background image

Szolc Izabela 
 
Martwe złoto 

Z „Science Fiction” 
 
 
 
 
 
 

Wjeżdżając  do  jaru  zmrużyli  oczy.  Oślepiało  ich  rozrzucone  wokół  „złoto".  Złudzenie  wywoływało 

połączenie słonecznych promieni i czystego żółtego piasku pokrywającego szerokie dno wąwozu, którego 
strome ściany tworzyły spiętrzone bloki kamienia, gęsto przetykane głębokimi szczelinami. 

Nie  rosło  tutaj  nic.  Trudno  było  uwierzyć,  że  kiedyś  przepływała  w  tym  miejscu  życiodajna  rzeka. 

Jednakże oni po coś przybyli do tej niegościnnej krainy. 

Przybyszów  było  dwoje.  Prowadził  śniady  i  czarnobrody  wojownik  na  gniadym  ogierze,  za  nim 

ciągnęła siwa klacz z białowłosą najemniczką na grzbiecie. 

Jeźdźcy nie należeli do najmłodszych. 
Przy jego siodle kolebała się kusza. Miał jeszcze wschodni, lekko wygięty miecz, a oprócz bukłaków z 

wodą i juków z prowiantem od  końskiego zadu odstawał solidny, choć nieforemny tobół z niewiadomą 
zawartością. Dobytek wojowniczki przy ekwipunku tamtego wyglądał mizernie: w zasadzie wiozła tylko 
zapas wody. Na jej plecach wisiał sajdak z lekkim łukiem i pękiem strzał. 

Długa podróż była już za nimi. 

Jednocześnie, jak  na  umówiony  znak  zeskoczyli  z  siodeł.  Niespiesznie,  luźnym  węzłem  uwiązali  do 

siebie wierzchowce. 

Gniadosz i Siwa lubiły tę bliskość. 
-  Słońce zachodzi. Zaraz przestanie tak palić -odgarnęła z czoła sklejoną potem  grzywkę.  - Później 

zrobi się naprawdę chłodno... 

Wojownik skinął głową i zaczął rozplątywać troki tajemniczego tobołu. 

-

 

Co tam tachałeś, Torg?  

Milcząc robił swoje. 
-

 

Torg!  -  Ilone  zdębiała  widząc  równo  pocięte  i  powiązane  ciasno  grube  gałęzie.  -  Myślałam,  że  to 

broń - zmarszczyła blade brwi - nawet woda bardziej by się przydała. Po co ci te badyle?! 

-

 

To jest nasza broń. - Zabrał się do starannego układania ogniska. 

-

 

Oszalałeś! - Szarpnęła go za ramię, tak że stracił równowagę i padł kolanami w gorący piasek. - A 

jeśli zwietrzy dym? 

Wzruszył fatalistycznie ramionami: 

- Słyszałaś, co mówili... 

Zaklęła. Kopnęła piasek tuż przed jego nosem. Gdy nie zareagował, odeszła napoić zwierzęta, które z 

niepokojem przestępowały z kopyta na kopyto. 

- Wody nie wystarczy.  
Kiwnął głową. 

     - Jeśli w porę nie wydostaniemy się z tego przeklętego miejsca... - poklepała Siwą - one padną. 

 

* * * 

Noc  nie  była  jasna  na  tyle,  aby  w  słabej  poświacie  miesiąca  rozróżnić  pojedyncze  głazy.  Sterczały 

wokół nich jak tulące się widma olbrzymów. 

Ponad tą dwójką, ponad kamieniami rozciągał się bezkresny, usiany miliardami gwiazd Wszechświat. 

Niektóre z migoczących punktów raz na jakiś czas - w sobie tylko znanym rytmie kosmicznego metrum -
spadały, przecinając firmament smugą gasnącego światła. 

Niebo  nic  jej  nie  oferowało.  Nic  też  nie  mogło  starej  wojowniczce  zabrać.  Jednakże  gdzieś  w  głębi 

serca  drżała  przed  nim  -  tak  jak  przed  bogami,  których  nigdy  nie  poznała,  a  przecież  wiedziała,  że 
istnieją. 

Poczuła, jak Torg drgnął niespokojnie przez sen. Leżeli mocno przytuleni, chroniąc się przed nocnym 

chłodem.  Nie  byli  już  kochankami,  ale  pozostali  sobie  na  tyle  bliscy,  że  kiedy  dmuchnęła  delikatnie  w 

background image

poorane  zmarszczkami  czoło  mężczyzny,  ono  rozpogodziło  się  natychmiast.  Zły  sen  odchodził,  a  Ilone 
czuła się niczym czarodziejka... 

Wyślizgnąwszy się z posłania, dołożyła patyków do ogniska i żywioł buchnął z nową siłą. Spojrzała 

na konie. Przyklejone do siebie, spokojnie spały ze zwieszonymi łbami. 

Ogień umilkł, pożarł już wszystkie gałęzie. Cisza zawisła nad ciemnym jarem. 
-

 

Nie śpisz? - Torg otworzył oczy. 

-

 

Myślę o tym, co chcemy... 

-

 

Nie ma już drewna?! - poderwał się. W jego głosie Ilone usłyszała troskę. I chyba... lęk. 

Czego się boisz, wojowniku? 
- Myślisz, że to ostatni? Wzruszył ramionami. Dostrzegła, że jego barki - do niedawna silne i 

wyprostowane  -  teraz  pochyliły  się  pod  brzemieniem  wieku  i  zbędnego  doświadczenia.  Co  my  tu 
naprawdę robimy? 
- przemknęło wojowniczce przez głowę. 

-

 

Nie wiem. 

-

 

Co...? 

-

 

Nie wiem, czy ostatni. Ale tak mówią. I cena o tym świadczy. 

-

 

Więc skąd jajo? 

-

 

Ciii... Słyszysz? Tam. 

Ilone  zamilkła  i  wstrzymała  oddech.  Poprzez  odgłos  własnej  krwi  tętniącej  w  skroniach  i 

przyśpieszone bicie serca usłyszała obcy dźwięk. Coś jakby... chlupot. I szelest ciała zsuwającego się po 
skale. 

W mikrym świetle dogasającego ogniska dojrzeli jakieś kształty, które jeden po drugim wyłaniały się 

ze szpar wielkich kamieni. Przygarbione cienie. 

- Konie! - Ilone próbowała się poderwać, ale Torg żelaznym chwytem unieruchomił jej ramię. 
-  Chcą  nas.  To  kumeye...  Boją  się  światła  słonecznego  i  ognia.  W  dzień  siedzą  pod  ziemią,  jak 

dżdżownice. 

Namacała broń i przywarła plecami do pleców mężczyzny. 

Cienie  powoli, ale  konsekwentnie  ciągnęły  ku  nim.  Węszyły.  Nagle  przystanęły  -  nawet  nikły  blask 

ż

arzącego się popiołu budził w nich wstręt. Zaczęły otaczać ludzi szerokim kołem. 

-

 

Wyglądają jak ghule. 

-

 

O nie. Wcale nie. - Torg uniósł naciągniętą nie wiedzieć kiedy kuszę. Ilone napięła łuk. 

-

 

Torg... 

Jeden z bardziej śmiałych stworów skoczył do przodu. Przyczajony strażniczy ogień tylko na to czekał 

-  płomiennym  jęzorem  wyskoczył  z  paleniska.  Rozległ  się  wściekły  syk,  a  wojownicy  poczuli  odór 
palonego starego mięsa. 

Na  Torga  i  Ilone  patrzyło  kilkanaście  par  pozbawionych  powiek  wąskich  oczu.  Kumeye  miały 

groteskowe kształty, ni to ludzkie ni to zwierzęce, ich czarna skóra lśniła tłustą wilgocią. Były wzdęte jak 
ciała niefortunnych pływaków wyłowione po wielu dniach z wody. Stąpały na dwóch łapach, co czyniło 
je jeszcze potworniejszymi. 

- Podobno to nie zwierzęta, tylko plemię pustynnych nomadów, które rozgniewało bogów. 
- W ciemności będą miały nad nami przewagę. Musimy zaatakować teraz, dopóki Strażnik jeszcze się 

tli. 

-

 

Krew wywęszy na pewno... Krew to złoto... złoto to krew... - wyszeptała! 

-

 

Nie możesz tego wiedzieć. 

- Czuję. W sercu. Zresztą... Już chyba świta. Rzeczywiście, niebo niedostrzegalnie pojaśniało. Na 

ś

cianie jaru rozbłysła jakaś większa żyła  miedzianej rudy. Jutrzenka zabarwiła na różowo zlaną potem, 

woskową twarz Ilone. 

Kumeye  nagle  zaczęły  uciekać.  Skulone,  kaczym  chodem  pobiegły  w  kierunku  skalnych  dziur, 

usiłując skryć się przed znienawidzonym światłem dnia. 

- Odeszły... 
Strach  zniknął,  a  na  jego  miejsce...  Jakieś  dziwne,  dawno  zapomniane  uczucie  obudziło  się  w 

wojowniczce.  Delikatnie  chwyciła  mężczyznę  za  włosy.  Torg  przysunął  się  niezgrabnie,  a  ona  zmusiła 
ich spieczone wargi do spotkania. 

Koniec. 

Spojrzała w niebo. Słońce prędko pięło się do góry. 
- Pora na nas - stwierdził Torg. 

Kiwnęła głową. Resztką wody napoiła konie. Wojownik siedział w pobliżu i czyścił piaskiem swój 
dziwny miecz. Siwa drżała nerwowo, więc Ilone poklepała delikatnie klacz po szyi. 

background image

-

 

Jestem  szczęśliwa  -  stwierdziła  pod  wpływem  impulsu.  Przepełniał  ją  dziwny  spokój  i  jakaś 

nieokreślona euforia. 

-

 

Będziesz szczęśliwa, kiedy zdobędziemy to, po co tu przyszliśmy. Kiedy będziemy bogaci. 

Wtuliła  twarz  w  białą  grzywę,  jakby  szukając  w  intensywnym  zapachu  klaczy  tego  przyszłego 

szczęścia, które miało być lepsze od dzisiejszego. 

*** 

Powietrze  falowało  w  upale  niczym  grzbiety  tysięcy  węży.  Trzęsło  się  i  dygotało,  jakby  było  żywą 

istotą.  Zamiast  tlenu  wciągali  do  płuc  żar  hutniczego  pieca.  Oddychali  głośno,  sapiąc  jak  miechy.  Ich 
twarze pokrywały drobinki wypoconej soli. Woda parowała w mgnieniu oka. 

Błysk. 
- Szlag!  Wyleciał  nam  na  spotkanie!  -  Torg  osłaniał  oczy  przed  palącym  słońcem  i  z  paskudnie 

wykrzywioną twarzą spoglądał w bezchmurne niebo. 

Z wysoka pikował ku nim złoty kształt. 

- Piękny! - wyszeptała Ilone, zafascynowana i przerażona. 
Smok  wyglądał jak  drobna,  królewska figura  odlana przez  najlepszego  ze  złotników.  Od  czubka  łba 

do  końca  ogona  pokrywały  go  błyszczące  w  słońcu  łuski.  Skrzydła  miał  szeroko  rozpięte  i  choć 
wydawały  się  kruche,  gracja  i  szybkość  lotu  nie  pozwalały  zapomnieć,  jak  bardzo  są  silne.  Bardziej 
przypominał  wojowniczego  ptaka  niż  wygrzewającego  się  na  kamieniach  gada.  Jednakże  coś 
niewidocznego,  coś  ukrytego  w  ozdobionej  koroną  kostnych  wypustek  głowie  jednoznacznie 
klasyfikowało go jako smoka. 

Podobno złoty był magiem-iluzjonistą. O ile legenda nie kłamała... 

-

 

Chcesz go zabić? 

-

 

A jakże inaczej mam podejść do jaja? - sapnął. Wypuszczony z wielką precyzją bełt świsnął w 

powietrzu, ale złoty smok rozpłynął się w błękicie jak elektryczne wyładowanie. Torg cicho zaklął. Ilone 
spojrzała mu w oczy. 

- Będziemy musieli się przekonać... 

*** 

Stąpała  ostrożnie  macając  skałę,  jakby  ta  miała  uciec  spod  nóg.  Co  jakiś  czas  spoglądała  w  stronę 

szczytu, gdzie spoczywało smocze  gniazdo. Nasłuchiwała najcichszego nawet szelestu. Pomimo bólu w 
płucach wciągała powietrze głęboko, szukając ukrytych zapachów. Nie ufała oczom. Raptem przystanęła. 

-

 

Musimy iść po omacku, Torg. 

-

 

Oszalałaś! 

- Ona ma władzę nad naszymi oczami. Jeśli będziemy patrzeć, wywiedzie nas w pole i zginiemy. 

Wspinali  się  wolniej  niż  raczkujące  dziecko.  To  podpierając  się  krwawiącymi  palcami,  to  co  i  rusz 

opadając na czworaka. 

- Ilone? Dlaczego teraz mówisz: ona? 

Nie doczekawszy się odpowiedzi, wyprzedził kobietę. 

- Torg, musisz być blisko gniazda. 
Słyszał  ją.  Potrząsnął  głową,  bo  to  nie  mogła  być  prawda.  Ilone  odeszła.  Został  sam.  Zaraz  będzie 

ś

witać.  Czują  to.  Czuję  to  w  sercu.  Pomyliła  się.  Jej  serce  stanęło.  Wypuszczona  agonalnym  skurczem 

strzała  poniosła  wysoko,  by  zawrócić  i  wbić  się  głęboko  w  piasek.  Torg  krzyczał.  Wybił  tylu 
napastników, ilu zdołał. Większość uciekła, ciągnąc za sobą Ilone. Żegnaj, wspaniała przyjaciółko. 

Gniazdo  było  w  miejscu,  które  opisał  kupiec.  Nie  strzeżone  przez  żadnego  złotego  smoka...  A 

jednak... Jednak coś tam na Torga czekało. Poczuł niepokojący skurcz w piersi. I... 

Szelest. 

Włożył palce  w uszy.  Krew spowolniła bieg. Przyjaciółko... Wyciągnął rękę. 

Chciałbym  dotknąć...  Ostatni  raz.  Kupiec  uśmiechnął  się  na  te  słowa:  „Tak,  trudno  się  od  niego 

oderwać". Jajo spoczywało na srebrnej wadze. Było wielkości melona, było ciężkie i było szczerozłote. 
Przeciwne  ramię  wagi  kupiec  zaczął  wypełniać  sakiewkami.  Ich  góra  rosła.  A  zawierały  istne  smocze 
skarby. Szlachetne kamienie, perły, złote imperiały. „Jest pan bogaty, panie Torg." O tak, tak... Spokój! 
Czuł jednak podniecenie. Właśnie sprzedał jajo ostatniego złotego smoka. Ostatniego smoka w Ogóle. W 
ś

rodku coś popiskiwało, coraz słabiej i słabiej... Słyszał. Chciał coś powiedzieć, ale... „Niech pan się nie 

przejmuje,  Torg".  Kupiec  zdjął  jajo  z  wagi.  Skorupę  pokrywały  niewidoczne  na  pierwszy  rzut  oka, 
cudowne reliefy gwiezdnych konstelacji. Kupiec odwrócił się za siebie. Na małym palniku podgrzewała 

background image

się fiolka z czymś, co wyglądało jak przezroczysty syrop. Zdjął ją z ognia. „Na wieki wieków" -stwierdził 
i zalał jajo mazią. „Doskonały eksponat" - dodał z podziwem. 

*** 

 
Wyczuł jego brzeg; potem gałęzie, kości, jakąś zeschłą skórę. 

*** 

Westchnął głęboko z wielkiej ulgi. Jedwab ślisko ocierał się o jego pierś. Chłodził i koił blizny. Tylko na 
ból  w  kościach  nie  było  rady.  Przekręcił  się  z  mamrotaniem  -  luksusowe  łóżko  było  zdecydowanie  za 
miękkie dla starego wojaka. Jednakże stanowiło symbol jego nowego prestiżu... Nowego? Zaraz, od ilu 
lat  tamta  nie  żyła?  Jak  miała  na  imię?  Ilara?  Ilena?  Śniła  mu  się  dzisiejszej  nocy,  ale  sen  odszedł  już 
bezpowrotnie. Komnata ginęła w cieniu. Zadrżał. Ale czego miałby się bać? Nikt nie wejdzie do domu 
strzeżonego przez najemne straże. Symbol prestiżu... Zaśniedziała kusza wisiała nad kominkiem. Przestał 
o nią dbać, kiedy po raz pierwszy zaczęła dokuczać mu podagra. Trzeba znać swój czas i swoje miejsce... 
Lecz  wciąż  tęsknił.  Ilone?!  Coś  zaszeleściło.  Aha,  miasto  przeżywało  inwazję  szczurów.  Po  omacku 
szukał  dzwonka,  by  wezwać  służbę.  Darmozjady,  nawet  z  gryzoniami  nie  potrafią  sobie  poradzić. 
Dzwonek  jednak  wysunął  się  z  zesztywniałych  palców  i  bezdźwięcznie  potoczył  po  grubym  dywanie. 
Jakby  nie  miał  serca...  Serce  Torga  zaczęło  szaleć  i  tłuc  się  głucho.  Coś  szło  po  niego.  Tłuste  światło 
ulicznej  latarni  przedarło  się  przez  szparę  w  zasłonie.  Nie,  proszę.  Nie.  Czaszka  szczerzyła  zęby. 
Pochylała się nad nim. Mógł spojrzeć w pustkę, która czaiła się w ciemnym oczodole. „Czas na ciebie, 
Torg." Och, nie... nie! To nie tak miało być. Nie chciał umierać we własnym łóżku, w samotności i ciszy. 
Łożem śmierci wojownika jest pole bitwy. Szczęk mieczy i świst bełtów jego ostatnią melodią. Inaczej... 
Bał się! Oparł się mocno plecami o wezgłowie łóżka. Wymachiwał rękoma. Odgiął tułów, byle dalej od 
białej, pochylającej się nad nim maski... 

*** 

 

     Raptem stracił równowagę. Przechylił się do tyłu, a potem runął w dół. 

Smoczyca oglądała go z powietrza. Oczy też miała złote. 

*** 

 
Aby wymierzyć, wystrzelić, musiała otworzyć oczy. 

Niemal czuła, jak tamci zmagają się ze sobą. Jak Torg przegrywa... Uchyliła powieki, by akurat ujrzeć, 

jak  mężczyzna  spada  i  parę  metrów  niżej  uderza  w  szeroki  skalny  taras.  Krzyknęła  i  w  pierwszym 
odruchu chciała biec, gdy  spostrzegła, że znajduje się na wyciągnięcie ręki od smoczego  gniazda. Było 
olbrzymie  i  budziło  szacunek.  Ale  było  też  ubogie.  Żadnych  legendarnych  klejnotów  i  błyskotek. 
Królewskich koron i zaklętych mieczy. Żadnej wody życia w diamentowych fiolkach. 

Złota, pomimo znużenia mentalną walką, z niezwykłą gracją opadła na skraj gniazda. 

Jajo! - przebiegło przez głowę Ilone. - Ona nadal wysiaduje jajo! 

Ale  jajo  było  inne,  niż  wyobrażała  sobie  Ilone.  I  inne  niż  to,  które  pamiętała  smoczyca.  Już  nie 

błyszczało; leżało szare i zimne. 

Skamieniało. 
Spoczywało tu tyle wieków, że obróciło się w kamień. 
Sędziwa Złota rozpaczliwie załopotała skrzydłami. 

Ilone! Powiedz, że to nie prawda! To nie może być prawda! Nie taka! Okłam mnie Ilone, powiedz, że 

to, co widzę, nie jest prawdziwe... 

Ostami smok padał ofiarą własnej iluzji. 

Z rozdzierającym piskiem Złota wzniosła się w niebiosa. 
Wojowniczka  nawet  nie  sięgnęła  po  bezwartościowy  kamień.  Wsłuchując  się  we  własny  oddech 

ostrożnie schodziła do Torga. Oczy miała już szeroko otwarte. 

Dosięgała  właśnie  skalnej  półki,  kiedy  wyostrzone  zmysły  ostrzegły  ją  o  niebezpieczeństwie.  Smok 

pikował z prędkością roziskrzonego meteoru. 

Ilone przyjęła postawę i nieomylnie wypuściła pierzastą strzałę. 
Złote ciało ciężko legło u stóp łuczniczki. Stworzenie umierało, już bez kłamstw i omamów. 

background image

Dlaczego się wystawiłaś... - pomyślała Ilone, ale nie było to pytanie. 
 

* * * 

Nie stracił przytomności, choć plecy bolały go niemiłosiernie. Plecy i tył głowy. Był pewien, że kiedy 

przesunie sękatymi palcami po potylicy, znajdzie ślady po twardych kamykach. Ilone zostawiła smoka i 
wciąż mocno zaciskając łuk w dłoni kucnęła przy Torgu. Drugą ręką obmacała jego czaszkę. 

- Przynieś... Chcę zobaczyć go z bliska... 
Rzuciła  mu  truchło  na  brzuch,  aż  mężczyzna  stęknął.  W  łuskach  przeglądało  się  słońce.  Smok  oczy 

miał zamknięte, a w miejscu jego serca sterczały pierzaste lotki. 

- Ładny strzał - rzekł wojownik. - Ciało jest mało uszkodzone. 
Odgadła jego myśli: 
-

 

Nie możemy go zabrać. Zepsuje się po drodze. 

-

 

Zdejmę skórę. Łuski się dobrze trzymają - usiadł. Świat wokół niego zawirował. 

-Chcę  stąd  iść.  -  Na  głęboko  spękanych,  wysuszonych  ustach  Ilone  pojawiły  się  kropelki  krwi.  Nie 

oblizała ich. 

-

 

Zajmę się tylko tą skórą... - Idę. 

-

 

Ilone! - Nie słuchała. 

-

 

Ilone! Nie zostawiaj mnie tutaj! - Przystanęła: 

-

 

Zostaw Złotą. 

-

 

Co? 

-

 

Zostaw ją w spokoju. 

Stał przez chwilę bez ruchu. Potem pochylił się i delikatnie ułożył smoczycę na skalnej półce. Blask 

martwego złota trwał i trwał, dopóki na stosie nad ciałem nie został położony ostatni kamień, raz na zaws 
ze odcinając słoneczne promienie. 

- Hej, nie dam rady zejść sam. 
Ilone skinęła głową. Zaczęła ostrożnie sprowadzać w dół opartego na jej barkach Torga. Żadne się nie 

obejrzało, nie spojrzało w górę. 
   

* * * 

Kiedy dotarli do obozu, martwa Siwa leżała na boku z wywalonym jęzorem. Gniadosz zwęszył śmierć 

i drżał niespokojnie w napiętych więzach. 

- Jedno z nas będzie musiało iść pieszo... - Ilone obcięła  klaczy   końcówkę   ogona.   Ukryła  pukiel 

końskiego włosia za koszulą. Torg obserwował ją w milczeniu. 

-

 

Musimy się nająć. Szybko, bo bez drugiego konia... 

-

 

Ciii... - szepnął. - Pojedziemy na zmianę. Prawie siłą zmusiła go, by wsiadł na wierzchowca. 

-

 

Myślisz, że my też jesteśmy ostatni? 

Ilone uniosła głowę, aby spojrzeć w twarz mężczyzny: 
- No, ale nie jesteśmy złoci. Zaśmiał się. 
Echo powtórzyło i spotęgowało basowy śmiech. Kobieta przyłączyła się do towarzysza. Ich połączone 

głosy były jak prosta, ale silna muzyka. Mogłaby spodobać się bogom, gdyby tylko zechcieli istnieć. 

 

* * * 

Wiatr  porwał  śmiechy  i  uniósł  ze  sobą  wysoko  w  górę;  ponad  miejsce,  do  którego  dolatują  Smoki. 

Później porzucił je, a one przekroczyły linię pierwszych gwiazd. 

Radosne  dźwięki  niosły  się  coraz  wyżej  po  Wszechświecie,  aż  do  jego  wciąż  rozszerzających  się 

granic. Do Białego Pałacu. 

Biały  Pałac  wisiał  w  pustej  przestrzeni,  utrzymywany  przez  srebrzyste  liny,  grube  jak  tułowia 

starożytnych  węży.  Liny  nie  miały  końca  ani  początku,  ale  zadrżały  od  uderzających  w  nie  śmiechów. 
Teraz  głosy  przeniknęły  półprzeźroczyste,  utkane  z  wiązki  światła  mury  o  odcieniu  najjaśniejszej  bieli. 
Odbiły się od podłogi w deseniu czarno--białej szachownicy. Uderzyły w wykończone kopułą sklepienie 
i  powróciły  echem.  Biały  Pałac  rozbrzmiał  muzyką,  a  melodia  rozbudziła  kilku  z  mieszkających  na 
granicy  Wszechświatów  bogów.  Jeden  z  nich  spojrzał  w  dół  -wprost  do  Smoczego  Jaru.  Nieziemski 
wzrok  spoczął  na  wierzchowcu,  śpiącym  mężczyźnie  i  kobiecie,  zdezorientowanej  zapadającą  nagle  w 
ś

rodku dnia ciemnością. Jeszcze niżej coś popiskiwało i szybko poruszało się wydrążonymi w skalnych 

rozpadlinach tunelami ku powierzchni. 

Bóg rozejrzał się po Kosmosie: Księżyc właśnie szykował się do długiego zaćmienia Słońca. Kierując się 
kaprysem, jednym tchnieniem zatrzymał satelitę w jego wędrówce, pchnął go na inny tor. To 

background image

wystarczyło. Po chwili cień zsunął się z krawędzi Słońca. Zmamione obietnicą kumeye nagle 
znieruchomiały, zaskrzeczały rozczarowane i w pośpiechu poczęły cofać się do jądra swoich czarnych i 
zimnych nor, gdzie słychać tylko szemranie podziemnej rzeki. 
 

* * * 

Ilone  wzruszyła  ramionami  i  szarpnęła  Gniadosza  za  uprząż.  Koń  zarżał,  po  czym  ruszył  już  bez 

ociągania, niosąc na swoim grzbiecie Torga. 

Wieczorem dotarli do samotnej studni. 

 

Izabela Szolc