background image

KAREN ROSE SMITH

Ten niezwykły, wymarzony

(Just the Man She Needed)

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Slade   Coleburn   prowadził   bardzo   ostrożnie.   Za   szybą   furgonetki   coraz 

gęściej padał śnieg, ograniczając widoczność. Nie śniegiem jednak się martwił, 
ale brakiem paliwa w baku. Jechał na zapasie, a do Billings miał jeszcze co 
najmniej godzinę drogi. Nie dojedzie! A tak liczył na stację benzynową na 
ostatnim odcinku drogi przez Montanę. 

Po prawej stronie szosy dostrzegł snop światła z wysoko umieszczonego 

reflektora, a po chwili dwie wielkie stajnie czy stodoły. Farma! Może odstąpią 
mu trochę paliwa? Na częściowo zmytym deszczami szyldzie odczytał nazwę 
„Ranczo BZ”. Niewiele myśląc, skręcił na szutrową drogę i po paruset metrach 
zatrzymał wóz przed piętrowym budynkiem rancza, równie starym i okazałym 
jak stodoły. Wysiadł z szoferki i po kilku schodkach wszedł na frontowy ganek. 
Kilka razy nacisnął guzik dzwonka, ale z domu nie dochodził żaden dźwięk. 
Zaczął więc energicznie stukać. Po pewnym czasie drzwi uchyliły się na tyle, 
na ile pozwalał im łańcuch. 

–  Dobry  wieczór...!  –  zaczął.  –  Kończy  mi  się  paliwo,  nie  ujadę  nawet 

kilometra. Czy nie mógłbym odkupić paru galonów...? – Cisza. – A jeśli nie, to 
prosiłbym o pozwolenie na przespanie się do rana w stodole... 

– Nie mam ropy ani benzyny – odpowiedział mu melodyjny kobiecy głos. – 

Bardzo mi przykro, ale... 

Nie widział twarzy rozmówczyni. Kryła się, pewnie się bała. Może mieszka 

tu sama. Ponieważ nic nie powiedziała na temat noclegu, ciągnął dalej:

– Ja wiem, proszę pani, że pani musi być ostrożna, zwłaszcza wieczorem, 

niech więc pani weźmie wałek do ciasta i potrzyma mi go nad głową, kiedy 
będę pokazywał moje dokumenty... 

–   Jeśli   przyszedł   pan   z   zamiarem   obrabowania   mnie,   to   mi   pańskie 

dokumenty nic nie pomogą. 

– Nazywam się Słade Coleburn i mam w kieszeni bardzo przekonywające 

dowody... 

– A ja jestem Emily Lawrence – usłyszał w odpowiedzi. 
Slade uśmiechnął się pod nosem na ten przejaw dobrego wychowania, które 

nakazywało   przedstawienie   się   nawet   potencjalnemu   bandycie,   skoro   ten 
pierwszy podał swoje nazwisko. 

Przez dłuższą chwilę panowała cisza, a potem nagle drzwi otworzyły się 

szeroko. 

– Niech pan wejdzie – powiedziała kobieta. – Gdyby pan był napastnikiem, 

to już dawno wysadziłby pan jednym kopniakiem te spróchniałe deski. 

Slade   przekroczył   próg   i  w   świetle   zwisającej  z   pułapu   lampy   zobaczył 

piękną   młodą   kobietę   z   kaskadą   kasztanowych   włosów   opadających   na 
ramiona. Okrzyk zdumienia zamarł mu na ustach. 

background image

– Teraz rozumiem pani ostrożność – mruknął. – Alp nie rozumiem, dlaczego 

pani te drzwi otworzyła. 

Kiedy zdejmował kapelusz, poczuł szarpnięcie za rękaw. 
– Mama powiedziała, żebym stał cicho w kącie... – odezwał się dziecięcy 

głos. 

Slade spojrzał w jego kierunku i zobaczył chłopczyka w wieku siedmiu, 

może ośmiu lat. Miał wielkie brązowe oczy, jak matka, i ciemniejsze niż ona 
włosy. W rękach trzymał napiętą procę. 

– Mama dobrze postąpiła. Myślała o twoim bezpieczeństwie. – Slade ukląkł 

obok chłopca. 

– Mama upiekła dziś ciasteczka. Chce pan spróbować?
– zapytał chłopiec. 
Emily Lawrence trzymała dłoń na wydętym brzuchu jakby w ochronnym 

geście. Wzrok przenosiła z syna na Slade’a i z powrotem. Była ubrana w sweter 
i nałożoną nań kurtkę. W kuchni panował chłód, a stojący w rogu pice wydawał 
się zimny. Slade niemal natychmiast zauważył, że choć kuchnia jest czysta, 
wygląda bardzo biednie. 

Ponieważ   kobieta   i   chłopiec   wpatrywali   się   w   niego,   jakby   oczekiwali 

jakiejś deklaracji, Slade powiedział:

– Mogę narąbać pani drzewa do pieca. I mogę też zapłacić za nocleg. 
– Nie będę brać od pana pieniędzy za nocleg w stajni – odparła kobieta i 

podeszła do stołu, gdzie stał słój z ciasteczkami. 

Mimo   iż,   jak   ocenił   Slade,   była   chyba   w   dziewiątym   miesiącu   ciąży, 

poruszała się z gracją. 

– Mąż wyjechał? – spytał Slade i pożałował pytania, gdyż kobieta mogła 

pomyśleć, że pyta w jakimś niecnym celu. 

– Jestem wdową – odparła po długim wpatrywaniu się w Slade’a. 
Był zaskoczony. Musiała owdowieć niedawno, skoro jest w zaawansowanej 

ciąży, pomyślał. Sama prowadzi ranczo?

–  Mark,   daj   mi   termos   z   kredensu!   –   poleciła   synowi,   a   gdy   go   podał, 

dodała: – Teraz idź na górę, włóż piżamkę i do łóżka. Czas spać!

– Ale, mamo...! – Chłopiec głową wskazał Slade’a. 
– Nic się nie martw. – Kobieta roześmiała się. – Ja odprowadzę pana... 
– Slade’a. Slade’a Coleburna – szybko przypomniał swoje nazwisko. 
– ... pana Coleburna. Już go odprowadzam. Nie będzie się tu działo nic 

ciekawego, zapewniam. 

Chłopiec westchnął, powiedział „dobranoc” i zniknął. 
– Zaparzę panu kawy – powiedziała kobieta. 
– Ależ ja nic nie potrzebuję. Nie chcę sprawiać najmniejszego kłopotu!
– Żaden kłopot. Niech pan powie prawdę: kiedy pan ostatni raz jadł?
– Około południa – odparł z ociąganiem Slade. 
– No, a teraz dochodzi dziewiąta. Zostało mi kilka plasterków wołowiny. 

background image

Jeśli pan chce, zrobię panu kanapki, które zabierze pan ze sobą do stajni. 

– Serdecznie dziękuję, a jeśli już ma być kawa, to czarna. 
Kobieta zaczęła krzątać się po kuchni. Przez ramię rzuciła pytanie:
– Dokąd pan jedzie?
– Chwilowo do Billings... 
– W interesach?
Slade odczytał te pytania jako próbę sprawdzenia, czy jednak nie popełniła 

błędu, wpuszczając go do domu. 

– W dwóch interesach. – Roześmiał się. – Poszukuję kogoś i szukam pracy. 

Potrafię robić wiele rzeczy. 

– Jeśli to miała być sugestia, żebym pana zatrudniła, to nic z tego. Nie mam 

pieniędzy. 

– Nie szukam roboty za duże pieniądze, bo wiem, że . tu niełatwo o taką. 

Wystarczyłby mi dach nad głową i wikt... 

Nie   zareagowała,   więc   uznał,   że   lepiej   nie   ciągnąć   tematu.   Podała   mu 

termos z kawą i kanapki w folii. Ich palce zetknęły się na ułamek sekundy i 
Slade poczuł przyśpieszone bicie serca. Zwariowałeś, skarcił się w myślach. 

– Zaraz, zaraz, zapomniałabym! – wykrzyknęła kobieta. – Muszę dać panu 

koc albo nawet dwa. Noce są bardzo zimne. 

Pobiegła   w   głąb   domu.   Nim   Slade   zdołał   ochłonąć   i   włożyć   na   głowę 

kapelusz, pojawiła się z powrotem Z dwoma wełnianymi kocami. 

–   Pani   nie   musi   tego   wszystkiego   dla   mnie   robić.   Właściwie   pani   nie 

powinna była mnie wpuścić. Dlaczego pani to robi? – zapytał, biorąc koc. 

Długo czekał, nim zdecydowała się odpowiedzieć:
– Umierałam ze strachu, kiedy usłyszałam, że ktoś podchodzi do domu. 

Zaczęłam się modlić. Potem szósty zmysł kazał mi panu pomóc. Ale na wszelki 
wypadek znowu się pomodliłam. 

Był   zaskoczony   tą   odpowiedzią.   Nie   tego   się   spodziewał.   Był   pod 

wrażeniem urody tej kobiety samotnie wychowującej syna i spodziewającej się 
drugiego dziecka. I szczerze przyznającej, że nie ma pieniędzy. 

– Rano narąbię pani drzewa – obiecał, wychodząc na dwór. – I niech pani 

już   dziś   nie   otwiera   drzwi   żadnemu   obcemu.   Nigdy   nie   wiadomo   –   dodał 
żartobliwie. 

Uśmiechnęła   się   i   ten   uśmiech   nie   tylko   go   oczarował,   ale   w   jakiś 

niezrozumiały sposób rozstroił i... zniewolił. Nagłe ugięły się pod nim nogi. 
Idąc do stodoły rozmyślał nad przedziwnymi zrządzeniami losu. Co się z nim, u 
licha, dzieje?

Następnego   ranka   Emily   obudziła   się   o   brzasku   dnia   i   natychmiast 

uświadomiła   sobie,   że   coś   się   wydarzyło,   choć   jeszcze   nie   wiedziała   co. 
Dopiero po kilku sekundach przypomniał się jej obcy mężczyzna. Przystojny 
obcy. Wysoki brunet o niebieskich oczach! Poczuła lekkie kopnięcie dziecka. 

background image

Położyła dłoń na brzuchu i zaczęła się zastanawiać nad minioną nocą. Była 
zupełnie inna od poprzednich. No tak, po raz pierwszy od miesięcy przespała 
spokojnie siedem godzin bez koszmarów, bez ciągłego budzenia się. Dlaczego 
tak   dobrze   spała?   Czy   dlatego,   że   w   stodole   był   mężczyzna,   niejaki   Slade 
Coleburn, którego w ogóle nie znała? Chyba niemożliwe! A jednak... 

„Ranczo BZ” należało do jej męża, a przedtem do jego ojca. Kiedy wyszła 

za mąż za Pete’a Lawrence’a, zamieszkała z oboma mężczyznami na ranczu. 
Bardzo szybko zorientowała się, że Pete ożenił się z nią tylko po to, by mieć 
kogoś, kto będzie się nim opiekował. Niby to pracował na ranczu obok ojca, ale 
było to raczej udawanie pracy i tylko wtedy, kiedy był do tego zmuszony. 
Emily   właściwie   prosto   z   ławki   szkolnej   poszła   do   ołtarza.   Małżeństwo 
traktowała   z   całą   powagą   i   jak   najszybciej   chciała   mieć   dzieci,   nie   tyle   z 
własnej   potrzeby,   co   z   chęci   sprawienia   radości   teściowi,   który   tak   bardzo 
pragnął wnuków. Niestety, niezbyt dobrze wybrała ojca dla dzieci. 

Tak, to było bardzo nieudane małżeństwo. Ale nie czas na wspomnienia. 

Teraz trzeba myśleć o przyszłości już dwojga dzieci... I trzeba przygotowywać 
się do porodu. Gdyby nastąpiły jakieś komplikacje albo drugie dziecko okaże 
się   zbyt   wielkim   problemem,   to   kto   wie,   czy   nie   będzie   musiała   sprzedać 
rancza. 

Szybko się ubrała i przed zejściem na dół zajrzała do Marka. Pochyliła się 

nad nim i szepnęła mu do ucha:

– Idę do stajni porozmawiać z panem Coleburnem. Niedługo wrócę. 
– Ja chcę spać... ! – mruknął Mark chyba jeszcze przez sen, ale natychmiast 

poderwał się, jakby podrzucony sprężyną i spuścił nogi na ziemię. – Ja też chcę 
iść do pana Coleburna! – oświadczył. 

– Nie, nie! Pośpij jeszcze!
Zostawiła syna i szybko zbiegła ze schodów. Włożyła ciepły płaszcz, który 

nie dawał się zapiąć na zbyt wielkim brzuchu, i wyszła na dwór. Było zimno. 
Kuląc się, przebiegła podwórze, kierując się do bocznych drzwi stajni, gdzie 
powitało ją prychanie koni. Przeszła wzdłuż boksów, obdarzając każde zwierzę 
pospieszną pieszczotą. W ostatnim boksie, gdzie miał spać mężczyzna, znalazła 
tylko złożone w kostkę koce, natomiast zza stajni dobiegł ją odgłos rąbania 
drzewa. Tylnymi drzwiami wyszła na zewnątrz i zobaczyła swego gościa z 
zapałem rozłupującego grube polana. Stał do niej tyłem, ale jakby wiedziony 
instynktem obrócił się, uśmiechnął i powiedział:

– Dzień dobry. 
– Dzień dobry – odparła. – Przecież powiedziałam już panu wczoraj, że nie 

chcę żadnej zapłaty za gościnę. 

– Słyszałem, słyszałem, ale ja zawsze tak reaguję na czyjeś dobre serce. – 

Widząc jej szeroko rozchylony płaszcz na wydatnym brzuchu, dorzucił: – Co 
pani wyrabia? Przeziębi pani potomka. Jest przecież chyba z minus osiem. 

– A co mam robić? Ktoś musi nakarmić zwierzęta, bez względu na chłód. 

background image

Jestem zahartowana. Nic mi nie będzie. 

– Pani sama gospodaruje na ranczu? I nadal tak ma być?
– Do czasu, aż zdecyduję, co i jak. Być może będę musiała sprzedać ranczo. 

Już wielokrotnie była u mnie agentka z biura handlu nieruchomościami. Zje pan 
śniadanie? Mark już chyba wstał. Koniecznie chciał tu ze mną przyjść, żeby 
zobaczyć, co pan robi. 

– Ile Mark ma lat?
– Siedem, a wygląda na dziesięć. 
Slade roześmiał się. 
– Trzeba go było wziąć. Pogadalibyśmy sobie. On układałby szczapy. 
Emily pomyślała ze smutkiem, że Pete nigdy nie chciał mieć przy sobie 

Marka, kiedy był czymś zajęty. Zawsze mówił, że bachor mu przeszkadza. 

– Lubi pan dzieci?
– Bardzo lubiłem, kiedy sam byłem dzieckiem, a teraz to nie wiem. Chyba 

nadal lubię. 

– Więc jak? Mam dla pana nakryć do śniadania?
– Chyba tak. Tyle że będę zmuszony znowu coś znaleźć do zrobienia na 

ranczu. – W oczach zapaliły mu się wesołe ogniki. 

Emily odpłaciła mu szerokim uśmiechem. Gdy wróciła do domu, w kuchni 

czekał na nią Mark z dziesiątkiem pytań:

– Czy temu panu nie było za zimno w nie ogrzanej stajni? Co teraz robi? 

Czy zostanie na dłużej? Czy umie jeździć konno...?

Emily na niektóre pytania odpowiedziała, na inne odpowiedzi nie znała, 

więc  poradziła  Markowi,   by   sam  zapytał,   kiedy   pan   Coleburn   przyjdzie   na 
śniadanie. Bardzo chciała, by syn zasypał jej gościa pytaniami, nie tyle po to, 
by poznać odpowiedzi, ile w celu zorientowania się, jaka jest wytrzymałość i 
cierpliwość pana Coleburna. 

Ledwo zdążyła usmażyć jajecznicę i podgrzać chleb domowego wypieku, 

kiedy pojawił się sam Coleburn. 

– Co za cudowne zapachy! – wykrzyknął od progu. Zdjął i powiesił na 

wieszaku kapelusz, to samo zrobił z kurtką, zatarł dłonie i zaproszony gestem 
Emily usiadł za stołem. 

Mark natychmiast zarzucił Slade’a pytaniami, na które otrzymywał bardzo 

krótkie   odpowiedzi   udzielane   tonem   wyrozumiałym   i   nawet   rozbawionym: 
„Nie”, „Tak”, „Może”, „Kto wie?” „Zobaczymy”, „Pomyślę”. 

W   czasie   śniadania   Emily   i   Slade   wzajemnie   się   obserwowali.   Emily 

podziwiała muskularne ramiona mężczyzny, a Slade rysy twarzy kobiety. 

Po skończonym jedzeniu Slade otarł usta rękawem koszuli i stwierdził:
–   Tak   mi   się   coś   wydaje,   że   bardzo   by   się   pani   przydał   ktoś,   kto 

uszczelniłby stajnie, naprawił dachy... 

– Powiedziałam panu, że nie mam pieniędzy... 
– A ja powiedziałem, że wystarczy mi dach nad głową i wikt. Robiłbym 

background image

ciężką robotę. Przecież przed rozwiązaniem pani nie powinna się forsować... A 
po rozwiązaniu też nie. Niemowlak wymaga ciągłej opieki. 

–   Mark   mi   bardzo   dużo   pomaga...   –   Emily   opierała   się   pokusie 

zaakceptowania   propozycji   mężczyzny.   Ostrożność   przeważała.   –   Nie,   nie! 
Dam sobie radę. Mark, podziękujemy Panu Bogu za jego dary... – Złożyła 
dłonie. 

Slade westchnął i wzruszył ramionami. Chwilę intensywnie myślał, a potem 

spróbował raz jeszcze:

– Pokażę pani moje referencje. Może wtedy zmieni pani zdanie... 
– Mark, spóźnisz się na szkolny autobus. Zmykaj! – powiedziała Emily, 

jakby nie słyszała propozycji Slade’a. 

Chłopiec, który z otwartymi ustami słuchał całej rozmowy, poderwał się i 

pobiegł w kierunku schodów na piętro. Dopiero gdy zniknął, Emily zapytała:

– Czy tak trudno znaleźć pracę?
– Jeśli nie chce się powiedzieć, jak długo ma się zamiar zostać, to trudno. 
Z tej odpowiedzi Emily wywnioskowała, że ma do czynienia z tułaczem z 

wyboru,  który   nie  chce  nigdzie  zapuścić  korzeni.  Dlaczego  taki  mężczyzna 
błąka się po świecie? Nie potrafiła się tego domyślić i nie miała zamiaru pytać. 

– Dobrze, przeczytam referencje i zadzwonię do osób, które je podpisały. 

Ale najpierw muszę odprowadzić Marka do szosy. – Widząc, że Slade otwiera 
usta, dodała: – Nie, niech pan nie oferuje swej pomocy. Odprowadzenie Marka 
to rytuał. Zegnamy się przy autobusie. 

Slade   zostawił   na   stole   referencje   i   wrócił   do   rąbania   drzewa.   Emily 

odprowadziła Marka do drogi, pożegnała paroma całusami, a następnie wróciła 
do domu, by zagnieść ciasto na chleb, gdyż na śniadanie zjedli ostatnią kromkę. 
Gdy ciasto rosło, zadzwoniła pod trzy podane przez Slade’a numery telefonów, 
dwa w stanie Idaho, jeden w Wyoming. Jedna firma budowlana i dwa rancza. 
Wszyscy pytani potwierdzili to, co uprzednio napisali w  zaświadczeniach z 
pracy:   Slade   Coleburn   jest   pracownikiem   sumiennym   i   wywiązuje   się 
doskonale z powierzonych mu zadań. Nigdy też nie porzucił roboty przed jej 
zakończeniem. 

No tak, ale kończy robotę i umyka dalej... 
Uformowała   bocheneczki   chleba,   włożyła   je   do   pieca   i   zabrała   się   do 

gotowania zupy na kilka dni. W miarę upływu czasu czuła się coraz bardziej 
zmęczona. Kiedy około jedenastej pojawił się Slade, właśnie przesuwała na 
piecu ciężki gar. Szybko podskoczył, niemal odtrącił Emily i sam przesunął 
naczynie. Zganił gospodynię:

– I pewno ten gar z wodą pani sama postawiła na piecu? Nie przyszło pani 

do głowy postawić na fajerce pusty i dolewać wody kubkami? Czy nikt pani nie 
mówił, że kobiety w ciąży nie powinny nic dźwigać?

Zignorowała   uwagę,   natomiast   poinformowała   go   o   przeprowadzonych 

rozmowach z jego byłymi pracodawcami:

background image

– Wszyscy potwierdzili, że pracuje pan sumiennie i dobrze. Zgoda, dam 

panu dach nad głową i wikt. Przygotuję listę robót: prac bieżących i reperacji. 
Za kuchnią jest mały pokoik z łóżkiem, z wejściem z przedpokoju. Może pan 
tam spać. 

Slade nic nie odpowiedział. Podszedł do zlewu i umył ręce, a następnie 

wytarł je ścierką. Emily stwierdziła, że stoi zbyt blisko niego. Poczuła ni to 
skrępowanie,   ni   podniecenie.   Gdyby   patrzyła   wówczas   na   Slade’a, 
zauważyłaby z pewnością, że on też czuje się nieswojo. 

– Co za męża pani miała? – spytał. – Widzę, że pani jest przyzwyczajona 

robić wszystko sama. 

– To nie pańska sprawa! – Emily zjeżyła się. – To, że będziemy przez 

pewien czas pod jednym dachem, nie oznacza, że ma pan prawo ingerować w 
moje życie. 

Jednocześnie kłębiły się w jej głowie zupełnie inne myśli. Jakby to było, 

gdyby od początku jej mężem był ktoś taki, jak Slade? Zerknęła na niego z 
ukosa.   Miał   zmarszczone   czoło,   jakby   głęboko   się   nad   czymś   zastanawiał. 
Pewno nad jej ostrą ripostą. Może nie powinna była tak zareagować. Chciałaby 
się dowiedzieć o tym dziwnym mężczyźnie czegoś więcej, ale on, zbesztany, 
pewno już nic nie powie. 

– Wszystko w porządku – odparł Slade bynajmniej nie obrażony. – Umowa 

stoi. Pani nie będzie grzebała w moim życiu, a ja się obiecuję trzymać z daleka 
od pani problemów. 

– Z drzewem pan skończył? – spytała. 
–   Z   rąbaniem   tak,   ale   powinienem   wrócić   do   koni.   Sprawdzić   obrok   i 

wodę... 

– Dobrze, ale niech pan wróci za godzinę. Chleb do tego czasu ostygnie. 

Zjemy lunch. 

W czasie lunchu Slade nie zadawał żadnych pytań i nie mówił o sobie, 

natomiast od Emily dowiedział się, że rozwiązanie powinno nastąpić za trzy 
tygodnie i że od śmierci męża sąsiad dowozi paszę dla zwierząt, za co Emily w 
każdy   weekend   zaopatruje   jego   rodzinę   w   wypiekany   przez   siebie   chleb   i 
ciasta. 

W miarę dowiadywania się tych szczegółów Slade zapragnął wiedzieć coraz 

więcej. Czuł przedziwną sympatię do swej nowej pracodawczyni i zachodził w 
głowę dlaczego. Chyba nie zadurzył się w kobiecie, która za kilka tygodni ma 
rodzić... ?

Gdy po południu sprzątał boksy w stajni, przybiegł Mark i już od progu 

krzyknął:

– Przyszedłem trochę popatrzeć. Mama powiedziała, że mogę, jeśli to panu 

nie przeszkadza. 

– Absolutnie mi nie przeszkadza, chłopcze! Możesz mi nawet pomagać, jeśli 

masz ochotę. 

background image

– Mama mówi, że pan u nas zostanie. Na długo pan zostanie? – Nie jestem 

jeszcze pewien. 

–   Wie   pan   co?   Będę   miał   brata   albo   siostrzyczkę   –   powiedział,   jakby 

wyjawiał wielką tajemnicę. 

– Wiem, wiem. A cieszysz się?
– Jeszcze nie. Muszę najpierw zobaczyć. 
Slade roześmiał się. Rozmawiali z ożywieniem aż do kolacji. Markowi ani 

na chwilę nie brakowało tematu, interesował się wszystkim, a i Slade przy 
okazji dowiedział się kilku ciekawych rzeczy. Jednakże, mimo że bardzo go 
interesowało, kim był mąż Emily, nie próbował pytać o to chłopca. 

Po kolacji Mark zaproponował Slade’owi partię chińczyka. 
– Nie musi pan... – interweniowała Emily. 
– Nie mam nic lepszego do roboty, chyba że chce pani, żebym jeszcze dziś 

zaczął ocieplanie stajni – odparł Slade z uśmieszkiem rozbawienia. 

– Wystarczy, jak pan zacznie jutro. 
Emily   zauważyła,   że   jej   niespodziewany   pracownik   bardzo   często   takim 

właśnie uśmieszkiem okrasza swoje riposty. Miał poczucie humoru, ale i lekko 
ironiczny stosunek do świata, rzeczy i ludzi. Była pewna, że Slade długo z 
Markiem nie wytrzyma. Chłopiec miał niewyczerpany zapas pytań, a Slade z 
pewnością   wyczerpującą   się   cierpliwość.   Pogra   z   Markiem   najwyżej   pół 
godziny, a potem umknie do swego pokoiku. Jest już pewno bardzo zmęczony. 

Mark przyniósł pudełko z chińczykiem i zaczęli grać na kuchennym stole. 

Mark oczywiście ciągle o coś pytał. Wbrew oczekiwaniom Emily grali bardzo 
długo. 

Gdy   zegar   wybił   dziewiątą,   powiedziała   „dość”,   zabrała   syna   na   górę, 

dopilnowała,   by   porządnie   złożył   ubranko   i   umył   się,   a   potem   jak   zwykle 
opowiedziała mu wymyśloną na poczekaniu bajkę. Gdy już miała odejść, Mark 
zapytał:

– Czy pan Slade mógłby też przyjść i powiedzieć mi dobranoc?
– Przecież już się z nim pożegnałeś na dole? A poza tym on pewno poszedł 

się położyć. 

– Na dole to nie to samo. A on na pewno jeszcze się nie położył. Dla kogoś 

starego to za wcześnie. Proszę...!

Dla   kogoś   starego!   Uśmiechnęła   się.   Schodząc   ze   schodów,   poczuła 

zaskakujące pikanie w okolicy serca. To chyba nie początek porodu. Jeszcze 
przecież trzy tygodnie! Przestraszyła się. Dlaczego ona przez cały dzień czuje 
się tak dziwnie?

Miała nadzieję, że Slade już śpi, ale kiedy leciutko zapukała do jego pokoju, 

aby nie mieć wyrzutów sumienia, że zignorowała prośbę Marka, Slade niemal 
natychmiast zareagował uchyleniem drzwi. 

– Czy coś się stało?
Miał rozpiętą koszulę. Emily z uczuciem zażenowania, ale i z prawdziwą 

background image

przyjemnością, wpatrywała się jak zauroczona w jego muskularny tors. Co za 
mężczyzna!

– Nic się nie stało... – Zająknęła się, nie mogąc oderwać od niego oczu. – ... 

tylko Mark prosi... pyta... czy nie mógłby pan pójść do niego na górę, żeby 
powiedzieć mu dobranoc. Wiem, że to głupie... ale... 

– Nie ma w tym nic głupiego. Z wielką przyjemnością zrobię, o co chłopiec 

prosi. Uroczy dzieciak. Ale przy okazji coś pani powiem. Bardzo niedobrze, 
żeby kobieta w pani stanie latała tam i z powrotem po tych stromych schodach. 
Niebezpieczne, a poza tym trzeba się oszczędzać, bardziej uważać. 

–   To   dobra   gimnastyka,   panie   Coleburn.   –   Była   zaskoczona   i   nawet 

wzruszona jego troską o zupełnie mu obcą osobę, ale i trochę zła, że przybysz 
ingeruje w jej prywatne sprawy. 

– Niech pani zostawi tego Coleburna. Jestem po prostu Slade. 
Długo   się   wahała,   nim   skinęła   głową,   choć   w   myślach   już   od   rana 

powtarzała tylko imię. 

–   Dziękuję   panu...   dziękuję,   Slade,   za   wyrozumiałość   wobec   kaprysów 

Marka. Poprowadzę pana... 

Poszli na piętro. Były tam trzy pokoje. Duża sypialnia, sypialnia Marka i 

pokój   roboczy   z   maszyną   do   szycia.   To   ostatnie   pomieszczenie   Emily 
przygotowała już na przyjęcie nowego członka rodziny. 

Pokój   Marka   był   niedawno   odnowiony   i   pomalowany   na   kolor 

jasnoniebieski. Wisiał w nim oczywiście afisz ulubionej drużyny bejsbolowej, 
parę rysunków szkolnych i kilka fotografii koni. Slade podszedł do łóżeczka 
chłopca, pochylił się nad nim i powiedział:

– Otrzymałem miłą wiadomość od twojej mamy, Mark. Podobno chcesz raz 

jeszcze powiedzieć mi dobranoc. 

– Tak, ale chodzi mi też o to, żeby mi pan opowiedział jakąś historię... 
– Mark, nie nudź pana Coleburna. Już ci opowiedziałam historię. 
– A ja muszę mieć czas, żeby sobie przypomnieć coś, co cię zainteresuje – 

dodał Slade. – Może odłożymy opowiadanie do jutra. 

– Ale jutro na pewno?
–   Tak,   do   jutra,   partnerze!   –   Slade   wyciągnął   zwiniętą   w   pięść   dłoń   i 

pieszczotliwie, lekko szturchnął chłopca pod brodę. 

– Mamo, on powiedział, że jestem partnerem! – Na twarzy chłopca wykwitł 

błogi uśmiech, jakiego Emily nigdy chyba u niego nie widziała. 

Nagle  poczuła bolesny  skurcz i  wykrzywiła twarz.  Slade  natychmiast  to 

zauważył. 

– Co się stało? – spytał. 
– Nie, nic. Absolutnie nic. Trochę się dziś przepracowałam i poczułam takie 

strzyknięcie... Ale już przeszło. Jutro będę jak nowa... 

–   Jutro   musi   pani   bardziej   na   siebie   uważać.   Nic   nie   dźwigać,   częściej 

odpoczywać... Będę pani pilnował... 

background image

Emily   uśmiechnęła   się   do   siebie.   Obcy   człowiek,   przypadkowy   gość, 

pracownik najemny od kilkunastu godzin, a robi jej uwagi jakby był... Bała się 
dokończyć, chociaż gdzieś w zakamarkach myśli plątały się dwa słowa: „... 
czułym kochankiem”. 

Slade   zszedł   do   siebie,   Emily   zamknęła   się   w   sypialni   i   po   kilkunastu 

minutach zgasiła światło i otuliła się kocem. Naraz poczuła jeszcze gorszy niż 
poprzednio   ból   w   krzyżu.   Z   powrotem   zapaliła   światło,   wstała   i   zaczęła 
spacerować po pokoju, licząc na to, że ból zaraz minie. Nie minął. Trzymał ją w 
kleszczach. 

Nagle przeszyło ją coś więcej niż zwykły ból. Niby cięcie nożem wzdłuż 

całego kręgosłupa. Padła na kolana i nie mogła się podnieść. Wiedziała, że 
Slade jej nie usłyszy, nawet gdyby zaczęła wołać na całe gardło. Resztkami sił 
doczołgała   się   do   nocnego   stolika,   na   którym   leżała   ciężka,   na   sztywno 
oprawiona książka, zsunęła ją na ziemię i szybko zaczęła nią walić w podłogę. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Wyciągnięty w ubraniu na łóżku i pogrążony w myślach o ewentualnym 

udaniu   się   nazajutrz   do   Billings,   do   sądu,   Slade   usłyszał   nagle   szybkie 
uderzenia w sufit. Po wizycie na piętrze wiedział, że jego pokój znajduje się 
dokładnie   nad   sypialnią   Emily.   Czy   ona   coś   przybija?   Chyba   nie.   Dziwne 
uderzenia. Seriami po trzy, jakby jakiś sygnał. Tak, to jest sygnał! Niewiele 
myśląc, zerwał się z łóżka i wybiegł do przedpokoju, a następnie przeskakując 
po trzy stopnie, wbiegł na piętro. Nie pytając o nic, otworzył drzwi do sypialni i 
stanął jak wryty, nie wiedząc, co robić. Emily leżała na podłodze, a na jej 
twarzy widniało przerażenie. 

– Zaczęło się...! – wyszeptała zbielałymi wargami. – Nie wiem dlaczego. 

Poprzednim razem miałam zupełnie normalny poród. 

Slade nie miał pojęcia o porodach, ale ukląkł obok leżącej i zaproponował, 

że przeniesie ją na łóżko. 

– Nie. Muszę... do szpitala... 
– Dopiero teraz się zaczęło?
– Przez cały dzień dziwnie się czułam. Przy Marku miałam skurcze najpierw 

co pół godziny, potem co dziesięć minut. Trwało to razem siedem godzin. Ale 
teraz... nagle... wszystko od razu... 

– Jak mogę ci pomóc, Emily? – Po raz pierwszy zwrócił się do niej po 

imieniu. 

Emily ciężko oddychała. Na kilka sekund podniosła głowę, jakby chwycił ją 

nagły skurcz. Przetarła grzbietem dłoni mokre od potu czoło i spytała:

– Czy możesz zawieźć mnie do szpitala? Wiem, że nie powinnam tego od 

ciebie żądać, ale... 

– Przestań! Oczywiście, że powinnaś. Sytuacja jest kryzysowa... – Zdobył 

się na uśmiech, by ją uspokoić. 

– Żadna kryzysowa sytuacja. To jest po prostu poród... – odparła także z 

uśmiechem. – Musisz obudzić Marka. Ja postaram się zwlec i zejść na dół... 

– Ja cię zniosę, a potem wrócę po Marka. 
– To po prostu poród... – wyszeptała słabym głosem. 
– Po prostu poród! Ale choć się na tych rzeczach zupełnie nie znam, coś mi 

się wydaje, że na szpital jest za późno... 

– Muszę... 
– Macie tu w okolicy stację karetek pogotowia?
– To jest Montana. Dojedziemy prawie do Billings, nim zjawi się karetka. 

Muszę jechać do szpitala... 

Nim Emily zdążyła się zorientować, co Slade robi, wziął ją na ręce i szedł w 

kierunku schodów. 

– Zeszłabym sama... – zaprotestowała słabym głosem. 

background image

– Ale z ciebie uparciuch, Emily!
– Znam cię zaledwie jeden dzień... 
– A co to ma do rzeczy? Jesteś damą w potrzebie. Uznaj mnie za błędnego 

rycerza, który zawsze spieszy na pomoc damom w potrzebie. 

W saloniku na dole położył ją na kanapie i wrócił na górę, by obudzić 

Marka, któremu w kilku słowach wyjaśnił sytuację. 

– Ale mama czuje się dobrze? – z niepokojem zapytał chłopiec. 
– Teraz bardzo cierpi, ale wszystko będzie w porządku – zapewnił Slade. – 

Jak najszybciej musimy zawieźć ją do szpitala. Ja schodzę, żeby przy niej być, 
a ty szybko się ubierz i dołącz do nas. 

Slade nie znalazł już Emily na kanapie. No oczywiście! Wszystkiego można 

się  spodziewać   po  tak   upartej  kobiecie.  Emily   była  w   kuchni.  Siedziała  na 
krześle ubrana w płaszcz i usiłowała naciągnąć buty. Podszedł do niej i niemal 
wyrwał z jej rąk czarny but, po czym usiłował wsunąć weń jej stopę. 

– Są trochę za ciasne – usprawiedliwiała się. 
– Twojemu przyszłemu dziecku też jest bardzo ciasno. Nie wolno ci się tak 

zginać i napierać na płód. 

Emily   zaśmiała   się   cicho.   Slade’owi   bardzo   podobał   się   ten   śmiech. 

Niesłychanie   melodyjny.   Ta   kobieta   zaczęła   mu   się   podobać.   Bardzo.   Nim 
nałożył jej dragi but, Mark już do nich dołączył. 

– Czym pojedziemy? – zapytał Slade. – W mojej ciężarówce jest tylko kilka 

naparstków paliwa. Masz samochód?

– W oborze, w drugim budynku gospodarczym, stoi stara furgonetka. Bak 

jest pełny, powinna dać się uruchomić, choć dawno jej nie używałam... 

– Nie wstawaj! – polecił Slade. 
Zdjął z wieszaka swoją kurtkę i kapelusz, ubrał się, potem mimo głośnych 

protestów Emily wziął ją ponów nie na ręce i z kroczącym przodem Markiem 
ruszył w kierunku obory. Najpierw umieścił Emily bezpiecznie na przednim 
siedzeniu, Marka z tyłu, potem sam wsiadł, włączył zapłon i starter. Wóz, o 
dziwo, od razu zapalił. Slade odetchnął z ulgą. Dotychczas każdy ruch i każdy 
krok wykonywał z absolutnym spokojem, by nie denerwować Marka i Emily. 
Zdawał sobie bowiem sprawę z niebezpieczeństw tej podróży do szpitala. Nie 
mając żadnego doświadczenia, instynktownie wyczuwał, że w drodze zdarzyć 
się może wszystko, łącznie z narodzinami dziecka. W zimnej furgonetce, na 
mrozie!

Ujechali   kilkanaście   kilometrów,   kiedy   Emily   wydała   chrapliwy   okrzyk, 

inny od poprzednich i jakby skuliła się w fotelu. 

– Co się stało? – Cofnął nogę z gazu. 
– Wody... chyba odchodzą... Szybciej! Przycisnął gaz do deski. 
Po niespełna pięciu minutach Emily bezwładnie opadła na siedzenie. Jej 

głowa znalazła się na kolanach Slade’a. 

– Co się dzieje, Emily?

background image

– Chyba rodzę... 
– Teraz?
– Teraz... 
Zaklął szpetnie, ale zaraz się zreflektował i przeprosił. 
– Daj mi jeszcze trochę czasu – powiedział. 
– Ja dam, ale czy dziecko da, tego nie wiem... – odparła. 
To bardzo pocieszyło Slade’a. Najważniejsze, by Emily dobrze się trzymała. 

Twarda z niej babka. Noc była zimna, chyba z dziesięć stopni mrozu, ale Slade, 
niesłychanie przejęty, poci! się, jakby był w saunie. 

– Czy mama będzie żyła? – zapytał płaczliwym głosem Mark. 
– Co ty za głupie pytania zadajesz, chłopie? – zaśmiał się głośno Slade. – 

Jeszcze jak będzie żyła! Szczęśliwa z dwojgiem dzieci!

W oddali błyskały światła miasteczka. Niestety, nie przy samej drodze, ale 

dość daleko od niej. Tym razem Slade zaklął pod nosem. Chyba nie zdąży. 

– Slade, musimy się zatrzymać. Ja muszę... – Chwyciła go kurczowo za 

ramię. 

Trzymaj się, stary, nie trać głowy, tylko spokój może cię uratować, polecił 

sobie Slade. Zjechał na pobocze i włączył migacze. Obrócił się do Marka i 
powiedział:

– Potrzebna mi będzie twoja pomoc, Mark. Masz usiąść na moim miejscu za 

kierownicą i naciskać klakson. Trzy krótkie sygnały, przerwa i trzy dłuższe... 
Masz   to   robić   przez   cały   czas   bez   względu   na   to,   co   się   będzie   działo. 
Zrozumiałeś?

– Tak jest, szefie! – odparł chłopiec. 
Slade wyskoczył z szoferki, otworzył boczne przesuwane drzwi i wypuścił 

Marka, który natychmiast zajął miejsce kierowcy i zaczął trąbić. 

Slade obiegł od przodu furgonetkę i otworzył drzwi z drugiej strony. Emily 

zgięta wpół ciężko i głośno dyszała. 

Z   trudem   usunął   środkowy   fotel   w   szoferce.   Wyniósł   go   ponad   głową 

kobiety   i   rzucił   na   pobocze.   Powstałym   przejściem   udało   mu   się   ostrożnie 
przeciągnąć   Emily   na   tył   furgonetki.   Ułożył   ją   jak   mógł   najwygodniej, 
podkładając swoją kurtkę. Ocierając pot z czoła, zauważył w kącie furgonetki 
niedbale rzucone stare derki. Chyba dar z nieba! Będzie czym owinąć dziecko. 

Na chwilę ujął dłoń kobiety i lekko ścisnął. 
– Jesteśmy gotowi, Emily!
To   była   przechwałka.   Wcale   nie   czuł   się   gotowy.   W   życiu   nie   widział 

porodu, w ogóle nie interesował się tym tematem. 

– Muszę teraz przeć! Nie wiem, czy powinnam, ale dłużej nie mogę czekać. 

Wody odeszły. 

– Obawiam się, że będę musiał obserwować z bliska, żeby w razie czego 

pomóc... – powiedział z zażenowaniem i odwrócił wzrok. 

– Wiem! – Zdobyła się na blady uśmiech, co bardzo podniosło Slade’a na 

background image

duchu. – Rób, co uważasz za słuszne w danej chwili. 

Pierwsze,   co   zrobił,   to   zdjął   jej   buty,   a   następnie   poprawił   „posłanie”, 

wykorzystując jedną z trzech końskich derek, jakie znalazł w wozie. Opatulanie 
i dotykanie tej kobiety było dla niego bardzo żenujące. I dla niej pewno też. 

Nie upłynęło pół minuty, kiedy ujrzał główkę dziecka i wtedy wpadł w 

panikę.   Dłonie   zaczęły   mu   drżeć.   Po   kilku   głębokich   oddechach   nieco   się 
uspokoił. To już ta chwila!

– Slade! – Emily wyciągnęła do niego dłoń, w której trzymała jakąś różową 

szmatkę. – To do przewiązania pępowiny. 

Wziął z jej ręki strzępek tkaniny, chyba brzeg oderwany od nocnej koszuli. 
Mark,   wyczuwając   dramatyzm   sytuacji,   trąbił   przez   cały   czas   i   jakby 

mocniej naciskał klakson. Przerywany dźwięk wdzierał się Slade’owi boleśnie 
w uszy. 

–   Jedzie   samochód!   –   wykrzyknął   nagle   Mark.   Postanowił   pozostawić 

Emily   na   chwilę   samą.   Jadący   ku   nim   samochód   był   już   blisko.   Musi   go 
zatrzymać.   Wyskoczył   na   szosę,   samochód   zwolnił,   potem   się   zatrzymał, 
kierowca opuścił szybę. 

– Co się dzieje?
– Kobieta rodzi. Proszę z najbliższego telefonu zadzwonić po karetkę... 
– Mam w wozie komórkowy. Już dzwonimy! Slade, który uważał telefony 

komórkowe   za   zbędną   komplikację   życia,   po   raz   pierwszy   błogosławił   ten 
wynalazek.   Spokojniejszy   wrócił   do   furgonetki   i   poinformował   Emily   o 
wezwaniu karetki. 

– Podłożę ci pod plecy dwie derki. Będzie ci wygodniej. Potem owiniemy w 

nie   potomka...   Tak,   teraz   jest   lepiej.   Przy   kolejnym   skurczu   zabieraj   się 
poważnie do roboty. Nadymaj się, czy jak tam, i przyj, przyj, ile sił... 

– Pogłaskał ją po policzku. W oczach kobiety widział łzy. 
– Wszystko będzie dobrze. Jesteś gotowa?
– Jestem gotowa – odparła. 
Chciałby móc powiedzieć to samo o sobie. 
Nie czekał długo na kolejny skurcz. Nie musiał zachęcać Emily, gdyż ona 

sama, stękając, parła, ile sił. Wydawało mu się, że czeka wieczność na następny 
skurcz, a to były chyba tylko sekundy. Emily wytężała się, parła, stękała i nagle 
Slade   wstrzymał   oddech,   patrząc   na   ślicznego   noworodka   w   rękach. 
Dziewczynka! To chyba cud! Po paru sekundach obudził się jakby ze snu, 
zakołysał   dzieckiem,   aby   sprawdzić,   czy   oddycha,   i   natychmiast   zajął   się 
związywaniem pępowiny różowym skrawkiem bawełny. Gdy skończył, wziął 
drobne ciałko w dłonie i złożył je w ramionach Emily. Wyciągnął spod niej 
jedną derkę i owinął maleństwo. 

– Jak jej dasz na imię? – spytał. 
– Amanda. 
Zapatrzyli   się   oboje   w   czerwoną   buzię.   Z   transu   wydobył   ich   dopiero 

background image

dźwięk   syreny.   Slade   ujrzał   migające   niebieskie   światła   zbliżającego   się 
ambulansu.   Po   chwili   ustąpił   miejsca   sanitariuszom,   którzy   zabrali   Emily   i 
dziecko do karetki. 

Pojechał z Markiem za karetką. Chłopiec zmęczony wrażeniami po kilku 

minutach zasnął. W szpitalu Slade czekał z pół godziny, nim go wezwano. 
Uśmiechnięta pielęgniarka powiedziała, że może iść do pokoju żony. 

– Ale ona nie... – Urwał, bo bał się, że jeśli powie, iż jest przygodnym 

znajomym, to go tam nie wpuszczą. – Nie chciałbym zostawiać chłopca samego 
– dokończył. 

–  Będziemy   go  pilnowali.  Zresztą  nie  może  pan  u   żony   siedzieć  długo. 

Należy się jej odpoczynek po tym, co przeszła. 

W szpitalnym pokoju były dwa łóżka. Jedno wolne, na drugim leżała Emily. 

Obok niej w przenośnym kojcu kwiliło dziecko. Emily miała zamknięte oczy. 
Najwidoczniej wyczuła obecność Slade’a, gdyż otworzyła oczy i powiedziała z 
bladym uśmiechem:

– Ale mieliśmy jazdę, co?
– Nie chciałbym ponownie czegoś podobnego przeżyć. W każdym razie nie 

w   najbliższym   czasie.   –   Czyżby   mu   się   wydawało,   że   Emily   lekko   się 
zaczerwieniła?

– Ja też nie – odpowiedziała poważnie. Przysunął sobie krzesło i usiadł u 

wezgłowia łóżka. 

– Jak się po tym wszystkim czujesz?
–   Doskonale.   Podobno   Amanda   też.   Powiedzieli   mi,   że   dziecko   jest 

wspaniałe. Ale jest jedna sprawa... Nie powinniśmy byli tu przyjeżdżać. Nie tu. 
Przyślą olbrzymi rachunek. 

Przez ostatnie lata Slade prawie nie wydawał zarobionych pieniędzy. Miał 

spore oszczędności. Może kiedy Emily lepiej go pozna, to zgodzi się przyjąć od 
niego pomoc. Uświadomił sobie nagle, że dla tej kobiety zrobiłby wszystko. 
Oddałby ostatniego centa. 

– Nie myśl teraz o żadnym rachunku. Przyjazd do szpitala był konieczny. 

Lekarze musieli zbadać ciebie i dziecko. Sama wiesz. 

– Jutro wracam do domu – oświadczyła. 
– Czy to nie za wcześnie?
– Doktor powiedział, że mogę, jeśli nie będę się nadwyrężać. 
– To o której mam po ciebie przyjechać?
– Czy nie masz już dość mnie i mojego rancza?
– O której mam przyjechać? – powtórzył pytanie. 
–   Około   jedenastej   –   odparła   po   długim   milczeniu   i   wpatrywaniu   się 

intensywnie w jego twarz. 

–   Będę   o   jedenastej.   A   teraz   pojadę,   bo   czeka   mnie   dużo   roboty: 

wyprawienie   Marka   do   szkoły,   jeśli   się   obudzi   po   tylu   nie   przespanych 
godzinach, karmienie koni i krów... – Spojrzał na kojec. – Dziewczynka jest 

background image

śliczna. Wyrośnie na piękną kobietę, taką jak ty. 

– Dziękuję, Slade. – Zaczerwieniła się. 
–   Wiesz   co,   spróbuję   jeszcze   wprowadzić   tu   Marka,   żeby   się   z   tobą 

pożegnał. 

Gdy wyszedł na korytarz, pomyślał sobie, że przeżywa niesamowitą noc. 

Ale   czy   nie   za   bardzo   zaangażował   się   emocjonalnie?   Chyba   jednak   nie. 
Chwilowe zauroczenie sytuacją. Ot, jedna z przygód, jakie niesie życie. Jedna z 
krótkotrwałych   przygód,   jakich   wiele   go   jeszcze   czeka.   Zaczęło   się   już   od 
sierocińca. Myślał, że to będzie trwało. A potem wszyscy sięporozchodzili na 
cztery strony świata i od tego czasu rozpoczął nieustanną wędrówkę z miejsca 
na miejsce. 

I jeszcze jedno: miał przecież odnaleźć swojego brata. 
Ale tej nocy nigdy nie zapomni. Nigdy. 

Przez   całą   drogę   na   ranczo   Mark   spał.   Przed   domem   Slade   obudził   go 

lekkim szturchnięciem. Wysiedli z wozu. Gdy szli do drzwi, chłopiec trzymał 
Slade’a za rękę. Potem ruszył biegiem do schodów, nie zdejmując nawet ciepłej 
kurtki. Slade poszedł za nim i pomógł mu przebrać się w piżamę, a gdy Mark 
się położył, otulił go kołderką. 

– Zostań ze mną, Slade! – poprosił mały. – Jest drugie łóżko. 
– Ja głośno chrapię – zażartował Slade. – Nie zmrużyłbyś oka. 
– Bardzo proszę!
– Posiedzę z tobą w fotelu, póki nie zaśniesz, a potem... potem nie zejdę na 

dół, tylko wyciągnę się w pokoju twojej mamy, dobrze?

Mark błogo się uśmiechnął i po minucie już spał. Slade cichutko wstał i 

wyszedł, zostawiając drzwi do jego pokoju otwarte. Zatrzymał się na progu 
sypialni Emily. To był niedobry pomysł. To jest sypialnia kobiety – falbanki, 
koronki,   różowe   kokardy   i   różany   zapach.   Emily   tak   właśnie   pachniała,   a 
butelka różanej esencji stała na toaletce. Nie miał prawa naruszać prywatności 
tego miejsca. No, ale obiecał Markowi. Wzruszył ramionami i wszedł. Uładził 
jako tako wzburzoną pościel i położył się na kołdrze, gasząc przedtem światło. 
Zamknął oczy i wydawało mu się, że opada, opada... 

Wstał   wczesnym   rankiem   i   przed   wyjściem   z   sypialni   przyjrzał   się 

fotografiom w ramkach, ustawionym na komodzie. Na jednej Mark, na drugiej 
starszy mężczyzna. Fotografia była bardzo stara. To mógł być ojciec Emily. I 
jeszcze jedna bardzo stara fotografia kobiety i obejmującego ją mężczyzny. 
Może   oboje   rodzice?   Twarz   mężczyzny   była   podobna   do   tej   na   pierwszej 
fotografii. Rozejrzał się dokoła. Nigdzie ani śladu po zmarłym mężu. 

Zszedł na dół, nie budząc Marka. Zdecydował, że chłopiec może raz opuścić 

lekcje.   Lepiej,   żeby   pojechał   po   matkę   i   siostrzyczkę.   To   będzie   dla   niego 
wspaniałe   przeżycie.   Wziął   prysznic,   przebrał   się   w   czyste   ubranie,   które 

background image

przedtem przyniósł ze schowka swojej furgonetki. 

Gdy   nakarmił   konie   i   bydło,   zajął   się   przygotowywaniem   śniadania. 

Usmażył jajecznicę i podpiekł chleb upieczony przez Emily. Ledwo to zrobił, 
gdy pojawił się Mark. 

– A ja wiem, że spałeś na górze! – wykrzyknął zadowolony. – Wstałem, 

żeby napić się wody, i sprawdziłem. 

– Przecież ci obiecałem. 
– Tata też obiecywał, ale nigdy nie robił tego, co mi obiecał. 
– Na przykład czego nie robił?
Slade wyrzucał sobie, że jest taki ciekawy, jednak chciał poznać charakter 

ojca dzieci Emily. 

– Obiecywał, że pójdziemy na ryby, pojeździmy konno, zagramy w piłkę. I 

nigdy tego nie robiliśmy. 

– Może był zbyt zajęty i nie miał czasu. 
– Mama zawsze miała czas. 
– Pewno mama bardzo cierpi z powodu śmierci twojego taty, co? – zapytał. 
Mark tylko wzruszył ramionami, odwrócił głowę i zajął się śniadaniem. 

Po śniadaniu Slade wrócił do sypialni Emily, która poprzedniej nocy, bardzo 

zakłopotana,   prosiła   go,   żeby   jej   przywiózł   sweter,   bluzkę,   spodnie   i   dość 
intymne   części   damskiej   garderoby.   Opisała   też   dokładnie,   gdzie   co   się 
znajduje. Gdy teraz otworzył szafę, nie mógł się oprzeć, aby nie przesunąć 
dłonią   po   delikatnych   materiałach   damskich   strojów.   Czuł   się   zakłopotany, 
gdyż właściwie po raz pierwszy w życiu znajdował się w kobiecej sypialni. 
Owszem, znał i miał w życiu kilka kobiet, ale zawsze na krótko, przelotnie. 

Dość szybko odnalazł wszystko, o co Emily prosiła, zawinął w jakąś chustkę 

i zszedł na dół po Marka. Wsiedli do furgonetki i pojechali do szpitala. 

Emily uśmiechnęła się promiennie, gdy wszedł z Markiem do pokoju. Jaka 

ona jest piękna, pomyślał Slade i serce zabiło mu żywiej. Zdecydował jednak, 
że popełniłby wielki błąd, gdyby w tej chwili jej to powiedział. 

– Zupełnie zapomniałam o czymś dla małej – żaliła się Emily. – No cóż, 

Amanda musi jechać do domu w stroiku szpitalnym. 

– Amanda nawet tego nie zauważy – stwierdził Slade, podając zawiniątko z 

garderobą. 

Mark rzucił się do matki i zaczął ją obcałowywać, a potem pochylił się nad 

kojcem, w którym spało niemowlę i powiedział:

– Cześć, mała!
– Przeproszę teraz panów, ubiorę się i będziemy mogli jechać. – Emily jak 

najszybciej   chciała   znaleźć   się   w   domu.   –   W   rejestracji   jest   już   wypis   ze 
szpitala i dokument dotyczący Amandy. 

Slade i Mark czekali przy rejestracji. Po kilkunastu minutach pielęgniarka 

wytoczyła   wózek   z   Emily   i   dzieckiem.   Zjechali   na   dół   windą   prosto   na 

background image

szpitalny podjazd. 

Wsiedli do furgonetki i ruszyli. 
– Jak to dobrze, że przez te wszystkie lata przechowywałam ubranka Marka. 

Teraz jak znalazł. – Emily wprost promieniała. 

– Muszę wjechać do miasta – zapowiedział Slade. – Potrzebna jest benzyna, 

a przy okazji mogę załatwić jakieś sprawunki. Co ci jest potrzebne, Emily?

– Już tyle zrobiłeś, Slade. Nie ma powodów wciągania ciebie... 
– Może nie ma... – przerwał jej. – A może i są. Nie mogę zostawić kobiety 

samej z jednodniowym dzieckiem. 

Emily nic nie odpowiedziała, a wzrok z jego twarzy przeniosła na Amandę. 
W   drodze   powrotnej   na   ranczo   wszyscy   milczeli.   Nawet   Amanda 

podporządkowała się nastrojowi. 

Slade podjechał pod sam ganek i potem bardzo ostrożnie poprowadził Emily 

tulącą do piersi dziecko. W saloniku odłożyła je na chwilę na kanapę, by móc 
zdjąć płaszcz. 

– Teraz idź na górę i połóż się – poradził Slade. – Musisz odpocząć. Możesz 

wejść po schodach, czy cię zanieść?

– Mogę wejść. Powoli, ale mogę. 
– Pomogę ci. 
W oczach Emily pojawiły się łzy. Była wzruszona troską okazywaną jej 

przez   obcego   mężczyznę.   Co   ona   by   bez   niego   zrobiła?   Gdyby   tamtego 
wieczoru nie zabrakło mu paliwa... 

Gdy w swojej sypialni zobaczyła posłane łóżko, wykrzyknęła:
– Po co to robiłeś? To naprawdę do ciebie nie należało!
– Mark prosił mnie, żebym spał blisko niego. Więc przysnąłem na twoim 

łóżku, ale na kołdrze... 

Zrobiła się czerwona jak piwonia. Aby pokryć zmieszanie, zaczęła szybko 

mówić o tym, jak pokój, tak zwany roboczy, gdzie stoi maszyna do szycia, 
miała zamiar urządzić dla dziecka, ale nie zdążyła zrobić wszystkiego. 

– Nie zniosłam też kołyski ze strychu. Możesz mi ją przynieść, Slade?
– Oczywiście, zaraz! Odzieją ustawić? Tu czy w tym pokoju z maszyną? 

Chwilowo chyba w twojej sypialni, a ja zajmę się przygotowaniem dziecinnego 
pokoju. Pomaluję ściany na różowo. 

– To by było ślicznie, ale nie trudź się. Przynieś mi tylko kołyskę. Wejście 

na stryszek jest z roboczego pokoju. 

Slade i Mark poszli na stryszek, a Emily ułożyła Amandę na środku swego 

łóżka.   Usiadła   i   przyglądała   się   dziecku.   Przypomniała   sobie   wyraz   twarzy 
Slade’a, kiedy nagle dziecko znalazło się w jego dłoniach. 

Slade! Obcy  człowiek, który tyle jej pomógł. Nie lubiła wysługiwać się 

obcymi. Takimi, którzy dziś  są, a nazajutrz znikają. Ale doktor  zakazał  jej 
męczących   czynności   co   najmniej   przez   kilka   dni.   A   Slade   bardzo   szybko 
przestawał być kimś obcym. Stanowczo za szybko... 

background image

Właśnie wrócił z kołyską. 
–   Wyszorowana   i   wytarta   do   sucha   –   obwieścił.   –   A   przy   okazji   Mark 

znalazł pudło ze swoimi starymi zabawkami. Teraz je przegląda w nadziei, że 
znajdzie coś dla Amandy, choć wątpię. 

Zaczął ustawiać kołyskę tuż przy łóżku. Emily wdychała świeży  zapach 

mydła, zapach mężczyzny... zapach mężczyzny, który spał w jej łóżku. Znowu 
poczuła, że się czerwieni. Aby przerwać te myśli, powiedziała:

– Czyż nie powinnam być szczęśliwa? Mam wspaniałego synka, który już 

stara się być starszym bratem i opiekować siostrą. Mam cudowne maleństwo. 
Czekają mnie cudowne lata wychowywania tej dwójki... 

–   Jesteś   nadzwyczajną   kobietą,   Emily   Lawrence   –   przerwał   Slade.   –   I 

potrafisz bezkarnie błądzić w chmurach... 

Spuściła głowę zażenowana. Zawstydził ją komplement obcego mężczyzny, 

ale właściwie nie obcego, przecież... Nie mogła oderwać od niego oczu. Czy w 
nim też jest coś nadzwyczajnego?

Widziała dłoń, która zbliżała się do jej policzka, by go pogłaskać. Powinna 

cofnąć głowę... 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Jednak   nie   potrafiła   tego   zrobić.   Nawet   nie   drgnęła,   tak   ją   zniewalało 

spojrzenie jego niebieskich oczu. Nie mogła tego zrobić, gdyż serce zaczęło jej 
walić jak szalone, a szorstka dłoń dotknęła policzka. Zamknęła oczy, jakby to 
mogło powstrzymać wzbierające w niej uczucia. A kiedy jego usta musnęły jej 
wargi, zastygła. Podobne doznanie było dla niej niespodzianką. Nigdy niczego 
podobnego   nie   przeżyła,   nawet   z   własnym   mężem.   A   przecież   to,   co   robił 
Slade, to nie była nawet erotyczna pieszczota, ale ot, taki sobie przyjacielski 
żarcik. To krótkie spotkanie warg okazało się czymś, czego nigdy nie doznała z 
Pete’em. 

Ciszę przerwał płacz Amandy. Zmieszana Emily, z rozpalonymi policzkami, 

odwróciła   się  od  Slade’a  i   wzięła  na   ręce  córeczkę.  Postanowiła,  że  to,  co 
wydarzyło się przed chwilą ze Slade’em, nie może się powtórzyć. To było jej 
chwilowe zaburzenie hormonalne, ot co! A jeśli Slade zechce to powtórzyć? 
Wtedy   mu   powie,   że   ma   do   wychowania   dwoje   dzieci   i   nie   ma   czasu   na 
romanse z przygodnymi wędrowcami. 

– Muszę ją nakarmić – poinformowała Slade’a. 
–   Masz   butelki   i   całą   resztę?   –   spytał   dziwnie   zmienionym,   jakby 

zduszonym głosem. 

– Będę karmić piersią. 
Spojrzała na Slade’a i miała wrażenie, że w jego oczach widzi podniecenie. 

Jakby już wyobrażał sobie scenę karmienia. Może on jest lubieżnikiem?

– Czy coś ci teraz potrzeba? – spytał tym samym zduszonym głosem. 
Potrząsnęła przecząco głową, choć miała ochotę powiedzieć, że potrzebna 

jest jej przestrzeń, wielka przestrzeń, w której mogłaby głęboko oddychać. 

–   Pójdę   na   górę   zobaczyć,   czy   Mark   już   skończył   i   czy   nie   zostawił 

bałaganu, a potem może obydwaj wykombinujemy coś na lunch... 

– Slade, nie oczekuję od ciebie, żebyś... 
– Żebym ci pomagał? Ale przecież po to tu jestem. Potrzebujesz pomocy. 

Musisz to zrozumieć i zaakceptować. Na pewien czas. 

– Ale ty masz jakieś sprawy w Billings?
– To może kilka dni poczekać. 
Amanda zaczęła ponownie zawodzić, dając do zrozumienia, że ma dosyć 

czekania na posiłek. Slade skłonił się głęboko, jak paź przed królową, mrugnął 
porozumiewawczo   i   wyszedł.   Emily   nie   potrafiła   powstrzymać   się   od 
uśmiechu. Rozpięła bluzkę, usiadła na łóżku z dzieckiem w ramionach i zaczęła 
karmić. 

Dla Slade’a kuchnia nie była miejscem obcym. Bardzo wcześnie musiał 

zajmować się sobą i chociaż najlepiej znał kuchenki mikrofalowe i elektryczne 

background image

czajniki, dawał sobie również radę ze zwykłymi piecami na węgiel czy drzewo. 
Bez trudu rozpalił ogień i odgrzał zupę z poprzedniego dnia. Pokrajał też chleb 
na grube kromki. A w trakcie tych czynności myślał o Emily karmiącej piersią 
swe nowo narodzone dziecko. Gdyby go ktoś przycisnął do muru, to wyznałby, 
że więcej myśli o piersi niż o dziecku. Dość tych zdrożnych obrazków, skarcił 
się. Zwłaszcza że jego pobyt tutaj miał być krótki. Lepiej nie zżywać się za 
bardzo z matką ani z jej synem, Markiem. 

Z   góry   zszedł   Mark   ze   starymi   zabawkami.   Usiadł   na   podłodze   i 

pieczołowicie   zaczął   czyścić   ścierką   przybrudzone   samochodziki   i   klocki. 
Slade   miał   na   końcu   języka   uwagę,   że   mama   nie   będzie   zachwycona 
zniszczeniem kuchennej ścierki, ale Mark miał zbyt szczęśliwy wyraz twarzy, 
by go psuć. Slade złapał się na tym, że patrzy na chłopca, jak na kogoś bardzo 
bliskiego. Dla własnego dobra nie powinien tego robić. 

– Mark, idź do mamy i spytaj, czy jest gotowa na lunch. Powiedz, żeby nie 

schodziła, bo ja jej przyniosę. 

Slade   bał   się   iść   na   górę   bez   uprzedzenia.   A   nuż   trafiłby   jeszcze   na 

karmienie   i   zobaczył   to,   czego   nie   powinien   i   co   mogło   go   niepotrzebnie 
poruszyć. 

– A czy my też możemy zjeść razem z mamą? – spytał Mark. 
–   W   pierwszych   dniach   mama   będzie   miała   sporo   roboty   z   twoją 

siostrzyczką.   Powinniśmy   zostawić   ją   w   spokoju,   żeby   choć   trochę   mogła 
odpocząć. Jeśli będzie dobrze się czuła, to może wszyscy razem zjemy kolację. 

– No dobrze – zgodził się chłopiec niechętnie. – A czy po południu mogę iść 

z tobą tam, dokąd ty będziesz szedł?

– Jeśli tylko mama się zgodzi. 
Chłopiec pobiegł na górę i po chwili wrócił z wiadomością, że mama może 

jeść. Slade ustawił na tacy kubek zupy, szklankę mleka i dwa kawałki chleba. 
Tacę ujął w obie dłonie i poszedł na górę. Na chwilę zatrzymał się u szczytu 
schodów,   bo   doszedł   go   melodyjny   głos   Emily,   nucącej   kołysankę.   Poczuł 
przedziwny ucisk w okolicy serca. Jakieś wzruszenie i radość, że uczestniczy w 
życiu tej rodziny. Wszedł do sypialni i stanął jak wryty: Emily siedziała w 
łóżku,   a   jej   głowa   i   kasztanowe   włosy   skąpane   były   w   promieniach 
zachodzącego słońca. Ocknął się, nim zdołała zauważyć jego zachowanie, i 
zapytał:

– Szanowna mamusia jest głodna?
– Niezbyt. – Zaśmiała się. – Ale muszę jeść dla Amandy, żeby nie zabrakło 

mi pokarmu. – Wzięła tacę z rąk Slade’a. – Muszę się odpowiednio odżywiać i 
dlatego od razu porozmawiajmy na temat kolacji. Są pewne rzeczy, których mi 
nie wolno jeść ze względu na skład pokarmu. 

– W lodówce widziałem mieloną wołowinę. Może być rzymska pieczeń?
– Może, ale pod warunkiem, że zapomnimy o większości przypraw. Nie 

wyglądasz mi na kogoś, kto zna się na pieczeniach rzymskich i tym podobnych 

background image

nadzwyczajnych daniach. 

– Znam się, bo też jestem nadzwyczajny – odparł ze śmiechem. – Umiem 

nawet robić puree z kartofli. 

– No, to masz na całe życie przyjaciela w Marku. On uwielbia puree z 

kartofli. 

Przyjaciel na całe życie! Slade nie znał podobnego pojęcia. 
– Mark mówił, że pozwoliłaś mu towarzyszyć mi przy robocie. 
– Pod warunkiem, że nie będzie ci przeszkadzał. 
– Nie tylko nie będzie przeszkadzał, ale pomoże. Zaprzęgnę go do pracy. 

Ale   czy   ty   mnie   nie   potrzebujesz?   Mam   coś   zrobić,   podać,   przynieść, 
przygotować?

– Nic nie potrzebuję, teraz przewinę Amandę, potem zjem. Amanda zaśnie, 

a ja trochę odpocznę. Może też się zdrzemnę. 

–   Tak   na   wszelki   wypadek:   gdybyś   mnie   potrzebowała,   wywieś   jakąś 

szmatę albo poduszkę przez okno. Od czasu do czasu będę zerkał i w razie 
potrzeby przylecę. 

– W pełni zdaję sobie sprawę, Slade, że to, co zrobiłeś dla mnie i nadal 

robisz, ma dużo większą wartość niż dach nad głową i wikt. Nie mogę ci za to 
zapłacić. 

– Nic mi nie jesteś winna, Emily. Robię to, co mogę i nic więcej. To ja 

odpłacam pomocą za okazaną mi pomoc. 

Slade szybko wyszedł w obawie, że jeśli zostanie tu dłużej, to chyba na 

zawsze zniewolą go te brązowe oczy i ich spojrzenie. 

Popołudnie szybko minęło przy robocie. Mark dzielnie pomagał Slade’owi 

w oporządzaniu koni, w karmieniu bydła i obijaniu papą nieszczelnych desek 
obory. Gdy wreszcie obaj wrócili do domu, Mark poszedł się umyć, a Slade 
wbiegł na górę, by sprawdzić, czy u Emily wszystko jest w porządku. Nie 
wywiesiła co prawda żadnej szmatki, ale nigdy nic nie wiadomo. 

Drzwi do sypialni były uchylone. Slade zajrzał ostrożnie. Amanda leżała u 

boku matki i spała. Emily miała oczy zamknięte i równo oddychała. Też chyba 
spała. Długo stał wpatrzony w jej twarz. Tej twarzy nigdy nie zapomni. Piękna i 
dobra. 

Nagle otworzyła oczy, jakby rozbudziło ją spojrzenie Slade’a. 
– Bardzo przepraszam – wybąkał. – Obudziłem cię. Nie miałem zamiaru. 

Przyszedłem, żeby zobaczyć... 

–   Właściwie   nie   spałam,   tylko   tak   sobie   myślałam   –   przerwała   mu.   – 

Dopiero teraz poczułam się strasznie senna i zmęczona. 

– No, to śpij, śpij! Dobrze ci to zrobi. Ja zajmę się wszystkim. 
Obdarzyła go spojrzeniem, które przeniknęło go do głębi. Ona mnie urzekła, 

pomyślał, nie odrywając od niej oczu. 

Po długiej chwili powieki Emily opadły i powrócił równy oddech. Zasnęła. 

Zaczarowana  chwila   minęła.  Otrząsnął  się  jakby   z  odrętwienia,  westchnął  i 

background image

zszedł na dół przygotować coś do jedzenia. 

Emily zeszła na kolację i przyniosła ze sobą Amandę. Nim usiadła, zwróciła 

się do Slade’a:

–   Mam   jeszcze   jedną   prośbę.   Przypomniałam   sobie,   że   na   stryszku   jest 

druga   kołyska,   pewno   bardzo   zniszczona.   To   moja   kołyska.   Czy   nie 
zechciałbyś jej przynieść i tu postawić. W ten sposób podczas posiłków i pracy 
w kuchni będę miała gdzie położyć Amandę. Tę kołyskę zrobił mój ojciec... 

–   Żaden   problem.   Chyba   ją   widziałem,   kiedy   brałem   kołyskę   Marka. 

Wyglądała rzeczywiście na bardzo zniszczoną i starą. 

– Ale zrób to dopiero po kolacji. Teraz dam sobie radę. Podczas posiłku 

kilkakrotnie   chwaliła   zdolności   kulinarne   Slade’a,   nazywając   go   Wielkim 
Szefem. Miała apetyt i sprawiała wrażenie wypoczętej. Slade był zdziwiony, że 
zaledwie dwadzieścia cztery  godziny  po  porodzie  matka  może  czuć  się tak 
dobrze i wyglądać tak pięknie. 

Po kolacji Emily pozwoliła Markowi wziąć Amandę na kolana. Chłopiec 

najpierw   długo   głaskał   delikatnie   włoski   siostrzyczki,   potem   policzył   jej 
wszystkie   paluszki,   jakby   spodziewał   się   jakiegoś   odstępstwa   od   normy,   a 
następnie stwierdził, że jest bardzo fajna i że on nie miałby nic przeciwko 
drugiej takiej. 

Wszyscy przeszli do saloniku i Slade zaproponował Markowi grę w karty, 

polegającą na dobieraniu ich w pary. Emily usiadła na kanapce i zaczęła robić 
na drutach sweterek dla małej. Gdyby ktoś podejrzał tę scenę, to byłby pewien, 
że patrzy na najszczęśliwszą rodzinę na świecie. W pewnej chwili Amanda 
zaczęła kwilić, a potem płakać. Emily zabrała ją na górę na karmienie. Pokarm 
nie uspokoił jednak małej, która płakała w dalszym ciągu. Płakała nawet wtedy, 
gdy Mark powinien był pójść już spać. Slade i Mark poszli na górę sprawdzić, 
co się dzieje. 

– Jej chyba coś jest – powiedział z niepokojem Slade. 
– Nie sądzę – odparła Emily. – Niemowlęta miewają takie kapryśne okresy. 
– Masz doświadczenie – skomentował. 
Emily spojrzała bacznie. 
– Mam. Przy Marku zamartwiałam się każdą jego łzą. I dlatego teraz jestem 

pewna, że Amandzie nic nie jest. Ty też pewno dużo płakałeś, kiedy miałeś dwa 
dni. Płakałeś bez powodu. 

– Kołysz Amandę, a ja położę Marka spać i opowiem mu jakąś historyjkę. 
– Niech on tu przedtem przyjdzie powiedzieć nam dobranoc. Dziękuję za 

wszystko, Slade... I dopilnuj, żeby Mark umył zęby. , Ich spojrzenia spotkały 
się   i   porozumiewały   czas   jakiś,   po   czym   Slade   skinął   głową   i   wyszedł, 
przymykając za sobą drzwi. 

Kiedy Mark już się umył, wyszorował zęby, włożył piżamkę i położył się, 

Slade   usiadł   na   skraju   łóżka,   aby   opowiedzieć   chłopcu   jakąś   wymyśloną 
historyjkę kowbojską. Zobaczył jednak głęboki smutek na buzi malca i spytał:

background image

– Masz jakieś kłopoty, mój partnerze?
– Zawsze kładła mnie i otulała mama. I opowiadała o dobrym księciu, który 

podróżuje na białym koniu i szuka, komu by pomóc. 

– No cóż, masz teraz siostrzyczkę. Niemowlęta wymagają stałej opieki. 
– Ale dlaczego ta Amanda tak ryczy?
–   Ja   ci   powiem   dlaczego.   Przez   wiele,   wiele   miesięcy   Amandzie   było 

cieplutko w brzuszku mamy. Zawsze miała co jeść i czuła się bezpieczna. Ale 
w  końcu musiała opuścić swoje schronienie. Wyszła na wielki świat, gdzie 
panuje hałas, zgiełk, jest strasznie jasno, raz może być za gorąco, raz za zimno. 
Ona  do  tego   wszystkiego   nie  przywykła.  Potrzeba  wiele  matczynej  troski  i 
czasu, żeby przestała się bać. 

– Ile potrzeba czasu?
– Nie jestem pewien, ale chyba po miesiącu zacznie się czasami uśmiechać, 

bo już nie będzie taka przestraszona. 

Mark w zamyśleniu pokiwał głową. 
– Opowiesz mi o księciu?
– Nie, o jednym kowboju, który też pomagał ludziom. 
W trakcie opowiadania Mark zasnął. Slade cicho wyszedł z pokoju i na 

chwilę zatrzymał się przed drzwiami Emily. Dziecko ciągle płakało. Wzruszył 
ramionami i zszedł do siebie, żeby też wreszcie wypocząć. Nie mógł jednak 
zasnąć.   Przeszkadzały   mu   myśli,   w   których   główną   rolę   odgrywały   Emily 
Lawrence oraz plącz małej. Amanda przestała płakać dopiero przed północą, a 
o północy Slade nadal przewracał się z boku na bok. Z kolei zaczął myśleć o 
czekającej  go   nazajutrz  wizycie  w   Billings.  Najpierw  musi  iść  do   budynku 
sądów i przejrzeć stare akta. Może trafi tam na ślad brata bliźniaka. Nim zapadł 
w sen, długo jeszcze zmagał się z własnymi myślami. 

Obudził go brzęk łyżki padającej na podłogę z terakoty. Potem usłyszał 

wodę lejącą się do zlewu. Jak długo mógł spać? Chyba nie dłużej niż piętnaście 
minut. Szybko włożył dżinsy i flanelową koszulę i poszedł do kuchni. Emily 
właśnie   nalewała   mleko   do   kubka,   potem   kubek   wstawiła   do   kuchenki 
mikrofalowej. 

– Co się stało? – spytał. 
Obróciła się. Jej wzrok wyrażał zdziwienie. 
– Amanda dopiero co zasnęła. Przyszłam napić się mleka. 
Slade   podszedł   do   kredensu   i   z   aluminiowej   folii   odwinął   drożdżowe 

bułeczki,   które   na   polecenie   Emily   wyjął   przed   kilkoma   godzinami   z 
zamrażalnika. 

– Masz na nie ochotę? – spytał. 
– O tak. Ale przejdźmy do saloniku. Stamtąd będę słyszała, jeśli Amanda 

zapłacze. Coś mi przyszło do głowy: ponieważ jutro jedziesz do miasta, to 
może mi kupisz elektroniczny sygnalizator. Daje znać, gdy dziecko się obudzi. 
Mam na górze folder reklamujący to urządzenie. 

background image

– Zrób mi listę zakupów. Postaram się wszystko załatwić jak najlepiej. 
Gdy zasiedli w saloniku na kanapce, Emily raz jeszcze powtórzyła:
– Chwilowo to lista twoich usług rośnie. Jak ja ci zapłacę?
–   Nic   mi   się   od   ciebie   nie   należy.   To,   co   robię,   robię   z   prawdziwą 

przyjemnością... – I dodał po chwili: – Sam się nie spodziewałem, że to będzie 
taka przyjemność. 

Po takim stwierdzeniu musiała nastąpić długa cisza, podczas której oboje 

zastanawiali się nad dalszym krokiem. Długo milczeli. 

Ciszę przerwała Emily pytaniem:
– Nie będzie cię cały dzień? To nie zwykła ciekawość, ale... 
– Tak, tak – przerwał jej. – Chcesz wiedzieć, czy przez cały dzień będziesz z 

dziećmi sama. Ale nie wiem, ile czasu mi to zajmie. Nie wiem, co znajdę... Ja 
szukam pewnej osoby... Nie, nie kobiety – dodał szybko, widząc jakby niepokój 
w   jej   oczach.   –   Szukam   brata...   –   Czy   powiedzieć   jej   wszystko?   Jeśli   nie 
opowie jej o swoim życiu, to nie dowie się niczego o niej. A bardzo chciał 
wiedzieć, jak to było z jej małżeństwem z owym Pete’em Lawrence’em. – Otóż 
ja nie miałem normalnej rodziny jak inne dzieci... – Gdy napotkał wzrok Emily, 
wzruszył  ramionami,  jakby  chcąc  podkreślić,  że  to  wszystko  razem nie ma 
większego znaczenia. – Nie znam swoich rodziców. Byłem w sierocińcu... 

– Jakże mi przykro... 
– Nie lituj się nade mną. Byłem karmiony, ubierany, opiekowali się mną 

przeważnie dobrzy ludzie. Ale sierociniec to nie rodzina. 

– Byłeś tam z bratem?
– Nie wiedziałem, że mam brata. Dowiedziałem się o tym dopiero przed 

dwoma miesiącami. Ten sierociniec w Tuscon, w którym byłem od pierwszych 
dni życia, został obecnie zamknięty. Pracowałem na ranczu w Idaho, kiedy 
otrzymałem list. Oni mieli w sierocińcu mój aktualny adres, bo ja zawsze na 
Boże Narodzenie wysyłałem im jakiś datek. W tym liście, informującym mnie 
o likwidacji domu i rejestru akt stanu cywilnego, znalazłem świadectwo zgonu 
mojej   matki   i   dwa   świadectwa   urodzenia   wystawione   tego   samego   dnia. 
Wreszcie się dowiedziałem, jak się nazywała. Świadectwa urodzenia były moje 
i mojego brata Huntera. Jest w nich godzina naszego •urodzenia. Pięć minut 
różnicy między mną a nim. Mam więc chyba brata bliźniaka... W liście była też 
informacja,   że   Hunter   został   adoptowany,   kiedy   miał   osiem   miesięcy.   Na 
odwrocie kopii aktu urodzenia Huntera była notatka, że oryginał przesłano do 
Billings. I to tego” samego dnia, kiedy został wysłany list do mnie. Dzwoniłem 
do likwidatora sierocińca w Tuscon po jakieś bliższe informacje, ale on nic nie 
wiedział. Wszystko to działo się tak dawno. 

– Więc myślisz, że twój brat mieszka w Billings albo w okolicy?
– Tak myślę i chcę pogrzebać w starych aktach urzędu stanu cywilnego. 

Powinny być zgromadzone w archiwach przy sądzie. Jeśli sam się jutro czegoś 
nie dowiem, to może wynajmę miejscowego detektywa. 

background image

– To może być kosztowne. 
–   Mam   trochę   oszczędności.   Od   kiedy   opuściłem   Tuscon,   mając 

osiemnaście lat, oszczędzałem i wydawałem bardzo mało. Człowiek wiele nie 
potrzebuje, wynajmując się do pracy na farmach i ranczach. 

– Nigdy nie mieszkałeś długo w jednym miejscu?
–   Nie.   Zatrzymywałem   się   tam,   gdzie   była   praca.   Przy   budowach,   w 

gospodarstwach hodowlanych i rolnych. Na południu i północnym zachodzie. 
Ty nigdy nie opuszczałaś Montany?

– Nigdy. Najdalej byłam w Helenie. Ojciec mnie tam zabrał na rodeo. 
– A twój mąż?
– Też znał tylko Montanę. I nie miał żadnych... ciągot ani do podróżowania, 

ani do zmiany miejsca zamieszkania. Nie lubił zmian. 

Coś w tonie jej głosu zachęcało do dalszego wypytywania, ale nie chciał być 

natrętny. Emily mogłaby się speszyć, widząc jego nadmierną ciekawość. Lepiej 
działać powoli. Pytanie tu, pytanie tam. To stanowczo lepsza metoda. 

– Jak długo chciałbyś tu zostać? – spytała ostrożnie Emily i wypiła parę 

łyków mleka. 

– Naprawdę nie wiem. To zależy, jak mi wyjdą sprawy w Bilings... No i od 

tego, jak długo będziesz mnie potrzebowała. 

Ta druga ewentualność przyszła mu do głowy teraz. Sam się zdziwił, że to 

powiedział. 

– Jeśli tu zostaniesz na dłużej, to nie będą rosły twoje oszczędności. 
– Pieniądze nie są mi specjalnie potrzebne. 
Slade widział, że Emily intensywnie myśli i usiłuje go rozszyfrować, bo 

przecież   nadal   był   dla   niej   przygodnym   i   przypadkowym   pracownikiem 
najemnym.   A   ponadto   miał   wrażenie,   że   ich   rozmowa   zaczyna   toczyć   się 
między wierszami. No i dobrze. To jest droga do lepszego poznania. Złapał się 
na tym, że bardzo chce lepiej poznać Emily. Ni stąd, ni zowąd powiedział:

– Jesteś piękną kobietą... 
Zaczerwieniła się i chcąc pokryć zmieszanie, roześmiała się, mówiąc:
– Widzę, że zbyt długo pracowałeś tylko w otoczeniu mężczyzn i krów. 
Też się roześmiał i dotknął dłonią jej karku, a potem wśliznął się palcami 

między   jedwabiste   włosy.   Palce   zastygły   w   kasztanowej   gęstwinie.   Czekał, 
wiedząc,   że   musi   dać   jej   czas   na   podjęcie   decyzji:   cofnąć   głowę   czy 
akceptować dalsze zbliżenie. 

Emily poczuła zamęt w głowie. Serce biło jej jak szalone. W pewnej chwili 

zadała   sobie   pytanie,   co   ona   tu   robi,   siedząc   tak   spokojnie   obok   tego 
mężczyzny,   świadoma,   co   może   się   stać   za   chwilę.   Rozsądek   nakazywał 
trzymanie się z daleka od wiecznego tułacza, ale w niebieskich oczach Slade’a 
było   coś,   co   zachęcało,   aby   w   tym   błękicie   się   zanurzyć   i   zapomnieć   o 
wszystkim. 

Pochylił ku niej głowę, ona podniosła głowę ku niemu. 

background image

Zadygotała, nim jeszcze jego usta dotknęły jej ust. Ale tylko je musnął. Tak 

jak za pierwszym razem. Nie posunął się dalej. Musnął, a potem powędrował 
na policzek, też delikatnie go muskając. Pachniał przestrzenią i promieniował 
łagodnym ciepłem. Jego oddech był kojący. Po tej wstępnej igraszce miłosnej 
powrócił do ust i tym razem złożył na nich pocałunek namiętny, głęboki. I 
Emily nagle zaczęła go całować, tak jak jeszcze nigdy w życiu nie całowała. 
Straciła poczucie miejsca i czasu. Wreszcie poznała prawdziwego mężczyznę! 
Mężczyznę, który wiedział, czego pragnie kobieta, i był gotów jej to dać. 

Nagle zastygła i oderwała usta. Przecież całuje człowieka, który wdarł się 

nagle   w   jej   życie   i   zamierza   z   niego   jak   najszybciej   umknąć.   Odepchnęła 
Slade’a,   oburzona   właściwie   na   siebie,   że   nie   potrafi   racjonalnie   myśleć. 
Rozdygotana i zła niemal wykrzyczała:

– To nonsens! To nie może się powtórzyć! Słyszysz? Nie może! Co też we 

mnie wstąpiło? No i w ciebie!

– Emily... – zaczął zduszonym głosem. 
– Jestem dopiero co po porodzie – przerwała mu. – Nie powinnam nawet 

myśleć o czymś podobnym. Nie wolno mi... Nie wolno mi pakować się w 
ramiona mężczyzny... – Co ja plotę, zadała sobie pytanie. 

– Chyba nie myślisz, Emily, że zamierzałem... że chciałem czegoś więcej, 

niż pocałunku... z osobą, która stała mi się... jest w moich oczach taka... taka 
bliska i sympatyczna... 

– Tak... nie... Nie wiem. Ja ciebie nie znam. 
–   Nie   znasz   mnie?   Po   tym   wszystkim,   co   razem   przeżyliśmy   przez   te 

kilkadziesiąt godzin, ty mówisz, że mnie nie znasz? Wobec tego coś ci powiem: 
jestem człowiekiem honoru. I daję ci teraz słowo, że nie zbliżę się i nie pocałuję 
cię, dopóki mnie o to nie poprosisz. 

Wstał, koszula mu się rozpięła i gdy Emily zobaczyła jego owłosioną klatkę 

piersiową i muskularny płaski brzuch, ogarnęła ją fala pożądania. Zmieszała się 
nie mniej, niż zmieszany i zagubiony był Slade. Nim zdołała zebrać myśli, by 
odpowiedzieć na jego ostatnią deklarację, on odezwał się pierwszy:

– Dobranoc, Emily! Jeśli będziesz mnie potrzebowała, to uderz czymś w 

podłogę tak jak tamtej nocy. – Po tych słowach wyszedł z kuchni. Po chwili 
Emily usłyszała trzaśniecie drzwi jego pokoju. 

Pozostała sama z chaosem w głowie, z wypitym kubkiem mleka w dłoniach 

i oczami pełnymi łez. 

Wpierw śnieg spadnie w piekle, nim go poproszę o pocałunek, powiedziała 

sobie. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Uszczelniając   ościeżnicą   kuchenne   drzwi,   Slade   patrzył   kątem   oka   na 

Emily, która wsuwała do piekarnika kamionkę z czymś, co przygotowała na 
kolację. Boczyła się przez minione dwa dni i trzymała jak najdalej. To było nie 
tylko denerwujące, ale i bardzo dla niego niewygodne. Co dalej? Zapytywał 
siebie   o   to   już   przed   dwoma   dniami,   kiedy   wyprawa   do   Billings   nic   nie 
przyniosła. Nie natrafił na żaden ślad brata. Upychając uszczelniacz w szpary 
myślał   teraz   o   tym,   że   Emily   jest   właściwie   przeszkodą   w   kontynuowaniu 
poszukiwań   jedynej   bliskiej   mu   osoby.   Opóźniła   te   poszukiwania.   Może 
tamtego   wieczoru   nie   powinien   wpaść   w   złość   i   powiedzieć   tego,   co 
powiedział. Może nie powinien jej całować. Ale przecież ona rozkoszowała się 
tym pocałunkiem nie mniej od niego. Teraz drogo go to kosztuje, gdyż zaplątał 
się emocjonalnie w historię bez wyjścia. Emily nie chciała jego emocjonalnego 
zaangażowania, nie chciała jego pocałunków. W każdym razie tak powiedziała. 

No cóż, niech tak będzie. 
Z saloniku dobiegł płacz niemowlęcia. Emily zerknęła na kuchenny zegar. 

Slade wiedział, co ona teraz myśli. Ze za pięć minut będzie przejeżdżał szkolny 
autobus, a ona zawsze wita Marka przy wylocie drogi z rancza. 

– Idź nakarmić małą, a ja pójdę po Marka zaproponował. 
– Chyba muszę tak zrobić – odparła Emily, wzdychając. – A taką miałam 

nadzieję, że Amanda pośpi dłużej. Mark będzie rozczarowany... 

–   Poprawię   mu   humor.   Powiem,   że   jutro   może   ze   mną   pojechać   na 

sprawdzanie   studni.   –   Slade   odłożył   na   stół   narzędzia,   wsypał   do   pudełka 
pozostałe   gwoździe   i   włożył   do   puszki   resztę   masy   uszczelniającej.   –   Nie 
będzie tak wiało przez drzwi... 

– Jakże ja ci się za to wszystko odwdzięczę, Slade. 
Był już zmęczony jej pojękiwaniem na temat podziękowania i niemożności 

spłacenia długu, jaki wobec niego zaciągnęła. Nic jednak nie powiedział, tylko 
zdawkowo się uśmiechnął. O dziwo, uśmiechnęła się i Emily. 

Gdy Mark wyskoczył z autobusu i zobaczył Slade’a, a nie matkę, nagle 

posmutniał. 

– Gdzie mama? – spytał. – Znowu karmi bachora?
–  To nie bachor, tylko twoja mała siostrzyczka, która wymaga częstego 

karmienia. Ciebie też tak często mama karmiła. Ale Amanda rzeczywiście jest 
żarłoczna,   bardzo   dużo   je.   Czy   chciałbyś   jutro   pojechać   ze   mną,   żeby 
sprawdzić, czy bydło ma wodę?

– Mama na pewno się nie zgodzi. Powie, że za zimno albo coś takiego. 
– Już mamę pytałem. Zgodziła się. 
Jednak nawet ta wiadomość nie rozchmurzyła chłopca. Szedł z ponurą miną 

aż do domu. Slade zauważył, że Mark bardzo się zmienił od chwili powrotu 

background image

Emily ze szpitala. Był bardziej zamknięty, cichy i zamyślony. 

– No tak, mama znowu u siebie na górze z Amandą – powiedział po wejściu 

do kuchni. 

Slade pomyślał, że trzeba porozmawiać z Emily na temat jej syna. Będzie 

musiała zmienić swoje postępowanie, jeśli nie chce mieć kłopotów z chłopcem, 
który czuje się przez nią opuszczony od chwili przyjścia na świat drugiego 
dziecka. 

Emily wkrótce zeszła na dół z Amandą i ułożyła ją w saloniku w starej 

kołysce. Zaczęła wypytywać Marka o dzień spędzony w szkole, ale on nie miał 
ochoty na rozmowę i odpowiadał monosylabami. 

Zadumana, zabrała się do przygotowywania sałaty. Ponownie spróbowała 

nawiązać kontakt z synem:

– Jutro będę piekła ciasteczka. Takie, jak lubisz. Pomożesz mi?
– Slade powiedział, że mogę z nim jechać. 
– Wiem, wiem. Ale możemy piec po południu. 
–   Może   być   –   odparł   chłopiec,   nieco   się   ożywiając.   Jednakże   podczas 

kolacji w dalszym ciągu nie miał wiele do powiedzenia i wbrew zwyczajowi 
nie zarzucał nikogo pytaniami. Ponieważ po kolacji Emily uparła się, że sama 
zmyje, Slade zaczął uczyć Marka robienia węzłów. Sztuki tej nauczył się przy 
okazji pracy w różnych firmach budowlanych. Chłopiec był pojętnym uczniem 
i po półgodzinie znał już z tuzin różnych sposobów wiązania linki. 

Tego   wieczoru   Amanda   szybko   zasnęła,   więc   Emily   mogła   dopilnować 

Marka.   Gdy   jednak   zaczęła   czytać   mu   przed   snem   jakieś   opowiadanie   z 
ilustrowanej książki, rozległ się głośny płacz i musiała przerwać, by pobiec do 
córki. 

Minęła godzina, nim mała zasnęła. Emily zeszła na dół do kuchni, ale po 

drodze usłyszała dobiegające ją z saloniku odgłosy programu telewizyjnego. A 
więc Slade jeszcze nie spał. 

Podeszła   do   drzwi   i   zobaczyła   go   w   fotelu,   z   założonymi   na   piersiach 

rękami i z uśmiechem na ustach. Oglądał kolejny odcinek komediowego serialu 
rodzinnego. 

– Oboje śpią? – spytał, nie podnosząc głowy. 
– Śpią. I ja idę spać. Zeszłam tylko po szklankę mleka. 
– Nie odchodź. – Wyłączył telewizor. – Powinniśmy porozmawiać. 
– O czym?
– O kilku sprawach... – Wyprostował się w fotelu i dłonie oparł na poręczy. 

– Przede wszystkim o tamtym wieczorze. 

Domyślała się, o jakim wieczorze Slade mówi. Ale kiedy tak na nią patrzył, 

widziała w jego oczach wiele pytań, na które sama nie znała odpowiedzi. 

– Właściwie nie ma o czym mówić – odparła. 
– Jest, skoro odskakujesz ode mnie jak oparzona, ilekroć stoję bliżej niż 

metr. 

background image

– Wcale nie! To twoja imaginacja. 
– Nie wydaje mi się, a wzrok mam sokoli. I stwierdzam fakt. 
–   Ja...   ja   tylko   czuję   się   tak   dziwnie...   –   Usiadła.   Właściwie   była   zbyt 

zmęczona na jakiekolwiek rozmowy. Czuła się tak, jakby nie spała od tygodnia. 
– Może... jestem po prostu nie przyzwyczajona do obecności mężczyzny w 
domu. 

– Miałaś w domu mężczyznę, swojego męża. Tego Pete’a. 
– To zupełnie co innego. Ty jesteś kimś obcym... 
– No, niezupełnie. 
Oboje pomyśleli jednocześnie o tym samym: o tamtej nocy na szosie, w 

furgonetce... 

– Idę spać. – Wstała. 
Nim zdołała postąpić jeden krok, Slade zerwał się i chwycił ją za ramię. 
W tym momencie Amanda znowu zaczęła płakać. 
– Slade, puść mnie. Obiecuję, że porozmawiamy jutro. – Pobiegła w stronę 

schodów. 

– Przyniosę ci mleko! – krzyknął za nią Slade. 

Rano następnego dnia Slade i Mark wyjechali na objazd rancza, a Emily 

zajęła się Amandą i tysiącem czynności domowych. Chciała mieć wolniejsze 
popołudnie, by móc spędzić czas z Markiem i upiec zapowiadane od dawna 
ciasteczka. Jednakże po lunchu zadzwoniła sąsiadka, Mavis O’Neill, kobieta 
bardzo gadatliwa, i przez pół godziny zanudzała Emily lokalnymi plotkami, a 
poza tym wprosiła się z wizytą następnego dnia, w niedzielę, po mszy. Po 
zakończeniu rozmowy Emily zaczęła wyjmować na stół wszystko, co było jej 
potrzebne do pieczenia, kiedy nagle usłyszała płacz Amandy śpiącej w kołysce 
w   saloniku.   Musiała   zanieść   ją   na   górę,   na   karmienie.   Po   zjedzeniu   mała 
zaczęła marudzić i w ten sposób minęło popołudnie. Oczywiście nic nie wyszło 
z danej synowi obietnicy pieczenia ciasteczek. Niedobrze. 

Mark nie powiedział ani słowa i podczas kolacji leż milczał jak zaklęty. 
– Chcesz piec ze mną ciasteczka po kolacji? – spytała Emily. 
– Nie – odparł krótko Mark. – Slade obiecał mi pokazać sztuczki z kartami. 

– To może jutro? – Słyszałem, że jutro przychodzą państwo O’Neill. Kiedy 
wieczorem kładła Marka spać, chłopiec ani razu nie spojrzał jej w  oczy. – 
Słuchaj, Mark, przed urodzeniem Amandy rozmawialiśmy wiele razy o tym, że 
będziesz   miał   braciszka   albo   siostrzyczkę.   I   ogromnie   się   cieszyłeś.   Już 
niedługo nie będę musiała przebywać tak długo przy Amandzie. Każdą wolną 
chwilę będę z tobą. 

– Nie martw się, mamo. Mam teraz Slade’a. 
– Kiedy ja nie wiem... – Zasępiła się. – Ja nie wiem, jak długo jeszcze Slade 

u nas zostanie. On tu jest tylko przejazdem. 

– On na pewno zostanie, jeśli go poprosimy. 

background image

– Ma sprawy do załatwienia w Billings, szuka brata. Jak go znajdzie, to 

pojedzie do niego. – Pochyliła się nad chłopcem, uściskała go. – Spij, synku. I 
nie martw się. Zawsze będziemy razem. Do czasu, aż dorośniesz. – Mark nic 
nie odpowiedział. – Dobranoc, synku. 

– Dobranoc – bąknął i odwrócił głowę. 
Emily westchnęła i poszła do łazienki. Wzięła prysznic i kiedy spojrzała na 

zegarek, stwierdziła, że już czas nakarmić Amandę. Boże, czy ona da sobie z 
tym wszystkim radę? Po karmieniu mała od razu zasnęła. Emily usiadła w 
bujanym fotelu i rozmyślała o swoim losie, o ostatnich dniach i o tych, które ją 
czekają. W trakcie tych rozważań usłyszała mocne pukanie do drzwi. Ledwo 
zdążyła się okryć, drzwi otworzyły się i w progu stanął Slade. 

– Emily, musimy porozmawiać. Sprawa staje się pilna. Przed chwilą zszedł 

na dół Mark. Nie mógł zasnąć i przyszedł do mnie z różnymi pytaniami. Ty z 
pewnością dobrze opiekujesz się Amandą, ale powinnaś się zastanowić, czy nie 
zaniedbujesz   Marka.   Chciał   przede   wszystkim   wiedzieć,   jak   długo   jeszcze 
zostanę na ranczu. Kiedy mu odpowiedziałem, że nie wiem, uciekł na górę. 
Poszedłem za nim, ale on nie chce odezwać się do mnie. 

Do oczu Emily napłynęły łzy. Czuła się naprawdę zagubiona. Nie powinna 

milczeć,   powinna   wszystko   z   siebie   wyrzucić.   Ale   czy   ma   odwagę,   aby 
przyznać się, że już nie daje rady? Ranczo, potrzeba odzyskania sił po porodzie, 
troska   o   noworodka,   zadośćuczynienie   Markowi,   który   czuje   się   porzucony 
przez   matkę,   widok   pożądania   w   oczach   Slade’a,   no   i   jej   pogłębiające   się 
przywiązanie do obcego mężczyzny... 

Dostrzegłszy łzy, Slade przykucnął przed Emily. 
– Emily, nie miałem zamiaru sprawić ci przykrości... Połóż się i odpocznij. 

Jeśli   nie   będziesz   mogła   zasnąć,   to   zawołaj   mnie   bez   względu   na   porę. 
Porozmawiamy. Szczerze, otwarcie. Wszystko sobie wyjaśnimy, przedstawimy 
swoje plany... 

– Dobrze, ale na chwilę zostaw mnie samą. Chcę pomyśleć. Ja też doszłam 

do wniosku, że powinniśmy porozmawiać, i to jeszcze dziś. 

Skinął głową, wstał i wyszedł. 
Po niespełna godzinie Emily zeszła na dół, zostawiając drzwi do sypialni 

uchylone.   Slade’a   zastała   w   kuchni,   (idy   ją   zobaczył,   wstawił   do   kuchenki 
mikrofalowej kubek z mlekiem. 

– Tak sobie pomyślałem, że będziesz chciała napić się mleka teraz, skoro 

przedtem go nie wzięłaś. 

Jego nieustanna troska i dobroć spowodowały, że znowu zwilgotniały jej 

oczy.   A   jednocześnie   zrodziło   się   nowe   pragnienie.   By   ten   mężczyzna   nie 
zniknął z jej życia... 

– Chodźmy do saloniku – zaproponowała, biorąc z rąk Slade’a ciepły już 

kubek. 

Oboje usiedli w przeciwległych kątach kanapki, twarzami do siebie. Slade 

background image

bacznie   przyglądał   się   Emily.   Miała   spuszczone   oczy   i   małymi   łyczkami 
popijała mleko. Rozmowę zaczął Slade:

–   Przepraszam,   jeśli   na   górze   zbyt   ostro   się   odezwałem.   ..   Sprawa   jest 

ważna. Musisz skończyć z tym zamykaniem się przed wszystkimi. Uciekasz do 
sypialni i istnieje dla ciebie tylko Amanda. Wstydzisz się tego, że karmisz? W 
miastach matki karmią dzieci piersią na ławkach w parku. Mark to widzi i 
uważa,   że   go   porzuciłaś   dla   Amandy.   Karm   ją   przy   nim.   Uczyń   z   niego 
uczestnika życia rodzinnego. On sądzi, że przestał się liczyć... 

– Nie zdawałam sobie sprawy, jak trudno mieć dwoje małych dzieci. A 

byłam   taka   szczęśliwa,   kiedy   się   dowiedziałam,   że   jestem   w   ciąży.   Byłam 
szczęśliwa, choć już wtedy nie miałam męża. 

–   A   teraz   draga   sprawa,   Emily.   Zatrzaskujesz   mi   drzwi   przed   nosem, 

zamykasz się przede mną. Dosłownie i w przenośni. A co takiego by się stało, 
gdybym zobaczył, że karmisz piersią?

Emily była zmieszana i nie wiedziała, co odpowiedzieć. Podniosła tylko 

głowę   i   po   raz   pierwszy   od   rozpoczęcia   rozmowy   spojrzała   mu   w   oczy. 
Zobaczyła w nich tęsknotę i pożądanie. Tęsknotę za czymś, czego Slade łaknął. 
Zarumieniła się. 

I tak oto powstał problem. Polega! on na tym, że nie wiedziała, co zrobić, 

ponieważ nie wiedziała, czego sama chce. 

– To jest sprawa prywatności, Slade... – wybąkała wreszcie. 
– Gdybym ja był kobietą... – zaczął. 
– Ale nie jesteś. I nie jesteś członkiem rodziny. 
– Wcześniej czy później będziesz musiała wyjechać gdzieś na kilka godzin z 

Amandą. I przyjdzie czas karmienia. Co wtedy zrobisz? – zapytał surowym 
tonem,   bo   dotknęła   go   bardzo   uwaga,   że   nie   jest   członkiem   rodziny. 
Oczywiście, że nie jest, ale w sytuacji, kiedy to on odbierał poród?

– Nie przesadzajmy, nawet w mieście nietrudno ukryć się przed ludźmi. 
– Jeszcze raz cię ostrzegam, że ukrywając się przed Markiem, wpadniesz w 

poważne tarapaty. On się od ciebie zupełnie odsunie. No, ale cóż, to jest twój 
dom, twoja rodzina. Zrobisz, co będziesz chciała. – Westchnął i skrzyżował 
ręce na piersiach, jakby tym chciał jej dać do zrozumienia, że cała sprawa 
przestaje go obchodzić. Raz na zawsze. 

– Ja bardzo cenię twoje rady i twoją pomoc, ale... 
– Wiem, wiem. Jest ci tylko trudno przyjmować jedno i drugie. Rad w ogóle 

nie przyjmujesz, a za pomoc zbyt często dziękujesz. – Mówił teraz zupełnie 
innym tonem. – Jesteś silną kobietą, Emily, ale nawet najsilniejszy człowiek 
może się załamać pod ciężarem obowiązków... 

– Więc co mam robić?
–   Ulżyć   sobie.  Na   przykład   nie   gotować  pracochłonnych   zup   i  dań,  ale 

czasowo korzystać z puszek. 

– To dużo więcej kosztuje. 

background image

– Zafunduję ci zupy w puszkach na najbliższe dwa tygodnie. 
–   Właśnie   tego   nie   chcę.   –   Już   miała   kłopot   ze   zwrotem   pieniędzy   za 

kupione przez Slade’a urządzenie sygnalizacyjne dla Amandy. 

– Jesteś najbardziej upartą kobietą jaką znam! – oświadczył zdesperowany. 
Siedzieli i patrzyli na siebie. 
Slade stwierdził, że oczy Emily są urzekające. Kiedy się ku niej pochylił, 

jeszcze nie wiedział dobrze, w jakim to robi celu. Wyciągnął dłoń i palcami 
pogładził jej policzek. I tylko tyle. Powrócił do poprzedniej pozycji i ponownie 
krzyżując ręce, powiedział:

– Nie zapominam raz danego słowa. Gdybyś chciała, żebym cię pocałował, 

to mnie o to poproś. 

Emily zaczerwieniła się po korzonki włosów. 
– A jeśli idzie o Marka... – zaczął raz jeszcze Slade. 
– Jeśli idzie o Marka, to jutro z nim porozmawiam. Myślę, że dojdziemy 

jakoś do porozumienia. 

– Pokazanie mu, że go kochasz, byłoby lepsze niż rozmowa. 
– Pomyślę o tym. Dobranoc. 
Wstała i ruszyła w kierunku schodów. Nie obejrzała się z obawy, że jeśli to 

zrobi, nie wiadomo, co może się jeszcze stać tego wieczoru. 

Następnego   ranka   Slade   wcześnie   wyszedł,   by   nakarmić   zwierzęta   i 

oczyścić stajnię. Gdy wrócił do kuchni, zastał już śniadanie na stole i Emily 
krzątającą   się   przy   jakichś   tajemniczych   czynnościach.   Podejrzewał,   że   ta 
uwidaczniająca   się   energia   to   nie   tyle   rezultat   dobrze   przespanej   nocy,   co 
determinacja, by jednak podołać wszystkim obowiązkom. No dobrze, ale on tu 
jest i wiele rzeczy za nią robi. Co będzie, gdy opuści ranczo?

–   Za   kilka   dni   Święto   Dziękczynienia   –   przypomniała   nagłe   Emily, 

uprzednio   powitawszy   Slade’a  tylko   skinieniem  głowy.  –   Chyba  powinnam 
pomyśleć o indyku. 

– Przecież to okropny kłopot – odparł. – Czy warto zawracać sobie głowę?
– Warto. To jest najważniejsze święto rodzinne. Slade wzruszył ramionami. 

Dla niego rodzinne święta nie miały najmniejszego znaczenia, gdyż nie miał 
rodziny. I takie dni świąteczne były jeszcze bardziej przykre od innych, bo 
uświadamiał sobie, że jest na świecie sam jak palec. Nagle zdał sobie sprawę, 
że zupełnie zapomniał o bracie i o postanowieniu, że ponieważ nie znalazł 
żadnych jego śladów w aktach urzędu stanu cywilnego w Billings, da kilka 
ogłoszeń do prasy. Tamtego dnia biuro ogłoszeń było już zamknięte. Powinien 
jak najszybciej znowu pojechać do Billings. 

– Zrób listę zakupów. Pojadę z Markiem do miasta i wszystko załatwię. – W 

tym   momencie   Mark   wbiegł   do   kuchni.   –   I   zgadzamy   się   na   indyka,   pod 
warunkiem, że będziemy ci we wszystkim pomagać. Prawda, Mark?

– Ja mogę drobić chleb do nadzienia – zaproponował ochoczo chłopiec, ale 

background image

posmutniał, gdy z saloniku dobiegł płacz Amandy. 

Spojrzenia Emily i Slade’a spotkały się nad głową Marka. Po raz pierwszy 

pojawił się w nich ślad jakiegoś tajemnego porozumienia. 

Nieco  później tego  samego  dnia Slade zobaczył podjeżdżającą  pod  dom 

nowiutką półciężarówkę. Od srebrnego lakieru odbijały się oślepiające promyki 
zimowego słońca. To pewno ta O’Neill, z którą Emily rozmawiała przez telefon 
i która wprosiła się z wizytą po mszy. Slade miał zamiar zignorować gościa i 
pozostać w stajni, by dokończyć pracę, ale zmienił zamiar, gdy zobaczył, że za 
kierownicą siedzi mężczyzna w stetsonie i w eleganckiej skórzanej kurtce z 
frędzlami. Mężczyzna był mniej więcej w wieku Slade’a. Wysiadł pierwszy, a 
następnie   pomógł   wysiąść   starszej   parze.   Pewno   ich   syn.   Slade   podrzucił 
świeżą słomę do ostatnich boksów i poszedł do domu. 

Wszyscy,   z   wyjątkiem   Marka,   byli   w   saloniku.   Starsza   pani   o   krótko 

przystrzyżonych kręconych włosach trzymała w ramionach Amandę. Starszy 
pan siedział obok żony i uśmiechał się do dziecka. Ale uwagę Slade’a zwrócił 
młodszy mężczyzna. Chyba siedział zbyt blisko Emily. Stanowczo za blisko i 
widać było, że świadomie dotyka jej ramienia, na co Emily wcale nie reaguje. 
A   ponadto   wpatrywał   się   w   nią   z   widocznym   zachwytem.   Owszem,   uroda 
Emily   była   zachwycająca,   ale...   Sytuacja   nie   podobała   się   Slade’owi. 
Odchrząknął, by obwieścić swoje wejście, i wtedy wszystkie oczy zwróciły się 
na   niego,   Emily   zaś   lekko   się   zaczerwieniła.   Na   chwilę   ich   spojrzenia   się 
skrzyżowały. 

–   Slade,   to   są   państwo   O’Neill,   Mavis   i   Rob,   oraz   ich   syn,   Dallas. 

Przedstawiam państwu Slade’a Coleburna, który jest... Zaangażowałam go do 
pomocy – wyjaśniła. 

Emily   wyglądała   uroczo   w   czarnej   spódnicy   zapinanej   z   przodu   i   w 

czerwonym puszystym swetrze. 

–   Szkoda,   że   mama   nie   powiedziała   ci,   że   przyjeżdżam   przed   Świętem 

Dziękczynienia. Mógłbym ci we wszystkim pomóc... Nie musiałabyś nikogo 
zatrudniać – odezwał się Dallas. 

Slade zazgrzytał zębami, ale szybko opanował wściekłość i rosnącą nagle 

zazdrość. Z miłym uśmiechem oświadczył, że bardzo mu przyjemnie poznać 
przyjaciół Emily. Spojrzał przy tym na nią wzrokiem, który dopowiedział całą 
resztę. 

– A nam miło poznać pana – odparł Dallas. – Skąd pan przyjechał?
– Z Idaho. Pracowałem na ranczu, jeśli to pana interesuje. – Slade doskonale 

wiedział, o co Dallasowi chodzi. – Proszę się nie obawiać, Emily sprawdziła 
moje referencje. 

Pragnąc   rozładować   rosnące   między   mężczyznami   na   pięcie,   Emily 

zaproponowała wszystkim kawę. Wsiała i poszła do kuchni. 

W   czasie   jej   nieobecności   rozmowa   się   nie   kleiła,   do   momentu   kiedy 

background image

mężczyźni nie przeszli na tematy ranczerskie. Slade dowiedział się, że Dallas 
kończy właśnie studia weterynaryjne na uniwersytecie Illinois i ma otrzymać 
dyplom   pod   koniec   lipca.   Wtedy   też   zamierza   wrócić   na   ranczo   ojca, 
powiększyć pogłowie bydła oraz zająć się ujeżdżaniem koni. 

Kończąc   ustawianie   filiżanek   na   tacy,   Emily   słyszała   strzępy   rozmów 

prowadzonych   w   saloniku   i   wyrzucała   sobie   sposób,   w   jaki   przedstawiła 
Slade’a   gościom.   Ale   co   mogła   innego   powiedzieć?   Że   czuje   więcej   niż 
sympatię do człowieka, który przed kilkoma dniami zapukał do jej drzwi?

Już była gotowa wziąć tacę i wrócić do saloniku, kiedy nagle weszła Mavis, 

by   powiedzieć,   że   Amanda   zasnęła   i   została   ułożona   w   kołysce.   Następnie 
zadała pytanie, które ujawniło właściwy cel jej przyjścia do kuchni:

– Od jak dawna masz tutaj tego Coleburna? Nazywa się Coleburn; prawda?
– Tak, Slade Coleburn. Jest tu od tygodnia. Zabrakło mu benzyny, była 

śnieżyca,   zapukał   do   mojego   domu,   prosząc   o   pomoc   i   pozwoliłam   mu 
przenocować w stajni... No, a potem... Ja miałam kłopoty z przedwczesnym 
porodem. I on odebrał dziecko... Bardzo wiele mu zawdzięczam. 

Emily była pewna, że wcześniej czy później ciekawska Mavis zada jej to 

pytanie   i   postanowiła   odpowiedzieć   szczerze.   Może   nie   powinna,   ale   tak 
zrobiła. 

– I jak długo on zamierza tu zostać?
– Tego nie wiem ani ja, ani on. On przyjechał w te strony, żeby odszukać 

krewnego. – Nie uważała za potrzebne wdawać się w szczegóły. 

– Zdajesz sobie sprawę, Emily, że ludzie zaczną gadać. Pete nie żyje od 

niespełna roku... 

– Nic mnie nie obchodzą ludzie. Nie obchodziły mnie ludzkie plotki za 

życia Pete’a, nie obchodzą i teraz. Slade to dobry człowiek. Nie wiem, co bym 
bez niego zrobiła tamtego wieczora, kiedy przyszedł czas... 

– Przecież wiesz, że zawsze możesz liczyć na mnie. 
– Wiem, wiele razy to mówiłaś i jestem ci wdzięczna. Ale wiesz również, że 

ja nienawidzę kogoś o cokolwiek prosić. Slade otrzymuje ode mnie dach nad 
głową i wikt i robi to wszystko, czego ja w tych dniach nie byłabym zdolna 
zrobić sama. 

– Śpi nadal w stajni?
– Oddałam mu dawny pokój taty. I wszystko jest, jak być powinno, Mavis. 

Nie miej żadnych obaw, jeśli idzie o moją cnotę. 

W rozmowach z Mavis Emiiy nigdy nie owijała spraw w bawełnę. Jakiś 

chochlik   podszeptywał   jej,   żeby   przyznać   się   do   pocałunku,   ale   się 
powstrzymała. 

– Ja nie będę plotkowała na twój temat, ale inni będą – ostrzegła Mavis i 

westchnęła. – Ale ty zawsze wiedziałaś, czego chcesz, i zawsze to robiłaś... 

– Idziemy! – zakomenderowała Emily i wzięła ze stołu tacę. – Panowie 

czekają. Weź, proszę, talerz z biszkoptami, Mavis. 

background image

Wchodząc   do   saloniku,   Emily   niemal   natychmiast   zorientowała   się,   że 

między młodszymi panami panuje napięcie, co z zainteresowaniem obserwuje 
Rob O’Neill. 

Slade zwrócił się do Emily:
– Pan Dallas O’Neill wspomniał, że już reperował ogrodzenia na twoim 

ranczu i gotów jest robić to w przyszłości. Chwilowo jednak nie widzę potrzeby 
go trudzić. Póki tu jestem, mogę to sam zrobić. 

Emily zdawała sobie sprawę, że między obu mężczyznami toczy się bój i że 

tę sytuację tylko ona może rozładować. Najpierw jednak zwróciła się do ojca 
Dallasa:

– Bardzo ci jestem wdzięczna, Rob, za pomoc, jakiej mi udzielałeś podczas 

mojej ciąży. 

–   A   my   delektowaliśmy   się   twoimi   wypiekami.   Chlebem,   bułeczkami   i 

ciastami. Jesteś mistrzynią. Powinnaś otworzyć piekarnię. 

Wszyscy się roześmieli. Podając Dallasowi kawę, Emily powiedziała:
– Tobie też dziękuję za pomoc. A w przyszłości, kiedy Slade mnie porzuci, 

zwrócę się na pewno do ciebie. 

Slade zastrzygł uszami. Co to miało znaczyć: „kiedy Slade mnie porzuci”?
– Trzymam cię za słowo – odparł Dallas. 
W saloniku zapanowała cisza, do chwili kiedy przerwał ją Slade, wstając:
– Bardzo było mi miło państwa poznać i porozmawiać, ale muszę zmykać. 

Czeka na mnie robota w stajni. – Okrasił te słowa kwaśnym uśmiechem. 

– Nie wypiłeś swojej kawy, Slade. Wleję ją do termosu. Chodź ze mną do 

kuchni. 

W kuchni, przelewając kawę do tego samego termosu, który mu ofiarowała 

pierwszego wieczoru, spytała:

– Coś nie tak, Slade? Jesteś w okropnym humorze. 
–   Ależ   skąd.   Chciałbym   tylko   wiedzieć,   kim   jest   dla   ciebie   pan   Dallas 

O’Neill i od jak dawna to trwa?

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Pytanie Slade’a zaszokowało Emily. Czuła się nie tylko głęboko urażona, 

ale i obrażona. 

– Co to ma znaczyć „od jak dawna to trwa”? Niby co trwa? O co ty mnie 

oskarżasz?

– Nigdy nie mówisz o swoim mężu. Nie masz w domu nawet jego fotografii, 

a z tym facetem wydajesz się być... bardzo blisko. A jak on na ciebie patrzy!

– Zwyczajnie patrzy. Znamy się od dziecka. W tym sensie jest mi bardzo 

bliski. 

Oboje mówili półgłosem, zerkając nieustannie w kierunku saloniku. Emily 

podała Slade’owi termos. Właściwie wcisnęła mu go do ręki, bo sam nie kwapił 
się, żeby go wziąć. 

– A jeśli idzie o mojego męża – kontynuowała – to nie twoja sprawa. Dallas 

to też nie twoja sprawa. 

Slade nie ustępował:
– Czy ty i Dallas byliście... czy emocjonalnie coś was łączy?
– Dallas i ja jesteśmy przyjaciółmi. Od zawsze. I tak chyba pozostanie. 

Skończmy tę rozmowę. Muszę wracać do gości. – Odwróciła się, by odejść. 

Slade rzucił za nią jeszcze jedno pytanie:
– Czy twoje małżeństwo było bardzo nieszczęśliwe?
Odwróciła się. 
– Jeśli będziesz się tak zachowywał, Slade, to mogę dojść do wniosku, że 

dam sobie radę bez ciebie. – Po tych słowach wyszła z kuchni. 

Zobaczyła go dopiero podczas kolacji. Wszedł do kuchni i obwieścił, że 

przede   wszystkim   musi   wziąć   prysznic.   Spojrzenie   miał   ponure   i   uśmiech 
wymuszony. 

– Rysowałem z mamą zwierzątka. Chcesz zobaczyć? – zapytał Mark. 
– Chętnie, ale po kolacji. Wezmę prysznic i potem tu przyjdę. 
Emily   bardzo   przeżywała   wydarzenia   minionych   kilku   godzin.   Podczas 

wizyty   O’Neillów   przez   cały   czas   myślała   o   swoim   gościu,   którego 
nietaktownie przedstawiła jako wynajętą siłę roboczą. Teraz myślała znowu o 
rozmowie, jaką mieli podczas przelewania kawy do termosu. 

Slade szybko wrócił do kuchni. Usiadł i zabrał się do jedzenia. Przez cały 

czas kolacji milczał. Ciszy nie przerwała też Emily, do głębi oburzona tym, że 
Slade, pytając ojej stosunki z Dallasem, oskarżył ją właściwie o małżeńską 
zdradę. Za kogo on ją uważa?

Po sprzątnięciu po kolacji Slade oświadczył, że idzie do swego pokoju, bo 

musi coś przeczytać. Emily zrozumiała to jako karę za to, że nie chciała mu nic 
powiedzieć o swoim małżeństwie. Przyjęła oświadczenie Slade’a w milczeniu i 
gdy wyszedł, zabrała się wraz z Markiem do pieczenia ciasteczek. 

background image

Później, kiedy szykowała się do karmienia Amandy, Mark zapytał ją, czy 

może zejść, żeby powiedzieć dobranoc Slade’owi. 

– Lepiej mu dziś nie przeszkadzaj, synku. Położę cię, otulę i poczytam, gdy 

tylko skończę karmienie twojej siostrzyczki. 

Tym razem Amanda usnęła zaraz po karmieniu. Dzięki temu Emily miała 

więcej czasu dla Marka. Przeczytała mu długie opowiadanie, wysłuchała jego 
modlitwy, ucałowała i otuliła kołdrą. 

– Dlaczego jesteś zła na Slade’a, mamo? – spytał niespodziewanie Mark z 

buzią w poduszce. 

– Byłam zła, ale już nie jestem – odpowiedziała szczerze. Nigdy synowi nie 

kłamała. – Slade powiedział coś, co mi się bardzo nie podobało. Ale wszystko 
jest już w porządku. – Jednakże nie była wcale pewna, że tak jest. 

– Ja bym nie chciał, żeby on teraz wyjechał, mamo... 
– Ja wiem, że nie chcesz. Postaram się przekonać go, żeby został choć do 

Święta Dziękczynienia. 

– Tak krótko? Ja chcę, żeby został dłużej. 
– Zobaczymy. Spij, synku. 
– Dobranoc, mamo. Niech Slade zostanie z nami... Wyszła z pokoju małego 

i stojąc przy schodach na dół, długo się wahała. Ojciec kiedyś jej powiedział, że 
zawsze   będzie   dobrze   spała,   jeśli   rozliczy   dzień...   Rozliczyć   dzień,   który 
właśnie mijał, oznaczało w tym przypadku wyjaśnić wszystko między nią a 
Slade’em. Ale jak?

Emily nigdy nie cofała się przed trudnymi zadaniami. Z dumnie podniesioną 

głową zeszła na dół, stanęła pod drzwiami pokoju Slade’a i leciutko zapukała. 

Slade bardzo szybko otworzył. Był nadal we flanelowej koszuli w szkocką 

kratkę i w dżinsach. I wydawał się pełen wigoru. A poza tym... emanował 
męskością. 

– Powinniśmy porozmawiać – rzuciła prosto z mostu Emily. 
– Chciałem przecież, ale ty nie chciałaś. 
– Nie po to zapukałam, żeby toczyć nieistotne spory o to, co kto powiedział 

i kiedy. 

– Poważnym rozmowom zawsze towarzyszą drobne spory. Czasami są one 

bardzo trudne i wymagają kompromisów. 

– Zapukałam i chcę rozmawiać, ponieważ chciałabym wiedzieć, co takiego 

kiedykolwiek   powiedziałam   lub   zrobiłam,   co   dawałoby   ci   prawo   do 
sugerowania, że byłam niewierną żoną. 

– A byłaś?
– Nie! – krzyknęła na cały głos, a wraz z tym krótkim krzykiem ulotniły się 

wszystkie dobre intencje, jakie miała, by naprawić stosunki ze Slade’em. 

Zasłoniła   dłonią   usta,   ponieważ   przestraszyła   się,   że   mogła   obudzić 

Amandę.   Do   oczu   napłynęły   jej   łzy.   Obróciła   się   na   pięcie   i   wybiegła   do 
przedpokoju. 

background image

Slade   dogonił   ją   po   paru   krokach,   chwycił   mocno   za   ramię   i   bezwolną 

zaprowadził z powrotem do pokoju. 

– Nie chcę tu zostać z tobą – oświadczyła, wyswobadzając się z kleszczy 

jego uścisku. – To by dowodziło, że masz rację, źle o mnie myśląc. 

– Emily, obawiam się, że nie masz pojęcia, co ja o tobie myślę. – Coś w 

spojrzeniu Slade’a kazało jej wstrzymać oddech. 

Nie uświadamiała sobie, czy to ona postąpiła krok, czy on, w każdym razie 

zupełnie niespodziewanie znaleźli się bardzo blisko siebie. 

– Nie znam się na małżeństwach, ale wiem, że nie zawsze są udane, bywają 

też bardzo złe – powiedział Slade. – I wiem, bo mam oczy, że Dallas chciałby 
być czymś więcej niż kolegą przyjacielem. 

– Od dwóch lat spotykam się z Dallasem tylko podczas wielkich świąt, więc 

nie wiem, jak... 

– Czasami takie wielkie święta zupełnie wystarczą. I kilka dni wystarczy, 

kiedy mężczyzna wie, czego chce. 

– Dallas wcale mnie nie chce. I ja jego nie chcę... W tym sensie, o jakim ty 

mówisz. 

– Przyznaję, że byłem zazdrosny. Ty mi zaraz powiesz, że nie miałem prawa 

być   zazdrosny,   bo   niby   z   jakiej   racji...   Najemna   siła   robocza   zazdrosna   o 
chlebodawczynię!   Byłem   zazdrosny   jak   diabli,   bo   zauważyłem,   że   nie 
odsuwasz się od niego tak jak ode mnie. 

– Nie odsuwam się od ciebie – powiedziała półgłosem. – Masz najlepszy 

dowód teraz. I powiem ci jeszcze jedno: przy Dallasie czuję się swobodnie, a 
przy   tobie...   Doznaję   emocji,   jakich   nie   powinnam   doznawać.   Mówię   to 
szczerze i otwarcie. Dopiero co urodziłam dziecko, jestem wdową od kilku 
miesięcy... 

Palce prawej dłoni zatopił w jej włosach. 
–   Jesteś   przede   wszystkim   kobietą,   a   ja   jestem   mężczyzną.   Doznałem 

przedziwnych   emocji   już   wtedy,  kiedy   cię  zobaczyłem  po   raz  pierwszy...  I 
wtedy też powiedziałem sobie, że nie powinienem... 

– Ponieważ byłam w ciąży. 
– Ale teraz nie jesteś. I nic się nie zmieniło, jeśli idzie o moje uczucia. 

Owszem,   zmieniło   się.   Są   dużo   mocniejsze.   I   nie   chciałbym,   by   były 
jednostronne. Mam nadzieję, że nie są. 

– Nie – wyznała szeptem. 
Słyszał dobrze, co powiedziała. Ale nie przygarnął jej, nie zaczął całować, 

nawet   nie   objął   jej   ramieniem.   Stał,   jak   stał,   pomny   danego   słowa,   że   nie 
pocałuje jej bez wyraźnej zachęty z jej strony. Emily milczała. 

– Czy chcesz, abym opuścił ranczo? – spytał po chwili. 
– Nie. Obiecałam Markowi, że poproszę cię o pozostanie co najmniej do 

Święta Dziękczynienia. On chce, byś został dłużej, do Bożego Narodzenia. 

– A czego ty chcesz?

background image

– Żebyś został. Kropka. 
– Dobrze. Chwilowo podpisuję kontrakt do Bożego Narodzenia. Może do 

tego czasu oswoimy się... – Cofnął się kilka kroków. Emily była mu za to 
bardzo wdzięczna. – Do spotkania przy śniadaniu. Dobranoc!

– Dobranoc! – Emily wyszła od Slade’a z uczuciem wielkiej ulgi. Spadł jej 

kamień z serca, a jego miejsce zajął dobry humor i lekka jak zefirek nadzieja, 
że oto w jej życiu rodzi się coś nowego. 

Po uroczystym obiedzie w dniu Święta Dziękczynienia Emily, Siade i Maik 

przeszli do saloniku, gdzie w starej kołysce Amanda smacznie spała od kilku 
godzin, dzięki czemu wszyscy mogli długo siedzieć przy stole. Emily usiadła 
wygodnie w fotelu i westchnęła. 

–   Kiedyż   ja   odpocznę?   Jutro   znowu   czeka   mnie   pieczenie,   pieczenie, 

pieczenie... Muszę upiec górę pasztecików na sobotni kiermasz. Są ochotnicy 
do pomocy?

– Ja ci pomogę, mamo – zgłosił się Mark bez większego entuzjazmu. 
– Jaki znowu kiermasz? – spytał Slade. 
– W pierwszą sobotę po Święcie Dziękczynienia nasza parafia organizuje 

kiermasz wypieków. Dochód na zbożny bożonarodzeniowy cel. Ja zwyczajowo 
piekę dziesięć dużych pierogów albo pół setki mniejszych pasztecików. 

– Chyba żartujesz? – odezwał się Slade. 
– Taka to już tradycja. Każde ranczo dostarcza przydzielony mu gatunek 

wypieku. Przy waszej pomocy powinnam dać radę. Surowce mam. Byle mi 
Amanda zanadto nie przeszkadzała. .. 

– Jeśli masz wałek do ciasta, to ja mogę wałkować, ale na tym się zaczyna i 

kończy moja wiedza w dziedzinie wypieków – poinformował Slade. 

– Jeśli zostaniesz do Bożego Narodzenia, to ja i Mark wiele cię nauczymy. 

Pieczenia i kilku lokalnych tradycji. 

–   Przecież   powiedziałem,   że   zostanę   –   obruszył   się   Slade.   –   Nigdy   nie 

cofam danego słowa, czy chodzi o zostawanie, czy całowanie... 

– Jakie znowu całowanie? – zainteresował się Mark. 
– To był taki żarcik – wyjaśniła mu matka. 

Slade   siedział   w   swoim   pokoju   i   pisał   listy.   Postanowił   umieścić   kilka 

dodatkowych   ogłoszeń   w  gazetach   stanu   Kolorado   i  tych   ogólnokrajowych, 
których   w   tym   stanie   najwięcej   sprzedawano.   Nie   wolno   mu   zlekceważyć 
żadnego   śladu.   A   pewien   ślad   miał.   Kiedy   odwiedził   w   Billmgs   dom   pod 
adresem, który znalazł na odwrocie kopii aktu urodzenia swego brata, z uwagą, 
że właśnie tam wysłano oryginał, zastał już nowych właścicieli. Oni nic nie 
wiedzieli o swoich poprzednikach, gdyż dom nabyli przez pośrednika. Ktoś im 
jednak   mówił,   że   poprzedni   właściciele   wyjechali   do   Kolorado.   Dlatego 
właśnie Slade przygotowywał drugą serię ogłoszeń. 

background image

Skończył ostatni list, dołączył do niego czek, włożył do koperty i zakleił ją. 

Wstał,   przeciągnął   się   i   poszedł   do   saloniku,   gdzie   Emily   baraszkowała   z 
rozbrykaną Amandą, a Mark przyglądał się temu w głębokiej zadumie, jakby 
nie był pewien, czy aprobować podobne igraszki i do nich się przyłączyć, czy 
też ustosunkować się negatywnie. 

Ponieważ   nadeszła   już   pora,   kiedy   Mark   powinien   iść   spać,   Slade 

zaproponował, że pobawi się z Amandą, by Emily mogła położyć chłopca. 

– Ale przecież ty nigdy nie miałeś jej nawet na rękach. I obawiam się, że 

Amanda zaraz zacznie płakać... 

– Będę bardzo ostrożny, poza tym mam swoje męskie metody. A Amanda 

jest kobietą, no nie? Zresztą trzymanie niemowlaka, nawet rozwrzeszczanego, 
jest chyba łatwiejsze niż wywijającego się prosiaka. Z prosiakami mam wielkie 
doświadczenie. 

Emily wybuchnęła śmiechem. 
–   Z   pewnością   masz   rację,   ale   pamiętaj,   że   żaden   prosiak   nie   może 

konkurować   z   Amandą,   jeśli   chodzi   o   siłę   głosu.   No   dobrze,   bierz   ją...   – 
Delikatnie umieściła dziecko w jego ramionach. – I na miłość boską, uważaj...!

– Slade da sobie radę, mamo. Nic się nie bój. On wszystko potrafi... 
– Przesadziłeś, partnerze – odparł Slade. 
Amanda obudziła się i najwidoczniej poczuła, że to nie matka trzymają w 

ramionach, gdyż zaczęła najpierw płaczliwie pomrukiwać, a potem po prostu 
płakać. Slade ujął ją pod brodę i bardzo poważnie zaczął tłumaczyć:

–   No   dobrze,   młoda   damo,   wystarczy,   zrozumiałem,   że   jesteś 

niezadowolona.   Ale   coś   ci   powiem:   będziemy   spacerować,   będziemy 
rozmawiać   o   ważnych   sprawach,   będziemy   się   kołysać,   dopóki   mama   nie 
wróci. I obiecuję, że cię nie ugryzę i nie upuszczę... 

I nastąpił cud. Niemowlę bystro spojrzało na Slade’a i nagle umilkło. 
– Nie wierzę własnym oczom – powiedziała Emily. – Ty swoim głosem 

oczarowujesz kobiety. 

– Wobec tego będę musiał cały czas mówić. Nie tylko do Amandy, ale i do 

ciebie. 

Emily znowu się roześmiała i poszła za Markiem na górę. Pozostawiony 

sam sobie Slade chodził z Amandą po pokoju, opowiadając jej o minionym 
dniu pracy. Nie miał zamiaru naśladować matek, które do niemowląt stroją 
miny   i   mizdrzą   się.   Jego   zdaniem   to   czysta   strata   czasu.   Dzieci   tego   nie 
rozumieją. Po dłuższym spacerze podszedł do okna i pokazał Amandzie księżyc 
oraz   omówił   wszystkie   kwadry.   Skończywszy   z   księżycem,   zajął   się 
gwiazdami. Emily zastała go przy opisywaniu Wielkiej Niedźwiedzicy. 

–   Nie   wiedziałam,   że   jesteś   przewodnikiem   po   gwiazdozbiorach   – 

zauważyła. 

–  To za dużo powiedziane. Ale jeszcze w  sierocińcu wpadła mi do rąk 

książka   o   gwiazdach,   Księżycu   i   Słońcu.   Zafascynowały   mnie   fotografie,   a 

background image

potem zacząłem ją czytać i przeczytałem od deski do deski. Tak się to zaczęło. 

Później łapałem każdą książkę o gwiazdach. Fascynująca lektura. Spójrz na 

te gwiazdy... 

Długo stali w milczeniu przy oknie, patrząc w granatowe niebo upstrzone 

iskierkami. Amanda w ramionach Siadem ani pisnęła, choć nie spała. 

– Zabiorę teraz małą na górę – odezwała się wreszcie Emily. 
– Przynieść ci szklankę ciepłego mleka? – spytał. 
– Oczywiście. Znasz już moje obyczaje. A przy okazji skończ szarlotkę. W 

lodówce jest jeszcze kilka kawałków. Albo wiesz co, położę Amandę i jeśli ona 
szybko zaśnie, to przyjdę na dół. Możemy posiedzieć sobie w saloniku... 

Ta propozycja poruszyła Slade’a. Zaczynał się nowy etap w ich stosunkach. 
Gdy po kilkunastu minutach Emily zeszła na dół, zastała Slade’ a na kanapie 

w saloniku. Na niskim stole przed nim stały dwa kubki. Jeden z kawą dla niego, 
drugi   z   dość   jeszcze   ciepłym   mlekiem   dla   niej.   Emily   zajęła   miejsce   obok 
Slade’a. Blisko, bliżej niż kiedykolwiek przedtem. 

– O czym myślisz? – spytał. 
– O tym, że to był dla mnie specjalny dzień... 
– Dla nas obojga był specjalny – poprawił. – Myślę, że ty i ja nie tylko 

porozumieliśmy się, ale wiele sobie uświadomiliśmy... Już chyba nie traktujesz 
mnie jak obcego intruza?

– Nie. Ale szczerze się przyznam, że nie wiem, czego pragnę – odparła 

enigmatycznie. – W ciągu roku moje życie radykalnie się zmieniło. 

– A ja sądzę, że w głębi duszy wiesz doskonale, czego chcesz. 
– To są raczej marzenia. Czy i ty czasami nie marzysz?
– Nad marzenia przedkładam rzeczywistość. Chwytam w garść to, co mogę 

pochwycić. A nie ułudę. 

–   A   ja...   –   urwała.   –   Czy   chciałbyś...   –   Głos   jej   zawisł.   Slade   milczał. 

Wreszcie Emily wykrztusiła: – Pocałuj mnie. 

W ułamku sekundy znalazła się w ramionach Slade’a. 
Był to chyba najwspanialszy i najdłuższy pocałunek w jej życiu. Ale w 

pewnej chwili przyszła jej do głowy straszna myśl i oderwała usta od jego 
warg.   Przecież   ona   inwestuje   uczucia   w   nieodpowiednim   mężczyźnie.   Po 
Bożym   Narodzeniu   Slade   zniknie   i   zostawi   ją   z   bagażem   nie   nasyconych 
nadziei i nie spełnionych marzeń. Po co jej to?

– Co się stało, Emily?
– Puść mnie!
– Znowu będziesz udawała, że nic się nie stało?
– Stało się. Nawet zbyt wiele. Ale my jesteśmy zbyt różni. Ludzie mówią o 

takich: niekompatybilni... 

–   Różni   tak,   niekompatybilni   nie.   Wręcz   odwrotnie.   Plus   i   minus. 

Przyciągamy się jak dwa przeciwne bieguny... . 

– Może. Może do ciebie przyciągnęło mnie to, że byłeś w tylu miejscach, w 

background image

tylu stanach, widziałeś świat. Ja znam tylko Billings. Ale jest inna sprawa: ja 
nigdy,   ale   to   nigdy   nie   pozwoliłabym   sobie   na...   przygodę.   Tak   zostałam 
wychowana... 

– Rozumiem. Innymi słowy chciałabyś poznać moje intencje, nim... Chcesz 

wiedzieć, czy są poważne i dokąd to prowadzi?

–   Szczerze   przyznam,   że   jeszcze   nie   jestem   gotowa   na   czyjekolwiek 

poważne intencje. Nie jestem gotowa na nic, co mogłoby skomplikować mi 
życie, życie moich dzieci, czy narazić ranczo. Chcę jednak powiedzieć, Slade, 
że mam serce otwarte dla dobrego przyjaciela. 

– Nie sądzę, by kobieta i mężczyzna mogli pozostawać tylko przyjaciółmi, 

jeśli wokół nich powstaje aura... nazwijmy ją emocjonalną. Niemniej możemy 
spróbować, jeśli tego chcesz. 

– Tego chcę. 
I   na   tej   deklaracji   Emily   zakończyli   rozmowę   wieczoru   Święta 

Dziękczynienia. 

W   sobotę   rano   sala   parafialna   przy   kościele   była   pełna.   Emily   po   raz 

pierwszy pokazała się publicznie z Amandą. Natychmiast otoczyła ją gromadka 
znajomych   i   sąsiadek,   pragnących   obejrzeć   dziecko   i   pogratulować   matce. 
Wszyscy   już   słyszeli   o   porodzie   w   furgonetce,   a   także   o   przygodnym 
mężczyźnie,   który   odebrał   poród.   Aż   dziw,   że   w   tak   odludnych   miejscach 
wiadomości rozchodzą się tak szybko. Kobiety dopytywały ją także o owego 
tajemniczego mężczyznę, ale nagle zamilkły, gdy do Emily dołączyli Slade i 
Mark z półmiskami wypieków na kiermasz. 

Slade   widział   dziesiątki   wpatrzonych   weń   oczu,   uchylił   więc   grzecznie 

kapelusza   i   paroma   równie   grzecznymi   słowami   powitał   panie,   wyrażając 
radość z ich spotkania. W spojrzeniu, jakim obrzucał zgromadzenie, łatwo było 
zauważyć nutkę ironicznego rozbawienia. Zdawał sobie sprawę, że wywołał 
sensację swoim przyjściem. Spytał Emily, co ma zrobić z półmiskami i poszedł 
odstawić je tam, gdzie mu wskazała. 

– A więc to prawda – odezwała się jedna z kobiet. 
–   Nie   rozumiem,   co   pani   chce   powiedzieć   –   rzekła   spokojnie   Emily.   – 

Prawdą jest, że dzięki dobremu zrządzeniu losu pan Colebum był u mnie na 
ranczu, gdy zaczął się poród. Amanda jemu zawdzięcza życie. Pan Colebum 
pozostanie   na   ranczu   jako   pomoc,   dopóki   ja   nie   będę   mogła   wszystkiemu 
podołać. Są jeszcze jakieś pytania?

Tymi   słowami   zawstydziła   grono   pań,  które  pospiesznie   rozeszły   się  do 

swoich zajęć. Została tylko Grace Harrison, która z mężem i córką mieszkała na 
ranczu graniczącym z ranczem Emily. 

– A gdzie ten Coleburn śpi? – spytała. 
– W dawnym pokoju ojca – odparła bez namysłu. 
– I widać, że Mark go bardzo lubi – zauważyła z przekąsem Grace. 

background image

– Bardzo. 
– Ale ten Coleburn nie zostanie długo? – Grace należała do najbardziej 

ciekawskich kobiet. 

– Nie, nie zostanie. I nie ma więcej o czym mówić – stwierdziła zimnym 

tonem Emily. 

Grace odeszła, przyłączając się do grupki kobiet, które nieustannie zerkały 

to na Slade’a, to na Emily, wymieniając uśmieszki i uwagi. 

– Czy one widzą we mnie diabła, którego należy czym prędzej przepędzić? 

– spytał Slade, który podszedł do Emily. 

– To wcale nie jest śmieszne. Wstrętne babska. Chodźmy stąd. 
– Z miłą chęcią. Znajdę tylko Marka i spotkamy się przy drzwiach. 
Emily spojrzała na śpiącą Amandę. 
– Wszystko będzie w porządku, maleńka! – zapewniła córeczkę. 
I   przez   całą   drogę   do   domu   powtarzała   sobie,   że   wszystko   będzie   w 

porządku... 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Na niespełna dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem Slade jak zwykle 

wrócił   w   południe   do   domu   na   lunch,   bardziej   zmęczony   niż   zwykle   po 
porannym oporządzaniu zwierząt. 

W kuchni pachniało świeżymi wypiekami. Emily, odwrócona plecami, coś 

mieszała w garnku na piecu. 

Od   wizyty   w   parafialnej   sali   wydawała   się   nieswoja.   Była   też   bardzo 

ostrożna, by nie nastąpiło zbliżenie ze Slade’em. Unikała poważnych rozmów i 
nie   reagowała   na   żadne   próby   nawiązania   bliższego   kontaktu   ze   swoim 
pracownikiem. 

Slade   domyślał   się,   że   Emily   ciąży   to,   że   jest   przedmiotem   plotek 

miejscowych kobiet. 

– Coś wspaniale pachnie – powiedział, odwieszając kurtkę i kapelusz. 
– Piekę dziś budyń chlebowy – pochwaliła się, obracając głowę w kierunku 

Slade’a. – Wyjdzie z pieca lada chwila. Aha, jest do ciebie list, leży na stole. 

Usiadł   i   długo   obracał   w   dłoniach   kopertę.   Na   odwrocie   wypisany   był 

niedbale adres nadawcy: John Morgan, Denver. Slade bał się tego, czego może 
się   dowiedzieć,   wreszcie   jednak   rozdarł   kopertę   i   zaczął   czytać.   Po   chwili 
wykrzyknął do Emily:

– Słuchaj! Ten człowiek, niejaki John Morgan, pisze, że przed trzydziestoma 

laty   adoptowali   z   żoną   chłopca   z   sierocińca,   Huntera   Coleburna.   Mieszkali 
najpierw w Tuscon, potem w Billings, a teraz są w Denver... Hunter żyje! Jest 
prawnikiem specjalizującym się w prawie korporacyjnym. Teraz nie ma go w 
kraju. 

Ta informacja zawisła między nimi niby groźna czarna chmura. 
– I jedziesz do Denver? – spytała stłumionym, na pozór obojętnym głosem. 
Slade długo się zastanawiał. Do świąt zostały jeszcze dwa tygodnie. Bydło i 

konie   wymagają   opieki.   Zapowiadane   są   śniegi.   Z   jednej   strony   nie   jest 
przecież związany z tą farmą, z drugiej jednak... A Huntera nie ma przecież w 
kraju... 

– To może poczekać – odparł wreszcie. – Do świąt tylko dwa tygodnie. 
– Ale bardzo pragniesz mieć własną rodzinę – powiedziała Emily. 
–  Nigdy   jej  nie  miałem,  więc  nie  wiem,  czy  tak   bardzo  pragnę.  Jestem 

bardziej ciekawy, czy mam brata, niż jego spragniony. Bo tak naprawdę, to ja 
wcale nie jestem pewien, czy Hunter to mój brat. Tylko przypuszczam, że tak 
jest. 

– Ale może powinieneś pojechać i porozmawiać z tymi ludźmi. 
– Nie rozumiem, o co ci chodzi? Myślałem, że Mark bardzo chce, żebym 

został na święta... Bo ty to nie wiem... 

– Oboje bardzo chcemy, ale nie jesteśmy twoją rodziną. A ty mimo tego, co 

background image

mówisz, pragnąłbyś ją mieć. Nie chcę być odpowiedzialna za to, że jej nie 
znajdziesz. 

– Za nic nie jesteś odpowiedzialna, a poza tym ja nie rezygnuję z wyjazdu 

do Denver, tylko pojadę później. Mam zamiar zostać tu na święta. Ale jeśli 
dogryzają ci plotki tych wszystkich bab i jeśli uważasz, że robisz coś złego, 
zatrzymując mnie, to powiedz. Wyjadę jeszcze dzisiaj. 

– Nie chcę, żeby wyjeżdżał. 
– No, to nie zachowuj się tak, jakbyś chciała. Emily zaczerwieniła się. 
– Ostatnio mało czasu spędzaliśmy razem i mało rozmawialiśmy. 
–   To   nie   moja   wina.   Rozumiem   jednak,   że   ranczo   i   dwoje   dzieci   są 

pożeraczami czasu – odparł. – Ale jeśli się czegoś chce, to zawsze znajdą się 
sposoby. Mam propozycję. Poproś Mavis, aby przez kilka godzin popilnowała 
Amandę, a my pojedziemy do Billings po świąteczne zakupy. Wrócimy, nim 
szkolny autobus odwiezie Marka. Emily długo zwlekała z odpowiedzią, udając, 
że ma coś do zrobienia przy piekarniku. Wreszcie się jednak wyprostowała i 
obróciła twarzą do Slade’a. 

– A wiesz, że to niezły pomysł. Ja też mam pewne sprawy do załatwienia w 

Billings – odparła. 

– Na ile godzin możesz zostawić Amandę samą? Bo w Billings chciałbym 

zaprosić cię na lunch. 

– Mogłabym ściągnąć mleko do butelki i zostawić je Mavis. Zrobię to dziś i 

sprawdzę,   czy   Amanda   będzie   piła   przez   smoczek.   Tak   czy   inaczej   już 
powinnam ją do tego przyzwyczajać. 

– I nasz wyjazd do Billings nazwijmy randką – zażartował. 
– Nasz wyjazd do Billings nazwiemy wyjazdem po zakupy – odparła, ale w 

jej oczach rozbłysły dziwne ogniki. 

– Dobrze, niech będzie randka zakupowa. Wilk syty i owca cała. 
– Czasami to jesteś... – Nie dokończyła, a Slade nie nalegał. 
– Idę się umyć – powiedział. – Krzyknij, kiedy lunch będzie gotowy. 
Wyszedł, nim Emily zdołała mu powiedzieć, że to jednak jest zły pomysł, 

by razem udali się po zakupy. Ludzie jeszcze bardziej zaczną plotkować. 

Najpierw   każde   z   nich   z   osobna   chodziło   po   sklepach   niewielkiej 

promenady   supermarketu   w   Billings,   a   potem   spotkali   się   w   sklepie   z 
zabawkami. Slade jeszcze nigdy nikomu nie kupował świątecznych prezentów, 
sam   też   nigdy   wiele   nie   otrzymał.   Ale   w   tym   roku   pragnął   obdarować 
najbliższych sobie ludzi... Wiedział, że Emily wiele od niego nie przyjmie i 
dlatego dla niej w tajemnicy wieczorami rzeźbił w drewnie jelonka. Był w tym 
dobry. Emily nie będzie miała pretensji, że wydał na nią pieniądze, a to, czy 
jelonek jej się spodoba, to inna sprawa. Inna była również sprawa z Markiem. 

– Chciałbym kupić Markowi siodło – powiedział. 
– Mark nie potrzebuje nowego siodła. Używa mojego. 

background image

– Powinien mieć siodło odpowiednie dla dziecka. 
– To za drogi prezent, Slade. Nie mogę ci pozwolić na podobny wydatek. 
– Cena nie jest ważna. Co ty dajesz Markowi?
– Mavis znalazła mi na wyprzedaży sanki. Trzeba je tylko pomalować. I 

chcę mu kupić nowy kij bejsbolowy. W przyszłym roku ma zacząć grać w 
szkolnej drużynie. 

– A rękawica?
Emily potrząsnęła przecząco głową i Slade domyślił się, że cena rękawicy 

przekracza możliwości jej domowego budżetu. Przeszli do działu sportowego. 

– No, to ja mu kupię rękawicę, piłkę futbolową i piłkę do gry w siatkówkę. 

Umocuję mu kosz na tyle obory i będzie mógł tam ćwiczyć. 

– Slade!
Wiedział, że czeka go kazanie, więc przerwał Emily i sam je wygłosił:
– Boże Narodzenie to czas obdarowywania dzieci. Wszystkich dzieci, które 

o czymś marzą i których marzenia nie zostały dotąd spełnione. 

–   Nie   uważam,   by   Mark   miał   tak   wiele   nie   spełnionych   marzeń   – 

zaprotestowała.   –   Zawsze   dawałam   mu   wszystko,   co   mogłam.   A   teraz   jest 
jeszcze Amanda. Dlaczego chcesz mu tyle kupować? Czy tak ci zależy, żeby o 
tobie pamiętał, kiedy nas opuścisz?

Slade pomyślał, że może jest w tym część prawdy, a może prawda była 

zupełnie inna: chciał się czuć cząstką tej rodziny. Długo jeszcze dyskutowali, 
nim   uzgodnili   prezenty   dla   Marka,   potem   długo   stali   przed   kasą,   gdyż 
przedświąteczny ruch w sklepie z zabawkami był bardzo duży. Po wyjściu z 
supermarketu poszli na parking i schowali zakupy do furgonetki. 

– A teraz lunch! – obwieścił Slade. – Zaczynamy część randkową. Patrz, 

tam jest restauracja! Napisane, że rodzinna. Masz wybierać z menu, co dusza 
zapragnie. 

Emily  dobrze  wiedziała, że w  restauracyjnej karcie nie znajdzie niestety 

tego, czego pragnie jej dusza. A to, czego pragnęła, przerażało ją. 

Następnego dnia po zakupach w Billings Slade zabrał Marka na wyprawę po 

świąteczną   choinkę.   Chłopiec   był   niesłychanie   podniecony.   Kiedy   jechali 
zaśnieżoną   drogą   w   kierunku   odległej   kępy   świerków   przeznaczonych 
specjalnie do wycinania na Boże Narodzenie, bez przerwy mówił i zadawał 
pytania. Mówił o dziadku, który zawsze sam wycinał drzewka na święta. Mark 
nie znał dziadka, ale mama mu o nim opowiadała. Mówił o ojcu, który nigdy 
nie wycinał drzewek i który... 

Mark urwał i więcej o ojcu nie mówił. A potem nagle spytał Slade’a:
– Zostaniesz z nami i po świętach?
– Masz specjalny powód, pytając mnie o to teraz?
– Bo ja wiem, że mama bardzo by chciała, żebyś tu zamieszkał. 
– Żebym zamieszkał? Tak powiedziała?

background image

– Nie powiedziała, ale ja wiem. I chcę, żebyś był na festiwalu śmiechu w 

naszej szkole. Zaraz po Nowym Roku. Na tym festiwalu każdy chłopiec i jego 
ojciec lepią ze śniegu bałwana, a najlepszy bałwan otrzymuje nagrodę. 

– To bałwan otrzymuje nagrodę? Mark się roześmiał. 
– I są tam inne śmieszne gry i zabawy. Musi grać chłopiec z tatą. Tak sobie 

pomyślałem, że mógłbyś tam pójść ze mną... 

– Przyjmuję zaproszenie. Pójdę z tobą lepić bałwana. Już dawno tego nie 

robiłem. Będziesz mi musiał pokazać, jak to się robi. 

Mark rozpromienił się i rzucił Slade’owi na szyję. 
Slade nie był przyzwyczajony do podobnych oznak miłości ze strony dzieci 

i gest Marka bardzo go wzruszył. 

Po paru minutach zatrzymali się przed ogrodzeniem z drutu kolczastego. 

Wysiedli   z   wozu,   z   którego   Slade   zabrał   piłę.   Przyginając   druty   do   ziemi, 
przeszli do zagajnika, gdzie śnieg był głębszy i miękki. 

Mark nie mógł zdecydować się na drzewko. Chodził od jednego do drugiego 

i grymasił. Jedno za niskie, inne zbyt rozłożyste, jeszcze inne krzywe. Wreszcie 
Slade musiał mu przypomnieć, że zaraz zapadnie zmierzch i jeśli szybko się nie 
zdecydują, będą musieli wracać przy księżycu. 

Kiedy  ścięte drzewko  załadowali wreszcie do furgonetki, zrobiło  się już 

ciemno. W drodze powrotnej Mark kilka razy powtarzał, jaki jest szczęśliwy, że 
Slade zostaje na święta i że wystąpi jako tata podczas lepienia bałwanów. 

– Jestem gotowy na kolację – oświadczył, gdy zajechali przed dom. 
– Najpierw musimy wnieść choinkę. 
Choinka   była   olbrzymia   i   gdy   Slade   ustawił   ją   wreszcie   na   tle   okna   w 

saloniku, zajęła właściwie pół pokoju. 

Emily, która z podziwem chodziła dookoła choinki, narzekała jednak, że jest 

za duża i że nie mają na nią tyle bombek, ile potrzeba. Nagle wykrzyknęła:

– Slade, skaleczyłeś się!
– Co ty za bzdury opowiadasz?
– Z tyłu na udzie. Masz podarte dżinsy, krew... Slade obmacał wskazane 

miejsce.   Dopiero   w   tym   momencie   uświadomił   sobie,   że   już   od   dłuższego 
czasu czuł dziwne pieczenie, ale lekceważył to, sądząc, że do spodni dostała mu 
się w oborze jakaś słomka czy siano. 

–   Obejrzę...   –   Emily   pochyliła   się.   –   Ojej,   głębokie   rozcięcie,   jeszcze 

krwawi. Kiedy to się stało?

– Już wiem! To musiało być wtedy, kiedy przenosiłem choinkę przez druty 

kolczaste. Wiem, że się zachwiałem i przysiadłem... 

– Zardzewiały drut w lesie. To źle. Kiedy szczepiłeś się przeciw tężcowi?
– Minionego lata. 
– To bardzo dobrze. Ja cię opatrzę. 
– Ależ nie trzeba. 
– Trzeba. Chodź ze mną do łazienki, tam oczyścimy ranę i opatrzymy. 

background image

– Nie można dopuścić do info... infakcji – dopowiedział Mark. 
– Infekcji – poprawił go Slade. 
– Wszystko jedno, byle to się nie stało. Słuchaj mamy. 
– Ale kolacja. Powiedziałeś, że jesteś bardzo głodny. 
– Kolacja poczeka. Ty jesteś ważniejszy. Musisz być zdrowy, żeby lepić 

bałwana. 

– Co znowu? – zdziwiła się Emily. 
– Slade obiecał mi, że zostanie na szkolny festiwal – oświadczył z dumą 

Mark. 

– Ooo... ! – Emily nie wiedziała, co powiedzieć. 
– Mogę zostać, jeśli się zgodzisz, Emily... – Slade też nie bardzo wiedział, 

jak powinien się zachować. 

– Oczywiście. Teraz chodź ze mną do łazienki i zdejmij spodnie. 
– Emily, ja... 
– Masz zdjąć spodnie i tyle. Musisz dawać dobry przykład Markowi. 
– Niby dobry przykład czego?
Ta rozmowa do niczego nie prowadziła. Slade wzruszył ramionami, mrugnął 

porozumiewawczo do Marka i pomaszerował do łazienki, gdzie wkrótce Emily 
obmyła   rozcięcie   wodą   utlenioną,   posmarowała   je   piekącym   środkiem 
dezynfekującym, posypała proszkiem gojącym i wreszcie przyłożyła opatrunek 
i zakleiła plastrem. 

I   na   tym   by   się   skończyło,   gdyby   nagle   Emily   nie   przyszedł   do   głowy 

pomysł, by Slade zdjął te brudne i rozdarte dżinsy, to ona je upierze i zaceruje, 
a   teraz   włożył   świeże.   Z   początku   oponował,   ale   natarcie   było   tak 
zdecydowane, że zrobił, co mu kazała i czego osobiście przypilnowała, mimo iż 
prosił ją, by odeszła. 

W pewnym momencie opanowało go fizyczne podniecenie, no bo on i ona 

sami w łazience... Emily to zauważyła i oboje jednocześnie poczerwienieli. Ona 
szybko się odwróciła i zaczęła chować plastry, bandaże, tubki i słoiczki. W 
pewnej   chwili   podniosła   wzrok   i   w   lustrze   napotkała   zmieszane   spojrzenie 
Slade’a. 

– Przepraszam – powiedział. – Powinienem był zdać sobie sprawę... 
– Nie boję się ciebie – odparła. 
Coś w jej głosie kazało Slade’owi zadać sobie pytanie, jak wyglądało jej 

pożycie małżeńskie z Pete’em. 

– Trzeba jednak zawsze pamiętać, że potrzeby kobiety są inne niż potrzeby 

mężczyzny – dodała enigmatycznie i wymijająco. 

– Niby jak inne?
– Potrzeby mężczyzny są czysto fizyczne. Z kobietą sprawa jest bardziej 

skomplikowana. Zaspokojenie fizyczne to tylko część... 

– Nie masz racji co do mężczyzny. Moje pragnienia, reakcja na ciebie, to nie 

tylko pożądanie fizyczne. Dałaś mi coś, czego nigdy w życiu nie miałem i 

background image

czego potrzeby nie odczuwałem. To, co zaistniało między nami, wykracza poza 
ramy fizycznego pożądania... Myślę, że ty boisz się to przyznać. 

–   Nie   boję   się,   ale   jestem   po   prostu   ostrożna.   Czekam.   Kiedy   stąd 

wyjedziesz, ja zostanę ze swoim dawnym życiem. .. Nie tylko dawnym. Będę 
obarczona   troską   o   dwoje   dzieci   i   ranczo.   Nie   wiem,   czy   temu   podołam. 
Całowanie   ciebie   jest   bardzo   przyjemne,   ale   nie   może   odrywać   mnie   od 
rzeczywistości. 

Slade,   który   stał   tuż   za   plecami   Emily,   prawie   jej   dotykając,   cofnął   się 

pospiesznie o dwa kroki, gdyż usłyszał tupot biegnących stóp. 

Do łazienki wpadł Mark. 
–   Umyłem   się,   Amanda   płacze.   Czy   możemy   już   jeść?   Emily   nieco 

zmieszana szybko wyszła z łazienki. 

– Dobrze, synku, zabaw przez kilka minut siostrzyczkę, ja przez ten czas 

podam do stołu. Panowie zaczną jeść, a ja nakarmię wtedy Amandę. 

– Dobrze, mamo. Opatrzyłaś Slade’a? Nic mu nie będzie?
– Nic mi nie będzie – odparł Slade z głębi łazienki. Mówił tylko o swojej 

kondycji fizycznej i żałował, że tego samego nie może powiedzieć o duchowej i 
emocjonalnej. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Podłoga   była   zarzucona   pudełkami   z   ozdobami   choinkowymi.   Emily 

podtrzymywała Marka, który stojąc na wysokim stołku i wspinając się na palce, 
usiłował   zawiesić   na   choince   szklany   dzwoneczek.   Zerknęła   na   Slade’a, 
trzymającego w ręku bombkę z imieniem Mark. Czuła, że płoną jej policzki. 
Żaden mężczyzna nigdy nie wywoływał w niej podobnych emocji, a przede 
wszystkim uczucia słodkiej słabości. 

Za kilka tygodni to może być tylko wspomnienie. Siadem może już tu wtedy 

nie być... 

– Skończ już, Mark! – powiedziała. – Czas spać. 
– Chciałbym jeszcze umieścić gwiazdę na czubku choinki, bo to zawsze ja 

robię... – Mark rzeczywiście zawsze to robił, ale w przeszłości drzewka były 
niższe. Tym razem choinka była pod sam sufit. 

– Stołek jest za niski, synku. 
– Ja Marka podniosę – zaoferował się Slade i podszedł. 
– Gwiazda jest w pudle koło kanapy – poinformowała Emily. 
Mark zeskoczył ze stołka i pobiegł po gwiazdę. 
– Czy to ty namalowałaś? – spytał Slade, pokazując bombkę z imieniem i 

datą urodzenia Marka. 

– Tak, na jego pierwszą gwiazdkę. 
– Jak ty dobrze wiesz, co trzeba zrobić, żeby upamiętnić jakieś wydarzenie. 

Teraz, ilekroć Mark spojrzy na tę bombkę, poczuje się kimś wyjątkowym. To 
mu pomoże w rozwoju, będzie zachętą do wysiłku... 

– Tak uważasz?
– Oczywiście. I uważam, że ty również jesteś wyjątkową kobietą... Kiedy są 

twoje urodziny?

– Ósmego kwietnia. Ciebie już tu nie będzie... Slade jakby tego nie słyszał. 
– Niektóre z tych ozdób choinkowych wyglądają na bardzo stare. Pościerane 

wzory... 

– Moja matka zrobiła to, kiedy miałam pięć lat. – Pokazała mu kogucika. – 

A   mój   ojciec   przywiózł   te   bombki,   kiedy   wrócił   z   wizyty   u   przyjaciela   w 
Wyoming. A to dał mi Dallas przed maturą... Właściwie to z każdą z tych 
ozdób łączy się jakieś wspomnienie... 

–   Nigdy   nie   zdawałem   sobie   sprawy,   że   choinki   mogą   być   drzewkami 

pamięci o wydarzeniach i ludziach. To zapewnia jakąś przynależność... Tak to 
chyba odbierasz, prawda?

Miała ochotę odpowiedzieć, że on też mógłby przynależeć, ale zabrzmiałoby 

to jak oświadczyny. Skinęła tylko głową.. 

Przybiegł Mark z gwiazdą. Slade podniósł go wysoko, a chłopiec zawiesił 

gwiazdę   tuż   pod   sufitem,   na   samym   czubku   drzewka.   Gdy   znalazł   się   z 

background image

powrotem na ziemi, spojrzał dumnie na swoje dzieło. 

–   Wspaniale   wygląda,   prawda?   Wybraliśmy   najlepszą   choinkę,   prawda, 

mamo?

– Z całą pewnością najlepszą – zgodziła się Emily i uśmiechnęła do Slade’a, 

bo to była przecież jego zasługa. 

– Za rok wybierzemy podobną, prawda, Slade? – wyrwał się nagle Mark, 

czym spowodował długą ciszę, której żadną uwagą nie chciał przerwać ani 
Slade, ani tym bardziej Emily. 

Wreszcie   Mark,   który   być   może   wyczuł   narastające   napięcie   i   wodził 

oczami   od   Slade’a   do   matki   i   z   powrotem,   zapytał   bardzo   niewinnym 
głosikiem:

– Czy moglibyśmy zapalić teraz lampki i zaśpiewać kolędę?
– Już jest bardzo późno, ale dobrze. Zapalmy i zaśpiewajmy, ale króciutko... 

Włącz, Slade!

– Co zaśpiewamy? – spytała Emily, gdy choinka już się jarzyła. Objęła syna 

ramieniem i patrzyła na jego ciemną główkę. 

– „Cichą noc” – odparł bez wahania Mark. 
Emily   zaintonowała,   najpierw   Mark   się   do   niej   przyłączył,   a   potem 

nieśmiało Slade. 

Przerwał   im   dzwonek   telefonu.   Emily   kazała   Markowi   iść   na   górę, 

obiecując, że zaraz przyjdzie, wzięła ze stołu sygnalizator Amandy i poszła 
odebrać telefon. 

Slade postanowił od razu się położyć. Miał dzień pełen nowych wrażeń. 

Nigdy   jeszcze   nie   wycinał   w   lesie   choinek,   nigdy   nie   towarzyszył   żadnej 
rodzinie w ubieraniu drzewka, nigdy w podobnym nastroju nie śpiewał kolęd. I 
wreszcie to ich spotkanie i rozmowa w łazience... Co on właściwie robi w 
domu, dla którego mieszkańców jest kimś zupełnie obcym? Skierował pierwsze 
kroki do swego pokoju, kiedy usłyszał głos Emily:

– Cześć, Dallas! Już przyjechałeś na Boże Narodzenie?
Nagle   Slade   zapragnął   napić   się   mleka   i   robić   to   jak   można   najdłużej. 

Poszedł   do   kuchni   i   bezwstydnie   słuchał.   Mimo   iż   słyszał   tylko   jednego   z 
rozmówców, dowiedział się, że Dallas dzwoni z uniwersytetu. Odniósł także 
wrażenie, że dzwoni wyłącznie po to, by wywąchać, jak się sprawy mają i czy 
Slade przypadkiem nie zabiega o coś, o co zabiegać nie powinien. 

Gdy po kilku minutach Emily skończyła rozmowę, nadal popijał mleko przy 

kuchennym stole. 

– Dallas miał jakąś ważną sprawę? – spytał. 
– Nie, dobrosąsiedzka rozmowa. U nas sąsiedzi troszczą się o siebie. 
– Jeszcze jedna tradycja. Podobnie jak śpiewanie kolęd po zapaleniu lampek 

na choince?

Zaśmiała się. 
– Coś w tym rodzaju. A na ranczach, gdzie pracowałeś, nie było takiego 

background image

zwyczaju?

– Na ranczach, gdzie pracowałem, mieszkałem w barakach dla służby. Nie 

wiedziałem, co dzieje się w domach. Ale teraz usłyszałem, że Dallas dzwoni z 
uniwersytetu. To chyba zbyt daleko, by nazwać to sąsiedztwem, a  rozmowę 
dobrosąsiedzką. 

– Odległość nie koliduje z przyjaźnią. Od śmierci Pete’a Dallas dzwoni do 

mnie mniej więcej co dwa tygodnie. Sprawdza, czy wszystko jest w porządku. 
– Ich spojrzenia spotkały się. – Jak noga, a raczej miejsce nieco wyżej? – 
Sztucznie się zaśmiała. 

– Doskonale. 
– A gdyby było inaczej, też byś powiedział, że jest doskonale, co?
– Oczywiście! – odparł lekko. – Nie wolno mi niszczyć wizerunku twardego 

kowboja. 

– Masz dobre serce, Slade. Dzięki tobie Mark przeżywa wspaniałe święta. 
–   Niewłaściwie   to   sformułowałaś,   Emily.   To   ty   i   twoje   dzieci   czynicie 

święta czymś zupełnie wspaniałym dla mnie. – Zmienił temat: – Obejrzałem te 
sanki, które kupiłaś. Skoro nie pozwoliłaś mi obdarować Marka tym, czym 
chciałem,   to   może   zgodzisz   się,   że   sanki   będą   w   pewnym   sensie   naszym 
wspólnym prezentem. Chcę je najpierw oczyścić papierem ściernym, a potem 
pomaluję. 

– Bo ja wiem... – powiedziała powoli, udając, że się waha. – Zgodzę się pod 

warunkiem, że kiedy Mark rozpakuje tę piłkę futbolową, to i ja zagram z wami 
na śniegu. Będzie wspaniale!

–   W   gromadzie   radość   tym   większa   –   odparł,   chociaż   trudno   mu   było 

wyobrazić sobie Emily grającą w piłkę nożną. 

I  znowu  ich  spojrzenia się  skrzyżowały. Patrzyli  sobie w   oczy  głęboko, 

długo, jakby szukali prawdy o rosnących w ich sercach uczuciach, Slade miał 
ogromną   ochotę   pocałować   Emily.   Miał   nieprzepartą   chęć   wzięcia   jej   w 
ramiona.   I   tym   razem   pocałunek   byłby   zupełnie   inny,   a   trzymając   ją   w 
objęciach,   wyszeptywałby   do   ucha   słodkie   słowa...   Stanowczo   powinien 
wyjechać natychmiast po świętach Bożego Narodzenia. Pozostawanie dłużej 
groziło... Czym? Dramatem dla niego. 

–   Idę   na   górę   –   oświadczyła   Emily,   z   trudem   odrywając   spojrzenie   od 

Slade’a. 

–   Zostaw   mi   urządzenie,   póki   nie   położysz   Marka.   Będę   czuwał   nad 

Amandą. 

Podała   mu   je,  ich   pałce  się  spotkały  i   zastygły.  W   oczach  Emily   Slade 

widział odbicie tych samych uczuć, które nim targały. W nastroju, w jakim był 
obecnie, zaliczył to do emocji wywoływanych przez świąteczny nastrój. I nic 
więcej. 

W   wigilię   Bożego   Narodzenia   Slade   ujeżdżał   konie   w   corralu,   kiedy 

background image

przybiegł zziajany Mark, już z daleka krzycząc:

– Chodź szybko, Slade. Mama mówi, że jest do ciebie pilny telefon!
Tylko jedna osoba miała numer telefonu Slade’a na ranczu: John Morgan, 

który  adoptował  Huntera  Coleburna. Slade puścił  wodze trzymanego  konia, 
przeskoczył przez niskie ogrodzenie i ruszył pędem do domu. Mark mu dzielnie 
towarzyszył.   Wpadł   do   kuchni,   a   Emily,   wskazując   na   słuchawkę   na   stole, 
powiedziała krótko:

– Hunter Coleburn. 
Slade’owi   zaczęło   szybko   bić   serce.   Chodźmy   do   pokoju   –   powiedziała 

Emily do Marka. – Zostawmy Slade’a samego. 

– Słucham! – powiedział Slade do słuchawki. 
– Slade Coleburn?
– Tak. 
–   Tu   Hunter   Coleburn.   Właśnie  wróciłem   do   mego   biura   w   Londynie  i 

znalazłem wiadomość od ojca. Na moją prośbę przefaksował mi twój list i 
fotografię, którą załączyłeś. Z wyjątkiem koloru włosów... jesteśmy identyczni. 
Slade, jesteśmy bliźniakami! To dla mnie całkowite zaskoczenie. Pojęcia nie 
miałem, że mam jakąkolwiek rodzinę. Musimy się koniecznie spotkać, no bo 
przecież przez telefon... Wiesz co? Za trzy tygodnie wracam do Stanów. Może 
przyjedziesz do mnie do Denver albo ja polecę do ciebie do Montany. 

– Omówimy to, kiedy wrócisz do Stanów. Nie jestem pewien, czy będę 

jeszcze   tu,   gdzie   jestem,   więc   daj   mi   numer   telefonu,   pod   który   do   ciebie 
zadzwonię, jeśli byłbym gdzie indziej. 

Hunter podał mu numer, Slade go zapisał, a następnie spytał:
– Słuchaj, powiedz mi, dlaczego jako adoptowany syn nie nosisz nazwiska 

Morgan?

– Nosiłem je do dwudziestego pierwszego roku życia. A przez cały czas 

jako   drugie   imię   miałem   pozostawione   Coleburn.   Taki   gest   ze   strony 
przybranych rodziców. Osiągnąwszy pełnoletność, postanowiłem powrócić do 
prawdziwego nazwiska. 

Slade podejrzewał, że w tej zmianie nazwiska coś się kryło. Może istniała 

jakaś rysa w stosunkach z Morganami. Ale to już nie była rozmowa na telefon.

– Ojciec mi powiedział, że pracujesz na ranczu w Montanie. Co konkretnie 

robisz? – spytał Hunter. 

–   To   i   owo...   Od   niedawna   tu   jestem.   Przedtem   pracowałem   na   innych 

ranczach, na fermach, a także w firmach budowlanych. Lubię wędrowanie po 
kraju i otwarte przestrzenie. Lubię zmiany. 

– Ja podróżuję po świecie. Moją specjalnością jest prawo międzynarodowe. 

Widzę   już   bliźniacze   podobieństwo:   obaj   lubimy   wędrować   i   nigdzie   nie 
zagrzewamy miejsca na dłużej. 

Nastąpiła   długa   chwila   ciszy,   jakby   obaj   mężczyźni   nie   wiedzieli,   jak 

pokierować rozmowę, a unikali pytania o ewentualne żony. 

background image

–   Cieszę   się,   że   zadzwoniłeś   –   powiedział  wreszcie   Slade.   –   Gdy   tylko 

skonkretyzują   się   moje   dalsze   plany,   dam   ci   znać.   I   najlepsze 
bożonarodzeniowe życzenia!

–   Już   zaczynają   się   spełniać   dzięki   rozmowie   z   tobą.   Trzymaj   się, 

wszystkiego najlepszego! Do zobaczenia!

Slade   odłożył   słuchawkę.   Miał   zaciśnięte   gardło   i   gdzieś   w   głębi   czuł 

wzbierające łzy. Usłyszał Marka wbiegającego po schodach na górę. Od razu 
się domyślił, że matka go tam wysłała pod jakimś pretekstem. I chyba miał 
rację, bo Emily po chwili weszła do kuchni z Amandą w ramionach i spytała:

– Chcesz o tym porozmawiać?
– Mam brata bliźniaka. Ojciec Huntera przefaksował mu moją fotografię i 

Hunter mówi, że jesteśmy podobni do siebie jak dwie krople wody... 

–   I   co   odczuwasz,   dowiedziawszy   się   o   tym?   Ulgę,   że   poszukiwania 

zakończone i Radość, ze skończyły się pomyślnie? Jakie wyciągnąłeś wnioski z 
rozmowy?

–   Szczerze   mówiąc,   to   nie   wiem,   czego   oczekiwałem.   Ale   z   rozmowy 

pozostaje mi jedno wrażenie: jakbym rozmawiał z obcym człowiekiem... mimo 
że wydawał się serdeczny. 

– Nic dziwnego, bo jesteście sobie obcy. I będziecie, póki przez dłuższy 

czas nie pomieszkacie razem. Masz zamiar to zrobić?

– Boja wiem. On mówił o spotkaniu. O spotkaniu! Ale zamieszkać razem to 

co innego. Może on jest żonaty i ma dzieci? Nie wiem, czy on jest tak znowu 
zadowolony   ze   znalezienia   brata-kowboja...   Wraca   do   Ameryki   dopiero   w 
połowie stycznia. Co ty o tym wszystkim myślisz?

– Zupełnie nie wiem. Nie słyszałam tonu jego głosu... 
–   Ton   powściągliwy,   kulturalny   głos   wykształconego   człowieka... 

Człowieka   z   zupełnie   innego   świata   niż   mój.   Nie   mamy   z   sobą   wiele 
wspólnego. 

– Wspólnota krwi tworzy bardzo silne więzy, Slade. 
– Bo ja wiem, czy większe niż wspólnota małżeńska... – Co on gada? Boże 

drogi!

Amanda zaczęła się wiercić i kwilić w ramionach matki. Slade patrzył z 

rozczuleniem,   jak   Emily   głaszcze   jej   główkę,   i   pomyślał   sobie,   że   coraz 
silniejsze emocjonalne więzy łączą go z tą kobietą, dobrą, dzielną i przy tym 
nieprawdopodobnie   piękną.   Łączy   ich   coś,   czego   oboje   się   jeszcze   boją, 
myśląc, że może to być tylko chwilowe zauroczenie, nietrwałe i niebezpieczne. 
Tym   razem   Emily   się   nie   odsunęła,   gdy   przypadkowo   dotknął   jej,   chcąc 
przejść.   W   ostatnich   dniach   przestała   właściwie   unikać   przypadkowych 
dotyków,   kiedy   na   przyład   malowali   sanki   dla   Marka,   a   potem   wspólnie 
pakowali kupione dla chłopca prezenty. 

– Pojedziesz ze mną dziś do kościoła? – spytała. 
– Zabierzemy Amandę?

background image

– Ma vis ma przyjść popilnować Marka i powiedziała, że może także zająć 

się Amandą, jeśli oboje chcielibyśmy iść do kościoła. 

– Chętnie pojadę z tobą do kościoła – odparł Slade, chociaż bardzo wątpił, 

czy Mavis rzeczywiście to zaproponowała, by on mógł towarzyszyć Emily. – A 
Markowi nie będzie smutno, że z nami nie pojedzie?

– Będzie już spał. Msza jest o wpół do jedenastej. 
–   No,   to   jedziemy   we   dwoje.   Jutro   muszę   się   wybrać   do   Billings. 

Potrzebujesz czegoś?

– W tej chwili mam wszystko, czego potrzebuję – odparła. 
Slade odniósł wrażenie, że ona nie myśli wcale o sprawunkach. I on miał w 

tej chwili wszystko, czego potrzebował i pragnął. 

Tego   wieczoru   Mark   marudził   przed   zaśnięciem.   Był   zbyt   podniecony 

oczekiwanym   porankiem   i   spodziewaną   wizytą   Świętego   Mikołaja.   Emily 
siedziała przy nim, póki nie usnął. Dopiero wtedy mogła iść nakarmić Amandę. 

Slade przebierał się w swoim pokoju w wyjściowy garnitur, gdy dobiegły go 

z kuchni głosy dwóch kobiet. Z pewnością przyszła Mavis. Już wystrojony 
poszedł do kuchni. 

Gdy kobiety go zobaczyły, przerwały rozmowę i patrzyły zaskoczone. Slade 

wyglądał   wspaniale   w   białej   koszuli   z   teksaskim   krawatem,   w   czarnej 
marynarce kowbojskiej, czarnych dżinsach i czarnych butach. Ponieważ nie 
odrywały od niego oczu, spytał żartobliwie:

– A co? Niezbyt dokładnie się ogoliłem? – Przeciągnął dłonią po brodzie. 
Emily się zaczerwieniła, Mavis roześmiała. 
– Żadna kobieta nie odwraca wzroku od mężczyzny wyszykowanego na 

wielkie święto – powiedziała Mavis. 

– Na przykład na ślub? – spytał przekornie i natychmiast sam siebie wyzwał 

od głupców. 

Emily jeszcze bardziej poczerwieniała. 
–   Rzeczywiście   tak   całkiem   inaczej   wyglądam?   –   zwrócił   się   do   niej   z 

pytaniem. 

– Aha... inaczej... – wyjąkała. 
– Inaczej lepiej, czy inaczej gorzej?
– Niemal cię nie poznałam... 
–   Zaręczam   ci,   Emily,   że   pod   tym   ubraniem   pozostałem   tym   samym 

człowiekiem i bije tam to samo serce. 

– Widząc jej pogłębiające się zmieszanie, zmienił temat:
– Najwyższy czas jechać, bo nie zdążymy. 
Wziął   jej   płaszcz,   przewieszony   przez   krzesło,   i   pomógł   włożyć.   Potem 

zaczął poprawiać zawinięty kołnierz płaszcza. Emily obróciła ku niemu głowę. 
Stała   tuż-tuż.   Krótkim   spojrzeniem   przekazała   mu   więcej   niż   setką   słów. 
Slade’owi   zabiło   serce.   Ujął   Emily   pod   rękę   i   wyprowadził   z   domu.   Nie 

background image

pamiętał, czy na pożegnanie powiedział coś do Mavis. Chyba tak, bo coś mu 
odpowiedziała. 

W drodze do kościoła, raz po raz odrywał wzrok od drogi i zerkał na Emily. 

Jechali pod rozgwieżdżonym niebem, na zewnątrz szalała wichura, ale szoferka 
była ogrzewana, silnik miło mruczał. 

– Wiesz, Emily, dziś wieczorem czuję się prawie szczęśliwy – odezwał się 

w pewnej chwili. 

– Ja też – odparła cichutko. – W tym odświętnym ubraniu wydałeś mi się 

jeszcze...   wspanialszy   –   wykrztusiła.   –   I   zupełnie   inny,   dużo   bogatszy 
wewnętrznie. Czy to nie śmieszne, że przez białą koszulę można lepiej dostrzec 
mężczyznę, niż przez flanelową w kratę... – roześmiała się sztucznie. 

– Może w ogóle nie powinienem mieć na sobie koszuli. Kto wie, czy nie 

dostrzegłabyś jeszcze więcej. Mówię o wnętrzu. 

– Lubisz sobie kpić. 
– Lubię, kiedy nadarza się okazja. A~ powiedz mi, czy u kobiet jest to samo, 

co u mężczyzn z tymi białymi i flanelowymi koszulami? Ja uważam, że tak. 
Kobieta bez szminki na ustach, to tak jak mężczyzna we flaneli. A ze szminką... 

–  Ze  szminką  kobiety   czują  się  ubrane  –   przerwała   mu.  A  bez  szminki 

jakby... 

– Jakby gołe? – przerwał je. 
Żartowali   tak   i   droczyli   się   przez   całą   drogę.   Gdy   przybyli   na   miejsce, 

parking przykościelny był już pełen samochodów. Slade zostawił furgonetkę na 
poboczu drogi. 

W kościele większość miejsc była zajęta, ale jakaś  trzyosobowa rodzina 

ścieśniła się, robiąc im miejsce na końcu ławki. Gdy usiedli, Slade zaczął się 
ciekawie rozglądać. Od kilku lat nie był w kościele. Pięć lat temu po raz ostatni 
poszedł na mszę podczas Wielkanocy. Zabrali go kowboje, kiedy pracował na 
ranczu hodowlanym. 

W pewnej chwili dostrzegł głowę Dallasa O’Neilla. Siedział sam i wyraźnie 

rozglądał się na wszystkie strony, chcąc odnaleźć kogoś w tłumie wiernych. 
Slade nie uważał za konieczne poinformowanie Emily o jego obecności. 

Powoli   Slade   zaczął   nie   tylko   wczuwać   się   w   nastrój   chwili,   ale   i 

uczestniczyć w zbiorowych modlitwach i śpiewaniu kolęd. Było coś niemal 
hipnotyzującego w atmosferze kościelnej i odczuwało się zupełnie wyraźnie 
wspólnotę   tej   wiejskiej   społeczności,   gdzie   wszyscy   się   znali,   a   większość 
mówiła sobie po imieniu. 

W czasie całej mszy Emily tylko raz spojrzała na niego. Jakby wiedziony 

instynktem w tym samym momencie spojrzał na nią. I podobnie jak wcześniej 
w kuchni doskonale się porozumieli niemalże w ułamku sekundy, bo chyba 
tylko tyle trwało to spojrzenie. 

Po mszy pastor przeszedł do wejścia, by pożegnać każdego z parafian z 

osobna, życząc pomyślnych świąt. 

background image

Idąc między rzędami w orszaku wiernych, Slade szepnął do ucha Emily:
– Jestem bardzo szczęśliwy, że zechciałaś mnie tu zabrać. Dziękuję. 
Emily tylko się uśmiechnęła. 
Nim jednak zdołali dotrzeć do pastora, dobry nastrój Slade’a zepsuł Dallas, 

który najpierw klepnął Emily po ramieniu, a następnie bezceremonialnie objął 
ją. Slade zazgrzytał zębami i skrzywił się, co Emily natychmiast zauważyła. On 
jest   rzeczywiście   zazdrosny,   pomyślała   zaskoczona,   czując   jednocześnie,   że 
mina Slade’a sprawia jej satysfakcję. 

Dallas usiłował pocałować ją w policzek. Odsunęła głowę. 
– Tobie też życzę wesołych świąt – powiedziała. 
– Wesołych świąt, Coleburn! – mruknął Dallas. 
– Wesołych świąt, O’Neill! – odparł Slade. 
–   Mama   powiedziała,   że   zaprosiła   cię   na   jutrzejszy   świąteczny   obiad   – 

przypomniał jej Dallas. – Przyjdziesz, prawda?

Emily   zupełnie   zapomniała   o   tym   zaproszeniu,   pochłonięta   myślami   o 

wtargnięciu w jej życie niejakiego Slade’a Coleburna... 

–   Jeszcze   nie   omówiłam   tego   ze   Slade’em.   Powiedziałam   Mavis,   że 

odpowiem jej dziś wieczorem. 

–   Mam   nadzieję,   że   odpowiedź   będzie   pozytywna.   Wybierasz   się   do 

Diamondów na sylwestra?

– Jeden z tutejszych ranczerów, Amos Diamond, hoduje konie półkrwi. Co 

roku w sylwestra organizuje wielkie przyjęcie... – wyjaśniła Slade’owi Emily, 
włączając go tym samym do rozmowy. 

Slade pokiwał głową. Po dalszych kilku minutach rozmowy Dallasowi udało 

się   cmoknąć   Emily   w   policzek.   Powiedział   dobranoc,   potem   uścisnął   dłoń 
pastora, gdyż właśnie znalazł się tuż przy nim w kościelnym przedsionku, i 
odszedł. 

W drodze do zaparkowanej dość daleko furgonetki Slade milczał. 
– Co ci jest? – spytała Emily. 
– Jeśli masz ochotę iść jutro do O’Neillów, to idź – odparł nieco nie na 

temat. 

– Przecież ci mówiłam, że Mavis zaprasza i ciebie... 
– Z ciekawości. Chce wiedzieć, czy przy stole oblizuję palce. 
– To nieprawda! Jeśli ty nie pójdziesz, to i ja zostanę w domu. Nie będę 

spędzała świąt bez ciebie. 

– Masz dobre serce, Emily, ale nie jest mi potrzebna niczyja litość. 
– Co ty wygadujesz?! – Zatrzymała się, obróciła do Slade’a i patrzyła na 

niego niemal z oburzeniem. – Jak ty mogłeś coś podobnego powiedzieć?! Czy 
ty w moich oczach widziałeś kiedykolwiek litość dla ciebie? – Puściła jego 
ramię.   Szli   dalej   osobno.   –   Mnie   jest   zupełnie   wszystko   jedno.   Wybieraj: 
domowy obiad albo O’Neillowie. Z kolei Slade się zatrzymał. 

–   Wiesz,   mam   kompromisową   propozycję:   jutro   oboje   pójdziemy   do 

background image

O’Neillów, natomiast w sylwestra ty pójdziesz ze mną do tych Diamondów i to 
będzie nasza randka. Akceptujesz?

– Chcesz jeszcze zostać po świętach?
– Przemyślałem to. Ty jeszcze potrzebujesz kogoś do pomocy, a ja i tak 

muszę czekać na powrót Huntera do Stanów. Bardzo chciałbym iść z tobą na 
sylwestra. 

– Kupiłeś sobie randkę – odparła wesoło. A po chwili dodała: – Zabawa 

będzie trwała całą noc... 

– Nasza pierwsza noc – szepnął Slade pod nosem. Gdy wrócili do domu, 

zastali Mavis czytającą gazetę w kuchni. 

– Przyjdziemy do ciebie jutro – obwieściła Emily od progu. 
– Bardzo się cieszę – odparła Mavis, wstając i biorąc z wieszaka płaszcz. – 

Mam nadzieję, że lubi pan szynkę, młody człowieku – zwróciła się do Slade’a – 
bo w tym roku mamy właśnie pieczoną szynkę z kartoflami. 

–   Bardzo   lubię,   proszę   pani   –   odparł   Slade,   pomagając   Mavis   włożyć 

płaszcz, a następnie zejść po schodkach z ganku. 

Gdy wrócił, zamykając za sobą drzwi, powiedział do Emily:
–  Wiem, że jest bardzo  późno, że kleją ci się oczy, a kto wie, czy  nie 

będziesz jeszcze musiała karmić małej, ale mam coś dla ciebie i chciałbym ci to 
dać jeszcze dziś wieczorem... 

– Slade, nie musiałeś... 
– To jest Boże Narodzenie. Usiądź na kanapce w saloniku, zaraz przyjdę... 
Nie usiadła na kanapce, ale podeszła do choinki i podniosła z ziemi jeden z 

leżących   tam   pakuneczków.   Dopiero   wtedy   usiadła,   sprawdzając,   czy 
sygnalizator Amandy jest włączony. 

Slade przyszedł bez marynarki, a biała koszula jeszcze bardziej uwydatniała 

szerokość jego barów. Niósł w ręku owinięte ozdobnym papierem pudełko i 
podał je Emily. Rozpakowała. Zobaczyła zwykłe pudełko po butach. Zdjęła 
pokrywkę i wyjęła ostrożnie kilka warstw ligniny. Na ligninowej wyściółce 
leżał śliczny jelonek wyrzeźbiony z drewna. 

– Bardzo mi się podoba – powiedziała. 
– Skąd... ?
– Rzeźbię od dziecka. Zawsze rzeźbię w wolnym czasie, żeby go nie mieć... 
–  Dziękuję  ci,  Slade.  To   jest   najpiękniejszy  prezent,  jaki  otrzymałam  w 

życiu. 

– Eee... !
– Tak. Bo to jedyny prezent, w który ktoś włożył tyle pracy i własnego 

talentu. Bo to nie jest nic kupnego... I ja mam prezent dla ciebie. Ale kupiony... 
Tyle że po długim namyśle... 

– Jeszcze nie wiem, co to jest, ale już ci dziękuję, ponieważ poświęciłaś mi 

swoją uwagę. 

– Przewodnik po niebiosach, galaktykach i gwiazdach. 

background image

– Cieszę się, bo niedawno straciłem mój stary. Na jednej z farm przeciekał 

dach, zalał mi moją starą książkę o niebie, strony się pozlepiały, wszystko było 
do   wyrzucenia...   Wiesz   co,   może   któregoś   wieczora   pójdziemy   specjalnie 
obejrzeć gwiazdy... 

Odłożył swój prezent na stolik, wyjął z rąk Emily jelonka i postawił go na 

przewodniku, usiadł obok na kanapie, objął ją, przywarł ustami do jej warg. 
Emily jakby tylko na to czekała. 

Nagłe rozległ się brzęczyk sygnalizatora. 
– O Boże, Amanda! – wykrzyknęła Emily i oderwała się od Slade’a, który 

tylko jęknął i powiedział:

– Któregoś wieczora nic już nam nie przeszkodzi. Obiecuję ci to, Emily!
Zabrakło jej tchu i musiała chwycić się balustrady schodów, by nie upaść. 

To nie słowa Slade’a ją poraziły, ale nagle objawiona prawda: jest zakochana. 
Zakochana w kowboju o nazwisku Slade Coleburn... Co ona zrobi, kiedy on 
wyjedzie?

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Gdy weszli do wielkiej pustej stodoły, w której Diamondowie wydawali 

sylwestrowe   przyjęcia,   Slade   przypomniał   sobie   ostatnie   obrazy   mijającego 
tygodnia:   radość   na   twarzy   Marka   odpakowującego   bożonarodzeniowe 
prezenty,   no   i   częstszy   niż   przedtem   uśmiech   na   twarzy   Emily,   w   której 
spojrzeniach   dostrzegał   coś   nowego,   co   dawało   nadzieję,   że   być   może,   on, 
Slade, zaczyna coś dla niej znaczyć. Może jej uczucie jest nawet poważne? 
Chciał, by tak było. I zaskoczyło go, że on tego chce. Naprawdę chce coś dla 
niej znaczyć. Pragnie, żeby się w nim zakochała? Ale to przecież oznaczałoby 
zakotwiczenie w Montanie. Czy jest na to przygotowany?

W stodole – która właściwie była tym, czym namiot dla areny cyrkowej, 

jednym wielkim wybiegiem, gdzie w zimie i w lecie Diamond ujeżdżał konie – 
były tego wieczoru ustawione dziesiątki, jeśli nie setki stolików, a bele słomy 
zostały   wykorzystane   do   obłożenia   ścian   i   zapewnienia   wewnątrz   wyższej 
temperatury. 

Slade   właściwie   nie   dostrzegał   tego   wszystkiego,   bo   nadal   rozmyślał: 

ciekawe, że od chwili przybycia na „Ranczo BZ” ani razu nie przejawiał chęci 
ruszenia w dalszą drogę. A dotychczas, gdy znalazł się na innych farmach i 
ranczach czy w przedsiębiorstwach budowlanych, już po kilku dniach zaczynał 
się zastanawiać, kiedy by się urwać i ruszyć dalej. A tu nic. Tu mu jest tak 
dobrze,  jakby  był  we  własnym  domu.  A  przecież  nigdy  nie  miał  własnego 
domu!

W   głębi   stodoły   zbudowano   estradę.   Grała   na   niej   orkiestra,   ludową 

piosenkę wyśpiewywała do mikrofonu rada dziewczyna. Wiele bel słomy leżało 
w artystycznym nieładzie na ziemi, służyły za siedziska dla tulących się do 
siebie młodych lub siedzących sztywno, uroczyście odzianych starszych par. 

– Amos umie wydawać przyjęcia, prawda? – spytała Emily. 
Slade jakby się obudził i pokiwał głową. 
–   Tu   jest   ciepło   –   stwierdziła   Emily.   –   Może   zdejmiemy   płaszcze   i 

odwiesimy na te wieszaki. – Z boku wejścia wisiało kilka desek z powbijanymi 
gwoździami. 

– Tańczysz? – spytał Slade, gdy uporali się z płaszczami, a Emily poprawiła 

uczesanie. 

– Od dziecka. Znam wszystkie tańce country, stare i nowe. 
– No, to ruszamy w tany – powiedział Slade, prowadząc Emily na parkiet, 

na   którym   tworzyły   się   właśnie   grupki   tancerzy   do   tańca,   zwanego 
kwadratowym, niegdyś spopularyzowanego tu przez szkockich osadników. 

Przez następne kilka godzin Slade odkrywał Emily, jakiej zupełnie nie znał: 

kobietę świetnie tańczącą, umiejącą się beztrosko bawić, śmiać, żartować ze 
znajomymi i prowadzić z nimi ożywione rozmowy. A robiła to z naturalnym 

background image

wdziękiem, który wraz z urodą ściągał na nią łakome spojrzenia mężczyzn. 

Tak, Emily to najładniejsza, najseksowniejsza kobieta, jaką kiedykolwiek 

spotkałem, pomyślał Slade. I pilnuj jej jak oka w głowie, bo ona jest wielką 
wygraną twojego życia. Przez wiele lat wmawiał sobie, że jest samotnikiem, 
ponieważ tak jest najlepiej i tak właśnie czuje się szczęśliwy. Nie znał wtedy 
Emily.  Teraz  już   nie  chciał  być  samotnikiem.  Trzymając   ją  w  ramionach   i 
tańcząc dla odmiany staromodnego slow-foksa, doszedł do wniosku, że mógłby 
być zupełnie dobrym mężem. Przytulił Emily do siebie i ustami muskał jej 
skroń. 

Czuła   wzbierający   w   niej   żar.   Nagle,   zupełnie   niespodziewanie,   wargi 

Slade’ a gdzieś umknęły. Podniosła głowę i zrozumiała, dlaczego. Obok nich 
pojawił się Dallas i oświadczył z wielką powagą:

– Odbijany. 
– To zależy od decyzji damy – odpowiedział sucho Slade. 
Emily nie chciała opuszczać ramion Slade’a, ale nie chciała także urazić 

przyjaciela.   Skinęła   więc   głową   i   uśmiechnęła   się   do   Dallasa.   Slade 
natychmiast   puścił   ją.   Niespodziewanie   poczuła   chłód   w   sercu.   Jedno 
spojrzenie na twarz Slade’a powiedziało jej, że podjęła chyba złą decyzję. Nim 
odszedł, chwyciła go za ramię. 

– Następny taniec? – spytała. 
– Będę się tu kręcił – odparł. 
– Kroi się z nim coś poważnego? – spytał Dallas, gdy zaczęli tańczyć. 
– Nie rozumiem, co to znaczy „poważnego”. 
– Nie udawaj, Emily. Za dobrze się znamy. Czyżby pan Coleburn zagościł 

na stałe w twoim sercu?

– Ty i ja jesteśmy przyjaciółmi od bardzo wielu lat, Dallas, ale nie mam 

ochoty z tobą o nim rozmawiać. 

– I ta odpowiedź wszystko mi wyjaśnia. Mam nadzieję, że się nie obrazisz 

za ostrzeżenie, jakie ci dam: możesz zostać śmiertelnie zraniona. 

– Mam otwarte oczy, Dallas. I zdaję sobie sprawę, że Slade wkrótce ruszy w 

dalszą drogę. 

– Nie sądziłem, że jesteś kobietą, która... Zatrzymała się i odstąpiła o krok. 
– Możesz nie kończyć, bo wiem, co masz na myśli. Nie sądziłeś, że jestem 

kobietą, która sypia z przygodnymi mężczyznami, tak?

Dallas zaczerwienił się po uszy i zaczął coś bąkać pod nosem. 
– Chyba nie pogniewasz się na mnie, Em. Znamy się od tylu lat i zawsze 

mówimy sobie, co myślimy... Dokończmy taniec!

Emily, acz bez większego entuzjazmu, pozwoliła się objąć partnerowi. Gdy 

orkiestra skończyła grać, powiedziała:

– Zapomnijmy o tym, co chciałeś czy nie chciałeś powiedzieć. Zdaję sobie 

sprawę, że miałeś tylko moje dobro na względzie. Zawsze się o mnie bardzo 
troszczyłeś. 

background image

Przez   twarz   Dallasa   przemknął   jakiś   cień,   którego   Emily   nie   potrafiła 

rozszyfrować. Ale po chwili wydawał się znów pogodny i beztroski. 

– No dobrze, miej sobie ten wieczór z Coleburnem, jeśli tak ci na tym 

zależy, i baw się dobrze, ale ostrożnie. – Dallas pocałował Emily w policzek, a 
ona, wspiąwszy się na palce, zrewanżowała się pocałunkiem w czoło. 

Pożegnawszy   się   słowami   „Cześć,   Em!”,   Dallas   odszedł.   Emily   sama 

podeszła do stolika, gdzie siedział w ponurym nastroju Slade. Ożywił się na jej 
widok i spytał:

– Dallas się zmył?
– Na to wygląda. 
– Bardzo mnie to cieszy. Właśnie zaczęli slow-foksa. Zatańczymy?
Tańczyli bez przerwy chyba przez dwie godziny. Nikt im nie przeszkadzał, 

nikt   nie   próbował   odbijanego,   mało   mówili,   w   pełni   usatysfakcjonowani 
przebywaniem   ze   sobą.   Raz   tylko   Emily   zanuciła   słowa   do   granej   właśnie 
melodii „Przetańczyć całą noc”. 

Na kilka minut przed północą Slade wyprowadził Emily z parkietu, jakim 

była ubita ziemia, i zaciągnął za stertę beli siana w rogu wielkiej stodoły. 

– Co się stało? – spytała zaskoczona. 
– Absolutnie nic. Po prostu zbliża się dwunasta i chcę pobyć z tobą sam na 

sam. 

Wkrótce umilkła orkiestra, rozległy się werble i wszyscy zaczęli śpiewać 

staroangielski   hymn   noworoczny,   a   po   hymnie   chóralnie   odliczać   ostatnie 
sekundy przed północą. 

Emily przygotowywała się psychicznie na pocałunek Slade’a, kiedy nagle z 

beli siana tuż obok poderwała się jakaś kobieca postać, a za nią wstał szczupły 
wysoki   mężczyzna.   Natychmiast   ich   poznała:   jej   dawna   koleżanka   szkolna, 
Sharon Conner, i jej kawaler. 

– Cześć, Sharon! – powitała ją grzecznie. 
–   Aa,   to   ty,   Emily?   Cześć!   Wybraliście   ten   sam   kąt,   co   my.   Chodź, 

poszukamy miejsca gdzie indziej! – zwróciła się do swego towarzysza. 

Oboje, potykając się, odeszli w mrok, a Slade i Emily doskonale słyszeli 

słowa Sharon:

– To była Emily Lawrence, żona Pete’a. Tego, co nie żyje. Teraz chodzi z 

takim jednym, co się przybłąkał na ranczo. Ale każdy jest lepszy od Pete’ a... 

Radość   Emily   z   przyjścia   na   sylwestrową   zabawę   ulotniła   się.   Wszyscy 

wydawali się znać jej prywatne sprawy. To nie do zniesienia. Żałowała, że 
przyszła tu ze Slade’ em. 

Zegar   już   dawno   wybił   dwunastą,   teraz   słychać   było   piszczałki,   trąbki, 

pokrzykiwania,   bicie   braw.   Umieszczone   pod   dachem   kolorowe   światła 
przygasały. 

– Co to ma znaczyć, Emily, że każdy jest lepszy od... 
– Nie chcę teraz o tym mówić. To nie czas i miejsce. Chodźmy stąd!

background image

W   kakofonii   dźwięków   wypełniających   całą   przestrzeń   Slade   musiał 

krzyczeć, by go słyszała:

– A ja uważam, że to najwyższy czas, byś mi coś powiedziała o twoim 

małżeństwie. Możemy jeszcze trochę potańczyć, jeśli masz ochotę, ale musisz 
mi wszystko opowiedzieć jeszcze dziś. 

– Nie mam ochoty dłużej tańczyć. I mam dosyć tego miejsca. Wróćmy do 

domu. 

Emily zdawała sobie sprawę, że skoro między Slade’em a nią sprawy zaszły 

lak daleko, to rzeczywiście musi mu wiele powiedzieć. 

W drodze powrotnej  na ranczo  towarzyszyła im wichura, której  porywy 

kołysały furgonetką. Slade’owi głowa pękała od pytań, które chciałby zadać 
Emily, zastanawiał się też nad najważniejszym pytaniem, ale sam jeszcze nie 
był pewien, czy dojrzał do jego wypowiedzenia. 

Ponieważ lodowaty wiatr nadal bezlitośnie zacinał, Slade podwiózł Emily 

pod   same   drzwi,   a   potem   odjechał   i   zaparkował   wóz   koło   samochodu 
O’Neillów, którzy na ten wieczór zgodzili się popilnować Marka i Amandy, 
twierdząc, że w ich wieku najlepszy sylwester jest przed telewizorem. 

Gdy Slade wszedł do domu, Rod i Mavis byli już ubrani do wyjścia. Po 

wymianie noworocznych życzeń starsi państwo odjechali. 

Slade zdjął uciskający go krawat i odpiął górny guzik białej koszuli, Emily 

zaś  poszła na górę sprawdzić, czy  u dzieci wszystko  w porządku. Na górę 
poszedł też po chwili Slade z nadzieją, że Mark się obudził i będzie mu można 
złożyć życzenia. Jednakże chłopiec głęboko spał, więc delikatnie pogłaskał go 
tylko po głowie. Pomyślał sobie, że gdyby był ojcem, to z rozkoszą robiłby to 
co wieczór. 

Drzwi do pokoju Emily były otwarte. Ona stała pochylona w zamyśleniu 

nad kołyską Amandy. Slade dołączył do niej. Malutka uśmiechała się przez sen. 

– Jaka ona jest cudowna! – szepnęła Emily. – I pomyśleć, że to ty pomogłeś 

jej przyjść na świat. Bez ciebie prawdopodobnie by je nie było... 

– Nadal kochasz swego męża, ojca Amandy? – spytał. Emily spojrzała na 

Slade’a, wyraźnie zdziwiona pytaniem. Chwilę milczała. 

– Nie. Jeszcze nim on umarł, umarły moje uczucia. 
– Jak się poznaliście?
–   W   szkole.   Był   o   dwie   klasy   wyżej   ode   mnie.   Po   skończeniu   szkoły 

otrzymał pracę w sklepie spożywczym w Billings. Wtedy zaczęliśmy ze sobą 
chodzić. Byłam jeszcze w szkole. Kiedy ją skończyłam, niemal natychmiast 
wyszłam za niego. Nie zdawałam sobie sprawy... że Pete nie jest człowiekiem, 
za jakiego go brałam. Nic okropnego nie wydarzyło się w naszym małżeństwie, 
nie.   Ono   po   prostu   dryfowało.   A   Pete   tak   naprawdę   nigdy   nie   stanął   na 
wysokości zadań czekających męża, a następnie ojca. Nie potrafił i nie chciał 
ponosić odpowiedzialności. Tu zamieszkaliśmy. Pete miał pomagać ojcu na 
ranczu,   ale   unikał   wszelkiej   pracy.   Ojciec   bardzo   się   tym   martwił.   Nie   ze 

background image

względu  na siebie, ale na mnie. Pete zawsze chciał, by nim się zajmować. 
Spodziewał się, że żona go obsłuży. Nie okazywał żadnej inicjatywy w niczym 
poza leniuchowaniem. 

– W seksie też nie?
– Nie chcę o tym mówić. Pomyślałam sobie, że dziecko przyniesie jakąś 

zmianę. Niestety, po urodzeniu Marka nic się nie zmieniło oprócz tego, że 
miałam więcej pracy. Starałam się, jak mogłam, żeby Pete’a zadowolić... ale on 
nigdy z niczego nie był zadowolony. Właściwie mało ze sobą rozmawialiśmy. 
On, gdy tylko mógł, tkwił przed telewizorem. Rok przed śmiercią zaczął dużo 
pić i pił coraz więcej... I dlatego miał wypadek... 

– Dlaczego się nie rozwiodłaś?
– Wierzyłam w świętość więzów małżeńskich... A Amanda to przypadek... 
Po dłuższym milczeniu Slade zapytał:
– I dla Marka nie był dobrym ojcem?
– Ty przez te kilka tygodni poświęciłeś Markowi więcej uwagi i czasu niż 

Pete przez całe życie... 

Slade podszedł parę kroków, stanął naprzeciwko Emily, a kiedy nie cofnęła 

się, objął ją i przytulił. 

– Nie uczciliśmy jeszcze Nowego Roku. Masz ochotę... ?
– Tak. 
Ich usta połączyły się w namiętnym pocałunku. Po kilku minutach Slade 

zapragnął   więcej   i   zaczął   rozpinać   guziczki   jej   bluzki.   Kiedy   jednak 
powędrował w kierunku krągłej piersi, powiedziała stanowczo:

– Nie, nie. 
– Bo karmisz?
– Po prostu nie. 
– Dlaczego?
–   Bo   nie.   Nawet   gdybym   chciała...   może   nawet   pragnę   mężczyzny...   to 

znaczy ciebie... to nie potrafiłabym kochać się z kimś, kto ma wkrótce zniknąć 
z mego życia. 

– Rozumiem... – To wszystko, co powiedział. Nie złożył żadnych deklaracji, 

bo jeszcze nie był gotów. – Przepraszam. Sądziłem, że... No... sądziłem inaczej. 

– Nie masz za co przepraszać. Żadne z nas nie musi tego robić. Jesteśmy 

dorośli i każde z nas ma inne doświadczenia i cele życiowe. 

Milczał chwilę, a potem powiedział:
–   Obiecałem   Markowi,   że   zostanę   na   jego   szkolny   festiwal   śmiechu,   i 

zostanę. Mam zamiar opuścić ranczo pod koniec stycznia... 

–   Jeśli   uważasz   to   za   najlepsze   dla   siebie...   –   Emily   drżącymi   palcami 

zapinała bluzkę. 

–   Tak   uważam...   –   Wstał   z   kanapy,   na   którą   przed   chwilą   opadł 

zniechęcony. – Najlepsze dla mnie, najlepsze dla nas wszystkich: dla mnie, 
ciebie, Marka... 

background image

– Jeśli tego chcesz... 
Slade sam nie był tego pewien. I bardzo się martwił, że Emily powiedziała 

tylko tyle. A potem, krótko się pożegnawszy, poszła do siebie na górę. 

W samolocie do Denver Hunter Coleburn myślał o tym, co zaprzątało go od 

chwili telefonu od ojca i faksu z fotografią. Myślał o swoim bracie! Rozpierała 
go radość, że ma kogoś, z kim łączą go więzy krwi. Jak mógł najszybciej, 
załatwił   wszystkie   sprawy   w   Londynie   i   teraz   wracał   do   domu   o   tydzień 
wcześniej, niż zapowiedział Slade’owi. Jaki on jest, ten brat? Co myśli? Jak 
urządził się w życiu? Jaki ma stosunek do tego życia? Wszystkiego musi się 
dowiedzieć. Musi czym prędzej spotkać się ze Slade’em. 

Wrócił   myślami   do   dzieciństwa   w   domu   adoptowanych   rodziców.   Tak 

naprawdę to nigdy nie czuł się w pełni akceptowany. Może źle to określa, bo 
akceptowany był, John i Martha Morgan otaczali go tą samo troską, co dwoje 
swoich naturalnych dzieci. Był zawsze traktowany na równi z nimi, ale on sam 
czuł się dziwnie obco. I dlatego po osiągnięciu pełnoletności wrócił do swego 
prawdziwego   nazwiska.   Nigdy,   w   najśmielszych   przypuszczeniach   nie 
podejrzewał,   że   może   mieć   brata   bliźniaka.   Wzbierał   w   miii   teraz   zal   do 
przybranych rodziców. Nie mieli prawa adoptować jednego z bliźniąt. Albo 
żadnego, albo obu... Przez chwilę myślał o Eve Ruskin, która wymknęła się z 
jego życia przed pięcioma laty. 

Pilot zawiadomił przez interkom, że samolot podchodzi do lądowania. Za 

dziesięć minut dotkną ziemi. Hunter schował do teczki trzymane na kolanach 
dokumenty.   Był   między   nimi   faks   dotyczący   brata   i   jego   fotografia...   Tak 
intensywnie  myślał  o   czekających   go  pełnych   wrażeń  dniach,  że  nawet  nie 
zauważył podchodzenia do płyty  lądowiska. Nagle poczuł twarde uderzenie 
samolotu   o   ziemię.   Wstrząs   wyrzucił   go   z   fotela,   samolot   jak   zwariowany 
pędził zakosami po płycie. Nagle Hunter poczuł, że uderzył w coś twardego. I 
to było wszystko, co zapamiętał. Potem zapadła ciemność. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Tuż   przed   kolacją,   z   wielkim   hałasem   wpadł   do   domu   Mark,   mocno 

zatrzaskując drzwi. 

– Już kończymy robotę przy koniach – obwieścił. – Slade zaraz wraca. On 

daje głowę, że na szkolnym festiwalu w piątek dostaniemy nagrodę... 

– Nagroda mało ważna. Byłeś się dobrze bawił – odparła Emily. 
Na te słowa wszedł Slade. 
–   Mama   ma   rację,   Mark.   Nie   ma   się   co   podniecać   szansą   wygranej. 

Najważniejsze jest uczestniczenie. – Podszedł do Marka i pieszczotliwie targał 
mu palcami włosy. – Choć nie zaprzeczam, że czasami miło jest także wygrać... 

Gdy zadzwonił telefon, odebrał Slade. Emily wiedziała, że już od kilku dni 

zerka na aparat, spodziewając się wiadomości od Huntera. 

Slade długo słuchał, nic nie mówiąc, Emily spostrzegła, że ma zmarszczone 

brwi i dziwny wyraz twarzy. 

– Rozumiem – odezwał się wreszcie. – Będę jutro po południu... Nie, nie, 

proszę się tym nie martwić! Wynajmę samochód i pojadę prosto do szpitala. 
Jeśli  on... Niech  się pan  trzyma,  panie Morgan...  Ja  też  będę  się modlił. – 
Odłożył słuchawkę i stał, trzymając na niej rękę. 

Do kuchni wszedł Mark, który przez cały czas coś robił u siebie na piętrze. 
– Siadaj, partnerze, i słuchaj! – powiedział Slade z poważną miną. – Mam 

problem i muszę się nim z tobą podzielić. Mówiłem ci o moim bracie, z którym 
miałem się wkrótce spotkać? – Mark skinął głową, a Slade ciągnął dalej: – Mój 
brat miał wczoraj wypadek... 

Emily, która milczała od chwili dzwonka telefonu, teraz głośno zaczerpnęła 

powietrza i zasłoniła usta dłonią. 

– Ale żyje? – spytała. 
– Żyje, choć jest w ciężkim stanie. To był wypadek w czasie lądowania 

samolotu   w   Denver.   Była   o   tym   mowa   we   wczorajszym   dzienniku 
telewizyjnym.   Hunter   nie   odzyskał   przytomności.   Lekarze   boją   się   o   jego 
życie... Muszę lecieć do Denver. 

– Ale wrócisz na piątek? – spytał Mark. 
– Nie, nie wrócę na piątek... 
Emily podeszła do synka i objęła go ramieniem. 
– Mark, Slade nic nie może na to poradzić. Musisz zrozumieć... 
– Nie rozumiem – przerwał jej płaczliwie Mark. – Slade obiecał, a teraz nie 

chce dotrzymać obietnicy. 

– Wiem, że czujesz się bardzo zawiedziony – odezwał się Slade. – Ale nie 

mogę czekać z wyjazdem do soboty. Hunter wracał wczoraj z Londynu. Na 
płycie lotniska w Denver był śnieg, samolot uderzył w wóz dostawczy... Hunter 
ma złamaną nogę. Ale to jeszcze nic. On nie odzyskał przytomności i lekarze 

background image

nie wiedzą, czy w ogóle odzyska... 

– Mark z pewnością zrozumie – powiedziała Emily. 
– Mam nadzieję. Ale czy dasz sobie radę podczas mojej nieobecności? – 

spytał Slade. 

– I tak miałeś wyjechać pod koniec miesiąca... 
– Muszę zadzwonić i zrobić rezerwację na samolot. Z pewnością nie będzie 

lotu do jutra... – Zignorował całkowicie jej uwagę na temat wyjazdu pod koniec 
miesiąca. 

Emily czuła się tak, jakby ktoś rozdzierał jej serce. Pokochała człowieka, 

który teraz opuszcza jej ranczo... 

Slade jeszcze dwukrotnie usiłował porozmawiać z Markiem. Tego samego 

dnia wieczorem i następnego ranka. Ale chłopiec nie chciał w żaden sposób 
zrozumieć, dlaczego w piątek nie będzie miał dorosłego partnera przy lepieniu 
bałwana. 

Pożegnanie Slade’a z Emily było bardzo krótkie. Od noworocznej nocy nie 

pocałował   jej   ani   razu.   Doszedł   do   wniosku,   że   Emily   tego   nie   chce.   Tak 
zrozumiał   jej   zachowanie   i   słowa.   Obiecał,   że   zadzwoni,   gdy   tylko   będzie 
wiedział, kiedy wraca. A wróci na pewno! Ale Emily obawiała się, że i tej 
obietnicy   może   nie   spełnić,   jak   nie   spełnił   poprzedniej,   danej   Markowi. 
Zapewne też coś stanie mu na przeszkodzie. 

Gdy odjeżdżał, spojrzał we wsteczne lusterko i zobaczył Emily stojącą w 

bezruchu na ganku. Ścisnęło mu się gardło. W samolocie do Denver wiedział 
już, że na „Ranczu BZ” pozostawił serce. 

Gdy   wylądował,   wynajął   samochód   i   po   para   godzinach   zajechał   na 

szpitalny parking. 

Odnalazł   właściwy   pokój   i   cichutko   uchylił   drzwi.   Przy   łóżku   chorego 

zobaczył szpakowatego, nieco łysiejącego mężczyznę, który na widok Slade’a 
otworzył szeroko oczy, jakby ujrzał ducha. 

W głębi pokoju siedziała w fotelu kobieta o siwych włosach, co usiłowała 

zamaskować   popielato-blond   płukanką.   Ona   też   ze   zdumieniem   patrzyła   na 
Slade’a. 

On   natomiast   skoncentrował   uwagę   na   mężczyźnie   w   łóżku,   który   miał 

jedną nogę w gipsie, podwieszoną na wyciągu. Leżał bez ruchu, twarz miał 
podrapaną, a na nosie i ustach maskę tlenową. 

–   O   Boże,   ależ   wy   jesteście   podobni!   –   wykrzyknęła   kobieta.   –   Jestem 

Martha Morgan. – Podeszła i podała Slade’owi dłoń w rękawiczce. 

– Slade Coleburn – przedstawił się. 
– John Morgan – powiedział szpakowaty mężczyzna, który zaszedł Slade’a 

z boku. – Gdyby nie ubranie, to wziąłbym pana za Huntera. 

– Sytuacja jest stabilna – pospieszyła z wyjaśnieniem pani Morgan. – Ale 

lekarze nadal nie wiedzą, czy i kiedy się obudzi. Była tu nasza córka, która stale 

background image

siedzi   przy   Hunterze,   ale   poszła   się   przebrać   i   coś   zjeść.   Larry,   nasz   syn, 
przyjdzie na nocny dyżur. 

Morganowie skwapliwie się pożegnali i wyszli, uznając, że brat bliźniak 

obejmie „wartę” przy chorym. 

W piątek po południu Slade ponownie pełnił dyżur przy Hunterze, gdyż 

państwo   Morgan   postanowili   opuścić   pobliski   hotel   i   na   noc   wrócić   do 
własnego domu, nieco odległego od szpitala. 

Slade rozmyślał nad tym, co robi teraz Emily, jak sobie daje radę i co robi 

Mark. No oczywiście, chłopiec lepi pewno bałwana i jest mu smutno, że jego 
bałwan nie dostanie nagrody, bo będzie zbyt mały. 

Nagle kątem oka zauważył jakiś ruch na pościeli. Wytężył wzrok. Chyba się 

nie myli! Lewa ręka Huntera przesunęła się z centymetr. Slade wpatrywał się 
jeszcze długo, ale nic więcej nie zobaczył. 

– Drogi Hunterze, słuchałem, jak twoja matka i ojciec do ciebie mówili. 

Spróbuję zrobić to samo. Będę ci opowiadał o sobie... 

Przez kilka godzin Slade mówił o swoim życiu w sierocińcu, o wędrowaniu 

ze   stanu   do   stanu,   o   miejscach,   w   których   przebywał,   i   ludziach,   których 
poznał. Wiele czasu poświęcił kobiecie, którą ostatnio spotkał – Emily i jej 
dwojgu dzieciom. Z rozrzewnieniem mówił też o „Ranczu BZ”, wspominając, 
że   po   raz   pierwszy   czuł   się   tam   jak   w   rodzinnym   domu...   Parokrotnie   już 
zauważył ruch ręki Huntera, a gdy przerwał opowiadanie, bo właśnie doszedł 
do jego kresu, zaskoczył go nagle chrapliwy dźwięk, a następnie zupełnie go 
przygwoździły z trudem wypowiadane słowa:

– Mi... ło... mi... poz... nać... cię... bra... cisz... ku... Powinien zerwać się i 

wybiec na korytarz, by zawołać pielęgniarkę i lekarza. Zerwał się co prawda, 
ale podszedł do łóżka, pochylił się nad chorym i powiedział:

– Mądry to ty za bardzo nie jesteś, każąc pilotowi lądować na oblodzonym 

lotnisku. – I poklepał go delikatnie po dłoni. 

– Spie... szy... łem... się... do... cie... bie – usłyszał w odpowiedzi. – Gło... 

wa... bo... U... Pić... 

Slade tym razem szybko wybiegł na korytarz i zaalarmował personel. 
Wrócił do Huntera, gdy lekarze pozwolili na to po dokładnym zbadaniu 

pacjenta. Poklepali Slade’a po plecach żartując, że Hunter uciekł grabarzowi 
spod łopaty i że teraz będzie szybko powracał do zdrowia. Jeszcze tego samego 
popołudnia   Hunter   mówił   już   znacznie   swobodniej.   Bracia   nie   mogli   się 
nagadać.   Slade   wyjaśnił   bratu,   że   teraz,   skoro   już   wszystko   jest   na   dobrej 
drodze,   musi   wracać   na   ranczo   w   Montanie,   gdzie   czeka   go   potrzebująca 
pomocy kobiet z dwojgiem dziecia. 

Hunter   był   światowym   człowiekiem   i   w   lot   wszystko   zrozumiał.   Bracia 

uściskali się, zobowiązali do stałego kontaktu i Slade opuścił szpital, w którym 
od paru dni właściwie mieszkał. 

background image

Następnego   dnia   po   wyjeździe   Slade’a   z   farmy   przyszedł   rachunek   ze 

szpitala.   Emily   wiedziała,   że   tym   razem   jest   w   poważnych   tarapatach.   Ten 
rachunek był ostatnim sygnałem. Wyjęła z biurka bilet wizytowy agenta handlu 
nieruchomościami,   zadzwoniła   i   umówiła   się   na   następny   dzień.   W   czasie 
spotkania agent obiecał, że szybko znajdzie jej klienta na ranczo. W niedzielę 
po południu siedziała w kuchni obłożona nie zapłaconymi rachunkami. Pete 
zadłużył ranczo po uszy. Nie było teraz innego wyjścia niż sprzedaż. Należało 
spłacić długi, a za resztę pieniędzy urządzić się jako tako w Billings, gdzie była 
szansa uzyskania pracy. 

Emily miała w oczach łzy, myśląc o wyprowadzeniu się z rodzinnego domu. 

Otarła je szybko, mówiąc sobie, że musi być silna. Ma dwoje dzieci, o których 
przyszłość trzeba zadbać... 

Gdy usłyszała dzwonek telefonu, serce skoczyło jej do gardła. Teraz dopiero 

uświadomiła   sobie,   że   przez   ostatnie   dni   czekała   na   telefon   Slade’a   jak   na 
zbawienie. Nie bądź głupia, skarciła się. Nie spodziewaj się żadnego zbawienia 
ze strony wędrującego po świecie kowboja!

Podniosła słuchawkę. 
– Emily? – usłyszała głęboki baryton. 
– Cześć, Slade! – Usiłowała zachować beztroski, pozbawiony emocji ton, 

jakiego używa się w rozmowie ze zwykłym znajomym. 

– Co się dzieje?
– Wszystko w najlepszym porządku. 
– Mark dobrze się bawił na szkolnym festiwalu?
– Nie poszedł. Namawiałam go, prosiłam. Chciał z nim iść Rob O’Neill, ale 

Mark się uparł, że nie pójdzie... Jak Hunter?

– Kryzys minął. Wszystko na najlepszej drodze do pełnego wyzdrowienia. 
– To wspaniale... 
–   Emily,   przestań   do   mnie   tak   mówić.   Dzwonię,   żeby   powiedzieć,   że 

wracam. 

– Wracasz?
– Przecież powiedziałem, że wracam. 
Jeśli on wraca, to ona musi mu powiedzieć... Uczciwość nakazuje, by mu 

powiedziała. 

– Wystawiłam ranczo na sprzedaż i przeprowadzam się do Billings. 
– Jasny gwint, co ty wyrabiasz?! Nie ma mnie kilka dni i... Co się stało?
– Szpital przysłał wysoki rachunek, nie zapłacone są pewne podatki, ranczo 

jest zadłużone hipotecznie. Już dalej tak nie mogę. Muszę myśleć o przyszłości 
Marka i Amandy. Nie ma sensu kurczowo trzymać się przeszłości. 

Zapadła długa cisza, którą przerwał Slade:
– Jutro wracam. Nie rób nic beze mnie. Wszystko razem omówimy. 
– Nie ma nic do omawiania. 

background image

– Masz nie robić nic, czego byś potem żałowała. Niestety, Emily już zrobiła 

coś, czego żałowała. Oddała serce Slade’owi Coleburnowi. 

Kiedy   wyłonił   się   dom,   Slade   dodał   gazu,   chociaż   wiedział,   że   to 

nierozsądne na zaśnieżonej drodze. Ale tak mu brakowało Emily, że każda 
następna   sekunda   rozłąki   wydawała   się   coraz   boleśniejsza.   A   poza   tym 
okropnie się bał, że mimo jego próśb Emily może złożyć fatalny podpis na 
dokumencie,   który   jej   podsunie   pozbawiony   skrupułów   pośrednik.   Gdy   mu 
poprzedniego   dnia   wspomniała   o   sprzedaży   rancza,   oblał   go   gorący   pot, 
chociaż na pytanie, dlaczego tak reaguje, nie potrafiłby odpowiedzieć. Wjechał 
na ranczo i zaparkował jak najbliżej domu. Chwycił podróżną torbę i pobiegł 
do drzwi. 

Emily była w kuchni i coś mieszała w garnku. Gdy usłyszała jego kroki, 

zwróciła   się   ku   niemu   uśmiechnięta.   Czyżby   się   mylił,   dostrzegając   w   jej 
oczach coś jakby uczucie ulgi?

– Jak lot? – spytała. 
– Świetnie. – Slade odłożył torbę, zdjął kurtkę i kapelusz, wieszając jedno i 

drugie przy drzwiach. Dopiero wtedy zauważył, że za stołem siedzi Mark. – 
Cześć, Mark, jak tam w szkole?

Chłopiec   nie   odpowiedział   i   nie   poruszył   się.   Nadal   siedział   z   podpartą 

głową. 

– Slade się z tobą wita, Mark! Jak ty się zachowujesz?
– skarciła syna matka. 
Mark spojrzał na Slade’a, na Emily i bąknął:
– Cześć, Slade! Czy mogę już iść do mego pokoju? – spytał. 
– Może najpierw porozmawiamy – powiedział Slade. 
– Dlaczego nie poszedłeś do szkoły na festiwal zimy?
– Bo nie chciałem... 
– Przykro mi, że nie mogłem tu być i iść z tobą. – Przyciągnął krzesło i 

usiadł   naprzeciwko   chłopca.   –   Ale   liczyłem   na   to,   że   będziesz   mnie 
reprezentował. 

– Wszyscy chłopcy przyszli z ojcami... 
– Wiem, że było ci przykro. Czy mógłbym to jakoś wynagrodzić?
– Jak? – zainteresował się Mark. 
– Zastanowię się nad tym dziś wieczorem i powiem ci rano. 
– Ale nie zapomnij!
Z saloniku dobiegło kwilenie, a potem popłakiwanie Amandy. Mark zerwał 

się zza stołu. 

– Pójdę do niej i powiem, że wróciłeś, to może się uspokoi. – Wybiegł z 

kuchni. 

Slade niezwłocznie przystąpił do głównej sprawy:
–   Pozwól   mi   pomóc   sobie.   Mam   pieniądze,   dzięki   którym   mogłabyś 

background image

zatrzymać ranczo... – zaczął. 

– Nie masz pojęcia, ile to może wynieść. 
– A ty nie masz pojęcia, ile przez te lata mogłem zaoszczędzić. 
– Dlaczego miałbyś oddawać mi swoje oszczędności? – spytała Emily. 
– Ponieważ ty ich potrzebujesz, a ja nie. 
– Ja nie mogę przyjmować od ciebie takich prezentów. Na moje życie, życie 

Marka i Amandy muszę zapracować sama. 

– Nie chcesz prezentu, to przyjmij pożyczkę. 
– Sprzedaję ranczo, bo mam już dość zaciągania pożyczek i niemożności ich 

spłacania. Pośrednik znalazł kupców. Ma tu z nimi przyjechać. 

– Dlaczego odmawiasz przyjęcia ode mnie pomocy?
– Bo i tak za dużo już pomogłeś. 
Płacz  w   saloniku   był  coraz  głośniejszy  i   Emily   wyrwała  rękę  z  uścisku 

Slade’   a.   Chwycił   ją   przed   chwilą,   chcąc   tym   gestem   wzmocnić   swoją 
propozycję. Ale Emily wydawała się nieczuła na gesty. 

Już przedtem Slade zauważył, że od pamiętnej nocy sylwestrowej, która 

miała ich zbliżyć, Emily podejmowała kroki mające na celu usunięcie go ze 
swego   życia.   Może   nawet   już   przed   jego   wyjazdem   do   Denver   planowała 
sprzedaż rancza... Doskonale rozumiał jej postępowanie. Należała do kategorii 
kobiet,   które   potrzebują   trwałego   związku   z   mężczyzną.   Wiązanie   się   ze 
Slade’em było ryzykowne. On nawet nie znał znaczenia słowa „stałość” czy 
„trwałość”. Emily zbyt troszczyła się o przyszłość swoją i dzieci, by decydować 
się na niepewny związek z tułaczem. 

Kto   wie,   czy   wobec   tego   nie   wróci   do   Denver   szybciej,   niż   się   tego 

spodziewał. 

Myśląc nad sprawą zrekompensowania Markowi doznanego zawodu, Slade 

doszedł   do   wniosku,   że   istotą   imprezy   szkolnej,   w   której   chłopiec   nie 
uczestniczył,   jest   ogólna   atmosfera.   Gromada   dzieciaków,   zabawy,   krzyki. 
Przyszło   mu   do   głowy,   że   mógłby,   choć   w   mniejszej   skali,   tę   atmosferę 
odtworzyć. Po rozmowie z Emily i rodzicami najbliższych kolegów Marka, 
zaplanował   popołudnie   zabaw   na   ranczu.   Budowanie   zamków   ze   śniegu, 
toczenie kul, obrzucanie się śniegowymi pociskami i tym podobne. 

Chociaż   wszyscy   rodzice   byli   zaproszeni,   mieli   już   dość   niedawnych 

szkolnych wyczynów swych pociech i tylko odwieźli dzieci, życząc im dobrej 
zabawy. Z Emily ustalili, kiedy mają je zabrać z powrotem. 

Slade   okazał   się   wspaniałym   organizatorem,   wodzirejem   i   uczestnikiem 

śniegowych szaleństw. Najpierw budował z dziećmi zamki i pomniki, a potem 
konstruował   wielki   mur,   zza   którego   na   drużynę   napastników   sypały   się 
śniegowe kule. Śmiech dzieci i ich pokrzykiwania rozlegały się ze wszystkich 
stron. 

Pogoda  dopisała   i   zabawa   trwała   do   zmroku.   Zaczerwienione   z   zimna   i 

background image

radości   dzieci   Slade   zapędził   wreszcie   do   kuchni,   gdzie   Emily   miała   dla 
wszystkich gorącą czekoladę i upieczone przez siebie ciasteczka, sławne już w 
całej okolicy. Po tym podwieczorku Slade zabrał wszystkich do stodoły, gdzie 
odbył się pokaz i lekcja wiązania węzłów, a także zarzucania lassa na słup. 

Mark był uszczęśliwiony. Gdy wszyscy już rozjechali się do swoich domów, 

podszedł do Slade’a, wspiął się na palce i wyciągnął w górę ręce, prosząc, by 
go podniósł. Gdy to uczynił, mały objął go za szyję i pocałował w policzek. 

– Dobrze było? – spytał Slade. 
– Dobrze. 
– Założę się, że lepiej niż na tej zabawie w szkole. 
– Tam każdy chłopiec miał tatę... 
– A tu byłem ja. 
– Ale bawiłeś się ze wszystkimi. A tam każdy miał tatę dla siebie. Ja też 

mogłem udawać, że mam, gdybyś ze mną poszedł. 

Slade’a  trochę  ubodło  słowo  „udawać”.  Zresztą  ubodło   go  wszystko,  co 

Mark powiedział. Z drugiej strony rozumiał jego żal. Co mu powiedzieć?

– Może któregoś dnia będziesz miał własnego tatę – próbował pocieszyć 

chłopca i odstawił go na ziemię. – Rozwiązał ci się but. – Wskazał palcem 
wleczące się po ziemi sznurowadło. 

Mark przykląkł i zawiązując but, wyrzucił z siebie nagle gwałtownie:
– Ja chcę, żebyś ty został moim tatą!
– Kiedy ja nie wiem, jak być tatą – odparł Slade. – Nigdy sam nie miałem 

ojca... Rzadko przebywałem z dziećmi czy ich ojcami. Tobie potrzebny jest tata 
ekspert... 

– Ja wiem, że gdybyś chciał, mógłbyś być tatą. – Brązowe oczy patrzyły na 

Slade’a oskarżycielsko. – Ja wiem, że potrafisz. Ale ty chyba nie chcesz... – 
Broda   chłopca   wygięła   się   w   podkówkę.   Był   bliski   płaczu.   –   Tamten   tata, 
którego miałem, też mnie nie chciał... 

Slade’owi krajało się serce na widok chłopca. 
–   O   tym   musi   zadecydować   twoja   mama.   To   od   niej   zależy   –   Slade 

próbował się bronić. 

– Mógłbyś ją przekonać. Powiesz jej, że ja chcę, żebyś ty był moim tatą? 

Obiecaj, że powiesz!

– Kiedy ja... – zaczął Slade, ale nie dokończył, gdyż z dołu schodów dobiegł 

go głos Emily:

– Slade, telefon! Dzwoni twój brat. 
– Jeszcze porozmawiamy o tym – obiecał i zbiegł na dół zaniepokojony, czy 

nie stało się coś złego. 

Wieści   były   pomyślne:   Hunter   wyszedł   ze   szpitala,   był   w   domu   i 

zawiadamiał Slade’a, że chciałby się jak najszybciej spotkać z bratem. Lekarze 
powiedzieli, że nie powinien być sam, więc nie pojechał do swego mieszkania 
na najwyższym piętrze wieżowca, ale zamieszkał chwilowo u rodziców. 

background image

–   Mama   jest   nadopiekuńcza   –   poskarżył   się   Slade’owi,   który   usłyszał 

protestujący głos kobiecy. 

– Takie są matki. – Slade roześmiał się. – Niedawno taką poznałem. Ona 

świata nie widzi poza dwojgiem swoich dzieci. 

– Młoda?
– Tak. 
– Ładna?
– Jeszcze jak. 
– A mąż?
– Nie ma. 
– Ma kogoś?
– Chyba tylko mnie. 
–   No,   to   trzymaj   i   nie   puszczaj.   Słuchaj   mojej   rady.   Jestem   dobrym 

adwokatem. Moich rad słuchają ważni ludzie i dobrze na tym wychodzą. 

Obaj bracia roześmieli się. 
– Kiedy wracasz do Denver? – spytał Hunter. 
Slade zerknął w kierunku Emily, która siedziała w saloniku z Amandą na 

kolanach. 

– Po rozmowie z tobą nie jestem pewien. Zadzwonię do ciebie za kilka dni. 
Po zakończeniu rozmowy Slade poszedł do saloniku, oparł się o framugę 

drzwi i spoglądał na Emily z córką. Amanda była już nakarmiona i zasypiała, 
tuląc się do piersi matki. 

–   Wszystko   w   porządku?   –   spytała   Emily.   –   Tak   dziwnie   z   nim 

rozmawiałeś.   Odpowiadałeś   półsłówkami.   Przepraszam,   ale   nie   mogłam   nie 
słyszeć. 

– Chyba ci się zdawało. Miałem bardzo interesującą rozmowę. Hunter to 

mądry chłopak. Wszystko jest w najlepszym porządku. Wyszedł ze szpitala. 
Chwilowo mieszka u rodziców, bo nie powinien być sam. – Nagle zmienił 
temat. – Wiesz co, po rozmowie, jaką prowadziłem z Markiem przed telefonem 
od   Huntera,   czuję   się   naprawdę   winny.   Nie   powinienem   był   wyjeżdżać   i 
zostawiać was na lodzie. 

– Ale brat... wypadek... 
–   Wszystko   wiem.   Ale   dopiero   dziś   uświadomiłem   sobie,   jak   bardzo 

Markowi zależało na tym, by jak inni chłopcy przyjść z ojcem... Chciałbym 
kupić mu rower. 

– I sądzisz, że wynagrodzi mu to brak ojca?
Miał wrażenie, że w głosie Emily słyszy jakby drwinę i oburzenie. Zmieszał 

się. 

– Chyba nie... 
– Czy powiedziałeś Markowi, że opuszczasz Montanę? Opuszczanie jakiejś 

okolicy nigdy nie było dla Slade’a problemem. Aż do tej chwili... 

– Nie, nie powiedziałem. 

background image

– Jutro rozpoczynam pakowanie rzeczy na stryszku. W poniedziałek agent 

przywozi trzech klientów, w tym jednego właściwie zdecydowanego. Agent 
uprzedził   mnie   jednak,   że   muszę   być   gotowa   na   pewne   ustępstwo   od 
wyznaczonej ceny... 

– Emily, przemyśl raz jeszcze moją ofertę... Potrząsnęła przecząco głową i 

spuściła oczy, by Slade nie zobaczył w nich łez. 

– Nie mogę, Slade... Naprawdę nie mogę. Zamierzam rozpocząć nowe życie 

i tak będzie najlepiej. 

Słowa Emily o nowym życiu wywołały u niego dziwny skurcz w okolicach 

serca. Chciał, pragnął, ale nie potrafił wyrazić tego słowami. Chyba bał się 
wynikających z nich konsekwencji. 

– Idę dojrzeć koni – powiedział i wyszedł. 
Gdy zatrzasnęły  się drzwi  kuchenne,  Emily  załkała.  Boże,  gdyby  mogła 

zbudować mur wokół Slade’a i zatrzymać go na zawsze! Ale on nie da się 
zatrzymać siłą. Zaoferował jej pieniądze, ale nie siebie. 

A ona pragnęła tylko jego. Jednak nie mogła go przecież błagać, by został. 

Niby w jakim charakterze miałby zostać?

Zresztą w Denver czekał na niego brat. I z pewnością Slade osiądzie na stałe 

właśnie tam. Jeśli oczywiście kiedykolwiek osiądzie gdzieś na stałe. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Stryszek   był   skarbnicą   wspomnień.   Następnego   dnia   po   zapowiedzi,   że 

zacznie   pakowanie   rupieci   na   poddaszu,   Emily   siedziała   między   pudłami   i 
roniła łzy. Między innymi dlatego, że ojciec, którego listy, fotografie i przybory 
toaletowe leżały przed nią, nigdy nie poznał swojej wnuczki. 

Amanda właśnie smacznie spała piętro niżej, dzięki czemu Emily miała czas 

na pakowanie. Jeszcze go właściwie nie zaczęła, pochłonięta przeglądaniem 
pamiątek.   Roniła   też   łzy   dlatego,   że   kochała   ten   dom,   który   teraz   musiała 
opuścić.   A   także   dlatego,   że   pokochała   mężczyznę,   który   zaledwie   przed 
kilkoma tygodniami zapukał do jej drzwi, a teraz zamierza wyjechać i więcej 
nie powrócić. 

Dlaczego on nie może jej pokochać, tak samo jak ona jego? Wtedy wszystko 

byłoby   inne,   piękne,   radosne...   Duma   nie   pozwalała   jej   prosić   Slade’a,   by 
został. A ten mężczyzna – dobry, delikatny, silny – miał tyle do zaofiarowania 
kobiecie. Ale jego wychowanie, a może jego brak, uczyniło go niespokojną 
duszą. On po prostu nigdzie nie potrafi zapuścić korzeni. Zawsze czegoś szuka. 
Czegoś, czego najprawdopodobniej nigdy nie znajdzie. Chyba że... zdarzyłby 
się cud w postaci jakiegoś wielkiego wstrząsu czy uczucia. 

Emily westchnęła, podniosła się z podłogi, otrzepała dłonie z kurzu, otarła 

łzy z policzków. W ten sposób nigdy nic nie zapakuje. Trzeba bez przeglądania 
i   wspominania   wkładać   po   prostu   rzeczy   do   pudeł.   Te   rzeczy,   które   chce 
zabrać, a resztą niech zajmą się śmieciarze. Na pewno musi zabrać fajki ojca, 
nadal pachnące jego ulubionym tytoniem. Zawsze palił fajkę, kiedy swej małej 
córeczce opowiadał ni to bajki, ni to zabawne wspomnienia. Były cudowne i 
szybko   przy   nich   zasypiała.   Musi   także   zabrać   jego   kolekcję   indiańskich 
grotów do strzał i drugą kolekcję starych narzędzi stolarskich. Ale każda sztuka 
musi być osobno owinięta papierem. Przyniosła na stryszek kartonowe pudła, 
ale zapomniała o gazetach. 

Gdy zeszła do pokoiku, który miał być pokojem Amandy, spotkała właśnie 

idącego do niej Marka. 

– Czy mogę iść do stajni pomóc Slade’owi? – spytał. Emily pomyślała, że 

Mark najprawdopodobniej znudził się swoimi zabawkami, do których pobiegł 
zaraz po śniadaniu. 

– Dobrze, ale przedtem przynieś mi z komórki trochę starych gazet. Ja przez 

ten   czas   przygotuję   gorącą   czekoladę.   Napijesz   się   i   zaniesiesz   kubek 
Slade’owi. 

Mark skinął głową i pobiegł na dół. Włożył płaszcz i wyszedł na dwór, 

kierując kroki do stojącej na uboczu komórki. Słońce świeciło jaskrawo, śnieg 
skrzył. Emily wyjrzała przez okno i patrzyła za synem. Potem przeniosła wzrok 
na stajnia, w której przebywał Slade. Smutno pokiwała głową i westchnęła. Nie 

background image

cieszył jej oczu widok zaśnieżonego krajobrazu ani słońce na błękitnym niebie. 
Kiedy indziej oparłaby się łokciami o parapet i napawała widokiem rancza i 
pastwisk za budynkami. Odchodząc od okna, przypomniała sobie komunikat 
pogodowy: pod wieczór dużo chmur i wielkie opady śniegu, które na wiele dni 
sparaliżować   mogą   lokalną   komunikację   drogową.   Zabiło   jej   żywiej   serce. 
Może   Slade   nie   będzie   mógł   wyjechać   uwięziony   przez   śnieżycę?   Ale   to 
również oznaczało komplikacje dla niej samej. Agent z biura nieruchomości i 
jego   potencjalni   klienci   nie   mogliby   przyjechać.   Sprzedaż   się   opóźni,   a 
rachunki   czekają   na   uregulowanie...   Poza   tym,   po   co   przedłużać   agonię, 
czekając   na   nieuchronne   opuszczenie   rodzinnego   domu?   Więc   im   szybciej 
Slade wyjedzie, tym lepiej. Będzie mogła zacząć proces zaleczania ran. Czy 
potrafi je zaleczyć?

Wyjęła z lodówki mleko i zaczęła je podgrzewać w kuchence mikrofalowej, 

a potem zalała nim czekoladowy proszek. Przez cały czas myślała o córeczce, o 
problemie jej wychowania i przyszłym losie. Ciekawe, jaka będzie Amanda w 
wieku   Marka?   Chłopczyca,   naśladująca   starszego   brata,   czy   dystyngowana 
panna? Czy Amanda będzie przeżywała brak ojca podobnie silnie jak Mark? 
Myśli Emily przeskoczyły nagle jakby na boczny tor, ale w zasadzie zdążały w 
tym samym kierunku: jakim wspaniałym ojcem byłby Slade...!

–  Przestań!  –  krzyknęła do  siebie  na  głos. –  Jedynie pogarszasz własną 

sytuację, bo wpadasz w neurasteniczny nastrój. 

Tak   była   pochłonięta   tymi   myślami,   że   nawet   nie   zauważyła,   że   Mark 

jeszcze nie wrócił, a przecież pobiegł tylko po stare gazety. Może poszedł do 
Slade’a, żeby mu powiedzieć, że zaraz przyniesie gorącą czekoladę. A może 
zapomniał o gazetach i pomaga Slade’owi?

Czekolada była gotowa i stygła. Emily podeszła do okna i wyjrzała. Gdy 

wzrok jej padł na komórkę, wydała okrzyk przerażenia. Ze spadzistego dachu, 
pod   wpływem   gorących   promieni   słonecznych,   osunął   się   śnieg.   Drzwi 
komórki były zasypane aż po klamkę. Jeśli to stało się już po tym, jak Mark 
wszedł   do   środka,   to   on   nie   może   się   teraz   wydostać.   Chwyciła   płaszcz, 
zrzuciła domowe pantofle, włożyła buty i wybiegła z domu. 

– Mark, Mark! – zaczęła wołać, idąc przez śnieg. 
Gdy zbliżyła się do budyneczku, wydało się jej, że słyszy płacz. 
– Mark?!
– Jestem tu, mamo! Nie mogę wyjść. Boję się. Tu jest okropnie ciemno. 
– Zaraz cię uwolnimy, kochanie. Idę po Slade’a. 
– Nie odchodź, mamo, ja się boję... !
– Weź głęboki oddech, synku, i policz do dziesięciu. A potem jeszcze raz. I 

wtedy już będziemy tu razem ze Slade’em. 

Pędząc w kierunku stajni, słyszała głośny płacz Marka, który najwidoczniej 

nie skorzystał z jej rady. Musiała jednak wezwać na pomoc Slade’a, ponieważ 
on znacznie szybciej od niej odsunie śnieg. A poza tym potrzebne były łopaty, 

background image

które trzymano w stajni. 

Od   progu   już   zaczęła   wołać   Slade’a.   Natychmiast   wyjrzał   z   któregoś   z 

boksów. Opowiedziała mu o uwięzionym Marku i po chwili oboje uzbrojeni w 
łopaty byli już pod zasypaną komórką. 

Emily lżejszą, plastykową, a Slade dużą żelazną zaczęli odkopywać drzwi, 

uspokajając chłopca zapewnieniami, że za chwilę wyjdzie na słoneczko i że 
Slade bardzo liczy na jego pomoc w stajni. 

Mark oświadczył, że teraz już się nie boi, bo przyszedł Slade. Po chwili 

milczenia doszedł do wniosku, że może warto byłoby obiecać, że już nigdy nie 
będzie się bał, jeśli Slade zostanie na zawsze na ranczu. 

W   takich   okolicznościach   Emily   nie   miała   serca   wyjaśniać   Markowi, 

dlaczego niedługo będą musieli ranczo opuścić. Uświadomiła sobie jednak, że 
jak najszybciej musi z nim przeprowadzić poważną rozmowę na ten temat. 
Może jeszcze tego wieczoru. 

Wreszcie drewniane drzwi komórki dały się uchylić i Mark wyskoczył jak z 

procy, spojrzał na matkę, spojrzał na Slade’a i wybrał jego ramiona, by w nie 
wpaść. 

Emily   zrobiło   się   trochę   przykro.   Jednocześnie   kazało   jej   to   przemyśleć 

sytuację. Slade spojrzał na nią i w jego oczach zobaczyła wzruszenie i coś 
jeszcze, jakby pytanie skierowane do niej. 

Może to była właśnie okazja, by zaryzykować, schować głęboko dumę i... I 

co? Prosić? Błagać? Wyznać własne uczucia?

Odłożyła jednak decyzję, uklękła w śniegu, ujęła w obie dłonie twarz Marka 

nadal przytulonego do Slade’a i spytała:

– Wszystko już dobrze synku?
– Bałem się... Było ciemno. Myślałem, że nikt nigdy mnie nie usłyszy. Jak 

to dobrze, że Slade jest z nami. Jakby jego nie było, to byś mnie sama nie 
odkopała. 

– Ja też bym pewno płakał zamknięty po ciemku, nie mając szansy wyjścia. 

Darłbym się na całe gardło – zapewnił Marka Slade. 

Miał przedziwny wyraz twarzy. Emily jeszcze nigdy go takim nie widziała. 

Sprawiał wrażenie człowieka zmagającego się z ciężkim problemem życia i 
śmierci. 

Slade’owi trzęsły się ręce, gdy wstawał z przyklęku, a serce biło tak, jak 

jeszcze nigdy w życiu. Gdy po otwarciu drzwi komórki Mark wpadł prosto w 
jego ramiona, przeżył chwilę nieprawdopodobnego wzruszenia. To była wizja 
tego, czego doświadczałby co dzień, gdyby był ojcem... 

I nagle wszystko stało się jasne jak słońce. Przede wszystkim zdał sobie 

sprawę, że marzy o tym, żeby mieć syna. Po drugie, że jego uczucia do Emily 
są znacznie głębsze, niż przypuszczał jeszcze tego ranka, rozpatrując dylemat, 
czy wyjechać. Chciał być nie tylko ojcem, ale i mężem. I pragnął móc trzymać 
Emily w ramionach aż po ostatni dzień swego życia. Potrzebował jej ciepła, 

background image

determinacji, słodyczy i miłości, jeśli ona zechce go nią obdarzyć. 

Nie   wiedział   tylko,   jak   jej   to   wszystko   przekazać.   I   nie   potrafił   też 

przewidzieć jej reakcji. No cóż, musi zdobyć się na odwagę i jakoś wybąkać to, 
co mu leży na sercu. 

– Chodźcie do domu, podgrzejemy czekoladę, bo już wystygła, wypijemy, 

ochłoniemy i wrócimy do pracy – zaproponowała Emily. 

– Idźcie, ja zaraz do was dołączę. Muszę tylko zepchnąć resztę śniegu z 

dachu, bo znów zasypie drzwi – odparł Slade. Właściwie była to bezsensowna 
robota, ale jemu był potrzebny czas, choćby kilka minut, by zebrać myśli i 
opracować swoje wystąpienie. 

Emily skinęła głową i spojrzała na Slade’a szeroko otwartymi oczami, w 

których zauważył coś, co nim poruszyło. Ale co? Gdy się odwróciła i trzymając 
Marka za rękę poszła do domu, Slade już wiedział, że ona i tych dwoje dzieci 
stały się nierozerwalną częścią jego życia. 

W kilka minut później przyszedł do kuchni, nadal niezbyt pewny, jak ma 

zacząć,   co   powiedzieć   i   w   jaki   sposób   to   zrobić.   Westchnął,   wiedząc,   że 
improwizacja nie jest jego mocną stroną. Zawsze, przed każdym życiowym 
krokiem, przed każdą czynnością, musiał mieć wszystko dobrze obmyślone i 
zaplanowane. 

Po   drodze   widział   Marka   przed   telewizorem   w   saloniku;   oglądał   jakąś 

kreskówkę, popijając czekoladę. Emily stała w kuchni przy piecu. 

– Napijesz się czekolady? – spytała. 
– Nie. 
– Kawy?
– Emily... nie, nic mnie nie obchodzi, co będę pił, Emily, ja... – Poczuł się 

strasznie głupio. Myśli mu umykały. Jednak postanowił brnąć dalej. – Emily, 
wyjdziesz za mnie?

Równocześnie Emily zapytała:
– Slade, czy nie zostałbyś na zawsze?
I potem oboje niemal jednocześnie wykrzyknęli jedno słowo:
– Co?!
Slade podbiegł i położył dłonie jej na ramionach:
– Czy ty prosiłaś, żebym został?
– Tak. A czy ty naprawdę spytałeś mnie, czy za ciebie wyjdę?
–   Tak.   Tylko   musisz   być   bardzo   tolerancyjna.   Mam   za   sobą   lata 

kawalerskich przyzwyczajeń. Będziesz musiała okazywać mi wyrozumiałość i 
być cierpliwa. Bardzo dużo czasu zajęło mi zdanie sobie sprawy, że pragnę od 
ciebie czegoś więcej niż pocałunku, niż nawet spędzenia z tobą nocy. Ja chcę 
zbudować sobie życie rodzinne u twego boku. Mam nawet zamiar cię okraść. 
Chcę cząstki miłości twoich dzieci, które bardzo pokochałem. Jedno, bo na 
moich rękach przyszło na świat, drugie, bo ma twój urok. Chcę być ojcem, 
dobrym   ojcem   dla   Amandy   i   Marka.   Nie   czułem   takiej   potrzeby,   póki   nie 

background image

przyjechałem tu i nie odkryłem ciebie. Mark w jednej z rozmów, które z nim 
ostatnio   przeprowadzałem,   podszepnął   mi,   żebym   ciebie   spytał,   czy   się 
zgadzasz, żebym ja mógł zostać jego ojcem. Wyjdziesz za mnie?

–   Wyjdę!   Wyjdę   za   mąż   za   najwspanialszego   mężczyznę,   jakiego 

kiedykolwiek widziały moje oczy!

Wprost nie  mógł uwierzyć  własnym  uszom. Nie mógł uwierzyć, że ona 

czuje to samo, co on. Aby uprawomocnić tę deklarację, wziął Emily w ramiona 
i przypieczętował porozumienie namiętnym pocałunkiem. 

Byli tak sobą zaabsorbowani, że nie spostrzegli, że do kuchni wszedł Mark. 

Odskoczyli od siebie dopiero wtedy, gdy usłyszeli:

– Jejku! Nawet w telewizji nikt się tak nie całuje. Czy ty uczysz Slade’a, jak 

to robić, mamo?

Slade uznał, że jego rola ojca nie zaczyna się od chwili, gdy pastor wypowie 

właściwe formułki,  ale  od  momentu  wyjawienia  intencji.  Pogroził  Markowi 
palcem i powiedział na pozór srogo:

– Starszych się nie podgląda, a jeśli już – to chyłkiem i nic się nie mówi. 

Czy pamiętasz, jak powiedziałeś, że gdybym chciał, to mógłbym zostać twoim 
tatą? Więc ci teraz oświadczam, że chcę nim być i masz mnie słuchać. 

– Będziesz moim prawdziwym tatą? I Amandy też?
–  Bardzo   tego   pragnę.  Ponieważ  Amanda  jeszcze   nie  mówi,  ty  masz  w 

swoim i jej imieniu złożyć deklarację, że podtrzymujesz swoją propozycję. 

–   O   tak!   –   wykrzyknął   uradowany   Mark   i   zaczął   klaskać   w   dłonie   i 

podskakiwać. 

– Wobec tego możemy ustalać termin ślubu – oświadczył Slade, obejmując 

Emily. 

background image

EPILOG

W niespełna trzy tygodnie później, w dniu świętego Walentego, Emily stała 

w   niewielkiej   zakrystii   w   kościele,   gdzie   właśnie   miał   się   odbyć   jej   ślub. 
Usiłowała stać nieruchomo, podczas gdy Mavis zaciągała zamek błyskawiczny 
na  plecach   ślubnej   sukni.  Bardzo  stylowa  kremowa  kreacja  miała  rękawy   i 
dekolt w kształcie serca, obszyte perełkami. Emily czuła się jak księżniczka. 

– Prześliczna suknia – stwierdziła Mavis. – Po prostu wspaniała. 
– To dzięki Hunterowi. Miał klienta projektanta sukien ślubnych. Wysłał mi 

fotografie i jedną wybrałam. A teraz trudno mi uwierzyć, że to ja stoję przed 
lustrem. I ten welon... 

Trudno jej było również uwierzyć, że już tylko minuty dzielą ją od chwili, 

kiedy  zostanie  żoną Slade’a  Coleburna. Żoną człowieka,  którego  pokochała 
całym sercem. 

I z którym będzie się kochała tej nocy... Slade nalegał, by poczekali do 

ślubu, bo wtedy to będzie coś wspaniałego i wyjątkowego. 

Na miesiąc miodowy nie mogli wyjechać z powodu Amandy, no i szkoły 

Marka, ale Slade zapowiedział, że gdy się zżyją bardziej jako rodzina, kiedy 
Amanda  nie  będzie  już  wymagała  karmienia  piersią,  to  zostawią  na  ranczu 
kogoś na kilka dni i wyskoczą gdzieś w świat. Rozległo się pukanie do drzwi i 
męski głos obwieścił:

– Dallas składa wizytę. Mogę wejść?
– Bardzo proszę – odparła Emily. 
– Ach, jaka ty jesteś piękna! – wykrzyknął Dallas. 
– Dziękuję szanownemu panu za komplement – odparła. – Nigdy jeszcze mi 

tego nie powiedziałeś... 

–   Teraz   żałuję.   Słuchaj,   Emily,   po   ślubie   będziesz   otoczona   tłumem 

składającym ci życzenia, więc ja wolę złożyć je przedtem. Życzę ci, abyś przez 
całe życie była taka szczęśliwa, na jaką wyglądasz teraz. Wczoraj wieczorem 
doszedłem do wniosku, że Slade będzie mężem, na jakiego zasługujesz. 

Poprzedniego wieczoru przyleciał Hunter. Emily wydała małe przyjęcie, na 

które   zaprosiła   także   O’Neillów.   Pod   koniec   wieczoru   całe   napięcie,   jakie 
poprzednio istniało między Dallasem a Slade’em, całkowicie zniknęło. 

– Bardzo się cieszę, że doszedłeś do tego wniosku i mam nadzieję, że będąc 

sąsiadami, będziecie też przyjaciółmi. 

– Może, może. Patrząc na was oboje, teraz każdy wie, że ma do czynienia z 

parą do szaleństwa w sobie zakochaną. Podoba mi się także brat Slade’a. Kiedy 
się   dowiedziałem,   że   to   sławny   adwokat,   to   sobie   pomyślałem,   że   pewno 
zadziera nosa. A tymczasem jest to miły, przystępny człowiek. 

Zdaniem Emily, Hunter był bardziej zamknięty od Slade’a, tym niemniej 

wcale przyjazny. I wykazywał wielką chęć lepszego poznania brata, którego 

background image

zobaczył   po   raz   pierwszy   dopiero   przed   kilkoma   tygodniami.   Gdy   wyszli 
O’Neillowie, Hunter zaczął czytać kartkę z życzeniami ślubnymi, jaką Ma vis 
przyniosła Emily. W pewnej chwili Emily zauważyła, że Hunter poczerwieniał 
i że usta zaczęły mu drgać jak małemu dziecku, któremu zbiera się na płacz. 
Kiedy go jednak zapytała, czy dobrze się czuje, napięcie z twarzy Huntera 
zniknęło i natychmiast zaczął mówić, jaki jest szczęśliwy, że został zaproszony 
na ślub brata. 

Do zakrystii dotarła muzyka kościelnych organów. 
– To wszystko, co ci chciałem powiedzieć, Emily. Idę zająć miejsce... – 

Dallas uśmiechnął się i pocałował Emily w policzek. – Tym razem nie będę 
próbował odbijać, kiedy na przyjęciu zatańczysz ze Slade’em. 

– I na mnie czas – powiedziała Emily, gdy Dallas wyszedł z zakrystii. 
– Najwyższy czas – zgodziła się Mavis. 
Rob   na   prośbę   Emily   miał   ją   poprowadzić   do   ołtarza.   Był   przecież 

najlepszym przyjacielem jej ojca. Mavis wręczyła pannie młodej bukiet białych 
i czerwonych róż, organista dał znak. Mavis ruszyła pierwsza, a za nią Emily 
prowadzona przez Roba. 

Tylko   dziesięć   ławek   wypełniali   weselni   goście,   ponieważ   młoda   para 

zdecydowała, że uroczystość będzie skromna. Zaproszeni zostali jedynie bliscy 
znajomi i przyjaciele Emily, która miała nadzieję, że zostaną także przyjaciółmi 
Slade’a. W pierwszej ławce stali Mark i Grace Harrison, trzymająca na rękach 
Amandę. Dallas stał w ławce po prawej stronie, gdzie miał dołączyć do niego 
ojciec po przekazaniu panny młodej Slade’owi. Blisko ołtarza stał też Hunter z 
nogą   w   gipsie.   Gdy   Emily   podeszła,   uśmiechnął   się   do   niej   i   zrobił   oko. 
Odpłaciła mu uśmiechem, który mówił, że wie, iż tego dnia pozyskuje nie tylko 
męża, ale i brata. 

Na stopniu ołtarza stał Slade i na nim skupiła całą swą uwagę. 
Gdy Rob O’Neill powierzał ją przyszłemu mężowi, ten pochylił się i szepnął 

jej do ucha:

– Kocham cię!
Podała mu rękę i odpowiedziała także szeptem:
– I ja cię kocham. 
Z całej ceremonii najbardziej zapadły jej w pamięć jego słowa: „Ja, Slade, 

biorę ciebie, Emily, za żonę, partnera w życiu i przyjaciela... I obiecuję stać 
przy tobie bez względu na to, co przynieść może życie, wspomagać cię, słuchać 
twoich słów i szanować cię przez wszystkie dni mojego życia... Bóg mi cię 
zesłał, kiedy najbardziej ciebie potrzebowałem”. 

Później ona powtarzała te słowa, ale ta jego deklaracja była piękna. 
Patrząc  sobie   głęboko   w   oczy,   składali  obietnice  i   szczerze   wierzyli,   że 

dotrzymają każdej z nich. 

Gdy Slade wsuwał jej na palec podaną mu przez Huntera obrączkę, Emily 

miała ochotę rozpłakać się ze szczęścia. Następnie pochylił się i pocałował ją, a 

background image

był to pocałunek chyba najsłodszy ze wszystkich, jakimi obdarował ją do tej 
chwili. 

Na zakończenie ceremonii pastor polecił parze małżonków stanąć twarzą do 

weselnych gości, po czym na cały głos obwieścił:

–   Przedstawiam   wam,   moi   mili,   panią   i   pana   Coleburnów.   Oby   im   się 

wiodło. 

Wszyscy zaczęli klaskać, ale przez oklaski przebił się głos Marka:
– Czy to znaczy, że teraz jesteś już moim tatą, Slade? 
Slade chrząknął rozbawiony. Grace podała Amandę Emily. 
– Tak, teraz już jestem twoim tatą – padła poważna odpowiedź. 
– To znaczy, że jesteśmy prawdziwą rodziną! – wykrzyknął Mark. 
Otrzymał za to oklaski. 
– Jesteśmy prawdziwą rodziną! – powtórzył Slade. Hunter poklepał brata po 

ramieniu. 

– O czymś zapomniałeś, Slade. Drużba ma prawo pocałować pannę młodą. 
–   Panna   młoda   czeka   na   pocałunek   nowego   brata   –   odparła   Emily   i 

pochyliła się w  kierunku  Huntera, który  obdarzył ją delikatnym całusem w 
czoło. 

– Od tej chwili zaczyna się nasza przyszłość – szepnął Slade do ucha żonie. 
– Czekałam na nią z niecierpliwością – odparła niemal bezgłośnie.