background image

Amanda Quick

Inte

background image

resy

background image

Prolog

Oczy intruza lśniły chłodnym blaskiem. Gwałtownym ruchem strącił z półki następny 

rząd  antycznych  waz. Kruche naczynia  roztrzaskały się na  podłodze w  tysiąc  kawałków. 

Nieznajomy podszedł do kolekcji glinianych figurek.

- Pani Lakę, radzę się pośpieszyć z pakowaniem - ponaglił, z wściekłością rozbijając 

zbiór Afrodyt, satyrów i greckich bożków. - Powóz rusza za piętnaście minut i zapewniam, że 

odjedzie nim pani wraz z siostrzenicą, z bagażem czy też bez.

Lavinia stała u stóp schodów i bezradnie patrzyła, jak rozgniewany mężczyzna sieje 

spustoszenie w jej antykwariacie.

-Nie ma pan prawa tego robić. Doprowadzi mnie pan do ruiny.

-Wręcz przeciwnie, droga pani. Ratuję pani życie. - Nogą w ciężkim bucie przewrócił 

dużą urnę, zdobioną w stylu etruskim. - Ale proszę się nie martwić. Nie spodziewam 

się podziękowania.

Lavinia   skrzywiła  się   boleśnie,  kiedy  urna  upadła  na  podłogę   i  roztrzaskała   się  z 

głośnym hukiem. Wiedziała, że szaleńca nie należy drażnić. Ten najwyraźniej postanowił 

zniszczyć jej antykwariat, a ona nie mogła zrobić nic, żeby go powstrzymać.

Bardzo wcześnie w życiu nauczyła się rozpoznawać, kiedy należy wykonać taktyczny 

odwrót. Nigdy jednak nie umiała potulnie godzić się z porażką.

-Gdybyśmy byli w Anglii, kazałabym pana aresztować, panie March.

-

Ale   nie   jesteśmy   w   Anglii.   -Tobias   March   chwycił   naturalnej   wielkości   figurę 

centuriona i pociągnął ją za tarczę. Kamienny Rzymianin upadł na własny miecz. - 

Jesteśmy we Włoszech i musi pani robić to, co każę. Nie ma pani wyboru.

Dalsze trwanie przy swoim nie miało sensu. Rozmowa z Tobiasem Marchem była 

zwykłą stratą czasu, który można było poświęcić na pakowanie kufrów, jednak wrodzona 

skłonność do oślego uporu nic pozwoliła Lavinii ustąpić pola bez walki.

-Przeklęty bękart - wycedziła przez zęby.

-Moja metryka mówi co innego. - Strącił na podłogę rząd waz z czerwonej gliny. - 

Domyślam się jednak, co pani chce powiedzieć.

-Widać wyraźnie, że nie jest pan dżentelmenem.

background image

-Nie będę się o to spierać. - Kopnął popiersie nagiej Wenus. -Ale przecież pani też nie 

jest damą.

Drgnęła, kiedy popiersie rozbiło się o podłogę. Naga Wenus cieszyła  się wielkim 

powodzeniem u kupujących.

-Jak pan śmie?  Znalazłyśmy  się z siostrzenicą w Rzymie  bez środków do życia  i 

byłyśmy   zmuszone   przez   kilka   miesięcy   parać   się   interesami,   ale   to   jeszcze   nie 

powód, żeby nas obrażać.

-Dość tego. - Stanął z nią twarzą w  twarz. W świetle  lampy jego groźne oblicze 

wydawało się chłodniejsze niż oblicza kamiennych posągów. - Niech się pani cieszy, 

że   doszedłem   do   wniosku,   iż   jest   pani   tylko   bezwolnym   narzędziem   w   rękach 

przestępcy, którego ścigam, a nie członkiem jego bandy złodziei i morderców.

-

Twierdzi  pan,  że złoczyńcy  korzystali  z mojego  sklepu, żeby przekazywać  sobie 

wiadomości. Ale to tylko pańska opinia. 

Szczerze mówiąc, kiedy patrzę na pana grubiańskie zachowanie, trudno mi uwierzyć 

w choć jedno pana słowo. Wyjął z kieszeni złożoną kartkę.

- Zaprzeczy pani, że ten list był schowany w jednej z pani waz?

Zerknęła na obciążający dowód. Przed chwilą patrzyła oniemiała, jak wyjął tę kartkę z 

rozbitej greckiej wazy. Zapisana na niej wiadomość o dobiciu korzystnego targu z piratami 

wyglądała jak raport jakiegoś rzezimieszka, przeznaczony dla herszta bandy.

Lavinia uniosła głowę.

-To przecież nie moja wina, że jeden z klientów wrzucił do wazy jakiś osobisty list.

-Nie   chodzi   tu   o   jednego   klienta.   Złoczyńcy   wykorzystywali   pani   sklep   od   kilku 

tygodni.

-A skąd pan to wie?

-Prawie   od   miesiąca   obserwuję   ten   lokai   i   panią   -   przyznał   z   denerwującą 

obojętnością, a oczy Lavinii rozszerzyły się ze zdumienia.

-Od miesiąca mnie pan szpieguje?

-

Z początku zakładałem, że jest pani wspólniczką Carlisle'a. Dopiero po dokładniejszej 

analizie sytuacji doszedłem do wniosku, że najprawdopodobniej nie ma pani pojęcia, 

w co są zamieszani niektórzy z pani tak zwanych klientów.

- To oburzające.

Spojrzał na nią rozbawiony.

-Chce pani powiedzieć, że wiedziała pani, w jakim celu tak regularnie odwiedzają 

pani antykwariat?

background image

-Nic podobnego nie chciałam powiedzieć. - Słyszała, że mówi coraz głośniej, ale nie 

potrafiła się opanować. Jeszcze nigdy w życiu nie była tak rozgniewana i wystraszona. 

-Miałam ich za uczciwych miłośników starożytności.

-Doprawdy? - Tobias zerknął na słoje z mlecznozielonego szkła, ustawione w równym 

rzędzie na wysokiej półce. Uśmiechnął się chłodno. - A czy pani jest uczciwą kobietą?

Lavinia zesztywniała.

-Co pan sugeruje?

-Nic nie sugeruję. Stwierdzam tylko, że większość znajdujących się tu przedmiotów to 

tanie kopie starożytnych dzieł sztuki. Niewiele tu prawdziwych antyków.

-A skąd pan to wie? - odparowała. - Nie powie mi pan chyba, że jest znawcą sztuki 

starożytnej. Nie dam się oszukać. Po tym, co pan zrobił z moim antykwariatem, nie 

wmówi mi pan, że jest pan uczonym badaczem.

-

Ma   pani   rację.   Nie   jestem   znawcą   starożytnej   Grecji   i   Rzymu.  Jestem   prostym 

człowiekiem interesu.

-

Bzdura.   Dlaczego   prosty   człowiek   interesu   miałby   przyjeżdżać   aż   do   Rzymu   w 

pogoni za jakimś łotrem o nazwisku Carlisle?

-

Reprezentuję jednego ze swoich klientów, który zatrudnił mnie, żebym zbadał losy 

niejakiego Bennetta Rucklanda.

- I jakież są losy tego pana Rucklanda?

Tobias spojrzał jej w oczy.

-Został zamordowany, tutaj, w Rzymie. Mój klient uważa, że stało się tak, ponieważ 

wiedział zbyt wiele o tajnej organizacji, na czele której stoi Carlisle.

-Niewiarygodna historia.

-Być może, ale będzie lepiej, jak pani w nią uwierzy. Zresztą nie ma pani wyboru. - 

Rozbił kolejną wazę. - Zostało pani tylko dziesięć minut.

Sprawa wyglądała beznadziejnie. Lavinia chwyciła fałdy spódnicy i ruszyła w górę po 

schodach. Zatrzymała się na chwilę, bo uderzyła ją pewna myśl.

-   Powiedział   pan,   że   jest   prostym   człowiekiem   interesu.   Rozwiązywanie   zagadek 

kryminalnych to raczej dziwny interes.

Tobias rozbił niewielką rzymską lampkę oliwną.

- Nie dziwniejszy niż sprzedawanie fałszywych antyków.

Lavinia skrzywiła się lekko.

-   Już   mówiłam,   że   to   nie   falsyfikaty,   tylko   reprodukcje,   które   sprzedajemy   jako 

pamiątkę z Rzymu.

background image

-Niech je pani nazywa, jak się pani podoba. Dla mnie to zwykłe oszukańcze imitacje.

Uśmiechnęła się kwaśno.

-Ale przecież sam pan mówił, że nie jest znawcą sztuki, prawda? Jest pan człowiekiem 

interesu.

-Zostało pani mniej więcej osiem minut.

Dotknęła srebrnego wisiorka pod szyją, co często czyniła, kiedy była zdenerwowana.

- Sama nie wiem, czy jest pan odrażającym łajdakiem, czy tylko zwykłym szaleńcem - 

wyszeptała.

Zerknął na nią chłodno, z rozbawieniem.

-Czy to sprawia pani jakąś różnicę?

-Żadnej.

Sytuacja stała się beznadziejna. Lavinia nie miała innej możliwości, jak tylko uznać 

zwycięstwo przeciwnika.

Z cichym okrzykiem frustracji i gniewu pobiegła na piętro. Kiedy dotarła do małego, 

oświetlonego jedną lampą pokoju, zobaczyła, że w przeciwieństwie do niej Emeline dobrze 

wykorzystała czas, który zostawił im intruz. Na środku, z podniesionymi wiekami, stały dwa 

średnie kufry i jeden duży. Mniejsze były już wypełnione po brzegi.

-Dzięki   Bogu,   że   przyszłaś.   -   Słowa   Emeline   brzmiały   niewyraźnie,   ponieważ 

trzymała głowę w szafie. - Co cię tam tak długo zatrzymało?

-Usiłowałam przekonać pana Marcha, że nie ma prawa wyrzucać nas w środku nocy 

na ulicę.

-Nie wyrzuca nas na ulicę. - Emeline odsunęła się od szafy; w ramionach trzymała 

antyczną   wazę.   -   Zapewnił   nam   powóz   i   dwóch   uzbrojonych   ludzi,   którzy   mają 

zadbać,   żebyśmy   bezpiecznie   opuściły   Rzym   i   dotarły   do   Anglii.   To   bardzo 

wielkodusznie z jego strony.

-

Bzdura. On wcale nie jest wielkoduszny. Prowadzi jakąś podwójną grę i chce nas 

usunąć ze swojej drogi.

Emeline zawinęła wazę w wełnianą suknię.

-

Uważa, że grozi nam wielkie niebezpieczeństwo ze strony tego złoczyńcy Carlisle'a, 

który wykorzystał nasz sklep jako punkt kontaktowy dla swojej bandy.

-Akurat. Na to, że ktoś taki działa w Rzymie, mamy jedynie słowo pana Marcha. - 

Lavinia   otworzyła   szafkę,   z   której   spojrzał   na   nią   przystojny   i   bardzo   hojnie 

obdarzony przez naturę Apollo. - Trudno mi dać wiarę temu, co mówi. Równie dobrze 

może chodzić mu o to, żeby wykorzystać nasz lokal dla jakichś własnych niecnych 

background image

celów.

-A ja jestem przekonana, że powiedział prawdę. - Emeline włożyła zawiniętą w suknię 

wazę   do   trzeciego   kufra.   -   A   jeśli   nie   kłamie,   to   rzeczywiście   grozi   nam 

niebezpieczeństwo.

-

Jeżeli naprawdę chodzi tu o jakąś bandę przestępców, to wcale się nie zdziwię, jeśli 

się okaże, że pan Tobias March jest ich hersztem. Nazywa siebie prostym człowiekiem 

interesu, ale ja wyraźnie dostrzegam w nim coś zdecydowanie diabolicznego.

-Zdenerwowanie   pobudziło   twoją  wyobraźnię,  Lavinio.  A   wiesz,  że   kiedy  puścisz 

wodze wyobraźni, zupełnie tracisz zdrowy rozsądek.

Z dołu dobiegły odgłosy rozbijanych glinianych naczyń.

- Niech go piekło pochłonie - wymamrotała Lavinia.

Emeline przerwała pakowanie i przechyliwszy głowę, chwilę nasłuchiwała.

-Bardzo się stara, żeby wyglądało  to tak, jakbyśmy  padły ofiarą napaści  wandali, 

prawda?

-

Owszem, wspomniał,  że zniszczy sklep, żeby ten drań Carlisle nie zaczął czegoś 

podejrzewać. - Lavinia z wysiłkiem starała się wyjąć Apolla z szafki. - Uważam, że to 

kolejne kłamstwo. On się po prostu doskonale bawi. To kompletny wariat.

-Nie wydaje mi się. - Emeline poszła do szafy po następną wazę. - Jak to dobrze, że 

prawdziwe   antyki   trzymałyśmy   na   górze,   żeby   je   zabezpieczyć   przed   ulicznymi 

złodziejaszkami.

-Chociaż w jednej sprawie miałyśmy trochę szczęścia. -Lavinia objęła ciasno Apolla i 

postawiła na podłodze. - Aż drżę na myśl o tym, co by się stało, gdybyśmy wystawiły 

je wraz z kopiami na dole. March bez wątpienia by je zniszczył.

-A, moim zdaniem, najszczęśliwsze w tej całej historii jest to, że on nie uznał nas za 

wspólniczki Carlisle'a i jego rzezimieszków. - Emeline owinęła ręcznikiem małą wazę 

i   włożyła   do   kufra.   -   Aż   strach   pomyśleć,   co   by   zrobił,   gdyby   nic   uwierzył,   że 

jesteśmy niewinne i tylko naiwnie dałyśmy się wykorzystać.

-Zniszczył nasze jedyne źródło utrzymania i wyrzucił nas z domu. Co gorszego mógł 

nam zrobić?

Emeline spojrzała na otaczające ich stare, kamienne mury i lekko pociągnęła nosem.

-Nie nazywasz chyba tego nieprzyjemnego ciasnego pokoju domem. Wcale nie będę 

za nim tęskniła.

-Na   pewno   zatęsknisz,   kiedy   znajdziemy   się   bez   grosza   w   Londynie   i   będziemy 

musiały zarabiać na życie na ulicy.

background image

-Do tego nie dojdzie. - Emeline poklepała owiniętą w ręcznik wazę. - Po powrocie do 

Londynu sprzedamy antyki. Kolekcjonowanie starych waz i rzeźb jest teraz w modzie. 

Za pieniądze uzyskane ze sprzedaży będziemy mogły wynająć dom.

-Nie na długo. Będę szczęśliwa, jeśli pieniądze za te antyki pozwolą nam utrzymać się 

przez pół roku. Kiedy sprzedamy ostatnią wazę, popadniemy w poważne tarapaty.

-Znajdziesz jakieś wyjście, Lavinio. Zawsze znajdujesz. Zobacz tylko, jak świetnie 

dałyśmy sobie radę, kiedy nasza chlebodawczyni uciekła z tym przystojnym hrabią, a 

my zostałyśmy tu bez grosza. Twój pomysł, żeby zająć się antykami, był po prostu 

genialny.

Jedynie największym wysiłkiem woli Lavinia powstrzymała się, żeby nie krzyczeć z 

bezsilnej złości. Głęboka wiara Emeline w to, że ciotka znajdzie wyjście z każdej sytuacji, 

doprowadzała ją do szaleństwa.

- Pomóż mi zapakować Apolla - poprosiła.

Emeline   z   powątpiewaniem   spojrzała   na   duży   kamienny   posąg,   który   Lavinia 

usiłowała przeciągnąć po podłodze.

-

Zajmie prawie cały kufer. Może lepiej byłoby go zostawić, a zabrać jeszcze kilka 

waz.

-Ten Apollo jest wart kilku tuzinów waz. - Lavinia zatrzymała się w połowie drogi, 

dysząc z wysiłku. - To nasz najcenniejszy zabytek. Musimy go zabrać.

-

Jeśli   włożymy   go   do   kufra,   nie   będzie   miejsca   na   twoje   książki   -   dodała   cicho 

siostrzenica.

Lavinia poczuła lekki ucisk w żołądku. Spojrzała na półkę, pełną tomików poezji, 

które przywiozła z Anglii. Myśl, że będzie musiała je tutaj zostawić, była bardzo ciężka do 

zniesienia.

- Kupię sobie nowe. - Mocniej chwyciła posąg. - Za jakiś czas.

Emeline zawahała się i badawczo spojrzała jej w oczy.

-Jesteś pewna? Wiem, ile dla ciebie znaczą.

-Apollo jest ważniejszy.

-Jak uważasz. - Emeline pochyliła się i chwyciła rzeźbę za nogi.

Na   schodach   rozległ   się   tupot   ciężkich   butów.   W   drzwiach   stanął   Tobias   March. 

Zerknął na kufry, a potem przeniósł wzrok na obie kobiety.

- Musicie natychmiast jechać - oświadczył. - Nie możecie tu zostać nawet dziesięć 

minut dłużej. To byłoby zbyt ryzykowne.

Lavinia miała ochotę rzucić w niego wazą.

background image

- Nie zostawię Apolla. Możliwe, że tylko dzięki niemu nie będę musiała zarabiać na 

życie w domu publicznym.

Emeline skrzywiła się lekko.

- Ależ, Lavinio, nie przesadzaj.

-Taka jest prawda.

-Dajcie mi tę przeklętą figurę. - Tobias zarzucił sobie rzeźbę na ramię. - Zapakuję ją 

do kufra.

Emelina uśmiechnęła się ciepło.

-Dziękuję. Jest bardzo ciężka. Jej ciotka prychnęła oburzona.

-Nie dziękuj mu. To przez niego mamy kłopoty.

-Zawsze do usług - rzekł Tobias, układając Apolla w kufrze. - Coś jeszcze?

-Tak   -   odparła   szybko   Lavinia.   -   Ta   urna   przy   drzwiach.   To   wyjątkowo   cenny 

przedmiot.

-Nie zmieści się do kufra. - Chwycił wieko i spojrzał na starszą z kobiet. - Musi pani 

wybierać między Apollem i urną. Obu tych rzeczy nie zabierzecie.

Ta zerknęła na niego podejrzliwie.

-Sam pan chce ją zabrać, prawda? Zamierza pan ją ukraść.

-Zapewniam panią, że ta przeklęta urna wcale mnie nie interesuje. Urna czy Apollo? 

Proszę wybierać. Natychmiast.

-Apollo - wymamrotała.

Emeline pośpiesznie poutykała koszulę nocną i kilka par butów wokół rzeźby.

-Zdaje się, że jesteśmy gotowe, panie March - oznajmiła.

-Owszem.   -   Lavinia   uśmiechnęła   się   do   niego   chłodno.   -Jesteśmy   gotowe.   Mam 

nadzieję,   że   kiedyś   nadarzy   mi   się   sposobność,   żeby   panu   odpłacić   pięknym   za 

nadobne.

Zatrzasnął wieko kufra.

-Czy to pogróżka?

-Niech   pan   to   traktuje,   jak   się   panu   podoba.   -   Starsza   z   pań   chwyciła   sakiewkę, 

pelerynę i kapelusz. - Emeline, wychodzimy. Pan March pewnie zaraz podpali nasz 

antykwariat.

-

Niepotrzebnie jesteś taka nieuprzejma. - Jej siostrzenica również sięgnęła po pelerynę 

i kapelusz. - Zważywszy na okoliczności, pan March zachowuje się z podziwu godną 

powściągliwością.

Tobias pochylił głowę.

background image

-Dziękuję za wsparcie, panno Emeline.

-

Proszę się nie przejmować docinkami Lavinii - poprosiła dziewczyna. – Taką już ma 

naturę, że kiedy znajdzie się w trudnej sytuacji, staje się nieco popędliwa.

March zmierzył Lavinię chłodnym spojrzeniem.

-Zauważyłem - wycedził.

-Proszę okazać wyrozumiałość - ciągnęła Emeline. - Musi zostawić tu swoje tomiki 

poezji. To była dla niej bardzo trudna decyzja. Widzi pan. ona jest wielką miłośniczką 

poezji.

-

Na litość boską! - Lavinia zamaszystym ruchem otuliła się peleryną i ruszyła szybko 

do drzwi. - Ani chwili dłużej nic zamierzam słuchać tej niedorzecznej rozmowy. Jedno 

jest pewne. Z przyjemnością uwolnię się od pańskiego nad wyraz nieprzyjemnego 

towarzystwa.

-Zraniła mnie pani.

-Nie tak mocno, jak bym chciała.

Zatrzymała się na schodach i spojrzała na niego przez ramię. Wcale nie wyglądał na 

zranionego.  Sądząc   po tym.  z  jaką lekkością   dźwignął  kufer,  był   w  doskonałej  kondycji 

fizycznej.

-Ja z przyjemnością myślę o powrocie do domu. - Emeline szybkim krokiem wyszła z 

pokoju. - Włochy są dobre na krótką wizytę, ale już się stęskniłam za Londynem.

-

Ja również. - Lavinia oderwała wzrok od szerokich ramion Tobiasa Marcha. - Ta 

wyprawa okazała się całkowitą klęską. A czyj to był pomysł, żeby przyjechać tutaj w 

charakterze dam do towarzystwa tej okropnej pani Underwood?

Emeline cicho odchrząknęła.

-Zdaje się, że twój.

-

Kiedy następnym razem zasugeruję coś tak dziwacznego, błagam, bądź tak miła i 

podsuń mi pod nos sole trzeźwiące, żebym oprzytomniała.

-W swoim czasie ten pomysł musiał wydawać się doskonały -odezwał się Tobias.

-Owszem   -   powiedziała   łagodnie   Emeline.   -   „Pomyśl   tylko,   jak   wspaniale   będzie 

spędzić   cały   sezon   w   Rzymie".   To   słowa   Lavinii.   „Wokół   tyle   inspirujących 

zabytków".   Tak   mnie   przekonywała.   „A   wszystko   to   na   koszt   pani   Underwood", 

kusiła. „Będą nas przyjmowali ludzie obdarzeni doskonałym smakiem, z najlepszego 

towarzystwa".

-Wystarczy, Emeline - przywołała ją ciotka do porządku. -Dobrze wiesz, że ta podróż 

wiele nas nauczyła.

background image

-I to, zdaje się. w niejednej dziedzinie - wtrącił niedbale Tobias. - Oczywiście, jeśli 

wierzyć plotkom na temat pani Underwood, które nieraz słyszałem. Czy to prawda, że 

jej przyjęcia czasami przekształcały się w orgie?

Lavinia zacisnęła zęby.

-Niestety, takie godne pożałowania przypadki zdarzyły się kilka razy.

-Te przyjęcia były dla nas trochę uciążliwe - wyznała Emeline. - Na ich czas kazano 

nam się zamykać w sypialniach. Ale, moim zdaniem, prawdziwe kłopoty zaczęły się 

dopiero, kiedy obudziłyśmy się pewnego ranka i stwierdziłyśmy, że pani Underwood 

uciekła ze swoim hrabią. Znalazłyśmy się w obcym kraju same i bez grosza przy 

duszy.

-Ale jednak udało nam się znaleźć wyjście z trudnej sytuacji -odezwała się stanowczo 

Lavinia. - Wiodło nam się całkiem nieźle, dopóki pan nie postanowił się wtrącić w 

nasze osobiste sprawy.

-Proszę mi wierzyć, że nikt bardziej tego nie żałuje niż ja -zapewnił Tobias.

Zatrzymała się u stóp schodów i spojrzała na sklep, pełen roztrzaskanych naczyń i 

rzeźb. March zniszczył wszystko. Ani jedna waza nie zachowała się w całości. W niespełna 

godzinę zrujnował to. co budowała przez cztery miesiące.

- To niemożliwe, żeby żałował pan tego bardziej niż ja. - Zacisnęła dłonie na sakiewce 

i omijając skorupy mszyła do wyjścia. - Moim zdaniem, to wszystko zdarzyło się z pańskiej 

winy.

Nie   zaczynało   jeszcze   świtać,   kiedy   Tobias   wreszcie   usłyszał   kroki   przy   tylnych 

drzwiach. Z pistoletem w ręku czekał na pogrążonych w ciemności schodach.

Jakiś mężczyzna niosący latarnię wyłonił się z pokoiku na zapleczu. Zatrzymał się 

gwałtownie na widok zrujnowanego wnętrza antykwariatu.

- Jasny gwint... - Postawił latarnię na kontuarze, podszedł do szczątków wielkiej wazy 

i   obejrzał   odłamki.   -   Jasny   gwint   -   wymamrotał   znowu.   Przyjrzał   się   zniszczonym 

przedmiotom. - Niech to wszyscy diabli!

Tobias zszedł o stopień niżej.

- Szukasz czegoś. Carlisle?

Carlisle znieruchomiał. W słabym, mrugającym świetle latarni jego zła. odpychająca 

twarz przypominała maskę.

-Ktoś ty?

background image

-Nie znasz mnie. Przysłał mnie tu przyjaciel Bennetta Rucklanda, żebym cię odnalazł.

- Ruckland. Wszystko jasne. Powinienem był to przewidzieć.

Carlisle   poruszył   się   szybko   jak   błyskawica;   w   jego   dłoni   ukazał   się   pistolet. 

Złoczyńca bez wahania wymierzył go w Tobiasa.

Ten przygotowany na to, pociągnął za cyngiel swojego pistoletu.

Nie   usłyszał   oczekiwanego   huku   i   natychmiast   zrozumiał,   że   broń   nie   wypaliła. 

Sięgnął do kieszeni po zapasowy pistolet, ale było już za późno.

Carlisle wypalił.

Tobias poczuł, że lewa noga się pod nim ugina. Siła uderzenia kuli odrzuciła go w tył. 

Upuścił pistolet, żeby chwycić się barierki. Jakoś udało mu się nie spaść ze schodów i nie 

złamać karku.

Carlisle tymczasem przygotowywał do strzału drugi pistolet.

Tobias chciał się wspiąć w górę, lecz lewa noga odmawiała mu posłuszeństwa i mimo 

starań nie mógł  nią sprawnie poruszać.  Położył  się na brzuchu i podpierając się rękami, 

niczym krab z wysiłkiem piął się po schodach. Kiedy stopa poślizgnęła mu się na czymś 

mokrym, domyślił się, że to krew sącząca się z jego uda.

Carlisle ostrożnie podszedł do stóp schodów. Tobias domyślił się, że złoczyńca nie 

wypalił z drugiego pistoletu tylko z powodu gęstego mroku, w którym nie mógł wyraźnie 

dostrzec swojego celu.

Ciemność była jedyną nadzieją Tobiasa.

Dotarł na piętro i bezwładnie wtoczył  się do pogrążonego w mroku pokoju. Ręką 

natrafił na ciężką urnę, której nie zabrała Lavinia.

-   Nic   tak   nie   irytuje,   jak   broń,   która   nie   chce   wypalić,   co?   -   zapytał   Carlisle 

uprzejmym tonem. - Na dodatek upuściłeś drugi pistolet. Co za oferma z ciebie. - Szybkim, 

pewnym krokiem szedł po schodach na górę.

Tobias chwycił urnę i przewrócił ją na bok. starając się oddychać bardzo płytko. W 

lewej nodze zaczął odczuwać palący ból.

- Czy ten, kto cię tu za mną  przysłał,  nie powiedział  ci, że nie wrócisz żywy do 

Anglii? - zapytał Carlisle. Był już w połowie schodów. - Nie wspomniał, że jestem byłym 

członkiem Błękitnej Izby? Wiesz co to znaczy, przyjacielu?

Tobias   zdawał   sobie   sprawę,   że   ma   tylko   jedną   szansę.   Musiał   zaczekać   na 

odpowiednią chwilę. 

- Nie wiem, ile ci zapłacili, żebyś mnie dopadł, ale jakakolwiek to była suma, to i tak 

za mała. Tylko głupiec mógł się podjąć takiego zadania. - Carlisle był już niemal na podeście. 

background image

W jego głosie słychać było podniecenie wygłodniałego drapieżnika. - Zapłacisz życiem za 

głupotę.

Resztkami   sił   Tobias   popchnął   urnę.   Wielkie,   ciężkie   naczynie   potoczyło   się   ku 

schodom.

- Co to jest? - Carlisle znieruchomiał na ostatnim stopniu. - Co to za hałas?

Tocząca się urna ścięła go z nóg. Carlisle krzyknął. Tobias usłyszał, jak przeciwnik 

stara się chwycić ściany, daremnie usiłując odzyskać równowagę.

Carlisle potoczył się w dół, uderzając o kolejne stopnic z głuchym dudnieniem. Kiedy 

dotarł na dół, krzyk rozdzierający powietrze gwałtownie się urwał.

Tobias zdarł z łóżka prześcieradło, oderwał od niego długi pas tkaniny i opatrzył ranę. 

Kiedy dźwignął się na nogi, zakręciło mu się w głowie.

Zachwiał się, a w połowie drogi na dół niemal zemdlał, ale udało mu się nie upaść. 

Carlisle leżał u stóp schodów, z głową odchyloną pod nienaturalnym kątem. Wokół niego 

walały się odłamki roztrzaskanej urny.

- Postanowiła zabrać  Apolla - wyszeptał  Tobias  do martwego  przestępcy.  - Teraz 

widzę, że to było właściwa decyzja. Ta kobieta ma wspaniałą intuicję.

background image

1

Nerwowy   człowieczek,   który   sprzedał   mu   dziennik,   ostrzegł   go,   że   szantaż   to 

niebezpieczny interes. Pewne informacje z pamiętnika lokaja mogły sprowadzić śmierć na 

człowieka, który je poznał. Ale Holton Felix wierzył, że jego uczynią bogatym.

Od lat pieniądze na życie zdobywał w domach gry. Poznał smak ryzyka i już dawno 

się dowiedział, że ci, którym brak odwagi i zdecydowania, żeby rzucić kością, nigdy nic nie 

wygrają.

Powtarzając sobie, że nie jest głupcem, zanurzył pióro w kałamarzu i znów zabrał się 

za pisanie listu. Nie zamierzał zajmować się szantażem zbyt długo. Skończy z tym, jak tylko 

zbierze wystarczająco dużo pieniędzy, żeby spłacić najpilniejsze długi.

Zdecydował jednak, że pamiętnik zatrzyma. Zapisane w nim sekrety mogą się przydać 

w przyszłości, gdyby znów miał się znaleźć w finansowych tarapatach.

Drgnął, kiedy ktoś nieoczekiwanie zapukał do drzwi. Spojrzał na ostatnią linijkę listu 

z pogróżkami, nad którym właśnie ślęczał. Kleks z atramentu szpecił słowo „niefortunny". 

Ten widok go zirytował. Całe zdanie zmarnowane. Holton przywiązywał wielką wagę do 

swoich   listów,   pochlebiał   sobie,   że   są   niespotykanie   błyskotliwe   i   dowcipne.   Styl 

dopasowywał   do   adresata.   Zostałby   sławnym   pisarzem,   może   drugim   Byronem,   gdyby 

okoliczności nie zmusiły go do zarabiania pieniędzy w jaskiniach hazardu.

Obudził się w nim zadawniony gniew. Wszystko byłoby o wiele łatwiejsze, gdyby los 

nie potraktował go tak oburzająco niesprawiedliwie. Gdyby tylko ojciec nie został zabity w 

pojedynku, którego przyczyną był hazardowy spór, gdyby zrozpaczona, doprowadzona do 

ostateczności matka nie zmarła na ciężką chorobę, kiedy miał zaledwie szesnaście łat, to kto 

wie, co mógłby osiągnąć? Kto wie, jak wysoko by zaszedł, gdyby dane mu były przywileje, 

jakimi cieszyli się inni?

Tymczasem był zmuszony uciekać się do szantażu i wymuszania. Któregoś dnia w 

końcu osiągnie od dawna mu należną pozycję. Tak sobie obiecywał. Któregoś dnia...

Pukanie   rozległo   się   znowu.   To   bez   wątpienia   któryś   z   wierzycieli.   Felix   miał 

rachunki do spłacenia w każdym domu gry w mieście.

Zmiął list i szybko wstał. Podszedł do okna, lekko odchylił zasłonę i wyjrzał. Nikogo 

nie dostrzegł. Natręt zapewne doszedł do wniosku, że nikt mu nie otworzy. Holton zauważył 

background image

jednak na progu jakąś paczkę.

Otworzył drzwi i pochylił się, żeby zabrać tajemnicze pudełko. Kątem oka zauważył, 

że z cienia wysunęła się postać w grubym płaszczu.

Pogrzebacz uderzył w jego potylicę z zabójczą siłą. Świat Holtona Felixa skończył się 

w jednej chwili, a jego imponujące długi zostały unieważnione.

background image

2

Lavinia poczuła charakterystyczny odór śmierci. Wstrzymała oddech, stając w progu 

pokoju,   oświetlonego   ogniem   z   kominka.   Szybko   wyjęła   chusteczkę   z   sakiewki.   Takiej 

możliwości nie brała pod uwagę, kiedy planowała dzisiejszy wieczór. Przyłożyła ozdobiony 

haftem   batystowy   kwadracik   do   nosa   i   stłumiła   w   sobie   odruch,   nakazujący   jej 

natychmiastową ucieczkę.

Ciało Holtona Felixa leżało rozciągnięte na podłodze przed kominkiem. Z początku 

nie   dostrzegła   żadnych   ran.   Przyszło   jej   nawet   do   głowy,   że   serce   odmówiło   mu 

posłuszeństwa. Po chwili jednak zauważyła, że jego głowa ma przerażająco dziwny kształt.

Najwyraźniej jedna z ofiar szantażysty przybyła tu wcześniej. Lavinia wiedziała, że, 

jak na takiego łajdaka, Felix nie był zbyt przebiegły. Przecież udało jej się zidentyfikować go 

i   odnaleźć   wkrótce   po   otrzymaniu   pierwszego   listu,   chociaż   w   prowadzeniu   prywatnego 

śledztwa nie miała żadnego doświadczenia.

Kiedy dowiedziała się, gdzie Felix mieszka, porozmawiała z kilkoma pokojówkami i 

kucharkami, pracującymi w okolicznych domach. Upewniwszy się, że co noc wychodzi do 

któregoś z domów gry, postanowiła dzisiejszego wieczoru przeszukać jego mieszkanie. Miała 

nadzieję, że znajdzie dziennik, z którego, jak twierdził, zaczerpnął swoje informacje.

Niepewnie   rozejrzała   się   po   niewielkim   pokoju.   Ogień   nadal   wesoło   płonął   w 

kominku, ale ona czuła na plecach lodowatą strużkę potu. Co powinna zrobić? Czy mordercy 

wystarczyło, że zabił tego łotra, czy zdążył też przeszukać mieszkanie i zabrać pamiętnik?

Istniał tylko jeden sposób, żeby uzyskać odpowiedzi na te pytania. Wiedziała, że musi 

wykonać plan, z jakim tu przyszła.

Zmusiła się, żeby zrobić jakiś ruch. Pokonanie niewidzialnych pęt strachu kosztowało 

ją bardzo wiele wysiłku. Roztańczone płomienie dogasającego ognia rzucały niesamowite 

cienie na ściany. Starała się nie patrzeć na zwłoki.

Oddychając tak cicho, jak umiała, zastanawiała się, gdzie rozpocząć poszukiwania. 

Felix urządził mieszkanie z wielką prostotą. Biorąc pod uwagę jego zamiłowanie do hazardu, 

nie była to wielka niespodzianka. Niewątpliwie od czasu do czasu był zmuszony sprzedać 

jakiś świecznik lub stolik, żeby pokryć długi. Służące, z którymi rozmawiała, zdradziły jej, że 

nieustannie   brakowało   mu   gotówki.   Jedna   z   nich   zasugerowała,   że   był   pozbawionym 

background image

wszelkich   skrupułów   oportunistą,   który   zniżyłby   się   do   każdej   podłości   dla   zdobycia 

pieniędzy.

Szantaż   był   najprawdopodobniej   tylko   jednym   z   wielu   nieprzyjemnych   sposobów 

uzyskania   gotówki,   które   Felix   wymyślił   od   czasu,   kiedy   rozpoczął   karierę   hazardzisty. 

Najwyraźniej jednak nie był to sposób najlepszy.

Nieopodal   okna   spostrzegła   biurko   i   od   niego   postanowiła   zacząć,   chociaż 

podejrzewała, że morderca już przeszukał jego szuflady. Sama by tak na jego miejscu zrobiła.

Ostrożnie okrążyła zwłoki, trzymając się od nich jak najdalej. Na biurku leżały w 

nieładzie zwykłe przybory, między innymi mały scyzoryk i kałamarz. Był tam też piasek do 

osuszania   świeżo   zapisanych   kartek   i   metalowe   naczynie,   w   którym   topił   wosk   do 

pieczętowania listów.

Nachyliła się, żeby otworzyć pierwszą z trzech szuflad po prawej stronie biurka. Nagle 

zastygła w bezruchu i poczuła, że po karku przebiega jej dreszcz. Miała złe przeczucie.

Usłyszała za sobą ciche, ale wyraźne szuranie butów o deski podłogi. Ogarnął ją tak 

wielki   strach,   że   na   chwilę   zaparło   jej   dech   w   piersi.   Jej   serce   biło   jak   oszalałe;   miała 

wrażenie, że po raz pierwszy w życiu zemdleje.

Morderca nadal znajdował się w pokoju.

Jedno było pewne. Nie mogła sobie pozwolić na omdlenie.

Spojrzała na leżące na biurku przedmioty, szukając jakiegoś narzędzia, które mogłoby 

posłużyć jej do obrony. Wyciągnęła rękę i jej palce zacisnęły się na scyzoryku. Był taki mały 

i delikatny. Ale tylko taką broń miała do dyspozycji.

Ściskając miniaturowy nożyk, szybko się odwróciła, żeby wreszcie stanąć twarzą w 

twarz   z   mordercą.   Natychmiast   dostrzegła   jego   majaczącą   w   mroku   sylwetkę.   Stał   w 

drzwiach  prowadzących  do sypialni.  Widziała  zarys  jego płaszcza, ale twarz kryła  się w 

ciemnościach.

Nie wykonał żadnego ruchu, nie próbował jej dopaść. Splótłszy ramiona na piersiach, 

stał spokojnie, oparty niedbale o futrynę.

-   Pani   Lakę   -   odezwał   się   Tobias   March.   -   Przeczuwałem,   że   jeszcze   kiedyś   się 

spotkamy. Ale kto by pomyślał, że stanie się to w tak interesujących okolicznościach?

Dwa razy przełknęła ślinę, zanim udało jej się trochę dojść do siebie. Kiedy wreszcie 

była w stanie wypowiedzieć kilka zrozumiałych słów, jej głos brzmiał cienko i niepewnie.

- Czy to pan zamordował tego człowieka?

Tobias zerknął na ciało.

- Nie. Przyszedłem tu po mordercy, tak samo jak pani. Sądząc po śladach, Felix został 

background image

zabity na progu domu. Morderca zapewne wciągnął zwłoki do środka.

Te słowa zbytnio jej nie uspokoiły.

-Co pan tutaj robi?

-Właśnie   miałem   zadać   podobne   pytanie.   -   Przyjrzał   się   jej   z   zastanowieniem.   - 

Wydaje mi się jednak, że już znam odpowiedź. Jest pani jedną Z osób, które Felix 

szantażował, prawda?

Z oburzenia Lavinia na chwilę zapomniała o strachu.

-Ten okropny człowiek przysłał mi w tym tygodniu dwa listy. Pierwszy dostałam w 

poniedziałek.   Doręczono   go   do   kuchennych   drzwi.   Kiedy   przeczytałam   te 

niedorzeczne żądania, nie wierzyłam własnym oczom. Chciał, żebym mu zapłaciła sto 

funtów. Wyobraża pan to sobie? Sto funtów, żeby zapewnić sobie jego milczenie. Co 

za bezczelność!

-A na  jaki  temat  obiecywał  milczeć?  -Tobias  patrzył  na nią  uważnie.  - Od czasu 

naszego ostatniego spotkania narobiła pani jeszcze jakichś głupstw?

-Jak pan śmie? To wszystko tylko i wyłącznie pańska wina.

-Moja wina?

-Tak,   panie   March.   Winą   za   całą   tę   sprawę   obarczam   pana.   -Ostrzem   scyzoryka 

wskazała na zwłoki. - Ten nieszczęśnik straszył mnie, że wyjawi wszystko o tym, co 

zaszło wtedy w Rzymie.

-Doprawdy? - Tobias stał tak sztywno, jakby każdy ruch sprawiał mu ból. - Bardzo 

interesujące. A co dokładnie wiedział?

-

Już   powiedziałam,   że   wiedział   wszystko.   Zagroził,   że   rozpowie   o   tym,   jak 

prowadziłam w Rzymie antykwariat, który często odwiedzali przestępcy z bandyckiej 

szajki.   Twierdził,   że   wiedziałam   o   ich   nielegalnej   działalności   i   pozwoliłam   im 

uczynić ze swojego sklepu punkt przekazywania wiadomości. Posunął się nawet do 

tego. że sugerował, jakobym była kochanką herszta tej bandy.

-Tylko tyle napisał w liście?

-Tylko?  A to nie wystarczy?  Panie  March, mimo  że zniszczył  pan mój  interes  w 

Rzymie, udało nam się z siostrzenicą jakoś przetrwać, chociaż było to bardzo trudne.

Przechylił głowę.

-Spodziewałem się. że da sobie pani radę. Nie tak łatwo panią złamać.

-Mogę nawet powiedzieć, że obecnie całkiem nieźle nam się powodzi - oświadczyła 

Lavinia. ignorując jego słowa. -Mam nadzieję, że Emeline będzie mogła zakosztować 

przyjemności nadchodzącego sezonu towarzyskiego. Przy odrobinie szczęścia może 

background image

nawet znajdzie odpowiedniego dżentelmena, który będzie w stanie zapewnić jej takie 

życie, jakie sobie dla niej wymarzyłam. To bardzo ważny moment. Rozumie pan, co 

mam na myśli. Nie mogę dopuścić, żeby jej imię skalał choćby cień płotki.

-Rozumiem.

-

Gdyby   Felix   rozpuścił   pogłoski,   że   Emeline   miała   coś   wspólnego   z   przestępczą 

bandą, szkody byłyby niewyobrażalne.

-

I pewnie plotki o tym, że jest siostrzenicą kochanki osławionego przywódcy bandy 

nieco utrudniłyby jej wejście do najelegantszych kręgów londyńskiego towarzystwa.

-

Nieco utrudniły? To byłaby katastrofa. Jakież to niesprawiedliwe. Ani Emeline, ani ja 

nie   miałyśmy   nic   wspólnego   z   tymi   łotrami   i   z   ich   przywódcą   Carlisle'em.   Nie 

rozumiem, jak ktokolwiek obdarzony choćby odrobiną wrażliwości i ludzkich uczuć 

mógłby pomyśleć, że zadawałyśmy się ze złodziejami i mordercami.

-Ja na początku tak myślałem, choć krótko.

-Szczególnie mnie to nie dziwi - odrzekła ponuro. - Mówiłam o osobach obdarzonych 

wrażliwością. Pan raczej do nich nie należy.

-Ani Holton Felix. - Tobias spojrzał na zwłoki. - Zostawmy jednak dyskusję na temat 

mojego braku wrażliwości na inną okazję. Wtedy szczegółowo omówimy moje wady. 

W tej chwili mamy ważniejsze sprawy. Domyślam się, że oboje przybyliśmy tu w tym 

samym celu.

-

Nie wiem, po co pan tu przybył, aleja chcę odnaleźć pewien pamiętnik, który, jak się 

zdaje, napisał lokaj pana Carlisle'a, przywódcy tych rzymskich bandytów. - Zamilkła i 

zmarszczyła czoło. - Co pan wie o tej sprawie?

-Wie   pani,   jest   takie   stare   powiedzonko:   „Nikt   nie   jest   bohaterem   dla   własnego 

lokaja".   Zdaje   się,   że   wierny   sługa   Carlisle'a   prowadził   osobiste   zapiski   na   temat 

najciemniejszych sekretów swojego chlebodawcy. Po śmierci herszta bandy...

-

Carlisle nie żyje?

-Owszem. Jak więc mówiłem, lokaj sprzedał pamiętnik, żeby uzyskać pieniądze na 

podróż do Anglii. Został zabity, podobno przez jakiegoś rozbójnika, zanim wyjechał z 

Rzymu. Z tego, co udało mi się ustalić, wynika, że pamiętnik został potem dwukrotnie 

sprzedany. Każdemu z jego kolejnych właścicieli przydarzył się śmiertelny wypadek. 

- Ruchem głowy wskazał na zwłoki Felixa. - A teraz kolejna śmierć, mająca związek z 

tym przeklętym pamiętnikiem.

Lavinia przełknęła ślinę.

-Wielkie nieba.

background image

-Właśnie. - Tobias podszedł do biurka.

Patrzyła na niego czujnie. Poruszał się w dziwny sposób,  chwiejnie stawiając kroki. 

Lekko, ale zauważalnie kulał. Przysięgłaby, że kiedy się poprzednio widzieli, chodził pewnie 

i równym krokiem.

- Jak to się stało, że pan tyle wie o tym pamiętniku? -zapytała.

-Od kilku tygodni staram się go odnaleźć. Przemierzyłem jego śladem cały kontynent. 

Kilka dni temu wróciłem do Anglii.

- Dlaczego tak panu na nim zależy?

Tobias otworzył szufladę biurka.

- Podobno między innymi smakowitymi plotkami zawiera on odpowiedzi na pytania 

mojego klienta.

-Jakie to pytania? Zerknął na nią przez ramię.

-Dotyczą zdrady i morderstwa.

-Zdrady?

-Z czasów wojny. - Otworzył następną szufladę i przejrzał leżące w niej papiery. - 

Naprawdę nie mamy czasu na zagłębianie się w szczegóły tej sprawy. Wytłumaczę to 

później.

-Nie powie mi pan, panie March, że pana działania w Rzymie nie zostały uwieńczone 

sukcesem. Na pewno po tym, jak zafundował nam pan taką straszną noc, dopiął pan 

swego. Co dokładnie stało się z tym Carlisle'em? Twierdził pan, że z pewnością zjawi 

się   on   w   naszym   antykwariacie,   żeby   odebrać   wiadomość   od   jednego   ze   swoich 

podwładnych.

-Pojawił się po odjeździe pań.

-No i co?

-Potknął się i spadł ze schodów.

Oczy Lavinii rozszerzyły się z niedowierzania.

-Potknął się i spadł?

-Wypadki chodzą po ludziach. Schody bywają zdradliwe.

-Aha.   Wiedziałam.   Po   naszym   odjeździe   wydarzenia   wymknęły   się   panu   spod 

kontroli.

-Zaistniały pewne komplikacje.

-

Najwyraźniej.   -   Mimo   okropnej   sytuacji   Lavinia   czuła   perwersyjną   satysfakcję, 

mogąc   udowodnić   Marchowi,   że   to   on   jest   wszystkiemu   winien.   -   Powinnam 

domyślić   się   prawdy,   jak   tylko   otrzymałam   od   Holtona   Felixa   pierwszy   list   z 

background image

pogróżkami. Przecież nasze życie biegło spokojnie, dopóki nie zjawił się w nim pan. 

Powinnam była odgadnąć, że to pan znów przyczynił się do naszych kłopotów.

-Do diabła, pani Lakę, nie pora teraz na docinki. Nawet pani nie podejrzewa, jaka to 

zawikłana sprawa.

-Niech   pan   przyzna,   że   problemy   z   pamiętnikiem   lokaja   to   wyłącznie   pana   wina. 

Gdyby w Rzymie załatwił pan wszystko, jak trzeba, nic byłoby nas dziś tutaj.

Tobias znieruchomiał. W niesamowitym blasku ognia jego oczy wyglądały groźnie.

- Zapewniam, że podstępny lis, który dowodził tą bandą hien w Rzymie, już nie żyje. 

Niestety,   nie   zakończyło   to   całej   sprawy.   Mój   klient   życzy   sobie,   żeby   wszystko   do 

prowadzić do końca. Po to mnie wynajął i to właśnie zamierzam zrobić.

Lavinia poczuła zimny dreszcz.

-Rozumiem

-W swoim czasie Carlisle był  członkiem organizacji przestępczej, zwanej Błękitna 

Izba. Macki tej bandy obejmowały całą Anglię i Europę. Przez wiele lat organizacji 

przewodził człowiek, który kazał się nazywać Azure.

Poczuła suchość w ustach. Nie wiedziała dlaczego, ale miała pewność, że Tobias 

mówi prawdę.

-Co za teatralne imię.

-Azure był niekwestionowanym przywódcą. Jednak wszystko wskazuje na to, że zmarł 

jakiś rok temu. Po jego śmierci Błękitna Izba pogrążyła się w chaosie. Azure miał 

dwóch wpływowych pomocników, Carlisle'a i jeszcze jakiegoś mężczyznę, którego 

tożsamość pozostaje tajemnicą.

-Azure i Carlisle nie żyją, więc zapewne pański klient chce się dowiedzieć, kim jest 

ten trzeci.

-

Tak. Pamiętnik  może  zawierać  informację  na ten temat.  Przy odrobinie  szczęścia 

dowiemy się z niego również kilku innych ważnych rzeczy, między innymi, kim był 

Azure. Rozumie pani teraz, dlaczego ta sprawa jest bardzo niebezpieczna?

-Owszem.

Tobias uniósł plik papierów.

-Może zamiast stać bezczynnie, wzięłaby się pani do jakiejś pożytecznej roboty.

-Do roboty?

-Nie zdążyłem przeszukać sypialni. Niech pani weźmie świecę i sprawdzi, czy nic ma 

tam nic interesującego. Ja tymczasem skończę przeszukiwać ten pokój.

W pierwszym odruchu chciała go odesłać do diabła, ale po chwili doszła do wniosku, 

background image

że Tobias ma rację. Przecież obojgu im chodziło o to samo. Korzyści z takiej współpracy były 

oczywiste. Poza tym miała jeszcze inny powód, dla którego z chęcią zdecydowała się spełnić 

jego polecenie. Jeśli pójdzie do sypialni, nie będzie musiała krążyć wokół zakrwawionych 

zwłok.

Wzięła świecę.

-Zdaje   pan   sobie   sprawę,   że   człowiek,   który   zamordował   pana   Felixa, 

najprawdopodobniej znalazł pamiętnik i go zabrał?

-Jeśli tak się stało, to nasza sytuacja jest o wiele bardziej skomplikowana. -Spojrzał na 

nią zimno. -Działajmy spokojnie i planowo, pani Lakę. Najpierw zobaczmy, czy nie 

uda nam się znaleźć tego przeklętego pamiętnika. To bardzo by wszystko uprościło.

Miał rację. Był irytujący, prowokował ją i złościł, ale miał rację. Należało działać 

spokojnie i planowo. Nie tylko w tej sprawie, lecz w życiu w ogóle.

Spiesznie weszła do niewielkiej sypialni, przylegającej do saloniku. Na stoliku przy 

łóżku leżała książka. Lavinia poczuła iskierkę podniecenia. Może jednak szczęście jej nie 

opuściło.

W   świetle   płomieni   odczytała   tytuł   książki.   „Edukacja   damy".   Otworzyła   ją   i 

Przekartkowała w nadziei, że skórzana okładka kryje jednak ręcznie zapisane strony. Iskierka 

nadziei   szybko   jednak   zgasła.   Tomik   okazał   się   niedawno   wydaną   powieścią,   a   nie 

pamiętnikiem.

Odłożyła   książkę   na   stolik   i   podeszła   do   toaletki.   Przeszukanie   małych   szufladek 

zajęło jej tylko chwilę; zawierały wyłącznie przedmioty, których należało się spodziewać w 

tym miejscu: grzebień i szczotkę, przybory do golenia, szczoteczkę do zębów.

W szafie zobaczyła kilka drogich koszul w dobrym gatunku i trzy eleganckie płaszcze. 

Widać było, że kiedy Felixowi dopisywało szczęście przy zielonym stoliku, wygrane sumy 

przeznaczał   na   zakup   modnych   ubrań.   Może   uważał   kosztowne   stroje   za   inwestycję   na 

przyszłość.

-Znalazła pani coś?! - zawołał cicho Tobias z sąsiedniego pokoju.

-Nie - odparła. - A pan?

-Nic.

Słyszała, jak przesuwa jakiś ciężki mebel. Pewnie biurko. Musiała przyznać, że ten 

człowiek starannie się przykłada do swojego zadania.

Wysunęła szuflady we wnętrzu szafy i zobaczyła  w nich jedynie męską bieliznę i 

fulary. Zatrzasnęła drzwi i z desperacją rozejrzała się po skromnie umeblowanej sypialni. Co 

zrobi, jeśli nie znajdą obciążającego ją pamiętnika?

background image

Jej wzrok jeszcze raz padł na oprawny w skórę tomik, leżący na nocnym stoliku. W 

mieszkaniu nie zauważyła żadnej innej książki. Gdyby nie „Edukacja damy", nigdy by nie 

pomyślała, że ktoś taki jak Felix mógł się interesować literaturą. A jednak trzymał obok łóżka 

książkę.

Wolno   przeszła   przez   pokój,   żeby   uważniej   obejrzeć   tomik.   Dlaczego   hazardzista 

miałby czytać powieść bez wątpienia przeznaczoną dla młodych dam? 

Przerzuciła   kilka   kartek,   tym   razem   czytając   niektóre   to   tu,   to   tam.   Natychmiast 

zrozumiała, że tej powieści nie napisano w celu edukacji młodych dam.

...jej pięknie ukształtowane pośladki zadrżały w oczekiwaniu na mój aksamitny bicz.-..

-Wielkie nieba. - Gdy szybko zamknęła książkę, spomiędzy kartek wyleciał niewielki 

kawałek papieru i opadł na podłogę.

-Znalazła pani coś ciekawego? - zapytał Tobias z sąsiedniego pokoju.

- Nie, z całą pewnością nie ma tu nic ciekawego.

Spojrzała na karteczkę, leżącą obok czubka jej buta; było na niej coś napisane. Lavinia 

skrzywiła się lekko. Może Felixowi powieść tak bardzo się podobała, że robił podręczne 

notatki. Schyliła się, żeby podnieść karteczkę, i zerknęła na wypisane na niej słowa. Nie były 

to notatki z „Edukacji damy", tylko adres. Hazelton Square czternaście.

Dlaczego Felix zapisał ten adres i schował go właśnie w tej książce?

Usłyszała   charakterystyczne   szuranie   butów   po   podłodze,   odruchowo   schowała 

karteczkę do sakiewki i zwróciła się ku drzwiom.

Sylwetka   Tobiasa   ukazała   się   w   obramowaniu   framugi,   na   tle   dogasającego   w 

kominku ognia.

-No i co?

-Nie znalazłam nic, co choćby trochę przypominało pamiętnik - oznajmiła stanowczo 

i, jak sobie po chwili uświadomiła, całkiem zgodnie z prawdą.

-Ani ja. - Z ponurą miną rozejrzał się po sypialni. - Spóźniliśmy się. Ten, kto zabił 

Feliksa, miał na tyle przytomności umysłu, żeby zabrać pamiętnik.

-

Taki obrót spraw wcale mnie nie dziwi. Zrobiłabym tak samo. 

-Hmmm. Lavinia uniosła brwi.

-Co to ma znaczyć?

-Zdaje się, że musimy zaczekać, aż kolejny szantażysta wykona ruch - wyjaśnił.

-Kolejny szantażysta? - Wstrząśnięta, zamilkła na chwilę. -Dobry Boże, co też pan 

mówi? - spytała wreszcie. - Myśli pan, że zabójca Felixa chce się zająć szantażem?

-

Jeśli wyczuje, że może mu to przynieść jakieś pieniądze, to na pewno tak zrobi.

background image

-Cholera jasna.

-Też tak uważam. Ale musimy dostrzec również dobre strony tej sytuacji.

-Ja nic widzę żadnych. Tobias uśmiechnął się ponuro.

-Przecież obojgu nam się udało odnaleźć Felixa, prawda?

-

On był bezmyślnym  głupcem i zostawił wiele śladów. Bez problemu przekupiłam 

łobuziaka z ulicy, który przynosił jego listy. Za kilka drobnych monet i ciepły posiłek 

chłopak powiedział mi, gdzie szukać zleceniodawcy.

-Bardzo sprytnie.  - Tobias zerknął  do sąsiedniego pokoju, gdzie przed kominkiem 

leżało   na   dywanie   ciało   Holtona   Felixa.   -   Człowiek,   któremu   udało   się   go 

zamordować, na pewno nie jest taki nieudolny. Dlatego też musimy zjednoczyć siły.

Znów ogarnął ją niepokój.

-O czym pan mówi?

-Jestem pewien, że doskonale mnie pani zrozumiała. -Przeniósł na nią wzrok i uniósł 

brew. - Być może ma pani jakieś wady, ale głupota do nich nie należy.

A więc nie pozwoli jej spokojnie odejść, chociaż miała nadzieję, że właśnie tak zrobi.

- Panie March - zaczęła ostro. - Nie mam najmniejszego zamiaru wchodzić z panem w 

żadne spółki. Za każdym razem, kiedy się pan pojawia, sprowadza pan na mnie kłopoty.

-Tylko dwa razy musieliśmy znosić swoje towarzystwo.

-I za każdym razem wydarzyła się jakaś katastrofa.

-To pani zdanie. - Podszedł do niej. utykając, i mocno chwycił ją za ramię wielką 

dłonią w skórzanej rękawiczce. -Z mojego punktu widzenia to pani ma wybitny talent 

do niewiarygodnego komplikowania wszelkich spraw.

-Drogi panie, dość tego. Proszę zostawić mnie w spokoju.

-Obawiam się, że nie mogę tego zrobić. - Wyprowadził ją na korytarz. - Jesteśmy w to 

zamieszani oboje i musimy razem rozwiązać tę zagadkę.

background image

3

Nie mogę uwierzyć, że jeszcze raz spotkałaś pana Marcha. I to w takich niezwykłych 

okolicznościach. - Emeline odstawiła filiżankę z poranną kawą na stół i spojrzała na ciotkę. - 

Co za zadziwiający zbieg okoliczności.

-

Bzdura. Jeśli wierzyć jego słowom, to wcale nie był zbieg okoliczności. - Lavinia 

stukała   łyżeczką   o   brzeg   talerza.   -Twierdzi,   że   sprawa   tego   szantażysty   i   nasza 

niefortunna przygoda w Rzymie łączą się.

-Uważa, że Holton Felix jest członkiem Błękitnej Izby?

-Nie. Wszystko wskazuje na to, że przypadkiem wszedł w posiadanie pamiętnika.

-A teraz ma go ktoś inny. - Emeline zamyśliła się. - Pewnie ten, kto zamordował 

Felixa. A March nadal podąża tropem tajemnicy. Podziwu godna wytrwałość.

-

No,   nie   wiem.   Robi   to   dla   pieniędzy.   Dopóki   ktoś   jest   skłonny  płacić   mu   za 

poszukiwania,   dopóty   on   będzie   działał   niezwykle   wytrwale,   w   swoim   najlepiej 

pojętym interesie. - Skrzywiła się. -Zupełnie nie rozumiem, dlaczego ten ktoś nadal 

mu płaci, po tym jak March wykazał się w Rzymie tak przerażającą nieudolnością.

-Dobrze wiesz, że powinnyśmy być mu wdzięczne za to, w jaki sposób prowadził 

śledztwo.   Ktoś   inny   postawiony   w   jego   sytuacji   mógłby   dojść   do   wniosku,   że 

należymy do tej bandy zabójców, a wtedy zupełnie inaczej by z nami postąpił.

-Tylko głupiec mógłby uwierzyć, że jesteśmy zamieszane w jakieś przestępstwo.

-Tak, oczywiście - przytaknęła uspokajająco Emeline. - Ale to przecież jasne, że ktoś 

mniej  inteligentny i spostrzegawczy niż pan March mógłby uwierzyć,  że jesteśmy 

wtajemniczone w działania tej bandy.

-Zbyt łatwo przypisujesz mu zalety, Emeline. Ja mu nie ufam.

- Owszem, zauważyłam. Ale właściwie dlaczego?

Lavinia rozłożyła dłonie.

-

Na litość boską, przecież wczoraj spotkałam go na miejscu zbrodni.

-On też cię tam spotkał - przypomniała jej siostrzenica.

-Tak, ale on przybył tam przede mną. Kiedy przyszłam, Felix już nie żył. Z tego, co 

wiem, zabójcą mógł być March.

-Bardzo w to wątpię.

background image

Lavinia spojrzała na dziewczynę zdumiona.

-Jak   możesz   tak   mówić?   Bez   najmniejszego   wahania   wyznał   mi,   że   Carlisle   nie 

przeżył ich spotkania w Rzymie.

-Jeśli dobrze pamiętam, powiedziałaś, że zdarzył mu się nieszczęśliwy wypadek na 

schodach.

-Taką wersję wydarzeń przedstawił mi March. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby się 

okazało, że śmierć Carlisle'a nie nastąpiła na skutek nieszczęśliwego wypadku.

-Nie jest to teraz takie ważne. Liczy się tylko to, że ten złoczyńca nie żyje.

Lavinia zawahała się.

-  March  chce,   żebym   mu   pomogła   szukać  pamiętnika.  Za   proponował  połączenie 

wysiłków.

To dość rozsądna propozycja. Oboje bardzo chcecie go znaleźć, więc dlaczego nie 

działać wspólnie?

- March ma klienta, który płaci mu za wysiłki. Ja nie mam.

Emeline przyglądała się ciotce znad filiżanki kawy.

-Może mogłabyś ustalić z panem Marchem, żeby oddawał ci część pieniędzy, które 

dostaje od swojego klienta. We Włoszech ujawniłaś wybitny talent do targowania się.

-Zastanawiałam się trochę nad tą sprawą - przyznała wolno Lavinia. - Jednak na myśl 

o współpracy z Marchem robi mi się nieswojo.

-Chyba nie masz wielkiego wyboru. Byłoby to dla nas trochę krępujące, gdyby po 

Londynie zaczęły krążyć plotki o naszych rzymskich przejściach.

-Doprawdy, Emeline, wyrażasz się bardzo oględnie. To nic byłoby trochę krępujące, 

tylko   całkowicie   zniszczyłoby   mój   nowy   interes,   nie   mówiąc   już   o   tym,   że   nie 

pozwoliłoby ci brać udziału w balach i przyjęciach sezonu.

-Skoro mowa o twoim nowym interesie, to czy przypadkiem wspomniałaś o nim panu 

Marchowi?

-Oczywiście, że nie. Dlaczego miałabym to robić?

-Po  prostu   zastanawiałam   się,   czy   intymna   sytuacja,   w   jakiej   się   znaleźliście,   nie 

skłoniła cię do zwierzeń.

-Wcale nie była to intymna sytuacja! Na litość boską, Emeline, przecież w tym samym 

pokoju leżał zabity człowiek.

-No, tak.

-Trudno o intymność w takich okolicznościach.

-Rozumiem.

background image

-W każdym razie intymna znajomość z Tobiasem Marchem jest ostatnią rzeczą, na 

jaką miałabym ochotę.

- Podnosisz głos, Lavinio. Sama wiesz, co to oznacza.

Lavinia z głośnym brzękiem odstawiła filiżankę na spodeczek.

- To znaczy, że moje nerwy poddawane są próbie wytrzymałości.

- Być może. Mnie jednak wydaje się jasne, że nie masz wyboru. Musisz postąpić 

zgodnie z sugestiami pana Marcha i wspólnie z nim szukać pamiętnika.

-Nic   mnie   nie   przekona,   że   nawiązanie   współpracy   z   tym   człowiekiem   to   mądre 

posunięcie.

-Nie unoś się -odezwała się łagodnie Emeline. - Pozwalasz, żeby twoje uczucia do 

pana Marcha brały górę nad zdrowym rozsądkiem.

-Zapamiętaj moje słowa. Tobias March znów prowadzi jakąś pokrętną grę, tak samo 

jak wtedy, gdy tak niefortunnie zetknęłyśmy się z nim w Rzymie.

-A jaka to może być gra? - W głosie Emeline po raz pierwszy słychać było znużenie.

Lavinia przez chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią.

- Całkiem możliwe, że szuka pamiętnika w tym samym celu, w jakim wykorzystał go 

Holton Felix. Chce się nim posłużyć do szantażu i wymuszania pieniędzy.

Łyżeczka Emeline szczęknęła głośno o spodeczek.

-Nie   powiesz   chyba,   że,   twoim   zdaniem,   pan   March   zamierza   zostać   szantażystą. 

Nigdy nie uwierzę, że ma cokolwiek wspólnego z taką kreaturą jak Holton Felix.

-Nic nie wiemy o panu Marchu. - Lavinia wstała zza stołu. -Kto wie, co by zrobił, 

gdyby mu się udało wejść w posiadanie tego pamiętnika.

Jej siostrzenica nic nie odrzekła.

Lavinia splotła dłonie za plecami i zaczęła krążyć wokół stołu.

-

No, dobrze - odezwała się Emeline z westchnieniem. - Nie potrafię ci podać żadnego 

powodu,  dla  którego   powinnaś   ufać  panu  Marchowi, oprócz tego, że zapewnił nam 

bezpieczny powrót do domu po tej rzymskiej katastrofie. Na pewno kosztowało go to 

fortunę.

-

Chciał nas usunąć z drogi. A poza tym głęboko wątpię, czy sam zapłacił za naszą 

podróż. Jestem pewna, że wysłał rachunek swojemu klientowi. 

-Być   może,   ale   chodzi   mi   o   to,   że   właściwie   nie   masz   w   tej   sprawie   wyboru. 

Niewątpliwie   będzie   lepiej,   jeśli   zaczniecie   współpracę,   niż   gdybyś   miała   go 

ignorować. Przynajmniej będziesz wiedziała, co udało mu się wykryć.

-I odwrotnie.

background image

Twarz Emeline spoważniała; w jej oczach pojawił się niepokój.

-Obmyśliłaś jakiś chytrzejszy plan?

-Jeszcze sama nic wiem. - Lavinia zatrzymała się i sięgnęła do kieszeni sukni. 

Wyjęła karteczkę, która wypadła spomiędzy kart „Edukacji damy", i spojrzała na 

zapisany na niej adres. -Ale wkrótce się dowiem - dodała.

-Co tam masz?

-Niewyraźny   trop,   który   być   może   prowadzi   donikąd.   -Lavinia   z   powrotem 

włożyła karteczkę do kieszeni. - Jeśli się okaże, że tak jest, to jeszcze raz rozważę 

korzyści płynące ze współpracy z Tobiasem Marchem.

W tej  sypialni  znalazła  coś ważnego. -Tobias  wstał z fotela, okrążył  szerokie 

biurko i stanął do niego plecami, opierając się dłońmi o blat. - Wiem, że coś tam znalazła. 

Wyczułem to już na miejscu. Patrzyła na mnie jakoś tak zbyt niewinnie, a to nienaturalny 

wyraz twarzy u tej kobiety.

Jego szwagier, Anthony Sinclair, podniósł wzrok znad wielkiej księgi, traktującej 

o zabytkach starożytnego Egiptu. Siedział w fotelu, wyprostowawszy nogi z niedbałą 

swobodą, na jaką stać tylko zdrowego, dwudziestojednoletniego młodzieńca.

Rok wcześniej Anthony wyprowadził się do własnego mieszkania. Z początku 

Tobias obawiał się, że bez niego dom będzie mu się wydawał pusty. W końcu chłopak 

zamieszkał  z  nim  jeszcze  jako  dziecko,  kiedy  jego  siostra,  Anna.  wyszła   za  mąż   za 

Tobiasa. Po śmierci żony Tobias wychowywał go najlepiej, jak potrafił. Przyzwyczaił się 

do tego, że stale kręci się w pobliżu.

Nie minęły jednak dwa tygodnie, odkąd Anthony zamieszkał osobno, kilka ulic 

dalej, kiedy stało się jasne, że chłopak nadal uważa dom szwagra za własny. Często go 

odwiedzał, zwłaszcza w porze posiłków.

-Nienaturalny? - powtórzył Anthony łagodnie.

-Lavinia Lakę na pewno nie jest niewinna.

-Owszem, wspomniałeś, że to wdowa.

-Losu   jej   męża   mogę   się   tylko   domyślać   -   oznajmił   Tobias   z   naciskiem.   -   Nie 

zdziwiłbym   się,   gdyby   się   okazało,   że   ostatnie   dni   spędził   przykuty   do   łóżka   w 

zakładzie dla obłąkanych.

-Od   samego   rana   rozprawiasz   o   swoich   podejrzeniach   względem   pani   Lakę   - 

stwierdził pogodnie Anthony.  - Skoro jesteś taki pewny, że znalazła coś ważnego, 

dlaczego jej o to nie zapytałeś wprost?

background image

-Ona wszystkiemu by zaprzeczyła. Ta dama nie ma najmniejszego zamiaru ze mną 

współpracować. Nie potrafiłbym udowodnić, że coś znalazła, chyba żebym odwrócił 

ją do góry nogami i wytrząsnął zawartość jej kieszeni i sakiewki.

Anthony milczał, tylko patrzył na szwagra z pytającym wyrazem twarzy. Ten zacisnął 

zęby.

-Tylko o nic nie pytaj - wycedził.

-Chyba nie zdołam się powstrzymać. Dlaczego więc nie wytrząsnąłeś z jej kieszeni 

tego czegoś, co jakoby znalazła?

-

Do diabła, mówisz tak, jakby takie traktowanie godnych szacunku przedstawicielek 

płci przeciwnej było u mnie czymś na porządku dziennym.

Anthony uniósł brwi.

-   Nieraz   już   zwracałem   ci   uwagę,   że   twoje   maniery,   jeśli   chodzi   o   kobiety, 

pozostawiają wiele do życzenia. Mimo wszystko zwykle udaje ci się nie przekraczać granic, 

jakie wytyczają sobie dżentelmeni. Z wyjątkiem pani Lakę. Za każdym razem, kiedy pada jej 

nazwisko, dajesz pokaz grubiaństwa.

- To wyjątkowa  istota - odrzekł Tobias. - Niezwykle  zdecydowana,  niespotykanie 

uparta   i   bardzo   trudna   do   zniesienia.   Nawet   najspokojniejszego   człowieka   potrafiłaby 

doprowadzić do szału.

Anthony ze współczuciem skinął głową.

-Zawsze najbardziej nas złości, kiedy dostrzegamy w kimś innym własne przywary, 

prawda? Zwłaszcza jeśli ta osoba jest przedstawicielką płci pięknej.

-Ostrzegam cię. nie jestem dziś w dobrym  nastroju i nie pozwolę ci zabawiać się 

swoim kosztem.

Anthony z głuchym hukiem zamknął księgę.

-Od   trzech   miesięcy,   czyli   od   czasu   tego   zdarzenia   w   Rzymie,   masz   obsesję   na 

punkcie tej damy.

-Obsesja to w tym wypadku o wiele za poważne słowo. Dobrze wiesz.

-

Nie wydaje mi się. Whitby zdał mi szczegółowe sprawozdanie o tym, co majaczyłeś 

w gorączce wywołanej raną. Powiedział mi, że przeprowadziłeś kilka długich, chociaż 

dość  jednostronnych  i   na   ogół   niezrozumiałych   konwersacji   z   panią   Lakę.   Odkąd 

wróciłeś do Anglii, przynajmniej raz dziennie znajdujesz pretekst, żeby wymienić jej 

imię. Moim zdaniem, graniczy to z obsesją.

-

Musiałem przez niemal miesiąc śledzić tę przeklętą kobietę w Rzymie, chodziłem za 

nią krok w krok. - Tobias zacisnął dłonie na rzeźbionej krawędzi biurka. -Spróbuj 

background image

chodzić za jakąś kobietą przez tak długi czas, sprawdzać, kogo pozdrawia na ulicy, co 

i gdzie kupuje. W dodatku nieustannie się zastanawiałem,  czy jest wspólniczką tych 

rzezimieszków, czy też sama znajduje się w niebezpieczeństwie. Zapewniam cię, że 

coś takiego odciska swoje piętno.

-No właśnie. Wpadłeś w obsesję.

-

To o wiele za mocno powiedziane. - Tobias bezwiednie rozmasował lewe udo. - Nie 

zaprzeczę jednak, że pani Lakę zostawia niezatarte wrażenie. 

-Najwyraźniej.   - Anthony  wsparł  kostkę  prawej   nogi  na lewym  kolanie,  starannie 

wygładzając nogawki eleganckich spodni. - Jak twoja noga? Bardzo ci dokucza?

-Czyżbyś nie zauważył, że dzisiaj pada? Przy takiej pogodzie zawsze zaczyna mnie 

boleć.

-Nie musisz na mnie warczeć, Tobiasie. - Anthony uśmiechnął się. - Wyładuj złość na 

damie,   która   ją   w   tobie   budzi.   Jeśli   zawiążecie   spółkę   w   celu   poszukiwania 

pamiętnika, będziesz miał wiele okazji, żeby się na niej wyżyć.

-

Na samą myśl o współpracy z panią Lakę ciarki przebiegają mi po plecach. - Tobias 

urwał, słysząc pukanie. - Słucham, Whitby, o co chodzi?

Drzwi gabinetu otworzyły się i stanął w nich niski, schludnie ubrany człowieczek, 

który pracował u Tobiasa jako oddany kamerdyner, kucharz, zarządca domu, a kiedy było to 

konieczne, również lekarz. Choć domowe finanse często przedstawiały się dość niepewnie, 

Whitby zawsze wyglądał elegancko. Jego chlebodawca czuł. że jeśli chodzi o znajomość 

męskiej mody i wyczucie stylu, to kamerdyner i szwagier znacznie go przerastają.

-Przyszedł  lord Neville. Chce się z panem zobaczyć  -oznajmił  Whitby posępnym, 

uroczystym tonem, którego zawsze używał, anonsując wyjątkowo ważnych gości.

-Poproś, żeby wszedł. - Gdy Whitby zniknął za drzwiami, Tobias wyprostował się 

wolno i wstał. - Do diabla - powiedział cicho. - Nie lubię przekazywać klientom złych 

wiadomości. Zawsze ich to irytuje. Nigdy nie wiadomo, kiedy się zniecierpliwią i 

przestaną wypłacać należności.

-Neville raczej nie ma wyboru - zauważył Anthony równie cicho. - Do nikogo innego 

nie mógłby się zwrócić.

Do pokoju wszedł wysoki, dobrze zbudowany, dobiegający pięćdziesiątki człowiek. 

Nawet   nie   starał   się   ukryć   zniecierpliwienia.   Już   na   pierwszy   rzut   oka   widać   było,   że 

pochodzi z bogatej, arystokratycznej rodziny. Można to było poznać po jego orlich rysach 

twarzy, dumnej sylwetce, kosztownym, dobrze skrojonym płaszczu i błyszczących wysokich 

butach.

background image

- Witam, milordzie. Nie oczekiwałem pana tak wcześnie. - Tobias wyprostował się i 

gestem ramienia wskazał na fotel. - Proszę spocząć.

Przybysz   nie   zareagował   na   powitanie.   Uważnie   i   badawczo   spojrzał   na   twarz 

Tobiasa.

-No i co, March?  Dostałem  twoją wiadomość.  Co, u diabła,  zdarzyło  się wczoraj 

wieczorem? Wpadłeś na trop pamiętnika?

-Niestety, kiedy się tam pojawiłem, pamiętnik już zniknął -odrzekł Tobias.

Neville z wyraźnym niezadowoleniem zacisnął usta.

-Cholera!   -   Zdjął   rękawiczkę.   Kiedy   przeczesywał   dłonią   włosy,   na   palcu   zalśnił 

czarny kamień masywnego sygnetu. -Miałem nadzieję, że ten problem zostanie szybko 

rozwiązany.

-Znalazłem   jednak   kilka   użytecznych   poszlak   -   ciągnął   Tobias,   starając   się   robić 

wrażenie   pewnego   siebie   profesjonalisty.   -   Spodziewam   się   wkrótce   odnaleźć 

pamiętnik.

-Musisz to zrobić jak najszybciej. Bardzo wiele od tego zależy.

-Jestem tego świadom.

-

Tak,   wiem.   -   Neville   podszedł   do   stolika   i   wziął   karafkę   z   brandy.   -   Proszę   o 

wybaczenie. Zdaję sobie sprawę, że obu nam zależy na odnalezieniu tego przeklętego 

pamiętnika. –Na chwilę znieruchomiał z karafką w dłoni. - Mogę?

-Ależ oczywiście. Proszę się częstować.

Neville nalał sobie solidną porcję brandy, a Tobias starał się patrzeć na to spokojnie. 

Był to bardo drogi trunek, jednak na dłuższą metę dogadzanie klientom się opłaca.

Gość wypił dwa szybkie łyki, odstawił szklankę i z ponurą miną patrzył na Tobiasa.

- Musisz znaleźć pamiętnik, March. Jeśli się dostanie w nieodpowiednie ręce, być 

może nigdy się nie dowiemy, kim naprawdę był Azure. Co gorsza, nie poznamy nazwiska 

jedynego żyjącego członka Błękitnej Izby.

-Najdalej za dwa tygodnie będzie pan miał ten pamiętnik, milordzie - zapewnił Tobias.

-Dwa tygodnie? - Neville spojrzał na niego z przerażeniem. -Wykluczone. Nie mogę 

czekać tak długo.

-Zrobię, co w mojej mocy, żeby jak najszybciej zamknąć tę sprawę. Tylko tyle mogę 

obiecać.

-Cholera.   Każdy   mijający   dzień   zwiększa   niebezpieczeństwo,   że   ktoś   zgubi   lub 

zniszczy pamiętnik.

Anthony poruszył się lekko i odchrząknął cicho.

background image

-Chciałbym przypomnieć, milordzie, że to dzięki wysiłkom mojego szwagra wie pan, 

iż ten pamiętnik w ogóle istnieje i znajduje się gdzieś tutaj, w Londynie. A to o wiele 

więcej, niż pan wiedział w zeszłym miesiącu o tej porze.

-Tak,   oczywiście.   -Rozcierając   skronie,   Neville   przemierzał   pokój   długimi, 

niespokojnymi   krokami.   -   Musicie   mi   wybaczyć.   Odkąd   dowiedziałem   się   o   jego 

istnieniu,   ani   jednej   nocy   nie   przespałem   spokojnie.   Kiedy   myślę   o   tych,   którzy 

polegli na wojnie przez te kanalie, nie potrafię zapanować nad gniewem.

-Nikt nie pragnie znaleźć tych przeklętych zapisków bardziej niż ja - zapewnił Tobias.

-Ale co będzie, jeśli ktoś, kto teraz ma ten pamiętnik, zniszczy go, zanim do niego 

dotrzesz. Dwa nazwiska, na których tak bardzo nam zależy, na zawsze pozostaną dla 

nas nieznane.

-Bardzo wątpię, żeby ten ktoś zdecydował się rzucić go na pastwę płomieni.

Neville przestał rozcierać skronie i uniósł brwi.

-Skąd ta pewność?

-

Jedyna osoba, której zależy na zniszczeniu tych zapisków, to ostatni żyjący członek 

Błękitnej Izby, a jest wysoce nieprawdopodobne, że znajdują się one właśnie w jego 

rękach. Każdy inny wykorzysta je jako źródło informacji do szantażu. Któż by się 

pozbawiał możliwości łatwego zarobku? Neville rozważył te słowa.

-To logiczne rozumowanie - przyznał w końcu, chociaż dość niechętnie.

-Proszę mi  dać jeszcze  trochę  czasu -  rzekł  Tobias. -Odnajdę pamiętnik. Może 

potem obaj będziemy spali spokojnie.

background image

4

Artysta zawsze pracował przy kominku. Ciepło płomieni, kociołek z gorącą wodą i 

naturalne ciepło ludzkich rąk zmiękczały wosk tak, że dawał się formować i rzeźbić.

Wstępne   modelowanie   można   wykonać   kciukiem   i   palcem   wskazującym.   Żeby 

kształtować   gęsty,   podatny   wosk,   trzeba   mieć   mocne,   pewne   dłonie.   W   początkowych 

stadiach tworzenia artysta często pracował z zamkniętymi oczami, polegając na wyostrzonym 

zmyśle   dotyku.   Później   małym,   ostrym   rozgrzanym   narzędziem   rzeźbił   najważniejsze 

szczegóły, dzięki którym jego dzieło emanowało energią i życiem.

Zdaniem   artysty,   ostateczny   efekt   ukończonego   dzieła   zawsze   zależy   od 

najmniejszych szczegółów: zarysu podbródka, drobnych fałd sukni, wyrazu twarzy.

Chociaż oko oglądającego rzadko skupia się na takich małych elementach, to właśnie 

dzięki   nim   dzieło   wywiera   wstrząsające   wrażenie   i   od   razu   można   poznać,   że   to   praca 

wielkiego artysty.

W jego rękach wosk zdawał się pulsować, jakby pod gładką powierzchnią płynęła 

krew. Nie ma tworzywa, które lepiej naśladuje życie. W żadnym tworzywie nie można też 

lepiej odwzorować chwili śmierci.

background image

5

Lavinia   zatrzymała   się   pod   konarem   drzewa,   żeby   sprawdzić   adres   zapisany   na 

karteczce. Dom numer czternaście przy Hazelton Square stał w szeregu pięknych rezydencji, 

wychodzących   prosto   na   zielony   park.   Eleganckie   kolumnady   i   nowe   gazowe   latarnie 

znaczyły wejście do każdej z nich.

Na   widok   dwóch   błyszczących   powozów,   stojących   na   ulicy,   Lavinia   poczuła   się 

nieswojo. Do każdego pojazdu zaprzęgnięto  dwójkę wypielęgnowanych  koni takiej  samej 

maści. Stajenni trzymający wodze mieli na sobie drogie liberie. W drzwiach domu numer 

szesnaście pojawiła się jakaś dama i zeszła w dół po schodkach. Jej jasnoróżową suknia i 

takaż   pelisa   musiały   pochodzić   od   modniarki   trudniącej   się   szyciem   wyłącznie   dla 

najbogatszej eleganckiej klienteli.

Wychodząc rano z domu, Lavinia nie spodziewała się, że trafi do tak ekskluzywnej 

dzielnicy.   Trudno   było   uwierzyć,   że   Holton   Felix   znał   kogoś,   kto   mieszkał   pod   takim 

modnym adresem, nie mówiąc już o tym, że miałby kogoś takiego szantażować.

Uważnie przyjrzała się rezydencjom. Będzie musiała starannie dobierać słowa, żeby 

wejść do którejś  z nich.  Niemniej  jednak nic  miała  innego wyjścia,  jak tylko  spróbować 

szczęścia. Zapisany na karteczce adres był jedynym tropem, jaki w tej chwili miała. Musiała 

od czegoś zacząć.

Zebrała się na odwagę, przeszła przez ulicę i stanęła przed drzwiami domu numer 

czternaście. Uniosła ciężka mosiężna kołatkę i zastukała najbardziej stanowczo, jak potrafiła.

W holu rozległy się przytłumione kroki, a po chwili drzwi się otworzyły. Władczy 

lokaj,   zbudowany   niczym   tur,   spojrzał   na   nią   z   góry.   Z   wyrazu   jego   oczu   odgadła,   że 

zamierza zamknąć jej drzwi przed nosem. Szybko podała mu jedną ze swoich nowiutkich 

wizytówek, które w zeszłym miesiącu kazała wydrukować.

- Proszę mnie zaprowadzić do swojej pani – powiedziała energicznie. - To bardzo 

pilne. Nazywam się Lavinia Lake.

Lokaj   spojrzał   na   wizytówkę   pogardliwie.   Najwyraźniej   miał   wątpliwości,   czy 

wpuścić gościa.

-Moja   wizyta   jest   zapowiedziana   -   oznajmiła   Lavinia   lodowatym   tonem.   Było   to 

bezczelne kłamstwo, ale nic lepszego nie przyszło jej do głowy.

background image

-Dobrze, proszę pani. - Lokaj usunął się na bok, żeby wpuścić ją do środka. - Proszę tu 

zaczekać.

Wzięła głęboki oddech i szybko przekroczyła próg. Pokonała pierwszą przeszkodę - 

dostała się do domu.

Lokaj zniknął w mrocznym korytarzu. Korzystając z okazji, Lavinia rozejrzała się. 

Czarno-białe   kafle   pod   nogami   i   lustra   w   złoconych   ramach   świadczyły   o   bogactwie   i 

zamiłowaniu właścicieli rezydencji do modnych wnętrz.

Usłyszała kroki wracającego lokaja i wstrzymała oddech. Kiedy zobaczyła jego minę, 

natychmiast się domyśliła, że wizytówka zadziałała jak trzeba.

- Pani Dove panią przyjmie. Proszę za mną.

Dopiero teraz znów była w stanie oddychać. Najłatwiejszą część miała za sobą. Teraz 

czekało ją o wiele trudniejsze zadanie. Musiała nakłonić nieznajomą do rozmowy o szantażu 

i morderstwie.

Lokaj wprowadził ją do dużego salonu, urządzonego w kolorach żółci, zieleni i złota. 

Meble obito pasiastym jedwabiem. Ciężkie zasłony z zielonego aksamitu, podwiązane żółtym 

sznurem, stanowiły obramowanie dla rozciągającego się za oknem parku. Kroki głuszył gruby 

dywan, kolorystycznie dobrany do mebli i zasłon.

Na jednej z kanap siedziała wyjątkowo elegancka kobieta, w bardzo wytwornej sukni 

ze srebrnoszarego jedwabiu, wykończonej czarną lamówką. Włosy miała zaczesane do tyłu i 

upięte w klasyczny węzeł, który subtelnie podkreślał długą wdzięczną linię szyi. Z daleka 

można było ją uznać za kobietę tuż po trzydziestce, kiedy jednak Lavinia podeszła bliżej, 

zauważyła  delikatne zmarszczki w kącikach inteligentnych  oczu i zdradzające prawdziwy 

wiek zwiotczenie podbródka. W miodowych włosach srebrzyły się siwe pasma. Pani Dove 

miała raczej czterdzieści pięć niż trzydzieści pięć lat.

-

Pani Lake - zaanonsował krótko lokaj.

-Proszę wejść i spocząć.

W słowach gospodyni, wypowiedzianych spokojnym głosem i z pięknym akcentem, 

Lavinia wyczuła zdenerwowanie. Ta kobieta żyła w wielkim napięciu.

Lavinia   usiadła   na   złoconym,   pokrytym   pasiastym   jedwabiem   fotelu   i   starała   się 

wyglądać tak, jakby wizyty w eleganckich salonach nie były dla niej nowością. Obawiała się, 

że zdradza ją skromna perkalowa suknia, kiedyś rudobrązowa, teraz koloru słabej herbaty. 

Niedawno   próbowała   ją   ufarbować,   żeby   przywrócić   jej   oryginalną   barwę,   ale   bez 

powodzenia.

-Dziękuję, że zgodziła się pani mnie przyjąć - powiedziała.

background image

-

Jak mogłam odmówić, skoro pokazała pani tak intrygującą wizytówkę? - Joan Dove 

uniosła   delikatnie   zarysowane   brwi.   -   Czy   mogę   zapytać,   skąd   pani   zna   moje 

nazwisko? Jestem pewna, że nigdy nie spotkałyśmy się osobiście.

-Nie jest to żadna tajemnica. Po prostu wypytałam niańki w parku. Dowiedziałam się, 

że jest pani wdową, mieszkającą tu wraz z córką.

-Ach. tak - wyszeptała Joan. - Ludzie chętnie rozmawiają o innych.

-Często wykorzystuję tę skłonność w ramach mojej nowo wybranej profesji.

Joan z roztargnieniem stukała wizytówką o oparcie kanapy.

-A na czym dokładnie polega pani nowa profesja, pani Lakę?

-Później to wytłumaczę,  jeśli  nadal będzie  to panią  interesowało. Najpierw proszę 

pozwolić,   że   wyjaśnię   powód   mojej   wizyty.   Podejrzewam,   że   mamy,   czy   raczej 

miałyśmy, wspólnego znajomego.

-A któż to taki?

-Nazywał się Holton Felix.

Czoło Joan zmarszczyło  się w  wyrazie  uprzejmego  zdziwienia.  Lekko potrząsnęła 

głową.

-Nie znam nikogo o tym nazwisku.

-Doprawdy? Znalazłam pani adres w książce, którą trzymał przy łóżku.

Lavinia zauważyła, że Joan przygląda się jej z uwagą. Nie wiedziała, czy to dobrze, 

czy źle, zdawała sobie jednak sprawę, że nie ma już odwrotu, musi brnąć dalej. Kobieta jej 

profesji powinna być przygotowana na trudne sytuacje, wymagające odważnego działania.

-Mówi   pani,   w   książce   przy   łóżku?   -   Joan   siedziała   nieruchomo,   spoglądając 

rozmówczyni prosto w oczy. -To bardzo dziwne.

-Jeszcze dziwniejsze jest to, czym trudnił się Holton Felix. Zajmował się szantażem.

Na chwilę zaległa cisza.

- Trudnił się? - powtórzyła pani Dove z lekkim naciskiem. 

-   Wczoraj,   kiedy   go   pierwszy   raz   ujrzałam,   już   nie   żył.   Mówiąc   ściśle,   został 

zamordowany.

Joan   zesztywniała   na   ułamek   sekundy.   Było   to   ledwie   zauważalne,   ale   Lavinia 

domyśliła się, że kobieta przeżyła wstrząs.

Gospodyni opanowała się bardzo szybko, tak szybko, że Lavinia zastanawiała się, czy 

nie oceniła mylnie jej reakcji na wiadomość o śmierci Felixa.

-A więc zamordowany - powiedziała Joan spokojnym tonem, jakby jej rozmówczyni 

wygłosiła właśnie jakąś zdawkową uwagę na temat pogody.

background image

-Tak.

-Jest pani pewna?

-Całkowicie. Nie sposób było się pomylić. - Lavinia złożyła dłonie. - Będę z panią 

szczera. Niewiele wiem o Holtonie Feliksie, ale to, co wiem, wcale o nim dobrze nic 

świadczy. Próbował mnie szantażować. Przyszłam tu, żeby spytać, czy pani również 

należała do jego ofiar.

-Cóż   za   niedorzeczne   pytanie   -   odparła   szybko   Joan.   -Nigdy   nie   zapłaciłabym 

szantażyście.

Lavinia lekko skinęła głową.

- Ja też byłam oburzona tą próbą wymuszenia pieniędzy. Właśnie dlatego zadałam 

sobie trud i dowiedziałam się, jaki jest adres pana Felixa. Dlatego też poszłam tam wczoraj 

wieczorem. Starannie wybrałam godzinę, o której nie spodziewałam się zastać go w domu.

Joan patrzyła na nią z mimowolną fascynacją.

- Co też skłoniło panią do takiego postępowania?

Lavinia lekko wzruszyła ramionami.

-Miałam zamiar znaleźć tam pewien pamiętnik, który jakoby był w posiadaniu pana 

Felixa. Okazało się jednak, że Holton Felix tego wieczoru nie wyszedł z domu. Zanim 

do niego dotarłam, ktoś inny złożył mu wizytę.

-

Morderca? 

-Tak.

Znów nastąpiła chwila pełnej napięcia ciszy, podczas której Joan zastanawiała się nad 

słowami swojego gościa.

-To bardzo śmiałe zachowanie, pani Lakę.

-Czułam, że nie mam wyboru, muszę coś przedsięwziąć.

-No, cóż - odezwała się w końcu Joan. - Zdaje się, że pani problem sam się rozwiązał, 

ponieważ szantażysta nie żyje.

-Wręcz przeciwnie. - Lavinia uśmiechnęła się chłodno. -Sprawa jeszcze bardziej się 

skomplikowała. Widzi pani, pamiętnika w mieszkaniu pana Felixa nie było. Nasuwa 

się jeden wniosek: że jest teraz w rękach mordercy... albo morderczyni -dodała po 

chwili.

Widać   było,   że   Joan   jest   kobietą   inteligentną;   natychmiast   zrozumiała   aluzję.   I 

wydawała się nią rozbawiona.

-Nie wierzy pani chyba,  że to ja zabiłam  pana Felixa  i  zabrałam  ten  pamiętnik  - 

powiedziała.

background image

-Prawdę mówiąc, miałam nadzieję, że to pani. To bardzo by wszystko uprościło.

W oczach Joan pojawił się jakiś dziwny wyraz.

-Jest pani niezwykłą kobietą, pani Lakę. Ta profesja, o której pani wspomniała, nie 

polega czasem na występowaniu na deskach scen teatru Drury Lane czy w Covent 

Garden?

-Nie, chociaż czasami muszę trochę grać.

-Rozumiem. Cóż, rozmowa z panią była bardzo zabawna, ale zapewniam, że nic nie 

wiem o morderstwie i szantażu. - Joan wystudiowanym  gestem odwróciła głowę i 

spojrzała na zegar. -Zrobiło się dość późno. Niestety, muszę się z panią pożegnać. 

Jestem umówiona z modniarką.

Sytuacja nie wyglądała najlepiej. Lavinia lekko pochyliła się naprzód.

- Pani Dove, jeśli Holton Felix panią szantażował i to nie pani go zabiła, to teraz 

znajduje się pani w bardzo niepewnej sytuacji. Być może mogłabym służyć pani pomocą. 

Joan spojrzała na nią z lekkim rozbawieniem.

-Co ma pani na myśli?

-Musimy rozważyć możliwość, że osoba, która zamordowała Holtona Felixa i ukradła 

pamiętnik, również spróbuje szantażu.

-Spodziewa się pani pogróżek?

-Nawet jeśli nic nadejdą listy z żądaniem pieniędzy, pozostaje fakt, że ktoś ma ten 

przeklęty pamiętnik. Bardzo mnie to niepokoi, a panią nie?

Joan mrugnęła, ale poza tym nie okazała żadnych innych oznak zdenerwowania.

- Nie chcę pani obrazić, ale zaczyna pani mówić jak osoba niespełna rozumu.

Lavinia splotła ciasno dłonie.

- Holton Felix musiał coś o pani wiedzieć. Inaczej nic miałby powodu, żeby trzymać 

pani adres w okropnej książce o deprawowaniu niewinnych młodych kobiet.

Na twarzy Joan pojawił się gniew.

-Jak   pani   śmie   sugerować,   że   mam   coś   wspólnego   z   takim   indywiduum?   Proszę 

natychmiast wyjść, bo każę lokajom usunąć panią siłą.

-Proszę mnie wysłuchać. Jeśli była pani jedną z ofiar szantażu Holtona Felixa, to być 

może   ma   pani   wiadomości,   które   pomogą   mi   odnaleźć   nowego   właściciela 

pamiętnika. Na pewno jest pani zainteresowana jego odzyskaniem tak samo jak ja.

-Zmarnowała już pani dość mojego czasu.

-Za drobną opłatą, która wynagrodziłaby mi poświęcony tej sprawie czas i pokryła 

wydatki, z przyjemnością pomogłabym pani zająć się rozwiązaniem tej sprawy.

background image

-Wystarczy. Pani jest po prostu szalona. - Oczy Joan lśniły twardo jak diamenty. - 

Proszę natychmiast wyjść albo każę panią wyrzucić na ulicę.

A   więc   metoda   bezpośredniej   konfrontacji   również   zawiodła.   Nie   tak   łatwo   było 

znaleźć klientów w tym nowym zawodzie. 

Lawinia westchnęła zrezygnowana i wstała.

- Sama  trafię  do drzwi. Ma pani moją  wizytówkę,  więc jeśli zmieni  pani zdanie, 

proszę   mnie   odwiedzić.   Radziłabym   nie   zwlekać   zbyt   długo.   Czas   ma   tu   podstawowe 

znaczenie.

Szybko wyszła z salonu. W holu lokaj zmierzył ją lodowatym spojrzeniem i otworzył 

frontowe drzwi.

Lavinia   zawiązała   tasiemki   kapelusika   już   na   schodach   prowadzących   na   ulicę. 

Zauważyła,   że   niebo   pociemniało.   Jeśli   nadal   będzie   miała   takie   samo   szczęście   jak 

dotychczas, to na pewno nie zdąży do domu przed deszczem.

Przeszła   przez   ulicę   i   minęła   park.   Musiała   przyznać,   choć   bardzo   niechętnie,   że 

Emeline miała rację. Siostrzenica ostrzegła ją, że ktoś, kto mieszka przy Hazelton Square, 

najprawdopodobniej   nie   przyzna,   że   był   ofiarą   szantażu,   a   już   na   pewno   nie   zatrudni 

nieznajomej kobiety, żeby zbadała tego typu sprawę.

Lavinia doszła do wniosku, że trzeba obmyślić inny plan. Skręciła na rogu i weszła w 

wąskie przejście między dwoma rzędami domów. Musi być jakiś sposób, żeby nakłonić Joan 

Dove do szczerości. Była pewna, że ta kobieta wie o wiele więcej, niż dała po sobie poznać 

podczas ich krótkiego spotkania.

Nagle zauważyła, że jakiś cień przesłania światło w wąskiej alejce. Po jej plecach 

przebiegł dreszcz, nie mający nic wspólnego z nadciągającym deszczem. Wyczuła, że ktoś za 

nią idzie.

Może popełniła błąd, wybierając ten skrót. Ale przecież tę samą drogę wybrała, kiedy 

szła na Hazelton Square, i wtedy wąskie przejście między domami wcale nie wydało jej się 

niebezpieczne. Przystanęła i szybko się odwróciła.

Potężna   sylwetka   mężczyzny   w   grubym   płaszczu   zdawała   się   wypełniać   całą 

szerokość wąskiego zaułka.

- Że też spotykam panią w takim dziwnym miejscu. – Tobias March podszedł bliżej. - 

Wszędzie pani szukałem.

Kiedy weszli do wąskiego holu niewielkiego  domu  przy Claremont Lane, Lavinia 

nadal kipiała gniewem.

background image

Pani Chilton wyszła im na spotkanie, wycierając dłonie o fartuch.

-O,   jest   już   pani   z   powrotem.   Bałam   się,   że   nie   zdąży   pani   przed   deszczem.   - 

Przyjrzała się Tobiasowi, nie kryjąc zaciekawienia.

-

Jakoś udało mi się uniknąć przemoczenia. -Lavinia zdjęła kapelusik i rękawiczki. - 

Ale   jedynie   w   tej   sprawie   dopisało   mi  dzisiaj   szczęście.   Jak   pani   widzi,   mamy 

nieproszonego gościa. Czy mogłaby pani podać nam herbatę do gabinetu?

-Oczywiście.   -   Rzuciwszy   ostatnie   badawcze   spojrzenie   na   Tobiasa,   pani   Chilton 

ruszyła ku schodom, prowadzącym w dół do kuchni.

-Proszę nie marnować świeżej herbaty ulung, którą kupiłam w zeszłym tygodniu! - 

zawołała za nią Lavinia. - Na pewno w kredensie zostało jeszcze trochę tej tańszej.

-Pani zdumiewająca gościnność mnie zniewala - wymamrotał Tobias.

-Zachowuję   swoją   zdumiewającą   gościnność   dla   proszonych   gości.   -   Powiesiła 

kapelusik na wieszaku i poszła w głąb korytarza. - Nie dla tych, którzy wpraszają się 

sami.

-Pan March. - Emeline wychyliła się zza barierki na piętrze. -Jak miło znów pana 

widzieć.

Tobias podniósł głowę i po raz pierwszy się uśmiechnął.

- Cała przyjemność po mojej stronie, panno Emeline.

Dziewczyna lekko zbiegła ze schodów.

-

Czy pan również  był  dzisiaj na Hazelton  Square? Właśnie tam spotkał  się pan z 

Lavinią?

-Można tak powiedzieć - odrzekł Tobias.

-

Poszedł tam moim śladem. -Lavinia wkroczyła  do niewielkiego gabinetu. - Znów 

mnie śledzi, tak samo jak w Rzymie. To bardzo denerwujący zwyczaj. 

Tobias wszedł za nią do przytulnego pokoiku.

- Nie byłoby to konieczne, gdyby pani powiadamiała mnie o swoich zamiarach.

-A niby dlaczego miałabym to robić? Wzruszył ramionami.

-Bo inaczej nadal będę panią śledził po całym Londynie.

-To przechodzi ludzkie pojęcie. - Szybko usiadła za biurkiem. - Nie ma pan prawa 

ingerować w moje osobiste sprawy.

-A jednak właśnie tak zamierzam postępować. -Nie czekając na zaproszenie, usadowił 

się w największym fotelu w gabinecie. -Przynajmniej do czasu załatwienia sprawy 

pamiętnika. Usilnie bym panią namawiał, żeby się pani zdecydowała na współpracę. 

Im szybciej połączymy wysiłki, tym szybciej rozwiążemy tę zagadkę, ku obopólnemu 

background image

zadowoleniu.

-Pan March ma rację, Lavinio. - Emeline weszła do gabinetu i również usiadła w 

fotelu. - Współpraca to jedyne rozsądne rozwiązanie. Już ci to dzisiaj mówiłam, zanim 

poszłaś na Hazelton Square.

Lavinia spojrzała na nich groźnie. Wiedziała, że nie ma wyjścia. Zdrowy rozsądek 

nakazywał zgodzić się na współpracę. Czy sama nie namawiała do tego Joan Dove?

Popatrzyła na Tobiasa zwężonymi oczami.

-Skąd mam wiedzieć, że jest pan godzien zaufania?

-Tego nie może pani być pewna. - Uśmiechnął się do niej z chłodnym rozbawieniem, 

zupełnie inaczej niż do Emeline. -Tak samo jak ja nie mogę być pewien, czy pani jest 

godna zaufania. Dla żadnego z nas nie widzę jednak innego wyjścia.

Emeline czekała w napięciu.

Jej ciotka zawahała się, w nadziei, że jakiś pomysł zaświta jej w głowie. Nie zaświtał.

- Do diabła - wymamrotała, bębniąc palcami o blat biurka. - Do diabła! 

- Wiem, co pani czuje - powiedział Tobias neutralnym tonem. -Frustrację. To chyba 

najodpowiedniejsze słowo, prawda?

-To słowo nie oddaje nawet niewielkiej  części tego, co w tej chwili odczuwam.  - 

Odchyliła się. w tył i mocno zacisnęła dłonie na poręczach fotela. - No cóż, skoro 

oboje twierdzicie, że to rozsądne i logiczne rozwiązanie, jestem gotowa zastanowić się 

nad możliwością współpracy.

-Świetnie.   -   Oczy   Tobiasa   zalśniły   zwycięsko.   -   Dzięki   temu   nasza   praca   będzie 

łatwiejsza i bardziej skuteczna.

-Bardzo w to wątpię. - Usiadła prosto. - Niemniej jednak zaryzykuję. Pan pierwszy.

-Słucham?

-Niech pan pierwszy wykaże  się szczerą chęcią  współpracy.  -Uśmiechnęła  się. do 

niego tak słodko, jak tylko w tych okolicznościach umiała. - Co pan wie o Joan Dove?

-

Kto to jest Joan Dove?

-Właśnie. Tego się spodziewałam. - Lavinia zwróciła się do siostrzenicy: -Widzisz? 

To nie ma sensu. Pan March wie jeszcze mniej niż my. Nie rozumiem, jakie korzyści 

miałabym odnieść ze współpracy z kimś takim.

-Lavinio, daj panu szansę,

-Właśnie ją dostał. Pan March do niczego mi się nie przyda. Tobias spojrzał na nią 

poważnie i z pokorą.

-

Wierzę, że jednak mam coś pani do zaoferowania. Nie starała się ukryć 

background image

powątpiewania.

-Na przykład co?

-

Domyślam się, że Joan Dove to osoba, która mieszka przy Hazelton Square.

-Co za błyskotliwa dedukcja.

Emeline   lekko   się   skrzywiła,   słysząc   sarkazm   w   głosie   ciotki,   ale   Tobias   ciągnął 

niezrażony:

- Przyznaję, że nic o niej nie wiem. Przypuszczam jednak, że bez większych trudności 

już wkrótce czegoś się dowiem. 

-   Jak   pan   zamierza   to   zrobić?   -   zapytała   Lavinia.   mimowolnie   zaciekawiona. 

Wiedziała, że w swoim nowym zawodzie jeszcze wiele musi się nauczyć.

-Mam tu, w Londynie, sieć informatorów - wyznał Tobias.

-Czyli szpiegów, tak?

-

Nie, to po prostu grupa godnych zaufania wspólników  w interesach, którzy chętnie 

sprzedadzą informacje, jeśli nadarzy się sposobność.

- Mnie oni wyglądają na bandę szpiegów.

Tobias nie spierał się dłużej.

- Mogę zasięgnąć języka, ale zgodzi się chyba pani ze mną, że byłaby to strata czasu i 

powielanie   pani   wysiłków.   Szybciej   będzie,   jeśli   powie   mi   pani,   czego   się   dzisiaj 

dowiedziała.

- Nasza rozmowa była bardzo krótka.

Emeline drgnęła zaskoczona.

- Lavinio, nie powiesz chyba, że osobiście rozmawiałaś z Joan Dove?

Jej ciotka niedbale machnęła ręką.

-Tak się składa, że nadarzyła się sposobność, więc ją wykorzystałam.

-Zapewniałaś mnie, że chcesz tylko znaleźć ten dom i obserwować go przez jakiś czas, 

żeby się przekonać, czy nie zobaczysz czegoś interesującego. - Dziewczyna z troską 

zmarszczyła czoło. - Nie wspomniałaś nic o zawieraniu znajomości z mieszkańcami 

domu.

Po raz pierwszy Tobias zdenerwował się nie na żarty. Jego oczy spoglądały niemal 

groźnie.

-Rzeczywiście, pierwszy raz pani wspomina, że osobiście rozmawiała z Joan Dove.

-

Nie  miałam   wątpliwości,   że  według wszelkiego  prawdopodobieństwa   jest   jedną   z 

ofiar szantażysty Felixa. - Lavinia czuła na sobie zimny,  pełen dezaprobaty wzrok 

background image

Tobiasa. Starała się go zignorować. - Postanowiłam kuć żelazo, póki gorące. 

-Ależ, Lavinio... - zaczęła Emeline, lecz Tobias jej przerwał.

-Co pani, do diabła, jej powiedziała? - spytał niepokojąco cichym głosem.

-Ależ   to   oczywiste   -   odrzekła   dziewczyna,   trochę   rozdrażniona.   -   Moja   ciocia   na 

pewno starała się zdobyć nowe informacje i pozyskać klientkę.

-Klientkę? - zapytał oszołomiony.

-Wystarczy, Emeline - odezwała się Lavinia stanowczo. -Nie ma żadnego powodu, dla 

którego miałybyśmy opowiadać panu Marchowi o moich osobistych sprawach. One go 

wcale nie interesują.

-Wręcz   przeciwnie   -   zaprotestował   Tobias.   -   Zapewniam   panią,   że   w   tej   chwili 

interesuje mnie wszystko, co pani dotyczy.  Nawet najdrobniejsze szczegóły są dla 

mnie bardzo ważne.

Emeline spojrzała na ciotkę z zastanowieniem.

-Wydaje mi się, że nie uda ci się długo zachować tajemnicy przed panem Marchem. 

Prędzej czy później odkryje prawdę.

-I to raczej prędzej niż później - zapewnił Tobias. - Co się tu, u licha, dzieje?

-

Ja tylko staram się w przyzwoity sposób zarobić na utrzymanie siostrzenicy i swoje.

-A jaki to właściwie sposób?

-To, że musiałam znaleźć sobie nowy zawód, to tylko pańska wina. To przez pana 

musiałam otworzyć nowy interes, który zresztą jeszcze nie zaczął przynosić dochodu.

Tobias wstał z fotela.

- Do diabła, co to za interes?

Emeline spojrzała na niego z wyrzutem.

- Nie ma powodu do niepokoju. Owszem, przyznaję, że nowy zawód Lavinii może się 

wydawać trochę niezwykły,  ale nie jest niezgodny z prawem. Prawdę mówiąc, to pański 

przykład był dla niej natchnieniem.

- Cholera jasna! - Tobias dwoma susami znalazł się przy biurku i oparł się o jego blat. 

- O co tutaj chodzi?

Jego głos wydał się Lavinii groźny, chociaż brzmiał wręcz aksamitnie.

Zawahała  się, a potem otworzyła  środkową szufladkę i wyjęła  z niej  swoją nową 

wizytówkę. Bez słowa położyła ją na wypolerowanym mahoniowym blacie biurka, tak żeby 

Tobias mógł ją wyraźnie zobaczyć i odczytać wypisane na niej słowa.

PRYWATNE DOCHODZENIA

background image

DYSKRECJA ZAPEWNIONA

Lavinia przygotowała się na atak.

-Co za niesłychany tupet! - Tobias porwał wizytówkę z biurka. - Wybrała sobie pani 

taki sam zawód. Skąd pani przyszło do głowy, że potrafi pani to robić?

-Na ile zdążyłam się zorientować, do wykonywania tego zawodu nie są potrzebne 

żadne szczególne  kwalifikacje - odparowała Lavinia.  - Wystarczy chęć zadawania 

ogromnej liczby pytań.

Tobias zmrużył oczy.

-Próbowała pani namówić Joan Dove, żeby zleciła pani odnalezienie pamiętnika, tak?

-Owszem,   zasugerowałam,   że   powinna   rozważyć,   czy   nie   powierzyć   mi 

poprowadzenia śledztwa w tej sprawie.

-Mam wrażenie, że odjęło pani rozum.

-To dziwne, że akurat pan podaje w wątpliwość stan mojego umysłu. Trzy miesiące 

temu miałam podobne wątpliwości co do pana.

Tobias rzucił wizytówkę na biurko z takim rozmachem, że zawirowała w powietrzu i 

upadła tuż przed Lavinią.

- Jeśli nie jest pani szalona, to na pewno ma pani w głowie siano zamiast rozumu - 

stwierdził spokojnym tonem. - Nie ma pani najmniejszego pojęcia, ile szkody mogła pani 

wyrządzić. Nie rozumie pani. jak niebezpieczna jest ta sprawa.

-   Oczywiście,   że   jestem   świadoma   grożących   mi   niebezpieczeństw.   Widziałam 

przecież zwłoki pana Felixa.

Z  zadziwiającą   u kulejącego  człowieka  szybkością   znalazł  się  po drugiej   stronie 

biurka. Chwycił Lavinię za ramiona, dźwignął ją z fotela i uniósł w powietrze.

Emeline zerwała się na równe nogi.

- Panie March, co pan robi z moją ciocią? Proszę ją zostawić.

Nie zareagował na jej słowa; całą uwagę skupił na Lavinii.

- Wtrąca się pani w nie swoje sprawy niczym skończona idiotka. Czy w ogóle jest 

pani   zdolna   pojąć,   co   pani   narobiła?   Od   tygodni   pracuję   nad   tą   sprawą,   układam 

skomplikowane plany działania, a pani w jedno popołudnie może zniweczyć wszystkie moje 

wysiłki.

Lavinia dostrzegła w jego oczach prawdziwą furię i z wrażenia zaschło jej w ustach. 

Kiedy sobie uświadomiła, jak ławo Tobias wywołał w niej strach, wpadła w gniew.

-Proszę mnie puścić - nakazała.

background image

-Puszczę, jeśli zgodzi się pani na współpracę.

-Dlaczego chce pan ze mną współpracować, skoro ma pan o mnie taką złą opinię?

-

Będziemy pracować razem, ponieważ dzisiejsze wydarzenia  dowodzą, że nie mogę 

pani pozwolić na samodzielne działanie. To dla mnie zbyt wielkie ryzyko. Panią trzeba 

nadzorować.

Wcale jej się to nie spodobało.

-Panie March, nie może mnie pan tak trzymać w nieskończoność.

-Niech pani nie będzie taka pewna.

-

Nie jest pan dżentelmenem.

-Już   pani   o   tym   wspominała.   Czy   zawrzemy   umowę   o   współpracę   w   sprawie 

pamiętnika?

-

Nie interesuje  mnie jakakolwiek  współpraca z panem. 

Jednak ponieważ ciągle wchodzi mi pan w drogę, zgodzę się na połączenie sił i 

wymianę informacji.

-Mądra decyzja.

-Nalegam jednak, żeby w przyszłości powstrzymał się pan przed takim grubiańskim 

zachowaniem. -Jego uścisk nie sprawiał jej bólu, ale wyraźnie go czuła. - A teraz 

proszę mnie puścić.

Gdy mężczyzna bez słowa postawił ją na podłodze, poprawiła suknię i przygładziła 

włosy. Była zaczerwieniona, rozgniewana i dziwnie brakowało jej tchu.

-To oburzające. Panie March, czekam na przeprosiny.

-Proszę   o   wybaczenie.   Jest   w   pani   coś   takiego,   co   budzi   we   mnie   wszystko   co 

najgorsze.

-Ojej - wyszeptała Emeline. - To chyba nie jest dobry początek współpracy.

Spojrzeli na nią oboje. Zanim któreś z nich zdążyło cokolwiek powiedzieć, drzwi się 

otworzyły i pani Chilton wniosła do gabinetu herbatę.

- Ja naleję - szybko zaproponowała Emeline i wzięła od niej tacę.

Kiedy siostrzenica napełniła ostatnią filiżankę, Lavinii udało się opanować gniew. Ich 

nieproszony gość stał przy oknie i złożywszy dłonie za plecami, spoglądał na mały ogródek. 

Po jego wyprostowanej postawie widać było, że groźny, nieprzewidywalny nastrój jeszcze go 

całkiem nie opuścił. Jednak Tobias nie wygłaszał już uwag o sianie w głowie, co Lavinia 

uznała za dobry znak.

background image

Gdy   za   panią   Chilton   zamknęły   się   drzwi,   wypiła   pokrzepiający  łyk   herbaty   i 

precyzyjnym ruchem odstawiła filiżankę.

Stojący zegar tykał głośno w krępującej ciszy.

- Zacznijmy jeszcze raz od początku - zaproponował Tobias bezbarwnym tonem. - Co 

pani dokładnie powiedziała Joan Dove?

- Rozmawiałam z nią otwarcie.

-Cholera jasna. Lavinia przełknęła ślinę.

- Powiedziałam tylko, że byłam ofiarą szantażu i odnalazłam mieszkanie szantażysty, 

ale niestety ktoś tam był przede mną. Wyjaśniłam, że zniknął gdzieś pamiętnik, o którym 

Holton Felix wspominał w listach z pogróżkami, i że w sypialni znalazłam jej adres między 

kartkami tej obrzydliwej powieści.

Tobias szybko się odwrócił i stanął naprzeciw niej.

-A więc to o to chodziło. Wiedziałem, że coś pani tam znalazła. Do diabła, dlaczego 

nic mi pani nie powiedziała?

-Panie March. jeśli co chwila będzie pan na mnie krzyczał, to wiele nie osiągniemy.

Zacisnął szczęki, ale nie zaczął się spierać.

-Proszę mówić dalej.

-Niestety, to wszystko, co mam do powiedzenia. Pani Dove zapewniła mnie, że nic nie 

wie o szantażu, ale jestem pewna, że była jedną z ofiar Felixa. Zaproponowałam jej, 

żeby została moją klientką. Odmówiła. - Lavinia rozłożyła ręce. - A potem wyszłam.

Nie uznała za konieczne wspomnieć, że kazano jej wyjść pod groźbą wyrzucenia siłą 

na ulicę.

-Powiedziała jej pani, że ja też byłem wtedy u Felixa? -zapytał Tobias.

-Nie. W ogóle nie wspomniałam, że jest pan w tę sprawę zaangażowany.

Przez chwilę zastanawiał się w milczeniu nad tą wiadomością, potem podszedł do 

stojącego przy fotelu stolika i wziął z niego filiżankę ze spodeczkiem.

-To wdowa, tak?

-

Owszem. Jedna z nianiek w parku powiedziała mi, że jej mąż zmarł niemal rok temu, 

wkrótce po ogłoszeniu zaręczyn ich córki na wielkim balu. 

Tobias znieruchomiał z filiżanką w ręku. W jego oczach pojawił się błysk wielkiego 

zaciekawienia.

-Czy ta niańka wspomniała, jak zmarł?

-Zdaje się, że to była jakaś nagła choroba, która dopadła go w czasie wizyty w jednej z 

jego posiadłości. Nie wypytywałam o szczegóły.

background image

-Rozumiem. - Tobias ostrożnie postawił filiżankę na spodeczku. - I twierdzi pani, że 

Joan Dove nie przyznała, że była szantażowana?

-Nie.   -   Lavinia   zawahała   się.   -   Jednak   jej   zachowanie   upewniło   mnie,   że   dobrze 

wiedziała, o czym mówię. Wydaje mi się, że ta kobieta żyje w wielkim napięciu, i nie 

zdziwię się, jeśli wkrótce się ze mną skontaktuje.

background image

6

Było jeszcze wcześnie, kiedy Tobias wszedł do klubu. Ciszę zakłócał jedynie lekki 

szelest przewracanych stron gazet, cichy szczęk odstawianych filiżanek i od czasu do czasu 

delikatne stuknięcie karafką z porto o kieliszek. Większość głów wystających ponad oparcia 

dużych miękkich foteli była siwa lub łysa.

Obecni   o   tej   porze   goście   na   ogół   byli   w   wieku,   w   którym   mężczyznę   bardziej 

interesuje gra w wista i interesy niż kochanki i moda. Młodsi członkowie klubu zabawiali się 

strzelaniem do celu lub odbywali wizyty u krawców.

Ich żony i kochanki z pewnością zajęte były robieniem zakupów.  Te dwie kategorie 

kobiet często korzystały z usług tych samych krawcowych i modystek. Zdarzało się, że żona 

jakiegoś dżentelmena stawała twarzą w twarz z jego przyjaciółką nad kuponem materiału. W 

takich wypadkach żonie wypadało zignorować obecność kobiety podejrzanej reputacji.

Tobiasowi   przyszło   do   głowy,   że   gdyby   owa   żona   miała   straceńczy,   ognisty 

temperament   Lavinii,   to   pod   koniec   takiego   spotkania   w   powietrzu   fruwałyby   strzępy 

materiału. Na tę myśl uśmiechnął się rozbawiony, mimo że był w ponurym nastroju. Potem 

uświadomił   sobie,   że   po   skończonej   przeprawie   z   kochanką   Lavinia   bez   wątpienia 

policzyłaby się z mężem i potraktowałaby go jeszcze bardziej srogo. Uśmiech zniknął z jego 

ust.

-A,   jesteś,   March.   -   Lord   Crackenburne   opuścił   gazetę   i   spojrzał   na   niego   znad 

okularów. - Spodziewałem się, że cię dzisiaj tu zobaczę.

-Witam,   milordzie.   -   Tobias   zajął   fotel   z   drugiej   strony   kominka   i   bezwiednie 

rozmasował lewą nogę. - Mądrze pan zrobił, zajmując miejsce przy kominku. Dzisiaj 

nic należy biegać po mieście. Przez ten deszcz ulice toną w błocie.

-Od   trzydziestu   lat   nie   zdarzyło   mi   się   biegać   po   mieście.   To   dla   mnie   za   duży 

wysiłek. - Crackenburne uniósł siwe brwi. -Wolę, żeby świat przychodził do mnie.

-Wiem o tym.

Przez ostatnie dziesięć lat, od śmierci ukochanej żony, Crackenburne niemal na stałe 

mieszkał w klubie. Tobias starał się często go odwiedzać.

Ich   przyjaźń   zaczęła   się   przed   dwudziestu   laty,   kiedy   Tobias,   tuż   po   ukończeniu 

Oksfordu,   bez   grosza   przy   duszy,   zaczął   się   starać   o   posadę   administratora   dóbr 

background image

Crackenburne'a. Po dziś dzień nic miał pojęcia, dlaczego lord, człowiek o nieskazitelnym 

pochodzeniu, wielkim majątku i znajomościach w najwyższych sferach towarzyskich, zgodził 

się   zatrudnić   niedoświadczonego   młodzieńca   bez   referencji   i   rodziny.   Za   takie   zaufanie 

Tobias zamierzał pozostać mu wdzięczny do końca swoich dni.

Przestał   doglądać   interesów   lorda,   kiedy   pięć   lat   temu   postanowił   się   zająć 

prywatnymi dochodzeniami i otworzyć własny interes, nadal jednak bardzo sobie cenił rady i 

mądrość starszego człowieka. Na dodatek zamiłowanie Crackenburne'a do przesiadywania w 

klubie czyniło go użytecznym źródłem wiadomości i plotek. Zawsze znał najnowsze sensacje.

Crackenburne zaszeleścił gazetą i przełożył stronę. 

- Słyszałem, że wczoraj zamordowano jakiegoś hazardzistę. O co tu chodzi? - zapytał.

-Jestem pod wrażeniem. - Tobias uśmiechnął się z podziwem. - Skąd pan się o tym 

dowiedział? Przeczytał pan w gazecie?

-

Nie. Rano podsłuchałem rozmowę prowadzoną przy karcianym  stoliku. Nazwisko 

Holtona Felixa zwróciło moją uwagę, ponieważ dwa dni temu mnie o niego pytałeś. A 

więc nie żyje?

-Nie żyje. Ktoś roztrzaskał mu głowę jakimś bardzo ciężkim przedmiotem.

-

Hmmm... - Crackenburne wrócił na chwilę do gazety. -A co z pamiętnikiem, którego 

szukasz na zlecenie Neville'a?

Tobias wyprostował nogę, żeby znalazła się bliżej ognia.

-Kiedy dotarłem na miejsce, już zniknął.

-A to pech. Neville pewnie nie był zadowolony, kiedy to usłyszał.

-Nie.

-Wiesz, gdzie teraz szukać pamiętnika? Masz jakieś podejrzenia?

-Jeszcze nie, ale już dałem znać swoim informatorom, że nadal jestem tym przeklętym 

pamiętnikiem zainteresowany i zapłacę za każdą wiadomość, która pomoże mi wpaść 

na jego trop. - Tobias zawahał się. - Zaistniały nowe okoliczności.

-Co takiego?

-Byłem zmuszony zawiązać spółkę na czas poszukiwań. Mój nowy współpracownik 

już znalazł pewien trop, który może okazać się użyteczny.

Crackenbume uniósł wzrok znad gazety i spojrzał na Tobiasa zdziwiony.

-Masz wspólnika? Czyżby był to Anthony?

-Nie.   On   pomaga   mi   tylko   czasami   i   wolałbym,   żeby   tak   zostało.   Już   kiedyś 

tłumaczyłem, że nie chciałbym, żeby szedł w moje ślady.

Lord był wyraźnie rozbawiony.

background image

-Mimo że Anthony'emu najwyraźniej ta praca się podoba?

-To   bez   znaczenia.   -   Tobias   zapatrzył   się   w   ogień.   -   To   nie   jest   zajęcie   dla 

dżentelmena. Od szpiegostwa dzieli je zaledwie jeden krok, a dochody są, oględnie 

mówiąc, trudne do przewidzenia. Obiecałem Annie, że dopilnuję, by jej brat wybrał 

sobie spokojne, godne szacunku zajęcie. Najbardziej się bała, że brat skończy jako 

hazardzista, tak jak ich ojciec.

-Czy miody Anthony przejawia zainteresowanie jakimś spokojnym, godnym szacunku 

zajęciem? - zapytał ironicznie lord Crackenburne.

-Jeszcze nie - przyznał Tobias. - Ale ma dopiero dwadzieścia jeden lat. Teraz jego 

zainteresowania często się zmieniają. Raz zajmuje się naukami ścisłymi, raz antykami, 

zaraz potem sztuką albo twórczością Byrona.

-Jeśli nic nie zainteresuje go na stałe, zawsze możesz mu doradzić, żeby został łowcą 

posagów.

-Obawiam się, że szanse Anthony'ego na to, żeby spotkał bogatą pannę, są bardzo 

znikome.   O   ślubie   nawet   nie   wspominam   -   stwierdził   Tobias.   -   Nawet   gdyby 

przypadkiem   natknął   się   na   taką   pannę,   na   pewno   by   się   nią   nie   zainteresował, 

ponieważ ma w wielkiej pogardzie młode damy, które rozmawiają głównie o sukniach 

i najnowszych plotkach.

-Na   twoim   miejscu   nie   martwiłbym   się   na   zapas   -   poradził   Crackenburne.   -   Z 

doświadczenia wiem. że młodzi mężczyźni lubią sami o sobie decydować, a jedyne, 

co my możemy zrobić, to im dobrze życzyć. Opowiedz mi teraz coś o swoim nowym 

wspólniku.

- To pani Lakę. Kiedyś już o niej wspominałem.

Crackenburne ze zdumienia otworzył usta. ale szybko się opanował.

-   Dobrzy   Boże,   człowieku!   Czy   to   ta   sama   pani   Lakę,   z   którą

zetknąłeś się we Włoszech? 

- Ta sama. Okazuje się, że była jedną z ofiar szantażu Felixa. - Tobias nadal patrzył w 

ogień. - I obwinia mnie za to.

-Coś takiego. - Starszy pan poprawił okulary i kilka razy zamrugał. - No, no, no. Co za 

interesujący obrót wydarzeń.

-Powiedziałbym raczej, że to olbrzymie utrudnienie. Pani Lakę wymyśliła sobie, że 

również zajmie się przyjmowaniem zleceń na prywatne śledztwa. - Tobias złączył 

dłonie czubkami palców. - Zdaje się, że to ja ją do tego natchnąłem.

-Niezwykłe.   Zadziwiające.   -   Lord   Crackenburne   potrząsnął   głową,   jednocześnie 

background image

zaskoczony i rozbawiony. - Dama wykonująca ten sam dziwaczny zawód, który ty 

sobie wybrałeś. Rzeczywiście musiałeś być oszołomiony.

-

Nie tylko oszołomiony. Miotały mną przeróżne nieprzyjemne  uczucia. Jednak skoro 

zdecydowała się samotnie szukać pamiętnika, nie pozostało mi nic innego, jak zawiązać 

z nią spółkę.

-Tak, to oczywiste. - Crackenburne kiwnął głową. - Tylko w ten sposób nie stracisz jej 

z oczu i będziesz mógł kontrolować działania tej damy.

-Nie jestem pewien, czy ktokolwiek jest w stanie kontrolować panią Lakę. - Tobias 

zamilkł   na   chwilę.   -   Ale   nie   przyszedłem   tutaj   rozmawiać   o   problemach   z   nową 

wspólniczką. Chciałem panu, milordzie, zadać jedno pytanie.

-Słucham.

-

Ma pan znajomości w towarzystwie, docierają do pana najróżniejsze pogłoski. Co 

może mi pan powiedzieć o niejakiej Joan Dove, mieszkającej przy Hazelton Square?

Crackenburne przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią, potem złożył gazetę i 

odłożył ją na bok.

- Tak się składa, że nie wiem o niej wiele. Państwo Dove'owie nieczęsto pokazywali 

się w towarzystwie. Niewiele krążyło o nich plotek. Jak mi się wydaje, mniej więcej rok temu 

ich córka zaręczyła  się z dziedzicem fortuny Colchesterów. Fielding Dove zmarł wkrótce 

potem. 

- Czy to wszystko, co pan wie o tej kobiecie? Crackenburne wpatrzył się w strzelający 

na kominku ogień.

-

Przez jakieś dwadzieścia lat była żoną Dove'a. Dzieliła ich znaczna różnica wieku. On 

był od niej starszy co najmniej o dwadzieścia pięć lat, może nawet trzydzieści. Nie 

wiem, skąd pani Dove pochodzi, nie znam jej rodziny. Jednego jestem jednak pewien. 

- Tobias uniósł brew w niemym zapytaniu. - Kiedy zmarł Fielding Dove - ciągnął 

wolno   lord   Crackenburne   -wdowa   odziedziczyła   jego   majątek.   Teraz   jest   bardzo 

bogatą kobietą.

-Wraz z pieniędzmi przychodzi władza.

-Tak. A im ktoś jest bogatszy i potężniejszy, tym chętniej zrobi wszystko, żeby nie 

dopuścić do wyjawienia swoich sekretów.

Nadal  padał  ulewny deszcz,  kiedy  na  Claremont  Lane,  przed   numerem   siódmym, 

zatrzymał   się   elegancki   powóz.   Lavinia   wyglądała   zza   zasłony   i   widziała,   jak   dobrze 

zbudowany lokaj w szykownej zielonej liberii zeskakuje z kozia i rozkłada parasol.

background image

Gruba woalka kryła twarz kobiety, której lokaj pomógł wysiąść z powozu, ale Lavinia 

wiedziała,  że tylko  jedna ze znanych  jej  kobiet mogła  sobie pozwolić  na tak kosztowny 

ekwipaż i tylko jedna miała powód, żeby w tak okropną pogodę wychodzić z domu.

Joan   Dove   niosła   jakieś   pudło,   osłonięte   płótnem.   Szybko   weszła   po   schodach 

prowadzących do drzwi.

Mimo wysiłków troskliwego lokaja i osłony parasola trzewiki z koźlej skórki i skraj 

eleganckiej ciemnoszarej peleryny zamoczyły się, zanim Joan weszła do przytulnego saloniku 

Lavinii.

Gospodyni pośpiesznie usadziła ją w fotelu przy kominku, a sama usiadła naprzeciw.

- Poprosimy herbatę, pani Chilton. - Wydała polecenie stanowczym głosem, chcąc, 

żeby zabrzmiało to tak, jakby ważni goście nie byli na Claremont Lane niczym niezwykłym. -

Świeży ulung, dobrze? - dodała.

- Dobrze, proszę pani. Już biegnę. - Zdumiona  i zachwycona  pani Chilton niemal 

potknęła się o własne nogi, próbując dygnąć przed wyjściem z salonu.

Lavinia zwróciła się cło swojego gościa, zastanawiając się, jak zagaić rozmowę.

-

Wydaje się. że deszcz szybko nie przestanie padać. - Natychmiast się zaczerwieniła, 

słysząc ten niedorzeczny wstęp. Tak nie uda  jej się zrobić wrażenia na potencjalnej 

klientce.

-Rzeczywiście. - Joan uniosła dłoń w czarnej rękawiczce i odchyliła woalkę.

Kolejne słowa na temat brzydkiej pogody uwięzły Lavinii w gardle, kiedy zobaczyła 

bladą twarz i smutne oczy Joan. Natychmiast się zaniepokoiła. Szybko wstała i chwyciła 

mały dzwonek, stojący na gzymsie kominka.

-Czy pani się dobrze czuje? Może posłać po sole trzeźwiące?

-Sole trzeźwiące mi nie pomogą. - Joan mówiła spokojnie, chociaż w jej oczach czaił 

się strach. - Mam natomiast nadzieję, że pani mi pomoże.

-O co chodzi? - Lavinia usiadła z powrotem w fotelu. - Co się wydarzyło od czasu 

naszej rozmowy?

-Godzinę temu to zostało podrzucone pod drzwi mojego domu. - Joan odpakowała 

paczkę, którą ze sobą przyniosła.

Kiedy   płótno   opadło,   w   drewnianym   pudle,   szerokości   mniej   więcej   trzydziestu 

centymetrów, ukazała się wyrzeźbiona w wosku scenka. Lavinia wstała i bez słowa wzięła 

pudło z rąk Joan.

Zaniosła   woskowe   dziełko   do   okna,   gdzie   światło   było   lepsze,   i   przyjrzała   się 

starannie rzeźbie.

background image

Centralnym   jej   punktem   była   mała,   ale   precyzyjnie   wykonana  postać   kobiety   w 

oddanej z najdrobniejszymi szczegółami zielonej sukni. Postać leżała bezwładnie na podłodze 

pokoju,   z   twarzą   zwróconą   do   dołu.   Suknia   miała   z   tyłu   głęboki   dekolt.   Jej   skraj   był 

obramowany   trzema   rzędami   drobnych   falbanek,   na   których   gdzieniegdzie   naszyto   małe 

różyczki.

Uwagę Lavinii najmocniej przykuł jednak kolor prawdziwych włosów, które zdobiły 

głowę miniaturowej postaci. Były to włosy blond, przetykanie srebrnymi  pasmami. Takie 

same jak włosy Joan.

Uniosła wzrok znak scenki.

-Co za niezwykła i piękne wykonana rzeźba woskowa. Nie rozumiem tylko, dlaczego 

przyniosła ją pani do mnie.

-Proszę się jej dokładniej przyjrzeć. - Joan ciasno splotła dłonie na kolanach. - Widzi 

pani tę czerwoną plamę na podłodze, pod kobietą?

-Wygląda to tak, jakby ta postać leżała na czerwonym szalu albo kawałku jedwabiu. - 

Lavinia zamilkła, ponieważ nagle zrozumiała, na co patrzy. - Dobry Boże.

-Właśnie   -   odrzekła   Joan.   -   Obok   figurki   ktoś   namalował   czerwoną   plamę, 

oznaczająca,   niewątpliwie   krew.   Ta   kobieta   najwyraźniej   nie   żyje.   To   scena 

morderstwa.

Lavinia powoli opuściła pudło i spojrzała w oczy swojej rozmówczyni.

-Ta figurka ma przedstawiać panią - stwierdziła. - Ktoś grozi pani śmiercią.

-Tak uważam. - Joan spojrzała na odtworzoną w wosku scenkę. - W tej zielonej sukni 

wystąpiłam na balu wydanym z okazji zaręczyn mojej córki.

Lavinia zamyśliła się na chwilę.

-Czy jeszcze kiedyś miała ją pani na sobie?

-Nic. Została uszyta specjalnie na ten bal. Potem nie było okazji, by ją włożyć.

-

Autor   tej   scenki   musiał   widzieć   tę   suknię.   -   Lavinia   uważnie   przyglądała   się 

woskowej postaci. - Ile osób było na zaręczynowym balu pani córki? 

Usta Joan rozciągnęły się w smutnym uśmiechu.

-Niestety, lista gości zawiera ponad trzysta nazwisk.

-

Ach, tak. W takim razie mamy bardzo długą listę podejrzanych.

-

Owszem. Dziękuję Bogu, że moja córka na miesiąc wyjechała z Londynu. To by ją 

bardzo zdenerwowało. Jeszcze nie doszła do  siebie po wstrząsie, jakim była dla niej 

śmierć ojca.

-Gdzie jest teraz pani córka?

background image

-Maryanne bawi z wizytą u krewnych swojego narzeczonego, w ich posiadłości w 

Yorkshire. Chcę. żeby ta sprawa została rozwiązana przed jej powrotem. Ufam. że 

natychmiast rozpocznie pani dochodzenie.

Lavinia   wiedziała,   że   kiedy   ma   się   do   czynienia   z   ludźmi   z   towarzystwa,   trzeba 

zachować ostrożność, bo mają oni wprawdzie pieniądze, ale często nie płacą rachunków.

-Rozumiem, że chce pani zlecić mi zadanie. Mam się dowiedzieć, kim jest osoba, 

która przysłała pani tę woskową rzeźbę, tak? - zapytała ostrożnie.

-W jakim innym celu mogłabym się tu dzisiaj zjawić?

-Oczywiście. - Ludzie z towarzystwa potrafią też być dość opryskliwi i wymagający, 

pomyślała Lavinia.

-

Pani Lakę, wspomniała pani, że już wcześniej zaczęła pani badać tę sprawę. Po naszej 

rozmowie i przeczytaniu pani wizytówki przypuszczałam, że chętnie przyjmie pani 

takie zlecenie. Czy pani propozycja jest nadal aktualna?

-Ależ tak - pośpiesznie zapewniła Lavinia. - Oczywiście. Z przyjemnością podejmę 

się tego zadania. Może omówimy kwestię mojego honorarium?

-

Nie  wchodźmy w  szczegóły,  nie ma  takiej  potrzeby.  Nie dbam o to, na  ile  pani 

wyceni swoje usługi, pod warunkiem, że będę z nich zadowolona. Po skończonym 

dochodzeniu proszę mi przysłać rachunek, bez względu na jego wysokość. Zapewniam 

panią, że zostanie pani wynagrodzona. - Joan uśmiechnęła się zimno. - Niech pani 

zapyta   tych.  którzy  robią   ze  mną   interesy  lub  dostarczają  zamówienia  do  mojego 

domu. Zaświadczą, że zawsze dostają wynagrodzenie na czas.

Nietrudno   będzie   sprawdzić,   czy   to   prawda,   pomyślała   Lavinia.   Postanowiła   nic 

dyskutować  więcej  o zapłacie,  żeby nie  zdenerwować klientki,  co mogłoby się skończyć 

odwołaniem zlecenia.

- W takim razie zaczynajmy - zaproponowała. - Muszę pani zadać kilka pytań. Mam 

nadzieję, że nie uzna pani tego za niepotrzebne wtrącanie się w pani prywatne życie...

Usłyszała, że drzwi frontowe się otwierają, i urwała.

Joan zesztywniała i zerknęła na zamknięte drzwi do salonu.

-

Zdaje się. że ma pani jeszcze jednego gościa. Pod żadnym  pozorem nie wolno pani 

nikomu mówić, jaki jest cel mojej wizyty.

-Proszę   się   nie   martwić.   To   pewnie   moja   siostrzenica   wróciła   z   wizyty   u   nowej 

znajomej, Priscilli Wortham. Lady Wortham zaprosiła ją dziś na herbatę. Była tak 

miła, że przysłała po Emeline własny powóz.

Lavinia   miała   nadzieję,   że   nie   zabrzmiało   to   jak   przechwałka.   Wiedziała,   że 

background image

zaproszenie od lady Wortham niewiele znaczy dla kogoś takiego jak Joan Dove. Dla Emeline 

natomiast był to prawdziwy przełom w życiu towarzyskim.

- Rozumiem. - Joan nie odrywała oczu od drzwi.

W holu jednak rozległ się męski głos.

-Niech pani sobie nie robi kłopotu, pani Chilton. Sam znajdę drogę do salonu.

-Do diabła - wymamrotała Lavinia. - Jak zwykle zjawia się zupełnie nie w porę.

Joan przeniosła na nią wzrok.

- Kto to taki? - zapytała.

Drzwi otworzyły się i do salonu wkroczył Tobias. Na widok Joan Dove zatrzymał się 

jak wryty i skłonił się zadziwiająco uprzejmie.

- Witam panie. - Wyprostował się i z uniesioną brwią zerknął na Lavinię. - Widzę, 

pani Lakę, że podczas mojej nieobecności uczyniła pani znaczny postęp. Doskonale.

- Kim jest ten dżentelmen? - jeszcze raz spytała Joan, tym razem ostrzejszym tonem.

Lavinia posłała intruzowi groźne spojrzenie.

-Przedstawiam pani swojego wspólnika.

-Nic pani nie wspominała o wspólniku.

-

Właśnie miałam pani o nim powiedzieć - uspokoiła ją Lavinia. - Oto pan Tobias 

March. Pomaga mi w dochodzeniach.

-.Ściśle   mówiąc,   to   pani   Lakę   mi   pomaga   -   odparował   Tobias,   patrząc   na   nią 

znacząco.

Joan przyjrzała mu się badawczo i znów przeniosła wzrok na gospodynię.

-Nie rozumiem.

-

To całkiem proste. - Lavinia celowo odwróciła się plecami do Tobiasa. -Pan March i 

ja postanowiliśmy zostać wspólnikami na czas tej sprawy.  Dla pani to prawdziwa 

okazja.   Jako   moja   klientka   będzie   pani   mogła   korzystać   z   usług   nas   obojga   bez 

żadnych dodatkowych kosztów.

- Można powiedzieć, dwa w jednym - dorzucił Tobias.

Lawinia starała się przywołać na twarz beztroski uśmiech.

-March ma  w tym  sprawach nieco doświadczenia.  Zapewniam, że jest wyjątkowo 

dyskretny.

-Rozumiem.   -  Joan   zawahała   się.  Nie  była  całkiem   zadowolona,   ale  najwyraźniej 

uznała, że nie ma wyboru. - Dobrze.

Lavinia zwróciła się do Tobiasa i podała mu woskową rzeźbę.

- Pani Dove zjawiła się tu dzisiaj, ponieważ otrzymała coś takiego. Uważa, że ktoś w 

background image

ten sposób grozi jej śmiercią, a ja się z nią zgadzam. Pani Dove ma taką samą suknię jak ta, w 

którą ubrana jest woskowa postać, no i kolor włosów się zgadza.

Tobias przez długą chwilę przyglądał się scence.

- To dziwne. Szantażyści zwykle zapowiadają, że ujawnią jakiś dawny sekret, nie 

grożą od razu śmiercią. Po co zabijać kogoś, kto mógłby stać się źródłem dochodów?

Zapadła krótka, pełna napięcia cisza. Lavinia i Joan wymieniły spojrzenia.

-Słuszna uwaga - niechętnie przyznała ta pierwsza.

-Owszem - w zamyśleniu zgodziła się druga.

Lavinia zauważyła, że jej nowa klientka przygląda się Tobiasowi ze znacznie 

większym zainteresowaniem niż przed chwilą. Ten odsunął od siebie woskową rzeźbę,

- Z drugiej strony nie wolno nam zapominać, że teraz mamy do czynienia z łajdakiem, 

który już popełnił morderstwo. Być może uznał, że groźba śmierci szybciej skłoni ofiarę do 

zapłacenia okupu.

Joan skinęła głową.

Lavinia   doszła   do   wniosku,   że   czas   znów   przejąć   kontrolę   nad   sytuacją.   Tobias 

najwyraźniej miał ochotę ją w tym wyręczyć. Spojrzała na Joan.

-Muszę pani zadać bardzo osobiste pytanie.

-Chce pani wiedzieć, co takiego Holton Felix znalazł w pamiętniku, że postanowił 

mnie szantażować.

- Pomogłoby nam, gdybyśmy wiedzieli, czym pani groził.

Joan jeszcze raz badawczo zerknęła na Tobiasa.

-

Opowiem to jak najkrócej - odezwała się w końcu. - W wieku osiemnastu lat zostałam 

sama na świecie i byłam zmuszona przyjąć posadę guwernantki. Kiedy skończyłam 

dziewiętnaście lat, popełniłam błąd i oddałam serce człowiekowi, który był częstym 

gościem   w   domu   moich   pracodawców.   Wydawało   mi   się,   że   jestem  zakochana,  i 

wierzyłam, że moje uczucie zostało w pełni odwzajemnione. Byłam tak niemądra, że 

dałam się uwieść.

-Ach, tak - powiedziała cicho Lavinia.

-Ten człowiek przywiózł mnie do Londynu i wynajął dla mnie niewielki dom. Przez 

kilka miesięcy wszystko dobrze się układało. W swojej niewinności spodziewałam się, 

że się pobierzemy. - Joan uśmiechnęła się gorzko. - Zrozumiałam swój błąd, kiedy się 

dowiedziałam,   że   dawno   już   obiecał   ożenić   się   z   pewną  bogatą   panną   z   dobrego 

domu. Od samego początku wiedział, że nigdy nie połączy nas ślub. Lavinia zacisnęła 

rękę w pięść.

background image

-Co za podły człowiek.

-Owszem - przytaknęła Joan. - Ale historia jest całkiem  banalna. W końcu, rzecz 

jasna, mnie porzucił. Przestał płacić czynsz za dom. Wiedziałam, że przed końcem 

miesiąca będę zmuszona się wyprowadzić. W czasie naszego romansu kochanek nie 

dał mi nic takiego, co mogłabym zastawić lub sprzedać, a mnie nie przyszło do głowy, 

żeby czegokolwiek od niego żądać, oprócz obietnic wiecznej miłości. Nie mogłam 

szukać posady guwernantki, ponieważ nie miałam referencji.

-

I co pani zrobiła? - zapytała łagodnie Lavinia.

Joan spojrzała w okno, jakby w strugach deszczu dostrzegła coś fascynującego.

-

Nie lubię tego nawet wspominać - mówiła cicho dalej. -Byłam bardzo przygnębiona. 

Przez tydzień każdej nocy chodziłam nad rzekę i zastanawiałam się, czy nie skończyć 

tego   koszmaru.   Zawsze   jednak   przed   świtem   wracałam   do   domu.   Ktoś   mógłby 

powiedzieć, że brakowało mi odwagi.

-Wręcz przeciwnie - zaprotestowała Lavinia stanowczo. -Wykazała się pani niezwykłą 

odwagą,   nie   ulegając   pokusie.   Kiedy   upada   w   nas   duch,   nie   potrafimy   sobie 

wyobrazić, jak przeżyjemy kolejny dzień, nie mówiąc już o całym życiu.

Wyczuła, że Tobias jej się przygląda, ale nie zareagowała. Joan zwróciła się do niej 

trudnym do rozszyfrowania uśmiechem i znów zapatrzyła się w strugi deszczu.

- Pewnej nocy po powrocie znad rzeki zastałam czekającego na mnie na progu domu 

Fieldinga Dove'a. Kiedy jeszcze byłam z kochankiem, spotkałam go kilkakrotnie, ale nie 

znałam   go   zbyt   dobrze.   Dał   mi   do   zrozumienia,   że   chciałby   nawiązać   ze   mną   bliższą 

znajomość.   Powiedział,   żebym   się   nie   martwiła,   bo   on   zapłaci   za   wynajęcie   domu.   - 

Uśmiechnęła się smutno. - Zrozumiałam, że chce zostać moim nowym opiekunem.

-Co pani zrobiła? - spytała Lavinia.

-Trudno   się   teraz   tym   chwalić,   ale   wtedy   nagle   odzyskałam   poczucie   dumy. 

Powiedziałam  mu, że nie szukam kochanka, ale będę mu wdzięczna za pożyczkę. 

Obiecałam zwrócić pieniądze  najszybciej, jak będę mogła.  Ku mojemu zdziwieniu 

skinął tylko głową i zapytał, w co chcę zainwestować te fundusze.

Tobias nieco sztywnym ruchem usiadł w fotelu.

-Dove dał pani pieniądze?

-Tak. - Joan uśmiechnęła się ze smutkiem. - I radę, co z nimi zrobić. Przeznaczyłam je 

na pewną inwestycję budowlaną, którą mi polecił. Powstawały nowe domy i sklepy, a 

my   spotykaliśmy   się   i   omawialiśmy   interesy.   Zaczęłam   uważać   Fieldinga   za 

przyjaciela. Kiedy kilka miesięcy później sprzedałam nieruchomości, dostałam za nie 

background image

sumę,   która   wtedy   wydawała   mi   się   fortuną.   Natychmiast   wysłałam   do   Fieldinga 

wiadomość, że mogę mu zwrócić pożyczkę.

-

Jak zareagował? - zaciekawiła się Lavinia.

-Złożył mi wizytę i poprosił o rękę. - Oczy Joan przysłonił cień wspomnień. -Wtedy 

byłam już w nim głęboko zakochana. Przyjęłam jego oświadczyny.

Lavinia czuła, że łzy napływają jej pod powieki, i żeby nie pociekły na policzki, dwa 

razy pociągnęła nosem. Na próżno. Tobias i Joan spojrzeli na nią zaskoczeni.

-   Proszę   wybaczyć,   pani   Dove,   ale   to   taka   wzruszająca   historia   -   wyszeptała. 

Wyszarpnęła chusteczkę z kieszeni, szybko wytarła oczy i wydmuchnęła nos tak dyskretnie, 

jak tylko potrafiła.

Opuściła   haftowany   kwadracik   batystu   i   spostrzegła,   że   Tobias   przygląda   jej   się 

kpiąco. Spojrzała na niego z pogardą. Ten człowiek był chyba pozbawiony jakiejkolwiek 

wrażliwości. Ale przecież nie powinno to być dla niej niespodzianką. Złożyła chusteczkę i 

wsunęła ją do kieszeni.

- Proszę mi wybaczyć śmiałość, pani Dovc, ale czy słusznie przypuszczam, że Holton 

Felix chciał ujawnić związek, w jaki się pani wdała przed ślubem?

Joan spuściła wzrok na własne dłonie i skinęła głową.

-Właśnie tak.

-Cóż to był za niegodziwiec - stwierdziła Lavinia.

-

Ha - odezwał się Tobias. Lavinia zgromiła go wzrokiem, lecz nie zwrócił na to uwagi. 

- Bez obrazy, ale nie rozumiem, dlaczego ujawnienie tej wiadomości miałoby grozić 

skandalem. Przecież ten romans skończył się ponad dwadzieścia lat temu.

Joan zesztywniała.

- Panie March, moja córka zaręczyła się z dziedzicem fortuny Colchesterów. Jeśli 

cokolwiek pan słyszał o tej rodzinie, to pan wie, że jego babka, lady Colchester, rządzi lwią 

częścią rodzinnego majątku. Jest to dama niezmiernie surowa i wymagająca. Wystarczyłby 

choć cień skandalu, a zmusiłaby wnuka do od wołania ślubu.

Tobias wzruszył ramionami.

- Nigdy bym nie pomyślał, że taka odgrzewana sensacja mogłaby spowodować tak 

wielkie oburzenie.

Joan siedziała bez ruchu.

- Dobrze wiem, ile ryzykuję. Mój mąż był uszczęśliwiony, że będziemy skoligaceni z 

Colchesterami. Nigdy nie zapomnę, ile szczęścia miał w oczach, kiedy tańczył z Maryanne na 

jej   balu   zaręczynowym.   A   jeśli   chodzi   o   córkę,   to   jest   bezgranicznie   zakochana   w 

background image

narzeczonym. Nie dopuszczę, żeby cokolwiek przeszkodziło w zawarciu tego małżeństwa. 

Panie March, czy teraz pan mnie rozumie?

Lavinia ruszyła do ataku, zanim Tobias zdołał się odezwać.

- Będę wdzięczna,  jeśli zachowa pan swoje wątpliwości dla siebie. Co pan wie o 

związkach   małżeńskich   zawieranych   w   elitarnych   kręgach   towarzyskich?   Tu   chodzi   o 

przyszłość   młodej   kobiety.   Jej   matka   ma   wszelkie   prawo   chronić   ją   przed 

niebezpieczeństwem.

-   Ależ   oczywiście.   -   W   oczach   Tobiasa   błyszczało   ironiczne   rozbawienie.   - 

Przepraszam, pani Dove. Moja wspólniczka ma rację. Nic nie wiem o związkach małżeńskich 

zawieranych w elitarnych kręgach towarzyskich.

Ku zaskoczeniu Lavinii, Joan uśmiechnęła się.

-Rozumiem - powiedziała cicho.

-Zapewniam panią, że chociaż pan March nie należy do elity, to doskonale zna się na 

prowadzeniu śledztwa - dodała pośpiesznie Lavinia, spoglądając ostro na Tobiasa. - 

Prawda?

-

Zwykle dowiaduję się tego, co chcę wiedzieć - przyświadczył. Lavinia ponownie 

zwróciła się do Joan:

-Natychmiast zaczniemy badać tę sprawę.

- Od czego chce pani zacząć? - spytała Joan z niekłamanym zaciekawieniem.

Lavinia   podeszła   do   stołu,   na   którym   Tobias   postawił   pudło   z   woskową   figurką. 

Jeszcze raz uważnie przyjrzała się scence, studiując wszystkie najmniejsze szczegóły.

- To oczywiście nie jest dzieło amatora - oznajmiła. - Uważam, że powinniśmy zacząć 

od rozmowy z ludźmi, którzy zajmują się tego rodzaju twórczością. Artystę zwykle można 

poznać po stylu i technice. Przy odrobinie szczęścia może uda nam się znaleźć kogoś, kto 

powie nam coś o charakterystycznych elementach tej rzeźby.

Tobias patrzył na nią ze źle ukrywanym zaskoczeniem.

- To niezły pomysł.

Lavinia zacisnęła zęby.

- Jak pani trafi do tych ekspertów od rzeźbienia w wosku? - zapytała Joan, zupełnie 

nieświadoma toczącego się tuż obok niej pojedynku. 

Lavinia wolno przeciągnęła palcem po drewnianym obramowaniu scenki.

-

Porozmawiam   na   ten   temat   z   siostrzenicą.   Od   powrotu   do   Londynu   Emeline 

odwiedziła  bardzo wiele muzeów  i galerii.  Z pewnością wie, w których  z nich są 

wystawiane rzeźby z wosku.

background image

-Doskonale. -Joan wstała z wdziękiem i poprawiła rękawiczki. - Na tym skończymy. - 

Zamilkła na chwilę. - Chyba że mają państwo do mnie jeszcze, jakieś pytania.

-Tylko jedno. -Lavinia zawahała się. -Obawiam się jednak, że uzna je pani za zbyt 

śmiałe.

Jej klientka wydawała się rozbawiona tymi skrupułami.

-Doprawdy,   pani   Lakę.   Nie   wyobrażam   sobie   śmielszego   pytania   niż   to   na   temat 

tajemnic z mojej przeszłości.

-Chodzi mi 0 to, że moja siostrzenica, dzięki poparciu lady Wortham, otrzymała kilka 

zaproszeń. Jeśli Emeline chce z nich skorzystać, musi dostać nowe suknie. Czy byłaby 

pani tak łaskawa i zdradziła mi nazwisko swojej krawcowej?

Czuła, że Tobias błagalnie wzniósł oczy ku niebu, ale miała na tyle rozsądku, żeby nie 

zareagować. Joan przyglądała się Lavinii z namysłem.

-

Madame Francesca jest bardzo droga.

-No, cóż, zamierzam zamówić przynajmniej jedną lub dwie ładne suknie.

-Przykro mi, ale przyjmuje nowe klientki, tylko jeśli mają rekomendacje.

Twarz Lavinii posmutniała.

-Ach, tak. Rozumiem. Joan podeszła do drzwi.

-Z przyjemnością panią zarekomenduję.

Jakiś czas później pokazali woskowe dziełko Emeline.

-   Na   waszym   miejscu   zaczęłabym   od   pani   Yaughn   z   Half   Crescent   Lane.   - 

Dziewczyna przyglądała się rzeźbie z zafrasowaną miną. - Nie ma w całym Londynie osoby 

bardziej biegłej w rzeźbieniu w wosku.

-Nigdy o niej nie słyszałam - stwierdziła Lavinia.

-Pewnie dlatego, że nie otrzymuje zbyt wielu zleceń.

-

A to dlaczego? - zaciekawił się Tobias. Emeline uniosła na niego wzrok.

-Zrozumie pan, kiedy zobaczy pan jej dzieła.

background image

7

Gratuluję,  że udało  się pani  zapewnić  sobie zapłatę  za tę  pracę.  - Tobias  siedział 

niedbale  na ławeczce wynajętego powozu. - Miło jest mieć  pewność, że po skończonym 

zadaniu otrzyma się wynagrodzenie.

-   Przez   pana   omal   nie   straciłam   klientki.   -   Lavinia   ciaśniej   okryła   się   wełnianą 

peleryną,   chroniącą   ją   przed   wilgotnym   chłodem.   -   Trudno   o   bardziej   grubiańskie 

zachowanie.

Tobias uśmiechnął się lekko.

- Przynajmniej nie wypytywałem jej o nazwisko krawcowej.

Lavinia, zignorowawszy tę uwagę, znacząco patrzyła przez okienko powozu.

Londyn zamienił się dziś w studium szarości. Mokre kamienie bruku błyszczały pod 

ciężkim niebem. Deszcz skłonił większość ludzi do pozostania w domu. Ci, którzy odważyli 

się   wyjść  w  taką   pogodę,  poruszali  się  powozami  lub  przemykali  pod  ścianami   domów. 

Woźnice kulili się w swoich budkach, otuleni w ciepłe płaszcze, z czapkami naciągniętymi na 

uszy.

- Chce pani usłyszeć dobrą radę? - zapytał przyjacielsko Tobias. 

- Od pana? Niekoniecznie.

-Niemniej jednak powiem pani kilka mądrych słów, które powinna pani zapamiętać, 

jeśli nadal chce pani zajmować się swoją nową profesją.

Mimowolnie oderwała wzrok o ponurej ulicy. W końcu on miał doświadczenie.

-Jakiej to rady chce mi pan udzielić?

-Nigdy nie należy płakać, kiedy klienci opowiadają swoje smutne historie. Odnoszą 

wtedy wrażenie, że pani uwierzy we wszystko, co usłyszy. Z doświadczenia wiem. że 

klienci notorycznie kłamią. Nie ma powodu, aby zachęcać ich do tego łzami.

Lavinia spojrzała na niego szeroko rozwartymi oczami.

- Myśli pan, że pani Dove nas okłamała?

Wzruszył ramionami.

-   Klienci   zawsze   kłamią.   Jeśli   nie   zrezygnuje   pani   z   wykonywania   tego   zawodu, 

wkrótce się pani o tym przekona.

Zacisnęła dłonie na skraju peleryny.

background image

- Nie wierzę, że pani Dove zmyśliła tę historię.

-A skąd ta pewność? Uniosła dumnie głowę.

-Mam bardzo wyostrzoną intuicję.

-Mogę tylko wierzyć pani na słowo. Jak zwykle udało mu się ją zdenerwować.

-Otóż powiem panu, że moi rodzice byli wytrawnymi znawcami mesmeryzmu i sami 

go praktykowali. W bardzo wczesnym wieku zaczęłam im pomagać. Kiedy zmarli, 

sama przez jakiś czas dla zarobku przyjmowałam ludzi na seansach terapeutycznych. 

W   dziedzinie   uzdrawiania   za   pomocą   sił   magnetycznych   intuicja   jest   sprawą 

podstawową. Ojciec nieraz mi powtarzał, że jestem w tym bardzo utalentowana.

-

Cholera   jasna.   Moją   wspólniczką   została   kobieta,   która   wierzy,   że   można   leczyć 

zwierzęcym magnetyzmem. Czym sobie na to zasłużyłem?

Uśmiechnęła się do niego z rezerwą.

-Cieszę   się,   że   jest   panu   wesoło,   ale   to   nie   zmienia   faktu,   że   wierzę   w   to,   co 

powiedziała nam pani Dove. -Urwała. - W każdym razie w większość tego, co od niej 

usłyszeliśmy.

-Zgadzam się, że pewnie wszystkiego nie wymyśliła - rzekł, wzruszając ramionami. - 

Podejrzewam,   że   jest  na   tyle   sprytna,   by  wiedzieć,   iż   przeplatając   fakty   z   fikcją, 

tworzy się najbardziej wiarygodne historie.

-Jest pan bardzo cyniczny.

- W tym zawodzie to zaleta. 

Zmrużyła lekko oczy.

-Jednego jestem pewna. Nie kłamała, kiedy mówiła o swojej miłości do męża.

-Jeśli   będzie   pani   wykonywać   ten   zawód   wystarczająco   długo,   w   końcu   się   pani 

przekona, że wszyscy klienci kłamią, kiedy mówią o miłości.

Powóz zatrzymał się, zanim zdążyła odpowiedzieć. Tobias otworzył drzwi i zaczął 

wysiadać. Zauważyła jednak, że nie zeskoczył lekko na chodnik. Poruszał się ostrożnie, jak 

człowiek, któremu coś dokucza. Kiedy się odwrócił, żeby jej pomóc, nie zobaczyła na jego 

twarzy nawet cienia grymasu bólu.

Gdy   poczuła   dotyk   jego   mocnej   ręki,   przeszedł   ją   lekki  dreszcz.   Pozwoliła   się 

zaprowadzić   pod   drzwi   i   ukryła   zmieszanie,  udając,   że   rozgląda   się   z   wielkim 

zainteresowaniem.

Half Crescent Lane była ciasną, wąską uliczką. Wiła się wśród rzucających głęboki 

cień kamiennych murów. Zapewne nigdy nie docierało tu zbyt wiele słońca, ale takiego dnia 

jak ten panował tu mrok niczym w krypcie.

background image

Tobias zapukał głośno do drzwi. W środku rozległy się kroki, a po chwili zobaczyli 

leciwą gospodynię, nieufnie spoglądającą na Tobiasa.

- O co chodzi? - spytała głośno, jak to zwykle czynią ludzie niedosłyszący.

Tobias skrzywił się i cofnął o krok.

-Chcemy się widzieć z panią Vaughn. Gospodyni przyłożyła do ucha 

zwiniętą dłoń.

-Co takiego?

-Chcemy się widzieć z artystką, która rzeźbi w wosku -powiedziała Lavinia, starannie 

wymawiając każde słowo.

-Trzeba kupić bilet- gromko oznajmiła gospodyni. - Pani Vaughn teraz już nikogo nie 

wpuszcza  do galerii  bez biletu.  Za dużo ludzi  chciało  za darmo  wejść do środka. 

Mówili, że chcą jej zlecić jakąś pracę, a kiedy już się dostali do środka, oglądali sobie 

figury i wychodzili.

-Nie chcemy oglądać jej rzeźb - odrzekła głośno Lavinia. -Chcemy z nią o czymś 

porozmawiać.

-Słyszałam już takie wymówki. Nie dam się nabrać, i tyle. Nikt tu nie wejdzie bez 

biletu.

-Dobrze. -Tobias położył kilka monet na dłoni gospodyni. -Czy tyle wystarczy na dwa 

bilety?

Kobieta przeliczyła pieniądze.

- A wystarczy, wystarczy - stwierdziła i odsunęła się od drzwi.

Lavinia weszła do wąskiego mrocznego holu, Tobias podążył jej śladem. Kiedy drzwi 

się za nim zamknęły, mrok stał się jeszcze gęściejszy.

Gospodyni poprowadziła ich ciemnym korytarzem.

- Tędy, proszę.

Lavinia zerknęła na swego towarzysza. Lekkim ruchem dłoni dał jej znak, żeby poszła 

przodem.

Bez słowa doszli za gospodynią do ciężkich drzwi na samym końcu. Otworzyła je 

zamaszystym, teatralnym gestem. 

- Wchodźcie! - krzyknęła. - Spotkacie się panią Vaughn za chwilę.

-Dziękuję.   -   Lavinia   weszła   do   słabo   oświetlonej   sali   i   zatrzymała   się   jak   wryta, 

widząc, że zebrało się tu już sporo osób. - Nie wiedziałam, że pani Vaughn ma już 

jakichś gości.

Gospodyni   prychnęła   i   zamknęła   drzwi,   zostawiając   Tobiasa   i   Lavinię   na   środku 

background image

pokoju pełnego ludzi.

Ciężkie draperie zasłaniały dwa wąskie okna, nie dopuszczając światła z zewnątrz. 

Jedyne   oświetlenie   stanowiły   dwie   świece   w   dużym,   bogato   zdobionym   świeczniku   na 

fortepianie.   Panowała  tu  wyjątkowo   chłodna  atmosfera.   Zdawała   się  emanować   z  mroku 

otaczającego gości. Lavinia spostrzegła, że na kominku nie pali się ogień.

Goście   siedzieli   i   stali   w   najróżniejszych   pozach.   Mężczyzna   w   elegancko 

zawiązanym fularze, siedząc w głębokim fotelu, spokojnie czytał gazetę, chociaż świeca nic 

rzucała   na   nią   światła.   Pulchna   kobieta   w   sukni   z   długimi   rękawami   siedziała   przy 

fortepianie. Miała na sobie obszerny biały fartuch. Gęste, siwe włosy, upięte w ciężki węzeł, 

okrywał koronkowy czepek. Jej palce zawisły w powietrzu tuż nad klawiszami, jakby właśnie 

skończyła grać jeden utwór i zamierzała rozpocząć następny.

W pobliżu wygasłego kominka siedział mężczyzna z niedopitą szklaneczką brandy w 

ręku. Obok dwóch innych panów grało w szachy.

Długi, wąski pokój spowijała niesamowita cisza. Żadna głowa się nie odwróciła, żeby 

się przyjrzeć nowo przybyłym. Nikt się nie poruszył. Nikt się nie odezwał. Fortepian milczał. 

Wyglądało to tak, jakby wszyscy tu skamienieli, schwytani w trakcie jakiejś czynności.

- Dobry Boże - wyszeptała Lavinia.

Tobias minął ją i podszedł do szachistów, rozgrywających mecz, który miał na zawsze 

pozostać niedokończony. 

- Zadziwiające - powiedział. - Widziałem już figury woskowe, ale żadna nie była tak 

realistyczna jak te tutaj.

Lavinia podeszła wolno do postaci czytającej mały tomik. Woskowa głowa pochylała 

się pod naturalnym kątem nad lekturą. Szklane oczy wydawały się zafascynowane treścią 

książki.   Między   brwiami   rysowała   się   drobna   zmarszczka,   a   na   grzbiecie   poznaczonej 

żyłkami dłoni wyrastały drobne wioski.

-Można by pomyśleć, że któraś z nich zaraz poruszy się lub przemówi - wyszeptała. - 

Te   żyłki   mają   taką   naturalną   niebieskawą   barwę,   proszę   spojrzeć   na   bladość 

policzków tej kobiety. Można się tu poczuć trochę nieswojo, prawda?

-Pani   siostrzenica   mówiła   nam,   że   większość   twórców   takich   figur   używa   ubrań, 

biżuterii  i  innych  akcesoriów,  żeby  nadać  im  pozory życia.   - Tobias  podszedł  do 

kobiety ubranej w modną suknię. Palce rzeźby bezwiednie bawiły się wachlarzem. 

Nieśmiały uśmiech wydawał się błąkać po twarzy. -Jednak pani Vaughn to mistrzyni 

w swoim zawodzie, artystka, która nie musi uciekać się do sztuczek. Te figury są 

pięknie wyrzeźbione.

background image

Siedząca   przy   pianinie   kobieta   w   fartuchu   i   koronkowym   czepku   skłoniła   się   im 

głęboko.

- Dziękuję panu - powiedziała, śmiejąc się wesoło.

Lavinia stłumiła okrzyk zaskoczenia i gwałtownie cofnęła się o krok. Zderzyła się z 

dandysem, który spoglądał na nią z dezaprobatą przez monokl. Rzuciła się w bok, jakby się 

bała, że figura chce jej dotknąć. Omal przy tym nie upuściła przyniesionej z domu paczki.

Odzyskała   równowagę,   zmieszana,   potrząsnęła   połami   peleryny   i   z   wysiłkiem 

przybrała uprzejmy wyraz twarzy.

-Pani Vaughn, prawda? - spytała energicznie.

-Owszem.

-

Nazywam się Lavinia Lakę, a to jest pan March. 

Pani Vaughn wstała zza fortepianu. Kiedy się uśmiechnęła, w jej policzkach pojawiły 

się dołeczki.

- Witam w mojej sali wystawowej. Mogą państwo oglądać figury, jak długo sobie 

państwo życzą.

Tobias skłonił głowę.

-Moje gratulacje. To prawdziwie zadziwiająca kolekcja.

-Pański  podziw  sprawia  mi   wielką  przyjemność.   - Pani  Vaughn  spojrzała  na  jego 

towarzyszkę z rozbawieniem w oczach. - Coś mi jednak mówi, że opinia pani Lakę 

jest mniej entuzjastyczna.

-

Wcale nie - zaprotestowała szybko Lavinia. - Po prostu pani dzieła zrobiły na mnie 

wielkie, ale... niespodziewane wrażenie. Można powiedzieć, uderzające. To znaczy, 

czuję się tak. jakby w tym pokoju było pełno ludzi, którzy... jak to wyrazić...

-Ludzi, którzy nie są całkiem żywi, ale i nie całkiem martwi? To pani miała na myśli?

Lavinia uśmiechnęła się blado.

-Pani umiejętności są. imponujące.

-Dziękuję pani. Widzę jednak, że należą państwo do tych, którzy w pobliżu moich 

dzieł czują się trochę nieswojo.

-Ależ nie, chodzi tylko o to, że pani figury wyglądają jak żywe. - A raczej jakby były 

żywe przed chwilą, dodała Lavinia w myślach. Nie chciała jednak głośno wyrażać 

swoich wątpliwości. W końcu ta kobieta była artystką, a wszyscy wiedzą, że artyści 

bywają ekscentryczni i nieprzewidywalni.

W policzkach pani Vaughn znów pojawiły się dołeczki. Uspokajająco uniosła dłoń.

-Proszę   się   nie   martwić,   że   mnie   pani   urazi.   Wiem,   że   moje   prace   nie   każdemu 

background image

odpowiadają.

-Nic można zaprzeczyć, że są interesujące - odezwał się Tobias.

-

Mimo to mam wrażenie, że przyszli tu państwo, żeby złożyć zamówienie na portret 

rodzinny. 

-

  Jest pani bardzo spostrzegawcza. - Tobias przyjrzał się elegancko wymodelowanej 

szyi kobiety z wachlarzem. – Może dlatego pani rzeźby wyglądają tak realistycznie.

Pani Vaughn znów się roześmiała.

-   Pochlebiam   sobie,   że   potrafię   odnaleźć   prawdę   ukrytą   tuż   pod   powierzchnią 

pozorów. Ma pan całkowitą rację. Ta zdolność jest niezbędna przy tworzeniu realistycznych 

portretów. Ale żeby tchnąć w figurę życie, trzeba czegoś więcej. Należy przykładać wagę do 

szczegółów.   Drobnych   zmarszczek   w   kącikach   powiek,   odpowiedniego   rozmieszczenia 

żyłek, tak żeby się wydawało, iż pulsuje w nich krew.

Tobias skinął głową.

- Rozumiem.

Lavinia   przypomniała   sobie   niezwykle   misternie   wykonane   szczegóły   woskowej 

scenki   ukrytej   w   pudle   i   znieruchomiała.   A   jeśli   zrządzenie   losu   doprowadziło   ich 

bezpośrednio do mordercy? Wymieniła spojrzenie z Tobiasem, ale ten tylko lekko potrząsnął 

głową.

Wzięła  głęboki  oddech, żeby się uspokoić. Oczywiście  miał  rację. To  byłby  zbyt 

nieprawdopodobny zbieg okoliczności, gdyby tak od razu natrafili na mordercę. Z drugiej 

jednak strony, ilu doświadczonych twórców figur woskowych można znaleźć w Londynie? 

Na   pewno   niezbyt   wielu.   Emeline   bez   wahania   umieściła   panią   Vaughn   na   pierwszym 

miejscu listy najlepszych.

Jakby czytając w myślach Lavinii, pani Vaughn zerknęła na nią i uśmiechnęła się 

szeroko.

Lavinia doszła do wniosku, że to niepokojąca bliskość figur woskowych nie pozwala 

jej myśleć logicznie. Co się z nią, do diabła, dzieje? Ta niska wesoła kobieta miałaby być 

morderczynią.

- Właśnie na ten temat przyszliśmy z panią porozmawiać - oznajmił Tobias. 

-  O artystycznym odtwarzaniu szczegółów? - Pani Vaughn się rozpromieniła. - To 

bardzo ciekawe. Ponad wszystko uwielbiam rozmawiać o swojej pracy.

Lavinia postawiła pudło na najbliższym stole.

-Proszę łaskawie spojrzeć na to dzieło. Jesteśmy ciekawi, czy może nam pani coś 

powiedzieć o jego autorze. Bylibyśmy za to bardzo wdzięczni.

background image

-Nie jest podpisane? - Artystka podeszła do stolika. - To dość niespotykane.

-Myślę, że kiedy zobaczy pani to dziełko, zrozumie pani, dlaczego autor nie zostawił 

swojego podpisu - powiedział Tobias z ironią.

Lavinia rozwiązała sznurek, materiał opadł z pudła i ukazała się nieprzyjemna scenka.

- Coś takiego. - Pani Vaughn wyjęła z kieszeni fartucha okulary i wsunęła je na nos. 

Nie spuszczała wzroku ze scenki. - Coś takiego...

Między jej brwiami pojawiła się zmarszczka. Wzięła woskową scenkę i postawiła na 

fortepianie. Lavinia poszła za nią. Świece oświetlały migotliwym światłem miniaturową salę 

balową i martwą kobietę.

-Czy słusznie zakładam, że nie jest to ilustracja do sztuki lub powieści? - zapytała pani 

Vaughn, nie odwracając wzroku od woskowej rzeźby.

-Bardzo słusznie. - Tobias stanął obok Lavinii. - Naszym zdaniem, jest to groźba. 

Chcemy znaleźć artystę, który wykonał tę pracę.

-

O, tak - wyszeptała pani Vaughn. - Doskonale rozumiem, dlaczego chcą państwo to 

zrobić.   W   tej   małej   scence   kryje   się   tyle   złych   intencji.   Wielka   złość   i   wielka 

nienawiść. Czy przysłano to do pani? Nie, raczej nie. Włosy figurki są jasne, lekko 

siwiejące. Pani jest młodsza, a włosy ma pani rude, prawda? 

Tobias   zerknął   na   głowę   swej   wspólniczki;   jego   spojrzenie   było   trudne   do 

rozszyfrowania.

-Tak, są bardzo rude. Lavinia zgromiła go wzrokiem.

-Zupełnie niepotrzebna uwaga na temat osobisty - zganiła go.

-

Ależ to tylko stwierdzenie faktu.

Nie tylko to, pomyślała. Zaciekawiło ją, czy Tobias nie należy do mężczyzn, którzy 

mają   uprzedzenia   do   rudowłosych   kobiet.   Może   wierzył   w   te   bzdury   o   ognistym 

temperamencie i trudnym charakterze rudzielców?

Pani Vaughn podniosła wzrok.

-W jaki sposób ta scenka dostała się w państwa ręce?

-Zostawiono ją na progu domu kogoś, kogo znamy - wyjaśnił Tobias.

-To  bardzo  dziwne.  - Artystka   zawahała   się. -  Muszę  powiedzieć,  że  dziełko   jest 

bardzo pięknie wykonane, mimo swojej nieprzyjemnej wymowy.

-Czy kiedykolwiek widziała pani rzeźbę w wosku tak misternie wykonaną? - zapytała 

Lavinia.

-To   znaczy,   oprócz   własnych?   Nie.   -   Pani   Vaughn   wolno   zdjęła   okulary.   -   Nie 

widziałam.   Regularnie   odwiedzam   galerie   i   wystawy,   żeby   obejrzeć   prace 

background image

konkurencji. Zapamiętałabym kogoś tak utalentowanego.

-Czyli możemy założyć, że autor publicznie nie wystawia swoich prac? - upewnił się 

Tobias.

Pani Vaughn zmarszczyła czoło.

- Nic powiedziałabym  tak. Artysta o tak wielkim talencie nie oparłby się pokusie 

pokazania swojego dzieła. Każdy pragnie, żeby jego pracę obejrzano i doceniono.

- Bez tego trudno zarobić na życie - dodała Lavinia.

Kobieta stanowczo potrząsnęła głową.

- Tu nie chodzi tylko o pieniądze. W zasadzie, jeśli artysta jest bogaty, pieniądze nie 

grają żadnej roli. 

Lavinia spojrzała na stojącą tuż obok fascynującą figurę woskową.

-Rozumiem - stwierdziła.

-

Nie   ma   zbyt   wielu   doświadczonych   artystów,   wykonujących   rzeźby   z   wosku   - 

ciągnęła  pani Vaughn. - Obawiam się, że ta dziedzina  twórczości szybko  spada z 

poziomu prawdziwej sztuki i staje się tanią rozrywką dla gawiedzi. Winne temu są 

najnowsze nieprzyjemne wydarzenia we Francji, te wszystkie maski pośmiertne, które 

musiała wykonać madame Tussaud po tym, jak opadło ostrze gilotyny. Publiczność 

poznała smak sztuki, która budzi dreszcz grozy.

Tak jakby jej sztuka nie wywoływała dreszczy, pomyślała Lavinia.

- Bardzo dziękujemy za wszystko, co nam pani powiedziała o tej pracy. - Zaczęła 

pakować scenkę do pudła. – Miałam nadzieję, że naprowadzi nas pani na jakiś ślad. Wydaje 

mi się jednak, że będziemy musieli wybrać inną ścieżkę poszukiwań.

Okrągła twarz pani Vaughn nagle spochmurniała.

- Ufam, że będziecie ostrożni.

W oczach Tobiasa pojawił się chłodny błysk zainteresowania.

- Co pani chce przez to powiedzieć?

Pani Vaughn patrzyła na Lavinię. obwiązującą pudło sznurkiem.

-   Autor   tej   scenki   najwyraźniej   miał   zamiar   przerazić   osobę,   do   której   została 

wysłana.

Lavinia przypomniała sobie wystraszone oczy pani Dove.

-   Jeśli   rzeczywiście   miał   taki   zamiar,   to   zapewniam   panią,   że   udało   mu   się   to 

osiągnąć.

Pani Vaughn zacisnęła usta.

- Żałuję, że nie mogę podać państwu nazwiska osoby, która stworzyła  to dziełko. 

background image

Mogę tylko powiedzieć, że szukacie kogoś dyszącego żądzą zemsty albo wymierzenia kary. 

Z   doświadczenia   wiem,   że   tylko   jedno   uczucie   może   się   tak   całkowicie   przekształcić   w 

nienawiść. Lavinia znieruchomiała.

-Jakie?

-Miłość. - Pani Vaughn znów się uśmiechnęła. Iskierki wesołości znów zamigotały w 

jej oczach. - To najniebezpieczniejsze ze wszystkich uczuć.

background image

8

Nie wiem jak pan, panie March, ale ja koniecznie muszę zażyć coś na uspokojenie 

nerwów - oznajmiła Lavinia, wchodząc do swojego gabinetu. - Pani Vaughn i jej kolekcja 

figur woskowych zrobiły na mnie bardzo nieprzyjemne wrażenie.

Tobias starannie zamknął drzwi i spojrzał na nią ze zrozumieniem.

-Po raz pierwszy w jakiejś sprawie całkowicie się zgadzamy.

-W   tym   przypadku   herbata   nie   odniesie   pożądanego   skutku.   Tu   trzeba   czegoś 

mocniejszego.

Podeszła do dębowego kredensu i wyjęła z niego niemal pełną kryształową karafkę.

-Mamy  szczęście  -  oznajmiła.  -  Zdaje  się,   że  znalazłam  lekarstwo   na  to,   co  nam 

dokucza. Proszę dołożyć drewna do ognia, a ja napełnię szklanki.

-Świetny   pomysł.   -   Tobias   podszedł   do   kominka   i   sztywno   przyklęknął   na   jedno 

kolano, krzywiąc się przy tym lekko.

Lavinia zmarszczyła czoło, na chwilę przerwawszy nalewanie trunku.

- Zranił się pan w nogę? 

- Zdarzyło mi się małe potknięcie. - Skupił się na dokładaniu do ognia. - Noga dobrze 

się zagoiła, ale w takie dni jak dzisiaj przypomina mi dawny błąd.

-Błąd?

-Niech pani nie zaprząta sobie tym głowy. - Skończył dokładać do kominka, chwycił 

się półki nad nim i wstał. Kiedy odwrócił się do Lavinii, miał uprzejmy, niewiele 

mówiący wyraz twarzy. - Zapewniam, że to nic poważnego.

Widać było, że nie ma ochoty na dalsze wyjaśnienia, a zresztą stan jego nogi nic 

powinien   jej   obchodzić.   Co   więcej,   nie   miała   powodu,   żeby   odczuwać   choćby   cień 

współczucia dla Tobiasa Marcha. Niemniej jednak trochę się o niego martwiła.

Chyba dostrzegł to w jej oczach, ponieważ spojrzał na nią twardo i z irytacją.

-Kieliszek sherry wszystko załatwi - mruknął.

-Nie musi się pan na mnie od razu złościć. - Napełniła drugi kieliszek. - Chciałam po 

prostu być uprzejma.

-Między   nami   nie   ma   miejsca   na   tego   rodzaju   gesty,   łaskawa   pani.   Proszę   nie 

zapominać, że jesteśmy wspólnikami.

background image

Wręczyła mu kieliszek.

-Czy w naszym zawodzie istnieje jakaś zasada, która mówi, że wspólnicy nic mogą 

odnosić się do siebie miło?

-Tak. - Jednym haustem wypił większą część trunku. -Właśnie ją wprowadziłem.

-Rozumiem.

Lavinia również wypiła spory łyk sherry i humor jej się trochę poprawił. Jeśli ten 

człowiek nie chce, żeby się o niego troszczyła. to na pewno nie będzie tego robić na siłę.

Podeszła do fotela przy kominku i opadła na niego z westchnieniem ulgi. Bijący od 

ognia żar sprawił, że nie czuła już wilgotnego chłodu, który zdawał się ją otaczać od wyjścia 

z galerii pani Vaughn.

Tobias zajął fotel naprzeciw niej, nie czekając na zaproszenie. Przez kilka minut 

siedzieli   w   milczeniu,   sącząc   trunek   z   kieliszków.   Tobias   zaczął   rozcierać   lewą   nogę. 

Lavinia nie wytrzymała.

-Jeśli  noga tak  bardzo pana  boli,  to może  spróbuję trochę  panu ulżyć  za pomocą 

kuracji mesmerycznej.

-Niech sobie pani to wybije z głowy - odparł. - Proszę się nie obrazić, ale pod żadnym 

pozorem nie dopuszczę do tego, żeby mnie pani wprawiła w trans.

Lavinia zesztywniała.

- Jak pan sobie życzy. Nie ma powodu być niegrzecznym.

Skrzywił się lekko.

-Z całym szacunkiem, ale nie wierzę w tak zwane moce mesmeryzmu. Moi rodzice 

byli naukowcami. Zgadzali się z wynikami badań, przeprowadzonych przez doktora 

Franklina i Lavoisiera. Te wszystkie opowieści o wprawianiu ludzi w leczniczy trans 

za pomocą wzroku lub magnesów to całkowita bzdura. Pokazy tego typu są jedynie 

rozrywką dla łatwowiernych.

-Akurat.   Te   badania   zostały   przeprowadzone   trzydzieści   lat   temu   i   na   dodatek   w 

Paryżu. Na pana miejscu nic przywiązywałabym do nich zbyt wielkiej wagi. Niech 

pan zauważy, że wcale nie zmniejszyły zainteresowania zwierzęcym magnetyzmem 

wśród ludzi.

-

Owszem,   zauważyłem   to   -   odrzekł   Tobias.   -   Bardzo   źle   to   świadczy   o   ludzkiej 

inteligencji.

Gdyby miała trochę rozsądku, powinna na tym zakończyć rozmowę, ale nie mogła się 

oprzeć pokusie, żeby nie dowiedzieć się czegoś więcej.

-Pana rodzice studiowali nauki ścisłe?

background image

-Ojciec   prowadził,   między   innymi,   badania   nad   elektrycznością.   Matkę   bardzo 

interesowała chemia.

-To interesujące. Czy nadal zajmują się tymi badaniami?

-Oboje zginęli podczas wybuchu w swojej pracowni.

Lavinii zaparło dech.

-To straszne.

-Z   tego,   co   przeczytałem   w   ich   ostatnim   liście,   wnoszę,   że   wpadli   na   pomysł 

połączenia tych dwóch rodzajów badań. Postanowili wykonać kilka eksperymentów z 

pewnymi   lotnymi   substancjami   chemicznymi   i   jakimś   urządzeniem   elektrycznym. 

Okazało się to katastrofą.

Lavinia zadrżała.

-Dzięki Bogu, że panu nic się nie stało.

-Byłem wtedy w Oksfordzie. Wróciłem do domu, żeby pochować rodziców.

-Czy po ich śmierci wrócił pan na studia?

-

To było niemożliwe. - Tobias objął kieliszek palcami. -Wybuch zniszczył  dom, a 

rodzice nie mieli żadnych pieniędzy. Wszystkie środki finansowe przeznaczyli na ten 

ostatni wielki eksperyment.

-Rozumiem. - Lavinia oparła głowę o zagłówek fotela. -To tragiczna historia.

-Zdarzyła   się wiele   lat  temu.   - Pociągnął   łyk   sherry i  opuścił  kieliszek.   - A   pani 

rodzice?

-Dostali zaproszenie do Ameryki na serię pokazów mesmeryzmu. Przyjęli je. Statek 

zatonął. Wszyscy na pokładzie zginęli.

Szczęki Tobiasa zacisnęły się kurczowo.

-Bardzo   mi   przykro.   -   Zerknął   na   nią.   -   Powiedziała   pani,   że   asystowała   im   w 

pokazach. Jak to się stało, że nie popłynęła pani z nimi?

-

Wyszłam za mąż. Dżentelmen, który zaprosił rodziców do Ameryki, nie chciał płacić 

za podróż dwóch dodatkowych  osób. Zresztą John i tak nie był  do tego pomysłu 

nastawiony zbyt entuzjastycznie. Widzi pan, on był poetą. Jego zdaniem, Ameryka nie 

jest odpowiednim miejscem do poważnej kontemplacji metafizycznej.

Tobias skinął głową. 

- Niewątpliwie miał rację. Kiedy zmarł pani mąż?

-Półtora roku po ślubie. Zabrała go choroba.

-Wyrazy współczucia.

-Dziękuję.

background image

Od śmierci męża minęło niemal dziesięć lat i słodkie, miłe wspomnienia o Johnie teraz 

przypominały Lavinii niewyraźny, stary sen.

- Proszę wybaczyć, że o to pytam, ale czy pani mąż kiedykolwiek opublikował swoje 

wiersze?

Westchnęła.

-Nie. Choć oczywiście były to piękne utwory.

-Rozumiem.

-Nie doceniono go, co się często zdarza geniuszom poezji.

-Owszem, słyszałem, że nie należy to do rzadkości. -Zamilkł na chwilę. - Czy mogę 

zapytać,   jak   dała   sobie   pani   radę   finansowo?   Czy   mąż   miał   jakieś   inne   źródła 

dochodów?

-W ciągu naszego małżeństwa utrzymywałam nas oboje, organizując seanse terapii 

mesmerycznej. Po śmierci Johna jeszcze przez kilka lat wykonywałam ten zawód.

- Dlaczego pani z niego zrezygnowała?

Lavinia wypiła łyk sherry.

-W pewniej małej wiosce na północy kraju miał miejsce niefortunny wypadek.

-Jaki?

-Wolałabym o tym nie rozmawiać. Powiem tylko, że skłonił mnie do obrania innej 

drogi zawodowej.

-

Ach, tak. A kiedy zamieszkała pani z panną Emeline?

-Sześć lat temu, po tym, jak jej rodzice zginęli w wypadku na drodze. -Lavinia doszła 

do wniosku, że najwyższy czas  zmienić  temat.  -Moja siostrzenica  powiedziała,  że 

kiedy   zobaczymy   prace   pani   Vaughn,   zrozumiemy,   dlaczego   nie   otrzymuje   wielu 

zamówień na swoje figury. Chyba wiem, co miała na myśli.

-

Tak? 

-Być może jej dzieła zbytnio przypominają żywych ludzi. Na mnie te figury zrobiły... - 

zawahała się, szukając odpowiedniego słowa - bardzo niepokojące wrażenie.

-Może taka jest natura figur woskowych. -Tobias w zadumie wpatrzył się w resztki 

sherry   w   kieliszku.   -   To   nie   jest   zimne   tworzywo,   jak   kamień   czy   glina.   W 

przeciwieństwie do malarstwa pozwala na więcej niż dwa wymiary. Nic bardziej nie 

przypomina ludzkiego ciała niż dobrze wymodelowany i pomalowany wosk.

-Czy zauważył pan, że pani Vaughn używa prawdziwych włosów do wykończenia rąk 

swoich figur oraz do brwi i rzęs?

-Owszem.

background image

-Jej prace są niezwykłe, ale nie chciałabym, żeby któraś z tych figur siedziała tu teraz 

z nami. - Lavinia zadrżała. -Dziadek na portrecie zawieszonym nad kominkiem to 

jedno, a trójwymiarowa figura naturalnych rozmiarów, siedząca w fotelu za biurkiem i 

do złudzenia przypominająca zmarłego członka rodziny, to zupełnie co innego.

- Rzeczywiście. - Tobias z zamyśleniem spojrzał w ogień.

Zapadła cisza, przerywana jedynie strzelaniem płonących drew.

Po chwili Lavinia wstała i przyniosła karafkę z kredensu. Ponownie napełniła kieliszki 

i znów usiadła. Tym razem zostawiła karafkę na stoliku przy fotelu.

Obecność Tobiasa wywoływała w niej dziwne emocje. Powtarzała sobie co prawda w 

duchu,   że   nie   mają   ze   sobą   nic   wspólnego,   oczywiście   jeśli   nie   liczyć   zamordowanego 

szantażysty,   zaginionego   pamiętnika   i   umowy   o   współpracy,   która   wkrótce   miała   się 

zakończyć. Trudno jej jednak było nie brać tych spraw pod uwagę.

Tobias wyciągnął lewą nogę, jakby chciał przybrać wygodniejszą pozycję.

- Proponuję, żebyśmy wrócili do najpilniejszej sprawy - powiedział. - Zastanawiałem 

się, co dalej robić. Uderzyło mnie, że pani Vaughn nie była zbyt pomocna. Cała ta gadanina o 

miłości, która często zamienia się w nienawiść, była zupełnie niepotrzebna.

-To się jeszcze okaże.

-Na pewno nie naprowadziło nas to na żaden ślad. Wcale nie jestem pewien, czy 

rozmowy z właścicielami galerii figur woskowych to ruch w dobrym kierunku.

- Czy ma pan lepszy pomysł? - zapytała bez ogródek. 

Zawahał się.

-   Przekazałem   swoim   informatorom,   że   dobrze   zapłacę   za   każdą   wiadomość   o 

pamiętniku. Muszę jednak przyznać, że nie otrzymałem jeszcze od nich żadnego sygnału.

-Innymi słowy, nie ma pan lepszego pomysłu. Tobias Zabębnił palcami o oparcie 

fotela. Nagle wstał.

-Nie, nie mam - przyznał.

-W   takim   razie   porozmawiajmy   z   innymi   właścicielami   galerii   -   rzekła   Lavinia, 

patrząc na niego czujnie.

-Chyba tak. - Oparł się o gzyms kominka i przyglądał jej się z trudnym do odczytania 

wyrazem twarzy. - Ale byłoby lepiej, gdybym sam przeprowadził resztę tych rozmów.

-Co takiego? - Gwałtownie odstawiła kieliszek i zerwała się na równe nogi. - Niech 

pan sobie nawet nie wyobraża, że pan tak zrobi. Nie chcę w ogóle o tym słyszeć.

-Ta sprawa z każdą chwilą staje się coraz bardziej skomplikowana i niebezpieczna. 

Niełatwo będzie ją rozwiązać i nie podoba mi się, że chce się pani w nią tak mocno 

background image

angażować.

-Już jestem w nią zaangażowana. Może pan zapomniał, ale nie tylko mam klientkę, 

która zleciła mi jej zbadanie, ale sama byłam jedną z ofiar szantażu Holtona Felixa.

-Oczywiście, cały czas radziłbym się pani i o wszystkim na bieżąco informował.

-

Bzdura. Wiem, o co panu chodzi. - Oparła dłonie na biodrach. - Próbuje mi pan 

podkraść klientkę. 

-Do diabła, Lavinio, pani klientka nic mnie nie obchodzi. Staram się tylko zapewnić 

pani bezpieczeństwo.

-Potrafię sama o siebie zadbać, panie March. Robię to od wielu lat. To tylko wybieg, 

żeby odebrać mi klientkę, ale ja nigdy do tego nie dopuszczę.

Ujął ją delikatnie za podbródek.

-Nie spotkałem jeszcze bardziej upartej i trudniejszej kobiety.

-W pańskich ustach to jest komplement.

Ciepło jego palców sprawiło, że nie mogła się poruszyć, niczym  w mesmerycznym 

transie. Bardzo wyraźnie, niemal boleśnie, odczuwała jego bliskość. Nagle zakręciło jej się w 

głowie.

Stoi zbyt blisko mnie, pomyślała. Powinna odstąpić o krok, oddalić się. Jednak nie 

znajdowała w sobie tyle silnej woli, żeby to zrobić.

-Jest coś, o co chciałem panią zapytać - odezwał się Tobias bardzo cicho.

-Jeśli chce pan wiedzieć, czy odstąpię panu klientkę, to nie ma pan po co pytać.

-Moje pytanie nie ma nic wspólnego z Joan Dove. - Nadal dotykał jej podbródka. - 

Chciałbym wiedzieć, czy naprawdę aż tak nie znosi mnie pani za to, co wydarzyło się 

we Włoszech.

Takiego pytania wcale się nie spodziewała.

-Słucham? - zapytała oszołomiona.

-Przecież pani słyszała.

-Nie rozumiem, o co panu chodzi - wymamrotała.

-Sam tego nie rozumiem. - Uniósł drugą rękę i ujął jej twarz. - Czy czuje pani do mnie 

niechęć za to, co wydarzyło się w Rzymie?

-Z pewnością mógł pan załatwić to w bardziej cywilizowany sposób.

-Nie było na to czasu. Już wyjaśniałem, że dość późno dowiedziałem się o zamiarach 

Carlisle'a.

-To wszystko wymówki. Zwykłe wymówki.

-

- I dlatego czuje pani do mnie niechęć?

background image

Wyrzuciła ramiona w górę.

-   Nie.   Nie   czuję   do   pana   niechęci.   Owszem,   uważam,   że   wszystko   można   było 

załatwić   w   bardziej   cywilizowany   sposób,   ale   widzę,   że   dobre   maniery   nie   są   pana 

najmocniejszą stroną.

Przesunął palcem po jej dolnej wardze.

-Proszę mi powiedzieć jeszcze raz, że nie czuje pani do mnie niechęci.

-No, dobrze. Nie czuję do pana niechęci. Wiem, że wtedy działał pan w wielkim 

napięciu.

-W napięciu?

Nadal trochę kręciło jej się w głowie; bez wątpienia to skutek wypicia zbyt dużej 

ilości sherry na pusty żołądek. Zwilżyła usta językiem.

-

Rozumiem,   że,   nie   wiedzieć   czemu,   doszedł   pan   do   wniosku,  iż   mnie   i   mojej 

siostrzenicy   grozi   niebezpieczeństwo.   W   tamtej   chwili   pański   umysł   był   trochę 

rozchwiany i to pana usprawiedliwia.

-A stan mojego umysłu teraz?

-Co takiego?

-Wydaje mi się. że dzisiaj mój umysł jest równie rozchwiany, jak wtedy, w Rzymie. - 

Przysunął się do niej bliżej. - Ale tym razem przyczyna jest zupełnie inna.

Pocałował ją w same usta.

Wiedziała, że powinna się cofnąć, ale na to było już za późno.

Czuła   jego   mocne   dłonie   na   twarzy.   Pocałunek   eksplodował   w   niej,   poruszając 

wszystkie zmysły. Lavinia była tak poruszona, że ledwie mogła stać. Czuła się jak woskowa 

figura, którą ktoś postawił zbyt  blisko ognia. Coś w niej zmiękło, jakby zaraz miało  się 

roztopić. Musiała oprzeć się na ramionach Tobiasa, żeby odzyskać równowagę.

Kiedy poczuł, że jej dłonie zaciskają się na jego ramionach, jęknął cicho i wziął ją w 

objęcia. Przyciągnął ją do siebie, aż poczuł tuż przy sobie jej piersi.

- Nie wiem dlaczego, ale pragnąłem to zrobić, odkąd zobaczyłem cię w Rzymie - 

wyszeptał.

Słowa te nie wydały się jej szczególnie poetyckie, a jednak na ich dźwięk przeszedł ją 

dreszcz. Dziwiła się, czując, jak silne emocje ją przenikają.

-To   szaleństwo.   -   Przewróciłaby   się,   gdyby   się   na   nim   nie   opierała.   -   Absolutne 

szaleństwo.

-Tak. - Wsunął palce we włosy Lavinii, odchylił jej głowę w tył i chwycił zębami 

ucho. - Przecież oboje się zgadzamy, że mój umysł jest w bardzo chwiejnym stanie.

background image

Krzyknęła cicho, kiedy poczuła, że całuje ją po szyi.

-Nie, nie, to tylko sherry.

-To nie sherry. - Wsunął kolano między jej uda.

-Ależ to musi być sherry. - Zadygotała, czując, jak silny ogień w nim płonic. - Oboje 

będziemy tego żałować, kiedy trunek przestanie działać.

-To nie sherry - powtórzył.

-Oczywiście,   że   tak   -   upierała   się.   -   Co   innego...   Auu...   -Drgnęła,   kiedy   znów 

delikatnie ugryzł ją w ucho. - Co pan robi?

- To nie żadna cholerna sherry.

Zaczynało jej brakować tchu.

-   Nie   przychodzi   mi   do   głowy   żaden   inny   powód,   dla   którego   mielibyśmy   się 

zachowywać w tak dziwny sposób. Przecież wcale się nie lubimy.

Gwałtownie uniósł głowę. W jego oczach widać było irytację, walczącą o lepsze z 

innym, gwałtowniejszym, uczuciem.

- Lavinio, czy ty zawsze musisz się kłócić?

W końcu zrobiła to, co powinna uczynić znacznie wcześniej: cofnęła się o krok. Z 

wysiłkiem chwytała oddech. Czuła, że kosmyki  włosów opadają jej na kark. Cienki szal 

okrywający ramiona przekrzywił się. 

-   Najwyraźniej   nawet   takich   rzeczy   nie   potrafimy   robić   w   sposób   uprzejmy   i 

cywilizowany.

-Takich rzeczy? - powtórzył. - Czy tak nazywasz to, co między nami. zaszło?

-A jak pan by to nazwał? - Poprawiła szpilkę we włosach.

- Czasami określa się to jako namiętność.

Namiętność. Na dźwięk tego słowa przeszedł ją dreszcz, jednak szybko wróciła do 

rzeczywistości.

- Namiętność? - Spojrzała na niego gniewnie. - Namiętność? Chciał pan mnie uwieść, 

żeby w ten sposób skłonić do rezygnacji z klientki? Czy właśnie o to chodzi?

W gabinecie zaległa okropna cisza.

Lavinia przez chwilę myślała, że Tobias nie odpowie. Z twarzą pokerzysty patrzył na 

nią chyba przez całą wieczność. W końcu się poruszył. Podszedł do drzwi, otworzył je i na 

chwilę przystanął na progu.

- Nawet przez myśl mi nie przeszło, że mógłbym na ciebie wpłynąć, rozbudzając w 

tobie namiętności - oznajmił. – Uwierz mi. Widzę, że jesteś kobietą, która na pierwszym 

miejscu stawia interesy.

background image

Wyszedł, nienaturalnie cicho zamykając za sobą drzwi.

Słyszała jego kroki na deskach podłogi. Poruszyła się dopiero, kiedy wyszedł z domu. 

Gdy   frontowe   drzwi   się   za   nim   zaniknęły,   poczuła   się   tak,   jakby   ktoś   ją   obudził   z 

mesmerycznego transu.

Podeszła do okna i długo spoglądała na skąpany w deszczu ogród. Doszła do wniosku, 

że Tobias co do jednego się nie mylił. To, co się stało, nie miało związku z sherry.

Ten pocałunek był błędem, myślał Tobias, wchodząc po schodach swojego klubu. Co 

też  on sobie wtedy myślał?  Skrzywił  się. Problem polegał  na tym,  że nie myślał  wcale. 

Pozwolił,   żeby   wybuchowa   mieszanina   gniewu,   frustracji   i   pożądania   wzięła   górę   nad 

zdrowym rozsądkiem.

Rzucił kapelusz i rękawiczki odźwiernemu i wszedł do głównej sali.

Neville, z kieliszkiem bordo, rozsiadł się w fotelu przy oknie. Butelka stała obok. Na 

jego   widok   Tobias   przystanął,   zastanawiając   się,   czy   nie   uciec.   Jego   zleceniodawca   był 

ostatnim człowiekiem, z którym miał ochotę się dzisiaj widzieć. Nie miał mu do przekazania 

dobrych wiadomości, a Neville złych wiadomości nie znosił.

Właśnie uniósł głowę, żeby pociągnąć łyk wina, i zobaczył Tobiasa. Jego ciemne brwi 

zbiegły się w jedną, pełną niezadowolenia linię.

- A, jesteś tu, March. Zastanawiałem się, kiedy się pojawisz. Chcę zamienić z tobą 

słowo.

Tobias niechętnie podszedł do niego i usiadł w fotelu naprzeciwko.

- Wcześnie pan dzisiaj przyszedł - powitał lorda. – Chciał pan się schronić przed 

deszczem?

Usta Neville'a wykrzywiły się.

-Przyszedłem się wzmocnić. - Znacząco spojrzał na kieliszek. - Mam dziś po południu 

bardzo nieprzyjemną rzecz do zrobienia.

-Cóż takiego?

-Postanowiłem skończyć romans z Sally. -Neville przełknął łyk bordo. - Zrobiła się 

zbyt wymagająca. Wszystkie prędzej czy później stają się zbyt wymagające, prawda?

Tobias   zastanawiał   się   chwilę,   usiłując   sobie   uprzytomnić,   o   kim   mówi   jego 

zleceniodawca. Przypomniał  sobie wzmianki, jakie ten czasami czynił  o swojej aktualnej 

kochance.

- Ach, tak, Sally. - Spojrzał na padający za szybą deszcz. - Z tego, co mi pan o niej 

background image

powiedział, wynika, że kilka ładnych błyskotek wystarczy, żeby przestała stroszyć piórka. 

Neville prychnął z niesmakiem.

- Trzeba będzie kilku bardzo ładnych i bardzo drogich błyskotek, żeby ją przekonać, iż 

nie należy kończyć naszej znajomości jakąś przykrą sceną. To bardzo chciwe stworzonko.

Zaciekawiony   Tobias   oderwał   wzrok   od   deszczu   za   szybą   i   przyjrzał   się   minie 

rozmówcy.

-Dlaczego  kończy pan  tę  znajomość?   Wydawało  mi  się,  że  lubi  pan  towarzystwo 

Sally.

-Och,  to  niewątpliwie   urocza   osóbka.  -  Neville   mrugnął   znacząco.  -  Energiczna   i 

bardzo pomysłowa. Wiesz, co mam na myśli?

-Zdaje się, że już kiedyś mi ją pan opisywał.

-

Niestety, ta energia i twórczy zapał mogą się trochę dać we znaki. - Neville westchnął 

ciężko. - Trudno mi się do tego przyznać, ale nie jestem już taki młody. W dodatku jej 

wymagania co do biżuterii przeszły ostatnio wszelkie granice. W zeszłym miesiącu 

dałem jej kolczyki, a ona miała czelność mi powiedzieć, że kamienie są zbyt małe.

Tobias domyślił się, że Sally jest profesjonalistką. Na pewno odgadła, że kochanek 

zaczyna się nią nudzić. Wiedząc, że związek ma się ku końcowi, starała się jak najszybciej 

wycisnąć z wielbiciela, co się tylko dało, zanim zostanie odrzucona.

Uśmiechnął się ponuro.

-Kobieta zarabiająca na życie tak jak Sally musi wybiegać myślą w przyszłość. Damy 

z półświatka nie pobierają renty.

-Może wrócić do burdelu, w którym ją znalazłem. - Neville zawahał się i spojrzał 

chytrze na Tobiasa. - A może ty masz ochotę zająć moje miejsce? Od jutra Sally 

zacznie   szukać   nowego   dobroczyńcy,   a   ja   mogę   osobiście   zagwarantować,   że   w 

sypialni jest doskonała.

Tobiasa nie interesowało przejmowanie kochanki innego mężczyzny, nawet jeśli była 

wyjątkowo energiczna i pomysłowa. Wątpił, czy Sally długo będzie sama. Sądząc po tym, co 

przez ostatnie kilka tygodni słyszał od swego zleceniodawcy, dziewczyna była bystra.

-Obawiam się, że nie byłoby mnie na nią stać - odrzekł z ironią.

-To towar pierwszej klasy, ale nie tak drogi jak bardziej popularne sztuki. -Neville 

wypił łyk bordo i odstawił kieliszek. -Wybacz mi, March. Nie miałem zamiaru cię 

zanudzać.   O   wiele   bardziej   mnie   interesuje,   czy   uczyniłeś   jakieś   postępy.   Jakieś 

wiadomości na temat tego przeklętego pamiętnika?

Tobias starannie przemyślał każde słowo. Z doświadczenia wiedział, że klienci dobrze 

background image

reagują na przenośnie związane z polowaniem i wędkarstwem.

-   Mogę   powiedzieć   panu   tylko   tyle   -   zaczął.   -   Złapałem   trop,   idę   nim,   a   zapach 

zwierzyny staje się coraz mocniejszy.

Oczy Neville'a rozbłysły gorączkowym zainteresowaniem.

-Co masz na myśli? Czego się dowiedziałeś?

-Na   tym   etapie   wolałbym   nic   mówić   nic   konkretnego.   Mogę   tylko   stwierdzić,   że 

zarzuciłem przynętę i ryby zaczynają brać. Wystarczy kilka dni, a coś się złapie na 

haczyk.

-Do diabła, człowieku, dlaczego to tak długo trwa? Musimy znaleźć ten przeklęty 

pamiętnik, i to szybko.

Czas na przemyślane ryzyko, pomyślał Tobias.

-   Jeśli   nie   jest   pan   zadowolony   z   moich   wysiłków,   to   proszę   się   nie   krępować   i 

zatrudnić kogoś innego.

Zdenerwowany Neville zacisnął usta.

- Nikomu innemu nie mógłbym zaufać w tak dyskretnej sprawie. Wiesz to równie 

dobrze jak ja.

Tobias, który nawet nie zdawał sobie sprawy, że wstrzymał oddech, z ulgą wypuścił 

powietrze.

-Proszę się nie denerwować. Wkrótce będę miał dla pana jakieś wiadomości.

-

Ufam, że tak będzie. - Neville wstał z fotela. - Niestety, na mnie już czas. Muszę 

jeszcze dziś zajrzeć do jubilera. 

-Pożegnalny prezent dla Sally?

-W   rzeczy  samej.   Naszyjnik,   moim   zdaniem,   bardzo   piękny.   Zapłaciłem   za   niego 

ładny kawałek grosza, ale przyjemności kosztują. Powiedziałem jubilerowi, że dzisiaj 

go odbiorę i od razu zapłacę. Nic chcę się spóźnić. To zbyt duże ryzyko.

- A gdzie tu dla pana ryzyko?

Neville znów parsknął śmiechem.

-  Barton   mi   powiedział,   że   w   zeszłym   miesiącu   zamówił   u   tego  samego   jubilera 

szafirową broszkę dla swojej turkaweczki. Nie zapłacił na czas. Jubiler kazał wysłać klejnot 

na jego miejski adres. Dostała go lady Barton, a nie słodka Cypriana.

Tobias o mało się nie uśmiechnął.

-Jestem pewien, że to był przypadek.

-

Tak też twierdzi jubiler. - Neville wzdrygnął się. - Nie zamierzam jednak ryzykować. 

Do widzenia, March. Daj mi natychmiast znać. jak tylko dostaniesz jakieś wiadomości 

background image

o pamiętniku. Możesz się ze mną kontaktować o każdej porze dnia i nocy.

-Rozumiem.

Neville skinął mu głową i wyszedł.

Tobias  jeszcze przez chwilę  siedział  w fotelu,  obserwując przejeżdżające  za oknem 

powozy. Ponura atmosfera mokrej ulicy zdawała się przenikać przez szyby i spowijać go 

szarą mgłą.

Miło by było uwierzyć, że kochanka jest lekarstwem na niepokój, jaki ogarniał go za 

każdym razem, kiedy myślał o Lavinii Lakę. Znał jednak prawdę. Pocałunek potwierdził jego 

najgłębsze obawy.  Wygodne  łóżko i chętna  kobieta,  której namiętność  można  kupić, nie 

zaspokoiłyby nękającego go głodu.

Po chwili wstał i przeszedł do sali kawiarnianej. Po drodze wziął gazetę, którą ktoś 

zostawił na stoliku.

Crackenburne siedział na swoim miejscu koło kominka. Nie podniósłszy wzroku znad 

gazety, powiedział: 

-   Widziałem,   że   Neville   zaczaił   się   na   ciebie   w   sali   obok.   Udało   mu   się   ciebie 

upolować?

-Tak.   -   Tobias   usiadł   obok.   -   Byłbym   wdzięczny,   gdyby   nie   posługiwał   się   pan 

językiem związanym z łowami. To mi przypomina rozmowę, którą właśnie odbyłem.

-No i jakie wiadomości miałeś mu do przekazania?

-Mówiąc ogólnikowo, zasugerowałem mu, że wszystko idzie dobrze.

-A idzie?

-Nie. Ale nie widziałem powodu, żeby go o tym poinformować.

-Hmmm. - Gazeta zaszeleściła w dłoniach Crackenburne'a. -Był zadowolony z twoich 

domniemanych postępów?

-Nie wydaje mi się. Na moje szczęście miał inne sprawy na głowie. Zamierza dzisiaj 

poinformować swoją aktualną kochankę, że dłużej nie będzie korzystać z jej usług. 

Poszedł do jubilera odebrać dla niej jakiś klejnot, który ma osłodzić gorycz rozstania.

-Ach, tak. - Starszy pan wolno opuścił gazetę i spojrzał na rozmówcę z namysłem. - 

Miejmy nadzieję, że jego ostatnia kochanka nic podzieli losu poprzedniej.

Tobias znieruchomiał z na wpół otworzoną gazetą.

-To znaczy?

-Kilka miesięcy temu Neville odprawił inną dziewczynę z półświatka. Zdaje się, że 

przez niemal rok wynajmował dla niej dom przy Curzon Street, zanim znudziły mu się 

jej wdzięki.

background image

-

Cóż w tym dziwnego? To nic nadzwyczajnego, że ktoś o takiej pozycji społecznej jak 

on ma utrzymanki. Byłoby bardziej zaskakujące, gdyby nie miał.

-Prawda, ale to raczej dziwne, kiedy była utrzymanka rzuca się do rzeki kilka dni po 

tym, jak została odprawiona.

-Samobójstwo?

-

Tak mówią. Najwyraźniej miała złamane serce. 

Tobias wolno złożył nieprzeczytaną gazetę i położył ją na oparciu fotela.

-Raczej trudno w to uwierzyć. Neville nieraz mi mówił, że wybiera kochanki spośród 

prostytutek z domów publicznych. To są profesjonalistki.

-

Owszem.

-Takie   kobiety   nie   ulegają   porywom   serca.   Wątpię,   czy   pozwoliłyby   sobie   na 

beznadziejną miłość do swojego opiekuna.

-Jestem skłonny się z tobą zgodzić. - Crackenburne wrócił do gazety. - Mimo to kilka 

miesięcy temu aż huczało od plotek o tym, że jego była utrzymanka odebrała sobie 

życie.

background image

9

Następnego popołudnia Tobias przybył  na Claremont Lane tuż  przed drugą. Kiedy 

tylko powóz się zatrzymał, chciał zeskoczyć ze  stopnia na ulicę. Zacisnął rękę na drzwiach 

pojazdu, ponieważ ból przeszył mu lewe udo. Wziął głęboki oddech i ból ustąpił.

Ostrożnie zszedł na chodnik.

-Mamy szczęście. - Anthony zwinnie wyskoczył za nim z powozu. - Przestało padać.

-Nie na długo - odrzekł Tobias, zerkając na ołowiane niebo.

-Czy   już   kiedyś   wspominałem,   że   najbardziej   w   tobie   podziwiam   niewzruszony 

optymizm? Gdziekolwiek się pojawisz, zaraz się wydaje, że zaświeciło słońce.

Tobias nie zaszczycił go odpowiedzią. Był w okropnym nastroju i doskonale zdawał 

sobie z tego sprawę. Przyczyną złego samopoczucia nic był tępy ból w nodze, ale raczej 

przenikający go nastrój oczekiwania.

Z   tym   dziwnym   uczuciem   obudził   się   dzisiaj   rano   i   bardzo   go   ono  zaniepokoiło. 

Człowiek w jego wieku i z takim jak on doświadczeniem powinien wykazywać się większą 

kontrolą nad emocjami. Niecierpliwość, jaka budziła się w nim na myśl o spotkaniu z Lavinią, 

bardziej pasowałaby do młodzieńca takiego jak Anthony.

Niepokój   zamienił   się   w   zaskoczenie,   a   potem   w   zwykłą   irytację,   kiedy   Tobias 

zauważył, że na ulicy przed małym domkiem Lavinii czeka już inny wynajęty powóz.

- Co ona znowu wymyśliła?

Anthony uśmiechnął się szeroko.

-Zdaje się, że twoja nowa wspólniczka ma na dzisiaj własne plany.

-Do  diabła   z tym.   Przecież  rano  wysłałem  jej  wiadomość,   że  zjawię  się  u  niej  o 

drugiej.

-Może pani Lakę nie lubi, kiedy się jej coś nakazuje -wyjaśnił Anthony, nieco zbyt 

skwapliwie.

-To był jej pomysł, żeby odwiedzić jeszcze kilka muzeów. -Tobias ruszył do drzwi. - 

Jeśli tej kobiecie się wydaje, że pozwolę jej samej  rozmawiać  z właścicielami,  to 

bardzo się zawiedzie.

Drzwi   domu   numer   siedem   otworzyły   się   szeroko   w   chwili,   kiedy   dotarli   do 

wiodących do nich schodów.

background image

Na progu stała Lavinia, ubraną w znajomą brązową pelerynę i buty. Była odwrócona 

plecami do ulicy i rozmawiała z kimś w środku.

- Emeline, uważaj. To najcenniejsza rzecz ze wszystkich.

Nie odwracając głowy, ostrożnie cofała się do drzwi. Tobias zobaczył, że trzyma jeden 

koniec jakiegoś pokaźnego pakunku, owiniętego w sukno.

Kilka   sekund   później   dostrzegli   w   holu   Emeline.   Błyszczące   ciemne   włosy 

dziewczyny częściowo przykrywał niebieski kapelusik, którego rondo okalało jej urodziwą 

twarz. Mocowała się z drugim końcem długiego, zawiniętego niczym mumia przedmiotu.

- Jest bardzo ciężki - powiedziała, spoglądając pod nogi. - Może jednak powinnyśmy 

sprzedać coś innego.

Anthony   gwałtownie   wciągnął   powietrze.   Tobias   wyczuł,   że   szwagier   nagle 

znieruchomiał. 

Nieświadoma   obecności   obu   mężczyzn   Lavinia   nadal   szła   tyłem,   manewrując 

dziwnym przedmiotem.

-Za   nic   innego   nie   dostaniemy   tak   dużej   sumy   -   oznajmiła.   -Tredlow   dał   mi   do 

zrozumienia, że zna kolekcjonera, który zapłaci niezłą sumkę za Apolla w doskonałym 

stanie.

-Nadal twierdzę, że nie powinnyśmy sprzedawać tej rzeźby tylko po to, żeby kupić 

suknie.

-Powinnaś uważać nowe ubrania za inwestycję. Już ci dziś tłumaczyłam kilka razy. 

Żaden odpowiedni młody człowiek nie zwróci na ciebie uwagi, jeśli pokażesz się w 

teatrze w starym niemodnym stroju.

-Mówiłam ci nieraz, że interesują mnie tylko mężczyźni, którzy pod suknią widzą 

człowieka.

-Bzdura. Dobrze wiesz, że czeka cię kompletna ruina, jeśli pozwolisz mężczyźnie 

zobaczyć, co masz pod suknią, zanim zostaniecie sobie poślubieni.

Emeline roześmiała się.

-   Ona   jest   jak   skrzący   się   strumień   pod   rozsłonecznionym   niebem   -   wyszeptał 

Anthony.

Tobias jęknął. Był pewny, że chłopak nie mówi o Lavinii.

Patrzył na schodzące ze schodów kobiety. Trudno było o większy kontrast między 

ciotką a siostrzenicą. Emeline była wysoka, zgrabna i pełna gracji, Lavinia - znacznie niższa i 

drobniejsza. Tobias przypomniał sobie, jak łatwo ją było unieść i trzymać w powietrzu.

- Gdzie się panie wybierają? - spytał.

background image

Zaskoczona Lavinia krzyknęła cicho i natychmiast się odwróciła. Zawinięty w płótno 

przedmiot  zakołysał się niebezpiecznie.  Anthony heroicznym skokiem dopadł do rzeźby i 

chwycił ją, zanim roztrzaskała się na schodach.

-   No   i   widzisz,   do   czego   niemal   udało   ci   się   doprowadzić?   -   Lavinia   spojrzała 

gniewnie na swojego wspólnika. – Gdybym upuściła posąg, to byłaby całkowicie twoja wina. 

- Jak zwykle - odparł uprzejmym tonem.

-Pan March. - Emeline uśmiechnęła się ciepło. - Jak miło pana widzieć.

-Cała   przyjemność   po   mojej   stronie.   Proszę   pozwolić   sobie   przedstawić   mojego 

szwagra, Anthony'ego  Sinclaira.  Anthony,  to jest panna Emeline  i jej  ciotka, pani 

Lakę. Zdaje się, że ci o nich wspominałem.

-Bardzo mi przyjemnie. - Anthony'emu udało się skłonić, nie wypuszczając Apolla. - 

Pani pozwoli, panno Emeline. -Wyjął jej rzeźbę z rąk i sam ją podźwignął.

-Jest pan bardzo szybki - stwierdziła dziewczyna z uśmiechem. - Gdyby nie pańska 

pomoc, z Apolla zostałyby już pewnie kawałki.

-Zawsze   z   przyjemnością   pomagam   damie   -   zapewnił   ją   Anthony.   Spoglądał   na 

Emeline takim wzrokiem, jakby stała na piedestale, a u ramion miała skrzydła.

Lavinia spojrzała na Tobiasa.

-Niemal doprowadził pan do katastrofy - oznajmiła. - Jak pan śmie tak się do mnie 

podkradać?

-Wcale   się   nie   podkradałem.   Przyjechałem   tu   dokładnie   o   tej   godzinie,   którą 

wymieniłem w porannym liście. Czyżby go pani nie otrzymała?

-Ależ otrzymałam pański królewski rozkaz, panie March. Ponieważ jednak pan nie 

zadał   sobie   trudu,   żeby   się   upewnić.   czy   ten   termin   wizyty   mi   odpowiada,   nie 

zawracałam sobie głowy wysyłaniem odpowiedzi, że na tę godzinę mam inne plany.

Tobias specjalnie stanął blisko niej, żeby wyraźniej nad nią górować.

-Jeśli dobrze sobie przypominam, to pani nalegała, żebyśmy razem przeprowadzili 

rozmowy z właścicielami muzeów figur woskowych.

-

Owszem, ale tak się składa, że mamy coś ważnego do zrobienia. 

Przysunął się do niej jeszcze bliżej.

-A co jest ważniejsze niż prowadzenie tego dochodzenia? Lavinia nie ulękła się go.

-Tutaj chodzi o przyszłość mojej siostrzenicy - oświadczyła. Emeline skrzywiła się.

-Moim zdaniem, to lekka przesada. 

Anthony spojrzał na nią z głęboką troską.

-Co się stało, panno Emeline? Czy mógłbym pani jakoś pomóc?

background image

-Wątpię, panie Sinclair. - Dziewczyna lekko zmarszczyła nos. W jej oczach tańczyły 

wesołe iskierki. - W ofierze ma zostać złożony Apollo.

-Dlaczego?

-Rzecz   jasna   dla   pieniędzy.   -Zaśmiała   się   wesoło.   -Problem   polega   na   tym,   że 

zostałam   zaproszona   na   jutro   do   teatru.   Mamy   tam   pójść   w   towarzystwie   lady 

Wortham i jej córki. Ciocia Lavinia widzi w tym okazję do zaprezentowania mnie 

odpowiednim kawalerom, chociaż ci biedni głupcy nie mają pojęcia, że zagięła na 

nich parol.

-Rozumiem. - Twarz Anthony'ego sposępniała.

-Lavinia   jest   przekonana,   że   modna   droga   suknia   pozwala   najkorzystniej 

zaprezentować wystawiany towar. Doszła do wniosku, że trzeba poświęcić Apolla dla 

zdobycia niezbędnych funduszy.

-Proszę wybaczyć,  panno Emeline  - zaczął  młodzieniec  poważnie  i z galanterią.  - 

Mężczyzna, który nie rozumie, że pani niespotykany urok jest najlepiej widoczny bez 

sukni, to na pewno nierozgarnięty głupiec.

Zaległa cisza. Wszyscy spojrzeli na Anthony'ego, a ten zaczerwienił się jak burak.

- Chodziło mi o to, że pani wdzięki byłyby... to znaczy, że wyglądałaby pani pięknie 

bez względu na to, czy byłaby pani w sukni, czy nie - wyjąkał. 

Nikt nie odezwał się ani słowem i Anthony był naprawdę w rozpaczy.

-Miałem na myśli to, że wyglądałaby pani pięknie nawet w fartuchu.

-Dziękuję - wymamrotała Emeline, uciekając wzrokiem w bok.

Anthony najwyraźniej miał ochotę zapaść się pod ziemię. W końcu szwagier się nad 

nim zlitował.

-No, cóż, jeśli już skończyłeś omawiać uroki panny Emeline, to może wrócilibyśmy 

do omawiania tego, co zamierzamy robić dzisiaj po południu. Proponuję, żeby panna 

Emeline i pani Lakę zakończyły sprawę Apolla, a my zajmiemy się właścicielami 

galerii figur woskowych.

-Oczywiście - zgodził się Anthony.

-Chwileczkę. - Lavinia  zastąpiła swojemu  wspólnikowi drogę i spojrzała na niego 

bardzo   podejrzliwie.   -   Nie   powiedziałam   przecież,   że   rezygnuję   z   rozmów   z 

właścicielami.

Tobias uśmiechnął się.

-Proszę mi wybaczyć, ale odniosłem wrażenie, że ma pani dzisiaj ważniejsze sprawy 

do załatwienia.

background image

-

Nie ma powodu, dla którego nie moglibyśmy się zająć obiema tymi sprawami naraz - 

odparowała gładko. - Emeline wraz z Priscillą Wortham chce się wybrać na wykład na 

temat zabytków egipskich. Zamierzam ją podwieźć do instytutu, a następnie zająć się 

Apollem.   Potem   możemy   przeprowadzić   rozmowy   z   właścicielami   galerii.   Kiedy 

skończymy, wrócimy po Emeline do instytutu.

W oczach Anthony'ego zapłonął entuzjazm.

-Z   wielką   przyjemnością   towarzyszyłbym   pani   i   pani   przyjaciółce   na   wykładzie. 

Starożytny Egipt bardzo mnie interesuje.

-

Doprawdy? - Dziewczyna spłynęła po schodach i ruszyła do powozu. - A może czytał 

pan najnowszy artykuł pana Mayhew? 

-Tak, oczywiście. - Anthony zrównał się z nią. - Moim zdaniem, Mayhew przedstawił 

w nim kilka doskonałych teorii, ale chyba nie ma racji, jeśli chodzi o znaczenie scen 

na ścianach zbadanych przez niego świątyń.

-Zgadzam  się. - Emeline  stanęła  z boku, żeby mógł  włożyć  Apolla do powozu. - 

Wydaje mi się też oczywiste, że kluczem do wszystkiego są hieroglify. Dopóki ktoś 

ich poprawnie nie rozszyfruje, nigdy w pełni nie zrozumiemy znaczenia malowideł.

Anthony ułożył rzeźbę na podłodze powozu.

- Naszą jedyną nadzieją jest poprawne odczytanie napisów na kamieniu z Rosetty. 

Słyszałem, że pan Young poczynił w tej sprawie znaczny postęp.

Lavinia przez chwilę przyglądała się parze młodych ludzi, pogrążonych w rozmowie o 

egipskich zabytkach. W zamyśleniu ściągnęła brwi.

-Hmmm - mruknęła cicho.

-Mogę ręczyć za charakter szwagra - powiedział cicho Tobias. - Zapewniam, że pani 

siostrzenica będzie w jego towarzystwie bezpieczna.

Lavinia odchrząknęła.

-Czy słusznie podejrzewam, że w jego przypadku nie ma szansy na spadek? Żaden 

starszy krewny nie jest właścicielem zapomnianej posiadłości gdzieś w Yorkshire?

-

Nie ma szans nawet na mały domek w Dorset - oznajmił  Tobias ze straceńczym 

humorem. - Finanse Anthony'ego są w takim samym stanie jak moje.

-Czyli? - spytała jak najdelikatniej.

-W niepewnym. Tak jak pani, muszę polegać na własnej pracy, żeby zapewnić sobie 

utrzymanie. Anthony czasami mi w tym pomaga.

-Rozumiem.

-

A więc jak będzie? -Tobias zmienił temat. -Zabieramy się do pracy czy będzie mnie 

background image

pani nadal wypytywać o sytuację majątkową? 

Lavinia nic odrywała wzroku od Emeline, która nadal prowadziła ożywioną dyskusję 

z Anthonym. Przez kilka sekund wydawało się, że nie słyszała pytania. Potem otrząsnęła się z 

zadumy i spojrzała na Tobiasa ze znajomym błyskiem żelaznej determinacji w oczach.

- Nie zamierzam marnować ani chwili więcej na pańskie finanse. Wcale mnie one nie 

obchodzą. Martwię się o własne.

To bardzo ładny Apollo. - Edmund Tredlow poklepał kamienny mięsień artystycznie 

wyrzeźbionego uda. - Naprawdę bardzo ładny. Pewnie uda mi się uzyskać za niego tyle, ile 

dostałem za Wenus, którą przyniosła mi pani w zeszłym miesiącu.

- Ten Apollo jest wart o wiele więcej niż Wenus. – Lawinia okrążyła kamienny posąg 

i   zatrzymała   się   po   drugiej   jego   stronie.   -   Oboje   o   tym   wiemy.   Jest   autentyczny   i   w 

doskonałym stanie.

Tredlow kilka razy kiwnął głową. Zza szkieł okularów bystro spoglądały przebiegłe 

oczy. Lavinia wiedziała, że ten człowiek doskonale się bawi. O sobie tego powiedzieć nie 

mogła. Zbyt wiele zależało od wyniku tej rozmowy.

Tredlow  był  zgarbionym,  pomarszczonym  człowieczkiem  w nieokreślonym  wieku, 

który lubił nosić staromodne bryczesy i niekrochmalone kołnierzyki. Wydawał się równie 

zakurzony, jak rzeźby w jego antykwariacie. Siwe włosy sterczały na wszystkie strony po 

bokach łysiejącej czaszki. Krzaczaste wąsy przywodziły na myśl nieprzystrzyżony żywopłot.

- Nie zrozum mnie źle, moja droga. - Tredlow pogładził Apolla po pośladkach. - 

Rzeźba   jest  oczywiście  w   doskonałym   stanie.  Chodzi  o  to, że  w   obecnej  chwili   nie  ma 

zainteresowania figurami tego boga. Niełatwo będzie znaleźć nabywcę. Pewnie będzie przez 

kilka miesięcy stał w moim sklepie, zanim uda mi się go sprzedać. 

Lavinia uśmiechnęła  się chłodno, jednocześnie zgrzytając zębami.  Tredlow bardzo 

lubił się targować. Dla niego był to nie tylko  interes, ale także rodzaj gry. Dla niej jednak 

pełen   napięcia  kontredans,   który  odbywał   się   przy  każdej   wizycie   w   tym   antykwariacie, 

stanowił część walki o środki do życia.

Tobias obserwował negocjacje z odległego kąta zakurzonego sklepu. Stał niedbale 

oparty o marmurowy cokół i wyglądał na bardzo znudzonego. Lavinia wiedziała jednak, że z 

wielkim zainteresowaniem słucha każdego słowa jej rozmowy z handlarzem. Doprowadzało 

ją to do wściekłości. W końcu była to w dużym stopniu jego wina, że musiała teraz wykłócać 

się z Tredlowem niczym przekupka.

background image

-Nie chciałabym wykorzystywać pana dobroci i hojności -rzekła gładko. - Jeśli pan 

naprawdę uważa, że nie znajdzie pan kupca, który w pełni doceni doskonałość tej 

rzeźby, to chyba będę musiała zabrać ją gdzie indziej.

-Nie powiedziałem, że nie będę mógł jej sprzedać, moja droga, stwierdziłem tylko, że 

może mi to zająć trochę czasu. -Tredlow zamilkł na chwilę. - Oczywiście, jeśli chce 

mi ją pani zostawić w komis...

-Nic, wolałabym sprzedać ją dzisiaj. - Demonstracyjnie zaczęła poprawiać rękawiczki, 

jakby przygotowywała się do wyjścia. - Cóż, nie mogę dłużej tracić tu czasu. Udam 

się do antykwariatu Prendergasta. Może on zaopatruje bardziej wybredną klientelę.

Tredlow machnął rękę.

-Nie   ma   takiej   potrzeby,   moja   droga.   Jak   już   powiedziałem,   teraz   nie   ma 

zainteresowania   rzeźbami   przedstawiającymi   Apolla,   ale   ze   względu   na   naszą 

długotrwałą znajomość postaram się znaleźć kolekcjonera, który się nią zainteresuje.

-Ależ nie chciałabym przysparzać panu kłopotów.

-

To żaden kłopot. - Uśmiechnął się niczym gnom. - W ciągu ostatnich trzech miesięcy 

zawarliśmy wiele udanych transakcji. 

Jestem gotów zgodzić się na mniejszy zysk z Apolla, traktując to jako przysługę dla 

pani.

- Nawet mi do głowy nie przyszło, żeby pana prosić o zgodę na mniejszy zysk. - 

Lavinia zaczęła poprawiać wstążki kapelusika. - Nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdybym 

wykorzystała   pańską   dobroć,   powołując   się   na   naszą   długotrwałą   i   wielce   sympatyczną 

znajomość.

Tredlow spojrzał z namysłem na szczodrze obdarzonego przez naturę Apolla.

- Teraz, jak się tak. głębiej nad tym zastanowiłem, to przypomniałem sobie, że znam 

pewnego   dżentelmena,   który   zapłaci   przyzwoitą   sumę   za   taką   rzeźbę.   Nie   będzie   się 

przesadnie targował o cenę.

Stłumiła westchnienie ulgi i obdarzyła go promiennym uśmiechem.

-Byłam pewna, że zna pan odpowiedniego kolekcjonera. Jest pan przecież ekspertem 

w tej dziedzinie.

-Owszem,   zdobyłem   pewne   doświadczenie.   -   Tredlow   uśmiechnął   się   skromnie.   - 

Przejdźmy więc do ceny. moja droga.

Ustalenie odpowiedniej sumy nie zajęło im już dużo czasu.

background image

Kiedy opuszczali sklep, Tobias ujął Lavinię za ramię.

-Dobra robota - pochwalił.

-

Suma,   którą   dał   mi   Tredlow   za   Apolla,   powinna   pokryć   koszt   nowych   sukien 

zamówionych u madame Franceski.

-Doskonale się targowałaś.

-Opanowałam tajniki negocjowania ceny podczas pobytu we Włoszech. - Nawet nie 

starała się ukryć satysfakcji.

-Mówi się, że podróże kształcą. Uśmiechnęła się chłodno.

-

Na szczęście udało się nam ocalić kilka najcenniejszych przedmiotów ze sklepu, tej 

nocy kiedy wyrzucił nas pan na ulicę. Nadal jednak żałuję, że nie zabrałam tej pięknej 

urny.

- A ja jestem zdania, że wybierając Apolla, podjęłaś bardzo mądrą decyzję.

Latarnia oświetlała słabym światłem hieny cmentarne, rozkopujące grób o północy. 

Makabryczna   scena   przedstawiała   ze   szczegółami   wydobywanie   świeżej   trumny   na 

powierzchnię. Nieopodal w cieniu czekał wóz.

- Jeszcze jedne wykradzione zwłoki zaraz ruszą w drogę do Szkocji - oznajmił Tobias 

radośnie. - Człowiek od razu lepiej się czuje, kiedy wie, że nic nie jest w stanie zatrzymać 

postępu w nowoczesnej nauce.

Lavinia   wzdrygnęła   się   i   obejrzała   dokładniej   figury   ustawione   w   gablocie.   Jeśli 

chodzi o jakość, figury woskowe w muzeum Huggetta były podobne do tych,  które tego 

popołudnia widzieli w dwóch innych galeriach. Artysta starał się ukryć  niezbyt  wprawne 

wymodelowanie   rysów   postaci   za   pomocą   szali,   kapeluszy   i   rozwianych   peleryn. 

Wstrząsający   efekt   został   osiągnięty   głównie   dzięki   bardzo   realistycznie   wyglądającej 

trumnie i niesamowitemu oświetleniu.

-   Muszę   powiedzieć,   że   eksponaty   w   tym   muzeum   mają   dużo   bardziej 

melodramatyczny wyraz niż w pozostałych – stwierdziła Lavinia.

Zdała   sobie   sprawę,   że   mówi   szeptem,   ale   nie   wiedziała   dlaczego.   Poza   nimi   w 

muzeum nie było nikogo. Jednak panująca tu ponura atmosfera i posępne sceny sprawiały, że 

czuła się o wiele bardziej nieswojo niż we wcześniej zwiedzanych galeriach.

- Huggett najwyraźniej ma zamiłowanie do teatralnych efektów - powiedział Tobias. 

Poszedł   w   głąb   mrocznej   sali   i   zatrzymał   się   przy   następnej   oświetlonej   scenie, 

przedstawiającej pojedynek. - I widać, że lubi też rozlew krwi.

background image

- Skoro mowa o panu Huggetcie, to raczej mu się nie śpieszy,  prawda? Sprzedawca 

biletów poszedł po niego już jakiś czas temu.

-Damy mu jeszcze kilka minut. - Tobias podszedł do następnego rzędu eksponatów.

Lavinia   spostrzegła,   że   jest   sama,   i   natychmiast   ruszyła   za   nim.   Po   drodze   tylko 

rzuciła okiem na skazańca na szubienicy.  Kiedy skręciła między eksponaty, niemal zderzyła 

się z Tobiasem.

Spojrzała na scenę, która przykuła jego uwagę. Przedstawiała człowieka siedzącego 

przy   karcianym   stole.   Głowa   figury   opadła   na   stół   w   pozie,   która   nie   tylko   oddawała 

niepokojąco   dokładnie   moment   śmierci,   ale   doskonale   ukrywała   brak   staranności   w 

odtworzeniu rysów twarzy. Jedno ramię leżało odrzucone w bok. Morderca stal na uboczu, z 

pistoletem w woskowej dłoni. Na dywanie leżało kilka rozrzuconych kart do gry.

Lavinia zerknęła na starannie wypisany tytuł scenki: „Noc w jaskini gry".

-Coś mi mówi, że nie dowiemy się tutaj niczego więcej niż w poprzednich muzeach - 

stwierdziła.

-Może masz rację. - Tobias przyjrzał się dokładnie twarzy mordercy i lekko potrząsnął 

głową. - Pani Vaughn niewątpliwie miała rację, mówiąc, że większość galerii figur 

woskowych zaspokaja raczej proste gusta żądnej krwi gawiedzi niż potrzebę kontaktu 

z wyrafinowaną sztuką.

Jego   towarzyszka   popatrzyła   na   szereg   mrożących   krew  w   żyłach   scen,   które 

majaczyły   w   ciemnościach.   Hieny   cmentarne,  mordercy,   umierające   prostytutki   i   okrutni 

przestępcy   wypełniali   ogromną   salę.   Nie   była   to   wielka   sztuka,   ale   właściciel   muzeum 

potrafił   stworzyć   atmosferę   grozy.   Lavinia   nie   miała   zamiaru   wyznawać   tego   swojemu 

wspólnikowi, ale to miejsce działało jej na nerwy.

-Obawiam się, że tracimy czas - powiedziała.

-

Niewątpliwie. - Tobias podszedł do sceny, w której mężczyzna dusił szalem kobietę. 

- Ale już tu przyszliśmy i jest to ostatnie muzeum na naszej liście, więc skorzystajmy 

z okazji i porozmawiajmy z Huggettem.

- Ale po co? - Lavinia szła za nim krok w krok. Skrzywiła się na widok scenki i 

odczytała  podpis: „Spadek". – Naprawdę uważam,  że powinniśmy już iść, Tobiasie.  I to 

zaraz.

Spojrzał na nią dziwnie. Dopiero teraz sobie uświadomiła, że po raz pierwszy zwróciła 

się do niego po imieniu. Poczuła, /c robi jej się niebezpiecznie gorąco i cieszyła się, że wokół 

panuje mrok.

Przecież coś nas jednak łączy, pomyślała. W końcu byli wspólnikami w interesach. No 

background image

i ten wczorajszy pocałunek w gabinecie. Bardzo się starała nie myśleć o tej pełnej namiętności 

chwili.

- Co się z tobą dzieje? - Tobias spojrzał na nią z lekkim rozbawieniem. - Nie powiesz 

chyba, że te eksponaty wytrącają cię z równowagi. Nie spodziewałem się, że można cię tak 

łatwo nastraszyć, i to w dodatku w muzeum figur woskowych.

Oburzenie, jak żadne inne uczucie, dodało jej ducha.

-Wcale się nie boję, dzięki za troskę. Na pewno nie należę do tych, których można 

przestraszyć figurą woskową.

-Ależ oczywiście, że nie.

-Po prostu nie widzę powodu, żebyśmy czekali w nieskończoność na nieuprzejmego 

właściciela,   który  nie   znalazł   chwili   dla   nas,  chociaż   zapłaciliśmy   za   bilety,   żeby 

obejrzeć   te   ohydne   atrakcje.   -   Doszła   do   końca   odnogi   sali   i   zobaczyła   wąskie, 

spiralne schody prowadzące na piętro. - Ciekawe, co on tam trzyma?

Słysząc   jakiś   szelest   w   ciemnościach,   zatrzymała   się   jak   wryta.   Usłyszała   niski, 

syczący głos.

- Galeria na piętrze przeznaczona jest wyłącznie dla panów.

Lavinia odwróciła się gwałtownie i spojrzała w mrok.

W słabym, drżącym świetle, które padało na pobliską scenę morderstwa, zobaczyła 

wysokiego, chudego jak szkielet mężczyznę. Miał pociągłą, wychudzoną twarz i zapadnięte 

oczy. Jeśli kiedyś kryła się w nich iskierka wesołości, to już dawno zgasła.

-Jestem Huggett. Podobno chcieli państwo ze mną rozmawiać.

-

Witam, panie Huggett - odezwał się Tobias. - Nazywam się March, a to jest pani 

Lakę. Dziękujemy, że znalazł pan dla nas czas.

-Czego ode mnie chcecie? - wysyczał Huggett.

-Chcielibyśmy zapytać pana o opinię na temat pewnego woskowego dziełka - wyjaśnił 

Tobias.

-Próbujemy znaleźć artystę, który je wykonał. - Lavinia wyciągnęła przed siebie pudło 

i   zdjęła   chroniące   je   płótno.   -Mieliśmy   nadzieję,   że   rozpozna   pan   styl   albo   inny 

szczegół warsztatu twórcy i w ten sposób pomoże nam ustalić nazwisko autora.

Huggett   zerknął   na   scenkę.   Lavinia   uważnie   przyglądała   się   jego   twarzy 

przypominającej trupią czaszkę. Była niemal pewna, że zauważyła na niej lekkie skrzywienie, 

świadczące o tym, że Huggett rozpoznał autora, ale ten grymas natychmiast zniknął. Kiedy 

Huggett znów podniósł wzrok, jego twarz była pozbawiona wszelkiego wyrazu.

- Doskonałe wykonanie - oznajmił sucho. - Ale nie wiem, kto to zrobił.

background image

- Temat pasowałby do pańskiego muzeum - wtrącił Tobias.

Huggett zatoczył krąg kościstą dłonią.

-Jak widzicie, wystawiam figury naturalnej wielkości, nie małe scenki.

-Jeśli po naszym wyjściu przyjdzie panu do głowy jakieś nazwisko, to proszę wysłać 

mi wiadomość na ten adres. -Tobias wręczył mu wizytówkę. - Zapewniam pana, że 

ten trud się opłaci.

Huggett zawahał się, ale wziął wizytówkę.

- A kto chce zapłacić za taką informację? 

- Ktoś, kto bardzo by chciał osobiście poznać artystę.

-Rozumiem. - Właściciel muzeum znów zamknął się w sobie. - Zastanowię się nad tą 

sprawą.

Lavinia wystąpiła krok naprzód.

-Panie   Huggett,   jeszcze   jedno,   jeśli   pan   pozwoli.   Nie   dokończył   pan   swego 

wyjaśnienia na temat galerii na piętrze. Jakie eksponaty pan tam trzyma?

-Już mówiłem, że wstęp na górę mają tylko panowie -wyszeptał Huggett. - Eksponaty 

nie   są  odpowiednie   dla   dam.   -/niknął   w   mroku,   zanim   zdążyła   mu   zadać   kolejne 

pytanie.

Spojrzała na spiralne schody.

-Jak myślisz, co on tam ma?

-Mam   przeczucie,   że   znalazłabyś   tam   nagie   figury   woskowe   w   trakcie   aktów 

erotycznych. - Tobias wziął ją pod ramię. Lavinia zamrugała.

-Ach, tak. - Ostatni raz zerknęła przez ramię na spiralne schody i dała się poprowadzić 

do drzwi. - On coś wie o naszej miłej scence - powiedziała cicho. - Wyczułam, że 

zobaczył w niej coś znajomego.

- Być może masz rację. Zareagował jakoś dziwnie.

Uśmiechnęła się z ulgą, kiedy wyszli na siąpiący deszcz.

Powóz, którym tu przyjechali, stał na ulicy.

-

Dzięki Bogu, że woźnica na nas zaczekał - rzekła radośnie. -Spacer w deszczu do 

samego domu wcale by mi się nie uśmiechał.

-Mnie też nie.

-Bardzo produktywne popołudnie, nieprawdaż? Jeśli dobrze pamiętam, byłam zdania, 

że rozmowy z ludźmi, którzy znają różne style rzeźbienia w wosku, przyniosą jakiejś 

rezultaty. Dzięki mojemu pomysłowi w końcu wpadliśmy na jakiś trop. Czas zadąć w 

rogi.

background image

-

Wybacz, ale wolałbym, żebyś niepotrzebnie nie używała słownictwa związanego z 

polowaniem. - Tobias otworzył drzwi powozu. - Bardzo mnie to denerwuje. 

-

Bzdura. - Lavinia podała mu rękę i radośnie wskoczyła do środka. - Jesteś w złym 

nastroju, ponieważ to dzięki mojemu błyskotliwemu pomysłowi uczyniliśmy postęp w 

dochodzeniu. Przyznaj to. Jesteś zły, bo żadna z twoich przynęt nie skusiła ryby.

-Nie lubię też słownictwa związanego z łowieniem ryb. -Chwytając się drzwi, wszedł 

do powozu. - Jeśli nawet jestem w nieprzyjemnym nastroju, to dlatego, że jeszcze tyle 

pytań pozostaje bez odpowiedzi.

-Proszę się rozpogodzić. Sądząc po błysku w oczach Huggetta, wkrótce otrzymamy od 

niego wiadomość.

Tobias przyglądał się drewnianemu szyldowi nad wejściem do muzeum.

-Ten błysk  w oczach  niekoniecznie  oznaczał,  że tego człowieka  bardzo interesują 

nasze pieniądze.   .

-A cóż innego mógł oznaczać?

-

Strach.

background image

10

Skórzana oprawa była  spękana i osmalona ogniem. Większość stron spaliła się na 

węgiel. Zostało jednak dostatecznie dużo fragmentów, żeby Tobias mógł stwierdzić ponad 

wszelką wątpliwość, że patrzy na szczątki pamiętnika lokaja.

- Cholera jasna.

Rozsunął   popiół   pogrzebaczem.   Był   całkiem   zimny.   Ktoś,   kto   spalił   pamiętnik, 

odczekał wystarczająco długo, zanim przysłał wiadomość.

Tobias rozejrzał się po niewielkim pomieszczeniu. Widać było, że nikt nie mieszka tu 

na stałe, ale niektóre porzucone przedmioty świadczyły o tym, że często odwiedzały jc osoby 

zarabiające na życie na ulicy. Zastanawiał się, czy pamiętnik spalono gdzie indziej i dopiero 

potem wrzucono do tego kominka.

Nie   wiedział,   kto   go   tu   wezwał.   Wątpił,   czy   był   to   jeden   z   jego   informatorów, 

ponieważ żaden nie zgłosił się po pieniądze. Ktoś jednak bardzo chciał, żeby Tobias znalazł 

tu pamiętnik.

Na   szczęście   wiadomość   doręczono   mu   całkiem   niedawno,   kiedy   był   w   klubie. 

Natychmiast wyruszył w drogę, wdzięczny za to, że brzydka pogoda i późna pora mogą mu 

służyć za usprawiedliwienie, gdy będzie się musiał tłumaczyć przed Lavinią. Na pewno się 

rozgniewa,   kiedy   rano   się   dowie,   że   nie   zawiadomił   jej   o   niczym,   tylko   sam   odnalazł 

pamiętnik. Będzie jednak musiała zaakceptować, że czas grał tu najważniejszą rolę.

Rozejrzał się, szukając czegoś, w co mógłby zapakować pamiętnik, i zobaczył w kącie 

stary pusty worek.

Zebranie szczątków niebezpiecznych zapisków lokaja nie zajęło mu wiele czasu.

Kiedy był już gotów, zgasił dymiący ogarek, który znalazł w pokoju, wziął worek i 

podszedł do okna. Nie spodziewał się żadnych kłopotów. W końcu ktoś zadał sobie wiele 

trudu, żeby się upewnić, że to właśnie on znajdzie te niedopalone szczątki. Ale przecież inni 

też szukali pamiętnika. Rozsądek nakazywał zachować ostrożność.

Deszcz, padający przez cały wieczór, zamienił wąską uliczkę w płytki strumień. Słabe 

światło   latarni   wydobywało   się   z  okna   naprzeciw,   niemal   wcale   nie   rozpraszając   mroku 

zaułka.

Tobias przez chwilę obserwował cienie na ulicy, sprawdzając, czy któryś z nich się 

background image

nie poruszy. Po jakimś czasie doszedł do wniosku, że nawet jeśli jakiś intruz obserwował 

wejście do domu, to musiał się już schować, więc i tak go nie zobaczy.

Zdjął płaszcz. Zawiązał worek i zarzucił sobie na ramię. Upewniwszy się, że jego 

zawartość pozostanie sucha, znów włożył  płaszcz i wyszedł z małego pomieszczenia. Na 

schodach nie spotkał nikogo. Zszedł do ciasnego holu i otworzył drzwi na zewnątrz.

Jeszcze chwilę czekał w progu, ale w mroku ulicy nic się nie poruszyło. Zaciskając 

zęby, zaczął brnąć przed siebie w płytkiej brudnej wodzie, płynącej po bruku. Kamienie pod 

stopami okazały się niespodziewanie śliskie. W takich warunkach musiał bardzo uważać na 

lewą nogę. Dla zachowania równowagi przytrzymywał się jedną ręką kamiennej ściany.

Oleista woda chlupotała mu pod butami, które Whitby tak starannie dziś wyglansował. 

Nie po raz pierwszy kamerdyner będzie musiał doprowadzać do porządku jego pobrudzone 

obuwie, zauważył w myślach Tobias.

Ostrożnie   posuwał   się   ku   wylotowi   ulicy,   mając   nadzieję,   że   powóz,   którym   tu 

przyjechał, nadal na niego czeka. W taką noc jak ta znalezienie innego środka transportu 

byłoby bardzo trudne.

W połowie drogi do celu wyczuł czyjąś  obecność. Zrobił jeszcze krok i nagle się 

odwrócił.

Na tle oświetlonego latarnią okna dostrzegł zarys  człowieka  w grubym  płaszczu i 

kapeluszu. Postać wydała mu się dziwnie znajoma. Był niemal pewien, że widział już dziś ten 

płaszcz i kapelusz w okolicach klubu.

Nieznajomy   znieruchomiał,   kiedy   zauważył,   że   Tobias   się  zatrzymał,   a   po   chwili 

odwrócił się i zaczął uciekać w przeciwnym  kierunku. Woda chlupotała  mu pod butami. 

Odgłos kroków odbijał się echem w uliczce.

- Cholera jasna. - Tobias oderwał dłoń od ściany i rzucił się w pościg. Lewą nogę 

przeszył mu ból. Zacisnął zęby i starał się go ignorować.

Doszedł do wniosku, że tylko traci czas. Z trudem utrzymywał równowagę. Z powodu 

zdradzieckiego   bólu   w   nodze   nie   miał   najmniejszych   szans,   żeby   złapać   uciekającego. 

Dobrze będzie, jeśli nie upadnie twarzą w brudną wodę.

Buty ślizgały się na mokrych kamieniach, ale Tobiasowi jakoś udało się utrzymać w 

pozycji pionowej, chociaż dwa razy musiał podpierać się ręką.

Uciekający   też   miał   kłopoty   z   utrzymaniem   równowagi.   Nagle   zachwiał   się, 

wymachując ramionami. Poły jego płaszcza załopotały. Jakiś przedmiot wypadł mu z rąk i z 

brzękiem tłukącego się szkła uderzył o chodnik. A więc to niezapalona latarnia, pomyślał 

Tobias.

background image

Nieznajomy ciężko upadł na ziemię. Tobias był już niemal przy nim. Rzucił się przed 

siebie i chwycił leżącego za nogę. Wciąż ją trzymając, uniósł się nieco i wymierzył mu cios 

pięścią, co jednak nie przyniosło oczekiwanego efektu. Mężczyzna nadal bronił się z furią.

- Nie ruszaj się, bo zaraz użyję noża - ostrzegł Tobias groźnym tonem. Nie miał przy 

sobie żadnej broni, ale jego przeciwnik nie mógł o tym wiedzieć.

Rozległ się jęk i mężczyzna bezwładnie opadł w kałużę zimnej deszczówki.

-Ja tylko robiłem, co mi kazano. Przysięgam na honor matki. Tylko wykonywałem 

polecenia.

-Czyje polecenia?

-Mojego pracodawcy.

-Czyli kogo?

-Pani Dove.

Otrzymałam  wiadomość.  - Joan Dove uniosła czajniczek  z delikatnej  porcelany.  - 

Wysłałam   Herberta,   żeby   sprawdził,   o   co  chodzi.   Musiał   zjawić   się   tam   tuż   po   panu   i 

zobaczył, jak wychodzi pan z budynku. Nie rozpoznał pana, ponieważ było ciemno. Próbował 

pana śledzić. Pan go zauważył i powalił na ziemię.

Lavinia była tak rozgniewana, że prawie nie mogła wydobyć z siebie głosu. Patrzyła, 

jak   gospodyni   nalewa   herbatę   do   porcelanowych   filiżanek.   Joan   robiła   to   z   takim 

doświadczeniem   i   gracją,   jakich   można   się   spodziewać   po   bogatej   damie   z   dobrego 

towarzystwa, która ma wprawę w przyjmowaniu gości na popołudniowej herbatce. Nie była 

to jednak trzecia po południu, tylko trzecia nad ranem, a Lavinia z Tobiasem nie zjawili się 

tu, żeby wymienić się najnowszymi ploteczkami o skandalach w wielkim świecie. Przyszli, 

żeby poważnie się rozmówić z panią Dove.

Dotychczas mówiła głównie ona. Tobias z kamienną miną siedział w fotelu i prawie 

się nie odzywał. Lavinia martwiła się o niego. Zanim zjawił się na jej progu ze szczątkami 

pamiętnika, wstąpił do siebie, żeby się przebrać w suche ubranie. Była pewna, że jego spokój 

jest tylko pozorny. Tej nocy wiele przeżył. Wyczuła też, że dokucza mu trochę noga.

- Co było w tej wiadomości? - zapytał Tobias, włączając się do rozmowy.

Joan zawahała się na ułamek sekundy, odstawiając czajniczek na stół.

-To nie była pisemna wiadomość. Mały ulicznik zapukał do drzwi i powiedział, że to, 

czego szukam, można znaleźć na Tartle Lane, pod numerem osiemnastym. Wysłałam 

pod ten adres Herberta.

background image

-Dość tego, pani Dove. - Lavinia dłużej nie mogła panować nad gniewem. - Jeśli nie 

chce nam pani wyznać prawdy, to proszę się do tego przyznać otwarcie.

Joan zacisnęła usta.

-Dlaczego pani wątpi w moje słowa?

-Nie otrzymała pani żadnej wiadomości. Kazała pani Herbertowi śledzić pana Marcha. 

Czy nie tak wygląda prawda?

-Doprawdy, pani Lakę. Nie nawykłam do tego, żeby ktoś kwestionował moje słowa.

-Czyżby? - Lavinia uśmiechnęła się zimno. - To dziwne. Pan March uważa, że od 

początku   nas   pani   okłamuje.   Ja   byłam   gotowa   uwierzyć   w   pani   opowieść, 

przynajmniej   w   jej   większą   część.   Okazuje   się   jednak,   że   próbowała   nas   pani 

wykorzystać do swoich celów, a tego tolerować nie będę.

-Zupełnie nie pojmuję, dlaczego jest pani tak zagniewana -rzekła Joan z przyganą. - 

Przecież panu Marchowi nic się nie stało.

-Nie jesteśmy pionkami, które pani może dowolnie przestawiać na planszy. Jesteśmy 

profesjonalistami.

-Ależ oczywiście.

-

Pan   March   nadstawiał   karku,   idąc   pod   ten   podejrzany   adres.   Pracował   dla   pani. 

Jestem pewna, że  pani  człowiek,  Herbert, próbowałby mu  odebrać pamiętnik  siłą, 

gdyby się domyślił, że pan March go tam znalazł.

-

Zapewniam panią, że wcale nie pragnęłam, żeby komukolwiek stało się coś złego. - 

W głosie Joan słychać było zdenerwowanie. - Poleciłam Herbertowi, żeby miał go na 

oku, i to wszystko.

-A więc słusznie się domyślałam. Kazała pani swojemu lokajowi śledzić pana Marcha.

Joan zawahała się.

-Wydawało mi się, że to rozsądna decyzja.

-Akurat. - Lavinia wyprostowała się dumnie. - Pan March miał rację. Okłamywała nas 

pani od samego  początku.  Ja jednak straciłam  już cierpliwość.  Wykonaliśmy pani 

zlecenie. Pamiętnik został odnaleziony. Jest nie do odczytania, jak pani sama widzi, 

ale przynajmniej nie będzie przyczyną niczyjej krzywdy.

Joan   ze   zmarszczonym   czołem   przyjrzała   się   zwęglonym   resztkom   pamiętnika, 

leżącym na dużej srebrnej tacy.

-Ależ nie mogą państwo teraz zakończyć śledztwa - powiedziała. - Człowiek, który to 

spalił, bez wątpienia najpierw przeczytał te zapiski.

-Być może - odrzekła Lavinia. - Ale dla nas jest jasne, że niszcząc ten pamiętnik, ktoś 

background image

chciał   nam   zasygnalizować   koniec   całej   historii.   Podejrzewamy,   że   sprawcą   jest 

kolejna ofiara Hol tona Felixa, być może ta sama osoba, która go zamordowała.

Tobias zerknął na tacę.

-Moim   zdaniem,   spalony   pamiętnik   miał   nam   powiedzieć   coś   więcej,   a   nie   tylko 

zapewnić, że nie będzie więcej prób szantażu.

-Do czego pan zmierza? - zapytała Joan.

Tobias nie odrywał zamyślonego wzroku od zwęglonych resztek. 

- Mam przeczucie,  że w  ten  sposób ktoś  nam  wyraźnie  mówi,  że mamy  przestać 

zajmować się tą sprawą.

-A co z pogróżką, którą dostałam? - spytała Joan.

-To jest teraz pani problem - stwierdziła Lavinia. - Może znajdzie pani kogoś, kto 

zbada tę sprawę...

- Chwileczkę, Lavinio - przerwał jej Tobias.

Zignorowała go.

- W tych okolicznościach nie mogę pozwolić - ciągnęła - żeby pan March nadal się dla 

pani narażał. Jestem pewna, że pani to zrozumie.

Joan zesztywniała.

- Pani chodziło tylko o pamiętnik, ponieważ krył również pani tajemnice. Teraz, kiedy 

został odnaleziony, weźmie pani zapłatę i z zadowoleniem zapomni o sprawie.

Lavinia skoczyła na równe nogi jak oparzona.

-

Może pani sobie zatrzymać te swoje cholerne pieniądze! -krzyknęła. - Kątem oka 

spostrzegła, że jej wspólnik lekko drgnął. Stanęła za kanapą i rozłożyła obie dłonie na 

jej elegancko rzeźbionym oparciu. - Pan March bardzo się dzisiaj dla pani  narażał - 

oznajmiła. - Spodziewał się, że może go czekać zasadzka. Mógł tam na niego czekać 

morderca. Nie pozwolę, żeby kontynuował tak niebezpieczną pracę dla klientki, która 

nas okłamuje.

-Jak pani śmie? Wcale państwa nie okłamałam.

-Ale też nie powiedziała nam pani całej prawdy. Nie mylę się chyba?

Na twarzy Joan na chwilę błysnął gniew, ale natychmiast został opanowany.

-Powiedziałam wszystko, co, moim zdaniem, powinni państwo wiedzieć.

-

A  potem  kazała  pani  swojemu  człowiekowi  nas  śledzić.  Wykorzystała  pani  pana 

Marcha. Nie będę tego więcej tolerować. - Lavinia odwróciła się i przygwoździła 

Tobiasa wzrokiem. - Czas już na nas, panie March. 

Ten posłusznie wstał.

background image

-Zrobiło się późno - powiedział spokojnie.

-Owszem.   -   Lavinia   wypadła   z   salonu   i   pierwsza   ruszyła   do   wyjścia.   Rosły 

kamerdyner wyprowadził ich na ciemną, mokrą od deszczu ulicę.

Zatrzymała się jak wryta, kiedy spostrzegła, że wynajęty przez nich powóz odjechał. 

Na jego miejscu stał błyszczący brązowy powóz pani Dove.

-   Po   państwa   przyjeździe   pani   Dove   kazała   odprawić   wynajęty   powóz.   Wyraziła 

życzenie,   żeby   wrócili   państwo   do   domu   jej   powozem   -   powiadomił   ich   kamerdyner 

oficjalnym głosem.

Lavinia pomyślała o nieprzyjemnej rozmowie, która właśnie miała miejsce w salonie. 

Wątpiła, czy Joan nadal chciałaby być wobec nich tak uprzejma.

-Ależ nie możemy się zgodzić na tak...

-Oczywiście, że możemy. - Palce Tobiasa zacisnęły się mocno na jej ramieniu. -Pani 

Lakę, powiedziała już pani dzisiaj dość dużo. To wystarczy. Może pani ma ochotę 

łapać powóz w tym deszczu, ale mam nadzieję, że tym razem się pani ze mną zgodzi. 

Wolałbym pojechać wygodnym powozem pani Dove. To był bardzo długi wieczór.

Lavinia przypomniała sobie, co jej wspólnik dzisiaj przeżył, i natychmiast ogarnęły ją 

wyrzuty sumienia.

- Tak, oczywiście. - Raźno ruszyła  po schodach w dół. Jeśli się pośpieszą, zdążą 

wsiąść do pojazdu, zanim Joan wycofa swoją propozycję.

Zwalisty   lokaj   pomógł   Lavinii   wsiąść   do   eleganckiego   wnętrza,  gdzie   spostrzegła 

miękkie poduszki z brązowego aksamitu i ciepłe koce dla ochrony przed zimnem. Sięgnęła 

po jeden z nich i stwierdziła, że nagrzano go termoforem.

Tobias usiadł obok niej. Poruszał się sztywno, co ją trochę zaniepokoiło. Okrywała 

kocem swoje kolana, a po chwili namysłu jego drugim końcem przykryła nogi Tobiasa. 

- Dziękuję. - Chociaż powiedział to szorstko, wyczuła, że jest jej wdzięczny.

Uniosła brwi.

-

Zauważyłeś, że pani Dove zatrudnia wielu dobrze zbudowanych lokajów?

-Zauważyłem. Wyglądają jak mała prywatna armia.

-Właśnie. Ciekawe, dlaczego uważa za konieczne... - Urwała, kiedy zauważyła, że jej 

towarzysz wsuwa rękę pod koc i rozciera nogę. - Nie zostałeś ranny, kiedy biłeś się z 

Herbertem, prawda?

-Proszę się o mnie nie martwić.

-Ze względu na okoliczności muszę się martwić. Nie miej do mnie o to pretensji.

-Masz teraz własne zmartwienia. - Zamilkł znacząco. - Ze względu na okoliczności.

background image

Naciągnęła wyżej koc i wtuliła się w aksamitne poduszki. Wreszcie z całą siłą dotarło 

do nicj, co się stało i jakie to ma implikacje na przyszłość.

-Przyznaję ci rację - rzekła ponuro. Tobias nie odpowiedział. - Zdaje się, że właśnie 

odprawiłam swoją jedyną klientkę.

-Zdaje   się,   że   tak.   W   dodatku   odmówiłaś   przyjęcia   zapłaty   za   wyświadczone 

dotychczas usługi.

-Nie należy lekceważyć klientki, która odsyła nas do domu w eleganckim, wygodnym 

ekwipażu.

- Właśnie. - Tobias rozmasował nogę.

W powozie zapanowała ciężka cisza.

-No, cóż - odezwała się w końcu Lavinia. - Nie mieliśmy innego wyjścia. Nie możemy 

przecież nadal prowadzić dochodzenia dla klientki, która zataja przed nami ważne 

informacje i nasyła na nas szpiegów.

-Zupełnie nie rozumiem dlaczego nie?

-

Co takiego? - Wyprostowała się. - Oszalałeś? Dzisiaj mogłeś zostać ranny. Jestem 

przekonana, że Herbert chciał odebrać ci pamiętnik siłą. 

-

 Nie wątpię, że dostał polecenie od pani Dove, żeby odebrać mi pamiętnik, gdybym 

go odnalazł. W końcu najbardziej jej zależy na ukryciu swoich sekretów.

Lavinia zamyśliła się nad jego słowami.

-

Widocznie   w   tym   pamiętniku   było   coś,   co   bardzo   chce   ukryć  przed   wszystkimi, 

włączając   w   to   nas.   Coś   o   wiele   groźniejszego   niż  informacje   o   romansie   sprzed 

dwudziestu lat.

-Ostrzegałem cię. że wszyscy klienci kłamią.

Znów wtuliła się głębiej w poduszki i na chwilę zatopiła się w myślach.

-Przyszło mi właśnie do głowy, że nie tylko pani Dove coś przede mną ostatnio zataiła 

- wymamrotała po jakimś czasie.

-Słucham?

Spojrzała na niego groźnie.

-Dlaczego   mnie   nie   zawiadomiłeś   o   wszystkim,   jak   tylko   wiadomość   dotarła   do 

klubu?   Powinnam   ci   towarzyszyć   w   tej   wyprawie   po   pamiętnik.   Działanie   w 

pojedynkę nic było dobrym pomysłem.

-Miałem bardzo mało czasu. Nie czuj się urażona, Lavinio. Tak się śpieszyłem, że 

nawet nie posłałem wiadomości Anthony'emu.

-Anthony'emu?

background image

-Zwykle towarzyszy mi w takich okolicznościach. Dziś wieczorem był  w teatrze i 

wiedziałem, że wiadomość nie dotrze do niego w odpowiednim czasie.

-Więc poszedłeś sam.

-Jako profesjonalista uznałem, że należy działać błyskawicznie.

-Bzdura.

-Przeczuwałem, że właśnie tak zareagujesz.

-

Poszedłeś tam sam, bo nie jesteś przyzwyczajony do pracy ze wspólnikiem.

-

Do diabła ciężkiego, Lavinio, poszedłem tam sam, bo nie było czasu do stracenia. 

Postąpiłem tak, jak mi się wydawało najlepiej, i to wszystko.

Nie zaszczyciła  go odpowiedzią. Jeszcze raz w powozie zapanowała nieprzyjemna 

cisza. Po chwili Lavinia zdała sobie sprawę, że Tobias nadal rozciera sobie lewe udo.

-Zdaje się, że nadwerężyłeś mięśnie, kiedy ścigałeś lokaja pani Dove.

-Chyba tak.

-Czy mogę ci jakoś pomóc?

-

Na pewno nie pozwolę ci się wprowadzić w mesmeryczny trans, jeśli to masz na 

myśli.

-Cóż, skoro tak gburowato mi odpowiadasz...

- Mam wprawę, jeśli chodzi o gburowate odpowiedzi.

Zrezygnowała z dalszej rozmowy i znów  zapadła cisza.

Zanosiło się na to, że droga do domu bardzo się będzie dłużyć. Powóz jechał wolno, 

nie tylko  z powodu coraz ulewniejszego deszczu, ale również dlatego, że o tej porze na 

ulicach panował duży ruch. Wspaniałe bale i przyjęcia właśnie się kończyły. Ludzie wracali 

do swoich miejskich domów i wielkich rezydencji. Pijani młodzi hulacy wysypywali się z 

jaskiń hazardu, domów publicznych i klubów.

Bez   wątpienia   wielu   dżentelmenów   kazało   się   wieźć   do   Covent   Garden.   Tam 

znajdowali prostytutki, które za trochę drobnych dostarczały im w powozach przyjemności, 

pozostawiając po sobie kwaśną woń rozpusty.

Na myśl o tym Lavinia zmarszczyła nos. Jeszcze raz doceniła klientkę, która zadbała 

o to, żeby wrócili do domu eleganckim prywatnym powozem.

Tobias lekko się poruszył, usadawiając się wygodniej na poduszkach. Zdrową nogą 

otarł się lekko o udo Lavinii. Nie miała wątpliwości, że ten przelotny kontakt był zupełnie 

przypadkowy,   ale   rozpalił   jej   już   i   tak   pobudzone   zmysły.   Przypomniała   sobie   gorący 

pocałunek w gabinecie. 

To było czyste szaleństwo.

background image

Zaciekawiło ją. czy Tobias też ma w zwyczaju późną nocą odwiedzać Covent Garden 

w drodze do domu. Bardzo w to wątpiła. Na pewno był na to o wiele za wybredny.

Ten wniosek nasunął jej na myśl inne, bardziej niepokojące, pytanie. Jakie kobiety 

podobają się Tobiasowi?

Mimo   pocałunku   w   gabinecie   była   całkiem   pewna,   że   nie   jest   w   jego   guście. 

Popchnęły ich ku sobie okoliczności, to wszystko. Nie skusił go jej wdzięk ani błyskotliwa 

konwersacja.   Nie   spostrzegł   jej   z   drugiego   końca   sali   balowej,   nie   oszołomiła   go   jej 

wyjątkowa uroda.

Zresztą z powodu niskiego wzrostu Lavinii trudno by mu było dostrzec ją z drugiego 

końca sali balowej.

-  Odrzuciłaś   zlecenie   od  pani   Dove   ze   względu   na   mnie,   prawda?   -   odezwał   się 

Tobias.

To   pytanie,   przerywające   głęboką   ciszę,   gwałtownie   wyrwało   ją   z   zamyślenia. 

Dopiero po chwili udało jej się zebrać myśli.

-Chodziło o zasady - wymamrotała.

-Nie sądzę. Zrobiłaś to ze względu na mnie.

-Byłabym   bardzo   wdzięczna,   gdybyś   przestał   się   powtarzać.   To   bardzo   irytujący 

zwyczaj.

-Nie wątpię, że wiele moich zwyczajów cię irytuje. Nie o to chodzi.

-A o co?

Wsunął dłoń pod jej głowę i zbliżył się do niej tak, że ich usta niemal się dotykały.

- Cały czas się zastanawiam, jak się będziesz czuła rano, kiedy zdasz sobie sprawę, że 

odrzuciłaś sowite honorarium, które chciała ci wypłacić pani Dove.

Chyba   nie   nad   straconym   honorarium   będę   się   zastanawiała,   pomyślała   Lavinia. 

Najbardziej martwiła ją myśl, że to koniec współpracy z Tobiasem. Pamiętnik ich połączył, 

ale teraz go już nie było. 

Nagle   w   pełni   zrozumiała   skutki   wydarzeń   dzisiejszej   nocy.   Ogarnął   ją   posępny 

nastrój.

Być może już nigdy więcej nie zobaczy Tobiasa.

Poczucie nadchodzącej straty przeszyło jej serce. Co się z nią dzieje? Powinna się 

cieszyć, że ten człowiek wkrótce zniknie z jej życia. To przez niego straciła honorarium. A 

jednak z niewiadomego powodu czuła tylko żal.

Z cichym okrzykiem odrzuciła koc i zarzuciła mu ramiona na szyję.

- Tobiasie...

background image

Natychmiast przywarł wargami do jej ust.

Żar jego ostatniego pocałunku jeszcze się w niej tlił. Teraz płomienie buchnęły w 

górę. Objęcia mężczyzny jeszcze nigdy nie wywarły na niej takiego wrażenia. Wiele lat temu 

z Johnem doświadczyła jedynie delikatnej, nieuchwytnej słodyczy bliskości, tak ulotnej, że 

niemal nieziemskiej. W ramionach Tobiasa doznawała czegoś, co sprawiało, że jej ciałem 

wstrząsały zmysłowe dreszcze.

Gdy oderwał   usta  od  warg  Lavinii   i  obsypywał   pocałunkami   jej  szyję,  opadła  na 

aksamitne poduszki. Peleryna sama się rozchyliła. Poczuła jego rękę na nodze i zdziwiło ją, że 

dostała się tam tak niezauważenie, pokonując warstwy spódnic.

-Prawie się nie znamy - wyszeptała.

-Wręcz przeciwnie. - Przesunął ciepłymi  palcami po wewnętrznej części jej uda, - 

Założę się, że w Rzymie dowiedziałem się o tobie o wiele więcej, niż niejeden mąż 

wie o żonie.

-Trudno mi w to uwierzyć.

-Udowodnię ci to. Pocałowała go namiętnie.

-Ale jak?

- Od czego by tu zacząć... - Wahał się. Wsunął rękę pod jej plecy i rozluźnił tasiemki 

gorsetu. - Wiem, że bardzo lubisz  długie spacery. Siedząc cię, musiałem przemierzać całe 

kilometry. 

To jest zdrowe. Długie spacery mają doskonały wpływ na organizm.

Zsunął z jej ramion górną część sukni.

-Wiem, że lubisz poezję.

-Widziałeś tomiki poezji na półce w moim rzymskim mieszkaniu.

Dotknął srebrnego wisiorka, który nosiła na szyi, a potem pocałował ją w nabrzmiały 

czubek piersi.

- Wiem, że odmówiłaś Pomfreyowi. kiedy chciał, żebyś została jego kochanką.

To wiadomość podziałała na nią jak zimny prysznic. Lavinia znieruchomiała z rękami 

na ramionach Tobiasa i spojrzała na niego zdziwiona.

-Wiesz o Pomfreyu?

-Każdy w Rzymie wie, jaki on jest. Uwiódł niemal wszystkie wdowy w mieście i 

sporo mężatek. - Pocałował zagłębienie między jej piersiami. - Ale ty bez wahania 

odrzuciłaś jego propozycję.

-Lord Pomfrey jest żonaty. - Dobry Boże, to zdanie nawet w jej własnych uszach 

zabrzmiało bardzo zasadniczo.

background image

Tobias uniósł głowę. W słabym świetle latarni jego oczy błyszczały.

- Jest też bardzo bogaty i wyjątkowo hojny dla kochanek. Postarałby się, żeby twoje 

życie było o wiele przyjemniejsze.

Wzdrygnęła się.

-Nie ma chyba nic mniej przyjemnego niż rola kochanki Pomfreya. To opój, a kiedy 

sobie   podpije,   nie   kontroluje   wybuchów   gniewu.   Widziałam   raz,   jak   uderzył 

człowieka za jakiś niewinny żart na temat jego trzeźwości.

-Byłem w pobliżu tego dnia, kiedy zobaczył cię na targu. Słyszałem, jak ci obiecywał, 

że wynajmie dla ciebie małe mieszkanko.

Lavinia ze wstydu miała ochotę zapaść się pod ziemię. 

- Słyszałeś tę żenującą rozmowę?

-Nietrudno było usłyszeć, co mu odpowiedziałaś, kiedy ci to zaproponował. - Tobias 

błysnął   zębami   w   uśmiechu.   -   Jeśli   dobrze   sobie   przypominam,   mówiłaś   nieco 

podniesionym głosem.

-Wpadłam w furię - przyznała. - A gdzie wtedy byłeś?

-Stałem w drzwiach pobliskiego sklepiku. - Położył rękę wyżej na jej udzie. - Jadłem 

pomarańczę.

-Pamiętasz taki drobny szczegół?

-Całą   tamtą   chwilę   pamiętam   doskonale.   Kiedy   Pomfrey   odszedł   jak   niepyszny, 

stwierdziłem w duchu, że to najsmaczniejsza pomarańcza pod słońcem. Nigdy nie 

jadłem nic słodszego. - Położył dłoń na ciepłym, wilgotnym miejscu między nogami 

Lavinii.

Dolną   połowę   jej   ciała   ogarnął   żar,   zaczęła   drżeć   z   nadmiaru   emocji.   Po   błysku 

przewrotnej satysfakcji w oczach Tobiasa poznała, że doskonale wiedział, jak na nią działa. 

Uznała, że najwyższy czas przejąć inicjatywę.

-Teraz   ja  również   coś   o  tobie   wiem.   -  Mocno   chwyciła   go   za   ramiona.   -  Lubisz 

pomarańcze.

-Owszem, lubię. Ale we Włoszech powiadają, że nie ma owocu, który by się mógł 

równać   z   dojrzałą   figą.   -   Gładził   ją   wolno   i   z   namysłem.   -   Zgadzam   się   z   tym 

całkowicie.

Niemal   się   zakrztusiła,   mając   ochotę   jednocześnie   wydać   okrzyk   oburzenia   i   się 

roześmiać. Dostatecznie długo mieszkała w domu pani Underwood, by się dowiedzieć, że 

dojrzałe figi są uważane za symbol kobiecości.

Jeszcze raz ją pocałował, jakby chciał ją uciszyć. Ruchami dłoni doprowadził Lavinię 

background image

na skraj doznania, którego nigdy nie przeżyła. Kiedy zaczęła drżeć i jęczeć w jego ramionach, 

domagając się czegoś więcej, zręcznie rozpiął spodnie.

Znalazł się między jej nogami i po chwili wsunął się w nią, wypełniając ją szczelnie. 

Nagle,   bez   najmniejszego   ostrzeżenia,   narastające   w   niej   napięcie   pękło   w   tysiące 

najwspanialszych odczuć, których nie potrafiłby opisać najlepszy poeta.

- Tobiasie? - Wbiła palce w jego kark. - O, do diabła, Tobiasie!

Z jego ust wydobył się cichy, ochrypły śmiech, niemal jęk.

Otoczyła go ramieniem, raz po raz powtarzając jego imię. Napierając całym ciężarem 

ciała, coraz mocniej się w niej zagłębiał.

Poczuła, że mięśnie na jego plecach napięły się i zesztywniały. Wiedziała, że teraz on 

zbliża się do szczytu, i odruchowo chciała przyciągnąć go bliżej.

- Nie - wymamrotał.

Ku jej zdziwieniu  oderwał od niej usta i gwałtownym,  bezceremonialnym  ruchem 

wycofał   się   z   jej   ciała.   Wydał  stłumiony   okrzyk   i   konwulsyjnie   zadygotał,   a   ona   nie 

wypuszczała go z objęć.

To, co miało rozpłynąć się w jej wnętrzu, znalazło się na fałdach peleryny.

background image

11

Tobias wolno odzyskiwał pełną świadomość. Na razie nie musiał się poruszać, bo 

powóz nadal jechał. Jeszcze chwilę mógł się cieszyć miękkością Lavinii.

-Tobiasie?

-Mmm?

Lekko się pod nim poruszyła.

-Zaraz dojedziemy do mojego domu.

-Spodziewałem się., że to powiesz. - Zacisnął dłoń na jej piersi. Była jędrna i pięknie 

ukształtowana, niczym jabłko.

Doszedł do wniosku, że lepiej będzie nie powracać do tematu świeżych owoców. Jak 

słusznie zauważyła Lavinia, zbliżali się do jej małego domu przy Claremont Lane.

-   Pośpiesz   się.   -   Poruszyła   się   niecierpliwie   pod   jego   cię   żarem.   -   Musimy   się 

doprowadzić do porządku. Pomyśl tylko, jak byśmy się czuli, gdyby w tym stanie zobaczył 

nas lokaj pani Dove.

Jej przerażony ton rozbawił Tobiasa.

-   Uspokój   się,   Lavinio.   -   Usiadł   wolno   i   niechętnie,   złożywszy   pocałunek   na 

wewnętrznej części jej nagiego uda. 

- Tobiasie!

-Słyszę panią, pani Lakę. Usłyszy też panią woźnica i lokaj, jeśli nie zniży pani głosu.

-Pośpiesz   się.   -   Usiadła   prosto   i   zaczęła   nerwowo   poprawiać   gorset.   -   Zaraz   się 

zatrzymamy. Mam nadzieję, że nie zniszczyliśmy poduszek pani Dove. Co ona sobie 

pomyśli?

-

Niewiele mnie obchodzi, co myśli pani Dove. - W powozie nadal unosił się zapach 

namiętności. - Nie jest już twoją klientką, zapomniałaś?

-Ależ to jest elegancka dama! - Lavinia nerwowo poprawiła srebrny wisiorek. - Na 

pewno nie przywykła do tego, że jej piękny ekwipaż jest traktowany jak tani powóz do 

wynajęcia.

Spojrzał na nią i mimo woli poczuł zadowolenie. Żółte światło lampy tańczyło na jej 

zmierzwionych włosach, rozpalając na nich rude i złote błyski. Policzki miała zaróżowione. 

Bił od niej charakterystyczny ciepły blask.

background image

Wtem zauważył panikę w jej oczach.

- Wstydzisz się, tak? - zapytał. - Obawiasz się, że pani Dove przestanie cię uważać za 

damę, jeśli się dowie, co się tutaj zdarzyło.

Lavinia, wytężając wszystkie siły. zmagała się z gorsetem.

- Zapewne dojdzie do wniosku, że nie jestem lepsza od tych kobiet, które późną nocą 

krążą po Covent Garden.

Wzruszył ramionami, nadal zbyt syty, żeby reagować emocjonalnie.

-Co cię teraz obchodzi, co ona o tobie myśli?

-Nie chcę, żeby klientka uważała mnie za jakąś latawicę.

-Była klientka.

Lavinia ponuro zacisnęła zęby.

- W tym zawodzie liczy się opinia - stwierdziła. – Przecież nie będę się ogłaszać w 

gazetach. Muszę polegać na rekomendacjach zadowolonych klientów. 

- Ja w tej chwili jestem bardzo zadowolony. Czy to się nie liczy?

-Na pewno nie. Jesteś wspólnikiem w interesach, a nie klientem. Nie drażnij się ze 

mną,   Tobiasie.   Nic   mogę   dopuścić   do   tego,   żeby   pani   Dove   opowiadała   swoim 

wytwornym przyjaciołom, że jestem... że jestem...

-Wcale nie jesteś - odrzekł stanowczo. - Oboje to wiemy. Po co się dłużej nad tym 

rozwodzić?

Zamrugała, jakby to pytanie bardzo ją zaskoczyło.

- Ależ tu chodzi o zasady.

Skinął głową.

- Już wspominałaś o zasadach. Rozumiem, że są dla ciebie bardzo ważne. Ale to nie 

tylko kwestia zasad. To kwestia zdrowego rozsądku. Nie chciałbym, żeby weszło ci w nawyk 

rzucanie klientom w twarz ich pieniędzy. Jeśli pani Dove postanowi wypłacić ci honorarium 

mimo tego, co od ciebie usłyszała, powinnaś je przyjąć.

Lavinia przestała się zmagać z gorsetem i spojrzała na niego wojowniczo.

-Dlaczego tak cię to śmieszy?

-Wybacz. - Pomógł jej zapiąć suknię na plecach. - Ale wydaje mi się, że wpadasz w 

histerię.

-Jak możesz  oskarżać   mnie  o  histerię?  Dbam  o  reputację.  A  to  przecież   zupełnie 

zrozumiałe,   przynajmniej   moim   zdaniem.   Nie   chcę   być   zmuszona   do   ponownej 

zmiany zawodu. To jest dość uciążliwe.

Tobias uśmiechnął się.

background image

-Pani Lakę, zapewniam panią, że jeśli ktoś się waży kwestionować pani honor, będę 

go zaciekle bronił, choćby się to miało skończyć pojedynkiem.

-Koniecznie chcesz sobie stroić żarty, prawda?

-

Peleryna może trochę ucierpiała, ale poduszki są w doskonałym stanie. A nawet jeśli 

nie, to na pewno woźnica doprowadzi je rano do porządku. Utrzymywanie ekwipażu 

w nieskazitelnym stanic to jego obowiązek.

-Peleryna!   -   zawołała   Lavinia,   znów   przerażona.   Jej   twarz   wyraźnie   pobladła. 

Niezdarnie wstała z ławeczki i wyjęła spod siebie pelerynę. - Coś takiego!

-Lavinio...

Usiadła  na przeciwległej  ławce,  potrząsnęła okryciem,  rozłożyła  je przed sobą i z 

przerażeniem spojrzała na podszewkę.

-Och, nie. To okropne. Straszne.

-Lavinio, czy to strata klientki tak źle wpłynęła na stan twoich nerwów?

Zignorowawszy pytanie, odwróciła pelerynę i pokazała Tobiasowi ciemną wilgotną 

plamę.

- Spójrz, co zrobiłeś. Do niczego się nie nadaje. Jak ja wytłumaczę, skąd się wzięła ta 

plama? Mam nadzieję, że uda mi się ją usunąć, zanim ktokolwiek w domu ją zauważy.

Ta przesadna troska o stan poduszek i peleryny psuła Tobiasowi nastrój. Dawno już 

nie przeżył czegoś tak wspaniałego, jak miłosne chwile z Lavinią. Założyłby się o sporą 

sumę, że i jej dostarczyły wielkiej satysfakcji. Co więcej, zaskoczenie słyszalne w jej głosie 

w kulminacyjnym momencie przekonało go, że nigdy dotąd nie zaznała uczucia seksualnego 

spełnienia.

Zamiast jednak napawać się przeżytą wspólnie rozkoszą, nie przestawała mówić o tej 

przeklętej plamie.

- Moje gratulacje, Lavinio. Bardzo przekonywająco odgrywasz rolę lady Makbet. Nie 

wątpię,   że   kiedy   głębiej   się   nad   tym   zastanowisz,   zgodzisz   się,   że   lepiej   widzieć   efekt 

naszych intymnych chwil na pelerynie niż gdzie indziej.

Spojrzała nerwowo na leżącą obok niego aksamitną poduszkę.

- Tak, oczywiście. Byłoby okropne, gdyby plama pojawiła się na siedzeniu. Ale chyba 

jest tak, jak mówiłeś. Poduszki nie ucierpiały. 

Powóz   zaczął   zwalniać.   Tobias   odsunął   zasłonkę   i   stwierdził,   że   przybyli   na 

Claremont Lane.

-Nie mówiłem o poduszkach.

-Doprawdy, panie March, a w jakim to gorszym miejscu mogła pojawić się ta plama?

background image

W milczeniu spojrzał jej w oczy.

Lavinia   uniosła   brwi.   Po   chwili   zmieszania   w   jej   oczach   pojawił   się   błysk 

zrozumienia.

-No tak, rzeczywiście - odparła głucho i odwróciła wzrok, skupiając się na zwijaniu 

peleryny.

-Nie musimy się siebie wstydzić. Oboje mamy za sobą doświadczenia małżeńskiego 

łoża. Nie jesteśmy żółtodziobami.

Lavinia utkwiła wzrok za oknem.

-Tak, oczywiście.

-Skoro już o tym mówimy, nie owijajmy w bawełnę. Po tej przeklętej plamie możesz 

się   domyślić,   że   przedsięwziąłem   pewne   środki   ostrożności.   -   Jego   ton   stał   się 

łagodniejszy. - Oboje jednak wiemy, że mogą one nie wystarczyć.

Zacisnęła dłonie na zwiniętej pelerynie.

-Tak, oczywiście.

-Jeśliby tak było, proszę, żebyś najpierw porozmawiała o tym ze mną, dobrze?

-Tak,   oczywiście.   -   Tym   razem   powtórzyła   te   słowa   o   dwie   oktawy   wyżej   niż 

normalnie.

-Przyznaję, że dałem się ponieść urokowi chwili. Następnym razem będę jednak lepiej 

przygotowany.   Postaram   się   zdobyć   odpowiednie   zabezpieczenie,   zanim   znowu 

poddamy się namiętności.

-O, już przyjechaliśmy - rzuciła z fałszywą beztroską. -Nareszcie w domu.

Gdy rosły lokaj otworzył drzwi i opuścił stopień przed Lavinią, wysiadła z powozu, 

jakby uciekała z płonącego budynku. 

- Dobranoc.

-Lavinio,   czy   aby   dobrze   się   czujesz?   -   spytał   Tobias,   chwytając   ją   za   rękę.   - 

Wydajesz się trochę nieswoja.

-Doprawdy?

Zerknęła na niego przez ramię z uśmiechem chłodnym jak stal. Tobias nie był pewien, 

czy to dobry znak.

-To była trudna noc - stwierdził ostrożnie. - Jesteś trochę wzburzona.

-Nie mam pojęcia, dlaczego uważasz, że jestem wzburzona. W końcu tylko straciłam 

klientkę i zniszczono mi bardzo przyzwoitą pelerynę. W dodatku przez następne kilka 

dni będę się musiała martwić o pewne bardzo intymne sprawy,

Spojrzał jej prosto w oczy.

background image

-Możesz mnie za to winić.

-Oczywiście,   że   pana   winię.   -   Lokaj   pomógł   jej   zejść   ze   stopnia   na   chodnik.   - 

Najwyraźniej jest pan przyczyną wszystkich moich kłopotów. Jeszcze raz przysporzył 

mi pan zmartwień.

Dlaczego wszystko, co łączyło  się z Lavinią, było takie strasznie skomplikowane? 

Tobias wszedł do swojego gabinetu, nalał sobie sporą porcję brandy i usiadł w ulubionym 

fotelu. Ponuro zapatrzył się w ogień. Wizje zaplamionej peleryny tańczyły mu przed oczami.

Drzwi za jego plecami otworzyły się.

-Nareszcie   wróciłeś.   -   Do   pokoju   wszedł   Anthony   w   rozpiętej   koszuli   i   z 

rozluźnionym  fularem. - Wpadłem tu godzinę temu,  w drodze do siebie, żeby się 

dowiedzieć,   czy   masz   jakieś   nowe   wiadomości.   Poczęstowałem   się   łososiem   w 

cieście. Muszę przyznać, że brakuje mi kuchni Whitby'ego.

-

Jak może ci jej brakować? Jakoś tak się zawsze składa, że jesteś tu w porze posiłków 

i jeszcze wpadasz coś przekąsić przed snem. 

-

 Nie mogę dopuścić, żebyś poczuł się samotny – odparł młodzieniec ze śmiechem. - 

Wróciłeś tak późno. To u ciebie niezwykłe. Domyślam się, że spędziłeś interesujący 

wieczór.

- Znalazłem pamiętnik.

Anthony cicho gwizdnął.

-Moje gratulacje. Pewnie wyrwałeś strony, które mają szczególne znaczenie dla ciebie, 

pani Lakę i waszej klientki?

-Nie było takiej potrzeby. Ten przeklęty pamiętnik został wrzucony do ognia, zanim 

go znalazłem. Można go zidentyfikować, ale trudno cokolwiek odczytać.

-Rozumiem. - Anthony w zamyśleniu przeczesał włosy palcami. - Człowiek, który 

zabił Felixa i zabrał mu pamiętnik, daje ci jasno do zrozumienia, że masz zaprzestać 

dalszego śledztwa, czy tak?

-Tak mi się wydaje.

-

Powiedziałeś kiedyś, że w pamiętniku pojawiają się nazwiska  wielu ludzi. Każda z 

tych osób mogła zabić Holtona Felixa, a potem zniszczyć jego zapiski.

-Tak.

-Jak Neville przyjął nowiny?

-Nie powiadomiłem go o ostatnich wydarzeniach - oznajmił Tobias.

background image

-A co teraz zrobisz? - zaciekawił się jego szwagier.

-Teraz? Idę do łóżka. Właśnie taki miałem zamiar.

-Chciałem już wracać do siebie, kiedy usłyszałem, jak pod dom zajeżdża ten bardzo 

elegancki powóz. - Anthony uśmiechnął się szeroko. - Z początku myślałem, że ktoś 

pomylił adres. Potem zobaczyłem ciebie.

-

Powóz należy do klientki Lavinii. - Tobias przełknął łyk  brandy. - A właściwie od 

dzisiejszego wieczoru jest to była klientka.

-Dlaczego? Ponieważ znalazł się pamiętnik?

-Nie. Ponieważ Lavinia ją odprawiła. Powiedziała pani Dove, że nie przyjmie od niej 

zapłaty, na jaką się umówiły.

-

  Nie   rozumiem.   -   Anthony   stanął   przed   dogasającym   kominkiem.   -   Dlaczego 

odrzuciła honorarium?

Tobias wypił jeszcze trochę brandy i oparł kieliszek o poręcz fotela.

-Zrobiła to ze względu na mnie - odparł.

-Na ciebie?

- To kwestia zasad, rozumiesz?

Anthony spojrzał na niego pytająco.

-Nie, nie rozumiem. Bez obrazy, ale w twoich słowach znajduję niewiele sensu. Ile 

dzisiaj wypiłeś?

-Za mało. - Tobias stuknął palcem w ściankę kieliszka. -Lavinia zerwała umowę z 

klientką, ponieważ, według niej, pani Dove naraziła mnie na niebezpieczeństwo.

-Proszę o wyjaśnienie.

Tobias   zrelacjonował   mu   wszystko.   Kiedy   skończył,   szwagier   przyglądał   mu   się 

długo.

-No, no, no - odezwał się w końcu. Tobias nie potrafił wymyślić żadnej inteligentnej 

odpowiedzi, więc milczał. - No, no, no - powtórzył Anthony.

-Lavinia jest wybuchowa, a pani Dove udało się dzisiaj doprowadzić ją do wybuchu.

-Najwyraźniej.

Tobias zakołysał resztką brandy w kieliszku.

-

Podejrzewam, że moja wspólniczka już żałuje swojej decyzji. Anthony uniósł brew.

-Dlaczego tak sądzisz?

- W ostatnich słowach, które do mnie wypowiedziała, wysiadając z powozu, dała mi 

do zrozumienia, że wini mnie za wszystkie swoje problemy.

Młodzieniec z mądrą miną pokiwał głową.

background image

-Wygląda mi na to, że wyciągnęła prawidłowy wniosek.

-Zdaje się, że mówiłeś coś o powrocie do siebie.

-

Jesteś w kiepskim nastroju, prawda? 

Tobias zastanowił się chwilę.

- Chyba jestem - przyznał.

Szwagier zrobił zaciekawioną minę i zmierzył go od stóp do głów.

-Powiedziałeś, że po bójce w zaułku przebrałeś się, tak?

-Owszem.

-W takim razie wnioskuję, że jesteś taki wymięty z powodu jakiejś innej, późniejszej, 

szamotaniny?

Oczy Tobiasa zwęziły się.

-Przed chwilą stwierdziłeś, że jestem w kiepskim nastroju. Wypytuj  mnie  dalej, a 

przekonasz się, jak to wygląda, kiedy jestem w naprawdę złym humorze.

-A   więc   dotarliśmy   do   sedna   sprawy.   Pocałowałeś   panią   Lakę,   a   ona   cię   za   to 

spoliczkowała.

- Nie spoliczkowała mnie - zaprotestował Tobias.

Anthony patrzył na niego szeroko rozwartymi oczami.

- O, do diabła- wyszeptał.- Nie powiesz chyba... że... Z panią Lake? W powozie? Ale 

przecież to jest dama! Jak mogłeś?

Tobias spojrzał na szwagra.

To,   co   Anthony   dostrzegł   w   jego   oczach,   sprawiło,   że   szybko   odwrócił   wzrok   i 

wpatrzył się w żarzące się węgle na kominku. Stojący zegar nieubłaganie odmierzał minuty 

dzielące ich od świtu.

Tobias   usiadł   głębiej   w   fotelu.   Denerwowało   go,   że   musi   słuchać   pouczeń   od 

młodszego mężczyzny, który nigdy nie był w poważnym związku z kobietą.

Po chwili Anthony odchrząknął.

- Wiesz,  że jutro wieczorem  wybiera  się do teatru. – Zerknął  na tarczę  zegara.  - 

Właściwie to już dzisiaj. W każdym razie mógłbyś się postarać, żeby też tam być. Pani Lakę i 

Emeline pojadą tam w towarzystwie lady Wortham i jej córki. Zgodnie z wymogami etykiety, 

mógłbyś złożyć wizytę w ich loży. 

Tobias przytknął do czoła czubki palców.

-Rzeczywiście.

-

Nie obawiaj się - dodał pośpiesznie Anthony. - Nawet mi przez myśl nie przeszło, 

żeby wysyłać cię samego na tak niebezpieczne wody. Potrzebujesz przewodnika. Będę 

background image

szczęśliwy, mogąc dotrzymać ci towarzystwa.

-A więc to o to chodzi. Szwagier spojrzał na niego niewinnie.

-Słucham?

- Chcesz iść jutro do teatru, bo wiesz, że będzie tam panna Emeline. Potrzebujesz 

wygodnego pretekstu, żeby złożyć wizytę w loży lady Wortham.

Rysy twarzy Anthony'ego nieco zesztywniały.

-Jutro wieczorem Emily zostanie wystawiona na pokaz na targu małżeńskim. Lavinia 

ma nadzieję, że uda jej się przyciągnąć  uwagę odpowiedniego  kandydata do ręki, 

pamiętasz?

-Pamiętam. Dla tego celu został złożony w ofierze Apollo.

-Właśnie.

-Emeline   jest  urocza   i  inteligentna,   więc  obawiam  się,  że   plany  jej  ciotki   obficie 

zaowocują.

Tobias skrzywił się, a zaniepokojony tym grymasem Anthony spytał z troską:

- Boli cię dzisiaj noga?

- Nie. To raczej wzmianka o owocach sprawia mi ból.

Tobias   uświadomił   sobie,   że   noga   w   najmniejszym   stopniu   mu   nie   dokucza.   Bez 

wątpienia brandy podziałała leczniczo. Po głębszym zastanowieniu uprzytomnił sobie jednak, 

że już wcześniej przestał odczuwać ból. Stało się to mniej więcej w czasie, kiedy kochał się z 

Lavinią. Tak, chyba właśnie to odciągnęło jego myśli od dolegliwości.

Anthony najwyraźniej nie wiedział, co myśleć o słowach szwagra. 

- O co chodzi z tymi owocami? - zdziwił się.

-Nieważne. Na twoim miejscu nie przejmowałbym się planami Lavinii. Emeline to 

interesująca młoda dama i na pewno wzbudzi powszechne zainteresowanie. Ale jak 

tylko rozejdzie się wieść, że nie ma posagu, sprytne mamuśki z towarzystwa zrobią 

wszystko, żeby ich synalkowie nie spoglądali zbyt długo w jej kierunku.

-To   może   być   prawda,   ale   co   z   hulakami   wszelkiej   maści   i   zawodowymi 

uwodzicielami? Wiesz równie dobrze jak ja, że żadna dama nie jest bezpieczna w ich 

towarzystwie. Dla takich typów uwiedzenie niewinnej panny to podniecający sport.

-Lavinia   potrafi   ochronić   siostrzenicę.   -Tobias   przypomniał   sobie,   jakim 

opanowaniem   wykazała   się   w   Rzymie.   -   Na   dodatek   mam   przeczucie,   że   panna 

Emeline potrafi sama o siebie zadbać.

-Wolałbym jednak nie ryzykować. - Anthony zacisnął dłoń na gzymsie kominka. - A 

ponieważ moje cele są zgodne z twoimi, możemy w tej sprawie współpracować.

background image

Tobias głośno wypuścił z płuc powietrze.

-Ale z nas para głupców.

-Mów za siebie. - Młodzieniec raźnym krokiem ruszył ku drzwiom. - Z samego rana 

postaram się o bilety do teatru.

-Anthony - zatrzymał go szwagier.

-Tak?

-Czy już ci mówiłem, że Lavinia i jej rodzice uprawiali mesmeryzm?

-Nie, ale zdaje się. że wspomniała mi o tym panna Emeline. A o co chodzi?

-Kiedyś   przez   krótki   czas   interesowałem   się   tym   zagadnieniem.   Czy   myślisz,   że 

doświadczony mesmerysta  może  wprowadzić  człowieka w  trans bez jego zgody i 

wiedzy?

Anthony uśmiechnął się z wolna. 

- Jest całkiem możliwe, że człowiek o słabej woli podda cię doświadczonemu adeptowi tej 

sztuki. Nie wyobrażam sobie jednak, żeby ktoś obdarzony silną wolą i wyostrzoną 

spostrzegawczością dał się wprowadzić w trans.

-Jesteś pewien?

-To znaczy, jeśli sam tego nic chce...

Anthony szybko wyszedł z pokoju i zamknął za sobą drzwi, Tobias usłyszał tylko jego 

śmiech.

background image

12

Co się dzisiaj z tobą dzieje? - Emeline sięgnęła po dzbanek z poranną kawą. - Mam 

wrażenie, że jesteś w bardzo dziwnym nastroju.

-Mam do tego prawo. - Lavinia nałożyła sobie na talerz sporą porcję jajecznicy. Zdała 

sobie sprawę, że ma wyjątkowy apetyt. Jak tylko się obudziła, poczuła silny głód. 

Przyczyną   bez   wątpienia   był   wysiłek   fizyczny   w   powozie   pani   Dove.   -   Już   ci 

mówiłam, że straciłyśmy jedyną klientkę.

-Dobrze zrobiłaś, zrywając umowę z panią Dove. - Emeline nalała sobie kawy do 

filiżanki. - Po co kazała swojemu człowiekowi śledzić pana Marcha? Kto wie, jakie 

naprawdę miała zamiary?

-Jestem niemal pewna, że kazała lokajowi uprzedzić pana Marcha w poszukiwaniach 

pamiętnika, a w razie niepowodzenia odebrać mu pamiętnik siłą. Bardzo jej zależało 

na   zdobyciu   tych   zapisków.   Nie   chciała   dopuścić,   żebyśmy   przeczytali   fragmenty 

zawierające jej tajemnice.

- Chociaż już wam o nich opowiedziała?

Lavinia uniosła brwi. 

- Muszę się zgodzić z panem Marchem. Podejrzewam, że na kompromitujące sekrety 

pani Dove składa się coś więcej niż tylko szczegóły romansu z odległej przeszłości.

-Teraz to nie ma nic do rzeczy, prawda? Pamiętnik został zniszczony.

-Być może trochę zbyt pochopnie rzuciłam jej pieniądze w twarz - wolno stwierdziła 

Lavinia.

W oczach Emeline pojawiły się iskry.

-Zrobiłaś to dla zasady.

-Tak, jak najbardziej. Pan March był bardzo uciążliwy, ale wspólnik w interesach to 

wspólnik w interesach. Nic mogę dopuścić, żeby klientka traktowała go jak pionek w 

grze i wykorzystywała dla własnych celów. Trzeba mieć dumę.

-A o czyją dumę chodziło wczoraj? Twoją czy pana Mar-cha? - zapytała Emeline z 

lekką ironią.

-To już nie ma znaczenia. Wszystko sprowadza się do jednego. Zostałam bez klienta.

- Nie martw się. Wkrótce na pewno pojawi się następny.

background image

Czasami radosny optymizm siostrzenicy bardzo Lavinię irytował.

-Wydaje mi się, że pan March nie wyrzeknie się zapłaty od swojego klienta. A w 

takim razie powinien się nią ze mną podzielić. Co o tym myślisz?

-Zgadzam się z tobą.

-Wspomnę   mu   o   tym.   -   Lavinia   przełykała   jajecznicę,   bezwiednie   nasłuchując 

stłumionych uderzeń końskich podków o bruk i zgrzytu kół powozu na ulicy. - Wiesz, 

choć on bywa nieznośny, w tej sprawie kilka razy okazał się bardzo przydatny. W 

końcu to on znalazł pamiętnik lokaja.

Emeline patrzyła na ciotkę z zainteresowaniem.

-Co   ci   chodzi   po   głowie?   -   spytała   po   chwili.   Lavinia   demonstracyjnie   wzruszyła 

ramionami.

-

Właśnie doszłam do wniosku, że oboje z panem Marchem byśmy na tym skorzystali, 

jeśli w przyszłości od czasu do czasu nawiązywalibyśmy współpracę.

- No. - W oczach dziewczyny pojawił się dziwny wyraz. - No, no, no. Rzeczywiście. 

Fascynujący wniosek.

Myśl o przyszłej współpracy z Tobiasem napawała Lavinię radością, ale jednocześnie 

strachem. Uznała, że najlepiej będzie zmienić temat.

-Ale   mamy   ważniejsze   sprawy   do   omówienia   -   oznajmiła   stanowczo.   -   Dzisiaj 

musimy się skupić na twoim wieczorze w teatrze.

-Naszym wieczorze w teatrze - podkreśliła siostrzenica.

-Owszem. To bardzo uprzejmie ze strony lady Wortham, że zaprosiła również mnie.

Emeline uniosła brwi.

-Zdaje mi się, że jest ciebie bardzo ciekawa.

-Mam nadzieję, że nic wspomniałaś jej, czym się dawniej zajmowałam? - zapytała 

Lavinia z niepokojem.

-Oczywiście, że nie.

-I nie powiedziałaś jej nic o moim nowym interesie?

-Nie.

-Doskonale. - Lavinia odetchnęła z ulgą. - Podejrzewam, że każdy z moich kolejnych 

zawodów wydałby się lady Wortham podejrzany.

-W   jej   kręgach   każdy   zawód   dla   kobiety   uznaje   się   za   podejrzany   -   zauważyła 

Emeline.

-To prawda. Postaram się zasugerować jej w rozmowie, że masz skromny, ale pewny 

dochód ze spadku.

background image

-To nie będzie sugestia, raczej kłamstwo.

-Nie zagłębiajmy się nadto w szczegółach. - Lavinia zbyła problem machnięciem ręki. 

- Nie zapominaj, że mamy dziś wyznaczoną ostatnią miarę u madame Franceski.

-

Będę pamiętać. - Emeline zawahała się. Na jej gładkim czole ukazała się drobna 

zmarszczka, wywołana troską. – Jeśli chodzi o dzisiejszy wieczór, to mam nadzieję, 

że   nic   obiecujesz   sobie   po   nim   zbyt   wiele.   Jestem   pewna,   że   nikomu   się   nie 

spodobam.

-Bzdura. W nowej sukni będziesz wyglądała przepięknie.

-

Ale nawet w połowie nie tak pięknie jak Priscilla Wortham -stwierdziła z uśmiechem 

Emeline. - Zresztą właśnie to jest prawdziwy powód, dla którego jej matka wykazała 

się tak wielką uprzejmością i mnie zaprosiła. Dobrze o tym wiesz. Uważa, że na moim 

tle Priscilla zaprezentuje się wyjątkowo korzystnie.

-Mam   gdzieś   kalkulacje   lady   Wortham...   -   Lavinia   urwała,   zaskoczona   własnymi 

słowami. Szybko się poprawiła: - Nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia, że lady 

Wortham chce pokazać Priscillę w jak najlepszym świetle. Jako matka wypełnia swój 

najświętszy obowiązek. Ale przy okazji zapewniła nam złotą sposobność i zamierzam 

w pełni ją wykorzystać.

Drzwi do pokoju śniadaniowego otworzyły się bez ostrzeżenia i ukazała się w nich 

pani Chilton. Po jej oczach można było poznać, że jest czymś bardzo przejęta.

-Proszę pani, przybyła pani Dove - oznajmiła głośno. -Czy przyjmie pani gościa o tak 

wczesnej godzinie?

-Pani Dove? - Lavinię ogarnęło przerażenie. Tobias się mylił, zapewniając ją, że na 

poduszkach  w powozie nie zostały plamy.  W słabym  świetle  na pewno przeoczył 

kompromitujący ślad. Joan Dove niewątpliwie zażąda zapłaty za szkody, wyrządzone 

w jej kosztownym ekwipażu. Ile kosztuje obicie poduszki wyściełającej ławeczkę w 

powozie?

-Tak, proszę pani. Czy mam wprowadzić ją do salonu, czy do gabinetu?

- A czego ona chce? - zapytała czujnie Lavinia.

Pani Chilton spojrzała na nią zdziwiona.

-Tego nie wiem. Chciała się z panią widzieć. Czy mam ją odesłać?

-

Nie, oczywiście, że nie. - Lavinia wzięła głęboki oddech i zebrała wszystkie siły. Była 

kobietą   bywałą   w   świecie.   Da   sobie   radę   z   tą   sytuacją.   -   Przyjmę   ją.   Proszę 

natychmiast wprowadzić ją do mojego gabinetu.

-Dobrze, proszę pani. - Pani Chilton zniknęła w korytarzu. Emeline z namysłem 

background image

spojrzała na ciotkę.

-Założę się, że przyjechała tu, żeby ci zapłacić za usługi. Lavinia nabrała otuchy.

-Naprawdę tak uważasz?

-Jaki inny mogłaby mieć powód?

-No, cóż...

-A może chce przeprosić za swoje zachowanie?

-Wątpię.

-Lavinio?   -   Emeline   pytająco   zmarszczyła   czoło.   -   Co   się   dzieje?   Powinnaś   być 

szczęśliwa, że pani Dove tu przyszła i chce ci wypłacić zaległe honorarium.

-Jestem szczęśliwa. - Jej ciotka wolno mszyła do drzwi. -Absolutnie szczęśliwa.

Udało jej się przetrzymać panią Dove w gabinecie przez pełne cztery minuty, zanim 

napięcie   stało   się   trudne   do   zniesienia.   Przybrała   uprzejmą,   lecz   obojętną   minę   i 

niespiesznym krokiem weszła do środka.

Prawdziwie światowa kobieta.

- Witam panią. Co za niespodzianka. Nie oczekiwałam pani. 

Joan stała przed szafką z książkami  i przeglądała tytuły nielicznych  stojących  tam 

tomów. Miała na sobie ciemnoszarą suknię, zaprojektowaną przez madame Francescę tak, 

żeby   podkreślić   elegancką   sylwetkę   właścicielki   i   jej   srebrzyste   jasne   włosy.   Odrzuciła 

woalkę   czarnego   kapelusika   na   rondo.   Wyraz   jej   oczu   był   jak   zwykle   trudny   do 

rozszyfrowania.

- Widzę, że czytuje pani poezję - stwierdziła.

Zaskoczona tą uwagą Lavinia zerknęła na książki.

- W tej chwili mam skromną biblioteczkę. Byłam zmuszona zostawić wiele tomików 

we   Włoszech,   kiedy   musiałam   nagle   wracać   do   Anglii.   Upłynie   trochę   czasu,   zanim 

uzupełnię zawartość biblioteki.

- Proszę wybaczyć, że zakłócam pani spokój o tak wczesnej porze. W nocy w ogóle nie 

spałam i moje nerwy nie wytrzymałyby dalszej zwłoki.

Starannie odmierzając kroki, Lavinia podeszła do biurka, które teraz wydało jej się 

fortecą.

-Proszę usiąść.

-Dziękuję.   -   Joan   wybrała   fotel   naprzeciw   biurka.   -   Od   razu   przejdę   do   rzeczy. 

Chciałabym   przeprosić   za   to,   co   się   wydarzyło   minionej   nocy.   Moim   jedynym 

usprawiedliwieniem jest to, że nie całkiem ufałam panu Marchowi. Wydawało mi się, 

że dobrze robię, kontrolując jego działania.

background image

-Rozumiem.

-Przyszłam tu, żeby panią przekonać do przyjęcia należnej zapłaty. Przecież wykonali 

państwo zadanie. To nie państwa wina, że pamiętnik został zniszczony.

-

Może to dobrze, że tak się stało - stwierdziła ostrożnie Lavinia.

-Być może. Jednak nadal jedno pytanie zostaje bez odpowiedzi.

-Chce pani wiedzieć, kto przysłał tę przerażającą woskową scenkę, tak?

-

Nie spocznę, dopóki się tego nie dowiem - oznajmiła Joan. - Chciałabym, żeby pani 

nadal prowadziła dochodzenie w tej sprawie.

A więc Joan nie przyszła tu, żeby ją oskarżyć o zniszczenie poduszek w powozie. 

Zjawiła się, żeby zapłacić rachunek i prosić o dalsze usługi.

Lavinia gwałtowniej opadła na fotel, niż zamierzała. Nagle ranek wydał jej się, mimo 

padającego   deszczu,   pogodny.   Wytężyła   wszystkie   siły,   żeby   ukryć   ulgę   i   przybrać 

profesjonalnie obojętną minę. Zacisnęła dłonie na skraju blatu biurka. 

- Rozumiem - rzekła.

-Nic będę zaskoczona, jeśli pani postanowi zażądać podwyżki, skoro podejrzewa pani, 

że w sprawie pamiętnika nie byłam całkowicie szczera.

Lavinia przełknęła ślinę.

-Cóż, biorąc pod uwagę okoliczności...

-

Proszę tylko wymienić sumę - zaproponowała Joan. Gdybym miała trochę zdrowego 

rozsądku, wykorzystałabym tę okazję w lot, rzuciła zawyżoną sumę i zapomniała o 

tym,   co   było,   pomyślała   Lavinia.   Jednak   wspomnienie   niebezpiecznej   przygody 

Tobiasa nie pozwoliło jej na takie rozwiązanie. Wbrew rozsądkowi spojrzała surowo 

na Joan.

-   Jeśli   mamy   dalej   współpracować,   muszę   jasno   oświadczyć,   że   nie   życzę   sobie 

szpiegowania. Nie pozwolę, żeby ktoś śledził pana Marcha, jakby to był jakiś rzezimieszek. 

To profesjonalista, tak samo jak ja.

Joan uniosła jedną brew.

- Pan March jest dla pani kimś ważnym, prawda?

Lavinia postanowiła sobie, że nic da się wyciągnąć na zwierzenia.

-Pan   March   to   mój   wspólnik   w   interesach   i   mam   wobec   niego   duże   poczucie 

obowiązku. Na pewno pani to zrozumie.

-Rozumiem. Poczucie obowiązku.

-

Właśnie. A teraz czy może mi pani obiecać, że nie wyśle pani swojego człowieka za 

panem Marchem, kiedy ten będzie prowadził dochodzenie?

background image

Joan zawahała się, a potem lekko skinęła głową.

-Ma pani moje słowo, że więcej nie będę się wtrącać.

-Bardzo dobrze. - Lavinia uśmiechnęła się chłodno. - Natychmiast wyślę wiadomość 

do pana Marcha. Jeśli się zgodzi wznowić dochodzenie, zawrzemy nową umowę.

-

Coś mi mówi, że pan March bez większego wahania będzie kontynuował śledztwo 

jako   pani   wspólnik.   Wczoraj   odniosłam   nieodparte   wrażenie,   że   nie   pochwalał 

sposobu, w jaki rzuciła mi pani zapłatę prosto w twarz.

Lavinia poczuła, że robi się jej gorąco.

- Wcale nie rzuciłam pani zapłaty w twarz. Przynajmniej nie literalnie.

Joan uśmiechnęła się, ale nic nie odrzekła. Lavinia uspokoiła się nieco.

- Cóż, pewnie ma pani rację. Pan March z zadowoleniem podejmie dalsze wysiłki w 

pani sprawie. Wychodząc z tego założenia, mogę już teraz zadać pani kilka pytań. To nam 

zaoszczędzi czas.

Joan przechyliła głowę.

-Oczywiście, proszę pytać.

-Musimy założyć,  że człowiek, który spalił pamiętnik  i powiadomił  pana Marcha, 

gdzie   znaleźć   jego   resztki,   stara   się   dać   nam   do   zrozumienia,   że   szantaż   już   się 

skończył. Podejrzewam, że nic otrzyma już pani żadnych wiadomości od osoby, która 

przesłała woskową rzeźbę. Jej nadawca stracił zamiłowanie do szantażu.

-Być może. Świadomość, że zatrudniłam profesjonalistów do zbadania tej sprawy, bez 

wątpienia   bardzo   go   zaniepokoiła   i   zmusiła   do   wycofania   się.   Mimo   to   muszę 

wiedzieć, kto to jest. Na pewno to pani rozumie. - Joan uśmiechnęła się ponuro. - Nie 

mogę pozwolić, żeby obcy ludzie grozili mi śmiercią.

-Oczywiście, że nie. Na pani miejscu zareagowałabym tak samo. W nocy rozmyślałam 

nad niektórymi  aspektami tej sprawy.  Przyszło  mi do głowy,  że to może być  coś 

więcej niż pospolity szantaż. Proszę się nie obrażać, ale muszę o coś panią spytać.

-O co?

-

Mam nadzieję, że przemyśli pani odpowiedź i będzie absolutnie szczera. - Lavinia 

zawahała się, starając się zadać pytanie w jak najdelikatniejszy sposób. - Czy istnieje 

jakiś powód, dla którego ktoś chciałby panią skrzywdzić? 

Spojrzenie   Joan  pozostało   trudne  do  rozszyfrowania.   Nie  pojawiło  się  w  nim   ani 

zaskoczenie, ani strach. Skinęła tylko głową, jakby spodziewała się takiego pytania.

-Nie przychodzi mi na myśl nic, co zrobiłam, a co mogłoby wzbudzić w kimś chęć 

zabicia mnie - oświadczyła.

background image

-Jest pani bardzo bogatą kobietą. Czy prowadziła pani jakieś interesy, które wpędziły 

kogoś w finansowe tarapaty?

Po raz pierwszy w oczach Joan pojawił się wyraz emocji. Przebiegł przez nie cień 

smutku, ale zaraz zniknął.

-Przez   wiele   lat   byłam   żoną   bardzo   mądrego,   inteligentnego   człowieka,   który 

doskonale   zarządzał  moimi   i  swoimi   interesami.   Od niego  nauczyłam  się  wiele  o 

inwestowaniu i sprawach finansowych, ale nigdy nie stałam się w nich tak biegła jak 

on.   Od   śmierci   Fieldinga   staram   się,   jak   potrafię,   lecz   to   wszystko   jest   bardzo 

skomplikowane.

-Rozumiem.

-Nadal zmagam się z problemami w dziedzinie inwestycji i różnych innych interesów, 

które na mnie spadły. To trudna sztuka. Niemniej jednak jestem pewna, że nic, co od 

śmierci męża przedsięwzięłam, nie zaszkodziło nikomu w finansach.

-Proszę wybaczyć, ale czy w pani życiu osobistym jest coś, co może mieć związek z 

naszą sprawą? Może jakiś problem natury uczuciowej?

-Pani Lakę, bardzo kochałam męża. Przez cały czas trwania małżeństwa byłam mu 

wierna, a od jego śmierci nie zaangażowałam się w żaden związek natury intymnej. 

Nie wierzę, że ktoś mógłby mi grozić z przyczyn osobistych.

Lavinia spojrzała jej prosto w oczy.

-

A jednak ta pogróżka wygląda na jakieś porachunki. Bardziej  osobiste niż szantaż, 

który jest swojego rodzaju transakcją handlową.

-

Tak.   -Joan   wstała   z   fotela.   Jej   doskonale   skrojona   spódnica   nie   wymagała 

wygładzenia.  Natychmiast sama ułożyła się w piękne fałdy. - Właśnie dlatego proszę 

panią o kontynuowanie śledztwa w tej sprawie. Lavinia podniosła się zza biurka.

-Natychmiast wyślę wiadomość do pana Marcha. Joan podeszła do drzwi.

-Są państwo sobie bardzo bliscy, prawda? - zapytała.

W tajemniczy sposób czubek buta Lavinii zaczepił o skraj  dywanu. Potknęła się i 

musiała chwycić się biurka, żeby nie upaść.

-Łączą   nas   interesy   -   odrzekła.   Powiedziała   to   trochę   zbyt   głośno   i   stanowczo. 

Wyprostowała się i pośpieszyła, żeby otworzyć drzwi przed wychodzącym gościem.

-Zaskakuje mnie pani. - Joan miała lekko zdziwioną i rozbawioną minę. - Sądząc po 

pani   trosce   o   bezpieczeństwo   pana   Marcha,   powiedziałabym,   że   łączą   państwa 

zarówno stosunki osobiste, jak i zawodowe.

Lavinia gwałtownie otworzyła drzwi.

background image

-Moja   troska   to   nic   nadzwyczajnego.   Każdy   by   się   tak   troszczył   o   wspólnika   w 

interesach.

-Tak, oczywiście. - Joan zatrzymała się w holu. - Ach, byłabym zapomniała. Dziś rano 

woźnica powiedział mi, że znalazł coś na ławeczce w powozie.

Lavinii zaschło w gardle. Zacisnęła dłoń na gałce u drzwi. Czuła, że się czerwieni, ale 

nic nie mogła na to poradzić.

-Powiada pani, na ławeczce? - wyjąkała słabym głosem.

-Tak. To zapewne należy to pani. - Joan otworzyła torebkę, wyjęła złożony muślinowy 

szal i podała go Lavinii. - Z pewnością nie jest mój.

Ta   patrzyła   na   zwoje   cienkiego   muślinu.   Miała   ten   szal   wczoraj  na   sobie.   Nie 

zorientowała się, że go zgubiła. Uniosła dłoń do szyi.

-Dziękuję. - Pośpiesznie wzięła szal. - Nie zauważyłam jego braku.

-W   powozie   trzeba   uważać.   -Joan   opuściła   woalkę.   -Zwłaszcza   nocą.   W   mroku 

niewiele widać, można stracić coś cennego.

Kiedy   pani   Dove   odjechała   swoim   eleganckim   brązowym   ekwipażem,   Lavinia 

napisała liścik do Tobiasa.

Drogi Panie,

Nasza była klientka zaproponowała mi nowe zlecenie. Chce, żebyśmy kontynuowali  

dochodzenie   w   dręczącej   ją   sprawie.   Otrzymałam   od   niej   solenna,,   obietnicą,   że   będzie  

przestrzegać   pewnych   stanowczych   warunków.   Czy   jest   Pan   zainteresowany   wspólnym  

prowadzeniem tej sprawy?

Pozdrawiam L.

Odpowiedź przyszła po niespełna godzinie.

Droga Pani L.,

Zapewniam Panią, że z przyjemnością przyjmą każdą propozycją, jaka w tej sprawie 

będzie Pani odpowiadała.

Pozdrawiam M.

Lavinia długo przyglądała się krótkiemu liścikowi. W końcu doszła do wniosku, że 

najlepiej będzie nie doszukiwać się w nim żadnych podtekstów. Przecież Tobiasowi obca 

była wszelka subtelność, nie bawił się w niuanse słowne.

background image

Cóż, w końcu nie był poetą.

Zniszczony,   powiadasz?   -   Neville   był   najwyraźniej   zaskoczony   takim   obrotem 

sprawy. - Cholera jasna. Całkiem spalony?

-Na pana miejscu nie mówiłbym tak głośno. - Tobias znacząco rozejrzał się po sali, w 

której przebywało wiele osób. -Ściany mają uszy.

-

Tak, jasne. - Oszołomiony Neville potrząsnął głową. - Zapomniałem się. Po prostu nie 

spodziewałem się takiego finału. Nic nie zostało?

-

Ocalało kilka kartek. Zdaje się, że zostawiono je tylko po to, żeby mnie przekonać o 

autentyczności pamiętnika.

-Ale co ze stronami, na których były zapiski dotyczące członków Błękitnej Izby? Nic 

się nie dało odczytać?

-

Bardzo starannie przejrzałem zwęglone resztki - zapewnił Tobias. - Nie zostało nic 

interesującego.

-Psiakrew! - Neville zacisnął pięść, ale ten gest wyjadł jakoś sztucznie. - To oznacza 

koniec całej sprawy, prawda'

-Cóż...

-

Takie rozwiązanie jest dość frustrujące. Bardzo chciałem poznać nazwisko jedynego 

żyjącego członka Błękitnej Izby, tego, który w czasie wojny okazał się zdrajcą.

-Rozumiem.

-

Skoro   zniszczono   pamiętnik,   nigdy   się   nie   dowiemy,   kim   jest,   ani   nie   poznamy 

tożsamości Azure'a.

-Biorąc pod uwagę to, że on nie żyje od niemal roku, chyba nie ma to większego 

znaczenia - stwierdził Tobias.

Neville zmarszczył czoło i sięgnął po butelkę bordo.

- Chyba masz rację. Wiele bym dał, żeby dostać ten pamiętnik w swoje ręce. Ale 

najważniejsze, że Błękitna Izba już nie istnieje.

Tobias usiadł głębiej w fotelu i w zamyśleniu złożył dłonie.

- Pozostaje jeden mały problem.

Jego zleceniodawca przerwał nalewanie wina i gwałtowne uniósł głowę.

-Co takiego?

-

Człowiek, który zniszczył pamiętnik, najprawdopodobniej wcześniej go przeczytał.

Neville wyraźnie drgnął.

background image

- No, tak. Przeczytał. Oczywiście. Nie przyszło mi to do głowy. 

-  Istnieje   ktoś,   kto   wie,   kim   naprawdę   był   Azure.   Ta   sam,   osoba   zna   tożsamość 

jedynego żyjącego członka Błękitnej Izby

Butelka z bordo zadrżała w dłoni Neville'a.

-Cholera, człowieku. Masz rację.

-

Ten ktoś być może nie ma zamiaru wyjawiać tajemni, pamiętnika. Prawdę mówiąc, 

wydaje mi się, że właśnie to próbował nam powiedzieć, zawiadamiając, gdzie znaleźć 

spalone strony. - Tobias zamilkł na chwilę. - Niemniej jednak zna on odpowiedzi na 

nasze pytania. Jest więc niebezpieczny.

-Owszem. - Neville ostrożnie postawił butelkę na stole. To prawda. Co proponujesz?

-

Jestem gotów dalej prowadzić śledztwo w tej sprawie. Tobias uśmiechnął się. - Jeśli 

pan jest nadal gotów wypłaca. mi honorarium.

background image

13

Trudno było zaprzeczyć, że Priscilla Wortham jest wyjątkowo atrakcyjną młodą damą. 

Jednak tego wieczoru, zdaniem Lavinii, w modnej sukni z różowego muślinu wyglądała zbyt 

strojnie.

Doświadczenia w salonie madame Franceski, nabyte w ciągu  kilku minionych dni, 

nauczyły Lavinię wiele. Krawcowa wyrażała bardzo zdecydowane opinie na temat mody i z 

chęcią  się nimi  dzieliła. Dzięki wiadomościom uzyskanym  od niej w trakcie zamawiania 

sukien  dla  siebie  i  siostrzenicy  Lavinia   od razu  była  w   stanie  stwierdzić,   że  skraj  sukni 

Pnscilli jest ozdobiony zbyt licznymi marszczeniami.

Na dodatek jasne włosy dziewczyny zostały zakręcone w drobne loczki, zbyt wysoko 

upięte i ozdobione jedwabnymi kwiatami w kolorze sukni. Rękawiczki również były różowe.

Całość przywodziła na myśl tort śmietankowy z różowym lukrem.

Emeline nie tylko nie dała się zaćmić koleżance, ale w teatralnej loży prezentowała się 

o   wiele   lepiej.   Siedząc   obok   Priscilli,   jak   sobie   tego   życzyła   lady   Wortham,   stanowiła 

uderzający kontrast. Lavinia z ulgą stwierdziła, że nieubłagana madame Francesca słusznie 

uparła się, żeby uszyć dla Emeline prostą suknię z niezwykłej egipskiej zielonej gazy. Ciemne 

włosy   dziewczyny   były   gładko   uczesane,   co   podkreślało   jej   piękne   inteligentne   oczy. 

Rękawiczki miały barwę o kilka tonów ciemniejszą niż suknia.

Warto   było   poświęcić   Apolla,   pomyślała   z   dumą   Lavinia.   kiedy   między   aktami 

zapaliły się światła. Wcześniej martwiła się, że lady Wortham można uznać jej siostrzenicę 

raczej za konkurencję niż za odpowiednie tło do zaprezentowania córki. Jej obawy okazały 

się bezpodstawne. Lady Wortham raz spojrzała na prostą, elegancko skrojoną suknię Emeline 

i   nawet   nie   starała   się   ukryć   ulgi,   kiedy   stwierdziła,   że   kreacja   Priscilli   nie   zostanie 

przyćmiona.

Obie młode kobiety przyciągnęły mnóstwo zachwyconych spojrzeń. Lady Wortham 

była bardzo zadowolona. Najwyraźniej uznała, że wszystkie spojrzenia kierowane są na jej 

córkę.   Lavinia   natomiast   miała   pewność,   że   wiele   z   nich   jest   przeznaczonych   dla   jej 

siostrzenicy.

-Doskonałe przedstawienie, prawda? - zwróciła się do lady Wortham.

-Poprawne. - Lady Wortham zniżyła głos, tak że Emeline i Priscilla nie mogły jej 

background image

słyszeć w gwarze rozmów, wypełniającym  cały teatr. - Ale muszę wspomnieć, że 

suknia pani siostrzenicy jest o wiele za surowa dla młodej damy.  Na dodatek ten 

odcień zieleni jest taki dziwny. Zupełnie niemodny. Proszę mi przypomnieć, żebym 

ciała pani adres swojej krawcowej.

-To bardzo uprzejme z pani strony. - Lavinia postarała się, żeby w jej głosie dała się 

słyszeć nuta żalu. - Na razie jednak wystarczy nam ta suknia.

-

Jaka szkoda. - Krytyczny wzrok lady Wortham spoczął na jedwabnej sukni Lavinii. - 

Dobra krawcowa jest warta w złocie tyle, ile sama waży. Zawsze to powtarzam. 

-Święta racja. - Lavinia z lekkim trzaskiem otworzyła wachlarz.

-Jestem pewna, że moja nigdy nie doradziłaby pani tego odcienia fioletu. Przy pani 

rudych włosach to nie najlepszy wybór.

Lavinia zacisnęła zęby. Konieczność odpowiedzi została jej oszczędzona, ponieważ 

aksamitna  kotara z tyłu  loży rozsunęła się i do środka wszedł Anthony.  Prezentował  się 

doskonale w modnie skrojonym surducie i starannie zawiązanym fularze.

-Mam nadzieję, że nie przeszkadzam. - Skłonił się szarmancko. - Chciałem złożyć 

uszanowanie wszystkim cudownym damom w tej loży.

-Anthony, to znaczy panie Sinclair. - Emeline obdarzyła go promiennym uśmiechem. - 

Jak miło cię widzieć.

Lady Wortham uprzejmie skinęła głową. W jej spoglądających chytrze oczach widać 

było błysk satysfakcji.

- Proszę usiąść, panie Sinclair.

Młodzieniec przysunął sobie krzesło i usiadł dokładnie między Emeline i Priscillą. 

Natychmiast pogrążyli się w ożywionej rozmowie na temat wystawianej sztuki. W sąsiednich 

lożach wszystkie głowy zwróciły się ku nim.

Lavinia   wymieniła   porozumiewawcze   spojrzenie   z   lady   Wortham.   Zdawała   sobie 

sprawę, że nigdy nie zostaną bliskimi przyjaciółkami, ale w tej sprawie wiele je łączyło. Obie 

dobrze wiedziały, że na targowisku panien na wydaniu nic tak nie pobudza zainteresowania 

młodą damą, jak obecność u jej boku adorującego ją przystojnego młodzieńca. Anthony był 

bardzo mile widzianym gościem w loży.

-Gdzie   jest   pan   March?   -   zapytała   Emeline,   wykorzystując   krótką   przerwę   w 

rozmowie.

-

Zaraz   się   tu  zjawi.   -  Anthony   zerknął   z   ukosa   na  Lavinię.   -Wspomniał,   że   chce 

najpierw zamienić słowo z lordem Neville'em. 

Te słowa przykuły uwagę Lavinii. Klient Tobiasa wzbudził jej ciekawość.

background image

-Lord Neville jest tu dzisiaj?

-Włoży   po   przeciwnej   stronie.   -Anthony   lekkim   skinieniem   głowy   wskazał   drugą 

stronę teatru. - Siedzi obok żony. Tobias właśnie do niego podchodzi. Spodziewam 

się, że się tu pojawi, jak tylko skończy rozmowę.

Lavinia uniosła lornetkę i spojrzała we wskazanym kierunku. Kiedy ujrzała Tobiasa, 

zaparło jej dech w piersi. Widziała go po raz pierwszy od czasu wydarzeń w ekwipażu pani 

Dove. Przeraziła się, gdy poczuła wyraźny dreszcz podniecenia.

Tobias właśnie wszedł do loży Neville'a. Skłonił się uprzejmie, ujmując dłoń wysokiej 

kobiety w niebieskiej sukni z dużym dekoltem.

Lady Neville wyglądała na czterdzieści kilka  lat.  Lavinia przyglądała jej się przez 

chwilę i doszła do wniosku, że to jedna z tych kobiet, które w młodości wydają się mało 

interesujące, a z wiekiem ich rysy nabierają patrycjuszowskiej godności i dystynkcji. Suknię 

miała elegancką i surową, jakby również uszytą w pracowni madame Franceski. Nawet z 

daleka klejnoty na szyi i w uszach błyszczały jasno jak światła sceny.

Z wysokim, mocno zbudowanym mężczyzną siedzącym obok lady Neville czas nie 

obchodził się tak łaskawie jak z nią. Lavinia nie miała wątpliwości, że jako młody człowiek 

lord Neville mógł się poszczycić szczupłą, atletyczną sylwetką. Jednak jego regularne rysy z 

wiekiem zgrubiały i zniekształciły się w sposób, który świadczył wyraźnie o latach rozpusty i 

folgowania wszelkim zachciankom.

-Zna   pani   lorda   i   lady   Neville'ów?   -   zapytała   lady   Wortham   z   nieskrywanym 

zainteresowaniem.

-Nie, nie miałam przyjemności ich poznać - odrzekła Lavinia.

-Ach, tak...

Wyczuwając, że wraz z siostrzenicą straciły u lady Wortham kilka  punktów, Lavinia 

postanowiła natychmiast poprawić swoją pozycję.

-

Znam natomiast dobrze pana Marcha - oznajmiła. Dobry Boże, to się nazywa desperacja, 

pomyślała. Posłużyła się nazwiskiem Tobiasa, żeby ugruntować swój status towarzyski.

-

Hmmm.  - Lady Wortham oszacowała wzrokiem lożę Neville'ów. ~ Pan March to ten 

dżentelmen, który konwersuje z lordem NevilJc'em?

-Tak.

-

Nie poznałam go, ale skoro jest tak zaprzyjaźniony z lordem Neville'em, na pewno należy 

do odpowiedniej sfery.

-

Hmmm. - Lavinię bardzo ciekawiło, co też lady Wortham pomyślałaby o Tobiasie, 

gdyby  wiedziała,   co  zeszłej  nocy robił w powozie. - A  czy pani zna lorda i lady 

background image

Neville'ów?

-

Niejednokrotnie otrzymywaliśmy zaproszenia na te same bale i przyjęcia - odrzekła lady 

Wortham wymijająco. - Obracamy się w tych samych kręgach towarzyskich.

Bzdura, pomyślała Lavinia. Otrzymywać  zaproszenia na te  same bale, a zostać sobie 

oficjalnie   przedstawionym   to   dwie   zupełnie   różne   sprawy.   Obie   dobrze   o   tym   wiedziały. 

Zdesperowane   panie   domu   rutynowo   wysyłały   zaproszenia   do  każdego,   kto   się   liczył   w 

towarzystwie. Nie znaczyło to jeszcze, że każdy zaproszenie przyjmował.

- Rozumiem - rzekła cicho. - Więc tak naprawdę nie zna pani lorda Neville'a.

Lady Wortham zjeżyła się.

- Tak się składa, że Constance i ja zadebiutowałyśmy w towarzystwie w tym samym 

sezonie. Doskonale ją pamiętam. Mówiąc oględnie, nie wyróżniała się urodą. Gdyby nie olbrzymi 

posag, zostałaby starą panną.

-

Neville poślubił ją dla pieniędzy? - zaciekawiła się Lavinia.

-

Oczywiście. - Lady Wortham prychnęła cicho. – Wszyscy o tym wiedzieli. Constance 

nic miała żadnych innych zalet. Brakowało jej urody i wyczucia stylu.

- Jeśli chodzi o to drugie, to najwyraźniej z biegiem lat wyrobiła je w sobie.

Lady Wortham uniosła lorgnon i spojrzała na przeciwległą lożę.

- Brylanty na każdej kobiecie wyglądają stylowo. – Opuściła szkło. - Widzę, że pani 

znajomy wyszedł już z ich loży. Kiedy się tu zjawi, będziemy miały prawdziwe zebranie 

towarzyskie. - Prawie zacierała ręce i rechotała z przejęcia na myśl, że za chwilę w pobliżu 

jej córki pojawi się drugi mężczyzna.

Aksamitna kotara znów się rozchyliła, ale to nic Tobias wszedł do loży.

- Pani Lakę! - Richard Pomfrey obdarzył ją namiętnym spojrzeniem, lekko jednak 

zamglonym   z   powodu   widocznego   stanu   upojenia   alkoholowego.   -   Tak   mi   się   właśnie 

zdawało, że panią widziałem z drugiej strony widowni. Co za szczęśliwy traf, że znów się 

spotykamy. Od pobytu we Włoszech nic mogę przestać o pani myśleć. - Lekko bełkotał i 

chwiał się na nogach.

Wstrząśnięta   jego   nagłym   pojawieniem   się   Lavinia   na   kilka   sekund   zastygła   w 

bezruchu. Nie tylko ją niespodziewane wejście Pomfreya wprawiło w oszołomienie. Lady 

Wortham zamieniła się w słup soli.

Najwyraźniej  wiedziała,  że ten człowiek ma  opinię uwodziciela i rozpustnika. Na 

pewno nie  życzyła  sobie, żeby ktoś  taki  był  widziany w  loży obok jej  niewinnej  córki. 

Lavinia nie dziwiła się jej, bo sama nie chciała, żeby Pomfrey zbliżał się do Emeline.

Anthony   pośpieszył   damom   z   pomocą.   Zerknął   na   Lavinię,   natychmiast   wstał   i 

background image

zastąpił intruzowi drogę.

- My się chyba nie znamy - powiedział.

Lord Pomfrey zmierzył go wzrokiem od stóp do głów i doszedł do wniosku, że jest to 

osoba niegodna dłuższej rozmowy.

- Pomfrey - oznajmił krótko. - Jestem znajomym pani Lakę. - Posłał Lavinii uśmiech, 

który   przypominał   raczej   obrzydliwy,   lubieżny   grymas.   -   Można   by   nawet   powiedzieć, 

bardzo bliskim przyjacielem. We Włoszech dobrze się poznaliśmy, prawda, Lavinio?

Lady Wortham z oburzeniem gwałtownie wciągnęła powietrze.

Najwyższy czas przejąć kontrolę nad sytuacją, doszła do wniosku Lavinia.

-Myli się pan - oznajmiła kategorycznie. - Wcale nie byliśmy bliskimi przyjaciółmi. 

Pamiętam, że był pan znajomym pani Underwood.

-Rzeczywiście, to ona nas sobie przedstawiła - zgodził się Pomfrey. Ton jego głosu 

wiele sugerował. - Jestem jej za to bardzo wdzięczny. Czy miała pani od niej jakieś 

wiadomości po tym, jak uciekła z hrabią?

-Nie,   nie   miałam.   -   Lavinia   uśmiechnęła   się   chłodno.   -Jeśli   sobie   dobrze 

przypominam, jest pan żonaty. Jak się miewa pańska żona?

Wzmianka o nieszczęsnej małżonce nie zbiła Pomfreya z tropu.

-Zdaje  się,   że   pojechała   na   jakieś   przyjęcie   w   wiejskiej   rezydencji.   -  Spojrzał   na 

Emeline   i   Priscillę,   która   przyglądała   mu   się   szeroko   rozwartymi   oczami.   -   Nie 

przedstawi mnie pani swoim uroczym towarzyszkom?

-Nie - odparowała Lavinia.

-Nie - zawtórował jej Anthony. Lady Wortham zaczęła drgać 

powieka.

-To niemożliwe. Anthony zrobił krok naprzód.

- Jak pan widzi, w loży jest dość ciasno. Bardzo proszę natychmiast się stąd oddalić.

Pomfrey miał poirytowaną minę.

-Nie wiem, kim jesteś, ale stanąłeś mi na drodze.

-I tu zamierzam pozostać.

Coraz więcej głów zwracało się w ich kierunku. Lavinia kątem oka dostrzegła błyski 

światła   w   kilku   punktach   widowni.   Ludzie   kierowali   w   ich   stronę   lorgnon   na   długich 

rączkach i lornetki. Zapewne nikt nic mógł wyraźnie słyszeć ich rozmowy, ale nawet z daleka 

było widać, że w loży Worthamów zapanowała pełna napięcia atmosfera.

Lady   Wortham   była   coraz   bardziej   przerażona.   Lavinia   miała   wrażenie,   że   jej 

towarzyszka niemal fizycznie kuli się ze strachu, zdając sobie sprawę, że za chwilę rozegra 

background image

się tu gorsząca scena, a w jej centrum znajdzie się jej śliczna Priscilla.

-Odsuń się - polecił Pomfrey Anthony'emu dość nonszalanckim tonem.

-Nie   -   odrzekł   młodzieniec   spokojnie   i   cicho.   W   tej   chwili   przypominał   trochę 

Tobiasa. - Powinien pan natychmiast stąd wyjść.

Pomfrey spojrzał na niego z wściekłością.

Lavinia  poczuła,  że   coś   ją  ściska   w  żołądku.  Jeszcze   chwila,  a   Anthony  zostanie 

wyzwany na pojedynek. Musiała temu zapobiec.

-Odejdź. Pomfrey - nakazała. - W tej chwili.

-

Nie odejdę, dopóki nie zaszczyci mnie pani zaproszeniem do złożenia pani wizyty - 

oznajmił intruz. - Mam czas jutro po południu. Może poda mi pani adres?

-Jutro nie mam ani chwili czasu - oparła.

-Nie mogę  się doczekać, kiedy wznowimy nasze bliskie stosunki. Minęło już tyle 

miesięcy.

Lady Wortham podjęła heroiczną próbę przejęcia kontroli nad sytuacją.

- Oczekujemy gościa, panie Pomfrey. Nie ma tu wystarczająco dużo miejsca dla tylu 

osób. Jestem pewna, że pan to zrozumie.

Ten   z   nieprzyjemnym   wyrazem   twarzy   oszacował   wzrokiem   Emeline   i   Priscillę. 

Potem nieco chwiejnie skłonił się lady Wortham.

- Nie mogę odejść, nie złożywszy uprzednio uszanowania tak wspaniałym młodym 

damom. Proszę mnie im przedstawić. Kto wie? Może się jeszcze spotkamy na jakimś balu 

albo wieczorku? Może będę miał ochotę poprosić je do tańca.

Na myśl o tym, że miałaby przedstawić tego osławionego rozpustnika córce, policzki 

lady Wortham zsiniały, z czym było jej wyjątkowo nie do twarzy.

-Obawiam się, że to niemożliwe - odparła oburzona. Anthony zacisnął dłonie w 

pięści.

-Proszę wyjść - polecił.

Pomfrey,  powoli tracący  nad sobą panowanie,  zwrócił  się ku niemu  jak zły pies, 

któremu na drodze stanął irytujący szczeniak.

- Zaczynasz mi grać na nerwach. Jeśli nie zejdziesz mi z oczu, będę musiał udzielić ci 

lekcji dobrych manier.

Lavinii zrobiło się zimno; sprawy wymykały się spod kontroli.

-   Doprawdy,   Pomfrey,   zaczynasz   być   męczący   -   powiedziała.   -   Zupełnie   nie 

rozumiem, dlaczego tak się nam narzucasz. - Natychmiast zdała sobie sprawę, że posunęła się 

zbyt daleko. Pomfrey nie był najbardziej zrównoważonym człowiekiem. Kiedy wypił, stawał 

background image

się nieprzewidywalny i skłonny do gwałtownych czynów.

W jego oczach błysnęła furia, ale zanim odpowiedział na obraźliwą uwagę Lavinii, 

kotara się rozchyliła i do loży wszedł Tobias.

-   Pani   Lakę   nie   wyraziła   się   dość   ściśle,   Pomfrey   –   oznajmił   spokojnie.   -Ty  nie 

zaczynasz być męczący. Już dawno przestałeś być męczący, a zrobiłeś się po prostu nie do 

zniesienia.

Pomfrey drgnął, słysząc te niespodziewane słowa. Szybko doszedł do siebie, a jego 

twarz wykrzywiła się z wściekłości.

-March. Co ty tu, u diabła, robisz? Ta sprawa ciebie nie dotyczy.

-Ależ dotyczy mnie jak najbardziej. - Tobias po męsku spojrzał mu w oczy. - Jestem 

pewien, że wiesz, o czym mówię.

Pomfrey podskoczył, jakby go ktoś ukłuł. 

- Że co? Ty i pani Lake? Nie słyszałem, żeby coś was łączyło.

Tobias posłał intruzowi tak lodowaty uśmiech, że ten powinien był zamienić się w 

bryłę lodu.

-Więc teraz już wiesz, że coś nas łączy.

-No wiesz, ja znam panią Lakę jeszcze z Włoch - wyrzucił Pomfrey.

-Ale najwyraźniej nic znasz jej zbyt dobrze, bo wiedziałbyś, że ma cię za skończonego 

nudziarza. Jeśli nie potrafisz opuścić loży samodzielnie, chętnie ci w tym pomogę.

-Czy to ma być groźba?

Tobias chwilę się zastanawiał, a potem skinął głową.

- Owszem, to jest groźba.

Twarz Pomfreya skrzywiła się jeszcze bardziej.

- Jak .śmiesz!

Tobias wzruszył ramionami.

- Zdziwiłbyś  się, gdybyś  wiedział, jak łatwo mi to przyszło. Zrobiłem to wręcz z 

przyjemnością.

-Zapłacisz mi za to, March. Tobias uśmiechnął się.

-Mogę sobie na to pozwolić.

Pomfrey   poczerwieniał   i   zacisnął   pięści.   Lavinia   przestraszyła   się,   że   wyzwie   jej 

wspólnika na pojedynek.

- Nie! - zawołała, unosząc się z krzesła. - Zaczekajcie. Pomfrey,  nie możesz tego 

zrobić. Nie pozwolę na to.

Ten nie zwracał na nią uwagi. Wpatrywał się w Tobiasa. Jednak nie wyzwał go na 

background image

pojedynek o świcie, jak się tego obawiała, ale zaskoczył wszystkich, wymierzając mu nagle 

silny cios w brzuch.

Tobias   musiał  się  spodziewać  ataku,   ponieważ  cofnął  się,  o włos   unikając  pięści. 

Jednakże   ten   nagły   ruch   sprawił,   że   lewa   noga   odmówiła   mu   posłuszeństwa   i   stracił 

równowagę. Chwycił się skraju kotary, ale ciężka draperia nie wytrzymała ciężaru jego ciała. 

Zerwała się z kilku kółek, którymi była przymocowana do drążka, i opadła.

Tobias zatoczył się na ścianę.

Priscilla pisnęła cienko. Emeline zerwała się na równe nogi. Anthony zaklął cicho i 

stanął przed dziewczętami, daremnie starając się własnym ciałem ochronić je przed widokiem 

gwałtownej sceny.

Tobias  osunął się na podłogę w tej  samej  chwili,  kiedy pięść jego przeciwnika  z 

głuchym  hukiem uderzyła  w ścianę. Pomfrey stęknął z bólu i drugą ręką chwycił  się za 

obolałą dłoń.

Do uszu Lavinii dobiegł dziwny odgłos, jakby przytłumiony ryk. Dopiero po kilku 

sekundach zdała sobie sprawę, że ludzie na widowni wiwatowali i bili brawa uczestnikom 

spektaklu w loży. Sądząc po pełnych zachęty okrzykach, ten spektakl podobał im się o wiele 

bardziej niż sztuka wystawiana na scenie.

Usłyszała stłumiony jęk, a zaraz potem głuchy łomot. Zerknęła w bok i zobaczyła, że 

to lady Wortham spadła z krzesła i leży rozciągnięta na podłodze.

- Mamo! - Priscilla pośpieszyła jej na pomoc. - Mam nadzieję, że nie zapomniałaś soli 

trzeźwiących.

- W mojej torebce - wymamrotała cicho matka. - Pośpiesz się.

Tobias wparł się o barierkę, podciągnął się i stanął na nogi.

-   Powinniśmy   chyba   dokończyć   w   jakimś   bardziej   odpowiednim   miejscu.   Zaułek 

obok teatru świetnie się do tego nada.

Pomfrey patrzył na niego, mrugając półprzytomnie. Dopiero teraz usłyszał krzyki i 

wiwaty tłumu. Furia zniknęła z jego twarzy, zastąpił ją wyraz otępienia. Kilku mężczyzn na 

widowni zachęcało go do wymierzenia kolejnego ciosu.

Gniew walczył o lepsze z uczuciem poniżenia, kiedy Pomfrey zdał sobie sprawę, że 

jest bohaterem publicznego skandalu. W końcu poniżenie wygrało.

- Wyrównamy  rachunki innym  razem,  March. - Wciągnął  ze świstem powietrze  i 

chwiejnie wyszedł z loży. 

Tłum dał wyraz niezadowoleniu chóralnym pohukiwaniem, a leżąca na podłodze lady 

Wortham znów jęknęła.

background image

-Mamo? - Priscilla podsunęła jej pod nos sole trzeźwiące. -Jak się czujesz?

-W życiu mnie nikt tak nie upokorzył -jęknęła matka. - Do końca sezonu nie będziemy 

się mogły nigdzie pokazać. Pani Lakę doprowadziła nas do całkowitej ruiny.

-Ojejku - wyszeptała Lavinia,

To wszystko moja wina, pomyślał Tobias. Znowu.

W   wynajętym   powozie   panowała   pogrzebowa   cisza.   Anthony   i   Emeline   siedzieli 

naprzeciw niego i Lavinii. Od wyjścia z teatru nikt się nie odezwał ani słowem. Co jakiś czas 

wszyscy spoglądali na Lavinię i szybko odwracali wzrok, nie znajdując słów pocieszenia.

Ona siedziała sztywno i z odwróconą głową spoglądała przez okno. Tobias, wiedząc, 

że za wszystko wini jego, zebrał siły i postanowił zachować się jak mężczyzna.

- Przepraszam, Lavinio, że zepsułem twoje plany, związane z dzisiejszym wieczorem.

Wydała   z   siebie   jakiś   cichy,   nieokreślony   dźwięk   i   wyszarpnęła   chusteczkę   z 

sakiewki. Wstrząśnięty patrzył, jak wyciera kąciki oczu skrajem koronkowi.

- Do diabła, ty płaczesz?

Znów wydała trudny do rozszyfrowania dźwięk i ukryła twarz w chusteczce.

- No i widzisz, co zrobiłeś - odezwał się Anthony, pochylając się naprzód. - Pani 

Lakę, nie umiem nawet wyrazić, jak bardzo nam przykro z powodu tego, co się wydarzyło w 

teatrze. Przysięgam, że nie chciałem sprawić pani takiej przykrości.

Lavinia przygarbiła się lekko, a całym jej ciałem wstrząsnął dreszcz. Twarz trzymała 

ukrytą w chusteczce. 

- Pomfrey to okropny człowiek - powiedziała łagodnie Emeline. - Wiesz to lepiej niż 

inni. Źle się stało, że zjawił się dzisiaj w teatrze, ale biorąc pod uwagę jego zachowanie, pan 

March i Anthony musieli postąpić, jak postąpili.

Lavinia w milczeniu potrząsnęła głową.

-Liczyłaś, że zwrócę dziś na siebie uwagę. Wiem o tym -dodała siostrzenica.

-Przynajmniej w tej sprawie odnieśliśmy sukces - wtrącił Tobias ironicznie.

Lavinia głośno pociągnęła nosem ukrytym w chusteczce. Anthony zgromił szwagra 

wzrokiem.

-To   nie   pora   na   twoje   wątpliwej   jakości   dowcipy.   Z   punktu   widzenia   pani   Lakę 

dzisiejszy wieczór okazał się katastrofą. Trudno odmówić jej racji. Scena w loży lady 

Wortham będzie tematem rozmów na każdej popołudniowej herbatce. Nie wspomnę 

nawet o plotkach w klubach.

background image

-Przepraszam - wymamrotał  Tobias. Nie wiedział,  co jeszcze  powiedzieć.  Widział 

Lavinię w różnych nastrojach, ale zawsze wykazywała się wielką odpornością, więc 

nawet do głowy mu nie przyszło, że może się tak załamać. Po raz pierwszy widział ją 

płaczącą.   Nie   podejrzewał,   że   zaleje   się   łzami   z   powodu   zwykłej   kompromitacji 

towarzyskiej. Nie wiedział, co o tym myśleć.

-Jeśli   o   mnie   chodzi,   nie   uważam   tego   za   katastrofę   -oświadczyła   pocieszająco 

Emeline.

Jej ciotka wymamrotała coś niezrozumiale. Dziewczyna westchnęła.

-Wiem, że kosztowało cię wiele wysiłku, żeby skłonić lady Wortham do zaproszenia 

mnie do teatru. No i poświęciłaś Apolla, żebym miała te piękne suknie. Przykro mi, że 

sprawy nie przybrały obrotu, na jaki liczyłaś. Ale przecież ci mówiłam, że niechętnie 

wystawię się na pokaz.

-

Yychyy - wyszeptała Lavinia w chusteczkę. 

-To nic jest wina pana Marcha, że ten łajdak zrobił z siebie osła - ciągnęła jej 

siostrzenica. - Mówiąc prawdę, nie powinnaś winić ani jego, ani jego szwagra za to, co 

się stało.

-Proszę nie płakać, pani Lakę - powiedział Anthony. -Plotki szybko ucichną. Przecież 

lady   Wortham   nie   jest   nikim   znaczącym   w   wyższych   sferach.   Wszyscy   wkrótce 

zapomną o tej sprawie.

-Zostałyśmy doprowadzone do ruiny, tak jak powiedziała lady Wortham - szepnęła 

Lavinia w chusteczkę. - Nic już się na to nie poradzi. Wątpię, czy choć jeden kawaler 

złoży jutro Emeline wizytę. Co się stało, to się stało.

-Łzy nic tu nie pomogą - powiedziała dziewczyna z troską. -To do ciebie całkiem 

niepodobne, żeby płakać nad taką sprawą.

-Żyła ostatnio w bardzo wielkim napięciu - przypomniał wszystkim Anthony.

-Nie płacz, Lavinio - odezwał się cicho Tobias. - Wszyscy się tym bardzo denerwują.

-Nie potrafię się powstrzymać. - Lavinia podniosła głowę, ukazując wilgotne oczy.- 

Ten   wyraz   twarzy   lady   Wortham!   Przysięgam,   że   w   życiu   nie   widziałam   nic 

zabawniejszego.

Opadła na ławeczkę i zaniosła się kolejnym atakiem śmiechu.

Wszyscy patrzyli na nią oniemiali.

Kącik ust Emeline lekko drgnął. Wargi Anthony'ego rozciągnęły się radośnie.

Po chwili wszyscy w powozie zaśmiewali się na cały głos.

Tobias odetchnął z ulgą. Już nie czuł się tak, jakby jechał na pogrzeb.

background image

A, jesteś, March. - Crackenburne opuścił gazetę i spojrzał na Tobiasa sponad szkieł 

okularów. - Słyszałem, że dzięki tobie było wczoraj w teatrze bardzo wesoło.

Tobias zagłębił się w sąsiednim fotelu. 

- To plotki i pogłoski, nie mające najmniejszego związku z rzeczywistością.

Starszy pan prychnął wesoło.

-Nie uda ci się długo obstawać przy tej wersji wydarzeń. Cała widownia zaświadczy, 

że było inaczej. Niektórzy wierzą, że Pomfrey wyzwie cię na pojedynek.

-Dlaczego miałby to robić? Przecież wygrał ten mecz.

-Tak mi powiedziano. - Crackenbume zamyślił się na chwilę. - Jak to tego doszło?

-Pomfrey chyba uczył się boksu od samego Jacksona. Nie miałem cienia szansy.

-Ach, tak. - Krzaczaste brwi Crackenbume'a zbiegły się u nasady jego imponującego 

nosa.   -   Możesz   sobie   kpić   z   tego   zajścia,   ale   w   pobliżu   Pomfreya   miej   się   na 

baczności. Podobno kiedy się napije, staje się bardzo gwałtowny.

-Dzięki za troskę, ale nie wierzę, żeby zdecydował się wyzwać mnie na pojedynek.

-Zgadzam się. Nie o to się martwię. Pomfrey odważyłby się cię wyzwać, tylko jeśli 

byłby   pijany.   Nawet   gdyby   do   tego   doszło,   jak   tylko   trunek   przestałby   działać, 

odwołałby wyzwanie. To nie tylko głupiec, ale i tchórz.

Tobias wzruszył ramionami i sięgnął po kawę.

-A więc co tak pana niepokoi?

-Śmiem twierdzić, że nie zawaha się uciec do jakiejś niegodziwość!, żeby tylko się na 

tobie zemścić. - Starszy pan znów przysłonił się gazetą. - Radziłbym ci przez jakiś 

czas nie spacerować samotnie po nocy i unikać ciemnych uliczek.

background image

14

Lavinia nasunęła obszerny kaptur na głowę i omotała wełniany szal wokół szyi tak, że 

jej twarz stała się niemal niewidoczna. Na starą połataną suknię włożyła fartuch, w którym 

pani Chilton zwykle myła podłogi. Grube skarpety i ciężkie buty dopełniały przebrania.

Spojrzała na kobietę siedzącą na stołku przy kominku. Znała tylko jej imię, Peg.

- Jesteś pewna, że pan Huggett wyszedł na całe popołudnie? - zapytała ją.

Peg przełknęła kawałek pasztecika.

- Co czwartek wychodzi na jakieś zabiegi lecznicze. Będzie tam tylko Gordy, ale nim 

nie trzeba się przejmować. Zawsze stoi przy drzwiach frontowych i sprzedaje bilety, jeśli nie 

zabawia swojej dziewczyny w pokoju na zapleczu.

- Na jakie zabiegi chadza pan Huggett?

Peg wywróciła oczami.

-Chodzi do jednego z tych znachorów, co to używają zwierzęcego magnetyzmu, żeby 

leczyć bolące nogi i takie tam różne.

-

Mesmeryzm. 

-No. Huggettowi dokucza reumatyzm.

-Rozumiem. - Lavinia podniosła kubeł z wodą. - W takim razie idę. - Zatrzymała się i 

odwróciła do Peg. - Jak wyglądam?

-No, jest na co popatrzeć. - Peg ugryzła następny kawałek pasztecika i spojrzała na 

Lavinię kaprawymi oczami. - Gdybym nie wiedziała, że z ciebie prawdziwa dama, to 

bałabym się, że zabierzesz mi robotę.

-Nie obawiaj się, nic chcę twojej posady. - Lavinia chwyciła kij od szczotki owiniętej 

brudną szmatą. - Już ci mówiłam, że chcę tylko wygrać zakład z przyjacielem.

Peg spojrzała na nią domyślnie.

-Pewnie chodzi o sporo forsy, co?

-Tyle, że opłaca mi się tobie zapłacić, żebyś mi pozwoliła na tę maskaradę. - Lavinia 

ruszyła po schodkach prowadzących z ciasnej izby na ulicę. - Za godzinę zwrócę ci 

wszystkie te rekwizyty.

-Nie śpiesz się. - Peg usiadła na stołku i wyciągnęła spuchnięte w kostkach nogi. - Nie 

ty jedna chcesz pożyczyć ode mnie szczotkę i kubeł na godzinę czy dwie. Chociaż ty 

background image

pierwsza mi mówisz, że chodzi tylko o wygranie zakładu.

Lavinia zatrzymała się na górnym stopniu i szybko odwróciła.

-Ktoś jeszcze chciał się z tobą zamienić?

-No. - Peg parsknęła ochrypłym śmiechem. - Mam stałą umowę z kilkoma ambitnymi 

dziewczynami. Zdradzę ci mały sekret. Stara Peg więcej zarobiła na wypożyczaniu 

tego kubła, szczotki i kluczy niż kiedykolwiek dostała od tego skąpca Huggetta. Jak ci 

się wydaje, skąd miałam pieniądze na to mieszkanko?

-Nie rozumiem. Dlaczego ktoś miałby ci płacić, żeby za ciebie szorować podłogi?

Peg puściła do niej oko.

-   Niektórzy   panowie   robią   się   bardzo   rozochoceni,   kiedy   oglądają   eksponaty   w 

specjalnej galerii na pięterku. Nabierają ochoty na trochę zabawy. Wiesz, o czym mówię. A 

jeśli w pobliżu jest chętna dziewczyna, dają jej parę groszy, żeby im pozwoliła trochę się 

rozruszać. Rozumiesz?

-Chyba tak. - Lavinia poczuła lekki dreszcz obrzydzenia. -Oszczędź mi szczegółów. 

Nie po to pożyczyłam od ciebie kubeł i szczotkę, żeby uprawiać taki proceder. Nie 

interesuje mnie to.

-

Pewnie, że nie. - Peg przełknęła następny kęs i wytarła usta brudną ręką. - Ty jesteś 

prawdziwą damą, nic? Pożyczasz kubeł i szczotkę, bo chcesz wygrać zakład, a nie 

dlatego, że od tego zależy, czy będziesz dzisiaj coś jadła.

Lavinia   nie   wiedziała,   co   na   to   odpowiedzieć.   Bez   słowa   wyszła   na   zaśmieconą, 

nędzną uliczkę.

Droga   z  obrzeży  Covent  Garden  do  muzeum   Huggetta  nie  zajęła   jej   dużo  czasu. 

Szybko znalazła uliczkę za budynkiem muzeum. Tylne drzwi były otwarte, jak obiecała Peg.

Ścisnąwszy mocniej  pałąk kubła z brudną wodą, Lavinia  wzięła głęboki oddech i 

weszła   do   środka.   Znalazła   się   w   ciemnym  holu.   Drzwi   po   lewej,   za   którymi,   według 

sprzątaczki, znajdowało się biuro, były zamknięte.

Lavinia dopiero teraz wypuściła powietrze z płuc. Rzeczywiście, właściciel muzeum 

najwyraźniej gdzieś wyszedł.

Słabo oświetlona sala na parterze była  niemal pusta, tak samo  jak tego dnia, gdy 

odwiedzili ją z Tobiasem. Żaden z małej garstki zwiedzających nawet nie spojrzał w stronę 

Lavinii.

Minęła scenę rozkopywania świeżego grobu i szubienicę z woskowym wisielcem. W 

odległym końcu sali zobaczyła ukryte w mroku spiralne schody na górę.

Zawahała się po raz pierwszy od rana, kiedy to przyszedł jej do głowy pomysł, jak 

background image

dostać się do tajemniczej galerii Huggetta.

Na razie nie widziała drzwi u szczytu schodów, które opisała jej Peg. Ukrywała je 

ciemność. Lavinia poczuła na plecach dreszcz zdenerwowania.

To nie pora na nerwowe spazmy, zganiła się w duchu. Przecież nie grozi jej żadne 

niebezpieczeństwo. Po prostu obejrzy eksponaty w galerii.

Co może się nie udać?

Zła   na   siebie,   otrząsnęła   się   z   niepewności,   mocniej   chwyciła   kubeł   i   szczotkę   i 

energicznym krokiem weszła krętymi schodami na górę.

Na szczycie znalazła ciężkie dębowe drzwi. Były zamknięte, jak przewidziała Peg. 

Sprzątaczka wyjaśniła jej, że dżentelmeni są wpuszczani do środka dopiero po uiszczeniu 

dodatkowej opłaty. Najwyraźniej dzisiaj nikt tego nie zrobił.

Tym lepiej, dodała sobie otuchy Lavinia.

Z   kieszeni   fartucha   wydobyła   żelazne   kółko   z   kluczem   i   wsunęła   go   do   zamka. 

Rozległ się ostry zgrzyt i drzwi się otworzyły. Zawiasy głośno zaskrzypiały.

Z wahaniem weszła do sali, a drzwi za nią same się zamknęły.

Wystawa była nieoświetlona, ale przez wąskie, wysokie okna wpadało wystarczająco 

dużo światła, żeby odczytać napis znajdujący się tuż przed nią.

SCENY Z BURDELU

W mroku wokół niej majaczyły woskowe figury naturalnej wielkości.

Odstawiła kubeł i szczotkę i podeszła do pierwszej sceny. W niewyraźnym świetle 

zobaczyła muskularne plecy nagiego mężczyzny. Zdawał się pochłonięty gwałtowną walką z 

jakąś inną postacią.

Przyjrzała   się   uważniej   i   wstrząśnięta   zobaczyła,   że   druga   figura   przedstawia 

częściowo nagą kobietę. W zadziwieniu przez kilka sekund przyglądała się scenie. W końcu 

zrozumiała, że obie postacie przedstawione zostały w trakcie aktu seksualnego. 

Żadna z figur nie wydawała się szczęśliwa i radosna. Wszystko odbywało się raczej w 

atmosferze przemocy, co przyprawiło Lavinię o nieprzyjemny dreszcz. Była to scena gwałtu i 

pożądania.  Mężczyzna   wyglądał   jak   oszalały;   kobieta   najwyraźniej   cierpiała,   jej   twarz 

wykrzywiał strach.

Ale to nie wyraz twarzy obu postaci przyciągał wzrok, tylko fakt, że były bardzo 

zręcznie wymodelowane. Autor był o wiele bardziej utalentowany niż ten, który wykonał 

ponure eksponaty z galerii na parterze.

background image

Ten artysta dorównywał talentem pani Vaughn.

Lavinia czuła, jak narasta w niej ekscytacja.

Ten   sam   człowiek   mógł   wykonać   scenę   śmierci,   którą   przysłano  Joan   Dove.   Nic 

dziwnego, że Huggett tak się wystraszył, kiedy mu ją pokazała.

Nie wolno mi wyciągać pochopnych wniosków, przestrzegła się Lavinia w myślach. 

Potrzebowała   wyraźnych   dowodów,   czegoś,   co   by   połączyło   te   prace   i   scenkę,   która 

posłużyła jako list ostrzegawczy.

Zatrzymała  się przy kolejnych  eksponatach. Półnaga kobieta  klęczała przed nagim 

mężczyzną, który odbywał z nią brutalny stosunek od tyłu.

Lavinia   oderwała   wzrok   od   olbrzymich,   starannie   wymodelowanych   genitaliów   i 

poszukała   drobnych   szczegółów,   które   potwierdziłyby   jej   rosnące   podejrzenia.   Było   to 

trudne, z powodu różnicy w wielkości. Scenka przesłana pani Dove była o wiele mniejsza niż 

te   figury.   Niemniej   jednak   coś   w   odwzorowaniu   bujnych   kształtów   postaci   kobiecej 

przypominało figurkę kobiety w zielonej sukni, spoczywającą bez życia  na podłodze sali 

balowej.

Szkoda,   że   nie   przyprowadziłam   ze   sobą   pani   Vaughn,   pomyślała   Lavinia.   Jej 

wprawne oko artystki z pewnością łatwiej wyłowiłoby podobieństwa między tymi dwiema 

pracami.

Jeśli takie podobieństwa w ogóle istniały. 

Ruszyła ku następnej scenie. Musiała być całkowicie pewna swoich podejrzeń, zanim 

przedstawi je Tobiasowi.

Nagle zza drzwi sali dobiegł stłumiony tupot butów. Lavinia drgnęła, oderwała wzrok 

od ekspozycji i spuściła głowę.

- Jeśli jest otwarte, zajrzymy do środka. Nic się przecież nie stanie - odezwał się jakiś 

mężczyzna. - Zaoszczędzimy na dodatkowej opłacie. Ten chłopak przy drzwiach nigdy się o 

tym nie dowie.

Podbiegła do kubła i szczotki. Usłyszała metaliczny chrobot obracanej gałki u drzwi.

- O, proszę! Mamy szczęście. Ktoś zapomniał zamknąć.

Drzwi się otworzyły, zanim Lavinia zdążyła sięgnąć po kubeł.

Do sali weszło dwóch mężczyzn, chichocząc z podniecenia. Zamarła w cieniu 

najbliższej grupy figur. Niższy z mężczyzn podszedł do pierwszej sceny.

- Lampy się nie świecą - zauważył.

Wyższy zamknął drzwi i rozejrzał się po mrocznej sali.

-Jeśli dobrze pamiętam, przy każdej scenie stoi lampa.

background image

-O, jest. - Niższy zapalił zapałkę i pochylił się. Chybotliwe światło lampy zatańczyło 

na kuble i oświetliło

skraj spódnicy i fartucha Lavinii. Starała się ukryć w głębszym cieniu, ale było za 

późno.

-

Patrz,   Danner   co   my   tutaj   mamy!   -   W   blasku   lampy   wyraźnie   widziała   obleśny 

uśmiech wyższego z mężczyzn. -Woskowa figura, która ożyła.

-Wygląda nawet na to, że całkiem sporo w niej życia. Sam wspominałeś, że w tej 

galerii   udało   ci   się   spotkać   milutkie   posługaczki,   chętne   do   współpracy.   -   Niski 

przyglądał się Lavinii z coraz większym zainteresowaniem. - Trudno powiedzieć, jak 

wygląda, przez to okropne ubranie.

-

W takim razie musimy ją namówić, żeby je zdjęła. -Wysoki zabrzęczał monetami. - 

Co powiesz, mała? Ile chcesz za trochę rozrywki? 

-Bardzo przepraszam, szanowni panowie, ale muszę iść. -Lavinia krok za krokiem 

posuwała się ku drzwiom. - Już wyszorowałam podłogi.

-Nie śpiesz się, dziewczyno. - Wysoki głośniej zabrzęczał monetami, najwyraźniej 

uważając,   że   ten   dźwięk   ją   skusi.   -Możemy   ci   z   przyjacielem   zaproponować 

ciekawszą i bardziej dochodową pracę.

-Nie, dziękuję. - Lavinia chwyciła szczotkę i wyciągnęła ją przed siebie niczym miecz. 

-   To   nie   moja   specjalność,   więc   lepiej   zostawię   tu   panów,   żeby   sobie   panowie 

obejrzeli wystawę.

-Nic możemy pozwolić, żebyś tak szybko sobie poszła. -W głosie Dannera wyraźnie 

słychać było pogróżkę. - Przyjaciel mi powiedział, że lepiej się docenia wystawione tu 

dzieła, kiedy pod ręką ma się jakąś ładną dziewkę.

-Pokaż nam, jak wyglądasz. Zdejmij ten kaptur i szalik. Chcemy cię obejrzeć.

-A co mnie obchodzi, czy jest ładna? Podnieś spódnicę, mała, bądź grzeczna.

Lavinia namacała dłonią gałkę u drzwi.

- Nie dotykaj mnie - ostrzegła.

Danner ruszył za nią. Pościg najwyraźniej zaostrzał jego pożądanie.

-Nie odejdziesz, dopóki nie zobaczymy, co masz. pod spódnicą.

-Nie   obawiaj   się.   -Wysoki   rzucił   monety   pod   nogi   Lavinii.   -Jesteśmy   gotowi 

wynagrodzić ci trud. - Zacisnęła palce na gałce. - Ona chyba chce uciec - stwierdził 

wysoki. - Danner, coś mi się zdaje, że uraziłeś jej delikatne uczucia.

-Taka tania latawica nie ma uczuć. Już ja ją nauczę, że nie powinna zadzierać nosa.

Danner rzucił się na Lavinię. Nie zastanawiając się, wbiła brudną, mokrą szczotkę w 

background image

jego brzuch.

- Głupia dziwka. - Zatrzymał się i cofnął poza zasięg kija od szczotki. - Jak śmiesz 

atakować lepszych od siebie? 

- Co ci strzeliło do głowy, głupia dziewucho? - Wysoki zaczynał tracić cierpliwość. - 

Przecież chcemy ci zapłacić za usługę.

Lavinia milczała; z wycelowaną w napastnika szczotką otworzyła drzwi.

- Wracaj tutaj. - Danner zrobił krok naprzód, nie spuszczając oka z jej prowizorycznej 

broni.

Jeszcze raz gwałtownie pchnęła szczotkę w jego kierunku, a on zaklął siarczyście i 

szybko uskoczył w tył.

- Co ty sobie wyobrażasz? - warknął wysoki, ale wolał nie wchodzić w zasięg kija.

Korzystając   ze   sposobności,   Lavinia   odrzuciła   szczotkę   i   wypadła   na   schody. 

Chwyciła się poręczy i w podskokach zbiegła na dół.

-Dziwka! Myślisz, że jesteś taka ważna?! - wołał za nią rozwścieczony Danner.

-Daj  spokój  -  poradził  mu   towarzysz.   -  W  okolicy  jest   wiele   dziwek.  Obejrzymy 

wystawę i znajdziemy ci chętniejszą dziewczynę.

Lavinia, nie zatrzymując się. przebiegła przez salę na parterze i przez tylne drzwi 

wypadła na ulicę.

Kiedy   dotarła   do   domu   przy   Claremont   Lane,   zaczynało   padać.   Odpowiednie 

zakończenie wyjątkowo męczącego popołudnia, pomyślała.

Otworzyła drzwi własnym kluczem i weszła do środka. Poczuła tak silny zapach róż, 

że niemal się zakrztusiła.

- Co tu się, na litość boską, dzieje? - Zdjęła wełniany szal, rozglądając się. Na stole 

stały   kosze   i   bukiety   świeżych   kwiatów.   Obok   nich,   na   małej   tacce,   bieliły   się   liczne 

wizytówki.

Pani Chilton, która zjawiła się, wycierając dłonie w fartuch, zaśmiała się radośnie. 

- Zaczęli je przynosić wkrótce po pani wyjściu. Zdaje się, że panna Emeline jednak 

przyciągnęła uwagę kawalerów.

Lavinia nie od razu pojęła tę nieoczekiwaną wiadomość.

-To kwiaty od wielbicieli? - upewniła się.

-Tak.

-Ależ to cudownie.

background image

-Na pannie Emeline nie zrobiły większego wrażenia -zauważyła pani Chilton. - Mówi 

tylko o panu Anthonym.

-Cóż, to nie ma nic do rzeczy. - Lavinia odrzuciła szal. -Najważniejsze, że ta okropna 

scena w loży lady Wortham nie zrujnowała jednak moich planów.

-Na to wygląda. - Pani Chilton z dezaprobatą przyjrzała się ubiorowi chlebodawczyni. 

-   Mam   nadzieję,   że   nikt   nie   widział,   jak   pani   wchodziła   przez   frontowe   drzwi. 

Wygląda pani okropnie.

Lavinia zmarszczyła lekko brwi.

- Tak, rzeczywiście powinnam była wejść od kuchni. Ale to popołudnie było dla mnie 

wyjątkowo nieprzyjemne, a w drodze do domu złapał mnie deszcz, więc kiedy tu doszłam,

myślałam tylko o tym, żeby jak najszybciej znaleźć się w moim miłym, ciepłym gabinecie i 

nalać sobie duży kieliszek sherry.

Oczy pani Chilton się rozszerzyły.

-Ale na pewno zechce pani najpierw pójść na górę, żeby się przebrać.

-Nie, to nie będzie konieczne. Tylko płaszcz i szal są przemoczone. Cała reszta na 

szczęście   jest   sucha.   Lecznicza   dawka   sherry   jest   teraz   dla   mnie   ważniejsza   niż 

wygląd.

-Ale proszę pani...

Na górze rozległy się kroki.

-   Lavinio.   -   Emeline   wychyliła   się   zza   barierki.   –   Dzięki   Bogu,   że   już   wróciłaś. 

Zaczynałam się martwić. Czy plan się udał? 

-I tak, i nie. - Jej ciotka powiesiła zniszczony płaszcz na wieszaku. - Wyjaśnisz mi, 

skąd te wszystkie bukiety?

Emeline skrzywiła się.

-Zdaje się, że Priscilla  i ja jesteśmy dzisiaj  bardzo popularne. Godzinę temu  lady 

Wortham   przysłała   wiadomość.   Dała   do   zrozumienia,   że   wszystko   zostało   nam 

przebaczone. Zaprosiła mnie, żebym pojechała z nią i z Priscilla na przedstawienie 

muzyczne dzisiaj wieczorem.

-To wspaniała wiadomość. - Lavinia urwała i na chwilę się zamyśliła. - Musimy się 

zastanowić, którą suknię włożysz.

-

Przecież nie mam wielkiego wyboru. Madame Francesca uszyła mi tylko jedną, która 

się nadaje na taką okazję. - Dziewczyna zebrała spódnicę i szybko ruszyła w dół po 

schodach. - Nie przejmuj się moją suknią. Powiedz mi, jak było w muzeum.

Jej ciotka prychnęła cicho.

background image

-Opowiem ci wszystko, ale musisz mi przysiąc, że nigdy, pod żadnym pozorem, nie 

powtórzysz tego panu Marchowi.

-Ojej. - Emeline zatrzymała się u podnóża schodów. - Stało się coś złego, prawda?

Lavinia skierowała się do gabinetu.

- Powiedzmy, że nie wszystko przebiegło zgodnie z planem.

Na twarzy pani Chilton pojawił się wyraz przerażenia.

-Proszę pani, lepiej będzie, jak się pani przebierze, zanim pójdzie pani do gabinetu.

-Bardziej niż zmiana odzienia potrzebny mi kieliszek sherry.

-Ale...

-Pani   Chilton   ma   rację   -   powiedziała   Emeline,   śpiesząc   za   ciotką.   -   Naprawdę 

powinnaś iść najpierw na górę.

-Przykro mi, że mój kostium budzi w was taką niechęć, ale to mój dom i będę po nim 

chodzić ubrana, jak mi się podoba. Chcesz wysłuchać mojej opowieści czy nie?

-

Oczywiście,   że   chcę   ją   usłyszeć   -   odrzekła   dziewczyna.   -Na   pewno   dobrze   się 

czujesz? 

-

Ciężko było, ale z radością donoszę, że uszłam cało.

-Uszłaś cało?! - zawołała Emeline. W jej głosie słychać było rosnącą troskę. - Dobry 

Boże co się tam stało?

-Pojawiły   się   nieprzewidziane   trudności.   -   Lavinia   weszła   do   gabinetu   i   podążyła 

prosto do szafki z sherry.  - Jak już powiedziałam,  nie wolno ci pisnąć o tym  ani 

słówka panu Marchowi.

Tobias uniósł głowę znad książki, którą przeglądał przy oknie.

- Wygląda mi to na bardzo interesującą historię.

Lavinia zatrzymała się jak wryta na krok przed szafką z trunkami.

-Co ty tu, u diabła, robisz?

-Czekam   na   ciebie.   -   Zamknął   książkę   i   zerknął   na   zegarek.   -Przyjechałem 

dwadzieścia minut temu i powiedziano mi, że cię nie ma.

-I to prawda. - Z rozmachem otworzyła drzwi szafki, wzięła karafkę i nalała sobie 

duży kieliszek sherry. - Nie było mnie.

Wolno przesunął spojrzeniem po jej dziwacznym stroju.

-Byłaś na balu maskowym? O mało się nie zakrztusiła.

-Oczywiście, że nie.

-Postanowiłaś trochę dorobić jako posługaczka?

- Za słabo płacą. - Przełknęła następny łyk sherry, lubując się ciepłem, rozpływającym 

background image

się   po   jej   ciele.   -   Chyba   że   ktoś   jest   gotowy   zajmować   się   czymś   więcej   niż   tylko 

szorowaniem podłóg.

Emeline spojrzała na nią z niepokojem.

- Proszę, nie trzymaj nas dłużej w niepewności. Co się stało w muzeum Huggetta?

Tobias skrzyżował ramiona na piersiach i oparł się o biblioteczkę.

- Poszłaś jeszcze raz do Huggetta? Ubrana w ten dziwny kostium? 

- Tak. - Lavinia przeszła na drugi koniec gabinetu i usiadła w fotelu. Wyciągnąwszy 

nogi przed siebie, spojrzała na okrywające je grube pończochy. - Przyszło mi do głowy, że 

dobrze byłoby wiedzieć, jakie prace z wosku są wystawiane w galerii na piętrze. Huggett 

mówił o nich bardzo tajemniczo.

-Wyrażał się tak tajemniczo z powodu ich tematyki. -W głosie Tobiasa słychać było 

zniecierpliwienie. - Z oczywistych powodów nie chciał tłumaczyć damie, że w galerii 

na górze wystawia sceny natury erotycznej.

-

Erotyczne figury z wosku? - zainteresowała się Emeline. -To bardzo niezwykłe.

Tobias spojrzał na nią z uniesioną brwią.

-Proszę o wybaczenie, panno Emeline. Nie powinienem poruszać takich tematów. O 

takich sprawach nie dyskutuje się w obecności niezamężnych młodych dam.

-Niech   się   pan   nie   przejmuje   -   rzekła   pogodnie   dziewczyna.   -Podczas   pobytu   w 

Rzymie   dowiedziałyśmy   się   z   Lavinią   bardzo   wiele   o   takich   rzeczach.   Pani 

Underwood była wyjątkowo światową kobietą.

-Wiem. Wszyscy w Rzymie znali jej skłonności.

-

Zbaczamy z tematu - stwierdziła rześko Lavinia. - Nie tylko reakcja Huggetta na 

pytanie o galerię na piętrze wydała  mi się dziwna. Oboje odnieśliśmy wrażenie, że 

scenka zawierająca groźbę pod adresem Joan Dove wydała mu się znajoma. Pamiętasz 

to   chyba?   Dzisiaj   rano   przyszło   mi   do   głowy,   że   być   może   w   zamkniętej   galerii 

wystawia prace woskowe tego samego artysty.

Tobias znieruchomiał.

-Poszłaś do Huggetta, żeby obejrzeć te rzeźby?

-Owszem.

-Dlaczego?

Wykonała nieokreślony gest ręką, w której trzymała kieliszek. 

-   Powiedziałam   przed   chwilą.   Chciałam   się   przekonać,   jak   wyglądają   te   rzeźby. 

Zapłaciłam  kobiecie,  która  tam  zwykle   sprząta,  żeby mi  pozwoliła   skorzystać   ze  swoich 

kluczy, i poszłam do galerii w przebraniu.

background image

-No i co dalej? Oczywiście, zobaczyłaś te sceny. Wydaje ci się, że figury wykonał ten 

sam artysta, który wyrzeźbił figurkę przesłaną pani Dove?

-Szczerze mówiąc, nie jestem pewna.

-Innymi słowy, ta bezsensowna maskarada była kompletną stratą czasu, tak? -Tobias 

potrząsnął głową. -Powiedziałbym ci to od razu, gdybyś tylko zechciała zapytać mnie 

o zdanie, zanim cokolwiek zrobiłaś.

-Nie   mówiłam,   że   to   była   kompletna   strata   czasu.   -   Spojrzała   mu   w   oczy   ponad 

skrajem kieliszka. - Figury Huggetta są naturalnej wielkości. Różnica skali utrudnia 

wyciągnięcie pewnych wniosków. Ale wydaje mi się, że dostrzegłam podobieństwa.

Tobias mimo woli zainteresował się jej spostrzeżeniami.

-Doprawdy?

-

Są na tyle podobne, że, moim zdaniem, powinniśmy poprosić panią Vaughn, żeby je 

obejrzała i wyraziła swoje zdanie -stwierdziła Lavinia.

-Rozumiem. -Tobias zbliżył się do biurka, przysiadł na jego skraju i bezwiednie zaczął 

masować lewą nogę. -Trudno będzie zaaranżować taką wizytę. Huggett będzie robił 

trudności niezależnie  od tego, czy ma  coś  do ukrycia,  czy nie. Musiałby wpuścić 

kobietę do galerii na piętrze. To niezręczna sytuacja, nawet jeśli chodzi o kobietę 

artystkę.

Lavinia wsparła głowę o oparcie fotela. Pomyślała o Peg i jej ubocznych dochodach.

- Sprzątaczka Huggetta za opłatą chętnie pożyczy każdemu klucze do galerii w dzień, 

kiedy właściciel chodzi na zabiegi lecznicze.

- Nie rozumiem - wtrąciła Emeline. - Dlaczego ktoś miałby jej płacić za skorzystanie z 

klucza i ukradkową wizytę w galerii, skoro można po prostu kupić bilet?

-Nie   wypożycza   klucza   zwiedzającym,   którzy   chcą   tylko   obejrzeć   eksponaty   - 

wyjaśniła Lavinia, nie owijając w bawełnę. - Wypożycza je kobietom, które zarabiają 

na życie, spełniając życzenia dżentelmenów kupujących bilety do galerii na piętrze.

Brwi jej siostrzenicy uniosły się gwałtownie.

- Masz na myśli prostytutki?

Lavinia odchrząknęła, starannie unikając wzroku Tobiasa.

- Według Peg, panowie odwiedzający galerię na piętrze często nabierają ochoty na 

usługi   kobiet   z   półświatka.   Zdaje   się,   że   wystawiane   tam   eksponaty   budzą   w   nich 

podniecenie.

Tobias chwycił mocniej kant biurka i wzniósł oczy do sufitu, ale milczał.

-Rozumiem.   -   Emeline   ściągnęła   wargi   i   przez   chwilę   się   zastanawiała.   -   Miałaś 

background image

szczęście,   że   w   galerii   nie   było   żadnych   mężczyzn,   kiedy   tam   weszłaś   w   tym 

szczególnym kostiumie, prawda? Mogliby cię wziąć za prostytutkę.

-

Mmm - bąknęła wymijająco Lavinia.

-To byłoby niezwykle krępujące - ciągnęła Emeline.

-Mmm. - Jej ciotka pociągnęła łyk sherry. Tobias przyjrzał się jej 

uważnie.

-Lavinio?

-Mmm?

-Zakładam, że kiedy weszłaś do galerii na piętrze, nie było tam klientów.

-Właśnie tak - przytaknęła ochoczo. - Kiedy weszłam, nikogo w środku nie było.

-Zakładam też, że żaden klient nie pojawił się, kiedy ty już tam byłaś. Czyżbym się 

mylił?

Wzięła głęboki oddech i powiedziała:

- Emeline, lepiej będzie, jeśli zostawisz nas samych. 

- Dlaczego? - zapytała siostrzenica.

-Ponieważ dalsza część tej rozmowy nie będzie odpowiednia dla twoich niewinnych 

uszu.

-Nonsens. Cóż może być bardziej nieodpowiedniego niż dyskusja na temat 

erotycznych scen?

-Słownictwo pana Marcha, kiedy się zdenerwuje. Emeline zamrugała.

-Ale on nie jest zdenerwowany.

Lavinia wypiła ostatni łyk trunku i odstawiła kieliszek.

- Za chwilę będzie.

background image

15

Tobias  nadal  kipiał  gniewem,  kiedy godzinę  później  wszedł  do swojego gabinetu. 

Siedzący za biurkiem Anthony spojrzał z zaciekawieniem na szwagra. Na twarzy młodzieńca 

najpierw   odmalował   się   niepokój,   a   potem   pełna   rozbawienia   rezygnacja.   Odłożył   pióro, 

usiadł głębiej w fotelu i położył dłonie na jego poręczach.

-Znów się kłóciłeś z panią Lakę, prawda? - zapytał bez wstępów.

-No i co z tego? - warknął Tobias. - A tak na marginesie, to moje biurko. Jeśli nie 

masz nic przeciwko temu, to chciałbym mieć dziś do niego dostęp.

-Tym   razem   to   musiała   być   wyjątkowo   burzliwa   awantura.   -Anthony   wstał   bez 

pośpiechu. - Któregoś dnia posuniesz się za daleko i pani Lakę rozwiąże waszą spółkę.

-Dlaczego   miałaby   to   zrobić?   -   Tobias   zasiadł   za   biurkiem.   -Doskonale   wie,   że 

potrzebuje mojej pomocy.

-

Tak samo, jak ty potrzebujesz jej pomocy. - Anthony podszedł do dużego globusa na 

stojaku obok kominka. – Ale jeśli nadal będziesz tak się zachowywać, może dojść do 

wniosku. że da sobie radę bez ciebie.

Tobias poczuł lekki nerwowy ucisk w żołądku.

-Jest lekkomyślna i impulsywna, lecz nic brak jej oleju w głowie.

-Zapamiętaj moje słowa - rzekł szwagier, celując w niego palcem. - Jeśli nie nauczysz 

się traktować jej uprzejmie i z szacunkiem, do którego jako dama ma pełne prawo, 

straci do ciebie cierpliwość.

-Uważasz, że ma prawo do szacunku i uprzejmości z mojej strony, bo jest damą?

-Oczywiście.

-Powiem   ci,   jak   powinna   zachowywać   się   dama   -   oznajmił   Tobias   spokojnie.   - 

Prawdziwa   dama   nie   przywdziewa   stroju   posługaczki   i   nie   zakrada   się   do   galerii 

pełnej   erotycznych   scen,   przeznaczonych   tylko   dla   panów.   Dama   świadomie   nie 

naraża się na sytuacje, w których ktoś może ją wziąć za pospolitą uliczną prostytutkę. 

Dama nie wystawia się na niebezpieczeństwo i nie musi bronić swojego honoru kijem 

od szczotki.

Anthony spojrzał na niego rozszerzonymi oczami.

-

Coś   podobnego!   Chcesz   powiedzieć,   że   pani   Lakę   wystawiła  się   dzisiaj   na 

background image

niebezpieczeństwo? To dlatego jesteś taki wzburzony?

-Tak, właśnie to chcę ci powiedzieć.

-Do diabła. To straszne. Czy nic jej się nie stało?

-Nic. - Tobias zazgrzytał zębami. - Dzięki szczotce i przytomności umysłu tej kobiety. 

Musiała się bronić przed dwoma mężczyznami, którzy ją wzięli za prostytutkę.

-Dzięki Bogu, że nie ma zwyczaju mdleć w trudnych chwilach - rzekł Anthony z 

przejęciem. - Broniła się szczotką? -W jego spojrzeniu widać było podziw. - Muszę 

przyznać, że to zaradna dama.

-

Nie chodzi tu o jej zaradność. Chodzi przede wszystkim o to, że nie powinna się 

narażać na takie sytuacje. 

-Nieraz już zauważyłeś, że pani Lakę jest wyjątkowo niezależna.

-

Niezależna to o wiele za mało powiedziane. Jest nieprzewidywalna, krnąbrna i uparta. 

Nie słucha niczyich wskazówek ani rad, jeśli jej nie odpowiadają. Nigdy nie wiem, co 

planuje,   a   ona   nie   czuje   potrzeby,   żeby   mnie   o   tym   informować.   Mówi   mi   o 

wszystkim dopiero po fakcie, kiedy jest za późno, żeby ją powstrzymać.

-Z   jej   punktu   widzenia,   masz   takie   same   wady   -   stwierdził   ironicznie   Anthony. 

-Nieprzewidywalny. Krnąbrny. Nie zauważyłem też, żebyś czuł szczególną potrzebę 

informowania jej o swoich planach, chyba że po fakcie.

Tobias zacisnął szczęki.

-O   czym   ty,   u   diabła,   mówisz?   Nie   muszę   jej   opowiadać   o   każdym   ruchu,   jaki 

wykonuję,  pracując nad tą sprawą. Znając ją, nalegałaby,  żeby mi  towarzyszyć  w 

rozmowach z informatorami, a to często byłoby niewykonalne. Przecież nie mogę 

zabierać jej ze sobą, kiedy odwiedzam takie przybytki jak gospoda Pod Gryfem. Do 

klubu też nie może mi towarzyszyć.

-Innymi słowy, nie zawsze powiadamiasz wspólniczkę o swoich zamiarach, ponieważ 

wiesz, że spowodowałoby to kłótnię.

-Właśnie. A kłótnia z Lavinią to na ogół rzucanie grochem o ścianę.

-Rozumiem, że często wychodzisz z tego przegrany.

-Ona potrafi być niezwykle trudna.

Anthony nic nie odrzekł, tylko w niemym komentarzu uniósł brwi.

Jego szwagier wziął pióro i stuknął nim w suszkę. Czuł, że musi się bronić.

- Pani Lakę została dziś niemal napadnięta – powiedział cicho. - Mam prawo się 

denerwować.

Młodzieniec długo przyglądał mu się z namysłem, a potem, ku zdziwieniu Tobiasa, ze 

background image

zrozumieniem skinął głową. 

- Strach czasami tak działa na mężczyznę, prawda? - zauważył. - Nie dziwię się, że w 

tej sprawie zareagowałeś tak emocjonalnie. Na pewno dziś w nocy przyśnią ci się koszmary.

Tobias milczał. Obawiał się, że szwagier ma rację.

Lavinia uniosła głowę znad notatek, kiedy pani Chilton wprowadziła Anthony'ego do 

gabinetu.

- Witam pana.

Skłonił się przed nią oficjalnie.

- Dziękuję, że zgodziła się pani mnie przyjąć.

Lavinia uśmiechnęła się przyjaźnie, starając się ukryć fakt, że z napięcia wstrzymała 

oddech.

-Ależ nie ma za co. Proszę siadać, panie Sinclair.

-Jeśli nie ma pani nic przeciwko temu, wolałbym stać. -Twarz młodzieńca wyrażała 

determinację. - To będzie dla mnie raczej trudne. Jeszcze nigdy tego nie robiłem.

A więc najgorsze przeczucia Lavinii miały się spełnić. Stłumiła westchnienie, 

odsunęła notatki i zmobilizowała wszystkie siły do przyjęcia formalnych oświadczyn o rękę 

Emeline.

- Zanim pan zacznie, panie Sinclair, proszę mi pozwolić powiedzieć, że bardzo pana 

cenię.

Spojrzał na nią zdziwiony tą uwagą.

-To bardzo miło z pani strony, że pani mi to mówi.

-Zdaje się, że niedawno skończył pan dwadzieścia jeden lat? Chłopak uniósł brwi.

-A co mój wiek ma tu do rzeczy? Lavinia odchrząknęła.

- To prawda, że niektórzy są ponad wiek dojrzali. Tak jest w przypadku Emeline.

W oczach Anthony'ego zapłonęło uwielbienie.

- Taka inteligencja jak panny Emeline byłaby zadziwiająca u osoby w każdym wieku. 

- Niemniej jednak moja siostrzenica skończyła zaledwie osiemnaście lat.

-Ach, tak.

Ta rozmowa nie przebiega gładko, pomyślała Lavinia.

- Chodzi mi o to, że nie chciałabym, żeby Emeline zbyt szybko wychodziła za mąż.

Anthony rozpogodził się.

-

Zgadzam się z panią całym sercem. Panna Emeline potrzebuje czasu, żeby dokładnie tę 

background image

sprawę   przemyśleć.   Przedwczesne   zaręczyny   byłyby   wielkim   błędem.   Jej 

niezależność   i   żywotność  mogłyby   zostać   stłumione   przez   ograniczenia   stanu 

małżeńskiego.

-W tej sprawie się zgadzamy.

-Trzeba pozwolić pannie Emeline, żeby ustaliła własne tempo działania.

-Owszem.

Anthony wyprostował się lekko.

-Ale chociaż podziwiam pani siostrzenicę i postanowiłem, że dla jej szczęścia zrobię 

wszystko...

-Nie wiedziałam, że podjął pan takie postanowienie.

-Zrobiłem  to z wielką przyjemnością  - zapewnił  ją Anthony.  -Nie przyszedłem  tu 

jednak rozmawiać ojej przyszłości.

Lavinia poczuła wielką, obezwładniająca ulgę. Więc nie będzie musiała ranić uczuć 

zakochanego młodzieńca. Rozluźniła się i obdarzyła go uśmiechem.

-W takim razie, panie Sinclair, o czym chciał pan ze mną rozmawiać?

-O Tobiasie.

Ulga nie była już tak wielka.

- A o czym konkretnie? - zapytała Lavinia ostrożnie.

- Wiem, że dzisiaj pokłócił się z panią.

Machnęła lekceważąco ręką.

- Zdenerwował się. I co z tego? Nie zdarzyło się to pierwszy raz. 

Anthony potaknął z nieszczęśliwą miną.

-Tobias często bywa szorstki, zwłaszcza wobec głupców.

-Nie uważam siebie za głupca, panie Sinclair. W oczach młodzieńca pojawiło 

się przerażenie.

-Nawet mi to przez myśl nie przeszło.

-Dziękuję.

-Próbuję tylko powiedzieć, że w naturze jego znajomości z panią kryje się chyba coś, 

co działa bardzo prowokująco na nerwy mojego szwagra.

-

Jeśli przyszedł pan tu po to, aby mnie prosić, żebym więcej go nie denerwowała, to 

traci pan czas. Zapewniam, że nigdy nie irytuję go celowo. Ale jak sam pan zauważył, 

w naszej znajomości jest coś, co najwyraźniej go drażni.

-Rzeczywiście. - Anthony krążył  tam i z powrotem przed biurkiem Lavinii.  - Nie 

chciałbym, żeby pani osądzała go zbyt surowo.

background image

Te słowa ją zaskoczyły.

-Słucham? - zapytała.

-Zapewniani   panią,   że   pod   tą   szorstką   fasadą   kryje   się   wspaniały   człowiek.   - 

Młodzieniec zatrzymał się przed oknem. -Nikt tego nie wie lepiej niż ja.

- Zauważyłam, że jest pan mu bardzo oddany.

Anthony lekko się skrzywił.

- Nie zawsze tak było. Z początku, kiedy moja siostra wyszła za niego za mąż, przez 

jakiś czas wręcz mi się wydawało, że go nienawidzę.

Lavinia znieruchomiała.

-A to dlaczego?

-Ponieważ wiedziałem, że Anna została zmuszona do poślubienia go.

-

Coś takiego... - Lavinia nie chciała słuchać opowieści o tym, jak Tobias musiał się 

ożenić, ponieważ dziewczyna była w ciąży. 

-

Siostra poślubiła go nie tylko ze względu na siebie, ale i ze względu na mnie. Czuła, 

że musi się poświęcić, a to bardzo mi się nie podobało. Czas jakiś miałem Tobiasa za 

największego łajdaka pod słońcem.

-Chyba nic z tego nie rozumiem - wyznała Lavinia.

-Po śmierci rodziców mnie i moją siostrę zabrali do siebie wujostwo. Ciotka Elizabeth 

wcale nie była uszczęśliwiona naszym przybyciem. Jeśli zaś chodzi o wuja Daltona, to 

był   to   nieciekawy   typ,   wykorzystujący   pokojówki,   guwernantki   i   inne   bezradne 

kobiety, które miały nieszczęście wpaść mu w oko.

-Rozumiem.

-

Ten   drań   próbował   uwieść   Annę.   Odrzuciła   jego   awanse,   ale   on   nie   dawał   za 

wygraną. Żeby go unikać, nocami chowała się  w mojej sypialni. Co wieczór przez 

cztery miesiące barykadowaliśmy drzwi. Uważam, że ciotka Elizabeth wiedziała, co 

się   dzieje,   ponieważ   bardzo   chciała   wydać   Annę   za   mąż.   Któregoś   dnia   Tobias 

przyjechał do wuja z wizytą związaną z interesami.

-Pan March był znajomym pana wuja?

-W   tamtych   czasach   Tobias   prowadził   rozliczne   interesy   i   miał   wielu   różnych 

klientów. Ciotka Elizabeth wykorzystała jego wizytę, żeby zaprosić kilku sąsiadów na 

obiad i grę w karty. Nalegała, żeby przenocowali u niej i nie narażali się na powrót do 

domu późną nocą. Anna sądziła, że wśród tylu ludzi będzie bezpieczna, więc spędziła 

noc w swojej sypialni.

-I co się stało?

background image

-Mówiąc w skrócie, ciotka uknuła intrygę, w której efekcie znaleziono moją siostrę i 

Tobiasa w, jak twierdziła, kompromitującej sytuacji.

- Dobry Boże. Jak to osiągnęła?

Anthony spoglądał na ogród za oknem.

-   Ciotka   dała   Tobiasowi   pokój   obok   sypialni   Anny.   Oba

pokoje   były   połączone   drzwiami,   oczywiście   zwykle   zamkniętymi.   Ciota   jednak   weszła 

wczesnym rankiem do sypialni  mojej siostry i otworzyła drzwi. Potem zrobiła wielką scenę, 

podczas której oznajmiła wszystkim domownikom i gościom,  że Tobias zakradł się w środku 

nocy do pokoju Anny i ją wykorzystał. Lavinia zawrzała gniewem.

- Co za oczywista bzdura!

Anthony uśmiechnął się gorzko.

-

Oczywiście, że była to bzdura. Ale wszyscy wiedzieli, że w oczach sąsiadów Anna jest 

skompromitowana. Ciotka Elizabeth  nalegała,  żeby  Tobias   się oświadczył.   Ja głęboko 

wierzyłem, że on nie da się do tego zmusić. Byłem jeszcze chłopcem, ale nawet wtedy nie 

miałem wątpliwości, że jeśli Tobias nie chce czegoś zrobić, to żadna siła go do tego nie 

nakłoni. Ku mojemu zdumieniu, kazał Annie pakować kufry.

-

Ma pan rację, panie Sinclair  - powiedziała  łagodnie  Lavinia.   -   Tobias   nie   spełniłby 

żądania pańskiej ciotki, gdyby sam nie chciał ożenić się z pana siostrą.

-

Zabrał ją ze sobą, ale to nie wszystko. Jeszcze bardziej się zdziwiłem, kiedy mnie również 

kazał się pakować. Tego dnia uratował nas oboje, chociaż zdałem sobie z tego sprawę 

dopiero później.

-

Rozumiem. - Wyobraziła sobie, co musiał czuć mały chłopiec kiedy jakiś nieznajomy 

wywoził go w świat. - Pewnie bardzo się pan bał?

Anthony skrzywił się lekko.

-

Nie bałem się o siebie. Dla mnie wszystko było lepsze niż życie w domu wujostwa. 

Najbardziej bałem się tego, co Tobias może zrobić Annie, kiedy ta znajdzie się w jego 

mocy.

-

Czy ona bała się Tobiasa?

-

Nie Nigdy. - Młodzieniec uśmiechnął się do jakiegoś wspomnienia. -Był jej rycerzem w 

błyszczącej  zbroi, od samego  początku.   Zdaje   się,   że   się   w   nim   zakochała,   zanim 

jeszcze wyjechaliśmy z posiadłości wujostwa, a już na pewno zanim dotarliśmy do 

głównej drogi prowadzącej do Londynu. Lavinia oparła podbródek na dłoni.

- Może to właśnie dlatego nie od razu polubił pan szwagra. Przedtem był pan jedyną 

osobą, którą siostra darzyła uczuciem.

background image

Zdziwiony jej przypuszczeniem, zamyślił się na chwilę.

-Być może ma pani rację. Nigdy na to w ten sposób nie patrzyłem.

-Czy pan March od razu ożenił się z pana siostrą?

-W ciągu miesiąca. Musiał się w niej zakochać od pierwszego wejrzenia. Czy mogło 

być inaczej? Anna była piękna, w każdym znaczeniu tego słowa. Nie znałem nigdy 

łagodniejszej istoty.  Dobra, miła, kochająca, pogodna. Bardziej anioł niż kobieta z 

krwi i kości. Na pewno była za dobra dla tego świata.

Krótko mówiąc, moje całkowite przeciwieństwo, pomyślała Lavinia.

-Tobias obawiał się, że jej uczucia wobec niego mogą wynikać jedynie z wdzięczności 

i wkrótce zanikną - ciągnął Anthony.

-Ach, tak.

-Powiedział  Annie, że nie ma  obowiązku wychodzić  za niego za mąż  ani też nie 

oczekuje, że zostanie jego kochanką. Dał jej jasno do zrozumienia, że bez względu na 

jej decyzję, postara się jakoś zapewnić nam przyszłość.

-Ale ona go kochała.

-Tak. - Anthony przez chwilę studiował wzór na dywanie. Kiedy podniósł wzrok, na 

twarzy miał smutny uśmiech. -Spędzili razem niespełna pięć lat, zanim Anna i dziecko 

umarli tuż po porodzie. Tobias został sam z trzynastoletnim szwagrem pod opieką.

-Strata siostry musiała być dla pana wielkim ciosem.

-

Tobias  wykazał   wobec  mnie   wiele  cierpliwości.   Pod koniec   pierwszego  roku  ich 

małżeństwa stał się moim idolem. – Anthony zacisnął dłonie na oparciu fotela. - Ale 

kiedy Anna zmarła, coś mi padło na umysł. Widzi pani, za śmierć siostry obwiniałem 

szwagra.

-Rozumiem.

-Do dzisiaj się dziwię, że nie wysłał mnie wtedy po pogrzebie z powrotem do ciotki i 

wuja albo nie wyprawił do szkoły z internatem. On twierdzi, że takie rozwiązanie 

nawet mu przez myśl nie przeszło i że szybko przyzwyczaił się do mojej obecności. - 

Anthony znów zwrócił się do okna i zamilkł, wyraźnie zatopiony we wspomnieniach.

Lavinia kilka razy mrugnęła, żeby się pozbyć łez, które przesłoniły jej oczy. W końcu 

dała za wygraną i wyjęła chusteczkę Z szuflady biurka. Szybko osuszyła oczy i wytarła nos.

Kiedy się opanowała, położyła dłonie na biurku i czekała na dalszy ciąg. Anthony 

nadal milczał.

-Czy mogę zadać jedno pytanie? - odezwała się w końcu.

-Tak, słucham.

background image

-Zastanawiam się, dlaczego pan March utyka. Jestem całkiem pewna, że w Rzymie 

nie miał tego rodzaju trudności z chodzeniem.

Młodzieniec zerknął na nią zaskoczony.

- Nie opowiedział pani, co się stało? - Uśmiechnął się smutno. - Nie, znając Tobiasa, 

na pewno tego nie zrobił. To Carlisle postrzelił go w nogę. To była walka na śmierć i życie. 

Tobias ledwo przeżył.  Dochodził do siebie przez kilka tygodni. Podejrzewam, że jeszcze 

długo będzie kulał, może nawet do końca życia.

Lavinia patrzyła na niego oszołomiona.

- A więc to tak - wyszeptała w końcu. - Nie wiedziałam. Dobry Boże...

Znów na długą chwilę zapadła cisza.

- Dlaczego pan mi to wszystko powiedział? - zapytała po jakimś czasie Lavinia. 

Anthony lekko drgnął i spojrzał na nią.

-Chciałem, żeby pani zrozumiała.

-Co mam zrozumieć?

-Tobiasa. On nie jest taki jak inni.

-Proszę mi wierzyć, że zdaję sobie z tego sprawę.

-To dlatego, że sam musiał sobie w życiu radzić - ciągnął chłopak poważnie. - Brakuje 

mu ogłady.

Lavinia uśmiechnęła się.

-Coś mi mówi, że żadne lekcje ogłady nie zmieniłyby charakteru pana Marcha.

-Chcę   tylko   wyjaśnić,   że   chociaż   jego   maniery   niekiedy   pozostawiają   wiele   do 

życzenia, zwłaszcza jego zachowanie wobec dam, to ma on wiele wspaniałych cech.

-Proszę   tylko   nie   podawać   mi   listy   wszystkich   niezwykłych   zalet   pana   Marcha. 

Zanudzilibyśmy się oboje.

-Boję się, że nie zechce pani dłużej tolerować jego wybuchowości i zdarzających się 

od czasu do czasu gaf towarzyskich.

Lavinia wstała z fotela.

-Panie Sinclair, zapewniam pana, że wybuchowość pana szwagra i jego złe maniery 

wcale mi nie przeszkadzają.

-Naprawdę?

-Naprawdę. - Wyszła zza biurka i odprowadziła gościa do drzwi. - Czy mogłoby być 

inaczej? Sama mam dokładnie takie same wady. Jeśli pan nie wierzy, proszę spytać 

kogoś, kto mnie dobrze zna.

background image

16

Miała nadzieję, że zmieni zdanie, ale zbyt długo tkwiła w tej profesji, żeby oczekiwać 

tak   szczęśliwego   obrotu   spraw.   Doświadczenie   jej   mówiło,   że   jeśli   dżentelmen   zrywa   z 

kochanką, to rzadko zdarza mu się odnowić związek. Bogaci rozpustnicy z wyższych sfer 

prędko się nudzą. Stale szukają nowych, atrakcyjniejszych dziewczyn  z, jak to nazywają, 

półświatka.

Ale czasem się zdarzało, że jakiś mądry dżentelmen zdawał sobie sprawę, że zbyt 

pochopnie zakończył romans.

Sally uśmiechnęła się z satysfakcją i wsunęła bilet do wewnętrznej kieszeni peleryny. 

To było bardzo eleganckie okrycie, prezent od niego. Był dla niej bardzo hojny. Płacił za 

wynajem miłego małego domku, w którym mieszkała przez ostatnie kilka miesięcy, i dał jej 

trochę pięknej biżuterii. Trzymała bransoletkę i kolczyki w bezpiecznej skrytce w sypialni, 

dobrze wiedząc, że tylko one mogą ją uchronić przed powrotem do domu publicznego, gdzie 

znalazł ją jej dobroczyńca.

Nie   chciała   sprzedać   biżuterii,   żeby   zapłacić   za   czynsz.   Z   zawodowego   punktu 

widzenia to były  jej najlepsze lata  i niedługo miały się skończyć.  Zamierzała  spędzić  je 

pracowicie. 

Jej celem było zgromadzenie jak największej ilości cennych prezentów od mężczyzn. 

Kiedy młodość i uroda przeminą, spieniężone błyskotki zapewnią jej dostatnią emeryturę.

Była   dumna   ze   swojego   trzeźwego   podejścia   do   spraw   finansowych.   Ciężko 

pracowała,   żeby   się   wyrwać   z   okolic   Covent   Garden,   gdzie   obsługiwała   klientów   w 

powozach lub bramach. Dla kobiet jej profesji życie tam było bardzo niebezpieczne i często 

brutalnie   krótkie.   Najpierw   udało   jej   się   uzyskać   stosunkowo   dobrą   pracę   w   domu 

publicznym, a teraz dołączyła do grupy modnych kurtyzan i chociaż nie zajmowała wśród 

nich zbyt poczesnego miejsca, przyszłość rysowała się przed nią pomyślnie. Może pewnego 

dnia będzie miała własną lożę w operze, jak to się zdarzało najpopularniejszym koleżankom 

po fachu.

Przez ostatnie dni dyskretnie rozpytywała się o nowego protektora. Miała nadzieję, że 

go   znajdzie,   zanim   pod   koniec   miesiąca   będzie   musiała   opłacić   czynsz.   Obiecała   sobie 

jednak, że nie wejdzie w nowy związek zbyt  pochopnie, nawet jeśli będzie to oznaczało 

background image

konieczność przeprowadzki. Znała przypadki kobiet, które zbyt pośpiesznie godziły się na 

pierwszą   lepszą   ofertę   ze   strachu   przed   niedostatkiem.   Zdesperowane,   zgadzały   się   na 

związki z mężczyznami, którzy potem okazywali się okrutnymi brutalami lub wykorzystywali 

je w perwersyjny sposób. Zadrżała na wspomnienie znajomej kochanki pewnego hrabiego, 

który zmuszał ją do świadczenia seksualnych przysług swoim przyjaciołom.

Szybko   przeszła   przez   mroczną   salę,   nie   zwracając   uwagi   na   ponure   sceny, 

wystawione po obu stronach. Przyszła tu w interesach. Zerknęła na wisielca na szubienicy i 

skrzywiła   się.   Nawet   gdyby   była   w   odpowiednim   nastroju  do   zwiedzania   muzeum   figur 

woskowych,   nie   wybrałaby   tej   wystawy.   Tutejsze   eksponaty   wydały   jej   się   wyjątkowo 

przygnębiające.

Na końcu ciemnej sali znalazła wąskie spiralne schody. 

Zebrała fałdy spódnicy i peleryny i szybko wspięła się na górę. Otrzymała bardzo 

dokładne instrukcje.

Ciężkie drzwi na piętrze nie były zamknięte na klucz. Kiedy je otwierała, żelazne 

zawiasy głośno jęknęły. Weszła do słabo oświetlonej sali i rozejrzała się. Eksponaty na dole 

nie przypadły jej do gustu, ale była ciekawa, co zobaczy tutaj. Słyszała, że Huggett chwali się 

bardzo oryginalną kolekcją figur woskowych, udostępnianą jedynie dżentelmenom.

Napis   przy   wejściu   wymalowano   eleganckimi   błękitno-złotymi   literami.   Podeszła 

bliżej, pochyliła się lekko, żeby go odczytać w słabym świetle.

SCENY Z BURDELU

-   I   to   ma   być   ciekawa   kolekcja?   -   wyszeptała   do   siebie.   Ale   może,   jako   osoba 

zawodowo związana z tematem wystawy, nie była obiektywna.

Podeszła do najbliższej oświetlonej ekspozycji i przyjrzała się figurom mężczyzny i 

kobiety, spoczywających w ciasnych objęciach na łóżku. Mężczyzna miał srogą, skupioną 

twarz; najwyraźniej zbliżał się do szczytu. Napierał na partnerkę, realistycznie wyrzeźbione 

mięśnie na pośladkach i plecach miał napięte.

Autor  nadał   ciału  kobiety  dość  obfite,   krągłe  kształty,   co na  pewno podobało   się 

większości   męskiej   klienteli.   Duże   piersi   i   zaokrąglone   biodra   przypominały   starożytne 

greckie rzeźby. Jednak uwagę Sally przyciągnęła twarz kobiety. W jej rysach dostrzegła coś 

znajomego.

Już miała przysunąć się bliżej, żeby się lepiej przyjrzeć, ale w ciemnościach za sobą 

usłyszała jakiś cichy szelest. Natychmiast zapomniała o woskowej scenie.

background image

- Kto tu jest? 

W głębokim cieniu nikt się nie poruszył ani nie odezwał. Sally nie wiedziała dlaczego, 

ale   serce   zaczęło   jej   bić   mocniej,   a   dłonie   stały   się   zimne   i   wilgotne.   Znała   te   objawy. 

Doświadczała   ich  w  dawnych   czasach,  na  ulicy.  Reagowała   w  ten  sposób  na  niektórych 

mężczyzn. Zawsze słuchała głosu intuicji i odmawiała tym, którzy wywoływali w niej takie 

odczucia, nawet jeśli to oznaczało kolejny dzień głodowania.

Ale   przecież   tutaj   nie   chodziło   o   obcego   mężczyznę,   usiłującego   zwabić   ją   do 

ciemnego powozu. To na pewno był jej dobroczyńca; człowiek, który przez kilka ostatnich 

miesięcy płacił jej rachunki. Posłał po nią, umówił się z nią tutaj na spotkanie. Nie było 

powodu do obaw.

Przebiegł  ją  zimny  dreszcz.  Z  jakiegoś  powodu przypomniała   jej  się  stara  plotka, 

krążąca   po   domu   publicznym,   że   jego   była   kochanka   popełniła   samobójstwo.   Bardziej 

romantyczne z koleżanek Sally twierdziły, że miała złamane serce, i traktowały to zdarzenie 

jak wielką tragedię. Ale większość tylko  kiwała głowami nad głupotą nieszczęsnej, która 

pozwoliła uczuciom wziąć górę nad zdrowym rozsądkiem.

Sama   często   się   nad   tym   przypadkiem   zastanawiała.   Kiedyś   poznała   jego   byłą 

kochankę. Alice nie zrobiła na niej wrażenia osoby skłonnej do popełnienia takiego błędu jak 

obdarzenie uczuciem protektora.

Otrząsnęła się ze wspomnień o tej biednej, głupiej kobiecie. Mimo to znów poczuła 

dreszcz przerażenia. Pewnie przez te figury, pomyślała. Złe działają na nerwy.

Nie było powodu, żeby się denerwować.

- Wiem, że tu jesteś, mój ogierze. - Przywołała na twarz nieśmiały uśmiech. - Jak 

widzisz, dostałam twoją wiadomość. Stęskniłam się za tobą.

Nikt nie wyszedł z cienia.

-   Chciałeś   się   ze   mną   tu   spotkać,   żebyśmy   odegrali   kilka   z   tych   scen,   tak?   - 

Zachichotała tak, jak lubił. Potem splotła dłonie za plecami i poszła w głąb sali, mijając 

kolejne   sceny.   -Mój   niegrzeczny   ogier.   Ale   ty  wiesz,   że   zawsze   chętnie   spełniam   twoje 

zachcianki.

Odpowiedziała jej cisza.

Sally   zatrzymała   się   przed   tonącą   w   półmroku   sceną,   przedstawiającą   kobietę 

klęczącą przed mężczyzną, którego członek świadczył o bujnej wyobraźni autora, i udała, że 

z namysłem przygląda się imponującej części ciała woskowej figury.

- Moim zdaniem, twój interes jest o wiele większy niż ten tutaj. - Było to oczywiste 

kłamstwo, ale okłamywanie klientów w tej profesji jest podstawową umiejętnością. - Rzecz 

background image

jasna, mogłam już zapomnieć, jakie ma dokładnie wymiary, ale z przyjemnością bym sobie 

przypomniała. Czy może być lepszy sposób na spędzenie reszty tego dnia? Co na to powiesz, 

mój wspaniały ogierze?

Nikt się nie odezwał.

Serce nadal  biło  jej  szybko,  może  nawet  coraz  szybciej.  Dłonie były  wilgotne.  Z 

trudem oddychała.

Wystarczy. Dłużej nie będzie znosiła dawnego, ulicznego strachu. Coś tutaj było nie 

tak.   Doszedł   do   głosu   instynkt   Sally.   Przestała   się   opierać   chęci   ucieczki.   Już   jej   nie 

obchodziło, czy były dobroczyńca chce odnowić ich związek. Pragnęła tylko uciec z tej sali.

Obróciła się na pięcie i pobiegła do wyjścia. W gęstych ciemnościach nie widziała 

drzwi w odległym końcu sali, ale pamiętała, gdzie się znajdują.

W mroku po prawej dostrzegła jakiś nagły ruch. Najpierw pomyślała bezsensownie, 

że   ożyła   któraś   z   figur.   Potem   zobaczyła   słaby   błysk   światła   na   podłużnym   ciężkim 

przedmiocie z żelaza.

Krzyk podszedł jej do gardła. Już wiedziała, że nie zdoła dotrzeć do drzwi. Zawróciła 

i uniosła ramiona, bezskutecznie usiłując odeprzeć cios. Natrafiła stopą na drewniany kubeł 

stojący   na   podłodze,   potknęła   się,   straciła   równowagę   i   upadła.   Z   przewróconego   kubła 

wylała się woda.

Zabójca się zbliżał z pogrzebaczem uniesionym do morderczego ciosu.

W tej sekundzie Sally nagle zrozumiała, dlaczego woskowa prostytutka w pierwszej 

scenie wydała jej się znajoma. Figura miała twarz Alice.

background image

17

W gospodzie Pod Gryfem było ciepło i sucho i to były jedyne dobre rzeczy, które dało 

się powiedzieć o tym zadymionym lokalu. Przeciskając się przez tłum gości, Tobias musiał 

stwierdzić, że w tak wilgotną, mglistą noc nic sposób było nie docenić zalet gospody.

Ogień   w   dużym   kominku   buzował   niczym   w   piekle,   oświetlając  salę   złowrogim 

drżącym blaskiem. Wszystkie dziewczyny usługujące przy stołach były duże, hoże i silne. Nie 

było to przypadkowe. Właściciel tego przybytku, Uśmiechnięty Jack, właśnie takie lubił.

Przed wyjściem z domu Tobias zadbał o odpowiednie na tę okazję ubranie. Miał na 

sobie   znoszone   spodnie   robotnika   portowego,   byle   jaki   płaszcz,   bezkształtny   kapelusz   i 

ciężkie buty. Dzięki temu nie wyróżniał się spośród klientów gospody. Irytująco niesprawna 

lewa   noga   była   doskonałym   uzupełnieniem   przebrania.   Większość   mężczyzn   w   tej   sali 

zarabiała na życie, wykonując bardzo ciężkie prace, nie zawsze legalne, w których łatwo o 

wypadek. Utykanie nie było tu niczym nadzwyczajnym, tak samo jak blizny i brak palców. 

Wśród gości dały się zauważyć również przepaski na oko i drewniane nogi. 

Biuściasta dziewczyna zastąpiła Tobiasowi drogę i uśmiechnęła się zachęcająco.

-No i co tam. przystojniaku? Czego się dzisiaj napijesz?

-Mam interes do Uśmiechniętego Jacka - rzekł półgębkiem Tobias. Zawsze starał się 

jak najmniej odzywać do obsługi i gości gospody. Tylko krótkie zdania udawało mu 

się wypowiadać z szorstkim akcentem robotnika portowego. Nie był pewien, jak by 

sobie poradził w dłuższej rozmowie.

-Jack jest na zapleczu. - Dziewczyna wskazała głową korytarz, prowadzący na tył 

gospody, i puściła do niego oko. - Lepiej zapukaj, zanim otworzysz drzwi - dodała i 

zniknęła w tłumie gości, niosąc tacę z kuflami wysoko nad głową.

Tobias przeciskał się dalej, wśród rzędów stołów i ław. Dotarł do końca sali i wszedł 

w mroczny korytarz prowadzący do izby, którą Uśmiechnięty Jack dumnie nazywał swoim 

biurem. Zatrzymał się przed drzwiami.

Zza   grubych   desek   dobiegał   stłumiony,   piskliwy   kobiecy   śmiech.   Tobias   zapukał 

głośno.

- Odejdź, człowieku, kimkolwiek jesteś. - Głos Jacka dudnił jak wyładowany węglem 

wóz po bruku. - Jestem bardzo zajęty.

background image

Tobias przekręcił gałkę w drzwiach. Gdy drzwi się uchyliły, oparł się o framugę i 

spojrzał na Uśmiechniętego Jacka.

Rosły właściciel gospody siedział za zniszczonym biurkiem. Twarz miał ukrytą w 

nagich wielkich piersiach dziewczyny, siedzącej mu okrakiem na kolanach. Spod zadartej 

spódnicy wyglądały pulchne pośladki.

-Dostałem twoją wiadomość - powiedział Tobias.

-Ach, to ty! - Jack uniósł głowę i przymrużył oczy. - Chyba trochę za wcześnie.

-Nic podobnego.

Jack stęknął i wymierzył dziewczynie żartobliwego klapsa w pośladek. 

Uciekaj, mała. Mój przyjaciel się śpieszy i widzę, że jest dziś trochę zirytowany.

Dziewczyna zachichotała.

-Nie zwracaj na mnie uwagi. - Poruszyła się na jego kolanach. - Posiedzę tu jeszcze 

trochę i skończę, co zaczęłam, a wy dwaj porozmawiacie sobie o interesach.

-Niestety,  złotko,  to niemożliwe.  - Jack westchnął  z żalem  i ostrożnie  zdjął  ją ze 

swoich kolan. - Przy tobie nie mógłbym się skupić na interesach.

Kobieta znowu się roześmiała, wstała i poprawiła spódnicę. Otwarcie mrugnęła do 

Tobiasa i bez pośpiechu wyszła z izby. Jej szerokie biodra kołysały się, przykuwając wzrok 

obu mężczyzn, dopóki nie zniknęła za drzwiami.

Śmiech dziewczyny odbił się od ścian korytarza.

-Nowa pracownica - wyjaśnił Jack, zapinając spodnie. -Chyba się nada.

-Wygląda  na  to,  że  jest  wesoła  i  energiczna.   - Tobias  nie  mówił  już  z szorstkim 

akcentem;   znał   Jacka   bardzo   dobrze.   Wiedział,   skąd   pochodzi   dziwna   blizna   na 

twarzy, dzięki której Jack zyskał przezwisko Uśmiechnięty. Szwy na ranę po nożu 

zakładała mu bardzo kiepska szwaczka i pozostała po niej blizna biegła od kącika ust 

aż do ucha, nadając twarzy wyraz uśmiechniętej trupiej główki.

-No, jest wesoła - potwierdził Jack. Usiadł prosto i dał Tobiasowi znak, żeby zajął 

miejsce na drewnianym krześle przy kominku. - Siadaj, człowieku. Co za okropna 

noc. Naleję ci trochę mojej dobrej brandy, dla odpędzenia chłodu.

Tobias wziął twarde krzesło, odwrócił je tyłem do przodu i usiadł. Złożył ramiona na 

oparciu i starał się nie myśleć o bolącej nodze.

-Chętnie się napiję - powiedział. - Jakie masz dla mnie wiadomości?

-

Jest kilka spraw, które cię mogą zainteresować. Po pierwsze, chciałeś, żebym  się 

czegoś dowiedział o kobietach  Neville'a. -Jack nalał brandy do dwóch szklanek. - 

Dokopałem się do czegoś, co może cię zainteresować.

background image

- Słucham.

Informator wręczył mu szklankę i znów usiadł za biurkiem.

-Powiedziałeś mi, że Neville ma zwyczaj wybierać sobie kochanki raczej z burdeli niż 

z grona modnych kurtyzan. Miałeś rację.

-Co dalej?

-Nie jestem pewien, dlaczego woli dziewczyny gorszego sortu, ale powiem ci jedno. 

Kiedy taka z burdelu rzuca się do rzeki, władz nic to nie obchodzi. - Jack skrzywił się, 

a jego blizna rozciągnęła się w jakiejś przerażającej imitacji uśmiechu. -Niektórzy 

nawet się cieszą z takiego obrotu spraw. Jedna dziwka mniej.

Tobias zacisnął palce na szklance.

-

Chcesz powiedzieć, że więcej byłych kochanek Neville'a skończyło w rzece?

-Nie wiem, ile z nich się utopiło po tym, jak z nimi zerwał, ale przynajmniej dwie nie 

były w stanie żyć dalej ze złamanym sercem. Półtora roku temu zabiła się niejaka 

Lizzy Prather. Dziewczyna o imieniu Alice została wyłowiona z rzeki kilka miesięcy 

temu. Krążą plotki, że jeszcze trzy inne zginęły z własnej ręki.

Tobias sączył rozgrzewającą brandy.

-Trudno uwierzyć, że tyle kobiet zapadło na ciężką melancholię po tym. jak Neville je 

porzucił.

-

Właśnie. - Jack odchylił  się w tył,  a krzesło zaskrzypiało ostrzegawczo pod jego 

ciężarem.   Nic   przejmując   się   tym.   gruby   właściciel   gospody   splótł   dłonie   na 

pokaźnym brzuchu. - Pamiętaj, że takie rzeczy od czasu do czasu się zdarzają. Zawsze 

znajdzie się jakaś głupia dziewczyna, która poznając bogacza, wierzy,  że znalazła 

prawdziwą miłość, i potem nie może sobie poradzić ze złamanym sercem. Większość 

z nich jednak wie, o co chodzi, kiedy zadaje się z mężczyznami ze sfery Neville'a. 

Wydoją swojego protektora, jak się tylko da, a potem zawijają do innej przystani.

-To dla obu stron wyłącznie czysty interes.

-No, właśnie. - Jack przełknął spory łyk trunku, odstawił szklankę i wytarł usta. - 

Teraz nadstaw ucha. bo to najbardziej interesująca informacja o tej całej sprawie.

-Słucham.

-Ostatnia   kochanka   Neville'a,   Sally,   również   zniknęła.   Nikt   jej   nie   widział   od 

wczorajszego popołudnia.

Tobias się nie poruszył.

-Skończyła w rzece?

-Zbyt wcześnie, by to powiedzieć. Nie słyszałem, żeby wyłowiono z wody jej ciało, 

background image

ale to może trochę potrwać. W tej chwili mogę ci tylko powiedzieć, że zniknęła. Jeśli 

moi informatorzy nie wiedzą, gdzie się podziała, to nikt tego nie wie.

-Do diabła! - Tobias roztarł udo.

Uśmiechnięty Jack dał mu chwilę na przemyślenie nowin, zanim znów się odezwał.

-Jest jeszcze coś, co cię może zainteresować.

-Na temat Sally?

-Nie. -Jack zniżył głos, chociaż nikogo nie było w pobliżu. -To dotyczy Błękitnej 

Izby. Krążą pewne plotki.

Tobias zamarł w bezruchu.

-Mówiłem ci, że Błękitna Izba już nie istnieje - rzekł. -Azure i Carlisle nie żyją. Trzeci 

jej członek na razie przywarował, ale to nie potrwa długo. Wkrótce go znajdę.

-To,   co   mówisz,   to   w   pewnym   sensie   może   być   prawda.   Ale   ulica   mówi,   że 

rozpoczęła się mała, prywatna wojna.

-Kto jest w nią zaangażowany? Jack wzruszył ramionami.

-

Trudno   powiedzieć.   Słyszałem   tylko,   że   zwycięzca   ma  przejąć   to,   co   zostało   po 

Błękitnej Izbie. Podobno chce odbudować  imperium, które się rozpadło po śmierci 

Azure'a.

Tobias długą chwilę spoglądał w ogień, zastanawiając się nad tym, co usłyszał.

-Jestem ci dłużny za te informacje - oznajmił w końcu.

-

Owszem, jesteś. -Jack uśmiechnął się swoim przerażającym uśmiechem. - Ale ja się 

nie martwię. Ty zawsze spłacasz swoje długi.

Tobias   zatrzymał   się   na   progu.   Zauważył,   że   mgła   na   ulicy   zgęstniała.   Światła 

gospody odbijały się od rozproszonych kropel mżawki, wirujących nad ulicą. Niesamowity 

pomarańczowy blask przykuwał wzrok, lecz nie rozświetlał ciemności.

Po chwili Tobias skierował się na drugą stronę ulicy, opanowując chęć postawienia 

wysokiego   kołnierza   płaszcza.   Gruba   wełna   trochę   chroniłaby   go   przed   chłodem,   ale 

jednocześnie zawężałaby pole widzenia i tłumiła ciche odgłosy nocy. W tej okolicy lepiej 

było mieć wyostrzone zmysły.

W pobliżu nie zauważył nikogo. W taką noc nic w tym dziwnego, pomyślał. Po chwili 

zobaczył jednak niewielki krąg słabego światła. Domyślił się, że to latarnia jakiegoś pojazdu, 

i skierował  się ku niej, trzymając  się środka ulicy,  z dala od nieoświetlonych  zaułków  i 

ciemnych bram.

background image

Mimo zachowania tak wielkiej czujności o niebezpieczeństwie ostrzegł go dopiero 

cichy odgłos kroków człowieka, który szybko zbliżał się do niego od tyłu. Rabuś.

Tobias   oparł   się   instynktownej   chęci   natychmiastowego   zmierzenia   się   z 

napastnikiem.  Wiedział, że podkradający się rzezimieszek ma  zapewne tylko przyciągnąć 

jego uwagę. Londyńscy rabusie zwykle grasowali parami.

Gwałtownie   skręcił   w   bok,   pod   najbliższy   mur,   żeby   choć   z   jednej   strony   być 

zabezpieczonym przed atakiem. Ból przeszył mu nogę, ale nagła zmiana kierunku marszu 

okazała się słusznym manewrem. Śledzący go człowiek wyraźnie dał się zaskoczyć.

-Niech to szlag, zgubiłem go.

-Zaświeć latarnię. No, zaświeć. Pośpiesz się. Nigdy go nie znajdziemy w tej cholernej 

mgle.

A więc rabusiów było rzeczywiście dwóch. Po rozzłoszczonych głosach domyślał się, 

gdzie są napastnicy. Wyjął z kieszeni pistolet i czekał.

Pierwszy   złoczyńca   klął   głośno,   mocując   się   z   latarnią.   Kiedy   rozbłysło   światło, 

Tobias wykorzystał je jako cel, i pociągnął za spust. Gdy huk wystrzału przetoczył się po 

ulicy, latarnia rozpadła się na kawałki.

Bandzior krzyknął i wypuścił ją z dłoni, a płonąca wysokim płomieniem nafta rozlała 

się po kamieniach bruku.

-Do diabla, ten sukinsyn ma pistolet. -Jego kompan wyraźnie się zdenerwował.

-Ale już z niego wystrzelił, no nie? Teraz na nic mu się już nie przyda.

-Niektórzy jegomoście noszą po dwa.

-Jeżeli spodziewają się kłopotów. - Oprych stanął w kręgu światła, rzucanego przez 

płonącą naftę. Uśmiechnął się demonicznie i zawołał głośniej: - Ej, ty, co się chowasz 

we mgle! Mamy dla ciebie wiadomość.

-To nie potrwa długo - dorzucił drugi. - Chcemy się tylko upewnić, że docenisz wagę 

tej wiadomości!

-Gdzie on jest? Nic nie widzę.

-Cicho. Posłuchaj tylko, ty skończony głupcze.

Pojazd stojący na końcu ulicy ruszył. Skrzypienie kół i stukot końskich podków o 

bruk rozlegały się donośnie w nocnej ciszy. Tobias wykorzystał fakt, że hałas wozu zagłuszał 

odgłosy jego ruchów, zdjął stary płaszcz i zarzucił go na pobliską żelazną barierkę. 

- Cholera jasna, jadzie wóz z gnojówką- warknął jeden z bandziorów.

Tylko  nie wóz z nieczystościami,  modlił się w duchu Tobias. Przesunął się bliżej 

środka ulicy, żeby móc do niego wskoczyć. Wolałby każdy inny pojazd, tylko nie wóz do 

background image

wywożenia nieczystości.

Kołysząca   się   lampa   znalazła   się   niemal   naprzeciw   niego.   Mężczyzna   na   koźle 

krzyknął i uderzył lejcami w koński zad, ponaglając zwierzę do przyśpieszenia kroku. Kiedy 

wóz go mijał, Tobias chwycił się jego boku i wspiął na górę.

Straszliwy   odór   ładunku   uderzył   go   niczym   młot.   Można   się   było   domyślić,   że 

pracowity śmieciarz przez cały wieczór opróżniał kloaki i zbierał śmieci z domów i fabryk w 

okolicy.

Tobias starał się wstrzymać oddech, wspinając się na kozioł.

-Nic mogłeś znaleźć innego ekwipażu? - zapytał, kiedy udało mu się usiąść.

-Przepraszam. - Anthony jeszcze raz ponaglił konia. -Twoja wiadomość dotarła do 

mnie późno i nie miałem wiele czasu. Nie udało mi się wynająć powozu. W taką noc 

wszystkie są zajęte.

-Jest tam! -Tobias usłyszał krzyk jednego z napastników. -Tam, przy barierce. Widzę 

jego płaszcz.

-

Musiałem wyruszyć pieszo. - Stukot końskich kopyt zagłuszał słowa Anthony'ego. - 

Natknąłem się na śmieciarza i zaproponowałem, że mu zapłacę za pożyczenie wozu. 

Obiecałem, że zwrócę mu go w ciągu godziny.

-Mamy cię! - rozległ się kolejny okrzyk i na bruku zadudniły kroki. - Co to jest, do 

cholery? Uciekł! Pewnie wskoczył na ten przeklęty wóz!

Nocną ciszę przeszył huk wystrzału. Tobias skrzywił się.

- Nie denerwuj się - powiedział uspokajająco Anthony. - Na pewno uda ci się znaleźć 

inny płaszcz, równie modny jak ten.

We   mgle   zagrzmiał   następny   strzał.   Koń   śmieciarza   miał   tego   dość;   zwykle   nic 

takiego mu się nie przytrafiało. Położył płasko uszy i ruszył galopem naprzód.

- A nie mówiłem, że uciekł! Jak go nie złapiemy, to nam nie zapłacą.

Kiedy ucichły głosy bandziorów, Tobias odezwał się, kierując słowa w przestrzeń.

-A wydawałoby się, że to taki prosty, rozsądny plan. Prosiłem cię tylko, żebyś załatwił 

powóz   i   czekał   na   mnie   przed   gospodą,   na   wypadek   gdybym   musiał   oddalić   się 

szybciej, niż zamierzałem.

-Doskonały środek ostrożności, zwłaszcza w takiej okolicy. - Anthony pociągnął za 

lejce. Rola woźnicy bardzo mu odpowiadała. - Pomyśl tylko, co mogłoby się zdarzyć, 

gdybyś nie przysłał mi wiadomości, żebym tu na ciebie czekał.

- Wiesz, jakoś nie przyszło mi do głowy, że przyjedziesz wozem do wywożenia 

zawartości kloaki.

background image

-Trzeba wykorzystywać to, co jest osiągalne. Sam mnie tego nauczyłeś. - Anthony 

roześmiał się rozbawiony. - Nie mogłem znaleźć wolnego powozu, więc musiałem 

sobie jakoś poradzić. Wykazałem się inicjatywą.

-Inicjatywą?

-Właśnie. Gdzie teraz jedziemy?

-Najpierw   zwrócimy   ten   wspaniały   pojazd   jego   prawowitemu   właścicielowi   i 

zapłacimy mu za wypożyczenie. Potem udamy się prosto do domu.

-Jeszcze nic jest późno. Nie chcesz wpaść do klubu?

-Odźwierny   nie   wpuściłby   mnie   do   środka.   Na   wypadek,   gdybyś   nie   zauważył, 

powiem ci, że obu nam bardzo przydałaby się kąpiel.

-

Masz rację. 

Godzinę   później   Tobias   wyszedł   z   wanny,   osuszył   się   ręcznikiem,   stojąc   przed 

kominkiem,   i   włożył   szlafrok.   Zszedł   na   dół   i   znalazł   tam   szwagra,   świeżo   po   kąpieli, 

ubranego w zapasową koszulę i spodnie, które trzymał w swoim dawnym pokoju na piętrze.

-No i co o tym myślisz? - Anthony siedział rozparty w fotelu, z nogami wyciągniętymi 

w stronę kominka. Nie odwrócił głowy, kiedy Tobias wszedł do pokoju. - Czy, twoim 

zdaniem, byli to prawdziwi rabusie?

-Nie. Mówili coś  o zapłacie  za doręczenie  wiadomości.  -Tobias  wsunął dłonie do 

kieszeni szlafroka.

-A więc to było ostrzeżenie?

-Widocznie.

Anthony lekko przechylił głowę.

-Od kogoś, kto nie chce, żebyś dalej prowadził śledztwo?

-Jakoś nie miałem okazji o to zapytać. Bardzo możliwe, że jest to ktoś, komu zależy 

na tym, żebym przestał węszyć. Ale w grę wchodzi też inny podejrzany.

Młodzieniec spojrzał na niego domyślnie.

-Pomfrey?

-Nie przejąłem się ostrzeżeniami Crackenburne'a na jego temat. Ale mógł mieć rację, 

kiedy mi mówił, że Pomfrey będzie szukał zemsty za to, co się wydarzyło w teatrze.

Anthony zamyślił się na chwilę.

-To  miałoby  sens. On  nie  należy do  takich,  co  załatwiają   tego  rodzaju sprawy w 

sposób honorowy. -Urwał. -Powiadomisz panią Lakę o dzisiejszych wydarzeniach?

-Za kogo ty mnie uważasz? Za wariata? Oczywiście, że nic jej nie powiem o naszych 

background image

przygodach.

Anthony skinął głową.

-   Tego   się   spodziewałem.   Naturalnie   chcesz,   żeby   trwała   w   nieświadomości,   bo 

inaczej za bardzo by się o martwiła o twoje bezpieczeństwo. 

- Chodzi mi o coś całkiem innego - oznajmił Tobias z naciskiem. - Jestem pewien, że 

gdybym jej powiedział o spotkaniu z tymi dwoma zbirami, skorzystałaby z okazji i uraczyła 

mnie długim kazaniem.

Jego szwagier nawet się nie starał ukryć rozbawienia.

-Tak samo długim jak to, które ty wygłosiłeś, kiedy się dowiedziałeś, że poszła do 

muzeum Huggetta, przebrana za posługaczkę, i wdała się tam w awanturę?

-Właśnie. Słuchanie tego rodzaju kazań nie należy do największych przyjemności w 

życiu.

Lavinia jadła właśnie śniadanie, kiedy usłyszała głos Tobiasa w holu.

- Proszę się nic trudzić, pani Chilton. Znam drogę. Sam się zapowiem pani Lakę.

Emeline wzięła nóż do masła i uśmiechnęła się.

-Zdaje się, że mamy wczesnego gościa.

-Czuje się u nas jak u siebie w domu, prawda? - Lavinia nabrała na widelec trochę 

jajecznicy. - Czego on, u diabła, chce o tak wczesnej porze? Jeśli mu się wydaje, że 

wysłucham kolejnego wykładu na temat konieczności informowania go o wszystkich 

moim poczynaniach, to srodze się zawiedzie.

-Nie denerwuj się, Lavinio.

-Nie można się nie denerwować, kiedy w grę wchodzi pan March. On ma talent do 

mącenia wody. - Nagle znieruchomiała, jakby uderzyła ją jakaś myśl. - Dobry Boże, 

mam nadzieję, że nie stało się nic strasznego.

-Nonsens. Po głosie można poznać, że jest w doskonałej formie.

-Miałam na myśli nasze śledztwo.

-

Jestem   pewna,   że   gdyby   wydarzyło   się   coś   strasznego,   co   byłoby   związane   ze 

śledztwem, pan March by cię o tym powiadomił.

- Wcale nie jestem tego taka pewna - stwierdziła Lavinia ponuro. - Jak już mówiłam 

we Włoszech, wydaje mi się, że on prowadzi podwójną grę.

Drzwi się otworzyły i do pokoju śniadaniowego wszedł Tobias. Lavinii wydawało się, 

że wypełnił  całe niewielkie,  przytulne  pomieszczenie.  Szybko  przełknęła  kęs  jajecznicy i 

background image

starała się nie zwracać uwagi na lekki dreszcz emocji, który przebiegł jej ciało.

Co w nim takiego jest, że jego widok tak ją ekscytuje? Zastanawiała się nad tym nie 

pierwszy raz. Nie był zbyt dobrze zbudowany. Nikt też nie użyłby słowa „przystojny", żeby 

go opisać. Rzadko wykazywał się dobrymi manierami, jakich oczekuje się od dżentelmena, 

no i bardzo by mu się przydał dobry krawiec.

Przede   wszystkim   jednak,   chociaż   wydawał   się   nią   zainteresowany   w   bardzo 

przyziemny sposób, wcale nie miała pewności, czy w ogóle ją lubi. Nie łączyła ich żadna 

duchowa, metafizyczna więź. Była o tym przekonana. W ich wzajemnych  stosunkach nie 

było poezji; wręcz przeciwnie, składały się na nic interesy i niespotykanie silne pożądanie. 

Przynajmniej z jej strony było ono niespotykanie silne. Wcale nie miała pewności, czy dla 

niego nie jest ono czymś całkiem zwyczajnym.

Zastanawiała się, czy te dziwne odczucia, jakich doświadcza w pobliżu Tobiasa, nie są 

sygnałem osłabienia nerwowego. Wcale by jej to nie zdziwiło, biorąc pod uwagę napięcie, w 

jakim ostatnio żyła.

Zirytowana   taką   możliwością,   gniewnie   zmięła   serwetkę   na   kolanach   i   spojrzała 

groźnie na gościa.

-Co pan tu robi tak wcześnie, panie March? Uniósł brwi i skłonił się 

krótko.

-

Ja też się cieszę, że cię widzę, Lavinio. 

Emeline zrobiła strapioną minę.

- Niech pan nie zwraca uwagi na moją ciocię. Źle spała w nocy. Proszę siadać. Napije 

się pan kawy?

- Dziękuję, Filiżanka kawy dobrze by mi zrobiła.

Lavinia zauważyła, że siadł na krześle wolno i ostrożnie.

-Czyżby znów nadwerężył pan sobie nogę? - zapytała z przyganą.

-Wczoraj   wieczorem   miałem   za   dużo   ćwiczeń   fizycznych.   -Uśmiechnął   się   do 

Emeline i wziął od niej filiżankę. - Nie ma powodu do niepokoju.

-Wcale   nie   jestem   zaniepokojona   -   oznajmiła   Lavinia   wyniośle.   -   Byłam   tylko 

ciekawa. To pańska sprawa, co pan robi ze swoją nogą.

Spojrzał na nią rozbawiony.

- Zgadzam się z tym całkowicie.

Nagle przypomniała sobie, jak tamtej nocy w powozie jego nogi znalazły się między 

jej nogami. Ich spojrzenia się spotkały i Lavinia natychmiast i bez najmniejszej wątpliwości 

odgadła, że on również myśli o tych namiętnych chwilach.

background image

Spuściła głowę i zaczęła jeść w obawie, że zaraz się zaczerwieni.

Emeline, na szczęście nieświadoma ukradkowej wymiany spojrzeń, uśmiechnęła się 

wdzięcznie do gościa.

-Czyżby tańczył pan wczoraj wieczorem?

-Nie. Z tą nogą nie bardzo się do tego nadaję. Miałem okazję do innego  rodzaju 

ćwiczeń fizycznych.

Lavinia zacisnęła palce na widelcu, aż zbielały jej kostki. Przyszło  jej do głowy, że 

Tobias pewnie spotkał się z jakąś kobietą.

-Mam dzisiaj wiele do zrobienia - odezwała się szorstko. -Może byłbyś tak uprzejmy i 

wyjaśnił, dlaczego postanowiłeś odwiedzić nas o tak wczesnej godzinie?

-

Właściwie ja też mam wiele planów na dzisiaj. Może porównamy nasze rozkłady 

dnia? 

-Jeśli chodzi o mnie, to zamierzam porozmawiać z panią Vaughn i poprosić ją, żeby 

wyraziła swoją opinię na temat woskowych figur w sekretnej galerii Huggetta.

-Ach, tak. - Tobias  uśmiechnął  się do niej  z uprzejmym  zaciekawieniem.  - A jak 

chcesz ją przemycić do sali na górze, jeśli w ogóle się zgodzi obejrzeć tę wystawę? 

Przebierzesz ją za sprzątaczkę?

Jego pobłażliwy ton zirytował ją.

-Nie. Wymyśliłam inny sposób, żeby się dostać do galerii. Wydaje mi się, że uda się 

przekupić tego młodego człowieka, który sprzedaje bilety.

-Ty naprawdę chcesz to zrobić.

- Oczywiście. - Uśmiechnęła się do niego promiennie.

Tobias gwałtownie odstawił filiżankę na spodek.

-Do diabła, Lavinio, dobrze wiesz, że nie dopuszczę do tego, żebyś sama tam poszła.

-Nie będę sama, tylko w towarzystwie pani Vaughn. -Urwała na chwilę. - Jeśli chcesz, 

to możesz nam towarzyszyć.

-Dziękuję bardzo - odparł z ironiczną kurtuazją. - Przyjmuję zaproszenie.

Zapadła   cisza.   Tobias   wziął   sobie   grzankę   i   odgryzł   kęs.   Lavinia   kątem   oka 

spostrzegła błysk jego białych zębów.

- Jeszcze nie powiedziałeś, dlaczego tu przyszedłeś - przypomniała mu sucho.

Przeżuwał grzankę, zastanawiając się nad czymś.

-Wpadłem, żeby zapytać, czy nie zechciałabyś mi towarzyszyć, kiedy będę się starał 

czegoś dowiedzieć o niejakiej Sally Johnson.

-A kto to jest Sally Johnson?

background image

-Ostatnia kochanka Neville'a. Przedwczoraj zniknęła.

-Nie rozumiem. - Jego słowa przykuły uwagę Lavinii. -Myślisz, że to się jakoś łączy z 

naszym śledztwem?

-

Tego jeszcze nie potrafię powiedzieć. - Oczy Tobiasa spoglądały ponuro. - Obawiam 

się jednak, że jakiś związek istnieje.

-Rozumiem. - Lavinia nieco złagodniała. - To miło z twojej strony, że informujesz 

mnie o swoich planach i prosisz, żebym ci towarzyszyła.

-

I postępuję zupełnie inaczej niż ty, kiedy potajemnie odwiedziłaś muzeum Huggetta? - 

Skinął głową. -Tak, to prawda. Bardziej niż ty wziąłem sobie do serca naszą umowę o 

współpracy.

-

Akurat.  Nie  mydl   mi  oczu.  -  Stuknęła  widelcem  o brzeg  talerza.   - O  co  chodzi, 

Tobiasie? Dlaczego chcesz, żebym ci dziś towarzyszyła?

Przełknął jeszcze jeden kęs grzanki i spojrzał na nią otwarcie.

-Ponieważ, jeśli będę miał szczęście i odnajdę Sally, będę chciał z nią porozmawiać. 

Nie wątpię, że będzie bardziej otwarta wobec kobiety niż wobec mężczyzny.

-Wiedziałam.   -   Lavinia   doznała   uczucia   ponurej   satysfakcji.   -   Nie   przyszedłeś   tu 

dlatego,   że   przywiązujesz   wagę   do   naszej   umowy.   Chcesz,   żebym   ci   pomogła   w 

prowadzeniu   twojego   własnego   śledztwa.   Czego   ode   mnie   oczekujesz?   Mam 

wprowadzić tę Sally w mesmeryczny trans i nakłonić ją, żeby wyznała prawdę?

-Czy zawsze musisz wątpić w motywy mojego działania?

-W postępowaniu z panem wolę zachować maksymalną ostrożność.

Uśmiechnął się lekko; oczy mu błyszczały.

- Nie zawsze, Lavinio. Parę razy zapomniałaś o tej zasadzie.

background image

18

Dom był wąski, piętrowy, z kuchnią w suterenie. Okolica nie należała może do bardzo 

eleganckich, ale też nie była to dzielnica czerwonych latarni.

Ustalenie,   że   Sally   Johnson   nie   ma   w   domu,   zajęło   tylko   chwilę.   Tobias   był 

przygotowany na taką możliwość.

Lavinia   stała   obok   niego   przy   wiodących   do   części   kuchennej   drzwiach   poniżej 

poziomu ulicy i patrzyła, jak jej towarzysz wsuwa jakieś metalowe narzędzie w szparę przy 

framudze.

- Neville nie był dla niej przesadnie hojny - zauważyła. - Widziałam już ładniejsze 

domy.

Meta! i drewno jęknęły, kiedy Tobias z wyczuciem naparł na łom.

-

Pamiętaj,   że   wziął   ją   z   domu   publicznego,   więc   ten   dom   musiał   się   jej   wydać 

wykwintną rezydencją - zauważył.

-Ta: pewnie było.

Gdy drzwi się otworzyły, Lavinia otuliła się ciaśniej peleryną i zajrzała do ciemnego 

korytarza.

- Mam nadzieję, że nie natkniemy się na kolejne ciało. Mam już dosyć zwłok. 

Tobias pierwszy wszedł do środka.

- Jeśli Sally spotkał ten sam los co jej poprzedniczki, to jej ciało zapewne zostanie 

znalezione w rzece, nie tutaj.

Lavinia zadrżała i podążyła za swoim towarzyszem.

-Nie   widzę   w   tym   najmniejszego   sensu.   Dlaczego   twój   klient   miałby   mordować 

kochanki?

-Na to pytanie nie ma rozsądnej odpowiedzi.

-Nawet jeśli się ich pozbywał, to co to ma wspólnego z pogróżkami pod adresem pani 

Dove i z Błękitną Izbą?

-Trudno mi powiedzieć. Może bardzo dużo.

Lavinia zatrzymała  się na środku kuchni i zmarszczyła nos, czując odór gnijącego 

mięsa.

-Zdajesz sobie sprawę, co mówisz? To by oznaczało, że twój klient może być kłamcą i 

background image

mordercą.

-Powiedziałem ci, że wszyscy klienci kłamią. - Tobias otworzył kosz na warzywa i 

zajrzał   do   środka.   -   To   jeden   z   wielu   powodów,   dla   których   lepiej   jest   pobierać 

zaliczkę tuż po przyjęciu zlecenia.

-Zapamiętam to sobie na przyszłość. - Otworzyła  kredens i zajrzała do wnętrza. - 

Pewnie masz jakąś teorię tłumaczącą, dlaczego Ncville miałby mordować kochanki.

-Możliwe, że to wariat. Lavinia wzdrygnęła się.

-Owszem.

-Istnieje też inny prawdopodobny motyw. - Tobias opuścił pokrywę kosza i spojrzał 

na swoją towarzyszkę. - Mężczyzna, który utrzymuje kobietę i opłaca dla niej taki 

mały domek, robi to, ponieważ chce z nią spędzać sporo czasu.

-Zapewne dużo więcej niż w towarzystwie żony - dodała Lavinia, krzywiąc się lekko.

-

Właśnie. - Enigmatycznie zerknął na nią z ukosa. - Jako że większość małżeństw w 

wyższych  sferach jest zawierana dla pieniędzy i koneksji towarzyskich, trudno się 

dziwić, że związek niewiernego męża z kochanką bywa bliższy niż związek z żoną. 

Lavinia nareszcie zrozumiała, o co mu chodzi.

-Naprawdę wierzysz, że Neville, kiedy znudzi go kolejna kochanka, morduje ją ze 

strachu, że wic o nim zbyt wicie? Jakie sekrety musiałby ukrywać, żeby zabić trzy 

kobiety po to. by nic nikomu nie powiedziały?

-

Będę   z   tobą   szczery.   -   Tobias   zamknął   szufladę   i   ruszył   w   górę   schodami, 

prowadzącymi  na parter. - Na razie nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Wiem 

tylko, że w ciągu ostatnich dwóch lat zginęły dwie, a może i trzy kobiety, z którymi 

Neville'a łączyła bardzo bliska zażyłość. Być może zginęły z własnej ręki.

-

Samobójstwo.   -   Lavinia   rozejrzała   się   nerwowo   po   kuchni   i   szybko   poszła   za 

Tobiasem. - Nic wiemy na pewno, czy Sally Johnson, wzorem swoich poprzedniczek, 

rzuciła się do rzeki.

Tobias zniknął w salonie.

-   Wydaje   mi   się,   że   biorąc   pod   uwagę   okoliczności,   musimy   się   spodziewać 

najgorszego.

Lavinia zostawiła go na parterze, a sama wspięła się wąskimi schodami na piętro.

Wystarczyły dwie minuty w sypialni Sally, by stwierdzić, że co do jednej sprawy jej 

wspólnik się mylił. Lavinia podbiegła do schodów.

- Tobiasie!

Ukazał się w holu na parterze i spojrzał w górę.

background image

-O co chodzi?

-Nie   wiem,   co   się   stało   z   Sally,   ale   jedno   ci   mogę   powiedzieć   na   pewno.   Przed 

zniknięciem spakowała wszystkie swoje rzeczy. Szafa jest pusta, a pod łóżkiem nie 

ma kufrów.

Tobias   bez   słowa   wszedł   na   górę.   Lavinia   odsunęła   się,   żeby   go   przepuścić   do 

sypialni. Kiedy weszła za nim do środka, w zamyśleniu przyglądał się pustej szafie. 

-  Możliwe że ktoś, kto ją znał i wiedział o jej zniknięciu, przyszedł tu ukradł cały 

dobytek - stwierdził cicho. – Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że przyjaciele Sally to 

zwykli złodzieje, którzy potrafią wykorzystać nadarzającą się okazję.

Lavinia potrząsnęła głową.

- Gdyby U był złodziej, zostawiłby w sypialni straszny bałagan. A tutaj wszystko jest 

w wielkim porządku. Człowiek, który spakował rzeczy Sally, dobrze znał ten pokój.

Tobias w zadumie przyglądał się meblom.

- Neville na pewno doskonale zna tę sypialnię.  Może chciał ukryć  jakieś  dowody 

morderstwa.

Lavinia podeszła do umywalki i obejrzała stojącą na niej duża misę.

-

Gdyby to był on, na pewno chciałby się pozbyć tego zakrwawionego ręcznika i wody 

w misce.

-

Co, u diabła?  - Tobias  trzema  krokami  przemierzył  pokój. Spojrzał na plamy na 

ręczniku i brązowawą wodę. - Może zabił ją tutaj, a potem starał się zmyć krew z rąk?

-

W żadnym innym miejscu w pokoju nie ma krwi. Wszystko tu jest całkiem czyste. - 

Lavinia zawahała się. - Jest jeszcze jedna możliwość.

-Jaka?

-

Może ktoś chciał zabić Sally, ale ona przeżyła atak? Mogła wrócić do domu, przemyć 

ranę, spakować się, a potem zniknąć.

-

Myślisz, że gdzieś się ukryła?

-Tak.

Rozejrzał się uważnie po sypialni.

-Co do jednego masz rację. Tu nie ma śladów walki.

-

A to może świadczyć o tym, że została zaatakowana gdzie indziej. - Przekonana do 

swojej   nowej  teorii  Lavinia  szybko  podeszła   do drzwi.  - Musimy  porozmawiać   z 

sąsiadami. Może ktoś widział, jak Sally wróciła do domu i zaraz potem wyjechała.

Tobias potrząsnął głową. 

- To strata czasu. Mój informator twierdzi, że nikt nie widział Sally, odkąd zniknęła.

background image

-Może twój informator nie rozmawiał ze wszystkimi ludźmi z sąsiedztwa. W takich 

sprawach trzeba być wyjątkowo dokładnym.

- Jack jest bardzo dokładny.

Lavinia podeszła do schodów.

-   Wiem,   że   trudno   ci   będzie   w   to   uwierzyć,   ale   mężczyźni   nie   zawsze   myślą   o 

wszystkim.

Ku jej zaskoczeniu, wcale nie zaprotestował. Razem wyszli kuchennymi drzwiami na 

ulicę.

Lavinia przystanęła i uważnie obejrzała dwa rzędy niewielkich domów.

O tej porze panował tu spokój. Jedyną osobą w zasięgu wzroku była stara kobieta 

ubrana   w   pelerynę.   Na   ramieniu   niosła   koszyk   pełen   kwiatów.   Całą   uwagę   skupiła   na 

rozmowie, którą prowadziła z jakimś niewidzialnym towarzyszem.

- Te róże są zbyt czerwone - mamrotała. - Mówię ci, są zbyt czerwone. Czerwone jak 

krew,  no po  prostu  jak krew.  Taka  krwista  czerwień.  Takich   czerwonych  róż  nie  da  się 

sprzedać. Takie róże denerwują ludzi. Nie da się ich sprzedać, mówię ci...

Biedaczka jest całkiem szalona, pomyślała Lavinia. Wiele takich kręciło się po ulicach 

Londynu.

-Kandydatka do szpitala dla obłąkanych - stwierdził cicho Tobias, kiedy kwiaciarka 

się od nich oddaliła.

-Być   może.   Ale   z   drugiej   strony   ona   najprawdopodobniej   nie   morduje   ludzi,   w 

przeciwieństwie do twojego klienta.

-Słuszne stwierdzenie. Ciekawe, co nam to mówi o stanie umysłu Neville'a?

-Może tylko tyle. że potrafi ukryć swoje szaleństwo lepiej niż ta kobieta.

Tobias zacisnął szczęki. 

- Muszę ci powiedzieć, że zawsze wydawał mi się całkiem normalny.

-Przez co może być jeszcze groźniejszy, prawda?

-Niewykluczone. Zauważyłem, że rozmawiamy o nim, jakbyśmy byli pewni, że to on 

zamordował te kobiety -powiedział. - Jednak, ściśle mówiąc, nie wiemy tego z całą 

pewnością.

-Masz rację. Wyciągamy pochopne wnioski. -Lavinia przyjrzała się szeregowi drzwi 

wejściowych.   -   Gospodynie   i   pokojówki   są   najbardziej   obiecującym   źródłem 

informacji. Ufam, że masz ze sobą sporo drobnych monet.

-Dlaczego to zawsze ja mam dawać pieniądze, kiedy to okazuje się konieczne dla 

prowadzenia śledztwa?

background image

Lavinia raźnym krokiem podeszła do pierwszych drzwi.

-Możesz je dopisać do rachunku klienta.

-Robi   się   coraz   bardziej   prawdopodobne,   że   to   mój   klient   okaże   się   głównym 

złoczyńcą w tej sprawie. Jeśli tak się stanie, trudno będzie odebrać od niego zapłatę. 

Może dopiszemy takie dodatkowe drobne wydatki do rachunku twojej klientki?

-Przestań narzekać. - Lavinia weszła po schodach prowadzących do drzwi. - To mnie 

rozprasza.

Tobias przyglądał się jej, stojąc na chodniku.

-Jeszcze   jedno,   zanim   zapukasz.   Musisz   dać   jasno   do   zrozumienia,   że   zapłacisz 

informatorowi tylko wtedy, jeśli dowiesz się od niego czegoś, co ci się przyda. Inaczej 

zanim   dotrzemy   do   końca   ulicy,   nie   będziemy   mieli   ani   grosza   i   nie   uzyskamy 

żadnych znaczących informacji.

-Chyba   już   zapomniałeś,   że   potrafię   się   targować.   -   Uniosła   rączkę   kołatki   i 

energicznie zapukała.

Pokojówka, która otworzyła drzwi, chętnie opowiedziała im kilka plotek o kobiecie z 

przeciwka,   która   nocami   przyjmowała   pewnego   dżentelmena.   Tyle   tylko,   że   ostatni   raz 

widziała ją dwa dni temu. 

Ten sam efekt przyniosły rozmowy pod następnymi dwoma adresami.

-To   beznadziejne   -   oznajmiła   Lavinia   trzy   kwadranse   później,   po   rozmowie   z 

pokojówką z ostatniego domu przy ulicy. - Nikt nie widział Sally, a jednak jestem 

przekonana, że wróciła tu, żeby opatrzyć ranę i spakować rzeczy.

-A może to nie ona wróciła? - Tobias wziął ją za ramię i poprowadził w stronę domku 

Sally. - Może to Neville zabrał jej dobytek, żeby wszyscy myśleli, że wyjechała.

-

Nonsens. Jeśli chciał zasugerować, że wyjechała na wieś, wyrzuciłby mięso z kuchni, 

Żadna   kobieta,   zamykając   dom  przed   wyjazdem   na   dłuższy   czas,   nie   zostawiłaby 

mięsa i warzyw, żeby zgniły.

-

Neville   to   zamożny   człowiek.   Dom   zawsze   prowadziła   mu   służba.   Pewnie   od 

dwudziestu lat nawet nie zajrzał do kuchni.

Lavinia zastanowiła się nad tym.

-Może masz rację. Nadal jednak uważam, że to Sally wróciła do domu.

-Czy dlatego upierasz się przy tej wersji wydarzeń,  bo nie chcesz się pogodzić z 

myślą, że Sally nie żyje? - spytał Tobias, zaciskając mocniej rękę na jej ramieniu.

-Oczywiście.

-Przecież nawet nie znasz tej kobiety. To prostytutka. Wszystko wskazuje na to, że 

background image

zanim przyciągnęła uwagę Neville'a, pracowała w domu publicznym.

-A co jedno z drugim ma wspólnego? Kącik ust Tobiasa lekko drgnął.

-Zupełnie nic. Lavinio - odrzekł cicho. - Absolutnie nic. Z roztargnieniem patrzyła na 

szaloną kwiaciarkę. Stara kobieta

zatrzymała się przed domem Sally. Rozmowa z niewidzialnym towarzyszem stała się 

bardziej ożywiona.

-   Takich   czerwonych   róż   nie   da   się   sprzedać,   mówię   ci.   Nikt   nie   kupuje 

krwistoczerwonych. Nikt ich nie chce... 

Lavinia nagle przystanęła, zmuszając Tobiasa do zatrzymania się.

-Kwiaciarka - wyszeptała.

-O co chodzi? - zdziwił się, zerkając na staruszkę.

-Nikt nie kupuje krwistoczerwonych róż... - mamrotała kobieta.

-Spójrz   na   jej   pelerynę   -   rzekła   Lavinia.   -   Jest   bardzo   elegancka,   prawda?   A   ta 

kwiaciarka to biedaczka.

Tobias wzruszył ramionami.

-Ktoś się pewnie nad nią zlitował i dał jej to okrycie.

-Zaczekaj   tu   -   nakazała   mu   i   wyswobodziła   ramię   z   jego   uścisku.   -   Chcę   z   nią 

porozmawiać.

-Co to da? To wariatka.

Lavinia, nie zwracając na niego uwagi, wolno podeszła do kwiaciarki, uważając, żeby 

jej nie przestraszyć.

- Witam - odezwała się łagodnie.

Kobieta drgnęła i groźnie spojrzała na Lavinię, jakby ją złościło, że ktoś przerywa jej 

rozmowę z niewidzialnym towarzyszem.

-Dziś mam na sprzedaż tylko krwistoczerwone róże - oznajmiła. - Nikt nie chce takich 

kupować.

-Sprzedałaś kiedyś kwiaty kobiecie, która mieszkała w tym domu? - zapytała Lavinia.

-Nikt nie chce krwistych róż.

Jak się rozmawia z szaloną kwiaciarką? Lavinia nie miała pojęcia. A jednak mimo 

szaleństwa tej kobiecie udało się jakoś uniknąć szpitala dla obłąkanych. To oznaczało, że 

potrafi   się  sama   utrzymać   ze   sprzedaży   kwiatów.   A   to   z   kolei   wskazywało,   że   posiadła 

umiejętność targowania się, choćby w podstawowym zakresie.

Lavinia zabrzęczała monetami, które dał jej Tobias.

-Chciałabym kupić twoje krwistoczerwone róże - zagaiła.

background image

-

Nie. - Kobieta ciasno objęła koszyk. - Nikt ich nie chce. 

-  Ja   chcę.   -   Lavinia   wyciągnęła   przed   siebie   monety.   ~   Nikt   nie   chce 

krwistoczerwonych   róż.  -  W  oczach  kwiaciarki   pojawił   się  chytry   błysk.   -  Wiem,   czego 

chcesz.

-Wiesz?

-Masz oko na moją nową pelerynę, co? Nie chodzi ci o czerwone róże. Nikt nic chce 

krwistoczerwonych róż. Chcesz moją pelerynę.

-Jest bardzo ładna.

-Prawie wcale nie ma na niej krwi. - Staruszka uśmiechnęła się dumnie, ukazując 

liczne braki w uzębieniu. - Tylko trochę na kapturze.

Dobry Boże, pomyślała Lavinia. Tylko spokojnie. Nie można jej zadawać zbyt wielu 

pytań, bo się wystraszy. Trzeba jakoś wydobyć od niej tę pelerynę.

-Na mojej pelerynie nie ma krwi - powiedziała ostrożnie. -Może się zamienimy?

-A więc chcesz się zamieniać, tak? To bardzo ciekawe. Ona jej nie chciała, bo kaptur 

jest zakrwawiony. Tak samo jak nikt nie chce krwistoczerwonych róż.

-Ja chcę.

-Ona kupowała ode mnie róże. - Kwiaciarka zajrzała do koszyka. - Ale tamtej nocy 

ich nie chciała. Chodziło o krew. Powiedziała mi, że ledwie uszła z życiem.

Serce Lavinii zabiło mocniej.

-Uciekła?

-No. - Kobieta uśmiechnęła się szeroko. - Ale teraz się boi. Schowała się. Chciała mój 

stary płaszcz, bo nie było na nim krwi.

Lavinia   rozpięła   swoją   pelerynę,   zdjęła   ją   z   ramion   i   podała   staruszce   wraz   z 

monetami.

- Dam ci tę piękną pelerynę i pieniądze w zamian za twoją.

Kwiaciarka czujnie przymrużyła oczy i spojrzała na wyciągnięte ku niej okrycie.

- Wygląda mi na starą. 

- Zapewniam, że jest w doskonałym stanie.

Szalona staruszka przechyliła głowę w bok i wyrwała pelerynę z rąk Lavinii.

-Zobaczmy, co mi tu dajesz, kochaniutka.

-Nie ma na niej krwi - zachęcała Lavinia. - Ani jednej kropli.

-Zaraz się przekonamy. - Kobieta rozłożyła pelerynę i odwróciła ją na lewą stronę, 

żeby obejrzeć podszewkę. - Aha. Tutaj jest jakaś plama. - Przyjrzała się jej uważniej. - 

Wygląda na to, że ktoś próbował ją wyczyścić.

background image

Lavinia   usłyszała,   że   z   gardła   Tobiasa   wydobyło   się   coś   na   kształt   zduszonego 

śmiechu. Starannie unikała jego wzroku.

-

Prawie nic nie widać - oznajmiła stanowczo.

-Ja zauważyłam.

-Taka mała plama jest o wiele mniej podejrzana niż ślady krwi na twojej pelerynie - 

wycedziła Lavinia przez zęby. -Chcesz się zamienić czy nie?

Pomarszczona twarz kwiaciarki skrzywiła się pogardliwie.

-   Kochaniutka,   czy   tobie   się   wydaje,   że   jestem   całkiem   stuknięta?   Moja   piękna 

peleryna jest warta o wiele więcej niż twoja.

Lavinia wzięła głęboki oddech, żeby nie okazać zbytniej desperacji.

-Czego jeszcze chcesz? Kwiaciarka roześmiała się krótko.

-Daj mi pelerynę, pieniądze i te śliczne półbuciki.

-Moje buty? - Lavinia odruchowo zerknęła w dół. - Ale muszę w czymś wrócić do 

domu.

-

Nie bój się, kochaniutka. Dam ci swoje stare buty. Wcale nie ma na nich krwi. Żadnej 

krwi. Róże to co innego. - Chytry błysk zniknął z jej oczu i znów przesłoniła je mgła 

szaleństwa. -Nikt nie chce kupować róż poplamionych krwią. 

- Zamieniłem zdanie. - Tobias pomógł Lavinii wsiąść do wynajętego powozu. - Nie 

jestem już taki pewny, że kwiaciarka to kompletna wariatka. Wręcz przeciwnie, wydaje mi 

się. że jeśli chodzi o targowanie się, jest twoją godną przeciwniczką.

-Miło mi, że ta sytuacja tak cię bawi. - Lavinia opadła na siedzenie i ponuro spojrzała 

na zniszczone buty na swoich nogach. W podeszwach były dziury, a szwy w wielu 

miejscach popękały. - Moje półbuty były prawie całkiem nowe.

-Nie tylko ty straciłaś na tej wymianie. - Tobias wszedł za nią do powozu i zamknął 

drzwi. - Czy musiałaś jej dawać aż tyle moich monet?

-Doszłam  do  wniosku,  że  skoro  ja  poświęcam  pelerynę   i  buty,  to   możesz  też  się 

dołożyć.

-

Mam nadzieję, że jesteś zadowolona z zakupu. - Tobias usiadł naprzeciwko i spojrzał 

na trzymaną przez Lavinię pelerynę. - Czy ten nabytek dostarczy ci jakichś nowych 

wiadomości?

-Sama nie wiem. - Lavinia przeszukała fałdy materiału. -Kwiaciarka miała rację co do 

plam z krwi. - Odwróciła kaptur na lewą stronę i głośno wciągnęła powietrze. - Spójrz. 

To chyba ślad po ranie na głowie.

background image

Tobias zmrużył oczy na widok zaschniętej krwi.

-Tak mi się zdaje. Rany na głowie krwawią obficie, nawet jeśli rozcięcie nie jest 

głębokie.

-Więc moja teoria, że Sally przeżyła atak, wróciła do domu po swoje rzeczy i gdzieś 

się ukryła, może być prawdziwa.

-To, że zamieniła się pelerynami z kwiaciarką, też jest całkiem logiczne -stwierdził w 

zadumie   Tobias.   -Sally   przybyła   tu   z   bardzo   podejrzanej   dzielnicy   i   pewnie   tam 

wróciła, żeby się ukryć. Drogie okrycie tylko niepotrzebnie przyciągnęłoby uwagę 

otoczenia.

-Zgadza się. Tobiasie, chyba coś znalazłam.

Lavinia spostrzegła kieszeń wszytą po lewej stronie peleryny i wsunęła w nią rękę. 

Palce natrafiły na kawałek papieru. 

-  Teraz   wiemy   tyle,   że   ostatniej   kochance   Neville'a   udało   się   uniknąć   losu 

poprzedniczek - rzekł Tobias. – Peleryna potwierdza twoje wnioski, ale nie dostarcza nam 

żadnych nowych informacji, nie wskazuje dalszego kierunku poszukiwań.

Lavinia spojrzała na wyjęty z kieszeni bilet.

- Wręcz przeciwnie - wyszeptała. - Wskazuje nam, że powinniśmy natychmiast udać 

się do muzeum Huggetta.

background image

19

Wściekłość i ból - powiedziała cicho pani Vaughn. - Ból i wściekłość. Zadziwiające.

Słowa te zostały wypowiedziane tak cicho, że Lavinia ledwo je słyszała. Zerknęła na 

Tobiasa,   stojącego   obok   niej   w   odległym   końcu   mrocznej   galerii.   Nie   odezwał   się;   całą 

uwagę skupił na pani Vaughn.

Huggett niespokojnie kręcił się przy drzwiach, jak szkielet gotów w każdej chwili 

zniknąć w ciemnościach.

-   To   bardzo   niestosowne   -   mamrotał.   -   Te   sceny   nie   są   przeznaczone   dla   oczu 

porządnych   kobiet.   Galerię   wolno   odwiedzać   tylko   mężczyznom,   powtarzam   to   państwu 

kolejny raz.

Nikt   nie   zwracał   na   niego   uwagi.   Pani   Vaughn   wolno   przeszła   do   następnych 

eksponatów, zatrzymała się i zaczęła studiować szczegóły woskowych postaci.

-Nie znam twarzy tych kobiet, ale powiadam wam, że mają żywe odpowiedniki. - 

Zawahała się. - Albo martwe.

-Sugeruje pani, że to maski pośmiertne? - dociekał Tobias.

-

Nie   można   tego   stwierdzić.   Są   trzy   sposoby   osiągnięcia   podobieństwa   podczas 

modelowania w wosku. Pierwszy, który sama stosuję, to wyrzeźbienie rysów twarzy, 

tak jak się to robi w kamieniu czy glinie. Drugi polega na wykonaniu woskowego 

odcisku twarzy żywego człowieka. Trzeci to oczywiście maska pośmiertna.

Lavinia przyjrzała się kobiecej twarzy, wykrzywionej w ekstazie lub bólu.

-Czy wyraz maski pośmiertnej nie byłby... hmmm.... mniej ożywiony? Zwłoki chyba 

nic przejawiają takich emocji.

-Doświadczony artysta potrafi zastygłe rysy maski pośmiertnej przekształcić w obraz 

żywej twarzy.

-To   bardzo   niewłaściwe.   -   Huggett   załamał   kościste   ręce.   -Damy   nie   powinny   tu 

wchodzić.

Nikt nawet na niego nie spojrzał.

Tobias przysunął się do figury mężczyzny i uważnie obejrzał twarz.

- A co pani powie o twarzach wystawionych tu mężczyzn? Modele byli żywi czy 

martwi?

background image

Pani Vaughn spojrzała na niego, unosząc brwi.

-Nie zauważył pan, że wszystkie męskie figury mają twarz tego samego modela?

-Nie. - Tobias jeszcze uważniej przyjrzał się figurze. -Uszło to mojej uwagi.

Zaskoczona Lavinia popatrzyła na wykrzywione rysy jednego z mężczyzn.

-Wydaje mi się, że ma pani rację.

-Większość dżentelmenów  odwiedzających  tę galerię nawet nie spojrzy na twarze 

męskich figur- stwierdziła artystka ironicznie. - Ich uwagę przykuwają inne szczegóły 

tych scen.

-Jednak   twarze   kobiet   się   różnią.   -   Lavinia   podeszła   do   kolejnych   eksponatów.   - 

Każda z pięciu kobiet jest inna.

- Też mi się tak wydaje - potwierdziła pani Vaughn.

Lavinia spojrzała na Tobiasa. 

- Nie, nie rozpoznaję żadnej z nich - odpowiedział na jej nieme pytanie.

Zaczerwieniła się i odchrząknęła.

- A mężczyznę?

Krótko i zdecydowanie potrząsnął głową.

- Nie znam tego człowieka. - Nagle odwrócił się do Huggetta. - Kto ci sprzedał te 

prace?

Właściciel muzeum drgnął. Oczy mu się rozszerzyły.  Cofał się krok po kroku, aż 

natrafił plecami na drzwi.

-Nikt   mi   ich   nie   sprzedał   -   odparł,   jednocześnie   zdenerwowany   i   przerażony.   - 

Przysięgam.

-Ale przecież od kogoś je dostałeś. - Tobias zrobił krok w jego stronę. - No, chyba że 

to ty jesteś autorem.

-Nie. - Huggett przełknął ślinę i za wszelką cenę starał się odzyskać panowanie nad 

sobą. - Nie jestem artystą. To nie ja zrobiłem te figury.

-Jak się nazywa ich wykonawca?

-Nie wiem, proszę pana. Mówię prawdę - skomlał Huggett. Tobias podchodził coraz 

bliżej.

-Jak trafiły w twoje posiadanie?

-Mam taką umowę - szybko wyjaśniał właściciel. - Kiedy figury są gotowe, dostaję 

wiadomość, żeby się zgłosić pod pewien adres i je odebrać.

-Co to za adres?

-Za każdym razem inny. Zwykle to jakiś magazyn nad rzeką, ale nigdy ten sam.

background image

-Jak za nie płacisz? - spytał Tobias.

-Właśnie to staram się panu wytłumaczyć. - Huggett skurczył się. - Nie płacę za nie. 

Umowa polega na tym, że dostaję je za darmo pod warunkiem, że wystawię je na 

widok publiczny.

Tobias wskazał na kolekcję.

-Którą scenę dostarczono ci ostatnio?

-

Tę   tutaj.   -   Huggett   drżącym   palcem   wskazał   pobliski   eksponat.   -   Jakieś   cztery 

miesiące temu dostałem wiadomość, że jest gotowa.

Lavinia zerknęła na postać kobiety, zamarłej w jakiejś ciemnej, ponurej ekstazie, i 

zadrżała.

-Nie miałeś żadnych nowych wiadomości od autora? -dopytywał się jej wspólnik.

-Nie.

Tobias przygwoździł Huggetta zimnym spojrzeniem.

-Jeśli dostaniesz od niego jakąś wiadomość, natychmiast mnie o tym zawiadomisz. 

Zrozumiałeś?

-Tak, tak. Natychmiast.

-Ostrzegam cię, że tutaj chodzi o morderstwo.

-Nie chcę mieć nic wspólnego z morderstwem - zapewnił chudzielec. - Jestem tylko 

niewinnym właścicielem małego interesu, który stara się związać koniec z końcem.

Lavinia wymieniła spojrzenia z panią Vaughn.

-   Powiedziała   pani,   że   artysta   tego   kalibru   na   pewno   chciałby,   żeby   publiczność 

oglądała jego prace.

Artystka skinęła głową.

-To naturalna potrzeba. Najwyraźniej jednak ten twórca nie musi zarabiać na swoich 

rzeźbach.

-A więc szukamy dość zamożnej osoby - wywnioskował Tobias.

-Też   tak   sądzę.   -   Pani   Vaughn   spojrzała   na   niego   z   namysłem.   -   Tylko   ktoś 

posiadający inne źródło utrzymania może sobie pozwolić na oddawanie darmo takich 

dużych i wypracowanych figur.

-Ostatnie pytanie, jeśli będzie pani tak uprzejma - odezwała się Lavinia.

-Oczywiście, moja droga. - Artystka uśmiechnęła się. -Pytaj. Cała ta sprawa jest dla 

mnie bardzo interesującym doświadczeniem.

-

Czy myśli pani, że autor tych scen może być tą samą osobą, która wyrzeźbiła scenkę 

przedstawiającą śmierć kobiety w zielonej sukni?

background image

Pani Vaughn spojrzała na udręczoną twarz najbliższej figury. Jakiś cień przebiegł jej 

po twarzy.

- O, tak - wyszeptała. - Myślę, że to jest całkiem możliwe.

Tobias oparł się o jedną z kamiennych kolumn, podtrzymujących dach artystycznie 

zaprojektowanej gotyckiej ruiny, i rozejrzał się po zarośniętym ogrodzie.

Ruinę wybudowano kilka lat wcześniej. Architekt bez wątpienia chciał, żeby była 

wdzięcznym dodatkiem do tego odległego zakątka parku, miejscem spokojnej kontemplacji 

natury.

Jednak ta część rozległego parku nie cieszyła się zainteresowaniem spacerowiczów. W 

rezultacie  ruinę,   otaczający  ją  żywopłot,   drzewa  i   krzewy  zaniedbywano   przez   całe   lata. 

Zieleń wybujała, tworząc naturalną zasłonę, chroniącą ruinę przed wzrokiem człowieka, który 

przypadkowo zawitałby do tego zakątka parku.

Tobias natrafił na to miejsce dawno temu. Odwiedzał je czasami, kiedy chciał się nad 

czymś w spokoju zastanowić. Po raz pierwszy przyprowadził tu kogoś, chociaż do tej pory 

uważał, że jest to jego niemal prywatny teren.

Jakiś czas temu przestało padać, ale woda nadal skapywała z drzew. Powóz, który 

udało mu się złapać po wyjściu z muzeum,  czekał w parkowej alejce. Przynajmniej Tobias 

miał taką nadzieję.  Nie Ucieszyłby się, gdyby musiał iść piechotą do domu Lavinii. Noga 

bardzo mu dzisiaj dokuczała.

-   Mamy   tu   kilka   zdarzeń,   pozornie   ze   sobą   niezwiązanych   -   zaczął.   -   Śmierć   i 

zniknięcie kilku kochanek Neville'a, figury woskowe, plotki na temat wojny o władzę nad 

resztkami Błękitnej Izby. To się musi łączyć. 

-  Zgadzam   się.   -  Lavinia   stała   przy   kolumnie,   złożywszy   ramiona   na   piersiach.   - 

Związek jest oczywisty.

-Nasi klienci, tak?

-Oboje okłamywali nas od samego początku.

-Owszem - potaknął Tobias.

-Oboje starają się nas wykorzystać dla własnych pokrętnych celów.

-Najwyraźniej.

Lavinia zerknęła na wspólnika kątem oka.

-Nadszedł czas, żeby się z nimi rozmówić.

-Proponuję, żebyśmy zaczęli od twojej klientki.

background image

-Bałam się, że to powiesz. - Westchnęła. - Podejrzewam, że pani Dove nie będzie 

zadowolona. Prawdopodobnie mnie zwolni.

Tobias wyprostował się i wziął ją za ramię.

-Jeśli  to  będzie  dla  ciebie  jakimś  pocieszeniem,  to   ja  też  się  nie   spodziewam,   że 

Neville mi zapłaci.

-Zawsze mogę sprzedać następną rzeźbę, żeby opłacić czynsz i kwartalną pensję pani 

Chilton.

-Właśnie to w tobie podziwiam, Lavinio. Nigdy nie brakuje ci dobrych pomysłów.

Joan Dove siedziała na pasiastej sofie w salonie tak nieruchomo, że można ją było 

pomylić z pięknie wyrzeźbionymi figurami woskowymi pani Vaughn.

- Bardzo przepraszam, ale co państwo sugerują? – zapytała lodowatym tonem kobiety, 

nieprzyzwyczajonej do tego, że kwestionuje się jej słowa.

Tobias  nic   nie   odrzekł,  tylko  spojrzał   na  wspólniczkę,   dając   jej   w   ten  sposób  do 

zrozumienia, że to ona lepiej poradzi sobie z tą nieprzyjemną rozmową. W końcu chodziło o 

jej klientkę.

Lavinia popatrzyła mu w oczy. a potem wstała z fotela i stanęła przy oknie. Jej rude 

włosy kontrastowały jaskrawo z ciemną zielenią draperii.

- Wydawało mi się, że to całkiem proste pytanie – powiedziała cicho. - Zapytałam, czy 

miała pani kiedyś romans z lordem Neville'em. Czy to on dwadzieścia lat temu uwiódł panią i 

porzucił?

Joan nie odpowiedziała. Od emanującego z niej chłodu zrobiło się zimniej w całym 

salonie,

- Do diabła, Joan! - Lavinia odwróciła się gwałtownie, oczy błyszczały jej z gniewu. - 

Czy   pani   nie   rozumie,   o   jaką   stawkę   idzie   gra?   Mamy   powody,   by   sądzić,   że   Neville 

zamordował przynajmniej dwie ze swoich byłych  kochanek. A niewykluczone, że więcej. 

Ostatnia może przeżyła, a jeśli tak, to tylko dlatego, że dopisało jej niebywałe szczęście.

Joan milczała.

-Wiemy,   że   Sally   Johnson   na   krótki   czas   przed   swoim   zniknięciem   odwiedziła 

muzeum Huggetta - ciągnęła Lavinia, krążąc po pokoju. - Znajduje się tam specjalna 

galeria, w której są wystawione doskonale wykonane figury z wosku. Scenka, którą 

pani przysłano, była wyrzeźbiona bardzo wprawną ręką. Uważamy, że chodzi tu o 

jedną i tę samą osobę. Proszę nam wyjaśnić, o co tu, na litość boską, chodzi?

background image

-Wystarczy.  - Joan zacisnęła usta w wąską linię. - Nie powinna się pani na mnie 

wściekać. Jestem pani klientką, zapomniała pani o tym?

-Proszę odpowiedzieć na pytanie. - Lavinia zatrzymała się na środku salonu. - Czy coś 

panią łączyło z Neville'em?

Joan zawahała się.

- Tak. Ma pani rację. To on wiele lat temu uwiódł mnie, a potem zostawił na pastwę 

losu.

Przez chwilę nikt się nie odzywał.

- Wiedziałam. - Lavinia głośno wypuściła z płuc powietrze i opadła na najbliższy 

fotel. - Wiedziałam, że musi być jakiś związek. 

- Nic rozumiem, jak ten dawno przebrzmiały romans może mieć cokolwiek wspólnego 

ze sprawą morderstwa - zdziwiła się Joan.

-Wygląda na to, że Neville pozbywa się dawnych kochanek -oznajmił Tobias. - Co 

najmniej dwie kobiety, z którymi łączyły go intymne stosunki, dzisiaj nie żyją. Kratą 

plotki, że jeszcze trzy spotkał ten sam los, a jedna zaginęła.

-Dlaczego miałby je zabijać? - spytała Joan, unosząc brwi.

-Nie wiemy tego na pewno - odrzekł Tobias. - Może się boi, że za dużo o nim wiedzą.

-Co takiego mogą o nim wiedzieć? To pewnie musi być coś ważnego, skoro doszedł 

do wniosku, że musi je zgładzić.

-Powiem wprost, pani Dove. Jestem niemal pewien, że Neville należał do organizacji 

przestępczej zwanej Błękitna Izba. Była to dobrze zakonspirowana i potężna szajka. 

Dowodził nią człowiek o pseudonimie Azure i jego dwóch przybocznych.

-Rozumiem. - Joan patrzyła na niego z trudnym do rozszyfrowania wyrazem twarzy. - 

Co za dziwna sprawa.

-Błękitna Izba zaczęła się rozpadać kilka miesięcy temu, po śmierci Azure'a. Jeden z 

jego przybocznych, Carlisle, zginął trzy miesiące temu we Włoszech.

-Wic pan to na pewno? - zdziwiła się Joan.

Tobias uśmiechnął się chłodno, nie spuszczając wzroku z jej twarzy.

- Tak, jestem pewien, że nic żyje.

Joan spojrzała przelotnie na Lavinię.

-A więc teraz został tylko jeden członek Błękitnej Izby i podejrzewacie, że to lord 

Neville.

-Tak - potwierdziła Lavinia. - Pan March miał nadzieję, że pamiętnik lokaja dostarczy 

mu dowodów.

background image

-Ale tak się dziwnie złożyło, że pamiętnik został zniszczony, zanim ktokolwiek go 

przeczytał - dorzucił Tobias.

Lavinia wpatrzyła się w swoje dłonie. 

- Możliwe, że to Neville zabił Holtona Felixa, zniszczył pamiętnik i postarał się, żeby 

mój wspólnik znalazł jego resztki. Ale jest również możliwe, że tych czynów dokonał ktoś 

inny.

-Kto? - zapytała Joan.

- Pani - odrzekła Lavinia, patrząc jej prosto w oczy.

Na moment zapadła nerwowa cisza.

-Nie rozumiem - wyszeptała Joan. - Dlaczego miałabym to wszystko zrobić?

-Ponieważ   bardzo   pani   chciała   ukryć   pewien   sekret,   opisany   w   pamiętniku   - 

podrzuciła Lavinia.

-To,   że   miałam   romans   z   Neville'em?   -   W   oczach   Joan   pojawiło   się   wzgardliwe 

rozbawienie. - Przyznaję, że chcę utrzymać ten fakt w tajemnicy, ale zapewniam, że w 

tym celu nie posunęłabym się do morderstwa.

-To nie plotki na temat związku z Neville'em panią niepokoją, ale fakt, że Azure'em 

był pani mąż.

Joan patrzyła na nią wstrząśnięta.

-Oszalała pani - stwierdziła.

-

Bardzo go pani kochała, prawda? -ciągnęła Lavinia niemal pieszczotliwym tonem. - 

Musiała   być   pani   wstrząśnięta,   kiedy   dostała   pierwszy   list   od   Holtona   Felixa,   w 

którym przeczytała pani, że Fielding Dove stał na czele tajnej organizacji przestępczej. 

Zrobiłaby pani wszystko, żeby ta informacja nie ujrzała światła dziennego, prawda? W 

grę wchodził honor i dobre imię pani męża.

W   ciągu   kilku   sekund   Joan   pobladła   jak   kreda.   Natychmiast   jednak   jej   policzki 

poczerwieniały ze złości.

-Jak pani śmie twierdzić, że mój mąż miał coś wspólnego z tą Błękitną Izbą? Kim pani 

jest, żeby rzucać takie oskarżenia?

-Powiedziała mi pani, że po śmierci męża nagle była pani zmuszona prowadzić bardzo 

skomplikowane   interesy.   Wspomniała   pani,   że   nadal   rozwiązuje   związane   z   nimi 

problemy.

-

Wyjaśniałam już, że mąż potrafił doskonale inwestować pieniądze. 

-

 Mnogość różnorodnych inwestycji mogła maskować jego przestępczą działalność - 

powiedział Tobias cicho.

background image

Joan przymknęła oczy.

-Macie  rację.  Holton  Felix  przysłał  mi  list,  w którym  groził,  że  ujawni, jaką rolę 

odgrywał mój mąż w jakimś wielkim przestępczym imperium. - Uniosła powieki, a po 

jej oczach można było poznać, że jest przekonana o prawdziwości swoich słów. - Ta 

pogróżka była oparta na kłamstwie.

-Jest pani tego pewna? - zapytała łagodnie Lavinia.

-To niemożliwe. - Łzy zabłysły pod rzęsami Joan. - Byliśmy razem przez dwadzieścia 

lat. Gdyby był przestępcą, wiedziałabym o tym. Przez tak długi czas nie mógł przede 

mną ukrywać czegoś takiego.

-Wiele żon nie wie nic o interesach mężów przez cały czas trwania małżeństwa - 

stwierdziła Lavinia. - Sama nie wiem, ile poznałam wdów, które zupełnie nie umiały 

się   odnaleźć,   kiedy   zostały   same,   ponieważ   nie   miały   pojęcia   o   swojej   sytuacji 

finansowej.

-Nigdy nie uwierzę, że mój mąż był tym Azure'em, o którym mówiliście -oświadczyła 

Joan spokojnie. -Macie jakiś dowód?

-Żadnego - bez oporu przyznał Tobias. - A ponieważ obaj, Azure i pani mąż, nie żyją, 

nie mam zamiaru głębiej badać tej sprawy. Bardzo bym jednak chciał zdemaskować 

Neville'a.

-Rozumiem - wyszeptała Joan.

- I to najlepiej, zanim panią zamorduje - dodała Lavinia.

Oczy Joan się rozszerzyły.

-Naprawdę myślicie, że to on przysłał mi tę scenkę jako pogróżkę?

-Bardzo prawdopodobne - odrzekł Tobias. - Nie jest artystą, ale mógł zamówić rzeźbę 

w wosku u jakiegoś zręcznego twórcy.

-Ale dlaczego miałby mnie uprzedzać o swoich intencjach?

-

Ten człowiek, według wszelkiego prawdopodobieństwa, jest mordercą - powiedziała 

Lavinia. - Kto wie, jak pracuje jego umysł? Może chce cię w ten sposób dręczyć lub 

ukarać? Tobias odwrócił się od okna.

- Podejrzewam, że raczej chce, żeby się pani odsłoniła. Otacza panią niemal armia 

służby. Od razu widać, że ci lokaje potrafią coś więcej, niż tylko roznosić kieliszki szampana 

na srebrnych tacach.

Joan westchnęła.

-Mój   mąż   był   bardzo   bogatym   człowiekiem.   Starał   się   przyjmować   do   służby 

mężczyzn, którzy byli w stanie bronić nas i naszej własności.

background image

-Możliwie, że Neville chciał panią tą przesyłką zdenerwować w nadziei, że, wytrącona 

z  równowagi,  popełni  pani  jakiś   błąd  i sama  mu  wpadnie  w  ręce   - zasugerowała 

Lavinia.

-Ale on nie ma żadnego powodu, żeby pragnąć mojej śmierci - upierała się Joan. - 

Nawet jeśli jest przestępcą, to ja nic nie wiem o jego występkach sprzed dwudziestu 

lat. Musi zdawać sobie z tego sprawę.

Tobias spojrzał na nią uważnie.

- Jeśli się nic mylimy i rzeczywiście była pani żoną Azure'a, to Neville ma wszelkie 

powody, by się obawiać, że wie pani o nim zbyt wiele.

Joan splotła dłonie na kolanach.

-

Mój mąż nie był tym Azure'em, powtarzam. - Tym razem jej głos brzmiał mniej 

pewnie.

-Podejrzewamy jednak, że był, a jeżeli tak, to jest pani w wielkim niebezpieczeństwie 

- ostrzegła Lavinia.

Gniew i ból niemal całkiem zniknęły z twarzy Joan.

-Naprawdę sądzicie, że Neville zamordował te kobiety? -zapytała, rozplatając dłonie.

-

Wiele  na to wskazuje - odrzekł Tobias. - Zaczynam  podejrzewać,  że zamówił  te 

figury   z   galerii   Huggetta   jako   coś   w   rodzaju   makabrycznej   pamiątki   po   każdym 

zabójstwie. 

Joan wzdrygnęła się.

-Jaki artysta zgodziłby się wykonać takie prace?

-Jeśli zapłacono mu wystarczająco dużo, nie zadawał zbyt wielu pytań - stwierdziła 

Lavinia. - Mógł to też być ktoś, kto obawiał się o własne życie. Na przykład madame 

Tussaud   była   zmuszona   do   wykonania   masek   pośmiertnych   podczas   pobytu   we 

francuskim więzieniu.

-Mam   zamiar   dziś   w   nocy   przeszukać   dom   Neville'a   -oznajmił   Tobias   po   chwili 

milczenia. - Ta sprawa musi się zakończyć, i to szybko. Potrzebuję dowodu na to, że 

jest zamieszany w przestępstwo, i nie przychodzi mi do głowy inny sposób na jego 

zdobycie. Dopóki wszystko się nie wyjaśni, nie wolno pani ryzykować. Proponuję, 

żeby dla bezpieczeństwa nie opuszczała pani domu.

Joan zawahała się i potrząsnęła głową.

-Dziś wieczorem jest bal u Colchesterów. To główne wydarzenie sezonu i po prostu 

nie może mnie tam zabraknąć.

-Ależ na pewno może pani wysłać liścik i odwołać swoje przybycie.

background image

-To   niemożliwe.   Lady   Colchester   będzie   głęboko   urażona,   jeśli   się   nie   pojawię. 

Mówiłam już, że to babka narzeczonego mojej córki i rodzinny tyran. Jeśli ją zirytuję, 

złośliwie zemści się na Maryanne.

Tobias zobaczył pełne zrozumienia spojrzenie Lavinii i jęknął w duchu. Pojął, że nikt 

nie rozumie niebezpieczeństw i pułapek związanych z szukaniem odpowiedniego kandydata 

do ręki młodej panny, jeśli sam nie jest w to osobiście zaangażowany. Jeszcze zanim Lavinia 

otworzyła usta, wiedział, że przegrał bitwę.

-  Dobry Boże! Sądzi pani, że lady Colchester posunęłaby się do tego, żeby zmusić 

narzeczonego pani córki do odwołania zaręczyn?

Twarz Joan lekko się napięła.

- Trudno mi powiedzieć. Wiem, że nie będę narażała przyszłości córki tylko dlatego, 

że boję się iść dzisiaj na bal. 

Lavinia szybko odwróciła się do wspólnika.

-W   drodze   tam   i   z   powrotem   będą   pani   Dove   towarzyszyli   lokaje.   W   domu 

Colchesterów cały czas będzie przebywała w otoczeniu wielu osób. Nic powinno jej 

nic grozić.

-Nie podoba mi się to - stwierdził Tobias, świadom, że niczego nie wskóra.

-Mam pomysł - oznajmiła radośnie Lavinia. Skrzywił się i bezwiednie 

rozmasował nogę.

-No tak, oczywiście - rzekł. - Jasny gwint.

background image

20

Kiedy wrócili na Claremont Street, dom był pusty i cichy. Tobias ucieszył się z tego, 

ponieważ zamierzał wygłosić surowe kazanie.

-Pani   Chilton   poszła   odwiedzić   córkę   -   wyjaśniła   Lavinia,   wieszając   kapelusz   na 

haczyku. - Emeline razem z Priscillą i Anthonym poszli na wykład na temat sztuki 

starożytnej.

-Wiem o tym. Szwagier coś mi wspominał, że chce im towarzyszyć. - Rzucił kapelusz 

i rękawiczki na stół. - Chciałbym z tobą porozmawiać - oznajmił.

-Może pójdziemy do gabinetu? - Była już w połowie korytarza. - Rozpalimy ogień. To 

stworzy miłe domowe tło dla naszej kolejnej kłótni, prawda?

-Do diabła!

Nie mając innego wyjścia, podążył za nią i przekonał się, że się nie myliła. Niewielki 

gabinet był o wiele przyjemniejszym miejscem do awantury niż hol. Uświadomił sobie, że 

coraz lepiej się czuje w tym przytulnym, pełnym książek pomieszczeniu. Kiedy tu wchodził, 

miał wrażenie, że wraca do domu. 

To, oczywiście, była kompletna bzdura.

Lavinia usiadła w fotelu za biurkiem, najwyraźniej usatysfakcjonowana przebiegiem 

dnia.   Tobias   przykucnął   przed   kominkiem,   chociaż   noga   lekko   go   przy   tym   zabolała,   i 

rozpalił ogień.

-Jesteś bardzo zadowolona ze swojej sprytnej manipulacji, prawda? - zagaił.

-Daj spokój. Propozycja, żebyśmy wraz z Emeline towarzyszyły pani Dove na balu, 

była rozsądnym rozwiązaniem trudnego problemu. Sam widziałeś, że nie zamierzała 

rezygnować z tej wyprawy. A w ten sposób będę miała ją na oku.

Uśmiechnął się ponuro.

-Co   za   szczęście   dla   ciebie,   że   pani   Dove   bez   trudu   może   załatwić   dodatkowe 

zaproszenia dla przyjaciół z Bath, którzy akurat przyjechali z wizytą.

-

Słyszałeś,   co   powiedziała.   Nawet   gdyby   nie   udało   jej   się   zdobyć   zaproszeń, 

przyprowadzenie kilku gości nie byłoby problemem. Bal u Colchesterów to wielka 

impreza, nikt nie zauważy dwóch dodatkowych osób.

-Czy mogłabyś przestać tak się tym napawać? To bardzo irytujące.

background image

Spojrzała na niego niewinnie.

-Zadaję sobie tyle kłopotu, żeby chronić klientkę...

-Nie udawaj, że się poświęcasz dla Joan Dove. - Wstał i znów poczuł ból w nodze. - 

Dobrze   panią   znam,   łaskawa   pani.   Wykorzystałaś   okazję,   żeby   zdobyć   dla 

siostrzenicy zaproszenie na bal.

Lavinia uśmiechnęła się, zadowolona z siebie.

- To wspaniały zbieg okoliczności, prawda? Wyobraź sobie tylko. Emeline pojawi się 

na jednym z najważniejszych wydarzeń towarzyskich sezonu. Poczekaj, aż lady Wortham o 

tym   usłyszy.   Skończą   się   te   aluzje   na   temat   wielkich   przysług,   jakie   oddaje   mojej 

siostrzenicy. 

Mimo irytacji Tobias był niemal rozbawiony.

-Muszę pamiętać, że kobieta, która chce wydać podopieczną za mąż, jest gotowa na 

wszystko.

-Daj spokój. Przynajmniej zapewnimy bezpieczeństwo pani Dove. - Urwała na chwilę. 

-   Co   prawda   nie   sądzę,   żeby   Neville   próbował   ją   zamordować   podczas 

najhuczniejszego balu sezonu.

Tobias zastanowił się nad jej słowami.

-Tak,   to   rzeczywiście   niesprzyjające   okoliczności.   A   jednak,   biorąc   pod   uwagę 

samotniczy tryb życia pani Dove i to, że kiedy opuszcza dom, to zawsze w eskorcie 

osiłków w liberiach, zdesperowany zbójca może dojść do wniosku, że lepsza okazja 

mu się nie nadarzy.

-Nie obawiaj się. Nie spuszczę jej z oka przez cały bal. -Lavinia oparła podbródek na 

dłoni i twarz jej spoważniała. -Mówiłeś poważnie, że zamierzasz dziś przeszukać dom 

Neville'a?

-Tak. Musimy szybko znaleźć odpowiedzi na nasze pytania, a nie przychodzi mi do 

głowy żadne inne miejsce, gdzie mógłbym ich szukać.

-A jeśli on będzie w domu?

-Mamy szczyt sezonu. Neville'owie, ze względu na swoją pozycję towarzyską, niemal 

co wieczór wychodzą z domu. Wiem na pewno, że nawet w spokojnych miesiącach 

Neville rzadko wraca do domu przed świtem.

Lavinia zmarszczyła nos.

-Wydaje mi się oczywiste, że lord Neville i jego małżonka nie przepadają za swoim 

towarzystwem.

-

Pod tym względem są bardzo podobni do innych małżeńskich par ze swojej sfery. 

background image

Jakkolwiek jest, z mojego doświadczenia wynika, że kiedy państwa nie ma w domu, 

służący zajmują się swoimi sprawami, a wielu z nich wręcz wymyka się na miasto. 

Jest   duża   szansa,   że   rezydencja   będzie   dziś   niemal   pusta.   Zostanie   kilka   osób   ze 

służby, ale pewnie zajmą się czymś w swoich kwaterach. Łatwo będzie wślizgnąć się 

tam niepostrzeżenie. - Lavinia milczała. - No? O co chodzi? - Spojrzał na nią pytająco.

Wzięła pióro i uderzała nim rytmicznie o wewnętrzną stronę dłoni.

-Nie podoba mi się ten plan.

-Dlaczego nie?

Zawahała się, odłożyła pióro i wstała. W jej oczach wyraźnie widać było niepokój.

-To   nie   to   samo   co   przeszukanie   skromnego   domku   Sally   Johnson   -   powiedziała 

cicho. -Przecież jesteśmy niemal pewni, że Neville to morderca. Bardzo mnie martwi 

myśl, że będziesz nocą sam krążył po jego domu.

-Twoja troska mnie wzrusza i zaskakuje. Nie wiedziałem, że tak bardzo ci zależy na 

moim bezpieczeństwie. Odnosiłem wręcz wrażenie, że moja osoba cię denerwuje.

Lavinia nagle się nasrożyła.

-Nie   kpij   sobie   z   tego.   Mamy   do   czynienia   z   człowiekiem,   który   być   może 

zamordował kilka kobiet.

-I   prawdopodobnie   zlecił   zamordowanie   Bennetta   Rucklanda   -   dodał   spokojnie 

Tobias.

-Rucklanda? Tego, który zginął we Włoszech?

-Tak.

-Ale mówiłeś, że to Carlisle kazał go zabić.

-Neville i Carlisle dobrze się znali, obaj byli związani z Błękitną Izbą. Podejrzewam, 

że Neville zapłacił mu olbrzymią sumę, żeby zlikwidował Rucklanda, zanim ten zdąży 

wrócić do Anglii.

-Tak bardzo chcesz odnaleźć jakieś nowe dowody, że aż się boję, żebyś niemądrze nie 

wystawił się na niebezpieczeństwo. Lepiej będzie, jak weźmiesz ze sobą Anthony'ego 

dla ochrony.

-

Nie. Chcę, żeby poszedł na bal do Colchesterów. Pomoże ci pilnować Joan. 

-

 Z tym poradzę sobie sama. Moim zdaniem, Anthony powinien iść z tobą.

Tobias uśmiechnął się lekko.

-To miło z twojej strony, że tak się o mnie troszczysz. Pociesz się myślą, że jeśli coś 

nie wypali, to będzie całkowicie moja wina. Jak zwykle, przynajmniej według ciebie.

-Widzę, że chcesz zmienić temat.

background image

-Owszem. Ta rozmowa zmierza donikąd.

-Tobiasie, jeśli dalej będziesz mnie prowokować, to nie ręczę za swoje czyny.

Jej   zaciśnięte   pięści   i   groźne   spojrzenie   natychmiast   go   przekonały,   że   próba 

rozładowania atmosfery nie była udana.

-Lavinio...

-Tu nie chodzi o przypisanie komuś winy, tylko o zdrowy rozsądek.

Ujął jej twarz.

-   Czyżby   uszło   twojej   uwagi,   że   jeśli   chodzi   o   nas   dwoje,   to   zdrowy   rozsądek 

natychmiast gdzieś znika?

Chwyciła go mocno za nadgarstki.

-Obiecaj mi, że będziesz bardzo ostrożny.

-Daję ci na to słowo.

-Obiecaj mi, że nie wejdziesz do tego domu, jeśli będziesz podejrzewał, że Neville jest 

w środku.

-Zapewniam cię, że go tam dzisiaj nie będzie. Jest wysoce prawdopodobne, że wraz z 

małżonką pokaże się na balu u Colchesterów. Prędzej ty go zobaczysz niż ja.

-To mi nie wystarczy. Przyrzeknij, że nie wejdziesz do środka, jeśli ktokolwiek będzie 

w domu.

-Lavinio, nie mogę ci tego przyrzec.

-Obawiałam się, że to powiesz - odrzekła z cichym jękiem. -Obiecaj mi...

- Dość obietnic na dzisiaj. Wolałbym cię pocałować.

Oczy jej błyszczały, ale nie potrafił powiedzieć, czy z gniewu, czy z podniecenia. Miał 

nadzieję, że jednak z podniecenia.

-Staram się rozmawiać z tobą poważnie - oznajmiła.

-Chcesz mnie pocałować?

-To   nie   jest   temat   naszej   dyskusji.   Rozmawialiśmy   o   tym,   że   nie   powinieneś 

nadstawiać karku.

Przesunął kciukiem po linii jej podbródka, zafascynowany miękkością i delikatnością 

skóry.

- Pocałuj mnie, Lavinio.

Położyła   mu   dłonie   na   ramionach   i   wbiła   palce   w   materiał   surduta.   Tobias   nie 

wiedział, czy chce go odepchnąć, czy przyciągnąć bliżej.

-Obiecaj mi, że zachowasz się rozsądnie - zażądała.

-Nie, Lavinio. - Pocałował ją lekko w czoło i nos. - Nie możesz mnie o to prosić. 

background image

Złożenie takiej obietnicy nie leży w mojej mocy.

-Bzdura. Oczywiście, że leży.

-Nie. - Potrząsnął głową. - Jeśli chodzi o ciebie, nie zachowuję się rozsądnie od dnia, 

kiedy cię pierwszy raz zobaczyłem na ulicy w Rzymie.

-Tobiasie. - Z trudem chwytała powietrze. - To szaleństwo. Przecież my się nawet 

specjalnie nie lubimy.

-Mów za siebie. Ja czuję do ciebie coraz większą sympatię, chociaż masz zdolność 

doprowadzania mnie do białej gorączki.

-Czujesz do mnie sympatię? - Oczy się jej rozszerzyły. -Powiedziałeś...

Wzdrygnął się lekko, jakby znów słyszał Anthony'ego, wygłaszającego mu surowe 

kazanie.

-Może sympatia to w tych okolicznościach nie jest odpowiednie słowo.

-

Sympatię możemy czuć do miłego znajomego albo rozpieszczającej nas ciotki, albo... 

do pieska. 

-W takim razie to zupełnie nieodpowiednie słowo - stwierdził. - Moje uczucia do 

ciebie nie mają nic wspólnego z uczuciami do znajomych, ciotek i psów.

-Tobiasie...

Dotknął   jej   karku,   gdzie   kilka   niesfornych   kosmyków   wydobyło  się   spod   spinek 

przytrzymujących włosy.

-Pragnę cię, Lavinio. Nie pamiętam, żebym tak bardzo pragnął jakiejś kobiety. Tak 

bardzo cię pragnę, że aż ból ściska mi żołądek.

-Cudownie. Przyprawiam cię o ból żołądka. - Zamknęła oczy, a jej ciało przebiegł 

dreszcz. - Zawsze marzyłam, żeby mieć taki fascynujący wpływ na mężczyznę.

-Anthony mi powiedział, że nie potrafię się odpowiednio zachowywać wobec kobiet. 

Może byłoby prościej, gdybyś przestała mówić i pocałowała mnie.

-Wiesz, jesteś zupełnie niemożliwy.

-W   takim   razie   doskonale   do   siebie   pasujemy.   Ty   jesteś   najbardziej   niemożliwą 

kobietą, jaką w życiu spotkałem. Pocałujesz mnie?

Coś zabłysło w jej oczach, może irytacja, a może pasja. Zdjęła ręce z jego ramion i 

zarzuciła mu je na szyję. Potem stanęła na palcach i pocałowała go.

Otworzył   usta,   żeby   posmakować   jej   dzikości,   której   już   zaznał   tamtej   nocy   w 

powozie. Zadrżała i objęła go mocniej. Jej pożądanie rozpaliło tlący się w nim ogień.

-Tobiasie... - Wsunęła palce w jego włosy i pocałowała go namiętnie.

-Przy tobie czuję się tak, jakbym zażył jakiś silny narkotyk -wyszeptał. - Boję się, że 

background image

się już uzależniłem.

-Och,  Tobiasie!   -  Tym   razem   jego  imię   zabrzmiało   jak   pełen   napięcia,   zduszony 

krzyk.

Objął ją, kładąc dłonie tuż pod piersiami, i podniósł, jednocześnie przyciskając do 

siebie. Wydała z siebie cichy, zmysłowy okrzyk, od którego krew mu zawrzała w żyłach. 

Niosąc ją, posuwał się naprzód, a ona obsypywała go wilgotnymi, gorącymi pocałunkami.

Doszedł do biurka i posadził Lavinię na jego skraju. Przytrzymując ją, jedną ręką 

rozpiął spodnie, a ona objęła jego najintymniejszą część ciała delikatnymi palcami.

Zamknął oczy i zacisnął zęby, jakby chciał opanować szalejący w nim głód. Kiedy 

odzyskał  kontrolę  nad sobą, otworzył  oczy i zobaczył  zarumienioną  z podniecenia  twarz 

Lavinii i jej drżące ciało.

Rozsunął jej nogi i położył ręce na gładkiej nagiej skórze tuż nad pończochą, potem 

przykląkł na jednym kolanie i ucałował wewnętrzną stronę prawego uda. Posuwał się wyżej, 

nieubłaganie zmierzając do celu.

- Tobiasie... - Zacisnęła ręce w jego włosach. - Co ty...? Nie, nie, nie możesz mnie tam 

całować. Tobiasie, nie wolno...

Zignorował   jej   protesty.   Kiedy   końcem   języka   dotknął   najwrażliwszego   punktu, 

wreszcie przestała mówić. Ostatnie słowa uwięzły jej w gardle.

Wsunął w nią palce i całował ją jeszcze mocniej. Doszła do szczytu w milczeniu, 

jakby zabrakło jej oddechu. Czuł, jak jej wnętrze  się rozluźnia,  wstrząsane serią lekkich 

dreszczy.

Kiedy doszła do siebie, wstał i zamknął ją w objęciach, a ona przywarła do niego 

bezwładnie.

- Nauczyłeś się tego we Włoszech? - wymamrotała z twarzą ukrytą w jego szyi. - 

Powiadają, że nie ma to jak podróż po Europie, żeby pogłębić wszechstronną wiedzę.

Uznał, że Lavinia nie oczekuje odpowiedzi na to pytanie, co było mu bardzo na rękę, 

ponieważ nie byłby teraz w stanie prowadzić logicznej rozmowy.

Stanął miedzy jej nogami i położył dłonie na krągłych pośladkach. Uniosła głowę i 

uśmiechnęła się. Nie potrafiłby oderwać wzroku od jej oczu, nawet gdyby tego chciał. 

- Oczy doświadczonej mesmerystki - wyszeptał. – Chyba mnie zahipnotyzowałaś.

Czubkiem palca dotknęła koniuszka jego ucha, a potem warg. Uśmiechnęła się, a on 

dał się oczarować jej mocy.

Był gotów się z nią połączyć.

Już miał wniknąć w jej przytulne ciepło, kiedy zamarł jak rażony gromem, słysząc 

background image

skrzypienie otwieranych drzwi frontowych, a potem stłumione głosy w holu.

Lavinia zesztywniała w jego ramionach.

-Ojejku - wyszeptała w panice. - Tobiasie...

-Cholera jasna. - Oparł się czołem o jej czoło. - Nic mów mi tylko, że...

-Zdaje   się,   że   Emeline   wróciła   trochę   wcześniej,   niż   planowała.   -   W   narastającej 

panice usiłowała odepchnąć od siebie Tobiasa. - Musimy natychmiast doprowadzić się 

do porządku. Za chwilę tutaj wejdzie.

Trans został przerwany. Tobias cofnął się i niezdarnie zapiął spodnie.

- Nie denerwuj się. Na pewno nic nie zauważy - uspokajał ją.

- Musimy wpuścić tu trochę świeżego powietrza.

Zeskoczyła z biurka, wygładziła spódnicę i podbiegła do okna.

Kiedy je otworzyła, zimny, wilgotny wietrzyk wtargnął do gabinetu. Ogień na 

kominku gwałtownie wystrzelił. Tobias był najwyraźniej rozbawiony sytuacją.

-Może nie zauważyłaś, ale pada deszcz. Odwróciła się na pięcie i zgromiła go 

wzrokiem.

-A właśnie że zauważyłam.

Uśmiechnął się. W tej samej chwili usłyszał w holu znajomy głos.

-Moim   zdaniem,   część   wykładu   pana   Halcomba   poświęcona   ruinom   Pompei   była 

raczej słaba - mówił Anthony.

-

Zgadzam się. Wątpię, czy w swoich badaniach wyszedł poza Muzeum Brytyjskie. 

Lavinia zesztywniała.

-Co oni sobie wyobrażają? Dobry Boże, jeśli ktoś z sąsiadów widział, jak wchodzą 

razem do pustego domu, opinia Emeline będzie zszargana. Całkiem zrujnowana.

-Ale, Lavinio...

-Ja się tym zajmę. - Pomaszerowała do drzwi gabinetu i otworzyła je z rozmachem. - 

Co się tutaj dzieje?

Anthony i Emeline zatrzymali się w połowie korytarza.

-Dzień dobry, panie March.

-Witam, panno Emeline.

Anthony spojrzał czujnie na Lavinię i szwagra.

-Czy coś się stało, pani Lakę?

-Zupełnie straciliście zdrowy rozsądek? - zapytała z furią. -Emeline, pan Sinclair może 

odprowadzać cię do drzwi, ale co ci przyszło do głowy, żeby zapraszać go do środka, 

kiedy nikogo nie ma w domu? Co ty sobie wyobrażałaś?

background image

Widać było, że siostrzenica ma zamęt w głowie.

-Ależ, Lavinio...

-A jeśli ktoś z sąsiadów cię widział?

Młodzi ludzie wymienili spojrzenia, a potem w oczach Anthony'ego pojawił się błysk 

zrozumienia.

-Pani pozwoli, że się upewnię, czy ją dobrze zrozumiałem -powiedział chłopak. - Jest 

pani zaniepokojona, ponieważ ktoś mógł widzieć, jak wchodzę z panną Emeline do 

domu. w którym nie ma nikogo, kto mógłby odgrywać rolę przyzwoitki. Zgadza się?

-Właśnie o to chodzi. - Lavinia oparła ręce na biodrach. -Dwoje młodych ludzi, bez 

ślubu, wchodzących razem do pustego domu? Co sąsiedzi na to powiedzą?

-Pozwól,   że   zwrócę   twoją   uwagę   na   niewielką   lukę   w   twoim   rozumowaniu   - 

powiedziała cicho siostrzenica.

Ciotka spojrzała na nią groźnie.

- A jakaż to luka? 

Dom nie jest pusty. Jesteś tu ty i pan March i trudno o lepsze przyzwoitki.

Nastąpiła krótka, napięta cisza, podczas której Lavinia analizowała słowa dziewczyny.

Tobiasowi udało się powstrzymać od śmiechu. Zerknął na Lavinię, zastanawiając się, 

kiedy wreszcie zaświta jej w głowie, że zareagowała z przesadą.

Nagle przerwane chwile  namiętności  często miewają taki  wpływ  na stan nerwów, 

pomyślał.

Lavinia zakrztusiła się, poczerwieniała, a potem chwyciła się ostatniej deski ratunku.

-No, dobrze, ale przecież nie wiedziałaś, że jesteśmy w domu.

-Owszem,   wiedzieliśmy   -   zapewnił   Anthony   nieśmiało.   -Lokaj   lady   Wortham 

odprowadził   Emeline   do   drzwi.   Kiedy   otworzyła   je   własnym   kluczem,   zobaczyła 

kapelusz i rękawiczki Tobiasa oraz pani pelerynę. Zapewniła lady Wortham, że oboje 

jesteście w domu. a wtedy ta łaskawie się zgodziła, żebym wszedł do środka z panną 

Emeline, zanim ona z córką odjadą.

-Rozumiem - odrzekła słabym głosem Lavinia.

-Widzę,   że   nie   słyszałaś   podjeżdżającego   powozu   lady   Wortham   -   stwierdziła   jej 

siostrzenica. - Nie słyszałaś też, jak mówiłam lady Wortham, że jesteś w domu.

-No nie. - Lavinia odchrząknęła. - Nic nie słyszeliśmy. Byliśmy w gabinecie, bardzo 

zajęci.

-Na pewno pochłaniały was jakieś wyjątkowo ważne sprawy -powiedział Anthony z 

podejrzanie niewinnym uśmiechem. -Robiliśmy dużo hałasu, prawda, panno Emeline?

background image

-Bardzo dużo - potwierdziła dziewczyna. - Nie wyobrażam sobie, jak mogłaś nas nie 

usłyszeć.

Jej ciotka otworzyła usta, ale nie wydobyły się z nich żadne słowa, więc szybko je 

zamknęła. Jej policzki z różowych stały się czerwone. 

W oczach Emeline zamigotały figlarne iskierki.

-   O   czym   to   rozmawialiście   z   panem   Marchcm?   Musiało   to   być   coś   niebywale 

fascynującego.

Ciotka wzięła głęboki oddech.

- Rozmawialiśmy o poezji - wyrzuciła z desperacją.

background image

21

Lavinia   w   towarzystwie   Joan   stała   w   stosunkowo   zacisznej   niszy   okiennej   i 

obserwowała salę balową pełną ludzi. Martwiła się o Tobiasa, ale jednocześnie rozsadzało ją 

poczucie   triumfu.   Ponieważ   w   pierwszej   sprawie   nic   nie   mogła   poradzić,   postanowiła 

nacieszyć się sukcesem towarzyskim.

Bal   u   Colchesterów   był   spełnieniem   jej   marzeń,   dotyczących   wprowadzenia 

siostrzenicy w wielki świat. Salę udekorowano w chińskim stylu, wzbogaconym o motywy 

etruskie i indyjskie. Wspaniały efekt podkreślały złocenia i liczne lustra. W tym otoczeniu 

Emeline wyglądała elegancko i egzotycznie. Miała turkusową suknię od madame Franceski, 

ciemne włosy starannie upięte ozdobnymi spinkami.

-Moje gratulacje - wyszeptała Joan. - Ten młody człowiek, który właśnie poprosił pani 

siostrzenicę do tańca, to dziedzic szlacheckiego tytułu.

-Ma jakiś majątek?

-Zdaje się, że nawet kilka. Lavinia uśmiechnęła się.

-

Wydaje się bardzo miły. 

-Tak. - Joan przyglądała się tańczącym. - Cale szczęście, że młody Reginald nie wdał 

się w ojca. Ale to, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, wcale nic jest 

niespodzianką.

-Nie rozumiem.

-Reginald   to  trzeci,   najmłodszy,   syn   Bollinga.   -  Uśmiech  Joan  stał   się  chłodny.   - 

Pierwszego znaleziono martwego w uliczce na tyłach domu publicznego. Podobno 

zastał zabity przez jakiegoś rzezimieszka, którego nie udało się aresztować.

- Domyślam się, że nie wierzy pani w tę historię?

Joan ledwie dostrzegalnie wzruszyła ramionami.

-Jego   skłonność   do   bardzo   młodych   dziewcząt   nie   była   dla   nikogo   tajemnicą. 

Niektórzy wierzą, że zabił go krewny którejś z tych uwiedzionych niewinnych istot, 

może starszy brat.

-Jeśli tak było, to nie żal mi najstarszego syna Bollinga. Co się stało z drugim?

-

Dużo pił i często w poszukiwaniu uciech chadzał do dzielnicy  czerwonych latarni. 

Pewnej   nocy   znaleziono   go   leżącego   twarzą  w   rynsztoku,   przed   jaskinią   gry. 

background image

Powiadają, że utopił się w kałuży.

Lavinia wzdrygnęła się.

-Co za nieszczęśliwa rodzina.

-

Nikt nie przewidywał, że młody Reggie odziedziczy tytuł, a już z pewnością nie lady 

Bolling. Kiedy wypełniła obowiązek, dając mężowi dziedzica, a potem jeszcze, na 

wszelki wypadek, jednego syna, zajęła się własnymi potrzebami.

-Znalazła sobie kochanka?

-Tak.

-Sugeruje pani, że to ten kochanek jest ojcem Reginalda?

-Wydaje mi się to całkiem prawdopodobne. Po matce odziedziczył kasztanowe włosy 

i ciemne oczy, więc z wyglądu trudno odgadnąć, kto go spłodził. Pamiętam jednak, że 

dwaj starsi synowie mieli jasne włosy i oczy.

-

A więc tytuł przejdzie na potomka innego mężczyzny, nie Bollinga? 

Lavinia wiedziała, że takie wypadki zdarzają się częściej, niż można przypuszczać. W 

wyższych  sferach, gdzie małżeństwa zawierano z różnych powodów, ale na pewno nie z 

miłości, pewna liczba potomków dochodziła do tytułów i spadków nieco krętymi drogami.

-  Szczerze   mówiąc,   moim   zdaniem   w   tym   wypadku   to  dobrze,   że   tak   się   stało   - 

wyznała Joan. - Mężczyźni z linii Bollinga mają chyba złą krew. Zwykle własne słabości do 

prowadzały   ich   do   zguby.   Sam   Bolling   jest   beznadziejnie   uzależniony   od   mleczka 

makowego. To dziw, że nałóg jeszcze nie doprowadził go do śmierci.

Lavinia   zerknęła   badawczo   na   swoją   klientkę.   Nic   była   to   pierwsza   plotkarska 

opowieść, jaką od niej tego wieczoru usłyszała. Może to nuda, wynikająca z konieczności 

trzymania się razem, skłoniła Joan do zdradzenia wielu plotek i sekretów gości Colchesterów. 

Podczas ostatniej godziny Lavinia  dowiedziała  się więcej o skandalach i szaleństwach w 

eleganckim towarzystwie niż przez minione trzy miesiące.

- Jak na osobę, która nie bywa wiele, wydaje się pani doskonale poinformowana o 

tym, co się dzieje w najwyższych sferach - stwierdziła ostrożnie Lavinia.

Joan zacisnęła  palce na wachlarzu. Zanim skinęła głową, zawahała  się na ułamek 

sekundy.

-Mój mąż bardzo starannie zbierał wszelkie informacje i plotki, które, jego zdaniem, 

mogły mu się przydać w interesach. Na przykład, bardzo dokładnie przeanalizował 

charakter   i   pochodzenie   młodego   Colchestera,   zanim   przyjął   oświadczyny   o   rękę 

Maryanne.

-To całkiem naturalne. Zrobiłabym  to samo, gdyby jakiś młody człowiek wykazał 

background image

zdecydowane zainteresowanie moją siostrzenicą.

-Lavinio?

-

Słucham. 

-

Naprawdę sądzi pani, że to możliwe, by mój mąż przez tyle lat ukrywał przede mną 

swoją przestępczą działalność?

Żałosny ton pytania sprawił, że do oczu Lavinii napłynęły łzy. Zamrugała gwałtownie, 

żeby powstrzymać ich strumień.

-Wydaje mi się, że zadał sobie bardzo wiele trudu, żeby zataić przed panią swoje 

sekrety, ale zrobił to z miłości do pani. Nie chciał, żeby znała pani prawdę. Pewnie 

myślał, że trwając w nieświadomości, będzie pani bezpieczniejsza.

-Innymi słowy, chciał mnie chronić?

-Właśnie.

Joan uśmiechnęła się smutno.

- To by było do niego bardzo podobne. Zawsze najpierw troszczył się o dobro żony i 

córki.

Z tłumu wyłonił się Anthony z dwoma kieliszkami szampana.

-Z kim tańczy Emeline? - zapytał nerwowo.

-Z synem Bollinga. - Lavinia wzięła od niego kieliszek. -Poznał go pan?

-Nie. - Anthony zerknął przez ramię na tańczących. - Mam nadzieję, że został jej 

właściwie przedstawiony?

-Oczywiście.   -   Lavinia   poczuła   litość   dla   chłopaka.   -   Proszę   się   tym   zbytnio   nie 

przejmować.   Następnego   tańca   nie   obiecała   jeszcze   nikomu.   Na   pewno   z 

przyjemnością da się panu zaprosić.

Twarz Anthony'ego natychmiast poweselała.

-Tak pani uważa?

-Nie mam wątpliwości.

-Dziękuję, pani Lakę. Jestem bardzo wdzięczny.  - Odwrócił się, żeby mieć lepszy 

widok na tańczących.

Joan zniżyła głos, tak żeby tylko Lavinia mogła ją usłyszeć.

-Chyba słyszałam, jak pani siostrzenica obiecała następny taniec panu Proudfootowi.

-

Biorę   za   to   pełną   odpowiedzialność.   Powiem,   że   popełniłam   błąd,   notując   w 

karneciku imiona kolejnych partnerów do tańca. 

Joan przyglądała się wpatrzonemu w tańczące pary Anthony'emu.

-Proszę wybaczyć, że nieproszona udzielę pani rady, ale jeśli nie akceptuje pani pana 

background image

Sinclaira jako przyszłego męża siostrzenicy, to nie postępuje pani wobec niego fair, 

ośmielając go do tańca z nią.

-Wiem.  Nie ma  pieniędzy,  tytułu ani majątku na wsi, ale muszę  pani wyznać,  że 

bardzo go lubię. W dodatku widzę, że oboje są szczęśliwi w swoim towarzystwie. 

Zrobię   wszystko,   żeby   Emeline   dobrze   się   bawiła   przez   sezon   lub   dwa   i   miała 

sposobność poznać najróżniejszych odpowiednich dla niej kawalerów. Chcę jednak, 

żeby na koniec sama podjęła decyzję.

-A jeśli wybierze pana Sinclaira?

-Oboje   są   bardzo   inteligentni.   Coś   mi   mówi,   że   jeśli   zjednoczyliby   siły,   to   nie 

głodowaliby w życiu.

Wielki   dom   był   pogrążony   w   ciemnościach,   z   wyjątkiem   jednej   izby   w   pobliżu 

kuchni, w której płonął ogień. Tobias stał ukryty w cieniu na tyłach holu i nasłuchiwał. W 

oddali   usłyszał   stłumiony   chichot   i   śmiech   pijanego   mężczyzny.   Najwyraźniej   dwoje 

służących znalazło sobie ciekawe zajęcie w jakimś ustronnym pokoju.

Ich   obecność   w   suterenie   nie   była   dla   Tobiasa   zagrożeniem.   Nie   miał   zamiaru 

przeszukiwać   okolic   kuchni.   Człowiek   taki   jak   Neville   na   pewno   nie   wykazywał 

zainteresowania   częścią   domu,   która   pozostawała   domeną   służby.   Na   pewno   nawet   nie 

przyszło mu do głowy, żeby swoje tajemnice ukrywać w suterenie, gdzie nigdy sam nie 

wchodził.

Tobias posuwał się mrocznym korytarzem. Doszedł do wniosku, że Neville właściwie 

nie miał powodu, żeby cokolwiek starannie ukrywać we własnym domu. Dlaczego miałby 

sobie zadawać taki trud? Był tu panem i władcą. 

Do   diabła   -   szepnęła   Lavinia   do   swej   klientki.   -   Właśnie   dostrzegłam   w   tłumie 

Neville'a i jego żonę.

-To nic dziwnego. - Joan z lekkim rozbawieniem patrzyła na jej zatroskaną minę. - Już 

pani mówiłam, że każdy, kto cokolwiek znaczy w towarzystwie, zjawi się tu dzisiaj, 

bo inaczej naraziłby się lady Colchester.

-Nadal nie mogę uwierzyć, że ta przemiła starsza pani, która powitała nas w drzwiach, 

może siać taki postrach w towarzystwie.

-Trzyma wszystkich żelazną ręką. - Joan uśmiechnęła się -Ale chyba lubi moją córkę i 

wolałabym, żeby tak pozostało.

A lady Colchester nie chciałaby stracić olbrzymiego posagu, którym Maryanne miała 

background image

zasilić  kufry Colchesterow, pomyślała  Lavinia.  Postanowiła  jednak  nie wspominać  o tak 

oczywistej   sprawie.   Im   wyższe   kręgi   towarzyskie,   tym   stawki   w   małżeńskiej   grze   były 

większe. Ona chciała dać Emeline posmakować prawdziwego sezonu, w nadziei, że trafi się 

młodzieniec, który zapewni siostrzenicy życie bez większych kłopotów finansowych, gdy 

tymczasem Joan prowadziła manewry godne operacji wojskowej średniej wielkości państwa.

Neville znów mignął Lavinii w tłumie. Doszła do wniosku, że jego obecność tutaj 

powinna ją uspokoić. Przecież to oznaczało, że nie ma go w domu, gdzie przypadkiem mógł 

się na niego natknąć Tobias, pochłonięty szukaniem dowodów.

Zastanawiała się, co takiego Neville ma w sobie, że kiedyś udało mu się przyciągnąć 

uwagę jej klientki.

-Wiem,   że   wygląda   jak   zatwardziały   rozpustnik,   wiecznie   w   pogoni   za   błahymi 

rozrywkami  - powiedziała  Joan, jakby czytała  w  jej myślach.  - Zapewniam  panią 

jednak,   że   kiedy   go   poznałam,   był   dziarskim,   przystojnym   młodzieńcem   o 

niesłychanym uroku.

-Rozumiem.

-

Powinnam   dostrzec   w   nim   chciwość   i   egoizm,   ukryte   pod   powłoczką   ogłady. 

Pochlebiam   sobie,   że   jestem   kobietą   inteligentną.   Mówiąc   krótko,   za   późno 

dostrzegłam jego prawdziwe oblicze. Nawet teraz trudno mi sobie wyobrazić, że mógł 

zabić te kobiety.

- Dlaczego?

Brwi Joan zbiegły się w jedną linię; na czole pojawiła się zmarszczka.

-Należał do ludzi, którzy nie lubią brudzić sobie rąk.

-Trudno jest zajrzeć w głąb czyjegoś serca, zwłaszcza jeśli jest się bardzo młodym i 

niewiele się w życiu doświadczyło. -Lavinia zawahała się. - Czy mogę pani zadać 

bardo osobiste pytanie?

-Słucham?

-Wiem,   że   niezbyt   często   bywa   pani   w   towarzystwie,   ale   na   pewno   zdarzają   się 

rzadkie okazje, kiedy spotyka pani Neville'a w miejscach publicznych. Jak sobie pani 

wtedy radzi?

Joan wydawała się szczerze rozbawiona.

- Zaraz się pani tego dowie. Lord i lady Neville'owie właśnie tu idą. Czy przedstawić 

was sobie?

Nic.

background image

Sfrustrowany   Tobias   zamknął   księgę   z   domowymi   rachunkami   i   wrzucił   ją   do 

szuflady biurka. Odstąpił o krok i uniósł wyżej świecę, tak żeby jej światło lepiej rozproszyło 

mrok   gabinetu.   Przeszukał   każdy   zakątek   tego   pomieszczenia,   ale   nie   odkrył   żadnego 

dowodu świadczącego o morderstwie lub spisku.

Neville jednak ukrywał jakieś sekrety, i to gdzieś w tym domu.

Lavinia   czuła   się   dziwnie,   wiedząc,   że   jest   przedstawiana   mordercy.   Nie   miała 

pojęcia, jak się zachować, więc naśladowała Joan. Chłodny uśmiech i kilka wycedzonych od 

niechcenia słówek. Nie mogła jednak nie zauważyć, że Neville ani razu nie spojrzał byłej 

kochance w oczy, a i ta starała się na niego nie patrzeć.

Constance, najwyraźniej nieświadoma wspólnej przeszłości Joan i męża, natychmiast 

rozpoczęła beztroską rozmowę.

-Moje gratulacje z okazji zaręczyn córki - powiedziała ciepło. - To doskonała partia.

-Oboje z mężem byliśmy bardzo zadowoleni - odrzekła Joan. - Nie mogę przeboleć, że 

mój mąż nie zatańczy na ślubie Maryanne.

-Rozumiem panią. - Oczy Constance zajaśniały współczuciem.  - Ale przynajmniej 

wiedział, że córka ma zapewnioną przyszłość.

Słuchając tej rozmowy, Lavinia przyglądała się twarzy Neville'a. Nagle zdała sobie 

sprawę, że patrzy on na kogoś bardzo nieprzyjemnym spojrzeniem. Odwróciła się dyskretnie 

i podążyła za jego wzrokiem.

Coś zacisnęło się kurczowo w jej żołądku, kiedy spostrzegła, że mężczyzna spogląda 

na Emeline, stojącą nieopodal z Anthonym w grupce młodych ludzi. Anthony jakby wyczuł 

niebezpieczeństwo i spojrzał w jej stronę, a kiedy zobaczył Neville'a, oczy mu się zwęziły.

-

Pani Lake, co za piękna suknia - pochwaliła Constance z uśmiechem. - Wygląda mi 

na kreację z pracowni madame Franceski. Jej suknie są zawsze oryginalne, prawda?

-Owszem.   Domyślam   się,   że   pani   też   jest   jej   klientką?   -zapytała   Lavinia   z 

wymuszonym uśmiechem.

-Tak. Od lat korzystam z jej pracowni. - Lady Neville spojrzała na nią z uprzejmym 

zainteresowaniem. - Słyszałam, że przyjechała pani z Bath.

-Owszem.

-Wiele razy jeździłam tam do wód. To urocze miasteczko, czyż nie?

Lavinia doszła do wniosku, że jeszcze chwila tej idiotycznej konwersacji, a przyjdzie 

jej oszaleć. Gdzie podziewał się Tobias? Do tej pory powinien już wrócić na bal.

background image

Na  piętrze,  gdzie  znajdowała się  sypialnia  Neville'a,  nie było  słychać  śmiechów  i 

chichotów z sutereny. Tobias postawił świecę na toaletce, a potem szybko i metodycznie 

zaczął przeszukiwać szuflady i szafy.

Dziesięć   minut   później   znalazł   w   wewnętrznej   szufladzie   jednej   z   szaf   jakiś   list. 

Podszedł z nim do toaletki, żeby go przeczytać.

List był zaadresowany do Neville'a i podpisany przez Carlisle'a. Wymienione w nim 

zostały wydatki i honorarium za zlecenie wykonane w Rzymie.

Tobias zdał sobie sprawę, że patrzy na umowę, która oznaczała wyrok śmierci dla 

Bennetta Rucklanda.

Neville wziął żonę pod ramię.

-Panie nam wybaczą, ale zdaje się, że przy schodach dostrzegłem Benningtona. Muszę 

zamienić z nim słowo.

-Ależ oczywiście - rzekła Joan.

Neville pociągnął za sobą żonę i oboje weszli w tłum gości.

Lavinia wytężyła wzrok, starając się nie stracić ich z oczu. Wkrótce zorientowała się, 

że Neville wcale nie zmierza ku schodom. Zostawił żonę przy grupie kobiet, prowadzących 

rozmowę w pobliżu wejścia do bufetu, a sam odszedł w najodleglejszy koniec sali balowej.

- Przepraszam za śmiałość - wybąkała. - Ciekawi mnie, czy zaprosiła pani Neville'a z 

żoną na zaręczynowy bal córki?

Ku jej zaskoczeniu, Joan parsknęła śmiechem.

-   Mąż   powiedział   mi,   że   wysyłanie   zaproszeń   państwu   Neville'om   nie   będzie 

konieczne. Z przyjemnością skreśliłam ich z listy gości. 

- Rozumiem to doskonale.

-

Cóż, teraz już pani wie, jak się obchodzić w towarzystwie z byłym kochankiem, który 

na dodatek może się okazać mordercą.

-Należy się zachowywać, jakby nigdy nic się nie stało?

-O, właśnie!

Tobias wsunął list do wewnętrznej kieszeni, zgasił świecę i podszedł do drzwi. Przez 

chwilę nasłuchiwał w skupieniu, a kiedy z holu do jego uszu nie dobiegł żaden dźwięk, 

wyszedł z sypialni lorda.

Wąska klatka schodowa, przeznaczona dla służby, znajdowała się w odległym końcu 

background image

korytarza. Odnalazł ją i ruszył w dół, niczym w głęboką studnię cienia.

Na  parterze   się zatrzymał   i  stwierdził,  że  w  suterenie  nie  rozlegają  się  już żadne 

odgłosy. Widocznie para, którą wcześniej słyszał, albo zapadła w sen, albo znalazła sobie 

zajęcie, które nie prowokowało do śmiechów i chichotów. Podejrzewał, że w grę wchodzi 

raczej ta druga możliwość.

Właśnie otworzył drzwi do cieplarni, kiedy jakaś postać wyszła z cienia, zalegającego 

pod ścianami korytarza. W świetle księżyca błysnął pistolet.

- Złodziej! Stać!

Tobias rzucił się na podłogę, przetoczył przez otwarte drzwi i uderzył o kamienną 

donicę. Ból przeszył mu lewą nogę, ale nie był to ból wywołany postrzałem. Odezwała się 

stara rana, więc go zignorował.

- Wydawało mi się, że słyszałem kogoś na schodach dla służby.

Pistolet wystrzelił, a stojąca obok gliniana doniczka rozprysnęła się na kawałki. Tobias 

natychmiast zakrył twarz ramieniem, żeby chronić oczy.

Człowiek,   który   strzelał,   odrzucił   bezużyteczny   teraz   pistolet   i   jednym   susem 

skoczył  do cieplarni. Tobias podniósł się i uskoczył  w bok, o włos unikając zderzenia. 

Znów poczuł dotkliwy ból, a noga ugięła się pod nim tak nagle, że stracił równowagę i 

runął jak długi.

- Koniec żartów! - zawołał groźnie mężczyzna.

Tobias uniósł się, chwycił się skraju stołu do robót ogrodniczych, natrafił dłonią na 

wielką donicę z rozłożystą paprocią i podniósł ją z wysiłkiem.

Przeciwnik był niespełna dwa kroki od niego, kiedy Tobias cisnął donicę, trafiając go 

w ramię i bok głowy. Nieszczęśnik padł bez przytomności jak kłoda.

W cieplarni  zapanowała niesamowita cisza. Tobias  oparł się o stół i przez chwilę 

wytężał słuch. Nie dobiegły go żadne kroki, zaniepokojone głosy czy krzyki o pomoc.

Po jakimś czasie wyprostował się, pokuśtykał do drzwi wychodzących  na ogród i 

wkrótce dotarł do ulicy. Niestety, w pobliżu nie było żadnego powozu do wynajęcia.

Cholerny pech. Czekał go długi marsz do rezydencji Colchesterów. Dobrze chociaż, 

że nie padało.

background image

22

Gdzie on się, u diabła, podział? - Lavinia stanęła na czubkach palców, starając się 

spojrzeć ponad głowami tłumu gości. - Nigdzie nie widzę Neville'a. Emeline, widzisz go 

gdzieś?

Siostrzenica nie musiała stawać na palcach, żeby mieć dobry widok na salę.

-Nie. Może poszedł do bufetu.

-Widziałam   go   całkiem   niedawno,   jak   rozmawiał   z   jednym   z   lokai.   -   Dłonie 

nieprzyjemnie ją zaswędziały. - A teraz zniknął. Może w ogóle wyszedł?

-A co w tym takiego dziwnego? - zapytała Joan. - Neville na pewno chciał się tu 

pokazać tylko na krótki czas. Takie bale są dla większości dżentelmenów niezwykle 

nudne. Podejrzewam, że teraz jest już w drodze do jakiejś jaskini gry albo poszedł do 

domu publicznego, szukać sobie nowej kochanki.

Oczyma wyobraźni Lavinia zobaczyła plamy krwi na kapturze peleryny Sally.

-Co za straszna myśl.

-

Proszę się uspokoić. - Joan spoglądała na nią z troską. - Od pół godziny jest pani 

bardzo zdenerwowana. 

Ponieważ   nie   mogę   przestać   się   zamartwiać   o   Tobiasa,   pomyślała   Lavinia.   Nie 

zamierzała jednak mówić tego głośno. Niepotrzebnie też martwiła się nagłym zniknięciem 

Neville'a. Joan bez wątpienia miała rację co do tego, gdzie udał się znudzony lord.

Niemniej   jednak   straciwszy   z   oczu   obiekt   swoich   obserwacji,   czuła   się   bardzo 

niepewnie.

Anthony zjawił się przy nich, tym razem ze szklanką lemoniady, którą podał Emeline.

-Widział pan może w bufecie Neville'a? - zapytała Lavinia, marszcząc czoło.

-Nie. - Młodzieniec uważnie spojrzał na tłum gości. -W drodze tutaj spotkałem lady 

Neville, ale nie jej męża. Powiedziała pani, że będzie go obserwować, kiedy ja pójdę 

po lemoniadę.

-Niestety, zniknął.

Twarz Anthony'ego zastygła, a Lavinia domyśliła się, że jest tak samo zdenerwowany 

tym faktem jak ona.

-Jest pani pewna? - zapytał.

background image

-Tak, i bardzo mi się to nie podoba - odrzekła cicho. -Dochodzi pierwsza trzydzieści. 

Tobias powinien już tu być.

-Zgadzam się - przytaknął Anthony.

-Mówiłam mu, że byłoby lepiej, gdyby zabrał pana ze sobą. Młodzieniec skinął głową.

-Już pani o tym dziś wspominała, raz czy dwa.

-On mnie nigdy nie słucha.

-Jeśli to dla pani jakieś pocieszenie, to Tobias zawsze robi, co chce.

-To   go   nie   usprawiedliwia.   Wspólnie   prowadzimy   tę   sprawę.   Powinien   brać   pod 

uwagę moje rady i opinie. Kiedy wreszcie się zdecyduje tu zjawić, usłyszy ode mnie 

kilka gorzkich słów prawdy.

Anthony zawahał się. 

- Może wstąpił na chwilę do klubu, żeby się naradzić z przyjacielem.

-A jeśli nie?

-

Nie wolno nam wpadać w panikę. Poszukiwania mogły zająć więcej czasu, niż Tobias 

przewidywał. - Chłopak urwał i zmarszczył czoło. - Może wynajmę powóz i podjadę 

pod dom Neville'a. Jeśli tam go nie będzie, sprawdzę w klubie.

A więc nie tylko ona wpadała w panikę. Anthony starał się zachować pozory spokoju, 

ale i on uległ emocjom.

- Doskonały pomysł  - stwierdziła.  - Dziś  jest tu taki  tłum,  że na pewno na ulicy 

czekają jakieś powozy w nadziei, że trafi się klient.

Anthony najwyraźniej się ucieszył, że podjęła za niego decyzję.

- W takim razie ruszam - oznajmił.

Emeline dotknęła jego rękawa, spoglądając stroskanym wzrokiem.

-Będziesz ostrożny? - upewniła się.

-Oczywiście. - Ujął jej dłoń i skłonił się z galanterią. - Nie martw się o mnie, Emeline. 

Będę bardzo ostrożny - obiecał i zwrócił się do ciotki dziewczyny. - Jestem pewien, że 

nie stało się nic złego.

-Coś złego może mu się stać dopiero, jeśli się okaże, że zamiast przyjechać tutaj, 

skręcił do klubu.

Anthony uśmiechnął się z rozbawieniem i zniknął w tłumie.

-Naprawdę myśli pani, że panu Marchowi mogło się przydarzyć coś złego w trakcie 

tych poszukiwań? - spytała z troską Joan.

-

Sama nie wiem, co myśleć - przyznała Lavinia. - Ale to, że jeszcze go tutaj nie ma, 

oraz nagłe zniknięcie Neville bardzo mnie niepokoi.

background image

-

Nie wiem, dlaczego łączy pani te dwa fakty. Przecież  Neville nie wiedział, że pan 

March zamierza przeszukać jego dom.

-

Neville  zniknął   po  rozmowie  z   lokajem  i   właśnie  to  wydaje   mi   się  podejrzane  - 

stwierdziła  wolno Lavinia.  - Wyglądało  to tak,  jakby otrzymał  jakąś wiadomość  i 

natychmiast na nią zareagował.

-To czekanie może się okazać nieznośne - odezwała się Emeline. - Musimy coś zrobić.

-Owszem - odrzekła stanowczo Joan. - Musimy się zachowywać tak, jakby nie stało 

się nic niezwykłego. Obiecała pani następny taniec panu Geddisowi, prawda? Właśnie 

do nas idzie.

Dziewczyna jęknęła boleśnie.

-W tej chwili taniec to ostatnia rzecz, na jaką mam ochotę. Nie będę umiała prowadzić 

uprzejmej   konwersacji   z   panem   Geddisem,   jednocześnie   zamartwiając   się   o 

Anthony'ego.

-Plotka mówi, że Geddis jest wart blisko piętnaście tysięcy funtów rocznie - oznajmiła 

sucho Joan.

Słysząc   te   słowa,   Lavinia   zakrztusiła   się   szampanem,   a   kiedy   doszła   do   siebie, 

uśmiechnęła się znacząco do siostrzenicy.

-Nic   ci   nie   zaszkodzi,   jeśli   z   nim   zatańczysz.   Właściwie   uważam,   że   to   wręcz 

konieczne.

-Dlaczego? - zdziwiła się dziewczyna.

-Żeby   podtrzymać   wrażenie,   że   nic   się   nie   stało,   tak   jak   sugerowała   pani   Dove. 

-Lavinia delikatnie zatrzepotała dłońmi, jakby wyganiała siostrzenicę na parkiet. - No. 

zatańcz z nim. Musisz się zachowywać tak, jak się tego oczekuje po młodej damie na 

balu.

-Skoro   nalegasz.   -   Emeline   zmobilizowała   wszystkie   siły   i   przywitała   uśmiechem 

przystojnego   młodzieńca,   który   właśnie   się   przed   nią   zatrzymał   i   wydukawszy 

zaproszenie do tańca, poprowadził ją na parkiet.

Jej ciotka tymczasem przysunęła się do swej klientki.

-Powiada pani, piętnaście tysięcy rocznie.

-Tak słyszałam.

Lavinia patrzyła, jak Geddis wiruje po sali z jej siostrzenicą. 

- Robi miłe wrażenie. Czy w tej rodzinie jest jakaś zła krew?

-Nic o tym nie wiem.

-To dobrze.

background image

-Wydaje mi się, że ten młody człowiek w rywalizacji z Anthonym nie ma najmniejszej 

szansy - stwierdziła Joan.

-Chyba ma pani rację.

Kiedy kilka minut później walc dobiegł końca, Emeline i jej partner znajdowali się 

akurat w odległym końcu sali. Lavinia niecierpliwie zerknęła na maleńki zegarek, przypięty 

do balowej torebki.

-Proszę się uspokoić - nie po raz pierwszy tego wieczoru powiedziała Joan. - Panu 

Marchowi na pewno nic nie grozi. Widać, że w takich sprawach ma doświadczenie i 

potrafi wyjść cało z opresji.

-Zdarzało się już, że się przeliczył z siłami - odparła, myśląc o jego bolącej nodze.

-Bardzo się pani o niego martwi, prawda?

-Nie   podobał   mi   się   pomysł,   żeby   przeszukać   dom   Neville'a.   Szczerze   mówiąc, 

byłam... - Lavinia gwałtownie urwała, kiedy zobaczyła, kto zastąpił drogę Emeline i 

Geddisowi. - Cholera jasna!

-Co się stało? O co chodzi?

-Pomfrey.   Proszę   tylko   na   niego   spojrzeć.   Chyba   namawia   Emeline,   żeby   z   nim 

zatańczyła.

Joan podążyła za wzrokiem Lavinii.

-Na to wygląda. - Zacisnęła usta. - Mam nadzieję, że nie jest pijany. Pod wpływem 

trunków zachowuje się jak skończony osioł.

-

Sama się o tym przekonałam. Nie mogę dopuścić, żeby wywołał kolejną scenę. Nie 

tutaj, w sali balowej lady Colchester. -Energicznie złożyła wachlarz i ruszyła przed 

siebie. - Muszę temu zapobiec. Zaraz wracam.

-

Proszę się starać zachować spokój. Zapewniam panią, że lady Colchester nie dopuści, 

żeby pod jej dachem wydarzył się jakiś nieprzyjemny incydent.

Lavinia   nie   odpowiedziała.   Przeciskała   się   przez   tłum   tak   dyskretnie,   jak   to   było 

możliwe, co okazało się nie takie proste. Nie było to łatwe. Kilka razy straciła z oczu swój 

cel, kiedy drogę zagrodziła jej jakaś tęższa osoba.

Kiedy wreszcie, lekko zdyszana, dotarła do odległego końca sali balowej, zobaczyła, 

że siostrzenica już zapanowała nad sytuacją. Pomfrey właśnie odchodził i nawet nie zauważył 

przybycia zagniewanej ciotki.

W oczach dziewczyny pojawiło się rozbawienie.

-Wszystko w porządku. Chciał tylko przeprosić za tamto zdarzenie w teatrze.

-Bardzo   słusznie.   -   Lavinia   zatrzymała   się   i   wbiła   gniewny   wzrok   w   plecy 

background image

odchodzącego.

Siostrzenica uśmiechnęła się do Geddisa, który najwyraźniej nic z tego wszystkiego 

nie rozumiał.

-Dziękuję panu za taniec.

-Cała przyjemność po mojej stronie. - Młodzieniec oprzytomniał, skłonił się i szybko 

odszedł.

-Robi miłe wrażenie - stwierdziła Lavinia, spoglądając za nim.

-Nie rób takiej żałosnej miny - poprosiła ją siostrzenica. -To mnie zawstydza.

-Chodź,   wracamy   do   alkowy   przy   oknie.   Pani   Dove   tam   na   nas   czeka.   -   Poszła 

pierwsza skrajem przeznaczonego do tańca parkietu, przeciskając się wśród gości, a 

Emeline podążyła tuż za nią.

Kiedy  przedarły  się  przez  ostatnią  grupę   ludzi,  stwierdziły,   że  w   alkowie   nie  ma 

nikogo z wyjątkiem lokaja, który z udręczoną miną ustawiał na tacy puste kieliszki.

Lavinia zatrzymała się i natychmiast poczuła, że ogarnia ją przerażenie. 

- Pani Dove zniknęła.

-Na pewno jest gdzieś w pobliżu - uspokajała ją siostrzenica. - Nie odeszłaby, nie 

mówiąc ci, dokąd idzie.

-Mówię ci. że sobie poszła. -Lavinia wskoczyła na najbliższe krzesło. - Nigdzie jej nie 

widzę.

Lokaj patrzył na nią zdziwiony.

Emeline odwróciła się i przeszukała wzrokiem tłum.

- Ja też nie mogę jej dostrzec. Może poszła do pokoju karcianego.

Jej ciotka zebrała spódnice, zeskoczyła z krzesła i zwróciła się do lokaja:

-Widziałeś damę w srebrnoszarej sukni? Stała tutaj jeszcze kilka minut temu.

-Tak, proszę pani. Przekazałem jej wiadomość i zaraz potem odeszła.

Ciotka i siostrzenica wymieniły spojrzenia i obie doskoczyły do służącego.

- Co to była za wiadomość? - zapytała Lavinia głosem nieznoszącym sprzeciwu.

Nieszczęsny lokaj był najwyraźniej przerażony; na czoło wystąpiły mu krople potu.

-   Nie   wiem,   co   to   za   wiadomość.   Była   zapisana   na   karteczce.   Nie   czytałem   jej. 

Polecono mi, żebym ją oddał tej pani, więc tak zrobiłem. Przeczytała ją i zaraz poszła.

Lavinia podeszła do niego jeszcze bliżej.

- A kto ci dał tę wiadomość?

Przełknął ślinę i cofnął się o krok. Nerwowo spoglądał to na nią, to na Emeline. W 

końcu zwrócił się do Lavinii:

background image

-Dał mi ją jeden z lokajów, zatrudniony tylko na dzisiaj. Nie znam go. Nie powiedział 

też, kto kazał mi ją oddać.

-Ja sprawdzę tę stronę sali - zwróciła się Lavinia do siostrzenicy.  - Ty zajmij się 

drugą. Spotkamy się na końcu.

-Dobrze. - Dziewczyna już chciała odejść.

- Zaczekaj. - Ciotka chwyciła ją za ramię. - Pod żadnym pozorem nie wychodź z sali, 

rozumiesz?

Emeline skinęła głową i szybko zniknęła wśród gości.

Lavinia szła wzdłuż rzędu wychodzących na taras okien. Była w połowie drogi do 

bufetu, kiedy przyszło jej do głowy, że będzie miała lepszy widok na wszystko z wewnętrznej 

galerii, otaczającej całą salę balową.

Zmieniła kierunek i skierowała się ku schodom. Z determinacją przeciskając się wśród 

gości, dostrzegła kilka unoszących się ze zdziwieniem brwi i usłyszała jakieś nieprzyjemne 

uwagi, ale większość ludzi po prostu nie zwracała na nią uwagi.

Wchodziła po schodach, z trudem się powstrzymując, żeby nie biec. Kiedy dotarła do 

galerii, chwyciła się barierki i spojrzała w dół.

Między setkami  lśniących  sukien  z jedwabiu  i satyny  nie  dostrzegła  srebmoszarej 

kreacji Joan. Bardzo się starała myśleć  logicznie. A jeśli w tej wiadomości było coś, co 

skłoniło jej klientkę do opuszczenia bezpiecznej sali balowej?

Podeszła   do   okien   wychodzących   na   rozlegle   ogrody,   otworzyła   jedno   z   nich   i 

wychyliła   się.   Żywopłoty   i   krzewy   w   pobliżu   domu   były   jasno   oświetlone   światłem 

wylewającym się z przeszklonych drzwi, które prowadziły z sali na taras. Iluminacja jednak 

nie sięgała daleko. Większość porośniętego gęstą zielenią terenu tonęła w ciemnościach. W 

dali majaczył niewyraźny zarys kamiennej budowli, którą lady Colchester poleciła wznieść 

jako pomnik na cześć zmarłego męża.

Kątem oka Lavinia zauważyła jakiś nich przy żywopłocie. Szybko odwróciła głowę i 

zdążyła spostrzec skraj jasnej jedwabnej sukni. W mroku nie mogła rozróżnić koloru, nie 

widziała   też   twarzy,   ale   po   długim,   zdecydowanym   kroku   samotnie   idącej   kobiety 

zorientowała się, że to jej klientka.

Chciała coś krzyknąć do idącej spiesznie postaci, ale wątpiła, czy Joan usłyszy jej głos 

wśród śmiechów i muzyki.

Odwróciła się, spostrzegła wąskie schody na drugim końcu galerii i pomknęła ku nim. 

Kiedy już miała schodzić, zobaczyła lokaja z tacą pełną kanapek.

-Czy tymi schodami zejdę do ogrodu? - spytała go.

background image

-Tak, proszę pani. Na dole są drzwi.

-Dziękuję. - Trzymając się poręczy, pobiegła w dół.

Znalazła wspomniane przez lokaja drzwi, otworzyła je i wypadła w chłodną ciemność 

nocy. Wokół nie było nikogo. Goście, którzy mieli ochotę zażyć świeżego powietrza, nie 

zapuszczali się dalej niż na taras.

Lavinia oszacowała, że jeśli kobieta w jasnej sukni nie zmieni kierunku marszu, to 

dotrze do pamiątkowej budowli. Kamienny pomnik wydawał się naturalnym  wyborem na 

miejsce spotkania w wielkim ogrodzie.

Uniosła spódnice i szybko poszła w stronę budowli, oddalając się coraz bardziej od 

światła. Śmiechy i muzyka rozbrzmiewały coraz ciszej, w miarę jak wchodziła głębiej między 

ozdobnie przycięte żywopłoty i krzewy. Żwirowana ścieżka skręcała w mrok. Przez cienkie 

podeszwy bucików do tańca czuła pod nogami niewielkie kamyki.

Wyszła zza żywopłotu, który był  od niej około trzydziestu centymetrów  wyższy,  i 

zobaczyła kolumny pomnika. Jego przestronne wnętrze tonęło w atramentowej ciemności. 

Coś się poruszyło  przy wejściu do środka i zaraz zniknęło, mignąwszy wielkim czarnym 

skrzydłem. Pewnie nietoperz.

Już otworzyła usta, żeby zawołać Joan, ale nie wydobyła z siebie głosu.

To, co wydało jej się skrzydłem nietoperza, mogło być skrajem płaszcza. We wnętrzu 

budowli   na   pewno   nie   kryła   się   Joan.   Może   nawet   w   ogóle   nie   była   to   kobieta,   tylko 

mężczyzna, który wyznaczył tu sobie schadzkę z jakąś damą.

Kilka sekund stała w cieniu żywopłotu, czując otaczający ją chłód. Nagle gdzieś z 

boku dostrzegła błysk światła księżyca na jasnym jedwabiu. 

Joan wyłoniła się spomiędzy gęstej zieleni otaczającej budowlę i zatrzymała się pod 

jedną z kolumn. Po chwili skierowała się ku mrocznemu wejściu.

Nagle Lavinia zrozumiała wszystko.

-Nie! Proszę tam nie wchodzić! - zawołała i podbiegła bliżej. Przestraszona Joan 

odwróciła się szybko.

-Co pani tu...

Wtem przy wejściu do budowli coś się poruszyło.

-   Proszę   uważać!   -Lavinia   chwyciła   swoją   klientkę   za   ramię   i   odciągnęła   ją   od 

kolumny.

Postać w obszernym płaszczu i kapeluszu wypadła z wnętrza budowli i zniknęła w 

ciemnościach ogrodu. Na chwilę światło księżyca wydobyło z mroku jakiś długi metalowy 

przedmiot.

background image

- Nawet niech pani nie myśli o pościgu - ostrzegła Joan. - Pan March na pewno nie 

pochwaliłby takiego pomysłu.

background image

23

Oczywiście,   istnieje   tylko   jeden   powód,   dla   którego   wybiegłam   do   ogrodu,   nie 

czekając,   żeby   panią   o   wszystkim   powiadomić,   Lavinio   -   tłumaczyła   znużona   Joan.   - 

Otrzymałam   wiadomość,   że   życie   mojej   córki   znalazło   się   w   niebezpieczeństwie   i   że 

natychmiast   muszę   się   spotkać   z   posłańcem,   żeby   się   dowiedzieć   dalszych   szczegółów. 

Chyba wpadłam w panikę.

- Nie przyszło pani do głowy, że ta wiadomość to był podstęp, żeby panią wyciągnąć z 

sali balowej, gdzie nic pani nie mogło zagrozić? - zapytał Tobias.

Siedząca   naprzeciw   na   obitej   aksamitem   ławeczce   Lavinia   spojrzała   na   niego 

gniewnie.   Doskonale   znał   to   spojrzenie,   ale   całkiem   je   zignorował.   Dobrze   wiedział,   że 

przemawia ostrym tonem, ale wcale nie dbał o to, czy pani Dove nie poczuje się czasem 

urażona.

Nie   był   w   dobrym   nastroju.   Kiedy   razem   z   Anthonym   wszedł   na   salę   balową   i 

zobaczył,   że   Joan   i   Lavinia   zniknęły,   był   gotów   przeczesać   cały   dom,   nie   zostawiając 

kamienia na kamieniu. To Emeline sprawiła, że nie wywołał skandalu, który długo by jeszcze 

wspominano. Dziewczyna wypatrywała z galerii obu kobiet i właśnie dostrzegła je. wracające 

z ogrodu.

Tobias natychmiast zabrał je z balu i przywołał elegancki ekwipaż pani Dove. Joan nie 

protestowała, kiedy całe towarzystwo w liczbie pięciu osób wsiadło do środka.

Dopiero   kiedy   wszyscy   usadowili   się   bezpiecznie,   Lavinia   zdała   mu   krótkie 

sprawozdanie z wydarzeń na sali i w ogrodzie. Chłodna satysfakcja, jaką odczuwał Tobias po 

znalezieniu listu w sypialni Neville'a, natychmiast gdzieś wyparowała. W tej chwili myślał 

wyłącznie o tym, że pani Dove. wychodząc w środku nocy do ogrodu, nic tylko wystawiła 

siebie na niebezpieczeństwo, ale też naraziła zdrowie i życie Lavinii.

Bezwiednie  masował  nogę, chcąc  złagodzić  przeszywający ją tępy ból. Elegancki, 

doskonale resorowany powóz Joan był dużo wygodniejszy od wynajmowanego, ale miękkie 

poduszki nie zdołały złagodzić gniewu Tobiasa.

-Nie   jestem   głupia,   panie   March.   -   Joan   wyjrzała   przez   okno.   -   Zdawałam   sobie 

sprawę, że ta wiadomość może się okazać prowokacją. Ale napisano w niej, że coś 

grozi   mojej   córce.   Nie   miałam   wyboru.   Musiałam   posłuchać   wezwania.   Byłam 

background image

zdesperowana.

-Zupełnie   zrozumiała   reakcja   -   oznajmiła   stanowczo   Lavinia.   -   Każda   matka 

postąpiłaby tak samo. I nie tylko matka. -Spojrzała znacząco na Tobiasa - Co byś 

zrobił, gdybyś się dowiedział, że Anthony'emu grozi śmiertelne niebezpieczeństwo?

Anthony wydał z siebie dziwny dźwięk, który brzmiał trochę jak zduszony wybuch 

śmiechu.

Tobias miał ochotę zakląć. Odpowiedź na to pytanie była dla wszystkich oczywista. A 

co zrobiłby, gdyby ktoś go zawiadomił, że coś grozi Lavinii? Dobrze wiedział co.

Doszedł do wniosku, że nie powinien  dłużej  dowodzić swojej  racji. Lavinia  stała 

twardo po stronie klientki.

- Wydaje mi się jasne, że Neville zaaranżował te wszystkie wydarzenia dzisiejszego 

wieczoru.  -Lavinia  stanowczym  tonem zmieniła  temat.  - Nie zdziwiłabym  się, gdyby  się 

okazało, że nawet namówił Pomfreya, żeby porozmawiał z Emeline i w ten sposób rozproszył 

naszą uwagę.

Dziewczyna ściągnęła brwi i zastanowiła się nad słowami ciotki.

-Podejrzewasz, że wysłał wiadomości zarówno sam do siebie, jak i do pani Dove?

-Wszystko na to wskazuje. To był wspaniały pretekst do wyjścia z balu. Jeśli ktoś go 

spyta, to na pewno znajdzie się mnóstwo osób, które zaświadczą, że dostarczono mu 

jakieś wezwanie i musiał wyjść.

-Ale lord Neville wyszedł z domu frontowymi drzwiami -zauważył Anthony.

-Co   wskazuje   na   to,   że   jeden   z   lokai   musiał   mu   przynieść   płaszcz   i   kapelusz   - 

domyśliła się Lavinia. - Dzięki temu Neville mógł pójść do swojego powozu i zabrać z 

niego pogrzebacz czy cokolwiek to było.

Emeline skinęła głową.

-Tak,   to   całkiem   logiczne.   Na   pewno   bez   trudu   udało   mu   się   niepostrzeżenie 

wślizgnąć do ogrodu Colchesterów. To bardzo duży ogród i pewnie w wielu miejscach 

da się przejść przez ogrodzenie.

-Gdyby jego plan się powiódł i udałoby mu się mnie zgładzić, nikt nie powiązałby go 

z morderstwem - powiedziała cicho Joan.

Tobias zauważył, że Lavinia zadrżała lekko, ale wyraźnie.

- Wszystko się zgadza - dorzucił Anthony. -Neville próbował dzisiaj panią zabić. Tak 

samo jak zabił te inne kobiety. Pewnie zamierzał wrzucić pani ciało do rzeki, jak to robił z 

innymi. Bez trudu dociągnąłby je do powozu.

Joan spojrzała na niego dziwnie.

background image

- Ma pan bardzo bujną wyobraźnię. 

Bardzo przepraszam - odrzekł zawstydzony chłopak.

Joan uśmiechnęła się ironicznie.

- Sama jestem ciekawa, czy zleciłby swojemu zaufanemu artyście wykonanie mojej 

maski pośmiertnej. Wyobraźcie sobie tylko, moja twarz znalazłaby się w erotycznej galerii 

Huggetta.

Przez chwilę nikt się nie odzywał. Joan spojrzała ponuro na 

Tobiasa.

- Wygląda na to, że pan i Lavinia mieliście rację co do tej sprawy. Muszę się zgodzić, 

że Neville rzeczywiście jest mordercą i pewnie członkiem tej Błękitnej Izby, o której tyle 

mówiliście. Trudno mi uwierzyć, żeby mój mąż stał na czele organizacji przestępczej, ale 

żadne inne tłumaczenie nie wydaje się bardziej prawdopodobne. Neville myśli, że za dużo 

wiem, i chce mnie uciszyć.

Lavinia  usiadła  za biurkiem.  Anthony przykucnął  przed kominkiem,  żeby rozpalić 

ogień, Emeline zajęła krzesło, a Tobias podszedł do szafki z alkoholami i nalał dwa kieliszki 

sherry. Z jego ruchów Lavinia domyśliła się, że noga bardzo mu dokucza. Nic dziwnego; 

dzisiejszy wieczór spędził bardzo aktywnie.

-Wierzycie,   że   Joan   Dove   mówi   prawdę,   twierdząc,   że   nie   wiedziała   o   drugim 

wcieleniu swojego męża? - spytał Anthony, patrząc w przestrzeń.

-Kto to może wiedzieć. - Tobias postawił jeden kieliszek na biurku przed Lavinią, a z 

drugiego pociągnął solidny łyk. -Dżentelmeni z towarzystwa rzadko omawiają swoje 

sprawy, finansowe czy jakiekolwiek inne, z własnymi żonami. Jak zauważyła Lavinia, 

wdowy często ostatnie się dowiadują o stanie rodzinnego majątku. Na pewno jest 

możliwe, że Dove ukrywał przed żoną swoją nielegalną działalność.

-

Ona wiedziała - stwierdziła Lavinia cicho. Gdy wszyscy spojrzeli na nią zdziwieni, 

tylko wzruszyła ramionami. - To inteligentna kobieta, kochała go głęboko i łączyły ich 

silne więzy. Musiała wiedzieć, albo przynajmniej podejrzewać, że Fielding Dove to 

Azure.

-Zgadzam się. - Emeline skinęła głową.

-Jeśli nawet tak było, nigdy się do tego nie przyzna - rzekł Tobias.

-Trudno ją za to winić - odparła Lavinia. - Na jej miejscu zrobiłabym wszystko, żeby 

ukryć prawdę.

background image

-Ze strachu przed plotkami? - zapytał Tobias z lekkim ożywieniem.

-Nie. Pani Dove doskonale dałaby sobie radę z lawiną plotek.

-Masz rację.

-Są inne powody, dla których kobieta zrobi wiele, żeby chronić dobre imię męża.

Tobias uniósł brew.

-Na przykład jakie?

-Miłość, oddanie. - Utkwiła wzrok w stojącym przed nią kieliszku wina. - O takie 

powody mi chodzi.

Tobias wpatrzył się w ogień.

- Tak, oczywiście. To są ważne powody.

Znów zapadła długotrwała cisza, którą tym razem złamała Emeline.

- Nie powiedział nam pan, co pan znalazł w domu Neville'a.

Tobias oparł się o gzyms kominka.

- List, który wskazuje na jego udział w zabójstwie Bennetta Rucklanda. Wygląda na 

to, że zapłacił Carlisle'owi dużą sumę, żeby ten zamordował w Rzymie Rucklanda.

Anthony cicho gwizdnął.

-A więc jedna sprawa zakończona.

-Prawie. - Tobias wypił kolejny łyk sherry.

-

Co chcesz przez to powiedzieć? - Lavinia uniosła brwi. -Co się tutaj dzieje? 

Tobias spojrzał na nią w zamyśleniu.

-Nadszedł czas, żeby opowiedzieć ci coś więcej o korzeniach tej sprawy.

-Mów dalej. - Oczy Lavinii zwęziły się czujnie.

-Bennett Ruckland był podróżnikiem i badaczem starożytności. W czasie wojny wiele 

czasu spędził w Hiszpanii i Włoszech. Dzięki swojemu zawodowi czasami natrafiał na 

bardzo cenne dla Anglii informacje.

- Jakiego rodzaju informacje?

Tobias zakołysał kieliszkiem.

- Zdarzało  się, że w trakcie  swoich studiów dowiadywał się szczegółów na temat 

kursów francuskich statków, słyszał plotki o ruchach wojsk i oddziałów zaopatrzenia.

-Innymi słowy, był szpiegiem? - upewniła się zaciekawiona Emeline.

-Tak.  -  Tobias   urwał  na  krótką  chwilę.   -  Jego  kontaktem  w   Anglii,   człowiekiem, 

któremu przekazywał informacje, był lord Neville.

-Ach, tak. - Lavinia znieruchomiała z wrażenia.

-

Wiadomości,   które   Ruckland   przekazywał   Neville'owi   przy   pomocy   łańcucha 

background image

kurierów, miały trafić do odpowiednich władz. I większość z nich rzeczywiście tam 

docierała.

-Ale nie wszystkie?

-

Nie. Ruckland jednak odkrył prawdę dopiero po wojnie, mniej więcej rok temu, kiedy 

wrócił   do   Włoch,   żeby   kontynuować  badania   naukowe.   Wtedy   to   jeden   z   jego 

dawnych   informatorów   opowiedział   mu   kilka   plotek   na   temat   losów   pewnych 

towarów, które Francuzi w ostatniej fazie wojny sprowadzali z Hiszpanii. Transport 

miał dotrzeć do Paryża tajną drogą, o czym Ruckland się dowiedział i w swoim czasie 

wysłał wiadomość do Neville'a.

-Czy to były jakieś dostawy wojskowe? Tobias potrząsnął głową.

-

Antyki - wyjaśnił. - Napoleon bardzo lubił takie rzeczy. 

Na   przykład,   kiedy   najechał   na   Egipt,   przywiózł   ze   sobą   grupę   uczonych,   żeby 

zbadali tamtejsze dzieła sztuki i ruiny.

-O tym  wszyscy wiedzą. Między tymi  obiektami  znajdował się kamień  z Rosetty, 

który teraz szczęśliwie należy do nas -przypomniał Anthony.

-Opowiadaj   dalej   -   ponagliła   Lavinia.   -Jakie   antyki   zawierał   transport,   o   którym 

wspomniałeś?

-Było   tam   wiele   cennych   rzeczy.   Między   innymi   kolekcja   wysadzanych   drogimi 

kamieniami   przedmiotów,   którą   ludzie   Napoleona   znaleźli   ukrytą   w   hiszpańskim 

klasztorze.

-I co się stało?

-

Transport drogich kamieni i antyków zniknął w drodze do Paryża - ciągnął Tobias. - 

Ruckland myślał, że Neville załatwił przejęcie transportu i przekazanie go do Anglii. 

No i w zasadzie tak się stało.

-Co przez to rozumiesz? - dociekała Lavinia.

-Cenne   antyki   zniknęły,   tak   jak   to   było   zaplanowane.   Ale   w   zeszłym   roku   we 

Włoszech, po rozmowie z informatorem, Ruckland zaczął podejrzewać, że Neville 

ukradł ten transport dla siebie. Zaczął badać tę sprawę. Jedno pytanie prowadziło do 

drugiego.

Lavinia nabrała głęboko powietrza i wolno je wypuściła.

-Ruckland natrafił na informacje na temat Błękitnej Izby, tak?

-Właśnie. Nie zapominaj, że był doświadczonym szpiegiem. Wiedział, jak prowadzić 

śledztwo. Miał też siatkę informatorów, która mu została jeszcze z czasów wojny. 

Poruszył kilka omszałych kamieni i znalazł kłębowisko żmij.

background image

Przełknęła łyk sherry.

-A wśród tych żmij był lord Neville?

-Ruckland   dowiedział   się,   że   Neville   nie   tylko   ukradł   kilka   transportów   cennych 

ładunków, ale również kilkakrotnie zdradził ojczyznę, sprzedając Francji informacje 

wojskowe.

-

Neville był zdrajcą? 

-

Tak.   Dzięki   powiązaniu   z   Błękitną   Izbą   utrzymywał   też   ścisłe   kontakty   z 

przestępcami. On również miał swoich informatorów. Kilka miesięcy temu dowiedział 

się, że Ruckland bada jego działalność i może dotrzeć do prawdy. Zawarł umowę z 

innym członkiem Błękitnej Izby, Carlisle'em, w celu pozbycia się Ruckianda. - Tobias 

zacisnął szczęki. - To zlecenie kosztowało Neville'a dziesięć tysięcy funtów.

Lavinia ze zdziwienia rozchyliła usta.

-Dziesięć tysięcy! Za zabicie człowieka? Ależ to majątek! Oboje wiemy, że pierwszy 

lepszy   bandzior   w   każdym   większym   mieście   Europy,   włączając   w   to   Rzym, 

popełniłby morderstwo za garść miedziaków.

-Tc   dziesięć   tysięcy   nie   było   przeznaczone   na   pokrycie   kosztów   morderstwa   - 

spokojnie   wyjaśniał   Tobias.   -   To   była   premia,   wypłacona   z   powodu   delikatnej 

sytuacji,   w   jakiej   znajdował   się   Neville.   Carlisle   wiedział,   że   jego   zleceniodawca 

zapłaci każde pieniądze za milczenie.

-Oczywiście - wyszeptała Lavinia. - Jeden przestępca szantażował drugiego. Co za 

ironia losu, prawda?

-

Być może - zgodził się Tobias. – Neville’owi na pewno bardzo ulżyło, kiedy sprawa 

została załatwiona. Ruckland nie żył, a on mógł przystąpić do wykonania swojego 

planu, który zakładał przejęcie tego, co zostało z Błękitnej Izby.

Anthony zwrócił się do Lavinii:

-Neville   nie   wiedział   jednak,   że   Ruckland   powiadomił   o   swoich   podejrzeniach 

pewnych wysoko postawionych dżentelmenów. Kiedy został zamordowany, panowie 

ci natychmiast się domyślili, że nie była to śmierć przypadkowa.

-

Ha! - Lavinia uderzyła dłońmi w biurko i spojrzała ponuro na Tobiasa. - Wiedziałam. 

Wiedziałam, że chodzi tu o coś więcej, niż mi powiedziałeś. Tak naprawdę Neville 

nigdy nie był twoim klientem, tak? 

-

 Cóż - odparł Tobias z namysłem. - Zależy, jak na to spojrzeć.

Pogroziła mu palcem.

- Nawet sobie nie wyobrażaj, że uda ci się wykręcić od szczerej odpowiedzi. Kto ci 

background image

zlecił śledztwo w sprawie śmierci Rucklanda?

-

Pewien człowiek o nazwisku Crackenburne. Lavinia zwróciła się do siostrzenicy:

-A nie mówiłam, że pan March prowadzi podwójną grę?

-   Tak,   ciociu   Lavinio   -   odrzekła   dziewczyna   z   uśmiechem.   -   Coś   na   ten   temat 

wspominałaś.

Lavinia znów spojrzała na Tobiasa.

-Jak zetknąłeś się z Neville'em?

-

Kiedy   wkrótce   po   śmierci   Carlisle'a   zaczęły   krążyć   plotki   o   pamiętniku   lokaja, 

dostrzegłem w tym szansę zarzucenia sieci na Neville'a. Zwróciłem się do niego, jako 

człowiek   prowadzący   rozliczne   interesy,   i   opowiedziałem   o   tych   niebezpiecznych 

plotkach. Zaoferowałem, że za opłatą znajdę dla niego ten pamiętnik.

-Bardzo chciał go dostać w swoje ręce - wyjaśnił Anthony. -Nie wiedział dokładnie, 

co w nim jest, ale bał się, że przez te zapiski zostanie zdemaskowany.

-Podejrzewam, że wkrótce po tym, jak zatrudnił mnie do znalezienia pamiętnika, sam 

otrzymał list od Holtona Felixa -powiedział Tobias. - Znalazł adres Felixa, tak samo 

jak  ty  czy  ja,  Lavinio,  i  pierwszy  dotarł  do  szantażysty.  Zamordował   go  i  zabrał 

pamiętnik.

-Nie mógł ci jednak tego powiedzieć, więc pozwolił, żebyś ciągnął śledztwo, a kiedy 

doszedł   do   wniosku,   że   nadeszła   odpowiednia   pora.   wysłał   ci   informację,   gdzie 

znaleźć zwęglone resztki - podsumowała Lavinia.

- Właśnie tak.

Spojrzała mu w oczy. 

- Tobiasie, kiedy lord Neville wróci dzisiaj do domu. dowie się, że wtargnął tam jakiś 

intruz, Służący, z którym się biłeś, powie mu o tym.

-Niewątpliwie.

-Będzie   cię   podejrzewał.   Może   dojść   do   wniosku,   że   za   dużo   wiesz.   Musisz 

natychmiast doprowadzić tę sprawę do końca. Bezzwłocznie. Jeszcze dzisiaj.

-To niesamowite, że o tym mówisz. - Dopił wino i odstawił kieliszek. - Właśnie to 

zamierzam zrobić.

background image

24

Lampa gazowa oświetlała drzwi domu publicznego. Krąg słabego światła prawie nie 

rozpraszał gęstej mgły. Tobias stał ukryty w cieniu i czekał, aż drzwi się otworzą.

Wreszcie w progu ukazał się Neville. Zatrzymał się, postawił szeroki kołnierz i zszedł 

po schodach na ulicę, rozglądając się na prawo i lewo. Woźnica powozu, otulony grubym 

wielowarstwowym płaszczem, siedział milczący i nieruchomy.

Tobias  wyszedł  z ukrycia,  podszedł  do Neville'a  i zatrzymał  się  kilka  kroków  od 

niego. Uważał, żeby nie wejść w krąg światła rzucanego przez gazową lampę.

-Widzę, że dostałeś moją wiadomość - odezwał się.

-

Co, do cholery... - Neville drgnął gwałtownie i nerwowo się odwrócił. Ręka sama 

powędrowała mu do kieszeni płaszcza. Kiedy rozpoznał Tobiasa, rozluźnił się nieco. - 

March, przestraszyłeś mnie. Nie wiesz, że w tej części miasta lepiej nie podkradać się 

do człowieka od tyłu, bo można zarobić kulkę.

-

Stoję daleko, a oświetlenie jest bardzo słabe, więc wątpię, czy pana pistolet trafiłby w 

cel, zwłaszcza że musiałby pan strzelać przez materiał płaszcza. 

Neville popatrzył na niego spode łba, ale nie wyjął ręki z kieszeni.

-Dostałem twoją wiadomość, ale myślałem, że spotkamy się w klubie. O co chodzi? 

Masz   jakieś   wiadomości?   Znalazłeś   człowieka,   który   zamordował   Felixa   i   zabrał 

pamiętnik?

-Ta gra zaczyna mnie męczyć - oznajmił Tobias. - Zresztą nie ma pan już wiele czasu 

na gierki.

Neville spojrzał groźnie.

-Człowieku, o czym ty mówisz?

-To już koniec. Nie będzie więcej morderstw.

-O co ci chodzi? Oskarżasz mnie o morderstwo?

-O kilka morderstw. Włącznie z zamordowaniem Bennetta Rucklanda.

-Rucklanda? - Neville cofnął się o krok. Wyszarpnął rękę z kieszeni i oczom Tobiasa 

ukazał się pistolet. - Zwariowałeś. Nie miałem nic wspólnego z jego śmiercią. Kiedy 

zginął, byłem tu, w Londynie. Mogę to udowodnić.

-Obaj wiemy, że kazał go pan zamordować. -Tobias zerknął na wymierzony w siebie 

background image

pistolet i znów spojrzał na twarz Neville'a. - Kiedy dziś wróci pan do domu, dowie się, 

że podczas pana nieobecności wtargnął do niego jakiś intruz.

Neville zmarszczył czoło, a potem jego oczy z gniewu zrobiły się okrągłe jak spodki. -

Ty!

-Owszem, ja. Znalazłem pewien list, który jest świetnym dowodem przeciwko panu.

-List? - powtórzył Neville oszołomiony.

-Zaadresowany   do   pana   i   podpisany   przez   Carlisle'a.   Jest   w   nim   zwięzłe 

podsumowanie pańskiego zlecenia.

-Nie. To niemożliwe. Absolutnie  niemożliwe -rzekł Neville, po czym  krzyknął do 

woźnicy: - Ej, ty tam! Na koźle! Wyjmij pistolet i miej tego typa na oku. On mi grozi.

-

Tak jest, proszę pana. - Woźnica odchylił połę płaszcza i światło lampy odbiło się od 

lufy pistoletu. 

Broń w ręce Neville'a przestała drżeć. Poczuł się pewniej, kiedy zobaczył, że woźnica 

jest gotów go bronić.

-Pokaż mi ten list, który jakoby znalazłeś - warknął.

-A tak z ciekawości... - Tobias zignorował żądanie.  - Ile zarobił pan na handlu z 

Francuzami   podczas   wojny?   Ilu   ludzi   zginęło,   bo   pan   sprzedał   informacje 

Napoleonowi? Co się stało z klejnotami, które ukradł pan z hiszpańskiego klasztoru?

-Nic mi nie udowodnisz. Nic. Próbujesz mnie przestraszyć. Nie ma dowodów na moje 

układy z Francuzami. Wszystkie  zostały zniszczone, włącznie z listem,  który niby 

znalazłeś. Jego już nie ma.

Tobias uśmiechnął się lekko.

-Oddałem   go   pewnemu   wysoko   postawionemu   dżentelmenowi.   Bardzo   się   nim 

zainteresował.

-Nieprawda.

-Niech mi pan powie, naprawdę pan wierzył, że przejmie kontrolę nad Błękitną Izbą 

jako Azure?

W Neville'u coś pękło; dłużej już nie hamował furii.

-Niech cię piekło pochłonie, March! Ja już jestem Azure!

-

To pan zamordował Fieldinga Dove'a, prawda? Ta nagła choroba podczas wizyty w 

wiejskiej posiadłości? Pewnie trucizna?

-Musiałem   się   go   pozbyć.   Po   zakończeniu   wojny   zaczął   prowadzić   własne 

dochodzenie. Nie wiem, jak wpadł na trop moich układów z Francuzami, ale kiedy się 

o tym dowiedział, po prostu się wściekł.

background image

-To znaczy, że chociaż prowadził organizację przestępczą, w głębi serca był lojalnym 

Anglikiem. Nie przekroczył granicy zdrady?

Neville wzruszył ramionami.

-   Nie   zapominaj,   że   w   czasie   wojny   nie   miał   nic   przeciwko   temu,   żebyśmy   z 

Carlisle'em  wykorzystali  pewne  sposobności  inwestycyjne,   które  same   wchodziły nam  w 

ręce. Można zarobić wiele pieniędzy, dostarczając wojsku broń, sprzęt, zboże i kobiety. No i 

te   transporty   kradzionego   złota   i   klejnotów,   które   można   było   przejąć,   jeśli   się   miało 

odpowiednie informacje.

-Interes   to   interes.   Ale   Azure   nie   tolerowałby   sprzedaży   tajemnic   państwowych 

wrogowi. Odkrył, czego się pan dopuścił.

-Tak. - Neville mocniej ścisnął pistolet. - Na szczęście odpowiednio wcześniej się 

dowiedziałem, że chce mnie zlikwidować, i zacząłem działać. Nie miałem wyboru, 

musiałem się go pozbyć, i to szybko. To była kwestia przetrwania.

-Ach, tak.

-Działałem   z   zaskoczenia.   Dove  nie   wiedział,   że   ostrzeżono   mnie   o   jego   planach 

względem mojej osoby. Mimo to dziesięć czy piętnaście lat temu nie byłoby tak łatwo 

się go pozbyć. Azure się starzał. Tracił czujność.

-Naprawdę się panu wydawało, że da sobie radę z taką dużą organizacją?

Neville wyprostował się dumnie.

-Teraz   jestem   Azure.   Pod   moim   dowództwem   Błękitna   Izba   stanie   się   o   wiele 

potężniejsza niż za rządów Dove'a. Za parę lat będę najpotężniejszym człowiekiem w 

Europie.

-Napoleon miał podobne ambicje. Widzi pan, do czego go to doprowadziło?

-Nie popełnię jego błędu i nie wdam się w politykę. Będę się trzymał interesów.

-Ile kobiet pan zabił? Lord Neville zesztywniał.

-Wiesz o tych dziwkach?

-Wiem,   że   starał   się   pan   uporządkować   swoje   sprawy,   więc   uznał   za   konieczne 

zamordować kilka niewinnych kobiet.

-Akurat. Ładne mi niewinne. To były prostytutki. Nie miały rodzin. Nikt nawet nie 

zauważył, że zginęły.

-

Nie chciał pan, żeby tak całkiem zniknęły,  prawda? Zostawiał pan sobie po nich 

pamiątki, niczym trofea myśliwskie. Jak się nazywa artysta, u którego zamawiał pan 

figury woskowe do sekretnej galerii Huggetta? Neville roześmiał się skrzekliwie.

-Wiesz o galerii figur? Bardzo zabawne, prawda? Muszę przyznać, że imponuje mi 

background image

twoja dokładność. Nie wiedziałem, że jesteś taki dobry w swoim fachu.

-Nie   musiał   ich   pan   zabijać.   Dla   człowieka   o   pańskiej   pozycji   nie   były   żadnym 

zagrożeniem. Nikt by ich nie słuchał. Słowo dżentelmena przeważyłoby nad słowem 

prostytutki.

-Nie  mogłem  sobie   pozwolić  na   żadne  ryzyko.   Niektóre  z   tych  latawic   były  zbyt 

sprytne i źle się to dla nich skończyło. Niewykluczone, że udało im się czegoś o mnie 

dowiedzieć,   kiedy   utrzymywałem   z   nimi   stosunki.   -   Neville   wykrzywił   usta. 

-Mężczyzna czasami robi się gadatliwy, kiedy wypije trochę wina i znajdzie się w 

towarzystwie   młodej   kobiety   z   temperamentem,   która   zrobi   wszystko,   żeby   go 

zadowolić.

-Nie udało się panu uciszyć wszystkich. Miał pan jakieś wieści od Sally?

-Dziwce udało się wymknąć, ale jeszcze się znajdzie. Nie może wiecznie się ukrywać.

-Nie   tylko   jej   udało   się   uciec   przed   panem.   Joan   Dove   również   przeżyła   próbę 

zamachu na swoje życie.

Usłyszawszy te słowa, Neville zamilkł na dłużej, jeszcze mocniej zaciskając dłoń na 

rękojeści pistoletu.

-Więc o niej też wiesz? Rzeczywiście, kopałeś bardzo głęboko. Tak głęboko, że udało 

ci się wykopać swój własny grób.

-

Słusznie się jej pan obawia. W przeciwieństwie do innych, to bystra, wpływowa i 

doskonale strzeżona kobieta. Dziś w nocy zachowała się nieostrożnie. Niemal udało 

się panu jej dopaść, ale drugi raz nie popełni tego błędu.

Neville stęknął z niesmakiem.

- Joan nie różni się niczym od tamtych. Kiedy z nią skończyłem, już była dziwką, i to 

niezbyt dobrą. Znudziła mnie po kilku miesiącach. Nie wierzyłem własnym oczom, kiedy 

Dove się z  nią ożenił.  Mając taki  majątek  i władzę,  mógł  sobie  wybrać  bogatą  pannę z 

najlepszego domu.

-Kochał ją.

-

Tak, była jego jedyną prawdziwą słabością. Rozumiesz, że właśnie dlatego muszę się 

jej pozbyć. Ich małżeństwo trwało dwadzieścia lat i bardzo możliwe, że w tym czasie 

dotarło do niej, kim jest jej mąż. Zakładam, że wie bardzo dużo o działalności Błękitnej 

Izby.

-Nie ma pan już czasu, żeby martwić się o to, co wie Joan Dove - oznajmił Tobias. - 

Dla pana sprawa jest skończona. A teraz, jeśli pan pozwoli, mój współpracownik i ja 

pójdziemy w swoją stronę.

background image

-Współpracownik?

- Tu jestem! - zawołał cicho Anthony. - Na koźle. 

Neville krzyknął ochryple i odwrócił się tak gwałtownie, że niemal stracił równowagę. 

Już   miał   wymierzyć   pistolet   w   nowy   cel,   ale   znieruchomiał,   widząc   broń   w   dłoni 

Anthony'ego.

Tobias wyjął pistolet z kieszeni płaszcza.

-Zdaje się, Neville, że ma pan dwa wyjścia - powiedział cicho. - Może pan wrócić do 

domu  i tam zaczekać,  aż złożą panu wizytę  pewni ludzie,  którzy w czasie  wojny 

zajmowali bardzo wysokie stanowiska w armii. Może pan też jeszcze tej nocy uciec z 

Londynu i nigdy nie wracać.

-Interesujący wybór, prawda? - Broń w ręku Anthony'ego ani drgnęła.

Neville zatrząsł się w bezsilnym gniewie. Jego wzrok biegał od jednego do drugiego 

wymierzonego weń pistoletu.

-Sukinsyn - bełkotał prawie niezrozumiale. - Oszukałeś mnie, od samego początku 

chciałeś mnie zniszczyć.

-Nie działałem sam - odrzekł Tobias.

-

Nie ujdzie ci to na sucho. - Głos Neville'a się trząsł. – Stoję na czele Błękitnej Izby. 

Mam większą władzę, niż sobie wyobrażasz. Każę cię za to zabić.

- Może i bym się przejął tymi słowami, gdyby nie to, że wiem, że jutro będzie pan już 

martwy albo w drodze do Francji.

Neville krzyknął coś niezrozumiale w bezrozumnym gniewie, a potem odwrócił się i 

uciekł w ciemność nocy, dudniąc obcasami po bruku.

Anthony spojrzał na szwagra.

-Będziemy go ścigać?

-Nie.   -   Tobias   schował   pistolet   do   kieszeni.   -   Teraz   niech   się   o   niego   martwi 

Crackenbume.

Anthony spojrzał tam, gdzie przed chwilą w ciemnościach zniknął lord Neville.

-

Kiedy mu  mówiłeś,  jaki ma  wybór,  zapomniałeś  o jednej  możliwości. Większość 

dżentelmenów   w   jego   sytuacji   przyłożyłaby   sobie   lufę   pistoletu   do   skroni,   żeby 

uchronić rodzinę przed skandalem aresztowania i procesu sądowego.

-Jestem pewien, że przyjaciele Crackenbume'a, którzy go jutro odwiedzą, przedstawią 

mu takie wyjście jako propozycję nie do odrzucenia.

background image

Crackenburne opuścił gazetę, kiedy Tobias usiadł w fotelu naprzeciw.

- Nie było go w domu, kiedy Bains i Evanstone złożyli mu rano wizytę. Powiedziano 

im, że lord Neville wyjechał do swojej wiejskiej posiadłości.

Tobias uniósł brwi, słysząc w głosie starszego pana posępną nutę. Spojrzał mu w oczy 

i spostrzegł w nich zimny, stalowy błysk, który niewielu zauważało, dając się zwieść pozie 

dobrotliwego, roztargnionego staruszka,

Tobias wyciągnął nogi w stronę ognia. 

- Proszę się uspokoić. Coś mi mówi, że Neville wkrótce znów się pojawi.

-Do diabła.  Od początku  nie podobał mi  się twój plan, żeby się rozmówić  z nim 

osobiście. Dlaczego uznałeś za konieczne, żeby ostrzec tego drania?

-Już mówiłem, że dowody przeciw niemu były bardzo wątłe. Jeden list, do którego by 

się pewnie nie przyznał, twierdząc, że ktoś dokonał fałszerstwa. Chciałem usłyszeć 

potwierdzenie naszych przypuszczeń z jego własnych ust.

-No cóż, usłyszałeś wyznanie winy, ale za to go teraz zgubiliśmy. Niedługo się pewnie 

dowiemy,   że   mieszka   w   Paryżu,   Rzymie   czy   Bostonie.   Wygnanie   to   nie   jest 

wystarczająca kara za takie zbrodnie. Zdrada i morderstwo! Dobry Boże, ten człowiek 

to diabeł wcielony.

-To już koniec sprawy - rzekł Tobias. - Tylko to się liczy.

background image

25

Niewielki domek za starym magazynem wyglądał tak, jakby go nie używano od lat. 

Nieodmalowany, z szarymi od brudu oknami, wydawał się niemal całkowitą ruiną. Jedyną 

oznaką, że ktoś tu regularnie zaglądał, był zamek w drzwiach, zupełnie wolny od rdzy.

Lavinia zmarszczyła nos, czując mocny nieprzyjemny odór bijący od doków i rzeki. 

Opary   spowijające   stare   magazyny   wydzielały   odrażającą   woń.   Spojrzała   na   mały 

rozpadający się budyneczek.

- Jesteś pewien, że to tutaj? - zapytała.

Tobias spojrzał na plan, naszkicowany przez Huggetta.

-To jest koniec ulicy. Dalej nie można już iść, chyba że do rzeki. To musi być ten 

adres.

-Cóż, w porządku.

Była bardzo zaskoczona, kiedy wcześniej Tobias stanął w jej drzwiach i oznajmił, że 

dostał wiadomość od Huggetta. List był krótki i zwięzły. 

Panie M.

Obiecał Pan zapłacić za wszelkie informacje dotyczące pewnego artysty, trudniącego  

się rzeźbieniem w wosku. Proszę, jak najszybciej odwiedzić miejsce zaznaczone na planie. 

Zdaje się, że obecny lokator będzie mógł udzielić odpowiedzi na Pańskie pytania. Może Pan  

przesłać obiecaną zapłatą na adres mojego biura.

Z poważaniem P. Huggett

Tobias złożył list i podszedł do drzwi.

-Otwarte - stwierdził i wyjął pistolet z kieszeni. - Stań z boku. Lavinio.

-Wątpię,   żeby   Huggett   skierował   nas   w   pułapkę.   -   Mimo   to   posłuchała   swego 

towarzysza i odsunęła się w lewo, żeby nie być celem dla kogoś, kto mógł się czaić 

we wnętrzu domku. -Za bardzo zależy mu na zapłacie, którą mu obiecałeś.

-Też tak sądzę, ale nie zamierzam więcej ryzykować. Doświadczenie mi podpowiada, 

że w tej sprawie nic nie jest takie, jak się na pierwszy rzut oka wydaje.

Włącznie   z   tobą,   Tobiasie   March,   pomyślała   Lavinia.   Ty   jesteś   najbardziej 

background image

zaskakującą niespodzianką. 

Przywarł do ściany, a potem otworzył drzwi. W środku panowała cisza i rozchodził 

się nieprzyjemnie znajomy odór śmierci.

Lavinia ciaśniej otuliła się pożyczoną od siostrzenicy peleryną.

- O, do diabła. Miałam nadzieję, że nic będzie już więcej zwłok.

Tobias   zajrzał   do   środka   i   opuścił   pistolet.   Po   chwili   schował   broń   do   kieszeni, 

oderwał się od ściany i wszedł do środka. Lavinia niechętnie podeszła bliżej drzwi.

- Nie musisz tu wchodzić - powiedział Tobias, nie odwracając się. 

Starała się nie wdychać woni śmierci.

-Czy to lord Neville?

-Tak.

Tobias wszedł głębiej do środka, skręcił w lewo i zniknął w mroku.

Stanęła w progu, ale nie posunęła się dalej. Z tego miejsca widziała wystarczająco 

dużo. Tobias przykucnął przy ciemnym zarysie skulonej na podłodze postaci. Głowa Neville’a 

spoczywała  w kałuży zaschniętej krwi. Przy jego prawej ręce leżał pistolet. W powietrzu 

zabrzęczała mucha.

Lavinia   szybko   odwróciła   wzrok   i   spostrzegła   w   rogu   pomieszczenia   jakiś   duży 

niekształtny przedmiot nakryty brezentem.

-Tobiasie.

-O   co   chodzi?   -   Zerknął   na   nią,   unosząc   brwi.   -   Mówiłem,   że   nie   musisz   tutaj 

wchodzić.

-Tam w rogu coś jest. I chyba wiem co.

Weszła do izby i zbliżyła się do tajemniczego obiektu. Tobias milczał; w skupieniu 

patrzył, jak odrzuca na bok brezentową plandekę.

Ich   oczom   ukazała   się   niedokończona   woskowa   rzeźba.   Wstępnie   wymodelowane 

figury kobiety i mężczyzny w trakcie lubieżnego aktu seksualnego wykazywały niewątpliwe 

podobieństwo do rzeźb w przeznaczonej tylko dla panów galerii Huggetta. Twarz kobiety nie 

była wykończona.

Na   stojącej   obok   ławie   leżały   starannie   ułożone   narzędzia   służące   do   rzeźbienia. 

Wypalone węgle w kominku świadczyły o tym, że ktoś rozpalał tu ogień, żeby zmiękczyć 

wosk.

- Odpowiednie zakończenie, prawda? -Tobias wstał, starając się uniknąć bólu nogi. 

-Morderca i zdrajca ginie z własnej ręki.

- Na to wygląda. A tajemniczy artysta?

background image

Tobias przyjrzał się niedokończonej pracy.

-   Podejrzewam,   że   nie   dostanie   już   więcej   zamówień   na   rzeźby   nadające   się   do 

nietypowej galerii Huggetta. 

Lavinia wzdrygnęła się.

-Ciekawa jestem, jak Neville trzymał w szachu tego artystę. Może to była jedna z jego 

kochanek?

-Zdaje się, że nigdy nie poznamy odpowiedzi na to pytanie. Może to i lepiej. Mam już 

dość tej całej sprawy i z chęcią o niej zapomnę.

A więc to nareszcie koniec. - Niebieskozłoty dywan stanowił piękne tło dla smukłej 

postaci Joan Dove. - Z dużą ulgą przyjmuję tę wiadomość.

-

Pan March rozmawiał ze swoim klientem, a ten zapewnił go, że zrobi wszystko, żeby 

nie dopuścić do skandalu. W pewnych kręgach rozgłosi się, że Neville poniósł ostatnio 

poważne straty finansowe i w ataku depresji odebrał sobie życie. Nie będzie to łatwe 

dla jego żony i rodziny, ale lepsze takie plotki niż pogłoski o zdradzie i morderstwach.

-Zwłaszcza kiedy się okaże, że sytuacja finansowa lorda Neville'a nie była taka zła, 

jak mu się wydawało, kiedy targnął się na własne życie - wyszeptała Joan. - Coś mi 

mówi, że lady Neville nie będzie już taka zrozpaczona, kiedy się dowie, jaki majątek 

nadal posiada.

-Nie wątpię w to. Klient pana Marcha dał też do zrozumienia, że skandal zostanie 

wyciszony z innych powodów niż tylko ochrona rodziny i żony lorda. Wygląda na to, 

że   pewnym   dżentelmenom   na   wysokich   stanowiskach   nie   zależy   na   rozgłaszaniu 

wiadomości o tym, jak to w czasie wojny zostali wywiedzeni w pole przez zdrajcę i 

sprzedawczyka. Chcą udawać, że ta sprawa wcale nie miała miejsca.

-Tego właśnie można się spodziewać po dżentelmenach na wysokich stanowiskach, 

prawda?

Lavinia uśmiechnęła się bezwiednie.

- Rzeczywiście. 

Jej klientka cicho odchrząknęła.

- A plotki o tym, że mój mąż stał na czele przestępczego imperium?

-Według   pana   Marcha   odeszły   wraz   z   Neville'em.   Pani   Dove   wyraźnie   się 

rozpogodziła.

-Dziękuję.

background image

-Nie ma za co. Zawsze staram się działać dyskretnie.

-A wie pani, nigdy bym  nie  powiedziała,  że Neville odważy się przystawić  sobie 

pistolet do skroni. -Joan sięgnęła po imbryk z herbatą. - Nawet po to. żeby ratować 

honor swojego nazwiska.

-Nigdy nie wiadomo, jak zachowa się człowiek w sytuacji ekstremalnej.

-To prawda. - Joan z gracją nalała herbatę do filiżanek. -Domyślam się, że ci wysoko 

postawieni panowie wywarli wielki nacisk na Neville'a.

-Ktoś niewątpliwie to zrobił. - Lavinia wstała i wygładziła rękawiczki. - A więc to 

koniec sprawy. Proszę mi wybaczyć, ale muszę już iść.

-Lavinio - zatrzymała ją gospodyni.

-Słucham?

Siedząca na kanapie Joan przyglądała się bacznie Lavinii.

-Jestem wdzięczna za wszystko, co pani dla mnie zrobiła.

-Zapłaciła mi pani pełne honorarium, a na dodatek poleciła mnie swojej krawcowej. 

Czuję się w pełni wynagrodzona za swoje wysiłki.

-

Mimo to uważam się za pani dłużniczkę - z naciskiem oznajmiła Joan. - Jeśli kiedyś 

będę się pani mogła jakoś odwdzięczyć, mam nadzieję, że nie zawaha się pani zwrócić 

z tym do mnie.

-Do widzenia, Joan.

Kiedy następnego dnia po nią przyszedł, czytała poezje Byrona. 

Zaprosił   ją  na   spacer   po  parku,  a  ona   natychmiast  się   zgodziła.  Zamknęła   tomik, 

wzięła kapelusz, płaszcz i razem wyszli z domu.

Nie rozmawiali, dopóki nie dotarli do ukrytej wśród zieleni gotyckiej ruiny. Usiadł 

obok   niej   na   kamiennej   ławce   i   zapatrzył   się   w   wybujałe   parkowe   krzewy.   Mgła   się 

rozproszyła, zaświeciło słońce i temperatura stała się całkiem znośna.

Zastanawiał się, od czego zacząć, ale to Lavinia odezwała się pierwsza.

- Odwiedziłam ją dzisiaj rano. Spokojnie przyjęła ostatnie wiadomości. Bardzo mi 

dziękowała za ocalenie życia, no i, oczywiście, wypłaciła mi honorarium.

Tobias wsparł ramiona na kolanach i splótł dłonie.

- Crackenburne dopilnuje, żeby przesłano mi zapłatę na mój rachunek bankowy.

- Zawsze miło jest otrzymać wynagrodzenie na czas.

Tobias spoglądał na kolorowe kwiaty i jasnozielone liście zdziczałego ogrodu.

-To prawda.

background image

-Teraz to już naprawdę koniec. - Nic nie odpowiedział. Zerknęła na niego kątem oka. - 

Czy coś się stało?

-Sprawa   Neville'a   jest  zakończona,   to  fakt.  Ale   niektóre   sprawy między   nami   nie 

zostały doprowadzone do końca.

-Co masz na myśli? - Oczy Lavinii zwęziły się czujnie. -Jeśli jesteś niezadowolony z 

zapłaty  od  swojego  klienta,   to  już   twoje  zmartwienie.  To  ty  zawierałeś  umowę  z 

Crackenburne'em. Chyba nie oczekujesz, że się z tobą podzielę swoim honorarium.

Tego było zbyt wiele. Tobias chwycił Lavinię za ramiona.

-Do diabła, nie chodzi mi o pieniądze. Zamrugała kilka razy, ale nie starała mu się 

wyrwać.

-Jesteś pewien? - spytała.

-Jak najbardziej.

- A więc jakież to sprawy, twoim zdaniem, nie zostały doprowadzone do końca? 

Zacisnął   dłonie   na   jej   zgrabnych   ramionach,   zastanawiając   się   nad   właściwymi 

słowami.

-Wydaje mi się, że dobrze nam się współpracowało -powiedział w końcu.

-Świetnie, prawda? Zwłaszcza jeśli weźmiesz pod uwagę, że musieliśmy rozwiązywać 

bardzo trudne problemy. Chociaż na pewno pamiętasz, że z początku raczej nam nie 

szło.

-Masz na myśli spotkanie przy zwłokach Holtona Felixa?

-Chodziło mi raczej o tę noc, kiedy zniszczyłeś mój niewielki antykwariat w Rzymie.

-Moim zdaniem,  wtedy nastąpiło zwykłe  nieporozumienie.  Ale w końcu wszystko 

sobie wyjaśniliśmy i doprowadziliśmy sprawy do porządku, prawda?

Oczy jej rozbłysły.

-Można tak powiedzieć. W rezultacie tego zwykłego nieporozumienia musiałam sobie 

szukać nowego zawodu. Ale  przyznam,  że teraz  życie  stało  się dla  mnie  o wiele 

bardziej interesujące.

-To właśnie o twoim nowym zawodzie chciałem dzisiaj porozmawiać - rzekł Tobias. - 

Domyślam się, że chcesz nadal prowadzić swój interes, mimo moich ostrzeżeń?

-Jak najbardziej - zapewniła go. - To niesłychanie stymulująca i ciekawa praca, nie 

mówiąc już o tym, że przynosi niezłe dochody.

-W takim razie w przyszłości może znów dojść do takiej sytuacji, że współpraca ze 

mną bardzo ci się przyda.

-Tak uważasz?

background image

-Sądzę, że możemy być dla siebie bardzo użyteczni.

-Jako wspólnicy?

-Właśnie.  Proponuję, żebyśmy  zastanowili  się nad  współpracą,  jeśli  w  przyszłości 

nadarzy   się   ku   temu   okazja.   -   Bardzo   chciał   uzyskać   od   niej   jakąś   konkretną, 

pozytywną odpowiedź.

-

Hm, wspólnicy, powiadasz - odrzekła obojętnym tonem. 

Ta kobieta doprowadzi ranie kiedyś do szału, pomyślał, ale udało mu się zapanować 

nad emocjami.

-Zastanowisz się nad moją propozycją?

-Zastanowię się nad nią bardzo głęboko. Przyciągnął ją do siebie.

- Ta odpowiedź na razie mi wystarczy - wyszeptał jej wprost do ucha.

Ujęła dłońmi jego twarz.

-Wystarczy ci?

-Tak. Ale ostrzegam, że spodziewam się odpowiedzi twierdzącej. Będę się o to starał.

Rozwiązał   tasiemki   jej   kapelusza   i   odłożył   go   na   bok.   Po   kolei   zsunął   skórkowe 

rękawiczki z jej dłoni, podniósł do ust nadgarstki i ucałował gładką skórę.

Wypowiedziała jego imię tak cicho, że ledwie je usłyszał, a potem zanurzyła palce we 

Włosach Tobiasa i pocałowała go w usta. Przyciągnął ją mocniej i natychmiast poczuł, jak w 

jej ciele budzi się namiętna reakcja. Przywarła do niego, budząc w nim nienasycony głód.

Położył się na kamiennej ławce i wciągnął Lavinię na siebie. Uniosła spódnice, żeby 

mógł nacieszyć się widokiem jej nóg w bardzo kobiecych pończoszkach. Rozwiązała mu fular 

i rozpięła  guziki koszuli, a kiedy położyła dłonie na jego nagiej piersi, głęboko wciągnął 

powietrze.

-Lubię cię dotykać - powiedziała. Schyliła się i pocałowała go w ramię. - Od razu 

wtedy czuję przypływ energii.

-Lavinio. - Wyjął spinki z jej włosów i usłyszał, jak upadają na kamienną podłogę.

Przez chwilę okrywała jego pierś pocałunkami, budząc w nim myśli, które, przelane 

na papier, mogłyby się okazać całkiem niezłą poezją.

Kiedy zadrżała w jego ramionach, stoczył się wraz z nią z ławki na ziemię i poczuł, 

jak obejmuje go szczupłymi, zgrabnymi nogami. Już nie miał ochoty pisać wierszy. Doszedł 

do wniosku, że żadne słowa nie oddadzą tego. co się teraz dzieje w jego sercu.

Poruszyła się wolno i uniosła głowę.

background image

-Czy to miałeś na myśli, mówiąc, że będziesz się starał o twierdzącą odpowiedź na 

propozycję współpracy?

-Mmm, tak. - Wsunął dłonie w jej płomienne splątane włosy. - Mam nadzieję, że ten 

argument cię przekonał.

Uśmiechnęła się. a on poczuł się tak. jakby za chwilę miał utonąć w jej 

uwodzicielskich oczach.

-   Tak,   to,   co   tu   zaprezentowałeś,   było   dość   przekonujące.   Jak   już   mówiłam, 

zastanowię się nad twoją propozycją.

background image

26

Lavinia krytycznie przyglądała się swojemu odbiciu w lustrze przymierzalni.

-Nie sądzi pani, że dekolt jest trochę za głęboki? Madame Francesca 

zmarszczyła czoło.

-Jest taki, jak trzeba. Dyskretnie zwraca uwagę na pani biust.

-Powiedziałabym, że raczej mało dyskretnie.

-   Nonsens.   To   bardzo   dyskretne   zwrócenie   uwagi   na   to,   co   trzeba.   -   Madame 

Francesca poprawiła wstążkę zdobiącą stanik. - Ponieważ pani biust nie jest zbyt imponujący, 

zaprojektowałam suknię tak, żeby raczej zostawiała pole do domysłów, a nie odpowiadała na 

wszystkie pytania.

Lavinia z pełnym wahania namysłem bawiła się srebrnym wisiorkiem u szyi.

-Jest pani pewna, że tak będzie dobrze?

-

Jak najbardziej. W tych sprawach może mi pani zaufać. -Madame Francesca spojrzała 

groźnie na młodą szwaczkę, która przykucnęła na podłodze obok Lavinii. - Non, non, 

non,  Molly! Nie przyjrzałaś się uważnie mojemu szkicowi. Na skraju sukni ma być 

tylko jeden rząd kwiatów, nie dwa. Dwa to dla pani Lake o wiele za dużo. Zbytnio by 

ją przytłaczały. Przecież widzisz, że nie jest zbyt imponującego wzrostu.

-Tak, proszę pani - wymamrotała Molly, starając się nie połknąć trzymanych w ustach 

szpilek.

-Przynieś mój szkicownik - poleciła jej szefowa. - Jeszcze raz pokażę ci projekt.

Dziewczyna szybko wstała i wybiegła. Lavinia przyjrzała się sobie w lustrze.

-Jestem za niska i mam za mały biust. Doprawdy, madame, dziwię się, że w ogóle 

poświęca mi pani czas.

-Robię to oczywiście ze względu na panią Dove. - Madame Francesca dramatycznym 

gestem   przyłożyła   dłoń   do   obfitego   biustu.   -To   jedna   z   moich   najważniejszych 

klientek. Zrobiłabym wszystko, żeby ją zadowolić. - Puściła oczko do Lavinii. - Poza 

tym pani figura jest wyzwaniem dla moich krawieckich umiejętności.

Molly   wróciła,   dźwigając   ciężki   tom   szkiców.   Szefowa   wzięła   księgę   i   zaczęła 

przerzucać kartki.

Lavinia dostrzegła szkic znajomej zielonej sukni balowej.

background image

-Chwileczkę. Czy to jest suknia zaprojektowana dla pani Dove na bal zaręczynowy jej 

córki?

-Ta? - Krawcowa z satysfakcją spojrzała na własne dzieło. -Owszem. Przepiękna, czyż 

nie?

Lavinia przyjrzała się szkicowi z wielką uwagą.

- Widzę tu dwa rzędy różyczek. Nie trzy. Szkic został zmieniony. Usunęła pani jeden 

rząd kwiatów, prawda? Widzę ślad po gumce.

Madame Francesca ciężko westchnęła.

- Nadal twierdzę, że przy tak eleganckiej figurze pani Dove mogła sobie pozwolić na 

trzy rzędy. Ale ona była nieugięta i kazała jeden usunąć. Co można zrobić, kiedy tak ważna 

klientka się uprze? Nie ma wyjścia, trzeba ulec. W końcu zmieniłam projekt. 

Przejęta   Lavinia   poczuła   zimny   dreszcz   strachu.   Odwróciła   się   szybko   i   poleciła 

krawcowej:

-Niech mi pani pomoże wydobyć się z tej sukni. Muszę natychmiast wyjść i pilnie z 

kimś porozmawiać.

-

Ależ pani Lake, nie dokończyłyśmy przymiarki.

-

Proszę zdjąć ze mnie suknię. - Lavinia zmagała się z haftkami gorsetu. - Dokończymy 

następnym   razem.   Czy   mogę   prosić   o   kartkę   papieru   i   ołówek?   Chcę   wysłać 

wiadomość do mojego... eee... wspólnika.

Znów zaczęło padać i trudno było o powóz do wynajęcia. Droga na Half Crescent 

Lane zajęła jej niemal trzy kwadranse.

Lavinia zatrzymała się przed drzwiami galerii pani Vaughn, uniosła rączkę kołatki i 

głośno zapukała. Muszę się upewnić, pomyślała. Nie można znów popełnić jakiegoś błędu. 

Zanim   wraz  z  Tobiasem   doprowadzi   tę   skomplikowaną   sprawę   do   prawdziwego   końca, 

porozmawia z osobą, która od początku miała rację.

Zdawało jej się, że upłynęły całe wieki, zanim głuchawa gospodyni otworzyła drzwi. 

Zmrużyła oczy i spojrzała na gościa. "" - Tak?

- Czy pani Vaughn jest w domu? Muszę z nią natychmiast porozmawiać. To bardzo 

ważne.

Gospodyni wyciągnęła rękę.

- Trzeba kupić bilet - oznajmiła gromko.

Lavinia jęknęła zrezygnowana i sięgnęła do sakiewki. Znalazła kilka monet i wsunęła 

background image

je w spracowaną dłoń kobiety.

-Oto zapłata. Proszę powiedzieć pani Vaughn, że przyszła Lavinia Lakę.

-

Zaprowadzę panią do galerii. - Gospodyni poprowadziła ją mrocznym korytarzem, 

zanosząc się rechotliwym śmiechem. -Pani Vaughn zaraz do pani przyjdzie. 

Zatrzymała się przed drzwiami do galerii i otworzyła je z przesadnym rozmachem. 

Lavinia  znalazła  się w ciemnej  sali, a drzwi zamknęły się za nią z trzaskiem.  Usłyszała 

stłumiony rechot, zanikający w głębi korytarza.

Chwilę stała, żeby przyzwyczaić wzrok do panującego wokół mroku. Czuła się bardzo 

niewyraźnie i przypomniała sobie, że podobnych odczuć doznała podczas pierwszej wizyty 

tutaj. Rozejrzała się, starając się uspokoić przyspieszone bicie serca.

Sala   wyglądała   niemal   tak   samo   jak   za   pierwszym   razem.   Realistyczne   woskowe 

figury   majaczyły   wokół   niej,   zastygłe   w   trakcie   najróżniejszych   czynności.   Minęła 

mężczyznę w okularach, który w fotelu czytał gazetę, i podeszła do fortepianu.

Przy klawiaturze siedziała jakaś postać, wpatrująca się uważnie w nuty. Był to jednak 

mężczyzna, ubrany w staromodne bryczesy. To woskowa rzeźba, nie pani Vaughn udająca 

jedną ze swoich prac, doszła do wniosku Lavinia. Może artystka za każdym razem udaje inną 

postać?

- Pani Vaughn? - Krążyła między figurami, zaglądając w ich twarze. - Jest pani tutaj? 

Wiem, że lubi pani płatać takie figle. Sama dałam się za pierwszym razem nabrać, ale dzisiaj 

nic mam na to czasu. Chcę się z panią skonsultować w sprawach zawodowych. - Żadna z 

figur się nie poruszyła. - To bardzo pilne -ciągnęła Lavinia. - Moim zdaniem, to może być 

kwestia życia i śmierci.

Zerknęła   na postać  stojącą  przed  kominkiem.  Jakaś  nowa  figura.  Nie  widziała   jej 

podczas uprzedniej wizyty. Przedstawiała kobietę w kuchennym fartuchu i wielkim czepku, 

którego falbanki przysłaniały profil. Stała lekko pochylona, z pogrzebaczem w dłoni, jakby 

chciała poruszyć nim węgle w wygasłym kominku.

To nie pani Vaughn, stwierdziła Lavinia. Za wysoka i za szczupła. 

- Proszę, pani Vaughn, niech się pani ujawni, jeśli pani tu jest. Nie mogę tu długo 

zostać. - Lavinia obeszła kanapę i zatrzymała się jak wryta na widok postaci leżącej twarzą 

do podłogi. - Dobry Boże!

Od razu wiedziała, że to nie jest przewrócona woskowa rzeźba. Przerażenie zaparło jej 

dech w piersi.

- Pani Vaughn.

Opadła na kolana, zdjęła rękawiczki i przyłożyła dłoń do szyi kobiety. Z ulgą wyczuła 

background image

bijący puls.

Pani Vaughn żyła, tylko leżała bez przytomności. Lavinia skoczyła na równe nogi i 

rzuciła się do drzwi, żeby wezwać pomoc, i wtedy jej wzrok zahaczył o figurę przy kominku. 

Nagle poczuła, że z przejęcia robi jej się sucho w gardle.

Na butach figury dostrzegła błoto.

Przez chwilę nie mogła  oddychać.  Żeby wyjść  z tej długiej, wąskiej  sali, musiała 

przejść   obok   figury   przy   kominku.   Jeśli   się   do   niej   zbliży,   znajdzie   się   w   zasięgu 

pogrzebacza.   Krzyk  na   nic   się   nie   zda,   ponieważ   gospodyni   domostwa   była   przygłucha. 

Jedyną nadzieję stanowił Tobias. Jeśli otrzymał wiadomość na czas, wkrótce powinien się tu 

zjawić. Tymczasem trzeba jakoś rozproszyć uwagę zabójczym.

- Widzę, że dotarła tu pani przede mną - powiedziała cicho Lavinia. - Jak to się pani 

udało, lady Neville?

Postać przy kominku drgnęła i gwałtownie się wyprostowała. Constance lady Neville 

odwróciła się ku niej z pogrzebaczem w dłoni, uśmiechając się szeroko.

-   Nie   jestem   głupia.   Wiedziałam,   że   nadal   stanowi   pani   potencjalne   zagrożenie. 

Kazałam jednemu ze swoich ludzi panią śledzić. - Constance zastąpiła jej drogę do drzwi. – 

Dopadł chłopaka, którego wysłała pani z wiadomością do pana Marcha. Dobrze mu zapłacił i 

chłopak przekazał mu wiadomość, a on z kolei przyniósł ją mnie. Niech się pani nie pociesza 

fałszywą nadzieją. Żadna pomoc nie nadejdzie. 

Lavinia cofnęła się za kanapę i położyła dłoń na wisiorku pod szyją.

-A więc to pani? To pani dzieło? To pani jest tym tajemniczym artystą. Widziałam 

pani prace w galerii Huggetta. Bardzo niezwykłe.

-Niezwykłe? - Kobieta spojrzała na nią pogardliwie. -W ogóle nic zna się pani na 

sztuce. To wspaniałe dzieła.

Lavinia mocniej szarpnęła wisiorek i udało jej się zerwać go z szyi. Wyciągnęła go 

przed siebie tak, że błyszczące srebro pochwyciło blade smugi światła, rozjaśniające mroczną 

salę.

- Takie wspaniałe jak ten błyszczący wisiorek? – zapytała cichym, spokojnym głosem. 

- Prawda, że ładny? Proszę zobaczyć, jak się skrzy. Taki błyszczący. Błyszczący. Błyszczący.

Constance roześmiała się nieprzyjemnie.

-Wydaje się pani. że za ten wisiorek kupi sobie pani życie? Jestem bardzo bogata. 

Mam szkatułki pełne o wiele cenniejszej biżuterii. Nie chcę pani wisiorka.

-Bardzo się błyszczy, prawda? - Lavinia wolno kołysała wisiorkiem, który kreślił łuk 

w powietrzu, skrząc się i migocąc. -Dała mi go matka. Jest taki błyszczący.

background image

Constance zamrugała.

-Już pani mówiłam, że nie interesują mnie tanie błyskotki.

-Pani figury są niezwykłe, ale brakuje im tego realizmu, jaki osiąga pani Vaughn.

-Głupia kobieto. Co ty możesz wiedzieć o sztuce? - Po twarzy Constance przebiegł 

grymas wściekłości. Zerknęła na kołyszący się wisiorek i zmarszczyła czoło, jakby 

srebrzyste  błyski ją irytowały.  - Moje rzeźby są o wiele lepsze niż te przyziemne 

figury. W przeciwieństwie do pani Vaughn nic waham się ukazywać najciemniejszych 

ludzkich pasji.

-

To pani wysłała tę woskową scenkę do pani Dove, prawda? Dopiero dzisiaj się tego 

domyśliłam, kiedy zobaczyłam u krawcowej szkic tej zielonej sukni. W swojej pracy 

opada   się   na   oryginalnej   wersji   szkicu,   nie   na   gotowej   sukni.   Była   pani   klientką 

madame Franceski i miała okazję go zobaczyć. Nie widziała pani sukni w ostatecznej 

wersji,  ponieważ  nie  zaproszono  pani   na   bal   zaręczynowy.   Gdyby   tam   pani   była, 

wiedziałaby, że suknię zdobiły dwa rzędy różyczek, nie trzy.

- To już nie ma żadnego znaczenia. Joan Dove to dziwka, nie lepsza niż jego inne 

kobiety. Ona też zginie.

Constance podeszła bliżej.

Lavinia   spazmatycznie   chwyciła   powietrze,   ale   nadal   kołysała   wisiorkiem,   nie 

zmieniając rytmu.

- To pani przyczyniła się do otrucia Fieldinga Dove'a, prawda? - spytała łagodnym, 

kojącym głosem.

Zabójczyni   spojrzała   na   wisiorek   i   odwróciła   wzrok.   Jakby   nie   mogła   nic   na   to 

poradzić, znów powiodła za nim oczami.

-Wszystko  zaplanowałam,   każdy  szczegół.  Zrobiłam  to  dla  Wesleya.   To  wszystko 

było dla niego. Potrzebował mnie.

-Ale mąż nigdy nie docenił pani inteligencji i niezłomnej lojalności, tak? Lekceważył 

panią.   Ożenił   się   z   panią   dla   pieniędzy   i   od   początku   zdradzał   panią   z   innymi 

kobietami.

-Zaspokajały tylko jego żądze, nie liczyły się wcale. Ważne było to, że Wesley mnie 

potrzebował. Rozumiał to. Byliśmy wspólnikami.

Lavinia skrzywiła się i niemal zgubiła rytm. Skup się, głupia, od tego zależy twoje 

życie, zganiła się w duchu.

-Rozumiem. - Wisiorek nadal kołysał się monotonnie. -Byliście wspólnikami. Ale to 

pani była mózgiem tej spółki.

background image

-

Tak. To ja wykryłam, że Fielding Dove bada działalność Wesleya podczas wojny. 

Widziałam,   że   Dove   się   starzeje   i   słabnie.   Zrozumiałam,   że   nadszedł   czas,   żeby 

działać. Po śmierci Dove'a nic już nie stało na drodze mojego męża. Trzeba było tylko 

uporządkować kilka spraw. Zawsze załatwiałam za niego takie rzeczy. 

-Ile jego kochanek pani zamordowała?

-

Dwa lata temu wreszcie zdałam sobie sprawę, że trzeba się pozbyć tych dziwek. - 

Constance   spojrzała   z   wściekłością   na   kołyszący   się   wisiorek.   -   Odnalazłam   je. 

chociaż nie było to łatwe. Dotychczas zrobiłam porządek z pięcioma.

-Wykonała pani te figury, żeby uczcić sprawnie popełnione morderstwa?

-Musiałam pokazać światu prawdę na temat  tych  kobiet. Użyłam  swojego talentu, 

żeby zademonstrować, że dla kobiet, które stają się dziwkami, w końcu zostaje tylko 

ból i cierpienie. Nie ma namiętności, poezji, rozkoszy, tylko ból.

-Ale ostatnia się pani wymknęła, prawda? - dociekała Lavinia. ~ Jak to się stało? 

Popełniła pani błąd?

-Nie  popełniłam   żadnego   błędu!  -  krzyknęła  gniewnie  lady  Neville.   -Jakaś   głupia 

posługaczka zostawiła na podłodze kubeł z mydlinami. Poślizgnęłam się i upadłam, a 

ta dziwka uciekła. Wcześniej czy później jej dopadnę.

-A kto pani służył jako model do postaci mężczyzny? -zapytała spokojnie.

Constance spojrzała na nią pustym wzrokiem.

-Model do postaci mężczyzny? Lavinia miarowo kołysała wisiorkiem.

-Twarz mężczyzny jest zawsze taka sama. Kto to jest?

- Tata. - Constance zamachnęła się pogrzebaczem na wisiorek, jakby chciała go strącić 

na   podłogę.   -   To   tata   sprawia   tym   dziwkom   tyle   bólu.   -   Jeszcze   raz   usiłowała   sięgnąć 

czubkiem pogrzebacza do wisiorka. - On sprawiał mi ból. Rozumiesz? Tak bardzo przez 

niego cierpiałam.

Lavinia jeszcze dwa razy musiała uchylić się przed pogrzebaczem. Rozmowa szła w 

złym kierunku. Należało zmienić temat.

-   Wszystko   szło   dobrze,   dopóki   Holton   Felix   nic   dopadł   pamiętnika   i   nie   zaczął 

szantażować wymienionych w nim ludzi - powiedziała. 

- Felix dowiedział się z tych zapisków, że Wesley był członkiem Błękitnej Izby. - 

Constance nieco się uspokoiła i wodziła oczami za wisiorkiem. - Musiałam go zabić. To było 

dość łatwe. Znalazłam tego głupca kilka dni po tym, jak przysłał mi pierwszy list.

-Zabiła go pani i zabrała pamiętnik.

-Zrobiłam to, żeby chronić męża. Wszystko robiłam dla niego.

background image

Gdy lady Neville bez ostrzeżenia zamachnęła się pogrzebaczem, Lavinia rzuciła się w 

tył, o włos unikając uderzenia. Haczykowaty koniec wbił się w głowę stojącej obok figury, 

całkowicie ją zniekształcając.

Lavinia szybko skryła się za postacią nieśmiałej kobiety z wachlarzem. Tak osłonięta, 

wyciągnęła ramię w bok i znów zaczęła kołysać wisiorkiem.

Constance  patrzyła  na błyszczącą  ozdobę z wyraźną  irytacją.  Starała się odwrócić 

wzrok,   ale   jej   spojrzenie   samo   biegło   ku   srebrzystym   błyskom.   Lavinia   wiedziała,   że 

przeciwniczka   nie   zapadła   w   całkowity   trans,   ale   wahadłowy   ruch   wisiorka   bardzo   ją 

rozprasza.

-Dopiero po przeczytaniu pamiętnika dowiedziała się pani, że pani Dove i pani mąż 

byli   kiedyś  kochankami,   tak?  Z   pani  punktu   widzenia   to  zmieniało  całą  sytuację. 

Mogła pani lekceważyć pozostałe kochanki, ale tego romansu nie potrafiła mu pani 

wybaczyć.

-Inne się nie liczyły. - Constance zbliżyła się do Lavinii. -To były tanie dziwki. Brał je 

z domu publicznego, zabawiał się z nimi chwilę, a potem odsyłał na ulicę. Ale Joan 

Dove to inna sprawa.

-Dlatego że była żoną przywódcy Błękitnej Izby?

-

Tak. Jest bogata, wpływowa i wie wszystko, co wiedział Azure. Kiedy przeczytałam 

pamiętnik, natychmiast zrozumiałam, że Wesley nie będzie mnie potrzebował, jak już 

zastąpi Azure'a i stanie na czele Błękitnej Izby. 

-Myślała pani, że wybierze Joan?

-Mogła   mu   dać   wszystko,   co   kiedyś   należało   do   Azure'a.   Jego   kontakty,   układy, 

sposoby prowadzenia operacji finansowych, samą Błękitną Izbę. - Głos Constance 

przeszedł w zawodzący szloch. - A co ja mu mogłam dać? W dodatku Wesley kiedyś 

jej pożądał, tak jak nigdy nie pożądał mnie.

-Więc zadecydowała pani, że ona też musi zginąć.

- Gdyby ją zdobył, mnie by już nie potrzebował.

Constance znów wymierzyła cios pogrzebaczem. Tym razem też celowała w wisiorek. 

Lavinia pchnęła na nią figurę kobiety z wachlarzem i pogrzebacz wbił się w wosk, a rzeźba 

runęła na podłogę.

- Chciałam też, żeby cierpiała, jak ja przez nią cierpiałam - wyszeptała lady Neville, 

wodząc wzrokiem za wisiorkiem. - Dlatego wysłałam do niej scenę jej własnej śmierci, żeby 

sobie na nią popatrzyła i poznała, co to strach. -Wyciągnęła pogrzebacz z woskowej czaszki i 

znów uniosła nad głowę, gotowa do zadania ciosu.

background image

Lavinii wydało się, że tym razem jej ruchy są powolniejsze.

-Dlaczego zabiła pani męża? - Cofała się wolno, wyciągnąwszy ramię w bok, żeby 

namacać potencjalne przeszkody.

-Nie miałam wyboru. Wszystko zniszczył. - Constance chwyciła pogrzebacz oburącz. 

- Głupiec.   Głupi, kłamliwy człowiek.   - Jej  pierś   unosiła   się  i opadała  rytmicznie, 

wzrok wędrował ku twarzy Lavinii i zaraz wracał do wisiorka. -Tobias March zastawił 

na niego pułapkę, a on dał się w nią złapać. Byłam w domu, kiedy tamtej nocy wrócił 

po rozmowie z Marchem. Dostał jakiegoś nerwowego ataku. Polecił kamerdynerowi, 

żeby spakował jego rzeczy, mówił, że chce uciec za granicę.

Lavinia natrafiła czubkami palców na fortepian i zatrzymała się.

- Bała się pani, że wszystkie pani wysiłki pójdą na marne. 

- Udawałam, że pomagam mu w ucieczce. Pojechałam z nim do doków, skąd jakiś 

jego   znajomy   miał   go   zabrać   na   pokład   statku.   Zaproponowałam   Wesleyowi,   żebyśmy 

zaczekali w tym małym domku.

-I tam go pani zastrzeliła.

-Nic innego nie mogłam zrobić. Wszystko zniszczył. -Twarz Constance wykrzywiła 

się w dzikim grymasie. - Chciałam wymierzyć mu cios pogrzebaczem, jak tamtym 

dziwkom,   ale   wiedziałam,   że   to   musi   wyglądać   na   samobójstwo.   Nic   innego   nie 

przekonałoby Marcha i pozostałych, że to koniec sprawy.

-Teraz zamierza pani zostać panią Błękitnej Izby?

-Tak. Ja będę Azure'em. - Constance wpatrzyła się w wisiorek.

-Oczywiście, że pani będzie. Oczywiście.

Gwałtownym, niespodziewanym ruchem Lavinia rzuciła wisiorek w stronę najbliższej 

figury, a Constance powiodła za nim wzrokiem.

Korzystając ze sposobności, Lavinia chwyciła stojący na pianinie świecznik i cisnęła 

nim w lady Neville. trafiając ją w skroń. Morderczyni krzyknęła, pogrzebacz wypadł jej z 

ręki, a ona osunęła się na kolana. Objęła rękami głowę i zaczęła głośno zawodzić.

Lavinia   ominęła   nieprzytomną   panią   Vaughn.   wskoczyła   na   kanapę,   przeskoczyła 

przez jej oparcie i pobiegła ku drzwiom.

Kiedy tylko dotknęła gałki, drzwi same się otworzyły i zobaczyła przed sobą Tobiasa. 

Jego mina nie wróżyła nic dobrego.

-Co,   u   diabła...   -   Chwycił   ją   w   ramiona   i   spojrzał   w   głąb   sali.   Constance   nadal 

klęczała, głośno szlochając.

-A więc to ona? - zapytał cicho Tobias.

background image

- Tak. Sądziła, że są z mężem wspólnikami. W końcu go zabiła, ponieważ wydawało 

jej się, że Neville chce zerwać z nią umowę.

background image

27

Wiedziała. że jej nie kocha, ale myślała, że łączy ich coś ważniejszego i trwalszego - 

tłumaczyła Lavinia.

-Więź metafizyczna? - Joan z lekką pogardą uniosła brwi. -Z mężczyzną o naturze 

Neville'a? Biedaczka, rzeczywiście musiała być szalona.

-Nic wiem, czy postrzegała swój związek w kategoriach metafizycznych. - Lavinia 

odstawiła filiżankę. - Bardzo w to wątpię. Mówiła raczej o spółce.

-Do diabła. - Tobias, usadowiony w wielkim fotelu, posłał jej groźne spojrzenie. - Że 

też musiała użyć tego słowa.

-Wierzyła, że stała się mu niezbędna, że on to rozumie i jej potrzebuje. - Oparła dłonie 

na rzeźbionych poręczach fotela i spojrzała w oczy Joan. - Widziała siebie jako mózg 

ich spółki. Obmyślała strategie, zajmowała się trudnymi sprawami.

-Otruła Fieldinga. - Joan wpatrywała się w herbatę w filiżance.

-

Sama pani stwierdziła, że była szalona - wybąkała Lavinia. 

-

  Rzeczywiście.   -   Tobias   złożył   dłonie.   -   Właśnie   dlatego   rodzina   postanowiła   ją 

zaniknąć w prywatnym szpitalu dla obłąkanych. Resztę życia  spędzi pod kluczem. 

Nikt nic będzie słuchał jej niedorzecznych skarg i opowieści.

Joan spojrzała na nich znad filiżanki.

-Czy to ona zamordowała dawne kochanki Neville'a i próbowała mnie zabić na balu u 

Colchesterów?

-Od   lat   była   zmuszona   przymykać   oko   na   romanse   męża   -wyjaśniała   Lavinia.   - 

Udawała przed samą sobą. że nie mają dla niego znaczenia.

Joan skrzywiła się lekko.

-W zasadzie nie miały.

-W zasadzie tak. Wmówiła sobie, że jej związek z Neville'em przewyższał jego inne 

związki, oparte na cielesnej żądzy. W końcu pożądanie szybko przemija. A zdaje się, 

że   dla   niej   namiętność   oznaczała   tylko   ból.   Nie   pragnęła   wzbudzać   w   mężu 

namiętności.

Gdy Tobias wymamrotał coś niezrozumiale, spojrzała na niego pytająco, ale on tylko 

z nieprzeniknionym wyrazem twarzy w milczeniu patrzył w ogień.

background image

-Podejrzewam, że Constance nienawidziła tych kobiet. -Lavinia znów zwróciła się do 

Joan. - Kiedy przyszło jej do głowy, że może się postarać, by mąż stanął na czele 

Błękitnej   łzby,   znalazła   też   doskonały   pretekst   do   zlikwidowania   jego   dawnych 

kochanek. Po prostu wytłumaczyła mu, że stanowią potencjalne zagrożenie dla jego 

kariery.

-

Neville   wiedział,   co   robi   żona   -   dodał   Tobias.   -   Wcale   mu   to   zresztą   nie 

przeszkadzało. Pewnie brał jej usprawiedliwienia za dobrą monetę. Uważał nawet, że 

scenki z galerii są dość zabawne. Kiedy teraz analizuję naszą nocną rozmowę,  w 

której starałem się go nakłonić do wyznania winy, widzę, że właściwie nie przyznał 

się do morderstw, tylko do tego, że o nich wiedział. 

-Brudną robotę zostawiał Constance. - Lavinia patrzyła w ogień. - Zajmowała się tym 

z radością. Kiedy jednak przeczytała pamiętnik i dowiedziała się. że Joan miała kiedyś 

romans z jej mężem, nie potrafiła pohamować strachu i wściekłości.

-Tak.  ta  kobieta  jest  bez  wątpienia  obłąkana.   - Joan  ze  współczuciem  potrząsnęła 

głową.

-

Szaleńcy   kierują   się   własną   logiką   -   zauważyła   Lavinia.   -   Jakkolwiek   było. 

zdecydowała, że stanowi pani poważnie zagrożenie dla jej związku z Neville’em. Bała 

się, że kiedy on przejmie kontrolę nad Błękitną Izbą, znów się z panią zwiąże.

Joan lekko zadrżała.

-Związek z tym obrzydliwym człowiekiem to ostatnia rzecz, na jaką miałabym ochotę.

-Na swój sposób go kochała.  Nie mieściło  jej się  w głowie,  że mogłaby go pani 

odrzucić.

Tobias poruszył się i wyciągnął nogę w stronę kominka.

- W swoim zaburzonym umyśle postrzegała panią jako jedyną byłą kochankę zdolną 

jej go odebrać, ponieważ mogła mu pani zaofiarować o wiele więcej niż ona.

- Jakie to smutne - stwierdziła Joan.

Lavinia cicho odchrząknęła.

-Owszem. Kiedy przechwyciła wiadomość, którą wysłałam do Tobiasa, zdała sobie 

sprawę, że nadal prowadzę dochodzenie. Przyszła do galerii pani Vaughn kilka minut 

przede mną, ponieważ skorzystała z własnego ekwipażu. Ja musiałam iść piechotą, bo 

kiedy   pada,   bardzo   trudno   jest   złapać   jakiś   powóz.   Udało   jej   się   ogłuszyć   panią 

Vaughn.

-To szczęście, że nie zabiła tej zdolnej artystki - stwierdziła Joan.

-

Gęste włosy i czepek pani Vaughn trochę osłabiły siłę uderzenia. Upadła na podłogę 

background image

oszołomiona, ale wystarczyło jej przytomności umysłu, żeby udawać martwą. Zaraz 

potem zjawiłam się ja, przez co lady Neville nie mogła zadać kolejnego ciosu.

Joan spojrzała na Tobiasa.

-Jak to się stało, że w samą porę przybył pan do galerii, chociaż nie dotarła do pana 

wiadomość od wspólniczki?

-Ależ dotarła - odrzekł Tobias z uśmiechem. - Chłopak sprzedał informację szpiegowi 

lady Neville, ale jako że był to bystry młody człowiek interesu, odszukał również 

mnie. Niestety, dotarł do mnie z opóźnieniem, ale jednak przekazał mi wiadomość.

-Rozumiem. - Joan wstała i poprawiła rękawiczki. - A więc to już koniec. Bardzo się 

cieszę, że nic się pani nie stało, Lavinio. I jestem niesłychanie wdzięczna za wszystko, 

co oboje dla mnie zrobiliście.

-Ależ nie ma za co. - Lavinia również wstała.

-

To,   co   powiedziałam   pani   wczoraj,   nadal   jest   aktualne.   Uważam   siebie   za   pani 

dłużniczkę.   Jeśli   kiedykolwiek   będę  mogła   coś   dla   was   zrobić,   mam   nadzieję,   że 

zwrócicie się do mnie.

-Dziękuję,   ale   nie   wyobrażam   sobie,   żebyśmy   kiedykolwiek   potrzebowali   pani 

pomocy.

W   oczach   Joan   zamigotało   skrywane   rozbawienie.   Wyszła   z   salonu   i   na   chwilę 

zatrzymała się w holu.

-   Będę   bardzo   rozczarowana,   jeśli   nie   włączycie   mnie   do   któregoś   ze   swoich 

przyszłych śledztw. Mam wrażenie, że byłaby to dla mnie wspaniała rozrywka.

Lavinia patrzyła na nią, nie wiedząc, co powiedzieć. Tobias również milczał.

Joan   dystyngowanie   skłoniła   głowę   i   poszła   do   wyjścia,   gdzie   już   czekała   pani 

Chilton, żeby otworzyć jej drzwi.

Tobias podszedł do szafki z trunkami i nalał dwa kieliszki sherry. Bez słowa wręczył 

jeden Lavinii i zasiadł z powrotem w fotelu. 

Długo siedział w ciszy, obserwując płomienie tańczące w palenisku.

-Tej   nocy,   kiedy   znalazłem   obciążający   Neville'a   list   od   Carlisle'a,   uważałem,   że 

dopisało mi niebywałe szczęście -odezwał się po chwili. - Potem jednak przyszło mi 

do głowy, że list mógł być sfałszowany i podrzucony w miejsce, gdzie znalazłby go 

każdy, kto zadałby sobie trud staranniejszego przeszukania sypialni.

-Coś takiego mógł zrobić tylko ktoś, kto chciał doprowadzić Neville'a do zguby.

-Możliwe, że list podrzuciła lady Neville - stwierdził Tobias.

-Na   początku   całej   sprawy   chciała   tylko   zgładzić   panią   Dove.   Nie   zamierzała 

background image

uśmiercać męża, dopóki nie stało się jasne, że zniweczył wszystkie jej plany.

-Jest   jeszcze   ktoś,   kto   wiedział,   że   tamtej   nocy   zamierzałem   przeszukać   dom 

Neville'ów. Ten ktoś miał wystarczające znajomości w świecie przestępczym, żeby 

zlecić podrzucenie sfałszowanego listu.

Lavinia zadrżała.

- To prawda.

Zapadła cisza.

-Pamiętasz, jak wspomniałem ci, że Uśmiechnięty Jack z gospody Pod Gryfem mówił 

mi coś o krążących po mieście plotkach? - zapytał w końcu Tobias. - Według tych 

plotek miała jakoby toczyć się podziemna wojna o przejęcie kontroli nad Błękitną 

Izbą.

-Pamiętam. - Lavinia wypiła trochę sherry i odsunęła kieliszek od ust. - Wydaje mi się 

jednak, że to były tylko wymysły,  niepotwierdzone plotki z podejrzanych  dzielnic 

miasta.

-

Jestem pewien, że masz rację. - Tobias zamknął oczy,  odchylił  głowę na oparcie 

fotela i bezwiednie rozmasował nogę. - Ale załóżmy, tak dla rozrywki, że było w nich 

trochę prawdy. Można by z tego wyciągnąć bardzo interesujące wnioski co do wyniku 

takiej wojny o władzę,

-Owszem.  - Lavinia urwała na ułamek  sekundy.  - Z tych  wszystkich, których  coś 

łączyło z Błękitną Izbą, tylko Joan Dove pozostała cała i zdrowa.

-Tak.

Znów zapadła długa cisza.

-Uważa siebie za naszą dłużniczkę - powiedział Tobias spokojnie.

-Chce, żebyśmy się do niej zwrócili, jeśli będziemy czegoś potrzebować.

-Wydaje się jej, że udział w śledztwie byłby dla niej dobrą zabawą.

Ogień strzelił w kominku niczym salwa złośliwego śmiechu.

-Napiłbym się jeszcze sherry - stwierdził po chwili Tobias.

-Ja też.

background image

28 

Następnego   popołudnia   Tobias   wszedł   do   gabinetu   Lavinii,   niosąc   w   ramionach 

wielką skrzynię.

-

Co tam masz? - Lavinia spojrzała na nią z podejrzliwą miną.

-Mała pamiątka z naszego pobytu we Włoszech. - Postawił skrzynię na dywanie i 

zaczął otwierać wieko. - Już dawno miałem ci to dać, ale oboje byliśmy dość zajęci, 

więc stale zapominałem.

Wstała i zaciekawiona wyszła zza biurka.

- Mam nadzieję, że to jedna z rzeźb, które byłam zmuszona zostawić.

- To nie rzeźba. - Uniósł wieko i odstąpił o krok. - Coś innego.

Lavinia pośpiesznie zajrzała do środka. Ujrzała rzędy starannie ułożonych, oprawnych 

w skórę książek. Zalała ją fala radości. Przyklękła obok skrzyni i sięgnęła po nie.

-Moje tomiki poezji. - Przesunęła palcami po wytłoczonych na okładkach tytułach.

-Następnego   dnia  wysłałem  Whitby'ego  do  twojego  mieszkania,  żeby spakował  te 

książki. Sam nie mogłem pójść przez tę przeklętą nogę.

Lavinia wstała, ściskając w dłoniach poezje Byrona. 

- Nie wiem, jak ci dziękować.

-Chociaż  tyle  mogłem   w  tej  sytuacji  zrobić.  Jak  przy kilku   okazjach  zauważyłaś, 

wszystko, co się stało tamtej nocy, było wyłącznie moją winą.

Roześmiała się wesoło.

- Bo to prawda. Mimo wszystko jestem ci wdzięczna.

Ujął jej twarz.

-Nie chcę twojej wdzięczności. Bardziej mnie interesuje rozmowa na temat naszej 

dalszej współpracy. Czy przemyślałaś już moją propozycję sprzed kilku dni?

-Że   powinniśmy   współpracować,   jeśli   zaistnieje   taka   potrzeba?   Owszem, 

zastanowiłam się nad tym bardzo głęboko.

-No i jakie masz zdanie na ten temat?

-Moim zdaniem, nasza dalsza współpraca nie obeszłaby się bez gorących sporów i 

głośnych awantur, nie wspominając już O narastającej frustracji.

Skinął głową, patrząc na nią poważnie.

background image

-   Zgadzam   się   z   tobą.   Ale   muszę   też   przyznać,   że   nasze   gorące   spory   i   głośne 

awantury wpływają na mnie dziwnie ożywczo.

Uśmiechnęła się i odłożyła tomik poezji na biurko. Nie odrywając oczu od Tobiasa, 

objęła go.

-Na mnie mają one taki sam wpływ - wyszeptała. - Ale co zrobimy z tą narastającą 

frustracją?

-No właśnie. To jest problem. Ale chyba istnieje na nią jakieś lekarstwo. - Dotknął 

kciukiem kącika jej ust. - Działa tylko doraźnie, ale może być zażywane tak często, jak 

to konieczne.

Rozbawiona Lavinia wybuchnęła śmiechem. Pocałował ją, żeby przestała się śmiać, 

ale nawet kiedy ucichła, całował ją jeszcze bardzo długo.