background image

Łysiak Waldemar

CESARSKI 

POKER

„Według Machiavela świat jest partią gry

i władcy, którzy biorąc w niej udział, nie chcą
zostać oszukani, muszą sami znać sposoby

oszukiwania”.

(Fryderyk Wielki w „Anty-Machiavelu”)

background image
background image

WSTĘP
czyli trzy prezentacje:

PREZENTACJA POKERA

       Poker — czego chyba nikt kwestionować nie będzie, w każdym razie nie powinien — ma tę przewagę nad 

wieloma innymi karcianymi rozrywkami, że dopuszcza możliwość swoistego oszukiwania, nazywanego 
elegancko blefem. Przy całym jednak szacunku dla atrakcyjności tej szansy należy zauważyć, że jest ona zarazem 

największym mankamentem pokera, legalizuje bowiem coś, co w przypadku innych gier smakuje 
nieporównanie bardziej, jako że jest zakazane. Powyższy truizm proszę potraktować jako najzwyklejsze „wejście 

w widno” do niżej rozpoczynającej się opowieści.
Poker, którego reguły opracowało czterech łebskich jankesów (Templar, Florence, Keller i Schenck), narodził się 

w drugiej połowie ubiegłego stulecia. Chodzi, rzecz prosta, o grę w karty. Poker polityczny jest tak stary, jak starą 
jest czcigodna instytucja polityki i dyplomacji, a więc starszy o te parę tysięcy lat od pokera karcianego.

Iluż niezrównanych wirtuozów blefu i misternej licytacji przespacerowało się po ziemi w ciągu tego czasu! Byli 
to wszystko hazardziści, gdyż, jak słusznie zauważył Bismarck —

agresywna polityka międzynarodowa jest „krwawą grą sił i hazardu”. Znudzeni chamską rąbaniną mieczami i 
toporami, zasiadali w przerwach do stolika Mamy Historii, by w bardziej kulturalny sposób wpływać na rozwój 

cywilizacji i przygotowywać nowe rozstrzygnięcia wojenne, bez których poker polityczny obejść się nie może. 
Złośliwcy twierdzący, że była to burdel-mama w szulerni dziejów, zapominają, iż każdemu z tych wielkich 

graczy chodziło o ogólnoludzki pokój, o świat bez wojen i pożóg, o tę niezmąconą błogą ciszę między czterema 
ścianami gabinetu, w którym byłoby tylko jedno biurko i jeden fotel dla jednego. Niektórzy byli już nawet bliscy 

celu.
Ze wszystkich historycznych pokerów jednym z najbardziej interesujących wydaje mi się ten, w którym wzięło 

udział dwóch wielkich cesarzy: cesarz Francuzów Napoleon I i imperator Wszechrosji Aleksander I. Grali przez 
pewną zamkniętą epokę, zwaną dzisiaj napoleońską. Ani długo, ani krótko, równo piętnaście lat. O tej właśnie 

grze chcę opowiedzieć. Zanim to uczynię — przedstawię obydwu panów.

PREZENTACJA GRACZY

J       ak na cesarskie progi — obaj mieli dość niskie i niezbyt do chwili obecnej jasne pochodzenie; to jest ich cecha 
wspólna.

Rodowód Napoleona, który był synem korsykańskiego adwokata Karola Buonapartego, genealodzy i dworscy 
pochlebcy — zadawnionym zwyczajem genealogów i dworskich pochlebców — wywodzili potem (to znaczy 

kiedy już stał się monarchą i panem połowy kontynentu) od wielu znakomitych familii, ze starożytnymi 
włącznie. A to od: Gens Ulpia i Gens Julia, które dostarczyły cezarów Rzymowi i Konstantynopolowi; od 

dawnych królów Północy; od greckich Komnenów i nawet od „Żelaznej Maski” Ludwika XIV, że
wymienię tylko najbardziej blaskomiotne pnie drzewek rodowodowych * podsuwane Napoleonowi pod nos.

Pierwszy uczynił to notoryczny lizus, poseł francuski we Florencji, generał Clarke. Zamiast podziękowania 
usłyszał:

 

Brednie! Mój dom zaczyna się ode mnie!

W roku 1812 cesarz austriacki, Franciszek Habsburg, chcąc sprawić przyjemność swemu zięciowi, uraczył go ko-

lejnym wywodem genealogicznym Bonapartych (od rodu panującego niegdyś w Treviso), i znowu Napoleon 
odparł:

 

To pomyłka. Moje szlachectwo bierze się od Ma-rengo!

Cytowaną odpowiedź trudno zaliczyć do salonowych, jako że właśnie pod Marengo w roku 1800 młody generał 

Bonaparte sprał na kwaśne jabłko armię swego przyszłego teścia, po czym wyrzucił Habsburgów z Italii. A 
jednak genealodzy wiedeńscy (genealodzy i pochlebcy są to, jak wiadomo, ludzie cierpliwi i uparci) raz jeszcze 

przynieśli mu dokumenty genealogiczne opiewające na koligacje z kilkoma gwiazdkami. Tym razem Napoleon 
wściekł się na dobre, cisnął „bezcenne papiery” w ogień i warknął:

 

Dość już tego! Zapamiętajcie sobie raz na zawsze, że moje szlachectwo urodziło się we mnie, na polu bitwy! 

Jestem Rudolfem Habsburgiem mojej rodziny!

Później w artykule opublikowanym w paryskim „Monitorze”, napisał: „Wszelkie poszukiwania tego typu są 
śmieszne, czy nie szkoda czasu na zajmowanie się podobnymi głupstwami w naszym wieku? Każdemu, kto chce 

wiedzieć, kiedy powstał dom Bonapartych, odpowiadam: 18 bru-maire’a”.** Dziw bierze, dlaczego nie 
poradzono cesarzowi, iż warto byłoby raz się zdecydować: albo Marengo, albo 18 brumaire’a, żeby już nikt się 

nie mylił.
W rzeczywistości (jest to hipoteza najbardziej prawdopodobna) ród „boga wojny” był starym patrycjuszowskim,

background image

* Jeszcze w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych naszego stulecia niemiecki profesor Fritz Ernst dowodził, iż przodkami Napoleona byli 
Turcy, którzy przybyli na Korsykę z Egiptu.

** To jest w dniu, w którym za pomocą zamachu stanu sięgnął po władzę.

a następnie szlacheckim rodem włoskim, jednym z wielu, które w dobie średniowiecza nosiły dumnie nazwisko 

Buonaparte. Pochodzenie tego nazwiska również budziło liczne kontrowersje.
Cwaniacy, próbujący dla określonych korzyści politycznych (chodziło o nakłonienie go do zwrócenia tronu 

wygnanym przez Rewolucję Burbonom) wmówić cesarzowi, że jest on skoligacony z... Burbonami poprzez 
nieszczęśnika, którego Ludwik XIV więził do śmierci w żelaznej masce na twarzy, twierdzili, iż tym tajemniczym 

więźniem był brat—bliźniak „króla-słońce”, co jest wielce prawdopodobne. Mniej prawdopodobna była ich 
kolejna sugestia, mianowicie, że człowiek w żelaznej masce wdał się w romans z córką strażnika więziennego o 

nazwisku Bonpart. Ze związku tego (oczywiście zalegalizowanego — cesarz nie mógł być potomkiem bękarta!) 
miały się narodzić pociechy, które następnie czmychnęły na Korsykę i nosząc tam nazwisko matki dały początek 

familii Bonaparte.
Wszelako na Korsyce rodzina Napoleona posługiwała się jeszcze nazwiskiem w wersji włoskiej, z literką u po 

literze B (dopiero w Paryżu Napoleon sfrancuszczył je, wyrzucając owo u): Buonaparte. Po włosku b u o n a  
p a r t e  znaczy dobra sprawa, dobra część. I tu otwarło się pole do popisu dla zwolenników greckiej genealogii 

cesarza. Ci dowodzili, że osiadły w latach siedemdziesiątych XVII wieku na Korsyce Konstantyn Komnenos 
wysłał na dwór wielkiego księcia Toskanii swego syna Kalomerosa, które to imię tłumaczy się na włoski właśnie 

jako: b u o n a  p a r t e .
Z kolei wspomniana, najbliższa prawdy hipoteza włoska mówi, że przodkowie Napoleona, których zwycięzcy 

Gwelfowie wygnali w XVI wieku na Korsykę (przodkowie ci postawili na złego konia, wiążąc się z Gibelinami), 
wywodzili się z domu Cadolinger, popierającego dążności gmin miejskich do wyzwolenia, sprawę ludu — dobrą 

sprawę. Stąd nadano im przydomek Buonaparte, który następnie stał się chwalebnym nazwiskiem.
Można się nim było wszakże posłużyć i dla uderzenia Korsykanina. Po wkroczeniu do Mediolanu Napoleon na-

łożył na miasto wysoką kontrybucję w celu zaopatrzenia swego zgłodniałego wojska, po czym na jednym z 
balów odezwał się do rezolutnej damy:

 

Gli Italiani sono ladroni.* Na co ona odparła z uśmiechem:

 

Non tutti, ma buona parte.**

Wówczas uśmiechnął się on. Jak twierdzili jego apologeci — w hołdzie dla celności dowcipu. Ale musiał to być 
bardzo kwaśny uśmiech.

Z imieniem, tradycyjnie nadawanym w średniowiecznych Włoszech drugiemu synowi w rodzinie (Napoleone 
lub Napolione), nie było tylu kłopotów, wyjąwszy kłopot ze znalezieniem świętego o tym imieniu. Dopiero po 

zawarciu konkordatu watykańscy spece przejrzeli wszystkie martyrologie i na koniec wyszukali jednego 
męczennika z tym imieniem. Od tej pory święty Napoleon miał już swoje miejsce w kalendarzu pod datą 

urodzin cesarza — 1 5  sierpnia. Niestety, tato Karol Buonaparte nie doczekał tej podniosłej chwili.
Swoją drogą warto też wspomnieć, że ojcowskie prawa taty były przez wrogów Bonapartego z lubością 

kwestionowane. Mówiono, że prawdziwym ojcem geniusza był francuski gubernator Korsyki, generał Marbeuf. 
Mówiono tak, mimo że data przybycia Marbeufa na Korsykę nieco z tym twierdzeniem kolidowała (musiałby 

być Napoleon superwcześniakiem).
Tak więc pierwszy z partnerów w grze, której poświęcone jest to sprawozdanie, wyrósł na monarchę z ubogiego 

szlachetki. Drugi natomiast urodził się (osiem lat później, w roku 1777) od razu w rodzinie monarszej, lecz na 
jego pochodzeniu zaciążył cień o wiele głębszy — wbrew rynsztokowemu przysłowiu nie tylko miecz, ale nawet 

linia kądzieli budziła sporo wątpliwości.
Formalnie Aleksander Pawłowicz, syn Pawła I i ukochany wnuk Katarzyny I I ,  był najczystszym produktem 

familii

Włosi to łajdaki.

Nie wszyscy, lecz większa część (nie wszyscy, tylko Buonaparte).

cesarskiej. W rzeczywistości zawartość koronowanej krwi w jego żyłach nie przekraczała chyba pięćdziesięciu 

procent, a to za sprawą właśnie wielkiej babci, „Semiramidy Północy”, formalnie matki Pawła I. Katarzyna 
spłodziła dziecię, nazwane Pawłem Piotrowiczem, nie z carem-małżonkiem, którego potem zamordował brat jej 

faworyta Orłowa, lecz z innym swym faworytem, Sergiuszem Sałtykowem. Wszelako okoliczność, że Piotr III nie 
miał z tym faktem nic wspólnego, była jeszcze drobnostką w porównaniu z okolicznością, że być może 

krwiożercza Kasia spłodziła Pawła niezupełnie osobiście. Sałtykow — jak twierdziło kilku dziejopisów — 
kiepsko się sprawił, dziecię okazało się chorowitą córeczką i rozeźlona Katarzyna kazała ją cichcem zamienić na 

zdrowego „czuchońskiego chłopczyka”. Tak oto miał powstać ojciec Aleksandra, a plotkę tę zdają się 
potwierdzać liczne przesłanki.

Paweł Piotrowicz był zdegenerowanym szaleńcem, fizycznie całkowicie niepodobnym do kogokolwiek w 
rodzinie. Pokurcz o dziobatej twarzy i rysach złośliwego diabełka rodem z malarskich fantasmagorii Boscha, 

background image

miał odruchy klasycznego wariata — w zależności od tego, czy dostał i jaki bilecik od kochanki, obdarowywał 
tysiące ludzi pałkami lub czarkami wódki, a jednemu z pułków wydał pod wpływem nagłego impulsu taką oto 

komendę:
— W prawo zwrot, na Sybir!

Katarzyna II nienawidziła tej kreatury. Całą swą miłość, wielką, jak wielka była jej odraza do syna, przelała na 
wnuka Aleksandra i jego postanowiła osadzić na tronie z pominięciem Pawła. Przeszkodziła temu zamiarowi 

„piorunująca apopleksja”, do której jeszcze wrócę, a która powaliła ją 17 listopada 1796 roku. Paweł skorzystał 
wówczas z chwilowego zamieszania w Pałacu Zimowym i wskoczył na tron jako Paweł I.

Perypetie z „lewołożnym” pochodzeniem dzieci, tradycyjne już w carskiej rodzinie, nie ominęły także 
Aleksandra, czemu zresztą sam był winien. Ożeniony z córką panującego księcia badeńskiego, Elżbietą 

Aleksiejewną, zaniedbywał żonę w sposób wielce charakterystyczny dla panujących,
zmieniając jak rękawiczki herbowe damy, aktorki i ubogie mieszczki. Identycznie czynił Napoleon. O tej 

dworskiej epoce, w której prostytucja zaczęła popadać w recesję na skutek dynamicznej konkurencji znudzonych 
swą przyzwoitością „przyzwoitych kobiet” *, pisał spec — Giacomo Casanova: „W naszych szczęśliwych czasach 

nie potrzeba wcale sprzedajnych dziewczyn, skoro spotyka się tyle uległości u przyzwoitych kobiet”. Zwłaszcza 
uległości wobec panujących — oto prześliczna ilustracja ze sztambucha epoki: pewnej nocy księżna d’Abrantes, 

przyjaciółka wciąż zazdrosnej o Napoleona cesarzowej Józefiny, dokonała dyskretnego obchodu pokojów dam 
pałacowych. Na wszystkich nocnych stolikach leżała powieść o sławnej metresie Ludwika XIV, pani de La 

Valliere.
Obaj wielcy uczestnicy wielkiego pokera doczekali się w zamian za swe erotyczne fantazje rogów, zanim jeszcze 

wstąpili na trony, tyle tylko, że Napoleon wbrew swojej woli. O mało nie rozwiódł się z Józefiną wkrótce po 
ślubie, kiedy zdradziła go z lalusiowatym oficerkiem Hipolitem Charlesem. Przebywał wtedy po drugiej stronie 

Alp, walcząc z Austriakami w Italii, ona zaś posyłała mu gorące listy, życząc zwycięstwa. Rację miał Lawrence 
Durrell, kiedy twierdził: „Najlepsze listy miłosne kobieta pisze zawsze do mężczyzny, którego zdradza”.

Z Aleksandrem było akurat na odwrót — posiadł rogi za swoim rozkazem. Zakochany po uszy w niezwykle 
biegłej w sztuce Amora pani Naryszkin (Polce, z domu księżniczce Czetweryńskiej), wepchnął żonę do łóżka 

swego serdecznego przyjaciela, Polaka dla równowagi, księcia Adama Czartoryskiego. Całe to wyrafinowane 
zboczenie znalazło wyraz w wystosowanym do Czartoryskiego piśmie, w którym przyszły car kwiecistym 

stylem odstąpił druhowi prawa do Elżbiety Aleksiejewny. Czartoryski był na tyle dobrze wychowany i ostrożny, 
by „nie zrozumieć” intencji Aleksandra:

Jak napisał stary mędrzec La Rochefoucauld: „Mało jest kobiet uczciwych, które nie byłyby znudzone swoją cnotą”.

 

Czegóż ty właściwie żądasz, Wasza Wysokość? — spytał.

Odpowiedź brzmiała nader jednoznacznie:

 

Masz się jej podobać i zostać jej kochankiem.

No więc został i 18 maja 1799 roku przyszła na świat dziewczynka, Maria Aleksandrowna, której podobieństwo 

do Czartoryskiego było uderzające. Car Paweł na wiadomość

0

 

tym dostał ataku furii i rozkazał wyekspediować Polaka w trybie przyspieszonym na Sybir, lecz udobruchany 

przez hrabiego Roztopczyna zmienił adres zsyłki na Sardynię. Zgodnie z rozkazem, Czartoryski wyfrunął z Rosji 
w ciągu dwudziestu czterech godzin.

Zasadnicza różnica między „plaisirs d’amour” Napoleona

Aleksandra polegała na tym, że o ile ten pierwszy nie cierpiał jakiejkolwiek ingerencji kobiet w sprawy polityki 

i nawet Walewska niczego mu w kwestii polskiej nie narzuciła, o tyle ten drugi często ulegał namowom swych 
faworyt, przy czym Naryszkina grała tu pierwsze, bardzo negatywne (zwłaszcza w sprawie polskiej) skrzypce.

Zasadniczo też różniły się młode lata i edukacja obydwu partnerów. Aleksander wzrastał pośród barokowego 
luksusu, Bonaparte na skraju nędzy. W roku 1795 przez kilka miesięcy poszukiwał bezskutecznie pracy w Paryżu 

i żywił się w ulicznej garkuchni dla ubogich, w efekcie czego nie przyzwyczajona do zupy z kotła narzeczona, 
Dezyderia Eugenia Clary (późniejsza królowa Szwecji) zwróciła mu słowo. Nie dane jej było przewidzieć, że już 

za rok odtrącony chłopiec będzie swym nazwiskiem wprawiał w drżenie kolana połowy władców Europy.
Bonaparte ukończył dwie szkoły królewskie w tłumie swoich rówieśników, wykazując nieprzeciętne zdolności, 

głównie w przedmiotach matematyczno-technicznych. Aleksander zasadnicze swoje wykształcenie otrzymał od 
specjalnego preceptora, Szwajcara Fryderyka Laharpe’a, który nafaszerował głowę carewicza mętnawym 

koktajlem humanistycznych utopii i filozofii na bazie francuskiego Oświecenia, izolując go od szarej prozy życia. 
To między innymi dlatego Aleksander „nie czuł” pola bitwy ani nie rozumiał psychologii tłumu —

obie te rzeczy Napoleon miał w małym palcu już w młodości.
Jedna z pań, która na tyle intymnie poznała Aleksandra, by przestać go kochać, stwierdziła bez ogródek, iż „brak 

background image

mu podstaw”. Bez podstaw nie można być wielkim monarchą, ale z powodzeniem można być wielkim graczem. 
Do tego wystarcza wielki spryt i nim właśnie dysponował car — sprytem w polerowanym ubranku 

błyskotliwości i dobrych manier, dzięki czemu miał wszelkie podstawy, by wygrać wielką grę z partnerem, który 
dysponował wybitną inteligencją i geniuszem militarnym, ale sprytem trochę mniejszym. Dlatego pomylił się 

Puszkin, kiedy powiedział o Aleksandrze: „Władca słaby i podstępny”. Nie może być słabym władca, który jest 
podstępny. Napoleon, kiedy już na dobre rozszyfrował swego partnera, nazywał go „chytrym Grekiem” 

(Aleksander był synem Greczynki) lub „szczwanym Bizantyjczykiem”.
Nazywał go również „Talmą Północy”.* Obaj byli doskonałymi aktorami, przy czym głównym środkiem 

scenicznego wyrazu stały się u Bonapartego jego słynne wybuchy wściekłości, którymi terroryzował obcych 
dyplomatów i monarchów, zaś u Aleksandra salonowa kokieteria. Był po prostu lepiej ogładzony, przynajmniej 

w opinii zdrajcy Talleyranda, który — kiedy Napoleon nazwał go publicznie „łajnem w jedwabnych 
pończochach” — mruknął:

— Jaka szkoda, że tak wielki człowiek jest tak źle wychowany.**
Aleksander był wychowany wybornie — prawdziwy dandys na dworze, na którym francuski stał się językiem 

niemal urzędowym. Jakże daleko od barbarzyńskich czasów Piotra Wielkiego i głośnej sceny w Spithead.*** I 
jakże blisko

Franciszek Józef Talma (1763—1826), przyjaciel i ulubieniec Bonapartego, najwybitniejszy aktor Francji i całej Europy w dobie napoleońskiej.

** Historycy nie cierpiący Bonapartego z upodobaniem przytaczają tę ripostę, świadczącą rzekomo o zimnej krwi Talleyranda. Zapominają tylko dodać, że Talley-
rand po powrocie do domu zemdlał i przez pewien czas chorował ze strachu.
*** Car Piotr Wielki bawiąc w Spithead (reda portu wojennego Portsmouth) chciał zobaczyć, jak wygląda słynna kara przeciągania pod okrętem, na którą skazywano 
marynarzy w Royal Navy. Usłyszawszy, że akurat nic ma żadnego winnego, zaproponował:

 

Niech wezmą któregoś z moich ludzi.

 

Najjaśniejszy Panie — padła odpowiedź — ludzie Waszej Cesarskiej Mości są obecnie w Anglii, a tym samym znajdują się pod ochroną prawa.

w tym oświeconym petersburskim „permissive society” do takich eleganckich zwyrodnień, jak kazirodczy 
stosunek cara Aleksandra z własną siostrą.

Obaj pragnęli dla swoich imperiów dyktatury liberalnej i oświeconej.
Napoleon, gdzie mógł (to jest gdzie wkroczyły jego wojska), rozprawiał się z feudalizmem i ze Świętą 

Inkwizycją. Jego stosunek do nauki i uczonych historia, a właściwie powierzchowna publicystyka, upamiętniła 
treścią rozkazu, który rzekomo wydał przy formowaniu słynnych grenadierskich czworoboków w czasie bitwy 

pod Piramidami: „Osły i uczeni do środka!”. Jest to najzwyklejszy obiegowy idiotyzm. Nie chodzi o takie 
drobiazgi, jak to, że nie Napoleon wydał ten rozkaz, ale jeden z francuskich dywizjonerów, któremu zresztą szło 

wyłącznie o ochronę bezbronnych sawantów podczas rzezi, i nie pod Piramidami, ale nieco wcześniej, pod 
Chebreiss. Chodzi o to, że w rzeczywistości nauka francuska przeżyła z inicjatywy Korsykanina okres 

rewolucyjnego wprost rozkwitu. On sam swój stosunek do niej wyraził między innymi w liście do Dyrektoriatu 
z roku 1797: „Powinniśmy wielbić uczonych i otaczać czcią nauki” i w liście do Narbonne’a z roku 1812: „Nauka i 

szkolnictwo wyższe są dla mnie najwartościowszymi atrybutami Cesarstwa”.
Obiegowe opinie o Napoleonie powielają jednostronny obraz „wodza”. A przecież człowiek ten był wybitnym 

matematykiem (znakomity historyk, Ludwik Madelin, napisał

nim: „Przywódca matematyków”) i prawodawcą (Kodeks Napoleona, na którym oparte są do dzisiaj prawa 

europejskie, został przezeń osobiście ułożony). Na wyprawę wojenną nad Nil zabrał kilkudziesięciu uczonych 
wszystkich specjalności

założył w Kairze Instytut Naukowy, któremu zawdzięczamy „odkrycie starożytnego Egiptu” (Ceram). Z 

wybitnymi ówczesnymi astronomami, Lagrange’em, Lalande’em i Laplace’em, roztrząsał najbardziej zawile 

problemy ich dziedziny z zachwycającym ich znawstwem. Liczba istotnych wynalazków dokonanych w dobie I 
Cesarstwa jest absolutnie rekordowa, biorąc pod uwagę jej stosunek do okresu, w jakim się zawierała (dziesięć 

lat).

25 grudnia 1797 roku generał Bonaparte został przyjęty do sekcji mechaniki Akademii Francuskiej. I oto ten wy-

chudły młodzik, który paroma kopnięciami swego wojskowego buta oczyścił Italię z Austriaków i któremu już 
teraz wszyscy ustępują z drogi, z całą pokorą chyli głowę przed zaszczytem, jaki go spotkał. Czyni to jak 

kochanek przed kochanką, bo nauka jest jego wielką, najczulszą miłością, tylko wiedzą można mu zaimponować 
(w przyszłości kilkakrotnie powtórzy z żalem, iż los zmusił go do porzucenia ambicji naukowych). W dniu 

nominacji z całą skromnością pisze w liście dziękczynnym, że wobec swych uczonych kolegów „długo jeszcze 
pozostanie uczniem”.

Kiedy generał przemienił się w cesarza, ta pokora wobec nauki nie zmniejszyła się ani o włos. W chwili 
przekraczania progów Akademii mocarz przemieniał się w szarego członka sekcji mechaniki, a gdy spóźnił się 

na jakieś posiedzenie i wszystkie krzesła były zajęte, wówczas on, cesarz Francuzów, król Włoch, pan połowy 
kontynentu... stał (sic!), albowiem — jak stwierdził — „wobec nauki wszyscy są równi”. Można to oczywiście 

background image

złożyć na karb popisywania się, ale czyż ktoś mógłby przytoczyć drugi przykład takiego „popisywania się” w 
całej historii?

Rok 1806. Napoleon pojawia się w Toruniu i pierwsze słowa, jakie kieruje do władz miejskich, brzmią:
— Czy macie tu pomnik waszego znakomitego rodaka, Kopernika?

Ten dowód lekceważenia funkcjonującej już wówczas pruskiej propagandy na temat rzekomej niemieckości Ko-
pernika zaskoczył Polaków. W Polsce powtarzano wówczas wierszyk o Koperniku pióra jednego z uczniów 

Bohomolca:
Dowiedziawszy się, że pamiątki po Koperniku są krańcowo zaniedbane, cesarz wpadł w gniew i kazał je na 

własny koszt odrestaurować. Słusznie biograf Kopernika, Jeremi
„Mówisz, że słońce stoi, Ziemia w koło chodzi. Gdyś to pisał pijany byłeś, albo w łodzi.”

Wasiutyński, nazwał Napoleona „pionierem kultu Kopernika w Polsce”.
Aleksander, napompowany przez Laharpe’a republikańskim demokratyzmem, radykalnymi pismami Locke’a i 

Rousseau, zaczął podobnie — wręcz antymonarchistycznie! W zaprowadzeniu reform wewnętrznych miał mu 
pomóc utworzony przez przyjaciół-zapaleńców (Czartoryski, Strogonow, Koczubej i Nowosilcow) „tajny 

komitet”, zwany także „komitetem ocalenia publicznego”. Uwolnili wielu zesłańców, przeprowadzili 
reorganizację systemu administracji i praw, ulżyli chłopom pańszczyźnianym, przewrócili do góry nogami 

oświecenie publiczne poddając szkolnictwo kuratoriom uniwersyteckim. Ale wyjąwszy to ostatnie (powstało 
kilka nowych uniwersytetów) — wszystko pozostałe weszło w życie tylko częściowo, bardzo częściowo, często 

wyłącznie na papierze lub w narzucony przez cara krętacki sposób. Przykładowo: nowy ustrój konstytucyjny, 
który miała otrzymać Rosja, został zgodnie z intencją Aleksandra tak skomponowany, by stanowił skuteczny 

parawan dla samowładczego totalitaryzmu. Jego biograf, Maurycy Paleologue, określił to następująco:
„W głębi duszy nie jest on liberalny, raczej marzy o tym, żeby być takim. Jego humanitarny liberalizm roztapia 

się w abstrakcyjnych i mglistych formach wolności. Jeśli więc zamierza nadać Rosji nowy ustrój, zastrzega się od 
razu, że nie może nic poświęcić z uprawnień dotychczasowej władzy, gdyż na to mu nie pozwala duma dynastii 

i jego własna wielkość. Żal mu codziennej teatralnej pompy dworu, w której się czuł doskonale”.*
Szybko wyzbył się tych mrzonek młodości i przeszedł do obozu ultrareakcyjnego. Pomogli mu w tym, 

popychając w kierunku Świętego Przymierza: szalbiercza mistyczka Krüdener, austriacki kanclerz Metternich i 
tępy okrutnik z własnej stajni, generał Arakczejew. Po czym Rosja zamieniła się w jeszcze mocniej skute 

kajdanami poletko nieznośnego ucisku i samowoli.
Przychylni mu historycy wytłumaczyli niepowodzenie

Tłumaczenie Marty Grabowskiej i Józefa Konopki.

w realizacji „wielkiej reformistycznej chimery” trudnościami, jakie napotkał wewnątrz kraju, ciężarem 
rzeczywistości nie do udźwignięcia w owym czasie. Przypominają się słowa Gilberta Cesbrona: 

„Uprzywilejowani bardzo cenią drobne przeciwności — likwidują one ich ostatnie skrupuły”.
Ciekawy był stosunek obu partnerów do oficjalnie wyznawanej religii. Praktyki religijne Aleksandra były 

typowym dlań teatrem. Jego wiara w Boga przypominała jezioro, które raz wysycha, a innym razem wzbiera — 
zależnie od okoliczności. Katarzyna II, przyjaciółka Diderota i Voltaire’a, bożyszcze encyklopedystów („Notre-

Dame de Petersbourg”), starała się wychować wnuka w obojętności dla chrystianizmu, wpajając mu 
przekonanie, że religia ma wartość jedynie jako „instytucja policyjna”. Laharpe kontynuował to dzieło i pewnego 

razu podyktował uczniowi zdanie: „Zbawiciel to Żyd, którego imię przyjęła sekta chrześcijan”.
Z umiarkowaną (bardzo umiarkowaną) wiarą w Chrystusa sąsiadował u imperatora Wszechrosji mistycyzm i 

kontakty z ludźmi „nawiedzonymi”, wśród których pierwszym był „boży człowiek”, regularnie „zaglądający w 
przyszłość”. Tacy jasnowidze, z osławioną panną Lenormand na czele, pchali się także na pokoje Napoleona, lecz 

zostali przegnani. Co nie znaczy, że był Bonaparte szczerym katolikiem — pozował raczej na deistę i na przykład 
w Egipcie czarował muzułmanów swym uwielbieniem dla Allaha. Dopiero w ostatnich latach życia powrócił na 

łono katolicyzmu. Na Świętej Helenie powiedział:
— Religia jest o wiele przyzwoitszą i pewniejszą przystanią, niż szelmy pokroju Cagliostra czy Mile Lenormand.

Pierwszym „bożym człowiekiem” Aleksandra I był apostoł sekty trzebieńców, Kondratij Seliwanow, głoszący 
słowami Mateusza i Izajasza: „I są rzezańcy, którzy się sami otrzebili dla Królestwa Niebieskiego (...) Bo tak 

mówi Pan trzebieńcom, którzy będą strzec sabatów moich, a obiorą, com ja chciał i zachowają przymierze moje. 
Dam im w domu moim i w murach moich miejsce lepsze nad syny i córki, imię wieczne dam im, które nie 

zaginie”.
Seliwanow był mistykiem szalonym, wszelako szalonym

w granicach rozsądku, czyli bezpieczeństwa, chociaż bowiem namawia! wszystkich do wyzwalającej duszę 
kastracji, nie ośmielił się poradzić tego samego carowi. Efekty propagandy Seliwanowa były często zatrważające. 

Popadające w mistyczną egzaltację kobiety-„bogomołki” okaleczały się dla usunięcia ze swych ciał chuci 

background image

(„iskuszenja płoti”), kastrowali się też ciemni żołnierze. Gdy uczyniło to siedemdziesięciu gwardzistów carskich, 
wyżsi oficerowie wpadli we wściekłość i udali się do Aleksandra na skargę, ten jednak nie kiwnął palcem dla 

zapobieżenia tragediom.
Seliwanow wywierał zresztą jeszcze większy wpływ na cara. Aleksander konsultował się z nim przed 

powzięciem ważnych decyzji i wyprawami wojennymi. Seliwanow wyrażał się wówczas o Napoleonie per 
„przeklęty Francuz”. Komizm całej tej historii polega na tym, że później, już po śmierci Napoleona, trzebieńcy 

czcili go jako świętego, wcielenie Mesjasza, i twierdzili, że spoczywa on we śnie na wybrzeżach Bajkału, by 
kiedyś zmartwychwstać i zaprowadzić na świecie Królestwo Boże.*

Interesuje Państwa z pewnością opinia Bonapartego na temat zażyłości między namiętnym wielbicielem 
rozkoszy serwowanych przez usłużne damy, Aleksandrem, i apologetą mistycznego orgazmu w postaci 

autokastracji, Seliwanowem. Spieszę zaspokoić tę ciekawość słowami wyjętymi z ust Korsykanina:
— Trudno posiadać świetniejszy umysł, jak car Aleksander — zwierzył się pewnego razu Napoleon Metternicho-

wi — lecz mnie się zdaje, że brak mu jednej klepki, tylko nie mogę dojść której.
Byśmy mogli dojść do pełniejszego obrazu partnerów cesarskiego pokera, którego opis wypełni dalsze strony tej 

książki, kilka opinii trafnie ujmujących sylwetki i charaktery obydwu. Zacznijmy od cesarza Francuzów.
„Jak wielu współrodaków, co zresztą na Korsyce nie jest niczym wyjątkowym, Napoleon miał usposobienie 

pochmurne,

Tę sensacyjną informację podał jako pierwszy do druku Piotr Leroy-Beaulieu w „La Renovation de L’Asie”, Paris 1900.

charakter gwałtowny i humor kapryśny; od dzieciństwa odczuwał potrzebę panowania (...) lubił samotność, 

szukał jej zwłaszcza do pracy” * (Roger Peyre, „Napoleon i jego epoka”, Warszawa 1901).
„Nieustannie czujna uwaga i niezrównana pamięć podsycały w nim gorącą wyobraźnię, która bez przerwy snuła 

plany polityczne i strategiczne, a którą oświecały, zwłaszcza w nocy, gwałtowne błyski natchnienia, 
analogicznego do natchnienia matematyka i poety. Nieustanne napięcie umysłu izolowało go od tych 

wszystkich, którzy czuli odrazę do wysiłku i myśleli jedynie o próżnowaniu i uciechach (...) szlachetna była jego 
pasja, by poznać i zrozumieć wszystko; jako człowiek racjonalistycznego i filozoficznego XVIII wieku, nie po-

przestawał na intuicji, lecz opierał się na wiedzy i rozumowaniu” ** („Historia Francji”, t. I I ,  Warszawa 1969, z 
części napisanej przez G. Lefebvre’a).

„Największy człowiek czynu, jakiego znają dzieje, dzięki niezrównanej sile woli i geniuszowi militarnemu z 
skromnych początków wzniósł się na stanowisko twórcy najpotężniejszego mocarstwa w epoce nowożytnej i 

pana Europy. Wielki jako wódz, okazał również pierwszorzędne zdolności jako administrator i prawodawca; 
pracownik wszechstronny a niestrudzony, poświęcał na sen zaledwie 4—5 godzin na dobę” *** („Wielka 

Ilustrowana Encyklopedia Powszechna Gutenberga”, t. XI).
„Obraz d u c h o w y  Napoleona da się odtworzyć z trudnością, gdyż, jak mówi Taine: «był on ponad miarę 

wszystkiego, tylko jeszcze bardziej dziwny, nie tylko poza linią, ale i poza ramą. Przez swój temperament, 
instynkty, zdolności, wyobraźnię, przez swą moralność, namiętności, zdawał się być

Tłumaczenie Władysława Bukowińskiego. ** Tłumaczenie Michała Derenicza. *** Godłem Cesarstwa nie był orzeł, jak się powszechnie uważa, lecz z 

rozkazu Napoleona pszczoła — symbol pracowitości (przed nim użył tego symbolu król Franków z dynastii Merowingów, Childeryk, w V wieku).
Gdy ministrowie zasypiali ze zmęczenia na nocnych posiedzeniach rządu, Napoleon budził ich mówiąc:
— Dalej, dalej, panowie, obudźmy się, jest dopiero druga godzina, musimy zarobić pieniądze, które nam daje naród francuski.

urobionym gdzie indziej, utworzonym z innego metalu niż jego współobywatele i współcześni*. Charakteryzuje 
Napoleona potęga umysłu, olbrzymia pamięć, siła woli, pracowitość, przenikliwość, odwaga (...) Jeśli wielkość 

ludzi mierzy się siłą umysłu i mocą charakteru, nie ma w dziejach tytana, któremu by Bonaparte nie 
dorównywał. Był despotą, rządził ludami Europy jak chciał, ale był jednocześnie heroldem rewolucji, 

demokratyzmu, równości, dla milionów był legendarnym bohaterem, który mieczem ma zaprowadzić spra-
wiedliwość na ziemi. W skostniałą Europę wniósł z sobą potężne prądy, budził z letargu uśpione narody, 

otwierał nowe cele i drogi (...) Wola jego i inteligencja równały się prawie jego wyobraźni, która była bez granic” 
(„Encyklopedia Powszechna Ultima Thule”, t. VII, Warszawa 1935).

„Napoleon rozszerzył do niesłychanych rozmiarów te pojęcia, które przed nim uważane były za najdalsze 
granice ludzkiej umysłowości i energii” (Lord Rosebery, „Napoleon — the last phase”, London 1900).*

Z kolei samodzierżca rosyjski:
„Wyzuty z cywilnej odwagi, o woli spękanej, czynnej tylko przez wysiłki chwilowe, splątany stale siecią 

sprzecznych zamierzeń i zobowiązań, z konieczności zakłamany, wyrobił sobie natomiast rzadką zręczność 
maskowania się, udawania, łudzenia drugich” („Wielka Historia Powszechna” Trzaski,

W pierwszym wydaniu zacytowałem jeszcze radzieckiego historyka, Tarlego. Cytat ten wyrzucam, warto wszakże zauważyć, iż Tarle, który m. in. tak 

określił Napoleona: „Jedno z najosobliwszych zjawisk w dziejach świata”, pisząc (w dobie stalinowskiej) biografię Bonapartego, stworzył jedną z najosobliwszych 
biografii w dziejach świata. Napisał m.in., że „Napoleon usunął wszelkie ślady wolności z państwowego i społecznego życia swego imperium — kompletna cisza 
panowała podczas jego panowania na terenie niezmierzonego państwa”, że „okrutnie i konsekwentnie prześladował”, że „żaden rząd nie posunął się do takiego 
mistrzostwa w gnębieniu proletariatu jak właśnie on, który przez wprowadzenie specjalnych książeczek robotniczych* ostatecznie pozbawił robotników 
możliwości obrony przed wyzyskiem”, że „w czasach Napoleona trwa! ucisk, trwoga i niepewność jutra; nikt nie mógł przewidzieć, co się z nim stanie jutro w tych 
krwawych czasach”, że „Napoleon planowo grabił kraje, którymi mógł rozporządzać” i że to wszystko przypominało „szajki bandyckie, których programem jest 

background image

zwierzęce okrucieństwo”. Wspomniana osobliwość takiego ujęcia tematu polega na fakcie, iż obraz ów nic miał nic wspólnego z Napoleonem, za to idealnie 
odzwierciedlał epokę stalinowską (Stalina i stalinizm), włącznie z drobnymi detalami, jak chociażby „książeczki robotnicze”, za pomocą których Stalin uczynił 
robotnika niewolnikiem w raz na zawsze przypisanym miejscu pracy.

Everta i Michalskiego, t. VI, Warszawa 1936, z części napisanej przez Mariana Kukiela).
„O ile Katarzyna I I  przedstawiała idealny typ męskości w polityce, w konsekwencji, nawet w obłudzie, o tyle 

Aleksander I reprezentuje idealny typ kobiecości. Reprezentował wszystkie te cechy, które słusznie czy 
niesłusznie przypisujemy kobietom, a mianowicie zmieniał zdanie zależnie od tego, z kim rozmawiał, i zawsze 

się skłaniał do wywodów swego rozmówcy, nigdy nie lubił i nie umiał stawić czoła innym przekonaniom. Swoje 
własne myśli ukrywał, wciąż kluczył, wciąż jak gdyby chorował na brak decyzji. (...) Nie znosił silniejszych 

indywidualności, a jednak liczył się z nimi, schlebiał im i zwodził” (Stanisław Mackiewicz, „Był bal”, Warszawa 
1961).

„Na osobowości przyszłego władcy zaciążył też niewątpliwie udział w tarciach między ojcem a babką, co 
wypaczało charakter Wielkiego Księcia, uczyło dwulicowości, skrytości i przesadnej ostrożności, pogłębiało 

cechujące Aleksandra niezdecydowanie (...) Nie był wybitnym politykiem i nie umiał konsekwentnie realizować 
przyjętych planów. Zręcznie natomiast lawirował między różnymi koteriami dworskimi, wykorzystując ich 

walkę do ugruntowania własnej, często chwiejnej, pozycji” (Jerzy Skowronek, „Antynapoleońskie koncepcje 
Czartoryskiego”, Warszawa 1969).

„Oszczerczy dureń, kapryśny i nieobliczalny intrygant, maniak religijny, cynik słodki w języku, a fałszywy w 
sercu; grozi mu obłęd, tak jak Pawłowi, ma delikatną płeć, ale źle słyszy, gwizda pięknie przy fortepianie, gra z 

pasją w loteryjkę, zakłada się z paniami, kto się prędzej przebierze. Pod względem fizycznym jest nieznużony 
(...) czasem zmusza swe tancerki do czterdziestu ukłonów w jednym tańcu. Dba ogromnie o wygląd zewnętrzny 

i stara się, aby białe spodnie generalskie przypominały na nim — statuę marmurową” (z raportów agentów 
tajnej policji austriackiej w czasie Kongresu Wiedeńskiego: Stanisław Wasylewski, „U księżnej pani”, Kraków 

1958).
„Największą wadą, która zresztą tłumaczy charakter rządów Aleksandra, jest chwiejność. Nerwowy fantasta, 

działa
tylko pod wpływem afektów. Nagłe zmiany humoru, skoki od brutalnego egoizmu do wspaniałomyślności, 

radość życia i melancholia, odwaga i tchórzostwo, zapał i zniechęcenie, szczerość pełna niedomówień i 
wykrętów, pociąg do pustych rozrywek wśród najpoważniejszej pracy, dziwny brak poczucia moralności i 

niezdrowe wybryki w miłostkach — to wszystko wskazuje na chorobliwy stan psychiczny i fatalny atawizm. 
Bezkarnie nie można być synem podejrzliwego degenerata i okrutnego błazna, potwora «o trupiej głowie», jakim 

był car Paweł” * (Maurice Paléologue, „Aleksander I — dziwny car”, Lwów—Warszawa).
„Metternich oblicza w swoich pamiętnikach, że co pięć lat zmieniał się wewnętrznie do gruntu, procesem 

stopniowym, a co kilka miesięcy było coś zmodyfikowanego w jego pojęciach, uczuciach, upodobaniach i 
zarazem w jego polityce. Zapewne w tym sądzie dużo ironicznej przesady (...)” (Juliusz Falkowski, „Obrazy z 

życia kilku ostatnich pokoleń w Polsce”, t. IV, Poznań 1886).
„Miał przebiegłość, chytrość i zimną rachubę, ale brakowało mu zupełnie mocy działalnej (...) nie miał nigdy 

dość siły, żeby wywrzeć wpływ na sprawy swego państwa, bierny raczej niżeli czynny (...) Miewał czasem 
popędy mongolskie z tradycji i przypomnień” (Adam Mickiewicz, paryski wykład XXV, 17 maja 1842)**.

Więcej miejsca poświęciłem w tej „cytatowej” charakterystyce słabościom Aleksandra niż sile woli Napoleona, bo 
też cechom zwycięskim należy się priorytet. Mickiewicz dodał podczas tego samego wykładu: „Ta dwoistość w 

charakterze, to wahanie się w postępowaniu politycznym, stawały się dla niego (Aleksandra) źródłem 
powodzeń”. Przebiegła kobiecość zawsze triumfuje.

Z jednej strony wszechstronny geniusz dysponujący inteligencją i pracowitością większą od przeciętnej, z drugiej 
zniewieściały, niedouczony bawidamek, krętacz i mistyczny tchórz — i on właśnie wygra. Nie może to budzić 

zdziwienia.

Tłumaczenie Marty Grabowskiej i Józefa Konopki. ** Tłumaczenie Feliksa Wrotnowskiego.

bo jeśli w ogóle w historii istnieją jakieś prawidłowości, ta jest najbardziej typowa: dynamiczni ambitnicy spod 

znaku Marsa zawsze spalają się w ogniu swej wielkiej pasji; politycznego pokera rozstrzygają na swoją korzyść 
„chytrzy Bizantyjczycy”, którzy lepiej opanowali sztukę blefu i umiejętność doczekania weny, szczęśliwego 

odwrócenia się karty po całej serii porażek. Właśnie szczęście stanowi jeden z najważniejszych atutów w 
pokerze, grze będącej zjawiskiem — mówię to z całą odpowiedzialnością — metafizycznym. Spytajcie do-

świadczonych pokerzystów — wena i pech spadają w tej grze na uczestników długimi falami, licho wie 
dlaczego. Pechowcy nie powinni zajmować się pokerem.

Pozostaje mi jeszcze obowiązek sportretowania fizys obydwu graczy.
Paléologue: „W zaraniu dziewiętnastego stulecia carewicz Aleksander, syn Pawła I ,  wnuk Katarzyny Wielkiej, 

background image

jest pięknym dwudziestotrzyletnim młodzieńcem, szczupłym,

oczach błękitnych, rysach delikatnych, kształtnym nosie

jasnych kasztanowatych włosach. Z jego twarzy promieniuje pełen uroku wyraz, cechujący również całe 

zachowanie się, pełne monarszej wytworności”. Z upływem lat czoło Aleksandra będzie się stawać coraz wyższe, 

i to wszystko, co warto dodać do opisu.
Przepraszam, warto jeszcze dodać coś, co już zostało powiedziane, lecz co Mickiewicz podkreślił opisując Alek-

sandra: „On jeden spomiędzy carów rosyjskich miał oczy błękitne”.
Peyre o młodym Napoleonie: „Małego wzrostu (168,7 cm — przyp. W. Ł.), lecz trzymający się prosto i wysmukle, 

zdradzał postacią samą mieszaninę stanowczości, porywczości i powagi, które go czyniły niepospolitym. Cera 
żółtawa, policzki wklęsłe, niezwykła chudość — miały w sobie coś pociągającego; przejawiała się jedna z tych 

dusz, które ma na myśli porównanie: klinga przebija pochwę”.
Z biegiem czasu posępny chudzielec o drapieżnej twarzy zaczął się zaokrąglać — mniej więcej od 1800 roku, co 

łatwo zauważyć przeglądając jego podobizny pędzla Grosa, Roehna, Lethiére’a, Isabeya, Davida, Fragonarda, 
Chaudeta, Cou-

dera, Philipsa, Bouchota, Lebela, Gérarda, Monsiau, Prud’-hona, Serangeliego, Verneta, Appianiego, Berthona, 
Ponce Camusa, Mularda, Gautherota, Gosse’a, Rougeta, Vignerona, Lefebvre’a, Girodeta, Delaroche’a, Flamenga, 

Meissoniera, Orchardsona, Eastlake’a i innych. Można by z tych niezliczonych portretów ułożyć ewolucję jego 
otyłości niemal miesiąc po miesiącu. Jeśli chodzi o wygląd ogólny — wychodziło mu to na dobre, gdyż zacierało 

rażącą dysproporcję między głową a resztą ciała. Podobnie jak wszyscy w rodzinie Bonapartych, Napoleon miał 
olbrzymią głowę, co zwłaszcza w młodości, kiedy był chudy jak szczapa, raziło: łeb Goliata na korpusie 

zagłodzonego Pigmeja. Tusza osłabiła ten kontrast.
Aha, i jeszcze jedno — miał przepiękne dłonie, „z których największa kokietka byłaby dumna i których skóra, 

biała i gładka, osłaniała stalowe mięśnie” (świadectwo księżnej d’Abrantes). Za chwilę te dłonie rzucą pierwsze 
karty na stół.

PREZENTACJA WIDOWNI

Czytelnik dobrze zorientowany w realiach doby napoleońskiej łacno zauważy, że przecież głównym 

przeciwnikiem Napoleona był Albion. I będzie miał rację, tylko że Anglicy mieli przez całe wieki ten rozsądny 
zwyczaj, iż gry polityczne, w których można było poparzyć sobie paluchy, przeprowadzali cudzymi rękami, 

wypełniając je uprzednio złotem. Mówiło się: „Anglia walczy do ostatniego żołnierza... swego sprzymierzeńca” i 
mówiło się w ten sposób czystą prawdę. Londyn przez większą część Empire’u napuszczał na Bo napartego inne 

mocarstwa europejskie, dofinansowując je z takim zapałem, że — zważywszy kolejne klęski, jakie zadawał 
wrogom „bóg wojny” — Wielka Brytania stanęła u progu bankructwa gospodarczego.

Faworytem Londynu przez cały czas wielkiej gry był Aleksander I — on brał udział w bezpośredniej rozgrywce i 
dlatego był to poker między nim a Napoleonem.

Ile kosztowała ta gra? Wydatki wojenne zatwierdzone przez francuskie ministerstwo skarbu wyniosły w latach 
1802—1813 cztery miliardy siedemset trzydzieści trzy miliony franków. Odliczając od tego sumy wydane na 

działania nie wchodzące w zakres rozgrywki z Aleksandrem, a dodając sumy na dyplomację, szpiegostwo, 
kaperownictwo, ceremonie etc. — należy przyjąć szacunkowo, że Napoleon dysponował sumą około dziesięciu 

miliardów franków, car zaś niewątpliwie podobną.
Widownię stanowił cały ówczesny świat, wyjąwszy Australię, Oceanię i oba bieguny (nawet do Japonii i Brazylii 

docierały echa tych zmagań), ale przede wszystkim Europa, wówczas jeszcze nie będąca „przylądkiem bez 
znaczenia”, za to podzielona na niezliczoną ilość drobnych państewek, księstw i republik, żrących się między 

sobą, intrygujących ze wszystkimi przeciw wszystkim i jak sępy czekających na ochłapy ze zdobyczy wielkich 
graczy.

W loży honorowej spektaklu zasiedli władcy tych kilku większych państw, którym udało się uniknąć 
dzielnicowego rozdrobnienia. Przyjrzyjmy się nieco bliżej owym koronowanym kibicom, a momentami 

współuczestnikom (w postaci figur w talii kart) cesarskiego pokera.
Była to sama śmietanka starego kontynentu, wielce osobliwa. A więc król Anglii, Jerzy I I I ,  którego obłęd 

ukrywano dość długo, by jednak w roku 1 8 1 1 ,  kiedy już stał się kompletnym wariatem, odesłać go z tronu na 
leczenie. Król pruski, Fryderyk Wilhelm I I I ,  nadęta kukła, niezgrabna, pozbawiona jakichkolwiek talentów i 

pogardzana przez własne otoczenie — Napoleon mówił o nim: „Głupi jak feldfebel”. Cesarz austriacki, 
Franciszek, tępy i zawsze uroczysty, w pełni zasługujący na epitet, którym go obdarzono: „Głupiec w gali”. Król 

Hiszpanii, Karol IV, wyśmiewany przez całą Europę ślepy rogacz, który kochanka swej żony uczynił pierwszym 
ministrem królestwa, niewątpliwie również zasługujący na pomnik głupoty. Król Neapolu, Ferdynand I ,  

wszechświatowy champion rogaczy owej doby, leniwa i bezrozumna marionetka w rękach królowej Marii 
Karoliny, permanentnie cierpiącej na brak ludzkiego ciepła i leczącej się w ramionach

background image

co dzień to innego oficera. Oraz król Szwecji, Gustaw IV, pogrążony w mistycyzmie i cudotwórstwie, 
znienawidzony przez cały naród i wreszcie „zdymisjonowany” przez sejm. Zaiste, doborowe towarzystwo.

Czyż można się dziwić, że w tym elitarnym gronie głupców nie znalazł się ani jeden poważny konkurent dla 
Aleksandra i Napoleona? Tylko oni dwaj mogli zagrać o tytuł arbitra Europy.

RUNDA
Runda jeńców i morderców

(jedno rozdanie) *

MIRAŻ INDYJSKI

To pierwsze rozdanie kart lub raczej przygotowanie do niego, zaczęło się od zdobycia przez Francuzów wyspy 
Malty.

U Napoleona wszystko zaczynało się i kończyło na wyspach. Urodził się na Korsyce, wygnany został na Elbę, 
zmarł na Świętej Helenie. Zapisana w gwiazdach magia wysp — kamieni milowych jego losu.

Maltą zainteresował się w roku 1798, płynąc ze swą „armią wschodnią” na podbój Egiptu i Syrii.
Wyspa ta, ufortyfikowana tak solidnie, że uchodziła za niezdobytą, od roku 1535 znajdowała się w posiadaniu 

Kawalerów Maltańskich, czyli Braci Szpitalnych Św. Jana z Jerozolimy (Joannitów). Ci dzielni rycerze, będący 
przez kilkaset lat prawdziwym „biczem bożym” dla agresywnych wojowników

Pod pojęciem rozdanie należy rozumieć jedną rozgrywkę, od potasowania kart do sprawdzenia.

spod znaku półksiężyca, w końcu X V I I I  stulecia przestali już być dzielnymi, zniewieścieli i w większości 
szwendali się po dworach europejskich, tracąc swoje dochody na życie próżniacze i rozpustne. To, że Malta — 

„klucz Morza Śródziemnego”, nie stała się jeszcze łupem któregoś z mających na nią chrapkę mocarstw, 
spowodowane było wyłącznie potęgą jej murów obronnych — w olbrzymich XVI-wiecznych bastionach 

posadowionych na urwistej skale stu ludzi mogło się z powodzeniem przeciwstawić całej armii. Napoleon wie-
dział o tym i dlatego wcale nie zamierzał wspinać się na te skały. Postawił na klucz ze złota.

Flota francuska zacumowała u wybrzeży Malty 9 czerwca 1798 roku i pod pierwszym lepszym pretekstem 
rozpoczęła kroki wojenne. Były one nie tyle posunięciem militarnym, ile czymś w rodzaju sygnału — 

przypomnieniem dla tych rycerzy, którzy wcześniej wsadzili do kieszeni francuskie pieniądze. A jako że wśród 
tych przekupionych był także dowódca artylerii maltańskiej (zaopatrzył on swoich ludzi w wilgotny proch i kule 

niewłaściwego kalibru) — zabawa zapowiadała się na niezbyt długą. W każdym razie była rzeczywiście 
zabawna. Wielki mistrz von Hompesch wysłał na pokład flagowego „Orientu” delegację złożoną z ośmiu 

Kawalerów, z których pięciu uciekło po drodze ze strachu. Bonaparte przyjął pozostałą trójkę grzecznie:

 

Panów tylko tylu? A gdzie reszta?... Zresztą dobrze, że przybywacie, bo właśnie miałem obsypać twierdzę 

stosem „confetti”, które bywają bolesne.
Widząc, że posłowie nie przestają drżeć, dodał:

 

Może napijecie się, panowie, ponczu, widzę, że wam chłodno...

Po czym zasiadł do biurka i wziąwszy pióro do ręki powiedział z uśmieszkiem:

 

Przygotowałem już dokument, który podpiszecie, panowie. Trzeba jeszcze dać mu tytuł. Wydaje mi się, że 

słowo k a p i t u l a c j a  brzmi nie najładniej wobec sławnego zakonu rycerskiego, w związku z czym proponuję 

tytuł u m o w a .   Co o tym sądzicie?... Świetnie, kto milczy, ten się zgadza, a więc do dzieła!
Na mocy tej „umowy” Francuzi zawładnęli w dniu 1 2   czerwca newralgicznym punktem morskiego szlaku 

wschód-zachód. Szef saperów armii francuskiej, generał Caffarelli, spacerując u boku Napoleona po 
gigantycznych murach twierdzy, westchnął z ulgą:

— Całe szczęście, że był ktoś w środku, aby nam otworzyć bramy.
Po zdobyciu Malty Bonaparte odpłynął ze swym wojskiem do Afryki, by przetrzeć szlak i przygotować w Syrii i 

w Persji bazy do ataku na Indie. Nie przypuszczał jeszcze, jak istotną kartą stanie się ta wyspa w jego pierwszej 
rozgrywce z Petersburgiem. My również pożegnajmy Maltę na krótki czas i zapoznajmy się z człowiekiem, który 

dostarczył Napoleonowi pozostałych, najsilniejszych figur do licytacji. Człowiekiem tym był czarnowłosy i 
czarnooki chudzielec o nazwisku Massena, syn garbarza, eks-przemytnik i chłopiec okrętowy, obecnie zaś (w 

dobie kampanii egipskiej) jeden z pozostawionych na straży Republiki generałów rewolucyjnego chowu.
Czterdziestoletni w roku 1798 Andrzej Massena był typem ponurym, milczącym i zgorzkniałym, trudno powie-

dzieć czy dlatego, że ukochana dziewczyna miast niego wybrała do ślubnej łożnicy jego najserdeczniejszego 
przyjaciela Bavastro (najwybitniejszego korsarza napoleońskiego basenu Méditerranée), czy też dlatego, że 

podczas wojny nie można było być wszędzie naraz i ukraść wszystkiego, przez co naturalnym biegiem rzeczy 
część łupu wędrowała do sakw kolegów. Był to ponadto człowiek stały, nigdy nie zmienił swego hobby, nawet 

wówczas, kiedy już, zostawszy z woli cesarza księciem Rivoli i Essling, posiadał oficjalne dochody w wysokości 
eliminującej konieczność łupienia anektowanych bądź wyzwalanych ziem. Dzięki tej stałości zszedł do grobu z 

background image

milionami przekleństw od ograbionych kościołów, miast i wsi, lecz także z kontem w wysokości czterdziestu 
milionów franków.

Dla Francji istotne było to, że chciwości Andrzeja Mas-sény dorównywały w pełni jego talenty militarne (według 
ekspertów wojskowości był on najwybitniejszym, obok Da-vouta, wodzem w armii napoleońskiej).

Podczas nieobecności Bonapartego w Europie Massena i jego pozostali na kontynencie koledzy mieli pełne ręce 
roboty. Oto bowiem, korzystając z tej nieobecności, Europa zafundowała sobie za brytyjskie złoto nową koalicję 

antyfrancuską i runęła ze wszystkich stron na młodą Republikę, zadając jej serię hańbiących klęsk. Sytuacja 
pozbawionych swego „boga wojny” Francuzów zaczęła stawać się bliska krytycznej, a przecież najgorsze 

dopiero miało nadejść, gdyż dwie rosyjskie armie cara Pawła I (był on „spiritus movens” koalicji) nadciągały ze 
wschodu i jeszcze nie zdążyły wejść do akcji. Pierwszą z nich dowodził Korsakow, drugą Suworow, który był 

rosyjskim wodzem naczelnym. Tego straszliwego starca, poprzedzanego budzącą grozę sławą kata Polaków i 
Turków, bali się Francuzi najbardziej.

Feldmarszałek graf Suworow Rymnicki, klown i Spartanin w jednym ciele, „bohater, bufon, półdemon i 
półplugawiec” (Byron), zdawał się ludziom Zachodu „okrutnym potworem mieszczącym w skórze rzeźnickiego 

psa duszę małpy”. Brzydota jego była legendarna — car Piotr I I I  awansował go z kapitana na pułkownika tylko 
po to, aby się go pozbyć z gwardii i na dodatek rozporządził, by tam, gdzie przechodzi Suworow, zasłaniać 

wszystkie lustra. Nawet najżyczliwsi mu Anglicy przyznawali pochlebnie, że jest tylko w czterech piątych 
obłąkany.

Do zdobytego Mediolanu Suworow wjechał triumfalnie, siedząc na kozackim — małym, włochatym — koniku. 
Siedział w... bieliźnie (plus cudaczny kapelusz i szerokie buty na golutkich nogach), a tłumy asystujące temu 

wjazdowi błogosławił, czyniąc raz po raz prawosławny znak krzyża ręką, z której zwieszała się nahajka, co tylko 
inteligentniejsi z Włochów zrozumieli jako symbol i wykonali rzymski znak krzyża w podzięce dla Madonny za 

fakt, iż opatrzność dała im jako ojczyznę Półwysep Apeniński. Z kolei Włoszki zaczęły się nerwowo żegnać, gdy 
gość zsiadł z konia i rozebrał się do naga, by wziąć kąpiel w fontannie miejskiej. Bieliznę lubił bardzo. Gdy został 

mianowany feldmarszałkiem (za iście
mongolską rzeź Pragi), podczas uroczystego nabożeństwa w cerkwi warszawskiej wyskoczył z zakrystii w 

bieliźnie i przeskoczył kolejno jedenaście ustawionych krzeseł, które symbolizowały jedenastu równych mu 
dotąd rangą kolegów, jakich przeskoczył swym awansem, po czym dopiero przywdział strój feldmarszałka. 

Lubił też tańczyć i tutaj również wykazał oryginalność: podczas balów, które urządzano w Austrii na jego cześć, 
tańczył walca ze swym adiutantem jako partnerką, co jeszcze nie było tak oryginalne jak to, że tańczył w 

przeciwną stronę, brutalnie roztrącając pozostałe pary. Wśród zwyczajów wojskowych, które próbował zapro-
wadzić, na szczególną uwagę zasługuje pobudka: osobiście budził rano swą armię, naśladując koguta donośnym 

ku-ku-ry-kuuu! Trudno powiedzieć, jakim był kogutem, w każdym razie pechowym — zmarł (1800) na syfilis.
A jednak człowiek ten, mimo że podczas każdej kampanii zachowywał się jak idiota, między kolejnymi atakami 

komicznego pajacowania i upijania się do delirium tremens wygrywał jedną za drugą wszystkie bitwy, jakby od 
niechcenia. Miał prostą dewizę, którą zawarł w słowach „bystrota i natisk” — pchał się szybko do przodu, 

miażdżąc przeciwnika i gardząc wyrafinowanymi spekulacjami strategicznymi. W tym względzie był podobny 
do swego pana, cara Pawła, który też nie znosił nadmiernej uczoności w wojsku (szczytem wszystkiego było 

zlikwidowanie przez cara rosyjskich sztabów wojskowych) i układania jakichkolwiek planów.*
Drugie podobieństwo zasadzało się na ubiorze. Suworow, zawsze niechlujny i rozmamłany, przypominał swym 

wyglądem cudaka z jarmarcznej budy. Podobnie wyglądał lubujący się w pozie arcykapłana Paweł, kiedy jako 
głowa Kościoła prawosławnego (sam się mianował na to stanowisko) nakładał pontyfikalną dalmatykę na 

skrojony pruską modą mundur, łosiowe spodnie i sztywne botforty. Innych podobieństw nie było, car 
nienawidził swego sługi, ale że nie miał lepszych od

Bawiąc się kiedyś w admirała Pawe I zobaczył ze zgrozą zeszyt okrętowy 

formacjami marszowymi floty.

— Plany! — ryknął. — Ważycie się robić plany, kiedy ja tu jestem!

Suworowa w zwyciężaniu, jego posłał do zaprowadzenia porządku na Zachodzie.

W połowie kwietnia 1799 roku Suworow przybył do Werony, objął naczelne dowództwo nad wojskami 

koalicji na włoskim, głównym teatrze wojny, po czym już 27 kwietnia zaskoczył i zmasakrował pod Cassano 

francuską armię generała Moreau, którego rodacy uważali za wielkiego wodza. W dniach od 17 do 20 czerwca 
ten sam los spotkał pod Trebią armię generała Macdonalda. 1 5  sierpnia, pod Novi, Suworow rozniósł na strzępy 

armię naczelnego wodza francuskiego, generała Jouberta (Joubert poległ w tej bitwie) i to już był właściwie 
koniec. Padły twierdze, wojska francuskie prawie nie istniały, całe włoskie dzieło Napoleona zostało 

zlikwidowane w cztery miesiące. Sytuacja Republiki Francuskiej stała się rozpaczliwa, a „bóg wojny” bawił w 
Syrii i nie miał o tym pojęcia. 

Ostatnią, śmieszną wręcz — zważywszy jej liczebność — nadzieją Francji stała się armia, a właściwie korpus 
Andrzeja Masseny, który przycupnął pod Zurychem, zastawił sobą drogę do Francji i czekał na rozwój 

wydarzeń. W Zurychu zaś rezydował ze swą armią Korsakow i też czekał — na Suworowa, by razem zetrzeć w 

background image

proch Massenę. Czas oczekiwania umilał sobie Korsakow frywolnymi zabawami i grą w karty, chełpiąc się przy 
zielonym stoliku, że odeśle Massénę do Petersburga w klatce, jako „okaz republikanina”.

8 września Suworow ruszył z Italii ku Zurychowi. Drogę przez szwajcarskie Alpy obliczył na dwadzieścia dni — 
28 września miał się połączyć z Korsakowem i zamknąć pułapkę wokół Francuzów. Przez te dwadzieścia dni 

Francja uważała się już za pokonaną; tylko jeden człowiek, nie bojący się żadnego nazwiska, zimny, baczny, 
milczący i przebiegły, miał inne zdanie i czekał z kamiennym spokojem na okazję. Był to właśnie Masséna.

Suworow realizował swój plan z typową dla niego konsekwencją, nie zważając na cierpienia żołnierzy ginących 
w alpejskich przepaściach. Po pięciu dniach zrobił jedną czwartą drogi, lecz to nie wyprowadziło Massény z 

równowagi. Po dziesięciu dniach pozostała mu już tylko połowa
trasy, a Masséna wciąż z tym samym bezruchem sprężonej do skoku mureny obserwował, jak Korsaków ucztuje 

i wkłada do swego łóżka śródziemnomorskie piękności. Po piętnastu dniach Suworow miał już tylko jedną 
czwartą drogi do pokonania i był tuż tuż, przygotowując się do zamknięcia kleszczy, a Massena ani drgnął i 

tylko milcząco patrzył, jak Korsaków rozciąga linie swych wojsk w ułożonym z Suworowem manewrze 
oskrzydlającym.

Kiedy linie te rozciągnęły się wystarczająco, Masséna zadał potworny cios, przygwoździł Korsakowa do Jeziora 
Zuryskiego i rozdeptał, biorąc kilka tysięcy jeńców, wszystkie armaty (sto sztuk), zapasy i skarbiec.

Co do Suworowa, trzeba powiedzieć, że z zegarmistrzowską precyzją zrealizował swój plan: tak jak pragnął, 
połączył się 28 września z oddziałami Korsakowa — tyle że były to uciekające niedobitki spod Zurychu. Widząc 

to, stary feldmarszałek po raz pierwszy w życiu podkulił ogon i rozpoczął odwrót. Zdegustowany zuryską 
klęską, a zarazem obrażony na sojuszników, że nie pomogli armii rosyjskiej, car Paweł odwołał swoich chłopców 

do domu i ostatecznie wycofał się z koalicyjnej gry. Francja była uratowana.
A Napoleon, który 9 października 1799 roku powrócił do Francji i równo w miesiąc później objął władzę jako 

Pierwszy Konsul Republiki, miał już swoje karty do pokera z Petersburgiem. Było nimi tych kilka tysięcy jeńców 
wziętych przez Massénę. Razem z garstką Rosjan złapanych przez generała Brune’a pod Alkmaar w Holandii 

(rozbicie desantu anglo-rosyjskiego) dawało to nieco ponad sześć tysięcy rosyjskich żołnierzy, gnijących w 
obozach jenieckich na terenie Francji. Jeńców tych Paweł I nie był w stanie uwolnić, gdyż nie miał jeńców 

francuskich na wymianę.
Biorąc to wszystko pod uwagę, politycy europejscy ze zdziwieniem obserwowali narastającą sympatię cara do 

Pierwszego Konsula. Zdziwienie było nieuzasadnione. Paweł I nienawidził Francji do czasu, kiedy trzęsła nią 
„bezbożna sekta jakobinów”. Francuskie hasła republikańskie, takie jak „wolność, równość, braterstwo”, a nawet 

wyrazy „społeczeństwo”, „obywatel” i „ojczyzna” — były dlań diabel-
skimi wynalazkami. Napoleona uznał za „pogromcę jakobinów” i niemal zadurzył się w nim, a krok w krok za 

tą fascynacją maszerowały represje antybrytyjskie. W kwietniu 1800 roku car odwołał z Londynu swego 
ambasadora Woroncowa, a w dwa miesiące potem wyrzucił z Petersburga brytyjskiego ambasadora Withwortha 

z całym jego personelem, w odwecie za intrygi Withwortha i za to, że Anglia odrzuciła propozycję francuską w 
sprawie wymiany jeńców. Wówczas Bonaparte rozpoczął licytację.

Na jego rozkaz francuski minister spraw zagranicznych, Talleyrand, w liście do swego rosyjskiego kolegi, Panina, 
napisał, że ponieważ Austria i Anglia, które w zeszłorocznej kampanii wykorzystywały armię rosyjską do swych 

celów, nie chcą teraz przyczynić się do przywrócenia jeńcom rosyjskim wolności, Pierwszy Konsul postanowił 
uwolnić tych walecznych żołnierzy bez zobowiązań ze strony cara, a tylko przez szacunek, jaki Francuzi żywią 

do wojska rosyjskiego.
Pismo to poseł francuski w Danii, Bourgoing, chciał wręczyć posłowi rosyjskiemu w Hamburgu, Murawiewowi, 

ten jednak odmówił przyjęcia listu. Ani opinia publiczna, ani dyplomaci rosyjscy nie wiedzieli jeszcze o rosnącej 
z każdą chwilą sympatii cara dla Napoleona (wiedziały natomiast wywiady austriacki i angielski). Murawiew 

bał się podejmować tej misji bez rozkazu cara, jednakże zawiadomił Petersburg o inicjatywie francuskiej.
Ta chwilowa zwłoka zaniepokoiła Bonapartego; uznał, że musi wzmocnić swoje karty. W pokerze bowiem 

można to uczynić „dokupując” nowe karty drogą jednorazowej wymiany. Cytuję przedwojenny podręcznik 
„Poker i jego sekrety” (rozdział „Dokupno”): „Przez wymianę tę zyskuje partner możność osiągnięcia wyższej 

kombinacji aniżeli miał przy pierwszym rozdaniu”. Napoleon, przypomniawszy sobie o zdobytej wyspie, 
zapragnął wzmocnić swe karty Maltą jako atutem, oddając w zamian (wymiana) Maltę jako kawałek ziemi i swe 

roszczenia do niego. Być może brzmi to nieco skomplikowanie, lecz w rzeczy samej było pomysłem dość 
prostym i mało ryzykownym.

Cały dowcip opierał się na dwóch faktach. Po pierwsze
Anglicy oblegali właśnie Maltę, a garnizon francuski, chociaż bronił się heroicznie, był już u kresu wytrzymałości 

ze względu na brak żywności i amunicji. Po drugie — jeszcze wcześniej, po zdobyciu Malty przez Napoleona, 
Kawalerowie Maltańscy obrali swym nowym Wielkim Mistrzem... cara Pawła I ,  w związku z czym zaczął on 

rościć sobie prawa do tej wyspy. Bonaparte rozumował następująco: Malta będzie i tak lada dzień stracona, warto 

background image

więc oddać to, czego się już właściwie nie posiada, kupując w ten sposób przychylność Pawła. Anglia, gdy 
zawładnie wyspą, albo będzie musiała oddać ją carowi (a więc ją straci), albo też odmówi uczynienia tego i 

wówczas dojdzie do kolosalnej draki między Petersburgiem a Londynem. Plan ten powiódł się w stu procentach.
Po odmowie Murawiewa Francuzi zaczęli szukać innego kuriera, który mógłby zawieźć carowi tym razem już 

dwa listy: o jeńcach i o Malcie. Wręczono je jednemu z tych jeńców, oficerowi Sergiejewowi, i wyekspediowano 
go do Petersburga. Paweł I ,  wzruszony tym gestem, wpadł w zachwyt i natychmiast podjął inicjatywę 

Bonapartego. W Berlinie nawiązane zostały za pośrednictwem dyplomacji pruskiej kontakty między posłami 
rosyjskim (Krüdener) i francuskim (Bernonville). Równocześnie (wrzesień 1800) car delegował do Paryża swego 

adiutanta i przyjaciela, dawnego oficera inflanckiego w służbie szwedzkiej, Sprengportena, w celu sfinalizowania 
spraw poruszonych w listach.

Sprengporten, mianowany gubernatorem Malty, miał ze zwolnionych jeńców utworzyć we Francji 
sześciotysięczny korpus garnizonowy wyspy i z nim objąć Maltę w posiadanie rosyjskie. Lecz nim do tego 

doszło, 28 września 1800 roku — zgodnie z przewidywaniami sztabu francuskiego — po dwudziestu sześciu 
miesiącach blokady i oblężenia Malta padła i Anglicy nie tylko odmówili oddania jej carowi, lecz także 

przywrócenia na wyspie rycerskiego zakonu Joannitów, który carowi podlegał. W efekcie doszło do całkowitego 
zerwania między Anglią a Rosją, czego rezultatem była wojna gospodarcza (od listopada 1800), a następnie 

zbrojna Liga Neutralnych (Rosja, Szwecja, Prusy i Dania) sformowana przez
Petersburg i wymierzona przeciw tyranii angielskiej na morzach. Napoleon osiągnął swój pierwszy cel.

W tym czasie generał baron Joram Magnus de Sprengporten przemierzał Europę, jadąc do Paryża ze 
wspomnianą wyżej misją od Pawła I ,  a dokładniej z listem o następującej treści: „Obywatelu Pierwszy Konsulu, 

nie zamierzam dyskutować w tym piśmie o prawach człowieka i obywatela, gdyż każdy kraj sam sobie wybiera 
formę rządów. Gdy jednak widzę na czele Francji człowieka pełnego zasług, który potrafi rządzić i bić się, to 

serce moje skłania się ku niemu. Piszę do Ciebie, by wyrazić moje niezadowolenie z Anglii, która gwałci 
wszystkie prawa narodów i którą powoduje egoizm i prywata. Chcę połączyć się z Tobą i położyć kres niepra-

wościom rządu brytyjskiego”.
17 grudnia 1800 roku Sprengporten dotarł nad Sekwanę. W następnych dniach prowadził rozmowy z członkami 

rządu francuskiego i z Napoleonem, który zaprosił barona na obiad do Malmaison i wychwalał w jego obecności 
szlachetność i wspaniałomyślność cara. Pierwszy Konsul wyraził też przekonanie, że pokój między Francją a 

Rosją może być zawarty w dwadzieścia cztery godziny, jeśli tylko car przyśle sygnatariusza, co było zwykłą w 
politycznym pokerze żonglerką słowną, jako że istniało jeszcze między oboma państwami wiele spraw spornych 

(w tym na przykład sprawa organizacji polskich, korzystających z protekcji Republiki).
Istotnym stał się fakt, że Sprengporten przekazał wspomniane słowa Pawłowi wraz z wiadomością, iż Bonaparte 

odsyła mu jeńców rosyjskich... w nowiutkich mundurach, uszytych przez Francuzów według wzorów 
rosyjskich, wraz z bronią i sztandarami! Ta bezprecedensowa w stosunkach między państwami wojującymi 

(formalnie Rosja i Francja wciąż jeszcze znajdowały się w stanie wojny) uprzejmość wywołała olbrzymie 
wrażenie w całej Europie.

Zupełnie już oczarowany przez Korsykanina imperator Wszechrosji we własnoręcznym liście zaproponował 
przyspieszenie zawarcia pokoju, wyrażając nadzieję, iż razem zaprowadzą w Europie „ład i porządek”. 

Napoleon zacierając ręce powtarzał:

 

Bardzo mnie kocha ten mój przyjaciel Paweł, a ja z tego korzystam, bo on prędko jedzie, o ,  bardzo prędko!

Tylko że Napoleonowi nie chodziło na razie o Europę. Chodziło mu o Indie.
W ogóle czas już wyjaśnić, o co generalnie szło Bonapartemu w tej grze, która bardziej niż ostrego pokera przy-

pominała towarzyski flirt. Napoleon, dokonując kolejnych przebić, starał się osłabić wiecznie groźną Rosję 
wystawieniem jej na sztych brytyjski, i był tego bardzo bliski — starcie floty rosyjskiej i angielskiej na Bałtyku 

wisiało na włosku. Celem podstawowym było dla Bonapartego odebranie Anglikom Indii. Nie zdołał dotrzeć 
tam poprzez Syrię, podjął więc próbę dotarcia przez ziemie rosyjskie.

Indie były odwiecznym marzeniem Francji. Kolejni gubernatorzy skromnych francuskich posiadłości na 
półwyspie: Martin, Dumas, La Bourdonnais i Dupleix nie potrafili opanować go całego, chociaż ostatniemu z 

nich niewiele już brakowało do sukcesu. Bonaparte wskrzesił ten miraż.

 

Europa to nędzne kretowisko! — mawiał. — Tylko w Azji można dokonać wielkich czynów!

Ale nie chciał zbyt otwartą propozycją spłoszyć cara — postanowił umiejętnie go sprowokować. Flota brytyjska 
blokowała wówczas liczne szlaki handlowe i ewentualne przebicie kanału przez Suez mogłoby skrócić Rosjanom 

drogę na Ocean Indyjski. Toteż Konsul, którego inżynierowie zajmowali się tym problemem w czasie kampanii 
egipsko-syryjskiej, napisał w jednym z listów do Pawła: „Kanał Sueski jest już wytyczony. Realizacja będzie 

łatwa i nie pochłonie wiele czasu, a korzyści z tej drogi dla handlu rosyjskiego byłyby wprost nie do obliczenia”.
Było to kolejne trafne posunięcie. Paweł I zaproponował w odpowiedzi zbrojną, antybrytyjską wyprawę na 

Indie. Napoleon tylko na to czekał. Plan akcji, własnoręcznie opracowany przez cara, został przesłany do Paryża, 

background image

gdzie Bonaparte naniósł na marginesach poprawki, zbijane następnie przez Pawła.
Według tego planu początkowo ekspedycja miała się posuwać dwiema różnymi drogami. Armia rosyjska, nad

którą dowództwo miał objąć Knorring, maszerowałaby w kierunku Indii przez Chiwę i Bucharę. W drugiej 
wyprawie miało wziąć udział trzydzieści pięć tysięcy żołnierzy francuskich, na czele których — zgodnie z 

życzeniem Pawła — miał stanąć... pogromca Korsakowa spod Zurychu, generał Massena. Francuzi, wyszedłszy 
znad Renu, popłynęliby Dunajem na statkach dostarczonych przez rząd austriacki i u ujścia przesiedliby się na 

okręty, które dowiozłyby ich do Taganrogu. Stąd odbyłby się marsz w górę Donu do Piati-Izbiankoj, 
przekroczenie Wołgi pod Carycynem, potem w dół rzeki do Astrachania i dalej okrętami rosyjskimi na perski 

brzeg Morza Kaspijskiego, do Asterabadu. W Astera-badzie miało nastąpić połączenie z kilkudziesięciotysięczną 
armią rosyjską Knorringa, przy czym naczelne dowództwo miał objąć Masséna. Połączone wojska skierowałyby 

się przez Herat, Ferah i Kandahar nad górny Indus, a stamtąd nad Ganges.
Całą tę trasę obliczono na około sto dwadzieścia - sto trzydzieści dni, obliczeniom tym wszelako trudno było 

ufać, albowiem nie znano dokładnie proponowanej trasy indyjskiego rajdu — posiadane mapy sięgały zaledwie 
do Amu-Darii. Trzeba było zrekognoskować tę drogę. W tym celu car nakazał atamanowi Kozaków dońskich, 

Orłowowi-Denisowowi, rozpocząć marsz sondażowy w kierunku Orenburga i dalej przecierać szlak przez 
Chiwę i Bucharę. Zaczęto szukać śmiałka, który mógłby poprowadzić niebezpieczny rekonesans. Przypomniano 

sobie natenczas o innym atamanie kozackim, pięćdziesięcioletnim zuchwalcu Płatowie.
Matwieja Iwanowicza Płatowa nietrudno było odszukać, albowiem od pół roku mieszkał on, z niewiadomej mu 

przyczyny, w jednej z zamkniętych cel twierdzy Petropawłowskiej. Pewnego dnia wywleczono go z lochu, 
zaprowadzono do gabinetu carskiego i zadano jedno pytanie: czy zna drogę do Indii? Oczywiście Płatów nie 

miał zielonego pojęcia o drodze do Indii, gdyż nigdy się tam nie wybierał. Oczywiście też odpowiedział, że 
owszem, zna tę drogę wybornie, był bowiem na tyle inteligentny, by pojąć, że jeśli odpowie inaczej, to wróci do 

więzienia i już nigdy w swym
życiu nie będzie miał okazji wybrać się w jakąkolwiek drogę, chyba że pozagrobową. Natychmiast mianowano 

go dowódcą jednego z czterech eszelonów wojska dońskiego, skierowanego do Indii (wszystkie cztery eszelony 
liczyły dwadzieścia dwa i pół tysiąca żołnierzy). W dniu 27 lutego 1801 roku eszelon Płatowa ruszył znad Donu. 

Francusko-rosyjski rajd na Indie rozpoczął się.
W drugiej połowie marca kozacy Płatowa parli już przez stepy orenburskie, marznąc niemiłosiernie i 

przeklinając złą dolę. Kiedy miesiąc dobiegał końca, hen za ich plecami, na horyzoncie ukazała się sylwetka 
samotnego jeźdźca. Był to specjalny kurier z Petersburga. Dopadł ich na spienionym koniu i wycharczał rozkaz... 

zawrócenia z drogi. I to rozkaz wydany nie przez Pawła, ale przez jego syna Aleksandra!
I tak oto pojawił się w naszej relacji z pierwszej rundy gry właściwy partner Bonapartego. Napoleonowi przez 

długi czas zdawało się, że gra z carem Pawłem. Było to wrażenie mylne, i dziwne jest, że człowiek tak 
inteligentny jak Bonaparte nie spostrzegł tego. Chociaż częściowo winą za to można obciążyć kiepski jeszcze 

wówczas wywiad francuski, to jednak Pierwszy Konsul mógłby sam dojść do tego, gdyby na przykład 
zastanowił się nad następującą kwestią: dlaczego przy tak serdecznych stosunkach, jakie łączyły go z jego 

„przyjacielem” Pawłem, dyplomatom obydwu stron nie udało się zawrzeć pokoju? Wysłany w tym celu przez 
cara nad Sekwanę wicekanclerz Kołyczew nie załatwił niczego, i tak doszło do paradoksu: w ciągu całego tego 

okresu przyjacielskich kontaktów między dwoma władcami, Francja i Rosja — o czym już wspomniałem — 
formalnie pozostawały w stanie wojny!

Prawda wyglądała w ten sposób, że cała ówczesna dyplomacja rosyjska, nienawidząca cara i oglądająca się z 
nadzieją na następcę tronu, torpedowała konsekwentnie wysiłki Pawła zmierzające do zawarcia traktatu 

pokojowego. W pierwszych miesiącach 1801 roku wrażenie Napoleona, że gra z Pawłem, nie odpowiadało już w 
najmniejszym stopniu rzeczywistości, jakkolwiek bowiem Paweł decydował jeszcze o kierunkach posunięć 

rosyjskich, to w tym samym czasie Aleksander
podejmował już decyzję o kierunku przesunięcia ojca. Decyzja, którą podjął, wytyczała kierunek w głąb ziemi.

Dla rodziny Aleksandra było to już tradycją, jeśli nie rytuałem. Babcia, Katarzyna I I  Wielka, sięgnęła po władzę 
każąc swym faworytom zamordować swego męża, cara Piotra I I I ,  i oni to „zdiełali” ochoczo (otruli i dodusili 

cara serwetą podczas libacji w roku 1762), ona zaś odegrała przed narodem i światem komedię wdowiego 
„nieutulenia w żalu”. Panując, toczyła wielką grę o Polskę i popełniła tu fatalny błąd: miast utrzymać ów 

priwiślański kraj w całości — jako rosyjskiego raba, quasi-gubernię rosyjską — pozwoliła go rozkawałkować, to 
znaczy oddała dwie z trzech części tortu Prusakom i Austriakom. Błąd niewybaczalny; takiego przynajmniej 

zdania były potężne kręgi dworskie. Cytowany już XIX-wieczny kronikarz, Falkowski, pisał o tych kręgach: 
„ludzie, którzy wielką rolę odgrywali za Katarzyny”, i dodał: „Uznawali oni za wielki błąd z jej strony, że 

przystała na podział Polski z sąsiednimi mocarstwami, kiedy, jak to sami widzieli, bardzo łatwo jej było Polskę 
całą pod nikczemnym Stanisławem Augustem połączyć z państwem rosyjskim”. Za błędy się płaci. Katarzyna 

umarła w roku 1796 w wychodku. Oficjalnie — na skutek apopleksji. Nieoficjalna wersja mówiła co innego: 

background image

„Według tej wersji śmierć Katarzyny była okrutnym mordem, bo siedzenie ustępu miało sprężynę i ukryte w 
poduszce noże. Cesarzowa, osuwając się na siedzenie, całym ciężarem swym wbiła się na ostrza” (W. Gą-

siorowski, „Królobójcy”). Gąsiorowski słusznie zauważył, iż jest to wersja mordu tak niezwykła, że aż przez to 
budząca wiarę, „bo plotka wybrałaby formę powszedniejszą” (np. truciznę). Rosjanom nigdy nie brakowało 

fantazji: czyż car Piotr Wielki nie zamordował swego syna wbijając mu w odbytnicę rozpalony do białości pręt z 
żelaza? Wracając do zgonu Katarzyny — jest w nim element zemsty pohańbionego tronu Lechitów, bo sedes, na 

którym zdechła caryca, był wykonany z autentycznego fotela tronowego polskich królów. Udławić się zdobyczą 
można nie tylko przez otwór gębowy.

Wielki Książę Aleksander Pawłowicz kochał swoją wielką
babkę, a ojca, tak jak ona, nienawidził. Po wstąpieniu Pawła na tron poczuł się oszukany i okradziony, wiedział 

bowiem, że ten fotel babcia Katarzyna przeznaczyła dla niego. Kiedy miał dziewiętnaście lat, posłała mu pewne 
tajne akta, za które wylewnie dziękował („Nigdy chyba nie potrafię wyrazić mej wdzięczności za zaufanie, jakim 

Wasza Cesarska Mość raczyła mnie zaszczycić”). Akta te zawierały supertajny dopisek w formie „wskazania” dla 
Aleksandra. Historycy nie znają jego treści, gdyż takie „wskazania” natychmiast się likwiduje, są jednak 

przekonani, że była to rada usunięcia Pawła, gdyby chciał się wepchnąć na tron po śmierci Katarzyny.
Jak wiemy, Pawłowi udało się tego dokonać, zaś jego synowi nie udało się przeszkodzić mu w tym. A to dlatego, 

że nie miał on jeszcze wokół siebie zdecydowanej na wszystko opryczniny, Paweł zaś nie zdążył jeszcze dać się 
boleśnie we znaki wszystkim razem i każdemu z osobna. Wykazał jednak dużo zapału w tej mierze i już po 

czterech latach cała Rosja podzielała synowską nienawiść do dzikich wybryków i żołdackich manier imperatora. 
Było to klasyczne sprzężenie zwrotne — lud nienawidził swego cara, gdyż car nienawidził swego „sobaczego 

narodu”. Z kolei szlachta i duchowieństwo nienawidzili go za demokratyczną równość, jaką zaprowadził wśród 
wszystkich bez wyjątku swych poddanych — polegała ona na rozciągnięciu na panów i popów kary knuta, 

będącej uprzednio przywilejem samych włościan.
Popisy Pawła miały — trzeba przyznać — sporą klasę, przejawiającą się w ekstremalności wystąpień. „Siec bez 

litości!” — ryczał przy cudzoziemskich dyplomatach o każdym, kto mu się przestał podobać, a swojej żonie i 
synom wykrzywiał się małpim zwyczajem i pokazywał język wobec całego dworu. Do łóżek swych metres miał 

zwyczaj wkraczać w galowym stroju Wielkiego Mistrza Kawalerów Maltańskich, zaś pewnego razu, rycerską 
modą, wyzwał po prostu na ubitą ziemię wszystkich monarchów europejskich i ich ministrów. Jego drugi syn, 

Wielki Książę Konstanty, odezwał się w związku z tym do Adama Czartoryskiego:
— Mój ojciec wyda! wojnę zdrowemu rozsądkowi, z mocnym postanowieniem, że pokoju nigdy nie zawrze.

Konstanty silił się na dowcipy, gdyż nic innego nie miał do roboty — jemu korona „nie groziła”. Co innego Alek-
sander, przekonany, że tylko jemu się ona należy.

W początkach roku 1801 wicekanclerz do spraw zagranicznych, hrabia Panin, niby przypadkowo spotkał w łaźni 
młodego carewicza i przekonał go (bez trudu), że nieobliczalnego Pawła trzeba usunąć. Oczywiście, nie zrobi 

m u  się żadnej krzywdy, tylko uwięzi gdzieś daleko w luksusowych warunkach. Oczywiście. Obaj panowie 
spojrzeli sobie w oczy szczerze i uczciwie. I wszystko było jasne.

Na czele spisku stanęli: gubernator wojskowy Petersburga, hrabia Piotr Pahlen oraz generał Levin Bennigsen. 
Wtajemniczonych było sześćdziesięciu ludzi, przy czym elitę stanowili tradycyjnie już oficerowie gwardii: książę 

Piotr Wołkoński, książę Jaszwił, bracia Platon i Mikołaj Zubowowie, książę Aleksander Golicyn i hrabia Uwarow. 
Następca tronu był jedynie „wtajemniczony”.

Byli sobie wzajemnie potrzebni. Oni jemu do wykonania brudnej roboty. On (a konkretnie jego wpółudział w 
przygotowaniach do zamachu) im dla poczucia bezpieczeństwa. Gdyby działali na własną rękę, mógłby ich 

potem, już jako car, powywieszać za mord i w ten sposób odsunąć od siebie wszelkie podejrzenia o ojcobójstwo. 
Związany z nimi, nie będzie próbował uczynić tego, gdyż wówczas zaczęliby „sypać”. Tyle wzajemnego 

zrozumienia, naprawdę wszystko jasne.
I łatwe, gdyż właściwie car Paweł był zupełnie osamotniony. Miał przy sobie już tylko dwóch powierników: eks-

balwierza Kutaisowa, awansowanego na dygnitarza za zorganizowanie imperatorowi haremu, oraz jezuitę 
Grubera. Ci dwaj nie mogli go obronić. Był jeszcze co prawda niezmiennie wierny Pawłowi sadysta Arakczejew, 

ale car akurat pogniewał się na niego i wypędził ze stolicy.
Datę zamachu ustalono na dwudziestego trzeciego marca. Wilgotne ściany Pałacu Michajłowskiego — ponurej, 

zimnej twierdzy cara Pawła — miały uszy i od kilku dni wiedziały
o tym, co się szykuje. Nie wiedział tylko imperator. Do ostatniej chwili życie dworskie toczyło się ustalonym 

trybem. Co dzień odbywały się rewie i hauptparady na Polu Marsowym lub na placu przed Pałacem Zimowym, 
a w Michajłowskim nudne, zakute w gorset etykiety „ansamble”, na które wszyscy zaproszeni musieli się 

stawiać pod groźbą ciężkich kar; przyjmowano uroczyście zagranicznych posłów i skwapliwie spełniano 
wszelką wolę carską.

22 marca, w przeddzień ataku, odbył się w Pałacu Michajłowskim wielki bal. Jeden z naocznych świadków 

background image

wspomina, że stojący na warcie w pokojach cara oficerowie pułku Siemionowskiego — pułku spiskowców, drżeli 
ze strachu, kiedy Paweł obok nich przechodził.

Czy car niczego się nie domyślał? Domyślał się wcześniej, może na skutek jakiegoś przecieku, lecz Pahlen, któ-
remu zdradził swe obawy, uspokoił go sprytnie. Na temat tego uspokojenia są dwie wersje. Pierwsza mówi, iż 

Pahlen z zimną krwią odparł:

 

Wiem o tym spisku, najjaśniejszy panie, gdyż sam należę do niego.

I przekonał cara, że trzeba jeszcze zaczekać z aresztowaniami, aby rozpracować całą siatkę spiskowców — on po 
to się do nich przyłączył.

Według drugiej, bardziej chyba prawdopodobnej wersji, Pahlen załatwił sprawę dowcipem:

 

Spisek? To rzecz niemożliwa, najjaśniejszy panie! Gdyby istniał spisek, ja pierwszy wziąłbym w nim udział.

W każdym razie wiadomość od Pahlena, iż car coś przewąchał, pozwoliła spiskowcom nakłonić Aleksandra do 
zgody na przyspieszenie ataku.

Dwudziestego trzeciego marca pogoda była podła. Mżyło. Od samego rana Pahlen zawracał imperatorowi głowę 
kilkugodzinnym raportem i tak tym gadaniem o jakichś nieporządkach w mieście zmęczył Pawła, że ten nie 

chciał już potem nikogo przyjąć. Zamknął się u siebie i czekał na Arakczejewa, którego chciał mianować 
gubernatorem Petersburga na miejsce Pahlena. Ale Arakczejew nie przybywał...

Car przez długi okres żywił pełne zaufanie do Pahlena,
gdyż ten spełniał jego rozkazy z precyzją automatu. Gdy np. kazał Pahlenowi „zmyć głowę” księżnej 

Golicynowej, czyli obrugać ją, generał udał się do księżnej, zażądał miednicy, gorącej wody i mydła, po czym 
literalnie wypełnił rozkaz monarchy. Lecz teraz, chociaż uspokojony w kwestii zamachu, car instynktownie 

stracił zaufanie do sługi, czuł, że za jego plecami Pahlen knuje jakąś intrygę. Zrozumiał, że wyrzucenie 
Arakczejewa ze stolicy było błędem i że tylko przy nim będzie się czuł bezpieczny. Wysłał do wiernego psa 

sztafetę z rozkazem natychmiastowego powrotu i dwudziestego trzeciego marca dziwił się, że Arakczejewa 
jeszcze nie ma.

Fanatyczny antyliberał, generał hrabia Aleksy Andrejewicz Arakczejew, zawsze prosty jak kij, zjeżony, patrzący 
wilkiem, o zaciętych ustach i wściekle latających nozdrzach, uchodził za człowieka o nieugiętej energii. Drżeli 

przed nim wszyscy, po cichu nazywano go „potworem, buldogiem i hieną”. Sztafeta od Pawła zastała go w 
dobrach Gruzin pod Nowgorodem, zaledwie sto wiorst od stolicy. Miejscowość ta zasłynęła w Rosji ze względu 

na tragiczną, nawet jak na ówczesne czasy, sytuację tamtejszych pańszczyźnianych muzyków, których 
Arakczejew i jego rozpustna nałożnica-Cyganka zmuszali do pracy ponad siły i dręczyli okrutnymi karami. 

Kiedy miarka się przebrała, zrozpaczeni chłopi napadli na Cygankę i udusili ją, a wówczas ich „baryń” wyrżnął 
całą wieś. Ten człowiek mógł rzeczywiście uratować Pawła i spiskowcy dobrze o tym wiedzieli.

Arakczejew zdążył przybyć na czas, gdyż zameldował się na rogatkach Petersburga dwudziestego trzeciego 
marca, lecz tam został zatrzymany z rozkazu gubernatora Pahlena. W ten sposób zablokowali „buldoga”, a 

nieświadomy niczego car dalej czekał, nie chcąc nikogo widzieć. Był to jego kolejny błąd, nie dopuścił bowiem 
do siebie nawet ojca Grubera, który podobno dowiedział się w ostatniej chwili o zamachu i przybiegł z 

ostrzeżeniem.
Dopiero wieczorem Paweł zasiadł do kolacji z dziewiętnastoma dygnitarzami i synem Aleksandrem. Synalek 

miał
świadomość, że to „ostatnia wieczerza” i nie mógł niczego przełknąć.

 

Cóż to się z tobą dzieje? — spytał Paweł.

 

Najjaśniejszy panie — odparł carewicz drżącym głosem, z oczami wbitymi w talerz — ja... ja... nie czuję się 

dzisiaj zupełnie dobrze.

 

To idź do lekarza! Wszelkie dolegliwości należy dusić w zarodku, by nie przeradzały się w poważne choroby! 

— zakończył imperator.
Sam jednak nie potrafił zdusić w zarodku dolegliwości, która miała przerodzić się jeszcze tej samej nocy w 

śmiertelną „chorobę”. Po kolacji wstał i nie żegnając się z nikim pomaszerował do swych prywatnych 
apartamentów. Towarzyszyli mu generał-adiutant Uwarow i ulubiony pudel Szpic. W drzwiach sypialni Szpic 

zaczął się łasić do stojącego na warcie pułkownika Sabłukowa. Paweł odpędził psa kapeluszem i warknął do 
Sabłukowa:

 

Wszyscy jesteście jakobinami!

Stojący za plecami cara Uwarow uśmiechnął się złośliwie.

Skąd znane są te szczegóły? Głównie z rękopiśmienniczych pamiętników (scena przy wieczerzy ze wspomnień 
księcia Jusupowa, ta w drzwiach z zapisków N. A. Sab łukowa), podobnie jak większość takich historycznych 

detali. Nie będę, a przynajmniej rzadko, powoływał się na źródła w tej książce, która nie jest pracą naukową. W 
tym jednak przypadku dla przykładu podam jedno ze źródeł, z których znamy kulisy zamachu na Pawła I .  Otóż 

na życzenie cara Mikołaja I I  historyk S. A. Panczulidzew opisał śmierć Pawła, korzystając z udostępnionych mu 

background image

materiałów tajnego archiwum Romanowów, głównie z nie wydanych pamiętników Jusupowa, Sabłukowa, 
Pahlena i frejliny Barbary Protasowowny, z dziennika lejb-medyka carowej Marii Fiodorowny, Ploetza, z 

papierów dowódcy Siemionowców, Depreradowicza, oraz z korespondencji wybitnych spiskowców. Pracę 
Panczulidzewa odbito w roku 1901 w Petersburgu w dziesięciu egzemplarzach, na prawach „rukopisi”, tylko do 

użytku członków domu panującego. Szczęśliwym zbiegiem okolicz-
ności jeden z tych egzemplarzy trafił do rąk biskupa Michała Godlewskiego, który wykorzystał zawarte tam 

informacje.*
Powróćmy teraz do nocy z dwudziestego trzeciego na dwudziesty czwarty marca, podczas której Pałac Michaj-

łowski „strzeżony” był przez trzeci batalion elitarnego pułku Siemionowskiego. Zaledwie car usnął, obudziło go 
walenie w drzwi. Spiskowcy, z których większość była pijana, wyłamali drzwi i wdarli się do sypialni.

Poniewieranie carem zaczęło się od próby zmuszenia go, by podpisał abdykację, skończyło zaś jatką, do której 
Pahlen miał judzić, krzycząc:

 

Nuże, czemu stoicie?! Chcecie mieć jajecznicę bez stłuczenia jaja?!

Równie stanowczo judził Bennigsen. Kto pierwszy uderzył, nie wiadomo. Wiadomo, że Zubow pierwszy rąbnął 

cara w skroń masywną złotą tabakierką, przewracając go na podłogę, ale jedne źródła podają, że był to Mikołaj 
Zubow, inne zaś, że braciszek — Platon Zubow. Potem skoczyło kilku „odważnych” naraz i rozpoczęli dziką 

kanonadę uderzeń: szpady, kolby, pięści, buty... Jeden z braci Zubowów, zmęczony mordowaniem, wyszedł do 
sąsiedniego pokoju i dołączył do czekającego tam Bennigsena, który z zainteresowaniem przyglądał się obrazom 

na ścianach. Tymczasem mord trwał — nie tak łatwo jest wypędzić zatwardziałego ducha z ciała katowanej 
ofiary. Zubow, nie podzielając upodobań Bennigsena do sztuk plastycznych, czekał przy oknie, bębnił palcami po 

szybach i powtarzał zniecierpliwionym głosem:

 

Boże mój, jak ten człowiek krzyczy!... To nie do zniesienia!

W efekcie ciężkiego zbiorowego wysiłku Jego Cesarska Mość upodobnił się do połcia mięsa w rzeźnickiej jatce: 
rozpłatana pierś, czaszka rozszczepiona na pół, a zdawało się, że jeszcze drga! Wobec tego doduszono go szarfą 

od jego

M. Godlewski — „Cesarz Aleksander I jako mistyk”, Kraków 1923. Jest to jedna z kilku prac źródłowych, które wykorzystałem do opisu śmierci Pawia. 

Sama ona nie wystarczała, gdyż Panczulidzew bał się podać szczegóły zabójstwa, Godlewski zaś w ogóle opuścił (pewnie z przyczyn cenzuralnych) straszliwą scenę 
i skupił się na faktach poprzedzających ją i następujących po niej.

własnego orderu, po czym któryś z morderców wskoczył ofierze na brzuch i począł deptać, „aby prędzej 

wyrzygał duszę”. Na koniec pijacki szał radości, tańce, ochrypłe śpiewy i kopanie trupa.
Aleksander „spał mocno i niczego nie słyszał”. Dziwne, bo spał niedaleko, w tym samym pałacu, na parterze, a 

krzyki jego ojca rozsadzały mury. Po dwakroć dziwne, gdyż to on właśnie wyznaczył rozspiskowany trzeci 
batalion Pułku Siemionowskiego do pilnowania gmachu tego dnia. Po trzykroć dziwne, albowiem na kilka 

godzin przed mordem, o szóstej wieczorem, hrabia Pahlen złożył mu raport o ostatnich szczegółach 
przygotowanego zamachu. I po raz czwarty dziwne, że spał... w butach i w ubraniu!

W chwilę przed północą zdyszany, z przekrwionymi oczami, wpadł do komnaty carewicza jeden ze zbirów, pra-
porszczyk Półtoracki, i krzyknął (słuszniej byłoby użyć wyrazu: zameldował):

 

Stało się!

 

Co się stało? — zapytał Aleksander z głupia frant.

 

Car nie żyje!

„Makbet” się przypomina. Zaczął się wielki teatr w wykonaniu wielkiego aktora. Była to kreacja zaiste godna 

Oscara.
Zaraz po Półtorackim zjawił się Pahlen i z jego ust Aleksander po raz pierwszy usłyszał swój nowy tytuł: Wasza 

Cesarska Mość. Ogarnął się pospiesznie i poszedł przyjąć spiskowców, lecz po drodze uświadomił sobie, że 
byłoby to zbyt ordynarnym „faux pas”. Wobec czego wpadł w spazm, mało nie zemdlał i został odniesiony w 

objęcia małżonki. Cały czas płakał, przynajmniej wtedy, kiedy byli świadkowie — oni pozostawili te informacje. 
Pahlen uspokajał go z sarkastycznym uśmiechem:

 

Bądźże mężczyzną, Najjaśniejszy Panie! Patrzą na nas! Rankiem nowy car udał się z matką do sypialni ojca. 

Dwie

woskowe świece paliły się na nocnym stoliku pod ścianą, obok polowego łóżka, na którym spoczywał 
nieboszczyk. Zdążono go już ubrać w granatowy mundur, na nogi zarzucono wojskowy płaszcz, wetknięto w 

dłonie złotą ikonę, ufryzowano, pokryto twarz różem i bielidłem. Ale róż i bie
lidlo nie zatarły śladów mordu. Przez czoło trupa biegła sina, głęboka szrama, usta, nos i powieki były 

straszliwie obrzękłe, dlatego zaraz potem nakryto twarz zmarłego muślinem. Wśród koronek i batystów żabotu 
na szyi czerwieniała oskarżycielsko pręga po szarfie. Caryca padła ze szlochem na mary i zaczęła całować ręce 

męża...
Tego samego dnia Aleksander opuścił na zawsze splamiony krwią pałac i przeniósł się do Zimowego. 

background image

Wkraczając tam powłóczył nogami i łkał. Czyż nie był „Talmą Północy?” A nawet gdyby nie był — młodzieńcza 
wrażliwość i nagły atak wyrzutów sumienia nie mogły nie wywołać w nim szoku.

Apologeci Aleksandra I próbowali później, za pomocą mętnych „świadectw” z drugich i trzecich ust (np. to, co 
na temat zamachu powiedział francuski hrabia Langeron, któremu z kolei powiedział to Pahlen itd.), oczyścić go 

z zarzutu ojcobójstwa. Daremny trud. Żaden z poważnych historyków nie dał się na to nabrać, tak jak nikt w 
ówczesnej Europie nie dał się nabrać na oficjalny komunikat Petersburga o śmierci Pawła Piotrowicza na 

apopleksję. Francuski minister spraw zagranicznych, Karol Maurycy Talleyrand, skomentował go złośliwie:

 

Mogliby już Rosjanie wymyślić jakąś inną chorobę dla pozorowania śmierci swych władców.

Na wieść o zamachu Napoleon wykrzyknął:

 

Anglicy chybili w Paryżu * ,  lecz trafili mnie teraz w Petersburgu!

Był przekonany, że mord inspirował wywiad brytyjski, lecz tego jego przekonania do dzisiaj nie można poprzeć 
ani jednym dokumentem, co dobrze świadczy o Anglikach, mistrzach dyskretnego działania, i co wcale nie musi 

oznaczać, że Bonaparte się mylił. Szeptano wówczas wśród Rosjan o magicznym brytyjskim złocie, które nie 
takie cuda potrafiło czynić, a szeptano dlatego, że w fazie przygotowań rozliczne nici spisku jakoś raz po raz 

zbiegały się u pięknej siostrzyczki Zubowów, Olgi Żerebcowej, przez zupełny przypadek kochanki brytyjskiego 
posła w Petersburgu, pana

Withwortha... Lecz wśród kuchcików smażących „jajecznicę” butami i pięściami w sypialni cara nie było 
żadnego syna Albionu, tak jak i nie było Aleksandra, który jedynie dał zgodę, bo postanowił samemu zająć 

krzesło po rosyjskiej stronie stolika gry z Korsykaninem.
Mógł zresztą Aleksander oczyścić się z zarzutów karząc przykładnie morderców. Ale, jak wiemy — nie mógł. 

Jego były nauczyciel, idealista Laharpe, napisał doń ze Szwajcarii: „Nie wystarcza, że masz Najjaśniejszy Panie 
czyste sumienie i że ci, którzy mają zaszczyt Cię znać, są o tym przekonani. Wszyscy powinni wiedzieć, 

Najjaśniejszy Panie, że karzesz każdą zbrodnię, gdziekolwiek by miała miejsce. Zamordowanie cesarza, we 
własnym pałacu, pośród najbliższej rodzin y,  pozostając bezkarnym gwałciłoby prawa boskie i ludzkie, 

obniżałoby godność monarszą. Trzeba raz skończyć w Rosji z tym stale bezkarnym mordowaniem carów, często 
nawet wynagradzanym, z tym skandalem krążącym jak złowroga mara wokół carskiego tronu i czyhającym na 

następną ofiarę”.
Spójrzmy, jak to nieutulony w żalu syn, publicznie demonstrujący swą bezbrzeżną rozpacz („Nie, to niemożli-

we!... mojego bólu nie da się ukoić! Jak wy możecie żądać, żebym przestał cierpieć?! Tak będzie zawsze!...”) — jak 
posłuchał swego naiwnego wychowawcy.

Dwaj panowie P. — „mózgi” zamachu, hrabiowie Pahlen i Panin — zatrzymali swe wysokie stanowiska przy 
dworze i dopiero kiedy caryca-matka, Maria Fiodorowna, zaczęła dostawać drżączki na ich widok, w obawie 

przed skandalem udzielono im dyskretnej rady, by wyjechali do swych majątków. Nikt ich tam nie niepokoił, a 
łaska monarchy nie przestała ich dosięgać.

Budzącego powszechną grozę upiora tej nocy, generała Bennigsena, którego Józef de Maistre nazwał „szefem-
mordercą”, natychmiast po morderstwie mianowano gubernatorem Litwy i awansowano na generała kawalerii. 

Od roku 1807 kariera jego nabrała jeszcze większego przyspieszenia.
Książę Piotr Wołkoński otrzymał w nagrodę kolejno stanowiska: generała, adiutanta cara, szefa sztabu głównego 

i wreszcie członka Rady Państwa. Był odtąd na zawsze przy-
jacielem i jednym z najbliższych powierników Aleksandra.

Nic dziwnego, że hrabina de Bonneuil — szpieg francuski na dworze carskim — pisała z Petersburga do 
napoleońskiego ministra policji, Fouchego: „Mówią u nas, że gdy młody cesarz wychodzi, to przed nim idą 

siepacze dziada, za nim mordercy ojca, a obok ci, którzy wnet dobiorą się do niego samego”.
Aleksander robił jednak wszystko, co tylko można, by obłaskawić swych zbyt krewkich dworaków, a już 

najbardziej rozpieszczał morderców tatusia. Taki na przykład hrabia Uwarow, jeden z głównych demonów 
krwawej nocy, został bezzwłocznie mianowany generałem-adiutantem i stał się nieodłącznym domownikiem 

imperatora, towarzyszem jego zabaw i spacerów, tak faworyzowanym, że nazywano go „beniaminkiem rodziny 
carskiej”.

Można by tę listę mnożyć o dalszych głaskanych spiskowców, lecz szkoda miejsca. Ważne jest to, że dla Napo-
leona sytuacja zmieniła się jak za dotknięciem różdżki złego czarnoksiężnika. Przebijał bardzo wysoko, licząc na 

swoje karty, ale gdy Aleksander sprawdził, okazało się, że nie są one wystarczająco silne. Kozacy zostali 
odwołani ze szlaku nad Ganges i Rosja pogodziła się z Anglią. Cały miraż indyjski za sprawą kilku morderców 

legł w gruzach.
Mały odwet wziął sobie Napoleon w roku 1804, kiedy to Aleksander głośno potępił „ohydny mord” na 

porwanym przez Francuzów znad granicy (z Badenii) i rozstrzelanym w Vincennes księciu d’Enghien, który 
spiskował z Anglikami. Paryski „Monitor” odpowiedział carowi złośliwym pytaniem, które stało się sławne w 

całej Europie, a którego Aleksander nigdy Napoleonowi nie zapomniał:

background image

„Gdyby rząd rosyjski był powiadomiony, że mordercy cara Pawła I znajdują się o milę od granicy państwa, czy 
nie pospieszyłby schwytać ich i ukarać?”.

Ale to było już poza stolikiem. Na nim Korsykanin przegrał pierwszą, jednorozdaniową rundę gry, w środku 
nocy z dwudziestego trzeciego na dwudziesty czwarty marca, i nie mógł tego kwestionować — mógł już tylko 

lepiej nastroić się do następnej rundy.

RUNDA
Runda szeregowców i podoficerów

(Rozdanie decydujące pod Austerlitz)

KRUCJATA UWIEDZIONYCH DZIECI

Ta druga runda trwała pięć lat i zanim nastąpił finał w postaci wielkiego rozdania z wielkimi kartami w rękach 

obydwu partnerów, miało miejsce kilka poślednich rozdań o efektach w znikomym stopniu rzutujących na losy 
gry. Tak już jest w pokerze — nie w każdym rozdaniu dochodzi do potężnego starcia, gdyż raz jeden, a raz drugi 

partner dysponuje zbyt słabą kartą, by zaakceptować wysoką licytację. Dopiero gdy figury po obu stronach w 
jednym momencie ułożą się w znaczące kombinacje, następuje wielka gra.

Przygotowanie do tej drugiej rundy rozpoczęło się od wzajemnych duserów — obaj panowie wiedzieli, jak 
istotną rolę odgrywają dobre maniery przed zasiądnięciem do stolika. Tragedia cara Pawła była już przeszłością, 

tak jak i problemy z nią związane; wszystko zaczynało się od nowa. A poza tym młody car, rozliberalizowany 
przez Laharpe’a, czuł swego rodzaju podziw dla „obywatela Bonaparte”,

w którego umiłowanie demokracji nie wątpił, podobnie jak nie wątpił w swoje.
Napoleonowi, chcącemu uporządkować sprawy wewnętrzne, bardzo zależało na rychłym zawarciu pokoju z 

Rosją. Toteż już 26 kwietnia 1801 roku napisał do Aleksandra list w tej sprawie, dość oszczędny w 
sformułowaniach, lecz i nie wolny od kurtuazji. Zaufany oficer Bonapartego, Duroc (późniejszy wielki marszałek 

dworu), który przywiózł ten list w maju do Petersburga, usłyszał od cara następującą odpowiedź:
— Moim jedynym pragnieniem był zawsze związek Francji i Rosji. Bardzo bym chciał porozumieć się bezpo-

średnio z Pierwszym Konsulem, którego szczery charakter jest mi dobrze znany.
Jak z tego widać — wielce specyficzny, wziąwszy pod uwagę jego „szczerość”, język międzynarodowej 

dyplomacji nie był już obcy młodemu imperatorowi. Kolejny wysłannik z Paryża, Caulaincourt, usłyszał jeszcze 
większą porcję pochlebstw, łącznie z życzeniem „wiecznego aliansu pomiędzy Francją a Rosją”.

W tej sytuacji przygotowanie traktatu nie nastręczało już trudności i pokój — ustalający podział stref wpływów 
na kontynencie i zobowiązania do nieingerencji w nie swoją strefę — został zawarty 8-10 października 1801 roku 

w Paryżu. Obie wysokie układające się strony potrzebowały czasu na nabranie oddechu do rozpoczęcia 
kolejnego pojedynku. Właśnie ten czas został nazwany dowcipnie przez Aleksandra „wiecznością”. W 

Petersburgu obliczano tę wieczność na około dwóch do czterech lat.
Tajne przygotowania do wojny rozpoczął Aleksander w roku 1802. Nie przewidział jednak, że w tym czasie fran-

cuska instytucja wywiadu i kontrwywiadu nie jest już taką ślepą kurą, jak za czasów Pawła. W roku 1803 
francuski Gabinet Secret oraz tzw. Cabinet Noir * wykryły, iż jego

Cabinet Secret (Tajny Gabinet) — wywiad i kontrwywiad wojskowy. Cabinet Noir (Czarny Gabinet) — kontrwywiad poczty francuskiej, kontrolujący 

dyskretnie korespondencję, w tym także, a raczej przede wszystkim, dyplomatyczną.

ekscelencja ambasador Rosji w Paryżu, hrabia Morkow, jest na tyle bezczelny, że nie tylko pod samym nosem 
władz Republiki spiskuje z Anglikami i z rojalistowską frondą, próbując wciągnąć do swej siatki wywiadowczej 

wybitne osobistości urzędowe, lecz również bierze aktywny udział w produkowaniu i rozsiewaniu po całej 
Francji obelżywych pamfletów wymierzonych w Pierwszego Konsula. Rojalistowski emigrant i szpieg na 

usługach Morkowa, niejaki Christine, został aresztowany i wrzucony do lochu w Tempie pod zarzutem udziału 
w przygotowywanym przez rojalistów zamachu na Napoleona. Rozwścieczony Konsul wezwał Morkowa na 

oficjalną audiencję i ryknął nań:

 

Nie będziemy z cierpliwością baranów znosić podobnych wybryków rosyjskich! Nie zawaham się aresztować 

każdego, kto będzie działał przeciwko interesom Francji!
Ostrzeżenie było bardziej wyraźne niż eleganckie, toteż car natychmiast odwołał Morkowa (zastąpiono go 

Oubrilem), udekorował go ostentacyjnie wstęgą Św. Andrzeja i wystosował ostry protest do Paryża. Potem 
dopiero dał „obywatelowi Konsulowi” lekcję arystokratycznych dobrych manier. Któregoś dnia odwrócił się do 

idącego za nim ambasadora Francji w Petersburgu, generała Hedouville’a, i powiedział z zabójczym uśmiechem:

 

Czemu pan się trzyma z tyłu, panie Hedouville? Proszę się zbliżyć bez obaw, nie urządzę panu takiej sceny, 

jak pański Pierwszy Konsul mojemu ministrowi w Paryżu.
Odtąd skończyły się dusery, a zaczęła eskalacja kopniaków. W roku 1803 Napoleon podminowuje gospodarkę 

rosyjską, „wstrzykując” w nią tony fałszywych rubli produkowanych w Paryżu. Jednocześnie (październik 1803), 

background image

podczas rozmowy z nic nie znaczącym Polakiem, demonstracyjnie potępia rozbiory Polski i całokształt polityki 
rosyjskiej. Odpowiedzią było rosyjskie potępienie w roku 1804 „ohydnego mordu” na księciu d’Enghien. 

Odpowiedzią na tę odpowiedź stała się cytowana przeze mnie szydercza notka w „Monitorze” a propos 
„apoplektycznego ataku” cara Pawła I. Rozgniewany Aleksander zapytał szorstko jakim prawem Francja 

postępuje sobie samowolnie na terenie Piemontu
i Niemiec, na co Bonaparte odpowiedział również pytaniem: co uprawnia Rosję do zabierania głosu w tej 

sprawie, jeśli Niemcy same milczą? Wówczas Petersburg kategorycznie zażądał ni mniej, ni więcej, tylko: 
wycofania się wojsk francuskich z Neapolu, wypłacenia królowi Sardynii odszkodowania za utratę Piemontu, 

zwrócenia Hanoweru i nadania Rosji decydującej roli w regulowaniu spraw włoskich. Napoleon hurtem 
wyrzucił te skromne żądania do kosza, Aleksander odwołał Oubrila, i nastąpił już nie tylko praktyczny, lecz i 

urzędowy kres sielanki Franco-Russe.
Wszystkie wyżej wymienione prztyczki i uderzenia spowodowały nienawiść Aleksandra do Francji. 

Podstawową przyczyną jego osobistej nienawiści do Napoleona stało się co innego, a mianowicie fakt, iż ten 
„korsykański parweniusz”, ten „obywatel”-spadkobierca „świętokradczej rewolucji”, którego i tak dość długo 

tolerowało się i nawet wymieniało się z nim uprzejme listy, o ś m i e l i ł  s i ę   k o r o n o w a ć !  I to podwójnie: w 
Paryżu, na cesarza, a w Mediolanie — starą żelazną koroną Longobardów — na króla Włoch! Tego car nie mógł 

ścierpieć. Powoli zdrowiał z liberalnej choroby, którą zaraził się od Laharpe’a.
Przygotowania do wojny i montowanie nowej antyfrancuskiej koalicji rozpoczął Petersburg, tradycyjnie już na 

bazie brytyjskiego złota (w pokerze można grać za cudze pieniądze, nie jest to zabronione), jeszcze przed 
oficjalnym zerwaniem stosunków dyplomatycznych z Paryżem. Wymędrkowany w Londynie przez Pitta i 

Nowosilcowa plan zakładał wciągnięcie do aliansu Austrii i Prus. Żaden z tych krajów nie miał jednak ochoty 
nadstawiać łba pod miecz „boga wojny”. Austrię udało się, po długotrwałym oporze Wiednia, zaszantażować i 

zmusić *. W ten sposób car uzyskał mocną, jak sądził, kartę w tej rundzie.
Prusy wymigiwały się o wiele skuteczniej, wobec czego namówiony przez Czartoryskiego (rosyjskiego ministra 

spraw

Z rozkazu Aleksandra, Czartoryski zagroził Wiedniowi nieuznaniem tytułu monarszego cesarza Franciszka i oświadczył twardo, że „w przyszłej wojnie 

nie będzie tolerowana w Europie niczyja neutralność”.

zagranicznych) Aleksander postanowił zmusić je orężem, w ramach tak później przeklinanego przez 

historiografię pruską „Czartoryskis Mordplan gegen Preussen” (zakładał on między innymi wskrzeszenie 
Polski). Licytacja zaczęła się stawać gorąca.

W mroźny poranek 21 września 1805 roku, po uroczystym nabożeństwie przed ołtarzem Matki Boskiej 
Kazańskiej (i po odbytej dwa dni wcześniej „konsultacji” z „bożym człowiekiem” Seliwanowem) Aleksander 

wyruszył z Petersburga za swymi, już od pewnego czasu będącymi w drodze, wojskami na zachód. W końcu 
września dotarł do Puław; zatrzymał się w pałacu Czartoryskich i balował tam przez piętnaście dni wśród 

oczarowanych nim pięknych Polek oraz Polaków, którzy, oszołomieni wizją zmartwychwstania ojczyzny, zbiegli 
się doń zewsząd i całowali go po rękach za przyrzeczenie. Złożył im to przyrzeczenie w chwili wzruszającej 

szczerości: tak, Prusy zostaną przez niego zmiażdżone, a wolna Polska odbudowana!
Wytrawny i nigdy nie nasycony „women-killer”, jakim był Aleksander, z całowania polskich dam niewątpliwie 

czerpał dużą przyjemność. Natomiast pocałunki, jakimi obdarzali go polscy entuzjaści, nie wyszły im na 
zdrowie. Oto bowiem, gdy rosyjski poseł w Berlinie, Alopeus, zdradził pruskiemu kanclerzowi, Hardenbergowi, 

sekrety „planu puławskiego”, i gdy wysłany przez cara (za plecami Czartoryskiego i Polaków) do Berlina książę 
Dołgoruki nacisnął mocniej Fryderyka Wilhelma III — przestraszone Prusy zgłosiły gotowość do ustępstw. Tylko 

na to czekający Aleksander popędził do Berlina i od ręki przekazał Hardenbergowi zawierającą setki nazwisk 
listę polskich patriotów-poddanych pruskich, którzy w Puławach roili o niepodległej Polsce. Berlin bezzwłocznie 

rozpętał okrutną akcję represyjną wobec tych ludzi.
A jednak Prusacy wymigali się ostatecznie od udziału w wojnie. Czarowali Aleksandra skutecznie całym 

arsenałem romantycznych środków, wśród których walczyły o pierwszeństwo przysięga wzajemnej przyjaźni, 
złożona w „stylu epoki”, o północy, u grobu Fryderyka II, i fakt, że nie

przepadająca za swym lękliwym i jąkającym się małżonkiem królowa Luiza — uwielbiana przez naród za 
pobożność i rezolutność, wcielenie wszelkich zalet (zwano ją „cnotliwą Armidą”) — poszła z carem do łóżka. W 

rezultacie Berlin zgodził się jedynie na „zbrojną neutralność”. Umiejętne zakulisowe zabiegi dyplomacji 
francuskiej nie były bez znaczenia dla rezultatu tego pruskiego rozdania kart, rezultatu dla Napoleona wielce 

szczęśliwego, gdyż pruski atut w ręku cara mógłby się okazać potem decydującym.
Tak więc druga potencjalna karta do ostatecznej rozgrywki wymknęła się Aleksandrowi z rąk, ale wierzył on 

niezmiennie, że przy pomocy swojej armii da sobie radę z „korsykańskim uzurpatorem”. Pierwsza karta, którą 
dysponował uprzednio, austriacka, straciła swą wartość w mieście Ulm. Austriacy zaatakowali Francję w chwili 

bardzo stosownej, wówczas kiedy armia Napoleona biwakowała nad kanałem La Manche. Jednakże żołnierze 

background image

Bonapartego dokonali jednego z tych cudów wojennych, które rozsławiły epokę: w koszmarnych butach (nie 
było podziału na lewy i prawy) ze źle wyprawionej skóry przeszli od La Manche do Ulmu z tą samą szybkością, 

z jaką w następnym stuleciu uczyniły to czołgi Guderiana i armia pancerna generała Pattona. W rezultacie 
austriackie rozdanie tej rundy zakończyło się sprawdzeniem dokonanym przez Napoleona 17 października pod 

Ulmem — Francuzi wzięli bez większego wysiłku do niewoli gros sił austriackich (czterdzieści trzy tysiące 
ludzi), z głównodowodzącym feldmarszałkiem Mackiem na czele.

Kolejne drobne rozdania również nie przyniosły carowi sukcesu. Atakował, przebijał, a Napoleon sprawdzał i 
wygrywał. W połowie listopada wojska rosyjskie zostały pobite pod Amstetten, St. Poelten i Hollabrun, a tylko 

pod Dür-renstein uzyskały względny remis przy swojej trzykrotnej przewadze liczebnej.
Po samych nazwach geograficznych zorientowali się już Państwo, że gra toczyła się wówczas na terenie Austrii i 

to w pobliżu Wiednia. Wcześniej bito się na terenie Bawarii. Tam właśnie zetknęły się czołówki prącej ze 
wschodu armii

rosyjskiej i maszerującej dziarsko z zachodu armii francuskiej. Ta ostatnia nosiła od kilku zaledwie miesięcy 
nazwę Wielkiej Armii i po znaczącej dla ewolucji „ars militaris”, dokonanej przez swego idola reorganizacji, była 

podzielona na siedem potężnych, względnie samodzielnych jednostek operacyjnych, zwanych korpusami. 
Każdy z korpusów składał się z trzech dywizji i dysponował doskonale funkcjonującym sztabem typu armijnego 

oraz pełnym własnym zapleczem taborowym, sanitarnym etc.
W przeciwieństwie — armia rosyjska działała według starych schematów pruskiej szkoły wojennej, nie mając po-

jęcia o szybkim manewrze zaskoczeniowym i elastyczności działania, a co gorsza mając kolosalne braki w 
zaopatrzeniu, wyszkoleniu bojowym i wyekwipowaniu.

Wielka Armia została przez Napoleona przerzucona na naddunajski teatr działań z baz nad kanałem La Manche 
w momencie, kiedy napuszczeni przez cara Austriacy rozpoczęli kroki wojenne przeciw Francji. Pierwszym 

celem Bonapartego było niedopuszczenie do połączenia się armii austriackiej i rosyjskiej. Dzięki pomocy swego 
genialnego szpiega, Alzatczyka Karola Schulmeistra, który wkradł się do sztabu austriackiego i objął tam 

stanowisko... szefa wywiadu (!), „bóg wojny” cel ten osiągnął — Schulmeister zatrzymał Austriaków w Ulmie i 
sprawił, że dali się zamknąć do klatki jak stado owiec, zanim nadciągnęli Rosjanie.

Armia rosyjska nie zdołała zagrodzić Francuzom drogi do Wiednia i po kilku krwawych starciach, o których 
wspomniałem wyżej, została odepchnięta w kierunku na Brno i Ołomuniec, gdzie przygotowywała się do 

rozstrzygającej bitwy. Doszło do niej w pierwszych dniach grudnia 1805 roku, na łagodnie pofałdowanym, 
przeciętym rzeką Litawą i strumieniem Goldbach (dopływ Litawy) terenie, w odległości niespełna dwudziestu 

kilometrów od Brna, w pobliżu małej wioski Austerlitz (dzisiaj Sławkowo).
Czas przedstawić karty obydwu graczy w tym ostatnim rozdaniu. Francuzi mieli około siedemdziesięciu pięciu 

tysięcy żołnierzy, Rosjanie o kilka tysięcy więcej oraz pomagających im kilkanaście tysięcy Austriaków. Ilościowo 
więc

karty te nie różniły się znacznie, jakościowo tak. Nie mam tu na myśłi różnic w odwadze — tak żołnierze 
rosyjscy, jak i francuscy byli zażarci w boju i nie lubili odwracać się do przeciwników plecami. Różnica polegała 

na czymś innym.
Francuz w mundurze miał nad sobą człowieka, którego nie tylko czcił, tak jak czci się groźnych odwiecznych 

bogów, ale i kochał całym sercem, tak jak kocha się najbliższego przyjaciela. Za przyjaciół walczy się zacieklej. 
Człowiek ten szanował żołnierza i żołnierz o tym wiedział. Nad żołnierzem rosyjskim panował otoczony 

tradycyjnym nimbem monarcha, za którego należało umrzeć bez szemrania i od którego nie można było 
oczekiwać słów: „Dziękuję wam, dzieci!”. Za każde wykroczenie, nie mówiąc już o szemraniu, groził knut. 

Carski sołdat, który przewinił, umierał długo, idąc między dwoma szeregami wici odzierających mięso z żeber. 
Żołnierz francuski szedł pod mur i dostawał kulę w pierś — oficer, który chciałby się nad nim znęcać, musiałby 

przedtem napisać testament i poprosić Zbawiciela o przyjęcie do Królestwa Samobójców.
Napoleon potrafił wychowywać żołnierzy karami o charakterze psychologicznym. W Boulogne żołnierze Starej 

Gwardii (elita armii francuskiej) wywołali w knajpie burdę z żołnierzami oddziałów liniowych. Stu gwardzistów 
i stu piechurów umówiło się pod miastem i zaczęło tak rąbać, że w ciągu niespełna pół godziny padło zabitych 

trzydziestu trzech ludzi. Trzeba było formalnej szarży ciężkich kirasjerów Kellermana, by rozdzielić walczących. 
Cesarz, dowiedziawszy się, że poszło o jakąś piosenkę, rozkazał wydrukować jej tekst, po czym zmusił 

nieszczęsnych gwardzistów do przemaszerowania przez miasto z bronią pod lewym ramieniem i z owym 
tekstem przypiętym do każdej piersi. Taka kara dzisiaj mogłaby wywołać tylko wzruszenie ramion. Wówczas, 

dla elitarnej Starej Gwardii, do której można się było dostać tylko po wieloletniej nienagannej służbie, była to 
niewyobrażalna hańba, prawdziwa katastrofa. Wielu z tych żołnierzy nigdy przedtem nie uroniło łzy, a 

wówczas, w Boulogne, większość beczała maszerując z dyndającymi u kołnierzy kartkami. Ludzie stojący na 
ulicach zamarli z prze-

rażenia, nikomu nie przyszło na myśl śmiać się. Od tej pory, gdyby któryś z gwardzistów zaczął rozrabiać 

background image

gdziekolwiek i w jakikolwiek sposób, właśni koledzy zlinczowaliby go.
Do tej samej perfekcji doprowadził Napoleon system nagród i awansów. Wszczepiwszy swoim ludziom przeko-

nanie o nadrzędnej wartości honoru sprawił, że nie wymieniliby na żadne pieniądze takich drobnych gestów i 
słów, jak zwykłe „dziękuję ci” usłyszane z jego ust, jak pieszczotliwe szarpnięcie za ucho (była to ulubiona 

poufałość Napoleona wobec żołnierzy) czy praktykowane przezeń podczas pobitewnych rewii uchylanie 
kapelusza przed najbardziej zasłużonymi oddziałami.

Żołnierze Napoleona częściej niż inni kiedykolwiek przedtem i długo potem w dziejach — nosili w tornistrach 
buławy marszałkowskie. Awansować do najwyższego stopnia mógł każdy, widzieli to — mieli żywe przykłady 
w swoich marszałkach. W empirowym pociągu, między 

19 

maja 1804 roku (pierwsze nominacje) a rokiem 1815, 

jechało dwudziestu sześciu marszałków. Był tam jeden książę z urodzenia (Poniatowski) * ,  jeden markiz 
(Grouchy), pięciu szlachciców, ośmiu mieszczan i aż jedenastu przedstawicieli gminu! Łącznie więc stany 

„niższe” (mieszczaństwo i plebs) stanowiły aż siedemdziesiąt trzy procent tej orkiestry, a podobnie było wśród 
generałów i pułkowników, toteż żołnierz nie miał powodów nie wierzyć w szybki awans. Następowały one 

rzeczywiście szybko, z czego wszyscy byli zadowoleni — oprócz poległych, którzy zwalniali szczeble awansów, 
oraz niepiśmiennego Murzyna Herculesa, który na czele dwudziestu pięciu gidów (straż przyboczna Napoleona) 

rozbił kolumnę austriacką pod Arcole i tylko to jedno miał zawsze

Dokładniej rzecz biorąc, Poniatowski był księciem p r a w i e  z urodzenia, gdyż urodził się o kilkanaście miesięcy za wcześnie. Zwrócił mi na to 

uwagę recenzent tej książki, doc. dr hab. Jerzy Łojek, pisząc o Poniatowskim: „Urodzony 7 maja 1763, a tytuł książęcy otrzymali Poniatowscy od sejmu 
koronacyjnego, w grudniu 1764. Zresztą także w roku 1764 ojciec księcia Józefa, Andrzej, otrzymał tytuł księcia czeskiego od Marii Teresy. Wszelako było to w rok 
po narodzinach Józefa. W każdym razie wywodził się Poniatowski z rodziny wysoko usytuowanej w hierarchii Ancien Regime’u Europy środkowej”.

do zarzucenia Bonapartemu, że nie został mianowany marszałkiem Francji.

Świetny przykład szybkiego awansu, to awans na generała syna robotnika, Jana Ludwika Grosa. W roku 1807 
Gros był jednym z wielu pułkowników Wielkiej Armii mających chrapkę na mundur generalski. Pewnego dnia, 

stojąc w korytarzu w Tuileriach, zaczął poprawiać sobie kołnierz przed lustrem. Widok własnego odbicia 
sprawiał mu taką satysfakcję, że zaczął mówić sam do siebie, a właściwie do faceta stojącego po drugiej stronie 

lustra:

 

Ach, gdyby człowiek tak dzielny jak ty, z twoją duszą żołnierza, znał matematykę, to cesarz z pewnością 

zrobiłby cię generałem.
W tym momencie poczuł na ramieniu czyjąś dłoń (była to dłoń Bonapartego, który właśnie przechodził 

korytarzem) i usłyszał:

 

Już nim jesteś, Gros.

W rok później Gros został baronem Cesarstwa.
Jak z tego widać, żołnierze napoleońscy znajdowali po drugiej stronie lustra nie gorszą krainę czarów niż Alicja.

Sposób awansowania w armii napoleońskiej był, często w trybie improwizowanym, wysoce spektakularny, co 
niezwykle mocno oddziaływało na żołnierzy. Paź Napoleona, Emil Marco de Saint-Hilaire, zanotował scenę, jaka 

rozegrała się podczas jednego z przeglądów wojskowych w końcu stycznia 1814 roku, scenę typową dla metody 
Korsykanina. Bonaparte spostrzegł starego, zmęczonego, sierżanta i kazał mu wyjść z szeregu.

 

Nazwisko?

 

Noël!

 

Skąd rodem?

 

Urodziłem się w Paryżu, Sire!

 

Skądś cię pamiętam. Czy nie byliśmy razem w Italii?

 

Tak jest, Sire!

 

Teraz sobie przypominam. Tam zostałeś sierżantem.

 

Pod Marengo, Sire!

 

I co potem?

 

Potem... potem nic, Sire!

 

Dziwne. Nie chciałeś przejść do gwardii?

 

Bardzo chciałem, Sire, byłem we wszystkich bitwach i starałem się, ale jakoś...

Napoleon odszedł na bok, poszeptał przez chwilę z pułkownikiem-przełożonym Noëla, po czym na dany znak 
zabrzmiały werble, żołnierze sprezentowali broń i pułkownik oznajmił:

 

W imieniu Cesarza! Sierżant Noël zostaje mianowany podporucznikiem w naszym pułku!

Werble rozbrzmiały ponownie.

 

W imieniu Cesarza! Podporucznik Noël mianowany jest porucznikiem w naszym pułku!

Po raz trzeci rozległ się grzmot werbli.

 

W imieniu Cesarza! Porucznik Noël mianowany jest kapitanem w naszym pułku!

background image

W ten sposób Bonaparte wyrównywał niedopatrzenia bądź niesprawiedliwości rozdzielających awanse 
dowódców *.

Marzeniem każdego z żołnierzy Wielkiej Armii był krzyż ustanowionej przez Napoleona Legii Honorowej, 
zwłaszcza zdjęty przez cesarza z własnej piersi i zawieszony na piersi odznaczanego. W tej materii stał się „bóg 

wojny” nie gorszym wirtuozem niż w prowadzeniu wojen, które zresztą dzięki temu łacniej wygrywał. Potrafił 
podejść do żołnierza w przestrzelonym mundurze, wsadzić palec w dziurę po kuli i zażartować: „Zaceruję ci tę 

dziurę”, po czym „łatał” ją własnym krzyżem Legii.
Podczas kampanii włoskiej, po bitwie pod Roveredo, głodny generał Bonaparte zwrócił się do jednego z 

żołnierzy z prośbą o podzielenie się nim racją żywności. W armii panował wówczas wielki niedostatek i żołnierz 
miał tylko jeden suchar. Przełamał go na pół. W kilka lat później,

Wprowadzi! Napoleon w armii bardzo prosty system ubezpieczenia żołnierzy przed szykanami dowódców. Podczas rewii każdy żołnierz miał prawo 

złożyć pisemną prośbę lub zażalenie na kartce nadzianej na bagnet. Adiutanci cesarza zdejmowali te kartki i on sam, osobiście je czytał i rozpatrywał, przy czym z 
reguły dawał posłuch żołnierzom, nie zaś broniącym się przełożonym. Tych ostatnich, po udowodnieniu wykroczenia lub nieprawości, karał surowo, często nawet 
przesadnie, i powtarzał im:
— Postępujcie uczciwie, tak, by żołnierze nie musieli składać na was reklamacji!

w roku 1805, cesarz Bonaparte rozpoznał podczas rewii owego żołnierza, teraz już sierżanta w 2. pułku strzelców 
Starej Gwardii.

 

To ty podzieliłeś się ze mną sucharem, kiedy zdychaliśmy z głodu?

 

Tak jest, Sire! Tylko nie było czym popić.

 

Prawda, pamiętam... Ile lat służby?

 

Jedenaście, Sire! Osiem kampanii, dziewięć ran...

 

Dobrze już, dobrze! Wyrównamy rachunki. Podzieliłeś się ze mną, ja podzielę się z tobą. Widzisz, mam dwa 

krzyże Legii, weź jeden... Marszałku Berthier! Ten żołnierz je dzisiaj ze mną obiad! Dopilnujesz, by nie zabrakło 

picia!
Jego krytycy donoszą, że były to popisy pod żołnierską publiczkę. Ależ oczywiście, proszę panów, nikt w to 

nigdy nie wątpił. Istotne było co innego — jak jego żołnierze mogliby go po takich popisach nie uwielbiać? 
Trudno się doprawdy dziwić, iż umierając w bitwach krzyczeli ostatkiem sił: „Niech żyje cesarz!”.

Uwielbiający bawić się w Haruna-al-Raszyda Napoleon często się przebierał za zwykłego oficera lub cywila i 
badał nastroje. W roku 1809, udając Austriaka, zaczepił pod Wiedniem jakiegoś rekruta, a usłyszawszy, że ten jest 

żołnierzem Napoleona, krzyknął:

 

A więc jeszcze jedna z tych francuskich świń! Odebrać mu broń i powiesić!... Co masz na swoją obronę, 

nędzniku?
Chłopak splunął mu pod nogi i wycedził:

 

Od......się! Możesz mnie powiesić. Niech żyje cesarz!

Uświadomiono mu przed kim stoi, i natychmiast awansowano.

Masowa psychoza? Oczywiście. Ale być sprawcą takiej — duża, duża rzecz!
Wracając do Legii Honorowej — żeby wszystko było jasne: Napoleon sam traktował ją jako „błyskotkę”, którą 

najskuteczniej można uwodzić żołnierskie serca. Nie było na świecie takiego orderu, który nie zostałby 
sprostytuowany, i Legia nie stanowiła tu wyjątku. Przykład: pewnego razu brat Napoleona, król Westfalii, 

Hieronim Bonaparte, który tym weselej się bawił w teatrach i burdelach, im większy był deficyt jego państwa (w 
roku 1811 — czternaście milionów franków!), zapragnął jej dla niejakiego Le Camusa. Zasługi Le Camusa były 

znaczne — sprowadzał królowi co trzy dni inną dziwkę, zatrzymał w Kassel frywolną pokojową, którą 
zazdrosna żona Hieronima odprawiła, i ściągnął na dwór wrocławską aktorkę, która wpadła jego panu w oko. 

Hieronim mianował go za to wszystko szambelanem i hrabią Fürstenstein, lecz uważał, że to za mało i poprosił 
braciszka o Legię Honorową dla Le Camusa. Cesarz, który dobrze wiedział, że Le Camus jest nadwornym 

rajfurem (doniósł mu

tym w specjalnym raporcie pan Jolivet), odmówił tłumacząc, iż wielu zasłużonych dla Francji mężów jeszcze 

nie zostało odznaczonych. Hieronim nie zraził się tą odmową

tak długo nalegał, aż złamał, a raczej zmęczył opór brata.

Żołnierze nie wiedzieli o takich świństewkach — dla nich krzyż Legii był świętością, magicznym fetyszem, 
ziemskim rajem przewyższającym wszystkie obiecane raje ze sfery świata duchów. Rozpoznawszy starego 

fizyliera, Romeufa, Napoleon ze zdziwieniem zauważył, że ten nie ma na piersi otrzymanego niegdyś 
odznaczenia. Okazało się, że Romeuf, którego krzyż został przecięty na pół austriacką szablą, nosi oba kawałki w 

kieszeni, zawinięte w papier. Cesarz zaproponował mu wymianę tych resztek na nowy krzyż, lecz Romeuf 
stanowczo odmówił.

 

Tak cenisz te odłamki? — spytał monarcha, patrząc z prowokacyjnym lekceważeniem na kawałki krzyża.

Słysząc to żołnierz warknął pod nosem coś, czego się na ogół monarchom do uszu nie posyła.

 

Nie wściekaj się, stary. Jeśli tak się upierasz, to proszę, masz drugi, cały, zasłużyłeś na dwa — powiedział 

Napoleon i zaraz dodał w stronę rozeźlonych bezceremonialnością szeregowca oficerów ze świty: — Spokojnie, 

background image

panowie. Romeuf i ja jesteśmy starymi kumplami, tylko że on lubi się obrażać.
Napoleon się na swoich żołnierzy nie obrażał. W roku 1807 w Polsce, gdy zabrakło prowiantu dla armii i 

żołnierze musieli się żywić przez tydzień własnym przemysłem, odbył incognito ront biwaków, chcąc sprawdzić, 
jak sobie radzą.

3 — Cesarski poker

W popiele jednego z ognisk, wokół którego spala kompania piechoty, ujrzał ziemniaki. Wygrzebał sobie kilka z 
żaru końcem szabli, a wówczas któryś z żołnierzy odemknął oko i spytał:

 

Hej ty, cwaniak, nie przeszkadza ci to, że nam rąbiesz kartofle?!

 

Wybacz, kolego, ale jestem taki głodny...

 

To weź jeden lub dwa, jeśli już musisz, i spieprzaj! Ale intruz nie spieszył się ze „spieprzaniem”, wobec

czego żołnierz zerwał się, pchnął go i... padł na kolana, poznał bowiem cesarza. Uderzył cesarza!

 

Sire, karz mnie rozstrzelać, błagam!

 

Nie bredź, synku. To ja jestem winien. I nie wrzeszcz tak, bo ich pobudzisz i dopiero będzie mi wstyd! — uci-

szył go Napoleon i wkrótce potem awansował na porucznika.
Pozwalał im na wiele, bardzo wiele, chociaż w rzeczywistości — bardzo niewiele, zważywszy względność 

wszelkich zjawisk i pojęć. Sam zbudował między sobą a żołnierzami mistyczną budowlę o charakterze 
najbardziej zbliżonym do układów paternalistycznych. Stał się dla nich troskliwym i sprawiedliwym ojcem, 

jedzącym to samo, co oni, i w przeciwieństwie do rozbłyszczonych i wylampasowanych oficerków, ubranym 
prawie zawsze w skromny szary szynel (sławny „redingote gris”). Osobiście zbierał z pola bitwy rannych (i to 

bez różnicy, swoich i przeciwników — zgodnie z jego rozkazem rannych żadnej ze stron, a także oficerów, nie 
wolno było wyróżniać) i potem odwiedzał ich w szpitalach i lazaretach, by pocieszyć i sprawdzić naocznie, czy 

niczego im nie brakuje. Jeśli brakowało w spisie choćby bandaża lub ranni mieli jakieś powody do skarg, 
odpowiedzialni za to wyżsi oficerowie byli natychmiast surowo karani, i szczęśliwi, jeśli skończyło się tylko na 

degradacji.
A oni byli jego dziećmi. Dzieci były mądre, wiedziały na co można sobie wobec ojca pozwolić, a na co nie należy 

nigdy, by czuła struna nie została przeciągnięta i nie pękła. Kiedy nocą pojawiał się ni stąd, ni zowąd i siadał 
wraz z nimi przy ognisku biwakowym, traktowali go jak swojego, a gdy

przychodziła jego kolej na dorzucenie drew do ognia, któryś mu to przypominał i nie było w tym ani odrobiny 
braku szacunku, wprost przeciwnie — był to objaw miłości.

W końcu był ich „Małym Kapralem”. Ten nadany mu przez radę najstarszych żołnierzy armii włoskiej po bitwie 
pod Lodi „stopień” przetrwał w historii i w legendzie niezbyt zasłużenie, gdyż po bitwie po Castiglione wojsko 

„awansowało” naczelnego wodza do stopnia sierżanta. Dzieci dostały swój kamienny zamek do zabawy i były 
wielce rade, gdyż miał on pozór zamku z plasteliny.

Jego antagoniści jak zepsuta płyta gramofonowa do dzisiaj powtarzają, że wszystko to — jedzenie suchego 
chleba, kiedy cała armia jadła suchy chleb, a on mógł mieć kurczaki, maszerowanie pieszo, kiedy brakowało koni 

dla rannych i oddawał swoje, ta troskliwość, łagodność wobec niższych rangą, przy jednoczesnej surowości w 
stosunku do armijnych prominentów, pułkowników i generałów, bronienie słabszych przed silniejszymi — 

wszystko to była cyniczna farsa, wielki festiwal zimnych ogni obliczony na uwodzenie serc. Być może, tylko co 
to ma do rzeczy? Który żołnierz na świecie nie chciałby takiego ludzkiego stosunku do niego, nawet wiedząc, że 

to teatr? Liczą się w życiu efekty. To prawda, że odzywał się do żołnierzy po imieniu i czarował znajomością ich 
stosunków rodzinnych, gdyż wcześniej kazał sobie dostarczać ich dossier, ale cóż w tym nagannego, jeśli w ten 

sposób uszczęśliwiał ich? Wojna jest okrutną piastunką — jeśli w jej trakcie ktoś pogłaszcze po głowie i przytuli, 
robi się lżej.

Szczerze mówiąc — był to teatr, ale teatr fantazyjnie urokliwy i co najważniejsze, diabelnie skuteczny. Sędziowie 
korsykańskiego Uwodziciela - arbitrzy świętej moralności nazwali to farsą zapominając, że poker jest farsą tylko 

wtedy, kiedy jeden z partnerów nie umie grać. Gra Napoleona była bardzo skuteczna.
Posłuchajmy francuskiego historyka, Henry Houssaye’a: „Komediant? — Tak i nie, gdyż Napoleon rzeczywiście 

lubił żołnierza”. W istocie kochał, kochał szczerze. Bo jeśli nawet był „II Comediante” — jak go rzekomo nazwał
papież Pius VII — to jakże często grał samego siebie, człowieka o zadziwiająco dobrym sercu jak na skalę osiąg-

niętej wielkości.
Który człowiek nie jest w życiu aktorem? — pokażcie choć jednego. Kłaniają się podstawowe prawdy 

psychologii. Najwięksi wrogowie Bonapartego nie odmawiali mu ogromnej wrażliwości na ludzkie cierpienie i 
krzywdę, wyrozumiałości i miłosierdzia. Zauważyła to nawet królowa pruska, nienawidząca go bardziej niż 

diabła. Jego minister Maret: „Serce jego było dobre z natury. Nie zaprzeczy temu nikt z wielkich i małych, którzy 
mieli okazję go poznać”. Inny minister, Caulaincourt: „Napoleon niechętnie karał, wrodzona łagodność skłaniała 

go do oszczędzania winnych”. Niemal jednobrzmiące zdanie wyrazili de Bausset, Savary, Fain i jeden z 
najzagorzalszych antagonistów cesarza, Bourrienne: „ Napoleon nie był zdolny oprzeć się głosowi miłosierdzia. 

background image

Świadczą

tym niezliczone przypadki, w których darował karę”. Lecz „starał się usilnie kryć swą dobroć serca, w 

przeciwieństwie do wielu, którzy się nią ostentacyjnie chlubią, nie posiadając jej” (marszałek Marmont). 
Potwierdził to generał Rapp: „Cesarz daremnie starał się okazać surowym. Natura przemagała to postanowienie. 

Nie było człowieka wyrozumialszego

bardziej ludzkiego”.

Cóż bardziej ludzkiego nad teatr opieki nad żołnierzem, teatr, w którym nie wiadomo, czy więcej było 
wyrachowanego pragmatyzmu, czy głosu serca? Gdzie jest waga, by to rozstrzygnąć? Osobiście sprawdzał 

obuwie i koszule żołnierzy i pytał, czy im odpowiadają. Pewnego razu, widząc utrudzony oddział, który 
powrócił na kwaterę o północy, osobiście dopilnował rozpalenia dla nich ognia i nakarmienia, po czym dopiero 

poszedł na spoczynek. Pod Dreznem zajmował się potrzebami wojska do późnej nocy, wrócił do siebie przemo-
czony deszczem („woda ściekała mu z ubrania strumieniami” — wspominał książę Vicenzy) i dostał gorączki, a 

kiedy otoczenie wyrzucało mu, że nie dba o zdrowie, odparł:
— Cóż chcecie, to są moje dzieci, a to, co robię, to moje rzemiosło.

Notabene uważał to wojenne rzemiosło za „barbarzyńskie” (jego słowo) i skarżył się, że musi się nim parać z 
konieczności.

Pisano, że wojsko było dlań „mięsem armatnim”. Ale nie pisano, przynajmniej nie tak samo wyraźnie, że on sam 
się nie oszczędzał i stawiał się czasami w identycznej roli. Pod Wagram znalazł się w ostrzeliwanym krzyżowym 

ogniem dział nieprzyjaciela „polu śmierci”. Widząc to generał Walter, dowódca konnych grenadierów gwardii, 
rozkazał mu natychmiast cofnąć się. Napoleon odmówił. Wówczas Walter przyskoczył do niego i krzyknął:

 

Wynoś się stąd, Wasza Cesarska Mość, albo każę Cię moim ludziom związać, wpakować na dno furgonu i 

odwieźć do tyłu!!!

Napoleon oddalił się stępa, mówiąc do szefa sztabu generalnego, marszałka Berthiera:

 

Znam go, byłby to rzeczywiście zrobił.

Uważał, że dowódca nie powinien się niepotrzebnie narażać, lecz — gdy sytuacja tego wymaga — winien sam 
dać przykład. Pod Lodi i pod Arcole żołnierze nie mogli zdobyć mostów zaryglowanych z drugiego brzegu 

przez skoncentrowany ogień kartaczowy. Wówczas sam poprowadził kontrataki niemal w stylu kamikaze.* O 
tym zapominają pisząc o „mięsie armatnim”.

A poza tym — w jakim czasie, w jakim kraju i na jakim kontynencie, w jakiej wojnie żołnierz nie jest „mięsem 
armatnim”? Jest to dzieło życia, cywilizacji (CYWILIZACJI!), Układu, wojny jako takiej — nie wodzów 

naczelnych. Bonaparte nie wymyślił wojny i jeśli nawet zasługiwał na miano „boga wojny”, to tylko dlatego, że 
potrafił ją genialnie prowadzić, nie zaś dlatego, że był jej apostołem. Nie był. Któż dziś pamięta jego słowa: 

„Wojna to barbarzyńskie rzemiosło.

Charakterystyczny szczegół: gdy pani Bertrand, czytając głośno na Świętej Helenie „Opis kampanii włoskich”, doszła do miejsca, w którym było 

napisane, że generał Bonaparte pierwszy przedarł się przez „most śmierci” pod Lodi, Napoleon przerwał gwałtownie:

 

To nieprawda! W połowie drogi Lannes mnie wyprzedził!

Po czym przekreślił wspomniany fragment i napisał na marginesie książki sprostowanie.

Przyszłość należy do pokoju”? Chciał być rolnikiem, nie zaś rzemieślnikiem zabijania. Ciągłe ataki nakręcanych 

brytyjskim złotem i nienawiścią cara Aleksandra koalicji antyfrancuskich nie pozwalały mu spokojnie 
kultywować swego poletka od Wisły po Atlantyk. Nie dziwcie się tej złośliwości w ostatnich słowach, bo chociaż 

bronię go, nie jestem jego apologetą i znając brudy tej epoki jak brudy własnego sumienia — znam też dobrze, 
może lepiej od jego krytyków, brudy jego działalności. Lecz wiem, że w większości przypadków zmuszano go 

do walki (dojdziemy jeszcze do konkretnych przykładów), musiał się parać „barbarzyńskim rzemiosłem”. A że 
musiał — starał się to czynić w sposób perfekcyjny. Do tego właśnie służyło poecie skuteczności traktowanie 

żołnierza jak przyjaciela, lub raczej — jak własnego dziecka.
Car-poeta przebiegłości nie wysilał swego kunsztu na flirty z żołdactwem i traktował wojsko jak każdy z 

rosyjskich panów feudalnych swoich muzyków, to jest jak bydło. Pędził rozkazami do boju tłumy 
umundurowanego chamstwa, nie tłumacząc, dlaczego mają walczyć. To, że dlatego, iż taka jest wola cara-

batiuszki, było rzeczą oczywistą. Czasami tylko podniecano żołnierzy, wmawiając im przez popów, że Bonaparte 
jest wcieleniem Belzebuba, przez co walka z nim zapewnia wieczne zbawienie.

Żołnierz napoleoński był zawsze świadomy tego, o co walczy. A przynajmniej tak mu się wydawało. Bonaparte 
wyjaśniał mu to (nieważne czy uczciwie, czy też nie) w sławnych odezwach-rozmowach z armią, w których 

rozpalał żołnierską dumę i chwalił, gdy na to zasłużono. Cóż milszego człowiekowi nad zasłużoną pochwałę? I 
jakże często boli lub podcina skrzydła jej brak. Czymś zupełnie bezprecedensowym był fakt, że w tych odezwach 

wódz naczelny całą zasługę za zwycięstwa oddawał wojsku, tak jakby jego geniusz nie miał tu nic do roboty.
Oto kilka przykładów, kilka fragmentów przedausterlickich odezw Napoleona, którymi żołnierze francuscy 

upijali się mocniej, niż rosyjscy kubkami wódki otrzymywanymi w nagrodę od cara:
„Żołnierze! Jesteście źle odziani i źle żywieni. Rząd jest wam wiele winien, a nie może dać nic. Wytrwałość i 

background image

odwaga, jakie wykazujecie pośród tych skał, są godne podziwu...” (Nicea, Kwatera Główna, 27 III 1796).
„Żołnierze! W ciągu piętnastu dni odnieśliście sześć zwycięstw (...) Ogołoceni ze wszystkiego, wypełniliście 

wszystko!” (Chérasco, Kwatera Główna, 16 IV 1796).
„Żołnierze! Spadliście jak potok z wyżyn Apeninów. Obaliliście, zgnietliście, rozproszyliście wszystko, co stało 

wam na drodze (...) We Francji wasze rodziny, wasze żony i kochanki radują się tymi powodzeniami i pysznią się 
tym, że do was należą” (Mediolan, Kwatera Główna, 20 V 1796).

„Zdobycie Mantui kończy wojnę, która w Ojczyźnie zapewniła wam miano nieśmiertelnych!” (Bassano, Kwatera 
Główna, 10 III 1797).

Raz jeszcze to samo pytanie: jak mógł nie kochać swego wodza żołnierz, do którego ten wódz tak się zwracał? I 
jak ten żołnierz mógł potem nie dokonywać nadludzkich wysiłków, by zasłużyć na pochwałę takiego wodza?

Car Aleksander inaczej trzymał swe wojskowe karty. Trzymał je staromodnie, co było karygodnym błędem, zwa-
żywszy, że metody prowadzenia żołnierza do boju trochę się zmieniły od czasu Fryderyka Wielkiego. Ta różnica 

miała duży wpływ na losy drugiej rundy cesarskiego pokera i dlatego właśnie poświęciłem jej wyjaśnieniu tyle 
miejsca.

Pozostałymi kartami obydwu partnerów były blotki — główni oficerowie ich armii. Nie, nie pomyliłem się. W tej 
akurat rundzie figurami byli prości żołnierze, szeregowcy i podoficerowie, zaś marszałkowie i generałowie 

uzupełniali ich jako blotki. Wyjaśnimy sobie ten fenomen później, a na razie zapoznajmy się także z blotkami.
W bitwie pod Austerlitz wzięło czynny udział siedmiu francuskich marszałków. W kolejności alfabetycznej: 

Bernadotte, Berthier, Bessiéres, Davout, Lannes, Murat i Soult. Wszystko to byli ludzie odważni i zdolni (do 
wszystkiego), wyjąwszy Davouta, którego uczciwość przyprawiała kolegów o mdłości. Wszyscy oni byli 

ponadto skłóceni między sobą jak stado głodnych psów, bo też byli wiecznie głodni nowych
zaszczytów, sławy i pieniędzy. Z wyjątkiem jednego (Berna-dotte) byli przywiązani do Napoleona i posłuszni 

mu. Temu tylko należy zawdzięczać, że nie pozabijali się wzajemnie.
Najbardziej groziło to powszechnie znienawidzonemu intrygantowi, Bernadotte’owi. Berthier kilkakrotnie 

wyzywał go na pojedynek, Davoutowi śniło się po nocach, że rozstrze-liwuje go za zdradę, a Masséna oddałby 
jedno oko za możliwość rozprawienia się z Bernadotte’em. Berthier zresztą z chęcią wyłupiłby Massenie to oko, 

którym bawidamek Masséna zbyt natarczywie przyglądał się wielbionej przez Berthiera pani Visconti. Zapewne 
dlatego, kiedy Bonaparte podczas polowania niechcący postrzelił Massénę w oczodół, stojący obok Berthier z 

ochotą wziął całą winę na siebie. Berthier nienawidził także Davouta, za jego sukcesy militarne, ale nie było to 
nic wyróżniającego, albowiem z tego samego powodu żywiła do Davouta nienawiść większość marszałków.

Kawalerzyści Murat i Bessiéres wściekli się na Lannesa po tym jak Napoleon nazwał ich — za podżeganie do 
pojedynków — „głupimi krokodylami”. Murat twierdził, że to Lannes ich „wsypał”. Chcąc się na nim zemścić, 

razem z Soultem namówili Lannesa podczas jednej z kampanii, by przedstawił cesarzowi konieczność odwrotu 
ze względu na „beznadziejną sytuację”. Napoleon wysłuchał Lannesa i bardziej zdziwiony niż rozgniewany 

stwierdził, że po raz pierwszy słyszy z ust marszałka słowo „odwrót”, na co obecny przy rozmowie Soult 
zauważył, że to jest istotnie rzecz niesłychana i nie dająca się niczym usprawiedliwić. Dopiero wówczas Lannes 

pojął, że wystrychnięto go na dudka i nieprzytomny z gniewu z miejsca wyzwał Soulta na ubitą ziemię. O 
Bessiéresie Lannes także nie zapomniał (nie zapomniał zwłaszcza tego, że Bessieres w oficjalnym raporcie 

oskarżył go o kradzież trzystu tysięcy franków z kasy pułkowej) i jego także wyzwał na szable.
Kiedy oddziały Murata znajdowały się w strefie operowania Davouta lub vice versa, każdy z tych marszałków 

wydawał swoim ludziom zakaz słuchania jakichkolwiek rozkazów kolegi marszałka, co prowadziło do 
nieustannych scysji i ba-

łaganu strategicznego. Którejś nocy Murat, po kilkugodzinnej walce z posępnymi myślami, zerwał się nagle, 
wybiegł z namiotu i pobiegł z szablą w dłoni rąbać Davouta. Jego oficerowie sztabowi dopadli go w połowie 

drogi i z najwyż-szym trudem zawlekli z powrotem na kwaterę.
W roku 1812 w Rosji Napoleon popełnił to głupstwo, że podporządkował korpus Davouta Muratowi. Davout 

odpowiedział na to tak, jak niedawno szwajcarscy celnicy, których strajk polegał na tym, że zaczęli niezwykle 
skrupulatnie wypełniać wszystkie swoje regulaminowe obowiązki, w efekcie czego na granicach utworzyły się 

gigantyczne korki — zgodnie z regulaminem zaczął składać raporty, nawet najpilniejsze, drogą służbową, to 
znaczy poprzez swego zwierzchnika Murata, przez co mocno się one spóźniały do kwatery głównej. 

Zniecierpliwiony tym Bonaparte rozkazał Davoutowi przysyłać sobie raporty bezpośrednio, dodając 
nieostrożnie, iż nie zawsze wierzy w to, co mu komunikuje Murat. Davout momentalnie skorzystał z okazji i 

oświadczył, że honor nie pozwala mu służyć pod rozkazami człowieka, do którego cesarz nie ma zaufania. 
Zrozpaczony Napoleon chciał wszystko odwołać, ale było już za późno, gdyż obaj marszałkowie wpadli do jego 

komnaty i zaczęli wzajemnie się oskarżać

nieudolność, defetyzm i sabotaż. Monarcha słuchał ich tocząc butem tam i z powrotem rosyjską kulę armatnią, 

a w duchu przeklinał się od ostatnich durniów.

background image

Z kolei Aleksander miał pod Austerlitz dwóch generałów, których można było traktować poważnie: Kutuzowa i 
Bagrationa. W zadziwiającym stopniu przypominali oni wymienionych wyżej marszałków francuskich 

(wyjąwszy Davouta) i już przed trzydziestką mogli być spokojni o to, że nie grozi im niebo u żadnego z bogów. 
Wiedząc o tym, nie umartwiali się

w dalszych latach kariery, ale jednego nie można im było odmówić — umieli wojować równie odważnie jak 

kraść i swawolić, i znali się na wojnie. Jednak ani to, ani fakt, że darzyli się przyjaźnią psa i kota, nie zmieniało 

sytuacji o włos — byli blotkami w tej grze, tak jak i ich francuscy koledzy.
Napoleon miał zaufanie do zdolności operacyjnych swoich marszałków tylko wówczas, kiedy działali osobno. 

Wystar-
czyło jednak, że się spotkali, a musiał wytężać wszystkie siły na ich rozdzielanie i czynienie użytecznymi, 

przynajmniej w tym sensie, by mu zbytnio nie przeszkadzali. Pod Austerlitz udało mu się to — kierował walką 
osobiście *, a oni byli przekaźnikami jego rozkazów do wojska, co sprowadziło ich do roli blotek.

Aleksander, chociaż miał o wojnie pojęcie wyniesione z ikonografii rodzinnej, uczynił podobnie, licząc na 
natchnienie zsyłane przez Opatrzność wyłącznie prawowitym monarchom. I dlatego, chociaż wcześniej 

mianował Kutuzowa naczelnym wodzem swej armii, pod Austerlitz postąpił dokładnie na odwrót w stosunku 
do tego, co Kutuzow zaproponował przed bitwą.

Plan Kutuzowa był bardzo nieskomplikowany: w ogóle nie wdawać się w bitwę, cofnąć się i zaczekać na 
przystąpienie Prus do wojny, a przynajmniej na nadciągającą ze wschodu armię rosyjską Bennigsena. Aleksander 

natomiast chciał atakować i odciąć Napoleona od Wiednia, ale wysłuchawszy starego żołnierza zawahał się. 
„Bóg wojny” usłyszał to wahanie i przestraszył się, że zwierzyna odejdzie. I wtedy on przeistoczył się w Talmę.

Komedia, którą odegrał, była molierowskiej marki. W kategoriach pokera był to odwrotny blef. Blef typowy 
polega na udawaniu, że się ma potężną kartę wówczas, kiedy się jej nie ma — jest to straszenie przeciwnika. 

Odwrotny blef ma go ośmielić — jest udawaniem, że się przyzwoitej karty nie posiada.
Najpiękniejszy blef w całym cesarskim pokerze był spektaklem dwuczęściowym. Napoleon zainscenizował tę 

dwuaktówkę w dniach 28 i 29 listopada 1805 roku.
28 listopada w kwaterze głównej cara Aleksandra pojawił się generał Savary, adiutant Napoleona i szef 

francuskiego wywiadu wojskowego. Miał bardzo niewyraźną minę i przez cały czas prosił o zawarcie pokoju 
albo przynajmniej rozejmu. W końcu udało mu się wyżebrać tylko tyle, że Rosjanie wyślą

Historycy wojskowości napisali później, że w tej bitwie armia była pod jego komendą „jak batalion w ręku dobrego majora”.

do Bonapartego swojego człowieka na rozmowy. Udało się dlatego, że imperator Wszechrosji, chociaż poczuł się 
bardzo podniesiony na duchu, nie przestał być „chytrym Bizantyjczykiem” — chciał naocznie sprawdzić stan 

słabości przeciwnika.
Oczami cara był jego adiutant i najbardziej zaufany współpracownik, dwudziestoośmioletni książę Piotr 

Dołgoruki. Jako że w tym spektaklu odegrał on z woli Napoleona pierwszorzędną rolę — rolę arlekina — 
wypada przedstawić go bliżej.

Dołgorukowie wywodzili się w prostej linii od Ruryka, czego świadomość stanowiła osnowę inteligencji Piotra 
Piotrowicza Dołgorukiego. Polakożerca i fanatyczny prusofil, mimo młodego wieku i dostrzeganej przez 

niektórych ograniczoności umysłowej stał się na dworze petersburskim jednym z przywódców reakcji i z 
wysokości tego stanowiska zaciekle zwalczał Czartoryskiego. Aleksander miał do niego nieograniczone zaufanie 

i używał go w najważniejszych misjach dyplomatycznych, zwłaszcza do Berlina, gdzie właśnie z namowy 
Dołgorukiego przekazano policji pruskiej listę hołdujących Aleksandra patriotów polskich. Teraz, pod Austerlitz, 

ten ulubieniec cara miał postawić kropkę nad i.
Rewizyta nastąpiła 29 listopada. Kniaź Dołgoruki, ubrany w swój paradny strój, wiózł Bonapartemu carskie 

ultimatum zaadresowane pogardliwie: „Do wodza Francuzów”. Nad wypracowaniem tego sformułowania, 
uwalniającego od tytułowania „uzurpatora” cesarzem, pracowało w sztabie Aleksandra kilku ludzi, a osiągnięty 

przez nich efekt został uznany za „zwycięstwo przed zwycięstwem”.
Potomek Ruryka napotkał Korsykanina u przednich straży francuskich — zmęczonego, brudnego i pokornego. 

Bonaparte z pośpiechem pazia wybiegł mu na spotkanie i osobiście, zwracając się doń w pełnych uszanowania 
słowach, poprowadził do swojej kwatery. Po drodze Dołgoruki mógł obserwować, jak oddziały francuskie 

pospiesznie zwijają obóz i zabierają się do odwrotu, i jak inne oddziały sypią szańce mające ten odwrót osłaniać. 
Podczas rozmowy traktował Napoleona „jak bojara, którego mają zesłać na Sybir”, walił

pięścią w stół i żądał bezwarunkowej kapitulacji. Napoleon wił się, targował i prosił, ale kiedy Dołgoruki 
oświadczył, że pozwolą mu się wycofać tylko wówczas, jeśli natychmiast przyrzeknie oddać całe Włochy, 

Wiedeń i inne europejskie zdobycze, zmiarkował, iż komedia zbytnio nasyca się gagami. Pamiętając, że nie 
należy przeholować, gdyż wszystko na świecie ma swoje granice — nawet głupota księcia Dołgorukiego — 

odprawił smarkacza krótkim:

background image

— Proszę mnie nie znieważać! Nie zgadzam się!
Jeszcze długo potem, wspominając tę swoją kreację, śmiał się i nawet w oficjalnych pismach nazywał 

Dołgorukiego „un fréliquet” (chłystek) *.
Dołgoruki wrócił do swego cara i wieczorem tego samego dnia przedstawił mu raport, w którym udowadniał 

czarno na białym, że armia francuska znajduje się w pełnym odwrocie, a rozhisteryzowany Bonaparte myśli już 
tylko o tym, jak wynieść głowę cało z awantury, w którą się wkopał. Wówczas przestraszył się Aleksander, a 

obawa ta miała identyczne podłoże, jak wcześniejsza Napoleona — że zwierzyna wymknie mu się sprzed nosa. 
Najchętniej zaatakowałby od razu, ale nie wynaleziono jeszcze reflektorów i powstała obawa, że zwycięskie 

wojsko po omacku zabłądzi, tym bardziej, że obie armie dzieliła jeszcze spora odległość.
Wobec tego postanowiono dokonać kilku usprawnień organizacyjnych. Skompromitowany „defetysta” Kutuzow 

został praktycznie odsunięty od władzy nad armią — ster przejął w swe namaszczone dłonie sam imperator. Po 
czym rozpoczęto ruch w kierunku nieprzyjaciela i pierwszego grudnia zatrzymano się vis a vis Francuzów, po 

drugiej stronie strumienia Goldbach. I znowu noc wstrzymała operację.
Tej nocy w sztabie rosyjskim na specjalnej naradzie nakreślono plan jutrzejszego zwycięstwa i szczegóły pościgu 

za Francuzami. Kutuzow był obecny na tym sabacie durniów,

W niespełna rok później, jesienią 1806, Dołgoruki, odwołany do Petersburga z inspekcji frontu tureckiego, pędził przez całą Rosję z taką szybkością, że 

wszyscy jego adiutanci pozostali daleko z tyłu. Dopadł stolicy ledwie żywy i natychmiast zasiadł do długiej konferencji z carem. Tego samego dnia dostał wysokiej 
gorączki i zmarł.

lecz swój stosunek do ich koncepcji wyraził w sposób tyle ostentacyjny, co trywialny — na samym początku 

zasnął i potężnie chrapał. Zapewne dlatego oraz ze względu na kiepskie światło łuczywa, plan rosyjski został 
opracowany niechlujnie — roił się od błędów i często nawet odległości były w nim naniesione fałszywie, co 

doprowadziło potem do kilku przykrych dla carskiej armii niespodzianek. Zasadnicza dyrektywa sprowadzała 
się do dwóch rzeczy: należy całą siłą zaatakować najsłabsze, prawe skrzydło francuskie i następnie dobrze 

uważać na kierunki ucieczki nieprzyjaciela.
Tak więc „chytremu Bizantyjczykowi” zabrakło tym razem chytrości. Pełen zaszczepionej mu przez „bożego 

człowieka”, Seliwanowa, mistycznej wiary w swoje posłannictwo, wspomagane przez wolę Opatrzności, dał się 
złapać na przynętę rzuconą przez Korsykanina. I to w najdrobniejszych szczegółach. Napoleon celowo osłabił 

swoje prawe skrzydło, by ściągnąć tam główne siły rosyjskie i następnie, kiedy już atakujący odwrócą się doń 
bokiem, uderzyć im na flankę za pomocą swego centrum.

Noc minęła po obu stronach w podniosłej atmosferze. Obie armie znały już kierunki swoich jutrzejszych 
manewrów i były pewne zwycięstwa. Rosjanie — bo wiedzieli, że car-batiuszka objął naczelne dowództwo, 

wobec czego niebiosa chcąc nie chcąc muszą się opowiedzieć po ich stronie. Francuzi z tego samego powodu — 
dzień przed bitwą cesarz zapewnił ich, że nie zda się na panów oficerów („Żołnierze, sam kierować będę 

batalionami!”) i własnoręcznie uruchomi wszystkie nitki.
Kiedy Napoleon wracał z ostatniego rekonesansu (słysząc dudnienie rosyjskich kolumn taborowych, 

przesuwanych w kierunku jego prawego skrzydła, upewnił się, że wszystko idzie zgodnie z planem), któryś z 
żołnierzy oświetlił mu drogę pochodnią. Dołączył się do niego drugi, potem trzeci i wkrótce w obozie 

francuskim sześćdziesiąt tysięcy zaimprowizowanych pochodni ze słomy i wiwaty z okazji pierwszej rocznicy 
koronacji cesarza utworzyły spontaniczne, fascynujące „son et lumiére”. Napoleon nazwał tę noc „najpiękniejszą 

nocą w swoim życiu”.
Świt 2 grudnia 1805 roku przywitał obie armie mgłą podnoszącą się powoli nad płaskowyż Pratzen, gdzie po 

rosyjskiej stronie strumienia Goldbach Aleksander szykował się do łatwego triumfu i pościgu. Rozpoczął 
licytację o godzinie siódmej, dokładnie tak, jak go zaprogramował swym odwrotnym blefem Bonaparte — 

rzucając masy swej piechoty z Pratzen na prawe skrzydło Francuzów. Ku swemu zaskoczeniu, Rosjanie napotkali 
tam zacięty opór korpusu Davouta i uwikłali się w wykrwawiającą walkę. O ósmej słońce rozproszyło mgłę i 

cesarz spostrzegł, że główna fala armii rosyjskiej odwróciła się już bokiem i spływa z wyżyny w kierunku 
„prowadzącego” ją Davouta. W pewnej chwili spytał dowódcę francuskiego centrum, marszałka Soulta:

 

Ile czasu będziesz potrzebował na zdobycie tego wzgórza?

 

Dwadzieścia minut, Sire! Napoleon spojrzał na zegarek.

 

W porządku, damy im jeszcze kwadrans.

Po kwadransie, o godzinie dziewiątej, „bóg wojny” rozpoczął sprawdzanie. Skinął ręką i kohorty centralnego 

ugrupowania francuskiego runęły w kierunku Pratzen. Było to dla Aleksandra zupełnym zaskoczeniem. 
Francuski młot spadł mu na flankę i podjął skuteczną robotę mimo szalonych wysiłków Bagrationa i Kutuzowa. 

Ten ostatni został od razu raniony, a car ledwo uszedł niewoli.
Rosjanie zaczęli ściągać zewsząd wszystkie pułki, jakie tylko były do dyspozycji (to znaczy nie były gdzie indziej 

związane walką) i rzucili je przeciw Soultowi oraz korpusowi Bernadotte’a, lecz mimo brawurowych szarż swej 
jazdy nie mogli już naprawić błędu i powstrzymać rosnącego w ich szeregach zamieszania.

background image

Kulminacyjnym punktem tej masakry był wspaniały rajd kawalerii gwardii rosyjskiej, którą rzucił do 
rozpaczliwego kontrataku Wielki Książę Konstanty. Była to elita carskiej armii. Nie trzeba było o tym wiedzieć, 

wystarczyło popatrzeć. W pierwszym impecie gwardziści roznieśli szablami i kopytami zaskoczony wśród 
winnic sławny 1. batalion 4. pułku piechoty z dywizji Vandamme. Następnie rozjechali drugi,

równie znakomity batalion i dalej gnali przed siebie z wściekłym impetem.
Napoleon widział to przez lunetę i zaniepokoił się. Dwa najlepsze liniowe bataliony jego piechoty zostały 

zmiecione jak kupa pierza, a straszliwy taran rosyjski parł dalej i miażdżył wszystko, co mu stało na drodze. 
Przeciwko tej elicie należało również rzucić elitę — do kontrszarży poszli konni grenadierzy Bessiéresa, 

śmietanka gwardii francuskiej. Między dwiema gwardyjskimi jazdami wywiązała się mordercza rąbanina, a 
wówczas Konstanty zagrał ostatnią kartę, elitę elity, nie ruszoną do tej pory złotą szlachtę Sankt-Petersburga: 

kawalergardów księcia Repnina. Ale tym razem Bonaparte już nie czekał i dał znak adiutantowi Rappowi, by 
poprowadził francuską elitę elity — cesarską straż przyboczną, dwa szwadrony konnych strzelców i jeden 

mameluków.
Po pół godzinie Rapp wrócił. Z twarzy lała mu się krew, w dłoni trzymał rękojeść szabli z klingą złamaną u 

podstawy. Wrócił bez połowy swoich ludzi. Ale z księciem Repninem, prowadzonym przez mameluków na 
sznurku, tak jak Turcy wlekli swoich niewolników.

Wyrżnięcie kawalerii gwardii rosyjskiej spowodowało przełom — centrum nieprzyjaciela pękło i wyżyna Pratzen 
dostała się w ręce Francuzów. Potem zaczęła się rzeź. Część Rosjan uciekała przez skute lodem jeziora Menin i 

Začany. Francuzi wywindowali swoje działa na Pratzen, zasypali lód gradem kul i potopili setki nieprzyjaciół. O 
siedemnastej było już po wszystkim.

Rosjanie stracili sto osiemdziesiąt dział i trzydzieści do czterdziestu pięciu tysięcy (różnica w źródłach) zabitych, 
rannych i wziętych do niewoli (w tym ośmiu generałów). Francuzi niespełna półtora tysiąca zabitych i siedem 

tysięcy rannych. Generał Langeron odezwał się tuż po bitwie do generała Dochtórowa:
— Widziałem już różne klęski, ale takiej nie mogłem sobie nawet wyobrazić.

Eksperci militarni zgodzili się z nim, nazywając Austerlitz „drugim, obok Kann Hannibala, arcydziełem 
taktycznym w historii wojen”.

Car Wszechrosji uciekł z pola bitwy i pędził przez cały dzień i całą noc w kierunku swego imperium, gubiąc po 
drodze świtę, rozpraszaną przez strach i ciemności, aż wreszcie został sam, zrozpaczony i zmęczony na 

zmęczonym koniu. Radziecki historyk Tarle napisał, że podczas tej ucieczki „Aleksander drżał jak liść i 
straciwszy panowanie nad sobą rozpłakał się. Uciekał jeszcze przez kilka następnych dni”.

Napoleonowi też nie było w ciągu tych kilku dni lekko. Marszałek Davout po raz n-ty w swym życiu przeklął 
marszałka Bernadotte’a, zarzucając mu opieszałość w ściganiu nieprzyjaciela. Bernadotte poskarżył się na 

marszałka Berthiera, który jego zdaniem rozmyślnie przysłał mu zbyt mało kawalerii. Soult w oficjalnym 
raporcie zażądał ukarania Davouta za jakieś, jemu tylko znane, opóźnienie. Murat jak zwykle miał ochotę 

wytknąć Lannesowi nieudolność i zawalenie całej operacji, ale w porę przypomniał sobie, że była to od początku 
do końca operacja Napoleona i to nader udana, wobec czego wyszukał cały worek innych, równie karygodnych 

przestępstw Lannesa. Z kolei Lannes obraził się na cesarza za nie dość obszerne wyszczególnienie jego zasług w 
biuletynie pobitewnym i bez słowa pożegnania wyjechał do rodzinnej Gaskonii. Aż żal się robi koronowanego 

nadzorcy tych wilków.
Bonaparte nie miał podstaw wychwalać po Austerlitz blotek z marszałkowskimi buławami. W rozkazie do 

Wielkiej Armii z dnia 3 grudnia 1805 roku słusznie całą zasługę oddał figurom — prostym żołnierzom 
(„Żołnierze! Jestem z was zadowolony! (...) Pokazaliście im, że łatwiej nas wyzwać i grozić nam, niż zwyciężać z 

nami”), dzięki którym wygrał tę rundę cesarskiego pokera. Przekonał ich, że prowadzą krucjatę przeciw nowym 
Hunom („Musimy zwyciężyć tych najmitów Anglii, dyszących tak straszną nienawiścią do naszego narodu!” — 

rozkaz z 1 XII 1805), oni zaś uwierzyli i dali z siebie wszystko. A do tego on, stojąc na ich czele, był podczas tej 
krucjaty w swej najlepszej formie. Marszałkowie mieli tu niewiele do powiedzenia.

Ich czas miał dopiero nadejść.

RUNDA
Runda marszałków i generałów

{Rozdanie decydujące pod Friedlandem)

W KRZYKU PŁONĄCEGO BOCIANA

Czas marszałków i generałów w cesarskim pokerze nadszedł bardzo szybko — już w roku 1807 — i trwał równo 

pół roku. Mowa o wojnie francusko-rosyjskiej Anno Domini 1807 na terenach pruskiego i rosyjskiego zaboru 
Polski, czyli

tzw. „pierwszej wojnie polskiej Napoleona”. W tej rundzie dowódcy armii i korpusów po obu stronach stolika 

background image

z blotek zamienili się w figury i vice versa — żołnierze stali się blotkami.
Do roku 1805, a konkretnie do Austerlitz, żołnierz francuski stanowił podstawową ostoję Bonapartego, jego 

reżymu

jego gry. Związany z nim bardziej uczuciowo niż dyscyplinarnie i świadomy („obywatel-żołnierz”, znający na 

pamięć przemówienia Marata, Dantona i Saint-Justa pod tytułem: „Wolność, równość, braterstwo”), prawdziwy 
inteligent wśród żołnierskiej braci kontynentu, zwiedzał całą Europę na koszt zwiedzanych krajów i chwalił to 

sobie. Ale że zwiedzał
na piechotę, w końcu się zmęczył. Odpoczynku wciąż nie było widać, a coraz częściej groziło odpoczywanie w 

ziemi obok wcześniej pogrzebanych kamratów. I to zaczęło go najpierw martwić, a potem złościć.
Żołnierz ten nie rozumiał, że ciągłe wojny nie są wywoływane przez jego idola (chociaż Napoleon nieustannie 

starał się wbić mu to do głowy odezwami), ale przez tych, których idee fixe stało się strącenie „korsykańskiego 
uzurpatora” z tronu — przez płacących za nie Anglików i przez prawowitego Aleksandra. Przyczyny miał 

gdzieś, obchodziły go skutki. A skutki te były nie zawsze radosne. Słońce, które oświetliło pole bitwy pod 
Austerlitz i które cesarz nazwał „słońcem zwycięstwa”, nie mogło zmienić faktu, iż dokładnie w tym samym 

czasie wykosztowująca się na festiwal zwycięstw Francja znalazła się na skraju bankructwa gospodarczego. A kto 
to odczuwał najboleśniej? Rodziny chłopskie, robotnicze i rzemieślnicze, to jest rodziny dzielnych, stale nieobec-

nych w domu francuskich chłopców.
Nie bez znaczenia były także inne okoliczności, z gatunku bardziej intymnych,.jako że słomiane całymi latami 

żony i narzeczone poborowych odczuwały dotkliwy głód nie tylko chleba, i z tego niedostatku różne głupie 
myśli przychodziły im do głowy. Żołnierza powoli przestawało to bawić. Dalej uwielbiał „boga wojny”, ale 

wojnę przestał uwielbiać.
Pierwszy zauważył to jeden z najuczciwszych oficerów Wielkiej Armii, generał Mouton, w wigilię... Austerlitz. 

Kiedy zgromadzeni wokół Napoleona sztabowcy poczęli mu kadzić, podkreślając entuzjazm wojska, radosne 
okrzyki etc. (jeden z najbardziej gorliwych zapewniał nawet, iż „wojsko z rozkoszą pomaszerowałoby aż do 

Chin”), Mouton odezwał się sucho:

 

Oszukujecie się, panowie, i co gorsza oszukujecie cesarza. Wiwaty, na które się powołujecie, dowodzą czegoś 

wręcz przeciwnego. Armia jest zmęczona i pragnie pokoju, a wiwatuje na cześć Jego Cesarskiej Mości dlatego, że 
tylko on jeden może nam ten pokój zapewnić...

I dalej, nie zważając na „dyskretne” znaki, by się zamknął:

 

Zdaję sobie sprawę, jak bolesne jest dla was to, co teraz

mówię, ale prawda jest właśnie taka. Armia znajduje się u kresu wytrzymałości. Jeśli otrzyma rozkaz walczenia 
dalej, posłucha, ale już wbrew sercu — z musu. Okazuje ona tyle entuzjazmu w przeddzień bitwy, gdyż ma 

nadzieję, że jutro się to wszystko skończy i będzie mogła wrócić do domu.
Te słowa, świadczące najlepiej o cywilnej odwadze ich autora (francuski historyk Manceron nazwał go 

„Kassandrą, którą Napoleon posadził w swoim sztabie”), kosztowały Moutona buławę marszałkowską — nie 
otrzymał jej od Bonapartego, chociaż zasługiwał stokroć bardziej niż większość tych, co ją otrzymali.

Mouton trochę przesadził w swym brawurowym speechu, ale okazał się dobrym (z punktu widzenia 
Bonapartego raczej „złym”) prorokiem. Właśnie podczas kolejnej wojny z Rosją, w roku 1807, po raz pierwszy 

rozległy się po kilku bitwach — zamiast: „Niech żyje cesarz!” — okrzyki: „Niech żyje pokój!”. Cesarz miał w tej 
materii słuch absolutny i pojął, o czym to świadczy. Częściowo winne były warunki atmosferyczne, ów „piąty 

żywioł”, jak nazwał polskie błoto (kampania toczyła się podczas bardzo brzydkiej zimy i wiosny), ale tylko 
częściowo.

Tym razem więc postawił w mniejszym stopniu na masy żołnierskie, w większym zaś na marszałków. Musiał to 
zresztą zrobić także z innego powodu: z niemożności podzielenia się na trzech „bogów wojny”. Operacje w tej 

wojnie toczyły się na olbrzymim froncie i dlatego poszczególne korpusy przez większą część działań wojowały 
samodzielnie lub kooperując ze sobą, pozbawione bezpośredniej kurateli Napoleona. Działo się tak już i przed 

Austerlitz, ale na krótko i na o wiele mniejszą skalę. Tym razem marszałkowie musieli zdać poważniejszy 
egzamin, i co ciekawe, zdali go na piątkę. Zapomnieli na ten krótki czas o waśniach, wspierali się i współdziałali 

ze sobą jak bracia. Oni nie byli jeszcze zmęczeni, mieli dobrze zaopatrzone rodziny, a kochanki znajdowali w 
dowolnej ilości na każdym nowym miejscu postoju. I ciągle jeszcze byli głodni nowych tytułów i nowych 

wawrzynów. Dlatego w tej rundzie stali się figurami.
W armii carskiej sytuacja przedstawiała się identycznie, ale jej przyczyny były odmienne. Żołnierze rosyjscy nie 

zmienili
swego wojennego światopoglądu, gdyż w ogóle nigdy go nie mieli. Zawsze byli automatami, nakręcanymi 

strachem i trzymanymi w karbach pruskiej dyscypliny według wzorca Fryderyka I I ,  o ryzyku której tenże 
Fryderyk II powiedział kiedyś do jednego ze swych generałów:

— Jest to dla mnie największą zagadką, dlaczego ja i pan jesteśmy bezpieczni w naszym obozie.

background image

Byli wszakże również mocno zmęczeni, toteż zimą 1806/1807 Francuzi znajdowali na swych szlakach straszliwie 
pokiereszowane trupy dezerterów rosyjskich, których carscy generałowie setkami przepuszczali przez kije.

Wszelako Aleksander nie dlatego zdał się na swoich generałów i uczynił z nich swoje figury w nowej rundzie 
gry. Zrobił to dlatego, że w stawach pod Austerlitz utonęło raz na zawsze jego przekonanie o własnym talencie 

militarnym, a także trochę wiary w wyższą protekcję niebieską. Bank Opatrzności zawiódł go. Więc chociaż 
formalnie zachował sobie tytuł lub raczej pozycję naczelnego wodza, do planów bitew i kampanii więcej się nie 

mieszał, koncentrując się na sterowaniu politycznymi aspektami wojennej rozgrywki i trzymaniu figur w ręku.
Kiedy już to sobie wyjaśniliśmy, przystąpmy do opisu samej gry i prezentacji figur. Preludium do pierwszych 

rozdań stanowiła króciuteńka wojna Francji z Prusami.
Król pruski, Fryderyk Wilhelm I I I ,  nie chciał tej wojny, tym bardziej, że w zasadzie Prusy nie miały do niej 

żadnego poważnego motywu. Ale chciała jej uwielbiana przez cały naród królowa-amazonka, Luiza, a także 
armia pruska, nudząca się przez tyle czasu w charakterze biernych widzów tak fajnych drak militarnych. Armia 

ta pamiętała wciąż prastare zwycięstwa Fryderyków I i I I  i była święcie przekonana, że nadal jest 
najpotężniejszym wojskiem Europy. Że Napoleon pokonał Rosjan? I cóż w tym nadzwyczajnego? Rosjan nie-

trudno pobić. Do tych „barbarzyńców z azjatyckich stepów” Prusacy zawsze odnosili się ze skrywaną pogardą i 
z upodobaniem powtarzali sobie odpowiedź, jakiej ich król udzielił niegdyś Alembertowi, zachwyconemu 

posturą królewskiego lokaja:
— To najpiękniejszy mężczyzna w moim państwie. Kiedyś był stangretem i zamierzałem posłać go jako 

ambasadora do Rosji.
Nie dopuszczali do siebie myśli, że jakiś tam „korsykański pigmej” mógłby nadwerężyć ich mocarstwowość. 

Wypowiedzieli Napoleonowi wojnę, a on szybko wyprowadził ich z błędu. Dokładnie w ciągu jednego dnia, 14 
października 1806 roku, symultanicznie — pod Jeną i Auerstaedt. Na tych dwóch polach główne armie pruskie 

przestały istnieć, a po miesiącu przestały istnieć Prusy jako takie.
Wówczas dopiero zasiadł do stolika Aleksander i rozpoczęła się trzecia runda cesarskiego pokera. Powstaje 

pytanie, dlaczego car rozpoczął nową grę tak szybko po klęsce austerlickiej, zamiast odczekać i nabrać więcej sił? 
Musiał. I to nie dlatego, że łączył go układ reasekuracyjny zawarty z Prusami w lipcu 1806 roku — układy car 

traktował jak większość zdrowych mężczyzn metrykę ślubu. Musiał z trzech innych powodów.
Musiał, bo bezpośrednio po Austerlitz zaczęto w jego rozwścieczonym korpusie oficerskim szeptać, że jeśli car 

szybko się nie zrehabilituje, to może go spotkać los nieodżałowanego, świętej pamięci tatusia. A jako że 
Aleksander sam niegdyś umożliwił ojcu spotkanie z takim losem, miał od tamtej pory wyczulone ucho i 

wychwytywał podobne szepty co do jednego. Bojąc się nowej wpadki (w końcu poker to gra ryzykowna) 
postanowił — jak wiemy — dać więcej swobody korpusowi oficerskiemu, tak, by odpowiedzialność stała się 

zbiorowa.
Musiał po drugie, gdyż jednocześnie w dwóch miejscach zostały zagrożone interesy Rosji: w Polsce i w Turcji. W 

Konstantynopolu, w haremie sułtana działała na rzecz Francji tajemnicza odaliska, z którą bezskutecznie jak na 
razie walczył brytyjski kontrwywiad, a francuscy oficerowie szkolili armię turecką do wojny z Rosją. 

Jednocześnie Wielka Armia po skopaniu Prus przekroczyła Odrę i parła dalej na wschód, a Polacy słali do 
Napoleona deputację za deputacją z błaganiem o odbudowanie ich niepodległości. Jakiekolwiek i czyjekolwiek 

działanie nad Wisłą i Bosforem Pe-
tersburg uważał za ingerencję w swoje wewnętrzne sprawy.

I wreszcie musiał po trzecie dlatego, że po Austerlitz i Jenie tamten („uzurpator”) mógł się już naprawdę uważać 
za wcielenie Karola Wielkiego — cesarza całej zachodniej Europy. Imperator Wszechrosji od dawna podejrzewał 

Korsykanina o chętkę wskrzeszenia świętego Cesarstwa Zachodu. Był tego pewien. No bo w jakim celu 
Bonaparte, zaraz po swej bezprawnej koronacji, udał się do Akwizgranu i zażądał od kurii wydania 

najcenniejszej relikwii katedry — drzazgi z Krzyża Świętego, którą Karol otrzymał od kalifa Haruna-al-Raszyda? 
Skąd się wzięła fama, że gdy wychodził z kościoła, nad jego głową jaśniała aureola Karolingów? I czyż sam nie 

zwrócił się bezczelnie do kardynała Caprary: „Powiedz papieżowi, że jestem Karolem Wielkim!”? Aleksander nie 
mógł tego ścierpieć i postanowił z tym skończyć — przegnać zachłannego drapieżcę z powrotem na jakąś 

zawszoną wyspę, najlepiej bezludną.
Ale był jeszcze jeden powód, na temat którego we francuskich koszarach robiono niewybredne dowcipy. 

Chodziło o sentyment cara do pruskiej królowej, pięknej Luizy, która — jak pamiętamy — korzystając ze ślepoty 
swego małżonka, tak gościnnie przyjęła Aleksandra przed rokiem w Berlinie. To ona, „heroiczne bożyszcze 

całego narodu, święte wcielenie ojczyzny”, wszczęła nie wiadomo po co wojnę Prus z „bogiem wojny” i w ten 
sposób unicestwiła ojczyznę. A kiedy blitzkrieg się skończył, uciekła do Królewca i poczęła błagać swego boga o 

pomoc. Państwo myślą, że Jezusa Chrystusa? Ależ skąd. Pisała do Aleksandra: „Powtarzam, że wierzę w Ciebie 
jak w Boga”. I jeszcze, żeby później dziejopisowie nie wątpili w stuprocentową męskość cara: „Aby wierzyć w 

doskonałość, trzeba znać Ciebie...”. A w ogóle nieustannie nazywała go swoim „aniołem opiekuńczym”.

background image

No więc jak miał nie zaopiekować się biedną sierotką, wygnaną ze swej chatki przez korsykańskiego wilkołaka? 
Jak twierdził (z lekką przesadą) Mikołaj Michajłowicz, jedyny

historyk, przed którym stale otwarte były tajne archiwa Romanowów: „Polityka Aleksandra w tym okresie 
wytłumaczona być może jedynie jego miłosnym uwielbieniem dla królowej Luizy”.

A polityka Napoleona? On, co jest najdowcipniejsze w tej historii, zasiadał do gry bez nienawiści do partnera. 
Tak jak i przedtem. Grał ostro, gdyż był to poker polityczny, zderzenie dwóch mocarstw, i on musiał dbać o 

swoje. Utworzył je prowokowany do wojen, które wygrywał, a wygrywając rzeczywiście nabrał apetytu na 
Cesarstwo Zachodu. Tylko cóż byłoby ono warte bez uznania go przez Cesarza Wschodu? Zdaniem Napoleona 

— niewiele.
Nazywał Rosjan „dzikimi Azjatami”, by podnosić temperaturę zawziętości swych żołnierzy, ale cara darzył 

jakimś przedziwnym szacunkiem, znamionującym, iż miał jednak kompleks parweniusza, którego nie mogły 
wyrugować największe zwycięstwa w polu. Dążąc do przyjaźni z Aleksandrem, pragnął w duchu wkupić się w 

grono legitymistycznych monarchów, w to ekskluzywne towarzystwo koronowanych osłów i szalbierzy, którymi 
na pozór pogardzał. Budzi to smutek. U jego apologetów starannie skrywany.

Austerlitz nic w tym względzie nie zmieniło. Wygrał, pobił, przepędził, zamiast wymusić uznanie. Tuż przed 
bitwą napisał o carze do Talleyranda: „To szlachetny i dzielny człowiek, niestety podjudzany przez swe 

otoczenie”. Było to także swego rodzaju zaślepienie miłosne i nie przyszedł jeszcze czas, by Napoleon dojrzał w 
Aleksandrze „chytrego Bizantyjczyka” i „Talmę Północy”. W trzeciej rundzie jego podstawowym celem było 

oczywiście pobicie przeciwnika, ale tylko po to, by przeciwnik ten uznał wreszcie Bonapartego za równego sobie 
i ujął dłoń wyciągniętą do zgody.

Nie było to proste. Rosyjskie stepy, jak najżyźniejsze pola, wypluwały coraz to nowe armie, które trzeba było 
pokonać na olbrzymim teatrze działań od Bałtyku po Warszawę. Wówczas to na scenę tego teatru wstąpili 

francuscy marszałkowie. W kampanii 1807 roku czołowe role odegrało ośmiu z nich: Bernadotte, Davout, 
Lannes, Augereau, Murat,

Berthier, Soult i Ney. Jako że Ney największą swą kreację stworzył w rundzie ósmej — tam go przedstawię. Teraz 
zaś siedmiu pozostałych.

Gaskończyk Jan Baptysta Bernadotte (1763—1844) rozpoczął karierę wojskową mając siedemnaście lat jako 
prosty żołnierz i po dziewięciu latach służby zdołał się wspiąć na zawrotne wyżyny starszego sierżanta, 

najprawdopodobniej dlatego, że wszystkim, czym się wówczas odznaczał, były kształtne kończyny dolne — 
towarzysze broni nazywali go „sierżant-piękna nóżka”. Odkąd tylko poznał Napoleona, intrygował przeciwko 

niemu i był nawet zamieszany w spisek z roku 1804. Gdy przechwycono kompromitujące Bernadotte’a 
dokumenty, Bonaparte krzyczał, iż własnoręcznie zastrzeli zdrajcę, lecz zamiast tego mianował go kolejno: 

gubernatorem Luizjany, posłem w Waszyngtonie i marszałkiem Cesarstwa, a w końcu ozdobił wielką wstęgą 
Legii Honorowej i wyniósł do godności księcia Ponte-Corvo. Wszystko przez sentyment dla swej eks-

narzeczonej, Dezyderii Clary, która wyszła za pięknonogiego syna Gaskonii, kiedy utraciła szansę poślubienia 
pięknorękiego syna Korsyki.

Wszystko to jednak nie usposobiło Gaskończyka życzliwiej wobec Korsykanina, dalej bruździł mu, gdzie tylko 
mógł. W roku 1806, pod Auerstaedt, nie przyszedł z pomocą walczącemu resztką sił korpusowi Davouta, chociaż 

znajdował się w odległości dziesięciu kilometrów od pola bitwy. Twierdził, że nie usłyszał grzmotu dział. Nie 
usłyszał zaś dlatego, że uprzednio nie zawiódł go słuch, gdy Davout powiedział o nim:

— Ten nędznik Ponte-Corvo!
Popisowym występem Bernadotte’a było jego zachowanie się w roku 1809 pod Wagram. Zakwestionował 

wówczas cesarski plan batalii, reklamując własny. Toteż kiedy podczas boju on i jego korpus zaczęli się cofać w 
popłochu, Napoleon zatrzymał go pytając, czy to jest właśnie ów genialny manewr, którym marszałek chciał 

pobić Austriaków. Sposób, w jaki zareagował na to już po bitwie Bernadotte, był prawdziwym arcydziełem 
bezczelności. Wydał mianowicie bezprawną pro-

klamację, w której całą zasługę za zwycięstwo pod Wagram przypisał... sobie i swoim żołnierzom. Tego już było 
Napoleonowi za wiele — zhańbiony korpus Bernadotte’a został karnie rozwiązany, a on sam wypędzony z 

Wielkiej Armii pod pozorem „udania sią do wód”.
W roku 1810 Szwedzi, pragnący mieć w kraju jakiegoś żołnierza, obrali go szwedzkim następcą tronu, dzięki 

czemu płaksiwa Dezyderia została później królową Szwecji.
Generał Caffarelli wydał o Bernadotcie następującą opinię, z którą zgadzali się niemal wszyscy, którzy znali Ber-

nadotte’a: „Pochlebca tłumów, zdradliwy i niebezpieczny nieprzyjaciel”.
Z kolei Ludwik Mikołaj Davout (1770—1823). Davout pochodził ze starej szlacheckiej rodziny burgundzkiej, w 

której tradycje żołnierskie były tak silne, iż mówiono: „Za każdym razem, kiedy rodzi się Davout, jedna szabla 
wychodzi z pochwy”.

On także początkowo nie lubił Napoleona, aż do bitwy pod Abukirem w Egipcie. Po bitwie zaczął się na coś 

background image

skarżyć, a wówczas Bonaparte wziął go pod ramię i wprowadził do namiotu. Nikt przy tej rozmowie nie 
asystował i nie wiadomo w jaki sposób korsykański czarodziej uwiódł Burgundczyka. Faktem jest jednak, że po 

wyjściu z namiotu Davout stał się najwierniejszym sługą „boga wojny”. Jako jeden z nielicznych marszałków nie 
zdradził go w roku 1814 i jako jedyny nigdy nie uznał Burbonów.

Macdonnell napisał o Davoucie: „Davout miał dziwny charakter. Był to człowiek zimny, twardy, wielki 
rygorysta, uparty i najzupełniej nieprzekupny. Łączył w sobie bezustanną dbałość o żołnierzy, którzy kochali go, 

lecz bali się go jak ognia, z nielitościwą surowością w stosunku do swoich oficerów, szczególnie pułkowników, 
gdy zaś został marszałkiem, do generałów, którzy nienawidzili go z całej duszy”.* Tu trzeba wyjaśnić, dlaczego 

żołnierze „kochali go, lecz bali się jak ognia”. Bali się, albowiem za najmniejszy objaw braku dyscypliny, nie 
mówiąc już o rabunku i gwałcie, dostawało

Tłumaczenie Feliksa Rutkowskiego.

się w korpusie Davouta na pożegnanie kilka gramów ołowiu w głowę (powiadano, że „tam gdzie jest Davout, 
kurczęta mogą bez obawy spacerować między koszarami”). A kochali dlatego, że był to jedyny korpus, w którym 

nigdy nie brakowało ani jednego sanitariusza czy kuchni polowej.
Historycy twierdzą, iż Davout był „jedynym uczniem Napoleona” i że „jako jedyny pojmował głębię napoleoń-

skich koncepcji strategicznych”, z czym trudno dyskutować. W swej najlepszej dyspozycji znajdował się Davout 
pod Auerstaedt i Eckmčhl, dzięki czemu otrzymał od cesarza tytuły księcia Auerstaedt i Eckmühl. W mizernym 

raczej stopniu zrekompensowało mu to fakt, iż podczas piętnastu lat trwania epoki napoleońskiej zazdrosny 
Bonaparte stale usuwał go w cień mniej utalentowanych kolegów-marszałków, nie powierzając stanowisk 

odpowiadających zdolnościom Davouta.
Davout, chociaż pod wszystkimi względami był przeciwieństwem „nędznika Ponte-Corvo”, miał — jak 

Bernadotte — tylko jednego przyjaciela. Przyjacielem Bernadotte’a był Ney, najodważniejszy, lecz i najbardziej 
naiwny z satelitów Napoleona. Przyjacielem Davouta był marszałek Oudinot, jedyny człowiek, z którym Davout 

był na „ty”, nawet w pismach oficjalnych. Kiedy w roku 1815, tuż przed Waterloo, Oudinot opowiedział się 
przeciw Napoleonowi, marszałek Davout, wówczas minister wojny, suchym, bezimiennym rozkazem polecił mu 

udać się do swoich dóbr i na zawsze zerwał przyjacielskie stosunki łączące go z Oudinotem od dwudziestu lat. 
Davout, chociaż dyskryminowany przez cesarza, nigdy nie uleczył się z pewnego rzadkiego, organicznego 

defektu: miał wyjątkowo mało pojemne serce — nie było w nim miejsca na dwie lojalności.
Drugi Gaskończyk z tej kompanii, Jan Lannes (1769— 1809), był synem wieśniaka i rozpoczął od 

czeladnikowania w farbiarni. Dopiero w roku 1792 wstąpił jako ochotnik do armii republikańskiej i od tej pory 
tam, gdzie się znalazł, wszystko wokół farbowało się na czerwono. Doceniono ten jego zapał w rąbaniu i 

strzelaniu, i w przeciągu zaledwie czterech lat promowano go na generała. Całą swą dalszą
karierę zawdzięczał Bonapartemu i był jedynym marszałkiem, który pozwalał sobie kłócić się z cesarzem, 

przeklinać w jego obecności i nawet wygrażać mu. W ogóle lubił dużo i głośno mówić, kłócić się oraz soczyście 
kląć. Napoleon wybaczał mu to wszystko.

Poznawszy dobrze jego sposób bycia, Bonaparte wpadł na genialny pomysł, żeby używać go w misjach 
dyplomatycznych. Metoda dyplomacji Lannesa polegała na stukaniu obcasami i końcem olbrzymiej szabli o 

posadzki pałaców, co czyniło wszystkich książąt europejskich, do których go posyłano, nader podatnymi na 
żądania Paryża. Sam zresztą także stał się księciem Montebello, która to nazwa została uznana przez żony 

pozostałych marszałków za najpiękniejszą spośród wszystkich książęcych nominacji epoki i ściągnęła na jego 
żonę dobrodziejstwo powszechnej zawiści.

Była to już druga jego żona. Pierwszą zostawił Lannes we Francji, wyruszając wraz z Napoleonem do Egiptu. 
Tam został ranny w nogę podczas bitwy pod Abukirem i wzięty do szpitala, w którym jego przekleństwa 

zagłuszały wycie operowanych. Klął z dwóch powodów. Po pierwsze, obok niego położono kontuzjowanego 
Murata, Lannes zaś wolałby leżeć obok kobry, niż obok tego „cyrkowego błazna”. Ale na dobre kląć zaczął 

dopiero wówczas, kiedy z ojczyzny przyszła wiadomość, że jego małżonka, z którą rozstał się przed 
czternastoma miesiącami, powiła mu właśnie zdrowego chłopczyka. Po powrocie sklął ją i wziął rozwód.

Rozwodu z gaskonadą nie wziął nigdy. W roku 1797 został wraz z dwunastoma żołnierzami otoczony przez 
kompanię kawalerii papieskiej na drodze z Mantui do Rzymu.

 

Szable z pochew! — rozkazał swym ludziom oficer papieski.

 

Jak śmiecie wyciągać szable! — ryknął Lannes. — Schowajcie je z powrotem!

 

Rozkaz! — odpowiedział skonfudowany oficer.

 

Z koni! — komenderował dalej ośmielony pierwszym powodzeniem Lannes. — I marsz do mojej kwatery 

głównej!
„Gdybym próbował uciekać — tłumaczył później — któryś z tych bałwanów mógłby mnie postrzelić w plecy, są-

dziłem więc, że mniej ryzykuję nadrabiając bezczelnością”.
Będąc rodakiem d’Artagnana, był Lannes mistrzem szalonego ataku, czego dowody dał pod Arcole, Lodi, Rivoli, 

background image

Montebello i w wielu innych bitwach. Pod broniącą się Ratyzboną — kiedy jego atakujących grenadierów 
wystrzelano z murów i wojsko odmówiło dalszego udziału w tym samobójstwie — wziął pod pachę drabinę i 

pomaszerował sam w kierunku twierdzy. W połowie drogi zawstydzeni żołnierze dogonili swego marszałka i 
zdobyli Ratyzbonę. Ta brawura kosztowała go mnóstwo kontuzji, chociaż daleko mu było do rekordzisty 

Oudinota, który w czasie kampanii napoleońskich odniósł trzydzieści cztery ciężkie rany, nie licząc po-
mniejszych, i przeżył.

Lannes nie przeżył. W Hiszpanii uratowano mu wiszące na włosku życie, zaszywając całego w świeżo zdartą 
skórę barana. Pod Aspern-Essling, w roku 1809, gdy kula armatnia oberwała mu nogę i w sprawę wdała się 

gangrena, nic już nie mogło go uratować. Napoleon płakał przy jego łożu śmierci.
Pobyt w Hiszpanii niewiele dał Lannesowi, nie nauczył się nigdy hiszpańskiego przysłowia: „Dobrze się 

zastanów, zanim powiesz prawdę”. Tylko od niego i od Moutona Bonaparte wysłuchiwał gorzkich prawd. 
Najpiękniejszą prawdę w swym życiu powiedział Lannes do jednego ze swoich pułkowników, kiedy ten 

wyrzucał młodemu oficerowi tchórzostwo:

 

Tylko świnia lub skończony tchórz może się chwalić, że nigdy nie odczuwał strachu!

Konając też nie odczuwał żadnego strachu i przed śmiercią jedyny raz, pierwszy i ostatni, zwrócił się do 
Bonapartego w słowach nader obcych swej „niewyparzonej gębie”:

 

Za kilka godzin, Sire, utracisz człowieka, który bardzo Cię kochał.

Podobnym wielbicielem przekleństw, choć znacznie mniej prawdomównym, był syn murarza, Piotr Franciszek 

Karol Augereau (1757—1816). Zaczął jako lokaj u markiza Bassompierre, lecz wyrzucono go za uwiedzenie 
pokojówki. Został więc kelnerem w jednej z szulerni paryskiego Palais-Royal, skąd wyrzucono go za uwiedzenie 

kelnerki. Doszedł
wtedy do przekonania, iż życie cywilne jest nazbyt skomplikowane i zaciągnął się do burgundzkiej kawalerii. 

Stamtąd wywalono go za niesubordynację.
Niesubordynacja tego wiecznego ulicznika z pewnością złamałaby mu życie, gdyby nie to, że był on 

fenomenalnym szermierzem. Gdy pewien oficerek zdzielił go trzciną podczas parady, Augereau wyrwał mu tę 
trzcinę i złamał. Oficerek wpadł w szał, obnażył szablę i natarł na zuchwalca. Ale zapomniał, że ma do czynienia 

z najlepszym rębaczem w całej armii, w rezultacie czego następnego dnia pochowano go z wszelkimi honorami 
wojskowymi, a Augereau zwiał na skradzionym koniu do Szwajcarii.

Wielokrotnie jeszcze w swym życiu uciekał z wojska, francuskiego, rosyjskiego (służył pod Suworowem) i 
pruskiego, w tym ostatnim przypadku z wielkim fasonem — pociągnął za sobą sześćdziesięciu kolegów. 

Przedziwny przypadek sprawił, że w wiele lat później, podczas kampanii 1806 roku, w ręce marszałka Augereau 
wpadł ten sam pruski batalion, z którego czmychnął w młodości. Pułkownik, podpułkownik i starszy sierżant 

byli ci sami — Augereau obdarował ich złotem.
Ale zanim to nastąpiło, przewędrował całą Europę i część Azji. W Atenach się ożenił, w Lizbonie dostał do 

więzienia, w Konstantynopolu sprzedawał zegarki, w Dreźnie uczył tańca, a wszędzie zabijał kobiece serca i 
męskie ciała, gdyż i kobiety, i mężczyźni pasjami sprawdzali jego perfekcję. Mężczyźni w szermierce. W 

Lunéville pewien żandarm, upojony kilkoma zwycięskimi pojedynkami, wyzywając tę „najlepszą szpadę 
Francji” (opinia fechmistrza Saint Georgesa) spytał przed starciem, gdzie Augereau chce być pochowany, na wsi 

czy w mieście.

 

Na wsi — odpowiedział Augereau.

 

W porządku — zadrwił żandarm. — Pogrzeb odbędzie się na wsi.

Żandarm się nie pomylił. Pochowano go na wsi.

Strasznie dużo ludzi pochowano z inicjatywy Augereau, i to ludzi Bogu ducha winnych. Jako pacyfikator 
Hiszpanii wpadł marszałek Augereau na bardzo dowcipny sposób

przywiązywania mieszkańców tego kraju do Francji, polegający na wieszaniu każdego napotkanego Hiszpana. 
Przez pewnien czas wszystkie drzewa przydrożne w Katalonii uginały się pod ciężarem trupów, a metoda wciąż 

jakoś nie chciała przynieść oczekiwanego rezultatu i Augereau wrócił do Francji z niczym.
W przeciwieństwie do Lannesa, Augereau był postury pruskiego grenadiera i ze względu na swe obycie 

światowe dysponował bardziej wyszukanym zasobem przekleństw, ale też i wiele ich łączyło, jak chociażby 
prawdziwy instynkt wielkospektaklowy, a więc i bitewny. Dlatego podczas śpiewania Te Deum w trakcie 

podniosłej ceremonii koronacji Napoleona w katedrze Notre-Dame, obaj ci marszałkowie wiedli nieskrępowaną 
rozmowę na różne tematy, zwłaszcza zaś o tym, że — jak to ujął Augereau — „brakuje tu tylko tego miliona 

ludzi, którzy oddali swe życie, aby uwolnić się od takich bzdur”.
Zgadli już państwo, że kochliwy Augereau w Napoleonie się nie zakochał. Nie miał okazji. Już przy pierwszym 

spotkaniu, w roku 1796, Bonaparte a priori uniemożliwił ten afekt, tak uspokajając pyskującego nań Augereau:
— Generale, jest pan ode mnie wyższy o głowę, ale jeśli natychmiast nie przestanie pan być bezczelny, to każę 

zlikwidować tę różnicę!

background image

Augereau wyładował swoją złość w najbliższej bitwie pod Castiglione, za co potem został księciem Castiglione. 
Lecz nawet będąc księciem, ten uroczy bufon, brutal i złodziej nadal pozostał łobuziakiem.* Do końca życia.

Trzeci wreszcie Gaskończyk w prezentowanym zespole, syn oberżysty, Joachim Murat (1767—1815), miał sporo 
wspólnych cech charakteru z Lannesem i Augereau, jako to upodobanie do przeklinania i do kolekcjonowania 

dam. Ta powtarzająca się jak czkawka u marszałków napoleońskich

Sławna była ta scena z roku 1810: na jakimś balu pani Augereau tańczyła walca z panem de Sainte-Aldegonde.

— Chodź no tutaj! — krzyknął nagle Augereau, po czym rzucił małżonce szal i dodał równie elegancko: — No, wal do domu!

zbieżność dwóch perfekcji prowokuje wręcz do rozmyślań filozoficznych: czy sukcesy w drugiej z nich osiągali 

dzięki doskonałości w pierwszej, czy też doskonała znajomość dam była pierwszej powodem? Ale zostawmy to i 
wróćmy do Murata.

Nie ustępował Lannesowi i Augereau w odwadze, za to lepiej znał się na koniach i na strojach. Jako znakomity 
kawalerzysta (wyćwiczył się w młodości, uciekając konno przed roszczącymi sobie różne pretensje 

„narzeczonymi”) objął Murat w Wielkiej Armii stanowisko naczelnego dowódcy kawalerii i utrzymał je chlubnie 
prawie do końca Empire’u. Prawie, bo tuż przed końcem zdradził i nawiał, oczywiście konno.

Jeśli chodzi o ubiory, to były one przez całe życie największym hobby Murata, większym nawet od kobiet. Znie-
cierpliwiony brakiem fantazji u krawców, sam sobie projektował wdzianka, przeciętnie jedno tygodniowo. 

Łączył w nich śmiało elementy francuskie, kaukaskie, tureckie, szkockie, polskie, włoskie, hiszpańskie, 
skandynawskie, indyjskie i południowo-amerykańskie, afrykańskie i zapożyczone z namiotów trup 

komedianckich, ludowe i dandysowskie — wszystkie. Przekonany o swym geniuszu w tej materii, zaprojektował 
również podobne koktajle odzieżowe dla swych sztabowców, a ci wówczas podnieśli otwarty bunt pod hasłem: 

„Precz z tą oślą liberią!”. Był to dla niego ciężki cios.
Jeszcze cięższy spotkał go ze strony cesarza, na balu, na którym Murat pojawił się w swoim nowym arcydziele. 

W poważnych monografiach historycznych pisze się, że Napoleon wygnał go z sali mówiąc, iż wygląda „jak 
cyrkowiec Franconi”. Być może cesarz tak powiedział; z tego, co ja wiem opierając się na własnych źródłach, 

Bonaparte powiedział po prostu:
— Wracaj do domu i przebierz się w mundur! Wyglądasz jak małpa w cyrku!

Uwielbiająca stroje i kolory małżonka Bonapartego, Kredka Józefina, miała jednakowoż odmienne zdanie. 
Pewnego razu Murat wydał śniadanie dla kilku swoich kumpli-ka-

walerzystów i po kilku butelkach szampana zaprezentował im z całą dyskrecją butelkę kreolskiego rumu (nacisk 
był położony na słowo k r e o 1 s k i), otrzymaną od „najpiękniejszej kobiety w Paryżu, która nauczyła go 

sposobu przyrządzania tego trunku oraz w i e l u  i n n y c h  r z e c z y ! ” .   Gratulacje, które otrzymał od 
rozbawionych biesiadników, były tak głośne, że dotarły do uszu Napoleona, ale wkrótce Murat stał się jego 

szwagrem i wszystko zostało w rodzinie.
Z Bonapartem związał się sposobem gaskońskim. Podszedł do niego tuż przed wyruszeniem „boga wojny” na 

kampanię włoską i powiedział:
— Generale, nie masz adiutanta w stopniu pułkownika. Proponuję siebie na to stanowisko.

Propozycja została przyjęta, a kawaleryjska brawura Murata w tej i w następnych kampaniach nagrodzona 
kolejno stanowiskami: generała, marszałka, Wielkiego Admirała Francji, księcia Bergu i Kliwii, i w końcu króla 

Neapolu *. No i jeszcze wspomnianym: cesarskiego szwagra.
Z żoną, siostrą Napoleona Karoliną Bonaparte, licytował się Murat w popularnej grze małżeńskiej pt.: kto kogo 

więcej razy zdradzi? Biografowie nie odnotowali, kto z tej dobranej pary odniósł zwycięstwo (historycy są 
kiepscy w matematyce), odnotowali natomiast, że państwo Murat równie cierpliwie intrygowali i spiskowali 

przeciw swemu dobroczyńcy, i z inicjatywy Karoliny, sypiającej z ministrami wrogich Napoleonowi mocarstw, 
zdradzili go w roku 1813.

Upodobanie Murata do pięknych strojów podzielał tylko jeden z jego kolegów-marszałków, Aleksander Berthier 
(1753—1815), ale podzielać a dorównać, to jeszcze nie to samo.

Berthier był urodzonym szefem sztabu, sztabowcem skończonym, absolutnym, kompletnym, słowem — genial-
nym, i historycy wojskowości co do jednego są zgodni — że nigdy przedtem ani potem pod żadną szerokością 

geograficzną

Po drodze o mały włos nie został Murat królem Polski (patrz: W. Łysiak — „Wyspy zaczarowane”)-

nie urodził się lepszy oficer sztabowy, niż syn inżyniera królewskiego, Aleksander Berthier. Mapy, to jest każdą 

zaznaczoną na nich wklęsłość i wypukłość terenu „czul” on wprost organicznie, jak gdyby były wydrukowane 
na jego własnej skórze.

Berthier miał umysł otwarty i precyzyjny, zdolny do zestawienia i rozdzielenia olbrzymiej ilości najdrobniejszych 
szczegółów. O każdej porze doby pamiętał nazwisko komendanta małej placówki obsadzonej przed tygodniem, 

znał położenie każdej jednostki, jej stan liczebny, wyposażenie i planowany kierunek manewru. Żywy atlas, 
skrzyżowany z dziennikiem działań bojowych i z maszyną liczącą. W czasie jednej kampanii obywał się bez snu 

background image

przez trzynaście dni i nocy z rzędu (!) — pod tym względem tylko jeden Napoleon próbował mu dorównać, ale 
przegrał, uzyskując rekord życiowy w granicach tygodnia. Gdy zachodziła nagła potrzeba naniesienia na plany 

nowych meldunków o godzinie — powiedzmy — drugiej w nocy, z reguły zastawano Berthiera ubranego i 
gotowego do pracy.

Po przekroczeniu drzwi sztabu w odwrotną stronę, ten tytan pracowitości i inteligencji kartograficznej 
momentalnie zmieniał się w niezgrabiasza o umyśle i sposobie bycia rozkapryszonego dziecka. Dwoma stałymi 

atrybutami tego sposobu były: narzekanie i opryskliwość. W Egipcie narzekał na słońce i piaski pustyni, w 
Szwajcarii na góry, w Polsce na błoto, w Rosji na śnieg, w Prusach na deszcz, i w ogóle narzekał wszędzie na 

wszystko, gdyż takie miał usposobienie. Z równą opryskliwością przychylał się do próśb swych podwładnych, 
jak i odmawiał im, gdyż zawsze był z nich niezadowolony, tak samo jak z każdej pogody. W Egipcie Bonaparte 

powiedział do generała Klebera:
— Przyjrzyj się Berthierowi, jak kaprysi i narzeka. I tego człowieka o charakterze starej baby zowią moim 

mentorem! Jeśli kiedykolwiek dojdę do władzy, postawię go tak wysoko, że każdy zobaczy jego pospolitość.
Doszedł do władzy w rok później i dotrzymał słowa, mianując Berthiera marszałkiem, szefem sztabu generalne-

go, Wielkim Łowczym Cesarstwa i podwójnym księciem:
Neuchâtel i Wagram. Ale i bez tego wszyscy widzieli pospolitość tego następcy Quasimoda, o małym, 

niekształtnym ciele, dźwigającym jeszcze bardziej niekształtny wielki łeb z kędzierzawą czapą włosów, 
obgryzającego paznokcie „do łokci”, publicznie dłubiącego w nosie, źle ubranego (adiutant Napoleona, 

Grabowski: „Mundur i spodnie wisiały na nim”), jąkającego się i plującego w trakcie mówienia. Należy po-
dziwiać maestrię hagiografów, którzy tak oto ujęli fizys Berthiera (cytuję z wydawnictwa warszawskiego z roku 

1841): „Twarz Berthiera była delikatna i łagodna, lecz bez odznaczającego się wyrazu, dlatego dziwnie odbijała 
od owych pięknych i męskich postaci generałów, których działaniami kierował”.

Berthier cały swój wolny czas poza sztabem poświęcał na rozmyślania, jaka to łaska boska, jakie to niesłychane 
szczęście, że żyje na tej samej planecie i w tym samym czasie, co piękna Madame Visconti. Ale i tutaj znalazł 

okazję do narzekań. Napoleon, tolerujący tylko przelotne nielegalne związki, zabronił pani Visconti wstępu na 
dwór, gdyż była ona stałą metresą marszałka. Tym bardziej więc nie mogła, nawet gdyby chciała, towarzyszyć 

Berthierowi w ciągłych kampaniach między Pirenejami a Moskwą w przebraniu adiutanta, tak jak to czyniły 
gromadnie „dziewczynki” Mas-sény. Dlatego mógł spędzać z nią upojne chwile tylko w króciutkich antraktach 

wojennych.
Wojna jako taka nie była żywiołem Berthiera, było nim wyłącznie zacisze sztabowe. W polu kilkakrotnie 

skompromitował się, a swą największą bitwę stoczył w czasie polowania, które jako Wielki Łowczy 
zorganizował dla Napoleona w roku 1808. Załatwił sprzęt, nagonkę i zwierzynę, i popełnił tylko jeden drobny 

błąd: zamiast dzikich, kupił tysiąc oswojonych królików, nie wiedząc, iż są one przyzwyczajone do 
otrzymywania dwóch posiłków dziennie. Kiedy więc cesarz wszedł ze strzelbą do lasu, króliki wzięły go za 

pastucha i radośnie oblepiły ze wszystkich stron. Zrozpaczony Berthier nadbiegł z batem i zaczął je siec, pragnąc 
rozproszyć i dać monarsze okazję do strzału. W końcu wygrał tę batalię, ale wówczas obrażony Bonaparte był 

już dawno w drodze powrotnej do stolicy.
Berthier, podobnie jak Augereau, Murat i kilku innych marszałków, również porzucił cesarza tuż przed końcem 

Empire’u. Tylko że w przeciwieństwie do innych, kiedy ujrzał wojska rosyjskie maszerujące obok jego domu na 
Paryż, wyskoczył z okna i zabił się na miejscu.

I wreszcie syn ubogiego notariusza, Mikołaj Jan Boży Soult (1769—1851), podobny do niektórych wyżej opisa-
nych, dzielny zawadiaka i straszliwy rabuś. W czasie wypraw wojennych postępował według maksymy: „Fais ce 

que tu dois, advienne que pourra”, co w jego nader dowolnym przekładzie brzmiało: „Bierz, co się da, niech się 
dzieje, co chce”. Nie był wybitnym strategiem i chociaż zdobył w Hiszpanii fortecę Badajoz, zaraz potem umiał 

jakoś tak zrobić, że przegrał bitwę pod Albuhera, chociaż według wszelkich zasad sztuki wojennej i zdrowego 
rozsądku winien był ją wygrać. Wellington słusznie zauważył, iż Soult umiał wyprowadzić swoich żołnierzy 

prawidłowo na plac boju, po czym już zupełnie nie wiedział, co z nimi dalej zrobić.
Hobby Soulta stanowiło budowanie pomników. Gdzie tylko mógł — budował pomniki. W Boulogne jego 

żołnierze tak długo zachwycali się budowanym przez swego marszałka pomnikiem, dopóki nie dowiedzieli się, 
że na pokrycie kosztów tej budowy nie łoży rząd, lecz oni sami — Soult co miesiąc potrącał im jedną dniówkę z 

żołdu. Od tej chwili pomnik zupełnie przestał im się podobać, a jeden z pułkowników zauważył:
— Gdyby do sławy dochodziło się tak łatwo, jak do pieniędzy, nasz marszałek byłby najsławniejszym człowie-

kiem świata.
Soult starał się nie zaniedbywać i sławy, gdyż był bardzo ambitny. Był to w ogóle najbardziej ambitny spośród 

marszałków Napoleona. Pierwszą ambicją Soulta było zostać piekarzem. W tym celu uciekł w młodości z wojska, 
ale rodzina nie pozwoliła mu zamienić prochu na mąkę i kazała wrócić do szeregu.

Druga największa ambicja Soulta dotyczyła jego tytułu książęcego. Jak już zapewne zauważyłeś, Czytelniku, 

background image

Napoleon przyznawał swym marszałkom tytuły książęce albo z nazwami bitew, w których się odznaczyli, albo z 
nazwami prowincji Cesarstwa. Ci, którzy otrzymywali te drugie, byli wściekli, gdyż taki tytuł mógł budzić 

podejrzenie, iż nie odznaczyli się w żadnym boju. Soult wymarzył sobie, że zostanie księciem Austerlitz. Uważał, 
że ma do tego prawo, gdyż dowodząc centrum odegrał w tej bitwie czołową rolę. Ale, jak pamiętamy, Napoleon 

wygrał pod Austerlitz sam, za pomocą swych „uwiedzionych dzieci”, i nie zamierzał dzielić się tą chwałą z 
nikim. W rezultacie Soult otrzymał tytuł księcia Dalmacji i nigdy nie mógł tego przeboleć.

Wiele lat później, w roku 1826, Austriacy, których drażniło, że Francuz nosi tytuł z nazwą należącego do nich 
terytorium, anulowali mu owo księstwo Dalmacji. Wówczas cała Francja, od pucybutów do Wiktora Hugo, 

wpadła w szał i zatarg dyplomatyczny wisiał na włosku. Przerażony Wiedeń przypomniał sobie o największej 
życiowej ambicji Soulta i chcąc załagodzić namiętności ofiarował mu jako rekompensatę... wymarzony tytuł we 

wspaniałym brzmieniu: Soult—Austerlitz!
Była niegdyś taka chwila, że za ten tytuł Soult oddałby rękę, pół życia, wszystko, lecz jedyny człowiek, od 

którego Soult przyjąłby ten tytuł, nie żył już od prawie sześciu lat. Stary marszałek z pogardą odrzucił 
propozycję.

Tym gestem Soułt zademonstrował swą wielkość. Bo oni wszyscy, cała ta banda łapserdaków, których Napoleon 
wydźwignął z rynsztoka na podium Europy, byli na swój sposób wielcy. Udowodnili to najlepiej właśnie w 

trzeciej rundzie cesarskiego pokera.
Mistyk Aleksander zdecydował się na figury o tyle odmienne, że dobrze urodzone, głównie książąt i hrabiów. I 

to w układzie kabalistycznym — zagrał pięcioma kartami z nadrukiem B. Było to pięciu generałów: Baggowut, 
Bagration, Barclay, Bennigsen i Buxhówden, przy czym każdy z nich był właściwie cudzoziemcem, a niektórzy 

nie mieli ani kropli rosyjskiej krwi w żyłach. Trudno nie przyznać, że Mama Historia czasami płata dużej klasy 
figle.

Głównodowodzącym mianował car zruszczonego Niemca, hrabiego Levina Augusta Teofila Bennigsena vel 
Bennina (1745-1826). Tak jest, tego samego „szefa-mordercę”, który pomógł znienawidzonemu przez Aleksandra 

ojcu zamienić się w nieodżałowanego tatusia. Ale nie myśl Czytelniku, że to z wdzięczności za tę przysługę car 
wynagrodził Bennigsena stanowiskiem wodza naczelnego, a potem jeszcze tytułem hrabiego imperium i 

orderem św. Włodzimierza I klasy, i orderem św. Andrzeja i diamentowymi odznakami do tego orderu, i 
orderem św. Jerzego I klasy, nie mówiąc już

takich pieniądzach, jak dwanaście tysięcy rubli rocznej pensji czy „dotacja” w wysokości dwustu tysięcy rubli. 

Nie, to nie za to. I nie za wygrane bitwy, albowiem hrabia Bennigsen niewiele ich w swoim życiu wygrał. Lepiej, 

Czytelniku, „cherchez la femme”. Lecz zanim jej poszukamy, krótki życiorys głównodowodzącego.
Urodził się koło Hanoweru, w starej rodzinie szlacheckiej, i już jako czternastolatek rozpoczął służbę wojskową. 

Wystrzelił bardzo wysoko, zwłaszcza wzrostem. Był poza tym chudy, cierpiał na anginę pectoris, dostawał 
krwotoków

miał kłopoty z oczami. Ale to nie przeszkadzało mu w dostrzeganiu różnicy między kobietami młodymi a 

zawsze młodymi, w efekcie czego ożenił się czterokrotnie.

O jego przeniesieniu się do Rosji zadecydowały także sprawy męsko-damskie, a konkretnie kochliwość Karoliny 
Matyldy, pięknej małżonki króla duńskiego Christiana VII. Otóż królowa ta na tronie siadywała obok króla-

małżonka, ale na spoczynek kładła się obok jego sławnego ministra Struensee’a, co już po dwóch latach tak 
oburzyło całą Danię (Duńczycy są narodem sztywnym i nie znają się na żartach), iż przy ogólnym aplauzie 

dokonano zamachu (1772) i uwięziono występną parę. Struensee został skazany na śmierć, a Karolinę osadzono 
w Zelle, gdzie właśnie pełnił straż oficer Bennigsen. Pilnował uwięzionej zbyt gorliwie, toteż przełożeni, 

obawiając się, by na stałe nie zastąpił Struensee’a, odwołali go. Rozeźliło to tak naszego bohatera, że powiedział:
... (no, mniejsza z tym, i tak wiadomo) i w roku 1773 wyemigrował do Rosji.

W armii rosyjskiej wziął udział w wielu kampaniach (przeciw Turcji, Prusom, Polsce i Francji), ale dowodził 
kiepsko. Miał coś z Soulta — układał dobre plany bitewne, których potem nie potrafił zrealizować. Dlatego 

Napoleon ocenił go jednym słowem: niezdolny.
Wcale jednak nie musiał być zdolny, by być w łaskach u cara. Wystarczyło, że miał zdolną małżonkę, i że car 

Aleksander przepadał wprost za Polkami. Tak, taki to już był z tego Aleksandra swój chłop. Nie przepuszczał 
paniom różnych narodowości i ras (nawet Żydówkom w przydrożnych karczmach, o czym informuje Sobarri w 

„Obrazkach litewskich”, a także poczmistrzowym na Węgrzech), ale najbardziej cenił sobie Polki. Przebierał się 
nawet w mundur prostego oficera i incognito „podrywał” w polskich dworkach. Przyczynił się też 

demograficznie — mająca z nim syna pani Sulistrowska głośno się tym przechwalała, ale radość mącił jej fakt, że 
nie była jedyną mającą powody do takiej dumy.

Nieodstępny towarzysz Aleksandra, książę Piotr Michajłowicz Wołkoński, tak pisał z Warszawy w liście do 
hrabiego Wiktora Koczubeja: „Najjaśniejszy Pan miał bajeczne powodzenie u pięknych polskich pań. Wszystkie 

starały się o jego względy. Najwięcej wszakże pociągały go młode i hoże dziewczęta, które mu przysposabiano” 

background image

(„qu’on lui prépa-rait”).
Największą rozpustę swego życia oraz córkę wyprodukował car z Marią Czetwertyńską, małżonką Wielkiego 

Łowczego Naryszkina. Ach, te Laszki — toż ulubioną maskotką Napoleona była również Marysia.
Proszę się nie niecierpliwić, już wracamy do generała Bennigsena. Po zamordowaniu Pawła I trzeba go było 

chwilowo zdjąć sprzed oczu carycy-matki, został więc mianowany generalnym gubernatorem Litwy. Zaraz po 
przybyciu do Wilna zakochał się w młodziutkiej szlachciance, Marii Buttowt-Andrzejkowiczównie, która — jak 

wspominał wileński lekarz, Józef Frank — „chociaż kochała innego, po-
święciła się dla rodziny i oddała rękę generałowi. Nie bez tego, że i próżność grała w tern rolę”. Okropna jest do 

dzisiaj ta próżność młodych panienek. Ale znowu zbaczamy z tematu; ad rem! Bennigsen był wówczas krzepkim 
sześćdziesięciolatkiem, zaś Andrzejkowiczówna stała się jego czwartą oblubienicą.

Pani Bennigsenowa bardzo się spodobała carowi i dlatego zaczął ją namiętnie obtańcowywać na balach 
urządzanych przez Bennigsenów w majątku Zakręt pod Wilnem. Tylko ile razy w tygodniu można urządzać 

bale? Wówczas Aleksander wpadł na pomysł tak genialny, że gdyby podobne pomysły miewał podczas wojny, 
bez trudu zdetronizowałby Napoleona na militarnym Olimpie. Odkupił mianowicie Zakręt od Bennigsena, przy 

czym w kontrakcie zawarowano, że Bennigsen, chociaż przestał być właścicielem, może tam mieszkać do 
śmierci. Nie trzeba było natomiast umieszczać w kontrakcie tak oczywistego stwierdzenia, jak to, że formalny 

właściciel ma prawo przebywać w swym domu kiedy zechce. W ten sposób Zakręt miał dwóch właścicieli, i 
myślę, że to zdanie bardzo zgrabnie ujmuje istotę problemu.

Od tej pory Aleksander darowywał Bennigsenowi wszelkie przewinienia, nawet pewien obiad w Zakręcie, 
obiad, którego mu nie podano. Podczas tego obiadu przerwa po wstępnej przekąsce jakoś dziwnie się 

przedłużała. Po pół godzinie atmosfera stała się bardzo nieprzyjemna, ale car dał pokaz dobrego wychowania i 
zwrócił się z uśmiechem do pani Bennigsenowej:

— Lubię taką przerwę, można trochę odpocząć.
Nic się jednak nie zmieniło i „przerwa” rozciągała się nieznośnie. W końcu siny ze wstydu Bennigsen zerwał się i 

pobiegł do kuchni. Tam ujrzał, jak jego pijany w sztok kucharz toczy wojnę z kuchcikami, miotając w nich kolej-
nymi półmiskami z obiadem cara. Kucharz dostał sto pałek, car zaś nie najadł się tego dnia, lecz wybaczył to 

generałowi. Wszystko z tym samym uśmiechem.
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie korzystająca z gościny w Zakręcie niejaka pani Bagniewska. Zazdrosna o 

cara, w listach do swej siostry, mieszkającej w Petersburgu u pani
Tatiszczewej, opisała to i owo, nazywając eks-pannę An-drzejkowiczównę „tłustą krową”. Traf chciał, że pani 

Tatiszczewa, szperając w papierach panny Miłeykówny (swojej damy do towarzystwa, a kochanki pana 
Tatiszczewa) znalazła któryś z tych listów. Natychmiast zaniosła go do Pałacu Zimowego i wybuchł skandal.

Niezbyt daleko odbiegliśmy od tematu zapoznając się z odkryciami pani Tatiszczewej, dzięki temu bowiem 
wiemy, dlaczego Bennigsen został mianowany 1 stycznia 1807 roku wodzem naczelnym armii rosyjskiej. Jak 

wiadomo — dowodzić armią z własnego mieszkania nie bardzo można, trzeba wyruszyć na pewien czas w pole. 
Drugi właściciel Zakrętu nie zamierzał — jak już wspomniałem — bawić się tym razem w żołnierza i pozostał w 

domu.
W czasie gdy nakręceni przezeń generałowie toczyli wojnę, Aleksander namiętnie tańczył. W ogóle od czasu 

Austerlitz lubił tańczyć w trakcie wojen, przed nimi i po nich. To stwierdzenie daje nam okazję do 
przedstawienia kolejnego pana B., generała-lejtnanta Baggowuta, z którego małżonką car jakoś nie miał ochoty 

balować. Dlatego podczas balu wyprawionego tuż przed wojną 1812 roku w kasynie wileńskim (królową tego 
balu była wspomniana już pani Sulistrowska), Baggowut na widok „pietruszkowania” swej połowicy wściekł się 

i warknął (ale cicho, cichutko, usłyszało go tylko dwóch ludzi) do sąsiada:
— Jak pan sądzisz, czy Napoleon, gdyby tańczył, nie oddawałby w przeddzień wojny pierwszeństwa żonom 

swoich generałów przed Polkami?!
Nie wiemy, co by robił Napoleon, gdyby tańczył * ,   natomiast wiemy, że Aleksander, nawet jeśli słyszał podobne 

żale, to się nimi nie przejmował. Najlepszy dowód „nie

W rzeczywistości Napoleon czasami tańczył, ale fatalnie. Po kontredansie z Walewską Anetka Potocka miała mu powiedzieć:

— Doprawdy, Najjaśniejszy Panie, jak na wielkiego człowieka tańczysz doskonale.
Natomiast bardzo chętnie grywał Napoleon z damami w karty.
„Cesarz wymieniał zawsze rano panie mające grać z nim wieczorem — wspomina Potocka. — Wybór jego padał zwykle na jedną z dam najbardziej wiekowych i 
dwie spośród najmłodszych”.

przejmowania się” dał zapraszając na bal do Zakrętu same damy wileńskie — bez mężów! (Niektórzy z nich 

ośmielili się zabronić żonom pójścia.)
Karol Baggowut (1761—1812) pochodził z estońskiej familii Baggohufwudtów i podobnie jak Bennigsen miał w 

żyłach niemiecką krew. Identycznie jak tamten, rozpoczął służbę w wojsku niemieckim (u margrabiego 
Anspachu, Karola Fryderyka), by potem przejść do armii rosyjskiej w stopniu podporucznika (Bennigsen w 

stopniu podpułkownika). Walczył na Krymie i Multanach, w Polsce i w Szwecji, gdzie odniósł swoje dwa 
największe sukcesy: zręcznym manewrem nie dopuścił do zajęcia przez nieprzyjaciela miasta Nystad i pobił pod 

background image

Iwerismo generała Vegesaka, ocalając tym miasto Abo, w którym mieściła się główna kwatera rosyjska. Mimo to 
car wciąż nie chciał tańczyć z jego żoną.

Natomiast od czasu do czasu brał w tany panią Barclayową z domu Bekhof, o którą małżonek, generał Barclay 
de Tolly, bardzo dbał — wysyłał ją na przykład do wód czeskich z dwoma swymi adiutantami, Satzem i 

Schmiedem. Zauważyli Państwo, że padają tu same nierosyjskie, głównie niemieckie nazwiska? Na dodatek, 
żeby było śmieszniej, Barclay miał w sobie sporo krwi szkockiej. Jego szkoccy przodkowie, rodzina Barclay of 

Tolly, wyemigrowała w XVII wieku do Meklemburga, a potem do Rygi.
Michał Barclay de Tolly (1761—1818) był wśród pięciu panów B. absolutnym rekordzistą — wuj, który go 

wychowywał, zapisał go do pułku kirasjerów jako kaprala, nim chłopiec skończył ósmy rok życia. Za liczne 
kampanie (Turcja, Szwecja Finlandia, Polska, Prusy i Francja) otrzymał od cara całą furę orderów, stanowisko 

feldmarszałka i tytuły hrabiego oraz księcia. Rosyjska socjeta nienawidziła tego „zniemczonego Szkota”, gdyż 
miał mało delikatny zwyczaj rozmawiania w towarzystwie po niemiecku ze swymi zaufanymi, czym Rosjan 

„ogłuszał”. Był to zimny, dobry dowódca, ale — jak wspomina pamiętnikarka — mimo że odnosił zwycięstwa, 
„nie przybyło mu ani trochę ogłady”.

Również Niemcem był czwarty, Fryderyk Wilhelm, a po rosyjsku Fiodor Fiodorowicz Buxhöwden (1750—1811),
z rodu pierwszych krzyżowców, którzy przybyli na Inflanty i założyli zakon Kawalerów Mieczowych. Walczył w 

Polsce, Turcji i Austrii, ale najwięcej dokonał, podobnie jak Baggowut, w Skandynawii. W Szwecji pod 
Rochensalm (1789) i Swea-borgiem (1808 — zmusił do poddania to miasto) oraz w Finlandii, którą zajął w roku 

1809. Paweł I zrobił go generałem-majorem, hrabią i gubernatorem Petersburga, a potem, swoim zwyczajem, w 
chwili złości wygnał won, do Niemiec (1798). Buxhówden był w trzeciej rundzie, z woli Aleksandra, drugą w 

wojsku rosyjskim osobą po Bennigsenie, chociaż w rzeczywistości był beztalenciem wojskowym. Pod Austerlitz 
skompromitował się bardziej od innych. Był natomiast gorliwy i grzeczny (mówiono: gorliwiec i lizus), co 

wszystko tłumaczy.
Najlepiej urodzonym był piąty, książę Piotr Bagration (1765—1812), dla odmiany Gruzin, pochodzący z 

panującego niegdyś domu carów Imeretyńskich. Zaczął wojować w wieku siedemnastu lat i robił to doskonale. 
Nic dziwnego, był uczniem samego Suworowa. Dowody swej dzielności i inteligencji dał na wielu frontach, od 

Włoch po Czerkiesję. W roku 1805 pod Schöngraben z sześcioma tysiącami ludzi powstrzymywał przez cały 
dzień kilkakrotnie większe siły Murata i Lannesa. On to właśnie, po ucieczce Aleksandra i kontuzji Kutuzowa, 

wyprowadził resztki armii ze strasznego pola Austerlitz. Otrzymał za to stopień generała-lejtnanta i order św. 
Jerzego. Był to poza tym piękny mężczyzna, kochała się w nim siostra Aleksandra, Wielka Księżna Katarzyna 

Pawłowna.
Inteligencja Bagrationa była bardzo specyficzna, składała się w jednej piątej z chłodnego wyrachowania, a w 

czterech piątych z fantazji, warcholstwa, nieodpowiedzialności i pyszałkowatości. Nawet jego przyjaciel, hrabia 
Roztopczyn, piętnował go za szalone „głuposti”. Największą „głupostią” księcia Bagrationa był ożenek z 

przepiękną Polką, hrabiną Skowrońską, której wyuzdanie erotyczne i seksualna filantropia stały się wkrótce (po 
śmierci męża w roku 1812) legendarne. Ach, te Laszki.

No właśnie, przypomnijmy sobie, że car w Laszkach
gustował nadzwyczajnie. I dlatego nie lubił Bagrationa, gdyż w czasie, gdy książę żył, nawet monarcha nie miał 

łatwego dostępu do księżnej Bagration.* Nie lubił go także za to, że ustępował mu (i to jak!) drzewem 
genealogicznym, w związku z czym nie mógł kupować generała arystokratycznymi tytułami. Oto drugie, obok 

pani Bennigsen, wytłumaczenie dziwnego z pozoru faktu, że najzdolniejszy oficer rosyjski nie został postawiony 
na czele armii w trzeciej rundzie cesarskiego pokera.

Ta trzecia runda składała się z kilkunastu mniejszych i dwóch dużych bitew. Podczas gdy Napoleon politykował 
w Warszawie i innych polskich miejscowościach, marszałkowie francuscy starali się jak najlepiej wypełnić jego 

wolę. Lannes ze swoim korpusem wdał się pod Pułtuskiem w całodzienny bój z mającą kolosalną przewagę 
liczebną armią Bennigsena i w końcu odepchnął ją dzięki temu, że w sukurs przyszedł mu Davout (mówiłem już 

— w tej rundzie marszałkowie dali popis współpracy). Pod Gołyminem sztuka ta została powtórzona — 
Francuzi odepchnęli Bennigsena i Buxhówdena. Rosyjscy generałowie otrzymali od Aleksandra rozkaz 

wyrzucenia Francuzów na lewy brzeg Wisły za wszelką cenę. Starali się, lecz w licznych małych bitwach i 
potyczkach karty Napoleona okazywały się silniejsze — marszałkowie wciąż wygrywali i posuwali się naprzód.

Bennigsen postanowił zatrzymać Francuzów pod Pruską Iławą i tam doszło do walnej bitwy 8 lutego 1807 roku. 
Była to — jak wspominano ze zgrozą przez wiele lat — „nie bitwa, lecz rzeź”. Napoleon był obecny, gdyż tak 

wielkimi starciami musiał dowodzić sam. W pewnym momencie rzucił do natarcia swoje centrum, korpus 
Augereau. Chciał powtórzyć Austerlitz, lecz pod Austerlitz było słońce, a pod Pruską Iławą śnieg. Śnieg to 

wielka karta Aleksandra w cesarskim

Car odczekał, aż małżonek awanturniczej księżnej, „wobec której — jak pisano — rumienią się hetery renesansu”, zginie w roku 1812, i dopiero potem 

zdradził z nią inną Polkę, swą wieloletnią nałożnicę, Naryszkinę. (Odczekali także pozostali wielcy ówczesnej doby: Metternich, Gentz i inni.)
Naryszkina z zemsty zajęła się adiutantem Aleksandra, generałem Ożarowskim. Car przyłapał tę parę „in flagranti” i wspaniałomyślnie przebaczył obojgu.

background image

pokerze. Tutaj pojawiła się po raz pierwszy. Powróci za pięć lat jako największy atut.
Bitwę pod Pruską Iławą opisałem dokładnie w powieści „Kolebka”. Teraz tylko przypomnę najważniejsze fakty. 

Kiedy korpus Augereau ruszył do ataku, zerwała się nagle zamieć śnieżna i uderzyła mu w twarz. „Kohorty 
centralnego ugrupowania armii francuskiej, oślepione piekielną zadymką, zmyliły kierunek i nieświadome tego, 

brnęły mozolnie ku wzgórzom, wprost w paszcze rosyjskich dział. Rosjanie, mając kurzawę w plecy, 
błyskawicznie podciągnęli olbrzymią baterię odwodu artyleryjskiego, przerwali ogień na całej linii i czekali. 

Czekali na ślepą zdobycz, która była coraz bliżej, bezbronna, obarczona okrutnym wyrokiem przeznaczenia. Ci 
przy działach wiedzieli już, że nie będą się bić, że są tylko plutonem egzekucyjnym i że wszystko, co im 

pozostało do zrobienia, to rozstrzelać zbliżające się tłumy.” * I rozstrzelali. W ciągu jednego kwadransa 
marszałek Augereau stracił swój korpus prawie co do jednego człowieka (sam został ciężko ranny). Historia, do 

bitwy pod Iławą, nie widziała podobnej hekatomby, rekordowej pod względem szybkości spełnienia.
Uratował Napoleona „cyrkowiec Franconi”. Bonaparte widząc, że wszystko się wali, podjechał do niego i 

powiedział z uśmiechem tak swobodnym, jak tego wymagała rozpaczliwość sytuacji:
— Joachimie, nie pozwolisz chyba, by ci Azjaci zjedli nas żywcem?

I wówczas pierwszy jeździec Francji, syn karczmarza, Joachim Murat, w wyszywanym złotem kożuszku 
(własnego kroju, rzecz jasna) i z pękami strusich piór u kapelusza, siedząc w siodle podesłanym zamiast 

czapraka lamparcią skórą i dyrygując laską o złotej gałce, poprowadził po lodzie największą szarżę kawaleryjską 
w dziejach świata — dziewięćdziesiąt szwadronów konnicy! Uderzenie było tak potworne, jak uderzenie 

obuchem w głowę. Linie rosyjskie pękły i zostały stratowane, a galeon Cesarstwa mógł płynąć dalej.
Pobojowisko w Pruskiej Iławie nie daje się opisać. Naj

Waldemar Łysiak — „Kolebka”.

starsi żołnierze dostawali z przerażenia gęsiej skórki. Francuzi stracili piętnaście tysięcy ludzi, Bennigsen prawie 
połowę armii! Napoleon, zasępiony jak nigdy, osobiście zbierał rannych, podczas gdy wojsko, miast wiwatować, 

krzyczało: „Niech żyje pokój!”, „Niech żyje Francja i pokój!”, „Chleba i pokoju!”. W kilka dni później cesarz 
napisał smutne słowa: „Ojciec, który traci swoje dzieci, nie jest zwycięzcą. Krzyk serca gasi ułudę sławy”.

A co tymczasem robił jego partner? Grał, i to ciekawie, cały czas przekonany, że prowadzi (Bennigsen 
zameldował mu o swoim... zwycięstwie pod Pruską Iławą!). Zacznijmy od „zjadania żywcem”. Aleksander 

puścił w ruch propagandę, która z nawiązką odpłaciła Napoleonowi za jego dowcipy. Jeńcy rosyjscy, 
przyprowadzeni przed generała Colberta, padli na kolana i błagali, by nie dał ich pożreć swoim żołnierzom, 

informowano ich bowiem, że Francuzi żywią się mięsem nieprzyjaciół! Ci ruscy chłopcy uwierzyli w to. Colbert 
oniemiał...

Poza tym zwrócił się Aleksander do hierarchii prawosławnej. Wkrótce we wszystkich cerkwiach Rosji oraz, co 
ważniejsze, w armii odczytano pismo Synodu stwierdzające nad wszelką wątpliwość, że Bonaparte jest 

zwiastunem Antychrysta, odwiecznym wrogiem wiary chrześcijańskiej, twórcą żydowskiego sanhedrynu, i że 
wojnę z Rosją prowadzi przede wszystkim w celu zniszczenia Kościoła. Dlatego trzeba go koniecznie unicestwić, 

o czym poddani Jego Cesarskiej Mości Aleksandra Pawłowicza, a zwłaszcza żołnierze, winni pamiętać dniem i 
nocą.

Ostateczne baty w tej rundzie dostali poddani imperatora Wszechrosji pod Friedlandem 14 czerwca 1807 roku. 
Nie było tam już śniegu. Byli natomiast marszałkowie francuscy w wyśmienitej dyspozycji. Zmusili, przy 

największym udziale Lannesa, wojska Bennigsena do przyjęcia bitwy w bardzo niekorzystnym dla Rosjan 
terenie, i to w sytuacji, gdy Bennigsenowi nie udało się przerzucić na czas przez rzekę Łynę całej swej artylerii. 

Napoleon po przybyciu na miejsce zauważył:
— Rzadko kiedy udaje się przyłapać nieprzyjaciela na tak wielkim błędzie.

Jakby w odwecie za pogrom Augereau pod Pruską Iławą — pod Friedlandem zadecydowała artyleria francuska: 
wspaniała operatywność konnych zaprzęgów artyleryjskich i zmasowany ogień kartaczowy. Tym razem Rosjanie 

próbowali odwrócić kartę atakiem kawalerii, którą jednak zdziesiątkowano działami. Podobieństwo do 
Austerlitz polegało na tym, że kiedy uciekająca armia cara podpaliła mosty, tysiące odciętych na „francuskim” 

brzegu Łyny żołnierzy potopiło się w rzece. Stracili Rosjanie trzydzieści tysięcy ludzi i wszystkie działa!
I to już był koniec rundy. Marszałkowie francuscy szykowali się do obstalowywania sobie w Paryżu nowych 

triumfalnych portretów, i do nowych wzajemnych „reglements des comptes” *, gdyż trwająca aż po Friedland 
wzajemna kurtuazja (Berthier napisał zaraz po bitwie: „Jakąż szaloną odwagę wykazał Ney! Jemu zawdzięczamy 

zwycięstwo”) poczęła ich już zbytnio uwierać.
Aleksander nie miał już czym grać, gdyż jego figury kompletnie zawiodły. I dlatego przystał na zgodę. W ten 

sposób Bonaparte osiągnął swój cel i wygrał trzecią rundę cesarskiego pokera — cesarz Wschodu będzie musiał 
spotkać się z nim jako z cesarzem Zachodu. A Europa będzie patrzeć, i zapamięta.

Dziwne, byłbym zapomniał o najważniejszym. O tym, co najmocniej utkwiło mi w pamięci z ostatniego rozdania 

background image

trzeciej rundy. Podczas bitwy zapaliła się ferma leżąca w pobliżu Friedlandu. Na podwórzu stało drzewo 
zwieńczone bocianim gniazdem z małymi. Matka opuściła gniazdo, kiedy płomienie wspięły się po pniu, i 

krążyła nad nim, próbując wydobyć swe dzieci. Kiedy ogień ogarnął gniazdo, wydała straszny krzyk i rzuciła się 
w żywioł, by spłonąć razem z nimi. Wokół padały trupem tysiące ludzi, a żołnierze francuscy, którzy patrzyli na 

tę scenę, popłakali się. Jedyny raz tego dnia.

Reglements des comptes (franc.) — porachunki.

4     

RUNDA

Runda sojuszników i wrogów

(Wszystkie rozdania w Tylży)

POZŁACANY PROM

Czwarta runda cesarskiego pokera była najkrótsza — trwała zaledwie szesnaście dni — ale za to najłagodniejsza, 

toczyła się w najprzyjemniejszej atmosferze. W Tylży.
Miejsce pod stolik dla obydwu partnerów zdobył jeden z pięcioosobowej czołówki najlepszych kawalerzystów 

Napoleona. Tych pięciu bajecznych „les beaux sabreurs” * epoki to byli: Murat, Montbrun, Sainte-Croix, Colbert i 
Lasalle. Żaden z nich nie przeżył Empire’u. Generał hrabia Karol Ludwik Antoni de Lasalle (1775—1809), 

dowódca lekkiej kawalerii Cesarstwa, uchodził za najbardziej wśród nich sprawnego w brawurze i w miłości 
(przelicytował w tym względzie samego Murata, uwodząc m.in. „najpiękniejszą kobietę Włoch”, markizę de Sali, 

a także żonę brata szefa sztabu generalnego, Berthiera!), co sprawiło, że w wiele lat po jego śmierci próbował 
kopiować to cudowne życie (nie

Les beaux sabreurs (franc.) — piękni rębacze.

bez sukcesów) polski generał Bolesław Wieniawa-Długo-szowski.*
Lasalle nauczy! swoich lekkokonnych zdobywać wszystko: najcięższe okopy, szańce, mury — absolutnie 

wszystko. Stosował straszliwe metody wychowawcze. Pod Gołyminem jego najsławniejsza w Wielkiej Armii, 
tzw. Piekielna Brygada jeden jedyny raz w swej karierze zachwiała się i cofnęła. Dla Lasalle’a było to dno hańby, 

dlatego kara, którą wymyślił, była szczytem kary. Z kamienną twarzą wprowadził całą brygadę pod 
skoncentrowany ogień dział rosyjskich, kazał stanąć jak na paradzie, z szablami wyjętymi z pochew, i trzymał 

tak przez kilka kwadransów. Sam stał na czele i kule zabiły pod nim dwa konie. Piekielna Brygada została zdzie-
siątkowana, ale już nigdy potem nie zadrżała w obliczu wroga.

Czyż więc można się dziwić, że pięciuset huzarów Lasalle’a, nie ruszając się z siodeł, samym swym budzącym 
strach widokiem, zdobyło w roku 1806 najpotężniejszą i najlepiej wyposażoną twierdzę pruską — Szczecin, 

obsadzony przez dziesięć tysięcy żołnierzy, dysponujących stu sześćdziesięcioma działami? Sam Napoleon 
osłupiał na wieść o tym i napisał do naczelnego dowódcy kawalerii, marszałka Murata: „Jeśli pańscy huzarzy 

zdobywają fortece, nie pozostaje mi nic innego, jak rozpuścić korpus inżynieryjny i stopić artylerię oblężniczą”.
Tym łatwiej zdobywał Lasalle mniejsze miejscowości, wsie, pałace etc. We Włoszech wdarł się z garstką swoich 

ludzi do Vicenzy, po to tylko, by popieścić markizę de Sali, i po pół godzinie wyrąbał sobie odwrót, mimo że 
Austriacy zaryglowali w tym czasie wszystkie wyjścia z miasta. W Perugii wjechał konno na pierwsze piętro 

pałacu Cezarinich („koniec żartów, panowie, zaczynają się schody!”), by pokazać, do czego jest zdolny francuski 
ułan.

W roku 1807, bezpośrednio po Friedlandzie, Lasalle popędził za wrogiem na czele awangardy pościgowej i 19 
czerwca rano zdobył zapadłą dziurę nadniemeńską, Tylżę. W sześć dni

W 1931 roku Wieniawa ślicznie przetłumaczył biografię Lasalle’a pióra Marcela Duponta, dając w przedmowie wyraz swemu uwielbieniu, wręcz 

kultowi Lasalle’a.

później mogła się tam już rozpocząć czwarta runda cesarskiego pokera.
Car Aleksander początkowo w ogóle nie miał ochoty zasiadać do tej gry. Chciał kontynuować poprzednią, 

krwawą rundę. Ale natrafił na opozycję w swoim najbliższym otoczeniu. Na czele tej opozycji stał jego brat, 
również wielbiciel Laszek (szalał za kilkoma, z jedną, Joanną Grudzińską, ożenił się), Wielki Książę Konstanty 

Pawłowicz.
Konstanty trochę gorzej od koronowanego braciszka poruszał się po rajskim ogrodzie Wenus, za to nieco lepiej 

po okrutnym polu Marsa i dlatego nie dał się nabrać na fałszywy raport Bennigsena o zwycięstwie pod Pruską 
Iławą. Kiedy zaś zobaczył, jak marszałkowie francuscy dalej leją pięciu panów B. przy każdym spotkaniu, uznał, 

że dość już popłynęło rosyjskiej krwi tylko dlatego, że car nie chce uznać Napoleona za cesarza i ciągle gra 
przeciw niemu kosztem zmęczonej, niedoekwipowanej i niedokarmionej armii. Gdyby brat grał zwycięsko, 

background image

Konstanty nie miałby nic przeciwko temu. Ale car przegrywał z kretesem już drugą kolejną rundę, czego jeszcze 
sam nie widział, lecz co dla wielu było już oczywiste.

12 czerwca 1807 roku do Tylży, w której rezydował Aleksander, przyszła wiadomość o stoczonej poprzedniego 
dnia bitwie pod Lidzbarkiem — dyrygowani przez „boga wojny” Davout, Soult i Murat zadali Bennigsenowi 

olbrzymie straty, i tylko noc pozwoliła Rosjanom wymknąć się. Na drugi dzień po nadejściu tej hiobowej wieści 
Konstanty przybył galopem do Tylży, stanął przed bratem i nie poprosił — zażądał natychmiastowego pokoju 

lub przynajmniej zawieszenia broni. Car, uznając, że nic jeszcze nie jest stracone i że Lidzbark to tylko chwilowe 
niepowodzenie, zdecydowanie odmówił: wojna będzie kontynuowana, koniec uzurpatora jest bliski. Konstanty 

pomyślał sobie w tym momencie, że jego najjaśniejszy brat forsownie idiocieje, wzorem ojca. Zanim wyszedł, 
zbliżył swą kałmucką twarz do twarzy cara, zmrużył okrutne oczy i rąbnął:

— Słuchaj, Wasza Cesarska Mość! Jeśli nie chcesz zawrzeć pokoju, to lepiej daj każdemu żołnierzowi nabitą 
spluwę i każ mu palnąć sobie w łeb! Wynik będzie identyczny jak

następna bitwa, która niechybnie otworzy Francuzom wrota w głąb twego państwa!
Konstanty nie pomylił się. Nazajutrz, pod Friedlandem, „chełpliwość Rosjan została nareszcie zdruzgotana” 

(słowa Napoleona) i do Aleksandra w końcu dotarło, że był oszukiwany.
Lecz jeszcze się wahał, jeszcze nie mógł się przełamać. Uznać tę korsykańską świnię, którą się niegdyś nawet 

lubiło za demokratyzm poglądów, a która okazała się tak bezczelna i ośmieliła zrównać z nim koroną?! Co za 
hańba, horrendum! Popi właśnie odczytują w cerkwiach od Syberii po Tylżę ukaz Świętego Synodu. Uznać 

„wcielonego Antychrysta”?! Poza tym Barclay de Tolly, i jeszcze jeden pan B., minister spraw zagranicznych, 
Budberg, usilnie namawiali do kontynuowania wojny. Argumentowali dość logicznie: Bonaparte jest u kresu sił, 

podczas gdy Rosja ma wielkie rezerwy i olbrzymie terytorium, tak olbrzymie, że jeśli wciągnie się przeciwnika w 
głąb, straci on impet i zdechnie. Bronić się można za linią Dźwiny i czekać na pomoc Austrii, która marzy o 

zemście za Ulm i Wiedeń i zaczyna dochodzić do przekonania, że czas już, „aby ponownie zaufać losom wojny”.
Przeciwnikami dalszego wykrwawiania się byli: Czartoryski, Bennigsen, Stroganow, Nowosilcow, Popow oraz 

frankofile Kurakin i Konstanty. Dowodzili rzeczy wprost przeciwnych — że gadanie o rezerwach jest 
najzwyklejszym mydleniem oczu, gdyż Rosja nie posiada żadnych rezerw, a wojsko nie ma nawet siły 

maszerować i jest zupełnie załamane na duchu („Wszyscy są ogarnięci takim strachem, jak gdyby zaraz miał 
nastąpić koniec świata” — pisał oficer rosyjski, Denis Dawydow). Co zaś do Austrii, to może ona rzucić 

Bonapartemu rękawicę nie wcześniej niż za rok.* Jeśli zaś Napoleon wkroczy w głąb Matuszki Rosji i swoim 
zwyczajem ogłosi wolność chłopa, to masy poddaństwa mogą się zerwać i runąć na panów z siekierami. Był to 

argument o ciężarze kafaru.

Nie mylili się. Austria zaatakowała Napoleona ponownie dopiero po dwóch latach, w roku 1809.

Mimo to Aleksander wciąż się wahał. I mimo że zwolenników przedłużania wojny była jedynie garstka, a jej 

przeciwnicy „nagrali” nawet Naryszkinę pokojowym tekstem, tak, by car słuchał tego przemówienia nie tylko w 
dzień; mimo że korpus oficerski warczał coraz gniewniej, Aleksander wciąż nie mógł pożegnać się ze swą dumą, 

a także z pamięcią o nieszczęśliwej pruskiej bogdance, której był „aniołem opiekuńczym” i której przyrzekł 
walkę z Korsykaninem aż do zwycięstwa.

Rozstrzygnął sprawę Konstanty, za pomocą „azjatyckiego remedium”, jak je nazwał jeden z 
najinteligentniejszych pisarzy epoki, ówczesny poseł Sardynii w Petersburgu, Józef de Maistre. Konstanty był 

prusofobem (powtarzał, iż nienawidząc Prus, „il était en cela bon russe”) i miał wiele wspólnego z Muratem, 
Lannesem i Augereau — tę samą łobuzerską fantazję, bezceremonialność i popędliwość. Widząc przedłużające 

się niebezpiecznie wahanie brata (czas liczono wówczas na godziny — armia francuska parła naprzód), 
powiedział mu wprost, że „Jego Cesarska Mość zrobiłby dobrze, gdyby sobie przypomniał los swego ojca”. Ten 

straszak działał niezawodnie. Aleksander „przypomniał sobie” i polecił księciu Łobanowowi-Rostowskiemu 
wszcząć kroki pokojowe.

Tak dokładnie zakończyła się trzecia runda cesarskiego pokera i jednocześnie zaczęto przygotowywać karty do 
czwartej. Aleksander, tłumacząc otwarcie swą uległość Kurakinowi „instynktem samozachowawczym”, w liście 

do skarconego za Friedland Bennigsena zaznaczył: „Powinieneś czuć, ile mnie to kosztuje”. Zrozumiawszy w 
końcu, że nadstawia głowę i Francuzom, i swym oficerom, postąpił Aleksander zgodnie z przykazaniem 

Friedricha Rückerta, zawartym w „Die Weisheit des Brahmanen”:
„Złą dolę znoś jak dobrą, mając to na względzie, że gdy będziesz źle znosił, gorzej ci z tym będzie”.

A jeśli już ma to znieść — pomyślał — to nie w sposób bezproduktywny. Można by znowu spróbować zagrać, 
tylko

tym razem trochę inaczej. Nie udało się w pokerze ostrym, więc może w towarzyskim uda się wygrać — oprócz 
twarzy — Prusy, Turcję i coś jeszcze, zależnie od okoliczności, to jest kart i specyfiki licytacji.

Łobanow przybył do Tylży w trzy dni po zajęciu jej przez Lasalle’a, 22 czerwca, i tego samego dnia podpisane 

background image

zostało uroczyście francusko-rosyjskie zawieszenie broni. W armii i w sztabie cara wiadomość o tym wzbudziła 
entuzjazm. Runda dostała w ten sposób oprawę muzyczną, która będzie jej towarzyszyć już do końca, a zarazem 

wkroczyła na mętne wody jeziora Poker, pełnego mielizn, bagnisk, zdradliwych pułapek, oszukańczych wiatrów, 
fałszywych przypływów i odpływów. Nie mogło być inaczej, gdyż grano o podział Europy, a kartami były kraje, 

kraiki, województwa, powiaty i nawet poszczególne porty i twierdze. Dzieliły się te państwa i księstwa na 
przyjacielskie i nieprzyjacielskie, bądź vice versa, zależnie od tego, z której strony stołu patrzono. Grano więc 

sojusznikami i wrogami, wymieniając, tasując, mieszając. Jak to w pokerze.
Figurami w tej rundzie były: Prusy, Polska, Turcja, Śląsk, Bałkany oraz wiele innych krain i do tego tzw. Blokada 

Kontynentalna. „Sprawa polska”, chociaż dla obydwu stron nie pierwszoplanowa, wypłynęła już w pierwszym 
rozdaniu. A raczej rzekomo wypłynęła, negliżując — jak twierdzą krytycy Bonapartego — jego łajdacki stosunek 

do Polaków, którzy wypruwali sobie żyły dla Francji od dziesięciu lat, począwszy od Legionów Dąbrowskiego. 
W rozmowie z Łobanowem nad mapą Napoleon miał powiedzieć, wskazując na Wisłę:

— Oto granica dwóch imperiów. Po jednej stronie powinien panować pański monarcha, po drugiej ja.
Te słowa prawie wszyscy historycy (jedyny wyjątek, jaki znam, to Emanuel Halicz, który jednak też nie 

zdezawuował ich ostatecznie) *, wzięli za dobrą monetę i uznali za podstawę do szkalowania Napoleona 
twierdzeniem, iż zamierzał całkowicie Polskę zlikwidować. Napoleon nie był świętym Fran-

Emanuel Halicz — „Geneza Księstwa Warszawskiego”, Warszawa 1962.

ciszkiem

 

z Asyżu, 

jest 

za 

co go smagać, 

ale, 

do licha, nie można tego robić na podstawie komicznych plotek, 

trzeba mieć rzetelnie udokumentowaną podstawę. Przyjrzyjmy się podstawie w danym przypadku.

Wspomniane słowa znane 

są 

wyłącznie z jednego „źródła” — od człowieka, który przy rozmowie obecny nie był 

(!) i napisał je... w trzydzieści dwa lata później, w niewielkiej książeczce, cytując ponoć za kimś, kto mu je 

powtórzył. Tym człowiekiem (autorem książki) był urzędnik moskiewskiego archiwum, Dymitr Bantysz-
Kamieński. Co to była za książeczka? Ordynarny, wykonany na zamówienie i dobrze opłacony panegiryk na 

cześć księcia Łobanowa *. Kamieński umieścił tam rzekomą wypowiedź Napoleona po to tylko, by zaraz po niej 
zachwycić czytelników pełną honoru, odwagi i dumy ripostą swego bohatera:

— Mój monarcha będzie nieustępliwie bronił interesów naszego sojusznika, króla Prus! **
I to wszystko; na odległość cuchnie to lukrem i do tego kłamstwem, gdyż, jak wykazały potem rokowania 

tylżyckie, Napoleonowi przez myśl nie przeszło, aby likwidować Polskę, miał tylko różne koncepcje jej 
odbudowy i nimi grał w tej rundzie. Jest rzeczą wprost niepojętą, że taka spóźniona

ponad ćwierćwiecze brednia z ust hagiografa, nie mająca żadnej, ale to żadnej bazy dokumentalnej lub choćby 

jakiegokolwiek, jednego jedynego potwierdzenia z ust osób obecnych w Tylży — została uznana przez 

francuskich i rosyjskich historyków za fakt. Oto jak zamienia się historię w kabaret,

to nader kiepski.

Powyższy fenomen podałem jako przykład klasyczny. Takich rzekomych antypolskich wypowiedzi i intencji 
Bonapartego historiografia zanotowała więcej, lecz gdybym każdą z nich chciał omówić równie dokładnie, ta 

książka straciłaby urok relacji z gry dwóch panów przy zielonym stoliku Europy i zamieniłaby się w pracę stricte 
naukową, czego jak najbar-

Dymitr Bantysz-Kamieński — „Książę Dymitr Iwanowicz Łobanow-Rostowski”, Biblioteka Czytelnicza, Moskwa 1839.

** Ziemie polskie nad Wisłą były wówczas formalnie własnością Prus.

dziej pragnę uniknąć. Oszczędzę tego czytelnikom, lecz zarazem uczulam ich na podobne sztuczki ze 
„źródłami”. A teraz ad rem, czyli „powróćmy do naszych baranów”, jak to salonowo ujmują przyjaciele Francuzi 

(„revenons à nos moutons”).
Napoleon, pragnący przypieczętowania na piśmie swej pozycji, a także mający już dość wojny, której dość miało 

jego wojsko („Chleba i pokoju!”) i która wyczerpywała Francję finansowo, zgodził się chętnie na dalsze 
rokowania — rokowania o podziale, a raczej „reformie” starego świata. Trafił w ten sposób w czule miejsce 

Aleksandra. Wiedział od swoich szpiegów o tym, że będący jeszcze na etapie „dziecinnego” reformatorstwa car 
próbował przed kilku laty dogadać się z Londynem na temat „przeobrażenia Europy”, ale zawieziony przez 

Nowosilcowa plan rosyjski był wówczas tak utopijny, że Anglicy pękali ze śmiechu i zbyli wysłannika frazesami. 
Teraz podsunął mu to ciastko pod nos: pokroimy razem.

Aleksander, otrzymawszy raport Łobanowa, nie posiadał się z zachwytu i z miejsca napisał do księcia:
„Wyrazisz cesarzowi Napoleonowi, jak wysoko cenię to wszystko, co mi kazał przez Ciebie powiedzieć, i jak 

bardzo pragnę, aby przymierze naszych narodów naprawiło minione zło. Powtórzysz mu, że teraz dopiero 
spodziewam się na pewno wprowadzić w życie moje plany, o których ciągle myślę i które naprawią wreszcie 

obecny porządek świata”.
Kiedy skończył, odczytał to, co napisał, i przestraszył się. Czy nie za dużo powiedziane, za wylewnie? Przekreślił 

pierwszą wersję i sformułował rzecz nieco powściągliwiej:
„Powiesz cesarzowi, że zbliżenie pomiędzy Francją a Rosją było zawsze przedmiotem moich pragnień, i tylko 

background image

ono może zapewnić szczęście i pokój całemu światu. Dotychczasowy stan rzeczy winien zastąpić zupełnie nowy 
ustrój społeczny. Żywię niepłonną nadzieję, że z cesarzem Napoleonem dojdzie łatwo do porozumienia, gdy 

będziemy pertraktować bez pośredników. Trwały pokój może być między nami zawarty w bardzo krótkim 
czasie”.

„Bez pośredników”. Było to niedwuznaczne życzenie po-
ufnej, osobistej rozmowy z Korsykaninem — nie, już z „cesarzem Napoleonem”. „De souverain a souverain”. 

Bonaparte nie miał nic przeciwko temu, wprost przeciwnie.
Natychmiast po obustronnej ratyfikacji rozejmu wielki marszałek dworu Napoleona, generał Duroc, zjawił się w 

kwaterze cara i omówił formalne i ceremonialne szczegóły spotkania. Doszło do niego — pamiętny moment — 
25 czerwca 1807 roku na rzece Niemen. Po raz pierwszy obaj partnerzy zasiedli do stolika w sensie dosłownym. I 

rozmawiali rzeczywiście bez pośredników. Ministrowie: Talleyrand (ze strony francuskiej) oraz Kurakin i 
Łobanow (ze strony rosyjskiej) musieli się ograniczyć do nanoszenia na pergamin i sygnowania tego, co w 

detalach wykoncypowali ich monarchowie.
Obie armie dzielił Niemen. Lewy brzeg okupowali Francuzi, prawy Rosjanie. Ażeby żaden z cesarzy nie musiał 

fatygować się na drugi brzeg, na rozkaz Napoleona generał inżynierii Lariboissiére wybudował pośrodku rzeki 
wielką tratwę, a właściwie prom, na którym stanęły dwa namioty, w tym jeden pawilonowy, bardzo okazały. 

Zużyto do tego celu najbogatsze materie, jakie tylko udało się znaleźć w Tylży. Neutralna „wyspa”, mająca być 
symbolicznym mostem między dwoma cesarzami i dwoma zwaśnionymi dotąd narodami, kapała od złota i 

purpury, kołysząc się lekko — z przejęcia.
Widzowie tego spektaklu też byli przejęci, i to tak, że ich relacje o czasie rozpoczęcia superspotkania na 

superszczycie różnią się w wymiarze ponad dwóch godzin, od jedenastej czterdzieści do czternastej. Przyjmijmy, 
że w południe od lewego brzegu odbiła bogato zdobiona łódź z Napoleonem, któremu towarzyszyli 

marszałkowie: Murat, Berthier i Bes-siéres, generał Duroc oraz Wielki Koniuszy Caulaincourt. W tym samym 
momencie od prawego brzegu odbiła równie strojna łódź z Aleksandrem, Konstantym, Łobanowem, hrabią 

Liewenem oraz generałami Bennigsenem i Uwarowem. Na tych dwóch ostatnich, morderców cara Pawła I, 
Francuzi spoglądali z półuśmieszkami.

Na lewym brzegu stały wyprężone na baczność masy wojsk francuskich, z gwardią w pierwszym szeregu. Na 
prawym tylko Preobrażeński pułk gwardii rosyjskiej i nieliczna

świta cara. Denis Dawydow zanotował w swym dzienniku:
„Chodziło o spotkanie z wielkim wodzem, politykiem, prawodawcą, administratorem i zwycięzcą prawie całej 

Europy, dwukrotnym zwycięzcą naszej armii, stojącym teraz ze swym wojskiem na granicy rosyjskiej. Chodziło 
o spotkanie z człowiekiem mającym dziwną władzę nad ludźmi i niezwykłym ze względu na swą niebywałą 

intuicję (...) Skupiliśmy się na brzegu i zobaczyliśmy Napoleona pędzącego cwałem pomiędzy dwoma rzędami 
swojej starej gwardii. Entuzjastyczne okrzyki rozbrzmiewały wokół niego i dochodziły do nas, stojących na 

drugim brzegu rzeki. Eskorta i świta Napoleona liczyły co najmniej czterystu jeźdźców. Wspaniałe widowisko 
kazało zapomnieć o wszystkim. Zebrani utkwili wzrok w łódce wiozącej tego wspaniałego człowieka, wodza, 

jakiego nie było od czasów Aleksandra Wielkiego i Juliusza Cezara, których tak bardzo przewyższał 
różnorodnością talentów i sławą zwyciężania narodów kulturalnych i oświeconych”.

Ze względu na cenzurę Dawydow nie mógł opisać stanu ducha swego władcy, podkreślił tylko jego nerwowość. 
Wielu naocznych świadków twierdziło, że car był „nienaturalnie spokojny”.

Obie lodzie równocześnie przybiły do promu. Monarchowie żwawo wskoczyli na pokład, podbiegli do siebie i 
serdecznie się uściskali przy okrzykach z obydwu brzegów: „Niech żyje Cesarz Zachodu!”, „Niech żyje Cesarz 

Wschodu!”.
Ten uścisk i te wiwaty były spełnieniem marzeń Napoleona — został uznany publicznie. Pozwalało mu to 

ochłonąć i zacząć pokera bardziej na zimno, wiedząc, że ważą się losy granic i milionów ludzi. Aleksander też 
był kontent, gdyż ten uścisk przywrócił mu spokój utracony po Austerlitz i po Friedlandzie. W końcu został 

rozbity, więcej — zmiażdżony na polu bitwy, a w tej chwili startuje do nowej rundy jako całkowicie równy 
partner, tak jakby wszystkie bitwy nie zostały rozstrzygnięte. Przekonany, nie pokonany. Bonaparte uczynił 

wszystko, by go utwierdzić w tym mniemaniu.
Po uściskach obaj panowie weszli do namiotu, by kulty-

wować swoje „téte-à-téte”. Nie znamy zapisu treści tej rozmowy. Do uszu otoczenia dotarł tylko początek, zanim 
zamknęły się za nimi drzwi.

 

O co właściwie wojujemy? — spytał retorycznie Bonaparte.

 

Nienawidzę Anglików nie mniej niż Wasza Cesarska Mość i chętnie przyłączę się do pańskiej akcji przeciw 

nim! — odparł entuzjastycznie Aleksander.

 

W takim razie wszystko w porządku, pokój jest zawarty — zadecydował Napoleon.

Takie były słowa. Rzeczywistość trochę inna. Pokój nie był jeszcze zawarty i trzeba było o niego zagrać w 

background image

kilkunastu rozdaniach, licytując się o wiele drobiazgów, takich jak na przykład Prusy czy Turcja.
Tego właśnie dnia zaczęli — w ciepłej atmosferze, przesyconej zapachem płótna, zza którego dobiegały szmery z 

obu brzegów, w tej półciszy, przerywanej tylko od czasu do czasu wybuchem tłumionego śmiechu Murata i 
Konstantego. Ci dwaj dogadali się z miejsca, od pierwszego słowa. A to dlatego, że nie musieli rozważać spraw 

świata i stroju „nowej” Europy; interesowały ich sprawy półświatka i własne stroje. Nowy strój Francuza, 
oczywiście firmy „Murat”, wywarł wielkie wrażenie na Konstantym, który wojnę „czuł” tak sobie, za to wojsko 

genialnie.
Wielki Książę Konstanty Pawłowicz (1779—1831) był fanatykiem dyscypliny, ćwiczeń i rynsztunku, w których 

przejawiała się cała jego filozofia militarna. Był bowiem „niezbyt odważny z natury, z tego niebezpiecznego 
rzemiosła lubił tylko pozory wojny, mundur, musztrę, słowem wszystko, co zajmuje i pochłania czas bez 

narażania się na niebezpieczeństwo. Nieludzka surowość, z jaką traktował żołnierzy, miała źródło zarówno w 
jego dzikiej naturze, jak i w przywiązywaniu nadmiernej wagi do najdrobniejszych szczegółów. Niedbale zapięty 

mundur, kołnierz nie sięgający przepisowych wymiarów lub je przekraczający, był w jego oczach występkiem 
zasługującym na najwyższą karę. Z lubością wynajdywał nowe poniżenia, wyroki ferowane z okazji naj-

błahszych uchybień urozmaicał dotkliwymi umartwieniami,
tropił rodzinne tajemnice, aby boleśnie ranić tych, którzy zasłużyli na jego niełaskę”.*

Wzajemny „sojusz”, którym związali się natychmiast Murat i Konstanty, wyprzedzając sojusz monarchów, miał 
podłoże biologiczne — odnalazły się w tłumie dwie podobne natury. Ich krótkotrwały związek stał się w Tylży 

symbolem równie krótkotrwałego francusko-rosyjskiego braterstwa broni. Murata już znamy, teraz dalszy ciąg 
małego konterfektu Wielkiego Księcia.

Konstanty był niezrównanym sadystą i w idealny sposób pasowały do niego epitety, jakimi obrzucał go (nie 
bezpośrednio) Mochnacki: „To straszydło żaków, Żydów i wszetecznic, którym kazał głowy golić (...) ten punkt 

w hierarchii jestestw średni, wątpliwy i niepewny, między dwoma kończynami u kresu, gdzie ustaje plemię 
zwierząt, a ród ludzki się zaczyna — połowa małpy, połowa człowieka”. Dotyczyło to charakteru, ale i fizys, 

gdyż carski braciszek miał twarz małpy, i małpy rozeźlonej, kiedy wpadał w szał. A wpadał raczej często. Anetka 
z Tyszkiewiczów Potocka tak go (trafnie) opisała:

„Konstantemu nie brak było błyskotliwości ani uroku, kiedy panując nad sobą starał się podobać. Niejedno już 
pióro odmalowało jego usposobienie, złożone z najdziwniej wymieszanych przeciwieństw: gwałtowność, 

wyradzająca się w furię, dobroć serca, ujawniana niekiedy podczas najdzikszych wybuchów, słabość charakteru, 
która pozwalała nim powodować, a obok tego upór i władcza wola, nie znosząca opozycji ani żadnych 

tłumaczeń, jasność umysłu przy niewolniczym uleganiu przesądom, dystynkcja manier i grubiaństwo nawyków 
— jednym słowem, natura tygrysa w skórze władcy (...) W miarę jak wściekłość uderzała mu do głowy, 

fizjonomia jego nabierała dzikiego wyrazu, który nie przystawał do twarzy ludzkiej (...) Słowa są zbyt słabe, by 
odmalować ohydny wyraz, jaki przybierała wówczas jego twarz, mająca w sobie coś nie tyle z człowieka, ile z 

dzikiego kota”.

Anna z Tyszkiewiczów Potocka-Wąsowiczowa — „Wspomnienia naocznego świadka”, Warszawa 1965.

Wielki Książę z równym upodobaniem katował swoje psy, jak i swoich służących, a nawet lekarzy. Raz, 
umywszy ręce, kazał wypić wodę z miski doktorowi Kuczkowskiemu i za odmowę zamknął go w więzieniu. 

Najbardziej używał sobie na żołnierzach, podoficerach i oficerach (wielu oficerów popełniło przez niego 
samobójstwo), ale że był tchórzem — nie tykał tych oficerów, którzy się nie bali. Często odstawiał teatr, 

proponując zelżonemu zadośćuczynienie w postaci pojedynku, i zawsze taki oficer odpowiadał, że sama propo-
zycja jest już wystarczającym zadośćuczynieniem. Aż trafiła kosa na kamień. Pułkownik Dunin odparł:

 

To zbyt wielki zaszczyt, by go odrzucić!

Odebrał tym Konstantemu wszelką chęć do pojedynkowania się.

Natomiast publicznie Konstanty „rżnął w pysk” austriackiego kanclerza Metternicha, wiedział bowiem, że ten 
umie szermować wyłącznie słowami.*

Miał też cesarzewicz — trzeba to uczciwie przyznać — duże poczucie humoru. Dość specyficzne zresztą. Z wielu 
przykładów jeden: wyjeżdżając ze Słonimia, z gościny u szlachcica, pana B., krzyknął mu przez okno powozu:

 

Zostawiłem panu w domu upominek!

Pan B. sądził, że książę ma na myśli złotą tabakierkę czy coś w tym rodzaju i w te pędy pobiegł do apartamentów 

zajmowanych przez Konstantego, by tam na środku podłogi znaleźć... przyczynę okropnego zapachu, który 
uderzył go w nozdrza już w korytarzu.

Tu już się Państwo oburzyli, mniemam. Nie tym „upominkiem” (wreszcie to nie moje dzieło), lecz że porównuję 
z Konstantym Murata, wariata bo wariata, ale przecież dzielnego zucha i nie sadystę. Gdzie ta tożsamość 

biologiczna? Były dwie. Po pierwsze — obaj bawili się ochoczo w krawców na własne potrzeby. Po drugie i 
ważniejsze — obaj byli

Swoją drogą chwali się Konstantemu ten „strzał”, wymierzony podczas Kongresu Wiedeńskiego! Nie podobało się Konstantemu gardłowanie 

background image

Austriaka przeciw Polsce. Musiał wówczas natychmiast opuścić Wiedeń, a dla zatuszowania skandalu puszczono w obieg bajeczkę, że strzelił nie Metternicha, tylko 
Windischgraetza, nie w gębę, tylko w ucho, i nie z premedytacją, lecz „przez pomyłkę”.

urodzonymi „playboyami” i kobietki przechodziły im przez palce jak pieniądze.
Tu dopiero mieli pole do wzajemnej wymiany doświadczeń i zaczęli już pierwszego dnia (na tej samej zasadzie 

spiknął się Murat w Warszawie z księciem Pepi). Co prawda, w Tylży poza mieszczkami nie było dam, nie mogli 
więc organizować sobie wyrafinowanych orgietek w ulubionym stylu (odbiją to sobie za rok w Erfurcie, i to z 

nawiązką, bo przy współudziale geniusza w tej sztuce, Hieronima Bonapartego), ale nie co dzień człowiek musi 
jeść homary, więc i tak „pojedli” trochę „na mieście”, dając obu armiom temat do zazdrosnych plotek.

Wróćmy do pokera. Po godzinie i piętnastu minutach rozmowy Napoleon i Aleksander wyszli z namiotu i 
bardzo ich uradował widok zbratanych Murata i Konstantego — uznali to za dobry prognostyk. Bonaparte 

uraczył carskiego brata dworskim komplementem, na co Aleksander nie pozostał dłużny i winszując Muratowi 
brawury dodał, iż jest on godnym sługą największego wodza czasów nowożytnych. Napoleon złożył także 

gratulacje Bennigsenowi, trudno powiedzieć za co, bo przecież chyba nie za poniesione klęski? Może za poczucie 
humoru wykazane pod Pułtuskiem? W bitwie tej w ręce rosyjskie wpadła grupa francuskich markietanek, 

których prowadzenie niczym nie różniło się od konduity wszystkich markietanek świata. Bennigsen ciupasem 
odesłał je na wschód z adnotacją, że „posyła transport guwernantek dla panien rosyjskich”!!! W każdym razie 

gratulowano sobie bez przerwy wszystkiego (na gratulacje dla Bennigsena car odpowiedział gratulacjami dla 
Berthiera). Sielanka rozkręcała się pozytywnie.

Następnego dnia, zgodnie z życzeniem Napoleona, car przeniósł się do Tylży, którą uznano za miasto neutralne. 
Teraz już byli przez cały czas razem. Spacery pod ramię na oczach obu wojsk, parady, przejażdżki, fety, prezenty, 

komplementy, obiady i ordery. Napoleon otrzymał od Aleksandra wstęgę orderu św. Andrzeja, zaś najbardziej 
zasłużony w tłuczeniu Francuzów gwardzista rosyjski, Łazariew, „po-łucził” od Napoleona Legię Honorową, co 

uwiecznił swym pędzlem Debret na sławnym obrazie wiszącym w Wersalu:
Łazariew całuje trzymającą krzyż dłoń Bonapartego, a w tle ściskają się Murat z Konstantym. Ataman Płatow 

dostał w podarunku portret „boga wojny”. I tak dalej. Wielkie tango.
Dwaj główni aktorzy tego przedstawienia, zamknięci w namiocie, grali swego pokera o kawałki Europy, lecz 

poza promem byli dla siebie czuli jak para kochanków i wzajemnie starali się oczarować „kupując” jeden 
drugiego. Bonaparte z całą powagą opowiada carowi, jak to pewnego razu spal sobie spokojnie pod murem w 

Egipcie, a tu nagle mur się zawalił i nie zrobił mu żadnej krzywdy, tylko obudził. I co się okazało? Napoleon 
ujrzał w swojej dłoni oryginalną kameę cesarza Augusta, wielkiej piękności. Taki znak przeznaczenia! 

Aleksander również z całą powagą odpowiada, że musi się natychmiast otoczyć swymi ministrami, bo inaczej 
całkowicie ulegnie urokowi swego brata. Tak jest, car tytułuje teraz eks-„uzurpatora” swoim „panem bratem” 

(„Monsieur mon frère”).
Podczas konnej wycieczki Aleksander wskazał jakiś fragment terenu i spytał, jak tu się można bronić, a jak 

należy atakować. Napoleon cierpliwie wytłumaczył „bratu” i na końcu rzekł:
— Jeśli jeszcze raz będę prowadził wojnę z Austrią, dam ci, Wasza Cesarska Mość, pod komendę 

trzydziestotysięczny korpus i pod mymi rozkazami nauczysz się wojowania.
Aleksander poczuł się szczęśliwy — być szefem korpusu u „boga wojny” to olbrzymie wyróżnienie, już wtedy 

głośno mówiono, że „przy Napoleonie Cezar i Aleksander Wielki byliby porucznikami”.
Uwodzili się tak, jak się uwodzi kobiety. Groteskowy był ten bal w zapadłej dziurze nad Niemnem, gdzie dwóch 

koronowanych spryciarzy nawzajem czuliło się do siebie i zamykało się w namiocie, by rżnąć Europę jak połeć 
wieprzowiny.

Czy oczarowali się wzajemnie? Ależ tak, ależ tak. Zerknijmy im przez ramiona, na listy do ukochanych pań. 
Napoleon napisał z Tylży do cesarzowej Józefiny: „Dopiero co poznałem Aleksandra i sprawiło mi to dużą 

przyjemność. Jest to bardzo piękny, dobry i młody monarcha, posiadający więcej przenikliwości niż 
przypuszczano”. Aleksander do siostrzyczki Katarzyny: „Bóg nas uratował. Wychodzimy z tej walki bez ofiar, a 

nawet z pewnym blaskiem. Co powiesz na to wszystko? Spędzam cały czas z Bonapartem, całymi godzinami 
jesteśmy sam na sam. Czyż to nie jakiś sen?”.

A tak naprawdę? Tak naprawdę, to byli oczarowani sobą rzeczywiście, dla obydwu cała feta była dużą frajdą, 
bawili się, grali, puszyli, cieszyli jak dzieci: Europa patrzy, świat patrzy. Czas im płynął jak sen jaki złoty. Ale obaj 

byli też chłodnymi politykami i nie można ich było „kupić” do końca, rozkochać bez reszty, pozbawić rozumu 
jak pensjonarkę. To był poker — pensjonarki nie grają w pokera.

Kochali się i nienawidzili. Tajniki dwoistości ludzkiej duszy. Trudno powiedzieć, który bardziej uległ urokowi 
drugiego i na jak długo, jedno jest pewne — w dzień, poza namiotem, czuli to „coś”, nocą wracało otrzeźwienie, 

w namiocie toczyła się gra bez pieszczot. Poddali się urokowi chwili i to wszystko; któż nie tęskni do takich 
spektakli i wzruszeń. Ale jeśli nawet serca im drgnęły, mózgi zostały zimne i wyrachowane.

Jedni historycy twierdzą, że to Napoleon omotał Aleksandra, inni (takich jest więcej) na odwrót, że to car ogłupił 

background image

Korsykanina, który popełnił w Tylży wielki błąd, ufając jego demonstrowanej ostentacyjnie przyjaźni. Bzdura, 
tego się nie da rozstrzygnąć. W Tylży Aleksander szeptał Prusakom: „Schlebiajcie jego próżności”. Otóż to, czyż 

to nie odpowiedź? Lecz Napoleon nie był idiotą i w pewnym momencie wyrwało mu się do swoich: „Prawdziwy 
Bizantyjczyk, subtelny, zręczny, zakłamany, zajdzie daleko!”. Właśnie, czyż to nie odsłania realiów?

A przecież lubili się na tym wyzłoconym promie, prześcigali się w grzecznościach i mimo wszystko jeden 
drugiego czymś ujmował. Ale to był poker, proszę państwa, poker — w tej grze sympatia do partnera nie jest 

atutem. Obaj mieli swoje cele polityczne i grali po to, by je zrealizować. Napoleon chciał podziału Europy na dwa 
cesarstwa z satelitami, z przewagą zachodniego. A samodzierżca rosyjski? Wyjaśnił to Buturlin: „Car chciał 

zyskać na czasie, potrzebnym do odpo-
wiedniego przygotowania się do walki, która w krótkim czasie miała być wznowiona”. I to już cała prawda. Z 

dwoma obliczami. Dla zrozumienia stanu napięć psychicznych i w ogóle psychiki obu partnerów w Tylży, 
przydałby się potężny traktat — dzieło psychologów, psychoanalityków i filozofów, gdyby tylko można było 

ekshumować i zbadać myśli i uczucia.
Jeśli chodzi o tajniki tylżyckiego pokera politycznego — tych rokowań o procedurze bez precedensu w dziejach 

nowożytnej Europy (sam na sam) — to sprawa byłaby o wiele prostsza, gdyby nie ten właśnie istotny fakt, że gra 
toczyła się w cztery oczy, pod płótnem namiotu, nad mapą będącą blatem stolika.

 

Ja będę pańskim sekretarzem, a pan moim — powiedział Napoleon.

I tak było. „Obracamy się w sferze hipotez” — tak podsumował stan wiedzy o czwartej rundzie znawca 

zagadnienia, Halicz, i nie ma w tym cienia przesady. To, co wiemy, wiemy z kilku listów i kilku 
retrospektywnych wypowiedzi, a i tak dotyczą one tylko końcowych fragmentów rundy. Pierwsze licytacje 

skrywa mrok tajemnicy, którego już nigdy się nie rozproszy. Dlatego zechciej być wyrozumiałym, Czytelniku, w 
stosunku do poniższego, hipotetycznego opisu kilku najważniejszych rozdań. Omówię je na podstawie tych 

nielicznych dostępnych źródeł i spekulacji retroaktywnych wysnutych z dokumentu końcowego.
Rozdanie pruskie, przez wielu uważane za najważniejsze w Tylży. Obydwaj grali Prusami zaciekle do końca, po 

obu stronach stołu karty pruskie były silnymi figurami. Grając Prusami, car grał sojusznikiem, Bonaparte — 
znienawidzonym wrogiem. Nie ukrywał tej nienawiści w rozmowie z Aleksandrem:

 

Podły król, podły naród, podła armia! Mocarstwo, które zawsze wszystkich zdradzało, i które nie zasługuje na 

to, żeby istnieć!

Car przyjął to z uśmiechem, ale nie ustąpił i z początku poprosił, by jednak cokolwiek Prusom zostawić, jakiś 
strzęp istnienia. Potem, gdy w licytacji pojawiły się kolejne układy,

krok za krokiem powiększał to „cokolwiek” i zmiękczając upór Bonapartego wytargowywał coraz więcej.
Obecnego w Tylży króla Prus Bonaparte traktował jak znajdującego się w niełasce lokaja. Podczas pierwszego 

„spotkania olbrzymów” Fryderyk Wilhelm III czekał na brzegu Niemna na wezwanie do namiotu, ale się nie 
doczekał. Napoleon udzielił mu audiencji dopiero następnego dnia (i to wyłącznie ze względu na 

wstawiennictwo swego „brata”), lecz potraktował jak pętaka i zamienił z nim tylko kilka słów na temat... 
noszonego przez Prusaka staroświeckiego munduru huzara:

— Jak dajesz sobie radę z zapięciem tylu guzików?
Przez następne dni „głupi feldfebel” pętał się za dwoma wielkimi jak zmokły kundel, nie dostrzegany, nie 

zaszczycany spojrzeniem „boga wojny”, kompromitujący się przy każdej kolejnej próbie żebraniny. Wówczas 
Aleksander pomyślał, że może uroda królowej Luizy naprawi to, co popsuła głupota i niezręczność Fryderyka, i 

polecił ściągnąć ją natychmiast do Tylży. Był już ostatni dzwonek — królowa przyjechała z Kłajpedy 6 lipca, to 
jest na dobę przed ostatecznym sformułowaniem traktatu, i z miejsca przystąpiła do szturmu.

Tak Rosjanie, jak i ich pruscy sprzymierzeńcy dobrze wiedzieli, że w politycznym pokerze Napoleon jest 
absolutnie nieczuły na wdzięki kobiet, nawet najpiękniejszych, lecz postanowiono mimo wszystko zaryzykować: 

a nuż po raz pierwszy się uda, wreszcie w Tylży obaj czarodzieje nie tylko uwodzą, lecz i są uwodzeni, chodzą w 
jakiejś euforii, może rozluźnił się pancerz? Nauczono Luizę słowo po słowie, co ma mówić, o co prosić w poufnej 

rozmowie z Bonapartem — przede wszystkim o zwrot Magdeburga, a poza tym — o co tylko się da.
Oczekiwała „boga wojny” w swej najwspanialszej toalecie. Napoleon wpadł do jej kwatery prosto z konnej 

przejażdżki, w mundurze strzeleckim, ze szpicrutą w ręku, i zatrzasnął drzwi. Rozmowa trwała piekielnie długo 
i położenie stojącego pod drzwiami Fryderyka Wilhelma stało się tak poniżające (te uśmieszki sztabowców), że 

nie wytrzymał napięcia i wkroczył do komnaty, przerywając tym samym dialog.

 

Gdyby król pruski zapukał do pokoju trochę później — żartował potem Napoleon — być może musiałbym 

mu zostawić Magdeburg.
Ale nie zostawił. Miał niezły wywiad i doskonale wiedział, jakie stosunki łączą cara z królową Luizą, tym 

bardziej, że po zajęciu Berlina w roku 1806 Francuzi znaleźli w sypialni królowej portrecik cara i uperfumowaną 
paczkę bardzo kompromitujących listów. Być może nie zgodziłby się ze zdaniem Mikołaja Michajłowicza, że 

„polityka Aleksandra w tym okresie wytłumaczona być może jedynie jego miłosnym uwielbieniem dla królowej 

background image

Luizy”, lecz widząc, jak zaciekle car walczy o Prusy, zdawał sobie sprawę z tego, że coś w tym musi być. 
Powiedział któregoś dnia:

 

Królowa to niegłupia kobieta, przewyższa swego męża o całe niebo. Nie dziwię się, że nie może go ani 

kochać, ani szanować. Z Aleksandrem łączy ją bliska zażyłość...

Ona zaś przed spotkaniem nienawidziła go z całej duszy, tego „potwora”, „wcielenie złego losu”, tego 
„ohydnego syna rewolucji”. Pruscy historycy twierdzili, że podczas ich intymnej rozmowy Bonaparte 

zachowywał się brutalnie, jak skończony cham. Ciekawe, skąd to wiedzieli, skoro rozmowa odbyła się w cztery 
oczy? I dziwne, bo ona po tym spotkaniu zmieniła zdanie i napisała o „potworze”: „Głowa jego ma piękny 

kształt, a rysy świadczą o wybitnej inteligencji. Przypomina cezara rzymskiego. Kiedy się uśmiecha, w kącikach 
ust pojawia mu się rys dobroci”.

We wspomnieniach obecnego w Tylży francuskiego kapitana Coigneta możemy przeczytać: „Boże, jakaż ona 
piękna, można powiedzieć, że jest to piękna królowa brzydkiego króla, lecz sądzę, iż była ona królem i królową 

zarazem. W trzydziestym roku życia oddałbym chętnie jedno ucho, aby zostać z nią tak długo jak Napoleon”.
Napoleonowi również się spodobała. Napisał do Józefiny: „Zachwycająca kobieta, bardzo dla mnie uprzejma, ale 

możesz nie być zazdrosną...”. Lecz nie wpłynęła na niego. Błagała do ostatniej chwili. Kiedy wychodzili z pokoju, 
spytała jeszcze raz, czemu on nie chce być łaskawym i zyskać tym jej dozgonnej wdzięczności.

 

Niestety, Madame — zadrwił — jestem godny pożałowania, wiem, to wpływ mojej złej gwiazdy.

Kiedy wsiadała do powozu, podał jej z galanterią piękną różę.

 

Przyjmę, Sire — szepnęła, wzdychając zniewalająco — ale choćby z Magdeburgiem.

 

Jej Królewska Mość wybaczy — odrzekł — ale to ja daję. Pani pozostaje tylko przyjmować.

Kiedy zaś znaleźli się razem przy stole biesiadnym i ona wzniosła kielich z winem, mówiąc:

 

Za zdrowie Napoleona Wielkiego! Zabrał nam nasze królestwo, a teraz zwraca!

— on pysznie wykastrował ten szantażyk:

 

Niech pani nie wypije wszystkiego!

Potem wyraził opinię, że zagrała jak najlepsza aktorka Europy i dlatego tylko nie unicestwił zupełnie Prus. Oczy-
wiście nie dlatego. Należy zresztą pamiętać, że ze sprawą Prus ściśle łączyła się sprawa Polski, a konkretnie ziem 

polskich zaboru pruskiego. Grając Prusami, nie można było nie grać równocześnie Polską, przy czym w tym 
przypadku sytuacja była odwrotna — Napoleon grał sojusznikiem, Aleksander zaś wrogiem.

Polskie rozdanie w Tylży było nie mniej interesujące, a może nawet bardziej, bo z dwoma pięknymi blefami 
(jeszcze raz przypominam, że „obracamy się w sferze hipotez”). Najpierw Bonaparte zaproponował Polskę... 

carowi! Aleksander jednak był już zbyt wytrawnym pokerzystą, by nie wyczuć, że to blef, i nie dał się wciągnąć 
w pułapkę — odmówił kategorycznie. Wiedział już przedtem od swego wywiadu, że Napoleon zamierza 

dotrzymać słowa danego Polakom i odbudować ich niepodległość, co znalazło potwierdzenie w propozycji 
francuskiej. Według tej koncepcji Polska nie miała być nowym zaborem, lecz samodzielnym królestwem pod 

berłem cara. W zamian zażądał Napoleon oderwania od Prus Pomorza, Brandenburgii i Śląska, które zostałyby 
oddane Hieronimowi. Zgoda na taki układ oznaczałaby przesunięcie granic Francji daleko na wschód od Odry, 

niebezpiecznie daleko. Aleksander zrozumiał, że gdyby przyjął taką Polskę,
z jej suwerennością pilnowaną z dwóch stron przez napoleońskiego brata, to już na „wsiu żyzń” byłby związany 

z Francją, a poróżniony z Austrią i Prusami, swymi tradycyjnymi sojusznikami. Głęboko w zakamarkach mózgu 
czaiła mu się przyszła nowa wojna z „panem bratem”, bo nie zamierzał się dzielić tytułem arbitra Europy, 

zwłaszcza, że przy tym podziale dostawał mniejszą część. W nowej wojnie Austria i Prusy będą mu nieodzowne, 
nie pozwoli się złapać na ten diabelski haczyk — Polski pod jego berłem. Byłaby to tylko pozornie jego Polska, z 

wojskami gotowymi w każdej chwili stanąć po stronie Francji.
Natychmiast więc zademonstrował Napoleonowi swoją pokerową maestrię równie pięknym blefem. 

Zaproponował mianowicie, by Polskę wzięli Francuzi, konkretnie Hieronim Bonaparte, którego ożeni się z 
infantką saską. W zamian odbudowane zostaną potężne Prusy. Tym razem Korsykanin wykazał czujność i 

odmówił (4 lipca) w dość ostrej formie, argumentując, że taka francuska Polska byłaby stałym zarzewiem 
konfliktów między nimi.

Obie powyższe propozycje były przez naszych bohaterów traktowane w sposób „warunkowy”, jak to 
podkreślają badacze problemu. Było to zwykłe pokerowe sondowanie i mamienie przeciwnika.

W rezultacie zgodzili się na kompromis: na Polskę utworzoną z byłych Prus Południowych i Nowo-Wschodnich, 
pod berłem Fryderyka Augusta saskiego, co notabene było całkowicie zgodne z artykułem VII Konstytucji 3 

maja, który mówił, że po zgonie Stanisława Augusta Poniatowskiego „dynastya przyszłych królów polskich 
zacznie się na osobie Fryderyka Augusta, dzisiejszego elektora saskiego”. Berlin zaś otrzymał swoje Prusy 

Królewskie (Zachodnie), Pomorze, Brandenburgię i Śląsk, ale z wytyczonymi wzdłuż granic drogami 
wojskowymi dla armii francuskiej.

Najbardziej omamił Napoleon Aleksandra w rozdaniu tureckim, obiecując mu podział płowiejącego już 

background image

imperium otomańskiego, ale „w przyszłości”. Wiedział, że jest to wielkie marzenie cara i dlatego podsycał jego 
chętkę na rozdrapanie Porty („Konstantynopol to panowanie nad światem, to klucz

do uniwersalnej potęgi!”), tak jak podnieca się dziecko: jak będziesz grzeczny, to zobaczymy. Podczas obiadu, 
siedząc obok królowej Luizy i mając za plecami przybocznego mameluka, Rustama, zażartował:

 

Czemuż to Wasza Królewska Mość nosi turban? Chyba nie po to, by przypodobać się carowi Aleksandrowi, 

który właśnie toczy wojnę z Turcją?

 

Nie, chcę zdobyć względy mameluka Waszej Cesarskiej Mości — odparowała zgrabnie.

Pod koniec rokowań Aleksandra nic już nie interesowało tak silnie, jak stanowcze rozwiązanie kwestii tureckiej. 

Naciskał na to. Nie mogę jednak powiedzieć, że naciskał energicznie, Aleksander bowiem niczego w swym życiu 
nie robił energicznie. Owszem, dyskutowali na ten i inne tematy całymi godzinami, omawiali takie drobiazgi, 

jakie zwykle zostawia się zastępcom ministrów i sekretarzom, targowali się o każdy kilometr kwadratowy, każdą 
europejską wieś i skrawek wybrzeża, ale w końcu zawsze stawało na zdaniu Napoleona, gdyż bez dwóch zdań 

to on był silniejszy i sprawniejszy w robieniu mieczem. Komentując Tylżę, mógłby zadrwić słowami Churchilla: 
„Wszystko, czego żądałem, to podporządkowanie się moim życzeniom po rozsądnej dyskusji”.

Była to dla Aleksandra nie najlepsza gra, ale robił do niej dobrą minę licząc, że nie jest to gra ostatnia.
W ciągu kilkunastu dni tej rundy miało miejsce wiele rozdań. Grano mnóstwem sojuszników i wrogów, rzecz 

normalna — w każdej talii jest kilkadziesiąt kart. Na stół wskakiwały: Bałkany, Hiszpania, Szwecja, Dania, 
Finlandia, Holandia, Portugalia, Malta, Gibraltar, Sund, Dardanele, państewka niemieckie, porty włoskie i 

hanzeatyckie i nawet Przylądek Dobrej Nadziei. Nie sposób wyliczyć wszystkich tych figur, a tym bardziej 
omówić rozdań i przebić.

Podpisane w dniach 7 i 9 lipca 1807 roku traktaty tylżyckie przywracały królestwo pruskie w granicach sprzed 
1740 roku, to jest okrojone o połowę, a i tak z wyraźnym zaznaczeniem Napoleona (w artykule IV), że Prusy nie 

zostały przezeń starte z powierzchni ziemi tylko i wyłącznie „przez szacunek, jaki żywi dla cesarza 
Wszechrosji”. Francja zagar-

nęła wszystkie prowincje pruskie leżące na lewym brzegu Łaby, Rosja — okręg białostocki i Kłajpedę. Gdańsk 
został uznany miastem wolnym, lecz z załogą francuską. Car musiał uznać utworzoną przez Bonapartego 

Konfederację Reńską i tytuły królewskie trzech braci Napoleona: Hieronima (w Westfalii), Ludwika (w Holandii) 
i Józefa (w Neapolu), a także przyłączyć się do antybrytyjskiej blokady kontynentalnej, ogłoszonej przez 

Napoleona w Berlinie w roku 1806. W traktacie tajnym znalazły się postanowienia zezwalające Francji na 
ingerencję w północnej Afryce (Tunis i Algier). Poza tym, jeśliby Prusy nie wypłaciły w terminie Paryżowi 

osiemdziesięciu milionów franków kontrybucji wojennej — Francja miała prawo zająć całe ich terytorium.
O wolnej Polsce była mowa w artykule V, lecz na żądanie cara bez użycia słów Polska i Polacy. Nowe państwo 

zostało nazwane Księstwem Warszawskim, co rozgoryczyło Polaków. Słusznie zauważył jednak Marian Kukieł, 
że Napoleon nie mógł iść tym razem za daleko, toczył bowiem zaciętą grę i dbając w niej o interesy Francji (był w 

końcu Francuzem, nie Polakiem), musiał w pewnych sprawach wykazywać powściągliwość. Uważał, że nazwy 
są mniej ważne od realiów. W artykule V traktatu tylżyckiego „forma poświęcona została treści”.* Swoją 

debiutancką powieść zakończyłem dialogiem dwóch braci — głównych bohaterów:

 

„Na litość Boga, człowieku! Cóż znaczą nazwy, cóż wolałbyś? Księstwo wolne i niepodległe, jakie mamy, czy 

Polskę Polską zwaną z pozorami wolności jeno?
Milczenie ciężkie i pochmurne wbiło się między nich, aż po długiej chwili Karśnicki wydusił z siebie:

 

Księstwo, księstwo, Dominiku”.**

„Forma poświęcona została treści”. Ale ta treść też się Polakom nie podobała. Nie podobało się im zbyt szczupłe 

terytorium restytuowanej ojczyzny (sto cztery tysiące kilometrów kwadratowych), stanowiące tylko ułamek 
Polski

Choć nie całkowicie — armia Księstwa zwala się Wojskiem Polskim, zachowała narodowe barwy i białego orla.

** Waldemar Łysiak — „Kolebka”.

przedrozbiorowej. Zapomnieli, że sami, mimo krwawych wysiłków, nie byli w stanie przywrócić niepodległości 
Polski i że uczynił to dopiero Napoleon; zapomnieli więc o starym polskim przysłowiu: „Darowanemu koniowi 

nie zagląda się w zęby”. Znając polski charakter narodowy można postawić dolary przeciw orzechom, że gdyby 
Bonaparte utworzył Polskę od Bałtyku po Morze Czarne, również mieliby mu za złe. Że nie przyłączył 

Madagaskaru, schedy po Beniowskim.
Warszawska Aukcja Antykwarska Anno Domini 1976. Kiedy podczas antraktu wspominam, że wkrótce wyjdzie 

moja książka o czasach napoleońskich, jeden z moich rozmówców-bibliofilów, człowiek inteligentny, strzela 
natychmiast z biodra:

 

Napoleon był szują!

 

Dlaczego pan tak mówi?

 

Oszukiwał Polaków!

Drugi rozmówca, też inteligentny, bez wahania potwierdza to. Towarzysz z wycieczki do dalekiej Azji, 

background image

pracownik wyższej uczelni w Gliwicach, używa tych samych słów. Używa ich co drugi Polak. Słyszy się to 
nieustannie.

Chryste Panie, miej litość, bo nie wiedzą, co mówią! U naszych licealistów można to jeszcze zrozumieć — bywają 
„pedagodzy” porównujący Napoleona z Hitlerem (!) — ale skąd ta nienawiść u ludzi dorosłych, cóż to jest? 

Powszechna w Polsce znajomość historii w kategoriach: „Za króla Olbrachta wyginęła szlachta”, a jeśli głębsza, 
to z tendencyjnych artykułów i prac naukowych. I do tego to imię. Inne: Aleksander, Cezar, Waszyngton, 

Hannibal, Ludwik XIV, Iwan Groźny, Karol Wielki — nie wywołują żadnych wzruszeń ani skojarzeń. Napoleon 
— tego się ślepo wielbi lub (o wiele częściej) ślepo nienawidzi, w obu przypadkach bezsensownie. Jeśli się 

nienawidzi, to głównie za to, że nie poświęcił całego życia Lechistanowi w podzięce za ciepłe serduszko z 
przyległościami Walewskiej. W odpowiedzi na ankietę ogłoszoną przez „Mówią Wieki” napisałem m. in.: „Warto 

przypomnieć polskim krytykom Napoleona, iż sentymentem i z sercem na dłoni można rządzić we własnym M-
3 (i to nie zawsze), ale nie państwami” (nr 8—1969).

Napoleon bez ogródek oznajmiał: „Ja Francji i jej interesom winienem się całkowicie poświęcić” (list do Caulain-
courta z roku 1811 w kwestii carskich roszczeń wobec Księstwa Warszawskiego); jego działanie na rzecz Polski 

było pragmatyczne, podyktowane interesem Francji i całej tej Europy, o której zjednoczeniu pod francuskim 
przywództwem Bonaparte wciąż marzył. Stąd jego głośna wypowiedź: „Bez odbudowania Polski Europa z tej 

strony pozostaje bez granic”, i druga, w której nazywa Polskę „kluczem sklepienia Europy”. Jeśli chodzi o efekt 
Tylży, o Księstwo Warszawskie, to — jak zaświadcza w swych wspomnieniach cesarski adiutant, Józef 

Grabowski — Napoleon z całą szczerością oznajmił narzekającemu Polakowi, prezesowi Rady Ministrów 
Księstwa Warszawskiego, Stanisławowi Małachowskiemu:

— Drogi hrabio, grałem w „dwadzieścia jeden”. Dobrałem dwadzieścia i zatrzymałem się na tym.
Z pozoru trąci to cynizmem, ale w żadnym razie nie był to cynizm — było to pyszne jako metafora i bardzo celne 

określenie sytuacji przy stole gry. Każdy, kto zna grę w „21” (zapożyczoną przez Polaków od Francuzów i wciąż 
u nas popularną), wie, iż dobranie dwudziestki to sytuacja prawie optymalna, dalej nie można dobierać kart, 

gdyż idąc na takie ryzyko ma się ponad 90-procentowe prawdopodobieństwo „skrewienia” czyli przegrania. I 
tak było na tylżyckim promie. W istniejącej sytuacji Bonaparte nie mógł zaryzykować próby powiększenia 

Księstwa, gdyż to wywołałoby sprzeciw Rosji i przede wszystkim Austrii z jej nietkniętą, a głodną boju armią, co 
przy zmęczeniu wojsk napoleońskich było wówczas nader niebezpieczne — cały układ, cały oczekiwany pokój 

mógłby się zawalić (precyzyjnie wytłumaczył to francuski dyplomata Bignon, poseł Napoleona w Księstwie, w 
VI tomie swej „Histoire de France, depuis le 18 Brumaire jusqu’a la Paix de Tilsitt”, Paris 1830).

Lecz chociaż sentyment wyrzuciliśmy już na śmietnik, bo w grach politycznych tam jest jego miejsce, w 
przypadku Napoleona (jest to jeden z nielicznych tego rodzaju przypadków, jakie znam z historii) — i sentyment 

grał tu rolę! Wielokrotnie, przynajmniej kilkanaście razy, cesarz powta-
rzał, na piśmie i „na gębę”, że sprawa odbudowania Polski jest dlań nie tylko kwestią polityczną, planowaną i 

realizowaną od strony użyteczności francuskiej i paneuropejskiej, lecz i s p r a w ą  h o n o r u !  Kilka z tych 
wypowiedzi zacytuję jeszcze w tej książce.

Inni tego nie cytują — czemu? Na tym, na takiej osobliwej selektywności w wyborze źródeł, ma polegać 
uczciwość dziejopisa? Owa selektywność jest najzwyklejszym fałszowaniem tematu, jest kłamstwem; panowie 

historycy tak dewocyjnie kłamią (przed jakim to ołtarzem? warto spytać), jakby prawda była grzechem 
śmiertelnym. Cytuje się różne, sprytnie okrojone, wypowiedzi Napoleona, dając im, w sposób skończenie 

tendencyjny, antypolską interpretację. Dlaczego nie cytuje się takich jego wypowiedzi (a było ich, co już powie-
działem, sporo) jak ta, z czasów kiedy był Konsulem:

— Stara Francja opluła się i zhańbiła, przypatrując się z podłą bezczynnością zagładzie takiego królestwa, jak 
Polska. Polacy byli zawsze przyjaciółmi Francji i ja biorę na siebie obowiązek ich pomszczenia. Dopóki Polska nie 

zostanie odbudowana w swych starych granicach („sur ses anciennes bases”), w swej całości, nie będzie trwałego 
pokoju w Europie. Cierpliwości!... Jeśli pożyję jeszcze ze dwadzieścia lat, zmuszę Rosję, Prusy i Austrię do 

zwrócenia Polsce zagrabionych ziem. Polityka tych trzech krajów wobec Polski jest ohydna, haniebna, podła!
To zdanie przytoczył (w tomie IX swych pamiętników, wydanym w Paryżu w roku 1829) człowiek, który nie 

miał żadnych powodów brązowić Napoleona — były sekretarz osobisty Bonapartego, wyrzucony z dworu, 
Bourrienne. Człowiek ten w końcu związał się z Burbonami przeciw cesarzowi, można więc kwestionować 

wszystko, co napisał przeciw zdradzonemu panu, ale nie to, co przytoczył o nim dobrego. Otóż Bourrienne 
stwierdził m. in., że Napoleon zawsze traktował Polskę „sentymentalnie” i dodał: „Wciąż miał na sercu 

pomszczenie rozbiorów Polski, ja sam odbyłem z nim co najmniej dwadzieścia rozmów na ten temat”!
I cesarz to zrobił, pomścił nas, przywrócił Polskę do życia. W podzięce wciąż się słyszy: „Napoleon oszukiwał 

Polaków!”.
Skąd się to bierze? Już ze szkoły, jak mówiłem. Dziecko wkuwa, bo „pan” lub „pani” zadała, taki na przykład 

tekst (w podręczniku H. Katza „Historia powszechna 1789—1870”): „Gdy do kwatery Napoleona w Tylży 

background image

przybył wysłannik cara, generał Łobanow-Rostowski, by wszcząć układy, Napoleon rozłożywszy mapę wskazał 
na Wisłę i powiedział: «Oto granica dwóch imperiów; po jednej stronie ma panować pański monarcha, po 

drugiej ja. Wypowiedź ta oznaczała m. in. również to, że dla Napoleona ważniejsze było porozumienie z carem, 
niż wszelka idea wskrzeszenia państwa polskiego”.

Nie można napisać prawdy o układzie Ribbentrop—Mołotow, ale z rozkoszą pisze się kłamstwo o czymś 
podobnym, żeby dokopać człowiekowi Zachodu, Francuzowi-imperialiście. Nauczyciele nie są tu winni, oni 

zwyczajnie „realizują” podręcznik. Autor podręcznika też nie ponosi winy — on tylko przepisał to, co wyczytał 
u „poważnych historyków”. Przepisał dogmat. I uczniak już zapamiętał: „wszelka idea wskrzeszenia państwa 

polskiego” była obca temu wrogowi klasowemu, żabojadowi w cesarskiej koronie. Jeśli uczniak kiedyś weźmie 
do ręki „Cesarski poker”, to się tego idiotyzmu oduczy, bo znajdzie tam dowód na to, iż rzekome cesarskie słowa 

znad mapy są ordynarnym fałszem, apokryfem rosyjskiego hagiografa Dymitra Bantysz-Kamieńskiego; lecz ilu 
uczniaków przeczyta moją książkę i wydorośleje? Reszta dalej będzie klepać to, czym go manipulują „poważni 

historycy”, i bredzić, że „Napoleon oszukiwał Polaków”.
Lecz zostawmy słowa; temu, że „Napoleon oszukiwał Polaków”, przeczą dokonane fakty — fakty historyczne. 

Bonaparte spełnił swe zapowiedzi i dotrzymał obietnic, czynem przekreślając dzieło rozbiorów: unicestwił stan 
stworzony przez zaborców w roku 1795 i nigdy Polski nikomu nie sprzedał. W 1807 roku wskrzesił ją pod 

postacią Księstwa Warszawskiego, w roku 1809 nieomal podwoił jej zasięg terytorialny, a w roku 1812 jednym z 
celów nowej wojny była odbudowa Królestwa Polskiego w jeszcze większych granicach. Przedstawiciel Rosji na 

Świętej Helenie, Szkot z pochodzenia, hrabia Balmain, przytacza („Pamiętniki”) wypowiedź
Bonapartego w rozmowie z admirałem Malcolmem: „Jedynym moim celem wojowania z Rosją było 

odbudowanie Królestwa Polskiego”. Jeśli nawet nie jedynym, to zgódźmy się, że głównym.
Tu wielu zawrzaśnie: hola!, toż to (ta ostatnia sprawa z 1812) nie fakt, tylko właśnie słowa, gadanie już po 

wszystkim! Spójrzmy więc na to, co było przed wszystkim, przed wojną 1812 roku. Napoleońska odezwa do 
armii, inicjująca tę kampanię, zaczynała się od słów: „Żołnierze! Druga wojna polska jest rozpoczęta!”, co 

znaczyło: druga wojna o Polskę. W tajnym układzie sojuszniczym Napoleona z Austrią, zawartym przed 
rozpoczęciem działań (14 marca 1812), artykuł V mówił, że „jeśli wojna przeciw Rosji zostanie wygrana, 

Królestwo Polskie będzie odbudowane”. W tym samym artykule cesarz, jako wynagrodzenie za pomoc ze strony 
Austrii, gwarantował Wiedniowi, że przy odbudowywaniu państwa polskiego Galicja pozostanie austriacka. 

Lecz już następny artykuł (VI) wykładał możliwość inną, możliwość zamiany: jeśli część Galicji (dalsza część 
Galicji, bo pierwsza część była już polską od roku 1809) wejdzie jednak w skład odbudowywanej Polski, to 

Austria w zamian dostanie prowincje iliryjskie.
Według zapewnień Napoleona, odtworzone przezeń Królestwo Polskie miało objąć Litwę, Podole, Ukrainę i 

dużą część Galicji. Jednakże nigdy w dobie napoleońskiej nie pojawiła się szansa, by odtworzyć 
supermocarstwową Polskę z okresu największego, jagiellońskiego rozkwitu, „sur ses anciennes bases”. Dlaczego 

— to celnie wytłumaczył Bourrienne:
„Chcę zakończyć moje refleksje na temat spraw polskich krótką uwagą tłumaczącą Napoleona, wydaje mi się to 

ważne. Polska, jako się rzekło, została podzielona przez trzy potęgi: Rosję, Austrię i Prusy. Napoleon walczył z 
każdym z tych mocarstw, lecz nigdy z trzema jednocześnie. W roku 1805 bił się z Austrią i Rosją, lecz Prusy 

zachowały neutralność. W 1806 wojował przeciw Prusom i Rosji, lecz Austria była neutralna. W 1809 bił Austrię, 
przy Prusach neutralnych i z Rosją jako sprzymierzeńcem. W 1812 toczył wojnę z Rosją,

lecz przy pomocy Austrii i Prus. Tak więc nigdy nie miał możliwości zrealizowania swego planu, to jest 
wyegzekwowania wszystkich ziem polskich, które uległy zaborom. Nie był to problem braku chęci, tylko braku, 

możliwości ze względu na sytuację międzynarodową”.
Krótko mówiąc: w tej skomplikowanej sytuacji politycznej cesarz, wskrzeszając Polskę, zrobił, co mógł. Polacy 

płacą mu dziś za to warczeniem: „Napoleon oszukiwał Polaków!”. A może na odwrót, drodzy państwo? 
Przypomnijmy sobie, jakie to z nas były herosy, jacy patrioci rwący wędzidła, żeby lecieć do boju, i gotowi za 

ojczyznę umierać, byle tylko ją oswobodzić:
Rok 1806. Polski nie ma na mapie Europy od kilkunastu już lat; Polacy sami nie potrafili zrzucić kajdan 

(Powstanie Kościuszkowskie), więc teraz cierpią jarzmo i modlą się

cud. I oto cud następuje: z zachodu zbliża się Francuz, który kiedyś obiecał Polakom, że ich pomści i wyzwoli. 

Francuz bije jednych zaborców (Prusaków) i szykuje się do lania następnych (Rosjan), a jednocześnie wzywa 
Polaków (w zdobytym Berlinie), aby pomogli sobie pomagając jemu: niech w Polsce wybuchnie ogólnonarodowa 

insurekcja, która pozwoli Francuzom szybciej uporać się z zaborcami. „Polacy! Od was więc zawisło istnieć i 
mieć ojczyznę, wasz zemściciel, wasz stworzą się zjawił! (...) Przynoście mu wasze serca

odwagę wrodzoną Polakom. Powstańcie i przekonajcie go, iż gotowi jesteście i krew toczyć na odzyskanie 

ojczyzny. Wie, iż jesteście rozbrojeni. Broń i oręż z rąk jego otrzymacie...”. Te słowa rozplakatowano. Podobnymi 

zaklinał Napoleon Sarmatów w rozmowach bezpośrednich:

background image

— Bądźcie godnymi ojców waszych, którzy rozkazywali dworowi brandenburskiemu, nadawali carów Moskwie, 
oswobodzili Wiedeń i uwolnili całe chrześcijaństwo! Bądźcie podobni pradziadom waszym, o których 

bohaterstwie tyle świadectw dają dzieje świata! (...) Chcę waszemu narodowi przywrócić istnienie polityczne, ale 
korzystając z danej wam sposobności okażcie się godnymi moich zamysłów. Jeżeli w żyłach waszych płynie 

jeszcze krew dawnych, mężnych Polaków, wszyscy chwyćcie za broń! Niechaj hasłem waszym
będzie: Wolność lub Śmierć! Dzisiaj los wasz w waszym jest ręku, ja czekam, byście mnie przekonali o odwadze 

waszej. Muszę ujrzeć skutki waszego zapału nie w słowach i nie w oświadczeniach zawarte... I tak dalej, i temu 
podobne.

I co? I nic. Wszystkie apele nawołujące do powstania zawodzą, przysłowiowy „groch o ścianę”. Polska nie 
drgnęła. Polacy — jak złośliwie i celnie skonstatował Norwid — „czekają, aż Francuzi przyjdą zrobić im 

Ojczyznę”. Mizerna ruchawka w Wielkopolsce została przez Dąbrowskiego i Wybickiego wzniecona wówczas, 
kiedy już nie było tam prawie z kim walczyć, bo Prusak uciekał przed wkraczającymi Francuzami w panicznym 

strachu.
Co potem? Potem Napoleon stworzył „un ridicule Duché de Varsovie” (śmieszne Księstwo Warszawskie), jak 

drwili niektórzy Polacy, niezadowoleni ze „zrobionej” im przez przybysza Ojczyzny — ci sami, którym przez 
myśl by nie przeszło, żeby mu w tym pomóc, żeby walczyć. I znowu czekanie na kolejne cuda. Cud największy, 

wskrzeszenie wielkiego Królestwa Polskiego, miał się stać w roku 1812, po pobiciu Rosji. Cesarz oczekiwał, że 
Polacy staną do tego, najważniejszego dla nich boju, „jak jeden mąż”. Stanęli w liczbie kilkudziesięciu tysięcy 

regularnych żołnierzy (ze wszystkimi późniejszymi uzupełnieniami prawie 100 tysięcy) z Księstwa 
Warszawskiego. Tylko z Księstwa, choć Bonaparte nawoływał, by „wszyscy Polacy, jak ich jest 16 milionów, 

wsiedli na koń”. Był to zwrot retoryczny, lecz cesarz oczekiwał dużo więcej, oczekiwał, że w każdym Polaku, 
wobec takiej okazji wskrzeszenia ich mocarstwowego bytu, obudzi się lew. Zawiódł się bardzo — Polacy z ziem 

polskich pod panowaniem pruskim, austriackim i rosyjskim nie ruszyli się. Szczególnie przykre było to na 
Litwie, gdzie nie wybuchła pożądana insurekcja, a potem napływ do wojsk francusko-polskich idących na 

Moskwę okazał się znikomy. Tylko w „Panu Tadeuszu” wygląda to krzepiąco; cytowana złośliwość Norwida 
była wymierzona właśnie w „Pana Tadeusza”, w ów prześliczny poemat, który jest lustrem uroczego stylu życia 

polskiej szlachty, potrafiącej cudownie pić, bawić się
i rozprawiać o wolności, którą... ktoś przyniesie na półmisku.

Nawet Wacław Gąsiorowski, jako historyk i jako powieściopisarz nieprzychylny Napoleonowi, propagujący 
sądy o cesarzu krzywdzące i niesprawiedliwe, musiał przyznać (w przypisie do wydanych przezeń pamiętników 

Grabowskiego):
„Polacy w owym czasie politykowali na cztery strony (francuską, rosyjską, pruską i austriacką — przyp. W. Ł.), a 

za Napoleonem, krom Księstwa Warszawskiego, nie szli. Mogliby czterokroć liczniejszą armię wystawić, 
mogliby byli zaważyć naprawdę, woleli czterem państwom naraz służyć. Stąd nie powinni żywić pretensji do 

Napoleona (...) bo naród spał”.
„Mogliby zaważyć...”. Tak, Polacy mogliby wówczas spełnić oczekiwania swego największego przyjaciela, 

pomóc jemu i sobie, przeważyć szalę wojny 1812 roku i sprawić, że mapa Europy oraz podręczniki historii w 
szkołach wyglądałyby dziś zupełnie inaczej. Ale nie zrobili tego, bo „naród spał”. Klęska Polski była 

jednocześnie klęską napoleońskiej Francji i samego Napoleona, który się na Polakach zawiódł. No więc kto kogo 
oszukał? Napoleon Polaków, czy odwrotnie? Zawsze dobrze jest znać fakty, czyli prawdę, bo to chroni człowieka 

przed biciem się w cudzą pierś za własne grzechy, proszę szanownych rodaków!
Wielki Polak i wielki historyk, Szymon Askenazy, przed którym klęczeć winni i czołem bić ujadacze, zamiast 

pluć swą ignorancją ze stron kłamliwych książek i z łamów kłamliwych artykułów, tak rzekł o Napoleonie 
podczas odczytu na publicznym posiedzeniu Akademii Umiejętności w dniu 23 maja 1912 roku:

— Chciał Polski, zapewne nie przez czułość dobroczyńcy — uchowaj Boże narody słabe od miłosierdzia 
potężnych — lecz przez wysoką rację stanu Europejczyka, w przeświadczeniu, że „bez odbudowania tego 

królestwa Europa z tej strony pozostaje bez granic”, że nieodzowna przywrócić ten „klucz sklepienia” domu 
europejskiego dla dobra i bezpieczeństwa mieszkańców tego domu. Tej prawdzie on po wsze czasy

oddał świadectwo, nie czczym słowem, lecz czynem ogromnym.
To tyle, panowie od „Napoleon oszukiwał Polaków!” *.

Historycy do dzisiaj kłócą się o to, kto wygrał czwartą, tylżycką rundę cesarskiego pokera. Przykładowo Roger 
Peyre: „Faktem jest, że traktat w Tylży był korzystny tylko dla cesarza Aleksandra, który zawierał umowę jako 

zwyciężony, a w efekcie mógł odtąd swobodnie działać na Bałtyku i u ujścia Dunaju. Dla Francji traktat był 
najzupełniej niekorzystny”. Natomiast Eugeniusz Tarle nazwał traktat tylżycki „poniżającym” dla cara.

Trzeba niewątpliwie przyznać słuszność w ocenie historykowi radzieckiemu. Błędem Napoleona była wspaniało-
myślność wobec Prus (złamał w ten sposób przyrzeczenie dane armii w 1805 roku: „Wspaniałomyślność nie 

będzie więcej przeszkadzać naszej polityce”) — zapłaci za to drogo w kilka lat później. Prawdą jest też, że 

background image

pokonany w wojnie Aleksander uzyskał w następstwie zdobycze terytorialne. Podstawowa jednak prawda 
wyglądała tak, że Napoleon uzyskał w Tylży panowanie nad prawie całą Europą (co najmniej dwie trzecie 

terytorium kontynentu), prawo do ekspansji poza nią i wpędził Rosję w najróżniejsze konflikty dyplomatyczne, 
nie mówiąc już o tym, że zmusił ją do zamknięcia portów handlowi brytyjskiemu (Blokada Kontynentalna), co 

rujnowało ją gospodarczo. Z całą pewnością — czwartą rundę cesarskiego pokera Bonaparte rozstrzygnął na 
swoją korzyść.

Pożegnali się pocałunkiem w obecności wiwatującego

W recenzji „Cesarskiego pokera”, sporządzonej dla pierwszego wydawcy, doc. dr hab. Jerzy Łojek podkreślił: „Najwyżej oceniam zdecydowaną 

postawę Autora przy analizie i ocenie polityki Napoleona wobec Polski. P. Łysiak ma całkowitą rację podejmując zdecydowaną polemikę z naiwnymi wrogami 
Napoleona w naszym kraju i wykazując, iż ówcześnie nie było dla sprawy polskiej żadnej innej szansy, a Napoleon zrobił w końcu dla Polski więcej, niż 
jakikolwiek inny mąż stanu Europy i świata w ciągu ostatnich trzech stuleci, po dzień dzisiejszy. Było i jest nadal na ten temat wiele nieporozumień, nie tylko w 
publicystyce historycznej, lecz nawet w historiografii naukowej (...) Gdyby nie Napoleon i Księstwo Warszawskie, przez cały XIX wiek obowiązywałaby konwencja 
rosyjsko-prusko-austriacka z 15/26 stycznia 1797 roku o wytarciu na zawsze imienia Polski z jakichkolwiek aktów publicznych i prawno-państwowych”.

wojska. Była to bardzo przyjemna w swych zewnętrznych przejawach gra — o tym już pisałem (Tarle: 

„Napoleon zachowywał się tak poprawnie, by pigułka, którą miał przełknąć Aleksander, okazała się mniej 
gorzka, niż myślał”). Lecz po obu stronach stolika dobrze było wiadomo „co jest grane”. Złoty prom miał być 

pomostem pokoju między dwoma narodami, symbolem końca pokera, a stał się tylko parawanem gry. Był to 
więc w najlepszym razie prom pozłacany, i to cienko. Nie wszystko złoto, co się świeci.

Podobnie będzie za rok w Erfurcie, przy kolejnym „spotkaniu olbrzymów”. Obaj „panowie bracia” świadomie 
lub podświadomie przeczuwali, że nadejdzie jeszcze czas ponownego wzięcia się za łby — w Europie było 

miejsce tylko dla jednej wyroczni. Jak symbol i jak zapowiedź tego, a zarazem jak groźne memento zabrzmiała 
scena, która przeszła do historii i do legendy. Pewnego dnia Bonaparte i Aleksander, trzymając się pod ręce, 

przechodzili obok starego francuskiego grenadiera, który sprezentował broń. Napoleon zatrzymał się.

 

Co sądzisz, Wasza Cesarska Mość — powiedział wskazując wielką bliznę biegnącą od czoła do połowy twarzy 

żołnierza — o ludziach, którzy żyją mimo takich ran?
Car był biegły w języku i zrykoszetował równie piękną aluzją:

 

A co ty sądzisz, Wasza Cesarska Mość, o żołnierzach, którzy takie rany zadają?

Zapanowała chwila ciszy, rozsadzanej ciężkimi oddechami dworaków. Grenadier nawet nie drgnął; zadrżeli 

wszyscy obecni, gdy w tej ciszy rozległa się nagle jego posępna odpowiedź:

 

Ci już nie żyją!

5     

RUNDA

Runda szpiegów i swawolnych dam

(Co rozdanie to blef)

W ZATRUTYM OGRODZIE AMORA

Czwarta runda cesarskiego pokera była ostatnią, którą „bóg wojny” wygrał. Piąta, kontrolowana przez Amora — 
przedostatnią z tych, których nie przegrał. Ta piąta, w której figurami byli szpiedzy w spodniach i w sukienkach, 

nakładała się na wszystkie poprzednie i wszystkie późniejsze, będąc właściwie rundą dodatkową, najdłuższą, bo 
trwającą przez cały czas, do początku do końca cesarskiego pokera.

Szpiedzy, którzy działali na rzecz Rosji przeciw Bonapartemu, byli to ludzie bardzo pracowici i nie zadowalali 
się jednym etatem. Najczęściej byli symultanicznie agentami Wiednia i Petersburga, Berlina i Petersburga lub 

Londynu i Petersburga, bądź nawet wszystkich tych czterech stolic naraz. Wszelako wrodzona skromność nie 
pozwalała im informować chlebodawców, że siedzą na kilku stołkach jednocześnie, to jest, że sprzedają swe 

odkrycia kilku wywiadom.
Takim właśnie pracowitym asem był podwójny agent (Londynu i Petersburga), William Barré, Anglik z 

wychodźców hugonockich, który służył w marynarce rosyjskiej. Po dziesięciu latach tej służby dostał się do 
posła francuskiego w Kopenhadze, Grouvella, i został przez niego posłany w roku 1795 z tajną misją do 

Warszawy. W dwa lata później wywiadowi rosyjskiemu udało się wkręcić Barrégo (co prawda na krótko) na 
stanowisko „secrétaire particulier” przy boku... wojującego w Italii Napoleona! Ale to było jeszcze za cara Pawła.

Za Aleksandra szpiedzy rosyjscy pracujący przeciw Francji rekrutowali się głównie z kręgów francuskiej 
emigracji, to jest z rojalistów, zwolenników wypędzonego przez Rewolucję hrabiego Prowansji Ludwika de 

Bourbon, który nie uznawał Bonapartego i mienił się królem Francji, Ludwikiem XVIII. Klasycznym przykładem 
był hrabia Vernégues, pracujący na terenie Rzymu. Ale przykładem najbardziej dramatycznym, zaskakującym i 

wprost legendarnym był hrabia d’Antraigues, pracujący na rzecz Wiednia (dorywczo) i Petersburga (etatowo), a 
później także Londynu. Zaskakujące było to, z jaką łatwością udało się temu człowiekowi skaptować do współ-

pracy wybitne osobistości z bezpośredniego otoczenia Napoleona.

background image

Ludwik Emanuel Henryk Aleksander de Launai, hrabia d’Antraigues, polityk, bon-viveur i obieżyświat 
(zwiedził cały Bliski Wschód), a przede wszystkim awanturnik i utalentowany intrygant, urodził się w roku 1753 

w Montpellier. Jak prawie każdy francuski arystokrata, nienawidził motłochu, który zburzył Bastylię i pozbawił 
głowy Ludwika XVI. Wyemigrował więc i rozpoczął walkę przeciw Republice. Była to praca ciężka i 

niebezpieczna (choć nie pozbawiona uroków), a hrabia d’Antraigues nie lubił się pocić za darmo, nawet dla idei. 
Z wywiadem rosyjskim nawiązał owocne stosunki w roku 1793, poprzez hiszpańskiego ambasadora w Wenecji, 

Las Casasa, który skontaktował go z carskimi posłami w Genui (Lizakiewiczem) i w Neapolu (Gołowkinem).
Agenci, którzy dostarczali d’Antraiguesowi informacje, są do dzisiaj nieznani, znamy tylko ich pseudonimy. 

Podczas
kampanii włoskiej Napoleona (1796) d’Antraigues otrzymywał regularne raporty ze sztabu Bonapartego (!) od 

„generała Boularda” * ,  zaś w latach 1798—1799 jego wtyczką w Paryżu był tajemniczy wysoki urzędnik 
francuskich ministerstw Spraw Zagranicznych i Finansów o pseudonimie „Vannelet”**. 27 maja 1797 roku 

d’Antraigues został nawet przychwycony w Trieście przez żandarmerię francuską, i to z teczką pełną 
szpiegowskich papierów, lecz w nagrodę za wyśpiewanie wszystkich tajemnic (podczas osobistej rozmowy z 

Bonapartem) i małą usługę (chodziło o sfałszowanie dokumentu) Francuzi — nie orientujący się jeszcze, z jakim 
asem mają do czynienia — zorganizowali mu „ucieczkę” do Szwajcarii.

Co, u licha, robiło wobec tego Tajne Biuro (Cabinet Secret) Napoleona, zorganizowane już w maju 1796 roku na 
miejsce służby wywiadowczej sztabu głównego i wywiadów sztabowych poszczególnych generałów? Komórka 

ta, działająca pod kierunkiem eks-dowódcy pułku kawalerii, Jana Landre, miała na swoim koncie spore sukcesy 
wywiadowcze, kontrwywiadowcze i prowokacyjne. Dlaczegóż więc nie rozszyfrowali „Boularda” i „Vanneleta” i 

nie unieszkodliwili d’Antraiguesa raz na zawsze? Otóż to jest sprawa mętna, zagadka, faktem jest wszakże, iż 
właśnie aresztowanie d’An-traiguesa było końcem kariery Landrego. Podejrzanie długo przetrzymywał on w 

swoich rękach teczkę szpiega ze wspomnianymi papierami. Rozgniewany Bonaparte najpierw skazał szefa 
Tajnego Biura na piętnaście dni ciemnicy, potem co prawda odwołał ten rozkaz, lecz Landre musiał się podać do 

dymisji.
Natomiast d’Antraigues powrócił spokojnie do swych zajęć. Informacje o armii francuskiej i o sytuacji w Paryżu, 

które docierały dzięki niemu do Petersburga, były bardzo cenne, atoli kryterium użyteczności nigdy, jak wiemy, 
nie stanowiło u cara Pawła wartości nadrzędnej — tą było jego

Historycy francuscy starali się utożsamić tego zdrajcę z generałem Cervonim, nie ma jednak na to dowodów.

** Historycy wskazywali później na bogatego finansistę Despreza, lecz i to jest hipoteza nie udokumentowana.

własne widzimisię i niestabilność humoru. Toteż w chwili jakieś „migreny” Paweł uznał swego agenta za 
„swołocz” i do d’Antraiguesa bezzwłocznie wysłano wymówienie z pracy. Na jego szczęście nastąpiło to 12 

marca 1801 roku, zaledwie jedenaście dni przed „apoplektycznym atakiem” imperatora. Wieść o mordzie dotarła 
do d’Antraiguesa wcześniej niż wlokące się pismo z „wypowiedzeniem” i wówczas pan hrabia dał fantastyczny 

popis swego sprytu. Licząc na to, że

„wypowiedzeniu” mało kto pamięta (biorąc pod uwagę rozgardiasz, jaki panował wówczas w Petersburgu, 

było to usprawiedliwione), udał, że nic nie wie o śmierci cara i wysłał do Rosji antydatowany list, w którym... 
uniżenie podziękował za proponowaną mu nagrodę w wysokości trzystu tysięcy rubli, dodając, że z pobudek 

ideowych nie może przyjąć tak wielkiej sumy i że za mniejsze pieniądze będzie dalej sumiennie wypełniał swoje 
obowiązki.

Ten przepiękny blef udał się i d’Antraigues pozostał w służbie wywiadu rosyjskiego, a car Aleksander już 27 
kwietnia 1801 roku podwoił mu pensję do wysokości sześciuset dukatów. Dobrze opłacany, mający poparcie 

takich prominentów, jak kolejni wicekanclerze Panin i Kurakin oraz minister spraw zagranicznych Czartoryski, 
d’Antraigues zdwoił wysiłki i po kilku latach, w momencie koronacji Napoleona, osiągnął niemal szczyty 

szpiegowskiego powodzenia. Udało mu się przekupić kilku francuskich dyplomatów, w tym sekretarza 
ambasady francuskiej w Wiedniu, swego dawnego znajomka, Posuela. Od tej pory cała tajna korespondencja 

między Paryżem a francuskim ambasadorem w Austrii, Champagnym, a także idąca via Wiedeń — na przykład 
do Konstantynopola — przestała być tajna dla Petersburga. Miał także d’Antraigues swoich korespondentów w 

sztabie francuskich wojsk okupacyjnych w Hanowerze

korzystał czasami ze zbyt otwartych zwierzeń nieświadomych niczego (chyba nieświadomych) przyjaciół, 

francuskich generałów Dumasa i Sucheta. Jego wuj, de Barral, był biskupem w Meaux, a stary znajomy, Stefan 
Méjean, sekretarzem generalnym prefektury okręgu Sekwany — niewykluczone, że utrzymywali z nim kontakty. 

W roku 1802
dwóch synów jego służących, Duclaux i Delmas, zostało członkami (wielce prawdopodobne, że dzięki jego 

sekretnej rekomendacji) Ciała Prawodawczego.
Rezydował w Dreźnie, kierując tu rosyjską centralą szpiegowską. Napoleon nie wiedział o wywiadowczych 

sukcesach d’Antraiguesa, wiedział natomiast doskonale, że d’Antraigues jest inspiratorem i autorem 
wymierzonych w niego pamfletów, dlatego też kilkakrotnie żądał od Sasów wydania mu intryganta. Sasi 

background image

odmawiali, nie przyszedł bowiem jeszcze czas Austerlitzu i Jeny, w związku z czym nie trzęśli jeszcze przed 
Bonapartem portkami. Z Drezna zaszyfrowane raporty d’Antraiguesa mknęły w torbie specjalnego kuriera via 

Berlin do najbliższej rosyjskiej stacji pocztowej (Radziwiłów) i dalej, na biurko księcia Czartoryskiego. W roku 
1804 było tych raportów już tak wiele, że Czartoryski musiał zatrudniać ekipę deszyfrantów.

Największym, obrosłym legendą i do dzisiaj spędzającym sen z powiek historykom sukcesem d’Antraiguesa 
było skaptowanie dwóch agentów, konkretnie agenta i agentki, w samym Paryżu, na najwyższych szczeblach 

hierarchii urzędowej i w najbliższym „entourage” Napoleona. Agentów tych d’Antraigues określał w raportach 
wysyłanych do Petersburga mianami: „Paryska Przyjaciółka” i „Paryski Przyjaciel”. Francuscy badacze daliby 

wiele, by móc się bliżej zaprzyjaźnić z tymi „przyjaciółmi”.
„Paryska Przyjaciółka” była rzeczywiście intymną przyjaciółką d’Antraiguesa — i tu wkraczamy do rajskiego 

ogrodu Amora, pełnego szpiegujących i kochających gorąco dam. Była to dama dworu w czasach „ancien 
régime’u”, należała do frywolnego stadka pań otaczających Marię Antoninę w Wersalu. D’Antraigues zaczął z 

nią sypiać mniej więcej około roku 1788, lecz jako że sypiał równocześnie z pierwszą śpiewaczką Opery, panią 
Saint-Huberty oraz z „piękną Henriettą”, wieśniaczką Marią Andre — paniom zrobiło się trochę ciasno. Pierwsza 

wyleciała za burtę naiwna chłopka. W roku 1790 dama z Wersalu owdowiała i wówczas na śpiewaczkę, również 
wdowę (po panu Saint-Huberty), padł blady strach. Zmobilizowała wszystkie siły i pierwsza za-

ciągnęła d’Antraiguesa do ołtarza, na dwa dni przed końcem tego roku.
W dwanaście lat później, we wrześniu roku 1802, tajemnicza arystokratka weszła ponownie w kontakt, tym 

razem listowny, ze swym dawnym wielbicielem. Była już od dłuższego czasu ponownie zamężna i to z kimś 
wysoko postawionym, gdyż miała dostęp do dworu Napoleona w pałacu Tuileries; codzienny do Józefiny 

Bonaparte, a nieco rzadszy do samego Pierwszego Konsula.
Historycy, na przykład Leonce Pingaud, przypuszczają, że „Paryska Przyjaciółka” była jedną z dam dworu 

Józefiny, która uwielbiała pozować na monarchinię typu Marii Antoniny i z upodobaniem otaczała się herbową 
arystokracją. W każdym razie powiązania tej kobiety z Bonapartymi były tak silne, że stary drezdeński lis 

natychmiast zaproponował jej współpracę. Zgodziła się chętnie, chociaż — co ciekawe — nie nienawidziła 
Napoleona (uważała go za gwaranta spokoju publicznego i swego powodzenia osobistego), natomiast nie 

cierpiała... jego wrogów, rojalistów. Być może Burboni, którym niegdyś służyła, dopiekli jej czymś, bo postawiła 
jako warunek sine qua non współpracy, że ani jedno słowo z jej doniesień nie zostanie przekazane wywiadowi 

rojalistów.
Od roku 1803 „Paryska Przyjaciółka” regularnie przysyłała obszerne raporty do Drezna. Było w nich więcej 

plotek dworskich, niż ważnych informacji politycznych bądź militarnych (jej głównym źródłem informacji była 
ciotka Józefiny, Mme de Copons), lecz i intymności dworskie były nie do pogardzenia — można było na ich 

osnowie komponować złośliwe pamflety przeciw Korsykaninowi. A poza tym nawet z drugorzędnych z pozoru 
informacji politycz-nych petersburscy specjaliści potrafili wysnuć wartościowe wnioski.

„Paryska Przyjaciółka” była rusofilką i swoją zdradę tłumaczyła uwielbieniem dla cara Aleksandra, którego 
nazywała „aniołem”. D’Antraigues nie omieszkał rzecz prosta podsycać tego uczucia i od czasu do czasu posyłał 

jej opisowe konterfekty „anioła”. Konterfektu lub choćby imienia „Pa-
ryskiej Przyjaciółki” nie znamy i chyba już nie poznamy.

O wiele cenniejsze były raporty „Paryskiego Przyjaciela”. Ale też był on bardzo wysokim funkcjonariuszem 
napoleońskiej służby administracyjnej i militarnej, a jako że był swoiście bezinteresowny, bardzo bogaty i nie 

zależało mu na pieniądzach („Człowiek ten, którego fortuna sięga dwóch milionów, oświadczył, że nigdy nie 
przyjmie niczego od cara Aleksandra” — słowa d’Antraiguesa), a także dlatego, że był bardzo krytyczny wobec 

plotek i starannie selekcjonował informacje oczyszczając je z plew — jego doniesienia miały pierwszorzędne 
znaczenie. Znane są nazwiska jego niektórych pomagierów, na przykład braci Simon, pracowników biura 

wojennego (!), on sam jednak był bardzo ostrożny i nie pozwalał sobie na negliżujące tożsamość wynurzenia. 
Posyłał raporty do Drezna od roku 1802. Notabene znał „Paryską Przyjaciółkę” i postawił identyczny warunek 

jak ona: jeśli choć jeden detal z jego doniesień trafi do rąk książąt-emigrantów, korespondencja zostanie 
natychmiast przerwana.

Dokładniej rzecz ujmując, pod pseudonimem „Paryski Przyjaciel” kryło się dwóch ludzi, ojciec i syn, który po 
śmierci ojca kontynuował jego dzieło. Historiograficzni detektywi we Francji dosłownie „stanęli na głowie”, by 

rozszyfrować tych zdrajców.* Był to morderczy wysiłek, gdyż posiadano strzępy strzępów, cienie cieni 
dowodów, prawie nic, kilka przesłanek, i pod uwagę można było brać kilkunastu, a właściwie kilkudziesięciu 

ludzi. A jednak chyba (powtarzam: chyba) udało się zedrzeć maskę z podwójnej twarzy „Paryskiego Przyjaciela”. 
Był nim prawdopodobnie Noël Daru, a po jego śmierci jeden z jego synów, Piotr lub Marcjal Daru.

O „Paryskim Przyjacielu” wiemy na pewno, że był komisarzem dostawczym i intendentem w administracji 
armij

* Wysuwano także przypuszczenie, że „Paryscy Przyjaciele” w ogóle nie istnieli, byli tworem fantazji cwanego d’Antraiguesa, który za pomocą tej supermistyfikacji 
„doił” rosyjski wywiad. Jednakże analiza raportów, zwłaszcza zawarte w nich pewne szczegóły, których d’Antraigues nie mógł wykoncypować w Dreźnie (nie był 

background image

telepatą) — wykluczają bez reszty taką możliwość.

nej. Noël Daru (1729—1804) był komisarzem, intendentem, pracował w administracji wojskowej i obydwu 
swoich synów wykierował podobnie: Piotra na komisarza i intendenta generalnego, Marcjala na intendenta i 

zastępcę inspektora do spraw stanu osobowego armii. Druga rzecz, co do której nie istnieje wątpliwość, to fakt, 
że pierwszy „Paryski Przyjaciel” zmarł „latem 1804 roku”. Noël Daru zmarł 30 czerwca 1804 roku!

Co do jego następcy, to poczciwego z natury i mało utalentowanego Marcjala należy raczej wykluczyć. A więc 
Piotr Daru. Tak jest, prawa ręka Bonapartego, Piotr Antoni Noël Bruno hrabia Daru (1767—1829)! Uchodził za 

jednego z najwierniejszych towarzyszy Napoleona i korzystając z jego życzliwości, w zawrotnym tempie wspinał 
się po szczeblach kariery. Zaczynał jako prosty intendent, by poprzez otrzymane w roku 1801 stanowisko 

generalnego sekretarza w ministerstwie wojny (tam pracowali bracia Simon!) dojść na szczyt — do funkcji 
generalnego intendenta dworu cesarskiego i Wielkiej Armii (od roku 1806) oraz członka cesarskiej Rady Stanu 

(1811). Podziwiano jego fenomenalną pracowitość (mawiano „wół roboczy”) — na tym polu współzawodniczył z 
samym Napoleonem i nawet z Berthierem. Potrafił nie spać noc po nocy, w pracy był „nie do zdarcia”, istne 

perpetuum mobile. Napoleon uważał go za „człowieka o ekstremalnej uczciwości” (wyraził się tak o nim na 
Świętej Helenie).

Przesłanki:
1.

 

Wiadomo, że „Paryski Przyjaciel” miał silne oparcie w rodzinie d’Antraiguesa w Montpellier. Piotr Daru, tak 

samo jak d’Antraigues — urodził się w Montpellier!
2.

 

Wiadomo, że d’Antraigues miał w latach 1796-1798 podejrzane kontakty z intendenturą tzw. armii włoskiej. 

Generalnym intendentem armii włoskiej był Piotr Daru, podczas gdy jego ojciec pracował wówczas w centrali 
administracyjnej w Paryżu.*

Dlatego niektórzy historycy sądzą, że Noël Daru był także „Vanneletem”. Jest to możliwe.

3.

 

„Paryski Przyjaciel”-syn zawiadomił d’Antraiguesa, że dzięki swoim stanowiskom ma większe możliwości 

zdobywania cennych informacji niż jego ojciec. Piotr Daru pracował na o wiele wyższych stanowiskach niż Noel 

Daru.
4.

 

Dwaj główni współpracownicy „Paryskiego Przyjaciela”, bracia Simon, pracowali w ministerstwie wojny w 

czasie, kiedy Piotr Daru był tam szefem wydziału i generalnym sekretarzem.
5.

 

Z całą pewnością Piotr Daru miał rutynę w szpiegowaniu (a być może i zamiłowanie do szpiegowania). Gdy 

ogłoszono jego korespondencję z lat 1798-1799, wyszło na jaw, że w owym czasie szpiegował m.in. Polaków, 
Kościuszkę i Dąbrowskiego w Auteuil. Szymon Askenazy napisał o Piotrze Daru w swoim fundamentalnym 

dziele „Napoleon a Polska”: „Był to na pozór tylko sprężysty, niezmordowany administrator, służbista surowy i 
bezinteresowny, nieprzystępny i groźny gorliwiec (...) W rzeczywistości atoli był to podobno spryciarz 

nieprzenikniony, niedościgły, zamaskowany przez całe życie i aż długo po śmierci...”.
6.

 

Obaj, ojciec i syn Daru, byli bardzo bogaci, co nie może dziwić, gdyż w owych czasach na niczym nie można 

było bardziej się utuczyć, niż na stanowisku intendenta bądź dostawcy armijnego.
Francuzi raczej nie mają już wątpliwości, że arcyzdrajcami ukrytymi pod maską „Paryskiego Przyjaciela” byli 

panowie Noël i Piotr Daru. Znalazło to między innymi odbicie w jednej z najlepszych biografii Napoleona, pióra 
wybitnego napoleonisty francuskiego, Lefebvre’a *. Ale stuprocentowej pewności mieć nie można — za rękę ich 

nie złapano.
Sam poświęciłem sporo czasu na przebadanie tej pasjonującej rozgrywki w piątej rundzie cesarskiego pokera. 

Możliwość prowokacji ze strony wywiadu francuskiego (były takie głosy) ** odrzucam — w raportach 
„Paryskiego Przyjaciela”, 

Georges Lefebvre — „Napoleon”, Paris 1969, str. 169.

Np. Jefima Czerniaka 

„Piast stolietij tajnoj wojny”.

za dużo jest ważnych informacji i nazwisk. Szukając — znalazłem, zdaje mi się, dowód przeczący krytykom 

hipotezy o zdradzie Daru i kolejne przesłanki potwierdzające tę hipotezę.
Jej krytycy twierdzą, że pierwszy „Paryski Przyjaciel” podając w listach do d’Antraiguesa swój wiek, sam ją oba-

lił — wiek ten nie zgadza się z wiekiem Noëla Daru. Chwileczkę, panowie, on tym wiekiem żonglował. W liście z 
14 lutego 1804 roku na jednej stronie podał, że ma pięćdziesiąt cztery lata, a kilka stron dalej, że sześćdziesiąt 

trzy. Teraz zaś przesłanki. Przejrzane przeze mnie raporty drugiego „Paryskiego Przyjaciela „ są pisane bardzo 
piękną francuszczyzną. Piotr Daru był znanym i uznanym pisarzem, autorem kilku prac historycznych (m.in 

„Historii Wenecji”), literackich (m.in. poematu „La Cléopide”) i tłumaczeń Horacego. Druga rzecz — bliskim 
przyjacielem Piotra Daru był znajomy d’Antraiguesa, generał Mateusz Dumas. I wreszcie trzecia, pewien 

czynnik psychologiczny: jak stwierdził świetnie znający go i pracujący w jego biurze kuzyn Piotra Daru, 
Stendhal (tak jest, autor „Czerwonego i czarnego”) — Daru-junior, ten pracuś i wierny satelita „boga wojny”, 

wprost „chorobliwie bał się Napoleona”! Otóż to — jeśli ze strachu pracuje się dla kogoś ponad siły i jeśli to 

background image

przeradza się w stan niemal chorobowy, nienawidzi się tego kogoś, a już na pewno nie kocha. Jest to najoczy-
wistsza reakcja, wręcz biologiczna, i nie trzeba być psychoanalitykiem, by to wiedzieć. Mimo to nie sądźmy, że 

bez reszty wiemy, co i gdzie jest w tej zagadce czerwone, a co czarne.
Co prawda wygranie tego rozdania nie przyniosło Aleksandrowi spodziewanych korzyści, gdyż Bonaparte 

zniweczył cały wysiłek d’Antraiguesa mieczem pod Austerlitz i pod Friedlandem, atoli z prestiżowego punktu 
widzenia była to bolesna porażka cesarza Francuzów. Jeśli zaś chodzi o samego d’Antraiguesa, to przed Tylżą 

został on usunięty z wywiadu rosyjskiego przez swego zaciekłego wroga, ministra Rumiancewa, przeszedł na 
służbę angielską, osiadł w Londynie i został tam zamordowany w roku

1812, w wyniku porachunków po nieudanej operacji „Szachista” *.
Nierozszyfrowanie i nawet niewpadnięcie na ślad „Paryskich Przyjaciół” pozostanie na zawsze jedną z 

największych klęsk kontrwywiadu napoleońskiego. Jefim Czerniak napisał słusznie, że „Napoleon był nie tylko 
jednym z najwybitniejszych dowódców w historii; również jako organizator wywiadu przewyższał o głowę 

większość swoich przeciwników”. Nasuwa się tu jednak następujące spostrzeżenie: o ile wywiad napoleoński 
był rzeczywiście wydajną maszyną, o tyle kontrwywiad spisywał się dużo gorzej. Francuzi spalali się w zdo-

bywaniu informacji o przeciwniku i brakowało im już ognia do kontrakcji przeciw szpiegom wroga.
Nie można oczywiście powiedzieć, że kontrwywiad Bonapartego w ogóle nie podejmował wysiłków w celu 

unieszkodliwienia d’Antraiguesa. Cóż z tego, kiedy d’Antraigues natychmiast się o tym dowiadywał. Jesienią 
1804 roku w Dreźnie pojawił się francuski oficer armii Hanoweru, pułkownik Sagot, z misją specjalną. 

Skontaktował się tam z trzema swymi agentami: Pélagruem, Brugesem i Polakiem Zabiełłą. W jaki sposób jednak 
jego działalność mogła przynieść jakiekolwiek efekty, jeśli już w grudniu tego roku „Paryska Przyjaciółka” 

przekazała d’Antraiguesowi... treść raportu Sagota do paryskiej centrali?! Zawartość tego raportu udostępniła jej 
Mme Copons.

Kontrwywiad rosyjski nie spisywał się lepiej, ale Rosjanie mieli przynajmniej konkretnie ukierunkowane 
podejrzenia. Adam Czartoryski polecił d’Antraiguesowi zapytać „Paryskiego Przyjaciela”, czy są francuskimi 

szpiegami: konsul francuski w Moskwie, Lesseps, pruski dyplomata, Lombard, i drogman Fonton. Rzecz 
ciekawa — „Paryski Przyjaciel” w ogóle nie odpowiedział na to pytanie, zignorował je.

Na pytanie, czy szpiegiem francuskim jest hrabia Tadeusz Leszczyc Grabianka, sławny w XVIII wieku „Król 
Nowego Izraela”, kontrwywiad rosyjski odpowiedział sobie

Kryptonimem „Szachista” oznaczyli Anglicy próbę porwania Napoleona przez grupę swoich komandosów na terenie Prus.

sam. Chodziło o jednego z ciekawszych „nawiedzonych” szalbierzy przełomu stuleci, o urodzonego gdzieś w 
latach 1740—1745 antycypatora i swego rodzaju ojca duchowego innego cwaniaka, Towiańskiego, który odegrał 

tak znaczącą i posępną rolę wśród Wielkiej Emigracji. Grabianka — mistyk, teozof, wolnomularz, alchemik, 
iluminat, spirytysta, kabalista, wizjoner, zapowiadany (przez samego siebie) twórca nowego Królestwa Bożego, 

polskie dziecko z probówek Svedenborga i Cagliostra (którego notabene gościł u siebie w domu) — gdzieś około 
roku 1786 założył w Avinionie sektę mistyczną pod nazwą Nowy Izrael vel Nowa Jerozolima vel Naród Boży, 

lansując doktrynę wywiedzioną z ideologii Svedenborga, Saint-Martina, Kabały żydowskiej oraz innych 
objawień tego typu. Nazwał się królem tej sekty, pragnął zdobyć dla niej cały świat i założyć jej stolicę w 

Jerozolimie, a że nigdy i nigdzie nie brakuje naiwnych spragnionych cudowności, zjednywał sobie wyznawców 
jak Europa długa i szeroka, i tylko z własną rodziną miał kłopot, bo nie mógł swych synów przekonać do tych 

bzdur — za nic nie dali się tatusiowi odciągnąć od czystego katolicyzmu.
Jako „Król Nowej Jerozolimy” Grabianka dużo jeździł po Europie (w celu umacniania wpływów sekty, rzecz 

prosta); takie podróże z uduchowionym pretekstem to świetne alibi dla każdego szpiega. Po wizycie w Londynie 
(około roku 1803) przyjechał do Lwowa, a z Ukrainy ruszył do Petersburga (1805)

x

 gdzie go jako interesującą 

nowość rozchwytywano w salonach, na przyjęciach etc. Ten festiwal nawiązywania kontaktów ze sferami 

rosyjskimi przerwała brutalnie carska policja w roku 1807, aresztując go, formalnie za sekciarstwo, lecz jak 
twierdzi Muromcew, który się zetknął z Grabianka w Petersburgu, powszechnie szeptano (zapewne na skutek 

przecieku z kół policyjnych lub kontrwywiadowczych), iż Grabianka „był agentem albo szpiegiem Napoleona” *, 
I tu od razu nastąpił prawdziwy cud w wykonaniu aresztowanego: mianowicie komisarz, który miał go pilno- 

wać 

M. Muromcew — „Razkaz oczewidca o grafie Grabiankie”, artykuł z roku 1860 w „Sowriemiennaja Letopis” (dodatek do „Russkowo Wiestnika”).

w areszcie domowym, natychmiast uległ hipnotycznemu wprost oddziaływaniu „Króla Nowego Izraela”, z 

dozorcy więźnia stał się jego wyznawcą i pozwolił mu zniszczyć (lub sam zniszczył) wszystkie kompromitujące 
papiery! (to wiemy z tekstu innego rosyjskiego autora, Longinowa, z roku 1860). Działy się i inne „cuda”. Nie 

aresztowano żadnych wspólników, mimo że co najmniej jeszcze jeden członek sekty był szpiegiem, jak twierdzi 
w swym pamiętniku Teodor Łubianowski. „Sprawa została zatuszowana dzięki wstawiennictwu wpływowych 

background image

osób” (Muromcew), sam zaś Grabianka, wtrącony do twierdzy Petropawłowskiej, nagle zmarł w celi (w 
październiku 1807) na rytualną w takich przypadkach „apopleksję”. Jakiej trucizny użyto, nie wiemy, lecz że 

użyto, było tajemnicą poliszynela.
Wszystkie wyżej wymienione „cuda” świadczą, że wokół Grabianki toczyła się bezpardonowa walka obydwu 

wywiadów, francuskiego i rosyjskiego, i chociaż nie wiadomo, czy komisarz, który dał się „uwieść” mistykowi i 
zniszczył kompromitujące dokumenty, zrobił to na polecenie wywiadu francuskiego, czy też rosyjskiego (raczej 

to drugie, być może chodziło o usunięcie śladów prowadzących do „wpływowych osób”, które obawiały się 
zdemaskowania bądź kompromitacji) — to trzeba przyznać Rosjanom, iż wykazali czujność w tej sprawie.

Natomiast nie podejrzewali kobiet, i to był błąd. Francuzi bowiem korzystali z usług rosyjskich zdrajców, 
rojalistowskich emigrantów, ale przede wszystkim z usług pań swawolnych, które potrafiły dać z siebie co 

najlepsze, a ze zwierzeń kochanka wyłuskać co najciekawsze.
Francuzi doskonale znali hobby Aleksandra, który nieustannie zdradzał swą stałą metresę, Naryszkinę (gwoli 

prawdy trzeba dodać, że ta nie pozostawała mu dłużna). Car w jednym tygodniu potrafił „wielbić” kilka 
niewiast. Paléo-logue: „W objęciach jego mdlały kolejno: śliczna pani Zerebcow, urodziwa małżonka kupca 

Bakaratha, boska panna Murawiew, damy dworu księżnej Katarzyny i wiele innych kobiet”. Nadwornym 
rajfurem cara był późniejszy nadworny mistyk, książę Aleksander Golicyn, „wspólnik jego lubież-

nych zabaw”, uważany „za mistrza w urządzaniu miłosnych schadzek (...) wynajdował mu najsmaczniejsze 
kęski, które sam zręcznie dogryzał, gdy przez Jego Cesarską Wysokość były już napoczęte” (Godlewski).

Szaloną wprost atencją darzył imperator Wszechrosji aktorki, jako że uchodziły one za najbieglejsze w sztuce 
Amora (po prostytutkach, z którymi jednak nie uchodziło mu spotykać się), a już najbardziej aktorki francuskie, 

te bowiem uchodziły za ozdobę swego stanu. I to właśnie wykorzystywał wywiad francuski, posyłając do 
Petersburga trupy nadsek-wariskich komediantów.

Napoleon miał podobne upodobania i ułatwione zadanie, gdyż mieszkał nad Sekwaną. W ogóle cesarz 
interesował się bardzo teatrem i pamiętał o nim wszędzie — w roku 1812 przesłał do Paryża z dalekich 

podmoskiewskich śniegów nowy statut Komedii Francuskiej. Ze znanych aktorek, tancerek i śpiewaczek 
paryskich, które nie przespacerowały się przez alkowę Bonapartego, można wymienić tylko pannę Mezeray i 

pannę Gros, te bowiem uszczęśliwiały swymi wdziękami jego braci Lucjana i Józefa. Natomiast czyniły to 
radośnie panie i panny: Branchu, Mafleuroy, Rolandeau, Duchesnois, George, Bourgoin i Grasini. George i 

Bourgoin stały się figurami w piątej rundzie cesarskiego pokera, a szczytem pikanterii był tu fakt, że Aleksander, 
któremu je podsunięto, konsumował napoczęte wcześniej przez partnera owoce z rajskiego ogrodu.

Nie istnieją — podobnie jak w przypadku panów Daru — dokumentalne świadectwa szpiegowskiej działalności 
Mile Bourgoin, ale jak wiadomo, od najdawniejszej starożytności działalność szpiegów okryta jest woalem 

tajemnicy często nie do rozwikłania, gdyż taki jest charakter i specyfika tej profesji. Poruszać się trzeba wśród 
przesłanek. W tym przypadku są one bardzo interesujące.

Młodziutka aktorka Théâtre- Francais, Maria Teresa Stefania Bourgoin (1785—1833), znana z celnego dowcipu i 
celnego ciała (zwano ją powszechnie „źródłem rozkoszy”), była w pierwszych latach XIX stulecia kochanką 

sławnego chemika, ministra spraw wewnętrznych Francji (od roku
1801), Jana Antoniego Chaptala hrabiego de Chanteloup, którego ona z kolei zwała pieszczotliwie „papa-

lewatywa”. Zawdzięczała mu wszystko, gdyż wśród rozlicznych talentów brakowało jej tylko talentu 
scenicznego. Do ekskluzywnej kompanii Teatru Francuskiego dostała się z rozkazu pana ministra, który 

jednocześnie nakazał dziennikarzom często opiewać „wybitne kreacje” swej bogdanki. Mimo że znana 
wszystkim rozwiązłość panny Bourgoin zdolna byłaby zawstydzić nawet etatowe pracownice mało prywatnych 

zakątków Palais Royal, zaślepiony Chaptal był święcie przekonany o jej kryształowym morale, a plotki uważał 
za podłe ataki na jej nieskazitelną cnotę.

Pewnego dnia, 1804 roku, Napoleon urządził następujące przedstawienie w pałacu Tuileries. Kazał Chaptalowi 
przyjść o jedenastej wieczorem w celu omówienia jakichś spraw państwowych i równocześnie przez 

kamerdynera Constanta zaprosił do swej sypialni pannę Bourgoin. Po kilkunastu minutach wspólnej pracy 
„boga wojny” i ministra, do gabinetu wkroczył Constant i wskazując palcem na drzwi do sypialni (podobno były 

uchylone i ukazała się tam postać aktoreczki) powiedział:

 

Sire, panna Bourgoin już tam jest i czeka... Napoleon odparł:

 

Powiedz jej, że zaraz przyjdę. Niech się zacznie rozbierać.

Chaptal zsiniał, podniósł się z krzesła, pozbierał drżącymi rękami swoje papiery i bez słowa opuścił gabinet. W 

godzinę później, zanim jeszcze Napoleon wyszedł z sypialni, do Tuileries przyniesiono pismo, w którym 
minister spraw wewnętrznych rezygnował ze swego stanowiska, żądając natychmiastowej dymisji.

Historycy nie są zgodni co do szczegółów tej sceny i co do tego, czy Bonaparte oddalił od siebie pannę Bourgoin 
jeszcze tego samego wieczoru, czy dopiero w dwa tygodnie później. Jest to bez znaczenia; faktem jest, że oddalił 

dość obcesowo i że to ją straszliwie dotknęło, doprowadziło do stanu furii. W jednym momencie stała się 

background image

największym wrogiem Napoleona i przez następnych kilka lat
publicznie obrzucała go wyszukanymi obelgami, kpiła z jego ciała i męskości, po prostu pluła jak rozwścieczona 

kotka.
Teraz zastanówmy się. Po co Napoleon urządził obrzydliwy spektakl w Tuileries? Jeśli chciał się pozbyć swego 

ministra, to mógł to uczynić przyzwoiciej, jednym podpisem, i tak zwykle czynił, nie zawsze tłumacząc powody. 
Koronacja była tuż-tuż (wspomniany wieczór nastąpił już po mianowaniu Bonapartego cesarzem przez Senat) i 

monarsze nie zależało raczej na kretyńskich wygłupach w obliczu takiej chwili; zresztą w ogóle był człowiekiem 
dość poważnym w stosunkach z rządem i bezmyślne pajacowanie nie leżało w jego naturze. Poza tym lubił i 

cenił Chaptala. A jednak z całą premedytacją zorganizował kloaczne przedstawienie. Właśnie, z premedytacją... 
Przypomnijmy sobie słowa Czerniaka: „Był wybitnym organizatorem wywiadu”.

Zastanówmy się nad drugą sprawą. Obecnych przy tej scenie było troje ludzi: Napoleon, Chaptal i Constant. No i 
jeszcze Mile Bourgoin. Chaptal nie chwaliłby się doznanym upokorzeniem. Constant i Bourgoin nie ośmieliliby 

się puścić pary z ust bez zezwolenia Napoleona: on, by nie utracić złotodajnej pozycji pierwszego pokojowca 
monarchy, ona, by nie zamknąć sobie w głupi sposób dostępu do pierwszego łoża Francji. A jednak już 

następnego dnia cały Paryż mówił o tej scenie i rechotał. Kto to nagrał i kto pozwolił rechotać? Mile Bourgoin 
tym bardziej nie zechciałaby sama opowiadać, że wyrzucono ją bez ceregieli ze wspomnianego łoża. Ale i o tym 

Paryż wiedział. Dyskretny urok premedytacji.
Zastanówmy się jeszcze nad trzecią zagadką. Jakim cudem pozwolono pannie Bourgoin przez kilka lat mieszkać 

w Paryżu albo jeździć na tournee po Francji i obrzucać cesarza Francuzów wulgarnymi wyzwiskami i drwinami? 
Był to przypadek absolutnie bez precedensu w dobie Empire’u.

0

 

wiele mniej i nie tak drażliwie pyskujące panie Recamier

de Stael zostały nakazem policyjnym wyrzucone ze stolicy bez prawa powrotu, tę drugą skazano nawet na 

banicję
z Francji. Czy można to tłumaczyć ich podejrzanymi powiązaniami politycznymi? Panna Bourgoin była gorsza, 

głosiła wprost, że Korsykanina należy zwalić z tronu. Za takie coś przechodziło się momentalnie na państwowy 
wikt w Tempie, Conciergerie, Fenestrelle lub w innym więzieniu. A jednak czuła nawet na szepty policja jakoś 

pozostawała głucha na wrzaski aktorki, chociaż słyszano je w najdalszych krańcach Europy. Właśnie, nad Newą 
również.

I w końcu weźmy na widelec ostatni już, czwarty problem z sekretów frywolnej panienki, która, chociaż była 
rozpustna, idiotką nie była — podkreślają to wszyscy, którzy o niej pisali. Otóż w dniach 27 września-14 

października 1808 roku odbyło się w Erfurcie drugie „spotkanie olbrzymów”, które zadziwiło całą Europę. 
Napoleon dla uświetnienia tego rendez-vous sprowadził do Erfurtu najlepszych francuskich aktorów, w tym... 

pannę Bourgoin. Przeklinającą go publicznie, nienawidzącą, szydzącą jadowicie pannę Bourgoin! W tym 
momencie trzeba zauważyć, że intryga szyta już była chyba zbyt grubymi nićmi i zdziwić się, że kontrwywiad 

rosyjski nie dostrzegł tego. A jednak Francuzom udało się, Aleksander złapał haczyk.*
Panna Bourgoin już podczas pierwszego przedstawienia w teatrze erfurckim robiła do cara tak „słodkie oczy”, że 

odurzyła go z miejsca. Nie było to dziwne — była rzeczywiście ponętna. Jak wspominał potem w swoich 
zapiskach Constant: „Robiła wszystko, co mogła, by podniecić ten zachwyt monarchy”. Constant oczywiście nie 

wiedział, że robiła wszystko, co jej kazano, car zaś z kolei — „chytry Bizantyjczyk” — nie wiedział, co ma o tym 
sądzić. I dlatego postanowił wysondować partnera. Gdyby Napoleon zechciał podsuwać mu tę ślicznotkę, 

byłoby to podejrzane. Ale Bonaparte dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że struna została

Notabene w podobny sposób francuski wywiad „preparował” dla występów nad Newą Grabiankę, który rzekomo został zmuszony przez wrogiego 

sekciarzom Napoleona do ucieczki z Francji. Henryk Rzewuski (por. „Teofrast polski”) słyszał tę wersję w Petersburgu, musiał więc „Król Nowego Izraela” 
rozpuszczać tam ów nonsens.

niemal przeciągnięta, może pęknąć i kilkuletni wysiłek pójdzie na marne. Poradził więc indagującemu go o Mile 

Bourgoin „bratu”:

 

Nie radzę ci umizgać się do niej, Wasza Cesarska Mość.

 

Dlaczego?... Co, nie zgodzi się?

 

Ależ skąd, pewnie wyrazi zgodę i to chętnie jeszcze dzisiaj. Jutro odchodzi stąd poczta i za pięć dni cały Paryż 

będzie wiedział już, jak Wasza Cesarska Mość jest zbudowany, i to od stóp do głów! A poza tym... chodzi mi też 
o... o zdrowie Waszej Cesarskiej Mości. Słowem, życzę zwalczenia tej pokusy.

Aleksander zamyślił się na chwilę i mruknął:

 

Wnioskuję, że Wasza Cesarska Mość nie lubi tej pięknej aktorki?

 

Nic podobnego — odparł Korsykanin. — Nie znam jej, powtarzam tylko to, co o niej mówią.

Ta rozmowa odbyła się w sypialni Francuza, podczas toalety, przy której pomagał Napoleonowi Constant. Alek-

sander oczywiście zaryzykował obmowę i chorobę, przekonany, że jego „brat” próbował go wykiwać z nienawi-
ści do Mile Bourgoin. Zaprosił nową kochankę do Petersburga, gdzie pozostawała przez kilka lat, odnosząc 

background image

sukcesy sceniczne ku zazdrości rosyjskich koleżanek, alkowiane ku •zazdrości pani Naryszkin i oszczercze 
(wciąż przeklinała Napoleona) — nie wątpię, że ku radości wywiadu francuskiego.

Co prawda, można by zwalczać tę hipotezę przypominając, że podczas Stu Dni panna Bourgoin, przebywająca 
znowu we Francji, manifestowała swe przywiązanie do Burbonów, lecz któż tego w owym czasie nie robił? Nie 

należy też zapominać, że była wówczas kochanką Burbona, księcia de Berry. Gdy po Waterloo Burboni wrócili do 
władzy i książę de Berry znalazł sobie inne adoratorki, nasza bohaterka przestała gardłować („Entuzjazm 

przekonań osłabł w niej z tą chwilą” — napisał Fryderyk Masson). Jest tu niezliczona ilość możliwych 
kombinacji, wreszcie mamy do czynienia z kobietą.

Na wypadek gdyby ktoś wątpił w hipotezę o szpiegow-
skiej działalności Mile Bourgoin — jeszcze jedna przesłanka. Oto po powrocie aktorki z Rosji, gdzie używała 

sobie na Napoleonie, ile tylko się dało, Napoleon... zaprosił ją do Drezna wraz z całą trupą Komedii Francuskiej! 
Było to w roku 1813, tak przynajmniej twierdził bawiący tam wówczas przy boku cesarza Constant.

Drugą taką napoleońską Matą Hari była w moim przekonaniu Mile George (1787—1867). Napoleon ujrzał tę 
piękną blondynkę w końcu listopada 1802 roku w Comedie—Francaise w roli Klitemnestry w „Ifigenii w 

Aulidzie” i bez trudu (oczywiście przez Constanta) ściągnął do Saint-Cloud, gdzie wówczas przebywał. Nie miał 
z tym kłopotów nigdy, kobiety w całej Europie lgnęły do niego jak pszczoły do cukru. Gdyby zginął pod 

Waterloo, za trumną ustawiłoby się dwa tysiące wdów.
Lgnęły do niego nie tylko dlatego, że był „półbogiem”, ale i dla jego hojności. Przygodne, jednonocne nałożnice 

w czasie kampanii wojennych obdarowywał rano dwustoma luidorami, chociaż wiedział, że tym samym paniom 
jego oficerowie dają najwyżej dwadzieścia franków. Grały tu rolę tylko zmysły i wielkoduszność, nie szanował 

tych kobiet. Nigdy nie brał siłą bądź przymusem, zachwycały go rzadkie przejawy cnoty. W Wiedniu zauważył 
w tłumie dziewczynę wpatrującą się weń z uwielbieniem. Sądził, że wie o co chodzi, tym bardziej, że 

dziewczyna chętnie zgodziła się przyjść do jego pokoju. Ale już po kilku słowach zorientował się, że „to dziecko” 
nie domyśla się nawet, w jakim celu ją zaproszono i że jej uwielbienie jest najzwyklejszym podziwem dla cesarza 

Francuzów. Porozmawiał z nią przez chwilę uprzejmie i kazał odprowadzić do domu ze wspaniałym posagiem 
(dwadzieścia tysięcy florenów!).

Mile George nie była tak cnotliwa, nie stała się wszakże zwykłą przelotną miłostką Napoleona. Bonaparte przez 
dwa lata był w niej zadurzony, spotykał się z nią po trzy razy na tydzień, co — wziąwszy pod uwagę jego 

zapracowywanie się — było doprawdy częstotliwością godną uwagi i dobrze świadczyło o jej pozascenicznym 
kunszcie.

Była córką właścicieli małego teatru w Amiens. Nazywała
się Józefina Małgorzata Wemmer.* Zostawszy aktorką przybrała pseudonim George. Cały teatralny Paryż dzielił 

się na zwolenników jej i zwolenników panny Duchesnois, dochodziło do bójek na widowni. Przed Napoleonem 
jej wyróżniającymi się kochankami byli Lucjan Bonaparte i polski książę Sapieha. „Boga wojny” drażniły jej 

brzydkie nogi, lecz z nawiązką wyrównywała to cudowna reszta — „głowa, ramiona, ciało dosięgały, rzec 
można, szczytu doskonałości” (Masson). Była przy Napoleonie zbyt masywna, „majestatycznie rzeźbiarska”.

Grała role tragiczne — on najbardziej kochał tragiczki w teatrze. Kochał też kobiety typu „małe kociątko”. Przy 
nim była taka. Pozwalała się rozbierać jak dziecko, łaszek po łaszku, co sprawiało mu prawdziwą rozkosz. 

Pieściła go z niezrównanym wdziękiem. Wreszcie nie mógł bez niej wytrzymać i kazał urządzić obok swego 
gabinetu w Tuileries stały pokój dla niej. Albert Sylvain miał rację twierdząc, że podczas znajomości z Mile 

George „apetyt seksualny Bonapartego przerodził się w wilczy głód”. Mówił do niej „chére Georgina” lub „ma 
bonne Georgina”.

Przerwała ich wielki romans zazdrość Józefiny i zbliżająca się koronacja. Papież nie pomazałby jawnego 
rozpustnika, Mile George musiała odejść. Było odrobinę prawdy w wyznaniu, jakie uczyniła Aleksandrowi 

Dumasowi:
— Opuścił mnie, by zostać cesarzem.

A kiedy został cesarzem i kiedy po dłuższym niewidzeniu uczucie wygasło, postanowił zagrać nią — podarować 
„bratu”. Była niewątpliwie najpiękniejszym koniem trojańskim w dziejach.

Zaaranżowano tę historię tuż przed spotkaniem w Erfurcie (wywiad francuski opanowała wtedy widocznie 
jakaś mania — była to już damska masówka), i to podobnie niezręcznie jak „wysyłkę” Mile Bourgoin. Lecz jak na 

kontrwywiad rosyjski było to zagranie wystarczająco sprytne.

A nie, jak podają prawie wszystkie encyklopedie i opracowania (również XX-wieczne francuskie: Castelota, Aubry’ego, Massona, Bretona i in.): 

Weymer bądź Weimer. Jest to błąd.

1 1  maja 1808 roku, natychmiast po premierze „Artaks-erksesa”, panna George opuściła potajemnie Paryż w to-

warzystwie przebranego za kobietę baletmistrza Opery, Duporta. Pretekstem były kary, jakie im pono groziły za 
zrywanie kontraktów. Udali się bezpośrednio do Rosji, na zaproszenie jej kochanka, Benckendorffa, z którym 

poznał ją ambasador rosyjski w Paryżu, Piotr Tołstoj. Tam została „naturellement” kochanką Aleksandra. Często 

background image

brała też w ramiona carskich oficerów i dworaków.
W chwili wybuchu wojny rosyjsko-francuskiej 1812 roku wyjechała z Rosji. Zapewne odwołano ją w obawie, iż 

przebywając w Petersburgu podczas opanowywania przez Francuzów terytorium rosyjskiego będzie narażona 
na represje. Aleksander chciał ją zatrzymać i miał się wówczas wywiązać między nimi następujący dialog:

Aleksander: — Pani, stoczę specjalną wojnę z Napoleonem o to tylko, by cię zatrzymać.
George: — Ależ sire, moje miejsce jest teraz nie tutaj, lecz we Francji.

A: — Doskonale, proszę więc iść za moją armią, a trafi pani do ojczyzny najkrótszą drogą.
G: — To już lepiej poczekam w Moskwie na rodaków, sire. To potrwa krócej.

Bardzo prawdopodobne, że była to tzw. „odpowiedź na schodach”, ale George miała prawo sądzić, że dzięki jej 
informacjom rodacy będą mieli ułatwione zadanie.

Po powrocie z Rosji przeżyła powtórny romans z „bogiem wojny”, w roku 1813 w Dreźnie. Zawsze elegancki 
kamerdyner Constant ujął to arcysubtelnie we wspomnieniach: „Cesarzowi, niemiłosiernie zmęczonemu 

całodzienną pracą, przychodziła ochota posłania po pannę G. po przedstawieniu jakiegoś dramatu. Wtedy dwie, 
trzy godziny, ale nigdy dłużej, spędzał w swoim prywatnym apartamencie”.

Twierdziła w swoich „Pamiętnikach”, że zawsze była wierna Napoleonowi. Co przez to rozumiała? Bo przecież 
każdy wiedział, że nie była wierna w sypialni — nawet podczas ich dwuletniego gruchania sypiała z pięknym 

dandysem, Costerem de Saint-Victor, o czym cały Paryż plotkowal. 
Bez wątpienia miała na myśli służbę ojczyźnie. Bonaparte nie był pewien jej wierności seksualnej (podobno 

zderzył się z Costerem w drzwiach jej domu), natomiast oddania — w zupełności. I nie mylił się. Po Waterloo 
George chciała mu towarzyszyć na Świętą Helenę, lecz nie uzyskała pozwolenia. Nie będąc wierną 

Napoleonowi, była zawsze wierna Cesarzowi.
Istnieją ciekawe przesłanki na poparcie tej tezy. Po pierwsze, jeszcze w czasach Cesarstwa szeptano, że Napoleon 

posłał swą kochankę do Rosji, by zdetronizowała wrogą Francji faworytę, Naryszkinę. Po drugie, w roku 1815 
Mile George zaproponowała Napoleonowi papiery demaskujące ministra policji, Fouchego. Nie wiem, jakie to 

były papiery i jak na nie zareagował Bonaparte, lecz sam fakt ich posiadania dowodzi, iż była związana z 
francuskim wywiadem. A po trzecie wiem, dlaczego nienawidziła Fouchego.

Żeby to wyjaśnić, musimy się nieco cofnąć, do jej ostatniego kochanka przed „bogiem wojny”. Był nim książę 
Aleksander Sapieha, szambelan Cesarstwa, gorący Polak, podróżnik, awanturnik i osobisty przyjaciel Józefiny i 

Napoleona, stały bywalec Tuileries, Malmaison i Saint-Cloud. Cesarza kochał i był mu wierny do śmierci. Wcale 
się nań nie pogniewał za odbicie George, wprost przeciwnie, „uczynnie przekazał ją kochliwemu Bonapartemu” 

(Askenazy) i dalej był dla niej niebywale hojny. Sapieha — i to jest najważniejsze— był przez całe życie szpiegiem 
francuskim. Pracował dla antyrosyjskiego wydziału w Tajnym Gabinecie Savary’ego, toteż walczący z Savarym 

wszelkimi sposobami (była to typowa walka konkurencyjna dwóch wywiadów) Fouche przy pierwszej lepszej 
okazji zamknął go. Dopiero na interwencję Georginy Napoleon, który o niczym nie wiedział, rozkazał Fouchemu 

natychmiast uwolnić Sapiehę. Do końca Empire’u Sapieha niezmordowanie organizował antyrosyjskie akcje 
szpiegowskie i prowokacyjne. Wiadomo też, że zawsze przyjaźnił się (z wzajemnością) z Mile George. 

Wystarczy?
Georgina, podobnie jak Sapieha, do końca życia z miłością

wspominała cesarza. Chociaż zmarła w nędzy za II Cesarstwa, to przecież przeżyła aż osiemdziesiąt lat w 
spokoju ducha, w przeciwieństwie do innych teatralnych miłości Korsykanina (przykładowo: Grassini została 

napadnięta przez rabusiów drogowych i zgwałcona, Rolandeau spaliła się żywcem).
Przypomnijmy sobie — tak Mile Bourgoin, jak i Mile George wystartowały do pracy w sypialni cara w roku 1808. 

Ale w tym samym roku musiały chyba wystartować także inne Francuzki, te, które szpiegowały dla Rosji. Skąd 
inaczej wzięłyby się takie zdania w króciutkim szkicu Fryderyka Massona „Napoleon a kobiety”: „Jaką rolę 

odegrały kobiety wobec dyplomatów rosyjskich, począwszy od roku 1808? Jaką rolę zakreślił im Talleyrand? W 
jaki sposób — drogą intryg i rozległej korespondencji — zachęciły powoli obce mocarstwa do zawiązania 

koalicji? Które spośród nich wyrzekły zdradzieckie słowa i przyczyniły się do zawarcia przymierza przeciwko 
Francji? Oto zagadnienia najnowszej doby, które dla wielu umysłów są pewnikiem, a do których rozwiązania 

brak jednak dotąd jeszcze dostatecznych dowodów”.*
Tak to, przedzierając się przez chaszcze zatrutego szpiegostwem ogrodu Amora, wracamy do Erfurtu, do gry, 

która miała tam miejsce, i jednocześnie spotykamy się ze szpiegiem-Talleyrandem. Ale po kolei.
Spotkanie w Erfurcie, a właściwie wielki zjazd książąt i władców europejskich statystujących Napoleonowi i 

Aleksandrowi, pławił się wprost, nieustannie kąpał, w basenie naszego ogrodu. Absolutny prym wiedli tu 
oczywiście nie dwaj „olbrzymi”, lecz uradowani z ponownego spotkania Murat i Wielki Książę Konstanty oraz 

nowy kumpel, Hieronim Bonaparte. Przy tej trójce obaj cesarze byli kwa-krami.
Orgietki urządzane co noc przez trio H-K-M były tak zajmujące, że w dzień nie widywano ich, spali bowiem 

snem spracowanego, a kiedy nawet widywano, to skacowanych

background image

Tłumaczenie Emilii Leszczyńskiej.

i wolących siedzieć niż chodzić. Constant, opisując to, wymienił dwa nazwiska, cesarskiego braciszka zaś 
potraktował w zgodzie z etykietą, nazywając go „znamienitą osobą”: „Wielki Książę Konstanty wraz z księciem 

Muratem i innymi znamienitymi osobami co dzień urządzał hulanki, na których niczego nie brakowało, a 
honory domu robiły pewne z tych pań. Toteż ile futer i brylantów wywiozły one z Erfurtu!”.

Musiały to być rzeczywiście superszampańskie parties, jeśli nawet bogobojny pokojowiec, który wiele 
empirowych intymności i skandali opisał tak, jakby to miała być lektura dla przedszkolaków, tym razem 

pofolgował językowi, oczywiście w typowy dla siebie metaforyczny sposób („robiły honory domu”). W jednym 
patriota-bonapartysta Constant skłamał: wrabiając w reżyserię rozwiązłych podwieczorków Konstantego, który 

był tam gościem. Królem tych upojnych szaleństw był Hieronim Bonaparte (1784—1860), który w ten sposób — 
niewykluczone nawet, że nieświadomie — grał rolę, jaką wyznaczył mu wywiad francuski.

Orgietki seksualne i wszelkie pomysły z królestwa wybryków były żywiołem Hieronima. Urodził się z talentem 
do tego, tak jak Leonardo z talentem do wynalazczości. Hieronim Bonaparte, najmłodszy brat Napoleona, był 

Leonardem erotyki, przejawiał w tej mierze olbrzymie uzdolnienia i wciąż zaskakiwał otoczenie nowymi 
wynalazkami. Napoleon gniewał się o to na niego, ale wszystko wybaczał i w końcu ożenił go (1807) z księżną 

Katarzyną Wirtemberską, mianując jednocześnie królem Westfalii.
Dwór westfalski za czasów Hieronima słynął z tego, że mężowie rzadko otrzymywali tam zaproszenia na bale, 

że małżonki wszystkich dworaków i dostojników wciąż otrzymywały od króla jakieś brylantowe 
„rekompensaty” i „nagrody” (doprowadziło to w szybkim czasie do ruiny królestwa) oraz że nawet najbardziej 

liberalne matki bały się posyłać na te bale swoje córki. Wynalazki, które ujrzały światło dzienne (a właściwie 
nocne) w Kassel (stolica Westfalii), przeflancowywał następnie Hieronim do innych stolic. W roku 1812 w 

Warszawie wino zupełnie nie miało zbytu, rozeszła się bowiem wieść, iż goszczący akurat nad Wisłą król 
Westfalii

kąpie się ze swymi damami w winie, które potem kupcy nabywają i butelkują. Żegnając w Erfurcie Konstantego, 
Hieronim spytał:

 

Powiedz mi, co chcesz, żebym ci przysłał z Paryża?

 

Słowo daję, że nic — odparł Wielki Książę. — Twój brat podarował mi przepiękną szablę, jestem zadowolony i 

niczego więcej nie chcę.

 

Kiedy muszę ci coś przysłać, sprawi mi to przyjemność.

 

No dobrze. Przyślij mi sześć tych p a n i e n e k  z Palais-Royal!

Hieronim dotrzymał słowa. Znając charakter francusko-rosyjskich stosunków w owym czasie i zaciętość gry, 

czyż można mieć jakiekolwiek wątpliwości, że ta przesyłka została starannie wyselekcjonowana, wyszkolona i 
zaprogramowana przez wywiad francuski? Na marginesie zaś można podumać nad odwieczną zmiennością 

ludzkich upodobań i kaprysów. Toż ten sam Konstanty później „wszetecznicom kazał głowy golić”. Działo się to 
już po upadku Cesarstwa, kiedy sporo spraw szpiegowskich doby Empire’u wyszło na jaw i być może ów 

fryzjerski entuzjazm Konstantego był odwetem branym przezeń na panienkach lekkich obyczajów za specjalną 
przesyłkę z Paryża.

W Erfurcie starannie kontrolował panie „czyniące honory domu” agent numer jeden wywiadu Napoleona, 
prawa ręka i zastępca Savary’ego na stanowisku szefa Tajnego Gabinetu, Alzatczyk Karol Ludwik Schulmeister 

(1770—1853). Człowiek ten, uważany przez specjalistów za najwybitniejszego w dziejach asa wywiadu 
strategicznego, miał już na swoim koncie spore osiągnięcia jako figura w cesarskim pokerze — między innymi w 

roku 1805, przed Austerlitz, dostał się w przebraniu oficera wojsk austriackich do kwatery głównej Kutuzowa i 
wziął udział w tajnej naradzie sztabowej! Działał też przeciw Rosjanom w latach 1806—1807 na terenie Królewca. 

Nie znoszę powtarzać się, dlatego też po jego wyczerpujący życiorys odsyłam czytelników do innej mojej 
książki.* W tej interesuje nas Erfurt.

Waldemar Łysiak — „Empirowy pasjans”.

W Erfurcie Schulmeister, oficjalnie pełniący obowiązki szefa ochrony zjazdu i obu cesarzy, a tajemnie wkładający 
carowi do łóżka swe agentki poprzez łańcuszek Hieronim— Murat—Konstanty, poniósł klęskę, w jego karierze 

zupełnie wyjątkową. Oddaję głos radzieckiemu badaczowi, już przeze mnie cytowanemu Jefimowi Czerniakowi, 
który w oparciu

źródła rosyjskie stwierdził: „Kolejne kochanki Aleksandra w Erfurcie były pracownicami na żołdzie 

Schulmeistra. Jednakże ten wszechobecny, nieustannie śledzący cara szpieg Napoleona przeoczył jedno 

spotkanie Aleksandra, a dokładniej nie dowiedział się i nie domyślił, o czym na tym spotkaniu rozmawiano”.
Było to spotkanie Aleksandra z Talleyrandem. Tłumaczy Schulmeistra fakt, że przy ożywionych kontaktach 

dyplomatycznych w Erfurcie (wreszcie po to się tam zjechano), spotkanie cara z eks-ministrem spraw 
zagranicznych Francji, a obecnie swego rodzaju konsultantem politycznym Bonapartego, nie mogło nikogo 

background image

zbulwersować. Bulwersująca była treść tej rozmowy. Jako że zdrada Talleyranda w Erfurcie należy do szóstej 
rundy cesarskiego pokera (rundy aktorów

zdrajców), tam ją sportretuję wraz z całym zjazdem erfurckim. Teraz zaś przyjrzyjmy się stricte szpiegowskiej 

działalności Talleyranda, którą rozpoczął w roku... to bardzo trudno powiedzieć. W każdym razie już „Paryski 

Przyjaciel” korzystał z informacji uzyskiwanych od ministra, z tym, że nie wiadomo czy za nie płacił, czy też po 
prostu wyciągał je w konwersacjach towarzyskich.

Jako etatowy agent rosyjskiego wywiadu pracował Talleyrand w latach 1808—1812. Do dnia 28 stycznia 1809 
roku, kiedy to Bonaparte, dowiedziawszy się o jakichś knowaniach Talleyranda, straszliwie go sklął w Tuileries i 

odsunął od siebie — był jeszcze Talleyrand wpływowym dyplomatą francuskim i ten krótki okres można 
potraktować jako woltę polityczną (Talleyrand tłumaczył to później nadrzędnym interesem Francji, którą jego 

zdaniem gubiła agresywna polityka zagraniczna Bonapartego), można oczywiście przy bardzo dużej dozie 
dobrej (dobrej dla zdrajcy) woli. Ale nawet jeśli przyjmie się za dobrą monetę jego moty-

wację, to po 28 stycznia 1809 roku, kiedy to Talleyrand stracił wszelki wpływ na sprawy państwowe, trudno jego 
działalność nazwać inaczej jak najzwyklejszym szpiegostwem.

Dlatego proszę się nie dziwić, że słowa e t a t o w y  użyłem bez cudzysłowu. Tak, ten wielki polityk francuski 
był szeregowym agentem rosyjskim, został po prostu „zatrudniony”, jak to lapidarnie ujął Austriak Metternich w 

liście z 7 marca 1809 roku do drugiego Austriaka, Stadiona. Miał swoje pseudonimy („kuzyn Henri”, „Anna 
Iwanowna”, „księgarz”, „piękny Leander”, „radca prawny” i inne), którymi określali go w swoich raportach 

pracownicy rosyjskiego wywiadu, i swój żołd, o który ciągle się kłócił, żądając podwyżki. Jego skrzynką 
kontaktową w Paryżu był radca poselstwa rosyjskiego, Karol Wasiliewicz Nesselrode. Nesselrode z kolei, dla 

zmylenia kontrwywiadu francuskiego, posyłał raporty do Petersburga nie na ręce kanclerza Rumiancewa, lecz 
hrabiego Sperańskiego, od którego dopiero trafiały one na biurko cara.* Natomiast polecenia z Petersburga dla 

„Anny Iwanowny” w Paryżu nadchodziły — zgodnie z życzeniem Talleyranda wyrażonym w liście do cara z 
dnia 10 lutego 1809 roku — na ręce niejakiego Duponta (do dzisiaj nie wiadomo, kto się krył pod tym 

kryptonimem).
Zdymisjonowany, a więc odsunięty od najautentyczniejszych źródeł informacji, Talleyrand jeszcze tylko przez 

kilkanaście tygodni swej współpracy z agenturą rosyjską miał co sprzedawać — z pamięci. Potem musiał się 
rozejrzeć za nowym źródłem, za kimś, kto był w rządzie. Jego wybór mógł paść tylko na ministra policji, Józefa 

Fouchego, podobnego mu renegata. Wciągnął Fouchego do współpracy (Fouche otrzymał pseudonimy: 
„Natasza”, „prezydent” i „Berżjen”) i dzięki temu mógł dalej informować hrabiego Nesselrode o stanie armii 

francuskiej i o posunięciach politycznych Napoleona. Była to praca akordowa, płatna od sztuki. Za

Być może Nesselrode czyni) tak przez ostrożność, to jest z obawy bądź z nienawiści do Rumiancewa, który uchodził za jednego z największych 

frankofilów na carskim dworze.

jedną informację „kuzyn Henri” otrzymywał trzy do czterech tysięcy franków. Szpiegowska spółka była jednak 

firmą mało solidną, gdyż te same informacje sprzedawała Austrii, a gdy się dało, opylała austriackie tajemnice 
Rosjanom i rosyjskie Austriakom.

Krach nastąpił dość szybko, latem 1810 roku, kiedy to francuski kontrwywiad wojskowy (Savary i Schulmeister) 
wpadł na ślad podejrzanych machinacji politycznych Fouchégo. Co prawda chodziło tu o sekretne kontakty z 

Londynem, z których zdradzieckiego charakteru udało się ministrowi wyłgać, zaś na ślad współpracy z Rosją 
Tajny Gabinet nie natrafił, lecz Napoleon 3 czerwca tego roku pozbawił Fouchégo stanowiska. Zmartwiony 

Nesselrode napisał w trzy dni później do Petersburga: „Odejście «prezydenta» bardzo mi utrudnia pracę, bo 
właśnie od niego nasz radca prawny uzyskiwał informacje, które przekazywałem (...) Przewiduję, że to się 

niestety odbije na mojej korespondencji”.
Zgadł, odejście „prezydenta” o imieniu „Natasza” i nazwisku „Berżjen” mocno odbiło się na tej korespondencji. 

W ogóle zaś życie w Paryżu bez „Nataszy” na ministerialnym stołku zrobiło się cholernie niebezpieczne i dla 
Talleyranda, i dla dyplomatów rosyjskich. Nowy minister policji i wszystkich wywiadów (do tej pory — jak 

wiemy — Tajny Gabinet konkurował z ministerium Fouchégo i vice versa), Jan Maria Rene Savary książę Rovigo 
(1774—1833), oddany Bonapartemu sercem i duszą, miał swoje hobby, które polegało na tym, że tylko w 

wyjątkowych przypływach dobrego humoru nie rozwalał natychmiast przyłapanych wrogów cesarza, lecz 
pakował ich dożywotnio do lochu. Te przypływy zdarzały mu się rzadko, w związku z czym gra stała się nader 

niebezpieczna dla ostrożnego z natury „radcy prawnego”.
Savary był wytrawnym szpiegiem i dlatego Napoleon uczynił go po zawarciu traktatu tylżyckiego swoim 

pierwszym przedstawicielem w Petersburgu. Była to misja przejściowa, typowo szpiegowska, i przyniosła 
owoce. Chociaż przed znienawidzonym „okrutnym psem Korsykanina” zamknęły się natychmiast drzwi 

wszystkich petersburskich salonów, a dy-
plomaci i stołeczna socjeta ostentacyjnie ignorowali Sava-ry’ego, ten dowiedział się czego trzeba i po swoim po-

wrocie do Paryża (24 I 1808) uświadomił Bonapartemu, że Aleksander grał w Tylży większą komedię niż przy-

background image

puszczali, i że Rosja knuje z Anglią i z Austrią za plecami Francji.
Savary jako minister policji był bardzo czujny, mimo to udało się Talleyrandowi wysłać przez Nesselrodego 

jeszcze kilka meldunków. Najważniejszy, który wzbudził w Petersburgu wielki niepokój — 5 grudnia 1810 roku. 
Donosił wówczas, że Napoleon ostatecznie zdecydował się odbudować wielką Polskę („ma zamiar rzucić wojska 

nad Wisłę i odbudować Królestwo Polskie”), zwracając jej kilka terytoriów, w tym całą Galicję, za którą Austria 
otrzyma w zamian Dalmację oraz miasta Triest i Fiume. Skąd stary lis zaczerpnął tę informację (była ona we 

wszystkich szczegółach autentyczna) — nie wiemy. Ale możemy się domyślać. Dewiza życiowa Talleyranda 
brzmiała: „Faire marcher les femmes”, co w wolnym przekładzie znaczy: załatwiać wszystko przez kobiety. 

Przypominają sobie Państwo to posępne pytanie Massona na temat francuskich zdrajczyń: „Jaką rolę zakreślił im 
Talleyrand?”.

W ten sposób powracamy do zatrutego ogrodu Amora. W marcu roku 1812 szpiegowska kariera Talleyranda 
dobiegła końca. Od kilku miesięcy coraz trudniej mu było zdobyć coś cennego do sprzedania, a za śmieci 

Rosjanie nie chcieli płacić. Właśnie w marcu książę Kurakin (ambasador rosyjski w Paryżu) napisał do 
Rumiancewa, iż „radca prawny” nie może już liczyć „na nowy, równie obfity plon”. Było to zresztą całkowicie 

oczywiste dla Petersburga już w styczniu tego roku.
Wywiad rosyjski nie przejął się tym ani trochę, albowiem od dłuższego już czasu w Paryżu pracowała nowa 

rosyjska siatka wywiadowcza, i to jak pracowała! Talleyrand nie mógłby nawet marzyć o uzyskiwaniu tak 
fantastycznie cennych wiadomości, jak te, które napływały do Petersburga w tym rozdaniu piątej rundy. Jeden z 

istotnych elementów tego rozdania stanowiła skandaliczna miłość dwóch sióstr
„boga wojny” i pięknego pułkownika, który był atutową kartą cara.

Ten beniaminek, ulubiony fligiel-adiutant Aleksandra I ,   miał w owym czasie zaledwie dwadzieścia pięć lat, a 
był już pułkownikiem kawalerii gwardii. Zatem musiał to być zdolny chłopiec, zdolny do wszystkiego, i tak go 

ocenił car-batiuszka, czyniąc zeń swego „człowieka do wszystkiego”. Nazywał się Aleksander Iwanowicz 
Czernyszew (1785—1859) i ostatnie ćwierćwiecze swego życia spędził na stolcu ministra spraw zagranicznych 

Imperium. Przedtem jednak, jako smarkacz nieomal, wziął udział w wielu kampaniach wojennych (począwszy 
od brzydko zakończonej austerlickiej) i ledwie przekroczył dwudziestkę, a już Aleksander począł go używać jako 

swego kuriera w najbardziej odpowiedzialnych misjach, swego posła nadzwyczajnego i swoje „ucho i oko” tam, 
gdzie ucho i oko trzeba było wetknąć.

W roku 1809, kiedy Austria uznała, że nadszedł już ostateczny czas, by „sprać po korsykańskiej mordzie” (słowa 
jednego z dyplomatów wiedeńskich) „uzurpatora” rozwalonego na tronie w Paryżu i wydała mu nową wojnę — 

Rosja udawała sprzymierzeńca Francji i wkroczyła swym wojskiem do austriackiej Galicji. Co prawda owo 
wojsko wcale nie walczyło z Austriakami, natomiast pracowicie przeszkadzało armii księcia Poniatowskiego w 

wyzwalaniu Galicji, ale nazywało się to ładnie, że Rosja wspomaga swego francuskiego przyjaciela w walce z 
Wiedniem. Na dodatek zaś, żeby jeszcze bardziej przypodobać się Bonapartemu, car zapytał nieśmiało, czy jego 

„brat” nie mógłby na czas tej kampanii przyjąć do swego wojennego otoczenia kilku młodych rosyjskich 
oficerów, bo gdzież indziej, jak nie pod skrzydłem największego wodza wszechczasów, nauczą się oni sztuki 

wojowania? Napoleon wyraził zgodę i car przysłał doń „na naukę” trzech oficerów na czele z Czernyszewem.
Czernyszew, młody i zadziorny, z miejsca spodobał się „bogowi wojny”. Jego sztabowcom trochę mniej, chociaż 

swoim zwyczajem uwodził i kadził wszystkim:
— Możecie mi wierzyć, bo ja kocham wasz naród, nawet

wtedy, kiedy walczymy ze sobą. Wolę was od Austriaków (...) Wasz naród posiada energię, każdy Francuz ma 
duszę, honor i ambicję. Uwielbiam to!

Francuzi patrzyli w skośne, przymrużone oczy młodzika i nie wiedzieli, co myśleć o tym niespodziewanym 
wielbicielu, którego cesarz obsypywał pochwałami i nawet udekorował po Wagram (bitwa, która zdecydowała o 

klęsce Austrii) krzyżem Legii Honorowej.
W pół miesiąca po Wagram, 23 lipca 1809 roku, Czernyszew wrócił do Petersburga i w miesiąc później, 2 1  

sierpnia, został wysłany przez Aleksandra z powrotem do Austrii z dwoma listami. Pierwszy z nich, wręczony 
adresatowi 1 września w wiedeńskim pałacu Schoenbrunn, był przeznaczony dla „brata”. W liście tym car 

roztkliwiał się tęczowo nad swoją przyjaźnią do „Monsieur mon frére” („Moje sprawy znajdują się w rękach 
Waszej Cesarskiej Mości. Powierzam się z całą otwartością przyjaźni, jaką Wasza Cesarska Mość do mnie żywi”), 

chodziło mu zaś o to tylko, by Napoleon nie powiększał tej — jak to luksusowo ujął — „ci-devant Pologne” 
(notabene prośba ta nie została spełniona i Bonaparte mocno tego roku powiększył obszar Księstwa 

Warszawskiego).
Drugi list zawiózł Czernyszew do węgierskiego zamku Dotis, gdzie rezydował pobity cesarz Austrii, Franciszek. 

Co prawda w liście tym stało czarno na białym, że Rosja jest aliantem Francji i nie może Austrii pomagać, ale 
Czernyszew uspokoił Franciszka ustną przesyłką od cara: chwilowo muszą tak pisać, ale cierpliwości, jeszcze 

zobaczymy, kto będzie górą.

background image

Od tej pory pułkownik Czernyszew był stałym łącznikiem między Napoleonem a Aleksandrem i czynił to z 
gorliwością urodzonego kawalerzysty. Obliczono, że w ciągu niespełna czterech lat pokonał na tej trasie ponad 

dziesięć tysięcy mil! Pewnego razu przebył dystans z Petersburga do Bayonny (nad Zatoką Biskajską) i z 
powrotem, to jest prawie siedem tysięcy kilometrów, w ciągu trzydziestu czterech dni! Jak na owe czasy było to 

osiągnięcie rekordowe i tylko sławny zaufany kurier Bonapartego, Moustache, mógłby z nim stanąć
w szranki. Robił to Czernyszew tak regularnie, że w Paryżu, w którym przebywał częściej niż w Petersburgu, 

nazywano go „pocztylionem”.
Nazywano go tam także „pięknym Czernyszewem” („Le beau Tchernitcheff’) *, gdyż — jak zapewniała w 

swoich wspomnieniach pani d’Abrantes — był tak przystojny, że jego magnetycznej sile żadna kobieta nie mogła 
się oprzeć. Niemiecki książę Karol de Clary-et-Aldringen, bawiący w Paryżu w roku 1810, tak go 

scharakteryzował: „Talia ściśnięta jak karykatura wszystkich rosyjskich sylwetek, ujmująca figura, ale wyraz 
twarzy kalmucki, .fascynujące oczy, bujne włosy w lokach, zarozumiały, próżny i zdobywczy, w białym 

mundurze z wielkim pióropuszem, taki był ten pożeracz serc”.
Czernyszewowi, który zamieszkał nad Sekwaną w domu przy ulicy Taitbout, pożeranie serc służyło nie tylko w 

sferze uniesień fizjologicznych — bardziej do zdobywania informacji szpiegowskich, albowiem, jak się zwierzył 
carowi: „Kobiety odgrywają dużą rolę w Paryżu”. Kałmuckie usta i oczy były tam czymś tak egzotycznym, że 

działały na damy jak narkotyk. „Nie wszystkie zapewne umierały z miłości do niego, ale wszystkie się w nim 
durzyły...” — napisała księżna d’Abrantes, która zdaje się również się w nim durzyła.

Wkrótce razem z „pięknym pułkownikiem” zaczęła przyglądać się gwiazdom „kobieta, której mąż znal 
najskrytsze tajemnice cesarza”. Nie wiadomo dokładnie, kim była ta pani. Nie była to na pewno najpiękniejsza z 

sióstr Napoleona, Paulina Borghese, nieuleczalna nimfomanka, której romans z Czernyszewem nie był żadną 
tajemnicą — jej mąż, „słodki Camillo” (książę Borghese) był bowiem tak kompletnym idiotą, że cesarz nie 

powierzyłby mu nawet tajemnicy kroju swego kołnierzyka. Prędzej już mogła to być druga siostra Bonapartego, 
żona marszałka Murata, Karolina, która również odbyła kilka seansów astronomicznych z Czernyszewem.

Francuzi do dzisiaj piszą jego nazwisko najczęściej fonetycznie, przez T: Tchernitcheff lub Tchernychev. Rodzina Czernyszewów wywodziła się od 

XVI-wiecznego banity polskiego, Czernickiego.

Ale są to tylko domniemania, równie dobrze mogła to być małżonka jakiegokolwiek innego dygnitarza, gdyż 
„piękny pułkownik” miał we francuskiej metropolii cały błękitnokrwisty harem.

Czernyszew starał się sprawiać wrażenie służbistego wykonawcy kurierskich poleceń, donżuana, którego po 
zakończeniu pracy urzędowej nie interesuje nic poza balami, miłostkami i... nauką matematyki. Balowało się 

bowiem do północy, kochało po północy, a przecież trzeba też było w jakiś nie wzbudzający podejrzeń sposób 
wypełnić czas od wschodu do zachodu słońca. Dlatego pułkownik wyszukał jakiegoś profesora matematyki, brał 

u niego lekcje i uważał, że robi durniów z Francuzów. Przez myśl by mu nie przeszło, że to on sam może być 
obiektem działań, które w polskiej gwarze współczesnej zwą się malowniczo „robieniem w konia”.

Zorganizowana przez niego siatka wywiadowcza była istnym majstersztykiem. Tak to przynajmniej oceniono 
nad Newą i taką opinię wyraża do dzisiaj wielu historyków. Czernyszew dostarczał całe worki szczegółowych 

informacji o stanie liczbowym, uzbrojeniu, wyposażeniu, dyslokacji, manewrach i nastrojach armii francuskiej, 
co budziło w Petersburgu zachwyt. Często były to kopie oryginalnych dokumentów z paryskiego ministerstwa 

wojny. W roku 1811 jadący do Warszawy nowy ambasador francuski, baron Ludwik Bignon, przypadkowo 
natknął się po drodze na podążającego tą samą trasą Czernyszewa. Bignon tak to później opisał:

„Spotkaliśmy się też na pierwszej stacji. Zauważyłem na piersiach tego rosyjskiego gościa, że miał je wypchane, 
widocznie papierami. Z tego powodu zrobiłem mu komplement, wynosząc jego kurierską gorliwość. Niewinna 

grzecznostka musiała go niezmiernie zaambarasować, albowiem w kilka dni później dowiedziałem się, że owe 
tak starannie schowane papiery zawierały stan i rozłożenie naszych wojsk, kupione przezeń od jednego 

urzędnika z ministerstwa wojny (...) Tak tedy Rosja, chociaż w przymierzu z Francją, ubiegała się wszelkimi 
sposobami o dostanie wykazów sił wojen-

nych swego dzisiejszego sprzymierzeńca, w którym przeczuwała jutrzejszego wroga. Podobne podstępy tak były 
w używaniu w stosunkach jednych mocarstw z drugimi, że nie wspomniałbym o powyższym przypadku, nawet 

gdyby był wyłącznie związany z ambasadą rosyjską. Niechby stali agenci lub ich sekretarze, jak panowie Oubril, 
Nesselrode i Kraft, korzystali od czasu do czasu z przedajności nikczemników, ażeby uzyskać wskazówki 

potrzebne Rosji — to nie śmiałbym tego potępić, gdyż każda strona używa prawa odwetu. Lecz bynajmniej nie 
taka była pozycja pana Czernyszewa. Nie był to bowiem zwykły kurier gabinetowy, lecz zaufany posłaniec 

między dwoma cesarzami, wożący korespondencję od jednego do drugiego. Taka misja ma coś wykluczającego 
nawet cień podejrzenia, a nawzajem obowiązującego do skrupulatnej delikatności. Taki goniec może być 

wreszcie pośrednikiem stosunków obustronnie szczerych i życzliwych, przyjaznych nawet, chociażby w 
gabinetowej polityce zanosiło się już na nieprzyjaźń. Postępek pana Czernyszewa tym więcej był godny 

pożałowania, iż rzucał wcale niepochlebne światło nie tylko na ambasadę rosyjską, lecz i na dostojniejszą 

background image

osobę...”.
Ten godny pożałowania przejaw naiwności pana Bignona rzuca dość niepochlebne światło na jego 

dyplomatyczne predyspozycje, wszelako nie jest to tematem naszego zainteresowania. Jest nim „le beau 
Tchernitcheff’, który często podróżując via Warszawa miał świetną okazję do „rekognoskowania” 

rozbudowujących się wówczas forsownie polskich fortyfikacji, zwłaszcza Pragi (na jej temat złożył dokładny 
raport) i Modlina. Zbierał też po drodze meldunki carskich agentów w Polsce. W dzienniku generała Józefa 
Zajączka z roku 

1811 

znajdujemy dwa interesujące zapiski. Pod datą 

16 

kwietnia: „Minister policji dał mi 

wiedzieć, że niejaki Tyszka jest podejrzany, jakoby był szpiegiem rosyjskim, i że ma być wysłanym dla opatrzenia 
co się będzie dziać w Modlinie”. I pod datą 23 maja: „Oficer rosyjski podejrzany o szpiegostwo, z Modlina został 

przeprowadzony do Warszawy. Ponieważ pas port miał wydany z Petersburga, musiano z nim postąpić z 
pewnymi względami, ale mu poddano, żeby zaraz księstwo opuścił”.

Jedną z wielu zalet Czernyszewa była znakomita pamięć. Potrafił powtórzyć carowi każde słowo z 
dwugodzinnej rozmowy z Napoleonem, a takich rozmów cesarz odbywał z „pocztylionem” sporo. Były one 

bardzo przyjacielskie, tylko raz Bonaparte się uniósł. Spytał, jakie są zamiary Rosji, a Czernyszew odpowiedział, 
że słyszał od kanclerza Rumiancewa, iż gdyby tak Polskę 

Oldenburg (terytorium niemieckie zajęte przez 

Francuzów mimo protestów Petersburga) wrzucić do jednego worka, dobrze potrząsnąć i wyrzucić — przyjaźń 
francusko-rosyjska byłaby scementowana. Znaczyło to: wymieńmy Oldenburg (dla Francji) za Polskę (dla Rosji). 

Napoleon krzyknął:
— O nie, mój panie, na szczęście Francja nie musi chwytać się takich ostateczności!

Ale zaraz się uspokoił 

dalej uprzejmie gawędził z pułkownikiem (ten ostatni błyskawicznie zmitygował się 

bąknął, że widocznie źle zrozumiał kanclerza). Nie zrobił mu wyrzutów nawet podczas ostatniego spotkania, w 

dniu 25 lutego 1812 roku.* Rozmawiali wówczas bardzo długo. Bonaparte dał mu wyraźnie do zrozumienia, że 
wie wszystko („Wiem, że jest pan tu tylko po to, by zbierać informacje wojskowe i że zorganizował pan siatkę 

wywiadowczą”), podsuwał nowe sposoby zażegnania zbliżającego się konfliktu i wręczył list do Aleksandra.
Tego samego dnia przerażony Czernyszew, mając już pewność, że jest „spalony”, rzeczywiście spalił w kominku 

wszystkie niepotrzebne już, kompromitujące papiery i nazajutrz wybył z Francji galopem. Nikt go nie zaczepił 
na granicy, nie rewidował, pozwolono mu wywieźć, co tylko chciał. Dziwne, prawda? Bardzo dziwne. Ale zaraz 

to sobie wyjaśnimy.

Ta nie ulegająca wątpliwości data (wystarczy przejrzeć korespondencję Napoleona lub notatki Czernyszewa) jest przez niektórych francuskich 

historyków mylona z 25 lutym 1811 roku, kiedy również odbyła się rozmowa Czernyszewa z cesarzem i następnego dnia pułkownik pojechał do Petersburga. 
Największy galimatias wyszedł z tego w pracy Jeana Thiry „Le roi de Rome”, Paris 1968 (przykładowo porównanie stron 42 i 275).

Do dzisiaj prace historyczne na temat działalności Czernyszewa w Paryżu pełne są zachwytów nad jego 

szpiegowskim kunsztem. Uważa się, że zdobył bezcenne informacje militarne przy karygodnej naiwności 
samego Napoleona i ślepocie kontrwywiadu francuskiego, który zbyt późno wpadł na ślad, a dowody zdobył 

dopiero po wyjeździe pułkownika, rewidując jego mieszkanie. Jest to opinia utrzymująca się od czasu tych 
wydarzeń. Nawet wielki historyk-bonapartysta, Marian Kukieł, wiedząc, iż wywiad napoleoński zdobył tajne 

plany rosyjskie, które cesarz trzymał w małym zeszycie („livret”) — popełnił błąd w swoim dziele „Wojna 1812 
roku”, pisząc: „Rosyjskie «livret» cesarza, pięknie w safian czerwony oprawne, z którym wyruszył w pole, było z 

natury rzeczy o wiele mniej dokładnym, niż kupione przez Czernyszewa w Paryżu francuskie «Situations»”.
Dopiero analizujący rodzime źródła badacze radzieccy stwierdzili ze zdziwieniem, że coś tu nie gra. 

Korzystający z tych badań Czerniak jako pierwszy nieco inaczej ocenił Czernyszewa: „Czernyszew, który 
później, za czasów Mikołaja I ,  zrobił dzięki swej służalczości wielką karierę, nie był zbyt roztropnym ani 

przenikliwym pracownikiem wywiadu. Interesująca jest również okoliczność, że dane o liczebności armii 
francuskiej, jakie zdobył carski adiutant, były bardzo zaniżone! Nasuwa to przypuszczenie o świadomej 

prowokacji zorganizowanej przez Napoleona”.*
„Nasuwa to przypuszczenie”. Ależ tu nic nie trzeba przypuszczać. Nikt dotąd nie próbował udowodnić tego 

podejrzenia, wobec czego sam to uczynię i nie będzie w tym żadnej wielkiej zasługi — jest to rzecz dziecinnie 
prosta. Mógł to już dawno zrobić każdy, kto jak ja zapoznałby się z kilkunastoma pamiętnikami z epoki (głównie 

Pasquiera, Savary’ego i Bour-rienne’a) oraz z „dossier Czernichef” w paryskim Archiwum Narodowym 
(sygnatura F-7, 6575) i przeanalizował je. Informacje tam zawarte krzyczą wprost.

Na początek taki „drobiazg”, którym właściwie można by

Tłumaczenie Stanisława Ludkiewicza.

zakończyć sprawę. Doniesienia swoje opierał Czernyszew, i to jest pewnik, na francuskich dokumentach 

wojskowych uzyskiwanych od przekupionych pracowników ministerstwa wojny. Jakim cudem więc wzięte z 
tych dokumentów dane liczbowe były „bardzo zaniżone”? Czyż już samo to nie dowodzi w oczywisty sposób 

prowokacji ze strony Napoleona?
Ale idźmy dalej. Bonaparte znał dobrze zbyt gorącą namiętność swej siostry Pauliny (posyłał ją nawet na leczenie 

background image

do wybitnych medyków, lecz na nimfomanię do dzisiaj nie wynaleziono szczepionki), karcił ją za nadmierną 
częstotliwość przyprawiania rogów don Camillowi, i każdego jej kochanka, którego tylko udało mu się dopaść, 

wysyłał bez zwłoki na odległe placówki wojenne (głównie do Hiszpanii) bądź — jeśli nie był to francuski oficer 
— usuwał inaczej. Jej romansu z Czernyszewem „nie zauważył”, chociaż plotkował o tym cały Paryż. Dziwne.

Stosunki między monarchą-władcą dwóch trzecich kontynentu a zwykłym kurierem były tak serdeczne, że 
przyprawiało to dwór cesarski o nieustanne zdziwienie. Napoleon zapraszał Czernyszewa na obiady, bale w 

Fontainebleau, polowania, pragnął mieć go stale przy sobie, obsypywał łaskami, pieścił, głaskał, chciałoby się 
rzec: u s y p i a ł .  Policyjna wtyczka Fouchégo w Hamburgu, Ludwik Antoni Fau-velet, zwany Bourrienne, 

zanotował w swoich „Mémoires”: „To, co mnie wciąż dziwiło, to zachowanie się Napoleona względem pana 
Czernyszewa (...) Napoleon został poinformowany o jego tajemnych machinacjach, lecz w najmniejszym stopniu 

nie zmienił swego stosunku do niego, w dalszym ciągu odnosił się doń z identyczną sympatią jak zawsze i 
otaczał serdecznymi względami”. Znowu: „dziwne”. Tylko że Bourrienne, który nie wiedział „co jest grane”, 

wytłumaczył to sobie... umiłowaniem spokoju i wielkodusznością cesarza! Karesy towarzyskie z szefem wrogiej 
siatki szpiegowskiej w imię umiłowania spokoju! Coraz „dziwniejsze”, wręcz paradne.

Z kolei z „Pamiętników” szefa policji i wywiadu, księcia Rovigo (Savary) oraz przede wszystkim ze wspomnień 
prefekta policji paryskiej, Stefana Pasquiera, wiemy, że otoczyli

oni „opieką” Czernyszewa natychmiast po jego przybyciu nad Sekwanę. Utworzono w tym celu, z rozkazu 
Napoleona i pod protekcją ministra spraw zagranicznych Mareta, specjalną komórkę śledczą dowodzoną przez 

specjalistę od inwigilacji, inspektora Foudrasa. Finał miał wyglądać następująco:
Zaraz po ucieczce „pięknego pułkownika” do Rosji, 26 lutego 1812 roku, policja przeszukała jego mieszkanie i — 

co za szczęśliwy traf! — mimo że spalił on kompromitujące papiery, znalazła jedną karteczkę. Zawierała ona 
sekrety Wielkiej Armii i podpisana była literą M. Wrzucając dokumenty hurtem do kominka, Czernyszew nie 

zauważył, że kartka ta upadła na podłogę i wsunęła się pod dywan. Oddano ją Savary’emu, ten zaś natychmiast 
udał się do ministra wojny, Clarke’a, kazał mu zebrać wszystkich szefów wydziałów i spytał, czy któryś nie 

poznaje charakteru pisma. Nie rozpoznał żaden. Wtedy Savary wpadł na pomysł skontaktowania się z szefem 
sztabu generalnego, Berthierem, i — drugi szczęśliwy traf — sekretarz Berthiera od razu rozpoznał pismo 

introligatora ministerstwa wojny, niejakiego Michela. Michela aresztowano wraz ze wspólnikami (Mosés, Saget i 
Salmon) i wyduszono zeń, że jego łącznikiem z Czernyszewem był portier ambasady rosyjskiej, Austriak 

Wustinger. Jako że ambasada była eksterytorialna, trzeba było wywabić Wustingera. Michel napisał pod 
dyktando list do łącznika, umawiając się z nim w kawiarni. Wustinger przybył na spotkanie i w ten sposób 

wszystkie ryby wpadły w sak, by wylądować w więzieniu La Force.
Pomijając już nawet fakt, że tak Pasquier, jak i wszyscy inni policjanci epoki notorycznie łgali w swych 

pamiętnikach, zaciemniając, przemilczając lub przeinaczając wiele tajnych rozgrywek doby napoleońskiej 
(niezręcznie było im chwalić się za Burbonów swoją walką z wrogami Napoleona — na przykład Savary prawie 

w ogóle nie wspomniał o swej prawej ręce, Schulmeistrze) — powyższa oficjalna relacja już na pierwszy rzut oka 
budzi nieufność tyloma „szczęśliwymi trafami” (karteczka wskakująca pod dywan) i naiwnościami (zdrajca 

podpisujący się pierwszą literą swego nazwiska!), że
można ją spokojnie między bajki włożyć i zadać sobie pytanie: co próbowano za jej pomocą ukryć?

Odpowiedzi na to pytanie udziela zawartość dossier numer F-7 6575 paryskiego Archiwum Narodowego i opisy 
prasowe procesu szpiegów, który — jak podała „Gazette de France” — rozpoczął się 13 kwietnia 1812 roku. Otóż 

Wustingera nie postawiono w stan oskarżenia, a tylko uczyniono zeń świadka (!), podając jako motyw tej decyzji, 
że jest on obcokrajowcem! Nie przeszkodziło to jednak prokuratorowi generalnemu, panu Legoux, oskarżyć 

zaocznie... Czernyszewa, tak jakby ten był Francuzem! *
Był to jednak drobiazg w porównaniu z wyrokiem. Michela, który przyznał się do dziesięcioletniej działalności 

szpiegowskiej, skazano na śmierć i zgilotynowano. Natomiast Sagota skazano na... dyby (na wystawienie w 
„kunie”, rzecz rodem ze średniowiecza!) i... grzywnę, zaś Salmona i Mo-sésa — proszę o uwagę — 

u n i e w i n n i o n o !  Uniewinniono szpiegów militarnych, zdrajców ojczyzny, pracowników ministerstwa 
wojny, na dwa miesiące przed rozpoczęciem wojny z Rosją, to jest w dobie, kiedy Savary bez gadania stawiał pod 

ścianę szewców śpiewających po pijanemu antynapoleońskie kuplety!!!
Teraz już możemy zrekonstruować ten klombik z zatrutego ogrodu Amora. Michel był starym szpiegiem, 

współpracującym jeszcze z braćmi Simon i z „Paryskim Przyjacielem”. Kontrwywiad francuski dobrze o tym 
wiedział i „hodował” go sobie na dużą grę. Tę dużą grę rozpoczął obrotny gość, „le beau Tchernitcheff”, 

szukając kontaktów szpiegowskich pod pozorem szukania nauczycieli i próbując wykorzystywać w tym celu 
swe kochanki. Od nich się o tym dowiedziano i pozwolono mu dalej zachwycać je tężyzną stepowego samca, a w 

zamian brać od nich podsunięte bzdury; jednocześnie napuszczono go na Michela. Salmon i Mosés pilnowali, by 
przez ręce introligatora nie przechodziły autentyczne dokumenty, lecz tylko takie, w których stan Wielkiej Armii 

był „bardzo zaniżony”. Wustinger też zapewne miał w tym blefie

background image

Ambasador rosyjski w Paryżu, Kurakin, złożył w związku z tym ostry protest.

swój udział. Czernyszewowi pozwolono wywieźć te wszystkie dezinformacje do domu, bo przecież o to właśnie 
chodziło. 

to już wszystko z tego rozdania piątej rundy. Bonaparte, spotkawszy na swej drodze drugiego 

zapatrzonego w lustro rosyjskiego „chłystka”, powtórzył numer z Dołgorukim i z carskiego asa pik uczynił 

bezwartościową blotkę.
Czas przejść do rewanżu wywiadu francuskiego za wysiłki Petersburga. Dwie najbliższe granic Rosji centrale 

napoleońskiej służby wywiadowczej ukierunkowanej na wschód znajdowały się w poselstwach w Sztokholmie i 
w Warszawie. Napoleon wysyłając Bignona do Warszawy dał mu ustne rozporządzenia dotyczące szpiegostwa 

antyrosyjskiego, uściślone później w tajnej instrukcji ministerialnej, a także wskazał mu „skrzynkę kontaktową” 
z agentami francuskimi w Petersburgu. Był nią... nasz stary znajomy, niezmordowany książę Sapieha, którego 

przyjaciółka święciła od kilku lat teatralne, seksualne i wywiadowcze triumfy nad Newą. Duet Sapieha-Bignon 
„rozwinął niebawem własny wywiad agencyjny w dużym stylu” (Kukieł).

Rzecz prosta nie znamy większości francuskich agentów działających w Rosji i na pograniczu. Bardzo dobrą 
robotę wykonywało trzech: Thiard (pracownik paryskiego ministerstwa spraw zagranicznych), Bellefroid 

(podprefekt w Tykocinie) i generał Jan Henry-Wołodkowicz. Sprawna i wydajna okazała się też mała agencja 
wywiadowcza zorganizowana w zarządzie dóbr Czartoryskich w Terespolu — wyzyskiwano tam rosyjskie 

kursy oficjalistów książęcych.
Współpracującym ściśle z Francuzami wywiadem polskim kierował najpierw szef sztabu armii Księstwa 

Warszawskiego, generał Fiszer, a następnie generalny inspektor kawalerii, generał Rożniecki. Jego raporty oraz 
zdobyte dokumenty rosyjskie Napoleon analizował osobiście, przy pomocy ministra spraw zagranicznych, 

Mareta, oraz specjalnego urzędnika znającego dobrze Rosję i język rosyjski, Lelorgne d’Ideville’a. Rożniecki 
osiągnął spore sukcesy, udało mu się nawet skaptować konfidentów w wojsku rosyjskim, nie wyłączając 

sztabów, jednakże nie zdołał on przed wybuchem wojny uzyskać pełnego rozeznania w składzie bojowym armii
carskiej. Zrobił to ktoś inny — francuski przedstawiciel w Petersburgu, Lauriston. Udało mu się kupić nie tylko 

szczegółowe informacje o liczebności i rozmieszczeniu wojsk rosyjskich, lecz także drukarskie matryce rosyjskich 
map wojskowych!

Rosjanie nie pozostawali Francuzom dłużni. Kupowali we Francji i w całej Europie kogo tylko się dało; rosyjski 
oficer Figner (sławny partyzant w wojnie 1812 roku ) w przebraniu Włocha wkręcił się do armii francuskiej i 

zyskał nawet zaufanie generała Rappa... Można by tak długo. Nie warto. Ciężkie, nieprzeniknione kotary 
sekretów kryją i kryć będą zawsze przebieg tej rundy cesarskiego pokera. I dlatego trzeba ją uznać za 

nierozstrzygniętą. W pokerze nie zawsze i nie każda partia kończy się czyimś zwycięstwem. Tajemnice — 
połóżcie je na szalach wagi — ważą tyle samo.

A zatruty ogród Amora? Nie uwierzysz, Czytelniku, kiedy powiem, że zagłębiły się w jego chaszcze nawet te 
dwie, z którymi obaj partnerzy spędzali największą ilość nocy podczas gry.

Małżonka Napoleona, Józefina de Beauharnais, od chwili ślubu z „bogiem wojny” była na stałym żołdzie 
Fouchégo i sprzedawała mu nawet listy od męża. Jest to fakt bezsporny. Dlaczego to robiła? Dla łaszków i 

biżuterii, których wciąż jej było mało, chociaż Bonaparte wydawał na nią krocie (jej haftowana złotem i 
wyszywana kamieniami suknia koronacyjna kosztowała dziewięciokrotnie drożej niż wspaniała korona 

cesarza!), a potem ze strachu przed rozwodem, który nieuchronnie się zbliżał. Fouché donosił jej o tajnych kom-
binacjach Bonapartego w tej sprawie, nie dodając oczywiście, że sam jest motorem tych kombinacji.

Powiecie: przecież Fouché był Francuzem! Zapomnieliście, jakimi pseudonimami oznaczył tego swojego agenta 
wywiad rosyjski. Współpraca „Nataszy” z Józefiną to okropny wrzód na legendzie napoleońskiej.

Z kolei wieloletnia (przez cały czas trwania cesarskiego pokera) nałożnica Aleksandra, Maria z Czetwertyńskich 
Naryszkina, była płatnym szpiegiem Metternicha. Nie można w to wątpić, odkrył ten fakt jeden z nielicznych — 

jak już
wspomniałem — historyków, którzy mieli dostęp do tajnych archiwów Romanowych i jedyny, który miał dostęp 

do archiwum najtajniejszego: Wielki Książę Mikołaj Michajłowicz.
Powiecie znowu: przecież Metternich był Austriakiem! Nie poinformowałem Was jeszcze, że w dobie Empire’u 

prawie cały austriacki wywiad, skorumpowany przez mającego tam swoich ludzi alzackiego geniusza, Karola 
Schulmeistra, pracował na rzecz Francji! Dlatego kiedy nieświadom spraw ambasador Caulaincourt doniósł 

Napoleonowi o trwałości romansu Aleksandra z Naryszkiną, Bonaparte odrzekł:
— Nie uwierzysz, drogi Caulaincourt, jaką wagę przywiązuję do tego...

A więc w dwóch cesarskich, pierwszych sypialniach Europy — też remis. Bo to był ogród, a w przyrodzie 
zawsze panuje stan równowagi.

6    

RUNDA

background image

Runda aktorów i zdrajców

(Podstawowe rozdanie w Erfurcie)

0

 

„ZAJĄCU, KTÓRY DOSTAŁ ŚRUTEM W ŁEB” I OKAZAŁ SIĘ LISEM

Szpiegostwo i miłość, splecione ze sobą w piękny zatruty bukiet, chociaż fascynujące jak kwiaty grzechu i po-
woje zła, były tylko chwastami w tej grze. Ponad nie wyrastały dwa drzewa polityki, z dwoma cesarskimi 

pniami. One były naturą szóstej rundy pokera granego przez dwóch mocarzy.
Obie te rundy, ta i wcześniej opisana, przesiąknięte były tym samym jadem nienawiści, obłudy, wilczych 

uśmiechów

kłamliwych zapewnień o dozgonnej przyjaźni, tym samym cwanym aktorstwem, i jednako obfitowały w 

zdrady i w pokerowe blefy. Tylko że w tej rundzie były to zdrady i blefy na wyższym szczeblu, a więc bardziej 
brzemienne dla wyniku całej gry.

Aleksander wrócił z Tylży do Petersburga 16 lipca 1807 roku. Czekała go tam spora niespodzianka — zamiast 
braw, powszechna wrogość: mieszkańców stolicy, dworu, rządu

i nawet wojska, które nie widząc w pobliżu Francuzów przestało się już bać i marzyć o pokoju, a zaczęło uświa-
damiać sobie, za jaką cenę pokój ten został nabyty. Traktat tylżycki uznano za hańbę większą, niż klęski pod 

Austerlitz i Friedlandem, wszelako zapewne niezbyt dobrze pamiętano o rozmiarach tych klęsk, gdyż we 
wszystkich salonach nad Newą i nad Moskwą zadawano otwarcie pytanie: jak car mógł się zgodzić na tak 

parszywe warunki, pieczętujące francuską hegemonię w Europie?! Jego małżonka, caryca Elżbieta Aleksiejewna, 
szukała wytłumaczenia w... hipnozie:

„Bonaparte wydaje mi się rozpustnym uwodzicielem, który prośbą i groźbą zniewala wszystkie piękności, by 
padły w jego ramiona. Rosja, jako najcnotliwsza, opierała się dość długo, lecz i ona uległa, podobnie jak i inne, 

urokowi i sile cesarza. Włada on jakimiś tajemniczymi fluidami, które stale z niego promieniują. Pragnęłabym 
wiedzieć, co za moc czarnoksięską ma Bonaparte...” (z listu do matki).

A Aleksander Puszkin, jakby wtórując jej, napisze później:
„Taki był, kiedy z równin Austcrlitzu hufiec

Północy przed prawicą jego musiał uciec.
I po raz pierwszy zbiegli w popłochu Rosjanie.

Taki był, gdy z traktatem triumfalnym swoim
I z hańbą, i z pokojem

Przed młodym carem w Tylży stanie”.*
Największe rozgoryczenie przeciwko „ohydnej zdradzie w Tylży” panowało w otoczeniu matki Aleksandra, 

carycy-wdowy Marii Fiodorowny. Jej rezydencja w Pawłowsku stała się tubą przekleństw i matecznikiem 
wrzenia sięgającego znamion buntu. Mówiono tam ze zgrozą, że jeszcze nigdy w swej historii Matuszka Rosja, 

piękna prawosławna Rosja Piotra Wielkiego i Katarzyny, nie została tak upodlona.

Wiersz napisany za panowania Aleksandra, w roku 1823. Carska cenzura nic mogła oczywiście przepuścić go w tym brzmieniu, toteż przez dziesiątki 

lat drukowano fałszywie: „I z hańbą lub z pokojem”. Po raz pierwszy tekst autentyczny ujrzał farbę drukarską dopiero po Rewolucji Październikowej.

A dlaczego? Dlatego, że car „padł do nóg zwycięzcy i zbratał się z nim”! Tajne rozkazy z Pawłowska sprawiły ten 

cud, że do episkopatu rosyjskiego nie dotarło odwołanie sławetnego ukazu Świętego Synodu i na carskiego 
„brata” dalej sypały się spod cerkiewnych ikon epitety takie, jak „burzyciel świata”, „odszczepieniec”, 

„antychryst” oraz „obrońca muzułmanów i Żydów”.
Niewielu miał w tym czasie Aleksander obrońców. Należała do nich żona, Elżbieta Aleksiejewna, młoda, piękna, 

romantyczna marzycielka, zawsze skromnie ubrana, z wijącymi się na ramionach splotami jasnopopielatych 
włosów, z wieczną melancholią w wypłakanych lazurowych oczach, dziwna, smutna władczyni, inna od innych 

na tronie, wsłuchana przez całe życie „w czystą pieśń tęsknoty za szczęściem”, rozdarta między uczucie i 
szacunek dla męża-autokraty a miłość do Adama Czartoryskiego, w którego ramiona Aleksander wepchnął ją 

brutalnie wkrótce po ślubie, by mieć wolne ręce do obłapywania swego haremu. Jakby nie wiedząc, że w tych 
trudnych chwilach małżonek codziennie czerpie pocieszenie z objęć poetki nocy-Naryszkiny, napisała wówczas 

do swej matki, margrabiny badeńskiej, list, który warto zacytować, gdyż dobrze przedstawia on nastroje pa-
nujące późnym latem 1807 roku w Petersburgu, Pawłowsku i w całej Rosji:

„Pod wpływem bezgranicznej miłości własnej, która ją skłaniała, aby przy każdej sposobności schlebiać opinii 
publicznej, oraz dla poklasku — cesarzowa Maria pierwsza daje przykład niezadowolenia i głośno występuje 

przeciwko polityce swego syna; stara się upokorzyć tych wszystkich, którzy czynni byli w zakończeniu wojny, 
jak na przykład księcia Łobanowa, którego nazwisko powtarzają nawet gazety. Cesarzowa wreszcie, która jako 

matka powinna przecież bronić swego syna, staje jakby na czele jakiejś frondy; wszyscy niezadowoleni grupują 
się wokół niej i wynoszą jej osobę pod niebiosa. Jej dwór nigdy nie był tak liczny jak w tym roku, nigdy nie 

ściągała tylu ludzi do Pawłowska. Nie mam słów, aby wyrazić, do jakiego stopnia mnie to oburza. Czyż w takiej 

background image

chwili jak obecna, wiedząc dobrze, jak dalece
wszyscy są rozjątrzeni przeciwko cesarzowi, wolno jej wyróżniać i pochlebiać tym, którzy najgłośniej krzyczą? 

Wydaje mi się, jakby ten dobry cesarz, a z pewnością najlepszy z całej rodziny, zdradzany był i wydany na 
pastwę losu przez swoich najbliższych. Im bardziej jego położenie staje się przykre, tym mocniej mnie to boli, do 

tego stopnia, że mogłabym może być nawet niesprawiedliwa wobec tych, którzy go nie szczędzą...”.
Bóg jeden wie, za co płaciła temu „dobremu cesarzowi” takim przywiązaniem, on na pewno nie potrzebował go 

— było mu obojętne. Potrzebował — on, aktor samotny na głuchych posadzkach Pałacu Zimowego, z odwróconą 
plecami i sarkającą publicznością — kupić sobie jeszcze raz tę publiczność. Nie po temu, żeby ją kochał szczerze 

— w głębi serca gardził nią, tak jak Napoleon; obaj wyczytali w pismach Fryderyka Wielkiego: „Publiczność to 
zwierzę, które widzi wszystko, słyszy wszystko i rozgłasza wszystko, co widziało i słyszało. Obserwujący 

władców dworzanie robią codziennie spostrzeżenia, toteż władcy są bardziej niż inni ludzie wystawieni na 
obmowę, są jak gwiazdy, na które cała gromada astronomów kieruje swoje lunety”. Gardził nią, bo sfrancuszczo-

ny przez babkę, wyedukowany przez Laharpe’a francuską literaturą, czytał także wydane w roku 1803 „Pensées, 
maximes et anecdotes” Nicolasa Chamforta, a w nich: „Publiczność, publiczność, iluż trzeba głupców, by 

stworzyć publiczność!”. Ale chciał kupić tych głupców, albowiem w atmosferze powszechnej dezaprobaty nie 
potrafił precyzyjnie grać swojego pokera z „bratem”.

Kłopot polegał na tym, że nie mógł tego zrobić. Owszem, nienawidził Napoleona tak jak i oni. Nienawidził go 
zawsze, a od Tylży w szczególności, gdyż tam Korsykanin wyświadczył mu łaskę — pokonanego obdarował na 

powrót wielkością, chociaż mógł rozdeptać. Austriacki poeta, pisarz i dziennikarz, Karl Kraus, napisał to, co 
mędrcy wiedzieli od prawieków: „Prędzej wybaczy ci ktoś podłość, której się wobec ciebie dopuścił, niż 

dobrodziejstwo, którego od ciebie doznał”. Nie on zresztą pierwszy to sformułował, znano tę maksymę już za 
czasów Aleksandra — znowu Chamfort się

kłania: „Bóg zalecił wybaczać zniewagi, ale nie nakazał wybaczać dobrodziejstw”.
Car ani przez chwilę nie zamierzał wybaczyć, ale musiał udawać przyjaźń, bo wciąż liczył na to, że Bonaparte 

pozwoli mu dokonać rozbioru Turcji. Dlatego przed pierwszym francuskim posłem po Tylży, nie cierpianym 
przez petersburską socjetę generałem Savarym, rozwinął pawi ogon swego czaru:

— Cesarz Napoleon dał mi w Tylży dowody przywiązania, których nigdy nie zapomnę. Im dłużej o tym myślę, 
tym bardziej czuję się szczęśliwy, że go poznałem. Cóż to za niezwykły człowiek!...

Ale przecież nie mógł tłumaczyć na prawo i lewo, że puszcza dymne zasłony, że stara się omamić francuskiego 
wysłannika i jego pana po to, by lepiej ukryć swą nienawiść i swe kiełkujące na dnie duszy dalekosiężne plany. 

Wiedział, że Savary jest szefem francuskiego Tajnego Gabinetu, i że mury wszystkich pałaców rządowych na 
świecie mają wzrok i słuch. Nie mógł więc, chociaż pragnął, kupić natychmiast swej obrażonej publiczności. Ta 

zaś brała wszystko tak, jak widziała, i obrażała się coraz bardziej, bo widziała, że car obsypuje zaszczytami i 
orderami, zaprasza do siebie, komplementuje i faworyzuje „mordercę z Vincennes”.*

Miarka przebrała się, gdy Aleksander rozkazał otworzyć zamknięte przed Savarym podwoje petersburskich 
salonów. Na biurku imperatora pojawiły się anonimy, których autorzy przypomnieli mu raz jeszcze los jego ojca. 

Znowu zastosowano groźbę „azjatyckiego remedium”, by uratować honor Rosji, chociaż — jak zauważył Tarle 
— nie tyle chodziło tu o honor, ile o kieszeń: narzucona Rosji przez Bonapartego Blokada Kontynentalna 

zdruzgotała nogi handlowi i w ogóle całej gospodarce rosyjskiej.
I znowu ten straszak podziałał skutecznie. Aleksander zmitygowal nieco swe awanse względem Savary’ego, a 

za

* Savary w roku 1804 kierował egzekucją skazanego za spisek przeciwko Francji i rozstrzelanego w fosie zamku Vinccnnes księcia d’Enghien.

razem rozpoczął pierwsze rozdanie tej rundy. W Tylży Rosja zobowiązała się pośredniczyć w układach między 

Anglią a Francją, i w przypadku, gdyby Albion się na te układy nie zgodził — zerwać z nim. Gabinet londyński, 
co było do przewidzenia, w ogóle nie chciał na ten temat dyskutować i doszło do zerwania. Oficjalnie. Nieofi-

cjalnie — tajny wysłannik cara zawiózł do Londynu zapewnienie o trwałej przyjaźni między Rosją a Wielką Bry-
tanią, przyjaźni, którą chwilowo trzeba ukrywać przed wspólnym wrogiem.

Nie udało się ukryć. Savary był zbyt wytrawnym wywiadowcą i nie przykleił się do lepu słodkich słów i 
uśmiechów, a szpiedzy francuscy w Petersburgu i w Londynie mieli zbyt dobre kontakty. Już 24 stycznia 1808 

roku Napoleon dowiedział się o wszystkim i zrozumiał, że gra będzie trudniejsza niż myślał. Zaczął mu świtać w 
głowie pewien plan...

Wyprzedziliśmy bieg wydarzeń i musimy się cofnąć, by poznać pierwsze figury karciane obu partnerów: 
akredytowanych już od kilku miesięcy nad Newą i nad Sekwaną ambasadorów — Caulaincourta i Tołstoja.

Markiz Armand Augustyn Ludwik de Caulaincourt (1773—1827) pochodził ze starej rodziny pikardyjskiej i miał 
mnóstwo zalet. Był to wielki pan, o wytwornej postawie, wspaniałych manierach i urzekającej urodzie, człowiek 

z towarzystwa, świetny „causeur” i elegant. Patrząc na niego chciałoby się rzec, że uroda nie jest jeszcze 
największą wadą mężczyzny, gdyż istnieje także głupota. Uważał się za doświadczonego dyplomatę, co 

background image

pozostaje w harmonijnym związku ze spostrzeżeniem Oscara Wilde’a, iż „własną głupotę ludzie zwykle 
nazywają doświadczeniem”.

Na swoje nieszczęście za doświadczonego uważał go również Napoleon i było to jednym z największych 
głupstw popełnionych przez tego wytrawnego znawcę ludzi i mistrza w polityce personalnej. Bonaparte sam 

tłumaczył „Księcia” na francuski i zawsze starał się stosować do przykazań z rozdziału XXII „O ministrach”. 
Naczelne przesłanie Machiavellego z tego rozdziału brzmiało : „Lecz w jaki sposób książę poznać się może na 

wartości mini
stra? Oto sposób jeden, niezawodny. Zwróć uwagę na to, czy nie zajmuje się on więcej sprawami własnymi niż 

sprawami państwa; jeśli w swym postępowaniu dba on o własną tylko korzyść, to nie może być dobrym doradcą 
i nie zasługuje na zaufanie”.*

Caulaincourt właśnie nie zasługiwał na zaufanie, gdyż przez wiele lat swej działalności w charakterze oficera, 
posła, ambasadora i w końcu ministra spraw zagranicznych Francji był złym doradcą — przez cały ten czas 

doradzał swemu panu wszystko, co było korzystne dla Aleksandra, a Napoleon nie zwrócił na to uwagi, 
przynajmniej nie w takim stopniu, w jakim powinien był to uczynić. Caulaincourt po prostu zakochał się w carze 

(co świadczy, że i Aleksander był niezgorszym czarodziejem — nie udało mu się omotać Sa-vary’ego, ale sztuka 
wyszła z Caulaincourtem) i stał się już nie rusofilem, ale carofilem. Nawet w roku 1812, gdy wojna była 

nieuchronna, a buta cara rosła z dnia na dzień, „margrabia de Caulaincourt, oczarowany szlachetnością charak-
teru samodzierżcy i okazywanym mu zaufaniem, wstrzymywał jeszcze gromy w ręku swego pana” (Potocka).

Caulaincourt po raz pierwszy posłował do Petersburga w roku 1801, będąc zaledwie pułkownikiem strzelców. 
Wysłany jako ambasador w roku 1807 (był już wtedy generałem i Wielkim Koniuszym Cesarstwa) z miejsca 

zadurzył się w carze i zaczął się zachowywać jak nieśmiała nastolatka w obecności uwielbianego gwiazdora 
filmowego. Aleksander natychmiat dostrzegł mierność tej kreatury i mając ją w ręku, a chcąc utrzymać jak 

najdłużej, skąpał w deszczu zaszczytów, odznaczeń, uprzejmości i nawet intymności, dopuścił niemal do grona 
rodzinnego i prawie dosłownie „nosił na rękach”. Caulaincourt — ambasador największego mocarstwa 

ówczesnego świata — czuł się przez cały czas jak owa nastolatka przed pierwszym pocałunkiem od słynnego 
amanta. Chociaż na zewnątrz pełen przepychu i dostojeństw, chorował wciąż na brak swobody i naturalności, co 

było widać; wnikliwy obserwator mógłby stanąć obok, by podtrzymać 

Tłumaczenie Wincentego Rzymowskiego

pana ambasadora, kiedy ten potknie się o własne buty. Takim wnikliwym obserwatorem był poseł Sardynii, Józef 

de Maistre:
„Bardzo mnie bawi obserwowanie Caulaincourta. Jest dobrze urodzony i pyszni się tym, reprezentuje monarchę, 

który trzęsie światem, ma coś sześć czy siedem tysięcy franków renty, wszędzie się pcha, a jednak — mimo że 
kapie od złotych haftów — ma minę głupią i sztywny jest, jakby kij połknął. Nie mylą się ci, którzy mówią, że 

wygląda jak «Ninetka na balu dworskim». Ten człowiek, który przecież mógł wszystko zrobić, co chciał, jąkał się 
wobec prawdziwej dostojności, co mnie niejednokrotnie uderzało, i to od momentu rozpoczęcia się tragedii”.

Tragedia polegała tu na zadziwiającej ślepocie Napoleona. Mimo że Caulaincourt ordynarnie „podkładał się” 
carowi i nawet dokonywał posunięć dyplomatycznych sprzecznych z instrukcjami Paryża, mimo że Bonaparte 

dostrzegał pewne objawy carofilstwa swego dyplomaty — nie usunął go ze stanowiska, wprost przeciwnie, 
mianował nawet księciem Vicenzy. Być może uważał, że mając w Petersburgu jako ambasadora „przyjaciela 

Aleksandra” (tak nazywano Caulaincourta), lepiej usposobi cara, łatwiej go omami, lecz nie ulega wątpliwości, 
że się pomylił.

Kosztowało go to drogo, nie tylko w grze, ale i w pieniądzach. Chciał, by jego ambasada w stolicy „brata” pro-
wadziła się okazale, a Caulaincourt pod różnymi pozorami doił ze skarbca francuskiego olbrzymie sumy i potem 

puszył się w Pałacu Zimowym swymi dochodami. Ciekawe światło rzuca na ten profil szóstej rundy dość rzadki 
dziewiętnastowieczny druk w moim księgozbiorze napoleońskim — wspomnienia baronowej de Reiset, 

obracającej się na petersburskim jarmarku dworskim przez cały czas działalności Caulaincourta.
Czy Caulaincourt był podobnym zdrajcą jak Talleyrand? Tak, dojdziemy jeszcze do tego. Czy był również 

carskim szpiegiem? Istnieje taka hipoteza, ale chociaż sam wysunąłem i starałem się udowodnić hipotezy o 
szpiegowskiej działalności panien Bourgoin i George oraz „wykiwaniu” Czerny-

szewa, udowadniania tej nie podjąłbym się. Istnieje za mało przesłanek (nie mówiąc już o braku dowodów) i nie 
przekonują mnie nawet podkreślone przez Georgesa Lefebvre’a w jego dziele zażyle stosunki łączące 

Caulaincourta z szefem (przed Czernyszewem) rosyjskiej siatki wywiadowczej w Paryżu, Nesselrodem. 
Nesselrode co prawda napisał szyfrem (w tym szyfrze „Ludwika” oznaczała Aleksandra) do swej centrali, że 

Caulaincourt robi wszystko, by „odwdzięczyć się za zaufanie, jakim obdarzyła go Ludwika”, lecz to jeszcze o 

background image

niczym nie świadczy.*
Maurycy Paléologue, ambasador Francji w Petersburgu przed Rewolucją Październikową, tak scharakteryzował 

swego poprzednika sprzed stu lat: „Duszę miał tylko na pozór szlachetną, w rzeczywistości zaś była to natura 
niespokojna, z wisielczym humorem, mętnym sumieniem i słabą wolą. Krętacz pierwszej klasy: operuje 

sofizmatami, będąc skłonnym do kompromisów i wszelakich konszachtów”.
Dwulicowe działanie Caulaincourta przejawiło się, i to w sposób jaskrawy, już w pierwszych tygodniach jego 

działalności w Petersburgu — w sprawie tureckiej. Aleksander bez przerwy powracał do tego tematu, mając 
apetyt przede wszystkim na turecką Mołdawię i Wołoszczyznę. Ambasador poinformował go, że za cenę tych 

dwóch terytoriów Francja zażąda Śląska i dodał od razu „w zaufaniu”, że Napoleon pragnie uczynić ze Śląska 
francuską forpocztę militarną na wschodzie, wspierającą Polskę, co ogromnie wzburzyło cara.

Za o wiele mniejsze sprawki wielu monarchów skracało swych ambasadorów o głowę.
Zupełnie innym człowiekiem był generał hrabia Piotr Aleksandrowicz Tołstoj (1769—1844), brat wielkiego mar-

szałka dworu carskiego, Mikołaja Tołstoja, antyliberał, czołowy reprezentant najbardziej reakcyjnych kół 
rosyjskich,

Jak można dostać po rękach w takiej sprawie świadczy casus tych historyków (Bailleu, Martens, Arndt), którzy w początkach naszego stulecia, 

korzystając z materiałów archiwalnych biblioteki Thier, zarzucili Caulaincourtowi najzwyczajniejszą zdradę, dokonaną w roku 1813 przy zawieraniu rozejmu w 
Pleiswitz. Inni historycy (m.in. wielki Masson) odtrącili te zarzuty, wykazując (moim zdaniem nie w pełni przekonywająco), iż oskarżyciele tendencyjnie 
zinterpretowali treść dokumentów.

wróg Czartoryskiego, a sojusznik Dołgorukiego. Ale nie był to człowiek tego samego pokroju, co „un fréliquet” 
Dołgoruki i dlatego świetnie nadawał się na ambasadora w Paryżu. Tołstoj nienawidził Napoleona (z pewnością 

głównie dlatego, że uczestniczył we wszystkich kampaniach, w których „bóg wojny” przetrzepał carskiej armii 
skórę) i nie uległ mu na swej placówce. A Napoleon zastosował identyczne metody, co Aleksander: piękne 

słówka na każdym kroku, czarujące uśmiechy, pochlebstwa, podarunki, obietnice, olśnienia. I te reprezentacje, te 
„expositions”, te „manifestations de la grandeur” — w Tuileriach wystawiono wspaniałe podarunki, które car 

przysłał swemu „bratu” przez Tołstoja.
Tołstoj nie dał się rozkochać ani nawet odrzeć z jednego łutu nienawiści do „uzurpatora”. Uprzejmy — lecz 

chłodny, pełen szacunku — ale i swobody, grzeczny — a jednak stanowczy, czujny i nie dający się wyprowadzić 
w pole, szybko zorientował się, co w trawie piszczy. Jego zasadniczy raport, który pozbawił Aleksandra złudzeń 

co do Turcji, zawierał sformułowania ostre jak klinga orientalnej szabli:
„Plany Bonapartego w stosunku do nas są jasne. Chce zrobić z nas państwo azjatyckie, odepchnąć poza dawne 

granice. Pragnie również oddalić nasze wojska od Konstantynopola i, żeby to wszystko pięknie wyglądało, 
proponuje wyprawę na Szwecję. Resztę naszych wojsk rad by skierować na dalekie wyprawy do Persji i Indii...”.

Z tą Szwecją, Persją i Indiami to była prawda, tylko nie w tej kolejności. Istotne było to, że Tołstoj rozszyfrował 
cel licytacji Bonapartego i wziął sobie za credo słowa, które usłyszał na temat Korsykanina od Metternicha, 

ówczesnego przedstawiciela Austrii w Paryżu:
— Niechaj mu się wydaje, że nas wystrychnął na dudków, ale nie będziemy nimi. Przyjdzie i dla nas dzień, w 

którym zakończy się ten stan rzeczy, bo to wszystko jest wbrew naturze i cywilizacji!
Książka to nie magnetofon i dlatego nie mogą Państwo usłyszeć, jak pięknie zabrzmiały te szlachetne słowa w 

ustach
takiego miłośnika natury i obrońcy cywilizacji, jakim był książę Klemens Lothar Metternich. Pojęcia człowiek nie 

ma, dlaczego jego sojusznik i kumpel od antyliberalnej krucjaty, lord Palmerston, nazwał go „największym 
łobuzem w całej Europie”.

Teraz już możemy powrócić do dnia 24 stycznia 1808 roku, kiedy to rozmowa z Savarym uświadomiła Napo-
leonowi knowania „sprzymierzeńców” i kiedy to powstał w jego głowie chytry plan — plan skierowania 

rosyjskiej armii dokądkolwiek, byle tylko odwróciła się plecami od Paryża i granic Polski. Postanowił powtórzyć 
pierwszą rundę cesarskiego pokera. Tak jest — miraż indyjski!

Już 2 lutego zasiadł do biurka i napisał do „brata” dwa listy. Jeden króciuteńki, anonsujący wysłanie w po-
darunku dzieła naukowego Instytutu Kairskiego. Drugi bardzo obszerny, pełen dytyrambów i napuszonych sfor-

mułowań, w którym wyłożył swój projekt dotarcia nad Ganges przez Konstantynopol i Kaukaz, dając do zrozu-
mienia, że w następstwie podział Turcji nie byłby wykluczony, i kończąc słowami: „Wzniesiemy się ponad prze-

szkody. Obowiązkiem naszym jest pomagać przeznaczeniu naszą polityką i iść tam, gdzie nas nieuchronny bieg 
wypadków wiedzie. W tych ostatnich słowach całą moją duszę Waszej Cesarskiej Mości odsłaniam. Dzieło Tylży 

ustali losy świata”.
Żeby podniecić skuteczniej, tego samego dnia Bonaparte zaprosił Tołstoja na polowanie i galopując obok niego, 

przekrzykiwał lodowaty wiatr:

 

Że Aleksandrowi Wielkiemu czy Tamerlanowi nie powiodły się plany, to jeszcze nie dowód, że dzieło jest 

niewykonalne. My to zrobimy lepiej niż tamci dwaj. Przede wszystkim należy dojść do Eufratu, a gdy już 

background image

osiągniemy brzegi tej rzeki, nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy nie zdobyć Indii!
Kiedy wspomniany list przyszedł do Petersburga, Aleksander chwycił Caulaincourta w objęcia (często to robił) i 

krzyknął:

 

To są wielkie sprawy! Oto wielki człowiek! Poznaję

styl Tylży! Pański władca może liczyć na mnie, bo ja się nic a nic nie zmieniłem.
Zdarzyło się „Talmie Północy” powiedzieć prawdę — owszem, nic a nic się nie zmienił. Wciąż był tym samym 

doskonałym komediantem. Wiedział, że propozycja Bona partego to blef, mający związać jego wojsko (tylko nie 
wiedział jeszcze, na co to „bratu” potrzebne), a gdy do tego rozmowy Rumiancewa z Caulaincourtem na temat 

przełamania tureckiego rogalika nic nie dały, odpowiedział słodko w liście z 13 marca:
„Monsieur mon frére. List Waszej Cesarskiej Mości przypomniał mi chwile w Tylży, których wspomnienie po-

zostanie mi na zawsze drogim. W chwili, kiedy czytałem Twoje słowa, zdawało mi się, że znowu spędzamy 
wspólnie minione godziny. Odczuwałem to nad wyraz radośnie. Zamierzenia Waszej Cesarskiej Mości uważam 

za równie wielkie, jak słuszne. Jedynie tak wielki geniusz może powziąć tak rozległe plany. Pewny też jestem, że 
ów geniusz plany te wykona...”

Cytuję tę korespondencję dlatego, że ta zabawa we wzajemną ciuciubabkę była naprawdę zabawna, i mniemam, 
że i Państwu uprecyzyjniła pojęcia o stosunkach międzynarodowych. Car pisząc powyższy list wiedział, że nie 

będzie wykonywał żadnych „słusznych zamierzeń” na drodze do Indii, albowiem już w lutym jego wojska 
ustawiły sobie drogowskazy na Szwecję, z zamiarem wydarcia jej terytorium Finlandii. Toteż w duchu śmiał się 

pewnie, że robi durnia ze swego druha, którego wspomnienie „pozostanie mu na zawsze drogim”. Ale śmiał się 
krótko.

Nie zdążył jeszcze minąć ten sam miesiąc, luty 1808 roku, gdy nad Newę dotarła alarmująca wieść: armia fran-
cuska zajęła nadgraniczne twierdze z obu krańców Pirenejów i prze w interior Hiszpanii! W kwietniu wszystko 

już było jasne — Napoleon ściągnął do Bajonny hiszpańską rodzinę królewską, zmusił ją do abdykacji i uwięził. 
Petersburg zatrząsł się w posadach. Antychryst dopełnia swój europejski worek zdobyczy!

Wieloletnia, prowadzona do końca

 

Empire’u i zakon-

czona porażką kampania hiszpańska Napoleona uważana jest za jedno z jego błędnych pociągnięć militarnych, a 

zarazem za jego zaborczej polityki przykład najjaskrawszy. O ile pierwszy z tych poglądów jest niewątpliwie 
słuszny, o tyle z drugim nie sposób w pełni się zgodzić.

Zajadli krytycy Bonapartego mają bardzo specyficzny rodzaj dobrej pamięci. Nie jest to przypadłość wrodzona, 
raczej wyuczona. Otóż pamiętają oni najlepiej te jego słowa: „Dobra pamięć, to potrafić zapomnieć o tym, czego 

nie należy pamiętać”. Dysponując taką dobrą pamięcią, nie chcą za nic pamiętać, że ani jedna z prowadzonych 
przez cesarza wojen nie została przez niego zaczęta, czy raczej wywołana. Przykładowo: w roku 1805 ruszyły na 

Francję Austria i Rosja. W roku 1806 Prusy próbowały „dać mu nauczkę”. W roku 1809 to znowu Austria 
wypowiedziała mu wojnę i pierwsza chwyciła za broń, by „dać mu po mordzie”. I tak dalej.

Wspomniani krytycy żonglują faktem, że z reguły „bóg wojny” pierwszy wdzierał się na terytorium 
przeciwnika. A co miał robić? Czekać w Tuileries i prowadzić walkę na Champs Elysees? Był lepszy i szybszy, i 

dlatego wyprzedzał. Prawie każda z jego wojen — można tego bez trudu dowieść — była przy całym swym 
impecie do przodu działaniem z natury swej defensywnym, broniącym Francję. Nie podnosił Bonaparte miecza 

na kraje nie próbujące zdławić Francji. A od zdobycia Bastylii próbowała to uczynić prawie cała Europa. Mimo to 
wciąż maniakalnie powtarza się brednię o agresorze. Z tysięcy przykładów opinia Fredericka Paintona, 

wyrażona w roku 1976 na łamach „Time’u”: „Rewolucja Francuska i napady Napoleona na resztę Europy 
położyły kres powściągliwej formie prowadzenia wojny”. Kto położy kres napadom na cesarza, dokonywanym 

przez bałwanów, u których brak powściągliwości w reklamowaniu własnej niewiedzy jest wprost 
proporcjonalny do stopnia owej niewiedzy?

Nie, nie jestem hagiografem Korsykanina i z kolei ja nie „zapominam” o tym, że anektował. Ale wiecznie 
napastowany przez ogólnoeuropejską frondę, jadącą na brytyjskich

funtach szterlingach 

dowodzoną przez potomka Romanowów współpracującego z familiami Burbonów, 

Hohenzollernów i Habsburgów, musiał zabezpieczać swoje państwo buforami. Była to kwestia życia. Był to także 

głód mocarstwowości — nie przeczę — ale kiedy napadnięto go kilka razy i dano się pobić, rozbudzono w nim 
ten głód. Nie można bezkarnie polować na tygrysa dając mu kosztować ludzkiego mięsa.

Z hiszpańskimi Burbonami było podobnie. W ogóle Burboni rozsiani po całej Europie za wszelką cenę i wszel-
kimi środkami próbowali zamordować Napoleona lub przynajmniej pozbawić go władzy już od roku 1799 i 

przez następne piętnaście lat. Zorganizowali niezliczoną ilość spisków na jego życie, często bardzo krwawych (w 
grudniu 1800 roku wybuch „machiny piekielnej” spowodował śmierć kilkudziesięciu ludzi). Pistolety, sztylety, 

trucizna, wiatrówki snajperskie etc. Ciekawe, który z krytyków agresywności Bonapartego, wiedząc, że 
codziennie przy wejściu do domu czatuje na niego wściekły pies, nie chwyciłby za lagę i nie próbował przetrącić 

mu grzbietu? Burboni neapo-litariscy uczestniczyli we wszystkich niemal antynapoleońskich koalicjach, wobec 

background image

czego zwalił ich z tronu i w ten sposób zabezpieczył sobie front południowy. A front zachodni?
Braganzowie portugalscy i Burboni hiszpańscy „od zawsze” spiskowali po cichu z Anglikami 

z kim tylko się 

dało przeciw napoleońskiej Francji. I to miałby być powód do uderzenia na nich? Można by nad tym 
dyskutować, ale ja przecież podkreśliłem sam, że liczą się nie słowa, lecz fakty, i wypada mi teraz uczciwie 

trzymać się tego. Proszę bardzo:
Sterował w owym czasie polityką hiszpańską człowiek znienawidzony przez całą Hiszpanię za uczynienie z niej 

cuchnącego zamtuza. Nazywał się Manuel Alvarez Godoy i był gwardzistą królewskim, który poprzez łóżko 
królowej, rozpustnej Ludwiki Parmeńskiej, wkroczył na podium pierwszego ministra kraju. Król Karol IV ucie-

szył się, że faworyt jego połowicy zdejmuje mu z głowy
ciężar rządzenia i pozwala łowić zwierzątka. Tak potem opisał swoje myśliwskie „panowanie” w rozmowie z 

Napoleonem:
— W zimie i w lecie polowałem zawsze do dwunastej, potem spożywałem obiad, a potem znowu polowałem do 

wieczora. Potem Emanuel (Godoy — przyp. W. Ł.) zdawał mi sprawę o interesach rządu i kładłem się spać. 
Następnego dnia znowu polowałem, chyba że przeszkadzała mi jakaś ceremonia (sic!).

Za swoje zasługi Godoy otrzymał tytuł Księcia Pokoju, chociaż nie bardzo przepadał za pokojem. Zwłaszcza z 
Francją. Kiedy w roku 1806 dowiedział się, że Prusy wypowiedziały wojnę Napoleonowi, uznał, że jest to 

najlepsza okazja do potraktowania Korsykanina sztychem w plecy, taki był bowiem jego ulubiony sposób walki. 
Wydał więc proklamację mobilizacyjną, w której ogłosił wystąpienie Hiszpanii przeciw „wrogowi”. Zanim 

mobilizacja dobiegła końca, nad Pirenejami przefrunęły wiatry, które zjeżyły Godoyowi włosy pod kapeluszem, 
przyniosły bowiem wiadomość, że już po tygodniu walk armia Prus została wbita w kilka hektarów ziemi pod 

Jeną i Auerstaedt. Pobiegł czym prędzej do ambasady francuskiej i począł zapewniać, że pod mianem „wroga” w 
swej proklamacji rozumiał Anglików. Przy całym jego szczęściu, które polegało na tym, że użył pojęcia „wróg” 

miast konkretnego określenia, miał jednak pecha, albowiem położył w tym manifeście nacisk na konieczność 
gromadzenia koni, nie zaś okrętów. Tłumaczenie jego więc kulało, chyba że nosił się z zamiarem poprowadzenia 

szarży kawalerskiej na Londyn po zamarzniętej Zatoce Biskajskiej i kanale La Manche.
Wtedy właśnie Bonaparte zrozumiał, że odtąd zawsze — ile razy odwróci się na wschód — będzie czuł chłód 

metalu nad karkiem. Postanowił zlikwidować to zagrożenie. W roku 1808 konieczność dokonania tej operacji 
stała się oczywista. Austria zbroiła się forsownie do nowej wojny i jasne było, że jeśli Hiszpania nie zostanie 

zawczasu unieszkodliwiona, Francja znajdzie się między młotem a kowadłem, i bez względu na to, kto będzie 
młotem, a kto kowadłem, młot

może się z kowadłem zetknąć. I to była właśnie kwestia życia.
Należało się spieszyć i Bonaparte wydał rozkazy. To oczywiście tylko jedna strona medalu. Po drugiej był fakt, że 

brakowało mu już wolnych tronów, a nie obsadził jeszcze całego korsykańskiego klanu (planował przeniesienie 
braciszka Józefa z Neapolu do Madrytu, zaś siostry Karoliny z Bergu do Neapolu, i tak też zrobił). Nie do mnie 

należy wyrokowanie, która z tych stron była awersem, a która rewersem.
I tak Francuzi znaleźli się w Hiszpanii. Byli tam przez siedem lat. A ponieważ tam byli, to lepiej było, żeby byli i 

walczyli. Chociażby dlatego, że Hiszpanie nie chcieli ich u siebie, a króla Józefa Bonaparte uznały tylko nieliczne 
grupy. Fanatycznie religijny naród hiszpański nie cierpiał Francuzów od czasu Rewolucji Francuskiej, kiedy to 

nad Sekwaną zlikwidowano kult Chrystusa i przetrzebiono księży, tym bardziej zaś nie cierpiał ich, kiedy 
panoszyli się w Starej Kastylii, Andaluzji, Murcji, Walencji, Estramadurze i Aragonii. I chociaż Bonaparte dawno 

już przywrócił katolicyzm w swym kraju, biskupi hiszpańscy uznali, że informowanie o tym całej Hiszpanii 
byłoby zadaniem zbyt męczącym. To posunięcie bardzo się teraz przydało — klerowi hiszpańskiemu, który 

dodatkowo nienawidził Napoleona za zniesienie Świętej (świętej!) Inkwizycji, bez trudu przychodziło w roku 
1808 podniecanie fanatyzmu tłumów hasłami o „francuskich jakobinach-wrogach Chrystusa”.

Francuzi zresztą sami byli sobie winni. Nie byli to już żołnierze sprzed Austerlitz, których Bonaparte latami 
uczył karności („Żołnierze! Obiecuję wam zwycięstwo, ale pod jednym warunkiem — poszanowania ludów, 

które wyzwalacie, poskromienia wstrętnego nawyku plądrowania, który szerzą złoczyńcy! ...Nie ścierpię, by 
opryszki plugawiły nasze sztandary! Rabusie będą rozstrzeliwani bez litości!” — z rozkazu do armii 16 kwietnia 

1796 roku). W Hiszpanii walczyły młode zaciągi, głodne nie sławy, lecz łupów, oraz weterani, którzy sławy mieli 
już dosyć, a pieniędzy i ko-

sztowności nie. Upadło morale wojska. Oto przyczyny hiszpańskiej wojny totalnej, będącej jedną z największych 
potworności XIX wieku.

Większość ludzi, którzy obecnie coś wiedzą na temat tej wojny, wynosi swoją wiedzę z dwóch malowideł i 
kilkudziesięciu grafik Goyi („Los desastros de la guerra”), przedstawiających okrucieństwo Francuzów, oraz z 

tendencyjnych prac monograficznych, ilustrowanych tą ikonografią. Ta „wiedząca” większość wyobraża sobie, 
że każdy Francuz, który przekroczył w roku 1808 Pireneje, stawał się automatycznie markizem de Sade. Należę 

do mniejszości, która wie, że Francuzi — chociaż zabijali walczących z nimi powstańców i grabili ludność — 

background image

dalecy byli od okrucieństwa, to jest znęcania się i torturowania. Natomiast Hiszpanie stosowali masowo środki 
takie, jak: gotowanie żywcem (w wodzie lub oleju), piłowanie żywcem, rozdzieranie żywcem między drzewami i 

palenie żywcem. Dopiero w odpowiedzi na to Francuzi zaczęli wieszać lub rozstrzeliwać niemal każdego 
podejrzanego, co było posunięciem samobójczym, albowiem do powstania przyłączyła się reszta ludności, do tej 

pory nieaktywna, i odtąd była to już naprawdę „guerilla” ogólnonarodowa, ze straszliwą eskalacją 
bezwzględności z obu stron.

Francuzi nie mogli wygrać tej wojny z trzech przyczyn: bo mieli przeciw sobie prawie cały naród; bo Hiszpanom 
pomagały coraz to nowe armie angielskie; i dlatego, że „bóg wojny” w tym czasie walczył nieustannie po drugiej 

stronie Europy (tylko raz znalazł się w Hiszpanii osobiście i wówczas Francuzi zwyciężali bez trudu — był to 
czas Somosierry), a jego działający na Półwyspie marszałkowie byli już zmęczonymi bohaterami.

I to już cała prawda. Dość wulgarnie wygląda tak obcesowy skrót, ale tak było — jest dość opublikowanych 
uczciwych prac na temat Hiszpanii z lat 1808—1814, by moja mniejszość znała tę prawdę. Fałszerze, którzy 

przedstawiają to inaczej, „zapominają” poinformować swoich odbiorców, że kiedy już Hiszpania wypędziła 
Bonapartych za Pireneje i przywróciła do władzy Burbonów, ci Burboni wzięli ją

w takie obcęgi feudalnej tyranii, że zawyła z bólu i zaledwie w rok później (1815) ten sam hiszpański naród, 
dowiedziawszy się, iż Napoleon uciekł z Elby i powrócił do Paryża, posłał doń delegację... z błaganiem o pomoc! 

W delegacji tej byli szlachcice, mieszczanie, wszelkich odcieni liberałowie (dzisiaj część z nich nazwalibyśmy 
komunistami) i nawet bohaterscy partyzanci, którzy rok wcześniej walczyli przeciw Korsykaninowi dla Burbona, 

a których ten Burbon pakował teraz do lochów (nawet sławnego Minę), bo się im zamarzyła równość ludzi. Rok 
wystarczył, by pojęli, że walczyli dla kogoś o wiele gorszego od Napoleona i dlatego przyszli do byłego wroga 

prosić o ratunek.* Lecz było już za późno. Waterloo stanowiło także ich klęskę. I to też jest prawda, którą trzeba 
znać.

Ale nie po to, by głosić tę prawdę poświęciłem tyle miejsca Hiszpanii w opisie szóstej rundy cesarskiego pokera. 
W mojej relacji nic nie dzieje się przez pomyłkę lub przypadek. Rzecz w tym, że gdyby nie wojna hiszpańska, być 

może nie doszłoby w ogóle do powtórnego „spotkania olbrzymów”, a więc do ponownego i ostatniego już 
zasiędnięcia obydwu partnerów przy autentycznym stole z czterema drewnianymi nogami. Powód jest chyba 

wystarczający?
22 lipca 1808 roku na spalonej słońcem równinie Andaluzji poddał się Hiszpanom otoczony przez przeważające 

siły korpus francuski generała Duponta. Była to kapitulacja honorowa, którą Hiszpanie natychmiast zgwałcili, 
osadzając jeńców na pontonach Kadyksu i wysepce Cabrera w tak potwornych warunkach, że większość z nich 

nie przeżyła nawet roku. Ze strategicznego punktu widzenia kapitulacja pod Bailen był to drobiazg — 
straconych siedemnaście tysięcy żołnierzy kilkusettysięcznej Wielkiej Armii. Z propagandowego punktu 

widzenia była to katastrofa — po raz pierwszy pokonane

Rzecz charakterystyczna — identycznie było z podziemnymi organizacjami, takimi jak masoneria, karbonariusze czy Tugendverein (Tugendbund), 

które w dobie Empire’u zaciekle walczyły przeciw Napoleonowi, a po jego upadku, kiedy zobaczyły, co robi z Europą Święte Przymierze, stały się 
bonapartystowskie i zaczęły walczyć o uwolnienie cesarza ze Świętej Heleny, po jego śmierci zaś o wydostanie z łap austriackich i osadzenie na tronie Francji jego 
syna, Napoleona 

II.

zostało wojsko napoleońskie i Europa ujrzała, że jednak można zwyciężać ludzi „boga wojny”! Na 

majestatycznej elewacji Cesarstwa pojawiła się pierwsza rysa...
Napoleon od razu trafnie ocenił kolosalne znaczenie kapitulacji pod Bailen. W pierwszym paroksyzmie gniewu 

skazał Duponta za zdradę i wtrącił do kazamat fortu Joux. Następnie zrozumiał, że musi osobiście udać się do 
Hiszpanii i zatrzeć wrażenie tej klęski. Ale przecież za plecami miał Austrię, którą Bailen wprawiło w stan 

mobilizacyjnej gorączki, oraz śmiertelnie niebezpiecznego „brata”. Dlatego postanowił przed podróżą za Pireneje 
spotkać się z tym „bratem” i odnowić przymierze z Tylży — raz jeszcze oczarować go, zasypać projektami i 

obietnicami, zneutralizować.
Znowu musiał się spieszyć. Zaproponował Aleksandrowi natychmiastowe rendez-vous, na którym „sprawy 

świata zostaną tak ułożone, aby w ciągu czterech lat można było żyć zupełnie spokojnie”. Ale carowi szło na 
razie w Finlandii nie lepiej niż Francuzom w Hiszpanii, dlatego przesunął termin spotkania na koniec września. 

Jako miejsce zjazdu wyznaczono Erfurt, małe spatynowane miasteczko nad rzeką Gerą, nie opodal Weimaru.
Dwory petersburski i pawłowski przyjęły zgodę imperatora na to spotkanie jako najzwyklejsze harakiri. 

Pamiętano, że Bonaparte zwabił do Bajonny i uwięził panującą familię hiszpańską, i w atmosferze ogólnego 
przerażenia wieszczono to samo Aleksandrowi. Matka napisała doń ze łzami w oczach, z letniska w Gatczynie: 

„Drogi Aleksandrze, moje słowa sądzić Cię będą, tak jak mnie osądzi Bóg przed swoim trybunałem (...) 
Aleksandrze, zgubisz swe cesarstwo i swą rodzinę! Zatrzymaj się, póki jeszcze czas! Pamiętaj o honorze, o 

prośbach i błaganiach matki! Zatrzymaj się, mój synu!”.
Aleksander wiedział, że obawy jego otoczenia są bezpodstawne. Na ogół nie wtajemniczał Marii Fiodorowny w 

swoje zamysły, ale tym razem, chcąc otrzeć jej łzy, uchylił rąbka tajemnicy w liście z końca sierpnia: „Udawajmy, 

background image

że pragniemy wzmocnić przymierze, aby uśpić czujność sprzymierzeńca. Zyskam w ten sposób na czasie i będę 
mógł dalej przygotowywać się...”.

Umiłowanej siostrze Katarzynie wyeksplikował to dosadniej: „Bonapartemu się wydaje, że jestem głupcem, ale 
ten się śmieje lepiej, kto się śmieje ostatni!”. Swym ministrom powiedział:

 

Idę wytkniętą drogą z całą wytrwałością. Caulaincourtowi zaś:

 

Powiedz pan swemu monarsze, że może na mnie liczyć tak jak na pana i niech z tego wyciągnie 

konsekwencje. Jeśli tylko ktoś spróbuje drgnąć przeciw nam, to dostanie po paluchach, że aż miło!... A więc w 
końcu września w Erfurcie, w zimie zaś rezultaty!

Trafił w sedno: Napoleon rzeczywiście mógł liczyć na Caulaincourta w tym samym stopniu, co na cara 
Wszechrosji. Dostał za to po palcach, że aż miło!

Aleksander opuścił Petersburg 14 września i pędził do Erfurtu „szybciej niż kurier”. Nie przeszkodziło mu to 
jednak zatrzymać się na dwa dni w Królewcu, gdzie była piękna Luiza. Fryderyk Wilhelm szeptał mu do ucha 

przestrogi przed Bonapartem:

 

Zaklinam, strzeż się go, Wasza Cesarska Mość, miej się na baczności, cokolwiek by mówił!

Co szeptała mu do ucha królowa — nie wiemy, chociaż właściwie wszyscy wówczas wiedzieli i nawet 
„przyjaciel Aleksandra”, Caulaincourt, po jednym ze spotkań cara z Luizą pozwolił sobie w salonie księżnej 

Dołgoruki na oburzający nietakt, który znamy z listu de Maistre’a do kawalera de Rossi:

 

Czyż to jakaś tajemnica, że królowa Prus odwiedza cara w jego sypialni? *

27 września 1808 roku, około południa, obaj „bracia” ujrzeli się znowu. Aleksander jechał powozem od strony 
Weimaru, Napoleon wyjechał mu naprzeciw z Erfurtu i dostrzegłszy orszak cara puścił się galopem. Padli sobie 

w objęcia, ucałowali się serdecznie, dosiedli rumaków i pokłusowali ku Erfurtowi gwarząc przyjacielsko.

Paleologue skomentował to następująco: „Niestety, język francuski jest za ubogi, aby napiętnować tego rodzaju wyrażenie”.

Tak rozpoczął się ten europejski kongres, ustępujący w XIX wieku ogromem i przepychem tylko Kongresowi 

Wiedeńskiemu. Był to prawdziwy spęd głów koronowanych, mających oglądać spektakl i wiwatować na cześć 
zbratanej pary „olbrzymów”. Czterech królów, trzydziestu czterech udzielnych i tytularnych książąt, niezliczona 

ilość dyplomatów, marszałków i wasali. Zabrakło tylko przerażonych władców Austrii i Prus. Ci, którzy 
przybiegli, tarzali się w pyle u nóg dwóch cesarzy, żebrali o uśmiechy, skamlali o dotacje, kilometry kwadratowe, 

opiekę i litość; ten gromadny serwilizm podkreślają wszyscy historycy zjazdu erfurckiego. Bonaparte traktował 
ową psiarnię tak, jak na to zasługiwała. Jeden tylko przykład — reakcja na wtrącenie się do rozmowy 

Maksymiliana Józefa Wittelsbacha:
— Zamknij się, królu Bawarii!

Aleksandra traktował jak kochankę. Codzienne uczty, bale, przyjęcia, konne spacery, fety, polowania; Europa 
znowu otwarła usta z podziwu. Tak przez osiemnaście dni. Erfurt w kwiatach i iluminacjach, wiwaty tłumów i 

wojsk, „Niech żyje cesarz Napoleon!”, „Niech żyje cesarz Aleksander!”, pochody, rewie, audiencje, tańce, 
maskarady, orgietki z paniami, co „nie były srogie” (to Konstanty, Murat i Hieronim ze swoją kompanią), tysiące 

świec w kandelabrach, setki petycji w drżących rękach, dziesiątki transparentów na murach, jeden głupszy od 
drugiego, a najgłupszy ten:

„Gdyby miał być jeszcze jeden Syn Boży, Bóg by z pewnością Napoleonem go stworzył”.
Gest symboliczny: „olbrzymy” wymieniły między sobą szpady. Bonaparte, znajdując się wśród Rosjan, sypał na 

prawo i lewo podarunkami i odznaczeniami. Car nie dawał się wyprzedzić i na świtę francuską spadł grad jego 
miniatur, tabakierek, orderów św. Andrzeja i pierścieni z brylantami. Na obie zaś świty — stubarwny deszcz 

sztucznych ogni, tak samo pięknych czarną nocą, jak sztuczne ognie wzajemnej miłości cesarzy w mrocznej 
studni ich zamysłów. Wielki, wielki teatr.

Napoleon zawsze uważał, że wielki teatr potrzebuje ma-
łego teatru. Dlatego sprowadził do Erfurtu najlepszych paryskich aktorów, z Talmą na czele, i co dzień niemal 

obaj partnerzy zasiadali w teatrze. W owych czasach uprzywilejowani zajmowali teatralne loże, parter 
pozostawał dla plebsu. W Erfurcie cesarzom wybudowano podium przed sceną, w miejscu, gdzie normalnie 

grała orkiestra, i ustawiono tam dwa fotele. Cała reszta, królowie i książęta, siedziała z tyłu, i dlatego Europa 
drwiła, że „w Erfurcie parter składał się z królów”.

Grano same prawie tragedie klasyczne: Corneille’a, Racine’a i Voltaire’a. „Cynna”, „Andromacha”, 
„Brytannicus”, „Mitrydates”, „Śmierć Cezara”, „Mahomet”, „Edyp”. Tylko Moliera Napoleon wykluczył, 

mówiąc:
— Nie zrozumieliby go w Niemczech.

Wspomniany repertuar nie był przypadkowy, Bonaparte nie lubił zdawać się na przypadki. W tym rozdaniu 
figurami mieli być prawdziwi aktorzy. W każdej z wymienionych sztuk były fragmenty jak zakodowane 

przesłania, przestrogi, rady, namowy, przypomnienia, i Napoleon rozkazał swym komediantom akcentować je, 

background image

odwracając twarz do Aleksandra. Na przykład tak:
„Zamach, którego celem tronu obalenie Niebo nam wybacza, bierze na swe sumienie. Kto na to się poważy, 

uwolnion jest od winy, Powszędy jest bezpieczny, cokolwiek będzie czynił”
(„Cynna” Corneille’a)

„Twoje usta głoszą pokój, Twoje serce nie wie b tym”
(„Mahomet” Voltaire’a) „Nie tylko zdobywca, zwycięzca świata — Jego imię niech brzmi: wielki bohater 

pokoju”.
(„Edyp” Voltaire’a).

Aleksander błyskawicznie wyczuł sens tej gry i dostroił się do niej zachwycająco. Czyż nie był „Talmą Północy”? 
Kiedy w „Edypie” aktor grający Filokteta wypowiedział kwestię: „Przyjaźń wielkiego człowieka jest darem 

niebios!”, car zerwał się z fotela i ostentacyjnie uściskał Napoleona.
Cudownie rozegrali to teatralne rozdanie dwaj wielcy wirtuozi politycznego pokera i politycznego aktorstwa.

Wielu dało się na to nabrać, wtedy i potem. Stary głupiec, Thiers, w swojej wielotomowej „Historii Konsulatu i 
Cesarstwa”, rozpływał się z emfazą nad tym, jak to podczas przejażdżek konnych „cesarz Aleksander 

wypowiadał Napoleonowi serca swego najskrytsze nawet porywy”, i cytował z ukontentowaniem słowa, jakimi 
car nieustannie raczył swych słuchaczy:

— Napoleon to nie tylko wielki mąż, ale do tego najlepszy i najuprzejmiejszy człowiek pod słońcem!
Pokój owiec Constant też nie dostrzegł masek aktorskich i roztkliwiał się potem w swoich memuarach:

„Obaj władcy okazywali sobie najszczerszą przyjaźń i najpełniejsze zaufanie. Prawie każdego ranka car 
Aleksander przychodził do sypialni Najjaśniejszego Pana i gawędził z nim familiarnie. Pewnego dnia obejrzał i 

wyraził swój zachwyt dla neseseru Cesarza. Neseser ten kosztował sześć tysięcy franków, miał przybory z 
pozłacanego srebra, był świetnie rozplanowany, a roboty grawerskie wykonał złotnik Biennais. Gdy tylko car 

odszedł, Najjaśniejszy Pan kazał mi wziąć identyczny neseser, przysłany właśnie z Paryża, i zanieść go do pałacu 
cara”.

Wiemy już, że Schulmeister z polecenia Napoleona naganiał carowi kobietki, lecz Erfurt obfitował także w praw-
dziwe polowania z nagonkami. Największe urządził Wielki Książę Weimarski w lesie Ettersburg między 

Erfurtem a Weimarem. Panowie ze strzelbami „czatowali” w loży wytwornego pawilonu, wokół którego na 
ciasnej, ogrodzonej przestrzeni zderzały się ze sobą dziesiątki nałapanych zawczasu jeleni, danieli, saren, 

zająców i wszelkiej innej zwierzyny. Dostojni myśliwcy osiągnęli znaczne sukcesy i nie przeszkadzało im to, że 
następnym stopniem takiego „polowania” mogłoby być już tylko zawieszenie spętanych celów na balustradzie 

loży.
Podczas małego antraktu, w Weimarze, doszło do spotkania być może większego niż erfurckie. 2 października 

1808 roku, o dziesiątej rano, spotkali się Napoleon Bonaparte
i Johann Wolfgang Goethe, spotkały się więc dwie legendy. Cenili się już od dawna, słysząc tylko o sobie i 

czytając. Rozmawiali długo o sztuce, literaturze, teatrze i o twórczości Goethego.

 

Dlaczego pan tak to ujął? — spytał cesarz o jakiś fragment „Werthera”, jego zdaniem fałszywy.

 

Aby wydobyć efekt, którego natura sama nie jest w stanie urodzić, poecie wolno czasami, moim zdaniem, 

uciec się do iluzji — odparł poeta.

W tej dyskusji cesarz przytłoczył go swą wiedzą, ale to Goethego nie zdziwiło, znał Napoleona lepiej niż cesarscy 
adiutanci i pokojowcy, i dlatego kochał. Z tego dialogu najbardziej wryło mi się w pamięć zdanie Napoleona we 

fragmencie ich rozmowy o Szekspirze:

 

Nic na świecie nie dorównuje tragedii. Z pewnych względów stoi ona ponad historią...

Po pożegnaniu powiedział sławne słowa:

 

Oto człowiek!

Goethe pomyślał to samo o nim. I nie zmienił zdania nawet wówczas, kiedy jego ojczyzna chwyciła za broń 
przeciw Korsykaninowi — nie przyłączył się do rodaków. Jego prawdziwa ojczyzna nie miała słupów 

granicznych i była rodem z innego wymiaru, słusznie więc, moim zdaniem, uważał, że zdradzając Napoleona, 
zdradziłby ojczyznę.

14 października Goethe i drugi niemiecki pisarz, Wieland, otrzymali Legie Honorowe. Był to ostatni dzień zjazdu 
erfurckiego. Co osiągnęli dwaj pokerzyści do tej pory? Układali się przez te kilkanaście dni o politykę, ale tym 

razem — już nie tak jak w Tylży — zostawili to dyplomatom. Konwencja potwierdzająca sojusz między dwoma 
mocarstwami, podpisana 12 października przez Rumiancewa i Champagny’ego (następca Talleyranda w fotelu 

ministra spraw zagranicznych), sankcjonowała rosyjską ingerencję w Finlandii, Mołdawii i na Wołoszczyźnie, 
francuską zaś w Hiszpanii, a także zobowiązywała Rosję do przymierza z Francją na wypadek, gdyby Austria 

wszczęła wojnę przeciw Napoleonowi. Inaczej mówiąc: Bonapartemu nie udało się osiągnąć tego, o co 
najzacieklej walczył — natychmiastowej

interwencji rosyjskiej w celu powstrzymania zbrojeń austriackich i obietnicy, że w razie wojny Austrii z Francją 

background image

car rzuci swoje armie na Wiedeń. W tej tylko jednej sprawie pokłócili się na krótko w Erfurcie. Bonaparte, widząc 
upór „brata”, cisnął z wściekłością kapelusz na ziemię, na co Aleksander zareagował chłodno, aczkolwiek z 

nieodstępnym uśmiechem życzliwości:
— Wasza Cesarska Mość jesteś gwałtowny, a ja jestem uparty, nic ze mną nie można zrobić gniewem, porozma-

wiajmy zatem spokojnie i przedyskutujmy sprawę.
Z przedyskutowania nic nie wyszło, a przez cały czas Erfurtu Napoleona dziwiła totalna niemal obojętność Alek-

sandra wobec wszelkich problemów politycznych, nawet — co już było szczytem — wobec podziału Turcji! 
Zmuszony do rozmowy, car rozmawiał o polityce, ale wolał to zostawiać swoim ministrom, którzy otrzymali 

szczegółowe wskazówki i nie ustąpili na krok. To już nie była Tylża.
Upór Bonaparte mógł jeszcze zrozumieć, ale tego braku zainteresowania polityką — nie. Nie wiedział, że właśnie 

w Erfurcie Talleyrand wpakował mu nóż między łopatki, zaprzedając się carowi.
Książę Karol Maurycy Talleyrand-Périgord (1754—1838) był „le personnage aux multiples visages”, jak to ujęto 

na początku jego notki biograficznej w jednym ze słowników Larousse’a. Wspomniana „wielotwarzowość” 
zasadzała się na zdumiewającej obojętności tego inteligentnego człowieka wobec wszystkiego, co nie leżało w 

jego interesie. Kiedy chciał czegoś nie dostrzegać lub nie słyszeć, czynił to z królewskim majestatem. Był zimny, 
zawsze opanowany, małomówny. Mylił się rzadko. Najbardziej się pomylił w liście do księżnej Lambek, kiedy 

tłumacząc się z kolejnego łotrostwa napisał: „O mnie mówią zawsze albo zbyt źle, albo zbyt dobrze”. Nikt nie 
mówił o nim dobrze, poza kilkoma jego kochankami. Oszczędzono mu jednego tylko epitetu: kłamca. Mówiono: 

„ojciec kłamstwa”.
Wielu mu współczesnych uważało Talleyranda za „intryganta, złodzieja i zaprzańca” tylko dlatego, że „przez 

całe życie sprzedawał tych, którzy go kupili”. W swoim testa-
mencie politycznym napisał: „Nie czynię sobie bynajmniej wyrzutów, że służyłem wszystkim reżymom 

począwszy od Dyrektoriatu aż do chwili, kiedy piszę te słowa, gdyż postanowiłem służyć Francji, a nie jej 
reżymom”. Jego krytycy wyrazili o tym zgrabnym zdaniu pogląd, iż Talleyrand nie mógłby nim uspokoić swego 

sumienia, nawet gdyby je posiadał.
Co do mnie — uważam, że krytykować Talleyranda nie uchodzi. Caulaincourta — tak, Talleyranda — nie. 

Caulain-court, też zdrajca (półzdrajca), był zwykłą małą świnią. Talleyrand był geniuszem amoralności, w jego 
wydaniu stała się ona ponadczasowym dziełem sztuki, co starałem się udowodnić we „Francuskiej ścieżce” *. 

Doskonałość bywa nudna, w tym przypadku jest warta podziwu.
Jeśli ktoś chce wiedzieć dlaczego, nawet jeśli nie zgodzi się z moim poglądem na sztukę, nie powinien 

krytykować Talleyranda — odpowiadam: bo nie warto się narażać na miano głuptasa. Żeby to lepiej wyjaśnić, 
posłużę się dwoma wielkimi pisarzami. Dostojewski o takich ludziach jak Talleyrand powiedział: „Był 

szubrawcem już w łonie matki”. Stendhal natomiast napisał o Talleyrandzie w „Lucjanie Leuwen”: „Pogarda, 
jaką okazywano temu znakomitemu mężowi, stała się komunałem i teraz tylko głupcy mogą sobie pozwalać na 

nią”.
Talleyrand przez osiem lat był ministrem spraw zagranicznych Napoleona. W roku 1807 został za swoje 

podejrzane intrygi zdymisjonowany, lecz cesarz nie przestał go cenić, wiedział bowiem, że jest to wytrawny 
dyplomata i człowiek mądry. Zabrał go więc do Erfurtu jako swego doradcę politycznego, coś w rodzaju ministra 

bez teki, licząc na to, że Talleyrand dogada się z Aleksandrem.
Nie przeliczył się, a więc przeliczył się koszmarnie — Talleyrand dogadał się, tylko w inną stronę. Stanąwszy 

przed Aleksandrem książę powiedział:
— Po coś tu przyjechał, Wasza Cesarska Mość? Powinieneś raczej ratować Europę, a możesz tego dokonać tylko

* Waldemar Łysiak — „Francuska ścieżka”.

przeciwstawiając się Napoleonowi. Naród francuski jest cywilizowany, jego cesarz nie. Car Wszechrosji jest 
cywilizowany, zaś jego naród nie. To oczywiste, że car rosyjski powinien znaleźć się w sojuszu z narodem 

francuskim!
To oczywiste, że cara Wszechrosji po usłyszeniu tego zatkało. Nie ma się czemu dziwić, wreszcie mówił mu to 

człowiek, w którym Napoleon pokładał — jako w swym głównym erfurckim negocjatorze — nadzieję, że 
wytarguje od Rosji ustępstwa. A ten człowiek, wielki, sławny Francuz, przyszedł oto do cara ze swą zdradą na 

dłoni. Aleksander podejrzewał prowokację. Szybko się jednak przekonał, że to nie prowokacja i od tej pory 
spotykał się z Talleyrandem niemal codziennie, a raczej conocnie, po północy, u księżnej Thurn-Taxis, osoby 

zaufanej, bo siostry... królowej Luizy pruskiej. Z ogrodu Amora nie uciekniemy do końca, chociaż mnie to już 
trochę męczy w tej książce i bardzo bym chciał.

Na jednej z obydwu wyciągniętych do cara rąk trzymał Talleyrand swoją zdradę, druga była pusta. Należało coś 
w nią włożyć, wiadomo było bowiem, że Talleyrand w życiu nie podpisał się ani nie przeżegnał bez łapówki, 

ściągając owe „sweets” i „les douceurs” (słodycze) od każdego dyplomaty, który wszedł z nim w kontakt, i że 
chociaż tłumaczy zawsze swoje zdrady ideologią, nigdy nie dokonuje ich za darmo. Aleksander zapłacił 

background image

podwójnie. Po pierwsze zgodził się na prośbę Talleyranda, by ukochany siostrzeniec księcia, Edmund de 
Perigord, poślubił młodą i arcybogatą księżniczkę, Dorotę Kurlandzką. Co prawda była ona już zaręczona z 

Adamem Czartoryskim, ale dla cara drobiazgiem była taka zależność i piękna Dorotka wyszła za ukochanego 
siostrzeńca księcia Talleyranda. Talleyrand zaś zaraz potem zabrał ją siostrzeńcowi i zrobił z niej swoją kochankę, 

głośną potem jako księżna Dino. To po pierwsze — coś dla ciała. Dla ducha włożył Aleksander w pustą dłoń 
Talleyranda godziwą sumę pieniędzy.

Potem już płacił Talleyrandowi, przepraszam — „Annie Iwanownie”, wywiad rosyjski, co należy do rundy 
szpiegowskiej omówionej wcześniej. Tylko jeszcze raz, w dniu 15

września 1810 roku, Talleyrand zwrócił się z żebraczą prośbą do cara. Posługując się wytworną prozą, godną 
Chateaubrianda ożenionego z Janem Jakubem Rousseau, napisał do imperatora list, przypominając Erfurt i 

zawiadamiając, że ostatnimi czasy poniósł kilka nieprzewidzianych wydatków, w związku z czym nie miałby nic 
przeciwko temu, gdyby car zechciał podarować mu drobną sumkę, powiedzmy półtora miliona franków w 

złocie. Car odpowiedział uprzejmie, ale za to odmownie. Tak on, jak i jego współpracownicy pogardzali 
Talleyrandem, zwąc go „rozkapturzonym mnichem”.*

Czy Talleyrandowi nie było wstyd? — zastanawiają się Państwo z pewnością. Nie było, albowiem człowiek ten 
działał dla Francji, a w ogóle to bardzo kochał Napoleona, czcił go i był mu wdzięczny. Niedowiarkom polecam 

ustęp z jego testamentu:
„Bonaparte sam postawił mnie wobec konieczności wyboru pomiędzy nim a Francją: wybór mój podyktowany 

był poczuciem obowiązku, któremu oprzeć się nie mogłem. Zdecydowałem się, opłakując niemożliwość 
połączenia w jednym i tym samym uczuciu interesu mej ojczyzny i interesu Napoleona. Niemniej będę jednak do 

ostatniej chwili wspominać, że był on moim dobroczyńcą, gdyż majątek, który zapisuję siostrzeńcom, powstał w 
większej części z tego, co od niego otrzymałem. Siostrzeńcy moi nie tylko nie powinni nigdy o tym zapominać, 

lecz mają mówić to swym dzieciom, a dzieci ich — swemu potomstwu, tak, by pamięć o tym fakcie uwieczniona 
była w mej rodzinie z pokolenia w pokolenie; aby moi bezpośredni spadkobiercy i ich potomkowie przyszli z 

najbardziej wydajną pomocą każdemu, kto nosi nazwisko Bonaparte, gdyby pomocy tej lub poparcia 
potrzebował. W ten sposób okażą najlepiej wdzięczność dla mnie i poszanowanie dla mej pamięci”.**

Napoleon nawet nie przypuszczał, jak bardzo kocha go Talleyrand, a tym bardziej nie przypuszczał, że w 
Erfurcie ten jego wielbiciel za jednym zamachem sam się skumał z Aleksandrem, Aleksandra z Austriakami, i na 

dodatek

Talleyrand był w młodości biskupem. ** Tłumaczenie T. Łempickiego.

wprowadził jeszcze do tego chlewika pana Caulaincourta. Potem dołączył do nich Fouché.

Czy Bonaparte rzeczywiście niczego nie zauważył? Owszem, zauważył dziwną zmianę w zachowaniu się 
„brata” (było to po pierwszym spotkaniu Talleyranda z carem), ale przypisał to... obcesowości i niewłaściwym 

wypowiedziom marszałka Lannesa! Natomiast tego, że w konwencji z 12 października większość korzystnych 
dla Aleksandra szczegółów została carowi podsunięta przez duo Talleyrand-Caulaincourt, zauważyć nie mógł, 

nie był bowiem telepatą, a kontrwywiad francuski zawiódł. Tak przynajmniej utrzymuje Tarle i wielu innych 
historyków. Ale...

Właśnie, jest tu pewne ale. Istnieje bowiem i taka, nie pozbawiona głowy hipoteza (ileż hipotez w mojej relacji, 
ale to poker, proszę Państwa, gra, w której wiele kart pozostaje zakrytych do końca), że Napoleon używał 

Talleyranda w Erfurcie dla zmylenia przeciwnika, licząc się z jego nielojalnością, i dlatego nie powierzał eks-
ministrowi prawdziwych sekretów licytacji. Hipoteza ta ma również niezłe nogi. Arthur-Lévy cytuje w swoim 

„Napoleon intime”, co Bonaparte powiedział o Talleyrandzie do Metternicha wkrótce po Erfurcie:

 

Nie używam go nigdy, ilekroć czegoś pragnę. Udaję się do niego, kiedy czegoś nie chcę, dając mu do 

zrozumienia, że właśnie tego pragnę najbardziej.
Znamy też inną wypowiedź cesarza, dzięki rozmowie z radcą stanu Roedererem, która miała miejsce niespełna 

pół roku po Erfurcie (3 marca 1809):

 

Talleyrand, Talleyrand! Obsypałem tego człowieka zaszczytami i bogactwami, a on użył tego wszystkiego 

przeciwko mnie! Zdradzał mnie, ile razy mógł, przy każdej sposobności, jaka mu się nadarzyła!
Oczywiście Bonaparte pod słowem „zdrada” rozumiał matactwa i konszachty polityczne Talleyranda, nie przy-

puszczał jednak, że ten posunął się do zdrady stanu i szpiegostwa przeciw ojczyźnie — gdyby o tym wiedział, 
kazałby go „powiesić na sztachetach placu Carrousel”, jak mu to któregoś dnia obiecał w przypływie pasji.

Mimo wszystko — rundę erfurcką Napoleon jednak przegrał wyraźnie. Specyfika tej porażki polegała na tym, że 
o ile do tej pory zawsze miał świadomość tego, kto wygrał, a kto przegrał, tym razem pomylił się. Był 

przekonany, że jest zwycięzcą, że omamił Aleksandra i nawet kupił sobie jego sympatię. Był o tym tak głęboko 
przekonany, że nawet sam poczuł do „brata” odrobinę sympatii. Z Erfurtu napisał do Józefiny: „Moja 

przyjaciółko (...) Byłem na balu w Weimarze. Cesarz Aleksander tańczył, lecz ja nie; czterdzieści lat to jednak 

background image

czterdzieści lat (...) Jestem zadowolony z Aleksandra, a on chyba ze mnie. Gdyby był kobietą, to może bym się w 
nim zakochał (...) Polowaliśmy na polu bitwy pod Jeną...”

I cóż ma do tej przegranej polowanie? Otóż na tym polowaniu krótkowzrocznemu carowi podprowadzono pod 
flintę wspaniałego jelenia na pięć kroków. Dopiero wtedy szczęśliwie wcelował. A Napoleon, żartujący w listach 

do żony, do swoich ludzi powiedział o Aleksandrze w przekonaniu, że go ogłupił i „wpuścił w maliny”:
— Zając, który dostał śrutem w łeb i kręci się w kółko!

Nie dostrzegając, że to nie zając, lecz lis, i że nie trafił go niemal z przyłożenia lufy do głowy, Napoleon wykazał 
jeszcze większą krótkowzroczność. Zaczął wznosić stromą pochylnię swego upadku.

RUNDA
Runda dyplomatów i panien na wydaniu

{Trzy stoliki: w Paryżu, Petersburgu i w Wiedniu)

TEST MATRYMONIALNY

W Erfurcie zaszły także dwa wydarzenia małej z pozoru wagi, lecz w konsekwencjach ciężko ważące na szalach 
siódmej już rundy cesarskiego pokera.

Po pierwsze Aleksander odebrał Tołstojowi ambasadę paryską. Było to posunięcie najwyższej pokerowej marki. 
Nienawiść hrabiego Tołstoja do Napoleona była bowiem tak powszechnie znana, iż zagranie to nie mogło być 

przez Francuzów odczytane inaczej, jak jeszcze jeden gest przyjaźni w stosunku do wielbionego „brata”. W 
rzeczywistości car, wiedząc, że gra wkracza w decydującą przedbitewną fazę, nie mógł sobie pozwolić na ryzyko 

posługiwania się w kontaktach dyplomatycznych człowiekiem, którego nienawiść narażała politykę rosyjską na 
niebezpieczeństwo zdemaskowania. Obecny w Erfurcie Tołstoj musiał na miejscu wręczyć cesarzowi Francji listy 

odwołujące. Napoleon zaś z typową dlań wielkodusznością podarował mu na pożegnanie wspa-
niały serwis i gobeliny, które zdobiły jego apartamenty w Erfurcie. W ten sposób starał się sprawić, by odwołanie 

straciło pozory niełaski.
Nowym ambasadorem w Paryżu postanowił Aleksander mianować największego frankofila wśród wszystkich 

swoich dyplomatów. Wybór nie był trudny, gdyż car miał więcej palców u jednej ręki niż frankofilów w sforze 
dyplomatycznej. Tym bardziej nie był to trudny wybór, że jeden z tych kilku był uważany wprost za 

napoleonofila. Był to książę Kurakin, podczas Erfurtu ambasador w Wiedniu. Ten człowiek jako poseł u boku 
Bonapartego dawał pełną gwarancję dalszego ogłupiania partnera, nie dlatego, żeby był taki chytry, lecz że nie 

mógł niewczesnym grymasem odsłonić carskiego planu gry. Aleksander przerzucił go nad Sekwanę i od tej pory 
stan faktyczny na szczeblu ambasad wyglądał następująco: przedstawiciel Francji w Petersburgu był carofilem, 

zaś przedstawiciel Rosji w Paryżu napoleonofilem. Wbrew pozorom nie był to jednak stan równowagi, gdyż 
Kurakin nie zdradził cara.

Zanim jednak stary Kurakin dotarł do Paryża, car osadził tam na kilka miesięcy w charakterze posła specjalnego 
swego frankofila numer dwa, Mikołaja Piotrowicza Rumiancewa (1754—1826). Rumiancew został zarzucony 

przez Bona partego taką Niagarą kosztownych prezentów, że pod koniec swej misji — oprowadzany po 
fabrykach gobelinów, broni etc, po Wersalu i Sevre — bał się pochwalić cokolwiek, gdyż kończyło się to zawsze 

natychmiastowym ofiarowaniem mu pochwalonej rzeczy. Kurakin nie miał takich skrupułów, wprost 
przeciwnie.

Aleksander Borysowicz Kurakin (1752—1818), człowiek gruntownie wykształcony książkami i podróżami 
(„Podróże kształcą tylko wykształconych” — jak to ktoś trafnie zauważył), był wicekanclerzem imperium w 

latach 1801—1802, a w roku 1807, jako zwolennik współpracy z Francją, asystował carowi w rokowaniach 
tylżyckich. Małżonka polskiego „emira” Beduinów, Wacława Rzewuskiego, której pamiętniki ukazały się 

drukiem w Rzymie w roku 1939, a która znała Kurakina — stwierdziła, iż największą jego życiową pasją
było zamiłowanie do bogatych strojów, ciężkiej biżuterii i złotych oraz srebrnych gwiazd orderowych. Nie mamy 

powodów wątpić w to świadectwo, albowiem potwierdzili je inni współcześni. Kurakin był próżny i nie pozbył 
się tej zalety, aż dopiero w trumnie.

Obok owej cechy dodatniej miał również małą słabość. Kochał histeryzować i opiewać swe nieustanne cierpienia 
fizyczne tak dobitnie, by wszyscy wokół widzieli to i doceniali. Cierpiał głównie na podagrę i robił z tego taką 

sensację, że mówiono o nim w Paryżu: „Książę Kurakin, co ma podagrę”. Jak z tego widać, na nowej placówce 
dyplomatycznej z miejsca osiągnął pewien sukces. Do pełnego sukcesu brakowało mu zawsze licznego grona 

kibiców jego niedoli podczas urządzanych przezeń obiadów. Obiady te nie były lubiane, a co za tym idzie — nie 
były tłumnie uczęszczane, gdyż, jak to ujął książę Clary-et-Aldringen, „histerie biednego księcia Kurakina 

trudno było znieść”.
Okazję do największego przedstawienia w jego karierze dał mu bal, a właściwie wielki festyn, który odbył się 1 

lipca 1810 roku w ambasadzie austriackiej w Paryżu. Ponieważ siedziba ambasady nie była dość obszerna dla 

background image

zaproszonych gości, Austriacy wznieśli w ogrodzie pałacowym duży drewniany pawilon, dla ochrony przed 
deszczem pokryty smołowanym płótnem. W pewnej chwili wiatr wzdął firankę ze srebrnej gazy w kierunku 

palącej się świecy i po kilkudziesięciu dosłownie sekundach we wnętrzu pełnym tiuli, batystów i lekkich draperii 
z różowego atłasu rozpętało się piekło. Napoleon osobiście wynosił z ognia kogo tylko się dało, wspomagany 

przez co odważniejszych gości (z tych, którzy nie zamienili się z miejsca w żywe pochodnie), lecz i tak płomienie 
pochłonęły mnóstwo ofiar. Reszty dokonały bandy opryszków, które wdarły się na pogorzelisko przed przyby-

ciem policji i obdzierały spalonych i poparzonych z kosztowności.*
Kurakin miał wówczas wielkie szczęście, z dwóch przyczyn: bo tylko spadł ze schodów i poturbował się, i 

dlatego, że w ten sposób uzyskał o wiele bardziej spektakularne dowody cierpień niż podagra. Oddajmy głos 
naszej nieocenionej pamiętnikarce, Anetce z Tyszkiewiczów, wówczas Potockiej, później Wąsowiczowej:

„Nazajutrz dopiero udało się stłumić pożar. Moc diamentów odnalazła się przy przesiewaniu popiołu. Książę 
Kurakin, ambasador rosyjski, który nie przepuszczał żadnej okazji wystawienia na pokaz swoich klejnotów, 

przybył na bal obwieszony wszystkimi brylantowymi orderami. Znaczną ich część utracił w chwili, gdy z 
wielkim trudem wydobywano go spod schodów galerii, gdzie tylu ludzi leżało jedni na drugich. Nie minęło 

kilka godzin, a już na wszystkich rogach można było kupić wizerunek biednego ambasadora udekorowanego 
plastrami, niezbędnymi wobec licznych oparzeń. Tworzyły one zabawny kontrast z tłustym, pogodnym 

obliczem, a luki w gwiazdach orderowych na miejscu zgubionych brylantów wzmagały jeszcze ciekawość 
przechodniów”.

Plastry i konterfekty nie zadowoliły Aleksandra Borysowicza i dlatego wkrótce ukazało się jego nakładem 
wstrząsające dzieło pt.: „Stan cierpień księcia Kurakina, ambasadora rosyjskiego”. Na pierwszej stronie widniał 

portret „Łazarza bolejącego” z bardzo skrupulatnie uwidocznionymi ranami, których szczegółowy opis 
wypełniał książkę od okładki do okładki. Nadto Kurakin demostrował te obrażenia „au naturel” każdemu, kto 

nie zdążył uciec przed jego otwartością; obnażył się nawet przed doktorem Frankiem, którego nie cierpiał.
Opis „stanu cierpień księcia Kurakina” i fatalnego balu, byłby może przesadny w rozmiarach, gdyby nie fakt, że 

ów bal zosta! wydany z okazji powtórnego małżeństwa Napoleona. A właśnie sprawa tego małżeństwa była 
drugą ze wspomnianych, które narodziły się w Erfurcie.

jest mu już potrzebny, podarował go pewnej damie dworu austriackiego. Od tej pory gwiazda Napoleona zaczęła gasnąć, zaś owa dama została żoną księcia 
Schwartzenberga, który jako ambasador Austrii w Paryżu wyprawił to tragiczne, zwieńczone złowróżbnym finałem (odczytano go jako czarne proroctwo) przyjęcie 
w roku 1810.

Podczas zjazdu Bonaparte dał Talleyrandowi jedno intymne polecenie. Mianowicie, aby książę wysondował cara 
w następującej kwestii: czy Aleksander nie byłby skłonny oddać swemu „bratu” za żonę Wielkiej Księżniczki 

Katarzyny Pawłowny, co zespoliłoby Romanowych z Bonapartymi węzłami krwi i mocniej niż cokolwiek innego 
scementowało przymierze francusko-rosyjskie. Oczywiście Napoleon wiedział, iż żadne małżeństwo, nawet jego 

z Aleksandrem, gdyby natura na to zezwalała, nie jest w stanie scementować dwóch państw o przeciwstawnych 
interesach (wiedział to z historii i z teraźniejszości, gdyż w Europie wciąż prało się wielu skoligaconych 

monarchów), ale poker był pokerem i Bonaparte wysuwając taką propozycję miał na myśli dwa cele doraźne i 
jeden długofalowy. O długofalowym jeszcze sobie pomówimy, zaś doraźne cele owej propozycji były 

następujące:
~ zastraszyć taką mocarstwową koligacją przygotowujący się do ataku na Francję Wiedeń;

~ silniej zneutralizować „chytrego Bizantyjczyka” i uczynić zeń zająca postrzelonego śrutem, tak, by Francja bez 
obawy ataku zza Wisły mogła „uregulować” swoje sprawy hiszpańskie.

Żeby dokładniej wyjaśnić całą tę skomplikowaną rozgrywkę, trzeba zacząć od konieczności, jaką był dla cesarza 
jego rozwód. Napoleon musiał zmienić żonę na płodną, albowiem Józefina, nadużywająca buduarowych uciech 

za Dyrektoriatu, nie mogła już rodzić dzieci, a on starzał się i na gwałt potrzebował delfina, by jeszcze zdążyć 
nauczyć go władania Europą.

Nie było mu łatwo podjąć tę decyzję, gdyż autentycznie kochał Józefinę, a poza tym wspólnie przeżytych 
kilkanaście lat przywiązało go do pięknej Kreolki. Niewiele miał jej do zarzucenia poza bezpłodnością i 

nieprawdopodobną wręcz rozrzutnością. Miała przed nim jednego męża (generała de Beauharnais; urodziła mu 
dwoje dzieci, które Napoleon traktował jak własne) i tylu kochanków, na czele z bardzo biegłym „świntuchem” 

Barrasem *, że sama stała się biegła

Wicehrabia Paweł de Barras, w dobie Dyrektoriatu niekwestionowany „król Francji”, słynął ze złodziejstwa i rozpusty. Kierowany przez niego rząd 

zamienił

nad wyraz. Zdradziła męża raz czy dwa, na samym początku małżeństwa, a potem złościły go tylko jej 

konszachty z ministrem policji, Fouchém. Atoli Fouché był z kolei bardzo biegły w sztuce rozbrajania cesarza i 
kiedy ten krzyknął któregoś dnia:

 

Fouché, powinienem obciąć ci łeb! Usłyszał w odpowiedzi:

 

Mam odmienne zdanie w tej kwestii, Sire.

Substancją cementującą przez wiele lat małżeństwo Napoleona z podstarzałą eks-gwiazdą paryskich salonów i 

background image

dyrektorialnych orgietek była ich zgodność w kwestii roli kobiety w społeczeństwie. Bonaparte, chociaż jako 
pierwszy wprowadził we Francji szkolnictwo żeńskie, uważał, iż panienki należy edukować przede wszystkim 

na dobre towarzyszki nocy i dni dla jego wojaków, to jest na dobre żony i matki. Pod tym względem miał do 
Józefiny żal połowiczny — o to, że nie jest matką jego dzieci. Kobiet przeintelektualizowanych i gardłujących w 

sprawach polityki nie cierpiał, co ściągnęło niełaskę na królową „women’s liberation” owej doby, sławną pisarkę, 
panią de Stael, która notabene przez pewien czas robiła wszystko, by zostać jego metresą. Na jednym z przyjęć, 

zanim jeszcze została wypędzona z Francji, Bonaparte (znający jej upodobanie do dużej liczby amantów i niechęć 
do dzieci, których miała z tymi amantami sporo) z całą uprzejmą złośliwością, na jaką go było stać, zapytał 

wpatrzony w jej olbrzymi biust:

 

Pani sama karmi swoje dzieci?... Arcyfeministka o mało nie zemdlała. Józefina natomiast

zemdlała, kiedy oznajmił jej (bardzo delikatnie, podczas długiej, sentymentalnej rozmowy), że mimo całej 
miłości, jaką do niej żywi, musi się z nią rozstać dla dobra Francji, żądnej następcy tronu.

Otoczenie Bonapartego od dłuższego już czasu naciskało

Republikę w jaskinię korupcji, hazardu i swawoli. Jedną ze swych „muz”, Józefinę de Beauharnais, wepchnął z pragmatycznym rozmysłem do łóżka młodego, 
zdolnego generała Bonaparte i w ten sposób „ożenił” ich. Został obalony przez Napoleona w roku 1799 za pomocą zamachu stanu.

nań w sprawie rozwodu, on jednak wahał się przez kilka lat i wykręcał pod różnymi pozorami, nie mogąc się 

zdobyć na odepchnięcie Józefiny. Większość ministrów pragnęła, by poślubił Habsburżankę, córkę austriackiego 
cesarza Franciszka, Marię Ludwikę, argumentując, że panny z tego domu zawsze były płodne i co najistotniejsze 

— z reguły rodziły synów. Reszta, w tym Fouché, wskazywała księżniczkę z familii Romanowych.*
Zwolennicy Austriaczki, o wiele liczniejsi, mieli jeszcze jeden argument — prowadzenie się Wielkiej Księżnej 

Katarzyny, między innymi kochanki generała Bagrationa. Nie wypadało cesarzowi Francuzów żenić się z tak 
delikatnych obyczajów panienką. Maria Ludwika natomiast, wychowana w Schoenbrunnie, gdzie przestrzegano, 

by w jej otoczeniu nie było piesków i kogutków, tylko same suczki i kurki, wciąż wierzyła w bociany przelatujące 
nad Wiedniem do krajów, w których żyją dzicy Negrzy.

Bonaparte zdawał sobie sprawę z tego, że ów argument jest bardzo istotny. Poślednich kochanków Katarzyny 
może jeszcze by zniósł — nie było w Europie czymś niezwykłym (widzieliśmy to na kilku przykładach) nawet 

rogacenie monarchów przez ich małżonki, tym bardziej więc nie byłoby rzeczą aż tak straszną, że małżonka 
przed ślubem dała tu i tam lekki upust swemu temperamentowi. Józefinę wziął z całym dobrodziejstwem 

inwentarza. Ale gdyby ożenił się z Katarzyną, cała Europa miałaby prawo powiedzieć, ż e o b a j  c e s a r z e  
s y p i a j ą  z  t ą  s a m ą  k o b i e t ą  i że on dojada resztki po swym pokerowym partnerze! A to byłoby zbyt 

wielkim ubabraniem empirowej chwały.

Terminu Romanowowie używam bez specjalnego przekonania, tylko dlatego, że posługiwali się nim ministrowie Napoleona i w ogóle współcześni 

mu. Według genealogów jest to nazwa niewłaściwa, z czego nie zdaje sobie sprawy większość dzisiejszych historyków i publicystów (np. w opisach Rewolucji 
Październikowej ciągle mówi się o „upadku Romanowych”). Pomijając dość niepewne pochodzenie ojca Aleksandra, cara Pawła I, o czym napomknąłem we 
wstępie, jest chyba faktem, że pochodząca od starej rodziny bojarskiej dynastia Romanowych wygasła w linii męskiej na Piotrze II (1730), zaś w żeńskiej na 
Elżbiecie (1762). Wraz z jej siostrzeńcem, Piotrem III, wstąpiła na tron carów dynastia holsztyńsko-gottorpska i ona to została zdetronizowana w roku 1917.

Wielka Księżna Katarzyna (1788—1819), czwarta córka Pawła I ,  była kobietą niezwykłej urody, o wysmukłej 

figurze, miękkich ruchach i przepięknych włosach. Dwa świadectwa. Wileński lekarz Frank, którego cytowałem 
już parokrotnie, kiedy znalazł się podczas obiadu naprzeciw niej, odnotował potem: „Jej piękność, niebiańskie 

wejrzenie, gracja i żywość wzbudziły we mnie uwielbienie. Zdawało mi się, że to jakaś istota nadziemska 
znalazła się przy stole cesarskim”. Zaś Henrietta z Działyńskich Błędowska, której jeszcze nie cytowałem, po 

spotkaniu z Katarzyną napisała w swej „Pamiątce przeszłości”: „Księżna zachwycającą była pięknością, gracją i 
ułożeniem pełnym godności, ale z wyrazem dobroci i słodyczy”.

Ten „wyraz dobroci i słodyczy” pryskał, gdy odcinała się fleszem „bon-motu”, ze złośliwym błyskiem w oczach. 
Ubierała się gustownie i nie używała nakryć głowy, by nie zasłaniać swych cudownych włosów. Najchętniej 

nosiła długą czarną suknię, przepasaną szkarłatną wstęgą orderową, marzyło się jej bowiem panowanie wzorem 
babci, też Katarzyny. Kiedy w roku 1807, po Tylży, krążyły nad Newą pogłoski

możliwości przewrotu pałacowego („azjatyckie remedium”), szeptano, że zbuntowani oficerowie jej wręczą 

koronę carów. Aleksander dowiedział się o tym od wywiadu angielskiego, ale potraktował to jako plotkę 

wymierzoną w „najrozkoszniejszą istotę na świecie”.* Tak ją nazywał, nawet publicznie.
Uwielbiali się. Spierali się tylko o politykę wewnętrzną. Katarzyna nienawidziła liberalizmu sercem i duszą, 

jedyne zbawienie dla Rosji widziała w bezwzględnym samowładztwie. Co do polityki zewnętrznej byli 
całkowicie zgodni — oboje nienawidzili Napoleona. Potem zresztą brat dopasował się do siostry także w polityce 

wewnętrznej i już nie było między nimi żadnych rozdźwięków.
Aleksander, podobnie jak ona, miał mnóstwo miłostek

jedną stałą kochankę (Naryszkinę), ale nikogo w swym życiu nie kochał bardziej od siostry Katarzyny. Chociaż 

oddała mu

Również Prusacy chcieli po Tylży dokonać zamachu na Aleksandra, o czym z kolei poinformował go wywiad francuski.

background image

się (lub może dlatego, że oddala mu się), ta namiętność nie gasła w nim, ale wciąż rosła, potężniała, rozsadzała 
go wprost, doprowadzając momentami do stanu półobłędu. Przychodziły takie chwile, że nie mógł bez niej 

wytrzymać, rzucał wszystko w diabły i pędził, gdziekolwiek była. Nazywał cele tych spotkań „zaznaczeniem 
swej władzy nad najładniejszym stworzeniem pod słońcem”. Nie zawahał się nawet zabrać jej ze sobą na 

Kongres Wiedeński i epatować całą Europę kazirodczym związkiem.
Pisał do niej: „Wiem, że mnie kochasz i jest mi to niezbędne do szczęścia, ale cóż to jest przy mojej namiętności! 

Ja cię uwielbiam jak szalony, jak opętany, jak maniak!”
Nie mieli przed sobą tajemnic. Kiedy w roku 1812 Bagration zmarł na skutek ran odniesionych w bitwie pod 

Borodino, Katarzyna napisała do brata, nie wymieniając Bagrationa z nazwiska: „Wiesz dobrze, jakie stosunki 
łączyły mnie z «nim» i pamiętasz, jak wspomniałam, że «on» posiada dokumenty, które mogą mnie poważnie 

skompromitować, jeśli się znajdą w cudzych rękach. Przysięgał mi stokrotnie, że już je zniszczył, lecz znając «go» 
dobrze, wątpię w prawdziwość «jego» słów. Proszę Cię więc, zażądaj, by Ci wydano wszystkie pozostałe po 

«nim» papiery i daj mi możność przejrzenia ich, abym mogła spokojnie usunąć to, co moje”.
Aleksander natychmiast spełnił tę prośbę, a odsyłając kompromitujące papiery, dopisał: „Powiedz, droga przyja-

ciółko, czy można Cię więcej kochać, niż ja Cię kocham?”.
O tym wszystkim Napoleon wiedział.

Panuje w historiografii od dawna ugruntowana i przyjęta za pewnik opinia, że Bonaparte zamierzał naprawdę 
ożenić się z Katarzyną Pawłowną, czyli pragnął, aby car Aleksander nie odmówił mu. Uważam ten pogląd za 

fałszywy i postaram się to udowodnić. Rzecz jest warta zachodu, gdyż ta książka jest relacją z rozgrywki 
pokerowej, a casus Katarzyny był najważniejszym rozdaniem w tej rundzie gry.

Napoleon rozpoczął licytację jeszcze w Erfurcie, 12 października 1808 roku, polecając Talleyrandowi wybadać 
Aleksandra we wspomnianej kwestii (głównie po to wziął starego intryganta do Erfurtu). Pamiętajmy jednak, co 

powiedział
Metternichowi: „Używam go zawsze wtedy, kiedy czegoś nie chcę”. Oczywiście, gra była ryzykowna (jest to 

istotą pokera), bo gdyby car się zgodził, to trzeba byłoby albo wykręcić się i popsuć tym samym stosunki, albo 
jednak żenić się z kobietą skażoną kazirodztwem.

Ryzyko było więc duże, ale też szansa na zgodę była niewielka, zważywszy, że Aleksander za nic w świecie nie 
oddałby siostry, gdyż groziłoby mu to popadnięciem w szaleństwo. Natomiast zwrócenie się do niego z taką 

propozycją załatwiało najważniejszą sprawę (wspomniany cel długofalowy) — musiało ostatecznie wyjaśnić, czy 
profrancuska polityka cara jest szczera, to znaczy czy car chce naprawdę utrzymać przymierze, czy tylko mydli 

oczy w celu lepszego przygotowania się do konfrontacji zbrojnej. Zgoda na oddanie uwielbianej kobiety byłaby z 
jego strony poświęceniem tak wielkim, że wszelkie podejrzenia Napoleona musiałyby upaść. Nie wierzył w to, 

ale nie był człowiekiem opierającym swe działania na wierze lub niewierze. Chodziło o zbyt dużą rzecz,

Europę i o ewentualność najstraszliwszego starcia na kontynencie, musiał więc mieć niezbity dowód. I 

bezbłędnie wybrał na papierek lakmusowy Wielką Księżnę Katarzynę Pawłownę.
Chcąc spotęgować test do kwadratu, cesarz polecił Talleyrandowi sprawić, by Aleksander... sam zaproponował 

to małżeństwo. Gdyby car to uczynił, dowód jego dobrej woli miałby wartość pomnożoną przez dwa. Car tego 
jednak nie uczynił. Rzecz miała się następująco:

Talleyrand, jak już wiemy, starał się być w Erfurcie rzecznikiem Europy przeciw Francji, zamiast odwrotnie,

dlatego wyłożywszy carowi sprawę, gorąco go namawiał do nieoddawania Katarzyny, nie zdradzając się przy 

tym nawet spojrzeniem, że wie o stosunkach łączących Aleksandra z siostrą. Tuż przed pożegnaniem 
„olbrzymów” car w rozmowie z „bratem” napomknął o sprawie, oświadczając mniej więcej tak: on sam marzy 

wprost, by Napoleon został jego szwagrem, wszelako, chociaż jest panem całej Rosji, nie jest panem swych sióstr, 
gdyż nimi rządzi matka, caryca Maria Fiodorowna. Jakżeby chciał mieć w Paryżu kogoś ze swojej rodziny, kto 

witałby go nad Sekwaną siostrzanym pocałunkiem, lecz niestety nie wie, czy czasem matka nie ma już innych 
planów względem Katarzyny. On oczywiście po powrocie do Petersburga uczyni dosłownie wszystko, by 

nakłonić serce siostry do związku z jego ukochanym przyjacielem i jeśli nawet Maria Fiodorowna zaplanowała 
inne małżeństwo, nie będzie szczędził wysiłków, by spowodować zmianę jej decyzji. Jest przekonany, że 

wszystko to się uda i marzenia jego się spełnią, w każdym razie pragnie tego, jak niczego na świecie. Jednako-
woż, rzecz oczywista, nie może tu, w Erfurcie, zagwarantować w stu procentach efektu swoich usiłowań, musi 

przedtem porozmawiać z obiema kobietami.
Inaczej mówiąc Aleksander odpowiedział: tak, ale... Właśnie to ALE (obok niewyrażenia zgody na rosyjską 

interwencję zbrojną przeciw Austrii) sprawiło, że Napoleon przegrał erfurcką rundę cesarskiego pokera. 
Bonaparte bowiem, wysłuchawszy powyższego przemówienia, upewnił się, że omamił cara, że wprawił go w 

olbrzymie zakłopotanie, postawił przed straszliwym dylematem, przed pytaniami: co robić? jak się z tego 
wykaraskać? dlaczego Korsykanin to robi, czyżby rzeczywiście chciał jak najściślejszego związku z nami? A więc 

— jak już było powiedziane — że postrzelony zając będzie się kręcił w kółko, nie wiedząc, dokąd uciekać.

background image

Całe to mniemanie było błędne, albowiem car nie stanął przed żadnym dylematem, nie zadawał sobie żadnych 
pytań i doskonale wiedział co robić, czyli jak się wymigać. Postanowił niezwłocznie wydać siostrę za kogoś 

innego, ale kogoś takiego, kto by nie mógł zawrócić Katarzynie w głowie swą urodą i nie przeszkadzał mu 
wielbić jej dalej tak jak dotychczas. Znalazł takiego człowieka wkrótce po powrocie z Erfurtu do domu. Był nim 

książę Jerzy Oldenburski, bujający w obłokach poeta-grafoman i filantrop, źle zbudowany, szpetny, poruszający 
się niezgrabnie i do tego jąkała.

W Petersburgu przywitano cara wybuchem radości.
— Nikt nie miał już nadziei, że ten potwór wypuści Waszą Cesarską Mość cało! — rzekł jeden z generałów i 

został ostro skarcony, gdyż rzekł to głośno.
W sprawie małżeństwa Katarzyny nie było żadnych trudności. Caryca-matka, która dobrze wiedziała o 

osobliwym związku swych pociech (nazywała to kulturalnie „oryginalnością Kasi”), prędzej wydałaby córkę za 
szatana niż za „korsykańskiego potwora Minotaura” (jej słowa), sama „Kasia” zaś powiedziała:

— Wolę być żoną popa!
Toteż w piorunującym tempie postawiono na ślubnym kobiercu parę, której składniki miały się do siebie jak 

pięść do nosa. Jerzy Oldenburski nie był tu pięścią. Przypomniałem sobie właśnie, że zapomniałem podać, kim 
był przede wszystkim. Był kuzynem... cara Aleksandra, toteż wszystko zostało w rodzinie. „Kasia” wyjechała do 

Tweru, gdzie jej małżonek pełnił funkcję generała-gubernatora, i tam ją braciszek odwiedzał. Po jednej z tych 
wizyt, trwającej pięć dni (od 10 grudnia 1809 roku), zdenerwował się na konieczność ciągłego przemierzania 

czterystu pięćdziesięciu wiorst w tę i czterystu pięćdziesięciu z powrotem do Petersburga, zabrał więc „naj-
rozkoszniejszą istotę na świecie” bez żenady „apiat” do domu i kwita.

Papierek lakmusowy zabarwił się i teraz Napoleon miał już stuprocentową pewność co do niechęci Aleksandra. 
Dodatkowe świadectwo wrogości „brata” uzyskał podczas wojny z Austrią latem 1809 roku, kiedy to armia 

rosyjska — mimo ciągłych monitów Paryża — nie tylko nie pomogła Francuzom, ale nawet próbowała 
przeszkadzać ich sprzymierzeńcom, Polakom. Bonaparte zrozumiał, że z tej drogi nie będzie już odwrotu. Test 

matrymonialny z Katarzyną, a dokładniej jego efekt, miał kolosalne znaczenie dla przygotowań do tragicznego 
finału cesarskiego pokera. Napoleon sam nazwał go „odwróceniem karty”. Odwrócenia karty dokonuje się w 

celu obejrzenia jej właściwej strony.
Tymczasem 22 listopada 1809 roku minister spraw zagranicznych Francji, Jan Baptysta de Champagny, w 

imieniu Napoleona zwrócił się do cara za pośrednictwem ambasadora Caulaincourta o rękę... drugiej siostry 
Aleksandra, Anny Pawłowny! Mało tego, zaofiarował w zamian zaniechanie dalszej rozbudowy Polski! Takie 

uderzenie ma swój ciężar,
nawet kiedy się to czyta nad Wisłą dzisiaj, prawda? Zwłaszcza kiedy czyta się z komentarzem, iż jest to „niezbity 

dowód” na chęć Bonapartego skoligacenia się z Romanowymi kosztem Polski. Zaraz go zbiję i to solidnie, 
przedtem jednak trudno mi nie wyrazić zdumienia, że przeważająca część historyków francuskich i polskich 

uwierzyła w ten nonsens, nie zadając sobie widocznie trudu pobieżnego choćby przeanalizowania faktów.
Test matrymonialny odarł „boga wojny” z ostatnich drobin złudzenia. Miał absolutną pewność, że nie dadzą mu 

Anny (tym bardziej, że była ona niemal dzieckiem) i że myślą już od dawna o zrzuceniu go z tronu. Dlaczegóż 
więc zwrócił się z tą nową propozycją? Musiał.

W otoczeniu Napoleona już od roku 1807 rozważano sekretnie kilka kandydatur przyszłych cesarzowych. 
Między innymi brano pod uwagę córkę króla sasko-warszawskiego, córkę króla hiszpańskiego, siostrzenicę 

cesarza Austrii itd. Wszystkie te kandydatury upadły, gdyż uznano, że imperium francuskie powinno otrzymać 
delfina z córki cesarskiej. Do wyboru byli tylko Romanowowie i Habsburgowie, przy czym ten drugi dom był o 

wiele szlachetniejszy. Jasnym też było, że koligacja z którąś z tych rodzin automatycznie poróżni Francję z 
drugim domem cesarskim.

Przeważała opinia, że należy wybrać Austriaczkę ze względu na wyższą rangę Habsburgów i fakt, że 
Habsburżanki zawsze były płodne jak królice — matka Marii Ludwiki urodziła trzynaścioro dzieci, jedna jej 

babka siedemnaścioro, a druga aż dwadzieścioro sześcioro.
— Doskonale! — krzyknął Napoleon. — Właśnie macicy nam trzeba!

Ten ginekologiczny zamiar skomplikowało to, że Austria pragnęła wojny. Wojna wybuchła, i skończyła się 
podobną klęską Habsburgów (pod Wagram), jak w roku 1805. A jednak, pomimo że Austria napadła na Francję 

po raz drugi już, i były wszelkie podstawy do tego, by raz na zawsze ją unieszkodliwić, Bonaparte — o dziwo — 
zawarł z nią pokój na stosunkowo korzystnych dla niej warunkach. To jest pierwszy dowód, że Napoleon przez 

cały czas myślał o ślubie z Habs
burżanką. Dlatego nie chciał robić krzywdy ojczyźnie przyszłej małżonki i matki swego syna.

Kolejny kłopot polegał na tym, że Austria, której tysiące żołnierzy poległo w czasie tej wojny, była straszliwie 
upokorzona i nienawidziła swego pogromcy jak nigdy przedtem. Łatwo było przewidzieć, że prośba o rękę 

austriackiej księżniczki spotka się z odmową, z pewnością sprytną i delikatną, ale jednak. Należało uczynić 

background image

posunięcie, które nie tylko szybko zmieniłoby ten przewidywany stosunek Wiednia do projektu skoligacenia 
Bonapartych z Habsburgami, ale wręcz skłoniło Austriaków, by... sami zaproponowali to małżeństwo! Do tego 

właśnie posłużyła prośba o rękę Wielkiej Księżnej Anny Pawłowny, wsparta — dla zamaskowania blefu — tzw. 
„sprawą polską”.

Pokój wiedeński został zawarty 14 października 1809 roku. W dwa i pół miesiąca później Caulaincourt stanął 
przed carem szczęśliwy jak nigdy. Oto Napoleon pozwolił mu pertraktować o rękę siostry cara za pomocą Polski! 

Caulaincourt byłby jeszcze szczęśliwszy, gdyby jego władca zechciał w ogóle zlikwidować Księstwo 
Warszawskie, ale i propozycja niepowiększania go i niezamieniania w obiecaną Polakom wielką Polskę była 

czymś wspaniałym. Caulaincourt nie miał wątpliwości, że tym razem wszystko pójdzie jak z płatka.
Nie wiedział biedak, że Bonaparte, podniecając go antypolskimi instrukcjami („Nie wolno ci się cofnąć przed 

niczym, aby utwierdzić ich w przekonaniu, że nie odbudujemy Polski”; na dodatek „utwierdzono” Rosjan o 
nieodbudowywaniu Polski artykułem w paryskim „Monitorze” z 14 grudnia 1809), był już zdecydowany ożenić 

się z Austriaczką, i że cała ta gra z Anną jako figurą tylko do tego mu służyła. Wywiad austriacki bowiem od 
razu dowiedział się o rozmowach petersburskich i na Wiedeń padł blady strach: jeśli Rosja połączy się więzami 

krwi z Francją, będzie to oznaczało koniec wziętej w dwa ognie Austrii!
W tym momencie wkroczył do akcji wywiad francuski, „przemycając” do Wiednia wiadomość, że Napoleon 

jeszcze się waha i być może nie byłby od tego, aby skoligacić się
z Habsburgami. Wiedeń natychmiast uchwycił się tej „brzytwy tonącego” i dał znać Paryżowi poufnymi 

kanałami, iż Austria z radością ujrzałaby Marię Ludwikę na tronie francuskim. W ten sposób Bonaparte osiągnął 
swój cel.

Znowu jednak wyprzedziliśmy nieco bieg wydarzeń. Powróćmy do rozmowy z dnia 28 grudnia, w której 
Caulaincourt poprosił cara o rękę Anny Pawłowny, obiecując za nią nieodbudowywanie Polski. Na rozkaz 

Napoleona ambasador zażądał udzielenia odpowiedzi w ciągu maksimum dwóch dni. Aleksander odpowiedział 
erfurckimi frazesami o tym, że taki związek jest jego najgorętszym pragnieniem, stwierdził jednak, że dwa dni to 

za mało, albowiem musi się naradzić z matką i całą rodziną. Potrzebuje dziesięciu dni. Niech więc Caulaincourt 
poczeka te króciutkie dziesięć dni na odpowiedź, spędzając czas pożytecznie, na przykład na opracowaniu z 

kanclerzem Rumiancewem umowy w sprawie polskiej.
„Chytry Bizantyjczyk” liczył na to, że w ciągu dziesięciu dni przypieczętuje się Polskę w granicach Księstwa 

Warszawskiego, a potem wymiga od planów matrymonialnych. Wygrać wszystko, nie dając nic. Ale się mocno 
przeliczył.

Caulaincourt z Rumiancewem uwinęli się jak najszybciej, obaj bowiem życzyli Polsce jak najgorzej. Już 4 stycznia 
podpisali konwencję o nieodbudowywaniu Polski (sformułowaną w sposób koszmarnie krzywdzący Polaków), 

której Napoleon oczywiście nie ratyfikował. Jeśli zaś chodzi o Annę Pawłownę, to Petersburg po z górą miesiącu 
zwlekania dał Bonapartemu kosza, tłumacząc się zbyt młodym wiekiem siostry cara.

Wielu historyków, na przykład Tarle, twierdzi, że dopiero wówczas Napoleon zdecydował się na Austriaczkę, 
tym bardziej, iż jeszcze 28 stycznia 1810 roku jego doradcy kłócili się na specjalnym posiedzeniu, kogo wybrać: 

Annę czy Marię Ludwikę. Jest to bzdura — Napoleon był zdecydowany od dawna, a wszelkie wariantowe spory 
i rozważania były tylko elementami koronkowej gry, którą opisałem.* W chwili,

Nie sposób pominąć i tej istotnej okoliczności, że na decyzję Napoleona wpłynęła również... Józefina. Pogodziwszy się z musu z nieuchronnością 

rozstania z cesarzem,

kiedy pismo z odmową startowało dopiero z Petersburga, Wiedeń już wyraził zgodę (7 lutego 1810) na 
poślubienie przez Napoleona Marii Ludwiki. Bonapartego nie obchodziła decyzja cara, wiedział, że będzie 

odmowna.
Fakty są okrutne dla historyków twierdzących uporczywie, że „bóg wojny” pragnął rosyjskiego małżeństwa. 

Otóż list z „koszem” od cara przyszedł do Paryża wówczas, kiedy już od kilku dni czyniono w Wiedniu 
forsowne przygotowania do ceremonii ślubnej. Wystrychnięty na dudka Aleksander powiedział do 

Caulaincourta:
— Pański monarcha postanowił zaślubić arcyksiężniczkę austriacką, zanim otrzymał moją odpowiedź. To 

znaczy, że...
Co to znaczyło — już wiemy, toteż nie warto cytować dalej żalów pokerowego mistrza, który tym razem dał się 

wziąć na wspaniały blef przeciwnika i teraz słyszał zewsząd zjadliwe chichoty i napomknienia o swej 
nieudolności politycznej. W Petersburgu w owym czasie warczano: „Nieudolny w układach tak samo jak w 

wojnie”.
Myślę, że wystarczająco udowodniłem, co oznaczał matrymonialny test „boga wojny”, i że nie zamierzał on 

żenić się z latoroślą Romanowych. Czas już chyba, panowie-spece od epoki napoleońskiej, przestać bredzić o 
jego gorącym zamiarze płodzenia dzieci marki „franco-russe”.

Całą przyjemność mąci mi tylko ten fakt, że nie jestem pierwszym, który do tego doszedł. Mając już tę książkę w 

background image

rękopisie i konsultując ją, dowiedziałem się o opinii Fryderyka M. Kircheisena. Ten najwybitniejszy niemiecki 
historyk-napoleonista, zacięty wróg Bonapartego, nigdy go nie oszczędzający, wysunął w swej biografii 

Napoleona następujące przypuszczenie (różnica polega tylko na tym, że ja nie przypuszczam w kilku zdaniach, 
lecz twierdzę w oparciu o przedstawioną analizę):

wyraziła życzenie, by ożenił się z Marią Ludwiką. Czy ktokolwiek może przytoczyć jakiekolwiek życzenie Józefiny (poza życzeniem pozostania cesarzową), którego 
Bonaparte nie spełnił po zakomunikowaniu jej decyzji o rozwodzie? Nękany wyrzutami sumienia i chcąc osłodzić jej los, starał się wręcz uprzedzać najdrobniejsze 
kaprysy odtrąconej. Oczywiście nie to zadecydowało o wyborze Austriaczki, lecz bez wątpienia opinia Józefiny miała tu niebagatelne znaczenie.

„Wątpić trzeba, czy Napoleon myślał poważnie o ożenku z rosyjską księżniczką, gdyż po pierwsze Wielka 
Księżna była za młoda, po drugie była innego wyznania, po trzecie rosyjski dom cesarski nie był tak 

poważanym, jak austriacki, a w końcu zdawał sobie Napoleon także sprawę z niechęci carycy-matki. 
Najprawdopodobniej dlatego tak oficjalnie traktował projekt rosyjskiego ożenku, ażeby wywrzeć nacisk na 

Austrię”.
Zgodzić się także trzeba z Paleologiem, któremu — chociaż należy on do plejady historyków całkowicie błędnie 

naświetlających to rozdanie siódmej rundy cesarskiego pokera — wyrwało się w końcu jedno trafne zdanie: „Jak 
się okazało — instynkt Napoleona był tym razem nieomylny”.

Jak już powiedziałem — test matrymonialny zadecydował o wszystkim. Dla nikogo w Europie nie było od tej 
pory tajemnicą, że wojna francusko-rosyjska jest tylko kwestią czasu. Rosja z miejsca rozpoczęła zbrojenia, 

przypuszczając, że grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo — pierwsza w dziejach konfrontacja z dwoma 
pozostałymi mocarstwami kontynentu naraz. I chociaż Austria po kilku klęskach była mocarstwem chwilowo 

mało mocarstwowym, przy boku Francji mogła się stać języczkiem u wagi.
Tymczasem wokół stolika w dalszym ciągu trwał sojusz francusko-rosyjski. Formalnie nic się nie zmieniło i obaj 

partnerzy wymieniali listy zaczynające się od tradycyjnego „Monsieur mon frére”, pełne komplementów, 
czułości i zapewnień o szczerej przyjaźni. Byli to bowiem pokerzyści dobrze wychowani.

Dobre wychowanie Napoleona zakwestionowano jednak nad Newą, kiedy rozkazał on Caulaincourtowi 
wyprawić w ambasadzie wspaniały bal z okazji swego ślubu z Austriaczką, lub raczej — jak powtarzano w 

Petersburgu słowa zawsze dowcipnego księcia de Ligne — „z jałówką, którą Austria rzuciła na ofiarę 
Minotaurowi”. Ambasador spełnił polecenie 23 maja 1810 roku i odczytano to jako policzek. Co prawda car, 

caryca-matka i caryca-małżonka „wyrazili ambasadorowi swoją radość z tego ewenementu, wzięli łaskawy 
udział w zabawie i raczyli pozostać na balu od wieczora aż do drugiej nad ranem”, lecz Czartoryski spytał 

Aleksandra, czy czasem
Bonaparte nie zwariował. Aleksander jednak znał „brata” jak nikt inny (po tylu latach gry!) i stanowczo 

zaprzeczył:
— Bonaparte wariatem?! ...Co za szalony pomysł! Aby w coś podobnego uwierzyć, trzeba go zupełnie nie znać!... 

Przecież to człowiek, który wśród największych wstrząsów zachowuje zawsze zimną krew i zimną głowę. Jego 
wybuchy to czysta komedia — lubi straszyć. U Napoleona wszystko jest przewidziane i ułożone z góry, każde 

pociągnięcie, nawet najbardziej zuchwałe i gwałtowne, najbardziej niespodziewane, głęboko przemyśla...
Formalnie więc wszystko w porządku, dalej gra w oszukiwanko ze słodyczami w zębach. Ale już ze słodyczami 

gorszej firmy i gorzkniejącymi z każdym dniem. Caulaincourt przestał być potrzebny carowi, odkąd 
kontynuowanie flirtu zaczęło stawać się farsą, i szybko odczuł to na własnej skórze.

„Przez dłuższy czas grałem tu pierwszą rolę — skarżył się płaczliwie w jednym z listów do Paryża — byłem 
naprawdę wicekrólem cesarza Napoleona w Petersburgu! Nie przesadzam stawiając tak mocno sprawę, gdyż 

opinia publiczna bardzo wysoko oceniała moje znaczenie i zaufanie, jakim się cieszyłem u dworu. Cesarz 
Aleksander okazywał mi wyraźnie swą bezgraniczną ufność, a także wiele przyjaźni... Dzisiaj to wszystko uległo 

zmianie. Jeśli chodzi o sprawy mniejszej wagi, o względy należne mi jako ambasadorowi, to przestrzegają ich tu 
z całym ceremoniałem i każdy naśladuje w tym cesarza, lecz serdeczność, zaufanie, znaczenie, to wszystko 

przepadło...”.
Do końca jednak ten pół zdrajca, pół idiota będzie zapewniał swego pana o całkowitej szczerości Aleksandra („W 

przymierzu Rosja jest zawsze szczerą i niepokalaną jak dziewica” — sic!!!) i nawet wówczas, kiedy car zdecyduje 
się w 1811 roku uderzyć całą swą siłą na angażującą większość swych wojsk w Hiszpanii Francję, będzie wbrew 

bezspornym doniesieniom wywiadu przysięgał, że to plotki, że car miłuje pokój i że armie rosyjskie odbywają na 
zachodnich granicach manewry ćwiczebne! Napoleon, mając tego w końcu dość, odwołał Caulaincourta do 

Paryża (1811) i zbeształ jak lokaja przyłapanego na kradzieży sztućców:

 

Aleksander chce wojny ze mną! Zostałeś przez Rosjan zrobiony na szaro! Rosjanie bardzo zhardzieli, czy im 

się zdaje, że będą mną rządzić?!... Nie jestem Ludwikiem XV, lud francuski nie zniósłby podobnego upokorzenia! 
Powtarzam ci, że Aleksander jest równie fałszywy jak słaby, to grecki charakter!

I zanim się odwrócił, splunął pogardliwie epitetem:

 

Stałeś się Rosjaninem!

Caulaincourta zastąpił na placówce w Petersburgu adiutant Napoleona, generał Jakub Aleksander Bernard Law 

background image

de Lauriston (1768—1828), lecz i on, chociaż w o wiele mniejszym stopniu, uległ zdradliwemu czarowi 
imperatora Wszechrosji, wyrywając Bonapartemu okrzyk:

 

To nie są ambasadorowie, to kurtyzany cara!

W dalszym ciągu więc w Paryżu i w Petersburgu rezydowały ambasadorskie kurtyzany w spodniach, nie miało 

to wszelako istotnego znaczenia, gdyż ani car, ani cesarz w zasadzie nie potrzebowali ich do niczego innego, jak 
tylko do przekazywania not i korespondencji.* Zacytuję jeszcze raz Kircheisena: „Aleksander był zbyt przebiegły, 

aby donieść swemu ambasadorowi w Paryżu, księciu Kurakinowi, że zamierza z bronią w ręku rozprawić się z 
Francją. Nie pisywał nawet do niego osobiście, gdyż równie jak wielu innym — nie ufał mu. Swoim 

współpracownikom kazał się wzajemnie śledzić i zwalniał ich ze stanowisk, kiedy za dużo o sobie wiedzieli lub 
domyślali się jego planów”.

W obu stolicach zmieniano często dyplomatyczne figury podczas tej rundy dyplomatów, którzy bez przerwy 
wymieniali worki pism, petycji, propozycji, kontroskarżeń i warunków na trasie między Newą a Sekwaną 

(nazywano powszechnie te zabiegi „jałowym mięsem”). W roku 1811 zmieniony został również francuski 
minister spraw zagranicznych. Champagny’ego zastąpił książę Bassano, Hugon Bernard Maret (1763—1839), 

wielki przyjaciel Polaków, człowiek — jak mówiono — „o sercu polskim”.

Lauriston jednak zdobył tajny plan sztabowy armii rosyjskiej!

Właśnie o to chodziło — o Polskę. Ona była istotną stawką w siódmej rundzie cesarskiego pokera, by w ósmej 

stać się celem gry. „Niedopuszczenie do odbudowania Polski było więc niezmienną osią całej polityki cesarza 
Aleksandra; ku temu celowi zwracał zawsze wszystkie swoje myśli”.* Do ostatniej chwili Bonaparte łudził 

Rosjan propozycją nieodbudowywania Polski ponad Księstwo Warszawskie, z czego dzisiaj jego wrogowie, a 
nawet kiepscy w rachunkach (pokerowych) apologeci wysnuwają mylne wnioski. Jakim cudem Napoleon mógł 

choć przez chwilę pragnąć rzeczywiście oddać Polskę na łup cara, jeśli w najoczywistszy sposób byłoby to 
samobójstwem? Kim jak kim, ale samobójcą Korsykanin nie był, a tym bardziej kretynem. Polski bufor na 

wschodzie był Francji niezbędnie potrzebny, jak stalowy kołnierz na szyi średniowiecznego rycerza, i jedyną 
sensowną racją stanu Paryża mogło być wzmacnianie tego kołnierza. Tymczasem wywleka się i okłada 

interpretacją o jego rzekomej antypolskości każde słowo, którego Bonaparte użył w korespondencji z carem i w 
instrukcjach dla swych petersburskich ambasadorów, zapominając o charakterze tej gry! Budzi to politowanie.**

Tego typu szalbierstwa historiograficzne są bardzo łatwe i w gruncie rzeczy dość bezpieczne. Oto przykład, 
jeden z wielu, jakie można dać. Bierze się jakiś dokument, niech to będzie depesza Napoleona do Caulaincourta z 

lipca 1810 roku, i wyławia się z niego takie zdanko: „Nie myślę przywracać Polski”. I już mamy „niezbity 
dowód” na to, że Bonaparte nie zamierzał Polski odbudowywać, czyż to nie jego własne słowa? Czarno na 

białym: „Nie myślę przywracać Polski”. Sprawa bezpieczna, bo czytelnik pana „poważnego historyka” jest na 
tyle ignorantem, iż nie wie, że toczy się akurat gra w oszukiwanie cara, i że (co jest w tym przy

Stanisław Z. (Wrotnowski) — „Porozbiorowe aspiracje polityczne narodu polskiego”, Lwów 1882.

** Nie chcę wymieniać nazwisk tych, co u nas fałszywie interpretują ówczesną politykę Napoleona względem Polski, bo byłby to ogromny rejestr, chodzi o całą 
rzeszę rodzimych historyków powojennych (cudzoziemcy często piszą podobnie, ale problem polski to dla nich problem obcy; w przypadku Polaków to nie tylko 
błąd, to wstyd!).

padku rzeczą ważniejszą) cytowane słowa oznaczają: teraz, obecnie, nie myślę odbudowywać Polski, bo mam 
piekielnie zagmatwaną sprawę hiszpańską, więc muszę mieć spokój na wschodzie. Wynika to z treści listu, 

nawet nie tylko z jego „ogólnego kontekstu”, lecz z konkretnych słów i zdań, które następują 
b e z p o ś r e d n i o  po jedynym zacytowanym przez „poważnego historyka” zdanku, ale tych następnych zdań 

pan „poważny historyk” już nie cytuje, bo to rozniosłoby w proch i pył całą jego, opartą na inkryminowanym 
zdanku, koncepcję o antypolskości cesarza. Znowu proceder bezpieczny, bo korespondencji napoleońskiej w 

Polsce nie wydano, a komu się zechce sięgać po wydanie francuskie, żeby znaleźć ów list i sprawdzić tekst? Mnie 
się zachciało, panowie „poważni historycy”! Otóż bezpośrednio po owym zdanku, które jest jednym z waszych 

kastetów do bicia trupa „boga wojny”, widzę w tej depeszy następujące słowa Bonapartego:
„Nie chcę wszakże zhańbić się wyrokując, iż Królestwo Polskie nigdy przywróconym nie będzie (...) Nie, nie 

chcę splugawić mojej pamięci, przykładając pieczęć na politykę makiawelską, gdyż powiedzieć, że Polska nigdy 
przywróconą nie będzie, byłoby gorzej jeszcze niż uznać jej podział (...) Nie, nie ogłoszę się wrogiem Polaków!”.

Takie stanowisko w kwestii polskiej było wówczas jedną z zasad francuskiej racji stanu, na potwierdzenie można 
przytoczyć teksty o realnym znaczeniu politycznym, nie zaś „blefy” stosowane w grze obliczonej na 

wprowadzenie przeciwnika w błąd, na sprowokowanie Austrii do polityki profrancuskiej (to w końcu 1809 roku) 
lub na chwilowe uspokojenie cara (to zwłaszcza w roku 1810), póki nie zakończy się arcytrudnych spraw 

hiszpańskich (takim ewidentnym „blefem” był np. wspomniany już przeze mnie przy omawianiu „testu 
matrymonialnego” artykuł w paryskim „Monitorze” o nieodbudowywaniu Polski przez Francję, kolejny antyna-

poleoński kastet używany bezmyślnie bądź tendencyjnie przez „poważnych historyków”).
Już w roku 1809 Wielki Marszałek dworu cesarskiego, książę Frioulu, Géraud Duroc, złożył Napoleonowi tajny

memoriał stwierdzający, że w interesie Francji jest trzymanie Rosji jak najdalej na wschodzie i że rozbiór Polski 

background image

byłby w związku z tym szaleństwem, a zarazem hańbą. W konkluzji stało jak byk, że podstawą francuskiej racji 
stanu winno być wskrzeszenie potężnej Polski jako alianta. Wywiadowi rosyjskiemu udało się zdobyć kopię tego 

memoriału, którą Kura kin posłał do Petersburga i wówczas Aleksander zrozumiał, że Bonaparte mami go tylko 
propozycjami układów o „nieodbudowywaniu Polski”. Poirytowany odezwał się do Caulaincourta:

— Jeśli pański cesarz nie nosi się z zamiarem odbudowywania Polski, to czemu codziennie w publicznych doku-
mentach wymienia „Polskę” albo „Wielkie Księstwo Warszawskie”? ...Czy może chcecie ją odbudować? Jeżeli 

tak, to mówcie od razu, dajcie definitywną odpowiedź, chcę bowiem wiedzieć, czego mam się trzymać!
Wkrótce dowiedział się, czego ma się trzymać, kiedy Napoleon zemścił się za przegraną rundę erfurcką, za to 

ALE, które padło w Erfurcie na początku testu matrymonialnego. Był to odwet prześlicznie wykoncypowany, 
jakby wycyzelowany dłutkiem Celliniego. Otóż 13 grudnia 1810 roku senat Cesarstwa podjął decyzję o 

przyłączeniu do imperium Bonapartych księstwa Oldenburg, należącego do... teścia Katarzyny Pawłowny. Nie 
odebrano mu księstwa, skądże, tylko anektowano je razem z nim. Był to klaps dla Kasi, co nie chciała 

„Minotaura”.
Powiecie: cóż w tym błyskotliwego? to ma być Cellini? zwykła aneksja! No to dodam, że wcielając księstwo 

oldenburskie w skład Francji, dekretem wykonawczym z dnia 22 stycznia 1811 roku powiększono je, traktując to 
jako zadośćuczynienie dla księcia. Powiększono je o... Erfurt! Teraz już możemy śmiać się wspólnie.

W Petersburgu jednak nie śmiano się, lecz przeklinano „korsykańskiego bandytę” ze łzami w oczach. Po otarciu 
łez spróbowano jeszcze pertraktacji (wymiana Oldenburga za choćby kawałek Księstwa Warszawskiego), lecz 

cesarz nie zamierzał wyprzeć się „swego snu” (określenie, przypominam, Bourrienne’a), czyli swej 
konsekwentnie propolskiej

polityki. „Musiałyby wojska rosyjskie przyprzeć nas do Renu, żebym zezwolił na taką hańbę, jak oddanie choćby 
jednego powiatu polskiego. To jest zasada i to jest kwestia honoru! (...) Nie dajcie mu (carowi — przyp. W. Ł.) 

cienia nadziei, że będzie mógł tknąć Polskę”. Tak instruował Napoleon Mareta i Lauristona w czerwcu 1811 roku, 
gdy już nie tylko nie trzeba było dalej mamić Aleksandra niepowiększaniem Polski, lecz należało mu wprost 

powiedzieć, iż ma trzymać łapy z dala od niej. A należało to zrobić, bo właśnie w pierwszej połowie roku 1811 
car po nią łapy wyciągnął, i to łapy uzbrojone.

Rozeźlony sprawą oldenburską Aleksander już wcześniej, w grudniu 1810 roku, otworzył swoje porty dla 
towarów angielskich (było to oficjalne złamanie napoleońskiej Blokady Kontynentalnej, nieoficjalnie łamanej 

przez Rosjan od dawna), specjalną taryfą prohibicyjną zamknął granice przed towarami francuskimi, po czym w 
styczniu 1811 roku podjął decyzję uderzenia na zachód i w pierwszym rzucie anektowania Księstwa 

Warszawskiego.
Okazja była rzeczywiście niezwykła. Nad granicami Księstwa stało już sto tysięcy rosyjskich żołnierzy, a 

następne sto tysięcy nadciągało, podczas gdy Bonaparte, mający większość sił zaangażowanych w Hiszpanii, 
mógłby w najlepszym przypadku rzucić do kontrakcji zaledwie sześćdziesiąt tysięcy. Nigdy jeszcze empirowa 

Francja nie stała przed takim zagrożeniem. Było jednak jedno ale...
Aleksander pojmował, że jeśli jego atak ma się udać, musi przeciągnąć na swoją stronę Polaków. Co prawda 

armia Księstwa liczyła zaledwie sześćdziesiąt tysięcy ludzi, lecz ludzie ci znani byli z tej przypadłości narodowej, 
że są najlepszymi żołnierzami na świecie, w związku z czym chcąc ocenić realną wartość bojową każdego z nich 

należy zastosować mnożenie przez trzy, a czasami nawet (co wykazała Somosierra) przez dziesięć. Wdanie się z 
tymi wariatami w uporczywy bój dałoby czas Napoleonowi na ściągnięcie z całej Europy posiłków i 

kontruderzenie. Gdyby natomiast udało się ich kupić, można byłoby razem z nimi runąć na zachód, zaskakując 
słabe placówki francuskie w Niemczech.

31 stycznia 1811 roku Aleksander zwrócił się do swego przyjaciela, księcia Adama Czartoryskiego, z propozycją 
nawiązania rozmów z Polakami i oderwania ich od Francji, obiecując w zamian wskrzeszenie Królestwa 

Polskiego w dawnych granicach (z wyjątkiem Białorusi), aż do Dźwiny, Berezyny i Dniepru. Dodał, że królem 
Polski zostanie oczywiście on sam, albowiem od zawsze pała do Polaków niezmierną miłością. Napisał między 

innymi:
„Jestem zdecydowany nie wszczynać wojny z Francją, dopóki nie zapewnię sobie współdziałania Polski (...) Jeśli 

Polacy mnie wesprą, powodzenie sprawy i zwycięstwo jest pewne, gdyż nie polega ono na nadziei 
przewyższenia talentu Napoleona, lecz na aktualnym braku sił cesarza Francuzów”.

Jak w świetle tego listu wyglądają twierdzenia panów rozprawiających o „zaborczej agresji Bonapartego na 
Rosję?” Wspomniałem już, że wojny jego były w istocie swej działaniami o charakterze defensywnym, według 

zasady, że najlepszą obroną jest atak. Absolutna pewność, że Aleksander uderzy na zachód najpóźniej w 1812 
roku, spowodowała uprzedzenie ciosu, miast czekania, aż wojska rosyjskie przekroczą Łabę. Jeszcze raz była to 

kwestia życia.
Tą dygresją — złośliwą, bo złośliwą (ale jak tu nie być złośliwym?) — znowu wyskoczyliśmy zbytnio do przodu. 

Powróćmy do planu Aleksandra. Plan ten, oznaczany przez wywiad rosyjski kryptonimem „Wielkie Dzieło”*, 

background image

wziął w łeb z tej prozaicznej przyczyny, że Polacy zdecydowanie odrzucili carskie awanse, a jednocześnie 
natychmiast poinformowali o nich Paryż. Tak więc „postawa Warszawy unicestwiła plan zaskoczenia 

Napoleona” (Kukiel), ale nie zmieniła zamiarów Aleksandra. W dalszym ciągu — widząc, że Hiszpania, jak 
wiecznie głodny smok, połyka kolejne dziesiątki tysięcy Francuzów — przymierzał się do ataku,

7

”en sani kryptonim — „Grand Oeuvre” (Wielkie Dzieło) — był wcześniej, w XVIII wieku, kryptonimem masońskim oznaczającym rozbiory państwa 

polskiego, do których masoneria przyczyniła się skutecznie.

lecz przesunął go w czasie o mniej więcej sześć do dziesięciu miesięcy, by zebrać odpowiednie siły.

Zbierał je z takim natężeniem, jakiego Rosja jeszcze nie oglądała. Wywiad polski, i książę Józef Poniatowski 
osobiście, nieustannie alarmowali Francuzów wieściami o niesłychanych zbrojeniach i koncentracji armii 

rosyjskich nad granicami Księstwa z zamiarem frontalnego ataku na zachód, atoli zarówno w Paryżu, Dreźnie, 
jak i w Hamburgu (kwatera główna marszałka Davouta) początkowo należało do dobrego tonu lekceważenie 

tych doniesień. Napoleon, przekonany, że Polacy histeryzują i przesadzają w obawie o swą skórę, nazywał 
polskie alarmy „głupstwami”. Dopiero potwierdzające to wszystko informacje, które zdobył wywiad francuski w 

Petersburgu, otworzyły mu oczy.
15 sierpnia 1811 roku, podczas uroczystej audiencji korpusu dyplomatycznego w dniu urodzin Napoleona, miał 

miejsce jeden z legendarnych ataków furii cesarza. W obecności osłupiałego grona dyplomatów z całej Europy i 
części Azji, stojąc na rozkraczonych nogach przed trzęsącym się ze strachu ambasadorem Kurakinem, Bonaparte 

ryczał:

 

Zostaliście pobici pod Ruszczukiem (w wojnie z Turcją — przyp. W. Ł.), gdyż mieliście za mało wojska, a wie 

pan dlaczego?! Bo aż pięć dywizji wycofaliście z armii naddunajskiej, by je pchnąć nad granice Polski! Znam 
wasze podstępy!... Caulaincourt może sobie mówić, co chce, ale ja wiem dobrze, że car zamierza napaść na mnie! 

Nie jestem taki głupi, by przypuszczać, że wam chodzi o Oldenburg, o takie coś nikt się bić nie będzie! Wiem 
dobrze, o co wam chodzi — o Polskę!!... Przesyłacie mi tu różne plany dotyczące Polski. Otóż wiedzcie, że n i e  

d a m  t k n ą ć  j e d n e j   w s i ,  j e d n e g o  m ł y n a ,  j e d n e j  p i ę d z i  p o l s k i e j   z i e m i ,  
c h o ć b y  n a w e t  w a s z e  w o j s k a  s t a ł y  n a   w z g ó r z a c h  M o n t m a r t r e ! ! !

Wystarczy? Karta polska została odkryta. Kurakin wybiegł z pałacu Tuileries cały roztrzęsiony, płacząc, i jedyne 
słowa, na które potrafił się zdobyć przy wyjściu, brzmiały:

 

U Jego Cesarskiej Mości dzisiaj tak gorąco...

Teraz z każdym dniem robiło się coraz goręcej. Już 16 sierpnia Napoleon w specjalnym memoriale sprecyzował 

główny cel zbliżającej się konfrontacji („odbudowa Królestwa Polskiego”), po czym przystąpił do koncentracji 
Wielkiej Armii w rozmiarach, jakich Europa nie oglądała nigdy w swojej historii. Zmusił do układów 

sojuszniczych Prusy i Austrię, zebrał ponad pół miliona żołnierzy z kilkunastu krajów i 9 maja 1812 roku 
wyruszył z Paryża na wschód — na wojnę.

Nie chciał jej. Była mu straszliwie nie na rękę. W Hiszpanii szło Francuzom tak źle, że już gorzej nie mogło. 
Dzieje trwającej już ponad cztery lata kampanii hiszpańskiej były almanachem nielicznych sukcesów i 

niezliczonych porażek marszałków francuskich. Hiszpania stała się rozjątrzonym wrzodem na ciele Cesarstwa i 
jasne było dla każdego, że tylko interwencja samego „boga wojny” na czele Wielkiej Armii może przeważyć szale 

na korzyść Francuzów. On jednak bał się iść za Pireneje, bo na to tylko czekał car. Dlatego musiał najpierw pobić 
cara.

Do ostatniej chwili próbował zażegnać apokaliptyczne starcie. Za pomocą dyplomatów, rzecz prosta, bo to była 
runda dyplomatów. Jeszcze w maju wyciągnął po raz ostatni rękę do zgody — wysłał do Wilna swego adiutanta, 

generała hrabiego Ludwika Marię Jakuba Narbonne-Larę (1755— 1813). Ten domniemany „lewy” syn Ludwika 
XV, eks-minister Ludwika XVI, był klasycznym typem wykwintnego szlachcica i dworaka, epigonem ostatnich 

pięknych dni Wersalu. Car przyjął Narbonne’a 18 maja i powiedział, że nie ustąpi i nie cofnie się przed 
konfrontacją, gdyż ma za sobą olbrzymią przestrzeń, w której Francuzi niechybnie utoną. Swój upór car 

tłumaczył tak:
— Przypominam sobie, co mówił do mnie cesarz Napoleon w Erfurcie. Że wojnę rozstrzyga upór. No więc ja go 

teraz przekonam, że zapamiętałem te nauki.
Było to kłamstwo. Upór cara brał się z sześciu innych źródeł:

Anglia jeszcze raz opłaciła jego wysiłek złotem.
Wszystkie sfery rosyjskie (oczywiście wyższe sfery) żądały tej wojny. Gdyby się cofnął, groziło mu „azjatyckie 

remedium”.

Sztab rosyjski pokładał duże nadzieje w odkurzonym planie Barclaya de Tolly z roku 1807 (wciągnięcie 

przeciwnika w otchłań rosyjskich stepów). Dlatego też Barclaya de Tolly mianowano wodzem naczelnym.

Pertraktacje pokojowe z Turcją były na ukończeniu (pokój zawarto w Bukareszcie, czemu nie zdołał 

przeszkodzić, mimo wysiłków, wywiad francuski), co odciążało siły frontu południowego.

Prusy, chociaż oddały swój kontyngent wojskowy Bonapartemu, poinformowały sekretnie Petersburg, 

background image

że będą tylko markować walkę.

Austria uczyniła to samo!

Tak jest. Chociaż teść-Habsburg dał zięciowi trzydzieści tysięcy żołnierzy, to jednak przymknął oczy na knowa-
nia swoich ministrów. Austriacy wahali się (córka Austrii urodziła już francuskiego następcę tronu), jednakże 

ulegli w końcu naciskom dyplomatów rosyjskich i zdradzili Napoleona. Rosjanie atakowali ich przez wiele 
miesięcy groźbami („Cele nasze są wspólne. Jeśli Rosja upadnie, Austria stanie osamotniona w obliczu potęgi 

Bonapartego i nic jej już nie uratuje!”) i obietnicami (oddanie Wołoszczyzny, Mołdawii i Serbii). Głównymi 
agentami dyplomatycznymi Petersburga byli w tej intrydze David Alopeus i Paweł Szuwałow. Osiągnęli swój 

cel, a dzięki temu Aleksander wygrał austriackie rozdanie siódmej rundy i tym samym wyrównał szale pozornie 
korzystnego dla Napoleona testu matrymonialnego. Poślubienie „austriackiego brzucha” nic Bonapartemu nie 

dało. Poza Orlątkiem, lecz niemowląt nie przyjmowano do wojska.
W sumie: runda remisowa. Napoleon popełnił fatalny błąd nie zamykając przed konfrontacją z Rosją spraw 

hiszpańskich (trzeba było zawrzeć z Hiszpanią pokój na jakichkolwiek warunkach lub wycofać się z niej), w 
rezultacie czego ciągnął na wschód zbieraninę z całej Europy,

podczas gdy za Pirenejami zostały najbardziej zahartowane pułki francuskie. Ale tej zbieraniny było ponad pół 
miliona, a z rezerwami ponad milion! Ta — jak ją zwano — „Armia Europy” lub „Armia Świata” dawała mu 

przekonanie, że zwycięży w ósmej rundzie. Jego ludziom też, zwłaszcza dyplomatom.
Kiedy Aleksander w rozmowie z Narbonne’em rzekł na zakończenie, wskazując wbitym w mapę palcem 

Kamczatkę:

 

Nie ustąpię! Jeśli nawet los mi nie dopisze w tej wojnie, Napoleon tam będzie mnie musiał szukać z prośbą o 

pokój!
Narbonne uśmiechnął się leciuteńko uśmiechem z najlepszej ery słownych szermierek w Wersalu i wycedził:

 

Istotnie. Będziesz wówczas wasza cesarska mość, najpotężniejszym władcą w Azji.*

Przypomina się tu osąd znakomitego przedwojennego historyka, Jana Kucharzewskiego: „Wszak dla pogrążenia Rosji na wieki w barbarzyństwie i dla 

uczynienia z niej wyłącznie mocarstwa azjatyckiego Napoleon zamierzył odbudowanie Polski” („Od białego caratu do czerwonego”).

8    

RUNDA

Runda bohaterów i galerników zimy

(Ostatnie rozdanie)

TAŃCOWAŁY DWA MICHAŁY NA BALU KRÓLOWEJ ŚNIEGU

Była letnia noc z 23 na 24 czerwca 1812 roku. Kilku saperów ze stojącej nad Niemnem armii francuskiej prze-
prawiło się przez rzekę na rosyjski brzeg. Przywitała ich bezwładna, drażniąca cisza. Nagle, jak spod ziemi, 

pojawił się młody oficer kozacki i jakby nieświadom faktu, że tuż obok czają się do skoku kohorty złożone z 
ludów całej niemal Europy, zapytał:

 

Kto idzie?

 

Francuzi! — zabrzmiało w odpowiedzi.

 

Czego chcecie? Po co przekroczyliście granicę?

 

Czego chcemy? Bić się z wami. Oswobodzić Polskę! — krzyknął jeden z saperów.

Kozak szarpnął konia w tył i zniknął w gęstwinie lasu. Huknęły za nim trzy strzały, pierwsze strzały roku 1812.
„O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju! Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju, A żołnierz rokiem 

wojny; dotąd lubią starzy
0

 

tobie bajać, dotąd pieśń o tobie marzy.

Z dawna byłeś niebieskim oznajmiony cudem
i

 

poprzedzony głuchą wieścią między ludem (...)”

Głucha wieść między ludem szła od owej nocy 1811 roku, kiedy niebo przeorała wielka kometa, ciągnąca swój 
warkocz od zachodu na północ. A jak słusznie zauważył Swift: „Starców i komety czczono dla tych samych 

powodów: długiej brody oraz pretensji do przepowiadania wydarzeń”.
Wiosną 1812 roku wiedziano już, co się święci, spoglądając na tłum wielojęzyczny, uzbrojony, przemierzający 

Europę od dalekich horyzontów, za którymi gaśnie słońce. Setki, tysiące, dziesiątki tysięcy, setki tysięcy gąb do 
tego urodzaju oczekiwanego jak zbawienia, po zimie głodowej jak nie bywało od dawna, tak straszliwej, że 

gazety drukowały przepis na nędzarską zupę Rumforda, pozwalającą przeżyć. Byle do wiosny!
„O wiosno! kto cię widział wtenczas w naszym kraju,

Pamiętna wiosno wojny, wiosno urodzaju!
O wiosno, kto cię widział, jak byłaś kwitnąca

background image

Zbożami i trawami, a ludźmi błyszcząca,
Obfita we zdarzenia, nadzieją brzemienna!

Ja ciebie dotąd widzę, piękna maro senna!
Urodzony w niewoli, okuty w powiciu,

Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu.”
Spośród tych hufców nieopierzonego rycerstwa, które przewalały się drogami górskimi, polnymi i leśnymi od 

Tagu, Ebro, Sekwany, Tybru, Dunaju, Renu, Łaby, Odry i Wisły w kierunku Niemna, dla niejednego miała to być 
wiosna ostatnia, najostatniejsza. Dla większości. Lecz tej wiosny było ich tylu, że „wydawało się — pisała pani de 

Stael — niemożliwym wedle ludzkiej rachuby, by wyprawa mogła nie skończyć się szczęśliwie”. Pełzły na pół-
nocny wschód kompanie, szwadrony, bataliony, pułki, dywizje i korpusy, jak egzotyczne węże, bez końca, szły i 

szły, ufne i głodne żniwa wojny.
„Wszyscy na północ: rzekłbyś, że wonczas z wyraju Za ptastwem i lud ruszył do naszego kraju, Pędzony 

niepojętą, instynktowną mocą. Konie, ludzie, armaty, orły dniem i nocą Płyną; na niebie gorą tu i ówdzie łuny, 
Ziemia drży, słychać, biją stronami pioruny. — Wojna! wojna!...”

W tym prologu do wojny 1812 roku, w którym od Atlantyku po Litwę roiły się „niezliczone piechoty mrowiska”, 
narody obserwujące monstrualny przemarsz, jakiego nie pamiętano od dni Attyli i Tamerlana, nie mogły pora-

dzić sobie z rachunkami. Sam „bóg wojny” stracił nad nimi kontrolę i ciężar tej arytmetyki spadł na dziejopisów. 
Ci nigdy nie byli biegli w dodawaniu, toteż różne liczby wyczytacie w uczonych księgach. Kukiel, któremu ufam 

najbardziej, wyliczył, że Napoleon zebrał na tę wyprawę sześćset siedemdziesiąt dwa tysiące ludzi, z czego do 
akcji weszło sześćset dwanaście tysięcy (potwierdzają to późniejsze ustalenia Lefebvre’a — sześćset jedenaście 

tysięcy). Francuzi, Polacy, Portugalczycy, Hiszpanie, Austriacy, Prusacy, Litwini, Węgrzy, Holendrzy, Belgowie, 
Sasi, Neapolitańczycy, Westfalczycy, Bawarowie, Lombardowie, Kroaci, Iliryjczycy, Szwajcarzy, Badeńczycy, 

Meklemburczycy, mieszkańcy małych państewek Związku Reńskiego i najdziwniejszych księstw. Około trzystu 
pięćdziesięciu pięciu tysięcy Francuzów i trzysta dwadzieścia tysięcy cudzoziemców!

Ci, którzy nie znali kulis dziejów, czyż mogli wątpić, że sto milionów pobratymców tego żołnierskiego potopu 
wrzeszczy w kilkunastu językach między Lizboną i kanałem La Manche a Bugiem i Adriatykiem: „Vive 

1’empereur!”. Że się te sto milionów modli za sukces i że
„Wszyscy pewni zwycięstwa, wołają ze łzami:

«Bóg jest z Napoleonem, Napoleon z nami!»”.
Czyż mogli?

Trzeba było znać wielką mądrość, którą zapisał w swych wspomnieniach umierający wódz Apaczów, Geronimo: 
„Uczono nas, że Usen (Bóg) nie interesuje się drobnymi ludzkimi porachunkami”. Trzeba było.

Napoleon był z nimi, lecz w rzeczywistości z Napoleonem szczerze byli tylko Francuzi i Polacy. I nie było z nim 
Boga, gdyż Boga — majestatycznie obojętnego na „drobne ludzkie porachunki” — nie było z nikim. Z Cesarzem 

Europy była Europa, liczba wielka jak piramidy faraonów, jak one ciężka — i ona go zmiażdżyła. Jak mógł ten 
przenikliwy matematyk („przywódca matematyków” — pamiętacie ze wstępu?), tyle razy zwyciężający 

większego liczbą wroga genialnymi manewrami, jak mógł ulec zwodniczej magii cyfr, obejmujących żołnierzy 
lichych — źle wyszkoloną hałastrę z całego kontynentu? Jak mógł ten świetny znawca historii wojen perskich, 

wiedząc, jak niechętnie walczyli w szeregach Kserksesa przedstawiciele podbitych plemion, oprzeć się na 
wojskach w połowie złożonych z przedstawicieli anektowanych państw? Jak mógł ten boski taktyk i strateg, 

uczący swych podwładnych, że podstawową zasadą wojny jest koncentracja i rzucenie wszystkich sił w 
wybranym kierunku, podzielić swe zasoby ludzkie na dwie części i przed decydującą rozgrywką zostawić trzy-

sta tysięcy najlepszych żołnierzy w Hiszpanii? Jak mógł zapomnieć własną maksymę: „Stu marnych żołnierzy 
znaczy mniej niż dwudziestu wyborowych, zjedzą zaś oni pięć razy więcej”?

Jak mógł?!!!
Starzał się. Miał czterdzieści trzy lata, dwa razy więcej od oficerka Bonapartego, który z garstką „dzieci” 

dokonywał cudów przeciw masie. Europejski Cesarz Bonaparte zakochał się w masie miłością starzejącej się 
piękności, która wali na policzki tony pudru, co nie pomaga, lecz szkodzi, ale ona o tym nie wie.

W tej masie rozpływało się wszystko, od źródeł jej powstania począwszy; przesłaniała ona to, co było przedtem, 
wszystkie poprzednie gry, podchody, wysiłki, nawet przyczyny wojny. Przyczyny? Nikt już o nich nie myślał —

myślano tylko o celach. Przyczyny przestały istnieć, czy w ogóle istniały? Bertolt Brecht miał rację mówiąc: 
„Wojna jest jak miłość — zawsze znajdzie sobie drogę”.

Początek kampanii wyznaczył Napoleon na czerwiec, sugerując się wskazaniami intendentury, która zakładała, 
że latem łatwiej będzie z zaopatrzeniem wojsk w prowiant. Lecz intendentura nawaliła i nie pomógł nawet 

znakomity urodzaj — już na samym początku brakowało żywności dla sześciuset tysięcy ludzi i paszy dla koni, 
potem zaczęło brakować koni, wozów taborowych, ambulansów, jaszczy, prochu, odzieży, wszystkiego. 

background image

Intendentura, na czele której stali dwaj agenci d’Antraiguesa, pan Dumas i pan Daru, zadała „Armii Europy” 
drugi cios, niewiele mniejszy od ciosu, który wymierzył sobie sam Bonaparte mnożąc ilość, miast szlifować 

jakość. Józef de Maistre był prorokiem, pisząc 17 maja: „Francji nie pokona nikt, lecz Francja może się pokonać 
sama”.

Kiedy trzy kolumny marszowe Wielkiej Armii dobijały do Niemna, 22 czerwca, w kwaterze głównej 
rozlokowanej w maleńkiej litewskiej mieścinie o nazwie Wiłkowyszki, Napoleon wydał sławną odezwę do 

swych wojsk:
„Żołnierze! Druga wojna polska jest rozpoczęta! (...) Rosję, która gwałci swe zobowiązania, wlecze jej los — niech 

się więc wypełni czara przeznaczeń (...) Druga wojna polska będzie dla nas nie mniej chwalebna jak pierwsza!...”.
Tak się zaczęła ósma runda cesarskiego pokera. Tylko wojny północnoamerykańska oraz francusko-pruska z 

1870 roku zbliżyły się do niej, i tylko obie wojny światowe XX wieku przewyższyły to apokaliptyczne starcie pod 
względem zasięgu terytorialnego i morza przelanej krwi.

Zaczęła się niefortunnie dla „boga wojny” — już u progu złowróżące fatum napiętnowało autora „bon-motu” o 
postrzelonym zającu. 23 czerwca, o drugiej nad ranem Napoleon, odziany symbolicznie w polski mundur, ruszył 

na rekonesans nad Niemnem. Blisko brzegu między kopyta rumaka wpadł zając (!), koń potknął się i wyrzucił 
cesarza z siodła. W nocnej ciszy rozległ się głos z cesarskiej świty:

— Zły to znak. Rzymianin cofnąłby się!
Nigdy nie dowiedziano się, kto powiedział te słowa.

Napoleon nie chciał i nie mógł się cofnąć. Nazajutrz skoncentrowane na Litwie masy wojsk (ponad czterysta 
tysięcy) poczęły przekraczać Niemen. Szalejąca burza i fatalny wypadek polskich szwoleżerów, którzy zaczęli 

tonąć przy forsowaniu rzeki Wilii, pogłębiły ponury nastrój. „Przed nami ciągnęła się pustynia, żółtawa ziemia 
pokryta nędzną roślinnością i majaczącymi gdzieś na skraju horyzontu lasami — pisał jeden z uczestników 

wyprawy — a widok ten już wtedy wydawał się nam złowieszczy”.
28 czerwca nie napotykający na większy opór Francuzi zajęli Wilno. Spędził tu Bonaparte osiemnaście dni. O 

osiemnaście dni za dużo. Każdy z tych dni przybliżał zimę, śnieg i mrozy. Był to jeden z wielu drobnych błędów 
popełnionych owego roku przez starzejącego się pupila Marsa.

Kolejnym błędem była obsada stanowisk głównodowodzących, zwłaszcza jednego. Podzieloną na piętnaście 
korpusów (w tym cztery korpusy kawalerii) Wielką Armię uformował Napoleon, ze względu na rozległość 

teatru wojny, w trzy operacyjne grupy armii (było to światowe novum w dziedzinie strategii): lewoskrzydłową, 
którą sam dowodził, centralną, pod dowództwem wicekróla Włoch, Eugeniusza Beauharnais, i 

prawoskrzydłową, prowadzoną przez króla Westfalii, Hieronima Bonapartego (w skład tej ostatniej wchodził 
trzydziestopięciotysięczny korpus polski, dowodzony przez księcia Józefa Poniatowskiego). Hieronim był 

geniuszem w operacjach seksualnych i w organizowaniu orgietek, za to absolutnym debilem w operacjach 
militarnych i w organizowaniu bitew. To pierwsze udowodnił już dawno. Wkrótce miał udowodnić to drugie, w 

sposób nad wyraz bolesny dla brata.
Manewr wileński Napoleona miał na celu zaskoczenie Rosjan i związanie ich rozstrzygającą bitwą.

Jednakże obie armie rosyjskie (Bagrationa i Barclaya de Tolly, który był ministrem wojny i wodzem naczelnym) 
zrobiły unik i wymknęły się w głąb kraju, w myśl planu Barclaya i utalentowanego sztabowca, francuskiego 

emigranta Allonville’a.
Aleksander, po smutnym doświadczeniu austerlickim, nie wtrącał się już do pracy sztabu głównego, chociaż od 

czasu do czasu ogarniała go taka chętka. Wówczas przywoływała go do porządku siostra Katarzyna: „Na Boga, 
nie obejmuj osobiście naczelnego dowództwa!... Tam jest niezbędny wódz, do którego wojsko miałoby zaufanie, 

a ty przecież pod tym względem nie wzbudzasz żadnego”.
Barclay de Tolly wzbudzał zaufanie swą starą koncepcją wciągnięcia przeciwnika w bezmiar rosyjskiego 

interioru, unikania rozstrzygającej bitwy z „bogiem wojny” (zwłaszcza, że Rosjanie dysponowali tylko dwustu 
dwudziestoma tysiącami ludzi), wydłużenia mu linii komunikacyjnych zaplecza i gry na zagłodzenie, 

zmęczenie, autodestrukcję. Car popierał ten plan, mając pełną świadomość, że cofanie się wzbudzi początkowo 
gniew jego otoczenia. Pisał: „Z początku spodziewam się niepowodzeń, lecz to mnie nie zniechęca. Cofając się 

stworzę pustynię między armią Napoleona a moją, zabiorę ze sobą mężczyzn, kobiety, dzieci, bydło — 
wszystko!”. Straszliwa obietnica wojny z czasem i przestrzenią.

Był to plan niezwykle rozsądny, stawiający Napoleona w obliczu bezprecedensowych trudności. Wojsko 
francuskie, składające się w dużej mierze z młodego, słabo wyćwiczonego rekruta, maszerujące w tumanach 

dokuczliwego kurzu (lato było wyjątkowo upalne) i na domiar złego karmione, z braku chleba i jarzyn, 
wyłącznie mięsem, zaczęło się powoli rozprzęgać. Grabieże, gwałty, straszliwe zbrodnie na miejscowej ludności, 

będące dziełem rozpasanego żołdactwa, z każdą chwilą przybierały na sile. Dezercja sięgała rozmiarów 
astronomicznych. Celowali w tym uwłaczającym honorowi Wielkiej Armii bandytyzmie niechętnie idący pod 

sztandarami Napoleona „sprzymierzeńcy”, głównie Niemcy, Austriacy, Prusacy i Hiszpanie, nienawidzący 

background image

Francuzów bardziej niż Rosjan, z którymi przyszło im walczyć. Jedynie część Francuzów (gwardia) i Polacy 
zachowali wysokie morale. Pierwsi bili się dla chwały Cesarstwa, drudzy o wolność ojczyzny. Lepiej byłoby dla 

Napoleona, gdyby w roku 1812 poprzestał na francusko-polskiej sile uderze-
niowej (grubo ponad ćwierć miliona ludzi), lecz — jak już mówiłem — tym razem cesarz po raz pierwszy w 

swym życiu uległ zgubnemu szaleństwu liczby.
Rozprzężenie armii doszło do zenitu, gdy po suszy nastąpiły ulewne deszcze. Konie tysiącami padały z braku 

paszy, a ich rozkładające się ścierwa zawalały drogi. Odezwały się też na Litwie antagonizmy klasowe. Chłopi, 
na wieść o mającym nastąpić zniesieniu poddaństwa, masowo odmawiali pańszczyzny, inicjując krwawe rajdy 

na dwory szlacheckie, co powiększało chaos.
Tymczasem ciosy Napoleona trafiały w próżnię. Armie Barclaya de Tolly i Bagrationa cofały się konsekwentnie, 

pierwsza ścigana przez centrum i lewe skrzydło, druga zaś przez prawe skrzydło francuskie. Napoleon starał się 
nie dopuścić do połączenia obu armii rosyjskich i zmusić je kolejno do przyjęcia bitwy. Tylko pierwszy z tych 

celów został chwilowo osiągnięty, podczas gdy Wielką Armię zaczęła już połykać przestrzeń zdobywanego 
terytorium.
Między 9 a 

1 1  

lipca armia Barclaya stanęła w warownym obozie nad Dryssą, który miał spełniać rolę tamy dla 

następujących Francuzów. Jednakże wódz rosyjski, widząc luki w umocnieniach, zarzucił koncepcję obrony 
fortecznej i podjął dalszy odwrót w kierunku na Witebsk. Równocześnie Bagrationowi, na skutek skandalicznej 

nieudolności Hieronima Bonapartego, udało się wymknąć prawemu skrzydłu Francuzów. Gdy Napoleon 
zastąpił wreszcie swego brata świetnym strategiem Davoutem, było już za późno: Bagration przedarł się na 

Mińsk i dalej.
Cesarz żywił nadzieję, że uda mu się dopaść Barclaya jeszcze przed Witebskiem, lecz tylna straż rosyjska, pod 

dowództwem dzielnego Ostermana-Tołstoja, stawiła Francuzom w okolicach Ostrowna (25—26 lipca) heroiczny 
opór, który złamał dopiero Murat, szarżując zaciekle na czele polskich ułanów. To pierwsze poważne starcie 

zostało wygrane, lecz Rosjanie osiągnęli swój cel. Francuzi wygrali także drugie, trzecie, czwarte, dziesiąte starcie 
— wygrali wszystkie większe bitwy do końca tej kampanii, którą przegrywali od samego początku i którą w 

końcu przegrali z kre-
tesem, nie przegrywając ani razu na dużym placu boju! Później wyjaśnimy sobie ten paradoks.

Pod Witebskiem armia Barclaya zatrzymała się i wydawało się, że nadzieje Bonapartego zostaną spełnione — że 
dojdzie do walnej bitwy. 27 lipca Napoleon uszykował swe wojska, by uderzyć następnego dnia rano, kiedy 

jednak wstało słońce, Francuzi ujrzeli przed sobą tylko czarne dymy palących się magazynów Witebska. Barclay, 
otrzymawszy w nocy wiadomość, iż Bagration zmierza w kierunku Smoleńska, postanowił tam właśnie połączyć 

obie armie i znowu się wycofał. Druga już, po wileńskiej, okazja zdematerializowała się.
Napoleon, zniechęcony ucieczką nieuchwytnego na kształt widma przeciwnika, zatrzymał się w Witebsku i 

postanowił dać odpoczynek koszmarnie wyczerpanej Wielkiej Armii, zreorganizować ją, podnieść morale i 
naprawić zbyt już rozciągnięte linie komunikacyjne. Swoim marszałkom powiedział:

— Kampania roku 1812 jest zakończona. Nie jest to walka napastnicza, lecz bój o oswobodzenie z carskiego 
jarzma narodów polskiego i rosyjskiego, które podniesiemy nadając im wolność. Ta wojna potrwa trzy lata. W 

roku 1813 staniemy w Moskwie, w 1814 w Petersburgu!
Może spodziewał się, że Aleksander zmięknie i poprosi o pokój? Nie znał widocznie „brata”. Caulaincourt, który 

długo obcował z imperatorem, nie mylił się pisząc: „Car nie jest takim, jakim się na pozór wydaje. Wszyscy, 
którzy uważają go za słabego, mylą się. Umie znieść wiele niepowodzeń i przeciwności ukrywając swe 

niezadowolenie... Nigdy nie przekracza zakreślonych przez siebie granic, które są jak żelazna obręcz nie do 
zgięcia. Jego towarzyska gładkość, dobroć i udana lojalność są tylko przykrywkami uporu, którego nikt nie 

złamie”.
Witebsk był kolejnym błędem „boga wojny”. Trzeba było trzymać się koncepcji wojny trzyletniej lub natychmiast 

ruszać naprzód. Tymczasem Bonaparte po niespełna dwóch tygodniach rezydowania w Witebsku, budowania 
magazynów, szpitali i piekarń, a także snucia projektów rozrywko-

wych (sprowadzenie komediantów z Paryża, a z Wilna i z Warszawy aktoreczek) — rozmyślił się i znowu pchnął 
Wielką Armię do przodu. Znowu o kilkanaście bezpłodnych dni przybliżyła się rosyjska zima.

Droga na Smoleńsk jeszcze bardziej zmniejszyła malejącą nieustannie dysproporcję sił. Już tylko sto 
osiemdziesiąt tysięcy najwytrwalszych żołnierzy Wielkiej Armii parło na sto pięćdziesiąt tysięcy nieprzyjaciół. 

Reszta padła na szlaku lub została jako obsada składów i linii komunikacyjnych. 14 sierpnia Rosjanie (dywizja 
Niewierowskiego) próbowali zatrzymać Francuzów pod Krasnem — utraciwszy połowę ludzi i całą artylerię, 

cofnęli się.
16 sierpnia 1812 roku Napoleon rozpoczął bombardowanie Smoleńska, 17 uderzył na twierdzę. Przez kilkanaście 

godzin kolumny szturmowe Neya, Davouta i Poniatowskiego rzucały się wściekle na rosyjskie linie oporu, nie 
mogąc przełamać niesłychanie zaciętej obrony. Walczono bagnetami i szablami, na noże, pięści i zęby, wokół 

background image

murów, na ulicach, w domach, o poszczególne komnaty i piwnice. W nocy z 17 na 18 sierpnia powietrze przeszył 
potężny wybuch. To Barclay, wysadzając składy amunicji, wycofywał się w kierunku na Moskwę, a jego 

ariergarda powstrzymywała Francuzów w bitwie pod Walutyną Górą. Trzecia okazja rozwiała się z dymem 
płonącego grodu.

Smoleńsk był pierwszym wielkim miastem rosyjskim, które Rosjanie podpalili w ramach zamieniania 
oddawanego terytorium w spaloną pustynię. Działy się w nim rzeczy straszne. Ulice zawalały tysiące trupów i 

rannych, część z tych ostatnich spłonęła żywcem. Francuscy lekarze armijni mdleli z wyczerpania. W piętnastu 
uratowanych przed płomieniami murowanych gmachach urządzono szpitale, lecz wkrótce zabrakło 

opatrunków: zamiast bandaży musiano użyć papieru znalezionego w archiwach, zamiast łubek i szyn do 
złamanych kości — pergaminu, zamiast szarpi — pakuł artyleryjskich i brzozowego łyka.

Z biografii Napoleona pióra Tarlego zapamiętałem już po pierwszym czytaniu wiele mówiące i nigdy do końca 
nie dopowiedziane zdanie: „Wśród mieszczan i chłopów krążyły

dziwne wieści i o carze, i o Napoleonie. Z Napoleonem sprawa zawsze była niejasna...” Lud rosyjski był w roz-
terce. Z jednej strony gwałty i łupiestwa części żołdactwa najezdniczego wzbudziły w nim odruch oporu, z 

drugiej dotarły już doń wieści, że Napoleon zniósł w wielu krajach pańszczyznę i wyswobodził chłopa. Do 
dzisiaj wielu historyków, w tym badacze radzieccy, wysuwa przypuszczenie, że gdyby Bonaparte uczynił to 

samo w Rosji, upadek caratu byłby rzeczą pewną.
Charakterystyczny przykład: duchowny prawosławny stanął w Smoleńsku przed Napoleonem i przeklinał go za 

to, że francuscy żołnierze zamieniają cerkwie na szpitale i koszary. Cesarz wysłuchał go spokojnie i spytał, co się 
stało z jego kościołem. Pop odparł, że schroniła się w nim ludność spalonej dzielnicy. Na to Bonaparte rzekł:

 

Dobrze mówisz, księże. Bóg czuwać będzie nad niewinnymi ofiarami wojny i nagrodzi cię za twoją odwagę. 

Wracaj zatem, dobry duszpasterzu, do swoich owieczek. Gdyby wszyscy duchowni byli poszli za twoim 

przykładem, gdyby nie sprzeniewierzyli się nikczemnie danemu im od Boga posłannictwu, misji zgody i miłości, 
gdyby nie opuścili świątyń, nietykalnych pod ich strażą, żołnierze moi niewątpliwie uszanowaliby wasze 

kościoły i ołtarze. Wszak wszyscy jesteśmy chrześcijanami, a Bóg jest jeden!
Popa odprowadzono pod eskortą do jego cerkwi. Zgromadzony tam tłum na widok francuskich mundurów 

zaczął się cisnąć z płaczem wokół ołtarza. Wówczas rozległ się donośny głos duszpasterza:

 

Uspokójcie się! Widziałem Napoleona i rozmawiałem z nim! Haniebnie oszukano nas, dzieci moje! Cesarz 

Francuzów nie jest takim, jakim nam go odmalowano! Zarówno on, jak i jego żołnierze wyznają tego samego 
Boga, co i my. Tocząca się wojna nie jest bynajmniej wojną religijną, lecz politycznym zatargiem z carem naszym. 

Żołnierze Napoleona walczą jedynie z naszymi żołnierzami. Nie krzywdzą i nie mordują ani starców, ani kobiet, 
ani też dzieci. Uspokójcie się przeto, wszyscy zaś podziękujmy Bogu, iż uwolnił nas od ciężkiego obowiązku 

nienawiści do Francuzów!
Bonaparte nie wyzyskał tej huśtawki nastrojów ludu nie kochającego cara i to był jeszcze jeden błąd. Poderwanie 

przeciw szlachcie rosyjskiego chłopa wydawało mu się niepotrzebne i biorąc pod uwagę niemożność 
przewidzenia wszystkich następstw takiego kroku — budziło strach. Wolał zaufać swej armii i swym kartom 

atutowym. Najpotężniejszą z tych figur w ósmej rundzie cesarskiego pokera okazał się marszałek Ney.
Michał Ney (1769—1815), syn bednarza z Sarrelouis, był silnym, błękitnookim, rudowłosym, średniego wzrostu 

dzieckiem — od urodzenia aż do śmierci. Właśnie dzieckiem, nie można bowiem powiedzieć po prostu, że był 
durniem — był wiecznym dzieckiem, naiwnym i dającym się „kiwać” cwanym pyskaczom, dzieckiem totalnie 

zagubionym w cywilnej codzienności czasów pokoju i okazującym swój jedyny geniusz w ogniu walki. Geniusz 
fantastycznej odwagi. Tę jego psychiczną dolegliwość objaśniłem wyczerpująco w „Empirowym pasjansie”, teraz 

więc tylko dodam, że jedynym marzeniem, hobby, idée fixe Neya było dążenie do sławy. Sławy wojennej, rzecz 
prosta. Gdy podczas jakiejś kampanii Bonaparte przysłał mu rozkaz zaczekania na korpus Lannesa, Ney 

krzyknął do posłańca:
— Powiedz cesarzowi, że z nikim nie będę się dzielił sławą!

Ney był obok Davouta najuczciwszym ze wszystkich marszałków Bonapartego. Wspomniałem już, że ci 
bonzowie Wielkiej Armii należeli do ludzi pokroju... krótko mówiąc do takich, o których się mówi: „Kiedy 

podasz mu rękę, przelicz potem palce”. Ney nie był złodziejem ani łupieżcą. Kiedy podczas kampanii 
hiszpańskiej (Hiszpania była złodziejskim eldorado dla marszałków francuskich) Masséna podarował mu lunetę 

zrabowaną z uniwersytetu w Coimbra, Ney odesłał ją z powrotem z suchą uwagą, że nie przyjmuje kradzionych 
rzeczy.

Przeciwnicy szanowali go, zwąc „czerwonowłosym lwem”. Żołnierze francuscy uwielbiali „Rudzika”, on zaś w 
napisanej dla nich instrukcji zamieścił słowa: „Nasi żołnierze winni być pouczani o przyczynie każdej wojny. 

Tylko wtedy mo-
żemy oczekiwać od nich cudów bohaterstwa, gdy akcja zaczepna jest usprawiedliwiona. Niesprawiedliwa wojna 

jest wstrętna dla charakteru prawdziwego Francuza”.

background image

W pierwszej połowie kampanii rosyjskiej marszałek Michał Ney, książę Elchingen (za poprowadzony z niesły-
chaną brawurą, w paradnym mundurze, ze wszystkimi orderami i gwiazdami, atak przez most Elchingen w 

roku 1806), dowodził awangardą Wielkiej Armii, czołówką pościgową. W każdej bitwie po stokroć zasługiwał na 
krzyż Legii Honorowej, ale cesarz nie dawał mu krzyży z tej przyczyny, że Ney już od dawna miał Legię, a 

gdyby ofiarowywano mu nowe odznaczenia za każdy bohaterski wyczyn, jeszcze przed Smoleńskiem nie byłoby 
go widać spod stosu tego metalu. W szturmie Smoleńska okrył swe imię kolejnymi wawrzynami, walcząc przez 

cały czas w pierwszej linii.
Podczas tej wyprawy „bóg wojny” tylko raz wściekł się na Neya. Zdarzyło się to w wigilię ataku na Smoleńsk, 15 

sierpnia. Dzień ten był rocznicą urodzin cesarza i Ney, przy pomocy Murata, uczcił tę rocznicę wystrzałami ze 
stu armat. Napoleon zbeształ go wówczas za marnowanie prochu, lecz kiedy usłyszał, że to zdobyty 

poprzedniego dnia proch rosyjski, rozchmurzył się.
Aleksander także miał swego asa atutowego, również

imieniu Michał. Wziął go do ręki późno, ale lepiej późno niż wcale.

Po opuszczeniu Smoleńska Barclay de Tolly cofał się dalej zgodnie z planem. Napoleon wciąż marzył, że 

Rosjanie wydadzą mu ostateczną bitwę — w Drohobużu, w Wiaźmie, w Gżacku — lecz oni zatrzymywali się w 
tych miejscowościach na krótko i za każdym razem robili unik. Ta gra w kotka

myszkę mogła być sobie bardzo mądra z taktycznego punktu widzenia, ale z emocjonalnego punktu widzenia 

była dla Rosjan potworną hańbą, którą pogłębiał każdy krok wstecz, w głąb Matuszki Rosji. Co rozsądniejsi 

ludzie w sztabie Aleksandra rozumieli korzyści płynące z planu uskakiwania przed bitwą, lecz większość na 
widok tej „podłej ucieczki” powoli przechodziła od stanu rozdrażnienia do

nieprzytomnego gniewu. Wyższe sfery rosyjskie czuły się upokorzone. Znowu padły pogróżki pod adresem 
cara, zaś ministra wojny, znienawidzonego „Niemca Barclaya”, otwarcie lżono i nazywano zdrajcą. Ataman 

Płatow warknął mu w twarz po Smoleńsku:
— Widzi pan, noszę zwykły szynel. Nigdy już nie przywdzieję rosyjskiego munduru, bo stał się on teraz 

symbolem hańby!
Te antybarclayowskie nastroje podsycał drugi wódz rosyjski, Bagration, pisząc do Petersburga: „Pan minister 

prowadzi gościa wprost do Moskwy!”.
Chcąc nie chcąc, pod naciskiem opinii publicznej, ostentacyjnie „umywając ręce”, car zmienił 

głównodowodzącego. W końcu sierpnia objął to stanowisko stary wyga Kutuzow. Aleksander nie cierpiał go, 
zawsze uważając za winowajcę klęski austerlickiej, ale nie miał wyboru, gdyż po pierwsze Kutuzow był jedynym 

wyższej rangi dowódcą w armii carskiej z nazwiskiem czysto rosyjskim (tylko taka nominacja mogła wzbudzić w 
opinii publicznej minimum zaufania), a po drugie dlatego, że według wszystkich — w całej Rosji nie było 

lepszego żołnierza nad Michała Kutuzowa (Napoleon wyżej cenił Bagrationa, chyba słusznie), tak jak w Wielkiej 
Armii nie było naonczas lepszego wojaka od Michała Neya.

Książę Michał Illarionowicz Goleniszczew-Kutuzow (1745—1813), uczestnik wielu kampanii wojennych, był jed-
ną z najbardziej interesujących postaci epoki i jednym z największych szczęśliwców. Pod Oczakowem kula 

karabinowa weszła mu w głowę przez jedną skroń, przewędrowała przez „sinus frontalis”, uszkadzając po 
drodze oko, i wyszła drugą, nie odbierając życia. Od tej pory Kutuzow miał tylko jedno oko, lecz to w żadnym 

stopniu nie zmniejszyło jego zdolności spostrzegania ładnych buziaków. Byśmy lepiej mogli poznać tego 
wielbiciela swawolnych dam (Laszek w szczególności), kilka opinii o nim. Doktora Franka z roku 1809:

„Liczył on sześćdziesiąt cztery lata życia, był otyły i już zaczynał słabnąć na siłach. Wzrostu średniego, obejście 
miał grzeczne i doskonale mówił po francusku i po niemiecku. Nieustraszony na polu bitwy, był niezmiernie 

miły i uprzejmy w towarzystwie. Szczególnie lubił towarzystwo kobiet, dla których, pomimo podeszłego wieku, 
zawsze miał słabość (...) Otworzył on dla publiczności ogród przy swoim pałacu i nad bramą kazał umieścić 

napis: «Kto wchodzi do mego domu — robi mi zaszczyt; kto przychodzi do mego ogrodu — sprawia mi 
przyjemność*.

Do tego ogrodu zwykł przychodzić po obiedzie sam Kutuzow, mając kieszenie pełne cukierków, które rozdawał 
dzieciom i ich bonom, szczególnie, jeżeli te ostatnie były przystojne. Niejedna kurtyzana korzystała z tego. Jedna 

z nich szczególnie zajęła sobą generała. Była tak niezwykle piękna, że nawet panie wileńskie zachwycały się nią, 
a p. Kutuzow nie wahał się przedstawić ją znajomym damom. Sam słyszałem, jak mówił do pani Bennigsenowej: 

«Czy widziała pani kiedy kobietę piękniejszą od Anety?*, a potem: — «Chodź tu moja kochana, pokaż się pani 
baronowej*.

Ta osóbka znana była w Wilnie pod nazwą «0 s t r o-b r a m s k i e j», ponieważ uprawiała swoje rzemiosło zamie-
szkawszy w bliskości obrazu Matki Boskiej, który to obraz ściągał mnóstwo pobożnych, a że znajdował się na 

bramie «Ostrej», przeto i Matka Boska na tym obrazie nazywała się Ostrobramską. Ta okoliczność dała powód do 
następującego qui pro quo. Ksiądz Lautrec, emigrant francuski, był obecny przy opisanej wyżej prezentacji 

Anetki i ma się rozumieć był bardzo zgorszony. Gdy wkrótce złożył wizytę pani Bennigsenowej, zastał ją 

background image

wyszywającą złotem sukienkę do obrazu. Na pytanie dla kogo jest ona przeznaczona, pani Bennigsenowa 
odpowiedziała, że dla «Ostrobramskiej». Oburzenie księdza, który znał pod tym imieniem Anetkę, granic nie 

miało. «Ach pani — zawołał — jak można do tego stopnia posuwać pobłażliwość dla podobnych kreatur!* (...) 
Jeżeli już p. Korsaków mało dbał o moralność, publicznie ukazując się w loży ze swymi dwiema córkami z 

nieprawego łoża, to p. Kutuzow poszedł jeszcze dalej, bywając w teatrze z kochanką i jej krewnymi. Publiczność 
sarkała...”.

Równie blisko jak Frank znający Kutuzowa francuski emigrant w służbie rosyjskiej, hrabia Langeron, namalował 
taki konterfekt naczelnego wodza rosyjskiego:

„Trudno chyba bardziej być rozumnym od księcia Kutuzowa i posiadać jednocześnie mniej charakteru, umieć 
łączyć chytrość ze zręcznością, tak małe zdolności z brakiem poczucia moralnego. Przy tym niezwykła pamięć, 

duże wykształcenie, uprzejmość i elokwencja, nieco sztucznej dobroduszności, oto dodatnie cechy Kutuzowa. 
Natomiast wyłaziły z niego niepohamowana gwałtowność i chamstwo, gdy unosił się gniewem lub gdy mógł 

kogo potraktować z góry; za to umiał się mistrzowsko płaszczyć przed wybrańcami łaski carskiej; należy do tego 
jeszcze dodać skrajny egoizm i rozwiązłość oraz bezceremonialność w zdobywaniu pieniędzy, a będziemy mieli 

pełny obraz tego bitego lenia, któremu było zawsze wszystko jedno — napliewat’!”.
Z kolei Marian Kukiel wyraził następującą opinię o Kutuzowie w roku 1812:

„Niegdyś bitny żołnierz, teraz starzec 67-letni, schorowany, zatyły, niezdolny na koniu się utrzymać, babiarz, 
włóczący za sobą dziewczęta po obozach, umysłowo zgnuśniały, lekkomyślny i skorumpowany, zresztą «chytry 

jak Grek, o sprycie naturalnym Azjaty, a wykształceniu Europejczyka)), przy tym wojnie tej w głębi duszy 
niechętny, wcale nie skłonny mierzyć się z Napoleonem, przez nieprawdopodobne zdarzenie miał być wodzem 

narodowym, następcą Suworowa, w przeciwieństwie do twardego, surowego, zaciętego żołnierza, jakim był 
Barclay”.

Kukiel innym razem skrócił to i napisał o Kutuzowie: „Sybaryta i rozpustnik, pozbawiony wszelkich zalet 
żołnierskich, ale z natury ostrożny i przebiegły”. Była to półprawda. Wielką zaletą żołnierską grafa 

Goleniszczewa-Kutuzowa była chytra w y t r w a ł o ś ć ,  ta — jak to sformułował Ambrose Bierce — „dziwna 
zaleta, która pozwala średniakowi odnieść sukces bez sławy”. Wytrwałość i piekielne szczęście.

Tymi samymi zaletami — cierpliwością i szczęściem w grze — dysponował car, trzymający w dłoni figurę pod
tytułem Kutuzow, i dlatego odniósł w roku 1812 ostateczny sukces — bez zwycięstwa i bez sławy.

Od chwili mianowania Kutuzowa głównodowodzącym kampania roku 1812 zamieniła się w taniec dwóch 
Michałów, z których każdy wyglądał na to, czym był — jeden na nie znającego strachu rudzika, drugi na otyłego 

rozpustnika, znającego wartość spieszenia się powoli. Tańcowały dwa Michały, poczynając od bitwy pod 
Moskwą.

Bitwa ta, jedna z najkrwawszych w dziejach ludzkości, odbyła się 7 września 1812 roku w pobliżu wsi Borodino. 
Kutuzow nie chciał tego starcia — w głębi ducha całkowicie zgadzał się z taktyką Barclaya. Ale „noblesse oblige” 

— zastąpiono nim Barclaya właśnie po to, by walczył. Dlatego wydał bitwę niepotrzebną strategicznie, a 
konieczną prestiżowo, wiedząc, że nie darowano by mu oddania Moskwy bez oporu.

Pod Borodino siły już się wyrównały. Wielu Francuzów ciężko chorowało, co tak uzasadniał adiutant Napoleona, 
hrabia Segur: „Sprawozdania lekarzy brzmiały ponuro: w Rosji zamiast wina i koniaku używana jest 

powszechnie wódka z ziarna pędzona, z domieszką mniej lub więcej odurzających ziół. Owóż młodzi żołnierze 
nasi, zmożeni głodem i trudami, sądzili, iż zdradziecki ten napój doda im sił; wkrótce jednak, gdy opadło 

chwilowe podniecenie, wielu spośród nich ciężko zaniemogło”.*  
Każda ze stron dysponowała około stu dwudziestu-stu trzydziestu tysiącami żołnierzy, lecz Rosjanie mieli więcej 

dział, gdyż francuskie konie pociągowe padały masowo i armaty trzeba było wrzucać do rowów. W przeddzień 
hekatomby, 6 września, panował względny spokój. Kutuzow w otoczeniu popów i archimandrytów upomniał 

wojska, by broniły ojczyzny i religii, pokazując im obraz Matki Boskiej Smoleńskiej, cudem rzekomo ocalony z 
rąk najeźdźcy. Napoleon pokazał żołnierzom francuskim dopiero co przysłany z Paryża portret swego syna, 

króla Rzymu, pędzla Gerarda, rozniecając widokiem oseska olbrzymi entuzjazm. Z „bogiem

Tłumaczenie Emilii Leszczyńskiej.

wojny” nie mogli przegrać, tym bardziej, że on na widok słońca podnoszącego się rankiem 7 września krzyknął: 

— Oto słońce spod Austerlitz!
Po czym opadł na fotel, trzęsąc się jak w febrze. I już nie mogli liczyć na swego idola. Nocą z 6 na 7 września 

Bonaparte dostał bardzo silnej gorączki i całą bitwę przesiedział w fotelu, otoczony przez gwardię, 
półprzytomny, momentami niemal omdlewając, udzielając zachrypniętym do szeptu głosem niezrozumiałych 

odpowiedzi bądź dając nieprecyzyjne rozkazy. W tej sytuacji cały ciężar bitwy wziął na siebie Michał Ney. On 
stał się w tym szkarłatnym dniu „bogiem” i on stanął naprzeciw Michała Kutuzowa jako spiritus movens 

Wielkiej Armii.

background image

Albowiem w tym dniu nie trzeba było mądrości — potrzebna była szalona odwaga, a nią właśnie dysponował 
syn bednarza, którego nawet Anglicy nazywali „najdzielniejszym ze wszystkich wodzów Napoleona” (sir C.W.C. 

Oman). On poprowadził pierwszy atak i dziesiątki następnych, siedząc na białym koniu, który był jak sztandar 
armii francuskiej i stanowił wyśmienity cel dla przeważającej artylerii Rosjan. Lecz kiedy działa nieprzyjaciela 

szerzyły spustoszenie we francuskich szeregach, Michał Ney, stojąc na czele, żuł i wypluwał z kamiennym 
spokojem kolejne prymki tytoniu, magnetyzując tym dziesiątkowane szeregi.

Borodino było kilkugodzinną wymianą potwornych ciosów na wprost, bez żadnych „boskich” manewrów, bez 
strategii i taktycznego wyrafinowania. Bonaparte był zbyt chory, aby móc zagrać swym geniuszem militarnego 

szachisty. Okrzyk: „Oto słońce spod Austerlitz!” nie był okrzykiem „boga wojny”, lecz chorego awanturnika, 
słońce bowiem świeciło zza pleców Rosjan, prosto w oczy Francuzów, oślepiając zwłaszcza artylerzystów.

Centralnym punktem bitwy, kluczem pola i furtką do zwycięstwa, był wielki szaniec usypany przez Rosjan, tzw. 
Wielka Reduta lub Reduta Rajewskiego, powiązana z szańcami Bagrationa. Historycy nie są w stanie obliczyć i 

nie uczynią już tego nigdy — ile razy owa reduta przechodziła z rąk do rąk. Co najmniej dziesięć, może dwa razy 
tyle. Obie

strony opanowała taka furia bojowa w walce o ten szaniec, że najstarsi weterani nie pamiętali czegoś podobnego. 
Rosjanie i Francuzi wybijali się tu do ostatniego człowieka nie ustępując o krok, padając tysiącami, ze straszliwą, 

milczącą zaciekłością. Jeden po drugim ginęli na Reducie Rajewskiego najlepsi dowódcy obu armii — oddało 
tam życie kilkunastu generałów! Konający Bagration krzyczał resztką sił na widok grenadierów francuskich 

pędzących do ataku pod gradem kul, z wysuniętymi do przodu bagnetami:

 

Brawo, brawo!

W chwilę później rosyjski kontratak na bagnety wydarł redutę z rąk Francuzów. I tak bez przerwy, jak w 
diabelskim kalejdoskopie.

Wielką Redutę otaczała wielka fosa. Ten wąwóz już po trzech godzinach wypełnił się po brzegi, przestał istnieć, 
został całkowicie zasypany trupami koni i ludzi do wysokości ośmiu warstw! Ney raz po raz prowadził w kie-

runku Reduty Rajewskiego i innych szańców tak mordercze ataki i kontrataki, że w końcu zaczęło mu brakować 
żołnierzy. Wysłał do Napoleona posłańca z żądaniem, by gwardia została rzucona do decydującego ataku. 

Bonaparte odmówił. Wówczas marszałek Michał Ney, zawsze wierny i milczący, nigdy nie spiskujący i nie 
pyskujący przeciw cesarzowi Ney, po raz pierwszy w swym życiu wybuchnął potokiem przekleństw:

 

Do diabła, co on tam robi z tyłu?! Nie ma go tu i nic nie widzi! Jeśli już nie jest wodzem, to niech wraca do 

Tuileries, a ja będę dowodził za niego!!!

I dowodził, wspomagany przez szalejącego na czele kawalerii Murata, wiodącego zażartych Polaków 
Poniatowskiego i zawsze opanowanego fenomena strategii Davouta. Dopiero po trzeciej Francuzi rzucili do 

szarży swą ciężką kawalerię — kirasjerów generała Augusta Caulaincourta, brata zdrajcy. O wpół do czwartej 
lawina zakutych w stal jeźdźców wdarła się z potwornym impetem w trzewia Reduty Rajewskiego od szyi, 

podczas gdy piechurzy generała Lanabére’a szturmowali stok po drabinach. Obaj generałowie padli zabici (o 
Caulaincourcie Kukiel napisał: „Krwią własną zmazał winę

brata”), lecz Wielka Reduta stała się ostatecznie łupem armii francuskiej.
Kutuzow cofał się i można go było wówczas dobić za pomocą świeżej gwardii. Marszałkowie błagali Napoleona:

 

Na miłość boską, przyślij nam gwardię, a przetrącimy im kręgosłup!

Lecz w chwili rozpaczliwego wahania stojący obok Bonapartego dowódca gwardii, Bessiéres, szepnął:

 

Znajdujesz się o tysiące kilometrów od Paryża, Najjaśniejszy Panie!

I to zadecydowało. Tych osiemnaście tysięcy ludzi było ostatnią rezerwą na niewiadome jutro i Korsykanin ich 

nie ruszył. Był to kolejny straszliwy błąd, armia rosyjska została bowiem pokonana, lecz nie unicestwiona.
Trzy lata później, gdy ostatecznie ważyły się losy Napoleona w bitwie pod Waterloo i gdy stojąc przed progiem 

klęski rozpaczliwie rzucił on do decydującego (bezskutecznego w efekcie) ataku elitę gwardyjską, Ney 
przypomniał mu błąd borodiński:

 

Gdybyś użył gwardii pod Borodino, Sire, nie musiałbyś używać jej dzisiaj.

Chociaż Rosjanie stracili pięćdziesiąt procent stanu (sześćdziesiąt tysięcy ludzi!) i dwudziestu pięciu dowódców 

w stopniu generała, to przecież trzydzieści tysięcy leżących na placu boju Francuzów i około pięćdziesięciu 
zabitych i rannych francuskich generałów świadczyło niezbicie, że słońce tego dnia nie było słońcem spod 

Austerlitz. „Bóg wojny” rozumiał to i wiedział, że to jego wina, toteż objeżdżał pobojowisko straszliwie 
rozdrażniony, milcząc ponuro. Dopiero gdy koń któregoś z członków świty trącił kopytem rannego, Napoleon 

odezwał się po raz pierwszy, nakazując otoczyć żołnierza opieką. Któryś z oficerów nieopatrznie bąknął, że 
przecież to Rosjanin, i wtedy cała złość wydarła się cesarzowi z gardła w ryku:

 

Po bitwie nie ma wrogów, są tylko ludzie!

Po tej bitwie dwaj ludzie noszący imię Michał otrzymali nagrody: Michał Kutuzow został mianowany przez cara 

feldmarszałkiem, Michał Ney przez Napoleona księciem Moskwy.

background image

W sześć dni po Borodino Wielka Armia ujrzała z wysokości Wróblich Gór zielone, błękitne i złote kopuły dwóch 
tysięcy cerkwi Moskwy. Chateaubriand poczuł się poetą malując to spotkanie: „Moskwa wydała się im jakby 

jakąś księżną, która przybyła z niezmierzonych rubieży swego państwa, strojna w całe bogactwo Azji, by 
poślubić Napoleona”. Lecz radość oblubieńca trwała krótko. 14 września jego wojska wkroczyły do miasta 

opuszczonego przez armię Kutuzowa i większość mieszkańców — i tego samego dnia wybuchły w Moskwie 
pierwsze pożary. Francuzi próbowali je gasić, lecz żywioł odradzał się w stu różnych miejscach naraz. Bonaparte 

patrząc na to szeptał zbielałymi wargami:
— Potworność! To oni sami podpalają!... Co za ludzie, to są Scytowie!

„Scytami” okazali się złoczyńcy wypuszczeni z więzień i zaopatrzeni w materiały palne przez gubernatora 
Moskwy, Roztopczyna, który uprzednio spalił swój własny dom, a w Moskwie kazał zniszczyć cały sprzęt 

strażacki. Pożar ogarnął także Kreml i komnatę Napoleona. Żołnierze i świta wyprowadzili go w ostatnim 
momencie, a jeden z jej członków wspominał: „Szliśmy po rozpalonej ziemi, pod rozpalonym niebem, między 

dwiema ścianami ognia”. Dopiero 18 września deszcz ugasił pożar. Grubo ponad połowa miasta zmieniła się w 
zgliszcza. Z dziewięciu tysięcy stu domów ponad pięć tysięcy przestało istnieć. Francuzi rozstrzelali czterystu 

schwytanych podpalaczy.
Roztopczyn osiągnął swój cel — spalił Bonapartemu możliwość przechylenia szali wywołaniem buntu Rosjan 

przeciw carowi.
Według radzieckiego badacza, Eugeniusza Tarlego, Napoleon miał w Moskwie tylko dwa wyjścia. Pierwszym 

było zawarcie pokoju z Aleksandrem. Podjął kilka prób (m. in. przez Lauristona) bez skutku. Żona Aleksandra, 
caryca Elżbieta, tak pisała do matki: „Jeżeli Napoleon przypuszczał, że wzięcie Moskwy nas złamie, to się grubo 

mylił (...) Mogę Ci zaręczyć, że postanowienie cesarza pozostanie bez zmiany. I gdyby nawet Petersburg miał 
podzielić los Moskwy, nie zgodzi się on nigdy na hańbiący pokój”. Car mógł sobie teraz

pozwolić na cierpliwość; przegrywał bitwy i tracił miasta, lecz czas pracował dla niego. Był zdecydowany cofnąć 
się choćby na Sybir. Roztopczyn miał rację twierdząc: „Imperium ma dwóch potężnych obrońców: przestrzeń i 

klimat. Cesarz Rosji pozostanie groźny w Petersburgu, w Kazaniu będzie już straszny, w Tobolsku 
niezwyciężony”.

„Napoleonowi pozostawało drugie wyjście: wzniecić w Rosji rewolucję chłopską” (Tarle). Chłopską lub 
burżuazyjną (Tarle — o dziwo — nie wziął tego drugiego wariantu pod uwagę), lub obie naraz. Ale Roztopczyn 

przewidział to i rozdał bandytom płonące polana. Filip Paweł de Ségur w swych „Pamiętnikach”:
„Roztopczyn lękał się rewolucji bardziej niż klęski. Jako zagorzały przeciwnik pokoju przewidywał, że w sto-

sunku do mieszkańców ludnej tej stolicy, którą sami Rosjanie zowią wyrocznią i przewodniczką całego narodu, 
Napoleon użyje broni rewolucyjnej, najodpowiedniejszej, ażeby dokonać rozpoczętego dzieła. Dlatego też 

krwawą łuną pożogi postanowił odgrodzić genialnego najeźdźcę od wszelkich słabostek ludzkich i wszelkich 
warstw społecznych: od tronu, arystokracji i szlachty, od utrzymywanego w poddaństwie ludu, od żołnierzy, a 

wreszcie od wielotysięcznego tłumu rzemieślników i kupców, tworzących podówczas w Moskwie zaczątek 
średniej klasy, w której łonie poczęła się rewolucja francuska”.

Pozostaje już tylko wyjaśnić, dlaczego Bonaparte, chociaż zwyciężał, miał już tylko te dwa wyjścia w ósmej 
rundzie cesarskiego pokera. Zbliżała się zima, i wiedział, że jego wymęczone wojsko nie ostanie się Królowej 

Śniegu. Po miesiącu nerwowego szukania środków zapobieżenia klęsce — spasował i nakazał odwrót!
Był to najbardziej heroiczny odwrót w dziejach świata. Wczesna zima spadła na Francuzów jak morowa zaraza, 

dziesiątkując ich szeregi z milczącym okrucieństwem. Już tylko stutysięczna Wielka Armia maszerowała ku 
Litwie na kształt bezładnej hordy barbarzyńców, przebijając się desperacko w bitwach pod Małojarosławcem i 

Wiaźmą przez oddziały Kutuzowa i partyzantów rosyjskich.
Pod mijanym Borodino odnaleziono wśród tysięcy nagich trupów żywego grenadiera z oberwanymi nogami. 

Przez półtora miesiąca żywił się padliną koni i pił wodę z pełnych krwi strumieni.
Smoleńsk, w kierunku którego zmierzano i w którym miano przezimować, zdawał się żołnierzom 

wytęsknionym, pełnym zapasów Edenem. Zapasy zostały jednakże rozgrabione przez oddziały czołowe, w 
mieście wytworzył się chaos graniczący ze zbiorowym obłędem, ludzie mordowali się

garść mąki lub pili na umór, konając w mgnieniu oka. Gdy do tego nadeszły przerażające wieści o porażce 

francuskich oddziałów północnych z Wittgensteinem, o nadciągających na Litwę świeżych armiach rosyjskich 

Tormasowa (z Mołdawii)

Czyczagowa (z Wołynia), i wreszcie gdy doniesiono Napoleonowi, iż w Paryżu stary spiskowiec, generał Malet, 

podjął próbę obalenia dynastii Bonapartych — cesarz zdecydował się opuścić Smoleńsk i kontynuować odwrót 
na zachód.

Ze Smoleńska wyszło już tylko trzydzieści sześć tysięcy żołnierzy (!), a ich droga powrotna zamieniła się w 
apokaliptyczny koszmar, była czymś, co przerosło historię. Na nic zdały się nadludzkie wysiłki Napoleona i jego 

dowódców, by powstrzymać rozpad wojsk. Wszystkie pojęcia usztywniające dotychczas strukturę Wielkiej 

background image

Armii, jak: honor, wierność i męstwo, zdewaluowały się do ostatka. Zgłodniały, zdziczały tłum maruderów, 
bezbronny wobec mrozu i atakujących nieustannie kozaków, gnał przed siebie w panicznej gorączce, dzień za 

dniem, noc za nocą. Ta odziana w futra i ohydne łachmany, w bieliznę pościelową i ornaty kościelne rzesza 
potępieńców, żywiąca się surowym mięsem końskim i padliną, zdążyła zobojętnieć na sceny, które nie śniły się 

Boschowi, Dantemu, Goyi, Dalemu, Buňuelowi ani żadnemu z surrealistów, na mękę konających towarzyszy, na 
wypadki kanibalizmu (!), na wszystko.

Kilka strzępów relacji uczestników tego makabrycznego pochodu.
Ségur: „Drżąc z zimna, nieszczęśni żołnierze idą wciąż. Wkrótce jednak odmawiają posłuszeństwa zesztywniałe 

nogi,
a pierwsza napotkana przeszkoda, kamień, leżąca w poprzek drogi gałąź, czy też bratni trup — stają się przy-

czyną zguby. Kto upadł raz, ten na próżno jęczy: nie podnosi się już więcej, białe puchy otulają go szczelnie, w 
cmentarne ścielą, się mogiłki, coraz wyższe, coraz liczniejsze. Najodważniejsi, czy też może najbardziej obojętni, 

przechodzą mimo, odwracając głowę. Lecz przed nimi, za nimi, dookoła nich zaległa jeno głucha cisza, jeno 
śnieżne tumany, jeno olbrzymi, śmiertelny całun, którym przyroda zdaje się okrywać armię. Na tle szarego nieba 

rysują się ostre, smukłe sylwetki świerków, ich ciemna zieleń, nieruchome, w dół opuszczone konary, które 
uzupełniają niejako bolesny widok męki ludzkiej i ogólnej martwoty, których szum jest jedyną pieśnią, 

zawodzącą nad głowami tych zmarłych i tych konających!”.
Bourgogne („Pamiętniki”): „Maszerowaliśmy, nie mówiąc nic do siebie, przy mrozie większym, niż dnia po-

przedniego, po stosach trupów i umierających, rozmyślając nad tym, cośmy widzieli, gdy natrafiliśmy na dwóch 
żołnierzy pożerających kawałek surowego końskiego mięsa. Tłumaczyli się tym, że gdyby nie zjedli, to zanimby 

dostali się do ogniska, zamarzłoby im i nie nadawałoby się do ugryzienia. Zapewniali nas, że widzieli Kroatów z 
naszej armii, którzy wyciągali ze spalonego spichlerza upieczone trupy i pożerali je”.

Coignet („Zeszyty”): „Każdy myślał tylko o sobie, żadnego ludzkiego uczucia dla bliźnich, nikt nie podałby ręki 
własnemu ojcu. Wygasły w nas wszelkie uczucia, mordowaliśmy się nawzajem o kęs strawy”.

Labaume („Relacja”): „Droga cała zasłana była żołnierzami, którzy nie mieli już kształtów ludzkich i których 
nieprzyjaciel nie chciał nawet brać do niewoli. Jedni stracili słuch, inni mowę, a wielu z zimna i głodu ogarnęło 

jakieś wściekłe szaleństwo — rzucali się z wyciem na ogień, albo piekli trupy i pożerali je, lub też obgryzali swoje 
własne ręce”.

Nawet dźwigać zrabowanych kosztowności rosyjskich nie byli w stanie — cisnęli najcięższe i najcenniejsze, w 
tym wielki krzyż z kremlowskiej cerkwi Iwana, do jeziora

Semljewo.* Tym bardziej nie mogli utrzymać broni. Jak stwierdzają wszystkie dosłownie źródła — w finale tylko 
gwardia i Polacy zachowali karabiny, i tylko i wyłącznie Polacy doprowadzili wszystkie swoje działa do 

Warszawy!
Właśnie — Polacy. Gwardia służyła jako straż przyboczna Napoleona. Cesarz szedł pieszo w zielonej, sobolowej 

szubie, podpierając się kijem, otoczony przez gwardię niezłomną i niewzruszoną, od której żelaznych, plujących 
ogniem czworoboków odbijał się nieprzyjaciel. „W gwardii — pisał Coignet — oddawano broń i tornister tylko 

razem z życiem”. Tak więc gwardia miała wyższe cele.
Do ochrony znękanego tłumu liniowego służyli Polacy — jedna z ostatnich kart Bonapartego w tej rozgrywce. 

Walczyć musieli z kozakami — mocarnym atutem Aleksandra — gdyż Kutuzow wolał zdawać się na morderczy 
mróz i rzadko nadwerężał regularne wojsko. Kozackie pułki Płatowa i innych atamanów uwijały się nieustannie 

wokół dantejskiej procesji, szarpiąc ją jak stado wilków.
Na ostatnim etapie potwornej odysei, podczas tego „marszu śmierci”, jedyną tarczę oślepłej tłuszczy stanowili 

żołnierze Poniatowskiego. Męstwo ich nie zachwiało się w ciągu całej kampanii, nie rzucili też broni, gdyż nie 
musieli robić sobie miejsca dla złoto-srebrnych łupów pałacowych i cerkiewnych. Nie mieli ich, nie rabowali. Ich 

wódz, książę Poniatowski, jako jedyny łup z Moskwy wiózł... książkę znalezioną na płonącej ulicy, podczas gdy 
wielu dowódców francuskich, na czele z grabieżcą Claparédem, żądało od swych żołnierzy rabunków i haraczu 

od każdej zdobytej kosztowności.
To oni, Polacy, wywlekli „boga wojny” z płonącego Kremla. Artylerzyści francuscy bledli, widząc jak snopy 

iskier sypią się na prochownię, lecz Korsykanin uparł się i nie chciał opuścić siedziby carów, bo to byłby symbol. 
Generał Krasiński padł przed nim na kolana i błagał, by uchodził, nim

W ZSRR podejmowano kilkakrotnie próby odnalezienia „Skarbu Napoleona” w jeziorze — bez rezultatu. Geofizycy radzieccy, 

po przeprowadzeniu badań za pomocą specjalnej aparatury, wydali orzeczenie, iż w Semljewie nie ma kosztowności.

pas ognia odetnie ostatnią drogę odwrotu. W końcu Bonaparte wycofał się otoczony przez pięćdziesięciu 
polskich szwoleżerów, a w pewnym momencie sześciu z nich niemal położyło się na niego w płonącym 

przesmyku, gdzie ogień spalił wszystkie czapraki wierzchowców.
Wkrótce po wyjściu z Moskwy, pod wsią Horodnia, kozacy nagłym atakiem zaskoczyli świtę cesarską i tylko 

background image

brawurowa szarża polskich szwoleżerów uchroniła monarchę od hańbiącej niewoli lub śmierci. Dwukrotnie w 
ten sam sposób uratowali Polacy Murata, który — ubrany jak zawsze w bajkowe stroje — uważany był przez 

kozaków za „francuskiego cara”. W końcu już cała Wielka Armia wiedziała, że na kozaków — samym swym 
wyglądem, samą nazwą wzbudzających przerażenie (na okrzyk: „Les cosaques!” odzewem było: „Sauve qui 

peut!” *) — jedynym biczem bożym są Polacy. Tego, co polskie, kozacy nie mieli prawa tknąć. Szwoleżerowie 
Jerzmanowskiego, utraciwszy w starciu z kozakami jedną rogatywkę, szarżowali kilkakrotnie, by ją odzyskać — 

i dopięli swego, wyrąbali ją z powrotem. Rogatywkę!
Nad rzeką Czerniczną kozacy, goniący Murata z okrzykiem: „Dziś już nam się nie wymkniesz, carze!”, 

spostrzegli, że „car Francuzów” schronił się do czworoboku 2 pułku piechoty nadwiślańskiej. Dalej gnali 
naprzód, ale coraz wolniej, aż raptem... Niech to opowie stojący w czworoboku kapitan Brandt („Pamiętniki 

oficera polskiego”): „...widząc, że nie strzelamy, zwolnili i zatrzymali się w odległości 50 kroków. Nastała chwila 
ciszy, przerywana tylko parskaniem koni. Nagle rozległa się komenda i Rosjanie, zawróciwszy na prawo w tył, 

odjechali stępa. Nic podobnego nie zdarzyło mi się nigdy widzieć, chyba tylko na polu ćwiczeń w czasie 
pokoju”. Czyż można się dziwić, że wojacy wielu narodowości „Armii Europy” (a najchętniej Holendrzy) płacili 

ciężkie pieniądze za mundur lub choćby fragment polskiego munduru, po czym przebierali się wiedząc, że sam 
widok tych barw paraliżuje kozaków?

Sauve qui peut — ratuj się, kto może.

Uczestnik tej kampanii, szwoleżer ze sławnego gwardyj-skiego pułku lekkokonnych („Somosierczyków”), 
Joachim Hempel, wspominał na starość, w roku 1863, patrząc ze smutkiem, jak kozacy piorą powstańców:

 

Za moich czasów pięść było pokazać kozakowi, to on uciekał!

Elita kawalerii topniejącej Wielkiej Armii — polscy lekkokonni — była owczarkami uciekającej hordy galerników 

mrozu, strzegła zdychającego stada przed wilkami. Napoleon od czasu do czasu rzucał ciche:

 

Polacy, idźcie popatrzeć.

I garstka Lechitów szła w bój jak do tańca, a kiedy zaczynała „patrzeć”, kozacy rozsypywali się w panicznej ucie-
czce, ścieląc dziesiątkami trupów śnieżną pustynię.

Z tyłu zaś tańcowały dwa Michały, gdyż ariergardą francuską, powstrzymującą oddziały Michała Kutuzowa, do-
wodził również do końca nie złamany książę Moskwy, wielki Michał Ney. Wspominał Ségur: „Duszą Armii, 

ucieleśnionym symbolem zwycięskich jej tradycji był niewątpliwie marszałek Ney! Towarzysze moi, a także wy, 
sprzymierzeńcy nasi i wrogowie! Wzywam tutaj waszego świadectwa! Oddajmy pamięci nieszczęsnego bohatera 

winną mu cześć! (...) Począwszy od Wiaźmy, Ney osłaniać jął odwrót, który okrył kirem żałoby tysiące rodzin, 
jego zaś nieśmiertelną otoczył chwałą! (...) Czując, iż potrzebną jest ofiara i że on właśnie ma być poświęcony na 

ołtarzu ojczyzny, przyjął bez wahania niebezpieczną misję powierzoną mu przez cesarza”.
By wypełnić tę misję, Ney nie mógł się obejść bez Polaków — oni byli jego oczami i rękami, a z Przebendowskim 

zawarł nawet cichą umowę, że gdyby groziła im niewola, jeden drugiemu palnie w łeb!
16

 

listopada, pod Krasnem, korpus Eugeniusza Beauharnais utracił dziesięć tysięcy ludzi, przebijając się przez 

masy rozzuchwalonych Rosjan. Zuchwałość w obliczu „boga wojny” drogo kosztuje. Następnego dnia cesarz 
pieszo, z kijem w ręku, poprowadził bataliony Starej Gwardii na odsiecz Davoutowi i Neyowi, gromiąc 

wielokrotnie silniejszego przeciwnika. Gdy proszono go, by się nie narażał, odparł, iż zbyt długo już grał rolę 
cesarza i że czas, by znowu stał się generałem. Ruch ten ocalił Davouta, Ney pozostał odcięty.

Ale księcia Moskwy nie na darmo zwano „rudym lwem”. Pierwsza próba przebicia pierścienia wrogów spełzła 
na niczym. Wieczorem Ney kazał rozpalić ogniska symulując obóz i przemknął się w kierunku Dniepru. Mógł 

uciekać od razu, ale to nie było w stylu Michała Neya. Dał żołnierzom trzy godziny na sen — te trzy godziny 
były ostatnią szansą dla ściągających zewsząd maruderów. O północy rozpoczęli przeprawę, gęsiego, po kruchej 

powłoce lodowej. Próbowali przeciągnąć też wozy z rannymi i kobietami, lecz lód nie wytrzymał i większość 
nieszczęsnych pochłonęła topiel. Ney przeszedł ostatni, ratując tonących.

Przez następne dwa dni, na czele kilkuset Francuzów i trzystu szaserów Przebendowskiego, toczył Ney maka-
bryczny bój z sześcioma tysiącami kozaków Płatowa. Wokół biły nieustannie rosyjskie działa, głosząc triumfalną, 

niesłychaną wieść: wzięcie do niewoli francuskiego marszałka! Mając sześciokrotną przewagę liczebną, ataman 
Płatow wychodził ze skóry, by słowo stało się ciałem, lecz Ney odparł wszystkie ataki, przebił się dziesięć razy i z 

dziewięciuset ludźmi dopędził armię, w której uważano go już za straconego. Napoleonowi, zaszokowanemu 
tym wyczynem, wyrwał się okrzyk:

— Wolałbym stracić trzysta milionów franków z własnej szkatuły, niż Neya! To najwaleczniejszy z walecznych!
Od tej pory współcześni, a potem historycy, nazywali Neya „najwaleczniejszym z walecznych”.

Ney zaś z całym spokojem ponownie objął służbę na tyłach topniejącego w oczach tłumu, który zmierzał ku 
Berezynie, próbując wymknąć się ze szponów mrozu.

„Generał Mróz” — tak naprawdę, nie tylko w literaturze pięknej, nazywał się dowódca, który wygrał dla cara 

background image

ostatnią, decydującą rundę cesarskiego pokera. Mróz — wielki pikowy poker w ręku Aleksandra.
Wielu historyków przez wiele lat próbowało dowieść, że gadanie o klęsce Napoleona w Rosji na skutek 

straszliwej
zimy, do której Francuzi nie byli przygotowani — to francuska bajka propagandowa, bo przegrał z Kutuzowem i 

z kozakami. Wielu czyni to do dzisiaj. Panowie, kochani panowie, proszę mnie nie rozśmieszać! Bonaparte 
popełnił w roku 1812 wiele błędów, ale dopóki ten człowiek dysponował wojskiem, nie mógł przegrać z nikim 

innym, tylko z pechem i klimatem (jak wówczas) lub z pechem i zdradą (jak pod Warterloo). W roku 1812 pech 
miał szczęki z lodu i pożarł nimi Wielką Armię.

Z tym jest jak z sekretem Żelaznej Maski — tajemniczego więźnia Ludwika XIV. Voltaire urodził pierwszą hi-
potezę, że był to brat-bliźniak króla. Przez następne dwieście lat wysunięto sto innych hipotez, by w naszym stu-

leciu powrócić do pierwotnej, bo jest ona najbardziej logiczna. Rosyjska zima 1812 roku jest również najbardziej 
logiczną przyczyną totalnej klęski Bonapartego w pojedynku z carem.

Jak mogli wytrzymać atak tej zimy pozbawieni futer i w ogóle ciepłej odzieży południowcy, którzy stanowili 
większość „Armii Europy”, jeśli nawet ścigająca uciekinierów armia rosyjska cierpiała potworne męki od 

wyjątkowo silnego mrozu Anno Domini 1812 i straciła przez to znaczny procent swej wartości bojowej? Nie 
ukrywają tego nawet historycy radzieccy, potwierdzają to liczne relacje pamiętnikarskie. Doktor Frank: 

„Żołnierze rosyjscy, chociaż przywykli do surowego klimatu, byli jednak stworzeni z mięsa i kości...”. Eugeniusz 
Tarle: „Kutuzow deptał Francuzom po piętach. Jego armia, choć ubrana była znacznie lepiej niż napoleońska, 

również cierpiała strasznie wskutek mrozów, tak okrutnych, jak nigdy dotąd. Dość powiedzieć, że gdy Kutuzow 
po bitwie pod Borodino uzupełnił braki swej armii, wyszedł z Tarutina mając pod bronią przeszło 97 tysięcy 

ludzi, do Wilna zaś przyprowadził w połowie grudnia około 27 tysięcy żołnierzy. Tak ciężkie były warunki tych 
nieskończonych przemarszów w czasie tej wyjątkowo srogiej zimy”.

Rosjanie zmarzli wtedy „na kość”, tak bardzo, że jeszcze w dwa lata później (1814), gdy armie carskie wkroczyły 
na terytorium Francji — w plądrowanych szkołach i zakładach

naukowych wypijali spirytus ze słojów z zakonserwowanymi gadami, pewnie po to, żeby się w końcu rozgrzać.
W 1812 od samego początku liczyli na przestrzeń i zimę jako na swoje główne atuty. „Zobaczymy, jak Bonaparte 

zniesie mrozy” — pisała caryca Elżbieta do swej matki. W Moskwie jeńcy rosyjscy warczeli:

 

Za dwa tygodnie odpadną wam paznokcie, a broń wypadnie z waszych zdrętwiałych i na wpół martwych 

rąk!
Już po tej kampanii Aleksander, który nazywał Kutuzowa „starym”, rzekł:

 

Stary ma rację, że jest zadowolony, mróz dobrze mu się przysłużył.

Czy zupełnie dobrze, to jeszcze pytanie, bo ta zima wyczerpała feldmarszałka Kutuzowa tak bardzo, że 

następnej już nie dożył (zmarł w kwietniu 1813 roku), faktem jednakże pozostaje, iż ostatnią rundę cesarskiego 
pokera wygrały cierpliwość i upór cara, jadące w srebrzystym powozie Królowej Śniegu, której usta złożyły na 

wargach Wielkiej Armii pocałunek śmierci. Pamiętacie z Andersena? „Pocałunek był zimniejszy niż lód, dotarł 
prosto do serca, które już i tak na pół zlodowaciało”.

Była to klęska — o paradoksie! — ze zwycięskim finałem nad Berezyną. Z sześciusettysięcznej Wielkiej Armii 
dotarło nad brzeg rzeki niespełna czterdzieści tysięcy ludzi! W dodatku właśnie wówczas przyszła 

niespodziewana odwilż. Jej skutki były nie mniej fatalne niż działanie mrozu. Wielu żołnierzy mróz utrzymywał 
do tej pory w stanie ciągłego napięcia, przedłużającego życie. Nagła zmiana sprawiła, że przemarznięte członki 

poczęły gnić i rozpadać się. Zginęły w ten sposób kolejne tysiące, w tym dowódca artylerii, generał Lariboisiére.
Czymś gorszym był fakt, że odwilż uniemożliwiła przekroczenie Berezyny po lodzie, w sytuacji gdy jedyny 

most, w Borysowie, został opanowany przez Rosjan. Dwie potężne armie rosyjskie zablokowały przejścia, 
otoczyły Francuzów i stało się rzeczą oczywistą, iż żywa noga nie wyjdzie cało z tego kotła. „Niemożliwe!” — 

mówili Rosjanie i znajdujący się w ich sztabie Anglicy.
— Niemożliwe — odparł „bóg wojny” — to jest wyraz znajdujący się tylko w słowniku głupców!

Nad Berezyną jeszcze raz odzyskał swój boski geniusz i dokonał prawdziwego cudu. Szeregiem fenomenalnych 
manewrów omamił Rosjan, pozorując chęć przeprawy pod Borysowem, gdy w rzeczywistości postanowił 

dokonać tego bardziej na północ, pod Studzianką, gdzie ułani polscy znaleźli bród. Saperzy francuscy i polscy 
generała Eblégo, stojąc po piersi w wodzie, wśród płynącej kry, przerzucili przez rzekę dwa mosty, przypłacając 

ten wiekopomny wysiłek śmiercią, prawie wszyscy, wraz ze swoim dowódcą. Ale szczątki armii przeszły rzekę 
(26—27 listopada) i bijąc się z kilkakrotnie silniejszym przeciwnikiem przedarły się w kierunku na Wilno.

Berezyna była największym triumfem Napoleona w całej jego karierze. Z setek zachwytów potomnych trzy:
De Maistre: „Nigdy Napoleon nie okazał się większym, jak pod Berezyną”.

Macdonnell: „Geniusz wojskowy cesarza zajaśniał wtedy jak nigdy”.
Kukiel: „Przejście Berezyny należy do najwspanialszych czynów Napoleona”.

Takie zwycięstwa zna biologia — było ono jak doskonałe samopoczucie umierającego na krótko przed agonią.

background image

Agonia miała miejsce w białym, puchowym łożu Królowej Śniegu. Jak na urągowisko, natychmiast po 
berezyńskiej odwilży spadły na pędzących ku zachodowi Francuzów trzydziestopięciostopniowe mrozy. Tarle: 

„Mrozy były tak silne, że po Berezynie rannych i padających z wyczerpania nie podnoszono i pozwalano im 
zamarzać. W każdym pułku, na każdym postoju, pozostawały dziesiątki zamarzniętych i dziesiątki zdrętwiałych 

od mrozu, którzy już nigdy nie mieli się obudzić”.
Między Berezyną a Wilnem i Kownem dwa Michały tańcowały ostatni już swój taniec na balu Królowej Śniegu. 

U wileńskiej bramy Kowna Rosjanie przypuścili ostatni atak. Wówczas Ney... O nie, to byłoby świętokradztwo. 
Nikt nie ma prawa opowiadać tego inaczej, niż słowami A. G. Mac-

donnella, który w tym opisie okazał się nie mniej genialny od „boga wojny” nad Berezyną:
„Ney pospieszył do tej bramy, by zebrać swą piątą straż tylną, lecz było już za późno. Żołnierze jego złamali 

szeregi i rozbiegli się.
Lecz Ney walczył dalej. Z czterema żołnierzami podnosił porzucone przez dezerterów karabiny i strzelał z nich 

do nieprzyjaciela. Później przyłączyło się do niego trzydziestu żołnierzy. Gdy jednak drugi atak rosyjski groził 
mu odcięciem, Ney musiał się wycofać.

14 grudnia 1812 roku o godzinie ósmej wieczorem ostatni żołnierz francuski z Wielkiej Armii, liczącej sześćset 
tysięcy ludzi, przebył rzekę Niemen i opuścił ziemię Matuszki Rosji. Tym ostatnim żołnierzem był Michał Ney, 

książę Elchingen i Moskwy.
Jeden cesarz, dwóch królów, jeden książę, ośmiu marszałków i sześćset tysięcy żołnierzy — wszyscy zostali 

pobici. Wszyscy — oprócz syna bednarza z Sarrelouis”.*
Nieprawda, panie Macdonnell. Wszyscy — oprócz Michała Neya i Polaków!

Tłumaczenie Feliksa Rutkowskiego.

ZAKOŃCZENIE

„RESZTA JEST NIE DO POZNANIA...”

W roku 1813 wszystkie narody, które oddały „Armii Europy”, swe dzieci, zdradziły „boga wojny”. Wszystkie — 

oprócz Polaków. Od tej chwili walka z Napoleonem nie była już cesarskim pokerem dwóch monarchów, bo 
chociaż Aleksander wciąż był największym wrogiem Bonapartego („On lub ja, o jednego z nas za dużo!”) i stał 

na czele zjednoczonej Europy jako „Agamemnon królów” — była to już wspólna walka całego kontynentu, 
wszystkich jego pomazańców przeciw jednemu „uzurpatorowi”.

W roku 1814, już na terytorium Francji, cesarz bił wrogów gdzie tylko ich dopadł. W dziesiątkach punktów 
alianci rzucali się w popłochu do ucieczki, rozsypywali pod ogniem dział, nie wytrzymywali naporu piechoty, 

cofali się na widok szarżującej kawalerii, pierzchali tam, zmykali rozpaczliwie gdzie indziej. A potem, któregoś 
ranka, kiedy powinni już byli trząść się ze strachu w zamknięciu swych Berlinów,

Wiedniów, Petersburgów i Sztokholmów, stanęli pod murami Paryża! Uciekli w niewłaściwym kierunku.
Paryż mógł się z powodzeniem bronić, i to niekoniecznie długo. Tyle tylko, by cesarz zdążył dopaść wrogów i 

sprawić im ostatnią łaźnię. Ale nie zdążył, gdyż wcześniej jego przyjaciel z młodości, marszałek Marmont, w 
haniebny sposób poddał swą armię obrony stolicy Aleksandrowi. I car Aleksander wjechał po raz pierwszy do 

Paryża na arabskiej klaczy „Eclipse”, którą otrzymał od „brata” w Erfurcie, po czym zaczął flirtować z pierwszą 
żoną Napoleona, Józefiną. Nocą 23 maja odbyli romantyczny spacer po parku Malmaison. Było zimno, a ona 

była wydekoltowana, w zbyt lekkiej sukience. Zaziębiła się już wcześniej, wizytując z carem posiadłość swej 
córki Hortensji w Saint-Leu. 23 maja dobił ją, zmarła w kilka dni później.

W roku 1815, po Waterloo, car zjawił się nad Sekwaną po raz drugi — jako „Oswobodziciel świata”. Obalili 
„uzurpatora” i zawiązali Święte Przymierze. Hrabia Uwarow w propagandowej broszurce „Cesarz Aleksander i 

Buonaparte” * stwierdził zwięźle: „Rodzi się nowa era. Jej imię: A L E K S A N D E R ” .
Byron zaś spytał:

„Lecz świat czy wolniejszy?
Czyliż Wielkiego na to ludy zmiotły,

By je ujarzmił lada jaki mniejszy?
W wieku, który się światłem swoim chwali,

Znowu niewola ma ciążyć nad wami,
Coście Lwa zmietli wspólnymi siłami?

I będąż po nim wilcy panowali,
A ludzkość giąć ma karki przed tronami?...”.

Posiadam w swoim księgozbiorze egzemplarz pierwszego wydania (w języku francuskim) z roku 1814 w Petersburgu. Uwarow, morderca Pawia I, 

zadedykował swój panegiryk... małżonce ofiary, carycy Marii Fiodorownie! („A sa Majesté L’Imperatrice—Mere”).

background image

Gięła, pod knutem lub wyciorem, do samej ziemi, i Puszkin odpowiedział Byronowi strasznymi słowy: „Święta 
Rosja stała się krainą, w której żyć już nie można...”.

W roku 1815 dwaj wielcy gracze rozbiegli się na dwie strony świata, smutni, że to już koniec eposu. Jak w rymo-
wance dziecięcej zza oceanu, którą w półtora wieku później przypomniał Ken Kesey w swoim „Locie nad 

kukułczym gniazdem”:
„Jeden poleciał na wschód,

na zachód poleciał drugi,
a jeden poleciał nad gniazdo kukułki.”

„Kukułcze gniazdo” w slangu amerykańskim znaczy: dom wariatów. Czyż świat nie był zawsze domem 
wariatów? Ten trzeci, który poleciał w roku 1815 nad gniazdo kukułki, to był Wielki Duch Pokera, który szukał 

nowych partnerów do kolejnej wielkiej gry. Wzniósł się nad kulę ziemską i znalazł — gra jest wieczna.
Wróćmy wszakże do Napoleona i Aleksandra. Gdy skończyła się gra, życie straciło swój smak, wzięła ich na ręce 

piastunka melancholia i zanuciła smutną kołysankę o boskiej, oczyszczającej samotności. Jeden znalazł ją w 
pustelni Świętej Heleny, skąd mógł przecież uciec — proponowano mu kilka ucieczek, dobrze przygotowanych. 

Odmówił — znalazł tam katharsis w długim cierpieniu. Tam powiedział:
— Rosja jest potęgą, która najdłuższym krokiem maszeruje w kierunku dominacji nad światem.

Drugi, oddając rządy nad Rosją w ręce sadysty Arakczejewa, szukał zaciekle samotności w mistycyzmie i w 
najdalszych, nie zamieszkanych zakątkach swego imperium, jeżdżąc nie wiadomo po co do guberni 

archangielskiej, nad brzegi Morza Białego, nad Zatokę Botnicką i ku północnym krańcom Finlandii. „Surowe 
krajobrazy tych prawie pustych krain działały uspokajająco na duszę cara i dawały mu tak pożądane ukojenie. 

Często spotykał tam jakiś klasztor zagubiony gdzieś pośród lasów lub nad brzegiem jeziora. Prowadził wówczas 
z mnichami długie rozmowy, zazdroszcząc im wewnętrznego

spokoju, pogody ducha, wreszcie tego nieustannego obcowania z Bogiem” (Paléologue). Po jego tajemniczej 
śmierci wierzono długo, że nie umarł, lecz uciekł od świata, by się przemienić w pustelnika Kuźmicza.

„Obcowanie z Bogiem”. W ciszy, którą się otoczyli w ostatnich latach życia, obaj rozmawiali z Bogiem. Lekce-
ważąco traktowali do tej pory Człowieka ukrzyżowanego za zgodą wymytych rąk Poncjusza Piłata; Korsykanin 

— quasi—indyferentny „deista” i Rosjanin — antykatolicki mistyk. Aleksander przez wiele lat tolerował 
łaskawie „Żyda, którego imię przyjęła sekta chrześcijan”. Napoleon na widok dwunastu srebrnych posągów w 

którejś z katedr udał głupka:

 

Co to jest?

 

Ależ to dwunastu apostołów, Sire!

 

Zabrać ich stąd, przetopić na pieniądze i puścić w świat, by czynili dobro, tak jak im przykazał ich mistrz!

Ale kiedy zostali bez siebie i swego stolika kolosalnej gry, sami w obliczu jałowości wszystkich innych wydarzeń, 
zrozumieli, że już tylko rozmowa z Chrystusem może im przywrócić poczucie kontaktu z czymś wielkim i 

bajecznym na kształt utraconego. Zanurzyli się w pobożności.
Potrzebowali do tego pośredników. Pośrednikiem Aleksandra stał się uchodzący za fanatyka, wizjonera i ascetę 

mnich Focjusz, straszliwie wychudły, magnetyzujący słuchaczy jarzącymi się przenikliwie ślepiami jastrzębia i 
eksplozyjnymi kazaniami łotrzyk — sobowtór i antycypator Rasputina. Ten eks-kapelan gwardii, ihumen z 

klasztoru w Wielkim Nowgorodzie, omotał najpierw damę dworu, Annę Orłowa. Pod jego wpływem 
umartwiała się do masochizmu, a potem oddawała mu się, gdyż tak nakazywał jego ustami „anioł z nieba”. 

Pewnego dnia Orłowa wprowadziła Focjusza do Pałacu Zimowego...
Piekielny mnich szedł nie kończącą się amfiladą salonów, czyniąc znaki krzyża na wszystkich ścianach i 

drzwiach po lewej i prawej, by „odegnać moc złego ducha”. Do gabinetu Aleksandra wkroczył jak do wychodka 
i nie raczył nawet zauważyć cara, obszedł komnatę, pokłonił się ikonie, potem dopiero chłodno, wyniośle kiwnął 

imperatorowi głową. Dobrze
zagrał. Car, który słyszał już o tym „cudotwórcy”, padł na kolana i począł bić czołem o pawiment.

Od tej pory Aleksander przeklął na zawsze mistycyzm i całą swą uwagę skupił na sprawach religii. Odsunął Na-
ryszkinę, uczynił z wiary w Jezusa swą jedyną namiętność i tylko w tej dziedzinie zdolny był do wydawania 

rozkazów. Spraw publicznych nie cierpiał, popadał w wielogodzinne odrętwienia, kończące się 
wielogodzinnymi modłami na klęczkach, tak iż — jak skonstatował z przerażeniem jego lekarz, doktor Tarasów 

— „nabawił się pęcherzy na kolanach”. Świadkowie tych ostatnich lat cara, którego zaczęto nazywać „nie 
obleczonym mnichem”, stwierdzają zgodnie, iż w psychice jego spotęgowały się objawy neurastenii, że nie 

zwracał uwagi na otoczenie, poruszając się z pochyloną głową, ociężale, rzucając od czasu do czasu na boki 
ponure, nieufne spojrzenia. Nie miał jeszcze czterdziestu pięciu lat!

Ta sama pobożność owładnęła Korsykaninem. Po trzech latach pobytu na Świętej Helenie, niespełna 
pięćdziesięcioletni, zażądał księdza — stałego towarzysza. Rodzina przysłała mu z Europy dwóch: 

sześćdziesięciosiedmioletniego Buonavitę, który wkrótce zaniemógł i odjechał, oraz młodego korsykańskiego 

background image

proboszcza Vignalego, „u którego wykształcenie nie było w stanie zamaskować dzikości i surowości rysów”. 
Bonaparte po pierwszym spotkaniu rzekł:

 

Obu ich już w pierwszej rozmowie pobiłem na głowę. Potrzebuję kapłana-uczonego, z którym mógłbym 

dyskutować o dogmatach chrystianizmu. Nie zwiększyłby on mojej wiary w Boga, lecz może umocniłby mnie w 

niektórych punktach wiary chrześcijańskiej...
Od tej pory msze były regularnym rytuałem na Świętej Helenie, on zaś ich najgorliwszym uczestnikiem. Swego 

otoczenia nie zmuszał do modłów, lecz zarazem nie pozwalał kpić z wiary w Chrystusa. Doktora 
Antommarchiego za kilka drwin przeklął:

 

Pańska głupota, doktorze, sprzykrzyła mi się! Lekkomyślność i złe maniery mogę panu wybaczyć, ale 

oschłości serca nie wybaczę nigdy! Precz!

Ziomek Vignali stał się jego Focjuszem, lecz Vignali nie był kanalią pokroju Focjusza. Toczył z Napoleonem 
długie, intymne rozmowy, opowiadając mu o swoim dzieciństwie i o największym nie spełnionym marzeniu: 

własnym domku na Korsyce. Gdy po śmierci cesarza otwarto jego testament, znaleziono tam następujący zapis: 
„Księdzu Vignalemu przeznaczam sto tysięcy franków, by mógł wybudować sobie domek blisko Ponte Nuevo di 

Rostino”.
Vignali zasłużył sobie na wdzięczność monarchy nie tylko gorliwością katolicką. Krępy, nieco podobny do 

Napoleona, przebierał się w jego stroje i pędził konno w interior wyspy, pociągając za sobą strażników. W ten 
sposób dawał swemu panu godziny upragnionej samotności nad brzegiem oceanu.

Aleksander również wybrał na miejsce swej śmierci wielką wodę — port w Taganrogu. Obaj znaleźli — w 
Atlantyku i w Morzu Azowskim — oczyszczający smutek niezmierzonej przestrzeni, która nie osądza, nie 

rozmienia na drobne i pozwala przeglądać się w bezkresnym lustrze swego majestatu.
Wielka woda odwzajemniła się im tylko jednym gestem: skarbem tajemniczej śmierci i jej legendy. Legendy iden-

tycznej — czyż nie byli „braćmi”?
Mówiono, że na Świętej Helenie pochowany został sobowtór cesarza, żołnierz Robeaud, on zaś skończył jako 

mnich Hilarion w zamku La Case. Mówiono, że w Taganrogu podstawiono za cara trupa jego sobowtóra, 
żołnierza pułku Siemionowskiego, Aleksander zaś zmarł dopiero w roku 1864 w okolicach Tomska jako 

świątobliwy pustelnik Fiodor Kuźmicz. Wszystko identycznie, gdyż mówiono także, iż obaj dokonali żywota w 
Afryce — Aleksander jako mnich jednego z klasztorów, Napoleon jako władca murzyńskiego państewka, 

widziany jeszcze w roku 1840. Wiele przesłanek — na przykład fakt, iż kiedy otwarto w trzydzieści lat po śmierci 
Aleksandra jego trumnę, okazała się pusta — sprawiło, iż do dzisiaj niektórzy znawcy epoki nie wierzą w 

podręcznikowe zgony obydwu. Legendy dlatego właśnie tak hipnotyzują, że są sfinksami historii, nie do 
poznania są sekrety ich serc.

Lecz nie to jest ważne w naszej opowieści, to zaś, iż obaj boscy pokerzyści — zapatrzeni pobożnie w fale morza 
zwyciężyli przed śmiercią, znaleźli bowiem w nostalgii odosobnienia swoją „godzinę życia”, ową największą 

mądrość dojrzenia do ostatecznej prawdy, która zawarta jest w XVI—wiecznej inskrypcji pustelnika Salima na 
ścianie Bramy Zwycięstwa w ruinach wymarłego Fatehpur Sikri. Fatehpur Sikri to najpiękniejsze „ghost-town” 

(miasto-widmo) w Indiach, do których mieli się wybrać razem, zaś owa najmądrzejsza z maksym brzmi:
„Świat jest jak wielki most: przejdź go, ale nie buduj na nim domu. Ten, kto ma nadzieję na jedną godzinę, 

będzie miał nadzieję na całą wieczność. Świat jest tylko na jedną godzinę — spędź ją szlachetnie i pobożnie. 
Reszta jest nie do poznania...”

NOTKA BIBLIOGRAFICZNA

Wymienianie źródeł bibliograficznych i archiwalnych, z których korzystałem pisząc tę relację, mijałoby się z 

celem. Było ich bardzo dużo (część z nich przytoczyłem w tekście), a niektóre posłużyły do zaczerpnięcia 
jednozdaniowego cytatu, jednego zaledwie dialogu lub wydarzenia. Biografie, monografie, zbiory odezw 

wojskowych, ustaw i dokumentów dyplomatycznych, listy, pamflety, pamiętniki i panegiryki, wiersze, poematy i 
sztuki teatralne związane z opisywanymi wydarzeniami — dały mi swe kamyki dla tej mozaiki. Wyliczanka 

zajęłaby zbyt wiele miejsca, ale nie to jest podstawową przyczyną rezygnacji z niej, lecz to, że — chociaż każde 
słowo w tej książce mogę udokumentować — nie pragnę nadawać jej nawet pozorów pracy naukowej. Historia 

interesuje mnie jako trampolina do gier literackich godzących metaforą we współczesność, i właśnie metaforze 
literackiej wyrastającej z historii palę moje kadzidełko. Ta książka nie

jest monografią cesarskiego pokera, lecz powieścią o nim, która odkurza starą mądrość Byrona z „Wędrówek 
Childe Harolda”:

„Taki jest morał wszystkich naszych dziejów, Że co raz było, ciągle się powtarza. Choć wciąż Historia kart sobie 
przysparza, Ma tylko jedną kartę...”

Gore Vidal, omawiając (na łamach „L’Unita” z 18 XII 1984) książkę Orwella „1984”, pochwalił autora za trafną 
przepowiednię, dotyczącą permanentnego konfliktu dwóch potęg światowych, wschodniej i zachodniej. Vidal 

background image

stwierdził: „Nie znam poza Orwellem nikogo, kto by to przewidział”.
Panie Vidal!...

Prawie półtora wieku przed Orwellem Napoleon powiedział: „Są tylko dwa kraje: Wschód i Zachód, i dwa ludy: 
Wschodu i Zachodu”.

SPIS TREŚCI
Wstęp czyli trzy prezentacje.......... 

7

Prezentacja pokera............. 7
Prezentacja graczy............. 8
Prezentacja  widowni............ 26
1 runda (Runda jeńców i morderców)
MIRAŻ INDYJSKI..............29
2 runda (Runda szeregowców i podoficerów)
KRUCJATA  UWIEDZIONYCH  DZIECI.....53
3 runda (Runda marszałków i generałów)
W KRZYKU PŁONĄCEGO BOCIANA......8 1
4 runda (Runda sojuszników i wrogów)
POZŁACANY PROM.............1 1 1
5 runda (Runda szpiegów i swawolnych dam)
W ZATRUTYM OGRODZIE AMORA......144
6 runda (Runda aktorów i zdrajców)
0 „ZAJĄCU, KTÓRY DOSTAŁ ŚRUTEM W ŁEB” I OKAZAŁ SIĘ LISEM............186
7 runda (Runda dyplomatów i panien na wydaniu)
TEST MATRYMONIALNY..........2 1 6