background image

Autor - Julio Cortazar 

Tytuł - Opowieści o kronopiach i famach i inne historie 

Tłumaczenie - Zofia Chądzyńska 

INSTRUKCJE

Codzienne zmiękczanie cegły, codzienne torowanie sobie drogi w kleistej 
masie, która siebie nazywa światem, codzienne zderzanie się z 
sześcianem o ohydnej nazwie, w psim zadowoleniu, że wszystko jest na 
swoim miejscu, obok ta sama kobieta, te same buty, ten sam zapach tej 
samej pasty do zębów, ten sam smutek domów naprzeciwko, brudnej 
tablicy okien czasu z szyldem HOTEL DE BELGIQUE. 
Jak niechętny byk rąbnąć głową w przezroczystą masę, wewnątrz której 
pijemy poranną kawę i otwieramy gazetę, żeby dowiedzieć się, co się 
dzieje we wszystkich kątach szklanej cegły. Nie zgadzać się, by delikatny 
akt naciśnięcia klamki u drzwi, ten akt, który mógłby wszystko odmienić, 
przeszedł w zwykły codzienny odruch, do widzenia, kochana, buźka, do 
zobaczenia. 
Ścisnąć łyżeczkę i czuć pod palcami pulsowanie metalu, jego podejrzane 
ostrzeżenie. Jakże boli odmawianie łyżeczce, sprzeciwianie się drzwiom, 
negowanie tego wszystkiego, co przyzwyczajenie wylizało do 
zadowalającej gładkości. O ileż prościej spełnić łatwą prośbę łyżeczki: 
używać jej do mieszania kawy. 
Przecież nie ma w tym nic złego, że rzeczy spotykają nas codziennie od 
nowa i są takie same. I nie to jest ważne, że obok nas jest ta sama kobieta, 
ten sam zegarek i że otwarta książka na stoliku znowu jedzie na rowerze 
naszych okularów. Cóż mogłoby w tym być złego. A jednak niby smutny 
byk trzeba pochylić łeb, ze środka kryształowej cegły przepchnąć się na 
zewnątrz ku temu innemu tak niedaleko nas, nieuchwytnemu jak pikador, 
choćby stał najbliżej byka. Dręczyć oczy patrzeniem na to, co przesuwa się 
po niebie, chytrze podszywając się pod zarejestrowaną w naszym umyśle 
nazwę chmury. Nie wyobrażaj sobie, że telefon poda ci numery, które 
chciałbyś nakręcić. Dlaczego miałby ci je podać? Jedyne, co nastąpi, to to, 
co już przygotowałeś i zadecydowałeś, ponure odbicie twych nadziei, ta 
małpa, co na stole czochra się i drży z zimna. Rozbij tej małpie łeb, wal od 
środka ku ścianom i przebij się na zewnątrz. Och, jak śpiewają o piętro 
wyżej! Jest nad nami piętro, a na nim inni ludzie. Jest nad nami piętro, 
gdzie żyją ludzie, co nawet nie podejrzewają, że istnieje niższe piętro, i że 
wszyscy tkwimy wewnątrz szklanej cegły. Jeżeli nagle mól przysiadzie na 
brzeżku ołówka pulsując niby błędny ognik, popatrz na niego - ja patrzę, 
dotykam jego maleńkiego serduszka i słyszę je, ten mól dźwięczy w masie 
zamrożonego szkła, nie wszystko jest stracone. Kiedy otworzą się drzwi, a 
ja wychylę się i spojrzę w dół klatki schodowej, będę wiedział, że tam, na 
dole zaczyna się ulica; nie jej zaakceptowany model, nie domy już 
wiedziane, nie hotel z przeciwka: ulica - zdyszana dżungla, gdzie każda 
chwila może runąć na mnie magnolią, gdzie twarze będą stawały się, gdy 
na nie spojrzę, gdy posunę się o krok w przód, gdy łokciami, rzęsami, 
paznokciami doszczętnie rozwalę się o szklaną masę cegły i postawię 
życie na jedną kartę, idąc krok za krokiem po gazetę na rogu. 

JAK PŁAKAĆ 

Instrukcja 

Nie bacząc na przyczyny, skupmy się na prawidłowym sposobie płakania, 
pod czym należy rozumieć podchlipywanie ani nie wywołujące większego 

background image

poruszenia, ani nie będące afrontem dla uśmiechu przez swą równoległość 
i tępe podobieństwo. Zwykłe, przeciętne chlipanie polega na ogólnym 
skurczu twarzy i dźwięku, któremu towarzyszą łzy i smarki, te ostatnie 
dopiero pod koniec, bowiem płacz kończy się, kiedy energicznie wysiąkać 
nos. 
Aby płakać, skieruj wyobraźnię na siebie samego, a jeżeli ci się to nie uda, 
ponieważ nabrałeś zwyczaju wierzenia w świat zewnętrzny, pomyśl o 
kaczce, którą oblazły mrówki, albo o tych zatokach w Cieśninie Magellana, 
do których nie wpływa nigdy nikt. 
Przechodząc do płaczu jako takiego, należy efektownie zakryć twarz 
obiema rękami, dłonie do wewnątrz. Dzieciom poleca się płakanie w rękaw 
kurteczki, najlepiej w rogu pokoju. Średni czas trwania płaczu - trzy minuty. 

JAK ŚPIEWAĆ 

Instrukcja 

Zacznij od stłuczenia wszystkich luster, opuść ramiona, zagap się na 
ścianę, zapomnij się. Zanuć jedną nutę, wsłuchaj się w nią od wewnątrz. 
Jeżeli usłyszysz (ale to nastąpi o wiele później) coś w rodzaju krajobrazu 
pogrążonego w strachu, płonące stosy pośród kamieni, a między nimi 
półnagie sylwetki w kucki, mam wrażenie, że jesteś na dobrej drodze - 
podobnie gdy usłyszysz rzekę, po której spływają żółte i czarne barki, gdy 
usłyszysz zapach chleba, dotyk palców, cień konia. 
Potem zakup solfeż i frak, z łaski swojej nie śpiewaj przez nos i zostaw w 
spokoju Schumanna. 

JAK SIĘ BAĆ 

Instrukcja - przykład 

W pewnym szkockim miasteczku sprzedają książki z białą stronicą w 
środku tomu. Kto otworzy książkę na tej stronicy o trzeciej po południu - 
umrze. 
Na Piazza del Quirinale w Rzymie istnieje punkt (do dziewiętnastego wieku 
znany wtajemniczonym), skąd widać przy pełni księżyca posągi Dioskurów, 
jak z wolna poruszają się walcząc ze swymi stającymi dęba końmi. 
W Amalfi, tam gdzie kończy się strefa przybrzeżna, jest molo wchodzące w 
morze i w noc. Hen poza ostatnią latarnią słychać szczekanie psa. 
Pewien pan wyciska pastę z tubki na szczotkę do zębów. Nagle widzi 
drobną figurkę kobiety leżącej na wznak, z koralu lub miękiszu chleba, 
pociągniętego farbą. 
Gdy otwierasz szafę, by wyjąć koszulę, wypada na ziemię stary kalendarz, 
który rozlatuje się, pokrywając bieliznę tysiącami brudnych motyli z papieru. 

Słyszano o pewnym komiwojażerze, którego zaczął boleć lewy nadgarstek, 
dokładnie pod zegarkiem. Kiedy zdjął zegarek, trysnęła krew: na ciele był 
ślad drobnych spiczastych ząbków. Doktor kończy swe badanie, a 
diagnoza uspokaja nas: 
jego niski, kordialny głos poprzedza leki, na które, siedząc za biurkiem, 
właśnie wypisuje receptę. Od czasu do czasu podnosi głowę i uśmiecha 
się, by dodać nam otuchy: nie ma się czym przejmować, za tydzień 
będziemy zdrowi. Uszczęśliwieni mościmy się w fotelu i z roztargnieniem 
rozglądamy dokoła. W półcieniu pod stołem widzimy nogi doktora: podkasał 
sobie spodnie ponad kolana i widać, że na nogach ma damskie pończochy. 

background image

JAK ROZUMIEĆ TRZY SŁAWNE OBRAZY 

Instrukcja 

a) Miłość niebiańska i miłość ziemska TYCJANA 

Ten nieznośny obraz przedstawia czuwanie przy zmarłym nad brzegiem 
Jordanu. Nieczęsto tępocie malarza udało się z większą pogardą 
potraktować nadzieję rodzaju ludzkiego na Mesjasza, który świeci 
nieobecnością; 
nieobecny na obrazie, który jest światem, straszliwie 
błyszczy w nieprzystojnym ziewnięciu marmurowego grobowca, podczas 
gdy anioł, obarczony misją ogłoszenia wiadomości o zmartwychwstaniu 
jego udręczonego ciała, tępo czeka, aż dopełnią się znaki. Zbędne jest 
tłumaczenie, że anioł jest postacią nagą, prostytuującą się w swojej 
cudownej pulchności i przebraną za Marię Magdalenę w chwili, gdy jak na 
pośmiewisko prawdziwa Maria Magdalena powoli idzie ku nam drogą 
(gdzie dla kontrastu puchnie trujące bluźnierstwo dwóch królików). Dziecko 
wkładające rękę do grobowca - to Luter, a może Diabeł. A o postaci 
przyodzianej w suknie powiadają, że jest Glona, która za chwilę ma ogłosić, 
że wszelkie ludzkie ambicje dokładnie mieszczą się w misce; ale jest źle 
namalowana i skłania do myślenia o sztucznym jaśminie albo błyskawicy z 
kaszki manny. 

b) Dama z jednorożcem RAFAELA 

Saint-Simon dopatrywał się w tym portrecie wyznania herezji. Jednorożec, 
narwal, plugawa perła w medalionie udająca gruszkę i spojrzenie 
Magdaleny Strozzi utkwione z przerażeniem w miejscu, w którym 
ewentualnie mogłaby dojrzeć sceny lubieżne lub okrutne: Rafael Sanzio 
wykłamał tu swoją najstraszliwszą prawdę. Intensywnie zielony kolor twarzy 
tej postaci długi czas przypisywano gangrenie lub też wiosennemu 
przesileniu dnia z nocą. 
Jednorożec, zwierzę falliczne, musiał zarazić ją, w 
jej ciele drzemią grzechy świata. Później odkryto, że wystarczy zmyć 
pokłady farby położone przez trzech zaciekłych wrogów Rafaela: Carlosa 
Hog, Wincentego Grosjean zwanego "Marmurem" i starszego Rubensa. 
Pierwsza warstwa była zielona, druga zielona, trzecia biała. Nietrudno 
dopatrzyć się w tym troistego symbolu ćmy, której skrzydła, przymocowane 
do trupiego kadłuba, sprawiają, że trudno ją odróżnić od płatków róży. Ileż 
razy Magdalena Strozzi ścinała białą różę i słyszała, jak jęczy jej między 
palcami, wykręca się i skomlę słabiutko, niby drobna mandragora lub jedna 
z tych jaszczurek, które śpiewają jak ptaki-liry na widok lustra! Lecz było za 
późno i ćma-trupia główka ukłuła ją. Rafael wiedział o tym, wyczuł, że jest 
bliska śmierci. By wymalować ją wiernie, dodał jej jednorożca, symbol 
czystości, baranka i narwala równocześnie, który pije z ręki dziewicy. Ale 
malując ją widział ćmę, więc ten jednorożec zabija swą panią, w jej 
majestatyczną pierś wbija z pożądliwością swój nieczysty róg, powtarza 
czynność leżącą u źródeł. To, co kobieta trzyma w dłoniach - to tajemny 
kielich, z którego wszyscy piliśmy nie wiedząc, pragnienie, które 
zaspokajaliśmy przez inne usta, wino czerwone i pieniste, z którego biorą 
się gwiazdy, robaki i dworce kolejowe. 

c) Portret Henryka Ósmego HOLBEINA 

Na tym obrazie chciano widzieć polowanie na słonie, mapę Rosji, 
konstelację Liry, portret papieża przebranego za Henryka Ósmego, burzę 
na Morzu Sargassa lub owego złocistego polipa, który żyje w okolicach 
Jawy, pod wpływem cytryn lekko kicha, po czym umiera wydając cichutki 
gwizd. 

background image

Każda z tych interpretacji jest słuszna, jeżeli chodzi o ogólny układ obrazu, 
zarówno gdy patrzymy na niego tak, jak wisi, jak gdy zawiesimy go bokiem 
lub do góry nogami. Różnice polegają na szczegółach: pozostaje środek, 
który jest ZŁOTEM, cyfrą SIEDEM, OSTRYGĄ dostrzegalną w rejonach 
kapelusz-sznureczek z główką - PERŁĄ (błyszczącą kępką pereł na 
ubraniu lub też centralnie położonym krajem) i ogólny KRZYK absolutnie 
zielony, bijący z całości. 
Zdobądź się na prosty eksperyment: pojedź do Rzymu i połóż rękę na 
sercu króla, a zrozumiesz genesis morza. Jeszcze prościej jest przybliżyć 
zapaloną świecę do jego oczu. Wtedy widać, że to nie jest twarz, że 
oślepiona głowa księżyca, ścięta niby głowy męczenników pańskich, toczy 
się po tle z przejrzystych kółeczek i poduszeczek. Nie błądzi ten, kto widzi 
w tej burzliwej skamielinie walkę leopardów. Ale są i powolne sztylety z 
marmuru, paziowie zżerani nudą w długich krużgankach, zawiły dialog 
pomiędzy halabardami a trądem. Królowanie człowieka jest tylko stronicą 
historii, lecz on nie wie o tym i obojętnie igra z rękawiczkami i jelonkami. 
Ten człowiek, który na ciebie patrzy, powraca z piekła. Odsuń się od 
obrazu, a wtedy zobaczysz, jak powoli się uśmiecha, bo jest wydrążany,  
nadziany powietrzem, z tyłu podtrzymują go suche ręce niby figurę z kart, 
kiedy ustawia się zamek i wszystko drży. A oto morał: "Nie ma trzeciego 
wymiaru, ziemia jest płaska, człowiek pełza. Alleluja". Może mówi to diabeł, 
a może chcesz w to wierzyć, bo mówi ci to król. 

JAK NALEŻY TĘPIĆ MRÓWKI W RZYMIE 

Instrukcja 

Mrówki zjedzą Rzym - tak jest powiedziane. Łażą wśród kocich łbów. 
Wilczyco, jaki gościniec drogich kamieni przerzyna ci gardło? Z której 
strony wypływają źródlane wody, żywe tablice, drżące kamee, o północy 
mamroczące historię dynastii i rocznic? Trzeba by znaleźć serce, które 
każe bić fontannom, ażeby ustrzec je przed mrówkami, i zorganizować w 
tym mieście wezbranej krwi i rogów obfitości, sterczących niby ręce ślepca, 
jakiś obrzęd wybawienia, aby przyszłość mogła piłować sobie zęby o 
wzgórza, wyrwać się łagodna i bezsilna, całkowicie wolna od mrówek. 
Najpierw należy zlokalizować źródła, co nie jest trudne, bowiem na 
kolorowych mapach źródła, fontanny i wodotryski są w kolorze niebieskim; 
trzeba tylko ich dobrze poszukać, a potem obrysować niebieskim ołówkiem, 
niebieskim, nie czerwonym, ponieważ dobra mapa Rzymu sama jest 
czerwona, tak jak Rzym. Na czerwieni Rzymu niebieski ołówek zaznaczy 
fiołkowo każde źródło i w ten sposób będziemy pewni, że mamy je 
wszystkie i znamy ulistnienie wód. 
W większym skupieniu i ciszy należy wwiercać się w nieprzezroczysty 
kamień, pod którym wiją się rtęciowe żyły, cierpliwie zgłębiać znak każdego 
źródła, w jasne księżycowe noce trzymać miłosną straż przy cesarskich 
wazach, aż z takiej ilości zielonego szeptu, z takiego kwietnego gruchania 
narodzą się kierunki, konfluencje, nowe ulice, ŻYWE. Nie śpiąc, należy nimi 
pójść z leszczynowymi prętami w formie widełek, trójkąta (po dwie różdżki 
w każdej ręce, jedna przytrzymywana luźno palcami), wszystko 
niewidoczne dla karabinierów i ludności uprzejmie nieufnej, pójść z nimi do 
Kwirynału, podejść na Campidoglio, z krzykiem biegać po Pincio, 
nieruchomym pojawieniem się na podobieństwo kuli ognistej zakłócić 
porządek Piazza delia Esedra, i w ten sposób z głuchych, w głębi ziemi 
leżących metali wydobyć nazwy podziemnych rzek. I nie prosić o pomoc 
nigdy, nikogo. 
Wtedy ujrzymy, jak w tej marmurowej dłoni płyną harmonijne żyły, przez 
igraszki wód, przez podstępne sztuczki, i podchodząc bliżej, coraz bliżej, 
będziemy napływać, obejmować się, stwarzać arterie, wylewać się twardo 

background image

na centralny plac, gdzie pulsuje bęben z płynnego szkła, korzeń pobladłych 
kielichów, głęboki koń. I już będziemy wiedzieli, gdzie, w jakiej nawie 
wapiennej, gdzie, pośród małych szkieletów lemurów, bije jego czas, jego 
wodne serce. 
Trudno będzie dowiedzieć się tego, ale się dowiemy. Wtedy wytępimy 
mrówki pożądające źródeł, zalepimy galerie, które ci ohydni górnicy drażą, 
ażeby dotrzeć do tajnego życia Rzymu. Wytępimy mrówki przez sam fakt 
dojścia wcześniej od nich do głównego źródła. I odjedziemy nocnym 
pociągiem, uciekając przed mściwymi lamiami, pośród zakonnic i żołnierzy, 
potajemnie szczęśliwi. 

WCHODZENIE PO SCHODACH 

Instrukcja 

Każdy zauważył, że nierzadko podłoga załamuje się w ten sposób, że 
część jej ustawiona jest pod kątem prostym do jej powierzchni, następnie 
zaś inna jej część równolegle do tejże podłogi, aby umożliwić ustawienie 
nowego kawałka prostopadłego, a cała rzecz powtarza się spiralnie lub w 
linii łamanej do najrozmaitszych wysokości. Schyliwszy się i umieściwszy 
rękę lewą na części pionowej, prawą zaś na części poziomej, człowiek 
staje się krótkotrwałym posiadaczem schodka, czyli stopnia. Każdy z tych 
stopni, składający się, jak widać, z dwóch elementów, znajduje się odrobinę 
wyżej i odrobinę dalej niż poprzedni, która to zasada nadaje schodom sens, 
jako że każda inna kombinacja wytworzyłaby formy może piękniejsze i 
bardziej malownicze, lecz niezdolne do przenoszenia nas z parteru na 
piętro. 
Na schody wchodzi się przodem, bowiem tyłem i bokiem jest niebywale 
niewygodnie. Naturalna pozycja jest stojąca, ręce zwieszone, głowa prosto, 
nie na tyle jednak, aby oczy nie widziały wyższych stopni niż te, po których 
się stąpa, a oddychać trzeba powoli i rytmicznie. Ażeby wejść na schody, 
trzeba zacząć od podniesienia prawej dolnej części ciała, opakowanej 
prawie zawsze w skórę albo zamsz, niemalże bez reszty mieszczącej się 
na schodku. Kiedy wyżej wymieniona część ciała, którą dla uproszczenia 
nazwiemy nogą, zostanie już umieszczona na pierwszym stopniu, należy 
unieść odpowiadającą jej lewą część (również zwaną nogą, nie mylić z 
uprzednio wymienioną), po czym uniósłszy ją, tak ażeby noga spoczęła na 
drugim stopniu, przenieść całe ciało aż do umieszczenia nogi na 
następnym stopniu, na którym znowu spocznie noga, podczas gdy na 
pierwszym jeszcze spoczywa noga. (Pierwsze stopnie są zawsze 
najtrudniejsze, aż do chwili zdobycia nieodzownej koordynacji ruchów. 
Koincydencja nazwy pomiędzy nogą a nogą utrudnia nieco instrukcję. 
Uwaga: nie podnosić równocześnie nogi i nogi.) 
Dotarłszy tym sposobem do drugiego stopnia, należy na zmianę powtarzać 
wyżej wymienione ruchy i w ten sposób znajdziemy się na najwyższym 
stopniu schodów. Schodzi się z nich bez trudności, przy pomocy lekkiego 
ruchu pięty, który wpiera ją w należne miejsce, ażeby nie ruszyła się aż do 
chwili, kiedy skończymy schodzenie. 

WSTĘP DO PRZEPISÓW NA TEMAT NAKRĘCANIA ZEGARKA

Pomyśl, że kiedy ci ofiarowują zegarek, ofiarowują ci małe, ukwiecone 
piekło, łańcuch z róż, więzienie z powietrza. Nie tylko dają ci zegarek, 
wszystkiego najlepszego, mamy nadzieję, ze będzie ci długo służył, bo jest 
dobrej marki, szwajcarski, z rubinową kotwiczką, nie tylko dają ci tego 
małego łupacza kamieni, którego przytwierdzisz sobie do przegubu ręki i 

background image

będziesz prowadzał ze sobą. Dają ci - o czym nie wiedzą, najgorsze, że o 
tym nie wiedzą - dają ci nową, delikatną i wrażliwą cząstkę ciebie, coś, co 
jest tobą nie będąc twym ciałem, co trzeba przywiązywać do ciała 
rzemyczkiem, coś okropnego, co wczepia się w twoją dłoń. Dają ci 
konieczność nakręcania go co dzień, obowiązek nakręcania go, ażeby nie 
przestał być zegarkiem, dają ci obsesję sprawdzania dokładnej godziny na 
wystawach zegarmistrzów, w radio, przez telefon. Dają ci strach przed 
zgubieniem go, przed upuszczeniem na podłogę i stłuczeniem. Dają ci jego 
markę i przeświadczenie, że jest to marka lepsza od innych, dają ci ochotę 
porównywania tego zegarka z innymi. Nie dają ci zegarka, ty jesteś 
prezentem, ciebie ofiarowują zegarkowi na urodziny. 

JAK NAKRĘCAĆ ZEGAREK 

Instrukcja 

Tam w głębi tkwi śmierć, lecz nie bój się. Weź zegarek w jedną rękę, 
palcami drugiej uchwyć prztyczek do nakręcania i powoli nim obracaj. I oto 
otwiera się inny wymiar, drzewa rozwijają liście, lodzie stają do regat, czas 
niby wachlarz samorzutnie się rozkłada, z niego kiełkuje powietrze, 
powiewy ziemi, cień kobiety, zapach chleba. 
Czego chcesz więcej, czego chcesz więcej? Prędko załóż go na rękę, 
pozwól mu pulsować do woli, naśladuj go zazdrośnie. Strach przeżre 
kotwiczkę, każda rzecz, która jest osiągalna a została zapomniana, będzie 
powodowała rdzewienie żył zegarka, wywołując gangrenę w chłodnej krwi 
jego maleńkich rubinów. Tam w głębi tkwi śmierć, chyba że pośpieszymy 
się, przybiegniemy przed nią i zrozumiemy, że to już nie ma znaczenia. 

NIECODZIENNE ZAJĘCIA

POZORY

Jesteśmy dziwaczną rodziną. W tym kraju, gdzie wszystko robi się albo z 
musu, albo żeby komuś zaimponować, lubimy zajęcia niezależne, prace ot 
tak sobie, pozory, które do niczego nie służą. 
Posiadamy pewną wadę: brak nam oryginalności. Niemalże wszystko, do 
czego się zabieramy, jest inspirowane - szczerze mówiąc: kopiowane - ze 
sławnych modeli. Tylko w razie konieczności wnosimy coś nowego: 
anachronizmy, niespodzianki, skandale. Najstarszy z moich wujów twierdzi, 
że podobni jesteśmy do kopii robionych przez kalkę, identycznych z 
oryginałem, tyle że w innym kolorze, na innym papierze, w innym celu. 
Moja trzecia siostra przyrównuje się do mechanicznego słowiczka 
Andersena. Romantyzm jej może przyprawić o mdłości. 
Jest nas dużo i mieszkamy przy ulicy Humboldta. 
Robimy różne rzeczy, ale dość trudno jest to zreferować, ponieważ w 
opowiadaniu brak zasadniczych czynników: niepokoju i oczekiwania na 
niespodzianki, o tyle przecież ważniejszego niż ich rezultaty, oraz 
upadków, kiedy to cała rodzina wali się na ziemię niby domek z kart, a w 
ciągu długich dni słychać tylko westchnienia lub wybuchy śmiechu. 
Mówienie o tym, co robimy, jest niejako sposobem wypełnienia 
nieuniknionych próżni, nieraz bowiem bywamy biedni, uwięzieni lub chorzy, 
nierzadko (o czym smutno wspomnieć) któreś z nas umiera, któreś 
zdradza, rezygnuje albo bierze posadę w urzędzie podatkowym. Z tego nie 

background image

należy jednak wnioskować, że powodzi się nam źle albo że jesteśmy 
smutni. Mieszkamy w dzielnicy Pacifico i jak tylko możemy - robimy coś. 
Jest nas dużo i mamy pomysły oraz dobre chęci wprowadzania ich w życie. 
Na przykład szubienica; do dziś nie jesteśmy zgodni co do genezy tego 
pomysłu; moja piąta siostra twierdzi, że wymyślił ją jeden z naszych 
ciotecznych braci, wielkich filozofów; najstarszy z wujów utrzymuje, że to 
jemu wpadło do głowy po przeczytaniu pewnej noweli de capa y espada. 
gruncie rzeczy nie ma to znaczenia, jedyną sprawą ważną jest robić coś, i 
dlatego mówię o tym niechętnie, tylko po to, aby wypełnić jakoś pustkę 
dżdżystego popołudnia. 
Przed domem jest ogród - na ulicy Humboldta rzecz raczej rzadka. Nie jest 
większy niż zwykłe patio, ale wznosi się o trzy stopnie ponad chodnik, co 
daje mu efektowny wygląd estrady, wymarzone miejsce dla ustawienia 
szubienicy. Ponieważ ogrodzenie jest połączeniem muru i krat, 
przechodnie nie mogą wchodzić do domu, mogą jednakże całe godziny 
gapić się, oparci o sztachety, ale nam to nie przeszkadza. "Zaczniemy przy 
pełni" - rozkazał ojciec. W dzień jeździliśmy więc kupować drewno i żelazo 
w składach przy Avenida Juan B. Justo, siostry zostawały w salonie, 
ćwicząc wycie wilków, gdyż moja najmłodsza ciotka twierdziła, że 
szubienice przyciągają wilki i podniecają je, żeby wyły do księżyca. Kuzyni 
zajmowali się zdobywaniem zapasów gwoździ i potrzebnego żelastwa, 
najstarszy z wujów wyrysowawszy plany omawiał z matką i z młodszym 
wujem różnorakość i rodzaje narzędzi tortur. Przypominam sobie 
zakończenie dyskusji: 
zgodzili się na spore podwyższenie, na którym ustawi się szubienicę i koło, 
i pozostanie jeszcze sporo miejsca na tortury i ewentualne ścinanie głów, 
zależnie od okoliczności. Najstarszemu z wujów takie rozwiązanie wydało 
się o wiele uboższe i skromniejsze od jego pierwotnej idei, jednakże 
wymiary ogródka i ceny materiałów z konieczności ograniczyły rodzinne 
ambicje. 
Do budowy przystąpiliśmy pewnej niedzieli po południu; na obiad były 
ravioli. Jakkolwiek nigdy nie zastanawialiśmy się nad tym, co pomyślą 
sąsiedzi, było jasne, że nieliczni gapie są przekonani, iż zamierzamy 
dobudować parę pokoi, aby powiększyć dom. Pierwszy dał wyraz 
zdziwieniu don Cresto, staruszek z przeciwka, który przyszedł zapytać, po 
co instalujemy taką estradę. Siostry zebrane w kącie ogrodu parokrotnie 
zawyły. Zeszło się sporo ludzi, ale nie przerwaliśmy roboty aż do wieczora, 
wykończyliśmy podwyższenie i zrobiliśmy stopnie w dwóch miejscach (dla 
księdza i dla skazańca, bo nie powinni wchodzić razem). W poniedziałek 
część rodziny poszła do swych zwykłych zajęć, bo przecież z czegoś 
trzeba umierać, pozostali zaś zaczęli wznosić szubienicę, podczas gdy 
najstarszy z wujów studiował budowę koła tortur na starych sztychach. 
Uważał, że należy umieścić je możliwie wysoko na jakimś klocu, na 
przykład na przyzwoicie ociosanym pniu topoli. Ażeby zadowolić go, mój 
drugi brat i moje cioteczne rodzeństwo pojechali ciężarówką po topolę; w 
tym samym czasie najstarszy z wujów wraz z mamą zakładali szprychy w 
piastę koła, ja zaś przygotowywałem żelazną obręcz. Były to chwile 
cudownej zabawy, odgłosy młotka dochodziły ze wszystkich stron, siostry 
wyły w salonie, sąsiedzi pchali się u krat wymieniając między sobą 
wrażenia, zaś na lilioworóżowym tle zachodu rysował się profil szubienicy i 
sylwetka mojego młodszego wuja, który siedząc okrakiem na poprzeczce 
przykręcał hak i przygotowywał stryczek. 
W tej sytuacji przechodnie raczej nie mogli nie zorientować się, co robimy, i 
chór protestów i gróźb podniecał nas, aby zakończyć dzień zmontowaniem 
koła. Niektórzy śmiałkowie usiłowali przeszkodzić mojemu drugiemu bratu 
oraz ciotecznemu rodzeństwu we wniesieniu do nas przecudownego pnia 

background image

topoli, który właśnie przywieźli. Zalążek bójki został jednak od miejsca do 
miejsca wygrany przez zjednoczoną rodzinę, która, w zdyscyplinowanym 
wysiłku ciągnąc topolę, wtaszczyła ją do ogródka wraz z nieletnim 
dziecięciem uczepionym u korzeni. Ojciec we własnej osobie zwrócił 
dziecię zdesperowanym rodzicom, uprzejmie podając je poprzez kratę, ale 
podczas gdy ogólna uwaga skupiała się na tych sentymentalnych 
epizodach, najstarszy z wujów, przy pomocy ciotecznych braci 
umocowawszy koło na pniu, ustawiał pionowo całą machinę. Policja 
przybyła w chwili, gdy zgromadzona na podwyższeniu rodzina z 
ożywieniem omawiała tak udaną szubienicę. Nie opodal drzwi znajdowała 
się tylko moja trzecia siostra, tak iż jej osobiście przyszło rozmawiać z 
podkomisarzem. Bez trudności wytłumaczyła mu, że pracujemy na własnej 
posesji nad dziełem, które dopiero w użytkowaniu mogłoby kolidować z 
założeniami konstytucji, czyli że wzburzenie sąsiadów jest wyłącznie 
owocem zazdrości i nienawiści. Nadejście nocy uratowało nas od dalszej 
straty czasu. 
Przy świetle karbidówki zjedliśmy kolację na szafocie, podglądani przez co 
najmniej setkę zawistnych sąsiadów. Nigdy duszony prosiak nie wydał się 
nam lepszy, wino tak ciemne i słodkie. Północny wiatr lekko kołysał 
stryczkiem, ze dwa razy skrzypnęło koło, jakby kruki już usiadły na nim w 
oczekiwaniu żeru. 
Gapie zaczęli się rozchodzić, żując nieokreślone pogróżki, ale ze 
trzydzieści osób nie rezygnując nadal wisiało u kraty. Po kawie zgasiliśmy 
karbidówkę, aby obejrzeć księżyc, wznoszący się ponad balustradą tarasu, 
siostry zawyły, kuzyni i wujowie powoli przeszli się po podwyższeniu, które 
drżało pod ich krokami. W ciszy, jaka potem nastąpiła, księżyc oświecił 
pętlę; wydało się nam, że po kole przesuwa się chmurka o posrebrzanych 
brzegach. Patrzyliśmy na to wszystko tak szczęśliwi, że trudno opisać, ale 
sąsiedzi szemrali u kraty, jakby zawiedzeni. Zaczęli zapalać papierosy i 
oddalać się po jednym, niektórzy w piżamach, a niektórzy wolniej. 
Pozostała ulica, gdzieś w dali gwizd policjanta i mikrobus sto osiem, 
przejeżdżający od czasu do czasu; my już spaliśmy i śniły nam się zabawy, 
słonie i jedwabne szaty. 

ETYKIETA l PROTOKÓŁ

Zawsze uważałem, że charakterystyczną cechą naszej rodziny jest 
skromność. Wstydliwość dochodzi u nas do granic wręcz niewiarygodnych, 
zarówno w ubiorze, jak w jedzeniu i w sposobie wyrażania się czy też 
wsiadania do tramwaju. Na przykład zdrobnienia, których tak nadużywa się 
w dzielnicy Pacifico, w nas wzbudzają czujność, refleksję, niemalże 
niepokój. Uważamy, że nie można jakim bądź przezwiskiem obdarzać 
człowieka, który potem musi je przyjąć i znosić przez całe swoje życie. 
Panie z ulicy Humboldta nazywają swych synów Toto, Cacho i Coco, córki 
Negra i Beba - w naszej rodzinie gardzimy tymi banalnymi zdrobnieniami, 
nie mówiąc już o wyszukanych, jak Chirola, Cachuzo lub Matagatos, 
których słyszy się mnóstwo przy ulicy Paraguay i Godoy Cruz. Jako 
przykład powściągliwości, którą zachowujemy w tych wypadkach, może 
służyć casus mojej drugiej z rzędu ciotki. Mimo że jest obdarzona tyłkiem 
imponujących rozmiarów, nigdy nie pozwolilibyśmy sobie ulec łatwej 
pokusie nadania jej banalnego zdrobnienia. Tak więc zamiast ochrzcić ją 
brutalnym mianem Amfory Etruskiej, jednogłośnie zgodziliśmy się na 
skromniejsze i przyzwoitsze przezwisko Dupiatej. Takt nie zawodzi nas 
nigdy, mimo że nieraz musimy dosłownie walczyć z sąsiadami, którzy 
upierają się przy tradycyjnych "ksywach". Mojemu młodszemu kuzynowi, 
obdarzonemu niezwykle dużą głową, odmówiliśmy imienia Atlas, jak 

background image

przezywano go w barze na rogu, woląc nieporównanie delikatniejsze - 
Baniocha. I tak zawsze. 
Chciałbym zaznaczyć, że nie robimy tego, ażeby w jakiś sposób odróżniać 
się od naszych sąsiadów. Po prostu, nie obrażając niczyich uczuć, 
pragniemy niepostrzeżenie zwalczać rutynę i tradycjonalizm. Nie podoba 
nam się wulgarność pod żadną postacią i wystarcza, aby którekolwiek z 
nas usłyszało w jadłodajni zdanie w rodzaju: "rozgrywki miały bardzo 
gwałtowny przebieg" albo: "po początkowym ataku wysiłek został 
skierowany przede wszystkim na centrum obrony przeciwnika", abyśmy 
natychmiast stwierdzali to samo, tyle że w formie o wiele mniej wulgarnej, 
na przykład: "ale jatki, że nie było co zbierać" albo: "najpierw mu szajba 
odbiła, a potem wdupala". Ludzie patrzą na nas zaskoczeni, ale zawsze 
znajdzie się ktoś, kto zrozumie lekcję ukrytą w tych subtelnych 
wypowiedziach. Najstarszy z wujów, który cytuje argentyńskich pisarzy, 
twierdzi, że z wieloma z nich można by zrobić coś w tym rodzaju, ale 
dokładnie nigdy nam jeszcze tego nie wyłożył. A szkoda. 

POCZTA, TELEGRAF, TELEFON

Kiedy jeden z naszych dalekich kuzynów został ministrem, postaraliśmy 
się, żeby większą część rodziny zatrudnił na poczcie przy ulicy Serrano. 
Cóż, długo to nie trwało, ale zawsze. Z trzech dni, które przepracowaliśmy, 
przez dwa obsługiwaliśmy publikę z tak niebywałą szybkością, że 
zasłużyliśmy na niespodziewaną wizytę inspektora z poczty głównej i 
pochwalną wzmiankę w "La Razów". Trzeciego dnia byliśmy już zupełnie 
pewni naszej popularności, bo nawet z innych dzielnic przychodzili ludzie, 
żeby nadawać listy i posyłać pieniądze do jakichś absurdalnych 
miejscowości. Wtedy najstarszy z wujów dał nam zupełnie wolną rękę i 
rodzina poczęła obsługiwać publiczność całkowicie według swych zasad i 
gustów. W okienku, gdzie nadaje się listy, moja druga siostra każdemu, kto 
kupował znaczki, dawała balonik. Pierwszy dostała jakaś grubaska, i 
dosłownie wmurowało ją z tym balonikiem i znaczkiem jednopesowym w 
ręku, który, już pośliniony, z wolna przylepiał się jej do palca. Jakiś 
długowłosy miedziak z mety odmówił balona, a siostra go zbeształa, 
podczas gdy w ogonku ścierały się ze sobą różne opinie na ten temat. 
Obok, w sąsiedztwie okienka, prowincjusze, zaabsorbowani bezmyślnym 
wysyłaniem zarobków swoim odległym rodzinom, z niejakim zdumieniem 
przyjmowali poczęstunek szklaneczką grapy, nierzadko ukoronowany 
pierożkiem, wszystko na koszt ojca, który w dodatku na cały głos recytował 
im złote myśli starego gaucha Yiscacho. W tymże czasie bracia, 
obsługujący okienko przesyłek, smarowali takowe smołą, wrzucali do kubła 
pełnego pierza, po czym w tym stanie prezentowali po chwili zdumionym 
nadawcom zapewniając, że w ten sposób udoskonalone paczuszki 
wywołają nie lada wesołość. "Ani sznurka nie widać - mówili - ani żadnego 
ordynarnego laku, uważa pan, za to nazwisko adresata wygląda, jakby 
kryło się pod skrzydłem łabędzia..." Muszę szczerze przyznać, że nie 
wszyscy to doceniali. 
Kiedy gapie i policja wkroczyli do lokalu, mama zakończyła całą sprawę w 
sposób więcej niż cudowny, obsypując publikę nieskończoną ilością 
kolorowych strzałek, zrobionych z wypełnionych formularzy telegraficznych, 
i wycofaliśmy się w ordynku, na z góry upatrzone pozycje. Z dala dojrzałem 
jakąś dziewczynkę we łzach; była trzecia w kolejce od okienka, a teraz 
zrozumiała, że z balonika nici. 

ZGUBIENIE l ODNALEZIENIE WŁOSA 

W walce z pragmatyzmem i obrzydliwą tendencją do konsekwentnego 

background image

dążenia do celu mój najstarszy kuzyn propaguje następujący proceder: 
wyrwać sobie z głowy jeszcze całkiem dobry włos, zawiązać go na supełek 
i pozwolić mu powoli spłynąć przez ściek umywalki. Na wypadek gdyby 
zatrzymał się na siateczce, jaką niektórzy wmontowują do umywalek, 
wystarczy otworzyć kran, ażeby całkowicie znikł nam z oczu. 
Z tą chwilą należy przystąpić do poszukiwania włosa. Pierwsza operacja 
zasadza się na odkręceniu syfonu i sprawdzeniu, czy aby włos nie utknął 
na jakiejś chropowatości rury. Jeżeli go tam nie widać, należy odśrubować 
rurę, łączącą syfon z głównym ściekiem. Naturalnie w tej rurze zobaczymy 
dużo włosów, wobec czego trzeba będzie skorzystać z pomocy całej 
rodziny, ażeby je przepatrzyć jeden po drugim. Jeżeli włosa nie będzie, 
staniemy przed interesującym zagadnieniem przebadania rur aż do parteru, 
co jest połączone z większym wysiłkiem, bowiem przez okres ośmiu do 
dziesięciu lat trzeba będzie popracować w jakimś ministerstwie czy innej 
spółdzielni, ażeby zgromadzić pieniądze, które by umożliwiły wykupienie 
wszystkich czterech apartamentów leżących poniżej mieszkania 
najstarszego kuzyna, wszystko to pod groźbą, że w ciągu tych ośmiu do 
dziesięciu lat pracy włos może opuścić przewody i że właściwie tylko 
przedziwny zbieg okoliczności zdołałby sprawić, by przez cały ten czas 
pozostał on zaczepiony o jakiś sterczący kawałek zardzewiałej rury. 
Kiedy nadejdzie ów dzień, że będziemy mogli rozbić wszystkie rury we 
wszystkich mieszkaniach, przez całe miesiące będziemy żyli pośród misek i 
innych naczyń pełnych mokrych włosów, a także w otoczeniu pomagierów i 
żebraków, którym będziemy hojnie płacić za szukanie, segregowanie, 
klasyfikowanie i przedstawianie nam niektórych włosów w celu zdobycia tak 
upragnionej pewności. Jeżeli włos nie pojawi się, wkroczymy w etap dużo 
mniej konkretny, natomiast bardziej skomplikowany, bowiem następny krok 
prowadzi nas do głównych kolektorów miejskich. Nabędziemy ochronne 
stroje i przejdziemy kurs schodzenia późną nocą do ścieków, w tlenowych 
maskach, z mocną latarnią w dłoni, i będziemy przeszukiwali większe i 
mniejsze galerie, przy pomocy ciemnych indywiduów z "marginesu", z 
którymi nawiążemy stosunki i którym będziemy musieli oddawać większą 
część pieniędzy zarabianych w ciągu dnia po ministerstwach czy domach 
towarowych. 
Nierzadko będziemy mieli wrażenie, że już-już wywiązaliśmy się z zadania, 
bo znajdziemy (lub przyniosą nam) wiele włosów podobnych do tego, 
którego szukamy. Ale ponieważ nie znane są przypadki, ażeby włos miał 
supełek nie związany ręką ludzką, niemal zawsze dojdziemy w końcu do 
wniosku, że dany włos po prostu posiada zgrubienie (jakkolwiek i takie 
wypadki nie są nam znane), ewentualnie, że osadził się na nim jakiś silikat, 
rdza lub też inny produkt długiego przebywania w wilgoci. Jest możliwe 
więc, że będziemy posuwali się wieloma kanałami, - większymi i 
mniejszymi, aż dojdziemy do kolektora głównego, uchodzącego do rzeki, 
burzliwego zbiorowiska wszelkich odpadków i nieczystości. Jest to miejsce, 
do którego nikt nie zdecyduje się zejść, gdzie już żadne pieniądze, żadne 
szantaże, żadne przekupstwo nie umożliwią nam dalszych poszukiwań. 
Ale może się zdarzyć, że wcześniej, nawet o wiele wcześniej, na przykład o 
kilka centymetrów od spustu umywalki na drugim piętrze albo też w 
pierwszej rurze pod poziomem ulicy natkniemy się na włos. Wystarczy 
pomyśleć o radości, którą to nam sprawi, o astronomicznej cyfrze przez 
czysty przypadek zaoszczędzonych wysiłków, ażeby usprawiedliwić, 
wybrać, nawet polecać podobne zajęcia, jakich każdy sumienny nauczycie! 
powinien wymagać od swoich uczniów od ich najmłodszych lat zamiast 
mordować dzieciaki regułą trzech albo historią wojen punickich. 

background image

CIOTKA W TARAPATACH

Dlaczego też nasza ciotka tak strasznie boi się upaść na wznak? Od lat 
rodzina walczy o uleczenie jej z tej obsesji, ale oto nadchodzi chwila, że 
musimy przyznać się do porażki. Cokolwiek robimy, ciotka wciąż boi się 
upaść na wznak, która to niewinna mania daje się we znaki wszystkim; 
ojciec po bratersku towarzyszy jej na każdym kroku badając, czy podłoga 
nadaje się, by po niej stąpać, mama z wielką starannością wiele razy 
dziennie zamiata patio, siostry zbierają piłki tenisowe, którymi się bawią na 
tarasie, zaś kuzyni sprzątają wszystkie ślady po psach, kotach, żółwiach i 
kurach, których nie brak w domu. Ale wszystko na darmo. Po długich 
wahaniach, nie kończących się próbach i ostrych słowach do dzieci, 
znajdujących się na jej drodze, ciotka zaledwie waży się przejść przez 
pokój. Gdy wreszcie rusza, najpierw opiera jedną nogę i szura nią niby 
bokser w pudle żywicy, potem opiera drugą i przenosi ciało ruchem, który w 
dzieciństwie wydawał nam się majestatyczny; droga od jednych drzwi do 
drugich trwa dobrych parę minut. Niech Bóg broni. 
Parokrotnie rodzina usiłowała zmusić ciotkę, aby w jakiś logiczny sposób 
wytłumaczyła ten lęk przed upadkiem na wznak; i choć nieraz natykaliśmy 
się na milczenia, które można było krajać nożem, pewnej nocy, po swojej 
szklaneczce hesperydyny, ciotka wyznała wreszcie, że gdyby upadła na 
wznak, już by nie mogła się podnieść. W odpowiedzi na elementarne 
spostrzeżenie, że przecież cała 32-osobowa rodzina gotowa jest skoczyć 
jej na pomoc, zareagowała tęsknym spojrzeniem i dwoma słowami: 
"bez różnicy". Dzień później mój najstarszy brat wezwał mnie nocą do 
kuchni i pokazał mi karalucha leżącego na wznak na ziemi nie opodal 
zlewu. Bez słowa asystowaliśmy jego daremnej i długiej walce, aby się 
odwrócić, podczas gdy inne karaluchy, zwalczywszy onieśmielenie 
światłem, maszerowały po podłodze ocierając się o tego, który leżał jak 
neptek. Poszliśmy do łóżek wyraźnie melancholijni i z tej lub innej 
przyczyny nie wróciliśmy do wypytywania ciotki, ograniczając się do 
przynoszenia ulgi w jej lęku, odprowadzania jej i przyprowadzania, brania 
pod rękę i kupowania wielkich ilości pantofli o nie ślizgających się 
podeszwach oraz innych przedmiotów ułatwiających zachowanie 
równowagi. Życie potoczyło się dalej, nie gorsze od życia innych 

CIOTKA WYTŁUMACZONA LUB NIE

Czy się komu podoba, czy też nie, moi cioteczni bracia poświęcili się 
filozofii. Czytają książki, dyskutują między sobą, a reszta rodziny, wierna 
zasadzie niemieszania się w gusta innych, natomiast pomagania im o ile 
możności, admiruje ich z daleka. Wyżej wymienieni chłopcy, dla których 
żywię najwyższy szacunek, nie raz, nie dwa rozważali problem lękliwości 
ciotki, dochodząc do wniosków może niejasnych, lecz godnych 
zastanowienia. Jak to zwykle bywa w takich wypadkach, sama ciotka 
najmniej wiedziała o ich naradach, natomiast od tego czasu atencje rodziny 
w stosunku do niej wzrosły. Latami towarzyszyliśmy ciotce w jej chwiejnych 
wyprawach z salonu na patio, z sypialnego do łazienki, z kuchni do 
garderoby. Nigdy nie dziwiło nas, że sypia wyłącznie na boku i że w nocy 
leży absolutnie bez ruchu, w parzyste dni na prawym boku, w nieparzyste 
na lewym. Na krzesełkach w jadalni lub patio siaduje zawsze 
wyprostowana i nie usiadłaby za nic w świecie na bujającym fotelu ani na 
wyściełanym krześle. W noc Sputnika rodzina leżąc na ziemi na patio 
pogrążona była w obserwowaniu satelity, ale ciotka pozostała na krzesełku, 
zaś dnia następnego miała straszliwy ból szyi, tak zwany torticolis. Powoli 
rezygnowaliśmy, a dziś nawet pogodziliśmy się już z tym. Utwierdza nas w 
tym cioteczne rodzeństwo, które przy akompaniamencie 

background image

porozumiewawczych spojrzeń robi aluzje w rodzaju: "Ma słuszność". Ale 
dlaczego? Tego nie wiemy, a oni nie chcą nam wytłumaczyć. Ja na 
przykład uważam, że nic wygodniejszego niż leżenie na wznak. Całe ciało 
opiera się o materac albo kafle patia, człowiek czuje swoje pięty, łydki, 
tyłek, grzbiet, ręce i łopatki, kark, na których równomiernie rozkłada się 
ciężar ciała spoczywający na ziemi, tak blisko niej i w sposób tak naturalny, 
że wydaje się, iż przyciąga nas żarłocznie, jakby chciała nas połknąć. 
Ciekawe, ale dla mnie leżenie na wznak jest pozycją jak najnaturalniejszą i 
podejrzewam, że może dlatego właśnie ciotka ma do niej taki wstręt. Ja 
uważam, że to znakomita pozycja, a gdzieś, w głębi - że najwygodniejsza. 
Dobrze mówię: gdzieś w głębi, gdzieś głęboko, bardzo głęboko, na wznak... 
Nawet jakbym się trochę lękał, czego z kolei też nie potrafię wytłumaczyć. 
Jak bardzo chciałbym być do niej podobny i jak bardzo nie potrafię... 

USADZANIE TYGRYSÓW

Na długo przedtem, zanim wcieliliśmy nasz pomysł w życie, wiedzieliśmy, 
że usadzanie tygrysów przedstawia podwójny problem: emocjonalny i 
moralny. Pierwszy nic tyle dotyczy sadzania, ile samego tygrysa, bowiem te 
drapieżniki nie lubią być usadzane i z całą swoją energią, która jest 
ogromna, opierają się temu. Czy w takim wypadku należy zwalczać ich 
idiosynkrazję? Ale to pytanie przenosi nas w problem moralny, gdzie każda 
inicjatywa może być przyczyną lub efektem tak zaszczytów, jak i niesławy. 
Nocami w naszym domku przy ulicy Humboldta medytowaliśmy pochyleni 
nad filiżaneczkami ryżu na mleku, który nawet zapominaliśmy osłodzić i 
posypać cynamonem. Nie byliśmy tak zupełnie pewni, czy uda się nam 
usadzić tygrysa, i to nas bolało. 
W końcu zdecydowaliśmy się usadzić jednego, wyłącznie w celu 
przebadania mechanizmu sprawy w całej jego rozciągłości; 
postanowiliśmy, że potem ocenimy jego rezultaty. Nie będę na tym miejscu 
mówił o tym, jak doszliśmy do posiadania pierwszego tygrysa: 
przedsięwzięcie to wymagało subtelności i zabiegów, latania po 
konsulatach i drogeriach, skomplikowanych kombinacji biletów kolejowych i 
lotniczych i studiowania słowników. Pewnej nocy moi kuzyni przyszli cali 
pojodynowani: a więc sukces. Tak schlaliśmy się sikaczem, że moja 
młodsza siostra musiała czyścić stół grabkami. Och, w owym czasie 
byliśmy znacznie młodsi... 
Teraz, kiedy nasze doświadczenie dało już wiadome rezultaty, mogę służyć 
wszelkimi szczegółami usadzania. Może najtrudniejsze jest to wszystko, co 
dotyczy pokoju, bowiem należy mieć izbę niemalże pozbawioną mebli, o co 
niełatwo przy ulicy Humboldta. Na samym środku umieszcza się 
mechanizm: dwie skrzyżowane deski, sporą ilość giętkich drążków oraz 
parę glinianych garnków z mlekiem i wodą. Samo usadzanie tygrysa nie 
jest aż tak trudne, jakkolwiek może się zdarzyć, że operacja się nie uda i 
wtedy trzeba zaczynać od początku. Prawdziwe trudności pojawiają się z 
chwilą, gdy tygrys, już usadzony, wydostanie się na wolność i 
zademonstruje - na wiele najrozmaitszych sposobów - że ma zamiar z niej 
korzystać. Na tym etapie, który nazwę pośrednim, wszystko zależy od 
reakcji rodziny, od tego, jak się zachowają siostry, od zręczności, z jaką 
ojciec z powrotem go usadzi, manipulując nim niby garncarz gliną. 
Najdrobniejszy błąd może spowodować katastrofę: korki przepalone, mleko 
na podłodze, przerażenie w fosforyzujących oczach smagających 
ciemność, ciepłe strugi przy każdym zadrapaniu. Nie chcę sobie tego 
wyobrażać, skoro do tej chwili usadzaliśmy tygrysa bez tych zgubnych 
konsekwencji. Zarówno mechanizmy, jak i to, co wszyscy musimy 
wykonywać, począwszy od tygrysa a skończywszy na moich dalszych 
krewnych, działa prawidłowo i układa się harmonijnie. Dla nas sam w sobie 

background image

fakt usadzania tygrysa nie jest ważny, ważne jest, by ceremonia odbyła się 
aż do końca bez zakłóceń. Ważne jest, żeby tygrys albo zgodził się, by go 
usadzono, albo zachowywał się tak, aby zarówno jego zgoda, jak sprzeciw 
nie miały żadnego znaczenia. W chwilach, które miałoby się ochotę nazwać 
krucjalnymi - albo ze względu na dwie skrzyżowane deski, albo dlatego, że 
jest to wyrażenie tak poręczne - rodzinę ogarnia niebywała egzaltacja, 
matka nie jest w stanie ukryć łez, cioteczne rodzeństwo konwulsyjnie splata 
i rozplata palce. Usadzanie tygrysa ma w sobie coś z pełnego spotkania, 
coś zbliżającego się do absolutu. Powodzenie całej imprezy wymaga takiej 
dokładności w szczegółach, a płacimy za nie tak drogo, że krótkie chwile, 
które następują po usadzeniu i które decydują o jego perfekcji, niejako 
wyzwalają nas z nas samych, zmiatają tak tygrysiość, jak i ludzkość w 
jednym nieruchomym ruchu, który jest zawrotem głowy, zawieszeniem, 
dojściem. Nie ma tygrysa, nie ma rodziny, nie ma mechanizmu. Nie sposób 
zrozumieć, co pozostało: jakieś drżenie, które nie jest z tego ciała, 
skoncentrowany czas, esencja kontaktu. A potem wszyscy wychodzimy na 
zakryte patio, zaś ciotki przynoszą nam zupę i jakby coś śpiewało, 
jakbyśmy byli na chrzcinach. 

ZACHOWANIE NA VELORIACH

Nie chodzimy ani dla anyżówki, ani dlatego, że tak wypada. Pewno się już 
domyślacie: chodzimy, bo nie jesteśmy w stanie znieść demonstracyjnej 
hipokryzji. Moja najstarsza siostra cioteczna podejmuje się przebadać 
charakter rozpaczy i jeżeli jest ona szczera, jeżeli plączą dlatego, że płacz 
jest jedyną rzeczą, jaka pośród zapachu lilii i kawy pozostała tym 
mężczyznom i tym kobietom, zostajemy u siebie w domu, współczując im z 
daleka. Najwyżej mama wpadnie na chwilkę w imieniu całej rodziny; wcale 
nie chcemy naszym obcym życiem zakłócać ich rozmowy z cieniem. Ale 
jeżeli z rozsądnej inwestygacji mojej wyżej wymienionej kuzynki wynika, że 
na zakrytym patio albo też w salonie odchodzi czysta udawanka - wtedy 
wbijamy się w najlepsze garnitury, wyczekujemy, aż velorio "dojdzie", i 
pojawiamy się nie wszyscy razem: po kolei, lecz nieubłaganie. 
W dzielnicy Pacifico rzecz prawie zawsze odbywa się na patio pełnym 
doniczek i radiowej muzyki. W tych okazjach sąsiadki zgadzają się na 
wyłączenie swoich aparatów, tak że pozostają tylko jaśminy i krewni, 
podpierający ściany. Przybywamy pojedynczo lub parami, pozdrawiamy 
osierociałych, których nietrudno poznać po wybuchach płaczu na widok 
każdego nowo wchodzącego, i idziemy pochylić głowy przed zmarłym, 
eskortowani przez kogoś z najbliższych. W jakieś dwie godziny później cała 
nasza rodzina już się znajduje w domu żałoby, ale chociaż sąsiedzi dobrze 
nas znają, zachowujemy się tak, jakby każde przyszło na własną rękę i 
prawie między sobą nie rozmawiamy. Całe nasze postępowanie jest 
dokładnie zaplanowane; wybieramy sobie rozmówców, z którymi 
wychodzimy do kuchni, pod pomarańczowe drzewko, do sypialni, do 
korytarzyka, od czasu do czasu na ulicę, aby wypalić papierosa, przejść się 
naokoło bloku, pogadać o polityce i sporcie. Wybadanie prawdziwych 
uczuć osieroconej rodziny nie wymaga zbyt długiego czasu: kieliszeczek 
canii, słodzone matę, papierosy - i jest punkt zaczepienia. Przed północą 
już wiemy wszystko i możemy działać bez skrupułów. Przeważnie 
najmłodsza siostra bierze na siebie pierwszą zaczepkę: zręcznie ułożywszy 
się u stóp trumny, zakrywa oczy fioletową chusteczką i zaczyna płakać 
najpierw cicho (mocząc chusteczkę do granic), potem z czkawką i 
zadyszką, w końcu dostaje takich spazmów, że sąsiadki kładą ją do łóżka, 
zazwyczaj przygotowanego na wszelki wypadek, pocieszają, podsuwają jej 
pod nos nalewkę z kwiatu pomarańczowego. Przez ten czas sąsiedzi mają 
pełne ręce roboty z najbliższą rodziną zmarłego, najczęściej zarażoną tym 

background image

atakiem. Przez jakiś czas w drzwiach jest tłok, zapytania i odpowiedzi 
rzucane półgłosem, ktoś wzrusza ramionami, ktoś się przepycha. Zmęczeni 
wysiłkiem, który zmuszeni byli solidnie wykonać, najbliżsi wreszcie 
wyczerpują objawy swojej rozpaczy, lecz dokładnie w tej samej minucie 
moje trzy kuzynki zaczynają płakać, bez najmniejszej afektacji i bez krzyku, 
ale tak przejmująco, że rodzina i sąsiedzi czują się zdystansowani 
rozumiejąc, że jest niemożliwe, aby oni próżnowali, podczas kiedy obcy 
ludzie z sąsiedniej ulicy tak się przejmują; dość że po raz wtóry dołączają 
do ogólnego lamentu, po raz wtóry należy szykować łóżka, wachlować 
kobiety w podeszłym wieku, rozluźniać paski konwulsyjnie drżącym 
starcom. Zazwyczaj z braćmi oczekujemy tego momentu, ażeby wkroczyć 
do pokoju i podejść do katafalku. Jakkolwiek mogłoby się to wydawać 
dziwne, jesteśmy naprawdę przejęci, bo kiedy rozlega się płacz sióstr, 
nieogarniona boleść wypełnia nam piersi, przypominając przeżycia z 
dzieciństwa, jakieś pola w Villa Albertina, tramwaj, który zgrzytał zakręcając 
w ulicę Generał Rodriguez w Banfieid, te rzeczy, zawsze takie smutne. 
Wystarcza nam widok złożonych rąk nieboszczyka, ażeby porwał nas nagły 
szloch, zmuszając do wstydliwego zakrycia twarzy rękami, i oto jesteśmy, 
pięciu mężczyzn płaczących na velorio, podczas gdy ożałobieni biorą 
rozpaczliwie oddech, żeby nam dorównać, czując, że za wszelką cenę 
muszą zaakcentować, że to ich velorio, że tylko oni mają w tym domu 
prawo do łez. Ale jest ich mniej i kłamią (co wiemy przez naszą najstarszą 
kuzynkę, i stąd czerpiemy siły). Nadaremnie komasują czknięcia i 
omdlenia, nadaremnie co lojalniejsi sąsiedzi usiłują dawać im rady, robić 
uwagi, podnosić na duchu i zachęcać, by po odpoczynku włączyli się do 
walki. Teraz już wkraczają nasi rodzice i najstarszy z wujów, i jest coś, co 
zmusza do szacunku, w bólu tych dojrzałych ludzi, którzy specjalnie 
przyszli aż z ulicy Humboldta, pięć bloków licząc od rogu, ażeby czuwać 
przy drogim nieboszczyku. Sąsiedzi zaczynają tracić grunt pod nogami, co 
logiczniej myślący porzucają żałobników i idą do kuchni popić grapy i 
pogadać. Niektórzy krewni zmarłego, wyczerpani półtoragodzinnym 
szlochem, zasypiają kamiennym snem. My zaś podnosimy się po kolei, 
pilnie przy tym bacząc, by się nie wydało, że cokolwiek zostało ukartowane, 
i oto przed świtem jesteśmy bezspornymi właścicielami veloria; większość 
sąsiadów rozeszła się do domów spać, rodzina wala się po kątach w 
najróżniejszych posturach i w najróżniejszych stopniach wyczerpania; nad 
patiem wschodzi jutrzenka. O tej porze nasze ciotki zabierają się 
energicznie do przygotowania przegryzki, podają wrzącą kawę; patrzymy 
na siebie, kiedy się mijamy w pokojach lub na korytarzu; jest w nas coś z 
mrówek, gdy tak chodzimy tam i na powrót, w przejściu ocierając się 
czułkami. Kiedy zajeżdża karawan, dyspozycje są wydane, moje siostry 
podprowadzają osieroconą rodzinę, aby się pożegnała ze zmarłym, zanim 
trumna zostanie zamknięta. Podtrzymują ich i pocieszają, podczas gdy 
kuzynki i bracia usiłują ich odepchnąć, skrócić ostatnie pożegnania i 
pozostać sam na sam z nieboszczykiem. Wyczerpani, zagubieni, coś 
niecoś rozumiejący, lecz niezdolni do najmniejszej reakcji, żałobnicy dają 
się przyprowadzać i odprowadzać, popijając, gdy im się coś przytknie do 
ust, i odpowiadając na pieszczotliwe starania moich sióstr i kuzynek lekkimi 
protestami. Kiedy przychodzi godzina opuszczenia domu pełnego przyjaciół 
i znajomych, niewidoczna, lecz bezbłędna organizacja decyduje o każdym 
posunięciu, dyrektor zakładu pogrzebowego z szacunkiem wysłuchuje 
dyspozycji mego ojca, przeniesienie trumny odbywa się zgodnie ze 
wskazówkami najstarszego wuja. Czasami krewni zmarłego, przybyli w 
ostatniej chwili, występują z jakimiś nietaktownymi roszczeniami: lecz 
sąsiedzi, przekonam, że wszystko odbywa się tak, jak należy, patrzą na 
nich ze zgrozą, zmuszając do zamilknięcia. W karawanie zasiadają nasi 

background image

rodzice i wujowie, do następnego wozu wsiadają bracia, kuzynki zgadzają 
się na przyjęcie do trzeciego pewnej części żałobników, którzy sadowią się, 
owinięci w krepy, czernie i fiolety. Reszta towarzystwa wsiada jak Bóg da, 
część rodziny zmarłego poluje na taksówki. I jeżeli niektórym z nich, pod 
wpływem rzeźwego poranka i długiej drogi, marzy się, że odzyszczą coś na 
nekropolii - gorzkie będzie ich rozczarowanie. Zaledwie trumna przybywa 
na miejsce, bracia otaczają mówcę, wyznaczonego przez rodzinę czy też 
przyjaciół zmarłego, a łatwego do rozpoznania po okolicznościowym 
wyrazie twarzy oraz ruloniku, wypychającym jedna z kieszeni. Wśród 
uścisków dłoni moczą mu klapy łzami, poklepują go z miękkim odgłosem 
tapioki, tak że wkrótce nie jest w stanie sprzeciwić się temu. co się dzieje. A 
wtedy mój młodszy wuj wstępuje na trybunę i otwiera przemówienia 
modlitwą, oracją zawsze będącą wzorem dyskretnie podanej prawdy. Trwa 
ona trzy minuty, dotyczy wyłącznie zmarłego, wymienia jego cnoty, zdaje 
sprawę z jego wad, i pełna jest humanitaryzmu. Wuj jest tak przejęty, że 
nieraz z trudem przychodzi mu doprowadzić przemówienie do końca. 
Zaledwie zszedł, na trybunę wchodzi mój starszy brat i w imieniu 
sąsiedztwa wygłasza panegiryk, podczas gdy uprzednio z góry 
wyznaczony do tego sąsiad usiłuje przecisnąć się między mymi siostrami a 
kuzynkami, czepiającymi się jego kamizelki. Wtedy uprzejmy, lecz 
stanowczy ruch ojca mobilizuje personel zakładu pogrzebowego, który 
zaczyna z wolna krążyć wokół trumny, podczas gdy upatrzeni przez 
rodzinę mówcy stojąc u stóp trybuny spoglądają na siebie, mnąc w 
spotniałych dłoniach przygotowane przemówienia. Zazwyczaj nie 
fatygujemy się, by odprowadzać nieboszczyka do katakumb czy też grobu, 
po prostu zawracamy i wychodzimy wszyscy razem, komentując perypetie 
minionego veloria. Z daleka widzimy, jak krewniacy w popłochu rzucają się, 
ażeby uchwycić którykolwiek ze sznurów zwisających od trumny, biją się z 
sąsiadami, którzy już tych sznurów dopadli i nie chcą z nich zrezygnować, 
bo wolą je nieść, aniżeli pozwolić, żeby je niosła najbliższa rodzina. 

MASA PLASTYCZNA

PRACE BIUROWE

Moja wierna sekretarka należy do tych, które biorą bardzo poważnie swoje 
obowiązki, co - jak już wiemy - oznacza przekraczanie granic, zajmowanie 
terytoriów, wsadzanie pięciu paluchów do szklanki mleka, żeby wyciągnąć 
biedny, mizerny wioseczek. 
Moja wierna sekretarka zajmuje się w biurze czy też chce się zajmować - 
absolutnie wszystkim. Spędziliśmy cały dzień na walce o zakres naszych 
działalności, uśmiechnięta wymiana min i kontrmin, wychodzeń i wycofań, 
aresztów i uwolnień. Ale ona ma czas na wszystko, nie tylko chce być 
panią biura, ale w dodatku skrupulatnie wykonywać to, co ma do zrobienia. 
Nie ma na przykład dnia, żeby nie pucowała słów, czyści je, omiata, układa 
na odpowiednich półkach, przygotowuje i stroi do codziennych funkcji. 
Jeżeli zjawia mi się na ustach jakiś zbędny przymiotnik - te bowiem rodzą 
się poza zasięgiem działania mojej sekretarki, że się tak wyrażę: we mnie 
samym - już z ołówkiem w ręku chwyta go, zabija, nie dając czasu, by 
przystosować go do reszty zdania i dać mu 
przeżyć choćby przez, przeoczenie lub przyzwyczajenie. Gdybym jej 
pozwolił, gdybym chociaż na chwilę zostawił ją samą, z wściekłością 
wyrzuciłaby do kosza te kartki. Jest tak zdecydowana, by zmusić mnie do 

background image

uporządkowanego życia, że jakikolwiek nieprzewidziany gest ją mobilizuje: 
zamieniona w słuch, ogon wyprężony, drżąca niby drut na wietrze. Muszę 
udawać i ukrywać się, by pod pretekstem, że redaguję jakiś okólnik, móc 
wypełnić parę różowych lub też zielonych karteczek słowami, których soki. 
skoki i wściekłe gniewy podobają mi się. W tymże czasie moja wierna 
sekretarka sprząta biuro, pozornie nieuważna, ale gotowa do ataku. W 
połowie wiersza, który - biedaczek - właśnie rodził się pełen zadowolenia, 
słyszę, że zaczynają się zgrzyty cenzury, a wtedy natychmiast mój ołówek 
rzuca się ku wzbronionym słowom, skreśla je z. pośpiechem, porządkuje 
nieporządek, czyści i dodaje blasku, i to, co pozostaje, jest 
prawdopodobnie bardzo dobre, ale ten smutek, ten smak zdrady na języku, 
ta twarz szefa wobec sekretarki... 

CUDOWNE ZAJĘCIA

Cóż za cudowne zajęcie obciąć nogę pająkowi, włożyć ją do koperty, 
zaadresować: Pan Minister Spraw Zagranicznych, dodać adres, zbiec 
pędem ze schodów i wysłać list z najbliższej poczty. 
Cóż za cudowne zajęcie iść sobie bulwarem Arago licząc drzewa i co pięć 
kasztanów zatrzymywać się na chwilę na jednej nodze w oczekiwaniu, 
żeby ktoś spojrzał, a wtedy, wydawszy krótki, suchy okrzyk, zakręcić się 
niby bąk, z rękami rozpostartymi, na podobieństwo ptaka Cakuy, który 
zawodzi na drzewach północnej Argentyny. 
Cóż za cudowne zajęcie wejść do kawiarni i poprosić o cukier, jeszcze raz 
o cukier, trzy, cztery, pięć razy o cukier, i układać go w kupkę na środku 
stołu, podczas gdy za ladą pod białymi fartuchami wzbiera gniew, a wtedy 
powoli napluć w sam środek kupki i śledzić topnienie małego lodowca, 
słuchając huku pękających kamieni, który mu towarzyszy, a który rodzi się 
w ściśniętych gardłach pięciu sztamgastów i właściciela, człowieka 
chwilami uczciwego. 
Cóż za cudowne zajęcie wskoczyć do autobusu, wysiąść przed 
ministerstwem, gdzie wszystko stanie otworem dzięki paru zalakowanym 
kopertom, minąć ostatniego sekretarza, poważnie i stanowczo wejść do 
wielkiej lustrzanej sali, dokładnie w chwili, kiedy woźny w granatowym 
uniformie będzie wręczał ministrowi list. Widzieć, jak historycznym nożem 
do przecinania minister otwiera kopertę, wkłada do mej delikatnie dwa 
paluszki, wyciąga nogę pająka, ogląda ją, wydać z siebie odgłos 
naśladujący brzęczenie muchy, ujrzeć, jak blednie, jak chce wyrzucić nogę 
i nie może, bo jest przez nią schwytany - a wtedy odwrócić się i wyjść 
pogwizdując, anonsując w kuluarach dymisję ministra, wiedząc, że 
nazajutrz wejdą wrogie armie i wszystko pójdzie w diabły, i że będzie to 
czwartek nieparzystego miesiąca roku przestępnego. 

ZAKAZ WPROWADZANIA ROWERÓW

W bankach i domach towarowych tego świata guzik kogokolwiek obchodzi, 
że człowiek tranżoli się z główką kapusty pod pachą albo z tukanem, albo 
wypuszczając z gęby, niby sznureczek, piosenki, które mi śpiewała 
mamusia, albo prowadząc za rękę szympansa w pasiastym trykocie. Ale 
niech ktokolwiek zjawi się z rowerem, natychmiast zaczyna się istne piekło i 
wehikuł zostaje gwałtownie wyrzucony na ulicę, na właściciela zaś spada 
istny grad gwałtownych napomnień. 
Dla roweru, stworzenia łagodnego i o potulnym sposobie bycia, obecność 
napisów zakazujących mu przekraczania pięknych oszklonych drzwi jest 
upokorzeniem i zniewagą. Wiadomo, że rowery na wszystkie sposoby 
usiłowały zapobiec swojemu smutnemu losowi. Ale we wszystkich bez 
wyjątku krajach świata zabrania się wprowadzania rowerów. Niektórzy 

background image

dodają "i psów", co potęguje tak w rowerach, jak i w psach ich kompleksy 
niższości. Kot, zając, żółw mogą w zasadzie wejść do firmy "Marx and 
Spencer" lub do kancelarii adwokackiej przy ulicy San 
Martin, wywołując najwyżej pewne zaskoczenie, zachwyt pośród żądnych 
wrażeń telefonistek, a w najgorszym wypadku wydanie portierowi 
polecenia, ażeby wyrzucił wyżej wymienione zwierzę na ulicę. To ostatnie 
może się zdarzyć, ale nie jest upokarzające, po pierwsze bowiem jest tylko 
jedną z wielu możliwości, a po drugie, da się rozumowo uzasadnić, nie 
będąc zimnym, z góry przygotowanym spiskiem, obrzydliwie 
wydrukowanym na miedzianych lub emaliowanych plakietkach, tablicach 
nieubłaganego prawa miażdżącego prostą bezpośredniość rowerów. tych 
jakże niewinnych stworzeń. 
W każdym razie - uwaga, szefowie! Róże także są niewinne i pełne 
słodyczy, ale może wiecie, że w wojnie róż poginęli książęta, którzy byli 
niby czarne pioruny oślepione płatkami krwi. A nuż któregoś ranka rowery 
pokryją się kolcami, ich rączki urosną i zaatakują, opancerzone 
wściekłością ruszą legionem na lustrzane drzwi towarzystw ubezpieczeń, i 
tego nieszczęsnego dnia akcje spadną na głowę, zarządzona zostanie 
narodowa żałoba (przefarbowujemy w dwadzieścia cztery godziny) i będą 
rozsyłane zawiadomienia o zgonach i listy kondolencyjne. 

ZACHOWANIE SIĘ LUSTER NA WYSPIE WIELKANOCNEJ

Położysz lustro na zachodzie Wyspy Wielkanocnej - będzie się spóźniać. 
Położysz lustro na wschodzie Wyspy Wielkanocnej - będzie się spieszyć. 
Przy pomocy subtelnych manewrów można znaleźć miejsce, gdzie lustro 
będzie wskazywało właściwą godzinę, ale nie jest powiedziane, że miejsce, 
odpowiednie dla jednego lustra, będzie odpowiednie dla innego lustra, 
przecież lustra robione są z rozmaitych materiałów i reagują, jak im się 
żywnie podoba. W ten sposób Salomon Lemos, antropolog, stypendysta 
fundacji Guggenheima, spojrzawszy w swoje lusterko do golenia, zobaczył 
samego siebie zmarłego na tyfus - wszystko to na wschodzie wyspy. A w 
tym samym czasie lustereczko, które przez zapomnienie zostawił na 
zachodzie, odbijało (dla nikogo, bo leżało pośród kamieni) najpierw 
Salomona Lemos w krótkich spodenkach, idącego do szkoły, potem 
Salomona Lemos nago w wannie, z zapałem mydlonego przez tatusia i 
mamusię, później Salomona Lemos mówiącego "papu" ku wzruszeniu 
swojej cioci Remeditos, na estancji pod Trenque Lanquen. 

MOŻLIWOŚCI ABSTRAKCJI

Od lat pracuję w Unesco i innych organizacjach międzynarodowych, a 
mimo to zachowuję pewne poczucie humoru, w szczególności niemałą 
zdolność abstrakcji, czyli że jeżeli jakiś typ mi się nie podoba, skreślam go 
z mapy mocą samej decyzji i podczas gdy on gada i gada, ja jadę sobie na 
wyspę Melville, a on, biedaczysko, wyobraża sobie, że go słucham. Tym 
samym systemem, jeżeli podoba mi się jakaś babka, zaledwie znajdzie się 
w moim polu widzenia, mogę wyabstrahować ją z sukienki i w czasie kiedy 
ona unosi się nad chłodem poranka, długo podziwiam jej pępuszek. 
Łatwość, jaką mam w tej dziedzinie, czasem bywa wprost niezdrowa. 
W zeszły poniedziałek to były uszy. W chwili kiedy wszyscy szli do pracy, 
wręcz niebywała ilość uszu przepychała się do wyjścia. W moim pokoju 
natknąłem się na sześcioro uszu; w południe w stołówce było ich przeszło 
pięćset, ustawionych symetrycznie w podwójnych rzędach, Zabawne było 
patrzeć, jak od czasu do czasu dwoje uszu opuszczało ogonek i oddalało 
się. Wyglądały jak skrzydła. 
We wtorek wybrałem sobie rzecz, która wydawała mi się mniej częsta: 

background image

zegarki. Ale naciąłem się, bo w czasie obiadu zauważyłem coś koło dwustu 
zegarków, fruwających nad stołami tam i na powrót, tam i na powrót, 
ruchem dziwnie przypominającym krajanie mięsa. W środę miałem ochotę 
na coś bardziej zasadniczego i zdecydowałem się na guziki. Ale ci 
widowisko! Powietrze pełne było ławic nieprzezroczystych oczu. W windzie 
nasycenie stało się nie do opisania: setki nieruchomych lub zaledwie 
poruszających się guzików zamkniętych w zdumiewającym sześcianie ze 
szkła. Specjalnie wryło mi się w pamięć pewne okno (było to po południu), 
wychodzące na szafirowe niebo. Osiem czerwonych guzików zaznaczało 
delikatnie linię pionową, zaś tu i ówdzie migotały dyskretnie niewielkie 
perłowe owale. Musiała to być bardzo piękna kobieta. 
Uznałem, że środa popielcowa to dzień, kiedy procesy trawienne mogą być 
doskonałą ilustracją tego przypadku, i o wpół do dziesiątej niechętnie 
patrzyłem na setki torebek pełnych szarej papki, produktu pomieszania 
kornflaków, białej kawy i bułeczek. W stołówce ujrzałem, jak pomarańcza 
rozpada się na oddzielne ćwiarteczki, które w określonej chwili zaczęły 
tracić swój kształt i spływać jedna po drugiej, formując na pewnej 
wysokości białawy osad. W tym stanie pomarańcza udała się do korytarza, 
zeszła cztery piętra w dół, po czym skierowawszy się do pokoju 
znieruchomiała w punkcie pomiędzy dwiema poręczami fotela. Nie opodal 
w stanie podobnego spoczynku widać było ćwierć litra mocnej herbaty. 
Jako ciekawy nawias (moja zdolność do abstrahowania ma tendencję do 
samowoli) mogłem jeszcze dojrzeć haust dymu, który rurą schodził w dół i 
dzielił się pomiędzy dwa przezroczyste pęcherze, z kolei taż rurą wznosił 
się w górę, wdzięcznymi esami-floresami rozpływając się w barokowych 
efektach. Potem (już w innym pokoju) znalazłem pewien pretekst, aby 
odwiedzić pomarańczę, herbatę i dym. Ale dym znikł. 
a zamiast pomarańczy i herbaty były dwie raczej nieprzyjemnie poskręcane 
rury. 
Nawet abstrakcja ma swoje przykre strony: ukłoniłem się rurom i wróciłem 
do siebie do biura. Moja sekretarka płakała czytając dekret, który zwalniał 
mnie z pracy. Ażeby się pocieszyć, zdecydowałem się wyabstrahować jej 
łzy i przez chwilę zachwycałem się tymi małymi krystalicznymi fontannami, 
które rodziły się w powietrzu i rozbijały o teczki, bibułę i dziennik ustaw. 
Życie jest pełne podobnych cudowności. 

CODZIENNA GAZETA

Jakiś pan wsiada do tramwaju, uprzednio kupiwszy gazetę i wsunąwszy ją 
pod pachę. W pół godziny później wysiada z tąż gazetą pod tą samą 
pachą. 
Ale to już nie jest ta sama gazeta, teraz jest to parę zadrukowanych 
arkuszy, które pan zostawia na ławce na placu. 
Same na ławce, arkusze znowu przemieniają się w gazetę, którą jakiś 
chłopiec znajduje, czyta i pozostawia, zmienioną w arkusze. 
Same na ławce, arkusze ponownie stają się gazetą, którą jakaś staruszka 
znajduje, czyta i odkłada zmienioną w arkusze. Ale potem zabiera je do 
domu, po drodze opakowuje w nie szpinak, taki bowiem jest los gazety po 
owych podniecających metamorfozach. 

background image

MAŁA HISTORIA MAJĄCA ZILUSTROWAĆ NIESTAŁOŚĆ STAŁOŚCI, 

W KTÓREJ WYOBRAŻAMY SOBIE, ŻE ŻYJEMY, ALBO ŻE REGUŁY 

MOGŁYBY USTĄPIĆ WYJĄTKOM, PRZYPADKOM ORAZ 

NIEPRAWDOPODOBIEŃSTWOM, l TUM CIĘ CZEKAŁ 

Pismo poufne CVN/475a/W Sekretarza "Oclusiom" do Sekretarza  

"Verpertuit". 

...straszliwe zamieszanie. Wszystko szło dobrze i nigdy nie było 
najmniejszych trudności w stosowaniu przepisów. Teraz nagle Komitet 
Wykonawczy postanawia zwołać sesję nadzwyczajną na skutek 
nieprzewidzianych komplikacji; zaraz pan usłyszy, co za kłopoty: 
zamieszanie w szeregach. Niepewność przyszłości. Wobec czego Komitet 
zbiera się i przystępuje do wyboru nowych członków rzeczywistych w 
zastępstwie sześciu zmarłych tragicznie, po upadku do wody helikoptera, 
na którym zwiedzali okolicę; wszyscy oni zmarli w prowincjonalnym szpitalu 
na skutek pomyłki pielęgniarki, która zaaplikowała im zastrzyki sulfamidów 
w ilościach dla organizmu ludzkiego niedopuszczalnych. Kiedy zebrał się 
Komitet, złożony z jednego rzeczywistego członka, który pozostał przy 
życiu (zatrzymany w domu w dniu katastrofy z powodu przeziębienia) i 
sześciu członków zastępców, przystąpiono do głosowania nad lista 
kandydatów wysuniętych przez rozmaite państwa należące do OCLUSIOM. 
Jednogłośnie wybrano pana Feliksa Volla (oklaski). Jednogłośnie wybrano 
pana Feliksa Romero (oklaski). Jeszcze jedno głosowanie i jednogłośnie 
przechodzi pan Feliks Lupescu (zmieszanie). Prezydent ad interim zabiera 
głos i żartobliwie podkreśla zbieżność imion wszystkich wybranych. O głos 
prosi delegat Grecji i oznajmia, że jakkolwiek może to wydać się trochę 
dziwacznym zbiegiem okoliczności, jego rząd polecił mu zgłosić jako 
kandydata pana Feliksa Paparemologos. Głosowanie, skutkiem którego 
tenże zostaje wybrany większością głosów. W następnej turze przechodzi 
kandydat Pakistanu pan Feliks Abib. W tym momencie Komitet ogarnia 
prawdziwa konsternacja, co przyśpiesza ostatnie głosowanie, w którym 
triumfuje kandydat argentyński, pan Feliks Camusso. Pośród wyraźnie 
zażenowanych oklasków tytularny dziekan Komitetu wita sześciu nowych 
członków, których kordialnie nazywa imiennikami (zdumienie). Odczytuje 
się skład Komitetu, który przedstawia się jak następuje: Przewodniczący, 
najstarszy członek rzeczywisty pozostały przy życiu po katastrofie - pan 
Feliks Smith, członkowie: panowie Feliks Voll, Feliks Romero, Feliks 
Lupescu, Feliks Paparemologos, Feliks Abib i Feliks Camusso. 
Konsekwencje tego wyboru staja się coraz bardziej kompromitujące dla 
OCLUSIOM. Dzienniki południowe podają z ironiczno-impertynenckimi 
komentarzami skład Komitetu Wykonawczego. Minister Spraw 
Wewnętrznych już wczesnym rankiem łączy się z Dyrektorem Generalnym, 
który z braku czegoś lepszego każe przygotować notkę informacyjną 
zawierającą curriculum vitae nowych członków Komitetu, osobistości 
wybitnych na polu nauk ekonomicznych. 
Komitet ma odbyć swoją pierwszą sesję w następny czwartek, ale mówi 
się, że panowie Feliks Voll, Feliks Camusso i Feliks Lupescu złożą swoje 
rezygnacje dziś w późnych godzinach popołudniowych. Pan Camusso 
poprosił o instrukcje w sprawie zredagowania swojej: prawdę mówiąc nie 
ma żadnego słusznego motywu, ażeby wycofać się z Komitetu, i powoduje 
się wyłącznie (tak zresztą, jak i panowie Lupescu i Voll) chęcią, ażeby 
skład Komitetu uzupełnić osobami nie mającymi na imię Feliks. 
Prawdopodobnie rezygnacje będą motywowane względami zdrowotnymi i 
zostaną przyjęte przez Dyrektora Generalnego. 

background image

KONIEC KOŃCA ŚWIATA

Ponieważ skryby przetrwają, czytelnicy, i tak już nieliczni, zmienią swoje 
zajęcia i również zostaną skrybami. Coraz więcej krajów będzie należało do 
skrybów i fabryk papieru i atramentu - skryby w dzień, a maszyny w nocy, 
żeby wydrukować to, co skryby wypisały. Pierwsze wystąpią z brzegów 
domowe biblioteki, a zarządy miejskie zadecydują (już się o tym mówi), że 
na rozszerzanie ich trzeba poświecić tereny ogródków dziecięcych. Później 
padną teatry, domy matki i dziecka, rzeźnie, stołówki, szpitale. Biedacy 
zamiast cegieł używają książek łącząc je cementem i lak powstaną ściany, 
a potem całe chałupki z książek. Ale wtedy książki występują z miast i 
zajmują wsie, tratując zbiory i pola słoneczników, a zarządowi dróg ledwie 
udaje się uratować szosy biegnące pośród wysokich książkowych ścian. 
Czasami któraś z tych ścian wali się, powodując straszliwe katastrofy 
samochodowe. Skryby pracują bez przerwy, bowiem ludzkość ma 
szacunek dla powołania, tymczasem druki dochodzą już do brzegu morza. 
Prezydent republiki dzwoni do prezydentów innych republik i wysuwa 
inteligentną koncepcję, by nadmiary książek wrzucać do morza, co odbywa 
się równocześnie na wszystkich plażach świata. W ten sposób skryby 
syberyjskie widzą, jak ich książki pochłania morze lodowate, skryby 
indonezyjskie etc. To pozwala skrybom na powiększenie produkcji, bowiem 
na ziemi znowu jest miejsce na gromadzenie książek. Nie myślą o tym, że 
morza mają dno i że na tym dnie już zaczynają się tworzyć góry druków, z 
początku w postaci lepkiej, a później skawalonej masy, wreszcie twardej 
podłogi, która, stale się podnosząc, pewnego dnia dojdzie aż do 
powierzchni. Wtedy wielkie wody zaleją ziemię, nastąpi przemieszczenie 
kontynentów i oceanów, prezydenci różnych republik zostaną zastąpieni 
przez jeziora i półwyspy, a inni prezydenci innych republik ujrzą, że przed 
ich ambicjami otwierają się olbrzymie obszary etc. Algi morskie, obdarzone 
tak gwałtownym pędem do rozrastania się, albo znikną, albo będą szukały 
wytchnienia łącząc się z drukami, co wytworzy kleistą mazie, i pewnego 
dnia kapitanowie wielkiej żeglugi zauważą, że okręty ich ledwie się 
posuwają, z trzydziestu węzłów schodzą do dwudziestu, do piętnastu, że 
motory huczą, a śruby deformują się. W końcu wszystkie okręty zatrzymują 
się w rozmaitych punktach mórz, schwytane przez mazie, a skryby całego 
świata piszą tysiące egzemplarzy, w których, pełni niebywałej radości, 
tłumaczą ów fenomen. Prezydenci i kapitanowie postanawiają przemienić 
statki w wyspy i kasyna, publika ciągnie pieszo po kartonowych morzach do 
kasyn, na wyspach, gdzie grają najrozmaitsze orkiestry, jest klimatyzacja i 
gdzie się tańczy do białego rana. Nowe druki gromadzą się na brzegach 
mórz, ale nie można ich wepchnąć do mazi, więc zaczynają rosnąć ściany 
druków i rodzą się góry nad ich dawnymi brzegami. Skryby rozumieją, że 
fabryki papieru i atramentu zbankrutują, więc piszą coraz drobniejszymi 
literkami, wykorzystując najmniejsze skraweczki każdego arkusza. Kiedy 
kończy się atrament, zaczynają pisać ołówkiem. Kiedy kończy się papier, 
piszą na tablicach, kaflach i tak dalej. Powstaje zwyczaj wstawiania 
jednego tekstu w drugi, ażeby wykorzystywać interlinie, albo też żyletkami 
skrobie się to, co było napisane, by móc od nowa używać papieru. Skryby 
pracują powoli, ale jest ich taka ilość, że druki całkowicie już oddzielają lądy 
od łożysk dawnych mórz. Na ziemi z trudem żyje rasa skrybów, skazana na 
wyginięcie, zaś na morzach są wyspy i kasyna, czyli transatlantyki, na 
których schronili się prezydenci republik i gdzie odbywają się wielkie fiesty i 
przesyła się wiadomości z wyspy na wyspę, od prezydenta do prezydenta, 
od kapitana do kapitana. 

background image

BEZGŁOWIE

Jednemu panu ucięto głowę, ale ponieważ zaraz potem wybuchł strajk i nie 
można było go pochować, musiał dalej żyć, tyle że bez głowy, i radzić sobie 
jak umiał. 
Od razu zorientował się, że cztery z jego pięciu zmysłów znikły wraz z 
głową. Wyposażony jedynie w dotyk, lecz pełen dobrej woli, pan ten usiadł 
na ławce na placu Lavalle i po kolei dotykał liści drzew, usiłując rozróżnić je 
i nazwać. W ten sposób po upływie wielu dni nabrał zupełnej pewności, że 
ma na kolanach jeden liść eukaliptusa, jeden liść platanu, jeden liść dzikiej 
magnolii i jeden zielony kamyczek. 
Kiedy ów pan stwierdził, że to ostatnie jest zielonym kamyczkiem, przez 
parę dni był bardzo zaskoczony. Kamień - to było prawidłowe i możliwe, ale 
dlaczego zielony? Więc na próbę wyobraził sobie, że kamień jest 
czerwony, i w tej samej chwili odczuł coś w rodzaju gwałtownego 
obrzydzenia, protest przeciwko temu jaskrawemu kłamstwu czerwonego 
kamienia, absolutnie fałszywego, skoro kamień był całkowicie zielony, 
okrągły, a w dotyku bardzo słodki. 
Kiedy pan zorientował się, że kamień jest na dodatek słodki, przez długą 
chwilę był wielce zdumiony, po czym zdecydował się na zadowolenie, co 
jest zawsze słuszniejsze, bowiem było jasne, że wzorem pewnych 
insektów, którym odrastają odcięte części, znowu był zdolny do 
wielorakiego odczuwania. Podniecony tym faktem, opuścił ławkę i ruszył 
ulicą Libertad ku Avenidzie de Mayo, gdzie, jak wiadomo, czuć zapachy 
smażeniny z licznych hiszpańskich restauracji. Stwierdziwszy ów szczegół, 
dowodzący, że wrócił mu jeszcze jeden zmysł, skierował się na wschód, 
potem na zachód (tego bowiem nie był pewny) i chodził tak 
niezmordowanie, z chwili na chwilę czekając, że coś usłyszy, ponieważ 
słuch był jedynym zmysłem, którego mu jeszcze brakowało. W rzeczy 
samej widział niebo blade, takie, jak bywa o świcie, dotykał własnych rąk o 
wilgotnych palcach i paznokciach, które wbijał sobie w dłonie, pachniał 
czymś w rodzaju polu, w ustach czuł smak metalu i koniaku. Brakowało mu 
tylko usłyszenia czegoś i dokładnie w tej samej sekundzie usłyszał, a było 
to niby wspomnienie, bowiem raz jeszcze były to słowa kapelana 
więziennego, słowa pociechy i nadziei, same w sobie bardzo piękne, 
niestety wytarte, cokolwiek zużyte od wielokrotnego mówienia, zniszczone 
od ciągłego dźwięczenia. 

SZKIC SNU

Czuje nagle gwałtowne pragnienie zobaczenia wuja i pośpiesza więc przez 
uliczki kręte i strome, które jakby naumyślnie oddalają go od starego 
rodzinnego dworku. Po długim marszu (przy czym buty ma jakby 
przyklejone do ziemi) widzi portal i słyszy niewyraźne szczekanie psa, jeżeli 
to pies. W chwili gdy wchodzi po czterech zużytych stopniach i wyciąga 
rękę do dzwonka, który ma kształt dłoni zaciśniętej na brązowej kuli, palce 
dzwonka poruszają się, najpierw najmniejszy, a potem wszystkie pozostałe, 
powoluteńku wypuszczając brązową kulę. Kula spada, jakby była z pierza, 
odbija się bezszelestnie od progu i skacze mu do piersi, ale teraz to jest 
tłusty czarny pająk. Odpędza go desperackim ruchem ręki i w tej chwili 
drzwi otwierają się: stoi w nich wuj i uśmiecha się bez wyrazu, tak jakby od 
dłuższego czasu stał uśmiechnięty za zamkniętymi drzwiami. Wymieniają 
parę zdań, które robią wrażenie z góry przygotowanych, elastyczna 
szachownica. "Teraz muszę odpowiedzieć..." - "Teraz on powie..." I 
wszystko rzeczywiście tak się odbywa. Już są w jasno oświetlonej sali, wuj 
sięga po papierosy zawinięte w srebrny papier, podaje mu jeden. Długa 
chwilę szuka zapałek, ale w całym domu nie ma zapałek ani ognia pod 

background image

żadną postacią; nie mogą zapalić papierosów, wygląda, jakby wuj chciał, 
żeby ta wizyta zakończyła się już, wreszcie następuje jakieś niejasne 
pożegnanie w pełnym otwartych skrzyń korytarzu, przez który zaledwie 
można się przecisnąć. 
Opuszczając dom, wie, że nie powinien odwracać się za siebie, bo... Nie 
wie nic więcej, ale to wie i wymyka się szybko, z oczami utkwionymi w 
koniec ulicy. Powoli robi mu się lżej. Znalazłszy się u siebie, jest tak 
wyczerpany, że kładzie się od razu, niemal się nie rozbierając. Śni mu się, 
że jest w Tigre, nad Paraną, cały dzień spędza na łódce ze swoją 
narzeczoną i że zajadają kiełbaski w oberży Nuevo Toro. 

CO SŁYCHAĆ, LOPEZ

Pewien pan spotyka przyjaciela, wita się z nim, podaje mu rękę, z lekka 
kiwa głową. 
Wyobraża sobie, że go wita, ale powitanie już jest dawno wynalezione i ten 
miły pan po prostu wsuwa się w gotowe powitanie. 
Pada. Pewien pan kryje się pod arkadą. Ci panowie prawie nigdy nie 
wiedzą, że wpadają w poślizg, prefabrykat pierwszego deszczu i pierwszej 
arkady. W wilgotny tobogan ze zwiędłych liści. 
A gesty miłosne, to słodkie muzeum, ta galeria figur z dymu. Pociesz twą 
próżność: ręka Antoniusza szukała tego samego, czego szuka twoja. Lecz 
ani twoja, ani jego nie szukały niczego, co by nie było wynalezione już 
przed wiekami. Ale rzeczy niewidoczne czują potrzebę stawania się ciałem, 
pomysły padają na ziemię niby umarłe gołębie. 
To, co jest naprawdę nowe, zachwyca lub przeraża. Te dwa uczucia, oba 
umieszczone blisko żołądka, zawsze towarzyszą obecności Prometeusza. 
Reszta jest wygodą, tym, w czym nie ma ryzyka, co zawsze musi się udać. 
Wszystkie czasowniki w formie czynnej mieszczą się już w owym 
repertorium. 
Hamlet nie wątpi: na przekór zasadzkom i przeszkodom szuka 
autentycznego rozwiązania, żadnych drzwi frontowych ani też utartych 
dróg. Chce czegoś, czym rozwali tajemnicę, chce piątego listka koniczyny. 
Pomiędzy "tak" a "nie" jakże nieskończona róża wiatrów. Książęta duńscy. 
te sokoły, które wolą paść z głodu niż żywić się padliną. 
Jeżeli buty uwierają - to dobry znak. Coś się tu dzieje. coś, co nas 
wskazuje, co głucho nas ustawia, co nas określa. Dlatego potwory mają 
taką popularność, dlatego gazety rozwodzą się nad cielęciem o dwóch 
głowach. Jakaż okazja, cóż za możliwość wielkiego skoku ku innemu! 
Na to zjawia się Lopez. 
- Cześć, Lopez. 
- Cześć. Co słychać, stary? 
Tak oto wyobrażają sobie, że się witają. 

GEOGRAFIE

Jest dowiedzione, że mrówki to prawdziwe królowe stworzenia (czytelnik 
może przyjąć to jako hipotezę lub fantazję: w każdym razie nie zaszkodzi 
mu trochę antropoeskapizmu). A oto stroniczka ich geografii: 
(str. 84 książki: w nawiasach zaznaczono ewentualne ekwiwalenty 
pewnych wyrażeń według klasycznej interpretacji Gastona Loeba) 
"...równoległe morza (rzeki?). Nie kończąca się woda (morze?) rośnie w 
pewnych chwilach niby bluszczbluszczbluszcz (pojęcie jakiejś wysokiej 
ściany, które miałoby wyrażać przypływ?). Jeżeli się idzie-idzie-idzie (to 
samo pojęcie w zastosowaniu do odległości), dochodzi się do Wielkiego 
Zielonego Cienia (zasiane pole? zarośla? las?), gdzie Wielki Bóg wznosi 
nieustanny spichlerz dla swych Najlepszych Pracownic. Ta okolica obfituje 

background image

w Potworne Wielkie Stwory (ludzi?), które niszczą nasze ścieżki. Po drugiej 
stronie Wielkiego Zielonego Cienia zaczyna się Twarde Niebo (góra?). I 
wszystko jest nasze, chociaż 
zagrożone, 
Ta geografia została zinterpretowana również w inny sposób (Dick Fry i 
Niels Peterson Jr.). Cały ustęp odnosiłby się topograficznie do małego 
ogródka przy ulicy Laprida 628 w Buenos Aires. Równoległe morza - to 
dwa ścieki. Nie kończąca się woda - sadzaweczka dla kaczek, Wielki 
Zielony Cień - grządka sałaty. Potworne Wielkie Stwory - prawdopodobnie 
kaczki albo kury, jakkolwiek nie należy wykluczać możliwości, że faktycznie 
chodzi tu o ludzi. Na temat Twardego Nieba toczy się polemika, która 
nieprędko się skończy. Przeciw opinii Fry'a i Petersona, którzy widzą w tym 
ściankę działową z cegieł, występuje Guillermo Sofovich, upierający się 
przy bidecie, porzuconym wśród sałaty. 

KROK W PRZÓD l KROK W TYŁ 

Wymyślono szkło, przez które mogły przelatywać muchy. Mucha 
przyfruwała, lekko uderzała łebkiem i pstryk - już była po drugiej stronie. 
Nieopisywalna radość muchy. 
Wszystko zrujnował uczony węgierski, który odkrył, że mucha może wejść, 
ale nie może wyjść albo też odwrotnie, a to z powodu sknocenia szklanych 
włókien, które okazały się za bardzo włókniste. Natychmiast wymyślono 
pułapkę na muchy przy pomocy wkładania do środka kostki cukru i wiele 
much marnie zginęło. W ten sposób zakończyła się szansa zbratania się z 
tymi zwierzętami, godniejszymi lepszego losu. 

HISTORIA PRAWDZIWA 

Pewnemu panu spadają okulary i z głośnym hukiem uderzają o kafle 
podłogi. Zmartwiony, bo optyczne szklą są bardzo kosztowne, pan schyla 
się i ze zdumieniem stwierdza, że szkła cudem nie stłukły się. 
Wdzięczny losowi pan dochodzi do wniosku, że to, co się stało, powinno 
posłużyć mu jako ostrzeżenie, idzie więc do optyka i nabywa skórkową 
pochewkę, wyłożoną w środku, kto się na gorącym sparzy i tak dalej. W 
godzinę później spada mu pochewka - pan pochyla się spokojnie i widzi, że 
okulary poszły w drobny mak. Dłuższą chwilę zabiera panu zrozumienie, że 
niezbadane są wyroki boskie i że w rzeczywistości prawdziwy cud zdarzył 
się teraz. 

HISTORIA Z MIĘKKIM NIEDŹWIEDZIEM

Popatrz no na tę kulę ze smoły, która cieknie przez okienko między dwoma 
zrośniętymi drzewami, rozciągając się i rosnąc. Za drzewami jest polanka i 
tam właśnie smoła duma, projektując swoje pojawienie się w formie kuli, w 
formie kulołap, w formie smołosierściołap, zgodnie ze słownikiem - 
NIEDŹWIEDŹ. 
Teraz smołokula wyłazi wilgotna i miękka, strząsając z siebie mrówki 
niezliczone i okrągłe, zrzuca je w śladach szeregujących się harmonijnie, w 
miarę jak się posuwa. Czyli: smoła stawia niedźwiedziołapę na sosnowe 
igły, rysuje gładką ziemię, potem unosi smołołapę i pozostaje ślad, 
poszarpany pantofel i rodzące się mrowisko wielorakie i okrągłe, pachnące 
smołą. W ten sposób po każdej strome drogi idzie twórca symetrycznych 
królestw, forma sierściołapia, tworząc dla okrągłych mrówek konstrukcje, 
które wilgotnie drgają. 
Wreszcie wschodzi słońce i miękki niedźwiedź wznosi twarz wędrowną i 
dziecinną do gongu z miodu, którego 

background image

nadaremnie pragnie. Smoła zabiera się do gwałtownego wąchania, kula 
rośnie wraz z rosnącym dniem, sierściołapy tylko smoła, sierściołaposmoła, 
która wyrykuje prośbę i czyha na odpowiedź, u góry głęboki rezonans 
gongu, niebieski miód na językopysku, w radości sierściołapiej. 

PROJEKT KILIMU

Generał ma tylko osiemdziesięciu ludzi, a przeciwnik pięć tysięcy. W swym 
namiocie generał bluźni i płacze. Po czym pisze natchnioną odezwę, którą 
gołębie pocztowe rozrzucają nad wrogim obozem. Dwustu piechurów 
przechodzi na stronę generała. Następuje potyczka, którą generał z 
łatwością wygrywa, i dwa regimenty przechodzą do jego szeregów. W trzy 
dni później przeciwnik ma już tylko osiemdziesięciu ludzi, a generał pięć 
tysięcy. Wtedy pisze drugą odezwę i zyskuje siedemdziesięciu dziewięciu 
ludzi. Pozostaje tylko jeden przeciwnik otoczony wojskiem i generał, który 
czeka w ciszy. Minęła noc i przeciwnik nie przeszedł na jego stronę. W 
swym namiocie generał bluźni i płacze. O brzasku nieprzyjaciel powoli 
wyciąga szpadę, idzie w kierunku namiotu generała. Wchodzi i patrzy na 
niego. Armia generała idzie w rozsypkę. Słońce wschodzi. 

WŁAŚCIWOŚCI FOTELA 

W mieszkaniu Jacinta jest fotel do umierania. Kiedy ludzie się starzeją, 
pewnego dnia zaprasza się ich, żeby usiedli w fotelu, który jest jak 
wszystkie inne, tyle że na tylnej poręczy ma srebrna gwiazdeczkę. Osoba 
zaproszona wzdycha, lekko trzepocze rękami, jakby pragnąc oddalić od 
siebie to zaproszenie, po czym siada w fotelu i umiera. 
Dzieciaki, przekorne jak zawsze, kiedy nie ma rodziców, zabawiają się 
nabieraniem gości i namawiają ich, by usiedli w fotelu. Goście wiedzą, o co 
chodzi, ale wiedzą też, że o tym nie należy mówić, więc speszeni patrzą na 
dzieciaki, wymawiając się słowami, jakich normalnie nie używa się w 
rozmowie z dziećmi, które strasznie się tym cieszą. W rezultacie goście 
pod jakimkolwiek pretekstem wykręcają się od spoczęcia w fotelu, ale 
mama po powrocie jakoś zawsze się domyśli, co zaszło, i wieczorem 
odchodzi straszne lanie. Dzieci nie zniechęcają się tym jednak i od czasu 
do czasu udaje im się usadzić kogoś w fotelu. W tych wypadkach rodzice 
zachowują się jakby 
nigdy nic, bo się boją, że sąsiedzi dowiedzą się o właściwościach fotela i 
zaczną nudzić o pożyczanie im go, żeby usadzać rodzinę lub znajomych. 
Tymczasem dzieciaki rosną i nie wiadomo dlaczego pewnego dnia 
przestają interesować się fotelem i wizytami. Zaczynają unikać 
przechodzenia przez salon, okrążają go przez patio, a rodzice, którzy są 
już bardzo starzy, zamykają na klucz drzwi salonu i uważnie obserwują 
dzieci, jakby chcąc przejrzeć ich myśli. Dzieci odwracają wzrok, mówiąc, że 
już pora posiłku albo wypoczynku. Rankiem ojciec wstaje pierwszy i zaraz 
idzie sprawdzić, czy drzwi salonu są nadal zamknięte na klucz, czy czasem 
któreś z dzieci nie otworzyło ich, ażeby fotel był widoczny ze stołowego, bo 
srebrna gwiazdeczka błyszczy nawet w ciemnościach i świetnie ją widać z 
każdego miejsca. 

UCZONY Z DZIURĄ W PAMIĘCI 

Wybitny uczony, historia rzymska w dwudziestu trzech tomach, murowany 
kandydat do Nagrody Nobla, wielki entuzjazm w ojczyźnie. Nagła 
konsternacja: jakiś szczur biblioteczny ogłasza ordynarny pamflet 
demaskujący pominięcie Karakalli. Niby mała rzecz, a jednak pominięcie. 
Zdumieni admiratorzy konsultują Pax Romana artyści gubią świat Yarusie 

background image

zwróć mi moje legiony mąż wszystkich żon i żona wszystkich mężów 
(strzeż się Id Marcowych) pieniądz nic śmierdzi pod tym znakiem 
zwyciężysz. Bezsporna nieobecność Karakalli, zażenowanie, wyłączony 
telefon, uczony nie może przyjąć telefonu od króla Gustawa szwedzkiego, 
choć ten król ani myśli do niego dzwonić - raczej tamten, który bez końca 
nadaremnie nakręca numer, przeklinając w martwym języku. 

PLAN POEMATU

Niech będzie Rzym, ten, co Faustyna, niech wiatr ostrzy rysiki siedzącego 
skryby, a spoza stuletnich pnączy niech się któregoś ranka pojawi to 
przekonywające zdanie: nie ma stuletnich pnączy, botanika jest nauką, do 
diabła z wynalazcami pojęć domniemanych. A Marat w swej wannie. 
Widzę również prześladowanie świerszcza przez srebrną tacę, i Senorę 
Delię, która łagodnie przybliża rękę podobną rzeczownikowi, i kiedy już ma 
go schwytać, świerszcz jest w soli (wtedy przeszli suchą nogą, a Faraon 
przeklinał ich z brzegu) lub skacze na delikatny mechanizm, który z 
kwitnącego zboża wydobywa suchą ręką tosty. Senora Delia, Senora Delia, 
niech pani pozwoli chodzić temu świerszczowi po płaskich talerzach. 
Pewnego dnia zaśpiewa tak straszliwą zemstę, że jej wahadłowe zegary 
uduszą się w swoich pionowo stojących trumnach, a hafciareczka 
pościelowej bielizny urodzi żywy monogram, który będzie biegał po domu, 
powtarzając swoje inicjały niby dobosz. Senora Delia, goście niecierpliwią 
się, bo jest zimno. A Marat w swej wannie. 
Niech już będzie Buenos Aires, dzień który przeszedł i minął, szmaty na 
słońcu, radia w całym bloku głośno wywrzaskujące kursy giełdowe 
słoneczników. Za nadnaturalny słonecznik zapłacono w Liniers 
osiemdziesiąt osiem pesos, słonecznik zachował się niegrzecznie w 
stosunku do reportera Esso, trochę ze zmęczenia po obliczeniu jego 
ziarnek, a częściowo ponieważ jego dalsze losy nie były zaznaczone w 
akcie kupna-sprzedaźy. Po południu odbędzie się koncentracja wojsk na 
placu de Mayo. Wojska pójdą rozmaitymi ulicami aż do osiągnięcia 
równowagi na piramidzie i okaże się, że żyją dzięki systemowi odbić, 
zainstalowanemu przez władze miejskie. Nikt nie wątpi, że wszystkie akty 
zostaną dopełnione z największą paradą, co, jak należało przypuszczać, 
wywoła niezwykle napięte oczekiwanie. Wszystkie loże zostały 
wyprzedane, będzie szedł kardynał, gołębie, więźniowie polityczni, 
tramwajarze, zegarmistrze, datki i grube panie. A Marat w swej wannie. 

WIELBŁĄD UZNANY ZA NIEPOŻĄDANEGO

Wszystkie podania o przejście granicy załatwione, tylko Guk, wielbłąd, 
uznany za niepożądanego. Guk zgłasza się na komendę policji, gdzie mu 
mówią, że nie można nic zrobić, wracaj do oazy, załatwione odmownie, nie 
warto pisać odwołania. Smutek duka, powrót do ziemi dzieciństwa. 
Wielbłądy z rodziny i przyjaciele otaczają go, co się z tobą dzieje, i że to 
niemożliwe, dlaczego akurat ty. Więc delegacja do Ministerstwa 
Komunikacji, żeby wstawić się za Gukiem, ale urzędnicy się gorszą: tego 
jeszcze nie bywało, wracać do oazy, ale to już, zostanie sporządzony 
protokół. 
Guk w oazie szczypie trawę jednego dnia, szczypie trawę drugiego dnia. 
Tak mija lato, jesień. Po czym Guk znowu w mieście na pustym placu. Bez 
przerwy fotografowany przez turystów, udzielający wywiadów. Osiągnięcie 
na placu niejakiego prestiżu. Korzystając z niego znów postanawia 
wyjechać, przy bramie wszystko się zmienia: uznany za niepożądanego. 
Guk opuszcza łeb, szuka nielicznych trawek rosnących na placu. Pewnego 
dnia zostaje wezwany przez megafony i uszczęśliwiony zjawia się w 

background image

Komendzie. Tam uznany za niepożądanego. Guk wraca do oazy i kładzie 
się. Skubie trochę trawy, a potem opiera pysk o piasek. Podczas gdy 
słońce zachodzi, zamyka oczy. Z jego nozdrzy wydobywa się banieczka, 
trwająca o sekundę dłużej niż on sam. 

PRZEMOWA NIEDŹWIEDZIA

Jestem niedźwiedziem z domowych rur, wspinam się rurami w godzinach 
ciszy, rurami od wody gorącej, od centralnego ogrzewania, od 
wentylatorów, przechodzę nimi z mieszkania do mieszkania, jestem 
niedźwiedziem rurowym. 
Mam wrażenie, że mnie szanują, bo moja sierść trzyma ciepło w 
przewodach, bez chwili przerwy biegam po nich, bo niczego tak nie lubię, 
jak ganiać z piętra na piętro i ześlizgiwać się rurami. Czasami wysadzam 
łapę przez kran, a służąca z trzeciego krzyczy, że się oparzyła, albo 
mruczę na wysokości pieca na drugim i kucharka Wilhelmina skarży się, że 
piec źle ciągnie. W nocy biegam cichutko, ale za to jak najszybciej, przez 
komin wychylam się na dach, ażeby zobaczyć, czy tam wysoko tańczy 
księżyc, i potem jak wiatr zapuszczam się aż do centralnego pieca w 
podziemiach. W lecie, nocą pływam w cysternie na dachu skropionej 
gwiazdami, myję sobie mordkę najpierw jedną łapką, potem drugą, potem 
dwiema naraz i to sprawia mi wielką frajdę. 
Więc śmigam po wszystkich rurach w całym domu, mruczę z zadowolenia, 
a pary małżeńskie kręcą się na łóżkach i narzekają na złe instalacje. 
Niektórzy zapalają światło i notują sobie na karteczkach, żeby nie 
zapomnieć powiedzieć o tym portierowi, A ja szukam kranu, który na jakimś 
piętrze zawsze jest nie dokręcony, wysadzam tamtędy nos i oglądam 
ciemność pokoi, gdzie żyją stworzenia nie mogące łazić po rurach, i trochę 
mi ich żal, że są tacy tępi i tędzy, że tak chrapią, że mówią przez sen i są 
tak samotni. Kiedy rano myją sobie twarze, pieszczę im policzki, liżę ich w 
nos i odchodzę prawie pewny, że zrobiłem dobry uczynek. 

PORTRET KAZUARA

Pierwszą rzeczą, którą robi kazuar, jest spoglądanie na człowieka z nieufną 
wyższością. Ogranicza się do patrzenia bez ruchu, do patrzenia tak twardo 
i tak długo, jakby obmyślał nas od początku, jakby dzięki straszliwemu 
wysiłkowi z nicości, którą jest świat kazuarów, stawiał nas naprzeciw siebie, 
w niepojęty sposób w niego wpatrzonych. 
Z tej podwójnej kontemplacji, która może jest obopólna, a może w gruncie 
rzeczy żadna, rodzimy się, kazuar i ja, sytuujemy się, uczymy się nie znać 
wzajemnie. Nie wiem, czy kazuar wyodrębnia mnie i włącza do swego 
prostego świata: co do mnie, mogę go tylko opisać, zastosować do jego 
obecności kryterium podobania się i niepodobania, raczej niepodobania, bo 
kazuar jest antypatyczny i odpychający. Wyobraźcie sobie strusia z rogatą 
pokrywką od czajnika na głowie, rower zgnieciony między dwoma 
samochodami i w dodatku postawiony na sztorc, źle odbitą kalkomanię, w 
której dominuje brudny fiolet, i coś w rodzaju trzeszczenia. Teraz kazuar 
robi krok w przód 
i przyjmuje jeszcze ostrzejszy wyraz twarzy, wygląd okularów, które 
dosiadły bezgranicznej pedanterii. Kazuar żyje w Australii, jest tchórzliwy i 
odważny jednocześnie, dozorcy wchodzą do jego klatki w wysokich 
skórzanych butach i z miotaczem ognia w ręku. Kiedy kazuar przestaje 
przerażająco biegać wokół garnka z otrębami, który mu przynoszę, i 
skokami wielbłąda sadzi do dozorcy, temu ostatniemu nie pozostaje nic 
innego jak użyć miotacza ognia. Cóż wtedy widzimy: spowity w rzekę 
ognia, wszystkie pióra w płomieniach, kazuar robi parę ostatnich kroków, 

background image

wybuchając ohydnym wrzaskiem. Ale jego róg nie pali się: materia z suchej 
łuski, będąca jego dumą i jego pogardą, rozbłyska zimnym ogniem, zapala 
się cudownym lazurem, szkarłatem, który przypomina odartą ze skóry 
pięść, wreszcie ścina się w przejrzystą zieleń, w szmaragd - kamień cienia i 
nadziei. Kazuar gubi liście, nagła chmura popiołu, a dozorca biegnie, by 
chciwie przywłaszczyć sobie dopiero co zrodzony drogocenny kamień. 
Dyrektor ogrodu zoologicznego zawsze z tego korzysta, żeby wszcząć 
przeciw niemu sprawę o maltretowanie zwierząt 
i zwolnić go. 
Cóż więcej powiemy o kazuarze, po tym podwójnym nieszczęściu? 

ROZBIJANIE SIĘ KROPEL

Popatrz, ale leje. Leje bez przerwy, tam na dworze gęsto i szaro, tu przy 
balkonie kroplami ścinającymi się, twardymi, które robią plaf i rozbijają się z 
odgłosem klapsa, jedna po drugiej, jedna po drugiej, ohyda. Teraz zjawia 
się u góry, w ramie okiennej, kropelka, chwilę drży na tle nieba, które 
rozszczepia ją na tysiąc wygaszonych błysków, rośnie, chwieje się, już ma 
spaść i nie spada, jeszcze nie spada. Wczepia się wszystkimi pazurami, 
nie chce się oderwać, i widać, że trzyma się zębami, podczas gdy brzuch 
jej rośnie, całe kroplisko zwisające majestatycznie i nagle już, już, plaf, nie 
ma, nic, trochę wilgoci na marmurze. 
Ale są i takie, co popełniają samobójstwo, poddają się od razu, kiełkują w 
ramie okna i natychmiast rzucają się w przepaść, mam wrażenie, że widzę 
wibrację ich skoku, ich nóżki odczepiające się i krzyk, który je upaja w tej 
nicości spadania i unicestwiania się. Smutne krople, okrągłe, niewinne 
krople. Do widzenia, krople, do widzenia. 

OPOWIADANIE BEZ MORAŁU 

Pewien człowiek sprzedawał okrzyki i słowa i nieźle mu się wiodło, chociaż 
ludzie kwestionowali ceny i żądali zniżek. Człowiek prawie zawsze 
ustępował i w ten sposób udawało mu się przehandlować wiele krzyków 
sprzedawców ulicznych, westchnienia, które kupowały starsze rencistki, 
reklamy, slogany, szyldy, wytarte dowcipy i fałszywe okoliczności. 
Wreszcie człowiek zrozumiał, że nadeszła godzina, i poprosił o audiencję u 
tyranika rządzącego krajem, podobnego wszystkim swoim kolegom, który 
przyjął go w otoczeniu generałów, sekretarzy i Filiżaneczek czarnej kawy. 
- Przychodzę sprzedać panu pańskie ostatnie słowa - powiedział człowiek. 
- To bardzo ważne, bo na poczekaniu nie przyjdą panu na myśl, a przecież 
wypada powiedzieć je w krytycznym momencie, ażeby retrospektywnie 
nabrały historycznego znaczenia. 
- Przetłumacz, co powiedział - rozkazał tyranik swemu tłumaczowi. 
- Mówi po argentyńsku, ekscelencjo. 
- Po argentyńsku? To dlaczego nic nie zrozumiałem? 
- Wasza Wysokość doskonale zrozumiał - powiedział człowiek. - 
Powtarzam, że przychodzę sprzedać panu pańskie ostatnie słowa. 
Tyranik podniósł się, jak to się praktykuje w takich chwilach, i 
powstrzymując drżenie rozkazał, aby zaaresztowano człowieka i wrzucono 
do specjalnego więzienia, zawsze pod ręką przy tego typu rządach. 
- Szkoda - powiedział człowiek, gdy go brali. - Rzecz w tym, że będzie pan 
chciał powiedzieć swoje ostatnie słowa, kiedy nadejdzie chwila, i będzie ich 
pan potrzebował, ażeby retrospektywnie nabrały historycznego znaczenia. 
To, co miałem zamiar panu sprzedać, było dokładnie tym, co będzie pan 
chciał powiedzieć, tak że nie ma tu mowy o nabieraniu. Ale skoro nie chce 
pan zawrzeć transakcji, skoro nic pozna pan z góry tych słów, nie będzie 
pan mógł ich wymówić, kiedy nadejdzie chwila, że będą miały pojawić się 

background image

po raz pierwszy na pańskich ustach. 
- Dlaczego miałbym nie móc ich wymówić, jeżeli to będą te, które będę 
chciał powiedzieć? - zapytał tyranik pijąc następną filiżankę kawy. 
- Bo nie pozwoli panu strach - odparł smutno człowiek. - Bo będzie pan 
miał sznur na szyi, bo będzie pan w koszuli tylko, drżący ze strachu i 
zimna, bo zęby będą panu szczękały i nie będzie pan w stanie wymówić 
słowa. Kat i jego pomocnicy, wśród których będzie paru z tu obecnych 
panów, poczekają dla pozoru parę chwil, ale gdy usłyszą tylko jęk 
przerywany czkawką i błaganiem o przebaczenie (bo to uda się panu bez 
wysiłku) zniecierpliwią się i powieszą pana. 
Oburzeni, ludzie ze świty, a przede wszystkim generałowie, otoczyli 
tyranika prosząc, aby natychmiast wydał rozkaz rozstrzelania owego 
człowieka. Ale tyranik, blady jak sama śmierć, wykopsał ich i zamknął się z 
człowiekiem, ażeby jednak kupić od niego swe ostatnie słowa. 
W tymże czasie generałowie i sekretarze, upokorzeni tym, co ich spotkało, 
zrobili powstanie i następnego dnia o świcie pojmali tyranika, 
zaskoczywszy go, gdy zajadał winogrona w swej najulubieńszej gloriecie. 
Ażeby nie mógł powiedzieć swych ostatnich słów, zastrzelili go na miejscu. 
Po czym zabrali się do szukania człowieka, który znikł z pałacu, i znaleźli 
go bez trudu, chodził bowiem po targu sprzedając okrzyki linoskoczkom. 
Wepchnąwszy go do więziennej karetki, zabrali do twierdzy i zaczęli 
torturować, żądając, żeby im zdradził, jakie miały być ostatnie słowa 
tyranika. Ponieważ nie udało im się zmusić go do wyznania, tak go skopali, 
że umarł. 
Sprzedawcy uliczni, którzy kupowali od niego okrzyki, w dalszym ciągu 
wykrzykiwali je po rogach i jeden z tych okrzyków w przyszłości posłużył 
jako hasło i odzew kontrrewolucji, która wykończyła generałów i sekretarzy. 
Niektórym przed śmiercią przeszło przez myśl, że w sumie wszystko to było 
łańcuchem tępych nieporozumień i że słowa i okrzyki w ostateczności 
mogą być sprzedawane, lecz - jakkolwiek to brzmi absurdalnie - nie mogą 
być kupowane. 
I wszyscy pognili, tyranik, człowiek, generałowie i sekretarze, tylko okrzyki 
od czasu do czasu w dalszym ciągu rozbrzmiewają na rogach ulic. 

LINIE RĄK

Z listu rzuconego na stół wypływa linia, która biegnie po sosnowej desce i 
schodzi po nodze stołu. Wystarczy popatrzeć, by odkryć, że w dalszym 
ciągu idzie po parkiecie, wspina się na ścianę, na reprodukcję obrazu 
Bouchera, obrysowując linię pleców kobiety spoczywającej na kanapie, 
wreszcie przez sufit wychodzi na dach i po piorunochronie schodzi na ulicę. 
Tutaj trudno ją śledzić, bo jest duży ruch, ale skupiwszy się zobaczymy, że 
po kole wchodzi do autobusu, stojącego na rogu, który teraz jedzie do 
portu. Tam schodzi po nylonowej pończosze pasażerki o najjaśniejszych 
włosach, wkracza na wrogie terytoria celne, pełza, czołga się i zygzakuje 
aż do głównego nabrzeża, gdzie (ale to trudno dojrzeć, tylko szczury idą za 
nią, żeby dostać się na pokład) wsiada na statek, którego turbiny już 
dźwięczą, biegnie po deskach pokładu pierwszej klasy, z trudem omija 
główny luk i w kabinie, gdzie smutny pan popija koniak i słucha syreny 
zapowiadającej odjazd, idzie w górę po szwie jego spodni, po kamizelce, 
po czym ześlizguje się do łokcia i ostatnim wysiłkiem 
chroni się w prawej dłoni, która w tym samym momencie zaciska się na 
kolbie rewolweru. 

background image

OPOWIEŚCI O KRONOPIACH l FAMACH

Pierwsze i zapewne niedookreślone pojawienie się kronopiów, fam i 

nadziei. Okres mitologiczny. 

PODROŻE

Kiedy famy podróżują, w następujący sposób spędzają noc w nieznanym 
mieście: jeden fama idzie do hotelu i starannie sprawdza ceny, gatunek 
prześcieradeł i kolor dywanów. Drugi udaje się do komisariatu i sporządza 
inwentarz ruchomości i nieruchomości wszystkich trzech podróżnych, jak 
również inwentarz zawartości wszystkich walizek. Trzeci fama idzie do 
szpitala i przepisuje listy lekarzy dyżurnych i ich specjalności. Załatwiwszy 
te sprawy podróżni spotykają się na największym placu miasta, dzielą się 
spostrzeżeniami i idą do kawiarni na aperitif. Ale przedtem jeszcze biorą się 
za ręce i tańczą w kółko, który to taniec nosi nazwę "wesołość fam". 
Kiedy kronopie, te przedmioty zielone, zjeżone, wilgotne, wybierają się w 
podróż, hotele są pełne, pociągi już odeszły, leje jak z cebra, a taksówki 
albo nie chcą ich zabierać, albo żądają oczu z głowy. Kronopie nie 
zniechęcają się, bo są przekonani, że takie rzeczy zdarzają się wszystkim, 
a idąc spać mówią jeden do drugiego: "Piękne miasto, najcudowniejsze 
miasto". I całą noc śnią, że w mieście są najwspanialsze zabawy, na które 
są zaproszeni. Nazajutrz wstają uszczęśliwieni i tak to właśnie podróżują 
kronopie. 
Nadzieje, osiadłe, pozwalają się podróżować przez rzeczy i ludzi i są jak 
posągi, do których trzeba pojechać, żeby je obejrzeć, bo one się nie 
fatygują. 

SMUTEK KRONOPIA

Wychodząc z Luna Parku kronopio widzi, że jego zegarek się spóźnia, że 
jego zegarek się spóźnia, że jego zegarek. Smutek kronopia wobec tłumu 
fam idących w górę ulicą Corrientes o godzinie jedenastej dwadzieścia, 
podczas gdy on, przedmiot zielony i wilgotny, idzie o jedenastej piętnaście. 
Medytacje kronopia: "Jest późno, ale mniej późno dla mnie niż dla famy, 
dla fam jest o pięć minut później, przyjdą do domu później, położą się 
później. Mój zegarek ma mniej życia, mniej domu i mniej położyć się. 
Jestem kronopiem nieszczęśliwym i wilgotnym". Kronopio, pijąc kawę u 
Richmonda przy ulicy Florida, zwilża grzaneczkę łzami w najlepszym 
gatunku. 

ZACHOWYWANIE WSPOMNIEŃ

Famy, aby zachować wspomnienia, balsamują je w sposób następujący: 
przytwierdziwszy wspomnienie przy pomocy włosów i znaków, od stóp do 
głów owijają je w czarne prześcieradło i ustawiają pionowo pod ścianą 
salonu z kartonikiem: "Wycieczka do Quilmes" albo "Frank Sinatra". 
Natomiast kronopie, te stworzonka letnie i nieporządne, rozrzucają 
wspomnienia po domu pośród okrzyków wesołości, a same łażą między 
nimi, a kiedy się na nie natkną, głaszczą je pieszczotliwie i mówią: "Nie 
zniszcz mi się tylko" albo: "uważaj na schodki". A to wszystko dlatego, że 
domy fam są uporządkowane i ciche, a u kronopiów jest wielki bałagan i 
trzaskanie drzwiami. Sąsiedzi zawsze skarżą się na kronopiów, zaś famy 
kręcą głowami wyrozumiale i idą sprawdzić, czy kartoniki są na swoich 
miejscach. 

background image

ZEGARY

Pewien fama miał stojący zegar, który nakręcał co tydzień BARDZO 
UWAŻNIE. Przechodził akurat kronopio, zobaczył go, zaczął się śmiać, a 
wróciwszy do domu wymyślił zegar-karczoch, czyli zegar-karczochę (co 
można, a nawet trzeba dwojako nazywać). Zegar-karczoch, czyli zegar-
karczocha tego kronopia jest karczochem bardzo dobrego gatunku 
wsadzonym ogonem do dziury w ścianie. Niezliczone liście karczocha 
wskazują aktualną godzinę, a ponadto wszystkie godziny, dzięki czemu 
wystarczy, żeby kronopio urwał listeczek, i już wie, która jest godzina. 
Ponieważ obrywa je od lewej do prawej, listek zawsze pokazuje właściwą 
godzinę, a kronopio codziennie zabiera się do zrywania w kółko nowej 
warstwy listków. Kiedy dojdzie do serca karczocha, już nie może mierzyć 
czasu i w nie kończącej się fioletowiejącej róży środka kronopio znajduje 
wielkie zadowolenie, zjada ją z oliwą, octem i solą, a do dziury wkłada 
nowy zegar. 

OBIAD 

Nie bez wysiłku kronopio doszedł do wynalezienia termometru mierzącego 
życie. Jest to coś pomiędzy termometrem a topometrem, pomiędzy fiszką 
informacyjną a curriculum vitae. 
Na przykład kronopio zaprosił do siebie famę, nadzieję i profesora języków. 
Używając swojego wynalazku doszedł do wniosku, że fama jest pod-
życiem, nadzieja niby-życiem, zaś profesor języków między-życiem. Co do 
siebie samego, czuł się z lekka nad-życiem, ale raczej przez poczucie 
poetyczności niż naprawdę. 
W porze obiadu ów kronopio upajał się rozmową swoich 
współbiesiadników, bo wszyscy byli przekonani, że mówią o tym samym, a 
wcale tak nie było. Między-życie operowało abstrakcjami w stylu ducha i 
sumienia, czego niby-życie słuchało, jakby padał deszcz - rzecz delikatna 
sama w sobie. Naturalnie pod-życie co chwila prosiło o parmezan, a nad-
życie dzieliło kuraka w czterdziestu dwóch taktach, metodą Stanley-
Fitzsimmonsa. Po wetach życia pożegnały się i poszły do swoich zajęć, na 
stole pozostały tylko luźne kawałki śmierci. 

CHUSTECZKI

Pewien fama jest bardzo bogaty i ma służącą. Używa on chusteczki do 
nosa, którą potem wrzuca do kosza na śmieci. Używa drugiej, i do kosza. I 
tak wali do kosza wszystkie zużyte chusteczki. Jak mu się skończą, kupuje 
nowe pudełko. Służąca wyjmuje chusteczki i zabiera je dla siebie. Jako że 
jest bardzo zaskoczona zachowaniem famy, któregoś dnia nie może się 
powstrzymać i pyta go, czy istotnie chustki są do wyrzucenia. 
- Idiotko - powiada fama - nie trzeba było się pytać 
- Od tej pory będziesz prała chustki, a ja zaoszczędzę pieniędzy. 

HANDEL 

Famy założyły fabrykę węży do polewania, zatrudniając rozlicznych 
kronopiów przy zwijaniu ich i składowaniu. Jak tylko kronopie znalazły się 
na miejscu - radość nieprzytomna. Były węże zielone, czerwone, 
niebieskie, żółte i fiołkowe. Były przejrzyste i przy próbowaniu widać było, 
jak woda przechodzi, a w niej banieczki, a czasami nawet jakiś robak. 
Kronopie zaczęły wydawać okrzyki i zamiast pracować chciały tańczyć. 
Famy wpadły w złość i zaraz zastosowały artykuły dwadzieścia jeden, 
dwadzieścia dwa i dwadzieścia trzy wewnętrznego regulaminu. Żeby takie 
zdarzenia więcej nie miały miejsca. 

background image

Jako że famy są nieuważne, kronopie wyczekały na odpowiedni moment i 
załadowały wielką ilość węży na ciężarówkę. Kiedy spotykały dziewczynkę, 
ucinały mały kawałek niebieskiego węża i dawały jej, żeby mogła sobie 
poskakać przez wężankę. Tym sposobem na wszystkich rogach pojawiły 
się przepiękne przezroczyste niebieskie banieczki z dziewczynką w środku, 
wyglądającą jak wiewiórka w klatce. Rodzice dziewczynki chcieli odebrać 
jej węża, żeby podlać ogród, ale okazało się, że przemyślne kronopie 
ponacinały je, tak że pocięta na kawałki woda nie służyła do niczego. W 
końcu zmęczeni rodzice rezygnowali, a dziewczynka szła na róg ulicy i 
skakała, skakała, skakała. ! Żółtymi wężami kronopie przyozdobiły różne 
pomniki, a przy pomocy zielonych porobiły zasadzki na modłę afrykańską, 
żeby zobaczyć, jak nadzieje będą wpadały jedna po drugiej. Wokół 
wpadłych nadziei kronopie tańczyły wesoło, zaś nadzieje robiły im gorzkie 
wyrzuty w następujący sposób: )- Okrutne kronopie, krwiożercze, okrutne! 
Kronopie, które nie życzyły nadziejom nic złego, pomagały im wyleźć i 
jeszcze im dawały po kawałku czerwonego węża. Tym sposobem nadzieje 
poszedłszy do domu mogły spełnić swoje największe pragnienie: podlewać 
zielone ogródki czerwonymi wężami. - Famy zamknęły fabrykę i wydały 
bankiet pełen żałobnych przemówień i lokai, którzy pośród ciężkich 
westchnień podawali rybę. I nie zaprosiły ani jednego kronopia i tylko te 
nadzieje, które nie powpadały w zasadzkę, bowiem tamte nie oddały 
czerwonych węży i famy z tymi nadziejami miały na pieńku. 

FILANTROPIA

Famom zdarzają się nader wspaniałomyślne gesty, na przykład: gdy fama 
spotyka biedną upadłą nadzieję u stóp palmy kokosowej, zabiera ją do 
swego automobilu, wiezie do siebie, forsownie ją odżywia i dostarcza 
rozrywek tak długo, aż nadzieja nabierze sił i odważy się po raz drugi 
wdrapać na palmę kokosową. To wykonawszy fama czuje się bardzo 
szlachetny i rzeczywiście jest szlachetny, tyle że nie przychodzi mu do 
głowy, że za parę dni nadzieja znów będzie leżała u stóp palmy. Podczas 
gdy nadzieja znowu leży u stóp palmy, fama w swoim klubie czuje się 
bardzo szlachetny wspominając, jak to pomógł upadłej nadziei. 
Kronopie nie są wielkoduszne dla zasady. Przechodzą mimo czegoś 
równie wzruszającego jak biedna nadzieja, pozbawiona nadziei, że uda się 
jej znowu wdrapać na palmę. Kronopie wcale na nią nie patrzą, zajęte 
śledzeniem nitki babiego lata. Z tego typu istotami nie można w sposób 
rozsądny oddawać się dobroczynności, dlatego też w towarzystwach 
dobroczynnych władze składają się wyłącznie z fam, zaś bibliotekarką jest 
nadzieja (obie nogi w gipsie po ostatnim upadku). 

ŚPIEW KRONOPIÓW 

Kiedy kronopie śpiewają swoje ulubione piosenki, podniecają się tak 
dalece, że często dają się przejeżdżać ciężarówkom i cyklistom, spadają z 
okien, gubią to, co mają w kieszeniach, do świadomości, którego dziś 
mamy, włącznie. Kiedy kronopio śpiewa, nadzieje i famy przybywają, by go 
słuchać, jakkolwiek nie bardzo rozumieją jego ekstazę i przeważnie się 
gorszą. W środku pieśni kronopio wznosi łapki, tak jakby podtrzymywał 
słońce, jakby niebo było tacą, zaś słońce głową Jana Chrzciciela, wobec 
czego śpiew kronopia jest nagą Salome tańczącą dla fam i nadziej, które 
stoją wokół z porozdziawianymi gębami, zastanawiając się, czy ksiądz 
proboszcz, czy wypada. Ale jako że w gruncie rzeczy są poczciwe (famy są 
dobre, a nadzieje głupawe), kończy się na tym, że klaszczą kronopiowi, 
który nagle przytomnieje zaskoczony, rozgląda się dokoła i także zaczyna 
bić brawo, biedaczek. 

background image

HISTORYJKA

Malutki kronopio szukał klucza do furtki od ulicy w szufladce w nocnym 
stoliku, nocnego stolika w sypialni, w sypialni, w domu, domu przy ulicy. Tu 
musiał się zatrzymać, bowiem żeby wyjść na ulicę, potrzebował klucza do 
furtki. 

WĄSKA PEŁNA ŁYŻECZKA 

Pewien fama wykrył, że cnota jest mikrobem okrągłym, posiadającym wiele 
nóżek. Natychmiast podał pełną łyżeczkę cnót swojej teściowej. Rezultat 
okazał się straszliwy; wyżej wymieniona dama zrezygnowała ze swoich 
złośliwych komentarzy, założyła klub dla zagubionych alpinistów i przez 
niecałe dwa miesiące prowadziła się w sposób tak przykładny, że wady jej 
córki, do tej chwili niezauważalne, przesunęły się na pierwszy plan ku 
wielkiemu zaskoczeniu i zdumieniu famy. Nie pozostawało mu nic innego, 
jak tylko podać łyżeczkę cnót żonie, która opuściła go tejże nocy 
zarzucając mu, że jest chamem, że nic nie znaczy i jest całkowicie różny od 
archetypów moralnych, które skrząc się majaczą przed jej oczami. % Fama 
przemyślał całą rzecz i na zakończenie zażył pełną flaszkę cnót. Ale mimo 
to jest sam i smutny. Kiedy mija na ulicy teściową lub żonę, kłaniają się 
sobie z szacunkiem, ale z daleka. Nawet nie ośmielają się zamienić słowa, 
taka jest perfekcja każdego z nich i lęk, aby się nie zarazić. 

ZDJĘCIE WYSZŁO PORUSZONE

Pewien kronopio idzie otworzyć bramę, ale wkładając rękę do kieszeni, 
żeby wyjąć klucz, wyjmuje pudełko zapałek, wobec czego zaczyna się 
troskać i myśli, że jeżeli zamiast klucza znalazł zapałki, może - o zgrozo - 
cały świat się przemieścił, i jeżeli zapałki są tam, gdzie miał być klucz, 
może portmonetka będzie pełna zapałek, cukierniczka pieniędzy, pianino 
cukru, książka telefoniczna muzyki, szafa pełna abonentów, łóżko pełne 
ubrań, wazony pełne prześcieradeł, tramwaje pełne róż, pola pełne 
tramwajów. Tak więc ten kronopio strasznie się denerwuje i biegnie 
przejrzeć się w lustrze, ale ponieważ lustro jest trochę pochylone, widzi w 
nim rynienkę na parasole, stojącą przy wejściu, co potwierdza jego 
przewidywania, więc wybucha płaczem, pada na kolana i składa łapki, sam 
nie wiedząc dlaczego. Sąsiedzi famy zbierają się naokoło niego i 
pocieszają go, a również i nadzieje, ale minie wiele godzin, zanim kronopio 
otrząśnie się z rozpaczy i przyjmie szklaneczkę herbaty, którą dobrze 
obejrzy, zanim zacznie pić, żeby mu się czasem nie zdarzyło, że zamiast 
herbaty wypije mrowisko albo książkę Samuela Smilesa. 

EUGENIKA 

Bywa, że kronopie nie chcą mieć dzieci, ponieważ pierwszą rzeczą, do 
której się zabiera dopiero co urodzony kronopio - to wymyślanie ojcu, 
bowiem niejasno widzi w nim sumę nieszczęść, które kiedyś i na niego 
spadną. Z tych powodów kronopie w celu zapładniania żon uciekają się do 
fam, zawsze gotowych do tych usług, chcą bowiem uchodzić za istoty 
lubieżne. Poza tym myślą, że w ten sposób podkopują wyższość moralną 
kronopiów, w czym się mylą całkowicie, bo kronopie wychowują dzieci na 
swój sposób i w parę tygodni pozbawiają je jakiegokolwiek podobieństwa 
do fam. 

WIARA W NAUKI 

Pewna nadzieja wierzyła w fizjonomistykę, w podział na zadartonosych, o 

background image

twarzach rybich, takich, co łapią powietrze, żółtych, o wielkich brwiach, o 
intelektualnym wyglądzie, o fryzjerskim wyglądzie i tak dalej. Zdecydowana 
definitywnie sklasyfikować te grupy, zaczęła robić długie spisy znajomych, 
których dzieliła według wyżej wymienionych zasad. Zabrała się potem do 
pierwszej grupy, na którą składało się ośmiu zadartonosych, i ze 
zdziwieniem zobaczyła, że w istocie tych chłopców można podzielić na trzy 
podgrupy, a mianowicie: zadartonosych z wąsami, zadartonosych o typie 
bokserskim i zadartonosych o typie posługaczy ministerialnych. Zaledwie 
podzieliła ich na te podgrupy (w kawiarni Paulisty przy ulicy San Marun, 
gdzie ich zgromadziła z wielkim trudem i z niemałą ilością dobrze 
zamrożonego mazagranu), zdała sobie sprawę, że pierwsza podgrupa nie 
jest jednolita, bowiem dwóch spośród wąsatych zadartonosych należy do 
grupy świnkowatych, podczas gdy pozostały jest bez wątpliwości 
zadartonosym o kroju japońskim. Odstawiwszy go na bok przy pomocy 
pysznej kanapki z anchois i jajkiem na twardo, zorganizowała podgrupę 
dwóch świnkowatych i już miała wpisać ich do swojej książeczki z pracami 
naukowymi, kiedy jeden ze świnkowatych popatrzył w jedną stronę, zaś 
drugi w drugą, w rezultacie czego tak nadzieja, jak i pozostali mogli 
przekonać się, że podczas gdy pierwszy jest bez wątpliwości zadartonosym 
okrągłogłowym, drugi ma czaszkę nadającą się raczej do wieszania na niej 
kapelusza niźli do nakładania go na nią. W ten sposób rozpadła jej się 
podpodgrupa, a o reszcie szkoda mówić, bo pozostałe osobniki z 
mazagranu przerzuciły się na przepalankę, i jedynym, do czego wydawały 
się podobne w tej sytuacji, to do twardego postanowienia, żeby urżnąć się 
na rachunek nadziei. 

ZAKŁÓCENIA W INSTYTUCJACH UŻYTECZNOŚCI PUBLICZNEJ 

Popatrz tylko, co się wyprawia, jeżeli zaufać kronopiom. Zaledwie 
mianowano takiego dyrektorem generalnym Radia, wezwał paru tłumaczy z 
ulicy San Martin i kazał im przetłumaczyć wszystkie teksty, ogłoszenia i 
piosenki na rumuński, język mało popularny w Argentynie. O ósmej rano 
famy zaczęły otwierać odbiorniki, chcąc usłyszeć wiadomości oraz reklamy 
genialnych proszków od bólu głowy Geniol i wyborowej margaryny marki 
Chwast, najlepszej do pieczenia ciast. 
No i usłyszeli, tyle że po rumuńsku, tak że zrozumieli tylko nazwę produktu. 
Głęboko zdumieni, poczęli potrząsać odbiornikami, ale w dalszym ciągu 
wszystko leciało po rumuńsku, włącznie do tanga Tej nocy się upiję, zaś 
telefony z pretensjami do dyrekcji radia przyjmowała panienka, która, po 
rumuńsku odpowiadając na hałaśliwe zażalenia, jeszcze przyczyniała się 
do powiększenia ogólnego burdelu. 
Posłyszawszy, co się stało. Delegat Rządu kazał rozstrzelać kronopia, 
który w ten sposób zbezcześcił narodowe tradycje. Na nieszczęście pluton 
egzekucyjny składał się z kronopiów odsługujących wojsko, więc zamiast 
strzelać do eks-Generalnego Dyrektora strzelili w tłum zebrany na placu de 
Mayo, i to tak celnie, że położyli trupem sześciu wyższych oficerów 
marynarki i jednego aptekarza. Wezwano na pomoc pluton fam, kronopio 
został prawidłowo rozstrzelany (co mu się należało), zaś na jego miejsce 
wyznaczono famę, dystyngowanego autora ludowych piosenek oraz 
rozprawy na temat szarych komórek. Ów fama przywrócił narodowy język 
w radiotelefonii, ale oto co się stało: famy straciły zaufanie i prawie nie 
otwierały odbiorników. Wiele z nich, pesymistów z natury, nabyło słowniki i 
podręczniki do nauki rumuńskiego, jak również życiorysy króla Karola i pani 
Lupescu. Niezależnie od wściekłości władz, rumuński stał się modny, zaś 
na grób kronopia ukradkiem przemykały się delegacje pozostawiające łzy i 
bileciki wypełnione nazwiskami znanymi w Bukareszcie, mieście filatelistów 
i zamachów. 

background image

ZACHOWUJ SIĘ JAK U SIEBIE W DOMU

Pewna nadzieja wybudowała sobie dom i wmurowała kafelek, który mówił: 
Błogosławieni, którzy wstępują w te progi. 
Pewien fama wybudował sobie dom i w ogóle nie dał do niego kafelków. 
Pewien kronopio wybudował sobie dom i według zwyczaju wmurował w 
progu wiele kafli, które albo kupił, albo nawet specjalnie kazał zrobić. Były 
one wmurowane tak, żeby można je było czytać po kolei. Na pierwszym 
było: Błogosławieni, którzy wstępują w te progi. Na drugim: Domek jest 
maty, za to serce wielkie. Na trzecim: Gość w dom, Bóg w dom. Na 
czwartym: Czym chata bogata, tym rada. Na piątym: Ten napis anuluje 
wszystkie poprzednie. Won, pętaku! 

POSZCZEGÓLNE l OGÓLNE

Pewien kronopio wyszedł na balkon, żeby sobie umyć zęby, ale dawszy się 
ogarnąć jakiejś wielkiej szczęśliwości na widok porannego słońca i 
przecudnych chmur, zbytnio ścisnął tubkę pasty, z której zaczęła 
wydobywać się długa, różowa wstęga. Pokrywszy szczotkę prawdziwą górą 
pasty, kronopio zorientował się, że jeszcze ma jej bardzo dużo, wobec 
czego zaczął potrząsać tubą i flaczki różowej pasty spadały z balkonu na 
ulicę, gdzie zebrały się famy, ażeby omówić zmiany w zarządzie miejskim. 
Flaczki różowej pasty spadały na kapelusze fam, podczas gdy na górze 
pełen radości kronopio wyśpiewywał czyszcząc sobie zęby. Famy oburzyły 
się na równie niewiarygodną bezmyślność kronopia i postanowiły 
wyznaczyć delegację, ażeby go natychmiast zwymyślała, wobec czego 
delegacja składająca się z trzech fam poszła na górę do kronopia i zwróciła 
mu uwagę w następujących słowach: 
- Kronopio, zniszczyłeś nam kapelusze. Musisz zapłacić za szkodę. 
- Po czym o wiele dosadniej: 
- Kronopio! To zgroza tak marnować pastę do zębów! 

TERAPIE 

Pewien kronopio kończy medycynę i otwiera sobie gabinet przy ulicy 
Santiago del Estero. Natychmiast pojawia się chory i zaczyna opowiadać 
mu o tym, co go boli i jak to w nocy nie sypia, a w dzień nie jada. 
- Kup wielki bukiet róż - powiada kronopio. 
Chory wycofuje się zaskoczony, ale kupuje bukiet i natychmiast zostaje 
uzdrowiony. Pełen wdzięczności pojawia się u kronopia i poza honorarium 
wręcza mu - atencja pełna delikatności - przepiękny bukiet róż. 
Natychmiast po jego odejściu kronopio zapada na zdrowiu, wszystko go 
boli, w nocy przestaje spać, a w dzień nie może jeść. 

BADACZE 

Trzej kronopie i jeden fama łączą się speleologicznie, ażeby odnaleźć 
podskórne źródła pewnego źródła. U wejścia do pewnej groty kronopio 
schodzi, przytrzymywany przez innych, niosąc na plecach pakiecik ze 
swoimi ulubionymi kanapkami (z serem). Dwóch kronopiów-windziarzy 
pomaga mu w powolnym opuszczaniu się, zaś fama spisuje w wielkim 
zeszycie szczegóły ekspedycji. Niedługo pojawia się pierwszy komunikat 
od kronopia: wściekły, bo przez pomyłkę dano mu sandwicze z szynką. 
Targa linką i żąda, żeby go wyciągnąć. Kronopie-dźwigi naradzają się 
zafrasowane, zaś fama prostuje się w całej swojej straszliwej postaci i 
mówi: NIE, tak gwałtownie, że kronopie rzucają linę i pospieszają go 
uspokajać. Tymczasem nadchodzi drugi komunikat, bowiem kronopio 
zleciał dokładnie w miejsce źródeł źródła, skąd donosi, że wszystko jest jak 

background image

najgorzej; pośród wymysłów i łez informuje, że wszystkie kanapki są z 
szynką, że im więcej się w nich rozgląda, tym bardziej są z samą szynką i 
ani jednej z serem. 

WYCHOWANIE KSIĘCIA 

Kronopie prawie nigdy nie mają dzieci, ale jeżeli miewają, tracą głowy i 
dzieją się rzeczy niezwykłe. Na przykład: gdy kronopio ma syna, 
natychmiast ogarnia go ocudownienie i jest przekonany, że jego syn jest 
piorunochronem piękności, że w jego żyłach płynie cała chemia, z tu i tam 
porozrzucanymi wysepkami pełnymi sztuk pięknych, poezji i urbanistyki. 
Taki kronopio nie jest w stanie patrzeć na swego syna, żeby nie pochylić 
się przed nim głęboko i nie wygłaszać przemówień wyrażających 
uszanowanie i hołd. Syn, zgodnie z normalnym biegiem rzeczy, nienawidzi 
go z całego serca. Kiedy wchodzi w wiek szkolny, ojciec zapisuje go do 
pierwszej klasy, gdzie dzieciak dobrze się bawi wśród innych małych 
kronopiów, fam i nadziej. Ale humor psuje mu się koło południa, bo wie, że 
pod szkołą będzie na niego czekał ojciec, który na jego widok wzniesie do 
góry ręce i powie na przykład: 
- Dzień dobry-bry, kronopio, kronopio, najcudowniejszy, najlepszy, 
najróżowszy, najudańszy, najszanowniejszy i najpilniejszy ze wszystkich 
synów! - z czego famy i nadzieje jr. będą się skręcać ze śmiechu na brzegu 
chodnika. Więc mały kronopio nienawidzi uparcie swojego ojca i w końcu 
pomiędzy pierwszą komunią a służbą wojskową zawsze wytnie mu jakiś 
paskudny numer. Ale kronopie nie cierpią z tego powodu, przecież w 
swoim czasie one także nienawidziły swych ojców tak dalece, że nienawiść 
ta wydawała się niemal synonimem wolności i szerokiego świata. 

DEPESZE 

Pewna nadzieja wymieniła ze swą siostrą następujące depesze, z 
miejscowości Ramos Mejia do Viedmy: 
ZAPOMNIAŁAŚ SIEMIĘ KANAREK STOP IDIOTKA STOP 
SAMA IDIOTKA STOP MAM ZAPASOWE STOP EMMA. 
Trzy telegramy kronopiów: 
l. NIESPODZIEWANIE POMYLONY POCIĄG STOP ZAMIAST SIÓDMA 
DWANAŚCIE WZIĄŁEM ÓSMA DWADZIEŚCIA CZTERY STOP JESTEM 
MIEJSCE DZIWACZNE STOP PONURAKI LI CZA ZNACZKI STOP 
MIEJSCOWOŚĆ WYSOCE PRZYGNĘBIAJĄCA STOP WĄTPIĘ CZY 
PRZYJMĄ TELEGRAM STOP PEWNIE ZAPADNĘ ZDROWIU STOP 
MÓWIŁEM NIE JEŹDZIĆ BEZ GRZAŁKA STOP ZGNĘBIONY SIADAM 
SCHODEK CZEKAĆ POWROTNY POCIĄG STOP ARTUR. 
2. NIE STOP CZTERY PESOS SZEŚĆDZIESIĄT ALBO NIC STOP JEŻELI 
CI SPRZEDADZĄ TANIEJ KUP DWIE PARY STOP JEDNĄ GŁADKĄ A 
DRUGĄ W PASKI. 
3. SPOTKAŁEM CIOTKĘ ESTHER WE ŁZACH ŻÓŁW CHORY STOP 
TRUJĄCY KORZEŃ ALBO ZGNIŁY SER STOP ŻÓŁWIE ZWIERZĘTA 
DELIKATNE STOP TROCHĘ PRZYGŁUPIE STOP NIE ODRÓŻNIAJĄ 
STOP SZKODA. 

LEW I KRONOPIO

Pewien kronopio na pustyni spotyka lwa i wywiązuje się następujący dialog: 
Lew: 
- Zjem cię. 
Kronopio (przerażony, ale z godnością): 
- Trudno. 

background image

Lew: 
- O, co to, to nie! Żadnych męczenników. Jedno z dwojga: albo płacz, albo 
ruszaj do walki, bo tak nie mogę cię zjeść. No, prędzej, czekam. Nic nie 
mówisz? 
Kronopio: nie mówi nic, więc Lew jest zmieszany, ale po chwili coś mu 
przychodzi do głowy. 
Lew: 
- Na szczęście mam w lewej łapie drzazgę, która mnie cholernie narywa. 
Wyjmij mi ją, to ci przebaczę. Kronopio wyjmuje mu drzazgę, zaś Lew 
odchodzi mrucząc niechętnie: Dzięki, Androklesie. 

KONDOR I KRONOPIO

Niby piorun spada kondor na kronopia, który przechodzi przez Tinogastę. 
Kondor dociska go do granitowej ściany i z wielkim ożywieniem mówi, co 
następuje: 
Kondor: 
- Odważ się powiedzieć, że nie jestem przepiękny. 
Kronopio: 
- Jesteś najpiękniejszym ptakiem, jakiego kiedykolwiek widziałem. 
Kondor: 
- Więcej. 
Kronopio: 
- Jesteś piękniejszy od rajskiego ptaka. 
Kondor: 
- Odważ się powiedzieć, że nie latam wysoko. 
Kronopio: 
- Latasz na zawrotnych wysokościach i jesteś całkowicie ponaddźwiękowy i 
stratosferyczny. 
Kondor: 
- Odważ się powiedzieć, że śmierdzę. 
Kronopio: 
- Pachniesz piękniej niż cały litr wody kolońskiej Johann-Maria Farma. 
Kondor: 
- Gówniarz. Nie daje najmniejszej możliwości, żeby go rozdziobać. 

FAMA I EUKALIPTUS

Pewien fama chodzi sobie po lesie i jakkolwiek nie potrzeba mu nic na 
podpałkę, pożądliwie spogląda na wszystkie drzewa. Drzewa mają 
wielkiego stracha, bo znają zwyczaje fam, więc obawiają się najgorszego. 
Na samym środku rośnie przepiękny eukaliptus; na jego widok fama 
wydaje okrzyk radości i tańczy wokół wzburzonego eukaliptusa wołając: - 
Antyseptyczne listki, zdrowa zima, szczyt higieny. Wyciąga siekierę i na nic 
nie bacząc wali w brzuch eukaliptusa. Eukaliptus śmiertelnie ranny wydaje 
jęk, zaś inne drzewa słyszą, jak wśród westchnień mruczy: - I pomyśleć, że 
ten kretyn po prostu mógł kupić sobie pastylki Valda. 

ŻÓŁWIE l KRONOPIE

Faktem jest, że żółwie są wielkimi zwolennikami szybkości. 
Nadzieje to wiedzą, ale się nie przejmują. Famy to wiedzą i śmieją się. 
Kronopie to wiedzą i za każdym razem, kiedy spotykają żółwia, wyjmują 
pudełko z pastelami i na okrągłej tarczy żółwia rysują jaskółeczkę. 

background image

KWIAT I KRONOPIO

Pewien kronopio znajduje na polu samotny kwiat. Już już ma go zerwać, 
kiedy przychodzi mu na myśl, że jest to niepotrzebne okrucieństwo, więc 
klęka obok niego i zaczyna wesoło z nim igrać, a mianowicie: głaszcze 
płatki, dmucha na niego, żeby tańczył, bzyczy jak pszczoła, wącha go, po 
czym kładzie się pod nim i zasypia w spokoju. 
Kwiat myśli: "On jest jak kwiat". 

K O N I E C 


Document Outline