background image
background image

RICHARD CASTLE

KRWAWY SZTORM

Thriller o Derricku Stormie

 

Tłumaczenie: 

Katarzyna Godycka

 

 

Wydawnictwo 12 Posterunek

background image

Spis treści

Karta redakcy j na

 

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódm y

Rozdział ósm y

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział j edenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzy nasty

Rozdział czternasty

 

O autorze

background image

 
Ty tuł ory ginału: A BLOODY STORM
Redakcj a: JUSTYNA ŻEBROWSKA
Korekta: JUSTYNA ŻEBROWSKA, JOANNA MYŚLIWIEC
Skład i łam anie: JOANNA MYŚLIWIEC

 
Castle © ABC Studios. All rights reserved.
Copy right for this edition by  12 Posterunek, 2013

 
Originally  published in the United States and Canada in 2012 as A BLOODY STORM by  Richard
Castle. This translated edition published by  arrangem ent with Hy perion.

 
ISBN 978-83-6373-704-7

 
Wy dawnictwo 12 Posterunek
e-m ail: 

kontakt@12posterunek.pl

Strona internetowa: 

www.12posterunek.pl

 
Konwersj a: 

eLitera s.c.

background image

Więcej  na: www.ebook4all.pl

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Tego samego dnia, szesnaście kilometrów od Oksfordu, Anglia

 

W

y doby waj ące  się  z  silnika  płom ienie  lizały   podwozie  vauxhalla  i  biegły   niczy m   po  loncie

petardy  w kierunku benzy ny  try skaj ącej  strum ieniem  z przedziurawionego baku sedana.

Derrick  Storm   stał  w  odległości  pięćdziesięciu  m etrów,  gdy   bak  eksplodował,  a  ogłuszaj ący

wy buch  wy rzucił  stalowy   kadłub  sam ochodu  w  powietrze,  po  czy m   poj azd  spadł  z  trzaskiem

na ziem ię.

Zaledwie  parę  chwil  wcześniej   Storm   celowo  zj echał  rozpędzony m   vauxhallem   z  drogi

szy bkiego  ruchu  i  skierował  go  w  kam ienną  ścianę  opuszczonego  gospodarstwa.  Siła  uderzenia

sprawiła,  że  j ego  pasażerka,  chorwacka  j ędza  Antonia  Nad,  wy leciała  przez  przednią  szy bę.

W m om encie zderzenia celowała w Storm a ze swoj ego pistoletu. Teraz j ej  m artwe ciało leżało

bezwładnie w trawie tuż obok płonącego sam ochodu.

Storm   oszukał  śm ierć  dzięki  zapiętem u  pasowi  bezpieczeństwa,  poduszce  powietrznej ,  strefie

zgniotu w sam ochodzie, a także głupocie Nad, która nie zapięła swoj ego pasa i założy ła, że nikt nie

będzie  na  ty le  szalony,  aby   wj eżdżać  w  ścianę  z  szy bkością  stu  sześćdziesięciu  kilom etrów

na godzinę.

Storm   nie  by ł  j ednak  pewien,  czy   j ego  partnerka,  agentka  FBI  April  Showers,  m iała  ty le

szczęścia co on.

Showers  by ła  pasażerką  ściganego  przez  Storm a  m ercedesa.  Jego  kierowca,  Georgij

Lebiediew,  m iał  zabrać  Showers  i  rosy j skiego  oligarchę  do  naj bliższego  szpitala  na  oddział

ratunkowy. Showers została postrzelona w prawe ram ię. Iwan Pietrow dostał kulę w brzuch.

Zam iast j ednak j echać na pogotowie, Lebiediew skierował sam ochód w przeciwny m  kierunku,

skręcaj ąc ostatecznie z drogi szy bkiego ruchu w polną ścieżkę i zatrzy m uj ąc się pod kępą dębów.

– April! – krzy knął Storm , biegnąc w stronę sedana. Poruszał się tak szy bko, j ak m ógł to robić

trzy dziestolatek,  który   właśnie  ocalał  z  wy padku  sam ochodowego.  Uginały   się  pod  nim   kolana.

Ból przeszy wał całe ciało. Z uszu wy pły wała krew. By ł spocony  i przesiąknięty  sm rodem  paliwa

i olej u silnikowego.

background image

– April! – wrzasnął ponownie.

Krew.

Widział  j ą  teraz  wy raźnie,  rozbry zganą  na  oknach  wewnątrz  m ercedesa.  Mocniej   zacisnął

w dłoni półautom aty czny  pistolet, który  zabrał m artwej  Nad.

Na czy j ą krew patrzy ł? I dlaczego ktoś w środku poj azdu otworzy ł ogień do współpasażera?

Ignoruj ąc  świdruj ący   gwizd  w  uszach  i  wstrząs  organizm u,  Storm   próbował  cokolwiek  z  tego

zrozum ieć.  Olśniewaj ąca,  a  teraz  m artwa  Nad  by ła  szefową  ochrony   odpowiedzialną

za  bezpieczeństwo  swoj ego  bogatego  szefa.  Nawet  w  stanie  oszołom ienia  Storm   wy dedukował,

że  Nad  zdradziła  Iwana  Pietrowa.  Tak  sam o  j ak  Lebiediew,  który   by ł  naj bliższy m

i  naj wierniej szy m   przy j acielem   rannego  Pietrowa.  Złoto  –  w  dużej   ilości  –  uczy niło  z  nich

współczesny ch Judaszów.

Storm a nie obchodziło złoto. Chciał ty lko ocalić Showers. Zakładaj ąc, że j eszcze ży ła i że krew,

na którą teraz patrzy ł, nie należała do niej .

I chociaż wcześniej  by ł w świetnej  form ie fizy cznej , zanim  dobiegł do sedana, brakowało m u

tchu. Złapał za klam kę sam ochodu, uniósł broń i szarpnięciem  otworzy ł drzwi po stronie kierowcy.

Wy padła przez nie górna część ciała Lebiediewa. Brakowało połowy  czaszki.

To wy j aśniało, skąd się wzięła krew.

Storm   pochy lił  się  i  zaj rzał  do  sam ochodu.  Zobaczy ł  Showers  na  siedzeniu  pasażera,  z  głową

opartą o boczną szy bę. W lewej  ręce kurczowo ściskała glocka.

– April! – zawołał Storm .

Nie odpowiedziała.

Storm   chwy cił  Lebiediewa  za  pasek,  wy pchnął  j ego  m artwe  ciało  z  sam ochodu  i  wsunął  się

na pokry te krwią siedzenie kierowcy. Dotknął szy i April i sprawdził puls. By ł bardzo słaby.

Doty k j ego palców sprawił, że Showers otworzy ła oczy  i posłała m u nikły  uśm iech.

–  Wiedziałam ,  że  przy j dziesz  po  m nie  –  wy szeptała.  –  Wiedziałam ,  że  Nad  nie  j est

wy starczaj ąco spry tna, żeby  cię zabić.

– Trzy m aj  się! Zabiorę cię do szpitala – powiedział Storm . Zerknął na ty lne siedzenie i spoj rzał

prosto  w  m artwe  oczy   Pietrowa.  Do  postrzału  w  klatkę  piersiową  dołączy ła  teraz  dziura  od  kuli

na czole Rosj anina.

Storm  uruchom ił silnik.

– Czekaj ! – wy rzuciła z siebie Showers. – Telefon. Weź go!

– Jaki telefon?

– Lebiediewa.

background image

Storm  wy siadł z poj azdu i znalazł telefon w m ary narce Lebiediewa. Ponieważ by ł na zewnątrz

sam ochodu,  otworzy ł  szy bko  ty lne  drzwiczki  od  strony   pasażera  i  chwy cił  za  słoniowate  nogi

Pietrowa.  Ktoś  wpakował  m u  kulkę  w  stopę.  Storm   wy ciągnął  z  m ercedesa  ważące  ponad  sto

czterdzieści kilogram ów ciało. Na skórzany m  siedzeniu pozostały  sm ugi rozm azanej  krwi.

Dwóch przy j aciół na całe ży cie, teraz zabój ca i ofiara, leżało obok siebie pod dębam i.

Gdy  usiadł z powrotem  za kierownicą, wcisnął pedał gazu, co spowodowało, że sedan wy strzelił

spod drzew j ak rakieta.

– April! Nie wolno ci zasnąć! – rzucił ostro. – Zachowaj  przy tom ność!

– Jasna sprawa – odpowiedziała nieprzekonuj ąco. Jej  głos brzm iał j ak autom at.

Staraj ąc  się  dzielić  uwagę  m iędzy   drogę  wiodącą  do  Oksfordu  a  twarz  Showers,  Storm

obserwował, j ak kobieta zam y ka oczy, i wiedział, że istniej e ry zy ko, że j ą straci. Wy ciągnął rękę,

położy ł na j ej  nodze i lekko ścisnął.

Showers otwarła oczy.

– Ręce precz od towaru – powiedziała.

Dobrze. Wciąż m iała poczucie hum oru.

– Do twarzy  ci z kulą – odparł.

Ale  prawda  by ła  taka,  że  wy glądała  bardzo  kiepsko.  Jej   j asna  skóra  by ła  przeraźliwie  blada,

a na bluzce widniały  plam y  krwi. Organizm  Showers doznał wstrząsu i to m ogło j ą zabić. Musiał

sprawić, żeby  skupiła się na czy m ś, spróbować utrzy m ać j ą w stanie świadom ości.

– Co tu się stało? – zapy tał. – Kto do kogo strzelał?

– Lebiediew zastrzelił Pietrowa – wy szeptała. – Poszło o j akieś złoto.

Storm   wiedział  o  złocie.  Miało  wartość  sześćdziesięciu  m iliardów  dolarów,  wy wieziono  j e

ze  Związku  Radzieckiego  przed  j ego  rozpadem .  Ale  nie  powiedział  tego  Showers.  Agencj a  CIA

nie chciała, aby  FBI się o ty m  dowiedziało.

–  April  –  m ówił  dalej   –  j eśli  Lebiediew  zabił  Pietrowa,  to  kto  strzelał  do  Lebiediewa?  Kto  go

zabił?

– Jestem  zby t zm ęczona, żeby  teraz m ówić – j ęknęła. – Później .

– Nie, April, teraz – powiedział stanowczo. – Ty  zastrzeliłaś Lebiediewa czy  Pietrow go zabił?

– Ja. On chciał m nie zabić. I zrzucić na m nie winę za śm ierć Pietrowa.

Postrzał w ram ię unieruchom ił j ej  prawą rękę. Jak udało j ej  się wy m anewrować Lebiediewa?

–  Zabrał  m oj ego  glocka.  Zastrzelił  z  niego  Pietrowa  –  konty nuowała.  Zauważy ł,  że  m ówiła

zry wam i,  próbuj ąc  się  skoncentrować  i  oszczędzać  oddech.  –  Położy ł  sobie  m oj ego  glocka

na  kolanie.  Wy j ął  swój   pistolet.  Miał  zam iar  m nie  zastrzelić.  Powiedzieć  wszy stkim ,  że  to  j a

background image

zabiłam  Pietrowa. By ła eksplozj a. Hałas.

– To j a rozbiłem  się o wiej ski dom  – wy j aśnił Storm . Ale nie by ł pewien, czy  go zrozum iała.

–  Bardzo  duży   hałas.  Lebiediew  nie  patrzy ł  na  m nie.  Odwrócił  głowę.  Wtedy   sięgnęłam

po  m oj ego  glocka.  Lewą  ręką  –  powiedziała,  uśm iechaj ąc  się.  –  Tego  się  nie  spodziewał.

Odstrzeliłam  m u twarz.

– Dlaczego kazałaś m i zabrać telefon Lebiediewa? – zapy tał Storm .

– Złoto. Współrzędne. Aplikacj a. Karta pam ięci.

– Zastrzeliłaś go lewą ręką po ty m , j ak dowiedziałaś się, gdzie ukry te j est złoto! – wy krzy knął. –

Wspaniale! Jesteś naprawdę niesam owita.

–  Mam   swoj e  m om enty.  –  Jej   głowa  chwiała  się,  gdy   rzuciła  m u  spoj rzenie  spod  na  wpół

przy m knięty ch powiek.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

 

Z

ainstalowany   w  m ercedesie  GPS  skierował  go  na  oddział  ratunkowy   szpitala  im .  Johna

Radcliffe’a we wschodniej  części Oksfordu. Storm  wpadł do budy nku.

– Mam  w sam ochodzie ofiarę postrzału! – ogłosił grom ko. – Wy krwawia się. Jest w szoku, ale

przy tom na!

Recepcj onistka  złapała  za  telefon  i  w  ciągu  kilku  sekund  przez  podwój ne  m etalowe  drzwi

wbiegła  ekipa  ratunkowa.  Ratownik  pchaj ący   nosze  na  kółkach  biegł  zaraz  za  pielęgniarką

z oddziału powy padkowego i asy stentem  lekarza. Cała trój ka podążała za Storm em  do m ercedesa,

którego  silnik  wciąż  pracował.  Storm   pom ógł  ratownikowi  przenieść  Showers  na  nosze,  podczas

gdy  pielęgniarka i asy stent j uż udzielali j ej  pom ocy.

– Czy  j est uczulona na j akieś leki? – spy tała pielęgniarka.

– Nie wiem  – odparł.

– Jak to się stało? – zapy tała.

– Została postrzelona dziś rano w czasie wiecu w Oksfordzie.

– Mieliśm y  j uż tu dzisiaj  troj e inny ch, którzy  by li w tłum ie. Czem u tak późno?

– Zgubiliśm y  się.

Pielęgniarka zauważy ła krew na szy bach wewnątrz sam ochodu, a także na ubraniu Storm a.

– Zaj m iem y  się nią – powiedziała. – Musi pan wy pełnić form ularze.

Gdy   przechodzili  szy bkim   krokiem   obok  biurka  recepcj onistki,  Storm   usły szał,  j ak  pielęgniarka

m ówi:

– Zadzwoń po ochronę.

Zanim   recepcj onistka  zdołała  podnieść  słuchawkę  telefonu,  Storm   podał  j ej   służbową

wizy tówkę Showers z logo FBI.

– Zostawiłem  sam ochód na biegu – powiedział. – Zaraz wracam .

– Proszę zaczekać! – zawołała za nim . – Form ularze...

Ale Storm  j uż oddalał się szy bko od szpitala.

background image

W czasie j azdy  zadzwonił do Jedidiaha Jonesa, szefa National Clandestine Service w kwaterze

głównej  CIA w Langley  w Wirginii.

–  Postrzelili  Showers  –  powiedział.  –  Zostawiłem   j ą  na  oddziale  ratunkowy m   szpitala  Johna

Radcliffe’a w Oksfordzie w Anglii. Musisz tam  zadzwonić.

–  FBI  będzie  w  kontakcie  ze  szpitalem .  Maj ą  j ej   dane  m edy czne  z  akt  osobowy ch  –  odparł

Jones. – Powiadom ię naszą am basadę w Londy nie. Wy ślą tam  ludzi. A co z tobą?

– Ty lko parę zadrapań.

Storm   zdał  relacj ę  z  poranny ch  wy darzeń  podczas  wiecu  w  Oksfordzie  i  później szy ch  pod

dębam i.

Jones słuchał, nie przery waj ąc m u, a następnie powiedział:

– Naj wy raźniej  to Georgij  Lebiediew by ł zdraj cą w obozie Pietrowa. Inform ował prezy denta

Rosj i Olega Barkowskiego o wszy stkim , co Pietrow robił.

Barkowski i Pietrow – niegdy ś przy j aciele – zwrócili się przeciwko sobie po ty m , j ak oligarcha

publicznie  skry ty kował  przy wódcę  na  Krem lu.  Wściekły   Barkowski  zm usił  Pietrowa  do  ucieczki

z Rosj i, a potem  nasłał zabój ców, aby  zlikwidowali go w Anglii.

–  To  wszy stko  zaczy na  teraz  nabierać  sensu  –  stwierdził  Jones.  –  Prezy dent  Barkowski  m usiał

przekupić  Lebiediewa.  Ponieważ  Pietrow  ufał  Lebiediewowi  j ak  bratu,  nie  podej rzewał,  że  ten

zwróci się przeciw niem u.

– Jest j eszcze coś – powiedział Storm . – Showers dowiedziała się, gdzie j est ukry te złoto.

– Naprawdę? Ty lko Pietrow wiedział, gdzie ono j est, i nie chciał tego nikom u zdradzić. Jak ona

zdoby ła tę inform acj ę?

–  Sądząc  po  kuli  w  stopie  Pietrowa,  dom y ślam   się,  że  Lebiediew  wy m usił  to  wy znanie.

Przy puszczalnie  straszy ł  rannego  Pietrowa  w  zaparkowany m   sam ochodzie.  Zagroził  m u,  że  nie

zawiezie  go  do  szpitala,  dopóki  ten  nie  puści  farby   na  tem at  złota.  Gdy   Pietrow  odm ówił,

Lebiediew udowodnił m u, że nie żartuj e. Showers siedziała na przednim  siedzeniu podczas całego

zdarzenia i wszy stko sły szała. Wy ślę ci współrzędne wskazuj ące m iej sce ukry cia złota, gdy  ty lko

pozbędę się tego sam ochodu.

–  Skasuj   j e  od  razu,  j ak  ty lko  m i  j e  wy ślesz  –  polecił  Jones  i  dodał:  –  Potrzebuj esz  kogoś

do pozam iatania?

– Za późno – odparł Storm . – Jestem  pewien, że eksplozj a sam ochodu j uż przy ciągnęła niezły

tłum ek.

– Zadzwonię do MI6 i każę FBI pociągnąć za sznurki w Scotland Yardzie. Maj ą u nas dług. Ale

naj lepiej  by łoby, j akby ś zniknął. Zaczekaj  chwilę. – Jones rozłączy ł się na niecałą m inutę. Gdy

background image

wrócił  na  linię,  powiedział:  –  Około  sześćdziesięciu  pięciu  kilom etrów  na  południe  od  Oksfordu

znaj duj e  się  m iasto  o  nazwie  Newbury.  Odby wa  się  tam   operacj a  am ery kańskich  sił

powietrzny ch  pod  dowództwem   420  Dy wizj onu  Zaopatrzenia.  Zorganizuj ę  lot  woj skowy,  aby

wy wieźć cię z Anglii do Niem iec, a potem  do dom u. Naj lepiej  unikać teraz rej sów pasażerskich

i kontroli paszportowy ch. Jak szy bko m ożesz dotrzeć do Newbury ?

– W niecałą godzinę, chy ba że m nie zatrzy m aj ą.

– Nie daj  się. A przy naj m niej  do czasu, gdy  nie prześlesz m i ty ch współrzędny ch.

Jones m iał swoj e priory tety. Naj pierw złoto, dopiero potem  Storm .

– Zadzwoń do m nie później  i daj  m i znać, co z April – powiedział Storm .

– April? To teraz twoj a dziewczy na?

– Agentka Showers – poprawił się. – I nie j est m oj ą dziewczy ną. Jest m oj ą partnerką.

– Jasne – potwierdził scepty cznie Jones.

– Dopilnuj , żeby  ktoś przy j echał do tego szpitala.

Po  skończonej   rozm owie  Storm   skorzy stał  z  zainstalowanego  w  m ercedesie  GPS-a,  aby

skierować  się  do  naj bliższego  centrum   handlowego.  Galeria  Tem plars  Square  znaj dowała  się

w  odległości  niecały ch  sześciu  kilom etrów.  Zaparkował  w  garażu  po  przeciwnej   stronie  ulicy

i wy siadł,  zostawiaj ąc w  sam ochodzie poplam ioną  krwią m ary narkę.  Storm  nie  przej m ował  się

śladam i,  j akie  zostawia  za  sobą.  Od  czterech  lat  by ł  m artwy,  w  każdy m   razie  oficj alnie.  CIA

pom ogło  m u  „um rzeć”  i  zniknąć  z  powierzchni  ziem i.  Ży ł  szczęśliwie  i  spokoj nie  w  Montanie

do  czasu,  kiedy   Jones  wezwał  go  z  powrotem   z  powodu  sprawy,  która  m iała  by ć  łatwy m

śledztwem  doty czący m  porwania. Gdy by  przedstawiciele Scotland Yardu albo Interpolu znaleźli

w  pokrwawiony m   m ercedesie  j akiekolwiek  ślady,  śledczy   zestawiliby   j e  z  rej estram i  ży wy ch

podej rzany ch. Nikt nie szukał zabój cy  na cm entarzu.

Storm  przy stanął na klatce schodowej  na drugim  piętrze parkingu podziem nego, aby  przej rzeć

kom órkę Lebiediewa. Znalazł aplikacj ę geolokalizacy j ną i przesłał Jonesowi współrzędne. Przesłał

j e  też  na  swój   pry watny   telefon,  j ako  kopię  zapasową.  Zadowolony   skasował  aplikacj ę,  ale

zatrzy m ał telefon Lebiediewa, aby  dostarczy ć go technikom  w Langley. Nigdy  nie wiadom o, co

j eszcze m ogło się na nim  znaj dować.

Po wy j ściu z parkingu Storm  wszedł do centrum  handlowego i naty chm iast udał się do toalety,

aby  zm y ć krew z dłoni. Miał j ą też na spodniach, ale ponieważ by ły  czarne, plam y  nie rzucały

się  w  oczy.  Wy szedł  z  toalety,  kupił  nową  parę  spodni  i  koszulę  w  pobliskim   pawilonie  z  odzieżą,

a następnie wrócił do m ęskiej  toalety, aby  się przebrać.

Gdy  wy szedł na zewnątrz, przy wołał ręką taksówkę stoj ącą na rogu ulic Crowell i Hackm ore.

– Dokąd? – zapy tał taksówkarz.

background image

– Baza lotnicza w Newbury.

– To kawał drogi, kolego – odpowiedział kierowca, patrząc na Storm a z zaciekawieniem .

–  Pokłóciłem   się  właśnie  z  m oj ą  dziewczy ną  –  im prowizował  Storm .  –  Nie  odwiezie  m nie

do bazy. To Irlandka, a j eśli się spóźnię, zapłacę głową.

–  Ech,  panienki...  Czy   j ak  wy   j e  tam   w  Stanach  nazy wacie  –  odparł  ze  zrozum ieniem

taksówkarz.  –  Narodowość  nie  m a  znaczenia.  One  wszy stkie  są  trochę  zbzikowane.  Jedziem y

do Newbury.

Przej echali  j uż  j akieś  półtora  kilom etra,  gdy   taksówkarz  się  rozgadał.  Storm   odchy lił  głowę,

wsparł j ą na oparciu i zam knął oczy. Nie chciał rozm awiać.

– Sły szał pan o tej  strzelaninie w Oksfordzie dziś rano, prawda? – spy tał kierowca. – Na każdy m

kanale  o  ty m   m ówią.  Trzech  facetów  zaczęło  strzelać  do  j akiegoś  Rosj anina  przem awiaj ącego

na wiecu. Są ranni.

–  Czeka  m nie  dwunastogodzinna  warta,  a  dziewczy na  kopnęła  m nie  w  j aj a  –  odparł  Storm .  –

Nie chcę słuchać o problem ach inny ch ludzi.

Taksówkarz zachichotał i zaproponował:

– To niech się pan w takim  razie trochę prześpi, a j a będę prowadził.

Jakieś czterdzieści m inut później  taksówka podj echała pod bram ę bazy  lotniczej . Storm  zapłacił

za kurs sześćdziesiąt dolarów i dodał kierowcy  j eszcze dwudziestaka.

–  Tak  się  składa,  że  m oj a  irlandzka  dziewczy na  j est  m ężatką  –  wy j aśnił.  –  Chciałby m   m ieć

twarz, którą łatwo zapom nieć.

Kierowca schował banknoty  do kieszeni.

– Wy, Jankesi, wszy scy  wy glądacie dla m nie tak sam o.

Godzinę  później ,  gdy   Storm   j uż  m iał  wsiadać  na  pokład  sam olotu,  zadzwonił  j ego  telefon

kom órkowy.

– Jest j uż po operacj i – usły szał głos Jonesa. – Rokowania są dobre. Kiedy  wy ląduj esz, będzie

na ciebie czekał sam ochód.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

 

– Jaki dziś dzień?

To by ły  pierwsze słowa, j akie wy szły  z ust agentki Showers, gdy  obudziła się z narkozy.

– Przy wieziono tu panią wczoraj  rano – odparła pielęgniarka siedząca przy  j ej  łóżku. – Zaraz

zawołam   siostrę  oddziałową.  Jest  pani  znaną  osobistością.  Szkoda,  że  nie  widziała  pani  ty ch

wszy stkich  reporterów  kręcący ch  się  tutaj ,  węszący ch  w  poszukiwaniu  tem atu.  Postawili

policj antów  przed  drzwiam i,  żeby   trzy m ać  pism aków  z  daleka.  Zakazali  m i  z  panią  rozm awiać,

ale  chcę,  aby   pani  wiedziała,  że  bardzo  się  cieszę,  że  nic  pani  nie  j est.  I  proszę  się  nie

denerwować, nikom u nie powiem  o pani facecie.

– Moim  facecie?

– No tak, o Stevie – odparła pielęgniarka. – Nie j est pani facetem ? To znaczy  dom y śliłam  się

tego ze sposobu, w j aki pani cały  czas o nim  m ówiła i wy powiadała j ego im ię. Ale proszę się nie

przej m ować. Wiele osób pod wpły wem  narkozy  gada, j akby  się szalej u naj edli.

– Co m ówiłam ? – zapy tała Showers.

– Jak dla m nie to brzm iało trochę tak, j akby  by ła pani napalona, wie pani, co m am  na m y śli.

Dlatego nie będę powtarzać.

– Jest pani pewna, że wy m ieniłam  im ię Steve?

–  Och,  nie  ty lko  j e  pani  wy m ieniła.  Rum ieniłam   się,  słuchaj ąc  tego,  ale  j a  nie  j estem

od gadania.

Pielęgniarka  biegiem   wy padła  z  sali,  zostawiaj ąc  Showers,  która  usiłowała  odświeży ć  sobie

um y sł. Wszy stko wskazy wało na to, że by ła w szpitalu, który  – j ak przy puszczała – znaj dował się

w  Oksfordzie.  Jej   prawe  ram ię  by ło  zabandażowane,  na  lewej   ręce  m iała  podłączoną  doży lną

kroplówkę,  a  na  m onitorze  wy świetlały   się  param etry   j ej   funkcj i  ży ciowy ch:  puls,  ciśnienie

i  tem peratura  ciała.  Z  boku  wy czuła  pilota  i  nacisnęła  guzik,  który   z  głośny m   m echaniczny m

zgrzy tem   uniósł  ty lną  część  łóżka.  Jej   ram ię  naty chm iast  przeszy ł  ból.  Dudniło  j ej   w  głowie

i m usiała skorzy stać z toalety.

Pielęgniarka  wróciła  ze  starszą  siwowłosą  kobietą,  za  którą  podążało  dwóch  m ężczy zn

w garniturach. Jeden z nich m iał w klapie am ery kańską flagę.

background image

– Nazy wam  się Rachel Sm y the, j estem  przełożoną pielęgniarek, a ci panowie są z am basady

am ery kańskiej   –  powiedziała.  –  Nalegali,  żeby   z  panią  porozm awiać.  Czy   czuj e  się  pani

na siłach?

– Kim  j esteście? – zwróciła się Showers do m ężczy zny  z flagą w klapie.

–  Agent  specj alny   FBI  Douglas  Cum erford  –  odparł,  sięgaj ąc  do  kieszeni  m ary narki

po legity m acj ę. – A to j est Thom as Gordon z Departam entu Stanu.

Gordon się nie wy legity m ował i Showers naty chm iast się dom y śliła, że pracuj e dla CIA.

–  Dziękuj ę,  pani  Sm y the  –  odezwała  się  Showers  do  przełożonej .  –  Porozm awiam   z  ty m i

dwom a dżentelm enam i.

–  Jak  ty lko  ci  panowie  skończą,  przy ślę  do  pani  lekarza  –  rzekła  Sm y the.  –  Jeśli  będzie  pani

czegoś  potrzebować,  proszę  nacisnąć  przy cisk  na  pilocie.  –  Po  czy m   razem   z  pielęgniarką

opuściła pokój .

–  Cieszę  się,  że  j est  pani  przy tom na  –  powiedział  Cum erford.  –  Musim y   przekazać  pani

wy ty czne,  zanim   policj a  oksfordzka  i  Scotland  Yard  uzy skaj ą  od  pani  oficj alne  oświadczenie.

Zabój stwo  Iwana  Pietrowa  trafiło  oczy wiście  na  czołówki  m iędzy narodowej   prasy,  zaś

o strzelaninie na wiecu uniwersy teckim  trąbi całe BBC.

– Rozm awialiście o ty m  z Waszy ngtonem ? – zapy tała Showers.

–  Jestem   w  stały m   kontakcie  z  dy rektorem ,  odkąd  przy wieziono  panią  do  szpitala  –  odparł

Cum erford. – Przesy ła pani ży czenia szy bkiego powrotu do zdrowia.

Gordon wy j ął kopertę z kieszeni granatowej  m ary narki i wręczy ł j ą Showers.

– Chcieliby śm y, żeby  powiedziała to pani w oficj alny m  oświadczeniu.

– Dy rektor to zaakceptował? – spy tała.

– Tak – potwierdził Cum erford. – Ściśle rzecz biorąc, powiedział, żeby  trzy m ała się pani tekstu.

Proszę  m ówić  dokładnie  to,  co  tu  j est  napisane,  i  nic  poza  ty m .  Będę  pani  towarzy szy ł  podczas

wszy stkich przesłuchań j ako pani adwokat.

–  Musi  pani  wiedzieć,  j ak  ważne  j est,  aby   powtórzy ła  pani  dokładnie  to,  co  zostało  dla  pani

przy gotowane – powiedział Gordon.

– A j eśli coś m i się wy rwie? – zapy tała Showers.

–  Nie  m a  takiej   m ożliwości  –  odparł  Cum erford.  –  Bry ty j skie  m edia  skrupulatnie  zaj ęły   się

przesłuchiwaniem   świadków  z  tego  wiecu,  którzy   powiedzieli  reporterom ,  że  trzech  m ężczy zn

zaczęło strzelać do Pietrowa i j ego ochroniarzy. Dwóch napastników m iało pistolety  m aszy nowe.

Uśm iercili  dwóch  ochroniarzy   Pietrowa,  zaś  trzeci  strzelec  próbował  zabić  Pietrowa,  który

właśnie zaczął przem awiać na wiecu protestacy j ny m .

background image

– Wszy stko się zgadza – przy taknęła Showers.

–  Świadkowie  powiedzieli  reporterom ,  że  wy ciągnęła  pani  swoj ą  broń  i  zastrzeliła  napastnika,

który   znaj dował  się  naj bliżej   pani  –  m ówił  dalej   Cum erford.  –  W  ty m   sam y m   czasie

niezidenty fikowany   m ężczy zna  skoczy ł  na  napastnika,  który   strzelał  do  Pietrowa,  i  zabił  go.

Następnie uży ł pistoletu tego człowieka, aby  zlikwidować trzeciego zabój cę, ale wcześniej  tam ten

wy palił ze swoj ej  broni i postrzelił panią.

–  To  się  też  zgadza  –  potwierdziła  Showers.  –  Z  tą  różnicą,  że  nie  by ł  to  niezidenty fikowany

m ężczy zna, ty lko Steve Mason. Pracuj em y  razem . Ma upoważnienie z Departam entu Stanu.

– Panno Showers, j eśli chodzi o pana Masona, to j est z nim  m ały  problem ... – zaczął Gordon.

–  W  naj lepszy m   interesie  agencj i  oraz  naszego  kraj u  leży,  aby   ten  niezidenty fikowany

m ężczy zna,  który   wczoraj   pani  pom ógł,  pozostał  dokładnie  ty m ,  kim   j est,  czy li

niezidenty fikowany m  m ężczy zną – wszedł m u w słowo Cum erford. – Dy rektor wolałby, żeby  nie

wspom inała pani nikom u o Stevie Masonie, nawet policj i oksfordzkiej  ani śledczem u ze Scotland

Yardu, który  będzie panią przesłuchiwać.

– Proszę przeczy tać oświadczenie i się go trzy m ać – rzekł Gordon.

–  Media  wiedzą,  że  ten  niezidenty fikowany   m ężczy zna  pom ógł  pani  wsiąść  do  m ercedesa,

który m   kierował  Georgij   Lebiediew,  i  że  Pietrow  został  wepchnięty   na  ty lne  siedzenie  –  dodał

Cum erford.  –  Świadkowie  opisali  też  dokładnie  reporterom   z  BBC,  j ak  ten  taj em niczy   człowiek

wraz z szefową ochrony  Pietrowa poj echali vauxhallem  w ślad za m ercedesem . Ten sam ochód

znaleziono  później   rozbity   za  m iastem .  Obok  niego  leżały   ciała  Pietrowa,  Lebiediewa  i  Antonii

Nad.  Mercedesa  nam ierzono  w  garażu  parkingowy m   w  lokalny m   centrum   handlowy m .

Urzędnicy   w  szpitalu  powiedzieli  też  prasie,  że  niezidenty fikowany   m ężczy zna  przy wiózł  panią

do szpitala. Tabloidy  nazy waj ą go Dobry m  Sam ary taninem .

– Steve Mason, Dobry  Sam ary tanin – powtórzy ła Showers. – Spodoba m u się to określenie.

– Niech pozostanie anonim owy  – nalegał Gordon.

Showers przebiegła wzrokiem  oświadczenie, które j ej  wręczy ł.

–  Chcecie,  aby m   powiedziała  policj i,  że  straciłam   przy tom ność  podczas  j azdy   m ercedesem

i że nie przy pom inam  sobie niczego, co się stało od m om entu, kiedy  opuściłam  wiec, aż do dnia

dzisiej szego, gdy  obudziłam  się po operacj i.

– Zgadza się – potwierdził Cum erford.

–  Każecie  m i  zataić  przed  śledczy m i  to,  co  widziałam   wewnątrz  m ercedesa.  Nie  chcecie,

żeby m  zeznała, j ak to się stało, że zarówno Pietrow, j ak i Lebiediew nie ży j ą – m ówiła Showers.

–  Nie  m oże  się  pani  na  ten  tem at  wy powiadać,  bo  by ła  pani  nieprzy tom na  –  rzekł  Gordon

stanowczo. – Proszę uży ć tego sform ułowania, a ułatwi pani wszy stkim  ży cie.

background image

– Jak wy j aśnicie śm ierć Pietrowa i Lebiediewa? – zapy tała Showers.

– Nie m am y  zam iaru j ej  wy j aśniać – odparł Gordon.

– Nie m usim y  rozwiązy wać tej  sprawy, agentko Showers – dodał Cum erford. – Te zgony  nie

są problem em  FBI. Proszę złoży ć lokalny m  władzom  swoj e oświadczenie. Naszy m  priory tetem

j est wy dostać panią z Anglii, gdy  ty lko pani to zrobi.

– Zanim  policj a zdoła zwery fikować m oj e zeznania. Pracownicy  Scotland Yardu nie są głupi –

odparła. – Gdy  zidenty fikuj ą vauxhalla, będą wiedzieli, że to Steve Mason go wy naj ął.

– Naprawdę? – spy tał j ą Gordon. – By ła tam  pani z nim ?

Showers zdała sobie sprawę, że nie by ło j ej  na lotnisku, gdy  wy naj m ował sam ochód.

– Ale gdzieś m uszą by ć j akieś j ego zdj ęcia – powiedziała. – Jesteśm y  w starej  dobrej  Anglii,

z  kam eram i  bezpieczeństwa  na  każdy m   rogu  ulicy.  Choćby   tu,  na  pogotowiu  –  na  pewno  m aj ą

j ego zdj ęcia, gdy  m nie tu wprowadzał.

–  Wy daj e  m i  się,  że  tutej sza  kam era  oraz  tam te  na  zewnątrz  centrum   handlowego  uległy

wczoraj  awarii – uśm iechnął się Gordon. – Zdarza się.

Showers w końcu zrozum iała. Jedidiah Jones czy nił cuda.

Przez  cały   czas  poby tu  Storm a  i  Showers  w  Anglii  ty lko  dwa  razy   widziano  ich  razem .  Raz,

gdy  złoży li wizy tę w rezy dencj i księcia Madisonu, aby  przesłuchać Pietrowa i Lebiediewa, przy

czy m  obaj  j uż nie ży li, i drugi raz, kiedy  się upili w lokalny m  pubie w Londy nie. Nawet gdy by

współtowarzy sze hulanki w pubie rozpoznali Showers z BBC i zadzwonili na policj ę, m ogliby  ty lko

powiedzieć,  że  piła  z  przy stoj ny m   Jankesem   o  brązowy ch  włosach  i  brązowy ch  oczach,  który

m iał j akieś trzy dzieści parę lat. Ten opis pasował prakty cznie do każdego. Poza ty m  do czasu, gdy

ktoś zawiadom i policj ę, ona będzie j uż w Stanach.

– Daj m y  prasie bry ty j skiej  i lokalny m  glinom  szansę na przedstawienie wiary godnej  historii –

powiedział Gordon.

– Mówi się, że za m orderstwem  Pietrowa stoi prezy dent Rosj i Barkowski – wtrącił Cum erford.

– Oczy wiście on tem u zaprzecza. Ale j est główny m  celem  m ediów, nie zaś FBI czy  żadna inna

agencj a am ery kańska. Dlatego im  m niej  pani powie, ty m  lepiej . Proszę zachować wy j aśnienia

na później , kiedy  będzie pani zdawała relacj ę w Waszy ngtonie.

– A kiedy  to nastąpi?

–  Na  dole  czeka  m iej scowy   detekty w  i  śledczy   ze  Scotland  Yardu,  którzy   chcą  panią

przesłuchać – powiedział Cum erford. – Wpuścim y  ich. Złoży  im  pani oświadczenie. Gdy  ty lko j e

usły szą  i  lekarz  wy razi  zgodę  na  wy pis,  podwieziem y   panią  am bulansem   na  specj alny   lot

do dom u. Zostałem  wy znaczony, aby  pani towarzy szy ć.

background image

–  Będę  potrzebowała  paru  m inut,  żeby   skorzy stać  z  łazienki  –  odparła.  –  A  potem   skłam ię

śledczy m .

Cum erford i Gordon wy m ienili m iędzy  sobą nerwowe spoj rzenia.

Spodziewali  się,  że  Showers  weźm ie  udział  w  tej   grze.  Od  chwili  kiedy   zaczęła  pracę  w  FBI,

April wiedziała, że w kręgach rządowy ch takie rzeczy  się zdarzaj ą i że któregoś dnia ona zostanie

poproszona  o  kłam stwo.  Miała  j ednak  nadziej ę,  że  to  nigdy   nie  nastąpi.  Kiedy   po  raz  pierwszy

spotkała taj em niczego Steve’a Masona, który  twierdził, że j est pry watny m  detekty wem , Showers

przeprowadziła własne śledztwo na j ego tem at. Nigdzie nie by ło o nim  żadny ch inform acj i – ani

ważnego  prawa  j azdy,  ani  uprawnień  do  prowadzenia  działalności  j ako  pry watny   detekty w.

Zawsze  wiedziała,  że  Steve  Mason  to  nie  j est  j ego  prawdziwe  nazwisko.  To  by ła  baj eczka  CIA.

Zaś  Steve  Mason  by ł  wy starczaj ąco  ostrożny,  aby   nie  dawać  j ej   żadny ch  wskazówek,  które

m ogły by   pom óc  j ej   ustalić  j ego  prawdziwą  tożsam ość.  Do  m om entu  gdy   nie  przy lecieli

do  Londy nu.  Dopóki  nie  poszli  na  długi  wieczorny   spacer,  który   skończy ł  się  w  pubie,  gdzie

opróżnili  dość  sporo  kieliszków  z  whisky   i  kufli  z  piwem .  Opowiedziała  m u  o  swoim   oj cu,

policj ancie  stanowy m   z  Wirginii,  który   poległ  na  posterunku  po  ty m ,  j ak  zatrzy m ał  i  zastrzelił

dwóch naćpany ch bandziorów, którzy  porwali i zgwałcili dziesięcioletnią dziewczy nkę. Jej  oj ciec

ocalił ży cie tam tej  dziewczy nce. Dla Showers j ej  oj ciec by ł bohaterem , a kiedy  zapy tała Storm a

o j ego oj ca, wreszcie się odsłonił. „Mój  oj ciec by ł agentem  FBI” – powiedział.

Jeśli to by ła prawda, m iała j uż coś na początek. Gdy  ty lko wróci do Waszy ngtonu, rozpocznie

śledztwo.  To  ty lko  j edna  inform acj a,  ale  by ło  od  czego  zacząć.  Jedidiah  Jones  siłą  wpakował

Steve’a Masona w j ej  ży cie. I sądząc z długiego j ęzy ka, gdy  by ła pod wpły wem  narkozy, Mason

wtargnął też do j ej  podświadom ości.

Naj wy ższy  czas zatem , aby  dowiedzieć się, kim  naprawdę j est ten taj em niczy  m ężczy zna.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

 

N

a  twarzy   Clary   Strike  gościł  uśm iech.  By ł  piękny   letni  poranek,  j edli  śniadanie  w  kafej ce

na  ulicy   w  Nowy m   Jorku.  Storm   by ł  dość  pechowy m   pry watny m   detekty wem ,  który   usiłował

wy m knąć się wierzy cielom . Poprzedniej  nocy  o m ało nie zginął. Zaglądał przez okno przy czepy

na  obskurny m   kem pingu,  potaj em nie  nagry waj ąc  zdradzaj ącego  m ałżonka  w  kom prom ituj ącej

sy tuacj i.  Cztery   m iesiące  zaj ęło  Storm owi  nam ierzenie  Jeffersona  Grouta,  ale  Storm   by ł

wy trwały,  chociaż  nie  przy niosło  m u  to  wielkiej   saty sfakcj i.  Tęsknił  za  lepszą  klientelą,  płacącą

więcej   niż  m ałżonkowie,  który m   przy prawiano  rogi.  Na  kem pingu  zauważy ło  go  dwóch

wieśniaków, którzy  zaczęli do niego strzelać. Wściekły  Grout też dwukrotnie do niego wy palił. Ale

Storm owi udało się uciec. Następnego ranka w j ego ży cie wkroczy ła Clara Strike, poj awiaj ąc się

w  j ego  biurze  z  seksowny m   uśm iechem   na  twarzy   i  kuszącą  propozy cj ą.  Przy   śniadaniu

wy j aśniła m u, że Grout by ł w rzeczy wistości agentem  CIA, który  się zbuntował. Agencj a szukała

go  ponad  rok.  Zaim ponował  j ej   fakt,  że  Storm   odnalazł  Grouta,  m im o  że  agencj i  się  to  nie

udawało.  Grout  by ł  szkolony,  aby   –  j ak  to  określiła  –  „tańczy ć  m iędzy   kroplam i  deszczu”.

Poprosiła  Storm a  o  pom oc  i  podsunęła  m u  nieoznakowaną  kopertę  wy pełnioną  banknotam i

studolarowy m i. Tam tego ranka by ł bardzo naiwny. Wziął od niej  pieniądze i żartobliwie poprosił

j ą  o  pigułkę  z  trucizną,  kam erę  szpiegowską,  długopis  będący   pistoletem   i  niewidzialny

odrzutowiec.  Roześm iała  się.  Jej   uśm iech  wciąż  go  prześladował.  Cały   czas  czuł  zapach  j ej

perfum . Teraz patrzy ł j ej  prosto w twarz. Poranna bry za targała włosy  kobiety. Zarum ieniła się.

Wstał  od  kawiarnianego  stolika  i  podszedł  do  niej .  Nachy lił  się  i  m ocno  j ą  pocałował.  Kiedy

podniósł  wzrok,  spoj rzał  prosto  w  j ej   oczy   –  ty lko  że  to  nie  by ły   oczy   Clary   Strike.  To  by ła

agentka April Showers.

Koła  woj skowego  transportowca  uderzy ły   o  pas  lotniska,  wy ry waj ąc  Storm a  z  drzem ki.  Śnił.

Clara Strike. April Showers.

Przetarł zm ęczone oczy  i wy czuł na podbródku kilkudniowy  zarost.

To Clara Strike przedstawiła go Jedidiahowi Jonesowi, i to Jones zrobił z niego kogoś więcej  niż

pry watnego detekty wa. Jones zwerbował go j ako kontraktowego taj nego agenta. Łowcę ludzi. To

Jones wy słał  go  do  Tangieru,  gdzie  Storm   został  ciężko  ranny   i  niem al  pożegnał  się  ze  światem ,

background image

leżąc  na  zim nej   posadzce  w  kałuży   własnej   krwi.  Tangier  okazał  się  pułapką.  Ktoś  w  agencj i

doniósł o taj nej  operacj i.

Czarny  lincoln czekaj ący  na pasie do kołowania zawiózł go bły skawicznie do kwatery  głównej

CIA.

–  Wy glądasz  do  dupy   –  przy witał  go  Jones,  kiedy   Storm   ulokował  się  na  znaj om y m   fotelu

na wprost biurka asa wy wiadu.

– Również m iło cię widzieć – zrewanżował się Storm .

Jones zam knął j asnoczerwoną teczkę oznaczoną napisem  „PROJEKT MIDAS”.

– W Londy nie by ło gorąco, ale wy konałeś zadanie. Znalazłeś złoto.

– Tak naprawdę to April Showers zdoby ła dla ciebie te współrzędne – przy pom niał m u Storm . –

I prawie kosztowało j ą to ży cie.

– To wszy stko j est częścią gry  – odparł Jones. – Jest dużą dziewczy nką.

– Łatwo ci m ówić, kiedy  twój  ty łek spoczy wa bezpiecznie za biurkiem .

– My ślisz, że dorobiłem  się tej  ładnej  twarzy, pracuj ąc j ako gry zipiórek? – zarechotał Jones.

To by ła prawda. Nos Jonesa by ł złam any  ty le razy, że nawet naj lepszy  chirurg plasty czny  nie

by ł w stanie go poskładać.

–  Do  rzeczy   –  powiedział  Jones.  –  Zanim   wy j echałeś  do  Londy nu,  m ówiłem   ci,  że  oprócz

ciebie  są  j eszcze  inni,  którzy   zniknęli  z  powierzchni  ziem i.  Agencj a  pom ogła  paru  osobom

„um rzeć”.  Inni  rozpły nęli  się  w  naszej   wersj i  program u  ochrony   świadków.  –  Jones  stuknął

palcem  w teczkę proj ektu Midas. – Od czasu do czasu opłaca się wezwać naszy ch agentów „Z lub

M”, aby  wy konali m isj ę, która pozostanie całkowicie nie do wy śledzenia przez naszą agencj ę albo

rząd.

– Z lub M?

– Zaginiony  lub Martwy.

– Kto wy m y śla takie rzeczy ? – zapy tał Storm .

Jones zignorował j ego py tanie i m ówił dalej :

–  Nie  chcem y,  aby   ktokolwiek  m ógł  powiązać  próbę  wy doby cia  sześćdziesięciu  m iliardów

w  złocie  i  inny ch  m etalach  szlachetny ch,  które  kiedy ś  należały   do  Partii  Kom unisty cznej ,

z agencj ą albo Biały m  Dom em .

–  Rozum iem   –  odrzekł  Storm .  –  Rozm awialiśm y   o  ty m ,  zanim   poleciałem   do  Londy nu.

Technicznie  złoto  należy   do  kom unistów,  którzy   nadal  kręcą  się  po  całej   Rosj i,  a  ktokolwiek

wy prawi się po ten skarb, według prawa m iędzy narodowego będzie działał j ako pirat.

– Takie stanowisko m ógłby  przy j ąć sąd m iędzy narodowy  – potwierdził Jones. – Sądzę j ednak,

background image

że  dobry   prawnik  m ógłby   argum entować,  że  przy wódcy   KGB  ukradli  złoto,  każąc  żołnierzom

wy wieźć  j e  potaj em nie  z  Moskwy   pod  osłoną  nocy,  zanim   cały   kraj   się  rozpadł.  W  1991  roku

Związek  Radziecki  przestał  istnieć  j ako  legalne  państwo,  a  w  ślad  za  nim   rozwiązano  Partię

Kom unisty czną, zaś złoto padło łupem  KGB, więc tak naprawdę w ty m  m om encie nie należy  ono

do nikogo.

–  Nie  wy daj e  m i  się,  żeby   Krem l  wy znawał  zasadę,  że  kto  znalazł,  to  j ego,  a  kto  zgubił,  to

przepadło. Zwłaszcza j eśli chodzi o sześćdziesiąt m iliardów.

– I zwłaszcza kiedy  państwem  rządzi prezy dent Barkowski, który  m a dostęp do broni nuklearnej

i aż się rwie do walki – dodał Jones. – Dlatego właśnie rząd am ery kański oraz nasza agencj a nie

m aj ą  zam iaru  się  do  tego  m ieszać.  Nie  będziem y   wy prawiać  się  po  złoto,  nawet  j eśli  agentka

Showers odkry ła, gdzie ono j est ukry te.

Storm  popatrzy ł Jonesowi w oczy  i powiedział:

– To j est wersj a oficj alna, prawda?

–  Zgadza  się.  Oficj alnie  nas  to  nie  interesuj e.  Ale  wy sy łam   po  złoto  ciebie  i  troj e  inny ch

agentów Z lub M.

– A j eśli odm ówię?

–  Możesz  to  zrobić  –  odparł  Jones.  –  Możesz  wrócić  do  Montany.  Możesz  znowu  by ć

bezim ienny m   nikim ,  który   spędza  całe  dnie  na  zarzucaniu  wędki  i  rozpam ięty waniu  dawny ch

przy gód, m arnuj ąc swoj e ży cie i talenty.

– W twoich ustach brzm i to zachęcaj ąco – powiedział Storm .

– Daj  spokój , Storm , naj wy ższy  czas, żeby ś stanął twarzą w twarz z rzeczy wistością. A prawda

j est taka, że nie j esteś kim ś, kto potrafi ży ć w cieniu. Potrzebuj esz walki, podniecenia, przy pły wu

adrenaliny. Poza ty m  w głębi serca się przej m uj esz – nie chodzi ty lko o pom aganie ludziom , ale

także  o  twój   kraj .  Wobec  takich  osób  j ak  agentka  April  Showers  m ożesz  przy bierać  m askę

twardziela, ale m nie nie oszukasz. Clara Strike też to widziała. Dlatego kazałem  j ej  cię zwerbować,

żeby ś pracował dla nas. I dlatego teraz cię potrzebuj ę.

Storm  zastanowił się nad słowam i Jonesa. Wszy stko to by ła prawda.

–  Przy puszczam ,  że  współrzędne,  które  przesłałem   ci  z  kom órki  Lebiediewa,  okazały   się

prawidłowe? – zapy tał.

Jones rozłoży ł na biurku powiększone zdj ęcie satelitarne.

–  Nie  dowiem y   się,  czy   tam   j est  złoto,  dopóki  nie  będziem y   m ieli  ludzi  na  m iej scu  –

powiedział.  –  Ale  fragm enty   pasuj ą  do  układanki.  –  Wskazał  na  m alutkie  kółko,  które  nary sował

na  zdj ęciu.  –  Współrzędne  długości  i  szerokości  geograficznej   z  kom órki  Lebiediewa  wskazuj ą

na tę lokalizacj ę, j akieś dwadzieścia cztery  kilom etry  od Doliny  Pięciu Jaskiń w Uzbekistanie. To

background image

część pasm a górskiego Molguzar na południe od regionu dży zackiego.

– Nie j est to m odne m iej sce dla am atorów podróży  lotniczy ch – ocenił Storm .

–  Uzbeckie  j askinie  cieszą  się  sławą  w  kraj ach  euroazj aty ckich.  Przez  Uzbekistan  przebiegał

Wielki  Szlak  Jedwabny,  który   łączy ł  Europę  z  Chinam i,  i  istniej e  legenda,  według  której

Aleksander Wielki ukry ł w j askini w tam tej szy ch górach ogrom ne ilości złota i klej notów.

– Taka ichnia wersj a El Dorado? – upewnił się Storm .

– Zgadza się. Może KGB stwierdziło, że j eśli od czwartego wieku przed naszą erą poszukiwacze

złota  nie  by li  w  stanie  znaleźć  tam   j akichkolwiek  kosztowności,  j est  to  bezpieczne  m iej sce

na ukry cie skarbu Związku Socj alisty czny ch Republik Radzieckich. – Jones wskazał na poszarpaną

linię  na  planie  rozpoznawczy m .  –  To  j est  stara,  nieuży wana  od  lat  droga  prowadząca  przez  las.

Sądzim y, że żołnierze wy korzy stali ciężarówki, aby  dowieźć złoto w góry.

– I spodziewasz się, że j a wspólnie z garstką pozostały ch agentów Z lub M wy niesiem y  stam tąd

złoto o wartości sześćdziesięciu m iliardów?

–  Nie  bądź  głupi.  Mam y   pośredników  w  Kazachstanie,  dy sponuj ący ch  flotą  rosy j skich

śm igłowców Mi-26, naj potężniej szy ch na świecie, ale to, w j aki sposób wy dostaniem y  złoto, nie

j est j uż twoim  zm artwieniem  – odparł Jones. – Ty  i twoj a ekipa m acie ty lko zlokalizować j askinię,

sprawdzić, czy  j est tam  złoto, po czy m  wy nieść się stam tąd.

–  Nie  będziesz  m iał  nic  przeciwko  tem u,  że  zabierzem y   kilka  sztabek  na  pam iątkę?  –  zapy tał

Storm . – Pam iętasz: kto znalazł, to j ego.

–  Iwan  Pietrow  powiedział  m i,  że  złoto  j est  ukry te  w  kontenerach  towarowy ch,  które

wy wieziono  z  Moskwy.  Kontenery   m aj ą  oznaczenie  „Odpady   toksy czne”,  aby   powstrzy m ać

ciekawskich od zaglądania do środka. Kiedy  znaj dziesz j askinię, m asz sprawdzić kontenery  i zaraz

potem  wracać do dom u, z pusty m i rękom a. Proste j ak drut. – Jones wy j ął z szuflady  biurka m ęski

zegarek i rzucił go w stronę Storm a, m ówiąc: – Prezent.

– Niech zgadnę – powiedział Storm . – Wy kry wacz złota?

– Nie.

– Prom ień laserowy, który  przetnie kłódki kontenerów, gdy  znaj dziem y  złoto?

– Nie.

– Sekretna broń, która...

– To j est zegarek – rzekł Jones.

Storm  uniósł brew.

–  No  dobrze  –  uległ  Jones.  –  To  także  urządzenie  nam ierzaj ące.  Znaj dę  cię,  gdziekolwiek

będziesz.

background image

–  Nie  j estem   pewien,  czy   chcę,  żeby ś  m nie  pilnował  dwadzieścia  cztery   godziny   na  dobę  –

odparł Storm .

–  Jeśli  wy ciągniesz  pokrętło,  aby   nastawić  zegarek,  wy śle  on  sy gnał  ratunkowy   oznaczaj ący,

że m asz kłopoty  i wzy wasz pom ocy. Naty chm iast.

–  Żadnej   pigułki  z  trucizną?  –  zapy tał  Storm .  Wsunął  zegarek  na  rękę  i  zadał  j eszcze  j edno

py tanie: – A co, j eśli naprawdę będę m usiał ustawić czas?

–  Nie  będziesz  m usiał.  On  się  ustawia  autom aty cznie,  niezależnie  od  m iej sca,  w  który m   się

znaj duj esz.

– Zegarek, który  działa, i urządzenie nam ierzaj ące. Co oni j eszcze wy m y ślą?

– Dla ciebie pigułkę z trucizną.

– Kogo j eszcze z tej  teczki Z lub M wy brałeś do tej  akcj i? I czy  im  też dasz takie zegarki?

–  Spotkasz  się  z  nim i  później   i  nie,  ty lko  ty   dostałeś  taki  zegarek  –  odrzekł  Jones,  po  czy m

otworzy ł teczkę proj ektu Midas i wy j ął z niej  trzy  fotografie, które podał Storm owi. – Pierwszy

członek  ekipy   będzie  uży wać  im ienia  Dilj a.  To  rodowita  Uzbeczka.  Po  oderwaniu  się  j ej   kraj u

od  dawnego  Związku  Radzieckiego  weszli  tam   przedstawiciele  islam skiego  dżihadu.  Dilj a  by ła

naszą  taj ną  agentką.  W  zam ian  pom ogliśm y   j ej   zniknąć.  Będzie  ci  służy ć  j ako  przewodnik

i tłum aczka.

Fotografia  przedstawiała  kobietę  o  surowy m   spoj rzeniu  w  wieku  trzy dziestu  kilku  lat,  z  blizną

o poszarpany ch brzegach biegnącą wzdłuż lewego policzka.

–  Dorobiła  się  tej   blizny   podczas  przesłuchania  przez  urzędników  państwowy ch  –  wy j aśnił

Jones.  –  Dram at  polegał  na  ty m ,  że  w  tam ty m   czasie  pom agała  w  rzeczy wistości  własnem u

rządowi, ale nie m ogła o ty m  nikom u powiedzieć. Pracowała po tej  sam ej  stronie bary kady  co

ludzie, którzy  j ą zranili.

– I nie zdradziła się?

– Nie. Dilj a to bardzo twarda kobieta.

Storm  przy j rzał się drugiej  fotografii. Przedstawiała ona niskiego m ężczy znę o okrągłej  twarzy

noszącego grube okulary.

– Zostanie ci przedstawiony  j ako Oskar. To rosy j ski geolog.

– By ły  kom uch? – zapy tał Storm .

– Przy puszczalnie nadal nim  j est, ale spodobały  m u się dolary  am ery kańskie. Dostarczy ł nam

wielu  inform acj i  naukowy ch,  zanim   rozpadł  się  Związek  Radziecki.  Widział  złoto  i  m oże

potwierdzić, czy  sztabki są ty m i sam y m i, które wy kradziono z Moskwy.

Na trzeciej  fotografii by ł Am ery kanin.

background image

–  Znasz  tego  agenta  i  on  też  cię  rozpozna  –  powiedział  Jones.  –  Podczas  tej   m isj i  będzie  nosił

im ię Casper.

Storm   rzeczy wiście  rozpoznał  tego  człowieka.  Pracowali  razem   przed  Tangierem .

Specj alnością Caspera by ło zabij anie.

– Jeśli będę z nim  pracował, dowie się, że ży j ę – odezwał się Storm .

–  A  ty   dowiesz  się  tego  sam ego  o  nim .  Nie  wy sy łałby m   was  razem ,  gdy by   nie  by ło  to

absolutnie konieczne.

Silny   i  groźny   Casper  by ł  ty pem   człowieka,  którego  dobrze  m ieć  przy   sobie  podczas  bój ki

w barze, ale którego nigdy  nie przedstawiłoby  się swoim  rodzicom  albo dziewczy nie.

–  Wy brałeś  Dilj ę  na  przewodnika  –  powiedział  Storm .  –  Oskar  j est  naukowcem ,  który   m oże

potwierdzić, że złoto j est autenty czne. Casper zabij e każdego, kto wej dzie m u w drogę. Do czego

m nie potrzebuj esz? Ja j estem  pry watny m  detekty wem . Zaj m uj ę się tropieniem  ludzi.

–  Chcę,  żeby ś  obserwował  tę  trój kę  –  odrzekł  Jones.  –  Do  ciebie  m am   zaufanie.  Gdy   w  grę

wchodzi taka ilość złota, nie j estem  pewien pozostały ch.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

 

– Jedziem y  j uż ponad godzinę – odezwał się Cum erford. – Zatrzy m aj m y  się na kawę.

–  Proszę  się  ty lko  upewnić,  że  j est  to  m iej sce,  w  który m   nikt  m nie  nie  rozpozna  –  odparła

Showers.

Wy m knęli  się  ze  szpitala  Johna  Radcliffe’a  w  Oksfordzie  tuż  po  ósm ej   rano.  Początkowo  plan

by ł  taki,  że  Showers  zostanie  wy pisana,  gdy   ty lko  złoży   oświadczenie  dla  lokalnej   policj i

i  Scotland  Yardu.  Funkcj onariusze  FBI  chcieli  naty chm iast  wy wieźć  j ą  z  Anglii.  Opiekuj ący   się

Showers  lekarze  zaprotestowali  j ednak,  m ówiąc,  że  to  niebezpieczne  wy pisy wać  j ą  następnego

dnia po operacj i ram ienia. Showers niechętnie zgodziła się spędzić w szpitalu j eszcze j edną dobę,

ale nie m ogła się j uż doczekać opuszczenia go.

Ubrała  granatowe  dżinsy,  T-shirt,  czapkę  bej sbolową  i  założy ła  ciem ne  okulary.  Cum erford

dopilnował,  żeby   ekipy   telewizy j ne  i  reporterzy   czaj ący   się  przed  wej ściem   na  oddział

ratunkowy   szpitala  dostali  inform acj ę,  że  Showers  zostanie  zaraz  wy pisana.  Urzędnicy   szpitala

pospiesznie wsadzili pacj entkę do am bulansu, który  pom knął w kierunku Londy nu. Aby  przy nęta

by ła  j eszcze  bardziej   wiary godna,  agent  CIA  Thom as  Gordon,  podaj ący   się  za  pracownika

Departam entu Stanu, poj echał za am bulansem  w sam ochodzie należący m  do am basady  Stanów

Zj ednoczony ch,  który m   on  i  Cum erford  przy j echali  do  Oksfordu.  Podczas  gdy   m edia  ścigały

j ego i am bulans, Showers i Cum erford wy m knęli się przez boczne drzwi szpitala do wy naj ętego

sam ochodu. Opuścili Oksford niezauważeni.

A przy naj m niej  tak im  się wy dawało.

Showers  nie  udawała  się  do  Londy nu.  Cum erford  otrzy m ał  polecenie  z  agencj i,  aby   zawieźć

j ą  do  bazy   Królewskich  Sił  Lotniczy ch  w  Lakenheath,  gdzie  stacj onował  am ery kański  48

Dy wizj on  Medy czny.  Zorganizowano  lot  z  personelem   m edy czny m   na  pokładzie,  na  wy padek

gdy by  m iała nawrót choroby. Baza znaj dowała się około stu kilom etrów na północ od Londy nu,

co by ło dodatkowy m  plusem . Do czasu, gdy  reporterzy  zdaliby  sobie sprawę, że zostali oszukani,

i ruszy liby  do Lakenheath, Showers dawno j uż by  tam  nie by ło.

Kula strzaskała j ej  prawy  oboj czy k. Ale to wstrząs pourazowy  o m ało nie pozbawił j ej  ży cia.

Um arłaby, gdy by  nie przy wieziono j ej  do szpitala w ciągu „złotej  godziny ”, j ak służby  m edy czne

określaj ą czas, w który m  ofiara wy padku m usi znaleźć się na stole operacy j ny m . Prawe ram ię

background image

m iała unieruchom ione na tem blaku, by ła na środkach przeciwbólowy ch, ale nie odniosła żadny ch

trwały ch  uszkodzeń.  Pozostanie  j ej   natom iast  brzy dka  blizna  przy pom inaj ąca,  że  otarła  się

o śm ierć.

– Nie m uszę lecieć sam olotem  m edy czny m  – protestowała.

– Waszy ngton na to nalegał – odparł Cum erford. – Nie m a pani wy boru.

– Tak sam o j ak nie m iałam  wy boru, j eśli chodzi o m oj e oświadczenie – odrzekła.

–  Wie  pani,  że  Dobry   Sam ary tanin  dzwonił  do  szpitala,  żeby   dowiedzieć  się  o  pani  stan

zdrowia? – spy tał Cum erford.

– Co takiego?

–  Steve  Mason,  czy   j ak  on  tam   się  do  diabła  nazy wa.  Dostał  wy raźne  polecenie,  żeby   nie

ry zy kować telefonu. Ale naj wy raźniej  to nie j est ktoś, kto lubi chodzić utarty m i ścieżkam i.

– Nie, on się nie przej m uj e zasadam i – odrzekła April. – Dlaczego nikt m i nie powiedział?

– Spała pani. Gdy  nie połączono go z panią, powiedział chy ba członkom  personelu szpitala kilka

słów, które uraziły  ich bry ty j ską dum ę.

Showers z trudem  ukry ła uśm iech.

Kiedy   doj eżdżali  do  skrzy żowania  autostrad  A14  i  M11,  Cum erford  zauważy ł  znak  drogowy,

na który m  widniały  dwie pochy lone żółte palm y  na j askrawoczerwony m  tle.

– Anglicy  nazy waj ą to „dodatkowa stacj a benzy nowa przed nam i” – wy j aśnił. – Możem y  tam

poj echać i coś zj eść. Na terenie większości z ty ch stacj i benzy nowy ch znaj duj ą się restauracj e.

To m oże by ć dla nas lepsze rozwiązanie niż zj echanie z autostrady  i odwiedzenie pubu, w który m

ktoś m ógłby  panią rozpoznać.

– Przy j eżdżam  do Anglii i na pożegnanie j em  w McDonaldzie.

– Przez ostatnie dwa dni pani zdj ęcia poj awiały  się co godzinę w BBC – odrzekł Cum erford. –

Wy darzenie  określono  m ianem   „oksfordzkiej   m asakry ”.  Anglicy   nie  są  przy zwy czaj eni

do strzelanin, zwłaszcza podczas pokoj owy ch dem onstracj i studenckich.

Cum erford wy dawał się Showers przy zwoity m  facetem . By ł agentem  specj alny m  j akieś pięć

lat  dłużej   niż  ona  i  ciężko  pracował  w  Waszy ngtonie,  zanim   wy słano  go  do  Londy nu.  To  by ł

kom fortowy  przy dział zarezerwowany  dla agentów FBI będący ch wschodzący m i gwiazdam i.

–  Mógłby m   zabić  za  filiżankę  dobrej   kawy   –  powiedział.  –  Bry ty j czy cy   m oże  wiedzą,  j ak

zrobić  herbatę,  ale  nie  m aj ą  poj ęcia  o  parzeniu  porządnej   kawy.  To  j edy na  rzecz,  j akiej   m i

brakuj e.

– Trochę boli m nie brzuch. Skorzy stam  ty lko z toalety.

Zj echali  z  drogi  A14  i  Cum erford  zaparkował  przed  główny m   budy nkiem   stacj i.  To  by ła

background image

nowoczesna j ednopiętrowa budowla o duży ch szklany ch oknach. W środku by ło pięć restauracj i

ty pu fast food, łącznie z McDonaldem  i KFC, ulokowany ch w półkolistej  przestrzeni wy pełnionej

klientam i.

–  Też  pój dę  do  łazienki,  zanim   zam ówię  kawę  –  powiedział  Cum erford.  –  Gdy   pani  skończy,

spotkaj m y  się w restauracj i. Ty lko żeby m  nie m usiał pani szukać. – Rzucił j ej  uśm iech.

Toalety   znaj dowały   się  tuż  na  lewo  od  wej ścia,  kilka  m etrów  od  restauracj i.  Kiedy   Showers

weszła do dam skiej , zastała tam  dwie dziewczy ny  m y j ące ręce nad rzędem  um y walek. Minęła

j e,  podchodząc  do  pustej   kabiny.  Z  trudem   udało  j ej   się  rozpiąć  spodnie  lewą  ręką.  Walcząc

z  guzikiem   i  zam kiem   bły skawiczny m ,  zachichotała.  Łatwiej   j ej   by ło  lewą  ręką  zastrzelić

człowieka,  niż  ściągnąć  dżinsy.  Gdy   usiadła,  usły szała  j ak  dziewczy ny   odchodzą  od  um y walek.

W  ciszy,  j aka  zapadła,  wy dała  z  siebie  głośne  westchnienie.  By ła  wy czerpana,  ale  przede

wszy stkim   sfrustrowana,  gdy ż  wiedziała,  że  kontuzj a  ram ienia  wy elim inuj e  j ą  z  akcj i  na  j akiś

czas.  Osiągnęła  cel,  z  j akim   wy słano  j ą  do  Anglii:  rozwiązała  sprawę  podwój nego  m orderstwa

w  Waszy ngtonie.  Mogła  wy j aśnić  swoim   przełożony m ,  że  Lebiediew  i  Nad  zorganizowali

porwanie  Matthew  Dulla  i  zabój stwo  j ego  oj czy m a,  senatora  Thurstona  Windslowa.  Nie

wiedziała, dlaczego Storm  i CIA nie powiedzieli j ej  o złocie. Nie m iała się o ty m  dowiedzieć, ale

została  wciągnięta  w  ten  elem ent  rozgry wki,  gdy   Lebiediew  zaczął  torturować  Pietrowa

na ty lny m  siedzeniu m ercedesa. Podej rzewała, że Steve Mason j uż ustalał z Jedidiahem  Jonesem

sposoby   wy doby cia  złota.  Ale  ona  nie  weźm ie  udziału  w  tej   akcj i.  Będzie  tkwiła  za  biurkiem ,

czekaj ąc,  aż  j ej   rana  się  zagoi.  Zastanawiała  się,  czy   j eszcze  kiedy kolwiek  zobaczy

Steve’a  Masona,  czy   też  po  prostu  zniknie  on  równie  nagle,  j ak  poj awił  się  w  j ej   ży ciu.

Niezależnie  od  wszy stkiego  by ła  zdeterm inowana,  aby   sprawdzić  go  od  razu,  j ak  ty lko  wróci

do Waszy ngtonu. Jeśli j ego oj ciec by ł em ery towany m  agentem  FBI, to m usi by ć j akiś trop, który

m ogłaby  podj ąć.

Zapięcie spodni lewą ręką okazało się równie trudne, j ak ich odpięcie. Gdy  w końcu j ej  się to

udało,  otwarła  drzwi  kabiny,  ciągnąc  j e  ku  sobie.  Znienacka  wy rosła  przed  nią  ogrom na  postać.

Showers  zrobiła  krok  do  ty łu  i  lewą  ręką  sięgnęła  do  biodra.  Zazwy czaj   tam   m iała  przy piętego

glocka. Gdy  j ej  palce dotknęły  tkaniny, zdała sobie sprawę, że Cum erford nie zwrócił j ej  glocka,

kiedy  dziś rano wy pisano j ą ze szpitala. Miała ty lko j edno sprawne ram ię i żadnej  broni.

Poruszał się bardzo szy bko, j ak na takiego wielkiego m ężczy znę. Showers zobaczy ła bły sk i ruch

j ego  ręki,  poczuła  ukłucie  w  szy j ę,  a  potem   dziwne  ciepło,  po  czy m   straciła  przy tom ność.

Napastnik złapał j ej  bezwładne ciało, gdy  zaczęła osuwać się na podłogę.

– Masz j ą? – spy tała nerwowo kobieta strzegąca drzwi do dam skiej  toalety. Miała na sobie strój

pielęgniarki, a na szy i zawieszony  stetoskop. Powstrzy m y wała inne kobiety  od wej ścia do środka,

tłum acząc im , że udzielana j est pierwsza pom oc m edy czna.

background image

– Tak – odpowiedział olbrzy m .

–  Jesteśm y   gotowi  –  zam eldowała  pielęgniarka  do  m aleńkiego  m ikrofonu  um ieszczonego  pod

rękawem  j ej  bluzki. – Gdzie j est drugi Am ery kanin?

–  Właśnie  wy szedł  z  toalety   i  stoi  teraz  w  kolej ce  do  McDonalda  –  odezwał  się  m ęski  głos

w m iniaturowej  słuchawce. – Są przed nim  dwie osoby.

Z wnętrza restauracj i Cum erford nie widział wej ścia do dam skiej  toalety  ani znaj duj ącego się

tuż  obok  bocznego  wy j ścia  prowadzącego  na  parking,  ale  nie  odczuwał  niepokoj u.  Kobiety

zazwy czaj  spędzaj ą w toalecie więcej  czasu niż m ężczy źni.

– Ruszam y ! – rozkazała kobieta.

Mężczy zna, z który m  rozm awiała, naty chm iast opuścił swoj e m iej sce w restauracj i i podszedł

do niej  szy bkim  krokiem .

–  Nagły   wy padek  –  powiedziała  pielęgniarka,  wy suwaj ąc  się  na  czoło  grupy.  –  Proszę  się

odsunąć.

Stado  kobiet  cierpliwie  czekaj ący ch  u  wej ścia  do  toalety   zrobiło  przej ście  dla  czworga  osób.

W  ciągu  kilku  sekund  Showers  została  bły skawicznie  wy prowadzona  na  zewnątrz  i  wepchnięta

na ty lne siedzenie sedana z przy ciem niany m i oknam i.

Kiedy   Cum erford  zapłacił  za  kawę  i  dostał  resztę,  zaczął  się  niepokoić.  Om iótł  wzrokiem

restauracj ę,  ale  nigdzie  nie  widział  Showers.  Poszedł  szy bko  do  dam skiej   toalety,  ale  nie  chciał

wołać agentki, a nie m ógł wej ść do środka, nie wy wołuj ąc sceny. Zauważy ł wchodzącego przez

główne wej ście strażnika z parkingu przy  autostradzie, podszedł więc szy bko do niego.

–  Podróżuj ę  ze  znaj om ą,  która  dziś  rano  została  wy pisana  ze  szpitala  –  powiedział.  –  Jest  j uż

dość długo w toalecie i boj ę się, że m ogła zem dleć albo m a j akieś problem y.

Ochroniarz przez krótkofalówkę wezwał kierowniczkę, która poj awiła się po m inucie.

–  Ten  pan  zgubił  w  kiblu  przy j aciółkę  –  wy j aśnił  strażnik.  –  Mówi,  że  dopiero  co  została

wy pisana ze szpitala i nosi rękę na tem blaku.

– Złam ane ram ię? – spy tała kobieta.

–  Złam any   oboj czy k,  wy padek  –  odrzekł  Cum erford,  gry ząc  się  w  j ęzy k,  zanim   wy m sknęło

m u się słowo „postrzał”.

–  Już  sprawdzam   –  powiedziała  wesoło  kobieta.  Wróciła  po  kilku  chwilach.  –  Przy kro  m i,

kolego,  ale  w  kiblu  nie  m a  żadnej   kobiety   noszącej   tem blak.  W  ogóle  nie  m a  tam   żadnej

Am ery kanki. Może poszła do restauracj i?

Cum erford  chwy cił  kom órkę  i  odszedł  na  bok,  aby   zadzwonić  do  agenta  w  am basadzie

w Londy nie, który  nadzorował akcj ę.

background image

– Showers zniknęła!

– Co? Jak? Nie by łeś z nią cały  czas?

– Nie w toalecie. Zatrzy m aliśm y  się na stacj i benzy nowej .

Cum erford poczuł, j ak ktoś doty ka j ego ram ienia. To by ła kierowniczka.

– Ta para m ówi, że widzieli, j ak kilka m inut tem u twoj ą przy j aciółkę wy niesiono nieprzy tom ną

z kibla. By ła z nią pielęgniarka.

– Pielęgniarka?

– Pielęgniarka i dwóch dżentelm enów. Jeden z nich j ą niósł. To by ł duży  facet.

Cum erford rzucił do telefonu:

– O m ój  Boże, ktoś j ą porwał! Straciliśm y  agentkę Showers!

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Gabinet prezydenta, budynek Senatu na Kremlu, Moskwa, Rosja

 

T

uż  za  biurkiem   prezy denta  Barkowskiego  w  j ego  gabinecie  na  Krem lu  wisiał  herb  Federacj i

Rosy j skiej .  W  sam y m   centrum   czerwonego  godła  znaj dował  się  dwugłowy   złoty   orzeł.

W  j edny m   złowrogim   szponie  ptak  dzierży ł  berło,  w  drugim   trzy m ał  carską  koronę.  Pośrodku

herbu widniała tarcza ze święty m  Jerzy m  na koniu zam ierzaj ący m  się na sm oka.

Barkowski  nienawidził  zarówno  swoj ego  zaby tkowego  prezy denckiego  biurka,  j ak  i  herbu,  ale

tego drugiego w szczególności. Ustanowili go w 1993 roku j ego poprzednicy  po upadku im perium

radzieckiego.  Reform atorzy   usunęli  bardziej   znaj om y   sierp  i  m łot  oraz  m otto:  „Proletariusze

wszy stkich kraj ów, łączcie się!”.

–  Co  m a  wspólnego  święty   Jerzy   zabij aj ący   sm oka  ze  współczesną  Rosj ą?  –  narzekał  często

Barkowski,  zwracaj ąc  się  do  swoich  gości.  Legenda  przy wędrowała  do  kraj u  wraz  z  krucj atam i

z Libii. Dlaczego przy wódcy  państwowi um ieścili krzy żowca na herbie narodowy m , kiedy  by ło

ty le inny ch znacznie lepszy ch m ożliwości? Barkowski uważał, że równie dobrze on sam  m ógłby

się znaleźć na ty m  godle, ale oczy wiście przed święty m  Jerzy m . Zrobił dla Rosj i o wiele więcej .

Prezy dent wrócił akurat do swoj ego gabinetu z lekkiego posiłku w porze lunchu, gdy  rozległo się

stukanie do drzwi i do środka wszedł szef j ego sztabu, Michaił Sokołow.

– Mam  nowe wiadom ości – oznaj m ił.

–  Naj pierw  m i  coś  wy j aśnij   –  odrzekł  Barkowski.  –  Chciałem ,  żeby   Pietrowa  przesłuchano

i  zabito.  Chciałem   zrzucić  na  Am ery kanów  winę  za  j ego  śm ierć.  A  co  robią  nasi  ludzie

w  Londy nie?  Wy słali  trzech  zabój ców,  żeby   zastrzelili  go  na  publiczny m   wiecu!  Czy   to  j est

zwalanie  winy   na  FBI?  W  dodatku  nie  udało  im   się  go  zabić!  A  teraz  Pietrow  i  Lebiediew  nie

ży j ą, zaś ty ch dwoj e Am ery kanów ocalało.

–  Pietrow  nie  m iał  zginąć  w  czasie  wiecu  –  tłum aczy ł  Sokołow.  –  Plan  by ł  taki,  że  nasi  ludzie

po  wiecu  urządzą  zasadzkę  na  Pietrowa  i  Am ery kanów,  kiedy   ci  będą  wracać  w  konwoj u

do angielskiej  posiadłości Pietrowa. Pom agała nam  szefowa j ego ochrony. Miała sprawić, żeby

wy glądało  na  to,  że  Am ery kanie  zabili  Pietrowa  i  j ego  dwóch  ochroniarzy,  zanim   zostali

śm iertelnie  ranni.  Atak  m ieli  przeży ć  ty lko  szefowa  ochrony   i  Lebiediew.  By liby   j edy ny m i

background image

świadkam i i przesłuchaliby  Pietrowa w sprawie złota, zanim  by  go wy elim inowali.

– Jeśli taki by ł plan, to dlaczego nasi ludzie zaczęli strzelać na wiecu?

–  Ponieważ  zostali  rozpoznani  w  tłum ie  przez  Am ery kanów,  zanim   Pietrow  zaczął  swoj e

przem ówienie. Ten Dobry  Sam ary tanin – niezidenty fikowany  agent CIA – chciał zdem askować

j ednego z nich. Nasz człowiek spanikował i zaczął strzelać.

–  To  kom pletna  katastrofa.  Teraz  wszy scy   na  świecie  m nie  obwiniaj ą,  i  w  zasadzie  trudno  im

się dziwić. Londy n wy naj ął do tej  roboty  by ły ch agentów KGB, którzy  okazali się całkowity m i

idiotam i. Całe zdarzenie przerodziło się w skandal m iędzy narodowy, a m y  w dalszy m  ciągu nie

wiem y, gdzie j est ukry te m oj e złoto.

– Ależ wiem y. To j est właśnie ta dobra wiadom ość, z którą przy szedłem .

– Wiesz, gdzie j est m oj e złoto? Gdzie? I skąd o ty m  wiesz?

–  Nie  znam y   j eszcze  dokładnej   lokalizacj i,  ale  wkrótce  się  dowiem y.  Nasi  ludzie  w  Anglii

porwali agentkę FBI – powiedział Sokołow.

– Jak to m a pom óc w odnalezieniu złota? Do czego ona m i się teraz przy da, skoro Pietrow nie

ży j e?

– Ona wie, gdzie j est ukry te pana złoto.

–  To  niem ożliwe  –  odparł  Barkowski.  –  Według  BBC  po  strzelaninie  na  wiecu  leżała

nieprzy tom na  w  sam ochodzie.  Nie  m a  poj ęcia,  co  zaszło  m iędzy   Pietrowem   a  Lebiediewem

i j ak to się stało, że obaj  nie ży j ą.

– BBC kłam ie. Pietrow powiedział j ej , gdzie ukry te j est złoto, zanim  um arł.

– A ty  skąd m ożesz to wiedzieć?

– Bo m am y  potwierdzenie tej  inform acj i. Pom aga nam  przy j aciel – ktoś, z kim  nasz wy wiad

nie m iał od wielu lat kontaktu.

– Mam y  szpiega w FBI?

–  Nie,  w  Langley.  Jeden  z  naszy ch  naj lepszy ch  agentów  uj awnił  się  po  czterech  latach.

My śleliśm y, że go straciliśm y, ponieważ zerwał z nam i łączność i zniknął. Ale teraz znowu nam

pom aga. Dzisiaj  rano przy słał inform acj ę, że CIA kom pletuj e ekipę, która m a udać się po złoto,

bo  agentka  FBI  April  Showers  powiedziała  im ,  gdzie  j est  ukry te.  Musiała  by ć  przy tom na

w sam ochodzie, kiedy  Lebiediew przesłuchiwał Pietrowa. Dlatego j ą porwaliśm y.

Barkowski wy rzucił z siebie stek przekleństw.

–  Ostrzegaliśm y   Am ery kanów,  aby   trzy m ali  się  z  daleka  od  m oj ego  złota,  ale  pan  Jedidiah

Jones m y śli, że m oże m nie ignorować i uj dzie m u to na sucho.

–  Panie  prezy dencie,  nawet  j eśli  agentka  FBI  nie  powie  nam ,  gdzie  j est  złoto,  i  tak  będziem y

background image

w stanie j e nam ierzy ć, bo nasz przy j aciel – nasza wty czka – j est członkiem  ekipy  zorganizowanej

przez Jonesa do zlokalizowania złota. Nie zdaj ąc sobie z tego sprawy, Jones poprowadzi nas prosto

do celu.

Prezy dent wy szczerzy ł zęby  w złowieszczy m  uśm iechu.

– Mam y  zarówno agentkę FBI, j ak i kreta w CIA. – Zawahał się przez chwilę i dodał: – Ale czy

na  ty m   naszy m   szpiegu  m ożna  polegać?  Skąd  wiesz,  że  to  nie  j est  prowokacj a  Jonesa,  j edna

z wielu sztuczek CIA? Zwłaszcza że ten szpieg siedział cicho przez całe lata i poj awił się dopiero

teraz.

–  To  prawda,  nasz  przy j aciel  zniknął  cztery   lata  tem u  –  przy znał  Sokołow.  –  Ale  inform acj e,

które nam  wcześniej  przekazy wał, by ły  w stu procentach wiary godne. W j ednej  z j ego ostatnich

wiadom ości  uprzedził  nas  o  operacj i  w  Tangierze.  Mogliśm y   to  wy korzy stać,  aby   pokrzy żować

plany  CIA. Zginęło kilku Am ery kanów i operacj a Jonesa okazała się całkowitą porażką.

–  Nasz  kret  potwierdzi  inform acj e,  które  wy dostaniem y   od  agentki  FBI,  i  odwrotnie  –

powiedział Barkowski. – Genialne!

–  Tak,  ale  naj pierw  m usim y   wy wieźć  April  Showers  z  Anglii.  Nie  m ożem y   sobie  pozwolić

na więcej  błędów. Gdzie powinniśm y  j ą wy słać w celu przesłuchania?

– Zabierzcie j ą w m iej sce, w które uda się ekipa poszukiwawcza CIA. Zróbcie to tam .

– Mogę spy tać w j akim  celu? – zapy tał Sokołow.

– Chcę, aby  Jedidiah Jones wiedział, kiedy  znaj dą j ej  ciało, że została stracona z powodu j ego

decy zj i o wy prawie po m oj e złoto.

– Już go zawsty dziliśm y  w Tangierze – rzekł Sokołow. – I zrobim y  to ponownie.

– Chcę, żeby  agentka FBI i członkowie ekipy  CIA zostali zabici dopiero wtedy, gdy  odzy skam y

m oj e  pieniądze.  Ty m   razem   żadny ch  błędów.  Jak  j uż  będę  m iał  złoto,  wszy scy   m aj ą  um rzeć.

Chcę wy słać j asny  sy gnał tem u arogantowi Jedidiahowi Jonesowi.

– Wszy scy  z wy j ątkiem  naszego przy j aciela kreta oczy wiście – sprostował Sokołow.

–  Nie,  j ego  też  zabij cie  –  powiedział  Barkowski.  –  Szpieg  zdradza  swój   kraj   ty lko  z  j ednego

powodu.  Nie  chodzi  o  m iłość  ani  żadne  sekrety.  Zawsze  chodzi  o  pieniądze.  A  człowiek,  którego

m ożna kupić, nie j est człowiekiem , do którego m ożna m ieć zaufanie. Gdy  j uż zdobędziem y  złoto,

nie będzie nam  potrzebny.

– Ale m oże się j eszcze przy dać później  – zaprotestował Sokołow.

–  Jones  j est  na  to  za  inteligentny.  Jeśli  ty lko  j edna  osoba  przeży j e  i  ucieknie,  będzie  wiedział,

że to ona j est zdraj cą. W przeciwny m  razie j ak udałoby  j ej  się przeży ć?

– W takim  razie zabij m y  ich wszy stkich, łącznie z agentką FBI. Ty m  razem  nam  nie ucieknie.

background image

–  Nie  chcę  żadny ch  świadków.  Żadny ch  ocalały ch.  Chcę  wkurzy ć  pana  Jedidiaha  Jonesa

i chcę, aby  wiedział, że to m oj e dzieło.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

 

K

orzy staj ąc  z  sam olotu  woj skowego,  Storm   dostał  się  do  am ery kańskiej   bazy   w  Niem czech,

gdzie wsiadł na pokład pry watnego statku powietrznego wy czarterowanego przez CIA. Zabrał go

on  na  lotnisko  woj skowe  w  Kazachstanie.  Chociaż  rząd  kazachski  zaprzeczał,  j akoby   zezwalał

na loty  Am ery kanów w obrębie swoich granic, za zam knięty m i drzwiam i zawarto porozum ienie,

które  um ożliwiało  CIA  korzy stanie  z  konkretny ch  lądowisk  dla  celów  swoich  taj ny ch  operacj i

w zam ian za am ery kańską pom oc zagraniczną. To by ła właśnie j edna z takich operacj i.

Na lotnisku w Kazachstanie Storm  zastał czekaj ący  na niego stary  m odel Range Rovera, obok

którego stała kobieta. Ze zdj ęcia, które pokazał m u Jones, wiedział, że to Dilj a.

– Witam y  w Kazachstanie – odezwała się, wy ciągaj ąc do niego rękę.

Storm   ocenił  j ej   wzrost  na  j akieś  sto  sześćdziesiąt  pięć  centy m etrów,  a  wagę  na  pięćdziesiąt

pięć  kilo.  Miała  krótkie  czarne  włosy   i  m ocny   uścisk  ręki.  Mim o  że  by ła  rodowitą  Uzbeczką,

m ówiła z czy sty m  bry ty j skim  akcentem .

– Łap swoj e m anele i wsiadaj  – powiedziała. – Zawiozę cię na nasz punkt etapowy, gdzie j uż

czeka reszta.

– Studiowałaś w Anglii? – zapy tał, kiedy  oddalali się od lądowiska.

–  Kiedy   by łam   dzieckiem ,  Rosj anie  nie  pozwalali  nam   podróżować.  Ale  we  wszy stkich

naszy ch  szkołach  by ły   angielskie  podręczniki.  Dlatego  m ówię  z  akcentem .  Kasety,  który ch

słuchaliśm y, pochodziły  z Londy nu. Mówię j eszcze w trzech inny ch j ęzy kach, ale nie usły szy sz

w  m oim   głosie  śladu  bry ty j skiego  akcentu.  Brzm ię  j ak  Bry ty j ka  ty lko  wtedy,  gdy   m ówię

po  angielsku.  –  Popatrzy ła  na  niego  i  m ówiła  dalej :  –  Będziesz  się  wy różniać,  kiedy   pój dziem y

w odległe góry. Nie wy glądasz j ak tutej si m ężczy źni. Ludzie będą m y śleć, że j esteś Rosj aninem ,

a tutaj  wszy scy  nienawidzą Rosj an, bo torturowali nas przez całe dziesięciolecia.

– Pom acham  flagą am ery kańską.

– Powiedz im , że j esteś z am ery kańskiej  telewizj i. Kocham y  tutaj  am ery kańską telewizj ę. Jeśli

chcesz  zaim ponować  kobietom ,  powiedz,  że  j esteś  z  Tańca  z  gwiazdami  i  chcesz  zorganizować

konkurs taneczny  w Uzbekistanie. Będziesz bohaterem !

background image

–  Dzięki  za  wskazówki  –  odparł  Storm .  Zauważy ł  bliznę,  która  przecinała  j ej   policzek.

Wy doby ły  j ą z ciem ności nocy  światła na desce rozdzielczej . Zorientowała się, że na nią patrzy.

–  Co  m y ślisz  o  m oj ej   ozdobie?  –  zapy tała.  –  Taka  m ała  pam iątka.  Tutaj   zawsze  tną  kobiety

po twarzy. W ten sposób kiedy  kobieta codziennie patrzy  w lustro, pam ięta, j aką oni m aj ą władzę.

I każdy, kto widzi taką kobietę, wie, że niebezpiecznie j est się z nią wiązać.

Sam ochód  trafił  na  przeszkodę,  która  sprawiła,  że  oboj e  podskoczy li  na  swoich  siedzeniach.

Dilj a zj echała z głównej  drogi na coś, co dla Storm a wy glądało j ak ścieżka dla krów, a co m iało

poprowadzić ich w góry.

– Nigdy  nie by łeś torturowany ? – spy tała.

– Ty lko przez by łe dziewczy ny.

Range rover podj echał pod wiej ski dom  o chropowaty ch kam ienny ch ścianach i drewniany m

dachu, składaj ący  się ty lko z j ednego pom ieszczenia. Znaj dował się na zupełny m  odludziu. Dilj a

zatrzy m ała sam ochód i powiedziała:

– Am ery kanin w środku nazy wa się Casper, a Rosj anin to Oskar. Przedstawię cię.

Wszedł za nią przez drewniane drzwi.

Mężczy zna w okularach podniósł wzrok znad stołu, na który m  studiował m apę. Storm  dom y ślił

się, że to Oskar. W drugim  końcu pokoj u znaj dował się Casper. Siedział na krawędzi łóżka i palił

papierosa.

Oskar podniósł się z m iej sca, Casper nie. Oskar się odezwał, Casper ty lko patrzy ł.

– Ty  m usisz by ć Steve – powiedział by ły  rosy j ski geolog.

–  Miło  cię  poznać,  Oskar  –  odrzekł  Storm .  Popatrzy ł  na  Caspera  i  powiedział:  –  Znowu  się

spoty kam y.

– Cześć, Stevie – rzucił Casper, akcentuj ąc j ego im ię z m anierą, która w oczy wisty  sposób by ła

lekceważąca.

Gdy   się  ostatnio  widzieli,  Casper  m iał  czarne  włosy.  Teraz  by ły   całkowicie  siwe,  ściągnięte

do  ty łu  w  koński  ogon.  Przy by ł  m u  też  nowy   tatuaż.  Na  j ego  prawy m   przedram ieniu  widniała

czaszka z wężem  wy chodzący m  z j ednego oka oraz nożem  wbity m  w drugie.

– My ślałem , że cię zabili w Tangierze – powiedział Casper, ignoruj ąc reguły  Jedidiaha Jonesa

doty czące uj awniania j akichkolwiek inform acj i na tem at wcześniej szy ch m isj i.

– Rozczarowany ?

– Wiem  ty lko, że operacj a w Tangierze poszła nie tak, j ak trzeba, i sły szałem , że to z twoj ego

powodu – odrzekł szy derczo Casper.

– Fakty cznie  poszła  kiepsko  i  m y ślałem ,  że  ty   m iałeś  coś  z  ty m   wspólnego  –  odwzaj em nił  się

background image

Storm .

Casper  podniósł  się  z  łóżka  i  Storm   zobaczy ł,  że  m a  za  pasem   nóż  Ka-Bar,  stanowiący

wy posażenie  am ery kańskiej   piechoty   m orskiej .  Obaj   m ężczy źni  wbili  w  siebie  wzrok  i  Storm

zaczął przy gotowy wać się do walki.

–  Straciłem   w  Tangierze  dobry ch  ludzi  –  m ówił  Casper.  –  Dobry ch  ludzi,  którzy   nie  powinni

by li um rzeć.

–  Ja  skończy łem   na  podłodze  z  bebecham i  podziurawiony m i  przez  kule,  podczas  gdy   ty

popij ałeś  sobie  piwko  w  barze  ty siące  kilom etrów  dalej   –  odparował  Storm .  –  Więc  nie  rób  m i

wy kładu na tem at ofiar.

– Panowie, to naprawdę nie j est czas ani m iej sce na kłótnie – odezwał się cicho Oskar.

Dilj a wkroczy ła m iędzy  Caspera i Storm a i powiedziała z dezaprobatą:

–  Zostaliśm y   wy brani  do  tego  zadania,  bo  Jedidiah  Jones  nam   zaufał.  Musim y   by ć

profesj onalistam i. Możecie rozwiązać swoj e pry watne spory, j ak znaj dziem y  złoto.

–  Kobieta  z  blizną  m a  racj ę  –  m ruknął  Casper.  –  Później   załatwim y   nasze  porachunki,

chłoptasiu.

Storm   nie  potrafił  zrozum ieć,  dlaczego  Jones  dobrał  go  w  parę  z  Casperem .  Wiedział  ty lko,

że  j eśli  chodzi  o  tego  ty pka,  m usi  m ieć  oczy   z  ty łu  głowy.  Co  do  pozostałej   dwój ki,  Dilj a

wy dawała się osobą godną zaufania, zaś Oskara nie by ł pewien. Czy  Jones m iał j akieś powody  –

oprócz  faktu,  że  wszy scy   oficj alnie  by li  „zaginieni  lub  m artwi”  –  żeby   skom pletować  z  nich

druży nę?

– Niech wszy scy  się tu zbiorą – odezwała się Dilj a, przej m uj ąc dowodzenie.

Każdy  z nich zaj ął m iej sce po j ednej  ze stron kwadratowego stołu.

– Jesteśm y  tutaj , u podnóża ty ch gór – powiedziała, wskazuj ąc palcem  na m apę. – Jutro rano

poj edziem y  w góry  sam ochodem  tak daleko, j ak to m ożliwe, a potem  będziem y  szli przez granicę

do  Uzbekistanu.  Mieliśm y   rozkaz,  żeby   iść  tędy.  –  Przesunęła  ręką  po  m apie  do  m iej sca,  gdzie

zaznaczy ła  punkt  j asnoczerwony m   krzy ży kiem .  –  Tutaj   j est  ukry te  złoto.  Ale  zostaliśm y

zawróceni.

– O czy m  ty  m ówisz? – spy tał Oskar.

– Tak – zawtórował m u Casper podej rzliwy m  tonem . – Skąd ta zm iana planu w ostatniej  chwili?

–  Jak  wiecie,  z  podnóża  ty ch  gór  nie  m a  sposobu,  aby   skontaktować  się  z  Langley,  ale  gdy

by łam  na lotnisku, odebrałam  pilny  telefon od Jonesa. Dał m i dodatkowe rozkazy.

– Nie podoba m i się to – m ruknął Casper.

– Widziałem  się wczoraj  z Jonesem  i nic m i nie powiedział o zm ianie planów – dodał Storm .

background image

–  Odkąd  opuściłeś  Niem cy,  m iałeś  rozkaz,  żeby   nie  wchodzić  na  linię  –  przy pom niała  m u.  –

Wy gląda na to, że twoj a przy j aciółka została porwana w Anglii.

–  Agentka  Showers  porwana!  –  wy krzy knął  Storm .  –  Jak  to  m ożliwe?  Przecież  j est  w  szpitalu

i dochodzi do siebie po postrzale.

– By ła w szpitalu w Oksfordzie, ale została uprowadzona, gdy  wieziono j ą do angielskiej  bazy

lotniczej , skąd m iała wrócić do Stanów.

– Kto j ą dopadł? Gdzie ona teraz j est?

–  Według  inform acj i,  j akie  posiada  Jones,  przewieziono  j ą  sam olotem   do  Dży zaku,  m iasta

położonego  dość  blisko  naszego  pierwotnego  m iej sca  przeznaczenia  w  Górach  Molguzar  –

odrzekła Dilj a. – Kazał nam  udać się do Dży zaku i j ą odbić.

– Co takiego? – powiedział Oskar z oburzeniem . – Jestem  geologiem . Nie będę nadstawiał karku,

bo j akaś lekkom y ślna agentka FBI dała się porwać.

Ruchem ,  który   zaskoczy ł  nawet  j ego  sam ego,  Storm   chwy cił  Oskara  za  koszulę,  poderwał  go

z podłogi i uderzy ł j ego głową o stół, twarzą do m apy.

– Mówisz o m oj ej  partnerce – wy cedził. – Ona nie j est lekkom y ślna i pój dziem y  j ą uratować.

Czy  to j asne?

– Proszę, puść Oskara – odezwała się Dilj a beznam iętnie.

Storm  poluzował uchwy t i Rosj anin się podniósł. By ł wy raźnie zły.

– Dotknij  m nie j eszcze raz, a cię zabij ę – wy rzucił z siebie.

– Czy m ? – spy tał Casper. – Kawałkiem  skały ? – Sięgnął ręką do pasa, wy ciągnął z pochwy  nóż

i wy rzucił go w powietrze w taki sposób, że nóż się obrócił, a Casper złapał broń za ostrze. – Mogę

ci go poży czy ć, j eśli m y ślisz, że j esteś w stanie go dopaść.

Oskar spoj rzał na wy ciągnięty  w j ego stronę nóż, a potem  na Storm a.

– Ha, dokładnie tak j ak m y ślałem  – skom entował Casper, chowaj ąc nóż za pas. – Wiedziałem ,

że nie m asz j aj . – Popatrzy ł na Dilj ę i m ówił dalej : – Ale ten kom uch m a racj ę. Zwerbowano nas

do pom ocy  w odnalezieniu zaginionego złota. Jeśli ta dziwka z FBI potrzebuj e ratunku, to dlaczego

Jones nie wy śle m arines?

– My  j esteśm y  naj bliżej  – odparła.

– I j esteśm y  niewy kry walni – dodał Storm .

– Masz na m y śli zbędni – sarknął Casper.

–  Ta  kobieta  wie,  gdzie  j est  złoto  –  m ówiła  Dilj a.  –  Jeśli  wy j awi  im   to,  zanim   zdołam y   j ą

uratować, m ożem y  wej ść prosto w pułapkę.

– W takim  razie m usim y  albo j ą uratować, albo uciszy ć – odparł Casper.

background image

– Uratuj em y  j ą – rzucił Storm  stanowczo. – Nikt nie zrobi j ej  krzy wdy.

Casper oparł dłoń na rękoj eści noża i powiedział:

– Ja nie j estem  j ak nasz m ały  kom unisty czny  kolega, chłoptasiu. Chwy ć m nie ty lko za koszulę

i przy ciśnij  m oj ą głowę do stołu, a j a się odwinę z rozm achem . Zrobię ci taką pam iątkę, j aką m a

nasza uzbecka księżniczka.

– Wy  dwaj , m oże dacie sobie po m ordzie i będziecie m ieli to z głowy ? – zaproponowała Dilj a.

–  To  nie  j est  dem okracj a.  Jones  wy dał  nam   rozkaz  i  wszy scy   m usim y   go  słuchać,  z  różny ch

przy czy n.

Casper zdj ął rękę z noża i zapy tał:

– Gdzie oni trzy m aj ą tę dziwkę?

Dilj a stuknęła palcem  w m apę.

–  To  j est  m iasto  Dży zak.  Jones  zorganizował  transport  i  urządzenie  śledzące  z  nawigacj ą

satelitarną, które będą na nas czekać po drugiej  stronie gór, gdy  przekroczy m y  j utro rano granicę.

Powiedział,  że  m am y   uży ć  GPS-a,  aby   dostać  się  do  m iej sca,  gdzie  przetrzy m uj ą  tę  kobietę.

Gdy  tam  dotrzem y, m am  przekazać dowództwo Casperowi.

– Casperowi? – zapy tał Storm  z niedowierzaniem .

–  Tak  –  odpowiedziała  stanowczo.  –  Jones  wy rażał  się  niezwy kle  j asno.  Gdy   będziem y

w  Dży zaku,  m am y   nie  próbować  dzwonić  ani  kontaktować  się  w  j akikolwiek  sposób  z  agencj ą,

gdy ż  nasze  sy gnały   zostaną  przechwy cone  przez  władze  uzbeckie.  Jones  powiedział,

że do Caspera należy  opracowanie planu uratowania agentki Showers.

–  Naj wy raźniej   Jones  nie  chce,  aby ś  schrzanił  tę  akcj ę  ratunkową,  tak  j ak  to  zrobiłeś

w Tangierze – stwierdził Casper.

Storm owi udało się poham ować, chociaż wszy stko się w nim  gotowało.

– Naj pierw uratuj em y  Showers, a potem  wy ruszam y  po złoto – powiedziała Dilj a.

– Zakładaj ąc, że ona j eszcze ży j e – wtrącił się Oskar.

Casper wy szczerzy ł się w uśm iechu, dem onstruj ąc brak przedniego zęba.

– Lepiej  bądź dla m nie m iły, chłoptasiu. Los twoj ej  dziewczy ny  j est teraz w m oich rękach.

– Zgadza się, i ty m  razem  lepiej  zaplanuj  doskonałą akcj ę ratunkową.

Storm  by ł poważnie zaniepokoj ony. Nie m artwił się o siebie, ale o Showers. Nie chciał nawet

m y śleć o ty m , co m ogło się z nią dziać w tej  chwili.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

 

G

dzie ona j est?

April  Showers  leżała  nieruchom o.  Nie  chciała,  aby   pory wacze  wiedzieli,  że  oprzy tom niała.

Musiała ocenić sy tuacj ę. Ile czasu m inęło, odkąd została uprowadzona w Anglii? Jak długo by ła

pod  wpły wem   środka  usy piaj ącego?  Przez  wpółprzy m knięte  oczy   uważnie  zbadała  otoczenie.

W  niewielkim   pom ieszczeniu  niewiele  by ło  widać,  ale  nic  nie  wskazy wało  na  to,  żeby   ktoś  j ą

obserwował.  Dobrze.  Otwarła  szeroko  oczy   i  rozej rzała  się  w  poszukiwaniu  kam ery   wideo.  Nie

znalazła żadnej  w zasięgu wzroku.

Kom ora, w której  się znaj dowała, by ła zim na i wilgotna. Ze środka betonowego sufitu zwisała

niskowatowa  żarówka.  Ściany   też  by ły   zrobione  z  betonu.  W  j edny m   kącie  widniała  m etalowa

rura i szlauch owinięty  wokół stalowego wieszaka przy twierdzonego do ściany. Z wy sokiego sufitu

zwisały  haki rzeźnickie i zdała sobie sprawę, że j est przetrzy m y wana w pom ieszczeniu, w który m

zarzy nano  zwierzęta.  Panuj ący   tu  sm ród  potwierdził  j ej   podej rzenia.  Gnij ąca  m ieszanka  stu

cuchnący ch  odorów.  Na  j ej   skórze  siadały   m uchy.  Kiedy   próbowała  j edną  pacnąć,  j ej   prawe

ram ię  przeszy ł  nagły   ból.  W  otępieniu  wy wołany m   narkoty kiem   zapom niała  o  ranie

postrzałowej . Dotknęła  swoj ego ram ienia.  Ktoś opatrzy ł  j e świeży m   bandażem . Jej   prawa  ręka

zwisała z boku. Mogła nią ruszać, ale nie bez ogrom nego bólu i j edy nie w ograniczony m  zakresie.

Miała na sobie te sam e dżinsy  i T-shirt, które założy ła, gdy  opuszczała szpital. Zginęła gdzieś ty lko

j ej   czapka  bej sbolowa.  Na  szy i  wciąż  wisiał  tem blak.  Pom agaj ąc  sobie  lewą  ręką,  wsunęła

do niego prawy  nadgarstek. Trochę lepiej .

Usiadła,  podpieraj ąc  się  lewą  ręką.  Leżała  na  cienkim   m ateracu  poplam iony m   krwią

i  śm ierdzący m   ury ną.  Prawą  kostkę  u  nogi  otaczała  skórzana  obroża.  Wiązanie  by ło

przy m ocowane  do  krótkiego  półm etrowego  łańcucha,  przy twierdzonego  na  stałe  do  podłogi.

Gdy by   m iała  nóż,  m ogłaby   przeciąć  obrożę.  Ale  nie  dałaby   rady   przerwać  łańcucha.

Do  pom ieszczenia  prowadziło  ty lko  j edno  wej ście  i  m iało  ono  bardzo  solidne  drzwi.  Nie  by ło

żadny ch okien. Ucieczka stąd będzie trudna.

Podciągnęła nogi do piersi. Kiedy  oni przy j dą? Zupełnie straciła poczucie czasu i bardzo j ą to

denerwowało. Czy  teraz by ła noc, czy  dzień? Czy  oni spali?

background image

Showers  nigdy   nie  by ła  cierpliwą  osobą  i  po  kilku  m inutach  bezskutecznego  polowania

na  m uchy   i  zastanawiania  się,  co  będzie  dalej ,  zdecy dowała,  że  czas  przej ąć  kontrolę  nad

sy tuacj ą. Krzy knęła więc, wy zwalaj ąc narastaj ącą w niej  furię.

– Tutaj  j estem ! Chodźcie do środka!

Czekała, nasłuchuj ąc. Żadnej  reakcj i. Ty lko cisza. Postanowiła więc spróbować j eszcze raz.

– Hej ! – zawołała. – Zacznij m y  tę im prezę!

Dalej  żadnej  odpowiedzi.

Nie  m ogła  wiedzieć,  że  zaledwie  kilka  m etrów  dalej   znaj dował  się  Hasan  Sadikow,  który

siedział na składany m  krześle na zewnątrz pokoj u. Plecam i opierał się o drzwi i pochłonięty  by ł

lekturą.

Książki by ły  dla Hasana ucieczką. Nie zwracał uwagi na krzy ki Showers i skupił się na powieści.

Chciał przeczy tać j eszcze trzy dzieści stron, zanim  będzie m usiał przerwać i j ą przesłuchać. Takie

oczekiwanie  m ogło  okazać  się  bardzo  przy datne.  Robił  to  j uż  przedtem   wiele  razy   i  za  każdy m

razem   odkry wał,  że  niepewność  by ła  dla  j ego  ofiar  bardzo  niekom fortowa.  Wy obraźnia  m oże

by ć  o  wiele  gorsza  od  rzeczy wistości,  zwłaszcza  dla  ludzi  Zachodu.  Naoglądali  się  za  dużo

horrorów.

Hasan  dawał  też  Showers  nauczkę.  Chciał,  żeby   zrozum iała,  że  nie  m a  żadnej   kontroli  nad

swoj ą obecną sy tuacj ą. By ła całkowicie na j ego łasce.

Zanim   skończy ł  czy tać  i  włoży ł  książkę  do  znoszonej   sakwy,  którą  przy niósł  z  sobą,  w  rzeźni

zapanowała  cisza.  Naj wy ższy   czas  zabrać  się  do  pracy.  Wstał,  odry glował  drzwi,  złoży ł

m etalowe krzesło, na który m  wcześniej  siedział, podniósł sakwę i wniósł to wszy stko do środka.

Gdy  wszedł, Showers wciąż trzy m ała głowę przy ciśniętą do kolan. Szy bko opuściła nogi.

– My ślę, że powinniśm y  rozm awiać po angielsku – powiedział uprzej m ie na powitanie. Zbliży ł

się do niej , rozłoży ł krzesło i usiadł na nim . W oczach Showers Hasan z wy glądu niczy m  się nie

wy różniał.  By ł  to  m ężczy zna  w  średnim   wieku,  średniego  wzrostu,  z  brzuchem   przelewaj ący m

się  przez  pasek  od  spodni.  Przy pom inał  j ej   facetów,  który ch  widuj e  się,  j adąc  autobusem

do pracy, albo chodzący ch z dziećm i na zakupy. Mógł by ć kim kolwiek.

–  By łem   w  Stanach  Zj ednoczony ch  –  oznaj m ił,  uśm iechaj ąc  się.  –  Nowy   Jork,  Waszy ngton,

no i oczy wiście Orlando. By ła pani w Disney landzie?

– W Disney  World – poprawiła go. – Disney land j est w Anaheim  w Kalifornii. W Orlando j est

Disney  World.

Przej echał prawą ręką po czarny ch włosach. Pokręcił szy j ą, obracaj ąc głowę z j ednej  strony

na drugą, zupełnie j akby  by ł bokserem  rozgrzewaj ący m  się przed walką.

background image

– Chciałaby m  skorzy stać z toalety  – oznaj m iła Showers. Sprawdzała go.

Zam ilkł, rozważaj ąc j ej  prośbę, po czy m  powiedział:

– Jestem  rozsądny m  człowiekiem . – Zawołał coś w obcy m  j ęzy ku i do środka wszedł m łodszy

m ężczy zna. – Przy nieś wiadro.

– Wolałaby m  pój ść do łazienki – powiedziała Showers.

–  Oczy wiście,  że  by   pani  wolała,  ponieważ  wtedy   m ogłaby   pani  spróbować  ucieczki  z  tego

pom ieszczenia. Ale wiadro będzie m usiało wy starczy ć.

Pom ocnik postawił j e obok krzesła Hasana, a ten przesunął j e stopą w j ej  kierunku.

– Może to pani zrobić tutaj , j a poczekam  – rzekł. – Mogę nawet odwrócić głowę.

Biorąc pod uwagę, j ak wielkim  problem em  by ło dla niej  odpięcie spodni w toalecie na stacj i

benzy nowej   w  Anglii,  Showers  zdecy dowała  się  zaczekać.  Kopnęła  wiadro  z  powrotem   w  j ego

stronę.

– Nie uży j ę tego.

Wzruszy ł ram ionam i.

To by ła próba sił, którą j ak widać m iała przegrać.

–  Kiedy   by łem   w  Stanach  Zj ednoczony ch  –  m ówił  dalej   Hasan  –  wielokrotnie  sły szałem

j edno  zdanie:  „Mam   dobrą  i  złą  wiadom ość”.  –  Wy szczerzy ł  zęby   w  uśm iechu,  naj wy raźniej

zadowolony   z  siebie,  po  czy m   konty nuował:  –  Dobra  wiadom ość  j est  taka,  że  nie  j estem

brutalem .  Nie  j estem   terrory stą.  Nie  m am   zam iaru  przetrzy m y wać  pani  w  niewoli  przez  całe

lata  dla  okupu  albo  poświęcić  pani  na  chwałę  Allachowi.  Jeśli  to  m a  j akieś  znaczenie,  zostałem

wy chowany  w wierze prawosławnej .

– I naj wy raźniej  przespałeś szkółkę niedzielną.

– Cięty  dowcip – stwierdził. – Podoba m i się. To sprawia, że m oj a praca j est wy zwaniem .

Położy ł  sakwę  na  m asy wny ch  kolanach  i  wy j ął  stary   m odel  dy ktafonu  m arki  Panasonic

na m ikrokasety. Upewniwszy  się, że w środku j est taśm a, włączy ł go i położy ł na podłodze.

–  Moi  pracodawcy   będą  chcieli  wiedzieć  dokładnie,  co  pani  do  m nie  m ówiła  i  j ak  to  pani

powiedziała. Zostałem  wy naj ęty, aby  m ieli pewność, że m ówi pani prawdę.

Hasan wy trząsnął papierosa z twardego pudełka i poczęstował j ą.

– Nie palę – odm ówiła.

– Ja też nie. Obrzy dliwy  nałóg – odparł, zapalaj ąc papierosa i powoli wy puszczaj ąc dy m .

Jego zaprzeczenie nie m iało sensu i Showers zaczęła się zastanawiać, czy  z wy czerpania plączą

j ej   się  m y śli.  Nagle  Hasan  pochy lił  się  do  przodu  i  przy tknął  płonący   czubek  papierosa  do  j ej

szy i. Krzy knęła i szarpnęła się do ty łu, gdy  zapach spalonego ciała dotarł do j ej  nozdrzy.

background image

Oparł  się  z  powrotem   na  krześle  i  zaciągnął  się  papierosem ,  dopóki  j ego  czubek  znowu  nie

zapłonął.

– A teraz zła wiadom ość – powiedział twardo. – Sprawię ci j eszcze więcej  bólu niż to.

Showers oddy chała gwałtownie.

– Chy ba nigdy  nie by ła pani przesłuchiwana – stwierdził. – Ale sądzę, że m y ślała pani o ty m .

Każdy   o  ty m   m y śli.  Czy   uda  m i  się  nie  zdradzić?  Czy   pęknę?  To  py tanie  zadaj e  sobie  głupiec.

A wie pani dlaczego?

Potrząsnęła przecząco głową.

–  Ponieważ  wszy scy   w  końcu  pękaj ą.  Pękaj ą  albo  um ieraj ą.  Jedy ną  prawdziwą  niewiadom ą

j est  to,  ile  czasu  potrzeba,  żeby   powiedziała  m i  pani  prawdę.  Dla  m nie  to  nie  m a  znaczenia.

Minuta, godzina, m oże cały  dzień. Ale dla pani to będzie m iało ogrom ne znaczenie. – Popatrzy ł

na  czerwoną  końcówkę  papierosa  i  pochy lił  się  do  przodu.  Showers  insty nktownie  się  cofnęła.

Bły snął wy szczerzony m i pożółkły m i zębam i.

– Proszę m i powiedzieć, czy  lubi pani czy tać? – zapy tał.

Kiwnęła głową twierdząco.

–  To  dobrze  –  odparł.  –  Ja  kocham   literaturę.  Codziennie  staram   się  przeczy tać  j edną  książkę.

Robię  to,  odkąd  skończy łem   sześć  lat.  Robię  to,  ponieważ  chcę  się  uczy ć.  Cały   czas  próbuj ę

udoskonalić  swój   um y sł,  a  czy tanie  pom aga  w  rozwiązy waniu  problem ów.  Czy   kiedy kolwiek

czy tała pani „Jeden dzień Iwana Denisowicza” Sołżenicy na? Nie? To ważna książka, bardzo ważna

książka  o  ży ciu  w  radzieckim   łagrze,  gdzie  ludzie  by li  m altretowani.  Gdy by   j ą  pani  czy tała,  to

m oże dowiedziałaby  się z niej  pani czegoś, co teraz m ogłoby  by ć przy datne.

Milczała.

–  Wie  pani,  co  powiedział  Sołżenicy n  o  Am ery kanach  po  ty m ,  j ak  wy em igrował  ze  Związku

Radzieckiego i przez wiele lat m ieszkał w waszy m  kraj u? Powiedział, że Am ery kanom  brakowało

kręgosłupa m oralnego, aby  pokonać kom unizm . Powiedział, że nie starczy ło wam  odwagi.

Wzięła głęboki oddech i odparła:

–  Może  nie  zauważy łeś,  ale  zim na  woj na  skończy ła  się  j akiś  czas  tem u  i  m y   wciąż  trwam y,

w przeciwieństwie do kom unizm u.

– Bezczelna. Lubię to. Wy zwanie.

Przez ten czas j ego papieros się wy palił, rzucił więc niedopałek na podłogę i przy deptał. Sięgnął

do sakwy  i wy j ął z niej  zwój  ciężkiego białego sznura.

Przy glądała m u się uważnie.

–  Nie  bez  powodu  wspom niałem   o  książkach  –  powiedział.  –  To  dlatego,  że  uważam ,  iż  każdy

background image

człowiek  powinien  dąży ć  do  doskonalenia  się  w  wy branej   profesj i.  Weźm y   na  przy kład  m oj ą

dziedzinę. Mógłby m  uży wać ty ch sam y ch technik za każdy m  razem , gdy  kogoś przesłuchuj ę, ale

j ak  wtedy   m ógłby m   się  doskonalić?  Dlatego  zawsze  szukam   czegoś  bardziej   skutecznego.  Jak

na przy kład ten sznur. Czy  wie pani, j ak wiele j est sposobów, na które m ożna związać ludzkie ciało,

aby  spowodować ogrom ny  ból?

Nie odpowiedziała.

– Japończy cy  wprowadzili więzy, sznury  i ból do swoich zwy czaj ów seksualny ch. Nazy waj ą to

Kinbaku albo Sokubaku – zniewolenie seksualne przy  uży ciu sznurów. Wiedziała pani o ty m ?

W dalszy m  ciągu m ilczała. Popisy wał się.

Znowu się wy szczerzy ł w uśm iechu i spy tał:

– O co chodzi? Zapom niałaś j ęzy ka w gębie, j ak wy  to m ówicie? Czy  też powiedziałem  coś nie

tak?  –  Położy ł  sznur  na  podłogę  i  wy j ął  z  torby   nowy   przedm iot.  By ły   to  dwie  ży łki  kabla

elektry cznego. – Elektrowstrząsy, zwłaszcza stosowane na inty m ny ch częściach ciała, m ogą by ć

niezwy kle  bolesne,  ale  to  wie  każdy,  kto  ogląda  telewizj ę.  Wy obraźnia  nie  wchodzi  tu  w  grę.  To

prozaiczna tortura. – Odłoży ł kabel i powiedział: – Widzi pani, taki profesj onalista j ak j a próbuj e

dopasować  różne  narzędzia,  j akie  m a  do  dy spozy cj i,  do  wy j ątkowej   osobowości  człowieka,

którego  przesłuchuj e.  Do  m nie  należy   znalezienie  naj właściwszego  bodźca,  dzięki  którem u

zy skam  pewność, że powie m i pani to, co m uszę wiedzieć. Powinna by ć pani wdzięczna, że nie

j estem  j akim ś brutalem , ale prawdziwy m  fachowcem , ponieważ w rzeczy  sam ej  wy świadczam

pani  przy sługę.  To  niewiary godne,  ile  bólu  m ogą  znieść  niektórzy   ludzie,  ale  m ogę  tego  pani

oszczędzić. Wy starczy, że dowiem  się, czego się pani naj bardziej  boi, i wy korzy stam  tę wiedzę.

To  szy bsze  i  bardziej   hum anitarne,  naprawdę.  Zatem   wy świadczę  pani  przy sługę.  Poważnie,

powinna m i pani podziękować.

– Podziękuj ę ci, j eśli odczepisz ten łańcuch i m nie wy puścisz – odrzekła.

Popatrzy ł Showers w oczy  i się uśm iechnął.

–  Uży wałem   wszy stkich  rodzaj ów  urządzeń  na  kobietach  takich  j ak  pani  –  powiedział.  –

Krzy czą,  ale  to  sam o  robią  m ężczy źni.  –  Hasan  wy ciągnął  z  sakwy   przezroczy stą  plastikową

torebkę  wy pełnioną  krakersam i.  –  Wy glądaj ą  sm akowicie,  prawda?  –  spy tał.  –  Zupełnie  nie  j ak

narzędzie tortur. Jest pani głodna? – Otworzy ł torebkę i wziął ciastko do ust. – Ale we właściwy ch

rękach,  kogoś,  kto  zna  się  na  rzeczy...  Zdradzę  pani  coś  w  sekrecie.  –  Potrząsnął  torebką.  –  Jeśli

włożę  pani  na  głowę  tę  torbę  i  zgniotę  w  niej   trochę  krakersów,  w  końcu  będzie  m usiała  pani

wciągnąć j e do płuc i te okruchy  podrapią pani wnętrzności. Zacznie pani pluć krwią. – Dokończy ł

krakersa  i  odłoży ł  torebkę  na  podłogę.  –  I  co,  dalej   j est  pani  głodna?  –  Następnie  wy j ął  z  torby

noży ce ze stali nierdzewnej . – Okaleczenie, odcinanie palców u rąk i stóp albo narządu płciowego

background image

m ężczy zny  m oże by ć bardzo skuteczne. Oszpecenie przeraża ludzi – szczególnie kobiety  – i j est

żałośnie  łatwe.  Odcięcie  ręki  albo  stopy.  Wy dłubanie  oka.  Przecięcie  policzka.  Czy   kiedy kolwiek

czuła pani zapach własnego palonego ciała...? Ach tak, przed chwilą. – Ponownie się uśm iechnął

i  dodał:  –  To  wy m aga  ty lko  naczy nia  z  benzy ną  i  zapałki.  –  Um ieścił  noży ce  w  rzędzie,  który

starannie  tworzy ł  na  podłodze.  Następnie  wy j ął  z  torby   drewnianą  pałkę.  –  Bicie  ludzi  j est

przy puszczalnie naj bardziej  prostacką form ą perswazj i, i naj częściej  spoty kaną.

Zdała  sobie  sprawę,  że  pokazuj e  j ej   te  wszy stkie  narzędzia  nie  ty lko  po  to,  aby   j ą  zastraszy ć,

ale także żeby  obserwować j ej  reakcj ę.

–  Jestem   w  błędzie  –  powiedział  złowrogo.  –  Tak  j ak  wtedy,  kiedy   powiedziałem   Disney land,

a  m iałem   na  m y śli  Disney   World.  Widzi  pani,  bicie  m oże  by ć  powszechną  form ą  tortur,  ale

m ożna  by   się  spierać,  czy   inna  prakty ka  nie  j est  stosowana  równie  często  w  aresztach

i więzieniach. Wy korzy sty wanie seksualne. Gwałt.

– Usły szałam  j uż dosy ć – odezwała się Showers. – Jesteś wielkim , dzielny m  m ężczy zną z m ałą

torbą  przerażaj ący ch  narzędzi,  zwłaszcza  j eśli  m asz  przed  sobą  przy kutą  do  podłogi  kobietę

z niesprawną ręką. Jeśli wpadniesz w kłopoty, wy starczy, że wezwiesz swoich zbirów z zewnątrz.

Ale  m nie  nie  oszukasz.  Przej rzałam   cię.  Zwy kły   z  ciebie  sady sty czny   m ały   zboczeniec,  robal

i ludzki śm ieć, którego podnieca znęcanie się nad bezbronny m i ludźm i. Czy  to sprawia, że czuj esz

się ważny ? Czuj esz się silny ?

Patrzy ła,  j ak  policzki  Hasana  pokry waj ą  się  rum ieńcem .  W  akadem ii  FBI  uczono  j ą,

że w sy tuacj i, gdy  agent m a do czy nienia z wrogim  świadkiem , ważne j est, aby  przej ąć kontrolę

nad przesłuchaniem , a potem  zarówno zastraszy ć świadka, j ak i się z nim  zaprzy j aźnić. Teraz ona

by ła  po  drugiej   stronie.  By ła  świadkiem   i  podej rzewała,  że  Hasan  nie  czy tał  tego  sam ego

podręcznika ani nie m iał zam iaru grać według reguł FBI.

– Torturowanie ciebie sprawi m i ogrom ną przy j em ność – powiedział.

– Dokładnie tego się spodziewałam  po takiej  gnidzie j ak ty  – odrzekła.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

 

– Dalej  nie poj edzie – oznaj m ił Storm .

Dilj a  wcisnęła  pedał  gazu  range  rovera  i  silnik  sam ochodu  zawy ł,  ale  nawet  przy   napędzie

na cztery  koła i zdolności pokony wania wzniesień SUV osiągnął koniec swoich m ożliwości. Dilj a

wy łączy ła silnik, zostawiła kluczy ki w stacy j ce i oznaj m iła oczy wisty  fakt:

– Stąd idziem y  na piechotę.

Cała  czwórka  przeszła  do  ty lny ch  drzwi  poj azdu,  żeby   zabrać  swoj e  rzeczy.  Wszy scy   m ieli

na  nogach  buty   do  wspinaczki  i  by li  zaopatrzeni  w  broń  ręczną.  Oprócz  plecaka  Casper  niósł

zarzuconą  na  ram ię  strzelbę  kalibru  12  m m ,  Dilj a  m iała  karabin  snaj perski,  a  Storm   by ł

uzbroj ony  w kałasznikowa. Oskar niósł torbę z różnego rodzaj u wy posażeniem  geologiczny m .

– Jak daleko j est do przej ścia granicznego? – zapy tał Storm .

– Ty lko pięć kilom etrów – odparła. – Nie m usim y  wspinać się na szczy t ty ch gór. Jest ścieżka,

która  j e  przecina,  ale  doj ście  do  niej   zaj m ie  nam   j akieś  dwie  godziny   ze  względu

na ukształtowanie terenu. Ważne, żeby  wszy scy  patrzy li pod nogi.

– Za j aki czas będziem y  w Dży zaku? – py tał dalej  Storm .

– Dotrzem y  tam  przed zm ierzchem .

–  To  da  im   dużo  czasu  na  przesłuchanie  twoj ej   dziewczy ny   –  powiedział  Casper,  prowokuj ąc

go.  –  Może  też  zrobią  ładną  m ałą  bliznę  na  j ej   twarzy,  po  ty m ,  j ak  puszczą  j ą  w  obieg  niczy m

butelkę.

– Za dużo gadasz – odrzekła Dilj a. – Oszczędzaj  oddech na wspinaczkę.

– Są tam  pogranicznicy ? – spy tał Oskar.

–  Rzadko  zdarzaj ą  się  patrole.  Granica  w  ty ch  górach  m a  ty le  kilom etrów,  że  niem ożliwością

j est pilnowanie każdego przej ścia.

Dilj a  prowadziła.  Oskar  zaczął  iść  zaraz  za  nią,  zaś  Casper  i  Storm   zawahali  się,  który   m a  iść

pierwszy.

– Proszę bardzo, słodziutki – powiedział szy derczo Casper.

Storm  potrząsnął przecząco głową. Nie chciał m ieć Caspera za sobą i Casper o ty m  wiedział.

background image

Zachichotał i poszedł za Oskarem , zostawiaj ąc Storm a z ty łu.

Nie  by ło  żadnego  konkretnego  szlaku  i  zbocze  wkrótce  zrobiło  się  strom e,  ale  nie  na  ty le,  aby

m usieli  iść  związani  liną.  Szczy ty   gór  pokry wał  głęboki  śnieg,  którego  unikali,  j eśli  ty lko  by ło  to

m ożliwe.  Po  j akiej ś  półgodzinie  wędrówki  doszli  do  usy piska  luźny ch  skał,  na  które  m usieli  się

wspiąć. Wy m agało to uży cia rąk, j ako że wspinali się na postrzępione skały  na czworakach. Dilj a

z  łatwością  wdrapy wała  się  po  tej   nawierzchni,  ale  Oskar  stracił  oparcie  dla  stóp  i  kilkanaście

kawałków  skały   wielkości  pięści  poleciało  za  nim   w  dół  po  zboczu,  o  m ały   włos  nie  trafiaj ąc

Caspera i Storm a.

– Przepraszam ! – zawołał do nich.

Casper  szpetnie  zaklął,  a  Storm   pożałował  naty chm iast  swoj ej   decy zj i,  żeby   trzy m ać  się

na  końcu.  Wiedział,  co  się  stanie.  Chwilę  później   uchy lał  się  przed  następny m   kawałkiem   skały,

który  koziołkował w kierunku j ego twarzy. Za nim  spadł następny, większy  kam ień, który  prawie

się o niego otarł.

– Ups – powiedział Casper. – Moj a wina.

Kiedy  doszli do usy piska, ruszy li ścieżką kozic, która wkrótce zawiodła ich do przecinki m iędzy

góram i. Powietrze by ło rozrzedzone i wszy scy  z trudem  łapali oddech. Nagle Dilj a podniosła rękę

i  wszy scy   się  zatrzy m ali.  Przy kucnęła,  a  oni  za  nią.  Jakieś  trzy sta  m etrów  przed  sobą  zobaczy li

dwóch  m ężczy zn  w  m undurach  uzbeckiej   straży   granicznej .  Obaj   by li  uzbroj eni  w  broń

autom aty czną. Palili papierosy  i rozm awiali.

Skulony  w kucki Casper przy sunął się do Dilj i.

–  Daj   m i  M24  –  powiedział,  m aj ąc  na  m y śli  am ery kański  karabin  snaj perski,  który   niosła.  –

Zabij ę ich.

– Jest ich dwóch – odrzekła.

– I co z tego? Zdej m ę drugiego, zanim  się zorientuj e, co się stało z j ego kum plem .

– Nie – zaprotestowała stanowczo. – Możesz chy bić. Jeden z nich m oże uciec. Zaczekam y.

– Ja nigdy  nie chy biam  – odparł Casper. – A oni m ogą tu stać kilka godzin.

–  Z  j akiego  powodu?  –  zapy tała.  –  To  j est  dla  nich  ruty nowy   postój .  Ta  ścieżka  j est  dobrze

znana. Zaczekam y.

Casper  wy dał  z  siebie  zdegustowany   pom ruk  i  wrócił  w  pobliże  Storm a.  Usiadł,  opieraj ąc  się

plecam i o skałę i przy m knął oczy, ale nie m ógł się powstrzy m ać od prowokowania Storm a.

– Tik-tak,  tik-tak  –  powiedział  szeptem .  –  Każda  m inuta,  j aką  tracim y,  tkwiąc  tutaj ,  to  dla  nich

kolej na m inuta, aby  zabawiać się z twoj ą przy j aciółką. Może ty lko wy rwą j ej  paznokieć, a m oże

obetną j ej  cały  palec albo nawet rękę. Jak ci się podoba przezwisko „Kikutek”?

background image

Storm   przesunął  się  wy żej ,  do  m iej sca,  gdzie  Dilj a  obserwowała  strażników  przez  lornetkę,

którą podała m u naty chm iast, gdy  się zbliży ł.

– Liczy  się każda chwila – przy pom niał j ej  Storm .

–  Ci  dwaj   m ężczy źni  wchodzą  w  skład  dwunastoosobowej   druży ny.  Jeżdżą  ciężarówką

do  naj bardziej   uczęszczany ch  przej ść  graniczny ch,  a  potem   rozchodzą  się  w  poszukiwaniu

przem y tników  narkoty ków  i  nielegalny ch  im igrantów.  Jeśli  Casper  ich  zastrzeli,  ich  towarzy sze

dowiedzą się o ty m . Nie ocalim y  twoj ej  przy j aciółki, j eżeli nas odkry j ą.

Storm   widział  przez  lornetkę,  j ak  j eden  ze  strażników  rzuca  na  ziem ię  niedopałek  papierosa.

Potem  strażnik odwrócił się i razem  z towarzy szem  zaczęli oddalać się od przej ścia.

–  Poczekam y   j eszcze  piętnaście  m inut,  żeby   dołączy li  do  reszty   i  odj echali.  Potem

przekroczy m y   granicę  z  Uzbekistanem .  Mam   ty lko  nadziej ę,  że  strażnicy   nie  odkry li  naszego

nowego  poj azdu  ukry tego  po  drugiej   stronie  granicy.  Z  ty ch  gór  do  naj bliższego  m iasta  j est

bardzo daleko.

Storm   pom y ślał  o  Showers.  Sam a,  przesłuchiwana  w  Dży zaku.  Nie  by ł  człowiekiem

religij ny m ,  ale  pom odlił  się  w  duchu,  aby   czekał  na  nich  sam ochód  i  aby   Showers  wciąż  ży ła,

gdy  do niej  dotrą.

Po kilku m inutach przedziwna czwórka przeszła ostrożnie przez granicę i wąską ścieżką zaczęła

schodzić z góry. Droga w dół okazała się o wiele trudniej sza niż wspinaczka. Tracili równowagę,

przez co zbaczali na krawędź ścieżki i by li zm uszeni do stawiania szy bkich, drobny ch kroków, co

m ogło się skończy ć fatalny m  upadkiem .

Szukali wzrokiem  pograniczników, ale nie widzieli żadnego z nich.

–  Tam !  –  zawołała  Dilj a  po  upły wie  około  godziny   i  wskazała  ręką  na  kępę  drzew.  Storm

dostrzegł  odbicie  słońca  w  przedniej   szy bie  chevroleta  z  napędem   na  cztery   koła.  Gdy   doszli

do niego, zrzucili ekwipunek i zatrzy m ali się, aby  złapać oddech.

Oskar  zniknął  m iędzy   drzewam i  za  potrzebą.  Casper  studiował  m apę  pozostawioną  wewnątrz

SUV-a  razem   z  podręczny m   satelitarny m   GPS-em .  W  ten  sposób  Storm   i  Dilj a  zostali  sam i.

Podeszli  do  dużej   skały   wznoszącej   się  nieopodal,  gdzie  Dilj a  napiła  się  wody,  a  potem   podała

m anierkę Storm owi.

– Pięknie tutaj  – powiedziała, przebiegaj ąc wzrokiem  m alownicze równiny, które rozciągały  się

przed nim i cały m i kilom etram i ze wzniesienia.

Storm  wiedział, że nie powinien o to py tać, ale nie m ógł się powstrzy m ać.

– Dlaczego związałaś się z Jonesem ?

–  Kiedy   rozpadł  się  Związek  Radziecki,  ponad  dwa  m iliony   Rosj an  wróciło  do  Rosj i,  bo

wiedzieli, co się stanie, j eśli tutaj  zostaną. Ale uzależniliśm y  się od ich subwencj i i powstał chaos.

background image

Ludzie  głodowali.  Mój   kraj   zam ieszkuj ą  w  przeważaj ącej   większości  m uzułm anie  wy znania

sunnickiego.  Związana  z  Al-Kaidą  grupa  Dżihad  zaczęła  wkrótce  organizować  tu  ataki

terrory sty czne, gdy ż nasz rząd zaprzy j aźnił się z Am ery kanam i. Moi rodzice, m ąż i córka zginęli

w  zam achu  bom bowy m   w  kawiarni.  Chciałam   um rzeć,  ale  przedtem   chciałam   zabić  tak  wielu

terrory stów, j ak to ty lko m ożliwe. Znaleźli m nie ludzie Jonesa. Pom ogli m i przeniknąć do grupy

Dżihad.

W  j ej   ustach  brzm iało  to  bardzo  prosto  –  tak  j ak  zapisanie  się  do  grupy   Terrory ści  101.  Ale

Storm   wiedział  swoj e.  Znał  grupę  Dżihad  i  m iał  świadom ość,  że  to  naj bardziej   taj em nicza

i  zabój czo  groźna  ze  wszy stkich  organizacj i  ekstrem isty czny ch.  To  z  powodu  j ednego

z przy wódców grupy  Dżihad, ekstrem isty  znanego j ako Żm ij a, Storm  został wy słany  do Tangieru.

Jones  potrzebował  Storm a,  aby   pom ógł  wy śledzić  Żm ij ę,  gdy ż  CIA  zdoby ło  inform acj e,

że  terrory sta  spoty ka  się  w  Tangierze  z  inny m   agentem   Al-Kaidy.  Miasto  w  północnej   części

Maroka przez całe lata by ło znane j ako bezpieczne schronienie dla szpiegów i terrory stów. Jones

powiedział Storm owi, że gdy  ty lko uda m u się ustalić kry j ówkę Żm ii, agencj a wy śle ludzi, którzy

go  schwy taj ą  lub  zabij ą.  Casper  by ł  częścią  druży ny   m aj ącej   wy konać  to  drugie,  ulokowanej

w  Tangierze  oddzielnie  i  czekaj ącej   na  zielone  światło.  Ale  następnego  dnia  po  ty m ,  j ak  Storm

wy lądował  w  Maroku,  on  i  j ego  ludzie  zostali  wciągnięci  w  zasadzkę.  Zginęli  wszy scy   oprócz

niego. To by ła pułapka i Żm ij a uciekł.

– Znasz grupę Dżihad? – spy tała Dilj a.

– Tak, Żm ij a to prawdziwy  diabeł.

– Oni wszy scy  są tacy.

Oskar wy łonił się z krzaków, a Casper skończy ł studiować m apę.

– Panienki, zam ierzacie tak gadać całe popołudnie czy  j esteśm y  gotowi, aby  iść kogoś zabić? –

zapy tał.

– Dlaczego m usisz by ć taki niem iły ? – spy tała Dilj a.

–  Tak  naprawdę,  Bliznowata,  zachowuj ę  się  naj lepiej ,  j ak  potrafię,  aby   zrobić  na  tobie

wrażenie. – Po czy m  spoj rzał wprost na Storm a i dodał: – Tik-tak, tik-tak.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

 

– Zacznij m y  od naj bardziej  oczy wistego py tania. Gdzie j est złoto? – zapy tał Hasan.

– Jakie złoto? – odpowiedziała py taniem  Showers.

Hasan zachichotał.

–  Więc  tak  będziem y   rozgry wać  nasz  m ały   poj edy nek.  –  Przej rzał  różne  narzędzia  tortur

ułożone  przed  nim   starannie  w  równy m   rzędzie,  a  potem   krzy knął  coś  po  uzbecku.  Do  pokoj u

wbiegło  dwóch  m ężczy zn.  Jeden  przy niósł  składane  m etalowe  krzesło,  które  ustawił  na  wprost

Hasana.  Poderwał  Showers  z  m ateraca  i  zm usił  j ą,  aby   usiadła  na  krześle.  Strażnik  szarpnął

do ty łu j ej  zranione prawe ram ię, co wy wołało przeszy waj ący  ból, ale nie krzy knęła. Następnie

skuł j ej  ręce za oparciem .

Drugi  strażnik  przy niósł  duży   akum ulator  sam ochodowy   z  przewodam i  rozruchowy m i  i  rzucił

go na ziem ię niedaleko j ej  stóp.

– Czy  nie m ówiłeś, że wstrząsy  elektry czne to prozaiczna tortura? – zbeształa go.

– Uznaj  to za grę wstępną – sy knął Hasan. – Będę bardziej  twórczy  w m iarę upły wu wieczoru.

Teraz przy naj m niej  wiedziała, że j est zm ierzch.

Hasan wstał ze swoj ego m iej sca, podszedł do niej , pochy lił się i chwy cił znienacka j ej  prawe

ram ię,  wpy chaj ąc  kciuk  w  ranę.  Showers  krzy knęła  z  bólu.  Wcisnął  palec  j eszcze  raz,

naj wy raźniej  próbuj ąc rozdzielić oboj czy k, który  chirurdzy  w szpitalu pieczołowicie złoży li. Ból

by ł tak intensy wny, a ona tak wy czerpana, że na szczęście straciła przy tom ność.

***

– Langley  m a widok z lotu ptaka na dziurę, w której  zabawiaj ą się z tą dziwką z FBI – oznaj m ił

Casper,  podczas  gdy   Dilj a  prowadziła  SUV-a  w  kierunku  Dży zaku.  –  Wy wiad  m ówi,

że w budy nku j est w tej  chwili czterech ludzi.

– Czterech? – spy tał Oskar.

– Co to za budy nek? – zapy tała Dilj a.

– Rzeźnia – odpowiedział Casper, chichocząc. – Nie wiedziałem , że m uzułm anie j edzą m ięso.

background image

– Muzułm anie prakty kuj ą halal – odrzekła Dilj a. – Nie j em y  wieprzowiny  ani żadnego innego

m ięsa, które m a w sobie krew. Nie pij em y  też alkoholu.

–  Twoj a  strata,  Bliznowata.  Żadnego  tankowania,  które  pom ogłoby   ci  zasnąć  podczas  ty ch

sam otny ch  nocy   –  powiedział  Casper.  –  Może  się  spikniem y   po  tej   m ałej   eskapadzie

i przedstawię cię m oj em u przy j acielowi o im ieniu Jack Daniel’s.

– Czy  to znaczy, że kobiety  uznaj ą cię za pociągaj ącego ty lko wtedy, gdy  są pij ane? – zapy tała.

– Jaki m asz plan ratunkowy ? – odezwał się Storm .

– TPżaG, czy li Tak Prosty, że aż Głupi

[1]

 – odparł Casper, cm okaj ąc Dilj ę w policzek. – Gdy

tam   doj edziem y,  nasz  kolega  naukowiec  zostanie  na  zewnątrz  i  zastrzeli  każdego,  kto  będzie

próbować  wej ść  do  środka,  aby   pom óc  tam ty m .  –  Złapał  w  garść  lufę  strzelby   i  powiedział:  –

Wezm ę z sobą m oj ego m ałego przy j aciela i wy walim y  drzwi.

– Nie m asz C3? – spy tała Dilj a, m aj ąc na m y śli sem teks.

– Nie potrzebuj ę – odrzekł. – Kilka rundek grubego śrutu z dwururki w zawiasy  i m oj e obcasy

wy starczą. I j eszcze zostanie m i trochę na wroga w środku.

– To j est twój  plan? – zapy tała Dilj a. – Strzelić w drzwi i wbiec do środka?

– No cóż, j est trochę bardziej  wy rafinowany. Ten kochaś tutaj  wrzuci do środka kilka granatów

bły skowy ch.  –  W  ten  sposób  odnosił  się  do  Storm a.  –  Kiedy   te  eksploduj ą,  powstanie  bardzo,

bardzo  duży   hałas,  oślepiaj ący   bły sk  i  fala  uderzeniowa,  która  powali  wszy stkich  na  ziem ię,

zupełnie  j akby   stali  tuż  obok  ogrom nego  głośnika  na  koncercie  heavy m etalowy m .  –  Casper

na  chwilę  zam ilkł.  Lubił  by ć  w  centrum   uwagi  i  dowodzić.  –  Przy puszczam ,  że  Bliznowata

częściej   strzelała  z  kałasznikowa  niż  nasz  kochaś  –  konty nuował.  –  Jak  ty lko  rozwalę  drzwi,

a  granaty   oślepią  i  ogłuszą  wszy stkich,  ona  wy strzeli  serię,  która  posłuży   za  kry cie,  zabij aj ąc

wszy stko  na  naszej   drodze.  Wśród  zam ieszania  i  chaosu  wasz  sługa  wtargnie  do  środka

z przeładowaną bronią, a za m ną ona z kałasznikowem  i ten tutaj  kochaś pilnuj ący  ty łów ze swoim

glockiem .  Oczy wiście  nasz  kochaś  będzie  m usiał  uży ć  swoj ej   pukawki,  ponieważ  j edy na

pozostała  broń,  j aką  m am y,  to  M24,  a  ten  na  nic  się  nie  przy da  w  bezpośrednim   starciu.

Zakładam ,  że  potrafisz  strzelać  z  pistoletu,  zgadza  się?  –  Casper  obdarzy ł  Storm a  wzgardliwy m

spoj rzeniem   i  nawet  nie  czekał  na  j ego  odpowiedź.  Zam iast  tego  powiedział:  –  To  i  tak  nie  m a

znaczenia,  gdy ż  Dilj a  i  j a  powinniśm y   dać  radę  zastrzelić  wszy stkie  cztery   cele,  a  ty   i  Oskar

będziecie ty lko na doczepkę. Ocalim y  księżniczkę z FBI i udam y  się po złoto. TPżaG.

–  A  co  ich  powstrzy m a  przed  zabiciem   agentki  Showers  w  m om encie,  gdy   rozwalisz  drzwi

wej ściowe? – zapy tał Storm .

–  Absolutnie  nic  –  odrzekł  Casper.  –  Ale  nie  m a  żadnego  sposobu,  aby śm y   się  wślizgnęli

do tego budy nku niezauważeni.

background image

–  On  m a  racj ę  –  przy taknęła  Dilj a.  –  Możem y   m ieć  ty lko  nadziej ę,  że  podczas  całego  tego

zam ieszania albo o niej  zapom ną, albo spróbuj ą uży ć j ako zakładniczki. Powinniśm y  wy korzy stać

elem ent zaskoczenia.

–  Chy ba  że  m am y   tutaj   analogiczną  sy tuacj ę  j ak  w  Tangierze  –  dodał  Casper.  –  Nie  m am

racj i, kochasiu?

– To dobry  plan – powiedziała Dilj a.

– Nie prosiłem  o opinię, Bliznowata.

***

Showers  zakrztusiła  się,  próbuj ąc  złapać  oddech,  i  otworzy ła  oczy   akurat  w  m om encie,  kiedy

j eden  z  dwóch  strażników  w  tej   sali  tortur  przechy lił  przy niesione  dla  niej   wcześniej   m etalowe

wiadro. Ochlapał twarz Showers wodą, cucąc j ą, a przy  okazj i tworząc lepsze przewodzenie dla

prądu, gdy ż j ej  stopy  znaj dowały  się teraz w wodzie. Zdj ęli j ej  buty  i skarpety. Ból w ram ieniu

by ł rozdzieraj ący. Miała pewność, że Hasan ponownie złam ał j ej  oboj czy k.

On  zaś  m aj strował  coś  przy   akum ulatorze  sam ochodowy m ,  który   znaj dował  się  obok.

Wy ciągnął  rękę  i  podłączy ł  j eden  z  przewodów  akum ulatora  do  m etalowego  krzesła,  na  który m

siedziała.  Drugi  trzy m ał  w  dłoni.  Teraz,  kiedy   by ła  przy tom na,  m ógł  zaczy nać.  Przy trzy m ał

przed j ej  twarzą klam rę.

– Gdzie się podział twój  przem ądrzały  j ęzy k? Chcesz m i go pokazać?

Zacisnęła zęby.

–  Niech  pom y ślę  –  powiedział,  naj wy raźniej   zadowolony   z  siebie.  –  Gdzie  powinienem   to

przy piąć?

Chociaż ręce  m iała  skute  w  nadgarstkach,  a  j ej   prawa  stopa  tkwiła  w  skórzanej   obroży   i  by ła

przy kuta  do  podłogi,  lewą  stopę  Showers  m iała  wolną.  Wy celowała  nią  w  krocze  m ężczy zny

i kopnęła. Podwinięte nagie palce dosięgły  celu, sprawiaj ąc, że Hasan zwinął się z bólu i j ęknął.

– Ty  dziwko! – wy rzucił z siebie.

– Ostrożnie – powiedziała. – Sam  m ożesz się narazić na wstrząs.

Hasan  rzucił  się  do  przodu,  wy ciągaj ąc  lewą  rękę.  Gdy   j uż  m iał  chwy cić  j ej   uszkodzone

prawe  ram ię,  z  zewnątrz  dobiegła  głośna  eksplozj a,  po  której   rozległo  się  pięć  identy czny ch,

a potem  nastąpiły  dwa tak ogłuszaj ące wy buchy, że Hasan by ł przekonany, iż cały  budy nek się

wali.

***

background image

Przez dy m  wy wołany  eksplozj ą granatów Dilj a doj rzała oszołom ionego m ężczy znę stoj ącego

wewnątrz  budy nku  w  odległości  j akichś  dwóch  i  pół  m etra.  U  j ego  stóp  leżał  karabin

autom aty czny,  tam   gdzie  go  upuścił.  Obie  ręce  przy ciskał  do  uszu.  Dilj a  wy strzeliła  serię

ze swoj ego kałasznikowa i m ężczy zna upadł na plecy.

Casper  popędził  kory tarzem   w  dół,  przeskakuj ąc  przez  m artwego  wartownika,  i  wpadł  przez

uchy lone  drzwi  do  pokoj u,  gdzie  przesłuchiwano  Showers.  Fachowy m   ruchem   przy klęknął

na j edno kolano, j ednocześnie zdej m uj ąc z ram ienia broń, i zaczął strzelać. Podm uch wy strzału

dosłownie  zwalił  z  nóg  znaj duj ącego  się  naj bliżej   strażnika,  wy ry waj ąc  krwawą  dziurę  w  j ego

piersi. Drugi strażnik wciąż j eszcze wy ciągał swoj ą broń, kiedy  następna runda strzałów Caspera

powaliła go m artwego na ziem ię.

Hasan w panice sięgnął do swoj ej  sakwy.

– Uważaj ! – wrzasnęła Showers.

Ale kiedy  Casper skierował broń w stronę Hasana, ten krzy knął:

– Nie strzelaj ! – I naty chm iast podniósł ręce.

Do  środka  wbiegli  Dilj a  ze  Storm em   i  skierowali  się  ku  Showers.  Zabrali  Hasanowi  kluczy ki

do kaj danek, uwolnili j ej  ręce i zdj ęli obrożę ze stopy.

– Zranił cię? – zażądał odpowiedzi Storm .

– Tak, ale m ogę się ruszać. Złam ał m i znowu oboj czy k.

Storm   wziął  zam ach  i  j ego  prawa  pięść  wy lądowała  prosto  na  szczęce  prześladowcy,  łam iąc

j ą. Hasan wy pluł ząb i zakaszlał krwią, zataczaj ąc się na boki.

– Co za galanteria – powiedział Casper, udaj ąc powagę.

– Nie m a na to czasu! Idziem y ! – rozkazała Dilj a.

Casper wy celował swoj ą strzelbę w Hasana.

– Nie m ożesz go tak zastrzelić z zim ną krwią – zaprotestowała Showers.

– Chcesz się założy ć, kochanie? – odrzekł Casper.

– Torturował cię – powiedział Storm .

– Po prostu go skuj cie – poprosiła.

Storm   sięgnął  po  kaj danki,  które  wcześniej   rzucił  na  betonową  podłogę,  ale  zanim   zdąży ł  j e

podnieść,  Casper  wpakował  cały   m agazy nek  w  głowę  Hasana,  powoduj ąc,  że  twarz  bandy ty

wręcz zniknęła.

Showers gwałtownie chwy ciła oddech.

– Nie będziem y  j uż potrzebowali ty ch kaj danek – oznaj m ił Casper z szerokim  uśm iechem .

Storm  rzucił m u wściekłe spoj rzenie.

background image

– No spokoj nie – powiedział Casper takim  tonem , j ak gdy by  udzielał lekcj i m ałem u dziecku. –

Ty lko się nie popłacz. Pam iętaj , że Jones uczy nił m nie szefem  tej  akcj i ratunkowej .

– Czas ruszać! – krzy knęła Dilj a.

Wy biegli  z  pom ieszczenia  i  pom knęli  w  dół  krótkim   kory tarzem ,  a  następnie  wy skoczy li

na  zewnątrz,  gdzie  Oskar  chodził  nerwowo  w  te  i  z  powrotem ,  m ierząc  z  broni.  Dilj a  usiadła

za kierownicą, zaś Casper wskoczy ł na przednie siedzenie obok niej . Oddali kałasznikowa i strzelbę

pozostałej  trój ce, która zaj ęła m iej sca z ty łu.

– Tam  z ty łu j est apteczka – poinform owała ich Dilj a.

Oskar odłoży ł broń i chwy cił zestaw opatrunkowy.

– Mam  przeszkolenie w udzielaniu pierwszej  pom ocy.

– W końcu na coś się przy dasz – skom entował Casper.

– Daj  j ej  m orfinę – poleciła Dilj a. – Na uśm ierzenie bólu w ram ieniu.

W  chwili  gdy   ich  poj azd  zaczął  opuszczać  parking,  przednią  m askę  sam ochodu  przeszy ł  grad

kul, rozwalaj ąc przednie opony  SUV-a i powoduj ąc wy buch pary  spod m aski.

– Kto w nas teraz strzela? – krzy knął Oskar.

– Na dachu! – odparł Storm . – Jeszcze j eden!

Casper rzucił się przez otwarte drzwi od strony  pasażera i wy skoczy ł z uniesiony m  pistoletem ,

wy suwaj ąc  ram ię  i  obracaj ąc  się  w  powietrzu  tak,  że  by ł  teraz  skierowany   twarzą

do  znaj duj ącego  się  za  nim i  budy nku.  Zanim   upadł  na  ziem ię,  opróżnił  półautom aty czny

m agazy nek.

Strzały   Caspera  prześlizgnęły   się  j ednakże  obok  sam otnej   postaci  na  dachu,  chy biaj ąc  celu.

Strzelec wy m ierzy ł ze swoj ego kałasznikowa w bezradnego Am ery kanina leżącego na ziem i. Już

m iał  pociągnąć  za  spust  w  celu  oddania  śm iertelnego  strzału,  kiedy   Storm   wy padł  z  SUV-

a z wy ciągnięty m  glockiem . Strzelił w górę, a j ego pierwsza kula trafiła w klatkę piersiową wroga

z  taką  siłą,  że  poderwała  go  z  nóg,  sprawiaj ąc,  że  napastnik  insty nktownie  nacisnął  spust

kałasznikowa. Kule uderzy ły  w ziem ię naokoło Caspera, ale strzelec nie trafił i j edy ne, od czego

ucierpiał  wy trenowany   zabój ca  CIA,  to  ukłucia  rozpry skuj ący ch  się  fragm entów  ziem i,  które

oderwały  się od stwardniałej  nawierzchni.

Napastnik spadł m artwy  z dachu.

Casper powoli wstał. Miał rozdartą koszulę i krwawiące rozcięcie na m asy wny m  ram ieniu, ale

kości nie by ły  uszkodzone. Ich poj azd ucierpiał znacznie bardziej .

–  No  to  skończy liśm y   j azdę  –  oznaj m iła  Dilj a,  opuszczaj ąc  m iej sce  za  kierownicą.  –  Niezły

strzał – dodała.

background image

–  Uratował  ci  ży cie  –  zawołała  Showers  do  Caspera,  wy siadaj ąc  z  sam ochodu  ty lny m i

drzwiam i. Oskar podąży ł w ślad za nią.

Casper przeładował broń, otrzepał ręce i popatrzy ł na Storm a, ale m u nie podziękował.

– Bierzcie ekwipunek – poleciła Dilj a. – Musim y  ruszać.

–  Weźm y   ich  sam ochód  –  zaproponował  Oskar,  wskazuj ąc  nowego  range  rovera

zaparkowanego obok rzeźni.

–  Nie!  –  sprzeciwił  się  Storm .  –  Zby t  łatwo  go  wy śledzić.  –  Rozej rzał  się  po  ulicy   i  dostrzegł

kilka radzieckich SUV-ów m arki Łada, zaparkowany ch przecznicę dalej . Wchodziły  w skład floty

sam ochodów  dostawczy ch  kraj owej   sieci  uzbeckich  piekarni.  Storm   podbiegł  do  j ednego  z  aut,

szarpnięciem   otworzy ł  drzwi  i  uruchom ił  stacy j kę,  zwieraj ąc  kable.  –  Jest  ohy dny   –  krzy knął  –

ale silnik brzm i dobrze.

Wnieśli broń i sprzęt do solidnie zuży tej  łady.

– Powinienem  by ł wiedzieć, że nie należy  ufać wy wiadowi. Za każdy m  razem , gdy  to robię,

o m ało nie tracę ży cia – narzekał Casper. – Gdy by m  m iał m oj ą strzelbę, ten sukinsy n na dachu

nigdy  by  się na m nie nie zasadził.

–  Rozm iar  broni  nie  m a  znaczenia  –  stwierdziła  Showers  beznam iętnie.  –  Ważne  j est,  kto  j ej

uży wa. – Uśm iechnęła się do Storm a z wdzięcznością.

– Masz po prostu cholerne szczęście, że ktoś chciał ratować twój  ty łek – dorzuciła Dilj a.

Storm   usiadł  za  kierownicą.  Po  przej echaniu  m niej   więcej   półtora  kilom etra  zobaczy li  biały

sam ochód  policy j ny   z  j askrawozielony m i  i  niebieskim i  paskam i  nadj eżdżaj ący   w  ich  kierunku

z  przeciwnej   strony   dwupasm owej   drogi.  Casper  ponownie  wy ciągnął  swoj ego  glocka,  ale

sam ochód przem knął obok nich, ani na m om ent nie zwalniaj ąc.

–  Nawet  się  nie  przy j rzeli  tej   starej   ciężarówce  –  powiedział  Storm .  –  Musieli  uznać,

że przy wieźliśm y  poranną dostawę.

– Dobry  wy bór poj azdu do ucieczki – stwierdziła Dilj a.

–  Teraz  wiesz,  kochanie,  dlaczego  nie  zostawiłem   za  sobą  żadny ch  świadków  –  zwrócił  się

Casper do Showers. – Gliniarze nie będą m ieli poj ęcia, co się stało, i przy puszczalnie zwalą winę

na terrory stów. Gdy by  został choć j eden świadek, wiedzieliby, że to Am ery kanie.

Showers  nie  odpowiedziała.  Morfina  zaczy nała  działać  i  j ej   powieki  stały   się  ciężkie.  Zaczęła

odpły wać.  Gdzieś  w  oddali  czuła,  j ak  m ęska  dłoń  przesuwa  j ej   głowę  na  swoj e  ram ię.  Storm

przeszedł na ty lne siedzenie, przekazuj ąc Dilj i kierownicę.

Oparła się o niego i zasnęła.

 

background image

 

[1]

  W  ory ginale  akronim   KISS  –  Keep  It  Simple,  Stupid,  oznaczaj ący   j ednocześnie  pocałunek

(przy p. tłum .).

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

 

J

echali  z  Dży zaku  na  południe,  w  kierunku  pasm a  górskiego  Molguzar,  zm ieniaj ąc  się

za kierownicą, aby  każdy  m ógł się przespać. Wy j ątkiem  by ła Showers ze względu na uszkodzone

ram ię.  Świt  zastał  ich  wciąż  w  podróży,  kieruj ący ch  się  wskazaniam i  podręcznego  GPS-a,  które

m iały   doprowadzić  ich  do  m iej sca,  gdzie  by ło  ukry te  złoto.  Wy ty czony   kurs  przy wiódł  ich

w  końcu  do  pokry tej   żwirem   drogi,  która  wiła  się  pod  górę.  Ostatecznie  by li  zm uszeni  z  niej

zj echać  i  wy znaczy ć  własny   szlak.  Jazda  by ła  powolna  i  iry tuj ąca,  ciężarówka  z  napędem

na cztery  koła wspinała się m ozolnie po ostry m  terenie, zm uszana często do j azdy  okrężną drogą

z powodu spadaj ący ch głazów i powalony ch drzew blokuj ący ch przej azd.

Gdy   zbliżali  się  do  m iej sca  przeznaczenia,  zaczęli  odczuwać  niecierpliwe  wy czekiwanie.

Trudno  by ło  wy obrazić  sobie  tak  ogrom ną  ilość  złota  na  opustoszały m   terenie,  ukry tą  od  ponad

dwudziestu lat.

Dilj a  zatrzy m ała  poj azd  w  m iej scu,  które  wy glądało  na  osuwisko,  j akieś  sto  pięćdziesiąt

m etrów  od  teorety cznej   lokalizacj i  j askini  ze  złotem .  Resztę  drogi  m usieli  przeby ć  przez  skały.

Wy siedli ze starej  ciężarówki.

Teraz  przy szła  kolej   na  Oskara,  aby   dowodzić,  chwy cił  więc  swój   plecak  ze  sprzętem

geologiczny m  i zażądał, aby  Casper, który  podczas j azdy  pilotował Dilj ę, oddał m u GPS. Casper

bardzo niechętnie pozby ł się sprzętu i ustawił się krok za Oskarem , zarzucaj ąc strzelbę na ram ię.

Dilj a szła j ako trzecia, natom iast Storm  i Showers trzy m ali się z ty łu.

– Czuj esz się na siłach, żeby  iść? – zapy tał.

– Wskaż m i ty lko linię startu.

Razem  zaczęli przecinać skalisty  teren.

– Nie podziękowałam  ci za uratowanie m nie – powiedziała Showers.

– Będę ci to wy pom inał codziennie do końca ży cia – odrzekł.

– To co m am  zrobić, żeby  spłacić dług? – spy tała.

Storm   pom y ślał  przez  chwilę,  j ak  wy kiwała  go  w  Londy nie  po  ty m ,  gdy   pili  razem   w  pubie.

By ł  przekonany,  że  spędzą  wspólnie  noc  u  niego  w  pokoj u,  ale  ona  niewinnie  poprosiła  go

background image

o filiżankę kawy, a gdy  wy szedł na kory tarz, zatrzasnęła drzwi.

– Następny m  razem , gdy  zam elduj em y  się wspólnie w hotelu, j a trzy m am  wszy stkie klucze –

odparł.

– Dlaczego m y ślisz, że znowu zam elduj em y  się w hotelu?

– Jestem  opty m istą.

– Opty m ista wy m y śliłby  coś lepszego niż trzy m anie w ręku kluczy  do pokoj u.

– Dobra, co powiesz na bitą śm ietanę i ogórki kiszone?

– Ogórki kiszone?

– Kiwi.

Ze zdegustowaniem  potrząsnęła głową. By ł pod wrażeniem , j ak dobrze to przy j m owała.

– Au! – krzy knęła, podnosząc nagle stopę.

Podbiegł do niej , chwy taj ąc za lewe ram ię, aby  j ą podtrzy m ać.

– Na co nadepnęłaś?

–  Na  nic.  –  Pocałowała  go  w  policzek  i  uwolniła  się  z  uchwy tu,  po  czy m   ruszy ła  do  przodu

i  odezwała  się,  j ak  gdy by   nic  m iędzy   nim i  nie  zaszło:  –  O  co  chodzi  z  ty m   złotem ?  Wiem ,

że szukam y  sztabek, ale ty lko ty le.

–  Jeśli  współrzędne  z  kom órki  Lebiediewa  są  prawidłowe,  powinniśm y   znaleźć  sześćdziesiąt

m iliardów  w  złocie,  które  kiedy ś  należało  do  dawnej   Partii  Kom unisty cznej   w  równie  dawny m

Związku  Radzieckim .  Zostało  ukry te  przez  żołnierzy   po  ty m ,  j ak  KGB  wy wiozło  j e  z  Moskwy

przed nieudany m  przewrotem  w 1991 roku.

– Jak pięć osób, w ty m  j edna z niesprawną ręką, m a wy dostać stąd w chevrolecie sześćdziesiąt

m iliardów? – zapy tała Showers.

– Nie m usim y  tego robić. Mam y  ty lko potwierdzić, że złoto tutaj  j est. Jedidiah Jones m a plan

wy wiezienia go helikopteram i z Kazachstanu. My  ty lko patrzy m y, nie doty kam y, a j uż na pewno

nie bierzem y  próbek.

– Jones chce to zrobić tuż pod nosem  władz uzbeckich? – zapy tała scepty cznie.

–  Jedidiah  nie  by ł  zby t  wy lewny   na  ten  tem at,  ale  wspom niał  kilka  razy,  że  m am y   trzy m ać

ręce w kieszeniach.

– No, dla twoich rąk to powinno by ć znaj om e m iej sce – odparła.

Storm  by ł tak skupiony  na ratowaniu Showers, że nie zastanawiał się zby tnio, co m oże się stać,

kiedy   rzeczy wiście  odnaj dą  złoto.  Każda  sztabka  by ła  warta  co  naj m niej   pięćdziesiąt  siedem

ty sięcy   dolarów,  a  j ego  zadaniem   w  tej   wy prawie  –  według  słów  Jonesa  –  by ło  upewnić  się,

że nikogo nie ogarnie chciwość.

background image

Wy ciągnął swoj ego glocka i podał j ej .

– Wiem  j uż, że m ożesz strzelać lewą ręką – powiedział.

– My ślisz, że będę m usiała dodać na nim  kilka nacięć?

– Jones ostrzegł m nie, że m oże się tak zdarzy ć. Nie ufam  Oskarowi i nawet nie j estem  pewien,

j ak Dilj a zareaguj e na taką ilość złota.

– A Casper?

–  Mówiłem   ci  kiedy ś,  że  w  Tangierze  by łem   ranny.  Zawsze  podej rzewałem ,  że  ktoś  nas

sprzedał. Ktoś okazał się zdraj cą. Casper należał do druży ny  zabój ców, którą wy słał Jones. Zniknął

z pola widzenia, gdy  ty lko m isj a zakończy ła się fiaskiem . Jeśli m iałby m  zgady wać, to Casper nas

sprzedał.

– Ale on ciebie obwinia za Tangier.

– Naj lepszą obroną j est dobry  atak.

– Masz j akiś plan na wy padek, gdy by  kom uś zaczęły  się kleić ręce? – zapy tała i dodała szy bko:

– Mówię o sztabkach złota, a nie o twoich kieszeniach.

–  Zależy,  kto  to  będzie.  Oskar  raczej   nie  stanowi  zagrożenia,  ale  Casper  i  Dilj a  wiedzą,  j ak

posługiwać się bronią i j uż wcześniej  zabili parę osób. Na nich m usim y  uważać.

– A ty ? – zapy tała. – Czy  powinnam  się denerwować, j eśli chodzi o ciebie i złoto?

– Nie j estem  wielkim  fanem  złota – odparł. – Ani diam entów.

– Diam enty  są naj lepszy m  przy j acielem  kobiety.

–  W  takim   razie  m am y   szczęście,  że  szukam y   złota.  Bardzo  nie  chciałby m   cię  zabij ać,

zwłaszcza że dopiero co cię uratowaliśm y.

– Wiedziałam , że znaj dziesz sposób, aby  znowu o ty m  wspom nieć.

–  Po  ty m   pocałunku  przem y ślałem   j eszcze  raz  tę  fantazj ę  z  bitą  śm ietaną  i  ogórkam i

kiszony m i. Można dodać do tego j eszcze trochę lodów i placek. Albo karlicę.

– Zboczeniec.

Przez kilka m inut szli w m ilczeniu, gdy ż wy sokość utrudniała im  oddy chanie. Po chwili Storm

znowu się odezwał:

– Jones powiedział, że m a powód, aby  wy słać każdego z nas na tę m isj ę. Każdy  oprócz ciebie

m iał cel. Powiedział, że nie ufa pozostały m .

– Już to m ówiłeś – odrzekła.

–  A  co,  j eśli  nie  m iał  na  m y śli  złota?  –  m ówił  dalej   Storm .  –  Dlaczego  to  j a  m iałby m

powstrzy m ać kogoś od kradzieży  kilku sztabek? Zawsze m oże j e nam ierzy ć.

background image

– Czy li twoim  zadaniem  j est dowiedzieć się, kom u nie m ożna ufać?

–  Może  nawet  j eszcze  więcej .  Casper  m y śli,  że  to  j a  spieprzy łem   sprawę  w  Tangierze.  Ja

j estem   przekonany,  że  to  on  wy kiwał  agencj ę.  Dilj a  powiedziała  m i  wczoraj ,  że  przeniknęła

do  grupy   Dżihad.  Mnie  zaś  posłano  do  Tangieru,  aby m   wy śledził  przy wódcę  tej   grupy.  Czy   to

przy padek, że wszy scy  troj e, Casper, Dilj a i j a, j esteśm y  powiązani z Tangierem ?

– A Oskar?

–  Nic  nie  m ówił  o  Tangierze,  ale  Jones  zawsze  podej rzewał,  że  to  żołnierze  rosy j skiego

Wy m pieła zaatakowali m oj ą druży nę. Oskar m iał powiązania z KGB.

– Jacy  żołnierze?

–  Elitarna  j ednostka  KGB,  coś  j ak  nasze  oddziały   Navy   SEALs.  Jones  by ł  przekonany,  że  to

Rosj anie odpowiadaj ą za Tangier.

– Dlaczego Jones zetknął z sobą czworo ludzi, skoro wie, że któreś z nich j est zdraj cą?

– Jeśli przeczucie m nie nie m y li, m oże tu chodzić o coś więcej  niż złoto – rzekł Storm .

Znaj dowali  się  pięćdziesiąt  m etrów  za  pozostały m i.  Zanim   ich  dogonili,  Oskar,  Casper  i  Dilj a

j uż stali przed strom y m  wy stępem , który  wznosił się ostro na wy sokość przy naj m niej  dwudziestu

pięciu  m etrów.  Oskar  ponownie  sprawdził  współrzędne  w  GPS-ie,  a  potem   popatrzy ł  na  strom ą

skalistą ścianę.

– Jeśli te dane w GPS-ie są dokładne, to złoto znaj duj e się j akieś kilkadziesiąt m etrów za tą skałą.

Tam  m usi by ć j askinia.

Casper wy rwał GPS z rąk Oskara.

– Daj  m i spoj rzeć. – Po chwili potwierdził: – Ten m ały  ruski drań m ówi prawdę. Za tą skalną

ścianą m usi by ć j askinia.

–  Ten  obszar  składa  się  z  wielkich  granitowy ch  pły t  –  powiedział  Oskar  –  ale  w  skałach  są

głębokie szczeliny, które często prowadzą do wewnętrzny ch kom ór, czasam i całkiem  spory ch. Nie

j estem   pewien,  w  j aki  sposób  żołnierze  wtaszczy li  tutaj   kontenery   wy pełnione  tonam i  złota,  ale

j eśli tu j est j askinia, to m ożna się do niej  dostać ty lko przez j akąś szczelinę w granicie.

– Dopiero co przeszliśm y  przez skały, które wy glądały  j ak gruzowisko – wtrąciła Dilj a. – Czy

j est m ożliwe, że KGB wy sadziło wej ście, ukry waj ąc w ten sposób złoto?

– To by łoby  logiczne – odparł Oskar.

– Co m asz dokładnie na m y śli, m ówiąc „j akaś szczelina w granicie”? – zapy tała Showers.

– Dziura, przej ście, m ałe albo duże – odrzekł Oskar. – Jeśli żołnierze zniszczy li główne wej ście,

powinny  by ć m niej sze szczeliny. Może nie tak wielkie, aby  przej echała przez nie ciężarówka, ale

wy starczaj ące, żeby śm y  się przez nie przecisnęli.

background image

–  Powinny   by ć  szczeliny ?  Bardzo  naukowe  podej ście.  Dzięki  za  fachową  opinię  –  powiedział

Casper. Zam iast oddać GPS Oskarowi, przy piął go sobie do paska.

– Jak znaj dziem y  wej ście? – zapy tała Showers.

–  Rozglądaj cie  się  za  wodą  lub  strum ieniem ,  który   nagle  znika  w  ziem i.  Szukaj cie  pary

wy doby waj ącej  się z dziury. Jaskinie są cieplej sze niż powietrze na zewnątrz. Zwracaj cie uwagę

na czerwony  osad. To gleba bogata w żelazo, która została usunięta z j askini.

Dilj a spoj rzała na zegarek.

–  Mam y   j akąś  godzinę,  zanim   słońce  zacznie  zachodzić,  rozdzielm y   się  więc.  Oskar  i  j a

pój dziem y  na lewo. Reszta m oże iść na prawo. Jeśli coś znaj dziem y, zawiadam iam y  resztę. Ale

nikt nie wchodzi sam  do żadny ch dziur.

–  Jedy ny   sposób,  żeby...  –  zaczął  Casper,  ale  Showers  przerwała  m u,  bo  nie  chciała  słuchać

kolej nego ordy narnego kom entarza.

– Jeśli chcesz iść bez nas, droga wolna – powiedziała.

Casper nie wdawał się w dy skusj ę, ty lko od razu skierował się na prawo.

–  Jeżeli  będziem y   m ieli  szczęście,  wlezie  do  j akiej ś  j askini  i  nigdy   nie  wy j dzie  –  odezwał  się

Storm .

Oskar otworzy ł plecak i wy j ął z niego cztery  latarki.

–  Będziecie  ich  potrzebować,  j eśli  zobaczy cie  otwór.  Ale  powtarzam ,  zaczekaj cie

na wszy stkich. Tak będzie bezpieczniej . Jaskinie są zdradliwe.

Showers  i  Storm   zaczęli  iść  w  tę  sam ą  stronę,  co  Casper.  Dilj a  i  Oskar  poszli  w  przeciwny m

kierunku.

Przez  trzy dzieści  m inut  Storm   i  Showers  przedzierali  się  wolno  przez  kam ienie,  częściowo

dlatego, że wy m agało to ciężkiej  wspinaczki, a ona m iała ty lko j edną sprawną rękę. Nie dostrzegli

żadny ch widoczny ch otworów i zaczy nało się ściem niać. Już m ieli zawracać, gdy  nagle zza skał

znaj duj ący ch się j akieś trzy  m etry  przed nim i wy łoniła się głowa Caspera.

– Znalazłem  otwór! – krzy knął.

Pospieszy li ku niem u. Szczelina pozostałaby  niewidoczna, gdy by  Casper nie wspiął się m iędzy

kilka wielkich głazów. Otwór m iał j akieś dwa m etry  wy sokości i by ł szeroki na pół m etra.

– Nie m am  latarki, wszedłem  więc ty lko na głębokość kilku m etrów, ale otwór się powiększa –

powiedział. – Daj cie m i j edną z waszy ch latarek, to zbadam  go, a wy  zawołaj cie pozostały ch.

– Mam y  czekać – przy pom niała m u Showers.

–  Czego  się  boisz?  My ślisz,  że  wy niosę  w  kieszeniach  sześćdziesiąt  m iliardów  w  złocie,  zanim

wy   pój dziecie  po  tam ty ch  i  wrócicie  tu?  Po  prostu  zaoszczędzę  nam   czasu  na  wy padek,  gdy by

background image

ten otwór okazał się ślepy m  zaułkiem .

Storm  podał Casperowi swoj ą latarkę i ten zniknął w szczelinie.

– Pój dę po resztę, m ożesz więc odpocząć – zaproponował Storm . – Nadal m asz m oj ego glocka,

prawda?

Showers uniosła tem blak. Pistolet by ł ukry ty  pod nim , wetknięty  za pasek dżinsów, tak że m ogła

wy ciągnąć go lewą ręką.

Bez Showers Storm  m ógł szy bko wrócić do m iej sca, z którego wy ruszy li. Znalazł Dilj ę i Oskara

wracaj ący ch do urwistej  ściany.

– Casper wszedł do otworu – rzucił, łapiąc oddech.

Cała trój ka puściła się biegiem  i wkrótce znaleźli się przy  Showers, która siedziała przy  wej ściu

do j askini. Słońce j uż prawie zaszło.

– Wrócił? – zapy tał Storm .

– Nie. Zniknął j ak królik.

–  Albo  j ak  wąż  –  rzekł  Oskar,  przej m uj ąc  dowodzenie.  –  Ja  wej dę  pierwszy,  za  m ną  Dilj a,

potem   agentka  Showers,  a  ty   na  końcu  –  wskazał  na  Storm a.  –  Tam   m oże  by ć  woda  i  śliskie

wnętrze,  i  pam iętaj cie  o  spadkach.  Musicie  też  uważać  na  głowy,  żeby   się  nie  uderzy ć,  ale

trzy m aj cie światło również przy  ziem i, żeby ście nie zeszli z wy stępu.

– A nietoperze wam piry ? – zapy tał niepoważnie Storm . – Żeby  by ło ciekawiej .

–  Jeśli  nie  przeby waliście  nigdy   w  całkowitej   ciem ności  –  ciągnął  Oskar  –  to  m ożecie  się

zdziwić. W j askini nie m a żadnego światła, prom ieni słoneczny ch ani nawet blasku gwiazd.

– Zupełnie j ak w trum nie – dorzuciła Dilj a.

Oskar  sięgnął  do  plecaka  i  dał  Storm owi  nową  latarkę.  Następnie  Rosj anin  zniknął  w  czeluści

otworu wraz z podążaj ącą tuż za nim  Dilj ą.

–  Nietoperze  wam piry,  trum ny,  całkowita  ciem ność,  strom e  urwiska  i  duch  Casper

szwendaj ący  się wokół – szepnęła Showers do Storm a, gdy  wchodzili do j askini. – Na torturach

m iałam  chy ba większe szanse.

Ich latarki przecięły  ciem ność, oświetlaj ąc wąskie przej ście. Storm  stwierdził, że przeszli j akieś

cztery   m etry   wewnątrz  góry,  gdy   szczelina  zaczęła  się  rozszerzać  i  rozwidliła  się  w  różny ch

kierunkach.  Oskar  schodził  w  dół  główny m   przej ściem ,  a  wszy scy   podążali  j ego  śladam i.

Po kolej ny ch dwudziestu m inutach Oskar zatrzy m ał się i ogłosił:

– Doszliśm y  do kom naty !

Zgrom adzili  się  tuż  obok  niego  i  wszy scy   poświecili  w  ciem ność  latarkam i.  Kom nata  m iała

szerokość co naj m niej  dziewięciu m etrów, by ła długa na kilkadziesiąt m etrów i wy soka na ponad

background image

dziesięć  m etrów.  Z  całą  pewnością  by ła  wy starczaj ąco  duża,  aby   ukry ć  w  niej   sześćdziesiąt

m iliardów dolarów upakowany ch w kontenerach.

–  Prawie  wszy stkie  j askinie  są  zrobione  z  kalcy tu,  kry ształu  węglanu  wapnia  –  obj aśnił  Oskar.

Zaświecił latarką w dół i światło odbiło się od powierzchni. Jakieś trzy  m etry  pod nim i znaj dował

się  duży   zbiornik  wody.  Sklepienie  j askini  pokry te  by ło  stalakty tam i;  kapiąca  woda  wy tworzy ła

na ścianach form y  naciekowe.

–  To  białe,  co  widzicie,  to  czy sty   kalcy t  –  powiedział  Oskar.  –  Za  pom arańczowe  i  czerwone

plam y  odpowiadaj ą inne m inerały, głównie żelazo.

– Pięknie tutaj  – stwierdziła Showers.

– Tak – dodała Dilj a – ale nie m a żadny ch sztabek złota ani kontenerów.

–  Gdy by   Casper  nie  zabrał  GPS-a,  by łby m   w  stanie  ocenić,  czy   ta  j askinia  znaj duj e  się

za ścianą granitu – narzekał Oskar.

–  Masz  na  m y śli  ten  GPS?  –  rozległ  się  za  nim i  chrapliwy   głos  Caspera.  Trzy m ał  urządzenie

w  świetle  latarki,  tak  aby   m ogli  j e  zobaczy ć.  Nikt  z  nich  nie  sły szał,  j ak  się  do  nich  zbliży ł.

Skierowali  na  niego  latarki.  Miał  brudną  twarz  i  w  snopach  światła  wy glądał  j eszcze  bardziej

złowieszczo.

– Stoicie dokładnie w m iej scu, gdzie według GPS-a powinny  by ć ładunki złota – rzekł Casper. –

Ale tutaj  nie m a żadny ch kom unisty czny ch sztabek. Nie m a nic prócz wody  i skał.

–  A  m oże  złoto  j est  pod  wodą?  –  spy tała  Dilj a,  świecąc  latarką  w  znaj duj ącą  się  pod  nim i

sadzawkę. – Może kiedy  zniszczy li wej ście, stworzy li ten zbiornik.

Wszy scy  skierowali światła na wodę, ale nie widzieli nic oprócz wpatrzony ch w nich własny ch

odbić.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

 

– Iwan Pietrow m usiał skłam ać, kiedy  podawał Lebiediewowi współrzędne złota – odezwał się

Storm .

–  Ale  sły szałam ,  j ak  Lebiediew  m ówił,  że  wierzy,  iż  Pietrow  powiedział  m u  prawdę  o  tej

lokalizacj i – odparła Showers. – Ci dwaj  m ężczy źni wy chowy wali się razem . By li j ak bracia.

– Bracia nie strzelaj ą sobie w stopę, a potem  m iędzy  oczy  – odrzekł na to Storm . – Bracia nie

zabij aj ą się dla złota. Zazwy czaj .

– Sprawdziłem  wszy stkie pozostałe tunele, z wy j ątkiem  j ednego, szanowne panie – oświadczy ł

Casper. – Wszy stkie to ślepe zaułki i w żadny m  z nich nie m a ukry tego złota.

– A ten j eden, którego nie sprawdziłeś? – spy tał Oskar.

– Odchodzi w przeciwny m  kierunku. Oddala się od współrzędny ch. To oznacza, że ta j askinia,

w której  się znaj duj em y, m usi by ć m iej scem  ukry cia złota. Chy ba że Pietrow kłam ał.

– Jesteś geologiem  – powiedział Storm , kieruj ąc prom ień latarki tak, że oświetlił twarz Oskara. –

Nie m asz żadnego sprzętu, który  m ógłby  nam  powiedzieć, czy  tu j est złoto?

–  Musi  by ć  pod  wodą  –  odezwała  się  Dilj a.  –  Nie  wiem y,  j ak  głęboka  j est  ta  j askinia.

Wracaj m y   na  powierzchnię.  Potrzebna  j est  nam   lina.  Możem y   nawet  potrzebować  sprzętu

do nurkowania. Jedno z nas m usi zej ść na dół pod wodę, żeby  się rozej rzeć.

– Też tak m y ślę – zgodził się z nią Oskar. – Wracaj m y  na powierzchnię i skończm y  na dzisiaj .

Gdy  podążali w kierunku wy j ścia z j askini, Casper wy sunął na prowadzenie, a za nim  poszedł

Oskar,  aby   m ieć  pewność,  że  nie  zboczy   z  kursu.  Dilj a  zatrzy m ała  się,  aby   rzucić  ostatnie

spoj rzenie na sadzawkę.

– Złoto j est tam  na dole. Czuj ę to – powiedziała, gdy  Showers i Storm  m ij ali j ą w tunelu.

Kiedy   Casper  zbliży ł  się  do  otworu,  zobaczy ł  dochodzący   z  zewnątrz  słaby   blask  księży ca.

Wy szedł z j askini, a tuż za nim  Oskar i Showers. Całą trój kę oślepiło j askrawe światło.

– Rzucić broń! – rozkazał im  m ęski głos.

Znaj duj ący  się j eszcze w kory tarzu j askini Storm  zam arł. Światło pochodziło z reflektora. Ktoś

na  zewnątrz  zastawił  na  nich  pułapkę.  Storm   insty nktownie  sięgnął  po  swoj ego  glocka,  a  potem

przy pom niał  sobie,  że  oddał  broń  Showers.  Cofnął  się  o  krok  i  poczuł  na  plecach  ucisk  lufy

background image

pistoletu.

– Czas wy j ść z j askini – powiedziała Dilj a.

Zam iast to zrobić, Storm  odwrócił się powoli w j ej  stronę.

– Kto tam  j est? – zapy tał.

– Przy j aciele – odrzekła. – Moi, nie twoi. A teraz ruszaj  się albo zginiesz.

Dilj a ich zdradziła.

Nadal  zwrócony   twarzą  w  j ej   kierunku  Storm   uniósł  ręce  i  cofnął  się  kilka  kroków  w  stronę

światła. Poruszał się z rozm y słem  i tuż przed wy j ściem  z j askini przy stanął.

– Dlaczego to robisz? – spy tał j ą.

– Jakie to m a znaczenie? – rzuciła.

W  tej   sekundzie  Storm   odwrócił  się  w  bok,  powoduj ąc,  że  j askrawe  światło  padło  kobiecie

prosto  w  oczy.  Celowo  ustawił  się  m iędzy   oślepiaj ący m   światłem   a  twarzą  Dilj i,  osłaniaj ąc  j ą

swoim  cieniem . Jednocześnie prawą ręką chwy cił nadgarstek kobiety, a lewą pistolet, odsuwaj ąc

od  siebie  j ego  lufę.  To  by ła  podstawowa  technika  rozbraj ania,  której   nauczano  w  oddziałach  Sił

Specj alny ch  Stanów  Zj ednoczony ch,  i  dzięki  niej   oraz  chwilowej   ślepocie  Dilj i  Storm   zy skał

przewagę.

Uwalniaj ąc pistolet z j ej  uścisku, pchnął j ą przed siebie do wy j ścia z j askini.

– A teraz idziem y  przy witać się z twoim i przy j aciółm i – powiedział.

Dilj a wy szła z j askini prosto w światło reflektora, a Storm  wolną ręką trzy m ał pistolet przy  j ej

głowie.

– Co m y  tu m am y ? – zapy tał m ęski głos.

– Zakładniczkę – odparł Storm .

– A j a m am  troj e.

Storm   popatrzy ł  w  lewo  i  zobaczy ł  czerwone  kropki  z  broni  laserowej   tańczące  na  piersiach

Showers, Oskara i Caspera, którzy  stali w rzędzie u wej ścia do j askini.

– Możesz zatrzy m ać złoto – rzekł Storm . – W zam ian puszczacie nas wolno i zabieram y  Dilj ę,

aż doj dziem y  do granicy.

Dilj a krzy knęła coś po uzbecku.

– Czy  wiesz, co ona właśnie powiedziała? – zapy tał m ężczy zna.

Z powodu świecącego w twarz reflektora Storm  nie by ł w stanie dostrzec m ężczy zny, nie m iał

też poj ęcia, ilu by ło z nim  ludzi, chociaż doliczy ł się czterech czerwony ch kropek wy m ierzony ch

w członków j ego druży ny. Dwa lasery  by ły  skierowane na Caspera.

background image

– Powiedziała m i właśnie, żeby m  j ą zastrzelił – oznaj m ił głos. – Tak bardzo j est oddana naszej

sprawie. Rozum iesz, dlaczego chce się poświęcić? Bo wie, że zostanie m ęczenniczką. Nie sądzę,

żeby ś rozum iał ten rodzaj  wiary.

– Wierzę w to, co się stanie, gdy  pociągnę za spust – odparł Storm .

– Kim  j esteście? – wtrąciła się do rozm owy  agentka Showers.

–  Grupa  Dżihad  –  odrzekł  m ężczy zna.  –  A  ten  Am ery kanin,  który   trzy m a  broń  przy   głowie

m oj ej  siostry, j uż raz próbował m nie kiedy ś wy śledzić.

– Żm ij a – powiedział głośno Storm .

Dilj a ponownie krzy knęła coś po uzbecku.

Żm ij a  odpowiedział  krótkim   poleceniem   wy dany m   w  ty m   sam y m   j ęzy ku  i  nocne  powietrze

przeszy ł  trzask  karabinu.  Oskar  osunął  się  na  skały,  trafiony   w  klatkę  piersiową.  To  stało  się  tak

szy bko,  że  znaj duj ący   się  po  j ego  bokach  Showers  i  Casper  nie  zdąży li  zareagować,  dopóki

m artwe ciało Rosj anina nie upadło na ziem ię.

– Następna będzie agentka Showers – powiedział Żm ij a.

– No j uż – odparła Showers. – I tak nas zabij esz.

– Tak naprawdę to większą wartość m asz dla m nie w tej  chwili ży wa – odrzekł Żm ij a.

–  Wolę  um rzeć  –  oznaj m ił  Casper  –  niż  żeby   j akaś  grupa  popieprzony ch  ekstrem istów

islam skich m iała m i obciąć głowę na YouTubie.

Storm   popatrzy ł  na  Showers  i  zobaczy ł,  że  wszy stkie  cztery   czerwone  kropki  by ły   teraz

skupione  na  j ej   piersi.  Żm ij a  nie  blefował.  Miała  um rzeć  następna,  o  ile  on  nie  uwolni  Dilj i.

Porozum iał się wzrokiem  z Casperem  i choć raz obaj  m ężczy źni wy dawali się odbierać na ty ch

sam y ch falach.

– Teraz! – krzy knął Storm . Lewą ręką chwy cił Dilj ę za gardło i pociągnął j ą w bok na ziem ię,

j ednocześnie  strzelaj ąc  z  pistoletu  w  reflektor  oświetlaj ący   wej ście  do  j askini.  W  j ednej   chwili

zapadła całkowita ciem ność.

W  ty m   sam y m   m om encie  Casper  rzucił  się  przed  Showers,  osłaniaj ąc  j ą  własny m   ciałem ,

i j ednocześnie powalił j ą na ziem ię, gdy  ludzie Żm ii otworzy li ogień.

Kule  odbij ały   się  z  brzękiem   od  skał.  W  zupełnej   ciem ności  Storm   poczuł,  j ak  ciało  Dilj i

wiotczej e  i  na  j ego  lewą  dłoń  wciąż  trzy m aj ącą  j ej   gardło  pociekła  ciepła  struga.  Dostała

śm iertelny  postrzał w szy j ę.

Przez sekundę  panowała całkowita  cisza, a  potem  wy buchł  dudniący  odgłos  strzelby   Caspera.

Za  pierwszy m   strzałem   bły skawicznie  rozległy   się  następne.  Dobrze  wy trenowany   zabój ca

wy korzy stał  lasery   na  broni  wrogów,  aby   ustalić,  gdzie  się  ukry waj ą  w  ciem nościach.

background image

Odpowiedzią na ostatni wy strzał Caspera by ł dziki wrzask człowieka, którego ciało zostało właśnie

rozerwane na kawałki przez gruby  śrut.

Ponownie  zapanowała  cisza  i  Storm   zauważy ł,  że  zniknęły   lasery   wy m ierzone  wcześniej

w j askinię.

Żm ij a  krzy knął  coś  po  uzbecku.  Gdy   j eden  z  j ego  ludzi  odpowiedział,  Casper  wy palił

ze strzelby  w kierunku, z którego dochodził głos m ężczy zny. Jego strzał wy wołał serię zwrotnego

ognia  z  pistoletu  Żm ii.  Storm   odpowiedział  bły skawicznie,  strzelaj ąc  z  własnej   broni  i  celuj ąc

w odbły ski z wy lotu lufy.

A potem  zapadła cisza.

Jak  to  m iał  w  zwy czaj u,  Storm   liczy ł  swoj e  strzały   i  wiedział,  że  została  m u  ty lko  j edna  kula

w pistolecie, który  zabrał Dilj i. Nie m iał poj ęcia, czy  Casper, Showers albo Żm ij a i j ego ludzie

j eszcze ży j ą.

Nikt  się  nie  odzy wał,  bo  oznaczałoby   to  wy j awienie  lokalizacj i.  Blady   tego  wieczoru  księży c

zakry ły   teraz  chm ury.  Storm   powoli  podpełzł  w  kierunku  Showers  i  Caspera,  wy bieraj ąc  drogę

naokoło głazów sięgaj ący ch m u na wy sokość klatki piersiowej , które otaczały  wej ście do j askini.

Gdy   dotarł  do  m iej sca,  gdzie  ostatnio  widział  swoich  współtowarzy szy,  j ego  ręka  dotknęła

czy j egoś ciała i zam arł.

Czy  to by ła ona?

Wy czuł m ęskie włosy  i okulary. Oskar.

– April? – zapy tał szeptem .

– Tutaj  – odparła.

Macaj ąc na oślep ręką, wy czuł wznoszący  się tuż przed nim  głaz. Okrąży ł go. Showers i Casper

wcisnęli się m iędzy  duże skały, kry j ąc się na ziem i.

– Dostałaś? – zapy tał Storm  m iękko.

– Ja nie, ale Casper oberwał. Mocno.

– Jak m ocno?

– Jedna w nogę, druga w brzuch – powiedział Casper. – Ale wciąż m ogę strzelać.

– Ilu ich j eszcze zostało? – zapy tał Storm .

– Nie wiem .

Jak  na  zawołanie  usły szeli  krzy k  m ężczy zny,  a  potem   gwałtowny   ogień.  Później   rozległo  się

wołanie innego człowieka.

– Co się dziej e? – zapy tała Showers.

Storm  uniósł się ostrożnie z m iej sca, gdzie kry ła się ich trój ka, i wy j rzał ponad znaj duj ący m  się

background image

przed nim  ogrom ny m  głazem  w kierunku, z którego dobiegały  dźwięki. Nie zobaczy ł nic, co by  się

wy różniało, ty lko głazy. Wy ślizgnął się z kry j ówki i podpełzł kilkadziesiąt centy m etrów do przodu,

a  potem   zatrzy m ał  się  za  następny m   duży m   kam ieniem .  Uży waj ąc  go  j ako  osłony,  wy j rzał

ponad  poszarpaną  krawędź.  Nic.  A  potem   zobaczy ł  j akiś  ruch,  ale  tak  nieznaczny,  że  pom y ślał,

iż to j ego um y sł płata m u figle. Nie widział konturu ludzkiej  sy lwetki, wy glądało to raczej , j akby

j eden  z  położony ch  kilka  m etrów  dalej   kam ieni  się  poruszy ł,  zupełnie  j ak  gdy by   ziem ia  wokół

niego oży ła. Wy brał poj edy nczą skałę i skupił na niej  wzrok. Dwie m inuty  później  m iał j uż uznać

to za obj aw paranoi i wy czerpania, gdy  znów odniósł wrażenie, że skała się unosi i bardzo powoli

rusza do przodu. Storm  podniósł broń i wy celował w kam ień. Jeśli poruszy  się j eszcze raz, zacznie

strzelać.

Gdy  tak wpatry wał się w skałę, poczuł, j ak ktoś przy ciska m u do gardła ostrze noża, a przy  uchu

wy czuł ciepły  oddech. Słowa wy powiedziano po rosy j sku, ale Storm  nie m usiał znać j ęzy ka, aby

zrozum ieć  ich  znaczenie.  Rozluźnił  uchwy t  na  pistolecie.  Mężczy zna  trzy m aj ący   nóż  przy   j ego

gardle  zm usił  go,  aby   wstał,  i  głośno  zawołał.  Odpowiedział  m u  inny   Rosj anin  i  Storm   usły szał

odgłos poruszaj ący ch się ludzi. Za j ego plecam i wy ciągnięto zza skał Showers i Caspera.

Oświetliło ich światło reflektorów SUV-a. Sam ochód by ł j edny m  z dwóch, który m i ludzie Żm ii

podj echali  inną  drogą  do  wej ścia  do  j askini.  Reflektor  zniszczony   przez  Storm a  by ł  podłączony

długim  kablem  do akum ulatora j ednego z sam ochodów.

Dzięki  reflektorom   Storm   m ógł  zobaczy ć  „skałę”,  która  poruszała  się  przed  nim .  Wraz

z Showers i Casperem  by li otoczeni przez pięciu zarośnięty ch potworów. To nie by ły  skały. To by li

żołnierze  Wy m pieła  noszący   stroj e  m askuj ące,  bardzo  starannie  kam ufluj ące  ubrania  często

uży wane  przez  siły   specj alne.  Ich  ciężkie  stroj e  by ły   tak  zaproj ektowane,  aby   by li  zupełnie

niewidoczni w terenie.

– My ślałem , że ci dranie to ty lko m it KGB – rzekł Casper. – Nie spodziewałem  się ich spotkać.

Czterech  m ężczy zn  stoj ący ch  na  straży   by ło  wy posażony ch  w  słuchawki  i  okulary

noktowizy j ne.  Ich  dowódca  wy szedł  zza  zaparkowany ch  SUV-ów,  w  który ch  włączy ł  przednie

światła.

– Dlaczego nas po prostu nie zabili? – zapy tała Showers.

–  Dom y ślam   się,  że  taki  m aj ą  plan  –  odrzekł  Storm .  –  Naj pierw  chcą  się  j ednak  upewnić,

że j est tu złoto. Wciąż j esteśm y  dla Rosj an naj lepszą gwarancj ą na znalezienie go.

Dowódca wy dał kom endę po rosy j sku i trzech żołnierzy  zniknęło wewnątrz j askini, zostawiaj ąc

pilnowanie  j eńców  j em u  i  dwóm   inny m   m ężczy znom .  Gdy   tak  czekali,  dowódca  podszedł

do  ciała  Oskara  i  zaczął  przeszukiwać  plecak,  który   geolog  niósł,  zanim   został  zabity.  Żołnierz

wy j ął z niego niewielkie urządzenie i włoży ł j e do kieszeni.

background image

– Urządzenie nam ierzaj ące – dom y ślił się Casper. – Ten ruski kutas im  pom agał.

Z twarzy  wy sm arowany ch specj alny m i farbam i nie dało się nic odczy tać. Widać by ło ty lko

oczy. Nic nie m ówili i to czy niło ich j eszcze groźniej szy m i.

Trzej   żołnierze  ustawili  się  na  wprost  Showers,  Storm a  i  Caspera.  Dwóch  obserwowało  ich

z  wy celowaną  bronią,  a  trzeci  podszedł,  aby   ich  obszukać.  Zaczął  od  Storm a  i  zrobił  to  bardzo

szy bko,  fachowy m   ruchem   zabieraj ąc  m u  dodatkową  am unicj ę.  Usaty sfakcj onowany   podszedł

do  Showers  i  zaczął  j ą  przeszukiwać  od  kostek,  po  czy m   przesunął  ręce  wzdłuż  j ej   nóg,  ale  gdy

dotarł  do  pasa,  zawahał  się,  gdy ż  prawą  rękę  m iała  na  tem blaku.  Konty nuował  obszukiwanie,

a Showers krzy knęła z bólu.

– Noszę tem blak! – zawołała. – Jak m ogę kogoś zastrzelić?

Cofnął się, zdum iony  j ej  wy buchem .

Dowódca  powiedział  coś  po  rosy j sku  i  żołnierz  zaj ął  się  Casperem .  Odebrali  m u  j uż  j ego

ukochaną strzelbę, ale za pasem  cały  czas m iał nóż Ka-Bar.

Storm   popatrzy ł  na  Showers,  a  ona  delikatnie  poruszy ła  prawy m   ram ieniem ,  odsuwaj ąc

tem blak z brzucha. Bez poruszania głową spoj rzała w dół, daj ąc m u sy gnał.

Storm  poj ął w lot, o co j ej  chodziło.

– Podobno j esteście niezwy ciężeni, kom unisty czni dranie – odezwał się głośno Casper – ale dla

m nie wy glądacie j ak banda m ięczaków.

–  O  m ój   Boże!  –  krzy knęła  histery cznie  Showers.  –  Ja  nie  chcę  um ierać!  –  Na  oczach

wpatruj ący ch  się  w  nią  żołnierzy   zarzuciła  zdrową  lewą  rękę  na  szy j ę  Storm a  i  zawołała:  –

Pocałuj  m nie ostatni raz, kochany !

Dowódca Wy m pieła krzy knął:

– Niet!

Ale  Showers  j uż  desperacko  przy warła  do  Storm a.  Tworzy ła  teraz  osłonę  przed  wzrokiem

żołnierzy,  więc  Storm   sięgnął  ręką  m iędzy   tem blak  a  j ej   talię,  gdzie  poczuł  znaj om y   m etalowy

uchwy t  swoj ego  glocka.  W  j akiś  sposób  udało  j ej   się  ponownie  ukry ć  broń,  zanim   została

poj m ana.

– Teraz – szepnął.

Showers obróciła się na j ego lewą stronę, podczas gdy  Storm  wy ciągnął broń i zaczął strzelać.

Jego  pierwszy m   celem   by ł  dowódca.  Obawiaj ąc  się,  że  Rosj anin  m oże  nosić  kam izelkę

kuloodporną,  Storm   strzelił  m u  prosto  w  twarz.  Trafił  za  pierwszy m   razem .  Padaj ąc  na  prawą

stronę,  Storm   wy strzelił  do  zaskoczonego  żołnierza,  który   go  pilnował.  Ten  zareagował,  unosząc

swój   pistolet  m aszy nowy.  Kula  Storm a  ze  świstem   przeleciała  obok  głowy   Rosj anina

background image

w m om encie, gdy  ten pociągnął za spust, oddaj ąc m etody cznie dwa strzały, tak j ak go szkolono,

zam iast  strzelać  bezładnie  i  nieskutecznie  w  panice.  Jedna  kula  drasnęła  udo  Storm a,  druga

prześlizgnęła  się  tuż  obok  j ego  klatki  piersiowej ,  uderzaj ąc  w  skałę.  Zanim   żołnierz  zdąży ł

wy strzelić następne pociski, Storm  wy palił ze swoj ego glocka, zabij aj ąc go.

Podczas  gdy   Storm   by ł  zaj ęty   strzelaniem   do  dwóch  żołnierzy,  Casper  zaatakował  Rosj anina,

który   go  przeszukiwał.  Mim o  że  Casper  by ł  ranny,  zdołał  wy m ierzy ć  obezwładniaj ący   lewy

sierpowy   w  szczękę  żołnierza,  j ednocześnie  doby waj ąc  wolną  ręką  nóż  Ka-Bar.  Założy wszy,

że  Rosj anin  nosi  pod  kom binezonem   kam izelkę  kuloodporną,  Casper  zakrzy wił  ostrze  tak,  żeby

trafiło w bok napastnika, i pchnął nożem  z taką siłą, że ten wszedł aż po rękoj eść. Casper pociągnął

nóż do góry, następnie na boki i w dół, odbieraj ąc m ężczy źnie ży cie.

– Ładny  strzał, snaj perze! – krzy knął Casper do Storm a.

Udało im   się  zabić  dowódcę  i  dwóch  żołnierzy   na  zewnątrz  j askini,  ale  w  środku  by ła  j eszcze

trój ka  pozostały ch  szukaj ąca  złota.  Storm   zbadał  ranę  na  nodze.  By ła  powierzchowna,  ale

postrzały, które wcześniej  otrzy m ał Casper podczas wy m iany  ognia z grupą Dżihad, by ły  o wiele

poważniej sze.

Casper schy lił się i wy j ął swoj ą strzelbę z rąk Rosj anina, który  wcześniej  m u j ą zabrał.

– Wy krwawiam  się – powiedział. – Uciekaj cie stąd. Ja zatrzy m am  pozostały ch trzech w j askini

tak długo, j ak będę m ógł.

– Nie – zaprotestowała Showers. – Nie zostawim y  cię.

–  To  m ój   wy bór  –  odrzekł  Casper.  Popatrzy ł  na  Storm a.  –  My ślałem ,  że  to  ty   zdradziłeś  nas

w Tangierze. Obwiniałem  cię za to, co się stało.

– A j a m y ślałem , że to ty  j esteś zdraj cą – odparł Storm .

– Ty m  razem  nie by ł to żaden z nas – roześm iał się Casper. – Dilj a przez cały  czas pracowała

dla Żm ii, a Oskar by ł wty czką Rosj an. To oni zorganizowali sabotaż w Tangierze. – Wy dał z siebie

bolesny  j ęk i dotknął boku.

– Nie m usisz zgry wać bohatera – powiedziała Showers. – Możem y  sprowadzić cię z góry.

–  Dokąd?  –  zapy tał.  –  Będę  m artwy,  zanim   doj dziem y   do  głównej   drogi.  Poza  ty m   chcę

um rzeć j ak bohater i m am  u ciebie dług – dodał, zwracaj ąc się do Storm a.

– Nic m i nie j esteś winien – odrzekł Storm .

– Uratowałeś m i ży cie, kiedy  zastrzeliłeś tego drania na dachu rzeźni.

– W takim  razie j esteśm y  kwita – powiedział Storm .

–  Jeszcze  nie,  snaj perze,  dopóki  nie  odej dziecie,  a  te  szczury   nie  wy lezą  z  j askini.  Niczego

nigdy   nie  kochałem   bardziej   niż  m oj ej   strzelby,  więc  dobrze  się  składa,  że  będę  trzy m ał  j ą

background image

w rękach, kiedy  um rę i pój dę do piekła. A teraz wy noście się stąd, zanim  zm ienię zdanie.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

 

S

torm  zj eżdżał z góry, prowadząc SUV-a z szaleńczą prędkością, próbuj ąc om ij ać skały, drzewa

i spadaj ące kam ienie, które wy dawały  się podskakiwać przed światłam i sam ochodu.

Przej echali j uż niecały  kilom etr skalistego terenu, gdy  za nim i poj awiły  się światła.

– Casper? – zapy tała Showers, ale j uż znała odpowiedź. – Szy bciej  – powiedziała.

–  Nie  j estem   niedzielny m   kierowcą  –  odparł  Storm .  –  Ale  j eśli  dodam   gazu,  zedrę  spód  tego

wozu.

Podwozie  SUV-a  odbiło  się  od  skały,  o  m ały   włos  nie  wy rzucaj ąc  ich  oboj ga  z  siedzeń.

Szczęśliwie półtora kilom etra dalej  wy j echali na żwirową drogę. Ścigaj ący  ich poj azd by ł teraz

na ty le blisko, że Showers m ogła zobaczy ć sy lwetki kierowcy  i pasażera.

– Casper m usiał zabić j ednego z nich – powiedziała.

Przerwał j ej  świst kuli, która wpadła przez boczne okienko SUV-a. Obok j ej  twarzy  przeleciały

odłam ki  szkła.  Rosj anin  na  siedzeniu  pasażera  wy chy lił  się  ze  swoj ego  okna,  strzelaj ąc  do  nich

z broni m aszy nowej .

Storm   podał  Showers  swoj ego  glocka  i  zaczęła  strzelać,  w  ty m   sam y m   m om encie  zaś  on

skręcił gwałtownie, aby  sam ochód nie wy padł z wąskiej  ścieżki. Jej  pierwszy  strzał trafił w ty lne

okno ich własnego SUV-a, a drugi w wewnętrzną stronę dachu.

– Strzelaj  w nich, nie w nas – poradził Storm . – My  j esteśm y  ci dobrzy.

– Oni są m niej szy m  zagrożeniem  niż twoj a j azda – odparła.

Ścigaj ący  ich strzelec oddał kilka następny ch strzałów, dziurawiąc ty ł SUV-a.

Showers odwróciła się na przednim  siedzeniu pasażera, wciskaj ąc plecy  w tablicę rozdzielczą,

i  podniosła  lewą  rękę,  żeby   m óc  strzelać  przez  wy bite  ty lne  okno.  Opróżniła  m agazy nek

i atakuj ący  ich wóz się cofnął.

– Musiałam  j ednego z nich trafić – oświadczy ła. – Daj  m i nowe naboj e.

– Nie m am  j uż ani j ednego. Zabrali j e, pam iętasz? Obszukiwali nas.

–  No  to  pora  na  kreaty wność  –  powiedziała,  przechodząc  m iędzy   anatom iczny m i  fotelam i

do ty lnej  części SUV-a.

background image

–  Jest  tam   coś?  –  zapy tał  Storm ,  gdy   przeszukiwała  ty ł.  –  Kałasznikow,  wy rzutnia  rakietowa,

arm ata, bom by ? Kanapka z m asłem  orzechowy m ?

– W rzeczy  sam ej  j est ty lko to – odparła. Uniosła torebkę ciastek z krem em .

Storm   zerknął  w  ty lne  lusterko  i  zobaczy ł,  j ak  Showers  rzuca  lewą  ręką  po  j edny m   ciastku

w zbliżaj ącego się SUV-a. Kilka rozbiło się na przedniej  szy bie.

– Musisz j echać szy bciej ! – krzy knęła Showers.

– Nienawidzę kierowców z ty lnego siedzenia – odrzekł.

Wsunęła się z powrotem  na przedni fotel i powiedziała:

– Jedź szy bciej .

– Popatrz na tę drogę – narzekał Storm .

Zj eżdżali  na  dół  j ednopasm ową  żwirową  ścieżką,  po  j ednej   stronie  której   ciągnęła  się  strom a

skarpa. Jeden niewłaściwy  ruch i spadliby  z klifu.

– No cóż, on j edzie szy bciej  – stwierdziła.

– Ale i tak go wy przedzam , prawda? – zapy tał Storm , patrząc w lusterko.

– Przy naj m niej  przestał strzelać – odrzekła. – Musiałam  go zranić.

– Ciastkiem ?

– Nie, z glocka.

– Może skończy ły  im  się kule.

W tej  sam ej  chwili Rosj anin znowu do nich strzelił.

– Jak widać, m aj ą zapasową am unicj ę – stwierdziła.

Storm   skręcił  gwałtownie  i  spod  kół  SUV-a  pry snął  żwir.  Showers  przy cisnęła  lewą  rękę

do sufitu range rovera, aby  się przy trzy m ać, gdy  szy bko wszedł w następny  zakręt.

Pom im o brawurowej  j azdy  Storm a wóz za nim i się zbliżał. W ciągu kilku sekund znaleźli się tak

blisko,  że  Showers  widziała  oczy   Rosj anina,  gdy   ten  wy celował  w  nich  broń  m aszy nową.  Z  tej

odległości nie m ógł chy bić.

– Nie tak planowałam  um rzeć – powiedziała Showers.

–  Biały   płotek  sztachetowy   –  odparł  Storm ,  gwałtownie  skręcaj ąc  –  buj any   fotel,  grom adka

wnuków biegaj ąca wokół i ty  pij ąca lem oniadę. Taki by ł twój  plan?

– Nie, ale z całą pewnością nie by ła to śm ierć na uzbeckiej  górze obok kogoś, o kim  nie wiem

nawet, j ak się naprawdę nazy wa.

– Planowanie własnej  śm ierci j est przereklam owane – rzekł Storm . – Zaufaj  m i. Przerabiałem

to.

background image

Znowu  gwałtownie  skręcił,  a  Showers  przy gotowała  się  na  swój   ostatni  oddech.  Czekała

na  nieuchronne.  Gdy   Rosj anin  m iał  właśnie  wy strzelić,  sam ochód,  który m   j echał,  zam ienił  się

w  giganty czną  kulę  ognia.  W  wy niku  eksplozj i  poj azd  uniósł  się  nad  drogą  i  ogarnęły   go

płom ienie. Następnie spadł, roztrzaskał się i potoczy ł po zboczu, płonąc j ak pochodnia.

–  Co  by ło  w  ty ch  ciastkach?  –  rzucił  Storm .  Nacisnął  ham ulce,  sam ochód  zatoczy ł  krąg  i  się

zatrzy m ał.

– Co się, do diabła, właśnie stało? – zapy tała Showers.

– Cicho! – polecił j ej  Storm . Wy łączy ł silnik.

Przez rozbite okna SUV-a usły szeli wiruj ący  odgłos unoszący  się nad nim i w ciem ności.

–  Jedidiah  Jones!  –  wy krzy knął  Storm .  –  Wy słał  Predatora.  –  Zerknął  na  Showers  i  zaczął

wy j aśniać: – Wiesz, bezzałogowy  zdalnie sterowany  sam olot...

– Wiem , co to j est Predator – odparła. – Nie wiem  ty lko, skąd Jones wiedział, że Rosj anie nas

ścigaj ą na zboczu uzbeckiej  góry.

Storm  uniósł nadgarstek, aby  m ogła zobaczy ć j ego zegarek.

–  My ślę,  że  nikt  w  FBI  nie  m a  takiego  –  powiedział  z  dum ą.  –  To  urządzenie  nam ierzaj ące.

Kiedy   Dilj a  wy celowała  do  m nie  z  broni  w  j askini,  włączy łem   go,  a  on  wy słał  do  Langley

sy gnał m ówiący  Jonesowi, że m am y  kłopoty. Dzięki tem u zegarkowi Jones wie dokładnie, gdzie

j estem , w każdej  chwili i w każdy m  m iej scu na świecie.

– Cieszę się, że ktoś m a na ciebie oko – odparła.

Kiedy  dotarli do podnóża góry, wzeszło poranne słońce, a na hory zoncie zobaczy li lecący  nisko

nad  równiną  w  ich  kierunku  helikopter  Bell  206.  Storm   zj echał  z  drogi,  um ożliwiaj ąc  lądowanie

czteroosobowego  śm igłowca.  Kilka  m inut  później   zm ierzali  w  stronę  Kazachstanu,  zostawiaj ąc

za  sobą  podziurawionego  kulam i  SUV-a,  a  także  ciała  Caspera,  Oskara,  Dilj i,  Żm ii,  j ego  ludzi

i sześciu inny ch Rosj an.

Gdy  tak lecieli w m ilczeniu, Showers nieoczekiwanie wy ciągnęła do niego lewą rękę.

– Masz. Prezent.

Storm  spoj rzał na j ej  otwartą dłoń.

To by ło j edno z ciastek z SUV-a. Wpadło j ej  do tem blaka, gdy  rzucała pozostałe przez okno.

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

 

R

ozdzielili się, gdy  ty lko wy czarterowany  przez CIA sam olot przy wiózł ich do am ery kańskiej

bazy   woj skowej   w  Wiesbaden  w  Niem czech.  Showers  została  przy j ęta  do  szpitala,  aby   lekarze

m ogli nastawić j ej  złam any  oboj czy k, zaś Storm  dostał trochę czasu na kąpiel i posiłek, ale zaraz

potem   m iał  lot  do  bazy   sił  powietrzny ch  Andrews.  Czekaj ący   tam   sam ochód  zabrał  go

do Langley.

Jones  siedział  odchy lony   do  ty łu  w  swoim   skrzy piący m   fotelu,  kiedy   Storm   wszedł  do  j ego

biura i usiadł na zby t dobrze znany m  sobie m iej scu naprzeciwko szefa siatki szpiegowskiej  CIA.

–  Nie  znaleźliśm y   żadnego  złota  –  odezwał  się  Storm .  –  Żadny ch  sześćdziesięciu  m iliardów

w  sztabkach  należący ch  do  Partii  Kom unisty cznej .  Pietrow  m usiał  podać  Lebiediewowi  złe

współrzędne.

Jones pochy lił się do przodu i zapy tał:

– Tak m y ślisz?

Storm  zam ilkł, a następnie odrzekł:

– Celowo wprowadziłeś błędne współrzędne do naszego GPS-a w Uzbekistanie. Wpuściłeś nas

w m aliny.

– To złoto by ło ukry te w Górach Molguzar przez ponad dwadzieścia lat i nikt nie by ł w stanie go

odnaleźć – odrzekł Jones. – Po co ruszać j e teraz? Zwłaszcza j eśli wiem , gdzie ono j est, i m ożem y

m ieć j e na oku wspólnie z j edny m  z naszy ch ptaszków.

Wy doby cie  sześćdziesięciu  m iliardów  w  złocie  z  uzbeckiej   j askini  by łoby   wielką  operacj ą,

która  nie  przeszłaby   niezauważona.  Poj awiły by   się  wściekłe  oskarżenia  ze  strony   Rosj i

i Uzbekistanu. Biały  Dom  m iałby  ogrom ny  problem  polity czny  – zwłaszcza j eśli prezy dent Rosj i

Barkowski wciąż by łby  u władzy.

–  Jeśli  nie  oczekiwałeś,  że  znaj dziem y   złoto,  to  po  co  wy słałeś  nas  do  Uzbekistanu?  –  zapy tał

Storm .

– My ślałem , że j uż się tego dom y śliłeś – odparł Jones.

Storm   fakty cznie  się  dom y ślił,  ale  chciał  choć  raz  usły szeć  to  od  Jonesa.  Ty m   razem   to  on

background image

udawał głupiego w ich grze w kotka i m y szkę.

– Tangier – rzekł Jones. – Po ty m , co tam  się stało, wiedziałem , że m am y  przeciek. By ły  ty lko

cztery  m ożliwości: Oskar, Casper, Dilj a i... ty.

– Podej rzewałeś m nie?

–  Taką  m am   pracę,  że  wszy stkich  podej rzewam .  Co  naprawdę  o  tobie  wiedzieliśm y ?  Clara

Strike  zwerbowała  cię,  bo  by łeś  zdolny m   pry watny m   detekty wem .  Po  Tangierze  pom y ślałem ,

że  m oże  drugiej   stronie  udało  się  ciebie  przekabacić.  Zdecy dowałeś  się  wy cofać.  By łem

podej rzliwy,  ale  twoj a  śm ierć  podsunęła  m i  pewien  pom y sł.  Postanowiłem   wy słać

na wcześniej szą em ery turę Oskara, Dilj ę, j ak również Caspera.

– Tangier – powtórzy ł Storm .

Jones skinął głową.

–  Gdy   się  dowiedziałem ,  gdzie  j est  ukry te  złoto,  stwierdziłem ,  że  los  dał  m i  szansę  złapania

zdraj cy. Wiedziałem , że kret skontaktuj e się z Rosj anam i. Sześćdziesiąt m iliardów by ło zby t cenną

zdoby czą. I Oskar dokładnie to zrobił.

– A Dilj a?

–  Co  za  ironia,  nie  sądzisz?  –  rzekł  Jones.  –  Rzucasz  sieć  i  kto  wie,  co  w  nią  złapiesz?  Oskar

powiedział Rosj anom  o Tangierze. Dilj a dała cy nk Żm ii.

– Podwój na zdrada – stwierdził Storm . – Jakie operacj e szpiegowskie prowadzisz, skoro dwoj e

twoich podwładny ch pracuj e potaj em nie dla drugiej  strony ?

– Dobry ch zdraj ców trudno wy kry ć. – Jones wzruszy ł ram ionam i.

– Dlaczego podej rzewałeś Caspera? – zapy tał Storm .

– Casper m iał zwy czaj  upij ać się i przechwalać. Pom y ślałem , że m oże niechcący  wy gadał się

przed niewłaściwy m i ludźm i.

– Casper zginął i m y  prawie też.

–  Ale  ży j esz,  prawda?  –  odparł  Jones.  –  Zanim   zaczniesz  się  nad  sobą  użalać,  pam iętaj ,

że wróciłeś pracować dla m nie, bo wiedziałeś, że ktoś cię zdradził w Tangierze. Chciałeś odwetu.

A j a nie m ogłem  sobie pozwolić na kolej ny  Tangier. To by ła cena, którą by łem  skłonny  zapłacić.

– Casper m ógł to widzieć inaczej .

– Dziwny m  trafem  los zatoczy ł pełne koło od czasu Tangieru – m ówił Jones. – Dowiedzieliśm y

się,  że  Dilj a  i  Oskar  by li  zdraj cam i.  Nie  złapaliśm y   Żm ii  w  Tangierze,  ale  j ego  ciało  zostało

znalezione  w  górach.  Wy gląda  na  to,  że  żołnierze  Wy m pieła  podcięli  m u  gardło.  Ty   i  Casper

zostaliście oczy szczeni z podej rzeń, dowiedzieliśm y  się także, gdzie j est ukry te rosy j skie złoto. To

potrój na wy grana w m oj ej  księdze. Pozostaj e ty lko j edno py tanie: skończy łeś działalność? Masz

background image

zam iar ponownie zniknąć w Wy om ing?

– W Montanie – poprawił go Storm .

–  Nieważne.  Czy   znów  znikniesz  z  pola  widzenia,  czy   będziesz  robił  to,  co  wy chodzi  ci

naj lepiej ?

Storm  podniósł się z krzesła.

– Teraz chcę wziąć trochę wolnego.

–  Weź  ty le,  ile  potrzebuj esz  –  odpowiedział  Jones,  otwieraj ąc  szufladę  i  wy ciągaj ąc  z  niej

kopertę.  –  To  ci  pom oże.  –  Przesunął  pakiecik,  a  Storm   wziął  go,  wiedząc,  że  zawiera  banknoty

studolarowe.

Następnie Storm  zdj ął z nadgarstka zegarek, który  dostał od Jonesa, i położy ł go na biurku.

– Nie będę tego potrzebował.

– Zatrzy m am  go do następnego razu – odparł Jones. – Na zewnątrz czeka wy naj ęty  sam ochód.

– Podał Storm owi kluczy ki.

– Jest na podsłuchu? – zapy tał Storm .

– Sam  to rozgry ź. – Jones wstał z fotela i wy ciągnął rękę. Uścisnęli sobie dłonie, po czy m  Jones

dodał:  –  Jutro  przy latuj e  agentka  Showers.  Dom y ślam   się,  że  wy ślą  j ą  na  obowiązkowe

zwolnienie lekarskie. Będzie m iała sporo wolnego czasu, zupełnie j ak ty.

Na zewnątrz Storm  zauważy ł zaparkowany  sam ochód z wy poży czalni. Jones zaszalał. To by ła

wiśniowo-czerwona korweta kabriolet, m odel Chevroleta ZR1, warta ponad sto ty sięcy  dolarów,

z  silnikiem   V-8  o  m ocy   638  koni  m echaniczny ch.  Naj szy bszy   m odel  sam ochodu,  j aki  koncern

General  Motors  kiedy kolwiek  wy produkował.  To  nie  by ł  poj azd,  j akiego  się  nie  zauważa  –

w odróżnieniu od ty powy ch podm iej skich wozów, który m i Jones kazał j eździć swoim  agentom .

Storm   zapuścił  silnik  i  rozkoszował  się  głośny m   pom rukiem   tłum ika,  wy j eżdżaj ąc  z  kwatery

CIA w kierunku George Washington Parkway. Zadzwonił j ego pry watny  telefon kom órkowy.

– Halo?

To by ła agentka Showers z Niem iec.

– Potrzebuj ę j utro podwózki z lotniska – poprosiła.

– Sprawdzę m ój  rozkład dnia – odparł.

– Oczekiwałaby m  czegoś więcej  niż ty lko przej ażdżki.

– Na przy kład czego?

– Obiadu.

– W Niem czech nie m aj ą ciastek?

background image

– Nie spóźnij  się. – Rozłączy ła się.

Skręcił  w  j eden  z  m alowniczy ch  punktów  widokowy ch  na  drodze  i  popatrzy ł  w  dół  na  rzekę

Potom ak. Przeszukiwał swój  telefon kom órkowy, aż znalazł to, co chciał. Kiedy  by ł w Londy nie

na  parkingu  podziem ny m ,  wy słał  Jedidiahowi  Jonesowi  współrzędne  do  złota.  Wy słał  też  kopię

na swoj ą pry watną kom órkę.

Jedidiah  Jones  nie  by ł  j edy ną  osobą,  która  wiedziała,  gdzie  ukry to  sześćdziesiąt  m iliardów

w sztabkach złota.

Jego telefon zadzwonił ponownie.

–  Słuchaj   –  powiedziała  Showers  poważny m   tonem   –  j a  naprawdę  chcę,  żeby ś  przy j echał

j utro na lotnisko. Jeśli chcesz, zapłacę za obiad. Ty lko m i nie zniknij .

– Ostatnim  razem , gdy  się spotkaliśm y, j a zostałem  z rachunkiem  – odrzekł.

–  Zaufaj   m i,  nie  będziesz  żałował.  Do  zobaczenia  j utro  i  nie  m artw  się,  nie  j esteś  m oim

chłopakiem .

– A ty  nie j esteś m oj ą dziewczy ną – odparł. – Ale m am  py tanie. Będziesz teraz m iała trochę

wolnego czasu, zgadza się?

– Zm uszaj ą m nie, żeby m  poszła na m iesiąc na zwolnienie.

– My ślę, żeby  wy brać się na wy cieczkę.

– A gdzie, do licha, chcesz się teraz wy brać?

– Na górską wspinaczkę.

 

 

 

KONIEC

 

background image

Poprzednie części trylogii: 

Nadchodzący sztorm i Wściek ły sztorm

 

     

background image

 

background image

Zapraszamy do zakupu innej książki Richarda Castle:

Fala upału

 

background image
background image

O AUTORZE

 

RICHARD  CASTLE  j est  autorem   liczny ch  bestsellerów,  w  ty m   Fali  upału,  Nagiego  żaru,

Gorączki  zmysłów  i  entuzj asty cznie  przy j ętej   przez  kry ty ków  serii  książek  o  Derricku  Storm ie.

Jego pierwsza powieść, Pod gradem kul, opublikowana j eszcze w college’u, otrzy m ała prestiżową

Nagrodę  Tom a  Strawa  dla  Literatury   Kry m inalnej   Stowarzy szenia  Nom   DePlum e.  Obecnie

Castle  m ieszka  na  Manhattanie  ze  swoj ą  córką  i  m atką,  które  wy pełniaj ą  j ego  ży cie  hum orem

i inspiracj ą.


Document Outline