background image

 
Kir Bułyczow 
Podróże Alicji 

Putieszestwije Alisy 
Przełożyła: Irena Piotrkowska 

Wydanie oryginalne: 1974 

Wydanie polskie: 1978 

iMN 

background image

PRZESTĘPCZYNI ALICJA 

 
Obiecałem  Alicji:  „Jak  przejdziesz  do  trzeciej  klasy,  zabiorę  cię  na  letnią  ekspedycję. 

Polecimy statkiem »Pegaz« na poszukiwanie rzadkich okazów zwierząt dla naszego Zoo”. 

Powiedziałem to jeszcze w zimie, tuż po Nowym Roku. I równocześnie postawiłem kilka 

warunków - dobrze się uczyć, nie robić głupstw i wybić sobie z głowy różne dzikie pomysły. 

Alicja  uczciwie  wypełniała  warunki  i  zdawało  się,  że  nic  nie  zagraża  naszym  planom. 

Tymczasem  w  maju,  na  miesiąc  przed  odlotem,  zaszła  pewna  okoliczność,  która  omal 
całkiem ich nie przekreśliła. 

Pracowałem tego dnia w domu, pisałem artykuł dla „Wiadomości Kosmozoologicznych”. 

Przez  otwarte  drzwi  gabinetu  widziałem,  że  Alicja  wróciła  ze  szkoły  ponura,  cisnęła  z 
rozmachem na stół torbę z dyktafonem i mikrofilmami, nie chciała jeść obiadu i zamiast po 
ulubioną  w  ostatnich  miesiącach  książkę  „Zwierzęta  dalekich  planet”,  sięgnęła  po  „Trzech 

muszkieterów”. 

- Jakieś przykrości? - zapytałem. 

- Nic podobnego. Skąd ci to przyszło na myśl? 

- Tak mi się wydawało. 
Alicja po chwili namysłu odłożyła książkę i spytała: 

- Tatku, nie masz przypadkiem samorodka złota? 

- Duży potrzebujesz? 

- Z półtora kilograma. 

- Nie, nie mam. 

- A może masz mniejszy? 

- Prawdę mówiąc, też nie. Żadnego nie mam. Na co mi samorodek? 

- Nie wiem - rzekła Alicja. - Po prostu mnie jest bardzo potrzebny. 
Wyszedłem z gabinetu i siadłszy przy niej na kanapie, powiedziałem: 

- No mów, co masz na sercu. 

- Nic szczególnego. Zwyczajnie potrzebny mi samorodek. 

- A tak całkiem szczerze? 
Alicja westchnęła głęboko, spojrzała w okno i wreszcie zdobyła się na wyznanie: 

- Jestem złodziejką, tatku. 

- Złodziejką? 

- Popełniłam kradzież i teraz na pewno wyrzucą mnie ze szkoły. 

-  Szkoda  -  powiedziałem.  -  No,  mów  dalej.  Mam  nadzieję,  że  cała  ta  sprawa  jest  mniej 

straszna, niż się wydaje na pierwszy rzut oka. 

-  Bo  widzisz,  ja  i  Alosza  Naumow  postanowiliśmy  schwytać  szczupaka-olbrzyma.  On 

grasuje w Zalewie Ikszyńskim i pożera narybek. Opowiadał nam o nim pewien rybak, ty go 

nie znasz. 

background image

- A co ma z tym wspólnego samorodek? 

- Na błystkę. 

- Co takiego? 

- Dyskutowaliśmy o tym w klasie i doszliśmy do wniosku, że szczupaka trzeba złowić na 

błystkę. Zwykłego szczupaka łowi się na zwykłą błystkę, ale taki olbrzym może wziąć tylko 
na specjalną. I wtedy... {brak strony od 7 do 10} 

- Dobrze, mój tajemniczy panie - odpowiedziałem. 

- Proszę. 
Podał mi woreczek. Poczułem w ręku spory ciężar. 

- Samorodek? - spytałem. 

- To pan wie? 

- Wiem. 

- Więc tak, samorodek. 

- Mam nadzieję, że nie kradziony? 

- Ależ nie, co też pan! Dali mi go w klubie turystów. No, do widzenia. 
Nie zdążyłem wrócić do gabinetu, gdy znów odezwał się dzwonek. Za drzwiami ujrzałem 

dwie dziewczynki. 

- Dzień dobry - wymówiły chórem. - Jesteśmy z pierwszej klasy. Proszę to oddać Alicji. 
Wręczyły mi dwie jednakowe sakiewki i uciekły. W jednej sakiewce leżały cztery złote 

monety,  stare  monety  z  czyjejś  kolekcji.  W  drugiej  -  trzy  łyżeczki  do  herbaty.  Te  ostatnie 
okazały  się  wprawdzie  nie  złote,  lecz  platynowe,  nie  mógłbym  już  jednak  dogonić 

dziewczynek. 

Jeszcze jeden samorodek ręka nieznanego dobroczyńcy wrzuciła do skrzynki pocztowej. 

Potem przyszedł Lowa Zwanski i usiłował mi wcisnąć małą szkatułkę z diamentami. Potem 
jakiś chłopiec ze starszej klasy przyniósł od razu trzy samorodki. 

- Kiedyś zbierałem minerały - wyjaśnił. 
Alicja wróciła wieczorem. Już od drzwi zawołała triumfująco: 

- Tatku, nie martw się, wszystko gra. Lecimy na wyprawę. 

- Skąd taka zmiana? - spytałem. 

- Stąd, że znalazłam samorodek. 

- Gdzie? 
Alicja  z  trudem  wyciągnęła  z  torby  samorodek.  Na  oko  ważył  ze  sześć  lub  siedem 

kilogramów. 

-  Pojechałam  do  Połoskowa.  Do  naszego  kapitana.  Wydzwaniał  do  wszystkich  swoich 

znajomych, dowiedziawszy się, o co chodzi. I jeszcze poczęstował mnie obiadem, tak że nie 
jestem głodna. 

W tej chwili spostrzegła leżące na stole samorodki i inne złote przedmioty, które w ciągu 

jednego popołudnia nagromadziły się w naszym mieszkaniu. 

background image

- Ojejej! - wykrzyknęła. - Ale się wzbogaci nasze muzeum. 

- Posłuchaj, złodziejko - przerwałem jej zachwyty - za żadne skarby nie wziąłbym cię na 

wyprawę, gdyby nie twoi przyjaciele. 

- A cóż oni mają z tym wspólnego? 

- Otóż wątpię, aby tak biegali po całej Moskwie i szukali złotych przedmiotów dla osoby 

bardzo złej. 

- Nie jestem przecież taka zła - oświadczyła Alicja bez krztyny skromności. 
Zmarszczyłem  brwi,  lecz  w  tym  momencie  rozległ  się  w  ścianie  brzęczyk  poczty 

pneumatycznej. Otworzyłem klapę i wyjąłem paczkę z Muzeum Mineralogicznego. Frydman 
dotrzymał słowa. 

- To ode mnie - powiedziałem. 

- No widzisz - uśmiechnęła się Alicja. - To znaczy, że ty też jesteś moim przyjacielem. 

- Chyba tak - odpowiedziałem. - Tylko proszę z tego powodu nie zadzierać nosa. 
Nazajutrz rano musiałem odprowadzić Alicję do szkoły, ponieważ łączna waga zasobów 

złota w naszym mieszkaniu sięgała osiemnastu kilogramów. 

Oddając Alicji torbę przed wejściem do szkoły, powiedziałem: 

- Na śmierć zapomniałem o karze. 

- O jakiej karze? 

- Będziesz musiała w niedzielę zabrać z Zoo błękitnego irbisa i pójść z nim do Muzeum 

Mineralogicznego. 

- Z irbisem do muzeum? Przecież to głupie stworzenie. 

- Nie przeczę, ale on będzie tam straszył myszy, ty zaś dopilnujesz, by jeszcze kogoś nie 

nastraszył. 

- Zgoda - odpowiedziała Alicja. - Ale na wyprawę mimo wszystko lecimy? 

- Lecimy. 

background image

CZTERDZIEŚCI TRZY ZAJĄCE 

 
Ostatnie  dwa  tygodnie  przed  odlotem  upłynęły  w  pośpiechu,  nerwach  i  nie  zawsze 

koniecznej bieganinie. W pierwszej kolejności należało przygotować, sprawdzić, przewieźć i 
ulokować  w  „Pegazie”  klatki,  potrzaski,  ultradźwiękowe  przynęty,  sidła,  sieci,  instalacje 
energetyczne  i  ponadto  tysiące  rzeczy,  które  są  konieczne  przy  odłowach  zwierzyny. 
Następnie  -  zaopatrzyć  się  w  lekarstwa,  żywność,  filmy,  taśmy,  aparaturę,  dyktafony, 
mikroskopy, teczki zielnikowe, notatniki, gumowe buty, komputery, parasolki od słońca i od 
deszczu, lemoniadę, płaszcze i kapelusze panama, lody w proszku, autoloty i jeszcze w milion 
rzeczy,  które  się  przydadzą  albo  i  nie  przydadzą  podczas  wyprawy.  Na  koniec,  skoro 
planujemy  po  drodze  lądowanie  w  bazach  naukowych,  na  stacjach  oraz  różnych  planetach, 
trzeba  zabrać  dodatkowy  bagaż:  pomarańcze  dla  astronautów  na  Marsie,  słoiki  śledzi  dla 
badaczy Małego Arktura, sok wiśniowy, tusz i gumę arabską dla archeologów w Układzie 2-
BC,  brokatowe  kaftany  i  elektrokardiografy  dla  mieszkańców  planety  Fiks,  komplet  mebli 
orzechowych,  wygrany  przez  mieszkańca  planety  Samora  w  konkursie  „Czy  znasz  Układ 
Słoneczny?”,  konfitury  z  pigwy  (witaminizowane)  dla  Liceniańczyków  i  poza  tym  całe 
mnóstwo  podarków  i  przesyłek,  jakie  nam  do  ostatniej  sekundy  znosili  dziadkowie,  bracia, 
siostry,  rodzice,  dzieci  i  wnukowie  ludzi  oraz  mieszkańców  innych  planet,  z  którymi  się 

podczas naszej wyprawy zobaczymy. W rezultacie nasz „Pegaz” upodobnił się do arki Noego, 
do pływającego jarmarku, do supermarketu, a nawet do magazynu bazy handlowej. 

Straciłem przez te dwa tygodnie na wadze sześć kilogramów, a kapitan „Pegaza”, słynny 

kosmonauta Połoskow, postarzał się o sześć lat. 

„Pegaz”  jako  statek  nieduży  załogę  ma  również  niewielką.  Na  Ziemi  oraz  na  innych 

planetach dowódcą wyprawy jestem ja, profesor Sielezniew z moskiewskiego Zoo. Mój tytuł 
profesorski bynajmniej nie oznacza, że jestem  już człowiekiem starym,  siwym  i  dostojnym. 
Tak się złożyło, że od dziecka ogromnie lubiłem wszelakie zwierzęta i nigdy nie zamieniłbym 
ich  na  minerały,  znaczki  pocztowe,  aparaty  radiowe  czy  inne  interesujące  rzeczy.  Mając 
dziesięć lat, wstąpiłem do kółka młodych przyrodników, potem ukończyłem szkołę średnią i 
rozpocząłem studia uniwersyteckie na wydziale biologii. Podczas studiów każdy wolny dzień 
spędzałem nadal w Zoo i w pracowniach biologicznych. Po otrzymaniu dyplomu wiedziałem 
o zwierzętach tak dużo, że mogłem napisać o nich swoją pierwszą książkę. W owym czasie 
nie było jeszcze superszybkich pojazdów kosmicznych mogących dotrzeć do każdego punktu 
Galaktyki, dlatego też niewielu było zoologów kosmicznych. Ja byłem jednym z pierwszych. 
Obleciałem  mnóstwo  planet  i  gwiazd  i  nawet  sam  nie  spostrzegłem,  kiedy  zostałem 

profesorem. 

Gdy  „Pegaz”  odrywa  się  od  stałego  gruntu,  władzę  nad  nim  oraz  nad  nami  wszystkimi 

obejmuje  Gennadij  Połoskow,  słynny  kosmonauta  i  dowódca  statku.  Spotykaliśmy  się  już 
wcześniej na dalekich  planetach i  w bazach naukowych.  Bywa częstym  gościem  w naszym 

background image

domu,  a  z  Alicją  łączy  go  szczególna  przyjaźń.  Połoskow  całkiem  nie  wygląda  na 
nieustraszonego kosmonautę i gdy zdejmuje mundur kapitana-astronauty, można go wziąć za 
wychowawcę  w  przedszkolu  lub  bibliotekarza.  Jest  niewysoki,  jasnowłosy,  małomówny  i 
cechuje  go  wielka  delikatność.  Ale  gdy  zasiada  w  swym  fotelu  w  sterowni  kosmicznego 
pojazdu, zmienia się - i głos jego ma inne brzmienie, i nawet twarz nabiera wyrazu pewności i 
zdecydowania.  Połoskow  nigdy  nie  traci  przytomności  umysłu  i  cieszy  się  wielkim 
szacunkiem we flocie kosmicznej. Z trudem udało mi się namówić go, by poleciał z nami jako 

kapitan „Pegaza”, gdyż równocześnie Jack O’Connoll proponował mu objęcie tejże funkcji na 

nowym liniowcu pasażerskim obsługującym trasę Ziemia-Fiks. I gdyby nie Alicja, nigdy nie 
zdołałbym go uprosić. 

Trzeci  członek  załogi  „Pegaza”  to  mechanik  Zielony.  Wielkie  chłopisko  z  bujną  rudą 

brodą.  Jest  dobrym  mechanikiem,  już  z  pięć  razy  latał  z  Połoskowem  na  innych  statkach. 
Największa jego pasja - grzebanie w silnikach oraz wieczne naprawy w maszynowni. Na ogół 
bywa  to  wspaniałą  zaletą,  czasem  jednak  zbytnio  się  zapala  i  zdarza  się,  że  jakaś  bardzo 
ważna  maszyna  lub  aparat  znajdują  się  w  proszku  akurat  w  momencie,  gdy  są  najbardziej 
potrzebne. Poza tym Zielony jest strasznym pesymistą. Sądzi zwykle, że  „to” dobrze się nie 
skończy. Jakie „to”? Ano wszystko. Zapuścił na przykład brodę, przeczytał bowiem w jakiejś 
starej książce, że pewien kupiec zaciął się brzytwą i zmarł na zakażenie krwi. I chociaż dziś 
na całej Ziemi nie znajdzie się taka brzytwa, którą można by się zaciąć, a wszyscy mężczyźni 
zamiast golić się rano, smarują twarz pastą, Zielony na wszelki wypadek zapuścił brodę. Gdy 
lądujemy na jakiejś nieznanej planecie, z miejsca radzi nam stąd odlecieć, ponieważ zwierząt 
na pewno tu nie ma, a jeśli są, to niepotrzebne dla Zoo, a jeśli nawet potrzebne, to i tak ich na 
Ziemię nie dowieziemy. I tak dalej, i tak dalej. My jednak przywykliśmy już do niego i nikt 

się nie przejmuje tym zrzędzeniem. On zaś nie obraża się za to. 

Czwartym  członkiem  naszej  załogi,  nie  licząc  kuchennego  robota,  który  wiecznie  się 

psuje, oraz automatów terenowych, jest Alicja. Jak wiadomo, jest ona moją córką, przeszła do 

klasy trzeciej, ma niezwykłe wprost szczęście do różnych przygód, na razie jednak wszystkie 
kończyły się dobrze. Alicja jest osobą bardzo w czasie wyprawy przydatną, umie opiekować 
się zwierzętami i prawie niczego się nie boi. 

Ostatniej  nocy  przed  odlotem  spałem  źle  -  ciągle  mi  się  zdawało,  że  ktoś  chodzi  po 

mieszkaniu i trzaska drzwiami. Gdy wstałem, Alicja była już ubrana, jakby w ogóle nie kładła 
się  spać.  Zeszliśmy  do  autolotu.  Bagaży  nie  mieliśmy,  wyjąwszy  moją  czarną  teczkę  oraz 
konduktorkę Alicji, do której były przywiązane płetwy oraz harpun do podwodnych polowań. 

Ranek  był  przejmująco  chłodny.  Meteorologowie  zapowiadali  po  południu  deszcz,  lecz 

jak  zwykle  nieco  się  pomylili  i  deszcz  ten  spadł  już  w  nocy.  Na  ulicach  było  pusto, 
pożegnaliśmy się z rodziną, obiecując wysyłać listy ze wszystkich planet. 

Autolot  z  wolna  wzniósł  się  nad  ulicą  i  lekko  popłynął  na  zachód  w  kierunku 

kosmodromu.  Oddałem  stery  Alicji,  a  sam  wyjąłem  tasiemcowe  spisy  bagaży,  tysiąc  razy 

background image

poprawiane i kreślone, i znów zabrałem się do ich studiowania, gdyż Połoskow zaklinał mi 
się, że jeśli nie wyrzucimy przynajmniej trzech ton ładunku, nigdy nie zdołamy oderwać się 

od Ziemi. 

Nawet nie zauważyłem, kiedy dolecieliśmy do kosmodromu. Alicja była skupiona, jakby 

pochłaniała  ją  jakaś  myśl.  Tak  dalece,  że  wylądowała  przed  innym  statkiem,  ładującym 
prosięta dla Wenus. 

Na widok opadającego z nieba pojazdu prosięta rozpierzchły się w różne strony, gnające 

je roboty rzuciły się za nimi w pogoń, a wściekły szef transportu zwymyślał mnie za to, że 
powierzam lądowanie małemu dziecku. 

- Ona nie jest taka mała - odpowiedziałem. - Przeszła już do trzeciej klasy. 

- Tym większy wstyd - ofuknął mnie szef tuląc do piersi schwytane prosię. - Teraz ich nie 

pozbieramy do samego wieczora. 

Spojrzałem z wyrzutem na Alicję i ująwszy stery, podjechałem do białego „Pegaza”. W 

dniach swej młodości „Pegaz” był superszybkim statkiem pocztowym. Później, gdy pojawiły 
się  statki  o  jeszcze  większej  szybkości  i  ładowności,  „Pegaza”  oddano  do  użytku 
ekspedycjom. Miał obszerne ładownie, służył już geologom i archeologom, a teraz przydał się 
dla Zoo. Połoskow czekał na nas i nim zdążyliśmy się przywitać, zapytał: 

- Wymyśliłeś, gdzie podziać te trzy tony? 

- Coś niecoś wymyśliłem odparłem. 

- No to gadaj! 
W tej chwili podeszła do nas skromna starsza kobiecinka w niebieskim szalu i spytała: 

- Nie zabralibyście malutkiej paczuszki dla mojego syna na Aldebaranie? 

- Masz ci los - machnął ręką Połoskow - tylko tego brakowało! 

- Maluteńkiej - powtórzyła - najwyżej dwieście gramów. Możecie sobie wyobrazić, jak on 

by się czuł, gdyby nie dostał żadnego prezentu na urodziny? 

Nie mogliśmy sobie wyobrazić. 

-  A  co  jest  w  tej  paczuszce?  -  spytał  uczuciowy  Połoskow  zdając  się  na  łaskę 

zwycięzczyni. 

- Nic nadzwyczajnego. Torcik. Kola przepada za torcikami! I taśma stereo z zapisem, jak 

jego synek uczy się chodzić. 

- Proszę przynieść - mruknął ponuro Połoskow. 
Poszukałem wzrokiem Alicji. Nigdzie jej nie było. Nad kosmodromem wschodziło słońce 

i długi cień „Pegaza” sięgał budynku kosmoportu. 

-  Słuchaj  -  rzekłem  do  Połoskowa  -  przerzucimy  część  ładunku  na  Księżyc  statkiem 

liniowym. A z Księżyca będzie nam już łatwiej wystartować. 

- To samo myślałem - przytaknął. - Na wszelki wypadek usuniemy cztery tony, żeby mieć 

rezerwę. 

- Komu mam wręczyć paczuszkę? - spytała kobiecinka. 

background image

-  Robot  przy  wejściu  odbierze  -  poinformował  Połoskow,  po  czym  zaczęliśmy  się 

zastanawiać, co przerzucić na Księżyc. 

Kątem oka zerkałem, gdzie się podziała Alicja, i mimo woli zwróciłem uwagę na naszą 

kobiecinkę. Stała w cieniu „Pegaza” i cicho spierała się o coś z robotem. Za nią piętrzyła się 

na wózku góra pakunków. 

- Połoskow - zawołałem - spójrz no tam! 

- Oj - jęknął zacny kapitan. - Ja tego nie przeżyję! 
Tygrysim skokiem dopadł kobiecinki. 

- Co to jest?! - zagrzmiał. 

- Paczuszka - odparła nieśmiało. 

- Torcik? 

- Tak, torcik. - Otrząsnęła się już ze strachu. 

- Taki olbrzymi? 

-  Wybaczy  pan,  kapitanie  -  oświadczyła  surowym  tonem.  -  Chce  pan,  aby  mój  syn  jadł 

sam przysłany przeze mnie torcik i nie poczęstował swych stu trzydziestu kolegów z pracy? 

Tego pan chce? 

-  Ja niczego już nie chcę!  - jęknął  udręczony Połoskow.  - Zostaję w domu  i  nigdzie nie 

lecę. Rozumie pani? Nigdzie! 

Przeprawa z kobiecinką trwała pół godziny i zakończyła się zwycięstwem Połoskowa. Ja 

tymczasem  wszedłem  do  statku  i  kazałem  robotom  znieść  z  pokładu  pomarańcze  oraz 

komplet orzechowych mebli. 

Alicję niespodzianie spotkałem w dalekim korytarzu ładowni. 

- Co ty tu robisz? - spytałem zdziwiony. 
Alicja schowała za plecami wianuszek obarzanków. 

- Zaznajamiam się ze statkiem - odpowiedziała. 

- Idź do kajuty - rzuciłem i pobiegłem dalej. 
O  godzinie  dwunastej  skończyliśmy  wreszcie  przeładunek.  Statek  był  gotów  do  odlotu. 

Sprawdziliśmy z Połoskowem jeszcze raz ciężar ładunku - zostało nam dwieście kilogramów 
rezerwy, można więc było spokojnie startować w Kosmos. 

Połoskow  połączył  się  przez  wewnętrzną  linię  z  mechanikiem.  Zielony  siedział  przed 

pulpitem  sterowniczym  i  rozczesywał  swoją  rudą  brodę.  Kapitan  przysunąwszy  twarz  do 
wideofonu spytał: 

- Gotowi do startu? 

- W każdej chwili - odpowiedział Zielony. - Chociaż pogoda mi się nie podoba. 

- Wieża kontrolna - rzekł do mikrofonu Fołoskow - „Pegaz” prosi o start. 

- Chwileczkę - usłyszał głos dyspozytora. - Czy nie macie wolnego miejsca? 

- Ani jednego - odparł stanowczo kapitan. - Nie zabieramy pasażerów. 

- Może jednak weźmiecie z pięć osób? - spytał dyspozytor. 

background image

- Z jakiej racji? Czy nie ma statków liniowych? 

- Wszystkie przeładowane. 

- A to czemu? 

-  Doprawdy  pan  nie  wie?  Na  Księżycu  odbędzie  się  dziś  mecz  piłki  nożnej  o  puchar 

galaktycznego sektora Ziemia - planeta Fiks. 

- A dlaczego na Księżycu? - zdziwił się Połoskow, którego nie interesowała piłka nożna, 

a ostatnio, zajęty przygotowaniami do lotu, w ogóle stracił kontakt z rzeczywistością. 

-  Naiwny  człowieku!  -  rzekł  dyspozytor.  -  Jakim  cudem  Fiksjanie  mogliby  grać  przy 

ciążeniu ziemskim? Nawet na Księżycu nie będzie im łatwo. 

- To znaczy, że my wygramy? 

-  Wątpię.  Oni  przeciągnęli  z  Marsa  do  swojej  drużyny  dwóch  obrońców  i  Simona 

Browna. 

- Żebym ja miał takie zmartwienia - mruknął Połoskow. - Kiedy dacie start? 

- A właśnie, że my zwyciężymy - wmieszała się do rozmowy Alicja, która nagle zjawiła 

się w sterowni. 

- Święte słowa, panienko - ucieszył się dyspozytor. - Może jednak zabierzecie na pokład 

kibiców?  Aby  wyprawić  wszystkich  chętnych,  potrzebuję  ośmiu  statków.  Nie  mam  pojęcia, 
skąd je wezmę. A zgłoszenia wciąż napływają. 

- Nie - uciął Połoskow. 

- Trudno, pan decyduje. Włączajcie silniki. 
Połoskow przełączył się na maszynownię. 

-  Zielony  -  powiedział  -  włączaj  planetarne.  Tylko  powoli.  Sprawdzimy,  czy  nie  ma 

przeciążenia. 

- Skąd przeciążenie? - zdenerwowałem się. - Przecież wszystko dokładnie podliczyliśmy. 
Statek lekko zadygotał nabierając mocy. 

- Pięć-cztery-trzy-dwa-jeden-start! - skandował kapitan. 

Statek drgnął, ale nie ruszył z miejsca. 

- Co się stało? - zawołał Połoskow. 

- Co się u was stało? - spytał równocześnie dyspozytor obserwujący nasz start. 

- Klops - stwierdził Zielony. - Mówiłem przecież, że nic dobrego z tego nie wyjdzie. 
Alicja siedziała wciśnięta w fotel i nie patrzyła w moją stronę. 

- Spróbujmy jeszcze raz - rzekł Połoskow. 

-  Nie  ma  co  próbować  -  odpowiedział  Zielony.  -  Znaczne  przeciążenie.  Mam  przed 

oczami przyrządy. 

Kapitan spróbował jeszcze raz poderwać statek, lecz „Pegaz” stał jak przyśrubowany do 

ziemi. 

- Musi być jakaś pomyłka w obliczeniach - oświadczył. 

background image

-  Wykluczone,  komputer  sprawdzał  -  odpowiedziałem.  -  Mamy  dwieście  kilogramów 

rezerwy. 

- To co u diabła się dzieje? 

- Trzeba wyrzucać ładunek za burtę. Nie wolno tracić czasu. Od której ładowni zacząć? 

- Od pierwszej. Tam są przesyłki. Zaczekają na Księżycu i stamtąd je zabierzemy. 

- Tylko nie od pierwszej - odezwała się nagle Alicja. 

- No dobrze - zgodziłem się machinalnie. - Zaczniemy wobec tego od trzeciej. 

- Tylko nie od trzeciej - zaprotestowała ponownie. 

- Co to ma znaczyć? - spytał groźnie Połoskow. 
Akurat w tej chwili połączył się z nami dyspozytor. 

- Halo, „Pegaz”, wpłynęła na was skarga. 

- Jaka skarga? 

- Łączę z informacją. 
Na  ekranie  ukazała  się  poczekalnia.  Przy  stanowisku  informacji  tłoczyli  się  ludzie. 

Wydało mi się, że widzę wśród nich kilku znajomych. Skądże ich znałem? 

Kobieta stojąca najbliżej powiedziała patrząc na mnie: 

- To naprawdę wstyd. Nie wolno tak pobłażać wybrykom. 

- Jakim wybrykom? 

- Powiedziałam Aloszy: nie polecisz na Księżyc, masz pięć trój na czwarty kwartał. 

- Ja też zabroniłam Lowcę lecieć na ten mecz - poparła ją druga. - Równie dobrze mógłby 

obejrzeć go w telewizji. 

-  Aha-a  -  wymówiłem  powoli.  Już  wiedziałem,  skąd  znam  osoby  zgromadzone  w 

informacji - byli to rodzice kolegów klasowych Alicji. 

- Wszystko jasne - rzekł Połoskow. - Dużo mamy tych „zajęcy” na pokładzie? 

- Nie przypuszczałam, że „Pegaz” jest przeładowany - tłumaczyła się Alicja. - Nie mogli 

przecież opuścić meczu stulecia! Jak by to wyglądało - ja zobaczę, a moi koledzy nie? 

- Dużo mamy tych „zajęcy”? - powtórzył kapitan głosem twardym jak stal. 

- Nasza klasa i dwie równoległe. W nocy, jak tatuś spał, odwiozłam ich na kosmodrom i 

wpuściłam do statku. 

- Nigdzie nie polecisz - oświadczyłem. - Ludzie nieodpowiedzialni nie mogą brać udziału 

w wyprawie. 

-  Tatku,  już  nie  będę!  -  zawołała  błagalnie  Alicja.  -  Zrozum,  ja  mam  bardzo  duże 

poczucie obowiązku! 

- Mogliśmy się rozbić przez to twoje poczucie obowiązku - odpowiedział kapitan. 
Na ogół wszystko wybacza Alicji, tym razem jednak był bardzo rozgniewany. 

-  Chodźmy  wywlekać  „zające”  -  dodał.  -  Jeżeli  załatwimy  to  w  ciągu  pół  godziny, 

zostaniesz na statku. Jeśli nie - odlatujemy bez ciebie. 

background image

Ostatniego „zająca” wywlekliśmy z ładowni po dwudziestu trzech minutach. Po upływie 

sześciu następnych wszyscy już stali na dole zmartwieni i smutni, a od kosmoportu biegli ku 

nim ojcowie, mamy i babcie. 

W  sumie znajdowało  się  ich  na  „Pegazie”  czterdziestu  trzech.  Do  dziś  nie  mogę  pojąć, 

jakim  cudem  udało  się  Alicji  ukryć  ich  na  pokładzie  i  jak  to  się  stało,  że  nikogo  nie 
zauważyliśmy. 

-  Szczęśliwej  drogi,  Alicjo!  -  krzyknął  z  dołu  Alosza  Naumow,  gdy  wreszcie 

wchodziliśmy na pokład. - Pokibicuj za nas. I prędko wracaj! 

-  Ze  sportowym  pozdrowieniem!  -  odkrzyknęła  Alicja.  -  Paskudnie  to  wyszło,  tatusiu.  - 

oświadczyła mi, gdy już wznieśliśmy się nad Ziemią i wzięliśmy kurs na Księżyc. 

- Paskudnie - przyznałem. - Wstyd mi za ciebie. 

-  Nie  o  tym  mówię.  Przecież  w  nocy  trzecia  B  odleciała  w  komplecie  na  barce 

transportowej, ukryta w workach od kartofli. I oni będą na stadionie, a nasze drugie klasy  - 
nie. Zawiodłam zaufanie kolegów. 

- A gdzie oni podzieli kartofle z tych worków? - zdziwił się Połoskow. 

- Nie wiem - odpowiedziała. Po chwili zamyślenia dodała: - Jak ja na tym stadionie będę 

mogła spojrzeć na trzecią B! Okropność! 

background image

SŁYSZAŁEŚ O TRZECH KAPITANACH? 

 

Kiedy  „Pegaz”  wylądował  na  księżycowym  kosmodromie,  zapytałem  moich 

współtowarzyszy: 

- Jakie kto ma plany? Odlot jutro o szóstej zero zero. 
Kapitan Połoskow oświadczył, że zostaje na pokładzie, gdyż musi przygotować statek do 

odlotu. 

Mechanik Zielony poprosił o zezwolenie pójścia na mecz. 
Alicja oznajmiła, że też się wybiera, aczkolwiek bez najmniejszej przyjemności. 

- Dlaczego? - spytałem. 

- Czyżbyś zapomniał? Trzecia B będzie na stadionie w komplecie, a z klas drugich tylko 

ja jedna. Wszystkiemu ty jesteś winien. 

- Ja? 

- A kto wysadził z „Pegaza” moich kolegów? 

-  Przecież  nie  mogliśmy  wystartować!  Cóż  by  zresztą  pomyśleli  o  mnie  ich  rodzice!  A 

jakby zdarzyła się katastrofa? 

-  Gdzie?  -  oburzyła  się  Alicja.  -  W  Układzie  Słonecznym?  Pod  koniec  dwudziestego 

pierwszego wieku? 

Alicja  z  Zielonym  wyszli,  ja  zaś  postanowiłem  wypić  po  raz  ostatni  filiżankę  kawy  w 

prawdziwej restauracji. Poszedłem do „Lunochoda”. 

Ogromna  sala  była  przepełniona.  Zatrzymałem  się  przy  drzwiach  szukając  wzrokiem 

wolnego miejsca i nagle usłyszałem znajomy potężny bas: 

- Kogo ja widzę! 
W końcu sali siedział przy stoliku mój stary przyjaciel Gromozeka. Nie widzieliśmy się z 

pięć  lat,  nie  było  jednak  dnia,  bym  o  nim  nie  pomyślał.  Kiedyś  byliśmy  bardzo  zżyci,  a 
zażyłość  nasza  zaczęła  się  od  dnia,  w  którym  los  pozwolił  mi  uratować  Gromozekę  w 
dżunglach  Eurydyki.  Odłączył  się  od  grupy  archeologów,  zabłądził  i  omal  nie  dostał  się  w 
paszczę Małego Smoka, złośliwego gada długości szesnastu metrów. 

Na mój widok Gromozeka spuścił na podłogę zwinięte dla wygody macki, rozdziawił w 

czarującym uśmiechu swą półmetrową paszczę, przyjaźnie wyciągnął ku mnie ostre szpony i 
biorąc rozpęd rzucił się w moją stronę. 

Jakiś  turysta,  który  nigdy  dotąd  nie  oglądał  mieszkańca  planety  Czumaroz,  wrzasnął 

dziko  ze  strachu  i  zemdlał.  Gromozeka  jednak  nie  poczuł  się  tym  dotknięty.  Objął  mnie 
mocno mackami i przycisnął do kłujących tarczek na swej piersi. 

- Stary! - ryczał jak lew. - Kopę lat! Właśnie miałem lecieć do Moskwy, żeby się z tobą 

zobaczyć, a tu nagle - własnym oczom nie wierzę... Co cię tu sprowadza? 

-  Jesteśmy  w  trakcie  wyprawy.  Nie  mamy  określonych  tras,  po  prostu  swobodne 

poszukiwania w Galaktyce. 

background image

- Znakomicie! - rzekł gorąco Gromozeka. - Jestem szczęśliwy, że zdołałeś przezwyciężyć 

intrygi wrogów i lecisz na wyprawę. 

- Ależ ja nie mam wrogów. 

-  Nie  oszukasz  mnie  -  mówił  Gromozeka  potrząsając  przed  moim  nosem  ostrymi 

zagiętymi szponami. 

Nie starałem się zaprzeczać znając nieufność mego przyjaciela. 

-  Siadaj!  -  nakazał  Gromozeka.  -  Robot,  proszę  gruzińskie  dla  mego  najlepszego 

przyjaciela, a dla mnie trzy litry waleriany. 

- Słucham pana - odpowiedział robot-kelner i oddalił się do bufetu po zamówienie. 

- Co u ciebie słychać? - wypytywał Gromozeka. - Jak żona? A córeczka? Już nauczyła się 

chodzić? 

- Owszem, chodzi nawet do szkoły - odpowiedziałem. - Przeszła do trzeciej klasy. 

- Niesłychane! - wykrzyknął. - Jak ten czas szybko leci... 

Tu nawiedziła mego przyjaciela smutna refleksja, a że był osobnikiem nader wrażliwym, 

jęknął ogłuszająco i gorzkie dymiące łzy popłynęły z jego ośmiorga oczu. 

- Co ci jest? - zaniepokoiłem się. 

-  Pomyśl  tylko,  jak  szybko  upływa  czas!  -  wyjąkał  przez  łzy.  -  Dzieci  rosną,  a  my  się 

starzejemy... 

Roztkliwiony do ostateczności, wypuścił z nozdrzy cztery kłęby gryzącego żółtego dymu, 

który zasnuł całą salę. Natychmiast jednak zapanował nad sobą i zwrócił się do gości: 

- Wybaczcie mi, szanowni państwo, postaram się nie sprawiać wam więcej przykrości. 
Dym płynął między stolikami, ludzie krztusili się, niektórzy nawet opuszczali salę. 

- My też wyjdźmy - zaproponowałem resztką tchu - bo znowu wytniesz jakiś numer. 

- Masz rację - zgodził się pokornie. 
Wyszliśmy  do  holu.  Gromozeka  zajął  całą  kanapę,  ja  zaś  przysiadłem  obok  niego  na 

krześle.  Robot  podał  nam  wino  i  walerianę,  kieliszek  dla  mnie  i  litrowy  słój  dla 
Czumarozańczyka. 

- Gdzie teraz pracujesz? - spytałem. 

- Będziemy odkopywać umarłe miasto na Koleidzie - odpowiedział. - Przyleciałem tu po 

detektory podczerwone. 

- Ciekawe to miasto? 

-  Zapewne tak - odpowiedział wymijająco Gromozeka, który był straszliwie zabobonny. 

Żeby nie zauroczyć, przesunął czterokrotnie ogonem koło prawego oka i wymówił szeptem: - 

Baskuri bariparata. 

- Kiedy zaczynacie? - spytałem. 

- Za tydzień startujemy z Merkurego, tam znajduje się nasza tymczasowa baza. 

- Dziwne i niedogodne miejsce - zauważyłem - jedna połowa planety rozżarzona, a druga 

niczym lodowa pustynia. 

background image

- Nie ma w tym nic dziwnego - odpowiedział Gromozeka sięgając znów po walerianę. - 

Po  prostu  w  zeszłym  roku  odkryliśmy  tam  szczątki  statku  Wędrowców  Północy.  No  i 
prowadziliśmy  roboty.  Ale  ja  wciąż  o  sobie  i  o  sobie!  Lepiej  ty  mi  opowiedz  o  swojej 

marszrucie. 

-  Znam  ją  tylko  w  przybliżeniu  -  odpowiedziałem.  -  Początkowo  oblecimy  kilka  baz  w 

sąsiedztwie  Układu  Słonecznego,  a  potem  udamy  się  na  swobodne  poszukiwania.  Czasu 
mamy dużo - trzy miesiące, statek ładowny. 

- Na Eurydykę się nie wybierasz? 

-  Nie.  Mały  Smok  już  jest  w  moskiewskim  Zoo,  a  Wielkiego  Smoka,  niestety,  jeszcze 

nikomu nie udało się schwytać. 

- Nawet gdybyś go schwytał - rzekł Gromozeka - i tak nie byłbyś w stanie przewieźć go 

swoim statkiem. 

Zgodziłem  się  z  tym,  albowiem  dzienna  racja  pokarmu  wynosiła  cztery  tony  mięsa  i 

bananów. 

Umilkliśmy. Przyjemnie jest tak siedzieć w towarzystwie starego przyjaciela i nigdzie się 

nie spieszyć. Jakaś podeszła wiekiem turystka w lila peruce ozdobionej woskowymi kwiatami 
zbliżyła się do naszego stolika i nieśmiało podsunęła notes. 

- Czy zechce pan dać mi swój autograf na pamiątkę tego spotkania? 

- Czemuż by nie - rzekł Gromozeka wyciągając po notes szponiaste macki. 
Starsza pani zmrużyła z przerażenia oczy, a jej drobna ręka zadrżała. 
Gromozeka otworzył notes i nakreślił zamaszyście: 

 
Młodej i pięknej Ziemiance od wiernego 

wielbiciela z mglistej planety Czumaroz. 
Księżyc. Restauracja „Lunochod”, 

3 marca 2074 roku. 

 

- Dziękuję - szepnęła starsza pani i odeszła drobnym kroczkiem. 

- Ładnie napisałem? - spytał mnie Gromozeka. - Wzruszająco? 

- Owszem, bardzo - przyznałem. - Tylko niezbyt ściśle. 

- Jak to? 

- To wcale nie jest młoda Ziemianka, lecz starsza pani. 

-  Cóż  za  kompromitacja!  -  zmartwił  się  Gromozeka.  -  Ale  przecież  na  kapeluszu  miała 

kwiatki. Natychmiast ją dogonię i zmienię dedykację. 

- Daj spokój, przyjacielu - powstrzymałem go. - Tylko ją przestraszysz. 

-  Ta-ak,  ciężkie  jest  brzemię  sławy  -  westchnął  Gromozeka.  -  Ale  miła  świadomość,  że 

wybitnego archeologa z Czumarozy znają nawet na dalekim ziemskim Księżycu. 

background image

Pozostawiłem  mego  przyjaciela  w  tym  błogim  przekonaniu.  Podejrzewałem  jednak,  że 

starsza pani nigdy w swoim życiu nie zetknęła się z żadnym archeologiem kosmicznym. Po 
prostu zdumiała ją powierzchowność Gromozeki. 

- Słuchaj - powiedział - przyszła mi do głowy pewna myśl. Ja ci pomogę. 

- W jaki sposób? 

- Słyszałeś o planecie Trzech Kapitanów? 

- Gdzieś o niej czytałem, ale nie pamiętam gdzie i kiedy. 

- No to doskonale. 
Gromozeka nachylił się do mnie, położył mi na ramieniu ciężką gorącą mackę, wygładził 

lśniące tarczki na okrągłym jak balon brzuchu i zaczął: 

- W sektorze 19-4 znajduje się nie zamieszkana planeta. Dawniej nawet nie miała nazwy, 

jedynie kod cyfrowy. Obecnie kosmonauci nazwali ją planetą Trzech Kapitanów. A dlaczego, 
jak  myślisz?  Na  równej  skalistej  platformie  stoją  tam  trzy  posągi.  Wzniesiono  je  ku  czci 

trzech kapitanów-kosmonautów. Byli to wielcy odkrywcy i odważni ludzie. Jeden pochodził z 
Ziemi,  drugi  z  Marsa,  trzeci  zaś  urodził  się  na  Fiksie.  Ręka  w  rękę  przemierzali 
gwiazdozbiory,  lądowali  na  planetach,  na  których  jakiekolwiek  lądowanie  jest  wykluczone, 
ratowali  całe  światy,  którym  groziło  niebezpieczeństwo.  Oni  pierwsi  przebyli  dżungle 
Eurydyki,  a  jeden  postrzelił  Wielkiego  Smoka.  Oni  wykryli  i  zniszczyli  gniazdo  piratów 
kosmicznych, choć tamci  mieli dziesięciokrotną przewagę liczebną. Oni zeszli w metanową 
atmosferę Golgoty i znaleźli tam kamień filozoficzny, zgubiony przez konwój Kursaka. Oni 
rozsadzili  trujący  wulkan  grożący  zagładą  ludności  całej  planety.  O  ich  czynach  można  by 
całe tomy napisać... 

- Już wiem, przypomniałem sobie - przerwałem Gromozece. - Oczywiście, że słyszałem o 

trzech kapitanach. 

-  No  właśnie  -  mruknął  i  wychylił  szklankę  waleriany.  -  Prędko  się  zapomina  o 

bohaterach.  Wstyd.  -  Gromozeka  z  wyrzutem  pokiwał  miękką  głową  i  dalej  ciągnął  swą 
opowieść: - Kilka lat temu rozeszły się drogi kapitanów. Pierwszy zapalił się niesłychanie do 

projektu „Wenus”. 

-  No  tak,  wiem  -  wtrąciłem.  -  To  on  należy  do  zespołu  specjalistów  zmieniających  jej 

orbitę? 

- Tak. Pierwszego kapitana zawsze pasjonowały gigantyczne przedsięwzięcia. Kiedy więc 

dowiedział się, że postanowiono przesunąć Wenus dalej od Słońca i zmienić czas jej obrotu, 
aby  umożliwić  ludziom  jej  zasiedlenie,  natychmiast  zaofiarował  swoje  usługi.  I  dobrze  się 
stało, bowiem zgodnie z decyzją uczonych Wenus ma być przekształcona w olbrzymi statek 
kosmiczny,  a  nie  ma  w  całej  Galaktyce  człowieka,  który  lepiej  znałby  się  na  technice 
kosmicznej niż pierwszy kapitan. 

- A pozostali dwaj kapitanowie? 

background image

- Drugi podobno zaginął nie wiadomo gdzie i nie wiadomo kiedy. Trzeci kapitan poleciał 

do sąsiedniej Galaktyki i wróci za kilka lat. Otóż do tego prowadzę, że kapitanowie na pewno 
spotykali  mnóstwo  niezwykłych,  cudownych  zwierząt.  Na  pewno  zostawili  jakieś  notatki, 

dzienniki. 

- A gdzie można je znaleźć? 

- Dzienniki są przechowywane na planecie Trzech Kapitanów. Oprócz pomników, które 

im  wystawili  wdzięczni  współcześni  ze  składek  zebranych  na  osiemdziesięciu  planetach, 
znajdują  się  tam  jeszcze  laboratoria  oraz  centrum  pamiątek.  Mieszka  tam  stale  doktor 

Wierchowcew. On wie o kapitanach najwięcej. Jeżeli do niego wstąpisz - nie pożałujesz. 

-  Dziękuję  ci,  Gromozeka  -  powiedziałem.  -  Może  już  dosyć  tej  waleriany?  Sam  mi  się 

skarżyłeś, że szkodzi na serce. 

- Cóż robić! - załamał macki mój przyjaciel. - Mam przecież trzy serca. Na któreś z nich 

waleriana działa bardzo źle. Ale ani rusz nie mogę się połapać, na które. 

Siedzieliśmy  jeszcze  godzinę  wspominając  starych  znajomych  oraz  przygody,  jakie 

wspólnie przeżyliśmy. Nagle drzwi do holu otworzyły się na oścież wpuszczając tłum ludzi i 
kosmitów. Nieśli na ramionach piłkarzy z reprezentacji Ziemi. Grała muzyka, rozbrzmiewały 
wesołe okrzyki. 

Z tłumu wybiegła Alicja. 

- No i co! - zawołała spostrzegłszy mnie. - Nie pomogli Waregowie z Marsa! 3: 1 dla nas. 

Teraz spotkanie na polu neutralnym! 

- A jak tam trzecia B? - spytałem perfidnie. 

-  Nie  było  nikogo  -  odpowiedziała  Alicja.  -  Wykluczone,  bym  ich  nie  spostrzegła.  Na 

pewno trzecią B też przyłapali i odesłali z powrotem. W workach od kartofli. Dobrze im tak! 

- Masz paskudny charakter, Alicjo - zauważyłem. 

-  Nieprawda!  -  ryknął  urażony  Gromozeka.  -  Nie  masz  prawa  znieważać  bezbronnego 

dziecka! Nie pozwolę jej skrzywdzić! 

Pochwycił Alicję mackami i podniósł pod sufit. 

- Nie! - powtórzył wzburzony. - Twoja córka jest moją córką. Ja nie pozwolę! 

-  Nie jestem  jednak pańską córką  - stwierdziła pod sufitem Alicja. Na szczęście niezbyt 

się przestraszyła. 

O wiele bardziej przeraził się mechanik Zielony. Wszedł akurat do holu i zobaczył Alicję 

szamocącą się w mackach olbrzymiego potwora. Na mnie w ogóle nie zwrócił uwagi. Skoczył 
do  Grumozeki  powiewając  rudą  brodą  niby  sztandarem  i  z  rozpędem  wbił  się  w  okrągłe 

brzuszysko mego przyjaciela. 

Gromozeka  chwycił  go  wolnymi  mackami  i  posadził  na  żyrandolu.  Później  ostrożnie 

postawił Alicje na podłodze i spytał mnie: 

- Trochę się uniosłem? 

- Trochę - odpowiedziała za mnie Alicja. - Proszę zdjąć Zielonego z żyrandola. 

background image

-  Niech  się  nie  rzuca  na  archeologów.  Nie  zdejmę  go.  Na  razie  żegnam,  zobaczymy  się 

wieczorem. Przypomniało mi się, że miałem w godzinach pracy wstąpić do magazynu bazy. 

I mrugnąwszy chytrze do Alicji, oddalił się kołyszącym krokiem w kierunku śluzy. Fala 

zapachu waleriany rozeszła się po całym holu. 

Zielonego zdjęliśmy z żyrandola przy pomocy drużyny piłkarskiej. Na Gromozekę jednak 

byłem  z  lekka  obrażony.  Niestety  mój  przyjaciel,  mimo  że  jest  wybitnym  naukowcem  i 

wiernym towarzyszem, nie grzeszy dobrym wychowaniem, a jego poczucie humoru przejawia 
się nieraz w dość szokującej formie. 

- Dokąd lecimy, tatku? - spytała Alicja, gdy podchodziliśmy do „Pegaza”. 

-  Najpierw  zawieziemy  bagaż  na  Marsa  i  badaczom  Małego  Arktura.  A  stamtąd  do 

sektora 19-4, na bazę Trzech Kapitanów. 

-  Niech  żyją  Trzej  Kapitanowie!  -  zawołała  Alicja,  mimo  że  nigdy  przedtem  o  nich  nie 

słyszała. 

background image

GDZIE SIĘ PODZIAŁY KIJANY? 

 
Badacze  Małego  Arktura  powitali  „Pegaza”  bardzo  uroczyście.  Jak  tylko  stanął  na 

metalowej  nawierzchni  lądowiska,  która  zakołysała  się  pod  jego  ciężarem  i  ze  szczelin 
między  pasami  trysnęła  zgniła  rudawa  woda,  brawurowo  podjechali  do  nas  łazikiem 
terenowym.  Wysiadło  z  niego  trzech  chwackich  młodzieńców  w  czerwonych  kaftanach, 
włożonych na skafandry. Za nimi szli trzej następni kosmonauci w przepięknych sarafanach 
również włożonych na wierzch. Młodzieńcy i młódki nieśli na tacach chleb i sól. 

A  kiedy  wysiedliśmy  na  płytę  kosmodromu,  włożyli  nam  na  hełmy  wieńce  z  tutejszych 

przepysznych kwiatów. 

W ciasnym saloniku bazy przygotowano na naszą cześć uroczystą kolację. Podejmowano 

nas kompotem z puszki, kaczką z puszki oraz kanapkami z puszki. Zielony jako szef naszej 
kuchni też nie chciał być gorszy - postawił na stole jabłka, bitą śmietanę z konfiturą z czarnej 

porzeczki i prawdziwy rarytas, czarny chleb - wszystko w świeżym naturalnym stanie. 

Alicja  stała  się  ośrodkiem  zainteresowania.  Badacze  Małego  Arktura  byli  ludźmi 

dorosłymi,  dzieci  ich  zostały  w  domu  -  na  Marsie,  na  Ziemi,  na  Ganimedzie  -  toteż  nic 
dziwnego,  że  stęsknili  się  za  widokiem  prawdziwego  dziecka.  Alicja  odpowiadała  na 
wszystkie  pytania,  uczciwie  starała  się  wydać  głupszą,  niż  jest  w  rzeczywistości,  a  gdy 
wróciliśmy na statek, poskarżyła mi się: 

-  Oni  tak  chcieli,  żebym  była  małym  głuptaskiem,  że  nie  miałam  serca  ich 

rozczarowywać. 

Nazajutrz  oddaliśmy  przeznaczone  dla  nich  ładunki  oraz  przesyłki,  lecz  ku  naszemu 

zmartwieniu  okazało  się,  że  na  łowy  miejscowych  zwierząt  nie  mogą  nas  zaprosić  - 
nadchodziła pora burzowa, wszystkie rzeki i jeziora wystąpiły z brzegów i dalsze wyprawy na 
planetą stały się prawie niemożliwe. 

- Może bodaj kijanę panu złapiemy? - spytał szef bazy. 
Zdarzało mi się słyszeć o różnych gadach i płazach Małego Arktura, lecz z kijaną nigdy 

się nie zetknąłem - niechaj będzie choćby kijana. 

W  dwie  godziny  później  przynieśli  mi  duże  akwarium,  w  którym  drzemały  na  dnie 

metrowej  długości  kijany,  podobne  do  olbrzymich  salamander.  Wciągnęli  też  po  trapie 
skrzynię z wodorostami. 

-  To  karma  na  kilka  pierwszych  dni  -  wyjaśnili.  -  Proszę  pamiętać,  że  kijany  są  bardzo 

żarłoczne i szybko rosną. 

- Czy mamy przygotować większe akwarium? - zapytałem. 

- Chyba raczej basen - odpowiedział szef bazy. 
Po trapie wjeżdżała następna skrzynia. 

- A jak szybko one rosną? - zwróciłem się ponownie do szefa. 

background image

-  Dość  szybko.  Nie  mogę  panu  służyć  jednak  ściślejszymi  informacjami,  gdyż  nie 

trzymamy kijan w niewoli. 

Uśmiechnął się zagadkowo i zmienił temat. 

- Czy może był pan kiedy - zagadnąłem - na planecie Trzech Kapitanów? 

-  Nie.  Ale  czasem  przylatuje  do  nas  doktor  Wierchowcew.  Był  akurat  miesiąc  temu. 

Muszę panu wyznać, że to wielki oryginał. 

- Dlaczego? 

- Poszukuje dokumentacji statku „Błękitna Mewa”. 

- Przepraszam, ale co w tym dziwnego? 
Szef bazy uśmiechnął się wyrozumiale. 

- Widzę, że nie jest pan w tej sprawie zorientowany. Otóż statki trzech kapitanów zostały 

zbudowane  na  specjalne  zamówienie,  a  później  oni  na  własną  rękę  wprowadzili  jeszcze 

zmiany  konstrukcyjne  -  byli  przecież  mistrzami  w  swoim  fachu.  Jakież  to  były  cudowne 
statki!  Przygotowane  na  wszelką  ewentualność.  Jeden  o  nazwie  „Everest”,  należący  do 

Pierwszego Kapitana, stoi obecnie w paryskim Muzeum Kosmicznym. 

- To dlaczego Wierchowcew nie zwrócił się do nich? - zdziwiłem się. 

-  Ponieważ  każdy  z  tych  statków  był  inny!  -  wykrzyknął  szef  bazy.  -  Kapitanowie  to 

ludzie z charakterem, nigdy niczego nie powielali. 

-  Jeśli tak, to co innego  -  przyznałem.  - Polecimy teraz do Wierchowcewa. Czy mógłby 

pan podać nam współrzędne jego bazy? 

-  Z  przyjemnością.  Proszę  go  bardzo  serdecznie  od  nas  pozdrowić.  I  niech  pan  nie 

zapomni przenieść kijan do basenu. 

Pożegnaliśmy się z gościnnymi badaczami i odlecieliśmy w dalszą drogę. 
Przed  pójściem  spać  chciałem  się  jeszcze  przyjrzeć  kijanom.  Ich  podobieństwo  do 

salamander  okazało  się  tylko  pozorne.  Pokrywała  je  twarda  błyszcząca  łuska,  miały  duże  i 
smutne oczy z długimi rzęsami i krótkie rozdwojone ogony, zakończone ostrymi szczotkami. 

Postanowiłem przenieść je do basenu rano - śmiało mogą zostać przez noc w akwarium. 

Rzuciłem  im  dwie  garści  wodorostów  i  zgasiłem  światło  w  ładowni.  Początek  zrobiony. 
Pierwsze okazy dla Zoo znajdują się już na pokładzie „Pegaza”. 

Rano obudziła mnie Alicja. 

- Tatusiu, nie śpij, słyszysz? 

- Co się stało? 
Spojrzałem na zegarek. Była dopiero siódma według czasu pokładowego. 

- Dlaczego zerwałaś się tak wcześnie? 

- Chciałam popatrzeć na kijany. Przecież nikt na Ziemi ich jeszcze nie widział. 

-  Co  z  tego?  I  to  ma  być  powód,  żeby  o  tej  porze  budzić  staruszka  ojca?  Lepiej  byś 

zrobiła włączając robota. Nim przygotuje śniadanie, sto razy zdążylibyśmy wstać... 

background image

- Przestańże, tatku, z tym swoim śniadaniem! - przerwała mi niegrzecznie Alicja. - Mówię 

ci, chodź zobaczyć kijany. 

Coś mnie zaniepokoiło w jej głosie. 
Wyskoczyłem z łóżka i nie ubierając się pobiegłem do ładowni, w której stało akwarium. 

Widok, jaki ukazał się mym oczom, był wstrząsający. Kijany, choć to rzecz niewiarygodna, 
urosły przez noc więcej niż dwukrotnie i już nie mieściły się w akwarium. Ogony ich zwisały 
na zewnątrz niemal dotykając podłogi. 

- Nieprawdopodobne! zawołałem. - Trzeba natychmiast przygotować basen. 
Pobiegłem obudzić mechanika Zielonego. 

- Musisz mi pomóc, kijany tak urosły, że sam ich nie udźwignę. 

- A ostrzegałem - powiedział Zielony. - Będą jeszcze gorsze numery. Co mnie podkusiło, 

żeby przyjąć pracę w tym wędrownym Zoo? Co? 

- Nie wiem - odparłem. - Chodźmy prędzej. 
Zielony włożył szlafrok i powlókł się, zrzędząc, do ładowni. Ujrzawszy kijany, chwycił 

się za brodę i jęknął: 

- Jutro zawalą cały statek! 
Na szczęście basen był zawczasu napełniony wodą. Przy pomocy Zielonego przeniosłem 

kijany, przy czym okazało się, że wcale nie są ciężkie, wyrywały się tylko i wyślizgiwały nam 
z  rąk  tak  desperacko,  że  po  wpuszczeniu  do  basenu  trzeciej,  czyli  ostatniej  kijany,  byliśmy 

ogromnie zasapani i mokrzy od potu. 

Basen na „Pegazie” był nieduży - osiem metrów kwadratowych powierzchni i dwa metry 

głębokości - kijany jednak mogły się w nim całkiem swobodnie poruszać. Od razu też zaczęły 
uwijać  się  w  poszukiwaniu  żeru.  Nic  dziwnego,  że  były  głodne  -  przecież  stworzenia  te 
najwyraźniej zamierzały ustanowić rekord Galaktyki w szybkości wzrostu. 

Podczas karmienia - na które zużyłem połowę jednej skrzyni z wodorostami - wszedł do 

ładowni kapitan. Był już po porannej toalecie, ogolony, w mundurze. 

- Alicja mówi, że kijany ci nieco podrosły - rzekł z uśmiechem. 

-  Ależ  skąd,  normalna  rzecz  -  odparłem,  udając,  że  takie  cuda  nie  są  dla  mnie  niczym 

osobliwym. 

Połoskow zajrzał do basenu i wykrzyknął: 

- Krokodyle! Istne krokodyle! Przecież one mogą pożreć człowieka! 

-  Nie obawiaj  się  - uspokoiłem  go  -  to  są stworzenia roślinożerne. W przeciwnym  razie 

badacze Małego Arktura na pewno by nas ostrzegli. 

Kijany pływały pod powierzchnią, wysuwając z wody żarłoczne pyski. 

- Znów im mało żarcia - odezwał się Zielony. - Tylko patrzeć, jak za nas się wezmą. 
W  południe  kijany  osiągnęły  długość  dwu  i  pół  metra  i  opróżniły  pierwszą  skrzynię 

wodorostów. 

background image

- Powinni nas uprzedzić - gderał Zielony mając na myśli badaczy. - Wiedzieli przecież o 

tym, ale chcieli nam zrobić na złość, niech się specjaliści pomęczą. 

-  Wykluczone  -  oburzyła  się  Alicja,  którą  badacze  obsypali  na  pożegnanie  prezentami. 

Dostała wykonany z drzewa model pojazdu terenowego, szachy z kości paralelepipeda, nóż 

do rozcinania papieru, wytoczony z kory szklanego drzewa, oraz mnóstwo innych ciekawych 
przedmiotów, które sami majsterkowali w ciągu długich wieczorów. 

- No cóż, przekonamy się - oświadczył filozoficznie Zielony i poszedł sprawdzić silniki. 

Wieczorem kijany osiągnęły już długość trzech i pół metra. Trudno im było poruszać się 

w  basenie,  kołysały  się  przy  dnie,  wypływając  jedynie  po  to,  aby  chwycić  pęczek 

wodorostów. 

Kładłem  się  spać  z  gnębiącym  przeczuciem,  że  nie  dowiozę  kijan  do  Zoo.  Pierwsza 

zdobycz  okazała  się  niewypałem.  Kosmos  daje  niekiedy  zagadki,  których  zwykły  ziemski 
biolog nie jest w stanie rozwiązać. 

Obudziłem się wcześnie, gdy wszyscy jeszcze spali. Na palcach szedłem przez korytarz 

wspominając dręczące mnie przez całą noc koszmary. Śniło mi się, że kijany stały się dłuższe 

od „Pegaza”, wypełzły na zewnątrz, lecą obok w przestrzeni kosmicznej i w dodatku usiłują 
połknąć statek. 

Otworzyłem  drzwi  do  ładowni  i  przez  chwilę  rozglądałem  się,  czy  gdzieś  z  kąta  nie 

wypełznie kijana. 

Jednakże  w  ładowni  panowała  cisza.  Woda  w  basenie  była  nieruchoma.  Podszedłem 

bliżej. Cienie kijan, długości najwyżej czterech metrów, czerniały na dnie. Kamień mi spadł z 
serca. Wziąłem szczotkę na kiju i zmąciłem wodę. Dlaczego kijany się nie ruszają? 

Szczotka  dotknęła  jednej,  która  lekko  odpłynęła  w  bok  przyciskając  do  ściany  basenu 

swoje siostrzyce. Tamte ani drgnęły. 

„Zdechły - pomyślałem. - I na pewno z głodu”. 

- No i co, tatusiu? - usłyszałem głos Alicji. 
Obejrzałem  się.  Alicja  stała  boso  na  zimnym  plastyku,  toteż  zamiast  odpowiedzieć, 

nakazałem: 

- Natychmiast włóż coś na nogi, przeziębisz się. 
Równocześnie  otworzyły  się  drzwi  i  wszedł  Połoskow.  Za  jego  ramieniem  widniała 

ognista broda Zielonego. 

- No i co? - zapytali chórem. 
Alicja pobiegła włożyć pantofle, a ja nie odpowiadając na pytanie, próbowałem rozruszać 

nieruchomą  kijanę.  Ciało  jej  jak  wypatroszone  lekko  pływało  po  basenie.  Oczy  były 
zamknięte. 

- Zdechły - stwierdził z żalem Zielony. - Tyle się wczoraj namęczyliśmy, nadźwigaliśmy i 

wszystko na marne. A nie mówiłem? 

background image

Odwróciłem  kijanę  szczotką.  Plamisty  brzuch  był  wzdłuż  rozcięty.  W  basenie  pływały 

jedynie skóry potworów, które zachowały kształt ich ciał, gdyż pokrywająca je twarda łuska 
nie pozwalała im się skurczyć. 

- Oho! - powiedział rozglądając się Zielony. - One się wylęgły. 

- Kto? - zapytał Połoskow. 

- Żebym ja to wiedział! 

- Panie profesorze Sielezniew - zwrócił się do mnie kapitan oficjalnym tonem. - Po tym, 

co  tu  zaszło,  mam  prawo  podejrzewać,  że  na  moim  statku  znajdują  się  nieznane  potwory, 

które ukrywały się w tak zwanych kijanach. Gdzież one są? 

Odwróciłem szczotką pozostałe kijany. One też były puste. 

- Nie wiem - wyznałem z całą uczciwością. 

- Jak tu przyszedłeś, drzwi były otwarte czy zamknięte? 
W mojej głowie panował kompletny zamęt. 

- Nie pamiętam, kapitanie. Może i zamknięte. 

- Ładna historia! - Kapitan spiesznie podążył ku drzwiom. 

- Dokąd idziesz? - zapytał Zielony. 

-  Przeszukać  statek.  Tobie  radzę  zrobić  to  samo  w  maszynowni.  Tylko  weź  jakąś  broń. 

Nie wiemy, co wylęgło się z kijan. Może smoki? 

Wyszli, a w kilka minut później Połoskow przyniósł mi blaster. 

- Licho wie, co może się zdarzyć - powiedział - ja bym zamknął Alicję w kajucie. 

- Akurat! - zawołała. - Mam w tej sprawie własną teorię. 

- Nie obchodzą mnie twoje teorie! - oświadczyłem. - Marsz do kajuty. 
Alicja  opierała  się  niczym  dzika  kotka,  w  końcu  jednak  zamknęliśmy  ją  w  kajucie  i 

przystąpiliśmy do gruntownej rewizji pomieszczeń. 

Zdumiewające, jakie mnóstwo ładowni, komór, korytarzy oraz innych pomieszczeń kryje 

w  swym  wnętrzu  stosunkowo  nieduży  statek  ekspedycyjny!  We  trzech,  osłaniając  się 
wzajemnie, straciliśmy trzy godziny na przetrząśnięcie całego „Pegaza”. 

Potworów nigdzie nie było. 

-  Trudno  -  powiedziałem  -  zjedzmy  wobec  tego  śniadanie,  a  później  jeszcze  raz 

przeszukamy statek. Gdzieś przecież musiały się podziać. 

-  Ja  też  będę  jadła  śniadanie  -  odezwała  się  Alicja,  słuchająca  naszej  rozmowy  przez 

wewnętrzną linię. - Wypuśćcie mnie stąd. 

Otworzyliśmy drzwi i Alicja pod naszą eskortą udała się do jadalni. 
Przed śniadaniem zamknęliśmy się na klucz, a blastery położyliśmy na stole, by je mieć 

pod ręką. 

-  Cudy  niewidy!  -  rzekł  Połoskow  nabierając  łyżkę  manny  na  mleku.  -  Gdzież  one  się 

schowały? Może do reaktora? A może wylazły na zewnątrz? 

background image

-  Złowróżbne  cuda  -  dodał  Zielony.  -  Nie  w  moim  guście.  Od  samego  początku  nie 

podobały mi się te kijany. Podaj mi dzbanek z kawą. 

- Obawiam się, że nigdy nie rozwiążemy tej zagadki - rzekł Połoskow. 
Kiwnąłem głową przyznając mu rację. 

- Właśnie że rozwiążemy - wmieszała się do rozmowy Alicja. 

- Ty lepiej milcz. 

- Kiedy nie mogę milczeć. Chcecie, to znajdę wam kijany. 
Połoskow wybuchnął śmiechem. Śmiał się długo i serdecznie. 

- Trzech dorosłych mężczyzn szukało ich przez trzy godziny, a ty chcesz je znaleźć sama? 

- Bo to łatwiej - odpowiedziała. - Założymy się, że znajdę! 

- No jasne - śmiał się Połoskow. - A o co? 

- W ciemno. 

- Zgoda. 

- Ale ja sama będę szukać. 

- Wybij to sobie z głowy - powiedziałem. - Nigdzie sama nie pójdziesz. Zapomniałaś, że 

po statku mogą się włóczyć nieznane potwory? 

Zły  byłem  na  badaczy  za  ich  niebezpieczne  żarty.  Zły  na  siebie,  że  poszedłem  spać  i 

przeoczyłem  moment  wylęgu.  Zły  na  Alicję  i  Połoskowa,  że  w  tak  poważnej  sytuacji 
przekomarzają się jak dzieci. 

- Chodźmy - powiedziała Alicja wstając od stołu. 

- Najpierw skończ pić herbatę - rzuciłem surowo. 
Alicja dopiła herbatę i z pewną miną udała się do ładowni. Szliśmy za nią, czując się jak 

głupcy. Co za licho nas podkusiło, żeby jej posłuchać. 

Alicja bystrym okiem zbadała komorę ładowni. Poprosiła kapitana o odsunięcie skrzyni 

od  ściany.  Z  uśmiechem  spełnił  jej  życzenie.  Następnie  wróciła  do  basenu  i  obeszła  go 
dokoła. Puste powłoki kijan ciemniały na dnie. Na powierzchni pływały resztki wodorostów. 

- O! - zawołała Alicja. - Łapcie je. Tylko ostrożnie, bo one skaczą. 

I  nagle  zobaczyliśmy  siedzące  na  wodorostach  trzy  malutkie  żabki.  A  raczej  nie  tyle 

żabki,  ile  trzy  stworzenia  bardzo  podobne  do  żabek.  Każde  wielkości  naparstka. 
Schwytaliśmy je, włożyliśmy do słoja i wówczas mocno skruszony spytałem Alicję: 

- Powiedz mi, córeczko, jak na to wpadłaś? 

-  Nie  pierwszy  raz,  tatusiu,  zadajesz  mi  podobne  pytanie  -  odpowiedziała  nie  kryjąc 

dumy. - Cała rzecz polega na tym, że wy, dorośli, jesteście bardzo mądrzy. I rozumujecie, jak 
sam  mówiłeś, logicznie. A ja nie jestem  bardzo mądra i  czasem  coś mi  wpadnie do  głowy. 
Pomyślałam  sobie:  jeżeli  to  są  kijany,  powinny  z  nich  być  żaby.  Żabki  są  przecież  zawsze 
mniejsze od kijanek. Wy chodziliście po statku z pistoletami, szukając wielkich potworów. I 
nawet  mieliście  przed  nimi  porządnego  stracha.  A  ja  siedziałam  zamknięta  w  kajucie  i 

background image

myślałam sobie, że chyba nie zawsze powinno się patrzeć w górę i szukać czegoś ogromnego. 
Może by tak rozejrzeć się po kątach i poszukać malutkich żabek. No i znalazłam. 

- Ale na co małym żabkom takie wielkie powłoki? - dziwił się Połoskow. 

- Nie zastanawiałam się nad tym - wyznała Alicja. - Nie przyszło mi do głowy. To lepiej, 

bo gdyby przyszło, nigdy bym nie znalazła żabek. 

- I cóż ty na to, profesorze? - zwrócił się do mnie Połoskow. 

-  Co?  Trzeba  będzie  dokładnie  zbadać  te  powłoki.  Być  może  są  one  czymś  w  rodzaju 

fabryk  przetwarzających  karmę  na  specjalny  koncentrat  dla  żab.  A  być  może  te  wielkie 
rozmiary kijan skuteczniej chronią je przed wrogiem. 

- Nie zapomnij o zakładzie, kapitanie - powiedziała Alicja. 

- Ja nigdy o niczym nie zapominam - odparł dobitnie kapitan. 

background image

RADY DOKTORA WIERCHOWCEWA 

 
Wysłaliśmy  z  pokładu  radiogram  do  doktora  Wierchowcewa:  „Przylatujemy  w  piątek. 

Prosimy  nas  oczekiwać”.  Odpowiedział  natychmiast,  że  z  radością  nas  powita  i  przewiezie 
swoim  kutrem  kosmicznym  przez  niebezpieczną  strefę  asteroidów,  która  otacza  planetę 

Trzech Kapitanów. 

O  oznaczonej  godzinie  zahamowaliśmy  przed  strefą  asteroidów.  Roje  kamiennych  brył 

niby gęsta chmura zakrywały przed naszym wzrokiem powierzchnię planety. Wszystkich nas 
ogarnęło podniecenie. Przeczuwaliśmy, że konsekwencją spotkania z doktorem będą ciekawe 
wydarzenia. Może nawet przygody. 

Kuter doktora Wierchowcewa błysnął pośród asteroidów niby srebrna strzała. W chwilę 

później leciał już przed nami. 

- „Pegaz”, słyszycie mnie? - odezwał się w głośniku radiowym stłumiony głos.  - Lećcie 

za mną. 

-  Ciekawe,  jaki  on  jest.  Chyba  nudno  tak  żyć  samemu  jak  palec  na  całej  planecie  - 

powiedziała  Alicja  siedząca  z  nami  w  sterowni  w  małym,  specjalnie  dla  niej  wykonanym 

fotelu amortyzacyjnym. 

Nikt jej nie odpowiedział. Połoskow prowadził statek, ja pełniłem funkcję nawigatora, a 

Zielony został w maszynowni. 

„Pegaz” zmienił kurs, okrążył zębiasty asteroid i od razu posłusznie zszedł w dół. 
Pod nami rozpościerała się pustynia tu i ówdzie pocięta wąwozami i poznaczona bliznami 

kraterów. Srebrna strzała kutra leciała przed nami wskazując kierunek. 

Znajdowaliśmy  się  na  niewielkiej  wysokości.  Można  już  było  rozróżnić  skały  i 

wyschnięte  koryta  rzek.  Niebawem  ukazała  się  przed  nami  ciemnozielona  plama  oazy,  nad 
którą wznosiła się wysoka kopuła. Tu właśnie mieściła się baza. Kuter doktora wziął wiraż i 
wylądował na równym placu. Poszliśmy za jego przykładem. 

Kiedy  „Pegaz”  lekko  się  kołysząc  stanął  na  amortyzatorach  i  Połoskow  zawołał: 

„Dobra!”, ujrzałem pomiędzy zielonością oazy a naszym statkiem trzy posągi. 

Na  wysokim  cokole  stali  wykuci  z  kamienia  trzej  kapitanowie.  Nawet  z  daleka  było 

widoczne,  że  dwa  posągi  wyobrażają  ludzi.  Trzeci  natomiast  -  smukłego  trójnożnego 

Fiksjanina. 

- Jesteśmy na miejscu - powiedziała Alicja. - Mogę wysiąść? 

-  Zaczekaj  -  powstrzymałem  ją.  -  Nie  znamy  składu  atmosfery  ani  temperatury.  Jaki 

zamierzasz włożyć skafander? 

- Żadnego - pokazała na iluminator. 
Ze  srebrzystego  kutra  wysiadł  mężczyzna  w  zwykłym  szarym  garniturze  i  w  szarym 

zmiętym  kapeluszu.  Podniósł  zapraszająco  rękę.  Połoskow  włączył  zewnętrzny  głośnik  i 
zapytał: 

background image

- Można w tej atmosferze oddychać? 
Mężczyzna kiwnął kilkakrotnie głową na znak, że można bez obawy. 
Oczekiwał nas przy trapie. 

- Witam na bazie - powiedział z ukłonem. - Tak rzadko widują tu gości. 
Wyrażał się nieco po staroświecku, co szło w parze z jego staroświeckim garniturem. 
Można mu było dać jakieś sześćdziesiąt lat. Niezbyt wysoki, bardzo chudy, przypominał 

z wyglądu poczciwą staruszkę. Twarz miał posiekaną drobnymi zmarszczkami. Ciągle mrużył 
oczy lub się uśmiechał, a gdy chwilami twarz mu się wygładzała, zmarszczki stawały się białe 
i szerokie. Uścisnął nam dłonie długimi, smukłymi palcami i zaprosił do siebie. 

Udaliśmy się za nim w kierunku zielonych drzew oazy. 

-  Dlaczego  tu  jest  tlenowa  atmosfera?  -  zapytałem.  -  Przecież  ta  planeta  to  zupełna 

pustynia. 

- To sztuczna atmosfera - odpowiedział doktor. 

- Została stworzona wówczas, gdy wznoszono pomniki. Za kilka lat powstanie tu wielkie 

muzeum  poświęcone bohaterom  Kosmosu.  Będzie się do niego przywozić wysłużone statki 
kosmiczne oraz różne osobliwości z dalekich planet. 

Doktor zatrzymał się przed wielkim głazem. Przeczytałem wyryty na nim napis w języku 

kosmicznym. „W tym miejscu stanie Główne Muzeum Kosmosu”. 

-  Widzi  pan  -  mówił  Wierchowcew  -  muzeum  to  zostanie  zbudowane  wspólnym 

wysiłkiem  osiemdziesięciu  różnych  planet.  A  tymczasem,  na  początek,  zainstalowano 
pośrodku planety potężny reaktor, który powoduje wytrącanie się tlenu ze skał. Obecnie nie 
ma  tu  jeszcze  zbyt  dobrego  powietrza,  ale  po  otwarciu  muzeum  stanie  się  ono  najlepsze  w 
całej Galaktyce. 

Podeszliśmy do cokołu pomnika. 
Był  to  prawdziwy  kolos  wysokości  kilkunastu  pięter.  Staliśmy  z  zadartymi  głowami 

przyglądając się trzem kapitanom. 

Pierwszy  Kapitan  był  młody,  barczysty  i  zgrabny.  Nos  miał  z  lekka  perkaty  i  szeroką 

twarz. Usta rozchylone w uśmiechu. Na jego ramieniu siedział dziwaczny dwudzioby ptak z 
piękną koroną rzeźbionych piór. 

Drugi  Kapitan  był  wyższego  wzrostu.  Miał  bardzo  szeroką  pierś  i  cienkie  nogi,  jak 

wszyscy ludzie urodzeni i wychowani na Marsie. Twarz pociągłą o ostrych rysach. 

Trzeci  Kapitan,  trójnożny  Fiksjanin,  w  obcisłym  skafandrze  z  hełmem  odrzuconym  na 

plecy, wspierał się dłonią o gałąź kamiennego krzewu. 

- Oni wcale nie są starzy - stwierdziła Alicja. 

-  Słuszna  uwaga,  panieneczko  -  odpowiedział  doktor  Wierchowcew.  -  Bo  wówczas  gdy 

zdobyli sławę, byli młodzi. 

Weszliśmy w cień drzew i szeroką aleją dotarliśmy do bazy. Było to niezwykle obszerne 

pomieszczenie, zawalone skrzyniami, kontenerami i najrozmaitszą aparaturą. 

background image

- Zaczęto już przysyłać eksponaty do muzeum - tłumaczył się doktor. - Proszę za mną, do 

mojej gawry. 

- Kubek w kubek „Pegaz” na początku naszej podróży! - ucieszyła się Alicja. 
Istotnie,  wędrówka  przez  bazę  do  złudzenia  przypominała  poruszanie  się  we  wnętrzu 

naszego statku, gdy był po czubek załadowany przesyłkami, bagażami i wszelakim sprzętem. 

Niewielki  kąt  między  kontenerami,  zapchany  górą  książek  i  mikrofilmów,  w  którym 

ledwie mieściło się łóżko również zawalone stosami papierów i taśm, był sypialnią i zarazem 

gabinetem pracy kustosza muzeum, doktora Wierchowcewa. 

- Siadajcie i czujcie się jak w domu - zapraszał. 
Dla wszystkich nas, z wyjątkiem gospodarza, było najzupełniej jasne, że tu nie ma gdzie 

usiąść.  Wierchowcew  zmiótł  na  podłogę  stertę  papierów.  Kartki  frunęły  w  górę  i  Alicja 
zaczęła je zbierać. 

- Pisze pan powieść? - zapytał Połoskow. 

-  Powieść?  Ach  tak,  oczywiście,  życie  trzech  kapitanów  jest  ciekawsze  od  najbardziej 

pasjonującej powieści. Warto je opisać, aby służyło za wzór przyszłym pokoleniom. Niestety, 
ja nie mam zdolności literackich. 

Pomyślałem  w  duchu,  że  doktor  Wierchowcew  tylko  udaje  skromnego.  Wszakże  sam 

odwiedził  badaczy  Małego  Arktura  szukając  dokumentacji  statku,  który  był  własnością 

jednego z trzech kapitanów. 

- A więc - zaczął doktor - w czym mogę być pomocny moim drogim gościom? 

-  Powiedziano  mi  -  rzekłem  -  że  jest  pan  prawdziwą  kopalnią  wiadomości  o  trzech 

kapitanach. 

- Och - doktor zaczerwienił się, zmieszany moimi słowami - to gruba przesada. 
Położył kapelusz na stercie książek. Kapelusz co chwila zjeżdżał z niej, a doktor chwytał 

go i znowu kładł na dawnym miejscu. 

- Kapitanom - mówiłem dalej - udało się dotrzeć do wielu nieznanych planet. Na pewno 

spotykali tam różne niezwykłe zwierzęta. Zostawili podobno jakieś zapiski, dzienniki. A my 
właśnie szukamy nieznanych okazów. Czy możemy liczyć na pańską pomoc? 

-  Aha,  więc  o  to  chodzi...  -  Wierchowcew  zamyślił  się.  Kapelusz  wykorzystał  ów 

moment,  zsunął  się  z  książek  i  zniknął  pod  łóżkiem.  -  Ach  -  westchnął  doktor  -  gdybym 
wiedział o tym wcześniej. 

- Tatku, mogę coś powiedzieć doktorowi? - zapytała Alicja. 

- Oczywiście, panieneczko - odwrócił się do niej Wierchowcew. 

- Na ramieniu jednego kapitana siedzi dwudzioby ptak z koroną na głowie. Takiego ptaka 

nie mamy w naszym Zoo. Czy pan coś o nim wie? 

- Nie, prawie nic. A gdzie mój kapelusz? 

- Pod łóżkiem - wyjaśniła Alicja. - Zaraz go wyciągnę. 

background image

-  Proszę  się  nie  trudzić  -  powiedział  i  wlazł  cały  pod  łóżko.  Tylko  nogi  sterczały  na 

zewnątrz.  Szukał  tam  po  ciemku  kapelusza,  szeleścił  papierami,  nie  przerywając 
równocześnie rozmowy: - Twórcy pomnika po obejrzeniu ostatnich zdjęć kapitanów wybrali 
te, które im się najbardziej podobały. 

- Może ten ptak jest ich własnym pomysłem? - spytałem, zaglądając pod łóżko. 

- Ależ nie, nie! - wykrzyknął Wierchowcew i jego buty poruszyły się gwałtownie. - Sam 

widziałem te fotografie. 

- Wiadomo chociaż, gdzie były robione? 

-  Pierwszy  Kapitan  nigdy  nie  rozstawał  się  z  ptakiem  -  odpowiedział  doktor  -  ale  gdy 

odlatywał  na  Wenus,  podarował  go  Drugiemu.  A  Drugi  Kapitan,  jak  wiemy,  zaginął  bez 
wieści. A razem z nim zaginął ptak. 

- Więc nawet nie wiadomo, gdzie te ptaki występują? 
Wierchowcew  wylazł  wreszcie  spod  łóżka.  Stał  z  niepewną  miną,  miętosząc  w  ręku 

kapelusz. 

- Proszę mi wybaczyć moje roztargnienie - powiedział. 

- Więc nie wiadomo, gdzie te ptaki występują? 

- Nie, nie - zaprzeczył skwapliwie. 

-  Szkoda  -  westchnąłem.  -  Spotkał  nas  wielki  zawód.  W  niczym  pan  nie  może  nam 

pomóc. A tak na to liczyliśmy... 

-  Dlaczego  nie  mogę?  -  obraził  się  doktor.  -  Ja  też  dużo  podróżowałem...  Pozwólcie  mi 

tylko pomyśleć. 

Myślał dobrych parę minut, wreszcie oznajmił: 

- Przypomniałem sobie! Na Eurydyce zamieszkuje Mały Smok. I Wielki podobno też. 

- Słyszałem o tym. Wielkiego Smoka ustrzelił kiedyś jeden z kapitanów. 

- Skąd pan wie? 

- Wiem. Opowiadał mi mój przyjaciel, archeolog Gromozeka. 

-  Dziwne  -  mruknął  Wierchowcew  i  pochyliwszy  głowę  przyglądał  mi  się,  jak  gdyby 

dopiero teraz mnie zobaczył. - Wobec tego jeszcze trochę pomyślę. 

Po następnym dłuższym namyśle wymienił marsjańską modliszkę. To już było po prostu 

śmieszne.  Marsjańskie  modliszki  znajdują  się  nie  tylko  we  wszystkich  Zoo,  ale  nawet  są 

hodowane w domach. Ma ją na przykład Alicja. 

Mówił jeszcze o kijanach, o gąsieniczniku z Fiksa, o diabelskich ptakach z planety Trul, a 

także o innych osobnikach znanych dobrze z książki: „Zwierzęta naszej Galaktyki”. 

- Niestety, te okazy nie są nam potrzebne. 

-  Wybaczy  pan  -  rzekł  uprzejmie  doktor  -  ale  przez  całe  życie  interesowały  mnie  istoty 

rozumne,  ze  zwierzętami  raczej  się  nie  stykałem.  Może  jeszcze  się  zastanowię?  Gdzież  ja 
bywałem? - mruczał sam do siebie. - Aha! Byłem na Pustej Planecie. 

- Gdzie? 

background image

- Na Pustej Planecie. Niedaleko stąd, w sąsiednim systemie gwiezdnym. 

- Ale jeśli to Pusta Planeta, to jakież tam mogą być zwierzęta? - zdziwiła się Alicja. 

- Tego nikt nie wie. Wyobraźcie sobie, jak przylecieliśmy tam w poniedziałek, całe niebo 

roiło  się  od  ptactwa.  A  we  wtorek  -  ani  jednego  ptaka,  tylko  włóczące  się  stada  wilków.  I 
jeleni. W środę - jedne i drugie zniknęły bez śladu. Planeta opustoszała. 

- Może po prostu zwierzęta powędrowały gdzie indziej? 

- Nie - zaprzeczył Wierchowcew - nie w tym rzecz. Mieliśmy kuter zwiadowczy i przez 

ciekawość  oblecieliśmy  całą  planetę.  Ani  zwierzyny,  ani  ptactwa.  Kompletna  pustka.  Nie 
tylko nam zresztą to zjawisko wydało się zdumiewające. Podam panu współrzędne. 

- Dziękuję - odpowiedziałem. - Skoro nic więcej pan sobie nie przypomina, proszę nam 

pokazać dzienniki kapitanów. Z pewnością są tam wzmianki o zwierzętach. 

- Od kogo pan się dowiedział o dziennikach? - spytał doktor pochylając głowę. 

- Od naszego przyjaciela, archeologa Gromozeki. 

-  Nie  słyszałem  o  nim.  Ale  po  co  panu  te  dzienniki?  Przypomniałem  sobie  jeszcze  o 

sklisach. Sklisach z planety Szeszyneru. Jest tam ich zatrzęsienie. Wiem z opowiadań innych. 

- Dziękuję i za to - powiedziałem. Marzyłem o przejrzeniu tych dzienników, lecz doktor 

Wierchowcew  z  jakiegoś  powodu  nie  chciał  ich  pokazać.  Widocznie  coś  w  naszym 
zachowaniu wzbudziło jego nieufność. 

- Proszę bardzo - odpowiedział doktor. 

- A dzienniki? - zapytała Alicja. 

-  Ach,  moje  dziecko,  czemu  się  tak  przy  tym  upieracie?  Zresztą  tutaj  ich  nie  ma.  Są  na 

Fiksie.  W  tamtejszym  archiwum.  Tak,  tak,  w  archiwum  -  i  doktor  Wierchowcew  nagle  się 
ożywił, jakby mu się udało sprytnie z czegoś wyłgać. 

- Trudno, jak pan chce - rzekła Alicja. 
Doktor stropił się, wcisnął nisko na oczy wymięty kapelusz i powiedział cicho: 

- Możecie też wstąpić na rynek w Palaputrze. 

- Wstąpimy tam z całą pewnością - odrzekłem. - Słyszeliśmy o nim. 

- Odprowadzę was. 
Wstał i poprowadził nas tą samą drogą w stronę wyjścia. Szedł spiesznym krokiem, jakby 

w  obawie,  że  się  rozmyślimy  i  zostaniemy.  Wracając  jeszcze  raz  zatrzymaliśmy  się  przed 

pomnikiem. 

- A co się stało z Drugim Kapitanem? - zapytałem. 

- Jak to, przecież pan wie, że zginął - odparł Wierchowcew. 

- Wiem tylko, że zaginął bez wieści. 
Doktor wzruszył wąskimi ramionami. 

- A Pierwszego można odnaleźć? Czy on żyje? - nie ustępowałem. 

- Tak, pracuje gdzieś w Kosmosie. 

- Przy projekcie „Wenus”? Ależ tam jest zatrudnionych kilka tysięcy ludzi. 

background image

- Przecież pan sam dobrze wie, jak go szukać. I nic więcej pan ze mnie nie wydobędzie. 

-  No  cóż  -  powiedziałem  -  dziękuję  wobec  tego  za  gościnę.  Inaczej  wprawdzie 

wyobrażaliśmy sobie nasze spotkanie. 

- Ja również - odparł doktor. 

- Może gdy skończy pan swoją powieść, zechce pan przysłać mi jeden egzemplarz? 

- Ja nie piszę powieści! Nie umiem! Kto to wymyślił?! 

-  Chodzi  mi  o  tę  powieść,  w  związku  z  którą  przyleciał  pan  na  Małego  Arktura  i 

wypytywał badaczy o plany konstrukcyjne „Błękitnej Mewy”. 

- Co? - doktor zatrzepotał rękami. - Jaka „Błękitna Mewa”? Jacy badacze? Nie byłem tam 

z pół roku! 

-  No  dobrze,  już  dobrze  -  rzekłem  pojednawczo,  widząc,  że  jest  do  reszty 

skonsternowany. - Nie chcieliśmy pana urazić. 

-  Tak,  oczywiście  -  odpowiedział.  -  Jeżeli  kiedy  znajdziecie  się  w  pobliżu,  wstąpcie  do 

mnie, zawsze będziecie mile widziani. Zwłaszcza to czarujące dziewczątko. 

Wyciągnął rękę, by pogłaskać Alicję po głowie, lecz ona odsunęła się nieco i ręka doktora 

zawisła w powietrzu. 

- A więc pamiętajcie - powiedział. - Sklisy z Szeszyneru i tajemnica Pustej Planety. 

- Dzięki, doktorze. Będziemy pamiętać - zapewniłem. 

background image

ŚPIEWOKRZEWY 

 
Doktor  stał  na  tle  olbrzymiego  pomnika  kapitanów  i  powiewał  kapeluszem.  W  złotych 

promieniach zachodzących słońca on też wyglądał jak posąg, tylko znacznie mniejszy. 

- He-e-ej! - doleciało nas z daleka wołanie. 
Zatrzymaliśmy się. 
Doktor biegł ku nam, grzęznąc w piasku. 

- Za-po-mniałem! - wołał. - Zapomnia...! 
Dogonił  nas  tak  zasapany,  że  przez  dłuższą  chwilę  nie  mógł  złapać  tchu.  W  kółko 

zaczynał to samo zdanie, lecz brakowało mu oddechu, by je dokończyć. 

- Śpie... śpiew... Na pom... 

- Zaśpiewać? - spróbowała mu dopomóc Alicja. 

- Nie-e... śpie...wo...krzewy. Zapomniałem wam o nich powiedzieć. 

- Jakie śpiewokrzewy? 

- Staliśmy tuż obok nich, a ja się tak zagapiłem. 
Doktor wskazał na posąg Trzeciego Kapitana. Nawet z daleka było widać, że u jego stóp 

rzeźbiarz umieścił bujny krzew pięknie cyzelując w kamieniu jego gałązki i liście. 

- A ja myślałam, że to taka ozdoba - powiedziała Alicja. 

- Nie, to właśnie jest śpiewokrzew. Nigdy nie słyszeliście o śpiewokrzewach? 

- Nigdy. 

-  No  to  posłuchajcie.  Będę  się  streszczał...  Gdy  Trzeci  Kapitan  był  na  ósmym  sputniku 

Aldebarana,  zabłądził  w  piaskach  pustyni.  Nie  było  wody  ani  żywności  -  kompletnie  nic. 
Wiedział  jednak,  że  musi  dotrzeć  do  bazy,  bowiem  w  przeciwnym  razie  zginie  cała  załoga 

statku,  którą  powalił  atak  malarii  kosmicznej.  Szczepionka  znajdowała  się  w  bazie,  pustej, 

opuszczonej  bazie  w  górach  Sierra-Barrakuda.  I  oto,  gdy  siły  już  opuszczały  kapitana,  gdy 
zabłądził w piaskach, usłyszał płynący z daleka śpiew. Początkowo myślał, że to halucynacja. 
Mimo  to  jednak zebrał  resztkę sił i  ruszył  w kierunku tych dźwięków. Po trzech godzinach 
doczołgał  się  do  krzewów.  Rosną  one  wokół  niewielkich  źródeł,  a  przed  nadejściem  burzy 
piaskowej liście ich trą o siebie nawzajem, wydając melodyjny dźwięk. Powstaje złudzenie, 
że  krzewy  śpiewają.  I  tak  oto  w  górach  Sierra-Barrakuda  wskazały  swym  śpiewem 
kapitanowi  drogę  do  źródła,  pozwoliły  przeczekać  straszliwą  burzę  piaskową  oraz  ocaliły 
życie  ośmiu  kosmonautom  umierającym  na  malarie  kosmiczną.  Zdarzenie  to  uwiecznił 
rzeźbiarz,  umieszczając  śpiewokrzew  na  pomniku  Trzeciego  Kapitana.  Chyba  więc  warto, 
byście  zajrzeli  na  ósmy  sputnik  Aldebarana  i  w  górach  Sierra-Barrakuda  poszukali 
śpiewokrzewu. Trzeci Kapitan mówił jeszcze, że wieczorem zakwitają, a kwiaty ich są duże, 
delikatne i świecące. 

- Dziękuję, doktorze - powiedziałem. - Postaramy się koniecznie odnaleźć śpiewokrzew i 

zawieźć go na Ziemię. 

background image

- A czy można je hodować w doniczkach? - spytała Alicja. 

- Na pewno tak - odpowiedział doktor. - Choć szczerze mówiąc nigdy ich nie widziałem - 

są  to  okazy  niesłychanie  rzadkie.  Występują  tylko  nad  źródłem,  w  samym  centrum  pustyni 
otaczającej góry Sierra-Barrakuda. 

 

...System Aldebarana leżał niedaleko, postanowiliśmy więc odnaleźć krzewy i, jeśli nam 

się uda, posłuchać ich śpiewu. 

Osiemnastokrotnie  nasz  kuter  kosmiczny  obleciał  całą  pustynię,  dopiero  przy 

dziewiętnastym  okrążeniu  odkryliśmy  w  głębokim  parowie  zieleń.  Kuter  zniżył  się  nad 
piaszczystymi wydmami i wtedy oczom naszym ukazały się krzewy okalające źródło. 

Były  niezbyt  wysokie,  sięgały  mi  do  pasa,  miały  długie  srebrzyste  od  spodu  liście  i 

krótkie grube korzenie, które łatwo dawały wyciągnąć się z piasku. Ostrożnie wykopaliśmy 
pięć  krzewów,  które  wypuściły  już  pączki,  napełniliśmy  dużą  skrzynię  piaskiem  i 

przewieźliśmy nasza zdobycz na pokład „Pegaza”. 

Tegoż dnia „Pegaz” wystartował z pustynnego sputnika w dalszą podróż. Natychmiast po 

starcie zacząłem przygotowywać kamerę do zdjęć, spodziewając się, że wieczorem  rozwiną 
się na krzewach świecące kwiaty, Alicja zaś rozłożyła papier i farby, aby je namalować. 

I nagle usłyszeliśmy cichy melodyjny śpiew. 

- Co to? - zdziwił się Zielony. - Ja nie włączałem magnetofonu. Kto to zrobił? Doprawdy, 

nic dadzą człowiekowi chwili spokoju! 

- To nasze krzewy śpiewają! - zawołała Alicja. - Czyżby nadciągała burza piaskowa? 

- Co-o? - zdziwił się Zielony. - Jakim cudem w Kosmosie burza piaskowa? 

- Chodźmy popatrzeć na śpiewokrzewy, tatku - zażądała Alicja. 
Wybiegła, a ja zatrzymałem się jeszcze chwilę, ustawiając kamerę. 

- Ja też pójdę - oznajmił Zielony - nigdy nie widziałem śpiewających krzewów. 
Podejrzewałem  w  duchu,  że  chce  na  wszelki  wypadek  zerknąć  w  iluminator  -  a  nuż 

naprawdę ta burza nadciąga. 

Właśnie miałem do nich dołączyć, gdy rozległ się krzyk. Poznałem głos Alicji. 

Rzuciłem wszystko i czym prędzej zbiegłem na dół do ładowni. 

- Tatku! - wołała Alicja. - Popatrz! 

- Prędzej! - podnosił larum Zielony. - One idą! 
Jeszcze kilka kroków i dopadłem drzwi zderzając się z Zielonym, który niósł na rękach 

Alicję. Minę miał wystraszoną, broda mu się rozwiewała jak na silnym wietrze. 

Przez  otwarte  drzwi  zobaczyłem  śpiewokrzewy.  Był  to  widok  naprawdę  przerażający. 

Krzewy  wydostały  się  ze  skrzyni  i  ciężko  stąpając  na  krótkich  pokracznych  korzeniach, 
sunęły prosto na nas. Szły półkolem, kołysząc gałęziami, pączki zdążyły się rozwinąć i wśród 
liści niby wielkie złe oczy, jarzyły się różowe kwiaty. 

- Lecę po broń! - Zielony oddał mi Alicję. 

background image

- Zamknijcie drzwi! - krzyknąłem. 
Było  już  jednak  za  późno.  Gdy  próbowaliśmy  z  Zielonym  wyminąć  się  w  przejściu, 

pierwszy śpiewokrzew przekroczył próg i musieliśmy wycofać się na korytarz. 

Reszta krzewów maszerowała rzędem za swym przywódcą. 
Zielony, uruchamiając po drodze wszystkie sygnały alarmowe, biegł do sterowni po broń, 

ja zaś chwyciłem szczotkę na kiju i starałem się osłonić Alicję. A ona patrzyła na zbliżające 
się śpiewokrzewy jak zaczarowana, jak królik na boa dusiciela. 

- Uciekaj! - krzyknąłem. - Długo nie zdołam ich zatrzymać! 
Śpiewokrzewy silnymi prężnymi gałęziami chwyciły za szczotkę. Cofałem się. 

- Zatrzymaj je przez chwilę jeszcze, tatku! - rzuciła Alicja uciekając. 
„Całe szczęście - przebiegło mi przez myśl - że chociaż jej nic nie grozi”. Moja sytuacja 

nadal była niebezpieczna. Śpiewokrzewy próbowały zapędzić mnie w kąt, a szczotką już nie 
mogłem się posługiwać. 

- Na co Zielonemu miotacz ognia? - usłyszałem w głośniku głos kapitana. - Co się stało? 

- Śpiewokrzewy nas zaatakowały - odpowiedziałem. - Ale nie dawaj miotacza Zielonemu. 

Postaram się zamknąć je w komorze. Jak tylko się wycofam, dam ci znak, a ty natychmiast 

zasuniesz drzwi komory. 

- Nic ci nie grozi? - zapytał Połoskow. 

- Nie, trzymam się jak dotąd. 
W tej chwili najbliższy  śpiewokrzew szarpnął  mocno za szczotkę i wyrwał  mi ją z rąk. 

Poleciała  w  koniec  korytarza,  a  śpiewokrzewy,  jak  gdyby  ośmielone  moją  bezbronnością, 
ruszyły na mnie w zwartym szyku. 

Nagle usłyszałem za sobą pospieszne kroki. 

- Dokąd, Alicjo?! - krzyknąłem. - Wracaj natychmiast! One są silne jak lwy! 
Alicja jednak przesmyknęła mi pod ręką i podbiegła do śpiewokrzewów. 
Niosła coś dużego i błyszczącego. Skoczyłem za nią, lecz straciłem równowagę i upadłem 

jak  długi.  Zdążyłem  tylko  zobaczyć  Alicję  pośród  złowieszczych  gałęzi  ożywionych  nagle 
śpiewokrzewów. 

- Kapitanie - krzyknąłem. - Na pomoc! 
Równocześnie  umilkł  melodyjny  śpiew  krzewów  przechodząc  w  cichy,  przerywany 

westchnieniami szelest. 

Podniósłszy się, ujrzałem sielankowy obrazek. 
Alicja  stała  w  gąszczu  śpiewokrzewów  i  podlewała  je  z  konewki,  a  one  kołysały 

gałęziami, starając się nie uronić ani kropli wody i wzdychając błogo... 

Gdy  już  zapędziliśmy  z  powrotem  krzewy  do  ładowni  i  uprzątnęliśmy  niedawny  plac 

boju, spytałem Alicję: 

- Powiedz mi, córeczko, jak na to wpadłaś? 

background image

- To bardzo proste, tatku. Śpiewokrzewy są przecież roślinami. Trzeba je podlewać. Jak 

marchewkę.  A  my  posadziliśmy  je  w  skrzyni  i  zapomnieliśmy  o  tym.  Gdy  Zielony  mnie 
stamtąd wynosił, przyszło mi na myśl, że one u siebie rosną tuż nad wodą. I Trzeci Kapitan 
idąc za ich śpiewem odnalazł wodę. Śpiewają, gdy nadciąga burza, która wysusza powietrze i 
zasypuje piaskiem źródło, wyrażając w ten sposób niepokój, że zabraknie im wilgoci. 

- Dlaczego więc nie powiedziałaś od razu? 

- A uwierzyłbyś wtedy? Walczyłeś z nimi jak z tygrysami. Nawet nie pomyślałeś, że to są 

zwyczajne krzewy, które trzeba podlewać. 

- Ładnie mi zwyczajne! - mruknął Zielony. - Ganiają za wodą po korytarzach. 
Był już najwyższy czas, abym jako biolog wypowiedział się na ten temat. 

-  Śpiewokrzewy  po  prostu  walczą  o  byt.  Na  pustyni  jest  mało  wody,  źródła  wysychają, 

muszą więc wędrować przez piaski w poszukiwaniu niezbędnej im do życia wilgoci. 

Odtąd  Śpiewokrzewy  spokojnie  żyły  sobie  w  skrzyni  z  piaskiem.  Tylko  jeden  mały 

wiercipięta  często  wyłaził  z  niej,  czatował  na  nas  w  korytarzu  i  szeleszcząc  gałązkami, 
podśpiewując,  dopraszał  się  wody.  Mówiłem  Alicji,  by  nie  przekarmiała  malca  -  i  tak  już 
woda sączy mu się z korzeni  - ona jednak litowała się nad maluchem  i  do końca wyprawy 
przynosiła  mu  wodę  w  szklance.  To  jeszcze  nie  byłoby  najgorsze.  Odkąd  napoiła  go 
kompotem,  zaczęła  się  prawdziwa  klęska  -  maluch  nikomu  z  nas  nie  pozwala  przejść 
spokojnie. Drepcze po korytarzach zostawiając za sobą mokre ślady i ociera się liśćmi o nasze 

nogi. 

Rozumu nie posiada za grosz. Za to kompot uwielbia do szaleństwa. 

background image

TAJEMNICA PUSTEJ PLANETY 

 

- Dokąd najpierw? - zapytał Połoskow studiując mapę Kosmosu. Był na niej wytyczony 

kurs  na  Palaputrę  i  równocześnie  linią  przerywaną  drugi  kurs  -  na  Pustą  Planetę,  o  której 
mówił nam Wierchowcew. 

-  Do  Palaputry  zawsze  trafimy  -  odpowiedziałem.  -  A  Pusta  Planeta  nie  figuruje  w 

żadnym informatorze kosmicznym. Może zaryzykujemy? 

-  Przecież  sam  doktor  powiedział,  że  zwierzęta  na  niej  wyginęły.  Może  więc  na  próżno 

stracimy czas. 

-  Paliwa  też  zostało  niewiele  -  włączył  się  do  naszej  rozmowy  Zielony.  -  Tak  czy  siak 

musimy  zatankować  w  Palaputrze.  Skąd  wiadomo,  że  da  się  to  zrobić  na  Pustej  Planecie? 
Zabraknie nam paliwa i czekaj tatka latka, aż ktoś tamtędy będzie przelatywał. 

Nie  przejęliśmy  się  jego  krakaniem.  Pesymista,  jak  zwykle.  Byliśmy  pewni,  że  ma 

dostateczny zapas paliwa. Chciał się tylko na wszelki wypadek zaasekurować. 

-  Mimo  wszystko  -  oświadczyłem  -  zajrzymy  tam.  To  wielka  zagadka,  a  nie  ma  nic 

bardziej pasjonującego nad rozwiązywanie zagadek. 

I wzięliśmy kurs na Pustą Planetę. 
Niestety,  po  dwóch  dniach  okazało  się,  że  doktor  Wierchowcew  podał  nam  niezbyt 

dokładne współrzędne. Powinniśmy zobaczyć już gwiazdę, wokół której ta planeta się obraca, 
tymczasem przed nami wciąż była pustka. 

Co dalej? Postanowiliśmy  kontynuować lot jeszcze przez jeden dzień i  o ile nic się nie 

zmieni - zawrócić. 

Decyzję  podjęliśmy  wieczorem,  a  po  kolacji  Zielony  udał  się  do  kabiny  radiowej,  aby 

wysłać na Ziemię radiogram, że nasz lot przebiega normalnie. Poszedłem za nim. 

Lubię asystować przy tym, gdy Zielony uruchamia radiostację i Kosmos, taki bezbrzeżny 

i  pustynny,  nagle  się  ożywia.  Słychać,  jak  rozmawiają  ze  sobą  dalekie  bazy  kosmiczne  i 
planety,  jak  porozumiewają  się  statki,  jak  automatyczne  stacje  nadają  z  nie  zasiedlonych 

planet  i  asteroidów  informacje  o  warunkach  lotu,  o  drogach  strumieni  meteorytów,  o 

pulsarach. 

Zielony zajął się radiogramem, a ja kręciłem gałką odbiornika. W pewnej chwili złapałem 

słabo słyszalny głos kobiecy: 

- Mówię z sektora 16-2, zarejestrowałam w systemie Błuk nieznany rój meteorów. Za trzy 

dni rój ten przetnie linię pasażerską Błuk-Fiks. Proszą zawiadomić wszystkie statki. 

- Akurat jesteśmy w tym sektorze - powiedziałem do Zielonego. 

-  Słyszałem  -  odrzekł.  Okazało  się,  że  odłożył  radiogram  i  wpisywał  do  dziennika 

pokładowego komunikat nieznanego statku. 

-  Skoro  już  mamy  ten  statek  w  naszym  sektorze,  zapytajmy  go  o  Pustą  Planetę  - 

zaproponowałem. - Może zeszliśmy z kursu? 

background image

Zaczął mi natychmiast  wyliczać, że odległość jest zbyt wielka, więc nas nie usłyszą, że 

radiostacja z pewnością nawali, że kobieta, która ostrzegała nas przed meteorami, na pewno 
nic nie wie o Pustej Planecie, ponieważ takowa w ogóle nie istnieje. Gderając manipulował 
równocześnie  przy  radiostacji  i  widocznie  udało  mu  się  nawiązać  łączność  z  nieznanym 

statkiem. 

-  Halo,  tu  „Pegaz”.  Znajdujemy  się  w  waszym  sektorze.  Lecimy  na  Pustą  Planetę,  nie 

wiemy jednak, czy obraliśmy właściwy kurs. 

- Zaraz sprawdzę - odpowiedział kobiecy głos. - Proszę mi podać współrzędne. 
Połączyliśmy się ze sterownią i kapitan przekazał jej informacje. 

-  Wszystko  się  zgadza  -  oznajmił  kobiecy  głos.  -  Między  wami  a  Pustą  Planetą  wisi 

chmura pyłu kosmicznego, dlatego planeta jest niewidoczna. Lećcie śmiało naprzód, a jutro 
miniecie tę chmurę. 

-  Bardzo  dziękujemy  -  odpowiedziałem  głosowi.  -  Otrzymaliśmy  te  współrzędne  na 

planecie  Trzech  Kapitanów  nie  od  kosmonauty,  lecz  od  kustosza  tamtejszego  muzeum  i 
obawialiśmy się pomyłki. 

- Od doktora Wierchowcewa? 

- Tak. Pani go zna? 

-  Doskonale  znam.  To  cudowny  i  wielkiej  dobroci  człowiek.  Jaka  szkoda,  że  nie 

spotkałam was wcześniej.  Mam dla niego list  i  żadnym  cudem  nie uda  mi się go doręczyć. 
Nie mam chwili czasu. Może zobaczycie się jeszcze z Wierchowcewem? 

-  Nie  -  odpowiedziałem.  -  Lecimy  potem  na  Błuk  do  Palaputry.  Jesteśmy  biologami  i 

poszukujemy rzadkich okazów zwierząt. 

- Ja również. Może się kiedyś spotkamy. Teraz niestety bardzo się spieszę. Szukam żywej 

mgławicy. 

- Jeszcze ostatnie pytanie. Czy może była pani na Pustej Planecie? 

- Byłam. Jeziora pełne ryb, a na lądzie ani śladu zwierzyny. Życzę powodzenia. 
Usłyszeliśmy głuchy szum, wyładowania. 

- Włączyła silniki na pełną moc - zauważył Zielony. - Tak jej się spieszy. Co to za jakaś 

żywa mgławica? 

-  Żywa mgławica nie istnieje. Spotkałem  kiedyś  tę kobietę na konferencji i  starałem  się 

przekonać  ją,  że  jest  w  błędzie.  Słyszałeś,  jak  wyrażała  się  o  Wierchowcewie?  Cudowny 
człowiek, wielkiej dobroci... 

-  A  ja  mu  tam  nie  dowierzam  -  mruknął  Zielony.  -  Dlaczego  niby  pisze  tę  powieść,  to 

znów nie pisze? Dlaczego się wypiera, że latał na Małego Arktura? Dlaczego nie chciał nam 
pokazać dzienników? 

Co powiedziawszy, wrócił do swojego radiogramu. 
Kobieta miała rację. Nazajutrz radary zarejestrowały niedużej wielkości gwiazdę, wokół 

której krążyła tylko jedna planeta. Wszystko wskazywało, że jest to właśnie Pusta Planeta. 

background image

Wylądowaliśmy  nad  brzegiem  dużego  jeziora,  na  skraju  rozległej  równiny,  zarośniętej 

pożółkłą  trawą.  Padał  drobny  deszcz,  do  znudzenia  jednostajny.  Przez  dłuższy  czas 
obserwowaliśmy to miejsce, nie wychodząc na zewnątrz - ani zwierzyny, ani ptactwa. Może 
naprawdę nic tu nie ma? 

W  końcu  Alicja  z  Zielonym  poszli  do  jeziora  po  wodę.  Siedzieli  tam  dość  długo,  nie 

denerwowałem się jednak, widząc przez iluminator, że są czymś bardzo zajęci. 

Potem wrócił Zielony, lecz zamiast do sterowni, poszedł do swej kajuty. 

- Czego szukasz? - spytałem przez wewnętrzny telefon. 

-  Wędki  -  odpowiedział.  -  W  tym  jeziorze  jest  chmara  ryb.  Nabraliśmy  wiadro  wody, 

patrzymy, a tu trzy ryby w nim pływają. Nie miałbyś chętki na świeżutką uchę, profesorze? 

-  Nie  -  odparłem.  -  I  wam  też  nie  radzę  próbować.  Nawet  na  Ziemi  spotyka  się  trujące 

ryby, tym większą lekkomyślnością byłoby raczyć się uchą na nieznanej planecie. 

-  No  dobrze,  już  dobrze  -  mruknął  Zielony.  -  Wobec  tego  schwytamy  coś  do  twojej 

kolekcji. 

Pobiegł z powrotem nad jezioro, a ja w obawie, by Alicja się nie przeziębiła, wziąłem jej 

płaszcz oraz sieć rybacką i udałem się za nim. 

Zielony nie chciał łowić ryb siecią, oświadczywszy mi, że to żaden sport, a on jest z krwi 

i  kości  wędkarzem.  Za  to  my  dwoje  nałowiliśmy  pełne  wiadro  i  zanieśliśmy  na  statek.  W 
chwilę później nadszedł przemoknięty do cna Zielony, niosąc sadzyk ze swym połowem. 

- Nie zapomnij dobrze zamknąć wejścia - powiedziałem stawiając wiadro koło luku. 

- Na pewno nie zapomnę - obiecał z zapałem. Tak się stęsknił za wędkowaniem, że gdyby 

nie ciemności, gotów byłby łowić ryby do samego rana. 

Nazajutrz skoro świt wyjrzałem przez iluminator. Na zewnątrz świeciło jaskrawe słońce i 

chmary ptactwa krążyły nad statkiem. 

-  I  to  ma  być  Pusta  Planeta  -  zauważyłem  głośno  i  poszedłem  ściągać  z  łóżek  mych 

współtowarzyszy. - To ma być Pusta Planeta - powtórzyłem. - Wczoraj mnóstwo ryb, a dziś 

wielkie stada ptaków. 

Obudziłem Alicję i Połoskowa. Zielony od dawna był już na nogach. Segregował haczyki 

i żyłki. 

-  Szykuję sprzęt  na duże sztuki  -  wyjaśnił.  -  Czuje moja dusza, że tutejsze szczupaki  są 

wielkości człowieka. 

- Bądź więc ostrożny - przestrzegłem go. - Uważaj, żeby który ciebie nie złapał. 
Zszedłem następnie do luku, aby móc z bliska przyjrzeć się ptakom. I tu zastałem przykrą 

niespodziankę  -  rozentuzjazmowany  wędkarskim  sukcesem  nasz  mechanik  zapomniał 
zamknąć  na  noc  statek.  Żadne  zwierzę  na  szczęście  nie  zakradło  się  do  środka,  ale  ryby 
zniknęły  wszystkie  co  do  jednej.  Widocznie  ptaki  wlatywały  do  luku  jak  do  pieczary  i 
sprzątnęły cały nasz wczorajszy połów. 

background image

-  Jest  to  bardzo  poważne  naruszenie  dyscypliny  kosmicznej  -  oświadczył  Połoskow, 

dowiedziawszy się przy śniadaniu o niedbalstwie Zielonego. - Ale to moja wina. I profesora 
również. Naszym obowiązkiem było sprawdzić luk. 

-  Przecież  nic  się  nie  stało  -  wtrąciła  Alicja.  -  Zaraz  nałowimy  wam  choćby  dziesięć 

wiader. Nie wyobrażacie sobie, ile w tym jeziorze jest ryb. 

- Nie o to idzie - westchnął kapitan. - Jeżeli coś takiego jeszcze raz się powtórzy, możemy 

wracać do domu. Dla ludzi tak lekkomyślnych nie ma miejsca w Kosmosie. 

-  Niech  mi  pan  wybaczy,  kapitanie  -  powiedział  Zielony.  Oczywiście  zdawał  sobie 

sprawę  ze  swego  przewinienia,  lecz  perspektywa  wędkowania  tak  go  podniecała,  że  jedną 
nogą był już nad jeziorem. 

Zastawiłem sieci na ptaki i przyniosłem strzelbę, która wyrzucała igły nasycone środkiem 

nasennym. Krzątając się obserwowałem Zielonego, który siedział z wędką na brzegu jeziora. 
Dziwiła mnie jego ponura mina. „Może tak przeżywa tę historię?” - pomyślałem. 

Pogoda  niespodziewanie  się  popsuła.  Zerwał  się  gwałtowny  wicher.  Przyginał  trawę, 

zmiatał  z  nieba  ptaki,  pędził  na  jeziorze  wysokie  fale.  Po  kilku  minutach  nie  było  już  ani 
jednego ptaka. Zniknęły nie wiadomo gdzie. 

Zielony szedł już w stronę statku. 
Ja  też  postanowiłem  schować  sieci  i  zaczekać,  aż  pogoda  się  poprawi  i  ptaki  znowu 

powrócą. 

- No i co? - spytałem Zielonego. - Można ci gratulować połowu? 

- Jaki tam połów - odpowiedział. - Wcale nie biorą. 

- Niemożliwe. Przecież sam mówiłeś, że takie mnóstwo ryb. 

- To było wczoraj. A dziś widocznie wszystkie zaległy w głębinie. 

-  A  mnie  z  kolei  uciekły  ptaki  -  powiedziałem.  -  Obydwaj  mamy  pecha.  Zaczekamy, 

dopóki pogoda się nie zmieni. Spróbujesz jeszcze raz wieczorem? Może tu ryby tylko o tej 
porze biorą? 

- Nie wiem. Jakoś mi śmierdzi ta planeta - mruknął niechętnie. - Nie bez kozery przecież 

nazwano ją Pustą. Były ryby - nie ma ryb. Były ptaki - nie ma ptaków. 

- Patrzcie! - wykrzyknęła Alicja, która stała obok i przysłuchiwała się naszej rozmowie. - 

O, tam - zając! 

Jakieś zwierzątko skakało w trawie. Za nim drugie, nieco większe. Zniknęły nam z oczu, 

nim zdążyliśmy dobrze im się przyjrzeć, i tylko trawa kołysała się na wietrze. 

- No widzisz - powiedziałem - planeta wcale nie jest pusta. Są na niej zwierzęta. 

- Zwierząt też nie będzie - odparł Zielony. - Pamiętasz, co mówił Wierchowcew? Chociaż 

jemu tak samo nie wierzę. 

- Wiesz co - zaproponowałem - możemy przecież sprawdzić, gdzie pochowały się twoje 

ryby.  Rzucimy  do  jeziora  biosondę,  odpowiednio  nastawioną.  Po  ich  wykryciu  natychmiast 
prześle nam sygnał. 

background image

- Jak uważasz - zgodził się Zielony. - Tylko że ryb tam nie ma. Jestem starym wędkarzem 

i dobrze się na tym znam. 

Przyniosłem  biosondę  i  rzuciłem  do  wody.  Była  umieszczona  w  wodoszczelnym 

pancerzu  i  wyposażona  w  silnik.  Założywszy  słuchawki,  czekałem  na  sygnał.  Przyrządy 
wskazywały, że biosonda opuściła się na dno, a następnie popłynęła dalej, na środek jeziora. 
Nie otrzymałem jednak żadnych sygnałów. Jezioro było martwe. Po półgodzinie zaprzestałem 
poszukiwań. Biosonda nie mogła się mylić - ryby przepadły bez śladu. 

- Gdybym wczoraj własnymi rękami nie wyciągnął ryb z jeziora, nigdy bym nie uwierzył, 

że  istnieje  w  nim  jakiekolwiek  życie  -  wyznałem.  -  Wierchowcew  miał  rację,  to  dziwna 

planeta. 

- No właśnie. Ja twierdzę to samo - Zielony zwinął wędki i odszedł w kierunku „Pegaza”. 

- Na horyzoncie duże stado antylop - głośno poinformował radiotelefon. 
To Połoskow, obserwujący ze sterowni okolice, pierwszy zobaczył sylwetki zwierząt. 
Ale  ja  i  bez  tego  już  się  zorientowałem,  że  stop  zaczął  pulsować  życiem.  W  trawie 

przemykały  myszy  polne,  nie  opodal  suseł  stanął  słupka,  jakieś  zwierzę  bardzo 
przypominające niedźwiadka szło brzegiem jeziora. 

- Nic groźnego - powiedziałem. - Weźmiemy łazik i wyruszymy na łowy. 
Ledwie  zdążyliśmy  wyciągnąć  z  „Pegaza”  łazik,  lunął  ulewny  deszcz.  Był  znacznie 

gwałtowniejszy  niż  wczoraj,  spadł  niespodzianie  i  bębnił  w  dach  łazika.  Mimo  to 
wskoczyliśmy szybko z Alicją do środka i ruszyliśmy w step, gdzie pasło się stado antylop. 

Nie  mogliśmy  ich  jednak  dostrzec.  Nie  znaleźliśmy  też  innych  zwierząt.  Wysiadłem  z 

łazika,  by  przypatrzeć  się  myszom,  które  tak  niedawno  jeszcze  biegały  w  trawie,  lecz  one 
również zniknęły. Wysłałem biosondę, tym razem nad równinę. Doleciała aż do horyzontu i 
wróciła, upewniając nas ostatecznie, że na tej planecie nie ma żadnej zwierzyny. 

-  Co  robimy  dalej?  -  spytałem  zmartwiony  Połoskowa,  gdy  po  naszym  powrocie 

zasiedliśmy  w  jadalni.  -  Ta  planeta  jest  rzeczywiście  pusta,  a  jednak  nie  chciałbym  stąd 
odlatywać, nim rozwikłamy jej tajemnicę. 

-  Nie  możemy  siedzieć  tu  wiecznie  -  odpowiedział.  -  I  nie  my  pierwsi  się  z  tym 

zetknęliśmy. Być może tajemnica Pustej Planety nie zostanie nigdy rozwikłana. 

- Szkoda, że Zielony zapomniał zamknąć luk - odezwała się Alicja. - Mielibyśmy chociaż 

ryby. 

- Nie wracajmy do tego, on i tak ma dosyć - przerwałem jej. - To jednak bardzo dziwne - 

jak wczoraj tu przybyliśmy, padał deszcz i w jeziorze było pełno ryb, rano przyleciały ptaki, 
potem zerwał się wicher, rozpędził je i z kolei pojawiły się zwierzęta... 

- Tatku - powiedziała nagle Alicja - rozwiązałam już tę zagadkę. 

-  Wiadoma  rzecz  -  mruknął  pod  nosem  Zielony.  -  Nikt  na  to  nie  wpadł,  tylko  jeden 

Sherlock Holmes zwany Alicją! 

background image

- Miej się na baczności, Zielony - roześmiał się Połoskow - ja przegrałem już z nią zakład, 

gdy chodziło o kijany. 

- To prawda - potwierdziła Alicja. - Bo ja nie myślę naukowo. 

- No więc mów, mów, córeczko - ponagliłem ją. 

- A może zamiast mówić, będę pokazywać? 

- Dobrze, jak ci wygodniej. 

- No to posiedźcie chwilkę, ja zaraz wrócę. 

- Chcesz wyjść? Na taki deszcz? 

- Nie obawiaj się. Nawet nie zdążę zmoknąć. A jeśli masz stracha o mnie, to patrz przez 

iluminator. Skoczę tylko do jeziora i zaraz wracam. 

Widziałem,  jak  Alicja  nakrywając  głowę  płaszczem  biegnie  do  jeziora,  czerpie 

wiaderkiem wodę, raz, potem drugi, trzeci... I już pędzi z powrotem. 

Wbiegła do jadalni i postawiła wiaderko na stole. 

- Spójrzcie! 

-  Oho!  -  zawołał  Zielony.  -  Na  śmierć  zapomniałem,  że  tu  ryba  najlepiej  bierze 

wieczorem. Gdzie moje wędki? 

- Poczekaj chwilę - Alicja zanurzyła rękę w wiaderku, wyjęła rybę i rzuciła ją na stół. 

- Co ty robisz? 

-  Jeżeli  mam  rację...  -  zaczęła  i  równocześnie  staliśmy  się  świadkami  zdumiewającej 

metamorfozy.  Ryba  zatrzepotała  się,  poruszyła  kilka  razy  ogonem  i  oto  płetwy  jej  zaczęły 
przekształcać  się  w  skrzydła,  łuska  w  pióra,  a  po  chwili  ujrzeliśmy  na  stole  niewielkiego 
ptaka otrząsającego się i muskającego pióra. 

Gdy z otwartymi ze zdziwienia ustami przyglądaliśmy się temu widowisku, ptak rozwinął 

skrzydła i frunął, uderzając o sufit. 

- Łapcie go! - krzyknąłem. - Zabije się! 

- Cierpliwości, tatku, to jeszcze nie koniec - uspokoiła mnie Alicja. 
Ptak  obijał  się  jeszcze  chwilę  o  sufit,  po  czym  spadł  na  stół  i  nastąpiła  kolejna 

metamorfoza. Tym razem zniknęły pióra, skrzydła się skurczyły i nagle ujrzeliśmy przed sobą 
mysz. Zsunęła się po nodze stołu i skryła w kącie jadalni. 

- Teraz już rozumiecie? 
Alicja triumfowała. Bądź co bądź nie co dzień udaje się rozwiązać zagadkę, z którą tylu 

biologów nie mogło się uporać. 

- Jak na to wpadłaś, córeczko? - zapytałem. 

- Ty sam podsunąłeś mi tę myśl. Wspomniałeś, że jak wczoraj padał deszcz - były ryby, 

później, jak świeciło słońce - ptaki, a jak zerwał się wiatr - zwierzyna. 

-  Słusznie  -  powiedziałem.  -  Jest  to  zadziwiająca  zdolność  przystosowawcza,  na  tej 

planecie  całkiem  uzasadniona.  Istoty  żyjące  przybierają  tu  zależnie  od  warunków 

background image

najdogodniejszą dla siebie postać. Nie boją się wichru ani  deszczu, ani słońca. Zapewne na 
zimowe mrozy też wynalazły jakiś sposób. 

- Możemy sprawdzić, tatku. Włóżmy rybę do lodówki. 
Na razie jednak zamiast włożyć rybę do lodówki, sporządziliśmy dla niej klatkę, w której 

stało akwarium, a później godzinami przyglądaliśmy się, jak wychodzi z wody, wzbija się w 
powietrze lub biegnie do stojącej w kącie miseczki z jedzeniem. 

background image

CO NAM OPOWIEDZIELI USZANIE 

 
Wszyscy kolekcjonerzy oraz amatorzy różnych osobliwości z ósmego sektora Galaktyki 

przylatują na planetę Błuk. Raz w tygodniu odbywa się tam pod miastem Palaputra jarmark. 

W  Galaktyce  zamieszkuje  kilka  miliardów  kolekcjonerów.  Na  przykład  kolekcjonerzy  z 

Układu  Słonecznego  zbierają  się  w  pierwszą  niedzielę  każdego  miesiąca  na  Marsie,  na 
płaskowyżu  nad  Wielkim  Kanałem.  Opowiadano  mi,  że  w  mgławicy  Andromedy  istnieje 
również  potężne  bractwo  kolekcjonerów,  a  na  jednej  z  planet  jest  ich  tak  wielu,  że  oni 
sprawują władzę i cały przemysł produkuje wyłącznie klasery, pincety oraz akwaria. 

U  hobbystów  marsjańskich  nieraz  bywałem.  Przywiozłem  stamtąd  rzadkie  okazy  ryb 

latających. Ale planety Błuk jakoś dotychczas nie miałem okazji poznać. 

Palaputra  okazała  się  niedużym  miastem.  Było  w  niej  mnóstwo  hoteli  i  magazynów.  A 

kosmodromu mogła jej pozazdrościć każda metropolia. 

Gdy  tylko  „Pegaz”  wylądował  na  betonowym  polu,  natychmiast  podjechał  do  nas 

samochód, w którym siedzieli strażnicy. 

- Skąd przylatujecie? - spytali Połoskowa hamując przy trapie. 

- Z Ziemi. 

- Gdzie to jest? 

- W trzecim sektorze Układu Słonecznego. 

- Aha, tak właśnie myślałem - powiedział starszy strażnik. 
Przypominał  z  wyglądu  wentylator.  Miał  troje  dużych  okrągłych  uszu  i  mówiąc  kręcił 

głową tak szybko, że zrywał się wiatr. 

Strażnicy weszli na pokład i udali się do jadalni. 

- Co macie do sprzedania? 

-  Chcieliśmy  tylko  zobaczyć,  czy  nie  ma  tu  jakichś  ciekawych  zwierząt  dla 

moskiewskiego Zoo. 

- To znaczy, że nic nie będziecie sprzedawać? 

- Nie. 

- Nie ma na pokładzie żadnych zwierząt? 

- Owszem, są - powiedziałem - ale nie na sprzedaż. 

- Proszę mi je pokazać. 

- A to dlaczego? - zdziwił się Połoskow. - Jesteśmy waszymi gośćmi i powinniście nam 

wierzyć. 

-  Chętnie  bym  uwierzył,  ale  wy  nie  znacie  hobbystów.  Zwożą  z  całej  Galaktyki 

najrozmaitsze stwory, a potem mamy z tego same przykrości. Dawniej byliśmy uprzejmi i nie 
kontrolowaliśmy  statków,  teraz  jednak  przeprowadzamy  kontrolę.  Nauczeni  gorzkim 
doświadczeniem. 

I strażnik, robiąc wiatr uszami, opowiedział następującą smutną historię: 

background image

- Niedawno temu zjawił się na bazarze handlarz przynosząc ze sobą mały woreczek oraz 

słoik,  w  którym  znajdowały  się  białe  robaki.  Hodowcy  ptaków  natychmiast  się  na  nich 
poznali. Nie dość, że stanowiły największy ptasi przysmak, to jeszcze odznaczały się wysoką 
kalorycznością.  Jeden  kupił  słoik  tych  robaków,  potem  drugi,  trzeci...  A  handlarz 
rozwiązywał woreczek i dobywał z niego wciąż nowe porcje. W końcu utworzyła się długa 

kolejka. Jako dwieście dwudziesty trzeci stał w niej słynny kolekcjoner egzotycznych rybek, 
Krabakas z Barakasu. Zaczął się z nudów przyglądać, jak handlarz czerpie słoikiem robaki z 
woreczka.  I  obliczył,  że  w  takim  woreczku  może  się  zmieścić  najwyżej  trzy  i  pół  słoika. 

Domyślił się zatem, że to jakaś nieczysta sprawa. Podszedł do handlarza i zapytał:  „Czy jest 

to worek bez dna?” 

- Nie, wasza wielkoduszność - przerwał w tym  miejscu opowiadanie starszego strażnika 

jego zastępca - on zapytał: „Skąd bierzesz tyle robaków?” 

-  Co  ty  gadasz  -  wtrącił  się  trzeci  strażnik.  -  Wcale  nie  tak  było.  Krabakas  z  Barakasu 

powiedział: „Daj no mi twój woreczek, chcę go obejrzeć”. 

-  Milczeć!  -  ofuknął  swych  podwładnych  starszy  strażnik.  -  Uszy  wam  odgryzę,  jeśli 

będziecie wciąż przerywać!... Handlarz nawet nie raczył zwrócić uwagi na słowa Krabakasa. 
Może  dlatego,  że  ma  on  zaledwie  pół  milimetra  obwodu  i  sam  przypomina  cieniuteńkiego 
sinego  robaka.  Krabakas  zwrócił  się  wówczas  do  stojących  w  kolejce  kolekcjonerów  i 
zawołał: „Nie podoba mi się ten podejrzany typ!” 

-  Wasza  wielkoduszność  zechce  wybaczyć  -  wyrwał  się  znów  zastępca  -  że  ośmielę  się 

sprostować. Krabakas z Barakasu zawołał do nich: „Łapcie złodzieja!” 

- Czyś ty na głowę upadł?! - zasyczał trzeci strażnik. - Krabakas powiedział: „Jestem tak 

samo  istotą  rozumną  jak  ty,  handlarzu,  i  nie  waż  się  mnie  lekceważyć!  Proszę  mi  dać  ten 

worek!” 

- Dość! - kłapnął uszami ich zwierzchnik. - Odchodzę na emeryturę! 
Zaczęli  się  kłócić  przechodząc  na  swój  dla  nikogo  niezrozumiały  język,  polegający  na 

bardzo  przemyślnym  kłapaniu  uszami.  W  jadalni  szalała  wichura  i  nie  wiadomo,  czym 
skończyłaby się owa kłótnia, gdyby gwałtowny podmuch mię zmiótł ze stołu dzbanka z kawą. 
Roztrzaskał się na kawałki i wtedy strażnicy umilkli zawstydzeni swoim zachowaniem. 

- Bardzo przepraszamy - rzekł starszy strażnik. - Trochę poniósł nas temperament. 

-  Nic  nie  szkodzi  -  z  trudem  udało  mi  się  powstrzymać  śmiech.  Alicja  skoczyła  po 

ścierkę, by zetrzeć z podłogi brązową kałużę. 

-  Krabakas  z  Baralcasu  -  kontynuował  swą  opowieść  starszy  strażnik  -  szepnął 

kolekcjonerom  o  swych  podejrzeniach  i  wspólnymi  siłami  odebrali  handlarzowi  woreczek. 
Było w nim najwyżej dwie garści robaków. Ale gdy część wyrzucili na ziemię, zaczęły w ich 
oczach  dzielić  się  i  rosnąć.  Nagle  z  odległego  końca  bazaru  doleciał  krzyk  przerażenia. 
Pewien  kolekcjoner  ptaków  śpiewających  wsypał  karmę  do  klatki  i  ujrzał  gwałtowne 
rozmnażanie się robaków. 

background image

-  Nie  -  kłapnął  uszami  drugi  strażnik.  -  Ośmielam  się  sprostować,  wasza 

wielkoduszność... 

Starszy  strażnik  miał  już  dość  wszelkich  sprostowań.  Chwycił  swych  podwładnych  za 

uszy, wypchnął z jadalni i starannie zamknąwszy drzwi, rzekł z ulgą: 

- Nareszcie będę mógł spokojnie opowiadać. 
Wtem drzwi uchyliły się i przez szparę wsunęło się ucho krnąbrnego strażnika. 

- Ośmielę się... - zaczął. 

-  Nie,  to  już  przechodzi  wszelkie  granice!  -  starszy  strażnik  podparł  drzwi  chudymi 

plecami  i  mówił  dalej:  -  Robaki  rozmnażały  się  z  nieprawdopodobną  wręcz  szybkością.  Po 
dziesięciu minutach było ich dwa razy, po godzinie sześćset razy więcej. 

- A czym się one żywią? - spytała zdziwiona Alicja. 

- Powietrzem - odpowiedział strażnik. - Oczywiście, że powietrzem. 

- Tlenem! - krzyknął zza jego pleców drugi strażnik. 

- Azotem! - dorzucił trzeci. 
Starszy zasłonił twarz uszami, paląc się ze wstydu za swych podwładnych. Minęło z pięć 

minut, nim na tyle przyszedł do siebie, że mógł dokończyć swą opowieść. 

-  W  trzy  godziny  później  już  cały  rynek  był  zawalony  metrowej  grubości  warstwą 

robaków, kolekcjonerzy i handlarze pouciekali gdzie pieprz rośnie. 

- A tamten handlarz? - spytała Alicja. 

- Przepadł bez śladu w tym zamęcie. 

- Zwiał - rozległo się za drzwiami. 

-  Niezliczone  masy  robactwa  rozpełzły  się  na  wszystkie  strony.  Wieczorem  dotarły  do 

centrum miasta. Cała straż pożarna stanęła do akcji. Zalewano robaki wodą, pianą z gaśnic, 
nic  nie  było  w  stanie  powstrzymać  tej  inwazji.  Próbowano  je  palić,  truć,  posypywać  DDT, 
rozdeptywać  nogami  -  wszystko  na  próżno.  Powietrza  na  planecie  wciąż  ubywało,  rozdano 
więc maski tlenowe. Sygnały SOS pomknęły w najdalsze krańce Galaktyki. Ocalił nas jednak 
miłośnik  ptaków,  Krabakas  z  Barakasu.  Wypuścił  na  robaki  stado  nienasytek  -  niewielkich 
ptaszków, lecz tak okropnie żarłocznych, że żaden szanujący się kolekcjoner ich nie trzyma - 
zbankrutowałby  z  kretesem.  Ostatecznie  udało  się  nam  pozbyć  robaków,  aczkolwiek 
nienasytki  pożarły  za  jednym  zamachem  wszystkie  mrówki,  pszczoły,  komary,  motyle, 
karaluchy, trzmiele i żuki. 

- Dlaczego ten handlarz sprzedawał tak niebezpieczne robaki? - zapytała Alicja. 

- Dlaczego? Dla zysku. Jego woreczek nie miał dna. 

-  Nie,  to  wykluczone.  Handlarz  nie  był  takim  głupcem.  Przecież  kolekcjonerzy  prawie 

natychmiast go rozszyfrowali. 

- Jasne, że nie był głupcem! - wykrzyknął za drzwiami drugi strażnik. - Chciał zniszczyć 

naszą planetę! 

- Ale z jakiego powodu? 

background image

-  Tego  nie  wiemy  -  wyznał  starszy  strażnik  i  odszedł  od  drzwi  wpuszczając  swych 

podwładnych. - Nie wiemy, ale odtąd kontrolujemy wszystkie statki, przybywające z Układu 
Słonecznego. 

- Czemu właśnie stamtąd? 

- To tajemnica - rzekł starszy strażnik. 

-  Żadna  tajemnica  -  wtrącił  drugi.  -  Handlarz  przybył  z  Układu  Słonecznego.  To  był 

Człowiek. 

- Bardzo dziwne - zauważyłem. - Macie może jakiś rysopis? Jak on wyglądał? 

- Nie. Dla nas wszyscy ludzie są na jedno kopyto. 

- No dobrze, ale przecież mają jakieś cechy wyróżniające. 

- Racja - przyznał drugi strażnik - było coś takiego. 

- Milcz! - nakazał mu ostro zwierzchnik. 

-  Nie  będę  milczał.  Ten  człowiek  chodził  w  nakryciu  głowy  z  poziomymi  skrzydłami  i 

poprzecznym wgłębieniem. 

- Nie rozumiem - zdziwiłem się. - Co za poprzeczne wgłębienie? 

- Wasza wielkoduszność, proszę mu pokazać fotografię. Może właśnie oni nam pomogą - 

powiedział drugi strażnik. 

- Nie wolno, to jest tajna fotografia. 

- Wolno. Jak o niej powiedziałem, to już nie jest tajna. 

- Mało, że powiedziałeś, zdradziłeś tajemnicę państwową. 

- No więc tym bardziej można pokazać. 
Jego wielkoduszność wyjął z kieszeni fotografię. Było to zdjęcie amatorskie, pogniecione 

i  zatarte,  mimo  to  bez  najmniejszych  wątpliwości  poznaliśmy  doktora  Wierchowcewa  ze 
słoikiem w jednej ręce oraz woreczkiem w drugiej. 

- Nie do wiary! - zdumiałem się. 

- Pan go zna? 

- Oczywiście. Mieszka na planecie Trzech Kapitanów. 

-  Aj-aj-aj,  na  takiej  dobrej  planecie  mieszka  taki  zły  człowiek!  Kiedy  się  z  nim 

widzieliście? 

- Trzy dni temu. 

-  U  nas  był  w  zeszłym  miesiącu.  No,  a  teraz  chodźmy  wreszcie  obejrzeć  statek.  A  nuż 

znajdziemy na pokładzie robaki? 

- Nie mamy żadnych robaków. 

- Wypiera się - szepnął swemu zwierzchnikowi drugi strażnik. - Nie chce się przyznać. 

- Wobec tego nie dostaniecie przepustki do miasta - oświadczył starszy strażnik. - Gdzie 

tu  jest  telefon?  Uznamy,  że  cała  załoga  choruje  na  dżumę  galaktyczną.  Wtedy  odlecicie 
dobrowolnie.  W  przeciwnym  razie  zrobimy  wam  taką  dezynfekcję,  że  ciężko  pożałujecie 

godziny, w której tu przybyliście. 

background image

- Naprawdę nie mamy żadnych złych zamiarów - starałem się ułagodzić strażnika. - Tylko 

raz  widzieliśmy  tego  człowieka  i  nawet  możliwe,  że  to  nie  był  on.  Bywają  przecież  ludzie 
bliźniaczo do siebie podobni. I po cóż by doktor, kustosz muzeum, miał sprzedawać robaki? 

- Nie wiem - powiedział smutno Uszanin.  - Tyle nieszczęść na nas spadło. Przestaliśmy 

już wierzyć naszym gościom. 

- A co jeszcze się stało? 

- Niech pan lepiej nie pyta. Ktoś wytępił prawie wszystkie bajdury. 

- Bajdury? 

- Tak. To są nasze ulubione ptaki. 

background image

POSZUKUJEMY BAJDURA 

 
Na  bazar  wybraliśmy  się  z  Alicją  pieszo,  każąc  łazikowi  przyjechać  po  nas  za  dwie 

godziny. 

Ranek był cudowny, pomarańczowe niebo jasne i czyste, na nim delikatne zielone obłoki, 

a pod nogami miękki błękitny piasek. 

Szliśmy główną aleją miasta. Po obu jej stronach stały hotele  - każdy inny, zbudowany 

specjalnie dla mieszkańców tej bądź innej planety lub systemu gwiezdnego. 

Był  hotel  „Krak”,  wyglądający  jak  dziecinny  balonik  o  średnicy  stu  metrów.  Od  spodu 

wystawały końce antygrawitatorów. Zatrzymywali się w nim przyzwyczajeni do nieważkości 
kosmiczni  nomadowie,  którzy  nie  mieli  własnej  planety.  Latali  na  kometach  lub  rojach 

meteorów i tam rozstawiali swe namioty. 

Potem minęliśmy Hotel „Rajski Azyl”, również w kształcie kuli, ale twardej, masywnej i 

do  połowy  wkopanej  w  ziemię.  Zobaczyliśmy  na  niej  tabliczkę  „Tylko  dla  mieszkańców 

planet  metanowych”. Przez szczelinę w nie domkniętych drzwiach z sykiem wydobywał  się 

gaz. 

Następny hotel „Patelnia” miał mury tak rozpalone, że mimo stu warstw izolacyjnych nie 

sposób go było dotknąć. W „Patelni” zatrzymywali się mieszkańcy gwiazd, dla których kąpiel 
w gorącej lawie była tym samym, czym dla nas latem pluskanie się w rzece. 

Widzieliśmy  dalej  hotele  zawieszone  w  powietrzu  bądź  zakopane  w  ziemi,  z  drzwiami 

umieszczonymi na dachu lub w ogóle bez drzwi i okien. I oto nagle spostrzegliśmy niewielki 
budynek z kolumnami, o najzwyklejszych w świecie oknach i drzwiach. Na tabliczce widniał 

napis: „Wołga-matka”. 

- Patrz, tatusiu, to jest na pewno hotel dla ludzi! - zawołała Alicja. 
Staliśmy chwilę,  gdyż widok  ten sprawiał  nam  taką przyjemność, jak nagłe spotkanie z 

bliskim a dawno nie widzianym znajomym. 

Z  hotelu  wyszedł  wysoki  mężczyzna  w  mundurze  kosmonauty  floty  handlowej.  Skinął 

nam głową, a my zagadnęliśmy: 

- Dzień dobry. Skąd pan przybywa? 

- Przywieźliśmy z Ziemi regeneratory tlenu dla planety Błuk. Może pan słyszał, co oni tu 

przeżyli? Groził im całkowity zanik powietrza. 

Alicja podczas tej rozmowy stała obok i przyglądała się hotelowi. Nagle szarpnęła mnie 

za rękę: 

- Tatusiu, spójrz, kto tam stoi! 
Z  okna  na  drugim  piętrze  obserwował  nas  doktor  Wierchowcew.  Napotkawszy  mój 

wzrok, gwałtownie cofnął się w głąb pokoju. 

- Niemożliwe! - wykrzyknąłem. - Jakim cudem zdążyłby tu przylecieć! 

- Chodź, zapytamy, skąd się tu wziął - rzekła Alicja. 

background image

Drzwi  wejściowe  były  ciężkie,  rzeźbione,  z  wygiętą  pozłacaną  klamką.  Prowadziły  do 

holu  urządzonego  na  wzór  bojarskiego  tereniu.  Ściany  były  pokryte  malowidłami  z 
powtarzającym się motywem postaci pięknych kobiet i jednorożców, a pod ścianami ciągnęły 
się szerokie ławy. Widocznie architekci  uszańscy  oglądali znakomity dwudziestoodcinkowy 

serial  telewizyjny  „Borys  Godunow”.  Zatrzymałem  się  pośrodku  tych  bojarskich  komnat  i 
powiedziałem do Alicji: 

- Zaczekaj, córeczko. Coś mi się w tym wszystkim nie podoba. 

- Dlaczego? 

-  No pomyśl  sama  -  dopiero rozstaliśmy się z doktorem  Wierchowcewem, przylatujemy 

tu  i  strażnicy  mówią  nam,  że  omal  nie  zniszczył  ich  planety,  sprzedając  białe  robaki,  a  w 
chwilę później widzimy go w oknie hotelu. 

- Tym bardziej powinniśmy go zapytać, co to za historia - odpowiedziała Alicja. 

-  No  dobrze  -  zgodziłem  się  i  podszedłem  do  długiego  stołu,  za  którym  między 

wypchanym łabędziem a plastykowym koszem stał uszasty portier w białej kurtce. 

- Czy mógłbym się dowiedzieć - spytałem - jaki numer zajmuje doktor Wierchowcew? 

-  Chwileczkę,  dzielny  młodzianie  -  odpowiedział  portier  i  założywszy  uszy  za  plecami, 

otworzył  opasłą  księgę  w  skórzanej  oprawie,  z  klamrami:  -  Wierchowcew...  -  mamrotał:  - 

Wie-ri-cho-wi-cew... Jest Wierchowcew! 

- Który pokój zajmuje? 

- Drugie piętro, komnata osiem - odpowiedział portier. - Jesteście jego przyjaciółmi? 

- Znajomymi - wyjaśniłem przezornie. 

-  Przykro  pomyśleć  -  mruknął  portier  -  że  taki  zły  i  ordynarny  gość  ma  takich  miłych 

znajomych. 

- A co się stało? - zapytałem. - Obraził was? 

-  Proszę na drugie piętro. Komnata numer osiem.  I niech pan powie temu bisurmanowi, 

że jeśli dalej będzie gotował parówki na łóżku i demolował roboty-pokojowców, wyprosimy 
go z naszego zajazdu cieszącego się znakomitą renomą. 

- A na mnie Wierchowcew zrobił wrażenie człowieka bardzo spokojnego - powiedziałem 

do Alicji, gdy wchodziliśmy po schodach. Z góry zbiegali Lineańczycy, Fiksjanie oraz inne 
istoty żyjące na planetach, na których, są takie same warunki jak na Ziemi. Niektórzy nieśli 

klatki, akwaria, klasery lub po prostu torby. Spieszyli na bazar. 

Numer osiem znajdował  się na samym  końcu długiego korytarza wysłanego mnóstwem 

perskich  dywanów.  Zatrzymaliśmy  się  przed  plastykowymi  drzwiami  robionymi  na  dąb. 
Nacisnąłem dzwonek. 

Żadnej odpowiedzi. 
Zapukałem. Od lekkiego pchnięcia drzwi się posłusznie otworzyły. Niewielki pokój był 

umeblowany i  ozdobiony  według ilustracji znajdujących się w powieściach historycznych z 

background image

życia  Ziemi.  Kryształowy  żyrandol  i  lampa  naftowa  bez  knota,  wolframowy  samowar  i 
japoński parawan. Ale Wierchowcewa nie było. 

- Doktorze! - zawołałem. - Jest pan tam? 
Żadnej odpowiedzi. 
Alicja weszła do środka i zajrzała za parawan. 

-  Chodźmy  stąd  -  powiedziałem  stojąc  na  progu  -  nie  wypada  wchodzić  do  cudzego 

pokoju... 

- Zaraz, tatku. 
Za plecami usłyszałem czyjś przyspieszony oddech. W drzwiach sąsiedniego pokoju stał 

bardzo  otyły  mężczyzna  w  czarnym  skórzanym  ubraniu.  Miał  grube  miękkie  wargi  i  kilka 

podbródków zwisających na kołnierzyk. 

- O kogo panu chodzi? - zapytał cienkim dziecinnym głosem. 

- Szukamy znajomego. 

-  Przepraszam,  mieszkam  obok  i  słyszałem,  jak  pięć  minut  temu  ten  pan  wyszedł. 

Chciałem więc o tym poinformować. 

- A nie wie pan, dokąd wyszedł? 
Grubas podrapał się w brodą, a raczej w kilka bród, namyślając się chwilę. 

- Przypuszczam, że na bazar. Dokąd mógłby iść? 
Udaliśmy się i my na bazar. „Straszny oryginał z tego Wierchowcewa” - rozmyślałem. 
Minęliśmy  hotel  „Akwarium”,  przeznaczony  dla  mieszkańców  planet  pokrytych  wodą, 

oraz  drugi  -  w  kształcie  czajnika,  z  którego  buchały  kłęby  pary.  Mieszkali  tam  Kuksovrie  z 
Paracelsusa. Panuje tam straszliwy upał, woda wrze i całą planetę spowija gęsta para. 

Z hoteli wychodzili goście. Wielu miało na sobie skafandry, i to najróżniejszego rodzaju. 

Ten  i  ów  pełznął  po  ziemi,  ten  i  ów  płynął  nad  ulicą.  Pod  nogami  przemykali  się 
kolekcjonerzy niewiele więksi od mrówki, obok nich stąpali inni niewiele mniejsi od słonia. 

Im bliżej bazaru, tym większy panował tłok, wziąłem więc Alicję za rękę, by niechcący 

na kogoś nie nadepnęła lub też ktoś niechcący na nią nie nadepnął. 

Bazar  ciągnął  się  na  przestrzeni  wielu  kilometrów.  Był  podzielony  na  kilka  sekcji. 

Najpierw  szliśmy  przez  sekcję  kolekcjonerów  muszel,  potem  sekcję  bibliofilów,  wreszcie  z 
trudem przepchnęliśmy się przez sekcję zbieraczy minerałów oraz drogich kamieni. Między 
stoiskami kwiatów posuwaliśmy się dość swobodnie, tylko w pewnej chwili musiałem wziąć 
Alicję na ręce, gdyż zrobiło się jej słabo od zapachu fiksjarskich róż. 

Ale gdy znaleźliśmy się w sekcji filatelistów, poprosiła mnie: 

- Chwileczkę, tatku. 
Kilometrowy  plac  był  zastawiony  składanymi  stolikami.  Stolików  tych,  jak  mnie 

poinformował  jeden  z  tubylców,  „było  czternaście  tysięcy  trzysta.  Siedzieli  przy  nich 
filateliści  -  po  dwóch,  gdzieniegdzie  po  czterech.  I  wymieniali  znaczki.  Ci,  dla  których 
zabrakło  miejsca  przy  stolikach,  czynili  to  samo  stojąc  lub  spacerując  obok.  Alicja  kupiła 

background image

serie ruchomych znaczków stereoskopowych z syriańskimi ptakami, znaczek czarnogórski z 
roku  1896,  klaser  do  znaczków  fiksjańskich,  który  sam  je  umieszczał  w  odpowiednich 
miejscach, wystarczyło tylko podać. Potem jeszcze wymieniła znaczek czarnogórski na dwa z 

planety Szeszyneru. 

- Specjalnie dla ciebie, tatku. 

Jeden  znaczek  był  całkiem  biały,  na  drugim  widniał  napis  drobnym  maczkiem:  „Młody 

sklis na pastwisku”. 

- Chciałeś się czegoś dowiedzieć o sklisach. 

- Ale gdzież ten sklis? 

- Sklis ukaże się jutro - wyjaśnił stojący za nami grubas, którego niedawno spotkaliśmy w 

hotelu. 

- Jak to? Nie rozumiem. 

-  Bo  na  tych  znaczkach  wizerunek  ukazuje  się  tylko  w  ściśle  oznaczonych  terminach  - 

dodał. 

- A co się ukaże na tym drugim? 

- Na drugim? Nic. To znaczek używany. 

- Dlaczego więc go wymieniają? - zdziwiłem się. 

- To niesłychanie rzadki egzemplarz. Mieszkańcy Szeszyneru nie lubią pisać listów i stąd 

prawie wszystkie znaczki z ich planety są nie używane. Natomiast puste stanowią prawdziwy 
rarytas. Pańska córka słusznie zrobiła nabywając ten znaczek. 

Grubas pożegnał nas machnięciem ręki i oddalił się spiesznym podrygującym krokiem. 
Omal  nie  zabłądziliśmy  w  licznych  sekcjach,  podsekcjach  i  działach  bazaru.  Wreszcie 

usłyszeliśmy gdzieś z bliska głosy ptaków, ryki zwierząt i bzykanie owadów. Wyszliśmy na 
plac, na którym znajdowało się mnóstwo klatek, akwariów, sadzo w i zagród. Był to właśnie 
dział wszelakich zwierząt żyjących w Kosmosie. 

Nawet  mnie,  doświadczonemu  biologowi,  trudno  było  zorientować  się  w  tym,  co 

ujrzeliśmy.  Była  tu  wielka  rozmaitość  zwierząt  i  niekiedy  jeszcze  większa  ich  właścicieli, 
toteż od razu na wstępie popełniłem poważną gafę. Podszedłem do ciemnoniebieskiego ptaka 
o  trzech  żółtych  dwumetrowych  nogach.  Od  jednej  nogi  ciągnął  się  łańcuszek  do  jego 
właściciela,  którego  posiać  składała  się  z  wielu  kolorowych  kul.  Nie  wiedziałem,  z  jakiej 
planety pochodzi. Zbliżywszy się doń, zapytałem, ile chce za tego pięknego ptaka. I nagle w 
czystym języku kosmicznym odpowiedział mi ptak: 

- Ja nie jestem na sprzedaż. Ale jeśli pan sobie życzy, mogę sprzedać tego oto kulecznika 

nakrapianego. A poza tym wypraszam sobie podobne zniewagi. 

No  cóż,  moja  wina,  zupełnie  nie  poznałem  się  na  tym,  kto  kogo  trzyma  na  łańcuszku. 

Stojący  wokół  kolekcjonerzy  i  handlarze  wybuchnęli  gromkim  śmiechem,  co  tak  dalece 
rozgniewało ptaka, że stuknął mnie w głowę długim dziobem. 

Odszedłem czym prędzej widząc, że wpadł w złość i zamierza się do następnego ciosu. 

background image

- Tatku, chodź no tu - przywołała mnie Alicja. - Zobacz, jakie to ciekawe. 
Oderwałem  się  od  chrząszczy  kryształowych,  które  już  dawno  pragnęliśmy  zdobyć  dla 

Zoo, i podszedłem do niej. 

Stała przed dużym akwarium. Obok, na malutkim krzesełku, siedział karzełek. 

- Zobacz, jakie ciekawe zwierzęta sprzedaje ten człowiek. 

- Nic tu nie widzę - wyznałem. - Przecież to akwarium jest puste. 
Karzełek westchnął żałośnie i strząsnął łzę z policzka. 

- Pan nie pierwszy - jęknął - nie pierwszy. 

- A co pan tu ma w tym akwarium? - spytałem. - Mikroorganizmy? 

- No nie, to okropne! - wykrzyknął karzełek. - Odchodzę stąd. Odchodzę na zawsze. 

- Tatku - poinformowała mnie Alicja szeptem, który było słychać na odległość dziesięciu 

metrów. - Tam są niewidzialne ryby latające. Wiem od niego. 

- Niewidzialne? 

- Dziewczynka mówi prawdę - potwierdził - karzełek. - To są zwykłe niewidzialne ryby. 

- Bardzo interesujące. A jak pan je łowi? 

- Sieciami. Niewidzialnymi. Ryby lecą, lecą, wpadają w niewidzialne sieci, a ja zawożę je 

do domu. 

- Czy mogę jedną potrzymać? - zapytałem. 

- Potrzymać? - karzełek był niezmiernie zdziwiony. - W jaki sposób chce pan ją trzymać? 

- W rękach. 

- Przecież pan nie zdoła jej utrzymać. 

- Dlaczego? 

-  Dlatego,  że  latające  ryby  są  niesłychanie  zwinne,  jeszcze  się  ich  nie  dotknie,  a  już 

umykają. Pan mi nie wierzy? 

Milczałem. Wówczas karzełek podniósł ręce i zawołał: 

- Proszę bardzo! Niech pan je ogląda, bierze do ręki, wypuszcza na wolność! Niech pan 

robi, co chce! Poniża mnie! Znieważa! 

Ściągnął z akwarium dużą płachtę i chwyciwszy moją rękę, siłą zanurzył ją w akwarium. 

- No? - krzyczał - No? Złapał pan? Nic pan nie złapie! 
Wyczuwałem ręką jedynie pustkę. Żadnych ryb nie było w akwarium. 

- Nic tu nie ma - stwierdziłem. 

-  No  widzicie?  -  karzeł,  zalewając  się  łzami,  zwrócił  się  do  otaczających  nas  gapiów.  - 

Przekonał się, że tych ryb nie można schwytać, tylko nie chce się przyznać! 

Pobełtałem wodę w pustym akwarium i ledwie wyjąłem rękę, karzeł znów zawrzasnął: 

- On wypuścił moje ryby! Wypłoszył je! Przecież ostrzegałem, że nie wolno bełtać wody 

w akwarium.! Zostałem żebrakiem! To on mnie zrujnował! 

Widzowie  zaczęli  szemrać  niechętnie  w  dwudziestu  językach  i  spoglądali  na  mnie 

potępiająco. 

background image

Nawet Alicja szepnęła: 

- Jak mogłeś to zrobić, tatusiu? 

- Czy doprawdy nie rozumiecie - zwróciłem się do nich - że w akwarium nic nie było? 

- Skąd możemy wiedzieć? - odparł białowąsy, pręgowany jak tygrys mieszkaniec planety 

Ikes. - A jeśli on mówi prawdę? Jeśli ryby są niewidzialne i nie wolno ich chwytać ręką? Jak 
możemy sprawdzić, czy to kłamstwo? 

- No jasne - poparł go Uszanin. - Po co miałby lecieć z drugiej planety i przywozić puste 

akwarium. 

- Aby je co dzień w kółko sprzedawać - odpowiedziałem. 
Nikt jednak nie chciał mnie słuchać. 
Musiałem zapłacić zdesperowanemu karzełkowi za dziesięć niezwykłych ryb. Widocznie 

nie  spodziewał  się,  że  tak  prędko  ustąpię,  gdyż  niepomiernie  wzruszony  dziękował  mi  i 
obiecywał,  że  jeśli  schwyta  niewidzialną  rybę,  na  pewno  mi  ją  przyniesie.  A  gdy 
odchodziliśmy, rzekł do Alicji: 

- Dziewczynko, przyjmiesz ode mnie mały podarek? 

- Bardzo chętnie. Sprawi mi wielką przyjemność. 

- Masz. 
Poszperał  w  kieszeni  i  wyjął  stamtąd  pustą  rękę.  Zwinął  dłoń,  jakby  coś  w  niej  było,  i 

ostrożnie podał Alicji. 

-  To  jest  czapka-niewidka.  Weź,  nie  krępuj  się.  Lubię  obdarzać  miłych  ludzi 

kosztownymi  prezentami.  Tylko  uważaj.  Czapka  jest  utkana  z  tak  cieniuteńkiej  przędzy,  że 
nic nie waży i nie czuje się jej w ręku. 

Alicja podziękowała naciągaczowi, udała, że chowa prezent do torby, i poszliśmy dalej. 
Nagle  wpadło  nam  pod  nogi  dziwaczne  stworzenie.  Wyglądało  jak  puszysta  kula  na 

patyczkach  i  sięgało  mi  do  kolan.  Było  oryginalnie  ubarwione  -  białe  kropki  na 

jasnoczerwonym tle, zupełnie jak muchomor. 

- Łap go, tatku! - zawołała Alicja. - Na pewno komuś uciekł. 

- Ani myślę - odparłem, chowając do kieszeni prawie pusty portfel. - Może to nie zwierzę, 

lecz  kolekcjoner  szukający  zbiegłego  zwierzęcia.  Złapię  go,  a  on  wezwie  policję  i  oskarży 
mnie o obrazę honoru, ponieważ nie rozpoznałem w nim istoty rozumnej. 

I  nagle  zobaczyliśmy,  jak  tropem  czerwonej  kuli  pędzi  gruba  dwugłowa  żmija  w 

wytwornym opalizującym skafandrze. 

- Pomóżcie mi! - wołała. - Indykator uciekł. 
Czerwona  kula  usiłowała  skryć  się  za  moimi  nogami,  lecz  żmija  wyciągnęła  jedną 

spośród  stu  cienkich  nóżek  dyndających,  po  jej  bokach  i  zgarnęła  uciekiniera.  Natychmiast 
zmienił barwę z czerwonej na żółtą i podkulił proste nóżki. 

- Przepraszam panią - zagadnąłem grubą żmiję - co to za zwierzę? 

background image

-  Mało  interesujące  -  powiedziała  żmija.  -  Jest  ich  mnóstwo  na  naszej  planecie. 

Nazywamy  je  indykatorami.  Nie  umieją  mówić,  za  to  zmieniają  kolor  w  zależności  od 
doznań. I nieraz zdarzają się bardzo ciekawe odcienie. Może ma pan przy sobie kostkę cukru? 

- Niestety. 

- Szkoda - powiedziała żmija i wydobyła skądś kostkę. 
Na widok cukru kula zagrała wszystkimi odcieniami koloru lila. 

- Cieszy się - wyjaśniła żmija. - Prawda, że to ładne? 

- Bardzo - przyznałem. 

-  Specjalnie  wymyślamy  dla  nich  nowe  wrażenia,  by  uzyskać  oryginalne  kolory.  Chce 

pan, to go uderzę? Zrobi się czarny. 

-  Ależ  nie,  proszę  go  nie  bić  -  powiedziałem.  -  Natomiast  chętnie  bym  go  kupił  dla 

moskiewskiego Zoo. 

- Nie sprzedam go - odparła jedna z głów żmii, podczas gdy druga zwisła milcząco. - Ale 

mogę wymienić. 

- Niestety, nie mam nic na wymianę. 

- A na ten egzemplarz, na to zwierzątko? - żmija wskazała Alicję dziesięcioma nóżkami 

naraz. 

-  Nie  mogę  -  starałem  się  mówić  jak  najdelikatniej,  mając  świeżo  w  pamięci  niedawną 

gafę. - To moja córka. 

-  Ach,  co  za  okropność!  -  wykrzyknęła  gniewnie  żmija.  -  Natychmiast  zawezwę  straż 

porządkową. To przecież wzbronione! 

- Co jest wzbronione? - zdziwiłem się. 

-  Handlowanie  własnymi  dziećmi.  Jak  również  -  wymiana  ich  na  zwierzęta.  Nie  czytał 

pan regulaminu przy wejściu na bazar? Bestia! Barbarzyńca! 

-  Ależ  myli  się  pani  -  powiedziałem  ze  śmiechem.  -  Z  takim  samym  powodzeniem 

mógłbym sprzedać Alicję, jak i ona mnie. 

-  To  jeszcze  gorzej!  -  zawołała  żmija  przyciskając  do  piersi  kolorową  kulę.  Indykator, 

najwidoczniej  przestraszony,  zbielał  i  wzdłuż  jego  grzbietu  wystąpiły  czerwone  krzyżyki.  - 
Córka handlująca rodzonym ojcem! Widziane to rzeczy?! 

- Ależ daję słowo - zacząłem błagalnie - nie ma mowy o żadnym handlu! U nas na Ziemi 

w ogóle nie handluje się ludźmi. Po prostu przyszliśmy tu razem, aby kupić coś ciekawego 

dla Zoo. 

Żmija namyślała się chwilę, po czym rzekła: 

-  Sama  nie  wiem,  czy  wam  wierzyć.  Lepiej  zapytam  indykatora.  On  jest  taki  czuły.  - 

Pochyliła nad nim obie głowy i spytała: - Czy tym dziwnym istotom można wierzyć? 

Indykator spłynął szmaragdową zielenią. 

- Zdumiewające, on twierdzi, że można. 
Uspokojona, dodała całkiem innym tonem: 

background image

- A chciałbyś, żebym cię im oddała? 
Indykator zabłysnął złociście niby promień słońca. 

-  Bardzo  chciałby  -  wyjaśniła  jego  uczucia.  -  Bierzcie  go  więc,  zanim  się  rozmyślę.  I 

jeszcze na dodatek informator: „Jak karmić indykatory i jak wywołać bladoróżowe emocje”. 

- Doprawdy nie wiem, co mógłbym dać w zamian. 

-  Nic  -  powiedziała.  -  Obraziłam  pana  swymi  podejrzeniami.  Jeśli  w  zamian  za  niego 

zechce mi pan wybaczyć, będę szczęśliwa aż do wieczora. 

- Ależ my nie czujemy do pani urazy. 

- Najmniejszej - dodała Alicja. 
Żmija machnęła mnóstwem swych nóżek, kulisty indykator wzleciał w powietrze i wpadł 

prosto w ręce Alicji. Był ciągle złocisty, tylko po jego grzbiecie przebiegały jak żywe błękitne 
smużki. 

-  Jest  bardzo  zadowolony  -  oświadczyła  żmija  i  czym  prędzej  odpełzła  nie  słuchając 

naszych protestów. 

Indykator  zeskoczył  z  rąk  Alicji  i  szedł  za  nami  kiwając  się  na  cienkich  patykowatych 

nóżkach. 

Spotkaliśmy  po  drodze  całą  rodzinę  Uszanów.  Ojca,  który  miał  uszy  większe  od 

słoniowych, mamę oraz sześcioro Uszaniątek. 

- Spójrz, tatku.! - zawołała Alicja. - Czy to kanarek? 

- Tak. 

-  Pan  się  myli  -  wyjaśnił  poważnym  tonem  Uszanin.  -  To  jest  rajski  ptak.  Wcale  nie 

mieliśmy zamiaru go kupować. Szukaliśmy autentycznego bajdura. 

- I nie znaleźliśmy - wymówiły chórem Uszanięta: - Nie ma ani jednego bajdura. 

-  Zdumiewająca  rzecz!  -  dodała  Uszanka.  -  Jeszcze  w  zeszłym  roku  było  ich  pełno  na 

bazarze, a dziś jakby je wymiótł. Nie wie pan przypadkiem, co się stało? 

- Niestety - odpowiedziałem. 

- Tatusiu - rzekła Alicja, gdy Uszanie odeszli - musimy zdobyć bajdura. 

- Po co? - zdziwiłem się. 

- Bo wszyscy chcą go koniecznie mieć. 

- Zgoda, poszukamy bajdura. Ale proponuję, byśmy przedtem spróbowali znaleźć pająka-

tkacza-troglodytę. Musimy go kupić, jeśli tylko się uda. Jest to ciche marzenie naszego Zoo. 

background image

KUPILIŚMY BAJDURA 

 
Obeszliśmy  z  Alicją  cały  bazar,  kupiliśmy  dla  Zoo  osiemnaście  sztuk  różnych  ssaków 

ptaków,  z  których  większość  była  dotychczas  na  Ziemi  zupełnie  nie  znana.  Alicja 
wypytywała po kolei wszystkich handlarzy bądź też kolekcjonerów: 

- Gdzie można kupić bajdura? 
Odpowiedzi przeważnie były sprzeczne: 

- Bajdury przestały składać jaja. 

- Bajdury wymarły na jakąś bardzo tajemniczą chorobę. 

- Bajdurów nie wolno hodować. 

- Ktoś wykupił wszystkie bajdury żyjące na planecie. 
I  tak  dalej,  mnóstwo  jeszcze  innych  wersji.  Wciąż  jednak  nie  wiedzieliśmy,  co  tu 

naprawdę zaszło. Wszyscy przyznawali, że bajdury były bardzo popularnymi ptakami, chętnie 
trzymano  je  w  domu  i  w  ogrodach  zoologicznych.  Ale  w  ciągu  ostatniego  roku  prawie 
wszystkie  gdzieś  znikły.  Opowiadano,  że  jacyś  ludzie  chodzili  po  domach  i  wykupywali 

ptaki. Że ktoś wykradł je z Zoo. Że w największym ich skupisku wybuchła zaraza i wszystkie 
wyginęły.  Im  mniej  było  nadziei  na  znalezienie  bajdura,  tym  goręcej  Alicja  pragnęła  bodaj 
rzucić na niego okiem. 

-  Czym  wyróżniają  się  te  ptaki?  -  zapytałem  Krabakasa  z  Barakasu,  z  którym  przed 

chwilą zawarliśmy znajomość. 

- Niczym - odpowiedział uprzejmie, zwijając w pierścienie niebieskosiny ogon. - Umieją 

mówić. 

- Papugi również mówią. 

- O papugach nie słyszałem. Ale może u was papugami nazywa się bajdury? 

- Być może - zgodziłem się, choć wydało mi się wątpliwe, aby papugi mogły występować 

na tej planecie. - A gdzie te bajdury żyją? 

- Czego nie wiem, to nie wiem - odpowiedział Krabakas z Barakasu. - Może właśnie żyły 

tutaj? Słyszałem, że mogą latać na inne planety i zawsze wracają do rodzinnego gniazda. 

- Nic z tego, nie znajdziemy bajdura - powiedziałem do Alicji. - Czas wracać. Zwłaszcza 

że twój indykator na pewno jest głodny. 

Indykator usłyszał moje słowa i z zadowolenia zrobił się seledynowy. 
Szliśmy  już  w  stronę  wyjścia,  gdy  nagle  zatrzymał  mnie  krzyk.  Krabakas  niczym  trąba 

powietrzna wzbił się nad klatkami. 

- Hej! - wołał. - Ziemianinie, chodź tu czym prędzej! 
Wróciłem. Krabakas zwinął się w kłębek i powiedział: 

-  Chcieliście  zobaczyć  bajdura?  No  to  macie  wręcz  bajeczne  szczęście.  Za  moimi 

klatkami ukrył się ktoś, kto przyniósł prawdziwego dorosłego bajdura. 

background image

Alicja, nie dosłuchawszy do końca, biegła już ku nam, za nią dreptał indykator mieniąc 

się z niecierpliwości wszystkimi kolorami tęczy. 

Za  ścianą  klatek  chował  się  niziutki  tubylec  ze  skulonymi  uszami.  Trzymał  za  ogon 

dużego białego ptaka. Ptak miał dwa dzioby i złotą koronę na głowie. 

- Ojej - wymówiła Alicja - poznajesz go, tatku? 

- Rzeczywiście coś znajomego... 

-  „Coś  znajomego”!  -  przedrzeźniła  mnie.  -  Ten  ptak  siedzi  na  ramieniu  Pierwszego 

Kapitana. Pamiętasz pomnik? 

Miała rację. Oczywiście, że tak. Rzeźba artysty wyobrażała bajdura. 

- Sprzedaje pan tego ptaka? - zapytałem Uszanina. 

- Ciszej! - syknął. - Jeśli nie chce pan mojej zguby, proszę ciszej! 

-  Radzę  kupić  bez  korowodów  -  rzekł  mi  na  ucho  Krabakas  z  Barakasu.  -  Sam  bym  to 

zrobił, lecz panu jest bardziej potrzebny. Może to ostatni bajdur na tej planecie? 

- Ale czemu taka tajemnica? - spytałem. 

- Gdybym to wiedział - odparł właściciel bajdura. - Mieszkam daleko od miasta i rzadko 

tu  bywam.  Kilka  lat  temu  ten  bajdur  przyleciał  do  mnie.  Był  wycieńczony  i  ranny. 
Odchuchałem  go, leczyłem  i  odtąd został w moim  domu.  Musiał  bywać  w swoim życiu na 
różnych  planetach.  Zna  wiele  języków.  Parę  dni  temu  byłem  za  interesem  w  mieście  i 
spotkałem  tam  mego  starego  przyjaciela.  Siedzieliśmy  w  restauracji,  gadaliśmy  i  całkiem 
przypadkowo dowiedziałem się od niego, że w mieście w ogóle już nie ma bajdurów. Ktoś je 
skupuje  albo  też  zabija.  Zwierzyłem  się  wówczas  przyjacielowi,  że  mam  w  domu  jednego 

bajdura.  „Pilnuj  go  jak  oka  w  głowie”  ostrzegł  mnie.  Naraz  podszedł  do  nas  pewien 
Ziemianin mówiąc, że chce kupić bajdura. 

- Czy był w kapeluszu? - przerwała nagle Alicja. 

- Tak - odpowiedział Uszanin. - A skąd wiesz o tym? 

- Starszy i chudy? 

- Tak. 

- Więc to on - stwierdziła. 

- Jaki on? - spytał Krabakas z Barakasu. 

- Ten sam, który sprzedawał robaki. 

- Jasne, że to ten łajdak! - wykrzyknął Krabakas. 

-  Chwileczkę,  pozwólcie  mi  skończyć  -  zmitygował  nas  Uszanin.  -  Otóż  wtedy 

odmówiłem sprzedaży mojego ulubionego ptaka i wyjechałem z miasta. Wyobraźcie sobie, że 
tej samej nocy ktoś usiłował wtargnąć do mego domu. Następnej nocy chciano go podpalić, 
ale  śpiący  czujnie  bajdur  zdążył  mnie  obudzić.  Wczoraj  znalazłem  nie dokończony  podkop 
pod mój dom. A dziś ktoś wrzucił do mej sypialni ogromny kamień. Zrozumiałem więc, że 
gdy zostawię ptaka u siebie, to koniec ze mną. Jeżeli pan nie obawia się śmierci, proszę go 
wziąć, lecz nie odpowiadani za konsekwencje. 

background image

- Niech pan bierze - powiedział Krabakas.  - To piękny i rzadki ptak, a wy przecież stąd 

odlatujecie. Nic wam nie grozi. 

- Weźmiemy, tatku? - spytała Alicja wyciągając do bajdura rękę. 
Nim zdążyłem odpowiedzieć, ptak sfrunął lekko na ramię Alicji. 

- Żegnaj, przyjacielu - westchnął Uszanin. 
Dałem mu pieniądze i natychmiast uciekł. Nawet ich nie przeliczył. 

- Bajdura należy karmić białym chlebem - rzekł nam przy pożegnaniu zacny Krabakas - i 

mlekiem. Bardzo odżywczy jest również syrop z dzikiej róży. 

Powiedziawszy to, zwinął się w sinoniebieski kłębek i ułożył na klatkach z kanarkami. 
Podążyliśmy  do  wyjścia.  Przodem  szła  Alicja  z  bajdurem  na  ramieniu.  Wprawdzie  nie 

wymówił  dotychczas  ani  słowa,  lecz  tym  się  nie  martwiłem.  Za  Alicją  dreptał  indykator 
przybierając w zamyśleniu coraz to inne kolory. Następnie szedłem ja prowadząc na smyczy 
kupionego  za  szalone  pieniądze,  bardzo  rzadkiego  i  prawie  rozumnego  pająka-tkacza-
troglodytę. Pająk tkał starannie wełniany szal w pepitkę, gotowa część wlokła się po ziemi. Z 
tyłu  jechał  automatyczny  łazik  tak  zastawiony  klatkami  i  akwariami,  że  nawet  szpilki  nie 
byłoby  gdzie  wetknąć.  Oglądali  się  za  nami  kolekcjonerzy,  ze  wszystkich  stron  padały 
różnojęzyczne okrzyki: 

- Patrzcie, bajdura niosą! 

- Bajdur! Żywy bajdur! 
Nagle ptak przechylił głowę na bok i wymówił po rosyjsku: 

- Uwaga! Lądowanie na tej planecie jest niemożliwe. Przechodzę na orbitę planetarną, a 

ty, drogi przyjacielu, nie zapomnij włączyć amortyzatorów. 

Skończywszy, przeszedł od razu na jakiś nieznany język i trajkotał ze dwie minuty. 

- To ci papuga! - rzekła Alicja. 
Bajdur umilkł i powtórzył: 

- To ci papuga! 
Po chwili namysłu wymówił moim głosem: 

- Ale czemu taka tajemnica? 
I z kolei głosem swego niedawnego właściciela: 

- Tej samej nocy ktoś usiłował wtargnąć do mego domu. A następnej - chciał go podpalić. 

- Nie ma wątpliwości - powiedziałem. - Mieliśmy fantastyczne szczęście, Alicjo. To jest 

superpapuga, ptak nad ptaki. Zapamiętuje wszystkie słowa, i to od razu. 

Bajdur tymczasem znów zaczął po rosyjsku: 

-  Słuchaj,  Drugi,  nie  mam  dla  ciebie  nic  na  pamiątkę.  Jeśli  chcesz,  weź  mego  bajdura. 

Będzie ci przypominał o naszych wędrówkach - przecież jego głowa przechowuje wszystko, 
co usłyszał. I ty wiesz, jak go nastroić na odpowiedni tekst. 

Odpowiedział sam sobie innym głosem: 

- Dziękuję, Pierwszy. Na pewno się jeszcze zobaczymy... 

background image

Nagle w gardle bajdura coś zatrzeszczało, zawyło, jakby gdzieś w oddali startował pojazd 

kosmiczny. 

- Rozumiesz, tatku, co on mówi? - spytała Alicja. 

- Chyba tak - odpowiedziałem. - Chyba są to głosy słynnych kapitanów. 
Wyszliśmy z placu starając się obejść bokiem sekcję filatelistów, by z całym naszym dość 

niepowszednim  majdanem  nie  przepychać  się  w  tłumie.  Wtem  podbiegł  do  nas  znajomy 

grubas w czarnym skórzanym ubraniu. 

- No i jak? - zapytał. - Zadowolony pan z zakupów? 

- Owszem - odpowiedziałem. - Całkowicie. 

-  Kupiliśmy  bajdura  -  oznajmiła z dumą Alicja.  -  Nie ma pan pojęcia, jakie on  ciekawe 

rzeczy opowiada. 

A bajdur jak na zamówienie otworzył dzioby, wyprostował koronę na głowie i przemówił 

głosem Pierwszego Kapitana: 

-  Wiesz  dobrze,  Drugi,  jak  bardzo  pragnąłbym  znów  polecieć  w  Kosmos.  Jednakże 

wszystko ma swoje granice. 

Grubas odwrócił się do Alicji, zobaczył bajdura i jego twarz upodobniła się do płaskiego 

naleśnika, oczy zbielały i skryły się głęboko w orbitach. 

- Niech pan mi odstąpi tego ptaka - powiedział. 

- A to dlaczego? - zdziwiłem się. 

-  Bo  tak  trzeba  -  rzekł  wyciągając  do  bajdura  rękę,  ten  zaś  wykorzystał  ten  moment  i 

dziobnął go boleśnie w palec. 

- Oj! - krzyknął grubas. - Ty przeklęta kreaturo! Od dawna na ciebie poluję! 

- Proszę zabrać rękę - powiedziałem. 

-  Przepraszam  pana  -  zreflektował  się  grubas.  -  Ja  rzeczywiście  od  dawna  szukam 

bajdura.  Specjalnie  po  niego  przyleciałem  z  odległości  osiemdziesięciu  lat  świetlnych.  Nie 
może mi pan odmówić. Zapłacę, ile pan zażąda. 

- Pańskie pieniądze na nic się nie zdadzą - odpowiedziałem. - U nas na Ziemi w ogóle już 

nie ma pieniędzy. Zabieramy je tylko lecąc w Kosmos, i to tam, gdzie jeszcze się ich używa. 

- Dam za tego ptaka, cokolwiek pan zechce! Podaruję panu cały ogród zoologiczny! 

- Nie - odparłem stanowczo. - O ile wiem, bajdury już prawie całkiem wyginęły. A w Zoo 

ptak będzie bezpieczny. 

- Proszę mi go oddać! - zawołał grubas ze złością. - Bo zabiorę siłą. 

- Niech pan spróbuje! 

Obok przechodzili dwaj policjanci uszańscy. Odwróciłem się, by wezwać ich na pomoc, 

lecz grubas jakby pod ziemię się zapadł. 

Poszliśmy dalej. 

- Widzisz, tatku, że z bajdurami wiąże się jakaś tajemnica - powiedziała Alicja. - Nikomu 

go nie oddawaj. 

background image

- Nie obawiaj się - uspokoiłem ją. 
Szliśmy  pustą  drogą.  Za  niewysokim  ogrodzeniem  huczał  bazar.  Przed  nami  widać  już 

było  hotele  Palaputry.  Nagle  usłyszeliśmy  z  tyłu  czyjeś  lekkie  kroki.  Obejrzałem  się  i 
osłupiałem z wrażenia. 

Drogą  biegł  doktor  Wierchowcew.  Kapelusz  miał  przekręcony  na  bok,  ubranie  zmięte, 

wydawał się jeszcze chudszy niż przedtem. 

-  Profesorze  -  rzeki  do  mnie  zdyszany  -  grozi  wam  straszne  niebezpieczeństwo.  Jak  to 

dobrze, że udało mi się was dogonić. Co za szczęście! 

- Jakie niebezpieczeństwo? - spytałem. 

-  To  dotyczy  bajdura.  Jeśli  pan  natychmiast  się  go  nie  pozbędzie,  wasz  statek  czeka 

katastrofa. Wiem o tym z całą pewnością. 

-  Panie doktorze Wierchowcew  - odpowiedziałem  gniewnie  -  pańskie postępowanie jest 

co najmniej szokujące. Na planecie Trzech Kapitanów zachowywał się pan bardzo dziwnie, 
twierdził  pan,  że  nie  wie,  jakiego  ptaka  wyrzeźbił  artysta  na  pomniku.  Następnie  jak  nam 
mówiono, przybył pan tutaj i usiłował całkowicie pozbawić tę planetę tlenu, sprzedając białe 
robaki.  Wręcz  skandalicznie  zachowywał  się  pan  w  hotelu,  gotując  na  łóżku  parówki  i 
demolując  obsługujące  roboty.  Teraz  z  kolei  domaga  się  pan  od  nas  bajdura...  Chwileczkę, 
proszę  nie  przerywać.  Gdy  pan  się  opamięta,  proszę  przyjść  do  nas  na  statek  i  wtedy 

porozmawiamy spokojnie. 

- Pożałujecie tego - syknął Wierchowcew i sięgnął ręką do kieszeni. 
Indykator poczerwieniał ze strachu, pająk-tkacz-tryglodyta zaczął machać na doktora nie 

dokończonym szalem. 

- Ostrożnie, tatusiu, on ma rewolwer! - krzyknęła Alicja. 

- Połoskow! - zawołałem do mikrofonu wiszącego na mojej piersi.  - Notuj współrzędne. 

Grozi nam niebezpieczeństwo! Pilnie na pomoc! 

Wierchowcew speszył się nieco usłyszawszy moje słowa. Szczęśliwym dla nas trafem na 

drogę  wysypała  się  gromada  kolekcjonerów,  którzy  ciągnęli  opierającego  się  zielonego 
słonia. Doktor przeskoczył przez ogrodzenie i zniknął. 

-  Och,  jak  ja  to  lubię!  -  powiedziała  ze  smakiem  Alicja.  -  To  dopiero  są  prawdziwe 

przygody! 

-  Wyznam  szczerze,  że  mnie  takie  przygody  niezbyt  pociągają.  Naszym  celem  jest 

poszukiwanie zwierząt dla Zoo, a nie walka z doktorem Wierchowcewem. 

W trzy minuty później zawisł nad nami kuter z „Pegaza”. Połoskow przybył na ratunek. 

Wolniutko  lecąc  prowadził  nas  aż  do  statku,  toteż  dotarliśmy  na  miejsce  bez  żadnych 

komplikacji. 

background image

KURS DO SYSTEMU MEDUZY 

 
Zaraz po rozlokowaniu zwierząt w klatkach i nakarmieniu ich udałem się do sterowni, by 

wysłać na bazę Małego Arktura telegram następującej treści: 

„Sprawdźcie, gdzie znajduje się doktor Wierchowcew. Podejrzewam, że nie jest on tym, 

za którego się podaje”. 

Wieczorem nadeszła z Małego Arktura odpowiedź: 
„Doktora Wierchowcewa nie ma na planecie Trzech Kapitanów. Dalszych informacji na 

razie brak”. 

-  I  bez  nich  wiemy,  że  na  planecie  Trzech  Kapitanów  go  nie  ma  -  mruknął  Połoskow, 

przeczytawszy telegram. - Jest tutaj. 

Dla  bajdura  sporządziliśmy  dużą  klatką  i  zawiesiliśmy  w  jadalni.  Przez  cały  dzień 

mamrotał  coś  w  nieznanych  językach  i  ani  rusz  nie  chciał  przemówić  głosem  któregoś  z 
kapitanów. Połoskow jednak uwierzył nam bez wahania i dodał od siebie: 

-  Ja  też  sądzę,  że  jest  to  bajdur  Pierwszego  Kapitana,  ten  sam,  którego  podarował 

Drugiemu, gdy się rozstawali. 

-  A  czy  nie  jest  możliwe  -  spytała  Alicja  -  że  Wierchowcew  specjalnie  uganiał  się  za 

wszystkimi bajdurami licząc, że w końcu trafi na właściwego? 

- Ale po co miałby to robić? 

-  Jak  to?  Wiemy  przecież,  że  Drugi  Kapitan  zaginął  bez  wieści.  Nie  wiadomo,  co  się  z 

nim stało. Wiemy, że zabrał w podróż bajdura... 

-  Racja!  -  zawołał  Zielony.  -  Oczywiście.  Nasza  dziewczynka  ma  absolutną  rację. 

Kapitana nie ma, ale bajdur jest. Czyli bajdur wie, co się stało z kapitanem. I Wierchowcew 
też chce to wiedzieć. 

- Czemu więc robi taką tajemnicę? - spytałem. - Chętnie byśmy mu pomogli. 
Usłyszeliśmy  pukanie.  Poszedłem  otworzyć  luk.  Na  trapie  stał  grubas  w  czarnym 

skórzanym ubraniu. 

-  Wybaczy  pan,  że  przeszkadzam.  Chciałem  przeprosić  za  mój  wybryk  na  bazarze.  Tak 

bardzo pragnąłem mieć żywego bajdura, że nie mogłem się pohamować. 

- Nic nie szkodzi - odpowiedziałem. - Nie czujemy do pana urazy. Zastrzegam jednak, że 

nie oddamy bajdura. 

- Mniejsza z tym - rzekł grubas wesoło. - Nie chciałem tylko zostawiać po sobie tak złego 

wrażenia. Zechce pan łaskawie przyjąć na pożegnanie ten drobiazg. 

I podał mi niezwykle rzadkie zwierzę - diamentowego żółwika z Menaty. Ma on pancerz 

z prawdziwych diamentów rzucających takie ognie, że oczy bolą patrzeć. 

- Proszę się nie krępować. Mam jeszcze trzy takie okazy. 

background image

Nie powinienem, rzecz jasna, przyjmować prezentu od tak dziwnego człowieka, należało 

zachować  ostrożność.  Ale  przecież  żadne  Zoo  na  Ziemi  nie  miało  diamentowego  żółwika. 
Pięć lat polowaliśmy na niego i oto ktoś nam po prostu go daje. 

- Niech pan mi nie odmawia - nalegał grubas. - Do widzenia. Może się jeszcze spotkamy. 

Nazywam się Wesołek Ypsilon, na stu planetach wszyscy znają moje nazwisko. 

Zbiegł tupiąc głośno po trapie i podrygującym krokiem oddalił się w kierunku Palaputry. 
Ściemniało się, oba słońca planety zachodziły niemal równocześnie, tyle że po różnych 

stronach horyzontu, i nad kosmodromem płonęły dwie zorze wieczorne, jedna piękniejsza od 
drugiej. Pomyślałem, że jednak nie wolno zbyt źle sądzić o ludziach. Ten grubas, na przykład, 
jest prawdziwym entuzjastą biologii. I mimo to bez żalu ofiarował nam tak rzadkie zwierzę. 

W  doskonałym  humorze  wróciłem  do  jadalni  i  pokazałem  przyjaciołom  żółwika. 

Przechodził z rąk do rąk, nie mogliśmy po prostu się napatrzyć fantastycznej grze światła na 

jego diamentowym pancerzu. 

- Dokąd się teraz wybieramy? - spytał po kolacji kapitan. 

- Do sklisów - powiedziała Alicja - na planetę Szeszyneru. 

- Niech będzie - zgodziłem się - i tak zamierzaliśmy tam wstąpić. 
Nagle bajdur, który dotychczas siedział spokojnie, przyglądając się, jak pijemy herbatę, 

przemówił: 

- Zamierzasz lecieć? - spytał głosem Pierwszego Kapitana. 

- Tak. Polecę na spotkanie z nim - odpowiedział głosem Drugiego. 

- W porządku, Drugi. Jeżeli będą kłopoty, wezwiesz mnie na pomoc. 

- Jeśli zdołam. 

-  Przyślij  bajdura.  On  mi  powtórzy.  Wiem,  jak  go  zmusić  do  mówienia.  Podaj  mu 

wszystkie szczegóły. 

- No, do zobaczenia. 

- Do zobaczenia. 
Bajdur umilkł. 

- Słyszałeś, kapitanie? - spytała Alicja. 

- Oczywiście, że słyszałem, nie wrzeszcz. - Połoskow zamyślił się. 
Bajdur  zakołysał  złotą  koroną,  jakby  zastanawiając  się,  czy  mówić  dalej.  I  nagle  rzekł 

powoli i dobitnie głosem Drugiego Kapitana: 

- Trzymaj kurs na system Meduzy. 
Czekaliśmy, czy znów się odezwie, ale ptak zamknął oczy i schował głowę pod skrzydło. 

-  To  znaczy,  że  Drugi  Kapitan  znalazł  się  w  niebezpieczeństwie  i  wysłał  bajdura  po 

ratunek - tłumaczyła Alicja. - Ale jak zmusić ptaka, by nam wszystko opowiedział? 

- Czekajcie - zabrałem głos. - Skąd ten wniosek? Przecież bajdur nie poleciał na Wenus, 

gdzie pracuje Pierwszy Kapitan, lecz wrócił na swą rodzinną planetę. To by znaczyło, że nie 

background image

został  skierowany  gdzie  indziej.  Drugi  mógł  po  prostu  zginąć.  I  wtedy  bajdur  poleciał  do 

domu. 

- Wszystko jest możliwe - rzekł Połoskow i wstał od stołu. 
Opuścił  jadalnię  i  po  pięciu  minutach  wrócił  z  mapą  Galaktyki.  Rozłożył  ją  na  stole, 

odsunąwszy filiżanki, i wskazał palcem miejsce na samym skraju mapy. 

- Tu - wyjaśnił - znajduje się system Meduzy. Absolutnie nie zbadany. Są w nim planety. 

Proponuje  tam  lecieć.  Jeżeli  kapitan  żyje,  to  mu  pomożemy.  A  jeśli  zginął,  dowiemy  się 
przynajmniej, w jakich okolicznościach. 

- Mógł przecież zginąć w otwartym Kosmosie - odparłem. 

- Cóż mogło się zdarzyć wielkiemu kapitanowi w otwartym Kosmosie? 

- Wybuch statku, na przykład. 

- A bajdur wyszedł z tego cało? 

- No cóż, różnie mogło być! 
Umilkłem. Ostatecznie, wyprawa miała określone zadania, tymczasem nie wiadomo, czy 

w systemie Meduzy występują jakiekolwiek zwierzęta. Zanim tam dotrzemy i wrócimy, minie 
czas  przeznaczony  na  wyprawą.  A  przecież  wiemy  tylko  tyle,  ile  powiedział  nam  bajdur. 
Może  kapitan  był  w  systemie  Meduzy,  lecz  zginął  w  zupełnie  innej  części  Galaktyki? 
Wszystkie  te  argumenty  wyłożyłem  moim  współtowarzyszom.  Im  dłużej  jednak  mówiłem, 
tym  mniej  byłem  pewny  swych  racji  i  tym  wyraźniej  zdawałem  sobie  sprawę,  że  nie 
przemawiają one ani do Połoskowa, ani do Alicji. 

- No więc dobrze - zakończyłem. - Kupić nie kupić, potargować można. Najpierw jednak 

wyruszymy na Szeszyneru. Trzeba przecież zobaczyć, co to za dziwo te sklisy. 

-  W  porządku  -  zgodził  się  kapitan,  wodząc  palcem  po  mapie.  -  Akurat  po  drodze. 

Możemy  też  odwiedzać  inne  planety  leżące  na  naszym  szlaku  i  tam  szukać  ciekawych 
zwierząt. 

-  A  teraz  spać  -  powiedziałem.  -  Jutro  z  rana  odlot.  Wszystkie  zwierzęta  nakarmione, 

napojone? 

-  Tak  jest,  panie  szefie  ekspedycji  -  zameldowała  Alicja,  do  której  należała  opieka  nad 

zwierzętami. 

- A gdzie jest diamentowy żółwik? - spytałem. 

- Przed chwilą tu był - odpowiedział Połoskow. - Gdzież się u licha podział? 
Straciliśmy  okrągłą  godzinę,  przetrząsając  dokładnie  cały  statek,  i  dopiero  indykator 

przyłapał go tuż koło luku. 

- Pewnie chciał zwiać - rzekł Zielony. - A ostrzegałem. Tych żółwi nie wolno spuszczać z 

oka. 

Indykator zżółkł jak cytryna. 
Wyjąłem tabliczkę kolorystyczną doznań indykatora i odczytałem: 

- Kolor żółty - nieufność. 

background image

- Nie dowierzasz, bracie, żółwikowi? - spytał indykatora Zielony. - Ja tak samo. 
Indykator zapłonął tak żółtym blaskiem, że przyćmił światło lamp. 

- Zgoda - powiedziałem. - Jeśli tak, zanikniemy go w klatce. 
Indykator nie zmienił barwy, tylko po jego grzbiecie zaczęły płynąć czarne pręgi. Tablica 

poinformowała nas, że czarne pręgi na żółtym tle oznaczają sprzeciw. 

- No dobrze, dobrze. Skoro taki z ciebie niedowiarek, zamkniemy żółwia na noc w sejfie. 
I wtedy nareszcie indykator zrobił się ciemnozielony ze szczęścia. 

background image

TAKI SMUTNY WYNALAZEK 

 

Gdy „Pegaz” zbliżał się do planety Szeszyneru, ilość przesyłek i bagaży na jego pokładzie 

znacznie już zmalała. Można było swobodnie chodzić po korytarzach nie wpadając co chwila 
na jakieś worki, skrzynie lub kontenery. 

Spenetrowaliśmy  już  trzecią  część  Galaktyki,  byliśmy  nawet  w  takich  punktach,  do 

których nie docierają statki liniowe z Ziemi. 

Szeszyneru  leży  na  uboczu  wielkich  szlaków.  Fauna  jej  nie  przedstawia  się  bogato  - 

jeszcze  trzysta  lat  temu  planeta  była  naga  i  pusta,  dopiero  później  przybyli  tu  koloniści  z 

Rozodoru, stworzyli sztuczną atmosferę, założyli ogrody i trawniki. 

„Pegaz” wylądował późną nocą z dala od nikłych światełek miasta. Lądowaliśmy cicho, 

by  nie  obudzić  i  nie  spłoszyć  mieszkańców  -  na  Szeszyneru  nie  często  przylatują  statki  i 

niektórzy tubylcy jeszcze w ogóle ich nie widzieli. 

Silniki  umilkły,  mechanik  Zielony  rozczesał  brodę  i  poszedł  spać,  kapitan  Połoskow 

siedział w sterowni nanosząc poprawki na przestarzałą mapę nawigacyjną, Alicja pisała list 
do  babci  mając  nadzieję  wysłać  go  z  Szeszyneru,  ja  zaś  zszedłem  do  ładowni,  aby  wybrać 
pustą klatkę dla sklisa oraz nakarmić zwierzęta. 

Cicho było na statku i ciepło. Szedłem prawie bezszelestnie po miękkim dywanie, myśląc 

o  tym,  że  trzeba  zaopatrzyć  się  w  wodę  oraz  zdobyć  włóczkę  dla  pająka-tkacza-troglodyty. 
Gałęzisty śpiewokrzew czatował na mnie za rogiem. 

- Marsz natychmiast spać! - ofuknąłem go. - Bo cię jutro nie podleję. 
Maluch powiał ze strachu listkami i głośno szeleszcząc wciskał się do swej przegrody. 
Nagle usłyszałem ciche mlaskanie. Ktoś zakradł się do magazynu, w którym leżała reszta 

przesyłek.  Stanąłem  nasłuchując.  Nie  wiadomo,  jakie  zwierzę  wydostało  się  z  klatki  -  nie 
każde da się wziąć gołymi rękami. 

Ostrożnie zajrzałem przez uchylone drzwi magazynu. Nikogo. Mlaskanie jednak stało się 

wyraźniejsze.  Wszedłszy  do  środka  zorientowałem  się,  że  dolatuje  z  zamkniętej  szafy 
chłodniczej. Przechowywaliśmy w niej ananasy. 

Zdziwiło  mnie,  że  klucz  wystaje  na  zewnątrz  -  nikt  zatem  nie  mógł  wejść  do  szafy  i 

zamknąć się od środka. 

Powoli wyciągnąłem rękę i przekręciwszy klucz, otworzyłem szeroko drzwi. 
W szafie, dygocąc z zimna, siedział nieduży zielony człowieczek i gryzł ostrymi ząbkami 

ananas. 

Podniósł na mnie przerażone oczy i przycisnął owoc do piersi. 

- Nie rusz - warknął. 

- Mógłbyś chociaż obrać ananas - zauważyłem. - A w ogóle, jak się tu dostałeś? 

- Nie dadzą spokojnie zjeść kolacji! - mruknął człowieczek i zniknął wraz z ananasem. 

background image

Przetarłem oczy. Szafa była pusta. Na półkach o trzy ananasy mniej. Ktoś dotknął mojej 

nogi, drgnąłem z zaskoczenia. 

Okazało się, że to mały śpiewokrzew-wiercipięta łazi po ładowni. 

- Jazda spać! - krzyknąłem, aczkolwiek z zasady nie krzyczę na zwierzęta ani rośliny. 
Spojrzałem znów na szafę. Stał w niej odwrócony do mnie plecami zielony człowieczek i 

wspiąwszy się na palce usiłował ściągnąć z półki duży ananas. 

- Zostaw to! - krzyknąłem. 
Człowieczek obejrzał się i wtedy spostrzegłem, że to nie ten sam rabuś, który parę minut 

temu jadł ananas. 

- Nie denerwuj się - rzekł - ja mam pozwolenie. 
I w tejże sekundzie zniknął unosząc ananas. 
Takich  cudów  jeszcze  nie  zdarzyło  mi  się  widzieć.  Poczułem  lekki  zawrót  głowy.  W 

niedorzecznym odruchu zajrzałem w głąb szafy, jakby ktoś jeszcze mógł się tam ukrywać. 

Wtem coś mnie szturchnęło - na półce stał trzeci człowieczek. 

- Nie przeszkadzaj - powiedział - bo zatłukę. - I sięgnął po ananas. 

- Co za jakieś licho! - wybuchnąłem. - Skąd jesteś? 

- Mieszkam tutaj - odpowiedział i wraz z ananasem rozwiał się w powietrzu. 
To już było ponad moje siły. Nacisnąłem guzik telefonu. 

- Gienek - spytałem Połoskowa - nie śpisz? 

- Nie - odpowiedział. - Pracuję. A co z twoim głosem? 

- Z głosem? Nic. 

- Trzęsie się jak barani ogon. Coś się stało? 

- Powiedz mi, czy luk był dobrze zamknięty? 

- Oczywiście. Przecież nikt nie wychodził. 

- A Zielony śpi? 

- Śpi. Alicja również. Przed chwilą sprawdzałem. Pisała list i w połowie zasnęła. Ale co 

się stało? 

-  Słuchaj,  nie wiesz przypadkiem,  co to  znaczy, kiedy komuś zaczynają  roić się zielone 

ludziki? 

- Malutkie? - zapytał rzeczowo kapitan. - Siedzą na ramieniu? Z ogonkami? Gdzieś o tym 

czytałem. W jakiejś starej książce. 

- Nie - odpowiedziałem - dość spore, bez ogonków i jadają ananasy. O... o jest! Czwarty! 
Rzeczywiście, jeszcze jeden grabieżca zjawił się w szafie, zrobił do mnie oko i zniknął. 

- Już idę - zaniepokoił się Połoskow. - Weź się w garść. Sam nic nie rób. 
Zanim  Połoskow  przybiegł  do  ładowni,  w  szafie  chłodniczej  została  niespełna  połowa 

ananasów, a dwa zielone ludziki, podsadzając się wzajemnie, usiłowały wdrapać się na górną 
półkę. 

- Czekaj - rzekł kapitan - nie wypłaszaj ich. To na pewno nie jest halucynacja. 

background image

- Halucynacja, także coś! - obraził się człowieczek. - Możecie mnie dotknąć. 

- Nie mamy czasu - przerwał mu drugi. 

- Pozdrowienia dla Alicji - powiedział pierwszy. 
I rozwiali się, ustępując miejsca trzeciemu. 

- Czy Alicja naprawdę śpi? - spytałem kapitana. 

- Śpi. 

- To skąd mogą o niej wiedzieć? 

- Zachodzę w głowę. Jakaś zwariowana historia. 
W szafie było pusto. Nikt więcej się nic zjawił. 

- Zamknijmy dobrze drzwi - rzekł Połoskow. - Może będzie spokój. 

- Skąd oni mogą wiedzieć o Alicji? - powtórzyłem. 
Wylądowaliśmy zaledwie przed godziną, nikt nie wychodził na zewnątrz. 
Długo  jeszcze  siedzieliśmy  łamiąc  głowy  nad  wyjaśnieniem  tego  dziwnego  zjawiska. 

Bezskutecznie  jednak.  Sprawdziliśmy  jeszcze  raz  zawory  na  lukach,  obeszliśmy  statek. 

Pustka, cisza, spokój. 

Na wszelki wypadek położyłem się spać w pokoju Alicji. Niewygodnie mi było, uwierał 

mnie twardy dywanik, a pod głowę musiałem podłożyć gumowe płetwy. 

Zdążyłem na szczęście wstać wcześniej, toteż gdy Alicja otworzyła oczy, siedziałem już 

jak gdyby nigdy nic w fotelu, przeglądając „Informator o mieszkańcach Galaktyki”. 

- Co tu robisz? - spytała. 

-  Wstąpiłem,  żeby  zajrzeć  do  twojej  biblioteki  i  dowiedzieć  się,  jak  wyglądają  tutejsi 

mieszkańcy. 

- A dlaczego jesteś potargany? 
Zamknąłem  książkę  trudno,  przejrzę  ją  później  -  i  pobiegłem  do  swej  kajuty,  żeby  się 

doprowadzić do porządku. 

Myjąc się, byłem już nieomal pewny, że żadne zielone ludziki  nie istnieją, wszystko  to 

złudzenie, sen i halucynacja. 

Z tą myślą zszedłem do ładowni, by rzucić okiem na szafę chłodniczą. 
Była  otwarta,  kompletnie  pusta  -  ani  jednego  ananasa  -  a  przed  nią  stał  głęboko 

zamyślony Połoskow. 

- Jestem zdania - odezwał się - że tutejsi mieszkańcy, wbrew prawom natury, nauczyli się 

przenikać przez ściany. 

- Nie, chyba to nie ich sprawka. Na pewno zahaczyliśmy w Kosmosie jakąś pasożytniczą 

cywilizację. 

Do ładowni wkroczyła Alicja. 

- Dzień dobry, kapitanie - powiedziała. - Co się stało z ananasami? 

- Skradziono je. Właśnie zastanawiamy się, jak ukarać złodziei. 

- Kogo? - zdziwiła się Alicja. 

background image

- Zielone diabły. Och, z rozkoszą dobrałbym się im do skóry! Pomyślcie tylko, jak ja się 

teraz pokażę na Redwajcie?! Tam przecież czekają na ananasy!... O, patrzcie, jest, łapcie go! 

Istotnie, w szafie znów pojawił się zielony człowieczek. Obrzucił wzrokiem puste półki, 

mruknął  nie  raczywszy  nas  zauważyć:  „Spóźniłem  się”  -  i  w  jednej  chwili  rozpłynął  się  w 

powietrzu. 

- To on - powtórzył kapitan. - I jak tu go złapać? 

-  To  rzeczywiście  był  tubylec  -  stwierdziła  Alicja.  -  Widziałam  w  książce,  którą  tatuś 

zostawił na fotelu. 

- Jesteś pewna? 

- Absolutnie. 

- Skoro tak, tym gorzej dla nich. Natychmiast wysyłam zażalenie do ich. władz. - Tak się 

przyjmuje gości? - Połoskow kipiał gniewem. 

- Wybacz im, kapitanie. 

- O nie, ani myślę. Gdzie telefon? 

- Zastanów się - powiedziała błagalnie Alicja. - To są tacy mili, dobrzy ludzie. Wcale nie 

chcieli kraść ananasów. Tak się złożyło. Przypadek. 

- Masz zbyt miękkie serce, Alicjo  - odparł Połoskow. - Dziś w nocy, ledwie zdążyliśmy 

wylądować, zakradli się do magazynu i dalejże wyciągać ananasy, minie pół godziny i wezmą 
się za resztę ładunku. 

-  Kapitanie  -  ton  Alicji  brzmiał  stanowczo  -  zapomniałeś  o  przegranym  zakładzie?  W 

ciemno? 

- Nie zapomniałem. 

- No więc życzę sobie, byś darował im te ananasy. 
W  tym  momencie  za  ścianami  statku  rozległ  się  piekielny  wrzask.  Tak  straszliwy,  że 

przeniknął przez poszycie. Wyleciały nam z głowy zielone ludziki, ananasy, co sił w nogach 
popędziliśmy  do  trapu.  Poioskow  nacisnął  w  biegu  guzik  alarmowy  i  we  wszystkich 
korytarzach zamigotały czerwone lampki. 

Dopadł luku, otworzył go i z wysokości drugiego piętra wyjrzeliśmy na zewnątrz. 
Wschodziło  mgliste  słońce  -  ogromne  i  czerwone.  Po  niebie  szybko  płynęły  podłużne 

szaroniebieskie  obłoki.  Cała  polana  przed  „Pegazem”  była  zatłoczona  zielonymi  ludzikami. 

Wymachiwali flagami, chusteczkami, rozwijali transparenty z napisem: „Serdecznie witamy” 

i krzyczeli chórem: 

- Za-pra-sza-myL. Wi-taj, A-li-cjo! Dzię-ku-je-my!... Niech żyyyją! - oraz inne powitalne 

słowa w swym niezrozumiałym języku. 

Na  widok  Alicji  radość  przeszła  w  euforię.  Wydawało  się,  że  niebo  runie  od  tego 

wrzasku. 

Kilku  zielonych  ludzików  w  mgnieniu  oka  znalazło  się  przy  luku,  porwali  Alicję  i  nim 

zdążyłem  otworzyć  usta,  zniknęli  wraz  z  nią,  by  znów  pojawić  się  w  środku 

background image

rozentuzjazmowanego  tłumu.  Poniesiono  Alicję  wysoko  na  ramionach  w  stronę  bielejącego 

na horyzoncie miasta. 

Na polanie został jeden zielony człowieczek, w starszym wieku, zaczekał, aż zejdziemy z 

trapu, i przywitawszy się z nami, rzekł: 

- Zapewne nie wszystko jest dla was zrozumiałe, drodzy goście? 

- Rzeczywiście nie wszystko - odpowiedział Połoskow. 

- Czy Alicji nic się nie stanie? - zapytałem. 

- Nic a nic. Zechcecie wysłuchać moich wyjaśnień? 

- Bardzo chętnie. 

- Proszę, siadajcie na trawie, ziemia ciepła, przeziębić się nie sposób. 
Skorzystaliśmy z zaproszenia, a zielony człowieczek opowiedział nam, co następuje: 
Nie  tak  dawno  jeszcze  planeta  Szeszyneru  niczym  nie  wyróżniała  się  spośród  innych 

ubogich  prowincjonalnych  planet  Galaktyki.  Jednakże  lat  temu  dziesięć  pewien 
Szeszyneryjczyk  wynalazł  pigułki,  dzięki  którym  można  było  w  granicach  kilku  lat 
podróżować w czasie w dowolnym kierunku. Początkowo całą planetę ogarnął szał radości, 
zaczęto masowo łykać pigułki i podróżować w przeszłość lub w przyszłość. Ale już po kilku 
tygodniach nastąpiło gorzkie rozczarowanie. 

Jeden wyruszył w przyszłość i tam dowiedział się, że opuści go żona bądź że jego dom 

zostanie  okradziony.  Drugi  -  w  przeszłość,  aby  naprawić  popełniony  ongiś  fatalny  błąd, 
tymczasem  okazało  się to  niemożliwe, mógł  tylko ów błąd powtórzyć. Powiedzmy, że ktoś 
podejrzewał  kogoś  o  oszustwo  -  z  łatwością  mógł  wrócić  do  owego  dnia  i  wyśledzić 
fałszywca. Ktoś inny, obawiając się, że umrze na daną chorobę, bez trudu wypuszczał się w 
przyszłość  i  sprawdzał,  czy  lekarze  mówią  mu  prawdę.  I  tak  oto  z  czasem  zaczęto  bać  się 
przyszłości  -  nikt  już  tam  nie  podróżował.  Natomiast  coraz  częstsze  stały  się  podróże  w 
przeszłość. Każdy człowiek ma jakieś miłe wspomnienia. Wyrusza więc w przeszłość, by raz 
jeszcze  przeżyć  szczęśliwe  chwile.  Potem  znów  tam  powraca,  jeszcze  raz  i  jeszcze...  W 
nieskończoność. 

- Chodźmy do miasta - rzekł zielony staruszek - tam zobaczycie, do czego ten wynalazek 

doprowadził. 

Udaliśmy  się  za  nim  do  miasta.  Było  zaniedbane,  pełne  wysypisk  śmieci.  Triumfalny 

pochód z Alicją przeszedł gdzieś dalej i na ulicach rzadko spotykało się ludzi. Nie zwracali 
zresztą  na  nas  najmniejszej  uwagi,  od  czasu  do  czasu  któryś  z  przechodniów  znikał.  Inny 
znów zjawiał się niespodziewanie, chwilę o czymś rozmyślał i już go nie było. 

-  Oni  wciąż  podróżują  w  czasie  -  wyjaśnił  nasz  przewodnik.  -  Rzeczywistość  ich  nie 

interesuje.  Przyszłości  się  boją.  Nikt  nie  bierze  się  do  pracy.  Rząd  wydał  zakaz  produkcji 
pigułek, lecz są one tak nieskomplikowane, że można je sporządzić w domu. 

- Teraz rozumiem - powiedziałem - dlaczego już wczoraj pańscy rodacy wiedzieli o Alicji 

i o przylocie naszego statku. 

background image

- Jasne. Wchodzili do waszej lodówki w przyszłości. 

- Mimo to chciałbym wiedzieć, skąd taka radość z przyjazdu Alicji? - spytał Połoskow. - 

Czemu na przykład nie z mojego? 

- To bardzo proste - rzekł stary Szeszyneryjczyk. - Jesteśmy ludźmi bardzo spokojnymi, 

dobrodusznymi. I potrafimy docenić życzliwość innych. 

- I co z tego? Przecież Alicja nie wiedziała, że zakradniecie się do naszej lodówki. 

- Ach, cóż za naiwność! - rzekł z wyrzutem zielony człowieczek. 
Rozwiał się w powietrzu i w trzy sekundy później znów się zjawił z dużym ananasem w 

rękach. 

- Byłem przed chwilą w waszej lodówce - oświadczył. 

- Przecież tam nie ma już ananasów. 

-  Ależ  ja  byłem  tam  wczorajszej  nocy.  Czy  to  takie  trudne  do  zrozumienia?  Nic 

prostszego.  Poleciałem  teraz  w  przeszłość  i  wczorajszej  nocy  wziąłem  z  waszej  szafy 
chłodniczej  ananas.  Nie  ukradłem  go  jednak,  tylko  wziąłem,  ponieważ  dziś  rano  Alicja 
przypomniała  Połoskowowi  o  wygranym  zakładzie  i  na  jej  życzenie  darował  nam  ananasy. 
Dlatego dziś rano witaliśmy ją z taką wdzięcznością za to, że pozwoliła nam wczorajszej nocy 
brać ananasy... 

- Ja zwariuję! - rzekł Połoskow. - Najpierw było dziś rano, potem była wczorajsza noc, a 

wy braliście ananasy, których jeszcze nie wolno było brać, dlatego że później będzie je wolno 
brać... 

-  Tak  niewiele  zostało  nam  w  życiu  radości  -  powiedział  zielony  człowieczek  jakby  nie 

słysząc słów kapitana. - Nie znaliśmy dotychczas smaku ananasa. Ja na przykład będę teraz 
codziennie wyruszał w dzień poprzedni, aby zjeść ananas, który zjadłem wczoraj... 

Milczeliśmy dłuższy czas przetrawiając niecodzienne nowiny. Wreszcie Szeszyneryjczyk 

westchnął: 

- Nie mogę dłużej. Idę w przeszłość dojadać waszego ananasa. 

- Chwileczkę - zatrzymałem go. - Mam do pana pytanie w pewnej sprawie. 

- Niech się pan nie męczy - rzekł zielony człowieczek. - Ja przecież wiem, o co pan spyta. 

- Ach, prawda. 

- Zapyta pan o zwierzę, które nazywa się sklis, gdyż z jego powodu tu przylecieliście. 

- Tak jest. 

-  Możemy  panu  przyprowadzić  nawet  sto  sklisów,  ale  głowę  dam,  że  pan  z  nich 

zrezygnuje.  O  proszę,  jeden  tam  leży  za  węgłem.  Od  razu  rozłoży  pan  ręce  i  zawoła: 
„Przecież to najzwyklejsza pod słońcem krowa”. 

Zajrzeliśmy za węgieł. Rozłożyłem race i zawołałem: 

- Przecież to najzwyklejsza pod słońcem krowa! 

- No widzi pan. 

background image

Zielony człowieczek pożegnał się z nami i odszedł, a raczej zniknął, jako że mieszkańcy 

tej planety mieli dziwny zwyczaj rozpływania się w powietrzu. I nie zobaczył tego, co zaszło 
później,  i  cała  jego  zdolność  zaglądania  w  przeszłość  i  przyszłość  na  nic  się  nie  zdała. 
Albowiem  zabraliśmy  tę  krowę,  przywieźliśmy  do  moskiewskiego  Zoo,  w  którym  do  dziś 
przebywa stanowiąc jeden z najpopularniejszych okazów. 

Jak  tylko  nasz  zielony  przewodnik  zniknął,  krowa  przeciągnęła  się,  wstała  pomalutku  i 

rozpostarła  długie  błoniaste  skrzydła,  które  przedtem  miała  owinięte  wokół  brzucha. 
Westchnęła, zwróciła na nas wielkie melancholijne oczy, potrząsnęła skrzydłami strzepując z 
nich kurz, odbiła się zdartymi kopytami od ziemi i przeleciała na drugą stronę ulicy. Leciała 

jak to krowa - brzydko i niezdarnie, ale jednak leciała! 

Zapytałem chłopaczka, który niespodzianie zjawił się obok mnie: 

- Czyja to krowa? 

- Sklis? 

- No tak. Czyj to sklis? 

- A niczyj - odpowiedział chłopaczek. - Komu potrzebne sklisy? Paść ich nie można, bo 

odlatują na wszystkie strony. Niech pan bierze, nikt nawet palcem nie kiwnie. 

Wracaliśmy do „Pegaza” poganiając sklisa witką. Chwilami wzlatywał w powietrze, ale 

prędko się męczył i przechodził w leniwy truchcik. 

Po  drodze  przyczepił  się  do  nas  drugi  sklis,  choć  nie  chcieliśmy  go  zabrać  -  wystarczy 

nam jeden do karmienia. Wzgardzony, długo z urazą myczał i machał ogonem. 

Alicja  wróciła  wkrótce  po  nas.  Znudziło  ją  w  końcu  towarzystwo  Szeszynerejczyków. 

Oni  zresztą  też  o  niej  szybko  zapomnieli  -  rozpierzchli  się,  jedni  w  przeszłość,  drudzy  w 
niedaleką przyszłość. 

background image

SPARALIŻOWANE ROBOTY 

 

-  No,  a  teraz  -  rzekł  Połoskow  po  naszym  odlocie  z  planety,  na  której  straciliśmy  cały 

zapas ananasów - prościutko do systemu Meduzy. Są sprzeciwy? 

Nie było. Chciałem wprawdzie coś wtrącić, lecz Alicja tak mnie spiorunowała wzrokiem, 

że tylko powiedziałem: 

- W czasie lotu rządzi na pokładzie kapitan. Jak Połoskow każe, tak być musi. 

- Wobec tego nigdzie się już nie zatrzymujemy - oświadczył. 
W dwa dni później musieliśmy jednak zatrzymać się i zmienić kurs. 
Radiostacja pokładowa przejęła sygnał SOS. 

- Skąd ten sygnał? - zapytałem Połoskowa. 

- Zaraz się dowiemy - odpowiedział nasz kapitan, pochylając się nad odbiornikiem. 
Usiadłem  w  szerokim  fotelu  w  sterowni,  korzystając  z  chwili  wytchnienia.  Dzisiejszy 

ranek był dla mnie bardzo męczący. Indykatora rozbolał brzuch i co chwila zmieniał kolory 
niczym  sygnalizator świetlny na ruchliwym  skrzyżowaniu.  Pająk-tkacz-troglodyta na skutek 
braku  surowca  dobrał  się  do  sennego  pilcha  w  sąsiedniej  klatce  i  zgolił  z  niego  całą  długą 
sierść, tak że pilcha nie poznałem. W rezultacie pilch się przeziębił i kaszlał, aż się rozlegało 
w  całej  ładowni.  Musiałem  więc  sporządzić  izolatkę.  Bajdur  przez  całą  noc  mamrotał  w 
niezrozumiałym języku, ochrypł i skrzypiał jak nie nasmarowany wóz. Trzeba go było poić 
gorącym mlekiem z sodą. Śpiewokrzewy pokłóciły się w nocy o pestki ze śliwek i połamały 
maluchowi  gałązki.  Diamentowy  żółwik  wyciął  ostrymi  krawędziami  pancerza  otwór  w 
drzwiach do maszynowni i znów musiałem zamknąć go w sejfie. 

Byłem  zmęczony,  ale  to  rzecz  normalna,  gdy  przewozi  się  tyle  niezwykłych  zwierząt. 

Wszystkie  te  choroby,  przykrości,  bójki  i  konflikty  są  niczym  w  porównaniu  z  karmieniem. 
Pomagała  mi  wprawdzie  Alicja,  lecz  dziś  właśnie  zaspała  i  poranne  karmienie  spadło 
wyłącznie na moje barki. 

Na  szczęście  zwierząt  nie  było  jeszcze  dużo  i  większość  mogła  oddychać  powietrzem 

ziemskim.  Jedynie  pod  szklany  pojemnik  z  beżowymi  chrząszczami  musieliśmy  wstawić 
piecyk, gdyż żyją one zazwyczaj w kraterach wulkanów... 

- Już wiem - usłyszałem głos kapitana. 
O  czym  on  mówi?  Ach  tak,  zamyśliłem  się  i  całkiem  wyleciało  mi  z  głowy  -  przecież 

odebraliśmy sygnał SOS. 

- To z planety Szelezaka. Co się tam mogło u nich wydarzyć? 
Połoskow otworzył ostatni tom informatora i przeczytał głośno: 

- „Planeta Szelezaka. Odkryta przez wyprawę fiksjańską. Zamieszkana przez cywilizację 

żelazną  o  bardzo  niskim  stopniu  rozwoju.  Istnieje  hipoteza,  że  mieszkańcy  tej  planety  są 
potomkami robotów, które ocalały z katastrofy nieznanego statku kosmicznego. Wyróżniają 
się szczerością i gościnnością. Równocześnie jednak są bardzo kapryśne i łatwo się obrażają. 

background image

Kopalin  użytecznych  na  planecie  nie  ma.  Powietrza  i  wody  również  nie  ma.  Planeta 
całkowicie wyjałowiona. Jeżeli nawet były zasoby, roboty wszystko zużytkowały i prowadzą 
nędzną wegetację”. Tak - dodał Połoskow - niezbyt interesujące perspektywy. Ale co tam się 
stało? 

- SOS - powtarzał raz po raz odbiornik. - Na planecie epidemia. Prosimy o pomoc! 

- No cóż, trzeba zboczyć z drogi - westchnął Połoskow. - To są istoty rozumne, nie wolno 

im odmawiać pomocy w nieszczęściu. 

I zboczyliśmy w kierunku planety Szelezaka. 
Dopiero  gdy  ujrzeliśmy  w  przestrzeni  kosmicznej  szarą  pozbawioną  powietrza,  gór  i 

oceanów kulę planety, udało się kapitanowi nawiązać łączność z tamtejszym dyspozytorem. 

- Co się stało? - zapytał. - Jakiej pomocy żądacie? 

- Wybuchła epidemia... - zaskrzypiał głos... - Wszyscy są chorzy. Potrzebny nam doktor. 

- Doktor? - zdziwił się Połoskow. - Jesteście przecież cywilizacją żelazną. Może wysłać 

do was mechanika? 

- Niech będzie mechanik - zgodził się głos. - Ale doktor też potrzebny. 

Stanęliśmy na pokrytym warstwami kurzu i  całkowicie pustym  lądowisku  kosmodromu. 

Od dawna nie lądował tu żaden pojazd kosmiczny. 

Gdy kurz osiadł, spuściliśmy trap i wyprowadziliśmy łazika. Kapitan został na statku, a 

my we trójkę pojechaliśmy do długiego, niskiego i bardzo jednostajnego budynku portu. Ani 
żywej  duszy,  ani  cienia  dokoła.  Gdyby  nie  odbyta  przed  chwilą  rozmowa,  nikomu  nie 
przyszłoby  na  myśl,  że  są  tu  jakieś  żywe  istoty.  Na  drodze  poniewierała  się  pęknięta 
zardzewiała noga robota, dalej koło z wyłamanymi szprychami. 

Przykro było patrzeć na takie spustoszenie. Mimo woli chciało się głośno krzyknąć: „Hej, 

jest tu jakaś żywa dusza?!” 

Drzwi dworca były na rozcież otwarte. W środku ta sama cisza i pustka. Wysiedliśmy z 

łazika i zatrzymaliśmy się w progu, nie wiedząc, dokąd się skierować. 

W  dużym  szarym  głośniku  zawieszonym  pod  sufitem  rozległ  się  szmer  i  znajomy 

zgrzytliwy głos powiedział: 

- Wejdźcie po schodach na górę. Doprowadzą was do małych czarnych drzwi. Wystarczy 

je pchnąć, są otwarte. 

Znaleźliśmy  wąskie  schody.  Były  kręte  i  tak  samo  zakurzone  jak  wszystko  wokół. 

Kończyły się przed niskimi drzwiami. Pchnąłem je, lecz nie ustąpiły. Czyżby zamknięte? 

- Mocniej! - rozległo się za nimi. 

- Daj no, ja spróbuję - powiedział Zielony. 
Naparł z całej siły ramieniem na drzwi, stęknął - i wtedy otworzyły się z piskiem. Zielony 

nie utrzymał równowagi i wleciał do środka. 

-  To  było  do  przewidzenia  -  mruknął,  wpadając  z  rozpędu  na  siedzącego  przy  biurku 

żelaznego tubylca. 

background image

Robot był także pokryty kurzem. 

-  Dziękuję,  że  zechcieliście  przylecieć  -  rzekł,  podnosząc  rękę,  by  pomóc  wstać 

Zielonemu. - Myślałem, że nie zechcecie. Nie miałem nadziei. 

-  Macie  bardzo  słabą  stację  -  wyjaśniłem.  -  Usłyszeliśmy  was  tylko  dlatego,  że 

przelatywaliśmy obok. Czysty przypadek. 

- Kiedyś nasza stacja była najsilniejsza w tym sektorze - powiedział robot. 
Nagle coś zaburczało w jego żelaznym brzuchu, znieruchomiał z otwartą gębą. Poruszał 

rękami prosząc na migi o ratunek. Spojrzałem zdetonowany na Zielonego, który mruknął: 

- Tu nie doktora trzeba. 
Trzasnął robota pięścią w podbródek. Usta zamknęły się ze szczękiem i wymówiły: 

- Ratuj... 
Zielony musiał jeszcze raz obejść się z nim grubiańsko, po czym zapowiedział: 

- Proszę tak szeroko nie rozdziawiać ust. Nie mogę wiecznie stać nad panem z pięścią. 
Robot kiwnął głową i mówił dalej ledwie szparką ust w obawie, by się znów nie zacięły. 

-  Wysłałem  sygnał  SOS,  ponieważ od dwóch tygodni  nikt nie przychodzi  zastąpić mnie 

na dyżurze. Podejrzewam, że wszyscy moi ziomkowie ulegli paraliżowi. 

- Skąd to przypuszczenie? 

- Stąd, że i ja straciłem władzę w nogach. 

- Dawno dotknęła was ta choroba? - zapytałem. 

-  Nie,  niezbyt  dawno  -  odpowiedział  robot.  -  W  ostatnich  latach  mieliśmy  w  ogóle 

kłopoty ze smarem, ale jakoś tam było. Jednakże od czasu, gdy rozgniewał się na nas pewien 
człowiek  i  rzucił  straszne  przekleństwo,  zagadkowy  okropny  paraliż  zaczął  kłaść  pokotem 
starych  i  młodych.  Obawiam  się,  że  jestem  jedynym  względnie  zdrowym  robotem  na  całej 

planecie. 

- No dobra, popatrzę, jak to wygląda. Może jednak zapomniał pan nałożyć świeży smar - 

rzekł podejrzliwy jak zwykle mechanik. 

Otworzył klapę na piersi robota, włożył do środka palec. Robot zachichotał: 

- Oj, łaskocze! 

-  Cierpliwości!  -  skarcił  go  Zielony.  Sprawdziwszy  mu  dokładnie  przeguby  nóg  i  rąk, 

wyprostował  się  i  wycierając  ręce  chusteczką,  oświadczył:  -  Smar  jest.  Nic  z  tego  nie 

rozumiem! 

- My również nie rozumiemy - stwierdził robot. 
Pojechaliśmy  do  miasta.  Wstępowaliśmy  do  domów  -  wszędzie  długie  jednostajne 

pomieszczenia  z  szeregami  identycznych  nar.  Na  narach  leżały  identyczne  roboty,  pokryte 
warstwą  kurzu.  Na  ich  czołach  świeciły  lampki  kontrolne.  Był  to  znak,  że  roboty  żyją. 
Obracały oczami, ale były całkiem bezwładne. Nie wyjaśniwszy zatem niczego, wróciliśmy 

do kosmoportu i wpakowaliśmy do łazika dyżurnego robota. Ten przynajmniej jeszcze mówił. 

background image

Zawieźliśmy  go  na  statek,  aby  tam  go  zdemontować  i  wreszcie  zbadać,  co  za  dziwna 
epidemia zaatakowała planetę. 

Robot  sam  pomagał  nam  przy  demontażu,  wskazywał,  jaką  śrubę  odkręcać,  jaki  guzik 

naciskać.  Był  bardzo  zaniedbany,  brudny,  lecz  poza  tym  nie  wykryliśmy  w  nim  żadnych 
specjalnych uszkodzeń. Na ogół tego typu służebne roboty dawno zaprzestano produkować w 
Galaktyce,  były  wiecznotrwałe,  przystosowane  do  pracy  w  głębokim  Kosmosie,  w 
wulkanach, pod wodą i pod ziemią. Trzeba je było tylko od czasu do czasu smarować, lecz 
nawet i to doskonale umiały robić same. 

Wreszcie  na  dużym  laboratoryjnym  stole  w  naszej  pracowni  leżały  wszystkie  części 

robota, głowa zaś osobno w rogu, podłączona do sieci energetycznej statku. 

- No i jak? - spytała głowa robota, gdy Zielony kończył demontaż jego korpusu. 
Mechanik wzruszył ramionami. 

- Cóż teraz poczniemy? - cicho wymówiła głowa. - Przecież ginie cała cywilizacja. 

- Nadamy radiogram na Ziemię bądź na inną dużą planetę - rzekłem pocieszająco. - Niech 

przyślą tu specjalną ekspedycję oraz ekspertów w dziedzinie chorób robotów. 

- Jakie choroby u robotów! - wykrzyknęła głowa i usta jej znów pozostały otwarte. 
Musiałem podejść i stuknąć ją w podbródek. 

-  Dziękuję  panu  -  powiedział  robot.  -  Ale  czy  nie  żal  wam  zostawiać  nas  bez  opieki? 

Pomyślcie  tylko,  na  całej  planecie  ani  jednej  istoty  mogącej  się  poruszać.  Pierwszy 
gwałtowny deszcz bądź zalanie naszych domów sprawi, że wszyscy zginiemy bezpowrotnie - 

przecież nawet nie możemy się wytrzeć. 

-  Niechże  pan  zrozumie  -  tłumaczyłem  -  nasze  zadania  nie  pozwalają  nam  zostać  tu, 

dopóki nie nadejdzie pomoc. 

- Czy to aż takie ważne zadania? - spytała głowa. 
Nie zdążyłem odpowiedzieć, gdy Zielony zawołał: 

-  Tu  trzeba  różnie  kombinować!  Spróbuję  zmienić  smar.  Można  pana  podlać  olejem 

maszynowym? 

- Jeżeli dobry, to można - odpowiedziała głowa. 
Zielony zaczął wycierać wszystkie detale i smarować je ponownie naszym olejem. Robot 

tymczasem znów zapytał: 

- A jakie macie zadanie? 

-  Poszukujemy  zwierząt  dla  moskiewskiego  Zoo.  Musimy  jak  najprędzej  zakończyć 

wyprawę i wracać do domu. To bardzo skomplikowana rzecz - wozić na pokładzie cały ogród 

zoologiczny. 

- Ale jeśli przyjdziecie nam z pomocą - rzekła głowa - damy wam za to nasze zwierzęta. 

Takich nigdzie nie znajdziecie. 

- Jakież to są zwierzęta? 
I robot opowiedział nam, co następuje: 

background image

Ongiś, wicie lat temu, uległ awarii na tej planecie automatyczny statek kosmiczny, który 

miał na pokładzie kilka uniwersalnych robotów. Wyszły z katastrofy cało i zbudowały sobie 
chatę z odłamków pojazdu. Potem znalazły tu złoża żelaza oraz innych metali, znalazły uran i 
mnóstwo  innych  pożytecznych  kopalin.  Zaczęły  wówczas  konstruować  sobie  dzieci  i  tak 
pomalutku rozpleniały się coraz bardziej. 

Jednakże roboty, aczkolwiek są myślące, nie umieją przewidywać przyszłości. W owym 

czasie były na planecie woda i powietrze, trawa i drzewa, ale im obojętne było wszystko, co 
dzieje się wokół. Korzystając z całkowitej swobody, zbudowały wkrótce na planecie mnóstwo 
fabryk. Wszystkie fabryki wytwarzały nowe roboty, one z kolei budowały następne fabryki, 
wytwarzające następne roboty. I tak trwało do owego dnia, gdy wszystek tlen został zużyty w 
paleniskach, wszystkie drzewa zamienione na składy części zapasowych, wszystkie zwierzęta 
wyginęły, wszystkie góry były skopane do podstaw i wszystkie morza wyczerpane do dna dla 
chłodzenia  silników.  Skończyły  się  również  kopaliny.  Na  nagiej  planecie  pozostały  tylko 

roboty - wiele milionów identycznych robotów, które nagle spostrzegły, że nie mają co robić. 

Zaczęły  więc  ciągnąć  losy  i  tych,  którym  się  nie  powiodło,  demontowały  na  części 

zapasowe  lub  drogą  wymiany  dostawały  za  nie  smar  od  przelatujących  w  pobliżu  statków 
bądź  włóczęgów  gwiezdnych.  Tak  żyły  roboty.  Powoli  zmniejszała  się  ich  liczebność,  lecz 
mimo to wciąż jeszcze wegetowało na planecie kilka milionów nierobów. Postanowiły więc 
roboty  zbudować  statek  kosmiczny  i  polecieć  na  inną  nie  zasiedloną  planetę,  by  tam 
prowadzić swe dzieło od początku. Nie udało im się jednak zbudować statku bez gotowych 
rozwiązań konstrukcyjnych, same zaś nie posiadały zdolności twórczych. Tak więc sytuacja 
w niczym się nie zmieniła aż do dnia, gdy dziwna epidemia wybuchła na planecie i wszystkie 
roboty uległy paraliżowi. 

- O jakich pan wspominał zwierzętach? - spytałem głowę robota. 

-  O  roboto-zwierzętach.  Chcieliśmy  mieć  wszystko  to  samo,  co  ludzie.  I  gdy  nagle 

zdaliśmy  sobie  sprawę,  że  cała  fauna  na  planecie  wyginęła  wskutek  braku  warunków  do 
życia,  zrobiliśmy  sztuczne  zwierzęta.  Później  jednak  przestały  nas  interesować  i 
postanowiliśmy  je  rozebrać  na  części  zapasowe  dla  robotów.  Ale  zwierzęta  wyczuły 
niebezpieczeństwo  i  uciekły.  Do  dziś  biegają  po  pustych  dolinach  planety  Szelezaka.  Jeśli 
nam pomożecie, złapiemy dla was kilka tych unikalnych żelaznych zwierząt. 

- Dziękuję - powiedziałem, żywiąc jednak w duchu wątpliwości, czy coś takiego nadaje 

się  dla  Zoo  -  każdy  uczeń  na  Ziemi  potrafi  skonstruować  mechanicznego  żółwia  bądź 
elektronicznego jeża. 

W  trakcie  naszej  rozmowy  Zielony  oczyścił  wszystkie  części  robota  i  nasmarował  je 

ponownie.  Potem  przykręcił  mu  ręce  i  nogi  i  nacisnął  czerwony  guzik.  Z  napięciem 
czekaliśmy  na  rezultat.  Robot  niepewnie  uniósł  rękę,  zrobił  krok  naprzód.  Noga  była 
posłuszna. Posunął się jeszcze o krok, machnął obiema rękami, zrobił skłon w przód, w tył, 
potem zaczął tańczyć. Nigdy dotąd nie mieliśmy okazji widzieć tańczącego robota. Omal nie 

background image

przewrócił stołu laboratoryjnego, nie zmiażdżył mi nogi, zdawało się nawet, że śmieje się z 
radości. Natańczywszy się do woli, wykrzyknął: 

- Ratuj... - i znieruchomiał. 
No tak, zapomnieliśmy wymienić smar w głowie. 
Tym  razem  Zielony  nie  zadał  mu  ciosu  w  podbródek,  tylko  zwyczajnie  wlał  mu  w 

otwarte usta puszkę oleju. 

Robot zachłysnął się, coś zagulgotało w jego wnętrzu, usta się zamknęły, znów otworzyły 

i  nagle  wdzięcznym  melodyjnym  głosem  zaśpiewał:  „Nie  straszny  dla  nas  szary  wilk”, 
piosenkę, którą widocznie słyszał kiedyś przed laty. 

- A więc to tylko wina smaru - stwierdził nieco uspokojony. - Ale przecież był zupełnie 

świeży. Niedawno wymienialiśmy. 

Zielony  niewiele  myśląc  nabrał  na  szkiełko  odrobinę  poprzedniego  smaru  i  włożył  pod 

mikroskop. 

-  Jasne  jak  słońce  -  rzekł  po  chwili.  -  Powinniśmy  od  razu  na  to  wpaść.  W  smarze 

rozmnożyły  się  bakterie,  które  powodują,  że  olej  przekształca  się  w  roztwór  szmerglowy. 
Ciekawe, jakim sposobem mogły się tam dostać? 

Robot zamyślił się. Przeszliśmy wraz z nim do jadalni, aby tam kontynuować rozmowę. 

Był wciąż zatopiony w myślach. Nalaliśmy dla siebie herbaty, a przed nim postawiliśmy słoik 
z olejem słonecznikowym, wielkim przysmakiem robotów. Wypił z roztargnieniem, nawet to 
nie zdołało wyrwać go z zadumy. 

Nagle w klatce nad jego głową obudził się bajdur. Spostrzegłszy naszego gościa, otworzył 

szeroko dziób i zaśpiewał głosem robota: 

„Nie straszny dla nas szary wilk”. 
Spojrzeliśmy  na  siebie  zdziwieni.  Jedynie  robot  przyjął  to  normalnie.  Podniósł  głowę  i 

rzekł do bajdura: 

- Witaj, ptaku. Jak się czujesz? 
Ale bajdur śpiewał dalej, trzepocząc skrzydłami. Nie potrafił odpowiedzieć, gdyż bajdury 

nie są na tyle mądrymi ptakami. 

- Pan go zna? - zapytała Alicja. 

- Tak, znam - odpowiedział z roztargnieniem robot. - Sam go remontowałem. 

- Jakże pan mógł remontować żywego ptaka? - zdziwiła się. 

- Kilka lat temu - mówił robot - ten ptak przyleciał na naszą planetę z Kosmosu. W owym 

czasie  powietrza  mieliśmy  już  mało  i  cała  tutejsza  fauna  wyginęła.  Trzeba  wam  jednak 
wiedzieć, że dla bajdurów powietrze nie jest warunkiem koniecznym do życia. Mogą latać z 
planety  na  planetę  i  nie  oddychać  przez  kilka  tygodni,  a  nawet  miesięcy.  Ale  ten  bajdur 
doleciał  do  nas  ostatkiem  sił.  Ktoś  napadł  go  w  drodze  i  ciężko  zranił.  Wyleczyliśmy  go, 
karmiąc olejem smarowniczym, lecz jedno skrzydło trzeba było odciąć i zastąpić protezą. 

- Niepodobna! - wykrzyknąłem. - Przecież byśmy to zauważyli! 

background image

- Niech pan sprawdzi - odparł z dumą robot. - Jesteśmy pod tym względem prawdziwymi 

mistrzami. 

Wstałem  i  podszedłem  do  bajdura.  Ptak,  jakby  domyślając  się,  o  co  mi  chodzi, 

rozprostował prawe skrzydło. Pomacałem je i wyczułem pod piórami metal. 

- No proszę - triumfował robot. - Nawet pan tego nie spostrzegł. 

- A co się stało z ptakiem później? - spytała Alicja. 

- Przybył do nas z systemu Meduzy. Ktoś go ścigał i koniecznie chciał uśmiercić. Przez 

ten  czas,  gdy  dorabialiśmy  mu  skrzydło,  dużo  nam  opowiadał.  Z  jego  słów  można  było 
wywnioskować, że ktoś miał awarię bądź też znalazł się w wielkich opałach na jednej z planet 
systemu  Meduzy  i  ptak  spieszy  donieść  o  tym  jego  przyjacielowi.  Sami  byśmy  chętnie 
pomogli, lecz nie mieliśmy statku kosmicznego. 

- I wypuściliście ptaka? 

-  Tak  -  odpowiedział  robot.  -  Staraliśmy  się  wytłumaczyć  mu,  że  nie  zdoła  dolecieć  do 

tego  sektora  Galaktyki,  do  którego  spieszył.  Sztuczne  skrzydło,  choć  nie  różni  się  od 
normalnego, jest przecież znacznie mniej sprawne. Niestety, ptak nie zrozumiał. Nie jest zbyt 
mądry.  Wiedzieliśmy  jednak,  że  niedaleko  znajduje  się  planeta  Błuk,  rodzinne  gniazdo 
bajdurów, i że ptak może tam dolecieć. Od tego czasu nie widziałem go więcej. 

- Słyszysz, tatku?! - spytała Alicja. - Teraz chyba nie wątpisz, że Drugi Kapitan żyje i że 

wysłał ptaka po ratunek? 

- Ale to było cztery lata temu. Dotychczas pewnie już zginął. 

- Muszę wam jeszcze opowiedzieć - przerwał nam robot - o czymś bardzo dziwnym, co 

zdarzyło  się  miesiąc  temu.  Dokładnie  na  trzy  dni  przed  wybuchem  epidemii.  Nie 
wspominałbym o tym, gdyby nie bajdur... Na naszej planecie wylądował mały czarny statek. 
Wysiadł z niego mężczyzna w kapeluszu. Sądziliśmy, że chodzi o wymianę robotów, okazało 
się jednak, że potrzebuje naszej pomocy, gdyż jego statek ma poważne uszkodzenie... Chętnie 
mu pomogliśmy... 

- To był doktor Wierchowcew - szepnęła mi Alicja. 

-  A  kiedy  statek  był  już  gotowy  do  lotu,  zapytaliśmy,  czy  da  nam  trochę  oleju  lub 

świeżych  gazet  w  nagrodę  za  pomoc.  Odpowiedział  w  arogancki  sposób,  że  nic  nie 
dostaniemy. I że powinniśmy być mu wdzięczni, iż darował nam życie. Wtedy oświadczyłem 

mu:  „Wstydź  się,  przybyszu!  Kiedy  ptak  bajdur,  bezmyślne  stworzenie,  nie  dał  nam  nic  za 
naprawione  skrzydło,  nikogo  to  nie  zdziwiło.  Ale  ty  -  istota  rozumna  i  jak  świadczy  twój 
wygląd  pochodząca  z  Wielkiej  Ziemi!  Wstydź  się!”  Zaczął  od  razu  wypytywać  o  bajdura. 
Odparłem,  że  to  było  przed  czterema  laty  i  nie  ma  nic  wspólnego  z  obecną  sprawą.  Tak 
jednak  nalegał,  że  opowiedziałem  mu  historię  rannego  ptaka.  Trzeba  było  widzieć,  w  jaką 
wpadł furię! Przeklinał nas za to, że pomogliśmy ptakowi, a usłyszawszy, że poleciał on na 
planetę Błuk, zaczai wśród tych przekleństw natychmiast szykować się do drogi. „Tyle czasu 

background image

kosztuje  mnie  to  piekielne  ptaszysko  -  klął.  -  A  nuż  się  wygada!”  W  nocy  widzieliśmy  go 
koło głównej cysterny... 

- Jakiej cysterny? 

-  No  jasne!  -  zawołał  robot.  -  Był  przy  głównej  cysternie  z  olejem!  To  bardzo  zły 

człowiek i na pewno wrzucił tam jakieś złośliwe bakterie. 

Staraliśmy się wytłumaczyć mu, że bakterie mogły równie dobrze trafić na planetę inną 

drogą, lecz on tylko kręcił głową i nie chciał w ogóle słuchać naszych argumentów. 

Na pożegnanie otrzymał od nas beczkę oleju, co powinno mu starczyć na uruchomienie 

bodaj  dziesięciu  robotów.  Obiecaliśmy  poza  tym,  że  zaraz  po  wyjściu  w  Kosmos  nadamy 
radiogram, aby z najbliższej planety wysłano do nich statek z olejem. 

Ledwie robot odszedł, moi przyjaciele zaczęli się gorączkować. 

-  Prędzej  -  popędzali  mnie  -  prędzej  w  drogę!  Jest  jeszcze  szansa  na  ocalenie  kapitana! 

Teraz już nie ma wątpliwości, że spotkało go nieszczęście i doktor Wierchowcew boi się, aby 
prawda nie wyszła na jaw. 

-  W  ogóle  wstyd  mi  za  Ziemian  -  rzekł  ponuro  Zielony.  Dopóki  nie  rozgryziemy  tej 

tajemnicy, nie będę mógł spojrzeć w oczy mieszkańcom innych planet. Jeżeli wśród Ziemian 
znalazł się taki szubrawiec, to naszym obowiązkiem jest znaleźć go i unieszkodliwić, I w tym 
właśnie  pomoże  nam  Drugi  Kapitan,  którego  bezwzględnie  znajdziemy.  A  zwierzęta  mogą 
poczekać. 

Westchnąłem, widząc, że Alicja i Połoskow są absolutnie tego samego zdania. 

-  Zgoda  -  powiedziałem.  -  Ustępuję  wobec  większości.  Mimo  to  uważam,  że  wasze 

nadzieje opierają się wyłącznie na pogłoskach i że Drugiego Kapitana w systemie Meduzy nie 

znajdziemy. Ale stawiam warunek - jeśli się okaże, że zaszła pomyłka, natychmiast wracamy 
do centrum Galaktyki i zajmujemy się już tylko poszukiwaniem zwierząt. 

- Przygotować statek od odlotu! - rzekł kapitańskim tonem Połoskow. - Zielony, zejdź do 

maszynowni. Włącz supersilniki. 

Podszedłem  do  iluminatora,  by  rzucić  ostatnie  spojrzenie  na  pustynną  planetę,  którą 

zmarnowały  nie  wiedząc,  co  czynią,  pracowite  roboty.  I  nagle  spostrzegłem,  że  przez  pole 
biegnie ku nam nasz robot niosąc coś w rękach. 

Czekałem na niego przy trapie. 
Wysypał mi pod nogi stertę jakichś metalowych przedmiotów. 

-  Do  widzenia  -  rzekł  patrząc,  jak  wciągam  trap.  -  Jeżeli  znajdziecie  tego  łotra  w 

kapeluszu,  a  nie  będziecie  wiedzieli,  co  z  nim  począć,  oddajcie  go  nam.  Wysmarujemy  go 
skażonym olejem. 

Roześmiał się i ruszył z powrotem, wzbijając kłęby kurzu. 
W  czasie  gdy  statek  nabierał  prędkości  kosmicznej,  zmieniłem  smar  metalowym 

zwierzętom.  Ciekawiło  mnie  bądź  co  bądź,  jakie  też  roboto-zwierzęta  występowały  na  tej 
planecie.  I  kiedy  w  dwie  godziny  później  Zielony  wszedł  do  pracowni,  omal  nie  zemdlał  z 

background image

wrażenia. Po podłodze biegały zwierzątka na kółkach. Piszczały, biły się ze sobą, próbowały 
wdrapać się na ściany. Wyglądały jak straszydełka, ale było w nich jakieś podobieństwo do 
myszy i kotów. Widocznie roboty konstruując je myślały o prawdziwych kotach i myszach. 

Umieściłem  roboto-zwierzątka  w  żelaznej  klatce,  czasem  jednak  wyłaziły  z  niej  i 

uganiały się po korytarzach za diamentowym żółwikiem. 

background image

POGOŃ ZA LADY WINTER 

 
System Meduzy leżał zagubiony na najdalszym krańcu Galaktyki. Wokół dużej gwiazdy z 

długimi niby splątane pasma protuberancjami krążyły tylko trzy planety. Pierwsza, najbliższa 
gwiazdy, była tak rozżarzona, że z góry wykluczała możliwość lądowania. 

Zbliżyliśmy się do drugiej planety. 
Była pustynna, posępna. Promienie słońca odbijały się od szaroniebieskich błyszczących 

gór, od asfaltowo czarnych jezior, od z rzadka rosnących nagich drzew. Dął nad nią wieczny 

wicher. 

- No i co? - zapytałem bajdura. - Czy to jest właściwa planeta? 
Bajdur przechylił głowę na bok i nic nie odpowiedział. 

- Tatku - zauważyła Alicja, podchodząc do iluminatora w jadalni - ty zupełnie nie umiesz 

z nim rozmawiać. On się ciebie boi. 

- A ciebie nie? 

- Mnie żadne zwierzęta się nie boją. - Trzymała na ręku roboto-kociaka, który koniecznie 

chciał ją polizać w nos zimnym naoliwionym jęzorkiem.  - Powiedz nam, kochany bajdurze, 
czy na tej planecie zostawiłeś swego pana? 

Bajdur  przysłuchiwał  się  uważnie  słowom  Alicji,  po  czym  odpowiedział  głosem 

Drugiego Kapitana: 

- Strzeż się miraży. Nie wierz im. Ale przyglądaj się uważnie. 

- Głupi ten twój bajdur - rozgniewałem się. - Ja mu o planecie, a ten o mirażach. 

- Zobaczymy - odparła Alicja. 
Za  iluminatorem  zaczął  padać  deszcz.  Niezbyt  silny,  lecz  wicher  sprawiał,  że  ukośne 

strug:  bębniły  w  poszycie.”Pegaza”.  Aż  nieprzyjemnie  było  patrzeć  na  tę  planetę.  Zapadał 
melancholijny długi wieczór. 

-  Słuchajcie  -  zaproponował  Połoskow.  -  Dziś  już  za  późno,  aby  wyjść  na  zewnątrz. 

Zjemy więc kolację i pójdziemy spać. 

Po  kolacji  Alicja  zapędziła  do  klatki  roboto-kocięta  i  usiadła  z  książką  na  kanapce  w 

jadalni. A ja chyba po raz tysięczny poszedłem szukać diamentowego żółwika w obawie, by 
czegoś nie narozrabiał. Połoskow z Zielonym zajęli się swoją pracą. 

I  tak  minęły  ze  dwie  godziny.  Wróciłem  do  jadalni,  Alicja  wciąż  jeszcze  czytała. 

Przytulnie tu było, ciepło i jakoś niezwykle sympatycznie, zapewne przez kontrast z wyjącym 
na zewnątrz wichrem. 

Podszedłem  do  iluminatora  i  spojrzałem  w  półmrok.  Dwa  wielkie  księżyce  skąpo 

oświetlały równinę. I nagle osłupiałem ze zdumienia. 

Doliną szło w stronę naszego statku kilka osób. Byli to na pewno ludzie, bez skafandrów, 

w oryginalnych strojach. Zajęci rozmową, zdawali się w ogóle nie dostrzegać „Pegaza”. 

- Alicjo, popatrz - przywołałem ją cicho. 

background image

Rzuciła książkę na kanapę i podbiegła do mnie. 
Ludzie tymczasem podeszli już bliżej i mogliśmy przyjrzeć się ich strojom - byli odziani 

w  kamizele,  na  głowach  mieli  szerokoskrzydłe  kapelusze,  a  na  ramionach  krótkie  szerokie 
płaszcze.  Przodem  szło  czterech  mężczyzn.  Za  nimi  powoli,  jakby  niechętnie,  postępowała 
kobieta w szerokiej  sukni do ziemi,  uczesana w niezmiernie wyszukany sposób.  Mężczyźni 
żywo o czymś rozprawiali, kobieta milczała. 

- Alicjo, to pewnie halucynacja? - zapytałem nie wierząc własnym oczom. 

- Nie - odpowiedziała. - Nie spłosz ich. Wiem, kim oni są. 

- Sielezniew! - zagrzmiał mi nad uchem głośnik. - Sielezniew, nie śpisz? 
Był to głos kapitana. 

- Gdzie jesteś? - spytałem. 

- W sterowni. Spójrz no w iluminator. Czy coś z tego rozumiesz? 

- Właśnie patrzę - odpowiedziałem - i niczego nie rozumiem. Skąd tu mogą być ludzie? 

- A ja rozumiem - rzekła Alicja. - Znam tych ludzi. 
Odwróciłem się do niej. Czyżby bredziła w gorączce? 

-  Doprawdy  nie  poznajesz  ich,  tatku?  -  mówiła  zdziwiona.  -  No  dobrze,  tej  kobiety 

możesz nie pamiętać, ale drugiego mężczyznę z prawej strony powinieneś znać! 

- Ależ nie znam! - zniecierpliwiłem się. - Mówże wreszcie! 

-  Drugi  z  prawej  to  jest  Portos  -  wyjaśniła  Alicja.  -  Widzisz,  jak  się  nachyla  do 

d’Artagnana,  słucha,  co  tamten  mówi.  Na  pewno  postanowili  mimo  wszystko  zgładzić  lady 

Winter. 

-  Jaką  znów  lady  Winter?!  -  wykrzyknąłem.  -  Ja  chyba  zwariuję!  Skąd  się  tu  wziął 

Portos? 

-  Nie  mam  pojęcia  -  wyznała  Alicja.  -  Ale  to  są  oni.  Przecież  to  muszkieterowie 

królewscy. Gwardzistów kardynała natychmiast byśmy odróżnili od muszkieterów króla. 

- Połoskow, słyszysz? - zapytałem. 

-  Słyszę  -  odpowiedział  spokojnie.  -  Moim  zdaniem  Alicja  ma  zupełną  rację. 

Gwardzistów kardynała natychmiast byśmy odróżnili od muszkieterów króla. 

Czterej muszkieterowie doszli tymczasem do „Pegaza”. Przycisnąłem nos do iluminatora, 

by  zobaczyć,  co  zrobią  dalej.  Zatrzymali  się,  jeden,  jak  mi  się  wydało  Aramis,  piękny 
mężczyzna  z  cienkim  wąsikiem,  ustąpił  z  drogi  lady  Winter,  wytwornym  gestem  dając  jej 
pierwszeństwo. 

-  Szalenie  interesujące  -  rzekła  Alicja  stając  na  palcach,  by  lepiej  widzieć.  -  Zgładzą  ją 

czy nie? Jak myślisz, tatku? 

- Nic już; nie myślę. Kapitanie, może spuścić trap? 
Lecz oto muszkieterowie weszli w ścianę statku i zniknęli nam z oczu. 

- Przechodzą ściany na wskroś - wyczułem w glosie kapitana lekkie zaskoczenie. 

background image

Połoskowa  trudno  czymkolwiek  zadziwić.  Widział  dziesięciokrotnie  więcej,  niż 

przeciętny  człowiek  zdoła  zobaczyć  w  ciągu  całego  życia.  Nie  straszny  dla  niego  ani  Mały 
Smok,  ani  pęcherze  z  Hiely,  ani  kosmiczni  piraci.  Ale  muszkieterów  królewskich 
przechodzących skroś ścian „Pegaza” jeszcze mu nie zdarzyło się widzieć. 

- Może oni też podróżują w czasie, jak tamci z Szeszyneru - wyraziłem przypuszczenie. 
Alicja podbiegła do iluminatora po przeciwnej stronie jadalni. 

-  Są  -  oznajmiła.  -  Tak  myślałam.  Przeszli  na  wskroś  „Pegaza”  i  nawet  tego  nie 

zauważyli. 

Podszedłem do tamtego iluminatora.  Istotnie, muszkieterowie, jakby nigdy  nic, oddalali 

się od statku, ich szpady połyskiwały w świetle dwóch księżyców. Minęli skałę i skryli się w 
wąwozie. 

- Chodźmy do sterowni - zaproponowałem. - Stamtąd lepiej widać. 

- Dobrze - wzięła z kanapy książkę, którą czytała przez cały wieczór. Książka nosiła tytuł 

„Trzej muszkieterowie”. 

Zacząłem się czegoś domyślać. 

- Daj mi tę książkę - powiedziałem. 
Otworzyłem ją po drodze. Akurat na ilustracji przedstawiającej jednego z muszkieterów - 

d’Artagnana w płaszczu i ze szpadą u boku. 

Gdy wbiegliśmy do sterowni, Połoskow stojący przed dużym iluminatorem przywołał nas 

skinieniem ręki 

Pośrodku  równiny  stała  wysmukła  brzózka,  liście  jej  trzepotały  na  wietrze  jak  żywe. 

Wokół brzózki rosła trawa, a nisko spomiędzy korzeni wyglądał kapelusz sporego koźlarza. 

- Skąd ja to znam? - zastanawiał się kapitan. - Musiałem to gdzieś widzieć. 

- Ja wiem gdzie - zawołała Alicja. - To ulubiona pocztówka Zielonego. Wisi nad łóżkiem 

w jego kajucie. Ciągle patrzy na nią i deklamuje głośno: „Chrzęści - szeleści Zielony szum...” 

- Miraże - powiedział kapitan. 

-  Tak  -  przyznałem.  -  Oczywiście,  że  tak.  Bajdur  się  nie  mylił  uprzedzając  nas  o  tym 

głosem Drugiego Kapitana. Kto je stwarza i dlaczego? Komu zawdzięczamy tę niecodzienną 
rozrywkę? 

Brzoza  rozpłynęła  się  w  ciemnościach,  a  z  dalekiego  stoku  góry  ruszyła  w  kierunku 

„Pegaza”  przedziwna  procesja.  Byli  tam  ludzie,  Fiksjanie,  istoty  z  nieznanych  planet  i 
gwiazd, roboty, zwierzęta. Tłum miraży otoczył statek przechodząc skroś niego, dwojąc się, 
przenikając się wzajemnie. 

- Tatku - rzekła prosząco Alicja - chodźmy popatrzeć na nich z bliska. 

-  Stąd  też  widać  -  odparłem.  -  Nie  znamy  przecież  ich  właściwości.  A  nuż  nie  są  takie 

bezcielesne, jak się wydają. 

Długi  czas  przyglądaliśmy  się  tej  procesji  majaków,  a  gdy  równina  opustoszała,  Alicja 

znów zaczęła nudzić: 

background image

-  Oj,  tatku,  zejdźmy  tam,  jeszcze  nie  jest  późno.  Popatrz,  tylko  jeden  miraż  został  - 

d’Artagnan. 

Rzeczywiście, na opustoszałą równinę wyszedł samotny muszkieter i zaczął, rozmyślając 

o czymś, przechadzać się nie opodal statku. 

-  Idźcie  -  rzeki  nagle  Połoskow.  -  Tylko  nie  oddalajcie  się  zbytnio  od  „Pegaza”.  Będę 

czuwał, żeby się wam coś nie przytrafiło. 

Kapitan  jak  zwykle  odgadł  moje  życzenie.  Oczywiście,  że  miałem  ochotę  przyjrzeć  się 

majakom z bliska. Obawiałem się tylko o bezpieczeństwo Alicji. Pójście bez niej oznaczało 
długotrwałe  dąsy.  Uważała  miraże  niejako  za  swoją  własność,  przecież  ona  pierwsza 
rozpoznała trzech muszkieterów. 

Zeszliśmy po trapie. Na dole było zupełnie pusto. D’Artagnan gdzieś przepadł. 

- Zaczekajmy - powiedziała Alicja. - Na pewno wrócą. 
Zbliżyłem się do miejsca, gdzie niedawno rosła brzózka. Na ziemi leżały jedynie okrągłe 

kamyki - ani źdźbła trawy, ani listeczka. 

- Patrz, tatusiu, kto tam idzie! - wykrzyknęła Alicja. - Coś takiego! 
Podniosłem  głowę  i  drgnąłem.  Vis  a  vis  szedłem  ja,  trzymając  za  rękę  Alicję.  Ponadto 

byliśmy  oboje  bez  skafandrów  i  zdawałoby  się,  że  powietrze  nie  jest  dla  nas  warunkiem 

koniecznym. 

Alicja podskoczyła na spotkanie siebie samej. 

- Stój! - krzyknąłem. - Dokąd idziesz? 
Lecz ona już dobiegła do swego sobowtóra, z rozpędem przeleciała skroś niego, potknęła 

się o kamień i upadła na kolana. Miraż natychmiast zniknął. Gdy spieszyłem jej na pomoc, 
ukazał się drugi. Zmierzał ku niej szybkim krokiem, jakby chciał ją porwać. Tym razem miraż 
przedstawiał doktora Wierchowcewa. W kapeluszu zsuniętym na oczy, z głową schowaną w 

skulonych spiczastych ramionach. 

Zdążyłem  jeszcze  osłonić  przed  nim  Alicję,  niezupełnie  przekonany,  że  Wierchowcew 

jest tylko mirażem. 

On  jednak  nie  zauważył  Alicji.  Przeszedł  bardzo  blisko,  jak  gdyby  witając  kogoś 

uśmiechem.  Spojrzałem  w  tym  kierunku.  Naprzeciwko  szedł  grubas  w  czarnym  skórzanym 
ubraniu. Podali sobie ręce i przysunąwszy blisko głowy zaczęli o czymś rozmawiać. 

Alicja podniosła się i wzięła mnie za rękę. 

-  Spróbuj  mieć  jakiś  sekret  na  tej  planecie!  -  powiedziała.  -  Akurat!  Za  to  przynajmniej 

wiemy,  że  grubas  i  Wierchowcew  znają  się  dobrze  i  że  nie  bez  kozery  obydwaj  chcieli 
wydębić od nas bajdura. 

Majaki  rozmawiały  bezgłośnie,  a  z  drugiej  strony  zbliżał  się  do  nas  nowy  miraż. 

Wyobrażał trzech kapitanów. Nie takich jak na pomniku, lecz żywych, w ciemnoniebieskich 
mundurach  floty  kosmicznej.  Kapitanowie  przystanęli  ujmując  się  za  ręce,  jak  gdyby 
pożegnalnym  gestem.  I  natychmiast  się  rozwiali.  Zamiast  nich zjawił się na  równinie jeden 

background image

kapitan. Drugi.  Wysoki, smukły, z orlim  nosem. Stał ze ściągniętymi brwiami,  jak gdyby o 
czymś  rozmyślając.  Na  jego  ramieniu  siedział  bajdur.  Kapitan  ogarnął  spojrzeniem  dolinę  i 
szybkim krokiem ruszył w stronę następnego majaka, który zjawił się na horyzoncie. Był to 
statek  kosmiczny  błękitnego  koloru,  na  jego  burcie  lśniła  wysadzana  drogimi  kamieniami 
ciemnobłękitna mewa. 

I te miraże się rozwiały... Zniknął Wierchowcew, grubas... 
Alicja wymówiła z zachwytem: 

- Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam tak pięknego statku... 
W moich słuchawkach zabrzmiał głos kapitana: 

- Profesorze, czyś kiedykolwiek widział tak piękny statek? Z pewnością jest to „Błękitna 

Mewa” Drugiego Kapitana. 

- Z pewnością - potwierdziła Alicja. - Może on gdzieś tu jest ukryty? Musimy go znaleźć. 
Na  horyzoncie,  w  miejscu  gdzie  stała  „Błękitna  Mewa”,  zapłonął  jaskrawy  błysk. 

Zobaczyliśmy, jak statek wzbił się nad planetą. 

- Odleciał twój miraż - rzekł Zielony. - Tak przypuszczałem. 

-  Rzeczywiście  wygląda  na  to,  że  „Błękitna  Mewa”  stąd  odleciała  -  zgodził  się  z  nim 

Połoskow. 

Schyliłem się nad tym miejscem, gdzie Alicja upadła. Zainteresowała mnie pewna rzecz - 

dwa okrągłe kamyki nagle potoczyły się z wolna, jakby ktoś je trącił. A przecież nikogo nie 
było  w  pobliżu.  Nawet  wiatr  przycichł.  Wyciągnąłem  rękę,  chcąc  podnieść  jeden  kamyk, 
tymczasem  on  przyspieszył  i  umknął  mi  spod  palców.  Równocześnie  zaczął  się  z  niego 
wyłaniać miraż. Kontury jego, początkowo mgliste, blade, nabrały ostrości i ukazała się lady 
Winter. Uniosła wytworną suknię i pobiegła w stronę gór. 

- Nie uciekniesz mi - powiedziałem głośno. - Domyślałem się tego. Cudów przecież nie 

ma! 

Skoczyłem naprzód, jakbym zamierzał schwytać lady Winter. W momencie, gdy padłem 

na to miejsce, w którym się znajdowała, miraż zniknął. 

- Co ty wyprawiasz, tatku? - zdziwiła się Alicja. - Dlaczego ścigasz lady Winter? 

- Właśnie ją schwytałem. 
Zielony rzekł ironicznie: 

- A jakże. Pańska milady prysnęła jak bańka mydlana. 

-  Trzymam  ją  w  ręku  -  odpowiedziałem.  -  Wracamy  zaraz  na  statek  i  wszystko  wam 

wyjaśnię. 

W  jadalni  położyłem  na  stole  okrągły  kamyk  i  obok  jeszcze  pięć  podobnych,  które 

pozbierałem  idąc  do  statku.  Leżały  spokojnie  rzędem.  Najpospolitsze  kamyki  wielkości 
kartofla i nawet kształtem przypominające kartofel. 

- Pozwólcie, że wam przedstawię - powiedziałem - mieszkańców tej planety. 

- Żywe istoty? - zdumiał się Zielony. - Kto by to pomyślał! 

background image

-  I  obdarzone  bardzo  ciekawą  zdolnością.  Potrafią  tworzyć  złudzenia  optyczne  -  kopie 

ludzi, przedmiotów, w dodatku nie tylko tych, które widziały, na przykład trzech kapitanów 
bądź  doktora  Wierchowcewa,  lecz  także  chwytać  obrazy  istniejące  w  wyobraźni  ludzkiej. 
Alicja, dajmy na to, czytała „Trzech muszkieterów”, oglądała ilustracje, wyobrażała sobie, jak 
oni wyglądali, i oto ich zobaczyliśmy. Czy byli podobni do twoich wyobrażeń, Alicjo? 

- Jota w jotę, tatusiu - odpowiedziała. 

- Po co i w jaki sposób tworzą te miraże, tego jeszcze nie wiem. 

- Może po prostu z nudów? - zastanawiała się Alicja. - Leżą na gołej ziemi i okropnie się 

nudzą, A każdy przybysz, każdy gość stanowi dla nich świetną rozrywkę. 

-  Wszystko  możliwe  -  przyznałem.  -  No  więc  jak,  szukamy  tutaj,  czy  lecimy  na  trzecią 

planetę? 

-  Trzecia  planeta  wydaje  mi  się  znacznie  bardziej  interesująca  -  rzekł  Połoskow.  - 

Oglądałem zdjęcia - jest na niej roślinność, woda, powietrze. 

Wtem  jeden  z  kamyków  przybrał  postać  Drugiego  Kapitana.  Kapitan  popatrzył  na  nas 

smutno, a bajdur odezwał się jego głosem: 

- Szukaj na planecie trzy. Szukaj na planecie trzy. 

- No widzicie - podsumowała Alicja. 
W chwilę później wystartowaliśmy w kierunku trzeciej planety systemu Meduzy. 

background image

PISKLĘ PTAKA KROK 

 
Cztery  słońca  wędrowały  nad  tą  planetą,  noc  zapadała  bardzo  rzadko  i  nie  sposób  było 

bez skomplikowanych obliczeń, przewidzieć, w którym momencie nastąpi krótki zmierzch, a 
potem ogarnie planetę równie krótkotrwała ciemność. Upływało pół godziny, niekiedy mniej i 
nowe słońce wschodziło nad kolczastymi krzewami, błyskawicznie wtaczając się na niebo. 

Wszędzie rozciągały się lasy i gęste zarośla. W pobliżu bieguna lasy były niskie, jakby 

przytłamszone do ziemi, za to w tropikach osiągały wręcz nieprawdopodobną wysokość. 

Istny  raj  dla  biologa.  Czegóż  tu  nie  było!  W  oceanach  mrowie  ryb,  meduz,  drobnych 

żyjątek,  węży  morskich,  lasy  pełne  wszelkiego  zwierza  oraz  motyli  o  skrzydłach  ponad 
metrowej  długości,  a  wyżej,  nad  spiczastymi  skałami  i  łagodnymi  zboczami  aż  się  roiło  od 
różnorodnego ptactwa. 

-  Zostaniemy  tu  z  pewnością  na  dłużej  -  oświadczyłem,  gdy  wylądowaliśmy  na 

wierzchołku lesistego wzgórza. Z tej jednej planety można by stworzyć pięćdziesiąt ogrodów 

zoologicznych. 

- No to świetnie - rzekł kapitan. - A my tymczasem doprowadzimy do porządku statek. 

- No tak - wtrąciła Alicja - najpierw jednak musimy znaleźć Drugiego Kapitana. Dałabym 

głowę, że tu gdzieś przebywa. 

- Tylko nie wypuszczaj się sama na zwiady - ostrzegłem ją. - Tu są bardzo niebezpieczne 

zwierzęta. 

- Ale ja jestem królem przyrody! 

- Zwierzęta o tym nie wiedzą. Brak im wykształcenia. 

- Tylko jak będziemy szukać Drugiego Kapitana? - spytała. 

- Na początek - odpowiedział Połoskow - wyślemy nad planetę metalozwiadowcę. 

- Po co? 

-  Będzie  krążył  na  niskiej  orbicie  i  jak  tylko  wykryje  ślady  metali  stosowanych  przy 

budowie statków kosmicznych, da nam znać. 

- Długo będzie tak krążył? 

- Pewnie ze dwa tygodnie mu zejdą na zbadanie całej planety. 

- Ojej, jak długo! 

-  Będziesz  mi  przez  ten  czas  pomagała  -  pocieszyłem  ją.  -  Zajmiesz  się  karmieniem 

zwierząt. 

- I podlewaniem śpiewokrzewów - dodała. - Bo nam zwieją. 
Jak na zawołanie przydreptał do jadalni nasz maluch i nieśmiało zatrzymał się w progu. 

Kołysał gałązkami, podśpiewywał, usiłując dać nam do zrozumienia, że chce kompotu. 

-  Popatrz  -  rzekł  do  Alicji  Zielony  -  rozpuściłaś  je  jak  dziadowski  bicz. Niedługo  gryźć 

zaczną. Daj mu kompotu, niech się ucieszy. 

background image

Nazajutrz  wstaliśmy  skoro  świt.  Połoskow  szykował  metalozwiadowcę,  a  ja  ładowałem 

do gazika sieci oraz kamerę filmową. 

Byliśmy  tak  zaabsorbowani,  że  nie  zauważyliśmy  nadlatującego  ptaka  Krok. 

Zorientowałem się dopiero wtedy, gdy padł na mnie cień i usłyszałem łopot skrzydeł, który 
wydał mi się łopotem żagli. 

- Padnij! - krzyknął Połoskow. 
Padłem na trawę. 
Tuż  nad  moją  głową  zachrzęściły  szpony,  ptak  nie  trafił,  wzbił  się  w  powietrze,  by 

stamtąd znów zaatakować. 

Wykorzystując ten moment, przyjrzałem mu się dokładnie. 
Był  to  olbrzymi  stwór  wielkości  średniego  samolotu  pasażerskiego.  Miał  długie  wąskie 

skrzydła,  krótki  ogon  i  potężny  dziób,  zakrzywiony  na  podobieństwo  chwytaków  dźwigu. 
Ptak opisał niewielkie koło i niby nurkujący bombowiec poszedł w dół. 

Próbowałem się odczołgać, lecz było już za późno. 
Zmrużyłem oczy i uczepiłem się kurczowo koła łazika. Równocześnie huknął strzał. 
Okazało się, że Zielony zdążył jeszcze podbiec do luku i strzelić, gdy ptak znajdował się 

w odległości zaledwie trzech metrów ode mnie. 

Krok wrzasnął i wzbił się w powietrze. Tuż przed moim nosem upadło pióro. Metrowej 

długości i tak twarde, że wbiło się końcem w suchą ziemię niby miecz junaka. 

Wyciągnąłem je i pokazałem Alicji. 

-  Posłuchaj  -  tłumaczyłem  jej  -  właściciel  tego  pióra  jest  na  nas  bardzo  obrażony  i 

zamierza upolować na kolację któregoś członka naszej załogi. Rozumiesz? 

- Rozumiem. Ale przecież łazika nie udźwignie. 

- Łazika nie. 

- Więc pojadę z tobą łazikiem. 

- Nie, Alicjo. Wyruszam teraz na zwiady i wrócę na obiad. Wszyscy, z wyjątkiem ciebie, 

mają  dużo  roboty.  Musisz  przygotować  obiad  i  nakarmić  zwierzęta.  I  nie  zapomnij,  że 
pająkowi kończy się włóczka. 

- No dobrze - zgodziła się Alicja. 

- Jak tam metalozwiadowca? - spytałem Połoskowa wsiadając do łazika. 

- Nie rozumiem - odpowiedział. - Coś się z nim stało. Nigdy nie zawodził, a teraz nawala. 
Łazik  jechał  wolno  przez  zarośla,  kołysząc  się  na  wybojach  i  lekko  zsuwając  się  z 

pagórków.  Zarośla  rozstępowały  się  przed  nim  i  z  powrotem  zamykały,  gdy  przejechał. 
Rozmyślałem o tym, jak by tu schwytać ptaka. Marzyło mi się zdobycie go dla Zoo, wątpiłem 

jednak,  czy  uda  się  przewieźć  go  statkiem.  Inna  rzecz,  gdyby  znaleźć  jego  gniazdo  i  zabrać 
pisklęta.  Gniazda  powinny  mieścić  się  na  skałach  -  żadne  drzewo  nie  wytrzyma  ciężaru 

domostwa ptaka Krok. 

background image

Skręciłem  ku  dalekim  górom.  Sznur  długonogich  żółtych  jaszczurek  przeciął  mi  drogę. 

Przodem  dreptała  najwyższa,  za  nią  coraz  mniejsze.  Naliczyłem  dwadzieścia  trzy  sztuki. 
Ostatnia  jaszczurka  była  całkiem  malutka.  Mogłem  ją  schwytać,  lecz  nie  zrobiłem  tego  - 
najpierw  trzeba  się  rozejrzeć,  wyjaśnić,  czym  się  odżywiają,  inaczej  daremny  trud,  nie 
dowiózłbym jej na Ziemię. Wysoko nade mną przeleciał ptak Krok. Zmierzał ku górom. Na 
pewno wracał do swego gniazda. 

Wystrzeliłem automatyczną sieć, nakrywając nią metrowej długości niebieskiego motyla. 

Gdy  sterowałem  manipulatorami,  by  go  uśpić  i  zamknąć  w  bagażniku,  nie  uszkodziwszy 
skrzydeł, zajaśniał ekran wideofonu i ukazała się na nim zaniepokojona twarz Połoskowa. 

- Wysłałem metalozwiadowcę, słyszysz? 

- No to świetnie - odpowiedziałem. - Poczekaj, tylko ułożę motyla. 

- Ale łączność z nim została przerwana. 

- Z kim? Z metalozwiadowcą? 

-  No  tak.  To  się  jeszcze  nigdy  nie  zdarzyło.  Wszystko  sprawdzałem.  W  trzy  minuty  po 

starcie zamilkł. 

-  Trzeba  polecieć  kutrem,  dogonić  go  i  naprawić  -  powiedziałem,  układając  motyla  w 

kontenerze. 

- Właśnie to ci zamierzałem powiedzieć. Ja polecę, a ty wracaj na statek. Nie podoba mi 

się ta planeta. 

- Mylisz się. To wspaniała planeta. Cieszę się, żeśmy na nią trafili. 

- A jeżeli Drugi Kapitan rzeczywiście tu zginął? 

- Wierzysz w to? 

-  Nie  wiem.  Skoro  mógł  tu  zginąć  tak  doświadczony  kapitan,  to  znaczy,  że  ta  planeta 

kryje jakieś groźne niebezpieczeństwo, o którym nie mamy pojęcia. 

- Może po prostu zawiodły silniki? Przecież zdarza się tak nawet z najlepszymi statkami. 

Albo  napadł  na  kapitana  jakiś  miejscowy  potwór.  Na  przykład  ptak  Krok.  Widziałeś  jego 

dziób? 

- Pewnie, że widziałem. 
I Połoskow wyłączył ekran. 
Jeszcze jeden ptak przeleciał nade mną, a ja starałem się zapamiętać kierunek jego lotu. 

Na pewno w górach mają swoje gniazda. Koniecznie musze, tam pojechać. 

Nieoczekiwanie zapadł zmierzch. Szybko wróciłem na statek. 
Postawiłem  łazik  przy  trapie  i  po  ciemku  wszedłem  na  górę  kierując  się  do  sterowni. 

Najpierw  sprawdziłem,  gdzie  są  moi  współtowarzysze.  Zielony  siedział  w  maszynowni  i 
odprawiał czary nad przyrządami. Alicja odpowiedziała ze swej kajuty, oznajmiając, że czyta. 
Połączyłem się z kapitanem. 

- Co tam u ciebie słychać? - spytałem. 

- Zapelengowałem metalozwiadowcę. Zaraz go dogonię. Nie wyłączaj radiostacji. 

background image

Usiadłem  przy  iluminatorze  i  słuchałem,  jak  Połoskow  mamrocze  coś  do  siebie  pod 

nosem, usiłując schwytać metalozwiadowcę. Krótka noc już się kończyła. Spoglądałem w dal 
na lasy, góry i w myśli wytyczałem sobie jutrzejszą trasę. Pojadę wzdłuż tej rzeczki, potem na 

wzgórza... Trzeba zabrać Alicję. W łaziku nic jej nie grozi... 

- Mam go - odezwał się Połoskow. - Złapałem chwytakami i zaraz wracam. 

Wtem  na  placyku  przed  „Pegazem”  zobaczyłem  Alicję.  Szła  ostrożnie,  na  palcach, 

oglądając się na iluminatory, ale mnie nie spostrzegła. 

Było chłodno, włożyła więc żółty puszysty kombinezon. Widocznie wybierała się gdzieś 

daleko. Ale co najdziwniejsze - przed nią kroczył po trawie bajdur. Był uwiązany na długim 
łańcuszku,  drugi  koniec  trzymała  Alicja.  Powiedziała  coś  i  ptak  wzleciał  w  powietrze. 
Zluzowała  łańcuszek,  dając  mu  swobodę  ruchów.  Machnął  skrzydłami  i  powoli,  jakby 
rozumiejąc, że Alicja nie umie latać, skierował się w stronę lasu. 

Dopiero wówczas oprzytomniałem. 
Włączyłem głośnik i krzyknąłem: 

- Alicjo, czyś ty oszalała! Wracaj natychmiast! 
Bojąc  się  jednak,  że  nie  posłucha,  pędem  zbiegłem  po  trapie,  by  ją  dogonić  i 

przyprowadzić na statek. 

Alicja była już daleko pod lasem, a nad nią krążył olbrzymi ptak Krok. 

- Alicjo! - krzyknąłem przeraźliwie. 
Nie usłyszała mojego krzyku. 

Ani strzelby, nic pod ręką! 
Co robić? 
Jak szalony puściłem się naprzód. 
Alicja spostrzegła zniżającego się ptaka i ze strachu wypuściła z rąk łańcuszek. Spłoszony 

bajdur frunął ku drzewom. 

Biegnąc  do  Alicji  widziałem,  jak  ptak  Krok  wysuwa  białe  szpony,  jak  chwyta  żółtą 

puszystą figurkę, po czym śmiga w górę. 

Widziałem,  jak  coraz  bardziej  maleje,  jak  wzlatuje  coraz  wyżej  i  wyżej  ptak  unoszący 

swą zdobycz. 

W  dziesięć  minut  później  zniżył  się  koło  „Pegaza”  Połoskow.  Obaj  z  Zielonym 

przygotowaliśmy tymczasem mały kuter. 

- Dokąd się wybieracie? - spytał kapitan zdziwiony. 

-  Krok  porwał  Alicję!  -  krzyknął  mechanik  i  umilkł  nagle,  gdyż  z  rozpaczy  mowę  mu 

odjęło. 

- Skacz tutaj! - rzekł do mnie Połoskow, zniżając kuter tuż nad ziemię. 
Uczepiłem się dolnej krawędzi otwartego iluminatora i wskoczyłem do kabiny. 
Kuter natychmiast poszedł w górę. 

- Dokąd ptak poleciał? - spytał kapitan głośno, przekrzykując warkot silnika. 

background image

- W kierunku gór. Na pewno tam są ich gniazda. 
Za parę minut dotarliśmy na miejsce. Ale nie tak łatwo było odnaleźć gniazdo. Tysiące 

jednakich spiczastych skał sterczały nad płaskowyżem, przeszło godzinę krążyliśmy nad nimi 
bezskutecznie. Coraz niklejsze wydawały się szanse odnalezienia Alicji. 

Pomógł nam sann Krok. Zobaczyliśmy go lecącego nad skałami. 

- Za nim - krzyknąłem. 

- Cierpliwości - zmitygował mnie Połoskow. - Spłoszymy go i nie wskaże nam drogi do 

gniazda. 

Przyhamował  kuter  w  powietrzu  i  zawisnęliśmy  nad  skałami.  Ptak  zmierzał  ku 

wierzchołkowi,  nad  którym  jeszcze  nie  byliśmy.  Tam,  złożywszy  skrzydła,  spikował. 
Połoskow natychmiast wziął ten sam kierunek, nabierając równocześnie wysokości. 

Gdy zbliżaliśmy się do wierzchołka, z dołu zerwało się kilka ptaków. Wzięły nasz kuter 

za  nieznanego  latającego  wroga.  Atakowały  nas  tak  odważnie,  że  Połoskow  musiał  sobie 
przypomnieć akrobacje lotnicze, by nie zderzyć się z rozjuszonymi ptakami. 

- Patrz, tam są gniazda! - zawołałem. 
Na stromym zboczu góry widniały ciemne kręgi gniazd. Zbudowane były z kamieni oraz 

suchych gałęzi i przylepione do skalnych występów nad przepaścią. 

Zniżyliśmy się na tyle, że można już było rozróżnić w niektórych gniazdach ptaki, które 

rozpostartymi skrzydłami osłaniały przed wrogiem pisklęta lub jaja. 

- Spójrz - powiedziałem. 
W  jednym  gnieździe  coś  się  żółciło.  Kuter  jak  strzała  pomknął  w  tym  kierunku.  Tak 

szybko, że ptaki nie nadążały za nim. 

- Nie, to nie Alicja - stwierdził Połoskow. - To pisklęta. 
W  gnieździe  istotnie  siedziały  trzy  okryte  puchem  pisklęta.  Ujrzawszy  nas,  rozdziawiły 

haczykowate  dzioby.  Jeden  Krok  spikował  obok  kutra  i  siadł  na  gnieździe,  zakrywając  je 
skrzydłami. 

- Steruj wyżej - powiedziałem do kapitana. 
Wtem zobaczyliśmy następnego ptaka. Nadlatywał niosąc w dziobie dużą rybę. 

- Tam - powiedziałem. 
Ptak nie zauważył nas. Zmierzał w stronę najdalej położonego gniazda. 

I  w  tym  to  gnieździe,  między  dwoma  pisklętami,  siedziała  Alicja.  Z  daleka  ona  też 

wydała mi się pisklęciem, do którego upodobnił ją żółty puszysty kombinezon. 

Pisklęta  na  widok  matki  otworzyły  szeroko  dzioby,  lecz  ona  usiłowała  koniecznie 

wepchnąć rybę do ust Alicji. Alicja broniła się, jednakże ptak nie dawał za wygraną. 

Połoskow zaczął ryczeć ze śmiechu. 

- Co się stało? - zapytałem, nie odrywając wzroku od niezwykłego widowiska. 

- Nic Alicji nie grozi - powiedział śmiejąc się kapitan. - Wzięto ją za pisklę i zastosowano 

intensywne odżywianie. 

background image

I tak rzeczywiście było. Uratował Alicję puszysty kombinezon. 
Zawisnęliśmy  nad  gniazdem.  Połoskow  spuścił  trap  i  gdy  Alicja  wchodziła  po  nim  do 

kutra, musiałem odpędzać ptaki straszakami oraz granatami z gazem usypiającym. 

- Może weźmiemy pisklęta? - zapytał Połoskow wciąż jeszcze dusząc się ze śmiechu. 

- Następnym razem - odpowiedziałem. - Jak się czujesz, Alicjo? 

- Całkiem nieźle. 
Była usmarowana rybią łuską, poza tym cała i zdrowa. 

- Z początku trochę się przestraszyłam, ale jak mnie ten wielki ptak przyniósł do gniazda, 

to nawet było przyjemnie. Pisklęta tuliły się do mnie, ogrzewaliśmy się nawzajem. Tylko że 
on  okropnie  wmuszał  we  mnie  jedzenie.  Zupełnie  jak  babcia:  „Zjedz  jeszcze  łyżeczkę 

manny”. 

Połoskow  dowcipkował,  wypytując  Alicję,  czy  nie  nauczyła  się  fruwać  i  czy  nie  ma 

ochoty wrócić do nowych rodziców. 

-  A  dlaczego  samowolnie  opuściłaś  statek?  -  zapytałem  surowo,  gdy  już  po  całym 

wstrząsie przyszedłem nieco do siebie. 

- Wybrałam się na poszukiwanie Drugiego Kapitana. 

- Jak to? 

-  Słyszałam,  że  Połoskow  ma  kłopoty  z  metalozwiadowcą.  I  w  ogóle,  to  niemożliwe 

czekać dwa tygodnie. Przyszło mi na myśl, że bajdur może pamiętać drogę do tego miejsca, 
gdzie  słyszał  głos  Drugiego  Kapitana.  No  i  poprosiłam  go,  żeby  mi  ją  wskazał,  no  i  on 
pofrunął. 

- A czemu to nas nie poprosiłaś o pozwolenie? 

- Pozwoliłbyś? 

- Oczywiście, że nie. Drugiego Kapitana tu nie ma. Zapomnij o nim. 

-  Nie  ma?  -  powtórzyła  Alicja.  -  A  właśnie,  że  jest.  Szkoda  tylko,  że  bajdur  odleciał. 

Gdyby nie to, raz-dwa znaleźlibyśmy kapitana. 

- I co jeszcze wymyśliłaś? 

-  Zobacz,  znalazłam  to  w  gnieździe  -  Alicja  wyjęła  z  kieszeni  skorupkę  porcelanowego 

talerza z resztką złotego napisu: „...na Mewa”. - „Błękitna Mewa”, prawda? Może jeszcze nie 

wierzysz? 

- Pokaż mi, no pokaż - prosił Połoskow. - Ale ty masz szczęście! 

- A już - odparła Alicja. - Po tę skorupkę musiałam podróżować w szponach ptaka Krok. 

Latałeś kiedy w ten sposób? 

- Nie - uśmiechnął się Połoskow. 

- Ptak sam wetknął mi skorupkę do rąk. Widocznie jest ona czymś w rodzaju zabawki dla 

piskląt. Chciał więc, żebym i ja się pobawiła. 

Zamyśliłem się. Alicja ma rację. Może „Błękitna Mewa” rzeczywiście jest na tej planecie. 

Tylko jak ją odnaleźć? 

background image

- Co się stało zwiadowcy? - spytałem Połoskowa. - Jeszcze nie sprawdzałeś? 

- Zastanawiająca rzecz, ktoś rozbił w nim indykator metalosondy. 

- Rozbił? 

-  Sam  nie  mógł  się  rozbić.  Mechanizm  wskaźnikowy  znajduje  się  w  samym  środku 

zwiadowcy - powiedział Połoskow. 

- Co teraz robić? - zastanawiałem się głośno. Lądowaliśmy przed „Pegazem” i wysiadając 

na polanę pilnie rozglądaliśmy się, czy nie nadlatuje ptak Krok. 

- A oto i nasz bajdur - powiedziała Alicja. 
Zauważyłem nagle, że tuż przed moim nosem zwisa do ziemi cienki łańcuszek. 
Z drzewa sfrunął bajdur i krążył nad nami, jakby zapraszając do pójścia za nim. 

background image

ZWIERCIADLANE KWIATY 

 
Alicja ujęła łańcuszek, na którym uwiązany był  bajdur. Ptak nie opierał  się, rozumiejąc 

dobrze, czego się po nim spodziewamy. Powoli leciał nad zaroślami i  jeśli zostawaliśmy w 
tyle,  wzbijał  się  nieco  wyżej  i  szybował  w  powietrzu  czekając  na  nas.  Nie  była  to  łatwa 
wędrówka,  bowiem  nikt  przed  nami  nie  wydeptał  ścieżek  na  tej  planecie.  Musieliśmy 
przekraczać  zbutwiałe  pnie,  przedzierać  się  skroś  liany  i  ciernie,  przeprawiać  przez  bystre 

strumienie. 

Żółte jaszczurki na długich wysokich nogach wyskakiwały spod grubych pni i umykały z 

piskiem ostrzegając leśnych mieszkańców przed nadchodzącymi intruzami. 

Niebawem wyszliśmy na polanę, na której rosło mnóstwo białych drapieżnych kwiatów. 

Mlaskały głośno pożerając motyle i pszczoły, wyciągały się ku nam, chwytając płatkami za 
nogi.  Nie  mogły  jednak  przegryźć  butów,  co  je  tak  wściekało,  że  warczały  ze  złości.  Za 
następnym zagajnikiem  rozciągała się druga polana, pełna czerwonych kwiatów. Te z kolei 
okazały się nadzwyczaj ciekawe - jak tylko wyszliśmy zza drzew, wszystkie główki zwróciły 
się w naszą stronę, obserwując nas i węsząc. Nad polaną krążyły szepty. 

- To są okropni plotkarze - powiedziała Alicja. - Teraz do wieczora będą obgadywać, jak 

byliśmy ubrani, jak się poruszaliśmy. 

Długo jeszcze goniły nas szepty i mamrotania ciekawskich kwiatów. 
Była to zaiste planeta kwiatów. W ciągu tego dnia spotykaliśmy jeszcze kwiaty, które biły 

się  ze  sobą,  chowały  się  na  nasz  widok  pod  ziemię,  przeskakiwały  z  miejsca  na  miejsce, 
wiosłując  w  powietrzu  długimi  korzeniami.  A  także  mnóstwo  zwykłych  sobie  kwiatów  - 
niebieskich,  czerwonych,  zielonych,  białych,  żółtych,  brązowych  oraz  nakrapianych.  Jedne 
rosły w ziemi, inne na drzewach bądź krzakach, jeszcze inne w skałach, w wodzie lub tez z 
wolna szybowały w powietrzu. 

Biegliśmy  tak  za  bajdurem  chyba  ze  dwie  godziny.  W  końcu  nogi  odmówiły  nam 

posłuszeństwa. 

- Zaczekaj! - krzyknąłem do ptaka. - Musimy trochę odpocząć. 
Rozłożyliśmy  się  w  cieniu  wielkiego  drzewa,  by  nie  wypatrzył  nas  kołujący  w  górze 

Krok. Bajdur siadł wyżej na gałęzi i jak zwykle zaczął drzemać. Był leniwy i jeśli nie gadał 
bądź nie zajmował się czymkolwiek, stale drzemał. 

Połoskow, wsparłszy się plecami o pień drzewa, spytał z powątpiewaniem: 

- A jeżeli bajdur po prostu wybrał się na spacer? 

- Nie wolno ci tak myśleć! - oburzyła się Alicja. - Skoro tak myślicie, to lepiej wracajmy 

na statek. 

Słońce  niespodziewanie  skryło  się  za  wierzchołkami  drzew  i  zapadła  krótkotrwała  noc. 

Na niebie ukazały się gwiazdy. 

- Spójrz - powiedziała do mnie Alicja - jedna gwiazda się porusza. 

background image

- Pewnie asteroid. 

- A może statek? 

- Skądże tutaj statek? 
Gwiazda  schowała  się  za  drzewami.  W  pięć  minut  później  nadszedł  ranek.  Tym  razem 

trzy  słońca  wzeszły  równocześnie  z  trzech  stron  nieba,  zrobiło  się  bardzo  jasno  i  gorąco. 
Wokół nas zabrzęczały pszczoły, zagrały koniki polne. 

- No, ruszamy - rzekł Połoskow wstając. - Bajdur zaprasza nas w drogę. 

-  Naprzód!  -  krzyknął  ptak  głosem  Pierwszego  Kapitana.  -  Naprzód!  A  później 

zobaczymy.  -  Po  chwili  dodał  innym  głosem:  -  „Walczyć  i  poszukiwać,  znaleźć  i  nie 
ustępować”, jak mawiał słynny kapitan Scott. 

-  Widzisz,  tatusiu  -  powiedziała  Alicja  -  on  nam  dodaje  otuchy.  Niedługo  będziemy  u 

celu. 

Nie  podzielałem  entuzjazmu  Alicji.  Wiedziałem,  co  ujrzymy,  jeśli  bajdur  rzeczywiście 

prowadzi  nas  ku  miejscu,  w  którym  wylądował  kapitan.  Ujrzymy  oplatane  lianami  i 
porośnięte masą kwiatów szczątki „Błękitnej Mewy”. Po samym kapitanie zapewne już ślad 
zaginął.  Szedłem  jednak  za  Połoskowem.  Przedzieraliśmy  się  jeszcze  przynajmniej  półtorej 
godziny przez leśne chaszcze. Nagle bajdur śmignął w górę, jakby sprawdzając wytrzymałość 
łańcuszka. 

- Zapamiętaj to miejsce! - krzyknął z wysokości. - Zapamiętaj to miejsce, kapitanie! 
Po chwili doleciały nas słowa wypowiedziane zmienionym głosem: 

- Trzymajcie ptaka! Łapcie ptaka! Nie wypuszczajcie żywego! 

- Kogo on naśladuje? - spytała Alicja. 

- Bo ja wiem - zastanawiał się Połoskow. - Może Wierchowcewa? 
Bajdur najwyraźniej czegoś szukał. 

- Zluzuj łańcuszek - powiedziałem do Alicji. 
Gdy to uczyniła, bajdur wzbił się jeszcze wyżej, zamieniając się w czarny punkcik pośród 

obłoków i nagle jak kamień runął w dół. 

- Znalazł! - zawołał Połoskow. 
Wtem spostrzegliśmy, że naszego bajdura ściga ptak Krok. Już go niemal doganiał. 

- Strzelaj! - krzyknąłem do Połoskowa. 
Kapitan  chwycił  za  pistolet  i  strzelił  nie  celując.  Krok,  który  już  wyciągał  szpony  po 

bajdura,  głośno  jęknął.  Zdawało  się,  że  straci  równowagę  i  spadnie,  zdołał  się  jednak 
utrzymać i wolniutko leciał nad lasem. 

Pobiegliśmy ku miejscu, gdzie zniknął nam z oczu bajdur. Za gęstwiną zarośli roztaczała 

się  zielona  polana.  Okalały  ją  strome  wzgórza  porośnięte  brzuchatymi  drzewami.  Bajdura 
nigdzie nie było widać. 

Zatrzymaliśmy  się  na  skraju  polany.  Rosła  na  niej  niewysoka  jedwabista  trawa,  a  po 

brzegach,  jakby  specjalnie  przez  kogoś  posadzone,  niezwykle  oryginalne  kwiaty.  Krótkie, 

background image

szerokie, metalicznej barwy płatki otaczały środek kwiatów wielkości sporego talerza. Było to 
lekko  wypukłe  zwierciadło,  w  którym  odbijała  się  cała  polana.  Łodyga  krótka,  pozbawiona 
liści. 

- Nie zbliżaj się, Alicjo - ostrzegłem. - A nuż są trujące. 

- Nie, nie przypuszczam. Patrz. 
Z  zarośli  wyskoczyło  zwierzątko  podobne  do  zająca.  Podbiegło  do  kwiatka  i  przejrzało 

się w nim, po czym spokojnie, jakby nas tu nie było, pokicało z powrotem w krzaki. 

- Jakaś pomyłka - rzekł Połoskow. - Nie widać tu śladów statku. Prawdopodobnie bajdur 

się pomylił. 

- Albo my się pomyliliśmy biegnąc za nim jak dzieci - odparłem. 
Westchnąłem,  uprzytomniwszy  sobie,  jak  wielki  szmat  drogi  dzieli  nas  od  statku. 

Mogliśmy  wprawdzie  wezwać  Zielonego  z  kutrem  lub  łazikiem,  jednakże  zostawienie 
„Pegaza” bez opieki byłoby bardzo nierozsądne. 

Alicja wyszła na środek polany, chwilę się rozglądała, po czym zbliżyła się do kwiatka. 

Nieznacznie zwrócił ku niej zwierciadło, jakby chciał, by się w nim przejrzała. 

- Zabierzmy kilka - poprosiła. 

- Możemy - odpowiedziałem. 
Połoskow wyjął z kieszeni podręczną metalosondę i obszedł z nią całą polanę. Sonda nie 

wydała dźwięku. 

- Żadnego statku tu nie ma i nie było - stwierdził na koniec. - Wracamy. 
Nacięliśmy  bukiet  zwierciadlanych  kwiatów.  Ciążyły  nam,  jak  wykute,  z  kamienia. 

Dźwigaliśmy bukiet po kolei, proponowałem nawet, aby część kwiatów wyrzucić, lecz Alicja 
za nic w świecie nie chciała się zgodzić. 

Do „Pegaza” dotarliśmy ledwie żywi. Na szczęście zastaliśmy wszystko w porządku. 

- No i jak? - zapytał Zielony. - Klapa, oczywiście? 

-  Kompletna  -  odpowiedział  Połoskow,  zdejmując  buty  i  wyciągając  się  na  kanapie  w 

jadalni. 

Alicja  przyniosła  tymczasem  dwa  duże  wazony  i  nalała  do  nich  wody,  by  kwiaty  nie 

uschły. 

- Tak - potwierdziłem - statku tam nie ma. Na domiar złego zginął nam bajdur. Możliwe, 

że dostał się w szpony ptaka Krok. 

- No trudno - oświadczył kapitan leżąc na kanapie. - Jutro od rana biorę się do naprawy 

metalozwiadowcy i nie odlecimy z tej planety, póki nie znajdziemy kapitana. 

Coś mnie boleśnie uderzyło w nogę. Schyliwszy się, zobaczyłem diamentowego żółwika. 

- Co on tu robi? - spytałem Zielonego. - Przecież zamknęliśmy go w sejfie. 

-  Tak  drapał  i  stukał  do  drzwi,  że  się  nad  nim  zlitowałem.  Co  to  za  dziwne  kwiaty 

przynieśliście? 

- Zwierciadlane kwiaty - wyjaśniłem. 

background image

Zielony podszedł do bukietu. 

- Zwierciadlane? 

- A co? 

- Przeglądam się w nich, ale zamiast siebie widzę kogo innego. 

Odwróciłem  się.  Zielony  nie  żartował  -  zwierciadła  kwiatów,  zamiast  jego  odbicia, 

ukazywały Alicję. A w głębi, za jej głową, widać było dwie małe sylwetki, moją i Połoskowa. 
I nie staliśmy w jadalni, lecz na kolistej polanie. 

- Szalenie interesujące! - zawołałem. - A więc te kwiaty, dopóki żyją, odbijają wszystko i 

utrwalają, jak na kliszy. 

-  Tuk-tuk-tuk!  -  rozległo  się  w  jadalni.  Połoskow  zerwał  się  z  kanapy  i  skoczył  do 

iluminatora. 

Po drugiej stronie szyby siedział bajdur i stukał w nią dziobem, by ściągnąć naszą uwagę. 

- To taki z ciebie mądrala! - powiedziałem z uznaniem. - Zaraz cię wpuścimy. 
Bajdur  otwierał  obydwa  dzioby  widocznie  coś  mówiąc,  lecz  przez  ściany  statku  nic  do 

nas nie docierało. Gdy pobiegłem otworzyć luk, czekał już tam na mnie. Wpadł do środka i 
skierował się prosto do jadalni. Szedłem za nim korytarzem. Leciał trochę niepewnie, potem 
opuścił się na podłogę i kulejąc podreptał pieszo. Kapitan otworzył  drzwi i  na widok ptaka 
rzekł współczująco: 

- Och, biedaczysko, w niezłych byłeś opałach! 

Bajdur odpowiedział ni w pięć, ni w dziewięć: 

- Dłużej już nie mam sił! Prędko nadejdzie ratunek? 

- To jest głos Drugiego Kapitana! - zawołała Alicja. - On go widział! 

-  Alicjo  -  przywołałem  ją  do  rozsądku  -  przecież  kapitan  mógł  wypowiedzieć  te  słowa 

cztery lata temu. Wiesz dobrze, jaką bajdur ma znakomitą pamięć. 

- Nie - upierała się - on widział Drugiego Kapitana. Wracajmy zaraz na polanę. 

- Zaraz wykluczone - odpowiedział Połoskow. - Nawet ja lecę z nóg. A cóż dopiero ty - 

dziewczynka. Jesteś zmęczona sto razy więcej. W dodatku tam, gdzie byliśmy, kapitana nie 
ma.  Gdyby  nawet  w  promieniu  dziesięciu  metrów  leżał  jeden  guzik,  bodaj  jedna  śrubka, 
metalosonda by je wykryła. 

- To znaczy, że trzeba szukać w jeszcze większym promieniu - nie ustępowała Alicja. - I 

jeśli wy nie pójdziecie, pójdę sama. 

- Najpierw się wyśpisz powiedziałem surowo. - A później wszyscy razem wrócimy w ten 

rejon. Postanowiliśmy przecież zgodnie, że nie odlecimy z tej planety, póki nie odnajdziemy 

kapitana... lub póki nie upewnimy się, że go tu nie ma. 

background image

SPOGLĄDAMY W PRZESZŁOŚĆ 

 
Życie  na  tej  planecie  nie  należało  do  łatwych.  Gdy  wstaliśmy  rano,  zegar  pokładowy 

wskazywał  godzinę  ósmą,  a  za  iluminatorami  zapadał  zmierzch  wróżący  nadejście 
krótkotrwałej nocy. Nim zjedliśmy śniadanie, noc minęła i zabłysnął ranek. 

Jaskrawe  promienie  oświetliły  jadalnię.  Alicja  spojrzawszy  na  stojące  w  wazonach 

zwierciadlane kwiaty, powiedziała: 

- Patrzcie, mnie już nie ma. 
W  zwierciadłach,  zamiast  wczorajszego  odbicia  Alicji,  widniała  polana,  ale  zupełnie 

pusta. Po chwili obraz ściemniał i na polanie zapadł mrok. 

-  Dziwne  to  są  rośliny  -  powiedziałem  patrząc  w  ciemne  zwierciadła.  -  Kwiaty-kamery 

filmowe. 

W zwierciadłach zaczęło świtać. Zapomnieliśmy o śniadaniu, pochłonięci niepowszednim 

widowiskiem. Okazuje się, że kwiaty z wolna, sekunda za sekundą, sfotografowały wszystko, 
co odbywało się na polanie. A teraz oglądaliśmy pokaz filmu. 

- Ciekawe, jak długo te kwiaty żyją? - zastanawiał się głośno Połoskow. 

- Na pewno kilka dni - odpowiedziałem. - Jak wszystkie kwiaty. 
Wtem  ujrzeliśmy  w  zwierciadłach  obraz  zwierzątka  przypominającego  zajączka. 

Wypadło z zarośli i pokicało ku kwiatom. W zwierciadłach jeszcze panował mrok i stąd nie 
od razu się połapaliśmy, co nas uderza w jego ruchach. 

- Ależ on kica tyłem! - wykrzyknęła Alicja. Zwierzątko istotnie zbliżało się do kwiatów 

tyłem. 

Zatrzymało  się  chwilę  przed  nimi,  po  czym  w  ten  sam  niezwykły  sposób  wróciło  w 

zarośla. 

- Źle założona taśma - roześmiała się Alicja. - Partacze! Przełóżcie ją! 

-  Nie  -  rzekł  Połoskow.  -  Tu  chodzi  o  coś  innego.  Te  kwiaty  nie  są  zwierciadłami 

zwykłymi, lecz fotografującymi. Mogą to  czynić, jeśli  na powierzchni  bez przerwy  nakłada 
się warstwa po warstwie. Miliony cieniuteńkich warstewek. Ledwie utrwali się jeden obraz, 
od  razu  nakrywa  go  następny.  I  tak  dalej,  i  tak  dalej...  Natomiast  gdy  kwiat  zostaje  ścięty, 
zwierciadło nie może już utrwalać obrazów i warstwy zaczynają z niego schodzić - jedna po 
drugiej. Oglądamy zatem to, co widziało zwierciadło. Tylko w odwrotnym kierunku. Jak film 

puszczony od końca. Czy wyjaśniłem to dość zrozumiale? 

-  Całkiem  możliwe  -  przyznałem.  Nadzwyczaj  interesujący  kwiat.  No,  ale  do  roboty. 

Połoskow przygotuje do lotu metalozwiadowcę, a ja skoczę łazikiem na polanę i zbadam, czy 
gdzieś w okolicy nie ma śladów zaginionego statku. 

- Jadę z tobą, tatusiu - oświadczyła Alicja. - I zabierzemy bajdura. 

- Zgoda. 

background image

Zszedłem na dół po łazik, Alicja została jeszcze w jadalni, bawił ją ten film puszczony od 

końca. 

- Alicjo - zawołałem uruchamiając pojazd. - Jesteś gotowa? 

- Zaraz! Chwileczkę! 
I nagle zawołała: 

- Oj, tatusiu, chodź tu prędko! Ale prędziutko, bo odejdą! 
Trzema susami przebyłem trap i wpadłem do jadalni. 

- Spójrz - rzekła nie oglądając się. 
Wszystkie zwierciadła ukazywały ten sam obraz - na środku polany stali dwaj mężczyźni, 

grubas w skórzanym ubraniu oraz doktor Wierchowcew. Spoza zarośli widać było spiczasty 

dziób superszybkiego statku. 

Obaj mężczyźni zawzięcie o czymś dyskutowali, następnie oddalili się tyłem. 

- Oni są gdzieś tutaj - powiedziała Alicja. - Nie przypuszczali, że wydadzą ich kwiaty. 

- Chyba masz rację. Ale dlaczego? Dlaczego? 

- O co ci chodzi? 

- Widzisz, oni też pewnie nie wiedzą, gdzie jest kapitan. Bo dlaczego tak się uganiają za 

bajdurem? 

-  A  może  trzymają  kapitana  w  niewoli  i  boją  się,  aby  ptak  się  nie  wygadał?  Schwytali 

kapitana, wsadzili do więzienia, ale bajdur uciekł. Więc mają stracha. 

- Z jakiej racji miałby kto wsadzać kapitana do więzienia? Co tobie się roi, Alicjo! 

- Więc rezygnujesz z poszukiwań? Niech wszystko zostanie, jak jest? 

- Nie - odpowiedziałem. - Bezczynność jest najgorszym rodzajem nieudolności. 
Nacisnąłem guzik mikrofonu: 

-  Połoskow,  Zielony,  posłuchajcie.  Przed  chwilą  w  zwierciadle  kwiatów  zobaczyliśmy 

grubasa  rozmawiającego  z  Wierchowcewem.  To  by  oznaczało,  że  byli  tu  przynajmniej  o 
dzień przed nami. Przylecieli superszybkim statkiem. Co o tym sądzicie? Odbiór. 

- Sądzę, że Drugi Kapitan jest gdzieś na tej planecie - rzekł Połoskow. 

- A ja sądzę, że najlepiej zrobimy natychmiast stąd odlatując - oświadczył Zielony. - Jest 

nas tylko trzech, statek niezabezpieczony przed atakiem, powinniśmy niezwłocznie lecieć na 
jakąś  zamieszkaną  planetę  i  nawiązać  łączność  z  Ziemią  lub  Fiksem.  A  stamtąd  wyślą 
specjalny statek Galaktycznej Służby Bezpieczeństwa. Oni najlepiej poradzą sobie z różnymi 

niespodziankami. 

Zielony, rzecz jasna, mówił rozsądnie. Ale on zawsze wyolbrzymia trudności. Dlatego też 

powiedziałem: 

-  Na  razie  nikt  nas  nie  atakuje.  Mimo  to  przyznaję,  że  trzeba  zastosować  jakieś  środki 

obronne. 

-  Słusznie  -  zgodził  się  ze  mną  Połoskow.  -  Nie  jestem  za  natychmiastowym  odlotem. 

Najpierw musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, by ratować Drugiego Kapitana. 

background image

- Słusznie - powtórzyła Alicja. 

-  To  zadziwiające!  -  powiedział  Zielony.  -  Ktoś  mógłby  pomyśleć,  że  mam  pietra.  A  ja 

tylko staram się iść za głosem rozsądku. Na pokładzie mamy dziecko i bezbronne zwierzęta. 
A nuż się zdarzy, że kapitanowi nie pomożemy i sami ucierpimy? Skoro jednak kapitan statku 
zdecydował, że należy zostać, będę walczył do ostatniego naboju. 

-  No,  mam  nadzieję,  że  do  tego  nie  dojdzie  -  odpowiedziałem.  -  Przybyliśmy  tu  w 

zupełnie innym celu. Na nikogo nie zamierzamy napadać ani z nikim walczyć. 

- A ja nie jestem takim bezradnym dzieckiem - dodała Alicja. - Jedziemy na polanę? 

- Za chwilę. Popatrzmy jeszcze w zwierciadła. 
Nie działo się tam jednak nic godnego uwagi. Wsiedliśmy zatem do łazika i objechaliśmy 

okolice  polany.  Za  wzgórzami  znaleźliśmy  tylko  ślady  lądowania  statku.  Trawa  w  tym 
miejscu  była  wypalona  przez  silniki  hamujące  i  wąska  ścieżka  prowadziła  przez  zarośla  ku 

polanie. 

Wróciwszy  na  obiad,  zastaliśmy  w  jadalni  Zielonego.  Stał  przed  zwierciadlanymi 

kwiatami targając w zamyśleniu rudą brodę. W drugiej ręce trzymał wibrobrzytwę. 

- Co ty tu robisz? - spytałem. 

- Myślę - odpowiedział. 

Zwierciadła odbijały cichy słoneczny dzień. 

- Myślę nad tym - mówił dalej mechanik - ile czasu żyją te kwiaty. 

- Zapewne kilka dni. 

- A może wprost przeciwnie, żyją wiele lat? Może rok za rokiem utrwalają wszystko, co 

zachodzi wokół nich? Spójrz, jaką one mają grubość, przynajmniej ze sześć centymetrów. I 
jakie  są  spoiste.  Przez  te  dwa  dni  u  nas  nic  a  nic  nie  ścieniały.  Jeśli  pozwolisz,  Alicjo, 
spróbuję zoperować jeden kwiatek. 

- Dobra - skinęła głową Alicja, która w lot pojęła, o co chodzi. 
Zielony przeniósł jeden kwiat do pracowni, umocował go na stole zaciskami i przystąpił 

do precyzyjnej operacji. 

- Zdejmę od razu centymetr - powiedział. 

-  Czekaj  -  powstrzymałem  go.  -  Zacznij  od  cieniutkiej  warstwy.  Może  nic  z  tego  nie 

wyjdzie. 

Zielony  włączył  wibrobrzytwę.  Indykator,  biały  z  ciekawości,  wysunął  się  z  kąta  i 

podszedł bliżej, cichutko przebierając patyczkowatymi nóżkami. Śpiewokrzewy zaszeleściły 
w swej przegrodzie, spodziewając się widać porcji kompotu. Pająk-tkacz-troglodyta przestał 
tkać szalik. 

Cieniutka  warstewka,  przezroczysta  jak  celofan,  oddzieliła  się  od  zwierciadła.  Zielony 

zdjął ją ostrożnie i położył na stole. 

Przez kilka sekund zwierciadło było zupełnie ciemne, ale w momencie gdy już zwątpiłem 

w nasz pomysł, nagle się rozjaśniło. Tym razem ukazał się w nim wietrzny pochmurny dzień. 

background image

- Wszystko gra! - zawołała Alicja. - Pojechaliśmy głębiej w przeszłość! 

-  Ale  jak  tu  obliczać  dni?  -  zastanawiałem  się  głośno.  -  Nie  wiemy  przecież,  jakiej 

grubości warstwy odpowiada jeden dzień. 

Zielony  nie  słuchał.  Podważył  nożem  brzeg  zwierciadła  i  odgiął  z  pół  centymetra 

powierzchni. Indykator, który z niecierpliwości zmieniał kolory niczym sygnalizator świetlny, 
nie wytrzymał i wsadził długi nos Zielonemu pod rękę. 

- Masz ci los! - zdenerwował się mechanik. - Jak mogę pracować w takich warunkach! 

- On niechcący - wstawiła się za indykatorem Alicja. - To z ciekawości. 

- Wszyscy są ciekawi - złościł się Zielony. - Ale ja nie ręczę za nic. 

- Rób dalej - poprosiłem. 
Zdjął delikatnie warstwę. 

- Jak szyba w iluminatorze, tyle że giętka - stwierdził. 
Pochyliliśmy się nad nieco już cieńszym, mrocznym zwierciadłem. 
Pomalutku zaczęło się rozjaśniać. Wciąż ta sama polana. Tylko trawa na niej wyburzała, z 

drzew  opadły  liście,  a  resztki  na  gałęziach  zżółkły.  Ani  motyli,  ani  pszczół  -  szaro  i 
nostalgicznie.  Z  pochmurnego  nieba  lecą  rzadkie  płatki  śniegu  i  po  chwili  topnieją  na 

wiechetkach trawy. 

- Jesień - orzekła Alicja. 

-  Jesień  -  powtórzył  Zielony.  Wziął  lupę  i  przez  nią  obserwował  zwierciadło.  -  Gołym 

okiem  nie  widać,  ale  to  bardzo  ładnie  wygląda,  jak  te  płatki  pojawiają  się  na  krzewach  i 
wzlatują w niebo. 

Wszyscy  po  kolei  obejrzeliśmy  wsteczny  lot  płatków  śniegowych.  Indykator  też 

popatrzył, oblewając się jasnym seledynem zdumienia. 

- Ile czasu minęło od jesieni? - zapytał mnie Zielony. 

-  Teraz  mamy  lato.  Rok  tutejszy  trwa  niewiele  ponad  czternaście  miesięcy  ziemskich. 

Liczmy więc, że minął rok. 

-  Tak  -  Zielony  wyjął  z  szafki  mikromierz.  -  Wobec  tego  możemy  ściśle  określić,  ile 

zwierciadło ma lat i... 

-  ...ile  warstw  należy  zdjąć,  by  zobaczyć,  cc  zaszło  na  polanie  cztery  lata  temu  - 

dokończyła za niego Alicja. 

- Najpierw - mówił dalej Zielony - zdejmiemy ciut mniej niż cztery. 

- Czy nie za dużo? - spytałem. - Możesz nie utrafić i przepuścimy moment, kiedy był tu 

Drugi Kapitan. 

- Jak przepuścimy, też nic strasznego - odparł Zielony mierząc grubość warstwy. - Mamy 

jeszcze cały bukiet. 

Spostrzegłem  nagle  diamentowego  żółwika  chyłkiem  umykającego  z  pracowni. 

Nieznośny wiercipięta znów jakimś cudem wydostał się z sejfu. Już miałem biec za nim, lecz 

background image

poniechałem zamiaru - chciałem być przy tym, gdy Zielony zdejmie ze zwierciadła warstwę 

czterech lat. 

- Co u was słychać? - spytał przez głośnik Połoskow, który wciąż jeszcze majstrował przy 

metalozwiadowcy. 

- Wszystko w porządku - odpowiedziałem. 

-  Wobec  tego  polecę  na  metalozwiadowcy.  Nie  chcę  go  wypuszczać  samego.  Jakoś 

nieprecyzyjnie działa. 

-  Nie  zapominaj  -  ostrzegłem  go  -  że  na  planecie  może  być  jeszcze  jeden  statek  oprócz 

„Błękitnej Mewy”. 

- Będę pamiętał. 

- Zostaw linię włączoną. W razie czego natychmiast daj znać. 

- Dobrze. 

- Możliwe, że po powrocie zastaniesz niespodziankę. 

- Świetnie! Z tym, że ja lubię tylko miłe niespodzianki. Przykrych nie znoszę. 
Połoskow odleciał. Usłyszeliśmy brzęczenie wznoszącego się zwiadowcy. 

- Gotowe, profesorze - oświadczył Zielony. - Ryzykujemy? 
Dopiero za trzecim razem zdjął warstwę. Tak grubą, że ledwie utrzymał ją w ręce. Płatki 

opadły, na stole leżało tylko okrągłe, wgłębione jak talerz, dno kwiatu. 

Długi czas się nie rozwidniało. Od dawna nie padał na nie promień światła. 
A kiedy wreszcie obraz wypłynął, ujrzeliśmy ze zdumieniem, że polana wygląda zupełnie 

inaczej niż obecnie. Środkowy krąg, dziś zarośnięty trawą, był goły, szary niczym betonowa 
pokrywa gigantycznego otworu. Można było nawet rozróżnić kolisty obrys zaznaczający jej 
krawędzie. 

- Widzisz! - triumfowała Alicja. - To jest ta właściwa polana! 

- Teraz ostrożnie - powiedziałem. - Byle tylko nie ściąć za dużo. 

- Wiem - mruknął Zielony - nie jestem dzieckiem. 
Nie  udało  się  jednak  ściąć  dokładnie.  Cętkowany,  jaśniutki,  niemal  przezroczysty  z 

niecierpliwości  i  zaciekawienia,  indykator  w  najważniejszym  momencie  trącił  niechcący 
Zielonego  w  łokieć.  Wibrobrzytwa  przejechała  po  płaszczyźnie  i  zaryła  się  w  głąb. 
Zwierciadło pękło i spadło na podłogę. 

Indykator  ściemniał,  zmalał  o  połowę  ze  wstydu.  Wolałby  umrzeć.  Miotał  się  po 

pracowni, głaskał nóżkami rozjuszonego mechanika, wreszcie rzucił się na podłogę i sczerniał 

na amen. 

-  Nie  przejmuj  się  -  pocieszała  nieszczęśnika  Alicja.  -  Każdemu  mogło  się  to  zdarzyć. 

Wiemy, że nie zrobiłeś tego naumyślnie. 

Odwróciła  się  do  mechanika,  który  wciąż  jeszcze  klął  indykatora  w  żywy  kamień,  i 

powiedziała: 

background image

-  Zielony, przestań, bardzo cię proszę!  Indykatory  są takie wrażliwe, on może umrzeć z 

rozpaczy. 

- A poza tym - poparłem ją - został nam jeszcze cały bukiet. Sam przecież mówiłeś. 

-  No  dobra  -  ustąpił  Zielony.  Był  niepamiętliwym  i  na  ogół  zacnym  człowiekiem.  - 

Szkoda  tylko  straconego  czasu.  Może  jeszcze  minuta  i  odkrylibyśmy  tajemnicę  Drugiego 

Kapitana. 

Indykator, usłyszawszy to, skurczył się jeszcze bardziej. 
Z  Zielonym  na  czele  wracaliśmy  do  jadalni.  Poczerniały  indykator  wlókł  się  z  tyłu, 

złośliwe śpiewokrzewy podstawiały mu gałązki, żeby się potknął i przewrócił. 

Nawet  nie  zdążyliśmy  wejść  do  środka.  Zielony  zatrzymał  się  w  drzwiach  i  wymówił 

tylko: - Och! 

Zajrzałem mu przez ramię. 
Obydwa wazony były zwalone na podłogę, kwiaty potłuczone i zdeptane, jakby tu szalała 

jakaś złowroga siła. Nie ostało się jedno całe zwierciadło. Płatki  leżały rozrzucone po całej 

jadalni. 

I na domiar złego znów przepadł gdzieś bajdur. 

background image

SZPIEG 

 
Kwiaty zniszczone. Bajdur zniknął. Zostaliśmy na lodzie. Jak teraz pomóc kapitanowi? 
Sięgnąłem po mikrofon i wezwałem Połoskowa. 

- Gennadij, mamy pewne komplikacje. Powiedz mi, gdzie teraz jesteś? 

- Lecę nad biegunem północnym. Jak dotąd nic nie wykryłem. A co się u was stało? 

-  Później  ci  opowiem.  Na  ogół  udało  się  nam  przy  pomocy  zwierciadlanych  kwiatów 

odkryć,  co  tu  zaszło  cztery  lata  temu.  A  raczej  prawie  odkryć.  W  tej  chwili  jednak  ktoś 
potłukł wszystkie zwierciadła. Musimy mieć świeże kwiaty. Daleko jesteś od polany? 

- Ze dwadzieścia minut lotu - odpowiedział. - No i dojdzie jeszcze lądowanie. 

- To nie zawracaj sobie głowy. Leć dalej. 

-  Ani  myślę  -  odparł  Połoskow.  -  Wracam  na  statek.  Jeżeli  ktoś  roztrzaskał  kwiaty,  to 

znaczy, że na „Pegazie” lub w jego pobliżu są wrogowie. Nie róbcie nic beze mnie. 

- Tak jest. 
Gdy odwiesiłem mikrofon, Alicja rzekła: 

- Biegnijmy czym prędzej na polanę. 

- Po co? 

- Nie rozumiesz? Narwiemy nowych kwiatów. Widocznie kryją tak ważną tajemnicę... 

-  Ja  pojadę  łazikiem  -  oświadczył  Zielony.  -  Nic  mi  się  nie  stanie.  Zdejmę  czteroletnią 

warstwę na miejscu i natychmiast was zawiadomię. 

- Jadę z Zielonym - zadecydowała Alicja. 

- Nie bądźcie tacy narwani! - sprzeciwiłem się stanowczo. - Zaczekamy na kapitana. Jego 

kutrem dotrzemy do polany znacznie szybciej niż łazikiem. Lepiej zresztą trzymać się teraz 
razem. A tymczasem trzeba koniecznie zbadać, w jaki sposób mógł przeniknąć na statek ten 
ktoś, kto potłukł zwierciadła. 

Wyszedłem  na  korytarz  sprawdzić  luk.  Jeżeli  jest  zamknięty,  to  znaczy,  że  złoczyńca 

ukrywa  się  na  „Pegazie”.  Jeżeli  otwarty  -  ktoś  wszedł  na  statek,  dokonał  niszczycielskiego 
dzieła  i  uciekł.  Druga  wersja  wydawała  mi  się  mało  prawdopodobna.  Kiedyż  by  wszedł, 
znalazł drogę do jadalni i zniszczył wszystkie kwiaty? Dlaczego zrobił to właśnie wtedy, gdy 
zajrzeliśmy cztery lata wstecz? Skąd się o tym dowiedział? Byłem przekonany, że ten łajdak 
ukrywa  się  na  pokładzie  i  wie,  że  tylko  krok  dzieli  nas  od  wykrycia  tajemnicy  Drugiego 
Kapitana, a więc ktoś, kto widział, co robimy... Ale kto? W pracowni był Zielony, 

Alicja  i  ja.  Nie  licząc  indykatora.  Aha,  indykator.  Trącił  Zielonego  w  łokieć!...  Nie,  to 

wykluczone.  Indykator,  aczkolwiek  niezwykle  wrażliwy,  jest  przecież  tylko,  zwierzęciem. 
Nawet mówić nie umie. A może nie chce? 

W trakcie tych rozmyślań doszedłem do luku. Był otwarty na oścież. 

background image

Wszystkie  moje  teorie  rozleciały  się  jak  domek  z  kart.  Inaczej  zresztą  być  nie  mogło. 

Gdybym  się  zastanowił  chwilę  dłużej,  przypomniałbym  sobie,  że  indykator  tkwił  przy  nas 
murem, nie mógł zatem potłuc kwiatów w jadalni. 

Luk  był  otwarty,  a  zagadkowy  złoczyńca  zbiegł  z  pokładu,  unosząc  ze  sobą  nasz 

bezcenny skarb - bajdura. Może w ogóle ostatniego bajdura na świecie. 

Na  polance  przed  „Pegazem”  świeciło  słońce.  Zieleniły  się  drzewa  i  krzewy,  śpiewały 

ptaki - istny raj. Trudno wprost uwierzyć, że dzieją się tu rzeczy dość ponure. 

Spojrzałem  na  niebo.  Może  wraca  Połoskow?  Nie,  jeszcze  nie  było  go  widać.  Tylko 

niezmiernie wysoko, pod obłokami, krążył ptak Krok. 

-  Na  pomoc,  kapitanowie!  -  usłyszałem  niespodziewanie.  -  Zawsze  naprzód,  a  później 

zobaczymy! 

- Bajdur! Gdzie jesteś? - zawołałem. - Już biegnę ci na pomoc! 

-  „Trzej  przyjaciele  -  rozległ  się  w  zaroślach  śpiew  Pierwszego  Kapitana  -  weseli 

czołgiści, załoga maszyny bojowej!” 

Pobiegłem za głosem ptaka, rozsunąłem gałęzie i zobaczyłem bajdura. Nie mógł fruwać, 

ponieważ  turlał  przed  sobą  diamentowego  żółwika.  Pomagał  sobie  łapami,  skrzydłami,  a 

wolnym dziobem wyśpiewywał pieśni i wzywał pomocy. 

-  O,  dziękuję  ci!  -  powiedziałem.  -  Dziękuję,  bajdurze!  Bardzo  się  już  o  ciebie 

martwiliśmy. 

Bajdur wyprostował się dumnie i złożył skrzydła. Spełnił, co do niego należało. 

-  Dzielny  ptak!  -  mówiłem  do  niego.  -  Spostrzegłeś,  że  ten  psotnik  znów  ucieka,  i 

zapędziłeś go do domu. Należy ci się co najmniej pięć kostek cukru za taki wyczyn. 

Wracałem na statek. Bajdur powoli kroczył za mną bardzo z siebie zadowolony. 

- A ty, głuptasku - zwróciłem się do żółwia - w końcu kiedyś zabłądzisz. Kto cię będzie 

karmił?  Zapomniałeś,  że  jesteś  własnością  moskiewskiego  Zoo?  I  że  nie  wolno  ci  nigdzie 
uciekać... 

Nagle usłyszałem nad sobą szelest skrzydeł i dwoma susami dopadłem luku. Nauczyłem 

się już rozpoznawać ptaka Krok po jego locie. Bajdur śmignął wraz ze mną i zatrzasnęliśmy 
pokrywę. Usiedliśmy na podłodze pod lukiem, by zaczerpnąć tchu, a Krok walił w pokrywę 
swym żelaznym dziobem. 

Alicję z Zielonym spotkaliśmy na korytarzu. Szukali mnie wszędzie, przestraszeni moją 

nieobecnością. 

-  Wszystko  dobre,  co się dobrze kończy  -  powiedziałem  do nich.  - Okazuje się, że nasz 

bajdur  to  genialny  ptak.  Zauważył,  że  diamentowy  żółwik  znów  wyruszył  na  wędrówkę, 
przyłapał go i do taszczył z powrotem. Pewnie żółwik porządnie najadł się strachu! 

Żółwik odpychał się pazurami, usiłując wyrwać się z moich rąk. 

- Ale jakim on cudem wydostał się na zewnątrz? - zdziwiła się Alicja. - Przecież luk był 

zamknięty. 

background image

-  Nie  ma  w  tym  żadnego  cudu  -  odpowiedziałem.  -  Ten,  kto  strzaskał  zwierciadła, 

otworzył również luk. 

-  A  skąd  miał  klucz  od  statku?  Właśnie,  gdzie  się  podział  elektroniczny  klucz  do 

„Pegaza”? Wisiał przecież w jadalni. 

- Tej zagadki nie rozgryzie nawet Sherlock Holmes - mruknął Zielony. 

- A ja rozgryzę - odpowiedziała Alicja. - Ja wiem. 

- No, co takiego wiesz? 

- Rozwiązanie masz w ręku. 
Spojrzałem na swoje ręce. Trzymały źółwika. 

- Nie rozumiem - powiedziałem. 

- Zobacz, co on chowa w pyszczku. 
Głowa  źółwika  była  wciśnięta  pod  pancerz,  lecz  koniuszek  elektronicznego  klucza 

wystawał  na  zewnątrz.  Pociągnąłem  za  klucz.  Żółwik  opierał  się,  trzymał  go  w  żelaznym 
uścisku  i  musiałem  sporo  się  namęczyć,  zanim  wyrwałem  mu  klucz.  Równocześnie  coś  w 
żółwiku  zgrzytnęło  i  jego  usiane  drobnymi  kamyczkami  łapki  wysunęły  się  spod  pancerza, 
opadły martwo. 

- No, no - rzekł Zielony - dajcie mi tego źółwika, zobaczymy, jak on ćwierka. 
Z  lekkim  zamętem  w  głowie,  niezbyt  jeszcze  pojmując,  co  się  dzieje,  oddałem 

mechanikowi  nieżywe  zwierzątko  i  powiesiłem  klucz  na  dawnym  miejscu.  Zielony  wyjął  z 
kieszeni  kombinezonu  śrubokręt,  położył  źółwika  na  stole  i  obejrzawszy  go  ze  wszystkich 
stron,  podważył  pancerz.  Szczęknął  jak  wieko  szkatułki,  odskoczył  ukazując  skupisko 
najrozmaitszych elementów, komórek pamięci, atomowych bateryjek  - żółwik był po prostu 

mistrzowsko skonstruowanym robotem. 

- Teraz rozumiem tę jego ruchliwość - powiedziała Alicja. - To koniecznie chciał wcisnąć 

się do maszynowni, to biegał za nami. Przypomnij sobie, tatusiu, wiecznie się koło nas kręcił, 
jak rozmawialiśmy o ważnych rzeczach. 

-  Cud  techniki  -  wymówił  z  szacunkiem  Zielony.  -  Jest  tu  nadajnik  i  nawet  mały 

antygrawitator. 

- Więc grubas znał każde nasze słowo - powiedziałem. 

- Właśnie! Grubas! - wykrzyknęła Alicja. - Przecież to on ofiarował ci żółwika. 

- Tak nalegał, że to dla naszego Zoo. Nie wypadało mi odmówić. 

-  Cieszmy  się,  że  nie  ofiarował  dla  Zoo  bomby  zegarowej  -  mruknął  ponuro  Zielony.  - 

Mieliśmy  za  to  wewnętrznego  wroga.  Żółw  słyszał  wtedy  w  pracowni,  że  wpadliśmy  na 
sposób  zajrzenia  w  przeszłość  i  natychmiast  otrzymał  rozkaz,  by  nam  przeszkodzić.  No  i 
strzaskał  resztę  zwierciadlanych  kwiatów  w  jadalni.  Mogę  się  założyć,  o  co  chcecie,  że  na 
polanie śladu już nie zostało po kwiatach. Właściciele żółwia na pewno się o to postarali. 

- Zgadzam się z Zielonym - powiedziała Alicja. - A na koniec żółw ukradł klucz od statku 

i zwiał. 

background image

-  No  tak  -  przyznałem.  -  Ale  w  tej  chwili  mamy  jedną  przewagę  nad  grubasem  i 

Wierchowcewem. 

- Jaką? 

- Oni nie wiedzą, czy zobaczyliśmy coś w zwierciadle. 

- Nie to jest teraz najważniejsze. 

- A co? 

- Musimy się dowiedzieć, dlaczego żółwik nagle uciekł z „Pegaza”. 

- Zrobił swoje i uciekł - powiedziałem. 

-  Przecież  o  nic  go  nie  podejrzewaliśmy.  Mógł  dalej  kręcić  się  nam  pod  nogami  i  w 

najlepsze przekazywać rozmowy swoim panom. A tymczasem nagle zwiał. 

- Może jest teraz potrzebniejszy w innym miejscu? 

- Wątpię - rzekł Zielony. - Nie podoba mi się ta historia. Raczej podłożył na statku bombę 

zegarową  i  lada  chwila  możemy  wylecieć  w  powietrze.  I  my  fruniemy,  i  zwierzęta  z  nami. 
Proponuję natychmiast ewakuować statek. 

- Czekaj - tłumaczyłem mu - gdyby nas chcieli wysadzić, zrobiliby to wcześniej. 
W korytarzu rozległy się pospieszne kroki i do jadalni wbiegł Połoskow. Jednym rzutem 

oka objął rozmontowanego żółwika i prawie już nie potrzebował naszych wyjaśnień. 

- Najlepszy dowód, że oni są jeszcze na planecie - stwierdził. - Bez ich rozkazu żółw nie 

zniszczyłby zwierciadeł. W końcu to tylko robot. 

- Kazali mu podłożyć bombę - upierał się Zielony - i spływać stąd. 
Spoglądaliśmy wszyscy na Połoskowa, czekając na kapitańskie słowo. 

- Bzdura! - powiedział. 

- To dlaczego zwiał? 

-  Niósł  im  przecież  klucz  od  „Pegaza”.  Cóż  by  im  przyszło  z  klucza  od  wysadzonego 

statku? 

- No pewnie - rzekła z uznaniem Alicja. - Nasz kapitan jest po prostu genialny! 

- Skądże, przeciętnie zdolny... - zaczął Połoskow. 

-  ...a my kapuściane  głąby!  -  cieszyła się Alicja.  -  Powinniśmy się skapować, że bomby 

żółw nie mógł podłożyć. Kiedy zdążyłby ją przynieść? 

-  Też  racja  -  rzekł  kapitan.  -  Ale  to  już  teraz  nieważne.  Grubas  i  doktor  Wierchowcew 

podejrzewają,  że  znamy  tajemnicę  Drugiego  Kapitana,  i  zdecydowali  się  zawitać  do  nas  na 
statek. Potajemnie czy jawnie, tego nie wiem. W każdym razie należy spodziewać się gości. I 
przygotować się na tę wizytę. A co z kwiatami na polanie? W gruncie rzeczy nie wiemy nic 

pewnego. 

background image

GDZIE JEST DZIEWCZYNKA? 

 
Nie taka to prosta rzecz poderwać z ziemi statek kosmiczny i przerzucić go zaledwie kilka 

kilometrów dalej. Trudniejsza niż odlot z planety. Nie każdy kapitan tego się podejmie. 

Połoskow zdecydował się jednak przenieść „Pegaza” na polanę. Statek zapewnia większe 

bezpieczeństwo,  bez  naszego  zezwolenia  nikt  nie  wejdzie  na  pokład.  Kapitan  dokonywał 
obliczeń, jak mu będzie najłatwiej przeskoczyć „Pegazem”, my zaś rozeszliśmy się po statku, 
by  przywiązać  stojące  luzem  rzeczy,  sprawdzić  klatki  ze  zwierzętami  i  zamknąć  w  szafie 
naczynia. W pół godziny później „Pegaz” był zapięty na ostatni guzik. 

Zebraliśmy  się  w  sterowni.  Połoskow  zasiadł  przed  pulpitem  sterowniczym,  ja  na 

stanowisku nawigatora, Alicja nieco dalej za nami. 

- Silniki gotowe? - zapytał kapitan. 

- Gotów do startu - odpowiedział z maszynowni Zielony. 
Ale Połoskow nie zdążył wymówić słowa: „Start”... 
Biała ognista smuga przecięła błękit nieba. Obok nas lądował drugi statek kosmiczny. Od 

wstrząsu zgięły się drzewa, zadrżała ziemia. 

- Zaczekaj chwilkę - rzekł do Zielonego patrząc w iluminator. 

- Co tam znowu? - spytał mechanik. 

- Sąsiedzi wylądowali. 

- Kto? 

-  Nie  wiem  jeszcze.  Drzewa  zasłaniają.  Ale  bądź  gotów  do  natychmiastowego  startu. 

Może to oni. 

- Wierchowcew? Grubas? 

- Tak. 
Unieśliśmy się w fotelach, na sekundę nie spuszczając z oka lasu. Nad drzewami sterczał 

dziób  statku.  Bliziutko,  najwyżej  w  odległości  dwustu  metrów.  Zdawało  mi  się  nawet,  że 
słyszę, jak otwiera się luk i spada na ziemię trap. 

...Oto już schodzą po nim, biegną przez zarośla. Przyjaciele czy wrogowie? 
Zarośla  rozsunęły  się  i  na  polankę  przed  „Pegazem”  wybiegł  człowiek.  Miał  na  sobie 

skafander,  co  prawda  bez  hełmu.  U  pasa  pistolet.  Człowiek  podniósł  rękę  nakazując  nam 
zaczekać. I w tym momencie go rozpoznaliśmy. 

- Doktor Wierchowcew! - zawołała Alicja. - Bez kapelusza. 

- Tak, to on - powtórzył kapitan, schylając się do mikrofonu: - Zielony, start! 

Nasz „Pegaz” błyskawicznie zareagował na słowa kapitana, zakołysał się z lekka, ryknęły 

silniki, wznosiliśmy się w powietrze. 

- Brawo, Zielony - rzekł Połoskow. 

- Kto to był? 

- Wierchowcew - odpowiedział kapitan. 

background image

„Pegaz”  zawisł  na  sekundę  nad  polaną  i  doktor  Wierchowcew  cofnął  się  pod  osłonę 

zarośli. Gniewnie wymachiwał rękami. 

- Bo co? - krzyknęła Alicja, choć tamten nie mógł nas usłyszeć. - Za krótkie ręce? 

- Alicjo - powiedziałem z wyrzutem - czy tak należy zwracać się do starszych? 
Połoskow parsknął śmiechem. 

- Bez kapelusza - mówiła Alicja, puszczając mimo uszu moją uwagę. - Zgubił go. Tak mu 

było pilno. 

„Pegaz”  przechylił  się  biorąc  kurs  na  polanę,  niebawem  nasz  wróg  był  już  tylko  małą 

mrówką, mimo to zauważyłem, jak spiesznie wracał do swego statku. 

-  Teraz  -  rzekł  Połoskow  -  zarobiliśmy  trochę  czasu.  Zanim  wrócą  na  swój  statek, 

pozamykają luki i uruchomią silniki, minie pół godziny. I tyle właśnie mamy na znalezienie 
Drugiego Kapitana. Niełatwa sprawa. 

- Chcieli nas schwytać - powiedziała Alicja - a nam w to graj. Przynajmniej wiemy, że nie 

ma ich na polanie. 

Kolista polana była już pod nami. Kapitan nakierował „Pegaza” dokładnie na jej środek. 

Gdy  schodziliśmy  do  lądowania,  zauważyłem  mnóstwo  lśniących  punkcików,  jak  gdyby  na 
polanie iskrzył się szron. A w miarę zniżania się coraz wyraźniej było widać, że to nie szron, 
lecz odłamki rozbitych zwierciadeł. Nasze przewidywania okazały się słuszne, nieprzyjaciel 
zdążył zniszczyć wszystkie kwiaty. 

„Pegaz”  już  dotykał  trawy,  wyrzucił  amortyzatory  i  Alicja  pierwsza  odpięła  pasy.  Nie 

mogła się doczekać chwili, kiedy wybiegnie na polanę. Wtem  „Pegaz” drgnął, zachwiał się, 
Alicja potoczyła się na ścianę. Zielony krzyknął z dołu: 

- Co się dzieje? 
A  potem  nastąpił  jeden  gwałtowny  wstrząs,  drugi,  trzask  amortyzatorów  -  nasz  statek 

spadał w jakąś przepaść. Chciałem odpiąć pasy, znaleźć Alicję i pomóc jej, ale jeszcze jeden, 

ostatni wstrząs  ogłuszył  mnie, a gdy oprzytomniałem,  „Pegaz” stał przechylony w  głębokiej 
ciemności. 

Było bardzo cicho. 

- Alicjo! - zawołałem, nie mogąc w pośpiechu poradzić sobie ze sprzączkami. - Alicjo, co 

z tobą? 

- Nic, normalnie - odpowiedziała spokojnym tonem. - Trochę się potłukłam. 
Z daleka doszedł nas głos Zielonego: 

- O rany! Gdzieś ty nas wpakował, Połoskow? Teraz już się stąd nie wygramolimy. 

- Żyjesz? - spytał kapitan. 

- Żyję. Ale co się w końcu stało? Zlecieliśmy z góry? 

-  Gorzej  -  odpowiedział  Połoskow  i  włączył  awaryjne  oświetlenie  sterowni.  Skale 

przyrządów na pulpicie rozbłysły niczym gwiaździste niebo. - Zapadliśmy się pod ziemię. 

background image

Uświadomiłem  sobie  nagle,  że  wszystkiemu  ja  jestem  winien.  Miałem  obowiązek 

uprzedzić kapitana o tym, co widzieliśmy w zwierciadle kwiatu. 

- Łeb mi ukręcić, to jeszcze za mało! - wybuchnąłem. - Przecież cztery lata temu zamiast 

polany była w tym miejscu betonowa płyta! 

- To prawda - potwierdziła Alicja. 
Znalazła mnie w półmroku, skuliła się na ukośnej podłodze i wzięła mnie za rękę. 

- Oczywiście, że była tam płyta - dodała. - I zapomnieliśmy powiedzieć o niej kapitanowi. 

- Jaka płyta? 
Zdałem mu dokładną relację z tego, co oglądaliśmy w zwierciadle. 

- Nigdy bym nie zdecydował się na lądowanie, gdybym wiedział o tym wcześniej. 
Był bardzo zmartwiony. Każdy kapitan martwi się, gdy jego statek spotyka coś złego. 

-  No  trudno,  płakać  nie  będziemy  -  Połoskow  umiał  panować  nad  sobą.  -  Zielony, 

słyszysz mnie? 

- Słyszę. 

- Weź ze składziku latarki i sprawdź, czy uszkodzenia w maszynowni są bardzo poważne. 

- Już sprawdzam. 
Połoskow  naciskał  guziki  kontrolując  stan  przyrządów  i  maszyn  „Pegaza”.  Był 

zadowolony z kontroli. 

-  Moim  zdaniem  -  stwierdził  -  poważnych  uszkodzeń  nie  ma.  Tyle  tylko,  że  podczas 

upadku złamał się jeden z amortyzatorów. Trzeba wyjść na zewnątrz i zobaczyć, czy naprawa 
jest możliwa. Ja pójdę, a wy zostaniecie na pokładzie. 

- Nie ma mowy - zaprotestowałem. - Ty jesteś na statku osobą niezbędną. Gdyby się coś 

stało, „Pegaz” nigdy się stąd nie wydostanie. Ja pójdę. 

- Ja! - zawołał z maszynowni Zielony. 

- I ja też - oświadczyła Alicja. 
Skończyło się na tym, że do luku pomaszerowaliśmy wszyscy razem. 

-  To  dziwne  -  rzekł  Połoskow,  otwierając  luk.  -  Jeżeli  wpadliśmy  w  jamę,  to  z  góry 

powinno padać światło. A tutaj panują egipskie ciemności. 

- Może wpadliśmy bardzo głęboko? - spytała Alicja. 

- Nie. Gdyby tak było, poszłyby wszystkie amortyzatory. Jama nie jest głęboka. 
Otworzył luk. Dokoła zalegała ciemność. 

- No widzicie - powiedział. - Zielony, daj latarkę. 

- Oj - wykrzyknął mechanik - zaraz, coś mnie trzyma za nogę. 
Nim zdążyłem przyjść mu z pomocą, sam już zapalił latarkę i wodził nią dokoła, szukając 

napastnika. 

Był  to  jednak  tylko  biedny  indykator.  Przerażony  ciemnością,  zdołał  jakoś  otworzyć 

klatkę i dogonił nas przy luku. W świetle latarki był jaskrawożółty. Dygotał ze strachu tuląc 
się do nogi Zielonego. 

background image

Połoskow  wziął  od  mechanika  latarkę  i  skierował  przed  siebie  silny  strumień  światła. 

Wszędzie  gęsty  mrok  -  widocznie  jama,  do  której  wpadliśmy,  była  bardzo  rozległa.  Potem 
światło przesunęło się w górę i zobaczyliśmy nad sobą gładką powierzchnię. 

- Jak w czajniku - powiedział kapitan. - Wpadliśmy do środka i pokrywka się zamknęła. - 

Jeszcze raz powiódł dokoła latarką. - Nikogo tu nie ma. I nie było od dawna. 

Spuścił trap i zszedł na dół. Postukał obcasem w ziemię i rzekł odwracając się do nas: 

- Kamień. Można chodzić. 
Zeszliśmy  za  nim.  Kapitan  przeprowadzał  oględziny  statku,  badając  uszkodzony 

amortyzator, a ja tymczasem skierowałem ponownie reflektor w górę. I niebawem znalazłem 
to, czego szukałem - cienką kreskę, zaznaczającą kolistą krawędź kamiennej płyty. Połoskow 
trafnie to określił - pokrywa otworzyła się pod naciskiem lądującego „Pegaza” i natychmiast 
zamknęła się za nim. 

Trzymając  przed  sobą  latarkę,  okrążyłem  statek  z  drugiej  strony.  Wszędzie  ta  sama 

ciemność.  Włączyłem  reflektor  na  pełną  moc  i  wtedy  promień  światła  musnął  w  głębi  coś 

czarnego. 

- Pójdę kawałek w tę stronę - powiedziałem głośno, by kapitan usłyszał. - Tam coś jest. 

- Zaczekaj, tatku, idę z tobą - Alicja podbiegła do mnie, trzymając w ręku dużą latarkę. 
Uszliśmy  ze  dwadzieścia  kroków,  przyświecając  sobie  reflektorem,  i  naraz  oboje 

zdaliśmy sobie sprawę, że prócz „Pegaza” stoi w tej jamie jeszcze jeden statek kosmiczny. A 
gdy zbliżyliśmy się jeszcze o kilkanaście kroków, Alicja odczytała jego nazwę: 

- „Błękitna Mewa”. 

-  Połoskow!  -  zawołałem,  a  głos  mój,  odbijając  się  wielokrotnym  echem  od  ścian, 

zadudnił jak w beczce. - Połoskow! Zielony! Znaleźliśmy Drugiego Kapitana! 

Usłyszałem  przytłumiony  tupot  -  Połoskow  i  Zielony  biegli  ku  nam.  Jaskrawo  białe 

plamy reflektorów kołysały się w takt ich poruszeń. 

- Gdzie?! 

Statek „Błękitna Mewa” wznosił się przed nami. Był szary od kurzu, osiadającego na nim 

w  ciągu  kilku  lat.  Wydawał  się  martwy,  opuszczony  przez  ludzi.  Na  luku  wisiała  wielka 
kłoda. 

- Nareszcie widzimy, co się stało - powiedziałem. 

-  Wpadł  do tej jamy  -  zastanawiał  się Połoskow  -  i  widocznie z jakiegoś  powodu Drugi 

Kapitan nie mógł się stąd wydostać. 

- To i my nie damy rady - mruknął ponuro Zielony. - I resztę życia spędzimy w tej jaskini. 

A nie mówiłem: lećmy wezwać pomoc. Ostrzegałem. 

-  Tylko  bez  paniki  na  pokładzie  -  skarcił  go  surowo  kapitan.  -  Na  pewno  się  stąd 

wydostaniemy. A teraz proponuję wejść do środka „Błękitnej Mewy”. Skoro ją znaleźliśmy, 
doprowadźmy rzecz do końca. 

- Luk jest zamknięty - powiedziałem. - Trapu też nie ma. 

background image

Wtem nad naszymi głowami zabłysło światło. Tak oślepiające, że wszyscy zmrużyliśmy 

oczy.  Gdy  je  otworzyłem,  z  wysokiego  sklepienia  spadała  na  nas  wielka  sieć.  W  sekundę 
później zostaliśmy w nią schwytani jak pisklęta. Gdy próbowaliśmy się wyplątać, szamocąc 
się i przeszkadzając sobie wzajemnie, z góry doleciał grzmiący głos: 

- Nie ruszać się! Jesteście pojmani! 
Osłoniwszy dłonią oczy przed rażącym blaskiem, popatrzyłem w stronę, skąd dochodził 

głos.  Po  równym  błyszczącym  podłożu  jaskini  szli  ku  nam  grubas  o  przezwisku  Wesołek 
Ypsilon oraz doktor Wierchowcew, teraz już w kapeluszu. W rękach trzymali wymierzone w 

nas pistolety. 

Z drugiej strony zbliżali się dwaj inni mężczyźni w czarnych skórzanych mundurach. 

- Rzuć broń! - rozkazał grubas. - No, do kogo mówię? 

- Rób, co każe - szepnąłem do Połoskowa, bowiem tylko on miał przy sobie broń. 
Kapitan wyjął pistolet z kabury i rzucił na ziemię. Rozległ się głośny brzęk. Sieć zaczęła 

się podnosić. 

Przez tych kilka sekund, zanim tamci podeszli do nas, zdążyłem się rozejrzeć. Pułapka, w 

którą wpadł nasz „Pegaz”, była ogromną, lecz niezbyt wysoką jaskinią. W pewnej odległości 
od  siebie  stały  dwa  pojazdy  kosmiczne  -  „Pegaz”  i  „Błękitna  Mewa”.  Pomiędzy  nimi, 
oświetleni ostrym blaskiem reflektorów, wyglądaliśmy jak mrówki na podłodze wielkiej sali. 

Spojrzałem na moich przyjaciół. Połoskow patrzył na zbliżających się wrogów, usta miał 

tak  zaciśnięte,  że  tworzyły  wąską  kreskę.  Zielony  zwinął  pięści  i  stał  osłaniając  plecami 
Alicję.  Alicja  przycisnęła  się  do  mnie.  A  z  drugiej  strony  tulił  się  do  mojej  nogi  żółty  ze 

strachu indykator. 

- No i tuście mi, ptaszki - powiedział Wesołek Ypsilon. - Poszło jak po maśle. 

Mówił  bez  złości,  nawet  się  uśmiechał.  Za  to  doktor  Wierchowcew,  który  tymczasem 

zdążył  się  przebrać  -  zdjąć  skafander  i  włożyć  swój  kapelusz  -  twarz  miał  nieruchomą  jak 
maska, a jego wzrok wydawał się pusty. 

Alicja odsunęła się o pół kroku. 

- Dokąd? - spytałem. 

- Tu jestem - szepnęła. 

Dwaj  ludzie  w  czarnych  mundurach  trzymali  nas  na  muszce,  gdy  Wierchowcew,  na 

rozkaz  grubasa,  zbliżył  się  i  podniósł  pistolet  kapitana.  Następnie  obmacał  nas  zimnymi 
rękami i sprawdził kieszenie. 

- W porządku - rzekł cicho - więcej broni nie mają. 

-  Bo  i  do  czego  im  broń?  -  roześmiał  się  grubas.  -  Oni  przecież  łapią  siecią  motyle.  A 

teraz  sami  w  sieć  się  złapali.  Tak  samo,  jak  tamten.  -  Wesołek  Ypsilon  wskazał  grubym 

serdelkowatym paluchem „Błękitną Mewę”. - Sami się złapali! Nikt ich nie zwabiał! - I znów 
ryknął śmiechem. A potem rozkazał: - Wszystkim założyć kajdanki! 

Widocznie kajdanki były przygotowane zawczasu. 

background image

Jeden  z  ludzi  w  czarnych  mundurach  otworzył  wiszącą  na  ramieniu  torbę  i  wyjął  pęk 

błyszczących bransolet. 

Przebierał  je,  rozdzielając  parami,  a  grubas  tymczasem,  zbliżywszy  się,  wymierzył  we 

mnie tłusty paluch. 

- No i co, nie chciałeś mi oddać bajdura, profesorze? 

- Nie chciałem. 

-  Spójrz  na  niego  -  grubas  odwrócił  się  do  Wierchowcewa.  -  Żałował  staremu 

przyjacielowi bajdura! A gdzie teraz jest ptaszynka? 

- Nie wiem - odparłem, doskonale rzecz jasna wiedząc, że bajdur jest na statku. 
Widocznie jednak grubasowi wciąż na nim zależało, gdyż nakazał pomocnikom: 

- Przeszukać „Pegaza”! 
A potem, znów odwracając się do mnie, dodał: 

-  Za to,  że powiedziałeś  mi nieprawdę, profesorze, zostaniesz ukarany.  I to  srodze. Moi 

ludzie umieją to robić. Ale nie zaraz jeszcze, nie zaraz... Włożyć im kajdanki. Nie dowierzać 
ani przez chwilę. 

Człowiek  w  czarnym  mundurze  podszedł  do  mnie  i  szczęknął  kajdankami.  Ręce  moje 

były skute. 

- Następny! - rozkazał Wesołek Ypsilon. 
Jego  pomocnik  zbliżył  się  do  Połoskowa.  Poruszał  się  tak  rytmicznie  i  działał  tak 

precyzyjnie, że zacząłem podejrzewać, czy nie jest robotem. 

- Następny! 
Kajdanki szczęknęły na rękach Zielonego. 

- Następny! 
Człowiek w czerni pochylił się nad indykatorem i nagle zatrzymał się niezdecydowany. 
Indykator  miał  dziesięć  nóżek  i  wszystkie  tak  cieniutkie,  że  nie  sposób  ich  było  skuć 

kajdankami. 

-  Głupiec!  -  rzucił  grubas.  -  Załóż  dziewczynce!  -  Obejrzał  się:  -  A  gdzie  jest 

dziewczynka? 

Alicji nigdzie nie było. 

background image

W NIEWOLI 

 

-  Gdzie jest  dziewczynka?  -  gorączkował  się Wesołek Ypsilon i  uśmiech zniknął z jego 

twarzy, a krótkie tłuste łapska miotały się i trzepały jakby samoistnie poza korpusem. Dziwne 
to sprawiało wrażenie. 

- Jaka dziewczynka? - zapytał człowiek w czarnym mundurze. 

-  Była  tu!  -  wrzeszczał  grubas.  -  Nazywała  się...  zaraz,  jakie  ona  miała  imię?  -  Wyjął  z 

kieszeni notes i przesylabizował: - A-li-cja. Gdzie jest Alicja? - tym razem spoglądał na mnie. 

- Co za Alicja? - udawałem obojętność, głowiąc się równocześnie nad tym, w jaki sposób 

zdołała się wymknąć. Jesteśmy widoczni jak na dłoni, nie ma się gdzie ukryć. 

-  Była tu  dziewczynka  -  upierał  się  grubas.  -  Widziałem  ją. A ty nie widziałeś?  -  spytał 

Wierchowcewa, który stał zwiesiwszy ręce i wydawało się, że śpi z otwartymi oczami. 

Człowiek w czerni, wysłany na nasz statek, wracał niosąc bajdura. Trzymał go za nogi, 

głowa ptaka majtała się tuż nad ziemią. 

- Aa, znalazłeś - ucieszył się grubas. - Ukręć mu łeb. 

- Co? 

- Powiadam, ukręć mu łeb. Nie jest już nam potrzebny. 

- Wykluczone! - żachnąłem się. - Nie wolno wam tego uczynić. Jest to być może ostatni 

bajdur na świecie. 

Indykator  posiniał  z  oburzenia  i  skoczył  na  swych  cienkich  nóżkach  bajdurowi  na 

ratunek. Ale Wesołek Ypsilon spostrzegł to i zarechotał: 

-  Co, ty też się pchasz?  -  i  zadziwiająco zwinnie jak na takiego tłuściocha wykręcił się, 

podstawiając mu nogę. 

Indykator upadł i sczerniał z obrazy. 

- No, na co czekasz? - niecierpliwił się grubas. - Mówiłem przecież, że nie zależy nam na 

bajdurze. Ukręć mu łeb. 

Nie  wiem,  czy  ptak  zrozumiał  słowa  grubasa,  lecz  nagle  zatrzepotał  w  ręku  swego 

oprawcy i przemówił głosem, którego nie znaliśmy: 

-  Ptak  bajdur,  jako  unikalny  i  niezwykle  ciekawy  gatunek,  zostaje  niniejszym  objęty 

ochroną na planecie Błuk. Zabrania się polowań na bajdury, a ci, którzy pogwałcą ten zakaz, 
będą ukarani grzywną oraz potępieni przez opinię publiczną. 

-  Zatkaj  mu  wreszcie  dziób!  -  wrzasnął  Wesołek  Ypsilon.  -  I  bez  niego  mam  dosyć 

kłopotów! 

Nagle  stała  się  rzecz  absolutnie  niepojęta.  Człowiek  w  czarnym  mundurze  podniósł 

bajdura za nogi nieco wyżej, już miał go ścisnąć za gardło i w tym momencie runął jak długi 
na ziemię, krzyknął i wypuścił ptaka z rąk. Bajdur wywinął w locie koziołka i wzbił się pod 

sklepienie. 

- Strzelaj! - ryknął grubas wyszarpując pistolet. 

background image

Huknęły strzały. Kilka razy kule niemal otarły się o bajdura, lecz ptak uchylał się zwinnie 

i pofrunął w daleki nie oświetlony koniec jaskini. 

Ludzie w czerni puścili się za nim w pogoń, lecz Wesołek ich zatrzymał: 

- Nie ma sensu go ścigać! Trzeba było mocno trzymać, gamonie! Dlaczego się wywaliłeś 

jak długi? 

-  Wcale  się  nie  wywaliłem  -  odpowiedział  człowiek  w  czarnym  mundurze.  -  Ktoś  mnie 

pchnął. 

- Milcz! - wybuchnął grubas i jego galaretowate policzki zatrzęsły się ze złości. - Jak mi 

tu będziesz łgać, to ja cię pchnę, ale tak, że się już nie podniesiesz! Nie warto się uganiać za 
ptakiem. Zabłądzi i zgubi się w tunelach. Szkoda czasu. Mamy co innego do załatwienia. 

Odwrócił się do cichej, martwej „Błękitnej Mewy” i zapytał, jak gdyby statek mógł mu 

odpowiedzieć: 

- Słyszysz mnie? 

Milczenie. 

- Nie odpowiadasz. Nie, to nie. Ja i tak wiem, że nas słyszysz. Siedzisz tam i obserwujesz, 

zastanawiasz  się,  dlaczego  ściągnąłem  tutaj  „Pegaza”.  Ano  dlatego,  żeby  cię  zmusić  do 

kapitulacji. 

Podszedł bliżej do statku i kontynuował swój wywód: 

- Cztery lata nie chcesz się poddać. Cztery lata trwasz w przekonaniu, że ocalą cię twoi 

przyjaciele. Cztery lata nie wierzysz, że nikt nie ma pojęcia, co się z tobą stało. Cztery lata nie 
tracisz nadziei, że twój parszywy ptak dotarł na Wenus. Myślałem już, że powoli zemrzesz w 
tej swojej klatce. Ale dziś wszystko się zmieniło. Dziś otworzysz drzwi na pokład i oddasz to, 
co mi się prawnie należy. Słyszysz mnie, kapitanie? 

Nikt nie odpowiedział. Głos jego rozlegał się w podziemiu i tylko ściany odpowiadały mu 

dalekim echem. Echo umilkło i grubas zaczerpnął tchu. 

- Gdzie jest dziewczynka? - wymamrotał. - Bardzo mi potrzebna ta dziewczynka. 

Doktor  Wierchowcew  stał  nie  opodal  i  patrzył  w  ziemię.  Dwaj  inni  w  czarnych 

mundurach cofnęli się nieco w bok, trzymając pistolety gotowe do strzału. 

- Wiem, że mnie słyszysz, kapitanie - podjął na nowo Wesołek Ypsilon. - Zaszyłeś się w 

swojej norze, chcesz przeczekać. Spójrz w iluminator. Stoją przed tobą trzej ludzie z Ziemi - 
głupi  profesor,  który  ugania  się  po  Galaktyce  w  poszukiwaniu  zwierząt,  jakby  lepszego 
zajęcia nie mógł sobie wymyślić, trusia kapitan i durny mechanik z rudą brodą. 

Mimo że słyszałem, co dzieje się wokół mnie, pochłaniała mnie przede wszystkim myśl o 

Alicji. Dokąd się ulotniła? Gdzie się teraz ukrywa? 

- Tyle lat rzucasz mi kłody pod nogi - mówił grubas, patrząc na „Błękitną Mewę”. - Ale 

dziś  jest  moje  święto.  Dziś  oddasz  mi  formułę.  Słyszysz?...  Milczy  -  rzekł  innym  tonem, 

ciszej.  - Namyśla się.  Zaraz go popędzimy. Szkoda tylko,  że dziewczynka gdzieś przepadła. 
Gdyby była, łatwiej dopiąłbym swego. 

background image

Wyjął z kieszeni dużą chustkę i otarł spocone czoło. 

- Posłuchaj, kapitanie - zaczął znów - jeżeli w ciągu trzech minut nie otworzysz luku i nie 

oddasz  mi  formuły,  każę  zabić  wszystkich  moich  jeńców.  Nie  od  razu  jednak.  O  nie. 
Najpierw obetniemy uszy głupiemu profesorowi. On mi się najbardziej naraził, nie chciał mi 
oddać bajdura! A potem... 

-  Zaczekaj,  piracka  baryło  -  rozległ  się  nagle  głos  Drugiego  Kapitana.  Głos  bardzo 

znajomy, słyszeliśmy go po wielekroć - bajdur był przecież niezrównanym imitatorem. 

- No wreszcie - powiedział Wesołek Ypsilon. 

- Tak czy owak nie ma dla ciebie miejsca w Galaktyce - mówił Drugi Kapitan. - Tak czy 

owak  znajdą  cię  i  schwytają,  gdziekolwiek  się  ukryjesz.  Lepiej  więc  zrób,  jak  ci  radzę  - 
poddaj się... 

- Zamilcz! - przerwał mu grubas. - W ten sposób się nie dogadamy. Dzięki tobie i dzięki 

twym  przyjaciołom  już  prawie  wszystko  straciłem.  Lecz  tego  ostatniego  ci  nie  oddam. 
Galaktyt będzie mój. 

- Jak ci nie wstyd, piracie! - rzekł Drugi Kapitan. - Choć ty przecież nie masz wstydu. 
Niewiele  rozumieliśmy  z  tej  rozmowy.  Jedno  tylko  nie  ulegało  wątpliwości  -  kapitan 

posiadał  coś, na  czym  niesłychanie zależało  grubasowi.  I  czego nie mógł  zdobyć, nie mógł 
mu  odebrać.  Słowo  „galaktyt”  nic  mi  nie  mówiło.  Nigdy  przedtem  go  nie  słyszałem.  Ale 

kapitan „Błękitnej Mewy” za nic nie chciał tego galaktytu oddać. 

-  Tracimy  tylko  czas  -  powiedział  grubas.  -  Nie  interesują  mnie  twoje  myśli  i  nastroje. 

Wstyd to cecha słabych. My, silni, nie znamy wstydu. Mów - oddasz mi formułę galaktytu? 

- Muszę porozmawiać z tymi ludźmi - odparł Drugi Kapitan. 

- Nie, na to się nie zgodzę. Wiem z góry, że postaracie się wywieść mnie w pole. Otwórz 

natychmiast  luk  i  oddaj  mi  formułę  galaktytu.  A  ja  obiecuję  zwrócić  wolność  tobie  i  tym 
ludziom.  Jeśli  nie  uczynisz  zadość  memu  żądaniu,  będziesz  przez  długie  dni  skręcał  się 
słuchając ich krzyków. A przecież ty masz i wstyd, i sumienie. 

-  Nic  z  tego,  grubasie  -  rzekł  Drugi  Kapitan.  -  Od  chwili  gdy  cztery  lata  temu 

wylądowałem  na  tej  planecie,  próbowałeś  za  pomocą  tysiąca  sztuczek  wydobyć  ode  mnie 
formułę absolutnego paliwa, wszystkie jednak zawiodły. I dziś nie będzie inaczej. Wiesz, co 
uczynię? 

- Co? 

-  Wysadzę  „Błękitną  Mewę”.  Zginę  wraz  z  nią,  lecz  galaktytu  nie  dostaniesz.  Gdyby 

absolutne paliwo trafiło do twych rąk, wyrządziłbyś tyle zła, że mieszkańcy Galaktyki przez 
dziesięć lat nie zdołaliby go naprawić. 

- Racja - rzekł Wesołek Ypsilon. - Jeśli jednak sądzisz, że wysadzając „Błękitną Mewę” 

ocalisz profesora i jego ludzi, to się grubo mylisz. Daję ci uroczyste słowo Czarnej Mgły, że 
na pewno zginą. Na cóż mi kłopot z jeńcami? Jeżeli zwrócę im wolność, poinformują o mojej 
planecie  Galaktyczną  Służbę  Bezpieczeństwa  i  nie  minie  miesiąc,  jak  zaczną  na  mnie 

background image

polować wszystkie krążowniki w Galaktyce. O nie, niechaj do czasu jeszcze uważają mnie za 
nieżyjącego. 

-  Tym  bardziej  więc  mogę  opowiedzieć  wszystko  twym  jeńcom.  Nie  znałem  ich 

przedtem, a skoro trzymasz ich w niewoli, to znaczy, że są ludźmi szlachetnymi. Zobaczymy, 
co orzekną po wysłuchaniu mej opowieści. 

- Nie! - krzyknął grubas. 

-  Nie  krzycz!  -  rzekł  spokojnie  kapitan.  -  Co  ci  tak  pilno?  Zawsze  zdążysz  spełnić  swą 

groźbę. 

-  Niech  mówi  -  wtrącił  się  niespodzianie  doktor  Wierchowcew.  -  Widział  przecież,  że 

mieli na statku bajdura. Niech mówi - ani jego, ani tamtych to nie uratuje. 

Grubas rozłożył ręce. 

-  Posłuchaj,  profesorze,  i  wy  posłuchajcie  wszyscy.  Było  nas  trzech  -  trzech  kapitanów. 

Wiele lat temu doszła nas wieść, że w Galaktyce zaczęli grasować piraci. Potrzebne im były 
pieniądze,  kosztowności,  chcieli  posiąść  władzę.  Chcieli  zostać  panami  Galaktyki. 
Dowiedzieliśmy  się  o  tym,  gdy  napadli  na  planetę  Triada  i  uprowadzili  stamtąd  pojazd 
kosmiczny.  A  doścignęliśmy  ich,  gdy  zagarnęli  drugą  planetę,  czyniąc  jej  mieszkańców 
swymi niewolnikami. Tam też zaczęli potajemnie budować krążownik wojenny, by napadać 
na  statki  handlowe.  Zbyt  długo  trzeba  by  opowiadać  o  tym,  w  jaki  sposób  wyśledziliśmy 
piratów, dostaliśmy się na ujarzmioną planetą i wznieciliśmy na niej bunt przeciw agresorom. 

- Wzięliście nas podstępem - warknął grubas. 
Doktor Wierchowcew machnął ręką. 

- Niech mówi. Niewiele mu czasu zostało na gadanie. 

- I oto - ciągnął kapitan, odczekawszy, aż tamci umilkną - dwóm piratom udało się zbiec. 

Przez kilka lat ukrywali się tutaj, na peryferiach Galaktyki, z dala od szlaków kosmicznych. 
Wszyscy już zapomnieli o piratach. 

- Ale my niczego nie zapomnieliśmy - powiedział grubas. 

- Tak - przyznał Drugi Kapitan - oni nie zapomnieli i nie wyrzekli się swoich planów. A 

najbardziej, ponad wszystko inne, pragnęli zemścić się na nas - trzech kapitanach. 

- I zemściliśmy się - wtrącił znów Wesołek Ypsilon. 

-  Nie  bądź  taki  pochopny.  To  jeszcze  nie  koniec.  Skończy  się  waszą  przegraną.  Nie 

możecie podbić całej Galaktyki. 

- Podbijemy! - zawołał grubas. 
Drugi Kapitan jakby nie słyszał jego słów. 

-  Minęły  lata.  Nadszedł  czas,  że  trzej  kapitanowie  się  rozstali.  Pierwszy  poleciał  na 

Wenus.  Trzeci  postanowił  dotrzeć  do  sąsiedniej  Galaktyki,  na  co  nikt  dotychczas  się  nie 
odważył. Poświęcił się badaniom naukowym. I oto pewnego razu otrzymałem od niego list. 
Zawiadamiał  mnie,  że  wraca  już  z  wyprawy.  List  ten  był  dużym  zaskoczeniem,  nikt  nie 
spodziewał  się  tak  szybkiego  powrotu.  Przyjaciel  prosił  mnie,  bym  oczekiwał  go  na 

background image

peryferiach  Galaktyki,  gdyż  ma  dla  mnie  niezwykle  ciekawe  nowiny.  Rzuciłem  więc 
wszystko i pospieszyłem na to spotkanie. 

- Ale Trzeci nie wiedział, że przejęliśmy ten list - zachichotał grubas zacierając dłonie - i 

poznaliśmy jego treść. 

-  Tak  -  rzekł  Drugi  Kapitan  -  przejęli  list  Trzeciego,  gdyż  nieszczęśliwym  zbiegiem 

okoliczności ukrywali się właśnie na tej planecie, ku której z różnych stron spieszyliśmy ja i 

mój przyjaciel. On był ciężko chory. Długotrwały lot, którego nie podejmował jeszcze żaden 
mieszkaniec naszej Galaktyki, podkopał jego zdrowie tak dalece, że obawiał się, iż nie zdoła 
dotrzeć  do  Ziemi  bądź  do  swej  ojczystej  planety  Fiks.  A  przywoził  niezwykle  cenne 
informacje.  Mieszkańcy  najbliższej  Galaktyki  ofiarowali  mu  formułę  galaktytu  -  paliwa 
absolutnego.  Statek  o  napędzie  galaktytowym  osiąga  szybkość  sto  razy  większą  niż 
najszybsze  statki  kosmiczne.  Tym  samym  odległość  między  planetami  stanie  się  tak 

niewielka  jak  między  sąsiadującymi  ze  oba  miastami.  Mieszkańcy  tamtej  Galaktyki 
zatankowali  statek  mego  przyjaciela  galaktytem  i  dali  mu  jego  formułę,  abyśmy  i  my 
korzystali  z  ich  odkrycia.  Trzeci  Kapitan  doleciał  do  tej  planety,  nie  podejrzewając,  że  jest 

ona schronieniem piratów, i tu wylądował. Był tak wyniszczony chorobą, że nie mógł dłużej 
prowadzić  statku.  Piraci  doskonale  widzieli  statek,  obserwowali  go,  trzymali  się  jednak  z 
daleka. Postanowili zaczekać na mój przylot i dowiedzieć się, co za ważne nowiny przywiózł 
Trzeci  Kapitan.  Gdy  był  nieprzytomny,  zakradli  się  na  pokład,  zainstalowali  podsłuch,  by 
znać treść naszych rozmów, a statek ostrożnie przetransportowali na tę polanę. 

- Musisz przyznać, że dobrze przygotowaliśmy się na twój przylot - przerwał mu Wesołek 

Ypsilon. 

- Gdy wylądowałem obok statku mego przyjaciela, znalazłem go w bardzo ciężkim stanie. 

Opowiedział  mi  o  swej  wyprawie  i  o  formule  galaktytu.  Byłem  świadomy,  że  przede 
wszystkim winienem zawieźć kapitana na Ziemię, gdzie go potrafią wyleczyć, i równocześnie 
wiedziałem, że nie wytrzyma podróży kosmicznej. Postanowiłem więc zostać z nim, dopóki 
nie  poczuje  się  trochę  lepiej.  Wróciłem  na  swój  statek  po  lekarstwa,  ale  piraci  otworzyli 
tymczasem z góry przygotowaną pułapkę i oba nasze statki wpadły do tej podziemnej jaskini. 

- Fantastycznie to było pomyślane - rzekł grubas. 

-  Tak  -  odpowiedział  kapitan.  -  Bali  się  zaatakować  mnie  na  powierzchni.  Zanim 

zrozumiałem, co się stało, „Błękitna Mewa” była już w podziemiu. Zabłysło światło i zbliżył 
się do niej ten typ, który stoi obok was. Poznałem go natychmiast i domyśliłem się, że piraci 
mnie  przechytrzyli.  Zaproponowali  mi  wolność  w  zamian  za  formułę  galaktytu.  W  lot 
skombinowali,  że  to  paliwo  da  im  całkowitą  bezkarność,  krążowniki  Galaktycznej  Służby 

Bezpieczeństwa  nie  będą  w  stanie  ich  doścignąć,  i  dzięki  temu  wszystkie  statki  handlowe 
staną się łatwym dla nich łupem. Ja zaś wiedziałem swoje - za nic w świecie nie oddam im 
formuły i nigdy nie dostaną mnie żywego. Zamknąłem luk na cztery spusty i nie wpuściłem 
ich na pokład „Błękitnej Mewy”. 

background image

- A co się stało z Trzecim Kapitanem? - zapytał Połoskow. 

-  Próbowali pociąć statki  i  wziąć nas do niewoli. Udało  im się to  ze statkiem Trzeciego 

Kapitana. Mój przyjaciel został przez nich pojmany i zapewne uśmiercony. 

- Nieprawda - przerwał grubas. - Nieprawda. On umarł. Wiesz, jak ciężko był chory. Gdy 

przecięliśmy statek, już nie żył. 

- „Błękitnej Mewy” nie zdołali rozciąć. Jest wykonana z diamentowego stopu. A na moim 

pokładzie  był  bajdur,  którego  podarował  mi  Pierwszy  Kapitan.  Zawarliśmy  następującą 
umowę: jeżeli zdarzy się coś złego, wypuszczę bajdura, każąc mu lecieć na Wenus i odszukać 
Pierwszego. A on już wie, jak nakłonić ptaka, by opowiedział, gdzie i co się ze mną stało. 

- Myśmy tego nie umieli - powiedziałem. - Coś niecoś z niego wydobyliśmy, ale niestety 

zbyt mało. 

- A w jaki sposób trafił do was? - zapytał Drugi Kapitan. 

- Był ranny. Widocznie ścigali go piraci. 

- Tak jest - przyznał grubas. 

-  Uciekł  im  jednak.  A  na  planecie  Szelezaka  roboty  wstawiły  mu  znakomitą  protezę  na 

miejsce okaleczonego skrzydła. 

-  Podziękowaliśmy im za to  zatruwając  wszystek smar w cysternie.  Leżą teraz pokotem 

sparaliżowane - roześmiał się grubas, aż zatrzęsły mu się zwisające podbródki. 

- Pomogliśmy im - odparłem. - Są wyleczone. 

- Jak to? 

- Byliśmy na tej planecie i wyleczyliśmy roboty. 

- Przekleństwo! - krzyknął grubas. 

-  Niestety,  bajdur  mając  sztuczne  skrzydło  nie  mógł  dolecieć  do  Układu  Słonecznego  - 

mówiłem dalej. - Z ledwością dotarł do swej rodzinnej planety. 

- Szukaliśmy go tam - wyznał grubas. - Wspólnie z mym przyjacielem. - Wskazał doktora 

Wierchowcewa. 

- Zdrajco! - warknął posępnie Zielony. - Jeszcze dobierzemy ci się do skóry! 

- Zamknij się! - pogroził mu pięścią - Wesołek Ypsilon. - Wytępiliśmy wszystkie bajdury 

na planecie Błuk. Różnymi sposobami - przez wykup, wymianę, kradzież. Chcieliśmy nawet 
pozbawić planetę tlenu. 

- Za pomocą białych robaków? - spytałem. 

- Tak. Niestety, to się nam nie powiodło. Bajdur też zupełnym przypadkiem trafił do tych 

półgłówków, a oni przyleźli tutaj. Nie słuchali naszych ostrzeżeń. Sami są sobie winni. Teraz 
zapłacą życiem. 

-  Nie  obawiajcie  się  -  rzekł  Drugi  Kapitan.  -  Nie  odważą  się  zrobić  wam  nic  złego.  To 

przecież tchórze. Wszyscy piraci świata nie zdołają pokonać trzech kapitanów. Nawet osobno 
nie mogli nas zwyciężyć. 

background image

-  Właśnie  że  tak!  -  zawołał  grubas.  -  Trzeci  Kapitan  nie  żyje.  Ty  cztery  lata  siedzisz  w 

niewoli. A jak tylko zdobędziemy galaktyt, Pierwszy też się nam nie wywinie. 

- I pan cztery lata przesiedział w tym statku? - zapytał Połoskow. 

-  Tak  -  odpowiedział  Drugi  Kapitan.  -  Jestem  uparty.  Mógłbym  oczywiście  zniszczyć 

formułę. Ale wtedy byłaby stracona i dla mieszkańców Galaktyki. Paliwo absolutne jest dla 
istot  rozumnych  niezmiernie  ważne  -  zbliżając  planety  ułatwi  wzajemne  kontakty. 
Wiedziałem, że wcześniej czy później nadejdzie ratunek. 

- Tylko psu na budę się nie zdał - mruknął grubas. - Wygadałeś się już, kapitanie? Teraz 

będziesz musiał rozstać się z formułą. 

- Umówiliśmy się jeszcze inaczej z Pierwszym Kapitanem. Jeżeli w ciągu czterech lat nie 

dam żadnego znaku życia, Pierwszy zawiadomi o tym Galaktyczną Służbę Bezpieczeństwa i 
sam  też  wyruszy  na  poszukiwanie.  A  skoro  przypadkowi  ludzie  znaleźli  mnie  tak  szybko, 

Pierwszy Kapitan trafi tu bez porównania szybciej. I wy dobrze o tym wiecie. 

- Dość tego gadania - rzekł głuchym głosem Wierchowcew. - Zaczynajcie. On po prostu 

chce wygrać na czasie. 

Jeden  z  piratów  podszedł  do  mnie  i  z  całej  siły  szarpnął  za  skute  ręce.  Straciłem 

równowagę  i  upadłem.  Powlekli  mnie  na  bok.  Próbowałem  stawiać  opór,  ale  z  pomocą 
pierwszemu nadbiegł drugi pirat i już po chwili miałem skrępowane nogi. 

Grubas wyciągnął zza pasa długi nóż. 

-  Znasz  mnie,  Drugi  -  rzekł,  zwracając  się  do  statku  -  i  wiesz,  że  lubię  żartować,  nie 

darmo noszę przezwisko Wesołek. Niektóre jednak moje żarty kończą się łzami.  - Podniósł 
nóż. 

Połoskow i Zielony rzucili się na ratunek, lecz Wierchowcew, który nie spuszczał ich z 

oka,  wystrzelił  gaz  usypiający  z  pojemniczka,  który  miał  zawieszony  u  nadgarstka.  Moi 

współtowarzysze padli jak kosą podcięci. 

- Nno - powiedział Wesołek Ypsilon. 
Poczułem zimne ostrze noża na gardle. 

- Zdejmij kłódkę - powiedział Drugi Kapitan. 

- Dawno tak trzeba było. 
Grubas dał znak piratowi, ten zaś wszedł po drabinie do luku  „Błękitnej Mewy” i zdjął 

ciężką kłodę. Piraci zawiesili ją przed laty, jak tylko „Błękitna Mewa” znalazła się w jaskini. 
Skoro  Drugi  Kapitan  nie  pozwalał  im  wejść  na  pokład,  oni  z  kolei  nie  chcieli,  by  opuścił 

statek bez ich pozwolenia. 

Pirat  zszedł  z  drabiny  i  stanął  w  pewnym  oddaleniu,  trzymając  pistolet  w  pogotowiu. 

Wierchowcew również wyciągnął broń. Nie zamierzali ryzykować. Czterech mężczyzn bało 
się jednego kapitana, którego przez cztery lata nie zdołali pokonać. 

- Tylko bez żadnych sztuczek - powiedział Wierchowcew - bo strzelamy. 

background image

Luk  otworzył  się  raptownie  i  nawet  nie  zdążyłem  dobrze  zobaczyć  kapitana.  Niczym 

ciemnobłękitna  błyskawica  skoczył  w  dół.  Równocześnie  huknęły  dwa  strzały.  Kapitan  był 
już na dole. Szybko odczołgał  się  w bok, świetliste serie z pistoletów kruszyły  kamienie  w 
pobliżu jego głowy. Jeszcze ułamek sekundy i znalazł się za osłoną szerokiego amortyzatora 
„Błękitnej Mewy”. 

Piraci błyskawicznie rozbiegli się i ukryli za głazami. 

- Spokojnie, nie ucieknie nam - rozległ się głos Wierchowcewa. - Otoczyć go. 
Odpowiedział mu huk strzału od strony „Błękitnej Mewy”. 
Zdawałem sobie sprawę, że sytuacja kapitana jest prawie beznadziejna. Piraci okrążali go 

chyłkiem, kryjąc się za występami. 

- Nie strzelaj! - krzyknął grubas. 
Głos jego zabrzmiał tuż nad moim uchem. Zobaczyłem znów wzniesiony nóż. 

- Jeszcze jeden strzał i profesor zginie. 
Nie skończył jeszcze mówić, gdy z tego miejsca, gdzie stał „Pegaz”, padł rozkaz: 

- Nie ruszać się! Jesteście otoczeni! 
Ręka  grubasa  znieruchomiała.  Pięścią  wytrąciłem  nóż,  który  z  brzękiem  potoczył  się 

dalej. 

- Słyszycie? - doleciał drugi głos z kierunku, w którym pofrunął bajdur. - Rzucić broń! 
Piraci  z  wolna  podnosili  się  z  ziemi,  pistolety  jeden  po  drugim  szczękały  o  kamienne 

podłoże. 

Uniosłem  głowę  i  zobaczyłem,  że  zza  amortyzatora  naszego  statku  wyszedł  doktor 

Wierchowcew w skafandrze, ale bez kapelusza. 

Ze zdumienia przeturlałem się na drugi bok. 
Doktor Wierchowcew w kapeluszu klęczał z podniesionymi rękami. 
Z  przeciwnej  strony  zbliżał  się  do  piratów  Pierwszy  Kapitan.  Do  złudzenia 

przypominający  posąg  na  planecie  Trzech  Kapitanów,  tylko  żywy,  ogorzały,  w 
ciemnoniebieskim mundurze kapitana Wielkiej Żeglugi Kosmicznej. 

Nie wiadomo skąd wyfrunął bajdur i trzepocząc skrzydłami siadł na ramieniu kapitana. A 

potem z ciemności wyszła Alicja. 

background image

A TYMCZASEM... 

 
Alicja zniknęła w chwili, gdy brano nas do niewoli. A stało się to tak niepostrzeżenie, że 

na jej zniknięcie nikt nie zwrócił uwagi. Między innymi - ja. 

W  jaki  sposób  dokonała  tej  sztuki,  dowiedziałem  się  później.  Aby  jednak  nie  zakłócać 

kolejności wydarzeń, którą zachowuję od początku mej opowieści, muszę najpierw wyjaśnić, 
co robiła Alicja przez ten czas, gdy nas trzymano w jaskini, i dzięki czemu Pierwszy Kapitan 

oraz doktor Wierchowcew (ten prawdziwy) znaleźli właz do jaskini i zdążyli nas uratować. 

Otóż  było  to  tak.  Alicja  dostała  na  bazarze  w  Palaputrze  prezent  od  karzełka 

sprzedającego rzekomo, jak sądziłem, niewidzialne ryby. Podarował jej czapkę-niewidkę. 

Początkowo uważała to za żart - czapka była tak leciuteńka, że nic nie ważyła. Ale gdy 

Alicja  wróciwszy  na  statek  poszła  do  swojej  kajuty  i  zaczęła  układać  kupione  na  bazarze 
znaczki,  znalazła  w  swej  torebce  jeszcze  coś.  To  coś  było  nieważkie  i  niewidzialne. 
Przypomniała sobie wówczas o czapce-niewidce i spróbowała ową rzecz rozciągnąć i włożyć 
na głowę. I w mgnieniu oka stała się niewidzialna. Chciała biec do mnie lub do Połoskowa i 
pochwalić się czapką, lecz zreflektowała się, pomyślawszy, że z punktu widzenia fizyki jest 
to zupełna bzdura i że nawet nie zechcemy słuchać o tych magicznych sztuczkach. Odłożyła 
czapkę-niewidkę do powrotu na Ziemię. W szkole będzie jak znalazł. Na przykład niewielkie 
spóźnienie  -  zawsze  można  wtedy  wejść  do  klasy,  usiąść  w  ławce  i  nikt  tego  nie  zauważy. 
Można  nawet  (choć  Alicja  oczywiście  tego  nie  uprawia)  zerknąć  do  zeszytu  prymuski 

Skorniakowej. 

Nosiła czapkę-niewidkę stale w torebce zawieszonej na ramieniu. Gdy w jaskini zabłysło 

światło i  ukazali się nasi wrogowie, włożyła ją niepostrzeżenie i znikła. W razie gdyby nas 
zamknięto, postanowiła wykraść klucz i uwolnić nas z więzienia. 

Odeszła  nieco  w  bok  i  słyszała,  co  mówił  grubas.  Zapewne  dalej  nie  ruszyłaby  się  ze 

swego miejsca, gdyby nie nadszedł pirat niosący za nogi bajdura i gdyby grubas nie kazał mu 
zabić ptaka. Wtedy zrozumiała, że musi działać. 

Zbliżyła się na palcach do pirata i podstawiła mu nogę. Upadł jak długi, wypuścił ptaka z 

rąk, zaczęła się strzelanina i bajdur uciekł. 

Co  począć  dalej?  Nagle  w  głowie  Alicji  zaświtała  myśl,  że  bajdur  nie  po  raz  pierwszy 

stąd  się  wymknął.  Przecież  Drugi  Kapitan  wypuścił  go  ze  statku  i  ptak  znalazł  drogą 
prowadzącą do wyjścia. To znaczy, że wie, jak się wydostać z podziemia. I Alicja pobiegła za 
bajdurem.  Ułożyła  sobie  plan,  że  jak  tylko  znajdzie  wyjście  z  jaskini,  natychmiast  wróci, 
uwolni nas z zamknięcia i wyprowadzi na zewnątrz. 

Początkowo  biegła  w  ciemności.  Światło  z  głównej  jaskini  ginęło  w  mroku  długiego 

korytarza.  Bajdur  leciał  daleko  w  przedzie,  Alicja  nie  widziała  go,  słyszała  tylko  szelest 
skrzydeł. Gdy byli już w dość bezpiecznej odległości, zawołała cicho: 

- Bajdur! Zaczekaj na mnie. 

background image

Ptak  usłyszał  jej  głos.  Akurat  znajdowali  się  w  następnej  jaskini,  nie  tak  rozległej, 

pośrodku  której  stał  nieduży  czarny  statek.  Alicja  zapomniała,  że  nie  zdjęła  czapki  i  jest 

niewidzialna. Bajdur zatoczył nad nią koło, pokiwał niedowierzająco koroną i pofrunął dalej 
w wąskie przejście, kryjące się za występem skalnym. Alicja poszła za nim. Właz był stromy, 
prowadził wysoko w górę, a na samym końcu majaczył biały krąg - światło dzienne. 

Alicja już zaczęła wdrapywać się po skalnej ścianie, gdy nagle usłyszała słaby jęk. 
Dochodził  z  tunelu  czarnego  jak  bezksiężycowa  noc.  Podeszła  ostrożnie  bliżej.  Jęk 

powtórzył się, tym razem wyraźniejszy. Nie wzięła ze sobą latarki, musiała więc posuwać się 
po omacku. Liczyła kroki. Przy trzydziestym kroku ręka jej natrafiła na kratę. 

Znowu jęk. 

- Jest tu ktoś? - zapytała szeptem. 
Widocznie jednak ten, kto jęczał, nie usłyszał jej szeptu. 

- Proszę jeszcze trochę zaczekać - powiedziała. - Zaraz uwolnię naszych, a później pana. 

O ile jest pan również jeńcem tych piratów. 

Nie było odpowiedzi. 
Alicja zawróciła. Czas był drogi - nie wiadomo przecież, co uczyni grubas. 
Dotarłszy  do  włazu,  jeszcze  raz  spojrzała  w  górę.  Jasna  plama,  stanowiąca  wylot, 

zniknęła. W pierwszej chwili nie przyszło Alicji do głowy, że na górze zapadła krótka noc, 
przelękła się, że to jakiś ślepy tunel. Może się pomyliła? Może bajdur poleciał gdzie indziej? I 
mimo  niepokoju  o  nasz  los,  postanowiła  sprawdzić,  czy  jest  u  góry  wylot.  A  nuż  nie  ma  - 
wtedy przyprowadziłaby nas tu na pewną zgubę, piraci znów by nas schwytali. 

Z  trudem  wdrapywała  się  pod  górę.  Właz  był  śliski,  mokry  od  skapującej  i  nigdy  nie 

wysychającej  wody.  Alicji  zdawało  się,  że  minęła  co  najmniej  godzina,  a  końca  wciąż  nie 

widać. Chciała już wracać, gdy nagle mrok zaczął się przerzedzać i ujrzała wylot prawie tuż 
przed sobą. 

Ostatnie metry były najtrudniejsze - część wylotu zapchała osypująca się ziemia i długie 

rozwidlone korzenie krzewów. W pewnej chwili omal się nie rozbeczała, przekonana, że nie 
zdoła  wydostać  się  na  słońce  i  świeże  powietrze.  Zapomniała  nawet  o  nas,  o  piratach,  o 
wszystkim na świecie - myślała tylko o wyjściu na swobodę. 

Jeszcze jeden zryw i równoczesna świadomość zwycięstwa - trudny właz pozostał za nią. 

Za nią zostało podziemie z piratami i jeńcami. 

Na błękitnym niebie szybko wschodziło żółte słońce. Drugie słońce było już w zenicie i 

zaczynało  przypiekać.  Tuż  przed  twarzą  niewidzialnej  Alicji  biły  się  dwa  chrząszcze, 
nalatywały na siebie trzepocząc lśniącymi skrzydłami. Patrząc na nie pomyślała ze smutkiem, 
że trzeba wracać. I tak straciła zbyt wiele czasu. 

Po raz ostatni ogarnęła wzrokiem przestrzeń, rozsunęła bujną trawę i nagle zobaczyła na 

pobliskim  wzgórzu  ten  sam  statek  kosmiczny,  który  wylądował  obok  „Pegaza”  przed  jego 
odlotem na zdradziecką polanę. Statek doktora Wierchowcewa. 

background image

„Jak to dobrze, że tam spojrzałam - odetchnęła z ulgą. - Wybieglibyśmy stąd prosto w ich 

łapy. Na pewno piraci zostawili na pokładzie straż”. 

I nagle spostrzegła, że na trapie statku siedzi bajdur i stuka dziobem w zamknięty luk. 
Już  chciała  krzyknąć:  „Bajdur,  wracaj!”,  ale  było  za  późno.  Zresztą  ptak  by  jej  nie 

usłyszał. 

Luk  otworzył  się  i  stanął  w  nim  wysoki  młody  mężczyzna,  którego  Alicja  już  gdzieś 

widziała. Ale gdzie? 

Bajdur frunął mu na ramię. 

- Stary! - zawołał mężczyzna. - Jak ty nas znalazłeś? 
Gdy Alicja zobaczyła go z bajdurem na ramieniu, wiedziała już, kogo ma przed sobą. To 

był  Pierwszy  Kapitan.  Przyleciał  na  ratunek!  Ale  skąd  się  dowiedział,  gdzie  należy  ich 
szukać? Wyskoczyła z włazu i jak szalona biegła do statku. Co za szczęście, że kapitan jest 
tutaj. Teraz już wszystko będzie dobrze. 

Zostało  jej  zaledwie  kilka  kroków,  chciała  krzyknąć,  lecz  nie  mogła  wydobyć  z  siebie 

głosu. Wtem drugi mężczyzna wyszedł z luku i stanął obok kapitana. 

Był  to  doktor  Wierchowcew.  Ubrany  inaczej  niż  tamten  w  jaskini.  Miał  na  sobie 

skafander, a za pasem pistolet. 

Alicja zatrzymała się jak wryta. Nic już nie pojmowała. Ten zdrajca jakimś sposobem był 

obecny  w  dwóch  miejscach  naraz.  Jedno  tylko  nie  ulegało  wątpliwości  -  kapitanowi  grozi 
niebezpieczeństwo, on przecież nie wie jeszcze, że Wierchowcew jest piratem! 

- Kapitanie, uwaga! Niebezpieczeństwo! Wierchowcew to pirat! - zawołała. 
Kapitan i doktor obejrzeli się, usłyszawszy jej głos. Nic jednak nie zobaczyli, gdyż nadal 

była niewidzialna. 

- Kto to mówi? - zapytał kapitan. 

-  Wierchowcew  był  przed  chwilą  w  podziemiu!  -  krzyknęła  ponownie.  -  To  pirat.  Oni 

trzymają w niewoli Drugiego Kapitana i naszą załogę. 

-  Jaką  znów  załogę?  -  zdziwił  się  kapitan,  usiłując  zorientować  się,  skąd  płynie  ten 

dziecinny głos. 

- Załogę „Pegaza”. Bądź ostrożny, kapitanie! 

- Kim jesteś? - zapytał. 

- Jestem Alicja - odpowiedziała, nie spuszczając z oka Wierchowcewa. 
Doktor jednak nie wyciągał blastera, nie napadał na kapitana. I kapitan też nie zdradzał 

żadnego niepokoju. 

-  Mylisz  się,  dziecko  -  powiedział.  -  Doktor  Wierchowcew  od  trzech  dni  nie  opuszczał 

naszego  statku.  Przylecieliśmy  razem,  by  ratować  was  i  Drugiego  Kapitana.  A  w  jaskini 
znajduje  się  jakiś  inny  człowiek  podszywający  się  pod  naszego  przyjaciela,  doktora 
Wierchowcewa. Możesz więc bez obawy zbliżyć się do nas. 

- A jeśli pan też podszywa się pod Pierwszego Kapitana? - spytała Alicja. 

background image

-  Skądże,  moje  dziecko.  Przecież  ty  pierwsza  mnie  poznałaś.  I  spójrz  na  bajdura.  On 

również mnie poznał. A ptaka nie tak łatwo oszukać. Poznałeś mnie, bajdurze? 

- Spiesz się, kapitanie - przemówił ptak. - Formuła galaktytu jest ukryta w przegrodzie z 

próbkami  materiałów.  Jeżeli  stanie  się  coś  ze  mną,  weź  formułę  i  oddaj  Galaktyce.  To 
ogromnie ważne. Trzeci Kapitan zapłacił za to życiem. 

Bajdur mówił głosem Drugiego Kapitana. 

-  No  widzisz.  Teraz  chyba  uwierzyłaś.  No,  zbliż  się  do  nas.  Nie  traćmy  czasu.  Jak  się 

wydostałaś na powierzchnię? Jak ci się udało im wymknąć? 

Alicja podeszła do trapu. 

- Tu jestem. To bajdur pokazał mi wyjście z jaskini. 

-  Nic  nie  rozumiem!  -  rzekł  nagle  doktor  Wierchowcew.  -  Gdzież  ta  dziewczynka? Jest 

niewidzialna czy co? 

- No pewnie, że tak. Dopiero teraz pan się domyślił? Jakże inaczej mogłabym wymknąć 

się piratom? 

Alicja  zdjęła  czapkę-niewidkę  i  nawet  Pierwszy  Kapitan,  najodważniejszy  człowiek  w 

całej Galaktyce, drgnął z zaskoczenia. 

Żółty  kombinezon  Alicji  była  usmarowany  ziemią,  rękaw  rozdarty,  twarz  miała 

podrapaną, włosy rozczochrane... 

- Alicjo, będziesz dziś jadła mannę na śniadanie? - zapytał bajdur głosem profesora. 

-  Dzielna  dziewczynka!  -  rzekł  z  uznaniem  Pierwszy  Kapitan.  -  A  teraz  chodźmy.  Po 

drodze mi wszystko opowiesz. 

I pobiegli do włazu, bowiem liczyła się już każda sekunda. 

background image

GRUBAS KŁAMIE 

 

- Przydadzą się te kajdanki - powiedział Drugi Kapitan. - Oni są tak perfidni, że nawet za 

grosz nie wolno im ufać. 

- Daję wam słowo - zaklinał się grubas - że nie będę próbował ucieczki. 

- Będziesz - odparł z przekonaniem kapitan. 

Doktor Wierchowcew podszedł tymczasem do swego sobowtóra. Osobliwy był to widok. 

Gdyby  mnie  zapytano,  powiedziałbym,  że  autentyczny  doktor  to  ten  w  kapeluszu.  Jego 
właśnie poznaliśmy na planecie Trzech Kapitanów. 

- No, samozwańcze - rzekł Wierchowcew w skafandrze. 

- Nie rozumiem - odparł Wierchowcew w kapeluszu cofając się o krok. 
Zielony, który stał za nim, popchnął go w kierunku doktora. 

- Przez ciebie, kochasiu - mówił z oburzeniem - posądziliśmy przyzwoitego człowieka o 

czort wie jakie machlojki. Przez ciebie omal nie zginęliśmy. 

- Pewnie, że tak - dodała Alicja. - Zupełnie już straciliśmy zaufanie do Wierchowcewa, i 

jak przyleciał z Pierwszym Kapitanem i próbował nas zatrzymać, to „Pegaz” zwiał mu sprzed 
nosa i potem wpadliśmy do tej jaskini. 

- Nie ważcie się mnie tknąć! - wymówił fałszywy Wierchowcew. 
Wesołek Ypsilon zachichotał. 

-  Nigdy  nie  warto  włazić  w  cudzą  skórę.  Źle  się  to  kończy.  Ja  mam  własną,  nic  mi  nie 

będzie, nikogo nie oszukiwałem. Jestem uczciwym piratem. 

Prawdziwy  doktor  Wierchowcew  podszedł  do  swego  sobowtóra  i  przyjrzał  mu  się 

uważnie. Pirat nie mógł się cofnąć, gdyż z tyłu napierał Zielony. 

Doktor podniósł rękę i szybkim ruchem przesunął nią po głowie, twarzy i piersi pirata. 
I  nagle  ujrzeliśmy,  jak  spada  z  niego  powłoka  Wierchowcewa,  odsłaniając  coś,  co  nie 

było człowiekiem. 

Okazuje się, że doktor wypatrzył cieniutki zamek błyskawiczny spinający ową powłokę. 
Kapelusz potoczył się gdzieś dalej. Ubranie leżało na ziemi. A z kupki gałganów, która 

niedawno  była  Wierchowcewem,  wyłonił  się  wielki,  wysoki  na  półtora  metra  owad  z 
kosmatymi  łapami,  okrągłym  chitynowym  odwłokiem  i  dużymi  ostrymi  kleszczami. 
Rozprostował  krótkie  skrzydła  i  próbował  frunąć,  lecz  Zielony  go  złapał.  Owad  zwrócił  ku 
niemu głowę i groźnie rozwarł kleszcze. 

- Uwaga! - krzyknął Drugi Kapitan. - Jest jadowity! 
Zielony błyskawicznie cofnął rękę, a kapitan chwycił za pistolet. 
Widząc, że nie ma wyjścia, owad podniósł nagle cieniutki ogon zakończony igłą i wbił go 

sobie w chitynową pierś. I od razu upadł, rozrzuciwszy cienkie łapki. 

- Użądlił sam siebie! - wykrzyknęła Alicja. - Jak skorpion. 

background image

- Skorpiony nigdy nie popełniają samobójstwa - powiedziałem. - To są bajki. Tylko istoty 

rozumne wiedzą, co to jest śmierć. 

-  Nie  wierzcie  mu  -  odezwał  się  grubas.  -  Chcę  z  wami  współpracować,  więc  lepiej  od 

razu  wyznam  całą  prawdę.  To  jest  główny  pirat.  Zmuszał  nas  do  posłuszeństwa  i  to  on 
planował  wszystkie  łotrostwa.  Nazywa  się  Krys  i  pochodzi  z  Martwej  Planety  Krokrys. 
Kiedyś,  dawno  temu,  Krokrysowie  powybijali  się  wzajemnie  w  ciągłych  wojnach,  a  resztki 
ich kryją się w podziemnych jaskiniach. Nie wierzcie, że on się zabił. Zanadto siebie kocha, 
aby to zrobić. Popadł tylko w omdlenie. Liczy na to, że go zostawicie i ucieknie, jak odzyska 
przytomność. Nieraz już tak robił. Zabijcie go. 

- Po co go mamy zabijać? - odparł Pierwszy Kapitan. - Będzie sądzony. 
Zbliżył  się  do  leżącego  na  kupie  szmat  Krysa,  podniósł  za  nogę  lekki  zewłok  i  oddał 

jeńcom w czarnych mundurach. 

- Zanieście go na pokład „Pegaza” - polecił - i zamknijcie w klatce. Znajdzie się u pana 

pusta klatka, profesorze? 

-  Oczywiście.  Nawet  nie  jedna.  Zgromadziliśmy  o  wiele  mniej  zwierząt,  niż  to  było  w 

planie. Pójdę z nimi na pokład i dopilnuję, żeby klatka była mocna i dobrze zamknięta. 

- A później odwieziemy go na planetę, gdzie jest od dawna poszukiwany, i niech go tam 

sądzą. 

-  Racja  -  powiedział  grubas.  -  Dobrze  mu  tak.  To  przecież  jego  pomysł,  by  udawać 

Wierchowcewa.  Przybrawszy  jego  postać  poleciał  na  bazę  Małego  Arktura.  Miał  nadzieję 
znaleźć  u  badaczy  plany  „Błękitnej  Mewy”  i  otworzyć  statek.  To  on  jako  Wierchowcew 
sprzedawał robaki w Palaputrze, tępił bajdury, aby któryś nie dotarł do Pierwszego Kapitana i 
nie wezwał go na ratunek. To on kazał mi podarować profesorowi diamentowego żółwika. To 
on zakaził bakteriami smar na planecie robotów. Nie zasłużył na litość! Pod sąd z tym zdrajcą 
i przeniewiercą! 

-  Spokojnie,  Wesołku  Ypsilon  -  odezwał  się  Drugi  Kapitan.  -  Nie  licz,  że  pogrążając 

swego  kompana,  wywiniesz  się  przez  to  od  kary.  Ty  również  będziesz  sądzony.  Goniłem 
przecież  za  tobą  po  całej  Galaktyce.  Masz  na  sumieniu  tyle  zbrodni,  że  nowymi  zdradami 
nigdy nie zdołasz ich odkupić. 

Grubas naburmuszył się i umilkł. 
Udałem  się  na  statek  z  dwoma  piratami  niosącymi  rzekomo  martwego  Krysa. 

Towarzyszył mi Połoskow, który nie dowierzał piratom i wolał ich mieć na oku. 

Zamknęliśmy Krysa w jednej z najbardziej masywnych klatek i nie zwlekając, wróciliśmy 

do naszych. Rozmawiali już o innych sprawach. 

- Jak się stąd wydostać? - zapytał grubasa Pierwszy Kapitan. 

- Jeżeli mi darujecie życie, pomogę wam,  w przeciwnym  razie, dlaczego  mam to  robić? 

Nikt  poza  mną  nie  wie,  jak  otworzyć  tę  płytę.  Jest  wykonana  z  tak  twardego  kamienia,  że 

nawet bomba grawitacyjna nie da jej rady. 

background image

-  Jak  nie  chcesz,  to  trudno  -  uśmiechnął  się  Pierwszy  Kapitan.  -  Poczekamy,  aż  twój 

przyjaciel Krys odzyska przytomność. On nam chętnie będzie służył. 

Kapitanowie  stali  obok  siebie  i  choć  jeden  ogorzały,  kwitnący,  w  nowym  eleganckim 

skafandrze,  a  drugi  wycieńczony,  wychudły  i  umęczony,  to  jednak  podobni  byli  jak  bracia, 

nie mogłem wprost oderwać od nich zachwyconych oczu. Byli o wiele piękniejsi niż posągi 
na  planecie  Trzech  Kapitanów.  Pierwszy  objął  swego  przyjaciela,  wsparłszy  mu  rękę  na 
ramieniu, i górowali nad grubasem niby nad wielką ropuchą. 

- Nie - zaklinał się grubas. - Za nic nie powiem! Gińcie tutaj! 

-  To  się  nie  stanie  -  powiedział  Drugi  Kapitan.  -  Teraz,  gdy  moi  przyjaciele  -  zatoczył 

ręką,  dając  do  zrozumienia,  że  nie  tylko  Pierwszego  Kapitana  i  Wierchowcewa  zalicza  do 
swych przyjaciół, lecz także nas którzy przybyliśmy mu na ratunek, mimo że nigdy przedtem 
nie  widzieliśmy  go  na  oczy  -  gdy  moi  przyjaciele  są  ze  mną,  żadni  piraci  nie  mogą  mi 
zagrozić.  W  najgorszym  razie  odlecimy  wszyscy  statkiem  Pierwszego  Kapitana,  a  potem 
wrócimy i wydobędziemy nasze statki. 

Wesołek  Ypsilon  zawahał  się.  Zrozumiał,  że  jakiekolwiek  targi  z  jego  strony  nie  mają 

sensu, i już otworzył usta, gdy wszystko zepsuł Zielony. 

- Nie - powiedział. - Ja nigdy nie opuszczę mego statku. Lepiej będzie, jak poczekam tu 

na  was.  Ktoś  zresztą  musi  karmić  zwierzęta.  Przecież  nie  upchniemy  ich  na  drugim  statku. 
Ten numer nie przejdzie. Proszę cię, powiedz nam, jak otworzyć pokrywę. 

Nie wolno było mówić  w ten sposób do  grubasa, to  duży  błąd. Nie  wolno o nic prosić 

piratów, gdyż od razu stają się bezczelni. 

Grubas też po tych słowach od razu nabrał tupetu. 

-  Nie  -  odparł  -  jak  mi  dacie  pisemne  zobowiązanie,  że  ujdę  z  życiem,  to  was  stąd 

wypuszczę. 

Kapitanowie tylko spojrzeli wymownie na Zielonego i na tym koniec. 

- No dobrze. Skoro tak - powiedział Pierwszy - zaczekamy. Dajemy ci, Wesołku, dziesięć 

minut do namysłu. Mamy czas. 

- Słusznie - poparł go Drugi Kapitan. - A na razie ty, Pierwszy, opowiesz, w jaki sposób 

nas znalazłeś. Przecież bajdur nie przyleciał do ciebie. 

-  A ja przygotuję kanapki  - rzekł  skruszonym  tonem  mechanik.  -  Na pewno wszyscy są 

głodni jak wilki. 

- Wspaniała myśl - zgodził się kapitan. 

-  Chętnie  bym  ci  pomogła,  Zielony  -  tłumaczyła  się  Alicja  -  ale  taka  jestem  ciekawa 

opowiadania Pierwszego Kapitana, że za nic w świecie stąd nie odejdę. 

-  Zostań,  Alicjo  -  rzekł  Pierwszy.  -  Bez  ciebie  nie  zdołalibyśmy  uratować  naszych 

przyjaciół. 

- A ja bez was niczego bym nie dokonała - odpowiedziała, zarumieniwszy się z dumy. 

background image

- Alicjo - skarciłem ją surowo - idź umyj ręce i doprowadź się do porządku. Jesteś brudna 

jak błotny kret z planety Bukanatu. 

- Dobrze - nie oponowała. - Niech ci będzie kret. 
I puściła się pędem w stronę „Pegaza” wołając po drodze: 

- Tylko nic nie opowiadajcie, zaraz wracam. 
Pierwszy Kapitan odwrócił się do Wesołka i spytał obojętnie: 

- No, jeszcze się nie namyśliłeś? 
Pirat uśmiechnął się przypochlebnie, jego oczki schowały się w fałdach tłuszczu. 

- Potargujmy się, kapitanie. Jak ludzie interesu. 
Kapitan zignorował te słowa. 
W dwie minuty później wróciła Alicja. Zauważyłem, że ręce miała umyte byle jak, za to 

żółty kombinezon zmieniła na błękitny. 

Za nią truchtał indykator. Omal się nie rozerwał  z pragnienia, by wszędzie nadążyć. Po 

prostu  nie  zwierzę,  lecz  żywa  tęcza  mieniąca  się  wszystkimi  barwami.  Na  samym  końcu 
kroczył  powoli  wiecznie  zapracowany  pająk-tkacz-troglodyta.  Robił  trzy  rękawice 
jednocześnie, wszystkie na prawą rękę. 

- Jesteście? - uśmiechnął się Pierwszy Kapitan, patrząc na ten niecodzienny pochód. - No 

więc  muszę  od  razu  wyznać,  że  ja  osobiście  odegrałem  w  tej  historii  skromną  rolę.  Przez 
cztery  lata  pracowałem  na  Wenus.  Okazało  się,  że  przekształcenie  dużej  planety  w  pojazd 
kosmiczny i przesunięcie jej na nową orbitę jest zadaniem prawie niewykonalnym. A skoro 
niewykonalnym, należało je bezwzględnie wykonać. 

- Słusznie - rzekła Alicja. - Szkoda, że nie mam takiego silnego charakteru. 

-  Charakter  można  wyrobić  -  uśmiechnął  się  kapitan.  -  Spójrz  na  pająka-tkacza-

troglodytę. Te jest upór godny pozazdroszczenia! Gdyby jeszcze nauczył się odróżniać prawą 
stronę od lewej, nie byłoby na niego ceny. 

- Też mi przykład! - wzruszyła ramionami Alicja. - Przecież to głupie jak but stworzenie. 

- Otóż to właśnie - sam upór jeszcze o niczym nie świadczy. Przez cztery lata z okładem 

Wenus  nie  przesunęła  się  ze  swej  orbity  ani  o  centymetr,  my  zaś  rozważając  wszystkie 
możliwości,  dyskutując,  przygotowywaliśmy się  do decydującego momentu.  Mam nadzieję, 
że zdążę wrócić, nim rozpocznie się przelot planety na orbitę znacznie bliższą Ziemi. To już 
bardzo bliska przyszłość. 

- I wtedy na Wenus zmieni się klimat? 

-  Ogromnie.  Za  lat  kilkadziesiąt  ludzie  będą  mogli  żyć  na  niej  w  takich  samych 

warunkach, jak na Ziemi. 

- I nazwiemy ją Ziemia-Dwa - oświadczyła Alicja. 

- Dlaczego? Pozostanie nadal Wenus. Czy to zła nazwa? 

background image

Alicja nic nie odpowiedziała. Czułem, że nie jest tym zachwycona. Kiedyś mówiła mi, że 

nie  widzi  sensu  w  nadawaniu  planetom  imion  dawnych  bogów,  którzy  niczym  na  to 
wyróżnienie nie zasłużyli. 

- Byłem tak pochłonięty pracą - ciągnął swą opowieść Pierwszy Kapitan  - że cztery lata 

przeleciały jak z bicza trząsł. I muszę wyznać, że niezbyt martwiłem się o mych przyjaciół, 
wiedziałem bowiem, jak daleko losy rzuciły kapitanów. Trzeci może nieprędko jeszcze wróci 
z sąsiedniej Galaktyki, a ty, Drugi, wyznaczyłeś mi termin - cztery lata. 

- I nie żal było panu - spytała Alicja - siedzieć wciąż na tej samej planecie, zamiast latać 

ku innym gwiazdom? 

- To skomplikowany problem, Alicjo - odrzekł poważnie. - Nie przeczę, że bardzo mnie 

ciągnęło, by znów zasiąść w sterowni, znów lądować na nieznanych planetach. Byłem jednak 
świadomy, że moje doświadczenie i wiedza są w Układzie Słonecznym bardzo potrzebne. A 
ponadto mówiłem ci przecież, że nade wszystko lubił nierozwiązalne zadania i niewykonalne 

projekty. 

-  A  pańska  żona  -  nie  ustępowała  Alicja  -  buja  tymczasem,  po  całej  Galaktyce  w 

poszukiwaniu żywej mgławicy. Z pewnością pan jej strasznie zazdrości. 

-  To  prawda  -  przyznał  kapitan.  -  A  jeszcze  bardziej  będę  zazdrościł,  gdy  w  końcu 

znajdzie tę swoją mgławicę. 

- To wykluczone - wmieszałem się do rozmowy. - Żywa mgławica nie istnieje. Podobnie 

jak nie istnieją żywe planety. 

-  A  tu  się  pan  myli,  profesorze  -  zabrał  głos  Drugi  Kapitan.  -  Miałem  kiedyś  okazję 

natknąć  się  na  taką  planetę.  Ledwie  zdążyłem  jej  umknąć.  Żywi  się  tym,  co  przyciąga  z 
Kosmosu. Na szczęście „Błękitna Mewa” ma silniki o potężnej mocy. 

- Bardzo interesując - powiedziałem. - Porozmawiamy jeszcze o tym później. Aczkolwiek 

nie słyszałem dotychczas o takich cudach. 

-  Przestań  się  upierać,  tatusiu  -  wtrąciła  Alicja.  -  Przecież  kapitan  nie  będzie  mówił 

nieprawdy. 

- Z pewnością nie - uśmiechnął się Drugi. - My zawsze mówimy prawdę. Nawet wrogom. 
I spojrzał na Wesołka Ypsilona, który natychmiast się odwrócił udając, że ogląda ścianę 

jaskini. 

-  I  oto  -  zakończył  swą  opowieść  Pierwszy  Kapitan  -  otrzymałem  niespodziewanie 

radiogram, że przylatuje do mnie nasz stary przyjaciel, doktor Wierchowcew. Powiedział mi, 
że  bardzo  się  niepokoi  o  losy  Drugiego  Kapitana.  Po  tym,  co  usłyszałem,  poprosiłem,  by 
pozwolono mi niezwłocznie opuścić Wenus. Dalszy ciąg opowieści należy do doktora. 

- Ależ co znowu! - Wierchowcew zmieszał się, przygarbił i zamrugał oczami. - Ja nic nie 

zrobiłem. Dosłownie nic... Właściwie to wizyta „Pegaza” przeważyła szalę moich podejrzeń. 

- Pięknie dziękujemy! - skwitował to oświadczenie Zielony, roznoszący kanapki z serem. 

- To przecież pan zachowywał się podejrzanie. 

background image

- Ale ja nic jeszcze, a raczej prawie nic o was nie wiedziałem. 
Doktor przestąpił z nogi na nogę i pogłaskał ciemnobłękitnego z ciekawości indykatora. 

-  Od  początku  nie  wierzyłem  w  wersję,  że  śmiały  i  bystry  Drugi  Kapitan  zaginął  bez 

wieści. Znałem też „Błękitną Mewę” i tym bardziej wydawało mi się nieprawdopodobne, by 
w Galaktyce znalazła się jakaś siła zdolna pokonać Drugiego Kapitana. 

- Dziękuję za komplement - uśmiechnął się kapitan. 

- To nie jest komplement. To wniosek wynikający z trzeźwych naukowych obliczeń. 

- Jakbym słyszała naszego profesora matematyki - szepnęła mi Alicja. 

-  Organizując  Muzeum  imienia  Trzech  Kapitanów  studiowałem  ich  życiorysy,  w  czym 

był mi ogromnie pomocny Pierwszy Kapitan, który nigdy nie odmawiał informacji, przysyłał 
fotografie,  korygował  szczegóły.  Gdy  jednak  podzieliłem  się  z  nim  wątpliwościami  co  do 
losów  Drugiego,  dał  mi  odpowiedź  bardzo  wymijającą.  Tak  dalece,  że  zacząłem 
przypuszczać, iż wie o „Błękitnej Mewie” znacznie więcej, niż chce lub może powiedzieć. 

-  Nic specjalnego nie wiedziałem  -  przerwał  Pierwszy Kapitan.  -  Po prostu była między 

nami umowa, że jeśli bajdur nie przyleci, czekam cztery lata nie podejmując żadnych kroków. 
Wiadomość  od  doktora  obudziła  jednak  we  mnie  pewien  niepokój,  choć  nie  dałem  tego 
poznać po sobie. 

- Nie miałem pojęcia o umowie kapitanów - mówił dalej Wierchowcew - jak też o tym, że 

Drugi zamierzał polecić na spotkanie z Trzecim. Moją uwagę zwróciło co innego - wszystkie 
dokumenty  wspominały,  że  kapitanowie  ostatecznie  uwolnili  Galaktykę  od  piratów. 
Tymczasem  miałem  podstawy  sądzić,  że  jest  inaczej.  Dochodziły  mnie  wieści,  że  piraci 
jednak grasują, napadając od czasu do czasu na statki. Widziano też wśród nich obecnego tu 

grubasa. 

- Nie brałem w tym udziału - rzekł z pretensją w głosie Wesołek Ypsilon. - To wszystko 

Krys.  On  miał  kilka  różnych  powłok,  między  innymi  z  pewnością  kopię  mojej  osoby  -  i  w 
niej ograbiał statki. 

-  No,  pozwolę  sobie  w  to  nie  uwierzyć  -  odparł  doktor  Wierchowcew.  -  Tak,  tak,  nie 

uwierzyć. Pewnego razu podczas mej nieobecności na planecie Trzech Kapitanów ktoś dostał 
się do muzeum. Zostało dokładnie splądrowane, lecz nie zginęło nic ważnego poza zdjęciami 
„Błękitnej  Mewy”.  Aha,  pomyślałem  wówczas,  komuś  bardzo  zależy  na  tej  informacji.  I 
nagle  dowiaduję  się,  że  na  statku  pirackim,  który  obrabował  liniowiec  pasażerski  planety 
Fiks,  był  człowiek  tak  do  mnie  podobny,  że  gdyby  w  tym  czasie  nie  przebywał  u  mnie 
prezydent tej planety, mógłbym zostać posądzony o straszne rzeczy. I akurat wtedy przylatuje 
„Pegaz”.  Mówią  mi,  że  poszukują  zwierząt  i  równocześnie  zaczynają  wypytywać  o  Trzech 
Kapitanów.  Trochę  mnie  to  zdziwiło.  Może  bym  nawet  nie  zwrócił  na  to  większej  uwagi  - 
tyle  przecież  osób  interesuje  się  bohaterską  biografią  kapitanów  -  lecz  ni  stąd,  ni  zowąd 
oświadczają mi, że jakoby przylatywałem specjalnie do badaczy Małego Arktura w sprawie 

planów „Błękitnej Mewy”. 

background image

- Mówiliśmy prawdę - wtrąciłem. - To był fałszywy doktor. 

- Obecnie ten smutny fakt nie budzi już wątpliwości - odpowiedział Wierchowcew. - Ale 

wówczas byłem kompletnie oszołomiony. Gdy „Pegaz” odleciał, natychmiast wyruszyłem na 
bazę  Małego  Arktura,  a  tam  badacze  potwierdzili,  że  istotnie  byłem  u  nich  miesiąc  temu  i 

interesowałem  się  planami  „Błękitnej  Mewy”.  To  mnie  do  reszty  upewniło,  że  Drugiemu 
Kapitanowi grozi niebezpieczeństwo. I to właśnie z rąk piratów. Niezwłocznie pospieszyłem 

na Wenus. 

-  Przyleciał  do  mnie  okropnie  wzburzony  -  uśmiechnął  się  Pierwszy  Kapitan.  -  A  ja  w 

pierwszej  chwili  nie  mogłem  się  połapać,  o  co  chodzi.  Jeden  Wierchowcew,  drugi 

Wierchowcew...  Ale  potem  zrozumiałem,  że  trzeba  co  rychlej  pędzić  na  ratunek.  Tylko 
dokąd?  Podejrzewając,  że  „Pegaz”  jest  statkiem  pirackim,  postanowiliśmy  was  śledzić. 

Byliśmy w Palaputrze i tam Krabakas z Barakasu opowiedział nam, że kupiliście bajdura i że 
ktoś  chciał  wytępić  wszystkie  te  ptaki.  Znalazłszy  Uszanina,  który  wam  sprzedał  bajdura. 
upewniliśmy się, że był to właśnie ptak Drugiego Kapitana. Poza tym omal nie trafiliśmy w 
Palaputrze  do  więzienia  z  powodu  niecnych  sprawek  fałszywego  Wierchowcewa.  Strażnicy 
uszańscy  z  trudem  dali  się  przekonać,  że  nie  był  to  prawdziwy  doktor,  lecz  jego  sobowtór. 
Krysa czeka zasłużona kara za próbę wytępienia bajdurów, jak również pozbawienia planety 
powietrza. Uszanie jeszcze nie obmyślili rodzaju tej kary, lecz bez wątpienia to zrobią. 

- Oj! - wyrwało się grubasowi. 

- A dalej już poszło łatwo - mówił Pierwszy Kapitan. - Wszystkie latarniowce Galaktyki 

poinformowały nas, że „Pegaz” leci w kierunku systemu „Meduzy”. A na planecie robotów 
dowiedzieliśmy się, że byliście tam i nawet uzdrowiliście roboty, wymieniając im olej. Potem 
przylecieliśmy tutaj. Dosłownie w ostatniej chwili. 

- A kiedy przekonaliście się, że nie jesteśmy piratami? - spytała Alicja. 

-  Już  w  Palaputrze.  Poza  tym  spotkaliśmy  w  Kosmosie  statek  archeologów.  Leciał  nim 

Gromozeka.  Z  takim  ogniem  bronił  profesora,  że  największego  sceptyka  by  przekonał. 
Zaczęliśmy  z  kolei  obawiać  się  o  wasze  bezpieczeństwo.  Nie  macie  przecież  pojęcia,  jak 
postępować z piratami. 

- Ano nie mamy - westchnął Połoskow. - Następnym razem będziemy mądrzejsi. 

- Następnego razu nie będzie - rzekł Pierwszy Kapitan. 
Podszedł do siedzącego na kamiennej podłodze grubasa i oświadczył: 

-  Czas  minął,  Wesołku  Ypsilon.  Albo  otwierasz  płytę,  albo  koniec  rozmów.  Liczę  do 

dziesięciu: raz, dwa, trzy... 

- Powiem wszystko! - zaczął skwapliwie grubas. - Wszystko. Chciałem to od razu zrobić, 

ale trząsłem się ze strachu przed Krysem. I teraz się go boję. On mi tego nie daruje. Zemści 
się jak dwa razy dwa. Najlepiej, jeśli go zabijecie. Błagam, zabijcie go! 

-  Przecież  to  twój  przyjaciel  -  powiedział  Wierchowcew.  -  Jak  możesz  pragnąć  śmierci 

przyjaciela, z którym przez tyle lat wspólnie dokonywałeś przestępstw? 

background image

- To nie mój przyjaciel!  - krzyknął  grubas. - To mój wróg! Jestem uczciwym piratem, a 

nie bandytą i zdrajcą! 

- Szkoda czasu - rzekł Drugi Kapitan. - Otwieraj płytę. 
Grubas  podniósł  się  z  ziemi.  Sprawiał  obrzydliwe  wrażenie.  Nogi  uginały  się  pod  nim, 

brzuch trząsł się jak galareta. Pokuśtykał do ściany, nacisnął niewidoczny guzik. Część ściany 
rozsunęła się, odsłaniając układ sterowniczy. 

- Zaraz - mamrotał - jedną chwileczkę... ja wszystko zrobię... 
Dotykał  przycisków  grubymi  drżącymi  paluchami,  na  koniec  płyta  poruszyła  się  i 

odjechała w bok. Droga na górę stała otworem. 

- Do statków! - zawołał Pierwszy Kapitan. - Na pierwszy ogień idzie „Pegaz”. Odlatuje, 

siada nie opodal i zaczynamy start „Błękitnej Mewy”. Załoga „Pegaza”, proszę zająć miejsca. 

Lunął deszcz. Wielkie krople wpadały przez jasny krąg dźwięcznie bębniąc o kamienie. 
Grubas  nacisnął  jeszcze  jeden  guzik  i  z  kamiennej  podłogi  wyrosła  drabina,  sięgnęła 

krawędzi otworu i zaczepiła o nią metalowymi szponami. 

-  Całkiem  nieźle  -  powiedział  Pierwszy  Kapitan.  -  Doktorze,  zechce  pan  wspólnie  z 

profesorem wyprowadzić jeńców na górę. Niech tam zaczekają na nas. 

Połoskow  i  Zielony  zajęli  miejsca  w  „Pegazie”,  wciągnęli  trap  i  zamknęli  luk.  My  zaś 

cofnęliśmy  się,  patrząc,  jak  „Pegaz”  wolniutko  wznosi  się  i  przesłoniwszy  na  kilka  sekund 
światło, wypływa na powierzchnię. 

- W porządku - rzekł Pierwszy - wszyscy są, o nikim nie zapomnieliśmy? 

- Wszyscy - odpowiedziałem. 
Wierchowcew wyprowadził po drabinie dwóch piratów, ja zaś podszedłem do grubasa. 

- Więcej piratów nie ma? - zapytał go kapitan. - Na waszym statku nikt nie został? 

- Przysięgam na wszystkie świętości, że nie ma już nikogo. Można spokojnie stąd wyjść. 

Bez najmniejszej obawy. A potem wysadzimy tę jaskinię razem z przeklętym statkiem Krysa. 
I nawet śladu nie zostanie po pirackim gnieździe. Słusznie mówię? 

- Słusznie - uśmiechnął się Drugi Kapitan. - Jeszcze tylko ostatni raz rzucę okiem na moje 

więzienie. Bądź co bądź przesiedziałem w nim cztery lata. 

- Czekajcie! - wykrzyknęła nagle Alicja. - On przecież kłamie! 

- Kto? - zdziwił się Pierwszy Kapitan. 

- Grubas. Jak biegłam za bajdurem, słyszałam czyjeś jęki. 

background image

JENIEC W PODZIEMIACH 

 

- Nie może być... - krzyknął grubas i zaciął się. 

-  Gdzie  są  jeńcy?  -  spytał  kapitan  z  taką  nutą  w  głosie,  która  nie  pozostawiała 

wątpliwości, że grubas z punktu wszystko wyśpiewa. 

I tak było. Natychmiast podreptał ku tunelowi mrucząc pod nosem: 

- Na śmierć zapomniałem... to Krys... Ja zawsze mówiłem... zawsze byłem przeciwny. 

-  Bardzo  przepraszam,  kapitanie  -  usprawiedliwiała  się  Alicja,  spiesząc  za  nimi.  -  Na 

pewno bym sobie przypomniała, ale tyle działo się naraz, że całkiem wyleciało mi z głowy. 
Ale na pewno bym sobie przypomniała... 

- Nie przejmuj się, dziecko - Pierwszy Kapitan położył szeroką dłoń na jej głowie. - Jesteś 

niezwykle dzielna i nikt cię nie obwinia. A z tym piratem specjalnie pogadamy. 

-  To tutaj  -  wskazał grubas.  - Zaraz zapalę światło... Wszystko  będzie dobrze... Jakże ja 

mogłem zapomnieć! Wszystkiemu winien Krys. 

Zapłonęło  światło  i  za  niewielką  salą,  w  której  stał  piracki  statek,  ujrzeliśmy  następny 

długi tunel, zagrodzony masywną kratą. 

Grubas  podbiegł  do  kraty  i  nieposłusznymi  palcami  usiłował  włożyć  klucz  do  zamka. 

Pierwszy Kapitan odebrał mu klucz i odsunął kratę. Weszła w szczelinę w ścianie. 

- Ja sam... ja sam... - mamrotał grubas, nikt go jednak nie słuchał. 
Nic dziwnego, że nie chciał, byśmy zobaczyli ten tunel. Po obu jego stronach ciągnęły się 

sale pełne zagrabionego dobra, klejnotów oraz rozmaitych łupów. 

- Nie - powiedziałem zaglądając do jednej z sal - lepiej nie wysadzać tego miejsca. Tu jest 

tyle skarbów, że sto miast można za nie zbudować. 

- Czekajcie - podniósł rękę Pierwszy Kapitan nasłuchując czegoś z uwagą. 
Z daleka, jakby z głębokiego dołu pod nami, doleciał ledwie dosłyszalny bolesny jęk. 

Pospieszyliśmy w tym kierunku. Drzwi do jednej z sal były zamknięte. 

- Klucz! - rozkazał kapitan. 
Grubas trzymał już klucz w pogotowiu. 
Salka  stanowiła  platformę,  od  której  biegły  w  dół  strome,  wyrąbane  w  skale  schody. 

Kończyły  się  przed  następną  kratą.  Kapitan  skierował  tam  promień  latarki  i  ujrzeliśmy 
siedzącą w głębi na kupie gałganów, przykutą do ściany dziwną istotę, w której z najwyższym 
trudem rozpoznałem trójnożnego i wielkookiego mieszkańca planety Fiks. 

Fiksjanin  umierał.  Wystarczył  mi  jeden  rzut  oka,  by  sobie  ten  fakt  uświadomić.  Był  u 

kresu wycieńczenia. 

- Zabiję go! - wybuchnął kapitan patrząc na grubasa. 

- Wsiewołod - szepnął Drugi - nie poznajesz... 

- Niemożliwe! 

background image

I Pierwszy Kapitan z taką siłą szarpnął nagle wpuszczoną w skalną ścianę grubą stalową 

kratę,  że  zgięła  się  i  wypadła  z  wyżłobień.  Odrzucił  na  bok  plątaninę  stalowych  prętów  i 
skoczył do umierającego Fiksjanina. Wziął go na ręce i wyniósł z lochu. 

- Kto to jest? - szepnęła Alicja. 
Pokręciłem głową na znak, że nie wiem. 
Nie opodal pochlipywał grubas. 

-  T-o  Trzeci  Kapitan  -  odpowiedział  mi,  wstrzymując  łzy.  -  Oni  myśleli,  że  on  już  od 

dawna nie żyje. 

I nagle, jakby tknięty jakąś ważną myślą, puścił się za kapitanem skomląc: 

- To sprawka Krysa! To on wszystkiemu winien! 
Trzeci Kapitan był nieprzytomny. Pierwszy ułożył go na podłodze i zwrócił się do mnie: 

- Proszę mi powiedzieć, profesorze - spytał załamującym się głosem - czy da się jeszcze 

cokolwiek zrobić? 

- Nie wiem. Wątpię. - Pochyliłem się nad Fiksjaninem. - Był morzony głodem. 

- Męczyli go przez cztery lata! - powiedział Drugi Kapitan. - A my byliśmy przekonani, 

że od dawna nie ma  go  na tym świecie!  I  gdyby nie Alicja, zostałby w tym lochu. Nic nie 
zdołali z niego wydobyć. Profesorze, błagam, niech pan zrobi wszystko, co w pańskiej mocy, 
by go ratować. 

-  I  bez  próśb  to  uczynię  -  odpowiedziałem.  -  Przede  wszystkim  konieczne  są 

wzmacniające zastrzyki. Alicjo, biegnij, kochanie, na statek i przynieś apteczkę. 

Alicja jak strzała pomknęła korytarzem. 

- Pójdę z nią! - zawołał Pierwszy Kapitan. 

- Nic trzeba - odkrzyknęła w biegu. - Ja lepiej wiem, gdzie szukać. 

-  Słyszysz  mnie,  Trzeci?  -  przemawiał  do  przyjaciela  Drugi  Kapitan.  -  Słyszysz  mnie? 

Nie poddawaj się! Twoje męki już się kończą. Chcesz się poddać w ostatniej chwili? Jesteśmy 

przy tobie. 

I  nagle  Fiksjanin  otworzył  oczy.  Z  najwyższym  trudem,  gdyż  jego  organizm  zamierał. 

Jedynie mózg walczył jeszcze ze śmiercią. 

-  Wszystko  w  porządku  -  wyszeptał.  -  Nic  nie  powiedziałem.  Dzięki,  przyjaciele,  że 

przybyliście. - Zamknął oczy i serce jego przestało bić. 

Natychmiast  zastosowałem  sztuczne  oddychanie.  Nic  nie  pomogło.  Sytuacja  była  nad 

wyraz krytyczna - nie miałem przecież narzędzi chirurgicznych, aparatu diagnostycznego czy 
też  automatów  leczniczych.  Byłem  więc  zmuszony  postąpić  w  ten  sam  sposób,  jak  lekarze 

przed stu laty. 

- Zaryzykuję - powiedziałem do kapitanów. - Obawiam się, że nie ma innego wyjścia. 

- Całkowicie panu ufamy, profesorze. 
Rozciąłem nożem klatkę piersiową Trzeciego Kapitana, ująłem w rękę serce i zacząłem je 

masować.  Zdawało  mi  się,  że  upłynęła  co  najmniej  godzina,  ręka  mi  zdrętwiała.  Nie 

background image

zauważyłem  nawet,  że  wróciła  Alicja  z  apteczką  i  narzędziami.  Pierwszy  Kapitan  sam 
wprowadził  do  żyły  swego  przyjaciela  odżywczą  mieszankę.  I  nie  wiem  już,  co  pomogło, 
moje  wysiłki  czy  zabieg  Pierwszego  Kapitana,  dość  że  serce  Trzeciego  drgnęło  raz,  potem 

drugi... i zaczęło bić. 

- Jeszcze jeden zastrzyk! - zleciłem. 
Alicja podała ampułki kapitanowi. 

-  Niezwykle  silny  organizm  ma  ten  Fiksjanin  -  stwierdziłem.  -  Inny  na  jego  miejscu 

dawno by nie żył. 

Wyjąłem  z  apteczki  zszywacz  i  po  chwili  mały  aparacik  zszył  mu  wszystkie  naczynia 

oraz  klatkę  piersiową.  Ostrożnie  przenieśliśmy  go  na  „Błękitną  Mewę”,  gdzie  mogłem 
udzielić  mu  prawdziwej  pomocy  lekarskiej.  Pomógł  mi  doktor  Wierchowcew  i  po 
półgodzinnych wspólnych staraniach mieliśmy już prawo orzec, że życiu Trzeciego Kapitana 
nie grozi niebezpieczeństwo. 

Zostawiliśmy Drugiego na dyżurze przy łóżku przyjaciela, a sami zeszliśmy z pokładu do 

jaskini. Należała nam się chwila wytchnienia. Towarzyszył nam Pierwszy Kapitan. 

U wejścia siedział w kucki grubas pod strażą Zielonego. 

-  Czy  będzie  żył?  -  zapytał  z  pokornym  uśmiechem,  jak  gdyby  chodziło  o  ukochanego 

brata. 

- Tak - rzucił krótko Wierchowcew. - Chociaż zrobiłeś wszystko, aby go uśmiercić. 

-  Nie,  nie,  to  nieprawda!  -  zaprzeczył  gwałtownie.  -  Wszystkiemu  winien  Krys!  Czy 

wciąż  nie  rozumiecie,  jaką  on  fatalną  rolę  odegrał  w  moim  życiu,  jak  podstępem  i 
obiecankami  wciągnął  mnie  w  te  ohydne  i  awanturnicze  historie?  Cóż  mi  było  potrzeba  do 
szczęścia? Wesoło żyć i mieć, czego dusza zapragnie. A on? On pożądał władzy. Tak jak inni 
ludzie  żywią  się  zupą  i  kotletami,  jego  pożywką  była  władza.  Jeżeli  w  ciągu  dnia  nie 
zamanifestował swej władzy nad kimś, był to dla niego dzień stracony. Pragnął panować nad 

wszystkimi  planetami,  nad  całą  Galaktyką.  A  ja,  cóż?  Chciałem  tylko  weselić  się  i  to 
wszystko. W gruncie rzeczy jestem nieszkodliwym człowiekiem, tyle że dostałem się pod złe 
wpływy. 

Odwróciliśmy  się,  on  zaś  gadał  dalej  do  Zielonego,  doprawdy  liczył,  że  damy  się 

przekonać, iż jest wesolutką niewinną owieczką. 

- No, nareszcie - rzekł doktor z takim uśmiechem, cała jego twarz zdawała się składać z 

tysiąca  dobrodusznych  zmarszczek.  -  Nareszcie  trzej  kapitanowie  są  znowu  razem.  Jak  za 

dawnych dobrych czasów. Przez kilka lat byliście własnością historii, przepraszam,  relikwią 

historii, a teraz... 

- Tak - zgodził się z nim Pierwszy Kapitan - zupełnie jak za dawnych dobrych czasów. 
Spoglądając na niego myślałem,  że daleko mu jeszcze do starości.  I być może powróci 

znów w Kosmos, zwłaszcza że projekt „Wenus” dobiegł końca. 

On jakby odgadł moje myśli: 

background image

- Trzeba się na nowo zaprawiać. Lecąc tu przekonałem się, że moje ręce od wielu rzeczy 

odwykły. 

- Więc jednak zamierza pan powrócić w Kosmos? - ucieszył się doktor Wierchowcew. 

-  I  jeszcze  jedno  -  mówił  dalej  kapitan,  nie  odpowiadając  wprost  na  pytanie  doktora  - 

trzeba  koniecznie  zmienić  nazwę  planety  i  muzeum.  To  do  niczego  niepodobne  -  jesteśmy 
żywi  i  zdrowi,  nie  wsławiliśmy  się  niczym  specjalnym,  a  nasze  kamienne  kopie  stoją  w 
muzeum, jakbyśmy od niepamiętnych czasów rozstali się z tym światem. 

background image

KONIEC PODRÓŻY 

 
Po upływie dwóch godzin Trzeci Kapitan poczuł się o tyle lepiej, że mogliśmy wynieść 

go na powierzchnię. Następnie kapitanowie wyprowadzili z jaskini Mewę”. Kamienna płyta z 
powrotem zakryła wejście. 

I  oto  wokół  polany  zasypanej  szczątkami  zwierciadlanych  kwiatów  stały  teraz  trzy 

pojazdy kosmiczne:  „Pegaz”, „Błękitna Mewa”  oraz służbowy statek projektu  „Wenus”, nie 
mający nazwy, jedynie wielocyfrowy numer. 

- Tatku - spytała Alicja - czy mogę skoczyć do lasu? 

- Po co? 

-  Chcę  poszukać  całych  zwierciadeł.  Nie  możemy  wracać  na  Ziemię  bez  świeżego 

bukietu. 

- Tylko uważaj - ostrzegłem. - Masz na sobie błękitny, a nie żółty kombinezon i Krok nie 

pomyli cię tym razem z własnym pisklęciem. 

Podczas  gdy  statki  przygotowywały  się  do  długiego  lotu,  wypuściłem  sklisa,  żeby  się 

popasł  na  polanie.  Skakał  niezdarnie  z  radości,  wyrzucając  w  górę  kopyta,  machał 
skrzydłami, ale do latania w żaden sposób nie dawał się namówić. 

- To najweselsza krowa, jaką kiedykolwiek widziałem - śmiał się doktor Wierchowcew. - 

Ale w gospodarstwie raczej kłopotliwa. 

- Owszem, słyszeliśmy, że wypasanie sklisów sprawia ogromne trudności. Potrafią za to 

przefruwać głębokie rzeki, jeśli pastwisko znajduje się na drugim brzegu. 

Grubas  wciąż  jeszcze  siedział  na  ziemi  obok  „Pegaza”  i  plótł  o  swoim  starym  chorym 

sercu, dla którego konieczne jest świeże powietrze. Nikt nie miał chęci wdawać się z nim w 

jakiekolwiek rozmowy, zwłaszcza gdy Trzeci Kapitan powiedział nam, że to właśnie Wesołek 
Ypsilon usiłował za pomocą tortur wydobyć z niego tajemnicę galaktytu. 

- Zielony - poprosiłem - bądź tak dobry i popilnuj trochę sklisa, żeby go Krok nie porwał, 

a ja pójdę nakarmić resztę zwierząt. 

I nagle zobaczyłem zniżający się do lądowania jeszcze jeden statek kosmiczny. 
To już przekraczało wszelkie pojęcie! Ta planeta zamieniła się w istny kosmodrom. Któż 

tu jeszcze przybywa? 

Wpadło mi na myśl, że to może posiłki dla piratów i już chciałem wszcząć alarm, dałem 

jednak spokój, zauważywszy, że statek doznał najwyraźniej jakiejś awarii. 

Leciał  wykonując  zwroty  lub  dziwnie  kładąc  się  na  bok,  a  za  jego  ogonem  wlokła  się 

jakaś szara masa, która go hamowała, utrudniając normalne lądowanie. 

Na mój okrzyk wybiegli wszyscy obserwując zniżanie się nowego statku. 

- Włącz radiostację, Zielony - rzucił Połoskow. 
Zielony  skoczył  do  „Pegaza”,  złapał  właściwą  falę  i  włączył  radiostację  na  pełną  moc, 

byśmy i na zewnątrz wszystko słyszeli. 

background image

- Halo, statek! - wołał. - Co się stało? Macie awarię? Odbiór. 
Sympatyczny głos kobiecy odpowiedział: 

- Gwiżdżę na awarie. Grunt, żeby jej nie wypuścić, reszta to drobiazg. 

- Jakiś znajomy głos - zauważyłem. - Gdzie ja go słyszałem? 

- Jak zabłądziliśmy niedaleko Pustej Planety - podpowiedziała Alicja. 

-  Czekajcie  -  przerwał  nam  gwałtownie  Pierwszy  Kapitan.  -  Mogę  przysiąc,  że  to  jest 

moja żona Ella. 

Zbladł i jak szalony pobiegł do radiostacji. Zaraz też usłyszeliśmy jego słowa: 

- Czy to ty, Ella? Co się stało? 

-  Kto  mówi?  -  spytał  surowo  kobiecy  głos.  -  To  ty,  Wsiewołod?  Dlaczego  nie  jesteś  na 

Wenus? Wiesz dobrze, jak się niepokoję, gdy wylatujesz w Kosmos. 

Drugi Kapitan uśmiechnął się. 

-  Ona  nigdy  nie  oswoi  się  z  myślą  -  powiedział  do  mnie  -  że  jej  mąż  jest  kapitanem 

żeglugi kosmicznej, choć sama przemierzyła całą Galaktykę. 

- Wyjaśnienia zostawmy na później - mówił Pierwszy Kapitan. - Przede wszystkim myśl 

o tym, że twój statek uległ awarii. Potrzebna ci pomoc? Co ty wleczesz za sobą? 

- Nie widzisz? - zdziwiła się Ella. - Przecież to żywa mgławica. Goniłam za nią przez trzy 

tygodnie, schwytałam w sieć, a ona teraz chce mi się wyrwać i szukaj wiatru w polu. Żeby ją 
poskromić, jestem zmuszona lądować na pierwszej z brzegu planecie. Kochany, nie masz tam 
pod ręką jakiego statku? 

- Oczywiście, że mam - odpowiedział. - Tylko nie spiesz się z lądowaniem, obawiam się, 

że z takim ogonem nie uda ci się tego dokonać. 

- Świetnie się składa. Podleć do mnie na chwilę i razem wylądujemy. 

Pierwszy Kapitan jeszcze nie skończył rozmowy, gdy Drugi już siedział w sterowni i po 

chwili  obaj  wznieśli  się  ku  miejscu,  gdzie  Ella  walczyła  z  niepokorną  mgławicą,  o  której 
krążą w Kosmosie setki legend, lecz nikomu dotychczas nie udało się jej zobaczyć. 

Dwa statki uporały się wreszcie z siecią i w pół godziny później żywa mgławica leżała 

ściśnięta między nimi na trawie. Podbiegliśmy do niej. Wyznam szczerze, że byłem pierwszy, 
bowiem zdawałem sobie sprawę, jak wielkiego odkrycia w biologii dokonała Ella. 

Mgławica nas rozczarowała. Możliwe, że w przestrzeni międzygwiezdnej, rozpostarta na 

miliony  kilometrów,  wygląda  bardzo  efektownie,  ale  tu  na  trawie  wydawała  się  lekko 
pulsującym szarym, galaretowatym kłębem mgły. 

Luk statku otworzył się i ukazała się w nim Ella. Biegł już ku niej mąż, Pierwszy Kapitan. 

Rozwarł  silne  ramiona  i  Ella  skoczyła  w  nie  z  wysokości  luku.  Schwycił  ją  i  ostrożnie 
postawił na ziemi. 

- Nic ci się nie stało? - zapytał. 

- Nie - odpowiedziała z uśmiechem. - Zresztą to całkiem nieważne. 

background image

Ella była prawdziwą pięknością, patrzyliśmy na nią jak urzeczeni. Nawet indykator stał 

się zupełnie przezroczysty wskutek przepełniających go uczuć. 

-  Całkiem  nieważne  -  powtórzyła  przygładzając  jasne  włosy.  -  Mgławica  schwytana, 

zostaje tylko dostarczyć ją na Ziemię, aby sceptycy przekonali się naocznie, że ona istnieje. 

Milczałem,  gdyż  mówiąc  o  sceptykach  z  pewnością  miała  mnie  na  myśli.  Kiedyś, 

rozmawiając  z  nią  podczas  konferencji  naukowej,  żartowałem,  że  zbyt  pasjonuje  się 
fantastyką.  Istnieje  na  świecie  tyle  zwykłych  realnych  zwierząt,  których  badaniu  warto 
poświęcić czas i starania, natomiast żywa mgławica wydawała mi się czystym zmyśleniem. I 
tak jej wtedy powiedziałem. 

- Kogo ja widzę! - wykrzyknęła, spostrzegłszy Drugiego Kapitana. - Kopę lat! Jak pan się 

miewa? Wciąż jeszcze penetruje pan Kosmos? 

- Nie - odpowiedział - w zasadzie siedziałem na jednym miejscu. 

-  Bardzo  słusznie  -  pochwaliła  go  Ella.  -  Na  jednym  miejscu  też  można  znaleźć  masę 

roboty. A czyjeż to urocze dziecię? 

- Jestem Alicja - poinformowało urocze dziecię. 

- Alicja. Niepospolite imię. 

- Całkiem pospolite. Alicja Sielezniewa. 

- Chwileczkę. Czy to może twój ojciec pracuje w moskiewskim Zoo? 

- Tak - odpowiedziała Alicja nie mająca pojęcia o rozbieżnościach w naszych poglądach 

naukowych. 

- Wobec tego bądź taka dobra, Alicjo, i gdy zobaczysz się z ojcem, powiedz mu, że żywa 

mgławica nie jest biologicznym mitem, fantastyką ani też czystym zmyśleniem, jak on to lubi 
nazywać, lecz całkiem realną rzeczywistością. 

- Skoro już mówimy o ojcu - rzekła Alicja - to jest tutaj. Oto on. 
Nie pozostało mi nic innego, jak ujawnić się i przywitać. 

- Proszę o wybaczenie. Uznaję mój błąd. 

- No to się cieszę - odpowiedziała Ella. - Pomoże mi pan później w badaniach mgławicy? 

- Z przyjemnością. 
Ella zwróciła się do swego męża: 

- Powiedz mi, co cię tu sprowadziło? 

-  Drugi  znalazł  się  w  ciężkich  tarapatach  -  powiedział  krótko  -  i  trzeba  go  było  z  nich 

wyciągnąć. Właśnie to zrobiliśmy. Z pomocą naszych nowych przyjaciół. 

- Jakież to były tarapaty, kapitanie? 

- Niewola u piratów. 

- U piratów? Przecież już dawno ich załatwiliście. 

-  Tak,  ale  nie  ze  wszystkim.  Wie  pani,  jak  to  bywa,  gdy  jeden  chwast  zostanie  na 

grządce? 

background image

- A jednak nie mieści mi się to w głowie - rozłożyła ręce. - Żeby w dzisiejszych czasach 

siedzieć cztery lata w niewoli? 

Przybyła do nas jakby z innego świata. Ze świata, w którym przyzwyczailiśmy się żyć, 

lecz  od  którego  ostatnio  byliśmy  oderwani.  I  gdybyśmy  zaczęli  opowiadać  jej  o  torturach, 
podziemiach i zdradzie, po prostu nie byłaby w stanie nam uwierzyć. Dlatego też nawet nie 
próbowaliśmy nic bliżej wyjaśniać. 

- A co zrobiliście z piratami? - zapytała Ella. 

- Jeden siedzi w klatce. Dwóch w ładowni. A ten najgrubszy i najchytrzejszy był tu przed 

chwilą - odpowiedział Drugi Kapitan. - Zaraz, gdzież on się podział? 

Grubas znikł. Dopiero co siedział na trawie uśmiechając się pokornie - i nagle ulotnił się 

jak kamfora. 

Obeszliśmy  wszystkie  dookolne  zarośla,  przetrząsnęliśmy  każdy  krzaczek  -  nie  mógł 

chyba daleko uciec. Bajdur by zresztą nas zaalarmował. 

- No i proszę - powiedziała z wyrzutem Ella. - Nie potrafiliście upilnować jednego pirata! 

Tak wygląda wasze odchwaszczanie? 

Naraz  zauważyłem,  że  mgławica  faluje  silniej  niż  przedtem.  Przyjrzałem  się  dokładnie. 

Kilka oczek sieci było rozciętych. 

-  Wiem  już,  gdzie  szukać  grubasa!  -  zawołała  Alicja,  która  wraz  ze  mną  obserwowała 

sieć. - Wlazł do mgławicy. 

- Jesteś tu, Wesołku Ypsilon? - zapytał schylając się Wierchowcew. 
Mgławica poruszyła się niby kopa siana, w której zagrzebał się bezdomny pies. 

- Zaraz wypuścimy mgławicę i wtedy się przekonamy - rzekł ostro Pierwszy Kapitan. 

- Wykluczone! - oburzyła się Ella. - Drugiej takiej nie znajdę. 
Nerwy  grubasa  nie  wytrzymały.  Z  mgławicy  wynurzyła  się  jego  głowa.  Oczy  miał 

wybałuszone, oddech spazmatyczny - widocznie tam w głębi nie było z powietrzem najlepiej. 

Nagle żwawym ruchem wyskoczył z mgławicy i na łeb, na szyję pognał przez polaną. 

-  Dokąd?  -  krzyknął  za  nim  Drugi  Kapitan.  -  I  tak  cię  złapiemy.  Daremnie  wysilasz  to 

chore serce! 

Grubas nie słyszał. Sadził przez zarośla, przeskakiwał wyrwy, potykając się, wymachując 

rękami. 

Krok  zataczający  duże  leniwe  koła  dostrzegł  go  w  pewnej  chwili  i  spadł  na  niego  jak 

kania na zająca. 

Ułamek  sekundy  -  i  grubas  huśtał  się  w  powietrzu,  jakby  kontynuując  swą  ucieczkę,  a 

ptak wzbijał się z taką szybkością, że zanim Drugi Kapitan wyciągnął pistolet, był już wysoko 

pod niebem. 

- Nie strzelaj - powstrzymał przyjaciela Pierwszy Kapitan. - Za wysoko, zabije się... 
Jakby wymówił te słowa w złą godzinę. 
Grubas wywinął się, zatrzepotał w szponach ptaka, który go upuścił. 

background image

Niby szmaciana kukła spadał na ziemię. Potem przesłoniło go wzgórze. 
Milczeliśmy. 
Wreszcie Zielony Odezwał się: 

- Sam sobie wymierzył karę. To najlepsze wyjście. 
Byliśmy tego samego zdania. 
Mgławica tymczasem powolutku wypełzała z sieci, rozlewała się na wszystkie strony jak 

kisiel i nagle stwierdziliśmy ze zdziwieniem, że stoimy po kolana w gęstej brei. 

- Trzymajcie ją! - wykrzyknęła Ella. - Zaraz czmychnie! 
I mgławica rzeczywiście czmychnęła. Spowiła nas nieprzeniknioną mgłą, a gdy mgła się 

rozproszyła, nad naszymi głowami płynął wielki szary obłok. 

-  Byliśmy  już  gotowi  do  startu  -  odezwał  się  Drugi  Kapitan  -  teraz  więc  proszę  się 

pospieszyć. 

Zapędziliśmy czym prędzej sklisa na statek, ryknęły silniki i po chwili wzbiliśmy się  w 

powietrze. Tuż po nas wystartowały pozostałe trzy statki. Ustawieni w tyralierę puściliśmy się 
w pogoń za żywą mgławicą. 

Dopadliśmy jej dopiero w pobliżu planety Szelezaka. Zdążyła przez ten czas rozpostrzeć 

się na kilka tysięcy kilometrów i straciliśmy trzy dni na ścieśnianie jej i upychanie do sieci. 

W końcu zawinęliśmy mgławicę w potrójną sieć i mocno przywiązaliśmy między dwoma 

statkami. W tym stanie dotarła do Układu Słonecznego, gdzie każdy może do woli nacieszyć 
się  jej  widokiem  w  kraterze  Archimedesa  na  Księżycu.  Choć  szczerze  mówiąc  wątpliwa  to 

uciecha - nie znam nudniejszego eksponatu niż żywa mgławica. 

W  centralnej  bazie  księżycowej,  w  hotelu  „Lunochod”,  po  raz  ostatni  zebraliśmy  się 

wszyscy razem. 

- Nadszedł czas, że trzeba się rozstać - powiedział Drugi Kapitan. 
Kapitanowie siedzieli obok siebie na dużej kanapie tak niepodobni do swych posągów jak 

dzień do nocy. Pierwszy był zamyślony i z trudem ukrywał smutek. Okazało się, że operacja 
przesunięcia  Wenus  na  nową  orbitę  rozpoczęła  się,  gdy  przebywał  w  systemie  Meduzy, 
ominął go zatem tak wyczekiwany, uroczysty moment. 

Trzeci czuł się źle. Trzęsła go febra, której nabawił się w podziemiach, gdy jednak doktor 

Wierchowcew przyniósł mu lekarstwa, pokręcił odmownie głową. 

-  Na  ten  rodzaj  febry  nie  pomogą  ziemskie  lekarstwa.  Sam  się  z  nią  uporam.  Nie 

przejmujcie  się  mną.  Niech  tylko  znów  wylecę  w  Kosmos,  wszystko  ustąpi  jak  ręką  odjął. 

Sterownia pojazdu kosmicznego to dla mnie najlepszy szpital. 

Jedynie  Drugi  Kapitan  był  ożywiony  i  wesoły.  Przed  chwilą  oddał  przybyłym  z  Ziemi 

fizykom  formułę  galaktytu.  Połowa  hotelu  była  już  przez  nich  zajęta,  a  nowe  statki  wciąż 
przywoziły ich kolegów z różnych uniwersytetów bądź instytutów.  Nadeszła informacja, że 
na  Księżyc  przylatują  uczeni  z  planety  Fiks  oraz  Lineańczycy,  a  w  stoczni  kosmicznej  na 
Plutonie położono już stępka statków przystosowanych do nowego paliwa. 

background image

-  Pan  się  ciągle  uśmiecha  -  powiedziała  do  Drugiego  Kapitana  Ella,  która  nie  mogąc 

usiedzieć na jednym miejscu spacerowała nerwowo po pokoju. - Czy to z radości, że narobił 
pan tyle zamieszania wśród fizyków? 

- Tak, to dla mnie wielka radość. Szczerze mówiąc obawiałem się, czy formuła galaktytu 

zachowa  swą  rewelacyjność.  Przez  te  lata  wciąż  rozmyślałem  -  może  galaktyt  już 

wynaleziono na Ziemi? 

- Ale mimo wszystko nie oddałby pan formuły piratom? - spytałem. 

- Nie, na pewno bym tego nie zrobił. No a teraz, jakie kto ma plany? Przypuszczam, że 

jeszcze  nieraz  spotkamy  się  w  tym  gronie.  Ostatecznie  Kosmos  nie  jest  tak  wielki.  Żałuję 
tylko,  że  profesor  Sielezniew  nie  zgromadził  tyle  zwierząt,  ile  zamierzał.  Ale  wdzięczni  za 
udzieloną nam pomoc, obiecujemy solennie, że zewsząd, gdziekolwiek się znajdziemy, Zoo 
otrzyma najciekawsze okazy zwierząt. 

-  Dziękuję,  przyjaciele  -  powiedziałem.  -  Zapewniam  was,  że  wcale  nie  jestem 

zmartwiony.  Latem  przyszłego  roku  znów  wyruszymy  na  wyprawę  „Pegazem”.  Jeśli 
oczywiście Połoskow i Zielony zechcą lecieć ze mną. 

- Jasne, że tak - odpowiedział Połoskow. 

- I ja chętnie - oświadczył Zielony - o ile tylko będą sprzyjające warunki. 
Ach, ten  Zielony, zawsze niepoprawny! Wiedziałem,  że poleci.  On również o tym  wie, 

ale koniecznie musi wyrazić swoje zastrzeżenia. 

- Ja też polecę! - zawołała Alicja. 

- Zobaczymy. Przed tobą jeszcze cały rok szkolny. 

- A dokąd teraz się wybieracie? - zapytał kapitanów Połoskow. 

-  Ja  na  Plutona,  gdzie  będą  budowane  statki  o  napędzie  galaktytowym  -  odpowiedział 

Drugi. - Mam nadzieją, że jeden z pierwszych powierzą mnie. 

- A ja najpierw do domu, na planetę Fiks - rzekł Trzeci. - Od niepamiętnych czasów tam 

nie byłem. No, a później też zacznę budować statek napędzany nowym paliwem. 

-  Ja  na  Wenus  -  powiedział  Pierwszy  -  która  już  przesuwa  się  na  nową  orbitę.  Jeszcze 

kilka miesięcy i moja praca dobiegnie końca. Dołączę wówczas do mych przyjaciół. 

- I wszyscy razem polecicie w daleki Kosmos? - spytała Alicja. 

- Tak - odrzekł Pierwszy Kapitan. 

- Tak - potwierdził Drugi. 

- Rozumie się - dodał Trzeci. 

- A ja zamierzałam lecieć na żywą planetę - oświadczyła Ella. - To nawet ciekawsze niż 

żywa mgławica. Chyba jednak będę zmuszona prosić, by wybrał się tam profesor Sielezniew. 

-  Dlaczego?  -  spytałem.  -  Przecież  to  pani  jest  obecnie  specjalistką  od  superwielkich 

zwierząt. 

- Ja polecę z kapitanami. 

- Ależ my lecimy do innej Galaktyki. To bardzo długi i trudny lot. 

background image

-  Tylko  bez  dyskusji  -  ucięła  stanowczym  tonem.  -  Wszystko  obmyśliłam.  Nie 

powinniśmy rozstawać się na tak długo. 

- A co z dziećmi? - spytał Pierwszy Kapitan. 

-  Dzieci  zostaną  z  babcią.  Przecież  nie  co  dzień  występuje  w  balecie  Teatru  Wielkiego. 

Będzie je zabierała z przedszkola na sobotę i niedzielę. 

Pierwszy Kapitan rzucił swym przyjaciołom zmieszane spojrzenie. 
A Drugi na znak zgody pochylił głowę. 
A Trzeci na znak zgody podniósł jedną z sześciu rąk. 

- Proszę nie zapomnieć - zwróciła się do mnie Ella, która, jak sądzę, nawet przez chwilę 

nie  wątpiła  w  zgodę  kapitanów  -  że  obiecał  mi  pan  znaleźć  żywą  planetę.  A  ja  przywiozę 
panu najbardziej oryginalne zwierzę, jakie spotkamy w sąsiedniej Galaktyce. 

„Pegaz”  pierwszy  wystartował  z  Księżyca.  Chcieliśmy  jak  najprędzej  dostarczyć 

zwierzęta  do  Zoo  i  stworzyć  im  normalne  warunki  bytowania.  Kapitanowie  wraz  z  Ella 
odprowadzili  nas  do  statku,  życząc  szczęśliwego  lotu.  Po  chwili  „Pegaz”  wzniósł  się  nad 
Księżycem biorąc kurs na Ziemię. 

Zszedłem do ładowni popatrzeć, jak się czują nasze zwierzęta. Większość klatek świeciła 

pustkami.  Niezbyt  bogato  przedstawiał  się  plon  tej  wyprawy.  Pusta  była  również  klatka,  w 
której  niedawno  siedział  pirat  Krys.  Wysadziliśmy  go  wraz  z  dwoma  jego  pomagierami  na 

planecie, która tyle przez nich wycierpiała. Tam mu wymierzą zasłużoną karę. 

Podałem sklisowi garść siana. Przycisnął się bokiem do klatki, żeby go podrapać. 
Weszła Alicja. Za nią wianuszkiem dreptały śpiewokrzewy. 

- No i jak? - spytałem. - Będzie o czym opowiadać w szkole? 

-  O  wszystkim  nawet  nie  warto  próbować  -  wzruszyła  ramionami.  -  Nigdy  w  życiu  nie 

uwierzą. 

Wzięła szczotkę i zaczęła mi pomagać przy czyszczeniu klatek. 

- Tak - przyznałem jej rację - chyba nie we wszystko uwierzą. 

- Nie jesteś zadowolony z wyprawy? - spytała Alicja. - Za mało zwierząt? 

- Skądże, daję ci słowo, że jestem. Zyskaliśmy nowych przyjaciół. I to jakich! 

-  Równy  tata!  -  usłyszałem  pochwałę.  -  A  wiesz,  kapitanowie  obiecali  zabrać  mnie  do 

drugiej Galaktyki. Nie bój się, nie w pierwszą podróż, tylko później, jak trochę podrosnę. 

- No cóż - powiedziałem - szczęśliwej drogi. 

- Nie martw się, tatusiu, może ciebie też zabierzemy. Biologowie są w każdej wyprawie 

potrzebni. 

- Dziękuję, Alicjo. Prawdziwy z ciebie przyjaciel. 
Skończyliśmy  czyszczenie  klatek  i  napoiliśmy  zwierzęta,  jako  że  przed  lądowaniem  na 

Ziemi wszystko winno być w idealnym porządku.