się w Ostrowiu. Naprawdę 
miałyśmy fuksa, bo na dworzec wpadłyśmy  chwilę przed wjazdem 
naszego pociągu na stację. Nie obyło się bez bury. Moja 
instruktorka była oburzona moją lekkomyślnością.  

- Nina, gdzieś to dziewczyno była? Czy zdajesz sobie sprawę jak 
my się denerwowaliśmy? Cała sztuka byłaby położona gdybyś nie 
dotarła.- Krzyczała. 

- Przepraszam - powiedziałam tylko, zdając sobie sprawę z tego jak 
narozrabiałam. 

Pojechaliśmy do hotelu, a stamtąd  na próbę. Wszystko wypadło 
świetnie, wiec szybko zapomniano o moim wyczynie. Mańka czując 
się nie najlepiej w naszym teatralnym towarzystwie zmyła się do 
jakiejś ciotki w Mogilnie. Nam pozostało tylko wystawić sztukę. 

     Widownia w teatrze zapełniła się po brzegi. 

background image

 

61

- Chyba biorą z łapanki - skwitował to mój kolega wyglądając 
dyskretnie zza kurtyny. 

Rozpoczęło się. Rolę miałam opanowaną doskonale, więc nie 
bałam się żadnej wpadki. Niestety. Trafiły się dwie, na szczęście 
zauważone tylko przez aktorów.  

     Ja jako zwariowany Stefek, w pewnym momencie kłócę się z 
moją żoną. Chodzimy po scenie i w pewnej chwili, bezwiednie 
siadamy równocześnie po obu stronach zwykłej drewnianej ławy. 
Kiedy moja sceniczna małżonka płacze, ja zrywam się ze 
słowami:,, Dosyć tego!". Wtedy... ława przechyliła się gwałtownie i 
koleżanka wylądowała na tyłku. Rozległ się  śmiech na sali i 
gromkie brawa, bo przecież była to komedia. 

Druga wpadka zdarzyła się tuż pod koniec sztuki.   

     Stefek wysiadywał jajka zamiast kury, która uciekła mu z 
kurnika.  Jajkami były kule bilardowe ułożone w tekturowym 
pudełku. Siedzę, więc  sobie na tych bilardowych kulach, klepię 
swoją kwestię, a tu bile, jedna po drugiej, wolniutko toczą się po 
scenie i jest obawa, że zaraz stoczą się na widownię. Na ułamek 
sekundy zamarłam.  Za chwilę opanowałam się i zmieniłam tekst, 
dostosowując go do sytuacji. Po czym pozbierałam te nieszczęsne 
,,jaja". 

Sztuka została przyjęta bardzo dobrze. Wszyscy nam gratulowali. 
Czułam się z tym bardzo dobrze. Po raz pierwszy zrozumiałam , że 
nie tylko przygody liczą się w życiu. Mieszkałam w hotelu, jadłam w 
restauracji, byłam aktorką. Sprawiało mi to ogromną radość.  

Na drugi dzień wróciłam grzecznie ze wszystkimi, pociągiem do 
domu. Obiecałam sobie, że  już nigdy więcej nie wyrwę się na taką 
eskapadę. Słowa dotrzymałam. 

 

 

                          Rozdział XXIX  

background image

 

62

           Zaangażowałam się w teatr mocniej niż kiedykolwiek. Nie 
tylko zresztą w teatr. Żadna szkolna akademia nie odbyła się beze 
mnie. Recytowałam na nich wiersze i pomagałam przy realizacji. 
Moje aktorskie zapędy stały się kiedyś  zaczątkiem kłopotów, w 
które nie wpędziłam się zupełnie sama. 

    Przygotowywano w szkole akademię poświęconą Julianowi 
Tuwimowi. Z jego twórczości wybrano wiersze o różnej treści. Były, 
więc poezje liryczne, erotyki oraz wiersze o charakterze wesołym. 
Od  profesora, który przygotowywał to wszystko zależało,  jaki 
wiersz przypadnie nam w udziale. Nie zależało mi zbytnio na 
konkretnym wierszu, ale nie chciałam dostać erotyka, bo to 
recytować było trudno. Niestety nie byłam jedyna. Wszyscy bali się 
tego jak ognia. Oczywiście , w dniu rozdawania wierszy poszłam na 
wagary, bo miała być klasówka z matematyki. Na drugi dzień 
profesor wezwał mnie do siebie i powiedział: 

- Nie było cię wczoraj, więc sam wybrałem ci wiersz na akademię. 

- Przecież to erotyk! - krzyknęłam oburzona biorąc wiersz do ręki. 

- Trudno, ktoś musi to wziąć , chociaż nie wiem jak dasz sobie z 
nim radę .Nie widzę cię w tej roli. 

- Jeśli o to chodzi, to proszę się nie martwić - powiedziałam 
urażona. 

      Próby odbywały się codziennie , więc szybko nauczyłam się go 
na pamięć. Recytowałam, co prawda bez zbytniego 
zaangażowania, ale poprawnie. Prawdziwą deklamację zostawiłam 
sobie na akademię.  

       W końcu przyszedł ten dzień. Aula w naszej szkole była 
pięknie przystrojona, tak jak i wykonawcy. Oprócz wierszy, 
śpiewaliśmy piosenki Bułata Okudżawy. Na pianinie przygrywał 
nasz szkolny kolega. Wszystko przygotowane było bardzo 
profesjonalnie. No i zaczęło się. Nie było żadnych wpadek. 
Śpiewaliśmy , a po każdej piosence, kolejno schodziliśmy z podium 
dla chóru, aby wyrecytować swój wiersz. Czekałam na moją kolej z 

background image

 

63

duszą na ramieniu. Wreszcie ja! Stanęłam przed publicznością i 
drżącym głosem zaczęłam: 

- ...Gdy Wenus miała szesnaście lat, zauważyli rodzice...". 

Po drugiej linijce wiersza, publiczność rozmyła się , a ja już bez 
tremy dokończyłam recytację. Poszło mi dobrze. Z zadowoleniem 
wróciłam na podium dla chóru.  

Po skończonej akademii koleżanki zaczęły winszować mi 
wspaniale powiedzianego wiersza, więc otoczona wianuszkiem 
dziewcząt puszyłam się jak paw.  

Niestety, rozległ się dzwonek i trzeba było wrócić do klasy na 
resztę lekcji. Po drodze dogonił mnie polonista , który 
przygotowywał akademię, chwycił mnie za rękę i wyszeptał z 
przejęciem: 

- Byłaś wspaniała! Jak ty grałaś! Jestem zachwycony! 

Stałam ze skromnie spuszczonymi oczyma, ale po chwili chochlik 
kazał mi odpowiedzieć: 

- Mówiłam, że dam sobie radę. 

- Dasz radę? - zapytał. 

- Dziewczyno, ty mnie podnieciłaś! 

Tego już moja młodzieńcza natura nie wytrzymała. Spiekłam raka i 
... po prostu zwiałam. Całe szczęście , że polskiego uczył mnie ktoś 
inny, bo na lekcji czułabym się  głupio, pamiętając o tym 
incydencie. 

Niestety, już na drugi dzień dało się odczuć skutki pięknie 
powiedzianego erotyka. W czasie lekcji fizyki do klasy wszedł 
wielbiciel mojego talentu i rzekł do naszego fizyka: 

- Czy mógłbyś zwolnić Ninę, bo potrzebna mi pomoc w bibliotece. 

- Oczywiście  - powiedział. 

background image

 

64

- Nina, możesz iść. 

Wstałam niepewnie i ruszyłam za profesorem do biblioteki. Na 
miejscu zaraz zapędził mnie do roboty. Najpierw kazał wejść na 
drabinkę i powkładać na półki brakujące książki. Robiąc to, czułam 
na sobie, a raczej na moich nogach, jego spojrzenie. Później prosił 
o skatalogowanie nowych tytułów. Kiedy nie wyrobiłam się ze 
wszystkim do końca kazał mi przyjść na drugi dzień. Niestety tak 
już zostało. Musiałam zadomowić się w bibliotece, bo pracy było 
dużo, a profesor nie wiadomo dlaczego na pomocnicę wybrał sobie 
tylko mnie. Po pewnym czasie zaczęło dochodzić do różnych 
krępujących mnie sytuacji. Nauczyciel niby przypadkiem ocierał się 
o mnie, a gdy stałam na drabince, nagle zaczął dbać o moje 
bezpieczeństwo, trzymając mnie za nogi , abym nie spadła. 
Zaczęłam wagarować, aby unikać pracy z zaczepliwym facetem, bo 
przecież było mi  wstyd powiedzieć o tym komukolwiek. Na 
szczęście wszystko jakoś ucichło i po powrocie do szkoły nie byłam 
wzywana do biblioteki. Myślałam, że kochliwy pan profesor dal 
sobie spokój. 

     Kiedyś, wieczorem, po próbie szkolnego kółka teatralnego pan 
Zenek, bo tak miał na imię , zaproponował całej grupie: 

- A gdybyśmy tak poszli wszyscy na dancing? 

- Ja stawiam - dodał po chwili widząc nasze zdziwione miny. 

Wszyscy zerwali się z miejsc, natychmiast gotowi do wyjścia. Tylko 
ja pakowałam swoje rzeczy dłużej niż to było potrzebne. 

- No co się tak grzebiesz?- zagadnęła mnie koleżanka. 

- Ja chyba nie pójdę z wami - odpowiedziałam niepewnie, 
pamiętając o dokuczliwych zalotach profesora. 

Koleżanka popatrzyła na mnie tak, jakby widziała mnie pierwszy 
raz. 

- Ty nie pójdziesz?? - krzyknęła zdziwiona, wiedząc, że do takich 
imprez zawsze byłam pierwsza. 

background image

 

65

- Albo wszystkich zapraszam, albo nikogo - powiedział stanowczo 
nasz przyszły fundator, słysząc słowa mojej rozmówczyni. 

Koleżanka spojrzała na mnie wymownie, a inna dodała: 

- Chyba nie zrobisz nam tego. 

Nie zrobiłam. Poszłam ze wszystkimi. Było bardzo sympatycznie. 
Tego  wieczoru, pan Zenek kazał wszystkim mówić sobie po 
imieniu. Pewnie dlatego, aby nie wzbudzać sensacji. Postawił nam 
wino, sobie wziął wódkę. Żartowaliśmy, ale w pewnym momencie 
zauważyłam, że pan Zenek częściej niż innym dolewa mi wina. 

- Oho, trzeba mieć się na baczności - pomyślałam. 

Jednak od tańca z nim nie mogłam się wymigać. Prosił po kolei 
wszystkie dziewczyny, więc i ja nie mogłam odmówić. W tańcu 
przytulał mnie mocniej, niż by to wypadało i z trudem starałam się 
zachować odpowiednią odległość. 

- Czemu mnie unikasz ? - zapytał 

- Przecież nic ci nie zrobiłem. 

- Wcale nie unikam - skłamałam nie wiedząc dlaczego. 

Miałam dosyć zalotów podstarzałego lowelasa. Niby był młodym 
nauczycielem, ale ja przecież miałam siedemnaście lat !  

Urwałam się z tego dancingu po cichu, aby nikt nie mógł namawiać 
mnie na zostanie. 

        W szkole dzień minął bez żadnych niespodzianek. Nawet nie 
widziałam mojego amanta. Wieczorem do moich drzwi zadzwonił 
Mirek, syn Trudy. 

- Czy możesz wyjść na chwilę na dwór? - spytał z tajemniczą miną. 

- Po co? - zdziwiłam się. Nie miałam z Mirkiem żadnych spraw, 
które kazałyby wychodzić mi  w zimny listopadowy wieczór. 

- Ktoś na ciebie czeka - szepnął mi do ucha. 

background image

 

66

To wystarczyło, aby ciekawość gnała mnie po schodach z 
prędkością światła. Przy drzwiach wyjściowych na podwórko 
zwolniłam, bo w cieniu topoli majaczyła postać nieznajomego 
mężczyzny. Podeszłam bliżej i..., no oczywiście! Mój kochany 
profesor, zalany w trupa.  

- Ninka - wyszeptał, kocham cię. 

- Niech pan idzie do domu - powiedziałam. 

- Dlaczego nie chcesz nawet ze mną porozmawiać? - zapytał. 

- Mam chłopaka - skłamałam, bo myślałam, że w ten sposób dam 
mu delikatnie kosza. 

- Co mnie obchodzi jakiś gówniarz ! - krzyknął. 

- Mnie obchodzi!- powiedziałam głośno i wróciłam do domu.  

Wieczorem następnego dnia Mirek znowu zapukał do moich drzwi. 

- Powiedz mu, że nie wyjdę - wysyczałam ze złością. 

Po chwili jednak Mirek pojawił się znowu. 

- Nina, on powiedział, że to już ostatni raz. 

- Co tam się dzieje? - zapytał ojciec wychylając się z pokoju. 

- Nic tato - zawołałam w głąb mieszkania, a do Mirka dodałam: 

- Powiedz, że już idę ! 

Chwyciłam kurtkę i zbiegłam po schodach. 

- Wygarnę mu, co on sobie wyobraża, żeby zdechł - psioczyłam. 

Niestety , gdy stanęłam przed profesorem poczułam się jak 
uczennica. Cała moja odwaga gdzieś się rozmyła. 

- Słucham pana - powiedziałam. 

- Co jesteś taka oficjalna? - zapytał, i nachylając się do mnie 
poprosił: 

background image

 

67

- Daj się chociaż pocałować. 

Poczułam woń alkoholu. 

- Ma pan żonę , dzieci, więc proszę mnie więcej nie nachodzić. - 
powiedziałam. 

- Jak sobie życzysz - odpowiedział i po prostu odszedł.  

Poczułam się głupio.  

- Może mu za ostro nagadałam, może zabrzmiało to jak groźba? -  
myślałam.  

Na drugi dzień nie poszłam do szkoły , bo bałam się spotkania z 
moim prześladowcą. Mamie powiedziałam, że nasza klasa 
organizuje dzień szkoły więc idę dzisiaj na pierwszą. Około 
dwunastej rozległo się pukanie do drzwi. Słyszałam jak mama 
otwiera, a potem zaprasza kogoś do środka. Przewróciłam 
następną stronę książki, którą właśnie czytałam. 

- Ninka, do ciebie - zaanonsowała mama i w drzwiach pokoju 
pojawił się jak gdyby nigdy nic mój profesor. Liczył chyba, że 
nikogo nie będzie w domu. 

- Proszę niech pan wejdzie - powiedziałam uprzejmie, chociaż 
gotowało się we mnie od środka. 

- Przyszedłem prosić cię o pomoc w bibliotece - łgał głośno, żeby 
mama słyszała. 

- Napije się pan kawy? - spytałam ignorując to co mówi. 

- Chętnie - powiedział posyłając mi powłóczyste spojrzenie. 

Zrobiłam kawę nie mówiąc nic i udając, że nie widzę pytających 
spojrzeń mamy. 

Siedzieliśmy w milczeniu i nie bardzo wiedziałam co robić. 

- Może pokazać panu zdjęcia? - zapytałam, aby tylko przerwać 
milczenie. 

background image

 

68

- Chętnie obejrzę - odpowiedział. 

Chwyciłam album i zaczęłam objaśniać kolejne fotki. Byłam bardzo 
zdenerwowana i gdy tylko zobaczyłam w filiżance fusy 
powiedziałam szybko: 

- Już muszę wyjść, przepraszam. 

Polonista zerwał się skrępowany, powiedział do widzenia i wyszedł. 

- Po co on tu przylazł? - zapytała  natychmiast mama. 

- Mówił przecież, że potrzebuje mnie do pomocy, głucha jesteś? - 
odpowiedziałam opryskliwie. 

- Nie pozwalaj sobie za wiele gówniaro! - krzyknęła. 

Czując awanturę wiszącą w powietrzu, szybko czmychnęłam za 
drzwi. 

Na ulicy czekał na mnie profesor. Spodziewałam się tego, więc 
podeszłam i zapytałam: 

- Ta pomoc w bibliotece to oczywiście był blef? 

- Pomoc by mi się przydała, przyjdziesz? - popatrzył na mnie 
pytająco. 

Nie miałam ochoty na żadną pracę, a już tym bardziej z moim 
profesorkiem. Jednak szkoda mi się go zrobiło i zgodziłam się. 

- Jutro na matmie - odpowiedziałam, załatwiając przy okazji dwie 
pieczenie przy jednym ogniu. 

- Pomogę mu i będę mogła zwolnić się z lekcji - myślałam 
zadowolona, idąc do kawiarni, gdzie spotykaliśmy się z całą naszą 
paczką. 

Nie spodziewałam się, że najgorsze dopiero przede mną. Nazajutrz 
, gdy pracowałam przy wypełnianiu kart czytelnika, weszła do 
biblioteki nieznana mi pani. 

- Słucham, w czym mogę pani pomóc ? - zapytałam. 

background image

 

69

- Pomóc ? , owszem możesz - powiedziała podniesionym głosem, a 
po chwili dodała: 

- Odczep się od mojego męża.  

Zbladłam jak ściana. Od razu wiedziałam o kogo chodzi, mimo, że 
nie czułam się winna. 

- Proszę pani, ja z pani mężem nie mam nic wspólnego - zaczęłam 
się tłumaczyć. 

- Ja tu tylko pomagam. 

- Nic wspólnego? Już ktoś życzliwy poinformował mnie o tym co się 
tu dzieje. 

- To są jakieś plotki - próbowałam się bronić. 

- Jeszcze śmiesz kłamać, a to co ? - krzyknęła wymachując mi 
przed nosem moim zdjęciem.  

- Widocznie ukradł mi je pani mąż, kiedy nachodził mnie w domu - 
krzyknęłam także tracąc cierpliwość. 

Panią profesorową zatkało. Nie spodziewała się takiego obrotu 
sprawy. Myślała pewnie, że jakaś uczennica kokietuje jej 
przystojnego męża, a on, biedny samczyk, nie potrafi się opędzić. 
Ja jednak miałam dosyć. Z płaczem opuściłam bibliotekę, 
chwyciłam swoje książki i wróciłam do domu z postanowieniem ,że 
nigdy już do szkoły nie wrócę. Taką spłakaną zastała mnie babcia. 

- Co się stało - spytała, głaszcząc mnie po głowie. 

Opowiedziałam wszystko po kolei. Po prostu musiałam się wyżalić. 

Babcia nie odpowiedziała. Posiedziała jeszcze trochę, zrobiła mi 
herbaty i poszła. Było mi żal, że nie pocieszyła mnie, ani nie 
powiedziała dobrego słowa. 

        Do szkoły zaczęłam chodzić gdzieś po tygodniu. Nie 
wychodziłam jednak z klasy w obawie, że spotkam profesora. Kiedy 

background image

 

70

już zapomniałam o nim, zajrzał na lekcję fizyki i poprosił mnie na 
korytarz. Wyszłam sztywna ze zdenerwowania. 

- Była u ciebie moja żona - rzekł. 

Skinęłam głową, nie odzywając się ani słowem. 

- Przepraszam cię za nią i za przykrości, które ci zrobiła - 
powiedział ze smutkiem. 

- Po cholerę jednak napuściłaś na mnie swoją babcię - powiedział 
ze złością. 

- Cooo ?, ja?, na pana?  babcię? - dukałam zdziwiona. 

- No tak - powiedział zbity nieco z tropu. Przyszła do mnie do 
domu, wyciągnęła duży rzeźnicki nóż i zagroziła ,że jak się od 
ciebie nie odczepię, to potraktuje mnie tym nożem. Całe szczęście, 
że nikogo nie było w domu. 

Milczałam przez moment trawiąc tę wiadomość, a po chwili 
wybuchnę łam głośnym śmiechem. 

- Babcia, u pana? - ryczałam ze śmiechu już na głos, wyobrażając 
sobie babcię Antoninę z kuchennym nożem w ręku, wymachującą 
nim i podskakującą , aż się jej trzęsie wydatny brzuszek. 

- Cicho, tu są lekcje - skarcił mnie profesor, odciągając dalej od 
drzwi klasy. 

- Przepraszam, ale ja nic o tym nie wiedziałam - powiedziałam ,gdy 
uspokoiłam się trochę. 

- Wracaj do klasy i zapomnijmy o tym całym incydencie - rzekł w 
końcu mój niedoszły kochanek. 

Nigdy więcej nauczyciel nie zaczepiał mnie w szkole, no i poza nią, 
bo nie widywaliśmy się, nawet przypadkiem. 

           Życie zaczęło toczyć się swoim rytmem. Nie było żadnych 
wzlotów i upadków. Ponura jesień zamieniła się w zimę , a później 
zima zamieniła się w pełną kwiatów wiosnę. Szkoła zorganizowała 

background image

 

71

nam wycieczkę do Warszawy. W planie oprócz zwiedzania miasta 
była wizyta w operze warszawskiej, a później kolacja i nocleg w 
,,Domu Chłopa”. Warszawę znałam, a na operę czekałam z 
niecierpliwością, bo bardzo mi się spodobała, kiedy po raz pierwszy 
widziałam ją w Łodzi. Wystawiano wtedy Halkę. Tym razem miała 
to być Traviata.  

     Kiedy wieczorem, zmęczeni, ale pełni wrażeń zasiedliśmy w 
operze, wszystkim udzielił się uroczysty nastrój. Już uwertura 
zrobiła na mnie duże wrażenie. W trakcie pierwszego aktu, ktoś 
nagle zaczął przeciskać się między krzesłami. Spojrzałam 
zniecierpliwiona, bo przeszkadzał i ujrzałam nad sobą głowę 
,,mojego” profesora. 

- Ninka, wyjdź ze mną - poprosił. 

- Przecież oglądam operę - wyszeptałam. 

Było mi głupio. Czułam na sobie ciekawe spojrzenia całej klasy. 

- Pójdziemy do hotelu, błagam cię! - jęczał, najwyraźniej nie zdając 
sobie sprawy z tego, że przeszkadza połowie widzów, a druga 
połowa nadstawia uszy, aby uszczknąć coś z naszej rozmowy. 

- Interesuje mnie to - odparłam zezłoszczona już na dobre, a po 
chwili dodałam głośno: 

- Proszę nie przeszkadzać. 

Profesorek wzruszył ramionami i wyniósł się. 

W trakcie antraktu koleżanka, która siedziała najbliżej mnie spytała: 

- Co, ten podrywacz teraz przyczepił się do ciebie? 

- Oj, już myślałam, że jest odczepiony. Inaczej chyba nie 
pojechałabym na tę wycieczkę. 

- On tak szybko nie rezygnuje. Kiedyś była w szkole grubsza afera 
z taką jedną uczennicą, która mu nie odmówiła.- zrelacjonowała mi 
lepiej poinformowana koleżanka. 

background image

 

72

Zadzwonił dzwonek, więc wróciłyśmy na widownię. Po tych 
rewelacyjnych informacjach jakoś nie mogłam skupić się na operze.  

W ,,Domu Chłopa” zeszliśmy na kolację. Baśka, moja informatorka 
i zarazem współlokatorka, szturchnęła mnie w łokieć i wskazała 
brodą  profesora, który siedział gdzieś w końcu sali i powiedziała: 

- Zobacz, już chyba da ci spokój, bo znalazł nową ofiarę. 

Spojrzałam w tamtą stronę. Polonista wyraźnie adorował 
dziewczynę z innej klasy. Ona była z tego bardzo zadowolona i 
widać było, że coś z tego wyniknie. 

- A czy ty wiesz, że on ma pokój obok naszego? - spytała nagle 
Baśka. 

- Chyba szykował się mnie odwiedzić w nocy - stwierdziłam. 

- Albo raczej, żebyś miała bliżej do niego - dodała koleżanka. 

W hotelowym pokoju, kiedy zostałyśmy same, z podróżnej torby 
wydobyłam pieczołowicie przechowywaną butelkę wina. 

- Ty to myślisz o wszystkim! - zawołała z zachwytem Baśka. 

- No, a nie pomyślałam o korkociągu - zauważyłam ze smutkiem. 

- To drobny szczegół, od czego jest pilniczek - mówiąc to Baśka z 
zapałem zabrała się do wydłubywania korka. 

Kiedy już czerwony płyn rozlany był do kubków od mycia zębów 
wzniosłyśmy toast: 

- Za wolność, miłość i lenistwo! 

Popijałyśmy powoli, żartowałyśmy, gdy z korytarza dał się słyszeć 
szept. Baśka położyła palec na ustach. 

- Ciii, przyszedł profesor ze swoją zdobyczą - wyszeptała. 

Zamieniłyśmy się w słuch. Zza ściany, bardzo wyraźnie słychać 
było każde słowo. 

background image

 

73

- Przecież nie będę milczeć przez cały wieczór - powiedziałam ze 
złością. 

- No to pijemy! - roześmiała się Baśka. 

Kiedy położyłyśmy już się do łóżek, winko lekko szumiało nam w 
głowach, a sen jakoś nie nadchodził. Co chwilę, to ja, to Baśka 
przypominałyśmy sobie coś śmiesznego i ryczałyśmy na cały 
regulator. Za ścianą panowała cisza. Powoli zaczął ogarniać nas 
sen. Wtem, zza ściany dał się słyszeć miarowy stukot i skrzypienie. 
Mimo woli zaczęłyśmy nasłuchiwać, patrząc na siebie wymownie. 
Kiedy nic więcej się nie wydarzyło, a my mościłyśmy się w pościeli, 
zza ściany dał się słyszeć zdyszany krzyk: 

- Oj, oj, och jak dobrze, jak dobrze panie profesorze!! 

Wybuchnęłyśmy niepohamowanym śmiechem, nie zważając, że 
słychać nas za ścianą. 

- Widzisz, co straciłaś ?! - powiedziała Baśka patrząc na mnie 
zaczepnie. 

- Masz rację - przyznałam. 

 

 

                         Rozdział XXX 

         Zakochiwałam się regularnie i właściwie nie było przerwy 
między jedną miłością , a drugą. Wszystkie były poważne i do 
grobowej deski. Ja też  spoważniałam, ale nie do końca. 

        Moje miłości były raczej krótkotrwałe. Może dlatego, że nie 
byłam taka szybka, a może dlatego, że miałam nierówno pod 
sufitem. W tym wieku powaga powinna cechować moje 
zachowanie. Ja jednak namawiałam moich ukochanych na 
odrobinę szaleństwa. Kwitowali to wzruszeniem ramion, lub 
pocałunkiem. To drugie lubiłam o wiele bardziej. 

background image

 

74

   Z głową w chmurach pisałam wiersze, słuchałam muzyki 
poważnej i chodziłam na prywatki. Buntowałam się też, jak na 
młodą osobę przystało. 

        Pierwsza miłość dopadła mnie już w podstawówce, ale z 
perspektywy moich siedemnastu lat, była to błahostka. Druga miała 
na imię Marek, trądzik na twarzy i odstające uszy. Marek nie 
podobał się moim koleżankom, ale był romantyczny i... grał 
cudownie na pianinie. Było to bardzo ważne, bowiem przeżywałam 
właśnie fascynację Beethowenem i jemu podobnym, a Marek grał 
tylko dla mnie. Niestety moja miłość choć burzliwa była jednak 
nietrwała. Koleżanki namówiły mnie, abym zostawiła Marka, no i 
oczywiście zrobiłam to natychmiast, bo czego się nie robi dla 
przyjaźni. 

    W pierwszej klasie szkoły średniej, a właściwie między klasą 
pierwszą, a drugą, rodzice wysłali mnie na obóz młodzieżowy do 
Ornontowic, koło Rybnika.  Byłam bardzo zadowolona, bo obóz 
młodzieżowy to nie to samo co kolonia. Najmłodsza uczestniczka 
miała piętnaście lat, a wychowawczyni, osiemnaście. Moje 
koleżanki z pokoju natychmiast pozakochiwały się w przystojnych 
dwudziestoletnich wychowawcach. Ja upatrzyłam sobie Michała, 
który był zastępcą kierownika, miał dwadzieścia cztery lata i... grał 
cudownie na pianinie. Miałam wrażenie, że moja miłość, to będzie 
czysto platoniczne uczucie, ale zaczęła się między nami snuć nić 
porozumienia. Kiedyś, gdy wszyscy szaleli na obozowej dyskotece, 
a ja snułam się po korytarzu tęskniąc za moim ukochanym, nagle 
jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawił się Michał. 

- Nie jesteś na dyskotece? - zapytał, a jego słodki głos ukoił moją 
tęsknotę. 

- Wolę słuchać innej muzyki - powiedziałam poważnie , za nic  nie 
przyznając się, że liczyłam na spotkanie z nim. 

- Jak masz ochotę, to wejdź do pokoju muzycznego, a ja zaraz 
wrócę i zrobimy sobie koncert - powiedział, wręczając mi klucze od 
pokoju, gdzie stało pianino. 

background image

 

75

Szczęście moje nie miało granic. Po chwili Michał wrócił i rozpoczął 
swój koncert. Słuchałam wpatrzona w jego profil i po chwili w moich 
oczach pojawiły się łzy wzruszenia. Michał zerknął na mnie kątem 
oka i westchnął: 

- tak, tak, miłość jest smutna. 

- Ja nie jestem zakochana ! - krzyknęłam szybko i podbiegłam do 
okna, żeby nie widział mojego zaskoczenia. 

- Jak on mógł tak szybko rozszyfrować moje uczucie? - myślałam w 
panice. 

To jest tylko tytuł utworu - roześmiał się podchodząc do mnie. 

Odwrócił moją twarz do siebie i zapytał: 

- Naprawdę nie jesteś zakochana? 

Nie odpowiedziałam, tylko spojrzałam mu w oczy i pochyliłam twarz 
w jego kierunku. Michał odsunął się ode mnie. 

-  Chcesz żebym cię pocałował? - powiedział z uśmiechem. 

Tego już było za wiele jak na moje zakochane serduszko. 
Wyskoczyłam  z pokoju jak burza i zwiałam do siebie. Rzuciłam się 
na łóżko płacząc. 

- Jak  ja się teraz pokażę, umrę ze wstydu, będzie się ze mnie 
śmiał - tysiące najtragiczniejszych myśli przebiegało mi przez 
głowę. 

W pewnym momencie poczułam jak ktoś otwiera drzwi i siada na 
moim łóżku. Zesztywniałam.  

- Ninka, nie płacz - powiedział Michał głaszcząc mnie po głowie. 

- Nie płacz, dobre sobie - myślałam ze złością nie podnosząc głowy 
z poduszki. 

- Wstań, chcę z tobą porozmawiać - szepnął i podniósł mnie za 
ramiona.  

background image

 

76

Usiadłam ze spuszczoną głową, aby nie widział moich 
zapuchniętych od płaczu oczu. 

- Wiesz ile ja mam lat ?- zapytał 

- Będzie mi tu chrzanił o wieku - myślałam ze złością , ale głośno 
odpowiedziałam: 

- wiem i co z tego? 

 Jesteś jeszcze nieletnia i sama wiesz, że jako wychowawca...- nie 
dokończył. Objął mnie ramieniem i pocałował w policzek.  

- Podobasz mi się - powiedział wstając. 

- A, co... 

- Muzyki możesz posłuchać zawsze - przerwał mi i wyszedł. 

Od tego momentu moje życie obozowiczki zmieniło się 
zdecydowanie. Rozrabiałam jak dawniej , ale na widok pana 
kierownika dostawałam palpitacji serca. Oczywiście nadal 
słuchałam muzyki  w wykonaniu  Michała, nadal wzdychałam do 
niego, ale wszystko było bardzo poprawne i moralne. 

Dzień wyjazdu z obozu był strasznym przeżyciem dla wszystkich. 
Płacz i zgrzytanie zębów. Żal było wakacyjnych przyjaźni z 
koleżankami, a oprócz tego każda z nas już nigdy miała nie 
zobaczyć swojego ukochanego. Wszystkie stały ze swoimi 
chłopcami, całowały się , tylko ja, samotna jak palec ukradkiem 
zerkałam na Michała, krzątającego się wśród wyjeżdżających. 
Widziałam, że przygląda mi się od czasu do czasu, ale była to dla 
mnie słaba pociecha. Postanowiłam sprawdzić jak będę się czuła 
bez jego widoku i poszłam do parku za budynkiem. Usiadłam na 
ławeczce z daleka od wszystkich i rozmarzyłam się. 

- Nina, dlaczego się tu chowasz? - powiedział Michał pojawiając się 
nagle przede mną. 

- Chciałam być trochę sama - odpowiedziałam ze smutkiem w 
głosie. 

background image

 

77

Michał wziął mnie za ręce i zajrzał w oczy. 

- Tak mocno to przeżywasz? - zapytał. 

Byłam zła. Nie dość, że mnie nie kocha, i że nie pozwala się 
kochać, to jeszcze mam mu opowiadać jak jest mi źle bez niego. 
Niedoczekanie! 

- Nic nie przeżywam i nikogo nie kocham - prawie wrzasnęłam i 
oparłam głowę na jego ramieniu. 

- Chyba teraz, kiedy obóz się kończy mogę ci powiedzieć, że też 
cię kocham, tylko nie mogłem inaczej, przepraszam - wyszeptał 
jednym tchem. 

- Tyle straconego czasu - powiedziałam. 

Michał objął mnie i zaczęliśmy się całować. 

 

                           ROZDZIAŁ XXXI          

 

 

          Po powrocie z obozu, miasto powitało mnie wakacyjnym 
słońcem, ale ja byłam smutna, szara i zdecydowanie jesienna. 

Dni dzieliłam na takie, w których przychodził list od Michała i takie, 
w których  ja pisałam do niego. Moja miłość była bardzo 
wyrozumiała. Pozwalała mi na spotkania towarzyskie, a nawet na 
flirtowanie z chłopakami. Takim chłopakiem do flirtów był Krzysztof, 
zwany przez wszystkich Kusy, z racji wysokiego wzrostu. 
Chodziliśmy razem na prywatki, do kina i na spacery. Wszyscy 
uważali nas za parę, ale dla mnie liczył się tylko Michał. 

    Któregoś dnia rano, tak około godziny trzynastej, mama 
wtargnęła do mojego pokoju krzycząc głośno: 

background image

 

78

- Do której zamierzasz spać, gnijesz w tym łóżku i nie ma z ciebie 
żadnego pożytku! 

Nie odpowiedziałam, tylko naciągnęłam kołdrę na głowę. 

- Masz list od Michała - dodała mama, wiedząc, że to jedyny 
sposób na wyciągnięcie mnie z łóżka. 

- Figę - burknęłam spod kołdry. 

- No, to zobacz - zawołała. 

- Zaraz zobaczymy co pisze - dodała. 

Tego już było za wiele. Wyskoczyłam z łóżka jak z procy. 

- Oddawaj, cudzych listów się nie czyta ! - wrzeszczałam usiłując 
wyrwać kopertę. 

W końcu udało mi się to. Mama skapitulowała, a ja schowałam się 
w toalecie, aby spokojnie przeczytać kolejny miłosny list. 

- ,,Nadziejo mojego serca” - pisał mój ukochany. 

- Jak pięknie - wzdychałam, nikt tak do mnie nigdy nie mówił. 

- ,,Przyjeżdżam do ciebie w przyszłym tygodniu, zarezerwuj mi 
hotel - przeczytałam dalej. 

- Boże, Przyjeżdża!!, chyba zwariuję. 

Natychmiast pobiegłam do Celiny, aby pochwalić się tą cudowną 
wiadomością, a po godzinie już wszystkie moje przyjaciółki 
wiedziały o przyjeździe Michała. 

      Wreszcie przyszedł ten upragniony dzień. Wszystko zapięte na 
ostatni guzik. Hotel zarezerwowany, a ja, dzięki pomocy koleżanek, 
wystrojona jak stróż w Boże Ciało. Teraz trzeba na dworzec. 

- Mańka, chodź ze mną, bo sama się boję - prosiłam koleżankę. 

- Co ty, to twoja randka - próbowała oponować.  

background image

 

79

- Nie bądź świnia - prawie już skomlałam. 

Mańka świnia nie była, więc poszłyśmy razem. 

Pociąg wjechał na stację, ludzie wysiedli, a Michała nie było. 
Popłakałam sobie natychmiast, ale Mańka przywołała mnie do 
porządku. 

- Nie rycz, jak krowa, cały makijaż ci spłynie. 

- No to co! - i tak nie mam dla kogo ładnie wyglądać. 

- Chodź - Mańka pociągnęła mnie za rękaw, może jest w hotelu. 

 - Ciekawe jak się tam znalazł, chyba samolotem - ironizowałam, 
ale szłam posłusznie za Mańką, jak cielę. 

Weszłyśmy do recepcji. Tutaj też zabrakło mi języka w gębie i 
Mańka musiała zapytać o Michała za mnie. 

- Tak, ten pan przyjechał i prosił przekazać, że jak ktoś do niego 
przyjdzie, to jest na obiedzie w restauracji. 

- Dziękuję - powiedziała koleżanka, zerkając na mnie ze 
zdziwieniem.  

- No co ty, nie zemdlejesz? - zapytała gdy już wyszłyśmy. 

- Wszystko w porządku, spadaj do domu - powiedziałam 
serdecznie i ruszyłam na spotkanie. 

Siedział przy stoliku i jadł obiad, ale wyglądał tak romantycznie, jak 
gdyby grał na harfie. Przywitaliśmy się , lecz ciężko mi było 
wydukać jakieś słowo. Michał zauważył moje milczenie. 

- Coś się stało? - zapytał. 

- nnie, tylko tak jakoś - odpowiedziałam rezolutnie. 

Po obiedzie poszliśmy na długi spacer i już gęba mi się nie 
zamykała. Potem było wino pokoju hotelowym i wiele słów o 
miłości. 

background image

 

80

     Michał był trzy dni, które zleciały bardzo szybko. Znowu zrobiło 
mi się jesiennie w sercu, no i wokół też.  Spadały liście, 
przychodziły listy, a ja czytałam Tuwima, bo jego wiersze bardzo 
pasowały do mojego nastroju. Jesień przerodziła się w zimę, 
później przyszła wiosna. Mój ukochany przyjechał do mnie jeszcze 
kilka razy, a w maju mieliśmy się spotkać w Oświęcimiu, bo 
jechałam z klasą na wycieczkę. 

        Trasa wycieczki wiodła przez Kraków, Wieliczkę, Ojców, no i 
Oświęcim. W trakcie wycieczki kombinowałam, jak tu poinformować  
profesorkę o moim planowanym spotkaniu. Postanowiłam pójść na 
żywioł. 

- Proszę pani, a w Oświęcimiu przyjdzie po mnie wujek i chciałam 
się zwolnić na trochę - rzuciłam w chwili, gdy profesorka była 
zaabsorbowana czymś innym. 

- A ile ten wujek ma lat ? - zapytała rozsądnie. 

- No... dwadzieścia cztery - odpowiedziałam szybko. 

- No to cię nie zwolnię - odpowiedziała pani i wróciła do swojego 
zajęcia dając mi w ten sposób do zrozumienia, że dyskusja 
skończona. 

- To się jeszcze okaże - mruknęłam pod nosem. 

W Ojcowie nie mogłam doczekać się końca zwiedzania, bo 
następnym etapem wycieczki był Michał. Kiedy już znaleźliśmy się 
w autokarze, spoglądałam nerwowo na zegarek i modliłam się w 
duchu, żeby tylko zdążyć. 

- Nina, zobacz, jacyś chłopcy jadą za nami i kiwają nam - wyrwała 
mnie z rozmarzenia  Mańka. 

Rzuciłam się do okna. Za nami jechał fiat, a w nim dwóch całkiem 
przystojnych chłopaków. Natychmiast zapomniałam o Michale. 
Kiwałyśmy do nich, oni do nas, pisaliśmy sobie liściki, które  my 
przytykałyśmy do szyby, a oni odczytywali. W ten sposób 
umówiliśmy się na spotkanie. Właśnie w tym nieszczęsnym 
Oświęcimiu. Kiedy już autokar stanął pod dworcem, profesorka 

background image

 

81

zaczęła dawać instrukcję dobrego zachowania, ja już 
wypatrywałam Michała. Na hasło,, możecie wyjść” pierwsza 
dopadłam klamki i już po chwili byłam na zewnątrz. 

- No cześć dziewczyny - zawołali chłopcy, którzy przyjechali za 
nami.  

- Siadajcie, zrobimy sobie przejażdżkę - zaproponował jeden z 
nich. 

Zatrzymałam się i spojrzałam pytająco na Mańkę. 

- Wsiadamy? - zapytała. 

- Mała!, leć na dworzec i powiedz Michałowi, że zaraz wracam - 
zawołałam do koleżanki ładując się do auta. 

- Nina, co robisz!! - usłyszałam jeszcze przerażony krzyk 
profesorki. 

Chłopcy zachowali się bardzo kulturalnie. Pokazali nam miasto, 
kryte lodowisko i po godzinie odwieźli na miejsce zbiórki. 

Niestety Michała już nie było. 

- Byłaś? - dopytywałam się Małej. 

- No tak , ale widziałam tylko jak jakiś facet wsiada do pociągu. 

- Chyba cię widział, jak jechałaś z tamtymi chłopakami - dodała po 
chwili. 

- No to sobie nagrabiłam - rozpłakałam się. Nawciskałam sobie od 
idiotek, ale to nie polepszyło mojego samopoczucia.  

Na dworze panowała wiosna, a w moim sercu nie tęskniąca jesień, 
a zimny sopel lodu. 

W domu natychmiast zabrałam się do pisania płomiennych listów, 
które niestety zostawały bez odpowiedzi. 

 

background image

 

82

 

                  ROZDZIAŁ XXXII 

 

    Przyszło następne lato. Michał tkwił gdzieś we mnie jak trucizna, 
ale od czego jest antidotum. Poznałam Jacka. Był ratownikiem. 
Dobrze zbudowany blondyn z Warszawy, którego zazdrościły mi 
inne koleżanki. Jeszcze jednym atutem Jacka było to, że mówił do 
mnie kwiatuszku i był bardzo romantyczny. Niestety nie grał na 
żadnym instrumencie. Jacuś zakochał się we mnie bez pamięci i 
nie informując mnie zaplanował nasz ślub. Jak na porządnego syna 
przystało zawiadomił rodziców o czekającym ich szczęściu, a ci 
szybciutko napisali do moich, delikatnie podpytując o potomka. Z 
kolei moi zmartwieni staruszkowie przeprowadzili ze mną poważną 
rozmowę i odetchnęli z ulgą, gdy dowiedzieli się, że jeszcze nie 
będą myć wnukowi zafajdanej pupy .Jackowi dostało się też ode 
mnie  za samowolę, ale nie spowodowało to żadnych skutków 
ubocznych. Nadal chodziliśmy na długie romantyczne spacery nad 
jezioro i opalaliśmy się na plaży.  

       Wśród korespondencji, przychodzącej do rodziców, znalazł się 
jeden niepozorny list zaadresowany do mnie, obcym charakterem 
pisma. Znane było tylko nazwisko - Michała. Rozerwałam kopertę i 
zaczęłam czytać: 

-,, Pani Nino... „. 

Przebiegłam wzrokiem linijki tekstu i zatrzymałam się na zdaniu, 
które wstrzymało na chwilę moje serce. 

- ,, Michał jest żonaty i ma córkę. Czytałam pani listy, ale nie 
dawałam ich mężowi. Proszę więc więcej nie pisać....”. 

Wiedziałam już, że  go nigdy nie zobaczę. Popłakałam sobie , 
powzdychałam i postanowiłam napisać ostatni raz, żeby wiedział 
,że ja wiem o wszystkim. Moje antidotum jakoś przestało działać , 
więc razem z listem od tej wstrętnej baby wróciła tęsknota za 
Michałem. 

background image

 

83

Po dwóch tygodniach dostałam kartkę od Michała. Zapraszał mnie 
na kolonie, które prowadził gdzieś w górach. 

- Jadę - zwierzałam się Mańce. 

Popatrzyła na mnie zdziwiona. 

- Przecież on jest żonaty - stwierdziła. 

- To ostatni raz tłumaczyłam zła, że nie popiera mojego pomysłu. 

- Zrobisz jak uważasz - odpowiedziała wzruszając ramionami. 

- Masz chyba jakieś pieniądze na bilet ? - zapytała po chwili. 

- A, bo to raz jeździłam autostopem? - tłumaczyłam bardziej sama 
sobie niż Mańce. 

   Niestety mój wyjazd nie doszedł do skutku. Mama, jakimś tylko jej 
znanym sposobem dowiedziała się o planowanej wyprawie w 
ramiona bądź, co bądź żonatego mężczyzny i nałożyła na mnie 
skuteczny areszt domowy. Na otarcie łez pozostał mi więc w 
dalszym ciągu Jacek. Na nieszczęście wakacje się kończyły i mój 
ratownik musiał wyjechać. Pozostała korespondencja i bogate życie 
towarzyskie. Na horyzoncie znowu pojawił się Kusy, ale 
odpędzałam się od niego, bo zaczął ostro popijać. Za to Jacuś 
przyjeżdżał dosyć często i spędzaliśmy razem romantyczne chwile. 
Pewnego razu to ja postanowiłam wybrać się do niego, a przy 
okazji zwiedzić stolicę. Data ustalona, rodzice, o dziwo, pozwolili, a 
nawet dali na bilet i wyruszyłam. 

   Jechałam autobusem, który zatrzymywał się w każdej wiosce, a 
to wprowadzało mnie w parszywy nastrój. 

- Chyba się starzeję - myślałam ponuro. 

- Jak mogłam jechać autobusem?. 

- Cóż, pieniędzy za bilet i tak mi nie zwrócą, ale przynajmniej 
będzie normalnie - pomyślałam sobie i na następnym przystanku 
wysiadłam. 

background image

 

84

Humor wrócił mi jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. 
Poprawiłam torbę na ramieniu i ruszyłam wzdłuż szosy usiłując 
złapać po drodze jakiś samochód. Nie czekałam długo. Zatrzymał 
się przede mną z piskiem opon przepiękny.... żuk. W kabinie obok 
kierowcy siedziała jakaś damulka, ale za to na pace było miejsce w 
sam raz dla mnie. Raźno wskoczyłam do środka wciągnięta przez 
jakąś pomocną dłoń, która okazała się kończyną całkiem miłego 
chłopaka. 

-  Nareszcie przyjemny zapach spalin i świst powietrza - 
pomyślałam zadowolona. 

Pani wysiadła gdzieś po drodze, a uprzejmy kierowca 
zaproponował mi miejsce w kabinie. 

- dziękuję bardzo - odpowiedziałam grzecznie i samochód potoczył 
się dalej. 

Potoczył się, to chyba nie najlepsze słowo. Pan kierowca, siedząc 
samotnie w kabinie najwyraźniej się nudził i z nudów zaczął się 
bawić w kierowcę rajdowego. Bryka nagle przyspieszyła, drzewa 
uciekały szybciej niż na przyspieszonym filmie, a mój towarzysz 
podróży zaczął się śmiać widząc moją przerażoną  minę. 

- Nigdy nie jechałaś szybko? - zapytał. 

- Jechałaś, ale nie takim gratem - odpowiedziałam urażona. 

Nie dane mi było długo się obrażać , bo nagle samochodem mocno 
rzuciło, przeleciałam na drugą stronę paki, po drodze mijając 
mojego rozmówcę. Nie zdążyłam nawet krzyknąć, bo za chwilę 
zderzyłam się z deską wystającą z plandeki i poczułam, że 
samochód stacza się z jakiejś pochyłości. Kiedy wszystko ucichło 
wygramoliłam na zewnątrz. Chłopak stał cały i zdrowy obok 
kierowcy, któremu też nic nie było. Tylko mnie ciekła strużka krwi z 
rozbitego łuku brwiowego. 

- Zjeżdżajcie - warknął zdenerwowany szofer, bo jak was tu 
zobaczy milicja, to beknę za to, że bez zezwolenia wożę ludzi. 

background image

 

85

Trochę oszołomiona chwyciłam swój bagaż i bez zastanowienia 
skierowałam się w stronę szosy. 

- Poczekaj ! przecież to trzeba zszyć - rzekł mój towarzysz niedoli 
wskazując na moją brew i przytrzymując mnie za ramię. 

- A masz igłę i nici  ? - zapytałam kpiąco. 

- Ale z ciebie osa - roześmiał się i przyłożył mi na ranę swoją 
chusteczkę. 

Wzruszył mnie ten gest i to, że będę miała bliznę i to, jak ja się 
pokażę u Jacka i w domu. Nie pozostało mi nic innego tylko 
rozpłakać się na cały regulator. Czekałam na słowa ,,nie becz”, czy 
coś w tym rodzaju, a on po prostu wytarł mi łzy i powiedział     
uspakajająco: 

- Tu niedaleko jest szpital, zaprowadzę cię. 

Tego już było za wiele. Ryknęłam takim płaczem, że chłopak 
popatrzył na mnie z przestrachem, lecz mimo to, dzielnie wziął 
mnie pod ramię moją torbę pod drugie i poszliśmy. 

               Po zszyciu popatrzyłam w lustro w szpitalnej toalecie i 
zobaczyłam dziewczynę z podbitym okiem, opatrunkiem na czole i 
w brudnych, pochlapanych krwią ciuchach. 

Nie, w takim stanie nie mogę pokazać się u przyszłych teściów - 
pomyślałam. 

Usłużny chłopak, którego zapomniałam nawet zapytać o imię, 
zaprowadził mnie na przystanek autobusowy i już bezpiecznie 
dotarłam do domu. Została jeszcze przeprawa z rodzicami. Na 
miejscu jednak czekała mnie miła niespodzianka. Przerażeni moim 
widokiem rodzice nie robili mi wymówek, ciesząc się ,że żyję, a ja 
przyrzekłam im i sobie ,że już więcej nie pojadę autostopem. 

          Gęba goiła mi się dosyć szybko, siniaki poznikały i tylko z 
łuku brwiowego wystawały nici chirurgiczne, które wyglądały jak 
antenki nadawcze. Moje koleżanki natychmiast to podłapały i 
dostałam przezwisko ,,Ufo”. 

background image

 

86

    Podróż do Jacka została odłożona do chwili wyjęcia szwów, ale 
nie zrezygnowałam z niej. Rodzice pogodzili się z tym, że zawsze 
gdzieś mnie nosi, więc prosili tylko, abym postarała się o tak pilnie 
poszukiwaną u mnie rozwagę.  Ja ze swojej strony obiecałam, że 
zaopatrzę się w coś takiego. W końcu wyruszyłam. Byłam bogatsza 
o nowe doświadczenia i bliznę pod okiem, a może i trochę 
rozsądniejsza. Do Warszawy dojechałam szczęśliwie, autobusem. 
Bez przeszkód dotarłam do domu Jacka i zapukałam do drzwi 
pewna, że wybiegnie mi na spotkanie. Jakie było moje 
rozczarowanie, gdy okazało się, że w drzwiach stanął starszy pan, 
tylko trochę przypominający Jacka. 

- Dzień dobry, czy zastałam Jacka? - wystękałam. 

- Proszę wejść, co prawda Jacek wyszedł na chwilę, ale na pewno 
zaraz wróci.- odpowiedział. 

Ojciec Jacka wprowadził mnie do pokoju. 

- Proszę usiąść, a ja zrobię kawy - zaproponował i wyszedł. 

Rozejrzałam się po pokoju. Nic ciekawego w nim nie było. Ot tak 
jak większość mieszkań. Najchętniej bym się  stąd ulotniła, ale nie 
wiedziałam jak to zrobić. Obiecałam sobie, że obedrę ze skóry 
mojego chłopaka. Nie mogłam jednak złościć się długo, bo wrócił 
szanowny tatuś. Podał mi kawę i zaczął przeprowadzać wywiad 
środowiskowy. 

- Czy pani się uczy? - zapytał tak z głupia frant. 

- Tak, uczę się - odpowiedziałam z uśmiechem. 

- Co zamierza pani robić po szkole? - sondował mnie tatulek. 

- Zamierzam studiować - odpowiedziałam uśmiechając się jeszcze 
milej. 

- A plany matrymonialne? 

- Pewno kiedyś, ale nieprędko. 

background image

 

87

- Jacek mówił mi, że zamierzacie się pobrać - poinformował mnie w 
końcu. 

- Tu cię boli, pacanie - pomyślałam sobie, a na głos powiedziałam 
to, co przypuszczalnie chciał usłyszeć. 

- Jacek chyba tak żartował, bo tak naprawdę nigdy nie 
rozmawialiśmy o małżeństwie, a poza tym jesteśmy przecież za 
młodzi na tak poważny krok. Tatuś był usatysfakcjonowany. 
Popytał jeszcze delikatnie o stan rodzinnych finansów. Na tym polu 
też się nie zawiódł, bo puściłam wodze fantazji, przedstawiając 
swoją rodzinę jako nadzianych, do granic obrzydliwości ludzi. 

W końcu wrócił mój ,, przyszły” mąż i zostałam zwolniona ze 
spowiedzi. Wyszliśmy na długi, romantyczny spacer, na którym 
objechałam Jacka jak święty Michał diabła, za nieobecność w 
domu, a on nieszczęsny biedaczek przyznał się, że tato mu tak 
kazali. Resztę dnia spędziliśmy już miło, a późnym wieczorem 
wsiadłam w ostatni autobus i wróciłam do domu. 

    Jesień szybko zamieniła się w zimę. Czas dzieliłam między 
szkołę, spotkania z przyjaciółmi i dosyć intensywną korespondencję 
z Jackiem. Pod koniec stycznia przyszedł list, który zadecydował o 
moim zerwaniu z nim. 

- Kochany kwiatuszku, mam w domu ciężką sytuację, bo rodzina 
śmieje się ze mnie, że chciałem się żenić. Nie mówią na mnie 
inaczej jak żonkoś. W związku z tym mam propozycję. Nie piszmy 
do siebie więcej i nie utrzymujmy żadnych kontaktów, aż do lata. 
Jeśli okaże się, że nasza miłość wytrzymała tę próbę czasu, to 
znowu będziemy razem. - czytałam z coraz bardziej rosnącym 
zdziwieniem. 

- A to drań, maminsynek jeden, zachciało mu się robić próby!! - 
wrzeszczałam na głos chodząc po pokoju jak tygrys w klatce. 

- Już ja ci napiszę , aż ci pójdzie w pięty.- postanowiłam w końcu. 

background image

 

88

Zabrałam się do odpisywania na ten jakże miły liścik. Moje uczucie 
do Jacka nie było na tyle głębokie, żebym mocno przeżywała to co 
napisał, ale ucierpiała na tym moja kobieca duma. 

- Jacusiu, nasza miłość już została wystawiona na próbę i nie 
wytrzymała jej. Nie potrafiłeś wytrzymać docinków rodziny. Wolałeś 
zrezygnować z czegoś co było dla ciebie istotne. W związku z tym 
uważam ,że nasze chodzenie dobiegło końca i życzę ci, aby twoja 
następna dziewczyna nie wzbudzała w twoim domu tylu 
niezdrowych emocji co ja. - wyskrobałam i schowałam list do 
koperty. 

Jeszcze tego samego dnia list wysłałam i poczułam się wolna. 
Pomyślałam nawet o Michale, ale jakoś tak bez żalu. Ucieszyło 
mnie to, bo znaczyło  tylko jedno. Odkochałam się!!. Trochę jednak 
było mi smutno, bo polubiłam ten stan zakochania.  

     

 

                        Rozdział XXXIV 

 

 

    Czułam się coraz bardziej samotna. Nawet na dyskoteki nie 
miałam z kim chodzić, bo koleżanki prowadzały się ze swoimi 
chłopakami i co jakiś czas któraś opuszczała stan panieński, 
rzucając się w ramiona męża. 

     Siedziałyśmy kiedyś z Mańką w kawiarni, popijałyśmy leniwie 
kawę, obserwowałyśmy bez entuzjazmu miejscowych chłopaków i 
wysuwałyśmy filozoficzne wnioski. 

- Wiesz, nie ma na kim oka zawiesić - stwierdziła Mańka. 

- Same jakieś takie ochlapusy - dodałam. 

- Ja chyba nie wyjdę za mąż, bo nie ma za kogo - westchnęła moja 
koleżanka z żalem. 

background image

 

89

- Ja jeśli wyjdę, to na pewno nie będzie to chłopak z tego miasta - 
stwierdziłam stanowczo. 

- No, chyba masz rację - z ulgą przyznała Mańka.  

- No to w takim razie staropanieństwo nam nie grozi - roześmiałam 
się. 

- Żeby poznać jakiegoś fajnego chłopaka, ale nie stąd, musimy 
udać się do innego miasta, albo czekać na wakacje.- rozumowała 
logicznie Mańka. 

Mnie nie trzeba było długo namawiać. 

- Wybierzemy się w sobotę, na dyskotekę do najbliższej 
miejscowości - zaplanowałam. 

- Zgoda, trochę się rozerwiemy - zapałała entuzjazmem 
przyjaciółka. 

Do soboty były już tylko dwa dni, które spędziłyśmy pracowicie, 
poprawiając swoją  urodę i kompletując niezbędną garderobę. 
Oczywiście skompletowanie wyżej wymienionej nie obyło się bez 
pomocy koleżanek. 

      W sobotę późnym popołudniem pojawiłyśmy się przed 
budynkiem dyskoteki. Kupiłyśmy bilety i weszłyśmy na salę. 
Zdecydowałyśmy się na zabawę do białego rana, bo i tak wcześniej 
nie miałyśmy powrotnego pociągu. 

,,Dyskoteka” składała się z czterech grajków, którzy rozłożyli swój 
sprzęt na małym podwyższeniu. Po drugiej stronie sali był bufet 
obficie zaopatrzony w .....piwo. 

 - No cóż, może się rozkręci - zastanawiała się głośno Mańka. 

Z braku innych napoi kupiłyśmy sobie piwo i popijając w kąciku 
obserwowałyśmy rozwój wypadków. Orkiestra zaczęła grać i 
towarzystwo ruszyło szturmem na parkiet. My, jako nowe twarze, 
natychmiast zostałyśmy zauważone. Tancerzy miałyśmy bez liku, 
tylko, że byli jacyś tacy niewyględni. Niestety im dłużej trwała 

background image

 

90

impreza tym bardziej napici byli nasi adoratorzy. Zaczęłyśmy 
odmawiać tańca, co z kolei było bardzo źle widziane. Atmosfera 
robiła się coraz bardziej gęsta. Na szczęście dwóch bijących się 
podpitych oprychów odwróciło od nas uwagę naszych wątpliwych 
amantów i przy wtórze melodii z ,,Bonanzy” opuściłyśmy  lokal.  

- Co teraz zrobimy? - zatroskała się Mańka. 

Była godzina dwudziesta trzecia, ostatni nasz pociąg już odjechał. 
Następny dopiero o szóstej rano, a my czterdzieści kilometrów od 
domu. 

- Pójdziemy na autostop - zawołałam zadowolona ze swojego 
pomysłu. 

- W nocy? - zdziwiła się Mańka. 

- A bo to pierwszy raz? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie. 

Mańka wzruszyła ramionami. 

- To chodźmy - powiedziała. 

Stanęłyśmy na trasie wypatrując jakiegokolwiek samochodu.  

- Zobacz, nic nie jedzie - stwierdziła ponuro koleżanka. 

- Przyjedzie, zobaczysz, przecież wielu kierowców wybiera się w 
trasę na noc. - odpowiedziałam z nadzieją w głosie. 

Minęła godzina, a my zaczęłyśmy już dobrze marznąć. Nareszcie u 
wylotu drogi pojawił się wymarzony pojazd. 

- O matko, chyba zwalnia! - krzyczała podekscytowana Mańka 
machając jak pajac rękami. 

- Możemy się zabrać? - zapytałam, gdy samochód zatrzymał się 
przed nami. 

- Siadajcie, ale ja tylko dwadzieścia kilometrów. - odpowiedział 
kierowca. 

background image

 

91

Nie trzeba było powtarzać dwa razy. Za chwilę siedziałyśmy już w 
ciepłym wnętrzu szoferki. 

- To gdzie tak po nocy panienki się wybierają? - zapytał 
podejrzliwie. 

- Wracamy z dyskoteki, a pociąg miałybyśmy  dopiero rano. - 
odpowiedziała zgodnie z prawdą Mańka. 

- Ja niestety zaraz skręcam i musicie wysiąść - powiedział 
kierowca. 

- A nie podrzuciłby pan nas do domu? - zapytałam z nadzieją w 
głosie. 

- Tak, to przecież już niedaleko, prosimy! - zawtórowała mi 
przyjaciółka. 

- Nie mogę, jest już późno, a ja rano jadę w trasę - wytłumaczył się. 

Trudno, musiałyśmy  wysiąść. Znowu stałyśmy na szosie, 
opatulone po uszy, jak chochoły. Po piętnastu minutach Mańka 
pękła. 

- Już kurde mam dosyć! - wrzeszczała. 

- Zmarzłam jak durna foka! 

- A myślisz, że mnie to ciepło? - zapytałam zaczepnie. 

- Może byśmy tak szły zamiast stać? - zaproponowałam ugodowo. 

- No, może to jest najmądrzejszy pomysł - stwierdziła Mańka. 

Ruszyłyśmy poboczem drogi, w trochę lepszych humorach. 
Stawiałyśmy duże kroki, aby się rozgrzać i efekty były wyczuwalne 
po kilku minutach. Cały czas oglądałyśmy się, czy przypadkiem nie 
jedzie jakiś samochód, niestety droga była pusta. 

- Robi się całkiem ciemno, patrz księżyc się chowa - zauważyła 
Mańka. 

- Będziemy się trzymać białej linii - powiedziałam. 

background image

 

92

Szłyśmy więc dalej w całkowitych ciemnościach. Od czasu do 
czasu księżyc wyglądał zza chmur i wydawało mi się, że spogląda 
na nas ironicznie. 

- Czuję się jak idiotka - powiedziała Mańka, chyba czując na sobie 
spojrzenie księżyca. 

- Ale znalazłyśmy amantów - zakpiłam. 

- Celina była tam kilkakrotnie i  mówiła, że dyskoteki są super - 
przypomniała mi koleżanka. 

- Widocznie ona ma inne potrzeby - westchnęłam. 

Droga była nadal pusta, a my miałyśmy już sporo kilometrów w 
nogach. Odechciało nam się gadać. Marzyłyśmy tylko o ciepłym 
łóżku i spaniu. W końcu zobaczyłyśmy światła miasta. 

- Jezuniu, jak mnie bolą nogi - jęknęłam. 

Spojrzałam na zegarek. 

- Za pół godziny przyjedzie nasz pociąg. 

- Mogłyśmy przesiedzieć na dworcu - żałowała Mańka. 

- Trudno, za to jesteśmy już w domu - usiłowałam znaleźć dobre 
strony naszej pieszej wycieczki. 

Mańka popatrzyła na mnie z ukosa. 

- My zawsze potrafimy wszystko zagmatwać. 

- Widać tak nam pisano - stwierdziłam z zadowoleniem zwalając 
wszystko na przeznaczenie. 

 

                        Rozdział XXXV 

 

background image

 

93

     Celina wychodzi za mąż! Ta wiadomość rozeszła się wśród 
znajomych lotem błyskawicy. Tylko nieliczni wiedzieli, że jest w 
ciąży. Marek, jej wybranek, oświadczył  się bardzo romantycznie, 
wręczając pierścionek zaręczynowy. Już teraz skończyły się dla 
niej dyskoteki. Szykowała wyprawę ślubną, a my, jej koleżanki 
szykowałyśmy się na wesele. 

         W między czasie postanowiłam wyskoczyć do cioci do 
Goleniowa, wszak tam też miałam mnóstwo koleżanek i kolegów. 

Po przywitaniu się z rodziną, natychmiast rzuciłam się nadrabiać 
goleniowskie zaległości towarzyskie. Przyjaciółki zapełniły mi czas 
tak, żebym przypadkiem się nie nudziła, więc nie miałam czasu na 
goszczenie u cioci Jagódki i wujcia Zenka. W dniu powrotu 
oczywiście spóźniłam się na pociąg, co zostało źle odebrane przez 
rodzinę, bo groziło to spóźnieniem się na wesele Celiny. 

- Jak można być tak nieodpowiedzialnym - dziwiła się ciocia. 

- Ciociu, to koledzy nie chcieli mnie puścić - tłumaczyłam się. 

- Akurat - odpowiedziała mi na to Jagoda. 

W końcu wyjechałam jakimś kombinowanym pociągiem z tysiącem 
przesiadek , by w ostatniej chwili zdążyć na ślub. Panna młoda nie 
miała nawet czasu zapytać mnie gdzie się szlajałam, tylko spojrzała 
na mnie pytająco i czułam wymówkę w jej spojrzeniu. 

     Na weselu bawiłam się do białego rana. Tańce były u pani 
Trudy, więc miejsca nie brakowało. Na drugi dzień poprawiny i 
później już normalne życie, to znaczy Celina powoli wczuwała się w 
rolę matki, a my z Mańką dalej wiodłyśmy rolę beztroskich 
dziewcząt.  

       Nasza koleżanka Ala wyjechała na studia i mieszkała w 
akademiku, więc odwiedzałyśmy ją często z okazji różnych 
studenckich imprez i bawiłyśmy się wesoło. 

 

                       Rozdział XXXVI 

background image

 

94

 

         Przyszła wiosna , zrobiło się cieplej i mama zapędziła mnie 
do świątecznych porządków. Nie powiem, żebym robiła to z ochotą, 
ale i tak nie miałam nic do roboty, bo wszystkie koleżanki zajęte 
były tym samym. Najgorsze było ranne wstawanie, a mama budząc 
mnie, od razu wyliczała co mam tego dnia zrobić. Zwlokłam się z 
łóżka zaspana i zła jak osa poczłapałam do łazienki. 

- Napijesz się ze mną kawy? - zapytała mama przez drzwi łazienki. 

- No - odpowiedziałam nakładając na szczoteczkę pastę do zębów. 

Spod półprzymkniętych powiek usiłowałam spojrzeć w lustro, ale 
trudno mi było, więc dałam za wygraną i zaczęłam szorować zęby. 

W momencie kiedy pasta rozeszła mi się po ustach, poczułam 
obrzydliwy, gorzki smak. 

- O Jeżu, a czo to? - wrzeszczałam sepleniąc i szybko płukając 
usta. 

Wypadłam z łazienki trzymając w ręku tubkę . 

- Co się stało? - mama spojrzała na mnie zdziwiona. 

- Co to za nowy  specyfik do zębów? - zapytałam. 

Mama popatrzyła na tubkę i zaczęła zanosić się ze śmiechu. 

- Tym umyłaś zęby? - zdziwiła się. 

- A czym? - spojrzałam na nią oburzona. 

- I czego tak rżysz? - dodałam. 

- No... bo, bo - jąkała się ze śmiechu mama. 

- Daj, sama przeczytam - usiłowałam wyrwać jej tubkę. 

- Poczekaj, już ci mówię - mama ocierała łzy, a po chwili dodała: 

- To przecież jest ojca maść na hemoroidy. 

background image

 

95

- No, to pięknie - warknęłam. 

- To po cholerę trzyma ją w łazience? - dodałam ze złością. 

- Bo tam jej używa - odpowiedziała mama i po chwili podsunęła mi 
filiżankę parującej kawy. 

- Masz, to cię uspokoi. 

- Tak, tylko będziecie nabijać się ze mnie przez rok - stwierdziłam 
złowróżbnie. 

 

                       Rozdział XXXVII 

 

     Święta wielkanocne . Przyjechała moja siostra i przywiozła nam 
nowinę. Wychodzi za mąż. Ona i jej narzeczony ustalili datę na 
dziesiątego września. 

Hura! Pobawię się na weselu. - ucieszyłam się.Święta, to  
śniadanie z rodziną, a potem kombinowanie co by tu robić, aby 
całkiem nie umrzeć z nudów. W pierwszy dzień kawiarnie 
pozamykane i siłą rzeczy trzeba było siedzieć w domu. Tym razem 
zaraz po śniadaniu zadzwoniła Mańka i wybrałyśmy się na 
wycieczkę rowerową. Słońce grzało wystarczająco mocno, aby 
chcieć posiedzieć na łonie natury. Siedziałyśmy więc marząc o 
wakacjach, kąpieli w jeziorze i wielkiej miłości.  

Ewa wychodzi za mąż, będzie weselicho. - pochwaliłam się. 

Trochę się wytańczę. - dodałam. 

Z kim? Z kijem od szczotki? - zakpiła Mańka. 

Oj, coś się chyba do września znajdzie. - odpowiedziałam pełna 
optymizmu. 

 Wesele weselem, a co zrobimy z jurzejszym dniem? - zapytała. 

Może wyskoczymy na jakieś piwko? - zaproponowałam. 

background image

 

96

Stoi, to co , po śniadaniu?  

Tak , jak tylko wstaniemy od stołu zaraz do ciebie zadzwonię. 

Tak więc wróciłyśmy do domu mając nadzieję na ciekawie 
spędzony następny dzień. 

        Niestety od rana nic się nam nie udawało. Najpierw my 
mieliśmy gości i rodzice uważali, że powinnam chociaż trochę 
posiedzieć z nimi, a potem do Mańki zjechała niezapowiedziana 
rodzina ,więc Mańka wpadła do mnie dopiero po południu. 

Napijesz się kawy? - zapytałam gościnnie. 

Dobra, to zrób po filiżance, a potem pójdziemy na piwko. - zgodziła 
się  przyjaciółka. 

Poszłam do kuchni, lecz po chwili wróciłam z gradową miną. 

Kawa wyszła, chlali wszyscy i się skończyła.- wyjaśniłam. 

To nic, chodź na to piwo - powiedziała ugodowo Mańka. 

        W kawiarni, do której zawsze chodziłyśmy był tłok nie do 
opisania. Stanęłyśmy spokojnie z boku wypatrując jak sępy 
zwalniającego się stolika. 

Co jest? - zdziwiła się Mańka, nie ma nikogo znajomego? 

Nie ma, ale tam ludzie wychodzą - odpowiedziałam szybko i 
poszybowałam w stronę wolnego miejsca.     

Nasza cierpliwość została nagrodzona. Usiadłyśmy z ulgą, bo 
zaczynały boleć nas nogi. 

Co wam podać?- przy stoliku pojawiła się kelnerka. 

Piwko - z lubością powiedziała Mańka. 

Raczej dwa - sprostowałam. 

Nie ma już piwa, wszyscy chlają dziś jak najęci - powiedziała 
kelnerka ponurym głosem. 

background image

 

97

To poproszę dwie kawy - poprosiłam. 

Kiedy naburmuszona kelnerka odpłynęła na zaplecze, Mańka 
westchnęła: 

Chyba piwo nam dzisiaj nie pisane.  

Nie tylko ja zaczynam wierzyć w przeznaczenie. - westchnęłam, 
kiwając głową ze zrozumieniem. 

Po chwili piłyśmy już napój który tylko z nazwy przypominał kawę. 
Rozglądałyśmy się smętnie wokół, szukając na siłę kogoś 
znajomego. 

- Trzeba coś zorganizować, bo umrę z nudów. - jęknęła Mańka. 

- We dwie? - zdziwiłam się. 

- No to poszukajmy kogoś z naszego towarzystwa - zaproponowała 
rezolutnie koleżanka. 

- Idź i szukaj, mądralo. - zakpiłam. 

- Popatrz, przyszedł Janusz - szturchnęłam Mańkę pod bok. 

- O jejku, a co on tu robi? - zdziwiła się. 

- Przecież był w wojsku. 

- Jeśli był to już wyszedł i właśnie idzie w naszą stronę.-odrzekłam. 

Zza Janusza wyłonił się jeszcze jakiś chłopak.  

- A tego znasz? - zapytała Mańka. 

Nie zdążyłam jednak odpowiedzieć, bo już zatrzymali się obok nas. 

- Cześć, macie wolne miejsca? - zapytał Janusz. 

- Jasne, siadajcie. - powiedziała Mańka odsuwając fotel od stolika. 

Gdy już usadowili się na miejscach Janusz dokonał prezentacji. 

- To jest Krzysztof. - powiedział. 

background image

 

98

Podałyśmy mu rękę i swoje imiona. Poza tym przyjrzałam się 
obcemu z ciekawością.  

- Niczego sobie - pomyślałam, tylko po cholerę te wąsy? 

Rozmowa rozwijała się , a ja zerkałam od czasu do czasu na 
Krzysztofa i oceniałam go w myślach. 

- Włosy ciemno blond, no i oczy....., ale jakie! Duże, brązowe i z 
rzęsami, których mogła mu pozazdrościć każda dziewczyna. 

- Pociągający - podsumowałam go wreszcie i wróciłam do toczącej 
się rozmowy. 

Janusz właśnie prawił o wyjściu na jakąś imprezę. 

- Do kogo niby mamy iść? - zapytałam. 

-  No przecież mówię, że do Jarka, tłumaczę, że dostał mieszkanie i 
urządza parapetówę. - zniecierpliwił się Janusz. 

Mańka popatrzyła na mnie pytająco. 

- Dobra, tylko dopijemy kawę. - odpowiedziałam wiedząc, że moja 
przyjaciółka ma ochotę iść. 

Po chwili szliśmy ulicą w stronę nowego osiedla. Mańka i ja 
przodem, a Janusz i Krzysztof z tyłu. 

Po cichu, tak, żeby nie było słychać, wymieniałyśmy opinie o 
nowym facecie. Mańce też podobał się Krzysztof . Nagle z tyłu dał 
się słyszeć głos naszego nowego znajomego. Nadstawiłyśmy uszu. 

- Skąd wynalazłeś taka małolatę? - zapytał szeptem Janusza. 

- Coś ty, Nina? Ona ma dwadzieścia lat! - oburzył się Janusz. 

Czułam na sobie ich spojrzenia i gotowało się we mnie.  

- Słyszałaś, jak zagląda mi w metrykę? - szepnęłam ze złością. 

Mańka kiwnęła potakująco głową.  

background image

 

99

Nie powiedziałam  jednak co myślę o liczeniu mi lat, bo w tym 
momencie wchodziliśmy już do mieszkania Jarka. 

Mieszkanko, owszem przytulne, tylko widać, że gospodarz dopiero 
się urządza, bo oprócz wersalki stało tylko jedno krzesło i mały 
stolik.  

- Rozgośćcie się -  zaproponował Jarek wpuszczając nas do 
środka. 

Usiadłyśmy z Mańką na wersalce, koło nas Janusz, a obok niego 
jeszcze Jarek ze swoją dziewczyną. Krzysztof zajął wolne krzesło. 
Siedzieliśmy więc ściśnięci  jak śledzie w beczce. Nasz gospodarz 
poczuł się prawdziwym gospodarzem i po chwili na stole pojawiły 
się dwa kieliszki i pół litra wódki. 

- Przepraszam, ale nie mam więcej kieliszków. - powiedział 
uśmiechając się bezradnie.  

- Nic nie szkodzi, będziemy pić po dwoje - wybrnął z sytuacji 
Krzysztof i nalał wódki do kieliszków podsuwając je  Jarkowi i jego 
dziewczynie. Następne kolejki poszły już jak z płatka. Mańka piła z 
Januszem, a ja z Krzysztofem. Atmosfera była wesoła, wszyscy 
opowiadali jakieś dowcipy i co chwila wybuchaliśmy śmiechem. 
Niestety w pewnym momencie rozległ się dzwonek do drzwi, a 
kiedy Jarek poszedł otworzyć naszym oczom ukazały się dwie 
nadobne, podpite dziewice. Gospodarz wpuścił je, ale widać, że 
zrzedła mu mina. 

- To są moje kuzynki - przedstawił je od niechcenia. 

Korzystając z chwili zamieszania spowodowanego najściem 
kochanych kuzynek wyszłam do toalety. Wracając, natknęłam się 
na Janusza czekającego na mnie w przedpokoju. 

- Poczekaj, chcę ci coś powiedzieć - szepnął. 

- Co się stało? - spytałam również szeptem. 

- Widzisz, trzeba się pozbyć tych dziewczyn, bo nawet nie ma na 
czym siedzieć, a poza tym nie były zaproszone. - wytłumaczył mi. 

background image

 

100

- Jak to zrobić - zapytałam. 

- Po prostu, gdy wejdziesz,  usiądź na kolanach Krzysztofa.  

Spojrzał na moja zdziwioną minę i szybko dodał: 

- I tak nie ma gdzie siedzieć. 

No dobra, nie jestem dzika. - odrzekłam. 

Wróciłam do toalety i poprawiłam włosy. W pokoju zastałam 
sytuację jednoznaczną. Na kolanach Jarka  siedziała jego  
dziewczyna, Mańka przytulona do Janusza tylko puściła mi oko, 
dwie intruzki zajęły resztę miejsca na wersalce, a Krzysztof tak jak 
przedtem zajmował jedyne krzesło. Stanęłam bezradnie, bo mimo 
próśb Janusza głupio mi było tak od razu usiąść Krzysztofowi na 
kolanach. 

- Chodź tu - powiedział Krzysztof, wyciągając do mnie rękę. 

- No to ułatwił mi zadanie - pomyślałam podchodząc. 

Usiadłam cała sztywna na tych nieszczęsnych kolanach, ale mój 
amant nie pozwolił mi na bezczynne siedzenie. Zaczęliśmy się 
całować. Rozejrzałam się kątem oka. Wszyscy, oprócz dwóch 
samotnych dziewczyn całowali się zawzięcie.  

- Ja już bym dawno wyszła  po takiej scence - szepnęłam do 
Krzysztofa. 

Nie odpowiedział niestety, zamykając mi usta pocałunkiem. 

- Niech tam, całuje się bosko. - pomyślałam i już nie miałam ochoty 
na żadne dyskusje. 

Niestety tym razem on przerwał nam tę słodką ciszę. 

- Chodź do drugiego pokoju, tam jest łóżko. - szepnął czule całując 
mnie w ucho. 

W mojej głowie zapłonęła ostrzegawcza lampka. 

- O nie mój panie - pomyślałam. 

background image

 

101

Głośno jednak odpowiedziałam: 

- Muszę już iść do domu. 

Wstałam z kolan Krzysztofa, sięgnęłam po torebkę i ruszyłam do 
wyjścia. Zerknęłam na Mańkę, licząc po cichu, że wyjdzie ze mną, 
ale moja koleżanka właśnie zmierzała z Januszem do drugiego 
pokoju. 

- Odprowadzę cię - zerwał się Krzysztof. 

- Fajnie to chodźmy - powiedziałam ucieszona tym, że nie będę 
musiała drałować sama po ciemku. 

Po drodze rozmawialiśmy ze sobą jak para starych znajomych. 
Dowiedziałam się, że właśnie przeprowadził się z mamą z Legnicy. 
Niestety jutro wyjeżdża i wróci na stałe dopiero za miesiąc. 
Przechodziliśmy właśnie obok nowego neonu. Przyjrzałam się temu 
cudowi techniki odwracając głowę w kierunku Krzysztofa. 

- Chcesz, żebym cię pocałował? - zapytał, zaglądając mi w oczy. 

- Ależ skąd ci to przyszło do głowy? - zdziwiłam się, ciesząc się 
jednocześnie, że po ciemku nie widać moich rumieńców. 

- No przecież prowokująco odwróciłaś głowę. - roześmiał się . 

- Zarozumiały gnojek - pomyślałam, ale nie odepchnęłam go, gdy 
zaczął mnie znowu całować. 

Przed moim domem spędziliśmy jeszcze godzinę rozmawiając, a 
kiedy zebrałam się już do wyjścia Krzysztof zapytał; 

- Dasz mi swój adres? 

- A lubisz pisać listy? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie. 

No... nie, ale się postaram - roześmiał się. 

 

 

background image

 

102

                 ROZDZIAŁ XXXVIII 

 

 

           Krzysztof wyjechał, a ja najpierw opowiedziałam o nim 
mamie, a potem koleżankom. To, że mi się podobał nie stanowiło 
żadnej przeszkody w bieganiu po dyskotekach i bawieniu się tak 
jak dawniej, tylko częściej zaglądałam do skrzynki na listy. 

       Na placu boju zostałyśmy jedynie my z Mańką. Celina 
kupowała ubranka dla dzidziusia, Jolka szykowała się do szkoły 
cyrkowej, a Wanda, stara mężatka, chodziła w ciąży z drugim 
dzieckiem. 

Ten twój Krzysztof chociaż napisał ? -  pytała codziennie Mańka. 

Jeszcze nie - odpowiadałam coraz bardziej zawiedziona. 

No to nie napisze - pocieszała mnie kochana koleżanka. Starałam 
się więc pomijać temat Krzysztofa milczeniem. Nie liczyłam co 
prawda na list, ale po cichu miałam nadzieję, że w końcu napisze. 

Zróbmy coś ciekawego, bo się zanudzę - marudziłam byle nie 
rozmawiać o nim. 

Autostop? Do Gdańska? - zaproponowała Mańka po namyśle. 

Po ciuchy! - zawołałam entuzjastycznie. 

Po ciuchy?, a skąd forsa? - ponuro zapytała Mańka. 

Nie martw się coś się tam od starych wyciągnie - pocieszyłam ją.  

Za podróż przecież nie płacisz. 

Umówiłyśmy się na drugi dzień rano. Jakimś cudem udało się nam 
wyciągnąć od starych trochę kasy, bo przecież na bilet też 
potrzebowałyśmy. Nikt nie wtajemniczał ich, że jedziemy 
autostopem, bo i po co?  

background image

 

103

Podróż minęła nam wyjątkowo szybko i już o godzinie dziesiątej 
byłyśmy na miejscu. 

Trochę przygazował -  komentowała Mańka naszą podróż, gdy już 
wysiadłyśmy. 

Mamy za to cały, długi dzień dla siebie - pocieszałam. 

Wozik był super, takim mogłabym jeździć zawsze - ekscytowała się 
moja koleżanka. 

Usiadłyśmy na ławeczce, aby omówić plan działania. 

Najpierw sklepy, czy jakaś kawka? - zapytałam. 

Kawka i jeszcze na dodatek pączuś - zadysponowała. 

No tak, później mogłybyśmy nie mieć pieniędzy nawet na wodę 
mineralną. - stwierdziłam po przemyśleniu. 

Pospacerowałyśmy chwilę podziwiając gdańską starówkę, a przy 
okazji rozglądając się za jakąś przytulną kawiarenką. Trafiłyśmy w 
końcu na kawiarnię.  

Wspaniale wyglądające pączki i ciastka utwierdziły mnie w 
przekonaniu, że to tu zakotwiczymy. - uroczyście stwierdziła 
Mańka, a pani zza lady uśmiechnęła się do nas miło. 

Nie licz na darmowe ciastko, lizusie - szepnęłam jej do ucha. 

Kawa była gorąca i mocna, a pączki naprawdę świeże, co u nas po 
prostu się nie zdarzało. Niestety mimo uprzejmości z naszej strony 
nic darmowego się nam nie trafiło. Szkoda. Ruszyłyśmy w miasto. 
Żeby znaleźć jakiś atrakcyjny ciuch trzeba było się nieźle 
nachodzić. Mimo szczerych chęci nie kupiłyśmy szałowych kreacji, 
a tylko takie sobie bluzeczki. Zniechęcone usiadłyśmy na skwerku. 

Wracałabym już, bo mnie bolą nogi. - wystękała Mańka. 

Mamy jeszcze dużo czasu, wiesz przecież jak szybko 
przyjechałyśmy do Gdańska. - odpowiedziałam. 

background image

 

104

To wracajmy drogą okrężną! - wpadła na genialny pomysł . 

No to którędy? - zapytałam. 

Przez Malbork - zaproponowała. 

Ruszyłyśmy na trasę i już po chwili siedziałyśmy w wygodnej 
szoferce. Samochód dowiózł nas do Malborka, a stamtąd 
postanowiłyśmy kierować się na Iławę. Nie przewidziałyśmy tylko 
jednej rzeczy. Droga ta nie była główna, więc i ruch na niej 
mniejszy. Byłyśmy już spory kawałek  za miastem. Powrót nie miał 
sensu, ale tkwiłyśmy przy drodze jak strachy na wróble, trochę złe 
na siebie, ze dałyśmy się tak wmanewrować. Czas mijał 
nieubłaganie, a my tak na dobrą sprawę nie wiedziałyśmy nawet w 
jakim jesteśmy województwie. Nie uśmiechała się nam 
perspektywa nocowania gdzieś w kopie siana. Zaczęłyśmy być 
głodne i coraz bardziej złe. Zawsze nam się udawało i prędzej czy 
później przejeżdżający samochód się zatrzymał. Tak też było i tym 
razem. Miły pan kierowca jechał do jakiejś wsi za Iławę, a to już 
było coś. Następne dwie godziny sterczałyśmy za tą wsią czekając 
na boskie zmiłowanie. Nadeszło!! Do  domu dowlokłyśmy się 
bardzo późnym wieczorem. Tam zdenerwowani rodzice zrobili mi 
porządną awanturę, którą ich grzeczna, acz bardzo zmęczona 
córka skwitowała jednym zdaniem: 

Przecież nie umawialismy się na konkretną godzinę. 

Nazajutrz rano mama zajrzała do mojego pokoju wymachując białą 
kopetrą. 

Wstawaj, to dostaniesz list. Chyba od tego Krzysztofa, o którym mi 
opowiadałaś. - powiedziała, ściągając ze mnie kołdrę. 

List? - zainteresowałam się, ale przypomniały mi się sztuczki 
kochanej mamusi i dodałam: 

Pewnie to znowu jakiś rachunek za prąd. 

Nie musisz tego czytać, ja przeczytam go za ciebie. - mówiąc to 
mama udała, że rozrywa kopertę. 

background image

 

105

Co prawda znałam już te jej numery, ale zawsze mógłby być ten 
pierwszy raz, kiedy rzeczywiście przeczyta moją korespondencję. 
Wyskoczyłam więc z łóżka i chwyciłam kopertę. Przeczytałam 
swoje imię. 

Do mnie! Od Krzysztofa! - zawołałam radośnie. 

To już się zdążyłaś zakochać? - mama powątpiewająco pokiwała 
głową. 

Zakochać? Nie, ale cieszę się z listu, to chyba normalne, nie? - 
odpowiedziałam. 

To tak ze wszystkich listów się cieszysz, czy tylko od płci 
przeciwnej? - zapytała. 

Ze wszystkich! - zaakcentowałam dobitnie. 

No, no, ale z ciebie kochliwa istota -  westchnęła mama wychodzac 
do kuchni. 

Rozerwałam kopertę i zaczęłam czytać list. Był zwięzły. Opowiadał 
o przygotowaniach Krzysztofa do przeprowadzki i o niczym 
szczególnym. O miłości i o tęsknocie ani słowa. Co prawda nie 
spodziewałam się tego, ale miło było by coś takiego przeczytać. 
Jednak bardzo się z tego listu cieszyłam, bo i chłopak mi się 
podobał. Oczywiście odpisałam natychmiast. Nie omieszkałam też 
telefonicznie poinformować Mańki. 

Napisał. - powiedziałam jedno słowo, gdy odebrała telefon. 

Od tej pory zaczęła się burzliwa korespondencja między mną , a 
Krzysztofem. Burzliwa, to znaczy częsta, bo o żadnych wzniosłych 
słowach nie było mowy.  

Z niecierpliwością czekałam na jego przyjazd.W międzyczasie maj 
zazielenił drzewa, zrobiło się bardzo ciepło, a ptaki uwijały się jak w 
ukropie, karmiąc swoje pisklęta. 

Pora w sam raz na miłość - myślałam wystawiając twarz do słońca. 

 

background image

 

106

                 

 

 

 

                           Rozdział XXXIX 

 

        Moja koleżanka Alka, zaprosiła mnie na  studenckie 
Juwenalia. Odbywały się one w pobliskim mieście wojewódzkim, a 
nocleg Ala zapewniała w swoim akademiku. Oczywiście 
pojechałam tam , bo szykowała się świetna zabawa. Jak zwykle 
wybrała się ze mną Mańka. Nie mogłam co prawda bawić się tam 
przez wszystkie dni, bo obiecałam Jolce, że pójdę z nią do cyrku. 
Szykowała sie przecież do szkoły cyrkowej i musiała koniecznie 
pójść, aby popatrzeć na akrobatów. Na razie jednak siedziałam w 
akademiku i szykowałam sie na bóstwo. Wieczorem zapowiadała 
się szałowa dyskoteka w jednym ze studenckich klubów. Zanim to 
nastąpiło poznałam kilka fajnych osób, z którymi po południu 
urwałam się na piwo.  

      Dyskoteka była świetna i to nie jedna, a kilka. Wszystkie kluby 
studenckie organizowały ubaw, więc trzeba było zaliczyć to co się 
da. Do białego rana dało się chyba wszystko, ale na sen właściwie 
zabrakło już czasu. Wyjeżdżałam rano autostopem do domu, będąc 
na pół przytomna. Na trasie nie czekałam długo. Zatrzymał się 
samochód osobowy, więc usiadłam na tylnym siedzeniu podałam 
nazwę miasta i natychmiast zasnęłam. Niestety i tym razem nie 
obyło się bez przygód, bo arcydowcipny pan kierowca zrobił mi 
kawał i obudził mnie dopiero w następnej wsi za miasteczkiem. 

Nie chciałem pani budzić, tak słodko pani spała. - powiedział 
śmiejąc się bezczelnie.  

Posłałam mu nienawistne spojrzenie i wysiadłam trzaskając 
drzwiami. Ze złości nie powiedzialam nawet dziękuję. W domu 

background image

 

107

byłam koło południa. Od progu oznajmiłam rodzicom, że nie ma 
mnie dla nikogo i wskoczyłam do łóżka. 

Nie pospałam długo, bo tata obudził mnie na obiad. W niedzielę 
gotował i lubił mieć wszystkich przy stole. Wszystkich obecnych, bo 
Ewa nadal studiowała we Wrocławiu. Przy drugim daniu mama 
powiedziała: 

Dzwonił Krzysztof. 

Jak to dzwonił, z Legnicy? - zdziwiłam się aż mi widelec wypadł z 
ręki. 

Nie, już przyjechał. - odpowiedziała spokojnie krojąc kotleta. 

I ty mi to dopiero teraz mówisz? - popatrzyłam na mamę z 
wyrzutem. 

Przecież spałaś. - odpowiedziała popijając kompot. 

No to trzeba było mnie po prostu obudzić. -  wyjaśniłam coraz 
bardziej zła za ich ignorancję. 

Cha, cha cha, obudzić! - ojciec z uciechy aż się popłakał. 

Przecież ciebie nawet armaty nie obudzą. - dodał po chwili. 

Na obiad jednak wstałam. - odparłam. 

Bo już się wyspałaś i byłaś głodna. - stwierdziła mama. 

No to ja wychodzę. - powiedziałam wstając od stołu. 

Będziesz go szukać? - tatę najwyraźniej bawiła ta sytuacja, bo 
podsmiewywał się cały czas.  

Nie muszę. - odpowiedziałam z godnością. 

Pierwsze kroki skierowałam do Jolki, która już szykowała się do 
cyrku. 

Nina, po przedstawieniu jesteśmy zaproszone do cyrkowego wozu . 
- wołała gdy tylko weszłam. 

background image

 

108

O`k. - powiedziałam bez entuzjazmu. 

Co, nie cieszysz się? - popatrzyła na mnie ze zdziwieniem. 

Krzysztof przyjechał - odpowiedziałam. 

Chyba nie powiesz mi, że nie idziesz? - Jolka popatrzyła na mnie z 
nieukrywaną złością. 

Idę, idę - powiedziałam, choć w myślach już widziałam się na 
romantycznym spacerze. 

Przed pójściem do cyrku zajrzałyśmy do kawiarni, gdzie miałam 
nadzieję znaleźć Krzysztofa. Niestety nie było go. 

Trudno, idę do tego cholernego cyrku - pomyślałam. 

Po występie Jolka opowiadała z entuzjazmem o swoich 
wrażeniach. 

Widziałaś tych woltyżerów? Cudowny pokaz! Ja chyba też się 
zdecyduję na woltyżerkę. Albo akrobaci. Tam na trapezie wysoko 
to na pewno jest niebezpiecznie. Może to będę robiła w cyrku? 

Która godzina? - przerwałam jej wywód brutalnie. 

No, co ty, nie słuchasz mnie? - zapytała. 

Słucham, ale jest jeszcze sporo czasu przed wizytą u tych 
cyrkowców, to może zajrzałybyśmy do kawiarni? - zaproponowałam 
niepewnie. 

Jolka zgodziła się, lecz niechętnie. Liczyła się z możliwością 
puszczenia w tak zwaną trąbę, gdybym ewentualnie spotkała się z 
Krzysztofem. Cóż, nasza przyjaźń została nastawiona  na próbę.      

       W kawiarni pierwszą osobą , którą zobaczyłam był Krzysztof. 
Siedział przy stoliku z Januszem. Serce podskoczyło mi do gardła. 

Jeżeli uda, że mnie nie zna? - spojrzałam na Jolkę z obawą. 

Coś ty, już na ciebie patrzy - powiedziała szturchając mnie w bok. 

background image

 

109

Krzysztof podniósł się od stolika i zmierzał w naszym kierunku. 

Pamiętaj, idziesz ze mną - syknęła koleżanka. 

Kiwnęłam tylko głową, bo właśnie stanął przede mną mój uroczy 
chłopak. 

- Poznajcie się, to jest Jolka. - przedstawiłam ich sobie i spojrzałam 
na Krzysztofa. 

O boże, ale oczy. - pomyślałam, przełykając ślinę. 

Cześć, usiądziecie z nami? - zapytał. 

Chętnie. - odpowiedziałam. 

Tylko na chwilę, bo zaraz wychodzimy. - powiedziała Jolka mrożąc 
mnie wzrokiem. 

Wychodzicie? - w głosie Krzysztofa słychać było rozczarowanie. 

Nagle wpadłam na diabelski pomysł. 

Moja koleżanka została zaproszona do cyrkowego wozu. Idę z nią, 
żeby dotrzymać jej towarzystwa,a może i ty poszedłbyś z nami? - 
zaproponowałam nie patrząc na Jolkę. 

Na długo tam idziecie? - zapytał. 

Nie, na trochę. - powiedziałam szybko. 

Kątem oka zobaczyłam jak Jolka zielenieje ze złości. Udałam 
jednak, że tego nie zauważam. 

Dobrze, pójdę z wami. - powiedział Krzysztof po krótkim namyśle. 

Tym razem opuszczonym kumplem poczuł się Janusz, ale wóz 
cyrkowy nie jest przecież z gumy. 

Przed wejściem na plac cyrkowy czekał na nas znajomy Jolki - 
akrobata. 

background image

 

110

No, już myślałem, że nie przyjdziecie - powiedział wpuszczając nas 
do środka. 

Za bardzo mnie to wszystko ciekawi, żebym miała nie przyjść. - 
odpowiedziała Jolka pakując się do wozu. 

Tam siedziało już sporo osób z branży cyrkowej. 

Kiedy ona zdążyła ich wszystkich poznać? - zdziwiłam się w duchu. 

 Rozsiedliśmy się wygodnie, a nasza przyszła cyrkówka zabrała się 
do wypytywania o egzaminy, szkołę, pracę i tym podobne bzdury, 
które mnie  wogóle nie interesowały. Owszem, rozgladałam się z 
ciekawością po wozie , bo była to dla mnie w pewnym sensie 
egzotyka. Od czasu do czasu wtrącałam się do rozmowy chcąc w 
oczach Krzysztofa wyglądać na inteligentną  osobę. Chyba jednak 
nie za bardzo mi to wychodziło, bo po postawieniu,, inteligentnego” 
pytania jakoś tak wybuchali śmiechem, a moim zdaniem nie  
mówiłam nic  śmiesznego. Zauważyłam, że Jolka zaaklimatyzowała 
się na dobre i nie jestem już jej do niczego potrzebna. Był to dobry 
moment, aby się pożegnać. 

My chyba już pójdziemy. - powiedziałam, spoglądając na 
Krzysztofa. 

No to cześć - wyrzuciła z siebie Jolka wracając do przerwanej 
rozmowy. 

Gospodarz odprowadził nas do drzwi i wyszliśmy. Był już późny 
wieczór, ale do domu nie chciało mi się wracać. 

Przejdziemy się jeszcze? - zapytał Krzysztof. 

Kiwnęłam głową i skierowaliśmy się w stronę parku. 

Widzę, że nie czekałaś na mnie. - powiedział, gdy usiedliśmy na 
ławce. 

Nie podałeś daty przyjazdu. - odpowiedziałam. 

background image

 

111

Rozmowa się nie kleiła. Coś tam usiłowałam bąknąć o pogodzie, 
ale wyszło to banalnie, więc się zamknęłam. Siedzieliśmy w 
milczeniu. Krzysztof objął mnie ramieniem i zapytał: 

Nie zimno ci? 

Nie, nie zimno. - odpowiedziałam. 

Znowu zapadła cisza. Ta cisza przeszkadzała zarówno mnie jak i 
jemu, bo w końcu przygarnął mnie do siebie i zaczął całować. 

Chyba to nam najlepiej wychodzi. - pomyślałam zarzucając mu 
ręce na szyję. 

O zakochana para. - usłyszeliśmy nagle jakiś chichoczący głos. 

Ze wstydem odskoczyłam od Krzysztofa i popatrzyłam na intruzów. 
Oddalało się od nas dwóch pijaczków, zataczając się, że aż miło.  
Zdałam sobie sprawę, że jest już bardzo późno, skoro knajpiani 
goście wracają  do domu. 

Muszę już iść. - powiedziałam podnosząc się z ławki. 

Odprowadzę cię. - zaproponował Krzysztof. 

Skinęłam głową i poszliśmy. Przed domem spędziliśmy jeszce pół 
godziny sprawdzając, czy naprawdę umiemy się całować. 
Umieliśmy. 

Spotkamy się jutro? - spytał, kiedy już pożegnaliśmy się naprawdę. 

Dobrze. - zgodziłam się łaskawie. 

Po ustaleniu gdzie i kiedy pobiegłam na górę. 

Trochę nie za późno, moja panno? - zapytał tata otwierając mi 
drzwi, bo jak zwykle zapomniałam swoich kluczy. 

Sorry. - odrzekłam i zniknęłam w swoim pokoju. 

Leżąc już w łóżku wspominałam te namiętne pocałunki i 
wyobrażałam sobie nasze przyszłe rozmowy, spacery i czułe 
słówka, jakimi zostanę obsypana. 

background image

 

112

Chyba się zakochuję. - westchnęłam zasypiając. 

 

                            

 

          

                            Rozdział XL 

 

       Zbliżały się wakacje. Robiło się coraz bardziej gorąco, a w 
moim sercu na dobre zagościła miłość. Zaniedbałam trochę 
koleżanki, bo codziennie spotykałam się z moim ukochanym, ale 
one też albo zakochane, albo zajęte tak jak Jolka, która ćwiczyła 
pilnie do egzaminów. Pewnego razu postanowiliśmy wybrać się na 
dancing. Akurat byłam przy forsie, więc ten zawsze palący problem 
tym razem nie istniał. Namówiłam też na pójście Jolkę i Janusza. 
Umówiliśmy się wszyscy w parku niedaleko naszego domu. Jakie 
było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam Krzysztofa. Był bardzo 
elegancki. Miał na sobie garnitur i krawat. Nikt z moich znajomych 
by się tak nie wystroił na żadną okazję. Chyba, że na wesele, albo 
na pogrzeb. Bylam dumna, że mam takiego eleganckiego partnera. 

Na dancingu bawiłam się świetnie, a później urwaliśmy się 
naszemu towarzystwu  i poszliśmy na długi spacer. Tym razem 
mieliśmy już o czym rozmawiać. Po prostu opowiadaliśmy sobie o 
nas samych. Nie były to co prawda romantyczne słowa, na które 
czekałam, ale na wszystko przyjdzie kolej. 

Wracając zatrzymaliśmy się na mostku. Krzysztof objął mnie i 
pocałował. 

Pragnę cię. - wyszeptał mi do ucha. 

Przyjdź jutro do mnie o dziesiątej. - gładko zmieniłam temat. 

Trochę krępuję się twoich rodziców. - odpowiedział. 

background image

 

113

Nikogo nie będzie w domu. - wyjaśniłam. 

Leżąc już w łóżku rozpamiętywałam słowa Krzysztofa. 

Pragnę cię! - och, jak to pięknie brzmi. - zachwycała się moja 
romantyczna dusza. 

Nagle zrobiło mi sie gorąco i usiadłam na łóżku. 

O boże! Przecież ja mu złożyłam propozycję! 

Przyjdź do mnie o dziesiątej! Pięknie! - myślałam gorączkowo. 

Przecież on pomyśli, że jestem jakaś łatwa. - panikowałam. 

Będzie być może chciał dostać, to co według niego mu obiecałam. 
Wybij sobie to z głowy mój panie, nie tak szybko. - pomyślałam i 
uspokojona zasnęłam. 

Rano pobiegłam do Jolki i poprosiłam ją, aby po dziesiątej przyszła 
do mnie choć na chwilę. Następnie poszłam do Celiny i 
zaproponowałam jej, by przyszła obejrzeć Krzysztofa, bo go 
przecież nie znała. W ten sposób załatwiłam sobie ochronę , na 
wypadek, gdyby pan K. myślał o czymś więcej niż o pocałunkach. 
Nie znałam go przecież zbyt dobrze, a była to pierwsza randka u 
mnie w domu. Tak więc po dziesiątej, gdy Krzysztof rozsiadł się już 
wygodnie zaczął się przemarsz wojsk. Jolka wpadała regularnie co 
dziesięć minut, a Celina, która gotowała obiad, zaglądała między 
mieszaniem zupy, a przygotowywaniem surówki. Nawet nie 
zdążyliśmy się porządnie pocałować. 

U ciebie zawsze taki tłok? - zapytał z niesmakiem Krzysztof. 

Nie, to tak jakoś dzisiaj. - wytłumaczyłam nieznacznie się 
rumieniąc. 

Może zamknęłabyś drzwi?  

Przecież i tak wiedzą,że jesteśmy. - odparłam. 

To może chodźmy na spacer, bo nawet nie mogę pobyć z tobą. - 
powiedział  Krzysztof. 

background image

 

114

Przecież jesteś ze mną . - zdziwiłam się. 

Chcę być tylko z tobą. - powiedział przytulając  mnie do siebie. 

Oj! Bardzo mi się to spodobało. Czułam, że zakochuję się coraz 
bardziej. 

         W czerwcu zaczęła sie fala upałów, więc najczęściej   
spotykaliśmy się na plaży. Opalaliśmy się , kapaliśmy i kradliśmy 
po kryjomu drobne pocałunki.  

Czy przyjdziesz dzisiaj do mnie? - zapytał Krzysztof leniwie 
przeciągając się na kocu. 

Nie. - odpowiedziałam stanowczo. 

Ale dlaczego jesteś taka uparta? - popatrzył na mnie zdziwiony. 

Mam mu powiedzieć, że się wstydzę jego mamy, że jestem dzika? - 
myślałam. 

Nikogo nie będzie. Obiecuję, że wypijemy tylko herbatę i pójdziemy 
na długi spacer. - Krzysztof jakby zgadł moje myśli. 

Dobrze, ale tylko na herbatę. - zgodziłam się. 

Po południu spotkaliśmy się koło jego domu i poszliśmy na górę. W 
pokoju usiadłam przy stole i zaczęłam rozglądać się ciekawie. W 
tym czasie Krzysztof wniósł tacę z herbatą. 

Dlaczego nie mówisz do mnie Krzysiu? - zapytał. 

Nie wiem, może Krzysztof brzmi poważniej. - odpowiedziałam. 

Wolałbym czulej, niż poważniej. - powiedział biorąc mnie za rękę. 

Jeśli tak wolisz, to nie ma sprawy. - uśmiechnęłam się do niego. 

Chodź do mnie. - Krzysztof pociągnął mnie w swoim kierunku. 

Usiadłam mu na kolanach. Przytulił mnie mocno i zapytał; 

Czy ty mnie choć trochę lubisz? 

background image

 

115

Kocham cię. - szepnęłam. 

Krzysztof przytulił mnie jeszcze mocniej i zaczął całować. 

Zaraz, zaraz, a gdzie jego ,, Kocham cię”? - myślałam gorączkowo. 

To ja idiotka zapewniam go o swojej miłości, a on nic? 

Chodźmy już na ten spacer. -  powiedziałam dosyć oschłym tonem. 

Rozmowa jakoś się nie kleiła. Szliśmy głównymi alejkami, 
trzymając się za ręce. Chciałam zapytać go o jego uczucia do 
mnie, ale nie w centrum parku. 

Chodźmy gdzieś w boczną alejkę. - zaproponowałam. 

Tutaj też jest miło. - odpowiedział rozglądzjąc się wokoło. 

 W pewnym momencie zobaczyłam dwie kobiety, które przyglądają 
się nam z uwagą. Mało tego. Miałam wrażenie, że idą za nami już 
przez dłuższą chwilę. Spojrzałam na Krzysztofa. Minę miał dosyć 
niewyraźną. Panie w końcu wyprzedziły nas, a Krzysztof im się 
ukłonił. 

Co to za baby? - zapytałam. 

To moja mama i siostra.  

To co, śledzą nas? - zapytałam z ironią. 

Chciały cię po prostu zobaczyć, a do domu zaprosić się nie dałaś. - 
Krzysztof się wcale nie speszył. 

Czy wszystkie twoje koleżanki tak oglądają? - zakpiłam, 
podkreślając słowo koleżanki. 

Nie, tylko te szczególne. - roześmiał się widzac moją 
naburmuszoną minę. 

Przecież mnie nie kochasz! - wypaliłam. 

Zatrzymał się i wziął mnie za ręce i spojrzał na mnie z powagą. 

background image

 

116

Posłuchaj. Mogłem powiedzieć ci, że cię kocham, ale tak nie jest. 
Nie lubię kłamać. Jeśli się w tobie zakocham, to natychmiast ci o 
tym powiem. 

Nie odezwałam się. Byłam wściekła.  

To ja, zakochana idiotka, przy pierwszej nadarzajacej się okazji 
wyznałam mu miłość, a on nie dość, że mnie nie kocha, to jeszcze 
pokazuje jak małpę. 

Wyszliśmy z parku i poszliśmy nad jezioro. Krzysztof objął mnie 
ramieniem, pocałował delikatnie w ucho i wyszeptał: 

Pragnę cię. 

To sobie pragnij! Niedoczekanie twoje! - pomyślałam ze złością, a 
głośno odpowiedziałam: 

Muszę już iść do domu, bo obiecałam pomóc mamie przy 
sprzątaniu. 

Krzysztof nie oponował. Odprowadził mnie do domu, a ja bez słowa 
pobiegłam na górę, nawet nie umawiając sie z nim jak zwykle. 
Słyszałam jak jeszcze za mną wołał, ale nie reagowałam. Rzuciłam 
się na łóżko i całą złość i żal wylałam z siebie, płacząc jak bóbr. 

Pewnie zakochałby się we mnie, gdyby jego ,,pragnę cię”, było 
zaspokojone. Wszyscy mężczyźni są tacy sami. Myślą tylko o 
jednym. Świnie.  

Przecież go kocham, więc może..., nie, bo potem porzuci mnie jak 
starą szmatę. - biłam się z myślami. 

    Nie spotykałam się z Krzysztofem i tęskniłam za nim jak diabli. 

Po trzech dniach wpadłam na niego na ulicy. 

No, nareszcie. Gdzie ty się podziewasz? Dzwonię do domu nikt nie 
odpowiada, szukam w kawiarni - nie ma. - zawołał zadowolony 
Krzysztof. 

background image

 

117

Widocznie się mijaliśmy. - odpowiedziałam także zadowolona ze 
spotkania. 

Już cię teraz nie puszczę, chodź na kawę. 

Zgodziłam się bez wahania. Oczywiście w kawiarni zrobił się 
bardzo dociekliwy. 

Co się stało, że tak wtedy pobiegłaś nawet się nie oglądając? - 
zapytał. 

 - Ciekawe , udaje głupka, czy rzeczywiście nie domyśla się. - 
pomyślałam. 

Postanowiłam nie mówić mu prawdy. Skoro nie wie, to będę 
udawać, że wcale mnie to nie obeszło. 

Głośno odpowiedzialam: 

Spieszyłam się, bo byłam już i tak spóźniona. Mama była zła. 

Krzysztof przyjął to do wiadomości i do tematu nie wracaliśmy 
więcej. 

       Osiemnastego czerwca obchodziłam swoje dwudzieste 
urodziny. Chciałam je spędzić jak najlepiej, ale nie miałam ani 
pomysłu, ani pieniędzy. Co prawda umówiłam się z Krzysztofem 
pod wieczór, ale tym razem spacer po parku nie był kuszącą 
propozycją, bo padało. Siedziałam więc w domu i kombinowałam, 
co by tu zrobić? Włączyłam muzykę i z nudów zaczęłam 
przeglądać moją marną garderobę. 

W co ja się ubiorę? - martwiłam się przerzucając bluzki i spódnice.  

Nina! Czy ty nie słyszysz? - mama wpadła do pokoju otwierając z 
impetem drzwi. 

Czego się drzesz! - powiedziałam uprzejmie. 

Telefon do ciebie. 

Dzwoniła Baśka. 

background image

 

118

Nie wpadłabyś dzisiaj do nas? Ja i Marek urządzamy małą 
imprezkę. Będziemy tylko my, no i oczywiście weź obowiązkowo 
ten swój nowy nabytek. 

Z nieba mi spadłaś, bo naprawdę nie mamy się gdzie dzisiaj 
podziać. - ucieszyłam się. 

No to o osiemnastej u nas. - zakończyła rozmowę. 

Z moim nowym nabytkiem umówiłam się o dziewiętnastej. Telefonu 
nie miał. Zaistniał więc problem jak go powiadomić? Pójść do niego 
nie chciałam, bo siostra, która przebywała u niego tymczasowo i 
mama były  wystarczająco ciekawskie. Nie miałam ochoty być 
znowu mierzona od stóp do głów. Postanowiłam posłużyć się 
starymi sposobami. To znaczy Mirkiem pani Trudy. Niestety ten 
sposób zawiódł, bo Mirka po prostu  nie było w domu. 

Raz kozie śmierć, idę sama. - pomyślałam. 

Nie było to jednak takie proste, bo przed drzwiami Krzysztofa po 
prostu zabrakło mi odwagi. Stałam więc z ręką przygotowaną do 
pukania i nie mogłam się zdecydować. Nagle drzwi się otworzyły i 
stanęłam oko, w oko z jego mamą. 

Przepraszam bbarzo, czy Krzysztof jest w domu? - zapytałam 
jąkajac się. 

Proszę, niech pani wejdzie. - mama Krzysztofa szerzej otworzyła 
drzwi. 

Ja chciałam go tylko poprosić na chwilę. - tłumaczyłam się jak 
pensjonarka. 

Krzyś śpi, proszę wejść do niego i go obudzić. - namawiała mnie 
jego mama, lekko popychając do przodu. 

O boże, ale obciach. - myślałam idąc do jego pokoju. 

Mama dyskretnie się ulotniła. Krzyś spał z wypiekami na twarzy i  
mimo tych wstrętnych wąsów wyglądał naprawdę słodko. 

Krzysiu. - powiedziałam cicho, potrząsając go za ramię. 

background image

 

119

Mój nowy nabytek przeciągnął się, otworzył oczy i spojrzał na mnie 
ze zdziwieniem. 

Ty tutaj? Jak miło. 

Chciałam tylko... 

Chodź do mnie kotku. - mówiąc to, pociągnął mnie za rękę prosto 
na łóżko i zatkał mi usta pocałunkiem. Był taki cieplutki, prosto ze 
snu, ale przecież w każdej chwili mogła wejść jego mama. 

Przestań, ktoś idzie. - przestraszyłam się. 

Nikt tu nie wejdzie. - powiedział usiłując jedną ręką  rozpiąć mi 
bluzkę, a drugą głaskał mnie po nodze. 

Daj spokój. - stanowczo zdjęłam jego rękę z mojego uda, mimo, że 
było to całkiem miłe uczucie. 

Podniosłam się i poprawiłam włosy. 

Idziemy na imprezę do mojej koleżanki na osiemnastą. Pośpiesz 
się więc, bo już jest za piętnaście. 

      Baśka i Marek byli od niedawna małżeństwem i mieszkali bez 
rodziców, co było luksusem. Mieli mały pokoik i kuchenkę, ale 
swoje. Spóźniliśmy się trochę do nich, lecz gospodarze byli 
wyrozumiali. 

Za chwilę zamknąłbym drzwi i nie wpuścił spóźnialskich. - 
powiedział Marek sadzając nas za stołem. 

Mamy coś na przeprosiny. - Krzysztof wystawił na stół butelkę, 
którą zakupiliśmy po drodze. 

No i jest to też urodzinowa, bo Nina ma dzisiaj urodziny. - dodał. 

Baśka i Marek zaczęli składać mi życzenia i oczywiście mieli 
pretensje, że nic nie powiedziałam. 

Czym się tu chwalić, że się starzeję? - roześmiałam się. 

background image

 

120

Impreza przebiegała w miłej atmosferze i byłoby tak do końca, 
gdyby... 

O, ktoś puka. - Marek ze zdziwieniem spojrzał na drzwi. 

Zapraszaliście jeszcze kogoś? - zapytałam. 

Nie, tylko was. - odpowiedziała Baśka otwierając. 

W progu stał Jacek, mój dawny chłopak z Warszawy. Zdziwienie 
odebrało mi mowę. 

Co on tu do cholery robi? Zerwałam z nim przecież tak dawno. - 
myślałam i aż się we mnie zagotowało. 

Tymczasem Baśka posadziła gościa za stołem i dokonała 
prezentacji, patrząc na mnie wymownie. 

Jak mnie tu znalazłeś? - spytałam Jacka. 

Byłem u ciebie i twoja mama podała mi adres, a przecież znam 
Baśkę i Marka, więc przyszedłem. - wytłumaczył. 

Kochana mamuśka, zawsze coś spieprzy. - pomyślałam. 

Marek nalał szybko do kieliszków i wzniósł toast: 

No, to zdrowie Niny, bo ma dzisiaj urodziny! 

Ale walnął. Mógł już chociaż o tym nie wspominać. - szepnęłam do 
Baśki. 

Jacek zerwał się i zaczął składać mi życzenia.Kątem oka 
zauważyłam, że Krzysztof jest jakiś nieswój. Niestety Jacek nie 
miał w planie wyjścia. Wprost przeciwnie. Zapytał gospodarzy czy 
może u nich przenocować, po czym zaczął rozprawiać o swojej 
pracy ratownika w ośrodku wczasowym. Nie spostrzegł, że jest 
intruzem, a ja nie mogłam nic zrobić , bo nie był moim gościem. 
Mimo wszystko usiłowałam zachowywać się swobodnie. 
Żartowałam, śmiałam się, ale w środku coś mi się gotowało. 

Już ja sobie porozmawiam ze swoją mamusią. - postanowiłam. 

background image

 

121

W pewnym momencie skończył się alkohol. Wszyscy mieli ochotę 
na jeszcze, a w szczególności ja. Miałam ochotę po prostu się upić. 

Skoczę tu obok do knajpki i kupię co nieco. - zaproponował Marek. 

Pójdę z tobą. - Krzysztof zerwał się z miejsca. 

Po wyjściu Marka i Krzyśka na chwilę zapadła krępująca cisza. 

Po co przyjechałeś? - zapytałam wreszcie. 

Przecież umawialiśmy się, że jak nasza miłość wytrzyma, to 
spotkamy się w wakacje. - odpowiedział Jacek. 

Kto się umawiał? Ja? A może to ty umówiłeś się tak ze swoim 
tatusiem? - wyrzuciłam z siebie jednym tchem. 

Baśka siedziała obserwując nas bez słowa. 

Ninka, spróbujmy jeszcze raz. - Jacek usiłował wziąć mnie za rękę. 

Czy nie zauważyłeś jeszcze, że nie jestem sama, że nie czekałam 
na ciebie? - zapytałam wyrywając mu dłoń. 

Jacek nie zdążył odpowiedzieć, bo w drzwiach stanął.. Marek. 

A gdzie Krzysztof? - zapytałam. 

Poszedł do domu i prosił, abym ci przekazał, że nie będzie stał ci 
na drodze. Nie chce być tym drugim. - Marek przekazał to, o co 
prosił go Krzysztof z wielkim trudem, bo mówiąc  zaczerwienił się, 
aż po czubki swoich i tak czerwonych włosów. 

Zapadła cisza. Zrobiło mi się bardzo przykro. Bez słowa chwyciłam 
swoją torebkę i wybiegłam. Nie chciało mi się iść do domu, więc 
poszłam na nasze podwórko. Usiadłam na starej ławce, 
pamiętającej jeszcze zabawy w sklep i rozpłakałam się. 

Gdyby mnie kochał,to nie zostawiłby mnie z Jackiem. Przynajmniej 
usiłowałby dowiedzieć się po czyjej jestem stronie. Zresztą 
wiedział, że go kocham. Widocznie nie zależało mu na mnie, skoro  

background image

 

122

zostawił mnie. Szkoda,że jeszcze nie powiedział ,,weź ją sobie”. - 
myślałam  rozżalona. 

Nie miałam ochoty na spotkanie z rodzicami, więc czekałam na 
podwórku, aż w naszych oknach zgaśnie swiatło. Dopiero wtedy 
poszłam do domu. 

     Była niedziela. Bolała mnie głowa. Pewnie to efekt wypitego 
alkoholu, ale też i stresu. Postanowiłam nie wstawać z łóżka, lecz 
koło południa mama zajrzała do pokoju. 

Jak długo zamierzasz gnić w tym łóżku? - spytała. 

Jak mi się będzie podobać! - odpowiedziałam i po chwili dodałam z 
wyrzutem: 

Czemu powiedziałaś Jackowi gdzie jestem? 

A dlaczego niby miałabym nie mówić, lubiłam Jacka. - 
odpowiedziała wzruszając ramionami. 

A Krzysztof, przecież wiesz, że chodzę z nim.  

Krzysztof? Krzysztofa nie znam. 

To się umów z Jackiem, a mnie życia nie układaj! 

A stało się coś? 

Stało. Krzysztof po prostu wyszedł. 

Jeszcze się pogodzicie. - mama z niewyraźną miną poszybowała 
do kuchni. 

Łatwo tak powiedzieć, a mnie krwawiło serce. 

Po południu zwlekłam się jakoś z wyra i poszłam na skargę do 
Celiny. Opowiedziałam jej wszystko, ale Celina zajęta 
obszywaniem pieluch, nie za wiele miała dla mnie czasu. Poszłam 
więc poskarżyć się Jolce. Ta akurat była wolna i zaproponowała mi 
wyjście do kawiarni. 

background image

 

123

Po co będziesz tak siedzieć w domu i rozpamiętywać wszystko od 
poczatku. Napijemy się kawy, a może przyjdzie Krzysztof, to sobie 
wyjaśnicie pewne sprawy i po kłopocie.  

Łatwo ci mówić, ale myślę, że Krzysztof wcale nie będzie chciał ze 
mną rozmawiać. Przecież nie zależy mu na mnie. 

Oj, nie klep głupot, tylko chodź. - Jolka już się poważnie zezłościła. 

Niestety w kawiarni nie było Krzysztofa. Wypiłyśmy kawę i 
poszłyśmy na spacer. O ironio! Spacerować z Jolką tymi samymi 
alejkami co z nim. Ten dzień uważałam za stracony.  

  Następnego dnia też nic się nie zmieniło, tylko doszłam do 
wniosku, że Krzysztof też jest dla mnie stracony. Trochę 
popłakiwałam, ale zaczynałam też być na niego zła. 

Co on sobie myśli! Wszystko mu wolno? Ja niby mam tu czekać, aż 
pan łaskawie przestanie się burmuszyć? Przecież nie było w tym 
ani odrobiny mojej winy. Spadaj kochanie! 

Wieczorem umówiłam się z Mańką i poszłyśmy do kina. Niestety 
nie mogłam wysiedzieć do końca filmu i gdyby nie koleżanka, to 
napewno bym wyszła. Moje postanowienie zignorowania 
Krzysztofa niezupełnie  mi wychodziło. Po kinie zajrzałam mimo 
woli do kawiarni i rozczarowana wróciłam do domu. 

Najlepszą metodą na miłość jest druga miłość. - myślałam sobie. 
Zaczęłam kombinować gdzie by tu wyskoczyć. Może na jakieś 
wczasy? Sezon urlopowy w pełni, ale pod namiotami zawsze 
znajdzie się jakieś miejsce. Wrócę opalona i może zakochana w 
jakimś normalnym chłopaku, a pan Krzysiu niech się gniewa na 
inną naiwną, której będzie pragnął. 

Niestety plany planami, ale po prostu nie miałam z kim ich 
zrealizować. Mańka wybierała się w czasie wakacji do pracy, Jolka 
wyjeżdżała do Julinka na egzaminy, a kto miał wyjechać to już 
wyjechał. Snułam się więc po mieście, spotykając od czasu do 
czasu różnych znajomych, tylko tego, którego chciałam spotkać nie 
było. Mama wiedziała, że nie chodzę z Krzysztofem i czuła się 

background image

 

124

głupio, że to przez nią. Chciała mnie czymś zająć, więc ciągle 
wyszukiwała mi jakąś robotę. A to posprzątaj, a to idź po zakupy, 
albo do babci po jakieś  klamoty. Myślała,że mnie uszczęśliwia, a ja 
kombinowałam jakby to gdzieś zwiać. Wracałam któregoś razu od 
babci, obładowana pakunkami jak wielbłąd, a tu na przeciwko mnie 
pojawił się nagle  Krzysztof. 

O boże, nie mógł mnie zobaczyć eleganckiej? Tylko z tymi 
tobołami? Matka zawsze mnie załatwi. - pomyślałam wściekła. 

Cześć, może ci pomóc. - -powiedział jak gdyby nigdy nic. 

Bardzo proszę, ale przecież mam już niedaleko.  

Wiem, ale razem będzie szybciej. - uśmiechnął się do mnie. 

Och jak mi się zrobiło słodko. 

Co ty tu dźwigasz, kamienie? - zdziwił podnosząc torbę. 

To tylko pościel od babci. - wytłumaczyłam. 

Szliśmy w milczeniu. Chciałam coś powiedzieć, ale nic mi nie 
przychodziło do głowy. Pod domem podziękowałam i weszłam na 
schody. 

Poczekaj! Może porozmawiamy. - zawołał gdy już byłam na 
półpiętrze. 

Zaniosę torbę i wrócę. - odpowiedziałam. 

Zachowam się tak, jakbym to ja miała prawo pogniewać się na 
niego za to, że mnie zostawił u Baśki.- planowałam sobie. 

Ciebie to po śmierć wysłać. - gderała mama, gdy weszłam. 

Nie odezwałam się tylko pobiegłam do lustra. Poprawiłam włosy i 
pobiegłam z bijącym sercem do drzwi. 

Wychodzę! - krzyknęłam, gdy już byłam na schodach. Nie 
chciałam, żeby znowu wymyśliła mi jakieś zajęcie. 

Krzysztof czekał na mnie przed wejściem. 

background image

 

125

Chodź, pójdziemy do parku. - zaproponowałam. 

Rozmawiałem z Baśką. Opowiedziała mi wszystko.Wiem, że   nie 
było w tym twojej winy. Po prostu nie spodziewałaś się przyjazdu 
tego bufona. - wyjaśnił, gdy usiedliśmy na ławce. 

Nie czuję się winna.Mam żal do ciebie, że mnie tam zostawiłeś. 
Mogliśmy przecież wyjść razem.- odpowiedziałam patrzac w 
ziemię. 

Milczeliśmy. Czułam, że ta historia coś wyraźnie między nami 
popsuła i to coś trudno będzie naprawić. 

A miałem właśnie tego wieczoru powiedzieć ci, że cię kocham. - 
westchnął Krzysztof. 

Podniosłam głowę i popatrzyłam na niego. 

Miałeś to powiedzieć? Kochasz mnie? 

Tak. - powiedział patrząc mi w oczy. 

To powiedz mi to teraz. - zaproponowałam. 

Kocham cię. - szepnął . 

        Od tej pory wszystko wróciło do normy. Z Krzysztofem 
spotykałam się codziennie. Byłam zakochana i szczęśliwa. 
Świadomość, że i on mnie kocha dodawała mi skrzydeł. Oczywiście 
Krzysiu gościł u mnie w domu i moi rodzice też oglądali go sobie 
jak małpę. Ojciec nawet próbował wciągać go w rozmowę, żeby się 
lepiej poznać na tym gagatku, jak twierdził. 

Któregoś dnia wpadła do mnie Jolka, która już była szczęśliwą  
uczennicą studium cyrkowego,wołając już od progu: 

Umówiłaś się dzisiaj z Krzyśkiem? 

Właśnie stałam przed lustrem robiąc się na bóstwo przed randką. 

A masz w stosunku do mnie inne plany? - zapytałam. 

background image

 

126

Nie, ale akutat wróciłam do domu i widziałam twojego lubego przy 
przejeździe kolejowym... 

No, bo tam się z nim umówiłam. - przerwałam jej. 

Poczekaj! Był z jakimś kumplem. Obaj zalani w trupa sikali prosto 
na chodnik. 

Zamarłam. 

Jak to sikali? Przy ludziach? - zapytałam wolno cedząc słowa. 

Nie, poprosili, aby wszyscy przechodnie wyszli. - powiedziała Jolka 
kpiąco. 

Usiadłam na krześle.  

Co ja mam teraz robić? - popatrzyłam na nią bezradnie. 

Umówiłaś się to idź, a na miejscu zobaczysz, czy zostaniesz, czy 
wrócisz do domu. 

Spojrzałam na zegarek. Dochodziła siedemnasta. 

No to ja ci pokażę, pijaczyno. - pomyślałam i z impetem zamknęłam 
za sobą drzwi, zostawiając Jolkę wewnątrz. 

Skradałam się powoli, chcąc zza rogu wypatrzeć, czy rzeczywiście 
Krzysztof jest tak pijany, jak mówiła koleżanka. Czy wogóle tam 
jest. Jakoś nie bardzo mi sie chciało wierzyć, że mój Krzysiu potrafi 
się tak nachlać. Dyskretnie wyjrzałam zza węgła. Mój kochany stał 
podtrzymywany przez równie pijanego kolegę i zataczalisię razem 
w najlepsze.  

Przecież go tak nie zostawię. - pomyślałam zaskoczona, że nie 
zezłościłam się tak jak powinnam. 

Wyszłam zza rogu i podeszłam do nich. 

O, moja kochana! - wybełkotał Krzyś, a po chwili dodał czkajac 
głośno: 

background image

 

127

Poznaj mojego najlepszego przyjaciela z Legnicy. najlepszego, jak 
bozię kocham. 

Przyjrzałam się temu koledze uważnie. Stał chwiejąc się miarowo i 
uśmiechał się promiennie. Pokiwałam głową. 

Chodźcie, odprowadzę was do domu. 

Zgoda, moja kochana. - ucieszył się Krzysztof. 

Tylko z pozoru sprawa wydawała się prosta. Panowie zataczali się i 
w żaden sposób nie można było namówić ich na pójście w miarę 
prosto. W końcu stanęłam między nich, objęłam mocno w pasie i 
tak powolutku, krok za krokiem prowadziłam w stronę domu. 
Zataczaliśmy się razem, bo utrzymać równowagę było mi bardzo 
trudno.Postanowiłam pójść parkiem, aby widziało mnie jak najmniej 
ludzi, ale i tak nie udało mi się tego uniknąć. Jakaś starsza pani 
splunęła na mój widok i powiedziała: 

Jak ci nie wstyd dziewczyno, tak się nie szanować. 

Nie odpowiedziałam, tylko zacisnęłam zęby i pomyślałam sobie w 
duchu: 

Zapłaciszmi za to jak wytrzeźwiejesz, draniu. 

Przed domem zaczęły się kłopoty. Najlepszy kolega zastrajkował. 

Nie idę do żadnego domu. Nie po to tu przyjechałem, żeby siedzieć 
w domu. Idę na dziwki! 

A ty - dodał po chwili, zostaw tę dziwkę i chodź ze mną. 

Zamarłam. Nie wiedziałam, czy dać mu w twarz, czy po prostu 
odejść. Z bicia po gębie zrezygnowałam, bo nie będę awanturować 
się z pijakiem, odejść też nie mogłam, bo uważałam, że Krzysztof 
musi się znaleźć w domu. Czekałam po prostu na rozwój 
wypadków. 

Nie mów tak o mojej kochanej, bo dostaniesz w mordę. - Krzysztof 
stanął w mojej obronie. 

background image

 

128

No to idę sam. - zadecydował najlepszy kolega. 

- Już cię nie lubię, przyjacielu z Legnicy. - pomyślałam. 

Kiedy zostaliśmy sami postanowiłam dokończyć moją misję i 
podprowadzić Krzysztofa przynajmniej do drzwi mieszkania. Nie 
spodziewałam się, że tu też trafię na ostry opór. 

Nie mogę iść do domu, bo jestem pijany. - powiedział Krzysztof. 

Dlatego, że jesteś pijany, to właśnie powinieneś iść. - tłumaczyłam. 

Nie mogę się tak pokazać mojej mamie, bo się zdenerwuje. 

Ten argument przekonał mnie, więc zabrałam mojego ,,adonisa” do 
parku. Usiedliśmy na ławce, a właściwie ja usiadłam, bo Krzyś 
złożył swoją skołowaną główkę na moich kolanach i po prostu 
zasnął. Co miałam robić? Siedziałam. Rozmyślałam o życiu, o 
swojej przyszłości z.... Krzysztofem i tak mijała godzina za godziną. 
Zaczął padać drobny deszczyk. Wszelkie wcześniejsze próby 
dobudzenia go spełzły na niczym. Tym razem, mimo mojego 
poświęcenia, nie zamierzałam moknąć. Zaczęłam bardziej 
stanowczo szarpać mojego kawalera. 

Wstawaj, bo pada deszcz. 

Cisza. Oddychał spokojnie jak niemowlę. Trochę mnie poniosło. 
Zerwałam się strącając jego głowę z moich kolan.Ta odskoczyła i 
wyrżnęła  z impetem o ławkę. 

O Jezu!  - jęknął Krzysztof i od razu usiadł. 

Może byś się tak w końcu ocknął i wybrał do domu, bo ja nie mam 
zamiaru dłużej cię  niańczyć. 

Już nie śpię Ninka. - odpowiedział już całkiem trzeźwy. 

To spadaj do domu! Moja rola skończona. - powiedziałam 
odchodząc. 

Ninka, poczekaj! - zawołał za mną. 

background image

 

129

Nie zareagowałam. Teraz, skoro już wytrzeźwiał mogłam pokazać 
mu jak bardzo mnie obraził swoim zachowaniem. Krzysztof nie 
zamierzał jednak rezygnować. Podbiegł do mnie i przytrzymał za 
połę swetra. 

Puszczaj.- szarpnęłam się. 

Przepraszam cię za wszystko, już się nie gniewaj. - prosił 
przymilnie zaglądając mi w oczy. 

Puszczaj, bo porwiesz sweter. - ostrzegłam. 

Nie puszczę dopóki nie przestaniesz się gniewać.  

- Przecież nie będę stała na coraz większym deszczu z idiotą 
trzymającym mnie za sweter. - pomyślałam sobie. 

Dobra, ale mnie puść. 

A nie uciekniesz? - nie był pewien swojej wygranej. 

Nie , nie ucieknę głuptasie. Chodź, pójdziemy gdzieś napić się 
czegoś ciepłego, bo jest mi zimno. - powiedziałam poprawiając 
wilgotny już sweter. 

W kawiarni, nad szklanką gorącej herbaty zapytałam go o tego 
przyjaciela z Legnicy. 

Co to za typ z którym się tak nachlałeś? 

To mój kolega, przyjechał mnie odwiedzić. - wytłumaczył . 

Mam nadzieję, że jak najszybciej wyjedzie. 

Coś ty! - oburzył się , to przecież mój najlepszy przyjaciel! 

Ale cham, nazwał mnie przecież dziwką. - powiedziałam.  

W tym momencie miałam wrażenie, że Krzysztof zasłonił się 
zanikiem pamięci. 

Niemożliwe! Jurek? On nigdy by tak nie powiedział ! 

background image

 

130

To, co w takim razie ja kłamię? - zapytałam ze złością. 

Nie, może i tak było, ale.. on cię przeprosi.  

Nie zależy mi na jego przeprosinach i nie chcę go oglądać! - 
powiedziałam trochę za głośno i kilka osób popatrzyło na nas 
ciekawie. 

Chodźmy stąd. - dodałam, biorąc torebkę. 

     W następnym tygodniu widywaliśmy się bardzo rzadko. Przed 
południem Krzysztof szukał pracy, a po południu dotrzymywał 
towarzystwa swojemu gościowi. Uparłam się i mimo próśb, nie 
miałam chęci dać się przeprosić temu koledze. Któregoś dnia 
jednak, Krzysztof przyszedł z nim do mnie i nie miałam wyjścia. Dla 
dobra sprawy dałam się łaskawie przeprosić. Odetchnęłam jednak 
z ulgą, gdy wyjechał. 

 

 

                    Rozdział  IXL 

     

         Krzysztof szukał pracy. Niestety bezskutecznie. Często też z 
tego powodu nie miał humoru.  

- Może zaczniesz od września? - zaproponowałam. 

Dosyć już leniuchowania. Muszę też pomóc finansowo  mamie. -  
odpowiedział. 

Mimo, że codziennie rano wychodził z domu i odwiedzał różne 
firmy, wszędzie mu odpowiadano: ,,nie ma”. 

Do jakiej ja dziury trafiłem? - narzekał. 

A ty nie bądź taki wielkomiejski. - budził się we mnie patriotyzm 
lokalny. 

background image

 

131

Wiesz, zapytam ojca o pracę dla ciebie. Wydaje mi się,że szuka 
pracownika. - wpadłam na pomysł. 

Jest tylko jeden problem. Trzeba dojeżdżać do innego miasta. - 
dodałam zmartwiona. 

Nic nie szkodzi, jeżeli tylko twój ojciec by mnie przyjął to ja bym 
nawet dojeżdżał. - ucieszył się. 

W takiej firmie nieźle się nawet zarabia. - dodał. 

          Postanowiłam nie zwlekać i jeszcze tego samego dnia 
porozmawiać z tatą. Po kolacji kręciłam się po pokoju, układając 
sobie poczatek rozmowy.  

No, o co chodzi? Przecież widzę,że łazisz w kółko jak ćma. - 
zapytał tata, odkładając gazetę. 

Usiadłam na kanapie i zaczęłam: 

Podobno szukasz pracownika. 

A co, chcesz się zatrudnić? - roześmiał się. 

Oj, ty to tylko żartujesz, a ja poważnie. - zezłościłam się. 

No, dobrze, o co chodzi?- tata przybrał oficjalny ton. 

No wiesz, ten Krzysztof, no ten co z nim chodzę. - stękałam. 

Co ten Krzysztof? - niecierpliwił się. 

No to on szuka pracy. - wyrzuciłam jednym tchem. 

Ja nie przyjmuję tak z ulicy.  

Przecież on nie jest pierwszy lepszy z ulicy, tylko mój chłopak. 

A kochasz go? 

Kocham, a co? - odpowiedziałam zaczepnie. 

Oooo, to co innego. Skoro go kochasz, to niech przyjedzie do mnie 
do pracy w poniedziałek o dziesiątej. - powiedział. 

background image

 

132

Mnie jakby ktoś wsadził na sto koni. Podbiegłam do taty i 
uściskałam go mocno. 

Udusisz mnie! - śmiał się. 

      Na drugi dzień opowiedziałam  Krzysztofowi przebieg rozmowy 
z ojcem. 

Pojedziesz tam ze mną? - zapytał. 

Pojadę, bo przecież sam nie trafisz. - odpowiedziałam. 

Trochę było mi żal, że Krzysztof zacznie pracować, bo oznaczało to 
rzadsze spotkania i nudę do południa, ale rozumiałam, że w jego 
przypadku to konieczne. 

Pojechaliśmy. Ojciec rozmawiał z Krzysztofem, pokazywał mu 
magazyny - teren przyszłej pracy, a ja siedziałam na krześle i 
nudziłam się. W końcu rozmowy zakończyli, a Krzysztof został 
zatrudniony na okres próbny. Zaczynał od razu na drugi dzień. 
Usiedliśmy już swobodnie i piliśmy herbatę, kiedy tata zagaił: 

Może i ty byś przez wakacje popracowała? Potrzebna jest mi 
osoba, która by wypełniała takie tam kwitki. 

Nie bardzo uśmiechała mi się jakakolwiek praca, na dodatek w 
wakacje, ale i tak do popołudnia nie miałabym co robić, 
przynajmniej byłabym blisko Krzysztofa. 

Dobrze mogę spróbować. - odpowiedziałam. 

W ten sposób tata zamiast jednego zyskał dwóch pracowników. 
Krzysztof bardzo się ucieszył z mojej decyzji, a ja już jej żałowałam. 

Od następnego dnia zaczęły się koszmarne dojazdy.Krzysztof 
przychodził po mnie i ruszaliśmy na stację. O godzinie piątej rano 
wyjazd, a powrót jak dobrze poszło o szesnastej. Mimo to 
spotykaliśmy się jeszcze po pracy. Byliśmy wtedy tylko dla siebie. 
Cała moja rodzina, oprócz Ewy, znała już Krzysztofa. Ojciec chwalił 
go, że dobrze pracuje. Byłam z niego dumna. 

background image

 

133

  Pewnego razu odwiedziła nas babcia. Widząc mnie szykująca się 
na randkę z Krzysztofem zapytała: 

A ty Ninka całujesz się z tym swoim Krzysiem? 

Tak babciu. - odpowiedziałam. 

A gdzie? - babcia była dociekliwa. 

No  w parku, jak nikt nie widzi. - powiedziałam zastanawiając się o 
co babci chodzi? 

Babcia pokiwała ze zrozumieniem głową i poszperała w torebce. 
Wyjęła z niej klucze i dając mi powiedziała: 

Weź te klucze i idźcie sobie do mnie, wrócę za trzy godziny. 

Bez słowa wyjęłam je babci z ręki i bąknąwszy,,dziękuję” 
pobiegłam na spotkanie. 

To co będziemy dzisiaj robić? - zapytał Krzysztof. 

Mamy lokal. - mówiąc to pomachałam mu przed nosem babcinymi 
kluczami. 

Skąd masz?  

Babcia mi dała! 

To ucałuj babcię ode mnie i chodźmy. - powiedział śmiejąc się . 

         Dni nie były już takie cudowne jak kiedyś. Często po pracy 
byliśmy zmęczeni, a zdarzały się jeszcze takie dni, że Krzysztof 
musiał zostawać dłużej i wracał do domu około dwudziestej drugiej. 
Wybiegałam wtedy przed dom czekając na jego powrót. Mieszkanie 
przy torach miało swoje dobre strony, bo słychać było pociąg, 
którym wracał mój  ukochany.  

Spotykaliśmy się wtedy choć na chwilkę i po popatrzeniu na siebie,  
po całuskach wracałam do domu. 

Któregoś dnia, a właściwie wieczora, Krzysztof nie przyjechał. 
Zdenerwowana wypatrywałam, czy nie idzie od strony dworca, ale 

background image

 

134

zobaczyłam tylko sąsiada z pierwszego piętra, który pracował 
razem z Krzysztofem. Podbiegłam do niego pełna niepokoju . 

Dobry wieczór, Krzysztof nie przyjechał? - zapytałam. 

Jeżeli chcesz go mieć, to go lepiej pilnuj. - powiedział. 

O co chodzi, panie Józku? - zapytałam. 

O to, że twój Krzysztof wyszedł dziś z pracy z fakturzystką i 
widocznie dobrze się bawi, skoro nie wrócił do domu. - 
odpowiedział wchodząc do budynku. 

Ale jak to? - zawołałam za nim. 

Sama go zapytaj. - zawołał już od swoich drzwi. 

Usiadłam na schodkach przed wejściem ze skołatanym sercem i 
nie mogłam dojść do siebie. 

To on już mnie zdradza? - myślałam zrozpaczona. 

Zacisnęłam usta. Miałam jeszcze nadzieję, że pan Józef kłamał z 
jakiegoś powodu. Jeżeli Krzysztof nie wróci na noc, to nie ma o 
czym mówić. Zrywam z nim. Przeboleję to jakoś. Michała 
przebolałam, to i tu dam sobie radę. 

Mimo takiego mocnego postanowienia, przepłakałam pół nocy w 
poduszkę. Rano, cała zdenerwowana czekałam jak zwykle na 
Krzysztofa. Nie przychodził.  

Może zaspał? - łudziłam się. 

Pobiegnę szybko do niego! Do pociągu i tak zdążę. - postanowiłam 
i pobiegłam na skróty przez park. 

Otworzyła mi mama Krzysztofa, mocno zdziwiona moją poranną 
wizytą. 

Krzysia nie ma, nie wrócił na noc. Bardzo się o niego martwię. - 
powiedziała. 

background image

 

135

Bo on miał mieć całą noc wagony, tylko ja nie byłam pewna. - 
skłamałam. 

Pobiegłam na dworzec po drodze połykając łzy. W pracy Krzysztofa 
też nie było. 

Tato, a gdzie jest Krzysztof? - zapytałam. 

Ojciec popatrzył na mnie zdziwiony. 

Przecież dzisiaj skończył mu się okres próbny i miał iść do ratusza 
po stały angaż. 

Nie wiesz o tym? - zapytał po chwili zaglądając mi podejrzliwie w 
oczy. 

Zapomniałam. - odpowiedziałam odwracając głowę, by nie widział 
mojej ponurej miny. 

Około godziny dziesiątej zadzwonił. Podniosłam słuchawkę. 

No co z tobą Nina? Ja tu czekam, a ciebie nie widać! - powiedział z 
pretensją w głosie. 

Co za tupet. - pomyślałam, a do słuchawki powiedziałam jak gdyby 
nic się nie stało: 

Zaraz będę. Czekaj pod ratuszem. 

Czekał. Nie ogolony, z widocznymi śladami nieprzespanej nocy.  

Ciekawa jestem jak mi się będziesz tłumaczył. - powiedziałam 
siadając obok niego na murku. 

Z czego mam ci się tłumaczyć? - udał durnia. 

Z tego, że nie wróciłeś na noc i z tego, że poszedłeś na rozbieraną 
randkę z panią Anią. - wytłumaczyłam. 

Co ty wygadujesz? - oburzył się. 

Co ja wygaduję? To idź do pracy i posłuchaj plotek. Całe biuro już o 
tym gada. Ta twoja nowa miłość nie była dyskretna. - sklamałam. 

background image

 

136

Na żadnej randce nie byłem, a nocowałem w domu. - łgał dalej. 

Twoja mama twierdzi, że jednak na noc do domu nie dotarłeś. 

Byłaś u mnie w domu? - przestraszył się. 

Pokiwałam głową. 

Nina, to nie jest tak. Owszem wyszedłem z biura z  Anią, chciała 
postawić mi kawę, bo coś jej tam załatwiłem, a potem spóźniłem 
się na pociąg. Wierz mi, przesiedziałem całą noc na dworcu. - 
tłumaczył się. 

Proponuję, żeby i dziś postawiła ci kawę. Jesteś wolny. - 
powiedziałam i odeszłam szybkim krokiem. 

Nina, poczekaj! - wołał za mną. 

Nie reagowałam. Wiedziałam, że coś tracę, ale co to za miłość, gdy 
on zdradza mnie  już na początku. 

Dlaczego nie poczekasz? - Krzysztof zdyszany stanął koło mnie. 

Chyba powiedzieliśmy już sobie wszystko. - odpowiedziałam. 

Nie, jeszcze chciałbym ci powiedzieć, że cię kocham. 

Wątpliwa metoda okazywania miłości. - warknęłam odchodząc. 

Poczekaj, coś ci pokażę. - powiedział podwijając rękaw. 

Zatrzymałam się z zainteresowaniem. Pokazał mi swoją rękę i 
powiedział: 

Widzisz te blizny? Kiedyś już ciąłem się przez dziewczynę i teraz 
też się potnę. 

Oho, wytoczył ciężką altylerię. - roześmiałam się w duchu. 

Przestań błaznować, przecież sam mi mówiłeś, że w dzieciństwie 
spadła ci na rękę szyba z pobitych drzwi. 

No, ale... - jąkał się zbity z tropu. 

background image

 

137

Idź, załatw sobie ten angaż i daj mi spokój. - powiedziałam już 
nieco łagodniej, bo coś we mnie powoli topniało. 

Krzysztof przytrzymał mnie za ramiona i patrząc mi w oczy szepnął: 

Ja naprawdę cię nie zdradziłem. 

Uwierzyłam, bo bardzo tego chciałam. 

Trochę jeszcze naburmuszona poszłam jak cielę za Krzysztofem. 

Widać tak musiało być. - pomyślałam, nagle wierząc w 
przeznaczenie. 

O istnieniu przeznaczenia przypominałam sobie zawsze wtedy, 
kiedy było mi ono  najbardziej potrzebne, ale widać tak musiało 
być. 

 

 

                           Rozdział IIXL 

 

     Krzysztof zaczął pracować na stałe, a ja z końcem sierpnia 
miałam pracę zakończyć.Czekałam więc z niecierpliwością na ten 
moment. Trochę żałowałam straconych wakacji, ale wycofać się już 
nie mogłam.  

Życie potoczyło się zwykłym torem. Jolka dostała się do szkoły 
cyrkowej, Celina urodziła córkę, Mańka nadal pracowała gdzieś 
poza miastem, a ja dojeżdżałam do pracy i w dalszym ciągu byłam 
zabójczo zakochana w Krzysztofie.  

Pewnej soboty, będąc jeszcze w pracy zakomunikowałam 
Krzysztofowi: 

Zostaliśmy dziś zaproszeni do Baśki.  

Mam nadzieję, że tym razem nie planujesz wizyty jakiegoś Jacka. - 
zażartował. 

background image

 

138

A ty przypadkiem nie zostań w pracy na noc. - odgryzłam się. 

       U Baśki było jak zwykle wesoło. Tym razem nikt nie zakłócił 
nam imprezy i siedzieliśmy prawie do północy. 

Masz ochotę na romantyczny spacer? - zapytał Krzysztof, gdy 
stanęliśmy już przed moim domem. 

Jasne, wcale nie chce mi się spać. Noc jest taka ciepła. - 
odpowiedziałam rozmarzona. 

Poszliśmy do parku. Nie było ciemno. Niebo obsypane było 
gwiazdami, a uliczne latarnie też rzucały trochę światła na naszą 
ławkę, bo oczywiście zamiast spacerować usiedliśmy. Na siedząco 
jest się wygodniej całować. W pewnym momencie Krzysztof 
popatrzył na mnie i spytał: 

Czy zostałabyś moją żoną? 

W jednej chwili przez moją głowę przeleciały tysiące myśli: 

Czy ja go dostatecznie mocno kocham, czy on będzie dobrym 
mężem, bo przecież znamy się tak krótko. Czy nie będzie pijakiem? 

Czemu nic nie mówisz? - Krzysztof zniecierpliwił się. 

Chcę być twoją żoną. - odpowiedziałam w końcu. 

To pobierzmy się na przykład w październiku! - zawołał 
zadowolony. 

No, nie wiem jakby to wyglądało, bo we wrześniu bierze ślub moja 
siostra. Musiałabym zapytać rodziców. - powiedziałam. 

No to w poniedziałek powiedz to ojcu w pracy i zapytaj czy mógłby 
być ten październik. 

Zapytam. - szepnęłam zamykając mu usta pocałunkiem. 

W poniedziałek kręciłam się cały czas w pobliżu ojca i czekałam, aż 
będzie sam. Wreszcie wypatrzyłam taki moment i podbiegłam. 
Złapałam go za rękę i konspiracyjnie szepnęłam: 

background image

 

139

Tato, muszę z tobą porozmawiać na osobności. 

Zciekawiony ojciec bez słowa wpuścił mnie do swojego pokoju i 
zamknął drzwi. 

O co chodzi? - zapytał. 

Chcemy się pobrać z Krzysztofem, tylko nie wiemy czy zgodzisz 
się, żeby to był październik. - wyrzuciłam z siebie jednym tchem. 

A więc chcecie się pobrać. - zadumał się . 

Październik? 

No tak, mogłoby tak być? - dopytywałam się. 

Tata nie odpowiedział. Widziałam, że myśli o czymś intensywnie i 
nie chciałam przeszkadzać. Jednak cisza się przedłużała i już 
powoli traciłam cierpliwość. 

A więc tak moja panno. - zaczął. 

Po pierwsze, to ten delikwent musi przyjść do mnie i się 
oświadczyć. Po drugie, to ja nie będę robił co miesiąc wesela, więc 
albo dołączacie do Ewy, albo czekacie rok.  

Powiedz to swemu narzeczonemu. - dodał wychodząc. 

Powiedz to swemu narzeczonemu, tratata. - przedrzeźniałam go. 

Zła byłam, bo nie dostałam rzadnej konkretnej odpowiedzi, a 
jeszcze te staroświeckie oświadczyny. Poszłam jednak 
poinformować Krzysztofa o wynikach rozmowy. Mój chłopak nie był 
bynajmniej oburzony. 

To dołączymy do twojej siostry, we wrześniu. - powiedział. 

No, a te oświadczyny? - zapytałam niepewnie. 

Nie przejmuj się. Zapytam się tylko kiedy mogę przyjść i oświadczę 
się przepisowo. - roześmiał się. 

background image

 

140

Czy mówiłeś już swojej  mamie o naszych planach? - dopytywałam 
się. 

Tak, nawet poprosiłem siostrę o przysłanie mi niezbędnych 
dokumentów. - pochwalił się. 

Krzysiu, a czy my ze wszystkim zdążymy?, przecież jest już połowa 
sierpnia. - zmartwiłam się.  

Wszystko będzie w porządku, kotku, nie masz się o co martwić. - 
pocieszył mnie całując w czubek nosa.  

Czekałam więc  tylko na te oświadczyny, które uważałam za 
staroświecki wymysł, ale ojciec był nieugięty. 

     Któregoś dnia będąc wieczorem w domu, tata zagadnął do 
mnie: 

Dzisiaj przyjdzie ten twój. Chce się oświadczyć. 

Tak, to czemu mi nic nie powiedział? - zdziwiłam się. 

Ma zamiar przyjść do mnie. - zaznaczył. 

O której będzie? - dopytywałam się. 

Ma być o dziewiętnastej. - odpowiedział. 

Spojrzałam na zegarek. Była osiemnasta, więc miałam jeszcze 
czas, aby pobiec do Baśki i wszystko jej opowiedzieć. 

Zaraz wracam! - zawołałam od drzwi, aby ojciec nie zatrzymał mnie 
w domu. 

Zrelacjonowałam wszystko Baśce w rekordowym tempie i zanim się 
zorientowałam była godzina dwudziesta. 

O boże, ojciec mnie chyba zabije. - powiedziałam zrywając się z 
krzesła. 

Wybiegłam od Baśki jak błyskawica i chwilę później wpadłam 
zziajana do domu. Krzysztof z ojcem popijali koniak. 

background image

 

141

Gdzie się do cholery włóczysz, ty latawico. - Mój rodzic nie liczył się 
ze słowami. 

Przepraszam, byłam u Baśki i zasiedziałam się. - tłumaczyłam. 

To chłopak przyszedł się oświadczać, a osoby najbardziej 
zainteresowanej nie ma. - gderał dalej.  

 Popatrzyłam na Krzysztofa, przyglądał się tej scenie z 
rozbawieniem. 

No dobra, skończ już. - zniecierpliwiłam się. 

Lepiej podam herbatę. - dodałam ugodowo. 

Herbatę to już sam zrobiłem. - tata nie dawał za wygraną. 

Oświadczyłeś się? - zwróciłam się do Krzysztofa. 

Poprosiłem o twoją rękę. - powiedział. 

Zostałeś przyjęty? - zażartowałam sobie. 

No, tak. - odpowiedział zdziwiony nie wiedząc do czego zmierzam. 

To pożegnaj mojego tatuśka i wychodzimy. - powiedziałam ciągnąc 
Krzysztofa za rękę. 

Krzysztof spojrzał niepewnie na mojego tatę. 

- Idźcie, idźcie. - tata niecierpliwie machnął ręką. 

          Zaczęły się przygotowania do ślubu i wesela. Moi rodzice 
zaprosili do siebie mamę Krzysztofa i omawiali wspólnie nasze 
dalsze życie, nie interesując się wcale naszym zdaniem na ten 
temat. No cóż, mój rozsądny narzeczony tłumaczył mi, że na 
pewno nie chcą dla nas źle i że poprawki wniesie życie. 
Zrezygnowałam więc z czepiania się, a skupiłam się na mojej 
ślubnej sukni. Nie była to błaha sprawa, bo w tym kryzysie zdobycie 
sukni graniczyło z cudem. Udało mi się w końcu odkupić ładną 
sukienkę od koleżanki. Sprawę sukienki do urzędu cywilnego też 
załatwiłam tanim kosztem, po prostu pożyczając ją od sąsiadki z 

background image

 

142

pierwszego piętra. Podobno dobrze jest mieć coś pożyczonego, bo 
to przynosi szczęście. Krzysztof też zwijał się jak w ukropie, 
załatwiając obrączki i samochód, którym mieliśmy jechać do ślubu.  

Martwię się, bo jest już tak późno, a dokumenty z Legnicy jeszcze 
nie przyszły. - powiedział  Krzysztof któregoś dnia. 

Przecież tak dawno prosiłeś o nie siostrę. - powiedziałam. 

Wiem, ale w Legnicy jest powódź, więc urzędy nie pracują 
normalnie. 

Przez nienormalną pracę urzędów mam nie wychodzić za mąż? - 
zapytałam ze złością. 

Jutro będę tam dzwonił. - uspokoił mnie. 

Nazajutrz rano Krzysztof wpadł do mnie wymachując dużą kopertą. 

Właśnie wracam z poczty. Mam te papiery. Moja siostra, żeby je 
zdobyć płynęła do urzędu amfibią! - wołał już od progu. 

Ale heca. Po ulicach łodzią. - zaśmiałam się. 

To, że będziesz moją żoną zawdzięczam Halince. - powiedział 
całując mnie w policzek. 

Uhu. - zamruczałam przytulając się do mojego przyszłego męża. 

Tymczasem przygotowania do tego podwójnego wesela szły pełną 
parą. Zarezerwowano lokal i  zamówiono orkiestrę. Zaproszenia 
zostały wysłane i czekaliśmy  tylko na ten dzień, no i na drugą 
pannę młodą - Ewę. 

   Dziesiąty września przyszedł tak jak każdy inny dzień. Bez 
fanfar,trzęsienia ziemii i bez jakichkolwiek kataklizmów. Dziwne. Od 
rana świeciło słońce i to był dzień mojego wesela. Po domu kręcili 
się domownicy i weselni  goście, którzy przyjechali wcześniej na tę 
uroczystość.Ja byłam trochę zdenerwowana, bo nie widziałam 
jeszcze naszych obrączek, które miał przywieźć Jurek - świadek 
Krzysztofa. Co będzie, jak okażą się za małe? Czas uciekał, na 
trzynastą mieliśmy być w urzędzie stanu cywilnego, a pana 

background image

 

143

młodego nie było. W końcu o dwunastej trzydzieści wpadł Krzysztof 
wołając: 

- Jesteś gotowa? Mam obrączki, możemy jechać. 

Nie wyglądasz kwitnąco. - powiedziałam przyglądając się mu z 
podejrzliwością. 

No wiesz, w nocy przyjechał Jurek i trochę wypiliśmy. - tłumaczył 
się. 

Znowu ten Jurek, czy ty zawsze musisz z nim chlać? - odparłam z 
wyrzutem. 

Nie gniewaj się, zobacz lepiej jakie śliczne obrączki nam przywiózł.- 
Krzysztof wyciągnął pudełeczko i otworzył je. 

Zerknęłam tylko na nie w przelocie, bo na horyzoncie pojawiła się 
moja mama wołając: 

Czyście powariowali, przecież musimy już jechać. Wszyscy czekają 
tylko na was. 

Wieczko puzderka się zatrzasnęło i mój luby wciskając mi do ręki 
bukiet poprowadził mnie do mojej wyśnionej białej limuzyny. 

Przed domem zgromadzili się wszyscy sąsiedzi, życząc mnie i 
Ewie szczęścia. Siostra z narzeczonym wsiadła do czerwonego 
opla cioci Jagody, a ja.... do czarnej wołgi. 

Na pogrzeb mnie wieziesz? - syknęłam gdy wsiedliśmy. 

O co ci chodzi? Czarny kolor to zły? - zdziwił się. 

 Całe wieki było tak, że pannę młodą do ślubu wiezie się białym 
powozem lub białym samochodem. - wytłumaczyłam. 

Mama też coś mi na ten temat mówiła, ale na postoju nie było 
innych taksówek. - powiedział. 

Sam ślub w urzędzie odbył się bez przeszkód. Obie pary, to znaczy 
Ewa z Arturem i ja z Krzysztofem, przysięgły sobie miłość i 

background image

 

144

wierność, a potem gratulacje i szampan w sali obok. Tu jednak 
nastąpiły pewne komplikacje, bo mocno zamrożony trunek nie dał 
się w żaden sposób otworzyć. Panowie młodzi otworzyli w końcu 
szampany zębami i wzniesiono toast. Tradycji stało się zadość. 

   O godzinie siedemnastej czekał nas jeszcze prawdziwy ślub - 
kościelny, a potem weselisko. 

     Rodzice zarządzili, żeby do fotografa jechać przed pójściem do 
kościoła, aby goście weselni nie czekali na nas zbyt długo. Tak też 
zrobiliśmy. Pan fotograf był zachwycony widząc dwie pary. 

Ojej, jak to cudownie! Będą piękne zdjęcia! - wołał popychajac 
lekko Ewę i Artura przed obiektyw. 

Ustawiał ich w różnych dziwnych pozach, pstrykał i gadał jak 
najęty. 

A teraz proponuję, abyście państwo zrobili sobie wspólne zdjęcia. 

Ustawił nas razem i pstrykał znowu. 

Państwu już dziękuję. - zwrócił się do Ewy. 

Do widzenia. - Ewa i Artur ukłonili się i zniknęli za drzwiami. 

Pan fotograf wziął nas w obroty. Po dziesięciu minutach i my 
byliśmy wolni. Spojrzałam na zegarek. 

Krzysiu, spóźnimy się. Już jest za pięć. Ewa pewnie się denerwuje. 
- zawołałam wyciągając pana młodego z atelier. 

Niestety przed domem nie było ani mojej siostry, ani jej męża. 

Pojechali? Nie poczekali na nas? - zdziwiłam się. 

Pewnie są już w kościele. - powiedział mój mąż, otwierając przede 
mną drzwi od czarnej wołgi. 

Musimy się pośpieszyć, panie kierowco, bo my na piątą. - 
wytłumaczyłam taksówkarzowi. 

background image

 

145

Nasza podróż do kościoła nie odbyła się tak szybko, jakbyśmy 
sobie tego życzyli. Stanęliśmy na przejeździe kolejowym. 
Dróżniczka spuściła szlaban dużo wcześniej i schowała się w 
swojej budce. 

Krzysiu, już jest po piątej. - jęknęłam, nerwowo poprawiając welon. 

O, już jedzie, nie denerwuj się. - Krzysztof z zadowoleniem pokazał 
mi nadjeżdżający pociąg. 

Cholera, jak na złość jedzie długi, towarowy. - zaklęłam. 

Niech się państwo nie denerwują. Już dróżniczka otwiera. - wtrącił 
się do rozmowy kierowca. 

Podjechaliśmy pod kościół. Wypadliśmy z taksówki i pobiegliśmy 
szybko do kościoła. 

Zobacz, nikogo nie ma. - zdziwił się Krzysztof. 

Rozejrzałam się na boki. Przy ołtarzu ksiądz dawał ślub jakiejś 
parze. 

Zobacz, Ewa już bierze ślub. Nie poczekali na nas. - 
przestraszyłam się. 

To co robimy? - zapytał . 

Jak to co? Lecimy do nich. - mówiąc to zawinęłam sobie mój długi 
welon wokół ręki i pociągnęłam Krzysztofa za sobą. 

Pobiegliśmy.W kościele słychać  było tylko stukot moich pantofli o 
kamienną posadzkę. Przed ołtarzem okazało się, że ksiądz daje 
ślub innej parze. Spojrzał na nas jednak i zgromił wzrokiem, a za 
naszymi plecami wyrosła w pewnym momencie moja mama. 

Co wy za gonitwy po kościele urządzacie! Dlaczego nie weszliście 
główną nawą. - spytała. 

Wzruszyłam ramionami. 

background image

 

146

Pierwszy raz biorę ślub, to skąd mogę wiedzieć gdzie mam iść. - 
odpowiedziałam ze złością. 

Chodżcie za mną. - mama ruszyła w stronę głównej nawy. 

Widzisz, mówiłam, że ta czarna wołga jest od pogrzebów, a facet 
nawet nie wiedział, że młodych do ślubu podwozi się pod główne 
wejście.- zdążyłam jeszcze szepnąć mojemu mężowi. 

Cała ceremonia odbyła się bez zakłóceń, a potem  przed kościołem 
goście obsypali nas ryżem. To na szczęście. To szczęście 
wyciągałam przez całe wesele ze stanika i z majtek. Zamierzałam 
jednak być szczęśliwa, więc nie narzekałam. 

   Orkiestra grała, kelnerzy podawali jadło i napoje, a my czekaliśmy 
tylko na koniec tej szopki. Po godzinie dwunastej, kiedy już mogłam 
zdjąć welon i kiedy goście podlali sobie na tyle, żeby nie zwracać 
uwagi na obecność młodej pary, czmychnęliśmy z weseliska do 
domu. 

 

 

                            Epilog 

 

         Na drugi dzień czekały nas oczywiście poprawiny. Urządzała 
je u siebie moja teściowa, a wszystko dobrze by się skończyło 
gdyby nie....No właśnie. Krzysztof za dużo wypił, więc rolą żony 
było położenie męża do łóżka. Tak przynajmniej twierdziła moja 
teściowa. Cóż mogłam robić? Pomogłam rozebrać się panu 
mężowi, ułożyłam go na tapczanie i wróciłam do gości. Najgorsze 
miało nastąpić gdy i ja udałam się na spoczynek. 

Krzysztof spał na środku łóżka posapując przez sen. Szybko 
przebrałam się w koszulkę i wskoczyłam, a właściwie usiłowałam 
wskoczyć pod kołderkę  do mojego mężusia. Niestety nie było to 
możliwe. Przypomniałam sobie o zarwanym łóżku  i o dołku, w 
którym właśnie słodko spał Krzysiu. Z jednej strony tapczanu było 

background image

 

147

dwadzieścia centymetrów i z drugiej tyle samo. Żeby położyć się 
spać musiałam jakimś cudem wślizgnąć się do tego dołka. 

Krzysiu, obudź się. - zawołałam, szarpiąc go za ramię. 

Cisza. Ani drgnął. Usiadłam na zrolowanym dywanie i rozpłakalam 
się. 

Dobre sobie. Druga noc, a już mój mąż nie wpuszcza mnie do 
łóżka. Co będzie dalej? - myślałam, a łzy ciekły mi po policzkach, 
rozmazując resztki niedomytego makijażu. 

Wstawaj, byku! - krzyknęłam, ale niezbyt głośno, by nie obudzić 
śpiącej za ścianą teściowej. 

Bez skutku. Krzyś sapnął tylko i odwrócił się na drugi bok. 

Może teraz mi się uda. - pomyślałam wpychając się od ściany. 

Niestety dołek był w dalszym ciągu całkowicie zajęty. 

Nie dam się tak łatwo. - postanowiłam zapierając się o ścianę 
plecami. Nogami zaś usiłowałam wypchać męża z dołka. 

Posuń się w końcu moczymordo! - syczałam przez zaciśnięte zęby. 

Zadziałało. Posunął się! Szybko wskoczyłam w dołek i przykryłam 
się kołdrą, złośliwie ściągając ją z Krzysztofa. 

I tak znalazłam swoje miejsce w życiu. 

 

      

                                   Koniec 

 

 

 

 

background image

 

148