background image

HALINA SNOPKIEWICZ

PALADYNI

background image

Sierpień, upał, kurz. Nie wiem, który dzień sierpnia i która godzina dnia. Więcej: nic 

mnie to nie obchodzi. Mam, czego chciałam (?!) - obrzydliwy pokój, samotność z wyboru, 

idealne poczucie tymczasowości, środki utrzymania z serii „żadna praca nie hańbi” i zupełnie 

nie wiem, co robić dalej. Wmawiam sobie, że jestem odpowiednio interesującym dla siebie 

towarzystwem,   żeby   zapełnić   te   godziny,   które   inni   poświęcają   wychodzeniu   naprzeciw 

ludziom,  sprawom, kawiarnianym  sukcesom. Czy mocno oberwałam... Znamy lata, kiedy 

życie wystawiało rachunki w trupach. Ze mną obeszło się daleko bardziej łagodnie. Nikt mi 

nie umarł, nikt nie odszedł. Nikt nie odszedł. Gdyby uwzględniając sytuację miała ten zwrot 

powiedzieć aktorka na scenie, dramaturg dodałby w nawiasie: z sarkazmem. Zainkasowałam 

porcję uderzeń. Może nie szukano by mojej głowy jako obiektu dla bezmyślnych ciosów, ale 

nadstawiałam ją pilnie. Zupełnie jakbym chciała kogoś osłonić, a walczyłam głównie o racje 

swojej wyobraźni. Mogłam mieć proste życie - niech się nacieszę, że się nie dałam odbić na 

powielaczu i kolportować jako model studentki lat pięćdziesiątych. No dobrze, chodzi po 

świecie  ileś tam takich Lilek, nie  jestem egzemplarzem  niepowtarzalnym  (a żal),  ale  nie 

wyszłam  spod matrycy.  Jestem „ręcznie malowana”  jak jeleń na rykowisku  albo dama  z 

łasiczką - jak tam kto chce mnie widzieć. Żadna zarozumiałość, okaże się. Nie chełpliwość, 

fakty.

Chcę   opowiedzieć   pewną   historię,   której   zakończenia   nie   znam.   Jeśli   opowiem, 

uwolnię się od czegoś, może odzyskam całkowity spokój? Jeszcze inny cel: wybronić siebie i 

naubliżać innym, z tym chłodnym obiektywizmem, jaki daje spojrzenie na sprawy z pewnego 

dystansu czasu. Dystans czasu zaciera kontury, rozmazuje ostrość widzenia, lecz nie jest w 

stanie zniszczyć wspomnień reakcji emocjonalnych, choć ekshumacja naszych odczuć już nas 

nie poraża. Będzie to relacja z czterech lat życia, które można nazwać barwnym, jeśli nam się 

nie   chce   zastanawiać.   Tak,   różnie   można   nazwać   te   lata.   Najłatwiej:   patetyczne.   Trochę 

bardziej wnikliwie: gorzkie. Opowieść będzie iskrzyć się od błędów. Będą tu błędy moje i 

moich bliźnich, błędy czasu, błędy schematu, błędy założeń, błędy...

Błędy   zawsze   przynoszą   efekty.   Precyzuję   wyraźnie:   błędy   są   następstwem   nie 

przemyślanych   poczynań   i   triumfalnego   pochodu   impulsu,   któremu   zbyt   słabi   czy   zbyt 

lekkomyślni nie potrafimy zagrodzić drogi. Tym odcinam się od złych intencji. Świadomy 

zamysł,   złe   intencje   są   niezmiernie   rzadkie.   A   jeśli   już   zaistnieją   -   drobiazgowo 

przeanalizowane sprowadzają się znów do działania impulsu i nie przemyślanych poczynań. 

Co wyprawiam już na początku? Chcę oskarżać, a aforyzmem  o błędach kreuję ludzi na 

dobroduszne stworzenia, które usiłują zawsze jak najlepiej, a jedynie niekiedy wymknie im 

się spod kontroli umysłu czy serca brzydka rzecz. Lecz ten rachunek będzie dotyczył przede 

background image

wszystkim mojego sumienia, i to mój punkt widzenia będzie kwestionował pewniki, których 

trzymali   się   inni.   A   jakkolwiek   nasze   uczucie   chętnie   uważamy   za   wyjątkowe,   przecież 

własne   reakcje   stają   się   dla   nas   miernikiem   postępowania   innych   ludzi.   Przez   to 

dyskwalifikujemy: „Nigdy bym tego nie zrobiła” albo aprobujemy: „Naturalnie, rozumiem to, 

uczyniłabym tak samo”.

Efektem   błędów   nie   muszą   być,   jak   w   moim   nieszczęsnym   przypadku,   życiowe 

powikłania. Mogą też być ujemne w oddziaływaniu na nas refleksje, nie odmierzymy,  co 

gorsza, bo między obydwoma zjawiskami istnieje mocny związek przyczynowy, w tym i w 

odwrotnym kierunku. Pojęciem „błąd” usiłujemy zamknąć w słowo pewną sytuację, której 

rozwiązanie było dla nas negatywne. To jest ścisłe. Nigdy nie wspominamy naszych błędów, 

rozpamiętujemy jedynie ich skutki. Wystarczyłby przychylny zbieg okoliczności, inny obrót 

sprawy,   dodatni   dla   nas   bilans   i   już   słowo   „błąd”   zastąpilibyśmy   zwyczajnie   wyrazem 

„zdarzenie” albo „epizod”, stawiając przy tym  odpowiedni przymiotnik. Jeśli jednak owo 

„zdarzenie” czy „epizod” zawiera w sobie coś, co w jakiś fatalny sposób odbiło się na naszej 

psychice, coś nie dopowiedzianego do końca, coś, co w naszych myślach przybiera kształt 

pasma   cienia   pochłaniającego   te   cząsteczki   światła,   które   przecież   były,   czy   -   w   razie 

najgorszym - coś, co ujemnie zaciążyło na całym naszym życiu, zaczynamy obrachunki od 

stwierdzeń:   „Tak,   tu,   wtedy,   zrobiłam   błąd”.   Nie   sądzę,   żeby   suma   moich   błędów   była 

wyższa, niż to można by wyciągnąć z każdej młodości. Lecz to autowiwisekcja. Wszystko co 

moje jest jednak wyeksponowane, wady, zalety i życiowe konsekwencje obu tych cech. Nie 

twierdzę,   że   zdobyłam   odpowiednią   ilość   doświadczeń,   aby   stanąć   samotnie   przeciwko 

wszystkim.   Doświadczenie   na   nic   nigdy   i   nikomu   się   nie   przydaje,   bo   za   naszym 

doświadczeniem stoi jakiś człowiek i jakaś idea i poparzeni szukamy na ogół ratunku w 

innym człowieku i w innej - albo tej samej, ale inaczej ujętej - idei, mamy wystarczającą ilość 

wiary i chęci życia,  żeby przekształcić nasze poprzednie rozczarowanie w nową religię i 

zaufać   drugiemu   człowiekowi.   Okres   całkowitej   niewiary   i   załamania   trwa   krótko,   a   im 

boleśniej przeżywamy rozgoryczenia, z tym większym entuzjazmem wchodzimy w następne 

okazje do doświadczeń, choć, naiwni, mówimy sobie, że teraz jesteśmy bardzo ostrożni. Ja - 

to nie tylko ja, to byłoby za proste i niemożliwe. Ja - to także, a może przede wszystkim, moje 

uczuciowe   związki   z   otoczeniem,   moje   sympatie,   aprobata,   żal.   Kwestionowanie 

przynależności do jakiejkolwiek społecznej grupy ludzi jest nonsensem i może być udziałem 

jedynie geniusza albo wariata. Ponieważ jestem normalna... Zresztą, przecież akurat tego nie 

kwestionuję,   w   tym   najbardziej   ogólnym   sensie.   Tylko   chyba   nie   dostałam   jeszcze 

właściwego przydziału.

background image

Wypadłam   z   biegnącego   szybko,   rozkrzyczanego   korowodu,   zatrzymałam   się   w 

miejscu i usiłuję trochę się pozbierać. To znaczy, że spokój ani raz w życiu nie spada z nieba 

jak   biblijna   manna   i   moje   dotychczasowe   racje   nie   wydają   mi   się   niepodważalne.   Nie 

narzucam   sobie   przecież   niepokoju   ani   zamętu,   wyrosłam   z  wieku   pozy  i   kokieterii,   nie 

wyzywam  całego świata. Życzę  sobie tylko,  żeby świat łaskawie  zostawił mnie w stanie 

spoczynku, na pewien czas. Dotąd na nic nie miałam czasu, nigdy, ani na chwilę z boku, 

zawsze w środku akcji, niezależnie od rodzaju, którego dotyczyła: w środku farsy, w środku 

antycznej tragedii, w środku melodramatu. Zresztą, ludzie wymyślili ten podział na rodzaje 

chyba po to, żeby nam zasugerować względność kryteriów. Żaden, ani jeden cały dzień nie 

jest zamkniętą kompozycją i nie da się podciągnąć pod ustalone dla sztuki nazwy - jeśli się 

umie patrzeć. Nie kłamie jedynie poezja. Poezja potrafi powiedzieć to, co przeżywamy,  a 

czego sami, zbyt biedni w określenia, nie potrafimy zakląć w słowa i do czego drogę otwiera 

nam jedynie czyjś talent. Z równym zdumieniem odczytujemy z poezji siebie, jak i inny, 

odrębny   świat,   którego   istnienia   nie   podejrzewaliśmy   nigdy   albo   wiedzeni   przeczuciem 

krążyliśmy wokół niego po omacku i w labiryncie poszukiwań nie znaleźliśmy doń właściwej 

drogi.   Te   moje   cztery   lata...   Fabuła   toczyła   się   w   wartkim   tempie,   nie   potrafiłam   robić 

selekcji, szłam we wszystko, co proponowało mi życie, na oślep, z płonącą okrutną młodością 

głową. Gdybym  wtedy wiedziała, że realizacja zamierzeń tak bardzo odbiega od efektów, 

jakich się spodziewamy przystępując do batalii! Brnęłam w opresje, a przy mojej zdolności 

do rozeznania się w sytuacji  doskonale wyczuwałam moment,  kiedy jeszcze można było 

zawrócić.   Odwrót   przerastał   moje   siły.   Ludzie   (miałam   zamiar   kiedyś   napisać   obszerne 

studium pt. „Ludzie i czynniki”, ale szybko się zorientowałam, że wydrukowaliby mi to na 

tamtym świecie, napisałam więc co innego i także poniosłam klęskę, ale o tym we właściwym 

czasie)   i   czynniki   wolą   natury   potulne,   a   wystarczało   tylko,   abym   to   dostrzegła,   i   już 

rozsadzała mnie chęć walki, złamania tego, wyzwolenia  gwałtownych  reakcji - nie wiem 

dlaczego,   taka   byłam.   Na   dyscyplinarce,   kiedy   w   oczach   przewodniczącego   zobaczyłam 

zrutynizowaną   troskę   i   wystudiowane   „ojcowskie   podejście”   („ojcowskie   podejście” 

narzucone komisji za kulisami przez autorytet Niki Hanusówny), na frazes: „Jesteśmy pewni, 

że koleżanka Sagowska zrozumiała”, odpowiedziałem frazesem: „Aksjomaty istnieją jedynie 

w   słowniku   wyrazów   obcych”.   I   tylko   Nika   Hanusówna,   jak   zwykle,   jak   zawsze,   do 

krytycznego momentu...

Moja relacja będzie mieć pewne luki. Pamięć jest rejestrem chaotycznym. Zapisuje 

kolor, zapach, czasami ostrą, wyraźną myśl, jakąś niedzielę, gliniany garnek suszący się na 

płocie, melodię, odczucie. Nie ma szacunku dla chronologii, nakłada na siebie fakty, łączy ze 

background image

sobą zjawiska z pozoru oderwane, trwające w dość długim okresie czasu, w jeden dzień. W 

końcu zaczynamy wierzyć, że to, co kosztowało nas rok życia, zdołaliśmy wchłonąć w ciągu 

dwudziestu czterech godzin. Wspomnienia są na ogół krótsze niż godziny, których dotyczą; 

zdarza się jednak niekiedy, że nasze myśli rozciągają niepomiernie jakiś drobiazg, sekundę 

zamieniamy   w   rozdział   i   nie   musi   to   zależeć   od   ciężaru   gatunkowego   sprawy,   którą 

dygestionuje   nasza   pamięć.   Ufam   złożoności   tego   wstecznego   procesu,   pozwolę   mu   się 

prowadzić, to nie jest działanie na oślep. Pamięć jest mądra. Potrafi dokonywać nie tylko 

syntezy i analizy, ale także wyboru, rozróżnia znaczenie twarzy, słów, gestów. Pozwala nam 

na długie lata zachować jakiś ton, który nas dotknął czy uraził, grymas ust, który wywołał w 

nas niechęć, umie utrwalić spojrzenie, które dało nam radość, zasuwa zasłonę na rzeczy, które 

niewiele   dla   nas   znaczyły.   Pamięć   może   mieć   źródło   w   instynkcie   samozachowawczym 

(zwierzęta!), ja jej nadaję cechę intuicji, niech za mnie powie to, co było najważniejsze w 

„sprawie Lilki”.

Były takie szczęśliwe czasy, kiedy prowadziłam pamiętnik. Wtedy nie interesowało 

mnie patrzenie w przeszłość faktów ani emocjonalna retrospekcja. Wyrosłam z pamiętnika 

jak ze szkolnego fartucha i w kalendarzyku obok terminów kolokwiów i randek napisałam: 

„W życiu kobiety lata między osiemnastym a osiemdziesiątym rokiem życia nie nadają się do 

notowania   w   dzienniku”.   Symbolistka,   uznałam,   że   załatwione,   że   przez   odrzucenie 

pensjonarskiego   rekwizytu   odcięłam   się   od   spraw   kasztanowo-kwiatowych   bardzo 

zasadniczo. Z sadyzmem oprawcy mordowałam swoje nastoletnie rozumowanie, które i tak 

doszło - bo dojść musiało - do głosu. Drażniąc otoczenie śmiechem z byle czego, buńczuczną 

młodością, przekorą, cwaniacką pozą i powierzchownym optymizmem, zaczęłam studencki 

żywot.  Mój  ówczesny optymizm  polegał na głębokiej  i nieuzasadnionej  wierze  w siebie. 

Życie  było  poukładane w teczkach z odpowiednimi  napisami:  „źle”, „dobrze”,  „miłość z 

wzajemnością”, „bez wzajemności” itd. Beztrosko nie brałam pod uwagę podmuchów wiatru, 

które uporały się z okładkami moich segregatorów, zakręciły kartki w zwariowanym tańcu i 

zwróciły mi je już luźne, jakże przemieszane. Byłam oślepiona wielkim miastem, studencką 

egzystencją,   tak   różną   od   granatowego   życia   szkoły,   samodzielnością.   Samodzielność, 

samodzielność... otóż to, i ileż w tym przesady.

Przychodzi  taki  moment,  kiedy trzeba na siebie  popatrzeć, i wtedy wszystko  inne 

powinno  zejść   na dalszy plan.  Nie  wiem,  czy to  trzeba   zrobić  przed  powzięciem  jakiejś 

przełomowej decyzji. Ten moment po prostu się wyczuwa, i jeżeli u mnie jest on styczny z 

decyzją   -   to   przypadek.   Myślę,   że   każdy   choć   jeden   raz   w   życiu   powinien   się   trzeźwo 

zobaczyć, metody mogą być różne. Wstrząs mile widziany, jeśli autokrytycyzm zawiódł. Nie 

background image

mogę sobie odmówić pewnej wnikliwości, jeśli chodzi o bliźnich. Ale co wiem o sobie? Jaki 

jest moralny bilans z ostatnich czterech - nie tyle przeżytych, ile zagarnianych łapczywie - 

lat?   Moja   przyjaciółka,   Agnieszka,   lansowała   w   akademiku   osobliwą   wersję   sądu 

ostatecznego:   „Dziewczynki,   to   będzie   tak,   mówię   wam.   Idzie   sobie   duch   swobodnie, 

oddycha głęboko, bo skacowany nieco po marnym życiu ziemskim. A tu stoi św. Piotr z całą 

filmową aparaturą. Odbiera wszystkim nadchodzącym taśmy, na których dokładnie i wbrew 

ich życzeniom zarejestrowane jest wszyściutko. Zilustrowane grzeszne myśli, utrwalane te 

uczynki, do których nikt nie chce się przyznać nawet przed sobą. Duchy łączy się w grupy, 

które się znały za życia. Wskazują im miejsca i zaczyna się wyświetlanie. I tak wszystkie 

taśmy kolejno.  Nareszcie  można  się dowiedzieć, kto jaki był  i co o tobie myślał.  Macie 

głowę? Widziała która takie piekło?” Przylgnął do mnie ten chytry pomysł, staram się tu 

wyświetlić   swoją   taśmę  z   bezwzględnością  św.  Piotra.  Gdybym  chciała   oszczędzić  sobie 

kadrów, w których  moja postać w  czarnych  maluje się barwach, nie zaczynałabym  tego. 

Podsumowaniem   rozgoryczenia   może  być zerwanie   z chłopakiem.   Szkoda, że  nie  można 

obrazić   się   na   epokę.   Młodość   jest   kategoryczna   i   inkwizytorska.   Tak   jak   ja   to   sobie 

ustaliłam, wszystko inne na stos. Ale powoli, powoli ten trybunał musi się uelastycznić, bo 

nie wytrzyma działania czasu, rozpadnie się. Zostanie wspomnienie o sobie: „Jakaż byłam 

wtedy   młoda”,   w   którym   chcemy   zawrzeć   całe   usprawiedliwienie   naszych   ówczesnych 

uczynków. Największe sprawy rodzi niecierpliwość, jeśli potrafimy nad nią panować. Nie 

umiałam. Teraz się łudzę, że zacznę jakieś bliżej nieokreślone nowe życie, bez nich, bez 

niego, bez tych głupich ostatnich egzaminów, bez akademika, tutaj, sama, pełna pogardy i 

mściwego   triumfu:   „Patrzcie,   do   czegoście   mnie   doprowadzili!   Człowiek   jest   naszym 

największym   dobrem”.   Czuję   się   na   tyle   pokrzywdzona,   że   to   rozgrzesza   wszystko: 

abnegację, nihilizm, popękaną spiralę w maszynce elektrycznej, godziny lenistwa, kubek z 

utrąconym  uchem, ścięte obcasy. To praktycznie.  Teoretyzując:  nie ma życia  starego ani 

nowego,   jest   jedno.   Możemy   się   w   nim   zmieniać,   ale   sztuczne   linie   podziału,   granice, 

wprowadza jedynie infantylny element w naszym rozumowaniu, łudzimy się, że przez pewne 

postanowienia   przekreślamy   to,   co   popełniliśmy   złego,   niejednokrotnie   wyłącznie   z 

tromtadrackiej przekory; usiłujemy się odizolować. Od kogo się izolujecie? Od siebie? Co za 

absurd i donkichoteria. Nowe życie - beznadziejnie ośmieszany i skompromitowany termin, 

którego nadużywają  ludzie mający coś do przekreślenia. Życie  na nowo od poniedziałku, 

pierwszego, Nowego Roku, kolejnych urodzin...

Kiedy pierwszy mężczyzna  zainteresował się moją bluzką, cała ówczesna życiowa 

orientacja podsuwała mi alternatywę: zapaść się pod ziemię albo dać nura w okoliczne krzaki. 

background image

Ponieważ w każdej sytuacji są trzy wyjścia - co niejednokrotnie sprawdziłam - zaczęłam się 

mądrzyć   i   wygłaszać   pełne   erudycji   piętnastolatki   kwestie,   żeby   zyskać   na   czasie   i   dać 

amantowi niedwuznacznie do zrozumienia, że na większą uwagę zasługuje zawartość mojej 

głowy. Pewien rezultat to dało, przede wszystkim niezamierzony - zdrowo rozśmieszyłam 

agresora, a rozśmieszony mężczyzna traci nieco na zaborczości. Tego wtedy nie wiedziałam, 

więc na poparcie swych intelektualnych wdzięków rozpłakałam się. Łzy i brawura! Czarująca 

konsekwencja podlotka. To doprowadziło atakującego do kapitulacji, strony weszły na drogę 

pokojowych rokowań i w ten sposób wyszłam z lasu cało. Później nieraz, już w innych, mniej 

atrakcyjnych   okolicznościach,   byłam   zmuszona   stosować   tricki   i   fortele.   Nie   zawsze   z 

podobnym efektem. Rozśmieszyć Banasiaka? Spróbujcie! To on mnie śmieszył, dopóki nie 

zaczął mnie zwalczać. Od chwili gdy stał się dla mnie groźny, traktowałam go poważnie i 

nawet   dostrzegłam   jego   pewne   zalety.   Banasiak   mnie   nienawidzi.   Zawsze   nienawidzimy 

człowieka, którego skrzywdziliśmy. Reguła. Ktoś, kto nam wyrządził zło, wywołuje w nas 

tylko pasję i irytację. Potem blednie, przestaje się liczyć, czujemy się o tyle wyżej od niego, 

wreszcie wspaniałomyślnie przebaczamy, a nasza skłonna do samouwielbienia dusza dławi 

się własną szlachetnością.

Przypominam trochę konserwatora trzeciorzędnych obrazów, który polerując flanelką 

rozpasanego rumaka marzy, że odkryje pod tym nieznane dzieło Leonarda. I tak ja, będę 

starała się znaleźć głębsze treści w tych moich latach, kiedy tak często nie byłam wierna 

sobie,   na   wiele   rzeczy   patrzyłam   z   uśmiechem   i   nauczyłam   się   tylko   powierzchownej   i 

śmiesznej samokrytyki. Czy tylko? Ciągle z kimś walczyłam i dopiero teraz zastanawiam się - 

o co? I czy będę tak robić dalej? A czy mojemu ojcu ktoś wlał do ucha truciznę? Co ja tam 

będę hamletyzować. Są ludzie tacy i inni, akurat ja jestem taka. Wierzę, że mam rację w tym 

wszystkim. Najpierw rodzice, potem namiastka wychowania, potem ersatz edukacji, później 

studia, studia i ZMP  - a ja za to wszystko  mam  ponosić odpowiedzialność.  Chwileczkę, 

podzielmy się tą odpowiedzialnością po bratersku. Warn daję więcej, sobie mniej.

Z ZMP wyrzucili mnie z pokazowym hałasem, bo do włoska, na którym wisiała moja 

przynależność   organizacyjna,   na   decydującym   zebraniu   dowiesiłam   stupudowy   ciężarek. 

Ciężarkiem   było   jakoby   (uważajcie,   ludzie!)   „publiczne   narażenie   na   szwank   autorytetu 

najlepszych   członków   naszej   organizacji   przez   osobę,   której   postawa   od   dawna   wiele 

pozostawiała   do   życzenia”.   Gdybym   nawet   tych   najlepszych   członków   nie   naraziła   na 

szwank,   włosek   i   tak   by   pękł.   Tylko   może   łagodniej,   bez   trzasku.   Na   to   zebranie   Nika 

Hanusówna nie przyszła. Miała dyplomatyczną grypę, a jest to szczególnie złośliwa odmiana 

tej choroby. Nika, której organizacyjne sumienie tyle razy zmuszałam do wyrzutów, która 

background image

nigdy nie wykorzystała swojej pozycji dla własnych interesów, która kłamała wyłącznie i 

jedynie dlatego, żeby mnie wyciągnąć z jakiejś kabały. Miała dosyć? Nika nie należy do osób, 

które   można   zmęczyć.   Klasyczna   misjonarka,   tyle   że   z   zarządu   uczelnianego.   W   innych 

warunkach i pochłonięta inną ideą nawracałaby Pigmejów na religię chrześcijańską, na islam, 

na protestantyzm - obojętne, ale zawsze cicho, bez walenia w bęben. Mnie nawracała na 

marksizm, jakbym przyszła  na uczelnię nie ochrzczona, ja, dumna posiadaczka Dyplomu 

Przodownicy   Nauki   i   Pracy   Społecznej.   Nika   za   swoje   życiowe   posłannictwo   uznała 

doprowadzenie mnie do kandydatury na członka Partii („wychowam jednego człowieka” - 

jakież   to   ładne,   tak   musiała   myśleć).   Ze   wszystkich   możliwych   na   wydziale   „ludzi   do 

wychowania”,  wybrała   mnie,   bo  ja  byłam  trudna,   a  to   jeszcze   piękniejsze.  No  i  miałam 

zadatki. Przy tym lubiła mnie moja patronka, tak zwyczajnie i po prostu. Nie przyszła na to 

zebranie, ale przyczyny są skomplikowane. Nie z tchórzostwa, ona, taka jasna i otwarta (a 

poza tym nic jej nigdy nie groziło i z takim dzieciństwem mogła sobie pozwolić na każde 

wystąpienie). Żałuję, że nie przyszła. Mogłabym ją jakoś podsumować. Szukam przyczyn tej 

nieobecności. Gdyby mnie usiłowała bronić - doskonale wiedziała, że dla mnie sprawa obraca 

się   już   w   kręgu   zbyt   wysokich   kategorii   etycznych,   żebym   mogła   sobie   pozwolić   na 

jakąkolwiek   pomoc.   Gdyby   przyłączyła   się   do   „zdania   ogółu”   -   wolała   uniknąć   mojego 

wzroku. Wiedziała, że mam ją w ręku, wiedziała, że znam krzywe odchodzące od prostej linii 

jej bez-kompromisowości, wiedziała, że tego nie użyję, ale wolała nie patrzeć mi w twarz. Bo 

nie wierzę, żeby rozdźwięk, jaki między nami nastał z powodu tej idiotki, Honoraty, która ani 

Nike, ani mnie nic nie obchodziła - tak myślę - po prostu skakałybyśmy sobie do oczu ze 

względu   na   problem,   który   życie   podsunęło   nam   do   rozstrzygnięcia,   a   jak   się   ma   lat 

dwadzieścia, to proszę mi nie mówić o obojętności. No więc nie wierzę, żeby ten rozdźwięk 

mógł rzutować na generalny stosunek Niki do mnie. Do mnie jako do kwestii, powtarzam z 

naciskiem. Myślałam i myślałam, dlaczego nie przyszła. Myślenie jest funkcją umysłu, której 

zawdzięczamy   teorię   względności   i   kilka   przemyślanych   samobójstw   (Zweig:   „Ja,   zbyt 

niecierpliwy,  odchodzę „). I wtedy, kiedy już już trzymano gorejącą zapałkę, aby zapalić 

świeczkę nad grobem mojej przyszłości, najbardziej byłam rozdrażniona tym, że nie ma Niki 

- pamiętam ten żal doskonale, choć to brzmi wprost niewiarygodnie. Zastanawiam się, czy 

zamiast   tej   psychologicznej   zagadki   nie   wolałabym   widzieć   Niki   jako   przeciwnika, 

przeciwnika klasy najwyższej, którego pokonanie sprawiłoby mi... w każdym razie motywy 

nie   te,   które   kazały   mi   zagrać   udany   spektakl   z   krwotokiem   z   nosa,   przy   wyrzucaniu 

Tankowskiej. Nika jest ode mnie mocniejsza - nie jestem megalomanką aż do postępującego 

debilizmu. Honorata zrazu zapowiadała się wyłącznie satyrycznie i stanowiła nieprzebrane 

background image

źródło   anegdot   i   opowiastek   pod   prysznicem,   wymienianych   szeptem   cynicznych   zdań 

(„jakaś   taka   zbolała   przyjechała   po   przerwie,   pewnie   cały   czas   się   w   łóżku   marksizmu 

uczyła”)   i   kiedy   pierwszy   raz   wsłuchałam   się,   co   bredzi   to   wiecznie   zaondulowane 

czupiradło, założyć nie mogłam, że to ona właśnie zniszczy taką piękną przyjaźń jak moja z 

Niką. To była przyjaźń. Niki „nawracanie” i moje chęci były kiedyś zbieżne, gorące dyskusje, 

kiedy książki leżały na podłodze, a my purpurowe z podekscytowania budowałyśmy świat 

ładu, porządku i sprawiedliwości, gwałtownie (i dość łatwo!) uzupełniając luki i szczeliny, 

jakie   wyraźnie   rysowały   się   w   konstrukcji.   Wieczorne   nie   kończące   się   spacery   po 

wykładach, trzymanie się za guzik, kiedy tramwaj już ruszał, i zawsze wszystko zaledwie 

muśnięte,   przerwane   już   in   statu   nascendi   przez   późną   porę,   randkę,   czyjeś   wulgarne 

odezwanie się na ulicy, zapach bzów, powrót do rzeczywistości. I może przez te dyskutanckie 

pasje,   przez   życiową   niemal   konieczność   ustosunkowania   się   do   wszystkiego,   co   obok   - 

Honorata nabrała takiego znaczenia. Życie dzieliłam dość sprawiedliwie: uczelnia i jej tysiąc 

dwa   problemy,   akademik   i   moje   zgoła   nieminimalne   zaangażowanie   się   w   egzystencję 

zbiorowości, Nika, nauka, miłość - przy czym umieszczenie ostatniego słowa na końcu jest 

absolutnym przypadkiem, który wynikł z rozpędu przy wyliczaniu. Znałam Honorkę ot tak, 

jak dziesiątki dziewcząt z akademika, myślałam o niej „nieszkodliwa wariatka” i pożyczałam 

od niej rakietki do ping-ponga. Starałam się nie słuchać tego, co mówi, bo śmiać się jej prosto 

w twarz było jakoś tak nie bardzo, zresztą dostosowałam się do konwencji, że o Honorce 

dopiero wtedy, kiedy zamkną się za nią drzwi. Wpadała często do naszego pokoju, zwierzała 

się   z   kłopotów   sercowych   i   zanudzała   nas   wynikami   ostatnich   imprez   sportowych.   Ale 

pewnego wieczoru po raz pierwszy stanęłam w jej obronie.

Cała piątka była już w pokoju i ciągnęłyśmy zapałki, która obierze i usmaży kartofle 

na kolację, kiedy drzwi otworzyły się gwałtownie i stanęła w nich Honorata. Tym razem 

weszła zapłakana, trzymając w ręku list.

- Czy nie ma która Kapitału Marksa?

- Mam pierwszy tom, ale pożyczyłam jednemu. Odda za dwa miesiące, mnie na razie 

niepotrzebny - powiedziałam. - Czego ryczysz?

- Jestem dziwka, ostatnia ścierka i szmata - przedstawiła nam się, wycierając oczy.

- Puściłaś się? - zainteresowała się Agnieszka.

- No wiesz, jak możesz tak mówić. Ja żyję tylko z Marianem, wy nie wiecie, co to za 

człowiek. To mi tylko przynosi zaszczyt, że jestem jego dziewczyną.

- Pewnie, skoro się kochacie, to nie ma w tym nic złego - rzekłam. - Skoro ci to 

przynosi zaszczyt, to nie składaj tu dziś samokrytyki, bo wróciłam z zebrania. Wystarczy.

background image

- Będziesz miała dziecko? - zapytała Pelagia zbielałymi ustami.

- Byłabym z tego dumna, a jeśli płakałabym, to z radości.

- No to już cholera cię wie. Ktoś ci zachorował? Oblałaś co? - indagowała Mary.

-   Bo   ja   w   ogóle   nie   jestem   człowiekiem   -   powiedziała   Honorata   z   miną 

średniowiecznej biczownicy. - A on widział we mnie człowieka. Nie dorosłam do niego i 

nigdy nie dorosnę. On jest szlachetny i wspaniałomyślny. Jestem niegodna, żeby mnie kochał.

- Był tu już taki jeden szlachetny... - powiedziała Agnieszka. - A ten twój szlachetny 

to co? Powstaniec kościuszkowski?

- To jest prawdziwy człowiek.

- Jedz drożdże to podrośniesz do niego. Pożycz chleba, bo nam się nie chcę smażyć 

kartofli.

- Jak wy możecie jeść. Ja nie mogę, ale od jutra będę się zmuszać.

- Zmuszać się do jedzenia? - nie bardzo mogłam pojąć.

-   Człowiek   powinien   tępić   w   sobie   wszelkie   słabości.   Takie   uleganie   własnym 

chwilowym chęciom prowadzi...

- Zacznie się szkolenie ideologiczne. Czy nie mogłabyś się szkolić w swoim pokoju?

- Zaraz idę, przyniosę wam chleb.

- Ależ nikt cię nie wyrzuca - powiedziała Halina.

- Trudno, jak dzieli się chlebem, niech się dzieli i zmartwieniem - wydała werdykt 

Agnieszka.   -   Chociaż   więcej   coś   tego   drugiego,   jak   pierwszego.   Pelka,   miałaś   obierać 

kartofle, skocz do niej po chleb. A ty gadaj - rozdzieliła role Agnieszka.

- Ja nie mam nic do powiedzenia, zupełnie nic na swoją obronę. Bo wiecie, on jest 

bardzo zapracowany. Taki młody, a już walczył z bandytami i pracował przy reformie rolnej. 

Teraz jest aktywistą terenowym, zawsze jest pierwszy na najbardziej zagrożonym odcinku. 

Tak we mnie wierzył, tak wierzył...

- To znaczy się, on jest wierzący - skonstatowała Agnieszka.

- Skądże, ja wiem, że żartujesz, ale muszę to wyjaśnić, żebyście go nie podejrzewały o 

takie   rzeczy.   Pół   roku   już   się   nie   widzieliśmy,   on   nie   ma   czasu   do   mnie   przyjechać. 

Pojechałam więc do niego w którąś niedzielę. Bardzo za nim tęskniłam, tak się kochaliśmy...

I wiecie, kiedyś poszliśmy z grupą do kina i jeden kolega mnie odprowadził. Szczery 

zetempowiec. Ja nawet nie wiem, jak to się stało, ale pocałował mnie. W usta. On jest w 

porządku, jest wolny, ale ja.. jestem...

- ... dziwka, ostatnia ścierka i szmata - uzupełniła Agnieszka.

- Ty jesteś zdrowa na umyśle? Wal dalej.

background image

- Rzeczywiście, jak się kochasz w jednym, to nie można się całować z drugim. Ale 

trochę za bardzo się umartwiasz. Nie całuj się więcej, choćby z przewodniczącym zarządu 

uczelnianego, i idź spać. Nastrój chwili, no tak jakoś to sobie wytłumacz - pocieszałam ją.

-: Jakie to wszystko dla ciebie proste. Nigdy nie kochałaś widocznie. Nastrój chwili! 

To podłe określenie. Więc napisałam do Mariana, że już nie możemy być ze sobą, bo ja 

jestem samicą...

- Czym?! - ryknęła śmiechem Mary.

- Samicą, zwierzęciem, które nie jest w stanie zapanować nad instynktami.

- Owszem. W części ogólnej podzielam to zdanie, ale za tragicznie to ujmujesz. Błąd 

młodości, nie histeryzuj - machnęłam ręką.

-   To   nie   histeria,   tylko   nie   mogę   inaczej.   Nie   wolno   mi.   On   jest   towarzyszem 

partyjnym,   a   ja,   dziwka   podła,   całuję   się   z   chłopakiem   nie   żywiąc   do   niego   żadnego 

uczucia....

- A propos żywić. Ta Pela je ten chleb na korytarzu czy co? - zaniepokoiła się Halina.

- A bójcie się, że was objem -¦ zaszczebiotała Pelagia, jeszcze za drzwiami. Na głowie 

miała   kartkę   papieru,   na   niej   położony   chleb.   -   Uczę   się   chodzić   wyprostowana.   Pół 

bochenka, zupełnie świeży, przedwczorajszy. Jakie w pokoju Honorki jest fantastyczne radio! 

Wyjść mi się nie chciało. Muzyka taka, że aż się w głowie kręci.

Honoratka usiadła na łóżku Haliny, zdjęła papucie i podwinęła nogi. Zaczęła mówić 

głosem tak smutnym, jakby udzielała wywiadu dla prasy o zmarłej przyjaciółce poetce:

- Między innymi przez to radio do was tak często zaglądam. One ciągłe nastawiają 

zagraniczne stacje i słuchają jazzu. Staram się na nie wpłynąć, ale bezskutecznie. Niewiele 

mogę z nimi zrobić. I widzicie, jaką mam  postawę. Przymykam  oczy na zło,  staram się 

wychodzić   z   pokoju,   żeby   przynajmniej   nie   brać   w   tym   udziału.   Marian   by   tak   nie 

postępował. Lubię do was przychodzić, bo u was nie czuć zakisłej, drobnomieszczańskiej 

atmosfery. Jesteście takie, jakie jesteście, ale niezakłamane.

Agnieszka pociągnęła nosem, roześmiałyśmy się wszystkie, z wyjątkiem Honoraty, 

która kontynuowała:

- Napisałam mu, że koniec, niech mnie zostawi, nie zasługuję na lepszy los. I wiecie 

co? On mi przebaczył. Macie, czytajcie!

Agnieszka  wyrwała   jej  list,  ale   już  pierwsze  zdanie:  „Moja   najdroższa  Honorko!” 

przeczytała takim tonem i z taką miną, że cierpliwe ściany naszego pokoju zadrżały od salwy 

śmiechu.   Honorka   wyrwała   jej   list,   głosem   udręczonej   nauczycielki   poprosiła   o   spokój   i 

czytała   sama,  nie  zrażona   naszym   zgoła  niedramatycznym   stosunkiem  do  sprawy.  „Moja 

background image

najdroższa Honorko!

Nie   powiem,   żeby   Twoje   wyznanie   nie   zabolało.   Zabolało.   Lecz   postawiłaś 

zagadnienie otwarcie, po bolszewicku. Z prawdziwą ludzką godnością potrafisz się przyznać 

do popełnionego błędu. To jest więcej warte, Honorko, niż głęboko tkwiące w świadomości 

kobiet   niewolnicze,   wywołane   przez   wieki   klasowej   nierówności   przekonanie,   że   kobieta 

musi być wierna mężczyźnie, bo jest istotą niższą od niego. Otóż nie jest. Sądzę, że czytałaś, 

jak Ci polecałem, co na ten temat powiedział towarzysz Iljicz Lenin. Przypominam Ci (Dzieła 

Wybrane, tom II, str. 576). Musimy jeszcze dużo zrobić, Honorko, i to nie tylko w skali 

państwowej,   ale   także   w   przebudowie   własnych   pojęć.   Musimy   walczyć   z   ciemnotą, 

zabobonem i zacofaniem. Jakkolwiek fakt, że się pocałowałaś, z tym towarzyszem, jest jako 

fakt godny napiętnowania, to nie chciałbym, abyś z tego powodu czuła się niższa ode mnie. 

Wiem,   Honorko,   że   Ty   już   nigdy   tego   nie   zrobisz,   wiem,   że   przez   odważne   spojrzenie 

prawdzie   prosto   w   oczy   będziesz   mogła   lepiej   kształtować   swoją   psychikę   obywatelki, 

przyszłego członka Partii i matki naszych dzieci. Ja jestem Ci wierny nie tylko dlatego, że Cię 

kocham, ale jestem mocniejszy ideologicznie, zahartowany w robocie i bardzo zapracowany. 

Honorko,   czy   podnosisz   swoją   sprawność   fizyczną?   Zawsze   powinnaś   znaleźć   czas   na 

gimnastykę, bo w zdrowym ciele - zdrowy duch. Nic mi nie piszesz, czy zdobyłaś odznakę 

Sprawny do Pracy i Obrony? Napisz o tym koniecznie! Jeżeli jest Ci smutno, to zawsze 

powinnaś mieć pod ręką Kapitał Marksa. Po tej lekturze przejdą Ci wszystkie słabości. Może 

będę w Warszawie na odprawie, wtedy spotkalibyśmy się i poszli razem zobaczyć Mieszczan 

Gorkiego,   to   dobra   demaskatorska   sztuka.   Czekam   na   Twój   list.   Cześć   Pracy!   Twój   na 

zawsze, Marian. Ps. Gdybyś,  Honorko, miała chęć iść na zabawę, to idź i nie pytaj mnie 

listownie o pozwolenie. Jak się uczciwie pracuje, to można się pobawić, młodzież powinna 

się cieszyć, że może budować socjalizm”.

- Widzicie  więc,  że na  mnie należy  tylko  pluć  - zakończyła  Honorka. - Od  jutra 

wszystko w moim życiu ulegnie zmianie. Będę wstawać o szóstej trzydzieści. Nigdzie się nie 

spóźnię.   No,   jedzcie   tę   kolację.   Wpadnę   jeszcze   do   trzysta   siedem,   może   one   tam   mają 

Kapitał.

W czasie czytania tego listu obserwowałam konwulsyjne drgawki, jakie przebiegały 

plecy Mary,  i lunatyczną  minę Haliny.  Kiedy za udręczoną ofiarą erotycznych  impulsów 

zamknęły się drzwi, zaczęło się - normalnie - odgrywanie Honorki: „Czy podnosisz swoją 

sprawność   fizyczną?   A   podnosi,   podnosi,   każdego   wieczora   jakieś   cuda   z   krzesłem   w 

świetlicy wyczynia, bo, uważacie, dla organizmu to wszystko jedno, rano, czy wieczorem, a 

rano  zaspała.  No,   mówię  wam,   wczoraj  przed   północą   zwisała  z   parapetu,   myślałam,  że 

background image

dostała konwulsji. A ona tak podnosiła. Ten Maniuś, to chyba lubi wygimnastykowane. W 

wygimnastykowanym ciele, wygimnastykowany duch! O Jezu, bo zdechnę ze śmiechu. Jak 

wy uważacie? Oni chyba mówią: »Przysięgam ci na Kapitał, że cię kocham«. Ponieważ praca 

spełniła swoją rolę w procesie uczłowieczenia małpy, jako istota myśląca muszę ci złożyć 

samokrytykę, że usta swe oddałam temu koledze”.

Prześcigałyśmy   się   w   pikantnych   frazesach.   Śmiech   wybucha,   trwa,   osiąga   swój 

szczytowy   punkt   -   i   dalej   już   nie   można.   Na   chwilę   zapanowała   cisza,   później   padały 

spokojne już komentarze.

- Ona jest po prostu głupia - tak po raz pierwszy stanęłam w jej obronie.

- A Maniuś? Co myślisz o Maniusiu?

-  Myślę,  że  Maniuś  stanowi dość  pospolity  ostatnio  rodzaj   działacza  na  szczeblu, 

którego   ważność   jest   swoistym   społecznym   awansem.   I   za   tę   ważność   wypłaca   się 

żarliwością posuniętą do fanatyzmu. Maniuś wiele nie rozumuje. Zniszczy każdego „wroga 

klasowego”   w   każdy   dostępny   mu   sposób,   jeżeli   dźgnie   nożem,   będzie   dumny,   bo   to 

dźgnięcie   będzie   dla   rewolucji.   Inaczej   nie   dźgnie,   rozumiecie.   Maniuś   jest   prymitywny. 

Maniuś   operuje   wyłącznie   pompatycznymi   określeniami,   cytaty   załatwiają   mu   wszystko. 

Maniuś wierzy, że jest komunistą, ale komunistą może być tylko człowiek mądry, jakby to 

powiedzieć, dojrzały. Maniuś pewnie do dziś chodzi w butach z cholewami, ma żółte od 

nikotyny palce, dałby się poszatkować kiedyś za tę reformę rolną i teraz za każdą akcję, kocha 

pracować   ponad   fizjologicznie   możliwą   ilość   godzin,   żałuje,   że   nie   może   się   wykazać 

odmrożonymi   dla   rewolucji   rękami,   wszystko   to,   żeby   udowodnić   swój   autentyzm, 

rozumiecie. Ja, mimo wszystko, nie wierzę w Maniusiów.

- Ciężkie życie będzie miała ta Honorka - westchnęła Pelagia, która do schyłku życia 

będzie na etapie ordynata Michorowskiego.

-   Tak,   ale   nie   dlatego,   że   Maniuś   wycieranie   butów   będzie   uważał   za   przesąd 

burżuazyjny. Przecież Maniuś nie będzie się uczył. Broszury propagandowe, koniec. A nie 

powiecie, że Honoratka jest idiotką, jeśli chodzi o studia...

- Ooo, moja droga - przerwała mi Halina - nie zaczniesz chyba lansować teorii, że 

różnica wykształcenia...

- Właśnie zacznę, nie o dyplomy tu chodzi. A czemu to, boska Aido, nie poszłaś na 

dancing z szoferami, którzy nas w nocy podwieźli z tego przyjęcia? Owszem, też nie poszłam, 

nie wyszedł tu sojusz młodzieży studenckiej z robotniczą. Moje drogie, wmawiałyśmy sobie 

tylko, że nie przyjmujemy zaproszenia, bo nie mamy obowiązku tańczenia z każdym, kto na 

to ma Ochotę. Wiemy dobrze, że wstydziłyśmy się.

background image

- Problem jest złożony.

Do świtu wtedy rozmawiałyśmy. Może wnioski były ciekawe, ale nic to nie wnosi w 

dzieje Honorki. Nie można przewidzieć postępowania kogoś, kogo się zna z jednego listu i na 

tym   się   komponuje   jego   osobowość.   Zakładałam,   że   Honorata   zwiąże   się   z   jakimś 

uczelnianym   działaczem   i   Maniuś   siłą   rzeczy   pójdzie   w   odstawkę.   Tymczasem   Maniuś 

przysłał list pożegnalny, którego cytowania sobie oszczędzę, i w tydzień później ożenił się z 

córką badylarza. Honorata nie podnosiła się z łóżka, cierpiała tak, jak można cierpieć przy 

pierwszym obdarciu ze złudzeń. Przestała się gimnastykować i jedyny raz wpadła w pasję: 

sekretarza swojej grupy zetempowskiej, która przyszła ją ideologicznie podnieść na duchu, 

wyrżnęła w głowę Kapitałem. To biedaczka miała zawsze pod ręką, kiedy było jej smutno. 

Sądziłam,   że   zwątpiła   tak   w   ogóle,   we   wszystko.   Żadna   z   nas   nie   doceniała   Honoraty; 

zupełnie tak samo, jak śmiejąc się z dowcipu rysunkowego, zapominamy o autorze. Do głowy 

nam nie przyjdzie, że może akurat ma umierającą żonę.

- Ty powinnaś go w rękę pocałować, że się zdemaskował wcześniej - zagadnęłam ją 

na korytarzu. Sercowe dramaty w akademiku występowały mocno zgęszczone i nie stanowiły 

sensacji. Podniosła na mnie okrągłe, zawsze trochę wystraszone oczy i powiedziała spokojnie:

- Co to znaczy, zdemaskował. Postąpił tak, jak mu nakazywało sumienie. I przede 

wszystkim, nie ma tu później.

- Zagadkowa twoja mowa, ale ty się truć nie będziesz. A jednak jak to rozumieć: „nie 

ma tu później”?

- To dotyczy tylko nas dwojga. Dla mnie jest, i to jeszcze bardzo jest.

Zaintrygowała mnie. Takim językiem jeszcze nie przemawiała. Było w jej wzroku 

skupienie i nawet zaczęłam ją posądzać o inteligencję.

- Ty, nic nie miałaś na uczelni, że rąbnęłaś W głowę jego sekretarza do spraw paniki i 

entuzjazmu? - starałam się przedłużyć rozmowę.

- Nic. Nie poruszyła tego. Pojęła, że są rzeczy, o których mówić nie wolno osobie 

niewiele na ten temat wiedzącej.

- Pół Warszawy wie o tej tragedii. A już cały akademik na pewno. Dyskretna to ty nie 

jesteś. Idziesz się uczyć? - wskazałam palcem na książkę, którą trzymała pod pachą.

- Tak, muszę wszystko zostawić w porządku. To jest najtrudniejszy egzamin na moim 

wydziale. Muszę zdać... bo, bo wiesz... ja rezygnuję ze studiów.

- Rezygnujesz ze studiów? Dlaczego? I po co ci w takim razie egzamin? - pytałam.

- Wtedy moja rezygnacja będzie poważna.

- Jeżeli  jest rezygnacja,  to wszystko  jedno  jaka. Ty jesteś histeryczka.  Zniszczysz 

background image

sobie życie, a amancik tam śpi z badylarzówną pod puchową pierzyną...

- Nie mów tak o nim - przerwała ostro. - To, że ona jest córką badylarza, to tylko 

drastyczna   przesłanka   do   wyciągania   zbyt   łatwych   wniosków.   Chodź   do   świetlicy,   to 

porozmawiamy.

- Zwierzać to ty się już lubisz. Chodź, tyle razy w życiu służyłam za konfesjonał...

- Rozumiem, że tobie można się zwierzać...

- Rozumiesz, dlaczego?

- Ty jesteś dziwna, Lilka - weszłyśmy do pustej świetlicy. Oparłam stopy o kaloryfer i 

zastanawiałam się, jak bardzo powierzchownie my się wszystkie znamy. Od tej pożycza się 

tego, od tamtej owego, ta miewa smalec, ta nylony, ta oblała egzamin...

- Mówisz, że wszyscy o tym wiedzą - Honorata siedziała sztywna i nieruchoma.

-   No   pewnie.   Palacze   w   kotłowni,   portier,   sprzątaczki...   absolutnie   wszystkie 

dziewczyny...

- Nie miałam się z czym kryć. Badylarzówną! - wyrzuciła z siebie i spojrzała na mnie 

z taką pogardą, jakbym to ja poślubiła Maniusia. - Lilka, jak długo chodziłaś z Michałem?

- Z rok w budzie, z półtora na uczelni, ale nie wyłącznie z nim, nie szukaj we mnie 

siostry w cierpieniu. To nie było nic poważnego.

- I zerwałaś z nim?

- Ano.

- Ty zerwałaś, ale nie przyszło ci to łatwo? 1 - To jest najgorsza decyzja dla kobiety - 

wygłosiłam. - Spowiadasz się? Bo nie mam czasu.

Nie zareagowała. Wyciągnęła nogi i oparła je o kaloryfer. Stopy nasze dotykały się.

-   I   też   można   by   powiedzieć,   że   odeszłaś   od   Michała,   bo   ten   twój   chłopak   miał 

samochód.

- No wiesz? - zerwałam się. - Jesteś prosię. Zresztą samochód się rozleciał... no, dajmy 

temu spokój.

- Przepraszam cię. Tylko że można by tak powiedzieć? Usiadłam z powrotem.

- Co to za ćwieczek z tymi studiami?

- Lilka! - mówiła spokojnie i monotonnie. Denerwowała mnie. - Lilka. Mnie nikt 

nigdy nie traktował poważnie. Ani on, ani organizacja, ani wy... nikt. Jak ty to powiedziałaś? 

Sekretarz do spraw paniki i entuzjazmu? Powiedz, czy wyraziłabyś się tak przy Parowozie 

albo przy Hanusównie, z którą się przyjaźnisz?

- Z Hanusówną mówię o wszystkim i w każdy sposób. To jest mądra dziewczyna.

- Ale przy mnie tak mówisz, bo uważasz mnie za głupią? Ta różnica?

background image

-   Zaczynam   się   właśnie   wahać,   ale   owszem   nie   będę   ukrywać,   że   za   szczytowy 

intelekt   cię   nie   mam,   wiesz,   o   czym   myślę...   przepisywanie   WKP   w   miłosnych   listach 

śmieszy, i cóż zrobić.

- Ale mnie można wyśmiać, przy mnie można wyśmiać wszystko, bo wiadomo, że 

Honorka nikogo nie zaatakuje i nigdy nie znajdzie siły, żeby uderzyć, napiętnować... Mnie się 

nikt   nie   boi,   i   to   dobrze,   ale   dlaczego   mnie   się   nikt   nie   boi...   właśnie   te   przyczyny   są 

straszne... ja nie mam żadnego charakteru... mnie lekceważą...

- Akurat w tym względzie myślę przeciwnie. Niech skonam, nie gimnastykowałabym 

się o północy. Nie podnoszę cię na duchu, mówię poważnie. Pamiętasz aferę ze skrzypcami 

wirtuozki? Pamiętasz, że to ja ukradłam i schowałam te skrzypce. Krew mnie zalewała, jak 

codziennie o pół do szóstej rano zaczynała rzępolić Serdeczna Matko. Ale kiedy rozpaczała 

po stracie tego bezcennego instrumentu, było mi jej prawdziwie żal i byłam skłonna słuchać 

przez dwie godziny dziennie Pije Kuba do Jakuba.

- Teraz już gra jakąś serenadę.

- Na szczęście w kotłowni, palacz jest głuchy. Ale nie o to chodzi. Zwalczałam tę 

melomankę, ale mi imponowała. Politechnika to są chyba ciężkie studia? I wstawać o wpół do 

szóstej... wiedzieć, że się nie ma ani krztyny talentu, ale coś sobie postanowić, rozumiesz? 

Imponuje,   choćby   się   szydziło.   Pamiętasz,   jak   się   z   tymi   skrzypcami   kryła,   jak   ją 

przeganiałyśmy to z kuchni, to z umywalni... dopięła swego... Pamiętasz, jak się wyniosła do 

kotłowni, było nam czegoś brak: „A co to, wirtuozka chora?”

- Poważnie? Tak myślisz o czymś takim?

- Uspokój się, czasami tak myślę.

- Widzisz, Lilka, ja to wszystko przemyślałam. To będzie pierwsza poważna decyzja 

w moim życiu. Zdam ten egzamin i już dalej studiować nie będę. Może kiedyś wrócę... Będę 

miała dziecko z Marianem. Pomyśl, czy to nie piękne?

- Chryste Panie! I cóż ty zrobisz z tym dzieckiem?

- A cóż można zrobić z dzieckiem? - zdziwiła się. - Wychowam. Zniknę stąd.

- Gdzie będziesz mieszkać?

- Tyle ludzi w Warszawie nie ma gdzie mieszkać i mieszka. Więc i ja.

- Ale z rzuceniem studiów pomysł jest średni. Przez te półtora roku, może matka?

- Matka o tym nie będzie wiedziała. To byłby straszny cios. Ty nie znasz atmosfery 

małego miasteczka... poza tym, jest bardzo wierząca. Nikt nie będzie wiedział.

- A tatuś?

- Nie udawaj takiego cynizmu.

background image

- W czym się to przejawia?

- W sposobie wyrażania się.

- Że niby tak pieszczotliwie? Horacego mam cytować? Mam nadzieję, że tatuś się 

dowie?

- Nigdy mu tego nie powiem. Nigdy w życiu. Nigdy.

- Wariatka. Słuchaj no, nie pozuj na dziewczę z polskiego dworku. Musi ci pomóc 

finansowo. Chociaż do skończenia studiów.

- Nie. Nie będę z siebie robić ofiary.'

- Bardzo to ambitne... Honorata, czy ty o tym wiedziałaś przed tym jego ożenkiem?

- Nie. To znaczy... i tak nie powiedziałabym. Żeby nie wpływać na jego decyzję. Bo 

on by się ze mną ożenił. Lilka, ja ci mówię, on by się ze mną ożenił.

- Wierzę. I wierzę także, że dostałby kosza.

- Ja bym się zgodziła.

- Jesteś niekonsekwentna! To są jakieś przeczące sobie wymysły.

- No to co ja zrobię?

- Właśnie. O tym trzeba pomyśleć. Może ZSP coś, jakąś pracę albo jak...

Mogłabym  tu trochę pokręcić, coś tendencyjnie  naświetlić i pokazać siebie w roli 

takiej, co to zawsze, każdemu z pomocą. Ale nie. Dopiero wtedy zaczęłam wierzyć, że wobec 

tej   sprawy   mam   zdecydowane   stanowisko,   kiedy   napadła   na   mnie   Nika.   Dopiero   wtedy 

zaczęłam bronić swojej postawy, której nie miałam we właściwym czasie. Honorka nie była 

ciekawą dziewczyną. Przeraźliwe luki w rozumowaniu, bezradność, ogromna podatność na 

wpływy.   Tu   „nie   chcę   od   niego   żadnych   pieniędzy,   nigdy   się   o   tym   nie   dowie”,   czyli 

dostosowywanie się do tego, jaką by się chciało być, a tu „zostałabym jego żoną”, pogodzić 

tego   nie   można,   prawda.   Było   mi   jej   żal   i   to   wobec   swojego   współczucia   dla   niej   nie 

pozostałam  obojętna.  Do  niczego  jej  nie   namawiałam,   w  wypadku  każdej  decyzji   mogła 

liczyć na jakie takie moje moralne wsparcie. Ostatnim argumentem Niki, kiedy już niemal 

uznała moje kontry, było to, że ja umożliwiłam Honoracie praktyczne wykonanie decyzji. Ja, 

niby. Śmiechu warte.

Być może Maniuś pił mleko tylko przegotowane, żeby nie zarazić się gruźlicą od 

chorej krowy, zbierał złom, podróżował Lotem, wycierał obuwie, oszczędzał w PKO, mył 

ręce   przed   jedzeniem,   słowem,   był   wzorowym   człowiekiem   i   obywatelem.   Odszedł   od 

Honoraty, bo był zwyczajnym mężczyzną, który patrzeć nie mógł na jej ondulacje bardzo 

szpecące niebrzydką bladą twarz. Być może, raził go jej absolutny brak ciepła i poczucia 

humoru. Być może Maniuś był eleganckim i gładkim karierowiczem, który w porę wyczuł, że 

background image

żerowanie   na   koniunkturze   rozkrzyczanego   działacza   nieuchronnie   zmierza   ku   końcowi   i 

profilaktycznie ulokował energię w szpinaku i kapuście? Być może Maniuś lubił uszka z 

barszczem, a jedyną potrawą, jaką Honorata przyrządziła w akademiku, były dwa ręczniki, 

które   -   zapatrzona   w   sprawy   wyższego   rzędu   -   rozgotowała   na   brunatny   budyń.   Nie 

widziałam Maniusia na oczy i ufam, że nie dojdzie do tego nigdy. Chcę tylko wykazać, że 

osoba, która dla mnie w ogóle nie istnieje, poplątała jeden z wątków mojego życia. I kiedy 

pewnego   dnia   Honorata   po   wstępie:   „To   byłby   cios   dla   matki.   I   tak   żal   rzucić   studia”, 

zwróciła   się   do   mnie   z   wiele   mówiącym   pytaniem:   „Twoja   mama   jest   lekarzem?”, 

przerwałam:

- Tak, ale od gardła. Tylko proszę bez usprawiedliwień. Masz za sobą ciężki tydzień 

wzniosłości uczuć. To jest zabronione przez ustawę i twój kodeks moralny, ale owszem, 

zapytam mamy, czyby jakiś jej kolega z pracy...

- Gardzę sobą, ale nie mam siły. Lilka, żebyś wiedziała, ile mnie to kosztuje!

- Jeśli mama zgodzi się na pertraktacje z kimś, nic cię to nie będzie kosztować.

- Jaka jesteś okrutna! Ale nie mam się do kogo zwrócić, naprawdę, nie mam już siły.

Na   amazonkę   istotnie   nie   wyglądała.   Chude   ręce   zaciskała   na   skrypcie   i 

nieprzytomnym wzrokiem błądziła mi po twarzy. Jej „płaczliwość” była autentyczna, tak jak 

prawdziwy był cały jej duchowy galimatias. Była zupełnie zagubiona. Wieczorem skleciłam 

list do mamy: „Droga Mamo, na ziemi oprócz spraw, o których nie śniło się filozofom, dzieją 

się   także   rzeczy   zwykłe.   I   w   konsekwencji   tych   drugich   pewne   młode   dziewczę   ma   do 

wyboru: powiększyć  świat o jedną osobę z dyplomem wyższej uczelni albo zakupić parę 

metrów płótna na pieluchy. Bohaterka się skłania do możliwości pierwszej. Gdyby jakiś Twój 

znajomy   dysponował   odpowiadającą   tym   potrzebom   etyką   -   napisz   do   mnie   szybko, 

natychmiast.   Bardzo,   bardzo   Cię   o   to   prosi   Twoje   zdające   pomyślnie   egzaminy,   jedyne 

dziecię”.

Mama jest bardzo zarozumiała, skoro mogła wyobrazić sobie, że zwróciłam się do niej 

we własnym imieniu. Zamiast odpowiedzi, przyjechała w stanie znakomicie zamaskowanej 

paniki,   gotowa   mnie   zmiażdżyć   wyniosłym   milczeniem   i   brakiem   jakiegokolwiek 

skomentowania faktu. W dodatku weszła do pokoju w zupełnie nieodpowiednim momencie i 

malowniczy krajobraz, jaki się ukazał jej oczom, mógł potwierdzić najgorsze przypuszczenia.

Wierzę, że potrafię kochać, ale lękam się, że szczerość moich uczuć jest zamknięta w 

konwencji  irracjonalnej,   dotyczy  fikcji.  Od  lat   bywałam   bez  przerwy  zakochana, chociaż 

nierzadko   nie   wiedziałam   w   kim.   Bardzo   naiwna,   ale   i   bardzo   pełna   jest   taka 

niespersonifikowana miłość. Kto wie, czy temu nieznajomemu nie dajemy wszystkiego, co w 

background image

nas najlepsze, w marzeniach nie ma barier i konwenansów, jesteśmy tam prawdziwsi, choć 

lepsi niż w rzeczywistości. Nie boimy się śmieszności, ślepo ufamy impulsom, a zawsze są to 

impulsy dobre, bo obiekt naszej nierealnej miłości, wysublimowany z drobnych powszednich 

spraw, nie wyzwala w nas zahamowań swoją postawą różną od naszych myśli na jego temat. 

Jest   właśnie   taki,   jakiego   możemy   kochać   bez   ograniczeń,   które   w   życiu   narzuca   nam 

ambicja, ambicyjki, nerwy, zmęczenie, powściągliwość, złe humory, pewne założenia. Ile 

pomyłek,  ile domniemań, ile budowli z lodu wznoszonych  na rozżarzonej płycie.  Kiedyś 

istniało słowo „miłość”, którego sens był zaledwie przeczuwalny i który szybko, za szybko, 

starałam się pojąć, przeniknąć, przyswoić. Były pewne szablony: on kocha - ona nie kocha, 

nie   ma   się   czym   przesadnie   przejmować,   rzecz   należy   przyjąć   z   odrobiną   dumy   i 

refleksyjności.   Ona   kocha   -   on   nie   kocha   i   wtedy   cały   świat   nie   jest   możliwy   do 

skonsumowania,   należy   jedynie   nie   obnosić   tragedii   jak   transparentu   w   pochodzie. 

Koniecznie się zmusić do zajęcia się czymkolwiek, z dużą dozą pobłażania dla siebie: „I tak 

nic z tego pocieszania się nie wyjdzie, ale przynajmniej spróbuję”. Mnożnik - on kocha, 

mnożna   -   ona   kocha,   tu   już   iloczyn   stanowiło   bliżej   nieokreślone,   ale   absolutnie   pewne 

przeświadczenie o szczęściu. Szczęście mieli Pitagoras, Archimedes i wielu innych: ich teorie 

sprawdziły się w praktyce.  Nie zaliczam  się do tej plejady; od pewnego czasu wszystko 

przestało mi się zgadzać. Bo w końcu ten ktoś jest naprawdę, ma imię, nazwisko, zawód, 

pełne dane personalne - i wtedy następuje konfrontacja. Z głuchą pokorą czekamy na jej 

wynik, z trwogą obserwujemy minimalne odchylenia od mitycznych ustaleń, boimy się. Że 

powiem truizm: są ludzie mocni i słabi. Być mocnym - to umieć przeżyć wszystko do końca, 

konfrontację i jej opłakane (przeważnie) rezultaty, potrafić zrewidować swój stosunek do 

otoczenia,   włączyć   akcent   polemiczny   w   rozważaniach   opartych   na   autorytecie 

subiektywnych   sądów.   To   może   ja   wypadłam   źle   w   tej   konfrontacji?   Dopuszczam   ten 

zatrważający   wniosek.   Każda   dziewczyna   wynosi   ze   szkoły   świadectwo   maturalne, 

wspomnienie pierwszej zabawy i pamięć wstydliwego pocałunku, gdzieś tam, w mrocznym 

zakamarku ulicy. Jest więc ten on, reminiscencje spacerów odbywanych wieczorem kosztem 

jutrzejszej klasówki, później jakiś pociąg, machanie ręką, ktoś już stał się dojrzały, wyjeżdża 

w nieznany świat, ktoś zostaje w małym mieście, żeby dokończyć edukacji. Jeżeli później się 

spotkają...

Myśmy   się   spotkali.   Ja   i   Michał.   Widocznie   nie   bolało   to   rozczarowanie,   skoro 

pozwoliło mi się cieszyć, że dzięki niemu wyzbyłam się uczucia, że przechodzę obojętnie 

obok czegoś pięknego. Miłość jest kwestią wiary i dotyku. Michał reprezentował dla mnie 

jedynie   element   drugi,   nie   rozumiał,   że   muszę   mieć   także,   a   może   przede   wszystkim 

background image

pierwszy, nie wiedział, że nie mogę tego oddzielić, nie mogę przyjąć tu żadnego podziału. 

Dlaczego poświęcam mu czas, skoro nie był ważny? To było moje pierwsze doświadczenie, 

pierwsza poważniejsza konfrontacja. Czegoś się przez Michała nauczyłam. No, i łączy się to 

jakoś ze Stasiem. I...

Nie wystarczy mieć ze dwa metry wzrostu, żeby przerastać kogoś, kto ma „zaledwie” 

sto sześćdziesiąt dziewięć centymetrów. Nie wiem, czy istotne są te rozważania, nie było 

miłości, chociaż owszem, bywałam w Michale zakochana, a od czasu do czasu - śmiertelnie. 

W każdy razie to był chłopak, z którym łączono moje imię, któremu niekiedy pozwalałam 

urządzać sobie awantury. Pozwalałam, powtarzam, a on zrozumiał, że ma do tego prawo. 

Mnie to po prostu bawiło, te wszystkie sceny zazdrości, „nie, nie pójdziesz”, „gdzie byłaś”, 

„on   się  doigra,   że   mu   obiję   gębę”.   Miewałam   nawet   skruszoną   minę,   szczerze   z   czegoś 

rezygnowałam i czasami wierzyłam we własną potulność. Filozofia osiemnastoletnich kobiet 

jest taka dość grochowo-kapuściana, lecz coś tam prymitywnej i intuicyjnej mądrości zawiera.

Pierwszy dzień studiów zostawiłby mi poczucie niesmaku, pewnej klęski, gdyby ze 

środka potopu nie wyciągnął mnie Michał. Wtedy, kiedy mnie odnalazł, kiedy byłam mu taka 

wdzięczna, że ktoś mnie w Warszawie szuka, powiedziałam: „Michał, kochany mój”. Tym 

zmyliłam   nas   obydwoje,   te   słowa,   pierwsze   moje   ciepłe   słowa   skierowane   do   Michała, 

uznaliśmy za obowiązujące.

W szkole błyszczałam jak wypolerowany szlachetny metal, nikt poza mną nie wpadł 

na   to,   że   mam   skłonności   do   korozji.   Błyszczałam   tak   na   akademiach,   wieczornicach   i 

lekcjach, miałam liczne funkcje społeczne, własne zdanie, autorytet. I pierwszego dnia, na 

studiach, stałam się nagle pozycją na liście przyjętych w oszklonej gablotce. Przewodniczyć 

mogłam tylko Pelagii, która w odróżnieniu ode mnie nie potrafiła ukryć, że w wielkomiejskim 

środowisku czuje się co najmniej głupio. Nie zdawałam wstępnego egzaminu, zdołałam się 

zaledwie wykazać zmianą kierunku studiów przed ich rozpoczęciem. Kosztowało mnie to 

wiele przemyśleń, ale żadnego formalnego wysiłku. W obydwóch dziekanatach nie robili mi 

większych trudności. Miałam żelazne, choć ujmujące argumenty, którymi przekonałam wiele 

osób, nie wliczając w to siebie.

Mogłabym   to   wszystko,   co   chcę   powiedzieć,   jakoś   uporządkować,   podzielić   na 

rozdziały   czy   wątki,   a   nawet   rozdziały   zaopatrzyć   w   tytuły   na   modłę   przebrzmiałych 

wzorców:   „Rozdział   trzeci,   w   którym   narratorka   zwierza   nam   się,   dlatego   obrzuciła 

inwektywami  Banasiaka,   a  potem  poszła  na  zabawę  do  ASP  w  zasłonie   okiennej  spiętej 

agrafkami”. Dobrze, ale po co? I tak na początku był chaos, a proszę, co z tego wynikło. 

Dajmy więc temu spokój. Nie dostałam więc „odgórnie” żadnej funkcji, ja, która zagajałam 

background image

tyle   zebrań   i   wygłaszałam   tyle   referatów   na   akademiach   ku   czci.   Być   może   poczucie 

osamotnienia,   marginesowość   mojej   osoby,   kazały   mi   szukać   satysfakcji   w   każdym 

„cośsiędzieje”   i  w   trzepaniu  coraz  bardziej  starannie   tuszowanymi  rzęsami.  Nie   było  nic 

łatwiejszego,   niż   uzyskać   ten   rodzaj   satysfakcji.   Zdawałam   sobie   z   tego   sprawę,   z   tej 

łatwizny, i z tych możliwości. Nie ukróciłam tych rzeczy. Do pewnego czasu.

Październik   tamtego   roku   był   ciepły   i   złocisty   od   liści.   Na   inaugurację   roku 

akademickiego przybyłam w pierwszych w życiu nylonach, zakupionych za niemal połowę 

miesięcznego budżetu. Duża aula, dostojni profesorowie i nikogo, nikogo znajomego. Stałam 

na końcu sali, rozglądałam się po obcych twarzach, miałam chęć wleźć w mysią dziurę i 

stamtąd szczekać złowrogo na świat. Do prezydium podchodzili niektórzy pierwszoroczniacy, 

ściskano im dłonie, życzono pomyślnych studiów i uroczyście wręczano indeksy. Były już 

grupki, które się znały, pewnie z egzaminów. Jakiś chłopiec zagadnął mnie: „Koleżanka z 

pierwszego   roku”?   „Ja   z   Polski   centralnej”   -   wyjaśniłam   mu   i   zwiałam.   Chciałam   jak 

najszybciej znaleźć się na ulicy,  delektować się tą doskonałą samotnością, która przecież 

mąciła mi nastrój. Cieszyłam się, że to wszystko już się zaczyna, egzystencja  akademika 

przyciągała mnie z magnetyczną siłą, jak wszystko nieznane. W akademiku działo się coś na 

obraz i podobieństwo pierwszej linii frontu, gdzie żwawo i z pełnym poświęceniem uwija się 

jedna   sanitariuszka.   Jakieś   absolwentki   farmacji,   którym   akademik   już   nie   przysługiwał, 

zabarykadowały się w dwóch pokojach i przez drzwi żądały przedstawiciela Ministerstwa 

Zdrowia. Pierwszoroczniaki tułały się ze swoimi walizami na górę i na dół, a wśród tego 

potopu chodziła śliczna dziewczyna z czarnymi włosami uczesanymi w kok, z ołówkiem w 

ręku, i pocieszała: „Koleżanki, za kilka dni się wszystko unormuje, zachowajcie spokój. Po 

prostu za dużo do nas przysłali. Jutro się porozumiem z innymi domami. Te, dla których 

brakło miejsca w pokojach, przenocują w świetlicy. Dostaniecie materace i koce”. Czuwałam 

pilnie, żeby dla mnie brakło miejsca. Nie lubiłam się pozbawiać uczestnictwa w jakichś nie 

znanych   mi   sytuacjach.   Do   tej   ślicznej   wszyscy   odnosili   się   z   szacunkiem,   mnie   także 

imponowała jej postawa. „Taka dziewczyna ma z pewnością wielu adoratorów, a chodzi z 

ołówkiem” - myślałam obserwując, z jakim wdziękiem się porusza i odpowiada cierpliwie na 

najbardziej irytujące pytania („Jak to, na podłodze?”). Miałam chęć jej pomóc, ale robienie 

się ważną na siłę, to nie moja metoda. Nowy rocznik mieszkanek akademika („fuksy” - w 

gwarze   studentów   starszych   lat)   przypomina   chyba   poborowych   w   pierwszym   dniu 

wypełniania zaszczytnych obowiązków. Plącze się toto, nie wie, co i gdzie, z zazdrością zerka 

na   starsze   studentki,   stara   się   nikomu   nie   podpaść   i   robi   dużo   zamieszania.   Miałyśmy 

wszystkie jedną bezsprzeczną zaletę: świetnie dezorganizowałyśmy każdą robotę. Kiedy ta 

background image

śliczna   przy   pomocy   jakichś   chłopaków,   którym   z   oczu   patrzyło   na   tęgich   aktywistów, 

wniosła materace do świetlicy, około czterdziestu moich rówieśnic chciało zająć miejsce w 

rogu. Już nad tym kiedyś myślałam. Dlaczego się sądzi, że ściana daje jakieś schronienie, 

poczucie   bezpieczeństwa?   Dziedzictwo   po   pradziadkach   jaskiniowcach?   Chęć   chociażby 

minimalnej izolacji? Własny kąt? Raz się tylko tak tuliłam do ściany, kiedy się bałam śmierci, 

myślałam sobie, że nie pozwolę tej jędzy zajść mnie od tyłu. Poza tym moim marzeniem w 

zakresie spania był latający dywan. Bałagan w akademiku wyszedł naprzeciw dziecinnym 

mrzonkom. Mogłam się z tym materacem, który mi przypadł w udziale, ulokować nawet na 

dachu. Śliczna uspokajała krwiożercze rozmówki, apelowała... Dziewczęta ze starszych lat 

wpadały   do   świetlicy   z   ironicznymi   minami:   „Rozbiorą   nam   fuksy   lokal   rozrywkowy”. 

Chciałabym je widzieć w chwili startu. Patrzyłam na to z pozycji mojej walizki. Widowisko 

było   barwne.   Blondynki,   brunetki,   rude,   ostrzyżone   i   z   warkoczami   ciągnęły   segmenty 

materaców,  każda   w   swoją  stronę,   zawzięcie   „koleżankując”.   „Ja  tu  pierwsza   przyszłam, 

byłam przed koleżanką, na szczęście mam kolegów w ZSP, to i tak dostanę pokój przed 

koleżanką”. Ze środka tego gwaru wyłoniłam głos, który przepełnił kielich radości. Jedyny na 

świecie dyszkancik zanucił:

- Ty, odwal no się łaskawie. Weź tę swoją szafę i idź zmówić paciorek.

- Aaaaagnieszka! - ryknęłam. - Agnieszka! Co ty tu robisz? Agnieszka! Agnieszka!

- Lilka! Jezus Maria, Lilka! Masz jakieś wyro? Coś trzeba zorganizować! A cóżeś 

sobie taką bluzeczkę z kołnierzyczkiem zasunęła, czekaj, później pogadamy, bierz materac, 

zainstalujemy się pod fortepianem.

Co   za   cudowne   miejsce.   Na   estradzie,   pod   fortepianem.   Była   nawet   szczątkowa 

kurtyna, którą natychmiast zasłoniłyśmy, uzyskując wcale przytulny pokój.

- Gadaj, skąd się wzięłaś w akademiku? Masz tu chyba mieszkanie? - zapytałam.

- Palisz? - wyciągnęła do mnie paczkę lotników.

- Oczywiście, że palę, tylko w tej chwili nie mam ochoty. Agnieszka z papierosem w 

zębach! Byłam ciekawa, o ile ja się zmieniłam w jej oczach przez te dwa lata.

- Miałam kajutę - ciągnęła Agnieszka robiąc poduszkę ze spódnicy - ale skończyła się 

praca,   skończyły   się   pieniądze.   Odstąpiłam   tę   klitkę   kuzynce   z   dzieckiem.   Wczoraj   się 

sprowadzili.   Nie   chcieli   mi   przyznać   akademika,   bo   uważasz,   jestem   w   Warszawie 

zameldowana na stałe, ale poszłam do Partii. Musisz tam jutro ze mną iść, bo dają kwitki na 

obiad.

- O takiej formie działalności Partii nie słyszałam.

-   No   bo   nie   dają,   puknij   się   w   głowę,   tylko   mówisz   to   i   owo,   że   musisz   mieć 

background image

akademik, a wąchasz, co tam w stołówce na obiad. Potem znacząco zaznaczasz, że tak na 

razie to wściekły rozgardiasz i czyby tu nie można zjeść obiadu. Dali mi kwitki na cztery dni, 

zapłacę kiedyś, przy okazji. Mówię ci, jak co do załatwienia, to z głową, a nie z nogami. 

Calutką ostatnią pensję przepuściłam na urlopie, jestem zerowa, podróżuję wyłącznie na gapę. 

Jak patrzę, jaki tu ubaw, to już mi nie żal mojego pokoju. To jest w końcu życie, a nie jakieś 

tam użerki z gospodynią.

- Jest u ciebie moja kołdra? Nie zastałam cię.

-   Trudno,   żebyś   mnie   zastała,   skoro   mnie   nie   było.   I   co   się   tak   makabrycznie 

wystrzygłaś jak rekrut. Nawet ci nieźle, tylko wyglądasz jak wariatka. Jaka kołdra?

- Wysłałam do ciebie w lipcu. Nie odesłali do domu.

- Napisałaś adres nadawcy?

- Nie! O rany boskie.

- Dwa tygodnie w lipcu byłam na spływie kajakowym.

- Gdzie moja kołdra?

- Cholera ci tam po kołdrze. Zresztą, znajdziemy. Czy te przestaną tam drzeć mordę? 

Słuchaj, nas się czepiają.

Rzeczywiście, nasza rozmowa była prowadzona nie na wysokim być może poziomie, 

ale na wysokim tonie na pewno. Śliczna wkroczyła do salonu:

- Koleżanki, przeszkadzacie spać.

- Idy ty muchy gonić - zaproponowała jej Agnieszka. Co to może zdziałać rok życia w 

stolicy. Jak ona tu się pewnie czuła. Postanowiłam natychmiast jej dorównać:

- Słuchaj, Śliczna, nie czepiaj się, bo nie ma o co, tylko powiedz mi, czy to murowane, 

że trzeba mieszkać wydziałami?

- Takie jest zarządzenie.

- Wsadź sobie to zarządzenie - w lot chwyciła moją myśl Agnieszka - tylko gadaj, do 

kogo by tu uderzyć. Bo jakby do komitetu warszawskiego Partii, to ja tam jadam obiady, 

wiesz.

- Myślę, że nie trzeba tak wysoko. Może załatwi to wam samorząd, ale już nie tu, bo 

jutro was stąd odeślą do innych domów.

- Cieszysz się? - zapytała ni w pięć, ni w dziesięć Agnieszka.

- Nie rozpaczam, że ciebie tu nie będzie. Nie mogłabyś zużyć tej energii na jakąś 

pracę?

- Zużyłam wiele energii, żeby się z pracy wywinąć.

- A studia to myślisz, że balet?

background image

- Już ty mnie nie uświadamiaj. Niech tamte gaszą światło. Obudź mnie jutro, gdybym 

zaspała, bo od dziewiątej mam wykłady.

Kiedy Śliczna wybyła („dobranoc, koleżanki”), zza kurtyny doszedł wzmożony gwar. 

Odsunęłyśmy zasłonę, bo było na co patrzeć. Jakaś wybladła postać w kwiecistym szlafroku, 

ta,   która   zwyciężyła   „w   wyścigu   do   rogu”,   usiadła   na   materacu   z   gigantyczną   knigą   na 

kolanach,   oświadczając,   że   nie   pozwoli   zgasić   światła,   bo   za   cztery   dni   ma   kolokwium 

wejściowe do pracowni z fizyki.

- Zrobimy ci tu kolokwium wyjściowe na korytarz! Gaś do pioruna - rzekła któraś.

Pracusiówna wsadziła sobie palce w uszy i poruszała wargami, wertując książkę.

- Jazda z nią!

- W ten tępy łeb ją kapciem!

Któraś zgasiła światło, Pracusiówna obojętnie zapaliła. Zaczęła się wojna nerwów. 

Trach, cyk, ktoś gasił. Pracusiówna zapalała.

- Zgaszę po jedenastej - wyjaśniła uprzejmie.

-   Co   się   tu   dzieje,   czy   koleżanki   zgłupiały,   czy   Boga   w   sercu   nie   mają?   - 

zainteresowało   się   rumiane   dziewczę,   wynurzając   spod   koca   ładne   oblicze   i   dwa   jasne 

warkocze. - Spałam już, obudziłyście mnie. Tak się nie robi, proszę koleżanek. Trzeba mieć 

poczucie.

-   „Oczy   czarne,   oczy   twe,   tę   nade   mną   dziwną   mają   moc”   -   zaśpiewał   malutki 

rudzielec, śliniąc palce i kręcąc sobie papiloty.

- Umiesz to całe?

- Zaśpiewaj, niech się tamta jędza zakuwa.

- Umiem. Często śpiewałam na akademiach, ale nie to, pieśń górników i walczyka 

warszawskiego. Co zaśpiewać?

- Oczy.

- „Każdej nocy widzę je... lśnią nade mną w każdą ciemną noc...” Miała ładny głęboki 

głos.

-   Patrzcie,   ta   słucha!   Zatkać   jej   uszy.   Z   czarnych   oczu   to   kolokwium   będziesz 

zdawała? Niech się teraz, małpa, uczy. Dopilnujemy jej. Śpiewaj dalej.

- „Żal znów mą duszą mroczy, dal cała ma twe oczy, noc cała oczy twoje ma”.

- Koleżanka skąd?

- Z Sandomierza.

- A ja z Piotrkowa.

- Na jaki wydział? 

background image

- Ja na prawo.

- Koleżanka jest wierząca? 

- Ja na filologię klasyczną.

- Słówka Boya czytałaś? Co? Mowa! 

- „Nadaremnie cię czekam, a w rozterce patrzą na mnie...

- Tamta to chyba z wiochy.

- Jaka to warszawianka.

- Zamkniecie te gęby? Wstydu nie macie.

- „I miłuję, i czekam, i całuję z daleka...”

- Myślałby kto, że umie palić. Fasonu sobie dodaje. Czy ta nie skończy z tymi oczami?

- On jest na trzecim roku medycyny. Pobierzemy się.

- „... najdroższe oczy tweeeee”.

- Chciałaby koleżanka mieszkać ze mną w pokoju? Bo ja tu nikogo nie znam.

- Te spod fortepianu morowo wyglądają.

- Ryczą jak kobyły. Chciałabyś się uczyć, a te jakby się zaczęły śmiać.

- Teraz wam zaśpiewam: „Bo jeśli kochać, to na zawsze, to na zawsze”.

- Ale się zapaliła.

- Ta jedna spod fortepianu to ma dyplom, lepiej na nią uważaj. Aktywistka jakaś. A ta 

druga to... słyszałaś, gdzie jada obiady? Noo.

- „A jeśli odejść, to zaraz, to już”.

Poznawałyśmy   się   tak   do   białego   rana.   Na   znak   aprobaty   tego   wszystkiego   noc 

spędziłyśmy przy otwartej kurtynie. Nazajutrz szumiało mi w głowie, pod powiekami miałam 

piasek, ale byłam pewna, że wszystko mi się jakoś ułoży. Aklimatyzuję się szybko, jak każda 

nieszlachetna   roślina.   Moje   pierwsze   studenckie   dni   przypominały   filmy   z   okresu   kina 

niemego, gdzie to komik szybko przebiera nogami, tempo zawrotne, tortem zaklejone oko, z 

przodu   bandyta,   z   tyłu   policjant,   a   w   środku   zrozpaczona   lady   dramatycznymi   ruchami 

wyrywa  z   głowy  kruczoczarne  włosy.   Trwał  urok  cygańskiego  wozu,  dopiero   w  trzecim 

akademiku spoczęło moje ciało na cały krótki rok. Tak, ten początek był obłędnie wesoły. 

Między   pędzącymi   zdarzeniami,   drobnymi   kłopotami,   zmęczeniem,   zostawała   zaledwie 

maleńka   szczelina   czasu,   w   której   nie   mieściły   się   refleksje.   Zakupy   naukowych 

podręczników zaczęłam na bazarze, gdzie nabyłam amerykańską szminkę i studencką czapkę. 

Zaledwie jednak wsiadłam do tramwaju z filuternie załamanym  acz lśniącym  od nowości 

daszkiem, jakiś weteran z politechniki, w zmywaku kuchennym na głowie, który trzymał się 

kupy jedynie w myśl praw metafizyki (zmywak, a nie weteran), zniszczył mnie, zwracając się 

background image

do   kolegi:   „Twarzowy   fuksik,   co?”   Później   sama,   z   pobłażliwością   wtajemniczonego 

patrzyłam na podobne czapki, pamiętałam jednak o tamtym incydencie w tramwaju. Starałam 

się mój uśmiech ukryć albo wyrazić nim sympatię. Nigdy więcej nie włożyłam na głowę tego 

nabytku. Mary się zlitowała i odkupiła ją ode mnie za grzebień. Grzebień się złamał tego 

samego dnia, bo któraś z dziewcząt użyła go w charakterze buta ortopedycznego dla krótszej 

nogi stołu. Tak, na początku było wesoło, za wesoło, jak na to wszystko, co się zaczęło dziać 

potem.

No   i   sprawozdanie   o   Michale   przerwałam   relacjonując   błahostki.   Na   marginesie: 

„sprawozdanie”. Jakże przejęłam się nomenklaturą z tysiąca i dwóch zebrań, jakie udało mi 

się przeżyć.  Zupełnie jak niegdyś Igor komunikatami z frontu koreańskiego. Igor, biedny 

mały, on też dostanie za swoje - to chyba niemożliwe, żeby ktoś się wymknął i nie oberwał od 

życia. Biedny mały, on dla mnie. zawsze będzie „mały”,  kochany dryblas, czternastoletni 

trubadur.   Zawsze   będzie   Igorem   z   upalnego   lata   nad   morzem.   A   tu   „mały”   ma   lat 

siedemnaście, „wytrzymał nerwowo” i zdał maturę, codziennie się goli, co nawet przestał 

ostatnio podkreślać, tak że chyba rzeczywiście dorósł.

Michał, Michał. Kiedy tamtego wieczoru leżałam na podłodze w świetlicy i chciałam 

w dziesięć minut opowiedzieć Agnieszce dwa lata życia, podczas których nie widziałyśmy 

się, usłyszałam głos Ślicznej:

- Czy jest tu koleżanka Sagowska?

- Nic jeszcze chyba nie zdążyłam narozrabiać? - chciałam wyjaśnić.

- Czeka ktoś na koleżankę w portierni.

Do   moich   pantofli   przypięłam   skrzydła   i   odprowadzona   przez   zaciekawione 

spojrzenia wypadłam na korytarz. - Michał, kochany mój!

- Lilka, szukam cię po wszystkich akademikach.

- To znaczy, ten jest który? - zainteresowałam się ogromem jego zasług.

- Trzeci. Włóż płaszcz, pójdziemy na spacer. Włóż coś takiego, wiesz, pójdziemy 

zatańczyć.

Włożyłam coś takiego, wsunęłam rękę w jego mocną łapę i zachłystując się tym, że 

oto tak sobie wychodzę wieczorem nie pytając nikogo o pozwolenie, modliłam się w duszy, 

żebym mogła wytrwać w tym braku fanfaronady, żeby Michałowi nie udało się wyzwolić we 

mnie przekory - a do tego talent miał niesłychany. Ale to udawało mu się zawsze. Zawsze. 

Może dlatego, że pojęcia nie miał, iż coś takiego we mnie istnieje. Mojej przekory zupełnie 

nie wyczuwał .

- No i cóż to cię najbardziej zachwyca w Warszawie?

background image

- W Warszawie? Najbardziej ty.

- Jakiś ty miły. Michał, czy tobie wręczali indeks w zeszłym roku na inauguracji? 

- Nie. A tobie?

- Mnie naturalnie tak. Nie mogli pominąć takiej perły - nie wiem, dlaczego skłamałam.

Na   te   tańce   poszliśmy   gdzieś   na   MDM,   wchodziliśmy   po   desce,   wszystko   było 

rozkopane.   Kłócić   zaczęliśmy   się   od   początku.   To   ja   psułam   wszystko.   Chciałam   mieć 

Michała, ale siebie - zachować dla siebie.

- Lilka, powiedz, nic się przez ten rok nie stało? - zapytał w tańcu. Odsunęłam się od 

niego, głupio zagrywał, demaskował płaską zazdrość, nie wiedział, że trzeba poczekać na 

takie wyznanie, zirytował mnie.

- Nic się nie stało. Zdałam maturę, miałam dwóch kochanków, zmieniłam miejsce 

zamieszkania, trzecia wojna światowa nie wybuchła.

- Lilka, nie pleć, ty lubisz takie głupie mowy. Dałbym głowę za ciebie.

- To po co się pytasz? Straciłbyś głowę. W dalszym ciągu tańczysz cudownie. Tym się 

zajmijmy, co?

- Muszę wiedzieć, traktuję cię bardzo poważnie.

- Bóg zapłać, ale cię o to nie proszę.

- Nie kochasz mnie?

- Szkolne czasy to prehistoria.

- Kochasz mnie?

- Tak - odpowiedziałam, bo nie byłam pewna, że nie.

- Kłamałaś?

- Tak - powiedziałam, bo musiałam być logiczna.

- Widzisz, byłem tego pewny. Ty byś mnie nie zdradziła - wyjaśnił podstawy wiary 

we mnie.

- Jak to, zdradziła? Michał, chodźmy stąd, bo mama ma do mnie telefonować.

- Skąd wie, gdzie mieszkasz?

- Mamy rzecz.

Nie udało się to pierwsze spotkanie. Wróciłam z radością pod fortepian. A kiedy na 

chwilę wyłączałam się z „poznawania się”, mozolnie myślałam nad jednym: w sytuacji ja - 

Michał, odniosłabym wielki sukces jako reżyser własnych uczuć. Za bardzo podobał mi się 

Michał, żebym mogła się nad tym nie zastanawiać. Nie asekurowałam się. Nigdy nie byłam 

letnia. Nigdy nie byłam wyrachowana - przynajmniej w tej kwestii. Nie chciałam, żeby to był 

Michał. Chciałam dać radość, a nie triumf. Chciałam się cieszyć,  a nie wahać. Chciałam 

background image

chcieć, a nie ulegać. Chciałam mieć oczy szeroko rozwarte ze szczęścia i serce wolne od 

wątpliwości. Przeczuwałam, że miłość to jest coś, co nie zostawia miejsca na dociekania 

warto - nie warto. Toteż kiedy Michał powiedział: „Dałem kumplom na kino”, odparłam: 

„Nie”. Powiedziałam to spokojnie i kategorycznie. Michał mówił o moim braku zaufania, a ja 

wiedziałam   swoje.   Nie   skorzystamy   z   tego   fundowanego   kumplom   seansu   z   uczciwości 

wobec pewnych spraw. Wiedziałam, że potem, szukając usprawiedliwienia, nazwałabym to 

miłością, a później dławiła się z żalu, że z góry przeczuwając pomyłkę uległam porywom, 

których   opanowanie   nie   kosztowało   mnie   wiele.   Michał   zarzucał   mi   przewrażliwienie, 

naiwnie sądził, że dotknęła mnie forma propozycji. Naturalnie, nie była to forma wersalska. 

Staś nigdy w życiu nie odezwie się w ten sposób do żadnej dziewczyny. Staś... przez niego, 

przez nasze rozmowy zaczęłam widzieć Michała takim, jakim naprawdę jest. To znaczy - 

niezły chłopak, tylko nie dla mnie. Chciałam więcej, niż on mógł mi dać.

Stasia   poznałam   przez   Halinę.   Halina   umówiła   się   z   piekielnie   przystojnym 

chłopakiem z medycyny. Czekałyśmy, aż Apollo się zjawi, potem zamierzałyśmy dyskretnie 

się ulotnić. Ktoś cichutko zapukał i na nasze wykwintne „proszę”, wszedł do pokoju chudy, 

wysoki i blady chłopaczek w wiatrem podszytej kurteczce. Zaczerwienił się i wyjąkał:

- Mój brat, Marek, umówił się z którąś z pań, ale niestety, nie może przyjść. Z panną 

Halinką.

- Oooo - rozległ się nasz głęboki żal, bo brat Marek jest do pooglądania. - Dlaczego?

- Jeśli mam być szczery, to pożyczył koledze swoje wyjściowe spodnie. A różnimy się 

nieco wzrostem, więc nie mógł przyjść w moich. Bardzo przeprasza i polecił mi, żebym 

zaprosił pannę Halinkę, to znaczy panie wszystkie, do nas. Pozwolą panie, że się przedstawię, 

Stanisław, brat Marka...

- Camila Perichole - powiedziałam wyciągając rękę. Stanisław, brat Marka, stanął na 

wysokości zadania:

- Dla pani więc wicekról Peru. Pośpieszmy się, bo pod oknami stoi złota karoca.

Ooo, to było coś. W złotej karocy miejskiej linii osiemnaście uważnie przyglądałam 

się wicekrólowi. Nie był ładny.  Miał za długi nos, za długie ręce, nieopanowane gesty i 

dziecinny u-śmiech. Lecz ten uśmiech potrafił przeistoczyć zatłoczony tramwaj w łagodnie 

unoszący  się po  morzu  korab,  jeszcze   nigdy w   życiu   tak  mi  się  przyjemnie  nie  jechało. 

Wysiedliśmy w śródmieściu i przez labirynt rusztowań, desek, lasowanego wapna, cegieł, 

kamieni, dotarliśmy do ciemnej klatki schodowej. A potem długo, długo i wysoko, wysoko, 

na ostatnie piętro starej kamieniczki. Trzy krótkie dzwonki, jeden przeciągły. Otworzył nam 

Marek, istotnie w jakichś cyrkowych pumpach. Bardzo ładnie wyglądał.

background image

- Przez korytarz cichutko - położył palec na ustach. Wreszcie trzecie drzwi na prawo i 

nasza drużyna zwycięsko doszła do mety.

- Panie zechcą się rozebrać, płaszcze tu - wskazał wybrakowaną skrzynkę na śmieci - i 

proszę siadać, gdzie kto może.

Poza szerokim tapczanem, na którym spoczywało dwóch młodzieńców, nie było nic 

do siadania, żadnych szczątków krzeseł.

- To może część do nieba? - uśmiechnął się Staś.

Za   drzwiami   stała   drabina   wiodąca   na   antresolę.   Drabina   miała   jedyny,   górny 

szczebel, który można było osiągnąć wchodząc na kulawy taboret, z taboretu na odwrócony 

do góry dnem dziurawy kocioł do gotowania bielizny.

- Ja do nieba po kotle. Skąd wy macie kocioł?

-   Gospodyni   zamierzała   wyrzucić   -   wyjaśnił   Marek.   Wszyscy   chcieli   do   nieba, 

wiadomo. Nie dla wszystkich starczyło tam miejsca, wiadomo.

- Na cześć drogich gości robimy ucztę. Makaron czy budyń? - zapytał gospodarz.

- Budyń! Makaron! Budyń!

- Nie ma makaronu. Poniosła go fantazja - rozwiał złudzenia Staś. - A  budyń na 

wodzie, bo mleko może być dopiero jutro. Za to jest musztarda.

- Budyń z musztardą - ustalono więc.

- Będzie dużo, bo mamy tego osiem torebek.

- Osiem to dużo? Na tyle osób?

- Garnek jest  i tak  tylko  dwulitrowy. No  to gotujcie, ja  skoczę po wino - zaczął 

schodzić z antresoli Staś.

- Jak ty tu sypiasz? Przecież tu za krótko - zapytałam go.

-   Trzeba   tylko   podwinąć   nogi.   Lepsze   to,   niż   we   dwójkę   na   jednym   tapczanie. 

Higieniczniej.

Koło elektrycznej maszynki zakręciła się Pelagia. Halina zajęła stanowisko na dole, w 

pobliżu Marka.

- Ważne jest, żeby na kolację zjeść coś gorącego - pouczył nas Marek. - Diabli by 

wzięli, nie ma cukru.

- To ja skoczę - zapalił się jeden młodzian.

- Można posolić - powiedziałam.

- A herbatę? Bo herbata jest. Dwa gatunki. Skocz.

Kiedy dwaj dżentelmeni wrócili objuczeni delikatesami, gorąca kolacja była gotowa.

Postawiliśmy garnek na środku tapczanu i pierwsza tura przystąpiła do spożywania 

background image

darów bożych. Część druga musiała cierpliwie czekać ze względu na ograniczoną ilość łyżek, 

łyżeczek, noży i widelców.

- Można moczyć ołówek i oblizywać - powiększył zastawę stołową Staś. - Jedzcie, bo 

kto nie będzie jadł, nie dostanie wina.

- Jak Boga kocham, jest kiełbasa! - krzyknął rozdzierająco Marek, wycierając krawat, 

który dosięgną! budyniu.

- Dawać kiełbasę!

- Jest, mama nam przysłała i odłożyliśmy jedną na specjalną okazję. To znaczy na 

dziś. Poczekajcie chwilę. Jest w tapczanie. Muszę mieć rozmach do otwarcia. Bierzcie garnek 

i posuńcie się gdzieś.

Była kiełbasa, bardzo smaczna i sucha, był przemiły wieczór. Siedziałyśmy u nich, u 

„samotnych mężczyzn” do godziny pierwszej w nocy. Cały wieczór próbowałam zakochać 

się w Stasiu. Ze względu na mocno ograniczony metraż fizycznie byliśmy bardzo blisko. Staś 

był wtedy na pierwszym roku malarstwa. Natychmiast więc dorysowałam mu cygańską duszę 

i wszystkie te psychiczne anomalie, jakie występują w każdej książce, której bohaterem jest 

malarz.  Absolutnie   odbiegał  od  tych   moich  durnych   wyobrażeń.  Był zwyczajny.  W   jego 

uśmiechu było zażenowanie. Im dłużej mu się przyglądałam, tym bardziej wydawał mi się 

miły   i   brzydki.   „Nie,   no   zdecydujmy   się,   że   Michał   przy   nim   to   Hermes   Praksytelesa”. 

Zaprzyjaźniliśmy  się  ze Stasiem. Zrobiłam  z niego  powiernika  licznych  tajemnic  mojego 

serca.   Gniotłam   swoje   myśli   jak   przedszkolak   plastelinę   i   wychodziło   mi:   Staś   stanowił 

pierwszy element  mojej teorii o miłości, pozwalał  wierzyć.  Cudownie się z nim czułam, 

mogłam z nim przebywać dzień i noc pod warunkiem, że wszystko między nami kończyłoby 

się na wyobraźni. Skąd mogę wiedzieć? Nie miałam wtedy żadnego rozeznania.

Miałam   wiele   fantazji.   Chmury   nad   głową   Michała   gęstniały   coraz   bardziej. 

Powiedziałam w towarzystwie kolegów Michała, że w sporcie najbardziej interesują mnie 

kibice. I to wcale nie tak, jak zrozumiał Michał (i po mojej wypowiedzi uznał za stosowne 

zamienić   mi   godzinę   młodości   w   przedpokój   dantejskiego   piekła,   a   tylko   dlatego   w 

przedpokój, że znowu nie pozwalałam na takie zasadnicze maltretowanie mnie). Usiłowałam 

mu wytłumaczyć, że najważniejszy kibic dla mnie to on. Odrzekł mi na to, że jest czynnym 

zawodnikiem AZS, a ja, kiedy idę z nim na koszykówkę, to mam patrzeć na to, co się dzieje 

w hali między jednym koszem a drugim, liczyć strzały, wiedzieć „o co chodzi, a nie strzelać 

oczami na boki”. Ja mu na to, że taka samotna strzelam celniej niż cała ta zgraja dryblasów na 

boisku, a wieniec laurowy należy mi się za to, że strzelam bezwiednie i bez celu, nie mam 

dobrego treningu, ale jeśli on chce, to mogę krzyczeć, tylko niech mi nie syczy „oszalałaś”, 

background image

kiedy kosza dostaje AZS, bo mnie jest wszystko jedno i krzyczę z szacunku dla cudzego trudu 

uwieńczonego powodzeniem. Drużyna przeciwna to też ludzie, mają swoje sympatie i też 

chcieliby jak najlepiej. Dlaczego im nie pomóc dopingiem. W końcu ustaliliśmy, że się jako 

towarzystwo na mecze międzyklubowe nie bardzo nadaję, za to jestem bezkonkurencyjna w 

międzypaństwowych, wtedy wiem na pewno, kiedy krzyczeć. Moje wykonanie: „Polska - 

gola” rozczuliło go i zawodnicy mi się nie mylili. Próbował mnie szantażować, że ponieważ 

on musi chodzić na te wszystkie ligowe i antyligowe turnieje, to może sobie znaleźć bez trudu 

kogoś takiego... Roześmiałam mu się w twarz, ale nie można się śmiać bez pokrycia, więc 

znajomy Mary nauczył mnie przepisów siatkówki i dzięki wysokiej protekcji sędziowałam 

międzywydziałowe spotkanie. Do ostatniej chwili Michał nic nie wiedział, przeprosiłam go na 

chwilę zwyczajnie,  a kiedy mnie zobaczył  z gwizdkiem  w zębach, zrobił  się z wrażenia 

śnieżnobiały i omal nie połknął papierosa. Sędziowałam tylko połowę. Raz - uznałam, że 

Michałowi wystarczy,  dwa - że nie byłam takim idealnym  wcieleniem Temidy,  bo mimo 

protekcji studenta AWF, jakby mnie zmusili, żeby oddać gwizdek w bardziej godne zęby. Ale 

już   nie   podeszłam   do   Michała,   tylko   blisko   siatki   robiłam   dobre   miny   do   złej   gry.   Te 

wszystkie   nasze   sportowe   rozbieżności   kazały   Michałowi   grzecznie   mnie   poprosić   o 

decydującą rozmowę. Jak ja widzę naszą przyszłość, żebym sprecyzowała łaskawie, co ja 

myślę   i  w  ogóle  co  sobie  wyobrażam.   Bałam się  tej   rozmowy, bo  nie  widziałam  naszej 

przyszłości, co to w ogóle za stawianie sprawy, a co myślałam, to trzeba było wieczności, 

żeby Michał zrozumiał, skoro wytwórnia tych myśli, to jest moja głowa, miała duże przestoje 

i kłopoty z częściami zamiennymi. Natomiast co ja sobie wyobrażałam? Wątpiłam, żeby to 

zbudowało Michała. Poza tym Michał mi zarzucił, że jestem niepoważna, już bez względu na 

sport. Że za lekko traktuję życie i on niemal nie może o mnie myśleć serio. Żeby więc mi 

udowodnić, jaki to on jest zasadniczy, zaprosił mnie właśnie wtedy do siebie, do akademika, 

co było bardzo naturalne i nie o to chodzi. Dał kolegom na kino, abyśmy mogli być sami, co 

jest   tak   szeroko   praktykowane,   że   też   nie   mogło   mnie   oburzyć.   Ale   Michał   mi   o   tym 

powiedział, i żeby choć był zażenowany, czy coś takiego. Też chciałam z nim pobyć trochę 

sam na sam, jakby tam nie było to był mój chłopak i bardzo możliwe, że wszystko ginęło z 

mojej winy. Kiedy już jednak byłam pełniutka dobrej woli, to splot okoliczności, których 

Michał nie chciał uznać za łagodzące, ¦ wszystko przekreślał i ustawiał mnie na bestię. Przede 

wszystkim:   Michał   lepiej   znał   harmonogram   moich   zajęć   niż   ja.   Ja   jednak   na   tyle   się 

orientowałam w rozkładzie jazdy, żeby poinformować o pewnych godzinach mojego pobytu 

na uniwerku Stasia, który z ASP na UW miał bardzo blisko. Mijały miesiące i wracałam z 

wykładów sama albo z koleżankami. A jak już los się zdecydował, żeby mi dostarczyć jakieś 

background image

interesujące   męskie   towarzystwo,   to   przy   okazji   wynagrodził   mi   samotne   powroty   i 

zdublował czekających. Przechadzali się obaj po holu, nawet nie warcząc na siebie, bo nie 

wiedzieli,   że  na  jedną  sylfidę   czekają.  W   ogóle  to  muszę   wyjaśnić,  że   moje   rozważania 

zmierzają w kierunku spraw społeczno-socjologicznych, żeby potem nie było zaskoczenia. 

Przecież to cudownie, że życie ma ostre tempo, i przecież nikt nic na to nie poradzi, że z 

chłopcami łączy się tak wiele. Przechadzali się tak, przechadzali, a ja nie wiedziałam, do 

którego tu najpierw  podejść,  i parafrazowałam  w myśli  Salomona: „Do którego bym  nie 

podeszła, później będę żałować”. Kiedy już tłum wychodzący z sali wykładowej nie mógł 

dłużej stanowić dla mnie osłony przed dylematami, krzyknęłam: „Staś! Michał! To bardzo 

ładnie, żeście przyszli!” Ponieważ krzyknęłam w kolejności właśnie takiej, podbiegłam - dla 

równowagi - w odwrotnej, bo dżentelmeni zastygli w bezruchu i inicjatywę wszelką zostawili 

słabej   kobiecie.   Wzięłam   Michała   za   rękę   i   wsadziłam   ją   w   Stasia   prawicę.   Kiedy  obaj 

panowie zostali już w ten sposób sobie przedstawieni, należało zacząć rozmowę, najlepiej o 

literaturze.

- Chodźmy na spacer, czyście czytali Daleko od Moskwy, jest tam doskonała postać 

inżyniera Beridze, bezpartyjny, a jakże, prawdziwy komunista. Chciałam wam w tym miejscu 

wyjaśnić,  że   literatura   radziecka  ma  zbyt  piękne  tradycje,   żeby  mogła  długo   pozostać  w 

skostnieniu. Zobaczcie, już coś się rusza. Wiosna w Sakenie - Pawlenko, kapitalny Ostrowski, 

czy   nie   sądzicie,   że   Erenburg   bardzo   lubi   imię   Joanna?   Ja   nie   podzielam   zarzutów,   że 

Sergiusz z Burzy nie jest prawdziwym bohaterem radzieckim, a wy? Pamiętacie, jak Sergiusz 

zastanawia   się   w   pociągu,   cytuję   z   pamięci,   więc   wybaczcie   niedokładności:   „Co   go 

przyciąga   do  tej   istoty   tak   bardzo   skomplikowanej,   o   tak   częstych   i  sprzecznych   z   sobą 

odruchach?  Nie wiedział, jak  sobie to  wytłumaczyć”.  Przed  śmiercią  wspomina Mado w 

zielonej sukience... choć przecież kochał Walentynę, prawda? Co na ten temat myślicie?

- Zawsze wolałem Mado - powiedział Staś.

- Lilka, idziemy dziś do kina, na dziewiętnastą - podkreślił naszą zażyłość Michał, co 

mi się bardzo nie spodobało.

- Ja już na tym byłam - odparłam.

- Przecież nie wiesz, na co mam bilety - zdenerwował się.

- Co z tego. Byłam i już. Dziś o dziewiętnastej mam być u mojej profesorki, którą 

spotkałam, obiecałam, że przyjdę, więc przyjdę.

- O, mam setkę, do widzenia. Będę na ciebie czekał pięć po dziewiątej na placu Unii, 

w Klubie.

- Siedem po dziewiątej, inaczej nie zdążę.

background image

- No to cześć.

- Cześć.

I   tak   skończyła   się   rozmowa   o   literaturze.   Wiedziałam,   że   Michał   postawił   mi 

ultimatum.   Gdybym   nie   przyszła   na   spotkanie,   później   musiałabym   nie   tylko   pierwsza 

odezwać   się   do   władcy,   ale   na   domiar   złego   przeczekać   cierpliwie   zadrażnienie   męskiej 

ambicji. Z profesorką - to była prawda. Przysięgłabym poza tym, że Michał nie miał biletów 

do żadnego kina, tylko chciał pokazać, jak się twardo dyktuje warunki, a kiedy to trafiło na 

nieurodzajną glebę, poniosła go ambicyjka i wskoczył do setki. Szliśmy ze Stasiem Nowym 

Światem.

-Przykro mi, że stałem się mimowolnym sprawcą nieporozumienia między wami.

- Nie ma o czym mówić, narwaniec z niego, ale dobry chłopak. Spróbujmy się w sobie 

zakochać, co? Przyjrzyj mi się, jestem ładna. - Zauważyłem. Spróbujmy, tylko wątpię, czy 

nam się to uda.

- Cholernie szkoda, prawda?

-   Bardzo.   Postarajmy   się,   jeśli   nas   nie   olśniło   tak   od   razu,   to   przeprowadzimy 

eksperyment. Bardzo się lubimy, tak?

- Szalenie. Pocałujmy się na to konto. W policzek.

Kiedy wymieniliśmy wstępne doświadczenia, jak to będzie z tym kochaniem, zaraz 

jacyś państwo pokiwali głowami. Z namiastką ubolewania.

- Ile masz lat? - zapytałam.

-   Dziewiętnaście.   Chciałem   cię   pocałować   już   w   tramwaju,   ale   pomyślałabyś,   że 

jestem jaki wariat.

-   Nie.   Szkoda,   że   tego   nie   zrobiłeś,   bo   może   to   właśnie   byłoby   olśnienie. 

Przegapiliśmy .jedną szansę. Pojedziesz ze mną do profesorki? Na Żoliborz.

- Pojadę. Może się w tobie zakocham. Bardzo bym chciał.

- Ja też, i żebyś ty, i ja... nie wygłupiamy się przypadkiem?

-   Nie.   Byłoby   cudownie.   Przychodzilibyśmy   po   siebie   na   wykłady...   robili   długie 

spacery, gotowalibyśmy sobie makaron, czyściłbym ci buty. Wieczorami leżelibyśmy obok 

siebie na łóżku i rozmawiali o wszystkim.

-   Mówilibyśmy   sobie   absolutnie,   absolutnie   wszystko.   Ani   jednej   ukrytej   myśli. 

Dzielilibyśmy się każdym wrażeniem i każdym groszem. Słuchalibyśmy razem radia. Gdyby 

nawet podobały nam się różne rzeczy, to jedno dla drugiego potrafiłoby się wyrzec własnych 

zachcianek.

- Tak, to byłyby ciągłe ustępstwa na rzecz zasadniczej bezkompromisowości.

background image

- Ślicznie to powiedziałeś. Tak właśnie myślę.

- W lecie wynajmowalibyśmy pokój gdzieś nad wodą. Koniecznie na parterze, żeby 

można wyskakiwać przez okno i kąpać się w nocy. Zabierałbym dla ciebie coś ciepłego, żeby 

cię okryć, kiedy wyjdziesz z wody.

 - W gorące popołudnia spalibyśmy w cieniu drzew i chodziłyby po nas różne owady. 

Gdyby pszczoła mnie ugryzła i spuchło mi oko, to tobie i tak bym się podobała.

- Byłabyś zawsze dla mnie najpiękniejsza.

- A gdybym się zestarzała i miała zmarszczki?

- To byłyby najpiękniejsze zmarszczki na świecie. Ja wtedy byłbym przygarbiony...

- Dla mnie najprzystojniejszy, i nigdy nie spojrzałabym na żadnego innego. Nigdy. 

Bylibyśmy ogromnie wzruszeni, że już jesteśmy starzy... wiesz co? Chciałabym, żebyśmy już 

teraz, już w  tej chwili byli  starzy i mogli  się cieszyć,  że nam się to wszystko  udało. A 

gdybyśmy spróbowali zrobić to? Ten pokój na parterze... może jakoś by to przyszło?

- Można, ale to ogromne ryzyko. Bo gdyby coś było nie tak...

- Masz rację. Ale to strasznie żal.

- Nie wiemy przecież, czy to jest stracone. Może tak będzie? A może szkoda, że 

zaczęliśmy mówić na ten temat?

- Nie. Widocznie bardzo nam to było potrzebne. Na początku zażartowałam, i ten żart 

nagle   okazał   się   dawno   dojrzałą   prawdą.   Wyzwolił   coś,   czego   do   tej   pory   nie   umiałam 

sprecyzować. Rozumiesz?

- Doskonale rozumiem. Ty byś się nie śmiała, gdybyśmy byli sami i nie umiałbym cię 

pocałować? Nigdy nie pocałowałem dziewczyny w usta.

-   O   Boże   jedyny.   Jestem   ciebie   niewarta.   Ja   już   się   całowałam   niejednokrotnie. 

Przebaczyłbyś mi?

- Bylibyśmy  razem z tym  smutkiem. Zrobiłbym  wszystko, żebyś o tym  nigdy nie 

myślała i nie dręczyła się. Nawet nie zauważyłem, kiedy weszliśmy do Łazienek. Jak zgodnie 

szliśmy.

-   Ja   też   nie.   Wiesz   co?   Nie   pojedziesz   ze   mną   do   tej   profesorki.   Wrócę   szybko, 

wpadnę do tego Klubu i zerwę z Michałem. Później długo się nie zobaczymy i będziemy 

usiłowali za sobą tęsknić.

- Może ci jest dobrze z tym Michałem, może go kochasz? Przecież my...

- Warto zerwać nawet dla wyobrażeń. Wcale nie jestem w gruncie rzeczy taka jak z 

nim, i tak na co dzień. Chciałabym...

- Wiem, ale możesz żałować Michała. Wiem, że chciałabyś. X| też... zobaczymy...

background image

- Pójdę już. A ty tu zostań i patrz, aż zniknę w tłumie.

- Potem będę długo spacerował i myślał, co robisz w tej chwili.

Do profesorki pojechałam smutna i przez to wypadłam tak dystyngowanie, że w głębi 

duszy musiała mieć wątpliwości, czy to aby jej była uczennica, Sagowska. Puściłyśmy w 

niepamięć   dawne   urazy,   a   było   ich   wiele,   wiele.   Z   perspektywy   trzech   lat   były   jedynie 

śmieszne i wzruszające. „Mania” osiadła w Warszawie, traktowała mnie kawą i precelkami, 

była   bardzo   zadowolona   z   wizyty,   choć   kiedyś   na   mój   widok   dostawała   gęsiej   skórki. 

Przyjemnie omawiać szkolne zadry na płaszczyźnie towarzyskiej. Wszystko ma inny wyraz i 

smak. Uzgodniłyśmy, że kawał z klepsydrą był ordynarny, a ja się dobrze zapowiadałam i ona 

w istocie  z satysfakcją  słuchała  moich  odpowiedzi.  Była  dla  mnie  ostra,  bo miałam  ciut 

przewrócone   w   głowie,   ale   teraz   jest   ze   mnie   niezmiernie   zadowolona.   Tak   się 

prześcigałyśmy w uprzejmościach i komplementach, że zasiedziałam się ponad przyzwoitość 

i   przypomniałam   sobie,   że   muszę   skończyć   z   Michałem.   Bezwzględnie   coś   dobrego 

postanowić.   Zanim   wydostałam   się   do   Śródmieścia,   było   już   tak   późno,   że   było   rzeczą 

nieprawdopodobną,   aby   Michał   czekał,   zwłaszcza   po   takim   dniu.   Musiałam   się   z   nim 

zobaczyć,   czego   nie   brała   pod   uwagę   elektrownia   i   stanęły   tramwaje.   Spieszyłam   się, 

przynajmniej tak wynikało z moich czynności. Chyżo mknęłam na postój taksówek przed 

hotelem Polonia. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego mam ten odcinek Alei przebiegać, podnosić 

kołnierz i mieć wzrok utkwiony we własne buty. Tłum wyrostków okupuje chodnik. „Każdy 

ma prawo stać” - więc milicja nie ma zajęć, dopóki nie wybuchnie awantura. Pędziłam więc 

jak   po   pogotowie,   bojąc   się   oddychać.   Usłyszałam   nieśmiały   głos:   „Proszę   pani”. 

Zapomniałam,  że u stóp budującego się Pałacu Kultury nie wolno się kobiecie obejrzeć. 

Wyobraziłam sobie, że ujrzę skromną postać prowincjusza, który mnie zagadnie, np. o dojazd 

na Dworzec Wileński.

- Słucham? - zatrzymałam się.

- Z panią to bym stracił dwa górale - oszacował mnie.

Krew   uderzyła   mi   do   głowy,   zapiekły   mnie   dłonie.   Przed   oczami   zobaczyłam 

szalejące w obłędnym tańcu dojrzałe pomidory. „Wyrżnę go w gębę” - zdecydowałam. Ale 

natychmiast myśl: zrobi się awantura, zbiegowisko, milicja. Może przechodzić taki Banasiak 

albo kto. Nikt nie będzie wnikał w meritum konfliktu. Rozniesie się, że Lilka Sagowska 

wywołała skandal przed hotelem. Zrezygnowałam z mordobicia i patrząc typowi w twarz 

wycedziłam:

- Chwileczkę.

Pod słowem „chwileczkę” miałam na myśli milicjanta, który wdzięcznie balansował 

background image

na skrzyżowaniu.

„Typ”  oczywiście  nie przenikał moich  myśli.  Na krótkim dystansie  - pół jezdni - 

doszłam do wniosku, że wikłając się w obyczajowe problemy, nie zerwę z Michałem i nie 

uczynię ani jednego konsekwentnego kroku w kierunku naszej próby.

Skierowałam się więc do taksówki. Na to tylko czekał amator mojej cnoty. Dreptał za 

mną   ochoczo   i   raźnie,   myśląc   zapewne:   „A   to   wyrobiona   babka,   zmierza   wprost   do 

taksówki”. Nie wiedziałam, że przed hotelem niemal w centrum Europy, taksówki nie na 

takich   jak   ja   pasażerów   czekają.   Pierwsza   -   zajęta,   chociaż   „wolna”.   W   drugiej   szofer 

uprzejmie otworzył mi drzwiczki. Na tylnym siedzeniu majaczyła niewyraźna męska postać.

- Czy pan wolny? - upewniłam się.

-   Niech   pani   wsiada   i   nie   robi   ceregieli   -   usłyszałam.   Nieprzytomna   z   irytacji 

mamrotałam,   że  skoro  biorę  taksówkę,  mam  prawo jechać  w  niej   sama.  Zapomniałam   o 

poprzednim policzku, a tu rycerz, zmylony moim obiecującym zachowaniem, tkwił za mną. 

Teraz wkroczył na arenę w roli mojego obrońcy:

- Niech tamten pan opuści wóz, bo zawołam milicję. Ja jestem z panią.

- Zobaczymy,  kto tu zawoła  milicję  - warknęłam, i biegiem na skrzyżowanie.  Na 

milicjancie musiałam zrobić wrażenie wariatki, bo plotłam trzy po trzy, płacząc z wściekłości. 

Przerwał mi:

- Niech się obywatelka uspokoi.

- Gdzie są pańscy koledzy - chciałam wiedzieć i znacząco nadmieniłam, co bym tym 

kolegom   zrobiła,   gdyby   któryś   nawinął   mi   się   pod   rękę.   Rozmówca   skodyfikował   mój 

dramat:

- Więc kierowca odmówił obywatelce kursu? Która to taksówka? Machnęłam ręką i 

chora   ze   zdenerwowania   zauważyłam,   że   korek   tramwajowy   zdradza   jakieś   ruchowe 

tendencje. Zrazu objawy były ledwie widoczne, kiedy jednak zdecydowałam się wskoczyć, 

wóz był w pełnym biegu. Ten sam milicjant pogroził mi palcem, ale zrobiłam mu na nosie 

„zyg zyg marchewka”, co było na ten wieczór ostatnią moją normalną reakcją. Patrzyłam na 

pasażerów,   miałam   ściśnięte   gardło.   Wszyscy   wydawali   mi   się   paskudni,   brudni   i 

antypatyczni. Dryblasa, który stał na przednim pomoście, miałam ochotę dźgnąć łokciem, 

żeby zawył. Z trudem się powstrzymałam, żeby nie kopnąć w jakiś kosz, który ktoś postawił 

blisko moich nóg. Z satysfakcją szukałam pryszczy na szyi usytuowanej na wprost moich 

oczu, a kiedy dostrzegłam dwa, rozrosły mi się do wymiaru sycylijskiej Etny. Chciało mi się 

wymiotować i marzyłam, żeby wybić szybę. Tarasowałam wyjście, a na pytanie: „Czy pani 

wysiada?” - odpowiedziałam: „Jak będę chciała”. Wyzwoliło to kilka wzniosłych ogólników 

background image

o dzisiejszej młodzieży, co skwitowałam ironiczną miną i oświadczeniem, że jak się znajdzie 

w stadzie baranów, to niekoniecznie trzeba beczeć, można bóść albo machać ogonem, co kto 

woli. Nie bardzo pojęli tę metaforę, unisono i solowo dowodzili, że świat się przewraca, a 

mnie należałoby zamknąć. „Chciałby pan, co? - zapytałam niewinnie - tak razem, żeby nas 

zamknęli,   co?”.   Kiedy   tłum   był   bliski   linczu,   powiedziałam   słodziutko:   „Do   widzenia 

państwu” i wpadłam w pierwszą bramę na pl. Unii, aby umknąć przed krucjatą, która mnie 

pewnie goniła, machając parasolkami. Odstałam chwilę na jakiejś zaplutej klatce schodowej, 

bluźniąc sobie, że nie mam na tyle silnej woli, żeby coś zrobić. Na przykład przeciągnąć 

sznurek między poręczami, żeby ktoś się przykładnie wyrżnął. Może gdyby się podnosił, 

zastanowiłby się choć przez sekundę, po co wrzuca trzy razy dziennie jedzenie do kadłuba i w 

nocy przez sen jęczy z obżarstwa. Po schodach człapał jakiś człeczyna, posapując z wysiłku. 

Pogratulowałam sobie, że nie miałam sznurka. Chciałam zapalić, poprosiłam go o zapałki. 

Szarmancko podał mi ogień patrząc na moją twarz w świetle wątłego płomyka, jak mi się 

wydawało z obleśnym zainteresowaniem.

Nagłym   ruchem   wyrwałam   mu   z   dłoni   zapałki   i   trzymając   je   kurczowo   w   ręce, 

wybiegłam na ulicę. Śmiałam  się jak szaleniec. „Goń mnie,  ponura dziadygo,  weź sobie 

zapałeczki”.

Rzuciłam pudełko na środek jezdni i podeszłam do szklanych ścian klubu. Michał 

siedział, robiąc dziwne grymasy twarzy.  Pewnie wieści w „Przeglądzie Sportowym”  były 

przytłaczające. „A siedź tak, durniu, do końca świata, koledzy w kinie, cha! cha! cha!”

Szłam   pieszo   do   akademika,   wiatr   cudownie   chłodził   mi   rozpalone   skronie.   Nie 

mogłam długo usnąć, co jest u mnie przejawem skrajnej irytacji. Podobnie jak milczenie. 

„Może gdyby nie dziś, nie dziś, potrafiłabym się śmiać. Nic to wszystko niewarte, nic, nic, 

jesteśmy parą idiotów, Staś, tak smutnie błaznujemy”.

Długo po tym byłam pewna, że nienawidzę ludzi, że to w ogóle głupie i tępe ssaki. 

Później   wstydziłam   się   swoich   chuligańskich   wyczynów   -   dzisiaj   je   znowu   rozumiem. 

Zrozumieć tylko nie mogę, jak kiedykolwiek Michał mógł mi się bardziej podobać niż Staś. 

Siedemnaście lat - to wyjaśnia wiele.

- No, dlaczego oblałaś kolokwium? - Nika Hanusówna pytała pozornie spokojnie.

- Nie wiesz, dlaczego się oblewa? Zwyczajnie, nie umiałam.

- Chyba uczyłyśmy się razem i wiem, że to niemożliwe. Z tym co umiałaś, przy twojej 

błyskotliwości... ?

- Ta błyskotliwość to zarzut? 

- W pewnym sensie.

background image

- Błyskotliwość utożsamia ci się z płycizną, powierzchownością;, A to często warstwa 

zewnętrzna kryjąca wiele.

- Dlaczego oblałaś kolokwium, pytam się.

- Coś mi się zacięło w głowie.

- Mogłabyś być o wiele lepszą studentką. I przestań błaznować na zebraniach grupy: 

„Niech   się   każdy   martwi   o   swoją   przeciętną.   Mnie   wystarczy   moja”.   Rozmawiałam   z 

asystentem,   zdenerwowałaś   go   tak   strasznie,   że   omal   nie   wyrzucił   całej   grupy.   Zna   cię 

przecież z ćwiczeń i powiedział mi, że wyglądało na to, że chciałaś dostać dwóję.

- To dobrze wyglądało. Chciałam dostać dwóję.

- Jak to? Teraz, kiedy podjęliśmy zobowiązanie, że podniesiemy poziom?

- Niezależnie od tego. Musiałam dostać dwóję. O Stasiu ci jeszcze nie opowiadałam?

- Nie o Stasiu jeszcze nie. Co z tą dwóją? Myślałam, że się zgrywasz na giełdzie pod 

drzwiami, kiedy mówiłaś, że jesteś nie przygotowana.

-   Staś   byl   nie   przygotowany.   Był   chory,   pielęgnowałam   go,   widzisz,   jaka   jestem 

ofiarna. Siedziałam u niego cały prawie czas poza wykładami. Wymyślaliśmy scenariusze 

filmowe. Jak wyzdrowiał, poszedł coś tam zdawać z tych historii sztuki. Oblał. Więc ja też. Z 

lojalności wobec niego.

- Jak to, mam przez to rozumieć, żeś ty sobie tak ułożyła w głowie, że to będzie 

ładnie, jeśli ty także oblejesz?

- Właśnie tak masz rozumieć.

- Romantyczna przyjaźń nie musi się przejawiać w kpinach z pracowników nauki. 

Wiesz,   że   nie   rozgraniczam   spraw   prywatnych   od   społecznych.   Niestety,   poruszę   to   na 

zebraniu. Wszyscy mi zaczynają zarzucać, że osłaniam cię swoją pozycją. Ty wiesz, że to 

nieprawda. Ja cię po prostu lepiej znam. Czuję się w porządku.

- Nie czujesz się w porządku, dlaczego chcesz z tym wypłynąć na zebraniu. Ja ci w 

jakiś   sposób   ciążę.   Posłuchaj,   Nika,   pogadaj   z   asystentem,   niech   mnie   jutro   przepyta. 

Pozbędziemy się obydwie tego ciężaru.

- Nie.

- Trudno - burknęłam.

Lecz zanim Nika poruszyła to na zebraniu, w indeksie miałam cztery. „Głowa mnie 

wtedy bolała, proszę koleżeństwa” - wyjaśniłam, patrząc Nice twardo w oczy, kiedy ktoś z 

trójki zdającej ze mną zaatakował mnie, że oblałam tendencyjnie, chcąc obniżyć przeciętną.

- Skoro poprawione, to w porządku - powiedziała Nika i szybko przeszła do dalszych 

spraw. Nika była sekretarzem naszej zetempowskiej grupy, chociaż mogła mieć funkcję o 

background image

wiele wyższą, mogła być sekretarzem wydziału, pracować w zarządzie uczelnianym. Wolała 

konkretną pracę z grupą, ceniłam ją za to. Ale o Nice później. Ta choroba Stasia miała dla 

mnie jeszcze jeden aspekt. Otóż Michał śledził mnie na ulicy i czekał do pierwszej w nocy 

pod mieszkaniem Stasia. Dla niego wszystko było jasne, myślał tak jednokierunkowo. W 

świetle latarni chwycił mnie za rękę i podał mi lusterko.

- Czym cię tak oczarował ten dzieciaczek?

-  Kulturą.   A  poza  tym,  rok  starszy ode  mnie,   więc  już  nie  taki  dzieciak.  W  tym 

lusterku mam niby obejrzeć twarz kobiety występnej? 

- On dorabia sobie jako kominiarz, ten twój kochanek?

-   Nie,   wynajmuje   się   do   obijania   gęby   różnym   awanturnikom,   którzy   zaczepiają 

kobiety na ulicy. Michał, ty tego nie zrozumiesz, co jest między nami - powiedziałam, bo nie 

wiedziałam jeszcze wtedy, że nie mówi się takich rzeczy żadnemu mężczyźnie.

Przerażenie odjęło mi mowę, kiedy się przejrzałam. Cały duży dekolt miałam czarny, 

zupełnie jakby mnie ktoś posypał sadzami. I szyję. Czerń zachodziła aż na policzki. Byłam 

jednak odpowiednio dotknięta tymi wszystkimi podejrzeniami, żeby usiłować wytłumaczyć 

Michałowi, skąd ten koloryt. Otóż Staś mnie rysował, a ja mu w tym czasie temperowałam 

jakieś tłuste ołówki. Pył z tego musiał mi się dostać za stanik. Było gorąco, to się rozmazało, 

tak mnie żałobnie zabarwiając.

- Jesteś taka sama jak i wszystkie inne - dowiedziałam się.

- Jak wszystkie, to chyba nie. Jak większość.

- Koniec z nami. Ale co znaczy ta farba?

- Staś lubi Murzynki, więc się tak wymalowałam, żeby miał choć namiastkę. Widzisz, 

jak go kocham?

- Żegnam panią.

- Żegnam pana.

Ale   był   taki   wysoki,   miał   oczy   koloru   stali,   zrobiliśmy   razem   tyle   księżycowych 

spacerów. Niełatwo to się traci. Poleciałam za nim, idiotka jedna:

- To nie tak, wytłumaczę ci, posłuchaj.

- Pognieciesz mi koszulę, weź tę rękę.

-  Michał,  wiele   od  tego   zależy,  czy  zrozumiesz,   czy  uwierzysz   w  tej  chwili.  Nic 

między mną a Stasiem nie było. Jest nam ze sobą cudownie, tylko tyle. Owszem, byłam 

nielojalna, bo chciałam się w nim zakochać. Ale widziałam ciebie.

- Nie ośmieszaj się. Niech ci będzie cudownie dalej. Do widzenia.

Do   widzenia,   ale   to   było   dla   mnie   okropne,   że   coś   się   skończyło   na   zasadzie 

background image

fałszywych  przesłanek. Zresztą wtedy skończyło się to faktycznie, formalnie trwało dalej. 

Zawdzięczałam Michałowi upokorzenie. Moja rogata dusza nie zniosła tego łatwo. Michał 

nabrał   jakiegoś  znaczenia,  którego   nie  miał   przedtem.  W  kilka  dni   później  spotkał  mnie 

„przypadkowo” na ulicy.

- Przepraszam cię - zdobył się.

- Nie ma za co - powiedziałam uprzejmie.

- Przemyślałem to wszystko. W lecie wyjedziemy razem na wakacje, w lipcu, bo w 

sierpniu mam obóz wojskowy. Na pewno dojdziemy do porozumienia.

-   Do   porozumienia   doszliśmy   wtedy   na   ulicy.   I   wakacje   już   mam   rozplanowane. 

Wyjeżdżam na kolonie, jako wychowawczyni.

- Przyjadę do ciebie.

- Nie wiem jeszcze gdzie, ale mnie szukaj. Jak nie za tą górką, to za tamtą.

- Nie wierzysz mi?

- Co? Że niby drżę, co by się działo w tym namiocie? Nie mam nic do stracenia.

- Znowu zaczynasz. Pożałujesz tego. Nie chcesz się pogodzić, to teraz już do widzenia 

na zawsze.

- Serwus.

- Lilka. Lilka. Nikt cię nie będzie kochał tak jak ja.

Odwróciłam się i na parę chwil wszystko stało się proste. A później jeszcze trwało to 

rok - tyle, że już bardziej skomplikowane. Był to czas przemijania. To bardzo ciekawy czas. 

Niech nikt nie zarzuca mi eksperymentu, nie myślałam wtedy o czymś podobnym. Nie wiem, 

czy to, co przeżywałam wtedy, było charakterystyczne tylko dla mnie, czy też tak w ogóle? 

Staś tu nie zawinił. Zapomniałam o naszych dziecinnych i pięknych marzeniach, dopiero dziś 

do tego wracam i ściska mi się z żalu serce. Gdyby nie to wszystko złe...

Byłam  już pewna, że nie kocham Michała, a jeszcze nie miałam odwagi mu tego 

zdecydowanie powiedzieć. Jakże to tak? Były westchnienia „na całe życie, na zawsze”, i ot 

tak, wszystko przeszło? Więc co? Szukałam uczuciowych  przygód?  Siadałam zwinięta w 

kłębek   na   łóżku,   kiedy   mnie   odwiedzał   w   moim   pokoju,   i   cierpliwie   słuchałam,   jak   to 

wybuchł z probówki podgrzewany kwas azotowy i cała pracownia była  tym  niesłychanie 

podekscytowana. Bywałam cicha, posłuszna, cieszyłam się, że tak się zmieniam, że wbrew 

własnej naturze jestem zdolna do ustępstw i rezygnacji z egocentryzmu. Więc co to było? 

Gra? Tak udawać nie można. Nie byłam wtedy ani taka podła, ani taka zepsuta. Spotykaliśmy 

się, Michał był ślepy. Nie, to nie był ten przypadek, kiedy ktoś kochający boi się dojrzeć, że 

uczucie w kochanym człowieku przemija, boi się to nazwać, żeby raz powiedziane, nie stało 

background image

się   konkretną   rzeczywistością.   Był   ślepy,   moje   rozdrażnienia   przypisywał   nastrojom.   Te 

dziewczyny,   to   istne   wariatki!   Już   tak   było   dobrze,   a   tu   patrzcie,   co   ta   Lilka   wyrabia. 

Wiedziałam,   że   on   się   tego   nigdy,   nigdy   nie   domyśli.   Wiedziałam,   że   trzeba   mu   to 

powiedzieć, ryzykując nawet, że kiedyś będę żałować. Bałam się, że Michał nie zrozumie, że 

odeszłam   równocześnie   z   uczuciem   do   niego.   Z   tym   moim   nigdy,   do   końca   nie 

sprecyzowanym uczuciem, jakie żywiłam w stosunku do Michała. Może trochę się bałam, że 

Michał w rozmowie z naszymi wspólnymi kumplami” skwituje mnie: „Z Lilką koniec, to była 

idiotka. Miałem tego powyżej uszu”. I tak dalej, i tak dalej. Po Michale można by się tego 

spodziewać.   Nawet   by   to   nie   znaczyło,   że   Michał   by   kłamał.   Nie   pojąłby,   że   normalna 

dziewczyna może tak zwyczajnie z niego zrezygnować. Już ona tam miała jakieś uboczne 

względy... ktoś był tam. Tymczasem nie miałam ubocznych względów i nie było tego kogoś - 

przynajmniej nie wiedziałam, że go jeszcze kiedykolwiek zobaczę. Po prostu, nie czułam 

tego, co kiedyś na lekcjach na równi z matematyką otumaniało moją głowę. Miałam dosyć 

„tego   wszystkiego”,   nieuzasadnionych   scen   zazdrości,   prób   lekceważenia   mnie, 

wulgaryzowania spraw ładnych przez cyniczne przymrużanie oczu: „Spławiłem chłopaków”. 

A że na przekór pozorom byłam wrażliwa, może nawet przewrażliwiona (to już jest wadą), 

więc się męczyłam, trochę mi go było żal - co okazało się wierutnym nonsensem, bo on sobie 

po rozstaniu szybko  i znakomicie poradził. Żeby odzyskać  zachwianą  równowagę  ducha, 

znalazł  pocieszycielkę   naprzeciwko  moich   drzwi,  co  było   manewrem  równie  głupim,  jak 

niedelikatnym. Bo mnie wystarczyło taktu, żeby nie demonstrować mu w odwecie swojego 

szczęścia - choć miałam okazję. I kiedy to, naturalnie, było szczęściem. Nie posiadałam tego 

daru, tak bardzo ułatwiającego życie, przecinania sprawy od razu. To jest moja obecna cecha, 

cecha kobiety dorosłej. Stosowałam więc nastroje, uniki, manewry, wahania, rozterki. A to 

trzeba go jakoś do tego przygotować, był dla mnie przecież dobry, a ten spacer w Wilanowie, 

może ja się mylę,  kto to wie na pewno - i jeden dzień było  dobrze. Michał promieniał: 

„Widzisz, jaka potrafisz być miła”. Ja myślałam ze smutkiem: „O Boże, jaki głupi, to jest nie 

do wytrzymania,  czy on tego nigdy nie zrozumie, trzeba to jakoś rozwiązać. To nie jest 

miłość, muszę w niego wierzyć, muszę mieć dla niego szacunek. Nie jestem kotem, żeby mi 

do życia wystarczała przyjemność głaskania po włosach”. Sama nie pojmowałam, jak doszło 

do tego, że raziły mnie nawet jego bezsprzeczne zalety. Traciłam w tym rozeznanie, chciałam 

mu oszczędzić przykrości, robiłam jakiś miły gest, on to opacznie przyjmował, na co ja znów 

stawałam się oschła, „cyniczna”, niemalże okrutna. Makabra. Wyrzuty, zażalenia i dyskusje, 

które do niczego nie wiodły. Drażnił mnie swoją ustawiczną podejrzliwością, podkreślaniem 

swoich praw, ale właściwie nie miałam widocznego punktu do przyczepienia się. Bo Michał 

background image

się nie zmienił. Taki był, kiedy go poznałam, taki samiusieńki, tylko wtedy akurat to mnie w 

nim   olśniewało.   A   jego   niebagatelnym   wówczas   walorem   było   to,   że   najlepiej   w   całym 

męskim   gimnazjum   ścinał   przy   siatkówce.   A   tu   się   nieco   dojrzało   i   to   może   w   jakiś 

indywidualny sposób - i chciało się czegoś więcej. Ile razy postanowiłam bezapelacyjnie 

zerwać,   tyle   razy   Michał,   niby   jakimś   tajemnym   instynktem   wiedziony,   akurat   był 

upostaciowaniem troskliwości i uczucia. Łamały się moje „bezapelacyjne” postanowienia. 

Nie rozpatrywałam wtedy samego procesu umierania uczucia, sama przed sobą powoływałam 

się na świat, ludzi, życie powszednie, przepełniony harmonogram zajęć, tłok w tramwajach, 

kolejkę   w   stołówce,   asystenta,   który   wypalił   z   czymś   durnym   na   zajęciach.   Oczywiście, 

miałam Michałowi to i owo do zarzucenia, ale wolałam nie w ten sposób. Gdyby chciał mi się 

zrewanżować i przeciwstawić moje błędy w postępowaniu... nie tędy droga. Zaczynały mnie 

irytować jego powiedzenia, które kiedyś mnie zachwycały. Wtedy, w szkole, kiedy rzucałam 

książki w kąt i pędziłam na randkę z Michałem, próbowałam się domyślać, co też on powie 

tym razem, zawsze to było takie piękne, choć tak mało oryginalne.

-   Lilka,   powinnaś   podciąć   włosy.   -   „Oto   prawdziwy   mężczyzna,   rozumie   duszę 

kobiety, która często ulokowana jest na głowie”. Kiedy pogłaskał psa spotkanego na ulicy, 

kalkulowałam: „Tylko ludzie naprawdę szlachetni kochają zwierzęta”. Kiedy się żalił, że nie 

może się zmobilizować, żeby zrobić trochę porządku w swojej biblioteczce - „No pewnie, 

sprzątanie   idzie   mu   nieskładnie,   ale   ile   w   tym   wdzięku”.   Kiedy   był   u   mnie   w   domu   i 

przejawiał zainteresowanie, czy mam coś do zjedzenia - „Cudowna bezpośredniość. Apetyt 

cechuje   ludzi   o   czystym   sumieniu”.   Kiedy   mi   proponował,   że   pojedziemy   w   sobotę   po 

południu do Katowic na lody, że nareszcie zjem tyle  dobrych  lodów, ile wytrzyma  moje 

gardło - „Nie jest małostkowy, trwoni pieniądze, które mu mama dała pewnie na zapłacenie 

składek”. Kiedy już byliśmy w tych Katowicach i znając moje upodobania, kupował bilety do 

teatru albo na wystawę - „Chce mieć o wszystkim własne zdanie, wszystko go interesuje”. 

Kiedy zapędzał się w marzeniach i mówił, że chętnie by zapolował - „To są pragnienia. O 

takim   męskim   życiu   pisał   London   i   Hemingway   w   Śniegach   Kilimandżaro”.   Kiedy   na 

spacerze   złapał   nas   deszcz   -   „Jak   ślicznie   krople   spływają   mu   po   twarzy”.   Kiedy   mi 

opowiadał, że widział dziewczynę  w sukience, w której mnie byłoby ładnie - „Patrzy na 

babkę, a myśli  o mnie.  Jestem jego niewarta”. Kiedy relacjonował jakąś szkolną drakę i 

opowiadał, jak to się zaśmiewali - „Ma kolosalne poczucie humoru”. Kiedy mi wyznał, że nie 

lubi chodzić beze mnie do kina - „To wspaniałe stanowić tak dla kogoś wszystko”. Kiedy 

usłyszałam, że był pod moimi oknami, ale nie chciał mi przeszkadzać, bo sądził, że się uczę - 

„Michał to cudowny dar niebios”. Kiedy dostrzegł, że mam ładne ręce - „Wszystko zauważy. 

background image

Chcę być ładna tylko dla niego”. Kiedy się denerwował, że chemik zostawił ich godzinę po 

lekcjach - „No jasne, że klatka dyscypliny to nie dla niego rzecz”.

A   kiedy   w   dwa   lata   później   spacerowaliśmy   po   szerokich,   otwartych   ulicach 

Warszawy, które prowadziły w ciekawsze miejsca niż nasz szkolny szlak: stacja - cmentarz, 

na wiadomość, że mam „takie rozwichrzone włosy”, stroszyłam się wewnątrz - „Co on ma do 

moich włosów? Patrzcie go, moje włosy mu się nie podobają”. Kiedy krzyknął: „Jaki śliczny 

wilczur” - „Efekciarz. To co nam się naprawdę podoba, podziwiamy w milczeniu”. Kiedy się 

skarżył, że jego kolej posprzątać pokój w akademiku - „A co, krasnoludki mają za ciebie 

sprzątnąć?!”   Kiedy   stwierdził,   że   byłoby   doskonale,   gdybym   miała   chleb   -   „Co,   on   tu 

przychodzi   najeść   się?   Bar   mleczny   naprzeciwko   akademika”.   Kiedy   proponował,   że 

wypijemy kieliszek wina w Dziekance - „To zdaje się materiał na alkoholika. Wino i wino mu 

w głowie”. Kiedy oglądał łokcie w rękawach swetra i słusznie uważał, że żywot tego okrycia 

nie potrwa zbyt długo - „Należy żyć rozsądnie, wtedy się kupi nowy”. Kiedy opowiadał o 

jakiejś bibce i oburzał się na czyjś, nawet jak na jego odczucia, nieetyczny postępek - „O, św. 

Stanisław   Kostka?   Nieważne,   gdzie   się   jest,   ale   jakim   się   jest”.   Kiedy   w   celach 

„podrywowych”   meldował,   z   błagalnym   znakiem   zapytania   na   końcu,   z   nadzieją,   że 

odmówię, iż jest w Zachęcie jakaś wystawa - „Mecenas sztuki. Pojęcia byś o tym nie miał, 

gdyby nie terroryzowały cię moje upodobania”. Kiedy padał deszcz - „Nie dość, że tracę z 

nim czas, to w dodatku moknę”. Kiedy odsłaniał liryczne pragnienia, że coś go ciągnie gdzieś 

nad rzekę - „Pusta gadanina, uczyć się koledze nie chce”. Kiedy mówił, że jakaś koleżanka z 

pracowni używa zielonego tuszu do rzęs i mnie z pewnością byłoby w tym dobrze - „Jak to go 

interesują   te   babskie   sprawy,   nie   bez   przyczyn   zapewne”.   Kiedy   jakiś   kawał   kończył: 

„Świetne, co?” - „Pojęcia nie mam, co w tym dowcipnego”. Kiedy chciał, żebyśmy poszli 

gdzieś na tańce - „A jutro nie będzie miał na bułkę, logika”. Kiedy aprobował, że ja coś tam 

chcę zobaczyć i uznawał, że wobec tego obejrzymy to razem - „A może ja chcę to zobaczyć 

sama, coś takiego oczywiście do głowy mu nie przyszło”. Kiedy mówił, że widział mnie 

wieczorem przez okno - „Co jest, podgląda mnie? To już nie można swobodnie poruszać się 

po pokoju?” Kiedy stwierdzał, że jakiś wykład był tragicznie nieciekawy - „Orzeł. Słowacki 

w banku pracował i dziury w niebie nie było”.

Nie mówiłam tego wszystkiego, ale to i tak musiało wyzierać z mojego zachowania. 

Ciągnęło się to mocą bezwładu, dopóki nie znalazłam w sobie dość siły, żeby nas obydwoje 

wyzwolić z tego koszmaru. Nie było już uczucia, nie mogła mi więc pomóc kobieca ambicja, 

która   tak   często   dochodziła   do   głosu,   kiedy   byłam   zakochana.   Zobojętniałam,   stało   się 

nieważne, co myśli na mój temat Michał, przestałam się obrażać co sekundę. Moja obojętność 

background image

była nie do przebicia, w końcu to jakoś pojął, ale nie umiał się zachować w tej ostatniej naszej 

wspólnej chwili. Chciał przekreślić także przeszłość, właśnie tamte nasze ładne spacery. A ja 

pogodnie życzyłam mu wszystkiego najlepszego i bardziej niż ja godnej jego dziewczyny. Po 

pewnym czasie zjawił się w naszym akademiku, vis a vis moich drzwi. Wychodziłam właśnie 

z łaźni, w której  bezlitośnie smagałyśmy  prysznicem  nasze grzeszne ciała, twarz miałam 

nazbyt domytą. To nie jest twarz, o jakiej posiadaniu marzą młode dziewczęta, kiedy je los 

niespodziewanie zetknie z chłopcem, który zainteresowanie ulokował gdzie indziej.

- No i cóż słychać? - przemówiłam.

Wyciągnął z kieszeni nalepkę od sera „Bryndza Owcza”.

- Ostatni numer? - zapytałam. Milczał uśmiechając się do mnie w sposób, który miał 

mi dać do zrozumienia, że rozstanie ze mną było przełomowym momentem w jego teraz tak 

atrakcyjnym życiu.

- Twoje doskonale platoniczne uczucie zaczęło właśnie budzić moje uśpione serce - 

zameldowałam mu, bezwiednie, w zdenerwowaniu wyciskając mokry ręcznik nad nosami 

jego nowych pantofli. W jego wzroku było żądanie, aby moje serce obudziło się natychmiast i 

wielkim krzykiem domagało się zaspokojenia.

- Trzeba by wielkiej wytrwałości z twojej strony, żeby wszystko mogło wrócić - dodał 

mi trochę nadziei, a tam, za drzwiami, czekała tamta druga dziewczyna.

- Gdybyś mi dał jedną łzę albo dwa kwiatki, może mógłbyś mnie zamknąć w tym 

namiocie - zamyśliłam się.

- Źle ci będzie dalej, jeśli nie wyzbędziesz się tych wysokich tonów - udzielił mi 

przestrogi.

- Jakoś sobie radzę do tej pory.

Nie zależało mi już na Michale, widocznie coś niecoś rozjaśniło mi się w głowie, 

skoro   przestał   mieć   znaczenie   atut,   że   Michał   jest   taki   reprezentacyjny.   Udało   mu   się 

zdenerwować   mnie   pod   tymi   drzwiami,   minęło   to   jednak   bardzo   szybko.   I   to   był   już 

rzeczywisty   koniec.   Teraz   zaledwie   wymieniamy   zdawkowy   ukłon,   kiedy   się   gdzieś 

spotkamy.   Zdawkowy   ukłon   -   konwencja   narzucona   przez   Michała.   Można   by   chyba 

serdecznie porozmawiać, przecież kiedyś byliśmy sobie tacy bliscy. Bywały sekundy, kiedy 

stanowiliśmy dla siebie świat. Michał nie rozumie, że dla takich chwil należy mieć szacunek i 

można o nich pomyśleć tkliwie, choć przeminą.

Argumenty trafiające nawet do niemowląt nie wsiąkają w skalistą glebę nastoletnich 

uporów, rozbijają się o maniackie wręcz, indywidualne koncepcje, własne wizje, a afirmacji 

junackiej   postawy   nie   można   przyrównać   do   wyczynów   Robin   Hooda.   To   jest   wiek,   w 

background image

którym wszystko trzeba nazwać, to ma pomóc czy podtrzymać, a zostaje tylko nadużywanie 

wzniosłych przymiotników. Zamęt serca, filozoficzne wycia duszy, bezlitosna nagość faktów 

przeważnie sprowokowanych przez chęć przeżywania - głupie lata. Dobrze, że mam to już za 

sobą.

Pierwszy rok był bardzo wesoły, jeśli nie liczyć spraw uczelnianych, które już zaczęły 

mi się rysować ciemno. Na drugim nasza piątka, zamieszkująca wspólnie pokój w akademiku, 

zaczęła mieć posmak sitwy, a na trzecim wręcz zarzucano nam kontrrewolucję. Długo nie 

orientowałam   się,   że   moje   akcje   zaczynają   spadać.   Tak   się   przyzwyczaiłam,   że   grywam 

wyłącznie pierwszoplanowe role, i to bohaterek na ogół pozytywnych, choć z odchyleniami. 

Dobrałyśmy się w pokoju doskonale. Sitwa nie sitwa, w każdym razie spraw, które nam 

sugerowano, nie tylko  nie miałyśmy  na sumieniu, ale nawet nam to nie przychodziło do 

głowy. Przez dwa i pół roku skąpych wspólnych metrów kwadratowych zbliżyłyśmy się do 

siebie   bardziej   niż   niejedna   rodzina.   Już   nie   to,   że   chodziłyśmy   nawzajem   we   własnych 

ciuchach, co dodane do jakiej takiej fantazji niezwykle korzystnie świadczyło o zasobach 

naszej garderoby. Umiałyśmy się śmiać i płakać. Tak całkowicie, szczerze. Wspierałyśmy się 

finansowo. Jadałyśmy razem, co zresztą niejednokrotnie było tematem dla satyryka.

Na przykład jedna liczyła na drugą i w ten sposób wieczorem się okazywało, że nie 

mamy  chleba. Przez to nasz pokój stał się postrachem całego piętra. Nie dlatego, że nie 

oddawałyśmy,   tylko   im   nie   odpowiadała   forma   zwrotu.   Notowałyśmy   uczciwie   i 

skrupulatnie: „307 - już dwa kilo i trzy kromki. 312 - cały razowy, ćwiartka łęczyckiego, 

siedemnaście dużych kartofli. 308 - dwie łyżki smalcu, kurza noga, można oddać w kiełbasie. 

315 - trzy talerze krupniku, jakby nie było waluty, wezmą Agnieszki chusteczkę w kropki”. 

Kiedyś miałyśmy nadzieję, że nie trzeba będzie pożyczać, bo Agnieszka zrobiła na lewo, z 

kredensu   kuzynki,   ogromną   paryską   bułkę.   Niestety,   daremna   kradzież,   bo   kuzynka 

przechowywała bułkę do kotletów i tylko artyleryjski pocisk mógł ją uszczknąć. A miałyśmy 

zupełnie luksusowe mięsiwo, żal mi było to konsumować bez chleba. Uzgodniłyśmy, że kolej 

na Kazię z medycyny. Poszłam do niej z Mary. Kazia spała, ale zdarłyśmy z niej kołdrę i 

przystąpiły do szturmu. Kazia otworzyła  jedno oko i na nasz widok - o nic nie pytana - 

wymamrotała sennie:

- Nie mam chleba. Nie mam chleba.

- Kaziu, obudź się, nie chcemy chleba.

Kazia,   od   razu   bardziej   spokojna,   usiadła   na   łóżku   i   wygładzając   nocną   koszulę 

zagadnęła:

- No to co chcecie? Widzicie, że śpię.

background image

- Pożycz chleba - powiedziała odważnie Mary.

- Wiecie co, to już świństwo. Budzić człowieka po nocy.

- Kupimy ci jutro śniadanie w stołówce. Nie bądź kutwą. Chcesz, żebyśmy wcinały 

zimną cielę... pożyczasz, czy nie?

- Jest w garnku. Weźcie sobie, tylko pamiętajcie, że przychodzę rano na śniadanie.

- Murowane. Przyjdź o ósmej.

- O ósmej to ja mam wykłady. O siódmej.

- Wykluczone, bo my wszystkie na dziewiątą, żebyś się nie odważyła nas budzić.

- Połóżcie ten chleb!

- Trudno, trzeba jej dać dwa plasterki cielęciny.

- Dwa plasterki?! Za pół bochenka chleba?

- Ty się w ogóle nie orientujesz w cenach artykułów spożywczych. Co z ciebie będzie 

za lekarz. Dwa i pół plasterka, ostatnie słowo. Zawierasz tak korzystną transakcję wyłącznie 

ze względu na późne porę.

- Niech będzie. Ale najpierw cielęcina.

Handlowałyśmy   rzetelnie,   solidnie   zwracałyśmy   długi.   Po   pierwszym,   kiedy 

dostawałyśmy forsę, szłyśmy wszystkie z walizką po zakupy. Nie bardzo chciały przyjmować 

należności.

- Zgłupiałyście? Po co mi trzy bochenki chleba naraz? Zeschnie mi!

- To nas nic nie obchodzi, co z tym zrobisz. W ubiegłym miesiącu pożyczyłyśmy od 

ciebie trzy chleby. W sumie. Żebyś nie gadała, że nie oddajemy. O, tu siedem łyżek cukru, 

możesz przemierzyć. No, to masz już u nas czyste konto, wykreślamy cię z listy. To jest 

procent, pięć deka landrynek. Do widzenia.

Wędrowałyśmy tak od pokoju do pokoju, ścigane okrzykami: „Karpie w Łazienkach 

mam karmić tym chlebem czy jak?!”

My też  pożyczałyśmy  innym,  co tam było,  tak że ogólny bilans był  w porządku. 

Żadnej z nas się specjalnie nie przelewało, te, które pochodziły spoza Warszawy i mogły 

sobie pozwolić na pewne ekstrawagancje, na ogół miały wynajęte prywatne pokoje. Ja, wobec 

tych,   które   utrzymywały   się   wyłącznie   ze   stypendium   (a   owszem,   były   takie   bohaterki), 

byłam Krezusem. Co miesiąc lakoniczny w formie, a bogaty w treści przekaz od mamy, który 

- gdybym studiowała planowanie - może by jako tako wystarczał na długich dni trzydzieści. 

Na pierwszy miesiąc studiów dostałam naprawdę obłędnie wysoką, jak na ówczesne lata, 

sumę tysiąca złotych, niby że muszę się zagospodarować. Później systematycznie sześćset. 

Ale jeśli przez całe lata miało się podstawioną pod nos szklankę mleka, zupę pomidorowe, 

background image

kotlet i dwie bułki z szynką włożone do teczki, to sześćset złotych na wszystko równało się 

zero albo dwa. Później nauczyłam się kombinować, jakoś mi szło, ale na początku myślałam, 

że   umrę   z   głodu.   Kiedy   dostałam   ten   kapitał   w   pierwszym   miesiącu,   najpierw 

zagospodarowałam głowę i nogi. O ile nylony były piękne, o tyle głowę zagospodarowałam 

fatalnie. Może już przez to zaczęłam zwracać na siebie uwagę na uczelni, że nikt się wtedy 

tak nie czesał. Ja się też nie czesałam, bo nie miałam co czesać. Z konieczności wyprzedziłam 

szalejącą   później   modę   na   Tytusa.   Niemal   administracyjnie   nie   lubiano   tych,   którzy   z 

otoczenia wyróżniali się czymś szokującym, jak na przykład moja fryzura. I to, naturalnie, nie 

tylko moja wina, chciałam się zwyczajnie uczesać. To był koniec września, nie było jeszcze 

zajęć na uczelni, zdążyłam już pozałatwiać wszystkie formalności. Mama była na urlopie, nie 

miałam   nic   do   roboty,   więc   włóczyłam   się   po   Warszawie.   Stałam   na   Nowym   Świecie, 

zadzierałam   głowę,   patrzyłam   na   rusztowania.   Godzinami   chodziłam   po   muzeum,   a   to 

wstąpiłam na lody; a to się przejechałam setką dookoła Warszawy, a to rzucałam kierowcy 

taksówki jakiś fikcyjny adres, żeby ktoś widział, iż ja także gdzieś należę. Taszczyłam za 

sobą wszędzie Pelagię. Zaczynałam w tramwajach dyskusje, od których skóra cierpła mojej 

towarzyszce. Nie nudziłam się, poznawałam klimat miasta, w którym miałam żyć. Być może 

ta pierwsza trwała ondulacja miała coś z demonstracji dojrzałości, ot tak sobie wchodzę do 

wytwornego salonu i z miną kobiety światowej każę sobie wyczyniać na głowie takie cuda. 

Fryzjer, któremu powierzyłam moje ładne proste włosy i nadzieję na olśniewający wygląd, 

zarządził trwałą. Nie miałam nic przeciw temu, proszę bardzo. Ponieważ nigdy jeszcze nie 

byłam podłączona do takich skomplikowanych aparatów, wszystko bawiło mnie niesłychanie. 

Mistrz mnie szarpał, polewał i stroszył. Pod dotknięciem jego czarodziejskiego grzebienia 

wyrosła na mojej głowie spora kępa zarośli, między którymi  mistrz buszował z ogromną 

wirtuozerią.   Czekałam,   co   to   będzie   dalej.   Wyraźnie   przeprowadzał   na   mnie   studia   z 

perukarstwa, ale pokornie czekałam na efekt końcowy. Nie chciałam się wtrącać, żeby nie 

zdradzić mojego nieobycia z tymi sprawami. Kiedy sądziłam, że to zaledwie połowa zabawy, 

mistrz  zdjął  mi  pelerynkę,   trzepnął  nią,  podziękował  i  wymienił   sumę.   Na  głowie  został 

pokarbowany dramat. Nie miałam jeszcze sprecyzowanych poglądów na estetykę fryzury, ale 

już wyczuwałam tyle, że nadaję się ze swoim wyglądem jedynie do odśpiewania w Tosce 

partii  barona   Scarpi.  Czerwona   ze  złości   i  upokorzenia  zapłaciłam   i  pędem  pobiegłam   z 

Pelagią do bramy, żeby się rozczesać. Po rozczesaniu się było jeszcze gorzej. Rozpłakałam 

się. Weszłam do męskiego zakładu i poprosiłam, żeby mnie ostrzygł tak, jak strzygą panów. 

Próbowali mnie odwodzić od tego pomysłu, ale uparłam się jak muł. Za każdą cenę musiałam 

zrzucić z głowy tę kanapę z morskiej trawy. Wystrzygli mnie na jeża. Wyglądałam jak po 

background image

leczeniu plamistego tyfusu, ale mogłam swobodnie poruszać głową, nic mi na niej nie ciążyło 

i nic mnie nie denerwowało. Byłam zadowolona, to było wtedy nawet bardzo oryginalne. Tak 

się właśnie zaprezentowałam na uczelni, do tej ostrzyżonej głowy mi nie przyszło, że może 

ona sobą przedstawiać jakieś grawitacje w kierunku imperializmu.

To wszystko, na co teraz przestałam zwracać uwagę, w tych pierwszych dniach mnie 

oszałamiało. Lubiłam jeździć w godzinach największego nasilenia ruchu, przynajmniej się 

mogłam do woli nasłuchać rzeczy dla mnie zupełnie nowych. Pelagia miała alergię na moje 

tramwajowe rozmówki, wyraźnie się wypierała, że przez dwa lata dzieliła ze mną klasówki i 

ławę.   Ponieważ   do   tamtych   czasów   moją   komunikację   stanowiły   głównie   nogi,   nie 

rozumiałam wielkomiejskich bolączek. Słuchałam z wypiekami na twarzy: „Weźmiesz pani 

ten kosz do cholery czy nie?”, „Helikopterem pani jedź, jak się pani nie podoba”, „Niech pan 

nie ubliża kobiecie”, „Moje pończochy, Jezus Maria”, „Inteligencja z pegieeru”. I tak dalej, w 

nieskończoność, trwonili ludzie brylanciki swoich reakcji. Czasami był chór, partie solowe, 

często motorniczy ujmował batutę, zatrzymywał pojazd i ogłaszał, że nie pojedzie, jeśli nie 

wysiądzie facet, który wszedł przednim pomostem. Skłócona zbiorowość solidarnie napadała 

na delikwenta, nagle kierunek działań się zmienił, bo ktoś zauważył:  „A gdzież człowiek 

wejdzie   tyłem   z   tą   deską   do   prasowania”.   Wszyscy   więc   hajda   na   motorniczego,   grożą, 

przedstawiają się, pozwalają snuć domniemania na temat swojej pozycji społecznej - wreszcie 

ktoś powie dowcip, odprężenie, jedziemy dalej.

Czasami wszystko zaczynało się zupełnie niewinnie. Nie wiedziałam, że warszawiacy 

to   dyskutanci,   potrafią   wyrwać   z   kontekstu   jakieś   słowo   i   na   nim   rozwinąć   niezgorszą 

awanturę. Stałyśmy kiedyś w środku zatłoczonego wozu, przed nami na ławce siedziały dwie 

panie   i   zawzięcie   omawiały   własne   dolegliwości   gastryczne.   Pelagia   swoim   zwyczajem 

wytrzeszczała oczy.

- Nie przysłuchuj się tak, jakbyś w życiu nic mądrzejszego nie słyszała - szepnęłam 

jej. - Inaczej wyprę się ciebie, nim kur trzy razy zapieje.

Jedna z siedzących pań spojrzała na mnie z potępieniem i natychmiast zaczęła strzelać 

z armat do wróbli. Widocznie usłyszała tylko drugą część mojej wypowiedzi.

-  Niech   pani  sobie   nie  urządza  kpin   z  Pisma  Świętego.   Wy  wszystko   wykpicie  i 

wyszydzicie, tylko nie macie nic w zamian. Ciekawa jestem, co z was wyrośnie, patrzeć się 

nie chce na tę młodzież.

- Też jestem ciekawa. A w ogóle to nie kpię, tylko usiłuję cytować. Poza tym, mimo 

że się pani na mnie nie chce patrzeć i stawia pani raczej ciemne horoskopy co do mojej 

przyszłości, jednak ja taktownie nie zabierałam głosu, kiedy pani dowodziła, że jak tylko 

background image

„boli w sobie”, to trzeba robić gorące okłady. Rozdaje pani bilety na przejażdżkę karawanem, 

ale mnie tego nie wolno sprostować, bo ja jestem młodzież.

- Patrzcie, jakie to pyskate! Dla nikogo i dla niczego nie mają szacunku, zapłaczecie 

wy jeszcze, zapłaczecie! Mądrala!

- Chodźże, Lilka, nie zaczynaj awantur - biadoliła Pelagia.

- Bo rozumiesz - instruowałam ją, kiedy nareszcie dotarłyśmy na przedni pomost - 

jeżeli absolutnie niczego w życiu nie dokonam, to nie będę domagać się szacunku wyłącznie 

ze względu na wiek. Wiek to nie zasługa, to prawo natury. Trzeba ustąpić miejsca, owszem, 

ale żeby od razu brać w usta wodę i tylko potakiwać, to ze mną takie numery nie wyjdą.

- Może tamta czegoś dokonała.

-   Może.   Choć   wątpię,   bo   się   zgryźliwie   czepia.   O   co   w   ogóle   chodziło?   Patrz, 

Dworzec Główny. Dworzec nie dworzec, pisz pani dworzec.

- Dworzec się pani nie podoba? A wie pani, ile takich dworców w Warszawie? A 

gdzie pani była, kiedy Warszawa płonęła i leżała w gruzach? - zaatakował mnie przystojny 

nawet facet.

- Możliwie, że byłam w łóżku. Czy pan jest warszawiakiem?

- A jak pani sądzi?

- Jak ja sądzę, to nie mogę panu tego publicznie powiedzieć, bo mi pan wytoczy 

proces o zniesławienie.

- Tak, przyjeżdżają na gotowe, zabierają najlepsze mieszkania i jeszcze im się nie 

podoba.

- Patriota Dworca Głównego - nie wytrzymałam. - Od kilku lat płacę składki na SFOS, 

więc może mam tu swoją cegiełkę, co?

- Lilka, bluzka ci z tyłu  wychodzi - błagała Pelagia. Czułam, że przyjechałam do 

innego, nie znanego mi świata, w którym panują dziwne jakieś obyczaje. Poprawiłam bluzkę i 

miałam zamiar rozwinąć dyskusję, kiedy facet znowu natarł:

- Właśnie takiego od cegiełki mi dokwaterowali. Cztery dni wołami jedzie po metrykę, 

a tu warszawiak. Jeszcze żonę sprowadza.

- To tam nie dotarł jeszcze pomysł Stevensona? - włączyła się Pela, której niezmiernie 

rzadko wychodził jakiś dowcip.

- Cholery można dostać - podsumował facet.

- Co panu zrobili? Dokwaterowali? - chciałam wyjaśnić zadrę dręczącą jego duszę.

Ale on tylko z pogardą wzruszył ramionami i wysiadł. Wtedy miałam czas na takie 

socjologiczne  studia. Miałam dużo czasu i dużo inicjatywy.  Ten fryzjer, taksówki i lody 

background image

pochłaniały pieniądze. Do domu mogłam pojechać dopiero po powrocie mamy z urlopu. A 

tak, byłam przekonana, że z rzeczy nadających się do jedzenia w spiżarce mogłam znaleźć 

słoik po dżemie śliwkowym i zapas toaletowego mydła. Trzeba było przetrwać kilka dni. 

Najpierw  sprzedałam  straganiarce, takiej  z owocami,  nocną koszulę.  Za pół  ceny.  Potem 

nabyłam u niej kilogram gruszek. Zjadłyśmy z Pelą tę witaminę na ławce w Łazienkach, po 

czym   bez   entuzjazmu   poszłyśmy   do   biblioteki   na   Koszykową,   gdzie   do   wieczora   ze 

ściśniętym z głodu żołądkiem czytałam wypisy z hinduskiej poezji. Podczas tej wzniosłej 

lektury przyszedł mi do głowy pewien plan. Szturchnęłam w bok Pelagię i powiedziałam: 

„hurra”.

Tylko nie tak od razu było hurra. W trzech domach nas właściwie wyrzucili za drzwi, 

widocznie nie dość nędznie wyglądałyśmy: „Co panie sobie kpiny robią czy co?”. W drugim: 

„Nie   reflektuję   na   jednorazowe   sprzątanie,   potrzebny   mi   ktoś   na   stałe,   z   gotowaniem   i 

odprowadzaniem   dzieci   do   przedszkola”.   W   trzecim:   „Pani   czytała   chyba   w   ogłoszeniu 

zasadniczy warunek. Referencje.  Kto i której  z pań  może udzielić  referencji?”.  W  domu 

czwartym, nareszcie:

- Wie pani, że to nawet niezła myśl, takie gruntowne porządki. Wróciliśmy z urlopu i 

same panie widzą, że tu kataklizm. Proszę przyjść jutro rano, nie pójdę jeszcze do pracy, to 

paniom pomogę. O, tu jest sto złotych, kupią panie po drodze... zaraz spiszę na kartce, co. A 

jak z praniem. Czy podjęłyby się panie prania?

- Oczywiście - rozległ się nasz dwugłos. 

- Możemy wycyklinować podłogę! - krzyknęłam.

- Wystarczy wywiórkować.

Dała sto złotych  nie pytając  o imię, nazwisko, zawód, datę urodzenia ani miejsce 

zamieszkania.   Na   drugi   dzień,   kiedy   przytaszczyłyśmy   z   Pelą   wiórki,   pastę,   mydło   itd., 

zapytałam ją, czy się nie bała, że nie ujrzy nas nigdy więcej.

- Proszę pani, to nie jest suma, która mogłaby mnie doszczętnie zrujnować, a poza 

tym, mam do ludzi zaufanie. Panie wyglądają tak ujmująco...

Ciekawe, że w trzech poprzednich domach mieszkają nieufni i nic podobnego nie 

zauważyli. Za to oświadczenie byłam gotowa sprzątać za darmo. Pohamowałam jednak tę 

impulsywność i w zamian za to opowiedziałam jej o naszej sytuacji. Uwierzyła  od razu, 

chociaż   to   mogło   być   bajeczką   sprytnych   oszustek.   Nigdy   nie   pracowałam   tak   ciężko 

fizycznie, bolały mnie ręce, ramiona, wszystkie mięśnie. Razem za sprzątanie, pranie, magiel, 

prasowanie, dostałyśmy trzysta złotych. I wikt przez dni pracy. To nie była mała forsa, ale dla 

kogoś, kto nie wy wiórkował tyle metrów kwadratowych posadzki. Trzepanie dywanów... 

background image

Kiedy „nasza pani” zamoczyła „białe” w pralni, w suterenie, myślałam, że żywa nie wyjdę z 

tej kaźni. Później, już na drugim roku, jeszcze dwa razy sprzątałyśmy w tym domu, kiedy 

trzeba było się ratować. Poradziłam sobie w tej pierwszej krytycznej chwili i to mi pozwoliło 

brnąć w błędne mniemanie, że dam sobie radę tak w ogóle. Że w życiu nie zginę. A to, w tej 

chwili, jak nazwać?

Może   się   nauczę   robić   na   drutach   albo   co.   Właściwie   umiem,   ale   tylko   prosto. 

Mogłabym robić wyłącznie szaliki, ale takie długie jak liczby rosnące do nieskończoności, bo 

nie potrafię wybrnąć, kiedy należałoby przestać. Nie wiem, co się robi z tymi oczkami, więc 

kiedy mój jedyny szalik, jaki kiedyś robiłam, osiągnął długość południka, sprułam rzecz i 

postanowiłam nauczyć się władać szydełkiem. Tu dla odmiany wychodzi mi tylko mocno 

falujące się koło, które rośnie i praktycznie nie ma żadnego zastosowania. Tak jak ja. Tak 

sobie   ponuro   w   życiu   narozrabiać.   Właściwie   dlaczego.   Moje   porażki   biegły   wąskimi 

strumykami, biegły cicho, łatwo je było przeskoczyć, i nagle, bez głębszego uzasadnienia, 

zeszły   się   w   jeden   wściekły   nurt,   któremu   nic   już   nie   zdołało   się   oprzeć.   Zresztą,   nie 

budowałam   nawet   zapory.   W   najgorszych   chwilach   przestałam   lawirować.   Byłam 

zdruzgotana   i...   zdziwiona.   Wtedy   przypomniano   sobie   wszystko.   Sądzę,   że   nawet   tę 

nieszczęsną fryzurę, choć nikt tego nie podniósł, bo to i dawno, i na głowie był kok. Ale 

wszystko,   wszystko   poza   tym.   Chyba   nawet   ksiądz,   jeśli   już   raz   udzieli   absolucji,   przy 

następnej spowiedzi nie sięga do grzechów sprzed rozgrzeszenia, choćby pamiętał. Ale nie 

zebranie.   Wywlekli   nawet   tę   śmieszną   historię   z   drugiego   roku,   której   naturalnie   w 

odpowiednim czasie poświęcono osobne zebranie.

Zasadniczym elementem tej ciemnej historii .było słońce. Rzecz się zaczęła wysoko, 

na  dachu.   Naprzeciwko  naszego   akademika  stał   jakiś  solidny  biurowiec,   gdzie  pracowali 

stateczni   panowie.   Od   pierwszego   wiosennego   promienia   słońca   -   co   zbiegło   się   z 

wystawieniem na działanie promieni ultrafioletowych naszych bladych ciał - warsztat pracy 

tych panów przeniósł się z biurek na okienne parapety. Trudno im się dziwić, okna akademika 

wypełnione były zgrabnymi dziewczynami rozebranymi do niezbędnego minimum. Żeby iść 

na plażę, trzeba mieć parę godzin czasu. W oknie można się opalać w każdej wolnej chwili. 

Kiedy zrobiło się cieplej, portier - przekupiony - otworzył nam wyjście na dach. Takiego 

dosłownego solarium tam nie robiłyśmy, ale panowie urzędnicy porzucili już nawet pozory 

pracy, wisieli w oknach przez osiem roboczogodzin dziennie. Zawsze na dachu było parę 

sztuk. Znalazł się nawet jeden liryczny, który przez biurowego gońca dostarczał nam sążniste 

poematy sławiące swobodę obyczajów i piękno naszych wysmukłych sylwetek. Z poematów 

przeszedł   do   ballad,   a   panowie   do   biura   zaczęli   przybywać   uzbrojeni   w   lornetki.   Nie 

background image

kokietowałyśmy  ich  rozmyślnie,  ale  dlaczego niby nie miałyśmy  korzystać  ze słońca, bo 

panowie z vis a vis nie mieli kręgosłupa? Plany się w tym biurze musiały zawalić, bo dyrektor 

zamiast zrobić swoim podwładnym szkolenie ideologiczne wystąpił „na drogę” przeciwko 

nam. My wierząc w swoje racje smażyłyśmy się nadal na dachu, ale dżentelmeni już zaczęli 

istotnie   pracować   około   trzydziestu   minut   dziennie.   Plany   musiały   się   w   dalszym   ciągu 

chwiać, bo afera dotarła do licznych dziekanatów. Samorząd, który tak samo leżał na dachu, 

zmuszony był zebrać studenckie legitymacje, że niby to dyrektor miał zidentyfikować, które 

to boginie najczęściej odrywały jego pracowników od budowy lepszego jutra. Pytam się, 

gdyby dyrektor nie używał lunety, jakżeby poznał szlachetne rysy naszych oblicz? Zatrzymał 

czterdzieści siedem legitymacji - tego poetę zwolnił z pracy. Czterdzieści siedem dziewcząt 

rozsianych   po   różnych   uczelniach,   w   tym   przewodnicząca   samorządu   (która   oczywiście 

przestała   być   przewodniczącą).   Goniec   wzięty   na   tortury   wyznał,   że   donosił   grypsy. 

Wszystko pachniało skandalem. Na zebraniu w domu akademickim, na które przybyło wiele 

czynników, atmosfera przypominała akademię ku uczczeniu pamięci straconych niewinnie 

powstańców.   Te,   których   z   legitymacji   dyrektor   nie   zidentyfikował,   przyznawały   się 

solidarnie,   że   korzystały   z   dachu.   Co   mogło   zrobić   wiele   czynników   przeciwko   trzystu 

dziewczętom posądzonym o nadmierny negliż?

Grzmieli,   zmienili   samorząd,   napomnieli   portiera   i   wycisnęli   z   nas   samorzutnie 

zobowiązanie, że już nigdy w ten sposób. Tłumaczyłyśmy się, że przepustowość naszej plaży 

była duża, że różne dziewczęta w różnych godzinach miały wykłady, więc na dachu opalały 

się coraz to inne. To wszystko była prawda. Sprawa oficjalnie przycichła, tyle że utrudnili 

nam  życie,  bo  od  tamtej  pory przestałyśmy  za   pośrednictwem   okna  utrzymywać  kontakt 

nawet naszych twarzyczek ze słońcem, już nie mówiąc o tym, żeby kiedykolwiek wystawić 

całe popiersie. Niemoralności tak wprost nam nie zarzucili, incydent w końcu miał posmak 

farsy, ale zostałyśmy z należytą powagą pouczone, że młodzież zetempowska winna dbać o 

opinię domów akademickich. A przez takie wyskoki część społeczeństwa wyraża się ujemnie 

o akademikach. Kilka dewotek, kościelnych i zetempowskich (owszem, obydwie odmiany 

zdarzały się często), takich, którym słońce widocznie nie służyło, ganiało po korytarzach z 

podekscytowaniem. „A nie mówiłam, że to się źle skończy”. Skończyło się dobrze, tylko że 

to był jeden ze strumyków mojej porażki. Po prostu „koleżanka Sagowska, która oczywiście 

także brała udział w głośnej aferze opalania się na dachu...”

Biegnij kolejny strumyku do morza mojej klęski. Strumyk jak strumyk, utopić się w 

nim nie można, szemrze cicho i radośnie, serce cieszy. Dopiero w połączeniu z innymi tworzy 

masyw wód. Tak, i kwartet się przyczynił. Tu się także nie wywiązałam, to była jedna z 

background image

kropli.   Ta   afera,   jak   wiele   innych,   przeminęła,   przyschła,   dopiero   kiedy   huknął   armatni 

wystrzał, konstrukcja rozpadła się od razu, bo już uprzednio była nadszarpnięta pojedynczymi 

wystrzałami, które - pozornie - były nieszkodliwe. To wszystko  mogłabym  wspominać z 

rozrzewnieniem, każdy ma jakieś takie studenckie kawały,  do których wraca myślami  po 

latach. Wątpię, żebym to kiedykolwiek mogła wspominać z rozrzewnieniem, choć rzecz sama 

w sobie była dosyć zabawna. A ja wtedy miałam osiemnaście lat, śmiech w sercu, prywatną 

kopalnię optymizmu, ale na pewno nie miałam głosu, który można by zużyć na śpiewanie. 

Lecz   w   myśl   zasady,   że   członkini   organizacji   zetempowskiej   potrafi   wszystko,   zostałam 

śpiewaczką. Wyrwało mi się kiedyś na zebraniu grupy, że w dzieciństwie uczyłam się grać na 

pianinie.   Powiedziałam   to   w   chwili   dość   krytycznej   dla   naszej   grupy,   bo   odgórnym 

administracyjnym zarządzeniem zobowiązano nas do przygotowania programu artystycznego. 

Musieliśmy wziąć udział w eliminacjach między grupowych, później, gdyby dobrze poszło, 

międzywydziałowych   -   międzyuczelnianych,   międzyuczelniano-międzymiastowych, 

międzynarodowych, wręcz międzyplanetarnych, gdyby „poszło” jeszcze lepiej. Perspektywy 

więc   były   otwarte.   Jak   żołnierz   noszący   w   plecaku   buławę   byliśmy   potencjalnymi 

kandydatami na uczestników Festiwalu Młodzieży, ale na zebraniu nastrój był pogrzebowy. 

Jakoś w naszej grupie nie było talentów ani nadmiaru takich, którzy by chętnie eksponowali 

brak talentu. Ale zrobiono co trzeba, i już. Nika Hanusówna, która na pewno ma dobrze w 

głowie i potrafiła wszystko, prawie wszystko widzieć we właściwym ujęciu, wahała się przed 

kategorycznym narzuceniem komuś takiego osobliwego zadania organizacyjnego. Zebranie 

się przedłużało, a ochotników, którzy mniej więcej wiedzieli, co mogą zaprezentować, było 

tylko trzech. To nie był jeszcze zespół. O tym, że udział w artystycznym programie ma wziąć 

cała grupa, wszyscy wiedzieli, ale co, na litość boską, ta grupa miała robić? „Zaśpiewamy 

coś, a ja będę akompaniować. No, powiedzmy, Pieśń Dokerów” - pomogłam Nice. Kiedy 

rozwiązanie  okazało  się   takie  łatwe   (bo  już  i   wiersze  były  -  w  wykonaniu  ochotników), 

ambicje arystyczne grupy zaczęły rosnąć jak piana z ubijanego wprawną ręką białka. A więc, 

śpiewać będą wszyscy, ale my poza tym stworzymy kwartet, jeśli się nie da już oktetu albo 

choćby kwintetu. Jeżeli umiem grać, to logiczny wniosek, że i śpiewać potrafię. Jest pierwszy 

członek   kwartetu.   Próbowałam   tłumaczyć,   że   śpiewać   mogłabym   jedynie   na   rzecz   akcji 

odszczurzania   miasta,   ale   widziano   w   tym   daleko   posuniętą   skromność.   Zostałam 

kierownikiem   zespołu   i   jego   jedynym   członkiem.   Kiedy   odnalazła   się   cudownie   dwójka 

tancerzy, która miała wykonać „stylizowanego kujawiaka”, mój zespół także się powiększył. 

Wrobiłam do niego Marię Kowalską, która już wtedy mieszkała ze mną w pokoju i - jako 

kierownik - stwierdziłam, że ma śpiewać sopranem, bo kierownik zatrzymał dla siebie alt. I tu 

background image

przestałam  być  kierownikiem  zespołu,   bo  Władek  się  zdecydował:  „Skoro  Sagowska   ma 

śpiewać, to nie może akompaniować, zupełnie nie rozumiem, dlaczego nie bierze tego pod 

uwagę.   Ja   poprowadzę   zespół   i   zgłaszam   do   niego   kandydaturę   koleżanki   Racławskiej. 

Słyszałem, jak wczoraj nuciła koło kiosku”. Kandydaturę Racławskiej przyjęto, wciągnięto 

już otwarcie metodą „entliczek-pentliczek” siedzącą koło niej dziewczynę, mnie zwolniono z 

funkcji kierownika muzycznego i polecono solidnie ćwiczyć. Reputacja Władka trochę się 

podniosła, że tak spontanicznie wystąpił, choć wszyscy wiedzieli w głębi duszy, że próbuje 

wymazać z pamięci naszej zetempowskiej grupy swoje pewne haniebne odezwanie się. Otóż 

kiedyś na zebraniu, kiedy Nika podniecała nas wizją wspólnego chodzenia do kina i teatru - 

że to nas bardzo zbliży, wspólne przeżycia, dyskusje, wymiany poglądów na temat tego, co 

razem zobaczymy - Władek wstał i powiedział poważnie: „Proponuję wspólne pójście całą 

grupą do łaźni parowej. To nas dopiero zbliży”. Wszyscy wybuchnęli śmiechem i niczym by 

to nie było, gdyby Władek choć raz był tak kolektywnie w kinie. Nigdy. Indywidualista. Ja 

chodziłam,  bywało  nawet przyjemnie.  Władek wiedział, że to jego postępowanie  jest źle 

widziane i dlatego tak mnie wygryzł z kierownictwa. Lecz akompaniował znacznie lepiej, niż 

ja mogłabym to robić, tak że nie żywiłam do niego urazy. Podjął się opracowania i aranżacji 

(swojej opinii, należałoby powiedzieć) trzech piosenek: Sołnce skryło za garoju, Czerwony 

autobus  i Jesień,  ta  smutna  załzawiona.  Od  początku  wątpiłam,  żeby na  tym   repertuarze 

można   było   zajechać   na   Festiwal,   ale   na   próby   przychodziłam   punktualnie.   Poza   tym 

trenowałyśmy z Marią, gdzie się dało, w ubikacji, umywalni, kuchni, łaźni, na schodach, a 

kiedyś  także w taksówce. Ponieważ na liczniku było dziesięć złotych, zaproponowałyśmy 

nieśmiało   kierowcy:   -   A   może   by   pan   wołał,   żebyśmy   panu   pośpiewały   zamiast   płacić? 

Należymy do zespołu i prawdopodobnie wyjedziemy na Festiwal.

Szofer się zgodził. Koncert odbył się w cichej uliczce. Poczciwy człowiek omal nie 

zapłacił   biletu   wstępu,   bo   podszedł   milicjant   i   surowo   go   pouczył,   że   wjechał   w   ulicę 

jednokierunkową,   oczywiście   w   kierunku   przeciwnym.   Kiedy   jednak   wyjaśniłyśmy 

milicjantowi, o co chodzi, wykazał dość poczucia humoru, żeby schować do torby książeczkę 

z mandatami, z której już, już miał wydrzeć jedną kartkę. Pomachałyśmy dżentelmenom ręką, 

poszłyśmy dalej, gorliwie trenując. Wciągało. Istotnie, w dyrektywie, żeby administracyjnymi 

nakazami rozśpiewać młodzież, tkwił kawałeczek zdrowej myśli.

Nasza grupa odpadła z eliminacji już na pierwszym szczeblu, ale kwartet pozostał. 

Nika   Hanusówna   miała   przez   pewien   czas   łatwe   życie:   cokolwiek   tam   trzeba   było 

artystycznie   obsadzić,   dysponowała   kwartetem.   Akademia,   wieczornica,   występ   w   hotelu 

robotniczym   -   proszę   bardzo,   czwarta   grupa   daje   kwartet.   Piałyśmy   dzielnie,   i   Władek 

background image

(któremu puszczono w niepamięć pornograficzną wypowiedź)  rozszerzył nasz repertuar  o 

dalsze trzy piosenki i Oczy czarne, bo to znajdowało wielki aplauz u słuchaczy. Ale i tu 

przyszedł skandal, blamaż, i koniec mojej kariery w ponętnym zawodzie śpiewaczki. Tu słów 

kilka należy się Mary, której to ukochany popsuł wszystko. Otóż Mary w pierwszych ciężkich 

dniach w akademiku plątała się tak samo jak ja, ale czymś mnie zaszokowała: obrączką, którą 

nosiła na palcu. Mężatka? Wytypowałyśmy ją z Agnieszką do ewentualnego zamieszkania 

razem w pokoju (i po dwóch czy trzech miesiącach manipulacji z samorządem załatwiłyśmy 

wreszcie   cały  właściwy  skład.   Właśnie   „tę   piątkę”.   Co  roku   powtarzała   się   operacja,   bo 

byłyśmy na różnych wydziałach, ale to już były błahostki w porównaniu z pierwszym rokiem. 

Na drugim byłyśmy już stare studenckie wygi, znałyśmy wszystkie chwyty, wiedziałyśmy 

gdzie, z czym, co, do kogo i jak). Po godzinie już się okazało, że nasz wybór był trafny, że 

Kowalska   to   bardzo   równa   dziewczyna   i   nie   żadna   mężatka,   tylko   nosiła   pierścionek 

zaręczynowy swojej mamy, oczkiem do dołu, żeby być kobietę intrygującą. Umiała strzyc 

włosy jak Sam Gabriel, dostawała ciuchy od ciotki z Paryża. Była dowcipna (dlaczego tak 

piszę o tym wszystkim w czasie przeszłym, jakby ich już nie było, mój Boże). Była z mojego 

wydziału.   Umiała   tańczyć   przeróżne   imperialistyczne   tańce,   miała   tylko   jedną   wadę:   od 

pewnego czasu zaczęła chować mydełko pod materac. Twierdziła, że kiedyś dała Agnieszce 

swoje francuskie do mycia twarzy, to Agnieszka zrobiła nim pranie. Jakie tam znowu pranie, 

trzy sztuki bielizny, wielkie pranie. Mary zupełnie nie umiała pić, po dwóch łykach wina była 

urżnięta.

Przychodzili czasem do nas koledzy, robiliśmy składkę na sikacz, opowiadali kawały, 

podśpiewywali, wszystko to pamiętam jak jedną długą, długą salwę śmiechu, bez punktów 

orientacyjnych   co   do   lokalizacji   źródeł   tego   śmiechu.   Kiedyś   Maria   wypiła   wina   pełną 

pokrywkę od czajnika. Potem poleciała na randkę, no, a była wstawiona. Bohatersko nosiła 

moją studencką czapkę. Kiedy wyjrzałam za nią przez okno, daszek jej się przekrzywił i 

stanowił ochronę prawego ucha przed śniegiem. Wybiegłam za nią. W międzyczasie wicher 

zrzucił jej z głowy czapeczkę, ona nic, ciągle naprzód. Jakiś pan podniósł jej zgubę: „Proszę 

pani, czapka pani spadła”. „Nie szkodzi” - odparła Maria Kowalska i obojętnie sunęła na 

przystanek. Wzięłam czapkę z rąk tego pana, dogoniłam ją i wsadziłam jej na głowę daszkiem 

do   przodu:   „Jak   się   urżnęłaś,   to   chodź   spać”.   „Co   ty,   tylko   się   śpieszę”.   Uwierzyłam   i 

wsadziłam   ją   do   tramwaju.   Ale   zaledwie   wóz   ruszył,   dobiegł   mnie   dialog   Marii   z 

konduktorem: „Proszę za bilet”. „Zapłacę albo nie zapłacę. Jak będę chciała, to zapłacę”. 

Wyciągnęła jednak rękę z walutą. Odetchnęłam i wróciłam do gwarnego pokoju. Wszyscy 

nasi goście przygotowywali się do jakichś występów, bo już na schodach słyszałam: „Gdy w 

background image

Montanie słońce wschodzi raniutko, to kowboje robią napad cichutko i szeryfa w jego łóżku 

związują i bezkarnie mu dolary rabują”.

Właśnie   tę   masową   pieśń   z   Montany   najczęściej   śpiewał   Tadek,   ukochany   Marii, 

student z rusycystyki. Przylgnęły tak do niego te słowa: „tańczy szeryf ze swą Mary, a za 

oknem   Tom”,   że   wszyscy   szybko   zapomnieli   jego   imię.   Został   „Szeryfem”,   Kowalska   - 

Mary. Nawet zamierzaliśmy ją ufarbować, bo Mary powinna być złotowłosa, no, ale nasza 

została   szatynką.   W   tym   śpiewaniu   bzdurnej   amerykańskiej   piosenki,   mieścił   się   jakiś 

niewyżyty duch choćby drobnego przestępstwa, zrobienia czegoś na przekór, co trochę jakiś 

domorosły   poeta   ulepszał   słowa   Mantany,   konspiracyjnie   je   kolportował,   a   my   mieliśmy 

niezły   dreszcz   emocji,   podśpiewując   słowa   coraz   to   głupsze:   „Raz   Maniana   szła   pijana, 

prowadził ją stróż, cała gęba zarzygana, a w kieszeni nóż”. Sądzę, że gdyby nam nakazano 

odmawiać Manianę trzy razy dziennie po dwa razy, zaczęlibyśmy z lubością śpiewać Do 

roboty, do roboty. Ale Maniana była przeklęta i to nas trochę bawiło. Później śpiewało się to 

cicho, bo jedna z dziewcząt z samorządu ostrzegła nas: „Parowóz słyszał u was Manianę, 

zamknijcie się” - i to nas bawiło jeszcze bardziej.

Już   podczas   wizyt,   jakie   Szeryf   składał   w   naszym   pokoju,   miałam   możliwość 

zorientować się, że jest on jednym z niedocenianych talentów i poważne studia lingwistyczne 

to tylko zaspokojenie jednej, ale nie najważniejszej ambicji. Kilka razy już nam śpiewał „do 

mikrofonu”,   to   jest   do   blaszanego   garnczka   zatkniętego   na   kiju   szczotki   do   zamiatania. 

Śpiewał w jakimś zespole, ten zespół nie odnosił zbytnich sukcesów, a Szeryfowi śniła się 

szeroka publiczność. Poza tym, w zespole był ograniczony sztywnymi ramami repertuaru - u 

nas   niczym.   Śpiewał   więc   choć   nam.   Arie   operetkowe,   walce   Brahmsa,   Cest   ci   bon.   A 

tymczasem   nasz   kwartet   był   u   szczytu   sławy   i   wszystko   zapowiadało   się   jak   najlepiej. 

Śpiewałyśmy, dostawałyśmy brawa - i wszystko zniszczył ten bałwan.

Jeśli   brawa,   jakie   otrzymywałyśmy,   były   anemiczne,   to   na   ogół   dlatego,   że 

występowałyśmy zawsze po referacie, kiedy ludzie, zmęczeni, nie mieli już siły na żywiołowe 

oklaski, zwłaszcza że przedtem i tak wznosili masę okrzyków. My więc byłyśmy taką chwilą 

wypoczynku   -   czyli   osiągałyśmy   cel,   jaki   sobie   stawiają   aktorzy   spod   znaku   muzy 

podkasanej. Jak się przyjemnie śpiewało, jak było żal, że już się śpiewać nie będzie. Taki na 

przykład wieczór na wsi, kiedy chłopcy z wiejskiego zespołu pieśni i tańca, w podzięce za 

nasz występ, przedstawili swój repertuar: Tango Marina i Kiedy rano jadę osiemnastką. A my 

im za to: Pognała wołki na bukowinę i tak przez trzy godziny. I wszystko to popsuł ten 

bawół... Kiedy już miałyśmy wychodzić na podium, myślałam, że miłość Szeryfa do Mary 

weszła w jakieś stadium galopujące, że nie zamierza jej opuścić ani na krok, bo lazł za nią na 

background image

estradę. Tłumnie w świetlicy akademika zgromadzona publiczność profilaktycznie urządziła 

nam   coś   w   rodzaju   owacji,   kłaniałyśmy   się   wskazując   na   Władka,   Władek   wstawał, 

wskazywał na nas - teatr Wielki Opery i Baletu, takie maniery. A tu Szeryf pakuje się w 

środek i też się kłania, we własnym imieniu. Kwintet przez zaskoczenie.

- Zgłupiałeś? Szoruj stąd - szepnęłam wbijając mu łokieć między żebra.

- Śpiewam z wami, opanuj się, ludzie patrzą - on mi na to.

- Zjeżdżasz czy nie? - zapytałam i bezradnie spojrzałam na Władka.

Widownia  uciszyła  się, Władek miał minę  pod tytułem  „co teraz  zrobić” i zaczął 

przygrywkę. Wszystko byłoby dobrze, zniosłam nawet to, że Szeryf ryczy mi nad uchem jak 

dorzynany baran chcąc przekrzyczeć nas cztery, ale miałam nieszczęście spojrzeć na niego. 

Otwierał gębę bardzo szeroko i stamtąd wypuszczał w eter swoje słowicze trele, a ponieważ 

nie   znał   słów   piosenki,   patrzył   na   nas   z   góry   kątem   oka,   żeby   wiedzieć,   kiedy   tę   gębę 

zamknąć. Kiedy doszedł do wniosku, że czas najwyższy, robił to bardzo gwałtownie i jak 

usłyszałam   taki   mlask   -   nie   dałam   rady.   Kropnęłam   śmiechem,   a   za   mną   cały   zespół. 

Frenetyczne   oklaski.   Kiedy   umilkły,   Władek   wstał   i   przeprosił   „w   imieniu”,   oklaski, 

przygrywka, przysięgłam sobie, że będę myśleć o jakimś pogrzebie, że ludzie w Indiach są 

głodni, że faszyści maltretują patriotów, że są trzęsienia ziemi - na Szeryfa nie spojrzę. I tak 

śpiewaliśmy   z   minutę.   Przy   słowach   „a   motor   tak   huczy,   dudni   basem   ponad   mostem” 

wyobrażam sobie biedną, zziębniętą staruszkę, która nie ma nikogo na świecie. I moje oczy 

kurczowo uczepione sufitu ześliznęły się nieco w dół i spadły na gwałtownie przepychającą 

się przez tłum Agnieszkę. Myślałam o chorych w szpitalach, których nie ma kto odwiedzić. 

Agnieszka podeszła do sceny z głębokim westchnieniem: „Jezus Maria, a ten co tu robi” - i to 

był już koniec. Dalej mlaskał solo Szeryf, żeńska część kwintetu dostała ataku. A kiedy już 

ucichł   i   Władek,   Szeryf   ruchem   maestro   kazał   mu   akompaniować   dalej   -   chłopaczyna 

przyłączył   się   do  naszego   rżenia.   Szeryf   jedyny   na  estradzie   był  w   pozycji   stojącej,   my 

byłyśmy zwinięte w kłębek. Takiego śmiechu nie da się opanować, chyba żeby człowiek 

skonał. Zanosiła się ze śmiechu cała sala i najprzedniejszego sortu satyryk czy komik mógłby 

nam pozazdrościć reakcji na artystyczne produkcje. Zeszliśmy ze sceny przy huraganowych 

wiwatach. Losy kwartetu uległy zawieszeniu, ale pocieszałyśmy się, że choćby nas nawet 

rozwiązali, wycofujemy się w glorii sławy, odchodzimy w zenicie powodzenia, jak niektórzy 

mądrzy sportowcy po zdobyciu mistrzostwa świata. Kwartet pękł i nie udało się go już skleić 

ponownie.   Przestano   nam   dowierzać,   czy   aby   na   pewno   uświetnimy.   I   po   dwóch   latach 

przypomniano   sobie,   że   „koleżanka   Sagowska,   która   nie   umiała   się   poważnie   zachować 

nawet na pewnej akademii i przez którą uległ rozwiązaniu kwartet wokalny grupy czwartej...” 

background image

No,   proszę   mi   pokazać   palcem   miejsce,   w   którym   świadomie   prowokowałam   los. 

Pozwalałam się niekiedy wieść fali, nastrojowi, to prawda. To błąd. Ale zbrodnia i kara się 

niewspółmierne.

Nawet taka rozsądna - zbyt rozsądna - osoba jak moja mama, miała zupełnie błędne 

wyobrażenie   o   warunkach,   w   jakich   ja   studiuję.   Uważałam   zawsze,   że   jedynym   nie 

przemyślanym   występkiem   mamy   byłam   ja.   Dziedzictwo   nie   jest   jednak   dominantą   w 

kształtowaniu   osobowości,   w   przeciwnym   razie   musiałabym   być   bardziej   równa   w 

postępowaniu. I nawet taka (na ogół obiektywna w jakiś bardzo suchy sposób) osoba jak 

mama,   mogła   wierzyć   choć   przez   chwilę   w   te   banialuki,   jakie   się   szerzyły,   że   teraz   na 

uniwersytecie   ważniejsza   jest   pozycja   w   organizacji   niż   konkretna   wiedza.   To   absolutna 

nieprawda, ale... owszem, pozycja była ważna. Taką najbardziej zasadniczą rozmowę w życiu 

przeprowadziłam z mamą, kiedy przyjechała po liście w sprawie Honoraty. Strzeliła zza rogu, 

do człowieka odwróconego plecami. Honorata Honoratą, a życie toczyło się wartko. Tak jak i 

teraz, Lilka - Lilką, a oni tam wszyscy...

Mama przyjeżdżała czasem do Warszawy na jakieś konsultacje laryngologiczne, ale 

wtedy zawsze znałam termin przyjazdu, wiedziałam, że przy okazji zajdzie do akademika. 

Tym razem zrobiła to bez uprzedzenia. Przyszła po południu, kiedy nasze życie zaledwie się 

rozwijało, ale tego dnia właśnie rozkwit był już w daleko posuniętej fazie. Na stole stała 

butelka   po   winie   kirkor,   w   musztardówkach   i   słoikach   czerwieniały   żałosne   resztki   tego 

nektaru,   z   patefonu,   który   przynieśli   chłopcy,   wydobywały   się   chropowate   dźwięki,   a 

Agnieszka dla uzyskania bardziej ognistego tempa popychała płytę palcem. Maria tańczyła z 

Szeryfem, który obejmując ją namiętnie, coś nucił. Halina siedziała na łożu z ręcznikiem na 

głowie,   bo   miała   mokre   włosy,   a   wpatrzony   w   nią   wielbiciel   z   konserwatorium,   Janko-

Muzykant (co można było poznać już po repertuarze), podśpiewywał zupełnie nie w rytmie 

panującej   nad   pokojem   samby:   „O   gdybym   został   wodzem   i   sny   me   się   spełniły...   tylu 

mężnych wieść do boooooooooju! Na pole chwaaalyyy! Boooska Aidooooo...!” Boska Aida 

mrużyła oczy i pociągała z musztardówki. Pelagia równiutko i sztywno siedziała naprzeciw 

faceta, który wtedy bawił u nas po raz pierwszy. Patrzyli w podłogę i tylko czekałam, kiedy 

zaczną tupać nóżką z tego oczarowania. My ze Stasiem leżeliśmy na łóżku parterowym pod 

baldachimem piętra i snuliśmy plany wakacji. Dymna zasłona uniemożliwiała mi dokładną 

obserwację  Kosińskiego,  który  krzątał  się  koło   kartonu,  w   którym   niekiedy  trzymałyśmy 

chleb. Kosińskiego miałam nieszczęście spotkać w tramwaju i, naiwna wariatka, rzuciłam mu 

się na szyję. Tak się ucieszyłam, że podałam mu adres, niepomna, że będę zmuszona wraz z 

Ludową Polską ponosić koszta jego utrzymania, choć już teraz podpowiadać mi nie mógł, bo 

background image

studiował   geodezję.   Ustawiłam   się   więc   na   filantropkę.   Przykleił   się   na   beton. 

„Życierozkosząąąopromieńmi”   -   proponował   Jaś   Aidzie.   „Mierzy   z   colta   prosto   w   okna 

farmera, samba cichnie, światło gaśnie. Tom strzela” - ujawnił nieoczekiwanie swój wokalny 

talent Kosiński. Do tego gniazda „rozpusty” weszła mama. Być może pukała.

- Mama! - ucieszyłam się naprawdę, ale zmroziła mnie natychmiast.

- Zaraz się z wami przywitam, tylko oczy mi się przyzwyczają do dymu.

- Wietrzymy przed snem.

Patefon z przedśmiertnym żałosnym skowytem zamilkł.

- Bardzo mi miło - mówiła mama, kiedy jej przedstawiłam kompanię. - Smaczne to 

wino? - zapytała.

- Świetne - powiedziałam przez zaciśnięte zęby.

- A przy tym ma kolosalną zaletę. Tanie.

- A rzeczywiście. Siedemnaście złotych butelka.

- Na waszym miejscu pijałabym jakieś wytworniejsze trunki.

- Nas nawet na takie nie stać, ledwośmy się złożyli na tę flachę. Koniec miesiąca.

- To istotnie jesteście zmuszeni pić takie.

- Może nam zafundujesz taki wytworny trunek?

- Bardzo chętnie. Gdyby któryś z panów...

- Ja pójdę! - nie wytrzymał wojny nerwów Kosiński.

- Zechce pan kupić butelkę malagi, butelkę wermuthu i kieliszki.

- Mama, po co nam kieliszki. To już lepiej szklanki. Przydadzą się do herbaty.

- I szklanki. Dobrze.

Myślałam, że Józek kupi za cały banknot jałowcowej kiełbasy, ale się nie odważył. 

Piliśmy te wytworne trunki drobnymi łyczkami, prowadząc taką bardziej naukową gadkę: „A 

jak   studia,   panno   Agnieszko?   Który   rok   konserwatorium?   Klasa   śpiewu?   Na   polonistyce 

zdaje   się   jest   starocerkiewny?   Panie   tu   same   sprzątają?   Dlaczego   na   tym   krawacie   wisi 

dziesięć złotych? Ciepła woda dwa razy w tygodniu?”

Kiedy przyjeżdżała matka Marii Kowalskiej, to przywoziła kotlety i ciasto, coś nam 

zawsze ugotowała, jakichś kopytek albo pierogów. Agnieszce mama przysyła własnoręcznie 

pieczone mięsa, ślicznie zapakowane, jakieś pierniki. Do Haliny matka pisała: „Noś ciepłą 

bieliznę, córeczko, moje kochanie”. Pelagia dostawała co miesiąc słój pysznego smalcu. Moja 

mama przywiozła mi eleganckie rękawiczki z miękkiej skórki, których przecież nie zrobiła na 

drutach w długie zimowe wieczory z myślą o jedynym dziecięciu?

- Zapłaciłaś tą setką morał: „Jak się szuka rozrywek, to w dobrym gatunku”? Czy 

background image

chciałaś   nas   upokorzyć?   Potrącisz   mi   to   pierwszego?   -   Mamę   niełatwo   wyprowadzić   z 

równowagi:

- Nie. Zwyczajnie chciałam was poczęstować.

-   Chciałaś   więc   być   miła,   bo   wiesz,   że   nie   masz   wpływu   na   moje   życie?   - 

wysiadłyśmy z trolejbusu na Krakowskim Przedmieściu.

- Nie chcę nawet mieć wpływu. Nie jesteś dzieckiem. Chociaż czasami mogę ci się 

przydać, co?

- Mama, dlaczego my się ciągle jakby zwalczamy, wytłumacz mi to? Nie mylę się? - 

wchodziłyśmy do kawiarni „Telimena”. Mama wybrała stolik stojący trochę na uboczu, co mi 

dało   do   zrozumienia,   że   może   dojść   do   jakiegoś   kazania,   choć   to   nie   leżało   w   mamy 

zwyczajach.   Zamówiła   kawy,   dwa   kremy,   zapaliła   papierosa   ignorując   mnie   po   prostu 

odruchowo,   potem   się   jakby   zastanowiła   i   wyciągnęła   w   moim   kierunku   papierośnicę. 

Odmówiłam, nie chciałam jej niczym rozdrażnić, bardzo mi zależało na Honoracie. Pamiętam 

jej rozbiegane oczy, które za jedyny punkt oparcia i koncentracji wybrały moją twarz.

- To nie my się zwalczamy, córeczko (ta „córeczka” mnie zupełnie zatkała, to była w 

ustach   mamy   premiera),   to   ścierają   się   twoje   wyobrażenia   o   życiu   z   moją   pewnością   w 

niektórych sprawach.

I tu raz mamę przychwyciłam na autentycznym strachu o mnie, choć nie wiedziałam, 

czego ten lęk dotyczy, kirkora, Stasia pod baldachimem, dymu tytoniowego, egzaminów czy 

mojego sposobu odżywiania się. Mama zapaliła drugiego papierosa natychmiast po zgaszeniu 

pierwszego (czego nie robiła nigdy), wypiła od razu całą filiżankę kawy (co robiła stale), i 

zaczęła mówić patrząc na salę, chociaż zawsze przewiercała mnie wzrokiem, przez co nigdy 

właściwie nie kłamałam i ten fakt tak mnie denerwował, że w rozmowach byłam na ogół 

agresywna, zaczepna. I tak patrząc gdzieś na ścianę, powiedziała bardzo spokojnie:

- To o ciebie chodzi?

- Z czym niby? - nie pojęłam.

- W tym liście, który wczoraj od ciebie dostałam.

- Co ty - prychnęłam - o Honoratę. Nie znasz jej, taka jedna z SGSZ. No wiesz... - 

uznałam za stosowne być urażona. Teraz już oczy mamy znowu zaczęły mnie „wiercić”, 

zrozumiałam, że jest w tym ogromna ulga, powrót do stanu normalnego i „córeczka” już się 

nie powtórzy. Powinnam być za to wdzięczna, za ten udany spokój w głosie, ale z niejasnych 

dla   mnie   przyczyn   zawsze   mnie   irytowała   okazywana   mi   wspaniałomyślność.   Chyba   do 

czasu, kiedy ją otrzymywałam. Później... teraz zrozumiałam, że to, mądrze podane, jest czymś 

bezcennym, niezastąpionym.

background image

- Odetchnęłaś z ulgą, że to nie ja? Ostatecznie, jakaś obca dziewczyna... - zaczęłam 

prowokacyjnie, ale biegiem się wycofałam z tego toniku, bo się przelękłam, że wrócę do 

Honoraty z kwitkiem - gdybyś mogła, to potraktuj tę sprawę tak, jakby to mnie się zdarzyło, 

proszę cię. Znów tak bardzo swoimi prośbami cię nie obarczam. Bo przecież mnie także 

mogłoby coś takiego spotkać.

- O tej Honoracie porozmawiamy potem. Powiedziałaś, że ciebie mogłoby coś takiego 

spotkać. Lilka, kiedy wyjeżdżałaś na studia, byłam o ciebie bardzo spokojna. Teraz nie. Nie 

znam cię tak jak wtedy i nie wiem, w jakim to wszystko idzie kierunku.

- Pewną moralność posiadam - wyjaśniłam.

- Co z Michałem?

- Właśnie ta moja pewna moralność kazała mi się z nim rozstać. Nic już do niego nie 

czułam, a on mnie ciągnął do łóżka, o przepraszam, wiesz, my nazywamy rzeczy zwyczajnie, 

ale zapewniam cię, że wcale nie jesteśmy takie wulgarne. Więcej w tym fasonu niż prawdy.

- Szkoda, że fason zwycięża. To może niekiedy przytłumić ładne sprawy. Zniszczyć.

- Wiem o tym. Ja sobie na to nie pozwolę, zapewniam cię.

- Kim był ten młodzieniec, z którego objęć wyrwałaś się na moje powitanie?

- Przede wszystkim nie z objęć, tylko leżeliśmy koło siebie, bo tyle krzeseł nie ma, 

żeby wszyscy goście siedzieli. Staś, z malarstwa.

To naprawdę bardzo niewinna znajomość. Staś jest cudownym chłopcem. Cudownym. 

Taki koleżeński. Nieśmiały. Wybieramy się na obóz wędrowny, ale ja, ja chyba nie pojadę - 

westchnęłam.

- Dlaczego?

- Z różnych przyczyn.

- To znaczy, z jednej? 

- Owszem, z jednej.

- Dowiem się?

- Nie - powiedziałam, choć bardzo chciałam, żeby trochę po-nalegała. Nie zrobiła 

tego, a sama nie chciałam się pchać ze zwierzeniami. Musiałam więc trochę podrażnić jej 

ciekawość: - Własnej matce nie mówi się takich rzeczy.

- Idiotka, absolutna idiotka - dowiedziałam się opinii chyba  o mnie, choć to było 

powiedziane bezosobowo. - A komu? Dopiero wtedy, kiedy już trochę późno, prosi się o 

pomoc przyjaciółki.

- Wiesz sama, że są pewne sytuacje, w których  telefonować do matki z prośbą o 

pozwolenie nie można - wysiliłam się, choć jakiś mróz mi przeszedł po sercu, że tak brzydko 

background image

o tym mówię. Mama nie zwróciła na to, na szczęście uwagi.

- Byłaś w takiej sytuacji?

O, gdzie się zapędziłam. Chciałam tylko powiedzieć mamie o Remim, chciałam się 

dowiedzieć, dlaczego, skoro tak bardzo go kocham, znajduję w życiu miejsce dla Stasia, dla 

całej paczki, chciałam się dowiedzieć, czy to uczciwie, jak dalej powinnam postąpić, ale to 

wszystko znów by sprowadzało rozmowę na „pewne sytuacje”, a o tym mówić nie chciałam.

- To znaczy, byłaś - powiedziała mama - jeśli cię nie stać na rzeczywistą odpowiedź. 

Dobrze, że nie kłamiesz.

- Jestem zakochana.

-   Od   piętnastego   roku   życia   byłaś   zakochana.   Dlatego,   wiesz,   paradoksalnie,   ale 

dlatego byłam o ciebie spokojna. Myślałam, że nie zaskoczy cię jakieś gwałtowne uczucie, że 

w to wejdziesz jak w coś bardzo sobie znanego i w związku z tym znajdziesz trochę czasu na 

myślenie. Pomyliłam się?

- Nie. Ale nie porównuj jakichś tamtych zakochań z tym, co jest teraz.

- Och, ty głuptasie - powiedziała to bardzo ciepło - no i co? To jest naprawdę miłość?

- Tak. Naprawdę.

- A jak godzisz te rozrywki w pokoju z tą „naprawdę miłością”?

- Mama, bez lekceważących  tonów. Ale trafiłaś w sedno. Chciałam o tym  z tobą 

porozmawiać. Poważnie jednak, bez kpiny w twoim głosie.

- O, z pazurami. To trochę groźne? Zawsze pozwalałaś mi się nieco podśmiewać. 

Dlatego tak powiedziałam. Przecież nie chcę cię dotknąć ani urazić. Tylko widzisz, naprawdę 

miłość   poznasz   po   tym,   że   będziesz   chciała   być   tylko   z   nim   i   wszystko   inne   będzie 

dodatkiem, marginesem, choć przez pewien czas.

- Mamo, to jest tak i nie tak. Chcę być tylko z nim, lecę na spotkanie jak szalona, 

bardzo mi z nim dobrze, ale  jak jestem z nim długo, powiedzmy  pięć dni, to zaczynam 

myśleć, co tam robią ci i ci, i jak to wszystko wygląda beze mnie. Chciałabym tam wpaść 

choć na chwilę, zobaczyć i szybko wrócić. A on tego nie rozumie, boi się, że mam z nim 

puste chwile, jest zazdrosny o tę jakąś nie znaną mu egzystencję, której skomplikowanych 

tajników   nie   usiłuje   nawet   zgłębić,   wobec   tego   je   bagatelizuje,   usiłuje   mnie   od   tego 

odciągnąć.   Jest   na   tym   szczęśliwym   etapie,   że   mogę   się   dla   niego   wyrzec   wszystkich   i 

wszystkiego, no, prawie wszystkiego. Ale, gdyby uznać, że to, czym żyłam przed poznaniem 

go, to były  błahostki,  musiałoby być trochę przykro,  nie uważasz? Tyle  czasu poświęcić 

błahostkom. Widzisz, on jest ode mnie o siedem lat starszy, to może kiedyś później, kiedy się 

pobierzemy,  nie będzie stanowić różnicy wieku. Teraz stanowi. On ma już zupełnie inne 

background image

kwestie do rozstrzygania na co dzień niż ja. Praca, służbowe wyjazdy, urządzanie mieszkania, 

dozowane   rozrywki,   planowane   głównie   na   sobotę,   rozumiesz!   U   nas   jest   wszystko 

żywiołowe.   Bardzo   go   kocham,   ale   nie   potrafię   kochać   bezkrytycznie.   Nigdy   tego   nie 

potrafię. Zawsze widzę. Ale nie myśl, że to „zawsze widzę” jest w jakiś sposób skierowane 

przeciwko niemu. Nie. Nawet przeciwko mnie, wyobraź sobie. Uważam, że będę musiała ja 

się przystosować, ja zmienić model życia, bo studenckiego fasonu nie da się przeciągać na 

lata, a jeśli nawet, to zacznie razić i śmieszyć. Kiedy rozumuję na zimno, to doskonale mi się 

wszystko  układa.  Lecz  kiedy jestem na uczelni  czy w  akademiku,  bardzo  łatwo daję  się 

wciągnąć w nasze życie. „Daję się wciągnąć” to nie jest ścisłe, przecież ja w tym tkwię 

jeszcze bardzo mocno. Często mu opowiadam o wszystkim, ale wtedy dochodzi czasem do 

scen wręcz groteskowych. Często się pytamy siebie nawzajem: „O czym myślisz?” Kiedyś 

odpowiedziałam:   „O   strajku   dokerów”.   Mama,   ja   myślałam   że   on   dostanie   konwulsji   ze 

śmiechu.   Inna   rzecz,   że   sytuacja   nie   usprawiedliwiała   zadumy   nad   strajkiem   francuskich 

dokerów, którzy nie chcieli ładować broni na statki płynące do Wietnamu, ale wiesz, jakie to 

są myślowe przeskoki: jak go kocham, że chciałabym być z nim znów nad morzem, potem że 

Bałtyk jest zimny i znacznie lepsza byłaby Riwiera, to już jesteśmy we Francji, a właściwie 

tego dnia rano była masówka w związku ze strajkiem dokerów i zaczęłam kalkulować, że 

nasze głosy solidarności, mimo że nie mają żadnego praktycznego znaczenia (chociaż tak 

wszystkie, zebrane razem?), to są przynajmniej manifestacją cholernie ładnej postawy. I w 

tym momencie Remi zapytał...

- Mój Boże, Lilka.

- Domyślam się, że to ubolewanie nie dotyczy dokerów, tylko mnie?

- Przyszła sytuacja, w której nie mam nic do powiedzenia. A kiedy się upewniłam, że 

to nie o ciebie chodzi, sądziłam, że zdołam cię jeszcze ochronić.

- Przed czym? Czy widziałaś taką matkę, której by to się powiodło? Kiedyś to się 

musiało stać - powiedziałam zaczepnie.

- Czy widziałaś taką dziewczynę, u której od tego momentu, choćby był najbardziej 

ładny,   szczęśliwy,   nie   rozpoczęłyby   się   komplikacje,   których   przedtem   nawet   wyobrazić 

sobie nie mogła?

- Jakoś u mnie...

-   Ależ   tak.   Mówisz   chaotycznie,   szybko,   nie   mogę   z   tych   fragmentów   naturalnie 

zbudować całości. Ale to wystarczy, żeby widzieć w tym źródło dużych komplikacji. Dużych. 

Kto to jest?

-   Najukochańszy,   najlepszy,   najbardziej   wartościowy   człowiek   na   świecie.   Chyba 

background image

mnie nie posądzisz o przypadkową historię. Ostatecznie Michał mi się podobał w stopniu 

zupełnie przyzwoitym, ale wiedziałam, że to nie to.

- No tak. No tak. No tak. Lilka, nie chcę go poznawać, nie chcę z nim rozmawiać. 

Boję się, że to się stało za wcześnie, że psychicznie do tego nie dojrzałaś. Wierzę, że go 

kochasz, wierzę, że inaczej nie zrobiłabyś tego. Ale widzę, że nie stać cię na przekroczenie 

bariery w sposób całkowity. Żal ci tego wróbelkowatego życia i to jest zrozumiałe, w twoim 

wieku, Lilka... Nie udzielę ci żadnych rad. I tak wszystko musisz przeżyć sama. Tylko nie 

bądź taka narwana, ale przepraszam, tu już się zaczynają rady. Nasz układ jest nadal aktualny, 

indeksu sprawdzać nie będę. Jeśli coś oblejesz, to nie bój się braku dopływu gotówki. Ale w 

ciągu   pięciu   lat   od   pierwszego   miesiąca   studiów   musisz   się   usamodzielnić.   To   jest 

wystarczająco   długi   okres   czasu,   żeby   zrobić   dyplom.   Później   pomagać   ci   nie   będę,   nie 

dlatego, że nie będę mogła, tylko dlatego, że nie będę chciała. To nie jest żaden szantaż 

ekonomiczny. Tak postanowiłyśmy kiedyś  i tak będzie. Masz wszystko, wszystkie szansę 

zdobycia zawodu. Prócz tego, co ci przysyłam miesięcznie, dwa razy do roku będę ci dawać 

pięćset złotych  na szmatki - tu moim oczom ukazał się malowany banknot - wyłączając 

zimowy płaszcz. Widzę, że już nie nadążę za twoim gustem, nie chcę ci kupować rzeczy 

niepotrzebnych, takich, które rzucisz w kąt.

- Z butami? - zapytałam z przerażeniem.

- Z butami i z bielizną. To wystarczy. Możesz w wakacje pracować, dorobić sobie - 

mama mówiła za szybko. Rozumiałam, że gwałtownie chce zmienić temat.

- Znam to źródło, owszem.

- Lilka... no, a jak tam twoje pisanie? - przysięgłabym, że mama się powstrzymała 

przed morałem - czytałam jednak wydrukowane twoje nazwisko.

- Kiedy jesteś złośliwa, to czuję pod nogami mocny grunt. Owszem, odrzucili mi 

opowiadania i nie mieli na tyle taktu, żeby tego nie ogłosić w swojej szmatławej gazecie. Dali 

ten nekrolog: „Lidia Sagowska. Nie skorzystamy”.

- Gdyby wydrukowali opowiadania, to gazeta oczywiście nie byłaby szmatława? I od 

tej   pory   nie   napisałaś   już   nic?   Łatwo   się   zniechęciłaś.   Po   pierwszym   niepowodzeniu. 

Pamiętasz, jak dawniej często wykrzykiwałaś: „Martin Eden!”

- Chcesz, żebym opowiedziała całą tę aferę?

-   Jestem   gotowa   wysłuchać.   Kiedy   przeczytałam   to   w   gazecie,   wiedziałam,   że 

przeżywasz to bardzo ciężko, bo przecież akurat tobie, a niby dlaczego, wszystko musi się 

udać.   Uwierz   mi,   Lilka,   że   to   się   stało   lepiej.   Zaczęłabyś   się   natychmiast   traktować   jak 

pisarka, to by cię trochę zdemoralizowało.

background image

- To by mi tylko dodało zapału.

- Nie.

-   Tak.   A   po   tym   rzuciłam   wszystko   w   kąt.   Kiedy   chłodno   przeanalizowałam   tę 

odmowę, nie mogłam nie schylić głowy przed ich rzeczowością. Byłam tam, rozmawiałam. 

Jesteś   dobra,   że   chcesz   wysłuchać   tego   smutnego   monologu,   bo   to   piekło,   bolało.   Nie 

należało do rzeczy, z których się zwierzałam przyjaciółkom. Kiedy się wybierałam na studia, 

to naturalnie głowę miałam pełną projektów, czym to ja tam będę, ale zawsze, tak najgłębiej 

tkwiło, że będę pisać. Że na studiach zdobędę trochę wiedzy, obycia naukowego, że to będzie 

taki   przedpokój   do   dalszych   rozległych   zainteresowań,   chociaż   nie   bardzo   potrafiłam 

sprecyzować, jakich. Zaraz po przyjeździe do Warszawy rzuciłam się na bibliotekę i tam 

wykombinowałam, że nie chcę studiować psychologii. Zmieniłam wydział.

- Nigdy mi nie wyjaśniłaś, dlaczego.

-   To   skomplikowane.   I  kwestia   osobna.   Nie   żałuję.   Nigdy  wprawdzie   nie   czułam 

czegoś takiego, co nazywają natchnieniem, może muza koło mnie przechodziła, ale mnie nie 

dotykała. No, nigdy tak głośno nie klapnęła w policzek. Zawsze wszyscy mi mówili, że mam 

niezmierną łatwość pisania, polonistki, adresaci moich listów i tak dalej. Jakbym szuflą brała 

słowa z jakiegoś worka, niedbałym  ruchem rzucała je na papier, a one się tam już same 

układały w zgrabnym szyku. Ci wszyscy mylili się, i ja wiedziałam o tym od początku. Ta 

łatwość   pisania,   poganianie   ręki,   prędzej,   prędzej,   żeby   zdążyć   za   myślą.   Czy   ty   mnie 

słuchasz? To nie ma nic wspólnego z łatwością.

- Bardzo mnie to interesuje.

-   I   ta   szybkość   pisania,   zorientowałam   się   podczas   licznych   prób,   jest   wściekle 

wyczerpująca.   Żeby   zaistniała   w   ogóle,   musi   być   absolutna   psychiczna   koncentracja,   a 

zgódźmy się, że to nie jest przewodnia cecha mojego charakteru. Wiedziałam, że będę miała z 

sobą masę kłopotów w tym względzie. I nie można być długo w takim napięciu, to boli. 

Także   nie   myśl,   iż   wszystko   wyobrażam   sobie   różowo   i   łatwo,   to   sobie   zastrzegam,   bo 

później, po moich mądrych  rozważaniach przyszły smarkackie postępki. Na temat talentu 

miałam   własną   teorię:   talent   jest   oryginalnym   przetworzeniem   rzeczy   nieoryginalnych, 

własnym dyskutującym spojrzeniem na rzeczy widziane i zasłyszane. Teraz już nie wiem, 

czym   jest.   Może   zbyt   oryginalnie   przetworzyłam   te   rzeczy   niezbyt   oryginalne.   Albo 

odwrotnie.   Wiesz,   oni   mnie   przyjęli   tam   nawet   życzliwie,   kiedy   poleciałam   zrobić   tę 

awanturę,   bo   niby   dlaczego   cała   Polska   miała   się   dowiedzieć,   że   „nie   skorzystają”. 

Oczywiście nie wiedziałam, że drukując ten nekrolog wysłali do mnie jednocześnie list, w 

którym mnie zapraszali do redakcji. Później już zbyt daleko zabrnęłam w ośli upór i nie 

background image

mogłam   opuścić   pozycji   niedocenionego   talentu.   A   jeszcze   później   zarzuciłam   myśl   o 

pisaniu. Nie na zawsze, ale na pewien czas. Najbardziej mnie dotknęli ci mecenasi, którzy 

mojej   pasji   starali   się   otrzeć   łzy   frazesem   o   pewnej   świeżości.   Wiedziałam,   że   tak   się 

elegancko   spławia   delikwentów.   Jeśli   uchylimy   okno   w   koszmarnie   zadymionym 

pomieszczeniu, to także poczujemy pewną świeżość, ale ile potrwa wietrzenie, jeśli okna nie 

zdecydujemy się otworzyć od razu na oścież? Coś takiego tam wygadywałam w redakcji, 

połykając łzy i srogim głosem domagając się zwrotu bezcennego maszynopisu. To było rok 

temu, teraz zachowałabym się prawdopodobnie inaczej. Tak, masz rację, myślałam, że mi się 

powiedzie.   Nie   znaczy   to,   że   rozsadzała   mnie   duma,   kiedy   czytałam   swój   tekst,   tylko 

wydawał mi się nie pisany pod nikogo, nie był kompilacją tego, co przeczytałam, no i był 

odpowiednio udziwniony, żeby musiał zastanowić. Natychmiast to ci rutyniarze wychwycili, 

skąd? No, to był literacki tygodnik, drukowali się tam nasi sławni, a tu nagle Sagowska się 

wpycha, nie uważasz. Myślę, że błędnie odczytali mój list. Bo ja napisałam: „W trosce o 

poczytność   Waszego   tygodnika,   zezwalam   na   druk   mojego   tekstu,   który   w   załączeniu 

przesyłam. Cześć pracy”. Może myśleli, że to jakaś zarozumiała osoba, może nie wyczuli za 

tym trwogi, szacunku, fasonu. Wolałam coś takiego, niż wypisywać, że miałam ciężkie życie, 

gnębiła mnie sanacja, a teraz chcę tworzyć dla dobra ludu pracującego. No, ale to nieważne, 

ciągle   zahaczam   o   inne   dziedziny.   Przyjął   mnie   tam   taki   siwy   pan,   który   usiłował   mi 

wytłumaczyć,  żebym  trzymała  się ustalonych  rodzajów,  „pisała  prosto,  prościej,  znacznie 

prościej” i w moich opowiadaniach? esejach? felietonach? (tak się głośno pytał sam siebie, co 

to   właściwie   jest)   albo   zlikwidowała   mgliste   zarysy   fabuły   -   to   byłyby   felietony,   albo 

zbudowała   fabułę,   żeby   to   były   opowiadania.   Chwalił   niektóre   pomysły.   Ja   mu   na   to 

powiedziałam, że podważanie kanonów to nie jest od razu rewolucja, tylko coś zwyczajnego i 

piszę   tak,   jak   uważam   za   stosowne.   I   tak   będę   pisać.   Byłam,   wiem,   obrzydliwym 

smarkaczem, bo on nie musiał mi poświęcać czasu, ale jak już weszłam na jakiś tor, za wielki 

dyshonor uważałam trochę z niego zboczyć. Coś z tego zresztą we mnie przetrwało. To nie 

był głupi facet, rozumiał mnie trochę i na moje wstrząsające przemówienie dobrotliwie kiwał 

głową. Czekałam tylko, kiedy mi każe się uczyć i już miałam w myśli listę nazwisk pisarzy, 

którzy koło uniwersytetu nawet nie przechodzili, a piórem machali wcale nieźle. Niestety, 

zawiódł mnie, nie kazał się uczyć, natomiast starał się mnie zapewnić, że „coś w tym jest” i 

żebym zajrzała do redakcji za parę lat. To mnie rozwścieczyło znowu, bo ja chciałam już, 

ćwiczenie się w cierpliwości pozostawiałam mniszkom. A najgorsze było to, że moje oczy 

były inspirowane poczuciem klęski i lały łzy, więc wyjaśniłam, że odmowa mnie wcale nie 

dotknęła,   skądże,   że   niemal   przynosi   mi   zaszczyt,   tylko   płaczę   ze   złości,   bo   mnie 

background image

skompromitowali drukując moje nazwisko. I że parę osób rozchoruje się z radości. Miałam na 

myśli ciebie i Michała, ale głównie ciebie, bo Michała o tygodnik literacki posądzać trudno.

-   Nie   cieszyłam   się.   Wiedziałam,   że   to   dla   ciebie   większy   cios   niż   nauczka. 

Przynajmniej tak doraźnie.

- Kiedy mi oddali te arcydzieła, przedarłam je na kilka kawałków i wrzuciłam do 

kosza przy latarni. W pierwszym momencie poczułam się wyzwolona i lekka, coś już miałam 

w życiu rozstrzygniętego, a potem było jeszcze bardziej przykro. Tak, to była wielka klęska. 

Wytarłam twarz szalikiem, bo łzy mi leciały jak dojrzałe gruszki z drzewa i przysięgłam 

sobie, że zarzucam to na razie. Później przez jakieś dwa miesiące pozowałam sama przed 

sobą na osobę bardzo skupioną i poważną, tylko teatr, filozofia, biblioteki, komentarze do 

naukowych podręczników robione w zeszytach, pławienie się w cudownym przeświadczeniu, 

że ktoś nie docenił osoby tak wybitnej i jak bardzo tego kiedyś będzie żałował. Później, 

później... znowu pochłonęło mnie życie zwyczajne. Teraz już stać mnie na to, żeby spojrzeć 

na tę całą moją literacką kampanię nieco ironicznie. Bo to była cała kampania. Nie tak od 

razu   wysłałam   te   perły   do   redakcji.   Pasjonowało   mnie   to,   że   pozwalało   mi   na   luksus 

odprężenia   się   od   spraw   uczelnianych.   Już   wtedy   zaczęłam   mieć   zatargi   z   Banasiakiem, 

pisałam ci o nim, i nie bardzo mi się tam kleiło.

- Chciałabym trochę o tym...

- Później, dobrze? Chcę to skończyć. Oczywiście w szkole wyobrażałam sobie, że jak 

tylko przyjadę do Warszawy, to tu po ulicy literaci chodzą stadami i marzą, żeby mi udzielić 

wskazówek,   powiedzieć,   jaka   to   technika   byłaby   dla   mnie   najbardziej   właściwa.   Kiedy 

mówiłam komuś, że zamierzam pisać, to albo to zbyt zwyczajnie przyjmował do wiadomości, 

albo   zdradzał   jakieś   odruchy   politowania.   To   drugie   nie   przerażało   mnie.   Przeciwnie, 

uważałam to za wyobcowanie, poczucie odrębności, całkiem niezły start. Moim pierwszym 

czytelnikiem   była   Anna,   bardzo   poważna   i   mądra   dziewczyna,   z   którą   trochę   się 

zaprzyjaźniłam w bibliotece. Anna studiowała już drugi wydział filologiczny, skończywszy 

uprzednio pierwszy. Mądra głowa. Bałam się, że Anna zna zbyt dokładnie kulisy polskiej 

gramatyki   jak   na   moje   potrzeby,   że   będzie   patrzeć   na   tekst   pod   tym   kątem,   ale 

zaryzykowałam.   Była   przyjemnie   zaskoczona.   W   dniu   wygłoszenia   opinii   usiadłyśmy   w 

kawiarni, zafundowałam jej ciastka i kawę - jako łapówkę - ciastek zjadła niewiele, boi się 

tuszy. Wyobraź sobie, że mole książkowe też dbają o linię. Zawsze się zastanawiałam, czy 

ona rano robi dwadzieścia przysiadów. Anna, kiedy żebrałam wzrokiem, żeby mi coś na ten 

temat powiedziała, zaczęła wreszcie. Gramatyki się nie czepiała. Ale, niestety, powiedziała 

mniej więcej to, czego się później dowiedziałam w redakcji, że jeśli chce się tworzyć nowy 

background image

kierunek   w   literaturze,   to   najpierw   trzeba   trochę   poćwiczyć.   Nie   zaprzeczała,   że   to   ma 

indywidualne oblicze, ale nie jest znów takie dobre, żeby zechciano to lansować. Poradziła mi 

pisanie „pod kogoś”, na początek. To ponoć niekiedy przynosi dobre rezultaty, szkoła stylu. 

Coś takiego! Obraziłam się na nią. Wiedziałam, że zamierza zostać krytykiem, no, ale niech 

łaskawie   na   mnie   nie   trenuje.   Zaprosiła   mnie   do   siebie   do   domu,   podała   mi   adres, 

powiedziała,   że   ona   mnie   też   czymś   zaskoczy.   Od   tej   pory   unikałam   jej   w   bibliotece, 

udawałam, że nie widzę jej znaków, jakie mi dawała, kiedy schodziła na dół na papierosa. 

Przedtem dosłownie sprzątaczka wymiatała nas z czytelni, teraz zamieniałam z Anną parę 

zdawkowych słów. Boże, jakaż ja byłam głupia! Ale w dalszym ciągu lubiłam obserwować, 

jak Anna się uczy. Wertowała księgę, wertowała, podnosiła głowę, w oczach jakiś błysk, 

rodzaj uśmiechu - i zaczynała  robić notatki. Była  zawsze skupiona w spojrzeniu, geście, 

nawet w sposobie chodzenia była jakaś powściągliwość. Niezmiernie lubiłam, kiedy miała te 

błyski w wypukłych brązowych oczach. Bardzo mnie interesowała ta dziewczyna, kiedyś ją 

prawie uwodziłam, starałam się być mądrzejsza niż jestem. Później przestała przychodzić na 

Koszykową i tak nie dowiedziałam się, czym to ona może mnie zaskoczyć. Jej rezerwę w 

stosunku do mojej twórczości znosiłam z godnością i kombinowałam dalej. Nie, to był w 

ogóle śmieszny okres. Odrzucałam wprawdzie starannie wszelkie zewnętrzne atrybuty, które 

by mnie pasowały na intelektualistkę, ale za to wyobrażałam sobie naiwnie, że wpadam w 

jakąś manierę literatów, wysiadując w kawiarniach. Często chodziłam do kawiarni w dziurach 

czasu   między   wykładami,   narzucałam   sobie   myślący   wyraz   twarzy,   poświęcałam   się 

rozmyślaniom  i   medytacjom   jak  mnich  buddyjski,  sącząc  przez  godzinę  małą  kawę.  Nie 

muszę ci dodawać, że wybierałam kawiarnie bądź w pobliżu Związku Literatów, bądź takie, o 

których wiadomo, że tu bywa ten i ten. Czasami niebiosa były łaskawe i przy sąsiednim 

stoliku   siadała   jakaś   sława.   Sławy   się   spieszą,   to   zdążyłam   zauważyć.   Czasami   sława 

przejechała nawet po mnie spojrzeniem, a mnie dech w piersiach wstrzymywało to, że sława 

taka zwyczajna. Właściwie wolałabym, żeby każda sława wjeżdżała do kawiarni na Pegazie 

albo   wprost   z   Parnasu   spływała   na   latającym   dywanie.   Często   rozważałam   najbardziej 

delikatne formy brutalnych ataków, ale zanim się na coś zdecydowałam, sława płaciła za 

kawę, odchodziła w przestrzeń, a dla mnie rzecz się kończyła, do następnego szczęśliwego 

trafu. Kiedyś leciałam za jedną sławą płci męskiej przez całą ulicę, wtedy akurat miałam przy 

sobie zeszyt z arcydziełami. Szłam tak dzielnie dość długo i miałam w myśli: „Tylko pan 

może mi powiedzieć, ile to jest warte”. Ale tu replika była zbyt łatwa, na zeszycie była cena, 

pięć złotych osiemdziesiąt groszy, mógł mi to po prostu wskazać palcem. Poza tym uznałam, 

że latanie za przystojnym mężczyzną po ulicy, to już trochę przesadne uwielbienie dla ludzi 

background image

piszących. Mógłby potraktować to jako bardzo osobisty i zgoła nieliteracki sukces. Takich 

nieporozumień wolałabym uniknąć. I tylko z tego powodu przestałam czatować na pewnego 

młodzieńca, który nie tak dawno włamał się z dość dużym hukiem do skarbnicy narodowej, 

miał świetne recenzje i tak dalej. Za często jednak widywałam go w otoczeniu pewnie takich 

jak ja literatek, którym spod rzęs wyzierała zbuntowana namiętność. Kiedyś nawet obejrzał 

się za mną na ulicy, ale przy najlepszej woli trudno było sobie powiedzieć, że ogląda się za 

moim   ewentualnym   talentem.   Brałam   jeszcze   pod   uwagę   różnych   innych,   w   końcu 

przestukałam  te  dzieła  na  maszynie  jednej   babki  z  dziennikarki  i  wysłałam.  Finał  znasz. 

Wrócę do tego kiedyś, ale jeszcze nie teraz. No, co o tym myślisz?

- Gdyby to tylko o tej stronie twojego życia przyszło mi wydać opinię, nie byłaby zła.

- Aha, więc potępiasz...

- Nic nie potępiam. Wróćmy do tej Honorki. Z nikim jeszcze nie rozmawiałam, a sama 

tego nie zrobię, bo nie potrafię i nie chcę. Czy to naprawdę sprawa być albo nie być?

- Naprawdę. Tatuś się ożenił z inną. Nie wiedział co prawda... mamo, proszę cię. To 

biedna dziewczyna. Pojedzie do ciebie, poleży tam trochę i wróci. Nikt się o tym nie dowie. 

Załatw, no, co ona zrobi. Podnieś ją na duchu, bo to desperatka. Będą cię trochę szokować jej 

niektóre wypowiedzi, ale ona w gruncie rzeczy jest bardzo prosta. Wmówiła sobie, że jest 

nikim, bo była i jest jedną z tych najbardziej żarliwych członkiń ZMP, a teraz uważa, że to, co 

chce   zrobić,   jest   przeciwne,   i   jest,   naszej   ideologii.   Ona   ma   naprawdę   wielki   moralny 

konflikt. Pomóż jej.

- Niech przyjdzie jutro o ósmej do mnie do hotelu. Zobaczymy. Porozmawiam z nią. 

Nie wiem, czy ty sobie zdajesz z tego sprawę, co to znaczy... to pierwszy jej taki wypadek?

- Pierwszy, na pewno pierwszy. I zaręczam ci, że ostatni - zaczęłam z zapałem.

- Tego się należy bać, żeby nie ostatni. To wielka tragedia wielu kobiet. Ty także weź 

to pod uwagę. Lilka, posłuchaj...

- Mamo, to sprawa Honoraty, proszę cię.

- Powiedziałam, niech przyjdzie. Skończ już z tym, bardzo tych tematów nie lubię. 

Zobaczę, co to za dziewczyna.

- Ale kiedyś jednej pani chciałaś załatwić. Wiem, bo podsłuchiwałam pod drzwiami.

- To była dorosła osoba.

- Honorata też już głosuje.

- Ja także mam prośbę. Bądź rozsądna i uczciwa.

Kiwnęłam głową. Uczciwa byłam zawsze, tak uważałam, a zadeklarować rozsądek?! 

Mama wyglądała na zmęczoną tymi moimi opowieściami, ale była niezmiernie zadowolona, 

background image

że   rozmawiała   ze   mną   pierwszy   raz   z   pozycji   prawie   równej.   Zaproponowałam,   że   ją 

odprowadzę do hotelu, chciałam się nawet wprosić na nocleg, lecz mama nie zwróciła na to 

uwagi, tylko zadawała właśnie to głupie pytanie:

- Lilka, czy to prawda, że teraz na studiach ważniejsza jest aktywność w ZMP niż 

konkretne wyniki w nauce?

-   Nieprawda   -   rzuciłam   się   -   nieprawda.   I   ty   to   mówisz.   Dajesz   się   nabierać   na 

opowieści  ciotek  w  maglu.  Mamo!  Pozwól,  wytłumaczę   ci,   jak  to  rzeczywiście   jest.   Już 

wyobrażam sobie, jak tam się w inteligenckich sferach na prowincji z lubością rozprawia przy 

brydżu:   „Takie   czasy!   Co   to   za   studia”   itd.   Ty   tkwisz   w   środowisku   tych   prywatnych 

praktykantów, którzy dostają domiary pieniężne, więc są zajadli.

-   Jeden   z   tych   prywatnych   praktykantów   bezinteresownie   pomoże   Honorce,   jeśli 

naturalnie uznam, że będę w tym brać udział. Domyślam się, że ona mu za pewne ryzyko nie 

zaproponuje ekwiwalentu finansowego.

- Mamo! Ona się utrzymuje wyłącznie ze stypendium.

- Nikt od niej nie żąda pieniędzy, tylko chciałam cię przestrzec przed nierozważnym 

potępieniem jakiegoś całego środowiska. No, proszę, nawracaj przedstawicielkę zacofanej 

prowincjonalnej inteligencji.

- Przepraszam, ale nie znoszę tendencyjnego spojrzenia na pewne sprawy. Jeżeli się 

patrzy pod kątem jakiegoś założenia, to zawsze można dostrzec to, co się chce zobaczyć, 

nawet w tym, co jest rzeczywiście inne. A w omawianym przez nas zagadnieniu - wprost z 

dziecinną   łatwością.   Weź   na   przykład   Banasiaka.   Tu   mnie   nie   możesz   posądzić   o 

stronniczość, że niby bronię mojego pokolenia, bo Banasiaka nie cierpię i uważam, że to 

świnia po reinkarnacji. I zapewniam cię, że jestem pierwszą osobą, która by jak najbardziej 

chętnie   rozgłaszała,   że   jego   piątki   są   przede   wszystkim   efektem   jego   aktywności 

organizacyjnej. Wybrałam jako przykład Banasiaka z dwóch przyczyn: jest dosyć wzorcowy i 

ja niekiedy z ogromną satysfakcją dosypałabym mu cyjanku potasu do zupy w stołówce, więc 

jeśli tu zdobędę się na obiektywizm, będzie to miało niepoślednie znaczenie. Właściwie w 

rękach   Banasiaka   jest   na   naszym   wydziale   wszystko:   ZMP   -   a   więc   stypendia,   domy 

akademickie, nawet w dużym procencie czyjeś uczestnictwo na liście studentów. Ma wpływ 

na   uzyskanie   asystentury.   I   teraz   uważaj.   Jeśli   ktoś   ma   wyłącznie   piątki,   ubiega   się   o 

asystenturę,  a Banasiak i jego poplecznicy sprzeciwią się temu z sobie tylko  wiadomych 

przyczyn - ten ktoś asystentury nie dostanie, chyba żeby ściągał tego kogoś profesor - wtedy 

może by się ugięli, ale ja takiego wypadku nie widziałam. Profesor wie, że jeśli ktoś przyjdzie 

za pełną aprobatą ZMP, będzie pierwszorzędnym, obowiązkowym pracownikiem, o rzetelnej 

background image

wiedzy.   To   jest   pewnik.   Średniaka   Banasiak   forsował   nie   będzie,   choćby   średniak   miał 

ankietę   personalną   jak   sam   portret   rewolucji.   To   drugi   pewnik.   Ale   to   są  wysokie   sfery 

studenckie, a ciebie z pewnością interesują szare masy. Tu bywa rozmaicie, ale zasady mniej 

więcej podobne, jak w tym,  co ci powiedziałam przedtem. Słabiutki student, niemalże w 

agonii   swojego   występu   na   uniwersytecie.   Lecz   matka   pochodzi   z   chłopów 

pańszczyźnianych, a ojciec brał udział przed wojną w jakimś strajku, coś takiego. Syn oblewa 

w pierwszym terminie, w drugim, w trzecim. Oblewa komisyjny. Gdyby miał inną ankietę - 

już wylatuje.  A tak - szkoda chłopaka. Wierz mi, że oni z absolutnym  przekonaniem, iż 

wyrównują społeczne krzywdy i niesprawiedliwości, wywierają nacisk na osoby zbliżone do 

katedry i chłopak po cichutku, ale nie zawsze, naprawdę nie zawsze, dostaje jeszcze jeden 

termin,   już   taki   spoza   pragmatyki   studiów.   Aksjomatem   jest,   że   musi   umieć   choć   na   tę 

trójczynę. Nie zostawiają go samego. Na ogół sekretarz grupy, czy ktoś taki bardziej przedni, 

bierze go pod kuratelę i wtłacza mu do głowy program egzaminu. Nie wiem, czy z poczucia 

koleżeństwa, czy po to, aby udowodnić, że chłopak jest istotnie wartościowy, pracowity, tylko 

mało zdolny. Kiedy zda, wtedy się go trzyma, trochę sztucznie. Musi się z tym i tym uczyć, i 

tak dalej.

Powiedziałam: pracowity. Tak, to jest warunek, musi mieć taką opinię. Jeżeli podpadł 

jako bumelant, będą próbować wywierać na niego dobre wpływy, zmuszą go do samokrytyki, 

a jeśli to nie odniesie rezultatów, wyjaśnią mu, że kompromituje ojca i matkę i zostawią 

samemu sobie, co wcześniej czy później skończy się dla niego żałośnie, jeśli rzeczywiście się 

nie poprawi. O tym, że opinia całego nawet kursu, wyrzucenie z ZMP nie rzutuje na sprawy 

egzaminów,   wiem   najlepiej   od   czasów  Tankowskiej.   Ogólne   zebranie   uchwaliło,   żeby   ją 

usunąć ze studiów, wyrzuciło z ZMP. Na studiach została. Zdaje wszystko. Jasne, że się 

trzyma,   że   na   ogół   robi   to   w   pierwszym   terminie,   bo   wie,   że   jej   nie   wolno   stanąć   na 

dyscyplinarce. Dla niej dyscyplinarka - to jest koniec, dla innych - dużo strachu i poważne 

ostrzeżenie.  Wiesz,  na  różnych   wydziałach  różnie  to  wszystko   wygląda,  wiele  zależy   od 

miejscowych kacyków, ale schemat właściwie jest jeden. W każdym razie wszędzie wyniki w 

nauce   punktuje   się   bardzo   wysoko   i   są   ważnym   elementem   w   kształtowaniu   opinii   na 

wydziale. To możesz na swoim brydżu powiedzieć kategorycznie. Ktoś taki nawet trochę 

niepewny, jeśli się dobrze uczy i jest zdyscyplinowany, po upływie jakiegoś czasu staje się 

pewny. Naturalnie, jeśli jest bardzo niepewny, to choćby na wykłady przychodził pięć minut 

przed czasem i zdawał przed terminem, to wszystko będzie odczytywane, że się maskuje i 

chce nam zamydlić oczy. Ale go nie ruszą bez powodu. Oczywiście, zdarzają się wypadki 

jawnej   krzywdy,   kiedy   kogoś   skazuje   się   na   banicję   ze   społecznego   życia   na   podstawie 

background image

przesłanek fałszywych, jakichś wręcz bzdur, ale to nie są wypadki nagminne i uogólniać tego 

nie wolno. Mama, to czy owo, może ci się tu nie podobać, bo studiowałaś w innych, zupełnie 

innych warunkach historycznych. Chętnie przeprowadziłabyś tu jakieś korekty. Ja też. Ale. 

Każda ideologia stwarza swoim wyznawcom pewne rygory. Gdyby było wielu reformatorów 

i wszystkie zgłaszane przez nich korekty miałyby być brane pod uwagę - więcej - wcielane w 

życie, to ta ideologia zmieniłaby się w końcu na jakąś zupełnie inną, zostałyby zaledwie 

popłuczyny po tej pierwotnej i czystej. Zostalibyśmy rewizjonistami, którzy potrafią burzyć, 

ale nie mają lepszych propozycji. Jeśli więc się na ZMP zdecydowałam, to na całość. W 

samej ideologii jest przytłaczająca większość dobra, a ta reszta wynika z nie dopracowanych 

metod   i   ludzi,   którzy   od   początku   świata   mieli   i   mają   właściwości   wypaczania   idei 

najlepszych. To albo ci nadgorliwi, albo ci obojętni, którzy w pewnej chwili przypominają 

sobie   swoje   uczestnictwo   w   jakimś   obozie,   chcą   to   światu   udowodnić   i   robią   to   głupio. 

Wróćmy   do   nauki,   bo   sądzę,   że   to   cię   bardziej   interesuje   niż   moje   prywatne   szkolenie 

ideologiczne.   Otóż   jeśli   jest   dwóch   kandydatów   o   jednakowych   wynikach   w   nauce   do 

jakiegoś zasiłku czy innego rodzaju pomocy z ZMP, a możliwość uzyskania tego jest jedna, 

mówię tak przykładowo, otrzyma to ten z nich, który ma lepszą przeszłość polityczną i teraz 

jest bardziej aktywny. I możesz mnie przekląć, ale ja to uważam za słuszne. Ostatecznie jeśli 

ZMP ma to w swoich rękach, jest sprawą zupełnie naturalną, że w pierwszym rzędzie bierze 

pod uwagę i skrzydła swojego, bardziej lojalnego człowieka. Czy możesz mi wskazać choć 

jeden przypadek, choćby w Związku Fryzjerów, gdzie byłoby przeciwnie? Tylko że ZMP ma 

niezmiernie  szeroką skalę  oddziaływania,  jest właściwie swojego rodzaju  monopolistą  - i 

dlatego wy, to znaczy jakaś nasza publiczność - no, wybacz, ale jesteście publicznością, mało 

skłonną  do braw, zmanierowaną  i przesadnie  krytyczną,  taką  bez odrobiny dobrej  woli  i 

zrozumienia   -  widzicie  wszystko   w  wymiarach   karykaturalnych.  Zresztą  formy   mecenatu 

organizacyjnego są akurat jednymi z bardziej sprawiedliwych. Ten temat spraw bytowych 

skończyłam, chociaż jak ci powiem przy Banasiaku, i tu zdarzają się rzeczy złe. Już nie bój 

się, jeżeli komuś bardzo potrzebny jest akademik, to jeśli tylko ten ktoś nie był strzelcem w 

bandach UPA, ZMP stanie na głowie i sprawę załatwi, choćby ten ktoś nie był członkiem 

organizacji. Weź mnie. Mieszkam w akademiku, choć cały komitet uczelniany wie, że jestem 

jedynaczką, ty nie należysz do nędzarzy, ale ponieważ powiedziałam to, co jest prawdą, że na 

prywatne   mieszkanie   mnie   nie   stać,   nikt   nie   wymienia   jakoś   mojej   osoby   na   bardziej 

uaktywnionego członka, a są tacy, którzy z pewnością mają warunki finansowe gorsze niż 

moje.

- Po tej laurce nie rozumiem, dlaczego nie cierpisz tego Banasiaka?!

background image

- Człowieka Banasiaka. Zaraz do tego przejdę. Otóż wszyscy Banasiakowie są bardzo 

dobrymi studentami. To jest ich ambicją, oni muszą być przykładem, bo każde ich potknięcie 

na najmniej ważnym kolokwium czy ćwiczeniach „masy” rozdmuchują do zupełnej naukowej 

klęski. Oni się uczą jak z pogadanek dla grzecznych dzieci. Uważają to za swoje pierwsze 

organizacyjne   zadanie,   warunkujące   możliwość   uczestniczenia   w   innych.   Rozumiesz. 

Ponieważ Banasiak jest rok wyżej niż ja, nie miałam okazji nic z nim zdawać. Zadałam sobie 

trud podsłuchania pod drzwiami, po prostu przykleiłam się do dziurki od klucza...

- To niemalże cała dziedzina twoich zainteresowań, podsłuchiwanie.

- Musiałam sprawdzić. Musiałam. Rozczarował mnie w stopniu najwyższym, mama, 

ten mówca nawet nie umie zdawać egzaminów, już ja się znam na tej sztuce, nic tam nie było 

z tych rzeczy „pod profesora”, żadnego krasomówstwa, którym błyszczy na zebraniach, a 

które   czasami,   niestety,   rzadko,   może   zwieść   zmęczonego   kilkugodzinnym   pytaniem 

egzaminatora. Po labiryncie pytań Banasiak szedł, jakby miał nie nić Ariadny, ale powróz i 

latarkę   elektryczną   na   dodatek.   Spokój,   opanowanie,   wiedza.   A   musisz   przyjąć   do 

wiadomości, że profesorowie za Banasiaków nie poszliby w ogień, pewnie w odwecie za 

ustępstwa, jakie muszą niekiedy czynić. Tak że Banasiak i jemu podobni, abstrahując od etyki 

nawet, muszą  być  przodującymi  studentami  choćby w efekcie  dwustronnego  nacisku. Tu 

„masy” ohydnie, tak jak ja, czyhające na kompromitację, a tu profesorzy, którzy z satysfakcją 

strzelą dwóję komuś, kto ośmiela się zbliżyć do ich autorytetu - i niedawnej jeszcze - tyranii. 

Nie   generalizuję.   Ale   Banasiak   i   inni   doskonale   rozumieją,   że   profesor   reprezentujący 

ogromną wiedzę jest praktycznie niezastąpiony, że nam, nowemu pokoleniu, jest niezbędny i 

mają dla niego szacunek jako studenci, bo - niejednokrotnie tak bywa - jako przeciwnicy 

polityczni chętnie postawiliby go pod ścianą. Mama, są pewne żelazne prawa społecznego 

rozwoju   i   życiowy   ślepiec   jedynie   może   je   chcieć   wymijać.   Na   ten   temat,   dziękuję, 

skończyłam.

- Kiedy ty się tego wszystkiego nauczyłaś?

- Żyjąc czynnie, a nie biernie, zgodnie jedynie z fizjologią. I za to jakieś pobudzenie 

mnie, wyrwanie z martwoty życia: szkoła - randka, dziękuję czasom, nie śmiej się. A to 

ważne,  jeśli  ci   to  mówi  osoba,  którą   ochrzaniają   z  regularnością  przebiegu  pociągów   na 

dobrze funkcjonującej linii kolejowej. Umiem oddzielić pewne rzeczy, nie jestem bałwanem. 

Z Banasiakiem, na przykład, umrzemy powaśnieni i biblijny wielbłąd przejdzie szybciej przez 

igielne ucho, niż my uściśniemy sobie szczerze dłonie. Ale tu już wchodzimy na teren waśni 

osobistych, choć niby dzielą nas sprawy organizacji. Rozumiesz, Banasiak kipi energią i jest 

obecny w piętnastu miejscach jednocześnie. Uważa on, na przykład, że malowanie się, to 

background image

ekstrawagancja i nie przystoi członkini ZMP. Śni mi się po nocach, że go kiedyś przydybię na 

ulicy z wyfiokowanym kotem, ale on, zdaje się, żyje w celibacie, bo nie ma czasu, musi się 

wiecznie szkolić. Do mojej szminki się nie przyczepił - choć to już trochę podejrzane - bo ja 

nie jestem stypendystką. Zaatakował natomiast taką biedną dziewczynę z mojego kursu, że 

niby za co się maluje? Za państwowe stypendium? Gdybym potrafiła nie zareagować, może 

to wszystko z nim by się nie zaczęło. Nie umiem. Dziewczyna się poryczała na wykładzie, a 

kiedy poznałam przyczynę, wzięłam ją za rękę i poszłyśmy do pokoju Komitetu Uczelnianego 

ZMP, gdzie urzęduje (ale widzisz, honorowo, bez wynagrodzenia, i nawet sam sobie zasiłku 

nie przyzna, to się wie, więc i on ma swoją moralność, daje dziennie kilka godzin czasu chyba 

nie tylko  na wyrobienie  sobie pozycji,  bo ją ma od dawna wypracowaną,  wypracowaną) 

Banasiak. Tam bez jednego słowa wyjęłam jej z torby kosmetyczkę i wysypałam zawartość 

na   stół.   Brylanty   rozłożyły   się   przed   ich   zdumionymi   oczami   w   szyku   następującym: 

pugilaresik po jakiejś babci, w nim złotych siedem, groszy pięćdziesiąt. Abonament ulgowy - 

wszystkie przejazdy przecięte. Kwitki na obiad w stołówce, co drugi dzień. Złamany pilnik do 

paznokci.   Zasuszony   bratek   zawinięty   w   bibułkową   serwetkę   do   ust.   Wreszcie   „kość 

niezgody”, oprawka po szmince, w niej zapałka, którą wydłubywała pozostałości po dawno 

minionej świetności w etui. Sama wynalazłam tę metodę, niezależnie od niej. Pakując te 

skarby z powrotem, powiedziałam tylko: „Taktu to ty za grosz nie masz, Banasiak. Idź w 

jakieś odosobnione miejsce i powstydź się trochę za siebie”. Widzisz, to Banasiak zrozumiał. 

Nie wiem, czy się udał w odosobnione miejsce i powstydził choć trochę, ale od dziewczyny 

się odczepił. Tylko że ta idiotka, jak już wydłubała zapałką wszystko do końca, przestała się 

malować. Na wypadek wszelki. No, ale nie ma nic do rzeczy to, że kiedy to spostrzegłam, 

wręcz miałam ochotę kupić jej szminkę. Machnęłam jednak ręką, nie znoszą przestraszonych 

cieląt,   które   spokojnie   ścinają   ozorem   resztki   wypalonej   trawy,   kiedy   obok   pole   pysznej 

soczystej koniczyny.  Raz dostały batem - więc nie wejdą. Przyznam ci się, że nie jestem 

biegła w znajomości psychiki cieląt, ale tak odtąd ją sobie wyobrażałam. Więc Banasiak nie 

miał do mnie żadnej pretensji o to, że dostał prztyczka w nos w obecności swoich kolegów. 

Przeciwnie.   Spotkał   mnie   na   korytarzu   i   wyznał   mi,   że   mu   zaimponowałam,   kiedy   tam 

przyszłam z tą dziewczyną. Odparłam, że to było tylko mniejsze zło, bo ona się mogła poczuć 

tym   wszystkim   upokorzona   -   jeśli   rozumie,   co   mam   na   myśli?   I   może   by   się   na   tym 

skończyło, gdyby nie dodał: „To było uczciwe, zetempowskie postawienie sprawy”. A ja na 

to: „Jesteś ograniczony, to nie było żadne zetempowskie, tylko zwyczajne. Gdybym nawet nie 

słyszała o ZMP, postąpiłabym podobnie”. I tu go zamurowało. Nie dość, że jego samokrytykę 

skwitowałam   słowem   „ograniczony”,   to   jeszcze   wyraziłam   coś   jakby   możliwość,   że 

background image

mogłabym nie słyszeć o ZMP. I od tego dnia...

- Proszę pań, zamykamy kawiarnię - zwróciła się do nas kelnerka. Miałam wypieki na 

twarzy. Mama nazajutrz wyjechała, zabierając z sobą Honoratę.

Akcja fabuły z Banasiakiem miała tempo ostre, jak dobry kryminał. Któregoś dnia 

przeprowadziliśmy   ze   sobą   tak   czarującą   rozmowę,   częstując   się   nawzajem   papierosami 

(palenie było widziane całkiem dobrze, a przecież też czasami źródło funduszów na zakup 

nikotyny tkwiło w państwowym stypendium, zupełnie tego nie mogłam pojąć. Chyba dlatego, 

że papieros jakoś się łączył z sylwetką dziewczyny przepracowanej, trochę zaniedbanej, z 

naradami, zebraniami i nauką do późnej nocy), że trzęsły mi się ręce i przysięgłam sobie, że ja 

go   kiedyś   wystrychnę   na   dudka.   Ale   z   uniwerku   wracałam   skopana   jak   Napoleon   spod 

Moskwy, w trolejbusie był tłok, ja zamyślona i wściekła. W wyniku splotu tych okoliczności, 

zgubiłam   portfelik   wraz   z   całą   zawartością.   W   dodatku   dzień   był   pochmurny   i   mglisty. 

Zginęła forsa, kwitki do stołówki, legitymacja, kalendarzyk, abonament. W pokoju włożyłam 

stare   spodnie,   położyłam   się   nie   na   swoim   łóżku,   bo   tamten   miesiąc   przesypiałam   na 

piętrowym.   Nie   miałam   siły   wchodzić.   Byłam   sama   i   odbywałam   godzinę   ciszy,   która 

niestety nie była poobiednią. Pożyczyć, to przede wszystkim trzeba oddać, a poza tym - od 

kogo?   Jedyny   człowiek,   który   by   mógł   i   chciał,   to   Maurycy,   ale   -   tam   nigdy   w   życiu. 

Akademik w rezultacie akcji dobrej woli mógł zgromadzić jakie czterdzieści złotych. Żułam 

zawzięcie skórkę chleba, kiedy ktoś zapukał. „Właź” - powiedziałam. Znowu „puk puk”. 

„Właźże, do pioruna” - krzyknęłam zniecierpliwiona.

- Przepraszam najmocniej, czy tu mieszka pani Sagowska?

W drzwiach stał nieznany mi człowiek, płeć męska, z wieku student, z ubioru już na 

posadzie. Zdjęłam nogi z żelaznego oparcia łóżka i przejechałam ręką po fryzurze, na wszelki 

wypadek.

- Słucham pana? To ja.

- Tak, poznaję, pewnie się pani martwi. Przewidywałem to i dlatego jestem tak szybko 

- głos był miły.

- Co pan przewidywał i skąd pan poznaje? W piasku się razem bawiliśmy? - byłam 

wtedy taka opryskliwa.

- Znalazłem przed godziną na ulicy pani pieniądze i dokumenty.

- Królu złocisty, jedyny, najdroższy, niechże pan siada. Na ulicy? Myślałam, że w 

trolejbusie. Proszę się rozebrać, o tu jest wieszaczek, zaraz panu zaparzę herbaty, jeśli jest, bo 

herbatę miewa tylko Halinka.

- Proszę sobie nie robić kłopotu, zaraz uciekam. Miałem zamiar oddać do komisariatu, 

background image

ale spojrzałem na zdjęcie i miałem ogromną ochotę poznać tę roztargnioną osobę.

- I co, rozczarował się pan?

- Nawet nie.

- Nie ma herbaty, może pan zechce powideł?  Jest kiszona kapusta,  bo Agnieszka 

zażywa witaminę.

- Nie dziękuję. Zresztą może być kapusta. Denerwowała się pani?

- Mowa. Nie wiem, jak panu dziękować.

- Ależ, drobiazg.

- Służę panu. Może posypać cukrem sałatkę? Albo papryką? Woli pan na słodko czy 

na ostro? Niech wam idzie na zdrowie, dobry człowieku. Widzi pan, jakie to barwne życie.

- Można się uczyć w takich warunkach? Panie tu w piątkę? Nigdy w akademiku nie 

mieszkałem.

- Jak się chce, to można. Jest świetlica, można w bibliotece, nie najgorzej. Dołożyć 

kapustki?

- O, nie, dziękuję, wystarczy. Bardzo smaczna, soczysta, ale nie mam sumienia pani 

objadać.

- To nie mnie. Agnieszkę. To łóżko pod oknem. Agnieszka Kuryłowicz. Dwa pod 

ścianą, to Halinka Karamesówna i Maria Kowalska. To zajmuje Pelagia, ja na piętrze, ale 

jeszcze tylko czternaście dni, później zjeżdżam na dół. W ten sposób nie mamy poczucia 

stabilizacji.

- Wypada więc i mnie się przedstawić. Lenart.

-   Imię,   zawód,   data   i   miejsce   urodzenia,   stan   cywilny   -   indagowałam   zgodnie   z 

ówczesną modą na szczegółowe ankiety personalne.

- Remigiusz, inżynier drogowo-budowlany, 18 marca 1929 r., Bydgoszcz, kawaler.

- Pochodzenie, imiona rodziców, czy są krewni za granicą.

-   Robotnicze,   Zofia,   nie   żyje.   Marian,   siostra   matki   w   Paryżu,   kontaktów   nie 

utrzymujemy.

- Zainteresowanie poza pracą.

- Tenis, szachy, literatura dotycząca mitologii.

- Pooooważnie? - sama snułam niezliczone warianty mitu o Orfeuszu i Eurydyce, z 

tym  że naturalnie tylko  Orfeusz  był  mi nieznany. Próbował wcielić się w  jakąś postać  i 

szybko ją opuszczał. A Eurydyka czekała.

- Niemal poważnie.

- Gdzie pan mieszkał podczas studiów, skoro pan pochodzi z Bydgoszczy.

background image

- W wynajętym pokoju, z kolegą. Muszę mieć ciszę do pracy.

- Tak, ale ciągle cisza... Wie pan, ile trzeba było się naganiać, żeby tu mieszkać w 

takim składzie? Bo chcieli koniecznie wydziałami. Załatwiło się. Wmówiłyśmy w samorząd, 

że w przeciwnym przypadku nie będziemy mogły się uczyć i zejdziemy na manowce. Niby 

tak twórczo na siebie wpływamy, co nie jest zresztą przesadą, tylko zależy w jakim sensie.

- Zapraszam panią na kawę.

- Dziękuję, korzystam. Funduję panu wino. Proszę bez protestów, bo bez pana do 

końca miesiąca pijałabym czystą H2O.

- Nie protestuję.

- No to idziemy, do Fukiera, bo tam najta... to przecież ja płacę, gdzie pan chce. Może 

być do Bristolu.

- Świetnie, do Bristolu.

- Niech pan wejdzie za kotarę, tam gdzie umywalka, ja się przebiorę. Ale do Bristolu 

do restauracji czy do kawiarni? Niech pan tam tego garnka nie przewróci.

- Do restauracji, oczywiście.

- Bardzo się cieszę, tam tak ładnie grają - pocieszyłam się, że przecież mogłam zgubić 

pieniądze „na amen”.

Po powrocie do pokoju wdrapałam się w płaszczu na piętrowe łóżko i przykryłam 

poduszką na głowę. Chciałam, żeby świat przestał istnieć, ja z nim.

- Lilka coś nie w sosie - zauważyła Agnieszka.

- Bo nie umie tańczyć dżajfy - rzekła Maria.

- A co to jest dżajfa? - zapytała Pelagia.

- Jak to? Nie umiecie tańczyć dżajfy? Cały Płock tańczy dżajfę - dziwiła się Maria.

- Zamknęłybyście się, co? - powiedziałam.

- Cisza, człowiek cierpi - szepnęła Agnieszka.

- Idę jutro na wykłady w Lilki swetrze - zakomunikowała Halina.

 - Jutro w SGSZ-cie zabawa. Idziemy.

 - Pewno Lilka widziała Michała z jakąś babką.

 - Krochmalę Michała - wyjaśniłam wytwornie.

- Idę się uczyć, ale się najpierw dowiem, co się Lilce stało - zdecydowała Halina.

- Uważaj, żebyś się nie dowiedziała - warknęłam.

- No mów, przestań się zgrywać.

- Mówię wam na odczepne. Zakochałam się, byliśmy na tańcach, bo ja go zaprosiłam, 

ale on nie pozwolił mi zapłacić. Potem...

background image

- Zawiózł ją do domu i zgwałcił - z przerażeniem powiedziała Maria.

- Straciłaś cnotę? - zachłysnęła się Pela.

-   Jak   się   zgubi   cnotę,   to   przynajmniej   nikt   jej   nie   odnosi   i   głowy   nie   zawraca   - 

rzekłam.

- Co więc, do cholery?

- Potem odwiózł mnie taksówką pod akademik.

- Lord! Całowaliście się? Kiedy się zakochałaś? I nic nie mówiłaś?

- Bo się zakochałam, kiedy was nie było. Dzisiaj.

- Naprawdę się zakochałaś?

- Na całe życie. Naprawdę. Umrę, jeżeli go nie zobaczę.

- Ale po zabawie w SGSZ-cie? Kiedy się spotkacie i co za jeden?

 - Nie spotkamy się, bo nic takiego mi nie zaproponował. Zwyczajnie: „Żegnam panią, 

miło mi było panią poznać”. I poszedł. A ja stałam i patrzyłam za nim jak głupia. Nie chce mi 

się żyć. Nawet się nie odwrócił. Widzicie, sama może jestem winna, bo mu klepałam, jak to 

nam się byczo żyje w pokoju i powiedziałam, że nie spałyście do rana, kiedy nie wróciłam na 

noc. Wtedy, co to zostałam u tej babki z mojej budy, w dziekance. O dziekance ani słowa, 

zresztą nawet na to, wydawało mi się, nie zwrócił uwagi. Wiecie teraz, co mógł o mnie 

pomyśleć.

- Jakby się chciał z tobą przespać, to by się właśnie umówił. Myślałby, że będzie miał 

prostą sprawę.

- Tak, ale może on widział we mnie ideał?

- Dziwny facet, bo gdybyś mu się nie podobała, to by cię nie zabrał na dancing. A już 

tam, ideał. Nic tylko wyglądasz na ideał. Naiwniaczka.

- Nie będę żyła bez niego. On jest taki szlachetny, prosty i czysty.

- Pewno ma łazienkę. A skąd wiesz, że szlachetny?

- No bo wiem.

- Marna sprawa. Może ci przejdzie?

- A tobie, Agnieszka, przejdzie do Wojtusia?

- Idź tam! Zabrałam go do kuzynki i wrzuciłam mu muchę do szklanki. Zakrztusił się i 

opluł cały obrus. Myślałam, że skonam z tego idioty.

- Ty się nie chcesz przyznać, że go kochasz.

- Pożyczę ci żakiet w kratkę - powiedziała Maria.

- Miłość miłością, ale może byśmy coś zjadły.

- Nie mogę jeść. Mam gorączkę.

background image

- Rozchorowała nam się z miłości.

- Bo lata bez ciepłych majtek. Może przyjdzie albo zadzwoni. Nie przyszedł i nie 

zadzwonił. Nie wiem, z jakich przyczyn, ale istotnie całą noc płonęły mi policzki, wierciłam 

się na łóżku, miałam gorączkę. Wmawiałam sobie, że był paskudny, orkiestra rzępoliła jak 

nasza „wirtuozka” zza ściany i byłam nieszczęśliwa coraz bardziej. Nie poszłam na drugi 

dzień na wykłady. Usiłowałam czytać, ugotowałam sobie klusek, nic nie mogłam przełknąć. 

Kiedy wróciła Agnieszka, przyniosła termometr. Trzydzieści dziewięć C.

- Nie pójdziemy na zabawę - złożyła mi ofiarę Pelagia. - Lilce będzie przykro.

- Chore jesteście? Umysłowo? - pytałam szlachetnie.

- Zadzwonimy do naszego pogotowia. Idę - rzekła Agnieszka.

W   pokojach   panowało   sobotnie   podniecenie,   które   mi   się   natychmiast   udzieliło. 

Dochodziły piski i krzyki. Doszłam do wniosku, że jeżeli pójdę na tańce, to może nie będę o 

nim bez przerwy myślała? Albo umrę i po krzyku.

- Idę na zabawę - powitałam Agnieszkę po jej powrocie.

- Zgłupiałaś? Zaraz przyjedzie lekarz.

- No to przyjedzie. Idę i po wróblach.

- Ale się ciepło ubierz.

- Nie, no to jest zupełnie bez sensu, głupie jesteście czy co?

- Przyjaciółki! Boicie się, że będę się źle czuła i któraś musi mnie odwieźć do domu!

- Wiesz, Lilka...

- No to idę.

- Włóż ciepłe...

- I wełnianą kieckę.

- Najlepiej w spódnicy i swetrze.

- To się spoci.

- A jak ludzie musieli z taką temperaturą pracować w obozach koncentracyjnych? Co?

- I byli tacy, co przeżyli!

- Nic jej nie będzie. Rozrusza się.

- Szybko, żebyśmy się wymknęły przed tym lekarzem. ' - Będzie draka.

- Aaa tam!

- A ja nie mam pończoch.

- Skoczcie któraś do Irki z dwieście siedem, orla ma ze trzy pary.

- To ty pójdziesz w pończochach Haliny.

- A ja? - obruszyła się Halina.

background image

- Ty masz nogi opalone jeszcze z lata, to nikt nie pozna.

- Zmarznę. Ale to by wyglądało, że mam nylony bez szewków...

- Jedź w wełnianych, w szatni zostawisz.

- No dobrze. Dajcie mi coś pod szyję.

- Która ma gdzie zamelinowany puder? Kowalska, nie było jakiego desantu od cioci?

- Ja się nie maluję, bo wyglądam jak dziwka.

- A tak to jak po nocy poślubnej.

 - Myślałby kto, jaką to ma praktykę.

 - No to smyk, no to cyk, bo doktorek nadleci. Lilka, zapnij się pod szyją.

 - Macie na tramwaj?

- Chodźcież już, do cholery, bo nigdy nie wyjdziemy.

- Lilka, tylko nie kokietuj Marka, bo ci się odegram na Stasiu!

-   Marek?   A   kto   to   jest   Marek?   Zwariowałaś   chyba.   Gdzie   ja   mam   głowę   do 

kokietowania. Życie bym oddała, żeby on tam był.

 Nikogo nie widzę.

 - Zaczyna.

- Bredzi w gorączce. A ty się bój o Marka. Jeden Marek na świecie.

Kiedy   lekarz   z   pogotowia   zajechał   karetką   pod   akademik,   portier   zdziwił   się 

niezmiernie:

  - Pani Sagowska chora? Przed chwilą poszła na zabawę. Nie ma   pan doktor co 

wchodzić na piętro. O, klucz wisi.

Na zabawie tańczyłam do pierwszej w nocy i cały czas cierpiałam, że nikt mi się nie 

podoba. W trzy dni później ja byłam  zdrowa, ale przeziębiła  się Agnieszka. Poszłam do 

Palmy   po   lekarza.   Ponieważ   z   naszego   pierwszego   spotkania   nic   nie   wyszło,   więc   nie 

wiedziałam, z kim mówię. Jak człowiek usłyszał, że wizytę zamawia Sagowska, omal sam się 

nie rozchorował ze zdenerwowania. Akurat na niego musiałam trafić! Zgodził się przyjechać 

do Agnieszki dopiero wtedy, kiedy mu dałam w zastaw moją studencką legitymację. Kiedy 

wychodziłam, zatrzymał mnie przy drzwiach:

- Dziś na pewno nie ma żadnej zabawy?

- Słowo.

-   Przeklęte   zwyczaje!   Zamiast   całej   mojej   medyczno-społecznej   przemowy, 

rąbnąłbym panią raz wazonem i może by pani zrozumiała, że się nie chodzi na hulanki, jeśli 

się ma trzydzieści dziewięć stopni gorączki i nie urządza się kpin z pogotowia.

- Wazon, to jest argument. Jeszcze raz pana przepraszam. Ale, panie doktorze, te dwa 

background image

przestępstwa wynikały z przyczyn psychologicznych. Chciałam o kimś zapomnieć.

- Zapomniała pani?

- Nigdy w życiu.

Nigdy w życiu. Nie zapomnę nigdy w życiu - to dotyczy już nie wspomnień, tylko 

mojego teraz, nie chcę, nie chcę, nie chcę! Jaka byłam młoda. Wyznałam temu dokorowi, że 

jestem bez wzajemności zakochana. Mój ówczesny sentymentalizm, podbarwiony smutkiem, 

bywał przeważnie w stanie płynnym. Zmoczyłam temu lekarzowi łzami biały kitel. Człowiek 

kiwał głową i zapewnił, że mi to przejdzie, bez żadnych pigułek. Pomylił się. Tylko że teraz... 

tylko że teraz nie ma mowy o braku wzajemności. I co z tego, mój Boże, co z tego?

Zanim zjawił się Remi, moje życie wydawało mi się przeładowane jak źle zapakowana 

walizka, do której dorzucamy nawet strój narciarski wybierając się w lipcu nad morze - byle 

więcej. A kiedy przyszedł on, zajął je niemal całe, ale to może się stało tak, bo chciał całe?

Przyjemnie   wspominać   tamto   lato   nad   morzem.   Wtedy   poznałam   prawdziwego 

rycerza, jedynego właściwie, który mnie nie zawiódł. No i Staś. Ale jakoś przez Stasia to 

wszystko, do czego myślą nawet wracać się lękam.

Moja   przyjaźń   z   Igorem   trwała   już   prawie   miesiąc   i   po   raz   pierwszy   w   życiu 

obawiałam się, czy nie znudzę się mężczyźnie i nie porzuci mnie dla żaglówki, na przykład. 

Wmontowałam się do ekipy duszpasterskiej pod hasłem Wychowawcy Dzieci na Koloniach 

Letnich.   W   odpowiednich   urzędach   machałam   przed   nosem   różnym   paniom   i   panom 

wymuszoną i przesadnie chwalebną opinią z uczelni. Uwierzyli w moje wysokie kwalifikacje 

i zaangażowali mnie na dwa miesiące. Była to kolonia dzieci pracowników pewnej centralnej 

instytucji.   Odfajkowałam   zebranie   informacyjno-instrukcyjne,   pod   stertą   toalet   w   walizce 

(około siedmiu sztuk szmatek, w tym bielizna) ukryłam wstydliwie papier i pióro i wio, do 

portowego miasteczka, nad morze.

Wiedziałam, że lekarz wyjeżdża z synem. Pierwszy raz zobaczyłam Igora dopiero na 

peronie. Stał z ojcem. Był  wysmukły jak trzcina, miał ogromne niebieskie oczy i krótko 

ostrzyżone włosy koloru dojrzewającego owsa.

Wyglądał na piętnaście lat. W rzeczywistości miał czternaście i cudem zdał do ósmej 

klasy. Zaledwie doktor przedstawił mi Igora, dopadł mnie kierownik, wręczył mi listę moich 

podopiecznych i pokazał palcem wagon, w którym moja trzoda dojedzie do celu.

- Więc w tym wagonie pojedzie grupa pani i Maruty.

Obejrzałam   sobie   Marutę   i   wpadłam   w   rozwiązły,   wakacyjny   nastrój   .   Przede 

wszystkim odwróciłam się do Maruty tyłem (niby pomagając dziecku ulokować teczkę na 

półce),   poślinionym   palcem   przejechałam   po   brwiach,   przejrzałam   się   w   lusterku, 

background image

upudrowałam nos i dumnie wyszłam z przedziału, pełnić w następnym zaszczytne obowiązki. 

Maruta nie zając, w wakacje spieszyć się nie należy, choćby ktoś miał ślicznie opaloną twarz i 

młodzieńczy uśmiech. Przejście w korytarzu blokowali rodzice, którzy do ostatniej chwili nie 

mogli się zdecydować, czy uszczęśliwić nas swoją progeniturą. Przysięgłam jakiejś pani, że 

dzieci nie będą bez opieki kąpać się w morzu, drugiej dałam słowo, że „w razie czego” 

poproszę higienistkę, żeby wysypała Ince włosy proszkiem DDT, bo pewnie, szkoda byłoby 

takich warkoczy. Na peronie miotał się kierownik, atakowany przez tłum odprowadzających. 

Byłam pewna, że się rozpłacze. Kręcił się dookoła własnej osi, kłaniał, przyrzekał, zaklinał, 

szantażował,   błagał,   żeby   „państwo   zechcieli   opuścić   peron,   a   przynajmniej   wagon”,   i 

przesadzał:

- Mamy wysoko kwalifikowany personel. Włos z głowy dzieciom nie spadnie.

Prażyło słońce, dochodziła godzina piętnasta. Twarz kierownika zalewały strugi potu. 

Pociągana za bluzkę, rozpływająca się w u-śmiechach i zobowiązaniach, przeszłam jakoś 

przez peron. Koło ostatniego wagonu zostawiłam walizkę. Niósł ją w moim kierunku Igor.

- Niezły dają wycisk, co? - zagadnął.

  -   Cóż   w   tym   dziwnego,   że   rodzice   martwią   się   o   swoje   dzieci   -   Odparłam 

pedagogicznie,   zastanawiając   się   jednocześnie,   że   ten   nie   najbardziej   elegancki   zwrot 

zabrzmiał dziwnie ładnie w jego ustach. - Dziękuję ci za walizkę. - Pojadę z panią w jednym 

wagonie. Pogadamy sobie. Nie chcę jechać z ojcem, ciągle ma do mnie jakieś żale. Pani też 

ma na pieńku z rodzicami?

-   Mam   już   tylko   mamę.   Można   wytrzymać...   proszę,   jedź.   Trzeci   wagon   za 

lokomotywą.

- Ja już swoich starych nie wychowam, próżny trud. Jak pani na imię.

- Lilka.

- Lilka i Marcin. Wiedział kierownik, co robi.

- Nie rozumiem?

-   No,   ten   wychowawca,   Maruta.   To  repatriant   z  Francji.   Ta   blondynka   ze   szkoły 

pedagogicznej ma na niego oko. Musi pani uważać. On studiuje romanistykę na UW. Dobrze 

mu idzie, wiadomo, francuski zna perfekt, tyle lat w Paryżu. Nigdy go pani nie widziała? Pani 

z UW przecież. Gdybym mógł pani mówić na ty, to od razu bym się lepiej poczuł.

- Poczuj się, ale powiedz mi, skąd ty to wszystko wiesz? - zapytałam.

Niebieskie oczy popatrzyły na mnie ze zdziwieniem.

- Kręcę się tu po peronie od godziny.

- Nie wzięłam tego pod uwagę. No, to zadekuj się w wagonie.

background image

- Zaniosę ci walizkę. Lekka, jak na dwa miesiące. Fajna z ciebie dziewczyna. Nie 

wozisz ze sobą dużo łachów. Marcin będzie pewnie o mnie zazdrosny, ale to nic nie szkodzi...

- Czuję, że jednak pojedziesz z ojcem.

- Zmiatam i nic nie mówię. Pomogę ci paść te gęsi, jeśli zagrasz ze mną w warcaby.

Tak. To była wzajemna miłość od pierwszego wejrzenia. Igor nie odstępował mnie. 

Rozmowy z nim były tak interesujące, że promienny uśmiech w kierunku Marcina ciągle 

odkładałam „na jutro”.

- Czemu się ze mną włóczysz, zamiast się czymś zająć? - spytałam kiedyś Igora.

- Morowa z ciebie babka - dowiedziałam się. Wprawdzie zwrot/ „morowa babka” nie 

był komplementem, o jakim się marzy, ale w/ ustach Igora wszystko miało wdzięk. Kiedy 

siedziałam z dziećmi na plaży, Igor, wyciągnięty na całą swą imponującą długość, tkwił przy 

mnie. Brodę podpierał pięściami, marszczył okrągłe oblicze, wykrzywiał się i zarzucał mnie 

gradem pytań:

- Jak myślisz, marynistom to chyba brak piątej klepki, co? Van Gogh, to był malarz... 

Czy   wiesz,   że   on   sam   sobie   obciął   ucho?   Ciekawe,   czy   Picasso   potrafi   tak   normalnie 

rysować? Świetnie podrabiam jego gołębie. Jak symbol nasz Picassa gołąb leci, tra la la la, tra 

la la, tra la la. Co ty czasami piszesz? Jak nie chcesz, to nie mów. Co by to było, gdybym 

wyłysiał w tak młodym wieku? To byłby ubaw. Muszę się często czesać, to pobudza wzrost 

włosów. Marcin patrzy na ciebie w jadalni cały czas. Kierownik ma oko na tę blondynkę z 

pedagogicznej.   Ona   mdleje   na   widok   Marcina.   Życie   jest   skomplikowane,   nie   uważasz. 

Kierownik jest żonaty, ma dwoje dzieci. Czytałem Annę Kareniną. Ona była mężatką. Wyszła 

za   takiego   faceta,   który   miał   odstające   uszy.   Potem   spotkała   w   pociągu   przystojniaka, 

hrabiego Wrońskiego. Wyjechała z nim do Włoch i może byłoby dobrze, ale była zazdrosna, 

no i te wszystkie cioty w Petersburgu okropnie na nią napadały. Forsę, owszem, miała. Nieźle 

to napisane, ale zamiast wyjechać w podróż dookoła świata, jak się z tym przystojniakiem coś 

nie kleiło...

- Zmiłuj się! Czytałam. Nie pleć.

- Szkoda, że ty nie znasz pani Suchej. To nasza dozorczyni, dużo z nią rozmawiałem. 

Powiedziałem jej, że nie chodzę do kościoła, bo jestem prawosławny, a do cerkwi daleko. 

Uwierzyła, przez to moje rosyjskie imię, bo babkę miałem Rosjankę. Pani Sucha powiedziała, 

że „ona coś tak czuła”. Powiedziałem jej, że chodzę do akademii wróżbiarskiej i nawet kiedyś 

w piątek postawiłem jej karty. Przepowiedziałem jej dokładnie, że pan Suchy zachodzi do 

takiej brunetki, gruba niemożliwie, z kiosku z piwem. Więc tam poleciała, jak złapała kufel i 

lu piwem w tę brunetkę. A Suchego pięścią w plecy. Jak ci szło w budzie? Ściągałaś na 

background image

maturze?

- Nie dało się - odpowiedziałam wklepując sobie krem. - Posmaruj mi plecy.

Smarował i gadał:

- Życie człowieka, który nie zwiedził całego świata, jest mało warte. Ojciec i mama 

chcą, żebym poszedł na medycynę. Nawet jest w Gdańsku katedra medycyny tropikalnej, ale 

mowy nie ma. Pójdę do szkoły morskiej albo ostatecznie na historię sztuki. Jednostka...

- Jednostka okropnie bredzi. Nie dziwię się, że jednostka miała na półrocze pięć dwój.

- No to co? Wyciągnąłem się. Zabawimy się, uważaj!

 - Muszę uważać na trzydzieści jednostek płci żeńskiej.

- Wszystkie mamy na muszce. i - Odlicz.

-   Wszystkie.   Widzisz   tę   boję?   To   będzie   transatlantyk.   No,   już,   zaczynamy. 

Przepraszam, czy pani do Nowego Jorku? Po co, droga pani, to brzydkie miasto. Ja na morza 

południowe. Ale najpierw do Marsylii. Może chce pani zwiedzić spelunki marynarskie? To 

niech pani wysiądzie ze mną. W Marsylii będziemy tylko tydzień. I dalej. Podróże, jedynie 

podróże dają nam złudzenie swobody.

- A cóż pan może powiedzieć o tęsknocie za swobodą? - dałam się wciągnąć.

- Ooo, droga pani? Ma pani zapewne na myśli mój młody wiek. Lata nie mają żadnego 

znaczenia. W każdym wieku ma się dziwne pragnienia...

- Marcin! - krzyknęłam. - Zajmij się przez pół godziny moją grupą.

- W porządku.

Na nosie przylepiłam płatek ligniny i wyciągnęłam się na gorącym  piachu. Morze 

cudownie szumiało.

- Muszę być w Nowym Jorku - wyjaśniłam towarzyszowi oczekiwania na statek. - Ale 

dlaczego pan wysiada w Marsylii?

-   Interesy   -  dobiegł   mnie   konspiracyjny   szept   -   w   obcasach   mamy   brylanty,   a   w 

kiełbasie marihuanę. Tam czeka agent.

-   Wysiadam   z   panem   -   zdecydowałam   się.   Ale   przypominając   sobie   o   tych 

nieszczęsnych czternastu latach i stopniach na półrocze, ucięłam bezlitośnie:

- Dość wygłupów. Higienistka na mnie kiwa. Skocz mi do kiosku po papierosy.

Dwie dziewczynki z grupy Marcina rozstrzygnęły jakiś problem przy użyciu piasku. 

Mimo współdziałających z nami łez, zużyłyśmy wiele energii i perswazji, żeby im przemyć 

oczy roztworem kwasu bornego. Kiedy już mogły bez przeszkód podziwiać błękit nieba, 

doszedł do mnie Marcin.

- Jest w jadalni potańcówka wieczorem. Przyjdziesz? Kiwnęłam głową. Niepewnie, bo 

background image

to   była   nielojalność.   Igor   gardził   tańcami.   Wiedziałam   wprawdzie,   że   moja   pozycja   jest 

mocna.   Potrafiłam   rozebrać   rower   na   części   i   złożyć   go  z   powrotem.   Znałam   geografię, 

orientowałam się w głównych kierunkach malarstwa, ale na dobrą sprawę udawałam tylko, że 

rozumiem, kiedy Igor mówił: „Płyniemy lewym halsem prawego bajdewindu”.

Na tańce poszłam nękana wątpliwościami. Igor, kiedy mu zakomunikowałam: „Idę 

potańczyć z Marcinem”, kopnął kamyk i powiedział: „No, to idź”.

W tamten lipcowy wieczór nawiązała się między mną a Marcinem nić sympatii, jak to 

się mówi.

Nawet nie  pajęcza,  ale także  nie powróz. Skrzypiący  adapter,  spojrzenia,  bliskość 

opalonych ciał, wreszcie spacer w strugach ciepłego deszczu. Po tej zabawie codziennie rano 

na parapecie mojego okna leżał pęk czerwonych róż. Były cudownie świeże, na delikatnych 

płatkach błyszczała rosa. Przyjemnie było budzić się rano, brać kwiaty - dowód nieśmiałego 

rodzącego się uczucia Marcina. Słuchałam, jak podśpiewuje w swoim pokoju, wydawał mi się 

coraz bardziej miły i ładny. Nie wspominałam mu ani słowem o kwiatach, nie dziękowałam. 

Bałam   się   naruszyć   urok   tej   milczącej   adoracji.   Świat   był   pełen   blasków,   kochał   mnie 

chłopiec i tak ładnie potrafił to wyrazić. Bez zbędnych słów.

W połowie miesiąca miała być wizytacja kolonii. Kierownik oznajmił, że przyjeżdża 

pani, właściwie wiceminister, że wszystko ma być w porządku, że trzeba po nią wyjść na 

dworzec,   najlepiej   z   kwiatami   i,   że   „sami   wiecie”.   W   mieście   nie   było   kwiaciarni,   ale 

otaczające nas wille tonęły w pachnących klombach. Poszliśmy więc dokonać zakupu. Otyła 

właścicielka ogródka zdradzała wielką ochotę do transakcji. Już, już miała ściąć wielkimi 

nożycami pierwszy kwiat, kiedy eksplodował kierownik:

- Prosimy o duży bukiet, bo do nas na kolonię przyjeżdża ważna osoba.

- Na kolonię?! - zachłysnęła się jejmość. - Na kolonię! Złodzieje! Bandyci! Psubraty! 

Pół ogrodu już mi ten z kolonii, ukradł! Zjeżdżać mi stąd, bo zawołam milicję! Nie mogę go, 

drania, upilnować. Ale już ja go złapię! W nocy, kanalia, przychodzi! Poproś, to może dam, 

ale nie kradnij. Czekaj, draniu!

Nożyce  skierowała w stronę kierownika, który opuszczał posterunek w ogromnym 

pośpiechu. Marcin wykazał zadziwiający spokój.

Nawet się uśmiechał.

- Nie martw się - powiedziałam coś po raz pierwszy na temat naszej tajemnicy. - To 

było cudowne i te krzyki nie są w stanie tego zniszczyć.

- Cóż ty znowu, Lilka. Czym się mam martwić. Ale kto to zrywa, nie domyślasz się?

- Nie - odpowiedziałam. Byłam bardzo zadowolona, że on też nie chce o tym mówić. 

background image

Poza tym... kradł dla mnie. To się trochę liczy u kobiety, takie przestępstwo tylko dla niej. 

Rozważania etyczne musiały zejść na drugi plan.

Drzwi pokoju, w którym mieszkałam z koleżanką, zastałam otwarte. Na łóżku kuliła 

się   moja   współlokatorka.   Długi,   długi,   zawsze   blady   nos   kierownika   poczerwieniał.   W 

kącikach   warg   zbierała   się   piana.   W   dzbankach,   szklankach,   obtłuczonych   butelkach, 

termosie i umywalce panoszyły się róże. Kierownik na mój widok poderwał się z krzesła i 

zasyczał:

- To pani! Miłośniczka kwiatów! Ta poezja, co? Czy pani wie, jak to się nazywa? No, 

niech pani powie!

Obok mnie stał Marcin. Wyobrażałam sobie, jakie upokorzenie musiał przeżywać. 

Chciałam mu pomóc, przyznać się do win nie popełnionych, ale spojrzałam w dwa potoki 

wściekłości płynące z oczu kierownika i powiedziałam zimno:

-   Dostaję   te   kwiaty.   Myślałam,   że   to   od   pana.   Koniec   złudzeń.   Mój   zwierzchnik 

wykręcił na środku pokoju zgrabny piruet, potrącił stojący na podłodze obok łóżka dzbanek z 

kwiatami,   machnął   ręką   niezdecydowanie   i   kiwając   mi   przed   twarzą   zgiętymi   palcami, 

uzupełnił:

- Amory!

Już miał wyjść, kiedy nagle skierował swoją prokuratorską mowę do Marcina:

- To ty! Nie jestem ślepy! Widzę, co się dzieje. Serenady pod oknami kosztem opinii 

kolonii. No, to ja wam, ja wam...

Zapewne chciał dodać: „pokażę”, ale na ogół równy z niego facet, jęknął więc tylko 

boleśnie: „Kradzież!”

Chcąc   złagodzić   brutalność   interwencji   sił   zewnętrznych   w   naszą   romantyczną 

historię, zbliżyłam się do Marcina i położyłam mu rękę na ramieniu. Objął mnie. W drzwiach 

stanął kredowoblady Igor. Swoim wszystkowiedzącym spojrzeniem obrzucił pokój, nas. Jego 

oczy, niezwykle poważne, zatrzymały się na Marcinie. Powiedział powoli, załamującym się 

głosem:

- Kradzież? Kradzież to w tej chwili, panie kierowniku. To ja, ja, ja...

Usłyszałam trzaśniecie drzwiami. Zamiast serca miałam bryłkę lodu. Zdjęłam z moich 

pleców rękę Marcina. Chciałam wyjść z pokoju, kiedy ponownie wpadł Igor i patrząc na mnie 

lśniącymi od łez oczami, krzyknął:

- I żebyś sobie wiedziała, Lilka!

Wiedziałam „sobie” już wszystko.  Marcin na próżno szukał moich oczu. Bohater! 

Jakżeby chętnie wystąpił w roli złodzieja. W roli, której się nawet nauczyć nie potrafi. Lecz 

background image

skoro ktoś mu tak zgrabnie podpowiedział, oklaski można by zainkasować... Przekreśliłam go 

w jednej sekundzie, kategorycznie, bez prawa apelacji.

Dziecinny protest Igora przeciwko usiłowaniom odebrania mu autorstwa pomysłu z 

różami wzruszył mnie. Czy ma do mnie żal, że nie wiedziałam, od kogo te kwiaty? Ale było 

coś, co musiało mnie zastanowić. Zaniepokojona, postanowiłam porozmawiać z jego ojcem.

- Panie doktorze, boję się, to śmieszne trochę, ale się boję...

- Panno Lilko, niech się pani nie boi, Igor się już w pani zakochał. Dowodzi to tylko 

jego rozsądku - próbował zażartować, widząc moją przerażoną minę.

- Czy mam przestać z nim przebywać? Co mam zrobić?

- Nic. Przebywać z nim w dalszym ciągu, nie usiłować go oddalić od siebie. Wtedy 

uświadomiłby sobie rzeczy, o których w tej chwili nie ma pojęcia. Gdyby zdawał sobie z tego 

sprawę,  unikałby pani. Sprawa  jest  typowa.  W tym  wieku można  się kochać  w  księdzu, 

Napoleonie,   aktorce   filmowej.   A   on   akurat   kocha   się   w   pani.   Niech   się   pani   tym   nie 

przejmuje. Wielbiciele z nie ukończonym piętnastym rokiem życia nie są uciążliwi. Przejdzie 

mu to jak katar. Jeśli będziecie utrzymywać kontakt w Warszawie, sama się pani przekona. Po 

pewnym czasie zauważy, że jego koleżanka z klasy ma bardzo jasne włosy i długie rzęsy. 

Całkowicie polegam na pani takcie.

-   Panie   doktorze.   Może   my   się   mylimy?   Lubi   mnie   po   prostu.   Ma   takie   żywe 

usposobienie, wie, że mi się to podoba. Poza tym cierpliwie słucham jego głośnych marzeń... 

imponuje mu, że ktoś ze świata dorosłych przechodzi na jego stronę.

- Być może. To bardzo trudny chłopak. Szalenie zdolny, niestety, nie bardzo potrafi 

się skoncentrować. Cieszę się, że pani ma na i niego wpływ. Odkąd panią poznał, czesze się, 

czyści paznokcie i , mówi „dziękuję”. Dobrze, że to pani, a nie Krzysztof Kolumb, gdyż 

byłby   gotów   zorganizować   jakąś   wyprawę   przez   Bałtyk   na   dmuchanym   krokodylu,,   w 

poszukiwaniu drugiej Ameryki. Pisałem żonie o pani. Chce panią poznać. Czy odwiedzi nas 

pani w Warszawie?

- Bardzo chętnie. Dziękuję panu.

Polegać na czyimś takcie jest łatwiej, niż obdarzonemu zaufaniem ten takt wykazać. 

Nie mogłam zrezygnować z towarzystwa Igora. Przez dwa dni po historii z różami patrzył na 

mnie jak wilk. Już żałowałam, że nie mam czternastu lat i bardzo jasnych włosów. Brakowało 

mi smarkacza.

W tym czasie sprzątaczki „wymówiły” dezynfekcję ubikacji. Niszczą się ręce i środki 

odkażające   mają   niemiłą   woń.   Doktor   po   namyśle   orzekł,   że   pracę   tę   mogą   wykonać 

wychowawcy i higieniści. I że on sam, owszem, da przykład. Myślałam właśnie, że życie jest 

background image

zagadkowe i z kubłem chlorowanego wapna w ręku szłam przez korytarz na nowe miejsce 

pracy. Dobiegał stamtąd rzeczowy wykład doktora na temat elementarnych zasad higieny i 

hydrauliki. Wynurzył się Igor.

- Zostaw to, ojciec ci nic nie powie.

Postanowiłam spuścić żelazną kurytynę na naszą przeszłość i nie wygłaszać żadnej 

przemowy   na   temat   nietykalności   kwiatów   w   cudzych   ogródkach.   Poza   tym,   bardzo   się 

ucieszyłam,   że   jest   ze   mną,   że   nie   byłam   zmuszona   stosować   sztuczek   dla   naprawiania 

stosunków.

- Nie bardzo mogę, skoro inni to robią...

- No chodź, szybko, coś ci pokażę. .;¦ Uwolniona w ten miły sposób od obowiązków, 

których   wypełnianie   nie   leżało   w   moich   życiowych   aspiracjach,   wyszłam   z   nim   przed 

budynek.

- Co? - zapytałam.

- Nowego ratownika. Tamten prawie nie umiał pływać, heca, nie?

- Heca! Może ten w ogóle nie umie pływać, ale to jednak jest ktoś, a nie coś. Skocz no 

po oranżadę.

Przez to wysługiwanie się nim utrzymywałam odpowiedni dystans. Odwrócił się na 

pięcie i „skoczył”.  I znów było jak dawniej. Nie rozstawaliśmy się prawie. Rano, bardzo 

wcześnie,   gwizdał   pod   moim   oknem,   co   oznaczało,   że   pogoda   jest   cudowna   i   dzień 

zaczynamy od kąpieli w morzu. Wyskakiwałam przez okno, żeby otwieraniem skrzypiących 

drzwi nie budzić koleżanki i dzieci. Igor był rumiany, na ustach miał ślady pasty do zębów. 

Podczas jednej z tych eskapad przepływał statek norweskiej marynarki handlowej. Wyszłam z 

wody i kłapiąc zębami zawinęłam się w szlafrok.

- Pan może do Lizbony? - zagadnęłam.

- Tak. Pani też? Świetnie się składa. Muszę być także w Madrycie. Wie pani, jeszcze 

nigdy   nie   widziałem   walki   byków.   Ile   razy   jestem   w   Hiszpanii,   zawsze   mam   czas 

wypełniony.

- Rozumiem. Prado... zapewne interesuje się pan sztuką? Trudno się dziwić, że w 

kraju   Goyi...   Co   do   mnie,   widziałam   corridę   kilkakrotnie.   Przyznaję,   że   sama   atmosfera 

otaczająca corridę zawiera w sobie coś niezwykłego. Coś, niestety, mało już współczesnego. 

Ale   samo   widowisko   jest   obrzydliwe.   Raziło   mnie   to,   marzyłam   o   przyjaźni 

wykrystalizowanej,   czystej.   A   to   dawał   mi   Igor.   Znaczył   dla   mnie   więcej,   niż   mu   to 

kiedykolwiek   przyszło   do   zwariowanej   głowy.   Może   w   tym   była   tęsknota   jedynaczki, 

dziecka, które dzieciństwo przeżyło między dorosłymi - nie wiem. Kiedy czasami w ferworze 

background image

tasiemcowych  opowieści mówił do mnie  „bracie” albo wręcz „brachu”, czułam,  jak koło 

serca mam ciepłą plamę tkliwości.

Kierownik,   w   uznaniu   moich   zasług   na   niwie   wychowawczo-kulturalnej,   na   czas 

podróży wziął moją grupę pod swoją opiekę i pozwolił mi zostać na Wybrzeżu. Nie miałam 

po co wracać do Warszawy. Żegnaliśmy z Igorem nasz grajdołek. Była wysoka fala. Jak w 

złym   filmie   na   maszcie   łopotała   czarna   flaga:   „kąpiel   wzbroniona”.   Zostałam   z   moją 

nadgryzioną   czasem   walizą   i   pierwszym   pociągiem   wyjechałam.   Postanowiłam   zwiedzić 

Gdańsk.

Przysięgłam sobie, że wystrychnę Banasiaka na dudka. Miałam powody do wendety. 

Planowanie zemsty za to, że nie mogłam go całkowicie ignorować, obróciło się w końcu w 

mój   czyn   o   wysokich   kwalifikacjach   etycznych.   Zdaje   się?   Jeżeli   liczą   się   efekty,   a   nie 

intencje... choć tu dałabym  przewagę intencjom, co obniża znacznie kwalifikacje etyczne. 

Lecz jeśli staram się być w tej relacji uczciwa wobec wszystkich - uczciwość należy się także 

mnie.   Zemsta   była   w   zamierzeniu   i   później   w   szukaniu   satysfakcji   w   rozmowach   z 

Banasiakiem.   W   czasie   tej   walki   zapomniałam,   że   się   „odgrywam”,   zaczynałam   niemal 

wierzyć, że gdyby Banasiak w ogóle nie figurował w spisie ludzkości, tak samo zajęłabym się 

sprawą Tankowskiej i żałowałam, że Banasiak istnieje. No, ale przecież nie wiadomo, czy 

gdyby nie istniał... Nie rozstrzygnę tego już nigdy. I żeby wszystko było jasne, muszę dodać, 

że dławiła mnie konieczność ukrycia tego i to, że nie mogę mu rzucić tego w twarz. Jej nie 

miałam nigdy ochoty o tym powiedzieć. W rezultacie nie wie nikt.

Waśń między mną a Banasiakiem zaczęła się na drugim roku studiów, zresztą daty tu 

nie mają znaczenia.

- Dlaczego ty się nie weźmiesz za poważną pracę społeczną? - zagaił kolega Ryszard 

Banasiak.

- Uczę się. I zresztą, co proponujesz?

- Na zebraniach grupy nie jesteś zbyt aktywna. Słuchaj, a dlaczego ty zrezygnowałaś z 

psychologii? Co się za tym kryje?

Zawiodło mnie wyczucie sytuacji, może zresztą nawet nie to. Jeśli nie sprowokowana 

nie mogłam się „stłumić”, trudno mi wymagać od siebie opanowania, kiedy widziałam nad 

swoją   twarzą   obłudny   uśmiech,   który   miał   stanowić   przynętę   dla   mojego   wybuchu   i 

powiedzenia wszystkiego, co myślę. Chyba. Tak to odczytałam. Nie odpowiedziałam nic tak 

państwowotwórczo, że „jest to dziedzina, która mi pozwoli...”, tylko rzekłam:

- Dziecino, mogłabym ci tu wyrecytować jakieś cztery prawa dialektyki, ale może 

chcesz się dowiedzieć prawdy?

background image

- Oczywiście, prawdy, my cenimy tylko prawdę.

- Chociaż jedyny punkt styczny w naszych rozmowach. Tu się zgadzamy. Odłóżmy 

spory  światopoglądowe   na   inną   okazję.   Powiedz,   co   to   ciebie   obchodzi,   dlaczego   ja   nie 

chciałam studiować psychologii?

- Spory światopoglądowe? To znaczy, tu mogą istnieć między nami rozbieżności?

- Oczywiście, że tak, przecież cię nie znam zbyt dokładnie - zażyłam go. - Słuchaj, 

Rysiek, nie chcę ci wstawiać głodnych kawałków, nie drżę przed tobą i ponieważ wiem, że 

właściwie możesz mi zrobić wszystkie świństwa, powiem ci prawdę. Widzisz, błąkał się po 

szkole taki informator o studiach, ale zawierał głównie adresy. A ja w tym czasie czytywałam 

Tołstoja i Dostojewskiego,  i wyobraź  sobie, Makarenkę, i doszłam  do wniosku, że tylko 

psychologia. No, więc kiedy przyjechałam do Warszawy, ruszaj wyobraźnią w dalszym ciągu, 

to nie zaczęłam od dancingów, tylko od biblioteki na Koszykowej, żeby się zorientować, co ja 

właściwie będę studiować. Zorientowałam się czytając to i owo, że psychologia przechodzi 

pewien kryzys, jest wręcz w jakimś impasie. I jeszcze, żeby się nieco wybielić w twoich 

oczach, więcej tam biologii niż tajemnic ludzkiej jaźni. Zabrałam więc papiery z jednego 

dziekanatu, prosiłam, tłumaczyłam, że lepiej się wycofać z biegu na progu, niż uderzyć głową 

w ścianę. To jest wydział humanistyczny, rzeczowy, spokojny i nie podlegający specjalnym 

wstrząsom. Jestem zadowolona. Voila. Zrozumiałeś?

- Zbyt dobrze. Nie odpowiada ci upolitycznienie nauki?

- Wiedza jest czymś obiektywnym. Słuchaj, może ty byś się przeniósł na psychologię i 

byłoby wszystko w porządku? A skąd ty się znalazłeś na naszym wydziale? Z powołania?

- Bezwzględnie tak.

- Kłamiesz, niech tu skonam w tej chwili. Ty się właśnie minąłeś z powołaniem. I 

nawet z epoką. Powinieneś być ojcem przełożonym w jakimś średniowiecznym zakonie o 

najbardziej ciężkiej regule. Twarzowo by ci chyba było w habicie. Ty, spróbuj. Pożycz sobie 

gdzie i przyjdź tak na bal maskowy do ASP.

- Może zostawimy żarty. Ty miałaś dyplom przodownika?

- Umiesz, dziecino, moją ankietę na pamięć, więc zapytaj od razu, jak ja dostałam ten 

dyplom.

- Właśnie. Ciekawe, czy dlatego, żeby go zdobyć, pracowałaś aktywnie i kryłaś się z 

takimi wypowiedziami? Maskowałaś się?

- Dostałam przez pomyłkę. W klasie była Sadowska i Sagowska. Dyplom miała dostać 

Sadowska,   ktoś   zamiast   „d”   wstawił   „g”   i   tak   już   zostało.   Nie   mieli   pod   ręką   gumki 

atramentowej. Jasne?

background image

- W jakich okolicznościach zginął twój ojciec? - doszedł w śledztwie do punktu, który 

mnie wytrącił z równowagi już całkowicie. - Zginął w czasie wojny? W obozie? Umarł?

- Słuchaj no, Banasiak. Odwal się od mojego ojca i ode mnie. Dobrze? Wyjaśniam ci, 

bo   wiem,   że   ZMP   ma   prawo   do   pewnej   czujności   i   mobilizacji   uwagi.   Zginął.   Został 

rozstrzelany przez ekspedycję karną SS w 1941 roku za to, że na terenie miasta przebywał 

oddział partyzancki. Był lekarzem.

- To znaczy współpracował z partyzantką? Z jakim ugrupowaniem?

- Nie należał do żadnej organizacji. Był wielkim społecznikiem, ale ty nie rozumiesz, 

co to znaczy, i nie mówię tego po to, żeby przed tobą trzymać pozycję, tak było rzeczywiście. 

Nie zginął za komunizm, tylko zwyczajnie, to byłaby przesada. I zejdź mi szybko z oczu.

- Co byłoby przesadą?

- Przesadą byłoby, gdybym tak powiedziała.

- Ty jesteś cwaniaczka. Co innego miałaś na myśli. Wymknęło ci się, że przesadą 

byłoby zginąć za komunizm.

- A teraz mi się wymyka, że ty jesteś ostatnim baranem, jaki się pasie na tej ziemi. 

Poza tym nie łudź się, że umocnisz się na stołku wykrywając we mnie wroga klasowego. Już i 

tak nikt na całym wydziale w ciebie nie wierzy, tak, wszyscy mówią, że jesteś karierowiczem. 

A co ja miałam na myśli, to ty tego na szczęście nie wykryjesz.

- Nie tylko wykryję, ale postaram się to udowodnić.

- Postaraj się przebywać ode mnie w przyzwoitej odległości. Cześć.

- Cześć, koleżanko Sagowska.

Z tym karierowiczem to była nieprawda. Jeśli ktoś tak nawet o Banasiaku myślał, nie 

mówił tego głośno. Ale sądzę, że to nie była powszechna, choćby milcząca opinia.

I ja, niestety, nie mogłam myśleć podobnie. Może był w nim jakiś bakcyl władzy, ale 

nawet tu nie mogłam się doszukać inspiracji jego fanatycznej  działalności. To mogło się 

objawić później, kiedy już odczuł, że zaszedł dość wysoko, aby „kierować” innymi. A jaka 

byłabym ja, gdybym była trochę inna, gdybym do moich przekonań była w stanie dołączyć 

wszystkie  te żelazne rygory, których  przestrzegał Rysiek?  Gdybym  była  nie tyle  bardziej 

zaślepiona, ile bardziej jednokierunkowa, mniej rozdrobniona w całym szeregu rzeczy, które 

do Banasiaka nie docierały. On był w pewien sposób ascetą i ta asceza sięgała głębiej niż 

czyny, sięgała myśli. Chlasnęłam go tym karierowiczem, bo dotknął mnie bardzo boleśnie i 

jak   dobry   bokser   po   odzyskaniu   przytomności,   którą   stracił   inkasując   cios   w   żołądek, 

zdobyłam się na refleks. Ja też mogę uderzyć, mogę znokautować. Widziałam niemal, jak 

Rysiek siedzi w jakichś czterech ścianach, usiłuje czytać i na wszystkie litery nakłada mu się 

background image

pytanie: „To tak o mnie sądzą? Za moją pracę?” - aż piałam z zachwytu nad sobą. Ale później 

przemyślałam to dokładnie i doszłam do wniosku, że to nie ten charakter, że on sobie powie: 

„Karierowicz?   Karierowicz?   Nie   interesuje   mnie,   co   sądzą   moi   wrogowie.   Będę   nadal 

postępował tak, jak uważam, że jest słusznie”. Posmutniałam. Może nie ugodziłam go tak 

bardzo, jak chciałam.

Czekałam na jakąś okazję i nie umiałam sobie powiedzieć, na jaki to przychylny układ 

sytuacyjny tak wyczekuję. On trzymał się ode mnie „w przyzwoitej odległości”, kłaniał mi się 

tylko wtedy, kiedy na siebie wpadliśmy gdzieś na uczelni, ale to był ukłon... jakiś skłon 

powiek, nie głowy. Odpowiadałam tak samo. To nie mogło mi wróżyć nic dobrego, no, ale 

wiedziałam,  że on też czeka na okazję. A jeśli już ją miał, ja miałam Nike Hanusównę, 

organizacyjnie równie niemal mocną jak Banasiak. On z nią się liczył, musiał się liczyć. 

Domyślałam się, że oni na mój temat często rozmawiają, że stałam się dla nich taką trochę 

piłeczką pingpongową - kto ma rację z tą Sagowską?

„Okazja” zdarzyła mi się w jakieś trzy tygodnie potem. To było nawet za szybko, 

żebym się od razu spostrzegła, że można to podciągnąć pod wyczekiwany układ sytuacyjny. 

Było zebranie zetempowskie całego kursu. Usiadłam jak zwykle blisko drzwi, bo kiedy cały 

kurs   zaczął   palić,   szczypały   oczy,   nie   było   czym   oddychać,   a   drzwi   były   uchylone. 

Zastanawiałam   się,   ile   uchwalimy   roboczodniówek   i   człowiekogodzin   i   czy   znowu 

podejmiemy zobowiązanie, że damy występ w ramach łączności z młodzieżą robotniczą, bo 

wtedy   Nika   naturalnie   wyskoczy   z   kwartetem.   Na   początku   wszystko   zapowiadało   się 

normalnie i miało przebieg zgodny z rytuałem niemal każdego zebrania. Zagaił sekretarz 

roku, Kazik  Ratlarski,   niezwykle   sympatyczny  chłopak.  On   na ogół  nie  nastawiał   się  na 

„wykrywanie” i odróżniał Poloneza Fantazję Chopina od Poloneza As-dur. I od czasu, kiedy 

go spotkałam na koncercie w Filharmonii, patrzyłam na niego bardzo ciepło. No, ale jazzu to 

już pewnie nie słuchał.

- Proszę koleżeństwa, dzisiejsze zebranie prawdopodobnie będzie trwało długo, bo 

mamy dużo spraw do omówienia i jeśli ktoś ma jeszcze coś załatwić, to proszę teraz, żeby 

później   nie   przeszkadzać.   Listy   obecności   sprawdzać   nie   będę,   proszę   sekretarzy 

poszczególnych grup o karteczki z nazwiskami osób nieobecnych.

Kazik   brał   zazwyczaj   takie   karteczki   i   żądał   później   usprawiedliwienia   od   osób 

nieobecnych, ale usprawiedliwienie przyjmował każde. Kiedyś mu powiedziałam: „Ciotka mi 

zachorowała”. Wybrałam dlatego powód najbardziej naiwny z naiwnych, żeby mu dać do 

zrozumienia,   że   moja   absencja   wynikła   z   przyczyn   wyższych,   głęboko   uzasadnionych   i 

takich, o jakich się nie mówi. Uwierzył w ciotkę. Wierzył w ludzi i wierzył ludziom. Zrobiło 

background image

mi się wtedy głupio, ale nie sprostowałam, bo pomyślałam sobie, że może byłabym pierwsza, 

która odebrałaby mu jakieś ładne złudzenia.

Okazało się, że tylko jedna osoba miała coś do załatwienia - wszyscy inni byli z góry 

przygotowani, że zebranie roku będzie trwało długo. Pierwszym punktem był beret, spodnie i 

fajka intelektualisty z trzeciej grupy. Intelektualista wstał i skontrował:

- Proszę koleżeństwa. Samokrytycznie przyznaję, że mój sposób ubierania się odstaje 

trochę od ogółu... Lecz nie wynika to z mojej sympatii do zachodniego stylu życia, wręcz 

przeciwnie.   Żywię   głęboką   pogardę   dla   bikiniarzy.   Styl   mojego   ubioru   wynika   z 

naśladowania   Ilji   Erenburga,   dla   którego   żywię   gorące   uwielbienie.   Ale   jeśli   koledzy 

uważają,   że   to   jest   niezgodne   z   naszą   postawą,   jestem   gotów   zrezygnować   i   uznać,   że 

naśladownictwo posunąłem zbyt daleko.

„Geniusz”   -   pomyślałam.   Intelektualista   miał   szansę   pozostać   w   swoich 

dotychczasowych spodniach, bo nikt nie odważył się zaatakować Ilji Erenburga. Na tapetę 

wjechała grupa pierwsza.

- Proszę koleżeństwa - powiedział Kazik - wiemy już wszyscy o tym  ubolewania 

godnym incydencie, jaki wydarzył się w pierwszej grupie. Doszło do tego, że asystent nie 

chce prowadzić z tą grupą ćwiczeń. Cała sprawa odbiega, niestety, od nieporozumienia i 

przekracza   nawet   ramy   wyczynu   chuligańskiego.   Chcielibyśmy   wierzyć,   że   wynikło   to 

wszystko z nieuświadomienia, ale, niestety, mamy w tej grupie ludzi, którzy musieli sobie 

zdawać sprawę, że to, co się tam działo, ma posmak wrogiego nam wystąpienia. I nie znalazł 

się nikt, kto by potrafił położyć kres tej dyskusji, jeśli to naturalnie można nazwać dyskusją. 

Proszę sekretarza tej grupy, kolegę Zygadlewicza, aby nam to dokładnie zreferował.

- Proszę koleżeństwa - zaczął Zygadlewicz - więc to było tak. Asystent, wyjaśniając 

nam coś, powiedział zdanie, że nie ma ruchu bez materii i nie ma materii bez ruchu...

- Co to znaczy, wyjaśniając nam coś - usłyszałam głos Banasiaka. Obejrzałam się do 

tyłu, bo właśnie atakował z tamtej pozycji. Zdarzało się, że Banasiak brał udział w zebraniach 

naszego roku, ale wtedy zajmował poczesne miejsce w prezydium. „Co ten dureń tam robi? - 

zastanawiałam   się.  -  Pewnie  sprawdza,   czy  Kazik   dobrze  prowadzi   zebranie.  Inspekcja   - 

uspokoiłam się. - Ale naskoczył na Zygadlewicza? Bądź co bądź sekretarza grupy nie atakuje 

się tak publicznie, jeśli się nie szykuje jego obalenia. To pewnie dlatego, że Zygadlewicz nie 

potrafił   położyć   kresu   tej   dyskusji.   Kazik   powiedział,   że   już   wszyscy   słyszeli,   a   ja   nie 

słyszałam, co oni tam narozrabiali. Coś podobnego! No, jak jest Banasiak, to jednak przestanę 

rysować   te   ptaszki.   Gdyby   znów   się   zaczął   czepiać   o   głupstwa,   to   mi   braknie   sił   do 

decydującego uderzenia”.

background image

- ... kolega chce powiedzieć, że na ćwiczeniach myśli o niebieskich migdałach. A za te 

godziny   klasa   robotnicza   naszego   kraju   daje   koledze   stypendium   i   wynagrodzenie 

asystentowi.   W   dodatku   kolega   jest   sekretarzem   grupy   i   winien   być   wzorem 

zdyscyplinowania - wyjaśnił Banasiak.

- Proponuję, żeby kolega Banasiak na razie nie przerywał, później poprosimy go o 

podsumowanie dyskusji. W tej chwili chcielibyśmy się dowiedzieć o zajściu w pierwszej 

grupie - rzekł Kazik.

- Więc kiedy asystent powiedział, że nie ma ruchu bez materii i nie ma materii bez 

ruchu - kontynuował Zygadlewicz, ale już głosem urywanym i niepewnym - to na to wstał 

kolega   Kalinowski   i   powiedział,   że   w   temperaturze   zera   bezwzględnego   ruch   cząsteczek 

zamiera.

„A   miałam   takiego   czarującego   nauczyciela   fizyki,   że   i   ja   to   pewnie   powinnam 

pamiętać. Niestety, nawet nie znam liczby, która byłaby adekwatna do zera bezwzględnego. 

Zdaje się, minus dwieście siedemdziesiąt trzy stopnie, jeśli mi się nie pomyliło na przykład z 

wysokością Łysicy. Nie. Łysica sześćset jedenaście. Ciekawa jestem, ile to się pociągnie. Czy 

oni z byka spadli! Jak teraz zaczną wałkować to zero, to znowu pójdę spać o pierwszej w 

nocy, bo muszę się przygotować do jutrzejszych ćwiczeń. Że też nie zostawiam sobie nigdy 

jakiejś rezerwy czasu. Nie, no jestem beznadziejna, absolutnie beznadziejna”.

- ... no i kolega Kalinowski powiedział, że wtedy jest materia, ale nie ma ruchu, i co 

asystent na to. A asystent odrzekł, że temperatura zera bezwzględnego jest pojęciem czysto 

teoretycznym.   Kolega   Kalinowski   się   upierał,   że   naukowo   uzasadnionym.   Wtedy   ktoś 

powiedział,   nie   pamiętam   kto,   że   należy   się   liczyć   z   promieniowaniem.   Na   to   kolega 

Kalinowski   powiedział   asystentowi,   żeby   sobie   wyobraził,   że   jednak   mamy   to   zero 

bezwzględne i to wszystko się dzieje w obudowaniu z plutonu, a pluton nie przepuszcza 

promieni, że tak wyczytał zdaje się w „Problemach”, i domagał się od asystenta wyjaśnień. 

Wtedy asystent powiedział, że jest humanistą, a nie fizykiem, i przekonsultuje to na wydziale 

fizyki, i nam odpowie. Ale wtedy wstała koleżanka...

„Na miłość boską, to rzeczywiście świństwo tak asystenta zaginać. Jasne, że nie jest 

fizykiem, a ten mędrzec, Kalinowski, przeczytał gdzieś jakieś zdanie i usiłuje imponować. 

Może sobie to sam rozstrzygnąć w bibliotece, ale pewnie, szkoda czasu, łatwiej kogoś narazić 

na śmieszność. Bardzo lubię tego asystenta, kocham rozumieć, ale w sprawach ruchu i materii 

zawodzi mnie wyobraźnia. Jeśli pomyślę, że w krześle, na którym siedzę, nieustannie krążą 

elektrony po orbitach atomu, no, to mnie pusty śmiech ogarnia. Trudno mi zrozumieć, że coś 

się   dzieje   w   tym   nieruchomym   krześle,   co   zrobię.   Ten   asystent   przypomina   mi 

background image

Majakowskiego i jestem za to gotowa wiele mu wybaczyć. Jakby tak sobie jeszcze choć raz w 

miesiącu prasował spodnie, byłby całkiem do rzeczy chłopak. Ma takie jakieś rewolucyjne 

gesty i kosmyk - szkoda że tłustych - włosów spadających mu na czoło poprawia krótkim, 

nerwowym   ruchem.   Kiedy   potępiał   założenia   Bakunina,   to   sobie   cały   czas   w   myśli 

deklamowałam Obłok w spodniach. Nie sądzę, żeby złośliwie nagębował u władz na pierwszą 

grupę,   ale   jednak   ustąpił.   Szkoda.   Wiele   tym   stracił   w   moich   oczach.   Uciekł   przed 

rozgdakanym towarzystwem, zamiast im dać taki wycisk, żeby im się odechciało przelewać z 

pustego w próżne. Przecież tam nikt nie zabierał głosu z naukowej pedanterii, tylko woleli 

rozróbę niż ćwiczenia. A ja tu muszę siedzieć i słuchać... O Jezu, czy ten nie skończy bredzić 

o tym zerze?! Muszę napisać kartkę do Niki, niech coś, do cholery, mówi, bo to już jest 

zupełna satyra”. Nika odpisała: „Właśnie mam zamiar. Tylko ty aby siedź cicho, bo ci z oczu 

patrzy, że zaraz coś wtrącisz. Posyłam ci cukierka - zamiast N.”. Lecz zamiar Niki ubiegł 

Banasiak, ale zaledwie powiedział parę słów, w których, owszem, była zawarta „reakcyjna 

klika”, był zmuszony przerwać, bo Hanusówna wpadła brutalnie w jego wypowiedź i, nie 

prosząc Kazika o głos, odparowała:

- Przede wszystkim wnoszę o zmianę kwalifikacji tego wystąpienia. Można przecież w 

tym   widzieć,   że   nie   było   wrogie,   tylko   dociekliwe.   W   tym,   co   słyszałam,   nie   mogę   się 

dopatrzeć kwestionowania marksistowskiego tłumaczenia zjawisk otaczającego nas świata, 

które jest zresztą bezsporne i wybroni się samo, bez pomocy kolegi Banasiaka. Szermowanie 

w tym miejscu słowami „reakcyjna klika” obniża jedynie ich piętnującą moc, gdyby trzeba 

ich   było   użyć   w   wypadku   właściwym.   Kolega   Banasiak   zechce   sprawdzić   stan   socjalny 

pierwszej grupy i wyciągnąć wnioski, kogo to tak nazwał. Kolega Banasiak powiedział, że nie 

chcemy młodzieży,  która myśli nie po marksistowsku. Słusznie. Lecz chcemy młodzieży, 

która myśli po marksistowsku w sposób całkowicie świadomy, bez wątpliwości i niejasnych 

dla   niej   punktów.   Jakkolwiek   sądzę,   że   pierwsza   grupa   robiła,   co   mogła,   żeby   ukryć 

nieprzygotowanie do ćwiczeń, to winić tu należy asystenta, który na zajęciach był w sytuacji 

podobnej. Nie mógł położyć temu wszystkiemu kresu w jedyny mądry sposób, to znaczy nie 

umiał wyjaśnić rzeczy z pewnością oczywistych - ciągnęła Nika.

Wiedziałam, że to, co mówi, jest szczere, było rozsądne tak jak i ona, ale dalej zrobiła 

już rzecz tendencyjną. Ubiegła Banasiaka i zgłosiła wniosek o udzielenie Zygadlewiczowi 

nagany   organizacyjnej   oraz   o  pozostawienie   go  na   dotychczasowej   funkcji.   Niech   dalszą 

pracą wykaże, że na funkcję zasługiwał i zasługuje. Przegłosowaliśmy ten wniosek przez 

aklamację.   Grupa   pierwsza   zobowiązała   się   do   poprawy.  Kazik   powiedział   następnie,   że 

ostatnim punktem porządku dziennego (gdyby był ścisły, powinien rzec „wieczornego”, bo 

background image

zrobiło się ciemno i zapaliliśmy światło) będzie sprawa koleżanki Tankowskiej.

„A  cóż  przeskrobać  mogło  to  cielę?  -  zainteresowałam  się.  - Może  ma  romans  z 

żonatym mężczyzną i prawowita małżonka przyleciała do komitetu uczelnianego z awanturą i 

prośbą o interwencję. Nie, to wtedy nie stawialiby jej na zebraniu, tylko wezwali na rozmowę 

indywidualną, żeby nie siać zgorszenia. Dosyć ładna jest ta Tankowska”. Spojrzałam na nią i 

przeraziłam   się.  Twarz   miała   jak   maska   śmierci   w   przedstawieniu   amatorskim.   Banasiak 

opuścił tyły, zajął miejsce w prezydium i zaczął referować.

- Koleżanka Tankowska znajduje się między nami dzięki swojej perfidii i kłamstwu, 

wprowadziła organizację w błąd, wdarła się podstępnie w nasze czyste szeregi... - grzmiał.

Wsłuchałam się w tę orację uważnie. Już w połowie wiedziałam na pewno, że sprawa 

dla Tankowskiej jest beznadziejna i od początku przegrana. I że tu nikt nie zabierze głosu w 

jej obronie. Ani Kazik, ani Nika Hanusówna. Ani ja. Przypomniałam sobie natomiast, że 

kiedyś Maurycy mi powiedział: „Możesz zawsze na mnie liczyć”. Ludzie często mówią sobie 

takie rzeczy, z przyczyn rozmaitych. Później albo o tym zapominają, albo to czyjeś liczenie 

przerasta ich możliwości. „Ano zobaczymy, co to znaczy w moim wypadku. I niech to prosię, 

Banasiak, nie będzie takie wszechpotężne”.

Udzielałam   Igorowi   korepetycji,   polski   i   angielski.   Doktorowa   zaproponowała   mi 

dwadzieścia złotych za godzinę. „To znaczy za lekcję” - sprostowałam, bo przez godzinę 

trzeba było Igora mobilizować, „skupiać”, a trudno, żeby doktorowa płaciła za mobilizację, 

czyli za mój brak doświadczeń pedagogicznych. Dodatkowo, wprost z nieba sześćdziesiąt 

złotych w tygodniu. Igor zdążył już zarobić trzy dwóje, przez miesiąc. Gdyby utrzymał to 

tempo do końca roku...

- Odmieniaj, czas zaprzeszły, jazda - powiedziałam, kiedy zostaliśmy sami w pokoju.

- Już niedługo potrwa ten bajzel - rzekł.

- Jaki to czas? - próbowałam nie zwrócić uwagi. - Co ci w rękę? Zastrzyki bierzesz?

- Słowo, że nic nikomu? Pod hajrem?

- Pod hajrem - powiedziałam, ponieważ nie wiedziałam, co to znaczy, a natchnieniem 

wiedziona wolałam nie dawać Igorowi słowa.

- Kłuję się szpilkami i gorącym gwoździem.

- Na fakira się szykujesz?

- Fakir, to są sztuczki, jego nie boli, a mnie musi boleć. To podstawowy warunek 

eksperymentu. Może byś mnie pokłuła w plecy, bo nie dostanę, albo w język, bo sam się boję, 

widzisz.

- A może bym cię tak młotkiem popukała w głowę?

background image

- Też można, byle mocno.

- Załatwione. Dawaj młotek, tylko nie drzyj gęby, bo rodzice pomyślą, że za srogi ze 

mnie korepetytor i stracę posadę.

- O to chodzi, że nie wolno mi puścić pary z ust. Będziesz mnie torturować? Bo 

chłopaki z mojej klasy to mięczaki. Słabo kłują, a jak poczują, że się ciało przypala, to dalej 

nie chcą.

- Igor, ciebie głowa ostatnio nie boli?

- Zdrowy jestem jak byk.

- Co to za brednie?

-   Brednie!   No   wiesz.   To   jest   sprawdzenie,   czy   człowiek   jest   rzeczywiście 

człowiekiem.

- W tym konkretnym przypadku mam pewne wątpliwości. Głównie co do twojego 

umysłu.

- Nie obrazisz mnie, bo właśnie ja też. Potorturuj mnie, no proszę cię. Gdybym za 

okupacji   miał   więcej   niż   pięć   lat,   to   może   by   mnie   złapało   gestapo.   Albo   gdybym   był 

Żydem...

- Igor! To jest świństwo, co ty pleciesz. Pojęcia  nie masz, jak ludzie za okupacji 

cierpieli i ilu innych oddało życie, żeby drudzy przestali cierpieć. A ty myślisz, że to były 

romantyczne przygody. Rycerz podwórkowy, idiota, dureń. Odmieniaj, bo ci tyłek zerżnę bez 

eksperymentów.

- Odmieniać się można nauczyć na starość i ten sam pożytek.

Żaden. Mówię ci to wszystko, bo mam do ciebie zaufanie. Ty byś się chyba nadawała. 

Czekaj, będę ci scyzorykiem podważał paznokcie. Daj rękę, zobaczymy.

-   Zjeżdżaj   mi   łaskawie   z   tym   zardzewiałym   żelazem,   lakier   mi   uszkodzisz. 

Odmieniasz czy nie? Myślałam, że mnie lubisz, a będę musiała zrzec się tych lekcji. Nie 

mogę   brać   pieniędzy   za   nic,   a   bardzo   mi   są   potrzebne.   Jeśli   lekcje   nie   będą   przynosiły 

efektów, wycofuję się.

- No, dobra, możemy podukać, angielski mi się przyda. Faktycznie! - uderzył się w 

czoło nasadą dłoni. - Nawet francuski.

-   Tak   od   razu   z   oprawcy   na   poliglotę   cię   nie   przerobię.   Mogę   cię   nauczyć 

angielskiego,   dobrze,   bo   czytam   dużo   w   tym   języku,   i   początków   rosyjskiego.   Polskiej 

ortografii.

- Powiedziałaś: oprawcy! Nie jesteś taka bystra, jak przypuszczałem. To chodzi o to, 

żeby walczyć przeciwko oprawcom. Chcę się przedostać na front. Wietnam, Korea, nieważne, 

background image

byle za komunizm. Może być Algier, Indonezja, obojętne, byle przeciwko kolonizatorom i 

wyzyskiwaczom. A skąd wiem, czy jestem odporny? Skąd?! Gdyby mnie złapali przeciwnicy, 

to  przecież  zaczęliby  mnie   torturować,  żeby  wydębić,   co  wiem:  lokalizacja  wojsk,  plany 

operacyjne itepe. Już tam mnie przyjmą, bo jestem wysoki. Filozofia to wydostać się stąd. Ale 

to   rozplanowaliśmy.   Czterech   zaprzysiężonych.   Musimy   się   jednak   sprawdzić,   czy   nie 

jesteśmy szmaty. Gdybyś chciała...

-   Zdaje  się,   że   żadne   państwo   nie   może   udzielać   tego   typu   pomocy,   żeby  to   nie 

wyglądało na mieszanie się w wewnętrzne sprawy innych narodów.

- Ochotników przyjmują.

- Gdybyś znał dobrze angielski, to mógłbyś pracować w ich kontrwywiadzie - miałam 

nadzieję, że zanim go wyedukuję, zostanie podpisane zawieszenie broni i na świecie zapanuje 

pokój.

-   Toteż   wszystko   jedno   gdzie,   byleby   o   sprawę.   No,   dobra,   będę   się   uczył 

angielskiego. Dla sprawy.

Jak   ciężko   zarabiać   pieniądze!   Kłucie   zostało   zawieszone.   Jakoś   postarałam   się 

utożsamić w jego głowie naukę z podniecającą wizją tortur. „Dla sprawy” zechciał zwrócić 

uwagę na takie drobiazgi jak „ż” i „rz”. Ale w kilka tygodni potem miał już inną „sprawę”, 

której   urok   działał   na   niego   bardziej   bezpośrednio   niż   prasa   i   radio.   Zapomniał   nawet 

zupełnie,   że   ma   się   przedzierać   na   front.   Uczył   się   potulnie   i   chętnie,   nie   małpował   i 

odpowiadał ściśle na pytania. Zaniepokoiłam się nie na żarty. Może jednak zamierza uciec z 

domu?

- Co ci jest?

- Nic. His name is the Robin Hood... no, jedziemy dalej, szkoda czasu.

- Tłumacz: „Za panowania Ryszarda Lwie Serce szlachta i możnowładcy...”  masz 

jakieś zmartwienie? Może wolisz, żebyśmy pogadali po angielsku o czym innym?

- Nie, nawet mnie biorą te średniowieczne rozróby. Widzisz, natura ludzka właściwie 

się nie zmienia.

I  nagle  to  światło,  które  tak  kocham  w  jego  oczach,  światło  łączące   cały wdzięk 

dziecka   i   zapowiedź   głębokiego,   dojrzałego   umysłu,   światło,   bez   którego   nie   mogłabym 

prowadzić tych lekcji, zabłysło:

- Fajna jesteś dziewczyna.

- Ile? Najwyżej dziesięć złotych, krucho u mnie.

- Nie, tamtą piątkę ci dam, jak tylko dostanę kieszonkowe. Czy ty byś się mogła tak 

przebojowo ubrać, ale tak wiesz, z jakimś białym kołnierzykiem, żebyś wyglądała na jakie 

background image

piętnaście lat. I nic się nie hebluj.

- Co to znaczy: hebluj? I po co?

- No, nic się nie maluj. Poszłabyś ze mną na zabawę do szkoły?

-   Poszłabym.   Ale   dlaczego  się   mam   przebierać   za   piętnaście?   -   naciskałam,   choć 

rozumiałam co nieco.

- Trzeba tam jednej utrzeć nosa. Musisz mieć płaskie obcasy, to może nie będziesz 

wyższa ode mnie. Ona ma przewrócone w głowie, taka głupia koza.

- Ma jasne warkocze?

- Nie, dlaczego się pytasz. Miała warkocze, ale czarne, pięć dni temu ścięła, bardzo 

jej... paskudnie.

- Jak ma na imię? 

- Marylka.

- Jak ona się uczy? 

- Właściwie to średnio na jeża, ale lepiej ode mnie.

- Beznadziejnie-powiedziałam głucho.

- Nie jest za dobrze - potwierdził. - Ona ma czwórkę z matematyki. Jest w naszej 

budzie sto dziewuch ładniejszych od niej, a ona zadziera nosa. Zarozumialec bez powodu.

- Słaba zawodniczka.

- Nie, no tak jej nie można ze wszystkiego obedrzeć. Napisałabyś mi na jutro polskie 

wypracowanie? Czuję, że stary mnie wyrwie.

- Sklecimy razem.

- Chodzi na Torwar.

- Masz łyżwy? 

- Tam jeżdżą lepiej ode mnie.

- Są inne dziedziny?

-   Dużo   czyta.   Być   jeszcze   raz,   przez   jedną   lekcję   na   miejscu   Marylki.   Dostawać 

karteczki i zbierać liście klonu.

- Zrobię ci spis tego, co powinieneś przeczytać.

- Można. To wypracowanie to tak musimy poetycznie. Babki biorą się na takie rzeczy.

- O czym?

- O niedoli chłopa pańszczyźnianego. O: „przed jego oczami rozpościerały się zielone 

pola, ale jego myśli biegły ku ukochanej, której nie mógł poślubić, bo była córką kułaka”. 

Lirycznie.

- Jego myśli biegły w kierunku reform społecznych, bo to był chłop uświadomiony. W 

background image

wypracowaniu   za   dużo   nie   przemycimy.   I   kułaków   wtedy   „nie   było”.   Udawaj,   że   nie 

zwracasz na nią uwagi.

Z tą maskaradą na zabawie nie wyjdzie, zawszę będę wyglądała na ' twoją ciotkę albo 

starszą siostrę. Pozna się. A jakby tak na matematykę? Ja ten sposób kiedyś wypróbowałam. 

Był taki Zbyszek i łowiłam go na matmę.

- Ciężko by było. Lepiej na łyżwy.

- Też ciężko.

- Pokombinujemy. Pożycz te dziesięć, to kupię bilety na Kawalera Złotej Gwiazdy. 

Gdyby tak grali kowbojskie... -zamyślił się. - Jakby tak chłopaków namówić, żeby ją porwali? 

Ja bym...

- Nie wiem. Mogłaby się przestraszyć.

- Pomyślimy. Dlaczego go nazwali Lwie Serce? Odważny był? Jak kiedyś zorganizuję 

podróż dookoła świata, to ona chyba pojedzie? Zabiorę ją do Hiszpanii, na Hawaje? Mógłbym 

się o nią pojedynkować?

- Pewnie. Tylko ona już zmieni kolor włosów.

- Dlaczego? Ufarbuje się? Ona nie jest taka.

- Żeby jej nie wzięli za Hiszpankę. Kiedy już zostaniesz matadorem, to będziesz jej 

poświęcał walki?

- Murowane.

Prosto z zebrania pojechałam do Maurycego. Nie widziałam go przez cały rok. Nic się 

nie   zmienił.   Był   smutny,   jak   zawsze,   i   ujmujący,   jak   zawsze.   Zaczęłam   bez   dłuższych 

wstępów, jednak powołałam się na jego deklarację:

- Tak więc przyszłam. I liczę na ciebie. Jesteś jedynym człowiekiem, który może mi 

pomóc w tym względzie. Słuchaj, Maurycy, to chodzi o człowieka, o człowieka, rozumiesz.

- Lilka, to bardzo wzniosłe, ale co to za człowiek.

-   Jadwiga   Tankowska,   córka   wicewojewody,   w   każdym   razie   bardzo   wysokiego 

urzędnika sanacji. Banasiak wygrzebał, że ukryła w ankiecie dane dotyczące ojca, stwierdził, 

że sobie nie życzymy wśród nas niedobitków reakcji. Postawił wniosek o usunięcie jej z ZMP 

i z uniwersytetu. Udzielił jej głosu, a jakże. Wyszła na podium pijanym krokiem, grzęzła, 

topiła  się, w  ogóle   maligna.   Patrzyłam   na nią  z  przerażeniem,   rozumiałam  ją  doskonale. 

Pamiętam stan wewnętrznego rozdygotania, w jaki mnie wpędził ten idiota chcąc pośmiertnie 

zapisać mojego ojca do jakiejś organizacji, najchętniej chyba do AK. On tak węszy, węszy, 

żeby się wykazać czujnością, żeby sobie na każdym kroku przeprowadzać dowód z własnego 

pełnego   zaangażowania,   postaraj   się   to   zrozumieć.   On   działa   w   dobrej   wierze,   jest 

background image

przekonany, że krzywdząc jedną osobę, robi dobrze dla ogółu. Ale, moim zdaniem, tę jedną 

osobę istotnie skrzywdzi, a ogółowi wiele dobra nie przysporzy.

- Każdy organizm społeczny w każdym ustroju broni się...

- Chcę tylko o konkretnym przypadku, o przypadku Tankowska. Przecież to nie jej 

wina, że jej ojciec... poza tym, ten ojciec nie żyje, umarł, zdaje się, na raka, coś tak bełkotała. 

Skłamała, prawda. Lecz gdyby napisała, że jest wicewojewodzianką, to na uniwerek by się 

nie dostała, prawda?

- Prawda. Ale sądzę, że w czasie, kiedy na uniwerek dostałaby się bez kłamstwa, to 

przynajmniej  połowa z tych,  którzy ją oskarżali, nie miałaby w ogóle żadnej możliwości 

studiowania. To także prawda?

- To także prawda.

- Czy myślisz, że ona rozdzierałaby szaty z tego powodu. Miałaby otwarte wszystkie 

drzwi i raczej u ojca nie występowałaby o protekcję dla kogoś z przeciwnej strony barykady.

- A, o tym się już nie dowiemy nigdy.

- To pewnik. Mogłaby być nawet uczciwym i dobrym człowiekiem, ale w ramach 

określonej etyki, rozumiesz mnie? Zamkniętej szczelnie przez różnice klasowe, obwarowanej 

mieszczańską konwencją moralności.

-   Rzucić   parę   przykładów   rewolucjonistów   wywodzących   się   z   magnackich   sfer? 

Dembowski...

- Lilka! Opowiedz, co się dalej działo na tym zebraniu.

-   Co   się   miało   dziać.   Słuchaj.   Zwycięzcy   zwykle   okazują   trochę   szlachetności 

pokonanym,   no   proszę   cię,   wiem,   że   nie   wszyscy   i   nie   zawsze.   Ale   zwycięzcy   słusznej 

sprawy?   Poza   tym,   Tankowska   wychowała   się   w   Polsce   Ludowej,   wątpię,   żeby   sanacja 

zdążyła zatruć jej pięcioletnią duszę. Dla kogo będzie pracować, jak się wykształci? Przeciw? 

W jaki sposób? Jeśli będzie działać na szkodę państwa, są sądy. Nie możemy roztrząsać, co 

ona będzie robić po studiach. Będzie zwyczajnie pracować.

- Ty roztrząsasz. Co dalej na tym zebraniu?

- Kto przeciw? Nikt. Szumiały mi w głowie patetyczne zwroty, coś w rodzaju „nie 

karać dzieci za winy ojców”, ale nie odważyłam się wystąpić jawnie. Niestety. Banasiak już 

od   dawna   chciałby   połączyć   tysiąc   bagatelnych   powodów   w   jeden   duży,   żebym   tylko 

wyleciała. Ale ja mam tarczę, o którą rozbijają się jego podejrzenia i nieufność. Mówię o 

swojej przyjaciółce. Poza tym jestem jako tako zdyscyplinowana, wszystko mam zaliczone i 

mój ojciec nie był w AK, a matka ma w pracy opinię niezachwianą. Jestem dosyć przebiegła, 

choć w rozmowach z Banasiakiem tej przebiegłości nie wykazuję, on mnie wyprowadza z 

background image

równowagi. Na zebraniach zwykle siedzę koło drzwi. Kiedy doszło do „kto za”, krzyknęłam: 

„O, cholera!” - przytknęłam chustkę do nosa i wybiegłam. Na wszelki wypadek powtórzę 

jutro ten numer na wykładzie, tylko już bez cholery. Jeszcze później kilka razy, aż wszyscy 

uwierzą i się przyzwyczają, że często mi leci krew z nosa. Tego nie powiem nawet Nice. Ona 

by uznała, że nie potrafię się zdobyć na radykalizm nawet tam, gdzie występuje rzeczywista 

konieczność   tego.   I   tak   na   głosowanie   „za”   zabrakło   mi   odwagi.   Nie   poczułam   się 

upoważniona do decydowania o losie Tankowskiej, chociaż wiedziałam, że mój głos: tak albo 

nie, nie będzie się liczył. Nie chciałam w tym brać udziału. Wiele osób myślało podobnie, ale 

„podpadnę, a jej to i tak nic nie pomoże”. Innym rzecz była obojętna, bo co by im to pomogło 

i w czym, gdyby Tankowska studiować przestała, albo w czym by im to przeszkodziło, gdyby 

studiowała   nadal.   Maurycy,   zrób   coś.   Tyle   lat   walczyłeś   za   komunizm,   masz   takie 

pomnikowe   zasługi,   jesteś   mądrym   człowiekiem   i   wierzę,   że   mnie   właściwie   rozumiesz. 

Wniosek pójdzie do rektoratu... błagam cię.

- A gdybyś mnie nie znała?

- Poszłabym do Komitetu Warszawskiego Partii. Powiedziałabym to, co tobie, że nie 

po to ginęli w Hiszpanii komuniści, nie po to zginął Feliks Dzierżyński, żeby taki Banasiak 

mógł narzucać wszystkim swoje zdanie. Albo może inna Lilka znałaby innego Maurycego.

- Tylko w zapale nie próbuj mi wmówić, że Feliks Dzierżyński zginął za to, żeby na 

Uniwersytecie   Warszawskim   mogła   studiować   córka   sanacyjnego   wojewody.   To   sprawa 

trudna i drażliwa. Sama zasada protekcji jest mi obca. Intencje twoje są szlachetne i dobre...

- Zostawmy intencje - przerwałam szybko - naprawdę żal mi tej dziewczyny. Znęcają 

się nad jej nieżyjącym ojcem, którego obraz w dziecinnych wspomnieniach na pewno sobie 

wypieściła, wyidealizowała, pojmuję to. Powiedz, nie odcinasz się?

- Powiedziałem, pomyślę nad tym. Rozumiesz, że w rozmowach z kimś na ten temat 

muszę mieć argumenty mniej patetycznie niż twoje, muszą brzmieć rozsądnie i prawdziwie. 

Jeśli wyłuskam w tej twojej kampanii ziarno słuszności, zrobię, co będę mógł.

- No to tak, jakby było załatwione - odetchnęłam.

- Za wcześnie o tym - powiedział.

Maurycy wyłuskał ziarno słuszności. Często później siadałam koło Tankowskiej na 

wykładach. Nic nadzwyczajnego ta córka wojewody. Uczyła się średnio, była małomówna, 

lecz nie podejrzewałam w niej zaciętości. Nie było mi żal, że ona nie wie, czemu zawdzięcza 

to   swoje   gorliwe   wysiadywanie   na   wykładach.   Ale   tej   zagrywki   odmówić   sobie   nie 

potrafiłam:

- Rysiek, może byś mi łaskawie wyjaśnił, dlaczego to nasze postanowienia nie mają 

background image

mocy obowiązującej? - zapytałam Banasiaka.

- Z organizacji usunięta, ale nie na wszystkie szczeble możemy sięgnąć. Ciebie jednak 

dosięgnę, bądź spokojna.

- A nie wątpię, nie wątpię - odpowiedziałam, chociaż wątpiłam bardzo mocno. Ta 

runda należała do mnie, ale Banasiakowi pozwoliłam wygrać mecz. Sam nie byłby w stanie 

mnie załamać. Lecz rykoszety moich błędów chlasnęły mnie w twarz razem, niemalże w 

jednym momencie. Ustąpiłam. Coś we mnie pękło. Przestałam wierzyć w sens wszystkiego - 

bo przestałam wierzyć w miłość.

Wracając   wtedy   z   kolonii   wynajęłam   w   Gdańsku   jednoosobowy   pokój   wielkości 

średniej trumny, dwadzieścia pięć złotych doba. Moje toalety powiesiłam na gwoździu i jeśli 

tylko przecisnęłam się do łóżka, za nim pod oknem był stoliczek i kulawe krzesło. Można 

było wyżyć. Musiałam tylko uważać i nie machać rękami, bo mogłam wepchnąć łokieć do 

sąsiedniego pokoju. Ściana była z dykty. Pomysłowa gospodyni z jednego pokoju zrobiła 

cztery, goście płacili i byli zadowoleni. Cały urok życia polega chyba na tym, że dziś smutno i 

prawie   beznadziejnie,   a   jutro   zdarza   się   coś   miłego.   Weszłam   do   pobliskiej   kawiarenki. 

Zamówiłam nieśmiało herbatę. Nieśmiało dlatego, że taka zagubiona, w nie doprasowanej 

bluzce, traciłam cały tupet i nabierałam łagodności sarny. Starałam się w skupieniu sklecić 

jakiś kłamliwy list do mamy, jak to wrzesień „ułożył mi się” cudownie, koleżanka zaprosiła 

mnie do willi, duży pokój na pierwszym piętrze, widok na morze, towarzystwo niezmiernie 

inteligentne, ekstrakt kultury i intelektu, mama może być zupełnie, absolutnie spokojna...

Ze względu na wczesną porę kawiarnia była pusta, toteż od razu zauważyłam, kiedy 

weszli i usiedli przy sąsiednim stoliku. Było ich trzech: starszy, siwiuteńki ksiądz, typowy 

marynarz   z   wytatuowanym   na   przedramieniu   wężem   (boa)   oraz   całkiem   subtelnie 

wyglądający ten trzeci. Zaczęłam obserwować to dziwne towarzystwo. Po żywej gestykulacji 

i słowie „pardon” zorientowałam się, że dwaj młodzieńcy to Anglicy, względnie Amerykanie, 

ksiądz zaś chce się z nimi dogadać po francusku, nie może, i zgoła nie księdza to wina. Byli 

smutni   i   męczyli   się   tą   konwersacją   okropnie.   Kiedy   widziałam   trzech   zrezygnowanych 

bliźnich, to natychmiast, z poczciwości charakteru naturalnie, starałam się tam wsadzić swoje 

trzy grosze. Zwróciłam się do księdza:

- Proszę księdza, widzę, że nie może się ksiądz z nimi porozumieć? Znam angielski i 

mogę tłumaczyć.

- Pani jest istotą opatrznościową. To są marynarze, przyszli do mnie pół godziny temu, 

mówią coś bez przerwy, nie mam pojęcia, czego chcą. Wyciągnęli mnie tu niemal siłą. Niech 

pani będzie łaskawa porozumieć się z nimi.

background image

Z   trudem   stłumiłam   śmiech.   Ksiądz   miał   pełne   usta   gumy   do   żucia,   mówił   z 

przerwami niezbędnymi na przylepienie masy do podniebienia i patrzył na mnie z nadzieją. 

Błyszczące   guziki   na   sutannie   falowały   rytmicznie.   Marynarze   stukali   palcami   w   stolik. 

Wytatuowany   żuł   gumę   od   niechcenia.   Subtelny   z   wdziękiem.   Zaczęłam   przemowę   po 

angielsku,   pilnie   bacząc,   aby   wszystkie   „the”   były   raczej   „de”,   a   nie   „dze”.   Wolnym 

sposobem mówienia i żywą mimiką dałam im niedwuznacznie do zrozumienia, że angielski to 

jakby   mój   język   ojczysty   i   podejmuję   się   misji   przygodnej   tłumaczki.   Mieli   promienne 

uśmiechy,   więc   wybaczyłam   im   tempo   mówienia   i   nie-zrozumiałość   ich   angielszczyzny. 

Mówili tkliwie i serdecznie. Wytatuowany podwinął rękaw, co pozwoliło mi ujrzeć, że boa 

oplatał miłosnym uściskiem nagusieńką lady. Może to była taka ich Godiva, bez płaszcza 

włosów, i na dusicielu. W malutkiej pauzie, kiedy przestali terkotać, poprosiłam żałośnie, 

żeby mówili dziesięć razy wolniej. Spełnili rycersko moją prośbę w połowie i wtedy już 

byłam pewna, że znam angielski, chociaż to, co usłyszałam, wprawiło mnie w osłupienie. 

Otóż młodzieńcy przedstawili mi się jako katolicy, w czym na razie nie ma nic szokującego.

Ale:   przyszli   się   wyspowiadać   i   trudno   im   znaleźć   księdza,   który   zna   angielski. 

Wypływają   na   długi   rejs,   powinnam   zrozumieć....   Mnie   więc   uznali   za   „rękę   bożą” 

(dosłownie).   Zrobimy   więc   tak,   że   oni   będą   mówić   swoje   grzechy   mnie,   a   ja   księdzu. 

Kawiarnię, owszem, uważają za odpowiednie do tego celu miejsce. Rewelacyjny ten projekt 

natychmiast przekazałam duszpasterzowi, który w ustach miał bryłę gumy wielkości kurzego 

jajka. Omal się tym  nie zadusił i polecił mi wyjaśnić owieczkom całą niestosowność ich 

żądań. Po mojej transmisji ksiądz pogładził chłopczyków po głowach. Zrewanżowali mu się 

natychmiast klepiąc go po plecach. Przy okazji i mnie. Też ich zaczęłam poklepywać i tak 

klepaliśmy   się   czas   jakiś.   Wreszcie   ksiądz   poprosił,   abym   im   zakomunikowała,   że   o 

dziewiętnastej w kościele będzie na nich czekał znający angielski proboszcz, który ulży ich 

duszom.   Powiedział:   „Niech   będzie   pochwalony”   co   przetłumaczyłam,   a   oni   zgodnie   i 

pobożnie: „Na wieki wieków amen”, i wyszedł. Młodzieńcy byli lekko urażeni, że ksiądz 

miał zastrzeżenie natury proceduralnej. Wytłumaczyłam tym kosmatym duszom, że pomysł 

spowiedzi przy kawie i za moim pośrednictwem jest zbyt  oryginalny. Opowiedziałam im 

zamiast kilka dowcipów. Widocznie tłumaczenie nie położyło point, bo ryczeli ze śmiechu. 

Wyciągnęli z kieszeni butelkę whisky, poprosili mnie o zamówienie kawy, przesiedli się już 

wyraźnie do mojego stolika i zaczęliśmy odprawiać poranne pijaństwo. Jak żyję, nie piłam 

wódki, a tu od razu woda ognista, z marynarzami, w obcym mieście. „No, gdyby to mógł 

obejrzeć   Banasiak”   -   rozmarzyłam   się.   Wytatuowany   wyciągnął   plastikowy   kieliszek. 

Wypiłam pełniutki i poczułam się jak Rzędzianin rąbnięty obuchem w głowę. Zakąsiłam to 

background image

pali maiłem. Oczywiście, katolicy od początku widzieli we mnie nie tylko konfesjonał, ale 

także dekolt. Nie, nie chcieli mnie upić, a potem porwać, żadne takie historie. Byli zwyczajnie 

serdeczni. Po drugim kieliszku gwałtownie wytrzeźwiałam, przez co zrozumiałam, że jestem 

pijaniusieńka.   Zaczęłam   się   żegnać.   Wywołało   to   falę   masowych   protestów.   Młodzieńcy 

ogłosili   deklarację,   w   której   punkt   pierwszy   uwzględniał   kolektywne   pójście   na   plażę. 

Wymówiłam się brakiem kostiumu, co naturalnie było  kłamstwem. Oni bezceremonialnie 

zgłosili chęć kupienia mi tego stroju. Odparłam z godnością, że w Polsce nie ma zwyczaju, 

aby   mężczyźni   robili   damom   tego   rodzaju   prezenty.   Z   szacunkiem   świsnęli   przez   zęby. 

Zabawa zaczęła mnie irytować, ale przez dociekliwość, co znaczy być zawianą, wypiłam 

trzeci kieliszek. W piersiach poczułam nóż Kolesowa, w skroniach huczała mi buntownicza 

pieśń.   Kawiarnia   wydała   mi   się   mroczna,   stolik   brudny,   kelnerka   antypatyczna,   subtelny 

spospoliciał.   Przypomniałam   sobie   głośno,   że   umówiłam   się   z   mężem,   który   jest 

wicemistrzem Polski w strzelaniu do rzutków i zawsze chodzi uzbrojony po zęby. Błagam 

ich, aby mnie nie odprowadzali, gdyż ściągnie to na moją głowę wielkie nieprzyjemności. 

Zgodzili   się   pod   warunkiem,   że   spotkam   się   z   nimi   jutro.   Drętwym   językiem 

odpowiedziałam, że jeśli chcą się umawiać w ten sposób, że ja nie przyjdę, to się umawiajmy. 

I że ja jestem taką polską współczesną Penelopą, jeśli wiedzą, kim była Penelopą? Subtelny 

wiedział.   Wytatuowany,   bezczelny   typ,   powiedział   coś   slangiem.   Pokiwali   głowami   z 

ubolewaniem.   Domagałam   się  tłumaczenia   na   normalny   angielski.  Subtelny  rzekł,   że   nie 

uwierzyli, iż jestem mężatką, ale bardzo się cieszą z poznania mnie i choć naprawdę szkoda, 

okay, nie będą mnie odprowadzać. Natomiast chcieliby do mnie napisać. Swoją drogą, to było 

śmieszne,   że   pełnoletni   człowiek   nie   miał   adresu.   Mama?   Dziekanat?   Poste-restante? 

Poruszyłam   głową,   nie   wdając   się   w   wyjaśnienia,   dlaczego   ta   głowa   kiwa   się   poziomo. 

Wyszłam unosząc ciężkie ciało i ogromny zapas gumy do żucia.

Na pewno nie robiłam wrażenia specjalistki od etykiety dworskiej, kiedy tam szłam 

nasłonecznioną ulicą, we wzrastającym z każdą sekundą upale, czując każdy nerw i każdy 

mięsień.   Jak   najszybciej   do   trumny.   Kupiłam   w   kiosku   „Szpilki”,   „Nową   Kulturę”   i 

„Przekrój”.  Zatrzymałam   błędny  wzrok na  jakiejś  męskiej  postaci.  Myślałam,   że  upadnę. 

Znałam   przecież   człowieka,   który   mnie   z   rozbawieniem   obserwował.   Dzięki   niemu   tak 

łomotało mi serce. Chciałam mu się rzucić na szyję i wypłakać z siebie, że jestem sama i 

wstawiona, że może mnie zabrać, dokąd chce, tylko niech nie zostawia mi czasu na żadne 

zastanowienie się. Niech zadecyduje  za mnie, obejmie mnie  mocno i niech  nie znika na 

dalszy rok.

- Dzień dobry. Poznaje mnie pani?

background image

- Jakże... Pan Remi. Uratował mnie pan od śmierci głodowej.

- Pani tu na wakacjach?

- Tak. Rozrywam się, jak mogę.

- Idzie pani na plażę?

- Nie mam siły... to znaczy spieszę się do domu.

- Pani w ogóle jest z Gdańska? Rodzice?

- Mówiąc szczerze, jestem z nikąd, nigdzie nie mieszkam i tam właśnie idę. Proszę 

pana, nie mogę tak stać. Przyznaję, że z żalem, ale muszę pana pożegnać.

- Nie ma mowy. Nie mogę pani tak zostawić.

Jakbym oprzytomniała. Widzi tylko żałosne efekty mojej samarytańskiej akcji i już 

sądzi.

-   Tak,   to   znaczy   jak?   Myśli   pan,   że   jestem   pijana?   No   tak,   jestem.   Może   pana 

interesuje,   gdzie   się   tak   urządziłam?   Otóż   piłam   whisky   z   przygodnie   poznanymi 

marynarzami. Za to i jeszcze za coś innego chcieli mi kupić kostium kąpielowy. Chce pan 

gumę? Nie? Co do mnie, to pozuję sobie miętową. Angielski znam perfekt, jeśli pan chce 

wiedzieć. Jeszcze się nauczę slangu. Myślałam, że to może panu, właśnie panu nie trzeba nic 

tłumaczyć. Wie pan? Byłam tego pewna. Mogę do pana napisać list, jeśli pan chce. Ma pan 

chyba jakiś adres? Niech mnie pan nie odprowadza, bo mój mąż jest wicemistrzem Polski w 

strzelaniu do rzutków i chociaż aktualnie z nim nie mieszkam, bo jestem w willi koleżanki, 

piękny pokój, widok na morze i urocze towarzystwo, może pan być spokojny, absolutnie 

spokojny, to ten mąż może się zjawić, nigdy nie opuszcza mnie na rok, może panu zrobić 

ordynarną scenę, że pan mnie zaczepia na ulicy. Jemu się podobam nawet w tej bluzce i z 

tymi   włosami   i   wtedy,   kiedy   ze   mną   jest,   to   jest   bardzo,   ale   to   bardzo   dobry,   przede 

wszystkim rozumie mnie. Niechże pan sobie idzie, żegnam pana.

- Co pani jest?

- Nic. Przepraszam. Proszę mi złapać taksówkę. Wsiedliśmy. Jak to cudownie, kiedy 

człowiekiem ktoś się trochę zajmie. Niby jestem taki kozak, ale wzruszenie ściskało mi serce, 

kiedy w samochodzie uchylił okno i własną chusteczką przetarł mi czoło. Przytuliłam się do 

niego i marzyłam, żeby móc tak zasnąć. Zamiast tego powiedziałam głośno, że Gdańsk to 

piękne miasto. Wyprostowałam się, byłam sztywna i nastroszona. Wiedziałam, co się ze mną 

dzieje. To było straszne i piękne. Propozycję spotkania przyjęłam z obłudnym spokojem i 

ponieważ nie chciałam się z nim rozstać ani na sekundę, wyznaczyłam termin za trzy dni, 

przysięgając, że z przyczyn rodzinnych i jakichś jeszcze, nie mogę się zjawić ani o godzinę 

wcześniej. Nie wiem, czy uwierzył, powiedział, że będzie czekał „bardzo, bardzo”.

background image

W trumnie rzuciłam się na łóżko. Leżałam chwilę bez ruchu, czekając, aż ucichnie 

łomot w skroniach. Bez skutku. Wstałam, zmoczyłam ręcznik zimną wodą, podłożyłam sobie 

pod   nogi   walizkę   i   położyłam   się   znowu.   Dużo   lepiej.   Powróciły   tamte   myśli:   Może   to 

właśnie tak trzeba, iść za impulsem, odrzucić wszelkie dociekania, przestać czytywać Boską 

Komedią,   zejść   z   tej   mojej  dryfującej   tratwy,  roztrwonić   się  całkowicie,   rzucić   się   w   to 

nieznane, co będzie potem, jak to będzie, to skądże mogę wiedzieć teraz, będę bardzo bogata 

albo bardzo biedna, za tym się musi kryć jakaś ostateczność. Takie upewnienie się z góry, że 

to   on,   że   musi   być   najlepszy,   najbardziej   inteligentny   i   najbardziej   uczuciowo   czysty   i 

bezkompromisowy,   to   przecież   nic   innego,   jak   mała   nędzna   asekuracja,   pogardzam 

wyrachowaniem, pogardzam. Odrzucić element ryzyka, zrobić to z uśmiechem, niech się nie 

dowie, ile to kosztuje obłędnych myśli.  Tak po prostu, jakby wyrzucić puste pudełko po 

papierosach przez okno pędzącego pociągu, z tą daleką, błahą myślą, że może nie tak... Bez 

tej   myśli,   zdecydowanie   i   całkowicie   podporządkować   temu   wszystko,   ale   to   zupełnie 

wszystko, bez iskierki buntu i wymykania się. Może być ten pokój, to koszmarne łóżko, 

zapamiętam rysy na ścianach i obrazek z filuternym kotkiem, ani jednego odruchu protestu, 

żadnego „kocham”, nawet niech nic nie rozumie, dlaczego właśnie on, dlaczego pierwszy raz, 

dlaczego nie chcę wstrętnej komedii ze zdobywaniem, dlaczego nie chcę, żeby to „przyszło 

samo”, dlaczego nie chcę „czekać”. Zasnęłam.

W tym Gdańsku ludzie oglądali się za mną na ulicy, taka byłam opalona. Błyszczały 

mi tylko oczy, zęby i paznokcie jak u Mulatki. Postanowiłam przejść się po mieście bez celu. 

Na plażę było zbyt zimno. Miałam zamiar wolno spacerować, więc konsekwentnie jeździłam 

tramwajami. Drugi raz w życiu byłam w Gdańsku, ale oglądałam miasto po raz pierwszy. 

Wtedy, kiedy to niby zwiedzałam Gdańsk z moją drużyną harcerską, miałam tylko jedno 

pragnienie, solidarnie dzielone z Agnieszką. Szukałyśmy sprzyjających okoliczności, aby nas 

porwali handlarze żywym towarem i wystawili na sprzedaż na jakimś perskim rynku („Może, 

panie, kupisz mnie...”). Postanowiłyśmy wyjść trochę naprzeciw handlarzom. W tym celu 

weszłyśmy, nawet nie zatrzymane przez portiera, do zwyczajnej kawiarni z południowymi 

tańcami.  Wtedy kawiarnię kreowałyśmy na jakąś marsylską spelunę, a na dobrodusznych 

twarzach wczasowiczów gwałtownie szukałyśmy piętna ciemnego trybu życia. Niestety, poza 

kelnerką nikt na nas nie czyhał, a nawet ta obraziła się, kiedy usłyszała, że nie mamy ochoty 

ani na lody, ani na krem, ani, broń Boże, na tort, a reflektujemy jedynie na wodę sodową. No, 

ale orkiestra grała, Agnieszka była wysoka, a ja kąciki ust pogardliwie opuściłam w dół, co 

miało symbolizować przesyt nocnym życiem i znudzenie dancingowymi doznaniami. Dwóch 

panów skierowało kroki do naszego stolika. Zamiast jednak zakneblować nam usta i wsadzić 

background image

do czarnego mercedesa, poprosili nas do tańca. Byłam  spłoszona, nie wiedziałam, co się 

wtedy robi, wstałam więc jak wyrwana do tablicy. Niechże sam los rozstrzygnie!

Rozstrzygnął. Na kolanach trzymałam pledzik, a w nim kawał razowego chleba, dwa 

serdelki   i   gigantycznego   wędzonego   dorsza.   Kiedy   spadł   mi   z   kolan   koc,   z   papieru 

wyskoczyły   serdelki,   wdzięcznie   potoczyły   się   pod   stolik,   a   podczas   manipulacji   ze 

zbieraniem, dorsz także ujrzał światło dzienne, to znaczy, nie wiem, czy cały, bo głowa z 

wyłupiastymi oczami pożeglowała na parkiet, a potężny kadłub wylądował na bucie mojego 

partnera. Agnieszka zgrabnie wlazła pod stolik po chleb, a potem udała się na parkiet w 

poszukiwaniu   głowy,   roztrącając   łokciami   tańczących,   którzy   zresztą   przejawiali   żywe 

zainteresowanie   tą   akcją   ratunkową.   Zanim   wsadziłam   serdelki   do   kieszeni   i   chwyciłam 

dorsza za ogon, z handlarzy czy tancerzy nie zostało śladu. Zapłaciłyśmy za wodę sodową i 

wyszłyśmy z dumnie podniesionymi trzema głowami. Dwie nasze, jedna dorsza.

Próbowałam to odnaleźć. Ani tej kawiarni, ani nastroju. Poczułam się stara jak dąb 

„Bartek” spod Zagnańska. Cóż z tego, że życie jest miłe i w ogóle niekiedy się uśmiecha, jeśli 

się   ma   takie   myśli,   zupełnie   nikogo,   komu   można   by   powiedzieć   wszystko,   zwyczajnie 

powiedzieć, bez prośby o radę, kiedy chciałoby się wreszcie kochać kogoś bez zastrzeżeń. W 

takich nastrojach kobieta powinna słuchać wykładów z filozofii albo zrobić duże pranie. Remi 

ma jasne oczy, stanowcze spojrzenie, pociągłą twarz i delikatne blade usta. W jego gestach 

jest jakieś zdecydowanie, stwarza mit pewności.

Piękno architektury Gdańska zauroczyło mnie. Jest na co patrzeć, pomijając nawet 

Neptuna i obydwie stare bramy. Cudowne kamieniczki, ulice, katedra. Weszłam do katedry, 

której piękna opisać nie zdołam. W jednej nawie remont. Na dwóch skrzyniach rozpostarto 

materace, na nich położono olbrzymią figurę Chrystusa Ukrzyżowanego. Ta figura to było 

samo piękno, patrzyłam zafascynowana i wzroku nie mogłam oderwać. Twarz pełna bólu i 

wyrazu. Można się zabobonnie bać takiego Boga. Odczuwałam coś w rodzaju tęsknoty za 

straconą   wiarą,   jakiś   przedsmak   miłości   do   czegoś   nieznanego,   stałam   bardzo   długo, 

odurzona   niemal.   To   samo   czułabym   zapewne   oglądając   kaplicę   Mayów.   Po   prostu 

uwielbienie   dla   ludzkich   pragnień   i   marzeń   o   sprawiedliwości,   naiwnych   wierzeń   o 

Odkupicielu i o tym,  że ktoś za nas cierpiał, że kiedyś nasze ziemskie  krzywdy zostaną 

wyrównane... Widziałam w tej twarzy wszystko. Naszą bezsilność i rezygnację, chytrość i 

przebiegłość jednych, głupotę drugich. Żarliwość i bezsens, działania poprzez strach i wbrew 

temu, szczyty ludzkiego umysłu, prymitywizm wierzeń, wszystko. Nie miałam pojęcia, jak to 

będzie może już jutro, że przyjdą robotnicy i zupełnie spokojnie przybiją tego Chrystusa do 

krzyża. Przemogłam się i do puszki na datki wrzuciłam dwadzieścia złotych, choć żyłam 

background image

niczym   chodząca   reklama   Polskiej   Kasy   Oszczędności.   Moje   finanse   zżerał   prywatny 

apartament.

Byłam   w   średniowiecznej   katowni,   gdzie   z   najgłębszą   przyjemnością   wyławiałam 

podobieństwa niektórych maszkar do pewnych moich znajomych. Włóczyłam się także po 

porcie. Oglądałam ładownie, rozmawiałam, z kim się dało. Na koniec postanowiłam zadbać o 

moje   życie   doczesne   i   złożyłam   interesującą   wizytę   w   sklepie   spożywczym.   Dokonałam 

spustoszenia na półce z serami i taszcząc pod pachą świeżutki bochen chleba, zdecydowałam 

się ostatecznie: życie nie jest straszne, mogłoby być znacznie gorzej.

Przeklęłam już tę dobrowolną trzydniową rozłąkę z Remim. Miałam ochotę ubrać się, 

uczesać i siedzieć całą noc przy oknie, może czas szybciej zleci, nie zaśpię i nie spóźnię się, a 

jednocześnie chętnie dołączyłabym  się do ekipy arktycznej, żeby nie zobaczyć go więcej. 

Nigdy w życiu nie byłam tak ciekawa, jak to będzie na spotkaniu, co on powie. Zawsze, 

nawet w chwilach tych szkolnych „jedynych” miłości, do ostatniego momentu zajęta byłam 

czym innym. Chłopcu poświęciłam niewiele więcej czasu niż trwała randka. Po-wzdychałam, 

pomarzyłam  przed snem i mogłam już czytać  książkę. Pamiętam, że nawet wtedy,  kiedy 

myślałam, że Grzegorz puścił mnie w trąbę i całe życiowe założenia kazały mi rozpaczać, tak 

gdzieś głęboko w myślach błyskało mi światełko: „Mowa - trawa, Grzegorz Grzegorzem, ale 

to przecież jeszcze nie wszystko. Niech się udławi tą przyrodniczką”. W chwilach, kiedy 

odnosiłam się do siebie z humorem, nazywałam się narratorką własnego życia. Coś mnie 

musiało kształtować taką, a nie inną. Jeśli roślina rozwija się marnie, winę przypisuje się 

glebie, złej jakości nawozów  sztucznych,  ogrodnikowi. Jeśli ze mną jest słabo, wszystko 

spada na mnie. Nawet się z tym zgadzam, natura obdarzyła mnie (podobno) rozumem, ale 

muszą być przecież współodpowiedzialni. Rozmyślałam: „Czternaście lat - było wesoło, ale 

chciałam mieć więcej. Szesnaście - bywało jeszcze weselej, ale nie musiało być dobrze, skoro 

uważałam się za mądrą. Kiedy się na mnie spojrzy z profilu, to właściwie nie ma się do czego 

przyczepić. Ano studiuje dziewczę, zdaje egzaminy, wie, czego chce - zdawać by się mogło. 

A cóż tu porabiam w tym rozgrzanym pięknym mieście, w pokoju wynajętym za pieniądze, 

które   na   pewno   powinnam   przeznaczyć   na   pantofle.   Czego   tu   szukam   i   jakim   prawem 

okłamują mamę, która przecież, gdyby wiedziała, że mam fantazję ot, tak się powłóczyć, nie 

miałaby nic przeciwko temu? Zrobiłam dotąd wiele głupstw, ale nie żałuję żadnego z nich. 

Natomiast żałuję, że wielu rzeczy nie zrobiłam. Żałuję, że uczyłam się zbyt powierzchownie, 

bo i tak „szło mi” dobrze, i teraz moja wiedza wobec wiedzy wygląda jak smutne szczątki 

mielonego kotleta przy ogromnym soczystym befsztyku”.

Jak ja biegłam na to spotkanie, jak drżałam z niepokoju. Jak bardzo chciałam mu się 

background image

podobać. Kiedy tylko podałam mu rękę, natychmiast rozładowałam wzajemną niepewność: 

- Radzę zastosować szablon numer siedem.

- To znaczy?

- Mnie się pan pyta? Zresztą, może u pana to jest inaczej ponumerowane. Szablon 

numer siedem, to samotna dziewczyna nad morzem. Wie pan doskonale, że z tym mężem to 

była lipa. Przystąpmy więc do punktu pierwszego. Co przewiduje? 

Chytra sztuka, dostosował się do tonu. Im bardziej unikaliśmy banału, tym bardziej 

stawaliśmy się banalni. Zamierałam z trwogi, czy jakiś gest lub spojrzenie nie zdradzi, jak ja 

o nim myślałam.

-   Punkt   drugi   przewiduje   obejrzenie   wodowania   statku,   że   to   niby   interesuje   nas 

bardzo rozwój polskich stoczni. Chwyta u intelektualistek.

- A jeżeli nie intelektualistka?

- Warianty są różne. Improwizuje się. U mnie wprawdzie ten szablon ma numer dwa, 

ale jest dość atrakcyjny. Nie zauważyła pani?

- Nie. A gdzie punkt pierwszy?

- Mamy już za sobą.

- W harcerstwie uczyli mnie spostrzegawczości...

-   Zamierzałem   panią   odszukać   dokładnie   tego   samego   dnia,   tylko   że   po   roku. 

Przyszedłbym do akademika. Dobre? To w ramach zaintrygowania pani. Przyzwyczaiła się 

pani zapewne, że każdy kontakt zawiera w sobie propozycję spotkania. Nie będzie mi pani 

kłamać, że nie była pani zdziwiona.

- Byłam, rzeczywiście. Tylko że proszę pana, mogłam wyjść za mąż albo umrzeć. 

Ryzykowny numer.

- Byłem gotów do interwencji w każdej chwili.

- Czuję, że to już punkt trzeci: „Śledziłem panią z daleka”.

- Właśnie.

- Przejdźmy do następnego. Wieczorny spacer po plaży?

- Kolejność jest inna. Spacer po ulicach, architektura, ładne zakamarki, rozmowa w 

założeniu   miała   być   zdawkowo-wytworna,   ale   cóż   zrobię,   nastrój:   „we   dwoje   wśród 

tańczącego tłumu”. Później nad morze, odprowadzam panią i zapominam się umówić... niech 

się pani nie denerwuje, zjawię się.

- Może mnie znudzić to znikanie i zajmę się kim innym. Zawsze chwyta?

- Zawsze. Oby tylko nie przesadzić. W rozsądnych proporcjach...

- Teraz, kiedy już to wiem, będzie panu bardzo trudno. Proszę wziąć pod uwagę, że 

background image

też mam własne wypróbowane metody replik na wszystko powyższe. Nie zawiodły nigdy i 

tak do zdobywczego rydwanu wprzęga się ofiarę po ofierze. Daję panu szansę, niech pan 

ucieka. Za godzinę może być za późno.

- Zostaję. Jestem taternikiem. Umiem chwytać linę tuż tuż nad przepaścią.

- Jeśli jest lina.

- Ryzyko jest urzekające, zresztą to pani ryzykuje więcej.

- Dla mnie to rzecz powszednia. Moje ryzyko poparte jest doświadczeniami. Stawiam 

pewnie.

- Gracz, który nigdy nie przegrywa, jest zwykłym szulerem.

-   Albo   szczęściarzem.   Zresztą,   kto   tu   mówi   o   uczciwości?   Gram   na   tyle   fair,   że 

przyznaję, iż mam znaczone karty. Ale nawet najbardziej wprawne oko nie dojrzy, które.

- Można zażądać zmiany talii.

- Przewidziane możliwości. Poza tym odsłania lęk partnera przed przegraną.

- Pani jest biegła w tej słownej szermierce.

-   Trening,   kondycja,   często   straty,   zwycięstwa,   wszystko   to   razem.   Mam   całkiem 

realne szansę na wygraną. Dużo większe niż, na przykład, pan.

- Nie sądzę, ale... dlaczego?

- Dwa rodzaje kobiet są nie do uwiedzenia: nieżywe i zakochane.

- W kim pani jest zakochana?

- Za dużo chciałby pan wiedzieć. Przez sekundę się bałam, aby pan nie zapytał: „To 

pani jest zakochana?” Ponieważ przeszedł pan próbę łatwo, powiem panu. Kocham jednego 

chłopca.

- Mityczny?

- Konkretny. Żyje, spaceruje, pływa, lubi czereśnie i ogórki... Pan fantazjuje myśląc, 

że to postać jedynie z myśli. Współczesne dziewczyny nie bywają mitomankami.

- Na szczęście są czarujące.

- Domyślam się, że to o mnie, w ramach punktu czwartego, aluzyjne komplementy, 

podane w formie ogólnej. Czy powie pan: „Pani jest inna niż wszystkie?”

- Pani jest inna niż wszystkie.

-   To   jest   dla   mnie   zupełnie   oczywiste,   ale   nie   zamierzam   pomagać   panu   w 

uzupełnianiu programu. Podpowiedziałam i pan z tego skorzystał. Wyraźnie prowadzę.

- Wzięła pani za ostre tempo.

- Wytrzymam.

Ale nie byłam tego pewna. Obydwoje bawiliśmy się niezmiernie stylem rozmowy. 

background image

Miało to złą stronę. Które z nas zechce się wycofać i złożyć broń. Zaczęłam grać od samego 

początku, demony mnie opętały? Przecież właśnie tu chciałam być prosta i bez cienia pozy. 

Tymczasem klepałam:

- Niech pan tylko nie klasyfikuje tej randki jako nielojalność wobec niego. To jest 

właśnie   sprawdzenie,   że   nic   mu   nie   zagraża.   Poza   tym   nieznany   przeciwnik   zawsze   nas 

przerasta, prawda? Zadanie pana jest wściekle trudne.

- To nie zadanie, tylko cel. Obecność, tu w tej chwili, daje mi nad nim przewagę.

- To jest wykluczone. Rozumie pan? Nikt nie ma nad nim przewagi i mieć nie może. 

On jest ostatnią instancją.

- Mogę jak Jowisz przybrać postać Amfitriona.

- Trafnie. Pan jest bardzo inteligentny. Nie rozumiem więc, dlaczego chce się pan 

utożsamić z Jowiszem, a nie z Amfitrionem. Proszę przypomnieć sobie cały wątek mitu.

-   Nareszcie   się   pani   zdradziła!   Więc   nie   ma   Amfitriona.   To   właśnie   chciałem 

wiedzieć.

-   Istotnie,   spudłowałam.   Teraz   powinniśmy   paść   sobie   w   ramiona   z   okrzykiem: 

„Cement przywieźli, cement!”.

- Ponieważ nie piszemy współczesnej powieści, proponuję bez cementu.

- Proszę bardzo.

Położył   mi   rękę   na   ramieniu   i   pocałował   w   policzek.   Trwało   to   wieczność. 

Opanowałam się i tak bardzo niepotrzebnie brnęłam w dalszym ciągu:

-   To   nie   chwilowe   osłabienie   przeciwnika,   tylko   mobilizacja   sił   do   decydującego 

uderzenia.

- Łatwo pani pójdzie, jest odsłonięty.

- Cóż to znowu za taktyczny manewr?

- Istotnie, może wyższa strategia, a może chcę, aby pani była taka jak przed chwilą. 

Interpretacja należy do pani.

Szliśmy   przytuleni.   Wodowania   nie   udało   nam   się   zobaczyć...   nie   mogliśmy   się 

dopchać.   On   mnie   wziął   na   ręce,   żebym   obejrzała   chociaż   moment   rozbicia   butelki   z 

szampanem. Polska Kronika Filmowa uwieczniła obydwa te momenty. Czułam, że w kinie 

dla mamy i Michała ja będę miała większy ciężar gatunkowy niż butelka szampana.

Poszliśmy na tańce do „Akwarium”.

Bałam się, czy takie szaleństwa nie przerastają jego możliwości finansowych, toteż 

skromnie zamówiłam kawę i kawałek tortu, choć byłam jeszcze w pełni władz umysłowych i 

sznycel cielęcy interesował mnie, jak to się mówi, w najwyższym stopniu. Piliśmy wino. W 

background image

„Akwarium” kręcił się parkiet, my na parkiecie, kręciło mi się w głowie, kręciła się cała 

ziemia. Nareszcie przekonałam się namacalnie, że rację miał Kopernik, w co do tamtej pory 

wierzyłam na słowo. Zamierało mi serce z trwogi, czy on nie uczyni jakiegoś fałszywego 

gestu, czy nie pryśnie czar. Bałam się, że po wyjściu zacznie mnie natychmiast całować, i 

naturalnie,   ogromnie   tego   chciałam.   Na   bezbłędne   zachowanie   nie   dawałam   mu   więc 

możliwości. Przecież to zwariować można w takich chwilach. Wyszliśmy rozgrzani winem i 

tańcem, pozornie bardzo rozbawieni. Piszę tak w liczbie mnogiej, bo wydawało mi się, że mój 

nastrój udziela się i jemu, że czujemy to samo i lękamy się jednakowo. Byliśmy już na ty. W 

ciemności   dostrzegłam   jego   uśmiech:   „Idziemy   nad   morze?”   „Tak”   -   odpowiedziałam. 

Uścisnął mi rękę. Doszliśmy nad brzeg. Zdjął marynarkę i usiedliśmy na plaży. Milczeliśmy 

chwilę, słuchając morza. Potem powiedział cicho:

- Tęskniłem za tobą.

- Dobrowolnie. Trzeba było przyjść, przyjść, przyjść. O ile mniej głupstw zrobiłabym.

Wzruszenie   jeszcze   nie   całkowicie   odjęło   mi   zdolność   rozumowania.   Gdyby 

zainteresował   się,   co   to   były   za   głupstwa,   może   nie   pokochałabym   go?   Siedzieliśmy 

przytuleni, nieprzytomni z zachwytu, mówiliśmy mało i cichutko. Kiedy o dziewiątej rano 

wracałam do swojego pokoju, byłam pewna, że to była najpiękniejsza noc w moim życiu. I że 

taka   noc   nie   może   się   powtórzyć.   Dlatego   uciekłam.   Wróciłam   do   Warszawy.   A   potem 

czekałam,   czekałam,   czekałam.   Uciekłam   dlatego,   że   byłam   zdecydowana.   Czekałam   i 

myślałam, że jeśli on zna historię Alkmeny i Amfitriona, musi także wiedzieć, że za Eurydyką 

ktoś   poszedł   do   piekła.   Więc   nic   prostszego,   jak   znaleźć   mnie   ponownie   w   akademiku. 

Kochałam go już wtedy, kiedy wszedł do mojego pokoju i przyniósł mi portfel. Przez cały 

rok, podczas którego go nie widziałam, był ze mną, choć w sposób irracjonalny. To o nim 

mówiłam ze Stasiem w Łazienkach. Kochałam go w każdym chłopcu, z którym byłam na 

szkolnej   randce   i   szukać   go   będę   w   każdym   mężczyźnie,   którego   zobaczę.   To   ja 

zmarnowałam tę miłość. Ale Remi się myli. To nie za Stasiem pobiegłam. Pobiegłam za 

impulsem. Nie wiedziałam, jak się za to płaci. A teraz siedzę zamknięta w tej puszce i muszę 

sobie wmówić, że nie ma miłości, że się kończy. Że miłość to jeszcze jeden, mało oryginalny 

mit. Że może miłości nie ma wcale, jest tylko ludzka tęsknota za dobrem. A tak gorąco byłam 

przeświadczona, że jeśli nawet miłość nie jest jedyną rzeczą, która usprawiedliwia istnienie w 

ogóle, to nadaje mu sens piękna, prawdy, celowości. Nasza miłość zaprzeczyła wszystkiemu.

Halina. Halina była wstrząsająco śliczna. Kochałam jej urodę na równi z jej uczuciem 

do tego niezwykłego daru natury. Piszę o Halinie, bo ją także wyrzucili z ZMP. Poza tym - to 

była indywidualność. Najpierw ją szykanowali, wyrzucili ją z akademika, w tydzień później 

background image

ci   sami,   którzy   ją   wyrzucili,   szybciutko   przyjęli   ją   z   powrotem,   bo   Halina   zagrała   po 

mistrzowsku (zresztą, to była konieczność życiowa) i ten tydzień przemieszkała u zakonnic. 

Ktoś tam się o tym dowiedział, zrobił na jej wydziale awanturę, że skazano dziewczynę na 

wpływy skrajnego klerykalizmu, jedna interwencja, druga interwencja i Halina triumfalnie 

wróciła na swoje łóżko. Kiedy Remi mnie pierwszy raz po Gdańsku odwiedził w akademiku, 

bardzo   się   bałam,   żeby   Halina   go   z   miejsca   nie   uwiodła.   Ale   Remi   mnie   kochał   i   nie 

widziałam w nim żadnej słabości do innych kobiet. Uprzednio wyjaśniłam Halinie, że jedna 

„niewinna” mina i stłukę jej gębę. Miała się na baczności, no, czasami jakieś spojrzenie, to 

już było ponad jej siły. Ona, wariując za Markiem, musiała od każdego mężczyzny wydębić 

zaświadczenie   o   swojej   urodzie.   Inaczej   wpadała   w   kompleksy.   Potrzebna   była   jej   aura 

zachwytu. Ale kiedy ja czasami w pokoju proponowałam: „Pozachwycajmy się trochę Haliną, 

to może jej na parę dni wystarczy i z dwóch chłopców się uratuje” - obrażała się, płakała. Nie 

przyznawała się do tego, za nic. To nie była kokietka w tym sensie, jak to się potocznie 

rozumie. Ona lubiła swoją urodę, patrzenie w lustro sprawiało jej estetyczną przyjemność. 

Będzie wierna Markowi, to znaczy przede wszystkim sobie, będzie się delektować swoją 

wiernością, uwierzy w nią, to stanie się jej naturą. Skomplikowana dziewczyna. Była bardzo 

podatna   na   wpływy.   Przyjechała   na   studia   z   jakąś   swoją   koleżanką,   do   której   była 

przywiązana.   Pięć   lat   w   jednej   ławce,   to   zbliża.   Kiedyśmy   ją   agresywnie   zagarnęły, 

oszołomiona naszą inicjatywą  rzuciła koleżankę z lekkością, z jaką się wyrzuca  zapisany 

zeszyt  do matematyki.  Przedziwnie  łączyła  religię i marksizm.  Obydwa  te światopoglądy 

zgodnie,   po   połowie,   panowały   nad   jej   umysłem,   stanowiły   pojęcia   doskonale   oddzielne 

(oczywiste)   i   nieantagonistyczne   (zaskakujące).   Była   w   równym   stopniu   prawdziwie 

wierząca,   jak   uznająca   marksizm.   Mówiłam:   „Kruszyno,   przecież   w   pewnym   punkcie   te 

rzeczy się wykluczają, nie dziwiłaby mnie Kazia, ale ty?” „Religia jest potrzebna jedynie tak 

bardzo prywatnie, rozumiesz, bardzo prywatnie, w aspekcie społecznym nic od lat nie wnosi, 

nie jest nawet hamulcem dla ludzkich złych skłonności, a jeżeli nawet, to na zasadzie kary 

śmierci, która nigdy nie będzie czynnikiem wychowawczym, bo sankcja strachu nie może 

wyzwalać   pierwiastków   dobrych”.   Swoją   drogą   lata,   w   których   przyszło   nam   „się 

kształtować”, były niezmiernie ciekawe. Stwarzały, owszem, warunki do myślowego chaosu, 

ale gdyby nic nie trzeba było wybierać, samemu decydować, jakaż uboga byłaby młodość. 

Żucie siana, które jakaś ręka włożyła do żłobu. Halinę złowiłyśmy do paczki, bo nam się 

spodobała z wyglądu. Była z nas najładniejsza. To ją właśnie napuszczałyśmy na urzędników 

podczas batalii o możliwie najszybsze wydostanie mojej kołdry ze składnicy przesyłek nie 

doręczonych w Poznaniu. Robiła wzruszające miny biednej, pięknej sierotki, która boso musi 

background image

sprzedawać na mrozie zapałki. Ja do wywoływania w ludziach wzruszeń byłam za harda i 

zbyt zadzierżysta, Kowalska nie potrafiła opanować śmiechu i parskaniem kładła każdą bliską 

rozwiązania sprawę, Pelagia była nieśmiała, Agnieszka zawsze wypaliła z jakimś zjadliwym 

komentarzem. Ale Halina to była prawdziwa artystka. Ten słodziutko modulowany głosik, to 

urzekające, niewinne dziewczęce spojrzenie - piramida Cheopsa by łkała, gdyby przemówiła 

do niej Halina. Halina odnosiła do szewca buty - szewc Halinie opuścił zawsze za fleki.

Halina dostawała na kredyt sera i rogalików u prywatnego sklepikarza na rogu. Halina 

jeździła do Radomia na gapę i konduktor wierzył, że ta „śliczna, grzeczna panienka” przed 

pięcioma minutami zgubiła bilet. Halina umiała wyłudzić od kelnera w probierni rybnej trzy 

porcje kartofli do jednej flądry saute. Czasami miała zahamowania: „Dziewczynki, nie mam 

odwagi”, ale po naszym: „No, jazda, jazda” rozwijała swój kunszt: „Jesteśmy już panu winne 

za cztery śliczne fryzurki, wie mistrz, karnawał, a do stypendium dwa tygodnie, główki mamy 

już umyte tym szamponem, który pan polecał, gdyby pan łaskawie zechciał nas dziś uczesać, 

to już byłoby osiem fryzurek, pierwszego naturalnie, natychmiast. Wszyscy się pytają, kto nas 

tak cudnie czesze, wtedy z pełnym przekonaniem podajemy adres tego najlepszego zakładu w 

Warszawie.   Pewna   znajoma   aktorka...”   Mistrz   lupy   miał   z   pewnością   ochotę   zedrzeć   z 

Kowalskiej skórę za naprawienie sprężyny w „Omedze”, ale zanim się spostrzegł, Halina tak 

go omotała, że „było mu przyjemnie wyświadczyć paniom tę drobną przysługę”. Tak samo 

załatwiała swoich wielbicieli i nawet nie wiedzieli, kiedy zamiast uroczej randki z Haliną, 

maszerowali   dzielnie   na   kolację   z   pięcioma   Gracjami.   Prawda,   że   ten   numer   z   jednym 

przechodził tylko raz, potem amant się ulatniał na wieki wieków. Tłumaczyłyśmy to sobie 

tak, że to subtelna forma spławiania, po co Halina ma ranić mu serce tak wprost. Zasady były 

ścisłe: jeśli którejś na kimś zależało - świętość. Jeżeli miała go odpalić - musiał zapłacić 

„koszowe”. Jeżeli człowiek był stypendystą  - nie byłybyśmy  głazami. Posyłało go się po 

czekoladki. Na ogół stypendystom czekoladki wystarczały, żeby pojęli wadliwą lokalizację 

swoich   uczuć.   Prymat   tu   zdecydowanie   dzierżyła   Halina,   ona   była   z   tych,   za   którymi 

mężczyźni   nerwowo   krążą   po   ulicach.   „A   jak   biedak   zaczął   krążyć,   my   umiemy   go 

pogrążyć”. Mnie też los zesłał takich dwóch, na szczęście nie jednocześnie. Jeden z nich był 

natarczywy i w tramwaju robił mi idiotyczne oferty. Umówiłam się z nim w Bristolu. Pewnie 

pluje   na   wspomnienie   o   mnie   po   szampańskim   wieczorze   w   szóstkę.   Później   jednak   po 

zaciekłych dysputach i sporach doszłyśmy do smutnego wniosku, że to nieuczciwe. Głosy 

„przeciw” dowodziły, że nieuczciwość jest po tamtej stronie. Głosy „za”, że jakby tam nie 

było, to kpiny z człowieka, bo może nie wszyscy mają złe zamiary. Po tajnym głosowaniu 

numer został wyeliminowany z repertuaru.

background image

Raz zdarzyło nam się być na wytwornym przyjęciu u znajomych mojej mamy. Nasz 

pokój został zaproszony na moją sugestię. Gospodarzy chyba bawiła ta „dzisiejsza młodzież”. 

Byłyśmy   tam   przedstawicielkami   wszystkiego,   co   się   nieprzystosowaniem   zwie. 

Towarzystwo szalenie naukowe, bon ton i te rzeczy, my tam na zasadzie pięciu głupiutkich 

małpek, które się ogląda z sympatią i rozbawieniem. To dostojne towarzystwo nawet bawiło 

się   intelektualnie.   Zrozumiałam,   że   każdy   gdzieś   należy,   choćby   nie   chciał   i   o   tym   nie 

wiedział. Kiedy to odkryje - poczuje się dumny.  Student, wieśniak, robotnik, marynarz  - 

chociaż to nie sprawa profesji i może nawet nie środowiska. Jakiś taki duchowy związek z 

pewną grupą ludzi. Od czasu do czasu, odgrodzone metrami stołu, zerkałyśmy na siebie - i dla 

nas było jasne: z tego trzeba się pośmiać, tylko może trochę później, żeby grzecznie wypaść. 

Żłobek   przygotowany   był   wykwintnie.   Kiedy   dostrzegłam,   że   Agnieszka   chowa   raki   do 

kosmetyczki, zakrztusiłam się strasznie i wyjaśniłam poważnemu sąsiadowi, że mi wino nie 

służy.   Takie   wino!   Chciałabym   widzieć   jego   filozoficzną   minę,   gdyby   choć   powąchał 

naszego kirkora - siedemnaście złotych trzy czwarte litra. Z kirkorem właściwie już wtedy 

było skończone. Najbardziej smakują owoce zakazane, kiedy już wolno - ideał sięga bruku, że 

niewłaściwie zastosuję Norwida. Przez cały wieczór podważałam skorupy raków, trafność 

nazw   rozmaitych   tortów   i   ustalone   pojęcia   moralne.   Kiedy   podważy   się   skorupę   raka   - 

wiadomo,   zjeść.   Kiedy   pojęcie   -   trzeba   je   zastąpić   własnym.   Trudne.   Za   dużo   nie 

sprawdzonych   proporcji.   Do   filozofa   mówiłam   głupstwa,   i   to   tym   bardziej   głupstwa,   im 

bardziej chciałam mądrze. Ilekroć chciałam coś tak szokującego, żeby wywrócić do góry 

nogami   cały   jego   system   (jeśli   go   posiada),   uśmiechał   się   pobłażliwie,   jakby   chciał 

powiedzieć: „Przejdzie to pani, przejdzie”. Kiedy kłamałam i lansowałam jakiś wymysł, on 

natychmiast potrafił rozszyfrować, że mówię wbrew sobie. W tej sytuacji miałam niewiele do 

powiedzenia. Moje obserwacje zebrane w długim już życiu, nie zachwycały go. Coś tam 

spłaszczałam,   coś   pochopnie   uogólniałam,   coś   czemuś   zaprzeczało,   inne   było   nie 

przemyślane do końca. Zajęłam się więc wnikliwiej  zawartością pater i półmisków, a on 

atakował jednocześnie własny talerz, wątrobę i egzystencjalizm. Za czarującą interlokutorkę 

uznał mnie dopiero wówczas, kiedy zgadzałam się ze wszystkim, co mówił, i to na milcząco. 

Nawet mój żołądek ma swoją maksymalną pojemność i skazana przez etykietę towarzyską na 

filozofię,  musiałam   czymś  błysnąć,   żeby  nie   robić  wstydu  gospodarzom.   Filozof  właśnie 

zakończył   wielgachne   zdanie,   na   końcu   którego   umieścił   słowo   „komplikacja”.   Nie 

wiedziałam, czy wywód dotyczył  tego właśnie słowa i w jakim ono padło znaczeniu, bo 

rozważałam,   czyby   jednak   nie   zaryzykować   jeszcze   kawałka   kaczki.   Zahaczyłam   się,   po 

odrzuceniu pokusy:

background image

- Komplikacja! Sądzę, że najbardziej skomplikowane są sprawy proste - wyłożyłam.

-   To   nie   jest   tak   bardzo   kategorycznie.   Co   pani   rozumie   przez   sposób   i   sprawy 

skomplikowane? Od tego trzeba wyjść.

- Sposób skomplikowany to mniej więcej to, czym tu próbuję pana częstować cały 

wieczór.   W   istocie   wypowiedzi   dotyczyły   rzeczy   prostych?   Sprawy   skomplikowane   to 

właśnie te proste. Teraz już wszystko dla pana jest ciemne?

-   Proszę   sobie   wyobrazić,   że   nie.   Sprawy   proste   komplikują   jedynie   negatywne 

doświadczenia - a przecież tego pani nie chciała powiedzieć?

- Właśnie to - dosypałam do siebie nieco tajemniczości, choć możliwe, że zgoła co 

innego   chciałam   wyrazić   -   doświadczenia   są   sprawą   intensywności,   umiejętności 

przeżywania, nie wiążą się z wiekiem. Dobrze mówię?

- Dobrze. Chciałbym wiedzieć, czy pani o tym myślała już kiedyś przedtem? Pani jest 

bardzo miła.

- Pan jest łaskawy - palnęłam i okropnie się zaczerwieniłam, bo był w tym banał i 

kokieteria. Na szczęście zrobiło się zamieszanie wokół kawy i filozof nie mógł sprawdzić 

mojej głębi. Później już go chytrze unikałam, żeby zostać w jego pamięci taka „być może, 

mądra, w każdym razie nie głupia”. Intelektualiści jak intelektualiści. Opary Spinozy, Marksa, 

projekty   reform   społecznych,   socjalnych,   pacyfizm,   antymilitaryzm,   ale   intelektualiści 

męskiej   płci   dociekali   gorliwie,   co   też   na   te   tematy   ma   do   powiedzenia   Halina,   którą 

przydybali  w kącie koło adapteru.  Z wdziękiem wodnej  lilii rozchylała  płaty niewinnych 

uśmiechów,   a   intelektualiści,   oczarowani   tą   prostotą   i   słodyczą,   na   wyścigi   znosili   jej 

talerzyki i popielniczki, przeklinając cywilizację, jeśli zapalniczka nie „dała ognia” od razu. 

Hubki i krzesiwa by używali, samolotem gotowi ścigać Prometeusza, gdyby Halina raczyła 

chcieć zapalić papierosa. Halina przytomnie brała każdy wytworny gatunek tytoniu zwinięty 

w   jeszcze   bardziej   wytworną   bibułkę   i   z   „zapalę   za   chwileczkę”   wrzucała   ze   sprytem 

kieszonkowca  do  torebki.  Obliczyłam,  że   mamy   na  tydzień   palenia.  Ponieważ   życie,   jak 

Neapol, jest pełne kontrastów i w jego łonie, niczym w kapitalizmie, powstają sprzeczności, 

wspaniały ten raut przyszło nam zakończyć wywiezieniem śmieci nad Wisłę. Kto nie wierzy, 

niech sprawdzi w naszym  akademiku,  bo szok był duży.  Po odrobieniu wszystkich  form 

towarzyskich i po przekroczeniu norm kalorycznych wyszłyśmy na ulicę. Nocny tramwaj nie 

podjeżdżał, na taksówkę szkoda - niezawodny system „na łebka”. Z turkotem, jazgotem i 

wszelkim   możliwym   gwałceniem   nocnej  ciszy  przemierzały  stolicę  trzy  śmieciarki,   które 

wydały nam się dobre, dlaczego nie. Machnęłyśmy dziesięcioma rękami, eleganckie pojazdy 

się zatrzymały.

background image

- Może panowie byliby uprzejmi podrzucić nas na Mokotów.

- Gruz i śmieć jedziem zabrać, jak panie chcom, to potem.

- Możemy z panami po ten gruz i śmieć?

- Jak panie chcom. Po jednej do szoferki, dwie na górę. Migiem zabierzem, obrócim 

na wysypisko i na Mokotów.

- Nie dałoby się po dwie do szoferki?

- No, niech panie siadają, noc jest.

Karawana się rozdzieliła. Jeden jej człon jechał po śmieć, dwa pozostałe po gruz. 

Obydwie te rzeczy leżały jednak mniej więcej na tej samej posesji, tak że taszcząc z jakiegoś 

podwórka pojemnik na śmieci, pilnie słuchałam, jak pokrzykują Mary i Pelagia, kiedy dźwig 

ładował gruz. Potem urocza wycieczka nad Wisłę, przerwana jedynie nieodpowiedzialnym 

wybrykiem   jakiegoś   warszawiaka,   który   otworzył   okno   i   groził   naszej   kolumnie 

prokuratorem.

Wysypywanie  wobec ładowania to już była  igraszka. Coś się naciskało, platforma 

tworzyła równię pochylą, wszystko bęc na wysypisko. Turkot zbliżających się samochodów 

postawił na nogi cały akademik. Trzej dżentelmeni wyszli w swoich waciakach z szoferek i 

długo ściskając nam ręce chcieli się z nami umówić „na fajf”. Powiedziałyśmy, żeby kiedyś 

do   nas   przyszli.   Jakież   my   miałyśmy   problemy?   W   tydzień   później   istotnie   przyszli. 

Skrępowani,   onieśmieleni,   wyelegantowani.   Siedzieli   piętnaście   minut.   Ten   kwadrans   był 

koszmarem dla obydwóch stron. Po ich wyjściu wzięłyśmy  się za łby.  Ustaliłyśmy,  że z 

zaproszeniem   wychyliła   się   Kowalska.   Tłumaczyła   się   biedaczka,   że   jej   nie   przyszło   do 

głowy, iż oni potraktują to poważnie. To nawet nie była wina Mary z tym zaproszeniem. 

Żadna nie miała odwagi odrzucić ich propozycji tak wprost.

- Zrozumcie - perorowała Halina - gdyby to nas odwieźli studenci i nie podobali się 

nam, spławiłoby się ich całkiem zwyczajnie. A przez to „proszę, niech panowie kiedyś do nas 

wpadną”,   potraktowałyśmy   ich   jak   coś   niższego   od   nas.   Rozumiecie,   to   jest   świństwo, 

właśnie to. A nie to, że nie poszłyśmy na te tańce.

Przytaczam to wszystko w tym celu, żeby wykazać, iż Halinie naprawdę wyrządzono 

krzywdę. O ile z marksizmem istotnie nie było u niej tęgo, o tyle jej stosunek do spraw 

społecznych zasługiwał na najwyższe uznanie. Nikt tego nie docenił, zostało to przyćmione 

przez jej lekką ekstrawagancję w ubiorze, chłopców odprowadzających ją pod akademik i jej 

teorie o posmaku konglomeratu marksizmu-katolicyzmu, które wygłaszała głośno. Przecież 

nawet te „artystyczne” zagrywki, które tak mnie bawią, kiedy je widzę we wspomnieniach, 

świadczą o poczuciu koleżeństwa. Rzadko kiedy wychodziła na scenę we własnym interesie. 

background image

To można by powiedzieć: studenckie wygłupy. Gdyby nie stały za tym pewne inne fakty. 

Halina po śmierci matki jednej z dziewcząt z naszego akademika pojechała na wieś, pomogła 

ogłupiałej   z   nieszczęścia   dziewczynie   wyrwać   stamtąd   brata,   przeprowadzić   z   ojcem 

rozmowę.   Ojciec   przeznaczył   chłopaka   do   pasienia   krów.   Szczytne   to   może   i   potrzebne 

zajęcie, ale jego siostra-studentka marzyła, żeby chłopak skończył zawodową szkołę. Sama 

się bała przeprowadzać z ojcem batalię. Halina pojechała. Siostra płakała, Halina groziła. 

Przywiozły chłopca do Warszawy i ulokowały w internacie. Halina zgłosiła się do walki z 

analfabetyzmem, która to akcja w pewnym czasie objęła cały kraj. Halina poświęciła na to 

wiele, wiele wieczorów. Nie zraziło jej nawet to, że kiedyś jakiś analfabeta-handlarz pogonił 

ją po schodach. „Zmiataj mi, pani, stąd, paniś w pieluchach była, jakem se w życiu radził”. Z 

ZMP   Halina   wyleciała   po   pochodzie   pierwszomajowym.   Otóż   Halina   przed   trybuną   w 

pochodzie   rzekła:   „Niech   to   wszystko   piorun   strzeli”,   bo   miała   na   nogach   dwa   bąble. 

Elegantka,   chodziła   w   pantofelkach   o   numer   za   małych.   Do   zebrania   bąble   znikły, 

podciągnęli jej wypowiedź pod sformułowanie bardziej ogólne. Bronili ją tam z jej wydziału 

ci,   którzy   widzieli,   jak   na   „postojach”   zdejmowała   buty.   Dzięki   temu   nie   wyskoczyła   z 

uniwerku, ale żałosna mina w pochodzie, chłopaki, malowanie - do organizacji się nie nadaje. 

Przeżywała   to   bardzo   mocno.   Bolesna   jest   taka   świadomość,   że   jesteśmy   z   czegoś 

wykluczeni. Halina miała podwójne powody do rozpaczy, bo ten Marek, brat Stasia, to uroczy 

motylek,  a ona, która mogłaby mieć  chłopaków na kopy i mendle,  chciała  właśnie jego. 

Starała się więc „zasługiwać” na niego, wiodła żywot mniszki, przepędziła Jasia Muzykanta i 

w nauce znajdowała pocieszenie. Uczyła się z zaciekłością i wstrętem, wiedziała, że teraz 

musi   mieć   świetne   wyniki,   bo   jedynie   to   gwarantuje   jej   przynależność   do   Zrzeszenia 

Studentów Polskich. Nawet nie tyle gwarantuje, ile warunkuje. To jedna, to druga latała z 

liścikami na Akademię Medyczną. Marek, owszem, chętnie się z nią spotykał, ale od kiedy 

dała   mu   poznać,   jak   bardzo   jest   od   niego   uzależniona,   przybrał   postać   Mężczyzny 

Zdobywanego. Przedtem wystawał pod akademikiem i raz nawet poszedł po kartofle. Halina 

co   do   niego   miała   bardzo   interesującą   teorię:   mężczyzna   musi   najpierw   uwierzyć,   że 

przyzywa wielką miłość, a potem zaczyna ją dopiero przeżywać. Ona się od niego już nie 

wyzwoliła, daremnie próbowałyśmy jej pomóc i opowiadałyśmy, że miał dziurę w skarpetce 

wielkości średniej popielniczki. Śmiała się z dziury i bladła, kiedy ktoś zapukał do pokoju. 

Ona dopnie swego, pożenią się kiedyś i potem się zacznie dramat. Takiej dziewczyny jak 

Halina nie można nie chcieć mieć na własność. Ona się rzuci w to wszystko z zamkniętymi 

oczami, nikt i nic jej nie powstrzyma. Może nawet nie trzeba, bo w przeciwnym wypadku do 

końca dni swoich miałaby poczucie, że ominęło ją w życiu coś bardzo wielkiego. Marek 

background image

dawał złudę zjawiska jedynego i niepowtarzalnego. Może nie złudę, może kraczę, bo mi żal 

Haliny? Kto by powiedział, że ta prześliczna dziewczyna miała większe kłopoty z miłością 

niż bezbarwna Pela, która wystawała pod drzewkiem ze swoim adoratorem i niczego więcej 

nie   wymagała.   Jeszcze   jedną   aferę   miała   Halina.   Witała   jakąś   delegację   studentów 

zagranicznych. To było przed pochodem. Nie dziwię się, że ją wytypowali, bo koledzy z 

zagranicy, którzy bawili z wizytą  przyjaźni,  po uściśnięciu  takiej dłoni od razu nabierali 

właściwego wyobrażenia o Polakach. No i Halina doskonale znała język rosyjski. Ściskała tak 

te   międzynarodowe   dłonie,   walczyła   o   pokój,   wręczała   kwiatki.   Jakiś   fotoreporter   zrobił 

zdjęcie. Kiedy zdjęcie ukazało się w prasie z podpisem: „Dwie przedstawicielki ZMP witają 

przyjeżdżającą delegację”, Halina już była przedstawicielką niewielkiego odłamu młodzieży 

nie zorganizowanej. Banasiak z jej wydziału orzekł, że się podszywa. Nie wiem, jak dalej 

potoczyły się jej losy, czy wyjaśniała, że w czasie wykonania zdjęcia koszulę zetempowską 

nosiła   legalnie   -   bo   wtedy   przyszła   moja   klęska.   Pożegnałam   wszystko   i   wszystkich. 

Ogromnie jestem ciekawa, jak ułożyło się życie Halinie. Na pewno lepiej niż mnie, została 

wśród ludzi, przynajmniej ma z kim i z czym walczyć.

Z Remim spotykałam się codziennie i choć nie olśniewał go mój tryb życia, nie czynił 

mi wyrzutów. Zresztą uczucie do Remiego sprawiało, że nie mogłam się już bawić z dawną 

beztroską. Na przykład zabawa w ASP, w sukni z zasłony okiennej. Suknia była naprawdę 

piękna, chociaż przez wzgląd na to, że korzystałam z dóbr społecznych, nie mogliśmy ze 

Stasiem używać nożyczek. Czternaście osób, czternaście, zainteresowało się, skąd mam takie 

cudo. Ciuchy? Paczki od rodziny z Nowego Jorku? Staś miał wielki artystyczny smak. Kiedy 

narzucił   na   mnie   tę   kotarę,   myślałam,   że   całe   przedsięwzięcie   weźmie   w   łeb,   a   kiedy 

zużyliśmy już szpulkę nici, całe piętro w akademiku przychodziło z zasłonami na konsultację. 

Modelki stały na stole, a Staś drapował, drapował... aż byłam zazdrosna. Toalety były krótkie 

i długie, szerokie i wąskie - co tam nakazała dusza artysty. Istny szał - bawiłam się z jednym 

odsłoniętym ramieniem (tym, gdzie nie mam śladów po szczepieniu ospy) ze Stasiem i jego 

kolegami. W środku szampańskiego nastroju jak za naciśnięciem guzika uruchamiała mi się w 

mózgu taśma magnetofonowa: „Lilka, co ty tu robisz”. „Ano, co robię. Bawię się i mam 

wyrzuty sumienia”. „Dlaczego? Skoro nie mogę tego wieczoru być z Remim, bo on gdzieś 

buduje pod Warszawą, a uczyć się szczęśliwie nie muszę, to mam śpiewać kolędy, pytam 

się?” Kiedy mu w kawiarni relacjonowałam, jak to mdlałam ze strachu, żeby z mojej sukni, 

sfastrygowanej jedynie, podczas balu nie zrobiła się nagle okienna zasłona, a zdumionym 

oczom tańczących nie ukazał się mój negliż - naiwnie sądziłam, że on podzielił mój lęk i 

będzie się ze mną cieszył, iż nic podobnego się nie przydarzyło. Nie wpadał w zachwyt, było 

background image

mi przykro. Na zabawie Staś co jakiś czas szukał mnie wśród tłumu i po upewnieniu się, że 

„konstrukcja trzyma” odpływał w tanach. Miał w kieszeni cztery antyawaryjne agrafki.

- Cudowny chłopak z tego Stasia, chciałabym, żebyś go polubił.

Nie, nie chciałam, żeby Remi był zazdrosny. Ja, owszem, bywałam. Nawet o budowy i 

to łączące się z nimi nieznane, mocne życie. Dlaczego tym się ze mną nie dzielił? Nie z 

okrucieństwa mówiłam mu:

- Wyszliśmy więc w kompletnej garderobie. Było późno, bliżej było do Stasia jak do 

akademika. Pojechaliśmy do niego, łudząc się, że Marek odstąpi mi swój tapczan. Ale Marek 

powiedział, że mogę spać z nim, prosi bardzo, złazić na podłogę ani mu się śni. Mogłabym 

spać   równie   słodko   koło   Marka,   jak   koło   sterty   słomy,   ale   mogłoby   to   Stasia   dotknąć, 

rozumiesz.

- On jest w tobie zakochany?

- Skądże! Chciałby, ale mu nie wychodzi. Nie tego więc typu jego uczucia obawiałam 

się zadrasnąć, tylko tak jakoś... zresztą dlaczego niby miałam spać koło Marka? Wleźliśmy 

więc „do nieba”, on się zawinął w koc, a ja w tę kotarę. Nie mogliśmy spać, bo było bardzo 

ciasno i z góry bluźniliśmy Markowi, czasami sobie: „Weź tę rękę trochę w prawo, bo mi 

łokieć pakujesz do oka”. Tak się maltretowaliśmy do rana. Mówię ci to, bo nie chcę nic przed 

tobą ukrywać.

- To bardzo swobodne obyczaje.

- Mówisz to z przekąsem, czy z aprobatą, bo nie mogę wywnioskować z tonu?

- Z ironią i naganą.

-   To   niedobrze.   Co   w   tym   złego?   Nogi   nas   bolały   i   nie   chciało   nam   się   iść   do 

akademika. Jeśli cię to razi...

- Lubisz takie historie?

- Pasjami. To jest bardzo ładne, takie na przekór pozorom, każdy by pomyślał, ot 

rozpustnicy.

- Rozumiem takie koleżeńskie sprawy, ale gdybym był tym oczarowany, znaczyłoby 

to, że interesuję się tobą znacznie mniej.

- Nie pomyślałam, że ci zrobię przykrość. Oczywiście, że mogę już nigdy nie spać ze 

Stasiem, żadne dla mnie wyrzeczenie.

- W tobie są ogromne dysproporcje. Intelektualna dojrzałość obok infantylizmu.

- Miły jesteś, ale gdzie ten infantylizm? W tej nocnej historii? To ani infantylizm, ani 

wręcz przeciwnie. To jest zwyczajne.

- W tym, że mi o tym opowiadasz. Z taką świeżością.

background image

- Powinnam pominąć milczeniem?

- Nie.

No tak, lepiej mieć kontrolę nad moimi poczynaniami, nie obrazić się za pierwsze 

zwierzenie,   żeby   nie   zahamować   ewentualnych   następnych.   Ale   należy   mi   dać   do 

zrozumienia, że to irytuje i może boleć. To jest strategia, doceniam. „Gdzie jest strategia, nie 

ma prawdziwej miłości” - medytowałam. Nie przyszło mi do głowy, że to ja nie dorosłam do 

takiej miłości. Ale kochałam go bardzo mocno i kiedy już mieliśmy dość błąkania się po 

kawiarniach, rozmowy o strefach klimatycznych Europy, wtedy kiedy jedno spojrzenie na 

siebie wyzwalało wszystko, dziękowałam sobie w duchu, że zdołałam się dla niego uchronić 

przed fałszem, pomyłką, przypadkiem. Przytuliłam policzek do jego dłoni i powiedziałam:

- Remi... zabierzesz mnie dziś do siebie?

- Kocham cię. Nie. Jutro wyjeżdżam na delegację. Pojedziesz ze mną?

- Naturalnie.

Bałam   się,   że   usnę.   Bałam   się,   że   uśnie   Remi.   Deklamowałam   wiersze,   sennie, 

monotonnie. Nawet mruczenie silnika skłonna byłam nazwać ciszą. Niepokojącą ciszą. Remi 

prowadził... i wypoczywał. Mężczyźni są dziwni. Patrzył stanowczo za daleko i pykał fajkę. 

Moje zdolności recytatorskie uniosły jego prawą brew do góry i silniej przycisnęły ręce do 

kierownicy. Powstrzymuje się od mordu? Może mu przeszkadzam tym wygłupianiem się?

- Kierowca powinien czasami spojrzeć w prawo - podjęłam. - Nigdy nie wiadomo, czy 

z boku jaka gęś nie wyskoczy.

Wyciągnęłam papierosa. Byle nie zasnąć. Podał mi zapałki.

- Kocham cię, gąsko - powiedział.

- Jeśli jesteś zmęczony, mogę cię zastąpić. Pusta droga, będę jechała powoli.

- Jak to, poprowadzisz?

- Zmów Pod Twoją Obroną, przesiądź się do tyłu, nie, bo może być ktoś ze Służby 

Ruchu, a prawo jazdy za trzy tygodnie. Odpoczniesz.

- Nic nie mówiłaś, że chodzisz na kurs. Nie chce ci się spać, gąsko?

Naturalnie, głowa mi się rytmicznie kiwała i pod powiekami miałam kaszę tatarczaną, 

ale gwizdnęłam z lekceważeniem:

- To dla mnie pestka. Pisz testament, pomódl się i pozwól, że ja...

Zatrzymał   tego   rupiecia   lekko,   niewyczuwalnie   prawie.   Przylgnął   do   zrudziałych 

aksamitów „samochodu”. Prześliznęłam się przez jego kolana. Ujęłam kierownicę z mocnym 

postanowieniem,   że   go   wprawię   w   osłupienie.   Oby   nie   za   trwałe.   Tym   dodatkowym 

kobiecym   zmysłem   wyczuwałam,   że   na   tym   terenie   muszę   być   „sportowa”,   a   nie   żadne 

background image

bezradne kobieciątko. Rola była dla mnie nienowa. Zmobilizowałam pamięć i zacytowałam, 

wątpię, czy właściwie:

- To jest fatalna pozycja  kierowcy. Dźwignia zmiany biegów w pozycji  trzeciego 

dotyka kolana. Niewygodnie.

- Zaczynam sobie wyrzucać, że cię naraziłem na takie zmęczenie.

Miałam   na   składzie   jeszcze   kilka   motoryzacyjnych   „kawałków”.   Postanowiłam   je 

rozsądnie dawkować, jak rum w szalupie gdzieś na oceanie. Zbyt blisko było do dna.

- Jedziemy? - zapytałam bez sensu.

Bowiem to była jedna z nielicznych pewnych rzeczy: powinniśmy jechać. Chciałam 

trochę zyskać na czasie. Do egzaminu było wprawdzie trzy tygodnie, ale instruktor, który mi 

powiedział, że mam szansę zdać, to był skończony dżentelmen. Do tamtej pory prowadziłam 

trzy razy po pięć minut i to zawsze tylko do zakrętu.

-¦ Jedziemy - miał zmęczony uśmiech.

-¦ Pomóż mi tylko ten wrak uruchomić, a dalej to już spokojna głowa. Obudzę cię, jak 

będzie trzeba zahamować.

- Z narkozy?

Jaki   on   był   ładny!   Mieliśmy   razem   być   dwa   dni.   Wątpiłam,   żeby   udało   mu   się 

ulokować mnie u znajomych. Objął mnie delikatnie i spojrzał mi w twarz. Wytarłam resztki 

pudru   w   jego   marynarkę   i   zastosowałam   z   ustami   unik   jak   Joe   Louis   z   żołądkiem.   Nie 

nalegał. Może jego gest mieścił się w rytuale nocnej podróży samochodem. „Nie. On mnie 

kocha! Tylko nas dwoje i noc, jazda Bóg wie gdzie”. Według mapy mieliśmy przed sobą 

jeszcze trzynaście kilometrów. W tym momencie ryknął z tyłu klakson. Do naszej spokojnej 

przystani zajrzała blada twarz:

- Nawaliło coś? Co to, pani prowadzi? To pan panią eksploatuje. Odważny pan.

- Nic. Tak tylko się zatrzymaliśmy. Dziękujemy panu.

- W ten sposób to wy nigdzie nie dojedziecie.

„Może do szczęścia?” - pomyślałam patetycznie i przytuliłam się do Remiego. Za 

chwilę wóz Uprzejmego wyrwał się do przodu i znikł w czarnym tunelu szosy.

-   Ruszamy   -   zdecydowałam.   Pocałowałam   go   w   policzek   i   jednocześnie   (słowo 

honoru)   ruszyłam.   Sprzyjała   mi   puściuteńka   droga.   Na   pewno   nie   dałabym   rady   na 

Marszałkowskiej, bo „refleks” być może miałam, ale nie wtedy, kiedy mi był rzeczywiście 

potrzebny.   Byłam   dziwnie   podekscytowana,   to   uczucie   przedzierało   się   przez   fizyczne 

zmęczenie.   Reflektory   wymacywały   pryzmy   kamieni,   przydrożne   słupki   i   ciemne   paski 

rowów. Noc i drzewa uciekające do tyłu. To była jedenasta godzina jazdy, w głowie miałam 

background image

idealną próżnię.

- Daj pociągnąć fajkę, pyknę sobie - poprosiłam.

Zaciągnęłam   się   głęboko   i   zmusiłam   mięśnie   twarzy   do   kamiennego   wyrazu.   Na 

podobnej zasadzie mogłabym wypić szklankę ginu, gdybym się chciała zaciągnąć na statek, 

żeby marynarze potraktowali mnie jako „swojego chłopa”.

- Świetnie - nie mogłam plunąć, więc przełknęłam coś okropnego. - Będę palić fajkę. 

Tylko, żeby tak nie kapało. Co tam kapie? To psuje smak.

- Źle ci podałem. Musi być bardziej do dołu, poza tym fajką się nie zaciąga. Będzie z 

ciebie kierowca. To cudownie, że się wyrwaliśmy z Warszawy. Jesteś tam taka rozgęgana. A 

tyle mamy sobie do powiedzenia. Chciałbym cię z tego wyrwać, z tych wszystkich historii.

-To są piękne historie, musisz to zrozumieć. p?

- Nawet ten Banasiak?

-   Nawet.   Gdybym   to   wszystko   dla   ciebie   rzuciła,   przestała   się   tym   interesować, 

znaczyłoby to, że nie akceptuję współczesności, miałbyś tylko egzaltowaną... no, gęś. Nie 

mógłbyś mnie kochać. Wierz mi. Żalę się czasami, ale to jest ujście dla migawkowych złości, 

wtedy kiedy tak pyskuję, że to koszmar, to nie jest takie poważne.

- Nie bardzo cię rozumiem, po raz pierwszy.

- Czasami chce się wszystko powiedzieć. Kiedyś tak wypaliłam różne rzeczy pewnej 

pani, z którą się nie cierpimy. Gdybym w chwili złości miała pod ręką Palmiro Togliattiego, 

mówiłabym   to   Palmiro.   Z   tobą   naturalnie   szczególna   sprawa.   Naprawdę   będzie   ze   mnie 

kierowca?

- Całkiem dobrze prowadzisz.

Zdążyłam jeszcze pomyśleć, że jeśli usłyszę huk, będzie to znaczyć, że rozsadziła 

mnie duma, i zobaczyłam najpierw tuman kurzu i rów tuż tuż... a potem gwiazdy, wszystkie 

oczywiście   i  chyba   jeszcze   księżyc,   okrągły  i   żółty  jak  dojrzała  dynia,  zawieszona   obok 

naszego pojazdu. Dekawka wykonała jakieś taneczne wariacje i zabolało mnie kolano.

Dźwignia zmiany biegów, a nie mówiłam. Remi mało subtelnym ruchem rzucił mnie 

w kąt jak torbę podróżną i trochę za mocno ścisnął mi ramię. Kiedy otworzyłam udręczone 

oczy, zajmowałam . miejsce „z prawej strony kierowcy”.

- Co ci nagle przyszło do głowy - chciał wiedzieć.

- Zając - wybełkotałam. - Przecież widziałeś.

- No to co? Trzeba było gwałtownie wjeżdżać do rowu?

- Za mocne określenie na taką bagatelkę. Należę do Ligi Ochrony Przyrody. Kiedy 

powiedziałeś,   że   będzie   ze   mnie   kierowca,   to   wyrwałam   do   przodu.   Zając   był   taki 

background image

wystraszony. W ogóle to jest piekło, Dante miał na myśli ten samochód. Na dziś rezygnuję.

Nacisnął, co tam trzeba, i jakiś czas jechaliśmy w milczeniu. Kilometry nawijały się 

na koła jak nici na szpulkę. Już ze sto, a nie jeszcze dwanaście.

- Uderzyłaś się w kolano? Trzeba się było odchylić do tyłu, a nie przyciskać kurczowo 

do kierownicy. Musiałem cię tak szarpnąć.

- Są momenty, kiedy kobieta nie wie, w którym kierunku się odchylić, i wtedy właśnie 

przyciska się kurczowo. To jest brak rozeznania i panowania nad sobą. Ale żeby aż szarpać.

- Nie chcę myśleć, co by się działo, gdybyśmy wjechali do rowu.

Rzeczywiście,   co   mogłoby   się   dziać   w   rowie.   Nie   zaprzątałam   sobie   tym   dłużej 

głowy,   bo   myślałam   nad   radykalnym   zniszczeniem   wszelakiej   motoryzacji.   Taka   byłam 

zmęczona! Marzyłam o wannie, kranie z napisem „zimna”, z którego leci ciepła...

- Śpisz?

- No wiesz! Gdzie my właściwie jedziemy? Czy musieliśmy złożyć wizytę tej ciotce? 

Byliśmy tam godzinę, a prowizorycznie licząc nałożyliśmy ze dwieście kilometrów.

- W każdym razie nie jadę na delegację. Skłamałem ci. Ale powiedziałaś, że nawet na 

koniec świata?

- Tak. Do tej linii, gdzie niebo łączy się z ziemią. Od dziecka chciałam tam dojść. 

Zawsze mi się przesuwała, była jednakowo daleka... chcę tam dojść. Tymczasem zatrzymaj, 

muszę zbadać okolicę.

Wyczołgałam się z wozu. Minęłam rów, na każdej nodze miałam po parę milionów 

mrówek.   Wracając   zrobiłam   kilka   przysiadów,   mrówki   zniknęły.   W   wątłym   światełku 

samochodu   usiłowałam   obejrzeć   twarz   w   zamglonym   lusterku   puderniczki.   Tusz   mi   się 

rozmazał, w ogóle moja uroda była solidnie zamaskowana. Jak „sportowa”, to „sportowa” - 

wyjęłam chustkę i roztarłam tusz do reszty.

- Jak ty oceniasz ten swój samochód? Kustosz Muzeum Techniki nie czynił ci żadnych 

propozycji?

- Gdybyś wiedziała, z czegośmy go wyremontowali! Przesiądź się do tyłu. Wygodniej.

-   Mniej   atrakcyjnie.   I   nie   chcę   cię   pozbawiać   widoku   mojej   porannie   świeżej 

twarzyczki.

- Emocji dostarcza mi kranik - powiedział ruszając. - Guma w nim kruszeje. Pod 

wpływem benzyny. Zatka się czy nie zatka? To znaczy: czy dojedziemy?

Jechaliśmy jakoś, mijaliśmy wybiegające na szosę psy i uśpione wsie bez świateł. 

„Jedziemy do tego miejsca, gdzie ziemia łączy się z niebem...” Starałam się mówić, żeby 

Remi nie zasnął. Czytałam, że tak się w nocy postępuje z kierowcami.

background image

- Dlaczego kruszeje ten kranik?

- Zmiłuj się... guma, guma kruszeje i jej kawałki zatykają przewód paliwa. Cudowna 

jesteś, że chcesz o tym mówić, choć cię to zupełnie nie interesuje.

- Lubię samochody - może w tym i była molekuła prawdy. Uznałam, że trzeba go 

„olśnić”, najwyższy czas. Dość się nakompromitowałam tym zającem.

- Weź gaz do dechy, rozpędź samochód i noga z pedału gazu. Na wolnych obrotach 

silnik zużywa o wiele mniej paliwa. Przez ten czas trochę benzyny zbierze się w komorze 

pływakowej gaźnika. Znowu gaz, i w ten sposób, mimo agonii silnika, jakoś dojedziemy.

Nie   chciałam   natychmiast   kontrolować,   jaki   wyłom   zrobiłam   w   fortyfikacji   (jeśli 

jeszcze   jakaś   była).   Patrzyłam   w   przestrzeń,   ale   kiedy   skierowałam   na   niego   oczy, 

zorientowałam się, że strzeliłam z radzieckiej katiuszy. Komora pływakowa gaźnika...

- Chyba będzie deszcz - zakończyłam obojętnie. - Samochody wprawdzie interesują 

mnie od strony karoserii...

- Nie ma karoserii.

- Nie ma? - przeraziłam się. - A co jest? 

- Nadwozie..

- Okropnie brzmi. Ustąp mi, proszę cię, niech będzie karoseria. Od razu wiadomo, o 

co chodzi. „Szałowe nadwozie”, brr! 

Jaka męcząca jest podróż, kiedy zasnąć nie można, a cel staje się błędnym ognikiem. 

Żal mi go było, ale już nie proponowałam, że go „zamienię”. Lepsze było moje współczucie 

niż żal jego ojca i przyjaciół. Mnie by też parę osób żałowało, zabawne.

-   Wiesz,   w   zeszłym   roku,   w   lecie,   podobałam   się   jednemu   facetowi,   który   miał 

samochód. Dawno, ale prawda. Zdałam egzamin i myślę sobie, przewiozę się w nagrodę. 

Zawiózł mnie nad Wisłę. Słońce, woda, wiatr, motyle, „słuchaj dzieweczko - ona nie słucha”, 

skąd on niby miał wiedzieć, że to premiowa przejażdżka. W drodze powrotnej wydawał mi 

się bardzo zgnębiony i wiedziałam, że drugi raz tym wózkiem się nie przejadę. Chciałam mu 

okazać,   że   nie   mam   żadnych   pretensji,   że   miło   się   jechało.   Zatrzymał   i   zaczął   coś 

manipulować w masce czy pod maską. W tym czasie napisałam mu szminką na karoserii: 

„Przykro mi, że pana rozczarowałam”.

- No i?!

- Już nie był zgnębiony. Był wściekły! Dmuchał, chuchał na to swoje cudo, wycierał, 

omal mnie nie zostawił, piętnaście kilometrów pod Warszawą. Nie widziałam go więcej.

- Rasowy samochodziarz może dostać szału, jeśli mu się coś bazgrze na nadwoziu.

- Dlaczegośmy się zatrzymali?

background image

- Muszę trochę pomanipulować pod maską.

- Ale szminką po karoserii? - zrozumiałam.

- Szminką po karoserii. To bardzo ważne. Muszę to wiedzieć teraz.

Wyszłam, wyjęłam z torebki szminkę i napisałam wyraźnie: „Kocham Cię”.

- Przeczytaj - objął mnie.

- Kocham cię - powiedziałam cicho.

- Tak długo czekałem na to słowo.

- To było zdewaluowane u mnie pojęcie. Teraz, to co innego.

- Jesteśmy na miejscu.

- Co to za miasto? Gdzie my jesteśmy? Czwarta rano. Patrzył na mnie bezkarnie, choć 

ta noc podziałała na mnie jak wyżymaczka. Mrok już słabo pokrywał rozmazany tusz. Byłam 

brudna, potargana, przesiąknięta gazami spalinowymi,  fajkowym  tytoniem  i zaczadziała  z 

miłości. Leciałam z nóg.

- To jest Bydgoszcz. Przyjechaliśmy do mojego ojca. Chcę się z tobą ożenić. Chcesz 

tego?

- Tak - zdaje mi się, że powiedziałam to ja. W każdym razie nie on, a było nas tylko 

dwoje w samochodzie, na ulicy, w Bydgoszczy, na całym świecie. Sądziłam, że osiągnęłam tę 

linię, do której szłam całe życie.

W oczach ojca Remiego bardzo chciałam wyglądać statecznie i poważnie. Dostojnie 

kiwałam głową, kiedy mi wyjaśnił, jak się opatula drzewka owocowe na zimę. Ojciec przyjął 

mnie bardzo życzliwie. Nie łudziłam się. Nie mnie, Lilkę Sagowską, tylko swoją przyszłą 

synową. Każdą inną gościłby tak samo. Była w tym nabożna wiara w nieomylność swojego 

syna-inżyniera,   który przecież   błądzić nie   może.  Już go  tam  na  tej  politechnice  nauczyli 

wszystkiego, co trzeba. To było bardzo wzruszające i ładne. Remi patrzył na mnie cały czas z 

taką miłością, że postanowiłam rzucić dla niego akademik. Stasia, „niebo” i wszystkie inne 

rozrywki. Niech świat się na nim zaczyna i kończy. Ojciec Remiego na pożegnanie musnął 

mnie wąsami w obydwa policzki i wręczył  mi dwa litry miodu. Byłam  szczęśliwa, choć 

miodu nie jadam. Kiedy Remi odwiózł mnie pod akademik, ani drgnęłam. 

- Lilka, idź, proszę cię.

- A ja cię proszę, żebyś mnie zabrał do siebie. - Wiesz, jak tego pragnę. Nie utrudniaj 

mi pewnej decyzji.

- Remi. Ja cię przecież nie pytałam, czy się ze mną ożenisz. Muszę ci przyznać, że 

jestem tym ślubem trochę przerażona. Ale chcę bardzo, nie niepokój się. Remi, ja nie chcę, 

żeby to się stało dopiero po ślubie. Głupia jest ta twoja „pewna decyzja”. Zresztą, zwyczajnie 

background image

stąd nie wysiądę. Rób, co chcesz.

- Chcę ci zostawić trochę czasu. Rozpaczliwie się boję, że będziesz żałować. Lilka... 

jesteś jeszcze taka bardzo młoda.

- Kochasz mnie?

- Nieprzytomnie cię kocham.

- To mnie zabierz do siebie.

- Tak się boję, czy nie robię błędu.

- Nie analizuj. To nie teren do analiz. Już ja najlepiej wiem. Robię to świadomie. Chcę 

tego.

Na   te   cztery   doby   pozwoliłam   sobie   zapomnieć   o   istnieniu   Uniwersytetu 

Warszawskiego. Dumałam właśnie, skąd by tu wyłudzić falsyfikat zaświadczenia lekarskiego. 

Remi był w pracy, a ja dziwiłam się, że będąc tak szczęśliwa rozróżniam kolory, zapachy i 

litery w gazecie. Ktoś zadzwonił. Na Remiego było za wcześnie. Ale może... pobiegłam jak 

szalona do drzwi. Stanęła w nich Nika Hanusówna. Osłupiałam. Spojrzała na mnie spode łba i 

rzekła:

-   Witam   bumelantkę.   Byłam   tu   już   dwa   dni   temu,   ale   państwo   raczyli   gdzieś 

wyjechać.

- Witam cię w progu mojego przyszłego domu - przywróciło mi mowę. Poprawiłam 

pod szyją piżamę Remiego, sześć numerów za dużą. - Cieszę się, że cię widzę, ale pojąć nie 

mogę, jak mnie tu znalazłaś. Wejdź do pokoju - wskoczyłam pod kołdrę. - Herbaty?

- Jazda na wykłady - powiedziała. - Zbieraj się, i to już.

- Oszalałaś chyba. Jutro pojadę.

- Identyczna reakcja - rzekła.

- Jak u kogo?

-   Jesteś   już   trzecią,   którą   muszę   z   niebios   sprowadzać   na   ziemię.   Dlatego   cię 

znalazłam, mam wprawę. Akademik, z kim wyszła, biuro adresowe i wałek w torebce. No, 

wyłaź, moja szczęśliwa, zdążymy jeszcze na ćwiczenia.

- A które to te dwie poprzedniczki? Znam?

- Znasz, ale to zawodowa tajemnica. Trzeba godzić szczęście z zajęciami.

- Cyniczna jesteś.

- Może. Czuję pewną odpowiedzialność, która u ciebie gdzieś się rozpłynęła. Cztery 

dni cię nie było.

- To się stało dopiero wczoraj - rozmarzyłam się. - Pobierzemy się. W lipcu. On tak 

chce, chociaż ja wolałabym w listopadzie, w rocznicę poznania go. Muszę go przekonać, że 

background image

tak będzie lepiej. Tak to sobie romantycznie ustaliłam.

- Ubieraj się - zaczęła we mnie rzucać moją własną bielizną - zostawisz mu piękną 

kartkę i biegiem przylecisz tu wieczorem. Ale nie od razu po wykładach, bo musisz się ze 

mną trzy godziny pouczyć. Tak będzie dotąd, dopóki nie stwierdzę, że możesz się znowu 

uczyć sama. Kiedy oprzytomniejesz, odczepię się od ciebie.

- Nigdy nie oprzytomnieję, ale to nie ma nic do nauki. Będę się uczyć czekając na 

niego.

- Na wszelki wypadek jednak ze mną. Te dwa, trzy miesiące.

- Wszystko świetnie, ale dziś nie pojadę na uniwerek. Niech się świat zawali. Proszę 

cię, Nika, zrozum...

- Nawet nie słucham, co ty tam gadasz. Szybko. Już ja cię teraz będę miała na oku. 

Ubrać cię, dziecino? Krew by zalała taką pracę społeczną, żeby kogo z łóżka wyciągać.

- Mam nadzieję, że to prywatna inicjatywa?

- Istotą pracy społecznej jest taka właśnie inicjatywa. Formy narzucone mnie mniej 

interesują. Dawaj, zapnę ci stanik. Jadłaś śniadanie? To zjedz, daję ci dziesięć minut czasu. 

Ładny pokoik. Bardzo ci tu dobrze?

- Bardzo.

- Cieszę się. Bardzo go kochasz?

- Bardzo.

- Widzisz, ta pierwsza, którą wyciągałam, mówiła to samo. I cud, że się zgodziła na te 

trzy miesiące. Później byłam jej jeszcze bardziej potrzebna... źle się skończyło, chociaż nie 

powinnam ci takich rzeczy teraz mówić.

- A druga?

- Druga... obudziła się.

- Co to znaczy? Pomyłka?

- Tak, w jakimś sensie tak. Za wiele mu dodawała, widziała w nim to, czego nie było. 

Jeszcze nie tak: inaczej go widziała.

- Pewnie bardzo boli takie rozczarowanie.

- Bardzo. To nawet nie rozczarowanie. Rozbieżności.

- Nika!

- On nie jest ani taki zły, jak ty go widzisz, ani taki świetlany, jak ja go widziałam. No 

i nie chciał dziecka, a ja bardzo. To znaczy, gdyby było... ale nie chciał.

-   Nika!   Tu   on   miał   rację.   Ale   nie   wyobrażam   sobie,   żeby   Rysiek   mógł   być 

sentymentalny.

background image

- To sobie wyobraź.

- Nika, w tym miejscu ty się mylisz. Hołdujesz modzie na nieślubne dzieci.

- Idiotka! Zresztą w każdej chwili możemy się pobrać.

- Tak, Nika. Uważasz, że to wyróżnia, że dowodzi odwagi, sądzisz, że jeśli ludzie się 

kochają, to dlatego, żeby mieć dzieci. Zmiłuj się, to tak jak w kościele na kazaniu.

- Uważam tylko, że jeśli ich nie stać na dzieci, nie powinni się kochać. W przeciwnym 

razie to jest nieodpowiedzialność za własne czyny.  Czyli trochę to inaczej pojmuję niż w 

kościele na kazaniu. Nie wiem, jak to się dalej potoczy. No, chodźmy. Przepytam cię, w 

autobusie. Masz klucz? A, on ma drugi. No, szybko.

Były na studiach takie pary, co to zawsze i wszystko razem. Obserwowałam raz takie 

„papużki-nierozłączki” w Kole Medyków gdzie często chodziłam po Agnieszkę. Znałam tę 

parę. Siedzieli nad książką i powtarzali: „U kobiet przebiega tędy więzadło obłe macicy, u 

mężczyzn   powrózek  nasienny”.   Nie  rozumiałam,  jak  oni  mogli   się po  tym   teoretycznym 

roztrząsaniu praktycznie całować. Agnieszka mi tłumaczyła, że to nie ma nic do rzeczy, oni 

po wyjściu z uczelni naprawdę o medycynie nie myślą i uspokoiła mnie, że on nie widzi w 

niej trupa z prosektorium. Nie wiem, dla mnie to byłaby obsesja, tak myślę. Taką naszą parą 

była Mary i Szeryf. Nie pobiegliby tak szybko do urzędu stanu cywilnego, gdyby w akcję nie 

wkroczył   ojciec   Szeryfa.   Ojciec   przechwycił   „telegramę”   wystosowaną   przez   Mary   do 

ukochanego: „Zwiej z ćwiczeń. Porozrabiamy. Twoja Mary”. Ta „depesz” była wysłana do 

Szeryfa przez umyślnego (Kosiński). Bałwan w pokoju zastał ojca i wręczył mu notę. Dalej 

wypadki działy się z szybkością światła. Papcio już nie czekał na synalka, tylko wtargnął do 

naszego pokoju, zarzucając nam wszystkim, że odciągamy syna od nauki. Mówił to wszystko 

o dużo za głośno i miał „poinformować, kogo należy”. My na to wyciągnęłyśmy indeksy i 

pokazały, że wszystko mamy zaliczone, niech się każdy martwi o siebie. Kiedy ojciec się 

niemal   udobruchał,   wszedł   do   pokoju   Szeryf   z   butelką   wina   pod   pachą   i   okrzykiem   w 

drzwiach: „Podobno przybył stary, to zostawi trochę dzięgów, zahula się”. Ojciec siedział 

tyłem do drzwi i od progu nie było go widać. Szeryf zzieleniał, a ojciec sczerwieniał. My 

poszarzałyśmy ze zgrozy i to kolorowe towarzystwo zastygło w milczeniu. Szeryf okazał się 

mężczyzną,   bo   przedstawił   Mary   jako   swoją   narzeczoną   i   ładnie   ojca   poprosił,   żeby 

porozmawiali o tym później. Ojciec powołał się na mamę i wyszli z pokoju w trójkę omówić 

te okropne rzeczy. Mary wróciła do pokoju w nocy, zapłakana i chora, bo przyrzekli ojcu, że 

poczekają ze ślubem i w ogóle, do czasu skończenia studiów. Ojciec wyjechał, a oni włóczyli 

się po ulicach, chodzili i doszli do wniosku, że żyć bez siebie nie mogą i tylko śmierć ich 

rozłączy. To przyrzeczenie uświadomiło im, że jakakolwiek zwłoka jest wykluczona. Przez to 

background image

rodzinne zamieszanie ich uczucie nabrało posmaku występnego czynu. Mając do sforsowania 

przeszkody,   których   uprzednio   nie   dostrzegli,   postanowili   się   pobrać.   Już,   natychmiast. 

Mieliśmy wesele. Wesele, wesele... Szeryf więc pojął swoją Mary, happy end na papierku z 

USC, bo w ich życiu nic się nie zmieniło. Ona w jednym akademiku, on w drugim, koledzy 

czasami na filmowym seansie. Gdyby byli na ostatnim roku, może dostaliby wspólny pokój, 

ale tak? Szeryf tak się przejął swoim występem w tym dniu, że uprzednio przetłumaczył 

artykuł, sterroryzował widocznie redaktora, bo mu przyjęli, kupił Mary ślubne nylony, a sobie 

imitację   krawata.   Mary   sprzedała   złoty   zaręczynowy   pierścionek   swojej   mamy   i   kupiła 

tombakowe obrączki. To był ślub w tajemnicy przed rodzicami, z miłości („Po co starzy się 

mają niepotrzebnie denerwować”). Jakby tam nie było - śliczne studenckie wesele. Mary była 

pięknie ubrana i nawet zastanawiałyśmy się, czy jej tego wszystkiego nie zostawić na zawsze. 

Państwo   młodzi   jechali   do   ślubu   dorożką,   z   nimi   kierowniczka   domu   akademickiego 

(pozwoliła urządzić bankiet w świetlicy) i portier, który jest także palaczem („Jak ja pani 

Kowalskiej   puszczę   parę   na   to   wesele,   to   jeszcze   nigdy   tak   ciepło   nie   było”).   Goście 

maszerowali za dorożką. Co do mnie, to uwiesiłam się z tyłu. Świadkiem byłam, trudno, żeby 

urzędowa osoba leciała za pojazdem jak pies za rowerem. Urzędnik stanu cywilnego dwa razy 

zwracał nam uwagę, że chwila jest poważna, żeby choć młoda para postarała się skupić. 

Raźnie pokrzykiwali „tak”, a Szeryf: „Trzy razy tak”, ale uznali, że to jest wymijające i 

wreszcie powiedział normalnie „tak”. Z powrotem oni też już szli, bo drynda była opłacona 

tylko „do”. I tak stąpając tą nową drogą życia, doszliśmy do baru mlecznego, gdzie każdy 

zjadł   po   talerzu   zupy   pomidorowej   z   ryżem,   bo   na   uczcie   ślubnej   gorących   dań   nie 

przewidziano.

Kieguri myślała, że to nasz narodowy obyczaj i niezmiernie jej się wszystko podobało. 

Wytłumaczyłam jej, że to nie jest typowy ślub. Trzeba ją było zaprowadzić na taki, co to białe 

suknie, oceany kwiatów, wyfraczeni goście i wytworne samochody. Ale trudno powiedzieć, 

że frak to jest recepta na szczęście.

Mary i Szeryfowi wszystko ułożyło się dobrze. Kończą studia, on dostał pokój i wiodą 

całkiem ciekawe życie, choć, rzeczywiście, odbiega ono od modelu mieszczańskiej rodziny. 

A teściowie pogodzili się z ciosem i marzą o wnuku.

Ciekawa jestem, jakie będą nasze dzieci, lepsze czy gorsze? Jednego jestem prawie 

pewna. Będą żyć w czasach stabilnych, nie będą w nic wkładać tyle serca, co my. Może 

Halina   Karamesówna,   Banasiak,   Sagowska   i   Weronika   Hanuś,   a   nawet   Honorata   byli 

odrobinę śmieszni, ale byli prawdziwi. Przejęci tym, co robią, walczący ze wszystkim, co im 

się   wydawało   złe,   ostro   i   bezkompromisowo,   byli   głośni,   rozkrzyczani.   Choć   różnie 

background image

pojmowali zło. Podziwiam nas teraz, kiedy sama usunęłam się z widowni. Ale ze względu na 

osobisty cios. Za  bardzo żyłam  życiem  młodych  i za szybko  dostałam  w łeb,  za prędko 

wciągnięto   mnie   w   świat   ludzi   dorosłych,   który   przerastał   moje   młodzieńcze   wizje.   Jak 

bardzo   chciałam   np.   być   społecznie   przydatna.   Kiedyś   całą   dobę   robiłam   remanent   w 

mydlarni, bo młodzież studencka stawiła się pierwsza na apel o pomoc pracownikom handlu. 

I choć przy 2864 mydle i 3684 sidolu robiło mi się słabo, zaciskałam zęby i cieszyłam się, że 

jestem potrzebna.

Jeździłam też na wieś, nikogo osobiście na spółdzielnie produkcyjne nie nawróciłam, 

chociaż do wystąpienia przygotowałam się starannie, mówiłam z przekonaniem i wiarą w to, 

co mówię. Była nas cała ekipa, ze mną naturalnie jeden z Banasiakowi najbliższych, żeby 

zobaczyć, za czym ta Sagowska agituje. Spisałam się dobrze, ale wynik żaden. Popierali nas 

młodzi:

-   Ja   bym   się,   pani,   już   dawno   zapisał,   ale   ojce   nie   daj   om.   -   A   tatuś   przerywa 

dyskutantowi:

- Żebyś mi się, zarazo, pod rękę nie nawinął, bo ci kości porachuje.

- Same, państwo, widzom - wzniósł ręce do góry pionier kolektywizacji.

- A zatkasz se gębę, huncwocie jeden? - tatuś.

Apelowałam do kobiet, roztaczając przed ich oczami miraże żłobków, przedszkoli, 

placówek zbiorowego żywienia, wysokich dniówek i określonych godzin pracy. Kobiecinki 

kiwały   głowami,   uśmiechały   się   do   nas   z   sympatią,   ale   żadna   się   nie   zdeklarowała.   Po 

zebraniu jedna pociągnęła mnie za rękaw lśniącej od krochmalu i żelazka zetempowskiej 

koszuli:

- A pani to nie chłopsko córka, jak pani tak rozumu ni ma. Kto to swoje odda?

Agitowałam   ją   już   indywidualnie,   z   podobnym   skutkiem.   Mówiłam,   że   w   domu 

akademickim mieszkają dziewczęta ze wsi i one są za kolektywizacją.

- Młode, to głupie. Swoje, to jest swoje.

- To po co pani przyszła na zebranie?

- Bo sołtys przykazywał i zawsze się człowiek trochę popatrzy.

Nudno w niedzielę.

- W spółdzielni byłoby kino - wtrąciłam szybko.

-Tyła lot bez kina się obywali, to i będzie. Casem przyiżdżo w ciężarówce, to starcy. 

Zmarzły tu panie, bo pewno nie zwyczajne. Chodźta do chałupy, to wom co przyrychtuje. 

Moja córka też jest w szkołach, ino że w Krakowie. Ale una nie iżdżo tak jak wy, skóra by ii 

ojciec wygarbował.

background image

I choć efekt mojej pracy żaden, trochę satysfakcji zostało. I żalu.

Postanowiłam   zamieszkać   u   Remiego.   Zgadzałam   się,   że   zostawię   wiele   rzeczy 

zaledwie rozpoczętych, wiele spraw nie wyjaśnionych do końca, ale przeczuwałam, że będę 

mieć inne problemy. Nie, takich nie przeczuwałam, nie mieściły mi się w rozumowaniu. 

Brałam pod uwagę jedynie problemy szczęścia, nie cierpienia. Z radością szłam do niego, z 

największą wiarą stawałam po stronie ludzi dorosłych. Chciałam, żeby mnie śmieszyły wizje 

przebudowy świata - i nie śmieszyły mnie zupełnie. Byłam u niego cały miesiąc, ale nie 

tęskniłam. Zachwycałam się własną powagą i kochałam, kochałam go bez granic. Katastrofa 

wydarzyła się, kiedy przyjechali wszyscy. A tak po wykładach biegłam szybko do domu, 

pogrążałam się w szczęście, wpadałam w jego ramiona, czułam się czysta, wzniosła, piękna, 

kochana, wyzwolona ze wszystkich idiotyzmów, parzyłam herbatę, patrzyłam mu w oczy, 

tuliłam się, słuchałam planów przyszłego życia, likwidowałam zalążki tęsknoty, jakie czasami 

szarpały mną za czymś z tamtej strony. Uczyłam się, on czytał, spotykaliśmy się wzrokiem, 

książki spadały na podłogę, było tylko nasze pragnienie, nasze oczy, nasze usta.

Przyjechali wtedy wszyscy: Mary z mężem, Halina, Marek, Janko-Muzykant (który 

postanowił „przeczekać” Marka, ale chyba  nie przeczekał), Pelagia ze swoim rycerzem z 

geologii,   Honorka,   Kieguri,   Staś,   Kosiński   i   jakieś   dwa   nowe   nabytki   do   naszej   paczki, 

Agnieszka - obliczyć nie mogłam, na ile osób mam przygotować kolację. Remi domyślnie 

wymknął się do sklepu po spożywcze artykuły. Kiedy zobaczyłam ten pułk wojska, czułam 

jak ramiona przeistaczają mi się w skrzydła, fruwam po pokoju, a wszystkie moje sprawy - 

zazdrość o te, które były przede mną, rozbieżności wychodzące na jaw w długich rozmowach, 

chwile irytacji, kiedy musiałam odstąpić od swojego zdania, szalona radość, że się na to 

zdobyłam, sekundy lęku, wahań, i godziny pewności - stają się dalekie, mniejsze i łatwe. I jak 

kiedyś  w   zamęcie   myśli  i   chaosie  uczelniano-organizacyjnych   kwestii   zapragnęłam,  żeby 

choć na jedną lekcję być Marylką, w której durzy się Igor, tak wtedy aż do fizycznego bólu 

chciałam być ich, z nimi, z Banasiakiem nawet, co już było skrajną herezją. Być z nimi, 

jeszcze   po   tamtej   stronie   życia.   „Przecież   on   daje   mi   wszystko,   a   nic   nie   zabiera,   ani 

uniwersyteckich kasztanów rosnących na dziedzińcu, ani ideologicznych kłótni i sporów pod 

biblioteką, ani długich spacerów nad Wisłą, ani Starówki, nic. Jestem pusta i nic niewarta - 

napominałam się patrząc, jak nasz przytulny, z takim trudem i pietyzmem urządzony pokój, 

podlega postępującej ruinie, a Kosiński przypiął się do klusek, które zostały z obiadu - nic 

niewarta,   skoro   będąc   tak   bardzo   szczęśliwa,   mogłam   przez   chwilę   zatęsknić   za   tym 

wróblowatym   życiem   bez   ładu,   składu   i   sensu,   które   dostarczyło   mi   tyle   udręki,   i   które 

świadomie, w idealnej zgodzie serca i umysłu, odrzuciłam. Nigdy nie pozwolę uwikłać się w 

background image

tamte   głupstwa,   tu   jest   moje   miejsce,   zostanę   tu   na   zawsze.   O   ile   bliższa   jestem   teraz 

poszukiwanej pełni, o ile więcej uchwytnych wartości ma moja obecna egzystencja, jakaż 

byłam wtedy młoda, tragicznie młoda i do nieskończoności głupia. Głupia - powtarzałam 

sobie z radością, jak majtek Kolumba, który krzyknął: „Ziemia!” Zresztą oni wszyscy kiedyś 

się ustatkują. Dzięki Bogu, wywinęłam się wcześniej z tych błahostek i smarkaterii. Kiedyś 

oni wszyscy to zrozumieją. Kiedy przekroczy się smugę młodzieńczych mrzonek, stabilizacja 

psychiczna i życiowa jest pojęciem ponętnym i nowym, pełnym uroku, niesie spokój, otwiera 

nowe widoki na życie nieznane, kiedyś oni wszyscy...

Przywieźli mi masę drobiazgów rzeczowo wyjaśniając, żebym to potraktowała jako 

ślubny prezent, bo chyba wiem, jak to w życiu bywa, i skąd oni mogą przewidzieć, czy w 

listopadzie będą mieli na składkę. Chęci zakupów nie chadzają pod rękę z odpowiednikiem w 

funduszach. Szeryf zdążył odśpiewać cały swój ogromny repertuar, kiedy wrócił ze sklepu 

Remi uginając się pod ciężarem sprawunków.

-   Ludzie   kochani,   to   jest   koleżanka!   -   rozległy   się   okrzyki,   kiedy   kolektywnie 

przystąpiliśmy do montowania kolacji.

- Przenocujesz nas? Trudno, żeby po zaopatrzeniu ciała człowiek miał ochotę tłuc się 

taki  kawał  tramwajem.  Może  ci  samochód  do  głowy uderzył?   Wypierasz  się  kolegów,  z 

którymi stół i łóżko dzieliłaś? - teatralnie pytał Szeryf.

Remi   przesłał   mi   rozbawione   spojrzenie,   w;   którym   było   nieco   przerażenia. 

Wyczuwałam,  że cieszy go moja radość, daleki był  w owej  chwili  od chęci „izolowania 

mnie”.

- Samochód się rozleciał - wyjaśniłam. - Baran jesteś, mój Szeryfie. Dawać garderobę, 

koce, poduszki i chodniki, zrobimy sobie boskie leże na podłodze.

Nikt   nie   chciał   spać   na   tapczanie,   zajął   go   więc   „dyscyplinarnie”   gospodarz.   O 

siódmej rano każdy mięsień mieliśmy obolały od śmiechu i wykwintu posłania.

Agnieszka   zarządziła   pięciominutową   zdrowotną   gimnastykę   „dla   rozprostowania 

kości”. Potem oddział na komendę Marka: „Baczność! W kierunku drzwi biegiem marsz!” 

pożegnał nas gładząc się po brzuchach, mimo że na śniadanie zostały tylko smutne resztki 

kolacji.

- Chodźcie szybko, szkoda zmarnować nawet godzinę takiego słońca - powiedział 

Staś. Poczułam, jak mi się ściska serce. Do wykładów miałam trzy godziny czasu. Remi 

poszedł do łazienki, pogwizdując. Ogolił się, wszedł do pokoju roześmiany:

- Są przemili, ale to kataklizm, zobacz, jak wygląda nasz dom.

-   Sprzątnie   się   -   powiedziałam   i   wyjrzałam   za   nimi   przez   okno.   Szli   lśniącą   w 

background image

porannym  słońcu, asfaltową ulicą, bojowy szyk uległ rozsypce,  zajmowali całą szerokość 

jezdni. Z czego się śmiali? Jak łatwo wyłączyli mnie ze swojego kręgu! O czym mówili? 

Dlaczego byli tacy weseli i swobodni? Otworzyłam okno:

- Poczekajcie! Idę z wami! - krzyknęłam.

- No to migiem! Pospiesz się! - zaczęli siadać na krawężniku.

- Gdzie idziesz? Za wcześnie na wykłady - zapytał Remi. Wyciągnęłam z szafy mój 

wysłużony rekwizyt, walizkę, i szybko, na oślep, wrzuciłam do niej swoje rzeczy.

- Co to znaczy? Co ty robisz? - chwycił mnie mocno za rękę.

- Nie mogę inaczej, zostaw mnie.

- Nie zastanawiasz się, co robisz. Sama wiesz, że jeśli z nimi odejdziesz, będzie to 

znaczyć... że tu ci źle, że czujesz jakiś niedosyt, że mnie nie kochasz.

- Kocham cię. Ja nie wiem teraz, co to znaczy czy będzie znaczyć. Ale wiem, że nie 

mogę tu zostać. Nie zatrzymasz mnie! - podniosłam głos, choć on stał pod ścianą blady i 

zacisnął wargi. Podeszłam do niego.

- Remi, bardzo cię kocham, ale muszę z nimi iść. Jeśli istotnie nie będziemy mogli bez 

siebie żyć, zrozumiemy to bardzo prędko. Proszę cię, nie miej żalu. Zbyt łatwy byłby triumf 

naszego uczucia, gdybym tu, w tej chwili, pod wpływem wzruszenia została. Nie pocałujesz 

mnie? Przyjdź jutro do akademika.

- Zostaw mnie - powiedział cicho.

- Dobrze, ale zrozum, nie chcę jechać na ten obóz, o którym mówili, tylko wrócę do 

akademika - jak w transie pobiegłam do łazienki po przybory toaletowe.

Cichutko zamknęłam drzwi. Nie mogłam już znaleźć ani jednego słowa. Poderwali się 

na mój widok.

- O rany, niech ja skonam, Lilka z kuferkiem.

- Hura! Wraca do akademika! - krzyknęli, przyjęli to bez specjalnego zdziwienia. Nie 

domknięta waliza otworzyła się i skarby garderoby wysypały się na ulicę.

- Zbierać to szybko, bo autobus zajechał na pętlę. Pantofel w rowie, jak patrzysz, 

ciemięgo. Ale się guzdrzecie.

- Lilka, pochodzę trochę w tym  różowym,  co? - Kosiński zaczął powiewać dolną 

częścią mojej bielizny.

- Ładuj szybko. No!

-   Nie   możemy   się   spóźnić   na   ten   autobus.   Moglibyśmy   się   zerwać   z   pierwszego 

wykładu i opłukać w Wiśle - zaproponowała Agnieszka. - Utrudzony człowiek.

- Świnie jesteście. Zostawilibyście mnie bez żadnych skrupułów -¦ powiedziałam i 

background image

zapragnęłam  rzucić   się  w  ramiona Remiego,  błagać  go, płakać,  przepraszać.  „On  mi  nie 

przebaczy” - pomyślałam.

- Lilka, wyjeżdżamy na obóz - rzekł Staś.

-   Oczywiście   -   powiedziałam   mechanicznie.   -   Ciekawe,   jak   mnie   przyjmie 

kierowniczka akademika - zastanawiałam się głośno.

- Ciebie? Taką weterankę? Rozpłacze się. To równa baba. A ty się nie oglądaj w tył, 

tylko patrz w przód. Na ślub masz czas. Jazda - powiedziała Agnieszka.

„Przecież tego chciałam. Dlatego tu jestem. Nie cofnę się. Na śluby mam czas. Pojadę 

na  obóz wędrowny  i  będę  się  śmiać,  zamiast  się  zastanawiać,  w  którym  roku  zmienimy 

mieszkanie. O Boże, Remi! Czekaj. Przyjdę tam. Czekaj. Ja zwariowałam”.

- Wracam - powiedziałam.

- Oszalała! Właźże! - pociągnęli mnie do środka. Autobus ruszył.

Nie chodzi o to, żeby nie mówić tego, co się myśli, tylko o to, żeby myśleć o tym, co 

się mówi. I czyni. Nika Hanusówna rozumiała moje rozterki. Uczyłam się jak szalona. Był to 

najbardziej świetny okres dla mojego indeksu. Byłam opętana tęsknotą za Remim. Odwiedził 

mnie   raz...   chciałam   przed   nim   klękać,   zaklinać,   żebrać   o   przebaczenie.   Chciałam   mu 

powiedzieć, jak żałuję. Nie potrafiłam. W błędach zawsze byłam konsekwentna. Kochaliśmy 

się „wtedy”. Czułam, że chce, abym brała tylko ja. Znaczyło to dla mnie, że chce mnie sobą 

opętać, związać, a gdyby był rozczulony czy bezradny, poszłabym do niego natychmiast. Tak 

bardzo go kochałam „wtedy”. Nie mogłam sobie pozwolić na to, żeby myślał, iż wracam, bo 

moje   ciało   nauczył   odczuć,   bo   je   obudził,   bo   byłam   jego,   bo   czuję   przynależność   do 

mężczyzny. Myślałam, że zrozumie, kiedy mu powiedziałam, że tego chcę. Wyszedł szybko. 

„Kocham go dożywotnio, więcej mu nie mogę zagwarantować, bo na tamtym świecie mogą 

mnie   ubezwłasnowolnić”.   I   nie   mogłam   mu   nawet   tego   powiedzieć.   Co   on   myśli?   O 

Chrystusie   Panie,   dlaczego   się   ludzie   nie   rozumieją.   Remi,   wrócę,   jestem   tylko   twoja. 

Płakałam po jego wyjściu.

Mieszkałyśmy już w szóstkę, bo w czasie mojej nieobecności dokwaterowali Kieguri, 

a kiedy wróciłam, kazali mi się nią zająć, co zresztą jest osobną sprawą. Wieczorem wróciłam 

po „nauce własnej” ze świetlicy i byłam zaintrygowana zielonym papierem, który leżał na 

stole, a nad nim machały nożyczkami wszystkie mieszkanki naszego pokoju.

- Kotyliony robimy? - zapytałam.

- Duży ten pokój, pusto tu jakoś. Trzeba zrobić jaką dekorację.

  - Z tego paskudztwa? - zapytałam. Byłam  bardzo przygnębiona. Każda rozrywka 

wydawała mi się dobra. Jakoś wypadłam z rytmu akademika. Niech będą choć kotyliony.

background image

- Papier kupiony do wyłożenia szafy, ale może by co...

- Zrobimy jakiś szlaczek, jakieś napisy albo co.

- Napisy!

- Częste mycie skraca życie i obniża gotowość bojową mas proletariackich.

- Czemu nie, ale ile liter trzeba by wyciąć. Czarnych, żeby się odznaczało.

- Przez analfabetyzm do szczęścia ludzkości.

- Kochać nie warto, życie jest kartą, a w karty trzeba umieć grać.

- Życie jest piękne, ale na tamtym świecie.

- Bardzo ładne.

- Życie jest piękne, kobiety są dobre, a dzieci łatwe do zrobienia.

- Genialne.

- Pierwiastek seksualizmu w budowie socjalizmu.

- Przyda się. Ale możemy wylecieć.

- Zgłupiałyście. Za co.

- Rozpustnie ci życie płynie, bo „Strójwąsa” jesz budynie.

- Nadzwyczajne. Bierzcie się za nożyczki. Litery tuszem. Kieguri, rób linie, żeby było 

równo. Linie. No, kreski.

- Ewa zjadła jabłko z drzewa i za to czastuszki śpiewa.

- Średnie.

- Niezłe.

- Może być.

- Nie zasady ortografii, lecz znajomość pornografii.

- Szczytowe. Wystarczy. Jak nam się opatrzą, zmienimy na inne. Do roboty. Nie bój 

się, Kieguri. W razie czego powiemy, że ciebie nie było w pokoju.

- Ale nigdy w życiu. Za kogo mnie macie.

Po   trzech   godzinach   ciężkiej,   mozolnej   pracy   „hasła”   były   gotowe   i   zawisły   na 

ścianie. Przetłumaczyłyśmy to jakoś Kieguri i cała szóstka pękała ze śmiechu.

Nawet raniony słoń ma jakieś zarośla, w których może się zaszyć, żeby spokojnie 

umrzeć.   Brakło   mi   instynktu   słonia.   Postąpiłam   tak,   jak   pasażer   płonącego   okrętu,   który 

zapominając,   że   jest   chory,   nie   umie   pływać,   nie   ma   kamizelki   ratunkowej,   ogarnięty 

śmiertelnym przerażeniem - wskakuje do morza. I kiedy skacze, pewnie nie pomyśli, że za 

chwilę   będzie   na   dnie.   Wyszłam   z   uniwersytetu   i   chciało   mi   się   wyć,   krzyczeć,   bić 

przechodniów, kląć, pluć. Stanęłam na środku ulicy, żeby zatrzymać jakąś taksówkę, chyba 

po   to,   żeby   do   ostatniej   złotówki   jeździć   w   kółko,   przez   dwa   mosty.   Innego   adresu   nie 

background image

znałam. Jakiś kierowca otworzył mi drzwiczki, wciągnął do środka i surowo pouczył, że na 

środku jezdni nie wolno robić takich rzeczy.

- Jakich rzeczy nie wolno robić na środku jezdni? - nie zrozumiałam.

- Zatrzymywać samochodów.

- Pan zatrzymał, nie ja. Ja jestem pijana, nie widzi pan.

- Dlatego zatrzymałem, że właśnie widzę. Aż wstyd, taka młoda. Niech pani szybko 

poda adres, zawiozę panią do domu.

- Do domu. Kupa śmiechu. Sądzi się, że każdy ma jakiś dom. A ja nie mam nawet 

adresu, od piętnastu minut. Niech pan jedzie, gdzie pan chce. W kółko, przez dwa mosty.

- Gdzie pani mieszka, je, śpi i tak dalej. Nich pani zbierze myśli i przypomni sobie.

- Jadłam, spałam i tak dalej w domu akademickim. Ale już tam od kwadransa nie 

mieszkam.

- Wyrzucili panią? Za co? Za to, że pani sobie podgazowała? Dobrze zrobili. Taki 

młody organizm. To się zemści. Sam za młodu...

- Skąd mnie wyrzucili? Z akademika? Nie...

- No to jedziemy tam.

- Tam? Nigdy w życiu. Wyślę kogoś po rzeczy. Może pan by to zrobił. Nie jest tego 

dużo.

- Więc wyrzucili panią.

- Wyrzucili.

- Gdzie mam panią zawieźć, do cholery.

„Jest na  świecie  takie  miejsce, tylko  ja boję  się tam pójść. Znowu się  do czegoś 

przyznawać. Remi, Remi”.

- Pan nic nie rozumie. Na Mokotów. Mówię przecież to od początku, a pan nie słyszy.

Podałam adres. Remi, Remi, tyle razy chciałam tam pojechać wcześniej. A jeśli nie 

będzie sam? Będzie sam. To nie jest tuzinkowa miłość, żeby zaczął pocieszać się wtedy, 

kiedy w moim sercu coś się stało. I trzeba poczekać. On to wie. On to rozumie, czeka, mój 

jasny, jedyny, śliczny.

- Czy to na pewno tu - zapytał kierowca.

- Na pewno. Na pewno.

- Pani nie jest pijana.

- Nie jestem.

- Pani jest chora.

- Proszę, niech pan nic nie mówi, bardzo pana proszę.

background image

- Niech pani to zostawi - wsunął mi pieniądze do kieszeni. Wzbudzałam litość.

- Nie, proszę wziąć. Mam pieniądze.

- A może na panią poczekać?

- Nie. Niech pan spojrzy. Tam się pali światło. Drugie piętro, trzecie okno z lewej. 

Tam się zawsze pali światło. Cały dzień i noc. Rano i wieczorem. Rano i wieczorem, rozumie 

pan? Ja je chciałam zgasić. Ale zgasić można tylko elektryczność. Tam jest słońce. Słonce. 

Czy pan mnie rozumie!

- Jednak pani się wstawiła.

- Do widzenia, bardzo dziękuję.

Przebiegłam dwa piętra klatki schodowej, i bez tchu, zadzwoniłam.

- Lilka, co się stało, Lilka, jak ty wyglądasz. Jesteś pijana?

- Bardzo. Tylko nie alkoholem. Remi, wyrzucili mnie.

- Ze studiów?!

- Z ZMP.

- No, to trudno, grunt, że nie ze studiów. ?

- Czyś ty oszalał? Co to za różnica. Nie będę studiować dalej. Bo to jest podłe i 

niesprawiedliwe. Nigdy w życiu nie wierzyłam w nic tak mocno i żarliwie, jak w ZMP i to 

wszystko. Nawet w ciebie.

- Lilka, myślałem, że wróciłaś do mnie - powiedział spokojnie.

- Wróciłam do ciebie, Remi - odpowiedziałam. - Nie chcę już nic na świecie, nic, 

tylko ciebie. Chcę, żeby były już tylko nasze, dorosłe sprawy. To są rozkrzyczani smarkacze! 

Idioci! - uniosłam się znowu. - Mam tego dosyć, dosyć, dosyć, niech ich szlag trafi. Jutro 

pojedziesz do akademika po moje rzeczy. Zabierzesz, bez słowa. Będę u ciebie mieszkać. 

Pobierzemy się, jeśli chcesz. Chcesz?

- Wiesz, że chcę. Bardzo cię kocham.

- Bardzo cię kocham. Przebacz mi te wszystkie dziecinady, to odejście, przebacz.

- Nie mam nic do przebaczenia. Jestem szczęśliwy, że jesteś.

- Remi, ale ja nie wrócę na studia. Będziesz miał żonę bez dyplomu.

- Jesteś rozgoryczona i dlatego tak mówisz. O tym porozmawiamy później. Zrobisz 

sobie   roczną   przerwę,   jeśli   to   wszystko   ci   tak   mocno   dokuczyło.   To   nie   jest   poważna 

rezygnacja.

- Jeśli jest rezygnacja, to wszystko jedno jaka. Wiesz, już tak kiedyś powiedziałam 

pewnej dziewczynie. Tylko ona nie zrezygnowała. Ja jej w tym pomogłam. Widzisz, jakie to 

wszystko obłędnie wesołe?

background image

- Lilka, daj sobie z tym spokój. Ty zawsze miałaś za dużo problemów.

- Pamiętasz, co mi powiedziałeś w Żelazowej Woli? „Chcę cię chronić, kochanie, 

przed wszystkim, co złe”. Widzisz, wtedy sama sobie byłam rycerzem. To mnie wzruszyło, 

ale wydawało mi się niepotrzebne. Przed czym chronić? Przed światem? Świat wydawał mi 

się taki piękny. Należało go zagarniać, pochłaniać, a nie chronić się przed nim. Przed czym 

chronić?   Przed   ludźmi?   Ludzie   wydawali   mi   się   tacy   ciekawi.   Należało   ich   poznawać, 

kochać,   zwalczać,   ale   nie   chronić   się   przed   nimi.   Kapituluję.   Trzeba   się   chronić   przed 

światem i ludźmi. Daję ci szansę.

- Nie zaczynaj płakać. Co zjesz na kolację?

- Nic.

- Można przeżywać tragedie, ale nie można przeżywać ich na czczo. Pamiętasz, co 

powiedziałaś   wtedy,   kiedy   przyszedłem   do   ciebie   do   akademika?   Popatrzyłaś   na   moje 

spodnie, przejechałaś dłonią po moim policzku i powiedziałaś: „Można przeżywać tragedie, 

ale trzeba być  starannie  wygolonym  i mieć wyprasowane  spodnie”.  Powiedziałaś  to jako 

zarzut, z ironią, wręcz ze złośliwością. Wydawało ci się, że nie cierpię zbyt mocno. Co ty o 

tym wiesz. Nigdy przy mnie nie używaj słowa rozpacz, bo nie masz pojęcia, co to znaczy.

-   Wierzyłam,   że   ci   smutno.   Owszem,   powiedziałam   tamto   złośliwie,   bo   ci 

zazdrościłam, że tak sobie doskonale z tym  radzisz. Że właśnie na pewno codziennie się 

golisz i bardzo dokładnie prasujesz spodnie. A we mnie był tylko zamęt i chaos. Zagubiłam 

się. To trudno tak bardzo kochać. Bałam się, że sobie z tym nie poradzę, że nie dorosłam do 

ślubu, że mnie od czegoś odgradzasz, że chcesz mnie izolować od spraw, które były dla mnie 

wielkie, a dla ciebie zaledwie błahostki. Remi... przepraszam cię za to., wtedy. Nie powinnam 

była tego robić.

- To było bardzo piękne. „Chcę ci się oddać”. Żadna kobieta poza tobą nie zrobiłaby 

tak po prostu. Płakałem później całą noc. Wiedziałem, że zrobiłaś to ostatni raz, że chciałaś 

być taka hojna przed ostatecznym rozstaniem. Płakałem, bo widziałem cię ze Stasiem na tym 

obozie wędrownym, myśli miałem zupełnie oszalałe, wiedziałem, że się kochaliście, te twoje 

lakoniczne kartki...

- Remi, jesteś drugim chłopcem, który posądza mnie o Stasia. Pojechałam na obóz, bo 

chciałam coś tam sobie zamanifestować. Sobie.

- Wiem, ale przedtem odeszłaś. W ten sposób zwolniona z lojalności nie musiałaś 

mieć nawet wyrzutów sumienia. Przecież przez Stasia odeszłaś? Patrzyłem na twoją twarz, 

kiedy powiedział: „No, chodźcie szybko, szkoda zmarnować nawet godzinę takiego słońca”. 

Żebyś ty wiedziała, jak bardzo rozpromieniły ci się oczy. Znam cię trochę? Od razu wzięłaś to 

background image

zwyczajne zdanie za przenośnię, ten pokój wydał ci się mroczny, ja znany i taki trochę już 

wyobcowany z waszego środowiska. A Staś miał ci do zaproponowania jeszcze wszystko. 

Widziałem, co się z tobą dzieje. Miałem do stracenia wszystko, a on wszystko do zyskania. Ja 

miałem   w   sobie   tylko   rozpacz,   a   on   tylko   nadzieję.   Pojedynek   takich   dwóch   uczuć   jest 

rozstrzygnięty z góry.

- Proszę cię, ustalmy datę ślubu - powiedziałam cicho.

- Jutro. Lilka. Tak bardzo cię kocham.

- Wydaje mi się to nieprawdopodobne, że kiedykolwiek, choć przez sekundę, miałam 

ochotę stąd odejść. Dobrze może mi być tylko z tobą. Gdzie moje wszystkie problemy? Niech 

ich szlag trafi, to oni zrobili błąd, nie ja. Oni powinni się martwić, nie ja. Postaram się być 

najlepszą żoną na świecie, wierzysz, że się postaram?

-Wierzę, niczego nie potrafisz robić połowicznie, tak sobie.

Dlatego, kiedy miałaś choć trochę wątpliwości, odeszłaś, i dlatego cię wyrzucili z 

ZMP. Żyjesz głośno, donośnie, głęboko. To jest często nie zrozumiane. Ale skoro wróciłaś, 

wiem, że nie masz wątpliwości.

- Remi, muszę być uczciwa. Kierowca pytał mnie o adres, nie wiedziałam, gdzie mam 

jechać.

- Ale to musiało gdzieś w tobie być. Ze wszystkich ludzi na świecie wybrałaś mnie, 

kiedy byłaś nieszczęśliwa. To mi wystarczy.

- Jak ja mogłam. Remi, jak ja mogłam być kiedykolwiek taka głupia. Zupełnie tego 

nie rozumiałam. Nie zasługuję na ciebie, przebacz mi to wszystko. Remi... ze Stasiem nic nie 

było. Przysięgam ci.

- Nic nie chcę o tym wiedzieć! - krzyknął.

Byłam zdumiona tą zazdrością. Krew gwałtownie nabiegła mu do twarzy, przeprosił 

mnie i wyszedł do kuchni parzyć herbatę. Wiedziałam, że bardzo go dotknęłam, nie irytował 

się   bez   drastycznego   powodu.   Zabrakło   mi   taktu?   Intuicji?   W   zupełnie   złym   momencie 

powiedziałam to o Stasiu? Postanowiłam więcej do tego nie wracać, nie wyjaśniać, albo mi 

wierzy, albo stać go na przebaczenie, bo o przebaczenie zawsze łatwiej niż o wiarę. Mieliśmy 

przed sobą całe życie.  Wszystko  się wyjaśni. Uspokajałam się, moje roztrzęsienie sprzed 

godziny mijało. Tamto było takie dalekie, chociaż nie nieważne. Bardzo starałam się o tym 

nie myśleć.

- Remi - powiedziałam przy kolacji - nie widzieliśmy się cztery miesiące. Nie licząc 

tego „wtedy”, ale wtedy byliśmy oboje tacy nieszczęśliwi. Zestarzałam się przez ten czas? Bo 

wiek to nie kwestia lat,  to kwestia  intensywności  przeżywania.  A tu nic sobie nie mogę 

background image

zarzucić. Odwołam się do Zarządu Głównego. Myślę, że tam nie siedzą takie jołopy jak na 

moim wydziale - nie udawało mi się tak całkowicie „wyłączyć”.

- Gąsko, zmień temat, nie psuj tego pierwszego wieczoru.

- Masz rację. Przepraszam. To by i tak we mnie nic nie zmieniło. Byłabym  tylko 

oficjalnie zrehabilitowana... wiesz, Niki Hanusówny nie było. Ładne?

-  Nie  zestarzałaś  się. Właściwie  nie  wiedziałem,   że  jesteś  taka  śliczna.   Kiedy cię 

pierwszy raz zobaczyłem, myślałem, że najbardziej podobają mi się twoje aksamitne spodnie.

- Daj spokój tym spodniom. Były odpowiednio wąskie, żeby działaczki z samorządu 

mogły je widzieć dokładnie. Ty nic nie wiesz, ty się przemknąłeś przez studia. Nie mieszkając 

w akademiku, nie można mieć o tym pojęcia. Wykłady, zebrania i cześć. A tak wszystko. O 

której wraca, czy aby się nie za mało uczy, czy ta przyjaźń to nie przypadkiem jakieś wrogie 

ludowi knowania... Remi, taka jestem szczęśliwa i tak mi źle.

-   Moje   kochane   biedactwo.   To   wszystko   będzie   inaczej,   zobaczysz.   Już   coś   się 

zmienia, trochę przesadzono, a twoja łatwopalna głowa nie chce tego przyjąć do wiadomości. 

Lilka - zawiesił głos - zrobię wszystko, żebyś była szczęśliwa. Tak bardzo na to zasługujesz. 

Jesteś najcudowniejszą dziewczyną na świecie.

- Remi... zrobię wszystko, żebyś był szczęśliwy. Tak bardzo na to zasługujesz. Jesteś 

najcudowniejszym chłopcem na świecie. Wiesz, kiedy tu jechałam, bałam się przez chwilę, 

naturalnie, jeśli w tym skołowaceniu można było znaleźć czysty lęk, że tu kogoś u ciebie 

zastanę. Jakąś kobietę. Wiem, że jesteś inny niż wszyscy, zresztą do dziś sama wyrzekłam się 

swoich praw, ale jednak się bałam. Niezła jestem idiotka, co?

Odwrócił ode mnie wzrok, zaczął zbierać talerze i filiżanki.

- Kładź się spać, kochanie. Jesteś taka zmęczona. Moje śliczne biedactwo.

- Uhm - poszłam do łazienki. Z tą odrobiną humoru, jaką zdołałam z siebie wykrzesać, 

zaczęłam myszkować wzrokiem po półeczce przed lustrem. Takie mi się wszystko wydawało 

absurdalne i niedorzeczne, że zabawiałam się tym  śledztwem z całkowitą swobodą. Jakiś 

krem, może puszek, ależ by miał minę! Wyjęłam z własnej puderniczki puszek do pudru i z 

miną kobiety, która „wie wszystko”, wkroczyłam do pokoju. Liczyłam na przezabawną scenę. 

Nareszcie się trochę pośmiejemy. Będziemy się śmiać. Śmiać. Prawdziwie.

-   Remi,   co   to   -   zapytałam   podtrzymując   zgrabnie   udrapowane   prześcieradło 

kąpielowe. - Co to, pytam cię?

- Prześliczna ręka, a w niej coś z tych rzeczy służących do makijażu - odparł szybko.

- Ponieważ najdalej za tydzień będę twoją żoną, mam chyba prawo wiedzieć...

- Nie masz prawa nic wiedzieć, odeszłaś i nic cię nie obchodziło, co się ze mną dzieje. 

background image

Nie mam pojęcia, skąd to się tam wzięło.

- Nie unoś się, to mój puszek, chciałam cię nabrać, ty wariacie .-powiedziałam, ale w 

tym momencie serce przestało mi na sekundę bić. - Przepraszam cię, Remi, kawał był głupi. 

Kocham cię i liczy się tylko to, co jest, kiedy jesteśmy razem. Przepraszam. Powiedz: „Ależ 

drobiazg”.

- Ależ drobiazg. Chodź, kochanie, proszę cię, chodź szybko. Wydawało mi się, że 

odkrywamy się na nowo, że do tej pory nie kochałam go w ogóle, że teraz, właśnie teraz 

umrę, bo nie ma we mnie siły, żebym mogła przetrwać tę miłość, że jeśli choć przez moment 

nie będę czuła jego ciepła, to skonam z samotności.

- Kocham cię, kocham nieprzytomnie, proszę cię, nigdy ode mnie nie odejdź, zrobię 

dla   ciebie   wszystko,   wszystko   na   świecie,   zapłacę   ci   za   tamtą   krzywdę   i   za   wszystkie 

krzywdy,   które   ci   zrobił   ktokolwiek,   błagam   cię,   kochaj   mnie   zawsze,   umrę   bez   twojej 

miłości - mówiłam bezradnie - wybacz. Wybacz mi.

- Nie mów tak. Kochałem cię tak samo, jak w tej chwili, a jednak odeszłaś - gładził 

mnie po włosach. Wyczuwałam w nim jakąś obcość, coś, czego dotąd między nami nie było, 

powściągliwość w jego wypowiedziach nigdy nie była posunięta tak daleko, w takiej chwili. 

Było ciemno, z klatki schodowej dobiegało jakieś człapanie, leżeliśmy koło siebie rozdzieleni 

czterema miesiącami różnego życia, zrobiło mi się straszno.

- Remi, nie odnalazłeś we mnie tego, co dawniej? Jestem inna? Coś się stało?

- Lilka - pochylił się nad moją twarzą - posłuchaj. Jestem w tej chwili, dzięki tobie, 

najbardziej   szczęśliwym   człowiekiem   na   świecie.   Chcę,   żebyś   o   tym   wiedziała,   żebyś 

zdawała sobie z tego sprawę.

Przytuliłam się do niego jeszcze mocniej:

- Mówisz to takim tonem, jakbyś wygłaszał mowę nad grobem.

- Bo coś umarło.

- Co, Remi? - to ja umierałam z trwogi.

- Wiara w ciebie. W to, że będziesz zawsze.

-   To   się  nigdy  nie   powtórzy,  przysięgam   ci.   Nigdy.   Coś   mi   się  wtedy  zrobiło   w 

mózgu. Żałowałam od początku. Remi, ja byłam pewna, że mi nie przebaczysz tego obozu, ta 

noc, ta dzisiejsza noc, byłaby już dawniej.

Rozpłakał się, znowu, po raz drugi tego dnia chciało mi się wyć, tłuc głową o ścianę, 

wyskoczyć   z   okna.   Tuliłam   jego   głowę   i   przypominało   mi   się   jego   zmieszanie,   kiedy 

mówiłam, że się bałam, że tu zastanę inną kobietę.

- Przynieś mi wody - powiedziałam szorstko. - Zimnej wody - chciałam przerwać to 

background image

coś, czego jeszcze nie rozumiałam, co mi podchodziło do gardła i kazało łomotać sercu. 

Chciałam pomóc jemu, wiedziałam, czułam, że mu jest strasznie źle, że jemu także chce się 

krzyczeć.

- Może chcesz herbaty - zapytał cicho.

-   Wody.   Zimnej   wody.   Nie   ubieraj   się,   zamknę   oczy,   wróć   tu   szybko,   wróć   tu 

natychmiast.

Wypiłam kilka łyków i odstawiłam szklankę na podłogę. W naszym milczeniu było 

dla mnie coś z dna śmierci, chciałam tego milczenia, niech dojrzeje słowo, niech w nas coś 

odtaje, bałam się poruszyć, bałam się go dotknąć, bałam się odezwać. Bałam się.

- Zraniłam cię czymś, kochanie - zapytałam po wiekach ciszy.

-   Myślałem,   że   nie   potrafisz   mnie   zranić   bardziej,   niż   tego   dnia,   kiedy   odeszłaś 

błyszczącą w słońcu asfaltową ulicą, z nimi. Nawet nie odwróciłaś głowy...

- Bo się bałam, że wrócę, nie mogłam robić parodii.

- Parodii, parodii, cha, cha, cha! - zaczął się histerycznie śmiać. - Parodii.

- Remi, ja tu byłam przed wyjazdem na obóz.

- Byłaś?!

-   Byłam.   Zapytaj   dozorczyni.   Powiedziała   mi,   że   wyjechałeś   do   Gdańska.   Remi, 

powiedz, czy stało się coś nieodwracalnego? Powiedz, proszę cię. Czy była jakaś kobieta? I 

dlaczego pojechałeś akurat do Gdańska? To mnie zabolało najbardziej. Przecież to jest takie 

bardzo nasze miasto. Pamiętasz? Myślałam, że chcesz wszystko podeptać. Wtedy już jak w 

transie   pojechałam   na  obóz.  Powiedziałeś,  że   zdawało  ci  się,  iż   najbardziej   zraniłam   cię 

wtedy, kiedy pojechałam z nimi. To znaczy, było jeszcze bardziej? Kiedy?

- Posłuchaj. Dlaczego pojechałem akurat do Gdańska, to ty jesteś zbyt inteligentna, 

żeby pytać. Ty wiesz.

- Nie zrozumiałam tego w ten sposób. W dobry sposób. Zupełnie przeciwnie. Czym 

cię zraniłam, kiedy, powiedz.

- Dziś. Nie mówmy o tym. Zostaw to. Nie dotykaj. Bardzo cię kocham i wszystko 

zaczyna się od początku.

-   Nie,   u   mnie   tak   nie   ma.   To   dopiero   jest   dziecinada.   Kocham   cię   bardzo   i   nie 

powtórzę tego samego błędu dwukrotnie. Zrobię pewnie inne, ale nie ten, nie ten, Remi, 

powiedz mi.

- Co ci powiedzieć, cudzie mój śliczny, co. Kocham cię i chcę żyć tylko dla ciebie, jak 

kiedyś. Miłość do ciebie to jedyna rzecz, która mnie nie zawiodła ani na moment.

- Więc nie było innej - odetchnęłam - to wszystko się da uratować. Wszystko.

background image

- Nie mów na ten temat. Nigdy. Niech te cztery miesiące będą czymś, co nie istniało.

- Remi, przecież myśmy je przeżyli, te cztery miesiące. Będą nas dzielić, jeśli nie 

będziemy ich znać. Powiedz wszystko. Powiedz. Wtedy to będzie nasze, złe czy dobre, ale 

nasze, nie tylko twoje. A przede wszystkim, czym cię dziś zraniłam. Czymś związanym ze 

Stasiem, tak?

- Tak.

- Nie uwierzyłeś mi, Remi - powiedziałam z wyrzutem.

- Uwierzyłem natychmiast, bez chwili zastanowienia. I po zastanowieniu.

- Remi, ja nic nie rozumiem. Więc nie to cię zabolało?

- Właśnie to.

- Nie wiem, nie wiem, dlaczego?

- Zostaw, Lilka.

- Wiem, Remi - usiadłam na tapczanie i zawinęłam się w prześcieradło - wiem, o 

Boże, ty wtedy w to uwierzyłeś, tak?

- Tak.

- Była inna?

-   Posłuchaj   -   przyciągnął   mnie   i   położył   koło   siebie.   -   Są   cztery   warianty   tej 

odpowiedzi, a każdy jest zły. Nie odpowiem.

- Jakie cztery warianty?

- Powiem nie i było nie. Powiem tak i było tak. Powiem nie i było tak. Powiem tak i 

było nie. Nie masz prawa o nic pytać, o nic. Odchodzisz, kiedy ci się podoba, przychodzisz, 

kiedy ci się podoba, i chcesz sądzić. Ja się na to wszystko zgadzam, bo cię kocham. Ciebie 

pierwszą w życiu kocham. Dlatego mogę sobie dać radę z ambicją. Jesteś piękna i uczciwa, 

jesteś dobra. Dlatego ci to mówię, bo wiem, że nie będziesz tego wykorzystywać. Jestem 

wobec ciebie taki odsłonięty,  ty jedna możesz mi zadać ból. Prawdziwy przejmujący ból 

może nam zadać jedynie człowiek, który daje nam dobro. Każdy inny może nas zaledwie 

zirytować albo wyprowadzić na chwilę z równowagi. Nie może dać szczęścia, nie może dać 

więc i bólu, to proste?

- To jest tylko pozornie proste. Uśmiechasz się?

- Tak.

- Dlaczego?

- Bo jestem bardzo szczęśliwy. Chodź tu i już nigdy mnie nie rań. Chodź, nic się w 

tobie nie zmieniło. Tak jak dawniej czuję twoje oddanie, jesteś cudowna i znowu moja.

- Na zawsze, uwierz, że na zawsze.

background image

- Nie możesz tak mówić. Nie możesz mówić o czymś, czego nie wiesz. Przesądzać o 

czymś niewiadomym.

- Ja nie robię problemu, kiedy mówisz, że będziesz mnie kochał zawsze. Dlaczego 

mnie w jakiś sposób dyskryminujesz?

- Bo jestem od ciebie o siedem lat starszy. Bo ty odeszłaś, wierzę, że dla przelotnej 

fantazji. Bo znałem inne kobiety przed tobą. Dlatego ja mogę tak mówić, a ty nie. Zechcesz 

kiedyś być z kimś innym, poznać kogoś innego. Zakładam nawet, że ten ktoś będzie gorszy 

ode mnie. Będzie miał więcej wad. Ale będzie inny, i to będą inne wady. Jesteś taka ciekawa 

życia.

- Ale kocham ciebie. Remi, obrażasz mnie. Miałam dość czasu, żeby życie poznać od 

strony łóżka. A czekałam na ciebie. Nie rozumiem, jak ty po tym, co mówisz, jak ty możesz 

chcieć się ze mną ożenić?

- Ponieważ mam jedną szansę na tysiąc, że ze mną zostaniesz.

- Zostanę zawsze, bez względu na to, co się stanie. Chcę, żeby to wszystko było dobre 

i czyste. Dlatego proszę cię, powiedz, co było w czasie tych czterech miesięcy?

- Nie, nie powiem.

- Błagam cię. O ten prawdziwy wariant. Proszę cię, błagam. Do końca życia będę się 

tym dręczyć, jeśli się nie dowiem. A jeśli powiesz, nigdy do tego nie wrócę.

-   Mężczyzna   nie   mówi   takich   rzeczy   kobiecie,   którą   kocha.   Z   tego   typu   spraw 

spowiadać się można tylko dziwce.

- Remi. Błagam cię. To wszystko między nami, to przecież nie taka sobie miłość. 

Uwierz we mnie. Zaufaj. Jeśli naprawdę tak mnie kochasz, sam się z tego oczyścisz. Widzę, 

że coś cię dręczy. Jesteś taki uczciwy. Proszę cię.

- Nie będziesz przerywać?

- Postaram się.

- Zostaniesz?

- Tak.

- Słuchaj więc i nie przerywaj. ... Przytul się mocno, jeśli mam mówić... Byłem chory 

z rozpaczy, kiedy dostałem Twój list. I co to był za list. Równie podły, jak głupi, list, który 

może wysłać każda smarkula do chłopaka, który dla niej nic nie znaczył... Trzymałem ten list 

w ręku i czytałem go tysiące razy, nie umiałem wprost zrozumieć jego naiwnej, pełnej pozy 

treści: „Remi, tak być musi. Wydaje mi się, że pękła mi w sercu jakaś struna. Nie mogę tak 

być z Tobą. Przebacz mi, bardzo Cię kochałam. Lilka”. Ten list nie zostawiał mi już ani 

cienia nadziei. Nie mogłem się łudzić, że odeszłaś, bo chciałaś w swoim sercu zaprowadzić 

background image

jakiś ład, że chciałaś z dala ode mnie zrozumieć, czy nie popełniasz błędu, czy to jestem ja... I 

choć takie rozterki,  tego typu  wątpliwości,  są dla  mnie  sprawą  absolutnie obcą, mogłem 

zrozumieć je u ciebie...

- Wiedziałam, że będziesz czekał. Nie mogłam ani sobie, ani tobie na to pozwolić. Nie 

mogłam „trzymać cię” słowami, które mi mówiłeś, rozumiesz, nie mogłam tego postawić tak: 

„Ty tu czekaj, ja wrócę, kiedy przeżyję pewne swoje sprawy do końca”. Możliwe, że list był 

idiotyczny...

-   Tu   nie   chodziło   o   sformułowania.   Obydwoje   wiemy,   że   stać   cię   było   na   coś 

oryginalniejszego.   Chodziło   o   czas.   „Przebacz   mi,   bardzo   Cię   kochałam”.   Przebacz   mi, 

bardzo Cię kochałam. Lilka. Przebacz mi, bardzo Cię kochałam. Lilka. Powtarzałem to w 

kółko jak idiota. Bardzo Cię kochałam... Wpadłem w jakąś obsesję dzielenia słów. Jak to się 

rozdziela? Jak to się przenosi? Z jakich to się składa sylab? Prze - bacz - mi - bar - dzo - cię - 

ko - cha - lam - Li - lka, a może Lii - ka? Każde słowo zaczynałem tak dzielić, może dla 

udręki, może po to, aby zrobić z niego pusty dźwięk. Lidia, Lilka, Lila... i tak. podczas 

niekończących  się obserwacji kawałka ściany, jaki miałem przed oczami, raz odmieniłem 

twoje imię właściwie: Lilka, Lila, Dalila. Odtąd tak nazywałem cię w myślach, Dalila. A 

miałaś   być   moją   Alkmeną,   moją   Eurydyką...   pamiętasz   nasze   rozmowy,   pamiętasz   całe 

pokłady wielkich słów, którymi szafowałaś ty, żeby naszemu uczuciu nadać ton poezji, ton 

mitologii,   bo   tobie   się   to   podobało,   a   mnie   podobało   się   wszystko,   co   mówiłaś,   robiłaś, 

wszystko,   co   było   z   tobą   związane.   Myślałem   dziecinnie   i   po   smarkacku,   że   ty   tam 

przemierzasz sobie turystyczne szlaki, gdzieś z jakiegoś schroniska ślesz do mnie pożegnalny 

list i do głowy ci nie przyjdzie, że zabrałaś mi wszystko. Zabrałaś mi siłę. Stałem się nagle 

nikomu niepotrzebny... moja wierność, moja miłość przestały znaczyć cokolwiek, stały się 

tylko  bólem, wyrzutem,  bezsilnością.  Zacząłem  próbować  różnych  sposobów  ratunku.  Ze 

wszystkich możliwości pocieszania się wybrałem pierwszy z brzegu, najbardziej łatwy, który 

zbyt szybko wydał mi się tani. A więc wędrówka po knajpach...

- Jak to, piłeś?

- Próbowałem pić. Nie było  nikogo, nie było takiego miejsca, gdzie mógłbym  się 

spieszyć wychodząc z pracy.  Alkohol na krótki czas pozwalał mi uporządkować świat, z 

którym na trzeźwo miałem tyle kłopotu. Niestety, ten czas był krótki, ten czas, w którym 

mogłem po pijacku bełkotać: „Jakoś to będzie, przecież tyle lat żyłeś bez niej, nie znałeś jej, i 

bywało, że czułeś się zupełnie dobrze, że nie miałeś takich pragnień i takich myśli, i potrafiłeś 

się śmiać, i umawiać z dziewczynami na spotkania, niech to wszystko ci się wyda snem, że 

ona była, powinieneś dziękować losowi, że w ogóle była, bo chociaż odeszła, w jakiś sposób 

background image

na zawsze wzbogaciła twoje życie, pozwoliła ci uwierzyć, że możesz być prawy, lojalny i 

wierny”.   A   zaraz   potem   refleksje:   „I   cóż   ci   z   tego,   ty   durniu,   masz,   siedzisz   tutaj   i 

zastanawiasz się, za co płacisz taką cholerną cenę. Przecież lepiej byłoby dla ciebie, gdyby jej 

nie było, gdybyś nie wiedział, że można tak kochać, że można żyć tak pięknie... byłeś jednym 

z jej ekstrawaganckich kaprysów, mówiła, że cię wybrała na całe życie, a wybrała cię do 

jednej z ról, jakie rozpisuje jej wewnętrzna narracja. Może źle odegrałeś tę rolę, postanowiła 

powierzyć ją innemu. A jeśli to jest prawda, to ona jest niewarta twojej miłości, niewarta tego, 

żeby się przez nią smucić, włóczyć po barach, żeby wszystkie inne kobiety porównywać z 

nią. To właśnie ona jest i nich najgorsza, perfidna i podła, bo jeśli chciała przeżyć wielki 

romans,   to   nie   wolno   jej   było   używać   takich   słów,   wszystko   na   świecie   wymaga   choć 

odrobiny uczciwości. Nie powinna ci pozwolić uwierzyć, że to jest wielkie uczucie, na które 

czeka się lata całe, nie powinna do tego dopuścić, jeśli wiedziała, jeśli podejrzewała, że w jej 

sercu, w jej uczuciu jest jakaś luka, której ty zapełnić nie potrafisz. A to było, ona musiała o 

tym wiedzieć, jest taka mądra i tak potrafi analizować wszelkie uczuciowe stany... bawiła się 

tobą, ty idioto. Miłości nie kwituje się słowami: „Przebacz mi, bardzo cię kochałam, Dalila”. 

Gdyby tu była w tej chwili, mógłbyś jej rzucić te wszystkie oskarżenia w twarz, przecież już 

teraz   wiesz,   jak   próbowałaby   się   usprawiedliwić,   też   nie   jesteś   taki   głupi   i   potrafisz 

przewidzieć jej zagrywki, którymi chce oszukać także, a może przede wszystkim, siebie, więc 

gdyby tu była w tej chwili, spojrzałaby na ciebie takimi jasnymi, czystymi oczami, które kryją 

taki   fałsz,   i   powiedziałaby:   „Remi,   cóż   ja   zrobię,   co   ja   na   to   mogę,   kiedy   to   wszystko 

mówiłam, tak wtedy czułam. Nie można nikogo obwiniać o przemijanie uczucia, nikt nic na 

to nie poradzi.” Gdyby tu była w tej chwili...

- Remi, kochałam cię zawsze. Nie było żadnego przemijania. To inaczej...

- Tak myślisz teraz, sama chcesz w to wierzyć. Nie denerwuj się, nie rozpiłem się 

przez   ciebie.   Nie   wiem,   czy   przed   tym   stoczeniem   się   uratowały   mnie   jakieś   szczątki 

charakteru, pewne predyspozycje fizyczne, czy nienawiść do ciebie... tak, nareszcie padło to 

słowo. Nienawidziłem cię śmiertelnie. I jak kiedyś przez ciebie czułem się dobry i prawy, tak 

teraz   przez   ciebie   czułem  się   podły,  cyniczny,   wręcz   chamski.   Czuję,   że   drżysz,   ale   nie 

przerwę tego. Chciałaś słuchać, uwierzyłem, że tak będzie lepiej. Masz do mnie wszystkie 

klucze, otworzyłaś dziś skrytkę pod nazwą uczciwość. Wysłuchaj teraz do końca. A potem 

zdecydujesz.   Miałaś   rację,   gdybym   ci   tego   nie   powiedział,   byłbym   taki   sam.   tylko   ze 

względną i małą satysfakcją, że ty o tym nie wiesz. A jeśli potem zostaniesz, jeśli zechcesz 

być ze mną na zawsze, ta spowiedź da mi świadomość, że przyjęłaś mnie takim, jakim jestem 

rzeczywiście, a nie takim, jakim chcesz mnie widzieć w świetle twoich założeń. Uważaj, bądź 

background image

mocna. Będą to sprawy dla ciebie bolesne... i obrzydliwe. Przestałem pić, bo nawet w oparach 

rausza nie udawało mi się uporządkować mojego świata, który powołałaś do życia ty i ty 

doświadczyłaś go klęskami. Postanowiłem wziąć się mocno w garść, wiesz, kultywować te 

wszystkie   drobne   codzienne   nawyki,   które   mają   imitować   stan   normalny,   rzeczywisty 

porządek ducha. Gwizdanie przy goleniu, świeże bułki na śniadanie, czyste koszule, kino, 

jakieś spotkania, praca, praca, praca. Wszystko, co robiłem, robiłem dobrze, z nawyku, choć 

automatycznie. Jeszcze więcej pracy... bo zostawały całe, całe popołudnia, wieczory i noce. 

Daremnie próbowałem sobie przypomnieć, jak wypełniałem czas przed tobą, wydawało mi 

się wprost nierealne, że potrafiłem sobie z tym jakoś radzić. Pojechałem na Politechnikę, żeby 

omówić z profesorem moją ewentualną pracę doktorską. To był jednorazowy zryw energii i 

dobrych chęci, skończyło  się na bliżej nie sprecyzowanych tezach i bardzo ogólnikowym 

omówieniu tematu... sądzę, że profesor się zorientował, że to nie jest przemyślane, kazał 

przyjść  za pewien czas z bardziej konkretnymi  propozycjami.  I na tym,  jak do tej  pory, 

skończyłem robienie doktoratu. Nie jest to specjalnie chlubne, to co ci mówię, ale będą rzeczy 

gorsze. Nie chciało mi się bibliotek, książek, ciszy, lampki palącej się długo w noc. Chciałem 

być między ludźmi, coś robić, mówić, choć w tym okresie zupełnie oduczyłem się słuchać. 

Wypadałem chyba na debila, bo zaskoczony jakimś pytaniem, wyrwany ze środka strasznych 

myśli, których nie umiałem odpędzić, odpowiadałem ni w pięć, ni w dziesięć, albo w trakcie 

czyjejś   opowieści   wtrącałem   jakieś   zdanie   pozbawione   sensu,   być   może   nie   tylko   w 

zestawieniu z tą opowieścią, a dające się tylko  jako tako zrozumieć w kontekście moich 

rozważań. Cierpiałem.  Bałem się być  sam. Staranne  golenie i codziennie świeże rogaliki 

ośmieszały   mnie   we   własnych   oczach,   to   czepianie   się   pozorów...   czułem   się   żałosnym 

Romeo, marnym błaznem. Kiedy nie byłem sam, udawało mi się choć na parę chwil zaczepić 

myśli na innym temacie niż ty. Niż to, co robisz. Niż to, dlaczego tak postąpiłaś. Niż to, 

dlaczego   mnie   to   spotkało.   Niż   to,   czy   kochałaś   mnie   kiedykolwiek.   Wziąłem   urlop. 

Wyjechałem do Gdańska. Kiedyś, gdy wracałem do Warszawy, koła wystukiwały: „Do Lilki, 

do   Lilki”.   Teraz,   zawsze,   wszędzie   w   każdej   chwili   łomot:   „Przebacz   mi,   bardzo   cię 

kochałam,   przebacz,   kochałam,   kochałam”.   Postępowałem   jak   smarkacz.   Godzinami 

krążyłem w Gdańsku po tym miejscu, w którym łapałem dla ciebie taksówkę. Poszedłem 

oglądać wodowanie statku. Lilka, byłem bez ciebie kaleką. Nie umiałem patrzeć. Ciesz się. 

Tryumfuj. Pomyślałem, że ten Gdańsk to najgorsze miejsce, jakie mogłem wybrać. Wszystko 

tu było tobą, tak jak w tym  pokoju... Dlaczego któregoś wieczoru poszedłem na ten sam 

dancing, nie muszę ci chyba wyjaśniać... jak to się brnie w ból, jaki człowiek potrafi być 

wobec   siebie   okrutny...   Dziewczyna,   z   którą   zatańczyłem   kilka   razy,   po   pewnym   czasie 

background image

odłączyła   się   od   towarzystwa,   była   już   tylko   ze   mną.   Co   myśli   o   spacerze   nad   morze? 

Zgodziła się. Wiesz, gdzie byliśmy? Wiesz, w którym miejscu? Nie będziesz płakać, będziesz 

mną gardzić... Oddała mi się tam.

- Jak miała na imię?

- Po co ci to? Chcesz mieć pożywkę dla wyobraźni? To nie jest ważne, jak ona miała 

na imię, czy była blondynką, czy brunetką... umówiłem się z nią na następny dzień. Czułem 

się   jak   skończony,   ostatni   cham.   Wręczyłem   goździk   i   powiedziałem,   że   wyjeżdżam. 

Zrozumiała,   była   smutna.   Powiedziała:   „Chciałam   zapytać,   dlaczego   pan   wydaje   się   taki 

strasznie   samotny.   Ale   teraz   wiem.   Jej   już   nie   ma”.   A   potem   dodała   jeszcze   jakimś 

wzruszającym tonem, który przyćmił banał: „Od tego się nie umiera”. Wiedziałem, że to 

brzmi okropnie, ale tak czułem, nie mogłem się zdobyć na nic innego: „Wiem, ale myślę, że 

to gorsze niż śmierć”. Starałem się w tym wszystkim znaleźć coś dobrego, a jeśli już nie 

dobrego, bo to za trudne, i może tego właściwie nie chciałem, ale coś przynajmniej ładnego. 

Wskoczyła do wody, patrzyłem jak pływa w morzu, jak widać było tylko jej głowę, później 

patrzyłem, jak wysychają krople na jej opalonym szczupłym ciele... Zdawałem sobie sprawę, 

w co się pogrążę, jeśli będę w ten sposób traktował kobiety, jeśli będę nienawidził ich za to, 

że nie są tobą. Liczy się tylko to, co jest potem. To jest sprawdzian. To „potem” było straszne. 

Chciałem jej chociaż powiedzieć tylko tyle, że nie ma we mnie ani odrobiny ciepła, które 

mógłbym   komuś   dać,   niech   nie   ma   żalu...   Mówiliśmy   tylko   o   głupstwach,   wieczorem 

wyjechałem z Gdańska. Więcej jej nie widziałem. Napisała do mnie dwa listy. Przerwałem 

urlop,   wróciłem   do   pracy.   Poprosiłem   szefa   o   delegacje.   O   jak   najwięcej   delegacji. 

Zachwycony   był   tym   moim   entuzjazmem,   bo   wiesz   sama,   że   robiłem,   co   mogłem, 

zachowywałem się niemal jak dezerter, kiedy ty byłaś.

A   wiesz,   że   nasze   biuro   ma   rozległe   tereny  budowy   dróg   do  kontroli.   Chłop   był 

wniebowzięty, bo każdy się od tych delegacji miga jak może, te nasze drogi są jeszcze różne, 

wiesz. I hotele. I diety. I bałagan, jaki się tam najczęściej zastaje. Natychmiast dostałem te 

wyjazdy. Pracowałem jak potępieniec. A teraz... A teraz Sabina...

- Nie! Sabina nie!

- Tak. To był już okres pozornej wesołości. Umawiałem się z różnymi dziewczynami, 

usiłowałem być sentymentalny albo jakiś taki zupełnie zwykły, jak dawniej, zanim przyszłaś. 

O tym, że Sabina jest kobietą łatwą, wiedzieliśmy obydwoje już dawno. Nie lubię tak mówić 

o kobiecie, ale to tajemnica znana dosyć szeroko. Jest sentymentalna, łudzi się, że poszukuje 

wielkiej miłości. Nigdy w to nie wnikałem, czy istotnie w to wierzy. Już od lat próbowała 

mnie w biurze uwodzić, wyciągać na kawę i tak dalej. Mężczyźnie jest trudno bronić się 

background image

przed   taką   inwazją   kobiety,   dlatego   zawsze   durnie   zasłaniałem   się   brakiem   czasu. 

Powiedziała, że ona ma go bardzo dużo i że poczeka. Ale kiedy przyszłaś ty, powiedziałem 

jej to po prostu. I żeby łaskawie dała mi spokój. Odparła: „Bardzo się cieszę, że cię spotkało 

coś takiego. Nie życzę ci, żeby to się skończyło. Ale kiedy się skończy, przyjdź, będę twoją 

kochanką”. Wzruszyłem pogardliwie ramionami, ona mnie śmieszyła, próbowała wystawiać 

na podziw maniery wielkiej damy i głęboką duszę kobiety nie zrozumianej przez mężczyzn. 

Mówiłem ci to wszystko? Po co? Po to, żebyś wiedziała o każdym moim kroku. Dla jakiejś 

swojej zwariowanej fantazji zachciało ci się ją zobaczyć. Bawiło cię chyba, że możesz sobie 

obejrzeć kobietę, która sobie wmówiła, że mnie kocha. Wtedy się z nią umówiłem, słuchałem 

przez dwie godziny opowieści zbolałego serca, a ty przy sąsiednim stoliku zarykiwałaś się ze 

śmiechu z twoją koleżanką. Owszem, byłem świnią, że się na coś podobnego zgodziłem. 

Przecież ona w gruncie rzeczy nie jest zła, tylko tragicznie, tragicznie głupia. Używa wielkich 

słów,   których   znaczenia   nawet   w   przybliżeniu   nie   rozumie   i   usiłuje   grać   Sonatę 

Kreutzerowską na małych, jarmarcznych skrzypeczkach. Zresztą, to nieistotne. Zabawa ci się 

widocznie podobała,  bo powtórzyliśmy  ten numer? Ona się cieszyła,  ty się śmiałaś, a ja 

straciłem rozum przez ciebie. Wszystkie rozważania: etyczne, nieetyczne, w zestawieniu z 

tobą były bagatelą... Więc, wtedy, po tym wszystkim, powiedziała mi, że przeżywa jakąś tam 

tragedię. Przyzwyczajony do tych tragedii, nie zwróciłem na to uwagi. Wiedziałem, że jest 

tam wiecznie okłamywany mąż, który chyba nareszcie zrozumiał... Powiedziała mi, że jest 

chora, i to jedno wydało mi się wiarygodne. Nie przychodziła przez kilka dni do biura. Ona 

jest u nas kreślarką, nie wiem, czy wiesz o tym. Zadzwoniła z domu, że jest ciężko chora. 

Poszedłem.   Wiedziałem,   że   nawet   jeśli   jest   chora,   to   „ciężko”   jest   atutem   w   grze   o 

współczucie,   ale   co   to   miało   dla   mnie   za   znaczenie.   Kupiłem   jakieś   owoce,   kwiatek, 

poszedłem pełen ludzkich myśli, że ona jest może chora rzeczywiście i pełen histerycznego 

śmiechu, że ona się może rzeczywiście doczeka. Pamiętasz, jak się wtedy śmialiśmy z tego 

„będę twoją kochanką”. Ale to był okres, kiedy zaczynałem myśleć o tobie ciepło. Przestałem 

się po prostu przed tym bronić. Myślałem, że byłaś czymś najlepszym, co w życiu miałem, 

czymś spoza marzeń, bo moje marzenia nigdy nie sięgały tak wysoko. Nie miałem takiej skali 

wyobraźni. Dałaś mi złudzenie, iż mogę być prawdziwie kochany. Przez ciebie poznałem 

miłość... a to nie czcze słowa, kiedy się je mówi po raz pierwszy mając lat dwadzieścia 

siedem... No więc Sabina leżała i kiedy pochyliłem się, żeby się z nią przywitać, przyciągnęła 

mnie   do   siebie   i   pocałowała   w   usta.   Powiedziałem   na   to   grzecznie,   żeby   się   przestała 

wygłupiać.   Rzekła,   że   mnie   kocha,   od   dwóch   lat.   Zastanowiłem   się,   ile   razy   jej   się   to 

wydawało.   Zapytałem   ją   o   to  głośno.   Odparła,   że   teraz,   od  dwóch  lat,   myśli,   że   po   raz 

background image

pierwszy, ale kiedyś tam, coś takiego już było i wszystko, co się zdarzyło między tym kiedyś 

a tą chwilą, kiedy wszedłem do niej z kwiatkiem, jest jakby konsekwencją właśnie braku tego. 

Co należało rozumieć: wzajemności. Myślałem, że to pospolite brednie, i myślałem, że to 

zupełnie możliwe. Mąż po prostu odszedł, kiedyś nawet ją kochał, ale brała na nim odwet za 

tamto swoje nieudane „kiedyś”, jego cierpliwość zwyczajnie się skończyła, zresztą uczucia 

nie było tak wiele. Mówiła to wszystko spokojnie, a zaskakującą pointą było to, że niby ja 

zrobiłem jej największą przykrość na świecie. Czym. Stałem tak nad nią, oglądałem jakieś 

tanie talerze na ścianie, które kazała mi podziwiać, włączyłem radio i zastanawiałem się nad 

honorowym   odwrotem.   Chciała,   żebym   usiadł   koło   niej,   usiadłem,   i   zaczęła   mnie   znów 

całować. Pomyślałem sobie, że dlaczego mam zrobić jej największą przykrość na świecie, 

ostatecznie przespać się z nią można, nie jest odrażająca. I tu wielki skandal. Nie chciałem jej, 

zwyczajnie, nawet mi się nie podobała. Mijały godziny, chciało mi się spać, płakać, śmiać, 

chciałem wszystkiego, tylko nie jej. Ratowało ją to, że milczała, i była taktowna. Myślałem, 

że po tobie nie zapragnę już żadnej kobiety, że to jest straszne, bo jednak moje tak zwane 

życie   osobiste   będzie   oscylowaniem   między   jednym   przypadkowym   łóżkiem   a   drugim 

przypadkowym   łóżkiem,   i   to   tak   będzie   zawsze.   Nawet   się   nie   zorientowałem,   kiedy 

przestałem myśleć, a zacząłem mówić. Mówiłem, że pragnę tylko ciebie, że wszystko bez 

ciebie nie ma dla mnie ani krzty sensu, że jeśli ma trochę choć zdrowego rozsądku, nie 

powinna tego chcieć, a takiego kochanka, który do niej przyjdzie po sekundę zapomnienia, 

może   sobie   znaleźć   na   każdym   rogu   ulicy.   Powiedziałem   to,   ot   tak,   potocznie.   Kiedy 

powiedziałem o tym rogu ulicy, zrobiło mi się niewymownie głupio, przeraziłem się, że może 

mieć jakieś idiotyczne skojarzenia, pomyśli, że chciałem zrobić wulgarną aluzję co do jej 

życia, przytuliłem ją wtedy fałszywym, obłudnym do dna gestem i pogładziłem po włosach. 

Wiedziałem, że ją boli to wszystko, co mówię, było mi jej bardzo żal, może istotnie życie jej 

się nie układało. Tuliła się do mnie jakoś desperacko, mówiła, że moja wierność była nie do 

przebicia, kiedy byłaś ty, że wtedy nie miała żalu, tylko rozpaczliwie, fizycznie zazdrościła tej 

jakiejś Lilce, która  to wszystko  ma,  i była  ciekawa,  co to za dziewczyna,  która od tego 

odchodzi, rzuca to wszystko, ku czemu ta dziewczyna idzie i czego jeszcze od życia wymaga. 

Zapytała,   dlaczego   odeszłaś.   Oszczędziłem   sobie   tego   obrazu,   że   odeszłeś   ze   Stasiem. 

Odpowiedziałem,  że jesteś bardzo skomplikowana i potrafisz odejść w  sposób  absolutny, 

zgodnie z założeniem, jakie sobie wydumałaś, że potrafisz przekreślić całe swoje życie przez 

impuls, który cię popchnął ku czemuś, czego jeszcze nie znasz, i że choć nawet się pomylisz, 

nigdy się do tego nie przyznasz, już nawet nie przez fałszywą ambicję, bo jesteś mądra i 

negatywne skutki takiej ambicji rozumiesz, ale przez chęć udowodnienia sobie, że potrafisz 

background image

ponosić   konsekwencje   każdego   swojego   czynu,   przez   chęć   udowodnienia   sobie   własnej 

indywidualności, że potrafisz ponad cierpienie i żal, gdyby zaistniały, postawić manifestację 

samej siebie przed sobą, własnych poczynań. Nie wiem, czy ona coś z tego zrozumiała, to cię 

tylko udziwniło w jej w końcu bardzo prostym spojrzeniu na życie. Powiedziała: A teraz, 

kiedy jej nie ma, kiedy twoja wierność dla nikogo nic nie znaczy, ty mnie nie chcesz. Teraz 

nie mogę się już łudzić, że po prostu kochasz inną”. To było głębsze niż myślała, broniła 

jakichś tam swoich interesów i swojej kobiecej ambicji. Nie mogła tak myśleć, tak tylko 

powiedziała. Ale to „nie mogę się już łudzić, że po prostu kochasz inną”, wzruszyło mnie. 

Patrzyłem   jak   cicho,   bezszelestnie   płyną   jej   z   oczu   łzy.   I   pośród   tego   swojego   płaczu 

doczekała się. Została moją kochanką. Przypomniał mi się twój śmiech... nasz śmiech... dla 

niej to nie było ważne, nie wiedziała, nic nie wiedziała, sądziła naiwnie, że to jest jej jakieś 

zwycięstwo. Łudziła się, że mnie przez to jakoś ze sobą zwiąże. Posłuchaj, bo wiem, że 

później   przyjdą   twoje   pytania.   Może   przegrywam   ciebie   do   końca,   ale   chcę   ci   wyjaśnić 

wszystko.   Usiłowałem   się   cieszyć,   że   dałem   komuś   ersatz   jednonocnego   szczęścia.   Co 

jeszcze mogłem zrobić poza tym. Doktorat?! Żeby na delegację nie jeździć pociągami tylko 

samochodem z szoferem? Posłuchaj, bo wiem, że później przyjdą twoje pytania, bez względu 

na to, co postanowisz. Będziesz szukała uzupełnień do tego, co ci mówię, będziesz pytała, 

choćbyś przysięgała sobie, że tego nie uczynisz. Na pewno zapytasz, która z nich bardziej mi 

się podobała. Zapytasz pewnie, czy mi się. choć przez chwilę wydawało, że mnie z Sabiną 

łączy coś głębszego. Uprzedzam twoje dziecinne pytanie. Nie. Pomijając obrzydzenie, które 

czułem po Gdańsku. Pamiętasz, spotkaliśmy się w kilka dni po twoim odejściu. Chciałaś 

sobie obejrzeć, jak też wygląda ktoś, komu szczodrze dałaś wszystko i odebrałaś wszystko dla 

swoich kaprysów. Powiedziałem ci wtedy, że jeśli pomyślę, że Sabina się doczeka, ogarnia 

mnie pusty śmiech. Wiem, że nie wolno używać takich płaskich atutów. Wiedziałem o tym 

wtedy,   kiedy   ci   to   mówiłem,   kiedy   byłem   cały   twój,   wierny   jak   pies.   Ale   nie   mogłem 

dosięgnąć twojej miłości, jeśli była. Ale jeśli była, to dlaczego mi ją zabrałaś. Chciałem trafić 

twoją zazdrość. Mówiłem sobie, że to są metody smarkacza, który się przechadza w czułej 

pozie z całkowicie mu obojętną koleżanką pod oknami dziewczyny, która nim wzgardziła. 

Miłość   nie   zna   wieku.   Prosiłem   cię,   tłumaczyłem   wtedy,   błagałem,   poniżałem   się. 

Przypomniałem sobie tę nieszczęsną Sabinę, przypomniałem sobie, jak się bawiłaś tym jej 

pseudouczuciem do mnie. Rzuciłem po szulersku tę znaczoną kartę. Twoja zazdrość powinna 

się   wtedy   nastroszyć,   twoje   prawo   własności   powinno   ci   pod-szepnąć   zagrożenie... 

Roześmiałaś się, jedyny raz podczas tego spotkania, i powiedziałaś: „Remi, jeżeli odeszłam, 

jeżeli mnie było na to stać, to na pewno znaczy, że nie powinnam zostać. Tak myślę. Wiem, 

background image

że ktoś tam naturalnie będzie, jakieś pocieszycielki. To tylko w literaturze romantycznej, jeśli 

nie mógł z nią być, to był jej wierny do końca życia. Albo był jej wierny, chociaż na skutek 

układu społecznego nigdy jej nie miał, tylko czcił ją przez całe życie i każda kobieta poza nią 

była dla niego brudna. Remi, ja jestem współczesna dziewczyna”.

Dokładnie tak powiedziałaś, co do słowa. Przerwałem ci ordynarnie, bo wiedziałem, 

że zaczniesz snuć swoje teorie, wiedziałem, że nawet ten najbardziej niski argument, jaki 

może postawić mężczyzna, zazdrość, nie trafia do celu. Nawet cię nie muska. Bo ty widziałaś 

już  polany,  jakie  przemierzasz   ze  Stasiem,  widziałaś,  jak  się  wolno  wspinacie  pod  górę, 

zmęczeni,   nie   skrępowani   żadnymi   etatami,   wolni,   beztroscy   beztroską   lat   do   ostatniego 

egzaminu, widziałaś schroniska, do których dołazicie półżywi, czułaś mdły smak herbaty, 

którą   ponad   głowami   innych   turystów   przynosi   dla   ciebie   on,   już   mu   w   myślach   za   to 

wszystko  dziękowałaś.  Byłem  bezradny  -  wiesz,  tak   się  mówi,  choćbym  skonał  -  byłem 

bezradny,   bo   choćbym   skonał,   nam   by   to   nic   nie   pomogło.   Ty   musiałaś   to   wypić.   To 

zmęczenie, to wspinanie się pod górę i tę herbatę. Może za krótko na ciebie czekałem, może 

za wcześnie to się stało, może powinnaś to wszystko przeżyć przede mną. Proszę cię, nie 

myśl,   że   jestem   zarozumiały,   jeśli,   to   tylko   dlatego,   że   jesteś   moja.   Może   powinnaś   to 

wszystko przeżyć przed swoim pierwszym mężczyzną, może nie powinienem cię przyjąć, 

kiedy powiedziałaś, że jesteś zdecydowana, nie wiem, jak to powinno u ciebie być. Ale nie 

mogłem sobie pozwolić na pozycję zakochanego w siostrzenicy wujaszka, który patrzy przez 

palce na jej dziecinne wybryki, byle była w domu przed zamknięciem bramy. Czy ty sobie 

zdajesz sprawę z tego, co to znaczy dojrzała miłość? Postawiłem sprawę alternatywnie, choć 

moja alternatywa była na pokaz, moje „ja”, albo „oni” było tylko powiedziane pod ciebie, pod 

twój strach, że mnie bezapelacyjnie stracisz, pod moje złudzenie twojego strachu, pod moją 

chęć wywołania twojego strachu, pod twoje opamiętanie się, które usiłowałem przywołać, 

więc moja alternatywa była do gruntu kłamstwem, nie było żadnego „albo, albo”, mogłabyś 

robić, co chcesz, rozumiałem twoją młodość, choć sam jej nigdy nie przeżyłem, rozumiałem 

twoją   młodość,   twoje   manifestacje   prawa   do   samostanowienia   o   sobie,   rozumiałem   to 

wszystko,   i   byłbym   powiedział:   „teraz   oni”,   gdybyś   mi   zostawiła   choć   promyk   nadziei, 

gdybyś chociaż od niechcenia dała mi odczuć, że jeszcze jestem ci bliski, że nie będziesz z 

nikim,   że   tylko   chcesz   głośno   zadokumentować   swoją   niezależność...   Nie   zrobiłaś   tego. 

Wydawałem ci się natrętnym idiotą, który żąda prolongaty praw, jakich mu lekkomyślnie, 

okresowo udzieliłaś, dawałaś każdym okrutnym słowem do zrozumienia, że cofasz wszystko, 

co powiedziałaś, odbierasz siebie... I kiedy zrozumiałem, że ten jedyny mój, szulerski wręcz 

atut nie podziała, pojąłem, że wszystko stracone. Że się nie ugniesz już przed niczym. Tak cię 

background image

wysoko   mierzę,   a   chciałem   zatrzymać   cię   przy   sobie   każdym,   najniższym   argumentem. 

Wiedziałem, że w strefie tych twoich romantycznych zwidzeń nigdy ci nie dorównam, że na 

tym terenie nigdy cię nie pokonam, bo tam, w chwili kiedy to trwa, rządzą tobą żelazne 

zasady przyjęte przez ciebie „stąd - do śmierci”, które cię wprawdzie obowiązywać mogą 

tylko przez kwadrans, bo je później wymienisz na jakieś inne, ale ten kwadrans przekreślał 

mnie absolutnie, byłem absolutnie bezradny wobec twoich założeń. I kiedy się śmiałaś z tej 

nieszczęsnej Sabiny,  śmiałem się także. Bo takie to było  absurdalne i niedorzeczne... Co 

jeszcze   mogłem   zrobić   dla   Sabiny?   To,   że   mnie   kocha,   wmówiła   sobie   dość   porządnie. 

Pewnie łudziła się, z tą dumną, ładną w końcu zarozumiałością każdej kobiety, że po jakimś 

czasie dostanie ode mnie choć namiastkę tego, co miałem tylko dla ciebie, że zapomnę, może 

zostanę   z   nią...   Zaproponowała   to.   Uzupełniła   oczywiście,   że   ktoś   tam   na   jej   wdzięki 

reflektuje   jakoby   na   zawsze,   ale   ona,   oczywiście,   jest   mi   gotowa   rzucić   to   pod   nogi   w 

bałwochwalczym hołdzie. Co na to odpowiedzieć? Rzekłem, że nie zostanę z nią nigdy i 

żeby, na litość boską, nie rezygnowała z czyjegoś uczucia, zwłaszcza, że to ma takie dalekie 

perspektywy. Obiecałem jej, że jutro przyjdę znowu. Tym razem sytuacja powtórzyła się, 

było zupełnie tak samo, tyle że bez słów. Powiedziałem, dokładnie tak, że więcej już w tym 

celu nie przyjdę. Że owszem, możemy chodzić na te kawy, do kina, gdzie tylko sobie życzy, 

do jej przyjaciółek, że może ogłosić w całym biurze, że wyję z miłości na jej słomiance, co jej 

się   tylko   podoba,   bo   jeśli   jej   to   sprawia   przyjemność,   to   niech   jej   sprawia,   a   mnie   jest 

wszystko jedno, ale ona niech się nie łudzi ani przez sekundę, że tu cokolwiek jest prawdą. 

Powiedziała, że mnie nienawidzi i że zgadza się na taki układ. Byliśmy ze dwa razy w kinie, 

zastanawiałem się, po jaką cholerę odrabiam tę całą pańszczyznę, ale ona miała inicjatywę, 

robiła jakieś kolacje, pokazywała mnie, była ze mnie dumna, a ja nie miałem nic innego do 

roboty.   Usiłowała   mnie   atakować,   któregoś   dnia,   kiedy   miała   miraże,   że   się   do   tego 

przyzwyczajam, powiedziała, że zgłosił się ten reflektant i co ona ma wobec tego uczynić. 

Nigdy się nie wgłębiałem w problem, czy ten reflektant to prawda czy też fikcja, zapytałem, 

ot tak sobie, czy on żąda odpowiedzi kategorycznej, odparła, że tak, ale może ja zostanę... 

Zapytałem, w duchu rozbawiony, ileż to mi zostawia czasu na podjęcie tej życiowej decyzji. 

Dowiedziałem   się,   że   dwie   sekundy.  Przekląłem   się   w   ciągu   tych   dwóch   sekund,  bo   do 

jakiego miejsca, do jasnej cholery, człowiek może być podły. Ona nic nie była winna, że 

walczyła o coś tam dla siebie, jak umiała i myślała, że walczy najlepiej, nic nie była winna, że 

mnie  śmieszyła   ta  taktyka,   że  może  dałbym  się  tak  wodzić  jeszcze   trochę,  gdyby   nie  te 

natrętne naciski, abym się jakoś zdeklarował... Powiedziałem twardo, że nie. Że nie zostanę. I 

później próbowałem tłumaczyć, żeby poszła do tamtego, bo któregoś dnia nie zobaczy mnie 

background image

więcej. Powiedziała, że nie chce tamtego, choć on jej daje stabilizację, że teraz już by nie 

mogła, bo ja, chciałem tego czy nie, czegoś ją nauczyłem, że na coś tam otworzyłem jej oczy. 

To były w końcu jej sprawy, nie byłem niańką. Gnany chęcią choć ujrzenia ciebie, zaszedłem 

do akademika. Chciałem wiedzieć, czy jesteś szczęśliwa. Myślałem, że jeśli jesteś szczęśliwa, 

to   to   moje   cierpienie   ma   sens,   jakiś   taki   sens   w   ogólnym   bilansie   ludzkich   cierpień   i 

szczęścia, a jeśli nie jesteś szczęśliwa, to za co płacę tym piekłem, wtedy już nic nie ma 

sensu, żadnego sensu. Zapytałem cię o to. Powiedziałaś: „Szczęśliwa? Remi! Co to znaczy?” 

I żebyś na tym skończyła. Ale nie, ciągnęłaś dalej: „Jest mi dobrze, całkiem nieźle. Nie czuję 

tego ciężaru odpowiedzialności za dwoje ludzi, jestem wolna. Tak. Jest mi dobrze”.

I dodałaś, że nie chcesz mnie widywać, bo to rodzi w tobie wątpliwości, czy postąpiłaś 

słusznie, a nie chcesz mieć wątpliwości co do żadnego swojego czynu. Zacząłem się żegnać. 

Nie mogłem skowyczeć  i błagać, żebyś  te wątpliwości podtrzymywała.  Czułem, że mam 

wzrok głodnego psa, chciałem uciec przed twoimi zimnymi oczami, a ty wtedy podeszłaś do 

okna i powiedziałaś cicho: „Remi, chcę ci się oddać”. Wiedziałem, że to ci potrzebne do 

jakichś   twoich   wewnętrznych   rozrachunków,   że   nie   powinienem   się   zgodzić,   żebyś   mną 

wyrównywała   swoje   rozliczenia...   posądzałem   cię   o   litość,   pamiętałem   o   Sabinie... 

wydawałem się sobie żałosny, żałosny, tragiczny dureń, okpiony, oszukany błazen. Ale potem 

pomyślałem, że jeśli należysz do innego, to na te parę chwil to stanie się nieważne, będziesz 

moja, moja, rozumiesz moja. Kochaliśmy się wtedy inaczej niż zwykle. Byłaś niespokojna, 

roztargniona, inna. Niepewna swoich gestów, pozbawiona spontaniczności, zrozumiałem, że 

naprawdę mnie nie kochasz. Czułaś się jakby upokorzona rozkoszą, nie cieszyłaś się, a tak się 

z tego zawsze cieszyliśmy  obydwoje.  Wiedziałem,  że to pożegnanie, myślałem,  że może 

przez to chcesz zabić we mnie przeświadczenie, że ci ze mną było dobrze kiedykolwiek. 

Wyszedłem   stamtąd   jak   zbity   pies,   bez   jednego   twojego   ciepłego   słowa.   Pojechałem   do 

Sabiny. Marzyłem, żeby udało mi się być tam w tym celu, zniszczyć ciebie, pamięć twojego 

ciała, tamtego oddanego, i tego jakiegoś bardzo obojętnego. Powiedziałaś kiedyś: „Remi, to 

nie są sprawy seksuologii, to są sprawy psychologii, przynajmniej u mnie”. Dźwięczało mi w 

uszach to zdanie. Więc u mnie to już nigdy nie będą sprawy psychologii? Tego wieczoru 

rozstałem   się   z   Sabiną   ostatecznie.   Histeryzowała,   usiłowała   dostać   ataku   serca.   Trudno, 

mówiłem sobie, wcześniej czy później będę musiał przez to przejść, więc lepiej wcześniej. 

Znowu nastąpiły bezsenne noce, może to aż wstyd, taki stary koń nie umiał się pogodzić z 

faktem,   że   odeszła   od   niego   dziewczyna.   Lżyłem   się   najgorszymi   słowami   za   to,   że   to 

wszystko było, czułem niesmak, obrzydzenie, wstręt. Oszczędzę ci opowieści, ile miałem 

jeszcze kłopotów z Sabiną. W końcu jej powiedziałem, że mam trochę nadziei, że wrócisz, i 

background image

już to zobowiązuje mnie do lojalności. Tak się przejąłem tym  kłamstwem, że przestałem 

wychodzić   gdziekolwiek,   czekałem   na   łaskę.   I   przyszłaś.   Starałem   się   być   maksymalnie 

powściągliwy. Ty zupełnie dobrze mogłabyś tu przyjść pożyczyć zapałek. Ale przyszłaś, nie 

byłaś beze s mnie szczęśliwa, ja ciebie kocham. To już wszystko. Zrób ze mną, ' co zechcesz. 

Znów jest ktoś, kto chce znać każdą moją myśl i każdy ' mój krok, znów jest ktoś, komu ja to 

chcę rzucić do stóp, znów jest ¦ spokój i siła, znów każda myśl biegnie wąskim strumieniem w 

jednym kierunku, znów... Trudno mi to wytłumaczyć, i tobie pewnie 'trudno to zrozumieć. Ty 

zawsze   czułaś,   że   masz   serce   czyste   i   gotowe   do   wzlotów,   miałaś   je   zawsze   pełne 

wyłączności, która wynika  z psychicznej niezależności, tak jak miałaś usta pełne pięknych 

słów. Tobie nikt nie zatarł światła uderzeniem pięści między szeroko i ufnie otwarte oczy. 

Twoje słowa! Mówione tym głosem wprost z serca. Słuchałem ich zawsze tak chciwie. Jak to 

się skomplikowało! Jeżeli zostaniesz, nie nadużywaj tych słów. Mam do nich magnetyczny 

pociąg,   chcę   je   słyszeć,   i   -   jak   dwa   bieguny   o   jednakowych   ładunkach   odpychające   się 

nawzajem - są myśli: „uważaj, ona umie mówić pięknie, chciała zostać pisarką i chyba nią 

kiedyś zostanie, znasz te słowa, mógłbyś je wszystkie przypomnieć, łomotały ci w mózgu w 

tamte straszne dni, to mogą znów być tylko słowa. Sama ci powiedziała, że u niej słowa mają 

moc prawa w chwili, kiedy je mówi, miałeś w ręku dowody znaczenia tych słów, można w 

nich zmienić jedynie imię i skierować je gdzie indziej, tak jak tamte, gdzieś wypowiadane, 

mogły być skierowane do ciebie. Nie bierz tych słów, kiedyś ci wyjaśni: No cóż ja zrobię, 

Remi,   tak   wtedy   czułam.   Tak   jak   kiedyś...   kiedyś...   Nie   bądź   idiotą,   przyjmij   ją   z   tymi 

słowami, może to ją czegoś nauczyło, może stała się nareszcie dorosła, może to wcale nie tak, 

jest przecież mądra... jeśli tu przyszła, jeśli ci się oddała, nie zwiąże się z tobą ślubem bez 

pewności swojego uczucia, uwierz, że żałowała naprawdę, że ma najlepsze chęci. Możesz nie 

wierzyć w siłę jej uczucia, ale nie masz prawa nie wierzyć w jej uczciwość. No tak, kretynie, 

ale w konwencjonalnym  sensie, że nie pójdzie z innym do łóżka, ale tak bezwzględnie... 

zapomniałeś już, że odeszła asfaltową, lśniącą w słońcu ulicą, bo ktoś jej powiedział, że 

szkoda marnować nawet godzinę takiego słońca. Ale nie pobiegłaby za nimi tą ulicą, gdyby 

całą   noc   o   tym   nie   myślała,   a   nie   dała   ci   żadnego   znaku   ostrzegawczego,   dawała   tylko 

uspokajający dotyk warg. A knuła twoją klęskę, twoją największą przegraną, nie, knuła swoje 

jakieś nie zaspokojone szczęście... i uderzyła cię tak, że świat przestał istnieć, i poszła, bo 

chciała być wolna, poszła, zbierając ze śmiechem do walizki rozsypane rzeczy. Ty rzuciłeś się 

na podłogę i wyłeś, a ona poszła nad Wisłę, bo szkoda zmarnować nawet godzinę takiego 

słońca, jakbyś to słońce przed nią schował, ty imbecylu...” ...Chciałbym ci teraz powiedzieć 

coś z uśmiechem i pasją, chciałbym powiedzieć ci coś najważniejszego. Ale przychodzi jakieś 

background image

skojarzenie   i   wszystkie   słowa   właściwe   stają   się   martwe   i   niepotrzebne,   czuję   się   jakby 

oszukany przez   samego  siebie.  Może  się kiedyś  z  tego  wyleczę,   ale  wiem,  że  to  będzie 

bardzo,   bardzo   powolny   proces.   Bo   nie   trzeba   tego   nosić   w   sobie.   Bo   jesteś   jedyną 

dziewczyną,   o   którą   w   moim   życiu   walczyłem.   Bo   jeśli   jest   prawdą,   że   miłość   nie   jest 

uczuciem permanentnym, to już na pewno w życiu każdego człowieka zdarza się coś, jakaś 

jego  prawdziwa,   najprawdziwsza   Jego  Historia,  do  której  nie   da  się  przyrównać   niczego 

przedtem i niczego potem, przy której wszystko mierzy się inną miarą, o którą walczyć trzeba 

do ostatka. I dlatego walczyłem o ciebie, chociaż ciężko ranna duma dygotała i przyzywała 

nienawiść. I nieprawdą jest, że ci nie wierzę, choć wiem, że faktów nie można zmienić ani nie 

zauważyć. Ale prawdą jest, że nie do uwiedzenia jest tylko kobieta nieżywa. Dlatego się boję. 

I proszę cię, zostań. Wróć tu zupełnie, na zawsze. Przyjdź. To już wszystko. Jest za piętnaście 

ósma. Za chwilę wyjdę. Wiem, że nie zastanę cię, kiedy wrócę. Będę czekał na „tak” albo na 

„nie”. Nie będzie nikogo. Choćby to trwało nie wiem jak długo. Nic nie mów. Podejmij swoją 

pierwszą dojrzałą decyzję.

- Remi, powiedz, że to nieprawda.

- To prawda, Lilka.

Kąpałam się długo, jakby woda miała właściwości rozpuszczania słów. Ubrałam się 

starannie, wyprasowałam bluzkę („najważniejsze to regularnie się golić!”), spróbowałam się 

napić herbaty i zwymiotowałam po pierwszym łyku. Byłam zatruta nikotyną, paliłam całą 

noc, właściwie bez przerwy. Usiadłam na tapczanie, wypaliłam znów papierosa, marzyłam, 

żeby zemdleć i zwolnić się w ten sposób choć na trochę od jakiegokolwiek działania. Ale nie 

zemdlałam,   a   powtórny   atak   wymiotów   przerwał   delektowanie   się   własną   bezsilnością. 

Sprzątnęłam trochę pokój, zatrzasnęłam drzwi i zeszłam powoli po schodach, uważnie licząc 

stopnie, żeby sobie przywrócić wiarę we własną poczytalność. Jeżeli się nie pomylę licząc do 

dwudziestu... Zostawiłam u dozorczyni klucz, wyszłam na ulicę. Byłam wolna. Szłam bardzo 

długo na uniwersytet, bo przecież trzeba zawsze gdzieś dojść, nawet jeśli nie idzie się nigdzie. 

Nie wiem, dlaczego ze wszystkich  możliwych  ulic wybierałam  właśnie te, które mnie w 

końcu doprowadziły na Krakowskie Przedmieście. W moim gmachu było pusto. Wykłady. 

Nie   należałam   do   nikogo   i   do   niczego.   „Tobie   nikt   nie   zatarł   światła   uderzeniem   pięści 

między szeroko i ufnie otwarte oczy”. Pomyślałam o wczorajszym zebraniu, a zaraz później 

pomyślałam, że to niemożliwe, że jestem chora na przerost imaginacji i resztki tych myśli 

udało mi się zdławić. Zorientowałam się, po co tu przyszłam. Jeżeli bezbłędnie, z opanowaną 

twarzą   wykonam   to,   co   wykonać   należy,   zafunduję   sobie   kilka   minut   prostych 

mechanicznych  działań, urzędowych  słów. Szłam w kierunku drzwi dziekanatu, kiedy na 

background image

schodach spotkałam asystenta, który od roku „prowadził” naszą grupę.

- Pani na egzamin? Profesor jest w gabinecie. Sam. Znów się kilka osób nie zgłosiło, 

znowu będą awantury. Niech pani idzie.

- Nie zdałam żadnego egzaminu, panie asystencie. Żadnego. A do tego nawet nie 

zamierzam przystąpić. Idę po papiery. Podobno matura zawsze się przydaje.

- Wiem, że pani miała wczoraj wielkie nieprzyjemności. Wyrzucili panią z ZMP? To 

niech pani teraz udowodni, że się pomylili. Może się pani odwołać...

- Wierzy pan w takie cuda. Wie pan, nigdy nie wierzyłam w jakieś przełomowe noce, 

podczas   których   „nagle   rozumie   się   wszystko”.   Ale   tak   właśnie   jest   ze   mną.   Wszystkie 

pojęcia uległy przewartościowaniu i na nic się nie zda żonglerka frazesami. Poza tym, niech 

pan tu ze mną nie stoi, bo pan wyleci z katedry. Mnie już nie należy pomagać. Jestem obcy 

element.

- Rozumiem pani rozgoryczenie, ale to nie jest metoda. Po żadne papiery, tylko na 

egzamin. Rozumie pani, właśnie dzisiaj pani zdaje.

- Choćbym chciała panu zrobić tę przyjemność, to jestem zapisana na drugi termin. 

Absolutnie nie przygotowana. To by i tak nie zmieniło moich postanowień, choćbym tam 

weszła.

- Jest pani przygotowana, bo przecież wiem z ćwiczeń. Zaraz, chodźmy gdzieś na bok, 

powiem pani, na jakiego konika stawia profesor. Już do końca dnia będzie wszystkich cisnął z 

tego. Błędy...

- Błędy... błędy są następstwem...

- ... o, widzi pani, zna pani przecież te teorie. Czy pani ma indeks?

- Nie wiem. Mam.

- Jeśli pani potrafi przeanalizować tę doktrynę...

- Panie asystencie! Nie mam żadnego zamiaru analizować tej doktryny. Przykro mi, że 

nie wychodzę naprzeciw pańskim ludzkim odruchom, ale to psu na buty, to wszystko. Niech 

pan mnie chociaż nie gnębi.

- Pani się musi trzymać, rozumie pani. Zdaje pani i koniec. Potem się pani odwoła. 

Idziemy.

- Chodźmy - powiedziałam obojętnie, bo nie miałam sił na argumentację.

- Brawo.

- Panie asystencie, pan mnie zwyczajnie wzrusza, i to wszystko. Za to jestem gotowa 

oblać dla pana ten egzamin, ale bez względu na jego wynik idę po papiery.

- Niech pani zda, a potem pogadamy.

background image

- Pan ma odchylenia, nie wiedziałam o tym. Pan nie powinien mi pomagać.

- No, śmiało, niech pani wchodzi - otworzył drzwi, wepchnął mnie do gabinetu i nagle 

stanęłam przed profesorem.

- Dzień dobry.

- Dzień dobry. Proszę indeks, protokół.

- Nie mam protokołu panie profesorze, bo jestem przewidziana na drugi termin.

- To przychodzi pani zdawać przed terminem i tak się pani boi, że asystent musi panią 

wrzucać   do   gabinetu?   -   uśmiechnął   się   do   mnie,   ktoś   się   do   mnie   na   tym   wydziale 

uśmiechnął. - Proszę indeks, protokół załatwi się później. Niechże pani siada. Co pani wie o 

błędach...

- Błędy są następstwem nie przemyślanych poczynań i triumfalnego pochodu impulsu, 

któremu zbyt słabi czy zbyt lekkomyślni nie potrafimy zagrodzić drogi...

- Słucham panią?! To jakaś ładna historyjka, tylko nie egzaminuję z literatury. Proszę 

konkretnie, na temat.

-   Bardzo   przepraszam...   Błędy...   mają   swoje   źródło...   i   wywodzą   się...   pierwszy 

spostrzegł to... miał swoich kontynuatorów...

- Doskonale. Doskonale. Proszę spróbować przeanalizować doktrynę...

- Za punkt wyjścia można tu przyjąć... ale to byłby umowny punkt wyjścia, bo można 

także...

- Tak, ale zacznijmy od punktu pierwszego.

- ... i opierając się na tych przesłankach trzeba wyciągnąć wniosek...

- Ale nie bierze pani pod uwagę...

- Jeżeli włączymy do rozważań element...

- Dziękuję pani. Ostatnie pytanie. Co to za teoria o błędach, którą pani na wstępie 

wygłosiła?

-   Prywatna,   panie   profesorze,   zupełnie   prywatna.   Głośny   cytat   z   myśli.   Bardzo 

przepraszam. Jestem zdenerwowana i nie wiem, co mówię.

- Nie wynika to z pani odpowiedzi. Dostaje pani bardzo dobrze - przewracał kartki 

indeksu - to pani pierwsza piątka na studiach?

- Druga. Pierwsza jest tu, na początku. W międzyczasie bywało średnio.

- No to dziękuję pani. Proszę załatwić z protokołem. Ja sobie to odnotuję.

- Dziękuję bardzo, do widzenia. Pod drzwiami stał asystent.

- No i jak? Długo panią maglował. Dwadzieścia pięć minut. No i co?

- Bardzo dobrze. To jest pana piątka. Były błędy i była doktryna.

background image

- Gdzie pani zmierza? Do dziekanatu? Chyba po protokół? Sekretarki nie ma. Niech 

pani zrobi jedną rzecz. Za tę doktrynę. Niech pani dziś nie odbiera papierów. Jeżeli zechce 

pani to zrobić za tydzień, nie będę się bawił w mentora.

- Proszę bardzo. Ale niczego pan w ten sposób nie uratuje. Niczego. Za tydzień będę 

musiała tu przyjść. Nie chcę tego. Nigdy nie zrozumiem, skąd się tu wzięłam dzisiaj. Pewnie 

nawyk konia, którego ciągle leją batem na tej samej drodze. Chodźmy stąd, bo zaraz się 

wysypią z wykładów. Nie płonę chęcią obejrzenia mojego kursu.

- Jak to, nie wraca pani na zajęcia? Niech pani pochodzi choć przez ten tydzień.

„Jeszcze jeden misjonarz. Jak go strzelę w gębę, to się ze śmiechu nie opamięta aż 

jutro. Stary byk, a na licu młodzieńczy trądzik. Strzelę go w gębę, jak Boga kocham, jeśli 

jeszcze raz wypłynie z tą szlachetnością. Dlaczego mi się nie chce spać. Dlaczego mi się nie 

chce spać. Dlaczego mi się nie chce spać. Stoi tu ten dureń przede mną i odgrywa życiową 

rolę. Ratuje człowieka, rycerz, osioł, jeszcze jeden rycerz. A pamiętasz, ty rycerzu, jak dwa 

miesiące   temu   egzekwowałeś   sankcje   karne   za   jednorazową   nie   usprawiedliwioną 

nieobecność   na   zajęciach?   Wtedy   też   byłeś   rycerzem   swoich   przekonań.   Pamiętasz 

opowiastkę   z   morałem,   jaką   mnie   poczęstowałeś   po   moim   kłamliwym   tłumaczeniu. 

Próbowałeś nawet być dowcipny: «Sto piców dla rodziców», swój chłop, dusza, ręka w rękę z 

młodzieżą, potem pedagogiczna pogadanka, a potem trzeba to było «podać wyżej», żeby być 

w porządku. Niech zdechnę, jestem pierwszą osobą, której wyjawił, że będąc przez cztery lata 

asystentem profesora, potrafi przewidzieć, z czego stary będzie pytał danego dnia. Ale nie ma 

cienia wyrzutów sumienia, bo ratuje człowieka, i aż go zatyka z zachwytu do siebie. Wtedy, 

kiedy  «podawał  wyżej»   nie  usprawiedliwioną   nieobecność,  też  nie  miał  cienia  wyrzutów 

sumienia i też ratował człowieka. Zmieniają się tylko metody, w zależności od potrzeb, ale te 

intencje, te intencje... Człowieku, ja też cię chcę uratować, daję ci pięć minut czasu, żebyś mi 

zniknął sprzed oczu, bo w przeciwnym razie do ostatniego tchnienia nie pojmiesz, że po takiej 

szlachetnej działalności dostaje się jako podziękę cios w gębę. Ja ci «zatrę światło uderzeniem 

pięści między szeroko i ufnie otwarte oczy», tyle tylko, że dosłownie...”

- No, koniecznie. Chociaż tydzień. Albo jak pani nie może sobie z tym poradzić, jeżeli 

pani chce trochę odpocząć, niech pani wyjedzie gdzieś na tydzień i później wróci. Może pani 

ma jakiegoś znajomego lekarza albo powie pani po prostu, żeby dał zwolnienie, ze względu 

na stan nerwów. To nerwy dyktują pani w tej chwili postępowanie.

„Jakie   nerwy?  Tyle   co  wiem   od   Kazi,   to   ma   się   układ   ruchowy  i   czuciowy,  coś 

takiego. Czuciowego nie mam z pewnością. Nie czuję zmęczenia, nic nie dociera do mojego 

mózgu, o Panie Boże, ja w ogóle nic nie czuję. Czemu się wściekam na tego człowieka, 

background image

czemukolwiek on jest teraz posłuszny, jest dobry. Tak nigdzie nie zajadę. Trzeba przebić to 

otępienie i podziękować mu serdecznie”.

- Dziękuję panu. Bardzo dziękuję. Przyślę zaświadczenie sekretarzowi mojej grupy.

- No, głowa do góry.

„O   Jezu,   co   za   baran.   Że   też   musiałam   się   na   niego   napatoczyć.   Jaki   odszedł 

uszczęśliwiony, aż mu coś tam w środku pieje z dumy, smutna, smutna idiota. A teraz szybko, 

jak najdalej stąd”. Nie spotkałam nikogo z mojego kursu, jakby to oni wymarli. Wrzuciłam 

indeks do kosza na śmieci. Gest wydał mi się teatralny, zrobiło mi się żal siebie, indeksu, tych 

rubryk   z   „zaliczane”,   uśmiechu   profesora,   którego   zaledwie   przed   godziną   tak   haniebnie 

oszukałam na egzaminie moją powierzchowną erudycją, umiejętnością wypowiadania się i 

nawet tym „przed terminem”.

Wyjęłam   indeks   z   powrotem,   schowałam   do   torebki   z   beznadziejnym 

przeświadczeniem gospodyni, która składa stare szmaty do kufra i wynosi na strych, wiedząc, 

że   nie   przydadzą   się   nigdy,   ale   wyrzucić   szkoda.   Błąkałam   się   po   mieście   jak   kundel, 

wreszcie zajęłam miejsce w poczekalni u ginekologa. Nie chciał wydać zaświadczenia bez 

badania mnie, później, kiedy już udało mi się go do tego nakłonić, jego proces rozumowania 

zatrzymał się w pewnym punkcie, którego przeskoczyć już nie mogłam. Wtedy ja nareszcie 

przypomniałam sobie to wszystko, co deklamowałam Honoracie, że „te rzeczy są zabronione 

przez ustawę”, i nie nalegałam dłużej. Ostatecznie, nie musiało tam być sztuczne poronienie. 

Ustaliliśmy   jakąś   chorobę   i   po   wypisaniu   przez   niego   jej   łacińskiej   nazwy   uzyskałam 

wyraźny stempelek „lekarz-ginekolog”. Na słowo „wyraźny” położyłam nacisk całej mojej 

rozpaczy, zdeptanej ambicji, zaciekłości, buntu, dławienia się bezradnością. Lekarz-ginekolog 

już nie po raz pierwszy przyjrzał mi się badawczo, ale posłusznie dolał tuszu do poduszeczki, 

na której odciskał pieczątkę, sprawdził efekt na jakichś papierkach, litery od obfitości cieczy 

zamazywały się, pokręcił pieczątką w powietrzu, dmuchnął i przystawił ją na zwolnieniu. 

Wyszłam zostawiając po sobie pięćdziesiąt złotych i opinię wariatki. Na ulicy sprawdziłam, 

że nazwa choroby jest świetnie napisana po łacinie, nawet badacz pisma Mayów nic by z tego 

nie pojął. Przy odrobinie dobrej woli, a wiedziałam, że tej się znajdzie nadmiar, można to 

było wziąć za sztuczne poronienie. Kupiłam w kiosku kopertę, napisałam na niej domowy 

adres   Niki   Hanusówny.   Zreflektowałam   się.   To   już   nie   była   rozgrywka   z   Niką.   Ona 

prawdopodobnie wrzuciłaby moje zaświadczenie do klozetu, a mnie zasłoniła przed grupą 

jakimś wytłumaczeniem. Żeby mi dać szansę. Ostatni raz. Nie chciałam szansy, szczególnie 

od Niki. Kupiłam drugą kopertę, znaczek, zaadresowałam bardzo urzędowo - U.W. wydz., 

grupa   itd.   Wrzuciłam   do   skrzynki.   Policzyłam   pieniądze.   Miałam   trzysta   osiemdziesiąt 

background image

złotych. Pomyślałam, że na mocy układu z mamą jeszcze przez rok nie zdechnę. Zresztą 

lekcje, sprzątanie, coś takiego. Koniecznie pokój. Później coś postanowię. Kupiłam szczotkę, 

pastę   do   zębów   i   pojechałam   na   Dworzec   Wschodni.   Wydawał   mi   się   odpowiednio 

odrażający,  żeby od niego rozpocząć ucieczkę. Dojechałam do Puław, przesiadłam się w 

autobus i na cztery dni wynajęłam pokój w Kazimierzu. To były najgorsze cztery doby w 

moim życiu.

Po powrocie do Warszawy zadzwoniłam do akademika, do Pelagii. Zastrzegłam, że 

ma nikomu o tym nie mówić. Niemalże widziałam w słuchawce, jak bieleją jej z przerażenia 

usta. Po godzinie przyszła do kawiarni i przyniosła moje materialne dobra.

- Nikomu nie powiedziałaś?

- Nie, ale Lilka, co ty chcesz zrobić, co ty chcesz zrobić. Już się tam bali, że sobie 

życie odebrałaś. Hanusówna wczoraj była, mówię ci, cała rozdygotana. Powiedziała, że nikt 

nie przypuszczał, że tak się tym  przejmiesz. Lilka, brak ci tak mało do dyplomu, czy ty 

zgłupiałaś, czy co. Hanusówna powiedziała, że przysłałaś jakieś zaświadczenie, że ona to 

rozumie, że chciałaś coś tam, no, że cię przejrzała, i pytała się, czyja o tym wiem. Podobno 

zdałaś   na   pięć   egzamin   przed   terminem   i   ona   powiedziała,   że   to   twoja   zagrywa,   ostatni 

wspaniały   akord,   i   że   po   tym   zrozumiała,   że   ty   już   na   uczelnię   nie   wrócisz.   I   żeby   ci 

powiedzieć, że jak to się będzie ciągnęło, to cię wyleją, żebyś się dobrze zastanowiła. Lilka, 

co się tam dzieje, Halina całe dni płacze, jakbyś umarła.

- Stearyną czy prawdziwymi łzami?

- Lilka, ja cię właściwie nigdy nie rozumiałam. Kieguri się przez ciebie nie uczy po 

nocach, tylko się kładzie do łóżka o dziesiątej, a ty myślisz, że wszyscy dookoła udają... Remi 

był wczoraj.

- Kto to jest?

- No, Remi, Lilka, nie wygłupiaj się.

- Nie znam człowieka i w związku z tym nie częstuj mnie opowiadaniem, co chciał i 

co mówił. Wszystkie rzeczy spakowałaś?

- Wszystkie. Lilka, nawet Parowóz się przejął, wszyscy się o ciebie martwią. Wszyscy.

- Przez aklamację. Normalnie.

- Ja wiem, Lilka, jak ci musi być przykro, ale nie ma sensu, żebyś rzucała studia. Czy 

ty chcesz wyjechać? Hanusówna powiedziała, że cię znajdzie, choćbyś weszła pod ziemię. 

Teraz wszyscy zrozumieli, że ty byłaś inna niż myśleli, tak mówią na twoim wydziale.

- Skrucha jak przy spowiedzi, niesłychane! Ale się mylą. Jestem taka, jak myśleli. 

Pozdrów tam wszystkich. No, cześć.

background image

- Lilka, nie wygłupiaj się - mełła bezradnie ten mocny argument.

- Serwus - powiedziałam i wyszłam bardzo szybko, bo poczułam, że po raz pierwszy 

w ciągu tych dni wybuchnę płaczem.

Jak dziecko, które koniecznie chciało pobawić się gorącym  żelazkiem, usiłowałam 

wejść na grząski teren bólu. Sądziłam, że opowiedzenie tego raz wyciągnie ze mnie drzazgę. 

Jakby czas trwania cierpienia można zamienić na jego intensywność. Kiedy jednak byłam już 

blisko, instynkt samoobronny kazał mi zawracać, zająć się klockami. Zaledwie zdobyłam się 

na niepełną relację tamtej strasznej nocy, przerwałam pisanie o tym, bałam się w to brnąć. 

Jakaś zupełna panika przed nazwaniem tego, co czuję. Już jest koniec września, za kilka dni... 

Za kilka dni powinnam coś zrobić. W ogóle powinnam coś zrobić, teraz już, w tej chwili. 

Albo się  wykąpać,   albo  się  powiesić.   Anna  -  wbrew  moim zakazom  -  dowiadywała   się. 

Obojętnie mi zakomunikowała, że nie wylali mnie z uniwerku. Strateg, powiedziała tylko 

tyle, ani słowa zachęty. Dobrze wie - po naszych wszystkich rozmowach - że to wystarczy, 

aby drążyć moją samotność, wie, jaki już słaby mur mojego gniewu. Nie wylali mnie, do 

czego   po   pogwałceniu   przeze   mnie   elementarnych   zasad   dyscypliny   i   przepisów   - 

obiektywnie mieli prawo. To pewnie Nika Hanusówna „ratuje człowieka”, bo to jej brzmi 

dumnie. Bardziej chętnie składam to na karb bałaganu, jaki panuje w sekretariacie dziekanatu. 

Remont, urlopy, i mogłam przeleżeć na liście między kubełkiem z lasowanym wapnem a 

drabiną. Mam charakter. Czterdzieści pięć dni noszę w torbie nie rozpieczętowany list od 

Niki, który przesłała na adres mamy. Dziś już mogę otworzyć. Wierzę gorąco, że zawarte tam 

prawdy   są   już   mocno   zwietrzałe   i   odpowiednio   nieaktualne,   aby   mnie   poruszyć. 

Rzeczywiście. „Lilka, nie wiem, gdzie jesteś, sądzę, że mama przekaże Ci to pismo. Nigdy 

właściwie do Ciebie nie pisałam, nie licząc krótkich kartek. Twoje listy, jakie zdarzyło Ci się 

przysyłać do mnie z wakacji, wpędzały mnie w pewnego rodzaju kompleksy. Nie wiedziałam, 

czy   potrafię   na   nie   odpowiedzieć,   poruszałaś   tyle   tematów,   wyzwalałaś   tyle   myśli. 

Przeglądam je teraz. Jesteś tam bardziej sobą niż na co dzień, gubisz arbitralność, nie widzę tu 

przynajmniej tych iskierek, którymi potrafiłabyś podpalić nawet morze. Powiem Ci, dlaczego. 

Ja,   jedyna   adresatka   tych   listów,   jestem   za   wąską   publicznością,   żeby   opłacało   Ci   się 

zgrywać. Twoje życie musi mieć kibiców, musisz mieć oklaski. Jesteś zdolna wziąć łopatę i 

kopać sobie grób, byle  pełna widownia (a musi być  pełna, inaczej nie weźmiesz  łopaty) 

zaszemrała, że robisz to po bohatersku. Sądzę Cię bardzo źle, ale mnie zawiodłaś. Myślałam, 

że   jesteś   idealistką   w   tym   najlepszym   znaczeniu,   a   ty   się   mieszasz   w   sprawy,   których 

rozstrzygnięcie   należało   z   pewnością   nie   do   Ciebie.   Odkąd   się   dowiedziałam,   że   dzięki 

Twojej pomocnej dłoni Honorata pozbyła się dziecka, zaczęłam Cię widzieć zupełnie inaczej, 

background image

wiesz   o   tym.   Otworzyłaś   jej   bramkę   do   nieodpowiedzialności?   Dziewczyny   mówiły,   że 

Honorata chciała to dziecko urodzić! Czyli chciała żyć ładnie, wzniosie, więcej: pięknie. Jeśli 

się na kimś zawiodła, miałaby przynajmniej cel, a tak, teraz podobno jest bardzo smutna, 

zrobiłaś   z   niej   Justynę   z   Nałkowskiej.   Wyżyłaś   się,   zaspokoiłaś   chęć   władzy,   moja   ty 

współczesna   kobieto?   Bardzo   to   cieszyło,   że   ktoś   słaby   posłuchał   Cię   w   sprawie   tak 

zasadniczej?   Czy   Twoja   współczesność   i   szlachetność   nie   mogły   pomóc   Honoracie   w 

ułożeniu życia? Darowałabym Ci i »hasła«, bo wiele mogę zrozumieć, ale tego nigdy, nigdy, i 

tu   się   nigdy   nie   »uelastycznię«,   jak   to   Ty   mówisz.   Zostawiłam   Cię   samą,   być   może 

zdemoralizowałam   Cię   tym   niańczeniem,   bo   pod   tą   buńczuczną   powłoką   widziałam 

świetnego człowieka. Zbyt wiele razy Cię kryłam, Twoje wszystkie wybryki, niejednokrotnie 

wręcz  bumelanctwa.  Źle zrobiłam,  że na dyscyplinarce  nie oberwałaś znacznie więcej  za 

nieprzychodzenie na wykłady. Wiem, że mnie bardziej żal wszystkiego, co było między nami, 

niż   Tobie,   już   Ty   tam   znajdziesz   właściwy   (dla   siebie)   punkt   widzenia,   żeby   na   naszą 

przyjaźń   spojrzeć   satyrycznie.   Zmarnowałaś   dziecko   Honorki,   zmarnowałaś   swoją 

organizacyjną   przyszłość   przez   zuchwały   wyczyn,   w   którym   uczestnictwo   dało   Ci   dwie 

godziny  pasjonującej  rozrywki   i  smrodek »chwały« i  »odwagi«,  zmarnowałaś  Remiego  i 

prawdziwą miłość, jaką darzy Cię ktoś, na kogo nie zasługujesz, zmarnowałaś wszystko, a tak 

wiele miałaś, może nawet nie wiesz, jaka byłaś bogata. A może już wiesz? Co masz teraz? 

Słyszałam, że jesteś na zastępstwie korektorki w jakiejś gazecie, nowa błazenada, bo już Cię 

widzę, jaka jesteś ironiczna, jakie to dla Ciebie przejściowe, i jaka jesteś dumna, że sobie tak 

znakomicie radzisz. Urlopy się kończą, będzie nowe zastępstwo, a później nowe i nowe... 

brawo, koleżanko Sagowska, koleżanka straciła ambicję, której miała przecież nadmiar. I jak 

to cudownie tam gdzieś siedzieć, taka obrażona, bo jak to, mnie, Lilkę Sagowska, ośmielili się 

wyrzucić, a ta świnia, Hanusówna, nie przyszła obronić, odgrodziła się, wszyscy są podli i 

marni, nie warci tego, żeby z nimi rozmawiać - tak mniej więcej. Rozmawiałam z Remim, 

ponieważ Cię szukałam. Nie wiem, co się między Wami stało, on nie chce o tym mówić. 

Domyślałam się, że musiałaś uznać, iż on za Tobą »nie nadąża«. Jak on Cię kocha, Lilka, 

pisać o tym nie mogę, bo mam ochotę Cię bić i tłuc, i drzeć z Ciebie pasy. Przez życie się 

idzie, a nie frunie, nie zmienisz praw natury, choćby nawet na przypiętych skrzydłach udało 

Ci się przelecieć jakiś kawałek. Szukałam Cię, ponieważ Ratliński załatwił Ci egzamin w 

sesji  poprawkowej.  Jedyne,  co przez dawną przyjaźń  mogłam  Ci dać, to było  milczenie. 

Grupa, którą przecież obraziłaś (ale oni na to nie wpadli, przyjęli to normalnie, chybiłaś!) 

przysyłając to zaświadczenie, orzekła, że usunięcie Cię z ZMP wstrząsnęło Tobą tak bardzo, 

że się nie możesz pozbierać psychicznie albo istotnie rozchorowałaś się ze zmartwienia. Nikt 

background image

w Tobie nie widzi wroga ludu, i tego ci nikt nie zarzucił, wyrzucili Cię, bo Twoja postawa i 

postępowanie nie były zgodne z etyką organizacji, to wszystko. Mieli rację, choć i tak nie 

wiedzieli nawet połowy, ale przyczepili się do haseł. Uznałam, że to wszystko Ci się należy. 

Nie bronię Ryśka z pobudek osobistych, ale to człowiek prawy, o wielkim autorytecie na 

uczelni, który zrobił wiele, a ty... Jak mogłaś, Lilka, powiedzieć, w takiej chwili: »Może i 

racja, owszem, tańczyłam samby i śpiewałam Maniana, ale nie rzygałam pod schodami na 

studenckiej zabawie, jak to na przykład robił kolega Banasiak«. To było podłe i małe, to nie 

był argument, niska, marna próba ośmieszenia kogoś, kto zresztą pije na tyle rzadko, że po 

kilku łykach mogło mu się zrobić niedobrze. Wykorzystać coś takiego! Nawet Twoi gorący 

zwolennicy odebrali to bardzo źle. Chyba się zatraciłaś w gniewie, »na trzeźwo« - mimo 

wszystko   -   nie   wyobrażam   sobie   Ciebie   wygłaszającej   podobne   rzeczy,   inspirowane 

wyłącznie wściekłością. Ale już ja nie muszę podsuwać Ci spraw do oceny, stać Cię na to 

osobiście. Chyba. Grupa debatowała, co by tu z Tobą zrobić. Zostawić Cię własnemu losowi, 

to Cię skreślą. Zapytali mnie o zdanie. Powiedziałam, że nie mam zdania na Twój temat, co, 

sama rozumiesz, wszystkich  wprawiło w nie byle  jakie osłupienie. Nie sugerowałam nic, 

zdecydowała   cała   grupa.   Po   prostu   doszli   do   wniosku,   że   jeśli   ktoś   nie   jest   wyprany   z 

poczucia czegoś choć trochę zbliżonego do odpowiedzialności, jeśli ten ktoś przez cztery 

prawie lata zajmował na uczelni miejsce, to niech ten ktoś przynajmniej te studia skończy, 

niech pracą zwróci dług, jaki zaciągnął wobec społeczeństwa. I stąd moje poszukiwania za 

Tobą, stąd ten list, który miał być zwięzłym komunikatem, suchą formalnością, a rozrasta mi 

się. Nie potrafię do Ciebie pisać urzędowo, jak zwykle apeluję, choć wydaje mi się, że nie ma 

do czego się odwoływać. Ani do serca, ani do umysłu, ani do przyjaźni, ani do poczucia 

koleżeństwa. Bardzo łatwo gardzić i mieć o sobie wysokie mniemanie, ale nie uchronisz się 

przed związkami z ludźmi, nie przesiedzisz życia na drzewie, tchórzu. Wiem, że przykro teraz 

patrzeć ludziom w oczy, ale gdzie się podziało w Tobie to coś, co kiedyś brałam za odwagę i 

czym usprawiedliwiałam Twoje wyskoki? Nie chciałabym Cię porównać do Tankowskiej, bo 

lękam się, że porównanie wypadłoby dla Ciebie mizernie. Jak ona się uczy, jak na każdym 

kroku stara się udowodnić, że nie mieliśmy racji. Wszyscy w duchu sobie gratulują, że miała 

tam gdzieś protekcję, kto wie, czy w przeciwnym razie nie zmarnowalibyśmy dziewczyny. 

Wolno Ci było mieć swój pogląd w sprawie Honoraty, ale na sprawę nauki i społecznych 

zobowiązań jeden tylko pogląd obowiązuje uczciwych ludzi. Skąd wiesz, kto się nie dostał na 

studia, bo Ty zajęłaś jego miejsce, i jakim by był człowiekiem? A ta Twoja piątka na ostatnim 

egzaminie! Twarzowa zagrywka! Następnego dnia, niech wiedzą, co tracą. Strzał był celny, 

zmyliłaś wszystkich oprócz mnie. Wszyscy zapomnieli o Twoich wypowiedziach: »Nie będę 

background image

podnosić średniej przeciętnej, niech się każdy martwi o swoją, mnie wystarczy moja« itp. 

Zapomnieli o trójkach systematycznie wskakujących  do Twojego indeksu i rozczulali się: 

»Taka   zdolna   studentka,   tuż   przed   dyplomem«.   Milczałam   więc,   nie   pomogłam   Ci,   nie 

niepokój się. Ale kolektyw, którego przeciętnej nie chciałaś podnieść, martwił się o Twoją 

przeciętną i autorytetem zbiorowości umożliwił Ci jedyną rozsądną decyzję, jaką w Twojej 

sytuacji podjąć należy. Nie twierdzę, że należy patrzeć na wszystko jednakowo, ale chyba 

spojrzenie   ludzi   na   tę   samą   kwestię   jakoś   ich   określa.   Ty,   taka   czysta   i   taka 

bezkompromisowa, potrafiłaś się tak sprzeniewierzyć wszystkim ideałom. To już zaczynają 

gorzkie żale, kończę to. Bądź zdrowa, Lilka - Weronika”.

Pewnego przedwiosennego dnia po męczących lekcjach wybrałam się do lasu, żeby 

się wyzwolić z sinusów i moje biedne mózgowe komórki, wysychające od mantys, cech i 

potęgowych wykładników, zasilić trochę zapachem żywicy i szumem dostojnych sosen. Śnieg 

już opuszczał posterunek, z ziemi wyglądały zielone listki paproci, czy jak tam się nazywają 

rośliny z leśnego podszycia. Chodziłam długo, szukając przylaszczek i zawilców. Chciałam 

zerwać kilka, postawić sobie na nocnym stoliku przy tapczanie, przybliżyć wiosnę - mimo że 

było to jednocześnie przybliżanie matury, mieć wdzięczny obiekt dla oczu, kiedy już mi się 

robiło   słabo   od   zakowalania.   Słońce   usprawiedliwiało   moje   poszukiwania,   przygrzewało 

mocno. I nagle pod drzewem, gdzie powinny być kwiaty, zobaczyłam zdechłą wronę.

Natychmiast wróciłam do domu i do wazonika wstawiłam zwinięty w lejek arkusz 

prośbowego papieru zapisany matematycznymi  wzorami. Jako przestrogę. Nie tylko przed 

maturą. Kiedy wstawiłam wzory do wazonu, usiadłam naprzeciw tej dekoracji i zaczęłam się 

maltretować. Jeśli szukając kwiatów przedwiośnia znajdzie się zdechłą wronę? Dlaczego nie 

robić porównań między tymi a innymi poszukiwaniami i ich rezultatem? Wtedy na ratunek 

przyszedł mi optymizm pierwszej młodości: „Wrona to wrona” - doszłam do zaskakującego 

wniosku. Przypomniałam sobie dziś ten epizod, kiedy skończyłam czytać  list od Niki. Ja 

jestem jej zdechłą wroną, Remi - moją, każdy ma swoją zdechłą wronę! W pokoju cisza, 

przeraźliwa jasność i rzewność, słychać brzęczenie much. Usiłuję wskrzesić wesołe rzeczy, 

przypominam   sobie,   jak   w   biały   dzień   pchaliśmy   trolejbus   w   Alejach   Ujazdowskich,   bo 

brakło prądu, jak Janko Muzykant rozbił trzy płyty Halinie pod nogami, jak zawaliło się 

piętrowe łóżko, omal trupem nie kładąc Kosińskiego - wszystko to ma charakter wyblakłych 

fotografii, nawet się nie uśmiecham. Nika... co za splot nieporozumień, co ona o mnie wie, 

nawet ona niczego nie rozumie.

Zawsze byłam przeświadczona, że to co robię, robię dobrze, ale jeśli pracę mierzy się 

efektami,   musiałam   robić   nie   tak   znów   genialnie.   Cóż   z   tego,   że   poduczyłam   Kieguri 

background image

polskiego języka, skoro podobno miałam na nią zły wpływ? Takie było zdanie Banasiaka. 

Kiedy dali mi pod skrzydła Kieguri, jako „pracę społeczną”, znałam ją już. Nie miałam nic 

przeciw, choć...

Nazwałam ją Kieguri, co znaczy po koreańsku: żaba. To było jedyne słowo, którego 

ona mnie nauczyła. Później niemal wszyscy wołali na nią w ten sposób. Nie obrażała się, 

mrużyła w uśmiechu swoje skośne, zmęczone oczy. Chcieli mnie nią w jakiś sposób ukarać, 

dzielni wojownicy. Nie mogli mi wyświadczyć większej przysługi, bo ciekawych ludzi nie 

spotyka   się   tak   często.   Na   zebraniu   w   domu   akademickim   koleżanka   przewodnicząca 

zawyrokowała:

- Do pokoju sto dwanaście została przydzielona jedna Koreanka. Koleżanka Sagowska 

będzie odpowiedzialna za jej postępy w opanowaniu języka polskiego.

- Czuję się wyróżniona i to mówię bez drwiny, podkreślam i tak dalej, bo mam smutne 

doświadczenia,   że   przypisujecie   moim   wypowiedziom   błędne   znaczenie.   Interesuje   mnie 

tylko, czy to samorząd doszedł do tego wniosku, czy też koleżanka działa w myśl instrukcji 

Zarządu Uczelnianego UW?

- To chyba obojętne.

- Nic nie jest obojętne dla ludzi dociekliwych - wyjaśniłam. - Pytam dlatego, że jeżeli 

w sprawie maczał palce kolega Banasiak, to się nie zgadzam. Niech on mi to powie wprost, a 

nie używa samorządu jako pasa transmisyjnego, niech się łaskawie przestanie interesować 

tym, co ja robię po wykładach.

- Ty w końcu marnie zginiesz - szepnęła siedząca obok mnie Pela, pociągając mnie za 

spódnicę. - Usiądź, do cholery, i przestań rozrabiać.

- Co to ma do rzeczy? Koleżanka już się przecież zgodziła - odparła przewodnicząca.

- Proszę o wyraźną odpowiedź: maczał czy nie maczał?

- Nie maczał.

- Ale zasugerował to koleżance? Tak czy nie?

- W pewnym sensie...

- A więc jednak maczał! Wobec tego nie zgadzam się. Sprawa jest postawiona źle. 

Pomoc   w   nauce   dla   cudzoziemki   nie   może   mieć   charakteru   kary.   Rozumiecie   mnie   aby 

właściwie?

- Rozumiemy, że koleżanka wykazuje aspołeczną postawę.

- Medycyna, do diabła, odezwać się! - krzyknęłam. - Ludu ty mój niewdzięczny!

- Prawda - wyskoczyła medyczka. - Gdyby nie koleżanka Sagowska, mieszkałybyśmy 

w świetlicy Koła Medyków, bo tam się już do nas nawet przyzwyczaili. To na pewno nie 

background image

aspołeczna   postawa   kazała   koleżance   Sagowskiej   siedzieć   przez   tydzień   w   korytarzach 

Ministerstwa   Zdrowia.   Koleżanka   przewodnicząca   nie   może   tak   mówić.   Wiem,   że   Lilka 

zupełnie bezinteresownie traci czas na cudze sprawy.

- Nie stawiaj mi znowu pomnika, dziecię, choć dzięki za wsparcie. W tej chwili chodzi 

o to, czy mam się zająć Koreanką dlatego, że wierzycie, iż to potrafię, czy też troszczycie się, 

dzięki Banasiakowi, aby rozproszyć mi nudę wieczorną? Bo ta troskliwość, choć wzruszająca, 

chybiona. Nie nudzę się nigdy. Chwała Bogu! Nie należę do cierpiętnic, ofiar nauki, które w 

świetlicy   śpią   nad   książką   do   trzeciej,   a   resztę   dosypiają   na   wykładach.   Macie   coś   do 

zarzucenia mojemu postępowaniu?

- Lilka, zmiłuj się - modliła się Pelagia.

- Koleżanka nie zgadza się na zajęcie się naszym gościem z Korei?

- Nie o to chodzi.

- Z koleżanką Sagowską każda rozmowa jest trudna. Koleżanka wszystko komplikuje. 

Do tej pory nie wiadomo, zgadza się czy nie?

- Tak i nie. To jest jedyna logiczna racja. Zgadzam się jeżeli... nie zgadzam się, jeśli...

-   Przestańcie   na   nią   napadać   -   wtrąciła   znów   któraś   z   medyczek.   -   Żarłybyście 

salceson na obiad w stołówce, gdyby Lilka nie sprowadziła komisji.

- Nikt nie przeczy, że koleżanka Sagowską ma zdolności organizacyjne.

-   Przede   wszystkim   mam   wstręt   do   salcesonu   i   poleceń,   za   którymi   się   kryją 

rozgrywki. Oto.

Koleżanka   przewodnicząca,   „Parowóz   dziejów”,   przestała   panować   nad   dyskusją. 

Zostawiła sprawę jako nie wyjaśnioną i przeszła do innych punktów porządku wieczornego. 

Osłupiała, kiedy przerwałam jej dłuższy wywód nad ubikacjami i powiedziałam:

- Co do tej Koreanki, to się zgadzam.

- Cieszę się, że koleżanka zrozumiała, czego od niej wymaga kolektyw - rąbnęła.

Dziwię się jej, że studiując w Szkole Głównej Służby Zagranicznej i znając mnie 

trochę, mogła mnie tak sprowokować.

- Ten mój gwałtowny przełom nosi, niestety, piętno indywidualizmu - wyjaśniłam. - 

Ale już nie ma o czym mówić, biorę tę dziewczynę pod skrzydła.

Zastanawiałam   się   właściwie,   czy   nie   wyjaśnić   szanownemu   zebraniu,   dlaczego 

zmiękłam. Zachowałabym twarz. Ale to mogło wywołać nowe wykrzykniki i znaki zapytania, 

a tych drugich wokół mojej osoby nagromadziło się dużo. Nie tylko o to chodziło. Byłam już 

zmęczona   tą   ciągłą   walką   o   racje   najbardziej   elementarne,   tym   forsowaniem   rzeczy 

oczywistych,   swojego   punktu   widzenia   tak   niejednokrotnie   odległego   od   zbiorowości   na 

background image

zebraniach. Bo kiedy zbiorowość rozpraszała się w jednostki, często przyznawała mi rację. 

Ale zlepić z tych racji - uzyskanych w tramwaju, kuchni, łazience, pokoju - opinię ogółu, było 

rzeczą   bardziej   niewykonalną   niż   diabłu   ożenić   się   z   panią   Twardowską.   Nie   mogłam 

wykorzystywać publicznie tego, co dzięki rzeczowej argumentacji udało mi się osiągnąć w 

tzw.   cztery   oczy.   Nie   byłoby   lojalnie   powiedzieć   na   zebraniu:   „A   pamiętasz,   że   pod 

prysznicem zgodziłaś się ze mną, że Banasiak to zakłamana idiota i karierowicz”. Byłam więc 

zmęczona tym wszystkim. Tą aurą, która wytworzyła się wokół mnie, donkichoterią słów, 

wszystkim.   Kiedyś,   bardzo   dawno   temu,   ściągnęłam   klasówkę   z   matematyki   i   profesor, 

cudowny człowiek, oddając mi zeszyt, powiedział: „Ściągnęłaś. Ale w jaki sposób? Nikt w 

klasie nie rozwiązał podobnie. Wynik jest dobry, ale to nie moja metoda”. Długo się później 

zastanawiałam,   co   za   znaczenie   ma   metoda  wobec   dobrego   wyniku   i   w   czternastoletniej 

głowie   rozstrzygnęłam:   liczą   się   efekty,   a   nie   drogi,   jakimi   się   do   nich   dochodzi.   Nie 

wiedziałam   wtedy,   że   moja   -   jak   mi   się   wydawało,   bardzo   odkrywcza   konkluzja   -   jest 

powielaniem   skompromitowanej   zasady   „cel   uświęca   środki”.   „Parowóz”   też   nie   mógł 

zrozumieć, że godząc się na lingwistyczną edukację Kieguri, interesuje mnie, dlaczego to 

robię. Skoro i tak mam przeznaczyć tę godzinę dziennie... Nie tłumaczyłam, już nie miałam 

siły. Wiedziałam, że moje zmęczenie jest tylko na jeden wieczór i nie ma nic wspólnego z 

ustępstwem i rezygnacją. „Piętno indywidualizmu” policzyłam więc sobie za satysfakcję i 

tzw. ostatnie słowo. A mój „przełom” zrodził się w oczach Kieguri, która siedziała o trzy 

krzesła dalej. Wiedziała, że o niej mowa.

Patrzyła  na   mnie   z  żalem.  Skoro  siostra-rodaczka  nie   rozumie  mnie,   jakże  mogła 

zrozumieć Kieguri, która po polsku umiała powiedzieć „dzień dobry”? Powiedziała coś po 

rosyjsku do facetki z dziennikarstwa. „Co ona mówi”? - zapytałam. „Pyta się dlaczego jesteś 

taka zła, że masz ją uczyć”. „Wytłumacz jej, że to nie o to chodzi”. „Jakże jej wytłumaczę, 

skoro ona prawie nie zna rosyjskiego.

Byłam bardzo zaprzyjaźniona z Kieguri. Ona już znała (i rozumiała) istotę konfliktu 

na   zebraniu.   Było   nam   trudno   na   początku.   Kieguri   była   zalękniona,   wrażliwa   na   moje 

marszczenie brwi. Bała się, że mnie irytuje i to wtedy, kiedy podziwiałam ją najbardziej. 

Fenomenalnie zdolna dziewczyna! W lot chwytała sens każdego mojego abrakadabrycznego 

wyjaśnienia. Uczyłam ją poglądowo: „To jest parapet. Pa-ra-pet! Powtórz! Książka. Książ-ka! 

Powtórz!  O-łó-wek.   Powtórz!  Po-dło-ga!  Powtórz!   Żelazko. Że-laz-ko. Sznur  do żelazka. 

Sznur do! Powtórz”. Strasznym utrudnieniem w tym wszystkim był brak słownika polsko-

koreańskiego. Kieguri brnęła z każdym słowem przez koreańsko-rosyjski i rosyjsko-polski 

albo   zawadzała   niekiedy   o   koreańsko-japoński,   japońsko-rosyjski,   rosyjsko-polski... 

background image

Patrzyłam na nią jak na cud, wytrzeszczałam oczy... Jej się to wydawało zupełnie normalne. 

Nigdy   nie   była   znużona.   W   języku   polskim,   szczególnie   tym   używanym   w   akademiku, 

postępy robiła zdumiewające. Jechała tramwajem z Parowozem, rozmawiały o czymś i nagle 

słodko rzekła:

- Powiedziałam mu, żeby się odwalił, piętak jeden. Ciotkę swoją mozie ucić, walet 

ziołenny. Lila mi mówiła, zie jak ktoś jest niegziećny, to cieba go ochsianić, wtedy zmięknie. 

I zieciwiście, od razu inaciej na mnie popacił.

Ale   ludzie   w   tramwaju   popatrzyli   na   Kieguri,   więc   Parowóz   łagodniutko   mnie 

napomniał w umywalni:

- Dobrze ci idzie z tą Li-Za-Sun, tylko nie ucz jej głupot. Powtarza wszystko, co jej 

powiesz.

- Cóż chcesz - odrzekłam. - Nasz język jest taki soczysty. Niech dziewczyna poznaje 

mowę gościnnego kraju w całej krasie.

Miałam   jednak   z   powodu   Kieguri   starcie   z   Parowozem   już   zgoła   ideologiczne. 

Wiedziałam, że przyjdzie mnie odwiedzić Kosiński, zje mi pół słoika smalcu i trzeba będzie 

kilkakrotnie   przypominać,   że   on   jednak   mieszka   w   akademiku   na   Placu   Narutowicza. 

Powiedziałam więc Kieguri, że jak tylko zobaczy piegowaty nos, to niech krzyczy, że mnie 

nie ma i jest rzeczą wątpliwą, iż jeszcze w ogóle będę. Ja natomiast wyruszam na górę do 

Klubu Książki,  gdzie  będzie Agnieszka. Jak to Kieguri wszystko  zrozumiała,  pojęcia nie 

mam. W każdym razie dała mi okazję do zwierzania się Pelagii. Siedziałyśmy wieczorem na 

oknie w świetlicy i użalałam się:

- Przyszedł jakiś kumpel Agnieszki i zaczęliśmy mówić półgłosem wiersze, Tuwim, 

Broniewski,   Boy,   no,   ale   nie   te,   oczywiście,   z   lektur   obowiązkowych,   i   tak   mówimy, 

mówimy, zaczęliśmy się głośno śmiać, aż nam udzielono ostrzeżenia, że to Klub i ludzie 

przychodzą poczytać, a my przeszkadzamy. Przyciszyliśmy się, bo jakby nam zabronili tam 

wstępu, to by trzeba było chodzić do kawiarni i płacić za kawę. Przysunęliśmy bliżej fotele, 

zasłonili twarze gazetami i mówiliśmy sobie dalej te wiersze. I tu nagle wpada Kosiński, 

myślałam, że trupem padnę, był w tej swojej jesionce i tej czapce z daszkiem, nie zdjął tego w 

szatni, tylko  ryczy,  żeby mu dać dychę,  to mi odda po stypendium.  Już, piorun, ze trzy 

stypendia z góry przeżarł i mówi, że to Kieguri mu powiedziała, gdzie jestem, i że ja niby 

kazałam mu tam przyjść. Cholera mnie wzięła, myślisz, że się dał spławić dychą, jeszcze mu 

pięć dorzuciłam, ale już usiadł przy nas i znowu przyszła ta pani powiedzieć, że trzeba się 

rozebrać, w ogóle podpadliśmy tam. Ale co za durna idiotka z tej Li-Za-Sun!

Końcowy   fragment   mojej   literackiej   oracji   pochwyciła   przechodząca   obok   nas 

background image

Parowóz.   Przystanęła,   popatrzyła  na  mnie,  jakbym  była   prezesem   syndykatu  i  piła  przez 

słomkę coctail z krwi i potu wyzyskiwanych robotników. Powiedziała ostro i dosłownie:

- Jak możesz się w ten sposób wyrażać o córce bohaterskiej Korei? Postawię tę sprawę 

na zebraniu.

- A postaw, gdzie chcesz, i przestań się wygłupiać - zaproponowałam. - O co ci zresztą 

chodzi, czy umiałabyś to wyjaśnić?

- Wiesz, że Li-Za-Sun walczyła na froncie o wolność dla swojej ojczyzny?

- A owszem, wiem. Często z nią rozmawiałam na ten temat. Ale co to ma tu do 

rzeczy?

- Śmiesz się wyrażać „durna idiotka” o żołnierzu ludowej armii?

- Armii Narodowo-Wyzwoleńczej, żeby było ściśle. To ty nie wiesz nawet, jak się 

nazywa   koreańska   armia???   Idź,   dziecko,   uzupełnić   braki   w   wykształceniu,   bo   oblejesz 

marksizm.

- Właśnie zdałam na pięć.

- To  dziwne. Zawsze  uważałam,  że egzamin  nie jest  rzeczywistym  sprawdzianem 

wiedzy. Dostarczyłaś mi na to jeszcze jednego dowodu.

- Na zebraniu się będziesz tłumaczyć ze swojej wypowiedzi.

- Ty przygotuj sobie mowę obrończą, bo publicznie przeprowadzę wywód, z którego 

niezbicie wyniknie, że to ty jesteś durną idiotką.

- W porządku. Ponieważ jednak tak wyraziłaś się o Li-Za-Sun...

- Przede wszystkim, posłuchaj. Li-Za-Sun w tej chwili nie ma. Kiedy tylko wróci, 

natychmiast jej to samo powiem. Zresztą, chodź do nas do pokoju. Jeśli jest, to usłyszysz.

Była, siedziała na łóżku z podwiniętymi nogami i wertowała trygonometrię.

- Kieguri, ty jesteś durną idiotką - powiedziałam bardzo wyraźnie, żeby na pewno 

mnie zrozumiała. Roześmiała się:

- Dopiero potem, jak już powiedziałam, gdzie pośłaś, to mi psiśło do głowy, że to nie 

tak, bo mówiłaś bardzo sibko. Ale on się naparł ...

- Uparł - poprawiłam mechanicznie.

- ... uparł, gdzie jesteś ty, bo mu miałaś dać smalec.

- Miałam mu dać! A to prosie. No i co ty na to?

- Powiedziałam, zie ty nie maś już smalcu, bo on ci wsistko zjada, to się rozbuził...

- Oburzył się, padalec!

- ... i powiedział, zie się z tobą umówił. To ja powiedziałam, zie ty jesteś w Klubie 

Prasy na gózie, ale ja mu mogę dać swój smalec.

background image

- Dałaś?

- Dałam.

-   To   ty,   żołnierzu,   jesteś   durna   idiotka   do   kwadratu   albo   nawet   do   sześcianu. 

Rozumiesz chyba, bo ślęczysz nad matematyką.

- Rozumiem, bo potem za nim wyśłam, zięby mu powiedzieć, zie ciebie tam nie ma, 

ale on juźźź...

- Wystarczy jedno ź.

- ... poległ.

- Pobiegł. Polec to on nie polegnie tak łatwo. Taki nie zginie. Wyobraź sobie, że 

przyszedł   tam   i   wyłudził   ode   mnie   piętnaście   złotych.   Gdybym   Wiedziała,   że   ma   twój 

smalec... i co ty, ciemna pało, będziesz kuszać na kolacyjkę? Z przyczyn pedagogicznych nie 

ujrzysz mojego słoiczka.

- Mam makaron i dwieście złotych.

- A to świetnie. Dawaj ten makaron, mój smalec jest ze schabikiem w środku. No, 

ruszaj się, idziemy gotować. Pelagia ma bulion.

Prawie zapomniałam, że Parowóz stoi koło drzwi.

- Jakbyś miała jajka, to się możesz dołączyć - zagadnęłam ją.

-   Nie,   bo   my   sobie   z   Zosią   smażymy   kartofle.   -   Już   chciała   wyjść,   ale   ją 

zaatakowałam:

- A może masz płatki mydlane? Bo sobie muszę uprać sweter.

- Mam, zaraz ci przyniosę.

- Oddam ci jutro, a gdybym nie oddała, to postawisz sprawę na zebraniu.

- Przestań się wygłupiać - doradziła mi.

Płatków   mydlanych   pożyczyła,   bo   nawet   taka   aktywistka   rozumiała   konieczność 

prania swetra. Ale kiedy wynikła sprawa „haseł”, Parowóz wystawiła mi opinię: „Zamiast 

pomagać w nauce koleżance z Korei, wciągnęła ją w orbitę swoich dekadenckich poczynań”. 

Cały swój wpływ na nią wykorzystałam do przeciągnięcia jej na stronę działalności wrogiej 

zdrowemu nurtowi ruchu młodzieżowego, słowem, zdemoralizowałam ją. Protestów Kieguri 

nikt nie brał pod uwagę. Dzielna dziewczyna przetrwała front i codzienną naukę do trzeciej w 

nocy przy lampce osłoniętej gazetą, ale nie mogła sforsować racji Parowozu. Najpierw w 

ogóle niby odmówiłam Koreance pomocy w nauce, a kiedy „pod presją ogółu” się na to 

zgodziłam, wciągnęłam ją niemal w kontrrewolucję. Kto wie, czy nie zrobiłam tego w tym 

celu, żeby udział Koreanki w skandalicznej historii z hasłami był dla mnie tarczą! Ponure 

świnie. Można mi zarzucić wiele, ale nigdy chowanie się za cudze plecy.

background image

Chciałabym, żeby to wszystko było mi obojętne, bardzo bym tego chciała. Właściwie 

zatrzymałam   się   w   miejscu,   w   którym   zatrzymać   się   nie   wolno,   a   nie   mam   na   myśli 

skrzyżowania   ulic.   Życie   wyegzekwowało   mandat,   jestem   już   wolna   i   mogę   iść   dalej 

swobodnie.   To   nie   są   sprawy  przeżyte   do   końca.   Zaczęłam   wszystko   jakby  od   środka   i 

doszłam tylko do środka. Ani od początku, ani do końca. Zbilansujmy to. Pomylili się co do 

mnie, ale jakże tu, w tym wynajętym pokoju, udowodnię swoje racje? Niech patrzą na uczelni 

na każdy mój ruch. Ich prawo, ruchy należą do mnie. Nie twierdzę, że hasło „Pierwiastek 

seksualizmu...itd.” jest odpowiednią ozdobą pokoju młodych dziewcząt. Nie mogłam się tylko 

pogodzić   z   tym,   że   gdybym   mieszkała   u   zakonnic,   wyleciałabym   z   internatu   za   slogan: 

„Pierwiastek   seksualizmu   w   rozwoju   klerykalizmu”.   Usiłowałam   nawet   to   tłumaczyć. 

Uratowała   nas,   to   znaczy   -   te   pozostałe   uczestniczki,   tylko   absolutna   niedorzeczność   tej 

dziwnej jak na młodzież - przyszłość narodu - dekoracji. Ale Banasiak perfidnie, obrzydliwie 

perfidnie   połączył   nasz   wybryk   z   wyborami   państwowymi   i   z   wygłupu   zrobił   wrogą 

propagandę.  Czy naprawdę tak  myślał?  Czy wiedział,  że to tylko  jemu  skojarzyły  się te 

terminy, nam nie, ale postanowił wykorzystać wielką szansę „zdemaskowania” mnie? Czy 

Nika może się dziwić, że na świństwo zareplikowałam świństwem? Perfidia za perfidię, ząb 

za ząb, oko za oko, on mnie wyrzucił, choć na to nie zasługiwałam, ja go ośmieszyłam, choć 

na to nie zasługiwał, obydwoje walczyliśmy brudną bronią, św. Weroniko.

Jest we mnie jeszcze wiele pychy. Jestem zarozumiałą, pewną siebie dziewczyną. Jeśli 

prawdziwa,  gorąca  młodość  nie  załamuje   się pod  wpływem   przeciwności  losu,  wiem,  że 

powinnam wrócić. To dziwne, że aprobując tak mocno to, co reprezentuje Banasiak, zaczęłam 

negować wszystko dzięki pozycjom, które on zajmuje. On mnie tu nie przyjdzie przeprosić i 

nie nastawi zebrania, żeby mnie przyjęło z powrotem. W rzuceniu pomostu między nimi i 

mną nikt nie może mnie wyręczyć. Pozwolić się wyręczać, to prowadzić wyprzedaż swoich 

dni, za grosze. Nie mogę tego tak podsumować. Nikt nie lubi zamykać bogactwa własnych 

przemyśleń w jednym zdaniu. Kiedy się coś wybiera, zawsze się przy tym rezygnuje z czegoś 

innego.   Jeśli   zauważymy,   że   wybór   nie   spełnia   tego   wszystkiego,   czego   się   po   nim 

spodziewaliśmy, zaczynamy wyolbrzymiać wartość rzeczy, które trzeba (to znaczy - powinno 

się!) odrzucić. A ja zawsze, wybierając coś, ciągnęłam za sobą, z lichwiarskiej chytrości, cały 

niepotrzebny, zupełnie zbędny majdan, balast, którego nie byłam zdolna złożyć w ofierze 

nowemu. W spięciach i kolizjach gubiłam się, i byłam bardzo zdziwiona.

Wtedy w Kazimierzu przez cztery doby leżałam na łóżku, nie śpiąc, nie jedząc, nie 

myjąc   się.   Trzeciego   dnia   wypiłam   tylko   litr   mleka.   Myślenie   o   nim,   o   tym,   czego   się 

dowiedziałam, nie było już obsesją, było ostrym fizycznym bólem, który podrywał mnie w 

background image

nocy, paraliżował nogi, kazał szukać spokoju w coraz to innym kącie łóżka, w podchodzeniu 

do okna, gwałtownym powrocie do łóżka, w głośnych wypowiadanych do nikogo słowach, 

łzach, samobójczych myślach, pogardzie, planach zemsty, cynicznych konkluzjach, szlochu i 

śmiechu na przemian. Nie miałam nic, nikogo, i to słowo „nikogo” powtarzałam wręcz z 

masochistycznym upodobaniem. Półżywa, głodna, brudna i bydlęco zmęczona dowlokłam się 

do   Warszawy.   Wesoło.   Znowu   start   od   samego   początku,   tylko   bez   cienia   złudzeń. 

Wiedziałam, że mogę wrócić do akademika, już tam szlachetne serca zaczęłyby nade mną 

biadolić i rozczulać się nad klęską, której znały tylko połowę. Teraz uwaga, tu się zaczyna 

wątek tak ociekający humanizmem, że aż mdli. Musiałam się gdzieś zaczepić, przy jakimś 

normalnym punkcie, a nie chciałam rozmawiać z nikim związanym z uczelnią, akademikiem, 

Remim.  Przyszła   mi  na  myśl   Anna   z  biblioteki,   osoba,  której   właściwie  nie  znałam.  To 

przemawiało   za   nią   w   stopniu   decydującym.   Dom   był   ładny,   świeżo   otynkowany. 

Sprawdziłam numer mieszkania, dowlokłam się na drugie piętro i energicznie zadzwoniłam. 

Drzwi otwierały się powoli, jakby ktoś się zastanawiał, czy umieszczono je we framudze w 

tym celu. Ukazał się w nich starszy pan w połatanych dziwacznie spodniach.

- Dobry wieczór, chciałam się widzieć z Anną.

-   Dobry   wieczór,   wyszła,   proszę,   niech   pani   pozwoli   do   środka.   Kajtuś   zabierz 

samochód spod drzwi.

Kajtuś narobił piekielnego wrzasku, wszedł do przedpokoju i wypalił:

- Ty małpo.

- Słucham?!

- To do misia, nie do pani. Kajtuś, zabierz drabinę strażacką, mówię do ciebie ostatni 

raz po dobroci. Niech pani wejdzie, Anna wróci za jakąś godzinkę.

- Pan jest mężem Anny? - co mnie jeszcze mogło zdziwić.

- To dziadek-obiadek-dziadziuś-Władziuś - objaśnił Kajtuś.

- No, to już pani wie. Ojcem.

Usiadłam   na   krześle   i   nie   bardzo   wiedziałam,   co   mówić.   Kajtuś   wziął   moją 

zapalniczkę i w mig rozmechanizował ją dokładnie.

- Ładne mieszkanie - zdecydowałam się.

-   Niebrzydkie,   tylko   bardzo   nam   tu   ciasno,   odkąd   Anna   wróciła   z   Kajtusiem. 

Wieczorami, kiedy my już śpimy, Anna wystawia sobie stolik do pracy do łazienki albo do 

przedpokoju. No, ale co chciała, to ma. Jak mieszkała z mężem, to mieli trzy pokoje. Teraz on 

niby chce tamto podzielić, rozumie pani, na dwa małe, ale to się coś długo ciągnie, a Anna 

mówi, że nie chce go widzieć. Teraz te młode kobiety...

background image

- Mogłabym umyć ręce? - taka byłam zmęczona.

- A proszę, Kajtuś, zaprowadź panią do łazienki. To cud, że przeszedłem na emeryturę 

zaraz po tym rozwodzie, bo co by to z chłopaka wyrosło, gdyby chodził do przedszkola. 

Kajtuś, nie ruszaj maszyny mamusi, ostatni raz ci mówię po dobroci.

Kiedy Anna wpadła do mnie do łazienki, nie bardzo potrafiłam powiedzieć, skąd się 

wzięłam, po co przyszłam i czego chcę. Ale Anna nie pytała. Ucieszyła się, uznała to za 

zwykłą wizytę i zaczęła przygotowywać kolację.

- Anno, myślałam, że jesteś samotna. Przyjechałam, bo lecę z nóg i nie mam gdzie 

spać.

- Jestem samotna. A co to znów za problemy? Przebolałaś  tamto niepowodzenie? 

Prześpisz się u mnie, ze mną, a jutro coś wymyślimy.

- Nie pytasz mnie, dlaczego nie mam gdzie spać? Nic o mnie nie wiesz.

- Wiem tyle, ile mi potrzeba. Rozmowa później, kiedy mężczyźni zasną. Teraz muszę 

wypełnić obowiązki gospodyni, matki i córki. Coś cię musiało zdrowo uderzyć. Przejrzyj się, 

jak ty wyglądasz. Nigdy nie byłaś wymuskana, ale wyglądałaś szykownie, ruina w tej chwili. 

Kiedy kobiecie przestaje zależeć na wyglądzie, to już kompletna klapa.

Kiedy   wyszłam   z   łazienki   w   szlafroku   Anny,   wykąpana,   mężczyźni   już   spali. 

Rozmowa tego dnia się nie odbyła. Ani następnego. Mgliście pamiętam, że Anna rozstawiała 

dla siebie polowe łóżko. Wypiłam łyk herbaty, połknęłam jakąś tabletkę, zasnęłam. Kiedy się 

obudziłam,   byłam   sama.   Koło   tapczanu   leżała   kartka:   „Odwożę   mężczyzn   do   ciotki   do 

Wawra. Jedzenie we wnęce za firanką, ser w garnku, papierosy w szufladzie, chimery, mam 

nadzieję, zostały rozpuszczone w luminalu, który ci dałam. Wrócę około 18-tej. Śpisz już 

dwadzieścia sześć godzin. Weź zimny prysznic. - A.”

Nie mogłam się ruszyć. Ani niespanie, ani spanie nigdy dotąd nie ciągnęły się tak 

długo. Organizm nie przyjmował tego naturalnie. Waliło mi serce. Żadnej zwartości myślenia. 

Rejestrowanie przedmiotów, liczenie splotów nici w dywaniku nad tapczanem, wszystko jak 

u  dziecka  w   czasie   rekonwalescencji.   Kiedy  usłyszałam   zgrzyt   zatrzasku,   przykryłam   się 

kołdrą, potem uświadomiłam sobie, że to Anna. Spróbowałam nałożyć na twarz coś w rodzaju 

uśmiechu wdzięczności.

- Dawno się przebudziłaś, Lilka? Już się bałam, że coś to za długo trwa.

- Przed kwadransem. Anno, czy ty ojca i synka odwiozłaś przeze mnie? Wpakowałam 

się tu...

- Nie. Mieli do Wawra jechać w sobotę, pojechali w czwartek, tylko tyle. Nie miej 

żadnych wyrzutów. Mam terminową robotę, zawsze ich wtedy odwożę, muszę mieć spokój. 

background image

Ojciec ma tam ogródek, a Kajtek świeże powietrze, wszystko w porządku.

- Muszę iść? Chciałabym tu pobyć choć dzień jeszcze. Nie mam gdzie iść. Klęska, 

Anno.

-   Zostań,   ile   chcesz.   Zaraz   ci   zrobię   herbaty.   Jedz,   proszę   cię.   Nie   bądź 

rozhisteryzowana. Cokolwiek cię spotkało, musisz się mocno wziąć w garść.

Zjadłyśmy   cały   stos   kanapek,   ser,   wypiłyśmy   dwa   czajniki   herbacianej   esencji, 

wreszcie Anna przestała dreptać wokół garnków, wyjęła z włosów szpilki, poruszyła głową, 

włosy rozsypały się na ramiona, zmieniało ją to bardzo.

- Jesteś taka ładna i dzielna - powiedziałam. - A też cię nie ominęło coś tragicznego. 

Ojciec mi mówił, ale byłam bardzo zmęczona...

- Dlaczego tragicznego? Jestem tylko trochę zapędzona, bo pracuję, robię zaocznie 

drugi wydział i biorę tłumaczenia do domu. Ale mi dobrze. No, a ty, smarkata? Co tak tobą 

wstrząsnęło?

- Ja mam już prawie dwadzieścia jeden lat, Anno.

- Jestem równiutko dziesięć lat starsza od ciebie, o całych dziesięć kobiecych lat, więc 

się nie obrażaj, to ogromna różnica wieku.

- Nie ma miłości, Anno, to wszystko, co mam do powiedzenia.

-  Jest,  tylko   się  kończy  -  czułam,  że   ten  banalny  dialog   wypływa   z  dna  naszych 

najgorszych   przeżyć,   za   każdym   naszym   słowem   rozgrywał   się   dramat,   własny, 

niepowtarzalny, nie do przekazania.

-   Miłość   nie   powinna   się   kończyć   -   powiedziałam,   ale   krótki   błysk   niechęci   w 

wypukłych   oczach   Anny   uzmysłowił   mi,   że   przekonanie   jej   o   czymś   komunałami   jest 

nierealne.

- Jaka ty jesteś młoda - ujęła mnie za szyję. - Chyba nigdy nie widziałaś z bliska 

rozwiedzionej kobiety i to cię tak prowokuje.

- Mama moja była rozwiedziona, wyszła za mąż i jest zdaje się bardzo szczęśliwa. 

Oswoiłam   się z  tym.  Formalny  rozwód  wydaje   mi  się  właśnie  formalnością.   Najbardziej 

tragiczna jest śmierć uczucia, zabijanie uczucia, zarzynanie wprost. Kiedy ludzie rozstają się, 

choć się kochają, bo odeszli od siebie zbyt daleko, bo w tym życiu nie starczyłoby im czasu, 

żeby się odnaleźć z powrotem, żeby w siebie uwierzyć. Bo już nie ma ani takiego słowa, ani 

takiego   gestu,   które   by   zabiły   nieufność,   wymazały   czyny.   I   wtedy   się   tak   łatwo   mówi 

„pomyłka”, a Anno, jeśli się wie, że to nie była pomyłka, że to była wzajemna, piękna miłość, 

zszargana przez kogoś wbrew niemu? Anno, bardzo się zaplątałam.

- Widzę. Nie rozumiem. Nic nie rozumiem.

background image

- Nie tylko to, Anno. Jednego dnia, jednej doby zebrałam żniwo z kilku lat życia. 

Wylali mnie z ZMP. Powiesz, że jestem patetyczna, że za tragicznie to ujmuję, że to nic nie 

znaczy, że  mogę  studiować  nadal,   że  mogę  na  nich  plunąć.  Właśnie   nie  mogę,  niech  to 

wszystko nie wydaje ci się blade jak moja twarz, ale nie poczuwam się do winy, rozumiesz. 

Wkładałam we wszystko, co robiłam, pasję i entuzjazm, w złe i dobre. Właśnie mi to zabrali. 

Wiesz, byłam entuzjastką wszystkiego, co obok, potrafiłam w akademiku urządzić Wieczór 

Nostalgii, umiałam sobie wyobrazić, że los mnie rzucił o tysiące kilometrów od kraju, że 

tęsknię, umiałam wpaść niemal w trans, kiedy śpiewałyśmy siedząc na walizkach: „Płynie 

moja   Wisła   z   dalekich,   hen   stron”.   Jeśli   mogłam   uwierzyć   w   taką   nostalgię,   w   taką 

dziecinadę, uwierzyć na krótko, ale uwierzyć mocno, to wiedz, jak wierzyłam w to, że kiedyś 

będę członkiem Partii, wielką społeczną działaczką... Pewnie, chwilami miało to charakter 

„władza   ludu   i   piękna   pogoda”   albo   „jak   sobie   mały   Kazio   wyobraża   komunizm”,   ale 

robiłam, co mogłam, robiłam to z sercem. Wiele razy uczyłam się w sobotę i niedzielę, choć 

w te dni na ogół bywałam, niepraktykująca, żeby nie przełożyć jakiegoś kolokwium, żeby 

moja   grupa   dobrze   wypadła.   Ale   nigdy   tego   nie   powiedziałam,   rozumiesz?   Wprost 

przeciwnie. Miałam szansę łatwego wybicia się. Zaraz na pierwszym roku zaproponowali mi 

udział w Brygadzie Lekkiej Kawalerii. Odpowiedziałam, że tę sprawę załatwił Franz von 

Suppe i nie widzę powodów, abym go miała uzupełniać. Mogłam redagować „Błyskawicę”, 

wiesz,   taką   gazetkę,   która   wychwytuje   natychmiast   wszelkie   przejawy   bumelanctwa. 

Odmówiłam. Nie czułam się taka nieposzlakowana, nie widziałam po prostu w sobie takiej 

siły, która pozwoliłaby mi piętnować innych. Mogłabym w końcu aprobować te wszystkie 

brygady, skoro ich nie mogłam odrzucić, ale nie mogłam się pogodzić, że tak łatwo jest się 

wybić. Za łatwo. Nie chciałam się „wybijać” w ten sposób, żeby dybać na uchybienia innych. 

Wielu sprytnych robi wszystko „na tak”, głośno pokrzykuje, i już nasz, i już pewniak. Jest 

jakaś ogromna sprzeczność między chorobliwą podejrzliwością a dziecinną wprost nieuwagą. 

Sądziłam,   że   jeśli   taki   „pewniak”   wysoko   wyskoczy,   to   cudów   nie   ma,   zdemaskuje   się 

wcześniej czy później. Tymczasem cuda są. Jak już do kogoś przylgnie opinia pewniaka, to za 

dymną zasłoną, za tym frontowym zamaskowaniem terenu, wiesz: zielone gałęzie na głowie, 

prze-czołga   się   taki   zawodnik   do   wielkiej   chwały.   A   jest   cała   armia   ludzi   cichych,   nie 

zwracających na siebie uwagi, może bardziej wartościowych niż krzykacze. To jest wielka, 

podstawowa   siła,   studencka   piechota,   i   tę   często   się   lekceważy,   po   prostu   lekceważy, 

nastawia i ustawia. A  po co, to jacyś wrogowie,  czy jak. W ten sposób  zabija się tylko 

inicjatywę, każdy w końcu dojdzie do wniosku: „A co ja tam się będę wysilał, za mnie i tak 

postanowi ten i ten, jak to dobrze wykonam, to i tak wszystko będzie grało” itp. Jasne, że 

background image

młodzież musi mieć kierunek, ale szkoda tej inicjatywy, szkoda. Wiesz, kiedyś taki działacz 

przeprowadzał ze mną „rozmowę indywidualną”, pół godziny mi mówił, że on niby, uważasz, 

chce mi pomóc, żebym tej pomocy nie odrzucała, bo znajdę się poza nawiasem, że szkoda 

każdego członka organizacji, i oczywiście dodał, że mnie może wykorzystać wróg klasowy, 

bo oni polują na ludzi inteligentnych, taki mi złożył hołd. Kiedy jednak przyparłam go do 

muru, w czym to on tak chce mi pomóc, bo studencina słabsza ode mnie, i w jaki to sposób 

ten wróg mnie może wykorzystać, zaplątał się, truł o pomocnej dłoni, i że w ogóle wskazał mi 

drogę poprawy. To był akurat przedstawiciel drętwogadkowiczów, z takimi najgorzej, można 

się z nimi porozumieć tylko na tej płaszczyźnie, więc mu podziękowałam, powiedziałam, że 

wiele mi dała ta rozmowa, a kiedy zobaczyłam,  że już jest z siebie bardzo zadowolony, 

niestety, wypaliłam: „Koszulę w zębach nosiłeś, kiedy ja się zapisałam do ZMP. Rozumiem, 

że nie można się cackać, ale przede wszystkim nie można się wygłupiać.  Mogłabym  cię 

uspokoić frazesami, że szczerze to wszystko wzięłam pod uwagę, że zrobiłam trochę błędów, 

że do czego mogłabym dojść, gdyby nie ty, ale nic niewarte byłoby takie uspokojenie, skoro 

zdycham ze śmiechu nad twoją głupotą”. Rozumiesz, że takie wypowiedzi nie dodawały mi 

glorii, podejrzewali mnie o złe towarzystwo, które ma na mnie ujemny wpływ, i na zebraniu 

musiałam złożyć samokrytykę, że do ZMP się nie zapisałam, tylko wstąpiłam. Zgadzam się, 

że przejęzyczenie było nieszczególne, może ja bardziej wstąpiłam niż on, ale żeby aż z tego 

robić długi punkt na zebraniu... Skróciłam kiedyś linę luźnych stosunków z jednym wrogiem 

klasowym, który się zagnieździł na naszym roku. Rzeczywiście, nie był to entuzjasta Ludowej 

Polski, ale nie jakoś tak bardziej poważnie, politycznie, tylko tak, że dyscyplina studiów, że 

brak   zachodnich   czasopism   z   girlaskami,   że   mu   zakłócają   Wolną   Europę,   a   on   wolność 

wyobrażał sobie coś tak, żeby na każdym rogu ulicy zainstalowany był megafon, przez który 

transmitowano by obelgi rzucane na nasz rząd i kraj. Wylali go w końcu z uniwerku, bo 

przedstawił   ręcznie   malowane   zwolnienie,   a   ktoś   go   widział,   jak   z   nartami   wysiadał   z 

zakopiańskiego pociągu. Pewnie, że to był pretekst, ale dość solidny pretekst. Nie było mi go 

żal,   choć   jestem   litościwa   dusza.   Niech   on   sobie   znajdzie   taki   kraj,   który   by   popierał 

przeciwników   ustroju.   Tolerował   co   innego.   Zresztą   tej   smutnej   idioty   przecież   nikt   nie 

rozstrzelał, nie wystąpił czynnie tylko słownie, więc go wylali i cześć. Ale taki się zawsze 

urządzi, nie bój się. Byłam z Remim na tańcach, mój Boże, Anno, jak ja byłam szczęśliwa... a 

tu wróg klasowy siedzi przy stoliku, żre sznycle z frytkami i na palcu ma złoty sygnecik. „A 

co to, kolega przecierpiał klęskę i na biznesmena się wykierował?” - zagadnęłam go. „A 

owszem, handluję. Przysłużyliście mi się. A co to, koleżanka dalej chodzi na zebrania i na 

obiadki do stołówki? Jakbyś była mądra, Lilka, to byś się ze mną związała. Miałbym coś dla 

background image

ciebie. Bardzo by mi się przydała taka dziewczyna jak ty.” Rozumiesz, rola pośrednika w 

jakichś szwindlach. Odpowiedziałam mu, że nie mogę się związać z mężczyzną, który nosi 

sygnet na palcu, bo jestem estetką. Tak to jedyny raz wróg na mnie zapolował i ja miałam 

okazję wykazać właściwą postawę. Moja mama twierdzi, że młodzież jest obecnie za bardzo 

rozpolitykowana,   mamie   naturalnie   nie   tyle   chodzi   o   pokolenie,   ile   o   mnie,   a   nie   chce 

powiedzieć zwyczajnie „ucz się więcej”. A kto ma być rozpolitykowany, bardzo bym się 

chciała dowiedzieć. I gdzie jest inaczej. To jest oczywiste, że młodzież na wszystko reaguje 

jak sejsmograf, zawodowi politycy odbierają głównie rozumem, młodzież sercem. Nigdy nie 

przeciążałam   kieszeni,   pamięci   i   szali   wagi,   na   której   decydują   się   losy   świata,   ale   nie 

mogłabym stać na uboczu... to znaczy, teraz postanowiłam się z tego wyłączyć. Mam dosyć, 

nienawidzę ich.

- Tak, to niezbicie wynika z twojego wywodu - powiedziała Anna z ironią.

-   Po   co   ten   przekąs,   Anno.   Nie   muszę   się   mieścić   w   konwencji,   jaką   ktoś   w 

odniesieniu do mnie przyjął. Nawet jeśli kupuje się buty, takie same jak przed chwilą pani z 

identycznym numerem nogi, to po tygodniu te buty będą miały inny kształt. Takie minimalne 

odchylenia w budowie stopy. Mówi się niby dobitnie, czego się od nas oczekuje, ale właśnie 

zbyt dobitnie. To męczące jak megafon nad uchem z tymi samymi szlagierami. Jest tysiąc i 

dwie   sprawy,   które   dekoncentrują,   odwracają   uwagę...   łatwiej   mobilizować   rzesze   niż 

poszczególne jednostki, bo w tym  drugim przypadku zawodzi coś, co naukowcy nazwali 

psychologią tłumu. To wszystko, co ci mówię, może się wydawać czymś mało ważnym dla 

ludzi, którzy pracują, wiem to bardzo dobrze, którzy tak jak ty mają dziecko i związane z tym 

kłopoty, ale kiedy się studiuje, to są sprawy stopnia pierwszego, takie codzienne, i takie od 

święta. Pewna moja poważna koleżanka, szkoda, że już jej nie mogę nazwać przyjaciółką, 

zarzucała mi, że moje życie jest gonitwą za zabawnymi epizodami, że w istocie chwytam ich 

tak dużo, że nie zostaje mi odpowiednia ilość miejsca na rzeczy ważne. Było przeciwnie... 

zupełnie przeciwnie. To zabawne epizody,  będące przecież głównie konsekwencją punktu 

widzenia, ścigały mnie i wszystko wydawało mi się ważne, prawie wszystko. Szkoda, że 

miłość nie jest nieuchronną konsekwencją punktu widzenia... bo poglądy na te sprawy miałam 

ładne, a w życiu nie wyszło...

- Dlaczego? - zapytała.

- To bardzo skomplikowane, trudno mi o tym mówić, teraz... Anno, on mnie zdradził, 

w podły, ohydny sposób.

- Skąd wiesz?

- Powiedział mi. Opowiedział mi wszystko.

background image

- Powiedział ci?! To albo on jest ostatnią świnią, albo człowiekiem nadzwyczajnym. 

Trzeciej nazwy tu nie ma.

- Jest, Anno. On jest człowiekiem zwyczajnym. A w moich założeniach właśnie był 

nadzwyczajny...   powiem   ci   to   później.   Albo   po   co,   kiedy   tu   ważny   jest   tylko   wniosek 

końcowy. Mnie już nie czeka w życiu nic wielkiego. To straszne, pomyśleć...

- To straszne wygadywać takie rzeczy.

- Nie, Anno. Wiem, że mogę być jeszcze w życiu szczęśliwa, ale w jakiś sposób... 

obojętny. Wiem, że w jakimkolwiek szyku te słowa ustawić, wydźwięk ich jest okropny. 

Mieści się w tym i jakiś kompromis, i jakaś rezygnacja. Coś w sobie zniszczyłam...

Mówiłam cicho, zapominając chwilami o obecności Anny. Jej wypukłe oczy błądziły 

po   mojej   twarzy;   „odkrywały”   mnie   nagle,   stawały   się   czujne,   skupione,   później   znów 

roześmiane, błąkał się w nich jakiś wyraz pobłażania...

-   Umiesz   mówić   oczami,   Anno.   Jesteś   bardzo   dobrym   człowiekiem,   już   choćby 

dlatego, że mnie słuchasz.

- Moja mała, jakże ty wyobrażasz sobie dalsze życie? - zapytała łagodnie.

- Zacznę pracować. Wynajmę pokój. Na studia nie wrócę. Kiedyś, może... jak już mój 

kurs wiatr rozpędzi po wszystkich zakamarkach kraju. Nie chcę ich widzieć. Wiem, że moja 

piekielna wściekłość minie, ale uraz zostanie. Na zawsze. Na całe życie.

- Dobrze.

- Co dobrze?

- Załatwię ci pracę.

- Przecież cię nie proszę.

- Ale akurat mam coś takiego. Będziesz robić korektę. Nauczę cię znaków, ortografię 

znasz. Popracujesz, a od października wrócisz na uniwersytet. Bo to tylko na dwa miesiące.

- Nie wrócę, Anno. I nie chcę korekty.

- Dlaczego?

- Bo nie chcę.

- Za zwyczajnie to się wszystko rozwiązuje? Wolałabyś, żeby wokół ciebie nie było 

nikogo, żebyś mogła podsycać swoje żale do świata?

- Jesteś mądra, choć to niezupełnie tak.

- Te dziesięć lat... i nie snuj tam lirycznych opowiastek w głowie, że nie znana ci 

prawie osoba... różnie to się z ludźmi zaczyna. To jest naturalne, zwykłe, proste, że ludzie 

sobie pomagają.

- To jest rzadkie.

background image

- Jest. To najważniejsze.

- Sama już nie wiem, czy ja jestem do tego zdolna. Byłam wyczulona na życiowe 

ofiary, pomagałam im. Trudniej w życiu o jakąś możliwość sprawdzenia się, niż to się mówi. 

Ja   przeszłam   pewne   próby   i   wyszłam   z   nich   przegrana.   Pokonana.   Dziś   na   pewno   nie 

łaziłabym po Ministerstwie Zdrowia, żeby załatwiać ulokowanym w świetlicy medyczkom 

akademik.   Natomiast   chętnie,   dla   złośliwej,   mściwej   satysfakcji,   zobaczyłabym   takiego 

naszego sztandarowego działacza, Banasiaka, ulokowanego na wygodnej posadce. Żeby mieć 

rację, rozumiesz?

- Nie. I ty nie rozumiesz.  Przysięgam  ci, że wolałabyś go widzieć  w czerwonym 

krawacie, z pieśnią na ustach, jak machając nakazem pracy jedzie na prowincję. Bardzo chce 

się ocalić to,  co ty masz  w  sobie,  i to warte  jest  ocalenia. Zresztą,  to  może mieć  wiele 

aspektów... Jeden jakiś tam twój wybrany działacz nie przesądza o niczym.

- Nie jeden. Zresztą, nie chcę już o tym. Mój wybrany działacz zdążył się już zaczepić 

przy katedrze, nie bój się. To tylko pierwszy szczebel, niby tu go trzyma rozpoczęta praca 

naukowa...

- To jest kretyn, idiota, debil?

- Nie.

- Więc dlaczego to ma nie być praca naukowa? Bo tobie byłoby tak wygodniej?

- Nie broń go, bo nie wiesz, ilu ludzi skompromitował...

- Bronię ciebie, nie jego. To ty doskonale pojmujesz.

- Jak on się wygłupiał, jak węszył. Wiesz, chodziliśmy czasem do hotelu robotniczego. 

Przez te zewnętrzne szykany często popadałam w zakłamanie. Zawsze pierwsza leciałam na 

taką wieczornicę. A wiesz dlaczego? Bo tam można było tańczyć rumby, samby i rozmaite 

dżajfy.   Wiadomo,   młodzież   robotnicza,   młodzież   przodująca,   ideologicznie   najbardziej 

pewna, ale ma nie przemyślane wyskoki. Zanim się ich nie wychowa, nie można ich urazić. A 

spróbuj   zatańczyć   takie   wygibasy   na   zabawie,   gdzie   wiruje   w   takt   walca   uświadomiona 

młodzież studencka. Od razu wezmą na oko. Jedna sobie tak pohulała bez ograniczeń, to na 

następnej   zabawie   Banasiak,   jako   znakomity   dowcip,   rzucił   do   mikrofonu:   „Koleżanki 

Perkowskiej   dziś   nie   ma,   poszła   do   Bristolu   tańczyć   sambę   z   bikiniarzami”.   Nie   jestem 

adwokatem ludowego tańca z Brazylii, walca bardzo lubię, ale takie satyry są dla mnie nie do 

przyjęcia.

- Dla mnie też nie. Ale to są naleciałości, nie ideologia - rzekła.

- Wiem o tym.

Zamilkłyśmy. Anna przymknęła oczy i siedziała nieruchomo. O czym myślała? Nie 

background image

wiedziałam o niej nic. „Nie snuj w głowie lirycznych  opowiadań”. Siedziałam naprzeciw 

kobiety, która odstąpiła mi tapczan, podawała do łóżka jedzenie, bo wiedziała, że jestem 

nieszczęśliwa. Nie pytała o nic, a słuchała cierpliwie wszystkiego. Była rzeczowa. Słowami 

nadawała moim wypowiedziom właściwe proporcje, kiedy zagalopowałam się w gniewie czy 

żalu. Anna siedziała tak długo, zaczęłam ją podejrzewać o zmęczenie albo niechęć do moich 

spraw, kiedy nagle rzekła:

- Czytasz książki podróżnicze?

- Kiedyś, teraz nie. Inne zainteresowania... wygasła tamta pasja. O co ci chodzi?

-   Niektóre   dzikie   plemiona   zachowały   piękny   choć   okrutny   zwyczaj...   pasowania 

młodzieńców na ludzi dorosłych. To jest bardzo bolesne, ale uczciwe. Wszyscy się do tego 

przygotowują,   czekają...   U   nas   i   tak   ten   obrządek   robi   życie...   tylko   to   jest   przeważnie 

nieoczekiwanym ciosem. Warto przez to przejść... zobaczysz. Śpij, Lilka. Inni płacą jeszcze 

więcej.

Kiedy on nie chciał mówić, a zrozumiałam, że ma do powiedzenia wiele, nawet za 

cenę   życia   postanowiłam   to   z   niego   wyrwać.   Lecz   kiedy   zaczął,   chciałam   krzyczeć: 

„Przestań! Skończ! Cofnij się! Nie mów! Zabijasz mnie, zabijasz siebie, zabijasz nas!” A 

przecież milczałam. Problem kłamstwa. Największym z kłamstw jest przemilczanie, to, czego 

się nie mówi, tym się rzeczywiście odgradzamy od kochanej osoby. Miał odwagę, która mnie 

przerosła. Ponieważ mnie kocha, wiedział, co ryzykuje w każdym przypadku: jeśli odejdę i 

jeśli zostanę. Obnażył się, dał mi wszystkie argumenty przeciwko sobie. Może liczył na moją 

miłość, na moją wspaniałomyślność, może sądził, że taka szczerość zobowiąże mnie bardziej 

niż wszystkie zaklęcia, prośby, dobroć. U mnie zdziwienie: „To niemożliwe! On zwariował! 

Mówi przez sen!” Później pogarda, bezgraniczna pogarda: „Mój ty piękny rycerzu, mój ty 

czysty, szlachetny, kryształowy, bezkompromisowy, mój ty romantyczny kochanku, mój ty 

księciu   z   marzeń   wychodzący   do   mnie   z   innych   łóżek”.   Nawet   próba   obiektywizmu: 

„Przecież nic by się nie stało, gdybym wtedy nie odeszła, gdyby nie było mi żal beztroski, 

przecież on nie zadrasnął mojej ambicji, upokorzenie chcę sobie narzucić. Przecież gdybym 

nie wysłała tego idiotycznego listu, czekałby na mnie, tak jak czeka w tej chwili. Ale ja 

musiałam wysłać ten list, bo jestem uczciwa, nie mogłam go „trzymać” w ryzach lojalności, 

ja, która zaczęłam tak szybko żyć własnym życiem, musiałam mu dać prawo do wolności, ale 

jak on wykorzystał to prawo...” To druzgocąca porcja na moje siły. Nie stać mnie było na 

szczęście? Po takim trudnym oczekiwaniu na niego, trudnym przez zwątpienie, czy go na 

pewno spotkam, czy warto czekać tak pokornie, tak pewnie, z taką mocą, kiedy obok Michał, 

Staś i bardzo, bardzo łatwe wszystko. A kiedy już byłam szczęśliwa, bałam się. Chwilami to 

background image

szczęście było dla mnie większym ciężarem niż rozpacz, nieprzytomne, rozhuśtane myśli, nie 

kończące się wewnętrzne dialogi: „Jak to? To już wszystko? Już na nic nie czekam? To dławi, 

przygniata, wyzwala histeryczny lęk. Chcę tylko, żeby to trwało, boję się, że się skończy, że 

już niczego nie pragnę, że to będzie umierać. Nie wiem, czy kochałam go dobrze, ale go 

kocham, kocham”. A on: „Lilka, naucz mnie kochać pogodnie. Jesteś zawsze uśmiechnięta i 

radosna.   Tak   kocham   twój   spokój,   twoją   jasność,   twój   śmiech.”   Ja:   „Nieprzytomnie   go 

kocham”?   Nieprzytomnie.   Instynktownie   moje   myśli   podawały   mi   syntezę   mojego 

postępowania. Przecież to on był na początku ostrożny, nie ja. To ja go przekonywałam, że 

szczęście jest możliwe. A kiedy uwierzył, poszłam. Chyba mu dałam całą moją wiarę, skoro 

teraz we mnie nie zostało nic. A miałam taki skarb nadziei lichwiarsko nagromadzonej w 

ciągu lat. Czy nic nie zostało? Naprawdę nic? I tak nie mam się co nad sobą roztkliwiać. Nie 

przypadła mi w udziale najgorsza część. Nawet rozpacz nie jest stanem ostatnim - przyzwala 

na nadzieję. A dalej... Mniej zachłannie!