background image

Leigh Michaels

Wszystko w rodzinie

background image

Rozdział 1

Przed miesiącem podano do publicznej wiadomości, że Matthew James 

Garrett   wraca   do   rodzinnego   miasta   i   odtąd   Anne   McKenna   wszędzie 
widziała jego twarz. A przynajmniej takie miała wrażenie.

Podobizny   wracającego   rozplakatowano   w   całym   mieście.   Olbrzymia 

twarz   Garretta   juniora   widniała   przy   wyjeździe   z   uniwersytetu,   a   przy 
każdym kiosku z gazetami wpadał w oczy jego rzymski profil i rozwiane 
włosy. Krzywy uśmiech Garretta na autobusie kiedyś tak bardzo odwrócił 
uwagę Anne, że przeoczyła światła na ruchliwym skrzyżowaniu. Co rano, 
gdy schylała się po leżącą pod drzwiami gazetę, patrzyły na nią ironiczne 
oczy,   a   podpis   pod   zdjęciem   informował:   „Garrett   wraca   do   naszego 
miasta".

Czasem   zastanawiała   się,   czy   jest   jeszcze   ktoś,   kto   nie   wie   o   tym 

wydarzeniu.

Według   niej   prawidłowy   podpis   powinien   brzmieć:   Matthew   James 

Garrett   II   wróci   do   rodzinnego   miasta   pod   koniec   miesiąca.   Zaraz 
pierwszego dnia powiedziała to redaktorowi naczelnemu „Chronicie" i w 
odpowiedzi usłyszała, że dłuższe zdanie ma gorszy rytm. Nie dyskutowała, 
ponieważ rozumiała, że chodzi o to, by wykorzystać okazję i sprzedać jak 
najwięcej   egzemplarzy   gazety.   Od   kilku   lat   opinie   młodego   Garretta 
pojawiały się w „Chronicie" pięć razy w tygodniu, a nieco rzadziej w stu 
innych gazetach w całym kraju. Fakt, że sławny i wielokrotnie nagradzany 
felietonista porzuca Waszyngton i wraca do Lakemontu był nie lada gratką 
dla tutejszego dziennika.

Ostatniego   dnia   września   nagłówek   wreszcie   był   zgodny   z   prawdą. 

Pierwsza   obszerna   relacja   o   triumfalnym   przyjeździe   Matthew   Jamesa 
Garretta miała ukazać się w „Chronicie" nazajutrz, w wydaniu niedzielnym. 
Anne przypuszczała, że będzie to felieton pełen sentymentalnych wzruszeń, 
jakie   towarzyszą   powrotowi   do   domu   po   dwunastu   latach   nieobecności. 
Garrett junior umiał pisać takie rzeczy. Może zamieści ckliwe wyznanie, że 
po tak długiej nieobecności bardzo trudno naprawdę powrócić?

Skończy się szaleństwo i życie w mieście wróci do normy. Matthew 

Garrett zniknie z billboardów i autobusów i znowu zajmie miejsce jedynie 

background image

na   swojej   stronie   w   gazecie.   Dzięki   temu   ci,   których   jego   opinie   nie 
interesują, łatwiej go zapomną.

Anne   nie   mogła   pozwolić   sobie   na   to,   by   go   ignorować,   a   jego 

popularność ją drażniła. Według niej kariera Matthew Garretta stanowiła 
jeszcze   jeden   przykład   niesprawiedliwości   na   tym   świecie.   Gdyby 
felietonista   inaczej   się   nazywał,   a   jego   ojciec   nie   był   właścicielem 
„Chronicie", nikt by go nie słuchał i nie podziwiał. Był obdarzony miernym 
talentem,   więc   pisałby   reklamy   i   ogłoszenia   handlowe   w   jakimś 
podmiejskim przewodniku po sklepach.

Uśmiechnęła się, gdy wyobraziła sobie, jak Garrett junior zachwala stare 

samochody. Na pewno robiłby to z przymrużeniem oka. Zawsze potrafił 
zdobyć się na mniej lub bardziej złośliwy, ale zawsze jędrny komentarz. Nie 
znała   go   osobiście,   lecz   do   takiego   wniosku   doszła   na   podstawie   jego 
felietonów.

Odłożyła gazetę i przywołała się do porządku. Matthew Garrett nie był 

wart tego, by szarpała sobie nerwy z jego powodu, a poza tym miała kilka 
pilnych spraw do załatwienia. W soboty po południu zwykle było spokojniej 
w   redakcji,   wszyscy   mieli   więcej   czasu   i   bez   nerwowego   napięcia 
przygotowywali wydanie niedzielne. Cała odpowiedzialność spadała na nią, 
a   niestety,   pracowników   było   mało.   Jeśli   po   południu   wydarzyło   się   w 
mieście   coś   bardzo   ważnego,   napięcie   gwałtownie   wzrastało   i   numer 
przygotowywano w gorączkowym pośpiechu.

Głównym powodem, dla którego lubiła swą pracę, były właśnie chwile 

dużego   napięcia   i   pełnej   koncentracji.   Mobilizowało   ją   to,   że   relacje   z 
diametralnie różnych wydarzeń musi podać na pierwszej stronie w formie 
czytelnej   całości.   Często   marzyła   na   jawie   o   tym,   jak   opracuje   jakąś 
konkretną historię. Na przykład, gdyby burmistrz przekroczył dozwoloną 
szybkość   i   rozbił   samochód   i   gdyby   towarzyszyła   mu   młoda   i   ładna 
urzędniczka z ratusza...

Stanęła przed szlabanem redakcyjnego parkingu. Strażnik, który akurat 

słuchał transmisji z meczu uniwersyteckich piłkarzy, niedbale rzucił okiem 
na jej kartę. Jadąc przez wyludnione ulice, myślała, że połowa mieszkańców 
jest na stadionie i zazdrościła im, bo lubiła piłkę nożną. Chętnie poszłaby na 
mecz, ale musiała przygotować niedzielny numer do druku.

Zaparkowała samochód z boku, daleko od budki strażnika, wysiadła i 

przez   chwilę   z   przyjemnością   oddychała   świeżym   powietrzem.   Jesienne 

background image

niebo było bezchmurne, a na wschód od wieżowców lśniła gładka, lazurowa 
tafla   jeziora   Michigan.   Mimo   chłodu   plaża   nie   była   pusta;   jedni   ludzie 
spacerowali, inni biegali, a najodważniejsi nawet się opalali. Anne żałowała, 
że z okna jej pokoju nie ma takiego widoku, ale zaraz pocieszyła się, że 
przecież w pracy i tak nie ma czasu na oglądanie panoramy miasta.

Zza wieżowców wypłynął balon i wiatr poniósł go nad plażę. Był to 

olbrzymi, złocisty balon dziennika „Chronicie". Gdy podmuch wiatru go 
odwrócił, Anne zobaczyła, że został przemalowany. Z oddali patrzyły na nią 
znajome oczy w olbrzymiej twarzy. Pomyślała zirytowana, że gdyby miała 
pod ręką strzelbę, bez wahania podziurawiłaby uprzykrzoną podobiznę. Po 
chwili ironicznie się uśmiechnęła, gdyż uprzytomniła sobie, że to już koniec 
szaleństwa i wkrótce zapanuje błogi spokój.

Burmistrz nie rozbił samochodu, ale wydarzyło się tyle innych rzeczy, że 

uporała się z pracą dopiero około ósmej. Poczuła głód, ale zamiast iść do 
restauracji na solidny posiłek, postanowiła wziąć coś gotowego z automatu 
na piątym piętrze.

Czekając na windę, niecierpliwie stukała butem w podłogę z czarnego 

marmuru, a gdy podeszła Holly Andrews, rzekła z przekąsem:

– Nie wiem, czy kanapka z tuńczykiem jest warta tego, żeby tracić tu 

tyle czasu.

Młoda reporterka przejrzała się w miedzianych drzwiach windy jak w 

lustrze i poprawiła spódnicę. Anne zdziwiła się, bo Holly dbała o wygląd 
bez przesady, a już najmniej, gdy miała dyżur w sobotę wieczorem.

Holly spojrzała na nią i zdumiona spytała:
– Jedziesz w dół zamiast na górę?
Wyżej znajdowały się jedynie biura zarządu i sale konferencyjne, gdzie 

wieczorami i w soboty na ogół nic się nie działo.

– Po co na górę?
–   Nie   widziałaś   tablicy   ogłoszeń?   O,   przepraszam,   zapomniałam,   że 

miałaś kilka wolnych dni. Pan Jim Garrett wydaje przyjęcie, bo...

– Wita syna marnotrawnego?
– Oczywiście. Dla zwykłych śmiertelników jak my to pewnie jedyna 

okazja, żeby z bliska popatrzeć na osławionego felietonistę.

Anne w duchu przyznała jej rację. W redakcji teoretycznie panowały 

demokratyczne   zwyczaje,   ale   między   niższym   personelem   a   zarządem 
prawie   nie   było   kontaktów   osobistych.   Oczywiście   znała   pana   Garretta, 

background image

ponieważ   często   bywał   na   cotygodniowych   posiedzeniach,   ale   miała 
poważne wątpliwości, czy wydawca poznałby ją, gdyby spotkali się poza 
redakcją. A Garrett junior? No, on przynajmniej zna jej nazwisko. Chyba że 
jest   zarozumiały   i   tak   pewien   swych   poglądów,   że   nie   czyta   cudzych 
tekstów   i   nie   zwraca   uwagi   na   ludzi,   którzy   się   z   nim   nie   zgadzają. 
Niedawno ośmieliła się skrytykować go, a teraz miała cichą nadzieję, że na 
razie uniknie spotkania z synem właściciela gazety.

– Czy zaproszono nas wszystkich? – spytała nieco niepewnie Anne.
– Zaproszono? – Holly ironicznie prychnęła. – Przecież dobrze znasz 

pana Garretta. Według mnie otrzymaliśmy nakaz, a nie zaproszenie.

–   Aha,   rozumiem.   Czyli   idziesz   tam   ze   strachu   przed   szefem.   A 

myślałam, że marzysz o spotkaniu ze zjadliwym felietonistą, który uważa, że 
może na ludziach psy wieszać.

–   Wolne   żarty.   –   Holly   wzdrygnęła   się.   –   Dobrze   ci   radzę,   bądź 

ostrożniejsza w wypowiedziach. Przecież wcale go nie znasz.

– Znają go wszyscy, którzy czytają naszą gazetę, bo nie robi tajemnicy 

ze swoich poglądów i...

Urwała,   gdyż   otworzyły   się   drzwi   i   wysiadła   wysoka   blondynka   w 

długiej wieczorowej sukni. Anne w pierwszej chwili nie poznała Dominique 
Delacourt, która wprawdzie przychodziła do pracy w eleganckich sukniach, 
ale nigdy w balowych.

–  Nie  czekajcie  na  mnie  –  rzuciła  Dominique  przez  ramię.  –  Pojadę 

następną.

–  Widziałaś?   –  szepnęła   Holly.  –   Czemu  wystroiła   się   jak  diabeł  na 

Zielone Świątki?

Obie jednocześnie odwróciły się i popatrzyły na swe odbicie w drzwiach 

windy.   Anne   przygładziła   włosy   i   poprawiła   mankiety.   Miała   na   sobie 
zieloną suknię, ładnie uszytą, ale prostą i praktyczną, nie nadającą się na 
eleganckie przyjęcie.

– Może potem idzie na bal. Na przyjęciu u szefa chyba nie obowiązuje 

strój wieczorowy.

– Jeśli to nieprawda, , pewien znany felietonista weźmie nas na język.
– Nie ma obawy, takie płotki jak my są nieważne.
Okazało   się,   że   goście   już   zapełnili   największą   salę   konferencyjną, 

sąsiednie  biura i  korytarz  koło windy.  Połowa  pracowników  „Chronicie" 
była obecna, ale nikt nie wystąpił w wieczorowym stroju. Ponad ogólnym 

background image

gwarem   słychać   było   dwóch   dziennikarzy,   którzy   głośno   krytykowali 
burmistrza   za   obietnice,   że   w   ciągu   roku   całkowicie   zlikwiduje 
przestępczość młodocianych.

– Idę ich posłuchać – oznajmiła Holly.
Anne rozejrzała się i ucieszyła, że nie widzi Matthew Garretta. Drzwi do 

gabinetu   jego   ojca   stały   otworem,   więc   pomyślała,   że   goście   są 
wprowadzani grupkami, z całym ceremoniałem, jakby przed oblicze króla.

Po prawej stronie stał długi stół, na którym piętrzyły się góry jedzenia. 

Anne poprosiła barmana o wodę mineralną i poszła wybrać coś konkretnego. 
Po drodze wzięła talerz i dwie kromki razowego chleba. Chwilę później 
podniosła wzrok znad prawie gotowej kanapki i zauważyła, że z gabinetu 
wychodzi   kilka   osób,   między   innymi   redaktor   naczelny,   dyrektor   działu 
reklamy, wydawca oraz...

Garrett junior!
Zaskoczyło ją, że wygląda młodziej niż na plakatach. Dlaczego wybrał 

zdjęcie,   które   go   postarza?   Oczywiście   nie   był   stary,   miał   najwyżej 
trzydzieści kilka lat, a wyglądał jak beztroski dwudziestolatek.

Z zainteresowaniem obserwowała go, gdy wmieszał się w tłum, witał z 

mijanymi osobami i przeciskał między nimi sprawnie, bez zniecierpliwienia. 
Robił   wrażenie   człowieka,   który   czułby   się   dobrze   w   roli   polityka.   Był 
wysoki, barczysty, ładnie opalony. Miał taką aparycję i wyraz twarzy, jakie 
podobają się wyborcom. Nowy elegancki garnitur nosił z taką nonszalancją, 
jakby to były stare rzeczy.

Anne lekko uśmiechnęła się na myśl, że felietonista ma minę proroka. 

Zaskoczyło ją, że Matthew rozbłysły oczy i po chwili uświadomiła sobie, że 
on zmierza w jej stronę. Z wrażenia zaschło jej w ustach.

Co   to   znaczy?   Co   Matthew   Garrett   może   mieć   do   powiedzenia 

nieznajomej? Dlaczego idzie prosto do niej? Niemożliwe, żeby wiedział, 
kim ona jest.

Garrett   skręcił   w   ostatniej   chwili   i   nałożył   na   talerz   porcję   sałatki 

ziemniaczanej.

Anne   odetchnęła   z   ulgą,   wzięła   plaster   faszerowanego   indyka   i 

przesunęła się w lewo. Czuła się jak tchórz, ponieważ miała ochotę uciec.

Garrett też się przesunął i oboje jednocześnie sięgnęli po oliwki. Anne 

cofnęła   rękę,   ale   Matthew   nałożył   jej   kilka   oliwek   na   talerz   i   rzekł 
półgłosem:

background image

– Nie spodziewałem się, że spotkam tutaj taką czarującą istotę.
W ustach tego człowieka oklepany zwrot był zaskakujący. W dodatku 

słowa,   wypowiedziane   pełnym   podziwu   głosem,   zabrzmiały   fałszywie. 
Anne   wiedziała,   że   podoba   się   mężczyznom,   którzy   lubią   drobne, 
błękitnookie kobiety, ale nigdy nie miała złudzeń, że jest pięknością, którą 
otacza rój wielbicieli.

– Pani milczy? Sądziłem, że pani nigdy nie brak słów.
W jego nieco chrapliwym głosie zabrzmiała nuta ostra jak sztylet. Anne 

pomyślała, że skrzyżowanie szpady ze słynnym felietonistą to przyjemność, 
jakiej z kolei ona nie spodziewała się na takim przyjęciu. Intrygowało ją, czy 
Matthew   pytał   kogoś   o   nią,   czy   przypadkowo   dowiedział   się,   kim   jest. 
Najważniejsze, że tym, co napisała prawie przed miesiącem tak zalała mu 
sadła za skórę, że zapamiętał jej nazwisko. Widocznie krytyka mocno go 
ubodła i dlatego szukał autorki ostrych słów.

– Milczenie może być bardzo wymowne – powiedziała spokojnie.
– Zaskoczył panią komplement?
– Nie. Zdziwiło mnie, że właśnie pan nie zdobył się na nic oryginalnego. 

Podobno jest pan mistrzem słowa, błyskotliwych improwizacji...

Matthew znowu rozbłysły oczy.
– Widzę, że w pisemnym ataku jeszcze nie wyładowała pani gniewu. 

Nadal ma pani pretensje o moje nazwisko?

– Nie mam żadnych pretensji. Zresztą nigdy nie miałam. – Wyżej uniosła 

głowę. – To tylko przekonanie, że gdyby nazywał się pan Smith albo Jensen, 
a nie Matthew Garrett II... a propos, czy nazywają pana juniorem?

– Rzadko kto ma odwagę.
Matthew oparł się o stojące nieopodal biurko i zaczął jeść sałatkę.
– Gdyby nie nazwisko, nie miałby pan w „Chronicie"
stałego   miejsca   na   felieton,   a   już   na   pewno   nie   byłoby   pańskiej 

podobizny na plakatach, autobusach i balonach.

  – Napiła się wody. – Chociaż według mnie balon byłby najlepszym 

miejscem dla płodów pańskiego pióra.

Matthew wybuchnął głośnym śmiechem.
– Nie słyszała pani, że niebezpiecznie jest zaczynać bój z człowiekiem, 

który kupuje atrament beczkami?

– Niezła przenośnia, ale nie ma w niej ani źdźbła prawdy – odparowała 

Anne. – Pan w życiu nie kupił nawet butelki atramentu. Wszystko załatwia 

background image

tatuś. – Położyła na kromce plaster pieczeni wołowej i obficie polała sosem 
chrzanowym. – Radzę być ostrożniejszym, bo i ja mam dostęp do antałków 
atramentu.

–   Rozczarowała   mnie   pani.   –   Matthew   przysiadł   na   biurku,   jakby 

szykował się do dłuższej rozmowy. – Zaplątała się pani we własnej logice. 
Jeśli   nam   wszystkim   przysługuje   tyle   samo   swobody,   jesteśmy   równi   i 
wobec tego nie może chodzić o magię mojego nazwiska.

–   Śmieszny   wykręt...   Ale   dla   przykładu   weźmy   pański   felieton   do 

jutrzejszego numeru.

– O? Już go pani czytała? – spytał zaskoczony. – Czyżby mimo ostrych 

wypowiedzi była pani moją wielbicielką?

– Musiałam przeczytać z obowiązku. Jak już panu wcześniej mówiłam...
Szeleszcząc   atłasem,   podeszła   Dominique   i   nadstawiła   policzek. 

Matthew posłusznie ją pocałował.

– Cieszę się, że wróciłeś. – Dominique wzięła go pod rękę. – Tylko nie 

myśl, że jestem wystrojona na twoją cześć. Muszę pokazać się na balu w 
Carousel. Ty też powinieneś tam iść.

Anne ukłoniła się i czym prędzej odeszła zadowolona, że Dominique 

wybawiła ją z kłopotu. Nie rozumiała, dlaczego wszczęła kłótnię, powinno 
wystarczyć, że napisała już, co myśli. Dała się złapać, bo Garrett junior 
potrafił umiejętnie zarzucić haczyk.

Od grupy przy drzwiach gabinetu odłączyli dwaj mężczyźni. Jednym był 

wydawca, a drugim adwokat. Obaj mieli zmartwione miny.

– Przyznaję, że on dobrze wygląda – odezwał się prawnik. – I dobrze 

mówi, ale...

– Nareszcie wydoroślał – przerwał Jim Garrett.
Anne nie podsłuchiwała ich. Posiadała cenną w jej zawodzie umiejętność 

wyławiania w ogólnym gwarze jednych głosów, a pomijania innych.

– Pomysł, żeby jemu powierzyć to stanowisko...
– Ktoś musi trzymać ster.
– Ale przecież nie ma potrzeby ogłaszać następcy już dzisiaj. Pobyt w 

szpitalu potrwa dwa, trzy dni, prawda? Potem ze dwa tygodnie urlopu. Po co 
się śpieszyć i dawać lejce niewprawnemu...

– To nie żaden pośpiech. Po prostu ostatnio częściej zastanawiam się nad 

przyszłym losem mojego dziennika. Nie jestem już taki młody...

Mężczyźni przeszli dalej i ich głosy utonęły w ogólnym szumie.

background image

Anne zrozumiała, dlaczego Garrett junior wrócił. Chodziło o to, żeby 

tradycji   stało   się   zadość.   Syn   pójdzie   w   ślady   ojca   i   zostanie   wydawcą 
dobrej i poczytnej gazety. Zajmie stanowisko, które czeka na niego od lat, 
od chwili urodzin. Podejmie pracę, do której nie ma kwalifikacji. Ma tylko 
nazwisko.

Poczuła niesmak. Według niej Matthew nie był całkowicie pozbawiony 

talentu,   lecz   umiejętność   bawienia   lub   irytowania   czytelników   w   tym 
wypadku   nie   jest   wystarczającą   kwalifikacją.   Na   wydawcy   ciąży   duża 
odpowiedzialność.

Prawnik widocznie też tak uważał, ale pan Garrett nie chciał słuchać 

krytyki. Wydawca był wszechpotężny i rządził niemal samowładnie, więc 
jeżeli postanowił przekazać władzę synowi, nikt mu w tym nie przeszkodzi. 
A   zatem   Matthew   James   Garrett   II   prędzej   czy   później   zostanie   jej 
zwierzchnikiem.

Anne uświadomiła sobie, że zaprezentowała się przyszłemu szefowi z 

nie najlepszej strony. I w dodatku dała mu do zrozumienia, że według niej 
jest niekompetentny, a to tak, jakby podcięła gałąź, na której siedzi.

Podeszła Holly i krytycznie popatrzyła na kanapkę.
– Zlituj się! Jak ty chcesz zjeść taką górę?
Anne  spojrzała  na   talerz,  na  którym  wznosiła  się  kanapkowa  krzywa 

wieża i dodatki, których nie znała nawet z nazwy.

– W ogóle odechciało mi się jeść. Wracam do pracy, bo chyba już za 

długo nic nie robię.

Odstawiła   talerz   i   ruszyła   ku   drzwiom   równym   krokiem,   aby   nie 

sprawiać wrażenia, że ucieka.

Gotowy niedzielny numer załadowano na samochody i teraz nawet w 

razie   największej   katastrofy   nie   zmieniono   by   ani   słowa.   Wszystkie 
wiadomości będą musiały czekać do następnego wydania.

To, że codziennie wszystko zaczyna się od nowa na ogół podobało się 

Anne, ale czasem było trochę zniechęcające. Chwilami żałowała, że nawet 
najciekawsza, najlepiej zredagowana i wydana gazeta po jednym dniu staje 
się   nieaktualna   i   większość   problemów   ulega   zapomnieniu.   Lecz   nie 
wszystkie. Okazało się, że Matthew wciąż pamięta jeden artykuł. Może zna 
cały tekst na pamięć? Włożyła płaszcz, przewiesiła torbę przez ramię, pod 
pachę wsunęła książki. Nie miała ochoty czekać na windę, więc zeszła na 
pomost między budynkiem i parkingiem. Postawiła kołnierz płaszcza, bo 

background image

zrobiła się chłodna jesienna noc. Zajęta szukaniem kluczyków, Anne nie 
słyszała kroków z tyłu. Nagle ktoś schwycił ją i gwałtownie odwrócił.

– Co... – zaczęła gniewnie.
Zawadziła   biodrem   o   samochód,   zachwiała   się   i   wystraszyła,   gdy 

zobaczyła obcego człowieka. Napastnik szarpnął torebkę, a Anne kopnęła go 
z całej siły. Trafiła go w łydkę, ale straciła przy tym but.

Złodziej zaklął i pchnął ją tak mocno, że się przewróciła. Nie puściła 

jednak torebki i zaczęła krzyczeć. Usłyszała głosy w oddali, więc krzyczała 
coraz głośniej. Zdawało się jej, że minęła wieczność, nim ktoś zaczął biec. 
Łobuz   puścił   torebkę,   rzucił   się   do   ucieczki,   przeskoczył   niski   murek   i 
zniknął w ciemnościach.

Biegnący na pomoc stanął u szczytu schodów, jakby nie wiedział, czy 

gonić opryszka, czy ratować ofiarę. Po krótkim wahaniu zdecydował się na 
to drugie.

Anne   usiłowała   wstać,   lecz   była   tak   roztrzęsiona,   że   nie   mogła 

skoordynować ruchów.

Mężczyzna stanął nad nią i ujął się pod boki.
– O, to pani! Czy nie słyszała pani, że w takich wypadkach nie należy 

stawiać oporu?

Anne nie zdziwiła się, że zgryźliwy felietonista krytykuje ofiarę napaści.
 – Gdzie się podział pani zdrowy rozsądek? – ciągnął Matthew. – Takie 

typy są niebezpieczne.

– I dlatego pan go nie gonił? – rzuciła ze złością.
Nadszedł drugi mężczyzna.
–   Matt,   nie   rób   wymówek   poturbowanej   kobiecie.   –   Pan   Garrett 

przyklęknął. – Pani McKenna, prawda?

–   Poturbowana?   –   syknął   Matthew.   –   Gdyby   coś   jej   się   stało,   nie 

mogłaby tak wrzeszczeć. Jej przeraźliwy głos było słychać nad jeziorem.

–   Mogłabym   być   śmiertelnie   ranna,   mieć   wstrząśnienie   mózgu   – 

powiedziała Anne drżącym głosem.

– Sama pani sobie winna, trzeba było oddać torebkę. Są w niej jakieś 

skarby?

Przyklęknął i zaczął umiejętnie sprawdzać, czy nie złamała kości. Anne 

skrzywiła   się,   gdy   dotknął   ręki.   Mogła   jednak   ruszać   palcami,   więc 
przesunął dłonią po drugiej ręce.

– Niech pan nie posuwa się za daleko – rzekła chłodno, gdy powiódł 

background image

dłonią po łydce.

– Dobrze, dobrze.
Gdy dotknął obolałego miejsca na biodrze, mocno się skrzywiła.
– Wezwać karetkę? – spytał zaniepokojony pan Garrett.
– Nie, dziękuję. – Czuła się lepiej, w skroniach już mniej huczało. – 

Tylko trochę się potłukłam.

– Tato, idź zapytać strażnika, czy widział złodzieja.
Anne chwiejnie wstała i oparła się o samochód.
– Chyba trochę za późno, żeby go gonić – mruknęła poirytowana.
– Co według szanownej pani miałem zrobić? – syknął – Matthew. – 

Przelecieć nad rampą i złapać zbója? Niestety, strój Supermana zostawiłem 
w samochodzie.

–   Daj   spokój   –   mitygował   go   ojciec.   –   Ciekawe,   czy   strażnik   coś 

zauważył. Pójdę zapytać, ale... – Starszy pan zawahał się. – A co z panią?

– Nie martw się, odwiozę krzykaczkę do domu.
Anne nie miała ochoty protestować, gdyż była zbyt roztrzęsiona, żeby 

prowadzić.

Matthew wziął od niej kluczyki i pomógł wsiąść.
– O, widzę, że Kopciuszek jest bez pantofelka.
– Spadł, gdy kopnęłam złodzieja w łydkę. Matthew rozejrzał się i wrócił 

z butem.

–   Następnym   razem   niech   pani   kopie   wyżej.   –   Sapiąc,   usiadł   za 

kierownicą. – Gdzie pani kupiła taki samochód? W sklepie z zabawkami? I 
czemu   zaparkowała   pani   w   samym   kącie?   Nic   dziwnego,   że   padła   pani 
ofiarą...

– Samochód jest nowy, nie chcę, żeby mi go porysowano... – tłumaczyła 

się nieporadnie.

– Więc zaparkowała pani tak, żeby panią poturbowano. Muszę przyznać, 

że jest w tym specyficzna logika a la Anne McKenna... Bardzo proszę, żeby 
pani nie robiła tego przynajmniej na nocnej zmianie.

– Przepraszam, że zakłóciłam panu spokojny wieczór.
Z jej oczu spłynęła łza, po chwili druga, potem trzecia.
Szok minął i powoli uświadamiała sobie, co się stało i co by było, gdyby 

nikt nie przybiegł na ratunek.

– Jakoś przeżyję to zakłócenie.
– Niech pan ze mnie nie drwi. Nie wiem, czemu kopnęłam złodzieja i 

background image

czemu kurczowo trzymałam torebkę. Jestem obolała, mam podartą suknię, 
złamany paznokieć i...

– Mogła pani stracić nie tylko kawałek paznokcia. Anne rozpłakała się 

na dobre.

– Nie zdążyłam zjeść kolacji i... Matthew mruknął coś pod nosem.
– Niech pan nie powtarza, że jestem głupia – wykrztusiła przez łzy. – 

Wiem, że jestem. I nie chcę, żeby pan się do mnie odzywał...

– Coraz lepiej.
Nieoczekiwanie objął ją i pocałował. Nie mogła się odsunąć, zabrakło jej 

tchu, w głowie się zakręciło. Gdy Matthew się odsunął, najpierw głęboko 
odetchnęła, a potem wybuchnęła:

– Ty erotomanie! Powinnam...
– Naprawdę nikt przede mną się nie ośmielił? – Matthew miał bardzo 

zadowoloną minę. – Pyskata istoto, to jedyny sposób, żeby zamknąć ci usta. 
Ale odpowiedz na jedno zasadnicze pytanie: co chcesz zjeść?

– 

background image

Rozdział 2

– Nie musisz mnie karmić...
– Nawet nie powinienem, bo przygotowałaś sobie wielką kanapkę, a nie 

zjadłaś ani kęsa. To teraz najmodniejszy sposób na odchudzanie? Robi się 
olbrzymią kanapkę po to, żeby zostawić na stole?

Anne zarumieniła się ze wstydu, że zauważył tę gafę, lecz nie powinno 

to jej dziwić. Wiedziała, że znany felietonista ma bystre oko.

Matthew zaczął pogwizdywać, trochę fałszując.
Strażnik wyszedł z budki i zajrzał do samochodu. Tym razem spełniał 

swój obowiązek, jak należy. Szkoda, że przedtem nie pilnował parkingu tak, 
żeby nie wszedł nikt obcy.

–   Pani   McKenna?   Jak   się   pani   czuje?   Niestety,   nic   nie   widziałem. 

Gdybym kogoś zauważył, wezwałbym policję, naprawdę.

– Niech pan się nie tłumaczy – rzekł Matthew. – Złodziej mógł tam 

długo czatować.

–   O!   –   Anne   wzdrygnęła   się.   –   Teraz   nigdy   nie   będę   czuła   się 

bezpieczna.

Matthew   uśmiechnął   się   z   przymusem,   pożegnał   strażnika   i   mocno 

nacisnął   pedał   gazu.   Anne   nie   miała   siły   prosić,   by   mniej   brutalnie 
obchodził   się   z   jej   nowym   samochodem.   Trzy   ulice   dalej   skręcił   na 
niewielki parking i popatrzył na migające czerwone światła.

– Lubisz chińską kuchnię? Chyba taka jest w tym „Czerwonym Smoku".
Anne zerknęła na rozdarty rękaw.
– Lepiej zawieź mnie prosto do domu.
– Nie mogę. bo nie zdradziłaś, gdzie mieszkasz. Zaczekaj, zaraz wracam.
Ucieszyła   się,   że   nie   kazał   jej   iść   między   ludzi.   Miała   dziury   w 

pończochach,   rozdarty   płaszcz,   potargane   włosy   i   na   pewno   wyglądała 
okropnie.   Z   drugiej   strony   trochę   zabolało   ją,   że   Matthew   wstydzi   się 
pokazać z nią nawet w podrzędnym lokalu. Naprawdę zaś miałaby mu za 
złe, jakkolwiek by postąpił.

Wrócił zaledwie po kilku minutach z trzema sporymi pakunkami.
– Tyle mam zjeść? – zawołała zdumiona.
– Nie wiem, jakie masz możliwości, ale pamiętam tę twoją kanapkę. 

background image

Poza   tym   wcale   nie   myślałem   tylko   o   tobie.   Przygoda   ze   złodziejem 
zaostrzyła mi apetyt.

Anne ugryzła się w język, bo nie wypadało sprzeciwiać się temu, że 

wybawca wprasza się na kolację. Tym bardziej że sam kupił jedzenie.

– Mieszkam na osiedlu Sherwood Forest przy Windsor Avenue.
– Ładna dzielnica. Nowy dom, nowy samochód... Nie wiedziałem, że w 

naszej redakcji tak dobrze się zarabia.

Nie było w tym cienia krytyki, lecz Anne poczuła wzbierającą złość.
–   Pewno   pierwsze,   co   zrobisz,   to   obetniesz   nam   pensje   –   wycedziła 

zimno. – Nie muszę się spowiadać, ale ci powiem, że dom wynajmuję, a 
samochód mam nowy tylko dlatego, że przed miesiącem pewna pani tak się 
dokądś   śpieszyła,   że   przejechała   na   czerwonych   światłach   i   zmiażdżyła 
mojego grata.

– Poddaję się. – Matthew podniósł ręce. – I błagam o zawarcie pokoju. 

Ośmieliłem się tylko skomentować, że świetnie sobie radzisz...

– Powiedzmy. No, kładź ręce na kierownicy, bo moje ubezpieczenie nie 

jest takie wysokie, jak tamtej kobiety. Uważaj, zaraz skręcamy.

Matthew wjechał na osiedle i rzekł zawiedziony:
–   Jak   zwyczajnie.   Nazwa   sugeruje,   że   jest   tu   fosa,   zwodzony   most, 

wieże...

– Coś ty! Fosa na nowym osiedlu?
– Jeśli nazwano je Sherwood Forest, to przynajmniej należało posadzić 

drzewa, żeby był las.

– Posadzili.
– Gdzie? – Krytycznie popatrzył na mikroskopijny trawnik z jednym 

jedynym klonem. – Ale drzewo! – Zaczaj wyciągać jedzenie. – To ja jestem 
wyższy.

Wysiadając, Anne jęczała i przy każdym kroku czuła ból we wszystkich 

mięśniach.

– Proszę klucze – zawołała.
– Trzymaj! – Matthew rzucił klucze. – Zapomniałaś o cennej torebce. 

Tak dzielnie jej broniłaś, że szkoda, żeby zginęła z samochodu.

Anne niechętnie zawróciła i wzięła torebkę. Matthew stanął w maleńkim 

przedpokoju i głową prawie zawadził o lampę.

 – Cofam wszystko, co powiedziałem – rzekł cicho.
 – To dom dla lalek, czyli nie wiedzie ci się tak dobrze, jak myślałem.

background image

Anne w duchu przyznała, że dom jakby zmalał. Matthew był szczupły, 

ale tak wysoki, że zajmował więcej miejsca niż inni znajomi.

–   Idź   się   przebrać   i   obejrzeć   stłuczenia,   a   ja   zajmę   się   herbatą   – 

zarządził. – Chyba że wolisz kieliszek alkoholu.

– Mówisz jak moja babcia.
– Znowu marudzisz. Postaram się zmienić, jeśli wolisz, żebym nie mówił 

jak twoja babcia.

Wyszczerzył zęby w łobuzerskim uśmiechu i zniknął w kuchni.
Anne   z   trudem   weszła   na   piętro   i   się   rozebrała.   Suknia   była   mocno 

podarta,   pończochy   do   wyrzucenia,   jeden   pantofel   zdeformowany.   Na 
twarzy miała ślady zadrapań, na biodrze wielkie sińce.

Nie oglądała się dalej. Wolała nie wiedzieć, czy za parę godzin cała 

będzie sina i obolała. Dowie się bez oględzin. Poza tym im szybciej zejdzie 
na dół, tym prędzej Matthew zje kolację i się pożegna, a wtedy będzie mogła 
wykąpać się i iść spać. Włożyła szare dresy i powlokła się na dół.

Pudła z chińskimi przysmakami już stały na szklanym stoliku, okna były 

zasłonięte,   a   Matthew   klęczał   przed   kominkiem   i   rozpalał   ogień.   Anne 
pomyślała, że niespodziewany gość czuje się jak u siebie w domu. Z jękiem 
opadła na fotel.

Matthew przysiadł na piętach i bacznie się jej przyjrzał. Widocznie nie 

dostrzegł nic niepokojącego, bo znowu się odwrócił. Gdy wreszcie udało mu 
się rozpalić ogień, usiadł na dywaniku.

– Chcesz, żebym kogoś zawiadomił?
– Nie.
– Mieszkasz w Lakemoncie sama? Uprzejme pytanie rozdrażniło ją.
– Wcale nie. Mam tu rodziców i dwóch braci, ale nie widzę powodu, 

żeby niepokoić ich w środku nocy.

– Słusznie. Ja raczej zastanawiałem się, czy za chwilę nie przyjdzie ktoś, 

kto źle zrozumie moją obecność.

Rozległ się gwizdek, więc Matthew wyszedł, lecz nie wracał tak długo, 

że   zniecierpliwiona   zajrzała   do   kuchni   i   zobaczyła,   że   Matthew   wpycha 
torebkę herbaty do kubka z wrzątkiem.

– Nie wiesz, że się nie utopi? – spytała, siląc się na żartobliwy ton.
Matthew   ujął   ją   pod   brodę,   odwrócił   twarzą   do   światła   i   obejrzał 

zadrapanie. Anne odsunęła jego dłoń i wyjęła z szafki talerze.

–   Fakt,   że   nie   umiesz   przygotować   herbaty,   świadczy,   że   pijesz   coś 

background image

innego. W lodówce jest piwo.

Matthew bez słowa wyjął butelkę importowanego piwa i przyszedł do 

pokoju.

– Może ty też wolisz piwo?
–   Nie.   –   Zdegustowana   rzuciła   okiem   na   butelkę.   –   Nigdy   nie 

przepadałam za tym napojem.

– Hmm, ktoś ma dobry gust.
Puściła jego uwagę mimo uszu, ostrożnie usiadła na kanapie i otworzyła 

jedno pudełko. Po pokoju rozszedł się zapach pieczonej wołowiny.

Matthew   dorzucił   drew,   a   potem   obejrzał   wiszące   nad   kominkiem 

zdjęcie.   Było   na   nim   czterech   chłopców   i   czarnowłosa,   pucołowata 
dziewczynka w niebieskiej sukience i z książką na kolanach.

– Wspomniałaś o dwóch braciach.
– Mówiłam o tych, którzy mieszkają tutaj. Dwóch wyprowadziło się z 

Lakemontu. Chcesz poznać ich po imieniu? Pierwszy z lewej to Patrick, 
obok Brendan, Colin i Rowan...

Matthew spojrzał na nią rozbawiony.
– Niezły dobór imion. Jak to się stało, że ty jesteś zwykłą Anne?
–   Nie   wiem,   ale   całe   szczęście,   że   zabrakło   rodzicom   fantazji. 

Codziennie   dziękuję   aniołowi   stróżowi,   że   nie   pozwolił   nazwać   mnie 
Bridget.

– Niezbyt do ciebie pasuje...
Anne   zajrzała   do   drugiego   pudełka,   w   którym   był   kurczak   pachnący 

czosnkiem.

–   Chyba   wyczuwam   aluzję,   że   powinnam   przeprosić   za   to,   co 

napisałam...

–   Ja   i   aluzje?   –   obruszył   się   Matthew.   –   Nie   zniżam   się   do   czegoś 

takiego. – Postawił butelkę na stole. – Ale jeśli uważasz, że powinnaś...

– Uprzedzam, że nie mam najmniejszego zamiaru – dokończyła, jakby 

nie słyszała, że jej przerwał.

– O, widzę, że już lepiej się czujesz i nie wpadniesz w histerię.
– Jesteś rozczarowany?
–   Trochę.   Myślałem,   że   będę   miał   okazję   zobaczyć   z   bliska,   jak   to 

wygląda.

– Anne trochę się odprężyła. Jadła kurczaka machinalnie, wpatrzona w 

płomienie.   Trzaskanie   ognia   zawsze   wpływało   na   nią   kojąco,   prawie 

background image

hipnotycznie.

–   Miło   tu,   chociaż   ciasno   –   odezwał   się   Matthew.   –   Mieszkania   są 

drogie?

– Owszem. Z jednej strony rozbudowuje się uniwersytet, a z drugiej 

szpital, więc na domy zostaje niewiele miejsca. Ale czemu się martwisz? 
Zamieszkasz z ojcem, prawda?

–   Na   razie,   póki   nie   wydobrzeje   po   operacji.   Potem   podziękuję   za 

gościnę i poszukam jakiegoś lokum.

Anne   rozumiała   go.   Sama   też   nie   mogła   doczekać   się   własnego 

mieszkania, chociaż bardzo kochała rodziców i w domu stosunki układały 
się idealnie.

– Dopiero dziś usłyszałam, że twojemu ojcu grozi operacja.
– Naprawdę? Mówiłem mu, że nie utrzyma tego w tajemnicy, ale jednak 

on miał rację. A wy powinniście się wstydzić. Co z was za dziennikarze, 
jeśli nie wiecie o chorobie własnego wydawcy?

Anne nie dała się sprowokować.
– Mam nadzieję, że to nic poważnego.
–   Niestety,   sprawa   wygląda   dość   poważnie,   bo   chodzi   o   naczynia 

wieńcowe.

– Ale pobyt w szpitalu potrwa tylko kilka dni, prawda?
– Tak. Dzięki najnowszym osiągnięciom operacja jest mniej ryzykowna. 

Mimo to nie jest to bagatela. Lekarz chciał operować już miesiąc temu, bo 
każdej chwili grozi atak, ale ojciec uparł się, że zaczeka na mnie.

–   Anne   pomyślała,   że   na   wypadek   gdyby   powrót   do   zdrowia   był 

wolniejszy,   niż   lekarze   przewidują.   Zrozumiała,   że   Matthew   wie,   czego 
ojciec   oczekuje   od   niego,   i   godzi   się   na   przejęcie   obowiązków.   A 
przynajmniej wrócił w rodzinne strony.

– Czyli masz to po ojcu. . – Co takiego?
– Upór.
– Ja? Przyznaję, że ojciec posiada tę cechę, ale ja jestem tylko stanowczy 

i wytrwały.

– Jesteś uparty jak osioł. Ale nie rozumiem cię, bo nie pasujesz mi do 

żadnego   wzoru.   Ledwo   dochodzę   do   wniosku,   że   jesteś   zagorzałym 
liberałem, wyskakujesz z czymś, co jest niemal wsteczne.

– Między innymi na tym polega mój urok.
–   Jaki   urok?   Weźmy   felieton   o   ewentualnym   trzęsieniu   ziemi   w 

background image

Kalifornii. Tylko ktoś bez serca może mówić, że rząd nie powinien pomagać 
ofiarom.

–  Nic  takiego  nie  powiedziałem  –  zawołał  oburzony.  –  Stwierdziłem 

tylko,   że   nikt   tym   ludziom   nie   kazał   budować   się   na   linii   uskoku.   Jeśli 
stawiają tam domy i się nie ubezpieczają, czemu podatnik ma ich wspierać? 
Mnie nikt by nie pomógł, gdybym rozwalił samochód, bo chciałem przez 
dżunglę   pędzić   sto   pięćdziesiąt   kilometrów   na   godzinę.   A   to   tak   samo 
nierozsądne...

– Założę się, że krytykujesz nawet Świętego Mikołaja. Mam rację?
–   Owszem,   bo   ze   świętego   dobroczyńcy   zrobiono   naganiacza   do 

sklepów. W różnych niby dobrych akcjach często kryje się jakaś machlojka.

– Anne dyskretnie ziewnęła.
– Czy aby nie jesteś za młody, żeby być sędzią moralności?
– Ktoś musi być.
Powiedział to poważnie, ale łagodnym tonem, więc Anne roześmiała się, 

zamiast zirytować.

–   Ogień   już   przygasa...   Och,   teraz   sobie   uprzytomniłam,   że   nie 

zawiadomiliśmy policji.

Matthew rozniecił ogień i usiadł przed kominkiem po turecku.
–  Na   pewno   ojciec   się   tym  zajął.   Jutro  policjanci  cię   przepytają,  ale 

niewiele to da, jeżeli nie rozpoznasz złodzieja.

– Wiem tylko, że jest prawie dzieckiem. Chyba go nie rozpoznam, bo 

nawet nie zauważyłam koloru włosów. Wszystko działo się tak szybko...

– Ja tylko widziałem niebieskie dżinsy i czarną kurtkę ze skóry, ale tak 

ubiera się połowa wyrostków nie tylko tutaj.

–   Wolałabym,   żeby   mama   nie   przeczytała   w   „Chronicie"   o   mojej 

przygodzie.

– A co z wolnością prasy? Teraz tyle się o tym dyskutuje. My też to 

przerobiliśmy, prawda?

Anne szeroko ziewnęła.
– Czy chodzi o twoje twierdzenie, że wolność jest zagwarantowana tylko 

dla współwłaścicieli gazet?

– Wmawiasz mi swoją opinię. Muszę ci przyznać, że nawet jeśli zupełnie 

nie masz racji, wyrażasz swoje zdanie w bardzo dobrej formie.

Nie wiedziała, jak zareagować, więc powiedziała:
– Moje zeznania niczego nie zmienią i policja opryszka nie znajdzie, bo 

background image

mają za mało ludzi.

– Poza  tym teren  jest  prywatną  własnością,  więc  i tak  nic nie  mogą 

zdziałać.   Ale   nie   martw   się   o   to.   Postaramy   się   zapewnić   większe 
bezpieczeństwo, niezależnie od ewentualnych kosztów.

Anne pomyślała, że Matthew już wyraża się jak prawdziwy dziedzic. 

Jeszcze chwilę rozmawiali, ale czuła się coraz bardziej zmęczona.

– Dziękuję ci, że mnie odwiozłeś, lecz jest już późno i marzę o kąpieli.
– Chcesz, żebym cię pilnował?
– Coo? – Przyjazne uczucia prysły jak bańka mydlana. – Poradzę sobie 

sama.

– Nie miałem nic złego na myśli. Po prostu wolałbym być pewien, że nie 

zaśniesz w wannie i...

– Nie utopię się.
– To dobrze, bo byłoby mi przykro. Czy panna McKenna wie, że jest 

krótkowzroczna? Wielka szkoda, bo moglibyśmy miło spędzić czas.

– Wątpię.
Zamknęła   za   nim   drzwi   i   zasunęła   zasuwę.   Nawet   nie   zapytała,   jak 

wybawca dostanie się do domu.

Rudy Balfour stał na środku ścieżki, z której zgrabiała liście.
– Jaki napad? Kochanie, o czym ty mówisz?
Anne   nie   mogła   sobie   darować,   że   przyznała   się,   jaka   przykrość   ją 

spotkała. W żadnym razie nie była to sprawa byłego narzeczonego. Lecz 
Rudy zauważył zadrapanie na policzku i złośliwie spytał, czy to pieczątka 
nowego   adoratora.   Po   takim   dictum   Anne   musiała   się   przyznać.   Nie 
widziała Rudy'ego przez dwa tygodnie i była zła, że zjawił się akurat w 
takim momencie.

– Nie rozumiesz prostych słów? Facet mnie popchnął, przewrócił i...
– Przewrócił cię? – Rudy obejrzał ją od stóp do głów. – Dobrze, że nic ci 

się nie stało.

Dobre było to, że Rudy nie widział sińców na całym ciele. Biodro było 

zupełnie czarne! Bezczynne siedzenie w domu byłoby torturą, więc zabrała 
się do grabienia liści, mimo że bolały ją wszystkie mięśnie.

– Przesuń się w prawo.
– O, przepraszam. – Rudy odskoczył w bok. – Wiesz, że nie należy nosić 

przy sobie pieniędzy.

– Miałam raptem dziesięć dolarów.

background image

– To dobrze. Oczywiście szkoda karty kredytowej i...
Anne nie raczyła powiedzieć mu, że nie straciła torebki. Rano przyznała 

rację Matthew, że żadne pieniądze nie są warte bólu całego ciała. Rozsądna 
osoba nie broniłaby torebki, w dodatku prawie pustej.

Rudy zauważył, że się skrzywiła, ale źle zinterpretował przyczynę.
– Chyba nie powiesz, że zapomniałaś zablokować konto? Anne, jesteś 

niemądra...

–   Przestań   na   mnie   krzyczeć.   Rano   już   tyle   nasłuchałam   się   od 

policjantów, że bokiem mi wyszło.

Rudy nagle rzucił z podziwem:
– Och, popatrz!
Spodziewała się, że ujrzy jakąś piękną kobietę, a tymczasem zobaczyła 

powoli jadący samochód. Ale jaki! Był to olbrzymi, bardzo stary kremowy 
kabriolet   ze   spuszczonym   dachem.   Z   samochodu   wysiadł   mężczyzna   w 
ciemnych okularach.

– Matthew Garrett – jęknęła, nie przestając grabić.
–   Garrett?   –   powtórzył   Rudy.   –   Wygląda,   jakby   grał   Wielkiego 

Gatsby'ego.

Anne uśmiechnęła się. Matthew na pewno usłyszał głośną uwagę, ale 

zachował kamienną twarz. Podszedł i bez powitania rzekł:

– Ojciec kilkakrotnie próbował dodzwonić się do ciebie, żeby zapytać, 

jak   się   czujesz.   Niepokoi   się,   bo   odpowiadała   tylko   sekretarka.   Ja   też 
zacząłem się martwić. Nie powinienem był zostawić cię w takim stanie...

– Myślałeś, że utonęłam w wannie?
Matthew   zerknął   na   Rudy'ego,   który   wpatrywał   się   w   kabriolet   i 

widocznie nie słyszał wymiany zdań.

–   Widzę,   że   wyszłaś   z   tego   obronną   ręką.   Dobrze   dziś   wyglądasz, 

oczywiście jak po takim przeżyciu.

– Łatwo ci mówić, bo nie widziałeś siniaków.
– Czy to zaproszenie, żebym obejrzał?
– Nie.
– Szkoda. – Wziął grabie i sprawnie zgarnął liście. – To Pierce Arrow – 

rzucił przez ramię do Rudy'ego, który nie odrywał oczu od samochodu. – Z 
ostatniego roku, gdy wyprodukowano tylko kilka.

– Wiem – szepnął Rudy z nabożnym szacunkiem. – Wyprzedzili czasy o 

pięćdziesiąt lat.

background image

– Co najmniej.
–   Anne,   zła,   że   spotkało   się   dwóch   zapalonych   samochodziarzy, 

niechętnie dokonała prezentacji.

– Rudy wykłada  współczesną literaturę. Uniwersytet niedawno wydał 

jego pierwszą powieść...

– Gratuluję – rzekł Matthew obojętnie. – Jeśli ma pan ochotę dokładnie 

obejrzeć wóz, bardzo proszę.

Wzmianka o powieści usunęła Pierce Arrow na dalszy plan.
– Książka ma doskonałe recenzje. – Rudy rozpromienił się. – Właśnie 

przyniosłem Anne jeden z pierwszych egzemplarzy.

– Ładnie z pana strony.
– Panu też chętnie przyślę.
Matthew wziął książkę w jaskrawej okładce, zerknął na tytuł, przerzucił 

kilka kartek i powiedział z rozbrajającą szczerością:

– Nie, dziękuję. Gdyby mi pan przysłał, musiałbym napisać recenzję, a 

wtedy nasza świeża znajomość mogłaby ucierpieć.

Rudy wyprostował się i przycisnął książkę do piersi.
– Nawet lepiej, bo pan i tak by jej nie zrozumiał.
Pan jeszcze nigdy nie wysilił się na bardziej złożoną myśl, bo taka nie 

pasuje do krótkiego felietonu.

Anne z zapartym tchem czekała na reakcję Matthew. Nie wątpiła, że 

były   narzeczony   zostanie   zmiażdżony   w   kilku   słowach.   A   to 
niesprawiedliwe, ponieważ Matthew pierwszy obraził Rudy'ego, który był 
dumny z książki, jak z pierworodnego dziecka.

Matthew popatrzył na Rudy'ego jakby ten był niegrzecznym chłopcem i 

zwrócił się do Anne:

– Ojciec zaprasza cię na kolację, bo chce zobaczyć, czy nic ci się nie 

stało.

Wskazał plastikową torbę pod drzewem. Anne przy trzymała ją, a on 

zaczął wrzucać liście.

– Będzie mi miło – bąknęła zdziwiona, że pan Garrett niepokoi się o jej 

zdrowie.

– O siódmej u nas w domu. Ojciec oddelegował mnie jako taksówkarza. 

–   Wrzucił   ostatnie   liście.   –   Źle   oceniłem   to   drzewko,   bo   jest   małe,   ale 
poważnie traktuje obowiązek produkowania liści. Do zobaczenia.

Zostawił torbę przy krawężniku i odjechał. Gdy samochód zniknął, Rudy 

background image

rzekł z pretensją:

– Przyszedłem zaprosić cię na wieczór poetycki.
Anne   wolała   nie   przyznawać   się,   że   nie   skorzystałaby,   nawet   gdyby 

miała czas.

– Trudno, żebym odmówiła szefowi z powodu propozycji, o której nic 

nie wiedziałam.

– Nie zdążyłem powiedzieć, bo Garrett tu wparował i zachowywał się, 

jakby był właścicielem.

Ty   przedtem   też   tak   postępowałeś,   pomyślała   Anne.   Przed   dwoma 

miesiącami   oddała   mu   pierścionek   zaręczynowy   i   odwołała   ślub 
zaplanowany na lato. Rudy mylił się, jeżeli sądził, że odzyska dawne prawa.

–   Zresztą   nawet   lepiej,   że   nie   mogę   z   tobą   iść,   bo   mama   pewnie 

przyjdzie, a nie chcę, żeby zobaczyła, jak wyglądam.

Rudy jakby nie słyszał.
–   Czemu   on   wrócił   do   Lakemontu?   Waszyngton   jest   najlepszym 

miejscem dla takich złośliwych facetów.

– Może doszedł do wniosku, że lepiej zobaczyć ośrodek władzy z innej 

perspektywy. Poza tym dobre felietony można pisać wszędzie.

Zdziwiła   się,   że   stanęła   w   obronie   człowieka,   którego   sama   ostro 

krytykowała.

– Złe też – mruknął Rudy. – No, mam nadzieję, że tobie książka się 

spodoba. Do widzenia.

Po jego odejściu Anne schowała grabie i wróciła do domu. Włączyła 

poduszkę   elektryczną,   przyniosła   gorącą   czekoladę   i   książkę   –   ale   nie 
powieść Rudy'ego – jako nagrodę za wykonaną pracę. Nagroda nie bardzo 
jej przysługiwała, bo liście zgrabił i wyrzucił ktoś inny.

Ale musiałam znosić towarzystwo Rudy'ego i Matthew, a to też trudne 

zadanie, pocieszyła się.

Zrobienie   makijażu   zajęło   jej   więcej   czasu   niż   zwykle,   lecz   ukryła 

zadrapania. Zdążyła wpiąć kolczyki, gdy rozległ się dzwonek. Trzymając 
pantofle w ręce, zeszła na dół i otworzyła drzwi.

Matthew obrzucił ją spojrzeniem, które odczytała jako krytykę swego 

wyglądu. Pół dnia zastanawiała się, jak się ubrać na kolację u wydawcy. 
Widocznie mylnie oceniła sytuację, bo w oczach przybyłego czarna suknia z 
długimi rękawami okazała się niegustowna, a srebrny naszyjnik tandetny.

Matthew wskazał pantofle.

background image

– Czy to tutejszy styl? Nosi się zamiast torebki?
Anne nie odpowiedziała, lecz oparła się o niego i wsunęła buty. Matthew 

podtrzymał ją i przyciągnął, gdy chciała się odsunąć. Spojrzała na niego i 
zaraz umknęła wzrokiem.

– Chyba nie będziesz dziś milczeć jak zaklęta? rzekł z lekką ironią.
–   Wiem,   że   wczoraj   powiedziałam   dużo   rzeczy,   które   lepiej   byłoby 

zatrzymać dla siebie.

– Mówisz o tych przed napadem czy po?
Anne spąsowiała.
– O, nie wiedziałem, że kobiety jeszcze się rumienią. – Pogładził ją po 

dłoni.   –   Jesteś   czarującym   splotem   sprzeczności,   który   chętnie   bym 
rozplatał...

– Chodź, bo się spóźnimy.
Matthew   zaśmiał   się   i   podał   jej   płaszcz.   Postanowiła,   że   tym   razem 

będzie   panować   nad   sobą,   ale   na   widok   czerwonego   wozu   sportowego 
zawołała:

–   Rozczarowałeś   mnie.   Chciałam   marzyć,   że   jestem   Kopciuszkiem, 

który jedzie karocą... przepraszam, kabrioletem. ..

– Zmarzłabyś, bo jeszcze nie naprawiono dachu. Ale obiecuję, że kiedyś 

zabiorę cię na przejażdżkę. Weźmiemy koszyk z jedzeniem, koc i poleżymy 
sobie pod drzewem...

– Ja tylko żartowałam.
– Przedyskutujemy bolączki naszego społeczeństwa... – Zerknął na nią 

przelotnie. – Czy Rudy pomyśli, że zakradam się do jego ogródka?

Anne nie odpowiedziała.
– Wczoraj piłem jego piwo, prawda?
– Nie. Moje.
– Ale kupiłaś dla niego? Wiem, że jesteście zaręczeni i macie się pobrać.
– Już nie – odparła, nim pomyślała, że lepiej trzymać język za zębami. – 

Skąd wiesz?

– Po południu byłem w redakcji, przeglądałem stare teczki i zauważyłem 

ogłoszenie o waszych zaręczynach.

– Dałaś fatalne zdjęcie. – Zasępił się. – O co wam poszło? Rudy rzucił 

cię i uciekł sprzed ołtarza?

– Nikt nikogo nie rzucił, a do ołtarza było bardzo daleko. Jedne związki 

rozlatują się z hukiem, inne po cichu. Nasz powoli się rozpadał, bo mnie nie 

background image

odpowiadały humory Rudy'ego, a jemu godziny mojej pracy.

– To on jest gorszym cholerykiem niż ty? Nic dziwnego, że się wściekł, 

gdy oddałem mu książkę.

– Mogłeś postąpić delikatniej. To prawda, że recenzje są bardzo dobre...
Matthew prychnął pogardliwie.
–   Tym   bardziej   nie   należy   tego   czytać.   Książki,   które   mają   dobre 

recenzje, przyprawiają mnie o mdłości.

– Nic dziwnego. Przecież dla zasady kłócisz się z każdą ogólnie przyjętą 

opinią.

– Nieprawda. Tylko wtedy, gdy ogół nie ma racji. A w sprawie książek 

zwykle się myli. Znasz definicję powieści literackiej?

– Oficjalną czy twoją?
– To książka, którą jakieś sto osób kupi i położy na widocznym miejscu, 

żeby   imponować   znajomym.   Pięć   osób   spróbuje   przeczytać,   jedna   coś 
niecoś zrozumie, ale nikomu powieść się nie spodoba. Jednak każdy z tych 
stu stwierdzi, że rzecz jest doskonała i głęboka, bo nie chce wyjść na głupca 
w oczach znajomych, którzy też kupili to dzieło i położyli na stoliku, żeby...

–   Brawo!   –   Anne   klasnęła   w   ręce.   –   To   cytat   z   felietonu,   który 

przeoczyłam, czy wymyśliłeś na poczekaniu?

Matthew zerknął na nią rozbawiony.
– Wiedziałem, że długo nie wytrzymasz bez ataku.
Z Sherwood Forest na zachodnich obrzeżach miasta do Pemberton Place 

nad   jeziorem   było   dość   daleko.   W   Pemberton   Place   dawniej   mieszkali 
najważniejsi ludzie, potomkowie pierwszych osadników, którzy przybyli tu, 
gdy miasto powstawało. Niektórzy, tak uparci jak Garrettowie, zostali w tej 
dzielnicy, mimo że większość zamożnych mieszkańców wyprowadziła się 
na przedmieścia.

Dom   pana   Garretta,   z   kamienia,   cegły   i   drewna,   był   jednym   z 

mniejszych,   lecz   i   tak   duży.   Okna   na   parterze   były   oświetlone,   a 
wypolerowane kryształowe gomółki wyglądały jak duże diamenty.

Drzwi   otworzył   siwowłosy   kamerdyner,   który   wziął   płaszcz   Anne   z 

takim uszanowaniem, jakby brał futro z norek.

Anne zrozumiała, dlaczego jej dom wydał się Matthew malutki. Tutaj 

przedpokój,   wysoki   na   pięć   metrów,   był   większy   niż   u   niej   cały   parter. 
Ściany były wyłożone boazerią z orzecha, a posadzkę przykrywał perski 
dywan.

background image

Podszedł pan domu i ujął jej dłonie w swoje.
– Dobry wieczór. Cieszę się, że pani dobrze wygląda po tak okropnym 

przejściu. Zapraszam dalej. – Weszli do biblioteki z dużym kominkiem. – 
Czego pani się napije? Sherry czy czegoś innego?

Nie czekając na odpowiedź, nalał sherry.
Anne usiadła w fotelu koło kominka i wypiła łyk alkoholu, którego nie 

lubiła.   Popatrzyła   na   panów   i   ze   zdumieniem   stwierdziła,   że   są   bardzo 
podobni nawet w gestach i sposobie poruszania się.

– Rozmawiałem z synem o zajściu i oczywiście zadbamy, żeby była 

lepsza ochrona – rzekł pan Garrett. – Od dzisiaj będą strażnicy przez okrągłą 
dobę. Byłoby jednak bezpieczniej, gdyby pani przestała tak późno pracować. 
Anne zakrztusiła się i przez chwilę mocno kasłała. Miało to ten plus, że 
zdążyła zastanowić się nad tym, co usłyszała. Nie wątpiła, że pan Garrett ma 
dobre intencje, lecz nie wziął pod uwagę wszystkich aspektów.

– Czy jest pan niezadowolony z tego, jak wywiązuję się z obowiązków? 

– zapytała spokojnie.

– To nie kwestia kompetencji...
–   I   właśnie   w   tym   rzecz.   –   Odstawiła   kieliszek   i   splotła   dłonie.   – 

Podpisałam umowę, według której praca wymaga, żebym była w redakcji 
wieczorami.   Przeniesienie   mnie   na   inne   stanowisko,   z   innym   zakresem 
obowiązków, tylko dlatego, że jestem kobietą, za słabą, żeby obronić się 
przed złodziejem, to dyskryminacja, której zabrania prawo.

Pan  Garrett  zmienił   się   na  twarzy,   jakby  lada  chwila   groził  mu  atak 

serca.

– Ależ moja droga...
– Tato, uważaj! – wtrącił się Matthew. – Ta pani zaraz powie, że nie 

jesteś wystarczająco postępowy i gotowa stuknąć cię pantoflem.

Anne rzuciła mu wściekłe spojrzenie i zwróciła się do jego ojca:
– Pan chyba nie przemyślał tego do końca.
Rozległ się dzwonek i kobiecy głos.  Pan domu przeprosił i wyszedł. 

Matthew stał przy kominku, z rękoma skrzyżowanymi na piersi.

–   Nie   zachowałaś   się   zbyt   dyplomatycznie.   Masz   talent   do   nazbyt 

szybkiego wykładania kawy na ławę.

Słuszna uwaga wcale nie poprawiła Anne humoru.
– Tak uważasz? – wybuchnęła. – No, to powiem ci. że twoja pierwsza 

dyrektorska decyzja jest fatalna. Nic znajdziesz  odpowiedniego dla mnie 

background image

stanowiska, a zepchnięcie na gorsze, bo jestem kobietą...

– O co ci chodzi?
– Racja jest po mojej stronie i mogę wytoczyć proces – Nie chodzi mi o 

sugerowaną   przez   ciebie   dyskryminację,   lecz   o   rzekomą   dyrektorską 
decyzję.

– Twój ojciec powiedział, że mówił z tobą. Przyznaj się, że bawi cię 

pozycja przyszłego wydawcy.

Matthew pociemniały oczy, a Anne wyżej uniosła głowę i dorzuciła:
– Teraz ci zdradzę że zgadłeś. W „Chronicie" istnieje poczta pantoflowa 

i dlatego nie jest tajemnicą, dlaczego wróciłeś.

Usiadła wygodniej, zadowolona z siebie. Dała Matthew do zrozumienia, 

że nie można działać za kulisami i udawać, że nic się nie dzieje.

background image

Rozdział 3

Weszła Dominique, która tym razem wystąpiła w złocistej wieczorowej 

sukni i rozsiewała intensywny zapach „Midnight Passion". Jak poprzednio, 
nadstawiła policzek do pocałowania, a według Anne była za młoda, żeby 
zachowywać się jak ciotka Matthew. Oboje byli mniej więcej w tym samym 
wieku, tyle że Dominique wyglądała poważniej.

Ostatnimi   z   zaproszonych   gości   było   małżeństwo,   Ted   i   Dorie 

Lehmannowie.

– Pan Ted jest rektorem Uniwersytetu Nicolet, a dzięki pani Dorie na 

kampusie wszystko chodzi jak w zegarku.

– Święta prawda. – Rektor przyjrzał się Anne. – Pani McKenna? Na 

wydziale matematyki jest profesor o tym nazwisku.

–   To   mój   ojciec.   A   ja   miałam   to   szczęście,   że   nie   musiałam   płacić 

czesnego, żeby zdobyć pierwszorzędne wykształcenie.

–   Jim,   szkoda,   że   nie   możemy   wszystkim   zdolnym   ludziom   tego 

zapewnić, prawda?

– Tak. – Pan Garrett uśmiechnął się lekko. – Tylko że wtedy Nicolet nie 

miałby opinii ekskluzywnej uczelni.

–   Po   krótkiej   rozmowie   na   temat   zmian   w   szkolnictwie   wyższym 

gospodarz zaprosił gości do sąsiedniego pokoju.

Olbrzymią   jadalnię   oświetlał   jeden   żyrandol   wiszący   nad   elegancko 

nakrytym okrągłym stołem. Ściany były ozdobione malowidłami, niestety, 
prawie niewidocznymi w półmroku.

Pan   Garrett   wskazał   pani   Lehmann   miejsce   po   prawej   stronie,   a 

Dominique po lewej.

Anne, której przypadło miejsce naprzeciw niego, uświadomiła sobie, że 

nigdy nie słyszała o pani Garrett. Żyje czy umarła? Mogła do woli o tym 
rozmyślać,   ponieważ   Dominique   nikogo   nie   dopuszczała   do   słowa.   Pan 
Garrett spokojnie jadł, pił wodę i od czasu do czasu wtrącał jakąś uwagę. 
Myślami zapewne był gdzie indziej.

Mimo to Anne miała wrażenie, że ją obserwuje, i to krytycznym okiem. 

Pocieszała się, że starszy pan zapewne nawet nie zdaje sobie sprawy, iż 
często na nią patrzy. Osób było tak mało, że wszyscy stale spotykali się 

background image

wzrokiem.

Gdy podano suflet czekoladowy, pani Lehmann zwróciła się do Anne:
– Wreszcie przypomniałam sobie, skąd znam pani nazwisko. Pani uczy 

na wydziale dziennikarstwa, prawda?

– Tak, mam tam zajęcia we wtorki i czwartki rano. Brakuje kadry, więc 

to okazja...

Nie dokończyła, ponieważ wtrąciła się Dominique.
–   Radziłabym   zatrudnić   Matta.   Jestem   pewna,   że   byłby   świetnym 

nauczycielem.

–   Dziękuję   ci   za   tę   pewność   –   rzekł   Matthew.   –   Niestety,   teraz   nie 

mógłbym   wygospodarować   czasu   na   regularne   lekcje.   Ale   –   spojrzał   na 
Anne – jeśli będziesz miała kłopoty i potrzebowała rady, służę pomocą.

– Uważaj, bo może będziesz musiał dotrzymać obietnicy – żartobliwie 

ostrzegł   go   pan   Lehmann.   –   Wiesz,   Jim,   chętnie   widziałbym   ciebie   na 
seminarium   o   zarządzaniu   mediami.   Tylko   nie   mów,   że   takie   zajęcia   to 
żadna przyjemność.

–   Przyjemność   byłaby   duża,   ale   lekarz   każe   mi   coraz   bardziej   się 

oszczędzać.

Anne znowu odniosła wrażenie, że pan Garrett spojrzał na nią znacząco i 

ogarnęły ją wyrzuty sumienia. Czy jej wzmianka o sądzie zabrzmiała jak 
groźba? Może powinna przeprosić za ostre słowa?

Nie było jednak okazji. Po powrocie do biblioteki starsi panowie usiedli 

w   wykuszu   i   pogrążyli   się   w   poważnej   rozmowie.   Dominique   wzięła 
Matthew pod rękę i stanęli przy kominku. Anne poczuła się jak piąte koło u 
wozu, ale wtedy zwróciła się do niej pani Lehmann:

– Podczas kolacji nie dokończyła pani, bo przerwano, a ciekawa jestem, 

co pani chciała powiedzieć.

– Łudzę się, że dzieląc się moją wiedzą, daję coś uczelni w zamian za 

wykształcenie. Nie posiadam żadnych oszczędności, ale uczenie...

Pani Lehmann uśmiechnęła się serdecznie.
– Rozumiem panią.
Po długiej, interesującej pogawędce, starsza pani obejrzała się.
–   Panowie   też   się   rozgadali.   Muszę   odciągnąć   męża,   bo   zamęczy 

gospodarza. Jim we wtorek ma operację, więc potrzebny mu spokój.

Nawet Dominique zrozumiała aluzję.
–   Matt,   kochanie   –   rzekła   przymilnym   tonem   –   podrzucisz   mnie   do 

background image

domu? Przyszłam pieszo, bo mam niedaleko, ale o tej porze boję się sama 
chodzić.

–   Jasne,   że   nie   możesz   iść   bez   opieki.   Oczywiście   odwiozę   panie. 

Najpierw ciebie. Odpowiada ci takie rozwiązanie?

Anne   widziała,   że   Dominique   jest   niezadowolona   i   z   rozbawieniem 

czekała na jej reakcję. Matthew jednak nie czekał, przeprosił i wyszedł.

Kamerdyner   odprowadził   gości   do   samochodu   i   otworzył   drzwi. 

Dominique  teatralnym  gestem  dała  Anne  pierwszeństwo.  Anne   z  trudem 
wcisnęła się na niewygodne siedzenie z tyłu i skrzywiła, gdy uderzyła się w 
obolałe biodro.

Dwie przecznice dalej stanęli przed imitacją francuskiego zamku. Anne 

pomyślała, że styl budowli idealnie pasuje do stylu właścicielki.

Dominique zaczekała, aż Matthew otworzy drzwi z jej strony, a potem 

szła powoli, sztywno, jakby zbliżała się do prawdziwego pałacu.

Po   ich   odejściu   Anne   zaczęła   się   kręcić,   żeby   zająć   wygodniejszą 

pozycję.   Widziała,   że   Dominique   zatrzymuje   Matthew   i   oceniła,   że 
przyjdzie   dość   długo   czekać.   Zastanawiała   się,   o   czym   jeszcze   można 
rozmawiać   po   wspólnie   spędzonym   wieczorze.   Czy   Dominique   zaprasza 
Matthew, żeby wstąpił w drodze powrotnej?

– Co ci do tego? – spytała na głos.
Kątem   oka   dostrzegła,   że   dwie   postaci   zlewają   się   w   jedną,   więc 

odwróciła głowę. Przypomniała sobie, jak przed laty ukradkiem poszła do 
kina, żeby śledzić najstarszego brata i jego dziewczynę. Po pewnym czasie 
usłyszała:

– Przesiądziesz się, czy też dobrze ci tam i wolisz zachować wyniosły 

dystans do szofera?

– Trudno mi się ruszyć.
Matthew bez uprzedzenia wyciągnął ją i pomógł usiąść z przodu.
Anne odetchnęła z ulgą.
–   Teraz   rozumiem,   jak   modelki   Picassa   czuły   się   po   całym   dniu 

pozowania.

– Przepraszam. Zapomniałem, że gimnastyka w twoim stanie nie jest 

wskazana.

Anne rzuciła okiem na dom Dominique.
– Powinieneś się wstydzić złośliwych uwag o moim domu i o tym, co 

można kupić z pensji.

background image

Matthew uśmiechnął się, lecz nic nie powiedział, a Anne pomyślała, że 

widocznie źródło dochodów Dominique nie jest dla niego tajemnicą. Może 
znają się od dziecka?

Jednostajne kołysanie samochodu zmorzyło ją, więc drgnęła nerwowo, 

gdy Matthew nagle się odezwał.

–   Wyjaśnijmy   jedną   kwestię.   Otóż   zaproponowanie   ci   innych 

obowiązków to nie mój pomysł.

Anne otworzyła oczy.
– Aha. Faktycznie nie widzę powodu, dla którego miałbyś przejmować 

się, czy znowu dostanę po głowie.

– Gdyby ojciec zapytał mnie o opinię w tej sprawie, powiedziałbym, że 

nie warto wysilać się, żeby ci pomóc.

– Dziękuję uprzejmie i doceniam twoją szczerość.
– Nawzajem. Dlatego chciałbym usłyszeć, czemu według ciebie nie będę 

przyzwoitym wydawcą.

– Tak się nie wyraziłam.
–   Ale   o   to   chodziło.   No   mów.   Obiecuję,   że   nie   wykorzystam   tego 

przeciw tobie.

– Bardzo pan łaskaw.
– Wolisz, żebym domyślał się, co o mnie sądzisz?
– No, skoro tak... Uważam, że na stanowisku, jakie zajmuje twój ojciec, 

potrzebne są zdolności, których nie można przekazać.

– Co to ma znaczyć?
–   Że   nie   podlegają   automatycznemu   dziedziczeniu.   Dobry   wydawca 

musi   zdobyć   wszechstronne   doświadczenie,   mieć   jasną   wizję.   Tego   nie 
można   wyczarować,   mówiąc:   „Pasuję   cię   na   wydawcę".   Tu   trzeba 
dojrzałości, której nabiera się z wiekiem.

–   Gdzie   się   tego   wyuczyłaś?   –   spytał   Matthew   opryskliwie.   –   Dałaś 

niezły popis, gdy zagroziłaś sądem...

– Ja zęby zjadłam w tej pracy, a ty nawet pojęcia nie masz o połowie 

problemów. Można wiedzieć, kiedy i ile czasu spędzałeś w redakcji?

– Bywałem parę razy w tygodniu, gdy zanosiłem felieton.
Anne spojrzała na niego podejrzliwie. Czy on wie, że rzuca na siebie 

oskarżenie?

– I według ciebie tyle wystarczy, żeby być fachowcem z prawdziwego 

zdarzenia? To dobre dla felietonisty.

background image

Łatwo proponować rozwiązania, gdy nie ponosi się odpowiedzialności 

za wprowadzenie ich w życie i za wyniki.

Gdyby poważnie traktowano te twoje niesłychane propozycje, połowa 

kraju pogrążyłaby się w chaosie.

– Może masz rację – niespodziewanie zgodził się. – A zamiast tego w 

całym kraju panuje chaos i...

– Wolę nie myśleć, co u nas będzie się działo, gdy obejmiesz rządy. Z 

twoimi pomysłami...

– Znasz mnie tylko jako felietonistę.
–   Przecież   nim   jesteś!   Nie   wykręcaj   się!   –   Patrzyła   na   niego   z 

niedowierzaniem. – A stanowisko wydawcy to całkiem inna para kaloszy. 
Sam   pomysł,   że   kluczową   pozycję   zajmie   ktoś   bez   przygotowania, 
praktyki... Będziesz musiał dużo się uczyć...

– Powinienem być zaszczycony, że uważasz, iż można mnie wyszkolić – 

przerwał Matthew bez gniewu.

Anne zastanowiła się przez chwilę.
–   Tak,   masz   szansę   się   nauczyć.   Pod   warunkiem,   że   uznasz,   iż 

powinieneś. Ale twojemu ojcu chyba nie chodzi o powolne kształcenie się 
następcy, a dla ciebie okres praktykowania byłby utrapieniem...

Matthew znowu wpadł jej w słowo.
– Skąd tyle wiesz o tym, co i jak mój ojciec myśli?
Wzywał cię, żebyś mu doradzała, czy po prostu czytasz w myślach? A 

może... podsłuchujesz?

Anne ugryzła się w język, żeby nie zareagować zbyt ostro.
– Obrażasz mnie – syknęła.
– Ale nie zaprzeczyłaś, więc  mam rację. No, kochanie, z kim ojciec 

rozmawiał?

– Z adwokatem. Wczoraj na przyjęciu.
– A, to dlatego plan nie jest już tajemnicą.
Ledwo zajechali przed dom, Anne otworzyła drzwi i sucho powiedziała:
– Dziękuję za odwiezienie.
Matthew też wysiadł.
– Zawsze dla bezpieczeństwa odprowadzam damę do drzwi.
– Moje są o pięć kroków stąd.
– Nie szkodzi.
Na ganku wyciągnął rękę po klucze, ale Anne udała, że tego nie widzi.

background image

– Nie zdążyłam podziękować twojemu ojcu...
Matthew   nie   dotknął   jej,   lecz   wyczuła,   że   zamierza   to   zrobić,   więc 

odskoczyła jak oparzona.

– Czemu skaczesz? – spytał zaintrygowany.
– Przestań udawać – mruknęła speszona. – Ale playboy z ciebie; jedna 

jazda, dwa pocałunki...

– Przeszkadza ci, że pocałowałem Dominique?
–   Ani   trochę.   Nie   moja   sprawa,   kogo   całujesz,   ale   jestem   trochę 

zdegustowana.

– Czemu?
–   Czy   ty   jesteś   zupełnie   pozbawiony   wrażliwości?   Bycie   świadkiem 

podobnych scen nie należy do przyjemności.

– Przecież nie patrzyłaś. Dlaczego?
– Bo nie lubię podglądać takich rzeczy.
– Szkoda. Gdybyś na nas patrzyła, wiedziałabyś, że nie było żadnych 

„takich rzeczy". Tylko to.

Nie zdążyła zrobić uniku, poczuła chłodne usta na swoich. Pocałunek był 

krótki i tak lekki, że nie miała za co się obrazić.

–   Czarujące   –   wycedziła   przez   zaciśnięte   zęby.   Mam   nadzieję,   że 

Dominique też doceniła twój popis.

A teraz, jeśli łaskawy pan pozwoli...
– Nie podobało ci się? Widzisz, Dominique pocałowałem trochę inaczej. 

O, tak.

Jedną ręką objął ją wpół, a drugą ujął pod brodę i tym samym zupełnie 

obezwładnił. Anne przeszyło kilka fal strachu – czy to na pewno strach? – 
gdy całował ją powoli, ale coraz namiętniej. Na koniec lekko ugryzł ją w 
wargę i powiódł językiem po zębach.

Anne jęknęła, więc odsunął ją od siebie, lecz nadal mocno trzymał. Całe 

szczęście, bo osłabła i uginały się pod nią kolana.

– Taki pocałunek podglądaczka powinna docenić.
Czułaś różnicę, prawda? Dobranoc i do zobaczenia.
Anne weszła do domu i gniewnie zatrzasnęła drzwi.
– No, teraz przynajmniej wiem, czemu Dominique tak długo wytrzymała 

mimo   chłodnego   wiatru.   W   ramionach   Matthew   nie   czuje   się   zimna   – 
szepnęła.

background image

Podczas   poniedziałkowej   konferencji   Matthew   siedział   obok   ojca,   co 

było  zrozumiałe.  Natomiast   to,  że  przez  cały  czas  milczał,  bardzo  Anne 
zaskoczyło. Podświadomie oczekiwała, że zarozumiały felietonista wystąpi 
z jakimiś wspaniałymi pomysłami. Dlaczego nic nie mówi? Czyżby wziął 
sobie do serca to, co mu zarzucała? Jeżeli jest gotów słuchać i uczyć się...

Milczenie   jednak   nie   oznacza,   że   dany   człowiek   ze   wszystkim   się 

zgadza. Być może Matthew wolał czekać, aż jego pozycja w „Chronicie" 
ugruntuje się. Przecież i tak wszyscy wiedzieli, że ma bardzo zdecydowane 
poglądy   i   nie   waha   się   przed   wypowiadaniem   ich   publicznie,   głośno   i 
otwarcie.

Tym razem Anne i Holly poszły na kolację do modnej restauracji.
– Nie wierzę, żeby on dużo tu zmienił – zaczęła Holly. – „Chronicie" to 

bardzo   dobry   dziennik.   W   ciągu   pięciu   lat   przyznano   nam   sześć   nagród 
Pulitzera.

– Siedem.
–   Jeszcze   lepiej.   Jeśli   Matthew   zależy   na   nagrodach,   nie   będzie 

kwestionował kosztów zbierania materiału. To oczywiste.

– Nie jestem taka pewna Anne nie oparła się pokusie i na deser zamówiła 

sernik z polewą czekoladową.

– Ale z ciebie łakomczuch – skrytykowała ją Holly.
– Nieprawda.
– Rozumiem, czemu tak reagujesz na Matthew. Moim zdaniem jesteś 

zazdrosna.

–  Piątka   za   domyślność   –   rzuciła   Anne   z  ironią.   –  Mylisz   się,   moja 

droga. Nie podoba mi się, że naszą gazetę ma przejąć playboy, którego brak 
doświadczenia równa się arogancji.

– Wiem, że traktujesz „Chronicie" trochę tak, jak kwoka pisklę, ale twoje 

pretensje mają podłoże osobiste.

Anne zastygła z widelczykiem przy ustach.
– Fakt, że nie przepadam za Garrettem juniorem nie znaczy...
–   Chodzi   o   ciebie,   nie   o   niego.   Skoro   stanowisko   obejmuje   ktoś   z 

zewnątrz,   nie   będzie   awansów   wśród   personelu.   Każdy   zostaje   na 
dotychczasowym   miejscu   i   twój   awans   majaczy   gdzieś   w   dalekiej 
przyszłości. To cię bardzo irytuje.

–   Czyli   według   ciebie   mam   pretensję   do   Matthew,   bo   marzy   mi   się 

stanowisko   naczelnego?   Nie   przeczę,   że   kiedyś   chciałabym   zajść   tak 

background image

wysoko, ale jestem realistką. Wszyscy nie mogą być na górze. Poza tym 
jestem zadowolona z tego, co teraz robię.

– Jak długo będziesz zadowolona? Nie wmówisz mi, że praca w nocy to 

rozrywka.

– Lubię ją, bo wtedy dużo się dzieje.
–   Gdy   wyjdziesz   za   mąż   i   będziesz   miała   dzieci,   też   będziesz 

zachwycona powrotami po północy?

– Nie warto martwić się na zapas. Na razie nie przewiduję zmiany stanu 

cywilnego.

– Przestałaś opłakiwać Rudy'ego?
– Owszem.
–   To   dobrze,   bo   mamy   nowego   pracownika.   Dla   mnie   za   niski,   ale 

tobie...

– Daj spokój. Wracając do tematu, nie sądzę, żeby Matthew wiecznie 

trzymał mnie na nocnej zmianie.

Nadal posądzała go o to, że podsunął ojcu pomysł, aby zaproponować jej 

zmianę godzin pracy. To nic, że wyparł się i twierdził, że nie ma z tym nic 
wspólnego. Nie chodzi mu o bezpieczeństwo, ale o to, by usunąć kogoś, kto 
już coś osiągnął.

– Zauważyłam, że masz mniej obowiązków – uparcie ciągnęła Holly. – 

Ostatnio tylko czytasz i czytasz.

– Muszę być na bieżąco, bo to należy do zakresu moich obowiązków.
– Od dwóch lat robisz to samo, więc dojrzałaś do zmiany.
– Racja. Nie zgadzam się z taką polityką, ale wiem.
– kiedy się poddać. Czy jest inne wyjście? Zorganizujemy pucz, żeby 

obalić Garretta juniora?

– Tobie zostawiam decyzję.
Anne pomyślała, że w przyzwoitej redakcji nie ma miejsca na intrygi i 

być może dlatego Matthew spodobała się ciepła posadka. Miał zapewniony 
byt i święty spokój do końca życia.

We wtorek, ledwo studenci wyszli z sali, ujrzała Rudy'ego.
– Co cię tutaj sprowadza? – spytała niezbyt uprzejmie i chłodno.
– Ty. Masz czas, żeby wstąpić na kawę?
Anne spojrzała na zegarek, zawahała się, ale skinęła głową.
– Tylko kwadrans, bo śpieszę się do pracy.

background image

– A ja zaczynam o dwunastej. Zawsze mieliśmy inny rozkład zajęć i...
Anne speszyła się, bo nie miała ochoty wracać do przeszłości.
Kawiarnia była pełna, ale znaleźli jeszcze dwa wolne miejsca.
– Jak udała się kolacja u szefa? – spytał Rudy. Pewno było nudno, jak 

zawsze na takich spotkaniach.

Anne pomyślała, że groźba podania szefa do sądu i pocałunki jego syna 

to niekoniecznie nudny repertuar.

– Za to wieczór poetycki bardzo się udał. – Rudy wrzucił do kawy drugą 

kostkę cukru. – Przeczytałaś książkę?

–   Nie.   Przepraszam,   ale   jeszcze   nie   miałam   czasu.   Obiecuję,   że 

niebawem się do niej zabiorę.

– Odruchowo położyła rękę na jego dłoni. Rudy spojrzał na smukłe palce 

i nakrył je drugą ręką.

– Jeszcze zależy ci na mnie, prawda? Wiem, że miłość tak szybko nie 

wygasa.

– Ja...
– Kochanie, daj mi szansę. Teraz moje choleryczne wybuchy są rzadsze, 

bardziej nad sobą panuję. Gdy cię straciłem, zrozumiałem, jaki trudny mam 
charakter.

– Nie sądzę...
Powinna czuć się uszczęśliwiona. Kiedyś naprawdę kochała Rudy'ego i 

rozstanie   z   nim   nie   było   łatwe.   Tym   bardziej   że   nie   zrobił   nic 
niewybaczalnego.   Po   prostu   coraz   bardziej   bała   się   wybuchów   gniewu, 
nawet gdy je przewidywała. Skoro jednak Rudy zrozumiał swój błąd, miała 
obowiązek   dać   mu   szansę.   Obowiązek?   To   powinna   być   przyjemność, 
radość, a nie obowiązek.

Rudy pocałował ją w rękę i szepnął:
–   Spotkamy   się   w   czwartek   wieczorem   i   uczcimy   zgodę   kolacją   w 

najlepszym lokalu.

– Ale nie zaręczyny... Nie mogę, nie jestem gotowa.
–   Dobrze.   Rozumiem,   że   muszę   udowodnić,   że   się   zmieniłem. 

Przekonasz się, jak bardzo.

Anne   przebiegł   zimny   dreszcz.   Dlaczego?   Przecież   powinna   być 

zadowolona.

background image

Rozdział 4

– Przepraszam, ale muszę już iść.
Rudy spojrzał na duży ścienny zegar.
– Ale ten czas leci! Spóźnię się na zajęcia! Kochanie, do zobaczenia w 

czwartek. – Gdy wyszli, objął ją i pocałował. – Przyjadę po ciebie.

Anne   nie   lubiła   czułości   przy   świadkach,   ale   tym   razem   nic   nie 

powiedziała. Długo patrzyła w ślad za Rudym, który przebiegł na drugą 
stronę ulicy i zniknął w budynku swego wydziału.

– Cieszę się – szepnęła. – Cieszę się.
Te   dwa   słowa,   powtarzane   w   myśli,   stanowiły   akompaniament   do 

rytmicznego stukotu obcasów. Dzień był bardzo ładny i gdy rano powoli 
szła na zajęcia, rozkoszowała się krótkim spacerem. Teraz miała mało czasu, 
więc odległość do domu jakby się wydłużyła.

Rano wyśmiałaby każdego, kto by powiedział, że umówi się z byłym 

narzeczonym na kolację, żeby dać mu szansę i porozmawiać o wspólnej 
przyszłości.   Uważałaby,   że   coś   takiego   jest   absolutnie   niemożliwe.   A 
tymczasem   postąpiła   wbrew   sobie   i   w   ciągu   kilku   godzin   zaszła   taka 
zmiana.

Rano twierdziłaby, że bardzo żałuje, iż sprawy przybrały taki, a nie inny 

obrót   i   szkoda,   że   plany   spaliły   na   panewce.   Byłaby   o   tym   święcie 
przekonana.   W   pierwszej   chwili,   gdy   usłyszała,   o   co   Rudy'emu   chodzi, 
wpadła niemal w panikę. Jej wahanie nie wynikało jednak ze strachu przed 
gniewnymi   wybuchami   Rudy'ego.   Wystraszyła   się   tego,   że   ma   podjąć 
dozgonne zobowiązanie i chciała zażądać, aby jej nie poganiał.

Zastanawiała się, dlaczego wciąż nie jest gotowa związać się z kimś na 

całe życie. Miała dwadzieścia siedem lat, więc nie należało długo zwlekać. 
Kiedy wyjdzie za mąż, jeśli nie teraz?

Wmawiała sobie, że zerwała zaręczyny, bo przerażały ją awantury, ale 

może wcale nie o to chodziło. Może winę ponosił nie tyle Rudy, co jej 
obawy?  Jaka   była   prawdziwa  przyczyna  zerwania?  Jeżeli  nie  chodziło  o 
awantury,   to   czego   się   bała?   Samego   małżeństwa?   Rodzenia   dzieci? 
Obowiązków i odpowiedzialności wynikającej z posiadania rodziny?

Podobne obawy byłyby uzasadnione, gdyby jej rodzice się rozeszli i z 

background image

tego powodu w dzieciństwie przeżyłaby tragedię. Lecz wychowała się w 
zżytej i kochającej się rodzinie. Już jako podlotek podświadomie czuła, że 
pragnie tego samego dla siebie. Chciała mieć kilkoro dzieci i nie wątpiła, że 
dobrze je wychowa. Pragnęła wyjść za człowieka, który będzie nie tylko 
kochającym mężem, ale też prawdziwym przyjacielem.

Początkowo uważała, że Rudy spełnia wymagania, a zaczęła wątpić, gdy 

wybuchy   gniewu   i   awantury   stały   się   coraz   częstsze.   Nie   chciała,   by   w 
przyszłości z tego powodu cierpiały niewinne dzieci.

Dlaczego więc teraz tak nieoczekiwanie dla siebie robi mu nadzieję? Czy 

postępuje rozsądnie? Czy powinna zagłuszyć wątpliwości, chociaż nie wie, 
na ile on naprawdę się zmienił?

A   jeśli   strach   przed   wybuchowym   charakterem   przyszłego   męża   był 

jedynie maską, pod którą krył się prawdziwy problem, czyli wymówka, by 
czekać na wymarzonego, idealnego partnera?

Rozsądek podpowiadał, że w życiu nie ma ideałów. Nawet jej rodzice 

nie   dobrali   się   pod   każdym   względem   Pan   McKenna   był   profesorem 
matematyki,   ale   jego   żona   nie   potrafiła   nauczyć   się   racjonalnego 
gospodarowania pieniędzmi. Pani McKenna pisała piękne wiersze, a jej mąż 
z trudem składał nieskomplikowane rymy.

Do   ideału   było   daleko   i   czasami   dochodziło   do   spięć.   Mimo   to   po 

czterdziestu latach małżeństwa państwo McKenna nadal bardzo się kochali, 
a to najważniejsze.

Anne chciała mieć to samo i uważała, że na mniej nie warto się godzić.
To   był   główny   powód,   dla   którego   miała   tyle   wątpliwości   i   nie 

wiedziała, jak postąpić z Rudym.

W redakcji czekało pismo zaadresowane do wszystkich pracowników i 

podpisane przez redaktora naczelnego.

Operacja   pana   Garretta   odbyła   się   dziś,   bez   komplikacji.   Najbliższe 

godziny będą decydujące, ale lekarze są dobrej myśli i rokują pacjentowi 
szybki powrót do zdrowia.

Anne uświadomiła sobie, że przez kilka godzin często była myślami przy 

chorym. Po pamiętnej kolacji nie nadarzyła się okazja, by zamienić z nim 
choć   kilka   słów,   a   dręczyło   ją   to,   że   wtedy   źle   się   zachowała.   Miała 
wrażenie, że pan domu przez cały wieczór jej unikał. Gdy wychodziła, był 
tak   pogrążony   w   rozmowie,   że   nawet   nie   podszedł,   aby   ją   pożegnać. 

background image

Podczas   konferencji   siedział   bardzo   daleko   i   wyszedł   natychmiast   po 
zakończeniu.

Gdyby była zarozumiała, mogłaby dojść do wniosku, że w jej obecności 

wydawca robi się nerwowy i dlatego omija ją z daleka. Jako osoba trzeźwa 
sądziła,   że   starszy   pan   zapomniał   o   jej   wybuchu   i   jest   zajęty   swoimi 
zmartwieniami.   A   po   konferencji   uciekł   nie   tyle   przed   nią,   co   przed 
bliźnimi,   którzy   współczują   z   powodu   operacji   i   opowiadają   o   tym,   że 
znajomi znajomych mieli podobną i potem jeszcze jakiś czas żyli.

Anne niechętnie przyznała rację Matthew, który przewidział, że póki nie 

przeprosi jego ojca, poty będzie dręczyła się, że mówiła, co ślina na język 
przyniesie.   Postąpiła   podwójnie   niestosownie,   bo   nawet   nie   wysłuchała 
gospodarza   do   końca,   lecz   przerwała   w   pół   słowa.   A   jeśli   zamierzał 
powiedzieć o awansie?

Po   dokładnym   rozważeniu   za   i   przeciw,   doszła   do   wniosku,   że   taka 

ewentualność nie wchodzi w rachubę. Po prostu dlatego, ponieważ nie było 
wakatów. Zdawała sobie sprawę, że doszła do poziomu, na którym awanse 
są ograniczone, gdyż rzadko kto rezygnuje z wyższego stanowiska w dobrej 
gazecie,   a   w   „Chronicie"   większość   redaktorów   nie   jest   w   wieku 
emerytalnym.   Pan   Garrett   ewentualnie   mógł   zaproponować   pracę   tego 
samego typu, tyle że w godzinach rannych. To zaś oznaczałoby degradację.

Mimo wszystko należało wysłuchać go do końca, a potem uprzejmie 

podziękować i nie przyjąć propozycji.

Było jej przykro, że zanim się znowu spotkają, pan Garrett będzie myślał 

o niej źle. Los bywa złośliwy! Jeszcze nie tak dawno wątpiła, czy wydawca 
kojarzy jej nazwisko, a teraz martwiła się, że zapamiętał nie tylko nazwisko, 
ale i niestosowne zachowanie.

Jedyne, co mogła zrobić, to posłać choremu kwiaty, więc zadzwoniła do 

kwiaciarni.

– Chciałabym zamówić bukiet i prosić o posłanie kwiatów panu Jimowi 

Garrettowi w szpitalu przy Uniwersytecie Nicolet. Niestety, nie wiem, na 
jakim oddziale leży, ale dziś rano miał operację serca.

Holly przysiadła na biurku i wzięła do ręki prace studentów.
– Lizuska – rzekła półgłosem.
Anne pokazała jej język.
–   Nasz   wydawca   wcale   nie   ma   na   imię   Jim   –   dorzuciła   Holly.   – 

Przypadkowo   wiem,   że   w   uniwersyteckim   szpitalu   strasznie   czepiają   się 

background image

drobiazgów.

Anne   podała   poprawne   imię   pacjenta   i   usłyszała   tak   ciężkie 

westchnienie, jakby kwiaciarka musiała zmienić już ułożony bukiet.

– Oni do imion pacjentów przywiązują większą wagę niż redaktorzy do 

nazw ulic – niewinnie dodała Holly.

Anne   uśmiechnęła   się.   Przed   tygodniem   znalazła   w   reportażu   Holly 

przekręcone nazwy ulic i wygłosiła parę cierpkich uwag o wiarygodności 
gazety, w której zdarzają się takie pomyłki. Dlatego Holly ucieszyła się, że 
przyłapała ją na nieścisłości.

Anne odłożyła słuchawkę i spytała:
– Przyszłaś w konkretnej sprawie, czy żeby przeglądać cudze papiery?
–   Interesują   mnie   prace   studentów,   którzy   niedługo   pewnie   wygryzą 

mnie z pracy. – Holly rozejrzała się, pochyliła i ściszyła głos. – Co powiesz, 
gdy ci zdradzę, że burmistrz bierze łapówki za projekty rozbudowy miasta?

Anne popatrzyła na nią z powagą.
– Powiem, że musisz mieć niezbite dowody.
– Po co? Wszyscy o tym wiedzą, chociaż nikt nie ma dowodów.
–   Wobec   tego   porozmawiaj   z   Matthew.   Jemu   taki   drobiazg   nie 

przeszkadza w pisaniu zjadliwości. Już wytknął burmistrzowi to i owo.

Holly wybuchnęła śmiechem.
– Czytałaś jego dzisiejszy felieton? Ciekawe, jak burmistrzowi podobają 

się epitety. Jeżeli nie wolno pisać o łapówkach w ratuszu, to czy pozwolisz 
mi za tydzień jechać na koncert w Milwaukee?

– Z jakiej to okazji?
–   Powrotu   słynnego   zespołu   sprzed   dwudziestu   lat.   Koniecznie 

powinniśmy o tym napisać.

– A tobie zafundować bilet?
– Ty też mogłabyś się wybrać. Taki koncert jest ważnym wydarzeniem w 

historii stanu. Znowu odmawiasz? No więc może zainteresuje cię jesienny 
festiwal? W czwartek pójdziemy obie i miło spędzimy wieczór.

– Niestety, będę zajęta. Jeśli wyskoczysz z jeszcze jednym genialnym 

pomysłem,   każę   ci   napisać   reportaż   o   dzisiejszym   podwieczorku 
dobroczynnym Junior League.

– To nie moja działka.
– Ale możesz pomóc, bo widzę, że nie masz co robić.
Holly poczuła się urażona.

background image

–   Jak   to?   Postępuję   zgodnie   z   tradycją   obowiązującą   w   każdym 

przedsiębiorstwie. I idę za twoim przykładem.

– Co takiego? – Anne gniewnie zmarszczyła brwi. – Za jakim moim 

przykładem?

– Przymilam się szefowej.
Holly zniknęła, nim Anne zdobyła się na ciętą odpowiedź.
Wieczorem postawiła na stoliku filiżankę gorącej czekolady, usiadła na 

kanapie i otworzyła ulubione czasopismo. Miała zamiar przeczytać kilka 
artykułów,   a   w   połowie   pierwszego   zasnęła.   Obudził   ją   dzwonek. 
Podskoczyła  i  spojrzała  na   zegar;  dochodziła  północ.  Kto  o  takiej  porze 
przychodzi   z   wizytą?   Czyżby   Rudy   chciał   teraz   dokończyć   przerwaną 
rozmowę? Oby tylko nie on!

Wyciągnęła jego książkę spod gazet, rzuciła na stolik, cicho podeszła do 

drzwi   i   wyjrzała   przez   wizjer.   Stojący   na   ganku   mężczyzna   był 
przygarbiony,   lecz   i   tak   wyższy   od   Rudy'ego.   Gdy   otworzyła,   przybyły 
odwrócił się i powoli wyprostował.

–   Dobry   wieczór.   Wiedziałem,   że   nie   śpisz,   bo   pali   się   światło.   – 

Matthew zerknął na łańcuch. – Nie wpuścisz mnie?

– Jestem nie ubrana.
Wsunął głowę w szparę i z uznaniem popatrzył na jej różową podomkę.
– Bardzo twarzowa... A tu jest trochę zimno.
Miał gołą głowę, lekki sweter i krótką, rozpiętą kurtkę. Ręce trzymał w 

kieszeni.

– Trzeba było włożyć coś ciepłego. Ci, co się stąd wyprowadzili, prędko 

zapominają, jaką mamy zimę. Gdybyś siedział w domu, byłoby ci ciepło.

Matthew zrobił minę, jakby zastanawiał się nad jej uwagami.
– No dobrze. Wpuszczę cię, ale weź nogę. Muszę przymknąć drzwi i 

zdjąć łańcuch.

Matthew uśmiechnął się i na ganku jakby pojaśniało. Anne otworzyła 

drzwi, chociaż uważała, że powinna zamknąć je na wszystkie spusty i nie 
wpuszczać pojawiających się bez zapowiedzi gości.

– O, widzę dobre rzeczy – rzekł, gdy weszli do pokoju. – Przez cały 

dzień byłem w szpitalu...

– Niedawno twierdziłeś, że nie zniżasz się do aluzji – wypomniała mu 

Anne, ale ruszyła do kuchni.

Poszedł za nią i prawie wpadła na niego, gdy się odwróciła. Starała się 

background image

opanować irytację, lecz głos miała ostrzejszy niż zwykle.

– Czy jest jakiś poważny powód wizyty o tej dość niezwykłej porze?
– Chciałem podziękować za kwiaty. Wzruszające, że pomyślałaś...
Speszyła   się,   ponieważ   wyłowiła   dziwną   nutę   w   tonie,   jakim   to 

powiedział. Co ona oznacza? Zawoalowaną ironię? Czy Matthew podobnie 
jak Holly uważa, że Anne przymila się zwierzchnikowi?

– Naprawdę drobiazg.
– Sprawiły mi dużą przyjemność.
– Tobie?
– A komu? – Bez pośpiechu zlizał śmietanę z górnej – wargi. – Bilecik 

był zaadresowany do Matthew Jamesa Garretta, czyli właśnie do mnie.

– A jakie imiona ma twój ojciec?
– James Emerson.
– Żarty sobie stroisz! – Anne przełknęła ślinę. – Przecież masz numer II.
– Dano mi imiona po dziadku, który był pierwszym Matthew Jamesem w 

rodzinie. Nie jestem juniorem, jak lubisz mnie nazywać. Imiona niezbyt mi 
się podobają, ale nie pytano mnie o zdanie. Starczy ci takie wyjaśnienie?

Anne pomyślała, że Holly idealnie się zemściła.
– Dziennikarzom nie należy w niczym wierzyć – burknęła. – Szczególnie 

gdy chodzi o imiona.

– Racja.
– Wypij czekoladę i znikaj.
– Jak pani każe. Ale czy mogę wypić na siedząco? Cały dzień jestem na 

nogach, bo w szpitalu, a przynajmniej na tym oddziale, nie ma krzeseł.

– Pewnie nie chcą, żeby odwiedzający za długo tam przebywali.
Weszli do pokoju.
– Może – rzekł Matthew bez przekonania. – Nie przejmuj się pomyłką, 

bo to najładniejszy bukiet, jaki w życiu dostałem. – Usiadł na kanapie i 
wskazał miejsce obok siebie. – Prawdę powiedziawszy, jedyny bukiet.

– Dobrze wiesz, dla kogo był przeznaczony i jeśli nie dasz go ojcu...
– Uspokój się, bo już dałem i ojcu też bardzo się podoba. Ale musisz 

przyznać,   że   trochę   skompromitowałaś   nasz   dziennik   pod   względem 
dbałości o szczegóły.

–   Anne   usiadła   w   fotelu   na   biegunach,   oparła   głowę   o   poduszkę   i 

przymknęła oczy.

– Wyobrażam sobie, z jaką przyjemnością zwróciłeś ojcu uwagę na mój 

background image

brak kompetencji.

– Nie musiałem – spokojnie oświadczył Matthew. – Sama już wcześniej 

się popisałaś.

Anne jęknęła w duchu i pomyślała, że chyba jest jedną z niewielu osób, 

które   życzliwy   gest   odbierają   jako   groźbę   utraty   pracy.   Nadal   miała 
zamknięte oczy, więc nie widziała, że po ustach Matthew przemknął cień 
uśmiechu.

– Sprawdzanie szczegółów należy do moich obowiązków. W ubiegłym 

miesiącu zwolniłam człowieka, który za często się mylił. Miarka przebrała 
się, gdy jedno i to samo nazwisko napisał inaczej aż sześć razy.

– Czyli z tobą jeszcze nie jest tak źle, bo do zwolnienia zostało ci pięć 

pomyłek.

Zadzwonił telefon.
– Słucham?
–   Dobry   wieczór,   kochanie   –   odezwał   się   Rudy.   –   Zarezerwowałem 

stolik na siódmą.

– Aha.
Kątem   oka   dostrzegła,   że   Matthew   otworzył   książkę   i   zaczął   czytać. 

Ciekawe,   czy   telepatycznie   wie,   kto   dzwoni,   czy   raczej   chce   uprzejmie 
udawać, że nie słucha rozmowy, a powieść leżała pod ręką.

– Aha? – Rudy poczuł się urażony. – Tylko tyle masz do powiedzenia?
– Przecież mówiłeś, dokąd pójdziemy.
– A, tak. Wiesz, musiałem usłyszeć twój głos, żeby – mieć pewność, że 

nasze   spotkanie   nie   było   snem.   Nadal   trudno   mi   uwierzyć,   że   się 
umówiliśmy.

Anne też wydawało się to nieprawdopodobne.
– Zastanawiałem się, czy wypada dzwonić, bo może akurat czytasz moją 

powieść.

– Niestety, jeszcze nawet nie zaczęłam. Zostawiam sobie na sobotę, gdy 

będę miała wolny czas.

– Hm, nie wiem, jak to rozumieć. – Rudy zaśmiał się. – Pozwolić ci 

spokojnie czytać, czy zaplanować teraz nasze spotkanie?

– Pozwól czytać.
Gdy wreszcie odłożyła słuchawkę, Matthew rzekł:
– Trzymasz biedaka w napięciu. Czemu nie przeczytałaś arcydzieła?
– Nie miałam czasu.

background image

– Nie warto się śpieszyć, bo nic nie tracisz.
Anne uznała, że lepiej zmienić temat.
– Wiesz, dużo myślałam o rozmowie w niedzielę. O co twojemu ojcu 

chodziło? Co znaczy jego zaskakująca propozycja? O jaką pracę chodzi?

– Skąd mam wiedzieć? – Wzruszył ramionami, zaznaczył, gdzie czytał i 

zamknął książkę. – Mnie się nic nie mówi.

– Jak to? Twój ojciec wspomniał, że omawiał z tobą różne...
– Nie tę kwestię. Czemu się dopytujesz? Masz wyrzuty sumienia, że 

posłałaś zwierzchnika do wszystkich diabłów?

–   Nic   takiego   nie   powiedziałam!   –   oburzyła   się.   –   Nie   słyszałam   o 

żadnym   wakacie,   a   mało   prawdopodobne,   żeby   ktoś   chciał  pracować   na 
innej   zmianie.   Jedyne,   co   przychodzi   mi   do   głowy,   to   pisanie   krótkich 
reportaży.

– Moim zdaniem to nie degradacja.
– A według mnie tak.
– Czemu? Od tego zaczynałaś?
–   Owszem.   –   Skrzywiła   się   na   wspomnienie   początków   pracy.   –   W 

podrzędnej gazecie w Chicago pisałam o klubach brydżowych, rozgrywkach 
tenisowych, dobroczynnych akcjach na przedmieściach. To cud, że dostałam 
się do „Chronicie".

– Była duża konkurencja?
– Straszna. Zdobycie pracy w takim dzienniku było szczytem marzeń.
– A co teraz ci się marzy?
– To moja tajemnica. Nigdy nie zyskałam nic po znajomości, zawsze 

muszę na wszystko ciężko pracować.

– Wracamy do punktu wyjścia. To znowu aluzja.
– Przepraszam. Nie robiłam aluzji, tylko stwierdziłam fakt.
–   Myślałaś   o   tym,   żeby   przenieść   się   gdzie   indziej?   Marzysz   o 

stanowisku naczelnego na przykład w krajowym tygodniku?

Anne przeszył zimny dreszcz, ale opanowała się i spokojnie zapytała:
– Czy dajesz mi do zrozumienia, że powinnam zacząć rozglądać się za 

nową pracą?

– Ludzie ambitni zawsze czegoś szukają.
– Często – poprawiła. – Ale ja wolę czekać i posuwać się ślimaczym 

tempem   w   doskonałej   redakcji,   niż   –   szybko   awansować   w   podrzędnej. 
Chyba że... to, co mówisz... oznacza, że tutaj nie warto liczyć na awans. 

background image

Matthew znowu wzruszył ramionami.

– Ja nie decyduję.
Anne miała inne zdanie na ten temat i posądzała go o to, że nie chce się 

przyznać.

Matthew powiódł palcem po okładce książki.
– Skoro do końca tygodnia nie będziesz miała czasu czytać, może mi 

pożyczysz?

Spojrzała na niego zdumiona.
– Wiesz, nie bardzo mam ochotę...
– Czemu? Na pewno nie zniszczę. Ale jeśli nie masz do mnie zaufania, 

mogę przeczytać na miejscu. Chyba zostało jeszcze trochę czekolady...

Anne raptownie wstała.
–   Dobranoc.   Życzę   przyjemnego   czytania.   Nie   musisz   śpieszyć   się   z 

oddawaniem.

Matthew podrzucił książkę i zręcznie złapał.
– Oddam za dwa, trzy dni, żebyś mogła dotrzymać obietnicy.
Odprowadzając go do drzwi, zastanawiała się, czy nastąpi kolejna lekcja 

o   pocałunkach   pożegnalnych.   Wbrew   jej   oczekiwaniom   Matthew 
uśmiechnął się filuternie, musnął dłonią jej policzek i zbiegł ze schodów.

Była zła, że nie odpowiedział na pytania i każe domyślać się, co ją czeka. 

Lubił trzymać w napięciu! Dlatego ludzie czytali jego felietony, nawet nie 
patrząc,   co   jest   na   pierwszej   stronie.   Głowiła   się,   co   oznacza   pozornie 
obojętne   pytanie,   czy   zamierza   przenieść   się   do   innej   gazety,   w   innym 
mieście. Czy to ostrzeżenie, że gdy on obejmie dziennik, dla niej nie będzie 
miejsca? Czy dlatego nie kontynuował flirtu, który bezmyślnie zaczął?

Dzień był wyjątkowo piękny jak na tę porę roku. Liście już opadły, lecz 

nagie sylwetki drzew na tle czystego błękitu wyglądały malowniczo.

Anne   zaspała,   więc   przyjechała   na   zajęcia   samochodem.   Teraz   miała 

wolny  czas  do  wieczora   i zamierzała  rozkoszować   się  spokojem,  bo  nie 
przewidywała żadnych niezwykłych wydarzeń.

– Anne!
Odwróciła się niezbyt zachwycona, że słyszy Rudy'ego.
– Ty znowu tutaj?
– Sądząc z twojej miny – rzekł z pretensją – jeszcze nic nie wiesz.
– O czym?

background image

– O tym. – Podał gazetę. – Widzę, że nie czytałaś.
– Nie zdążyłam.
Rzuciła okiem na pierwszą stronę, ale Rudy otworzył na innej.
– Tutaj. Ten twój Garrett... Pożyczyłaś mu moją książkę!
– Niezupełnie, bo sam sobie wziął.
– Ale od ciebie. Powinienem to przewidzieć.
Zerknęła na felieton i głośno przeczytała:
– „Aby zachować prawo do wolności słowa, wolne społeczeństwo musi 

od   czasu   do   czasu   znosić   idiotyczną   gadaninę.   Nowa   powieść   Rudy'ego 
Balfoura jest niestety przykładem... ".

Przemknęła jej myśl, że należało się tego spodziewać.
– Bardzo mi przykro.
– Tyle jadu – warknął Rudy. – Podam faceta do sądu.
– Daj spokój. Potraktuj to jak zwykłą krytykę.
– Obrazę nazywasz zwykłą krytyką? Po co dałaś mu książkę?
– Już ci mówiłam, że sam wziął. Zresztą, co to za różnica? Mógł kupić...
–   Wtedy   przynajmniej   miałbym   satysfakcję,   że   musiał   sięgnąć   do 

kieszeni. A tak, co? Jesteś jego wspólniczką... Posłuchaj, co jeszcze napisał: 
„Książka nawet nie zasługuje na swój pewny los, czyli na to, że nie czytana 
będzie długo leżeć na stolikach i półkach w całym kraju... ".

– To komplement...
– Komplement? – krzyknął Rudy. – Słuchaj dalej: „Jest więcej warta, bo 

jako   środek   nasenny   działa   skuteczniej   niż   specyfiki   zapisywane   przez 
lekarzy".

Anne przygryzła wargę, lecz nie zdołała ukryć uśmiechu.
– Ciebie to bawi! – wrzasnął Rudy. – Niech to jasny piorun...
– Trzeba przyznać, że jest w tym cały Garrett.
Rudy  cisnął   gazetę   na   chodnik   i   podeptał,   a   Anne   pomyślała   o   jego 

zapewnieniach,  że  nauczył się  panować  nad sobą  i  nigdy nie  wpada  we 
wściekłość.

– W takiej sytuacji dzisiejsza kolacja odpada! Odwrócił się i odszedł 

szybkim krokiem.

– Zegnam – zawołała za nim.
Była rada, że pozbyła się jednego kłopotu i żałowała, że przez kilka dni 

niepotrzebnie się dręczyła. Serce od razu mówiło jej, że to niemożliwe, by 
Rudy się zmienił.

background image

Nic   jednak   nie   usprawiedliwiało   postępowania   Matthew.   Jego 

bezwzględny atak zirytował ją. Postanowiła rozprawić się z nim, więc gdy 
znalazła się niedaleko Pemberton Place, skręciła w prawo, zamiast jechać 
prosto.

Zastała   Matthew   koło   garażu,   pochylonego   nad   silnikiem   kabrioletu. 

Szła wolno, licząc na to, że go zaskoczy i może, prostując się, Matthew 
uderzy o coś głową. Gdy odezwała się, nie podskoczył, ale spokojnie wyjął 
śrubokręt z pudła i dopiero wtedy się odwrócił.

– O, dobrze, że cię widzę. Całe rano usiłowałem się dodzwonić.
– Żeby przed czymś ostrzec?
– Ostrzec? Po co? – Spojrzał na nią z niewinną miną. – Aha, felieton 

wywołał burzę?

–   Owszem.   Radzę   sprawdzać   przesyłki,   bo   możesz   dostać   truciznę. 

Jednak przeczytałeś książkę.

– Tak. Proszę cię, podaj mi tamten klucz.
–   Jesteś   podżegaczem   wojennym   i   celowo   napisałeś   taką   zjadliwą 

krytykę, żeby wywołać awanturę.

– Nieprawda. Nigdy nie piszę z premedytacją. Powiedziałem, co myślę, 

to wszystko.

– Nie musiałeś być taki wstrętny.
– Gdybyś przeczytała dzieło, wiedziałabyś, że pisałem powściągliwie. – 

Odłożył klucz i oparł brudne ręce na czystej karoserii. – Spodziewałem się 
bardziej   obiektywnej   reakcji   z   twojej   strony.   Nie   sądziłem,   że   będziesz 
bronić czegoś, o czym nie masz pojęcia. Dla zasady bierzesz stronę byłego 
narzeczonego, tak?

Anne ugryzła się w język, gdyż wcale nie zamierzała bronić Rudy'ego. , 

– Jedziesz do pracy?

– Nie, dziś mam wolne.
– Wobec tego oddam ci książkę, przeczytasz i potem podyskutujemy. 

Jeśli uznasz, że jestem uprzedzony, przeproszę Rudy'ego.

– Wydrukujesz przeprosiny w gazecie?
– Oczywiście.
– Niemożliwe, żeby książka była aż taka zła i żebyś ty był tak pewien 

swego.

– O ile się zakładamy?
–  Przez   ciebie   straciłam  kolację   w   „Grandzie",   więc  chyba  wszystko 

background image

jasne.

– O, wysoka stawka, ale niech ci będzie. Idź posłuchać, co ojciec ma ci 

do powiedzenia, a ja przyniosę książkę.

– Twój ojciec już jest w domu?
– Wrócił dziś rano.
– I chce ze mną rozmawiać?
– Tak. Widocznie jest coś ważnego. Chyba nie sądzisz, że dla zabawy 

straciłem pół dnia, żeby się do ciebie dodzwonić?

– Co twój ojciec chce ode mnie?
–   Nie   wiem.   Wbrew   temu,   co   myślisz,   nie   konsultuje   się   ze   mną   w 

sprawach dotyczących personelu. Ojciec jest w cieplarni na tyłach domu.

Wytarł ręce, wyłączył silnik i odszedł, beztrosko pogwizdując.

background image

Rozdział 5

Sprawa dotycząca personelu!
Czyli wyszło szydło z worka i Matthew się zdradził. Nawet jeśli nie 

omawiał z ojcem każdej decyzji, teraz wiedział, że nie chodzi o zaproszenie 
na herbatę, lecz o sprawy służbowe. I w dodatku bardzo ważne, skoro pan 
Garrett wzywa ją tuż po powrocie ze szpitala.

Pocieszała się, że pomyłka z imionami nie jest wykroczeniem, za które 

grozi zwolnienie. Znała jednak procedurę udzielania zwykłej nagany, więc 
ogarnęły ją złe przeczucia.

Nieśmiało   zastukała   do   szklanych   drzwi   cieplarni   przylegającej   do 

domu.   Wyobrażała   sobie,   że   rekonwalescent   odpoczywa   na   wózku 
inwalidzkim lub co najmniej w fotelu, a tymczasem siedział na wysokim 
stołku. Był w ochronnym fartuchu, rękawy swetra podwinął do góry, łokcie 
oparł na stole i oglądał jakąś roślinę w doniczce. Liście rośliny wyglądały, 
jakby   przywiędły   po   ostrej   naganie.   Anne   rzadko   dawała   ponosić   się 
fantazji,   lecz   tym   razem   nie   panowała   nad   myślami.   Czy   wydawca   na 
roślinie przećwiczył przemowę, którą przygotował dla pracownicy?

– Czy pani zna się na storczykach? – zapytał pan Garrett bez wstępu.
Pytanie ją zaskoczyło.
– Niestety, nic o nich nie wiem.
–   Szkoda.   Według   mnie   ten   miał   za   dużo   wody.   Inny   powód   nie 

przychodzi mi do głowy. No, teraz przez tydzień nie dostanie ani kropli. – 
Odstawił   doniczkę   na   bok   i   odwrócił   się.   –   Proszę   zdjąć   płaszcz,   bo   tu 
ciepło, a musimy porozmawiać.

Na   końcu   języka   miała   uwagę,   że   w   wolnym   dniu   lubi   sama 

zagospodarowywać swój czas, ale zamiast tego powiedziała:

– Wcale nie wygląda pan jak po ciężkiej operacji. Nie sądziłam, że tak 

szybko wróci pan do domu.

– Teraz medycyna działa cuda. Dawniej taka operacja była poważna, 

cięcia   olbrzymie,   a   pobyt   w   szpitalu   trwał   tygodniami.   Teraz   lekarze 
twierdzą...   i   każą   nam   wierzyć...   że   to   zabieg   kosmetyczny.   Oczywiście 
zalecili   mi   to   samo,   co   przedtem:   lekką   dietę,   dużo   gimnastyki,   mało 
zmartwień. Ostatnie zalecenie jest przyczyną naszego spotkania.

background image

Anne uznała, że musi przeprosić i im prędzej to zrobi, tym lepiej.
– Bardzo przepraszam za moje zachowanie w niedzielę. Nie wiem, co 

mnie napadło, żeby zarzucić panu dyskryminowanie kobiet. Strzeliłam jak 
kulą w płot... I obiecuję, że odtąd zawsze będę trzy razy sprawdzać imiona i 
nazwiska. Takie niedopatrzenie...

– Och, to drobna pomyłka – przerwał pan Garrett. – I nie  pierwsza. 

Najpierw przez pół życia byłem znany tylko jako syn Matthew Garretta, a 
teraz jestem tylko ojcem Matta Garretta. Chyba się przyzwyczaję.

– Jest mi naprawdę wstyd i nie zdziwię się, jeśli pan mi odpłaci i odtąd 

będę dla pana Jane albo Cassandrą.

Starszy   pan   wybuchnął   śmiechem,   twarz   rozjaśniła   mu   się   i   teraz 

wyglądał jak Matthew.

– A co do tej drugiej sprawy – brnęła dalej. – Przepraszam, że groziłam...
– Wina była moja – przerwał pan Garrett – a racja po pani stronie. Nie 

przemyślałem wszystkich aspektów wiążących się z taką zmianą.

Anne odetchnęła i pomyślała, że może niepotrzebnie się denerwowała.
–   Moje   dziecko,   mam   nadzieję,   że   łaskawie   wybaczysz   staremu 

człowiekowi...

– Pan wcale nie jest stary – zaprzeczyła automatycznie, lecz szczerze.
–   Gdy   za   moich   młodych   lat   dama   znajdowała   się   w 

niebezpieczeństwie...

– Stawał pan w jej obronie. Teraz też pan tak postąpił. Nowi strażnicy są 

tacy gorliwi, że wszystkie kobiety odprowadzają do samochodu.

– Postępują według instrukcji. Ale, moja droga... – Starszy pan urwał 

jakby speszony. – Przepraszam, wyrwało mi się.

W pierwszej chwili nie zorientowała się, o co chodzi.
– Och, tym razem to moja wina. A raczej pańskiego syna, który uważa 

mnie za wojującą feministkę, gotową pobić każdego mężczyznę, który jest 
wobec niej uprzejmy.

Przy drzwiach rozległ się gromki śmiech. Wszedł Matthew, który zdążył 

przebrać się w brązowozielony sweter i brązowe spodnie.

– Ty wojującą feministką? To tylko pozory, mości panno. Tak naprawdę 

jesteś beznadziejnie staroświecka.

– Ja?
– Świadczą o tym haftowane poduszki i czekolada na gorąco.
–   Poduszki   wyhaftowała   moja   babcia   –   zareplikowała   ostro.   –   A 

background image

czekolada, jak chyba zauważyłeś, była z proszku.

– Ale bita śmietana prawdziwa.
Rzucił książkę, którą zręcznie złapała i włożyła do torebki.
– Synu, dobrze, że przyszedłeś – odezwał się pan Garrett. – Właśnie 

miałem poprosić naszego gościa o wyświadczenie mi przysługi.

Wyświadczenie przysługi? Czyli nie chodzi o surową naganę? Anne tak 

ulżyło, że nie spostrzegła, iż pan Garrett mówi o obu sprawach, jakby nie 
przywiązywał do nich zbytniej wagi.

– Od lat nosiłem się z pewnym projektem – ciągnął starszy pan – a teraz, 

gdy nadszedł odpowiedni moment, żeby go zrealizować, lekarze zalecają 
duże ograniczenie obowiązków. Bałem się, że pomysł spali na panewce, bo 
sam nie mogę go opracować, a Matt – wymownie spojrzał na syna – nie ma 
czasu.

Anne zdziwiła się. Jak to? Mattowi brak czasu? Jest dopiero południe, 

większość ludzi solidnie pracuje, a on majstruje przy starym samochodzie. 
Wygląda, jakby miał mnóstwo wolnego czasu, ale skoro ojciec-wydawca...

– Sądzę, że to zajmie parę wieczorów – podjął pan Garrett. – Ale jak już 

przebrnie się przez pierwszy etap...

– Tato – wtrącił się Matthew. – Nie trzymaj biedaczki w napięciu, bo 

zżera ją ciekawość.

– Masz rację. Powinienem najpierw powiedzieć, o co chodzi. Otóż na 

cześć   mojego   ojca   postanowiłem   ustanowić   fundusz   stypendialny   dla 
studiujących dziennikarstwo. Ale jak wiadomo, najtrudniej ustalić zasady 
przyznawania pieniędzy, żeby skorzystali właściwi ludzie. W tym wypadku 
interesują   mnie   nie   tylko   studenci   potrzebujący   wsparcia   finansowego,   a 
znikąd nie mogący go otrzymać, ale tacy, którzy rokują nadzieję, że za kilka 
lat czymś się wyróżnią. Nie mam ochoty finansować wykształcenia dzieci, 
które rzekomo chcą zostać dziennikarzami, ale kończą jako sprzedawcy...

– Zaraz ci podskoczy ciśnienie – ostrzegł Matthew.
Rekonwalescent puścił uwagę mimo uszu.
– Pan Lehmann twierdzi, że stawiam za dużo warunków, i to takich, 

którym nikt nie sprosta. Jakoś nie mogę go przekonać, że wiem, czego chcę. 
– Przez chwilę przypatrywał się Anne. – Czy pani rozumie, o co mi chodzi?

– Chyba tak, ale...
–   No   właśnie.   Tylko   ktoś   z   praktycznym   doświadczeniem   mnie 

zrozumie.

background image

Anne wymownie spojrzała na Matthew, który cicho mruknął:
– Gratuluję.
– Rozumie pani, dlaczego chcę ją zwerbować – rzekł pan Garrett. – Sam 

niewiele   mogę   zdziałać,   więc   potrzebuję   kogoś,   kto   sformułuje   zasady, 
powiadomi odpowiednie czynniki i oceni podania.

– Anne gorąco poparła projekt, ponieważ zawsze są zdolni uczniowie, 

których  nie   stać  na   studia.   Takie  stypendium  umożliwiłoby  im   zdobycie 
wykształcenia. Dziwiło ją jednak, że właśnie ona została wybrana. I znalazła 
się w dość kłopotliwej sytuacji, ponieważ nie lubiła narzucanych zadań, a 
nie wypadało odmówić przełożonemu.

– Syn podsunął mi myśl, żeby panią zapytać.
–   Dziękuję,   przyjacielu   –   bąknęła   niezbyt   uprzejmie.   Matthew 

wyszczerzył zęby w szelmowskim uśmiechu i rozłożył ręce.

– Widzę po twojej minie, że uważasz siebie za idealną kandydatkę.
– Pani ma osobiste doświadczenie, a poza tym od pani Dorie wiem, jak 

pani angażuje się w sprawy uczelni. Nie tylko uczy bezpłatnie, ale czasem 
sięga też pani do własnej kieszeni...

Anne nikomu o tym nie mówiła. Jak to się wydało? Ogarnął ją gniew, 

więc policzyła do dziesięciu i w miarę spokojnie odparła:

– Pana projekt jest bardzo piękny...
– Mówmy sobie po imieniu.
–   I   chętnie   pomogłabym,   ale   uważam,   że   potrzebna   jest   osoba   z 

większym doświadczeniem.

– Duże doświadczenie nie jest konieczne. Starczy, jeśli wypunktujesz, 

jaka procedura oceny podań i jakie wymagania zadowoliłyby ciebie, a mnie 
to wystarczy. Sama jesteś przykładem, jakiego szukam.

– Wątpię, czy pan Lehmann uzna moje argumenty.
Pan Garrett niecierpliwie machnął ręką.
– To nie problem, bo. Matt zgodził się pośredniczyć.
Ty opracujesz plan, a on przekona pana Lehmanna.
Anne zerknęła na Matthew, który nieznacznie wzruszył ramionami.
–   Mój   syn   teraz   nie   może   zająć   się   opracowywaniem   szczegółów. 

Oczywiście nie chcę, żebyś marnowała na to wolne chwile. Drobne zmiany 
zapewnią ci czas w godzinach dyżuru redakcyjnego.

Anne rzuciła Matthew podejrzliwe spojrzenie. Czy wolne w godzinach 

pracy to jego pomysł? Co jeszcze wymyśli? Czy zwolni ją, jeśli nie wywiąże 

background image

się z obowiązków?

– Dziękuję, ale i bez tego sobie poradzę.
– Z niecierpliwością czekam na wynik twoich przemyśleń.
Pan Garrett uśmiechnął się, wstał i wyciągnął rękę.
Anne   czuła   się   pokonana   i   obawiała   się,   że   zasady   przyznawania 

stypendium   nie   ujrzą   światła   dziennego.   Intuicja   mówiła,   że   obecność 
Matthew nie ułatwi sytuacji.

Spotkali   się   o   umówionej   godzinie   i   ledwo   usiedli   przy   stoliku, 

powiedziała:

– Przyznaj się, że podrzuciłeś stryczek, na którym mam się powiesić. 

Liczysz na to, że się skompromituję i twój ojciec będzie miał pretekst, żeby 
mnie zwolnić.

Matthew patrzył na nią z marsem na czole.
– Mów dalej, bo na razie nic nie rozumiem. Lepiej wymyślasz intrygi niż 

twój narzeczony. Czy zamierzasz pisać powieści?

– Przestań zmieniać temat.
– Jesteś niemożliwa. – Głośno westchnął. – Nie pojmuję, czemu wbiłaś 

sobie do głowy, że dążę do zwolnienia cię z pracy.

– To twoja wina, bo dopytujesz się, czy zamierzam przenieść się do innej 

gazety lub pisać książki.

– Aha. Stąd wnioskujesz, że chcę się ciebie pozbyć. Mylisz się, bo po 

prostu zadaję uprzejme pytania. Zapominasz, że masz nade mną przewagę.

– Jaką?
–   Dzięki   felietonom   sporo   o   mnie   wiesz.   Ja   zaś   muszę   pytać,   żeby 

dowiedzieć się czegoś o tobie.

Logiczne tłumaczenie nie przekonało jej i nadal trwała w podejrzeniach 

o ukryte motywy.

– Powiedzmy...
Rozejrzała się po sali, w której rzadko bywała. Chciała miło spędzić 

wieczór, niezależnie od towarzystwa.

Przed wielu laty w hotelu odbywały się bale, wesela, bankiety, ważne 

zjazdy.   Potem   moda   zmieniła   się,   wystrój   wnętrza   przestał   odpowiadać 
nowym gustom i hotel powoli utracił popularność. Okazał się nierentowny, 
lecz właśnie to go uratowało. Dobrze, że nie przynosił dochodu, bo remont 
zniszczyłby   styl   typowy   dla   lat   dwudziestych.   A   tak   pierwotne   kolory   i 

background image

ornamenty zostały, tyle że przybrudzone, podniszczone, miejscami niepełne. 
W późnych latach siedemdziesiątych przystąpiono do renowacji; zachowano 
wszystko,   co   udało   się   odnowić.   Teraz   ponownie   weszło   w   modę 
przychodzenie na koktajl do „Marble Court" i urządzanie wesel w wielkiej 
sali balowej. Znowu bawiono się tu i przy różnych okazjach wznoszono 
toasty.

– Ładna sala, prawda? Wydaje mi się, że lada chwila orkiestra zagra 

charlestona i na parkiet wyjdą niemodnie ubrane pary.

– Wróciło tu życie, więc tym większa szkoda, że Rudy nie uchwycił 

specyficznej atmosfery.

Anne westchnęła.
– Usilnie się starał – ciągnął Matthew – ale mu nie wyszło. Zdaje mi się, 

że nawet tu nie wstąpił, chociaż obrał hotel za miejsce akcji. Zauważyłaś 
jego słabe punkty, prawda?

– Musisz teraz o nim mówić?
Matthew, który akurat napełniał jej kieliszek, tak się zdziwił, że rozlał 

trochę wina. Odstawił butelkę i ujął dłoń Anne w swoją.

– Wcale nie muszę, bo są ciekawsze tematy. Przepraszam za niestosowne 

zachowanie.

– Niestosowne? Ja nie...
Próbowała cofnąć rękę, lecz Matthew mocniej zacisnął palce, uniósł jej 

dłoń do ust i pocałował.

– O, teraz postępujesz nietaktownie – szepnęła. – Co ty sobie myślisz?
– Ze źle cię zrozumiałem. Nie zdawałem sobie sprawy, że to ma być 

randka. Sądziłem, że jedynym powodem spotkania jest książka Rudy'ego. – 
Nie wypuszczał jej dłoni ze swojej. – Nie zorientowałem się, że to jedynie 
wykręt, by być ze mną. Wybacz.

Anne bezskutecznie usiłowała wyrwać rękę.
– Nasza pierwsza randka – ciągnął uwodzicielskim tonem. – Trochę mi 

głupio, że musiałaś mocno stuknąć mnie w głowę, żebym zrozumiał, o co ci 
chodzi. Gdybyś szczerze powiedziała...

– Dobrze. Szczerze ci mówię, że jednak wolę porozmawiać o książce.
– Za późno. Przed chwilą nie chciałaś, więc nie będę cię zmuszał.
Gdy kelner przyniósł zupę, Matthew z westchnieniem żalu puścił rękę 

Anne.

Anne   uważała,   że   posunął   się   za   daleko,  chyba   to   celowy  krok,  aby 

background image

wyprowadzić ją z równowagi. Im mocniej ona się zirytuje, tym bardziej on 
będzie z siebie zadowolony, a jeśli wpadnie w ten sam ton, zabawa prędko 
mu się sprzykrzy. Dlatego spuściła oczy i słodkim głosikiem powiedziała:

– To żenujące, że słynny felietonista okazał się tak mało bystry.
Usłyszała coś jak westchnienie, ale nie była pewna. Ujęła jego dłoń i, 

trzepocząc rzęsami, szepnęła:

–   Od   dawna   darzę   cię   gorącym   uczuciem.   Zakochałam   się   w   twojej 

wspaniałej prozie. – Przelotnie zerknęła na niego. – Już jako dziecko, ledwo 
nauczyłam się czytać, a to tak dawno...

Matthew   zamknął   jej   dłoń   w   mocnym   uścisku,   więc   szarpnęła   się, 

rzuciła mu gniewne spojrzenie i potrząsnęła obolałą ręką.

– Teraz rozumiem, co znaczy żelazny uścisk – syknęła. – Jeśli masz mi 

zmiażdżyć palce, wycofuję się z gry. Zastawiłeś na mnie pułapkę, ale sam w 
nią wpadłeś. Tak naprawdę nie chcesz przedyskutować książki, bo boisz się, 
że będziesz musiał przeprosić autora. No, przyznaj się.

– Do czego? Lepiej ty się przyznaj, czemu przedtem nie chciałaś omówić 

arcydzieła narzeczonego.

– Anne pomyślała, że lepiej nic nie mówić, ale odparła:
– Powieść nie przypadła mi do gustu. Być może jest dobra, ale...
–   Nie   jest   –   przerwał   Matthew.   –   Niedopracowana   akcja,   złe   opisy, 

kiepsko naszkicowane postaci...

– Mimo to uważam, że powinieneś Rudy'ego przeprosić.
–   Za   co?   I   czemu?   Żebyś   ty   miała   spokój?   Oczywiście   rozumiem, 

dlaczego go bronisz. To reakcja typowa dla ciebie.

– Wcale go nie bronię – zawołała.
Zawstydziła   się,   gdy   zobaczyła,   że   ludzie   przy   sąsiednich   stolikach 

patrzą na nią. Spuściła głowę i wbiła wzrok w talerz.

Kilka minut później do ich stolika podeszła kobieta w średnim wieku.
– Panie Garrett, pański dzisiejszy felieton...
Matthew wstał.
– Niech pan nie wysila się i nie udaje znawcy współczesnej literatury. 

Jest jasne jak słońce, że pan nie wie, o czym mówi. Moim zdaniem to, co 
pan   wypocił,   jest   nudne   jak   flaki   z   olejem.   Nie   zna   się   pan   na   takiej 
literaturze.

Anne zdusiła niewczesny śmiech, a Matthew spojrzał na nią z gorzkim 

wyrzutem. Potem wyjął z kieszeni dwie monety i podał nieznajomej.

background image

– Proszę. Nieznajoma spąsowiała.
– Co to ma znaczyć?
– Przepraszam, że panią znudziłem i oddaję pieniądze za gazetę.
– Co za gbur! Nikt mnie tak nie obraził – krzyknęła kobieta i prędko 

odeszła.

Matthew wzruszył ramionami i usiadł.
–   Nic   nie   rozumiem.   Starałem   się   być   grzeczny   i   chciałem   zwrócić 

pieniądze.

– Nie powinieneś...
– W dodatku za całą gazetę, a nie tylko za stronę z moim felietonem.
–   Nie   udawaj   głupszego,   niż   jesteś.   To   skandal.   Wydawca   nie   musi 

wszystkim   dogadzać,   ale   niedobrze,   jeśli   czytelnicy   pałają   do   gazety 
nienawiścią.

–   Tylko   jedna   czytelniczka...   Założę   się,   że   felieton   przeczytała   w 

całości, a książki na pewno nie. Gdyby poświęciła jej więcej uwagi, nie 
nazwałaby mnie nudziarzem. MNIE!

Długo   kłócili   się   na   temat  książki   i   nie   doszli   do   zgody   nawet   przy 

kawie.   Gdy   kelner   przyniósł   rachunek,   Matthew   wymownie   spojrzał   na 
Anne.

– Nie myśl, że zapłacę – uprzedziła pytanie. – Ty przegrałeś tę rundę. 

Właściwie nie przepadam za stylem Rudy'ego, ale...

– Powiedz mi z ręką na sercu, czy naprawdę nie uważasz, że to jedna z 

tych książek, bez których świat mógłby się obejść.

– Świat mógłby obejść się bez wielu rzeczy. Nie podpowiadaj mi, co 

mam   mówić.   Nieważne,   co   myślę   o   powieści,   bo   nadal   sądzę,   że   nie 
powinieneś pisać takiej zjadliwej recenzji. I ta pani widocznie też tak myśli.

– Nazwała mnie nudziarzem, a to zupełnie co innego.
– Tak czy owak jesteś mi winien kolację.
– Matthew uśmiechnął się i uregulował rachunek.
– A Rudy'emu jesteś winien przeprosiny.
– Nie chciej za dużo. Płacę za kolację, bo to nasza pierwsza randka, a nie 

dlatego, że przegrałem. Chcę, żebyś wiedziała, jaki mam gest.

Odwiózł ją i nie tylko odprowadził do drzwi, lecz wszedł do domu.
– O, znowu się wpraszasz?
– Oczywiście. Jeśli kobieta wyznaje mężczyźnie wieloletnią miłość, nie 

wypada tego ignorować. Byłoby to bardzo niegrzeczne. – Pomógł jej zdjąć 

background image

płaszcz.   –   Gdybyś   nie   uczyniła   wyznania   w   miejscu   publicznym,   nie 
czekałbym tak długo.

W   kuchni   Anne   stanęła   na   palcach,   żeby   wziąć   z   półki   dzbanek   z 

jabłecznikiem.   Matthew   zdjął   dzbanek,   podał   i   ją   pocałował.   Chętnie 
rozbiłaby dzbanek na głowie impertynenta, ale miała unieruchomione ręce. 
Była bezradna, gdy wyjmował spinki i wsunął palce w jej włosy. Obsypał 
pocałunkami jej twarz i szyję, lekko ugryzł w ucho. Znalazł najwrażliwsze 
miejsce tuż pod brodą, a wtedy pomyślała, że grozi jej wewnętrzny wybuch. 
Pocałunki były inne niż poprzednio; wkrótce zabrakło jej tchu i osłabła.

Dzbanek wyślizgnął się jej z rąk, lecz Matthew go złapał i odstawił na 

szafkę.

– Jesteś niebezpieczna. Bardzo.
– A ty nie? – wykrztusiła, opierając się o jego szeroką pierś. – Matthew...
– Czas, żebyś zwracała się do mnie zdrobniałym imieniem. W miłości 

przeszkadza...

– Ze strachu przestało jej bić serce.
–   Co   takiego?   Musimy   coś   wyjaśnić.   Parę   pocałunków   wcale   nie 

oznacza, że interesuje mnie coś więcej.

– Kłamiesz, bo bardzo cię interesuje.
Anne odsunęła się, wlała do rondla sporą porcję jabłecznika i wrzuciła 

cynamon. Matthew pocałował ją w kark.

– Nie denerwuj się, bo wiem, jaka jesteś staroświecka.
Usłyszała w jego głosie źle skrywane rozbawienie. Na pewno chętnie 

zostałby do rana, ale potem szybko zapomniałby o tej nocy. Musi pamiętać, 
że dla niego byłaby to zabawa bez znaczenia.

– Poza tym – dodał poważnie – wciąż mam w uszach twój przeraźliwy 

wrzask na parkingu, a nie chcę, żebyś pobudziła sąsiadów. Zobaczymy się w 
sobotę.

– W sobotę? Z jakiej okazji?
– Z okazji spotkania z Lehmannami, żeby omówić szczegóły dotyczące 

stypendium. Pojedziemy do ich domku w Door County.

– Podobno nie masz czasu na zajmowanie się stypendiami – rzuciła z 

ironią.

– Wydaje mi się, że będzie rozsądniej, jeśli przedstawię ojcu wynik tego, 

co   uzgodnimy   między   sobą.   Lepiej   nie   męczyć   go   rozpatrywaniem 
wszystkich wariantów. – Włożył płaszcz. – Zgoda?

background image

Anne nie pociągała perspektywa spędzenia z Matthew niedzieli na wsi. 

Gorączkowo szukała odpowiedniej wymówki, ale nic nie wymyśliła.

– W sobotę idę do pracy.
– Pamiętam, ale ja też muszę pracować.
– Ty? – zdziwiła się.
– Przyjadę, gdy wrócisz z redakcji, i w godzinę będziemy na miejscu.
– Nie mogę jechać, bo mam inne plany.
Matthew zawrócił ze schodów.
–   Kłamiesz.   Powiedziałaś   Rudy'emu,   że   przeczytasz   jego   książkę   w 

sobotę, bo nie masz innych planów.

A skoro już przeczytałaś, jesteś wolna jak ptak.
Pocałował ją w czubek nosa i odjechał.

background image

Rozdział 6

Za późno pobiegła do kuchni. Jabłecznik zdążył wykipieć i prawie się 

wygotował. Na dnie rondla został brązowawy osad, a kuchenka była pokryta 
lepką   masą.   Napełniła   rondel   zimną   wodą   i   zaczęła   wycierać   kuchenkę, 
myśląc o wyjeździe. Wiedziała, że w Door County jest pięknie o każdej 
porze roku, lecz jesienią pogoda bywa niepewna i nagle może zrobić się 
zima. Wzdrygnęła się, gdy wyobraziła sobie małą chatę zasypaną śniegiem i 
odciętą od świata.

– Dopiero październik – powiedziała na głos. – Nie oszukuj się, bo to 

wcale nie strach przed zimą, lecz przed czymś innym.

Zrezygnowała z czyszczenia kuchenki i nakryła ją mokrymi ręcznikami. 

Liczyła na to, że do rana klejowata masa sama się rozpuści.

Z jednej strony miała coraz więcej wątpliwości związanych z wyjazdem, 

a z drugiej uważała, że im prędzej wykona zadanie, którego się podjęła, tym 
lepiej. W wiejskiej chacie niewątpliwie będzie więcej spokoju potrzebnego 
do intensywnej pracy i być może ustalą zasadnicze punkty. Jeśli uda się 
przebrnąć przez najtrudniejszy etap, wszyscy będą zadowoleni i spokojnie 
wrócą do swych zajęć.

Przez   chwilę   rozważała,   czy   rano   zadzwonić   do   pana   Garretta   i 

powiadomić   go,   że   się   wycofuje.   Zawsze   można   odmówić,   nawet 
zwierzchnikowi. Kłopot polegał jednak na tym, że nie chciała odmawiać, bo 
była przekonana, że ustanowienie funduszu stypendialnego jest bardzo dobrą 
inicjatywą.   Nie   miałaby   żadnych   zastrzeżeń   i   entuzjastycznie   poparłaby 
projekt, gdyby nie została wciągnięta w sprawę niejako bez uprzedzenia.

Jakie będą konsekwencje ewentualnej odmowy? Matthew nic nie zrobi, 

gdyż jasno dał do zrozumienia, że sprawa interesuje go o tyle, o ile będzie 
mógł   zadowolić   ojca,   nie   wkładając   w   opracowanie   zbyt   wiele   wysiłku. 
Czyli albo nikt nic nie zrobi i projekt upadnie, albo zajmie się nim człowiek 
obojętny,   który   nie   zrozumie,   o   jakich   stypendystów   panu   Garrettowi 
chodzi.   Skończy   się   na   tym,   że   będzie   to   fundusz   jak   wiele   innych. 
Pieniądze będą przyznawane bez dobrego rozeznania i tylko przypadkowo 
pomogą   tym,   którzy   rokują   nadzieję   na   to,   że   zostaną   wybitnymi 
dziennikarzami.

background image

Zgasiła   lampy   i   dopiero   wychodząc   z   pokoju,   zauważyła   czerwone 

światełko   automatycznej   sekretarki.   Wysłuchała   dwóch   nagrań.   W 
pierwszym   Rudy   przepraszał   i   zapewniał,   że   nikt   nie   ponosi   winy   za 
poglądy aroganckiego felietonisty i prosił, żeby się odezwała. W drugim 
zawiadamiał,   że   przyjechał,   aby   zabrać   ją   na   kolację,   lecz   dom   był 
zamknięty. Dziwił się, że Anne ma do niego żal, mimo iż ją przeprosił.

Anne zirytowała się. Dlaczego Rudy uważał, że po awanturze będzie 

grzecznie   siedzieć   w   domu   i   na   niego   czekać?   Czyżby   zapomniał,   że 
odwołał   spotkanie?   Poza   tym,   dlaczego   uważał,   że   wystarczą   nagrane 
przeprosiny?

Skasowała   nagrania   i   poszła   na   górę.   Zastanawiała   się,   jak   Rudy 

postąpiłby, gdyby ktoś skrytykował go tak, jak przydarzyło się to Matthew. 
Na pewno nie zaproponowałby zwrotu pieniędzy. Przypomniała sobie wyraz 
twarzy   tamtej   kobiety   i   wybuchnęła   śmiechem.   Matthew   nie   cierpiał   na 
kompleks niższości, miał dobre mniemanie o sobie, swej pracy i poglądach. 
Taka pewność siebie nie oznaczała, że zawsze miał rację.

– Uważa, że jest dżentelmenem – szepnęła, ziewając.
 – To nawet ciekawe.
W sobotę rano przyznała Matthew rację, że zaoszczędzą trochę czasu, 

jeżeli pojadą na wieś prosto z redakcji. Dlatego zabrała do pracy podróżną 
torbę, którą wsunęła pod biurko. Miała jednak wyrzuty sumienia, że w pracy 
trzyma rzeczy na wyjazd.

Weszła   Holly.   Była   elegancko   ubrana,   ponieważ   wróciła   właśnie   z 

hotelu, gdzie odbyła się uroczystość wręczania nagród. Kładąc na biurku 
plik papierów, przymilnie spytała:

– Wybaczyłaś mi? Oto dowód, że odbyłam karę.
Anne rzuciła okiem na wydruk z powtarzającym się jednym jedynym 

zdaniem i przeczytała:

– „Zawsze będę mówić prawdę i tylko prawdę". – Przerzuciła kartki i 

gniewnie zmarszczyła brwi. – Nie liczy się. Miałaś napisać zdanie pięćset 
razy, a nie jeden i powielić.

–   Skąd   wiesz,   że   nie   ślęczałam   nad   tym   przez   dwa   dni?   –   Holly 

uśmiechnęła   się   znacząco.   –   Twój   przyjaciel   Garrett   junior   zrobił   dziś 
furorę. Oczarował całą salę.

Anne skrzywiła się. Czyli o to chodziło, gdy mówił, że w sobotę musi 

pracować.

background image

–   Widocznie   wygłaszanie   mów   to   jego   specjalność.   Podobnie   jak 

zgrywanie się, komedianctwo, cyrkowe popisy.

– Myślałam, że go lubisz. Z tego, co mówi Dominique...
– O? – Anne rzuciła Holly podejrzliwe spojrzenie. – Od kiedy jesteś z 

nią na ty?

–   Nie   jestem,   ale   dowiedziałam   się   okrężną   drogą.   Niedawno   jadła 

kolację w „Grandzie" i widziała, kto cię całował. Była wściekła.

Anne milczała.
–   Przyznaj   się,   całował   czy   nie?   To   przez   niego   wtedy   nie   mogłaś 

spotkać się ze mną?

– Wcale mnie nie całował – oświadczyła Anne sucho. – No, tylko w 

rękę.

Holly patrzyła na nią rozczarowana.
– Ach, te plotki! Ludzie zawsze wszystko przekręcą. Wielki felietonista 

pocałował cię tylko w rękę?

–   To   nic   zdrożnego.   Ale   powinnam   mieć   więcej   oleju   w   głowie   i 

zaproponować kolację gdzie indziej.

W zdenerwowaniu kopnęła kosz, który się przesunął, popychając torbę.
Holly długo wpatrywała się w torbę, po czym podniosła wzrok na Anne.
– Jedziesz odpoczywać u przyjaciółki?
– Nie. Jadę pracować u znajomych.
– Po co ci taka wypchana torba? Nowoczesna kobieta, planująca noc z 

ukochanym, zabiera tylko szczoteczkę do zębów.

– Myślisz, że takie plany obwieszczałabym ludziom – na prawo i lewo? 

– syknęła Anne. – Jeśli jesteś bezrobotna, zaraz coś dla ciebie znajdę. W tym 
momencie wszedł Matthew.

– Aha, rozumiem tę pracę – szepnęła Holly. – Przezorna nowoczesna 

dziewczyna   na   taką   okazję   wkłada   dwustronny   kostium   i   rano   nie   musi 
wstępować do domu, żeby się przebrać.

Matthew przysiadł na biurku i spojrzał na zegar ścienny.
– Oj, spóźniłem się. Przepraszam. Jesteś gotowa?
– Jeszcze nie – odparta Anne służbowym tonem. – Uprzedzam cię, że 

pan  Straw  .  wyraził  się  krytycznie  o  twoim  poniedziałkowym felietonie. 
Chyba niezbyt mu się podobał.

Matthew obojętnie wzruszył ramionami, a ona pomyślała, że redaktora 

naczelnego boją się jedynie ci, którzy są od niego zależni.

background image

– Ma pan jakiś swój ulubiony felieton? – zapytała Holly.
– Tak. Ten, który akurat skończyłem pisać.
– Aha. – Holly zrobiła niewinną minę. – To tak samo dyplomatyczna 

odpowiedź, jak stwierdzenie, że pańską ulubioną dziewczyną jest ta, którą 
pan ostatnio pocałował.

– To prawda – przyznał Matthew z uśmiechem.
– Holly, dzwoni twój telefon – rzekła Anne ostro.
– Mogę tu odebrać? – Nie czekając na pozwolenie, Holly wystukała swój 

kod. – „Chronicie", słucham.

– Spóźnienie jest najmniejszym przewinieniem, za które odpokutujesz – 

szepnęła Anne do Matthew.

– Och! – Holly zakryła słuchawkę ręką. – Pali się Sheboygan.
– Był to najnowszy i najwyższy budynek, w którym mieściły się sklepy, 

biura i ekskluzywne mieszkania. O tej porze na pewno większość ludzi była 
w domu i szykowała się do snu. Strażacy od początku krytykowali budowę 
takiego wieżowca. Twierdzili, że jest za wysoki i ugaszenie ewentualnego 
pożaru będzie prawie niemożliwe.

– Może to jakiś głupi dowcip?
W   oczach   Holly   pojawił   się   charakterystyczny   wyraz.   Było   to 

przerażenie z powodu tragedii zmieszane z podnieceniem, że będzie materiał 
na ciekawy reportaż.

Anne wyciągnęła rękę po telefon.
– Zaraz tam jedź i weź ze sobą fotografa. Zadzwoń, gdy sprawdzisz, co 

się dzieje.

– Czy gazeta jest gotowa do druku? – zapytał Matthew i zmarszczył 

brwi.

– Prawie.
Anne szczegółowo wypytała dzwoniącego i odłożyła słuchawkę. Pożar 

wybuchł w jednym z biur. Możliwe, że palił się jedynie kosz z papierami, 
ale ogień mógł ogarnąć całe piętro.

– Co robić? – szepnęła.
Obmyśliła linię postępowania, wybrała numer wewnętrzny i spojrzała na 

zegarek. Dochodziła jedenasta, druk miał rozpocząć się za kwadrans, ale 
należy wstrzymać się do telefonu od Holly. Gdy zgłosił się Peter Grafton, 
powiedziała:

– Pali się Sheboygan i dlatego wszyscy muszą dłużej zostać w pracy.

background image

– Pewnie ktoś poczuł dym papierosowy tam, gdzie – nie wolno palić i 

zaalarmował  straż  pożarną  –  lekceważąco  skomentował  Peter.  –  Wielkie 
rzeczy!   Z   takiego   powodu   mam   kazać   ludziom   dłużej   tu   siedzieć?   Już 
prawie niedziela...

– Dostaną za nadgodziny – sucho rzuciła Anne. – Ale jeśli nie chce pan 

ich zatrzymać, sama sobie poradzę i złożę pierwszą stronę.

– Nie może pani, bo na to nie pozwalają przepisy związkowe.
– Niech pan w poniedziałek złoży zażalenie na mnie w związku. Ja na 

pewno wyciągnę konsekwencje, jeśli ludzie pójdą do domu. Proszę czekać 
na wiadomość.

Matthew przyglądał się jej dziwnym wzrokiem.
– Fatalnie, że to stało się akurat teraz – rzekła przepraszająco. – Niestety, 

nie mogę wyjść z redakcji, póki sytuacja się nie wyjaśni.

– Jeżeli naprawdę wybuchł pożar, współczuję ludziom, których spotkało 

nieszczęście – rzekł Matthew poważnie. – Czy mogę wam jakoś pomóc?

Zaskoczona wskazała regały koło okna.
–   Podczas   budowania   wieżowca   było   sporo   głosów   krytycznych,   ale 

pracowałam w Chicago i nie pamiętam szczegółów. Pewnie szkoda fatygi, 
ale tam są materiały.

Okazało   się,   że   warto   sprawdzić,   jak   było.   Holly   potwierdziła,   że 

wieżowiec się pali.

– Trudno opisać ten koszmarny widok. Jestem po drugiej stronie ulicy i 

widzę płomienie na dziesiątym piętrze. Gary już zrobił kilka zdjęć.

– Zaraz przyślę kogoś po film, a ty postaraj się jak najprędzej dostarczyć 

tekst.

– Potem Anne długo siedziała zamyślona.
Niedzielne wydanie było obszerniejsze niż codzienne i rozsyłano je do 

prenumeratorów w całym stanie, a nie tylko w mieście. Część gazety już 
wydrukowano i gotowe strony zostaną dołączone do ostatnich wiadomości, 
które dopiero zostaną opracowane. To zaś wymaga czasu, a wstrzymanie 
druku wydania niedzielnego niesie większe ryzyko niż opóźnienie wydania 
codziennego. Należało dokładnie obliczyć czas potrzebny na zredagowanie 
wyważonego artykułu o pożarze oraz na druk i kolportaż. Jeżeli relacja o 
tragedii   będzie   niedokładna   lub   prenumeratorzy   nie   otrzymają   gazety   o 
szóstej rano, mogą wyniknąć nieprzyjemności.

– Zadzwonię do naczelnego – rzekła jakby do siebie.

background image

Matthew,   który   siedział   przy   sąsiednim   biurku,   wymownie   na   nią 

spojrzał.

– Po co?
– Żeby pozwolił wstrzymać druk – odparła zniecierpliwiona. – Myślałeś, 

że chcę umówić się na randkę?

– Nie  musisz  do  nikogo dzwonić. Wstrzymaj druk na  tak długo,  jak 

trzeba.

Anne nie od razu pojęła wagę jego słów. Dopiero po chwili zrozumiała, 

że nie musi pytać redaktora naczelnego, skoro ma pozwolenie przyszłego 
wydawcy. To, że zadecydował Garrett junior, chyba nie jest istotne.

– Dziękuję.
Druk podjęto dopiero po północy. Prawie połowę pierwszej strony zajęło 

zdjęcie płonącego budynku, a resztę miejsca reportaż Holly i krótka notatka 
o budynku, przygotowana przez Matthew.

– Jesteś zadowolona, prawda? – spytał, gdy szli na parking.
–   Mam   powody...   Oczywiście   serdecznie   współczuję   tamtejszym 

mieszkańcom, ale pożar już opanowano i nie ma ofiar śmiertelnych. Więc 
nie   jestem   bezduszna,   jednak   odczuwam   dumę,   bo   sprawnie   i   rzetelnie 
przygotowaliśmy artykuł.

–   Wyprzedziliśmy   radio   i   telewizję,   a   to   duży   wyczyn.   Ale   i   trochę 

kosztów. Holly uprzedziła, że w rozliczeniu umieści cenę za buty z wężowej 
skórki, które ucierpiały od strażackiej wody.

– Trzeba będzie zapłacić, bo wytrwała do końca, aż do ugaszenia pożaru.
Rozległ  się  pisk  opon gwałtownie  hamującego samochodu i  tuż przy 

bramie, na miejscu zarezerwowanym dla niepełnosprawnych, zatrzymał się 
duży elegancki wóz. Wysiadło czworo ludzi, z których nikt nie był kaleką. 
Anne   poznała   kobietę   w   futrzanej   pelerynie   i   najchętniej   uciekłaby   do 
mysiej dziury.

Dominique   stanęła   jak   wryta   i   wymownie   popatrzyła   na   Matthew 

niosącego dużą torbę.

– Co ty tu robisz o tej porze? Uciekłeś z domu?
– Pomagam w pracy.
– Aha. Śpiwór też zabrałeś? My jedziemy z jednego przyjęcia na drugie, 

ale wstąpiliśmy po gazetę. Zamieściliście coś o pożarze?

– Tak.
Anne odezwała się tak cicho, że jedynie Matthew ją usłyszał. Ujął ją pod 

background image

rękę i poszli dalej.

– Czemu Dominique nigdy nie kupuje gazety? – syknęła gniewnie. – 

Zawsze przyjeżdża po darmowy egzemplarz! Ma tupet!

– Tym razem nie mogła kupić, bo wstrzymałaś druk – spokojnie wyjaśnił 

Matthew.

Anne prychnęła, lecz nic nie powiedziała. Gdy zorientowała się, dokąd 

idą, rzekła z gryzącą ironią:

–   Widzę,   że   teraz   ty   parkujesz   po   kątach.   Nie   boisz   się   napaści?   – 

Dostrzegła Pierce  Arrow, przystanęła  i  zawołała:  – Tym  pojedziemy tak 
daleko?

–   Obiecałem   ci   przejażdżkę   kabrioletem,   ale   nie   przewidziałem,   że 

wyruszymy w środku nocy.

– Dojedziemy?
– Boisz się, że utkniemy po drodze? Samochód jest stary, ale zapewniam 

cię, bardzo bezpieczny.

– Nie chodzi mi tylko o bezpieczeństwo jazdy. Dotrzemy tam wcześnie 

rano i pani Lehmann nie będzie zachwycona, że wyciągamy ją z łóżka.

– Uprzedziłem, że się spóźnimy. Nie będziemy ich budzić.
Przytrzymał drzwi, więc Anne westchnęła zrezygnowana i wsiadła.
– Mam nadzieję, że naprawiłeś  już ogrzewanie. No, James, ruszaj w 

drogę.

– Na imię mi Mart. Zauważyłem, że starasz się tak do mnie nie zwracać, 

jednak przynajmniej powinnaś pamiętać, jak mnie ochrzczono.

Anne spąsowiała, ale ciemności skryły rumieniec wstydu.
– O co ci chodzi? – spytała zadziornie. – O ile mi wiadomo, każdy szofer 

ma na imię James.

– Nie każdy.
–   W   samochodzie   było   dużo   miejsca,   wygodnie   i   cicho.   Na   widok 

starego modelu kierowcy zwalniali, pozdrawiali ich klaksonem, niektórzy 
machali ręką. Po pewnym czasie Anne też każdemu radośnie machała.

– Miło mi, że tak się cieszysz.
– To chyba jedyna okazja, żebym czuła się jak sławna osoba.
Im   dalej   na   północ,   tym   mniej   mijali   samochodów,   więc   usiadła 

wygodniej i zapatrzyła się w księżyc. Była pełnia i jasny krążek płynął po 
czarnym   aksamicie   wraz   z   mrugającymi   gwiazdami.   Od   czasu   do   czasu 
przelatywał samolot odrzutowy.

background image

Anne   ziewnęła,   przymknęła   oczy,   przytuliła   policzek   do   obicia   i 

zdrzemnęła się.

– Anne?
Nie zareagowała, bo głos dochodził z bardzo daleka.
– Ścierpła mi ręka. Wiem, że to drobiazg, ale trudno mi zmieniać biegi.
Otworzyła jedno oko i zorientowała się, że leży skulona, z głową na 

ramieniu Matthew.

– Trochę przesuń głowę, ale poza tym możesz tak zostać.
Anne   speszyła   się,   gdy   się   zorientowała,   że   trzyma   rękę   na   nodze 

Matthew. Odsunęła się gwałtownie, a on wybuchnął śmiechem.

– Przepraszam, ale spałam – rzekła wyniośle. – Śpiący nie odpowiada za 

siebie.

– Więc czemu odsuwasz się, jakbyś popełniła zbrodnię? Przysięgam, że 

nie   złożę   skargi.   Jeśli   chcesz,   sprawdzimy,   za   co   odpowiadasz,   gdy   nie 
śpisz.

– Anne odwróciła głowę.
– Lepiej uważaj, jak prowadzisz.
– Chętnie zjadę na pobocze.
Zaczął wesoło pogwizdywać, a po kilku minutach zjechał na bok, na 

betonowy podjazd.

– Jesteśmy na miejscu.
Anne ze zdumieniem popatrzyła na duży dom.
– To ma być chata? Wygląda jak hotel.
Na parterze znajdował się jeden olbrzymi pokój, tonący w półmroku, 

więc sufit był ledwo widoczny. W kominku żarzyły się węgle, a na niskim 
stole zrobionym z grubego pnia stał termos, dwie filiżanki i talerz nakryty 
serwetką.

– Kochana gospodyni zostawiła dla nas kanapki, czekoladę i ogień – 

ucieszył się Matthew. – Wie, jak trafić do serca mężczyzny.

Rzucił trochę drew na węgle i wkrótce w kominku zapłonął ogień.
Anne   usiadła   przed   kominkiem   po   turecku   i   wzięła   kanapkę.   Mocno 

zgłodniała, toteż chleb z sałatką drobiową bardzo jej smakował.

–   Co   ciebie   tak   ciągnie   do   ognia?   –   spytała   z   pełnymi   ustami.   – 

Wszędzie go podsycasz.

–   To   jeden   z   prymitywnych   instynktów   odziedziczonych   po   naszych 

praprzodkach.

background image

Usiadł obok i łagodnie przesunął ją tak, że oparła się o jego pierś. Miała 

obie ręce zajęte, więc nie mogła się odsunąć, bo straciłaby równowagę.

Matthew  pocałował  jej skroń, potem  policzek, wreszcie  usta.  Położył 

rękę na jej piersi.

– To kolejny prymitywny instynkt? – spytała lekko drżącym głosem.
– Nie, chyba ten sam. Chęć igrania z niebezpieczeństwem... jak ogień... 

dynamit... ty.

Bezskutecznie próbowała się odsunąć.
– Mówiłeś, że jesteś głodny. Jeśli droga do serca mężczyzny wiedzie 

przez żołądek...

– Czasem przyjemnie jest zboczyć.
Wyszczerzył zęby w łobuzerskim uśmiechu, ugryzł kawałek jej kanapki, 

a   gdy   przełknął,   przytulił   Anne   mocniej   i   mocniej   pocałował.   Potem 
delikatnie ułożył ją na wznak i obrzucił wiele mówiącym spojrzeniem.

Anne pomyślała, że gospodarze są na górze, więc Matthew nie posunie 

się za daleko. Dlatego pozwoliła na pieszczoty. Powoli odprężyła się i oczy 
jej rozbłysły. Matthew dostrzegł to, westchnął, pocałował ją, wsunął rękę 
pod   sweter   i   dotknął   jedwabistej   skóry.   Anne   zamknęła   oczy   i   z 
przyjemnością unosiła się na fali pieszczot, nie dbając o to, jak dopłynie do 
bezpiecznego brzegu.

Gdy Matthew nagle usiadł, poczuła się zagubiona, więc automatycznie 

wyciągnęła do niego ręce.

– Nigdy tak się nie zabawiałaś... – szepnął.
– Nie zgadłeś.
– Nawet Rudy'emu pozwalałaś na trochę pieszczot, ale na nic więcej, 

prawda?

– Co to ma do rzeczy? – wykrztusiła. Matthew delikatnie pogładził ją po 

głowie.

– Może nic, a jednak ma znaczenie.
Powiedział to zmienionym, spiętym głosem i pocałował ją jakoś inaczej, 

jakby z obawą.

Anne usiadła i obciągnęła sweter.
– Pomyliłeś się. Dalej i tak byśmy się nie posunęli...
Jestem strasznie zmęczona. Wiesz, gdzie mamy pokoje?
– Twój jest pierwszy po prawej stronie schodów.
Spojrzała na kanapkę rozgniecioną na podłodze i wystraszona pomyślała, 

background image

że sama wygląda podobnie.

Matthew   zauważył  jej  zmieszanie,  ale   zamiast  zrobić  kąśliwą  uwagę, 

spokojnie powiedział:

– Nie przejmuj się, ja to sprzątnę.
– Wobec tego idę spać. Dobranoc. Wchodziła na schody, gdy zawołał:
– Anne!
Odwróciła się, a on cicho powiedział:
– Byłaś cudowna.
Przez moment zastanawiała się, o co mu chodzi. Dostrzegła, że zmienił 

się   na   twarzy,   gdy   zrozumiał   podwójne   znaczenie   tych   słów.   Wyglądał, 
jakby go uderzono.

– Wiesz, o co mi chodzi. Pożar... druk...
– A co innego mógłbyś mieć na myśli? – spytała, udając zdziwienie.
Szybkim krokiem weszła na piętro.
Długo nie mogła zasnąć. Patrzyła na sunącą po podłodze smugę światła i 

rozpamiętywała   zmysłową   przyjemność,   jakiej   doznała   w   ramionach 
Matthew. Ogarnęły ją dziwne uczucia, jakby dopiero rozbudzone. Była jak 
wulkan, który lada chwila grozi wybuchem.

Dlaczego Matthew odsunął się tak nagle? Widocznie zorientował się, że 

ona   nie   zdaje   sobie   sprawy   z   tego,   co   się   z   nią   dzieje.   Sam   doskonale 
wiedział,   dokąd   pieszczoty   prowadzą   i   nie   chciał   stracić   panowania   nad 
sobą. Ze względu na gospodarzy, czy ze względu na jej niedoświadczenie? 
Wolał   zachować   ostrożność,   bo   nie   wiedział,   czego   ona   się   spodziewa, 
jakich obietnic oczekuje? Na pewno nie zamierzał nic obiecywać. Trudno 
winić go za to, że myślał o sobie...

Leżała, nasłuchując dziwnych odgłosów nieznanego domu. Po trzeciej 

zachciało się jej pić, więc poszła do łazienki i na progu stanęła jak wryta. 
Przy urny walce stał Matthew, w granatowych szortach, i mył zęby.

Zobaczył ją w lustrze i krzywo się uśmiechnął.
– Pani Dorie jest bardzo dyskretna, więc nie pytała, czy będziemy spać 

razem, ale na wszelki wypadek dała nam sąsiednie pokoje.

– Przedzielone łazienką – sprostowała Anne. – Mogło być gorzej.
Poprzednio zauważyła drugie drzwi, lecz nie zastanawiała się, co jest za 

nimi.

– Będę zawsze pukał – obiecał Matthew. – I zachowam się cichutko.
– Ja też.

background image

Wróciła do sypialni i starannie zamknęła drzwi. Ze strony Matthew nic 

jej nie groziło, ale bała się, że sama rzuci mu się w ramiona.

W uszach dźwięczały słowa: „Byłaś cudowna".
– Ale jestem głupia – syknęła ze złością. – Jak mogłam przypuszczać, że 

on mówi o amorach przed kominkiem?

Wolałaby jednak, żeby właśnie tak było.

background image

Rozdział 7

Promienie   słońca   padły   na   łóżko   nakryte   kołdrą   w   gwiazdy.   Anne 

spojrzała na zegarek i niechętnie wstała. Długo myła się, ubierała i sprzątała 
po sobie. Najchętniej zostałaby w sypialni przez cały dzień.

Gdy wreszcie zdobyła się na odwagę i zeszła, w pokoju na dole nikogo 

nie zastała. Stanęła przy kominku, teraz z przodu grzały ją płomienie ognia, 
a   z   tyłu   promienie   słońca.   Nagle   zainteresowała   się   tym,   co   jest   nad 
kominkiem. Myśliwi na ogół lubią, gdy patrzy na nich majestatyczny łoś. 
Pan Lehmann nie polował i chyba dlatego na ścianie było inne zwierzę – 
wielki pluszowy miś ze szklanymi oczami i czerwoną kokardą.

Zdziwiła   się,   że   przedtem   go   nie   zauważyła,   ale   zaraz   uprzytomniła 

sobie, dlaczego. W nocy była tak zapatrzona w siebie, że nic nie widziała.

Z aneksu kuchennego wyszła pani domu.
–   Dzień   dobry.   Moje   dziecko,   trzeba   było   dłużej   pospać.   Matt 

opowiedział nam, jaką mieliście noc.

Anne w pierwszej chwili speszyła się, ale prędko się zorientowała, że 

pani Lehmann chodzi o pożar i związaną z tym dodatkową pracę.

– Nie wypada spać, gdy jest taka piękna pogoda.
Wzięła   kubek   kawy   i   przysiadła   na   stołku   koło   ścianki   oddzielającej 

część kuchenną od pokoju.

– Matt mówił to samo. Panowie poszli popływać.
Anne wzdrygnęła się.
–   Nie   w   zatoce,   tylko   w   basenie.   –   Pani   Lehmann   posypała   ciasto 

kruszonką i wstawiła blachę do piekarnika. – Zabrałam się do pieczenia, ale 
mam nadzieję, że moja krzątanina nie będzie wam przeszkadzać.

– Mnie na pewno nie. – Pociągnęła nosem. – Bardzo lubię takie domowe 

zapachy.

– Przyjadą wszystkie dzieci i wnuki, więc śpieszę się, żeby jak najwięcej 

teraz zrobić. Kiedy zjawia się cała rodzina, mamy tu mały hotel.

– Gdy Matthew powiedział, że jedziemy do wiejskiej chaty, pomyślałam, 

że może będzie to chałupka z drewnianych bali.

Gospodyni wbiła kilka jaj do salaterki.
– Początkowo chcieliśmy mieć małą chatę, ale zbudowaliśmy dom, bo 

background image

postanowiliśmy   zamieszkać   tu   po   przejściu   na   emeryturę.   Na   razie 
utrzymanie dwóch domów jest  kłopotliwym obowiązkiem. Czy spało się 
pani wygodnie i ciepło?

Anne lekko się zarumieniła, ale nie miała powodu do zażenowania, bo 

spała   sama.   Pomyślała,   że   pani   domu   uprzejmie,   bez   podtekstu,   pyta   o 
wygodę gościa.

Panowie wrócili, gdy nakrywała do stołu, i Matthew zaczął jej pomagać. 

Przy nim zrobiła się tak nerwowa, że niewiele brakowało, a zbiłaby ręcznie 
malowany talerz. W  pewnej  chwili Matthew  nadepnął  jej na  piętę, więc 
gwałtownie podskoczyła.

Matthew   mruknął   coś,   co   zabrzmiało   jak   przekleństwo,   a   głośniej 

powiedział:

– Przepraszam za wczoraj. Popełniłem błąd.
– Nawet duży. Zresztą wszyscy się pomylili: ty, ja, pani Dorie. Ciekawe, 

czy te pokoje ze wspólną łazienką to jej pomysł. Może prosiłeś o sąsiadujące 
sypialnie, żeby łatwiej skruszyć mój staroświecki opór?

Matthew drgnął mięsień na policzku.
– Niech to wszyscy diabli!
–   Czemu   wczoraj   się   rozmyśliłeś?   –   ciągnęła   na   pozór   spokojnie.   – 

Ogarnęły cię wyrzuty sumienia, czy wystraszyłeś się, że coś ze mną nie w 
porządku i straciłeś zainteresowanie?

Matthew spojrzał na nią pociemniałymi oczami.
– Psiakrew! Przynajmniej się nie oszukuj. Dziś jeszcze mniej bym ci się 

podobał, gdybym wczoraj skorzystał z wyraźnego zaproszenia...

– Zaproszenia? Jak śmiesz mówić, że ja cię zapraszałam...
–   Ale   nie   próbowałaś   mnie   powstrzymać,   nie   kazałaś   się   opamiętać. 

Możesz   być   albo   obrażona,   że   zacząłem   amory,   albo   obrażona,   że   się 
wycofałem, ale nie jedno i drugie.

Anne z wrażenia zaniemówiła.
–   Jak   się   zdecydujesz,   powiedz   mi,   co   wybrałaś   –   rzucił   szorstko   i 

odszedł.

Niebawem pani Lehmann wniosła salaterkę z jajecznicą, a jej mąż tacę z 

parówkami.

Po   sutym   posiłku   Anne   przesiadła   się   na   kanapę   i   zaskoczona 

obserwowała pana domu, który postawił na stole olbrzymie pudło.

– Zapraszam w góry – zwrócił się do niej. – To będzie trudne zadanie, 

background image

ale nie niemożliwe.

–   Myślałam,   że   od   razu   przystąpimy   do   omawiania   warunków 

przyznawania stypendium.

–   Chcesz   prędko   odwalić   robotę   i   wrócić   do   domu?   –   domyślił   się 

Matthew.

– Nieprawda. W niedzielę mogę żyć bez pracy, ale przyjechaliśmy tu, 

żeby działać, prawda?

Matthew gniewnie zacisnął zęby.
–  Układanka,  jak   sama   nazwa  wskazuje,   jest   gimnastyką   dla  szarych 

komórek   –   wyjaśnił   pan   Lehmann.   Układanie   kartoników   zajmuje   część 
mózgu odpowiedzialną za logikę, a twórczej pozwala hulać do woli.

Anne nie bardzo mu wierzyła, ale prędko przekonała się, że ma rację. 

Chwilami słychać było jedynie szuranie kartonikami w pudełku. Gdy ktoś 
podsuwał jakiś pomysł, wszyscy go omawiali, sprawdzając, czy pasuje do 
całości, czy trzeba go odrzucić. Na stole z wolna pojawił się stok góry, a w 
głowach zarys projektu pana Garretta.

– Przede wszystkim trzeba wymagać dobrych wyników w nauce – rzekł 

pan   Lehmann.   –   Jim   szuka   inteligentnych   ludzi,   więc   średnich 
wyeliminujmy w przedbiegach.

Anne pokręciła głową i wsunęła ostatni fragment krzewu w prawym rogu 

układanki.

–   Wtedy   stypendium   będzie   jak   lukier   osładzający   życie   ludziom, 

którym i  tak się wiedzie. A  pan Garrett szuka  takich, których  życie nie 
pieści.

Matthew klasnął w ręce.
– Zycie nas nie pieści, pieśćmy się sami!
Anne chętnie dałaby . mu kuksańca.
– Według mnie twój ojciec szuka ludzi, którzy nie boją się innowacji.
–   Czemu   od   razu   tak   nie   powiedziałaś?   Pewnie   to   wpływ   książki 

Rudy'ego. Takie arcydzieła psują nawet bystre umysły.

–   Dziękuję   za   komplement.   Tak   się   dziwnie   składa,   że   wybitni 

dziennikarze nie byli najlepszymi studentami.

– To uogólnienie.
–   Które   jednak   się   sprawdza.   Nagradzani   i   wyróżniani   studenci   bez 

komentarza przyjmują to, co się im mówi, wkuwają materiał na pamięć i 
recytują na zamówienie. Gdy wychodzą w teren, notują wszystko bez żadnej 

background image

refleksji i selekcji.

– Przecież na początku tak się robi – zaczął Matthew.
– Pozwolisz mi skończyć? Przeciętnie uzdolnione dzieci są inne. One 

chcą dotrzeć do sedna sprawy i rozbierają na części to, co je interesuje. 
Wyrastają z nich dociekliwi ludzie, których intryguje, co politycy robią poza 
oficjalnymi   wystąpieniami,   i   którzy   są   gotowi   brnąć   w   błocie,   by   się 
dowiedzieć.

Pan Lehmann usiadł wygodniej.
– Hmm, ma pani trochę racji. Byle tylko nie posunąć się za daleko i 

całkiem nie wykluczyć najzdolniejszych studentów.

– Nie wykluczam ich, ale nie warto udzielać im pomocy, na którą nie 

zasługują.

Matthew bacznie się jej przyglądał, ale nic nie mówił.
– Więc co pani proponuje jako podstawę oceny?
– Najpierw pisemne podanie i esej...
– Na temat: „Dlaczego chcę zostać dziennikarzem"?
 – podsunął Matthew z przekąsem. – Pięćset słów.
Anne udała, że nie słyszy.
– Potem wstępne rozmowy...
– Kto je przeprowadzi? Ojciec teraz nie ma siły.
Anne przez chwilę namyślała się.
– Zrobię to w zastępstwie i dokonam pierwszego odsiewu.
– Równie dobrze można wyciągać nazwiska z kapelusza, szanse będą 

takie   same   –   ironizował   Matthew.   –   Założę   się,   że   tuż   po   rozdaniu 
dyplomów   połowa   stypendystów,   i   większość   twoich   geniuszy,   przyśle 
podziękowania   za   bezpłatną   naukę   i   zajmie   się   czymś   niezgodnym   z 
kierunkiem   studiów.   Na   przykład   wstąpią   do   Legii   Cudzoziemskiej   lub 
otworzą sklep w Upper Sandusky. Byle tylko nie parać się dziennikarstwem.

– Za to druga połowa...
– Nawet nie podziękuje.
Anne   spojrzała   na   niego   jadowitym   wzrokiem,   ale   on   tylko   się 

uśmiechnął i wsunął odpowiedni fragment w ośnieżone drzewo na szczycie 
góry. Zadzwonił telefon, więc pan Lehmann poszedł odebrać.

– Studia to nie wojsko – rzekł Matthew. – Nie zmusisz tych ludzi, żeby z 

wdzięczności za bezpłatne wykształcenie podarowali ci kilka lat życia.

Anne lekko się zarumieniła.

background image

– Przyznaj się, że nie chcesz, żeby twój ojciec ustanowił ten fundusz. 

Dziwne, że jeszcze mu tego nie wyperswadowałeś.

– Czy twierdzę, że ojciec nie powinien tego robić?
– Nie, ale z twoich wypowiedzi wynika, że według ciebie to marnowanie 

pieniędzy. Dobrze byłoby, gdyby twój ojciec zobowiązał jakąś instytucję, 
żeby   pilnowała   przydzielania   stypendiów   i   ewentualnie   realizowała   inne 
dobroczynne projekty. Gdyby tej instytucji zapisał część swoich udziałów w 
„Chronicie", miałby pewność, że wszystko pójdzie po jego myśli, bo żaden 
pojedynczy człowiek nie cofnie jego decyzji.

– Ten człowiek to ja, tak?
–   Mógłby   też   przekazać   swoje   udziały   jakiemuś   trustowi   –   ciągnęła 

uparcie. – Wtedy, nie posiadając większości udziałów, nie miałbyś prawa 
odsprzedać „Chronicie". To proste.

Wyraz twarzy Matthewa świadczył, że Anne przeciągnęła strunę, więc 

się zreflektowała i speszona zapytała:

– Tego byś nie zrobił, prawda?
–   Zagalopowałaś   się,   moja   panno.   Trzymaj   się   kwestii   przyznawania 

stypendium, bo tylko o to cię proszono. Jak skłonisz absolwentów, żeby nie 
zawiedli pokładanej w nich nadziei?

– Jeszcze nie wiem. Ale mogę zaoszczędzić twojemu ojcu rozczarowali, 

a raczej przyczynić się do tego, żeby ujrzał rezultaty tego, co zamierza.

Przyszedł pan Lehmann i, zacierając ręce, zwrócił się do Matthew:
– Mój chłopcze, mam propozycję i pytanie. Czy w drugą sobotę grudnia 

zechcesz przywdziać akademickie szaty i przekazać trochę swej mądrości 
studentom ostatniego roku?

– Oczywiście w zamian za honorowy tytuł – rzuciła – Anne półgłosem. – 

Szkoda, że nie ma tytułu doktora arogancji...

Zdawało się jej, że Matthew zazgrzytał zębami.
– Bardzo krótki termin...
–   Przyznaję.   Ale   otrzymałem   wiadomość,   że   człowiek,   z   którym 

wstępnie się umówiłem, został oskarżony o fałszerstwo.

– Mieć zastępstwo – mruknęła Anne pod nosem. – To okropność!
– Tak sądzisz? – Matthew znacząco spojrzał na pana domu. – Radzę 

zaprosić Anne. bo ona ma same genialne pomysły. Szczególnie dzisiaj. Jaki 
był ostatni?

Gospodarze   tak   serdecznie   ich   zapraszali,   że   zostali   do   kolacji. 

background image

Najbardziej   smakowały   im   ciastka   i   placki,   których   zapach   przez   całe 
popołudnie rozchodził się po domu.

Drogę powrotną odbyli we wrogim milczeniu. Anne zastanawiała się, jak 

to możliwe, że teraz kierowca, samochód i księżyc zdają się zupełnie inne 
niż   kilkanaście   godzin   wcześniej.   Rozważania   na   ten   temat   prowadziły 
donikąd...

–   Kiedy   z   panem   Lehmannem   przedstawicie   plan   twojemu   ojcu?   – 

zapytała.

– Zrobię to bez niego.
– Czemu?
– Bo nie chcę, żeby od nowa zaczęły się rozważania. Wystarczy, jeśli 

dwuosobowa delegacja przedstawi konkluzje komisji. Tak będzie prościej.

– Dwuosobowa?
– Tak. Ty i ja. Chyba chcesz być obecna, żeby mieć pewność, że nic nie 

przekręcę.

– Zabrzmiało to sarkastycznie, lecz musiała przyznać, że w jego słowach 

jest sporo racji.

– Nie przypuszczałam...
– Poza tym to głównie twoje propozycje.
– Przesadzasz.
Czuła, że popatrzył na nią bardzo krytycznie.
–   Jeśli   ojciec   uzna,   że   plan   jest   kiepski,   wolę,   żeby   powiedział   ci 

osobiście, a nie za moim pośrednictwem.

– Aha.
– Możesz przyjść jutro na lunch?
– Nie bardzo, bo o drugiej muszę być w redakcji.
–  Wobec  tego   lunch  będzie  o   dwunastej.  Po  długim   milczeniu  cicho 

zapytała:

– Naprawdę sądzisz, że plan się nie spodoba?
–   Tego   nie   powiedziałem,   ale   jak   znam   ojca,   zaproponuje   drobne 

poprawki, na przykład dwie wstępne rozmowy zamiast jednej.

– Boisz się, że i ciebie w to wciągnie?
– Nie muszę się bać, bo już wciągnął i bez skrupułów przydziela zadania.
Anne pomyślała, że trochę konkretnych obowiązków dobrze mu zrobi.
– Ostrzegłem ojca, że projekt wymyka się spod jego kontroli i jak tak 

dalej pójdzie, niedługo będzie martwił się tylko o storczyki.

background image

– I o zapracowanego syna... Na pewno przed tym też go ostrzegłeś.
– Oczywiście, ale mój rodzic bynajmniej się nie przejął. Czemu ludzie 

uważają, że pisanie felietonów to nie jest praca?

– Może dlatego, że nikt nie widzi cię, gdy pracujesz.
– Też argument! Mam postawić biurko w oknie największego sklepu i 

czekać z pisaniem, aż zgromadzi się tłum gapiów?

– Niezły pomysł, ale ja na twoim miejscu poszłabym do działu promocji. 

Może poradzą coś innego, na przykład dadzą ci balon, wsadzą cię do środka 
i...

Matthew parsknął gniewnie, ale nic nie powiedział, więc znowu przez 

pewien czas jechali w milczeniu. Anne była zadowolona, że do niej należało 
ostatnie słowo.

Odezwał się, dopiero gdy skręcił w stronę Sherwood Forest.
– Przepraszam cię za to, co powiedziałem.
–  Co  i  kiedy?  Wczoraj,  gdy  sugerowałeś,   że  ze  mną  jest   cos'  nie  w 

porządku, czy dziś, gdy nazwałeś mnie idiotką?

– Przepraszam za jedno i drugie. Wcale nie uważam, że z tobą coś nie w 

porządku...

– Bardzo się cieszę i zapewniam, że brak doświadczenia nie wynika z 

braku okazji.

– Nie wątpiłem ani przez sekundę. Szczerze mówiąc, właśnie dlatego... – 

Urwał na moment. – Czy możesz mi zdradzić, dlaczego nie ucięłaś sobie 
romansu z Rudym? Chyba miał ochotę?

Anne zawrzała. Aby się opanować, policzyła do dwudziestu, ale i tak 

głos miała opryskliwy.

–   To   szczyt   bezczelności   pytać,   czemu   nie   idę   do   łóżka   z   każdym 

chętnym facetem, z którym się umawiam. To nie twoja sprawa.

– Właśnie że moja. Wczoraj pozwoliłaś mi dojść prawie do punktu, skąd 

nie. ma odwrotu, więc uważam, że mam prawo wiedzieć, o co chodzi.

Anne   nie   słuchała   go,   ponieważ   zajechali   przed   dom   i   zobaczyła 

samochód Rudy'ego.

– O Boże!
– Powieściopisarz nadal kręci się koło ciebie?
– Chyba za późno, żebyś odjechał nie zauważony. Wolałabym sama się z 

nim spotkać, ale pewno zobaczył tę twoją kolubrynę.

– Myślałem, że spodoba ci się taki klasyczny kabriolet.

background image

Anne wyskoczyła z samochodu. Matthew też wysiadł i zasępiony ruszył 

za nią.

Rudy przebiegł przez jezdnię.
– Gdzie ty byłaś? Szukałem cię od rana. Samochód jest w garażu, więc 

dzwoniłem i pukałem do drzwi, ale nie otwierałaś. Zastanawiałem się, kogo 
zawiadomić: policję czy twoich rodziców.

– Ładnie, że pan się martwił – rzekł Matthew uprzejmie – ale nie było 

powodu do niepokoju.

– Teraz to widzę – warknął Rudy, nie patrząc na niego. – Skoro jesteś z 

tym błaznem i masz bagaż, pewnie wracasz z wesołej hulanki.

Anne wbiła paznokcie w dłonie, żeby nie wybuchnąć. Jakim prawem 

Rudy tak mówi?

Matthew zagwizdał, jak zwykle fałszując.
– Zostawić torbę tu czy zanieść do domu?
Odszedł, nie czekając na odpowiedź. Anne miała ochotę udusić go za to, 

że prowokuje choleryka.

– Co to wszystko znaczy? – warknął Rudy.
– Nie muszę tłumaczyć się przed tobą, bo już nie jesteśmy zaręczeni.
Kątem   oka   obserwowała   Matthew.   Wiedziała,   że   gdyby   miał   klucze, 

zaniósłby   torbę   do   sypialni   i   zapalił   tam   światło,   żeby   doprowadzić 
Rudy'ego do wściekłości. Matthew zostawił torbę przy schodach i wrócił.

– Może nie musisz – wycedził Rudy – ale nasze drobne nieporozumienie 

to nie powód, żebyś zabawiała się z tym facetem.

– Stary, uspokój się – mitygował go Matthew. – Daję ci słowo, że Anne 

pracowała.

–   Młody,   zjeżdżaj   stąd   i   pozwól   nam   spokojnie   wyjaśnić 

nieporozumienie.

Matthew spojrzał pytająco na Anne.
– Tak, idź już.
– Dobrze. – Przez kilka sekund patrzył na nią, a potem wbił wzrok w 

Rudy'ego. – Pójdę, ale najpierw coś powiem.

Anne przeszył zimny dreszcz. Spodziewała się czegoś nieprzyjemnego.
– Posądzam pana o brak rozsądku, który przeszkadza wierzyć bliźniemu, 

ale   jeszcze   raz  powtarzam,   że   pracowaliśmy.  Anne  nie   spała   ze   mną.  Z 
panem też nie, prawda?

Odwrócił się na pięcie i odszedł.

background image

Zaskoczona patrzyła w ślad za nim. Dlaczego to powiedział? Spojrzała 

na Rudy'ego, w którego oczach wyczytała podejrzenie.

– Nie wierzysz mu?
–   Czemu   miałbym   wierzyć?   To,   że   w   czwartek   trochę   –   się 

zdenerwowałem, to jeszcze nie powód, żebyś tak mnie traktowała.

– Trochę się zdenerwowałeś? Wrzeszczałeś na mnie i zachowywałeś się 

jak   nieznośne   dziecko.   Odwołałeś   kolację,   a   mimo   to   uważałeś,   że 
powinnam na ciebie czekać.

– Przepraszam, ale ten facet doprowadza mnie do szewskiej pasji. Jeśli 

po   każdej   drobnej   sprzeczce   będziesz   robić   mi   sceny   jak   z   kiepskiego 
serialu...

– Nie będzie żadnych sprzeczek, żadnych dyskusji i przeprosin. Nie daję 

ci drugiej szansy i definitywnie z tobą zrywam.

Rudy zrozumiał, że mówiła poważnie, zgarbił się i powoli odszedł. Anne 

wbiegła do domu, zatrzasnęła drzwi i skuliła się na fotelu. Była wyczerpana 
i   rozdygotana.   Czemu   ostateczne   pożegnanie   sprawia   tyle   bólu?   Kiedyś 
kochała Rudy'ego, lecz miłość już dawno się skończyła. Zerwanie zaręczyn 
było przykre, ale nie tak bolesne. Dlaczego czuje się, jakby odcięła sobie 
rękę?

Matthew   nie   powiedział,   czy   przyjedzie   po   nią.   Nie   miała   ochoty 

siedzieć   i   czekać,   bo   gdyby   nie   przyjechał,   spaliłaby   się   ze   wstydu. 
Dwadzieścia po jedenastej wsiadła do samochodu i punktualnie o dwunastej 
zadzwoniła do drzwi Tudor Revival.

Kamerdyner zaprowadził ją do niewielkiego słonecznego pokoju.
– Dzień dobry.
Matthew zerwał się na równe nogi.
Anne czuła się nieswojo, więc aby nie patrzeć na niego, rozejrzała się. 

Pokój był urządzony z wielkim smakiem, meble były stylowe, na podłodze 
leżał   perski   dywan   w   pastelowych   kolorach.   Przez   duże   okna   wpadało 
słońce,   które   raziło   w   oczy,   więc   niezbyt   wyraźnie   widziała   portret   nad 
kominkiem.   Pod   obrazem,   na   marmurowym   gzymsie,   stała   różowa   róża. 
Pokój sprawiał wrażenie, jakby ktoś włożył w jego urządzenie dużo serca i 
starannie wszystko dobrał.

Uprzytomniła   sobie,   że   nie   przyszła   podziwiać   pokoju   i   spojrzała   na 

Matthew. A ściślej mówiąc, na jego krawat. Pierwszy raz widziała go w 
koszuli i marynarce.

background image

– Proszę, siądź tutaj. – Wziął karafkę stojącą na stoliku z marmurowym 

blatem. – Napijesz się sherry?

– Nie, dziękuję. Przecież jadę do pracy. Masz jakiś sok?
– Pomidorowy, dla rekonwalescentów. – Nalał soku do dwóch szklanek i 

usiadł. – Ojciec zaraz przyjdzie.

Anne nie wiedziała, co powiedzieć.
– Nie denerwuj się. Już raz mu się sprzeciwiłaś, chyba masz wprawę.
– Wcale nie chcę się sprzeciwiać. Wolałabym, żeby nasze ustalenia od 

razu przypadły twojemu ojcu do gustu.

– Więc pijmy za powodzenie.
Powiedział to bez entuzjazmu. Dlaczego? Czyżby przygotował sabotaż?
Teraz słońce już nie oślepiało i mogła przyjrzeć się osobie na portrecie. 

Młoda kobieta miała misternie ułożone jasne włosy, koronkową wieczorową 
suknię   i   naszyjnik   z   ametystów.   Jej   duże   ciemne   oczy   lśniły   ciepło   i 
intrygująco zarazem.

Matthew miał podobne oczy.
– Na pewno przekonasz ojca. On lubi zdecydowane kobiety.
– Jak ta dama na portrecie?
–   Skąd   wiesz,   że   mama   wiedziała,   czego   chce?   Wyglądała   tak 

delikatnie...

– Bardzo piękna kobieta.
– Tak. Zawsze stawiała na swoim, chociaż nigdy nie słyszałem, żeby 

podniosła głos.

– Nie żyje?
Matthew przez chwilę milczał, jakby nie słyszał pytania.
– Umarła, gdy byłem na studiach. Niezwykła istota...
Nigdy nie spotkałem podobnej kobiety.
Anne ścisnęło coś za gardło.
– Dziękuję, że mi to powiedziałeś – szepnęła.
Spojrzał na nią, lekko marszcząc brwi, co ją speszyło, więc czym prędzej 

dodała:

– I dziękuję za to... że wczoraj... byłeś... taktowny.
– Taktowny? – Wypił sok do dna i odstawił szklankę.
  –   Bo   odszedłem   w   odpowiednim   momencie?   Udało   się   wyjaśnić 

nieporozumienie?

Anne zarumieniła się i skinęła potakująco. Nie chciała wdawać się w 

background image

szczegóły, ponieważ uważała, że jej sprawy go nie interesują.

Raptem   doznała   olśnienia   i   zrozumiała,   dlaczego   wieczorem   czuła 

dotkliwy   ból   serca.   Powodem   nie   było   rozstanie   z   Rudym,   ale   to,   że 
Matthew odszedł, jakby ona była mu zupełnie obojętna.

Pokochała go, nie wiedząc o tym!

background image

Rozdział 8

Odkrycie   uderzyło   ją   z   miażdżącą   siłą.   Nie   mogła   uwierzyć,   że 

pokochała Matthew, wydawało się to zupełnie nieprawdopodobne. A jednak 
wyjaśniałoby parę niezrozumiałych reakcji.

Właśnie   to   było   powodem,   dla   którego   ogarnęło   ją   przygnębienie   na 

myśl, że ma obowiązek dać Rudy'emu jeszcze jedną szansę. Miała wrażenie, 
że znalazła się w potrzasku. Teraz zrozumiała, że nie wahała się ze względu 
na Rudy'ego, lecz ponieważ podświadomie czuła, iż jego miejsce zajął ktoś 
inny.

Mieszane uczucia stały się jasne. Matthew miał rację, gdy zarzucił jej, że 

zachowuje się niepoważnie. Była zła, ponieważ sądził, że chętnie pójdzie z 
nim   do   łóżka,   a   jednocześnie   miała   pretensję,   że   uznał   ją   za   niewartą 
grzechu. To naprawdę śmieszne. Słusznie wytknął jej brak zdecydowania. 
Miotały nią sprzeczne uczucia, czuła się rozdarta.

Teraz   zrozumiała   również   swą   reakcję   w   związku   z   Dominique. 

Wstydziła się przyznać przed sobą. że jest zazdrosna, a było jej przykro, że 
Dominique może w każdej chwili podejść do Matthew, kazać się pocałować, 
wziąć go pod rękę i odprowadzić na bok.

Już podczas pamiętnej kolacji, gdy zastanawiała się.
czy Dominique i Matthew coś łączy, w jej sercu kiełkowała zazdrość.
Jak to możliwe, że uczucia tak szybko i niepostrzeżenie się rozwinęły? A 

może nie tak prędko, skoro miała wrażenie, że od dawna zna Matthew? Czy 
w restauracji nieświadomie wyznała prawdę? Czy rzeczywiście zakochała 
się w nim przed laty?

Matthew też ją trochę znał, bo w pewnym sensie przedstawiła się na 

stronach dziennika. Znali swoje poglądy z wypowiedzi w gazecie.

Pierwszy raz spotkali się po jego powrocie z Waszyngtonu i tego samego 

wieczoru obronił ją przed niebezpieczeństwem, udzielił wsparcia fizycznego 
i   psychicznego.   Był   łagodny,   prawie   czuły   i   dotrzymał   towarzystwa   tak 
długo, aż upewnił się, że wróciła do równowagi. Uświadomiła sobie, jak 
bardzo chciałaby zawsze mieć go u swego boku.

Jej rozmyślania przerwało wejście pana Garretta. Z trudem opanowała 

się   i   skupiła   na   tym.   co   do   niej   mówi.   Zdziwiła   się,   że   chory   wygląda 

background image

młodziej i zdrowiej niż przed operacją. Widocznie służył mu odpoczynek i 
świadomość,   że   syn   przejmuje   obowiązki   i   bierze   na   swe   barki 
odpowiedzialność za dziennik.

Pan domu ujął ją pod rękę i zaprowadził na werandę, gdzie stał stół 

nakryty dla trzech osób. Anne zdawało się, że Matthew idzie niechętnie, 
jakby wolał być gdzie indziej.

Lokaj obsługiwał ich, a gospodarz z ożywieniem opowiadał o tym, jak 

uratował marniejące storczyki. Anne zastanawiała się, dlaczego przez tyle 
lat   bała   się   sympatycznego   zwierzchnika.   Wprawdzie   bywa   szorstki   i 
bezwzględnie wytyka błędy w rozumowaniu, ale jest bardzo inteligentny, 
dowcipny, nawet czarujący.

Odzywała się mało, ale z przyjemnością słuchała toczącej się rozmowy. 

Przemknęła   jej   myśl,   że   chętnie   poznałaby   swego   zwierzchnika   bliżej. 
Dyskretnie obserwowała Matthew i chwilami zastanawiała się, o czym on 
myśli. Wreszcie skarciła się za bezowocne rozważania. Wyglądał, jakby nie 
rozmyślał o niczym ważnym, jakby niczym się nie przejmował.

Nagle poczuła kopnięcie w kostkę i przez kilka sekund gniewnie patrzyła 

na Matthew, nim uświadomiła sobie, że przywołuje ją do porządku. W ten 
sposób przypomniał, że wypada uważać, o czym toczy się rozmowa.

Lokaj sprzątnął talerzyki i podał gotowanego łososia oraz bukiet jarzyn.
– Co powiesz mi o funduszu? – zapytał pan Garrett.
Anne   zorientowała   się,   że   pyta   po   raz   drugi,   a   ponieważ   nie 

odpowiedziała,   Matthew   ją   kopnął.   Przelotnie   spojrzała   na   niego.   Nie 
zamierzał odzywać się, jakby chciał udowodnić, że pamięta, czyj to plan i 
kto ponosi odpowiedzialność. Czy wolał nie mieszać się, na wypadek gdyby 
propozycje nie zyskały aprobaty jego ojca?

Mówiła,   machinalnie   jedząc.   Speszyła   się   i   głos   jej   zadrżał,   gdy 

spostrzegła,   że   pan   Garrett   zmarszczył   brwi.   Co   to   znaczy?   Słucha   z 
zainteresowaniem czy ogarnia go niezadowolenie?

– Bardzo ciekawe – rzekł, gdy skończyła.
Odniosła wrażenie, że jej sugestie nie spodobały się i dlatego z trudem 

zmusiła się, by kontynuować.

– Jeszcze nie wszystko panu powiedziałam.
– Proponowałem, żebyśmy przeszli na ty. Mów dalej. Mart twierdzi, że 

chcesz wprowadzić ciekawe innowacje.

Anne zerknęła na Matthew. Posądzała go o obojętność, więc zaskoczyło 

background image

ją, że pochwalił jej pomysł. Z wdzięczności uśmiechnęła się ciepło, na co 
zareagował   uniesieniem   brwi.   Pomyślała,   że   ojciec   traktuje   sprawę 
poważnie, a syn z przymrużeniem oka.

– Nie jestem pewna, czy to rzeczywiście innowacja – zaczęła ostrożnie. 

– Raczej rozwinięcie pomysłu, na który inni wpadli wcześniej. Przyszło mi 
to   do   głowy,   gdy   pan...   gdy   wspomniałeś,   że   stypendium   ma   pokrywać 
opłaty za naukę, mieszkanie, wyżywienie, podręczniki. A studenci powinni 
poświęcić się wyłącznie nauce.

– Czy ty też uważasz, że to zły pomysł? Bo mój syn go krytykuje.
– Wspomniał mi o tym. I... ma trochę racji.
– Jestem wzruszony, że przyznajesz mi rację – odezwał się Matthew. – 

Tato, Anne chce powiedzieć, że kandydat może ją oszukać, mimo podania, 
eseju,   rozmowy   i   jej   kobiecej   intuicji.   Skorzysta   z   możliwości   zdobycia 
bezpłatnego wykształcenia, ale potem ucieknie.

–   Może   nie   tyle   ucieknie,   co   po   prostu   rozmyśli   się   lub   uzna,   że 

dziennikarstwo   jednak   mu   nie   odpowiada.   To   przecież   się   zdarza   i   nie 
każdy,   kto   zmienia   zdanie,   zaraz   jest   oszustem.   A   moja   innowacja,   jak 
Matthew   to   nazwał,   jest   taka:   rokrocznie   latem   kilku   stypendystów 
popracuje w naszej redakcji. Coś dla nich znajdziemy i jestem pewna, że 
podczas   praktyki   przekonamy   się,   czy   poważnie   myślą   o   zawodzie 
dziennikarza.

– Pan Garrett nie rozchmurzył się, lecz mimo to mówiła dalej.
– Studenci wielu wydziałów muszą odbyć praktykę, ale zwykle czeka się 

z tym, aż skończą naukę i zrobią dyplom. Nie rozumiem, czemu. Dlaczego 
nie zacząć w trakcie studiów? Im wcześniej ktoś – my lub sam stypendysta – 
zorientuje się, że zaszła pomyłka, tym mniejsza będzie strata. Z drugiej zaś 
strony studenci zdobędą doświadczenie, które procentuje na początku pracy, 
a my zyskamy pracowników, którzy z każdym rokiem będą pożyteczniejsi.

– Trzeba takim płacić – zauważył pan Garrett.
– Tak, ale to dla nas nieduży koszt, a im pozwoli zarobić na czesne i 

podręczniki. Obdarowani często nie doceniają tego, co otrzymują.

– Ty doceniłaś bezpłatne studia.
– Za samą naukę rzeczywiście nie płaciłam, ale po to, żeby opędzić inne 

potrzeby, pracowałam w cukierni.

–   No   proszę.   –   Pan   Garrett   uśmiechnął   się.   –   To   ci   chyba   nie 

zaszkodziło,  ale  pewnie wolałabyś  pracować w  jakiejś  redakcji,  prawda? 

background image

Przekonałaś mnie.

Anne odetchnęła i usiadła wygodniej, ale zaraz pożałowała, bo Matthew 

uśmiechnął się ironicznie. Gdy wyprostowała się, pan Garrett zapytał:

– Jeszcze coś?
– Nie, to chyba wszystko, co miałam do powiedzenia.
– Skoro omówiliśmy wszystkie szczegóły, możemy... – zaczął Matthew 

tonem, w którym pobrzmiewało znudzenie.

Sekundę za późno przypomniała sobie ostrą wymianę zdań o tym, jak 

zabezpieczyć   „Chronicie".   Czy   dlatego   Matthew   tak   się   śpieszył,   żeby 
zakończyć rozmowę o stypendium? Mimo wszystko nie podejrzewała go o 
to, że odsprzeda gazetę po ojcu.

– Nie ma za dużo czasu – rzekł pan Garrett. – Jeżeli chcemy przesiać 

kandydatów   przed   następnym   rokiem   akademickim,   trzeba   do   stycznia 
opracować formularze.

– Obiecuję, że niebawem zajmę się tym. – Spojrzała na zegarek. – Teraz 

jednak muszę pokazać się w redakcji, bo gotowi pomyśleć, że zginęłam.

– Nie zjadłaś deseru – zmartwił się gospodarz. – A ja nie zdążyłem ci 

powiedzieć, że artykuł o pożarze był pierwszorzędny.

Anne zrobiło się ciepło koło serca, bo wreszcie zyskała uznanie jako 

dobry fachowiec.

– Dziękuję. Z przyjemnością zostałabym dłużej, ale naprawdę muszę iść. 

Za pół godziny zacznie się konferencja, mam mało czasu.

Matthew   nie   podtrzymał   zaproszenia   ojca,   ale   odprowadził   ją   do 

samochodu.

– Kiedy planujesz następny etap pracy?
– Przedzwonię do ciebie po uzgodnieniu z panem Lehmannem – odparł 

obojętnie.

– Musimy zawracać mu głowę?
Zrobił zdziwioną minę, więc zorientowała się, że to zabrzmiało, jakby 

chciała pracować tylko z nim.

– Myślałam, że sami damy radę i zaoszczędzimy mu kłopotu.
– Raczej kłopot byłby podwójny, bo prędzej czy później i tak trzeba się z 

nim skonsultować.

– Oczywiście. Przepraszam.
– Nie ma za co. Bierzesz sobie moje słowa za bardzo do serca.
– Wcale nie biorę ich do serca. Rozumiem, że chcesz zadowolić ojca jak 

background image

najmniejszym kosztem własnym.

Wsiadła do samochodu i zatrzasnęła drzwi. Gdy skręciła, obejrzała się, 

bo ciekawość zwyciężyła. Matthew nie wrócił do domu, lecz szedł przed 
siebie, z opuszczoną głową i rękoma w kieszeni. Intrygowało ją dokąd. Nie 
powiedział, czy przyjdzie na konferencję.

– Albo ma coś ważniejszego do zrobienia – szepnęła – albo nowe zajęcie 

już go nuży. Ani jedno, ani drugie nie rokuje dobrze dla „Chronicie".

Przez chwilę zastanawiała się, czy jest na to jakaś rada. Nie, nic nie 

można   poradzić.   Jedyne,   co   mogłaby   zrobić,   to   podpowiedzieć   coś   jego 
ojcu. Lecz czy wypada tak postąpić?

Ledwo   wysiadła   z   windy,   zobaczyła   Dominique   wychodzącą   od 

redaktora naczelnego. Ucieszyła się, że Matthew nie poszedł do rywalki, ale 
zaraz zreflektowała się i zawstydziła swych myśli.

– Masz zamiar wystąpić w telewizji, że się wystroiłaś na czerwono? – 

spytała Dominique.

Nie  wiedziała,  czy  obrazić   się   za   to,  że   Dominique  skrytykowała  jej 

najlepszy wełniany kostium, czy zmartwić, że i ona robi aluzję do zmiany 
pracy. Nerwowym ruchem poprawiła mankiety czarnej bluzki, a Dominique 
uśmiechnęła się złośliwie i odeszła do swojego biurka.

Anne sprawdziła w kalendarzu, kto o tej porze jest w pracy. Nie mogła 

jednak skupić się na przygotowywaniu gazety, bo stale wracała myślami do 
chwili, gdy uświadomiła sobie, że kocha Matthew. Teraz niektóre reakcje 
stały się zrozumiałe, a przedtem nie pojmowała, co się z nią dzieje.

Nie był to stan ducha, jakiego wypadałoby się spodziewać. Nie ogarnął 

jej ani zachwyt, ani pragnienie, by objąć cały świat lub wejść na najwyższą 
wieżę i głośno śpiewać. Prawdę powiedziawszy, chwilami miała przykre 
wrażenie, jakby spadła z wysokiego drzewa. Przytrafiło się jej to raz, dawno 
temu,   ale   doskonale   pamiętała,   jakie   to   straszne   uczucie,   gdy   brakuje 
powietrza.

– Pani Anne!
Przy   biurku   stał   redaktor   naczelny,   Jack   Straw,   i   patrzył   na   nią 

zniecierpliwiony.

– Słucham?
– Muszę porozmawiać z panią przed konferencją.
Anne zdenerwowała się. Pośpiesznie zabrała kalendarz i notatki i poszła 

za zwierzchnikiem, który powiedział sekretarce, że konferencja zacznie się 

background image

kwadrans później. Anne odczuła niepokój.

–   Proszę   usiąść.   I   niech   mi   pani   wytłumaczy,   jakim   prawem,   nie 

uprzedzając mnie, w sobotę wstrzymała pani druk na dwie godziny.

Anne nie przewidziała takiego obrotu sprawy i speszona wbiła wzrok w 

kalendarz. Atak bezpośredniego zwierzchnika był tym bardziej przykry, że 
nastąpił tuż po pochwale, jaką usłyszała od wydawcy.

By zyskać na czasie, ośmieliła się sprostować:
– Niecałe dwie godziny.
Zastanawiała się, czy powiedzieć, że pan Garrett jest zadowolony, czy 

lepiej to przemilczeć, żeby nie pogorszyć sytuacji.

– Prawie całe. – Pan Straw przysiadł na biurku. – Co skłoniło panią do 

podjęcia samowolnej decyzji?

– Decyzja nie była samowolna, bo był tu pan Garrett.
– Pan Jim Garrett?
– Nie, jego syn.
Redaktor wybuchnął szyderczym śmiechem.
– Widocznie ma pani na niego duży wpływ. A przynajmniej tak pani 

sądzi, prawda?

Anne przeszył zimny dreszcz.
– Tu obowiązuje pewna hierarchia, o której należy pamiętać.
– Chciałam do pana zadzwonić, ale pan Garrett powiedział, że to nie jest 

konieczne. Skoro tu był, uznałam po prostu...

–   Pani   uznała?   Przypominam,   że   młody   Garrett   ma   niewiele   do 

powiedzenia w sprawach organizacyjnych. Jest felietonistą, i tylko tyle.

– Czyżby? Dlaczego nie zapyta pan pana Garretta, czy jego syn jest tylko 

felietonistą?

Oburzony   zwierzchnik   długo   patrzył   na   nią   w   milczeniu,   a   potem 

wycedził przez zaciśnięte zęby:

–   Spokojna   głowa,   pomówię   z   nim.   Przede   wszystkim   o   pani 

zarozumialstwie. Taka wypowiedź świadczy o pani niesłychanym tupecie.

Anne ugryzła się w język, by nie wybuchnąć.
– To tyle. – Jack Straw wstał. – Niech pani się cieszy, jeśli skończy się 

na wymówieniu z powodu niesubordynacji. Mogło być jeszcze gorzej.

Anne nadal siedziała..
– Mam wylecieć za to, że dobrze się spisałam? – zapytała spokojnie. – 

Pan Garrett był bardzo ze mnie zadowolony.

background image

– Czy wie, że pani podjęła samowolnie decyzję i nie raczyła do nikogo 

zadzwonić?

Nie odpowiedziała, ponieważ nie rozpatrywała swego postępowania pod 

tym kątem. Dotąd nie było ważne, czy wydawca, chwaląc ją, o wszystkim 
wiedział. A jeśli wiedział tylko tyle, ile powiedział mu syn, który może nie 
wspomniał o swej ingerencji? Sądziła, że Matthew wie, co robi i ma prawo 
podjąć każdą decyzję. On widocznie też tak uważał. Kto się myli? Matthew, 
naczelny czy ona?

–   Przecież   dobrze   się   skończyło.   Nie   można   poczytać   tego   na   moją 

korzyść?

– Ma pani szczęście, że się udało. Mogło skończyć się katastrofą.
– Za to teraz będzie cyrk – rzekła z ironią.
– Gdyby to ode mnie zależało, na pewno byłaby awantura. Ale najpierw 

sprawdzę, co pan Garrett powie o pani zapędach, by się szarogęsić. Jeśli nie 
wyrzuci pani tym razem, to ostrzegam, że jeszcze jedno takie posunięcie i ja 
sam panią zwolnię.

Otworzył drzwi, a Anne powoli wstała. Serce waliło jej jak młotem, w 

głowie   się   kręciło,   nie   była   pewna,   czy   dojdzie   do   sali   konferencyjnej. 
Musiała przejść koło Dominique, która spojrzała na nią z tak złośliwym 
uśmiechem, że Anne opanowała się i dumnie wyprostowała. Domyśliła się, 
że rywalka zasiała ziarno niezgody i już zbiera żniwo, ale pocieszyła się 
myślą, że na zmartwienia przyjdzie czas, gdy pozna opinię pana Garretta. 
Jeżeli   on   zna   całą   historię,   może   bawi   go   to,   że   pan   Straw   jeszcze   nie 
rozumie, iż niebawem będą obowiązywać inne obyczaje. Nawet jeżeli nie 
przyznał synowi wszystkich praw, na pewno nie będzie miał jej za złe, że 
działała w dobrej wierze. Była przekonana, że Matthew nie musi zważać na 
obowiązujące zasady.

–   Ale   może   czeka   mnie   dymisja   –   szepnęła.   –   I   jeśli   to   sprawka 

Matthew...

We   wtorek   Holly   otrzymała   list   pochwalny   od   pana   Garretta,   który 

docenił   jej   zaangażowanie   i   wyniki   pracy   w   trudnych   warunkach. 
Rozpromieniona podeszła do Anne, wymachując listem.

–   Patrz,   co   dostałam!   Chyba   warto   było   zniszczyć   ulubione   buty. 

Oczywiście pochwała miałaby większą wartość, gdyby dołączono obietnicę 
o premii. Wiesz, powinnaś teraz upomnieć się o podwyżkę. Kuj żelazo, póki 

background image

gorące. Nie ma powodu, żebyśmy obie nie dostały dużej premii.

Anne   poczuła   ukłucie   w   sercu.   Rozumiała,   że   Holly   zasługuje   na 

pochwałę, bo napisała doskonały reportaż, ale trochę jej zazdrościła. Ona też 
dobrze się spisała, a nie otrzymała oficjalnej pochwały. Fakt, że pan Garrett 
osobiście ją pochwalił, jakoś nie wystarczał. I nie pomagała świadomość, że 
rzadko dostrzega się zasługi redaktorów.

Jedynym pocieszeniem było to, że redaktor naczelny nie wezwał jej na 

następną rozmowę. To znaczyło, że albo jeszcze nie spotkał się z panem 
Garrettem,   albo   przypomniano   mu   o   zakresie   jego   praw.   Widać   nie 
zamierzał przeprosić Anne.

Nie przyszło jej do głowy, że istnieje trzecia możliwość. Los lubi płatać 

figle.

W środę, ledwo weszła do redakcji, zadzwonił Matthew, by przekazać 

nowinę.

– Dzień dobry. Pan Lehmann proponuje jeszcze jedną sesję u nich w 

domu.

Anne uznała to za złośliwość losu.
– Nie wystarczy spotkać się gdzieś tutaj na parę godzin? Jestem bardzo 

zajęta...

– Jak my wszyscy – sucho rzucił Matthew. – Powinniśmy prędko się z 

tym uporać, więc pojedziemy w niedzielę rano.

Z tego wynikało, że on też wolałby uniknąć niezręcznej sytuacji.
– Dobrze.
– Może być dziewiąta? Wiem, że w soboty pracujesz do późna.
– Nie zawsze.
– Co to znaczy?
– Nic. – Głośno westchnęła. – Tylko tyle, że mam kłopoty z naczelnym. 

Nie zachwycił się tym, że pozwoliłeś mi wstrzymać druk i jeśli to będzie od 
niego zależało, nie zleci mi niedzielnego wydania.

– Ja ci nie pozwoliłem – rzekł Matthew cicho.
– Jak to? – Wystraszyła się, bo jego słowo znaczyło więcej, niż jej. – 

Dziękuję, tylko tego brakowało, żebyś uchylił się od odpowiedzialności.

Rzuciła   słuchawkę   i   ukryła   twarz   w   dłoniach.   Była   przekonana,   że 

Matthew postąpił z premedytacją, co oznacza duże kłopoty.

Nadal siedziała zgarbiona, gdy zadzwoniła sekretarka pana Garretta z 

prośbą, aby Anne natychmiast przyszła, bo wydawca chce z nią rozmawiać. 

background image

Anne   przeraziła   się   nie   na   żarty.   Sprawa   jest   bardzo   poważna,   skoro 
rekonwalescent przyjechał, żeby osobiście się nią zająć. W uszach brzmiały 
słowa redaktora naczelnego o zwolnieniu i Anne ze smutkiem pomyślała, że 
nawet nie będzie miała okazji jeszcze raz się pomylić.

background image

Rozdział 9

Przejrzała się w drzwiach windy, obciągnęła szarą spódnicę, poprawiła 

niebieską   bluzkę   i   przygładziła   włosy.   Pomyślała,   że   zachowuje   się   jak 
przerażone dziecko, a nie jak pewna siebie kobieta, która według Matthew 
zaimponowała   jego   ojcu   walką   o   własne   zdanie.   Powtarzała   sobie,   że 
jeszcze nie ma powodu do paniki. Możliwe, że pan Garrett przyjechał w 
innej   sprawie,   a   z   nią   porozmawia   przy   okazji.   Być   może   chce 
zaproponować   coś   nowego   w   związku   z   funduszem   stypendialnym. 
Rozsądek jednak podpowiadał, że gdyby o to chodziło, załatwiłby sprawę 
przez telefon.

Gdy drzwi się otworzyły, westchnęła i wysiadła.
– Proszę wejść, bo szef czeka – rzekła sekretarka.
Anne straciła resztki otuchy, gdy zobaczyła, że na biurku nie ma żadnych 

kartek, a pan Garrett stoi przy oknie.

– Dzień dobry.
Usiedli przy niskim stoliku, Anne sztywno, na samym brzegu fotela. Jej 

zdenerwowanie nie uszło uwagi pana Garretta, który poczęstował ją kawą i 
zabawiał   rozmową.   Zamiast   pić,   Anne   bezwiednie   obracała   filiżankę   i 
gorączkowo   zastanawiała   się,   dlaczego   wstęp   jest   taki   długi.   Wreszcie 
nerwy ją zawiodły i cicho zapytała:

– Wezwał mnie pan z powodu mojej niesubordynacji, prawda?
Starszy pan ze zdziwienia wysoko uniósł brwi.
– Na pewno – brnęła dalej – pan Straw poskarżył się, że w sobotę nie 

zawiadomiłam go i samowolnie wstrzymałam druk.

– Owszem. Szczerze mówiąc, zaskoczyło mnie, że podjęłaś taką decyzję 

i wzięłaś całą odpowiedzialność na siebie.

Po tych słowach zgasła ostatnia iskierka nadziei, że część winy spadnie 

na  Matthew.  Anne  ogarnęła  złość,  bo  wydawca  nie  obwiniał  syna,  więc 
zanim się odezwała, policzyła do dwudziestu.

– Przepraszam, ale myślałam...
Urwała,   gdy   zobaczyła,   że   starszy   pan   zasępił   się.   Jak   to   rozumieć? 

Widocznie   fakt,   że   była   przekonana   o   uprawnieniach   Matthew,   nie 
usprawiedliwiał jej postępowania i nie zwalniał z obowiązków służbowych 

background image

wobec przełożonych. Powinna była podziękować Matthew za dobrą radę i 
zadzwonić   do   redaktora   naczelnego.   Gdyby   to   zrobiła,   teraz   uniknęłaby 
przykrości.

– Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie – dodała ciszej. – Jeszcze raz 

pana przepraszam.

– Tyle razy prosiłem, żebyś mówiła mi po imieniu.
Popatrzyła, jakby nic nie rozumiała.
–   Moja   droga,   chyba   nie   sądzisz,   że   wezwałem   cię,   żeby   udzielić 

nagany?   –   Zauważył,   że   drgnęła.   –   Och,   widzę,   że   tak   myślałaś...   Jack 
złościł się, bo do nikogo nie zadzwoniłaś, ale powiedziałem mu, że to nie ma 
znaczenia. Zrozumiał sugestię.

Anne poczuła łzy w oczach.
– Skontaktowanie się z kimkolwiek zajęłoby trochę czasu, a nie było 

chwili   do   stracenia.   W   sytuacji   pełnej   napięcia   podjęłaś   jedyną   słuszną 
decyzję. Jestem bardzo zadowolony z ciebie i z Matta.

– Dziękuję... bardzo dziękuję.
– Ciebie chwalę za to, że wiedziałaś, jak należy postąpić, a jego za to, że 

powiedział ci, że potrafisz samodzielnie podejmować ważne decyzje.

Anne zrobiła wielkie oczy. Czy to możliwe, by nie zrozumiała Matthew i 

podjęła decyzję samowolnie? Czy błędnie sądziła, że ma jego pozwolenie? 
Jeśli   tak,   skrzywdziła   go,   oskarżając   o   celowe   zastawienie   pułapki.   Aby 
opanować drżenie rąk, mocno splotła palce.

– A gdyby się nie powiodło? – spytała nieswoim głosem. – Gdybyśmy 

nie zdążyli z drukiem na czas albo...

– Decyzja nadal byłaby słuszna – odparł pan Garrett bez wahania. – 

Zamieszczona relacja była rzetelna, a to liczy się najbardziej.

– Ale pan Straw mówił...
– Wiem, bo mnie chyba powiedział to samo. – Starszy pan uśmiechnął 

się kwaśno. – Jack jest dobrym człowiekiem, ale trochę cierpi na manię 
wielkości i wydaje mu się, że jest niezastąpiony, że on musi o wszystkim 
decydować.  A w  „Chronicie"  jest  miejsce  tylko dla  jednego  despoty...  z 
którym akurat rozmawiasz.

Anne roześmiała się. Jaka to ulga, to straszne napięcie wreszcie minęło i 

nie musiała bać się o pracę.

–   Jeśli   nie   zostałam   wezwana   karnie,   to   w   jakiej   sprawie?   –   spytała 

nieśmiało.

background image

 – Najpierw dam ci świeżej kawy. – Pan Garrett wstał.
 – Ta już chyba wystygła.
Anne   nie   chciało   się   pić,   lecz   skoro   zwierzchnik   nie   zamierza 

natychmiast  odpowiedzieć   na  pytanie,  wypada  cierpliwie  czekać.  Starszy 
pan bez pośpiechu wylał zimną kawę, nalał świeżej i znowu usiadł.

–   Nasze   spotkanie   trochę   wiąże   się   z   pożarem,   ale   bardziej   ze 

stypendium i twoim owocnym zaangażowaniem. Chciałbym wyrazić moją 
wdzięczność czymś, co będzie równie trwałe, jak twoja praca. – Wyjął z 
szuflady ładnie opakowany prezent i położył koło Anne. – Trochę długo 
trwało, nim znalazłem to, o co mi chodziło.

Anne pomyślała, że w środku jest dowód uznania, który z dumą wiesza 

się   na   ścianie,   ale   o   którym   prędko   się   zapomina.   Nie   mogła   rozerwać 
mocnego srebrnozłotego opakowania, więc przecięła je paznokciem i wyjęła 
czarne skórzane etui ze złotym zameczkiem. Przez chwilę wpatrywała się w 
nie zaskoczona, po czym podniosła wzrok na pana Garretta. Zdawało się jej, 
że starszy pan patrzy na nią z życzliwym zaciekawieniem.

Powoli otworzyła etui i wyrwał się jej okrzyk zachwytu. Na granatowym 

atłasie leżał podwójny sznur pięknych pereł, dużych jak groch. Nie mogła 
oderwać od nich oczu.

– Jim... – szepnęła. – Powiedz, że są sztuczne.
– Nie są najprawdziwsze, bo wyhodowane.
–   Och,   to   i   tak   bardzo   krępujący   prezent.   Niedawno   zamieściliśmy 

obszerny artykuł na temat takich pereł. – Odłożyła etui na stół. – Nie mogę 
ich przyjąć.

Pan Garrett nie drgnął.
– Myślę, że obraziłabyś się, gdybym chciał ci zapłacić za to, co zrobiłaś.
–   Oczywiście.   Gdybym   nie   popierała   inicjatywy   całym   sercem,   nie 

kiwnęłabym palcem.

– Podarowałaś mi swój cenny czas.
– A to – wskazała etui – ma być dowód wdzięczności?
– Jeżeli wolisz, mogę odstąpić ci trochę udziałów w dzienniku.
– Nie! – zawołała ostrzej, niż wypadało. – Ale gdybym otrzymała list 

pochwalny, który odczytywałabym naczelnemu, gdy będzie miał do mnie 
pretensje...

– Ten problem chciałem rozwiązać inaczej.
Wziął etui, zamknął i odłożył na bok. Anne z odrobiną żalu patrzyła, jak 

background image

perły znikają.

– Trochę to skomplikowane – rzekł pan Garrett. Jest oczywiste, że już 

nie mogę pracować tyle, co dawniej, więc nastąpią tu zmiany. Niedługo 
będzie   rządzić   kto   inny...   Ale   na   razie   ważne   jest   to,   że   postanowiłem 
utworzyć nowe stanowisko. Asystent wydawcy to ładny tytuł, prawda?

Anne przytaknęła i pomyślała, że Matthew będzie niezbyt zadowolony, 

że   jest   jedynie   asystentem,   ale   przynajmniej   zdobędzie   praktykę,   która 
przyda się, gdy z czasem zajmie miejsce ojca.

Pan Garrett usiadł wygodniej.
– Czy ty chciałabyś objąć to stanowisko?
Anne nawet w najśmielszych marzeniach nie roiła o czymś takim. Przez 

myśl jej nie przeszło, że podobną propozycję mógłby otrzymać ktoś oprócz 
Matthew.

–   Będziesz   musiała   pracować   w   ciągu   dnia   –   ciągnął   pan   Garrett   z 

poważną   miną.   –   Ale   przyznasz,   że   to   nie   dyskryminacja,   lecz   dobra 
propozycja. Anne wybuchnęła nerwowym śmiechem.

– Tak... chyba tak.
– Chodzi mi  o zastępcę  z  prawdziwego zdarzenia, który będzie  miał 

wszystkie uprawnienia i występował w moim imieniu.

Anne zaczynała rozumieć, o co chodzi. Matthew zamierzał nadal pisać 

felietony,   a   pan   Garrett   pogodził   się   z   tym,   że   jego   syna   nie   zachwyca 
perspektywa ponoszenia odpowiedzialności za dziennik. Matthew na pewno 
nie będzie pracował z takim poświęceniem, jak jego ojciec. Dlatego pan 
Garrett   zabezpiecza   się,   żeby   w   przyszłości   uniknąć   kłopotów.   Jego   tok 
rozumowania zapewne był taki: mój syn ma nazwisko, więc on zostanie 
wydawcą,   ale   tak   naprawdę   niech   pracuje   zastępca.   Czy   wobec   tego 
propozycja oznacza, że trzeba będzie naprawiać szkody wyrządzone przez 
Matthew?

Zreflektowała się. Chyba jej myśli biegną niewłaściwym torem. Przecież 

pan Garrett twierdzi, że asystentka będzie występowała w imieniu wydawcy. 
To   duże   uprawnienia,   chociaż   na  razie   dokładnie   nie   wiadomo,   co  będą 
oznaczać w praktyce.

– Na pewno będzie ci trochę trudno się przestawić – podjął pan Garrett. – 

Masz   doskonałe   kwalifikacje   potrzebne   na   obecnym   stanowisku,   lecz 
musisz   się   dokształcić   w   zakresie   zarządzania,   od   opłat   za   reklamy   po 
negocjacje ze związkami zawodowymi. – Wypił łyk kawy.

background image

–   Ale   ze   związkami   podobno   radzisz   sobie   całkiem   nieźle.   Tak 

słyszałem.

Anne nie bardzo rozumiała, do czego pan Garrett zmierza.
– Wiesz też, że wydawanie gazety jest bez sensu, jeśli nie przekona się 

ludzi, by ją kupowali.

– Czyli będzie mnóstwo różnych obowiązków.
– Niestety. Ale gdybym uważał, że im nie podołasz, nie poruszałbym 

tematu. – Powoli wypił resztę kawy, aby dać Anne chwilę do namysłu. – 
Musisz dobrze się zastanowić.

– Wydaje mi się, że mogłabym od razu dać odpowiedź, ale...
–   Nie   chcę   natychmiastowej   odpowiedzi.   Wolę,   żebyś   dokładnie 

rozważyła wszystkie za i przeciw. Chcę mieć absolutną pewność, że za rok 
nie będziesz żałowała, gdy pojawią się kłopoty z budżetem albo burmistrz 
zagrozi sądem.

– Jesteś pewien, że się zgodzę, prawda?
– Tak.
– Ja chyba też. Czy można odrzucić taką szansę? Hmm, człowiek, który 

naprawdę   nadaje   się   na   kierownicze   stanowisko,   powinien   umieć 
błyskawicznie podejmować decyzje.

–   Dobry   szef   podejmuje   szybkie   decyzje   po   obejrzeniu   sprawy   ze 

wszystkich   stron.   Nie   śpiesz   się,   pomyśl.   –   W   oczach   starszego   pana 
mignęły wesołe błyski. – Potem daj mi znać, kiedy podejmiesz się nowych 
obowiązków. Zgoda?

– Dziękuję.
– A naszyjnik? Jesteś pewna, że go nie chcesz?
Przez   moment   walczyła   z   pokusą,   co   teraz   było   łatwiejsze,   bo   nie 

widziała pereł. Nowe stanowisko wydawało się jednak więcej warte niż sto 
sznurów pereł.

– Tak. Ale doceniam intencje i jeszcze raz bardzo dziękuję.
– I co ja teraz z nim zrobię? – zmartwił się pan Garrett, marszcząc brwi.
Anne jedynie się uśmiechnęła.
Wiedziano,   gdzie   była,   i   ledwo   weszła,   umilkły   rozmowy   i   stukot 

klawiatur.   Ostentacyjnie   spojrzała   na   zegarek,   więc   wszyscy   pośpiesznie 
wrócili do pracy. Tylko Holly ośmieliła się podejść, aby zapytać o jakiś 
zupełnie nieistotny drobiazg.

– Czemu tak długo tam siedziałaś?

background image

– Bo piliśmy kawę.
– Myślałam, że interesuje cię syn, a nie ojciec – rzekła Holly krytycznie. 

– Pijesz kawę z ojcem, całujesz się z synem. Czym to się skończy?

Awansem,   którego   nie   przewidziałaś,   pomyślała   Anne,   lecz   nic   nie 

powiedziała. Teraz mogła swobodnie marzyć o kierowaniu redakcją i nawet 
przyznać się przed sobą, że śniła o podobnej możliwości. Dwa lata to za 
długi okres na jednym stanowisku. W skrytości ducha martwiła się, że tak 
zostanie do końca życia.

Zawsze   pociągały   ją   nowe   zadania,   a   teraz   rozwinął   się   przed   nią 

wachlarz wspaniałych, nieskończonych możliwości. No, no, bez przesady, 
zreflektowała się. Wszystko ma granice. Stanowisko asystentki oznacza, że 
trzeba będzie odpowiadać przed Matthew.

A może niekoniecznie i nie zawsze?
Jeżeli Matthew nie spodobają się obowiązki wydawcy'
– a gotowa była założyć się, że nie będzie zachwycony – może ona 

naprawdę go zastąpi. I wtedy cała odpowiedzialność, wszystkie problemy 
staną się jej udziałem. Oprócz zasług, które przypadną Matthew. Będzie to 
dość   irytujące,   lecz   jeśli   taka   jest   cena   za   wymarzone   stanowisko,   była 
gotowa ją zapłacić.

A odpowiedzialność, z której nie zdawała sobie sprawy, a której ciężar 

ostudzi   entuzjazm?   Zrobiła   listę   spraw,   którymi   będzie   musiała   się 
zajmować. O wielu nie miała pojęcia, lecz uważała, że to będą przyczyny, 
dla których Matthew obrzydnie praca. Jej zaś nie zniechęcą. To drobiazg w 
porównaniu z tym, iż ona będzie dbała o rozwój „Chronicie".

Pocieszała się, że w osobie pana Garretta zyska dobrego mentora, który 

na początku na pewno pomoże jej w razie poważniejszych kłopotów. Z całą 
pewnością przy nim bardzo dużo skorzysta. Może jednak nie należy zbytnio 
na   to   liczyć?   Zapowiedział   przecież,   że   niebawem   nastąpią   zmiany.   Jej 
bezpośrednim zwierzchnikiem zostanie Matthew i chyba nie będzie miała 
możliwości konsultować się z jego ojcem.

Czy najważniejsze pytanie, na jakie powinna sobie odpowiedzieć, nie 

dotyczy   Matthew?   Czy   na   pewno   jest   gotowa   z   nim   pracować?   On 
widocznie wyraził zgodę, bo ojciec nie działałby bez porozumienia z nim. 
Czyli Matthew uważał, że współpraca dobrze się ułoży.

Lecz jednego aspektu na pewno nie wziął pod uwagę, ponieważ nic o 

nim nie wiedział.

background image

Była przekonana, że Matthew nie domyśla się, iż go kocha. Teraz tym 

bardziej   nie   mogła   się   zdradzić.   Czy   zdoła   zachować   tajemnicę   i 
jednocześnie cieszyć się, że jest blisko ukochanego? Czy miłość zwiędnie z 
powodu nieuniknionych konfliktów i rozczarowań? Kto wie, co przyniesie 
czas.

Nie   wierzyła   w   miłość   od   pierwszego   wejrzenia,   a   zakochała   się 

błyskawicznie. Pragnęła wzajemności i tego, by Matthew nie mógł bez niej 
żyć. Czy to kiedyś nastąpi? To zmartwienie zostawiła na później. Obecnie 
najważniejsza była decyzja, czy objąć nowe stanowisko.

Przez   cały   dzień   krążyła   wokół   jednego   tematu.   Zeszła   na   parking 

dziesięć po jedenastej, nadal pogrążona w myślach. Zdenerwowała się, gdy 
sobie uświadomiła, że nie pamięta, co zamieszczono na pierwszej stronie. 
Zdawała sobie sprawę z własnego roztargnienia, ale miała nadzieję, że Holly 
nie wykorzystała jej nieuwagi i nie ujawniła chciwości burmistrza. Raczej 
mało prawdopodobne, by pisała na podstawie domysłów i plotek. Powinna 
zaczekać, aż przyłapie burmistrza na gorącym uczynku.

Była bardzo zaabsorbowana, toteż nie zauważyła nieobecności strażnika. 

Nagle poczuła czyjąś rękę na ramieniu i w mgnieniu oka ujrzała niedawny 
napad. Przeraźliwie krzyknęła, a jej głos odbił się echem od betonowych 
ścian.

– Nie wrzeszcz! Myślałem, że słyszałaś, jak cię wołałem.
Poznała głos Matthew, ale gdy się odwróciła, była śmiertelnie blada i 

rękoma   zasłaniała   twarz.   Wiedziała,   że   jest   bezpieczna,   ale   nie   mogła 
opanować przerażenia, bała się, że tym razem wpadnie w histerię.

– Najmocniej przepraszam. Uspokój się.
Wcisnęła  pięść   do  ust   i  przestała  krzyczeć,  ale   wybuchnęła   płaczem. 

Łkanie wstrząsało jej ciałem, cała dygotała, lecz odepchnęła Matthew, gdy 
chciał ją objąć.

– Nie dotykaj mnie – wykrztusiła. – Raz wystarczy.
Odsunął się i stał bezradnie. Po chwili przybiegł ochroniarz.
– Co się stało? Napad?
– Nie, to ja panią przestraszyłem.
– Serdecznie współczuję. Nie było mnie, bo odprowadziłem inną panią...
–   Nic   mi   się   nie   stało   –   powiedziała   Anne   drżącym   głosem.   – 

Przepraszam,   że   krzyczałam.   –   Po   odejściu   strażnika   syknęła:   –   Jak   się 
pozbieram, dostaniesz za swoje.

background image

Powoli opanowała się, ale nadal czuła się okropnie. Matthew objął ją i 

tym razem nie protestowała, ponieważ uginały się pod nią nogi.

– Chodź, dobrze zrobi ci łyk brandy – zaproponował łagodnie.
W   restauracji   bezsilnie   opadła   na   krzesło   i   tak   dygotała,   że   rozlała 

alkohol.

– Lepiej? – spytał Matthew, gdy wypiła połowę.
–   Trochę.   Teraz   było   gorzej   niż   przedtem.   Jakbym   oglądała   film   w 

zwolnionym tempie i czekała na straszne zakończenie.

–   Nad   czym   tak   intensywnie   rozmyślałaś?   Byłem   pewien,   że   mnie 

słyszysz.

– No proszę! Najlepiej zrzucić winę na mnie.
–   Sądziłem,   że...   Gdzie   podziała   się   dzielna   kobieta,   która   kopnęła 

złodzieja?

– Myślałam, że już jest dobrze, bo ostatnio nie śnił mi się napad.
– Twój krzyk będzie odbijał się echem do rana.
Anne lekko się uśmiechnęła.
– Gdybym miała czas się zastanowić, uznałabym, że zrobiłeś to celowo. 

Ja ci...

Nie dokończyła groźby.
– Przyjmę każdą karę, jaką wymyślisz.
– Lepiej przyznaj się, dlaczego byłeś na parkingu. Popsułam ci plany, 

co? Już mi lepiej, więc nie musisz mnie pilnować.

– Szedłem do ciebie, bo chciałem wyjaśnić dzisiejsze nieporozumienie.
– Aha. – Speszona spuściła wzrok. – Przepraszam, że na ciebie wsiadłam 

i   rzuciłam   słuchawkę.   Niestety,   przez   chwilę   naprawdę   myślałam,   że 
postąpiłeś   z   premedytacją,   żebym   wyleciała   z   pracy.   Dopiero   podczas 
rozmowy z twoim ojcem uświadomiłam sobie moją głupotę.

Matthew tego nie skomentował i milczenie trwało tak długo, że Anne 

dostała gęsiej skórki.

–   Wiesz,   o   czym   rozmawialiśmy,   prawda?   –   spytała   niepewnie.   –   O 

awansie.

Matthew spojrzał na nią, jakby nie rozumiał, co ona mówi.
– Słuchaj, co się z tobą dzieje?
Wlepiła w niego wzrok i nagle wszystko zaczęło układać się w logiczną 

całość.   Od   kilku   godzin   dręczyło   ją   pytanie,   dlaczego   pan   Gamett 
zaproponował   stanowisko   asystentki   osobie   drugoplanowej.   Przecież   byli 

background image

inni kandydaci, starsi, bardziej doświadczeni. Nareszcie znalazła odpowiedź. 
Oto Matthew działał za kulisami i przyczynił się do tego, że dostała coś, na 
co nie zasłużyła. Dlaczego to zrobił? Co chce w zamian?

– Cholera, dlaczego? Powiedz mi, dlaczego.
Matthew szczerze się zdziwił.
–   O   co   tak   się   pieklisz?   Nie   naciągałem   żadnych   faktów,   po   prostu 

sprawiłem, że ojciec zwrócił na ciebie uwagę. Bez tego nie miałabyś szansy.

Czyli to prawda i podejrzenia są słuszne. Nie awansowała za zasługi, 

sama nie zdołałaby zajść tak wysoko. Jak mogła pomyśleć, że przeskoczy 
tyle szczebli? Otrzymała to stanowisko, ponieważ Matthew uważał, że to 
obojętne, kto je dostanie.

– To twoje dzieło, tak? – syknęła. – Według ciebie byle kto się nada. 

Stanowisko bez znaczenia, więc nieważne, kto je otrzyma. Ale lepiej ktoś, 
kto wobec ciebie będzie miał dług wdzięczności. O to chodzi?

Twarz Matthew zamieniła się w kamienną maskę.
– Dziękuję za brandy, ale za nic więcej.
–   Zachowujesz   się   jak   niespełna   rozumu.   Na   złość   mamusi   odmrożę 

sobie uszy, tak? Co w tym złego, że ci pomogłem?

– Nie chcę mieć żadnego stanowiska po znajomości, rozumiesz?
Wstała i odeszła kilka kroków.
– Umówiliśmy się na niedzielę! – zawołał Matthew.
Najchętniej powiedziałaby mu, co ma zrobić ze stypendium swego ojca, 

ale nie mogła porzucić sprawy, którą uważała za bardzo ważną.

– Będę gotowa o dziewiątej.
Przykre,   że   to   będzie   ostatnie   spotkanie.   Zrobi,   co   do   niej   należy,   a 

potem serce jej pęknie, lecz nikt nie odgadnie, z jakiej przyczyny.

background image

Rozdział 10

Po   przyjściu   do   domu,   zamiast   położyć   się   spać,   długo   chodziła   po 

pokoju jak lew w klatce. Co za ironia losu, że największe marzenie było tak 
bliskie   spełnienia,   a   gdy   wyciągnęła   rękę,   brutalnie   je   zabrano.   Czy 
rzeczywiście zabrano? Przecież nikt propozycji nie cofnął. W każdej chwili 
mogła zadzwonić do pana Garretta – nawet zaraz – i powiedzieć, że się 
zgadza i jeśli trzeba, zacznie nową pracę w poniedziałek.

Zreflektowała   się.   Nie,   to   wcale   nie   będzie   takie   łatwe,   ponieważ 

Matthew na pewno zgłosi zastrzeżenia. Niemożliwe, żeby było inaczej.

A jednak... Mówił o odmrożonych uszach... Czy to znaczy, że odrzucając 

tak atrakcyjną propozycję, sama sobie zrobiła na złość? Jemu chyba jest 
obojętne, jak ona postąpi. Odmowa będzie z krzywdą wyłącznie dla niej. 
Była pewna, że Matthew nie chce z nią pracować i uważała, że powinien 
powiedzieć to otwarcie.

Mimo wszystko mogłaby podjąć się tej pracy, ponieważ nie wątpiła, że 

sprosta nowym obowiązkom i dobrze spełni powierzone zadanie. I zaskoczy 
tym Matthew.

– Czy wtedy zakocha się we mnie? – szepnęła.
To pytanie ją otrzeźwiło. Powinna skończyć z nierealnymi marzeniami, 

dorosnąć, zobaczyć prawdziwe motywy. Jeżeli jej jedyną siłą napędową jest 
chęć, by zaimponować Matthew, lepiej zrezygnować z awansu.

Spotkali się dopiero w niedzielę rano. Przez te dni w redakcji panował 

spokój,   bo   nie   wydarzyły   się   żadne   wypadki   drogowe   ani   skandale,   o 
których pisze się na pierwszej stronie. Nikt nie pytał Anne o rozmowę z 
panem Garrettem, ale wszyscy jakoś inaczej na nią patrzyli, nawet redaktor 
naczelny. Żałowała, że odrzuca propozycję i nie będzie mogła wezwać pana 
Strawa   na   rozmowę.   Chętnie   przyczyniłaby   się   do   zmiany   niektórych 
obowiązujących zarządzeń.

Powzięła ostateczną decyzję, że dla zachowania równowagi psychicznej 

nie   zostanie   asystentką   wydawcy.   Nie   znaczy   to,   by   przestała   marzyć   o 
podobnej pozycji, lecz doszła do wniosku, że musi przenieść się do innej 
gazety lub nawet do innego miasta. Nie chciała pracować u boku Matthew. 
Aby odzyskać spokój ducha, musi zacząć rozglądać się za innym miejscem 

background image

pracy. Oczywiście po zawiadomieniu pana Garretta o swej decyzji.

Na razie nie miała okazji, ponieważ wydawca nie pojawiał się w redakcji 

i nie dzwonił. Sama nie mogła zdobyć się na to, by zatelefonować i usłyszeć 
zaproszenie do domu. Wolała, żeby ostateczna rozmowa odbyła się w cztery 
oczy,   bez   Matthew.   Chciała   uniknąć   jego   krytycznego   wzroku   i 
sarkastycznych   komentarzy.   Postanowiła   zaczekać   do   ukończenia   pracy 
związanej ze stypendium pana Garretta.

Lecz   co   powiedzieć?   Na   razie   nie   wiedziała,   czy   wyzna   prawdę,   a 

przynajmniej   część   prawdy,   czyli   to,   że   ona   i   Matthew   nigdy   nie   będą 
dobrymi współpracownikami. Może powie, że nie czuje się na siłach, by 
wziąć na barki tak dużą odpowiedzialność.

W niedzielę rano przyniosła „Chronicie" i jak zwykle najpierw zajrzała 

na   stronę   z   felietonem   Matthew.   Nie   chciała   wierzyć   własnym   oczom! 
Odkąd   sięgała   pamięcią,   nie   zdarzyło   się,   by   Matthew   kogokolwiek 
przeprosił. A tutaj przepraszał Rudy'ego.

Uważnie  przeczytała  felieton  i  doszła  do  wniosku,   że  nie  ma  w  nim 

wyraźnego przyznania się do winy. Matthew napisał jedynie, że w krytyce 
powieści Rudy'ego Balfoura posunął się trochę za daleko. To i tak było 
dużo.

Ledwo skończyła, rozległ się dzwonek. Prędko złożyła gazetę, wsunęła 

na półkę pod stolikiem i poszła otworzyć drzwi.

Tym  razem   Matthew   przyjechał   sportowym   wozem,   co   oznaczało,   iż 

szybciej   zajadą   i   wrócą.   Czy   zarzucił   pomysł   o   wycieczce   i   lunchu   w 
plenerze? Zrobiło się jej przykro, że ominie ją taka przyjemność, ale może 
lepiej,   bo   serce   bolałoby   jeszcze   bardziej.   Spojrzała   na   Matta.   Był 
zniecierpliwiony, więc zorientowała się, że za długo patrzyła na samochód.

– Już się ubieram.
– Wciąż masz muchy w nosie?
Zastygła z rękoma wyciągniętymi po płaszcz. Gdyby nie użył takiego 

określenia, gdyby nie traktował jej jak humorzastego dziecka, przeprosiłaby 
go za wybuch. Jednak w tej sytuacji...

Matthew odebrał jej płaszcz i pomógł włożyć.
– Chyba jest ci to obojętne.
–   Niezupełnie,   bo   wolałbym   wiedzieć,   co   mnie   czeka.   Pominęła   tę 

uwagę milczeniem.

– Torba jest w kuchni. Zaraz wracam.

background image

Wstąpiła też do pokoju i na wszelki wypadek wzięła „Chronicie". Jeśli 

Matthew będzie dokuczliwy, odgrodzi się od niego gazetą i będzie udawała, 
że czyta.

Zadzwonił telefon.
Matthew mruknął coś pod nosem, więc na przekór jemu, postanowiła 

odebrać. Zawróciła do pokoju i podniosła słuchawkę.

–   Dzień   dobry.   Mówi   Dorie   Lehmann.   Jak   dobrze,   że   jeszcze   panią 

zastałam.

Anne przez ramię zerknęła na Matthew.
– Czy to spojrzenie znaczy, że rozmowa potrwa dłużej? – spytał. – Mogę 

usiąść?

– Mamy kłopot – mówiła pani Lehmann zdyszanym głosem. – A raczej 

są kłopoty na uczelni. Mąż dostał telefon i wyszedł, nie mówiąc mi, o co 
chodzi. Nagle odbywa się zebranie zarządu.

– Czyli nasze spotkanie odwołane?
Matthew nadstawił uszu.
– Nie mam pojęcia, jak długo mąż tam będzie. Godzinę, cały dzień? Nie 

wiem, co poradzić. Dobrze, że się dodzwoniłam. Byłoby fatalnie, gdybyście 
zastali dom zamknięty na głucho.

– Tak, to mało przyjemne.
– Przedzwonię za jakąś godzinę, bo mąż chyba da znać, kiedy będzie 

wolny.

– Anne odłożyła słuchawkę i ogarnął ją dziwny niepokój.
– Pana Lehmanna wezwano na uczelnię.
– Masz ci los! I co teraz?
– Musimy czekać. Ja też nie jestem zachwycona, ale dobrze, że jeszcze 

nie ruszyliśmy. Mamy godzinę...

– Nie warto mi jechać do domu, bo może zaraz musiałbym wracać.
Anne zrozumiała to jako oświadczenie, że Matt nie ma ochoty spędzić z 

nią nawet godziny.

–   Jestem   dość   inteligentna,   więc   nie   musisz   robić   aluzji   –   rzuciła 

gniewnie.  –   Napijesz   się   kawy,   poczytasz   prasę   i   czas   zleci  jak   z  bicza 
strzelił. Nie musisz zabawiać mnie rozmową.

Położyła płaszcz na fotelu i wyszła, aby przygotować kawę. Matthew 

poszedł za nią.

– Nie miałem nic złego na myśli.

background image

Anne ugryzła się w język. Skoro gość stara się być uprzejmy, gospodyni 

też powinna być miła.

– Zjesz coś?
– Nie, dziękuję. Ale chętnie napiję się kawy.
Usiadł na taborecie koło okna.
Anne   cieszyła   się,   że   wcześniej   nie   pozmywała   naczyń   i   teraz   ma 

zajęcie, nim kawa będzie gotowa. Potem obsłuży Matthew, wymyśli jakiś 
pretekst i umknie na górę.

– Czy spokojnie przemyślałaś propozycję ojca?
Zaskoczyło ją, że poruszył drażliwy temat i dość długo nie odpowiadała.
– Nie przyjmę...
– Dlaczego?
–   Dlaczego?   –   powtórzyła,   nie   patrząc   na   niego.   –   Bo   doszłam   do 

wniosku, że nie mam odpowiednich kwalifikacji.

Milczenie Matthew odebrała jako przyznanie jej racji.
– Wiem, wiem – brnęła dalej. – Nie musisz zaprzeczać, żeby oszczędzać 

moje uczucia. Weźmy na przykład ostatnie spięcie. Marnie się zachowałam, 
prawda?

– Z powodu szoku.
– Być może, ale to mnie nie tłumaczy. Na kierowniczym stanowisku 

często zdarzają się wstrząsy. Pewno ulży ci, że nie będziesz musiał ze mną 
pracować.

Zerknęła   na   niego   i   zdumiał   ją   wyraz   jego   oczu.   Spodziewała   się 

zobaczyć   zadowolenie   lub   ulgę,   a   było   w   nich   niebotyczne   zdumienie. 
Dlaczego jest taki zaskoczony?

– Wcale byśmy razem nie pracowali.
– Jak to? Czy można uniknąć kontaktów, gdy ty będziesz wydawcą, a ja 

asystentką?

Urwała, ponieważ pokręcił głową.
– Ojciec nie mówił ci, że nie zajmę jego miejsca?
Anne na chwilę zaniemówiła.
– Powiedział, że niedługo nastąpi zmiana.
Matthew spuścił wzrok, ale zaraz znowu na nią spojrzał i uśmiechnął się.
– Miał ciebie na myśli. Jeżeli wszystko dobrze pójdzie i się zgodzisz.
Anne kurczowo schwyciła się stolika, żeby nie spaść z krzesła.
– Ojciec pewnie o tym nie wspomniał, bo nie chce za wcześnie i za 

background image

bardzo rozbudzać twoich nadziei. Woli mieć pewność, że wymyślił dobre 
rozwiązanie. Ale taki jest jego zamiar.

Anne patrzyła na niego bez słowa.
–   Doceń   mnie   choć   trochę   –   ciągnął   Matthew.   –   Mnie   taka   pozycja 

niezbyt pociąga, ale ją cenię. I wiem, że nie każdy się nadaje. – Pokręcił 
głową.   –   Chyba   nie   posądzałaś   mnie   o   to,   że   podsunąłem   ojcu   twoją 
kandydaturę, żeby zaciągnąć cię do łóżka?

Nie, o to go nie posądzała.
– Myślałem, że gadałaś głupstwa, bo byłaś zdenerwowana i nie chciałaś 

mi nic zawdzięczać. Ale nie sądziłem, że mówisz poważnie.

– Byłam niepewna siebie – przyznała. – I rzeczywiście nie chcę ci nic 

zawdzięczać. Nie jestem jedyną osobą w redakcji i to szaleństwo myśleć, że 
mogę wskoczyć od razu na sam szczyt. W życiu tak nie bywa.

– Czasami bywa. Jednak chyba jeszcze nie jesteś gotowa. Sama mówiłaś, 

że potrzebne jest długie szkolenie i okres próbny. Ojciec nie zamierza tak od 
razu iść w odstawkę. Przez tydzień pobytu w domu stwierdził, że hodowanie 
storczyków to trochę za mało.

Anne myślami była już gdzie indziej.
–   Czemu   wtedy   powiedziałeś,   że   mogę   bez   pytania   naczelnego 

wstrzymać druk?

– Bo pomyślałem, że niedługo inni ciebie będą prosić o pozwolenie, 

więc lepiej nie tracić czasu. Szkoda, że nie ugryzłem się w język. – Wypił 
resztę kawy. – Czy odrzucasz propozycję, bo nie odpowiada ci praca ze 
mną?

– Anne nie odpowiedziała. Nie chciała przyznać się, że to jest główna 

przyczyna.

– Zgódź się – szepnął Matthew. – Bardzo tego pragnę ze względu na 

ciebie. A mną się nie przejmuj, bo nic mi nie zawdzięczasz.

Anne przebiegł zimny dreszcz.
– Jedyne, co zrobiłem, to poradziłem ojcu, żeby ciebie wprzągł w sprawę 

funduszu stypendialnego. Tylko tyle.

W końcu sam by cię zauważył, gdyby poważnie zaczął rozglądać się za 

następcą. A tak sprawy trochę szybciej przybrały właściwy obrót. Proszę cię, 
przyjmij to stanowisko. Daję słowo honoru, że nie wejdę ci w paradę.

Obietnica ją zmroziła, serce niemal przestało bić. Aby coś zrobić, dolała 

sobie kawy.

background image

Matthew wyprostował się i mówił dalej:
– Teraz tym bardziej nie chcesz wyprowadzić się stąd, prawda? Obiło mi 

się   o   uszy,   że   w   przyszłym   roku   zaproponują   Rudy'emu   długoletnią 
kadencję.

Anne drgnęła i rozlała kawę.
– To dla niego bardzo dobra wiadomość. Skąd o tym wiesz? Ogłoszono 

jakąś listę?

– Nie mówił ci? – zdumiał się Matthew.
– Ostatnio go nie widziałam.
– Ale... – Urwał, jakby nad czymś się zastanawiał. – W niedzielę czekał 

tu   na   ciebie,   a   ty   tak   wyraźnie   chciałaś   się   mnie   pozbyć.   Jego   też   się 
pozbyłaś?

– Tak.
–   Gdy   nazajutrz   zapytałem,   czy   się   pogodziliście,   milczałaś 

zarumieniona, więc uznałem, że wrócił do łask.

– Nie – wykrztusiła.
– To nie z jego powodu byłaś taka zajęta, że nie chciałaś jechać do 

Lehmannów?

– Nie.
– Anne... Mam lekkie pióro i nigdy nie brakowało mi słów, a teraz, gdy 

potrzebuję ich najbardziej, nie przychodzą. Może nie powinienem mówić, 
bo jest za wcześnie, ale jeśli nie kochasz Rudy'ego... Pozwól mi zacząć od 
nowa. Daj mi szansę.

Anne zamknęła oczy, żeby nie zobaczył świtającej w nich nadziei.
–   Od   początku   uważałem,   że   mamy   dużo   wspólnego,   ale   wszystko 

popsułem.   Byłem   niezdarny,   działałem   za   szybko,   a   najgorsze,   że   cię 
obraziłem. Jak mogłaś pomyśleć, że mam ci za złe brak doświadczenia?

– Ale przestraszyłeś się.
–   Tak.   Wystraszyłem   się,   że   jeśli   stracę   panowanie   nad   sobą,   nie 

przeżyjesz   tego   tak,   jak   powinnaś.   Zimna,   umazana   sałatką   podłoga   jest 
bardzo nieodpowiednim tłem dla miłości. Potrzeba romantycznej scenerii... 
Nie gniewaj się, ale wciąż mnie intryguje, czemu tak długo czekałaś.

Nie odpowiedziała, wiec wstał.
– Znowu wprawiłem cię w zakłopotanie. Przepraszam i już sobie idę. 

Zawiadom mnie, jeśli pani Lehmann zadzwoni.

Anne nie mogła ruszyć się z miejsca, a nie chciała pozwolić mu odejść.

background image

– Matt!
– Obejmiesz to stanowisko?
– Tak. – Nie podniosła głowy. – Widzisz, dla mnie miłość to nie tylko 

fizyczny akt. Nie spotkałam człowieka, z którym łączyłoby mnie wszystko, 
z którym dzieliłabym serce, ciało... i duszę.

Matthew delikatnie musnął jej policzek.
– Czy pozwolisz mi spróbować być tym człowiekiem? Proszę.
Podniosła na niego wzrok.
– Będę cierpliwy, a przynajmniej się postaram.
Wystraszyła się, że nie zrozumiał, co chciała mu powiedzieć. Co robić?
– Wtedy u państwa Lehmannów... – zaczęła. – Rano zażądałeś, żebym ci 

powiedziała, dlaczego byłam na ciebie zła. Za to, że chciałeś się ze mną 
kochać, czy że tego nie zrobiłeś.

– Naprawdę? Nie pamiętam, co wygadywałem. Byłem taki wściekły na 

siebie...

– Przestań! Dopiero teraz wiem, co mnie zraniło i zabolało. Odrzucenie.
Matthew zbladł, podskoczył i objął ją tak mocno, że zabrakło jej tchu. 

Obsypał   ją   pocałunkami   i   szeptał   słowa,   o   których   marzyła.   Po   długim 
czasie opanował się i odsunął.

– Kocham cię nad życie – oświadczył z ręką na sercu.
– To najpiękniejsze zdanie, jakie wypowiedziałeś.
– Czyli udało mi się na samym początku, ale będę dalej ćwiczył. Teraz 

parę pytań i odpowiedzi. Najdroższa, czy zostaniesz moją żoną? I czy do 
śmierci będziesz się ze mną sprzeczać?

– Nie wiem... Tak nagle... A jeśli to nie jest prawdziwa miłość?
– Zaraz się przekonamy. – Znowu mocno ją objął i pocałował. – Czy 

czujesz coś nieprawdziwego?

– Nie.
– Ja nawet za sto lat się nie zmienię. A ty?
– Ja też nie.
– Więc po co tracić czas?
– Kilku rzeczy nie rozumiem.
– Na przykład?
–   Twierdziłeś,   że   będziesz   zbyt   zajęty,   żeby   uczyć   studentów   albo 

zajmować   się   stypendiami.   Dlatego   myślałam,   że   przejmiesz   obowiązki 
ojca.

background image

–   I   teraz   boisz   się,   że   w   domu   nie   kiwnę   palcem,   tylko   będę 

wykorzystywał biedną żonę?

– Niezupełnie, ale chcę wiedzieć, dlaczego tak mówiłeś.
–   Jedni   nadają   się   na   nauczycieli,   inni   nie.   Ja   należę   do   tej   drugiej 

kategorii. Zrozumiano?

– Chyba tak, ale...
–   A   w   kwestii   stypendium   trochę   rozminąłem   się   z   prawdą,   bo 

zamierzam  trzymać rękę  na pulsie. Mogę   ci zdradzić,  że  będę  prezesem 
Instytutu Garretta... gdy zostanie utworzony.

– Coo?
– Nie pusz się, bo to nie całkiem twój pomysł. Obaj z ojcem uważamy, 

że „Chronicie" musi pozostać niezależną gazetą, a w ten sposób najlepiej 
zabezpieczymy   ją   na   przyszłość.   Instytut   będzie   posiadał   lwią   część 
udziałów w gazecie, ale dochód przeznaczy na cele dobroczynne. Prezesura 
dostarczy   mi   aż   nadto   zajęć.   –   Uśmiechnął   się   szelmowsko.   –   Moja 
ukochana żona będzie robić pieniądze, a ja będę je wydawał.

– No proszę, masz  kierownicze zapędy. Może jednak spróbujesz, jak 

smakuje pozycja wydawcy?

– Nie, nie nadaję się do takiej roli.
– Za skromna? Bo lubisz zwracać na siebie uwagę?
– Wcale nie.
Teraz zrozumiała, dlaczego mówił, że go nie zna. Zaczęła dostrzegać 

różnicę między Garrettem felietonistą i Matthew człowiekiem.

– Byłem pewien, że już dawno temu przekonałem ojca, iż nie nadaję się 

na jego następcę. Nie wiedziałem, że nadal żywi cichą nadzieję, aż ty mnie 
oświeciłaś. Czuję dozgonną wdzięczność za ostrzeżenie.

– Zaraz potem zacząłeś machinacje, żeby się wykręcić.
– Można tak to ująć. A jeśli nadal się martwisz, jak zagospodaruję wolny 

czas, powiem ci w sekrecie, że niedługo wyjdzie zbiór moich felietonów. 
Może   będą   następne   książki...   A   poza   tym,   skoro   ty   będziesz   zajęta 
sprawami całego świata, ja będę musiał pilnować czeredy małych Garrettów.

Anne lekko się zarumieniła.
– Ile chcesz mieć dzieci?
– Może być czwórka. Dzięki temu sprawdzimy, czy chęć do wydawania 

gazety   przekazuje   się   genetycznie...   O,   telefon!   Wiesz,   nie   mam   ochoty 
nigdzie jechać.

background image

Podniósł słuchawkę i mrugnął porozumiewawczo.
– Tak, tato, zdążyła nas uprzedzić. A Anne zdecydowała się przyjąć i 

twoją propozycję, i moją. – Po chwili podał jej słuchawkę. – Ojciec chce z 
tobą mówić.

– Dzień dobry. Mam nadzieję...
– Moje dziecko, bardzo się cieszę – powiedział pan Garrett ciepło. – 

Dobrze, że zatrzymałem perły. Będą ładnie wyglądać przy ślubnej sukni.

Anne ogarnęły poprzednie wątpliwości.
– Nie robisz tego, bo wchodzę do rodziny, prawda?
– Skądże. Chyba zauważyłaś, że nie awansowałem syna.
– Bo nie chciał.
– To mnie tylko trochę zniechęciło. Ale mówiąc poważnie, podoba mi 

się twoja praca i sposób myślenia.

– Dziękuję.
– Choćby ten fundusz stypendialny. Można było ustalić sto innych zasad, 

ale wybrałaś takie, że mam wrażenie, jakbym sam to zrobił. A pomysł z 
Instytutem Garretta jest genialny. Na pewno będziesz podejmować decyzje 
po mojej myśli. I jeżeli kiedyś zechcesz...

Matthew odebrał jej słuchawkę.
– Tato, Anne jeszcze nie jest twoją asystentką.
Pan Garrett wybuchnął gromkim śmiechem.
–   Rozumiem,   synu.   Zawiadom   mnie,   kiedy   moje   storczyki   mają   być 

gotowe na wasz ślub.

–   Niech   się   śpieszą,   bo   jeśli   będą   się   ociągać,   nie   poczekam. 

Przepraszam cię, ale mamy tyle do omówienia...

– Więc do widzenia.
Gdy odłożył słuchawkę, Anne spojrzała na niego zalotnie.
– Nie musimy czekać do dnia ślubu.
– Cudownie. – Objął ją i pocałował. – Wiesz, dlaczego przeprosiłem 

Rudy'ego? Bo doszedłem do wniosku, że trochę przeholowałem i będziesz 
go bronić, a ja stracę twoją sympatię. Więc się pokajałem.

– Naucz się częściej to robić. Matthew odsunął ją na wyciągnięcie ręki.
– Nie wyobrażaj sobie, że będę słuchał rozkazów!
– Nie myślałam o rozkazach, tylko o perswazji.
– A, to co innego. Ja też potrafię namawiać...
– Udowodnij mi.

background image

Udowodnił jej, jak bardzo ją kocha.