background image

Pod anteną Radia Wolna Europa - Nadkomisarz czy zarządca domu?
Kazimierz Zamorski 

Tytul

Pod anteną Radia Wolna 
Europa - Nadkomisarz czy 
zarządca domu?

Autor

Kazimierz Zamorski

Miejsce wydania Poznań
Wydano w roku

1995

ISBN
Wydawnictwo

WERS

Adres 
wydawnictwa

60-962 Poznań 22
skr. poczt. 59
Tel: 
Fax: 

Adres 
wydawnictwa w 
internecie
Email

wolna-polska@wp.pl

Elektroniczna 
wersja ksiazki

fragment ksiazki Kazimierza 
Zamorskiego "Pod anteną 
Radia Wolna Europa"
zatytułowany "Nadkomisarz czy 
zarządca domu?"

fragmenty publikowane w kwietniu 2001 na łamach 
"

Naszego Dziennika

" 

Prezes Edward Moskal pisze, że "Jan Nowak-
Jeziorański pracował dla hitlerowców jako ich 
zaufany i lojalny zarządca przejętego mienia 
pożydowskiego". Fakt tej współpracy ujawnili już 
dawniej współpracownicy Radia "Wolna Europa", 
m.in. wybitny sowietolog Kazimierz Zamorski w 
książce "Pod anteną Radia Wolna 
Europa"(Wydawnictwo WERS, Poznań 1995). W 
rozdziale "Nadkomisarz czy zarządca domu" 
dokładnie opisał sprawę zarzutów wobec "Kuriera z 
Warszawy" i jego wstydliwych dziur w życiorysie. 
Przedrukowujemy ten fragment książki, by 
wyjaśnić wątpliwości nagromadzone wokół spraw 
podnoszonych przez E. Moskala. 
"Leżących się nie bije", tłumaczył mi w liście z 2 
marca 1982 redaktor "Kultury", usiłując 
nakłonić mnie do zgody na poważne cięcia w 

Jan Nowak-Jeziorański 
Fot. J. Żdżarski JR

Ich begegnete dem Herrn Jan Jeziorański, der 
nunmehr  als  Jan  Nowak  bekannt  ist  und als 
Direktor der polnischen Abteilung des Radio 
Freies   Europa   angestellt   ist,   aus   dienstlichen 
Anlaessen   mehrmals   in   den   Raeumen   der 
Kommissarischen  Verwaltung   Sichergesichter 
Grundstuecke

 

in

 

Warschau.

 

Johann

 

Kassner

 

Muenchen, den 22. April 1970

background image

końcowym odcinku mych wspomnień z pracy "Pod anteną 'Radia Wolna Europa'". Tym 
leżącym miał być Jan Nowak, recte Zdzisław Jeziorański, były dyrektor Rozgłośni Polskiej 
tego radia, wtedy od siedmiu lat na waszyngtońskim wygnaniu. 
Leżący? Nic podobnego. "On bardzo stoi, ba, podskakuje i z miejsca na ołtarzu zrezygnować 
nie zamierza", replikowałem w dniu 10 marca, wyliczając wiele innych argumentów, z 
których przytoczę tu tylko ostatni, szósty, gdzie przypomniałem, że w swej relacji ("Kultura", 
styczeń-kwiecień 1982) "Nie pominąłem niewątpliwych zalet Nowaka, oddając co cesarskie 
cesarzowi ('wspaniały szef stacji'), więc tak bardzo stronniczy czy zajadły nie jestem. Ponadto 
nie wiem, dlaczego robić z Nowaka świętą krowę; Nixon na przykład to też był kawał drania, 
a przy tym niezły prezydent".
 
Ostatecznie, po telefonicznych targach, uległem "za kooperatywność". Redakcja podziękowała, 
przyznając - na otarcie łez - że "bardzo wielkie skróty" zaaprobowałem z "największą niechęcią", 
("Kultura", kwiecień 1982, s. 79). 
W latach 1974-1975 nie brak było oznak, że Jan Nowak, jeśli już nie leżał, był bliski tego, że go 
położą. A że nie położyli... Różnie różni mówią. Domyślam się, że jego odejście w infamii byłoby 
bardzo nie na rękę amerykańskiemu kierownictwu, przecież przez blisko ćwierć wieku uchodził - i 
słusznie - za najlepszego, spośród pięciu, kierownika rozgłośni. Pozwolono mu więc odejść, jeśli 
nie w chwale, to bez skandalu. 
Chodziło o lukę w życiorysie, względnie niezgodne z prawdą podanie czasu przynależności do AK: 
według Nowaka od 1939 do końca wojny, faktycznie od połowy 1941 roku. Ostatecznie taki 
drobiazg można darować, zapisując na konto wybujałej ambicji. Ale gdy się okaże, że tę lukę w 
życiorysie wypełnia epizod dotychczas starannie przemilczany i co najmniej kłopotliwy, na dobitek 
wykorzystany przez przeciwnika, z którym prowadzi się walkę propagandową nie tylko o idee, 
sprawa zaczyna być poważna. I powstaje pytanie: dlaczego przemilczał, dlaczego ukrył? 
W 1974 roku ukazało się drugie wydanie wspomnień Andrzeja Czechowicza "Siedem trudnych lat". 
Odnośne "organy" postarały się o to, by to wydanie, tak jak poprzednie z 1973 roku, trafiło nie tyle 
pod strzechy, ile na biurka osób w taki lub inny sposób związanych z RWE, względnie w jego 
działalności zainteresowanych, i to nie tylko w Monachium. 
W drugim wydaniu owych "trudnych lat" zamieszczono odbitkę sporządzonego w języku 
niemieckim dokumentu, którego polskie tłumaczenie podaję, ze względu na jego wagę, w pełnym 
brzmieniu: 
OŚWIADCZENIE Z MOCĄ PRZYSIĘGI 
Ja, Johann Kassner, zam. przy Altoettingerstrasse 4/11, 8 Muenchen 80, oświadczam niniejszym,  
jak pod przysięgą, że bracia Henryk Jeziorański, zam. w Chicago, Illinois, USA, i Jan  
Jeziorański, obecnie w Monachium, byli zatrudnieni w latach 1940-1942 jako oficjalnie i  
urzędowo zatwierdzeni nadkomisarze w Komisarycznym Zarządzie Zabezpieczonych  
Nieruchomości w Warszawie, w Polsce. 
Komisaryczny Zarząd Zabezpieczonych Nieruchomości jako oficjalny urząd władzy okupacyjnej,  
zarządzał nieruchomościami przejętymi od żydowskich właścicieli. 
Pana Jana Jeziorańskiego, który obecnie znany jest jako Jan Nowak i jest zatrudniony jako  
dyrektor polskiego działu Radia Wolna Europa, spotykałem wielokrotnie z okazji służbowych  
kontaktów w Biurach Komisarycznego Zarządu Zabezpieczonych Nieruchomości w Warszawie. 
podpis Johann Kassner 
Monachium, 22 kwietnia 1970 
nr dok. 2863 Fr 
Potwierdzam niniejszym prawdziwość powyższego, przeze mnie uznanego jako prawnie ważnego  
podpisu pana Johannesa Kassnera, emeryta, w 8 Monachium 80, Altöttinger-Str. 4, żonatego,  
pozostającego w prawnie ważnym stanie małżeńskim, legitymującego się swym niemieckim  
paszportem. 
Monachium, 22 kwietnia 1970 
pieczęć okrągła i podpis: 

background image

Dr Karl Friedrich 
Notar 
W swych wspomnieniach zatytułowanych "Polska z oddali" (Odnowa, Londyn 1988) Jan Nowak 
twierdzi, że Kassner "brał w czasie wojny udział w rabunku mienia żydowskiego", ponadto wydał 
w ręce gestapo działaczkę PPS, Anne Golde, za co został skazany przez AK na śmierć, której 
uniknął, bo się spóźnił na jakieś tam spotkanie. Towarzysz partyjny Golde, Tadeusz Podgórski, 
"zaraz po wojnie zgłosił nazwisko Kassnera na listę zbrodniarzy wojennych". 
Do "rabunku mienia żydowskiego" Kassner miał niewątpliwie niejedną okazję, o czym Zdzisław 
Jeziorański, jako jego kolega po fachu, musiał dobrze wiedzieć. W jednym z listów byłej żony 
Kassnera wyczytałem, że legitymacja Komisarycznego Zarządu "otwierała nieliczne przejścia 
prowadzące do getta i pozwalała na wyjście zeń bez podlegania osobistej kontroli". Czy Kassner z 
tej możliwości "rabunku" korzystał, nie wiem. Znany mi jest natomiast epizod, który można uważać 
za wyjątkowy, podważa jednak oskarżenie o żerowaniu na żydowskim losie. 
Przemysłowiec warszawski, z zawodu chemik, Zdzisław Gorian-Starzewski (niegdyś Goldberg) 
miał w Warszawie fabrykę tworzyw sztucznych, w której wyrabiał m.in. opakowania, jakich 
poważnym odbiorcą był Władysław Adamczewski, właściciel dużej fabryki kosmetyków. Gdy stało 
się jasne, że fabryka opakowań może znaleźć się wśród "zabezpieczonych nieruchomości", 
Adamczewski, do którego Gorian-Starzewski zwrócił się o radę, wskazał Kassnera jako tego, który 
formalnie może przejąć obiekt na własność, co też nastąpiło. Tuż po wojnie, gdy tylko stało się to 
możliwe, Kassner zwrócił prawowitemu właścicielowi całe wyposażenie fabryki, "do ostatniej 
śrubki", jak to w rozmowie ze mną podkreśliła córka Goriana-Starzewskiego, pani Joanna Kranc. 
Te powiązania miały swój epilog na początku lat pięćdziesiątych, gdy Gorian-Starzewski znalazł się 
w więzieniu za to, że ułatwił swego czasu ucieczkę za granicę Adamczewskiemu, 
skompromitowanemu potem w aferze Bergu. Równocześnie toczył się zaocznie proces Kassnera o 
owe "zbrodnie wojenne" i UB nalegało, zresztą bez skutku, na Goriana-Starzewskiego, kusząc go 
obietnicą wolności, by obciążył swymi zeznaniami Kassnera. 
Nie wiem, jak się ten proces skończył, faktem jest, że - jak ubolewa Jan Nowak - "władze PRL nie 
przekazały informacji o Kassnerze do Centralnej Kartoteki Przestępców Wojennych w 
Ludwigsburgu". Z czego autor "Polski z oddali" wysnuwa wniosek, że Kassner został zwerbowany 
przez wywiad PRL, bo dwa razy po wojnie jeździł do Polski, nawet ożenił się tam "po raz trzeci z 
Polką", i te "zbrodnie wojenne" tak mu na sucho uszły. 
Autentycznym członkiem wywiadu, tym razem brytyjskiego, o czym Jan Nowak nie wspomniał - 
domyślam się, że nie wiedział, bo gdyby wiedział, mógł ten fakt pięknie rozegrać na własną 
korzyść - był kniaź Bazyli Koczubej, określony w "Polsce z oddali" jako "dyrektor komisaryczny 
zarządu", co o tyle nie jest ścisłe, że Koczubej, jakkolwiek miał tytuł dyrektora, był tylko szefem 
personalnym, przez którego ręce przeszło chyba podanie Zdzisława Jeziorańskiego o pracę, 
natomiast dyrektorem był adwokat niemiecki dr Eitner. Niezmiernie ciekawe wspomnienie o 
kniaziu pt. "Wywiad brytyjski w okupowanej Warszawie" opublikował w londyńskich 
"Wiadomościach" (nr 1408, 25 marca 1973) Adam Zieliński. 
Jan Nowak był zbyt zajęty sprawami rozgłośni, więc nie miał czasu - co jest zrozumiałe - na 
czytanie prasy emigracyjnej, chyba że mu zwrócono uwagę na coś trefnego lub pochlebnego. 
Domyślam się więc, że wspomnienie o kniaziu Koczubeju uznano za niewarte drogocennego czasu 
szefa. W przeciwnym razie, w chwili pojawienia się oświadczenia Kassnera, Jan Nowak, zamiast 
głowić się nad tym jakby to skutecznie obsmarować oszczercę, mógł oświadczyć: tak, byłem 
nadkomisarzem na zlecenie wywiadu brytyjskiego, do którego zwerbował mnie kniaź Koczubej. I 
mucha nie siada! Co? Sprawdzić? Gdzie? 
Rewelacje Kassnera nie były dla mnie zaskoczeniem. Już w 1969 roku doszły mnie słuchy, jakich 
potwierdzenie znalazłem potem w "oświadczeniu" przytoczonym w książce Czechowicza. Ich 
źródłem był - jak mi mówiono - Tomasz Rzyski, prezes Koła Lotników w Sao Paolo. Nie były też 
zaskoczeniem dla Jana Nowaka, któremu treść tego dokumentu przekazali w lecie 1972 roku 
Amerykanie, ale sprawę utopił prezes Komitetu Wolnej Europy William Durkee, który 
zaintrygowanym senatorom "odpowiedział od ręki, że życiorys Jana Nowaka jest powszechnie 

background image

znany, był on trzykrotnie awansowany, otrzymał największe polskie odznaczenia bojowe, Virtuti 
Militari, a od Anglików Królewski Medal za Odwagę. Obowiązki dyrektora spełnia od dwudziestu 
lat i organizacja odnosi się do niego z pełnym zaufaniem" ("Polska z oddali", str. 338). 
Stawiając tak kategoryczną odpowiedź, Durkee mógł opierać się na kwestionariuszu ("Biographical 
Information Form") z 1971 roku, gdzie Nowak zapodał, że w latach 1939-1945 był w Polish 
Underground Arm (Polish Home Army), co Amerykanin przyjął w dobrej wierze za miarodajne. Że 
kłóciło się to z innymi późniejszymi zapodaniami (Armia Krajowa od połowy 1941 roku, 
komisarzowanie w latach 1940-1942), o tym nie mógł wiedzieć. W każdym razie szafa grała. Te 
krzyże i medale swoje zrobiły. 
Jak długo książka Czechowicza była dla niewtajemniczonych jedynym źródłem "oszczerstwa", w 
zespole Rozgłośni rozważano raczej szeptem, czy to może być prawda i na ogół zakładano - nie bez 
ulgi - że dokument Kassnera to falsyfikat, nad czym przejdzie się do porządku dziennego, jak nad 
szeregiem poprzednich niezbyt wybrednych paszkwilów na szefa. 
Prawdziwą burzę rozpętał dopiero artykuł Joachima G. Görlicha pt. "Polskie napaści" z podtytułem 
"Zastanawiające wpadki w Radio Wolna Europa", opublikowany w dniu 20 września 1974 w 
kolońskim tygodniku "Rheinischer Merkur". Powołując się na drugi tom wspomnień Czechowicza, 
Görlich stwierdził, że ten oskarża Jana Nowaka-Jeziorańskiego, "że był nazistowskim 
Treuhänderem. Zarzut kolaboracji obciąża poważnie, a o wydawniczej sensacji książki świadczy 
fakt, że gdy ukazała się na Zachodzie, w okamgnieniu została rozsprzedana". 
Do dziś nie mogę sobie wytłumaczyć, dlaczego Jan Nowak, będąc w 1972 roku ostrzeżony o 
poważnym oskarżeniu, nie przygotował jakiejś przekonującej obrony i artykuł Görlicha wyraźnie 
go zaskoczył. Nie byłem świadkiem sceny, którą tu opiszę, odtwarzam ją na podstawie opowiadania 
Tadeusza Nowakowskiego, przekazanego nam - tj. mnie i mej żonie Urszuli - przy kawie w 
kantynie RWE, które zanotowałem na gorąco i przechowałem w teczce oznaczonej hasłem 
"Treuhänder oder Hausverwalter". Data wspomnianej sceny: 21 września 1974, miejsce, nie ręczę, 
ale chyba Frankfurt n. M., okazja 50-lecie kapłaństwa infułata Edwarda Lubowieckiego. 
"Więc siedzimy tam, w jakiejś gospodzie czy restauracji, po tej okropnej uroczystej nudzie 
trwającej bite cztery godziny, ja oczywiście osobno, bo z Wiśką, czyli z tą wulgarną Jadwigą 
Nowakową, nie rozmawiam, po co ma mnie obrażać, więc podchodzi do mnie Nowak i powiada: 
przecież to nie wypada tak osobno siedzieć, co ludzie powiedzą. Więc nolens volens przysiadam się 
do ich stolika. Nowakowa tak jakoś źle wyglądała, blada, przybita, więc Nowak ją pyta, co z tobą, 
jak się czujesz, a ona: jak ja się mam czuć, jak tu takie i wyciąga z torebki tę gazetę, Nowak robi 
taki ruch, jakby chciał tę gazetę z powrotem wsadzić do torebki, ale ona mówi, dlaczego, więc on 
czerwienieje i powiada, ale - tu Nowakowski rozgląda się bezradnie po sali - czy kto to potwierdzi? 
Bo Nowak daje gazetę Lulowi Łubieńskiemu, ale Lulu nagle gubi okulary, szuka ich, czyści, 
jednym słowem tak jakoś wyłącza się, a Nowak powiada: tak, oczywiście, musiałem tam być, 
musiałem udawać, że tam pracuję, ale dzięki temu mogłem działać w AK, miałem doskonałe alibi, 
mogłem być w akcji N, mogłem rozwozić te materiały nie tylko po Polsce, ale po Niemczech...". 
Prezes Edward Moskal pisze, że "Jan Nowak-Jeziorański pracował dla hitlerowców jako ich 
zaufany i lojalny zarządca przejętego mienia pożydowskiego". Fakt tej współpracy ujawnili już 
dawniej współpracownicy Radia "Wolna Europa", m.in. wybitny sowietolog Kazimierz Zamorski w 
książce "Pod anteną Radia Wolna Europa"(Wydawnictwo WERS, Poznań 1995). W rozdziale 
"Nadkomisarz czy zarządca domu" dokładnie opisał sprawę zarzutów wobec "Kuriera z Warszawy" 
i jego wstydliwych dziur w życiorysie. Przedrukowujemy ten fragment książki, by wyjaśnić 
wątpliwości nagromadzone wokół spraw podnoszonych przez E. Moskala. 

background image

A co było przedtem? Zanim się te materiały 
rozwoziło? Bardzo sugestywnie i przekonująco 
opisuje Jan Nowak swą karierę w organizacji 
podziemnej: "Jest marzec 1941 roku". To 
pierwszy kontakt. Potem, "w czasie tej następnej 
rozmowy", dowiaduje się, że ma do czynienia z 
członkiem Związku Walki Zbrojnej, który 
kieruje go do ludzi mających umożliwić mu pracę 
w Komisarycznym Zarządzie Zabezpieczonych 
Nieruchomości. "W dwa tygodnie później 
objąłem administrację dwóch sporych kamienic 
na Królewskiej i otrzymałem Arbeitskartę... 
późną wiosną 1941 roku składałem przysięgę 
organizacyjną ZWZ" ("Kurier z Warszawy", 
Odnowa, Londyn 1978, s. 44-46). Bliższą definicję 
określenia "późną wiosną 1941 roku" można było 
wyczytać w liście Jana Nowaka ogłoszonym w 
"Rheinischer Merkur" dnia 6 czerwca 1975 r.: 
"Od połowy roku 1941 byłem czynny w polskim 
ruchu oporu przeciw nacjonalnemu 
socjalizmowi". I znów pytanie: a co przedtem?
 
Dziura w życiorysie. Tak to określił Jerzy 
Jankowski, redaktor ukazującego się we Francji 
periodyku "Polska w Europie" (nr 6-12/1975), a gdy 
Nowak zareagował, wyliczając swe ordery i medale, 
Jankowski listem z 30 stycznia 1976 r. replikował: 
"Twierdzi Pan, że Pana przeszłość jest mi dobrze 
znana, a z kontekstu wynika, że jest to obowiązek. 
Dotychczas interesowałem się bardziej życiorysem 
Tadeusza Kościuszki. Dlatego też wdzięczny jestem 
Panu za udostępnienie mi faktów z Jego życia od 
marca 1941 r.". 
Hojny ten Jankowski. Darował swemu adwersarzowi 
trzy miesiące dziury w życiorysie. Bo mógł napisać: 
"od połowy 1941 roku". 
Lukę wypełnił sam Jan Nowak, wytaczając sprawę 
przed sądem niemieckim. W swej "Polsce z oddali" 
(s. 342-343) ubolewa nad stronniczością tego sądu i 
dochodzi do wniosku, że popełnił "fatalny błąd". W 
"Abecadle Kisiela" (Oficyna Wydawnicza, 
Warszawa 1990, s. 79) wyznaje: "Wytoczyłem ten 
proces, bo mi Pan Bóg rozum odebrał". Trudno się z 
tym nie zgodzić. Bo w uzasadnieniu wyroku 
oddalającego skargę można wyczytać: 
"W notarialnym oświadczeniu wymienionego pana 
Kassnera, na które powołuje się autor książki, jest 
mowa, że powód w latach 1940-1942 był 
zatrudniony w Komisarycznym Zarządzie 
Zabezpieczonych Nieruchomości w Warszawie jako 
oficjalny i urzędowo zatwierdzony nadkomisarz. 
Ponadto stwierdza się tamże, że Komisaryczny 

 

Dem Herrn Kreishauptmann zurück-
gereicht unter Bezugnahme auf die
schon mündlich mitgeteilte Einsetzung
des Treuhänder N. Zentara durch
den Chef des Distrikts.
Warschau, den 23.8.1940. 

Dowódca SS i Führer Sił Samoobrony
W Generalnej Guberni Warszawa
Obszar Warszawa
Dotyczy: Zdzisław Jeziorański
Nieczyt.: 2. Wniosek i życiorys 

Do
Pana Kreishauptman (Naczelnik Powiatu)
Warszau-Land
Warszawa ul. 6-go sierpnia 34
Dział: gospodarki rolnej
i wyżywienia 

Wniosek Pana Zdzisława Jeziorańskiego ur. 2 
października 1914 r. w Warszawie jest przez 
nas aprobowany, proponuje się też, aby 
zaangażować go na powiernika (Treuhänder) 
zajętej parceli (Grundstückes) "Nowa 
Cegielnia w Radzyminie", będąca własnością 
Żyda Arii Mardera. Równocześnie zwracam 
Pana uwagę na to, że wnioskodawca 
(Zdzisław Jeziorański) jest krewnym pana 
Stanisława Jeziorańskiego, który dnia 
15.07.1940 r. został mianowany burmistrzem 
miasta Radzymin.
Na oryginale, zwrotnie dostarczono panu 
Naczelnikowi powiatu (Kreishauptmann) w 
związku z ustnie już przekazaną 
wiadomością, że nastąpiło wprowadzenie 
powiernika (Treuhändera) N. Zontara 
(Zentara) przez szefa Dystryktu.

background image

Zarząd Zabezpieczonych Nieruchomości zarządzał jako oficjalny urząd władzy okupacyjnej 
nieruchomościami, z których zostali wywłaszczeni ich żydowscy właściciele. Opis funkcji i 
czynności powoda w Komisarycznym Zarządzie pozwala nieuprzedzonemu czytelnikowi na taką 
interpretację i takie wyciągnięcie wniosku, jakie jest zawarte w kwestionowanym artykule, 
mianowicie, że autor książki określa i oskarża powoda jako nazistowskiego Treuhändera. Zatem 
więc powód pracował wówczas - czemu też i nie przeczy - w Komisarycznym Zarządzie 
Zabezpieczonych Nieruchomości jako urzędzie nazistowskiej władzy okupacyjnej, czyli w 
urzędzie, który zajmował się administracją nieruchomości, które należały względnie należały były 
do żydowskich właścicieli i które zostały przez władze okupacyjne co najmniej zarekwirowane. 
Więc "w latach 1940-1942", czemu powód, czyli Jan Nowak, "nie przeczy". Brak również 
odnośnego zaprzeczenia w orzeczeniu sądu apelacyjnego, oddalającego skargę - jak i w pierwszej 
instancji - i zamykającego dalszą drogę sądową. 
A może ten dokument sądowy to - jak to Jan Nowak nazywa - "fałszywka". Bo od tych "fałszywek" 
zaroiło się jesienią 1974 roku w audycjach RWE i w jak zawsze dla Jana Nowaka łaskawej prasie 
emigracyjnej. Słuchaczom i czytelnikom usiłowano wmówić, że odnośne biuro czy też dział UB, 
względnie MSW, 24 godziny na dobę produkuje fałszywe dokumenty mające skompromitować 
Jana Nowaka jak też RWE. 
Taka akcja informacyjna była bardzo na czasie, bo niezależnie od oświadczenia Kassnera pojawił 
się nowy dokument, łaskawie przesłany - jak i swego czasu książka Czechowicza - to whom it may 
concern przez, jak można było się domyślić, "organy". Dostałem to z Düsseldorfu na adres 
Englischer Garten l, bez wskazania nadawcy, data stempla pocztowego 25.11.74. W sierpniu 1940 
r., jak w dokumencie "stało", Zdzisław Jeziorański starał się o posadę Treuhändera w pożydowskiej 
cegielni w Radzyminie, w czym miał poparcie odnośnego Führera SS, powołującego się na fakt, że 
petent jest krewnym Stanisława Jeziorańskiego, burmistrza miasta Radzymin. Oczywiście 
"fałszywka", orzekł Jan Nowak i zwoławszy swój zespół do C.D. Jackson Room (taka duża 
konferencyjna) uroczyście oświadczył, że nigdy w Radzyminie nie był, żadnych tam krewnych nie 
miał, a dokument - co nie ulega wątpliwości - jest falsyfikatem. Wiele lat potem przypomniał sobie, 
że jego "daleki krewny, Stanisław Jeziorański" w czasie wojny "został burmistrzem Radzymina 
("Polska z oddali", s. 343). Tamże można wyczytać, że eksperci w Waszyngtonie i w Monachium 
orzekli, że inkryminowany dokument jest falsyfikatem. Argumenty, chyba Jana Nowaka, bo wątpię, 
by pochodziły od ekspertów, są więcej niż naiwne. Ale jeśli, jak on twierdzi, jest w posiadaniu ich 
ekspertyzy, to nie zadali sobie wiele trudu, by zbadać okoliczności powstania dokumentu. W 
przeciwnym razie nie wytykaliby dorobienia odnośnych znaków do przegłosów (Umlaut), takich 
jak ü lub ö, i obecności polskich liter ń i ł, lub też braku pozdrowienia "Heil Hitler". Ależ te właśnie 
"błędy", mające dokument skompromitować, świadczą o jego autentyczności. Przesłano mi plik 
dokumentów stanowiących załączniki do dogłębnej analizy zarówno samego dokumentu, jak i 
okoliczności jego powstania, dokonanej na miejscu w archiwach przez osoby - ośmielam się być 
zdania - bardziej kompetentne. Wbrew temu, co Jan Nowak twierdzi, dokument jest autentyczny. 
Potwierdzają ten fakt osoby występujące w tekście, ich oryginalne podpisy (pismo 
Kreishauptmanna Rupprechta, podpis dr. Zahna), jak również informacje zawarte w treści pisma, 
układ czcionki, nadruki, czcionka i pieczęcie. A także charakterystyczny dla kancelarii niemieckiej 
sposób formowania i spinania akt metalowymi wąsami, który pozostawił ślady rdzy i uszkodzenia 
papieru... 
Niemcy przejęli majątek b. państwa polskiego. Stąd też w urzędach korzystano (zwłaszcza w 
pierwszych latach okupacji) z polskich maszyn do pisania. Również personel pomocniczy w 
urzędach stanowili Polacy. Do Umlautów nie przywiązywano dużej wagi. Często w innych pismach 
urzędów niemieckich nie ma Umlautów, brak jest korekty pisma, w dokumentach występują liczne 
błędy literowe, jak i błędy cyfrowe (zwłaszcza w raportach i sprawozdaniach). 
W pismach SS und Selbstschutführera, jak i Sonderdienstu nie ma pozdrowienia "Heil Hitler". 
Sprawa cegielni i stryja w Radzyminie zdawała się być, jak mówią Niemcy, vom Tisch, czyli 

background image

ostatecznie załatwiona. Szef orzekł, że to fe, podwładni pokornie przyjęli do wiadomości. Co tam 
szeptali po kątach, nie było ważne - ważna była niezbyt przyjemna aura wytworzona artykułem 
Görlicha. W dniu 13 listopada 1974 r. doszło do sądowego porozumienia zastępców prawnych obu 
stron w tym sensie, że redakcja "Rheinischer Merkur" zgodziła się na opublikowanie tzw. 
Gegendarstellumg, czyli - jak doniósł londyński "Dziennik Polski" (23.12.74) - sprostowania 
podpisanego przez adwokata strony skarżącej, czyli Jana Nowaka, który "wytoczył "Rheinischer 
Merkur" sprawę o zniesławienie". 
Nieszybko doszło do tego sprostowania. Adwokat Jana Nowaka, "wprawdzie członek Bundestagu z 
ramienia SPD, ale bawidamek, gigolo", jak mi w lutym 1975 r. pisał dr Juliusz Stroynowski, 
"wysmażył kilkustronicową epistołę", której redakcja nie opublikowała ze względu na rozmiary. 
Mało tego, trzymiesięczny termin przesłania sprostowania minął, więc trudno zmusić "Rheinischer 
Merkur" do publikacji. 
Zanim przejdę do dalszej opowieści, wyjaśnię, że w wielu wypadkach jej źródłem będą moje 
zapiski z rozmów zarówno z przyjaciółmi redaktorami, nie wyłączając mego bezpośredniego 
amerykańskiego szefa, jak też głównie ze wspomnianym dr. Stroynowskim, nieprzeciętnie 
obrotnym publicystą, w RWE nie pracującym, ale chętnie ze zbiorów mego działu korzystającym, 
oraz Antonim Kuczmierczykiem, pracownikiem mego działu, podobnie jak Stroynowski chętnym 
do udzielania niekoniecznie poufnych informacji obu stronom. 
Stąd też wiem, że Jan Nowak rozpoczął ofensywę na koloński tygodnik, pismo katolickie związane 
z miejscową kurią biskupią, właśnie przez tę kurię, osiągając nawet duży sukces, bo nie kto inny niż 
arcybiskup Kolonii, kardynał Joseph Höffner napisał do redaktora naczelnego, by odwołał, 
względnie przeprosił. W "Polsce z oddali" (s. 342) można wyczytać, że to biskup Władysław Rubin 
"bardzo energicznie" interweniował u Höffnera, "a infułat Edward Lubowiecki, wikariusz 
apostolski Polaków w Niemczech, przeprowadził rozmowę z redaktorem Herwigiem 
Guckelhomem". O tym, że w jego sprawie interweniował również Andrzej Micewski ze "Znaku", 
Jan Nowak nie wspomniał. Twierdzi natomiast (j.w.), że "nacisk Kościoła poskutkował i 
'Rheinischer Merkur' umieścił sprostowanie". Zanim jednak to nastąpiło, tygodnik popadł w 
niełaskę w RWE. Nie twierdzę, że zaniechano prenumeraty, nie sprawdzałem, ale stwierdziłem pod 
koniec lutego 1975 r., że zniknął z półek czytelni, gdzie dotychczas był zawsze dostępny. 
Ta ojcowska troska o utrzymanie maluczkich w stanie nieświadomości przejawiła się również 
odnośnie listu Jana Nowaka ogłoszonego dnia 18 grudnia 1974 r. w wychodzącym w Wurzburgu, 
"katolickim piśmie dla Niemiec", "Deutsche Tagespost". Dopiero w dniu 16 kwietnia 1975., w 
wyniku ataków prasy krajowej, Jan Nowak, na porannej konferencji udostępnił obecnym odbitkę 
tego artykułu. Dopiero teraz dowiedziano się, że jednak. Wprawdzie nie nadkomisarz, ale zarządca 
domu. I to nie Görlich ani Kassner, ale sam Jan Nowak wyznawał, że - po to, by móc działać w 
akcji "N" i uniknąć deportacji, jak też dopiero po wstąpieniu do AK - został zatrudniony jako 
zarządca domu w Komisarycznym Zarządzie Zabezpieczonych Nieruchomości, gdzie też - "jak 
wielu innych Polaków" - (w sądzie kolońskim zezna, że było ich trzystu), wynajmował mieszkania, 
inkasował czynsze itd., itp. Nigdy nie był kolegą "nazistowskiego nadkomisarza Kassnera" i "nie 
współpracował politycznie z nazistami lub też nazistowskimi organizacjami", lecz dzięki 
"kamuflażowi jako zarządca domu" (Tarnbeschaftigung als Hausverwalter einer deutschen 
Behörde) mógł pełnić funkcję kuriera między Warszawą i Londynem oraz Sztokholmem, za co go 
"nagrodzono wysokimi odznaczeniami". 
Co do odznaczeń nikt nie miał wątpliwości. Uważnych obserwatorów, a tych nie brakło, zastanowić 
mogło to wyznanie w zestawieniu ze swego rodzaju świadectwem moralności, wystawionym przez 
kilku emigracyjnych notabli i opublikowanym w "Tygodniu Polskim" dokładnie cztery dni przed 
wyznaniem Jana Nowaka w "Deutsche Tagespost". 
Ta laurka ukazała się jako swego rodzaju załącznik do artykułu pióra dotychczas nieznanego, a 
ujawniającego niezły talent polemiczny Antoniego Zielińskiego, pt. "Oszukańcza gra", w którym 
tajemniczy autor jedną trzecią tekstu poświęcił recenzji pewnej książki o oszustwach 

background image

komunistycznych, w pozostałych dwóch trzecich rozprawiając się z fałszerstwami mającymi 
"rzucić cień na przeszłość wojenną Jana Nowaka, wielokrotnego kuriera i emisariusza AK". Przy 
okazji Kassner urósł do członka partii hitlerowskiej, paradującego po Warszawie w mundurze SS. 
Inni oszczercy to wszystko ludzie blisko związani "ze skrajnie nacjonalistycznymi i antypolskimi 
kołami w Niemczech Zachodnich". Jakie to konkretne zarzuty Kassner sprecyzował, wspomniany 
Antoni Zieliński nie ujawnił. Darmo by też szukać odnośnej wskazówki w dwóch oświadczeniach 
"czołowych osobistości polskich z okresu ubiegłej wojny, z którymi kpt. Jan Nowak stykał się z 
tyłu swojej działalności w AK zarówno w Polsce, jak i w Londynie", jakie redakcja "Tygodnia 
Polskiego" (14.12.74) opublikowała. 
Uważny czytelnik oświadczeń pięciu "czołowych osobistości" odróżni jedno osobne gen. Tadeusza 
Pełczyńskiego, b. szefa sztabu i zastępcy dowódcy AK, od zbiorowego, podpisanego przez 
pozostałych czterech. Generał Pełczyński pisze: "Stwierdzam, że Jana Nowaka (przybrane 
nazwisko Zdzisława Jeziorańskiego) znam osobiście od roku 1943 r. Wiem, że w kampanii 
wrześniowej 1939 r. służył w 2. d.a.k., że w październiku 1939 r. zdołał uciec z niewoli niemieckiej. 
Od marca 1941 r. pracuje w BIP-ie Komendy Głównej Związku Walki Zbrojnej, przemianowanego 
później na Armię Krajową". Po wyliczeniu wypraw kurierskich Jana Nowaka i wojennych 
odznaczeń, gen. Pełczyński oświadczył: "Oskarżenie Jana Nowaka o kolaborację z okupantem 
niemieckim jest oszczerstwem, które najsurowiej potępiam". 
W drugim, zbiorowym oświadczeniu brak jest tej precyzji dat. "W związku z oszczerczą kampanią", 
sygnatariusze stwierdzają, że znają Jana Nowaka "jako wybitnego, zasłużonego polskiego działacza 
niepodległościowego o nieposzlakowanym patriotyzmie". Następnie wyliczają zasługi wojenne 
Jana Nowaka, więc kampanię wrześniową, ZWZ, Akcję "N", wyprawy kurierskie i odznaczenia 
polskie i angielskie. "W tych warunkach rzucanie cienia podejrzeń na jego postępowanie i postawę 
patriotyczną podczas wojny zasługuje na stanowcze potępienie". Podpisano: Edward RACZYŃSKI 
w latach wojny członek rządu gen. Sikorskiego, ambasador RP w Londynie; gen. Stanisław 
KOPAŃSKI od sierpnia 1943 r. szef sztabu Naczelnego Wodza; Michał PROTASEWICZ, płk dypl. 
szef Oddz. VI (Specjalnego) sztabu N.W. od początku kwietnia 1942 do końca czerwca 1944, 
ówczesny podpułkownik dyplomowany; Tadeusz ŻENCZYKOWSKI-ZAWADZKI szef Wydziału 
"N" w BIP-ie (Komendy Głównej ZWZ-AK), przewodniczący Rady Naczelnej Koła AK. 
Z tych pięciu osobistości, tylko dwie były w czasie wojny w kraju, gen. Pełczyński, który się 
wyraźnie zastrzegł, że Jana Nowaka zna osobiście od 1943 roku, oraz Zawadzki-Żenczykowski, 
jedyny, który powinien wiedzieć, a że się nie wywnętrza, jego sprawa. W parę dni po ukazaniu się 
tej laurki w "Tygodniu Polskim", zawsze usłużny Antoś Kuczmierczyk skarżył mi się, że jego 
wyraźne pytanie w liście do Zawadzkiego, co myśli o treuhänderstwie, ten wyraźnie zlekceważył, w 
odpowiedzi ani słówkiem tego tematu nie poruszając. Pod koniec stycznia 1975 r. tenże Antoś, 
powołując się na rozmowę z Zawadzkim, powiedział mi, że sygnatariusze apelu są oburzeni na Jana 
Nowaka, że bez ich wiedzy opublikował ich oświadczenie, które - jak ich zapewniał - miało mu 
służyć do "wewnętrznego użytku", chyba dla władz RWE. 
Wrodzona przekora, do której trudno mi się nie przyznać, podyktowała mi list do "Kultury", jaki 
pan Jerzy był łaskaw umieścić w marcowym numerze 1975 r. (s. 157-158): 
OŚWIADCZENIE 
W powodzi oszczerstw szkalujących ludzi szczególnie dla sprawy zasłużonych pojawił się ostatnio 
zarzut, jakoby Sylwester Mora [był to pseudonim K. Zamorskiego używany od 1943 r. - red.] jadał 
w latach 1937-1939 udka żabie w maśle i popijał szampanem, czym sprzeniewierzył się dobrym 
obyczajom sarmackim. Na poparcie tej kalumnii pewne czynniki, charakteru których nietrudno się 
domyślić, kolportują fotostatyczną kopię rachunku restauracji George'a we Lwowie, który to hotel, 
włącznie z restauracją, od 30 lat znajduje się w gestii sowieckiej agencji turystycznej Inturist. 
Ekspertyza wykazała, że rzekomy dokument jest zwykłym falsyfikatem. 
Sylwestra Morę poznałem w 1943 roku i pozostawałem z ścisłym w nim kontakcie co najmniej do 

background image

końca wojny, toteż mogę stwierdzić, że pod jego adresem wysuwane są absurdalne zarzuty i 
zasługują jedynie na publiczne napiętnowanie. Sylwester Mora był zawsze głęboko przywiązany do 
narodowych tradycji i jadaniem żab dogłębnie się brzydził. We wspomnianym okresie mojej z nim 
znajomości jadał przeważnie w kasynie oficerskim i mogę zaświadczyć, że nade wszystko cenił 
kotlet wieprzowy z kapustą, co popijał rodzimą siwuchą a nie cudzoziemskim szampanem. 
KAZIMIERZ ZAMORSKI 
Monachium 
Pierwszy zadzwonił reżyser Jacek Machniewicz: aluzju poniał. Długo czekałem na reakcję Jana 
Nowaka. Jakoś nikt się nie spieszył z zawiadomieniem go o pastiszu. Ci, którzy czytali, należeli 
przeważnie do dość już wtedy licznej opozycji, a pretorianie albo nie czytali, albo czytali, ale nie 
dopatrzyli się aluzji. Dopiero pod koniec czerwca, pracujący w dziale analizy skryptów (taka 
cenzura po fakcie) i znany z gorliwości Krzysztof Bauer-Czarnomski, którego ktoś uświadomił przy 
kawie o istnieniu czegoś, co ten uznał za atak na Jana Nowaka, poczuł się w obowiązku - jak mi 
potem tłumaczył - zameldować o tym amerykańskiemu szefowi, a ten z kolei dyrektorowi RWE, 
którym był Ralph E. Walter. Dopiero tą drogą Jan Nowak dowiedział się o moim liście w sprawie 
żabich udek. Zażądał też natychmiastowego wylania mnie, tym bardziej że już uprzednio nabroiłem 
swymi listami do sygnatariuszy grudniowej laurki. 
W dniu 7 maja 1975 r. wysłałem do nich jednobrzmiące listy, w których zaznaczyłem, że "na 
podstawie dostępnych mi dotychczas danych oskarżenie Jana Nowaka o kolaborację" byłoby 
"zarówno pochopne, jak i krzywdzące", jednakże jego działalność w okupacyjnej instytucji - "nawet 
w charakterze li tylko zarządcy domu - do zajęć chwalebnych nie należała, choćby dlatego że - jak 
podała 'Deutsche Tagespost' w numerze z 29/30 listopada 1974 r., czemu też Jan Nowak nie 
zaprzeczył - 'dieser Einrichtung der deutshen Besatzungsbehörden oblag das enteignete jüdische 
Eigentum'". O tym, że zatrudnienie w tej instytucji "było co najmniej żenujące świadczy również 
fakt, że Jan Nowak ukrywał starannie ten epizod swego życiorysu aż do jesieni 1974 r." W 
konkluzji sformułowałem trzy niezbyt parlamentarne - przyznaję - pytania: czy podpisując swe 
oświadczenie sygnatariusz wiedział o powyższym; jeśli tak, dlaczego zataił, "przez co opinia 
publiczna została wprowadzona w błąd"; i czy nie byłoby wskazane "ponowne publiczne zajęcie 
stanowiska w tej sprawie". 
Tylko Tadeusz Zawadzki listem z 19 maja 1974 r. zawiadomił mnie, że nie widzi żadnego powodu, 
dla którego stawiam mu trzy pytania, z których drugie jest obraźliwe, nie znajduje też uzasadnienia 
dla udzielenia na nie odpowiedzi. 
Prezes Edward Moskal pisze, że "Jan Nowak-Jeziorański pracował dla hitlerowców jako ich 
zaufany i lojalny zarządca przejętego mienia pożydowskiego". Fakt tej współpracy ujawnili już 
dawniej współpracownicy Radia "Wolna Europa", m.in. wybitny sowietolog Kazimierz Zamorski w 
książce "Pod anteną Radia Wolna Europa"(Wydawnictwo WERS, Poznań 1995). W rozdziale 
"Nadkomisarz czy zarządca domu" dokładnie opisał sprawę zarzutów wobec "Kuriera z Warszawy" 
i jego wstydliwych dziur w życiorysie. Przedrukowujemy ten fragment książki, by wyjaśnić 
wątpliwości nagromadzone wokół spraw podnoszonych przez E. Moskala. 
Edward Raczyński, wtedy jeszcze nie prezydent, ale były ambasador, do którego zwróciłem 
się per Ekscelencja, musiał przesłać mój list odwrotnie do Jana Nowaka, i to chyba nie pocztą, 
a przez okazję, bo już w dniu 9 maja znalazł się na biurku oficera bezpieczeństwa stacji, 
którym był starszawy gentelman, Laurence G. Parr. W bardzo uprzejmym tonie 
zakomunikował mi, że z polecenia dyrektora Waltera ma szereg pytań do mnie. Po pierwsze - 
tu wręczył mi mój list do Ekscelencji - czy to autentyk? Czy wysłałem więcej takich listów i do 
kogo? Co mnie do tego skłoniło? Wygarnąłem wszystko, co mi leżało na wątrobie. Rozmowa 
trwała blisko trzy kwadranse. Czy on to cichcem nagrywał, nie wiem. Nie wiem też, ile z tego, 
co mu powiedziałem, przekazał Walterowi. Na razie na tym się skończyło. Dopiero gdy Jan 
Nowak w sprawie tych żabich udek...
 

background image

Według mych notatek, w dniu 24 czerwca 1975 zostałem wezwany, razem z mym szefem Jimem 
Brownem do biura Waltera na godz. 16.30. Z układu krzeseł, półkolem, i faktu, że Walter wyszedł 
zza biurka i usiadł przy nas, zorientowałem się, że nie będzie awantury. Zapowiedział zresztą: we 
are going to have an informal talk, a więc taka nieoficjalna rozmówka. Pozwolił mi się wygadać, 
wyjaśnić, że jako członek emigracyjnej społeczności mam prawo zabrać głos, gdy mnie prowokują, 
czy nie byłoby lepiej, gdyby Jan Nowak siedział cicho, nie robił tyle szumu wokół sprawy, która tak 
czy inaczej jest przegrana. "Ale dlaczego ty, właśnie ty podjąłeś się tej krucjaty przeciw 
Nowakowi?". "Well, probably because nobody else had guts to do it", odpowiedziałem. Tu Ralph 
wybuchnął: "You call it guts, ty to nazywasz odwagą, it is a damned stupid idiocy!". "To jest to co 
ty myślisz", odparowałem. Mógł mnie wyrzucić za drzwi, ale on tylko potwierdził: "Yes, that is 
what I think about it". Nastąpiła dłuższa przerwa, siedzieliśmy w milczeniu, które przerwałem, 
oświadczając: "gentelmen, mogę wam oznajmić, że ten cały interes uprzykrzył mi się, mam dość, 
nie poruszę tej sprawy więcej". "Ale jaką możemy mieć gwarancję, że tym razem dotrzymasz 
przyrzeczenia", spytał Ralph. "Take it or leave, I cannot tell you more" (możesz mi wierzyć lub nie, 
to wszystko, co mogę ci powiedzieć), odparłem. "OK - orzekł - zostańmy przy tym, jak jest i 
zapomnijmy o tym, co było". Takiego zakończenia sprawy listów do notabli i żabich udek nie 
spodziewałem się. Myślałem, że w najlepszym wypadku ustna nagana, a tu nic. 
Coś się musiało zmienić w stosunku dyrekcji do Jana Nowaka. Jeszcze kilka lat przedtem omal 
mnie, na jego żądanie, nie wylano za to tylko, że oświadczyłem się publicznie za Józefem 
Mackiewiczem, którego on tępił (por. rozdział "Surowa nagana"). Nie przypuszczam, by 
decydującą rolę grała ta luka w życiorysie. Takie drobiazgi załatwia się cichcem wewnątrz stacji, 
ale z chwilą, gdy wokół tego epizodu powstał niezły huczek, należy starać się uciszać niemiłą dla 
stacji publicity. 
Ale o ten rozgłos dbał sam Jan Nowak. Tak więc "Tydzień Polski" (21.06.75) podał do wiadomości, 
że w dniu 6 czerwca "'Rheinischer Merkur' ogłosił jego oświadczenie, co jest "wynikiem 
polubownego załatwienia sprawy sądowej z 'Rheinischer Merkur', które ma być sfinalizowane na 
rozprawie sądowej w lipcu br. Proces przeciwko autorowi artykułu Görlichowi toczyć się będzie 
dalej". 
Wynikałoby z tego, że polubowne porozumienie z kolońskim tygodnikiem ma być ostatecznie 
"zaklepane" w lipcu, a pozwanym będzie tylko Görlich. Tymczasem proces toczył się zarówno 
przeciw redaktorowi pisma, jak i autorowi artykułu. Więc po przegranej musiał "Tydzień Polski" 
(23.08.75) odwołać mylną wiadomość. Ale jak to zrobił! Chapeau-bas! 
"Czyniąc zadość prośbie pp. Gückelhorna i Görlicha, jednocześnie stwierdzamy, że podtrzymujemy 
naszą wiadomość pt. 'Rheinisher Merkur ogłosił sprostowanie', zamieszczoną dnia 21 czerwca br., z 
wyjątkiem tylko ostatniego jej ustępu, tj. ostatnich dwóch zdań". 
O ile znam Jana Nowaka i tę technikę informowania maluczkich, pozwolę sobie na pewne domysły 
dotyczące jego motywów wysunięcia przeciw Görlichowi trzech zarzutów: l) że do określenia 
"Treuhänder" dodał przymiotnik "nazistowski", 2) że napisał, iż książka Czechowicza ukazała się 
na Zachodzie i 3) że została w mgnieniu oka rozprzedana. To mniej więcej tak jakbym się skarżył, 
że Iks: l) sprał mnie po gębie, 2) miał przy tym brudne łapy i 3) takie też buty. Przy tak 
sformułowanym oskarżeniu mogę liczyć na to, że - jeśli nawet sąd uzna, że Iks miał podstawy, by 
sprać mnie po gębie, bo mu uprzednio naplułem w twarz i skargę oddali - nieodparte pozostaną dwa 
ostatnie zarzuty, bo Iks istotnie miał brudne łapy i buty. Jeśli w tym względzie sąd przyzna mi rację, 
będę sąsiadom opowiadał, że sprawę wygrałem. Jeśli jednak sąd orzeknie, że tak błahe okoliczności 
rzekomego przestępstwa są nieważne i skargę mą oddali w całości, mogę co najwyżej opowiadać, 
że sędzia był szwagrem pozwanego, więc stronniczy. Podobne narzekania można wyczytać na 
stronie 342 drugiego tomu wspomnień pt. "Polska z oddali". 
Nie znajdziemy tam natomiast wzmianki o rozprawie, jaka miała miejsce w dniu 15 czerwca 1976 
roku przed sądem apelacyjnym (Ober-landsgericht Köln), tym razem tylko przeciw Görlichowi, 
oraz wyroku ogłoszonym w dniu 6 lipca 1976, skargę, podobnie jak w pierwszej instancji, 

background image

oddalającym. Jana Nowaka zastępowało sześciu adwokatów, którzy chyba nie odnosili się do swego 
klienta "za źle ukrywaną niechęcią", jak uprzednio ów bawidamek, co to "mało interesował się 
praktyką adwokacką". 
Ponieważ z tekstem tego wyroku zapoznały się osoby, zdaniem Nowaka, niepowołane, ogłosił 
("Polska z oddali", s. 343), że to bezpieka spreparowała nową "fałszywkę", z której wynikało, że 
sąd "uznał powtórzone przez Görlicha zarzuty Czechowicza za prawdziwe. Sfałszowany wyrok 
przesłano w tysiącach odbitek do Polaków w Europie i w Stanach Zjednoczonych". 
O tej "fałszywce" dowiedziałem się dopiero z książki Nowaka. Bezpieka, dotychczas tak gorliwa w 
przesyłaniu tego rodzaju materiału, pominęła mnie tym razem w rozdzielniku. Nie słyszałem też, by 
inni koledzy, dotychczas na rozdzielniku bezpieki figurujący, ten "dokument" otrzymali. 
Skutecznym antidotum na "fałszywkę" byłoby rozesłanie "w tysiącach" kopii oryginalnego wyroku, 
czego Jan Nowak nie tylko zaniedbał, ale starał się usilnie temu zapobiec. Jak mi pisał Janusz 
Kowalewski - który na pewno dowiedział się o tym od Görlicha - Jan Nowak "wysłał bardzo 
pokorny list do redaktora 'R.M', którego przecież podał do sądu (w każdym niemal zdaniu 'sehr 
geehrter Herr Dr. Guckelhorn'), by zabronił Görlichowi wysyłania odpisów wyroku i w ogóle listów 
w sprawie Nowaka do innych gazet". 
Obnażył się tu "der kleine Hitler", jak go nazywali niemieccy technicy w dziale realizacji. Swego 
czasu zabronił swym redaktorom pisać do "Wiadomości", z którymi pożarł się o Józefa 
Mackiewicza (tylko Wojciech Gniatczyński i piszący te słowa nie usłuchali), więc uważał, że 
redaktor kolońskiego tygodnika będzie równie władny. 
Wiosną 1993 roku, dokładnie dnia 29 maja, uzyskałem posłuchanie w Maisons-Laffitte. Zgadało 
się, bo jakby inaczej, i o Nowaku. 
- Ale wie pan, to, że on tam pracował, to nic złego - ocenił pan Jerzy. - No dobrze, ale dlaczego to 
przemilczał, dlaczego się wypierał? - skontrowałem. - No właśnie - przyznał Giedroyc, ale 
odpowiedzi nie znalazł. 
Postanowiłem więc poszperać w archiwach i instytutach, by dociec przyczyny tej 
wstrzemięźliwości. I chyba zrozumiałem, wyczytawszy, że ojcem instytucji, w której pracował 
Zdzisław Jeziorański, był Marszałek Rzeszy Hermann Göring, odpowiedzialny za gospodarkę 
pełnomocnik planu 4-letniego, a cegielnie były w gestii szefa SS i policji Henricha Himmlera. 
Początek dał głównodowodzący okupacyjnych wojsk lądowych rozporządzeniem (Verordnung) z 
22.09.1939 o wyznaczeniu komisarycznych zarządów "dla przedsiębiorstw, warsztatów i 
nieruchomości" pozbawionych należytej administracji, na skutek nieobecności uprawnionych osób 
lub z innych powodów. Przejęcia danego obiektu w zarząd należało dokonać (war auszusprechen) 
odnośnie posiadłości Żydów i osób, które zbiegły albo stale były nieobecne, mogło natomiast 
(konnte) być postanowione w wypadkach, gdy tego wymagało dobro publiczne, w szczególności 
zaś interes obronny Rzeszy. 
Rozporządzenie to było oczywiście tymczasowe i jako takie nie mogło stanowić podstawy prawnej 
dla wszystkich przejawów gospodarczego i politycznego życia, toteż musiało ustąpić 
obszerniejszym przepisom. Tymi zajął się Göring, ustanawiając z dniem l listopada 1939 Główny 
Urząd Powierniczy Wschód (Haupttreuhandstelle Ost), w skrócie HTO, dla terenów wcielonych do 
Rzeszy, z siedzibą w Berlinie i zarządami terenowymi w Gdańsku, Poznaniu, Ciechanowie i 
Katowicach. Na terenie Generalnego Gubernatorstwa miarodajną była instytucja o tej samej 
nazwie, utworzona w dniu 15 listopada 1939 przez urzędującego w Krakowie Ministra Rzeszy 
Hansa Franka, głównego administratora przy głównodowodzącym obszaru Wschód. Temu HTO 
podlegały zarządy terenowe w Krakowie, Lublinie, Radomiu i Warszawie (w listopadzie 1941 
doszedł Lwów). 
Zatrudnienie kierowniczego personelu w zarządach powierniczych czy komisarycznych (obie 
instytucje prawnie i rzeczowo identyczne) podlegających HTO Franka zależne było zarówno od 

background image

narodowości, jak i stopnia lojalności wobec władzy okupacyjnej. Tak więc na pierwszym miejscu 
byli rdzenni Niemcy (Reichsdeutsche), potem ci z Volksliste, a na trzecim zuverlässige 
Einheimische, godni zaufania tubylcy. Tak więc, by dochrapać się stanowiska nadkomisarza w 
wiadomej instytucji, Zdzisław Jeziorański musiał być co najmniej godnym zaufania tubylcem. Tak 
go też musiała oceniać inna instytucja okupacyjna, jeśli była gotowa powierzyć mu zarząd cegielni. 
A cegielnie to oczko w głowie Himmlera, który "w interesie umocnienia niemieckości i obrony 
Rzeszy" dokonał zajęcia wszystkich cegielni do swej dyspozycji. 
Można oczywiście założyć, że zatrudnienie w tej instytucji, nawet na stanowisku kierowniczym, nie 
musi dyskwalifikować danego pracownika moralnie. Jak mnie jeden z nich zapewnił, zależało, jak 
się sprawował. Zgadzam się, mógł być Wallenrodem. Lecz taki nie ukrywa tego epizodu swego 
życia, z reguły jest z tej roli nie tylko dumny, ale oczekuje uznania, jakiegoś medalu, krzyżyka. 
Ale nie wszystko stracone. Jak wyczytałem w Giedroyciowej "Kulturze" (lipiec-sierpień 1992), ten 
rzekomo leżący Jan Nowak-Jeziorański, wiceprezes Kongresu Polonii Amerykańskiej i konsultant 
Amerykańskiej Rady Bezpieczeństwa Narodowego przebywał 11 dni w Australii. Celem wizyty 
były m.in. "spotkania ze środowiskami żydowskimi dla wzmocnienia, prowadzonego od pewnego 
czasu na terenie Australii, dialogu polsko-żydowskiego", jak też udzielenie wywiadów 'także 
żydowskim środkom masowego przekazu, w tym "Australian Jewish News' (Melbourne), 
'Australian Jewish Times' (Sydney) oraz żydowskiemu programowi radiowemu 3EA". 
W dwa lata później, jako jeden z dwóch "emisariuszy Polski Podziemnej" na uroczystości 
obchodów powstania w getcie warszawskim, podszył się sprytnie pod rolę "zwiastuna wyroku 
totalnej zagłady wydanym na Żydów", tego który "wielkim głosem apelował od tego wyroku do 
opinii cywilizowanego świata" ("Tydzień Polski", 1.05.1994). 
Nie zdziwiłbym się więc, gdybym się dowiedział, że rejestr odznaczeń Jana Nowaka-
Jeziorańskiego powiększył się wyróżnieniem za ten dialog i za to polsko-żydowskie zbliżenie. 
Może nawet dojdzie do drzewka w Alei Sprawiedliwych. 
Nie zajmowałem się w tym szkicu poważniejszymi zarzutami pod adresem Jana Nowaka, 
wysuniętymi przez Czechowicza ("Siedem trudnych lat", s. 150-153), jak i krążącymi wśród 
niemieckich pracowników stacji plotkami, m.in., że jego rzekoma nieznajomość języka 
niemieckiego to zasłona dymna ("er war doch unser"), choćby dlatego że traktowałem je jako nie 
udokumentowane pomówienia. Podobnie też odniosłem się do domniemania pracy wywiadowczej 
na dwie strony, jakie wysunął dr Herbert Czaja zarówno w "Volksbote" (21.03.75), jak i - bardziej 
wyraźnie - w "Rheinischer Merkur" (21.07.75). 
Mnie zastanawia, dlaczego Jan Nowak, w artykule "Zum Beweis verpflichtet" ("Rheinischer 
Merkur", 25.07.75) ograniczył się do odesłania Czai do polskich i angielskich archiwów - 
"świadczył się Cygan swoimi dziećmi" - zamiast, jak w wypadku Görlicha, zażądać odwołania i 
zagrozić skargą sądową o zniesławienie. 
Zastanawia mnie również inne zagadnienie. W sądzie kolońskim Jan Nowak powołał się na "około 
300 Polaków, którzy, tak samo jak i on, byli w podziemiu" i pracowali w owym nieszczęsnym 
Komisarycznym Zarządzie Zabezpieczonych Nieruchomości. W 1974 roku, gdy Czechowicz 
opublikował oświadczenie Kassnera, chyba stu z tych trzystu żyło i bodaj kilku na Zachodzie. Więc 
dlaczego nie odszukano dwóch czy trzech, ostatecznie jednego, który by obalił wszelkie 
oszczerstwa. 


Document Outline