background image

Twarz w twarz z feministkami

Elżbieta Radziszewska, pełnomocnik rządu ds. równego traktowania (PO) 2011-11-17, ostatnia aktualizacja 2011-11-17 
14:06:48.0

Śmiem twierdzić, że feministkom tak naprawdę nie zależy na rozwiązywaniu problemów, z którymi na co dzień 
muszą borykać się Polki: nierównym traktowaniem w pracy, niemożliwością awansu, molestowaniem 
seksualnym, przemocą domową, emerycką biedą

Dawno przestało mnie dziwić, że krytykujące mnie radykalne feministki (np. Magdalena Środa, Kazimiera Szczuka, 
Wanda Nowicka, Katarzyna Kądziela) nie chcą nic wiedzieć o moich działaniach. Nie dziwiłam się więc, że w kolejnym 
"sporze o Radziszewską" żadna z nich nie zająknęła się o konkretnych osiągnięciach rządu w realizowaniu polityki 
równościowej.

Z pewnością konstruktywna krytyka to coś pożądanego. Nie można jednak za nią brać inwektyw, kłamstw i ideologicznie 
powodowanej głuchoty na argumenty kogoś, kto w sprawie przeciwdziałania dyskryminacji ośmiela się mieć inne zdanie 
i działa zgodnie z kompetencjami, a nie na ideologiczne zamówienie.

Agnieszka Ziętek z "Krytyki Politycznej" napisała (Wyborcza.pl, 26.10.2011, "A że przodem, a że bokiem czyli po III 
Kongresie Kobiet"): "Zdobycie szerokiego poparcia i oddźwięku, aktywizacja różnorodnych grup kobiet wymaga 
postawienia na wielość, a nie zamknięcia w ramach skrajnych opcji i postulatów. Potrzeba zatem dopuszczenia do 
głosów przedstawicielek różnych środowisk, wzmocnienia wysiłków na rzecz wynegocjowania wspólnego punktu 
widzenia, konsensusu uwzględniającego różne, czasem odmienne spojrzenia. Chodzi zatem o wymianę doświadczeń 
kobiet z różnych miejsc, środowisk i obszarów działania, stworzenie forum przepływu wiedzy, tworzenie sieci relacji i 
współpracy w sferze publicznej... Dlatego tak ważne staje się budowanie kobiecej solidarności i wspólnotowości, 
wspieranie i inicjowanie prób wspólnego działania, realizowania przedsięwzięć w sferze publicznej pomimo różnych 
postaw i poglądów".

Ja mówię to samo i szkoda, że lewicowe feministki nie mogą pojąć tak prostych prawd. Od ponad trzech lat zapraszam 
je bezskutecznie do konstruktywnej współpracy.

Kazimiera Szczuka powiedziała: "Słuszne jest protestowanie przeciw seksistowskim reklamom czy też zajmowanie się 
działką dotyczącą równego traktowania i niedyskryminacji, ale ona po prostu nie spełniła żadnych oczekiwań". 

Czas najwyższy postawić sprawę jasno. W lewicowo-feministycznej ideologii równe traktowanie (wbrew przepisom 
prawa - definicja równego traktowania jest zapisana i w dyrektywach UE i polskich ustawach) właściwie sprowadza się 
tylko do dostępu do aborcji na żądanie, tzw. praw reprodukcyjnych i przeciwstawiania się "katolickiej 
obłudzie" (czymkolwiek ona by nie była). Czy można się zatem dziwić, że to, iż z powodu dyskryminacji cierpieć mogą 
np. seniorzy, Romowie, niepełnosprawni intelektualnie lub dzieci przewlekle chore, atakujących mnie aktywistek w ogóle 
zdaje się nie interesować?

Oto krytykująca mnie bez pardonu Katarzyna Kądziela (wyborcza.pl; 26.10.2011, "Jak minister Radziszewska 
wywiązywała się ze swoich obowiązków") pisze wprost: "Jestem feministką i dlatego właśnie wiem, że powszechne 
prawa człowieka zawierają także w sobie prawa reprodukcyjne, a ochrona przed dyskryminacją z powodu płci to także 
ochrona przed łamaniem podstawowego prawa kobiet do wyboru czy, kiedy i ile chcą mieć dzieci". Zdaniem Kądzieli 
prawo do aborcji to bezdyskusyjnie "powszechne prawo człowieka". Jeśli ktoś się z tym nie zgadza, to nie spełnia 
standardów cywilizowanego świata. Cóż, wypada tylko pogratulować tupetu.

Tupetu z pewnością nie brakuje też prof. Magdalenie Środzie - jednej z głównych organizatorek Kongresu Kobiet, który 
miał ponoć reprezentować „ kobiety z całej Polski, o różnych poglądach, wywodzące się z różnych środowisk”. 
Nie wiem, czy ta reprezentacja nie ogranicza się już jednak wyłącznie do środowisk radykalnych feministek, 
skoro Środa twierdzi, że Kongres „walczy od lat” o prawo do aborcji i każda uczestniczka Kongresu jest za 
aborcją na życzenie. Wciąż dochodzą do mnie głosy uczestniczek Kongresu, które czują się oszukane i 
zmanipulowane przez feministyczne organizatorki. Czy Środzie et consortes naprawdę chodzi o dobro 
wszystkich Polek? 

Pani Profesor jako specjalistka od etyki oznajmia (w omówieniu ostatniej książki Kingi Dunin), że "istotą moralności jest 
empatia, współodczuwanie, zrozumienie cudzego bólu i cierpień oraz podjęcie takich działań, które prowadzą do ich 
minimalizacji". Wedle Środy i Dunin pierwszym wyrazem takiej empatii jest jednak - cóżby innego? - prawo do aborcji.

A co jeśli ktoś się nie zgadza na taki podstawowy wyraz proczłowieczej empatii? Taki ktoś, jeśli ma nieszczęście być 
kobietą, pretendować może co najwyżej do roli "ględzącego babsztyla" (określenie Katarzyny Bratkowskiej - następnej 
prominentnej aktywistki feministycznej o innej kobiecie wypowiedziane na tzw. feminarium, spotkaniu kilkunastu 
radykalnych feministek). Najwyraźniej wśród nich tolerancja (czyli cierpliwe znoszenie cudzej odmienności) oznacza 
jedynie bezwzględną akceptację feministycznej ortodoksji.

Śmiem twierdzić, że paniom tym tak naprawdę nie zależy na rozwiązywaniu problemów, z którymi na co dzień muszą 
borykać się Polki: nierównym traktowaniem w pracy (np. z powodu macierzyństwa), niemożliwością awansu, 
molestowaniem seksualnym, przemocą domową, emerycką biedą. Jeśli już feministki tę tematykę wspominają, to 
pewnie po tylko, aby mogła ona służyć im za zasłonę dymną do dalszego propagowania dostępu do aborcji na żądanie. 
Pytanie - czy robią to tylko z ideowych pobudek?

Wbrew temu, co napisała w "Gazecie" red. Ewa Siedlecka, twierdzę, że jak najbardziej zasadne jest pytanie o źródła 
finansowania lewicowych organizacji feministycznych. Kazimiera Szczuka oświadczyła przecież publicznie: "Feministki, 
w odróżnieniu od ekologów, nie mogą dogadać się z jakimś dużym biznesem, który da nam pieniądze na naszą 
działalność, a my w zamian będziemy głosić idee, które będą rozkręcały biznes. Poza producentami prezerwatyw albo 
pigułek antykoncepcyjnych".

Wiemy już też, że niezależny sąd potwierdził, że Joanna Nejfeld, która powiedziała w TVN 24: "Organizacja pani 
Nowickiej jest częścią międzynarodowego koncernu, największego w ogóle, providerów aborcji i antykoncepcji. Pani po 
prostu jest na liście płac tego przemysłu", miała rację.

Ten sądowy wyrok - niekorzystny dla zasiadającej obecnie w prezydium Sejmu ikony polskiego feminizmu Nowickiej -
każe zastanowić się nad udziałem takich organizacji pozarządowych w tworzeniu prawa. Organizacje te są 
konsultowane w sprawie projektów ustaw na etapie projektów rządowych i w trakcie prac w Sejmie. Bo czy ktoś, kto 
domaga się refundacji np. środków antykoncepcyjnych z budżetu państwa, nie jest lobbystą producentów tych 

Strona 1 z 2

Twarz w twarz z feministkami

2011-11-18

http://wyborcza.pl/2029020,75515,10660631.html?sms_code=

background image

preparatów? Zwłaszcza gdy jego działalność jest przez tych producentów finansowana.

Feministyczna ideowość, jak widać, niewiele ma wspólnego z prawdziwą empatią i walką o równe traktowanie. Dlatego 
w imię skutecznej pomocy wszystkim naprawdę dyskryminowanym trzeba mieć świadomość, jakimi środkami posługuje 
się ubierana wielekroć w piękne deklaracje feministyczna obłuda.

Tekst pochodzi z serwisu Wyborcza.pl -

http://wyborcza.pl/0,0.html

© Agora SA

Strona 2 z 2

Twarz w twarz z feministkami

2011-11-18

http://wyborcza.pl/2029020,75515,10660631.html?sms_code=