background image

PATRICIA A. M

C

KILLIP

Z

APOMNIANE

 B

ESTIE

 

Z

 E

LDU

 (P

RZEŁOŻYŁ

: P

IOTR

 W. C

HOLEWA

)

background image

HERALDYCZNE BESTIE Z ELDU

Czarodziej Heald miał pewnego razu przelotną przygodę z kobietą z ludu. W wyniku 

tejże   urodził   się   Myk,   który   jedno   oko   miał   zielone,   a   drugie   czarne.   Gdy   Myk  dorósł, 

odezwało się w nim magiczne dziedzictwo. Na górze Eld, najwyższym szczycie w krainie 

Eldwold,   Myk   zaczął   mocą   czarnoksięską   kompletować   kolekcję   niezwykłych   zwierząt. 

Kolekcję, którą uzupełniał syn Myka, Ogam. Ogam zaś spłodził z córką lorda Horsta z Hilt 

córkę, Sybel, piękną i zdolną w arkanach magicznych. Zmarł, gdy Sybel miała lat szesnaście, 

zostawiając   jej   w   dziedzictwie   wielki   biały   dom,   ogromną   bibliotekę   i   kolekcję   bestii 

zapomnianych,   bestii,   jakich   oko   ludzkie   nie   widziało.   I   moc,   dzięki   której   mogła   nad 

bestiami panować. Wśród Zapomnianych Bestii z Eldu są więc: złotooki Łabędź Tirlith, Dzik 

Cyrin, znający odpowiedź na wszystkie zagadki - prócz jednej, zielonoskrzydły Smok Gyld, 

Lew Gules, znająca magię czarna Kocica Moriah, Pani Nocy. I słynny Sokół Ter, który po-

mścił czarodzieja Aera, rozszarpując na strzępy siedmiu jego zabójców.

Bestie z Eldu, o czym wiedzieć nie zaszkodzi, to zwierzęta heraldyczne, wszystkie, co 

do   jednego,   stanowią   występujące   na   tarczach   herbowych   tzw.   mobilia   herbowe,   figury 

zwykłe,   figures   ordinaires.   Wszystkie   mają   swoją   heraldyczną   symbolikę.   Lew,   będący 

heraldycznym symbolem potęgi, wielkości, majestatu i nieustraszonego męstwa, u McKillip 

nosi do tego imię Gules. Gules (wym. gjulz) to w heraldyce kolor czerwony, kolor ognia, sam 

w   sobie   będący   symbolem   oczyszczenia,   dynamizmu   życia,   a   także   wojny,   gniewu   i 

nienawiści.

Symboliczne   znaczenie   pozostałych   Bestii   też   wyjaśnia   heraldyka.   Smok   -   to 

czujność, wierność, bojowość. Dzik - wolność, zuchwałość, ślepa siła, brutalność, walka do 

upadłego.   Sokół   symbolizuje   szlachetną   rycerskość,   pogoń   za   upragnionym   celem,   duch 

triumfujący nad materią. Kot to niezależność i indywidualizm, odwaga, przebiegłość. Łabędź 

to czystość i wzniosłość, wiedza i harmonia.

Wracamy jednak do fabuły książki. Oto pewnego dnia pod bramą domu Sybel na 

szczycie   góry   Eld   pojawia   się   mężczyzna   z   dzieckiem.   Magiczka   w   pierwszym   odruchu 

rozkazuje Sokołowi Terowi zrzucić intruza do przepaści, powstrzymuje się jednak i zgadza go 

wysłuchać. Przybysz okazuje się być krewniakiem Sybel, podobnie jak niesione przez niego 

niemowlę, chłopiec o imieniu Tamlorn. Dziecko, które trzeba ukryć, ocalić, albowiem rodowa 

wendetta grozi mu śmiercią.  Sybel początkowo wzbrania się, ale wreszcie  bierze  małego 

krewniaka na wychowanie...

Szanowny a obeznany z kanonem fantasy Czytelnik domyśla się już zapewne dalszego 

background image

ciągu.

Tamlorn, klasyczne dla licznych mitologii Dziecko Cudem Ocalone - jak Perseusz, 

Jazon, Edyp, Mojżesz - musi być dzieckiem niezwykłym, kimś, komu los gotuje niezwykłą 

przyszłość. Czytelnika nie zdziwi wiec, gdy dwunastoletni Tamlorn okazuje się księciem i na-

stępcą   tronu.  Nie  będzie  dla   Czytelnika   zaskoczeniem,  gdy o  Tamlorna   upomni   się  jego 

ojciec, Drede, król Eldwoldu. Nie zdziwi, że Sybel bronić się będzie przed oddaniem „jej 

małego Tama”, chłopca, którego pokochała jak własnego syna. Nie zdziwi nawet i to, że król 

Drede zakocha się w Sybel...

Szanowny   Czytelnik   nie   powinien   się   niepokoić   -   oprócz   rzeczy   dla   fantasy 

klasycznych i dających się przewidzieć, dość jest w „Zapomnianych Bestiach z Eldu” rzeczy 

zaskakujących. Będzie miłość zła i egoistyczna, będzie miłość dobra i prawdziwa. Będzie 

tajemniczy ptak Liralen. Będzie przyczajony w ciemnościach demon Blammor. Będzie zły 

czarownik. Będą Zapomniane Bestie ratować Sybel z opresji. Słowem, będzie duże tego, co 

czyni powieść Patricii McKillip wartą przeczytania klasyką gatunku.

* * *

Życiorys   Patricii   Ann   McKillip   dość   dokładnie   przedstawiłem   w   przedmowie   do 

„Mistrza   Zagadek   z   Hed”,   pierwszego   tomu   trylogii   „Mistrz   Zagadek”.  Dla   tych   PT 

Czytelników, którzy - robiąc błąd - książki owej nie nabyli, powtórzę ni tylko skrótowo: 

pisarka urodziła się w Salem w stanie Oregon jako córka oficera lotnictwa, całe dzieciństwo 

migrowała wraz z ojcem po bazach United States Air Force na całym świecie. Studiowała 

literaturę   w   college'u   Notre   Dame   w   Belmont   i   na   uniwersytecie   San   Jose.   Mieszka   w 

Roxbury w stanie Nowy Jork.

Urodziła  się, co nie  jest bez  znaczenia,  w roku 1948, a  był  to rok dla  fantastyki 

szczególnie   korzystny,   przyszła   bowiem   wówczas   na   świat   cała   wataha   późniejszych 

mistrzów i koryfeuszy gatunku, że wymienię tylko takie nazwiska jak George R.R. Martin, 

Vonda N. McIntyre, Nancy Kress, David A. Gemmel, Terry Pratchett, Robert Holdstock, 

Nancy   Springer,   Lynn   Abbey,   Joan   D.   Vinge,   Spider   Robinson,   Pamela   Sargent,   Dan 

Simmons, Brian Stableford, Robert Jordan i Rebecca Ore. W tym samym roku urodził się - co 

stwierdza nie bez dumy - piszący te słowa, niżej podpisany Andrzej Sapkowski.

Patricia   debiutowała   mając   lat   dwadzieścia   sześć,   w   roku   1974,   niewielczutką 

powieścią „The Throme of Erril of Sherill”, jednak prawdziwie błyskotliwym sukcesem była 

książka, którą właśnie trzymasz w ręku, Szanowny Czytelniku. Napisane również w 1974 

„Zapomniane bestie z Eldu”. Książka, która w cuglach wygrała współzawodnictwo o World 

background image

Fantasy   Award   1975,   została   przez   Davida   Pringle'a   ulokowana   pośród   stu   najlepszych 

powieści fantasy wszech czasów i absolutnie zasłużyła na pozycję w kanonie gatunku.

Gdy książkę tę nabyłem,  a było  to w Kanadzie, w Montrealu, jakoś tak w latach 

osiemdziesiątych,  wcale  o powyższych  splendorach  nie wiedziałem,  a  przeczytałem  „The 

Forgotten Beasts...”  jednym, jak to mówią, tchem. I wcale nie dlatego, że mając wreszcie 

dostęp do obficie zaopatrzonych półek odrabiałem podówczas zaległości w fantasy i wszystko 

mi się podobało, tak jak głodnemu wszystko smakuje. Nie było tak.

* * *

W   „Zapomnianych   Bestiach   z   Eldu”   wyczuwa   się   fascynację   autorki   twórczością 

piszących fantasy pań, na której Patricia McKillip musiała się wychować - Andre Norton, 

C.L. Moore, Anne McCaffrey. Fascynując się „wielkimi”,  wykazała jednak Patricia na tyle 

talentu i pisarskiej indywidualności, by umieć znaleźć swój własny sposób na fantasy. Pisząc 

łagodną,   poetyczną   i   bardzo   kobiecą   fantasy,   nie   będąca   przy   tym   -   przesłodzoną   do 

obrzydzenia, a grzech przesładzania jest niestety powszechny wśród pań fantastek, zwłaszcza 

piszących tzw. young adult fantasy, obliczoną głównie na wielki i kochający fantasy elektorat 

nastolatek.   David   Pringle   w   swej   „Modern   Fantasy”,  pisząc   zresztą   o   „Zapomnianych 

bestiach...”  w   samych   superlatywach,   znajduje   dla   książki   określenie,   z   którym   nigdy   i 

nigdzie   się   nie   spotkałem:   menarche   fantasy.   Menarche   jest   terminem   medycznym, 

oznaczającym cezurę, jaką w życiu kobiety stanowi pierwsza menstruacja. Nic dodać, nic 

ująć. Panowie nie powinni się tu jednak płoszyć. Ja sam czytałem „Zapomniane bestie...” 

mając pod czterdziestkę, uważam się za stuprocentowego mężczyznę, a książka niezwykle mi 

się podobała. I podoba do dziś.

* * *

Pisząc   w   roku   1998   przedmowę   do   „Mistrza   Zagadek   z   Hed”,  dorobek   literacki 

Patricii McKillip zamknąłem nominowaną do nagrody „Locusa” powieścią „A Song for the 

Basilisk”.  Od tamtego czasu Patricia napisała następną fantasy, interesującą „The Tower at 

Stony Wood” - książkę na tyle interesującą, że mam nadzieję zachwalać ją Czytelnikowi w 

ramach niniejszej serii.

Popełniła   też   Patricia   od   tamtego   czasu   dwa   opowiadania   -   oba   warte,   by   je 

odnotować.   Pierwsze   to   „A   Gift   to   Be   Simple”,  w   słynnej   już,   poruszającej   sprawy 

sztucznego kreowania życia antologii „Not of Woman Bom”, zredagowanej przez Constance 

Ash.   Drugim   opowiadaniem   jest   „Toad”,   zamieszczone   w   „Silver   Birch,   Blood   Moon”, 

background image

kolejnej   antologii   „baśniowej”  w   cyklu   powołanym   do   życia   przez   Ellen   Datlow   i   Terri 

Windling.

Patricia Ann McKillip z całą pewnością nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

I to jest bardzo dobra wiadomość.

background image

Moim rodzicom

- z podziękowaniem

background image

1

Mag Heald połączył się kiedyś z ubogą kobietą w królewskim mieście Mondor, a ona 

zrodziła mu syna, który miał jedno oko zielone, a jedno czarne. Heald, o oczach czarnych jak 

bagna Fyrbolgu, pojawił się w życiu tej kobiety i zniknął jak wiatr, ale syn, Myk, pozostał w 

Mondorze, dopóki nie skończył piętnastu lat. Dobrze zbudowany i silny, trafił do terminu u 

kowala, a ludzie, którzy przybywali tam, aby naprawić swoje powozy lub podkuć konie, 

zwykle   przeklinali   jego   powolność   i   posępność   -   dopóki   nie   poruszyło   się   w   nim   coś 

ociężałego jak bagienny potwór budzący się pod mułem. Odwracał wtedy głowę i spoglądał 

na nich czarnym okiem, a oni się odsuwali i milkli. Tliła się w nim odrobina magii, jak ogień 

się   tli   w   wilgotnym   dymiącym   drewnie.   Rzadko   odzywał   się   do   ludzi   swym   szorstkim 

głosem, ale kiedy dotykał konia, głodnego psa czy gołębia w klatce w dzień targowy, ten 

ogień   rozbłyskiwał   w   czarnym   oku,  a   głos   stawał   się  słodki   jak   rozmarzony   szept   rzeki 

Slinoon. Pewnego  dnia Myk  opuścił Mondor i ruszył  na Eld.  Była  to najwyższa  góra w 

Eldwoldzie, wyrastająca za Mondorem, rzucająca czarny cień na miasto przed zmierzchem, 

gdy zagubione we mgle słońce zsuwało się w dół. Znad granicy mgieł pasterze i młodzi 

chłopcy na polowaniu spoglądali poza Mondor, ku równinie Terbrec na zachodzie, na ziemie 

władców  Sirle,   na  północ   ku   polom   Fallow,   gdzie   duch   trzeciego   króla   Eldwoldu   wciąż 

wspominał swą ostatnią bitwę i gdzie pod jego niespokojnymi, bezgłośnymi stopami nie rosło 

nic   żywego.   Tam,   w   gęstych   mrocznych   lasach   Eldu,   wśród   białej   ciszy,   Myk   zaczął 

kolekcjonować cudowne, legendarne zwierzęta.

Z dzikiej krainy jezior na północy Eldwoldu przywołał do siebie Czarnego Łabędzia z 

Tirlith, szerokoskrzydłego, złotookiego ptaka, który na swym grzbiecie uniósł trzecią córkę 

króla Merroca z kamiennej wieży, gdzie była więziona. Potem wysłał bezgłośną, potężną sieć 

swego wezwania w głębokie gęste lasy po drugiej stronie Eldu, skąd żaden człowiek jeszcze 

nie powrócił, i niczym łososia schwytał czerwonookiego, białokłego odyńca Cyrina, który jak 

harfiarz śpiewał ballady i znał odpowiedzi na wszystkie zagadki prócz jednej. Z mrocznego i 

cichego   serca   samej   góry   Myk   sprowadził   Gylda,   zielonoskrzydłego   smoka,   od   stuleci 

śniącego o zimnym płomieniu złota. Smok zbudził się z rozkosznego snu na dźwięk swego 

imienia w niemal zapomnianej pieśni, którą Myk posłał w ciemność. Mag wyłudził od Gylda 

garść starożytnych klejnotów i zbudował dom z białego gładkiego kamienia pośród wysokich 

sosen, i wielki ogród dla zwierząt otoczony kręgiem kamiennych  murów. Do tego domu 

sprowadził kiedyś dziewczynę z gór, znającą tylko kilka słów, lecz nie czującą lęku ani przed 

zwierzętami, ani przed ich strażnikiem. Pochodziła z biednej rodziny, miała splątane włosy i 

background image

silne ramiona. W domostwie Myka zobaczyła rzeczy, które inni poznali może raz w życiu, w 

wersie dawnego poematu lub w opowieści harfiarza.

Dziewczyna   powiła   Mykowi   syna   o   dwojgu   czarnych   oczach,   który   potrafił   stać 

nieruchomo jak martwe drzewo, kiedy ojciec posyłał wołanie. Myk nauczył go czytać stare 

ballady i legendy w księgach, które zebrał; nauczył wołać zapomniane imię poprzez cały 

Eldwold i ku krainom poza nim; nauczył czekać w milczeniu, cierpliwie, przez tygodnie, 

miesiące i lata - na chwilę, kiedy to imię rozpali się w dziwnym, potężnym, zaskoczonym 

umyśle zwierzęcia. Kiedy Myk opuścił swe ciało już na zawsze,  siedząc w milczeniu  w 

świetle księżyca, jego syn, Ogam, przejął kolekcję.

Z   południowych   pustyń   poza   górą   Eld   Ogam   przywabił   lwa   Gulesa,   który   swym 

futrem w kolorze królewskiego skarbu wielu nieostrożnych skłonił do niechcianej przygody. 

Sprzed kominka wiedźmy z dala od Eldwoldu wykradł wielką czarną kocicę Moriah, której 

wiedza o zaklęciach i tajemnych urokach była kiedyś legendą. Błękitnooki sokół Ter, który 

rozerwał na strzępy siedmiu morderców maga Aera, jak błyskawica runął z czystego nieba i 

usiadł Ogamowi na ramieniu. Po krótkiej, wściekłej walce, gdy niebieskie oczy patrzyły pro-

sto w czarne, ucisk szponów zelżał; sokół zdradził swoje imię i poddał się mocy maga.

Z krzywym, kpiącym, odziedziczonym po Myku uśmiechem Ogam przywołał też do 

siebie najstarszą córkę księcia Horsta z Hiltu, gdy pewnego dnia przejeżdżała zbyt blisko 

góry.   Była   kruchym,   pięknym   dzieckiem,   lękającym   się   ciszy   i   dziwnych,   wspaniałych 

zwierząt, które przypominały rysunki na starych gobelinach w domu jej ojca. Bała się też 

Ogarną, jego skrywanej i nieugiętej mocy, jego nieprzeniknionych oczu. Powiła mu jedno 

dziecko i zmarła. Dzieckiem tym, co trudno wytłumaczyć,  była dziewczynka. Gdy Ogam 

opanował swoje zdumienie, nazwał ją Sybel.

Wyrosła wysoka i silna pośród pustkowi; miała smukłą sylwetkę matki, włosy jak 

kość słoniowa i czarne, nieulękłe oczy ojca. Opiekowała się zwierzętami, pilnowała ogrodu i 

wcześnie nauczyła się panować nad niespokojnymi bestiami wbrew ich woli, posyłać pra-

dawne imię, w ciszy swego umysłu badać ukryte i zapomniane miejsca. Ogam, dumny z 

córki, zbudował jej pokój z wielką kryształową kopułą, cienką jak szkło, a twardą jak kamień; 

mogła tam siedzieć pod barwami nocnego świata i przywoływać w spokoju. Zmarł, kiedy 

skończyła szesnaście lat; zostawił ją samą z pięknym białym domem, ogromną biblioteką 

ciężkich, okutych żelazem książek, stadem zwierząt, jakich nie ogląda się nawet w snach, i 

mocą, by nad nimi panować.

Pewnej nocy, wkrótce potem, przeczytała w jednej z najstarszych ksiąg o wielkim 

białym ptaku ze skrzydłami, które sunęły jak śnieżne proporce rozwinięte na wietrze - ptaku, 

background image

który za dawnych dni nosił na grzbiecie jedyną królową Eldwoldu. Cicho wymówiła do siebie 

jego imię: Liralen. Siedząc na podłodze pod kopułą, z wciąż otwartą księgą na kolanach, 

posłała w rozległą noc Eldwoldu swe pierwsze wołanie, wezwanie ptaka, którego imienia nikt 

nie wymawiał od stuleci. Wołanie przerwał krzyk kogoś, kto stanął przed zamkniętą bramą.

Dotknięciem myśli zbudziła lwa śpiącego w ogrodzie i posłała do bramy, by swym 

złocistym   okiem   spojrzał   ostrzegawczo   na   intruza.   Ale   wołanie   nie   cichło,   naglące   i 

niezrozumiałe.   Westchnęła   zniechęcona   i   wysłała   sokołowi   Terowi   polecenie,   by   porwał 

przybysza i zrzucił go ze szczytu góry Eld. Po chwili krzyki ucichły nagle, lecz w ciszy 

rozległ się rozpaczliwy płacz dziecka. Zaskoczył ją; wstała wreszcie i przeszła boso przez 

marmurowy hol do ogrodu, gdzie zwierzęta w ciemności poruszały się niespokojnie. Dotarła 

do bramy z cienkich żelaznych prętów i złotych spojeń i wyjrzała na zewnątrz.

Zbrojny mężczyzna stał tam z dzieckiem na rękach i sokołem Terem na ramieniu. 

Milczał, stojąc nieruchomo w uścisku Tera; dziecko w jego okrytych kolczugą ramionach 

płakało, nie zważając na nic. Sybel przesunęła wzrok od jego nieruchomej, skrytej w cieniu 

twarzy, i spojrzała w oczy sokoła.

Mówiłam ci, powiedziała w myślach, żebyś zrzucił go ze szczytu Eldu.

Błękitne nieprzeniknione oczy zwróciły się ku niej.

Jesteś młoda, odparł Ter, ale bez wątpienia potężna. Uczynię to, jeśli nakażesz mi po 

raz drugi. Ale najpierw muszę cię ostrzec: znam ludzi od niezliczonych lat; jeżeli zaczniesz 

ich zabijać, pewnego dnia, wiedzeni strachem, przyjdą tutaj, a będzie ich wielu. Zniszczą twój 

dom i wypuszczą zwierzęta. Tak po wielekroć powtarzał nam mistrz Ogam.

Sybel przez chwilę tupała bosą stopą o ziemię. Spojrzała w twarz mężczyzny.

- Kim jesteś? - zapytała. - Dlaczego krzyczysz u moich bram?

- Pani - odparł ostrożnie, gdyż twarde pióra Tera musnęły go po twarzy. - Czy jesteś 

córką Laran, córki Horsta, władcy Hiltu?

- Laran była moją matką - przyznała Sybel, niecierpliwie Przestępując z nogi na nogę. 

- Kim jesteś?

- Jestem Coren z Sirle. Mój brat ma dziecko z twoją ciotką, najmłodszą siostrą twojej 

matki. - Urwał, gwałtownie wciągając oddech przez zaciśnięte zęby.

Sybel skinęła ręką na sokoła.

Puść go, bo inaczej będę tu stała przez całą noc. Ale nie oddalaj się, na wypadek 

gdyby był szalony.

Sokół   wzleciał   i   usiadł   na   niskim   konarze   drzewa,   tuż   nad   głową   przybysza. 

Mężczyzna   na   chwilę   przymknął   oczy;   maleńkie   krople   krwi   sączyły   się   jak   łzy   przez 

background image

kolczugę.   W   świetle   księżyca   wydawał   się   młody,   a   włosy   miał   barwy   ognia.   Sybel 

przyglądała mu się z ciekawością, gdyż metalowe ogniwa zbroi lśniły niby woda wśród nocy.

- Dlaczego tak się ubrałeś? - spytała. Wtedy otworzył oczy.

- Byłem na Terbrec. - Zerknął na ciemną sylwetkę ptaka nad sobą. - Skąd wzięłaś 

takiego sokoła? Przebił się przez żelazo, skórę i jedwab...

- Zabił siedmiu ludzi - wyjaśniła Sybel - którzy zabili maga Aera, dla klejnotów na 

jego księgach mądrości.

- Ter - szepnął mężczyzna, a ona w zdumieniu uniosła brwi.

- Kim jesteś?

- Już mówiłem. Coren z Sirle.

- Ale to dla mnie nic nie znaczy. Co robisz z dzieckiem przed moją bramą?

Coren z Sirle odpowiedział wolno i cierpliwie:

- Laran, twoja matka, miała siostrę Riannę. Twoja ciotka trzy lata temu poślubiła króla 

Eldwoldu, mojego...

- Kto jest teraz królem? - spytała zaciekawiona. Młody człowiek zdziwił się.

- Drede. Drede jest królem Eldwoldu, od piętnastu lat.

- Aha. Mów dalej. Drede poślubił Riannę. To bardzo ciekawe, ale muszę przywołać 

Liralena.

- Proszę! - Spojrzał na sokoła i zniżył głos. - Proszę. Walczyłem od trzech dni, potem 

wuj rzucił mi dziecko w ramiona i kazał oddać czarodziejce z góry Eld. Zapytałem: A jeśli nie 

zechce go wziąć? Po co jej dziecko? Ale on spojrzał tylko na mnie i odparł: Nie wrócisz z tej 

góry z dzieckiem, nie pragniesz chyba śmierci syna swojego brata?

- A dlaczego chce oddać go mnie?

- Ponieważ to dziecko Rianny i Norrela, a oni oboje nie żyją.

Sybel zamrugała. Czegoś nie mogła zrozumieć.

- Przecież mówiłeś, że Rianna poślubiła Drede'a. - Tak.

- Wiec dlaczego to dziecko jest synem Norrela? Nie rozumiem.

Głos Corena wzniósł się niebezpiecznie.

- Ponieważ Norrel i Rianna byli kochankami. A Drede zabił Norrela trzy dni temu na 

równinie Terbrec. Czy weźmiesz to dziecko, abym mógł wrócić i zabić Drede'a?

Sybel spojrzała na niego nieruchomym wzrokiem.

- Nie krzycz na mnie - powiedziała bardzo cicho.

Coren zaciskał i prostował palce w pancernych rękawicach. W świetle księżyca zrobił 

krok w jej stronę, a delikatne światło cieniami podkreśliło rysy jego twarzy, ujawniło linie 

background image

zmęczenia pod oczami.

- Wybacz mi - szepnął. - Proszę. Spróbuj zrozumieć. Jechałem cały dzień i pół nocy. 

Mój brat i wielu krewnych nie żyją. Władca Nicconu swymi siłami wsparł Drede'a, a Sirle nie 

mogło się oprzeć im obu. Rianna zmarła przy porodzie. Jeśli Drede znajdzie chłopca, zabije 

go. Nie ma dla dziecka bezpiecznego miejsca w całym Sirle. Nie ma dla niego bezpiecznej 

kryjówki na całym świecie... Tylko tutaj Drede nie będzie go szukał. Drede zabił Norrela, ale 

przysięgam, że nie dostanie tego dziecka. Proszę, zaopiekuj się nim. Jego matka była z twojej 

rodziny.

Sybel przyjrzała się dziecku. Przestało płakać; wokół panowała cisza nocy. Dziecko 

machnęło maleńką ręką w powietrzu, próbowało odepchnąć koc, którym było okryte. Sybel 

dotknęła   jego   bladej   pulchnej   twarzy,   a   dziecko   zwróciło   ku   niej   oczy   migoczące   jak 

gwiazdy.

- Moja matka umarła, wydając mnie na świat - powiedziała. - Jak ma na imię?

- Tamlorn.

- Tamlorn. Bardzo ładnie. Wolałabym, żeby to była dziewczynka.

-  Wtedy   nie   musiałbym   jechać   tak   daleko,   by  go   ukryć.   Drede   boi   się,   że   kiedy 

dziecko dorośnie, zażąda tronu i stanie do walki z jego dziedzicem. Sirle go poprze; moja 

rodzina próbowała zdobyć tron Eldwoldu, odkąd król Harth zginął na polu Fallow, a Tarn z 

Sirle nosił koronę przez dwanaście lat, nim znów ją stracił.

- Ale jeśli wszyscy wiedzą, że to nie jest dziecko Drede'a...

- Tylko Drede, Rianna i Norrel znali prawdę, a Rianna i Norrel nie żyją. Królewscy 

bastardzi mogą być bardzo niebezpieczni.

-   Nie   wygląda   groźnie.   -   Smukłymi   bladymi   palcami   musnęła   policzek   chłopca. 

Uśmiech przemknął po jej twarzy. - Będzie mi pasował do kolekcji.

Coren mocniej objął dziecko.

- To syn Norrela, nie zwierzę. Sybel uniosła głowę.

- Czyż nie jest czymś mniej? Je, śpi, nie myśli, wymaga opieki. Tylko... nie wiem, jak 

opiekować się dzieckiem. Nie potrafi mi powiedzieć, czego potrzebuje.

Coren zamilkł  na chwilę.  Gdy  znów się odezwał,  usłyszała  cień  znużenia w  jego 

głosie.

- Jesteś dziewczyną; powinnaś wiedzieć takie rzeczy.

- Dlaczego?

- Dlatego... Dlatego że sama kiedyś będziesz mieć dzieci i... i będziesz musiała się 

nimi opiekować.

background image

- Nie opiekowała się mną żadna kobieta - odparła Sybel. - Ojciec karmił mnie kozim 

mlekiem i uczył czytać swoje księgi. Pewnie będę kiedyś miała dziecko, które nauczę, jak po 

mojej śmierci opiekować się zwierzętami.

Coren spojrzał na nią i rozchylił wargi.

- Gdyby nie chodziło o mojego wuja - powiedział cicho - raczej zabrałbym dziecko z 

powrotem do domu, niż zostawiał syna Norrela tutaj, z tobą, twoją niewiedzą i twoim sercem 

z lodu.

Twarz Sybel znieruchomiała niczym księżyc w pełni.

- To ty nic nie wiesz - szepnęła. - Mogłabym kazać Terowi rozerwać cię na siedem 

kawałków i zrzucić zakrwawioną głowę na równinę Terbrec, ale panuję nad sobą. Spójrz!

Otworzyła bramę palcami drżącymi z gniewu, który ogarnął ją niczym zimny wiatr od 

gór. Rzuciła bezgłośne wołania do oszołomionych snem umysłów wokół siebie i zwierzęta 

przybyły niczym odpryski snu. Coren szedł u jej boku. Ramię w kolczudze ochraniało plecy 

malca,   dłoń   podpierała   głowę,   a   szeroko   otwarte   oczy   wpatrywały   się   w   ruchomą, 

szeleszczącą ciemność.

Wielki odyniec dotarł do nich pierwszy - biały jak płomień w ciemności, z kłami jak 

marmur, o których marzyli  łowcy. Z krtani Corena wydobył  się nieartykułowany dźwięk. 

Sybel oparła Cyrinowi dłoń na czole ponad małymi czerwonymi oczkami.

- Myślisz, że nie mogę się zająć dzieckiem? Przecież opiekuję się tymi zwierzętami. 

Są pradawne, potężne jak książęta, mądre, niespokojne i niebezpieczne, ale daję im to, czego 

potrzebują. Dziecku też dam to, czego mu trzeba Lecz jeśli nie tego chcesz, to odejdź. Nie 

prosiłam, żebyś przybył tu z chłopcem; nie obchodzi mnie, czy z nim odejdziesz. Być może, 

nic nie wiem o twoim świecie, ale tutaj znalazłeś się w moim i tutaj ty jesteś głupcem.

Coren wpatrywał się w odyńca, z trudem znajdując słowa.

- Cyrin - szepnął. - Cyrin. Masz go... - Urwał znowu i przez chwilę oddychał głęboko. 

Potem   przemówił   powoli,   jakby   szukał   w   pamięci.   -   Rondar...   władca   Runriru   schwytał 

odyńca   Cyrina,   którego   nie   pojmał   wcześniej   żaden   człowiek...   nieuchwytnego   Cyrina, 

Strażnika Zagadek i... zażądał albo jego życia, albo całej mądrości świata. I wtedy Cyrin 

przewrócił kamień u stóp Rondara, a Rondar powiedział, że taka mądrość nie ma dla niego 

wartości, i odjechał, wciąż poszukując...

- Skąd znasz tę historię? - spytała zdumiona Sybel. - Nie pochodzi z Eldwoldu.

- Znam ją. Znam. - Uniósł głowę i mocniej objął dziecko, gdy spłynął ku nim wielki 

kształt, bezgłośny jak cień nocy.

Przed nimi łagodnie wylądował łabędź z grzbietem szerokim jak u odyńca i oczami 

background image

złotymi jak dwie gwiazdy.

- Łabędź z Tirlith... to on, tak, Sybel?

- Skąd znasz moje imię? - szepnęła.

- Znam.

Patrzył, jak dwa koty suną przez noc, nadchodząc z dwóch stron budynku. Nawet nie 

drgnął,   choć   Tamlorn   poruszył   się   w   jego   ramionach.   Kocica   Moriah   podeszła,   wsunęła 

czarną płaską głowę pod dłoń Sybel, a potem ułożyła się u jej stóp i ziewnęła, ukazując 

Corenowi zęby podobne do wyostrzonych, polerowanych kamieni.

- Moriah, Pani Nocy, która zdradziła magowi Takowi zaklęcie otwierające wieżę bez 

drzwi, gdzie był więziony... Nie znam... nie znam lwa.

Lew Gules o oczach z płynnego złota zatoczył krąg wokół kolan Corena, potem ułożył 

się przed nim, a mięśnie poruszały się leniwie pod lśniącym futrem. Coren potrząsnął głową.

- Zaczekaj... Był  taki lew z Południowych Pustyń,  który żył na dworach wielkich 

władców, dzielił  się mądrością,  żywił  najlepszym  mięsem,  nosił ich  obrożę i  łańcuchy z 

żelaza i złota, tylko dopóki miał na to ochotę... Gules.

- Skąd wiesz takie rzeczy?

Wielka   głowa   lwa   zwróciła   się   w   stronę   Sybel.   Gdzie   go   znalazłaś?   -   spytał 

zaciekawiony Gules. Przyniósł mi dziecko, odparła z roztargnieniem Sybel. Zna moje imię, 

ale nie wiem skąd. - Kiedyś umiał mówić - dodał Coren.

-   Kiedyś   wszystkie   umiały.   Tak   długo   żyły   w   dziczy,   z   dala   od   ludzi,   że   już 

zapomniały... wszystkie z wyjątkiem Cyrina. Podobnie ludzie zapomnieli ich imiona. Skąd 

ty...

Coren drgnął, a Sybel  podniosła głowę. Rozwinięte skrzydła  przesłoniły księżyc  i 

ocieniły ich twarze, potem spłynęły niżej, a każdy ruch zasysał jedno uderzenie serca wiatru. 

Tamlorn kopał niespokojnie w uścisku Corena i wyjęczał mu w ucho jakąś skargę. Smok 

opadł leniwie przed nimi, jaskrawym zielonym spojrzeniem mierząc Corena. Cień sięgał aż 

do ich stóp, a głos myśli gada brzmiał w głowie Sybel niczym stary i suchy pergamin.

Jest w górach jaskinia, gdzie nigdy nie znajdą jego kości.

Nie. Wezwałam cię, bo byłam rozgniewana, ale teraz już nie jestem. Nie należy go 

krzywdzić.

To mężczyzna, uzbrojony.

Nie zrób mu nic złego.

Zwróciła się do Corena, który przyglądał się smokowi; zapomniany Tamlorn wiercił 

się i szarpał w jego ramionach. Oczy Sybel błysnęły nagle w lekkim uśmiechu.

background image

- Znasz go.

- Jego imię nie jest tak stare, by ludzie o nim zapomnieli. Był kiedyś książę Eldwoldu, 

wiozący przez masyw Eldu bogate dary dla władcy południa, aby kupić broń i ludzi. Nigdy 

nie znaleziono jego kości ani skarbów... Ludzie jeszcze wciąż powtarzają opowieści o ogniu 

spadającym  na Mondor z letniego nieba, o płonących  plonach i rzece Silnoon wrzącej w 

korycie.

- Jest już stary i zmęczony - rzekła Sybel. - Te dni minęły. Znam jego imię; nie może 

się ode mnie uwolnić, by znów robić podobne rzeczy.

Coren poprawił koc na Tamlornie. Mroczne cienie znużenia zniknęły z jego twarzy - 

na chwilę stała się zadziwiająco młoda. Spojrzał na Sybel.

- Są piękne. Tak, piękne. - Patrzył na nią przez chwilę i znów przemówił: - Muszę 

jechać. Do Mondoru dotarły już pewnie wieści o bitwie. Nie zniosę myśli, że moi bracia może 

nie żyją, a ja nic o tym nie wiem. Czy weźmiesz Tamlorna? Będzie bezpieczny z taką strażą. 

Czy będziesz go kochać? Tego... tego potrzebuje najbardziej.

Sybel   bez   słowa   kiwnęła   głową   i   niezgrabnie   wzięła   od   niego   dziecko.   Malec   z 

zaciekawieniem pociągnął ją za włosy.

- Ale skąd wiesz o tak wielu sprawach? Skąd znasz moje imię?

-   Och,   spytałem   starą   kobietę   mieszkającą   przy   drodze   kawałek   stąd.   Ona   mi   je 

zdradziła.

- Nie znam żadnych starych kobiet. Uśmiechnął się do swoich wspomnień.

- Tę powinnaś poznać. Myślę... myślę, że jeśli będziesz potrzebowała pomocy przy 

Tamlornie, ona ci jej udzieli. - Urwał i spojrzał na chłopca. Dotknął miękkiego krągłego 

policzka i uśmiech zniknął z jego twarzy, nagle otępiałej z żalu. - Do widzenia. Dziękuję - 

szepnął i odwrócił się.

Sybel szła za nim do bramy.

- Do widzenia - rzuciła przez kraty, kiedy dosiadł konia. - Nic nie wiem o wojnach, ale 

wiem to i owo o żalu. A to, jak mi się zdaje, dawaliście sobie nawzajem na Terbrec.

Spojrzał na nią z siodła.

- To prawda - przyznał. - Wiem.

Kiedy odwróciła się od bramy, spojrzała w małe, okrągłe oczka srebrzystego odyńca. 

Pochwyciła myśli wokół siebie i z wysiłkiem objęła je swym spokojem.

Możecie już odejść. Przepraszam, że was zbudziłam,  ale straciłam panowanie nad 

sobą.

Odyniec nie drgnął.

background image

Nie możesz dawać miłości, zauważył, póki jej wpierw nie dostaniesz.

Niezbyt mi pomagasz, odparła z irytacją Sybel, a wielki odyniec wydał z siebie ciche 

parskniecie, co było jego śmiechem.

Ta stara kobieta przeszła kiedyś przez ogrodzenie; szukała ziół. Prychnąłem na nią, a 

ona prychnęła na mnie. Mogłaby ci pomóc. Co byś mi dała za całą mądrość tego świata?

Nic, ponieważ jej nie chcę. Daj ją Corenowi. Powiedział, że mam serce z lodu.

Cyrin prychnął znowu, łagodnie.

Istotnie, potrzebuje mądrości.

Też mu to powiedziałam.

Następnego   ranka   Sybel   pobiegła   górską   ścieżką   prowadzącą   do   miasta   w   dole. 

Wielkie   stare   sosny   kołysały   się   na   wietrze,   trzeszcząc   i   jęcząc   o   nadchodzącej   zimie. 

Głaskane tu i tam promieniami słońca igły były miękkie i zimne pod bosymi stopami. Niosła 

śpiącego Tamlorna owiniętego białym wełnianym kocem. Był ciepły i ciężki w jej ramionach. 

Pachniał miło. Przyglądała się jego długim jasnym rzęsom i rumianej buzi. Raz zatrzymała 

się, by musnąć policzkiem jego miękkie jasne włoski.

- Tamlorn - szepnęła. - Tamlorn. Mój Tam.

Wśród drzew dostrzegła niewielką chatkę; z komina unosił się dym. Bury kot spał na 

dachu,   a   czarny   kruk   przysiadł   na   parze   rogów   wiszących   nad   drzwiami.   Dziobiące   na 

podwórzu gołębie zatrzepotały wokół niej, kiedy podeszła do wejścia. Kruk spojrzał z ukosa 

jednym okiem, wydał z siebie krzyk brzmiący jak pytanie: Kto? Nie zwróciła na niego uwagi 

i otworzyła drzwi. Potem stanęła nieruchomo; zaraz za progiem nie było podłogi, tylko mgła 

falująca niespokojnie u stóp. Sybel rozejrzała się zaskoczona i zobaczyła, że ściany domu 

spoglądają na nią, mają oczy i okrągłe ciemne usta. Drzwi wyślizgnęły się jej z ręki i zamknę-

ły, a mgła zawirowała, wezbrała, okryła nawet sufit. Spoza tej mgły sfrunął kruk i raz jeszcze 

zapytał: Kto?

Tamlorn   poskarżył   się   płaczliwie.   Ucałowała   go   odruchowo.   Potem   powiedziała, 

stojąc w tym dziwnym, czujnym domu:

- W czyim jestem sercu?

Mgła zniknęła, a obserwujące ją oczy stwardniały w sosnowe sęki. Chuda starucha w 

sukni koloru liści, z siwymi  włosami zwiniętymi  w tysiące zwichrzonych loczków wokół 

twarzy, wstała z fotela na biegunach i złożyła upierścienione ręce.

- Dziecko!

Odebrała od Sybel chłopca, wydając przy tym  dźwięk niczym  gruchające gołębie. 

Tamlorn przyglądał się jej przez chwilę, a potem nagle chwycił za długi nos. Cmoknęła do 

background image

niego,   a   on   uśmiechnął   się   bezzębnie.   Spojrzała   na   Sybel   oczami   szarymi   jak   żelazo   i 

ostrzejszymi niż królewski miecz.

- To ty.

- Ja - odparła Sybel. - Potrzebuję rady, jeśli zechcesz mi jej udzielić.

- Mimo odyńca Cyrina i lwa Gulesa, którzy ci doradzają, moje dziecko, przychodzisz 

jednak do mnie? Masz piękne włosy, takie długie i gładkie... Czy jakiś mężczyzna już ci to 

powiedział?

- Ani Cyrin, ani Gules nie potrafi niańczyć dziecka. Muszę małemu dać to, czego 

potrzebuje, a sam nie może mi powiedzieć. Cyrin twierdzi, że możesz mi pomóc, ponieważ 

prychnęłaś na niego. Czasami mówi bez sensu. Pomożesz mi?

- Cebule - powiedziała starucha. Sybel mrugnęła niepewnie.

- Stara kobieto, stałam w oku twego serca, kiedy na mnie patrzyłaś, a nikt, kto ma 

takie wewnętrzne oko, nie może być głupcem. Pomożesz mi?

- Oczywiście,  dziecko. Wpuściłam cię przecież. Cebule... hodujesz je w  ogrodzie. 

Próbowałam sobie przypomnieć. Pozwolisz mi czasem wziąć kilka cebul?

- Oczywiście.

- Lubię je dodać do gulaszu. Siadaj... tam, na tej skórze przy kominku. Dostałam ją od 

pewnego człowieka z miasta. Nienawidził swojej żony i chciał się jej pozbyć.

- Ludzie w mieście są dziwni. Nie rozumiem miłości i nienawiści, tylko istnienie i 

wiedzę. Ale teraz muszę się nauczyć kochać to dziecko. - Przerwała na moment i zmarszczyła 

lekko brwi barwy kości słoniowej. - Myślę, że go kocham. Jest miękki, pasuje do moich 

ramion. Gdyby Coren z Sirle przyjechał po małego, ciężko byłoby mi się z nim rozstać.

- A więc...

- A więc co?

- Więc to jest syn Drede'a. Słyszałam o nim od moich ptaków.

- Coren twierdzi, że to syn Norrela. Wąskie wargi rozciągnęły się w uśmiechu.

- Nie wydaje mi się. Myślę, że jest synem króla Drede'a. W królewskim pałacu jest 

kruk, którego oczy nigdy się nie zamykają...

Sybel przyglądała się jej z rozchylonymi ustami. Odetchnęła ostrożnie i powoli.

- Nie znam się na takich sprawach. Ale teraz jest mój, ja będę go kochać. To dziwne. 

Mam swoje zwierzęta od szesnastu lat, a to dziecko dopiero jedną noc, lecz gdybym miała 

wybierać, nie wiem, czy nie wybrałabym tego maleństwa, tak bezradnego i głupiego. Może 

dlatego   że   zwierzęta   mogą   odejść   i   od   nikogo   nic   nie   wymagać,   a   Tam   potrzebuje 

wszystkiego ode mnie.

background image

Kobieta obserwowała ją, kołysząc się w fotelu. Pierścienie błyskały na jej palcach 

niczym ogniki.

- Jesteś  dziwnym  dzieckiem...  Nieulękłym  i potężnym,  skoro trzymasz  te wielkie, 

władcze bestie. Czy czasem nie czujesz się samotna?

- Samotna? Dlaczego? Z wieloma istotami mogę rozmawiać. Ojciec nigdy dużo nie 

mówił.   Od   niego   nauczyłam   się   milczenia,   milczenia   umysłu,   które   jest   jak   czysta, 

nieruchoma woda, gdzie nic się nie ukryje. To pierwsza rzecz, jakiej mnie nauczył, bo jeśli 

nie potrafisz milczeć, nie usłyszysz odpowiedzi na wołanie. Ostatniej nocy, kiedy przybył 

Coren, próbowałam przywołać Liralena.

- Liralen... - Twarz starej kobiety rozjaśniła się; wydała się rozmarzona i młoda mimo 

siwych loków. - Ze skrzydłami jak proporce koloru księżyca... Och, dziecko, kiedy wreszcie 

schwytasz Liralena, pozwól mi go zobaczyć.

- Pozwolę. Ale bardzo trudno go znaleźć, zwłaszcza kiedy przerywają mi ludzie z 

dziećmi. Ja się wychowałam na mleku, ale Tam chyba go nie lubi.

Starucha westchnęła.

- Chciałabym  go sama karmić, ale lepsza będzie krowa, dopóki nie znajdę jakiejś 

miejscowej kobiety z gór na mamkę.

-  Jest   mój  -  przypomniała  Sybel.  -  Nie   chcę,  żeby  jakaś  inna  kobieta  zaczęła  go 

kochać.

- Oczywiście, dziecko, ale... Czy pozwolisz i mnie go pokochać? Tylko trochę? Tak 

wiele czasu minęło, odkąd miałam dzieci do kochania. Ukradnę komuś krowę i zostawię na 

jej miejscu klejnot.

- Mogę przywołać krowę.

- Nie, dziecko. Jeśli ktoś musi być złodziejem, niech to będę ja. Ty musisz myśleć o 

sobie. Co się stanie, gdy ludzie zaczną podejrzewać, że przywołujesz ich zwierzęta?

- Nie boję się ludzi. Są głupi.

- O tak, ale potrafią być bardzo potężni w swej miłości i nienawiści. Czy ojciec nadał 

ci jakieś imię?

- Jestem Sybel.  Chyba  nie musiałaś mnie o to pytać.  Szare oczy uśmiechnęły się 

lekko.

- Oczywiście. Moje ptaki są wszędzie. Ale jest różnica między imieniem poznanym a 

imieniem   zdradzonym   przez   właściciela   Sama   wiesz.   Ja   mam   na   imię   Maelga.   A   imię 

dziecka? Czy dasz mi jego imię jako dar?

Sybel uśmiechnęła się.

background image

- Tak. Chciałabym dać ci jego imię. To Tamlorn. - Spojrzała na malca, a włosy barwy 

kości słoniowej połaskotały go po pulchnej twarzyczce. - Tamlorn. Mój Tam - szepnęła i 

Tamlorn zaśmiał się głośno.

I tak Maelga ukradła krowę, ale w zamian podłożyła pierścień z klejnotem, a ludzie 

przez   długie   miesiące   z   nadzieją   zostawiali   otwarte   wrota   do   obór.   Tamlorn   rósł   silny, 

jasnowłosy i szarooki; śmiał się i krzyczał wśród nieruchomych białych hal, drażnił cierpliwe 

zwierzęta i je karmił. Mijały lata; stał się smukły i smagły; poznawał górę z synami pasterzy, 

wspinał się wśród mgieł, przeszukiwał głębokie jaskinie, przynosił do domu rude lisy, ptaki i 

dziwne zioła dla Maelgi. Sybel nie przerywała swych poszukiwań Liralena; przywoływała go 

nocami, czasem znikała na całe dnie i wracała ze starymi, zdobionymi w klejnoty księgami o 

żelaznych okuciach - księgami, które mogły przechowywać jego imię. Maelga kpiła z niej, że 

kradnie, ale Sybel odpowiadała z roztargnieniem:

- Od małych magików, którzy nie wiedzą, jak z nich korzystać. Muszę mieć Liralena. 

To moja obsesja.

- Pewnego dnia nie odróżnisz wielkiego maga od małego magika - ostrzegła Maelga.

- I co? Ja też jestem wielka. Muszę mieć Liralena.

Pewnego wieczoru, dwanaście lat od dnia, kiedy Coren przyniósł jej Tamlorna, Sybel 

zeszła do głębokiej zimnej jaskini, którą Myk zbudował dla smoka Gylda. Jaskinia leżała za 

wstążką rzeki, a drzewa wokół niej rosły ogromne i nieruchome jak kolumny podpierające 

hale ciszy. Przeszła po trzech kamieniach do wodospadu i wsunęła się za kurtynę wody, która 

spływała jej po twarzy jak łzy. W jaskini było ciemno i wilgotno niczym  w sercu góry; 

zielone oczy Gylda błyszczały jak klejnoty. Wielkie zwinięte cielsko tworzyło cień na tle 

bardziej mrocznego cienia. Sybel stała przed nim jak smukły biały płomień w ciemności. 

Spojrzała w nieruchome oczy.

Tak?

Myśli powstały powolne i bezkształtne niby bąbel w umyśle smoka; bąbel pękł w 

suchym, pergaminowym szeleście jego głosu.

Minęło już tysiąc lat, odkąd zasnąłem na złocie, które odebrałem księciu Sirkelowi. 

Zasnąłem, patrząc w jego otwarte oczy, patrząc na jego krew spływającą powoli na monetę, 

potem   drugą,  i  kolejną  zbierającą   się  na  szyjce   pucharu.  Szept   ucichł.  Zapadła  cisza,  aż 

kolejny bąbel uformował się i pękł. Śnię o tym złocie, budzę się, żeby je zobaczyć, i nie ma 

go... Budzę się na zimnym kamieniu. Pozwól mi odlecieć i zebrać je znowu.

Sybel   wstała   bezgłośnie,   jak   kamień   wyrastający   z   kamienia.   Po   chwili 

odpowiedziała:

background image

Polecisz, a ludzie cię zauważą i ze zgrozą przypomną sobie twoje czyny. Przyjdą, aby 

zniszczyć mój dom, i zobaczą złoto płonące w słońcu, a wtedy nic już ich nie powstrzyma.

Nie, odparł Gyld. Polecę nocą i zbiorę je w tajemnicy, a jeśli ktoś mnie zobaczy, w 

tajemnicy zabiję.

Wtedy przyjdą i zabiją nas oboje. A co będzie z Tamem? Nie.

Wielkie cielsko się poruszyło. Poczuła ciepłe tchnienie oddechu.

Byłem   już   stary   i   zapomniany,   kiedy   Mistrz   zbudził   mnie   mym   imieniem   wśród 

pustych żył Eldu, wyrwał z marzeń pieśnią o moich czynach... Przyjemnie było znowu być 

tematem pieśni... Przyjemnie jest słyszeć swoje imię od ciebie, ale muszę odzyskać moje 

słodkie złoto...

Myśli odleciały, prędkie i zwinne jak wąż, zsunęły się w jaskinię świadomości, w 

ciemny labirynt  umysłu. Szybki  jak woda wsiąkająca w ziemię,  ukradkowo jak  człowiek 

grzebiący człowieka w blasku księżyca, smok poniósł swoje imię w regiony zapomniane, 

gdzie był  bezimienny nawet dla siebie. Ale była  tam przed nim, czekała przed ostatnimi 

wrotami umysłu. Stała między fragmentami wspomnień, zabójstw, żądz, na wpół zjedzonych 

posiłków.

Jeśli chcesz tego tak mocno, wymyślę jakiś sposób. Nic nie rób, ale bądź cierpliwy. 

Pomyślę.

Oddech musnął ją raz jeszcze i myśli raz jeszcze wezbrały w ciemnej jaskini.

Zrób dla mnie to jedno. Będę cierpliwy.

Wyszła z groty, a krople wody błyszczały w jej włosach. Wciągnęła do płuc chłodne 

nocne powietrze. Pomyślała o smoku w locie - gładkim płomieniu w ruchu, o głębokich, 

spokojnych jeziorach oczu Czarnego Łabędzia, o wspomnieniach rozbitego umysłu smoka, o 

połamanych głowniach jego żądz, stopionych z jej własnymi. Wtedy, w ciemności, usłyszała 

za sobą szelest. Wyczuła, że ktoś ją obserwuje.

- Maelga?

Ale żaden głos, żaden umysł jej nie odpowiedział. Czarne drzewa wyrastały wokół jak 

monolity i przesłaniały gwiazdy. Szelest wtopił się w ciszę jak oddech wiatru. Wróciła do 

domu ze zmarszczką między brwiami.

Kilka dni później odwiedziła Maelgę. Usiadła na skórze przy kominku i objęła kolana 

rękami, a staruszka wpatrywała się w jej twarz, mieszając zupę.

- W lesie jest coś bez imienia.

- Boisz się tego? - spytała Maelga. Sybel spojrzała na nią zaskoczona.

- Oczywiście, że nie. Ale jak mogę to przywołać, skoro nie ma imienia? To dziwne. 

background image

Nie przypominam sobie, żebym gdzieś czytała o bezimiennej bestii. Co gotujesz? Gdybym 

już nie była głodna, zgłodniałabym od samego zapachu.

- Grzyby - odparła Maelga. - Cebulę, szałwię, rzepę, kapustę, pietruszkę, buraki i coś, 

co przyniósł mi Tam, a co nie ma nazwy.

- Pewnego dnia Tam otruje nas wszystkich - mruknęła Sybel.

Oparła lśniącą głowę o kamień i westchnęła. Maelga zerknęła na nią.

- Co to jest? Czy to ma nazwę? Sybel zadrżała.

- Nie wiem. Ostatnio jestem bardzo niespokojna,  ale sama nie wiem, czego chcę. 

Czasami lecę z Terem w jego myślach, kiedy poluje. Nie potrafi lecieć tak wysoko, jak bym 

chciała, ani tak prędko, chociaż ziemia ucieka pod nami, a on wznosi się wyżej niż szczyt 

Eldu... Jestem z nim, kiedy zabija. Dlatego tak bardzo pragnę Liralena. Mogłabym wsiąść na 

jego grzbiet i polecielibyśmy daleko, daleko w zachodzące słońce, w świat gwiazd. Chcę... 

Chcę czegoś więcej niż mój ojciec, a nawet mój dziadek, ale nie wiem, co to jest.

Maelga spróbowała zupy, na jej chudych palcach zamrugały klejnoty.

- Pieprz - stwierdziła. - I tymianek. Ledwie wczoraj przyszła do mnie młoda kobieta. 

Chciała   zastawić   pułapkę   na   mężczyznę   o   słodkim   uśmiechu   i   gibkich   ramionach.   Była 

głupia. Nie dlatego że go pragnęła, ale dlatego że pragnęła czegoś więcej.

- Pomogłaś jej?

- Dałam jej szkatułkę słodkiego zapachu. A teraz przez resztę swego życia będzie 

nieszczęśliwa i zazdrosna.

Przyjrzała się opartej o kamienie Sybel z czarnymi oczami ukrytymi pod powiekami; 

westchnęła.

- Moje dziecko, czy mogę coś dla ciebie zrobić? Sybel otworzyła oczy i uśmiechnęła 

się lekko.

- Czy powinnam dodać do swojej kolekcji mężczyznę? Mogłabym. Potrafię przywołać 

każdego, kogo zechcę. Ale nie ma takiego, którego bym chciała. Czasami zwierzęta robią się 

niespokojne, śnią o dniach ucieczek, przygód, o zdobywaniu mądrości, o dźwięku swych 

imion wymawianych z podziwem i lękiem. Te dni minęły. Niewielu pamięta ich imiona, ale 

one wciąż o tym śnią... A ja wspominam, jak się uczyłam, jak mój ojciec, a potem ty i Tam 

zwracaliście   się   do   mnie   moim   imieniem...   Myślę...   Myślę,   że   na   parę   dni   chciałabym 

podążyć tą górską ścieżką w dziwny, niezrozumiały świat.

- Więc idź, dziecko - zachęciła ją Maelga. - Idź.

- Może pójdę. Ale kto będzie doglądał zwierząt?

- Wynajmij jakiegoś magika.

background image

- Dla Tera? Żaden magik go nie utrzyma. Ja umiałam to zrobić już w wieku Tama. 

Szkoda, że Tam nie jest w połowie magiem. Ale jest tylko w połowie królem.

- Mam nadzieję, że nigdy mu tego nie powiedziałaś.

- Czy jestem głupia? Co by mu przyszło z tej wiedzy? Takie marzenie uczyniłoby go 

nieszczęśliwym. W świecie na dole mogłoby go nawet zabić. Lepiej dla niego, kiedy bawi się 

z chłopcami pasterzy, poluje na lisy, a kiedy dorośnie, poślubi jakąś piękną dziewczynę z gór.

Westchnęła znowu. Zmarszczyła lekko białe brwi, a potem wyprostowała się nagle, 

zaskoczona, kiedy drzwi odskoczyły. Tam patrzył na nią w napięciu; pot błyszczał mu na 

czole, a jasne włosy lepiły się kosmykami do zarumienionej twarzy.

- Sybel... Smok... zranił człowieka... Chodź szybko... I umknął jak zając.

Sybel wybiegła za nim, stanęła przed chatą nieruchomo jak drzewo i jednym szybkim 

błyskiem imienia smoka pochwyciła jego myśli.

Gyld.

Poczuła go - zwiniętego w ciemności w wilgotnej jaskini; w jego umyśle wirowały 

myśli o locie, o skarbie, o bladej twarzy człowieka wpatrzonego z otwartymi ustami w lecącą 

bestię, a potem nagle ukrytej za wzniesionymi rękami. Mruknęła coś, zdziwiona.

- O co chodzi? - spytała Maelga, niespokojnie składając ręce.

Sybel odzyskała swoje myśli.

- Gyld poleciał, by odzyskać złoto, zobaczył go jakiś człowiek i Gyld go zaatakował.

- Och, nie. Kochanie... - Maelga wbiła w twarz Sybel swe czujne spojrzenie. - Znasz 

go.

- Znam - odparła powoli Sybel i niepokój błysnął w jej oczach. - To Coren z Sirle.

background image

2

Sybel i Tam przenieśli Corena do domu z białego kamienia, a Maelga podążała za 

nimi, niespokojnie szarpiąc długimi palcami splątane loki. Wokół zwierzęta przesuwały się, 

pomrukiwały, patrzyły... Tam paplał bez tchu, podtrzymując ciężkie ramiona Corena.

- Schodziłem z domu Nyla, pędziliśmy owce do zagrody, a one tłoczyły się przy 

płocie i patrzyły w górę przerażone. Nie wiedzieliśmy czemu, dopóki nie ujrzeliśmy Gylda; 

był jak wielki ognisty liść, zielony płomień ze złotem i klejnotami w szponach. Pobiegłem do 

domu, ale ciebie nie było, więc pędziłem już do domu Maelgi, kiedy zobaczyłem, że ktoś 

przygląda się Gyldowi, patrzy na niego. Gyld zatoczył krąg i runął w dół. Ten człowiek rzucił 

się na ziemię, a Gyld przejechał mu po plecach pazurami. Myślę, że Nyl widział Gylda... 

Gdzie go położymy?

-   Nie   wiem   -   odparła   Sybel.   -   Przykro   mi,   że   jest   ranny,   ale   nie   powinien   tu 

przyjeżdżać. To częściowo moja wina, bo mogłam Gyldowi pozwolić zebrać swoje złoto. 

Połóżmy go na stole, żeby Maelga mogła obejrzeć mu plecy. Przynieś poduszkę.

Z gładkiego polerowanego blatu zrzuciła swoje hafty i tam ułożyli Corena. Otworzył 

oczy,   gdy  Tam   wsuwał   mu   poduszkę   pod   głowę.   Plecy,   okryte   skórzaną   kamizelą,   miał 

poszarpane i poznaczone śladami szponów; płomienne włosy pokrywały strumyczki krwi. 

Tam przyglądał mu się, marszcząc brwi na smagłej twarzy.

- Będzie żył? - szepnął.

- Nie wiem - powiedziała Sybel.

Coren odnalazł wzrokiem jej twarz i zobaczyła w jego oczach jaskrawy błękit, taki 

sam jak w oczach Tera. Uśmiechnął się do niej lekko. Szepnął coś, a Tam się zarumienił.

- Co on powiedział?

Tam milczał przez chwilę, zaciskając usta.

- Że jesteś okrutna, bo wypuściłaś na niego smoka - wyjaśnił w końcu. Przecież to 

nieprawda. Nie ma prawa tak mówić.

- Cóż, może ma - stwierdziła z namysłem Sybel. - W końcu, kiedy przybył tu pierwszy 

raz, wypuściłam na niego sokoła Tera.

- Był już tutaj? Kiedy?

Sybel delikatnie przesuwała rękami po plecach Corena, rozchylała porwane ubranie.

-   Przyniósł   tutaj   ciebie,   po   śmierci   twoich   rodziców.   I   za   to   zawsze   będę   jego 

dłużniczką. Przynieś trochę wody i kłąb lnianej przędzy, a potem zostań i rób, co ci każe 

Maelga.

background image

Maelga mruczała coś z tyłu, obracając pierścienie na palcach.

- Jagody czarnego bzu. Ogień, woda, tłuszcz i wino. - Wino?

- Moje nerwy nie są już takie jak kiedyś - wyjaśniła zakłopotana.

- Moje też nie - szepnął boleśnie Coren, leżąc bezwładnie pod rękami Sybel.

Razem   opróżniły   butelkę  wina,   obmywając   i   bandażując   rannego,   przycinając   mu 

włosy. Ułożyły Corena w dawno nie używanym łożu Ogarną. Maelga, ze splątanymi lokami, 

opadła na fotel przy kominku. Sybel mrużyła czarne oczy, wpatrzona w zielone płomienie.

- Po co tu przyjechał? - spytała cicho. - Na pewno po Tama. Ale to ja wychowałam 

Tama,   kocham   go   i   nie   oddam   teraz   ludziom,   którzy   chcą   go   wykorzystać   w   swych 

rozgrywkach,   powodowani   nienawiścią.   Nie!   Nie   jest   tak   mądry,   jak   myślałam,   skoro 

przybył, by mnie o to prosić. Jeśli choć jednym słowem wspomni Tamowi o wojnie albo 

tronie, ja... Nie, nie nakarmię nim Gylda, ale coś zrobię.

Umilkła, a zielone płomienie tańczyły i migotały w głębinach jej oczu, długie włosy 

opadały niczym srebrzysty, przetykany ogniem płaszcz. Maelga zasłoniła palcami oczy.

- Stara już jestem i zmęczona... - mruknęła. - Taki piękny, prawdziwe książątko wśród 

ludzi, z niebieskimi oczami i czarnymi rzęsami dawnego władcy Sirle. Na ramionach miał 

bitewne blizny.

Sybel zadrżała.

- Nie pozwolę, żeby Tam został ranny w bitwie - szepnęła. Odwróciła się i spojrzała 

prosto w żywe, przenikliwe oczy Maelgi.

- Mógłby być cenną figurą w ich rozgrywkach. Jeśli bardzo im na nim zależy, nie 

zrezygnują tak łatwo.

-   Wtedy   będą   mieli   ze   mną   do   czynienia.   Poprowadzę   własną   grę   na   własnych 

zasadach. Może minąć wiele lat, nim władca Sirle znów zobaczy swego syna.

- Stary władca już nie  żyje.  Najstarszy  brat Corena, Rok, jest teraz  władcą Sirle, 

władcą bogatej ziemi, obronnych twierdz i armii, która od stuleci zagraża królom Eldwoldu. 

Moje dziecko - dodała Maelga zdziwiona - nigdy przedtem nie płakałaś.

- Och, jestem zła. - Sybel niecierpliwie otarła dłonią oczy. Potem spojrzała na lśniące 

od łez palce. - To dziwne... Ojciec mówił, że jeszcze przed moim urodzeniem matka płakała, 

wyglądając przez okno, ale nie wiedziałam, o co mu chodzi. Dlaczego nie mogę po prosto 

rzucić Corena Gyldowi i zakończyć tej sprawy? Ale znam jego imię, dźwięk jego głosu, 

porządek jego słów. Jest głupcem, ale żyje,  ma oczy do patrzenia i do płakania, ręce do 

noszenia dziecka i zabijania, serce do miłości i nienawiści, umysł, którego używa na swój 

sposób. W swoim świecie z pewnością jest podziwiany.

background image

- Dziecko - szepnęła Maelga. - Wszyscy jesteśmy z jednego świata.

Sybel umilkła.

Przed   snem   zajrzała   jeszcze   do   Corena.   Tam   już   spał;   wokół   siebie   czuła   w 

ciemnościach   nocy  niejasne  sny   zwierząt,  barwne  i   niezwykłe   jak  odpryski  dawnych  za-

pomnianych opowieści. Podparty białymi kolumnami hol milczał pod jej cichymi krokami. 

Ogień przysnął, skulony pośród zwęglonych pulsujących głowni. Cicho otworzyła drzwi i 

usłyszała, że Coren bredzi w gorączce.

Odwrócił głowę, by spojrzeć na nią w świetle zgarbionej świecy obok łóżka. Oczy 

migotały mu jak oczy Tera.

- Lodowa Pani - szepnął. - On był tak piękny z ametystami i złotem w szponach, ale 

mówią, że nigdy, nigdy nie wolno spoglądać w twarz pięknu. Ty też jesteś piękna, biała jak 

kość słoniowa i diament, jak ogień, z oczami czarnymi jak serce Drede'a... bardziej... Czar-

nymi jak czarne drzewa lasu Mirkon, gdzie królewski syn Arn zaginął na trzy dni i trzy noce i 

powrócił z białymi włosami... Czarne...

- Arn - powtórzyła cicho Sybel. - Skąd znasz tę historię? Jest zapisana tylko w jednym 

miejscu, a ja mam klucz do tej księgi.

- Znam. - Zamrugał, jakby falowała przed nim niby płomień. Wyciągnął do niej rękę i 

zaraz opuścił, sycząc z bólu. - Jestem ranny - stwierdził zdziwiony. Po czym krzyknął: - Rok! 

Ceneth!

- Cicho. Obudzisz Tama.

- Rok!

Poruszył się niespokojnie, odwrócił od niej głowę i usłyszała, jak gwałtownie wciąga 

powietrze. Potem umilkł. Pochyliła się nad nim, odgarnęła mu włosy z twarzy. Zmoczyła 

winem ręcznik i ocierała mu wilgotne czoło raz za razem, dopóki nie rozluźnił zaciśniętych 

pięści. Po oddechu poznała, że zasnął.

Rankiem spała do późna; nadal zmęczona wstała, by zajrzeć do zwierząt. Szła przez 

rozległe podwórze otoczone murami, w stronę niewielkiego jeziorka, które Myk zbudował dla 

Czarnego   Łabędzia.   Dumny   ptak   pływał   po   nim   bezgłośnie   pod   błękitnoszarym   niebem. 

Dzikie gęsi i kaczki, uciekające przez góry przed zimą, lądowały tutaj, aby się pożywić. 

Wielki łabędź podpłynął do niej, gdy stanęła na brzegu. Jego oczy były niczym płynne złoto, 

a myśli poszybowały ku niej jak dźwięk fletu.

Sybel, jesteś ostatnio piękna jak lód rozświetlony księżycowym blaskiem.

Drwiący uśmiech zamigotał w jej oczach.

Lód. Dziękuję. Niczego ci nie brak?

background image

Niczego. Ale są wśród nas inni, którzy nie wydają się tak zadowoleni.

Wiem. Odwiedzę Gylda.

Kto   zajmie   się   książątkiem   z   Sirle?   Słyszałem,   że   przyszedł,   by   odebrać   to,   co 

ofiarował.

Niczego mi nie odbierze. Niczego.

Tak? - Wielki łabędź pływał przez chwilę w milczeniu. Kiedy księciu Elonu, jeszcze 

dziecku, zagrażali wrogowie jego ojca, przeniosłem go przez noc i blask księżyca tam, gdzie 

żaden człowiek nie potrafił go znaleźć.

Będę o tym pamiętać. Dziękuję.

Usłyszała   wokół   szelest   liści   i   zobaczyła   sokoła   Tera.   Wielkie   szpony   ptaka 

błyszczały w bladym świetle.

Wyczuwam coś znajomego, powiedział, a jego czyste, niebieskie jak lód oczy raz 

jeszcze przypomniały jej Corena. Czy każesz mi zrzucić go z urwiska?

Nie. Odniósł już dość ran. Wydaje mi się, że przyszedł po... - urwała, patrząc w bystre 

oczy. Jej umysł opróżnił się prędko, jak woda spływająca miedzy kamienie.

Ter nastroszył pióra na wietrze.

Wędrowałem na ręku tego chłopca, słuchałem jego tajemnic, tego, co mówił nocą, co 

zdradzał mi, gdyż nie mogłem odpowiedzieć. Wiele łat spędziłem w pałacach łudzi i potrafię 

zgadnąć, po co przybyło książątko z Sirle.

Nie rób mu krzywdy, zakazała Sybel. Dopóki cię nie poproszę. On myśli... myśli, że 

nasłałam na niego Gylda.

Jakie ma znaczenie, co taki człowiek myśli czy nie myśli? - zdziwił się Ter.

Sybel milczała, we własnych myślach szukając odpowiedzi.

Ma znaczenie, stwierdziła w końcu. Ale nie wiem dlaczego.

Sokół ucichł na długi czas. Czekała w bezruchu, a wiatr targał skrajem jej czarnej 

sukni. I wtedy poczuła szarpniecie w umyśle, nagły oszałamiający wzlot uciekających myśli 

Tera, jak szybki lot sokoła ku dalekiemu niebu. Ale zachowała czysty umysł, otoczyła nim 

uciekające myśli Tera niby krąg, który otacza ziemię i powietrze, zawsze tuż poza zasięgiem 

ptaka. I wreszcie jego lot załamał się, zwolnił i zawirował w dół ku tlącemu się ognistemu 

porywowi gniewu i mocy, który narastał w Sybel, aż jej ścięgna napięły się niczym struny 

harfy, a serce stanęło w ogniu od gorącej krwi Tera. A jednak wciąż w samym jądrze umysłu 

trwał chłodny nieskończony pierścień spokoju, kryjący jej własne imię, którego Ter nie mógł 

dosięgnąć. Poddał się wreszcie, jego myśli cofnęły się niby fala, a ona odetchnęła powoli. 

Rozciągnęła wargi w lekkim tryumfującym uśmieszku.

background image

Po co w ogóle próbujesz? - spytała.

Dla dobra chłopca. Gdybyś się załamała, ja bym zabił.

Przecież ty mnie powstrzymałeś przed zrzuceniem go ze szczytu góry.

Teraz tego żałuję.

Nie pozwolę mu odejść stąd z Tamem.

Ja też nie, zapewnił Ter.

Gdy Sybel wracała do domu, wielka, czarna, zielonooka kocica Moriah zeskoczyła z 

drzewa jak cień. Przez chwilę szła u jej boku, a Sybel gładziła palcami aksamitną sierść.

Jest takie zaklęcie, powiedziała wreszcie kocica słodkim, jedwabistym głosem. Moja 

dawna   pani   je   znała.   Zaklęcie   rozpuszcza   człowieka   tak   dokładnie,   że   pozostają   tylko 

pierścienie, które miał na rękach.

Maeldze by się to nie spodobało, odparła Sybel. Niczego ci nie brak?

Maelga też robiła wiele rzeczy.

Ale   nigdy  nie   rozpuściła   człowieka.   Sybel   zatrzymała   się   nagle,   zniecierpliwiona. 

Zresztą, po co w ogóle o tym myśleć? Ja też tego nie zrobię. Mój ojciec i dziadek nie lubili 

ludzi, ale nigdy ich nie zabijali. Nie potrafiłabym zabić człowieka.

Ja mogę.

Wystarczy go nastraszyć.

Cyrin   czekał   na   nią   przed   drzwiami;   jego   czerwone,   szczere   oczka   migotały   w 

jesiennym słońcu.

Jak myślisz, co powinnam zrobić z tym człowiekiem? - zapytała.

Odyniec sapał przez chwilę pod srebrzystą szczeciną.

Sieć słów jest silniejsza niż sieć ze sznura, powiedział w końcu.

A więc?

A wiec ten człowiek rozmawia teraz z Tamem, a język ma niczym słodkousty harfiarz.

Serce Sybel zatrzepotało nagle jak skrzydła którejś z gołębic Maelgi. Weszła do domu 

i pobiegła do pokoju Ogarną. Otworzyła drzwi. Tam odwrócił się i spojrzał na nią, dziwnie 

zarumieniony. Oczy miał zamglone, jakby zmagał się w myślach z czymś niezrozumiałym.

- On mówi... - urwał i przełknął ślinę. - On mówi, że jestem synem króla Eldwoldu.

Sybel stała nieruchomo przy drzwiach. Gorący rozbłysk żalu wezbrał w niej, pękł i 

odpłynął.

- Tam, zostaw go na chwilę - powiedziała cicho. - Musi odpocząć.

Chłopiec wstał, nie odrywając od niej wzroku.

- Powiedział... Czy to prawda, Sybel? Powiedział... Nigdy mi tego nie mówiłaś.

background image

Wyciągnęła rękę i pogładziła jego smagłą twarz.

- Porozmawiam z tobą za chwilę. Teraz nie mogę. Proszę.

Wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi. Usiadła na fotelu obok łóżka i ukryła twarz 

w dłoniach. Po chwili spomiędzy palców dobiegł jej szept:

- Powiedziałeś, że mam go kochać. Więc kochałam jak nikogo w moim świecie. Teraz 

chcesz mi go odebrać, użyć w swoich wojennych grach. Powiedz mi więc, które z nas ma 

serce z lodu?

Coren nie odpowiadał. Potem wymruczał coś i gorącą ręką dotknął jej dłoni.

- Proszę, spróbuj zrozumieć. Płaczesz?

- Nie płaczę!

Cofnął rękę, a Sybel spojrzała na niego, gdy leżał tak w ciepłym porannym słońcu, z 

oczami wciąż błyszczącymi od gorączki i z obnażonymi plecami.

- I co takiego powinnam zrozumieć? Że jeśli dałeś mi Tama, abym go wychowała i 

kochała, to teraz wydaje ci się, że możesz przybyć, kiedy zechcesz, i mi go odebrać? Nie 

należy do ciebie, nie masz do niego prawa, ponieważ nie jest synem Norrela, tylko Drede'a. 

Maelga zdradziła mi to dwanaście lat temu. Kocham go i nie oddam ani tobie, ani Drede'owi. 

Nie będzie pionkiem w waszej grze o władzę. Kiedy stąd odejdziesz, powiedz to swojemu 

bratu, Rokowi. I nie pozwól, aby przysłał cię znowu. Oprócz mnie są tu inni, którzy ciebie nie 

lubią, i następnym razem nie potraktują łagodnie.

Coren, bezwładny w łożu Ogarną, przez chwilę rozważał jej słowa.

- Jak tylko mnie zobaczyłaś, wiedziałaś, po co przybyłem - rzekł w końcu. - A jednak 

opatrzyłaś mi plecy i ścięłaś włosy, więc już za późno, żebym się ciebie bał. Jeśli odejdę stąd 

bez  tego,  po co  przyjechałem,   Rok wyśle   mnie  z  powrotem.  Wierzy  we mnie.  -  Umilkł 

znowu, a potem uśmiechnął się do niej. - Przysłał mnie tu nie tylko po Tama. Ciebie, Sybel, 

także mam przywieźć do Sirle.

Spojrzała na niego zdumiona.

- Oszalałeś.

Ostrożnie pokręcił głową.

- Nie. Jestem najmądrzejszy z moich braci. Było nas siedmiu, pozostało już sześciu.

- Sześciu...

- Tak, a wszystko, co ma Drede, to jeden syn, którego nigdy nie widział. Dziwisz się, 

że może się nas obawiać?

- Nie. Sześciu szaleńców w Sirle, a najmądrzejszy z nich to ty; nawet mnie to trochę 

przeraża. Tamtej nocy, gdy przywiozłeś Tama, myślałam, że jesteś mądry, bo wiedziałeś o 

background image

niezwykłych rzeczach. Ale w tej sprawie jesteś głupcem.

- Wiem. - Coren mówił cicho, lecz coś zmieniło się w jego twarzy. Odwrócił od niej 

wzrok, przywołując wspomnienia. - Widzisz, kochałem Norrela. Wiesz co nieco o miłości. A 

Drede go zabił. Tak, w tej sprawie jestem głupcem. Wiem co nieco o nienawiści.

Sybel nabrała tchu.

- Przykro mi, ale nie interesuje mnie twoja nienawiść. Do Tama nie masz żadnych 

praw i nie możesz go zabrać.

- Rok przysłał mnie, abym kupił twoje umiejętności.

- Nie mają ceny, którą mógłbyś zapłacić.

- Czego byś chciała, na całym świecie?

- Niczego.

- Nie... - Spojrzał na nią. - Powiedz mi. Kiedy patrzysz w głąb swego serca, sama, 

czego pragniesz? Powiedziałem ci już, czego ja pragnę.

- Śmierci Drede'a?

- Czegoś więcej: jego władzy, nadziei, a potem życia. Sama widzisz, jakim jestem 

głupcem. A ty czego pragniesz?

Milczała przez chwilę.

- Szczęścia Tama - odparła w końcu. - I Liralena. Coren rozciągnął usta w uśmiechu.

-   Liralen.   Cudowny,   białoskrzydły   ptak,   którego   książę   Neth   schwytał   tuż   przed 

śmiercią. Widziałem to w swoich snach, bo miewałem sny o wszystkich twoich zwierzętach. 

Ale nigdy nie śniłem o tobie. Nie wiedziałem o tobie. Czy możesz schwytać tego ptaka, Sy-

bel? Tak niewielu to się udało.

- A możesz mi go dać?

-   Nie.   Mogę   dać   ci   coś   innego;   miejsce   u   władzy   w   krainie,   gdzie   władza   jest 

bezgraniczna, a zaszczyty niezrównane. Czy to wszystko, czego pragniesz? Żyć tutaj, na tej 

górze, odzywać się tylko do zwierząt, które żyją snami o swej przeszłości, i do Tama, który 

ma przyszłość, jakiej ty mieć nie możesz? Jesteś związana regułami swego ojca, żyjesz jego 

życiem.   Pozostaniesz   tu,   zestarzejesz   się   i   umrzesz,   żyjąc   dla   innych,   którzy   cię   nie 

potrzebują.   Pewnego   dnia   Tam   nie   będzie   cię   potrzebował.   Co   w   latach,   jakie   nadejdą, 

pozostanie ci z życia, prócz ciszy, która nie ma znaczenia, starożytnych imion, których nie 

wymawia się już poza tymi murami? Z kim będziesz się śmiała, kiedy Tam dorośnie? Kogo 

będziesz kochać? Liralena? To tylko sen. Pomyśl o świecie, który rozpościera się poza tą 

górą.

Nie   odpowiadała.   Kiedy   nie   poruszyła   się,   wyciągnął   rękę   i   odsunął   pasma   jej 

background image

włosów, by zobaczyć nieruchomą jasną twarz.

- Sybel - szepnął.

Podniosła   się   nagle.   Wybiegła   do   ogrodu,   szła   w   zamyśleniu   jak   ślepa   pod 

czerwonolistnymi drzewami i ciemnymi sosnami. Po chwili Tam dogonił ją bezszelestnie jak 

leśne zwierzę i objął. Drgnęła.

- Czy to prawda? - szepnął. Kiwnęła głową.

- Tak.

- Nie chcę stąd odchodzić.

- Więc nie odejdziesz. - Pogładziła go po jasnych  włosach, które odziedziczył  po 

rodzinie matki, a potem westchnęła lekko. - Nie pamiętam, żebym kiedyś tak cierpiała. I 

zapomniałam porozmawiać z Gyldem.

- Sybel...

- Słucham.

Nie mógł znaleźć właściwych słów.

- Powiedział... powiedział, że uczyni mnie królem Eldwoldu.

- Chce cię wykorzystać, chce zyskać władzę dla siebie i swojej rodziny.

- Powiedział, że ludzie mnie szukają, by sprzedać... sprzedać mojemu ojcu... że muszę 

być ostrożny. Powiedział, że Sirle może mnie ochronić.

- Zastanawiam się jak. Przegrali z Drede'em na równinie Terbrec.

-   Myślę...   Powiedział,   że   jest   tam   miejsce   dla   nas   obojga,   ważne   miejsce   w   tym 

świecie w dole... jeśli tylko zechcemy. Nie wiem, czy chcę zostać królem. Nie wiem, kim jest 

król, ale powiedział, że będę miał piękne konie, białe sokoły i... Sybel, sam nie wiem, co mam 

robić! Będę chyba wtedy kimś innym niż Tam, który pasie owce i wspina się po skałach z 

Nylem.   -   Spojrzał   na   nią   błagalnie;   jego   ciemne   oczy   błyszczały.   Gdy   nie   odpowiadała, 

chwycił ją za ramiona i potrząsnął lekko, z rozpaczą. - Sybel...

Na chwilę zasłoniła oczy.

- To jest jak sen. Tam, odeślę go wkrótce, zapomnimy o nim i rzeczywiście będzie to 

snem.

- Odeślij go jak najszybciej.

- Tak zrobię.

Puścił   ją,   już   uspokojony.   Nagle   spojrzała   na   niego,   jakby   zobaczyła   go   po   raz 

pierwszy: wysoką postać, obietnicę szerokich ramion, grę mięśni twardych od wspinaczki. 

Stał przed nią w napięciu.

- Wkrótce - szepnęła.

background image

Skinął głową, a potem szedł obok, bosymi nogami kopał szyszki, zatrzymywał się, by 

spojrzeć tam, gdzie coś ukrytego w poszyciu uciekło prędko.

- Co zrobisz ze złotem Gylda? - zapytał. - Przyniósł już wszystko?

- Wątpię. Będę musiała pozwolić mu na latanie nocą.

- Ja to przyniosę... Nyl i ja... Uśmiechnęła się nagle.

- Och, Tam, jesteś taki niewinny.

- Nyl nie zabierze tego złota!

- Nie, ale też o nim nie zapomni. Złoto jest straszne i potężne. To stwórca królów.

Odwrócił się szybko.

- Nawet nie chcę myśleć o tym słowie. - Przystanął, by zajrzeć w dziuplę drzewa. - W 

zeszłym roku było tu gniazdo z niebieskimi jajami... Sybel, chciałbym być twoim synem. 

Wtedy mógłbym rozmawiać z Terem, Cyrinem i Gulesem, i nikt... nikt nie mógłby mnie stąd 

zabrać.

- Nikt cię nie zabierze. Sokół Ter i tak by Corenowi nie pozwolił.

- Co może zrobić? Zabije Corena? Zabił dla Aera. Powstrzymasz go przed tym? - 

zapytał nagle, a ona nie odpowiedziała. - Sybel...

- Tak!

- Wiesz, chciałbym, żebyś go powstrzymała - rzekł cicho. - Ale wolałbym, żeby nie 

przyjeżdżał. Jest... Chciałbym, żeby nie przyjeżdżał!

Odbiegł   od   niej,   szybki   i   cichy   jak   kot   pośród   lasu.   Patrzyła,   jak   znika   między 

drzewami,   a   jesienne   wiatry   pognały   nagle   jego   śladem.   Usiadła   na   powalonym   pniu   i 

spuściła głowę. Potężna, delikatna i ciepła sylwetka osłoniła ją od wiatru. Podniosła głowę i 

spojrzała w spokojne złociste oczy lwa Gulesa.

Co się stało, Biała Pani?

Uklękła, objęła lwa ramionami i ukryła twarz w jego grzywie.

Chciałabym mieć skrzydła, żeby odlecieć stąd, odlecieć i nigdy nie wrócić!

Co cię niepokoi, potężne dziecię Ogama? Cóż może cię niepokoić? Co takiego mógł 

powiedzieć ktoś tak nieważny jak Coren z Sirle, że tak cię to dotknęło?

Przez   chwilę   nie   odpowiadała.   Wreszcie   szepnęła,   zaciskając   palce   na   złocistym, 

splątanym futrze:

Zabrał moje serce i zaproponował mi je z powrotem. A ja myślałam, że jest niegroźny.

Długo   siedziała   wśród   drzew,   kiedy   lew   Gules   już   odszedł.   Niebo   pociemniało, 

zeschłe liście wirowały wokół niej w nieskończonych kręgach. Wiatr był zimny jak metal 

okutych ksiąg. Dmuchał znad śnieżnego szczytu Eldu, poprzez wilgotne, chłodne mgły, by 

background image

jęczeć   pośród   wielkich   drzew   w   jej   ogrodzie.   Wspominała   Tama   biegnącego   z   nagimi 

ramionami i boso po słodkiej, letniej trawie, Tama krzyczącego na wielkie jastrzębie, gdy 

głos górskich dzieci odpowiadał mu jak echo. A potem jej myśli odpłynęły ku milczącym 

komnatom w wieżach magów, skąd wykradała księgi. Słuchała, jak magowie kłócą się ze 

sobą, patrzyła, jak pracują, a potem uśmiechała się i odchodziła w ciszy, unosząc starożytne 

cenne tomy, zanim zdali sobie sprawę, że ktoś się zjawił.

- Czego chcesz? - szepnęła do siebie bezradnie, ale kiedy przemówiła, wiedziała, że 

spośród cieni drzew obserwuje ją coś bez imienia.

Wstała powoli. Wiatr sunął obok niej, szybki i pusty. Czekała w milczeniu, z umysłem 

jak nieruchome jezioro - szukała zmarszczki innego umysłu. Wreszcie, nie szepnąwszy nawet 

o swoim odejściu, to coś Zniknęło. Odwróciła się wolno i poszła do domu.

Coren zwrócił ku niej głowę. Dostrzegła ciemne linie bólu pod oczami i suche wargi. 

Usiadła obok i pogładziła go po twarzy.

- Nie możesz umrzeć w moim domu - szepnęła. - Nie chcę, by twój głos prześladował 

mnie nocą.

- Sybel...

-   Powiedziałeś   już   wszystko,   teraz   słuchaj.   Mogę   w   tym   domu   zestarzeć   się   i 

pomarszczyć jak księżyc, ale nie zapłacę za swoją wolność szczęściem Tama. Widziałam, jak 

krzycząc radośnie, biegnie po łąkach z sokołem Terem na dłoni. Widziałam, jak nocą śni o ni-

czym, obejmując ramionami Moriah i Gulesa. Nie pojadę z tobą do Sirle, by zobaczyć go 

skrzywdzonego,   wykorzystanego   przez  ludzi,  zdumionego  pustą   obietnicą  władzy;  będzie 

narażony na nienawiść, kłamstwa i wojny, których nie zrozumie. Możesz zrobić z niego króla, 

ale czy będziesz go kochał? Zajrzałeś w moje serce tymi dziwnymi, wszystko widzącymi 

oczami, i znalazłeś tam kilka prawd. Jestem dumna i ambitna, chcę używać swojej władzy, 

lecz prócz siebie mam jeszcze kogoś, o kim muszę myśleć. To twoje dzieło. I twoja klęska. 

Dlatego odejdziesz stąd i już nie wrócisz.

Spojrzał na nią, lecz nie potrafiła odczytać wyrazu jego twarzy.

-   Drede   przyjdzie   po   swego   syna   -   rzekł.   -   Na   dworze   jest   stara   dama,   wysoko 

urodzona, która przysięgła, że Rianna i Norrel nigdy nie byli sami, nigdy dłużej niż chwilę. 

Próbowała im pomóc, gdyż stale spiskowali, by choć jeden dzień mieć dla siebie, choć pół 

nocy, ale zawsze ktoś im przeszkodził. Zabraliśmy to dziecko zaraz po narodzinach, bojąc się 

o jego życie, a ta kobieta myślała, że możemy je zabić, jeśli dowiemy się prawdy, że to syn 

Drede'a.   Druga   żona   króla   zmarła   bezdzietna,   on   sam   się   starzeje.   Rozpaczliwie   pragnął 

dziedzica, a ta kobieta dowiedziała się jakoś, że dziecko żyje i nie ma go w Sirle. Więc 

background image

powiedziała Drede'owi prawdę i teraz zyskał kruchą nadzieję. Wie, że dawno temu ktoś z 

rodziny Rianny poślubił maga żyjącego wysoko na górze Eld, gdzie trafia niewielu ludzi. Co 

zrobisz, kiedy król przybędzie po swego syna? Poruszyła się niespokojnie.

- To nie twoja sprawa.

- Drede jest człowiekiem twardym, zgorzkniałym. Już dawno zapomniał, co to jest 

miłość. W Mondorze ma dla Tama zimne komnaty i dom pełen podejrzliwych, zastraszonych 

ludzi.

- Są sposoby, żeby nie dopuścić Drede'a do mojego domu.

- A w jaki sposób nie dopuścisz do serca Tama myśli o ojcu? Tak czy inaczej, Sybel, 

świat sięgnie po tego chłopca.

Nabrała tchu i wolno wypuściła powietrze.

- Po co przyjechałeś z taką wieścią? Kazałeś mi kochać Tama. Kochałam go. A teraz 

każesz mi przestać go kochać. Ale nie przestanę ani dla Roka, ani dla Drede'a, ani dla twojej 

nienawiści. Pielęgnuj ją sobie gdzie indziej, nie w moim domu, w łożu Ogama.

Coren, zniechęcony, machnął ręką.

- Strzeż go więc uważnie, bo nie jestem jedynym, który go szuka. Mówiłem Rokowi, 

że nie przyjedziesz, lecz i tak mnie wysłał. Starałem się ze wszystkich sił. - Spojrzał jej w 

oczy. - Przykro mi, że odmawiasz.

- Nie wątpię.

- Przykro mi też, że zraniłem cię tym, co powiedziałem. Wybaczysz mi?

- Nie. - Och.

Odwrócił się, przesuwając rękami bez celu. Wtedy powiedziała łagodniej:

- Spróbuj zasnąć. Chcę jak najszybciej odesłać cię braciom.

Pochyliła   się,   aby   sprawdzić   opatrunki   na   plecach.   Jego   zamglone   bólem   oczy 

błyszczały jasno. Pogładził ją po twarzy.

- Biały płomień... Żaden z siedmiu rodu Sirle nie widział nigdy kogoś takiego jak ty. 

Nawet Norrel, kiedy pierwszy raz zobaczył  królową Eldwoldu, gdy szła ku niemu wśród 

błyszczących drzew... Biała jak błysk w oczach księżycoskrzydłego Liralena...

Znieruchomiała.

- Corenie z Sirle, czy patrzyłeś w oczy Liralena, że znasz ich kolor?

- Mówiłem ci już, jestem mądry.

A potem zagryzł wargi. Cofnął dłoń i zacisnął mocno. Dała mu wina, zwilżyła twarz i 

opatrunki na plecach, aż w końcu zasnął, a zmarszczki na jego czole złagodniały.

background image

* * *

Wyjechał, kiedy pierwszy śnieg spadł z białego, gładkiego zimowego nieba. Sybel 

przywołała mu konia, który biegał dziko wśród skał, a Maelga podarowała ciepły płaszcz z 

owczej wełny. Zwierzęta zebrały się, by patrzeć, jak odjeżdża; pokłonił im się trochę sztywno 

i wskoczył na siodło.

- Żegnajcie. Sokole Terze, Władco Powietrza; Moriah, Pani Nocy; Cyrinie, Strażniku 

Mądrości,   który   okpił   trzech   mędrców   na   dworze   władcy   Dornu.   -   Przebiegł   smutnym 

wzrokiem po dziedzińcu. - Gdzie jest Tamlorn? Niewiele rozmawialiśmy, myślałem jednak, 

że jesteśmy przyjaciółmi.

- Musiałeś się pomylić - stwierdziła Sybel, a Coren odwrócił się do niej szybko.

- Czy on także, jak ty, lęka się swoich pragnień?

- To coś, czego się nigdy nie dowiesz.

Ujęła dłoń, którą podał, pochylając się w siodle. Przez chwilę ściskał jej rękę.

- Czy możesz przywołać człowieka?

- Jeśli zechcę - odparła zdziwiona. - Nigdy tego nie robiłam.

-   Więc   jeśli   kiedykolwiek   będziesz   miała   powody   do   lęku   przed   jakimkolwiek 

człowiekiem, który tu przybędzie, czy zechcesz mnie przywołać? Przyjadę. Wszystko rzucę i 

przybędę do ciebie. Zgadzasz się?

- Dlaczego? Przecież wiesz, że nic dla ciebie nie zrobię. Po co masz jechać aż z Sirle, 

żeby mi pomóc?

Przyglądał   się   jej   w   milczeniu,   potem   wzruszył   ramionami.   Śnieg   topniał   w   jego 

ognistych włosach.

- Nie wiem. Zrobisz to?

- Jeśli będę cię potrzebować, zawołam. Puścił jej rękę i uśmiechnął się.

- A ja przybędę.

- Ale pewnie nie będę cię potrzebować. W każdym razie, jeśli zechcę cię mieć, mogę 

cię przywołać, a ty przyjedziesz, czy zechcesz, czy nie.

Westchnął.

- Zechcę przyjechać - powtórzył cierpliwie. - To wielka różnica.

- Naprawdę? - Uśmiech błysnął w jej oczach. - Wracaj do domu, do swego świata, 

Corenie. Tam jest twoje miejsce. Potrafię sama o siebie zadbać.

- Być może. - Chwycił wodze i skierował wierzchowca w stronę drogi wijącej się ku 

Mondorowi. Spojrzał na nią raz jeszcze, a jego oczy miały kolor czystej górskiej wody. - 

Pewnego dnia przekonasz się, jak dobrze mieć kogoś, kto z własnego wyboru zechce przybyć, 

background image

kiedy zawołasz.

background image

3

Zima   zamknęła   ich   w   mocnym   uścisku.   Wielkie   śnieżne   zaspy   otaczały   dom. 

Łabędzie jezioro zamarzło i leżało teraz wśród śniegu niczym krystaliczna twarz księżyca. 

Sople lodu zwisały w oknach białego holu, zamarzniętymi  łzami opadały w dół u drzwi. 

Zwierzęta przychodziły do ciepłego domu i odchodziły swobodnie, znajdowały ciemne ciche 

miejsca wśród skał, by zasnąć. Gyld spał zwinięty na swoim złocie; czarna kocica Moriah 

przez długie godziny drzemała i śniła przy kominku. Sybel pracowała w cichym pokoju pod 

kopułą, czytała, poprzez ogniste czarne nieba nocne i dzienne, barwy księżyca, przywoływała 

Liralena. Posłała swe badawcze i delikatne wezwania poprzez cały Eldwold - na południe, ku 

pustyniom, na mokradła Fyrbolgu na wschodzie, do lasu Mirkon na północy i do milczących, 

niezbadanych krain jezior leżących poza żyznymi ziemiami władców Nicconu w północnym 

Eldwoldzie. Zawsze odpowiadała jej cisza, ale cierpliwie wołała znowu.

Tam jakby nie zauważył tej zimy. Całe dnie spędzał w małych kamiennych domkach 

ukrytych  pod występami albo obejmując  ramieniem Gulesa, leżał milczący, wpatrzony w 

zielone płomienie. Czasami polował z Terem na ręce. Pewnego ranka w środku zimy zajrzał 

do   pokoju   pod   kopułą   i   znalazł   na   podłodze   nieruchomą   Sybel,   śpiącą   po   długiej   nocy 

przywoływania. Przyklęknął obok i dotknął jej ramienia. Ocknęła się gwałtownie.

- Co się stało, Tam?

- Nic - powiedział smutno. - Nie widuję cię całymi dniami. Pomyślałem, że może się 

zastanawiasz, gdzie jestem.

Przetarła dłońmi oczy.

- Aha. No tak. Co robiłeś? Byłeś z Nylem?

- Tak. Pomagam mu karmić owce. Wczoraj naprawialiśmy płot, który zawalił się pod 

śniegiem, a potem zabrałem Tera do jaskini. Zimą w jaskiniach jest ciepło. A potem... Sybel... 

- Przyglądała mu się i czekała. Zmarszczył czoło i spuścił wzrok, pocierając dłońmi uda. - 

Powiedziałem... Nylowi o Corenie, powtórzyłem, co mówił... A Nyl powiedział... że gdyby 

on był królem, toby tutaj nie mieszkał, nie karmił owiec i nie biegał latem na bosaka. A 

potem... potem było mu trudno ze mną rozmawiać. Ale jutro znowu idziemy do jaskini.

Sybel westchnęła. Oparła czoło o kolana i milczała przez chwilę.

- Jestem zmęczona tym wszystkim. Tam, powiedziałeś komuś oprócz Nyla?

- Nie. Tylko Terowi.

- Więc niech Nyl ci obieca, że nikomu tego nie powtórzy. Ludzie mogą przyjść i 

zabrać cię, czy tego chcesz, czy nie. Ci, którzy nie chcą, żebyś został królem, zechcą ci 

background image

wyrządzić krzywdę. Powiedz to Nylowi, powiedz, żeby nie odpowiadał na żadne pytania 

żadnego człowieka, którego nie zna. Dobrze?

Przytaknął. I zaraz podniósł głowę.

- Czy mój ojciec po mnie przyjedzie? - zapytał cicho.

- Być może. Chcesz, żeby przyjechał?

- Myślę... Chciałbym go zobaczyć. Sybel...

- Słuchani.

- Czy to źle? - szepnął. - To źle?

Westchnęła znowu, z roztargnieniem zwijając w palcach długie włosy.

- Och, gdybyś był starszy... To nie jest źle, ale źle być wykorzystywanym przez ludzi, 

pozwolić, by decydowali, kim musisz być, a kim być ci nie wolno. Źle jest nie mieć w życiu 

wyboru. Gdybyś był starszy, sam mógłbyś wybrać swoją drogę. Ale jesteś tak młody i tak 

mało znasz ludzi... A ja wiem niewiele więcej. - Nabrała tchu. - Tam, czy chcesz tego?

- Nie chcę zostawiać ciebie i zwierząt. - Ucichł, oczy zaszły mu mgłą, jakby zajrzał w 

głąb siebie. - Nyl... wytrzeszczył oczy jak sowa, kiedy mu powiedziałem. Sam czułem się 

trochę dziwnie. Chciałbym zobaczyć ojca. - Spojrzał jej w oczy. - Mogłabyś go dla mnie 

przywołać.   Nie   wiedziałby,   kim   jestem,   tylko   bym   popatrzył.   Chciałbym   wiedzieć,   jak 

wygląda...

Czubkami palców lekko  dotknęła powiek. Czuła  na sobie skupiony, pełen  nadziei 

wzrok Tama.

- Jeśli go przywołam - powiedziała - może się okazać, że nie masz już wyboru, czy 

zostać, czy wyjechać.

- Nie będzie wiedział, że to ja! Będę udawał, że jestem bratem Nyla. Spójrz na mnie, 

Sybel! Skąd może wiedzieć, że jestem jego synem?

- A jeśli zobaczy w twojej twarzy twoją matkę? Tam, wystarczy, że raz spojrzy w 

twoje jasne, pełne nadziei oczy, a powiedzą mu więcej niż kolor twoich włosów czy rysy 

twarzy.

Wstała. Tam chwycił ją za rękę.

- Proszę, Sybel - szepnął. - Proszę.

Przywołała   więc   tego   ranka   króla   Eldwoldu;   wywołała   go   z   ciepłego   domu   o 

podłogach pokrytych futrem i ścianach błyszczących haftem dawnych opowieści. Trzy dni 

później nadjechał po twardym śniegu z dwójką ludzi - ciemne drobne figurki, jak brunatne 

pomarszczone liście na białej ziemi. Wiatr czekał zamarznięty wśród pokrytych lodem gałęzi, 

oddechy zawisały jeźdźcom przed twarzami jak biała mgła. Trzej konni jechali wolno krętą 

background image

ścieżką pod górę, od strony miasta. Sybel obserwowała z okna, jak pojawiają się i znikają 

między drzewami. Wyczuwała umysł króla, potężny i niespokojny jak myśli Tera, wypeł-

niony okruchami wspomnień, twarzy, wydarzeń, bitewnego zapału i miłości. W zakątku tego 

umysłu, niczym białą, chłodną, wieczną mgłę odnalazła czarny zimny kamień zazdrości i 

czarne   jądro  samotności  przepełnionej  strachem.  Kiedy  się  zbliżył,  wysłała   wezwanie  do 

Tera, który latał z Tamem, by sprowadził chłopca z powrotem.

Cyrin przyniósł wieść, że stanęli u bramy.

Widziałem  kiedyś  człowieka, który skoczył  w przepaść, żeby sprawdzić, jaka jest 

głęboka,   zauważył,   idąc   obok   Sybel   po   śniegu.   Jego   szeroki   grzbiet   porastała   gęsta 

srebrzystobiała szczecina zimowej sierści. Ale nie wątpię, że ty jesteś mądrzejsza.

Pokręciła głową.

Nie jestem mądra, jeśli chodzi o Tama.

Łatwo   przywołać   mężczyznę   do   swego   domu,   ale   nie   tak   łatwo   go   skłonić,   by 

wyjechał.

Wiem. Myślisz, że o tym nie myślałam? Ale Tam chce zobaczyć ojca.

Otworzyła bramę i wyszła na spotkanie trzech jeźdźców.

- Czy jesteś czarodziejką Sybel? - zapytał ją król Eldwoldu.

Spoglądał na nią z wysoka, z siodła, a dłonie w rękawicach oparł na szyi karego 

rumaka. Ubrany był skromnie i okryty czarnym płaszczem, podobnie jak dwaj ludzie, którzy 

mu towarzyszyli. Lecz Sybel widziała tylko jego; patrzyła w szare zmęczone oczy otoczone 

pajęczyną zmarszczek, na nieustępliwą linię ust, na grzywę siwych włosów.

- Tak, jestem Sybel.

Milczał przez chwilę, a ona nie potrafiła z oczu odczytać jego myśli. Zsiadł z konia i 

stał z wodzami w dłoni.

- Czy wiesz, kim jestem? - zapytał ściszonym głosem, zaciekawiony.

Uśmiechnęła się lekko.

- Czy mam powiedzieć głośno twoje imię? Nerwowo pokręcił głową.

- Nie. - A potem on także się uśmiechnął; zmarszczki pogłębiły się w kącikach oczu. - 

Jesteś   trochę   podobna   do...   do   mojej   pierwszej   żony.   Byłyście   krewnymi.   Wiesz   o   tym, 

oczywiście.

- Tak. Lecz niewiele więcej wiem o mojej rodzinie ani o nikim innym, kto żyje poza tą 

górą. Nie mam nic wspólnego ze sprawami ludzi.

- Trudno mi w to uwierzyć. Miałabyś wielką władzę, gdybyś wtrącała się w ludzkie 

sprawy, zwłaszcza w tych niespokojnych czasach. Żaden mężczyzna nie zaofiarował ci takiej 

background image

władzy?

- Ty chcesz mi ją ofiarować? Po to przyjechałeś na górę w środku zimy?

Przez chwilę przyglądał się jej w milczeniu.

- Czy ludzie z miasta nie przychodzą do ciebie po radę albo by kupić jakieś drobne 

zaklęcia,   przysługi,   żeby   uleczyć   dzieci   lub   może   krowy?   Skrócić   nieco   życie   bogatego 

krewnego? Uwieść znużonego męża?

- Trochę niżej, przy drodze, mieszka stara kobieta, Maelga. Ona robi dla nich takie 

rzeczy. Może jej szukasz?

- Nie. Przybyłem... pod wpływem impulsu. Chciałem ci zadać jedno pytanie. Słyszałaś 

może o chłopcu, który żyje na tej górze, a jednak nie jest dzieckiem nikogo z tej okolicy? 

Przypomnij sobie. Zapłacę wysoką cenę za prawdziwą wieść.

- Jak ma na imię? Ile ma lat?

- Dwanaście, trzynaście skończy na wiosnę. Imienia nie znam.

Usłyszał jakieś okrzyki zza drzew i obejrzał się. Tam i Nyl biegli po zboczu w ich 

stronę, roześmiani i niezgrabni w głębokim śniegu. Wysoki głos Tama dobiegał wyraźnie 

pośród ciszy.

- Nyl! Nyl, czekaj! Widziałem jeźdźców... Król znowu spojrzał na Sybel.

- Kto to jest?

- Górskie dzieci. Mieszkają tu od zawsze. Mówiła z roztargnieniem, patrząc, jak Ter 

nabiera   prędkości   i   szybką,   ciemną   linią   leci   przed   Tamem   prosto   do   niej.   Wylądował 

gwałtownie na ramieniu króla. Pochwyciła spojrzenie jego błękitnych oczu i powiedziała:

Nie.

Król stał spokojnie w uścisku szponów; tylko wargi drgały mu lekko.

- Jest twój?

- Tak. To dobry strażnik dla samotnej kobiety.

Rzuciła Terowi jedno słowo: Znikaj, a on po chwili przeleciał na mur za jej plecami. 

Król odetchnął bezgłośnie.

- Nie widziałem jeszcze tak wielkiego ptaka. Dziwne, że się go nie boisz.

- Z pewnością znasz się na władzy.

- Tak, ale... - Urwał nagle, a drobny, niepewny uśmieszek błysnął w jego oczach 

niczym   strumień   płynący   pod   warstewką   lodu.   -   Zawsze   trochę   się   obawiam   tych,   nad 

którymi mam władzę.

Nyl i Tam zwolnili i podeszli, nerwowo zerkając na twarze królewskich strażników.

- Sybel - powiedział Tam, a Drede odwrócił się nagle. - Maelga cię potrzebuje.

background image

Odruchowo   wyciągnął   rękę,   by   uspokoić   królewskiego   rumaka,   a   w   szeroko 

otwartych oczach błysnęło pytanie.

- Ten człowiek przyjechał z Mondoru - powiedziała łagodnie Sybel. - Szuka kogoś, 

kogo utracił.

Nyl stanął obok Tama. Jego oddech pulsował bielą w zimnym powietrzu.

- Czy znacie chłopca w waszym wieku, który mieszka na tej górze, ale nie urodził się 

tutaj? - zapytał król, a gdy Nyl pokręcił głową, zwrócił się do Tama: - A ty? Będzie nagroda.

Tam przełknął ślinę. Przesuwał dłonią w górę i w dół po aksamitnej szyi konia.

- Nie - powiedział w końcu. Opanował się trochę i dodał już pewniejszym głosem: - 

Nie.

Król lekko zmarszczył szare brwi.

- Jakie macie imiona?

- Jestem Nyl, a to mój brat, Tam.

- Twój brat? Nie jesteście podobni. - Dotknął kosmyka czarnych włosów Nyla, które 

uwolnione spod czapki opadły na jego szczupłą, piegowatą twarz.

- Nigdy nie byliśmy podobni - stwierdził Tam, a potem znieruchomiał, kiedy król 

sięgnął dłonią i zsunął kaptur jego płaszcza, odsłaniając jasne włosy.

Sokół Ter krzyknął za nimi. Król ujął Tama pod brodę, a chłopcu zadrżały usta, lecz 

zaraz rozciągnął je w uśmiechu, który błysnął mu w oczach. Król przymknął powieki, puścił 

Tama i zwrócił się do Sybel:

-   Muszę   porozmawiać   z   ich   matką.   Czy   mówiła   coś   o   swoich   synach?   Coś 

niezwykłego?

- Nie - zapewniła. - Nic. To zwykłe dzieciaki. Przez chwilę król patrzył jej prosto w 

oczy.

- Zastanawiam się, co naprawdę wiesz ty, która mnie poznałaś. Myślę, że odwiedzę 

cię ponownie. - Odwrócił się i położył Tamowi dłoń na ramieniu. - Weź wodze mego konia i 

prowadź do waszego domu.

- Mamy nie ma w domu - oznajmił nagle Nyl. - Poszła pomóc Martę, która rodzi 

dziecko. Mam ją sprowadzić?

- Tak. Idź - odparł Drede.

Nyl   zniknął   między   drzewami.   Tam   pociągnął   konia,   mrucząc   coś   do  niego.   Raz 

jeszcze odwrócił się ku Sybel, a ona odeszła przez ogród do milczącego domu, do pokoju pod 

kopułą. Usiadła, z rękami na kolanach, patrzyła przed siebie, nie widząc niczego.

Tam wrócił po długim czasie. Podszedł w milczeniu  i wsunął się pod zasłonę jej 

background image

długich włosów, jakby znów był małym dzieckiem. Milczał przez chwilę, a potem odezwał 

się cicho:

- Nyl pobiegł przodem i powiedział matce, jak okłamaliśmy króla. Nie był... nie był 

mnie pewien. Sybel...

Czuła, że drży.

- Co się stało, Tam?

- On... trochę rozmawialiśmy. On...

Nagle położył jej głowę na kolanach. Głaskała go delikatnie, a on płakał, gniotąc 

palcami jej suknię. Uspokoił się wreszcie. Wzięła jego twarz w dłonie.

- Tam, to nie takie straszne, że chłopiec chce mieć ojca.

- Ale ciebie też kocham! Nie chcę cię zostawiać, ale chciałem... chciałem powiedzieć, 

że   jestem   jego   synem,   i   patrzeć   mu   w   oczy,   zobaczyć,   czy   jest   ze   mnie   dumny. 

Rozmawialiśmy o Terze. Powiedział, że jestem dzielny, bo nie boję się z nim polować. - 

Patrzył na nią smutny i zrozpaczony. - Nie wiem, co robić. Chcę zostać i chcę pojechać. 

Sybel, jeśli odjadę, pojedziesz ze mną?

- Ależ Tam, co zrobię ze zwierzętami?

- Musisz jechać! Weźmiesz zwierzęta... Sybel, on będzie chciał, żebyś przyjechała... 

Coren też chciał... Mogłabyś dużo dla niego zrobić...

- Przeciwko władcom Sirle? - spytała trochę ostrzej i Tam umilkł. - Do tego by mnie 

wykorzystał.

- Nie obchodzi mnie, do czego chce cię wykorzystać - szepnął Tam. - Chcę, byś 

pojechała.

Pokręciła głową, a oczy jej pociemniały.

- Nie. Zrobię dla ciebie wszystko prócz tego. Ty masz swoje życie, a ja swoje. Przykro 

mi, ale musisz wybierać między nami. Gdybyś mnie potrzebował, zawsze znajdziesz mnie tu, 

na tej górze... Nie, nie płacz, Tam. - Uśmiechnęła się, choć sama miała wilgotne oczy. Pal-

cami otarła łzy z jego twarzy. - Kiedyś byłeś mały i pasowałeś do moich ramion... - szepnęła - 

nie wiedziałam wtedy, że urośniesz i tak mnie zranisz.

- Sybel, jedź ze mną... proszę...

- Tam... - szepnęła bezradnie, a on nagle pobiegł przez pusty dom na dziedziniec. 

Usłyszała, jak wśród padającego w ciszy śniegu woła Tera.

Wstała   powoli,   jak   ślepa   podeszła   do   ognia   i   wyciągnęła   ręce.   Kocica   Moriah 

obserwowała ją w milczeniu, bez mrugnięcia szmaragdowych oczu. Potem Sybel zarzuciła 

płaszcz na ramiona i zeszła ścieżką w dół stoku, do chaty Maelgi.

background image

Siedziała bez słowa na owczej skórze przy palenisku, z głową opartą o kamienie, i 

wpatrywała się w ogień pod kociołkiem. Maelga poruszała się szybko, kręciła się po domu, a 

bury kot kręcił się jej wokół nóg. Po chwili stara kobieta uklęknęła obok Sybel, objęła ją.

- Co się stało, moje dziecko? - szepnęła. - Co leży zamarznięte w twoich oczach, tak 

że nie możesz nawet płakać?

Gładziła   ją   po   jasnych,   lśniących   włosach,   aż   Sybel   wyszeptała   suchym,   cichym, 

dalekim głosem:

- Tam odchodzi. Masz na to jakieś zaklęcie?

- Och, Biała Pani, w całym świecie nie ma na to zaklęcia.

Przez następne dni Tam mówił niewiele. Sybel widywała go rzadko. Przychodził jeść i 

spać, a potem znikał w milczeniu, by przemierzać zimowy świat: ciemnooki, z Terem na 

dłoni   albo   Nylem   u   boku.   Pracowała   trochę,   przez   długie   godziny   siedziała   z 

niedokończonym haftem na kolanach lub krążyła niespokojnie przed kominkiem. Zwierzęta 

milczały wokół niej, poruszały się cicho i dyskretnie, w ciszy obserwowały dom i dziedziniec. 

Wreszcie któregoś szarego poranka weszła do pokoju pod kopułą i spojrzała na biały zimny 

świat, na nieskończone, bezszelestne płatki śniegu. I znowu posłała wołanie do Mondoru, aby 

zaniepokoić serce króla Eldwoldu.

Przybył tego samego dnia, sam pośród zimy. Spotkała go przy bramie; lew Gules i 

odyniec Cyrin stali za jej plecami. Król spojrzał na nią w milczeniu, lekko zaskoczony.

- Wezwałam cię - powiedziała. Zdumiał się.

- Wezwałaś mnie?

- Wołałam i przyszedłeś. Tak jak mój ojciec i dziad przywoływali do siebie pradawne 

bestie Eldwoldu.

Pokręcił głową.

- To niemożliwe - szepnął, a ona uśmiechnęła się; twarz miała bladą od chłodu.

- Przywołałam cię wcześniej, żeby Tam mógł cię zobaczyć i zdecydować.

Zmrużył szare oczy, jakby nagle usłyszał słowo, które znał już, ale niemal zapomniał. 

Sybel wolno mówiła dalej:

- Dwanaście lat temu, trzynaście będzie na wiosnę, Coren z Sirle przyniósł dziecko 

pod moją bramę i błagał w imieniu ciotki, której nigdy nie widziałam, żebym zaopiekowała 

się jej synem. Więc pokochałam to dziecko i dbałam o nie, patrzyłam, jak rośnie, a teraz... na 

jego życzenie zawołałam cię, byś zabrał go do świata ludzi.

Król przymknął oczy. Przez chwilę siedział nieruchomo; śnieg opadał mu na twarz i 

ramiona, oddechy uchodziły w powolnych białych obłoczkach.

background image

- Gdzie on jest? - szepnął, zsiadając z konia.

-   Biega   z   sokołem   Terem.   Zaraz   go   zawołam,   tylko   chwilę   porozmawiamy.   - 

Otworzyła bramę. - Usiądź przy ogniu. Zmarzłeś. Ja też trochę zmarzłam.

Poszedł   za   nią.   Ustawiła   dla   niego   przy   ogniu   drugi   fotel.   Rozpiął   i   upuścił   na 

kamienie wilgotny płaszcz, a potem wyciągnął ręce do płomieni. Dłonie mu drżały; po chwili 

cofnął się i usiadł.

- Tam - powiedział cicho.

- Tamlorn. Syn króla Eldwoldu.

Uśmiechnął się, jakby opadła nagle zużyta maska jego twarzy.

- Jest taki wysoki, silny, ma piękny głos, oczy matki i jej włosy...

- Nie, oczy są raczej twoje - stwierdziła z namysłem. Król uśmiechnął się szerzej, a 

radość błysnęła mu w oczach niby słońce w stawie. Wyciągnął rękę i ujął dłoń Sybel w swe 

wąskie, poznaczone bliznami palce.

- Jak możesz mi go oddać?

Nabrała tchu.

-   A   jak   mogłabym   nie   oddać,   skoro   on   tego   pragnie?   -   szepnęła.   -   Nie   chcę   go 

oddawać nikomu... nikomu, bo uważam, że będą go dręczyć potężni ludzie i sprawy, których 

nie rozumie. Ty zrobisz z niego króla, a on nauczy się wiele o nienawiści, kłamstwach i o 

tym, co leży bezimienne w głębinach ludzkich serc. Ale patrzył na ciebie i widziałam jego 

uśmiech. Jest twoim synem. Nie należy do mnie. Kochałam go przez dwanaście lat, a ty przez 

dwanaście minut, ale nie potrafię go zatrzymać. Mogę poskromić wielkiego sokoła i starego 

potężnego   lwa,   lecz   nie   utrzymam   wbrew   jego   pragnieniom   jednego   chłopca   o   słodkich 

oczach.

Król słuchał uważnie, marszcząc lekko brwi.

- Jesteś dziwna, Sybel. O nic mnie nie prosisz, a przecież z pewnością wiesz, jak 

rozpaczliwie go szukałem.

- Nie masz nic, za co mógłbyś kupić ode mnie Tama - powiedziała szybko.

- Być może. Potężni ludzie szukali mego syna, żeby mi go sprzedać. Są groźniejsi od 

starego, zmęczonego lwa. Poproś mnie o cokolwiek. Cokolwiek.

- Kochaj go tylko - szepnęła.

- Przykro mi - powiedział, a ona potrząsnęła głową.

-   Nie.   Bądź   szczęśliwy.   Dobrze   jest   mieć   dziecko,   które   można   kochać.   On   jest 

wspaniałym chłopcem i lubi rzeczy potężne. Chyba dlatego przyciągasz go do siebie. Jesteś 

trochę podobny do Tera.

background image

- Tera?

- Sokoła.

Znów się uśmiechnął, a stanowczość odpłynęła zjego oczu i ust. Uniósł ku niej rękę, 

potem opuścił, a mgła wspomnień przesłoniła mu wzrok.

-   Rianna   miała   taką   białą   skórę...   Rianna.   Od   dwunastu   lat   nie   wymawiałem   jej 

imienia. Milczałem z gniewu, a potem z żalu. Była słodkim ciepłym wiatrem w moim sercu, 

dawała mu ukojenie, przy niej mogłem zapomnieć o tak wielu sprawach... Aż pewnego dnia 

ujrzałem, jak rzuca spojrzenie Norrelowi... spojrzenie niby dotkniecie warg. I tak utraciłem 

spokój. Tutaj, siedząc w twoim domu, trochę go odnalazłem.

- Cieszę się - odparła łagodnie. - I cieszę się również, że... - urwała, zarumieniona 

nieco.

- Z czego?

- Że Coren z Sirle się mylił. Powiedział, że jesteś zgorzkniały i nie została w tobie 

nawet odrobina miłości. Ale myślę, że będziesz kochał Tama.

Uśmiech zniknął z jego oczu.

- Coren - rzekł sucho. - Przybył tu. Po Tama? - Tak.

- Nie oddałaś mu chłopca. A słyszałem, że Coren ma sprytny język i słodki uśmiech.

Zaczerwieniła się mocniej.

-   Myślisz,   że   tak   mało   kocham   Tama   -   powiedziała   kwaśno   -   że   oddałabym   go 

pierwszemu mężczyźnie o słodkim głosie, który po niego  przyjedzie? Nie oddałabym  go 

nawet tobie, gdybym sądziła, że nie zdoła cię pokochać.

- Wolałabyś, żebym umarł bez dziedzica?

- Cóż mnie obchodzą twoje sprawy? Albo sprawy Corena? Czy we mnie i w moim 

domu panowałby spokój, gdybym zainteresowała się wojnami i waśniami, które snujecie na 

swych dworach? Nie rozumiem tych spraw. Rozumiem tylko to, co leży w obrębie moich 

murów.

Wpatrywał się nieruchomo i czujnie w jej twarz, jakby zobaczył ją po raz pierwszy.

-   A   jednak   jesteś   taka   potężna...   Przywołałaś   mnie   tutaj,   wyciągnęłaś   z   domu... 

Mogłabyś zrobić ze mną wszystko, co zechcesz. Nie potrafiłbym z tobą walczyć. Czy Coren z 

Sirle szukał też ciebie?

- Oczywiście - odparła spokojnie. - Zapytał mnie o cenę za moją moc.

- I...?

- I odpowiedziałam mu. Chcę szczęścia Tama. Chcę białego ptaka o miękkich długich 

skrzydłach. Nie mógł mi dać ani jednego, ani drugiego. Więc odszedł.

background image

Drede poprawił się w fotelu. Sybel w milczeniu przyglądała mu się przez chwilę. 

Topniejący   śnieg   przyklejał   pasemka   siwych   włosów   do   ciemnej,   pomarszczonej   twarzy; 

płomień zatańczył w błękitnym kamieniu na mocnej, żylastej dłoni. Król wyczuł, że Sybel go 

obserwuje, odwrócił się i spojrzał jej w oczy.

- O czym myślisz?

- O lwie Gulesie. O sokole. I trochę o smoku... Uśmiechnął się.

- Więc ty także kochasz władzę nad istotami potężnymi.

Zaskoczona odwróciła wzrok i poczuła na twarzy ciepło rumieńca. Drede pochylił się; 

w jego bliskości czuła niepokojącą nieznaną moc. Lekko dotknął palcami jej twarzy i zwrócił 

ją ku sobie.

- Jedź z nami. Wróć do Mondoru z Tamlornem i ze mną.

- Żeby pracować dla ciebie przeciwko Sirle?

- Żeby pracować ze mną dla Tamlorna. Zabierz swoje zwierzęta; wtedy wszystko, co 

kochasz,   znajdzie   się   w   Mondorze.   Uczynimy   Tamlorna   królem.   Jedź.   A   jeśli   zechcesz, 

uczynię cię królową.

Poczuła na twarzy gorące pulsowanie krwi.

- To więcej niż zaproponował mi Coren - mruknęła. Nagle poderwała się, odwróciła 

od niego i poczuła wokół siebie chłodne białe mury. - Nie.

- Dlaczego?

- Nie wiem. Ale nie. Nie mogłabym... nie mogłabym szkodzić Sirle.

- Ach tak.

Spojrzała na niego szybko.

- To nie ma nic wspólnego z Corenem. Nie chcę wybierać, którego z was mam kochać 

czy nienawidzić. Tutaj jestem wolna i nie muszę decydować. Nie chcę zatonąć w twojej 

goryczy. Nie musisz się mnie obawiać. Nigdy nie będę współdziałać z wrogami ojca Tama. Z 

mojej strony nic ci nie grozi. Nie zwrócę się też przeciwko Sirle, ponieważ nie przejmę twojej 

nienawiści.

Milczał. Zmarszczył brwi tak, że nie widziała jego oczu.

- Jesteś zbyt potężna - szepnął - i zbyt piękna... Jesteś niepokojącą myślą, ale wierzę 

ci. Nie będziesz działać przeciwko Tamowi. - On także wstał niespokojnie i obejrzał się, 

słysząc, że ktoś otwiera drzwi. W progu, strzepując śnieg z płaszcza, stanął Tam. Zamknął 

drzwi, podszedł do ognia i wtedy ich zobaczył.

Znieruchomiał. Krew napłynęła mu do twarzy. Drede wyciągnął rękę.

- Chodź.

background image

Tam stał przez chwilę nieruchomo, spoglądając to na Drede'a, to na Sybel. Król się 

uśmiechnął. Tam odpowiedział uśmiechem. Przełknął ślinę, podszedł bliżej i wyciągnął ręce 

do ognia.

- Spójrz na mnie - powiedział cicho Drede, a Tam popatrzył mu prosto w oczy. - 

Zdradź mi swoje imię.

- Tamlorn.

- I imię twojej matki. - Rianna.

- I ojca.

Tamowi wargi drgnęły, lecz uspokoił się szybko.

- Drede.

Tego samego dnia po południu odjechał razem z królem. Śnieg przestał padać. Tam 

stał przed Sybel bez słowa przez długi czas, a król czekał na koniu. Sybel uśmiechała się, 

choć oczy miała wilgotne. Odgarnęła chłopcu z czoła kosmyk włosów.

- Mam dla ciebie prezent - powiedziała. Wymówiła imię Tera, a wielki sokół nadleciał 

i wylądował Tamowi na ramieniu. Chłopiec drgnął.

- Nie, Sybel. Będzie za tobą tęsknił.

- Nie będzie. To królewski ptak. Jeśli kiedyś zagrozi ci niebezpieczeństwo, stanie w 

twojej obronie. A kiedy zawołam jego imię, powie mi z daleka, że jesteś zdrowy i szczęśliwy.

Spojrzała w niebieskie oczy Tera. Przez chwilę ptak milczał; dopiero potem nadeszły 

słowa.

Nie myślałem, że znów znajdzie się dla mnie miejsce w świecie ludzi.

Jest takie miejsce, odparła. Strzeż Tama dobrze i mądrze.

Tak   będzie,   najwspanialsze   z   dzieci   Healda.   A   jeśli   kiedyś   będziesz   mnie 

potrzebować, zawołaj, chętnie przybędę.

Uśmiechnęła się.

Żegnaj, Władco Powietrza.

Tam uścisnął ją tak mocno, że para ich oddechów skropliła się razem w mroźnym 

powietrzu. A potem wskoczył na konia i z sokołem na ramieniu usiadł za królem. Drede 

pochylił się, ujął dłoń Sybel.

- Jeśli zechcesz, miejsce dla ciebie zawsze będzie czekać wśród nas. A jeśli nie, to jest 

miejsce w moim sercu, gdzie na zawsze w ciszy zachowam twoje imię.

Przycisnął jej dłoń do ust, potem zawrócił karego konia na górskiej ścieżce. Sybel 

czekała pod bramą, aż zwrócona ku niej twarz Tama zniknie między drzewami. Dopiero 

wtedy, drżąc lekko, weszła do ogrodu.

background image

Zaczął padać śnieg - lekki, cichy, wieczny. Tuż obok Sybel pojawił się lew Gules; z 

roztargnieniem gładziła dłonią złotą grzywę. Weszła do domu i usiadła przy ogniu; Moriah 

ułożyła   się  u  jej  stóp.  Sybel  siedziała  tam,  aż   ogień  przygasł   i  głownie   tylko  pulsowały 

tajemniczo. Kiedy i one się wypaliły, wokół zapadła noc. Śnieg zasypał próg, zakrywając 

ostatnie ślady stóp Tama i półksiężyce śladów królewskiego konia.

Tej   nocy,   następnego   dnia   i   kolejnej   nocy   siedziała   nieruchomo,   z   dłońmi   na 

poręczach fotela. Patrzyła spokojnie, jakby wciąż widziała tańczący zielony płomień.

Ruszyła   się   wreszcie   i   zamrugała.   Zobaczyła   wokół   siebie   zwierzęta,   a   nawet 

ognistego smoka Gylda zwiniętego w ciszy na kamieniach i pięknego łabędzia o tajemniczych 

oczach, obserwującego ją od drzwi komnaty pod kopułą. Spojrzała w czerwone oczy Cyrina. 

Uśmiechnęła się, trochę Zesztywniała z zimna.

- Wróciłam. Jesteście głodne?

Jej głos ucichł wśród ścian. Nie doczekała się odpowiedzi. Potem lew Gules wsunął 

się pod jej dłoń.

Wstań, powiedział. Rozpal ogień. Jedz.

Podniosła się z westchnieniem i uklękła przy kominku. Nagle jej ręce pełne drewna 

znieruchomiały nad paleniskiem.  Obejrzała się, wyczuwając  bezimienne  Coś  obok siebie, 

wśród zwierząt. Mrużąc oczy,  szukała tego w mrocznych  kątkach, za fałdami gobelinów. 

Stało tuż poza polem jej widzenia, poza kręgiem jej umysłu, bezkształtne, bezimienne. Jak 

nagły impuls wspomnień  zamigotała  w jej  głowie  pewna myśl.  Sybel  odłożyła drewno i 

przeszła do pokoju pod kopułą. Otworzyła wielką księgę zdobioną złocistymi liśćmi, która 

należała   jeszcze   do   Ogarną   Pergaminowe   strony   zapełniały   starożytne   znaki,   zbiór 

zapomnianych opowieści, tak starych, jak panowanie trzeciego króla Eldwoldu. Przewracała 

te strony, szukając kilku krótkich Unii. Wreszcie je znalazła. Usiadła na podłodze, położyła 

ciężką księgę na kolanach i przeczytała cicho:

Jest   także   straszliwy   potwór,   który   czai   się   na   ludzi   w   ciemnych   zakątkach,   za 

mrocznymi przejściami, w najczarniejszych godzinach nocy. Tylko nie znający lęku mogą 

spojrzeć na niego i przeżyć. Nazywany jest Rommalb; ponieważ kto wymówi jego prawdziwe 

imię, ten go przywoła.

Uśmiechnęła się lekko.

- Rommalb - powiedziała głośno i odwróciła to imię: - Blammor.

A kiedy podniosła głowę, wreszcie go zobaczyła.

background image

4

Czarną   mgłą   sięgał   wyżej   niż   ona,   był   cieniem   pośród   cieni,   z   oczami   jak   kręgi 

ślepego lśniącego lodu. Zamknęła księgę, wstała powoli. Dotknęła jego umysłu i przekonała 

się, że jest równie nieruchomy i mroczny.

Zdradź mi swoje imię.

Głos jego umysłu był jak szelest zeschłych liści.

Blammor.

Dlaczego   przyszedłeś   do   mnie   tak   chętnie?   Inne   istoty   walczą,   aby   ukryć   swoje 

imiona, ale ty przybyłeś nie wołany.

Nie   wołany?   Wołałaś   mnie.   Masz   dziwną   moc,   która   mnie   przyciąga.   To   moc 

zobaczenia mnie takiego, jaki jestem naprawdę. Dlatego przybyłem do ciebie i będę ci służył, 

jak i ty pewnego dnia będziesz służyła temu, kto zobaczy cię taką, jaka jesteś naprawdę.

Czy teraz widzę cię takiego, jaki jesteś naprawdę? Czarna mgła z oczami białymi jak 

ogień, ślepymi, ale widzącymi?

Taki bywam czasem.

Fascynujesz mnie. Czy wszyscy ludzie widzą cię w ten sposób? Znam opowieści o 

tym, że jesteś przerażający.

Ludzie widzą to, czego najbardziej się boją.

Czego chcesz ode mnie?

Niczego. Tylko twej nieulękłości. Odejdę teraz. Muszę coś zrobić tej nocy.

Rozpłynął się w cieniach. Falowały przez chwilę, gdy przechodził.

Roztarta zmarznięte ręce. Lekki uśmieszek błąkał się na jej wargach. Podeszła znów 

do kominka i od zielonego ognika, płonącego stale na półce, zapaliła cienką świecę. Po chwili 

ogień   zatańczył   w   kominku.   Odpaliła   od.   niego   świece   i   pochodnie;   przechodziła   cicho, 

ustawiając je w chłodnym pokoju, a odyniec, łabędź i lew obserwowały ją w milczeniu. Nagle 

usłyszała wołanie u bramy, zagłuszone śpiewem zimowego wichru.

Zdziwiona, zmarszczyła jasne brwi. Wezwała Tera, potem przypomniała sobie, że go 

tu nie ma, wzięła więc Cyrina i zapaloną pochodnię, która sprawiała, że śnieg wokół niej 

wydawał się płonąć. Płatki opadały jak wielkie koła złożonych kryształów, znikających w 

ogniu pochodni. U bramy stał człowiek okryty płaszczem, a za nim czekał koń. Przysunęła 

pochodnię, by oświetlić twarz za kratą; włosy pod kapturem błysnęły jak płomień.

Otworzyła bramę, a on wszedł na dziedziniec.

- Zabierz konia do stajni z boku domu - poleciła. - Nie puszczę tam zwierząt.

background image

- Dziękuję - odparł, wydmuchując białe obłoki na mroźnym wietrze. Kiedy wziął od 

niej pochodnię, śnieg topniał mu na ramionach, zostawiając ciemne ślady na plecach.

Wszedł do jej domu. Uprzejmie skinął głową Gulesowi, a potem Moriah, zwiniętej 

przy kominku jak czarny cień. Sybel odebrała jego przemoczony płaszcz i zawiesiła przy 

ogniu. Coren grzał się przy płomieniu.

- Jazda z Sirle była długa i zimna. Sybel, w twoim domu jest chłodno. Wyjeżdżałaś?

- Nie. Byłam... Nie wiem, gdzie byłam, i nie wiem, czy już wróciłam. - Usiadła i 

wyciągnęła ręce do ognia.

- Dlaczego przyjechałeś? Musisz już wiedzieć, że Tam jest z Drede'em.

- Wiem - odparł. - Przyjechałem, bo mnie wołałaś.

Patrzyła   na   niego   zdumiona.   Uśmiechnął   się.   Jego   przemarznięta   twarz   w   cieple 

nabierała kolorów, a szczupłe dłonie poruszały się nad płomieniem.

- Nie wołałam.

- Słyszałem cię. Czasami w ciszy, nocą, słyszę głosy czegoś poza polem widzenia, 

niby echa dawnych pieśni. Słyszałem twój samotny głos w moich snach; przebudził mnie, 

więc przybyłem. Widzisz, wiem, jak to jest, kiedy wymawiasz imię w pustym pokoju i nikt na 

świecie nie odpowiada.

Stała bez słowa, z otwartymi ustami. Usiadł przy niej. Moriah podniosła się leniwie i 

ułożyła u ich stóp, patrząc na niego zielonymi, niezgłębionymi oczami. Sybel nabrała tchu i 

zamknęła usta.

- Nigdy nie słyszałam o czymś takim. Kim jesteś? W pewien sposób jesteś głupcem, 

ale wiesz o wielu sprawach.

Kiwnął głową i uśmiechnął się szerzej.

- Siódmy syn Stetha, władcy Sirle, mojego dziada, miał siedmiu synów. Ja jestem 

najmłodszy.   Może   dlatego   słyszę   to,   co   opowiadają   drzewa,   kiedy   ich   liście   szepczą   o 

wschodzie księżyca, i to, co opowiada rosnąca kukurydza lub ptaki o zmierzchu. Mam dobry 

słuch. Słyszę ciszę twoich białych murów nawet w gwarnych komnatach Sirle.

Odwróciła wzrok, spojrzała w ogień.

- Rozumiem - rzekła cicho. - Potrzebowałam kogoś, lecz nie wiedziałam o tym aż do 

teraz. Jesteś głodny?

- Tak. Ale posiedź chwilę. Kiedy się ogrzeję, coś ugotuję.

- Umiesz gotować?

-   Oczywiście.   Wiele   razy   wędrowałem   samotnie   po   pustkowiach,   gdzie   tylko 

bagienny ptak albo jastrząb odpowiadał krzykiem na moje słowa.

background image

- Masz pięciu braci. Dlaczego musiałeś jechać sam?

- Och, polują ze mną, oczywiście. Ale czasem chcę wyruszyć do jakiegoś lasu albo 

jeziora, o którym mowa w starej opowieści, posłuchać tego tajemnego miejsca, a ich takie 

rzeczy nie ciekawią. Raz wyruszyłem do lasu Mirkon, do wielkiej czarnej puszczy na północ 

od Sirle, gdzie drzewa są jak czarne głazy, a ciemne i nabrzmiałe korzenie sterczą nad ziemią. 

Słuchałem wtedy jednego opadającego liścia, a kiedy upadł, usłyszałem wyszeptane  imię 

księcia Arna.

Kąciki jej ust powędrowały w górę.

- Wieczorami Maelga opowiadała Tamowi takie historie, kiedy był jeszcze mały.

- Sybel, Rok drwi ze mnie, gdy mu o tym opowiadam. A Eorth, który jest wielkim 

głupim stworem, uśmiecha się i ściska mnie, aż trzeszczą kości. Ale nie sądziłem, że ty 

będziesz się śmiała.

Zaciekawione   spojrzenie   jej   ciemnych   oczu   przesunęło   się   z   wahaniem   ku   jego 

twarzy.

- Nie śmieję się z ciebie, lecz przyszło mi do głowy, że może przybyłeś, bo przysłali 

cię bracia. Chcieli sprawdzić, czy obiecałam pomagać Drede'owi, po tym jak oddałam mu 

Tama. Drede... On trochę się mnie bał, ponieważ go tutaj przywołałam...

- Ty go przywołałaś?

- Tak, ale tylko po to, by oddać mu Tama. Po nic więcej. Postąpiłam nierozsądnie, bo 

powiedziałam mu, że tu byłeś. Więc teraz nie jest mnie pewien, podobnie jak twój brat, Rok.

- O tak. - Uśmiechnął się drwiąco, lecz wciąż marszczył rude brwi. - Gdzie był Cyrin i 

Gules, dlaczego nie udzielili ci rady?  Jesteś mądra w sprawach przekraczających  granice 

ludzkiej wiedzy, ale nie było rozsądne przywołanie króla niepewnego swej władzy, ściąg-

niecie go do siebie bez jego woli.

- Powiedziałam mu, że nie musi się mnie obawiać.

- Chyba mu tym dodałaś odwagi.

- Wątpię. - Potrząsnęła głową. - Ale dlaczego mam się przejmować tym, co o mnie 

myśli on albo władca Sirle? Czy Rok miał coś wspólnego z twoim przyjazdem?

- Mówiłem ci, dlaczego przybyłem.

Jego uśmiech zniknął, ale jasne oczy wciąż wpatrywały się w jej twarz. Niespokojnie 

machnęła ręką.

- Tak. Ale wciąż nie wiem, jak mogłeś słyszeć mój samotny głos poprzez wszystkie 

głosy Eldwoldu.

- Ja wiem - odparł. - Kocham cię.

background image

Otworzyła usta, by odpowiedzieć, ale nagle odkryła, że nie potrafi znaleźć właściwych 

słów. Coren obserwował ją, a lekki rumieniec przyciemnił mu policzki. Kiedy wreszcie się 

roześmiała, twarz spłonęła mu czerwienią.

- No tak. Drede proponował, że uczyni mnie królową Eldwoldu. Co ty możesz mi 

zaproponować? - Spojrzała w jego zdumione, błękitne jak lód oczy.

- Drede - szepnął. - Drede. - Rozprostował zaciśnięte palce i ułożył je na kolanach. 

Odetchnął głęboko. - Czy z niego tak samo się śmiałaś?

-   Nie   -   odpowiedziała   zdziwiona.   Wstał   nagle   i   ruszył   przed   siebie.   Usłyszała 

niespokojne kroki na kamieniach za sobą. Potem zbliżyły się ku niej.

- Przez całą drogę z Sirle myślałem o tobie, o twoich włosach srebrzystych jak śnieg - 

szepnął. - Gdzieś głęboko w sobie czułem, że jesteś niespokojna, i nigdzie na świecie nie 

chciałbym być bardziej niż pośród tej zimnej nocy, jadąc do ciebie. Kiedy otworzyłaś bramę, 

byłem jak w domu. Nie sądziłem, że tak bardzo mnie zranisz.

Rozchyliła wargi, słysząc echo własnych słów. Potem spuściła wzrok na zaciśnięte, 

złożone dłonie.

- Przepraszam, ale nie mogę... nie potrafię ci zaufać.

- Rozumiem.

- Ja... Kiedy na ciebie patrzę, widzę cień  twojej nienawiści, widzę za tobą cienie 

twoich braci. Chcą... chcą mnie wykorzystać. Musisz... Na pewno to rozumiesz.

- Tak.

Stał nieruchomo obok jej fotela, z twarzą zastygłą i bladą. Lekko i niepewnie dotknęła 

jego ręki.

-  Usiądź.   Oboje  jesteśmy  zmęczeni   i  głodni.   Nie  spałam,  odkąd  wyjechał   Tam,  i 

jestem zmęczona kłótniami.

- Sybel... - urwał. Nie patrzył na nią. - Gdybym  przysiągł... gdybym  przysiągł na 

miłość do Norrela, że nigdy nie spróbuję cię wykorzystać wbrew twej woli i nie pozwolę na 

to nikomu innemu... Gdybym przysiągł, czy zaufałabyś mi trochę?

- A czy możesz to przysiąc? Spojrzał jej w oczy i kiwnął głową.

- Tak. Znajdę jakiś sposób, by zabić Drede'a, nikogo w to nie mieszając.

- Nie!

- No to co mam robić?

- Masz pięciu innych braci. Niech ci to wystarczy.

- Nie wystarczy! Nie mogę, Sybel. Norrel... Kiedy byłem młodszy, niepewny siebie i 

mojej dziwnej wiedzy, Norrel jedyny z nich wszystkich nigdy się ze mnie nie śmiał. Mogłem 

background image

mu powiedzieć, że na mokradłach Fyrbolgu widziałem duchy ludzi, którzy zginęli, ścigając 

białego jelenia uformowanego z dymu przez maga Tama. Norrel mi wierzył. Nauczył mnie 

jeździć konno, walczyć i polować z sokołem. Kiedy pokochał Riannę, ja także ją pokochałem 

i chciałem, by należała do niego. A kiedy Drede zabił go na Terbrec, widziałem, jak pada. Nie 

mogłem, nie zdążyłem dotrzeć do niego na czas, więc umarł, nie mając nikogo bliskiego u bo-

ku, zginął w bitwie, która toczyła  się dla niego. Tego nie mogę Drede'owi wybaczyć:  że 

Norrel umierał samotnie, bez pomocy i bez pociechy.

Głos   Corena   ucichł.   Gałąź   trzasnęła   w   ogniu,   wiatr   pomrukiwał   niespokojnie   za 

murami, sunąc w ciemności wokół domu niczym bestia szukająca wejścia.

- Przykro mi - powiedziała wreszcie Sybel niepewnie. - Lecz Tam kocha ojca, więc... 

więc nie chcę, żeby Drede zginął.

Westchnął ciężko.

- No tak. Co mam robić, Lodowa Pani? Nie potrafię powstrzymać ani mojej miłości, 

ani nienawiści.

- Nie wiem, co powinieneś zrobić. Nic nie wiem o nienawiści i tylko trochę o miłości. 

Chciałabym... Chciałabym ulżyć twojej zgryzocie, ale nie potrafię.

- Potrafisz. Myślę, że potrafisz. - Nie.

Znowu westchnął. Delikatnie ujął jej złożone dłonie.

- Wielkiego uczucia wymagało oddanie Tama Drede'owi. Dla dobra chłopca i ciebie, 

mam nadzieję, że jest z ojcem szczęśliwy, choć nie potrafię zrozumieć, jak mógł wybrać 

Drede'a.

Uśmiechnęła się, a zielony płomień rozświetlił jej włosy i zmęczoną twarz.

- Tama przyciągają ludzie, którym jest potrzebny. - Zastanowiła się. - Z pewnością 

jest   w   całym   świecie   kobieta,   która   i   ciebie   potrzebuje.   Jesteś   utalentowany,   łagodny   i 

bardzo... miły z wyglądu.

- Dziękuję - rzekł posępnie. - Dlaczego tak trudno ci to powiedzieć? Mnie bardzo 

łatwo przychodzi stwierdzenie, że jesteś mądra, pełna magii, uczciwa, bardzo piękna i że cię 

kocham. - Musnął kosmyk włosów barwy kości słoniowej. Potrząsnął głową, gdy poruszyła 

się niespokojnie. - Nie... Nie chcę cię wprawiać w zakłopotanie słowami, których teraz wolisz 

ode mnie nie słyszeć. Ale... gdybyś mogła okazać mi nieco przyjaźni, byłoby mi łatwiej.

Uśmiechnęła się lekko.

- Przybyłeś dziś wieczorem, kiedy potrzebowałam ludzkiej życzliwości. Jestem twoją 

dłużniczką.

- Dobrze. - Wstał, dołożył drew do ognia. Blask płomieni tańczył na jego twarzy. - 

background image

Sybel, twój ogień ma kolor młodych drzew... Przygotuję kolację. Nie, zostań tutaj. Poradzę 

sobie w kuchni. Prześpij się trochę, jeśli zdołasz.

Wyszedł cicho i równie cicho odyniec Cyrin wysunął się z cienia i podążył za nim do 

kuchni. Coren po krótkich poszukiwaniach odnalazł noże, garnki, pęta kiełbas wiszące na 

krokwiach, świeżo upieczony chleb i trzymane w chłodzie jarzyny z ogrodu. Zaczął kroić 

marchewkę. Wielki odyniec odezwał się za nim złocistym głosem:

- Wyćwiczony sokół wraca w końcu na rękę swego pana.

Nóż ześlizgnął się i uderzył mocno o deskę. Coren się obejrzał.

- Zapomniałem już, że Władca Mądrości ma głos, którym potrafi mówić.

Małe czerwone oczka spoglądały na niego bez ruchu.

- Co byś mi dał za całą mądrość świata?

- Nic. - Wrócił do pracy. - Słyszałem, że znasz odpowiedzi na wszystkie zagadki prócz 

jednej. Na tę jedną chciałbym znać odpowiedź.

Cyrin prychnął cicho. - Mądry człowiek zna zagadkę, którą chce zadać.

- I wie, że pytanie i odpowiedź stanowią jedność. - Zgarnął pokrojoną marchewkę do 

garnka   i   zaczął   obierać   ziemniak.   -   Nie   ufasz   mi.   Nie   jestem   tresowanym   sokołem, 

uwiązanym na rzemykach polityki Roka. On nie ma nic wspólnego z moim przyjazdem.

- Kiedy władca Dornu otrzymał w tajemnicy od wiedźmy Glower śmiertelne zaklęcie, 

które przygotowała dla jego wrogów, cień ciemniejszy od nocy stanął przy nim i został na 

zawsze.

Coren milczał, tnąc ziemniak w plastry. Wreszcie powiedział:

- Nie tobie, lecz Sybel muszę udowodnić, że kocham z własnej woli.

-   Jej   oczy   widzą   wyraźnie   poprzez   ciemność.   -   Wiem.   Niczego   przed   nią   nie 

skrywałem.

- Korzenie rosną w ciemności.

- Istotnie. - Obrał kolejny ziemniak. - Ale moje myśli nie są sekretne jak korzeń.

- Olbrzym Grof został trafiony kamieniem w oko i oko to odwróciło się do wnętrza, 

tak że patrzyło w jego umysł. Umarł od tego, co tam zobaczył.

Coren gwałtownie odwrócił głowę. Srebrzystoszary odyniec stał w drzwiach i sapał 

cicho.

- Jeśli to zagadka, nie znam odpowiedzi. Złotousty Cyrin zastanowił się chwilę.

- A więc ci powiem. Zapytaj Sybel, jakie imię wymówiła dzisiaj, zanim wymówiła 

twoje.

Coren zmarszczył na moment rude brwi.

background image

- Tak zrobię - obiecał i sięgnął po blady pasternak. Przyniósł Sybel gęstą zupę, gorącą 

ostrą kiełbasę, chleb z chrupiącą skórką i kubki gorącego wina. Zastał ją śpiącą, z dłońmi 

opartymi na kolanach. Przebudziła się, kiedy ustawił stolik między fotelami i wymówił jej 

imię.

- Cieszę się, że udało ci się zasnąć - powiedział i podał jej wino.

- Dobrze spałam. Nic mi się nie śniło. - Wypiła łyk i jej twarz nabrała kolorów. - 

Twoja zupa pachnie całkiem jak zupa Maelgi.

Nalał jej, a potem usiadł obok z miską na kolanach.

- Nie powinnaś tak długo obywać się bez posiłków. - Zapominam o jedzeniu. To jest 

smaczne, Corenie.

Sama nie wiem, co bardziej mnie rozgrzewa, twoja dobroć czy twoja zupa.

- To bez znaczenia. - Uśmiechnął się. - Kiedy gotowałem, Cyrin przyszedł do mnie na 

rozmowę.

Uniosła brwi.

- Naprawdę? On rzadko mówi. Co powiedział?

- Zadał mi zagadkę. Nie umiałem na nią odpowiedzieć, więc kazał spytać ciebie, jakie 

imię wymówiłaś dzisiaj tuż przed moim.

- Dlaczego? Czy to jest odpowiedź?

- Tak myślę. Jakie to imię? Zastanowiła się, marszcząc czoło.

-   Aha.   To   było   imię   Blammora,   ale   nie   rozumiem...   -   Przerwała   nagle,   szeroko 

otwierając oczy. W jej głosie zabrzmiał gniew: - Cyrin!

Coren wstał. Jego miska rozbiła się o posadzkę.

Blammor   pojawił   się   przed   nimi,   a   zielone   płomienie   prześwitywały   przez   niego 

mgliście. Krystaliczne oczy spoglądały na Corena, który stał w milczeniu, bez ruchu, z twarzą 

pobladłą jak lód. Niedostrzegalnie niczym mgła, Blammor poruszył się, wydłużył, poszerzył, 

aż zawisł nad Corenem jak cień, tak blisko, że jego bezkrwista twarz zdawała się przesłonięta 

i obramowana ciemnością. Corenowi wyrwał się z gardła ostry, niezrozumiały jęk. Sybel, 

przyciskając lodowate dłonie do ust, usłyszała szept:

- Blammor.

Blammor zwrócił swe oczy na Sybel. Czy jest jeszcze coś? - zapytał obojętnie, a ona 

pokręciła głową.

- Nie - szepnęła. Rozpłynął się; ogień sięgnął ciepłem jej twarzy.

Coren opuścił głowę i roztarł palcami oczy, jakby chciał zetrzeć z nich wizję. Upadł 

tak nagle, że nie zdążyła go podtrzymać. Uklękła obok i pomogła mu usiąść.

background image

- Coren...

Nie odpowiadał. Rozpaczliwie sięgnęła po wino i dostrzegła obserwujące ich spoza 

kręgu   światła   czerwone,   niewzruszone   oczy   Cyrina.   Jak   błysk   posłała   do   jego   umysłu 

wściekły okrzyk.

Odesłałabym go z powrotem. Nie musiałeś...

Głos Corena dotarł do niej jakby z głębokiej wewnętrznej przepaści:

- Sybel...

Zwróciła się ku Corenowi, próbowała ogrzać w dłoniach jego sztywne, zimne palce.

- Jestem przy tobie.

- Obejmij mnie. Obejmij mnie mocno. Przytuliła go tak, że poczuła bicie jego serca i 

drżący oddech.

- Przepraszam. Tak mi przykro - szepnęła i całowała go, jakby był Tamem szukającym 

u niej pociechy.

Coś nagle przyszło jej do głowy. Odsunęła się, mimo że Coren mruczał coś i próbował 

przyciągnąć ją znowu.

- Corenie - rzuciła ostro.

Oszołomiony, otworzył oczy, jakby zbudzony ze snu. - Co?

- Corenie, skąd znałeś imię Rommalba?

Patrzył  na nią, opierając bezwładnie dłonie na jej ramionach; twarz miał napiętą i 

bladą. Chwyciła jego ręce i ściskała mocno. Wreszcie odparł:

- Znam je.

- Ale skąd, Corenie?

- A skąd wiem cokolwiek? - Oparł się o kamienie i przymknął oczy.

- Skąd?

-   Musiałem   je   znać.   -   Przez   moment   słowa   zawisły   bezsilnie   między   nimi.   - 

Zginąłbym   przy   twoim   kominku   -   szepnął.   -   Walczyłem   w   wielkiej   bitwie,   walczyłem 

zaskoczony   w   nocy,   samotny,   lecz   nigdy...   nigdy   jeszcze   nie   widziałem   śmierci,   która 

przychodzi po mnie tak pewnie, jak przy twoim kominku. Miała kolor nocy... Nie mogłem 

oddychać, bo była bezpowietrzna, i wiedziałem... wiedziałem, że jeśli znajdę imię, nadam jej 

imię, nie zdoła mnie zranić. Wszystkie moje myśli krzyczały, latały w krąg jak przerażone 

ptaki, ale wiedziałem, że do tego domu, do tego ognia nie mogła przyjść śmierć. Więc jakaś 

część mnie szukała imienia wśród wszystkich starożytnych imion, które poznałem. I wtedy 

zrozumiałem,   co   to   jest.   To   nie   śmierć,   ale   strach.   Rommalb.   Strach,   od   którego   ludzie 

umierają. - Otworzył oczy i spojrzał na nią z jakiegoś odległego miejsca wewnątrz siebie. - 

background image

Sybel, nie mogłem pozwolić sobie umrzeć od czegoś, co nie może mnie zranić.

- Ludzie umierali - szepnęła. - Niezliczeni ludzie, przez niezliczone lata.

- Nie mogłem. Miałem powód, dla którego chciałem zachować życie.

- Drede'a?

Potrząsnął głową i przez chwilę milczał z zamkniętymi oczami. Pomyślała, że zasnął, 

ale nagle ją pocałował.

Odsunęła się zdumiona, szeroko otwierając oczy.

- Nigdy nie słyszałam o kimś takim jak ty. Myślałam, że oszalejesz lub umrzesz, a 

potem zobaczę u bramy twoich pięciu braci żądających  wyjaśnień.  Zamiast tego rzuciłeś 

Rommalbowi   jego   imię,   wyrwałeś   się   śmierci,   wróciłeś   i   pocałowałeś   mnie   na   mojej 

podłodze.

-   To   wydało   mi   się   lepszym   rozwiązaniem   -   odparł   z   uśmiechem,   lecz   groza 

wspomnienia zmroziła ten uśmiech. Z oczu Corena wyjrzała pustka, stały się chłodne jak 

wygasłe gwiazdy.

Otrząsnął się z lęku i wstał sztywno. Sybel pomogła mu, niespokojnie marszcząc brwi.

- Straszne rzeczy spotykają cię w moim domu. Przygotuję ci łoże Ogarną. A potem 

przerobię Cyrina na kiełbasę.

- Nie... Sybel, on zadał mi zagadkę, a ja spytałem o odpowiedź. Udzielił jej.

- Oszustwem skłonił mnie, żebym ci ją podała. Nie miał powodu, by traktować cię w 

ten sposób, ciebie, gościa w moim domu, który przybył tu z życzliwości.

Usiadł, a po chwili schylił się i zaczął zbierać kawałki rozbitej miski.

- Jeśli ty nie potrafisz znaleźć powodu, to pewnie żadnego nie było.

- Nie potrafię. Zostaw te okruchy, Corenie. Sama posprzątam, gdy już pójdziesz do 

łóżka.

- Nie. Nie będę spał dzisiaj w ciemności. Pozwól mi zostać tutaj, przy ogniu. Sybel...

- Tak?

Spojrzał na nią zaciekawiony.

- Niczego się nie boisz? Kim jesteś, że sam Rommalb przychodzi posłusznie na twe 

wezwanie?

- Boję się pewnych  rzeczy. Wtedy bałam się o ciebie. Boję się o Tama. Ale nie 

przyszło mi do głowy, żeby bać się Rommalba.

Przyklęknęła, żeby zetrzeć rozlaną zupę, a on patrzył, jak blask ognia migocze wśród 

białych pasm jej włosów, aż wreszcie zasnął.

Znalazła go rankiem, wciąż siedzącego przy ogniu, z lwem Gulesem u stóp. Śnieg 

background image

przestał padać, świat za oblodzonymi oknami nabrał barwy księżyca. Na stole leżał na wpół 

zjedzony   bochenek   chleba;   wino   Zniknęło.   Coren   uśmiechnął   się   do   niej,   oczy   miał   za-

czerwienione.

- Nie spałeś dobrze? - spytała łagodnie.

- Obudziłem się, a ciebie nie było, więc już nie zasnąłem. Rozmawiałem trochę z 

Cyrinem. Opowiadał mi różne historie.

- Mam nadzieję, że nic więcej.

- Opowiedział mi o księciu Ludzie, który mógł mieć każdy kwiat na świecie, jakiego 

zapragnął,   ale   chciał   tylko   płomiennej   róży   rosnącej   na   Czarnym   Szczycie   Fyrbolgu. 

Otrzymał to, czego chciał, i był zadowolony. Więc i ja zachowałem nadzieję.

Rumieniec sięgnął jej oczu.

- Cyrin miesza się w nie swoje sprawy. Zresztą sam mówiłeś, że nie jestem płomienną 

różą, ale lodowym kwiatem, rosnącym w świecie bez życia. Twoje miejsce jest w świecie 

żywych i tam, jak sądzę, znajdziesz swoją różę.

Westchnął.

- A ty powiedziałaś, że czasem jestem głupcem. Wydaje mi się, że to ja do dzisiaj 

przebywałem w świecie bez życia. Sybel... zeszłej nocy śniłem o Norrelu. Nigdy... nigdy 

dotąd   nie   widziałem   go   we   śnie   żywego,   zawsze   jak   leży   sam,   umiera,   czując   w   sobie 

śmiertelną ranę, widzi, jak Drede odwraca się, próbuje krzyczeć, ale nie znajduje słów i nikt 

go nie słyszy. Widzę, jak woła mnie w moich snach, ale nie widzi mnie, a ja nie mogę do 

niego podejść. Lecz zeszłej nocy zasnąłem, patrząc, jak ścierasz podłogę, i śniłem o Norrelu 

żywym. Rozmawialiśmy do późnej nocy. Opowiadał mi o Riannie, o swej miłości do niej. A 

ja uśmiechałem się, słuchałem, kiwałem głową, gdyż rozumiałem, co czuje, wiedziałem, co 

mówi. Obudziłem się, wciąż słysząc jego głos i w tej chwili przebudzenia pomyślałem o 

Dredzie. Zrobiło mi się go żal, ponieważ nie mógł mieć tego, co miał Norrel... Sybel, on jest 

tylko starym, przerażonym człowiekiem; prócz Tamlorna nie ma nikogo, kto by go kochał. A 

ja myślałem, że jest jak Rommalb, dawca śmierci...

- Nadal chcesz go zabić?

- Mam już dość myślenia o nim. - Wstał i podszedł do niej. - Kocham cię. Kiedy znów 

będę ci potrzebny, przyjadę.

- Nie, Corenie - odparła i bezwiednie wyciągnęła do niego rękę. - Nie radzę sobie z 

miłością. Przez całe życie kochałam tylko Maelgę, Tama i Ogama, chociaż jemu miłość także 

nie wychodziła najlepiej. Zostań w Sirle, gdzie są kobiety, które... które mogą dać ci to, czego 

potrzebujesz. Moje miejsce jest tutaj.

background image

- Potrzebuję ciebie - powiedział z prostotą. Odwrócił się i sięgnął po płaszcz. - Kiedy 

książę Rurin ścigał wiedźmę Glower za to, że wszystkie jego sługi zmieniła w świnie, ona...

- Wiem. Postawiła na jego drodze wielką szklaną górę, nie mógł jej ani zdobyć, ani 

ominąć. Powrócił więc pokonany.

-   No   właśnie   -   stwierdził   Coren.   Pochylił   się   i   ucałował   jej   chłodną   twarz   na 

pożegnanie. - Jaka jest różnica między szkłem a lodem?

- Och, wracaj do domu - rzuciła zirytowana, a potem roześmiała się mimowolnie.

Poszła z nim do bramy, by go wypuścić, a potem stała drżąca w cichym poranku, 

patrząc, jak odjeżdża ścieżką. Odyniec Cyrin stanął przy niej, a jego ciepły oddech rozkwitał 

obłokami pary w powietrzu. Spojrzała na dzika z góry.

- Podjąłeś wielkie ryzyko - stwierdziła z powagą.

Srebrzysty   odyniec   prychnął   śmiechem.   Po   raz   pierwszy   użył   przy   niej   swojego 

słodkiego jak dzwonek głosu:

- Jeden mądry dureń od razu pozna drugiego.

* * *

Tam odwiedził ją kilka dni później. Uniosła głowę znad książki, bo usłyszała głos 

Tera krążącego nad kopułą. Narzuciła płaszcz i wybiegła, a sokół opadł na jej ramie w chwili, 

gdy Tam z pięcioma ludźmi stanął przed bramą. Zeskoczył z konia i krzyknął do niej na 

powitanie. Dostrzegła jego ciężki, podbity futrem płaszcz obszyty złotą nicią, miękkie buty, 

rękawice z futrzanymi mankietami. Otworzyła bramę, a on ze śmiechem rzucił się jej na 

szyję.

- Sybel, Sybel, Sybel... - Uścisnął ją mocno. - Widzisz tego konia? Ojciec wybrał go 

dla mnie. Jest szary jak burza, jak aksamit, i ma na imię Drede. Bał się puścić mnie samego, 

ale prosiłem i błagałem... Nie mogę zostać długo...

- Och, Tamie, tak się cieszę, że cię widzę. Wejdź. Spojrzała w migotliwe oczy Tera i 

spytała:

Czy jest zadowolony? Król jest dla niego dobry.

Tam szedł obok niej, zostawiając w śniegu głębokie ślady. Twarz miał promienną.

- Sybel, tak się cieszę, że znów cię widzę. Pałac Drede'a jest taki wielki, wszędzie są 

ludzie... I wiesz, Sybel, są dla mnie bardzo uprzejmi, bo jestem synem Drede'a. I mam takie 

drogie ubranie. Ale tęsknię za lwem Gulesem i za Nylem.

- Jest dla ciebie dobry?

-   Oczywiście.   Chronię   go   przed   władcami   Sirle.   Spojrzała   na   Tama   zaskoczona 

background image

Uśmiechnął się, a oczy miał czyste.

- Dorosłeś trochę, jak widzę - zauważyła.

- Drede mówi, że jestem podobny do ciebie. Ale jest dla mnie bardzo dobry i jestem 

szczęśliwy. Czasem, gdy zostajemy sami, nawet się śmieje.

Otworzył   drzwi.   Moriah,   mrucząc   głośno,   wyszła   mu   na   spotkanie.   Przyklęknął   i 

chłodną twarzą potarł jej futro, potem chwycił Gulesa za grzywę i spojrzał w jego złociste 

oczy.

- Gules - szepnął. Z krtani lwa wydobył się cichy warkot. - Wiesz, czego mi brakuje, 

Sybel? Twojego zielonego ognia. Jest taki piękny.

Strzepnął śnieg z płaszcza. Pogładziła jego jasne, wilgotne włosy.

- Rośniesz - powiedziała z podziwem, a on zaśmiał się głębokim nagle głosem.

- Wiem. Sybel, on chciał, żebym przywiózł cię ze sobą, ale powiedziałem, że tylko cię 

poproszę, nie będę błagał. Poprosiłem, więc teraz możemy porozmawiać o czymś innym. Czy 

zwierzętom nic nie dolega?

Uśmiech błysnął w jej oczach.

- Zupełnie nic - odparła. Usiedli razem przy kominku. - Opowiedz mi teraz, co robisz 

każdego dnia.

- Sybel, nawet mi się nie śniło, że tam jest tylu ludzi. Jechaliśmy przez miasto w dzień 

targowy, a ludzie wykrzykiwali imię mojego ojca. I wiesz, wykrzykiwali też moje. Byłem tak 

zdziwiony, że ojciec śmiał się ze mnie. Lubię, kiedy się śmieje.

Pozwoliła, by jego głos spływał po niej niczym strumień, uspokajając i pocieszając. 

Siedziała wygodnie i obserwowała chłopca, uśmiechała się, słuchała nieuważnie. Jego twarz, 

jego mężniejące rysy rozświetlały się i zmieniały w miarę jak mówił, śmiał się, poważniał i 

uśmiechał   znowu   niezwykłym   uśmiechem   z   sugestią   czegoś   tajemniczego.   Myśli   Sybel 

rozpłynęły się, a ona pozwoliła, by umysł spoczął bezczynnie, czego nie robiła od wielu dni. 

Tam wciąż opowiadał, drapiąc kocicę Moriah między uszami.

A potem coś drgnęło w głębi jej umysłu, coś małego, dalekiego i nieproszonego. Tam 

dotknął jej, a ona poruszyła się niespokojnie.

- Nie słuchasz mnie, Sybel. Przywiozłem ci prezent, płaszcz z białej wełny haftowany 

w niebieskie kwiaty. Drede kazał kobietom zrobić go specjalnie dla ciebie. - Urwał na chwilę. 

- Co się stało?

Pokręciła głową.

- Nic  takiego. Jestem trochę zmęczona. Płaszcz? Podziękuj ojcu ode mnie. Czy Ter 

zachowuje się odpowiednio? Bałam się, że może kogoś zjeść.

background image

- Och, nie. W spokojne dni wyjeżdżamy na polowanie. Jest bardzo grzeczny wobec 

sokołów Drede'a, ale tylko mnie pozwala się trzymać. Sybel...

Milczała; znów coś poruszyło  się w jej umyśle, ledwie wyczuwalne  i szybkie  jak 

spadająca o północy gwiazda. Wolno zacisnęła palce na poręczach fotela.

- Sybel - powiedział Tam. - Czy coś cię boli? Powinnaś porozmawiać z Maelgą.

-   Dobrze.   -   Wyprostowała   palce.   Szeroko   otwarte   czarne   oczy   szukały   ognia.   - 

Porozmawiam - szepnęła, a wtedy rozległo się pukanie do drzwi i twarz Tama zmieniła się 

nagle.

- Tak szybko? Przecież dopiero przyjechałem.

Obejrzała się.

- Och, Tamie, z pewnością jeszcze nie...

- Mówiłem, że przyjechałem tylko na chwilę. - Wstał i westchnął ciężko. - Sybel, 

wkrótce znowu cię odwiedzę, wtedy zostanę dłużej. Twój płaszcz mam w jukach. - Znowu 

zabrzmiało pukanie. Podniósł głos. - Już idę! Sybel, porozmawiaj z Maelgą o tym, co cię boli. 

Ona wszystko umie wyleczyć.

- Książę Tamlornie! - Idę!

Objął ją ramieniem, kiedy szli przez dziedziniec. Za nimi bez słowa szedł strażnik. 

Sokół Ter znów usiadł Tamowi na ramieniu.

- Sybel, następnym razem przyjadę na dłużej... Chciałbym, żebyś mnie odwiedziła.

- Może przyjadę.

- Proszę cię. - Rozpiął torbę przy siodle i wyjął miękki płaszcz barwy kości słoniowej 

z deseniem niebieskich nici. - To dla ciebie.

Dotknęła materiału.

- Tam, jest taki piękny, taki miękki...

-   Obszyty   gronostajami.   -   Narzucił   jej   płaszcz   na   ramiona   i   pocałował   szybko.   - 

Przyjedź, proszę. I porozmawiaj z Maelgą.

- Na pewno. - Uśmiechnęła się. - Czy mogę zamienić słowo z Terem?

Tam znieruchomiał na chwilę, a ona przeniosła wzrok z jego szarych, uśmiechniętych 

oczu na błękitne, przenikliwe oczy Tera.

Ter.

Co się stało, córko Ogarną? Jesteś niespokojna.

Tam przyglądał się Sybel; zobaczył, że jej twarz nieruchomieje na chwilę, a czarne 

oczy zachodzą mgłą.

Ter, ktoś przywołuje mnie do siebie. Powstrzymaj go.

background image

5

Tego popołudnia  poszła odwiedzić  Maelgę. Białe gołębice siedziały na krokwiach 

dachu, a kruk wchodził i wychodził przez otwarte narożne okno. W małym domku unosiły się 

dziwne zapachy; pochylona nad ogniem Maelga mruczała coś pod nosem, a para z kociołka 

rozluźniła jej siwe loki i przylepiła do twarzy wilgotne kosmyki. Stara kobieta nie podniosła 

głowy, kiedy weszła Sybel, wiec i Sybel milczała. Chodziła niespokojnie po izbie, otwierała i 

zamykała książki Maelgi, zaglądała do słojów zawierających rzeczy bez nazwy, aż wreszcie 

mamrotanie Maelgi umilkło i stara kobieta odwróciła głowę.

- Dziecko - powiedziała zdumiona. - Tracę rachunek Rzeczy.

- Przepraszam - odparła Sybel.

Coś, co wzięła odruchowo do ręki, pękło nagle; spojrzała na to niewidzącymi oczami. 

Maelga upuściła chochlę do kociołka.

- Moja kość...

- Jaka kość?

- Palec wskazujący prawej ręki maga. Wiele lat poświęciłam, żeby go znaleźć.

Sybel zerknęła na połamane kawałki w dłoni.

- Przyniosę ci kości, jeśli chcesz - obiecała. - Przyniosę ci czaszkę, jeśli tylko znajdę w 

niej mózg.

Maelga spojrzała na nią uważnie spod rozczochranych włosów.

- Co się dzieje?

Sybel odłożyła kość i skuliła się, krzyżując ramiona na piersi.

- Jestem przywoływana. Nie wiem, kto mnie woła, ale nie potrafię zamknąć przed nim 

umysłu.   Poszukuje  mnie   i  przyzywa   umiejętnie  i  pewnie,  tak  jak  ja   przywołuję   zwierzę. 

Jestem zła, lecz tak samo złości się ryba złapana na wędkę. I jest tak samo bezradna.

Maelga złożyła ręce; błysnęły pierścienie. Wolno usiadła w fotelu na biegunach.

-   Wiedziałam   -   rzekła.   -   Wiedziałam,   że   narobisz   sobie   kłopotów,   wykradając   te 

księgi.

Sybel znieruchomiała w pół kroku.

- Myślisz, że tylko o to chodzi? - spytała z nadzieją. Ale pokręciła głową. - Tutaj 

pracuje umysł potężniejszy od mojego. To mnie przeraża. Jeśli wie, że mam jego książki, nie 

musi mnie przecież tak dręczyć z ich powodu. Maelgo, nie wiem, co mam robić. Nie mam 

gdzie się ukryć. Gdyby ktokolwiek spróbował mnie skrzywdzić, moje zwierzęta by walczyły, 

ale z tym nikt nie może walczyć.

background image

- Och, kochanie - westchnęła Maelga. - Och, moje dziecko. - Zakołysała się lekko i 

przygładziła ręką włosy. Nagle znieruchomiała. - Jedno mogę dla ciebie zrobić. Poślę kruka o 

czarnych czujnych oczach, żeby zajrzał w okna maga.

Sybel kiwnęła głową.

- Wysłałam Tera na poszukiwania. - Westchnęła ciężko, zasłaniając dłońmi oczy. - 

Jestem głupia. Jeśli mnie może przywołać, to może i Tera...

- Jeśli wie, że może go wołać.

-   Tak.   Być   może   nie   zna   Tera.   Ale   kto   to   jest?   Widziałam   drobnych   magów   w 

zimnych   wieżach   z   siennikami   i   zakurzonymi   księgami.   Na   dworach   książąt   widziałam 

większych, tych, którzy od bogactw robią się tłuści i zarozumiali. Ale nie spotkałam jeszcze 

żadnego, którego bym się lękała. Nie wiem, po co mnie wzywa. - Spojrzała bezradnie na 

Maelgę. - Jakie może mieć powody? Komuś tak potężnemu nie przydam się na nic.

- Czy jest aż tak potężny? Może ustąpi, jeśli nie odpowiesz.

-   Może...   Ale   włamał   się   do   mojego   umysłu,   a   ja   nie   mogę   podążyć   za   jego 

wezwaniem. Nie mogę go nigdzie znaleźć, nie potrafię nadać mu imienia. - Znowu ruszyła 

wokół izby, splotła ramiona na piersi, a włosy opadały jej na plecy niby biały płaszcz. - 

Jestem taka zła, ale złość na nic mi się nie przyda, tak samo jak strach. Nie wiem, co robić... 

Mam tylko nadzieję, że nie jest dość silny, by odebrać mi moje imię.

- Czy mogłabyś gdzieś wyjechać na jakiś czas?

- Gdzie? Mogłabym wyruszyć poza granice Eldwoldu, ale on i tak by mnie znalazł i 

sprowadził do siebie. - Zrozpaczona, usiadła wreszcie przy ogniu. - Och, Maelgo - szepnęła. - 

Nie wiem, co robić. Gdybym miała Liralena... mogłabym odlecieć na koniec świata... na samą 

granicę gwiazd...

- Nie płacz - poprosiła zaniepokojona Maelga. - Przerażasz mnie, kiedy płaczesz.

- Nie płaczę. Łzy mi nie pomogą. Nie mogę nic zrobić, tylko czekać. - Odwróciła 

głowę. - Maelgo, jeśli pewnego dnia mnie nie znajdziesz i nikt nie będzie wiedział, gdzie 

jestem, czy zaopiekujesz się zwierzętami?

Maelga chwyciła się za głowę.

- Och, Sybel, nie może do tego dojść. Mój kruk go znajdzie. Ter go znajdzie, a wtedy 

zrobię mu coś takiego, co rozpuści wszystkie kości w jego ciele.

-   Nie,   musisz   zachować   kość   palca...   -   Oparła   policzek   o   kamienie   kominka   i 

niewidzącym wzrokiem wpatrzyła się w ogień. Płomienie tańczyły pod czarnym kociołkiem. 

Westchnęła. - Pójdę, bo przeszkadzam ci w pracy. Nic nie możesz dla mnie zrobić. Sama nie-

wiele   mogę   zrobić.   Może   Ter   go   znajdzie,   zanim   on   znajdzie   mnie,   i   może   wtedy   coś 

background image

wymyślę.

Maelga obserwowała ją bacznie, a zmarszczki na jej twarzy wyrażały niepokój.

- Bądź ostrożna, moja białowłosa - szepnęła.

- Będę. Mam nadzieję, że ten, który mnie woła, ma przyjaciela, który przekaże mu 

ostrzeżenie.

Tej nocy obudziło ją drgnienie w umyśle, łagodne, jakby ktoś czubkiem palca dotknął 

powierzchni wody. Usiadła wyprostowana w łóżku, szeroko otwierając oczy w ciemności; 

ponad nią na kryształowej kopule gwiazdy układały się w lodowate wzory. Drgnienie nade-

szło znowu. Nieproszona, bezkształtna myśl, jak szept w bezruchu nocy, delikatne tchnienie 

jej imienia.

Sybel.

Cichy krzyk wyrwał się jej z ust. Coś poruszyło się obok łóżka; złote oczy Gulesa 

zaiskrzyły niby szlachetne kamienie.

Czego się lękasz, dziecię Ogama?

Miałam sen...

Głos nadbiegł znowu, niczym bezdźwięczny pomruk:

Sybel.

Spędziła w pokoju pod kopułą dzień i noc, nie jadła i nie spała; przeglądała starożytne 

księgi, szukając imienia tak potężnego maga, lecz nie znalazła nawet wzmianki. O świcie 

odłożyła  książkę i spojrzała w przejaśniające się niebo. Różowa Unia zakreślała krawędź 

świata, białe chmury o srebrzystych brzegach płonęły, chwytając promienie słońca; rozbijały 

je i rozrzucały po polach Fallow, na równinie Terbrec i nad otoczonym murami miastem 

Mondor, gdzie ogrzewały chłodne, mroczne wieże. Zrezygnowana, pomyślała o Liralenie i 

jego   lśniących   białych   skrzydłach.   Przez   chwilę   próbowała   go   przywołać,   posyłając 

wezwania ku białemu światu poranka. Zwierzęta w domu się poruszyły, a potem usłyszała 

głos Maelgi pod drzwiami.

- Sybel! Sybel, obudź się...

Wstała powoli i przeszła przez chłodny dom. Słońce rysowało na śniegu plamy ognia; 

gdy otworzyła drzwi, uderzyło ją w oczy, aż zabolało.

- Wejdź, Maelgo.

- Och, Sybel... pozwoliłaś, żeby twój ogień umarł. Staruszka przeszła przez próg, a 

Sybel spojrzała na ciemnego ptaka w jej dłoniach.

- Sądzę,  że  to  nie  jest  jedyna   martwa  rzecz  w   tym   pokoju.   - Dotknęła  czarnego, 

sztywnego ciała kruka Maelgi. Poczuła uderzenie błyskawicy lęku, jakiego dotąd nie znała.

background image

- Sybel, wysłałam go - wyjaśniła znużona Maelga. - Wrócił dziś rano do domu i padł 

martwy u mych stóp. Myślę, że był już martwy, kiedy leciał.

Sybel zadrżała.

- Jest zimny - szepnęła.

Maelga delikatnie dotknęła jej ramienia.

- Moje białe dziecko - jęknęła - co mogę dla ciebie zrobić?

-  Nic  -  szepnęła  Sybel.  -  Nic.   -  Westchnęła  ciężko.  -  Mam  nadzieję,   że  Ter   jest 

bezpieczny. Przywołam go i odeślę z powrotem do Tama.

- Ugotuję coś dla ciebie. Strasznie schudłaś, odkąd Tam wyjechał.

Wyszła do kuchni, cały czas niosąc martwego kruka. Sybel pochwyciła umysł sokoła i 

poczuła gwałtowny pęd ziemi pod skrzydłami.

Ter. Wracaj do Tama. To niebezpieczne.

Milczał przez chwilę, a ona przeżywała bicie jego serca i ogień płynący mu w żyłach. 

A potem powiedział:

Nie.

Ter. Wracaj do Tama.

Dziecię Ogama, proś mnie, o co chcesz. Ale muszę komuś wydziobać oczy i uciszyć 

mroczny umysł.

Ter...

Nagle straciła go, odnalazła zdumiona i straciła znowu. W jej umyśle rozległ się szept, 

silny i nieubłagany.

Sybel.

- Nie! - powiedziała. Słowo upadło bez życia na białe kamienie. - Nie!

* * *

O pomocy siedziała pod kopułą, a księżyc w pełni spoglądał na nią niczym oko. Świat 

leżał w milczeniu, wyciszony i ukryty, góra znieruchomiała, gwiazdy zamarzły w kryształy 

lodu. Noc trwała bezgłośna, spoczywała w sercu ciszy, której nie zakłócał żaden wiatr, żaden 

szept liści. Oczy Sybel w mroku były ciemne i nieruchome; czekała, nasłuchując w spokoju 

swego umysłu, czekała na nieuchronną chwilę, na wołanie, które przebije umysł aż do jądra 

ciszy.   Gules   leżał   obok   z   uniesioną   głową,   złotymi   ślepiami   wpatrywał   się   w   nią   bez 

mrugnięcia,   bez   drgnienia,   jakby   nie   oddychał.   Po   chwili   poczuła   obok   kogoś   innego   i 

zobaczyła Cyrina; jego kły błyszczały bielą jak gwiazdy.

Odpowiedz mi na zagadkę, Panie Mądrości, powiedziała do niego i usłyszała w jego 

background image

umyśle wszystkie zagadki świata. A potem czerwone oczy zniknęły, gdy wielki lśniący łeb 

opadł ku ziemi.

Na tę nie znam odpowiedzi.

Sybel spuściła głowę.

- Jestem zmęczona - szepnęła, szeroko otwierając oczy w mroku. - Nie wiem, co 

robić.

Siedziała tak przez chwilę, od czasu do czasu czując z dala lekkie szarpnięcie, jakby 

delikatny odpływ przyciąganej księżycem fali. Blask wyrysował jej cień i mroczne sylwetki 

odyńca i lwa na białym marmurze posadzki. Wreszcie zamknęła oczy i posłała wezwanie. A 

kiedy wołała, usłyszała u bram stłumiony, lecz znajomy krzyk.

- Sybel - powiedział Coren, kiedy przybiegła do niego po śniegu. - Sybel. - Zaciskał 

palce na prętach, jakby próbował je wyrwać. - Tak mi przykro... przepraszam... nie było mnie 

w Sirle...

- Właśnie cię wołałam - odparła bez tchu, szarpiąc lodowate zasuwy. - Właśnie przed 

chwilą... Corenie, przyleciałeś tutaj na skrzydłach?

- Chciałem. - Wprowadził konia i stanął przed nią, próbując wypatrzyć w ciemności 

jej twarz. - O co chodzi? - zapytał niespokojnie. - Sybel, chciałem przyjechać tutaj już trzy dni 

temu, ale Rok posłał mnie do Hiltu, aby przekonać Horsta do jakiegoś beznadziejnego planu. 

Wiedziałem, że jesteś niespokojna, wiedziałem nawet przez sen, ale nie mogłem wyjechać aż 

do wczoraj. Co się stało? Gdzie Tam?

Patrzyła na niego bez słowa. Pokręciła głową.

- Nie. Skąd... skąd wiedziałeś, że cię potrzebuję, zanim sama to wiedziałam?

- Wiedziałem. Sybel, co się stało? Co mogę dla ciebie zrobić?

- Tylko... drobiazg.

- Cokolwiek.

- Obejmij mnie.

Upuścił wodze na śnieg. Rozchylił płaszcz, przyciągnął ją do siebie i otulił wraz z 

białymi włosami; czubek jej głowy lśnił lekko na jego ramieniu. Sybel czuła jego oddech, 

uderzenia pulsu. Nagle wstrzymał oddech.

- Sybel, ty się boisz.

- Tak. Przytul mnie mocniej - poprosiła, a on przyciągnął ją bliżej do siebie. Usłyszała 

bicie   jego   serca,   poczuła   dłoń   w   rękawicy,   podtrzymującą   jej   głowę.   Powoli   nabrała 

powietrza i odetchnęła głęboko. - Wezwałabym cię aż z Sirle, by o to poprosić. Tylko po to.

- A ja bym przyjechał. Przyjechałbym tylko po to, by cię przytulić. Lecz na pewno 

background image

mogę zrobić coś więcej.

- Nie. Twój głos jest jak światło słońca. Należy do świata ludzi, nie do mrocznego 

świata magów.

Oddech Corena poruszał jej białymi włosami.

- Co się stało? Co cię niepokoi?

Milczała. Potem uniosła głowę, westchnęła i odsunęła się od niego, rozrywając krąg 

ramion.

- Nie chciałam ci mówić, ale teraz może powinnam, bo gdyby cokolwiek się ze mną 

stało, mógłbyś... mógłbyś się niepokoić, gdybyś nie wiedział.

Uniósł ręce w zaśnieżonych rękawicach i ujął jej twarz.

- Sybel, co się dzieje?

- Chodź do ognia. Powiem ci.

Powiedziała, gdy już odprowadził konia do stajni, nakarmił go, powiesił płaszcz przy 

ogniu i usiadł obok niej. Dała mu kubek grzanego wina i wyjaśniła krótko:

- Ktoś mnie przywołuje.

Popatrzył na nią ponad brzegiem kubka, potem odstawił go mocno, aż wino chlusnęło 

na palce.

- Kto?

- Gdybym  odkryła jego imię, mogłabym walczyć... być może. Wszędzie szukałam 

właściwego   imienia,   szeptem   mego   głosu   w   ich   umysłach   zaskakiwałam   magów   poza 

Eldwoldem, a ich lęki i zdumienie zdradziły, że mnie nie znają. I teraz nie wiem, co mam 

robić. Odebrał mi Tera; posłałam sokoła na poszukiwania, a on ukradł mi jego imię; nie 

mogłam  utrzymać  Tera  wobec jego  mocy.  Jest bardzo silny. Myślę,  że jest silniejszy od 

każdego, o kim słyszałam. Dlatego w końcu będę chyba zmuszona ustąpić.

Milczał przez chwilę, marszcząc brwi.

- Ale ja nie zechcę mu cię ustąpić - rzekł wreszcie. Poruszyła się niespokojnie.

- Corenie, nie po to cię przywołałam. Nie możesz mi pomóc.

- Mogę spróbować. Nie mogłem pomóc Norrelowi, ale tobie pomogę. Zostanę tu z 

tobą, a kiedy przyjdzie po ciebie albo gdy ty do niego pójdziesz, będę przy tobie. I policzę się 

z nim.

- Corenie, po co to wszystko? Będę tylko musiała patrzeć, jak umierasz albo jak twój 

własny umysł  skręca i staje  przeciwko tobie tak, że nigdy nie zdołasz wymówić mojego 

imienia. Rommalb był strachem, ale przeżyłeś to, jednak ten mag będzie dla ciebie śmiercią.

- Więc co mam robić? - zapytał bezradnie. - Myślisz, że będę siedział tutaj albo w 

background image

Sirle, spokojny jak dziecko, gdy ciebie porwie jakiś potwór bez imienia?

- No cóż, w każdym razie nie chcę, byś umarł na moich oczach.

- Wolę raczej umrzeć, niż leżeć bezsennie wśród nocy, gdy twój umysł szepcze do 

mnie, a ja nie wiem, gdzie jesteś i dlaczego się niepokoisz.

- Nie prosiłam cię, żebyś przybył niewołany, kiedy będę niespokojna, nie prosiłam, 

żebyś nasłuchiwał mojego głosu.

-   Wiem.   Nigdy   nie   prosiłaś,   żebym   cię   kochał.   A   jednak   cię   kocham,   jestem 

niespokojny i zostanę z tobą niezależnie od twoich tłumaczeń. Łatwo przywołać człowieka do 

tego domu, ale nie tak łatwo go zmusić, żeby wyjechał.

- Jesteś prawdziwym dzieckiem z Sirle. Wierzysz, że każde niebezpieczeństwo można 

odpędzić, dobywając miecza. Myślałam, że jesteś mądry, ale jesteś głupcem. Czy ruszałeś na 

równinę Terbrec przeciwko Drede'owi z księgą zaklęć w rękach? No właśnie, więc dlaczego 

chcesz z mieczem stanąć przeciwko magowi? Kiedy mag zmieni twój miecz w kałużę metalu 

u twych stóp, co wtedy zrobisz?

Zacisnął usta, a potem wzruszył ramionami.

- Jestem głupi, że się z tobą kłócę. Jeśli nie potrafisz mnie stąd wyrzucić, Sybel, to 

zostaję. Możesz nie zwracać na mnie uwagi, deptać mi po nogach, odmawiać pożywienia, ale 

jeśli   gdzieś   pójdziesz,   pójdę   za   tobą.   Zrobię   wszystko,   żeby   zabić   to,   co   zechce   cię 

skrzywdzić.

Wstała. Jej czarne oczy spoglądały na niego jakby z oddali, a kiedy w nie spojrzał, 

usłyszał lekkie poruszenia budzących się bestii.

- Jest sposób, aby odesłać cię do Sirle - rzekła - opornego, lecz żywego.

Lew Gules ziewnął, ślepia z płynnego złota błysnęły w ciemności, kiedy bezgłośnie 

jak cień wyszedł z pokoju pod kopułą i zatoczył krąg wokół Corena, ocierając się o niego 

niespokojnie. W kuchni zbudziła się Moriah; zamruczała gardłową pieśń bez słów, sunąc 

leniwie w ich stronę. Wpatrzony w czarne oczy Coren zobaczył, jak na chwilę znika z nich 

światło. W cichej nocy usłyszał powolne bicie wielkich skrzydeł, zasysających powietrze. 

Wyprostował się, wziął Sybel za rękę i jej myśli powróciły. Ciche parskanie odyńca i szum 

skrzydeł smoka splatały kruchą pajęczynę dźwięków, rozerwaną przez nagły ostrzegawczy 

wrzask kocicy.

- Sybel, próbujesz mnie wystraszyć? Dlaczego nie wejdziesz do mojego umysłu, tak 

jak weszłaś do umysłu Drede'a, i nie odeślesz mnie spokojnie, bez mojej wiedzy, do Sirle? 

Temu nie mógłbym się oprzeć.

Przyglądała mu się przez chwilę. Potem skrzywiła się i odsunęła. Powstał szybko, 

background image

pochwycił ją, a ona zasłoniła twarz dłońmi.

- Nie mogę - szepnęła. - Chciałabym, ale nie mogę.

- Więc co teraz? Jeśli poszczujesz mnie bestiami, będę walczył. Poranię je, one mnie 

też. Wtedy będziemy gniewać się na siebie nawzajem o to, że do tego dopuściliśmy. Sybel, 

dla   nas   obojga   będzie   lepiej,   jeżeli   po   prostu   pozwolisz,   bym   się   tobą   zaopiekował. 

Pozwolisz, bym trzymał tutaj tę bezsensowną wartę. Jeśli ci na mnie zależy, nie będziesz się 

sprzeciwiać. Jedynie tyle mogę zrobić. Proszę. Jesteś mi winna trochę dobroci.

Opuściła ręce. Nie widział jej twarzy skrytej pod falą włosów. A potem odgarnęła 

białe pasma i spojrzała na niego; oczy miała spokojne, znużone, pełne wyczekiwania.

- Chcę, żebyś odszedł. Dla twojego dobra przywiązałabym cię do Gylda i odesłała do 

Sirle, na próg domu Roka. Ale dla mojego dobra chcę, żebyś był tutaj. Odejdziesz?

- Nie.

Przyciągnął ją do siebie, aż opuściła głowę na jego pierś. Uśmiechnął się lekko do lwa 

Gulesa i musnął wargami jej włosy.

- Jestem samolubna - szepnęła. - Ale jedno wiem i powiem ci to teraz. Tam, gdzie w 

końcu pójdę, pójdę sama.

* * *

Tej nocy leżała bezsennie, z lwem Gulesem u stóp łóżka i Moriah u drzwi, a wielkie, 

zimne światy ognia płynęły w ciszy nad jej głową. Czuła w umyśle  równy puls wołania 

biegnący przez otwarte drzwi i korytarze umysłu, sunący bezustannie, nieodparcie w dół, w 

głębiny, gdzie skrywała czystą i zimną wiedzę o sobie. Wołanie zmierzało tam nieuchronnie, 

jej własna moc rozpływała się, a myśli leżały bezużyteczne, nieuformowane. Wreszcie nie 

było w niej nic oprócz tego przytępiającego wolę wołania, zmieniającego biały nieruchomy 

dom w coś obcego, aż wydawał się tylko cieniem snu. Głębokie ukryte miejsca jej umysłu 

leżały otworem, nieosłonięte; jej moc została zmierzona, imię odebrane wraz z wszystkim, co 

oznaczało: doświadczenie, instynkt, wszelka myśl i moc - wszystko to zostało zmierzone i 

poznane.

Powstała na rozkaz, który był ledwie czymś więcej niż słowem, ubrała się tak cicho, 

że materiał tylko zaszeleścił o materiał. Wielki złocisty lew spał w świetle księżyca. Czarna 

kocica, bezimienna,  wyciągnęła się jak cień na progu. Sybel spojrzała  na zwierzęta i uś-

wiadomiła sobie, że nie zna ich imion i nie może ich zbudzić, gdyż imiona są jak klejnoty w 

głębi   góry,   ukryte   przed  oczami   jej   umysłu.  Przekroczyła  śpiącą  kocicę  tak   łagodnie,  że 

zwierzęciu nie drgnęły nawet powieki. W pokoju za progiem rudowłosy mężczyzna siedział 

background image

przed zielonym płomieniem, oczy miał zamknięte, dłonie opuszczone bezwładnie. Cicho jak 

oddech przemknęła obok niego, minęła uśpionego u jego stóp odyńca ze srebrną szczeciną.

Zamykane   drzwi   trzasnęły   cichutko.   Coren   obudził   się   nagle   i   rozejrzał   wokół, 

mrugając sennie oczami. Jakaś gałązka trzasnęła w ogniu, a on oparł się w fotelu i spojrzał w 

ciemne drzwi pokoju, gdzie spała Sybel, strzeżona przez Gulesa i Moriah. W tej samej chwili 

Sybel cicho prowadziła jego konia po śniegu przez bramę. Dosiadła wierzchowca na oklep i 

ruszyła w dół, długą, białą jak ogień górską ścieżką, obok uśpionego domu Maelgi i dalej, w 

stronę ciemnego, pełnego wież miasta Mondor.

background image

6

Wspięła się na stopnie wysokiej wieży w północnym murze miasta. Wkręcały się spi-

ralą w mrok ponad nią i poniżej, a w świetle pochodni jej własny cień kładł się na wytarte 

stopnie. Na ich krańcu linia światła kreśliła w ciemności kształt zamkniętych drzwi. Sybel 

chwyciła ciężki żelazny pierścień na skoblu i pociągnęła.

- Wejdź, Sybel.

Znalazła  się  w  okrągłej  komnacie.   Baldachim  nieruchomych,  haftowanych   gwiazd 

migotał jaskrawo nad jej głową. Ze ścian, falując delikatnie przy wysokich oknach, zwisały 

kotary z białej wełny i lnu, pokryte bogatym ściegiem starożytnych opowieści. Stanęła na 

miękkiej owczej skórze z futrem głębokim po kostki, okrywającej całą podłogę. Pośrodku 

komnaty płonął ogień, a przed nim stał wysoki mężczyzna w szacie z czarnego aksamitu, 

przepasany   łańcuchem   połączonych   srebrnych   księżyców.   Milczał.   Twarz   miał   wąską,   o 

jastrzębich rysach, bez śladu uczucia; tylko pojedyncza zmarszczka wykrzywiała się lekko 

przy kąciku ust. Zielone, chłodne oczy okrywał cień.

- Zdradź mi swoje imię.

- Sybel.

Na to słowo niewidoczna nić przywołania, która skrywała w mroku jej umysł, pękła 

nagle i Sybel stanęła wolna, rozglądając się po komnacie. Drżała lekko, a jej wzrok przesuwał 

się po ciemnych ścianach. Zielone oczy obserwowały ją nieruchomo.

- Zbliż się do ognia. Przebyłaś długą drogę poprzez śnieg. - Wyciągnął do niej smukłą 

dłoń o długich palcach, ozdobioną jednym pierścieniem, w którym tkwił kamień koloru jego 

oczu. - Chodź - powtórzył, a ona podeszła wolno w stronę ognia, rozwiązując mokry płaszcz.

- Kim jesteś? Czego chcesz ode mnie?

- W tej chwili moje imię brzmi Mithran. Przez lata przywołałem wiele istot. Służyłem 

książętom   na  dalekich   dworach,   na  wielu   światach;   służę   im   uczciwie   i   dobrze,   póki   są 

potężni. Jeśli nie, wykorzystuję ich dla własnych celów.

Odszukała wzrokiem jego twarz.

- Komu teraz służysz? - szepnęła. Zmarszczka, cienka jak pajęcza nić, drgnęła u jego 

ust.

- Do tej chwili byłem na służbie. Ale teraz, tak myślę, posłużę sobie.

- Służbie u kogo?

- U człowieka, który jednocześnie boi się ciebie i cię pragnie.

Rozchyliła wargi.

background image

- Drede?!

-   Jesteś   zdziwiona?   Dlaczego?   Przywołałaś   go   dwukrotnie   z   jego   domu,   tak 

umiejętnie, że nawet nie wiedział, jaki impuls nim powoduje. Walczy o władzę w Eldwoldzie, 

a jego jedyna broń to młody syn przeciwko sześciu synom rodu Sirle.

- Powiedziałam, że nie będę się mieszać w ich sprawy! Dlaczego sądzi, że zrobię coś 

przeciwko niemu, ojcu Tama?

- Dlaczego nie, kiedy rudowłose książątko z Sirle zaleca się do ciebie słodkimi słowy? 

Wychowałaś Tamlorna, ale masz też własne życie. Jesteś potężna i piękna jak strofa poezji ze 

starożytnej księgi zdobnej w klejnoty. Drede się obawia, że jakiś impuls pchnie cię Corenowi 

w ramiona.

- Coren... - Zakryła oczy, poczuła chłód własnych dłoni. - Mówiłam Drede'owi...

- Nie jesteś przecież z kamienia.

- Nie. Jestem z lodu. - Odsunęła się od ognia, stanęła przy lśniącym stole i oparła na 

blacie dłonie z rozłożonymi palcami. - Znasz mój umysł. Znasz go lepiej niż ktokolwiek z 

żyjących. Dokonywałam trudnych wyborów, ale zawsze najważniejsza była moja wolność, 

swoboda użycia mocy tak, by służyła moim pragnieniom i nikogo nie krzywdziła. Czy on 

tego nie widzi?

- Kochałaś Tama. Dlaczego nie możesz pokochać Corena z Sirle? Jesteś zdolna do 

miłości. To niebezpieczna cecha.

- Nie kocham Corena!

Podszedł bliżej i bez mrugnięcia wpatrywał się w jej twarz.

- A Drede'a? Kochasz go? Uczyniłby cię królową. Rumieniec wpłynął jej na policzki. 

Patrzyła niewidzącym wzrokiem na stojące na stole srebra barwy księżyca.

- Pociągał mnie trochę... Ale nie siedziałabym pokornie obok niego, używając mocy 

według jego życzeń, nie przywoływałabym Sirle do zguby. Na pewno nie!

Chłodny, stanowczy głos dosięgnął ją nieuchronnie.

-   Zapłacono   mi,   abym   uczynił   cię   pokorną.   Dłonie   Sybel   ześlizgnęły   się   z   blatu. 

Odwróciła  się do maga, krew odpłynęła  jej  z twarzy,  a oczy zwęziły się, jakby słuchała 

niezwykłego zaklęcia.

- Drede chce...

-   Chce,   żebyś   była   mu   posłuszna.   Chce   wiedzieć,   że   może   cię   kochać   i   ufać   ci 

bezgranicznie, jak nikomu na świecie. Trochę cię poznał i uważa, że jest tylko jeden sposób, 

aby to osiągnąć. W tym celu wynajął mnie.

Strach,  jakiego   nigdy nie  zaznała,   zbudził się  głęboko  w  duszy i  posłał  lodowate 

background image

macki wzdłuż żył, aż do umysłu.

- Jak? - szepnęła, a łzy pociekły jej po twarzy.

- Myślę, że wiesz, Sybel. Imię to dla ciebie pamięć, wiedza, doświadczenie. Nie ma 

niczego, co byłoby bardziej prawdziwe, nieodwołalnie twoje. Drede wynajął mnie, żebym 

odebrał ci imię na jakiś czas, a potem oddał już innej kobiecie, która przyjmie je z uśmiechem 

i bez protestów da Drede'owi wszystko, o co ją poprosi.

Z jej piersi wyrwał się dźwięk, ostry i piskliwy, w którym nie rozpoznała własnego 

głosu. Potem znowu. Osunęła się na owczą skórę, a gorące łzy parzyły jej palce. Z trudem 

łapała oddech, z trudem wyrywała z ust słowa:

- Pomóż mi... odbierasz mi samą siebie...

- Czy nigdy wcześniej nie płakałaś? Miałaś szczęście. To minie.

Zagryzła zęby, powstrzymując szloch; zacisnęła palce na owczym futrze. Jej wilgotna 

twarz błyszczała w blasku ognia.

- Pozwól mi go zobaczyć. Zrobię... zrobię, cokolwiek zechce. Tylko nie odbieraj mi 

woli. Wyjdę za niego. Będę szła pokornie u jego boku, tylko pozwól mi samej wybierać.

Zielone oczy spoglądały na nią nieprzeniknione. Po chwili mag podszedł, pochylił się 

i dotknął jej twarzy; łzy jak gwiazdy błysnęły na czubkach jego palców.

-   Też   kiedyś   tak   płakałem...   -   szepnął.   -   Dawno   temu,   choć   popioły   miłości   i 

nienawiści wystygły już w moim sercu. Płakałem po ucieczce Liralena, płakałem wiedząc, że 

choć mogę zyskać władzę nad całą ziemią, ten jeden obiekt nieskazitelnego piękna jest dla 

mnie stracony... Nie myślałem, że kiedyś wpadnie w moje ręce coś równie białego i pięknego. 

Król   żąda,   bym   oddał   to   jemu...   Ale   jest   zbyt   małym   człowiekiem,   aby   okiełznać   taką 

wolność...

- Czy pozwolisz mi z nim porozmawiać?

- Jak mógłby ci zaufać? Ufał kiedyś Riannie, a ona zdradziła go w sekrecie. Tym 

razem nie chce zdrady. Boi się ciebie i jest zazdrosny o Corena. Ale twoja twarz zapłonęła 

kiedyś pod jego dłonią, a młody książę cię kocha, więc zaprowadzi cię do niego; nie bezsilną, 

ale poskromioną.

- Ile ci płaci?

Uśmiech błysnął w nieruchomych oczach.

- Wszystko to... bogactwa, leniwe godziny w odosobnieniu pośród luksusów, twoje 

zwierzęta,   jeśli   tylko   na   zawsze   rozbiję   potęgę   rodu   Sirle.   Jeszcze   się   na   to   nie 

zdecydowałem.

- Dlaczego nie boi się ciebie? - szepnęła. - Ja się boję.

background image

- Ponieważ kiedy pierwszy raz się do mnie zwrócił, nie miał nic, czego bym chciał. 

Teraz nie jestem już taki pewien.

- A czego jeszcze chcesz?

- Czy próbujesz odkupić ode mnie swoją wolność?

- Nie mogę jej od ciebie odkupić! Jeśli już, musisz oddać ją z własnej woli, z litości.

Wolno pokręciła głową.

- Nie mam litości. Mam tylko podziw dla ciebie. Dysponujesz potężnym umysłem, 

samotnym w swej wiedzy, gdyż doświadczenia umysłu są tajemne i nie można ich z nikim 

dzielić. Żyłem  na pustkowiach pod okiem księżyca,  na dworach bogatych  książąt,  wśród 

dźwięku trąbek i pulsu bębnów... Przebywałem w wysokich górach, w gorących chatkach 

czarownic, obserwowałem ich obłąkane oczy i ogorzałe twarze. Rozmawiałem  z sową, z 

białym   sokołem   i   czarnym   krukiem;   rozmawiałem   z   głupcami,   którzy   tysiącami   żyją   w 

zatłoczonych miastach, z mężczyznami i kobietami. Rozmawiałem z królowymi o spokojnych 

głosach. Ale nigdy w swych wędrówkach nie marzyłem, że istnieje ktoś taki jak ty...

Upierścienionym   palcem   odsunął   kosmyk   jej   włosów.   Sybel   cofnęła   się   lekko, 

szeroko otwierając oczy.

- Proszę. Pozwól mi porozmawiać z Drede'em.

- Może... - Wyprostował się i odsunął od niej. - Wstań. Zdejmij mokry płaszcz i 

rozgrzej się. Mam tu gorące jedzenie i wino. Za tą zasłoną jest łoże z bogato zdobionym 

baldachimem i jeszcze coś, co należy do ciebie.

Wstała   powoli   i   odsunęła   białą   kotarę.   Sokół   Ter   stał   na   złotym   postumencie,   a 

migotliwe oczy spoglądały na nią obojętnie. Poszukała jego umysłu, wymawiała bezgłośnie 

jego imię, ale nie odpowiedział, nawet nie drgnął. Odwróciła się znużona.

- Jesteś silny, Mithranie... Dziwne, że znalazłam się na twojej łasce tylko dlatego, że 

dwanaście lat temu pokochałam bezradne dziecko. Boję się ciebie i Drede'a, ale strach mnie 

nie ocali. Myślę, że nie może mnie ocalić nikt prócz ciebie.

Czarno odziany mag nalał jej wina. Zasłony na oknach pojaśniały blaskiem poranka.

- Mówiłem ci już, że nie mam litości. Jedz. Potem odpocznij chwilę, a ja sprowadzę 

do ciebie Drede'a. Może jemu zostało trochę miłosierdzia, ale człowiek przerażony nie jest już 

zdolny nikomu współczuć.

Drede przyszedł w południe. Sybel obudził zgrzyt rygla w drzwiach; usłyszała cichy 

głos:

- Stało się? - Nie.

- Powiedziałem ci, że nie chce z nią rozmawiać, dopóki nie skończysz!

background image

Głos maga był lodowaty.

-   Nigdy   czegoś   takiego   nie   robiłem.   To   wbrew   mnie   samemu.   Skazisz   ją 

nieodwracalnie. Będzie piękna, posłuszna i potężna tylko na twój rozkaz.

- Powiedziałeś jej...

- Tak. To bez znaczenia. Zapomni. Ale chciała z tobą rozmawiać... błagać cię...

- Nie będę słuchał!

- Powiedziałem ci: aby spełnić twój rozkaz, występuję przeciw sobie. Jeśli muszę 

dźwigać ciężar winy, to ty także. Inaczej tego nie zrobię.

Drede umilkł. Sybel wstała i odsunęła kotarę. Spojrzenie króla spoczęło na jej twarzy i 

dostrzegła w jego oczach wstyd, cierpienie, a głębiej lodowaty błysk strachu. Przez chwilę 

stała nieruchomo, ściskając w dłoni kotarę. Potem podeszła i uklękła u jego stóp.

- Proszę - szepnęła. - Błagam. Spełnię każdą twoją prośbę. Wyjdę za ciebie. Oddam 

władców Sirle pod twoje panowanie. Wychowam Tama i urodzę ci synów. Nigdy ci się nie 

sprzeciwię, będę posłuszna bez wahania. Ale nie pozwól, żeby odebrał mi wolę. Nie pozwól, 

żeby zmienił mój umysł. To straszne, straszniejsze niż gdybyś mnie teraz zabił. Wolałabym 

nawet, żebyś mnie zabił. Jakaś część mnie, niczym białoskrzydły sokół, jest wolna, dumna, 

dzika, wzlatuje i własną drogą szuka jasnych gwiazd i słońca. Jeśli zabijesz tego białego 

ptaka,   będę   przykuta   do   ziemi,   nie   pozostaną   mi   własne   słowa,   żadne   własne   działania. 

Oddam ci tego ptaka, zamknę go w klatce. Tylko pozwól mu żyć.

Drede  zasłonił  dłonią   oczy.   A  potem  ukląkł   przed  Sybel,  ujął   jej  dłonie   i ścisnął 

mocno.

- Sybel, w tej sprawie nie mam wyboru. Pragnę cię, ale boję się ciebie... Boję się tego 

białego ptaka.

- Obiecuję... obiecuję...

-   Nie,   posłuchaj.   Byłem...   Zawsze   obawiałem   się   tych,   których   miałem   w   swojej 

władzy. Zagrażali mi moi oficerowie, zdradzali ci, których kochałem, aż nie pozostał nikt, z 

kim mógłbym rozmawiać szczerze i bez strachu. Ludziom, którym powinienem ufać, patrzę w 

oczy... w ich pełne sekretów oczy pozbawione wyrazu... i budzą się we mnie podejrzenia. 

Obawiam się zdrady. Jestem samotny. Tamlorn to jedyna osoba na świecie, której ufam i 

którą kocham. Ciebie mógłbym pokochać, Sybel, a może i obdarzyć zaufaniem, ale muszę 

być ciebie pewien.

- Nigdy... nigdy nie możesz być pewien tych, których kochasz - wykrztusiła przez 

zaciśnięte gardło. - Nie możesz wiedzieć, czy cię nie zranią, nawet jeśli cię kochają. Ale żeby 

sobie zagwarantować, że cię pokocham, chcesz mi odebrać wszelką miłość, jaką mogłabym ci 

background image

ofiarować sama. Ten biały ptak ma na unię Sybel. Gdy go zabijesz, umrę i tylko upiór będzie 

spoglądał na ciebie moimi oczami. Zaufaj mi. Pozwól mi żyć i zaufaj mi.

Drede zacisnął powieki.

- Nie mogę... Ufałem Riannie, a ona zdradziła mnie z uśmiechem. Uśmiechała się do 

mnie i całowała moją dłoń, ale zdradziła dla tego niebieskookiego książątka Sirle. A ty... ty 

wyjdziesz za mnie, ale zwrócisz się ku Corenowi...

- Nie!

-   Mam   ci   uwierzyć?   Pewnego   dnia   on   z   uśmiechem   wejdzie   do   ogrodu,   ty   mu 

uśmiechem odpowiesz i wszystkie twoje obietnice rozlecą się niby liście na wietrze.

- Nie... Mówisz o Riannie, nie o mnie. Nie mam nic wspólnego z Rianną i Norrelem! 

Pozwól mi odejść! Proszę, pozwól mi odejść! Wrócę do mojego białego domu, a ten mag 

może wznieść wokół mur, którego nie przekroczę. Wyjadę z Eldwoldu! Zrobię  wszystko... 

wszystko...

Jego słowa dobiegały przez zaciśnięte zęby jak szept.

- Sybel, marzę o tobie nocami, budzę się sam i szlocham. To dokona się szybko, a 

potem będziesz już razem z Tamlornem...

- Nie...

Wypuścił ją i wstał, zaciskając pięści.

- Tak się stanie!

- A więc - szepnęła drżąca, z suchymi, oślepłymi oczami - już nigdy nie będę kochała. 

To okrutne. Jestem pierwszą z trójki magów, która się tego nauczyła. Chciałabym zabić samą 

siebie, ale nawet ten niewielki wybór zostanie mi odebrany. Mam nadzieję, że dobrze płacisz 

temu magowi, ponieważ jego czyn nie ma ceny i z niczym nie da się porównać.

Drede przez chwilę stał przed nią w milczeniu. Potem odwrócił się i usłyszała szelest 

jego kroków na owczej skórze, stuk butów na kamiennych stopniach. Drzwi zamknęły się, 

zaskoczył rygiel, a ona zapłakała z lęku i bezradności.

- Wstań, Sybel.

Podniosła   się   niepewnie.   Mithran   nalał   wina   i   obserwował   ją   ponad   krawędzią 

pucharu.

- Usiądź. Usiadła.

- Daj mi kilka minut wolności - szepnęła do wnętrza kielicha.

- Żebyś usunęła się z tego świata na zawsze? Nie, jesteś zbyt cenna.

- Zostaw w mojej duszy choć odrobinę wolności.

- Aby kochać? Uniosła wzrok.

background image

- Aby nienawidzić - szepnęła. Obracała w palcach puchar, ściskała kute srebro. - W 

tym maleńkim zakątku umysłu wyrośnie taka nienawiść, że w ruinę obróci cały Eldwold, 

kamień po kamieniu, i pozostawi martwe pustkowie, o które władcy Sirle będą mogli kłócić 

się przez wieki. Rzucę tego króla na kolana, jak on mnie rzucił.

Zielone oczy wpatrywały się w nią nieruchomo.

- A co ze mną? Czy mnie także nienawidzisz?

- Jesteś poza nienawiścią.

Pierścień na palcu maga błysnął posępnie.

- Ten król jest głupcem - rzekł Mithran. - Czy wiesz, że kiedyś ukradłaś mi księgę?

Pokręciła głową.

- Nie. Zapamiętałabym cię.

- Księgę zaklęć maga Firnana. Myślałaś, że pokój jest pusty. Odosobniona, zimna 

komnata ma dworze jakiegoś drobnego książątka niedaleko Fyrbolgu. Byłem tam. Weszłaś 

bezgłośnie, jak gdyby samo powietrze cię uformowało. Przejrzałaś moje księgi, wybrałaś tę 

jedną i zniknęłaś tak cicho... Nie znałem twojego imienia. Nie miałem nawet pojęcia, czy 

pochodzisz z Eldwoldu. Wiedziałem tylko, że stanęłaś przede mną niczym odpowiedź na sen, 

którego nie śmiałem śnić. Zacząłem słuchać, zadawać pytania tu i tam, dowiadywałem się o 

tobie coraz więcej...

Spojrzała na niego zdumiona.

- Ale dlaczego przywołałeś mnie dla Drede'a?

- Właśnie on zdradził mi w końcu, kogo mam wołać. Widzisz, nie jestem głupcem. 

Gdybym przybył do ciebie na twoją górę, mogłaś równie łatwo odpowiedzieć mi „tak” jak 

„nie”.  Ale dzisiaj, jak sądzę, jest tylko jedna możliwa odpowiedź. Pragnę cię. Jeśli będę 

musiał wziąć cię siłą, zrobię to, chociaż wobec wyboru, przed jakim dzisiaj stajesz, wątpię, 

czy   zechcesz   się   opierać.   Jestem   potężny,   posiadłem   bezmierną   wiedzę.   Kochałem   i 

nienawidziłem, ale przez lata nie znalazłem niczego godnego ani miłości, ani nienawiści. Z 

tobą jak z nikim innym mogę się dzielić myślami i doświadczeniami. Kiedyś pokochałem 

kobietę dla jej urody. Nie przypuszczałem, że znowu za tym zatęsknię. To jakbyś... jakbyś 

była specjalnie dla mnie stworzona.

Znowu   zadrżała;   skrzyżowała   ręce   na   piersi,   zimnymi   palcami   mocno   ściskała 

ramiona.

- Wypij - polecił Mithran.

Wypiła, odstawiła puchar. Pochyliła się i ukryła twarz w dłoniach. Mag obserwował ją 

uważnie.

background image

- To trochę moja wina - szepnęła. - Maelga mnie ostrzegała.

- Spójrz na mnie.

Uniosła głowę. Oczy miała szeroko otwarte, nieruchome, wpatrzone w niego. Mithran 

zmarszczył brwi.

- Czy decyzja wymaga aż takiego namysłu?

- Nawet nie myślę. W głowie mam pustkę.

- Wybieraj, Sybel.

- Nie chcę! Nic mnie już nie obchodzi! Sam wybieraj! Jeśli chcesz mnie, to mnie 

zatrzymaj,   jeśli   nie,   oddaj   Drede'owi.   Czego   ode   mnie   oczekujesz?   Podziękowań,   że 

podarowałeś mi miejsce na pustkowiu swego serca? Drede'a przynajmniej rozumiem, ale ty... 

ty jesteś zimniejszy ode mnie.

- Tak sądzisz? - syknął. Ale opanował się natychmiast. Wykrzywił kąciki ust. - Biały 

ptaku, wiesz dobrze, że nigdy cię nie oddam temu królowi. Ani nie złamię twego umysłu, by 

służył jemu albo mnie.

- Już go złamałeś! - krzyknęła. - Biały ptak? Biały sokół na srebrnym sznurku, który 

przybywa, kiedy zawołasz... Bałabym się ciebie aż do śmierci, taką masz władzę nad każdą 

moją ulotną myślą, I dlatego nie dbam już o to, co ze mną zrobisz. Mam cię błagać, żebyś 

mnie  ocalił przed  Drede'em? Mogłabym  prosić cię  o to na  klęczkach, ale  nie  zdołam ci 

dziękować, jeśli będę do ciebie przykuta.

- Nie możesz... spróbować mnie pokochać?

- Nikogo nie kocham! Nigdy nie będę kochała! Drede może mnie mieć bezradną i 

uśmiechniętą, a ty bezradną i przerażoną. Co wolisz?

Przez   chwilę   milczał;   mimowolnie   przesuwał   palcem   w   górę   i   w   dół   po   ściance 

pucharu. Sybel zaciskała dłonie na poręczach fotela.

Wreszcie   odezwał   się   cichym   głosem,   powolnymi   ruchami   ręki   odmierzając   rytm 

słów:

- Nie zawsze będziesz się mnie bała, Sybel. Pokażę ci starożytną sztukę i zaklęcia, o 

poznaniu których nawet nie marzyłaś. Dam ci cudowne dary: wykonany przez czarownicę 

Cathę purpurowy klejnot w kształcie oka, który potrafi zaglądać za zamknięte drzwi i do 

szkatuł; płaszcz uszyty ze skór błękitnych górskich kotów z Lomaru, miękki jak tchnienie, 

ciepły jak dotknięcie ust... Dam ci zapieczętowane, okute księgi maga Erdena, nie otwierane 

od trzystu lat, od dnia jego śmierci, i powiem ci, jak je otworzyć...

Słowa  formowały   się   niczym   sny  w   jej   umyśle;   czuła,   jak   ją   usypiają,   jak   myśli 

mrocznieją i spowalniają swój bieg.

background image

-   Schwytam   dla   ciebie   skrzydlatą   gazele   z   Południowych   Pustyń   o   oczach   niby 

gwiaździsta noc... Będziesz sypiać na białej wełnie i purpurowym jedwabiu, będziesz nosić 

klejnoty barwy gwiazd z czerwonym i błękitnym płomieniem we wnętrzu...

Jak przez mgłę widziała, że mag wstaje powoli i zbliża się bezszelestnie jak cień; 

cichym   głosem   snuł   wizje,   które  powstawały  i   spoczywały  w   jej   oszołomionym  umyśle. 

Poczuła jego palce wsuwające się we włosy.

- Dam ci srebrnostruną harfę Thrace'a z Tolu, która gra na rozkaz i śpiewa zapomniane 

opowieści o martwych, wspaniałych królach...

Tchnienie oddechu musnęło jej policzek. Gdzieś we wnętrzu zbudził się krzyk, słaby 

jak krzyk dziecka w nocy. Po chwili ucichł, zaginął. Poczuła na szyi palce maga, zobaczyła 

błyszczący w świetle srebrny krążek broszy.

- Dam ci Puchar Fortuny, ciśnięty przez księcia Verne'a do Zapomnianego Jeziora, 

ponieważ przepowiedział mu śmierć od wody...

Poczuła, że suknia napina się w jego palcach, usłyszała trzask dartego materiału, a 

potem gwałtowny syk wciąganego powietrza.

-   Oddam   ci   wszystkie   skarby   świata   i   wszystkie   jego   sekrety...   Sybel,   mój   biały 

ptaku...

Dotknął wargami jej szyi, przesunął je niżej. I wtedy wyczuła, że w tej rosnącej żądzy 

na jedną chwilę ją uwolnił. Prawie nie myśląc, bez nadziei, wyszeptała tylko jedno słowo.

Poderwał się gwałtownie, z wściekłością patrząc jej w oczy. Odwrócił się i wtedy 

zobaczył za sobą kryształookiego Blammora. Krzyknął raz tylko, a Blammor objął go niczym 

mgła. Przez moment mag stał wyprostowany, z rozłożonymi rękami, zaciskając palce. Potem 

osunął się na podłogę.

Czy coś jeszcze? - zapytał Blammor.

Sybel drżąc, przyglądała się Mithranowi. Sięgnęła do rozdartej sukni i spróbowała 

zebrać materiał.

Nie, odparła. Nic więcej.

Blammor się rozpłynął. Sokół Ter przy łożu wrzasnął przenikliwie. Mag Mithran leżał 

na plecach;  kości  twarzy,  rąk, karku  miał zmiażdżone  i połamane.  Ter  sfrunął na  niego, 

wylądował na zniekształconej głowie, szponami przebił otwarte oczy.

- Ter - szepnęła Sybel.

Podleciał   do   niej   i   przysiadł   na   oparciu   fotela.   Wstała,   drżąc   ciągle,   i   okryła   się 

płaszczem. Głos Tera spłynął między jej myśli; czuła, że sokół płonie z wściekłości.

Jeszcze Drede.

background image

Nie.

Drede.

Nie. Podeszła do drzwi i drżącymi palcami zwolniła zamek. Drede należy do mnie.

background image

7

Do domu wracała powoli. Koń brnął w śniegu, a sokół krążył nad jej głową; czasami 

wznosił się tak wysoko, że wyglądał niby maleńka ciemna gwiazdka na jasnym niebie, a 

potem   opadał   ku   niej   szybki   jak   błyskawica.   Nie   odzywała   się   do   nikogo;   czarne   oczy 

patrzyły, nie widząc; nikt, kogo mijała, nie próbował jej zatrzymywać. O zmroku dotarła do 

górskiej ścieżki. Śnieg srebrzył się wśród szarości; gwiazdy rozbłyskiwały z wolna ponad 

wielkim, mrocznym  szczytem góry Eld. Drzewa wokół stały nieruchomo, a blask gwiazd 

odbijał się w śnieżnych czapach na gałęziach. Nad domkiem Maelgi unosiła się smuga dymu; 

okna jaśniały jak płomień. Sybel wjechała na podwórze. Kiedy zsunęła się na ziemię, Maelga 

otworzyła drzwi; błysnęły pierścienie na palcach.

- Sybel... - szepnęła.

Sybel   patrzyła   na   nią   bez   słowa.   Maelga   podbiegła;   czujnie   wpatrywała   się   w 

dziewczynę, dotknęła nieruchomej, bladej twarzy.

- Czy to ty?

- Mag nie żyje.

- Nie żyje? Jak to, dziecko? Myślałam, że już cię nie zobaczę.

- Rommalb.

Maelga przysłoniła dłonią usta.

- Jego także schwytałaś?

- Tak. A teraz mag Mithran leży zmiażdżony na posadzce w swojej wieży i myślę... 

myślę, że ani jedna kość jego palca nie pozostała cała.

Sybel zadrżała gwałtownie.

- Pozwól mi wejść. Musze... muszę chwilę odpocząć. Maelga objęła ją i pociągnęła do 

ciepłego wnętrza.

Sybel usiadła przy ogniu; przymknęła oczy. Poczuła ręce przy szyi i odepchnęła je 

mocno.

- Nie!

Maelga cofnęła się. Odetchnęła powoli. Potem musnęła palcami policzek dziewczyny. 

Sybel wstała, sama odwiązała płaszcz i odrzuciła na bok.

- Rozerwał mi suknię. Czy Coren nadal jest w moim domu?

-   Zeszyję   ci   ją.   Coren   tam   jest.   Przyszedł   do   mnie,   kiedy   odkrył,   że   zniknęłaś. 

Obwiniał się, że zasnął.

- Cieszę się, że spał. - Milczała przez chwilę, wpatrzona w ogień.

background image

Maelga obserwowała ją, kołysząc się w fotelu. Wokół domu zapadła ciemność i twarz 

Sybel skryła się w cieniu.

- O czym myślisz? - zapytała cicho Maelga. - O jakich mrocznych sprawach?

Sybel drgnęła.

- Mroczna jest noc - wyszeptała.

Usłyszały na podwórzu kroki i rżenie wierzchowca Corena. Sybel wstała; materiał 

sukni rozsunął się na białych piersiach. Otworzyła drzwi. Coren, stojący z ręką na końskiej 

szyi,   zobaczył   dziewczynę   w   padającym   z   wnętrza   blasku.   Podszedł,   otulił   ją   swoim 

płaszczem i objął mocno, kryjąc twarz w jej włosach. Poczuła jego łzę na policzku.

- Ja też płakałam - szepnęła. - To bolało.

- Odeszłaś ode mnie jak sen, tak cicho, tak nieodwołalnie... Nie mogłem tego znieść, 

nie mogłem...

- Jestem bezpieczna.

- Ale co się stało? Kto to był?

- Opowiem ci. Wejdź.

Usiadł razem z nią przy ogniu Maelgi; ściskał Sybel mocno za rękę, splatając palce, 

jak gdyby już nigdy nie miał zamiaru jej puścić. Maelga krążyła cicho, podgrzewała jedzenie, 

kroiła chleb i słuchała opowieści.

-   Mag   Mithran.   Słyszałeś   kiedyś   to   imię?   -   spytała,   ale   Coren   pokręcił   głową.   - 

Widział mnie dawno temu, kiedy ukradłam mu księgę. I... pragnął mnie. Nie dał mi wyboru. 

Błagałam go o litość, ale nie miał jej dla mnie. Jego wspaniały umysł był znużony brakiem 

wyzwań,   nudą,   gorzkimi   uczynkami.   Poszłabym   za   nim.   Nigdy   nie   zdołałabym   mu   się 

sprzeciwić. Zawsze bym się go bała. Ale popełnił błąd. Zapomniał o Rommalbie. A to było 

jedyne imię, jakie sobie przypomniałam, kiedy stracił panowanie nad sobą i nade mną. I tak 

zginął.

- To dobrze.

- Też tak uważam, chociaż... Miał tak ogromną wiedzę. Chciałabym... Chciałabym, 

żebyśmy się spotkali w innych okolicznościach. Był potężniejszy nawet od Healda i mógł 

mnie wiele nauczyć.

Coren poruszył się niespokojnie.

- Nie  potrzebujesz  aż  takiej  mocy,  żeby  utrzymać   swoje  zwierzęta.  Co  byś  z  nią 

zrobiła?

- Moc sama się pomnaża. Nie potrafię przestać pragnąć wiedzy, pragnąć nauki. Ale 

nigdy nie chciałabym iść obok niego. On... on mnie nie kochał.

background image

- Więc to dla ciebie ważne?

- Tak. - Odwróciła głowę i spojrzała mu w oczy. - To ważne.

Usłyszała jego niepewne westchnienie.

- Chciałem iść za tobą, ale nie wiedziałem, gdzie jesteś - wyszeptał. - Śnieg zasypał 

nawet twoje ślady. Obudziłem się, ogień wygasł, a ciebie nie było.

- W żaden sposób nie mogłeś mi pomóc. On nie miałby dla ciebie litości, jak nie miał 

jej dla mnie. A ja musiałabym na to patrzeć. I wtedy nikt nie mógłby mnie objąć, kiedy 

wróciłam.

- Sybel... - Urwał, szukając właściwych słów. - Masz moją miłość. Oddałbym ci życie. 

A teraz zrezygnuję dla ciebie ze wszystkich lat nienawiści do Drede'a. Jeśli pojedziesz ze mną 

do Sirle, nikt nigdy nie poprosi cię o coś, czego nie zechcesz dać sama. Nigdy już nie chcę 

czuć, że mnie potrzebujesz, a ja nie wiem, gdzie mam cię szukać. Nigdy nie chcę się budzić i 

widzieć, że zniknęłaś.

Patrzyła na niego w milczeniu i przez chwilę widział w jej oczach cień oddalenia, 

tajemnicy. Potem cień się rozwiał, a Sybel podniosła do ust jego dłoń.

- A ja - szepnęła - nie chcę już patrzeć, jak odjeżdżasz do Sirle beze mnie.

* * *

Następnego  ranka odjechali  razem z góry Eld, by wziąć  ślub w rodzinnym  domu 

Corena. Długa zima zbliżała się do końca; jechali otuleni w futra, pod słońcem błyszczącym 

oślepiająco na białym śniegu. Sokół Ter leciał nad nimi - czarna sylwetka na jasnym niebie. 

Minęli Mondor, pokonali szeroką równinę Terbrec i znaleźli się w lesistych regionach Sirle, 

gdzie spędzili noc na przygranicznej farmie, będącej niemal fortecą. Drugiego dnia wjechali 

do serca Sirle, na pola w łuku rzeki Slinoon. Daleko przed sobą zobaczyli  mury i szare 

kamienne wieże zamku władców tej krainy. Dym unosił się z kominów. Zatrzymali się na 

krótki odpoczynek, a kiedy zsiedli z koni, Coren ujął twarz Sybel w swe okryte rękawicami 

dłonie.

- Czy jesteś szczęśliwa? - zapytał. Radość rozkwitła w nim jak kwiat, gdy wyczytał 

potwierdzenie w czarnych oczach. Ucałował jej powieki, mrucząc: - Czarniejsze niż biały jak 

płomień  klejnot  króla   Pwilla,   tkwiący  w  rękojeści  miecza;  stał   się  czarny  w  chwili  jego 

śmierci...

- Coren!

Wypuścił ją ze śmiechem. Śnieg błyszczał ogniście aż po krańce świata; w martwym 

krajobrazie   nie   poruszało   się   nic,   tylko   para   oddechu   koni   i   powolna   smuga   dymu   nad 

background image

zamkiem Sirle. Sybel mrużyła oczy od blasku.

- To będzie mój dom. Dziwne, żyć w płaskiej krainie, między ludźmi... Nie jestem 

przyzwyczajona do ludzi. Taki wielki, szary dom. Co to za wieże wzdłuż muru?

- Strażnice, spichlerze, zbrojownie na wypadek ataku czy oblężenia. Ród Sirle nigdy 

nie żył w pokoju z sąsiadami. Ale pokonano nas na Terbrec i teraz dużo gadamy, a robimy 

niewiele.

- Jacy są twoi bracia? Wszyscy podobni do ciebie?

- Jak podobni?

- Łagodni, delikatni, mądrzy...

- Ja taki jestem? - zdziwił się. - Zabijałem, nienawidziłem, leżałem bezsennie wśród 

nocy, snując gorzkie marzenia...

- Widziałam wielkie zło, ale w tobie go nie ma. - Uśmiechnęła się, lecz wargi jej 

zadrżały.

Pogładził ją po włosach.

- Za starymi, grubymi murami domu Roka nawet król nie znajdzie cię wbrew twej 

woli. Chodź. Moi bracia są rubaszni, doświadczeni w bojach, impulsywni i nierozsądni jak ja, 

ale w ich domach panuje radość. Powitają cię serdecznie, choćby dlatego że cię kocham.

Jechali powoli przez zmarznięte, uśpione pola uprawne, gdzie plamy czarnej zaoranej 

ziemi   wystawały   spod   topniejącego   śniegu.   Podążali   traktem   biegnącym   wzdłuż   Slinoon, 

prowadzącym na sam próg władcy Sirle. Zobaczył ich młody chłopak z łukiem i krzyknął coś, 

pozostawiając w powietrzu biały obłok pary. A potem ruszył biegiem do domu; kaptur zsunął 

mu się z czarnych włosów.

- To Arn - wyjaśnił Coren. - Syn Cenetha.

- Dużo jest tam dzieci? Coren skinął głową.

- Ceneth ma także dwie córeczki. Najstarszy syn Roka, Don, to już piętnastolatek. Jest 

żądny krwi i nie może się doczekać swojej pierwszej bitwy. Rok ma też czwórkę młodszych 

dzieciaków. Żona Eortha niedawno urodziła pierwszego syna, Eorthlinga. Herne i Bor mają 

domy i rodziny w północnych częściach Sirle. A my również będziemy mieli dzieci, ty i ja: 

gromadę małych magików, którzy wypełnią gwarem cały dom.

Z roztargnieniem kiwnęła głową. Przez otwartą bramę widziała ludzi na zaśnieżonym 

dziedzińcu. Woda Slinoon spływała kanałem przed bramę i dalej, w stronę pól. Na dziedzińcu 

czekały osiodłane konie; ogień w kuźni w granicach murów buchnął gwałtownie i przygasł. 

Arn przebiegł przez zwodzony most i zniknął. Po kilku minutach wrócił z mężczyzną, który 

stanął spokojnie i patrzył, jak się zbliżają.

background image

- To Rok - rozpoznał Coren.

Spotkali się na moście. Rok chwycił uzdę konia Corena i obserwował Sybel, gdy brat 

zeskakiwał z siodła. Był potężnie zbudowany, miał szerokie bary, grzywę złocistych włosów i 

twarz pooraną zmarszczkami, niewzruszoną jak oczy. Głos dobiegający ze studni jego piersi 

okazał się zaskakująco łagodny.

- Spodziewałem się ciebie z Hiltu już cztery dni temu. Zaczynałem się martwić. Ale 

teraz widzę, że niepotrzebnie. - Podszedł do Sybel i podał jej rękę. - Jesteś Sybel.

- Skąd wiesz?

- Ponieważ na Terbrec walczyliśmy dla kobiety o twarzy takiej jak twoja. Witam cię w 

Sirle.

Uśmiechnęła się. Patrząc mu w oczy, dostrzegała obok spokoju także niewielką, ale 

jasną iskrę tryumfu.

- A ty, jak mówił mi Coren, jesteś Lwem Sirle. Wdzięczna ci jestem za powitanie, 

gdyż nie spodziewałeś się mnie tutaj.

- Nauczyłem się spodziewać po Corenie rzeczy niespodziewanych.

-   Rok   -   wtrącił   spokojnie   Coren.   -   Przyjechaliśmy,   żeby   wziąć   tutaj   ślub.   Sybel 

przybywa jako moja żona.

Rok spuścił powieki. Kiedy je znów uniósł, oczy miał złocistobrązowe i uśmiechnięte.

- Rozumiem. Jak ją do tego namówiłeś?

- Nie było łatwo, ale jakoś mi się udało.

Coren zdjął Sybel z siodła i postawił na ziemi. Wrócił Arn i chwycił konie za uzdy; 

cały czas zerkał zaciekawiony na Sybel. Tuż za chłopcem pojawiła się wysoka kobieta z 

dwoma grubymi rudymi warkoczami opadającymi między fałdy bogatej złoto-zielonej sukni.

- Lynette - powiedział Coren - to...

- Wiem, wiem. - Objęła go ze śmiechem. - Myślisz, że nie poznam tych włosów jak 

kość słoniowa ani tych oczu? To jest Sybel i chcecie się pobrać. Więc to planowaliście, kiedy 

my tu umieraliśmy ze zmartwienia.

- Nie wiem, czemuście się martwili. Sybel, to Lynette, żona Roka.

- Kiedy odjeżdżasz gdzieś, żeby śnić na jawie, to jedna sprawa - odparła Lynette, 

całując Sybel w policzek. - Ale kiedy jedziesz do Hiltu i nie wracasz, to coś zupełnie innego. 

Sybel, wyglądasz na zmęczoną. Droga musiała być ciężka w tym zimnie.

Coren objął Sybel ramieniem. Oparła się o niego, przez chwilę nie myśląc o niczym. 

Czuła tylko zimny dotyk jego płaszcza na twarzy.

- Miała sporo kłopotów w ostatnich dniach. Czy znajdzie się jakiś cichy kącik, gdzie 

background image

mogłaby odpocząć?

Sybel stanęła prosto.

-   Nie,   Corenie.   Przyjemnie   jest   słyszeć   tak   wiele   miłych   głosów.   A   przecież   nie 

poznałam jeszcze wszystkich twoich braci i wszystkich dzieci.

- Poznasz - zaśmiała się Lynette. - Chodźmy. Możesz odpocząć w moim pokoju, a 

tymczasem przygotujemy komnaty dla ciebie i Corena.

Przeszli po moście; Arn z końmi postępował za nimi. Gwar na dziedzińcu przycichł 

nagle. Mniejsza brama prowadziła na wewnętrzny dziedziniec, kwadratowy plac, gdzie stały 

bezlistne drzewa rzucające na śnieg misterną siatkę cieni. Jakiś człowiek otworzył szeroko 

drzwi do holu i zbiegł po schodach. Włosy miał czarne, a zielone oczy śmiały się do Corena.

-   Arn   przybiegł   z   krzykiem,   że   wracasz.   Pomyślałem,   że   w   swoich   wędrówkach 

rozdrażniłeś jakiegoś tajemniczego maga, więc odesłał cię do domu z dwiema głowami.

- Sama widzisz, jak się ze mnie naśmiewają - rzucił Coren, zwracając się do Sybel. - 

Nie,   Cenethu.   Mag   sam   przybył   tu   ze   mną.   Teraz   okażesz   trochę   respektu   przy   moich 

wyjazdach i powrotach.

- Aha... To ty jesteś czarodziejką z Eldu. - Jasne oczy przyglądały jej się badawczo, z 

uśmiechem, jak oczy Roka. - Wiele o tobie słyszeliśmy od Corena. Odkąd wrócił poraniony 

po walce z twoim smokiem, nie przestawał o tobie mówić.

- Gdyby nie Gyld, nie wpuściłaby mnie za próg - stwierdził Coren. - Gdzie Eorth? Czy 

Herne i Bor są tutaj?

- Pojechali na łowy - odparł Rok. - Powinni niedługo wrócić. - Drgnął, kiedy w górze 

zatrzepotały skrzydła  i sokół Ter wylądował na ramieniu Corena, czujnie ich obserwując 

błyszczącymi oczami. - Czyj to ptak? To nie nasz sokół. Taki wielki...

- To jest Ter - wyjaśnił Coren. Obejrzał się na Sybel. - Zabił siedmiu ludzi... O czym 

teraz myśli, Sybel? Chciałbym wiedzieć.

- Siedmiu... - Ceneth z niedowierzaniem spoglądał na Sybel. - Należy do ciebie?

Przytaknęła.

- Mój ojciec, Ogam, go przywołał.

- Czy jest wolny?

- Dałam go Tamowi, ale nadal odpowiada na moje wołanie, kiedy go potrzebuję. - 

Zamilkła i otworzyła umysł sokołowi. Rok i Ceneth przyglądali się jej z zaciekawieniem. 

Zwróciła się do Corena. - Przyniósł mi wieści. Tam czuje się dobrze. Będę musiała do niego 

napisać i wyjaśnić, gdzie jestem. Trudno mu będzie zrozumieć. Myślę, że w głębi serca nadal 

uważa Eld za swój prawdziwy dom.

background image

-   Wątpię,   czy   musisz   pisać   -   wtrącił   Rok.   -   Wieści   w   Eldwoldzie   szybko   się 

rozchodzą.

- Doprawdy? Do mnie w mym białym domu docierały z dużym opóźnieniem. Zresztą 

i tak napiszę do Tama; powinien dowiedzieć się o tym ode mnie.

- Na pewno sobie poradzi - uspokoił ją Coren.

- Mam nadzieję.

Ter przeleciał z ramienia Corena na nagą gałąź drzewa. Ludzie tymczasem weszli do 

wielkiego   holu   Roka,   gdzie   skóry   i   sosnowe   gałęzie   pokrywały   zimną   posadzkę,   stare 

gobeliny wisiały na ścianach, a ogień płonął w wielkim kominku, przed którym dzieci bawiły 

się z psem. Sybel odwiązała płaszcz i potrząsnęła włosami; dzieci ucichły i przyglądały się, 

jak   migoczą   srebrzyście.   Poczuła   na   sobie   wzrok   Corena   -   obce   spojrzenie,   jakby   teraz 

właśnie zobaczył ją po raz pierwszy; zaczerwieniona odwróciła głowę. Lynette wzięła od nich 

płaszcze. Coren szybko pogładził ją po policzku.

- Idź z Lynette. Wkrótce do was przyjdę.

Poszła za żoną Roka po kamiennych stopniach i dalej do przestronnej, jasnej komnaty. 

Ogień   płonął   na   kominku.   Przy   ogniu   leżały   dwie   rudowłose   dziewczynki;   rozmawiały. 

Niemowlę zapłakało w kołysce. Lynette podniosła je i ułożyła sobie na ręce; drugą rozsunęła 

kotary wokół łoża.

- Lara, Marnya, idźcie się bawić gdzie indziej. Cicho, Byrd. Sybel, połóż się, jeśli 

masz ochotę. Każę podać wino i coś do jedzenia.

Sybel usiadła na łożu.

- Dziękuję. Jestem bardzo zmęczona.

Po  chwili   jednak   wstała   i   podeszła   do  okna.   W   oddali,   poza   lasami   Sirle,   mogła 

dostrzec lśniący na tle nieba, błękitnobiały szczyt góry Eld. Czapa śniegu okrywała biały dom 

z niezwykłymi, cudownymi zwierzętami.

- Wiem - odezwała się za jej plecami Lynette. - Też czułam smutek, kiedy dawno 

temu opuszczałam mój dom w południowym Hilcie. Mam nadzieję, że będzie ci tu dobrze. Ze 

względu na Corena cieszę się, że przyjechałaś, choć nie spodziewałam się tego. Nie po tym, 

jak oddałaś Tama Drede'owi.

- Musiałam. Chciał wrócić do ojca.

- Rozumiem. Tacy jak Eorth i Herne to zakute łby. Nie potrafią pojąć, jak mogłaś 

Drede'owi oddać dziecko, które dostałaś od kogoś z rodu Sirle. Według nich cały świat dzieli 

się między te dwa imiona. - Kołysała zasypiające dziecko i uśmiechnęła się do czegoś, co 

dostrzegła w oczach Sybel. - Chcesz ją potrzymać? To moja najmłodsza.

background image

Sybel odpowiedziała uśmiechem.

- Zrozumiałaś moje pragnienia, zanim je sobie uświadomiłam. Coren też je dostrzegł. - 

Z   niemowlęciem   w   ramionach   usiadła   przy   ogniu.   Dziecko   nieufnie   ją   obserwowało 

złotobrązowymi oczami. - Tam też był kiedyś taki mały... A ja nie miałam pojęcia o opiece 

nad dzieckiem. Coren mówił, że dzisiaj odbędzie się ceremonia. Co mam robić?

- Nic. Masz tylko  wystąpić  piękna i gotowa przed władcą Sirle, jego  braćmi,  ich 

żonami   i   dziećmi.   Rok   was   połączy,   a   potem   będzie   przyjęcie   na   waszą   cześć.   Czy 

przywiozłaś coś odpowiedniego na ślub?

- Nie. Mam niewiele rzeczy. Nigdy dotąd nie potrzebowałam niczego szczególnego.

Lynette spojrzała na nią z zaciekawieniem.

- Żyjesz tak prosto... Masz zamiar napisać do Horsta z Hiltu i zawiadomić go, że 

wychodzisz za Corena?

- Dlaczego?

-   Jest   twoim   dziadkiem   -   tłumaczyła   cierpliwie   Lynette.   -   Ty   i   Rianna   byłyście 

krewnymi; jego córka była twoją matką.

Sybel w zadumie uniosła brwi.

- No tak. Nie sądzę, żeby obchodziło go nasze pokrewieństwo, odkąd Ogam przywołał 

do   siebie   moją   matkę,   tak   jak   przywołał   Tera   czy   Gulesa.   Ale   będę   o   tym   pamiętać.   - 

Zauważyła  zdziwienie Lynette i roześmiała się. - Nie odebrałam takiego wychowania jak 

Rianna. Znałam dotąd bardzo niewiele osób. Nie spodziewałam się, że towarzystwo tylu ludzi 

sprawi mi wielką przyjemność. Jeśli powiem coś, co cię zaniepokoi, zwróć mi uwagę.

Lynette skinęła głową.

- Dobrze - obiecała. - Kiedy cię zobaczyłam, pomyślałam o Riannie i poczułam ból na 

wspomnienie  Norrela.  Ale  teraz  wydaje  mi   się, że  jesteś  całkiem   inna.  Ona miała  twarz 

skromną i słodką, a twoje oczy... - Urwała, szukając odpowiedniego słowa.

- Coren mówi, że są czarne jak serce Drede'a - podpowiedziała Sybel.

Lynette zamrugała zdziwiona.

- Coren wygaduje takie rzeczy? Więc dlaczego chcesz za niego wyjść?

- Sama nie wiem. Może nie przychodzi mi do głowy nic, na czym bardziej by mi 

zależało.

Lynette z uśmiechem kiwnęła głową. Odebrała Byrd i ułożyła ją w kołysce.

- Zejdę na dół i przypilnuję, żeby przynieśli tu twoje rzeczy.

Wyszła.   Po   chwili   Sybel   wstała   i   nalała   sobie   wina.   Pochyliła   się   nad   kołyską   i 

pogładziła   palcem   policzek   Byrd.   Potem   odwróciła   się   i   zaczęła   krążyć   po   pokoju, 

background image

niespokojnie nasłuchując kroków Corena. Usłyszała głosy na dziedzińcu i ich echo odbite od 

murów. Z kielichem w dłoni wyszła do holu i z jakiegoś miejsca wśród milczących kamieni 

usłyszała Corena.

- Nie - powiedział.

Ruszyła  w tamtą stronę. Kawałek dalej znalazła otwarte drzwi; z pokoju dobiegał 

szmer rozmowy. Zatrzymała się w progu i zajrzała do podłużnej komnaty. Szukała Corena.

Zobaczyła go przy ogniu na drugim końcu pokoju. Potem, kiedy odzywali się inni 

mężczyźni, wolno przypominała sobie imiona jego pięciu braci.

- Corenie, ona jest tutaj. Po co innego miałbyś  ją tu przywozić, jeśli nie po to? - 

Mężczyzna mówił wolno; był wyższy od pozostałych, włosy miał złote, a oczy zielone jak 

skrzydła Gylda.

- Ponieważ ją kocham, Eorthu - wyjaśnił cierpliwie Coren, chociaż w jego głosie 

pojawił się ton irytacji.

- Nie jest podobna do żadnej z tutejszych kobiet - stwierdził Ceneth. - Myślisz, że 

będzie zadowolona, że tak właśnie ją traktujesz? Ma moc; musi jej używać. Dlaczego nie w 

naszej sprawie?

- Przeciw Drede'owi? Już wam tłumaczyłem, i to nieraz. Nie chce wojny przeciwko 

Tamlornowi.

-   Co   z   tego?   Równie   łatwo,   jak   Drede   możemy   posadzić   Tamlorna   na   tronie 

Eldwoldu.

- Z tą kobietą możemy zyskać wsparcie Hiltu - dodał krępy, ogorzały mężczyzna ze 

srebrzystymi włosami. - A nawet Nicconu. Nikt nie ośmieli się nam sprzeciwić.

- Bor! Nie!

- Corenie - odezwał się Rok. - Pojechałeś tam jesienią, właśnie by namówić ją do 

przyjazdu. Udało ci się...

-   Ale   nie   po   to!   Dwa   tygodnie   temu   niemal   ją   straciłem.   Była   przywoływana, 

atakowana przez jakiegoś potężnego maga. Myślałem, że już nigdy jej nie zobaczę. Kiedy 

wróciła,  przysiągłem,  że  jeśli zamieszka  tutaj,  nikt  nie będzie  jej niepokoił,  nie spróbuje 

wykorzystać wbrew jej woli.

- Corenie, nikt nie chce jej wykorzystywać wbrew woli. Nie chcemy, żeby była tu 

nieszczęśliwa - tłumaczył Bor. - Ale przecież możesz ją przekonać... Nie od razu, lecz z 

czasem, kiedy przyzwyczaicie się do siebie, nabierzecie swobody...

-   Myślałem,   że   tego   pragniesz   najbardziej   na   świecie.   -   Niski,   chudy   mężczyzna 

skierował na Corena swe błyszczące niebieskie oczy. - Zemsty za śmierć Norrela.

background image

Na   chwilę   zapadła   cisza.   Na   twarzy   Corena,   pod   płomiennymi   włosami,   Sybel 

dostrzegła napięcie.

- Ja też tak myślałem. Ale teraz wolę raczej żywym poświęcić energię swych myśli. 

Dla niej zrezygnowałem ze wszystkiego, także z nienawiści. Musiałem. Nie potrafię ci tego 

wytłumaczyć. Wiele niezwykłych rzeczy przydarzyło mi się w jej białym domu, a najdziw-

niejsza jest ta, że wolę teraz myśleć o Sybel niż o Norrelu. Jeśli chcecie prowadzić wojnę z 

Drede'em,   musicie   to   robić   bez   Sybel.   To   jej   obiecałem.   Jeśli   będziecie   się   upierać, 

wypędzicie nas oboje z tego domu.

Rozległ się pomruk sprzeciwu. Rok położył dłoń na ramieniu brata.

-   Nie   myśl   o   nas   tak   źle.   Wszyscy   tu   jesteśmy   niespokojnymi,   głodnymi   lwami. 

Wystarczy,   że   rzucisz   nam   strzęp   nadziei,   a   gadaniem   rozedrzemy   go   na   kawałki.   Nie 

będziemy niepokoili Sybel, jeśli taka jest jej wola. Ale z pewnością wiesz, jak wielka to dla 

nas pokusa.

- Wiem, wiem...

- I tak posłuży wielkiemu celowi - dodał Ceneth. - Choćby temu, że rozjaśni nasz dom 

i wystraszy Drede'a.

Coren pokiwał głową. Zmierzył wzrokiem krąg twarzy wokół siebie.

-   Żadnemu   z   was   nie   powinienem   wierzyć.   Ale   wierzę.   Nie   mam   wyboru. 

Poczekajcie, Eorth i Herne, aż ją zobaczycie. Wtedy zrozumiecie, jak mogłem obiecać coś 

takiego.

- Ja nie zrozumiem - stwierdził krótko Eorth. - Ale skoro mówisz, że nam nie pomoże, 

to nie pomoże. Tyle umiem pojąć.

- Dziwne jest to, że w ogóle zgodziła się wyjść za ciebie - dodał Ceneth. - Jeśli takie 

są jej uczucia wobec Tamlorna i Drede'a... Wykazała wielką odwagę, a może miłość, skoro 

zjawiła się w legowisku lwów, mając tylko ciebie do obrony.

Coren uśmiechnął się kpiąco.

- Doskonale potrafi sama o siebie zadbać. Widzieliście sokoła Tera.

- Jeżeli umie przywołać sokoła, który zabił siedmiu ludzi - powiedział Eorth - to z 

pewnością może przywołać Drede'a. A wtedy my...

- Siedź cicho! - mruknął Bor.

Sybel   odwróciła   się   powoli.   Wróciła   do   komnaty,   gdzie   znalazła   Lynette,   swoje 

rzeczy, tacę z jedzeniem i piątkę dzieci, które patrzyły, jak się posila.

Rok zaślubił ich tego wieczoru w wielkim holu rozświetlonym świecami trzymanymi 

przez dzieci rodu Sirle. W półmroku trzaskał ogień - jedyny dźwięk poza głębokim, miękkim 

background image

głosem Roka. Sybel, ubrana w płomienną czerwień, z włosami zaplecionymi przez Lynette w 

srebrzystą   koronę,   stała   u   boku   Corena.   Przyglądała   się   odblaskom   ognia   w   złocistych 

włosach Roka i złotym łańcuchu na jego szyi. Głos Roka jak wiatr wśród puszczy mieszał się 

z tchnieniem ognia. Sybel myślami wracała do chaty Maelgi, gdzie dwa dni temu stała przed 

jej kominkiem, w samym sercu górskiej ciszy, ściskając rękę Corena. Słuchała wtedy słów 

starożytnego   rytuału   zaślubin.   Maelga   wypowiadała   je,   kładąc   na   ich   dłoniach   swe 

upierścienione palce.

- Ten związek ogłaszam między wami. Choćbyście rozdzielili się ciałem lub duszą, 

pozostanie w waszych sercach wołanie jednego do drugiego, na które nikt inny nie odpowie. 

Przez tajemnice ziemi i wody, związek ten jest ustanowiony, niezniszczalny, nieodwołalny; 

przez prawo, co stworzyło ogień i wiatr, to wołanie zostaje w was przebudzone, w życiu i 

poza życiem... Później tej nocy, zanim odjechali do Sirle, leżała obok Corena, słuchała jego 

oddechu i patrzyła na roje gwiazd płonące ponad kopułą sklepienia. Czuła, jak odpływa z niej 

mrok tego dnia, jak znika sięgające szpiku kości zmęczenie. Wreszcie zasnęła głęboko i bez 

koszmarów.

- A teraz - rzekł Rok - przekażcie sobie swoje imiona.

- Coren.

Spojrzała na niego. W czerwonozłotym lśnieniu rozjaśniającym mu twarz dostrzegła 

głęboko w oczach płomień śmiechu, którego tam wcześniej nie było. Uśmiechnęła się lekko, 

jakby podejmowała wyzwanie.

- Sybel.

background image

8

Kiedy   roztopiony   śnieg   spłynął   z   coraz   cieplejszej   ziemi,   Rok   zaczął   mówić   o 

budowie ogrodu dla zwierząt Sybel. Pewnego ranka nakreśliła jego plany, rysunki jaskini 

Gylda,   jeziora   Czarnego   Łabędzia   i   samej   marmurowej   sali   z   kryształową   kopułą.   Syn 

Cenetha i córki Roka zebrali się wokół i słuchali opowieści.

-   Gyld   wymaga   ciemności   i   ciszy;   łabędź,   oczywiście,   musi   mieć   wodę.   Gules   i 

Moriah potrzebują osłoniętego legowiska, ogrzanego zimą, gdzie nie będą straszyć ludzi ani 

zwierząt. Nie wiem, czy im się spodoba przebywanie wśród ludzi; ludzie polowali przecież na 

każde z nich, a zwłaszcza na Cyrina. Na Eldzie żyły w odosobnieniu, jednak nie mogę ich tam 

zostawić.  Mogą paść  ofiarą łowców  albo  własnych  instynktów.  Wiecie,  jak  Gyld  poranił 

Corena. Może się to przydarzyć jeszcze raz, ale komuś mniej wyrozumiałemu. A to byłoby 

niebezpieczne dla ludzi i dla zwierząt. Ludzie spróbują je schwytać albo zabić. Chcę, żeby 

moje zwierzęta miały spokój.

- Bardzo ci na nich zależy - zauważył Rok. Kiwnęła głową.

- I tobie by zależało, gdybyś potrafił z nimi rozmawiać. Są potężne, wspaniałe, mądre. 

Jestem ci wdzięczna za pomoc i za to, że pozwoliłeś im tu zamieszkać.

- To zbiór godzien królewskich marzeń - odparł, spoglądając na nią znacząco. - Nie 

zmartwię się, jeśli Drede odczuje nieco lęku.

Spuściła oczy.

- Tak myślałam - odparła cicho. Rok poruszył się niespokojnie.

- Nie mówmy o tych sprawach. Pomiędzy zewnętrznym i wewnętrznym murem jest 

duży ogród, zdziczały po śmierci naszej matki. Powstał dla niej jako miejsce wytchnienia, z 

daleka od hałaśliwych synów. Ma wewnętrzną bramę, a także zewnętrzną, tuż obok baszty, 

prowadzącą   na   pola.   Dzieci   rzadko   się   tam   bawią;   nasze   żony  mają   mniejsze,   prywatne 

ogrody. Zmieści się tam niewielki staw, wiele drzew, fontanna i grota dla smoka. Ale nie 

wiem, jak zbudować dla ciebie kryształową kopułę.

Roześmiała się.

-   Jeśli   uczynisz   dla   mnie   to   wszystko,   nie   będę   prosiła   o   kryształową   kopułę. 

Potrzebuję tylko miejsca na moje książki, ale mogę je umieścić w zwykłej komnacie. Są 

bardzo cenne. Powinnam wkrótce pojechać na górę Eld i je zabrać, lecz tak mi tu dobrze, że 

trudno planować wyjazd.

- Cieszę się, że jesteś u nas szczęśliwa. - Rok zamilkł na chwilę, a Lara wspięła się na 

oparcie jego fotela. - Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się, że cię tu zobaczę. Wiedziałem, 

background image

jakie są twoje uczucia dla Tamlorna, a Corena dla Drede'a. Nie sądziłem, że uda się wam 

jakoś pogodzić miłość i nienawiść.

Zerknęła na niego, kreśląc coś odruchowo na marginesie karty papieru.

- Nie żywię miłości do Drede'a. Jednak Tamowi bardziej się przyda żywy niż martwy. 

A Coren... Wiem, że zdołał się jakoś pogodzić ze śmiercią Norrela. Ale wiem też, że jest 

człowiekiem z rodu Sirle, że jeśli rozpoczniecie kolejną wojnę, będzie walczył: nie przeciwko 

Drede'owi, ale dla swych braci, jak walczył dla Norrela.

-   Chociaż   spiskujemy   i   planujemy,   nie   widzę   raczej   możliwości   nowej   wojny.   Z 

pewnością ty i Coren będziecie prowadzić spokojne życie. Przynajmniej dopóki nie umrze 

Drede.

Jej pióro znieruchomiało nagle. - I co wtedy?

Rok wstał i przysunął się bliżej ognia, ciągnąc Larę, obejmującą go za nogę.

- Jeśli umrze, gdy Tam będzie jeszcze młody, pojawi się dość drapieżców z apetytem 

na królestwo chłopca - wyjaśnił otwarcie. - Zeszłaś z Eldu do świata, który nie jest spokojny. 

Tamlorn z pewnością także się o tym przekonuje. Jeśli jest sprytny, nauczy się żonglować 

władzą, udzielać jej i odbierać. Drede będzie go uczył, więc nie zostanie całkiem bezradny, 

gdy pewnego dnia Sirle zacznie kąsać jego dziedzinę.

Przesłoniła rzęsami swe czarne oczy.

- Istotnie, jesteście stadem niespokojnych lwów...

- Tak, ale  nie potrafimy  skoczyć;  nie mamy  poparcia, ludzi i broń straciliśmy  na 

równinie Terbrec, a wspomnienie bitwy osłabia naszą wolę. - Uśmiechnął się, podniósł Larę i 

posadził sobie na ramionach. - Ale nie powinienem z tobą o tym rozmawiać. Wybacz.

- Nie ma czego wybaczać. To ciekawe.

Drzwi   otworzyły   się   nagle   i   do   komnaty   zajrzał   Coren.   Przyjrzał   się   czujnie   im 

obojgu.

- Co robisz z moim bratem? - zapytał żałośnie. - Masz mnie już dosyć. Nienawidzisz 

moich rudych włosów. Pragniesz kogoś starego, przygarbionego i pomarszczonego...

- Corenie, Rok mi zbuduje ogród. Patrz, rysowaliśmy plany. To jest jaskinia Gylda, to 

łabędzie jezioro...

- A to jest Liralen - dokończył, wskazując pełne gracji linie rysunku. - Gdzie będziesz 

go trzymać?

- Co to jest Liralen? - zdziwił się Rok.

- Piękny biały ptak, którego skrzydła powiewają za nim jak grzywacze fal na niebie. 

Niewielu ludzi zdołało go pochwycić. Udało się to księciu Nethowi tuż przed śmiercią. O co 

background image

chodzi? - zwrócił się do Sybel, która w zadumie marszczyła czoło.

- O coś, co Mithran powiedział o Liralenie. Mówił... mówił, że kiedyś płakał, jak ja 

płakałam tamtego dnia, ponieważ wiedział, że nigdy nie zyska władzy nad Liralenem, choć 

zdoła może zapanować nad wszystkim innym. Zastanawiam się, skąd wiedział; zastanawiam 

się, dlaczego nie mógł go schwytać.

- Może Liralen okazał się potężniejszy od niego?

- Czy to możliwe? Jest przecież zwierzęciem, jak Gules czy Cyrin...

- Może bardziej jak Rommalb.

- Nawet Rommalba można przywołać.

Coren pokręcił głową i delikatnie pogładził długie włosy Sybel.

- Wydaje mi się, że Rommalb podąża, gdzie zechce i kiedy zechce. Przybył do ciebie i 

związał się z tobą, bo zajrzał na dno czarnych studni twoich oczu i nie znalazł tam śladu 

strachu.

- Co to jest Rommalb? - wtrącił Rok. - Dla niego nie nakreśliłaś planów.

Coren uśmiechnął się. Usiadł na stole i przysunął sobie rysunki.

- Rommalb to stwór, którego spotkałem kiedyś w domu Sybel. Nie sądzę, żebyś chciał 

go mieć w Sirle. Chodzi własnymi drogami, przede wszystkim nocą.

Rok uniósł brwi.

- Zaczynam podejrzewać, że niektóre z historii, które od prawie trzydziestu lat nam 

opowiadasz, mogą być prawdziwe.

- Zawsze mówię prawdę - odparł Coren i roześmiał się, widząc minę brata. - Są w 

Eldwoldzie istoty groźniejsze od kłopotliwych królów.

- Doprawdy? Jestem już za stary, żeby spotykać się z czymś bardziej kłopotliwym niż 

Drede.

- Corenie - odezwała się Sybel. - Powinnam wrócić na Eld po swoje księgi.

- Wiem. Ja też o tym myślałem. Jeśli chcesz, możemy wyruszyć jutro. Pogoda jest 

piękna, więc nie musimy się spieszyć.

- To może być niebezpieczne - zagrzmiał Rok. - Drede może czekać pod Eldem, aż 

Sybel wróci po swoje zwierzęta.

-   Nie   muszę   po   nie   wracać   -   odparła   Sybel.   -   Mogą   dotrzeć   tu   same,   kiedy   już 

przygotujemy im ogród. Ale muszę wrócić po księgi.

- Poślę po nie Herne'a i Eortha. Z uśmiechem pokręciła głową.

- Nie, Roku. Chcę raz jeszcze zobaczyć mój dom i moje zwierzęta. Przywołam Tera; 

on będzie naszym zwiadowcą. Ostrzeże nas w razie niebezpieczeństwa.

background image

Wyjechali następnego dnia przed południem. Zimny wiatr dmuchał od wierzchołka 

Eldu   i   pędził   niepowstrzymany   przez   równinę   jasnego   nieba.   Drzewa   na   wewnętrznym 

dziedzińcu pokryły się twardymi, ciemnymi pączkami nowych liści. Szerokie płaszcze Roka i 

Eortha wydymały się niczym żagle na wietrze.

- Ceneth i ja powiniśmy jechać razem z wami, Corenie - rzekł Eorth swym powolnym, 

głębokim głosem, podtrzymując strzemię Sybel. - Tak podpowiada rozsądek.

-   A   ja   marzę   tylko   o   kilku   dniach   spokoju   i   odosobnienia   w   towarzystwie   tej 

białowłosej czarodziejki - odparł Coren. - Nie martwcie się o nas. Sybel jednym spojrzeniem 

przebije każdego, kto chciałby nas zaczepić.

Zawrócił konia, unosząc rękę na pożegnanie. Niczym pocisk Ter runął z jasnego nieba 

i wylądował mu na ramieniu. Rok parsknął śmiechem.

- Oto twój strażnik.

Coren skrzywił się, czując mocny uścisk szponów.

- Idź, usiądź na Sybel. Ja sam o siebie zadbam. - Zerknął na żonę i zamilkł, widząc, że 

między kobietą a ptakiem przebiega spojrzenie jak nić porozumienia. Sybel mruknęła coś 

zaskoczona. - Co się stało?

- Tam dziś rano wyruszył z Mondoru w stronę Eldu. Dziwne, że Drede mu pozwolił. 

Chyba że...

- Chyba że Drede nic nie wie o jego wyjeździe - dokończył Rok. - Jeśli spotkacie 

Tama, zaoferujcie mu gościnę u nas.

- Mieliśmy go kiedyś - przypomniał Coren. - I straciliśmy. Niech tak zostanie.

Rok uśmiechnął się tylko.

- Jestem pewien, że Drede dobrze go wyszkolił. Jedźcie. Życzę przyjemnej podróży. 

Gdybyście potrzebowali pomocy, przyślijcie Tera.

Pojechali niespiesznie przez lasy; spędzili noc na maleńkiej farmie na samej granicy 

równiny Terbrec. Wczesnym popołudniem następnego dnia dotarli do góry Eld. Kręta droga 

rozmiękła od topniejącego śniegu; szczyt jaśniał na tle błękitu; wiatry niosące zapach śniegu i 

sosen smakowały jak stare wino. Sybel zrzuciła kaptur, a włosy powiewały za nią niby biały 

płomień; chłodny wiatr zarumienił jej policzki. Coren pochwycił żonę za włosy i pocałował 

ją. Blask słońca lał się ciepłem na jej zamknięte powieki.

Dotarli do białego domu i stwierdzili, że brama jest otwarta.

Tam wyszedł im na spotkanie.

Szedł   wolno;   lew   Gules   biegł   u   jego   boku,   szeroko   otwierając   oczy   i   niepewnie 

spoglądając na przybyłych. Sybel zsunęła się z siodła.

background image

- Tam! - Podbiegła i ujęła w dłonie jego twarz. - Mój Tam! Jesteś zaniepokojony. Czy 

Drede... coś ci zrobił?

Tam pokręcił głową. Sybel opuściła mu dłonie na ramiona.

- Więc co się stało?

Twarz   miał   bladą,   zmęczoną,   oczy   podkrążone.   Objął   Sybel   i   spojrzał   ponad   jej 

ramieniem na Corena, który zeskoczył na ziemię i chwycił konia żony.

- Czy on jest zły na Drede'a?

- Nic nie wie - odparła Sybel zaskoczona. - Ale czego ty się dowiedziałeś?

Potrząsnął jasnymi włosami.

-   Niczego   nie   rozumiem.   Drede   powiedział,   że   wyjdziesz   za   niego,   wiec   byłem 

szczęśliwy, a potem... potem nagle coś go przeraziło i nie chciał o tobie mówić. Kiedy mu 

powiedziałem, że wyszłaś za Corena, twarz pobladła mu tak bardzo, jakby miał zemdleć. Ale 

w końcu się odezwał. On jest po prostu przerażony. Dlatego przyjechałem zobaczyć, czy... 

czego właściwie się boi. Wiedziałem, że przyjedziesz, gdy tylko Ter ci przekaże, że tu jestem.

- Tam, czy on wie, gdzie pojechałeś?

- Nie. Nikt nie wie. - Znów spojrzał ponad jej ramieniem. Coren podszedł bliżej. - 

Jesteś jednym z siedmiu z Sirle - oświadczył sztywno. - Nauczono mnie bać się was.

- Ter siada na moim ramieniu i bierze mięso z moich palców, pozostawiając palce całe 

- odparł łagodnie Coren. - Dla niego jestem tylko Corenem, który kocha Sybel.

Tam wypuścił Sybel z objęć. Westchnął głośno i uspokoił się.

- Miałem nadzieję, że zostanie żoną Drede'a - mruknął. - Jesteście sami?

- Jest z nami Ter - wyjaśniła Sybel. - Masz szczęście, że nie przyjechali bracia Corena. 

Tam,   połowa   Eldwoldu   szuka   cię   pewnie   z   tego   czy   innego   powodu.   Nie   możesz   już 

podróżować tak swobodnie jak wtedy, gdy razem z Nylem boso pasałeś owce.

- Wiem. Ale Drede by mnie nie puścił, a chciałem cię zobaczyć, żeby się przekonać... 

przekonać, że... że ciągle...

Uśmiechnęła się.

- Że ciągle cię kocham, Tam? - szepnęła. Przytaknął, żałośnie wykrzywiając wargi.

- Wciąż muszę być  tego pewien, Sybel. - Ze znużeniem przetarł oczy.  - Czasami 

jestem jeszcze dzieckiem. Odprowadzę wasze konie.

Wymruczał coś uspokajająco do zwierząt, powiódł je za uzdy do szopy. Sybel ukryła 

twarz w dłoniach.

- Żałuję, że kiedyś doprowadziłam do jego spotkania z Drede'em.

Coren odgarnął jej włosy z twarzy.

background image

- Nie mogłaś pilnować go aż do śmierci - odpowiedział. - Z urodzenia albo w wyniku 

okoliczności, jakie stworzyliśmy na Terbrec, nie został przeznaczony do spokojnego życia.

- Zabrałabym go ze sobą do Sirle, ale nie zechce jechać. Potrzebuje Drede'a. A ja nie 

wykorzystam Tama, żeby Drede'a ukarać.

Urwała   nagle,   słysząc   własne,   wypowiedziane   na   głos   słowa.   Uniosła   głowę   i 

dostrzegła zdumienie w oczach Corena.

- Ukarać Drede'a? Za co?

Uśmiechnęła się i nabrała tchu.

- Och, zaczynam już gadać jak Rok albo Eorth, kiedy wspominają Terbrec.

- Niepokoili cię?

- Nie. Byli bardzo uprzejmi. Ale przecież mam uszy i słyszałam mowę ich nienawiści.

Pochyliła się do Gulesa, który stał przed nią i czekał cierpliwie. Spojrzała w jego 

złociste oczy.

Czy wszystko tutaj w porządku?

Tak, Biała Pani, ale słyszałem niepokojące wieści o królu. Powiedz, co trzeba zrobić, 

a ja to zrobię.

Nic. Na razie. Zabieram was wszystkich do Sirle.

Spodziewaliśmy się tego.

Wyprostowała się, ściągając wargi w lekkim uśmieszku.

- Czasami wydajesz mi się bardzo daleka - powiedział cicho Coren. - Twoja twarz się 

zmienia... jest niczym jasny nieruchomy płomień, potężna i niedotykalna.

- Jestem nie dalej niż dźwięk mojego imienia. - Wzięła go za rękę i razem poszli w 

stronę domu. - Gules twierdzi, że zwierzęta spodziewały się przeprowadzki. Cieszę się, że 

Rok chce je przyjąć.

- Rok,  moja  najdroższa,   jest  sprytny...  -  Zamilkł,  gdy  Cyrin   powitał   ich  zaraz   za 

progiem. Uśmiechnął się tylko. - Cyrinie... Jak widzisz, pokonałem tę... szklaną górę.

- Pokonałeś?  - zapytał  srebrzysty  odyniec.  - Czy czarownica  sama  ją usunęła  dla 

własnych celów?

-   Z   pewnością   usunęłam   -   odpowiedziała   cicho   Sybel.   -   Dla   celów,   którym   nie 

mogłam się dłużej przeciwstawiać. Cyrinie, przenosimy się do Sirle.

Czy wie dość, by spytać dlaczego? - zapytał odyniec w myślach.

Nie. Nie chcę go niepokoić. Pilnuj swego mądrego języka.

Kto będzie pilnował języka Mądrego z Sirle, kiedy otworzą się jego ślepe oczy?

Milczała przez chwilę, ściskając dłoń Corena.

background image

Proszę   cię   tylko   o   milczenie.   Jeśli   nie   możesz   mi   tego   dać,   a   chcesz   odzyskać 

wolność, uwolnię cię.

Pomiędzy zagadką a rozwiązaniem nie ma żadnej wolności.

- Sybel! - zawołał Coren. Powróciła do niego.

- Mistrz Mądrości bywa czasem irytujący - wyjaśniła. - Ale sam to wiesz.

- Tak, wiem. Ale nie dla spokojnego umysłu. Spojrzała mu w oczy.

- Nie zawsze jestem szczera, Corenie.

- Kocham cię właśnie dlatego, że taka jesteś. Powiedz, co mówił, co cię zaniepokoiło.

-  Sama   niepokoję   się   wydarzeniami,   które   minęły.   Nic   więcej.   Jak   Tam,   czasami 

jestem jeszcze dzieckiem.

Wszedł Tam z Terem na ramieniu. Schylił się i pogłaskał Moriah u stóp Sybel.

- Wróciłaś tu już na stałe? - spytał z nadzieją w głosie.

- Nie, Tam. Przenoszę swoje księgi i zwierzęta do Sirle. Dłoń chłopca znieruchomiała 

pomiędzy uszami kocicy.

-   Trudno   mi   będzie   cię   tam   odwiedzać,   Sybel   -   szepnął.   -   Ale   może   ty   czasem 

przyjedziesz do Mondoru.

- Może - odparła łagodnie.

-   I   jeszcze...   -   Podniósł   głowę   i   odrzucił   z   oczu   jasne   włosy.   -   Możemy   chwilę 

porozmawiać?

Zerknęła na Corena.

- Posiedzę tu przy ogniu - zaproponował uprzejmie. - I pogadam z Cyrinem.

- Dziękuję - rzucił Tam i przygarbiony ruszył za Sybel do sali pod kopułą. Lew Gules 

kroczył za nimi bezszelestnie.

Sybel usiadła na grubym futrze i przyciągnęła chłopca do siebie.

- Rośniesz. Jesteś już prawie tak wysoki jak ja. Przytaknął, skręcając futro w palcach. 

Zmarszczył jasne brwi.

- Tęsknię za tobą, Sybel, i boli mnie, że... że wolałaś wyjść za Corena. Nie z jego 

powodu. Dla wielu ludzi nie jesteśmy już Sybel i Tamem, ale Sirle i Drede'em, którzy zawsze 

byli wrogami. Kiedyś wszystko było całkiem proste, a teraz się skomplikowało i nie wiem, 

jak się skończy.

- Ja także nie wiem, Tamie. Wiem tylko, że nigdy nie zrobię niczego, co mogłoby cię 

zranić.

Spojrzał na nią zalękniony.

- Sybel, czego się boi mój ojciec? Ciebie? Nie pozwala mi nawet wymawiać twojego 

background image

imienia.

- Nie zrobiłam mu żadnej krzywdy. Nie zrobiłam nic, co mogłoby go wystraszyć.

- Ale nigdy go takiego nie widziałem i nie wiem, jak mogę mu pomóc. Poznałem go 

niedawno i boję się... boję się, że go stracę, jak straciłem ciebie.

Zmarszczyła czoło.

- Nie straciłeś mnie. Zawsze będę cię kochała, nieważne gdzie mieszkasz i gdzie ja 

zamieszkam.

Kiwnął głową gwałtownie i smutnie wykrzywił wargi.

-   Wiem.   Ale   teraz   jest   całkiem   inaczej   niż   kiedyś.   Ludzie,   których   kochamy, 

nienawidzą się nawzajem. Myślałem, że dopóki mieszkasz na Eldzie, mogę tu przyjechać, 

kiedy zechcę, uciec od zgiełku i ludzi z Mondoru i... i poleżeć przy ogniu z Gulesem albo 

pobiegać po górach z Terem i Nylem... tylko trochę... a potem wrócić do Drede'a. Myślałem, 

że zawsze tu będziesz ze zwierzętami. A teraz odjeżdżasz i zabierasz je tam, gdzie nie będę 

mógł przyjechać. Nie sądziłem, że coś takiego się zdarzy. Nie sądziłem, że wyjdziesz za 

Corena. Wydawało mi się, że go nie lubisz.

- Też nie sądziłam, że za niego wyjdę. Ale potem odkryłam, że go kocham.

- Ja to rozumiem. I nie wiem, czemu Drede nie potrafi zrozumieć. Nigdy nie użyłabyś 

swojej mocy, by rozpocząć wojnę. Sama mówiłaś. Drede musi to wiedzieć, a jednak czegoś 

się boi i czasem... czasem myślę, że zagubił się gdzieś wewnątrz siebie.

Sybel odetchnęła głęboko.

-   Chciałabym,   żebyś   znowu   był   mały,   żebym   mogła   cię   trzymać   w   ramionach   i 

pocieszać. Cóż, urosłeś i wiesz, że w pewnych sprawach nie da się znaleźć pocieszenia.

- Tak, wiem, ale... czasami wcale nie jestem taki duży.

Uśmiechnęła się i przytuliła go do siebie.

- Ja też nie.

Oparł jej głowę o ramię i okręcił na palcu kosmyk białych włosów.

- Czy jesteś szczęśliwy w Mondorze? Znalazłeś przyjaciół?

- Mam kuzynów w moim wieku. Zdziwiłem się, że mam aż tylu krewnych, kiedy 

dotąd miałem tylko ciebie. Jeździmy razem na polowania... Lubią Tera, ale trochę się go boją, 

a on nie pozwala się trzymać nikomu oprócz mnie. Na początku się ze mnie śmiali, bo o tylu 

sprawach nie miałem pojęcia. Maelga i ty nauczyłyście mnie czytać i pisać, ale nie używać 

miecza   albo   polować   z   psami,   ani   nawet   kto   był   królem   przed   Drede'em.   Wiele   się 

dowiedziałem o Eldwoldzie, o czym nigdy mi nie mówiłyście. Ale na tej górze nauczyłem się 

tego, o czym tam nie mają pojęcia. Czy ty... czy jesteś szczęśliwa w Sirle?

background image

- Tak. I ja też wiele się uczę na temat życia wśród ludzi. O tym Ogam nigdy mi nie 

mówił.

Tam drgnął, poruszony natrętną myślą. Szukał słów.

- Sybel...  Czemu... czemu ojciec sądził, że za niego wyjdziesz?  Powiedział  mi to 

pewnej nocy, nie tak dawno temu... Powiedział, że miał mi nie mówić, bo to jeszcze nie 

całkiem pewne, ale chciał poznać moją reakcję. Objąłem go, strasznie się ucieszyłem, a on się 

roześmiał...  A  następnego dnia  zapytałem  go znowu, a on... on tylko  spojrzał  na mnie  i 

milczał. Wydawał się chory i... i stary.

- Tam... - Głos zadrżał jej lekko. - Nie miał prawa ci tego mówić, bo nigdy się nie 

zgodziłam. Może on...

- Tak, ale kiedy zdążył cię spytać? Pisał do ciebie?

- Nie.

- Nie rozumiem tego. Wydawał się taki pewny... Może to ja się pomyliłem, może źle 

odebrałem jego słowa. Ale czego się teraz boi? Nigdy się nie śmieje. Prawie do nikogo się nie 

odzywa. Myślałem, że tutaj odkryję, co go dręczy.

- Przykro mi, że martwisz się o Drede'a, ale nie mogę... nie mogę ci pomóc. Lęki 

Drede'a to jego sprawa. Jego zapytaj.

- Pytałem. Nie chce powiedzieć. - Tam objął Gulesa. Zmarszczył brwi. - Wrócę do 

domu ostrożnie, o wiele ostrożniej niż wyjechałem. Drede będzie się na mnie gniewał, ale 

cieszę   się,   że   tu   jestem.   Cieszę   się,   że   mogłem   z   tobą   porozmawiać.   Tęsknię   za   tobą   i 

Gulesem. Ale pewnego dnia przyjadę do Sirle.

- Nie. Uśmiechnął się.

-   Przyjadę   tak   cichutko,   że   nikt   prócz   ciebie,   Gulesa   i   Cyrina   nie   będzie   o   tym 

wiedział. Ale przyjadę.

- Nie! - protestowała bezradnie. - Nie zdajesz sobie sprawy...

Urwała nagle i obejrzała się. Zza zamkniętych drzwi dobiegał przeciągły, bulgoczący 

odgłos, narastający, cichnący i narastający znowu.

- Co...?

Gules warknął, poderwał się i zaryczał. Sybel wstała. Zza drzwi dobiegł głośny trzask 

i pomruk męskich głosów.

- Coren... - szepnęła.

Otworzyła   drzwi.   Lew   Gules   przemknął   obok   niej   i   przysiadł   przed   kominkiem. 

Złocisty ogon poruszał się z boku na bok. Coren spojrzał na Sybel ponad klingami trzech 

mieczy   trzymanych   u   jego   gardła.   Był   nieuzbrojony,   plecami   opierał   się   o   mur.   Moriah 

background image

krążyła   wokół   i   warczała   na   trzech   mężczyzn   w   czarnych   tunikach,   z   pojedynczą 

krwawoczerwoną gwiazdą na piersi - znakiem sług Drede'a.

- Nie róbcie mu krzywdy! - zawołał Tam, stając obok Sybel.

Gwardziści obejrzeli się na niego; spoglądali na przemian na chłopca i na Moriah.

- Książę Tamlornie - odezwał się jeden z nich przez zaciśnięte zęby. - To jeden z Sirle.

- Znasz ich, Tamlornie? - zapytał Coren. Ostrze miecza mocniej nacisnęło jego krtań.

- Tak. To gwardziści mojego ojca. - Tam przyjrzał się pełnym napięcia twarzom. - 

Przybyłem tutaj, żeby zobaczyć się z Sybel. Nie wiedziała, że przyjadę. Porozmawialiśmy i 

teraz jestem gotów, by wracać do domu. Puśćcie go.

- To Coren z Sirle, brat Norrela... Walczył na Terbrec...

- Wiem. Ale jeśli zrobicie mu krzywdę, nie wierzę, żebyście żywi opuścili ten dom.

Gwardzista zerknął na Moriah, potem na Gulesa, któremu groźny pomruk budził się w 

głębi paszczy.

- Król jest niemal oszalały ze zmartwienia. Jeśli odstąpimy od Corena, te bestie nas 

zabiją. Ale jeśli Drede dowie się, że wypuściliśmy z rąk jednego z Sirle, czeka nas gorszy los.

- Jesteście tu sami?

- Nie. Inni stoją za bramą. Przybiegną na wezwanie.

- Zatem nikt prócz was nie musi wiedzieć, że byli tu Coren i Sybel. Ja Drede'owi nie 

powiem.

- Książe Tamlornie, to przecież wróg króla... twój nieprzyjaciel.

- Jest mężem Sybel! A jeżeli chcecie zaryzykować i zabić go w obecności Sybel, 

Gulesa i Moriah, próbujcie. Mogę wrócić do domu sam, tak jak przyjechałem.

Moriah wrzasnęła znowu, kładąc płasko uszy. Klingi drgnęły. Jeden z gwardzistów 

cofnął nagle miecz, ale zimny głos Sybel powstrzymał ruch broni w stronę kocicy.

- Jeśli to zrobisz, zabiję cię.

Gwardzista patrzył nieruchomo w jej czarne oczy; krople potu spływały mu po twarzy.

- Pani, zabierzemy księcia i odjedziemy. Przysięgam. Ale jaką mamy gwarancję, że 

wyjdziemy żywi z twego domu, jeśli puścimy Corena? Jaką pewność, że zachowamy życie?

Przez chwile Tam wpatrywał się czujnie w twarz Corena. Potem zbliżył się, uklęknął 

u jego stóp i objął Moriah za szyję.

- Ja jestem tą gwarancją.  A  teraz  odstąpcie.  Miecze  zakołysały się, zamigotały w 

blasku ognia, opadły. Coren odetchnął bezgłośnie.

- Dziękuję ci.

Tam podniósł wzrok, gładząc Moriah.

background image

- Uznaj, że to dar od Drede'a dla Sirle. - Wstał i zwrócił się do gwardzistów. - Teraz 

pojadę do domu. Żaden z was nie może tu zostać, nie może śledzić Sybel i Corena, gdy 

odjadą. Nikt.

- Książę Tamlornie... Nie widzieliśmy tu ani Sybel, ani Corena.

Tam westchnął.

-  Mój   koń  stoi  w   szopie.  Wyprowadźcie   go.  Wyszli  pospiesznie,  ścigani   cichymi 

pomrukami lwa, odyńca i kocicy. Chłopiec podszedł do Sybel, a ona objęła go mocno.

- Mój Tamie, stajesz się nieustraszony i mądry jak Ter.

Odsunął się.

- Wcale nie. Cały się trzęsę.

Uśmiechnął się, a Sybel ucałowała go szybko. Potem uścisnął jeszcze lwa Gulesa i 

wstał. Zza drzwi dobiegł stukot kopyt.

- Książę Tamlornie - odezwał się z powagą Coren. - Jestem ci wdzięczny. Myślę, że 

twój dar wzbudzi wielkie zakłopotanie u władcy Sirle.

- Mam nadzieję, że będzie zadowolony - odparł cicho Tam. - Żegnaj, Sybel.  Nie 

wiem, kiedy znów się zobaczymy.

- Do widzenia, Tam.

Obserwowała przez okno, jak chłopiec dosiada konia, a Ter krążył mu nad głową. 

Potem wyprostowana sylwetka zniknęła w grupie ciemno ubranych jeźdźców z krwawymi 

gwiazdami na piersiach. Po chwili drzewa zasłoniły wszystkich. Wtedy podeszła do Corena i 

objęła go mocno, przytulając twarz do jego piersi.

- Mimo całej mojej potęgi mogli cię zabić, zanim jeszcze się zorientowałam, że weszli 

do domu. Co by wtedy powiedział Rok?

Ujął w dłonie jej twarz i radosny uśmiech błysnął mu w oczach.

- Że kiedy idzie o moją skórę, nie powinienem polegać na żonie.

Dotknęła jego szyi.

- Krwawisz.

- Wiem. A ty drżysz.

- Wiem.

- Sybel, czy mogłaś zabić tego gwardzistę? On w to wierzył.

- Nie wiem. Ale gdyby zabił Moriah, na pewno bym się przekonała. - Westchnęła. - 

Ze względu na niego i na siebie cieszę się, że do tego nie doszło. Myślę, Corenie, że nie 

powinniśmy zostawać tu długo. Nie ufam tym żołnierzom. Zapakujmy księgi i ruszajmy.

Coren skinął głową. Podniósł przewrócony fotel; znalazł w kącie i wsunął do pochwy 

background image

swój miecz. Lew Gules leżał przy ogniu i pomrukiwał cicho, Moriah krążyła przed drzwiami. 

Sybel  pogładziła   jej   płaską  czarną  głowę.   Rozejrzała  się   i  wyczuła   dziwną  pustkę,   która 

zdawała się tkwić pod chłodnymi, białymi murami.

- Odnoszę wrażenie, że to już nie jest mój dom. Wydaje się, że czeka na kolejnego 

maga, takiego jak Myk czy Ogam, który w tej białej ciszy rozpocznie swe dzieło...

- Może ktoś się tu zjawi. - Coren rozwinął worki po ziarnie, jakie przywieźli, by 

zapakować księgi. - Mam nadzieję - dodał kpiąco - że będzie miał stąd lepsze wspomnienia 

niż ja.

- Ja także mam taką nadzieję.

Uścisnęła go jeszcze raz i wyszła, by porozmawiać z Gyldem i Czarnym Łabędziem. 

Późne popołudnie zmieniło się ze złocistego w srebrzyste, a potem w szare. Coren skończył 

pakowanie; wyszedł na dziedziniec, wołając ją głośno. Po chwili wynurzyła się spomiędzy 

drzew.

- Byłam u Gylda. Obiecałam, że przygotujemy mu miejsce w Sirle, a on powiedział, 

że zabierze swoje złoto.

- Och, nie. Już widzę błyszczący szlak starych monet prowadzący stąd aż na próg 

domu Roka...

- Corenie, obiecałam, że jakoś się tym zajmiemy. Kiedy już będziemy gotowi, przyleci 

nocą. Oby tylko  nie wystraszył całej okolicy. - Spojrzała w szare, ciemniejące niebo, na 

zielonoczarne sylwetki drzew. - Robi się późno. Chyba nie powinniśmy nawet zatrzymywać 

się w domu Maelgi.

- Nie. Drede chętnie mnie zabije, ryzykując wybuch wojny, byle tylko cię schwytać i 

zabrać do Mondoru. Jeśli taki ma zamiar, wróci tu nocą, by nas odszukać.

- Więc co nam pozostaje?

- Zastanawiałem się nad tym.

- Konie są zmęczone. Nie ujedziemy daleko.

- Wiem.

- No to co wymyśliłeś takiego, że się uśmiechasz?

- Gyld.

Spojrzała zaskoczona.

- Gyld? To znaczy... chcesz go dosiąść? Przytaknął.

- Dlaczego nie? Możesz sobie wyobrażać, że to Liralen. Z pewnością ma dość siły.

- Ale... co powie Rok?

- A co by powiedział każdy człowiek, gdyby smok wylądował mu na dziedzińcu? 

background image

Sybel,   konno   nie   odjedziemy   daleko,   a   na   tej   górze   nie   jesteśmy   bezpieczni.   Możemy 

wypuścić konie. Przywołasz je do Sirle, kiedy odpoczną.

- Ale w Sirle nie ma gdzie umieścić Gylda.

- Znajdę mu jakieś miejsce. A jeśli nie, możesz przecież odesłać go tutaj. Tylko czy 

się zgodzi?

Oszołomiona, kiwnęła głową.

- On uwielbia latanie. Ale Rok...

- Rok z pewnością woli nas oglądać żywych na Gyldzie niż martwych na górze Eld. 

Jeśli ruszymy z księgami powoli, mogą nas ścigać. Pożeglujmy wiec smokiem po niebie. 

Sybel, pod gwiazdami musi panować cisza głębsza od ciszy Eldu. Nie chcesz jej posłuchać? 

Chodź! Zrzucimy wszystkie gwiazdy do Sirle, a potem zatańczymy na księżycu.

Na jej twarzy pojawił się uśmiech, delikatny i rozmarzony.

- Zawsze chciałam latać...

- Właśnie. I skoro nie możesz polecieć na Liralenie, to spróbujmy ognistego nocnego 

lotu na Gyldzie.

Przywołała   Gylda   z   jego   zimowej   jaskini.   Przybył,   wznosząc   się   wolno   ponad 

drzewami - wielki, ciemny kształt na tle rozgwieżdżonego nieba. Sybel spojrzała w jego 

zielone oczy.

Czy zdołasz nieść na grzbiecie mężczyznę, kobietę i dwa worki ksiąg?

Wyczuła w jego umyśle radosne drżenie, niby płomień budzący się do życia.

Przez całą wieczność.

Smok czekał cierpliwie, aż Coren umocuje mu na grzbiecie księgi, owinie liną nasadę 

szyi i skrzydeł. Podniósł się, by Coren mógł przeciągnąć linę pod nim; oczy lśniły mu jak 

klejnoty wśród nocy, łuski błyszczały złociście. Coren usadowił Sybel między dwoma worka-

mi ksiąg i sam zajął miejsce przed nią, trzymając się liny opasującej szyję Gylda. Obejrzał 

się.

- Wygodnie ci?

Kiwnęła głową i sięgnęła do umysłu smoka.

Czy liny nigdzie cię nie uwierają?

Nie.

Ruszaj więc.

Wielkie   skrzydła   rozwinęły   się,   czarnym   cieniem   przesłaniając   gwiazdy.   Cielsko 

wzniosło   się   powoli,   niewiarygodnie,   coraz   dalej   od   chłodnej   ziemi,   ponad   szarpane 

podmuchem, szepczące drzewa Wyżej wichry uderzyły z pełną siłą, wydymając ich płaszcze, 

background image

spychając w tył. Czuli pod sobą grę potężnych mięśni i napięcie skrzydeł chwytających wiatr. 

A   potem   nastąpił   płynny,   wspaniały   wzlot,   zatopienie   w   wietrze   i   przestrzeni,   spiralne 

opadanie   w   ciemności,   które   wyniosło   ich   poza   strach,   poza   nadzieję,   poza   wszystko   z 

wyjątkiem nagłego wybuchu śmiechu, który wyrwał się z ust Corena. Wznieśli się jeszcze 

wyżej,   do   poziomu   gwiazd,   a   skrzydła   pulsowały,   wybijając   ścieżkę   przez   mrok. 

Lodowobiały księżyc  w  pełni  mknął wraz z nimi, okrągły i zadziwiony niby pojedyncze 

rozbudzone oko gwiezdnej bestii nocy.  Widmo Eldu Zniknęło za plecami; wysoki szczyt 

skurczył   się,   uśpiony   i   śniący   we   mgle.   Ziemia   w   dole   była   czarna,   poza   niewielkimi 

punkcikami światła, które płonęły gdzieniegdzie pod nimi jak drugie gwiaździste niebo. Za 

Mondorem   wiatr   ucichł,   uspokoił   się,   a   oni   mknęli   wtopieni   w   ciszę,   w   chłodną   błę-

kitnoczarną noc, która była nieruchomą nocą ze snu, bezwymiarową, gwiezdną i wieczną. I w 

końcu w samym  jądrze ciemności zobaczyli  migoczące okna komnat domostwa władców 

Sirle.

Wylądowali łagodnie na dziedzińcu. Czekający przy bramie koń zarżał przerażony; 

psy w holu zawyły. Coren sztywno zeskoczył na ziemię, krztusząc się ze śmiechu pełnego 

niewysłowionej radości. Pomógł zsiąść Sybel. Przylgnęła do niego na chwilę, zdrętwiała z 

zimna. Wyczuła myśli Gylda, szukające jej umysłu.

Gyld... Uspokój się.

Tam są ludzie z pochodniami. Czy mam...

Nie. To przyjaciele. Po prostu nie spodziewali się nas dzisiaj. Nikt nie spróbuje nas 

skrzywdzić. Gyld, to był lot ku nadziei...

Sprawił ci przyjemność?

Wielką przyjemność.

- Rok! - krzyknął Coren w stronę brata, idącego ku nim po schodach. Psy tuliły mu się 

do nóg i warczały. Dzieci utknęły na chwilę w drzwiach, po czym rozbiegły się szeroką falą 

przed Cenethem i Eorthem. - Mamy gościa!

- Corenie - rzekł Rok, przebijany spojrzeniem lśniących, nieprzeniknionych oczu. - W 

imię tego, co w Górze i na Dole, co masz zamiar z nim zrobić?

Coren odciągnął psa, który doskoczył z zębami do smoczego skrzydła.

- O tym też pomyślałem - oświadczył z uśmiechem. - Schowamy go w piwnicy na 

wino.

background image

9

Z   Rokiem,   Cenethem   i   Eorthem   siedzieli   do  późna.   Wielka   sala   opustoszała,   psy 

posnęły u ich stóp. Coren opowiedział o spotkaniu z Tamem i gwardzistami Drede'a, a Rok 

słuchał w milczeniu, przetaczając w palcach kielich.

- Chłopak jest jeszcze miękki - mruknął, kiedy Coren skończył. - Zastanawiam się, co 

by zrobił sam Drede.

-   Zrobiłby   to,   czego   bym   chciała   -   oświadczyła   Sybel.   Rok   zerknął   na   nią   z 

zaciekawieniem.

- Potrafiłabyś zapanować nad nimi wszystkimi?

- Nie. Mogliby nas pokonać, lecz nie byłoby to dla nich przyjemne spotkanie.

- Ale opanowałabyś króla.

- Rok - mruknął Coren i Rok spuścił głowę. Usiadł wygodniej.

- No cóż, jestem wdzięczny losowi, że wróciliście bezpiecznie. Głupio mi, że przez 

chwile myślałem o was jak po prostu o mężczyźnie i jego żonie, którzy mogą podróżować po 

Eldwoldzie spokojnie jak dzieci. Pozwoliłem wam jechać bez eskorty.

Coren wzruszył ramionami.

- Tak było lepiej. Gdyby towarzyszył nam Eorth i Herne, w domu Sybel wybuchłaby 

mała wojna, a teraz wszyscy lizalibyśmy rany w Mondorze, łącznie ze zwierzętami. Poza tym, 

nawet gdyby Eorth nad sobą panował, pewnie skręciłby kark, spadając z Gylda w drodze do 

domu.

Eorth dolał sobie wina.

- Przynajmniej miałbym dość rozumu, żeby nie pozwolić zapędzić się w pułapkę przez 

trzech ludzi Drede'a. Kiedy jechali pod górę, musieli narobić dość hałasu, żeby cię ostrzec.

- Wiem. Powinienem ich usłyszeć, ale nie uważałem. Cyrin opowiadał mi, jak spotkał 

wiedźmę Carodin w jej wieży bez drzwi, odpowiedział na sześć z jej siedmiu zagadek i 

odkrył, że nawet ona nie zna rozwiązania siódmej.

Eorth przyjrzał mu się z niedowierzaniem.

- Odyniec ci to powiedział?

- On mówi.

- Corenie, opowiadałeś nam o różnych śmiesznych rzeczach, ale to już...

- Nie żartuję. To prawda. Eorcie, nigdy nie widzisz dalej niż czubek twojego miecza...

- To akurat tak daleko, jak trzeba w tej krainie. - Zwrócił się do Sybel. - Czy on 

kłamie?

background image

- On nigdy nie kłamie. Spojrzał na nią zdumiony.

- Eorth... - odezwał się rozweselony Rok - nie zaczynaj bójki przy moim kominku. 

Nigdy bym nie uwierzył, że Coren przyleci na smoku pod mój próg, ale przyleciał i teraz 

wierzę. I dwa razy się zastanowię, niż zaprzeczę innym jego opowieściom.

Coren sięgnął ponad stołem i ujął Sybel za rękę.

- Sama widzisz, jak mamą tu miałem reputację, nim za mnie wyszłaś.

- Rozumiem. Ożeniłeś się ze mną dla moich zwierząt. Od początku wiedziałam.

- Ożeniłem się z tobą, bo nigdy się ze mnie nie śmiałaś. Tylko kiedy poprosiłem cię o 

rękę.

Eorth odchylił się na krześle i uśmiechnął szeroko.

- Śmiała się? Opowiedz nam o tym, Corenie. - Nie.

- Śmiałam się, bo myślałam, że wysłaliście go, żeby się ze mną ożenił - wyjaśniła 

Sybel. - Potem, gdy zrozumiałam, że mnie kocha, przestałam się śmiać.

Ceneth wstał i podszedł do ognia. Wielki dom stał cichy wokół nich. Cienie opadały 

ze ścian jak gobeliny.

-  Jeśli  nie   będziesz   uważał,  Eorcie,   Sybel   każe   Gyldowi   zostawić  cię  nagiego  na 

szczycie Eldu i nikt nie będzie za tobą tęsknił.

- Przykro mi.

- Wcale nie. Jesteś zazdrosny, że nie ty ożeniłeś się z kobietą ze smokiem.

- A teraz mamy smoka w piwnicy - mruknął Rok.

- Ciekawe, co by na to powiedział nasz ojciec. Eorth parsknął śmiechem.

- Przestałby pić. Wiecie, coś mi właśnie przyszło do głowy.

- Naprawdę? - zdziwił się Ceneth. - Cóż takiego?

- Że jeśli Sybel urodzi córkę, ta córka mogłaby wyjść za Tamlorna, zapanować nad 

nim i po dwóch pokoleniach władcy Sirle byliby królami Eldwoldu.

- Wątpię czy Tam będzie czekać piętnaście lat z ożenkiem - odparł sucho Rok.

- I tak mógłby wżenić się w Sirle - zauważył Ceneth.

- Córka Herne'a, Vivien, latem kończy dwanaście.

- Drede nigdy się na to nie zgodzi.

- Co z tego? Chłopak potrafi zrobić z Drede'em, co zechce.

- A kto namówi Tama do tego planu?

- Sybel, oczywiście.

Coren uderzył w stół, aż wino zafalowało w pucharach. Spojrzał na trzech zamilkłych 

nagle mężczyzn - potężnego Roka ze złotą grzywą, Cenetha z gładkimi, czarnymi włosami i 

background image

kocio spokojnymi  oczami, Eortha, powolnego, jasnego i silnego. Podniósł rękę i zacisnął 

palce.

- Przepraszam. - Eorth zaczerwienił się. - Paplałem bez sensu.

- Owszem.

- Jak my wszyscy. - Ceneth przez chwilę trącał butem głownie na palenisku. Potem 

odwrócił się i położył Corenowi dłoń na ramieniu. - To się już nie powtórzy.

Coren westchnął i rozluźnił mięśnie.

- Owszem, powtórzy się. Znam ten dom. I wiem, co dzisiaj warte jest gadanie. Jak lot 

smoka, kończy się niczym, tylko snem.

- Okrutne, ale prawdziwe - przyznał Rok. Milczeli przez długi czas. Ogień przygasł, 

pozostał tylko samotny płomyk, który tańczył nad żarem. Eorth ziewnął; zęby błyskały mu 

bielą jak kły Moriah.

- Już późno - stwierdził zdziwiony. Ceneth kiwnął głową.

- Idę spać - oświadczył. Złożył pocałunek na dłoni Sybel. - Bądź z nami cierpliwa, 

pani.

Uśmiechnęła się.

- Przy tobie nietrudno być cierpliwą.

Odszedł. Siedzieli jeszcze, dopijając wino, a cienie wydłużały się i łączyły nad ich 

głowami. Wreszcie Coren odstawił pusty puchar.

- Idź do łóżka, Corenie - rzuciła Sybel. - Wyglądasz na zmęczonego.

- Chodź ze mną.

- Za chwilę. Chcę porozmawiać z Rokiem o Gyldzie.

- Zawsze ten Rok... Zaczekam.

- A potem chcę się wykąpać.

- No dobrze. - Odsunął krzesło, wstał i pochylił się nad stołem, całując ją w czubek 

głowy. - Nie zatrzymuj Roka zbyt długo. Jest już stary i potrzebuje snu.

-   Stary...   Przynajmniej   nie   jestem   jeszcze   taki   powolny   i   głuchy,   żeby   dać   się 

zaskoczyć byle durniowi w służbie Drede'a.

- Trzem durniom - sprostował Coren. - Potrzebowali trzech.

- Dobranoc - powiedział Rok.

Eorthowi głowa opadła na stół. Rok wyjął puchar z opuszczonej ręki, postawił na stole 

i skrzywił lekko.

- Przepraszam, że niepokoiliśmy cię dzisiaj. Coren ma rację. Odkąd Drede pokonał 

nas na Terbrec, dużo gadamy, ale robimy niewiele. - Przerwał na moment. - Co takiego 

background image

chciałaś mi powiedzieć?

Sybel spojrzała mu w oczy. Salę spowiła ciemność; słabo jarzyła się jeszcze ostatnia 

pochodnia.   Chrapanie   Eortha   wydawało   się   słabe   wobec   narastającego   milczenia   starych 

murów. Pochyliła się do Roka; oczy miała ciemne, wpatrzone w niego, podobne do zalanych 

blaskiem księżyca bagien Frybolgu.

- Coś - odezwała się w końcu - czego nie powiedziałam jeszcze żadnemu mężczyźnie.

Rok milczał.   Eorth  także  ucichł na  chwilę;   złapał  oddech  i  obudził  się,  mrugając 

nieprzytomnie.

- Idź spać - rzucił niecierpliwie Rok. Eorth podniósł się ciężko i wyszedł.

Rok odczekał, aż brat wyjdzie z sali. Potem zwrócił się do Sybel. Zmrużył oczy.

- Mów.

Sybel złożyła ręce na stole.

- Czy Coren wspominał ci o magu, który mnie przywołał?

Rok przytaknął.

- Mówił, że zostałaś schwytana... przywołana... przez bardzo potężnego maga, który 

cię pragnął. Potem mag zginął, a ty wróciłaś wolna. Nie zdradził, jak zginał mag.

- Zostawmy to na razie. Coren nie wie, że maga wynajął Drede. Chciał mnie pojmać i 

uczynić... posłuszną, żeby mógł mnie poślubić bez strachu.

- Jak... posłuszną?

Wykrzywiła usta, ale uspokoiła się natychmiast.

-   Zapłacił   magowi,   by   zniszczył   fragment   mojego   umysłu.   Ten   fragment,   który 

dokonuje wyborów i posiada własną wolę. Zachowałabym swą moc, ale byłabym powolna 

Drede'owi. Miałam się stać... pokorna.

Rok otworzył usta.

- Mógłby tego dokonać?

- Tak. Miał... zawładnął moim umysłem całkowicie, bardziej niż jakikolwiek człowiek 

włada swoim. Drede panowałby nade mną. Robiłabym wszystko, co zechce, bez pytania ani 

nawet bez nadziei na pytanie, a później byłabym szczęśliwa, że go zadowoliłam. Tego chciał 

Drede. - Uniosła dłoń i machnęła nią gniewnie. - I za to go zniszczę.

Rok odchylił się w fotelu i bezgłośnie odetchnął.

- Czy dlatego wyszłaś za Corena? - zapytał nagle. - Żeby dokonać zemsty?

- Tak.

- Nie kochasz go? - upewnił się niemal żałosnym głosem.

- Kocham. - Rozsunęła dłonie. - Kocham go - powtórzyła  cicho. - Jest delikatny, 

background image

dobry i mądry. Z tego powodu nie chcę, żeby wiedział, co... co mam w sercu. Mógłby mnie 

za to znienawidzić. Ja sama ostatnio niezbyt siebie lubię. Ale chcę, żeby Drede cierpiał. Chcę, 

żeby poznał ten strach i brak nadziei. Już teraz poznaje ich przedsmak. Tam mówił mi, że 

zaczyna się bać... i ma powody. Chcę wojny między Sirle i Drede'em; chcę, żeby Drede był 

bezsilny. Pomogę ci pod dwoma warunkami.

- Wymień je - szepnął Rok.

- Coren nie może wiedzieć, że jestem zamieszana w tę wojnę. A Tam w żaden sposób 

nie zostanie wykorzystany przeciwko Drede'owi. Za to przywołam władców Nicconu i Hiltu, 

by sprzymierzyli się z tobą przeciw Drede'owi; użyję moich zwierząt przeciwko Drede'owi i 

dam ci królewski skarb, byś miał za co zebrać i uzbroić ludzi.

Rok wpatrywał się w nią bez słowa. Dostrzegła ruch jego krtani, gdy przełykał ślinę.

- Jesteś spełnionym marzeniem, pani - wyszeptał po chwili. - Skąd weźmiesz skarb?

-   Od   Gylda.   Przez   wieki   zebrał   tyle   złota,   że   można   za   to   uzbroić   wszystkich 

mężczyzn i chłopców w Eldwoldzie. Jeśli poproszę, odda mi część. Widzisz, Ter również był 

schwytany i słuchał bezradny, jak Drede i Mithran omawiają swoje plany. Kiedy wróciłam 

dziś na Eld, wszystkie zwierzęta wiedziały, co nas spotkało.

- Ale jak wyrwałaś się temu magowi, skoro był tak potężny?

- Rommalb go zabił.

- Rommalb... - Wspomnienia zamigotały w jego oczach. - Nocny łowca... Jak?

- On... On go zmiażdżył.

Twarz Roka, nieruchoma w blasku pochodni, wyrażała zdumienie.

- To jego spotkał Coren przy twoim kominku? Przytaknęła.

- Nie było to przyjemne spotkanie, ale Coren dokonał tego, co niewielu dotąd się 

udało.

- Co to było?

- Przeżył. - Drgnęła. Wyprostowała ręce na blacie. - Nie chciałam, by do tego doszło. 

To była gra Cyrina. Przeraziłam się. Ale Coren jest mądrzejszy, niż sobie wyobrażałam.

- Więc musi być mądrzejszy, niż wszyscy sobie wyobrażamy. Dlaczego nie posłałaś 

tego Rommalba na Drede'a?

- Bo chcę zemsty powolnej. Chcę, żeby wiedział, co się z nim dzieje i dlaczego, i kto 

jest za to odpowiedzialny.  Najbardziej na świecie obawia się siły i energii Sirle. I mnie. 

Tamtego dnia przyszedł  do wieży Mithrana. Spodziewał się, że znajdzie kobietę, która z 

uśmiechem   odda   mu   rękę   i   zrobi   wszystko,   o   co   ją   poprosi.   Odkrył   jednak,   że   kobieta 

zniknęła, a wielki mag leży pogruchotany na ziemi. Od tego dnia się boi. Teraz, z twoją 

background image

pomocą, zmiażdżę go jego lękami.

Wolno pokręcił głową.

- Jesteś bezlitosna.

- To prawda. Jeśli mi odmówisz, pójdę spać i nie wrócimy już do tej sprawy. Ale 

razem z Sirle czy bez Sirle, tak się stanie.

- Wiążą się z tym ważne dla ciebie uczucia: miłość Corena i Tama. Czy chcesz je 

zaryzykować?

- Przez wiele nocy do późna myślałam o moim planie. Znam ryzyko. Wiem, że jeśli 

Coren odkryje, jak go wykorzystałam, albo jeśli Tam zacznie podejrzewać, że to ja niszczę 

jego ojca, obaj będą głęboko zranieni. Wtedy stracę wszystko, co jest dla mnie ważne. Ale po-

wiedziałam ci dzisiaj, jaką podjęłam decyzję.

- Jesteś pewna? Spojrzała mu prosto w oczy.

- Tak się stanie. Odetchnął.

- Myślę - rzekł - że stanie się z pomocą Sirle.

* * *

Budowa ogrodów dla zwierząt rozpoczęła się, gdy tylko ziemia odtajała na wiosnę, i 

trwała aż do lata. Sybel po jednym przywoływała je do Sirle. Najpierw Czarnego Łabędzia, 

by zajął miejsce w niewielkim jeziorku wypełnionym gładkimi kamieniami i rybkami koloru 

ognia. Wyszła mu na spotkanie, gdy spływał z nieba nad ogrodem; wylądował na wodzie, nie 

wzbudzając nawet zmarszczki - czarny jak noc, królewski ptak. Jego głos popłynął gładko i 

melodyjnie wśród jej myśli.

Jest nieduże, ale ładne.

Rok chce ustawić pośrodku białą fontannę, powiedziała Sybel.

W jakim kształcie?

Dwóch łabędzi w locie, wzlatujących w górę, ze złączonymi dziobami.

Dobrze. A ta sprawa dotycząca ciebie?

Zostanie załatwiona. Wkrótce.

Jestem gotów, kiedy tylko będę ci potrzebny.

Przywołała Gylda z jego kątka w mrocznej, wilgotnej piwnicy na wina, a smok zasnął 

w   grocie   ocienionej   drzewami,   chłodzonej   przez   odnogę   Slinoon   płynącą   pod   murem, 

okrążającą jego legowisko i wpadającą do jeziorka łabędzia. Klejnoty, puchary i stare złote 

monety migotały wokół niego w mroku. Zdradził bowiem Sybel ścieżkę do swej górskiej 

jaskini, a Rok wysłał Eortha, Bora i Herne'a, by w sekrecie przewieźli skarb. Wrócili po 

background image

trzech dniach zmęczeni, obładowani i oszołomieni.

- Nie zdołaliśmy zabrać wszystkiego - wyjaśnił Bor Rokowi i Sybel. Przetarł oczy, 

jakby chciał pozbyć się wizji, dla której nie umiał znaleźć słów. - Rok, brodziliśmy po kostki 

w srebrnych monetach. Były tam kości trzech ludzi, a jeden miał królewską koronę. I tę bestię 

my beztrosko umieściliśmy w zamkowej piwnicy...

- Ze strony Gylda nie macie się czego obawiać - uspokoiła ich Sybel. - Jest już stary i 

pragnie tylko spać na stosie złota. Dobrze mu w tej jaskini.

- Za to złoto można by kupić królestwo - stwierdził Herne. Oczy błyszczały mu w 

wyrazistej, wesołej twarzy.

Rok skrzywił się odrobinę.

- Tak.

Potem przywołała lwa i wielką zielonooką kocicę. Zwierzęta przybiegły nocą, lśniące 

jak aksamit w blasku księżyca Sybel spotkała je u bramy, otworzyła wrota, a one przemknęły 

cicho   do   ogrodów.   Trawa   szeptała   pod   ich   łapami,   drzewa   stały   białe   i   ciche   na   tle 

gwiaździstego nieba.

Przed zimą wybudujemy wam ciepłe schronienie, powiedziała. Będzie mi brakowało 

waszych wizyt w moich pokojach. Może do zimy ludzie przestaną się was lękać. Ten ogród 

jest niewielki, ale odosobniony. Nikt nie powinien was niepokoić.

Lew Gules wyciągnął się na trawie u jej stóp. Moriah krążyła bezszelestnie jak cień 

wśród nocy, a Czarny Łabędź pływał sennie przez lśniące w blasku księżyca wody.

Władca Sirle wiele dla ciebie zrobił,  Biała Pani, stwierdził  Gules. Czy już z nim 

rozmawiałaś?

Tak. Zaproponowałam mu Eldwold. Przyjął.

Z gardła Gulesa wydobył się głuchy, zduszony ryk.

To dobrze.

Następnego ranka Coren przyszedł zobaczyć zwierzęta. Przyprowadził braci - stali w 

milczeniu, patrząc, jak Gules rozrywa udziec samy, którą Coren dla niego ustrzelił. Ceneth 

syknął przez zęby.

- I ty nad nimi panujesz? Sybel kiwnęła głową.

- W górach zwykle  same dla siebie polowały.  Miały więcej miejsca.  Ale tutaj to 

niemożliwe... Farmerzy, konie, bydło... przeraziliby się, gdyby zwierzęta biegały swobodnie.

- Wyznaczę ludzi, żeby dla nich polowali - obiecał Rok, a Sybel uśmiechnęła się z 

wdzięcznością.

- Dziękuję. A teraz podam im wasze imiona.

background image

Przywołała do siebie oba koty i łabędzia. Mężczyźni stali bez ruchu pod nieruchomym 

wzrokiem całej trójki. Sybel przechodziła od jednego do drugiego i przedstawiała ich kolejno.

Rok. Bor. Eorth. Herne. Ceneth. Zapamiętajcie ich. Strzeżcie ich.

- Gdzie jest Cyrin? - zapytał nagle Coren. - Przywołałaś go?

- Nie. Zdziwił się.

- Przecież miejsce dla niego jest gotowe. Zawołaj go zaraz, Sybel. Został już tylko on; 

na pewno czuje się samotny. Pomyśli, że go nie chcesz.

Nabrała tchu.

- Mam nadzieję, że będzie tu szczęśliwy... Wystawiła twarz na wiatr i posłała ostatnie 

wołanie.

Poczuła, że leżący pod drzewem Cyrin wstaje.

- Cyrin - wyjaśnił Eorth Herne'owi. - Odyniec. Coren twierdzi, że umie mówić.

- Ja mu wierzę - odparł krótko Eorth. - Po tym, co widzieliśmy przez ostatnie dni, 

jestem skłonny uwierzyć we wszystko.

Nocą Sybel znów rozmawiała z Rokiem na osobności, kiedy wszyscy domownicy już 

posnęli, a psy drzemały pod stołem. Zapachy wczesnego lata unosiły się ze zgniecionych 

kwiatów i świeżego sitowia na kamiennej posadzce, z wilgotnych od wieczornej rosy pól i pę-

dów wyrastających z ziemi.

- Powiedziałem Borowi i Cenethowi, że wspomożesz nas w walce z Drede'em - rzekł 

Rok. - Eorth i Herne wiedzą tylko, że planujemy wojnę. Nie będą pytać jak i dlaczego, ale 

Ceneth i Bor potrafią milczeć. Wiedzą, że Sirle może pokonać króla, ale nie króla i władców 

Nicconu   i   Hiltu.   Spytali   mnie   wiec,   naturalnie,   skąd   weźmiemy   dość   sił.   Wyjaśniłem. 

Zgodzili się. - Przerwał na moment i podniósł puchar do ust. - Zostaliśmy wychowani do 

bitwy,  Sybel.  Nasz  dziad przez siedemdziesiąt  dni oblegał Mondor, a nasz ojciec, wtedy 

niewiele starszy od Tamlorna, walczył u jego boku. Od śmierci Norrela na Terbrec pragniemy 

zemsty, ale Niccon sprzymierzył się z Drede'em po tej bitwie, a Horst z Hiltu opuścił ręce i 

czekał bezczynnie na wynik wojny wybuchłej z powodu jego zmarłej córki. Nie byliśmy 

pewni poparcia.

- Jak sądzisz, czy Horst z Hiltu walczyłby za krzywdę, którą Drede wyrządził córce 

Laran, czy raczej wsparłby dziecko Rianny, syna Drede'a?

Rok pokręcił głową.

- Nie chciałbym stanąć wobec takiego wyboru. Przypuszczam, że rację ma Coren: 

Horst walczyłby dla tego, o kim sądzi, że wygra. W tym przypadku dla Drede'a.

- Rozumiem. Dlatego przekonam go, by zmienił zdanie. - Spojrzała Rokowi w oczy. - 

background image

I władcę Nicconu również. Kiedy mam ich sprowadzić?

- Najpierw zacznę zbierać wojska. Drede zwróci się do Hiltu i Nicconu o wsparcie, a 

oni z pewnością nie odmówią. I wtedy, Sybel, możesz ich przywołać. Drede będzie patrzył, 

jak jego sojusznicy odpływają niby woda między palcami. Myślę, że zrozumie, kto stoi za 

wojną z Sirle. Kiwnęła głową.

- A Coren? Czy wie, co planujesz?

- Dowie się, kiedy Herne i Eorth zaczną paplać. Niewątpliwie uzna, że zwariowałem... 

Dopóki nie zobaczy, jak Derth z Nicconu wjeżdża na mój dziedziniec.

- Nie może wiedzieć, skąd bierzesz pieniądze. - Nie.

Zadrżała lekko.

- Boję się.

- Corena?

- Tak. Boję się jego wzroku tego dnia, gdy odkryje, jaką grę toczę z Sirle.

- To nasza gra, tak samo jak twoja. Dałaś nam wybór, a my się zgodziliśmy. Poza tym, 

czy sądzisz, że gdybyś mu powiedziała, co ci zrobił Drede, sam nie zapragnąłby zemsty? 

Dlaczego mu nie powiesz?

- Nie.

- Ale dlaczego? Jest twoim mężem. Na pewno udzieliłby ci pomocy w zemście. Nie 

żywi przecież miłości dla Drede'a.

Przygryzła wargi.

- Nie chcę wciągać Corena w wir mojego gniewu i nienawiści. Żadna zemsta przez 

niego dokonana nie da mi satysfakcji, a nie warto włączać  go w moją.  Chcę... chcę, by 

pozostał wolny od nienawiści. On... Tej nocy, kiedy lecieliśmy na smoku, nagle runęliśmy w 

dół, pędząc w ciemność niby w bezdenną głębię, ślepi, bezradni... jak ludzie, z których nic już 

nie zostało, tylko samo odkryte jądro jaźni... i z tego jądra dobiegł żywy, radosny śmiech. 

Zagubiony w swej nienawiści do Drede'a, nie mógłby śmiać się w ten sposób. Może walczyć 

po prostu dlatego, że gdyby odmówił z mojego powodu, a ty zginąłbyś w bitwie, nigdy by 

sobie nie wybaczył, że nie było go przy tobie. Ale nie dam mu ważniejszej sprawy, o którą 

mógłby walczyć. Nie pozwolę, by znów zatonął w żalu i goryczy. Dał mi tyle miłości... Ja 

mogę przynajmniej próbować go osłonić. Rok przyglądał jej się przez chwilę w milczeniu.

- Wątpię, czy to możliwe - stwierdził w końcu. - Ale kocham cię za to, że się starasz.

Następnego dnia po południu weszła do komnaty,  którą Rok dla niej przeznaczył. 

Przez  chwilę  siedziała   w   milczeniu,   by  uspokoić   myśli.   Daleko,  w   sekretnych  miejscach 

szukała Liralena. Księgi stały na półkach pod ścianami, a promienie światła padały z okien 

background image

wychodzących na trzy strony świata i dotykały metalu i klejnotów na grzbietach. Zagubiona, 

nieistniejąca   dla   Sirle,   wysyłała   kolejne   nitki   wołania,   które   dryfowały   jak   zwykle 

bezowocnie, bez odpowiedzi. Nie zauważyła nawet Corena, dopóki nie klęknął przed nią i nie 

wymówił jej imienia.

Ściągnęła swe myśli  z obszarów  dalszych,  niż kiedykolwiek dotarła, i patrzyła  na 

niego bez słowa, mrugając niepewnie.

- Coren... Przepraszam, nie słyszałam, jak wszedłeś. Wołałam Liralena. Szukam go w 

miejscach tak odległych, że nie mają nazwy, a jednak sądzę, że musi być bliżej. Czasem 

wydaje mi się, że odpowiedział, ale ja nie usłyszałam.

- Sybel... - Urwał i zmarszczył czoło, co czynił rzadko.

- Co się stało? Ujął jej dłoń.

- Sybel, moi bracia mówią o wojnie. Rok wysłał gońców do naszych poddanych na 

pograniczu, by szykowali zbroje i podkuwali konie. Posłał Bora i Eortha do pomniejszych 

panów Eldwoldu, którzy winni są wdzięczność Sirle. Pytałem Roka dlaczego, pytałem nie 

raz, ale on tylko śmieje się i twierdzi, że Drede się nas boi. Inaczej jego ludzie zabiliby mnie 

owego dnia na górze Eld. Spytałem, jakie ma nadzieje na posiłki, dlaczego chce narażać nasze 

życie i ziemie w bitwie, która będzie tylko powtórką Terbrec. Twierdzi, że pomacha przynętą 

władzy przed lordem Horstem, który jest krewnym i twoim, i Tamlorna. Powiedział, że nie 

muszę   walczyć   przeciwko   Drede'owi,   ojcu   chłopca,   którego   moja   żona   wychowywała   i 

kocha, ale ja nie mogę... nie mogę siedzieć spokojnie, gdy oni ruszają na śmierć. Dlatego... 

przyszedłem do ciebie, żeby się przekonać, jakim wzrokiem na mnie spojrzysz, gdy ci po-

wiem, że będę walczył. Nabrała tchu, wpatrzona w jego twarz.

- Tak nagle... wojna?

-   Zbyt   nagle.   Rok   uważa,   że   ta   nagłość   osłabi   Drede'a,   ale   mnie   się   wydaje,   że 

człowiek tak zgorzkniały gotów jest do bitwy każdego dnia swego życia, a Lew Sirle żyje w 

świecie marzeń. Sybel, czy gniewasz się na mnie? Wiesz, że nie chcę wojny z Drede'em i 

Tamem, zwłaszcza wojny tak daremnej i beznadziejnej. Ale jeśli zostanę bezpieczny w tych 

murach, a moi bracia zginą, do samej śmierci będę w snach oglądał ich twarze, słyszał ich 

głosy. Czy mi wybaczysz? Albo czy znajdziesz powód, żebym nie walczył, ale taki, który 

podtrzyma mnie nawet po śmierci braci?

- Nie - szepnęła. - Tylko tyle, że jeśli polegniesz na tej wojnie, zniknie dla mnie ze 

świata cała radość. Corenie, może Rok nie śni. Może ma rację i Sirle pokona Drede'a, i nikt 

nie zginie...

Pokręcił głową ze smutkiem. On nie łudził się nadzieją.

background image

-  Ludzie  będą  ginąć,  Sybel.   Może   nie  moi  bracia,  ale   ludzie  z  Sirle.  Na  Terbrec 

słyszałem   jęki   i   płacz,   a   ja   walczyłem,   aż   w   końcu   w   kurzu,   w   żarze,   w   oślepiających 

błyskach stali nie wiedziałem, czy to naprawdę jęczą ranni, czy płaczą moje własne myśli, 

które   nigdy   już   nie   będą   zrozumiałe.   Teraz   wszystko   się   powtórzy.   Rok   jest   szalony. 

Powiedziałem mu to, ale odrzekł jedynie, że nie muszę walczyć. A wie, że muszę.

- Nie wygląda na szaleńca - stwierdziła spokojnie. - Może coś wie, o czym ci nie 

mówi.

-   Mam   nadzieję,   dla   dobra   nas   wszystkich.   -   Uniósł   dłoń,   przesunął   palcami   po 

włosach   żony.   -   Myślałem,   że   się   rozgniewasz,   ale   nie.   Bałem   się,   że   mnie   zostawisz   i 

wrócisz na Eld.

- A co mnie czeka na Eldzie oprócz pustego domu? Kiedy wyszłam za ciebie, Corenie, 

wiedziałam,   że   prędzej   czy   później   będę   musiała   patrzeć,   jak   odchodzisz,   będę   musiała 

czekać w tych kamiennych murach jak żona Roka i żona Eortha, nie wiedząc, czy kiedyś 

znów cię zobaczę. Tyle że nie spodziewałam się tego teraz, tak szybko.

- Nie sądziłem, że się do tego posunie. Myślałem, że przeżyjemy długie lata, zanim 

coś podobnego się wydarzy.

- Wiem. Ale sprawy... sprawy po prostu splotły się w pewien deseń i dzisiaj nie wiem 

już, gdzie rozpoczął się ten wątek wydarzeń. Tak więc ty musisz zrobić to, co musisz, a ja... 

to, co ja muszę.

- Przepraszam - szepnął bezradnie.

- Nie trzeba. Przepraszać powinieneś tylko wtedy, kiedy zginiesz. A wtedy uważaj, bo 

pójdę za tobą.

- Nie!

- Tak. Nie pozwolę ci samotnie wędrować wśród gwiazd.

Uśmiechnął się lekko. Pocałował ją delikatnie, a potem objął mocno, przycisnął do 

piersi, wsunął dłoń w jej włosy, a Sybel słuchała powolnego rytmu jego serca. Siedzieli tak w 

milczeniu, w bezruchu, w padającym przez okna blasku, aż wreszcie Coren wstał i podał jej 

rękę.

Spojrzał jej przez ramię, za okno.

- Cyrin biegnie przez pola - powiedział. - Powinniśmy zejść na dół i otworzyć mu 

bramę.

Spotkali srebrzystego odyńca przy furcie. Kły lśniły mu jak księżyce. Przez chwilę 

sapał u nóg Sybel, spoglądając na nią czerwonymi oczkami. Aż wreszcie przemówił swym 

głosem jak flet:

background image

- Olbrzym Grof został uderzony kamieniem w oko, które odwróciło się do wnętrza, 

tak że patrzyło w jego umysł. I umarł od tego, co tam zobaczył.

Sybel Zesztywniała. Coren spojrzał na odyńca zdumiony. Potem odwrócił głowę do 

Sybel i zobaczyła pytanie w jego oczach. Nie znalazła odpowiedzi, więc tylko uchyliła szerzej 

bramę, a Cyrin minął ją i wbiegł do ogrodu.

background image

10

Przesuwała władców Nicconu i Hiltu po Eldwoldzie niczym pionki na szachownicy - 

z ich rodzinnych stron do domu władcy Sirle, aż stanęli u drzwi, mrugając jak przebudzeni ze 

snu, a uśmiechnięty Rok powitał ich w swoich progach. Popołudniami i wieczorami sale w 

zamku   Roka   pełne   były   ludzi,   którzy   siadali   do   posiłków   w   skórzanych   kamizelach   i 

pancerzach, z nożami u pasa. Mówili z pełnymi ustami o bitwach, które widzieli, i bliznach, 

które wynieśli jako pamiątki. Zewnętrzne dziedzińce rozbrzmiewały stukiem młotków, gdy 

wykuwano   miecze,   naprawiano   tarcze,   osadzano   ostrza   włóczni   na   drzewcach   z   jasnego 

jesionu, budowano wozy, poprawiano rzędy ciężkich wierzchowców bojowych. Wszystko to 

widział i oceniał Horst z Hiltu, a po nim Derth z Nicconu - ognistowłosy młodzieniec, który 

przysiągł wierność Drede'owi. Derth z Nicconu, który przybył w tydzień po władcy Hiltu, 

odezwał się kiedyś z pewnym żalem, siedząc z pucharem w dłoni przy kominku Roka:

- Gdybym  wiedział, że masz tylu zwolenników, nie przysięgałbym Drede'owi. Ale 

zrobiłem to z powodu Terbrec.

- Nie zamierzam dopuścić, by to starcie skończyło się jak na równinie Terbrec - odparł 

Rok. Oczy błyszczały mu spod jasnej grzywy.

Niedaleko   nich   siedziała   z   robótką   kobieta   o   włosach   barwy   kości   słoniowej. 

Czarnych  oczu ani na chwilę nie spuszczała twarzy Dertha. Ona dla niego była zaledwie 

cieniem, który nie zapada w pamięć.

Derth westchnął i postukał paznokciem o puchar.

- Mogę ci dać pięciuset konnych i trzy do czterech razy tylu pieszych.

- Władca Hiltu zaproponował mniej.

- Jego ziemie są podzielone; podczas siedemdziesięciodniowego oblężenia Mondoru 

część opanował Carn z Hiltu. Ludzie tam pozostają wierni dawnemu przymierzu z królem.

- Co z tego? Nie wątpię, że sobie z nimi poradzimy. Horst jest już za stary na takie 

rozgrywki. Żal mi go.

Derth parsknął cicho.

- Żałuj Drede'a,  jeśli już musisz. Słyszałem, że Horst  także przysięgał  Drede'owi, 

zanim dołączył do ciebie.

Rok uniósł brwi z wyrazem zdziwienia. Powstrzymał się od komentarza.

Coren,  który   przeciskał   się   między   ławami   pełnymi   ludzi,   dostrzegł   rudowłosego 

księcia i stanął jak wryty. Ceneth z lekkim uśmiechem odwrócił się i wcisnął bratu w ręce 

pełen puchar. Coren spojrzał na niego zdumiony.

background image

- Widzisz, kto tam siedzi?

- Tak.

- Derth z Nicconu. Cenecie, w jaki sposób Rok go tutaj sprowadził? Drede ofiarował 

jego ojcu ziemie i złoto za to, czego dokonał na Terbrec. Co teraz robi Derth przy naszym 

ogniu?

Ceneth wzruszył ramionami.

- Pewnie usłyszał, że władca Hiltu sprzymierzył się z Sirle, i stwierdził, że woli raczej 

walczyć z Hiltem niż przeciwko niemu.

Coren   szukał   odpowiednich   słów,   lecz   nie   znalazł   żadnych,   więc   tylko   wychylił 

puchar. Po chwili zauważył Sybel i podszedł do niej.

- Wszędzie cię szukałem.

Mrugnęła zaskoczona; zerwała się nić jej wołania.

- Corenie...

Władca Nicconu obok Roka przetarł oczy.

- Czuję się trochę zagubiony - powiedział. Rok dolał mu wina.

- Jesteś zmęczony po długiej jeździe. Odwrócił się i pociągnął Corena za kurtkę.

- Eorth cię szukał. To chyba ważne.

- Chciałem zabrać Sybel na przejażdżkę. Nie jest przyzwyczajona do takich krzyków i 

hałasu. - Zastanowił się i dodał powoli: - A co właściwie tu robisz, razem z Rokiem i lordem 

Derthem?

- Och... - odparła niepewnie. Jej myśli pędziły jak oszalałe. - Chciałam porozmawiać z 

Rokiem.

- Martwiła się - dodał szybko Rok. - Eorth mówi, że chce w bitwie dosiadać Gylda.

- Co?

- Nie mogła go przekonać. Może tobie się uda. Władca Nicconu wychylił się zza Roka 

i spojrzał na Sybel.

- Ty jesteś Sybel? Słyszałem b tobie... Uśmiechnęła się słodko, patrząc mu w oczy. Po 

chwili wrócił do dawnej pozycji.

- Może zrozumie, jeśli przywiąże go do konia - rzekł Coren. - Czekaj na mnie, Sybel...

Ruszył przez tłum. Rok odetchnął cicho i spojrzał na milczącego władcę Nicconu.

- Do rzeczy. Mój dziad oblegał Mondor, ale nie odniósł zwycięstwa, ponieważ nie 

miał dość ludzi, by odciąć zaopatrzenie docierające rzeką Slinoon. Tym razem chcę, żeby 

wojska Sirle i Nicconu podjęły  szturm drogą wodną, wpływając  do miasta i atakując od 

wewnątrz. Będziemy potrzebowali łodzi. Niccon leży w krainie jezior Eldwoldu. Czy zdołasz 

background image

wybudować łodzie dla trzystu ludzi i obsadzić je załogami?

Władca Nicconu wpatrywał się w niego jak człowiek, który śpi z otwartymi oczami.

- Tak. - Kiwnął głową.

- Zwrócę ci koszty.

- Kiedy łodzie mają być gotowe? Rok uśmiechnął się lekko.

- Wkrótce. Ale bez wielkiego pośpiechu. Jestem pewien, że Drede na nas zaczeka.

Kiedy skończyli, oddał władcę Nicconu pod opiekę Lynette, a ona odprowadziła go - 

oszołomionego, na wpół pijanego, ale zachwyconego - do tej samej komnaty, gdzie tydzień 

wcześniej spał Horst z Hiltu. Sybel tymczasem wstała i zaczęła krążyć po pustej już sali. Rok 

obserwował ją przez chwilę.

- O czym myślisz?

- Jeśli wprowadzę zwierzęta na pole bitwy, czy Coren je zobaczy?

- Raczej nie zdoła przeoczyć Gylda. Ale pozostałe... W ścisku, w bitewnym chaosie 

prawdopodobnie nie zauważy nic, czego nie spodziewa się zobaczyć. Ale czemu chcesz je 

narażać? Nie ma potrzeby.

Kpiący uśmieszek pojawił się na jej wargach.

- Książę Ilf - odparła cicho - wyruszył pewnego dnia z pięćdziesięcioma ludźmi, by 

schwytać piękną córkę Maka, władcy Maconu. Po drodze Ilf zobaczył czarną górską kocicę o 

futrze lśniącym jak oszlifowany klejnot. Kocica rzuciła mu spojrzenie zielonych oczu, a Ilf 

ruszył w pogoń. Nikt już nie oglądał na tym świecie ani jego, ani jego pięćdziesięciu ludzi. 

Trzech silnych synów króla Pwilla wyruszyło z przyjaciółmi na łowy. Zobaczyli srebrzystego 

odyńca   o   kłach   białych   niczym   piersi   ich   wysoko   urodzonych   żon.   Pwill   czekał   na   ich 

powrót, czekał przez siedem dni i siedem nocy, ale z piętnastu młodych  ludzi tylko jego 

najmłodszy syn wrócił z polowania. A i on wrócił obłąkany.

Rok zafascynowany patrzył na nią długo.

- Drede też wpadnie w obłęd, kiedy zobaczy, że jego wojska znikają. Czy zwierzęta 

zrobią to dla ciebie?

- Tak.

- Nawet odyniec? Mówiłaś, że mu się to nie podoba. Kreśliła palcem przypadkowe 

wzory na dębowym blacie stołu.

- Zrobi to, jeśli mu rozkażę. Łabędzia poślę do Tama, żeby odleciał z nim na Eld, 

gdyby choć przez chwilę jego życie znalazło się w niebezpieczeństwie. Sokół będzie Tama 

strzegł.

- A Gyld? Zmrużyła oczy.

background image

- Gyld przyniesie mi Drede'a. Rok pokręcił tylko głową.

- Wiesz - mruknął - zaczynam Drede'a żałować.

Ktoś wszedł do sali. Obejrzeli się - Coren, z włosami rozjaśnionymi blaskiem słońca, 

zatrzymał się w otwartych drzwiach i oparł o kamienną ścianę.

- Dlaczego okłamałeś mnie co do Eortha? - zapytał cicho, zwracając się do Roka.

Rok westchnął.

- Ponieważ opowiadałem kłamstwa władcy Nicconu i nie chciałem,  żebyś  prawdą 

wprawił mnie w zakłopotanie.

- Kłamiesz i teraz. - Podszedł i stanął obok Roka, tak blisko, że między nimi z trudem 

zmieściłaby się dłoń. - Po co była  ci potrzebna moja żona, kiedy opowiadałeś kłamstwa 

Derthowi z Nicconu? On przecież nie poznałby prawdy, choćby wyskoczyła mu z pucharu jak 

łosoś z rzeki!

- Corenie! - odezwała się Sybel, ale Coren nie odrywał wzroku od twarzy Roka.

- Są sprawy, których nie rozumiem w tej twojej wojnie. Są sprawy, których chyba nie 

chcę rozumieć. Jak skłoniłeś tego starca, Horsta z Hiltu, by stanął przy twoim boku? Przecież 

zeszłej zimy posłałeś mnie do niego, a ja się przekonałem, że straszliwie boi się Drede'a, chce 

tylko dożyć swoich dni w pokoju, chce zapomnieć o swojej nieszczęśliwej córce i chaosie, 

jaki wprowadziła w życie króla. Dlaczego Derth z Nicconu, którego starszego brata zabiłeś na 

Terbrec, przyjeżdża tutaj, siada przy twoim kominku, pije twoje wino i wybiera się z tobą na 

wojnę?   Dlaczego   planowałeś   tę   wojnę,   zanim   jeszcze   porozmawiałeś   z   nimi   oboma?   I 

dlaczego, jeśli są jakieś proste wyjaśnienia tych spraw, brakło ci uprzejmości czy szacunku 

dla mnie, by mi je zdradzić, zanim musiałem spytać?

Rok milczał. Spuścił głowę i oddychał głęboko. Coren zacisnął pięści.

- Nie okłamuj mnie więcej - szepnął.

- Corenie - odezwała się Sybel.

Wolno odwrócił głowę, a ona zobaczyła  w jego oczach mroczny,  niechętny błysk 

wątpliwości. Przez chwilę oboje stali bez ruchu, patrząc na siebie, spokojni jak plamy światła 

padające na zdeptane kwiaty na podłodze sali. Wreszcie Coren odwrócił się, wyszedł, zbiegł 

po schodach na dziedziniec. Rok widział jego ognistą czuprynę, na przemian rozbłyskującą i 

niknącą w cieniu. Wtedy usłyszał gwałtowny oddech Sybel.

- Co zrobiłaś? - zapytał z niedowierzaniem.

- Nie chciałam...  - Podniosła dłoń  do ust.  - Nie miałam  zamiaru...  Nie jemu,  nie 

Corenowi. Tylko... nie wiedziałam, co mu powiedzieć... a to było takie proste...

- Ale co zrobiłaś?

background image

- Kazałam mu zapomnieć  wszystko,  co dzisiaj zobaczył i o co cię  pytał.  Tak mi 

przykro... - Zadrżała nagle i łzy pociekły jej na palce. - Tak mi przykro... To było  takie 

łatwe...

- Sybel...

- Boję się.

- Sybel. - Rok podszedł i delikatnie chwycił ją za ramiona. - To przecież nic gorszego 

niż kłamstwo.

- Jest gorsze! Zabrałam coś z jego umysłu... jak Mithran chciał zabrać z mojego... Nikt 

nie powinien tego robić ani z miłości, ani z nienawiści!

- Cicho, Sybel. Jesteś zmęczona i nie pomyślałaś. Nie stało się nic strasznego. Tak 

będzie dla niego lepiej, a ty nigdy już tego nie zrobisz.

- Boję się.

-   Nie   płacz.   To   nic   strasznego,   trochę   tylko   gorzej   niż   kłamstwo,   i   już   się   nie 

powtórzy.

- Nie.

- Więc się nie martw.

Spojrzała na niego, odwracając się od pustych drzwi holu.

-   Nie   rozumiesz.   On...   on   wierzy,   że   jestem   uczciwa.   A   ja   okłamuję   go   od   dnia 

naszego ślubu.

Nagle   zerknęła   na   jego   dłonie,   jakby   dopiero   teraz   zauważyła,   że   trzyma   ją   za 

ramiona. Odsunęła się i pobiegła do drzwi.

Zauważyła Corena za bramą; szedł w stronę pól. Pobiegła za nim przez dziedziniec, 

poprzez   kłęby   dymu   z   kuźni,   przez   stuk   młotków   z   warsztatu   cieśli,   obok   zdziwionych 

chłopów i żołnierzy, którzy usuwali się jej z drogi. Coren usłyszał w końcu jej krzyk i zatrzy-

mał się na drodze. Czekał, a jego uśmiech znikał stopniowo, w miarę jak się zbliżała. Wpadła 

w jego objęcia i złożyła mu głowę na piersi.

- Przytul mnie, Corenie - szepnęła, a jego ramiona utworzyły wokół niej krąg spokoju.

Czuł, że drży cała.

- Co się stało?

- Nic. Po prostu mnie przytul.

- Płakałaś.

- Wiem.

- Dlaczego?

Otworzyła ciemne oczy; w źrenicach odbiły się rozgrzane pola i jasne niebo.

background image

- Myślałam - wyszeptała, a słowa paliły ją w gardle. - Myślałam o sobie bez ciebie... i 

że tego nie zniosę.

- Sybel, co mogę powiedzieć, żeby cię pocieszyć? W tej wojnie nie ma pociechy, 

dopóki się nie skończy. Ale chyba miałaś rację: Rok nie oszalał i rzeczywiście, dzięki jakiejś 

magii, której nie pojmuję, istnieje dla Sirle szansa na zwycięstwo. Może więc wojna będzie 

krótka, chociaż i to pewnie cię nie uspokoi, jeśli chodzi o Tama. Ale mimo to cieszę się, że 

wciąż zależy ci na mnie tak, żeby płakać.

- Zależy mi. Bardzo mi zależy.

Poruszyła się, więc opuścił ramiona i rozejrzał się po polach.

-   Zapomniałem,   po   co   tu   przyszedłem.   Przestraszyłaś   mnie,   kiedy   tak   biegłaś   z 

włosami niczym srebrzysta fala i ze łzami na twarzy.

- Tak... Zapomniałeś przeze mnie - szepnęła. - Przepraszam.

Objął ją ramieniem i ruszyli w stronę domu. Czarne kruki podrywały się z pól, gdy 

przechodzili.

Wieczorem wyszła porozmawiać ze zwierzętami. Przywołała z Mondoru sokoła Tera; 

przyleciał o zmroku i jak spadająca gwiazda runął z ciemnego nieba. Usiadł wśród zielonych 

liści.

Opowiedz mi o Drede'em, poprosiła.

To człowiek przerażony do szpiku kości, odparł sokół o błyszczących oczach. Nocą 

krzyczy   przez  sen,  a  w  jego   komnacie  zawsze  płonie  pochodnia.  Boi   się  nocnych  cieni. 

Trwoga większa niż lęk przed bitwą wzbiera w jego oczach jak gruby zimowy lód. Chodzą 

plotki, że wpada w obłęd, ale panuje nad sobą i mówi niewiele.

A Tam?

Tam patrzy. Wszędzie mnie z sobą zabiera; często przemawia do mnie późną nocą i 

czasem zasypia, wciąż mówiąc. Chce pomóc Drede'owi. Powiedział, żebym poprosił ciebie. 

Jest zrozpaczony.

A ty?

Jestem gotów.

Nasłuchuj więc wszystkiego, co może pomóc Rokowi. Kiedy nadejdzie czas, chcę, 

żebyś został przy Tamie i go chronił.

Podniosła głowę i przywołała do siebie Czarnego Łabędzia. Gules położył się u jej 

stóp, a Moriah obok niego. Dotknięciem myśli  zbudziła Gylda w jego grocie. Lśniący w 

mroku odyniec Cyrin nadbiegł spomiędzy drzew. Przez długą chwile, która wystawiła na 

próbę jej siły, do granic wytrzymałości koncentrując myśli, utrzymywała w swej władzy te 

background image

sześć dumnych, niespokojnych umysłów równocześnie.

Posłuchajcie. Kiedy władca Sirle i jego bracia wyjadą z Sirle na bitwę, Ter i Czarny 

Łabędź z Tirlith polecą do Mondoru, do Tama. Łabędź ma być gotowy, by w każdej chwili 

zanieść go na górę Eld, gdyby cokolwiek mu zagroziło. Ter, ty dopilnujesz, żeby Tam był 

bezpieczny. Moriah, Gules i Cyrin, pojawicie się przed armią Drede'a przed bitwą i w czasie 

bitwy, wabiąc ludzi swym magicznym spojrzeniem, swoim pięknem. Gyld zostanie przy mnie 

aż do klęski Drede'a, a wtedy przyniesie mi króla do wieży maga w Mondorze.

Przez cały czas pozostawajcie w ukryciu, do chwili kiedy uznacie, że pora ruszać. 

Trzymajcie się z dala od ludzi Roka. Nie narażajcie się niepotrzebnie, chyba że dla Tama i - 

jeśli zechcecie - dla Corena. Ter, nie ruszaj Drede'a. Jeśli nie zginie w bitwie, chcę, żeby 

dotarł do mnie żywy.

Wiatr dmuchnął lekko wśród spokojnej nocy. Sybel przerwała na chwilę, po czym 

znowu zestroiła swój umysł ze zwierzętami.

Opowiadają   o   was   niezliczone   legendy.   Wszystkie   jednak   pochodzą   z   dawnych 

czasów. O waszych czynach w tej bitwie harfiarze będą śpiewali przez lata, w zachwycie 

dotykając srebrnych strun. Wasze dumne, starożytne imiona znów będą odbijać się echem 

wśród kamiennych murów na zamkach, podziwiane i szanowane, brzmiące pięknie jak świeżo 

wypolerowane złoto.

Przerwała znowu, czując w jednej chwili szybki, pulsujący rytm myśli Tera, klejnoty 

ukrytych wspomnień w umyśle Gulesa i Moriah, spokojną zgodę jasnego jak księżyc umysłu 

Czarnego Łabędzia, skręty ognistego umysłu Gylda i ciągłą grę zagadek w umyśle Cyrina. 

Uwolniła je, zmęczona, a kiedy czekały wokół niej, wypoczywała. Potem zaczęła odpowiadać 

na pytania.

Czy pragniesz  śmierci  ludzi  Drede'a?  - zapytała  Moriah. Czy też mają  wrócić  po 

odpowiednim czasie?

Nie chcę ich życia. Poprowadźcie ich wkoło, a potem wypuśćcie.

Dlaczego nie pozwolisz mi walczyć? - chciał wiedzieć Gyld. Wystarczyłby jeden mój 

przelot, a armia Drede'a poszłaby w rozsypkę.

Nie. Przeraziłbyś też ludzi Roka. Czekaj cierpliwie u mojego boku.

Być  może, ludzie Drede'a będą pilnować Eldu,  zaniepokoił się łabędź. Co wtedy, 

Sybel?

Wtedy przynieś go do Sirle. Ale najpierw weź go na Eld i czekaj na mnie, jeśli nie 

będzie zagrożenia.

Co zrobisz z Drede'em ? - spytał Ter.

background image

Nic. Chcę tylko spojrzeć mu w oczy, kiedy skończymy, kiedy nie będzie miał już 

niczego - ani władzy, ani godności, ani nawet Tama, który by go pocieszył. W porównaniu z 

nim Mithran miał szczęście. Zanim to nastąpi, Drede może już być szalony.

A co zrobisz potem ze sobą? - rzucił Cyrin.

Sybel   milczała,   patrząc   w   jego   czerwone   oczka.   Liście   zaszeleściły   od   nagłego 

tchnienia wiatru, potem ucichły.

- Nie wiem - szepnęła wreszcie, jakby do siebie.

* * *

Kilka dni później przybyła  na dwór Roka szczupła, długonosa kobieta z bogatymi 

pierścieniami na palcach i siwymi włosami skręconymi w tysiące splątanych loków. Weszła 

do środka  tak  cicho,  że  niezauważona  dotarła  do Roka,  który siedział  za  stołem  miedzy 

Borem i Lynette. Pociągnęła go za rękaw. Odwrócił się zdziwiony i spojrzał prosto w szare 

jak żelazo oczy.

- Gdzie jest Sybel?

- Sybel? - rozejrzał się wśród jedzących. - Chyba wyszła z Corenem. Są może... Kim 

jesteś, kobieto? Może usiądziesz z nami? Nie słyszałem, jak weszłaś.

Rozbiegane oczy znów skierowały się na niego.

- Jestem bystrooką starą wroną z góry Eld. A ty... Ty chyba jesteś Lwem Sirle. Piękną 

masz rodzinę, dzieci o brzoskwiniowej cerze i dumnych braci. Długo tu szłam z góry Eld.

- Przyszłaś pieszo! - wykrzyknął Rok. Bor wstał uprzejmie.

- Usiądź, pani. Posil się po długiej drodze. Uśmiechnęła się do niego i poprawiła 

dłonią włosy.

- Jaki grzeczny - mruknęła i zajęła miejsce. - Och, moje nogi... Jestem Maelga, matka 

Sybel. - Po jej prawej ręce Ceneth Zakrztusił się winem. Zwróciła się ku niemu. - Jestem 

jedyną matką, jaką miała. Choć pewnie uważacie, że wiedźma z gór nie nadaje się na matkę.

- Jestem pewien, że byłaś lepsza niż żadna - odparł słabym głosem Ceneth. Rok rzucił 

mu krótkie spojrzenie i Ceneth zaczerwienił się po uszy.

-   Nie   jestem   o   tym   przekonana   -   odparła   szczerze   Maelga,   przeszukując   tacę   z 

kandyzowanymi owocami. - Inaczej nie musiałabym iść przez całą drogę z Eldu aż do Sirle, 

żeby sprawdzić, czemu to odyniec Cyrin przybiegł do mnie prychając, z opowieścią wprost 

nie do wiary... - Pochwyciła wzrok Roka, przebiegający niespokojnie wzdłuż rzędów twarzy. 

- Ojej, czyżby to była tajemnica?

- Czego chcesz, stara kobieto? - zapytał cicho Rok, a Maelga westchnęła.

background image

-   Suszone   słodkie   morele...   Przy   słodyczach   jestem   jak   dziecko.   Widzisz,   Rok, 

robiłam... och, różne rzeczy o zmierzchu, tajemne rzeczy przy blasku świec, rzeczy, o których 

najlepiej mówić ściszonym głosem. Jestem starą kobietą, która lubi się wtrącać, a ludzie dają 

mi   pierścienie,   miękkie   futra   i   kolorowe   wstążki.   Tkam   na   małym   krośnie   nićmi   w 

zwyczajnych  barwach. A  Sybel... Dla niej  jest krosno  wielkie  jak  cały Eldwold i nici w 

kolorze żywego szkarłatu.

- To ona wybrała.

- Tak, ale przeraża moje stare serce. Budzi też obawy Cyrina, a to przecież mądry 

stary odyniec. Kiedy ty na nią patrzysz, Roku, widzisz piękną kobietę obdarzoną silną wolą, 

której moc niesie  dla Sirle fortunę. A ja widzę dziecko z ropiejącą raną, która w końcu 

przyniesie mu zgubę.

Rok   delikatnie   odstawił   kielich.   Milczał   przez   chwilę,   stukając   palcem   o   srebro. 

Maelga przyglądała mu się spod zmarszczonych siwych brwi.

- Istotnie - przyznał głosem ledwie słyszalnym wśród gwaru. - Sybel tka żywy gobelin 

z siebie i z nas, a także z króla i panów Eldwoldu. Dotarła już za daleko, żeby się teraz 

wycofać. Ja także. Sybel jest dzieckiem. Planowała to wraz ze mną krok po kroku i utrzymy-

wała w sekrecie nawet przed Corenem. Ja gram o władzę; tej gry nauczyli mnie przodkowie i 

nie zrezygnuję, póki nie zginę. Sybel toczy własną grę, grę mocy; nie dla zysku ani nawet nie 

dla   sławy,   ale   by   osiągnąć   coś   w   rodzaju   mrocznego   tryumfu   nad   Drede'em   czy   może 

Mithranem. Gdy się jej uda, powróci do spokojnego życia ze swymi zwierzętami i z Corenem. 

Mnie nie wystarczy świadomość, że Sirle może pokonać Drede'a. Muszę działać zgodnie z tą 

wiedzą, a potem działać, by utrzymać  zdobytą władzę. Sybel ma więcej szczęścia. Może 

zyskać tę władzę, a potem zrezygnować, spocząć zadowolona z wiedzy, czego może dokonać, 

jeśli zechce. W przeciwnym razie bałbym się jej nie mniej niż Drede. Ale ona żywi miłość do 

Corena, do dzieci, do zwykłych spokojnych dni. Myślę, że ty ją tego nauczyłaś,  Maelgo, 

kiedy ją kochałaś. Nie martw się. Dokona zemsty i to jej wystarczy.

Maelga obserwowała go w milczeniu, podpierając brodę upierścienionymi palcami. 

Kiedy skończył, wyprostowała się.

- Nigdy nie potrafiłam rozmawiać z lwami. Nie umiem ryczeć. Gdzie ona jest?

- Pewnie ze zwierzętami. Poślę po nią.

- Nie. - Wstała. - Powiedz tylko, jak ją znaleźć. Pójdę do niej.

- Zaprowadzę cię i zostawię was same. - Odsunął krzesło i ruszyli  razem między 

stołami. - Ale jeśli spotkasz przy niej Corena, rozmawiaj o pogodzie, o układach gwiazd albo 

jak to nic nie zjadłaś przy stole władcy Sirle. On nie zna tej sprawy, a jej zależy, by tak 

background image

zostało.

Sybel i Coren stali roześmiani nad jeziorkiem. Czarny Łabędź brał kawałki chleba z 

ręki Corena, koty wygrzewały się leniwie, a stojący w cieniu Cyrin grzebał pyskiem w trawie. 

Sybel   odwróciła   głowę,   słysząc   trzask   bramy.   Uśmiech   na   jej   twarzy   ustąpił   miejsca 

zdumieniu.

- Maelga! Tak się cieszę, że cię widzę.

Coren cisnął resztę chleba do wody i podążył za Sybel. Z uśmiechem patrzył, jak żona 

obejmuję Maelgę.

- Moja biała dziewczynko, urosłaś taka... taka jasna! Niech ci się przyjrzę. - Staruszka 

odsunęła Sybel na odległość ramienia. - Nie zajrzałaś do mnie, kiedy ostatnio byłaś na Eldzie.

- Skąd wiesz...

- Odyniec Cyrin mi powiedział. Powiedział o wielu sprawach.

Sybel znieruchomiała. Po chwili zerknęła na Corena. Musnął palcem jej policzek.

- Pójdę, żebyście mogły porozmawiać. Uśmiechnęła się.

- Daj spokój, Corenie. To tylko plotki, jak zwykle u kobiet.

- Kiedy jedna z nich jest czarownicą, a druga magiem, poważnie w to wątpię.

Odszedł.

Przez   chwilę   w   milczeniu   przyglądały   się   sobie   nawzajem.   Potem   Maelga   splotła 

dłonie i podniosła je do ust.

- Co ty robisz, moje dziecko? Sybel westchnęła.

- Usiądź. Jak się tu dostałaś?

- Na własnych nogach.

- Och, Maelgo, powinnaś wziąć konia.

- Bałam się, komu mogę go ukraść. - Siadła obok Sybel, pod grubym pniem jabłoni. - 

Cyrin opowiedział mi historię, którą znał od Tera. O królu i białym ptaku w wieży.

Sybel spojrzała z ukosa na srebrzystego odyńca.

- Mądrość nigdy nie może się nauczyć milczenia, a najbardziej jest irytująca, kiedy 

najmniej jest pożądana.

- Dlaczego mi nie powiedziałaś, co ci zrobił Drede? Sybel zacisnęła usta.

- Ponieważ za bardzo mnie to bolało. Ponieważ byłam zła aż do głębi serca i nie 

umiałam znaleźć właściwych słów. Ten mały królik dostanie... - Niecierpliwie przesunęła 

dłonią po trawie. - Ani ty, ani Cyrin nie zdołacie mnie powstrzymać.

- Sybel, ja nie wiem, co chcesz zrobić. Wiem tylko, że dwa dni temu był u mnie 

Tam...

background image

- Tam?

- Przerażony. Mówił, że w całym Eldwoldzie podnoszą się głosy przeciwko jego ojcu, 

a król obwinia  ciebie. Mówił, że  panowie, którzy przysięgali  ojcu  wierność,  nagle  i bez 

powodu przeszli na stronę Sirle. Mówił, że król chodzi, jakby był zbudowany z kamienia. Sie-

dział przy moim kominku, Sybel, oczy miał szeroko otwarte i opowiadał mi o tym, i rozcierał 

sobie ramiona, jakby mu było zimno. Nie miał już łez do płakania...

Sybel zerwała pojedyncze źdźbło trawy i zapatrzyła się na nie, nie widząc.

- Biedny Tam... To już nie potrwa długo.

- A co potem?

- Potem Drede straci tron. Może i rozum. Może życie. - A Tam?

- Rok uczyni go królem. W odpowiednim czasie Tam poślubi Vivet, córkę Herne'a, a 

jej synowie zapoczątkują dynastię Sirle na tronie Eldwoldu.

- A Coren? Słyszałam, że nic o tym nie wie.

- Maelgo, uczynię wszystko, żeby zniszczyć Drede'a. I zrobię wszystko, by Coren nie 

dowiedział się, co robię...

- Jak? Zabijesz jedną czy drugą myśl w jego głowie? Sybel skrzywiła się. Oparła czoło 

o zgięte kolana, kryjąc twarz przed przenikliwym wzrokiem szarych oczu.

- Nie - szepnęła. - Do tego się nie posunę. Już raz to zrobiłam. Tylko raz. I nie zrobię 

ponownie.   Raczej  go   utracę.   Maelgo,   ruszyłam   mroczną   ścieżką   i   żadne   słowa  w   całym 

Eldwoldzie nie skłonią mnie, by zawrócić. Cieszę się, że cię widzę, ale myślę, że ty już się tak 

nie cieszysz z mojego widoku. Zostałam zraniona, a teraz z kolei ja zadam rany. To proste. 

Żal mi Tama. Ale to jedyne, czego żałuję.

- Nie rozumiesz - szepnęła Maelga. - Dziecko moje, Tam kocha tego króla. Drede to 

jedyny człowiek na świecie, który może spojrzeć Tamowi w oczy i dać mu dumę. A teraz na 

oczach Tama wpada w szaleństwo.

-   A   cóż   mnie   to   obchodzi?   -   Sybel   podniosła   się   nagle,   stając   twarzą   do 

popołudniowego wiatru, który rozwiewał za nią splątane włosy. - Musi sam znaleźć własną 

dumę. Maelgo... - Zasłoniła oczy rękami i poczuła, że łzy spływają jej po zimnych palcach. - 

Nie mogę mu wybaczyć - szepnęła. - Serce mi pęka z powodu Tama, ale nie mogę. I nie 

wybaczę.   I  nie   będę   płakać  nad   sobą,  tylko   troszeczkę   nad   Tamem.   Czy   on  także   mnie 

obwinia?

- Podejrzewa, że Drede zrobił coś, co cię bardzo rozgniewało. Ale nie wierzy... nie 

chce uwierzyć, że mogłaś Drede'a tak przerazić. Nie chce, bo go kocha Oczywiście, w głębi 

serca dostrzega pewne sprawy, ale zamyka na nie oczy, jak dziecko, które w ciemności za-

background image

ciska powieki. I kiedy będzie je musiał otworzyć, co mu powiesz, Sybel? Jakie dasz mu 

pocieszenie? Jego serce cofnie się przed każdym dotknięciem, niczym zranione zwierzątko.

- To wina Drede'a. - Pokręciła głową. - Nie, To także moje dzieło. Ale Drede nie 

powinien próbować mnie niszczyć.

- Robi to teraz.

Sybel obejrzała się, spojrzała na Maelgę ciemnymi oczami.

- To być może, ale teraz to moja decyzja. Drede był głupcem, i Mithran tak samo, 

ponieważ nie docenili białowłosej kobiety, którą schwytali. I żaden z nich nie popełni więcej 

tego błędu. - Zamilkła na chwilę, po czym dodała już łagodniej: - Ostatnio jestem surowa i 

uparta. Nic mnie nie wzrusza. Maelgo, porozmawiajmy o innych sprawach, o drobiazgach. 

Przykro mi, że nie odwiedziliśmy cię tamtej nocy, ale ludzie Drede'a znaleźli nas wtedy z 

Tamem. Rozsądek nakazywał odjechać, nie odwiedzając ciebie. Mógł nas ktoś obserwować.

Maelga przesuwała dłońmi  w gęstej trawie.  Zmarszczka przecięła  jej czoło  ponad 

brwiami.

- Jesteś więc szczęśliwa z najmądrzejszym z Sirle?

- Tak. Nie chcę nikogo innego, nigdy. Pragnę urodzić mu dzieci, jeżeli... jeżeli będzie 

chciał mieć je ze mną, kiedy wszystko się skończy.

- Nie spodziewasz się jeszcze?

- Nie. - Sybel znowu usiadła na ziemi. - Ale w tej chwili to chyba dobrze. Jestem tu 

szczęśliwa, Maelgo. Ludzie są dla mnie mili, a dzieci i kobiety wydają się takie wesołe, takie 

zadowolone w tych  szarych  murach. Brakuje mi potężnych,  wyjących  wichrów, czystych 

strumieni i cichych zakątków Eldu. Zwierzęta też czasem za nimi tęsknią, ale jest im dobrze 

wśród ludzi. Rok przygotował mi pokój, wysoko, z oknami wychodzącymi na pomoc, wschód 

i południe. Tam umieścił moje księgi. Tam czytam i tam przywołuje. Tęsknie za tobą. Nie 

mogę   szukać   u   ciebie   pociechy,   chociaż   w   tych   dniach   chyba   nikt   nie   potrafiłby   mi   jej 

udzielić.

Maelga dotknęła kosmyka białych włosów, który opadł jej na dłoń.

- Ja  też  za  tobą  tęsknię.  Ale  teraz   widzę,  że  Lew  Sirle  miał rację:  nie  jesteś  już 

dzieckiem.   Wyrosłaś   na   królową   wśród   ludzi.   Nie   mogłabyś   już   być   szczęśliwa   wśród 

kamieni i drzew. Ale czasami dostrzegam wizję ciebie, jak biegniesz boso między potężnymi 

brązowymi   kolumnami   pni,   z   wielkookim   dzieckiem   u   boku.   Te   cienie   sprawiają,   że 

zatrzymuję się z uśmiechem. Wtedy przypominam sobie, że to tylko cienie, że moje dzieci 

dorosły i poszły swoją drogą... - Westchnęła; dłonie jej drżały. - Ale miałam szczęście, że cię 

spotkałam.

background image

Sybel delikatnie uścisnęła pergaminową dłoń Maelgi.

- I ja miałam szczęście, że cię spotkałam - powiedziała cicho. - Tego dnia, kiedy 

przekroczyłam twój próg, byłam dzika i dumna jak każde z moich zwierząt. Jeśli nauczyłam 

się łagodności, to od ciebie i Tama, a później od Corena. Ale wciąż jestem dzika i dumna jak 

mój ojciec i dziadek. To tkwi gdzieś głęboko, gdzie żyje wolny biały ptak, którego nikt nie 

zdoła schwytać. Duma we mnie domaga się zemsty, duma z mojej wiedzy i mocy. Ta sama 

duma kazała Mykowi porzucić ludzi i żyć samotnie na górze Eld, wznieść tam biały dom i 

pochwycić doskonałość. Ale dzięki tobie i Tamowi nauczyłam się kochać jeszcze coś poza 

czystą wiedzą. A Coren nauczył mnie radości. Może kochanie nie wychodzi mi najlepiej, 

Maelgo, ale to tylko moja wina. Nie brakowało mi doskonałych nauczycieli.

- Moje białe dziecko... - szepnęła Maelga. - Kiedy tamtej nocy zniknęłaś, czułam, że 

nigdy cię nie zobaczę, a moje stare serce zapiekło z żalu. Taki sam żal czuję teraz... Wstąpisz 

w noc i kiedy znów się spotkamy, spojrzę w oczy obcej.

- Obcej dla ciebie, Maelgo, ale myślę, że nigdy sobie nie byłam mniej obca niż teraz. 

To straszne, co powiem, ale czuję w sobie tryumf i nie mam nawet tyle rozsądku, żeby się go 

bać. To tak jakbym w myślach była Gyldem i leciała wysoko, wysoko w nocne niebo, wielka, 

potężna, pełna dumy ze wszystkich wspomnień bitew, zabójstw, rabunków, pieśni, w których 

moje imię powtarza się z podziwem i lękiem. Nikt na całym świecie nie zdoła zakłócić tego 

nocnego tryumfalnego lotu. A kiedy skończę, to coś we mnie znajdzie sobie miejsce, gdzie 

zwinie się w kłębek i zaśnie. Będę mogła zapomnieć.

- I zapomnisz? Rok będzie cię prosił o więcej... Widziałam to w jego oczach. A Tam... 

Możesz nauczyć Tama prosić cię...

- Nie. Tam jest dobry. A Rok oszczędzi mnie ze względu na Corena.

- Tak sądzisz? A czy wtedy w ogóle będzie cię obchodziła miłość Corena?

- Będzie. Obchodzi mnie i teraz.

- Ale fruniesz sama, z dala od niego... Zastanawiam się, czy po tym locie zechcesz 

wrócić na ziemię.

Sybel westchnęła ciężko. Puściła rękę Maelgi i dotknęła palcami powiek.

- Zmęczona jestem tym bezustannym szarpaniem się tam i z powrotem, pytaniami, 

problemami, myśleniem. Wzniecę pożar w Eldwoldzie, a potem się przekonam, czy jestem 

uwięziona   w   kręgu   ognia,   czy   bezpieczna   na   zewnątrz...   Maelgo,   ty   także   musisz   być 

zmęczona po tak długiej drodze. Zaprowadzę cię do swojego pokoju, gdzie możesz coś zjeść, 

umyć się i odpocząć.

- Nie będę spała w tym domu.

background image

- Cóż... Jeśli nie chcesz zostać tu ze mną, to Rok każe komuś odprowadzić cię do 

domu Herne'a albo Bora.

Maelga poklepała Sybel po ręce. Wstała trochę chwiejnie i strzepnęła źdźbła traw ze 

spódnicy.

- Nie. Odpocznę trochę tutaj, ze zwierzętami. Usiądę przy Czarnym Łabędziu. Ma 

piękny   staw.   Nigdy   nie   lubiłam   domów   ludzi.   Nie   można   z   nich   łatwo   wychodzić   ani 

wchodzić.

- To prawda - rzekła Sybel z uśmiechem. Objęła Maelgę i razem przeszły nad staw. 

Czarny Łabędź podpłynął im na spotkanie.

- Przyniosę ci coś do jedzenia i wino. Jeżeli chcesz dzisiaj spać tutaj, zostanę z tobą.

Maelga usiadła nad brzegiem.

- Och, moje kości. Słońce latem jest łagodne dla starej kobiety. I ty wciąż jesteś dobra 

dla bezbronnych istot. To dla mnie pociecha.

- Wrócę niedługo - obiecała Sybel.

- Nie ma pośpiechu, moja biała. Zdrzemnę się trochę.

Sybel ruszyła cicho do bramy i zamknęła ją za sobą. Kiedy się odwróciła, drgnęła 

zaskoczona. Zobaczyła przy sobie Corena.

Powoli uniósł ręce i ścisnął ją za ramiona. Przesunął wzrokiem po jej twarzy; oczy 

miał   zmrużone,   oszołomione,   jak   gdyby   czytał   starożytne   słowa,   których   nie   rozumie. 

Wreszcie nabrał tchu.

- Co ty robisz, Sybel?! - krzyknął.

background image

11

Serce zastygło jej w piersi, krew uderzyła do głowy. Sybel położyła palec na wargach. 

Gardło miała suche jak piasek.

- Bądź cicho, Corenie. Maelga zasnęła.

- Sybel!

- Przepuść mnie. Nie chcę cię okłamywać. Powoli rozluźnił palce; ręce opadły mu 

bezwładnie.

Słońce rozświetlało jego oczy, a rumieniec barwił policzki.

- Poszedłem... - zaczął wolno i wyraźnie. - Pst!

- Zbyt długo już milczałem! Poszedłem do stajni i zobaczyłem tam Cenetha i Bora. 

Bor siodłał konia, żeby jechać do domu. Usłyszałem twoje imię z ich ust, potem znowu... Ze 

śmiechem opowiadali, jak to ściągnęłaś władcę Hiltu do zamku Roka. Podobno był posłuszny 

niczym dziecko. Śmiali się, a ja... czułem, jakby mnie uderzyli. Śmiali się... ogarniały mnie 

mdłości... i wtedy mnie zobaczyli, a ich śmiech zgasł jak zdmuchnięty płomień świecy.

- Corenie... - szepnęła.

- Dlaczego, Sybel? Dlaczego? Dlaczego jestem pierwszym człowiekiem, który poznał 

ciebie całą, a ostatnim ze wszystkich, którzy poznali twe myśli? Dlaczego Rok, Ceneth i Bor 

wiedzą, a ja nie? Dlaczego mi nie powiedziałaś, co robisz? Dlaczego mnie okłamałaś?

- Bo nie chciałam, żebyś tak na mnie patrzył, jak patrzysz teraz...

- Sybel, to żaden powód!

- Przestań na mnie krzyczeć! - wybuchnęła nagle. Odetchnęła i na moment przycisnęła 

do powiek chłodne palce. Wyczuwała jego bliskość, pełen napięcia bezruch, w ciemności 

słyszała głęboki rytm jego oddechu.

- Dobrze - powiedział. - Nie będę krzyczał. Wyleczyłaś mnie kiedyś, gdy mogłem 

umrzeć.   Zrób   to   znowu,   bo   jest   we   mnie   coś   poranionego   i   chorego.   Zaczynam   się 

zastanawiać, Sybel, dlaczego postanowiłaś wyjść za mnie, w dodatku tak nagle, po tej nocnej 

ucieczce. I czemu żywisz tak wielki gniew dla Drede'a, że chcesz poruszyć przeciw niemu 

Sirle? Sybel, myśli tłuką mi się w głowie... Nie mogę ich uciszyć. Nie okłamuj mnie więcej.

Opuściła zmęczone dłonie.

- Drede zapłacił Mithranowi, żeby mnie schwytał i zniszczył mój umysł.

- Drede? - wykrztusił Coren. - Drede? Kiwnęła głową.

- Drede chciał mnie poślubić i wykorzystywać bez lęku. Rommalb zabił Mithrana; 

zmiażdżył go. A ja zmiażdżę Drede'a jego własnym strachem; z pomocą Sirle odbiorę mu 

background image

władzę.   Wykorzystałam   nasze   małżeństwo,   żeby   przerazić   Drede'a.   Od   samego   początku 

zamierzałam użyczyć Sirle mojej mocy do walki z nim. Nie mówiłam ci o tym, gdyż moja 

zemsta jest moją sprawą, nie twoją. Nie chciałam cię ranić wiadomością, że cię wykorzystuję. 

Teraz wiesz i jesteś zraniony, a ja nie wierzę, żebym tym razem potrafiła twoje rany uleczyć.

Lekko odchylił głowę, jakby usiłował pochwycić cichy dźwięk uniesiony wiatrem. 

Kiedy wreszcie się odezwał, jego głos stał się głuchym szeptem.

-   Ja   też   tego   nie   wiem...   Myślę,   że   trzymam   cię   w   rękach,   Lodowa   Pani,   a   ty 

roztapiasz się i wyślizgujesz z palców... Jak mogłaś tak mnie zranić? Jak mogłaś?

Gorące łzy zebrały się jej pod powiekami, obraz Corena falował zamglony.

- Starałam się, żebyś nie wiedział... Żeby oszczędzić ci bólu...

- Naprawdę ci na  tym  zależało?  Czy może  uważasz  mnie  za kolejny eksponat  w 

swojej kolekcji dziwnych, cudownych bestii? Coś, czego możesz użyć, kiedy jest potrzebne, a 

potem odsunąć, kiedy zajmujesz się swoimi sprawami?

- Corenie...

- Mógłbym zabić za to Roka, Cenetha i Bora, ale choćbym zniósł z powierzchni ziemi 

cały Eldwold, wciąż pozostałby we mnie ten ślepy dureń, który drwiłby ze mnie do końca 

moich   dni.   Kocham   cię.   Tak   bardzo   cię   kocham.   Rozerwałbym   Drede'a   gołymi   rękami, 

gdybyś mi tylko powiedziała, że cię skrzywdził. Dlaczego nie powiedziałaś? Wywołałbym 

dla ciebie taką wojnę, jakiej Eldwold jeszcze nie oglądał.

- Corenie... Nie mogłam ci powiedzieć... Nie mogłam wciągać cię w swoją nienawiść i 

wściekłość. Nie chciałam, żebyś wiedział, jakie... jakie mogą być lodowate i straszne...

- Ani jak mało ci jestem potrzebny?

- Jesteś mi potrzebny...

- Bardziej niż mnie potrzebujesz Roka i Cenetha. Sybel, nie rozumiem tej gry, którą 

toczysz. Czy sądzisz, że gdybym cię poznał, zacząłbym się bać? Przestałbym cię kochać?

- Tak - szepnęła. - Tak jak w tej chwili. Chwycił ją nagle ze śmiechem, ścisnął i 

potrząsnął mocno, aż do bólu.

- To nieprawda! Jak myślisz, czym jest miłość? Czymś, co jak ptak odlatuje z serca od 

najlżejszego krzyku czy uderzenia? Możesz przede mną uciekać wysoko w swoją ciemność, 

ale zawsze będziesz mnie widziała pod sobą, choćby daleko, z twarzą zwróconą ku tobie. 

Moje   serce   należy   do   ciebie.   Tamtej   nocy   oddałem   ci   je   wraz   z   imieniem.   Jesteś   jego 

strażniczką. Możesz się nim opiekować albo pozwolić, by zastygło i umarło. Nie rozumiem 

cię. Jestem na ciebie zły. Jestem zraniony i bezradny, ale nic nie wypełni bólu tej pustki 

wewnątrz mnie, gdzie twe imię odbijać się będzie echem, jeśli cię utracę.

background image

Puścił ją. Szeroko otwierając oczy, patrzyła, jak odchodzi, a kosmyki włosów opadały 

jej na twarz. Wyciągnęła rękę.

- Dokąd idziesz?

- Znaleźć Lwa Sirle.

Ruszyła   za   nim;   biegła   niemal,   by   dorównać   jego   szybkim,   gniewnym   krokom. 

Znaleźli Roka przy stole w pustym holu; Ceneth siedział obok zgarbiony, z pucharem w ręku. 

Rok obserwował Corena błyszczącymi oczami barwy lodowatego błękitu w zaczerwienionej 

twarzy. Czekał bez drgnienia. Kiedy Coren uderzył pięścią w stół, Ceneth podskoczył.

- Wiem - oznajmił krótko Rok.

- Jeśli wiesz, to dlaczego? Dlaczego?

-   Musisz   sam   wiedzieć   dlaczego.   -   Rok   umilkł   na   chwilę.   Głos   rwał   mu   się   ze 

zmęczenia. - Pewna kobieta przyszła do mnie i zaproponowała pieniądze i moc w zamian za 

zniszczenie człowieka, który zabił Norrela, człowieka, który na Terbrec powalił Sirle na ko-

lana. Nie myślałem o niej; nie myślałem o tobie. Po prostu przyjąłem to, o czym dniem i nocą 

marzyłem od trzynastu lat. Uczyniłem to, co uczyniłem. I co teraz zrobisz? Ty także chciałeś 

tej wojny.

- Nie w ten sposób!

- Wojna to wojna. Czego właściwie chcesz, Corenie? Żeby Drede uszedł bez kary za 

to, co zrobił twojej żonie?

Zaciśnięta pięść Corena zadrżała na blacie.

- Gdyby mi wtedy powiedziała, wyruszyłbym do Mondoru sam, bez broni, i zabiłbym 

go   gołymi   rękami.   Ale   ona   zwróciła   się   do   ciebie.   A   ja   zostałem   sam,   poza   kręgiem 

wtajemniczenia; po raz pierwszy zaglądam do jego wnętrza i nie wiem, jak określić to, co 

widzę. Gdzie miałeś oczy, Roku z Sirle? Czy nie widziałeś, że krok po kroku, chwila za 

chwilą moja żona niszczy samą siebie kłamstwami, goryczą i nienawiścią? A ty przyglądałeś 

się   temu   obojętnie   i   milczałeś!   Milczałeś!   Wykorzystywałeś   ją   tak,   jak   ona   ciebie.   Co 

pozostało teraz z was obojga? Wiem, jaką drogę bez końca wybrała. Ty znasz ją także. A 

jednak  nie kiwnąłeś  palcem,  żeby ją powstrzymać,  nie zdradziłeś  nic, żebym  ja  mógł to 

zrobić.

Rok uniósł dłoń i zmęczonym gestem przetarł oczy. Zgarbiony nad kielichem Ceneth 

uniósł głowę.

- Co zamierzasz teraz zrobić, Corenie? Mógłbyś zabić nas wszystkich, z wyjątkiem 

Herne'a i Eortha; oni o niczym nie wiedzieli. Albo mógłbyś nie stanąć do bitwy. Mógłbyś też 

zapomnieć, że twoja duma została zraniona, pogodzić się z tym, co nieuniknione...

background image

- To nieuniknione? - Coren wyprostował się i odwrócił tak nagle, że Sybel drgnęła 

wystraszona. Spojrzał na nią oczami obcego. - Naprawdę?

Przygarbiła się.

- Kocham cię, Corenie. Ale nie mogę już tego powstrzymać.

Chwycił ją za ramiona.

-   Sybel   -   wyszeptał.   -   Kiedyś   zrezygnowałem   dla   ciebie   z   czegoś   podobnego... 

Zrezygnowałem   z   marzenia   o   zemście,   z   koszmaru   cierpienia,   który   był   niczym   długa 

choroba. A teraz ciebie proszę. Zrezygnuj. Jeśli nie dla mnie, to dla Tama. Spojrzała mu w 

oczy.

- Proszę... - szepnęła. Powoli opuścił ręce.

- A więc chcesz tego aż tak bardzo... Rozumiem. Poznałaś to, przed czym chciałaś 

uchronić Tama: smak władzy. No cóż, dam ci twoją wojnę. Ale nie wiem, co ci pozostanie, 

kiedy wojna dobiegnie końca.

Odwrócił   się   i   wyszedł.   Sybel   spoglądała   za   nim   bez   słowa.   Kiedy   już   zniknął, 

podeszła   do   stołu   i   osunęła   się   na   ławę.   Dwaj   mężczyźni   obserwowali   ją   w   milczeniu, 

czekając, aż się rozpłacze. Jednak nie doczekali się łez. Siedziała bez ruchu. Ceneth nalał 

wina i przysunął jej puchar. Dotknęła go, ale nie piła. Oczy miała puste.

Dopiero  po chwili wypiła  niewielki łyk i jej twarz odzyskała  ślad koloru. Ceneth 

przeczesał palcami włosy.

-   Przepraszam.   Tak   mi   przykro...   Żeby   paplać   o   wszystkim   w   stajni,   jak   para 

dzieciaków... Widywałem już ciężko rannych z takimi twarzami, ale nigdy jeszcze człowieka, 

który jest zdrowy i potrafi sam ustać na nogach. A przecież każda kobieta spiskuje trochę za 

plecami męża...

- Czyli jestem jak każda kobieta. To pocieszające, ale Coren jest inny niż wszyscy 

mężczyźni.   -   Przycisnęła   do   powiek   zimne   palce.   -   Nie   chcę   o   tym   rozmawiać.   Proszę. 

Skończmy   tę   sprawę   jak   najszybciej.   Kiedy   Derth   z   Nicconu   będzie   gotów   ze   swymi 

łodziami?

- Może za tydzień. Potrzebuje czasu, żeby zebrać ludzi. Nabrała tchu.

-   Dobrze.   W   takim   razie   będę   musiała   nauczyć   się   patrzyć   Corenowi   w   oczy. 

Powinnam chyba dziękować losowi, że nie muszę patrzyć w oczy Tama.

Rok ujął ją za rękę.

- Teraz, kiedy mamy Hilta i Niecona, możemy skończyć bez ciebie.

- Nie. - Uśmiechnęła się lekko, ale jej oczy pozostały czarne, posępne. - Nie. Wciąż 

jeszcze musze schwytać króla. Będziemy cierpieli wspólnie, Drede i ja. A potem... sama nie 

background image

wiem. - Opuściła głowę, podparła ręką czoło. - Nie wiem - powtórzyła szeptem.

- On ci przebaczy, Sybel. Zrozumie, jak strasznie cię skrzywdzili, i wybaczy.

- Jedyne, co ma do wybaczania - wtrącił Ceneth - to że nie pozwoliła mu samemu 

rozgniewać się na Drede'a, samemu pomścić żony.

Niecierpliwie machnęła ręką.

- Nie wyszłabym za niego, gdyby był wybuchowy i szybki do miecza.

- Ale, Sybel, jeśli cię kocha, to chciałby wiedzieć o takich sprawach. Zraniłaś jego 

dumę.

- I to bardzo. Uważa, że go nie kocham. Może mieć rację. Sama nie wiem. Nie mam 

już pojęcia, czym jest miłość. Jestem bezlitosna dla dwóch osób, które kocham najbardziej, 

Tama i Corena, a jednak nie potrafię ze względu na nich przerwać tego wszystkiego. Muszę 

brnąć dalej, ociężała i zmęczona, aż sprawa dojdzie do nieodwracalnego końca.

- Coren bardzo cię kocha - zapewnił łagodnie Rok. - Potem będziecie mogli przez 

długie lata uczyć się żyć ze sobą nawzajem.

- Albo bez siebie. - Poruszyła się niespokojnie. - Przyszłam po trochę jedzenia dla 

Maelgi. Nie chce wejść do domu, odpoczywa w ogrodach.

Podniosła się. Przez chwilę stała w miejscu, blada, oparta o stół, jakby nie mogła się 

ruszyć. Rok dotknął jej dłoni. Spojrzała na niego z góry, jakby całkiem o nim zapomniała.

-   Nie   jesteś   bezlitosna   -   powiedział   cicho.   -   I   myślę,   że   go   kochasz.   Inaczej   nie 

martwiłabyś się tak bardzo. Cierpliwości... Wkrótce wszystko się skończy.

- Wkrótce to takie długie słowo - szepnęła.

Zeszła do kuchni, wzięła świeży chleb, sery, owoce, mięso i wino, zaniosła wszystko 

do ogrodu. Przystanęła u otwartej bramy i spojrzała między drzewa, ale zobaczyła jedynie 

wielkie   koty  rozgrywające   bezgłośną   płynną   gonitwę.   Odyniec   Cyrin   spał   w   słońcu.   Po-

chwyciła myśli Czarnego Łabędzia.

Gdzie jest Maelga ?

Czarownica obudziła się i odeszła. Powiedziała, że świat jest dla niej za duży.

Sybel niespokojnie zmarszczyła brwi. Podeszła i obudziła Cyrina.

Czy Maelga mówiła, czemu odchodzi?

Nie. Ale kiedy władca Domu wszedł do mrocznego domostwa Mistrza Zagadek...

-   Wiem,   wiem   -   przerwała   mu.   I   dokończyła   ze   znużeniem:   -   Nie   przyjął   ani 

pożywienia,   ani   wina,   nie   przespał   też   nocy...   Cyrinie,   jedzenie   Roka   jest   całkiem   nie-

szkodliwe.

Przyglądała się jedzeniu, aż wydało jej się czymś obcym, czymś z innego świata. A 

background image

potem z rozmachem cisnęła tacę między drzewa. Winogrona, mięso i chleb spadły przez liście 

niczym deszcz, a ciężka srebrna taca, obracając się powoli, zakreśliła łuk w powietrzu i z 

brzękiem upadła bokiem na ziemię tuż obok kotów. Na moment przerwały zabawę, spojrzały 

na   nią   zaskoczone.   Odpowiedziała   im   niemal   równie   zdumionym   spojrzeniem.   A   potem 

odwróciła się na pięcie i odbiegła.

* * *

Zmierzch zapadał z wolna ponad lasami Sirle. Sybel siedziała przy oknie, haftując 

bitewne znaki na płaszczu męża. Wreszcie dostrzegła Corena. Jechał przez pola - ciemna 

sylwetka pod niebieskoczarnym niebem; usłyszała w nieruchomym powietrzu ciche wołanie u 

bramy i stuk opuszczanego mostu, a potem kroki w korytarzu. Jej dłonie znieruchomiały i 

opadły na kolana; zwróciła wzrok ku drzwiom. Gdy Coren ją zobaczył, na chwile zatrzymał 

się w progu. Potem wszedł i zamknął drzwi.

- Czemu nie jesteś na kolacji?

- Nie mogłam jeść. - Przyglądała się, jak nalewa sobie wina. - Dokąd jeździłeś?

- Do Lasu Mirkon. Siedziałem tam i podrzucałem w ręku kamień, ale niczego się od 

niego nie nauczyłem. Wina?

- Proszę.

Podał jej kielich i usiadł obok, pod oknem. Twarz miał spokojną, bladą w świetle 

świec. Odsunął kielich i dotknął fałdy płaszcza.

- Wciąż są sprawy, których nie jestem pewien w tej waszej wojnie. To ty musiałaś 

przywołać tutaj władcę Nicconu. Inaczej by nie przybył.

- Tak. - Coś ścisnęło ją w gardle. Przełknęła. - I... I jest coś jeszcze. Jeśli chcesz znać 

prawdę, muszę ci to powiedzieć.

Spojrzał na nią z obawą, ale odpowiedział tylko:

- Mów.

-   Zobaczyłeś...   Tego   dnia,   kiedy   przybył   Derth,   mogłeś   się   domyślić,   co   robimy. 

Wypytywałeś Roka, kiedy skłamał, że Eorth chce dosiąść Gylda. Gdy spojrzałeś na mnie, 

dostrzegłam w twoich oczach zwątpienie.

- Nie pamiętam.

- Nie pamiętasz, bo... bo kazałam ci zapomnieć.

- Co?

- Weszłam do twojego umysłu. Znalazłam te wspomnienia i odebrałam ci je, a teraz 

jest tak, jakby to się nigdy nie stało.

background image

Coren siedział nieruchomo; prawie nie oddychał.

- Mówię ci to, żebyś... żebyś wiedział, że coś takiego zdarzyło się raz i nie zdarzy się 

już nigdy więcej.

- Rozumiem - szepnął. Podniósł wino; kielich drżał lekko w jego dłoni. Odstawił go 

między nich, na kamień. - Nie sądziłem, że zrobisz mi coś takiego. Nie sądziłem, że będziesz 

chciała.

- Dlatego... dlatego przybiegłam do ciebie z płaczem. Bo zrobiłam to, co Drede i 

Mithran chcieli zrobić mnie. Wtedy przestraszyłam się samej siebie. Ale kiedy wziąłeś mnie 

w ramiona i przytuliłeś, poczułam... Pomyślałam, że skoro mnie kochasz, nie mogę być aż tak 

zła. A teraz nie mam nikogo, kto by mi powiedział, żebym się nie bała. Co widzisz, kiedy te-

raz na mnie patrzysz?

- Coś obcego w twych ciemnych oczach. - Pogładził ją po twarzy. - Gdzie jest ta 

kobieta - zapytał z tęsknotą, która budziła ból - która tak spokojnie leżała w moich ramionach 

pewnej nocy na górze Eld?

- Tak mi przykro - szepnęła. - Tak mi przykro, że za ciebie wyszłam.

Zacisnął palce i opuścił rękę.

- Obawiałem się, że to powiesz. - Zamknął oczy. - I co mam teraz zrobić? Nie mogę 

przestać cię kochać.

- Nie chcę  tego, Corenie.  Ale zranię  cię, tak  jak  zranię  Tama.  I myślę,  że kiedy 

wszystko się skończy, żaden z was mi nie wybaczy.

- Tam... Co dla niego przewidziałaś w swoich planach? Co się stanie z tym dzieckiem, 

które kochało rude lisy?

- Uczynimy go królem, posłusznym władcom Sirle. A pewnego dnia on także spojrzy 

na mnie i zobaczy kogoś obcego.

- A Drede? Sybel, co zaplanowałaś dla niego?

- Później zajmę się tym, co z niego zostanie. Nie obchodzi mnie jego śmierć, tylko 

jego życie, a w tej chwili boi się mnie tak bardzo, że jest niemal obłąkany...

Urwała. Coren wstał; oczy miał szeroko otwarte, pełne niedowierzania.

- Sybel, jak możesz... jak możesz tak zimno doprowadzać do obłędu jego i mnie?

- Nie jestem zimna! Ty też nienawidziłeś; sam mi powiedziałeś. Jaką miałeś wtedy 

krew, Corenie? Gorącą i gęstą. Jak nienawidziłeś? Czy pielęgnowałeś myśl o zemście, od 

maleńkiego, bladego nasionka ukrytego w mrocznych zakamarkach serca, czy patrzyłeś, jak 

rośnie i rozkwita, rodzi czarne owoce, które dojrzewają, aż są gotowe do zerwania? Nie; 

zemsta   stała   się  we  mnie   wielką,   splątaną   masą  ciemnych   liści   i  mocnych   pędów,  które 

background image

potrafią zdusić i przyćmić wszystko, co w sercu dobre. Ta masa żywi się całą nienawiścią, 

jaką serce może zmieścić. To właśnie jest we mnie, Corenie. Cała twoja cudowna radość i 

miłość nie wypleni tej rośliny. Planowałam zemstę od tamtej nocy, kiedy wyszłam do ciebie z 

domu Maelgi w rozdartej sukni, żebyś zobaczył mnie i zapragnął, jak zapragnął Mithran...

Usłyszała syk wciąganego przez zęby powietrza. A potem Coren uderzył ją mocno, 

otwartą dłonią. Umilkła ze zdumienia.

- Nie byłem dla ciebie nikim więcej! Nikim ważniejszym niż Mithran!

Uniosła dłoń do twarzy.

- Nikt mnie jeszcze nigdy nie uderzył. Corenowi z krtani wyrwał się nieartykułowany 

jęk.

- Nawet się tym nie przejęłaś. O, Biała Pani, co ja teraz zrobię?

Odwrócił   się   od   niej,   jak   ślepy.   Sybel   spuściła   głowę   na   kolana,   ukryła   twarz   w 

fałdach płaszcza, ale nawet w ciemności zamkniętych oczu widziała jego cierpienie.

* * *

Skończyła haftować płaszcz - ciemnoniebieski, ze śnieżnobiałym sokołem władców 

Sirle. Tego samego dnia z Nicconu dotarła wieść, że łodzie są gotowe i posłano je z prądem 

dopływu Slinoon, wypływającego z Jeziora Zaginionego Króla na północnej granicy Nicconu. 

Rok wezwał braci, a Sybel usiadła wraz z nimi, obok Corena. Słuchała w milczeniu.

- Spotkamy się z Derthem z Nicconu za dwa dni, w miejscu, gdzie Rzeka Graniczna 

wpada do Slinoon - oznajmił Rok. - Horst z Hiltu będzie czekał pod Mondorem. Nadjedzie od 

wschodu. Musi się przebić przez siły tych ludzi na swoich ziemiach, którzy wciąż walczą za 

Drede'a, więc Eorth i Bor poprowadzą połowę naszych wojsk na ich tyły. Zostaną zgnieceni, 

wzięci z dwóch stron. My zajmiemy Drede'a w Mondorze; jego armia pilnuje Slinoon nieco 

powyżej miasta. Zepchniemy go do Mondoru. Ceneth, ty i Herne poprowadzicie ludzi w dół 

rzeki, do miasta, by zająć bastion Drede'a, i do... - Przerwał, widząc, że Coren chce mówić.

- Pozwól mi zająć miejsce Herne'a.

- Chcę cię mieć przy sobie.

- A ja chcę jechać zamiast Herne'a - odparł Coren. - Herne jest wielkim wojownikiem, 

ale  nie  myśli.  Ja  myślę.   Żeby  wkroczyć   żywym   do samego  serca  miasta  Drede'a,  trzeba 

myśleć.

Rok westchnął.

- To dar - wyjaśnił szczerze. - Dla Sybel. Pojedziesz ze mną.

-   Pojadę   z   Cenethem   albo   wcale.   Myślę   o   Tamlornie.   Co   powstrzyma   jakiegoś 

background image

wspaniałego   rycerza,   rozgrzanego   przelaną   krwią,   przed   odebraniem   życia   bezbronnemu 

chłopcu, którego jedyne przewinienie polega na tym, że jest synem Drede'a?

- Będzie z nim Ter - wtrąciła Sybel.

Odwrócił się do niej i zobaczyła - jak widziała od kilku dni - wyraźną Unię kości pod 

skórą twarzy i ciemne kręgi pod oczami.

- Chcesz, żebym był z Rokiem? Pokręciła głową; mocno splotła ręce na stole.

- Zrobisz, co musisz. Ale czy naprawdę chcesz ratować Tama? Czy może zamierzasz 

rzucić wyzwanie śmierci i zadać jej zagadkę?

Spostrzegła, że zacisnął szczęki.

- Masz chyba trzecie oko, Sybel. Ale duma nie pozwala mi zostać z Rokiem na tyłach. 

Jeśli spotkam Drede'a i podam ci jego głowę na klindze miecza, czy to cię zadowoli?

- Nie - odparła drżącym głosem.

- Więc jakiego daru oczekujesz?

- Daj spokój, Corenie - mruknął Ceneth. - Możesz nienawidzić nas wszystkich, ale 

czeka nas bitwa. Czy zechcesz walczyć wraz z nami, czy przeciw nam, czy nie walczyć 

wcale, wybierz raz i trzymaj się tego.

- Och, będę walczył wraz z wami - zapewnił Coren. - Ale nie zostanę bezpieczny z 

Rokiem, gdy ty i Herne będziecie ostrzyć miecze na kamieniach kominka Drede'a. - Zwrócił 

się   do   Roka.   -   Jest   tam   pewien   chłopiec,   którego   znam,   który   niegdyś   biegał   boso   po 

zboczach Eldu. Ten chłopiec straci na wojnie ojca, będzie widział, jak gwardia ojca ginie na 

jego oczach. Pozostanie przy nim tylko sokół, od którego się nie dowie, że przeżyje i zostanie 

królem Eldwoldu. Temu chłopcu zawdzięczani życie. Pozwólcie mi oszczędzić mu grozy. 

Przynajmniej tyle chcę dla niego zrobić.

Rok zerknął na Sybel, ale ona skrywała oczy, a złożone dłonie podniosła do ust.

- Ty i Ceneth poprowadzicie wybranych  ludzi do miasta - ustąpił w końcu. - Ter 

powie Sybel, gdzie jest Tam, a Sybel powie Corenowi.

- Nie - zaprotestowała Sybel. Opuściła ręce. - Nie wejdę w umysł Corena. Kiedy Ter 

wyfrunie do ciebie, będziesz wiedział, że Tam jest blisko. Ale gdyby chłopiec znalazł się w 

niebezpieczeństwie, Czarny Łabędź zabierze go na górę Eld.

- A jeśli Drede go ukryje? - zapytał Ceneth. - Skąd mamy wiedzieć, gdzie go szukać? 

Mogłabyś przekazać wiadomość Corenowi... Wprowadzić wiedzę do jego umysłu...

- Nie.

Ceneth westchnął.

- Więc powiedz mnie, a ja powtórzę Corenowi. Tak wiele ostatnio  wpływałaś na 

background image

umysły, że...

- Ceneth, bądź cicho - rzucił spokojnie Rok.

- Ale myślę...

- Doprawdy? - mruknął Coren. To słowo aż trzasnęło w powietrzu niczym pękający 

lód.

Ceneth zaczerwienił się pod wzrokiem brata.

- Już nic nie mówię - wymamrotał. - Zastanawiam się tylko, przeciw komu właściwie 

walczysz w tej wojnie.

Potężna pięść Eortha opadła na blat stołu.

- Bądź cicho, Ceneth - poprosił. - Zdążyłem już zapomnieć połowę z tego, co mówił 

Rok. Jeśli chcemy w ogóle przejść z tą wojną  od stołu na pole bitwy,  wszyscy musicie 

przestać się kłócić.

- To najmądrzejsze słowa, jakie od ciebie słyszałem - mruknął Bor.

Sybel przycisnęła palce do oczu.

-   Gdyby   Tamowi   groziło   wielkie   niebezpieczeństwo,   zadbam   o   to,   żebyście   się 

dowiedzieli. Przed jednym wszakże muszę was ostrzec: jeśli na polu bitwy zewrzecie się 

blisko z ludźmi Drede'a, możecie zobaczyć niezwykłe, cudowne bestie. Nie idźcie za nimi. 

Owszem, widywaliście je tutaj, lecz gdy działa ich magia, stają się dziwnie piękne. Kazałam 

im trzymać się od was z daleka, ale uprzedźcie ludzi. Inaczej mogą ocknąć się nagle w jakimś 

dalekim lesie.

Na szczupłej, niespokojnej twarzy Herne'a rozlał się szeroki uśmiech.

- Czeka nas wojna, nad którą przez wieki harfiarze będą sobie łamać palce.

- Tak - zgodził się Eorth. - Ale najpierw chcę, żeby mi ktoś jeszcze raz wytłumaczył, o 

czym była mowa, zanim doszliśmy do zwierząt.

Rok nalał sobie wina i cierpliwie zaczął tłumaczyć.

Kopuła   zmroku   zamknęła   się   nad   setką   ognisk   otaczających   zamek   Sirle.   Sybel 

pozostawiła dalsze plany wojskowym pod komendą Roka i teraz ze swego okna obserwowała 

migotanie   ogni.   Coren   wrócił   dopiero   ciemną   nocą.   Oparła   czoło   o   chłodne   kamienie   i 

nasłuchiwała, jak mąż się rozbiera. Słyszała szelest materiału o materiał, potem cichy szept 

jego oddechu, gdy zdmuchiwał świecę. Zdjęła suknię i wślizgnęła się do łoża obok niego. Nie 

mogła zasnąć, a nierówny oddech Corena zdradzał, że on też nie śpi. Zaszeleścił nocny wiatr i 

musnął chłodem jej policzek.

Wreszcie oddech Corena pogłębił się i wyrównał; ona wciąż leżała przytomna i w 

słabym blasku księżyca obserwowała, jak linia jego ramion i piersi wznosi się i opada w 

background image

jednostajnym   rytmie.   Potem   odwróciła   się,   zasłoniła   dłonią   oczy   i   pomyślała   o   Dredzie, 

bezsennym w swoich murach, wpatrzonym w rozlane na ścianach światło pochodni. Coren 

poruszył się, rozpraszając ją na chwilę. Uspokoił się, po czym znowu przewrócił i krzyknął 

przez sen. I wtedy, w ciszy nocy, wyczuła cień nad swoimi myślami - jakby była potajemnie 

obserwowana. Odwróciła się gwałtownie.

Nad nią stał Blammor. Nie zdążyła krzyknąć, nim kryształowe oczy spojrzały prosto 

na   nią,   dalekie   jak   gwiazdy;   potem   ogarnęła   ją   ciemność,   a   dookoła   rozlegało   się   tylko 

mocne, potężne bicie jej własnego serca. Wizje przebiegły przez umysł: mag z pogruchota-

nymi kośćmi, leżący na bogatych skórach; śmiertelne maski ludzi ze wszystkich wieków, 

którzy po raz ostatni spotkali samo jądro swych koszmarów, w pokojach bez okien, pomiędzy 

kamiennymi murami bez przejść. Wilgotne powietrze wznosiło się wraz z ciemnością, niosąc 

mdlący   zapach   zakrzepłej   krwi,   zardzewiałego   żelaza;   smakowała   suchy,   drobny   pył, 

skruszone liście umierających drzew; słyszała słabe wołania, niby zimny wiatr znad dawnego 

pola   bitwy,   krzyki   grozy   i   rozpaczy.   A   potem   myśli   oderwały   się,   wzleciały   w   jakąś 

płaszczyznę przerażenia, jakiego dotąd nie znała. Walczyła na ślepo, ale zapadała się coraz 

głębiej.

Tuż   pod   przerażeniem   zafalowała   wizja   biała   jak   oko   Blammora.   Choć   Sybel 

krzyczała   bezradna,   pozbawiona   głosu   wobec   gromadzącej   się   ciemności,   jej   myśl,   wy-

ćwiczona i wyostrzona w obserwacji, oddzieliła się i badała mglisty obraz. Dryfował na dnie 

jej umysłu; szukała go tak, jakby rzucała wołanie w najdalsze zakątki Eldwoldu. I wreszcie, 

przed oczami duszy, obraz wyostrzył się i zobaczyła białego jak księżyc ptaka ze skręconymi 

długimi skrzydłami, z piękną szyją złamaną.

- Nie - szepnęła.

I ocknęła się na posadzce, z twarzą przyciśniętą do kamieni. Oddychała nierówno, 

chrapliwie.

Podniosła   głowę;   wysychające   łzy   chłodziły   jej   policzki.   A   potem   wyczuła   w 

ciemności Stwora pochylonego nad nią, obserwującego, czekającego. Wstała drżąca i słaba. 

Ruszyła do Corena, ale on leżał jak obcy, jakby był niedostępnym snem. Przez chwilę przy-

glądała mu się nieruchomo, aż minęło drżenie.

Potem ubrała się bezszelestnie.

Przebiegła przez kręte kamienne korytarze, przeniknęła jak cień przez strzeżony hol, 

za wewnętrzny mur, gdzie powolne kroki straży stukały tam i z powrotem nad jej głową. 

Otworzyła na oścież bramę ogrodów. Dobiegły do niej szepty rozbudzonych zwierząt, zbliża-

jących się wśród nocy. Jako pierwszą zobaczyła wielką sylwetkę Gulesa i przytuliła się do 

background image

jego grzywy.

Co się stało, Biała Pani?

Wracam na górę Eld. Jesteście wolne.

Wolne?

Czarna kocica Moriah otarła się o jej nogi. Sybel zajrzała w głąb zielonych oczu.

Jutro musicie zrobić to, co musicie. O nic was nie proszę. O nic. Jesteście wolne.

Ale co z tobą, Sybel? Co z Drede'em?

Nie mogę... Za jego śmierć jest cena, której nie potrafię zapłacić.

Sybel, odezwał się łabędź głosem słodkim jak dźwięk fletu. Wolny, by raz jeszcze 

wzlecieć w jesienne niebo? Wolny, by smakować wiatr na końcach skrzydeł?

Tak.

A co z Tamem?

O nic nie chcę was prosić. O nic. Musicie zrobić to, co musicie.

Dotknęła umysłu Gylda i odkryła, że nie śpi. Obracały się w nim powolne myśli o 

jaskini   z   wilgotnymi   ścianami,   ukrytej   głęboko   we   wnętrzu   milczącej   góry,   z   wąskim 

strumyczkiem sączącym się po złotych monetach i białych odłamkach kości.

Jesteś wolny.

A Drede? Czy mam najpierw go dla ciebie zabić?

Nie chcę więcej słyszeć tego imienia! Nie obchodzi mnie, czy żyje, czy zginął, czy 

zwycięży, czy przegra w tej wojnie... Nie interesuje mnie już! Jesteś wolny.

Wolny...

Różne głosy muskały jej umysł niby odgłosy instrumentów.

Wolny od zimy... Wolny, by biec, złoty niczym słońce pod okiem słońca pustyni!

Wolny, by pofrunąć na krańce świata na granicy zmierzchu!

Wolna, by być głaskana grubymi palcami królów na Południowych Pustyniach, by 

słuchać szeptów czarownic o księżycowych oczach!

Wolny, by śnić wśród ciszy o jedynym skarbie, większym niż wszystkie.

Wolny, rzekł srebrzysty odyniec. Odpowiedz mi na zagadkę, Sybel. Co tobie dało 

wolność?

Popatrzyła w jego czerwone ślepia.

Wiesz.   Ty  wiesz.   Moje   oczy   skierowały   się   do   wnętrza   i   spojrzałam.   Nie   jestem 

wolna. Jestem mała i wystraszona, a ciemność następuje mi na pięty, ściga mnie, obserwuje...

Sybel, odezwał się łabędź. Zaniosę cię na górę Eld. A potem odlecę do jezior poza 

północnym Eldwoldem, które leżą niczym rozsypane klejnoty śpiących królowych.

background image

Ja cię zabiorę, rzekł Gyld. A potem podążę znowu w głąb mojej słodkiej jaskini.

Weź   mnie   zatem,   odparła   i   poczuła   jego   ciężkie   kroki   w   grocie.   Pochyliła   się, 

chwyciła lwa Gulesa za grzywę, zajrzała mu w oczy.

-   Gules   -   szepnęła   i   poczuła,   że   jego   umysł   odpływa,   pozostawiając   tylko 

wspomnienia jak przedmioty ocienione w mrocznym pokoju. Wypuściła go, a lew odbiegł 

przez pola Sirle, wielki i cichy.

- Moriah - szepnęła.

Czarna jak cień kocica przeniknęła do cienia; jej zielone oczy mrugnęły do księżyca.

- Czarny Łabędziu.

Ptak   wzniósł   się   w   powietrze   i   zatoczył   krąg.   Szerokie   skrzydła   na   tle   księżyca 

wykreśliły linię zapierającego dech piękna.

- Cyrin.

Odyniec o marmurowych kłach stanął przed Sybel.

- Sam Mistrz Zagadek zgubił kiedyś klucz do własnych zagadek - rzekł głębokim, 

czystym jak muzyka głosem. - I znalazł go znowu na dnie własnego serca. Żegnaj, Sybel. 

Władca Dornu trzy razy obiegł ślepe mury domu czarownicy Enyth, po czym wszedł w ścia-

nę, a ta rozwiała się jak dym.

- Żegnaj - szepnęła.

Wybiegł przez otwartą bramę i dalej, przez pola uśpionych ludzi.

Sybel wyprostowała się i zawołała Tera na jego stanowisku przy śpiącym Tamie, w 

kamiennych murach Mondoru.

Ter, jesteś wolny.

Nie.

Jesteś wolny i możesz zrobić, co zechcesz, opuścić Tama albo zostać z nim jako 

królewski sokół. Ale o jedno cię proszę. Jedno tylko zrób dla mnie. Nie tykaj Drede'a. On jest 

mój, a ja postanowiłam o nim zapomnieć.

Ale dlaczego, córko Ogama? Gdzie twój tryumf?

Rozpłynął się wśród nocy. Przebudziłam się samotna i przerażona.

Przerażona?

Tak, nieustraszony. Jesteś wolny.

Wyszeptała jego imię, a ono zapadło się bez odpowiedzi w ciszy nocy. Wstała więc i 

dosiadła zielonoskrzydłego smoka. Razem wzlecieli w rozgwieżdżone niebo, wysoko ponad 

ogniskami  wojsk  Sirle   i Mondoru.  Lecieli  do  wysokiej   góry i  białej  sali  ciszy, gdzie  na 

zawsze już uwolniła od siebie smoka. Weszła do zimnego, pustego domu Myka i zamknęła 

background image

drzwi.

background image

12

Siedem dni później król Eldwoldu wjechał ze swymi gwardzistami na krętą ścieżkę 

wiodącą na górę Eld. Minął maleńki  domek Maelgi z gołębiami na podwórzu i czarnym 

krukiem  siedzącym  na starych  jelenich  rogach nad drzwiami. Zatrzymał  się przed bramą 

białego domu czarownika i przez kratę zobaczył pogrążony w bezruchu, zarośnięty ogród i 

warstwę sosnowych igieł na kamiennej ścieżce pomiędzy bramą a zamkniętymi drzwiami. 

Tchnienie wiatru zdmuchnęło mu na twarz kosmyk jasnych włosów. Odgarnął je ręką i zsiadł 

z konia.

- Zaczekajcie tu na mnie.

- Panie, ona jest niebezpieczna...

Podniósł głowę; pod skórą twarzy rysowały się kości.

- Nigdy by mnie nie skrzywdziła. Czekajcie.

- Tak, panie.

Sprawdził żelazne pręty bramy, ale była zamknięta. Przyglądał się jej przez chwilę, 

marszcząc   brwi.   Potem   wbił   stopę   w   szczelinę   w   murze,   chwycił   rękami   za   wystające 

kamienie i się podciągnął. Czarna tunika rozerwała się na ostrym występie. Znalazł kolejny 

punkt podparcia, potem następny, aż jego blade, szeroko rozwarte palce chwyciły gładkie 

marmurowe   zwieńczenie.   Przerzucił   nad   nim   nogę,   po   czym   wylądował   na   kolanach   w 

miękkiej ziemi w dole.

Wstał   i   otrzepał   pończochy.   Wiatr   zamarł,   pozostawiając   ogród   w   ciszy.   Spod 

zmrużonych   powiek   król   przeszukiwał   wzrokiem   mroczne   cienie   pod   drzewami,   wśród 

gładkich,   jasnych   od   słońca   pni   wielkich   sosen.   Nie   dostrzegł   żadnego   ruchu.   Wolno 

przeszedł ścieżką i chwycił za klamkę. Szarpnął lekko, potem zastukał.

- Może jej nie ma, panie - zawołał z nadzieją jeden z gwardzistów za bramą.

Król nie odpowiedział. Okna domu wpatrywały się ślepo w przestrzeń - niczym oczy 

bez drgnienia myśli w głębi umysłu. Cofnął się nieco, przygryzając wargi. Potem schylił się 

szybko i podniósł leżący obok ścieżki gładki kamień. Postukał nim delikatnie w grube szkło 

w oknie, a szyba pokryła się siatką tysiąca pęknięć i posypała na podłogę wewnątrz. Król 

strącił sterczące z ramy szklane zęby, wsunął do środka rękę aż do łokcia i zaczął szukać 

okiennego haczyka.

- Panie, bądź ostrożny!

Okno otworzyło się nagle, a on zatoczył się w bok, na białą ścianę. We wnętrzu domu 

kurz   spływał   na   podłogę   w   nieruchomym   blasku   słońca.   Król   zamrugał   w   półmroku, 

background image

nasłuchując, ale dom był cichy, jak gdyby nikt tam nie chodził ani nie oddychał. Król pod-

ciągnął się; stopy ześlizgiwały się po białym marmurze. Po chwili oparł kolano o parapet.

- Sybel?

Słowo zawisło w blasku słońca, między roztańczonymi, złocistymi drobinkami kurzu. 

Król zeskoczył z okna na podłogę. Ruszył wśród ciszy ku wielkiej komnacie pod kopułą. 

Wreszcie zobaczył kryształ czysty jak księżyc, wygięty w łuk nad głową. A w dole, w białym 

milczeniu,   siedziała   na   podłodze   kobieta   o   włosach   barwy   szronu   muśniętego   słońcem. 

Siedziała nieruchomo, jakby zamknięta w lodowej powłoce. Czarne oczy miała otwarte i 

ślepe.

Podszedł bliżej, bezgłośnie stawiając kroki na grubym futrze. Uklęknął, spojrzał jej w 

oczy.

- Sybel? - odezwał się z wahaniem.

Blada twarz z wyraźnie zarysowanymi kośćmi zdawała się wykuta z kamienia - tak 

nieruchoma, tak tajemnicza. Szczupłe dłonie o kościach wyraźnie widocznych  w każdym 

zgięciu, przy każdym stawie, leżały złożone w bezruchu. Patrzył na nią; bezradnie wycierał 

własne dłonie o uda. Cichy, nieartykułowany dźwięk wyrwał się z jego krtani.

Po chwili nabrał tchu i krzyknął:

- Sybel!

Drgnęła,   poruszyła   się   lekko   i   odrobina   koloru   powróciła   na   jej   policzki.   Oczy 

zogniskowały się na twarzy króla i uśmiechnęła się z ulgą. Dłoń wysunęła się wolno spod 

kurtyny włosów ku jego twarzy.

- Tam... Kiwnął głową. - Tak.

Dłoń dotknęła jego warg, osunęła się do ramienia i opadła. Sybel przymknęła oczy i 

westchnęła. Pochyliła głowę, tak że ledwie widział jej twarz.

- Sybel, proszę... Proszę, nie wracaj tam, gdzie byłaś. Mów do mnie. Powiedz moje 

imię.

Zakryła dłońmi oczy.

- Tam.

- Nie. Już nie Tam. Tamlorn. Tamlorn, król Eldwoldu.

Dopiero wtedy zobaczyła go wyraźnie, z rękami złożonymi na kolanach, z jasnymi 

włosami przyciętymi równo nad szczupłą, smagłą twarzą. Dostrzegła zaciśnięte w napięciu 

wargi, cienie pod oczami i kości pod skórą. Bogata czarna tunika, którą nosił, odbijała mu się 

w oczach, przyciemniała je.

Sybel poruszyła się, czując sztywność stawów.

background image

- Dlaczego sprowadziłeś mnie z powrotem?

- Dokąd odeszłaś, Sybel? Dlaczego? Dlaczego?

- Nie miałam dokąd uciec.

- Strasznie  wychudłaś, Sybel...  Mówili,  że nie ma cię w  Sirle, a ja musiałem  cię 

znaleźć. Dlatego przyjechałem tutaj, ale brama była zamknięta. Przeszedłem przez mur, nikt 

nie otworzył drzwi, wiec wybiłem okno. Znalazłem cię, ale siedziałaś tak nieruchomo, jakbyś 

była   zrobiona   z   kamienia,   a   twoje   oczy   wpatrywały   się   we   mnie   i   nie   widziały.   Sybel, 

dlaczego odeszłaś? Czy to... Czy przez to, co ci zrobił mój ojciec?

- To przez coś, co sama sobie zrobiłam.

Nerwowo   potrząsnął   głową,   jakby   odrzucał   jej   odpowiedź.   Potem   sięgnął   do   jej 

włosów i delikatnymi, szybkimi ruchami odsuwał z twarzy kosmyk za kosmykiem.

- Ojciec powiedział mi, co ci zrobił.

- Powiedział...

- Tak. Tamtej nocy, nim zaczęły się walki. Powiedział... Powiedział mi. Sybel, on tak 

strasznie się ciebie bał, że... Nie poznawałem go w te dni przed wojną. A potem, potem mi 

powiedział dlaczego, i zrozumiałem. - Urwał; policzek drgnął mu nerwowo i znieruchomiał. 

Po chwili Tam znowu spojrzał jej w oczy. - Sybel... mówił, że tamtego dnia wrócił do wieży, 

żeby cię zabrać; drzwi do komnaty maga stały otworem, więc wszedł, a ciebie nie było, i... 

mag leżał martwy na podłodze, a oczy miał... wyłupione, i połamane wszystkie kości. Wtedy 

ojciec zaczął się bać. A później wyszłaś za Corena z Sirle... Potem już prawie się nie odzywał, 

chyba żeby wydać jakiś rozkaz albo radzić z ludźmi. Ze mną rozmawiał rzadko, ale czasem, 

kiedy samotny w swoich pokojach, wśród zapalonych pochodni, tylko siedział i patrzył w 

pustkę, przychodziłem i siadałem obok. Wiedziałem... wiedziałem, że chce mnie mieć przy 

sobie.   Nie   odzywał   się.   Czasem   głaskał   mnie   po   głowie   albo   po   ramieniu...   bez   słowa. 

Kochałem  go, Sybel.  Ale kiedy powiedział mi,  co ci  zrobił,  jakoś nie  byłem  zdziwiony. 

Wiedziałem,  że  jesteś na  niego zła  o coś, co się stało.  Było  za  późno, żebym  odczuwał 

zdziwienie. I tamtej nocy... tamtej nocy umarł. Jej twarz z wolna nabierała rumieńców.

- Mój Tamie - szepnęła wreszcie. - Od czego umarł? Nabrał tchu i spojrzał jej w oczy.

- Sybel... Ja wiem, że nie zabiłaś maga. Nie wiem, od czego zginął, ale myślę... myślę, 

że to, co go zabiło, zabiło też Drede'a.

Zadrżała.

- A więc nie tylko dom Corena odwiedził tamtej nocy - szepnęła.

- Kto? Sybel, czy ty też go widziałaś?

Nie odpowiadała. Tam zacisnął palce. Głos mu się łamał.

background image

- Sybel, proszę! Muszę cię o to spytać. Drede leżał na posadzce, a na jego ciele nie 

było żadnej rany, ale widziałem wyraz jego twarzy, zanim ją przede mną zakryli. Mówili, że 

serce mu stanęło, ale ja myślę, że umarł ze zgrozy.

Sybel wymamrotała coś cicho. Potem opuściła głowę, dotykając czołem uniesionego 

kolana.

- Mój Tamie... Tak mi przykro...

- Sybel, co on przed śmiercią zobaczył? Co go zabiło? Westchnęła.

- Tamten mag i tamten król, i ja, wszyscy zobaczyliśmy to samo. Oni obaj są martwi, 

ale ja żyję, chociaż znalazłam się tak daleko od siebie, że nie sądziłam, by cokolwiek zdołało 

sprowadzić mnie z powrotem. Dotarłam poza granice własnej świadomości. To też rodzaj 

ucieczki. Nie mogę ci powiedzieć, czym jest ten Stwór; wiem tylko, że kiedy Drede na niego 

spojrzał, zobaczył to, co sam w sobie ukrywał. I to go zniszczyło. Wiem, ponieważ niewiele 

brakowało, a ja też zniszczyłabym siebie. Tam milczał przez chwile, zmagając się z własnymi 

myślami.

- Miałaś prawo się rozgniewać - rzekł w końcu.

-   Tak,   ale   nie   powinnam   ranić   tych,   których   kocham.   Ani   siebie.   -   Delikatnie 

pogładziła   go   po   twarzy.   -   Jak   dobrze   jest   znowu   słyszeć,   że   wymawiasz   moje   imię. 

Myślałam... Byłam pewna, że rozzłościsz się na mnie za to, co ci zrobiłam.

- Nic nie zrobiłaś.

- Oddałam cię jak bezbronne narzędzie w ręce Sirle. Dlatego nie umiałam przestać 

uciekać.

Ze zdumieniem pokręcił głową.

- Sybel, nie wpadłem w ręce Roka. Mam kilku doradców, ale nie powołano regenta. 

W razie śmierci Drede'a i póki nie skończę szesnastu lat, miał rządzić Margor, jego kuzyn, ale 

zniknął. Podobnie jak wodzowie mojego ojca. Podobnie jak Horst z Hiltu, Derth z Nicconu, 

jego brat i ich dowódcy. Podobnie jak sześciu z Sirle i ich dowódcy...

Szeroko otworzyła oczy.

- Tam... Co się z nimi stało? Czy padli w bitwie?

- Sama wiesz, Sybel, co się stało. Musisz wiedzieć. W obozie nad Mondorem, gdzie 

mieliśmy stanąć razem z ojcem, zjawił się Gules. Ci nieliczni, którzy go zobaczyli, ale nie 

podążyli za nim, nie mogli znaleźć słów, by opisać, jaki był złocisty, jaką miał grzywę niby 

splot jedwabiu, oczy błyszczące jak słońca. Był wśród nich wojownik harfiarz, który ułożył 

pieśń o Gulesie  biegnącym  skokami  przed dwudziestoma  nieuzbrojonymi  wodzami  przez 

rzekę Slinoon, tuż po wschodzie słońca. Słyszałem też pieśń Moriah, która przybyła do obozu 

background image

mojego wuja Sehana w zachodnim Hilcie, i ta pieśń była słodsza niż śpiew kobiety z okna za 

aksamitną kotarą... Sybel, wiedziałaś o tym!

- Nie, nie wiedziałam. - Powstała nagle i uniosła dłonie do ust. - Uwolniłam je tamtej 

nocy.

Wpatrywał się w nią, nie rozumiejąc.

- Dlaczego?

- Bo... bo je zdradziłam. A jaka pieśń dobiegła z obozu Sirle? Cyrina?

Przytaknął.

- Podobno sześciu braci z Sirle i ich wodzowie zamiast do bitwy ruszyli polować na 

dzika w lesie Mirkon. A Gyld... Gyld przeraził wszystkich. Wybuchły walki między ludźmi 

Horsta i mojego wuja w Hilcie, a Gyld przeleciał nad nimi. Niektórzy mieli przetrącone karki, 

inni spłonęli. Reszta uciekła. Nigdy jeszcze nie widziałem, jak Gyld zionie ogniem. Przeleciał 

nad Mondorem. Kilka łodzi płynęło do miasta... tylko garstka, która ruszyła bez rozkazów, 

żeby złupić pałac Derde'a... Gyld podpalił łodzie, a ludzie wpław docierali na brzeg... ci, 

którzy  nie   mieli   ciężkich  zbroi.   W  mieście  nikt  nie   wychodził  z   domu  ze   strachu  przed 

Gyldem. Pilnowali mnie, dopóki nie szepnąłem Terowi, że chcę wyjść. On przepędził straże i 

dlatego widziałem złotozielonego Gylda nad Mondorem. Potem Ter odleciał, a moja ciotka 

Dla przysłała po mnie ludzi. A w Nicconie władca odrzucił miecz, i to samo uczynił jego 

przyjaciel Thone z Perlu, i wodzowie w jego radzie; ruszyli za pieśnią Czarnego Łabędzia, o 

której harfiarze Nicconu mówią, że była niczym szept miłości w ciepły letni dzień, kiedy 

śpiewają pszczoły... Sybel... nie ty kazałaś im to robić?

- Dałam im wolność, żeby robiły, co same zechcą. Mój Tamie, chciałam wciągnąć cię 

w   straszną   grę,   zrobić   z   ciebie   cień   króla,   posłuszny   władcom   Sirle.   -   Ze   znużeniem 

przesunęła   dłońmi   po   twarzy.   -   Nie   wiem;   po   co   sprowadziłeś   mnie   z   powrotem.   Moje 

zwierzęta odeszły, straciłam Corena, straciłam siebie... Ale twój głos i twój uśmiech wciąż 

mnie cieszą.

Tam wstał. Objął ją mocno, przytulając policzek do jej włosów.

- Nadal cię potrzebuję, Sybel. Muszę wiedzieć, że tutaj jesteś. Wielu jest ludzi, którzy 

znają moje imię, ale tylko dwoje czy troje wie, do kogo ono należy. Nie uczyniłaś mi niczego 

strasznego, a gdyby nawet, i tak bym cię kochał, bo tego potrzebuję.

- Jesteś dzieckiem, Tamie... - szepnęła.

Odsunął   się,   a   ona   ujęła   w   dłonie   jego   twarz.   Wtedy   uśmiechnął   się   lekko   i   ten 

uśmiech rozjaśnił jego szare oczy niby słońce we mgle.

- Tak. Dlatego nie odchodź po raz drugi. Straciłem Drede'a i nie chcę stracić także 

background image

ciebie. Jestem dzieckiem, bo nie dbam o to, co oboje zrobiliście. Tylko o to, że was oboje 

kochałem.

Słońce   błysnęło   przez   kryształową   kopułę,   zmieniło   w   płomień   białe   futro   pod 

nogami.

- Jesteś taka wychudzona, Sybel... Powinnaś coś zjeść.

- Ty też schudłeś, mój Tamie. Wiele przeszedłeś.

- Tak. Ale i rosnę.

Wyprowadził ją z pokoju pod kopułą. Usiadła w fotelu przed wygasłym kominkiem. 

Tam przysiadł na poręczy drugiego fotela.

- Czy Maelga wie, że tu jesteś? - zapytał.

- Nie wiem. Jeśli przychodziła, to jej nie słyszałam.

- Zamknęłaś się tutaj. Ale każdy, komu naprawdę na tym zależało, mógł się dostać do 

środka. Chodźmy do Maelgi. Przygotuje nam jakąś kolację.

Uśmiech przemknął jej po twarzy i wygładził ostre rysy.

- Widzę, że jesteś mądry, mój Tamie. Ja straciłam wszystko, a ty jesteś władcą w 

trudnej   sytuacji,   którego   ważni   doradcy   i   przywódcy   biegają   po   lesie   za   cudownymi 

zwierzętami. Nie wiem, co przyniesie nam obojgu dzień jutrzejszy. Ale dzisiaj jestem głodna 

i uważam, że powinniśmy coś zjeść.

Poszli   razem   -   srebrzystowłosa   czarodziejka   i   młody   król,   pomiędzy   wysokimi, 

szumiącymi cicho drzewami; za nimi mgły przetaczały się po zboczach góry Eld i skrywały 

nagi, groźny szczyt. Maelga powitała ich, śmiejąc się i płacząc równocześnie, włosy miała 

skręcone w dzikie loki. Zostali do późna, aż zmierzch niby dym przesączył się spomiędzy 

drzew, a księżyc popłynął wśród gwiazd nad Eldwoldem jak srebrny statek bez masztu.

Tam   wrócił   w   końcu   do   domu   w   towarzystwie   zmęczonych   gwardzistów.   Sybel 

siedziała w milczeniu przed kominkiem Maelgi, z kubkiem grzanego wina w dłoniach. Oczy 

miała nieruchome; patrzyła w głąb siebie. Maelga kołysała się w fotelu, a pierścienie na jej 

palcach odbijały błyski światła świec.

- Jaka to spokojna kraina bez swoich wojowników - odezwała się wreszcie. - Jak 

zagubione dziecko. Kobiety w Sirle śpią dzisiaj samotnie, a dzieci zasypiają bez ojców. Czy 

powrócą?

- Nie wiem - szepnęła Sybel. - Nie znam już myśli tych bestii. Nie potrafię się o to 

martwić. Wydaje mi się, że miałam sen... tyle że żaden sen nie może tak głęboko zranić ani 

trwać tak bez końca. Maelgo, jestem jak znużona ziemia  po bitwie, skuta mrozem... Nie 

wiem, czy kiedyś wyrośnie ze mnie jeszcze coś zielonego i żywego...

background image

- Bądź dla siebie łagodna, moja biała. Chodź ze mną jutro do lasu. Będziemy zbierały 

czarne grzyby i zioła, które skruszone w palcach dają magiczny zapach. Poczujesz ciepło 

słońca na włosach, ziemię pod stopami, wiatr pachnący śniegiem z ukrytych miejsc na górze 

Eld. Bądź cierpliwa, jak zawsze trzeba być cierpliwym z nasionami zakopanymi w ciemnej 

ziemi. Kiedy nabierzesz sił, znów przyjdzie pora na myślenie. Na razie wystarczą uczucia.

Dniem i nocą przemykały razem przez bezczasową ciszę, której Sybel nie próbowała 

oceniać. Aż pewnego dnia ocknęła się wpatrzona w nieruchomą plamę światła na podłodze; 

milczące kamienie wyrastały wokół, a gdzieś wewnątrz zbudziło się maleńkie nasienie niepo-

koju. Ruszyła przez nieruchomy dom, przez puste ogrody; przystanęła na brzegu łabędziego 

jeziorka, by popatrzeć, jak małe ptaki piją wodę. Ominęła je i zeszła do jaskini Gylda, gdzie 

oczami duszy znów go zobaczyła, zwiniętego w ciemnościach, a głos jego myśli zaszeleścił w 

umyśle,   wilgotne   kamienie   otaczały   jednak   tylko   pustkę,   która   nie   miała   głosu.   Sybel 

odwróciła się plecami do ciszy i zawróciła ku wędrownym jesiennym wiatrom podążającym 

jasnymi ścieżkami po zboczach Eldu.

Wróciła do domu i usiadła w pokoju pod kopułą. Znowu zaczęła szukać, poprzez 

Eldwold i poza Eldwoldem wołając Liralena. Mijały godziny, gwiazdy zamrugały nad kopułą. 

Sybel zagubiła się w wołaniu. Czuła, jak jej moc budzi się i wzmacnia umysł. Przed świtem, 

kiedy księżyc zaszedł, a gwiazdy zblakły na niebie, ocknęła się i wstała sztywno. Otworzyła 

drzwi, stanęła w progu. W powietrzu wisiał zapach wilgotnej ziemi i cichych, mokrych od 

rosy drzew. I wtedy za otwartą bramą zobaczyła, jak Coren zeskakuje z siodła i prowadzi 

wierzchowca na dziedziniec.

Wyprostowała się, czując nagłą suchość w gardle. Zatrzymał się, kiedy ją zauważył. 

Oczy miał nieruchome, wyczekujące. Odetchnęła głęboko i jakoś odzyskała głos.

- Coren... Wołałam Liralena.

- Przywołałaś mnie. - Umilkł, wciąż czekając.

- Proszę... wejdź.

Zostawił  konia  w  bocznej  szopie  i  usiadł  obok Sybel  przed  zimnym  paleniskiem. 

Świece płonęły w półmroku. Zbudziły się wspomnienia...

Sybel szybko odwróciła głowę.

-   Jesteś   głodny?   Musiałeś   jechać   przez   całą   noc.   A   może   zatrzymałeś   się   w 

Mondorze?

- Nie. Wczoraj po południu wyjechałem z Sirle. Wpatrywał się w nią, aż wreszcie 

uniosła wzrok i spojrzała mu w oczy. Jego głos utracił nieco swego chłodu.

- Jesteś taka szczupła... Co robiłaś?

background image

- Sama nie wiem. Szyłam, pieliłam,  szukałam z Maelgą ziół... A potem, wczoraj, 

pierwszy raz usłyszałam, jak cicho jest w domu, jak pusto... Dlatego znowu zaczęłam wołać. 

Nie... nie chciałam cię niepokoić.

- A ja nie chciałem być niepokojony. Kiedy obudziłem się tamtej nocy i zobaczyłem, 

że zniknęłaś, nie sądziłem, że znowu usłyszę twój głos, który mnie wzywa. Bracia gniewali 

się na mnie, że się z tobą pokłóciłem. Mówili, że odeszłaś, bo zachowałem się nierozsądnie.

- Nie dlatego uciekłam.

- Wiem.

Zacisnęła palce na poręczach fotela.

- Co wiesz? - szepnęła, szeroko otwierając oczy. Odwrócił głowę i zapatrzył się w 

zimny kominek.

- Domyśliłem się - odparł znużonym głosem. - Nie tego ranka, ale później, w te ciche, 

spokojne   dni,   kiedy   czekałem   na   powrót   braci.   Słyszałem   o   nagłej,   niezwykłej   śmierci 

Drede'a, o dowódcach wojsk Eldwoldu znikających w dniu bitwy. Cała kraina aż brzęczała od 

plotek nie do uwierzenia: o jasnych zwierzętach noszących starożytne imiona, bestiach z na 

wpół zapomnianych legend. Wojnę odebrano nam z taką łatwością, jak odbiera się dziecku 

zabawkę. Wtedy przypomniałem sobie, jaką zagadkę zadał ci Cyrin tego dnia, kiedy przybył 

do Sirle. Tę samą zadał mnie, zanim zobaczyłem Rommalba. Powinienem cię ostrzec, ale nie 

przyszło mi wtedy do głowy, że masz jakikolwiek powód do strachu. A kiedy już sobie o tym 

przypomniałem, zrozumiałem, co musiało się wydarzyć. Nie zrezygnowałabyś z tej wojny dla 

mnie ani dla Tamlorna, ani dla nikogo, kogo kochasz. I uzyskałabyś to, co chciałaś, gdyby nie 

jeden błąd. Nie pamiętałaś, by Rommalbowi dać to, czego od ciebie wymagał.

Milczała przez chwilę, ze spuszczoną głową, kryjąc przed nim twarz.

- Jesteś mądry, Corenie - szepnęła - Oddałam wszystko w zamian za moje życie, a 

potem uciekłam. Uciekłam w umyśle, poza jego granice, bo nie miałam dokąd pójść. Znalazł 

mnie tam. Obudził mnie. Gdyby tu nie przyjechał... nie wiem, co by się ze mną stało. - Po-

dniosła głowę. Coren twarz miał odwróconą, wpatrywał się w palenisko. - Jeśli wciąż się na 

mnie gniewasz, czemu przybyłeś? - spytała z żalem. - Nie musiałeś odpowiadać na wołanie 

mego samotnego głosu. Nie spodziewałam się, że znowu cię zobaczę.

Drgnął.

- I ja się nie spodziewałem, że przyjadę. Ale wiedząc, że jesteś tutaj, w tym pustym 

domu,   bez   Tama,   zwierząt   ani   nawet   mnie,   jak   mogłem   nie   posłuchać   wołania?   Nie 

potrzebowałaś mnie wcześniej i nie wiem, czy chcesz mnie tu teraz, ale usłyszałem cię i 

musiałem przybyć.

background image

Zmarszczyła brwi, trochę zdziwiona.

- Skoro usłyszałeś ten głos we mnie, który cię wzywał bez mojej wiedzy, musisz 

wiedzieć, że cię potrzebuję.

-   Już   wcześniej   to   mówiłaś.   Mówić   jest   łatwo.   Ale   tamtej   nocy,   kiedy   Rommalb 

przyszedł do ciebie w ciemności... nie byłem ci potrzebny nawet po to, żeby cię podtrzymać, 

jak ty kiedyś podtrzymywałaś mnie przed tym kominkiem, zanim mnie jeszcze pokochałaś.

Przyglądała mu się, rozchylając wargi. Aż nagle uśmiechnęła się i uświadomiła sobie, 

jak wiele czasu upłynęło, odkąd śmiała się ostatnio. Pochylając głowę, ukryła ten uśmiech jak 

bezcenny sekret.

- Chciałam cię zbudzić - odparła. - Ale wydawałeś się taki daleki...

- To też łatwo powiedzieć. Nie potrzebowałaś mnie, kiedy wołał cię Mithran ani kiedy 

z Rokiem planowałaś zemstę, ani nawet kiedy Rommalb zagroził twojemu życiu. Zawsze 

idziesz własną drogą, a ja nie wiem, co myślisz, co zamierzasz. A teraz się ze mnie śmiejesz. 

Nie po to przyjechałem aż z Sirle, żebyś się ze mnie śmiała.

Odrzuciła włosy; twarz miała zarumienioną. Oparła mu rękę na dłoni i poczuła, że 

odruchowo zaciska palce.

- Przepraszam cię. Ale wiesz, Corenie, do tego właśnie jesteś mi teraz potrzebny. 

Walczyłam dla siebie, i walczyłam sama. Ale nie ma w tym radości. Tylko kiedy ty jesteś 

blisko, gdzieś w głębi mnie budzi się wiedza, jak się śmiać. I nikt, zupełnie nikt oprócz ciebie 

nie potrafi mnie tego nauczyć.

Patrzył na nią z ustami skrzywionymi w zaczątku niechętnego uśmiechu.

- Czy tylko do tego mnie potrzebujesz? Pokręciła głową i spoważniała.

- Nie - szepnęła. - Potrzebuję cię, żebyś mi wybaczył. Wtedy może zdołam zacząć 

sama sobie wybaczać. I tego także nikt prócz ciebie nie potrafi.

Westchnął.

- Sybel, niewiele brakowało, bym nie był do tego zdolny. Niosłem swój gniew i ból 

niczym kamień na sercu; gniew na ciebie, na Roka, także na Drede'a, nawet kiedy już umarł, 

bo przecież w tamtych dniach częściej myślałaś o nim niż o mnie. Aż pewnego dnia zo-

baczyłem   we śnie  własną  twarz.  Mroczną,   smętną  twarz  bez  śladu  miłości   czy  śmiechu. 

Kiedy się przebudziłem, serce biło mi jak szalone, ponieważ nie była to moja twarz, tylko 

Drede'a.

- Nie, nigdy nie będziesz wyglądał jak Drede.

- Drede też kiedyś był młody i kochał kobietę. Zraniła go, a on nigdy jej nie wybaczył, 

więc umarł przerażony i samotny. Wystraszyłem się, że tak łatwo mogłem popełnić ten sam 

background image

błąd wobec ciebie. Czy mi wybaczysz, Sybel?

Uśmiechnęła się; przez łzy widziała jego zamgloną twarz.

- Co wybaczyć? Nie ma czego.

- To, że bałem się powiedzieć, że cię kocham. I bałem się poprosić, żebyś wróciła ze 

mną do Sirle.

Pochyliła głowę; tak mocno zacisnęła palce, że czuła twardość kości jego dłoni.

- Ja też się boję... siebie. Ale nie chcę tu zostać, Corenie, i patrzeć, jak ode mnie 

odchodzisz. Potrzebuję cię. Chcę cię kochać. Poproś, żebym z tobą jechała. Proszę.

- Pojedziesz?

- Och, tak. Tak. Dziękuję ci. Wziął ją delikatnie pod brodę.

- Nie płacz, Sybel. Proszę.

- Nic na to nie poradzę.

- Przez ciebie ja też się rozpłaczę.

- Na to też nic nie poradzę. Corenie, nie śmiałam się ani nie płakałam już tak długo, a 

teraz, zanim jeszcze słońce wzeszło, przy tobie zrobiłam i jedno, i drugie.

Przyciągnął  ją do siebie. Zsunęli się na podłogę, a przewrócona świeca zgasła na 

kamieniach  w pierwszym  promieniu słońca. Sybel przytuliła  mokrą od łez twarz do jego 

ramienia. Czuła, jak gładzi jej włosy, jak szepcze urywane słowa pocieszenia. Potem słowa 

ucichły,   aż   słońce,   rysując   cienką   pajęczynę   promieni,   przez   włosy   Corena   padło   jej   na 

powieki. Otworzyła oczy i zamrugała, poruszyła się trochę Zesztywniała, a Coren niechętnie 

wypuścił ją z objęć. Uśmiechnięta spojrzała na jego znużone oblicze; znużenie było widoczne 

także w jej oczach.

- Jesteś głodny?

Przytaknął i także się uśmiechnął.

- Ugotuję coś dla nas. Wiesz, Sybel, dziwnie się tutaj czuję, kiedy nie widzę Cyrina 

spoglądającego na mnie czerwonymi oczkami ani lwa Gulesa wysuwającego się zza rogu.

- Tam mówił, że słyszał pieśń o tobie, o Cyrinie i twoich braciach.

Roześmiał się głośno, a ślad rumieńca wypłynął mu na policzki.

- Ja też ją słyszałem. Sybel, wyobraź sobie sześciu dorosłych mężczyzn, dwa razy tyle 

doświadczonych żołnierzy i jeszcze kilkunastu posłańców i giermków, zebranych o świcie, by 

obalić króla, i nagle bez zastanowienia ruszających za wielkim odyńcem z marmurowymi 

kłami, błyszczącymi  jak sierpy księżyców,  ze szczeciną jak srebrne iskry. Przyzywał  nas 

spojrzeniem oczu pełnych tajemnej wiedzy i pobiegliśmy za nim niczym gromadka chłopców 

z mlekiem pod nosem na skinienie ulicznicy. Harfiarze będą o nas śpiewać przez wieki, a my 

background image

w grobach będziemy płonąć ze wstydu. Ocknąłem się w lesie Mirkon i zobaczyłem  rząd 

jeźdźców   znikających   między   drzewami   w   pogoni   za   odyńcem   koloru   księżyca.   I   nagle 

uświadomiłem sobie, co to za odyniec. Wtedy wróciłem do domu. Na spotkanie wyszło mi 

pięć   zapłakanych   kobiet,   a   żadna   nie   płakała   po   mnie.   Powiedziały,   że   wojska   Sirle   są 

zagubione, pozbawione dowódcy, że posłańcy przez cały dzień pukali do bram i pytali, co 

robić.  Potem  z  całego Eldwoldu   zaczęły  docierać do  nas opowieści  o  kocicy, łabędziu  i 

smoku.   Moi   bracia   powrócili   do   domu   siedem   dni   później   i   przynajmniej   raz   Eorthowi 

zabrakło słów. A Rok... Lew Sirle postarzał się o dziesięć lat. Wciąż nie potrafi o tym mówić. 

To było jak sen: nieskończona jazda, wielki, tajemniczy odyniec wciąż tuż przed nimi, tuż 

przed nimi... Kiedy ja się ocknąłem, Sybel, byłem straszliwie głodny, podrapany gałęziami i 

tak zmęczony, że miałem ochotę płakać, a mój koń nawet się nie spocił... - Coren pokręcił 

głową.   -   Można   długo   pleść   swoje   życie,   ale   w   pewnej   chwili   coś   poza   naszą   kontrolą 

szarpnie za jedną najważniejszą nić i zostajemy bez deseniu, wyblakli...

- Tak. Kiedy uwolniłam te wspaniałe zwierzęta, nie marzyłam nawet, że wyświadczą 

mi tę ostatnią przysługę. Brakuje mi ich.

- Może pewnego dnia wrócą, kiedy zatęsknią za twoim głosem wymawiającym ich 

imiona. Wtedy nasz dom będzie już pełen małych magów, którzy zaopiekują się nimi jak 

kiedyś Tam.

Wstał sztywno z zimnej posadzki. Podał Sybel rękę, a ona przytuliła się do niego i 

rozejrzała po pustym domu.

- Tak. Potrzebuję dziecka, skoro Tam nie jest już dzieckiem. Corenie...

- Słucham?

- Proszę... nie chcę spędzać tu kolejnej nocy. Wiem, że jesteś zmęczony, i twój koń 

także, ale... Zabierzesz mnie zaraz do domu?

Objął ją mocno.

- Moja biała pani... - szepnął. - Tak długo czekałem, żebyś zechciała przyjść do mnie. 

Moja biała, mój Liralenie...

- Tym dla ciebie jestem? - spytała w zadumie. - Sprawiłam ci tyle kłopotów, ile mnie 

ten biały ptak. Byłam tak blisko ciebie, a przecież tak daleko...

Umilkła, wsłuchując się w brzmienie własnych słów. Coren spojrzał na nią z uwagą.

- O czym myślisz?

Wymruczała   coś   niewyraźnie.   Rozkwitły   dawne,   wyblakłe   już   wspomnienia 

pierwszych wołań Liralena, słów Mithrana, ostatniego snu o ptaku, połamanym w głębinach 

jej umysłu. Odetchnęła głęboko i odsunęła się od Corena.

background image

- Sybel... Co się stało?

- Już wiem...

Chwyciła go za ramię i pociągnęła do drzwi. Szedł za nią oszołomiony, patrząc ponad 

jej głową na pusty dziedziniec. A ona rzekła, głosem obcym i pełnym napięcia:

- Blammor.

Coren spojrzał na nią zdumiony.

- Co robisz? - szepnął.

Blammor przybył do nich jak cień mgły między wielkimi sosnami; jego ślepe oczy 

były białe niby ośnieżony szczyt Eldu. Sybel spojrzała w nie, zbierając myśli. Nim jednak 

zdążyła przemówić, ciemny kształt Blammora wypełnił się mglistym  srebrem i zaczął się 

układać w formę. Ciekły kryształ oczu spłynął w dół, zwijając się w czyste białe linie - długa 

szyja, smukła jak flet, biała wypukłość piersi niczym wzgórze przyprószone śniegiem, szeroki 

łuk   śnieżnego   grzbietu   i   długie,   wyciągnięte   skrzydła   jak   proporce   muskające   ziemię 

włóknami najdelikatniejszej wełny.

Coren jęknął.

Wielki ptak, wyższy od człowieka, spojrzał z góry, a jego łagodne, cudowne oczy - 

oczy Blammora - były księżycowo czyste. Sybel musnęła palcami powieki, czując płonący za 

nimi   ogień.   Otworzyła   ptakowi   umysł   i   opowieści   zamruczały   wśród   myśli.   Opowieści 

starożytne i bezcenne, niby cienkie gobeliny na ścianach królewskiego pałacu.

Zdradź mi swoje imię.

Znasz je.

-   Liralen   -   wyszeptał   Coren.   -   To   Liralen...   Skąd   wiedziałaś,   Sybel?   Jak   się 

domyśliłaś?

Pogładziła   smukłe,   ale   mocne   pióra.   Łzy   pociekły   jej   spod   powiek;   wytarła   je 

odruchowo.

- Ty dałeś mi wskazówkę, kiedy tak mnie nazwałeś. Wiedziałam, że to musi byś coś, 

co   jest   blisko,   a   jednak   dalekie...   I   wtedy   przypomniałam   sobie,   że   kiedy   dawno   temu 

przywoływałam Liralena, przybył Blammor i powiedział, że nie zjawił się niewołany. A tam-

tej nocy, gdy stanął przede mną, a ja niemal umarłam ze zgrozy jak Drede, zobaczyłam w 

głębi siebie Liralena martwego, a nie chciałam, żeby zginął... To ocaliło mi życie, ponieważ 

w rozpaczy po jego śmierci zapomniałam o strachu. W jakiś sposób Blammor... Liralen... 

wiedział nawet lepiej ode mnie, ile dla mnie znaczy. Dlatego Mithran nie potrafił mi go 

odebrać. Wiedział, że musiałby wziąć także Blammora, a tego nie potrafił.

Głos Liralena nadpłynął do jej umysłu.

background image

Jesteś coraz mądrzejsza, Sybel. Przybyłem tu dawno, ale nie umiałaś mnie dostrzec. 

Zawsze tu byłem.

Wiem.

Jak mogę ci służyć?

Spojrzała w głębiny jego oczu. Z dłonią w ręku Corena, poprosiła cicho:

- Zanieś nas do domu.