background image

- 1 -

background image

Janusz Thor

POZA CZASEM I ŚWIATEM

NASZA KSIĘGARNIA

WARSZAWA 1987

- 2 -

background image

Redaktor: Maria Liskowacka
Redaktor techniczny: Alicja Maruszyńska

Korektorzy: Bogusława Madalińska i Nawojka Peliwo

Copyright by Instytut Wydawniczy „Nasza Księgarnia”' Warszawa 1987

ISBN 83-10-09060-9

PRINTED IN POLAND

Instytut Wydawniczy „Nasza Księgarnia”, Warszawa 1987
Wydanie pierwsze Nakład 20000 + 250 eg/emplarzy Ark wyd. 8,6. Ark. druk. A 8,5.

Oddano do produkcji w czerwcu 1986 r.
Podpisano do druku w lipcu 1987 r.

Drukarnia Narodowa w Krakowie.
Zam. nr 368/86 D-10/2730

- 3 -

background image

SPIS ROZDZIAŁÓW:

OBSZARY NIEZNANE ….................................................

Ocean niewiedzy

Nowa nauka
„Talerze latające”

Analogia myślowa
Zjawiska irracjonalne

ZJAWISKA NA NIEBIE …...............................................

Literatura dotycząca „talerzy”

Adamski
Relacje widzeń UFO

POCZĄTKI OBSERWACJI WSPÓŁCZESNYCH …...............

Rok 1947

Relacje amerykańskie
Radar

Fotografie
Inne kraje

ZJAWISKA W PRZESZŁOŚCI …......................................

Dawne zapisy

Wiek XIX
Edison

Lista Forta
Polska lat pięćdziesiątych

OPINIE SCEPTYCZNE ….................................................

Komisja Menzela

Tęcza
Zorza polarna

Pioruny kuliste
Pozorne słońce

Sceptycy polscy
Radar

OPINIE OPTYMISTYCZNE …..........................................

Statki pozaziemskie

Napęd grawitacyjny
Promienie ultrakrótkie

Konkluzje

MISTYKA CZY RELIGIA? …............................................

Poglądy Junga
Mistyka

Nowa religia

EWOLUCJA POGLĄDÓW ….............................................

Do 1979
Trudność badań

Hynek 1979
Encyklopedia UFO

 5

11

15

21

27

34

41

 
44

 

- 4 -

background image

OBSZARY NIEZNANE

Ocean   niewiedzy   —   Nowa   nauka   —   „Talerze   latające”   —   Analogia   myślowa   —
Zjawiska irracjonalne

Jeden z największych w historii nauki, twórca prawa ciążenia powszechnego, Izaak Newton,

odkrył   podobno   swoje   prawo   obserwując   w   ogrodzie   jabłko   spadające   z   drzewa.   Fakt   ten
spowodował proces myślowy zakończony sformułowaniem: „Między jabłkiem a Ziemią istnieje

siła przyciągania proporcjonalna do masy jabłka i masy Ziemi”. Wydaje się, że Newton posiadał
jakąś intuicję, która podobnie jak talent wielkiego artysty, muzyka, malarza, poety pojawia się

rzadko, raz na wiele dziesiątków lat i na wiele milionów ludzi.

Newton powiedział również, iż świat dookoła porównać można do „oceanu niewiedzy”. W

oceanie udaje się od czasu do czasu odnaleźć drobny kamyk, który oznacza wiedzę poznaną.
Ocean pozostaje jednak równie wielki, chociaż wydobyliśmy jeden czy wiele kamyków. Wydaje

się nawet, iż ocean rozszerza się w miarę wydobywania kamyków. Wraz z poszerzaniem naszej
wiedzy zdajemy sobie sprawę, jak wiele pozostaje do poznania.

Człowiek epoki jaskiniowej żył w świecie pełnym tajemnic, z których wiele z czasem zostało

wyjaśnionych.   Wszystko   to,   co   zbadano   i   opisano,   przestało   być   w   pełnym   znaczeniu

tajemnicą. Wiemy obecnie, iż gwiazdy na niebie oznaczają globy podobne do Słońca i planet,
od dwustu lat wiemy, dlaczego pojawiają się pioruny i błyskawice, od początku XIX wieku zaś,

że meteoryty rzeczywiście spadają z „nieba”, a zupełnie niedawno poznaliśmy krajobraz na
Księżycu.

Wszystko to — to jedynie drobne kamyki wydobyte z dna oceanu. Nienaruszony obszar

niewiedzy przypomina o skromnej skali współczesnych osiągnięć na drodze poznania świata.

Wiele obszarów wiedzy o świecie pozostało nietkniętych. Z natury rzeczy niełatwo nazwać i
sprecyzować obszary nieznane.

Pomimo podróży na Księżyc i lądowania próbników na kilku planetach Wszechświat pozostał

tajemniczy, nie zbadane są miliardy gwiazd, mgławic i dalekie bezkresne przestrzenie „świata

wielkich wymiarów”. Niewielu zdaje sobie sprawę, iż z drugiej strony skali pozostały również
tajemnice do poznania i zbadania. Wszechświat najmniejszych cząsteczek okazał się niezwykle

skomplikowany,   ustawicznie   zdaje   się   dzielić   i   dzielić   na   dalsze,   coraz   mniejsze   cząstki.
Struktura budowy atomu i jądra atomowego przynosi wciąż nowe niespodzianki. Nieznane i nie

zbadane   pozostają   właściwości   stanu   nadprzewodnictwa   elektrycznego   w   bardzo   niskich
temperaturach. Nie znamy całego obszaru wiedzy o zachowaniu się materii w temperaturze

bliskiej   zera   bezwzględnego,   podobnie   jak   i   świata   wielkich   temperatur,   wielkich   ciśnień   i
wielkich natężeń pola magnetycznego.

Rozpatrując jakąkolwiek dziedzinę wiedzy o świecie dochodzimy do wniosku, iż właściwie

uchyliliśmy   tylko   rąbka   zasłony,   za   którą   ukryto   obraz   prawdziwy.   Nie   znamy   powiązań   i

przyczyn działania. Mamy nadzieję, jak wierzyli starożytni Grecy, iż w miarę zdobywania nowej
wiedzy obraz uprości się i okaże w końcu, że wszystkie pozornie różnorodne dziedziny świata

zbudowane są z podobnych elementów i działają w myśl jednego prawa i jednej zasady.

Sygnały   z   nowych   „nie   zbadanych   obszarów”   dochodzą   do   nas   często   w   formie   tak

zniekształconej i groteskowej, iż rzeczywiście trudno traktować je poważnie. Relacje świadków
spotkań z „talerzami” jak również opisy wszelkich zjawisk telepatycznych i psychotronicznych

(zginanie, przesuwanie przedmiotów na odległość, lewitacja, czyli unoszenie), relacje z sean-
sów mediumistycznych itp. wywołują wrażenie niepoważnych żartów. Wydaje się nieprawdo-

podobne, aby tego rodzaju doniesienia miały dowodzić istnienia nieznanych obszarów wiedzy o
świecie.

Tutaj uwaga: nasze spojrzenie na zagadnienie obszarów nieznanych porównać można do

zachowania   się   człowieka   epoki   kamiennej   nagle   postawionego   przed   współczesnym

wynalazkiem. Jak wytłumaczyłby on głos ludzki dochodzący ze skrzynki tranzystora w jaskini
przed dziesięcioma tysiącami lat? Czy nie jedynie jako głos ducha?

O   wielu   nowo   dostrzeżonych   zjawiskach   natury   powiadamy,   iż   istnieją,   lecz   bliżej   nie

potrafimy ich wyjaśnić ani nawet podać zasady ich występowania. Wiadomo już, iż istnieje

- 5 -

background image

telepatyczna zdolność przekazywania informacji, lecz nie wiemy zupełnie, jaki czynnik powo-
duje przenoszenie myśli na odległość.

Stwierdzono, że mózg ludzki emituje promieniowanie, ale zjawisko przekazywania informacji

na  odległość   nie   zostało  naukowo  udokumentowane,  chociaż  są   oczywiste  objawy   istnienia

łączności telepatycznej w świecie ożywionym.

Zjawiska   w   odczuciu   wielu   ludzi   przyjmowane   za   oczywiste   nie   zostały   ani   uznane,   ani

udowodnione przez naukę. Należą tutaj rzadko spotykane zdolności lecznicze osób, które nie
polegają ani na wiedzy, ani diagnozie, lecz na zdolności oddziaływania na organizm chorego,

podobnie   jak   i   umiejętność   odczytywania   ukrytych   napisów   oraz   zdolność   przekazywania
informacji.   Do   innych,   jeszcze   mniej   uznanych   i   akceptowanych   należy   telekineza,   to   jest

poruszanie przedmiotów na odległość, oraz lewitacja, wymieniając tylko zjawiska najczęściej
omawiane w sensacyjnych publikacjach.

Nie należy sądzić, iż z każdego trwającego od wieków wierzenia, przesądu lub zabobonu

wyłoni   się   w   przyszłości   konkretna   wiedza   o   świecie.   Z   drugiej   strony   dobrą   ilustracją

potwierdzenia skuteczności stosowania pajęczyny zmieszanej z chlebem do opatrywania ran
stało się odkrycie w pajęczynie penicyliny. Wiemy, że już pod Grunwaldem opatrywano rany

pajęczyną, co w XIX wieku po odkryciu przez Pasteura bakterii odrzucono, gdyż zrozumiano
potrzebę zachowania czystości.

Historia penicyliny w pajęczynie dobrze ilustruje zmieniający się obraz otaczającego świata

w   miarę   wydobywania   dalszych   kamyków   z   oceanu   niewiedzy.   Należałoby   o   tym   pamiętać

przystępując   do   badań   obszarów   nieznanych.   Oczywiście   należałoby   stosować   przy   tych
badaniach   wszelkie   rygory   i   kryteria   naukowej   analizy,   by   wyciągnąć   bezsporne   naukowe

dowody oparte na obecnym stanie wiedzy.

Nowym dowodem formalnego uznania obszarów nieznanych stało się powołanie niedawno

Międzynarodowego   Stowarzyszenia   Psychotroniki,   którego   przewodniczący   sformułował
zadania nowej nauki następująco:

„Psychotronika   jest   samodzielną,   interdyscyplinarną   gałęzią,   która   zajmuje   się   siłami

działającymi na odległość — interakcjami zarówno pomiędzy ludźmi, jak też między ludźmi a

otaczającym   światem   (organicznym   i   nieorganicznym).   Interakcje   te   wiążą   się   z   energe-
tycznymi formami wyżej zorganizowanej żywej materii i są właśnie przedmiotem badań. W

odróżnieniu   od   parapsychologii,   psychotronika   bada   zjawiska,   jakie   występują   w   utajonej
postaci   w   każdej   żywej   jednostce.   Chodzi   o   badanie   funkcji   psychicznej   i   fizycznej   w   ich

naturalnym   wzajemnym   powiązaniu.   Psychotronika   bada   również   energetyczną   istotę
tradycyjnych zjawisk znanych pod  pojęciami  telepatii,  telekinezy,  telegnozji (jasnowidzenia)

itp.

(...)   Nazwę   psychotronika   możemy   zaproponować   dla   zjawisk,   podczas   których   energia

wyzwolona w procesie myślenia i energia wyzwolona impulsem ludzkiej woli (...) jedynie przez
skoncentrowanie tej woli może spowodować odchylenia kropli spadającej w próżni w lewo bądź

w prawo (...)”

Pierwsze   zadanie   psychotroniki   polegałoby  na  udowodnieniu  wartości  praktycznej  badań,

zgodnie   z   oficjalną   deklaracją   stowarzyszenia:   „Doświadczenia   Galwaniego,   które
demonstrowały skurcz mięśnia u żaby, nikogo nie interesowały, natomiast budowa pierwszego

elektrycznego silnika przekształciła świat”.

Praktyczne znaczenie psychotroniki stało się widoczne, gdy wykorzystano zalecenia różdż-

karzy przy badaniach geologicznych. W Związku Radzieckim uznano w specjalnych wypadkach
za   uzasadnione   uzupełnienie   normalnych   badań   geologicznych   zaleceniami   podanymi   przez

różdżkarzy. Widać, jak w miarę postępu myśli ludzkiej i rozwoju nauki zjawiska — uznawane
niegdyś   za   sprzeczne   z   nimi   właśnie   w   imię   postępu   i   rozwoju   —   zyskują   pełne   „prawo

obywatelstwa” w świecie nauki i stają się przedmiotem dociekań.

Do ulubionych sensacyjnych tematów należą takie dziennikarskie zagadki, jak trójkąt ber-

mudzki (obszar Morza Karaibskiego, gdzie znikają od lat statki i samoloty), potwór szkockiego
jeziora Loch Ness, oczywiście „talerze latające”, czyli UFO, oraz inne. Wydaje się, że niektóre z

tych   zjawisk,   a   możliwe,   że   wszystkie,   mogą   okazać   się   w   przyszłych   dziesięcioleciach
nieprawdziwe. Dopóki jednak pozostają pewne nadzieje na uchylenie jakiejś nowej zasłony, nie

powinniśmy   bezapelacyjnie   wszystkiego   odrzucać,   a   raczej   dołożyć   starań,   aby   nieznane
zbadać.

Jeden z inicjatorów nowego spojrzenia na historię nauki George Sarton z Uniwersytetu w

Gandawie   określił   poszukiwanie   prawdy   następująco:   „Pasją   moją   pozostaje   zawsze   żądza

poszukiwań prawdy, czyli odkrycia prawdziwego obrazu świata. Obojętne, czy pojawi się obraz
przyjemny, czy nie, nieważne, czy użyteczny lub nie. To, co wygląda na prawdę, wystarczy i nie

należy jej podporządkowywać innym celom pod groźbą utraty całej wartości”.

- 6 -

background image

Opisując odkrycia naukowe dotyczące człowieka i otaczającego go świata, Sarton wymienił

sto   nazwisk   twórców   nauki   o   przyrodzie,   ale   jego   wybór   nazwisk   jest   dość   dowolny.   Listę

rozpoczyna   od   starożytności:   Hipokrates,   Arystoteles,   Archimedes,   Pliniusz   i   Ptolemeusz.
Wśród   nazwisk   kończących   listę   znajdujemy   Marię   Skłodowską-Curie,   Alberta   Einsteina,

Jamesa Jeansa oraz Roberta Oppenheimera.

Wszyscy   twórcy   nauki   popełniali   błędy,   tworzyli   teorie,   które   następcy   dyskredytowali   i

odrzucali   albo,   przeciwnie,   przyjmowali   i   uściślali.   Ostatnio   u   niektórych   historyków   nauki
przyjął   się   pogląd,   iż   nie   należy   zbyt   ostro   „potępiać   zabobonów   i   przesądów   przeszłości,

ponieważ stworzyły one rusztowania, które umożliwiły mozolną budowę nowoczesnego gmachu
wiedzy. Brzydkim, nędznym rusztowaniom przeszłości zawdzięczamy wspaniałe pałace nauki

współczesnej” (Sarton).

Wydaje się również, iż łatwiej obecnie zahamować rozprzestrzenianie się nieracjonalnych

poglądów i wierzeń przez podjęcie tych tematów i dyskusję niż przez przemilczanie ich. Do
niedawna   zdarzała   się   w   nauce   dość   często   zmowa   przemilczeń.   Autorzy   sensacyjnych

doniesień np. o UFO, którzy uzyskali krótką, wątpliwej wartości sławę „rewelacji”, nawet jeśli
czasem   zasługiwali   na   dyskusję,   napotykali   w   świecie   nauki   jedynie   lekceważenie.   W

przeważającej   większości   rzeczywiście   nie   zasługiwali   oni   na   poważną   wymianę   myśli,   a
działalność ich nie zawsze miała na celu poszukiwanie prawdy. Autorzy ci nie poświęcili ani

czasu, ani wysiłku dla obiektywnego zbadania i przedstawienia opisywanych zjawisk.

Do   najważniejszych   chyba   i   najgłośniejszych   ostatnio   autorów   piszących   o   „obszarach

niezbadanych” należy Erich von Däniken. Dwadzieścia lat temu stał się sławny o wiele bardziej
powierzchowny George Adamski, twórca kultu „talerzy”. W krajach Zachodu pisze i publikuje

kilkudziesięciu   co   najmniej   autorów   na   sensacyjne   tematy   tego   typu.   Pojawiła   się   lawina
książek, artykułów, a ostatnio nawet filmy o zjawisku „talerzy latających”.

Książki o „latających talerzach” są pozycjami na różnym poziomie i o różnej wartości. Po

zapoznaniu się ze znaczną częścią wydawnictw z ostatnich trzydziestu lat z krajów zachodnich

stwierdzam, że przeszło dziewięć dziesiątych pozycji nie przedstawia wartości nawet z punktu
widzenia bezstronnej relacji, pomijając zupełny brak racjonalnej próby wyjaśnienia zjawiska.

Wydaje   się,   iż   publikacje   te   powstały   na   zasadzie,   „co   przyjdzie   komu   do   głowy”,   bez
najmniejszej   odpowiedzialności   za   słowa   i   podawane   fakty.   Oczywiście   główną   przyczyną

zalewu tego typu pisaniny stał się wielki popyt na sam temat. Autorzy fantazjują, absolutnie
nie krępując się wiarygodnością danych, w najlepszym wypadku tworzą coś w rodzaju „science

fiction”.

Zalew bezwartościowej literatury ufologicznej przyczynił się do zdyskredytowania tematu w

środowiskach   naukowych.   Nieliczne   pozycje   opisujące   „talerze”   w   sposób   poważny   i
odpowiedzialny utonęły w morzu krzykliwych i sensacyjnych wydawnictw. Tak przedstawia się

obraz publikacji na temat „talerzy” w krajach zachodnich.

W krajach naszego bloku natomiast panowało dla kontrastu całkowite milczenie, przerwane

w   końcu   lat   pięćdziesiątych   pewną   ilością   artykułów   oraz   jedną   książką,   a   obecnie   znowu
pewnymi wzmiankami w wielu czasopismach w Polsce i Jugosławii. Można mieć wątpliwości,

czy to najlepsze rozwiązanie i czy w pewnych kręgach nie utrwalił się pogląd, iż prawdę o
„talerzach” ukrywa się i nie dopuszcza do wiadomości ogółu jako sprawę „tajną” i przeznaczoną

jedynie dla wtajemniczonych.

Istnieją   u   nas   relacje   o   widzeniach   obiektów   latających,   ale   prawie   wszystkie   zostały

wyjaśnione   „w   sposób   naturalny”.   Pozostałe   rzadkie   wypadki   nie   wyjaśniono   na   skutek
niedostatecznie dokładnych danych. Olbrzymia większość naukowców traktuje „talerze” jako

zjawisko czysto psychologiczne, które powstaje w wyobraźni jednostek lub grup pod wpływem
sugestii czy histerii.

Ludzie nauki, którzy widzą problem „talerzy” jako złudzenie i fikcję, przeważnie nie akcep-

tują   nawet   badań   i   rozważań   na   ten   temat.   Stoją   na   stanowisku   bezkompromisowego

odrzucenia bez dyskusji całości zagadnienia. Ta ortodoksyjna postawa z pewnością utrudniała i
utrudnia wyjaśnienie zagadki „talerzy”.

Podobne stanowisko zajął również autor niniejszej pracy, publikując w 1961 roku książkę pt.

„Talerze latające”. W 1978 roku otrzymałem z Nowosybirska w ZSRR oficjalne zapotrzebowanie

na tę książkę z motywacją, że „potrzebujemy jej do naukowej pracy badawczej”.

Na czym więc polega zagadnienie „talerzy”! W końcu lat czterdziestych poczęły ukazywać

się w prasie całego świata wzmianki i relacje o dziwnych obiektach widzianych w powietrzu lub
spoczywających na ziemi.

W przybliżeniu można oszacować, iż dotychczas zarejestrowano przeszło 100.000 relacji.

Przygniatająca   większość   uznana   została   przez   utworzone   w   wielu   krajach   zespoły   badań

ufologicznych za „Wyjaśnione Obiekty Latające” (WOL), czyli IFO (Identified Flying Object), a

- 7 -

background image

więc zjawiska zidentyfikowane i wytłumaczone. Stwierdzono, że najczęstszym źródłem zjawisk
wyjaśnionych są relacje świadomie zmyślone przez świadków.

Z czasem pojawiły się dwa odłamy czy dwa kierunki prób wyjaśnienia, a raczej racjonalnego

spojrzenia   na   to   tajemnicze   zjawisko.   Można   uznać   UFO   za   istniejące   w   rzeczywistości

materialne przedmioty zbudowane w jakimś celu, którego ani nie rozumiemy, ani nawet nie
jesteśmy   w   stanie   domyślić   się   (np.   statki   z   innych   planet?).   Drugi   kierunek   przyjmuje

założenie,   iż   nie   traktujemy   UFO   jako   konkretnych   obiektów   materialnych,   a   jedynie   jako
zjawiska   wywołane   albo   w   atmosferze,   to   jest   poza   człowiekiem,   albo   w   człowieku   w

organizmie czy psychice świadków, którzy je relacjonują. W obu wypadkach widzenia powstają
na skutek praw natury, do chwili obecnej nie znanych zupełnie.

Jak dotychczas, opinie komentatorów są podzielone, oczywiście bardziej fascynująca wydaje

się pierwsza teza traktująca UFO jako obiekty materialne.

Spotkania pierwszego i drugiego stopnia oznaczają obserwacje UFO z odległości. Spotkania

trzeciego stopnia są najbardziej niezwykłymi relacjami o UFO, które zdarzają się najrzadziej,

mimo to ilość sprawdzonych i bezapelacyjnie stwierdzonych wypadków wystarczy, aby ich nie
odrzucać.

Spotkania   trzeciego   stopnia   to   relacje   o   postaciach   podobnych   do   ludzi,   lądujących   na

pojazdach   „talerzowych”.   Niektórzy   świadkowie   podają,   iż   „humanoidzi”   pobierają   próbki

gruntu i roślinności, a następnie po kilku minutach wracają do pojazdu i odlatują w górę.

Jeszcze bardziej sensacyjnie brzmią sprawozdania o uprowadzeniu ludzi na pokład tajemni-

czych   pojazdów.   Jak   zawsze   we   wszystkich   relacjach   o   „talerzach”,   nie   mamy   oczywiście
bezspornych dowodów, a jedynie opowiadania świadków, którzy relacjonują często w stanie

podniecenia   nerwowego   graniczącego   z   histerią,   zresztą   oczywistą,   gdyby   takie   przeżycie
rzeczywiście miało miejsce.

Spotkania z postaciami lądującymi na pojazdach „talerzowych” opisano  w kilkudziesięciu

wypadkach   w   sposób   mniej   lub   więcej   przekonywający.   Liczba   spotkań   stale   się   zresztą

zwiększa. Niektóre z nich pozwoliły na wykonanie rysunków „humanoidów”. Przedstawiają one
człekopodobne   postacie   w   kombinezonach   i   skafandrach,   a   pewne   nieznaczne   różnice   w

budowie i wyglądzie w porównaniu z kształtami ludzkimi powtarzają się dość dokładnie we
wszystkich rysunkach i opisach pochodzących z różnych krajów i kontynentów. Opisy i rysunki

w   wielu   wypadkach   wykonali   ludzie,   którzy   nigdy   przedtem   nawet   nie   słyszeli   o   zjawisku
„talerzy”.

„Talerzami”   zajęły   się   w   latach   pięćdziesiątych   wojskowe   władze   lotnicze   oraz   specjalna

amerykańska   komisja   rządowa,   wszystkie   z   wynikiem   negatywnym.   W   następnych   latach

powstały dziesiątki, a może nawet setki prywatnych ośrodków badań oraz organizacji, grup
amatorów   i   entuzjastów.   Istnieją   poza   tym   grupy   entuzjastów,   wyznawców   inteligencji

pozaziemskiej. Niektóre ośrodki zgrupowały znanych techników i naukowców. W wielu krajach
ukazują się regularnie czasopisma poświęcone wyłącznie „talerzom”. Wśród organizacji badań

UFO wyróżnia się ośrodek amerykański kierowany przez Allana Hynka — największy obecnie
autorytet do spraw „talerzy”. Autor reprezentuje stanowisko bliskie poglądom Hynka. zacho-

wuje jednak więcej sceptycyzmu zgodnie z tezą postawioną w swej książce sprzed przeszło
dwudziestu lat.

Wydaje się, że Hynek widzi „talerze” jako największą tajemnicę współczesnego świata, ja

natomiast   zgadzam   się   jedynie   z   tezą   potrzeby   intensywnego   i   wszechstronnego   badania

zjawiska. Hynek położył na tym polu największe zasługi, a jego ośrodek w Evanston uznać
należy   za   międzynarodową   centralę   badań   ufologicznych,   gdzie   gromadzi   się   i   opracowuje

relacje nadchodzące ze wszystkich krajów świata.

Uporczywie powraca pytanie, jak to możliwe, aby zjawisko tak wielokrotnie i przez kilka

dziesiątków lat opisywane, dyskutowane i badane pozostawało bez odpowiedzi, zawieszone w
próżni.   Przecież   stwierdzić   można   bezspornie,   iż   w   ogóle   nie   istnieje.   Z   drugiej   strony

oczywiste  wydaje  się  stanowisko ludzi, którzy twierdzą, iż nie można ich uznać jedynie  za
przywidzenia jednego typu, które powtarzają się u różnych świadków na wielu kontynentach.

Cóż   to   oznacza?   Czy   mamy   do   czynienia   tutaj   z   dwoma   odrębnymi   rzeczywistościami?
Zjawisko istnieje czy nie istnieje? Autor proponuje pewien model myślowy, który może mieć

znaczenie dla wielu zjawisk obserwowanych, a nie wyjaśnionych.

Chcąc pozostać na gruncie rozważań racjonalnych, w oparciu o obecny stan nauki, a ściślej

mówiąc obecny stan wiedzy o świecie, stwierdzić można pewną jakby dwoistość spojrzenia
spotykaną przy ocenie wielu zjawisk, nie tylko w odniesieniu do sprawy „talerzy”. W odczuciu

wielu ludzi pewne zjawiska czy wydarzenia niewątpliwie istnieją, pomimo iż nie udało się ich
udokumentować i nie zostały uznane przez naukę.

Autor wykształcony raczej na naukach ścisłych i stroniący od wszelkich koncepcji metafi-

- 8 -

background image

zycznych i metapsychicznych nie chce i nie umiałby zająć się problemem parapsychologii. Nie
chodzi o wytłumaczenie tej czy innej zagadki, raczej należałoby udowodnić, iż istnieją poza

„talerzami”   czy   psychotroniką   zjawiska,   które   są   obecnie   powszechnie   spostrzegane   przez
większość ludzi, ale nie zostały uznane ani udowodnione przez naukę.

Spróbujmy wymienić dla przykładu fakty, które można nazwać „uprzedzeniem o mającym

nastąpić   wydarzeniu”.   Na   podstawie   wieloletnich   obserwacji   prowadzonych   wśród   różnych

środowisk (na pewno niedostatecznych, aby mówić o wieloletnich badaniach) autor stwierdził,
iż wiele, a niewykluczone, że większość ludzi doświadcza dość powszechnie w życiu codzien-

nym następujących sytuacji:

Na ulicy zbliża się osoba, która zdaje się być nam znana, ktoś bliski z kręgu rodziny lub

przyjaciół, nie raczej ktoś, kogo mało znamy, widujemy rzadko, widzieliśmy raz czy dwa razy w
życiu.   Po   zbliżeniu   okazuje   się,   że   zaszła   omyłka,   po   prostu   wydało   się   nam,   że   to   ktoś

znajomy.

Cóż  dalej, otóż po  upływie kilku minut, najwyżej dziesięciu, wpadamy wprost w objęcia

właśnie owej znajomej osoby. Autor na podstawie ankiety stwierdził, że wydarzenia tego typu
powtarzają się często, a dotyczą osób tak rzadko widywanych, iż wszelką szansę uprzedniego

przypadkowego spotkania osoby podobnej należy wykluczyć.

Obliczenia   dowodzą,   iż   szansa   uprzedniego   spotkania   osoby   podobnej,   a   po   niewielu

minutach właściwej zbliża się do nieskończoności, biorąc pod uwagę, iż złudne spotkanie bez
kolejnego rzeczywistego prawie się nie zdarza.

Nie zawsze występują złudzenia spotkania, czasami znana osoba pojawia się w myśli, właś-

nie   na   krótko   przed   spotkaniem.   Podobnie   zdarza   się   często,   iż   ludzie   przed   odebraniem

telefonu, na chwilę przed dzwonkiem, przewidują, kto dzwoni.

Otóż pomimo że opisane zjawiska powtarzają się u wielu, może nawet u większości ludzi,

nie istnieją oficjalnie, naukowo i nie można przeprowadzić bezspornego dowodu ich istnienia.

Można przypuszczać, że każdy człowiek, albo jedynie niektórzy, wytwarza dookoła jakieś

promieniowanie (aureolę), które w niektórych wypadkach może odebrać druga osoba, obecnie
lub niegdyś znana. W pewnej odległości promieniowanie  to  przywodzi na myśl daną osobę

względnie stwarza złudzenie, że ją spotkaliśmy. Byłoby to jedyne racjonalne wytłumaczenie
zjawiska.

Innym   rozwiązaniem   propagowanym   przez   niektórych   byłoby   uznanie   prekognicji,   czyli

przewidywania czy przeczucia przyszłych wydarzeń. Tego rodzaju podejście wydaje się przy

obecnym stanie naszej wiedzy zbyt chyba jeszcze odległe i trudne, aby można je w sensie
naukowym rozważać.

Otóż właśnie sytuacje „przeczucia” czyjegoś spotkania, telefonu czy listu przypominają o

istnieniu   zjawiska,   które   wiele   ludzi   doznaje   codziennie   w   życiu,   a   którego   formalnie   nie

uznano.

Zjawiska   telepatyczne   można   by   traktować   podobnie,   ale   liczba   świadków,   którzy   je

obserwują, obejmie wielokrotnie mniej osób, świadkowie tacy jednak istnieją; równocześnie
fakt istnienia zjawiska nie  został bezspornie  zarejestrowany, to znaczy, nie został naukowo

stwierdzony.

Analogia powyższa uzmysławia nam, iż wszyscy napotykamy wiele objawów życia, które nie

zostały   jeszcze   wyjaśnione   ani   nawet   opisane.   Zjawiska   te   przeważnie   dotyczą   spraw
codziennych,   nie   tak   spektakularnych,   bulwersujących   i   niezwykłych,   jak   spotkania   z

„talerzami”. To, że zjawiska takie powszechnie dostrzegamy, nie znaczy, że stają się one tym
samym ogólnie uznaną prawdą.

Oczywiście zjawiska takie jak UFO, obserwowane dużo rzadziej i przez stosunkowo niewielką

liczbę świadków, tym bardziej nie uzyskują wiarygodności. Sytuacja ta powinna nam uprzy-

tomnić, iż w chwili obecnej nie można zjawiska „talerzy” (podobnie jak niektórych innych),
choć   to   pozornie   wygląda   na   paradoks,   ani   kategorycznie   odrzucić,   ani   zaakceptować.

Pozostają   sprawą   otwartą   do   badań,   przemyśleń,   prób   wyjaśnień,   opisów   oraz   hipotez
niezgodnych z obecnym stanem wiedzy.

Obszary nieznane intrygują, zmuszają do myślenia inaczej, w nowy sposób, poszukiwania

nowych   dróg,   nowego   spojrzenia   na   rzeczy   zdawałoby   się   dokładnie   już   znane   i   opisane,

wtłoczone   w   ramy   praw   i   sformułowań   dzisiejszego   stanu   nauki.   Świadomość,   że   istnieją
obszary nieznane, pobudza wyobraźnię, uwalnia od skostnień nauki akademickiej i podziałać

może na intuicję ludzi, którzy odkryją zamknięte dotychczas tereny.

Dochodzimy   do   wniosku,   że   żmudne   badania   laboratoryjne   w   dużych   zespołach   nie   są

jedyną drogą rozwoju nauki, odkrywania nowych obszarów. Specjalista traktujący swą pracę
solidnie   i   uczciwie   nie   zawsze   zauważy   spadające   jabłko   z   drzewa   i   nie   zawsze   potrafi

wyciągnąć odpowiednie wnioski dotyczące rozwoju wiedzy o świecie. Czasami ktoś spoza kręgu

- 9 -

background image

specjalistów łatwiej dostrzeże istotę niepoznanego.

Chcę jeszcze coś dodać o nieznanych obszarach nauki — obecnie potraktujemy je w trochę

szerszym ujęciu, może bardziej jako nieznane obszary w życiu człowieka, które obserwować
możemy dookoła siebie.

Pewnych wydarzeń i zjawisk nigdy nie umiano tłumaczyć w sposób racjonalny. Co należy

rozumieć pod terminem racjonalistyczne czy racjonalne rozumowanie, zostało w sposób dosta-

tecznie ścisły i jasny sprecyzowane i wyjaśnione w wielu publikacjach. Nie będziemy przytaczać
długich wywodów, wystarczy nam powszechnie przyjęte i rozumiane określenie spraw podleg-

łych racjonalnemu rozumowaniu jako zgodnych z obecnym stanem wiedzy. Jak wiemy, wyda-
rzenia   i   zjawiska   nieracjonalne   notowała   pamięć   ludzka   od   najdawniejszych   czasów.   Im

dawniej, tym było ich więcej. Wiele z nich jednak z upływem czasu wyjaśniono i przeszły do
kategorii   wiedzy   o   świecie,   stały   się   materiałem   opracowanym   przez   naukę.   Pozostawały

jednak zawsze wydarzenia, których nie umiano wyjaśnić, co więcej, których nie próbowano
właściwie nigdy wyjaśnić w sposób racjonalny. Do tej kategorii należą wszystkie wydarzenia

określane mianem „nadprzyrodzonych”, w dawnych czasach czarodziejstwa i czarnoksięstwa,
wydarzenia uznane przez Kościół za cudy, na przykład cudy w miejscach uświęconych tradycją,

nawiedzenia i opętania przez dobre i złe siły.

W   czasach   nowoczesnych   pojawiły   się   seanse   spirytystyczne   oraz   stoliki   wirujące,   do

których zapraszano ludzi znanych jako media i dzięki którym porozumiewano się ze zmarłymi.
W okresie przedwojennym seanse spirytystyczne były dość powszechne w Polsce; przytoczyć

można nazwiska znanych i dotąd pamiętanych mediów okresu przedwojennego, na przykład:
Guzik i Ossowiecki.

Od dawna cieszyli się uznaniem cudowni uzdrowiciele chorych. W czasach współczesnych

modne   są   zjawiska   telepatii,   telekinezy,   to   jest   poruszania   czy   zginania   przedmiotów   na

odległość, prekognicji, czyli przewidywania przyszłych wydarzeń, oraz  wszelkie  inne  objawy
paranormalne, którymi zajęła się parapsychologia. Ostatnio do rejestru tego doszło najnowsze

zjawisko: „talerze latające”, a raczej wszelkie niezidentyfikowane obiekty latające, które od
kilkudziesięciu lat widywane są na wszystkich kontynentach. Według niektórych stanowią one

największą zagadkę współczesności.

Ciekawym, całkowicie nowym podejściem byłaby nigdy dotąd nie podjęta próba zgrupowa-

nia wszelkich tego typu zjawisk w jednym szeregu, a następnie odnalezienie jakichś wspólnych
cech,   jakiegoś   wspólnego   mianownika   dla   wszystkich   zjawisk   irracjonalnych.   Trzeba   tutaj

dodać,   że   połączenie   w   jednym   zestawieniu   wszystkich   nie   dających   się   wytłumaczyć
racjonalnie i naukowo wydarzeń z tak różnych dziedzin życia, jak życie codzienne i wydarzenia

cudowne, uważane przez ludzi wierzących i przez Kościół za przejaw działania Stwórcy, można
uznać za szokujące i nie na miejscu.

Z drugiej jednak strony przedstawienie wszelkich faktów i wydarzeń, których nie umiemy

sobie racjonalnie wytłumaczyć, i próba ich analizy mogłaby być chyba korzystna dla wszyst-

kich, niezależnie od światopoglądu. Lista obejmuje pięć pozycji:

1) Cudowne uzdrowienia i inne cudowne wydarzenia związane z pewnymi miejscowościami

dawnej tradycji, w których znajdują się świątynie i cudowne obrazy. W tej kategorii również
Cudowne wydarzenia według przekazów Biblii.

2)   Paranormalne   oddziaływanie   psychofizyczne,   jak   uzdrowienie   przez   nakładanie   rąk,

niezwykle rozpowszechnione od lat siedemdziesiątych w Polsce i na świecie, również przeka-

zywanie myśli oraz przewidywanie wydarzeń.

3) Paranormalne oddziaływanie fizyczne, przede wszystkim lewitacja, objawy psychokinezy

itp.

4) Objawy określane  popularnie  jako  „opętanie” oraz objawy zjaw i strachów w starych

(nawiedzanych) domach, zamkach itp.

5) Porozumiewanie się ze zmarłymi przy pomocy osób określanych jako media.

Czy możemy do tej listy dołączyć zjawiska określane ogólnym mianem „talerzy latających”

względnie   obiektów   niezidentyfikowanych   UFO?   Obejmują   one   również   kontakty   z   istotami

spoza Ziemi, przybyłymi na statkach „talerzowych” oraz wszelkie objawy oddziaływania „tale-
rzy”, jak poparzenia, zatrzymanie silników, gaszenie światła, zakłócenia radiowe i radarowe.

- 10 -

background image

ZJAWISKA NA NIEBIE

Literatura dotycząca „talerzy” — Adamski — Relacje widzeń UFO

Wspomniałem,   iż   wiele   lat   temu   ukazała   się   moja   książka   pt.   „Talerze   latające”,   jedyna

owego czasu publikacja książkowa na ten temat w krajach bloku wschodniego. W pracy pisanej

przed przeszło dwudziestu laty stanąłem całkowicie na pozycjach oficjalnej nauki i starałem się
udowodnić, iż wszelkie obserwacje zjawisk „talerzy” wynikają z przyczyn naturalnych.

Opierając się przede wszystkim na źródłach amerykańskich opisałem zjawiska meteorolo-

giczne,   astronomiczne,   złudzenia   świetlne,   przyczyny   psychologiczne,   histerię   i   świadomie

fałszywe relacje.

Przystępując do powtórnego opracowania tematu zamierzałem, a właściwie miałem nadzieję

przeprowadzić jakąś decydującą analizę zjawiska i zbliżyć się do prawdy, do istoty wyjaśnienia
zagadnienia.

W ciągu kilkunastu lat zdałem sobie sprawę z absolutnej nierealności tych zamiarów.
Pogłębiając zagadnienie, badając sprawozdania świadków i analizy komentatorów (pocho-

dzące z różnych krajów świata) stwierdziłem, iż niemożliwe byłoby obecnie doprowadzenie do
jakiegoś zasadniczego, odkrywczego spojrzenia. Pozostaje jedynie możliwość przedstawienia

polskiemu czytelnikowi opisu całości tematu, tak jak obecnie się przedstawia, bez zamiaru i
próby wysunięcia własnego rozwiązania czy wyjaśnienia.

Instytut z Nowosybirska w Związku Radzieckim, który zwrócił się o nadesłanie materiałów

do   badań  naukowych,   nie   podał  pełnej  swej  nazwy.   Olbrzymia   większość   ludzi  nauki  widzi

„talerze” jako zjawisko czysto psychologiczne, które powstaje w wyobraźni jednostek lub grup
pod wpływem sugestii czy histerii.

Obecna fala zainteresowania w naszym kraju ufologią w pewnym stopniu usprawiedliwiona

jest jako reakcja na prawie kompletne przemilczanie tematu w naszym bloku, przy kilkadzie-

siąt lat już trwającym zalewie książek, sensacyjnych wiadomości na Zachodzie.

Dzisiejsza fala wiary w ufologię objęła nawet ludzi, od których można wymagać większego

krytycyzmu.

Dla podważenia mojej opinii podanej powyżej o nieistnieniu zagadnienia „talerzy” w nauce

ludzie z tytułem naukowym przytaczają wiadomość, że ktoś gdzieś w Stanach zrobił doktorat
na temat zjawisk „talerzy”, co oczywiście oznacza studia nad relacjami świadków. Nie jest to

zresztą   jakaś   moja   odosobniona   opinia.   To   samo   zdanie   wypowiada   obszerna,   wydana   w
Stanach w 1981 roku „Encyklopedia UFO”, najbardziej szczegółowe i obszerne dzieło w świecie

na ten temat.

Z drugiej strony ludzie nauki, którzy traktują problem „talerzy” jako złudzenie, nie akcep-

tują potrzeby badań i rozważań. Zajmują stanowiska bezkompromisowe — odrzucają problem
bez   dyskusji.   Postawa   taka   utrudniała   w   przeszłości   i   nadal   utrudnia   wyjaśnienie   zagadki

„talerzy”. Ewolucja poglądów doprowadziła mnie natomiast do konkluzji — nie istnieje jeszcze
nauka, ale zjawiska należy badać bardzo intensywnie. Obie ekstremy są równie szkodliwe, jak

zresztą przeważnie wszelkie ekstremy.

Od kilkunastu lat ukazują się dziesiątki pism ufologicznych i nie jest wykluczone, że właśnie

obfitość   literatury   sensacyjnej   odbiła   się   niekorzystnie   na   pozycji   zagadnienia   „talerzy”   w
świecie   nauki.   Pośród   przygniatającej   masy   opisów   „małych   człowieczków   z   Marsa”,   ich

rozmów, nauk i otrzymanych zaleceń dla ludzkości trudno było doszukać się ziarna prawdy.

Autor chciałby choćby zbliżyć się do tego ziarna. Obserwacje „talerzy” zgłaszali świadkowie

przypadkowi, czasem zupełnie wiarygodni, często zupełnie prości i niewykształceni, przerażeni i
zdziwieni. Od początku stało się jasne, iż świadkowie opisywali zjawiska zawsze niezwykle do

siebie   podobne.   Najwięcej   obserwacji   zanotowano   w   prasie   Stanów   Zjednoczonych.   Kiedy
zaczęły nadchodzić relacje z innych krajów i kontynentów, okazało się, że również mówiły o

zawieszonych lub poruszających się w powietrzu świecących obiektach w kształcie odwróco-
nego talerza. Stąd powstała popularna, dziennikarska nazwa „talerzy latających”.

Stwierdzono następujące najczęstsze przyczyny zjawisk wyjaśnionych: świadomie zmyślone

przez świadków, spowodowane przez gwiazdy i planety w warunkach słabej widoczności lub

- 11 -

background image

zaburzeń   atmosferycznych.   Kolejną   przyczyną   okazały   się   oświetlone   samoloty   oraz   sondy
balonowe, dalej meteoryty, sztuczne satelity oraz helikoptery. Wszystkie wyjaśnione obiekty

nazywane WOL, czyli IFO, objęły do 95% nadesłanych obserwacji.

Prawdziwych UFO pozostało około 5%, a więc mniej więcej pięć tysięcy na przestrzeni lat

prawie   czterdziestu.   Pięć   tysięcy   widzeń   bezspornie   nie   do   wyjaśnienia!   Powinno   chyba
wystarczyć, jak na zjawisko, o którym nie wiadomo, „czy w ogóle istnieje” względnie którego

przyczyny zupełnie nie rozumiemy.

Jak   dotychczas,   opinie   komentatorów   są   podzielone,   najbardziej   fascynująca   wydaje   się

teza uznająca UFO za obiekt materialny. Autor po napisaniu swojej książki „Talerze latające”
przychylał się raczej do tezy uznającej UFO za złudzenie, a szczególnie po zapoznaniu się z

rewelacyjną pracą szwajcarskiego psychologa i psychiatry C.G. Junga pt.: „Nowoczesny mit”,
który bliżej zrelacjonujemy w następnych rozdziałach.

Jednakże aby dojść do tego przekonania, należy poznać i zbadać wszelkie fakty i teorie, na

których   opierają   się   entuzjaści   traktujący   „talerze”   jako   obiekty   materialne.   Dlatego   też

przekażemy możliwie dokładne relacje o wszelkich tego typu wydarzeniach.

Szczyt zainteresowania i piorunującą sensację wywołują relacje o postaciach podobnych do

ludzi lądujących na „talerzach”.

Spotkania z postaciami z „talerzy” opisano w sposób mniej lub więcej przekonywający w

kilkudziesięciu wypadkach. Opisy i rysunki wykonywali często ludzie, którzy nigdy przedtem nie
słyszeli o zjawisku „talerzy”. 

Do  dalszego  rozpowszechniania tematyki „talerzowej” w  latach czterdziestych i pięćdzie-

siątych przyczyniły się dość istotnie osoba i książki Adamskiego. Oto jak autor ten rozpoczyna

przedmowę do swej książki „Talerze latające wylądowały”, która w ciągu kilku lat doczekała się
dwunastu wydań:

„Jestem   George   Adamski,   filozof,   uczeń,   nauczyciel   i   badacz   talerzy   latających.   Zawsze

wierzyłem, że planety są zamieszkane, zacząłem jednak obserwować niebo dopiero w końcu

1946   r.,   kiedy   w   czasie   »deszczu   meteorów«   ujrzałem   po   raz   pierwszy   olbrzymi   statek
powietrzny.

Nadawano wówczas przez radio apel, aby obserwować niebo i liczyć przebiegające meteory;

ja sam i większość sąsiadów zastosowaliśmy się do tego wezwania. Kiedy mijał największy

»deszcz meteorów«, spostrzegłem nagle wysoko na niebie nieruchomą czarną sylwetkę wiel-
kiego sterowca. Nie miał kabiny ani innych zewnętrznych części, ale ponieważ w czasie wojny

powstało   wiele   nowych  typów samolotów,  pomyślałem,  że   jest  to   z  pewnością   jakaś  nowa
konstrukcja   sterowca.   Sądziłem,   że   prowadzi   obserwacje   meteorów,   i   przestałem   się   nim

interesować. Dziwiło mnie trochę, że nie jest oświetlony. Po chwili statek odwrócił się dziobem
do góry i odleciał w przestrzeń pozostawiając po sobie ognistą smugę widoczną jeszcze przez

kilka minut.

Nie   podejrzewając   żadnej   sensacji   udałem   się   do   domu   i   otworzyłem   radio.   Nadawano

właśnie ostatnie wiadomości. Dowiedziałem się ze zdziwieniem, że w czasie »deszczu meteo-
rów« ukazał się nad San Diego statek powietrzny w kształcie cygara, który obserwowały setki

ludzi. Opis statku zgadzał się dokładnie z tym, co widziałem, nie mogłem jednak uwierzyć, aby
był   to   statek   spoza   Ziemi,   zresztą   w   owym   czasie   uważałem   wszelkie   podróże   międzypla-

netarne za wykluczone.”

Po zdobyciu dowodu w postaci fotografii Adamski uwierzył, że latające „talerze” mogą być

statkami z innych planet:

„Każdą wolną chwilę zimą i latem poświęcałem obserwacji nieba, nie traciłem nadziei, że

przyjdzie moment, kiedy jakiś statek zbliży się i wyląduje. Ze wszystkich zdjęć talerzowych
wybrałem cztery, które uważałem za najlepsze (...) W czwartek dnia 20 listopada 1952 r. o

godzinie   12.30   w   południe   nawiązałem   po   raz   pierwszy   kontakt   z   istotą   z   innego   świata,
przybyłą  na   Ziemię  na   statku,   który  nazywamy  latającym  talerzem.   Spotkanie   nastąpiło  w

pustyni w stanie Arizona...”

Podałem tutaj najbardziej istotną część wywodów Adamskiego; należy pamiętać, że teksty

te czytane były przez wiele milionów ludzi, z których większość przyjęła je w dobrej wierze. Do
chwili obecnej mimo dość oczywistych „wartości” takich wypowiedzi istnieją wątpliwości, czy

wszystko uznać należy za „brednie” Adamskiego.

Najrzadszy kontakt z „talerzem” to wizyta wewnątrz pojazdu.

Znamy opisy kilku takich wypadków, każdemu oczywiście można odmówić pełnej wiarygod-

ności.   Osoby,   które   uprowadzono,   poddane   zostały   hipnotycznemu   nakazowi   zapomnienia

przebiegu wizyty, tak że nie pamiętały, co się działo w czasie paru godzin od chwili spotkania i
zbliżenia się do statku. Dokładniejsze informacje uzyskano dopiero po poddaniu specjalnym

badaniom przez lekarza oraz powtórnym uśpieniu. W czasie snu przeciwdziałano hipnozą prze-

- 12 -

background image

ciwko narzuconemu zakazowi pamiętania. W wyniku tych badań dwie równocześnie porwane
osoby wypowiedziały się niezależnie od siebie w sposób dość zgodny co do szczegółów wizyty.

Wszystkie podobne wydarzenia powodują zrozumiały, silny stan podniecenia nerwowego u

świadków, który poważnie utrudnia względnie uniemożliwia rozeznanie przebiegu wydarzeń.

Pamiętamy,   że   badacz   zagadnień   poddaje   w  rzeczywistości   badaniom   wyłącznie   ludzi   —

świadków zjawisk „talerzowych”. Badacz nie jest w stanie zobaczyć zjawiska ani jego śladów.

Pozostaje mu jedynie materiał ludzki. Jest to zasadnicza trudność specyfiki badań „talerzo-
wych”.

Właściwszym terminem dla oznaczenia zjawisk, które opisujemy, byłby bezsprzecznie skrót

(Nieznane Obiekty Latające) — NOL. Termin „talerze latające” związał się w umysłach wielu

ludzi z koncepcją pojazdów przybyłych z dalekich planet, z koncepcją jakiejś pozaziemskiej
inteligencji, natomiast termin NOL zwraca uwagę na istotę zagadnienia, na fakt, że nic nie

wiemy   o   zjawisku,   o   którym   mówimy.   Nie   ulega   wątpliwości,   że   byłby   najwłaściwszy   w
opracowaniach naukowych. W naszej pracy proponujemy jednakże pozostać przy „talerzach” w

cudzysłowie, urozmaicając je terminem UFO, szczególniej w słowach złożonych, takich jak:
ufologia, relacja UFO, widzenie UFO. Wydaje się, iż „talerze” uzyskały już prawo obywatelstwa

w potocznym języku polskim, natomiast NOL pozostaje niezręczny i mało znany.

Należałoby również ustalić dalsze terminy, którymi będziemy się posługiwać. Spotkanie UFO

przez świadka, który fakt ten relacjonuje, tworzy „relację UFO”. Należy sobie zdać sprawę, że
tylko „relacja” podlega badaniom ufologii i stwarza wyłączny, jedyny materiał, którym zajmują

się od kilkudziesięciu lat wszyscy badacze i komentatorzy zjawiska.

Pamiętajmy,   że   dla   badacza   nie   istnieje   widzenie   UFO   lub   obserwacja   UFO,   dopóki   nie

powstanie wiarygodna „relacja”. Dopóki widzenie nie zostanie opowiedziane i przekazane do
wiadomości, zjawisko UFO nie istnieje.

Z   pewnością   nie   wszyscy,   którzy   doświadczają   widzeń   UFO,   opowiadają   o   nich,   czyli

stwarzają „relacje UFO”. Całość problemu „talerzy”, cała ufologia polega jedynie na ocenianiu i

badaniu   „relacji   UFO”.   Dlatego   nie   należy   mówić   o   obserwatorach   czy   świadkach,   którzy
obserwowali   zjawiska   UFO,   a   jedynie   o   takich,   którzy   składali   relacje.   Z   pewnością   tych

ostatnich jest wielokrotnie mniej od takich, którzy obserwowali „talerze”.

Ludzie   obawiają   się   śmieszności,   kłopotów   powtarzania   wielokrotnie   tej   samej   kwestii,

niepotrzebnego   rozgłosu   i   wątpliwej   sławy.   Najważniejszą   sprawą   dla   badań   relacji   UFO
pozostaje wiarygodność świadków. Po wielu latach badań i doświadczeń udało się opracować

pewien system klasyfikowania świadków i oceniania wiarygodności ich zeznań. Wydaje się, że
obecnie można już bez większego trudu odrzucić większość świadomie fałszywych relacji.

Stwierdzono,   iż   spotykany   czasem   typ   entuzjasty   UFO,   który   zgłasza   się   z   absolutnie

niewiarygodnymi relacjami, ulega eliminacji bez trudności. Nie jest prawdą, iż większość relacji

pochodzi od „wyznawców” pozaziemskiego pochodzenia UFO. Hynek twierdzi, iż jest wprost
przeciwnie. Wyznawcy wierzący i celebrujący kult UFO, ustawicznie zajmujący się problema-

tyką „talerzową” przeważnie nie zgłaszają się z relacjami. Ogromna większość pochodzi od
ludzi, którzy nigdy przedtem nie słyszeli o „talerzach”. Również nie jest prawdą, iż większość

relacji pochodzi od ludzi niewykształconych. Procentowo najwięcej napływa od techników, osób
z wyższym wykształceniem oraz pilotów samolotów pasażerskich i wojskowych.

Przy   opracowaniu   zestawień   wiarygodności   świadków   bierzemy   pod   uwagę   wiek,   stan

zdrowia,   wykształcenie   i   zawód.   Specjalne   badania   osób   nienormalnych   względnie   chorych

umysłowo wykazały, iż nie spotyka się wśród nich świadków widzeń UFO. Według Hynka lekarz
psychiatra, który w tym celu zbadał kilka tysięcy pacjentów chorych umysłowo, nie znalazł

wśród   nich   ani   jednego,   który   by   relacjonował  widzenie   UFO   lub   interesował   się   tematyką
ufologiczną. Wielu psychiatrów potwierdziło tę opinię twierdząc, iż pacjenci nie interesują się tą

tematyką.   Powyższe   opinie   powinny   odeprzeć   zarzuty,   iż   świadkowie   widzeń   „talerzowych”
rekrutują   się   spośród   ludzi   o   zachwianej   równowadze   psychicznej,   niezrównoważonych   i

niewiarygodnych.

Dla przykładu, wśród sprawdzonych i przeselekcjonowanych relacji o widzeniu „talerzy” w

dzień (tarcze dzienne, druga kategoria widzeń UFO) opracowanych dla amerykańskich władz
lotniczych   w   latach   sześćdziesiątych   zanotowano   na   60   świadków   następujące   zawody:   12

wojskowych,   4   pilotów,   30   techników   i   naukowców   personelu   naziemnego   lotniska,   4
gospodynie domowe, pozostali: dzieci i młodzież.

Nie ulega wątpliwości, iż ocenie wiarygodności świadków poświęcono wiele uwagi i wysiłku.

Wydawałoby   się,   iż   w   żadnym   wypadku   nie   można   relacji   „talerzowych”   uznać   jedynie   za

nieodpowiedzialne imaginacje świadków.

Co jednak spowodowało, iż specjalna amerykańska komisja wojskowa przygotowała raport,

tak zwany Blue Book, odrzucający możliwość istnienia obiektów rzeczywiście nie wyjaśnionych.

- 13 -

background image

Hynek podaje następujące wyjaśnienie opracowanego raportu:

• Po pierwsze każdą relację UFO można uznać za powstałą z przyczyn naturalnych, jeśli

traktujemy ją niezależnie od pozostałych i jeśli założymy z góry, iż bardziej oczywiste pozostaje
wyjaśnienie   naturalne,   gdyż   „wiadomo,   iż   nie   istnieją   przecież   przyczyny   pozanaturalne”.

Podobnie kiedyś uważano meteoryty za odłamki pochodzenia ziemskiego, gdyż założono, iż jest
wykluczone, aby materia pochodzenia pozaziemskiego mogła opadać na Ziemię.

• Po drugie relacje, których nie umiano wyjaśnić, otrzymały w trakcie prac komisji okreś-

lenie „brak bliższych danych”.

• Po trzecie — główne założenie prac komisji nie polegało na poszukiwaniu nowych praw

przyrody, które mogłyby leżeć u podstaw zjawiska, a jedynie na stwierdzeniu, czy relacjono-

wane objawy nie zagrażają bezpieczeństwu kraju i czy nie powstały w wyniku działania obcych
mocarstw. Na postawione pytanie komisja odpowiadała jednoznacznie wypełniając tym samym

zlecone zadanie.

Obecnie przyjęto podział relacji UFO na 6 różnych kategorii. Przy podziale można przyjąć, iż

częstotliwość występowania zmniejsza się z kolejną kategorią.

Najczęściej   spotykana   jest   kategoria   pierwsza   —   relacje   widzeń   nocnych   określanych

również jako „światła nocne” (I) (noctural light).

Następnie kategoria druga (II) — relacje o obiektach w kształcie „talerzy” zawieszonych

nieruchomo   w   powietrzu   lub   poruszających   się   z   większą   lub   mniejszą   prędkością,   zwane
tarczami   dziennymi   (daylight   disc).   Obie   kategorie   dotyczą   obiektów   widzianych   z   pewnej

odległości (powyżej 200 m).

Trzecia kategoria oznacza relacje radarowe (III). Należy tutaj stwierdzić, iż relacje rada-

rowe, które mogłyby odznaczać się specjalną wartością jako łatwe do utrwalenia bezsporne
dowody   naukowe   istnienia   zjawisk,   nie   przyniosły   niestety   oczekiwanych   potwierdzeń   ze

względu na brak precyzji obrazów wywołanych niedoskonałą aparaturą, jak również wyłado-
waniami atmosferycznymi. Dopiero obraz radarowy potwierdzony jednocześnie przez relację

wzrokową dwóch świadków uważać można za autentyczną relację UFO.

Następne   trzy   kategorie   nazwano   spotkaniami   bliskimi   pierwszego,   drugiego   i   trzeciego

stopnia.

Spotkania   bliskie   pierwszego   stopnia   (SB   I)   oznaczają   relację   o   obiekcie   widzianym   z

odległości   poniżej   200   m,   z   tym   że   nie   stwierdzono   poza   tym   żadnych   śladów   jego
oddziaływania (zgniecenie trawy lub gałęzi, wypalenie trawy itp.).

Spotkania bliskie drugiego stopnia (SB II) oznaczają relacje o obiektach, które pozostawiły

widoczne ślady na ziemi względnie oddziaływały w oczywisty sposób na ludzi, zwierzęta lub

urządzenia mechaniczne, jak np.: zanik odbioru radiowego, zatrzymanie silnika samochodu,
przygasanie świateł elektrycznych, nagrzewanie się baterii samochodowych itp.

Spotkania   trzeciego   stopnia   (SB   III)   oznaczają   najbardziej   niezwykłe   relacje   o   UFO,

spotkania bezpośrednie, które zdarzają się najrzadziej, mimo to ilość sprawdzonych i beza-

pelacyjnie   stwierdzonych   wypadków   jest   dostateczna,   aby   ich   nie   odrzucać.   Żaden   z
komentatorów   zajmujących   się   relacjami   UFO   nie   kwestionuje   z   góry   spotkań   trzeciego

stopnia. Pomimo faktu, iż tworzą one najbardziej nieprawdopodobne i trudne do uwierzenia
opowieści, wszyscy, którzy chcą badać i zajmować się problematyką UFO, powinni je uznać

również   za   odpowiednie   do   badań   relacje   „talerzowe”.   W   dalszych   rozdziałach   opiszemy
niektóre zarejestrowane relacje wszystkich kategorii.

- 14 -

background image

POCZĄTKI OBSERWACJI WSPÓŁCZESNYCH

Rok 1947 — Relacje amerykańskie— Radar — Fotografie — Inne kraje

Współczesne   „talerze”   latające   narodziły   się   w   Ameryce.   Za   początek   uznać   należałoby

pierwszą   oficjalną   relację   zgłoszoną   przez   Amerykanina.   W   trakcie   samotnego   lotu   nad

pasmem górskim stanu Washington ujrzał nagle przed sobą kilka dziwacznych „przedmiotów”.
Obserwacje jego opublikowano w formie oficjalnego raportu lotniczego, który przytaczamy:

„Przemysłowiec Kenneth Arnold w czasie lotu samolotem nad łańcuchem górskim dnia 24

czerwca   1947   r.   zauważył   na   horyzoncie   dziewięć   obiektów   dziwnego   kształtu,   które

połyskiwały w słońcu przelatując nad szczytami górskimi w formacji kluczowej.” Prędkość lotu
Arnold ocenił na półtora tysiąca kilometrów na godzinę, obiekty wielkości dużych samolotów

błyszczały w słońcu jak przedmioty wykonane z metalu. Najbardziej jednak charakterystyczną
cechą obserwowanych obiektów był niezwykły kształt. Niczym nie przypominały znanych typów

samolotów, były kształtu zwykłych talerzy, bez skrzydeł i kadłuba wyglądały jak odwrócone
»spodki   do   herbaty«.”   (W   polskim   języku   przyjęto   zamiast   „spodek”   określenie   „latający

talerz”).

Arnold znalazł się nad górami jedynie przez przypadek: pewien samolot uległ wypadkowi i

proszono przez radio wszystkich o pomoc w odszukaniu miejsca katastrofy. Arnold zamierzał
udać się w innym kierunku, posłuchał jednak wezwania i poleciał ponad pokrytym śniegiem

szczytem   Mount   Rainier.   Na   wysokości   3000   m   okrążył   płaskowzgórze,   z   którego   wyrastał
szczyt, i wypatrywał śladów zaginionego samolotu przy bardzo dobrej widoczności. W pewnej

chwili ujrzał błyskające na tle szczytów górskich dziwaczne obiekty. Obserwując je przez kilka
minut miał dość czasu, aby ocenić ich prędkość.

W   czasie   wywiadu   Arnolda   dla   prasy   jeden   z   reporterów   nazwał   to   niezwykłe   zjawisko

„talerzem odwróconym dnem do góry”, w ten sposób stał się twórcą nazwy „latających talerzy”.

Opublikowane   sprawozdanie   Arnolda   wyzwoliło   lawinę   dalszych   relacji.   W   ciągu   kilku

następnych   tygodni   pojawiło   się   w   prasie   amerykańskiej   kilkaset   notatek   o   spotkaniach   z

„talerzami”. W rezultacie  ludzie zaczęli wpatrywać się w niebo i coraz  częściej zdarzały się
wypadki   widzenia   „talerzy”.   Największa   ilość   relacji   napłynęła   z   okolic,   gdzie   prowadzono

doświadczenia atomowe. Spowodowało to, że zjawiskiem zainteresowały się władze wojskowe,
a badania nad pochodzeniem „talerzy” uznano początkowo za tajne, co z kolei przyczyniło się

do wywołania rozgłosu.

Dalszy rozgłos przyniosła „talerzom” tragedia, która wydarzyła się w pół roku po pierwszej

relacji   Arnolda.   Dnia   7   stycznia   1948   r.   posterunek   obserwacyjny   lotniska   wojskowego   w
miejscowości Fort Knox, w stanie Kentucky, zauważył dziwnego kształtu obiekt krążący nad

lotniskiem.   Zarządzono   alarm   bojowy.   Cztery   myśliwce   wzbiły   się   w   powietrze.   Oto   słowa
oficjalnego   raportu:  „Trzy  samoloty  zbliżyły   się   do   obiektu  i  zameldowały,  że  jest   to  wielki

przedmiot z metalu; jeden z samolotów podał, że obiekt jest kształtu kuli”. Dowódca grupy,
kapitan T.F. Mantell, podał, że obiekt porusza się dwa razy wolniej od samolotu, następnie

jednak nadał przez radio: „Posuwam się z prędkością ponad 500 km/h — obiekt w dalszym
ciągu ponad samolotem, wzniosę się jeszcze na wysokość 7000 m”. Były to ostatnie słowa

Mantella. W parę godzin później znaleziono jego rozbity samolot. Dochodzenie wykazało, że
wypadek nastąpił na skutek utraty przytomności wywołanej wysokością. Pozostałe samoloty

przeszukiwały teren w promieniu wielu kilometrów bez rezultatu.

Tajemniczy przedmiot pościgu Mantella uznano kolejno za balon plastykowy, planetę Wenus

(!)   itp.   Wszystkie   wyjaśnienia   nie   były   jednak   przekonywające   i   wypadek   zaliczono   do
„niewyjaśnionych”.

Komentarze   prasowe   brzmiały   sensacyjnie:   „Czym   był   tajemniczy   obiekt   ścigany   przez

kapitana Mantella? Czyżby tajemniczy obiekt zaatakował samolot i spowodował śmierć pilota?”

Dowództwo lotnictwa nie podało dokładnych danych. Milczenie daje duże pole do domysłów”
itd. Krążyły dziwne plotki, że znalezione szczątki samolotu Mantella okazały się „namagneso-

wane”, silnie radioaktywne, pokryte mikroskopijnymi otworkami itp.

Należy sądzić, że plotki były bezpodstawne. Amerykańskie władze lotnicze jednak milczały

- 15 -

background image

wychodząc z założenia, że jakiekolwiek sprostowania spowodują jeszcze większe poruszenie i
zaniepokojenie społeczeństwa. W rezultacie ustaliło się powszechne przekonanie, że władze

lotnicze zataiły fakty, a wszelkie oficjalne komunikaty uznano za tendencyjne i mijające się z
prawdą, co przyczyniło się do powstania mitu „talerzy” i nastrojów panikarskich.

W wyniku przytoczonych wydarzeń w atmosferze ogólnego podniecenia posypały się raporty

i   sprawozdania   ze   wszystkich   stron   Stanów   Zjednoczonych.   Prawdziwe   i   zmyślone   relacje

wywołały   formalną   histerię   wśród   mas   ludności.   Prasa   poświęciła   wiele   miejsca   zeznaniom
naocznych świadków, w radiu występowali uczestnicy spotkań z „talerzami”.

Pojawiły   się   również   publikacje   książkowe,   w   większości   wybitnie   sensacyjne.   „Talerze”

przedstawiano przeważnie  jako  statki z Marsa lub Wenus.  Przybyli  na  statkach mieszkańcy

dalekich   planet   wyróżniali   się   wybitną   urodą   i   znali   angielski.   Niektórzy   autorzy   odbyli
przejażdżki „talerzowymi statkami” i w czasie podróży zapoznali się z konstrukcją statków.

Autorzy książek uzyskiwali wielkie nakłady, albowiem poczytność historii o „podróżnikach” z

innych planet pobiła wszelkie rekordy, przekraczając sukcesy powieści kryminalnych.

W   pewnym   okresie   amerykańskiej   histerii   ukazały   się   w   dziennikach   notatki,   z   których

wynikało, że nieznane obiekty o dziwnych kształtach uznać należy za prototypy nowej broni

Stanów   Zjednoczonych.   Następnie   pojawiły   się   oficjalne   zaprzeczenia.   Ostatecznie   amery-
kańskie   władze   lotnicze   powołały   do   życia   specjalną   komisję   do   gromadzenia   informacji   o

niewyjaśnionych  obiektach  latających.  W  pierwszym  miesiącu   pracy  komisja  otrzymała  244
sprawozdania naocznych świadków oraz fotografie; wyjaśniono 210 wypadków, natomiast 34

uznano za „niezidentyfikowane”.

Powszechnie zadawano sobie pytanie, dlaczego „talerze” pojawiają się jedynie w Stanach

Zjednoczonych.   Czy   przyczyna   leżała   w   wielkości   kraju   i   jego   roli   w   polityce   międzyna-
rodowej? Twierdzono na przykład, że Stany Zjednoczone dysponują najbardziej — w owym

czasie   —   rozwiniętym   przemysłem   broni   atomowych   i   rakietowych,   co   mogłoby   wzbudzać
zainteresowanie „przybyszów z obcych planet”. Rozumowano, że wybuchy atomowe na pewno

zwróciły uwagę obcych obserwatorów.

Pogląd ten uznano wkrótce za niesłuszny, „talerze” zaczęto widywać na całej kuli ziemskiej,

wiadomości o obserwacjach nadchodziły ze wszystkich kontynentów: z Afryki Południowej, z
Indii, Szwajcarii, Kolumbii i Brazylii.

Okazało   się   również,   że   już   podczas   drugiej   wojny   światowej   setki   lotników,   zarówno

amerykańskich, jak i niemieckich oraz japońskich, widywało w powietrzu tajemnicze obiekty,

przeważnie   okrągłe   i   posuwające   się   pojedynczo   lub   w   grupach.   Powszechnie   wówczas
sądzono, że są to prototypy nowej broni przeciwnika. Po powrocie do bazy lotnicy składali

odpowiednie   raporty   i   uważali   sprawę   za   zakończoną.   Władze   lotnicze   również   nie
przywiązywały   większego   znaczenia   do   tych   sprawozdań.   Czasem   obiekty   opisywane   w

sprawozdaniach uznawano za słońce pozorne lub zjawisko fatamorgany.

Piloci amerykańscy widywali obiekty niezidentyfikowane tak często, że nawet nadawali im

zdrobniałe nazwy.

W   1950   r.   pilot   linii   pasażerskiej   nad   Pacyfikiem   —   kapitan   Adickes   —   złożył   raport,   w

którym donosił, że zarówno on sam, cała załoga, jak i dziewiętnastu pasażerów zauważyli w
pewnym momencie dziwny czerwony obiekt poruszający się równolegle z samolotem. Kiedy

chciał się do niego zbliżyć, obiekt oddalił się z niezwykłą prędkością, tak charakterystyczną dla
latających   „talerzy”.   Adickes   napisał   w   tymże   raporcie:   „Cokolwiek   oznaczałyby   nieznane

obiekty, stać się mogą, moim zdaniem, wysoce niebezpieczne dla naszych samolotów”.

Należy podkreślić, że dziwne latające obiekty, ukazujące się w różnych częściach świata, nie

były bynajmniej jednego kształtu, wielkości i barwy. W pewnych przypadkach przypominały
spodki od herbaty, w innych miały kształt wydłużonego cygara lub trójkąta.

Zjawisko „talerzy” nie ominęło również Związku Radzieckiego. Największe nasilenie relacji o

widzeniu   „talerzy”   przypadło   na   lata   pięćdziesiąte.   Obszerne   omówienie   tych   zjawisk

zamieszczono   w   moskiewskiej   „Prawdzie”   w   dniu   8   stycznia   1961   r.   Oczywiście   nigdy   w
Związku Radzieckim nie pojawił się nawet ślad „histerii talerzowej”.

W   krajach   „bloku   wschodniego”   histeria   pojawiła   się   do   pewnego   stopnia   —   jedynie   w

Polsce.

Spośród   setek   i   tysięcy   amerykańskich   doniesień   o   „talerzach”   lat   czterdziestych   i

pięćdziesiątych przytoczymy kilka najciekawszych:

We   wrześniu   1947   r.   znany   astronom   amerykański,   podróżując   samochodem   przez

południowe   stany,  zauważył  o  godz.  4   po  południu   świetlistą  tarczę  poruszającą  się   na  tle

zachmurzonego nieba. Według późniejszych obliczeń średnica tarczy mogła wynosić około 60
m, a szybkość około 80 km na godzinę. Obserwacja bardzo wartościowa, gdyż dokonana przez

astronoma,   człowieka   przywykłego   do   obserwowania   zjawisk   na   niebie.   Astronom   uznał

- 16 -

background image

zjawisko za jasny obłok połyskujący w słońcu na tle ciemnego nieba.

Podobną obserwację zanotowała grupa turystów zwiedzających wąwóz w Colorado. Pewnego

popołudnia, leżąc przy ognisku, ujrzeli nagle na tle drzew dziwny przedmiot w kształcie balonu.
Za chwilę ukazał się drugi, podobny do „talerza”, po czym obydwa obiekty zniknęły równie

nagle,   jak   się   ukazały.   Należy   przypuszczać,   że   było   to   odbicie   jasnej   chmury   lub   tarczy
słonecznej w słupie dymu ogniska.

Wizje   latających   „talerzy”   prześladowały   również   pilotów   podczas   prób   nowych   typów

samolotów. Na pewnym lotnisku widywano stale mały ciemny „talerz”, który krążył dookoła

każdego samolotu aż do chwili lądowania — wówczas oddalał się od samolotu i unosił w górę z
ogromną prędkością. Bywały dnie, kiedy zjawisko powtarzało się za każdym lotem, wywołując

niepokój obsługi lotniska. Podejrzewano, że jakiś „pojazd powietrzny” obserwuje loty próbne
nowych samolotów i zbiera wszystkie zazdrośnie strzeżone sekrety konstrukcyjne.

Zjawisko okazało się jednak mirażem samolotu. Marynarze znają zjawisko miraży od dawna.

W czasie podróży morskiej można nieraz zaobserwować zawieszony w powietrzu obraz statku

lub   jego   części.   Obrazy  te   powstają   na   skutek  nierównomiernego  nagrzewania   się   różnych
warstw powietrza (zob. rozdz. IV). Zjawisko zupełnie nie zależy od tego, czy chodzi o samolot,

czy statek. Ludzie morza stosunkowo rzadziej widują „talerze”.

Do najbardziej udokumentowanych obserwacji „talerzy” należą relacje grupy meteorologów

z kwietnia 1949 r. Zjawisko powtarzało się często. Podczas prób technicznych balonu meteoro-
logicznego technik meteorolog obserwował przez teodolit wznoszący się balon. W pewnej chwili

oderwał   oko   od   przyrządu   i   ujrzał   na   niebie   podłużny   biały   obiekt   poruszający   się   ponad
balonem.   Ustawił   więc   teodolit   i   zaobserwował   powiększony   obraz   obiektu,   białego   cygara

poruszającego się z wielką szybkością. Po minucie cygaro gwałtownie skręciło ku górze i po
paru sekundach zniknęło z pola widzenia. Technik i towarzysze ocenili długość obiektu na 30

m, a prędkość na 12 km/s. Odpowiada to prędkości większej od tak zwanej prędkości ucieczki
na wysokości 20 km, gdzie obiekt się znajdował, a więc przekraczającej prędkość sztucznych

satelitów Ziemi.

Oczywiście   obserwacje   powyższe,   podobnie   jak   i   wszystkie   podobne,   bynajmniej   nie

świadczą o pojawieniu się tajemniczych pojazdów pochodzących z innych światów. Obawy ludzi
przeprowadzających   próby   techniczne   nowych   typów   balonów   i   samolotów   doprowadzały

często   do   zabawnych   koncepcji.   W   zjawiskach   tych   dopatrywano   się   „badań   wynalazków
ziemskich dla potrzeb istot z dalekich planet”.

Amerykański   autor   D.A.   Menzel   twierdzi,   iż   obserwacje   te   odpowiadają   właśnie   opisom

typowego, dość powszechnego złudzenia optycznego. W pewnych warunkach powstaje miano-

wicie układ warstw cieplejszych i zimniejszych i tworzy się rodzaj soczewki powiększającej.
Promienie   słoneczne   dochodzące   przez   soczewkę   skupiają   się   w   jednym   jasnym   punkcie

świetlnym, to jest ognisku. Technik zaobserwował po prostu zniekształcony obraz obserwo-
wanego balonu.

Podobnie   jeśli   człowiek   zdejmie   na   chwilę   silne   szkła   i   trzymając   je   na   odległość

wyciągniętej ręki popatrzy przez nie na świecący przedmiot, świecę, żarówkę czy też lampę

uliczną   —   niezależnie   czy   jest   krótkowidzem,   czy   dalekowidzem   —   zobaczy   daleko   poza
właściwym przedmiotem drugi, będący jego wyraźnym obrazem. Przy poruszaniu szkłami obraz

będzie się przesuwał. Podobnie działają soczewki utworzone przez powietrze atmosfery; są one
przyczyną tworzenia się różnego rodzaju miraży i złudzeń. Niektóre z nich, jak na przykład

opisane cygaro nad balonem, określić można jako „talerz latający”.

„Soczewki   powietrzne”   są   jednak   bardzo   nieregularne   i   często   zanieczyszczone,   przede

wszystkim przez pył unoszący się w powietrzu oraz mgłę i kropelki wody, co jeszcze bardziej
zniekształca oglądany obraz.

Większość   „talerzy”   porusza   się   z   dużą   prędkością.   Zdarzały   się   jednak   doniesienia,   w

których opisywano „talerze” stojące nieruchomo lub powoli poruszające się. W 1948 r. setki

ludzi obserwowały w stanie New Mexico całą formację „talerzy” podobnych do żółtych baniek
mydlanych.

Podobne zjawisko zauważyła grupa profesorów szkoły technicznej: w 1951 r. widziano na

niebie   jasne   obiekty   ustawione   w   literę   V,   które   wielokrotnie   sfotografowano.   Zjawisko

spowodowała unosząca się nad miastem warstwa mgły oświetlona przez światła domów lub
lampy uliczne; światła ułożyły się w kształt litery V.

Znany astronom Tombaugh zauważył w 1949 r. o godzinie 11 wieczorem dziwne prostokąty

żółtozielone posuwające się po niebie z wielką prędkością. Astronom stwierdził, że nigdy nie

widział nic równie dziwnego i pozornie niewytłumaczalnego, mimo że spędził wiele godzin na
obserwacji nieba. Oświadczył również, że nie sądzi, aby obiekty mogły być statkami powietrz-

nymi   (chociaż   kwadratowe   światełka   można   uważać   za   oświetlone   okna   wielkiego   statku).

- 17 -

background image

Przypuszczalnie   było   to   zjawisko,   które   obserwowali   profesorowie   szkoły   technicznej   —
złudzenie wywołane specyficznymi warunkami atmosferycznymi.

Dwaj   piloci   amerykańskiego   towarzystwa   „Eastern   Airlines”,   odznaczeni   w   czasie   wojny,

pracowali w 1949 r. na 30-osobowym samolocie pasażerskim kursującym z Houston do Atlanty

w   stanie   Georgia.   Pewnej   nocy   zauważyli   pędzący   naprzeciw   dziwnego   kształtu   samolot.
Jedynie dzięki szybkiej orientacji udało im się uniknąć zderzenia; samoloty minęły się z bliska i

piloci mieli czas przyjrzeć się pojazdowi. Pojazd około 40 m długości, bez skrzydeł i sterów,
przypominał kształtem rakietę kosmiczną; w przedniej części znajdował się rodzaj oświetlonej

kabiny. Wzdłuż całego obiektu widniała wstęga czerwonego światła, a w kabinie dwa rzędy
otworów   podobnych   do   okien.   Z   tylnej   dyszy   fantastycznego   statku   buchał   płomień

wielokrotnie silniejszy od płomienia jakiejkolwiek rakiety znanej pilotom.

Kiedy   statek   zwiększył   szybkość,   pomarańczowy   płomień   dyszy   wydłużył   się   i   stał   się

jaśniejszy. Ze względu na późną godzinę świadkiem wypadku oprócz pilotów był jeden tylko
pasażer, znany dziennikarz, który potwierdził zeznanie pilotów. Wszyscy trzej utrzymują, że

siła światła obiektu wielokrotnie przewyższała jakiekolwiek znane nam źródło.

Identyczny obiekt zaobserwowano tej nocy nad lotniskiem Macon w Georgii — miał kształt

rakiety, bez skrzydeł, i wyrzucał strumień ognia.

Wielkie   wrażenie   wywołało   również   sprawozdanie   wybitnego   specjalisty   badań   promieni

kosmicznych. W czasie lotu w balonie przeznaczonym do badań zauważył w pobliżu miasta
Minneapolis (Minnesota) jasny obiekt poruszający się z olbrzymią szybkością. Przelatując nad

balonem obiekt zwolnił swój lot, dokonał kilku okrążeń nad głową uczonego, po czym zwiększył
szybkość i znikł w chmurach.

Kiedy po chwili ukazał się na horyzoncie drugi podobny obiekt, pilot zawiadomił lotnisko,

podając dokładne jego położenie i kierunek ruchu. Pracownikom lotniska udało się dostrzec

obiekt i ujrzeli w teleskopie statek w kształcie cygara.

Komisja do badania zjawisk „talerzy”, która zbierała dane o tym wydarzeniu, stwierdziła w

sprawozdaniu, że wszyscy świadkowie są ludźmi poważnymi i zrównoważonymi. Żaden z nich
nigdy nie widział podobnego zjawiska, a specjalista, który uchodził za człowieka spokojnego i

opanowanego, złożył następujące oświadczenie: „...proponuję, aby niezależnie od tego, czym
jest  obiekt,  który  obserwowałem,  statkiem  międzyplanetarnym,  talerzem  latającym  czy też

złudzeniem  optycznym  — zarządzić  na  wszystkich  lotniskach  nieustanne,  dwudziestocztero-
godzinne obserwacje za pomocą stacji radarowych, teleskopów i wszystkich innych urządzeń

tego typu.”

Lotnictwo amerykańskie rzeczywiście opracowało w tym czasie podobny plan obserwacji.

Uruchomiono 200 specjalnych aparatów do badań i analiz świetlnych i cieplnych wysyłanych
przez   latające   obiekty.   Aparaty   zainstalowano   w   miejscowościach   najczęściej   nawiedzanych

przez   nieznane   obiekty,   a   więc   na   lotniskach,   w   zakładach   atomowych   itp.   Równocześnie
przebudowano będące do dyspozycji aparaty podsłuchowe i śledzące, używane normalnie do

kontroli   kierowanych.   Aparaty   miały   służyć   do   wykrycia   najcichszego   szmeru   pozornie
bezgłośnych pojazdów „talerzowych”. Nic jednak nie wykryto.

Oto opis dalszych spotkań:
Załoga samolotu linii „Pan American” składała się z dwóch pilotów, którzy mieli po dziesięć

lat służby w lotnictwie i tysiące godzin przebytych w powietrzu. Na wysokości około 3000 m
ujrzeli przed sobą czerwone światła. W chwilę potem zobaczyli sześć olbrzymich maszyn, które

leciały   w   ich   kierunku.   Tarcze   barwy   pomarańczowoczerwonej,   koloru   rozżarzonego   żelaza.
Raport nadali piloci bezpośrednio po spotkaniu.

Dwanaście godzin później inny samolot natknął się w tej samej okolicy na dwa podobne

pojazdy poruszające się z szybkością około 90 km/h. Tej samej nocy meldunki posypały się ze

wszystkich stron. Sprawozdania o „talerzach” nadeszły z wielu miejscowości stanu Wirginia.

W prasie amerykańskiej ukazało się wiele artykułów o „talerzach”, przytoczymy dwa pióra

D.H.   Menzela.   Dziennik  Los   Angeles   Times  z   10   kwietnia   1959   r.   w   artykule:   „Chłopiec
poparzony przez latający talerz”, napisał, iż dwunastoletni David, zamieszkały w stanie Texas,

zobaczył rankiem 9 kwietnia przedmiot leżący na ziemi, który okazał się być czymś podobnym
do opony samochodowej o średnicy około pół metra. Obiekt kształtem przypominał odwrócony

talerz koloru niebieskawoszarego. Po dotknięciu chłopiec przekonał się, że jest gorący. Po chwili
obiekt   zaczął   unosić   się   ku   górze,   wypuszczając   z   siebie   czerwone   obłoki   dymu.   Dym   ten

wywołał poparzenia na ramionach i twarzy chłopca.

Świadkiem   wydarzenia   był   drugi   starszy   chłopiec,   który   potwierdził   opowiadanie.  Daily

Herald z 25 sierpnia 1953 r. donosił również o poparzeniu przez „talerz latający”:

„Komisja Badań »Talerzy« wysłała na Florydę przedstawicieli, aby zbadali wypadek instruk-

tora sportowego, który twierdził, że wraz z trzema towarzyszami obserwował rodzaj balonu, w

- 18 -

background image

którym mogłoby się pomieścić sześciu do ośmiu ludzi. Wysoki na trzy metry i podobny do
przeciętej na pół piłki futbolowej o średnicy około 10 m, balon unosił się na wysokości 5 m

ponad ziemią.

W   pewnej   chwili   usłyszał   syczenie,   poczuł   uderzające   od   obiektu   fale   gorąca   i   stracił

przytomność. Kiedy go znaleźli, miał osmalone ręce i włosy, a w czapce wypalone dziury. Po
powrocie do przytomności nic więcej nie umiał powiedzieć. Jego towarzysze utrzymują, że w

parę minut potem widzieli jakiś przedmiot wznoszący się ku górze”.

Wszystkie te nie wyjaśnione sprawozdania stały się przyczyną pojawienia się amerykańskiej

histerii „talerzowej”.

Wielkie zainteresowanie wywołują zawsze wiadomości o ukazaniu się „talerzy” na ekranach

radarowych. Dla niespecjalistów wydają się bowiem bezspornym dowodem istnienia „talerzy”.
Obraz radarowy podobnie jak fotografia wydaje się ostatecznym, obiektywnym argumentem

realności   pojazdów   „talerzowych”.   Rzeczywiście   zdarza   się,   że   zjawiska   „talerzy”   bywają
widoczne na ekranie radarowym. W każdym razie widuje się nieraz obraz obiektów, które nie

są ani samolotami, ani rakietami, ani chmurami czy ptakami (które radar również wykrywa).
Zdarzało się również, że dwa w oddalonych miejscach umieszczone aparaty radarowe wykazały

identyczny obraz, a obiekt widziany był również optycznie. Jeszcze bardziej przekonywające
zdają się być fotografie, ponieważ fotografia nie może kłamać. A jednak pomimo iż wiele mniej

lub   bardziej   wyraźnych   zdjęć   ukazało   się   w   prasie,   nie   są   dostatecznie   przekonywające.
Zdajemy   sobie   również   sprawę,   w   jaki   sposób   fotografie   powstają.   Wiele   ludzi   świadomie

opowiada zmyślone historie i składa fałszywe sprawozdania. Jedni wstydzą się przyznać, że
chcieli spłatać figla, a inni mają nadzieję zyskać rozgłos lub nawet zarobić trochę pieniędzy.

Nietrudno wyrzucić w górę formę do ciasta, zrobić zdjęcie i zażywać chwały świadka spotkania
z „talerzem”.

Niektóre fotografie „talerzy” powstają w sposób przypadkowy. Na przykład Słońce w chwili

robienia   zdjęcia   miało   takie   położenie,   że   na   odbitce   powstały   dziwne   plamy   kształtem

przypominające „talerze”. Niespodzianki tego typu mogą być wynikiem wadliwego założenia
filmu oraz nieszczelności aparatu; przyczyną może być również warstwa kurzu na obiektywie

aparatu,   stary   film   lub   nieodpowiedni   sposób   wywołania   kliszy.   Astronom   znajdując   jasną
plamkę na zdjęciu nie twierdzi, że odkrył latający „talerz”, nową planetę lub kometę. Przed

ogłoszeniem odkrycia, na przykład nowej komety, sprawdza wielokrotnie, czy aby plamka na
zdjęciu nie jest uszkodzeniem kliszy.

Aby zdać sobie sprawę z wartości dowodowej istniejących fotografii „talerzy”, przytoczymy

opinię D.H. Menzela, który stwierdza, że żadne z posiadanych przez komisję zdjęć nie może

być uznane za autentyczne.

W tym samym mniej więcej czasie co w Ameryce dokonano wielu podobnych obserwacji w

Indiach, Brazylii, Anglii, Francji, Szwajcarii, Australii i Kanadzie. Jedna z najciekawszych miała
miejsce w New Delhi. Dnia 15 marca 1951 r. o godzinie 10.20 rano tysiące ludzi przebywa-

jących na ulicach zauważyło krążące nad miastem cygaro. Obserwował je również kierownik
Klubu   Lotniczego   w   Delhi   wraz   z   innymi   członkami   klubu   przez   dwadzieścia   minut.   Obiekt

kształtu   cygara   długości   30   m   odbijał   promienie   słoneczne   w   czasie   manewrowania   nad
miastem. Krążył na wysokości około 1500 m i poruszał się bezgłośnie z szybkością około 300

km/h. Gdy wysłano nad miasto trzy samoloty wojskowe, obiekt wzniósł się w górę i znikł w
chmurach.

Tej samej nocy widziano obiekt nad Alhabadem, 800 km od New Delhi, a w dwa tygodnie

później identyczny obiekt ukazał się nad lotniskiem Klubu Lotniczego w Delhi. Kierownik miał

okazję obserwować tajemnicze cygaro po raz drugi; tym razem obiekt poruszał się z większą
szybkością, około 700 km/h, na tejże wysokości — 1500 m. Po chwili zwiększywszy szybkość

znikł   z   oczu   patrzących,   pozostawiając   za   sobą   białą   smugę,   która   utrzymywała   się   w
powietrzu przez  półtorej godziny. „Statek” krążył nocą nad lotniskiem w Delhi jeszcze dwa

razy: w listopadzie i grudniu 1951 r. Czy wszyscy świadkowie rzeczywiście widzieli „statek”, tak
jak go opisali, czy też obserwacje nie były ścisłe, a obiekt jedynie złudzeniem? Odpowiedzi na

te pytania poszukamy w rozdziałach następnych.

W maju 1952 r. dwóch dziennikarzy brazylijskich udało się z polecenia redakcji na wyspę

Ilha   dos  Amores   w  Brazylii,   gdzie   wykonali   wiele  zdjęć.  Dnia   7   maja   około  4   po  południu
zauważyli dziwny samolot nadlatujący od strony oceanu. Gdy zdali sobie sprawę, że samolot

kształtu „talerza” porusza się bezgłośnie, rozpoczęli zdjęcia. Dziennikarze twierdzili, że „talerz”
był koloru szaroniebieskiego i że wykonany był z metalu.

Po chwili „samolot” zawrócił i zaczął się zniżać. Opadał ruchem wahadłowym, jak spada liść

z   drzewa.   W   pewnej   chwili   zwiększył   szybkość,   wzbił   się   w   górę   i   poleciał   z   powrotem   w

kierunku oceanu.

- 19 -

background image

W sumie  wykonali  pięć udanych  zdjęć.  Jak różnie  można interpretować takie  fotografie!

Kiedy je pokazano prezesowi Brazylijskich Linii Lotniczych, stwierdził, iż są to zdjęcia osłon kół

samolotu „Douglas”. Fotografie robiono w okolicach, gdzie przelatują samoloty tego typu, a
więc sfotografowano po prostu owe osłony z duraluminiuin koloru szaroniebieskiego, które w

jakiś sposób oderwały się od samolotu. Dziennikarze brazylijscy twierdzą jednak, że zdjęcia
różnią się zasadniczo od części samolotu „Douglas”. Poza tym utrzymują, że obiekt był dwa

razy   większy   od   samolotu   „Douglas”.   Ruchy   obiektu   wykluczały,   aby   mógł   być   złudzeniem
optycznym. Sceptycy twierdzą jednak, że całe sprawozdanie Brazylijczyków wyssano z palca, a

zdjęcia są fałszywe.

Należy   podkreślić,   że   większość   sprawozdań   opisuje   opadanie   nieznanych   obiektów   w

podobny sposób, mianowicie ruchem wahadłowym, jak pada liść z drzewa. Wiele sprawozdań
podaje również, że po chwili opadania obiekty zmieniają nagle kierunek i z olbrzymią szyb-

kością unoszą się w górę. Relacje powtarzają się. pomimo że opisujący nie czytali — co zostało
bezspornie stwierdzone poprzednich sprawozdań o „talerzach”.

We   wrześniu   1952   r.   na   lotnisku   w   hrabstwie   York   w   Anglii   grupa   oficerów   RAF-u

zameldowała, iż w czasie codziennych ćwiczeń widuje latające „talerze”. Jeden z nich doniósł,

że widział rodzaj krążka, który leciał śladami samolotu „Meteor”. Oficer lotnik — spędził w
sumie   trzy   tysiące   siedemset   godzin   w   powietrzu   i   nigdy   czegoś   podobnego   nie   widział.

Samolot znajdował się  na wysokości 1300  m i podchodził do lądowania. Leciał w kierunku
zachodnim, w chwili gdy lotnik zauważył połyskujący w słońcu srebrzysty obiekt w kształcie

tarczy na wysokości 300 m i w odległości 7 km od samolotu. Lotnik wskazał kolegom dziwny
obiekt, który leciał od samolotu wolniej i w tym samym kierunku. Tajemniczy obiekt obniżał się

ruchem wahadłowym. Kiedy samolot podszedł do lądowania, dziwny obiekt podążył za nim,
zawisł przez chwilę w powietrzu, a następnie zaczął obracać się dookoła swej osi. Po chwili

oddalił   się   z   olbrzymią   szybkością   i   znikł.   W   czasie   kiedy   obserwowany   obiekt   obracał   się
dookoła, lotnicy zdążyli dokładnie go obejrzeć i doszli do wniosku, że wygląda jak samolot typu

„Vampire”. W każdym razie wszyscy nie mieli wątpliwości, że widzieli konkretny przedmiot, a
nie miraż czy refleks gazów odrzutowych samolotu. Lotnicy twierdzą, że w czasie całej swojej

kariery lotniczej niczego podobnego nie widzieli.

Autor   książki   o   „talerzach”   i   gorliwy   propagator   pozaziemskiego   ich   pochodzenia,   L.G.

Cramp, opisuje między innymi własne obserwacje. Pewnego wieczoru w październiku 1959 r.
usłyszał nad sobą hałas przelatującego samolotu. Ujrzał na niebie kolorowe światła, które uznał

za   światła   nawigacyjne.   Po   chwili   dojrzał   dziwny   obiekt   wielkości   tarczy   księżyca   w   pełni,
świecący   pomarańczowym   blaskiem.   Obiekt   zwiększył   szybkość   i   znikł.   Cramp   twierdzi,   że

obserwowany   przez   niego   przedmiot   nie   mógł   być   samolotem,   ponieważ   światło   tak   silne
mogłoby   pochodzić   jedynie   z   samolotu   znajdującego   się   w   niedużej   odległości,   a   w   takim

wypadku z pewnością widoczna byłaby jego sylwetka. Również wykluczył, aby był to meteor
albo jakieś zjawisko atmosferyczne.

Angielski Observer zamieścił w dniu 11 października 1950 r. następujący list do redakcji: „6

października wieczorem obserwowałem niebo nad Norwich i zauważyłem wielki świecący obiekt

nadlatujący od południowego zachodu. Oglądany gołym okiem robił wrażenie dużej żółtawej
gwiazdy.   W   odpowiednim   momencie   udało   mi   się   »złapać«   obiekt   na   teleskop   (90-centy-

metrowy).   Kiedy   obraz   stał   się   wyraźny,   zamiast   połyskującej   gwiazdy   ujrzałem   kopułę
osadzoną   na   płaskiej   obręczy.   Na   kopule   znajdowały   się   w   równych   odstępach   otwory,   z

czterech od mojej strony padało światło. Wierzchołek kopuły zdawał się obracać, przy czym
panowała całkowita cisza, nie było słychać najmniejszego dźwięku. Obiekt utrzymywał się stale

na tej samej wysokości, a pod obręczą widoczne było czerwone wgłębienie. Obserwowałem
zjawisko przez przeszło trzy minuty i nie widziałem ani śladu gazu czy też płomienia. Obiekt

widziało  poza mną siedem osób w Norwich, wszyscy tak jak ja — członkowie Brytyjskiego
Towarzystwa Astronomicznego”.

Okazało się więc, że „talerze” nie ograniczają „działalności” ani do Stanów Zjednoczonych,

ani   do   kontynentu   obu   Ameryk.   Widywano   je   we   wszystkich   miejscach   globu.   „Talerzom”

amerykańskim największą reklamę zrobiło utworzenie specjalnej komisji rządowej do badań
zjawiska. W innych krajach nie zwracano na nie większej uwagi, z wyjątkiem Kanady, gdzie

wybudowano specjalną stację do obserwacji tych zjawisk. Stacja położona w odległości 16 km
od   Ottawy   i   zaopatrzona   w   specjalne   urządzenia   optyczne   i   radarowe   dysponuje   własnym

laboratorium.  Pracuje  tu wielu specjalistów różnych dziedzin, którzy utrzymują  dyżur przez
całą dobę.

Okazuje się jednak, że zjawisko „talerzy” jest dużo starsze od obserwacji gromadzonych od

lat czterdziestych XX wieku.

- 20 -

background image

ZJAWISKA W PRZESZŁOŚCI

Dawne zapisy — Wiek XIX — Edison — Lista Forta — Polska lat pięćdziesiątych

Jak przedstawia się najdawniejsza prehistoria ,.talerzy”? Błyszczące przedmioty unoszące

się   w   powietrzu   nie   powstały   bynajmniej   w   XX   wieku   —   zjawiska   takie   widywano   już   w

zamierzchłych czasach. Były to najczęściej ogniste krzyże, olbrzymie postacie ludzi i zwierząt,
a   czasem   także   smoki   i   potwory.   Opisy   zjawisk   tego   typu   znaleźć   można   zarówno   w

najstarszych zapiskach i kronikach, jak i w gazetach sprzed pół wieku. Do najdawniejszych
widzeń tego rodzaju należały „smoki ziejące ogniem”, które pojawiały się nad Chinami parę

tysiącleci przed naszą erą.

Trudno   jest   wyszukać   z   przeszłości   wiarygodne,   obiektywne   dane   i   opisy   pojawienia   się

dziwnych   zjawisk   na   niebie.   Nie   tylko   dlatego,   że   oryginalne   zapisy   z   dawnych   czasów   są
rzadkie,   ale   również   z   tego   powodu,   że   obserwatorzy   ówcześni,   nie   znając   prawdziwego

przebiegu   zjawisk   atmosferycznych,   każde   niezwykłe   widzenie   na   niebie   określali   mianem
„meteora” i uznawali za wynik działania sił nadprzyrodzonych.

Obecnie   meteorami   nazywamy   okruchy   materii   kosmicznej   wpadające   w   atmosferę,

jednakże   w   dawnych   czasach   znano   meteory   „powietrzne”,   „wodniste”   i   „świecące”.   Do

pierwszych   zaliczano   trąby   powietrzne,   do   drugich   —   mgły,   grad,   burze   śnieżne   i   zwykłe;
meteorami świecącymi zaś nazywano „spadające gwiazdy”, czyli według dzisiejszej terminologii

właściwe meteory, zjawiska zwane obecnie „latającymi talerzami” oraz zorze polarne i komety.

Nie należy zapominać, że dawni obserwatorzy wszelkich zjawisk na niebie byli przeważnie

ludźmi niewykształconymi, w większości wypadków niepiśmiennymi. Zresztą najbardziej nawet
wykształceni ludzie nie zdawali sobie sprawy do końca XVII wieku, jakiego rodzaju zjawiskiem

jest   kometa,   i   że   istnieją   meteoryty.   Większość   ludzi   przypisywała   znaki   na   niebie   siłom
nadprzyrodzonym;   znaki   niebieskie   zapowiadać   miały   ważne   wydarzenia,   śmierć   władcy,

wojnę, zarazę, a nawet koniec świata. Wszelkiego rodzaju przepowiednie oparte na zjawiskach
widocznych na niebie od najdawniejszych czasów znajdowały powszechną wiarę. Pozostałość

takich właśnie wydarzeń tkwi we współczesnych poglądach bezkrytycznych „wyznawców mitu
talerzy”.

Z czasem nauka wyjaśniła wiele zjawisk otaczającego świata: stopniowo komety, zaćmienia

słońca,   meteoryty   itd.   zostały   zaliczone   do   zjawisk   naturalnych.   Nie   ulega   wątpliwości,   że

kiedyś doczekają się również wyjaśnienia „latające talerze”.

Wiemy   więc,   że   „latające   talerze”   ukazywały   się   od   dawna   i   że   już   przed   setkami   lat

zajmowano się dziwnymi zjawiskami ukazującymi się na niebie. W końcu 1645 r. wydano w
Londynie książkę opisującą niezwykłe zjawisko, które wydarzyło się kilka miesięcy wcześniej:

„Dnia   21   maja   1645   r.   po   południu   zauważono   w   wielu   miejscowościach   hrabstwa

Cambridge ognistą kulę toczącą się po niebie; kula nagle spadła na ziemię, toczyła się po niej,

po czym uniosła się ku górze i znikła w powietrzu. Równocześnie w pobliskiej miejscowości
hrabstwa zauważono flotyllę latających statków, z powiewającymi w powietrzu flagami. W obu

miejscowościach wkrótce potem zaczął padać ulewny deszcz i grad niezwykłej wielkości, przy
akompaniamencie grzmotów. Podobne zjawiska obserwowano tegoż dnia w Holandii. Widziano

walczącego smoka i lwa oraz zastępy wojska pieszego i na koniach; w końcu ukazała się w
powietrzu flotylla statków z ludźmi, których było widać tylko do połowy, po czym wszystko to

zasłoniła chmura, która nagle powstała jakby z niczego”.

Widzimy   oczywistą   mieszaninę   prawdziwych   i   zmyślonych   historii   zebranych   razem   i

podanych jako zjawisko nadprzyrodzone. Opis przypomina łudząco niektóre dzisiejsze relacje
„talerzowych” entuzjastów. Odtwarza reakcję ludzi na niezrozumiałe wydarzenia, których nie

umieją   wytłumaczyć.   Powyższy   opis   dotyczy   zjawiska,   które   pojawiło   się   w   biały   dzień.
Prawdopodobnie przyczyną były niezwykle rozbudowane kręgi słoneczne oraz słońce pozorne

wytworzone   przez   kryształki   lodu   w  powietrzu   lub   „ognista   kula”   była   po   prostu   piorunem
kulistym.

W wydanej w Augsburgu książce:  Meteorologia philosophico-politica 1709 r.  autor opisuje

różne „meteory” i daje wskazówki i porady, jak wykorzystać zjawisko dla własnych interesów.

- 21 -

background image

Dziwne znaki na niebie oznaczają zły omen dla jednych, ale jednocześnie mogą być korzystne
dla drugich.

Księga   cieszyła   się   dużym   powodzeniem   i   została   wkrótce   przetłumaczona   z   łaciny   na

niemiecki. Autora bardziej interesowała strona filozoficzna i praktyczna zjawisk na niebie niż

naukowa, przyrodnicza. Tak więc z naukowego punktu widzenia nie ma wielkiego znaczenia,
natomiast jest dobrą ilustracją panujących w owych czasach poglądów i wierzeń. Autor opisuje

z przejęciem przedziwne zjawisko z 1462 r., przedstawiające mnicha walczącego z królem w
pobliżu księżyca.

Opisuje również podobne niezwykłe zjawisko, jakie miało miejsce w Polsce w tymże roku;

nie podaje jednak miejscowości, mówi tylko o Małopolsce. Ukazał się tam na niebie krucyfiks i

podniesiony miecz, co wywołało przerażenie wśród ludności; „w następstwie wydarzyło się w
tym kraju wiele napadów rabunkowych i innych strasznych zbrodni”. Należałoby wyjaśnić, że

zjawisko   krzyża,   które   wyglądać   może   jak   krucyfiks   lub   miecz,   występuje   często   razem   z
pozornym słońcem.

Amerykański   autor   D.H.   Menzel  sądzi,   że   obserwowane   współcześnie   zjawiska   określane

jako „latające talerze” nazywano by w ubiegłych wiekach „latającymi smokami”. Dawne opisy

zjawisk   obserwowanych   na   niebie   podawały   najbardziej   fantastyczne   relacje:   grzmoty,
błyskawice,   zwykłe  burze  w  atmosferze   powodowały   okresy   głodu,   zarazy  i   nieszczęść.   Im

dalej sięgamy wstecz, tym zabobon i przesądy są większe.

W historii Anglii od V do XIII wieku pośród opisów smoków i cudów, znaków niebieskich i

złych   duchów   i   wielu   zjawisk   nadprzyrodzonych   znalazła   się   następująca   relacja:   „W   roku
pańskim 729 dwie straszne gwiazdy ukazały się obok słońca. Ogony ich zwrócone na północ

pozostały na niebie przez cały miesiąc styczeń. W tym samym miesiącu poganie najechali na
Galów i Hiszpanów i poczynili okrutne spustoszenia. W 747 r. zaczęły spadać z nieba na ziemię

kamienie i powszechnie uznano, że jest to znak niebios zapowiadający koniec świata”. Dalej
czytamy, że w 776 r. „straszne znaki pojawiły się na niebie; w Bretanii widziano węże ogniste

oraz smoki, które przy odgłosie powtórnych grzmotów zapowiadały głód i wojny”. Tekst wydaje
się   prymitywny,   pełen   przesądów,   a   nawet   absurdalny;   spójrzmy   jednak   na   współczesne

reakcje   na   niezidentyfikowane   zjawiska   ukazujące   się   na   niebie,   a   przestaniemy   traktować
dawne opisy z lekceważeniem i poczuciem wyższości.

Najbardziej   kompletne   zestawienie   niezwykłych   wydarzeń   zebrał   Charles   Fort   w   dziele

wydanym   w   1941   r.   Amerykanin,   człowiek   nieprzeciętny,   całe   życie   poświęcił   gromadzeniu

materiałów   dotyczących   „ciekawostek”,   wydarzeń,   na   które   nauka   w   jego   pojęciu   nie
znajdowała i nie znajduje odpowiedzi. Do „ciekawostek” zaliczał różne obiekty ukazujące się na

niebie, opisywane w prasie, a czasem nawet omawiane w czasopismach naukowych. Zdaniem
Forta, ludzie nauki traktowali zawsze zjawiska tego rodzaju w sposób zbyt lekceważący.

Fort   występuje   przeciwko   naukowcom,   którzy   nie   przyjmują   do   wiadomości   relacji   o

niezwykłych   wydarzeniach.   Twierdzi,   że   światła   i  tajemnicze  odgłosy   mogły   dowodzić   wizyt

pojazdów   kosmicznych   pilotowanych   przez   „ludzi”   z   innych   planet.   Widzimy,   że   idea
„podróżników   z   innych   planet”   istniała   już   przed   1947   r.   Należy   jednak   dodać,   że

współpracownicy Forta utrzymują, iż nie traktował swej hipotezy na serio, a pisał jedynie dla
wywołania polemik i dokuczenia naukowcom.

Niezależnie od motywów autora „Księga przeklętych” zawiera nieocenione skarby informacji

dla badaczy obiektów latających. Fort relacjonuje tysiące zjawisk dziwnych świateł na niebie,

opisuje meteory, zorzę polarną oraz „prawdziwe” „talerze latające”.

Czytając   „Księgę”  dowiadujemy   się,   że   świetliste   koła,   tarcze   oraz   podobne   zjawy   mają

odwieczną historię. Pierwsze wyraźne wzmianki spotkać można już w średniowieczu, jednak im
dalej cofamy się w przeszłość, tym bardziej ślady „talerzy latających” się zacierają, ponieważ w

dawnych   czasach   ludzie   zajmowali   się   przede   wszystkim   zjawiskami   pojawiającymi   się
najczęściej, a więc takimi, których istotę obecnie znamy i które uważamy za naturalne. W

początkach   historii   nawet   błyskawice   uważano   za   zjawisko   tajemnicze   i   przerażające,   a
największą grozę wywoływały komety i zaćmienia Słońca. Fort opracował zestawienie niezwyk-

łych wydarzeń i zjawisk XIX oraz początku XX wieku, do 1929 roku. Zestawienie objęło kilkaset
szczegółowo opisanych pozycji, dat, miejsc i świadków oraz komentarze.

W  wieku   XIX,   zwłaszcza  w  latach   pięćdziesiątych  i   sześćdziesiątych,   zaczęły   się   mnożyć

wieści   o   różnych   niezwykłych   zjawiskach   na   niebie,   a   w   latach   1882   i   1897   miały   nawet

miejsce „epidemie talerzowe” dokładnie opisane przez ówczesną prasę. W wydanej w 1855 r.
książce „Łowcy Dalekiego Zachodu” autor opisuje podróż po jeziorach kanadyjskich, podczas

której na maszcie statku pojawiły się ogniste kule. Zdarzyło się to w czasie burzy, kule były
więc prawdopodobnie wyładowaniami elektrycznymi. W tym samym czasie wiele pisano o tak

zwanych „duchach” na wyspie Marsh Point w Anglii. Zauważono nad wyspą dziwne światła i

- 22 -

background image

sądzono,   że   były   to   świetlne   sygnały   wzywających   pomocy.   Światła   ukazały   się   również
następnych   nocy,   tak   że   wkrótce   mała   wysepka   stała   się   ośrodkiem   zainteresowania   całej

okolicy. Tłumy ludzi zbierały się wieczorami nad brzegiem morza, aby obserwować świecące
obiekty   poruszające   się   nad   wyspą.   Czasami   światełka   ukazywały   się   w   większej   ilości,

zataczały   kręgi,   opuszczały   się   i   wznosiły.   Dotychczas   nie   wiadomo,   na   czym   polegały
tajemnicze światła nad wyspą; okoliczni mieszkańcy nazywali je zawsze „duchami” — w owych

czasach   nie   znano   jeszcze   „niezidentyfikowanych   obiektów   latających”.   Zjawiska   na   wyspie
zyskały   olbrzymi   rozgłos,   pisały   o   nich   gazety   wielu   krajów.   Słynne   „sowy   świecące”

pojawiające   się   w   latach   dwudziestych   ubiegłego   wieku   w   Norfolk   okazały   się   zwykłymi
sowami, do których organizmów dostała się w jakiś sposób substancja fosforyzująca. Podobnie

można również wytłumaczyć obserwacje innych świecących zwierząt, na przykład znanych w
starożytności latających smoków, ognistych węży itp. Mogło się zdarzyć, że do mięsa zabitych

zwierząt dostały się świecące substancje. Mięso mogło przyciągać ptaki i w rezultacie tworzyły
się nowe obiekty świecące. Świetliste sowy ukazywały się nad Norfolkiem przez pół wieku.

Najgłośniejszym   jednak   wydarzeniem   ubiegłego   stulecia   stały   się   olbrzymie   błyszczące

cygara,   które   w   latach   dziewięćdziesiątych   pojawiły   się   nad   Chicago   oraz   innymi   miastami

amerykańskiego Środkowego Zachodu. Zgodnie z duchem epoki, zobaczono już nie smoki, lecz
statki   powietrzne,   które   stały   się   wielką   sensacją.   Na   pierwszych   stronach   wszystkich

amerykańskich dzienników z 11 kwietnia 1897 r. widniały olbrzymie tytuły mówiące o przelocie
tajemniczych   pojazdów   powietrznych.   Znajdujemy   tam   obszerne   sprawozdania,   relacje

naocznych świadków, a nawet wywiady z uczestnikami podróży. Według mniemań świadków,
statki napędzano za pomocą „pary i elektryczności”.

Musimy   zdać   sobie   sprawę   z   tego,   że   dla   ludzi   lat   dziewięćdziesiątych   zeszłego   wieku

poruszający się swobodnie statek powietrzny stanowił większą może sensację aniżeli dla nas

statek międzyplanetarny. Samolot w owych czasach był pojęciem nieznanym. Ówczesne balony
przypominały   raczej   nieporadne   „worki   wypełnione   gazem”,   zdane   całkowicie   na   kaprysy

wiatru. Zaledwie parę lat wcześniej Tomasz Edison skonstruował pierwszą żarówkę elektrycz-
ną;  mówiono  również,  że  rozpoczął pracę  nad  budową  „wozu  bez  koni”.  W owych czasach

oświetlony   statek   powietrzny   krążący   z   wielką   szybkością   nad   różnymi   miastami   kraju
powodował sensację, jaką dzisiaj wywołałby statek z obcej planety.

Amerykańskie statki z 1897 r. przestały się pojawiać z chwilą ogłoszenia w prasie wywiadu z

Edisonem. „Nie wierzę, aby wynalazek statku powietrznego udało się utrzymać w tajemnicy.

Nie wątpię, że statek taki zostanie w przyszłości zbudowany. Nie będzie to jednak ulepszony
balon, a raczej urządzenie mechaniczne o lekkim i potężnym silniku. Dzisiejsze wiadomości o

krążącym nad krajem statku są oczywiście nieprawdą”.

Trzeźwa wypowiedź Edisona wstrzymała powódź sprawozdań i relacji naocznych świadków.

Gdy zabrakło wiary, że „statek” istnieje, przestano go widywać.

Jak już mówiliśmy, wiek XIX i początek XX były bogate w zjawiska obserwowane na niebie.

Oto urywki opisów tych wydarzeń zestawione z kilku dziesięcioleci wieku XIX i XX na podstawie
wspomnianej już książki Ch. Forta:

1802. Luty. Niemiecki astronom z Magdeburga — Fritsch — zauważył ciemną tarczę, która
przesłoniła Słońce.

1808. Październik. Pinerolo, Piemont. Błyszczący dysk ukazał się nad miastem.
1813. Lipiec. Tottenham, Middlessex, Anglia. Świetliste błyski na niebie.

1816. Lizbona. Portugalia. Po trzęsieniu ziemi ukazały się na niebie dziwne zjawiska.
Jesień, Edynburg, Szkocja. Duży błyszczący pojazd powietrzny ukazał się na horyzoncie.

1818.   Styczeń.   Angielski   astronom   Loft   z   Ipswich   przez   trzy   i   pół   godziny   obserwował

niezwykły obiekt w pobliżu Słońca.

1919. Wiosną astronom Gruthinson zauważył dwa ciemne obiekty, które przesłoniły Słońce.
1820. Wrzesień. Embren, Francja. Nierozpoznane obiekty przeleciały w formacji kluczowej

nad miastem.

1850. Czerwiec. Lazurowe Wybrzeże, Francja. Czerwona kula poruszała się po niebie, po

czym zrzuciła w kierunku ziemi jakiś ciemny przedmiot.

1851.   Wrzesień.   Londyn.   Ze   wschodu   i   północy   nadlatuje   flotylla   dysków   świetlistych   i

przelatuje   nad   Hyde   Parkiem,   gdzie   odbywa   się   właśnie   wielka   wystawa.   Pastor   W.   Read
obserwuje ten przelot przez teleskop.

1853. Maj. Zauważono trzy świetliste obiekty koło Merkurego. Mr. Gregg donosi, że jeden z

nich   miał   kształt   cygara,   drugi   był   duży   i   okrągły,   trzeci   zaś   w  kształcie   dysku.   Czerwiec.

Porucznik Gazette donosi, że widział latającą maszynę (na pięćdziesiąt lat przed pierwszym
lotem braci Wright).

- 23 -

background image

1855. Astronomowie Ritter i Schmidt widzieli bez teleskopu wielki powietrzny statek.
1856. Dolmar, Francja. Dr Dussort zaobserwował czarną latającą torpedę; kiedy przelaty-

wała nad jego głową, słyszał wyraźnie świst.

1859. Wrzesień. Astronom Richard Carrington zauważył dwa świetliste ciała na niebie, przy

czym twierdzi, że nie były to meteory. Obserwatorium jego znajduje się w Redhill, Anglia.

1890. Październik. Grahamsown, Południowa Afryka. Astronom Eddie obserwował przez 45

minut poruszający się na niebie dziwny obiekt przypominający nieco kometę.

1891. Wrzesień. Podobny obiekt zaobserwowano w północnej Irlandii.

1892. Kwiecień. Holenderski astronom Muller zaobserwował wielką czarną tarczę przelatu-

jącą obok Księżyca.

1893. Marzec. Val de la Haye, Francja. Astronom Raymond Coulon donosi o pojawieniu się

błyszczącego obiektu z kształtu przypominającego gruszkę.

Maj.   Brytyjski   okręt   „Caroline”   donosi,   że   pomiędzy   Szanghajem   a   Japonią   zauważono

formację latających z wolna tarcz. Przez teleskop stwierdzono, że były one koloru czerwonego i

że   pozostawiały   za   sobą   brązową   smugę.   Zjawisko   to   obserwowano   przez   dwie   godziny.
Następnego dnia pojawiło się to samo. zjawisko. Tym razem obserwowane było również przez

załogę brytyjskiego okrętu „Leander”.

1894. Styczeń. Llanthomas, Walia. Nad miejscowością tą pojawiła się tarcza, która oświetliła

całą okolicę; słychać było wybuch, który zaobserwowano równocześnie w Hereford, Worcester i
Shropshire.

Sierpień, Północna Walia. Admirał Ommanney donosi o pojawieniu się latającego dysku, z

którego wydobywał się płomień.

Maj. Na tarczy Wenus ukazał się świetlisty punkt.
Sierpień. Prof. Barnard obserwuje, jak punkt ten minął planetę Wenus i znikł w przestrzeni.

Sierpień. Prof. Murray pisze z Oxfordu, że zaobserwował unoszącą się nad domem tarczę,

dużo jaśniejszą od Wenus, która odleciała na wschód.

Wrzesień. Taki sam obiekt zauważono w Scarborough, w hrabstwie York.
Czerwiec. Zaobserwowano czarną torpedę, która przeleciała obok Księżyca.

Lipiec. Z obserwatorium Smith donoszą o okrągłym dysku, który w ciągu czterech sekund

minął Księżyc.

Grudzień. Dr Karol Davidson zauważył błyszczący dysk nad Worcester, który do tego stopnia

oświetlił okolicę, że można było podnieść z ziemi szpilkę.

1897. Luty. Nad Madrytem słychać było eksplozję, na skutek której w domach powylatywały

okna i popękały ściany. Na ulicach miasta wybuchła panika, a na niebie pojawiła się świetlista

chmura.

Kwiecień. Wielką ilość zjawisk talerzowych zaobserwowano w Ameryce. „Statek powietrzny”

nad miastem Kansas. Ten sam statek zaobserwowano w Chicago i w Benton.

Texas. Statek zaopatrzony był w dwa olbrzymie reflektory skierowane ku Ziemi.

1899. Marzec. Błyszczący dysk widziano nad El Paso, Texas.
Październik. Luzarches, Francja. Na horyzoncie zauważono ognisty dysk wielkości Księżyca.

1905. Wrzesień. Llangollen, Walia. Widziano ciemny obiekt na wysokości dwóch kilometrów.
1909. Grudzień. Nad Bostonem w Stanach Zjednoczonych zauważono błyszczący obiekt.

Grudzień. Nieznany obiekt ukazał się nad Worcester, USA.
1923. Północna Karolina, USA. Stwierdzono, że od trzech lat pojawiają się nad górami tarcze

przelatujące w formacji lub też pojedynczo.

1929.   Sierpień.   Z   parowca   „Coldwater”   zauważono   poruszające   się   z   szybkością   stu

pięćdziesięciu kilometrów na godzinę błyszczące ciało. W tym czasie nie umiano jeszcze latać
przez Atlantyk.

Na tym kończymy listę doniesień o niezwykłych zjawiskach widzianych na niebie. Nie znaczy

to jednak, aby po 1929 r. nie widywano ich. Od tego czasu do roku 1947, to jest do chwili

oficjalnych narodzin współczesnych „talerzy” — tajemniczych zjawisk było równie wiele.

Robiono także zestawienia obserwacji z tego okresu. Należy tu podkreślić, że aczkolwiek

trudno uważać Forta za wyznawcę „talerzy”, to jednak sposób podania przez niego zgroma-
dzonych   opisów   i   sprawozdań   sugeruje   „nadprzyrodzone”,   a   w   każdym   razie   kosmiczne

pochodzenie tajemniczych zjawisk.

Wyznawcy „talerzy” uważają go za swego „ojca duchowego” i powołują się stale na jego

prace (dlatego też podaliśmy tak obszerny z nich fragment).

Równocześnie jednak wielu uczonych uważa prace Forta za podstawowy argument na rzecz

naturalno-atmosferycznej natury „talerzy”. Fakt, że w ciągu stuleci i tysiącleci te same zjawiska
pojawiały się z niezwykłą regularnością, wyzwalając te same zresztą reakcje u ludzi, zależne

- 24 -

background image

tylko od poziomu ich wykształcenia, poglądów i wierzeń, a nie pozostawiające nigdy śladów
materialnych (z wyjątkiem oczywistych upadków meteorytów) — jest najlepszym argumentem

przeciwko współczesnej histerii „talerzowej”.

O   dziwnych   zjawiskach   obserwowanych   na   świecie   pisała   również   dziewiętnastowieczna

prasa polska. Współcześnie natomiast „talerze” pojawiły się w polskiej prasie dopiero w drugiej
połowie   lat   pięćdziesiątych.   Przez   wiele   lat   w   czasopismach   ukazywały   się   opisy   świadków

różnych   zjawisk   obserwowanych   w   powietrzu.   Kilka   z   tych   sprawozdań   zamieszczono   w
wydanej   w   1961   r.   książce   „Latające   talerze”.   Wydawnictwo,   które   ją   wydało,   zamieściło

następujący komentarz:

„Era   astronautyki   i   lotów   kosmicznych,   w   której   żyjemy,   przyniosła   wzmożone   zainte-

resowanie przestrzenią pozaziemską i możliwością kontaktów z innymi zamieszkanymi świata-
mi.   Niewątpliwym   wytworem   tej   atmosfery   jest   sprawa   latających   talerzy,   zaprzątająca   od

niedawna   umysły   wielu   ludzi   na   obu   półkulach.   Wydaje   się,   że   nadszedł   już   czas   na
podsumowanie   faktów,  hipotez   i legend,  które   na  ten  temat  krążą,  i  trzeźwą naukową ich

ocenę.   To   właśnie   skłoniło   nas   do   zamieszczenia   niniejszej   publikacji   w   serii   poświęconej
nowościom nauki i techniki”.

W   książce   znalazły   się   opisy   kilku   polskich   relacji   na   temat   talerzy,   tak   na   przykład

powtórzono   artykuł   prasowy,   który   stał   się   sensacją.   Napisany   w   1957   r.   przez   autora

wierzącego w pozaziemskie pochodzenie „talerzy” zapoznawał czytelników z tematem w formie
dość bezkrytycznej, podając opisy najbardziej sensacyjnych spotkań z „talerzami”.

Gwałtowną   reakcję   czytelników   wywołał   fakt,   iż   artykuł   ukazał   się   w   miesięczniku

naukowym.   Zamieszczenie   artykułu   z   niejasnym   komentarzem   redakcji   stało   się   w   oczach

opinii publicznej potwierdzeniem prawdziwości zawartych w nim opisów i wniosków.

W tym samym czasie opublikowano pierwsze w języku polskim artykuły i książki o pod-

różach   kosmicznych,   popularyzujące   zagadnienia   związane   ze   spodziewanym   wystrzeleniem
pierwszych sztucznych satelitów. W tym okresie podane w sposób bezkrytyczny opowiadania o

„talerzach” wywołały zamęt i pomieszanie wiadomości naukowych z sensacyjnymi. W rezultacie
dla wielu ludzi zajmujących się nauką i techniką, a skłonnych do przesadnej wiary w słowo

drukowane, temat „talerzy” stał się czymś związanym z problematyką podróży kosmicznych,
sztucznych satelitów i rakiet księżycowych.

Entuzjaści   astronautyki   wystąpili   przeciwko   tego   rodzaju   publikacjom,   których   zaczęło

pojawiać się coraz więcej. Przykładem zacietrzewienia, do jakiego doprowadziła polemika na

temat   „talerzy”,   może   być   fakt,   że   przeciwnicy   otrzymywali   od   zwolenników   i   wyznawców
„talerzy” anonimy grożące rękoczynami.

Autorów przekonanych o „niepodważalnych dowodach istnienia statków pilotowanych przez

istoty   rozumne”   pojawiło   się   na   łamach   prasy   polskiej   co   najmniej   kilku.   Wypowiedzi   ich

dowodziły,   że   podeszli   bezkrytycznie   do   niepoważnych   relacji,   które   ukazały   się   w   krajach
zachodnich.

Początkowo   zatriumfowali   przeciwnicy   „talerzy”   pozaziemskiego   pochodzenia,   ale   nie   na

długo.   W   latach   następnych   zaczęły   się   znowu   pojawiać   wzmianki   w   prasie   o   dziwnych

zjawiskach w powietrzu. Tym razem były to już zjawiska widziane w kraju. Wypadki rozwijały
się podobnie jak w Ameryce: z chwilą gdy ludzie dowiedzieli się o pojawieniu się „talerzy”,

zaczęli je rzeczywiście masowo widywać.

W końcu 1958 r. jeden z tygodników ogłosił cykl artykułów o „talerzach”. Bezpośrednim

powodem stały się wiadomości nadchodzące z Podkarpacia. Większość mieszkańców jednej wsi
w pobliżu Żywca miała stale widywać „talerze” latające. Dla zbadania tego zjawiska redakcja

tygodnika wysłała specjalną kilkuosobową ekipę złożoną i z przeciwników, i ze zwolenników
„talerzy”. Ogłoszono wiele wypowiedzi naocznych świadków, z których dwie przytaczamy:

„Nagle  pani  K.  spostrzegła jakiś lecący  w powietrzu okrągły  przedmiot srebrzystobiały  z

wypukłością u góry, podobny kształtem do kapelusza. Nadlatywał od strony miasta, kołysząc

się   na   boki   i   lśniąc   jak   lustro   w   promieniach   słońca.   Sądziła,   że   mógł   się   znajdować   na
wysokości około 500 m i miał jakieś 20 m średnicy. Przedmiot posiadał płaskie dno, jednak

pani K. nie dostrzegła szczegółów. W pewnej chwili przedmiot dokonał zwrotu i oddalił się z
większą szybkością na północny wschód, w kierunku wsi Bożęta, po czym znikł za górami. Pani

K.   stała   zdziwiona   myśląc,   co   to   za   nowy   pojazd   powietrzny.   O   »latających   talerzach«
przedtem nigdy nie słyszała”.

Lepiej   udokumentowane   zjawisko   pojawiło   się   w   Muszynie   22   grudnia   1958   r.   Zrobiono

zdjęcie fotograficzne „talerza”. Zdjęcie opublikowano w prasie, co wywołało olbrzymią sensację.

Przytaczamy wypowiedź doświadczonego amatora fotografa, autora zdjęcia. „22 grudnia ub.

roku,   około   godz.   15,   patrząc   przez   okno   zauważyłem   ciekawy   odblask,   jak   gdyby   zacho-

dzącego słońca przebijającego się przez chmury. Ponieważ zapomniałem zabrać ze sobą filtr

- 25 -

background image

fotograficzny, sądziłem, że tak silny odblask barwy pomarańczowej pozwoli lepiej uwidocznić
na zdjęciu chmury utrzymujące się nad grzbietem górskim. Skłoniło mnie do sfotografowania

pejzażu widocznego z mego okna, przedstawiającego drogę do Żegiestowa, tor kolejowy, a na
dalszym   planie   rzekę   Poprad   i   wznoszące   się   za   nią   wzgórze   z   drzewami   na   tle   chmur.

Odległość od mego okna do szczytu wzgórza wynosiła około pół kilometra. Zanim zdążyłem
nacisnąć migawkę, zza chmur wyskoczyła błyszcząca pomarańczowożółtym światłem tarcza,

którą wziąłem za słońce.

Po kilku dniach oddałem rolkę do wywołania fotografowi w Muszynie. Zdziwiłem się, gdy na

odbitce w miejscu rzekomej tarczy słonecznej zobaczyłem dziwny, ciemny przedmiot kształtu
grubego dysku. Widoczne wyraźnie na zdjęciu cienie drzew oraz cień stojącego przed oknem

masztu bez żadnej wątpliwości świadczyły, że prawdziwe słońce znajdowało się w momencie
fotografowania pejzażu daleko po prawej stronie. Okazało się więc, że w momencie robienia

zdjęcia   wziąłem   za   słońce   jakieś   inne   zjawisko,   które   klisza   wykazała   jako   tajemniczy
przedmiot.”

Redakcja dodała od siebie komentarz: „Fachowcy, którzy oglądali błonę filmową i odbitki,

zgodnie  twierdzą, że na kliszy została utrwalona rzeczywiście  tarcza, zjawisko, którego  nie

umieją wytłumaczyć. Warto podkreślić, że kształtem obiekt do złudzenia przypomina podawane
przez prasę zagraniczną zdjęcia mające przedstawiać tzw. »latające talerze«.”

Druga fala wiadomości o „talerzach” pojawiła się w notatkach prasowych w latach siedem-

dziesiątych.   Dzienniki   podały   opisy   obserwacji   w   Zakopanem,   w   Krakowie   i   najsłynniejsze

wydarzenie, przeżycie rolnika spod Lublina opisane ze szczegółami w kilkudziesięciu gazetach
całego kraju. Bohater tego „spotkania trzeciego stopnia”, sześćdziesięcioparoletni rolnik, który

nigdy   nie   słyszał   o   żadnych   „talerzach”   ani   niezidentyfikowanych   obiektach   latających,   nie
czytujący   gazet   ani   książek,   opisał   spotkanie   z   pojazdem   talerzowym   oraz   podał,   iż

uprowadzony  został na pokład pojazdu i poddany jakimś  badaniom. Prasa zamieściła wiele
wywiadów przeprowadzonych przez dziennikarzy z bohaterem spotkania, również z sąsiadami i

rodziną bohatera; wszyscy określali go jako zrównoważonego, prawdomównego, abstynenta
itp.

Wśród autorów piszących o „talerzach”  wyróżnić  można grupę  wyraźnych sceptyków nie

przyjmujących do wiadomości nawet w teorii istnienia „talerzy” jako obiektów materialnych.

- 26 -

background image

OPINIE SCEPTYCZNE

Komisja Menzela — Tęcza — Zorza polarna — Pioruny kuliste — Pozorne słońce —
Sceptycy polscy — Radar

Rządowe   badania   amerykańskie   prowadzone   przez   specjalną   komisję   w   końcu   lat

czterdziestych nie przyniosły wyników jednoznacznych; w każdym razie nie stwierdzono ani
jednego wypadku, który można by uznać za pojawienie się obiektu materialnego. Oficjalne

badania prowadzone przez lotnictwo, przeznaczone do obserwacji w obszarze powietrznym,
wynikły z obaw, czy aby tajemnicze zjawiska nie są „wynalazkiem obcego mocarstwa”.

Opracowano   kwestionariusze   i   rozesłano   po   całym   kraju   oraz   założono   kartotekę,   gdzie

klasyfikowano nadchodzące odpowiedzi. Kwestionariusze te, bardzo szczegółowe, miały ułatwić

każdemu, kto zaobserwował niezwykłe zjawisko na niebie, szczegółowe przekazanie informacji;
były   też   pytania   przeznaczone   tylko   dla   lotników   i   personelu   lotnisk.   Dodatkową   zaletą

kwestionariuszy   było   to,   że   miały   także   uczyć   umiejętnego   obserwowania   i   sporządzania
sprawozdań. Pytania były w taki sposób sformułowane, że obserwator nie tylko stwierdzał, co

widział, ale były również pewnego rodzaju wywiadem dotyczącym osoby samego obserwatora.

Za bardzo istotne uznano bowiem dyspozycję psychiczną w chwili dokonywania obserwacji

oraz ogólną wrażliwość i stan nerwowy obserwatora. Jest to także ważne przy prowadzeniu
wszelkiego   rodzaju   rozmów   ze   świadkami   wydarzeń   „talerzowych”.   Dla   pełnego   obrazu

zamieszczamy   fragmenty   z   oficjalnej   publikacji   amerykańskiej   „Obserwacje   latających
obiektów niezidentyfikowanych”. Przytaczamy pełny tekst istotnych ustępów, aby sprostować

opinię   rozpowszechnioną   przez   entuzjastów   „talerzy”,   jakoby  sprawozdanie   zawierało   jakieś
niedomówienia lub nawet akceptowało fakt istnienia obiektów pochodzenia pozaziemskiego. (W

tłumaczeniu zachowano styl tej urzędowej publikacji).

„...   W   obecnych   warunkach   nie   można   udowodnić   z   absolutną   pewnością,   że   »latające

talerze«   nie   istnieją.   Byłoby   to   możliwe   jedynie   w   tym   przypadku,   gdyby   nadesłane   dane
zawierały dokładne pomiary naukowe i szczegółowy opis obiektów każdej obserwacji. Jedynie

posiadając   dane   tego   typu   można   by   stwierdzić   definitywnie   istnienie   lub   nieistnienie
»latających talerzy«.

...W   nadesłanych   relacjach   brak   było   dokładnych   danych   naukowych,   pomimo   tego

otrzymano jednak pewne wnioski dzięki zastosowaniu metod statystycznych. Ogólnie biorąc

dane   informacyjne   nie   wykazywały  cech  wspólnych.  Nie   jest  wykluczone,  że  wynikało   to   z
niedokładności   i   niekompetencji   informatorów...   Przeprowadzono   dokładnie   badania

najważniejszych   cech   charakterystycznych   »widywanych«   obiektów,   a   specjalnie   tych
obserwacji, które zaliczone zostały do niewyjaśnionych. Nie przyniosły one jednak wyraźnego

zmniejszenia ilości obserwacji niewyjaśnionych, głównie z powodu braku danych co do poło-
żenia i trasy lotu (w czasie dokonywania obserwacji) samolotów, balonów meteorologicznych i

innych obiektów...

...Mimo   usilnych   badań   nie   udało   się   stwierdzić   sprawdzonego   wypadku   pojawienia   się

»latającego talerza« lub nawet modelu »latającego talerza« ...

Stwierdzono,   że   w   relacjach   o   obiektach   niezidentyfikowanych   brak   jest   jakichkolwiek

danych dowodzących materialności obiektu... Niesłuszny jest wniosek, że obiekty zakwalifiko-
wane   jako   niewyjaśnione   są   »latającymi   talerzami«;   zebrane   dane   nie   pozwalają   na   taki

wniosek,   jak   również   na   opracowanie   prawdopodobnego   modelu   obiektu   i   nie   dają   nawet
przybliżonych wskazówek... ...Opierając się na dostarczonych informacjach można stwierdzić,

że nadesłane relacje o nierozpoznanych obiektach łatających w powietrzu nie zawierają nic, co
byłoby   dowodem   istnienia   możliwości   technicznych   przewyższających   osiągnięcia   współ-

czesne...

...Przeciętny  czytelnik  gazet  przekonany  jest  po   przeczytaniu  sprawozdań  prasowych,  że

»latające talerze« istnieją i są jakąś tajemniczą potęgą. Reakcja ta pojawia się niezależnie od
przygotowania i uprzedniej postawy czytelnika. Dzieje się tak, ponieważ zjawiska »latających

talerzy«   opisane   są   przez   ludzi,   którzy   przeczytali   jedynie   jedno   lub   parę   sprawozdań.   W
publikacjach   tego   typu   podawane   są   jedynie   najbardziej   sensacyjne   sprawozdania.   Po

- 27 -

background image

przeczytaniu   kilku   takich   sprawozdań   czytelnik   przekonany   jest   o   realności   »latających
talerzy«.   W   miarę   zapoznawania   się   z   coraz   większą   ilością   sprawozdań   przekonanie   to

ustępuje   i   pojawia   się   sceptycyzm.   W   pewnym   momencie   czytelnika   ogarnia   zniechęcenie,
gdyż każde następne sprawozdanie w dalszym ciągu nie zawiera nic konkretnego; przestają

być interesujące.

Sceptycyzm taki ogarnął w końcu nieomal wszystkich pracowników komisji zajmującej się

badaniem; aby zachować obiektywność sądu, trzeba było z ich strony dużego wysiłku woli...

...Można   więc   przypuszczać,   że   wszystkie   nierozpoznane   obiekty   latające   zostałyby

wyjaśnione w sposób naturalny, gdyby dostępne były bardziej szczegółowe dane. Wszystkie
bowiem   niewyjaśnione   obserwacje   polegają   przeważnie   na   bardzo   skąpych   informacjach   i

ograniczają   się   jedynie   do   opinii   i   interpretacji   obserwatorów.   Z   chwilą   gdy   zastosowano
naukowe metody badawcze i dokładnie sprawdzono nadsyłane sprawozdania, ilość wypadków

niewyjaśnionych spada nieomal do zera...”

Niewielu uczonych zajęło się sprawą „talerzy latających” — większość uznała zjawisko za

zbyt mało ciekawe, aby poświęcić się badaniom. Jednym z niewielu, który zadał sobie trud
zbadania wartości sprawozdań i opracowania wyjaśnień, D.H. Menzel, profesor na uniwersy-

tecie   w   Harwardzie,   uzyskał   dostęp   do   centralnej   biblioteki   amerykańskiej   Komisji   Badań
Talerzowych. Oto jego wypowiedź na temat „talerzy”: „Jako pracownik naukowy nie martwię

się,   gdy   nie   potrafię   wyjaśnić   jakiegoś   zjawiska.   Poszukiwanie   prawdy   należy   do   mojego
zawodu i jest również moją rozrywką. Świat pełen jest jeszcze zagadek. Szukam wyjaśnień i

nie   chcę   sobie   ułatwiać   zadania   wymyślaniem   rzeczy   nieistniejących”.   I   dalej:   „Astronom
przepowiada zaćmienie słońca z dokładnością do ułamka sekundy, natomiast meteorolog nigdy

nie jest pewien, jaka pogoda będzie w dniu jutrzejszym. Czy należy z tego wyciągnąć wniosek,
że   istnieje   jakaś   siła   nadprzyrodzona,   która   kieruje   pogodą?   Niewiele   jeszcze   wiemy   o

piorunach i błyskawicach. Meteorolog nie wie, kiedy pojawią się błyskawice w czasie jutrzejszej
burzy   i   gdzie   uderzą   pioruny.   Czy   to   znaczy,   że   powinniśmy   powrócić   do   dawnej   wiary   w

pogańskiego boga burz i piorunów? Wystawiamy sobie świadectwo nieuctwa, gdy dla wyjaśnie-
nia nieznanych zjawisk szukamy pomocy u sił diabelskich lub u istot wyższych, nadludzkich.

Jak wytłumaczyć tak prymitywną wiarę w latające talerze? Sądzę, że istnieją trzy przyczyny.

Po pierwsze, latające talerze są zjawiskiem rzadkim i niezwykłym. Jesteśmy przyzwyczajeni do

zjawisk, które się powtarzają. Jeśli zdarzy się coś niezwykłego — widzimy w tym siły tajemni-
cze.

Po   drugie,  czasy   współczesne  są   pełne   niepokoju.   Żyjemy  w  świecie,  który   jest  groźny.

Uruchomiliśmy siły, którymi nie umiemy właściwie pokierować; żyjemy w obawie wojny, która

zniszczy świat.

Po trzecie, ludzie lubią dreszczyk sensacji — przyjemnie jest wyobrazić sobie, że jest się

bohaterem powieści »sensacyjnej«.

Oczywiście tłumaczenie tego rodzaju mówi jedynie o ułomności natury ludzkiej, nie wyjaśnia

jednak,   dlaczego   ludzie   widują   zjawiska   w   kształcie   talerzy.   Pamiętamy,   że   pomimo   wielu
wypadków oczywistych złudzeń wywołanych przez obłoki, balony, latawce, ptaki itp. talerze

latające   w   pewnym   sensie   istnieją;   to,   że   ludzie   rzeczywiście   widzą   w   powietrzu   zjawisko
kształtu talerzy. Talerze nie są również jedynie halucynacją czy płodem wyobraźni patrzącego.

Twierdzenie, że talerze rzeczywiście istnieją, nie oznacza, że są one konkretnymi przedmio-
tami, mogą być np. zjawiskami atmosferycznymi.

Rozpatrzmy na przykład zjawisko tęczy, istnieje w rzeczywistości, mimo że nikt jej nigdy nie

dotknął   ani   nie   wymierzył.   Pamiętajmy   o   tęczy,   kiedy   będziemy   rozważali   argumenty   za   i

przeciw latającym talerzom.

Dziesiątki   ludzi   stwierdzało,   że   talerze   są   tarczami   z   metalu.   Jeśli   rzeczywiście   w   to

uwierzymy, stopniowo dojdziemy do wniosku, że talerze są statkami z innych planet.”

Przytoczmy znowu tekst D.H. Menzela:

„W czasie przesłuchiwań świadków, którzy »przysięgają«, że talerze wykonane są z metalu,

postawiono   następujące   pytanie:   Dlaczego   sądzi   Pan,   że   talerz   był   z   metalu?   Jednym   z

dowodów,   że   przedmiot   wykonany   jest   z   metalu,   jest   jego   zdolność   przewodzenia   prądu
elektrycznego.   Czy   badał   Pan   talerz   na   tyle   dokładnie,   aby   się   móc   o   tym   przekonać?

Oczywiście nie było o tym mowy. Okazuje się, że twierdzenie, iż talerz jest metalowy, opiera
się na wrażeniu obserwatora, że błyszczał jak metal. Znamy przecież plastyki tak podobne do

metalu,   że   nie   można   ich   odróżnić,   tak   samo   w   pewnych   warunkach   szkło   odbija   światło
podobnie  jak powierzchnia metalu. Z rozważań tych widzimy jasno, jak bezpodstawne  jest

twierdzenie, że talerze są »na pewno z metalu«. Prawdopodobnie  są tylko światłem, które
sprawia wrażenie, jak gdyby było odbite od metalu.”

Jednym z argumentów zwolenników aktualnej teorii „talerzy” są sprawozdania, które mówią

- 28 -

background image

o rzekomej inteligencji w poruszaniu się „talerzy”. Zachowują się mianowicie w taki sposób, jak
gdyby   potrafiły   odgadnąć   każdy   ruch   pilota   prowadzącego   samolot;   starają   się   uniknąć

zetknięcia się z samolotem lub też trzymają się wytrwale jego śladu. Wiemy, że w taki właśnie
sposób zachowuje się cień lub odbicie w lustrze. „Talerze” mogą więc być czymś podobnym do

odbicia lub załamania się promieni świetlnych we mgle, kroplach deszczu, kryształkach lodu lub
też załamaniem w na przemian ciepłych i zimnych warstwach powietrza. Najprostszy wniosek:

„talerze” są przeważnie polami światła podobnymi na przykład do plamy świetlnej obserwo-
wanej na podłodze pokoju. Prawdziwe są tak, jak prawdziwy jest cień człowieka poruszającego

się w słońcu; nic dziwnego, że wysiłki dogonienia cienia spełzają na niczym.

Dalej   dowodzi   Menzel:   Zastanówmy   się   nad   zjawiskiem   pozornie   nie   związanym   z

„latającymi talerzami”, mianowicie nad tęczą. Zamierzamy bowiem przeprowadzić dowód, że
„latający talerz” może być zjawiskiem optycznym, a więc zjawiskiem tego samego typu, co

tęcza. Żadne z tych zjawisk nie jest złudzeniem optycznym. Możemy obserwować tęczę, jak
zdarza się nam obserwować „latający talerz”.

Tęcza zachowuje się podobnie jak obraz w lustrze; gdy staramy się zbliżyć, utrzymuje tę

samą odległość — zatrzymuje się, gdy się zatrzymujemy, i posuwa się, gdy ruszamy z miejsca.

Nikomu   jednak   nie   przychodzi   do   głowy   sądzić,   iż   ruchy   tęczy   kierowane   są   przez   istoty
inteligentne, ani podejrzewać działalności sił nadprzyrodzonych. Oczywiste jest podobieństwo

do   zachowania   się   tajemniczych   obiektów.   Przykład   tęczy   pozwala   zrozumieć   olbrzymią
„ruchliwość” „latających talerzy”.

Zakładając, że „talerz” nie jest przedmiotem materialnym, a więc czymś, czego możemy

dotknąć, lecz jedynie zjawiskiem optycznym podobnym do tęczy, nie będziemy się łudzić, że

potrafimy   obliczyć   odległość   do   niego   lub   jego   wielkość.   Zależnie   od   przypadkowej   oceny
odległości na 100 m, jeden kilometr czy też 50 km wypadną nam różne, równie przypadkowe

dane dotyczą wielkości i szybkości „talerza”.

Wyobraźmy   sobie,   że   kilka   osób   ustawionych   w   odległości   kilkunastu   metrów   od   siebie

patrzy na tęczę; każda z nich odnosi wrażenie, że tęcza znajduje się, powiedzmy, w odległości
1000 m. Jeśli teraz porównamy kierunki rąk wszystkich osób wskazujących tęczę, stwierdzimy,

że są one równoległe; wrażenie bliskości jest więc złudzeniem.

Nie możemy określić odległości tęczy, możemy natomiast wyznaczyć kierunek, w jakim się

znajduje.   Zjawisko   tęczy   bliższe   jest   określeniu   jako   „kierunek”   niż   jako   plama   świetlna   o
określonych wymiarach. Najczęściej tęcza widoczna jest właśnie rano lub późno po południu, a

więc wtedy, gdy słońce znajduje się niżej niż 42° nad horyzontem.

Aby   tęcza  powstała,   potrzebne   są  dwa  czynniki:   źródło   światła  i   ośrodek  odbijający   lub

załamujący bieg promieni świetlnych.

Powróćmy teraz do naszych „latających talerzy”. Jednym z powodów występowania tego

zjawiska   jest   niewątpliwie   odbicie   promieni   świetlnych   w   kropelkach   wody   zawieszonych   w
powietrzu. Promienie świetlne wszelkiego rodzaju lamp i reflektorów, światło okien samolotów.

Słońce  i  Księżyc odbijają się  w kropelkach wody; nawet  kropelki rosy na trawie  wspaniale
odbijają światło.

Kolor i wielkość tęczy zależą przede wszystkim od wielkości kropel. Krople średniej wielkości

dają odbicie ostre i tworzą tęczę wielobarwną, natomiast bardzo małe krople podczas mgły

tworzą tęczę prawie białą, bezbarwną. Powstaje jasny półkolisty łuk o pomarańczowym brzegu
i tęcza przypomina niektóre opisy „latających talerzy”.

W   pobliżu   obu   biegunów   Ziemi   występuje   zjawisko   zorzy   polarnej.   Maksymalne   jej

natężenie   obserwować   można   w   niewielkiej   stosunkowo   odległości   od   biegunów.   W   naszej

szerokości zorzy prawie nie spotykamy. Czym jest zorza polarna?

Ziemia, która jest namagnetyzowaną kulą, sprawia, że igła kompasu kieruje się zawsze w

określonym kierunku. Bieguny magnetyczne Ziemi nie leżą w tym samym miejscu, co geogra-
ficzne.   Północny   biegun   magnetyczny,   który   właściwie   powinniśmy   nazywać   południowym,

ponieważ   przyciąga   północny   koniec   igły   kompasu,   leży   na   północ   od   Zatoki   Hudsona,   na
kontynencie Ameryki Północnej. Południowy biegun magnetyczny leży na kontynencie Antark-

tydy.   Bieguny   magnetyczne   zmieniają   stale   swoje   położenie;   przesuwają   się   one   powoli,   z
pewną regularnością, zataczając w przybliżeniu łuk dookoła biegunów geograficznych.

Zorza   polarna   występuje   najczęściej   w   odległości   około   20   szerokości   geograficznej   od

bieguna magnetycznego. Poczynając od tego pasa, w którym zorza jest najintensywniejsza,

widoczność jej zmniejsza się zarówno w kierunku bieguna magnetycznego, jak i w kierunku
równika. Zorze bywają różnego kształtu i barwy. Jedną z najbardziej pospolitych postaci zorzy

jest pas świetlny na północnej lub południowej stronie nieba.

Od niedawna wiemy, że zorza polarna powstaje wskutek uderzania różnych cząstek wiatru

słonecznego   w   warstwę   magnetosfery   Ziemi.   Mamy   dowody,   że   cząstki   te   przybywają   ze

- 29 -

background image

Słońca; przez długi czas jednak nie wiadomo było nic o powiązaniu zorzy ze Słońcem.

Igła kompasu wskazująca północny biegun magnetyczny nigdy nie jest całkowicie nierucho-

ma; dokonuje ona dość regularnych wahań w ciągu doby i w ciągu dłuższych okresów czasu.
Otóż dawno już zauważono, że intensywnemu występowaniu zorzy towarzyszą duże zakłócenia

wskazań igły magnetycznej. W 1882 r. zaobserwowano wzmożone występowanie plam słonecz-
nych, a w jakiś czas potem silne zakłócenia magnetyzmu ziemskiego. Równocześnie pojawiła

się   zorza   polarna   i   posypały   się   meldunki   o   zaobserwowaniu   wielkiego   statku   w   kształcie
cygara, zachowującego się jak latający „talerz”.

Ważnym   odkryciem   było   stwierdzenie   ścisłej   zależności   między   krzywymi   aktywności

magnetycznej a ilością plam słonecznych. Od chwili rozpoczęcia zapisów magnetyzmu ziem-

skiego utrzymuje się stale równoczesność wahań.

Badania   Słońca   stają   się   bardzo   istotne   zarówno   ze   względów   gospodarczych,   jak   i

naukowych.   Gdybyśmy   mogli   przewidzieć,   kiedy   dojdzie   do   wybuchów   na   Słońcu   i   kiedy
wzrośnie   ilość   plam,   wiedzielibyśmy,   kiedy   pojawią   się   burze   magnetyczne   w   atmosferze

ziemskiej.   Takie   prognozy   byłyby   pożyteczne,   gdyż   burze   magnetyczne   wywołują   wiele
niekorzystnych   zjawisk   na   powierzchni   Ziemi.   Najważniejsze   są   zakłócenia   komunikacji

radiowej, można by sądzić, że zorza polarna „wybija”' dziurę w jonosferze, która normalnie
odbija fale radiowe i pozwala im dotrzeć do odległych punktów.

Szybkie zmiany pola magnetycznego powodują również uszkodzenia linii energetycznych.

Bywały wypadki, że na skutek zakłóceń magnetyzmu ziemskiego wielkie obszary pozbawione

były energii elektrycznej.

Wielki „talerz”, który ukazał się w 1882 r., był prawdopodobnie jakąś rzadką odmianą zorzy

względnie   czymś   pośrednim   między   zorzą   a   zjawiskiem   mieniących   się   obłoków,   które
podobnie jak zorza pojawiają się na dużych szerokościach geograficznych. Niektórzy uczeni

twierdzą, że zjawiska niewyjaśnione, a więc tak zwane prawdziwe „talerze latające”, są przede
wszystkim   piorunami   kulistymi.   Twórcy   tej   teorii   opisują   powstawanie   piorunu   w   sposób

następujący:   „Piorun   kulisty   powstaje,   gdy   wyładowanie   elektryczne   natrafia   na   atmosferę
nasyconą parą wodną. Wyładowanie oddziałuje na otaczające powietrze z taką siłą, że para

wodna rozpada się na atomy wodoru i tlenu. Powstaje wydłużony cylinder rozżarzonej miesza-
niny to jest gazu piorunującego. Cylinder rozpada się  na lśniące  kule. Jeżeli w atmosferze

istnieją   wiry,   wtedy   piorun   kulisty   wskutek   nierównomiernego   ochładzania   się   —   może
poruszać się w różnych kierunkach. Przy napotkaniu przeszkody — wybucha.”

Podobną opinię wypowiadają radzieccy uczeni I.S. Stiekolnikow i A.A. Worobjew: „Piorun

kulisty ma kształt kuli lub gruszki. Rozróżniamy pioruny kuliste swobodnie się poruszające w

powietrzu i osiadłe, tkwiące nieruchomo na jakimś przedmiocie. Barwa piorunu kulistego jest
zwykle   czerwona   z   niebieską   aureolą.   Piorun   „siedzący”   ma   postać   oślepiająco   białych   lub

niebieskich kul o średnicy około 10-12 cm. Zjawisko trwa od części sekundy do kilku minut.
Piorun  swobodny  jest  skupieniem  ładunku  elektrycznego   o  małej  gęstości,  dlatego   nie   jest

niebezpieczny.   Piorun   „osiadły”   natomiast   ma   większą   gęstość   prądu   i   może   spowodować
rozgrzanie albo spalenie powierzchni przedmiotów, na których „osiadł”. W lutym 1983 r. prasa

radziecka podała, iż piorun kulisty wpadł przez okno samolotu w locie, rozdwoił się i wyleciał z
drugiej strony nie powodując katastrofy samolotu.

Podajemy wypowiedź polskiego uczonego — prof. J.L. Jakubowskiego: „Opisów piorunów

kulistych z dawnych i nowych czasów zebrano już setki, ale oczywiście  nie  wyjaśniały one

istoty   zjawiska.   Oprócz   opisów   dysponujemy   obecnie   fotografią   wykonaną   przez   znanego
uczonego. Zdjęcia dokonano jednocześnie kilkoma aparatami fotograficznymi w czasie burzy.

Piorun   kulisty   —   pod   postacią   kilku   kul   —   trafił   w   linię   elektryczną   tak,   że   można   było   z
wielkości fotografii i odległości określić średnicę piorunu. Okazało się niespodzianie, że piorun

miał 13 metrów, a nie 10 cm średnicy.” Tak więc wymiary piorunów kulistych i ich zachowanie
mogą być wykorzystane do opisów „talerzy latających”.

Wśród   wielu   różnych   zjawisk   objętych   mianem   „latających   talerzy”   na   uwagę   zasługuje

grupa zjawisk optycznych dających rzeczywiście złudzenie unoszenia się realnego przedmiotu

w powietrzu. Efekty tego rodzaju powstają na skutek załamywania się światła w kryształkach
lodu. Przy sprzyjających warunkach powstaje słońce odbite, czyli pozorne (może być niewiele

mniej jasne od prawdziwego).

W nocy kryształki wywołują analogiczne zjawisko — pozornych księżyców. Należy przypusz-

czać, że większość relacji o „talerzach” była pozornymi słońcami lub księżycami i że przyczyną
tragicznej śmierci Mantella (opisanej w rozdz. II) była pogoń za pozornym słońcem, na co

wskazywałby podany przez niego opis obiektu.

Słońca pozorne zachowują się podobnie jak tęcza, to znaczy, podążają wraz z obserwa-

torem. Świecące odbicie promieni świetlnych na bliskim obłoku kryształków lodu goni samolot,

- 30 -

background image

tak jakby było   kulistym statkiem. Tak długo, jak długo  samolot utrzymuje  jeden kierunek,
świecącą kulę widać stale w tym samym położeniu w stosunku do samolotu. Lecąc w kierunku

słońca   zobaczymy   ją   przed   samolotem,   a   ponieważ   będziemy   się   zbliżać   do   warstwy
kryształków lodu, światło jej będzie coraz silniejsze i może utworzyć słup ognisty. Początkowo

odniesiemy wrażenie, że słup ten przed nami ucieka, chwilami trochę zwalnia, zbliżając się do
samolotu (następuje to wtedy, kiedy warstwa kryształków lodu jest gęstsza), po czym oddala

się z podwójną szybkością lub w ogóle znika (gdy warstwa kryształków jest rzadsza).

W jasny dzień łatwo można zauważyć, że jest to refleks słońca, natomiast w półmroku lub

przy ciemnym niebie ulegamy złudzeniu, że lecimy za jasno oświetlonym przedmiotem metalo-
wym,   którego   blask   staje   się   silniejszy,   gdy   zwiększa   szybkość.   Dlatego   można   tłumaczyć

zniknięcie kuli jako ucieczkę statku powietrznego.

W wielu wypadkach opisanych przez amerykańską komisję do badania latających obiektów

okazało się, że obserwacje dotyczyły dużych meteorytów.

Współcześni   entuzjaści   latających   „talerzy”   byliby   z   pewnością   uradowani,   gdyby   mogli

obserwować spadek meteorytów podobny do tego, jaki pojawił się 9 lutego 1913 r. w Ameryce
Północnej.   Wielki   rój   stosunkowo   wolno   poruszający   się   przepłynął   ukośnie   ponad   Stanami

Zjednoczonymi i Kanadą, w wielu miejscowościach wywołując panikę ludności. Obok przytoczy-
my wypowiedzi uczonych polskich wyjaśniające relacje, o których pisaliśmy. Astronom prof.

Włodzimierz   Zonn   pisał   o   słynnym   „talerzu”   nad   Muszyną:   „Ponieważ   świadek   zjawiska
twierdzi,   że   obiekt   widział   jako   bardzo   jasny   (i   dlatego   zwrócił   na   niego   uwagę),   należy

przypuszczać,   że   na   kliszy   nastąpiło   zjawisko   tzw.   solaryzacji.   Dlatego   na   odbitce   mamy
wyraźną   ciemną   plamę.   Przypuszczam   więc,   że   to,   co   zostało   sfotografowane,   było   jakimś

jasnym meteorem poruszającym się w przybliżeniu wzdłuż linii obserwacji. Ponieważ niebo było
dość   zachmurzone,   to   co   utrwaliła   klisza,   było   nie   tylko   śladem   meteoru,   lecz   również

częściami   chmur   silnie   oświetlonych   przez   ów   meteor...   Mniej   prawdopodobne   wydaje   się
przypuszczenie   o   wyładowaniu   atmosferycznym   jako   przyczynie   zjawiska.   Według   relacji

świadka szybkość przesuwania się plamy na niebie była dość nieduża; znacznie mniejsza niż w
przypadku wyładowań atmosferycznych, odbywających się na ogół w niskich warstwach atmos-

fery i dlatego poruszających się z dużymi prędkościami kątowymi...

Gdyby   ów   przedmiot   był   ciemny   (co   przeczyłoby   relacjom   świadka),   powinny   na   nim

wystąpić   jakieś   efekty   wywołane   przez   światło   słoneczne,   jak   cienie   czy   reflektory,   czego
jednak   nie   widzimy.   Ponadto   przedmiot   ów   powinien   być   silnie   oświetlony   przez   światło

rozproszone w atmosferze i na chmurach, nie mógłby zatem tak silnie kontrastować z tłem
nieba, jak to widzimy na zdjęciu.”

Znany polski badacz meteorytów dr Jerzy Pokrzywnicki zabierał również głos w tej sprawie:

„Ograniczam się do kilku uwag, ponieważ hipoteza jakiegoś »latającego talerza« nie wydaje mi

się godna bliższego rozważania. Poza tym uważam, że większe średnice owalu plamy na kliszy
przekraczają znacznie rozmiary obiektów, które zwykle się przyjmowało jako tzw. »latające

talerze«.

Spróbujmy więc wytłumaczyć zjawisko i jego genezę w sposób bardziej naturalny. Mógł to

być np. bolid, to jest bardzo jasny meteor. Wiemy, że ciała meteorytyczne przenikające do
niższych warstw atmosfery rozżarzają się na powierzchni i świecą. W miarę lotu rozżarzona

powierzchnia jest zdmuchiwana i rozprasza się w atmosferze. Jeśli takie ciało ma stosunkowo
niewielką   masę   —   spala   się   w   atmosferze   całkowicie,   natomiast   większe   masy   mogą   przy

odpowiednich   warunkach   nie   spalać   się   całkowicie   i   spadać   w   postaci   brył   i   bryłek,   które
nazywamy meteorytami. W końcowym stadium swego lotu. w tzw. strefie zahamowania, ciała

meteorytyczne   dają   zwykle   bardzo   jasne   efekty   świetlne,   pozostawiając   po   sobie   chmury
pyłowe (bardzo podobne kształtem do plamy na omawianym zdjęciu), które w zależności od

masy   meteoru   pozostają   dłużej   lub   krócej   widoczne   na   jasnym   tle   nieba.   Na   przykład   w
miejscu zniknięcia meteorytu Staroje Boryskino, który spadł 20 lutego 1930 r. około godz. 13

powstał obłok dymu. Podobny obłok powstał w strefie zahamowania meteorytu Kuźniecowa
(spadł 26 maja 1932 r. między godz. 17-18). Takich przykładów można znaleźć więcej. Zresztą

obserwacje bolidów dziennych są z istoty rzeczy znacznie rzadsze niż bolidów nocnych. Można
jeszcze zauważyć, że na dzień 22 grudnia przypada maksimum roju meteorów, tzw. Ursyd,

których radiant, a więc punkt nieba, skąd meteory zdają się nadlatywać, leży w gwiazdozbiorze
Małej   Niedźwiedzicy.   Gwiazdozbiór   ten   w   naszych   szerokościach   nigdy   nie   zachodzi   na

horyzont. (…)

Gdybyśmy   przypuścili,   że   nasz   bolid   mógł   pochodzić   właśnie   z   tego   roju,   musielibyśmy

przyjąć, że jego lot biegł z północy na południe. Hipoteza nie przeczy blaskowi na chmurach
obserwowanemu nad górami przez świadka, albowiem to oświetlenie przesuwające się od dołu

ku górze mogło być odbiciem w chmurach bolidu lecącego z północy na południe. Podobnemu

- 31 -

background image

złudzeniu   uległa   większość   obserwatorów   spadku   słynnego   meteoru   łowickiego   (spadł   12
marca 1935 r. pod Łowiczem), którzy kierunek jego lotu przy zachmurzonym niebie podawali z

zachodu na wschód. Stwierdzono niewątpliwie, że lot jego odbywał się ze wschodu na zachód.
Nie  odrzucam całkowicie możliwości lotu z południa na północ, wówczas oświetlenie chmur

można by przypisać światłu bolidu przenikającemu przez chmury w końcowej fazie lotu. (...)

Czy nasz bolid był zwykłym bolidem, czy też bolidem, z którego spadły lub mogły spaść

meteoryty? Rozważając to zagadnienie zauważamy, że meteory i bolidy gasną dość wysoko, w
każdym razie powyżej 30 km nad powierzchnią Ziemi. Olbrzymia ich większość gaśnie jednak

jeszcze wyżej. Jeżeli chodzi o bolidy roniące meteory, to strefa ich zahamowania leży nieraz
znacznie niżej. Na przykład meteorytu Homestead, spadłego 12 lutego 1875 r. w USA, wynosiła

3,7 km nad powierzchnią Ziemi. (...)

Jeśli chodzi o brak dźwięków, np. huku, który słychać przy spadku meteorytów, to nasuwają

się następujące uwagi:

1) Znamy wiele spadków, którym nie towarzyszyły żadne dźwięki.

2) Zjawiska dźwiękowe w przypadku Muszyny mogły mieć miejsce w rzeczywistości, ale

mogły być przez obserwatora nie zauważone.

3) Znamy zjawisko tzw. sfery ciszy, w której gdzie indziej słyszane zjawiska nie bywają w

ogóle słyszalne.

W konkluzji wypowiadam się za hipotezą bolidowego pochodzenia zjawisk nad Muszyną. (...)
W ten sposób  upada  legenda,  tak  chętnie  cytowana  przez  naszych  speców w dziedzinie

»ufologii«   o   licznych   materialnych   dowodach   na   istnienie   latających   spodków,   w   których
posiadaniu są amerykańskie siły zbrojne, w szczególności lotnictwo. Niewątpliwie różne obiekty

pojawiają   się   na   niebie   pod   różnymi   szerokościami   geograficznymi.   Są   to   jednak   zjawiska
naturalne bądź przedmioty wykonane ręką ludzką. Marsjanie i istoty z gwiazd nas nie nawie-

dzają...”

Jak pisaliśmy, w Ameryce histeria „talerzowa” osiągnęła szczytowe nasilenie w 1950 r. Tłuste

nagłówki w gazetach oznajmiały o ukazaniu się armady latających „talerzy” nad stolicą Stanów
Zjednoczonych; opisywano „talerze”, które widoczne były gołym okiem, a jednocześnie śledzo-

ne przez urządzenia radarowe.

Fakt ukazania się „talerzy” na ekranach radarowych przekreślił w opinii wielu ludzi teorię o

atmosferycznym   pochodzeniu   zjawiska.   Rozumowano:   „Radar   jako   urządzenie   elektroniczne
nie może imaginować sobie czegoś nie istniejącego: radar wykrywa obiekty materialne, a nie

odbicie   światła   czy   miraże.   Prosty   wniosek,   że   »talerze«   są   obiektami   materialnymi”.
Udowodnimy,   że   rozumowanie   to   nie   było   słuszne.   Najgłośniejsze   odkrycie   „talerzy”   przez

radar wydarzyło się na lotnisku w Waszyngtonie. Obraz „talerzy” widoczny był jednocześnie na
dwóch   niezależnych   od   siebie   radarach.   W   samolotach   prowadzonych   za   pomocą   radaru

widziano na ekranach tajemnicze „punkty świetlne”, które oddalały się w miarę zbliżania się do
nich samolotu. Zwolennicy istnienia „talerzy” uznali fakt za znaną od dawna tendencję „talerzy”

do   zabawy   w   „kotka   i   myszkę”,   a   więc   za   dowód   niechęci   „podróżników”   z   przestrzeni
kosmicznej do zetknięcia się z ludźmi. Natomiast dla specjalistów radarowych zjawisko było

właśnie dowodem, że obserwacje nie dotyczyły obiektów materialnych.

Zastanówmy się, na czym polega działanie radaru. Urządzenia radarowe weszły w użycie w

czasie   ostatniej   wojny,   chociaż   zasada   działania   znana   już   była   dawniej.   Skrótowi   słów
angielskich: Radio Directing and Ranging odpowiada termin polski „radiolokacja”. Urządzenie

radiolokacyjne   służy   do   wyznaczania   odległości   obiektów   za   pomocą   fal   radiowych.   Fale
radiowe   odbijają się  od różnych przeszkód  i powracają  w  postaci  echa  do  punktu  wyjścia;

pomiar czasu powrotu echa pozwala na obliczenie odległości. Sygnał powracający po upływie
1/1000 sekundy przebył drogę 300 km, to znaczy 150 km w kierunku obiektu i 150 km drogi

powrotnej.   Urządzenie   radarowe   mierzy   automatycznie   czas   powrotu   echa   na   ekranie
podobnym do ekranu aparatu telewizyjnego.

Wiązka fal radiowych obraca się na lotnisku podobnie jak reflektor i przesuwa po całym

obszarze   nieba   w   czasie   kilku   sekund.   Każdy   sygnał   powrotny,   czyli   echo,   ukazuje   się   na

ekranie  radarowym w postaci jasnej plamy lub punktu. Możemy więc obserwować wszelkie
obiekty odbijające fale w granicach czułości aparatury odbiorczej. Urządzenia radarowe mają

zasięg w granicach od kilkudziesięciu do stukilkudziesięciu kilometrów. Fale radiowe przebie-
gając   przez   atmosferę   ulegają   podobnie   jak   fale   świetlne   załamaniom   na   skutek   różnych

właściwości warstw powietrza, zależnych od temperatury, wilgotności itp. Układ atmosferyczny,
w   którym   powstać   mogą   złudzenia   optyczne,   sprzyja   również   tworzeniu   się   złudzeń

radarowych. Innymi słowy, jasny punkcik na ekranie, który normalnie oznacza daleki, wysoko
szybujący samolot, mógł być spowodowany przez budynek czy inny obiekt na Ziemi na skutek

odbicia   lub   załamania   się   wiązki   fal   radiowych   w   atmosferze.   Załamania   fal   radiowych

- 32 -

background image

powodować mogą nieprzewidziane komplikacje w pracy urządzeń radarowych. Aparat nadaw-
czy  wysyła   przeważnie   od  500  do   1000   sygnałów  na  sekundę.  Aparatura  odbiorcza notuje

każdą powrotną falę, jak gdyby to było echo ostatniego wysłanego sygnału. Zdarza się jednak,
że fala jest echem poprzedniego sygnału, który powrócił po odbiciu się od jakiegoś dużo dalej

położonego obiektu. Niektóre z najnowszych urządzeń radarowych notują tylko obiekty będące
w ruchu. Taką właśnie  aparaturę  zastosowano na lotnisku w Waszyngtonie  w lipcu 1950 r.

Punkty, które wzięto za armadę „talerzy”, oznaczały po prostu jakiś objaw ruchu w atmosferze.
Mogły to być ruchome warstwy powietrza, a w takim wypadku echo dalej położonego domu czy

obiektu mogło stworzyć złudzenie obiektu w ruchu.

Pożyteczne   byłyby   dane   o   temperaturze   i   wilgotności   warstw   atmosfery   z   lipca   1950   r.

Istniejące dane wskazują na odwrotny układ temperatury w atmosferze, czyli na tak zwaną
inwersję.   Niekiedy   warunki   stwarzały   takie   układy   ciepłych   i   zimnych   warstw   powietrza,   w

których mogły powstawać zjawiska „talerzowe”, rejestrowane zarówno za pomocą radaru, jak i
widziane optycznie.

Każdy specjalista radarowy zdaje sobie sprawę z różnych złudzeń i nie dziwi się tajemniczym

obrazom,   dla   których   trudno   znaleźć   wyjaśnienie.   Fakt   istnienia   złudzeń   bynajmniej   nie

dyskwalifikuje   radaru,   podobnie   jak   nie   dyskwalifikują   teleskopu   obserwującego   miraże
optyczne i latające „talerze”.

W   przeciwieństwie   do   sceptyków,   autorzy   uznający   możliwość   istnienia   „talerzy”   jako

obiektów materialnych stworzyli wiele hipotez, które tłumaczą ich zachowanie.

- 33 -

background image

OPINIE OPTYMISTYCZNE

Statki pozaziemskie — Napęd grawitacyjny — Promienie ultrakrótkie — Konkluzje

Większość naocznych świadków twierdzi, że „talerze” poruszają się z olbrzymią prędkością i

zdolne   są   do   wielkich   przyspieszeń.   Nie   ulega   wątpliwości,   że   żaden   pojazd   ziemski   takiej

prędkości w atmosferze nigdy nie osiągnął i nie wytrzymałby takiego przyspieszenia. Należy
dodać,   że   żaden   żywy   organizm   nie   przeżyłby   również   takich   zmian   prędkości.   Entuzjaści

planetarnego pochodzenia „talerzy” dowodzą następująco: „Żaden pojazd ziemski nie może
osiągnąć   tak   wielkich   prędkości  i   przyspieszeń,   stąd   wniosek,  że   »talerze«   są  pochodzenia

pozaziemskiego”. „Żaden człowiek nie wytrzyma tak wielkich przyspieszeń, stąd wniosek, że
»talerze«   są   pilotowane   przez   istoty   doskonalsze   od   człowieka,   przybyłe   z   przestrzeni

międzyplanetarnej”.

Nie   możemy   uznać   tej   teorii   za   prawdopodobną:   „Do   każdego   faktu   dopasować   można

bardziej lub mniej skomplikowane hipotezy, trudno jednak o bardziej karkołomną od teorii o
planetarnym   pochodzeniu   »talerzy«.   Czy  przede   wszystkim   nie   należałoby   rozpatrzyć   teorii

mniej skomplikowanych? Wydaje się poza tym, że hipoteza właściwie niczego nie wyjaśnia:
»równie dobrze można by mówić o działalności czarownic, duchów czy bogów z Olimpu«. Nie

byłoby to jednak dostatecznie romantyczne, a zarazem tak nowoczesne, jak odwiedziny istot
rozumnych z innych planet”.

Ostatecznie wysunąć można następujący wniosek: po stwierdzeniu, iż żaden ze znanych

nam pojazdów nie potrafi poruszać się jak „talerze”, najlogiczniej byłoby wykluczyć supozycję,

że   są   statkami   lub   pojazdami.   Wiadomo   również,   że   żadna   żywa   istota   nie   wytrzyma   tak
wielkich   zmian   prędkości,   jakie   obserwowano   w   locie   „talerzy”.   Wszystko   zdaje   się   więc

prowadzić do wniosku, że „talerze” są zjawiskiem innej natury niż pojazdy budowane w celu
odbywania podróży międzyplanetarnych.

Zwolennicy   teorii   pojazdów   pozaziemskich   powołują   się   na   sprawozdania   mówiące   o

rzekomej   inteligencji   przejawianej   przez   poruszające   się   „talerze”.   Wydaje   się,   że   potrafią

odgadnąć każdy ruch pilota prowadzącego samolot i starają się uniknąć zderzenia z samolotem
lub   trzymają   się   wytrwale   jego   śladu.   W   taki   właśnie   sposób   zachowuje   się,   szukając

porównania ze znanymi zjawiskami naturalnymi, cień lub odbicie w lustrze. Są prawdziwe tak
samo, jak prawdziwy jest cień człowieka poruszającego się w słońcu: nic więc dziwnego, że

wysiłki dogonienia spełzały na niczym.

Tak więc nie znajdujemy odpowiedzi w argumentacji komentatorów i badaczy lat pięćdzie-

siątych.   Porównajmy   teraz,   jakie   zaszły   zmiany   w   ocenie   zjawisk   „talerzowych”   w   czasie
minionych   lat   dwudziestu   kilku.   Przede   wszystkim   zakończono   badania   prowadzone   przez

amerykańskie lotnictwo wojskowe, które objęły raporty z okresu od 1947 do 1968 r. Wyniki i
konkluzje   badań   dyskutowano   na   sympozjum,   które   odbyło   się   w   Bostonie   w   Stanach

Zjednoczonych w grudniu 1969 r. Zorganizowane przez Amerykańskie Towarzystwo Rozwoju
Nauki (American Association for the Advancement of Science) sympozjum objęło 15 referatów

wygłoszonych przez wybitnych, a oficjalnie uznanych ludzi nauki, specjalistów wielu dyscyplin;
każdy z referentów precyzował swoje  opinie i poglądy na temat UFO. Najbardziej oficjalne

naukowe   sympozjum   w   całej   historii   badań   „talerzowych”   doszło   do   skutku   po   długich
debatach,   po   pokonaniu   znacznych   trudności   i   wbrew   opinii   wielu   środowisk   naukowych;

pomiędzy uczestnikami wynikło wiele niesnasek i nieporozumień. Ostatecznie udział w sympoz-
jum wzięło kilkunastu wybitnych, znanych profesorów, przede wszystkim astronomów, fizyków,

astrofizyków i meteorologów, jednak również wielu socjologów, psychologów i psychiatrów.

Niestety sympozjum nie przyniosło jednoznacznej odpowiedzi na najbardziej istotne pyta-

nie: „talerze” to  złudzenie  czy  rzeczywistość. Referaty zawierały bardzo  różnorodne, często
sprzeczne opinie i poglądy. Wydaje się, że najpełniejszą ocenę całości problemu podał profesor

uniwersytetu w Chicago K.L. Hali, który w wypowiedzi swojej rozważył sprawę psychologicz-
nego   i   socjologicznego   podejścia   do   obserwacji   „talerzowych”.   Zastanawiając   się   dlaczego

tysiące ludzi od dziesiątków lat przesyła sprawozdania o „widzeniach” jednego i tego samego
kształtu i rodzaju, przyjmuje możliwość masowej histerii, halucynacji, sugestii i innych przy-

- 34 -

background image

czyn, czyli poszukuje źródeł powstawania obserwacji i sprawozdań wewnątrz, w samej psychice
człowieka.

Równocześnie   Hali   nie   wyklucza,   że   „talerze”   są   objawem   istnienia   nieznanych   zjawisk

czysto   fizycznych   czy   nawet   naturalnych,   których   nie   umiemy   dotychczas   ani   zbadać,   ani

nawet opisać. Twierdzi, że powstała sytuacja wzajemnego „przerzucania pałeczki”. Specjaliści
nauk przyrodniczych, fizycy, meteorologowie, astronomowie itp., wychodzą z założenia, że jeśli

rzeczywiście istnieją nie znane nauce nowe zjawiska, to oznaczałoby, że należy zmienić obecne
poglądy i prawa tak, aby zgodziły się z obserwacjami. Wobec czego sądzą, że nie zachodzą

tutaj nieznane zjawiska fizyczne, natomiast prawdopodobnie powstają nie zbadane reakcje w
zachowaniu się człowieka. Wyjaśnienie może przyjść z postępem nauki o człowieku i badań w

dziedzinie   psychologii   oraz   parapsychologii.   Poza   tym   rozważyć   należy   ludzką   omylność   w
obserwacjach i interpretacji, złudzenia wzrokowe i aberracje mózgowo-myślowe, histeryczne

psychozy,   jak   również   objawy   nowe,   dotąd   nieznane.   Z   drugiej   strony   specjaliści   nauki   o
człowieku, psycholodzy, psychiatrzy, socjologowie, są odmiennego zdania. Sądzą, że jeśli nie

patrzeć na „talerze” jako na zjawisko fizyczne, to w ocenie sprawozdań masowych napotykają
anomalie, których nie można wytłumaczyć i które nie zgadzają się z ich dotychczasową wiedzą

i doświadczeniem. W rezultacie oni z kolei skłonni są twierdzić, że „talerze” muszą być raczej
zjawiskami   fizycznymi.   W   ten   sposób   po   przerzuceniu   „pałeczki”   nie   udało   się   osiągnąć

jednomyślnej definicji zjawiska UFO. W rezultacie wydane teksty referatów wygłoszonych na
sympozjum „talerzowym” w Bostonie niewiele posunęły sprawę naprzód. Czy jednak mogła

istnieć   w   tym   okresie   wyraźna   jednoznaczna   odpowiedź?   Czy   w   ogóle   można   było   ją
sformułować? W każdym razie w latach siedemdziesiątych zmienił się poziom badań i zasięg

zainteresowań problemem „talerzowym”. Obecnie prowadzone są już w wielu krajach stałe,
regularne badania tych zjawisk. Najintensywniej zajmuje się badaniami Ośrodek Badań UFO

założony i kierowany przez J.A. Hynka, w pewnym stopniu również największe amerykańskie
stowarzyszenie  naukowców i specjalistów technicznych  z dziedziny  lotnictwa  i astronautyki,

które   publikuje   sprawozdania   z   obserwacji   „talerzy”   w   miesięczniku  Astronautics   and
Aeronautics
.   Czasopismo   prezentuje   wysoki   poziom   naukowy   i   fachowy   i   w   nim   ogłaszają

swoje prace czołowi specjaliści amerykańskiego programu badań kosmicznych.

Dowodem zachodzących zmian jest przede wszystkim fakt, że zaczyna ukazywać się coraz

więcej publikacji książkowych omawiających problem „talerzy” w sposób poważny, a nawet do
pewnego   stopnia   naukowy.   Na   podstawie   tych   publikacji   stworzyć   można   by   dwie   wersje

poglądu: pierwszą bardziej fantastyczną, i drugą opartą na drobiazgowej analizie wielu tysięcy
dotychczasowych obserwacji.

Poglądy określane jako fantastyczne oparte są na rozumowaniu naukowym, ale na rozumo-

waniu czysto teoretycznym. Zresztą zdarzało się nieraz w przeszłości, że koncepcje z „krainy

fantazji” przechodziły z czasem do rzeczywistości.

Poczynając   od   rozważań   na   temat   metod   napędu   statków   planetarnych   twierdzi   się,   że

należy wyjaśnić i wykazać możliwość istnienia siły, która tłumaczyłaby niezwykłą ruchliwość
„statków”, a więc zdolność nagłego startu z wielkim przyspieszeniem, nagłego zatrzymywania

się i nagłej zmiany kierunku. Zjawiska określane jako „statki” zachowują się tak, jakby nie
podlegały sile bezwładności i nie miały masy. Należałoby więc udowodnić, że istnieje napęd,

który pozwalałby na opisane zachowanie się pojazdu w powietrzu. Argumentacja sprowadza się
do hipotezy, że istnieć mogą prawa natury, które pozwalają na taką ruchliwość.

Dokładne obserwacje i precyzyjne pomiary wykazały, że pojazdy te potrafią „startować” z

przyspieszeniem 60 razy większym od przyspieszenia ziemskiego. Wielokrotnie obserwowano

„talerze”,   jak   nabierały   szybkości   przekraczającej   barierę   dźwięku;   dochodził   wtedy   odgłos
detonacji   oraz   widoczna   była   ognista   aureola.   Wiemy,   że   każdy   obiekt   poruszający   się   w

atmosferze z wielką prędkością rozgrzewa się do wysokiej temperatury. Wydawałoby się, że
najważniejszym   problemem   jest   chłodzenie,   szczególnie   przy   pojazdach   z   załogą.   Należy

przypuszczać,   że   problem   ten   został   w   jakiś   sposób   rozwiązany   i   nie   jest   wykluczone,   że
system chłodzenia powoduje właśnie tworzenie się ognistej aureoli, często widzianej dookoła

„talerzy”.   Powstaje   pytanie,   czy   statki   tego   typu   poruszają   się   zgodnie   z   prawami
aerodynamiki.   Analiza   sprawozdań   doprowadza   do   wniosku,   że   jako   pojazdy   różnią   się

zasadniczo od współczesnych samolotów i statków rakietowych. W jaki sposób przedostają się
przez naszą atmosferę z tak wielką prędkością, nie ulegając spaleniu i zniszczeniu? Odpowiedzi

możemy się tylko domyślać, jednak domysły mogą naprowadzić na właściwą drogę. Dlaczego
zwolennicy   teorii   statków   „talerzowych”   przywiązują   tak   wielką   wagę   do   udowodnienia

możliwości istnienia nieznanych praw przyrody i nieznanych sposobów napędu? Otóż niezwykła
ruchliwość, czyli brak jakiejkolwiek bezwładności, cechuje wszelkie zjawiska optyczne. Wspa-

niałe   cechy   „statków   międzyplanetarnych”,   zwrotność,   ruchliwość,   szybki,   natychmiastowy

- 35 -

background image

start, są oczywistą cechą wszystkich zjawisk wywołanych przez promienie świetlne. Tak więc
pierwszym celem stało się udowodnienie, iż możliwe jest również istnienie napędu o powyż-

szych właściwościach. Oto rozumowanie prowadzące do koncepcji napędu grawitacyjnego:

„Powszechnie wiadomo, że przyroda wskazała drogę wielu ludzkim wynalazkom. Możliwe, że

wszelkie odkrycia człowieka wynikły jedynie z naśladowania zjawisk występujących w przyro-
dzie. Można oczekiwać, że przyroda dostarczy odpowiedzi również na obecne pytania i tylko od

naszej zdolności obserwacji zależy, kiedy je odgadniemy. Większość wynalazków powstała w
wyniku trafnego obserwowania przyrody; przyroda demonstruje ukryte możliwości od milionów

lat, a jednak ludzie dawnych czasów nie umieli ich odczytać. Czy człowiek współczesny odgadł i
podpatrzył wszystkie  tajemnice?   Sądzimy,  że  wprost  przeciwnie; im  dalej  posuwamy się  w

naszych odkryciach, tym bardziej zdajemy sobie sprawę, jak mało zbadaliśmy dotychczas.”

Wszystkie nasze wynalazki komunikacyjne, a więc samolot, statek, a nawet zwykły wóz na

kołach,   powstały   w   wyniku   bacznej   obserwacji   przyrody.   Również   w   przyrodzie   należałoby
szukać odpowiedzi na pytanie, na jakiej zasadzie działają „talerze”. Nie wiadomo jednak, gdzie

szukać pierwowzoru.

„Talerze” potrafią rozwijać prędkość około 3000 kilometrów na godzinę oraz zatrzymywać się

w miejscu natychmiast. Cóż to oznacza? Albo nie podlegają prawu bezwładności, albo też nie
są wrażliwe na skutki zmniejszenia szybkości. Czy istnieją takie objawy w przyrodzie i czy

istnieje siła, która byłaby zdolna do poruszania obiektów w przestrzeni bez wykorzystania siły
odrzutu materii, jak w przypadku rakiety, siła, która pozwoliłaby na unoszenie się w powietrzu

nieomal w bezruchu oraz na nagły start w górę z niezwykłą prędkością? Wydaje się oczywiste,
że   byłaby   to   siła   istniejąca   wszędzie.   Otóż   siła   taka   istnieje   w   przyrodzie,   odpowiedź   jest

zadziwiająco prosta: siła ciążenia.

Wszelkie ciała poruszają się w polu siły ciążenia z jednakowym, jednostajnym przyspiesze-

niem, niezależnie od ich wielkości, masy czy składu chemicznego. Cóż może być prostszego niż
balon, który będąc lżejszy od powietrza pokonuje siłę ciążenia? Wyobraźmy sobie, że „talerze”

byłyby czymś w rodzaju balonów, w tym wypadku balonów specjalnego rodzaju, które unoszą
się w czymś zupełnie innym niż powietrze — mianowicie w „eterze”.

Jak wiemy, „eterem” nazywano hipotetyczną substancję wypełniającą przestrzeń kosmiczną,

w   której   rozprzestrzeniać   się   miały   fale   elektromagnetyczne.   Hipotezę   „eteru”,   dawno   i

definitywnie odrzuconą przez naukę, tutaj przyjmujemy jedynie dla łatwiejszego zrozumienia
pokonywania siły ciążenia.

Dowolność regulacji siły ciążenia dostarczyłaby właśnie takiej niezwykle dogodnej metody

napędu, jaką zdają się posługiwać załogi „talerzy”. Zrozumiałe byłyby wszelkie objawy pozor-

nego   braku   bezwładności,   niezwykle   wielkich   przyspieszeń   itp.   Największe   nawet   przyspie-
szenie nie byłoby wewnątrz w ogóle odczuwalne; „talerze” startujące z olbrzymim przyspiesze-

niem ku górze poruszają się po prostu w polu siły w kierunku od Ziemi.

W   teorii   przyjąć   można   metody   na   wytworzenie   takiego   pola:   likwidacja   ciążenia   zew-

nętrznego przez pole elektromagnetyczne, izolacja od Ziemi przez oddziaływanie pól grawita-
cyjnych innych ciał niebieskich, wreszcie odwrócenie kierunku działania grawitacji ziemskiej.

„Talerze” znajdowałyby się wówczas w stanie „swobodnego spadku”, to jest w stanie nieważ-
kości. W takich warunkach, a więc w trakcie swobodnego poruszania się w polu grawitacyjnym,

największe nawet zmiany prędkości byłyby możliwe do osiągnięcia i nieodczuwalne wewnątrz
pojazdu.   Jeszcze   bardziej   fantastyczną   metodą   pokonania   siły   ciążenia   byłaby   tak   zwana

lewitacja, czyli sprzeczne z prawem ciążenia unoszenie się w górę i zawisanie w powietrzu
ciężkich przedmiotów; lewitacja występująca według powszechnych relacji podczas seansów

spirytystycznych, wielokrotnie na przestrzeni dziejów opisywana.

Niektórzy sądzą, że można osiągnąć stan lewitacji dzięki działaniu specjalnych fal wytwarza-

nych   przez   mózg   człowieka.   Podobno   są   ludzie   zdolni   do   wprowadzania   się   w   taki   stan
psychiczny, który umożliwia lewitację. Rozumieć to można w ten sposób, że mózg wytwarza

fale elektromagnetyczne, które przeciwdziałają sile ciążenia.

Do  niedawna  sformułowanie   powyższe   nie   mogło  się  znaleźć  nawet   w  „krainie   fantazji”.

Obecnie   sytuacja   się   zmieniła,   a   jednym   z   objawów   tej   zmiany   był   Kongres   Badań
Psychotronicznych   w   Pradze.   Powołano   tam   Międzynarodowe   Stowarzyszenie   Psychotroniki,

którego przewodniczący sformułował zakres zadań tej nowej gałęzi nauki (pisaliśmy bliżej o
tym w rozdz. Obszary nieznane).

Bardziej   ostrożne   podejście   do   problemu   „talerzy”   opiera   się   na   szczegółowej   analizie

rejestrowanych   obserwacji.   Za  podstawowy,   wyjściowy   punkt   wszystkich   rozważań   przyjęto

rejestrowane wielkie ilości obserwacji zgłaszane przez dziesiątki tysięcy ludzi z wielu krajów od
lat kilkudziesięciu, a nawet i dawniej.

Jak pisaliśmy w rozdziałach poprzednich, przyjmuje się, że zarejestrowano około stu tysięcy

- 36 -

background image

wypadków widzianych obiektów określonych jako „talerze”. Po rygorystycznym wyeliminowaniu
i sprawdzeniu uznano z tego około 5 procent za obiekty rzeczywiście o niewyjaśnionym charak-

terze, pozostałe 95 procent wyjaśniono jako zjawiska naturalne, meteorologiczne względnie
optyczne czy wreszcie halucynacje lub deformacje, wytłumaczalne na podstawie znanych nam

praw przyrody.

Pozostało więc kilka tysięcy zarejestrowanych obserwacji, które uznać można za zjawiska

rzeczywiście nie do wyjaśnienia, a więc prawdziwe „talerze”.

Dlaczego niektórzy ludzie nauki kwestionują w ogóle realność całej problematyki „talerzo-

wej”? Amerykański autor MacCampbell odpowiada następująco: „Przeciwników badań »talerzo-
wych« podzielić można na trzy kategorie:

a)   ludzi   nauki,   którzy   uważają   podjęcie   badań   zjawisk   »talerzowych«   poniżej   swojej

godności,

b) odrzucających z zasady każdą nową koncepcję,
c) zwlekających z decyzją aż do uzyskania niezbitej pewności.” Ten sam autor twierdzi, że

nie posuniemy sprawy wyjaśnienia problemu i nie uzyskamy nowych danych, dopóki pochło-
nięci   będziemy   jedynie   argumentacją   dowodzenia   istnienia   względnie   nieistnienia   „talerzy”.

Dlatego   proponuję,   aby   przyjąć   do   dalszych   rozważań   umowne   założenie   robocze,   a
mianowicie,   że   „talerze”   istnieją   jako   przedmioty,   a   nawet   konkretnie   jako   konstrukcje

mechaniczne,   a   następnie   na   podstawie   tego   założenia   prowadzić   badania   i   rozumowania
posługując   się   materiałem   zawartym   w   relacjach   świadków.   Dopiero   po   zakończeniu   tych

rozważań   należy  powrócić  do   punktu   wyjścia   biorąc   pod   uwagę   fakt,   że   istnienie   „talerzy”
przyjęto jedynie umownie.

Pisaliśmy, że najbardziej trudne do wytłumaczenia cechy „talerzy” to niezwykła zdolność

zmiany prędkości i kierunku lotu. Odrzutowce zmieniają kierunek łagodnymi długimi skrętami,

natomiast   „talerze”   skręcają   w   jednej   chwili,   prawie   pod   kątem   prostym.   Lot   „talerza”
przebiega po linii pełnej zygzaków i zwrotów i przypomina do pewnego stopnia lot ptaka, który

potrafi zatrzymać się w powietrzu i posunąć się w jedną lub drugą stronę, zmieniając wysokość
i nagle znikając z pola widzenia. Dokonano obliczeń ilości energii, którą „talerze” musiałyby

dysponować,   aby  dokonywać   tak   nagłych  zmian   prędkości.  Okazało  się,   że   są  to  wielkości
rzędu energii bomby atomowej. Oczywiście przy takim nakładzie energii temperatura musiała-

by podnieść się do kilkudziesięciu tysięcy stopni na skutek oporu powietrza.

Powyższe rozumowanie przytaczano od dawna jako dowód koronny, że „talerze” nie mogą

być   obiektami   materialnymi,   gdyż   nie   podlegają   prawu   bezwładności.   Nie   jest   to   jednak
całkiem słuszne, bo gdyby przyjąć istnienie czegoś w rodzaju napędu antygrawitacyjnego, to

takie zachowanie byłoby zrozumiałe. Odizolowanie od siły ciążenia musiałoby spowodować, że
masa „talerza” straciłaby również bezwładność, gdyż nie mamy już wątpliwości, że ciążenie i

bezwładność   są   w   równym   stopniu   bezpośrednio   związane   z   masą   ciała.   Istnieje   kilkaset
sprawozdań, które mówią o silnych podmuchach powietrza. Równie często sygnalizowano ślady

działania wysokiej temperatury. Pod wolno przesuwającym się „talerzem” drzewa kołysały się
gwałtownie,   samochody   unosiły   się   do   góry   lub   przewracały.   Przelatując   nad   obszarem

morskim „talerz” powodował wzniesienie się wody na wysokość 15 metrów. Zarejestrowano, że
wolno   przesuwający   się   „talerz”   wyrzucał   śnieg   ku   górze,   a   na   obszarach   pustynnych

wywoływał burze piaskowe.

Stwierdzono, że działanie siły uwidacznia się na obszarze o średnicy pojazdu i rozciąga się

od niego aż do powierzchni Ziemi. Siła ta, skierowana pionowo ku górze, ma również niewielki
moment   ruchu   obrotowego.   Bardzo   istotnym   stwierdzeniem   jest   fakt,   że   nie   wszystkie

przedmioty   ulegają   działaniu   siły,   na   przykład   nie   poruszają   się   kamienie   i   suche   kawałki
drewna. Wydaje się natomiast, że można wyprowadzić wniosek, że siła „talerzy” działa na ciała

przewodzące prąd elektryczny, a więc na metale, wodę, również wilgotne lub zawierające wodę
wszelkie przedmioty, jak na przykład ciało ludzkie lub zwierzęce. Śnieg i liście drzew, rośliny

tylko wtedy, gdy są dostatecznie wilgotne. Jeśli natomiast przedmioty są suche, nie unoszą się
w   górę,   a   raczej   odrzucane   są   w   bok   (moment   obrotowy?),   jak   na   przykład   piasek   na

obszarach pustynnych. Podmuchy powietrza zauważane są tylko wtedy, gdy powietrze zawiera
parę wodną i dwutlenek węgla.

W pojazdach odrzutowych, rakietowych i poduszkowcach działa siła napędu skierowana od

pojazdu   ku   dołowi.   Wydaje   się   więc   czymś   nieoczekiwanym,   że   pod   „talerzem”   występuje

działanie siły skierowanej ku górze, jednak właśnie fakt ten wskazuje na możliwość napędu
antygrawitacyjnego. Badania teoretyczne powiązań między polem ciążenia i elektromagnetycz-

nym mogłyby może przynieść odpowiedź.

Pod „talerzem” unoszącym się nieruchomo w powietrzu na niewielkiej wysokości nad ziemią

wszystko ulega podgrzaniu. Działanie grzejne jest jednak dość niezwykłe: na przykład korzonki

- 37 -

background image

trawy ulegają zwęgleniu, podczas gdy na powierzchni łodygi i listki pozostają nienaruszone.
Przy badaniach laboratoryjnych podobne rezultaty udało się uzyskać przez ogrzewanie ziemi za

pomocą   silnego,   zmiennego   pola   magnetycznego.   Wskazuje   to   na   rodzaj   promieniowania
pochodzącego z „talerzy”.

Stwierdzono   poza   tym   kilkanaście   niezależnych   od   siebie   wypadków   oparzeń   i   spalenia

ubrań   świadków   znajdujących   się   w   bliskości   „talerza”.   Kilkanaście   samochodów   uległo

zwęgleniu. W dwóch wypadkach przelatujący „talerz” zapalił drzewa, a w jednym stóg siana;
stwierdzono również fakt wyparowania sadzawki.

Pod unoszącym się na wysokości kilkunastu metrów „talerzem” zostały całkowicie osuszone

w czasie padającego deszczu drzewa, trawnik i ziemia. Fakty te zdają się wskazywać, że wzrost

temperatury mógł być spowodowany promieniowaniem ultrakrótkim. Objawy działania promie-
niowania ultrakrótkiego stwierdzono w pobliżu „talerzy” w wielu wypadkach. Zanotowano dwa

razy zapalenie się drogi asfaltowej: powierzchnia zajęła się płomieniem w chwili powolnego
przelotu „talerza” i paliła się przez kilkanaście minut, co uznać należy za niezbity dowód, że

ogrzaniu  uległa  smoła na  głębokości całej  grubej  warstwy, a  nawet rozgrzana  musiała  być
również   warstwa   podkładowa.   Gdyby   ogrzała   się   jedynie   warstewka   powierzchni,   szybko

zabrakłoby materiału palnego i płomień by zgasł. Rozgrzanie dogłębne nastąpić mogło jedynie
na skutek działania promieni ultrakrótkich. Wydaje się więc, że można założyć, że „talerze”

emitują w chwilach, gdy działa ich urządzenie napędowe, silne promieniowanie ultrakrótkie.
Wiadomo, że fale ultrakrótkie o częstotliwości od 300 do 3000 megaherców wywołują objawy

właśnie tego typu. Objawy te spotykamy w pobliżu „talerzy” lądujących lub unoszących się w
powietrzu. Należą tutaj następujące zjawiska zapisywane często w sprawozdaniach ze spotkań

„talerzowych”:

1. Dookoła statków tworzy się różnokolorowa aureola występuje żarzenie się gazów szla-

chetnych znajdujących się w powietrzu.

2. Zmiany chemiczne powietrza powodują zapach odczuwalny w promieniu kilkudziesięciu

metrów.

3.   W   czasie   zbliżania   się   „talerza”   gasną   światła   w   samochodzie   z   powodu   zwiększenia

oporności drucików tungstenowych żarówek.

4. Silniki spalinowe przestają pracować (zwiększa się oporność rozdzielcza, co powoduje

zanik prądu w uzwojeniu pierwotnym aparatury zapłonu).

5. Magnetyczne liczniki szybkości oraz kompasy nie pracują prawidłowo (błędne wskaza-

nia).

6. Baterie samochodu grzeją się (kwas pochłania energię promieniowania).

7.   Występują   przeszkody   w   odbiorze   radiowym   i   telewizyjnym   (zakłócenia   w   obwodach

strojonych).

8. W sieciach energetycznych następuje przerwa w dostawie prądu (zakłócenia w działaniu

bezpieczników izolacji).

9. Małe otwarte zbiorniki wody parują, trawy, krzewy itp. ulegają wysuszeniu.
10. Na obszarze lądowania „talerza” występuje zwęglenie korzeni roślin, czasem również

przedmiotów z drewna i owadów.

11. Zapalają się osmołowane powierzchnie drogowe (ogrzewanie wgłębne).

12. Ciało ludzkie odczuwa działanie grzejne od wewnątrz.
13. Występują objawy porażenia prądem na odległość.

14. Występują objawy chwilowego paraliżu.
15. Pojawia się złudzenie słuchowe: jednostajny szum.

Powyższe objawy wskazujące na promieniowanie ultrakrótkie są silnym argumentem, nie

tworzą   jednak   dowodu   bezspornie   przekonującego.   Dowodu   takiego   dostarczyłyby   dopiero

pomiary siły promieniowania. Tylko raz udało się dokonać takiego pomiaru w 1953 r. z pokładu
amerykańskiego   samolotu   wojskowego.   Zmierzono   wtedy   występujące   w   pobliżu   „talerzy”

promieniowanie   elektromagnetyczne   i   stwierdzono   występowanie   częstotliwości   około   2800
megaherców. Na podstawie innych obserwacji i pomiarów, dokonywanych głównie z samolo-

tów,   stwierdzono,   że   zjawisku   „talerzy”   towarzyszy   z   zasady   silne   promieniowanie
elektromagnetyczne   w   bardzo   wąskim   paśmie   fal   ultrakrótkich.   Wydaje   się   nie   ulegać

wątpliwości, że promieniowanie to wiąże się bezpośrednio z siłą napędu „talerzy”. Wykonano
obliczenia, które doprowadziły do wyznaczenia przybliżonej ilości energii wytwarzanej przez

„talerze”. Za podstawę przyjęto stwierdzenie dwóch świadków obserwujących z odległości około
200   metrów   „talerz”   unoszący   się   nisko   nad   ziemią.   Obaj   stwierdzili,   że   słyszeli   słaby

jednostajny szum. Równocześnie wiadomo było z dawnych doświadczeń w laboratoriach, że
szum taki powstaje w uszach i głowie przy promieniowaniu fal ultrakrótkich i że dla wywołania

takiego szumu była wymagana energia nie mniejsza niż 0.333 miliwata na centymetr kwadra-

- 38 -

background image

towy.

Przyjęto   z   kolei,   że   „talerz”   unoszący   się   nieruchomo   korzysta   z   pełnej   mocy   swego

urządzenia napędowego i że energię promieniuje równomiernie we wszystkich kierunkach. Na
tej podstawie łatwo było obliczyć moc źródła promieniowania dla kuli o promieniu 200 metrów.

Z obliczenia wypadło około 1,6 megawata, co odpowiadało energii wielu stacji radiofonicznych
lub, inaczej mówiąc, mocy ciężkiej kolejowej lokomotywy elektrycznej. W rezultacie  można

zaryzykować twierdzenie, że „talerze” napędzane są przez jakiś nie znany nam mechanizm
oddziaływania   pola   elektromagnetycznego   na   siłę   ciążenia.   Mechanizm   ten   miałby   zdolność

pokonywania również bezwładności masy „talerza”, co pozwalałoby na uzyskiwanie tak wielkich
przyspieszeń. Jak dotąd, nie udało się jednak stwierdzić ani w przyrodzie, ani w laboratorium

jakiegokolwiek   potwierdzenia   hipotezy   o   wzajemnym   oddziaływaniu   pola   elektromagnetycz-
nego na pole ciążenia. Istnieją jednak podstawy do przypuszczeń, że teoretycznie wszystkie

pola w przyrodzie powinny być jakoś ze sobą powiązane.

Istnieją   różne   metody   klasyfikowania   obserwacji   i   spotkań   „talerzowych”;   Hynek   dzieli

wszystkie obserwacje na dalekie, to jest zjawiska widoczne z odległości powyżej 150 metrów,
oraz na spotkania bliskie, przy czym rozróżnia 4 różne kategorie. Najczęstsza jest obserwacja

„talerza” w locie, następnie „talerzy latających” i spoczywających na ziemi oraz takich, które
pozostawiły   materialny   dowód   swojego   lądowania.   Ostatnia   kategoria   oznacza   spotkania   z

„pilotami”   pojazdów   talerzowych.   Jeśli   chodzi   o   spotkania   z   postaciami   lądującymi   na
pojazdach   „talerzowych”,   to   opisano   je   w   sposób   mniej   lub   więcej   przekonywający   w

kilkudziesięciu wypadkach; zarejestrowana liczba tych spotkali stale się zresztą zwiększa. Na
przykład w kwietniu 1975 r. belgijskie pismo donoszące o „talerzach” przyniosło opis spotkania

z   dwoma   pilotami   „talerzowymi”.   Widzenia   obiektów   w   kształcie   „talerza”   notowane   są   od
kilkudziesięciu lat. Około 0,1 liczby zgłoszeń przypada na obserwacje „talerzy” lądujących lub

spoczywających na Ziemi. Pewna część lądowań pozostawiła trwałe ślady w postaci odcisków
lub   zgniecenia,   wypalenia   lub   zwęglenia   roślinności.   W   niewielkiej   liczbie   wypadków

zaobserwowano   również   postacie   przybyłych   na   „talerzach”   humanoidów;   jak   się   wydaje,
zajmują   się   oni   pobieraniem   próbek   gruntu,   roślinności,   kamieni   itd.;   po   kilku,   najwyżej

kilkunastu minutach oddalają się, przy czym w kilku wyjątkowych wypadkach donoszono o
przymusowym   uprowadzeniu   ludzi   na   pokład   pojazdu   „talerzowego”,   prawdopodobnie   dla

przeprowadzenia doświadczeń. Oczywiście nie do udowodnienia są wypadki mówiące o osobach
uprowadzonych względnie zaginionych w ten sposób.

Jeżeli odrzucić teorię roboczą, w której przyjęto, że „talerze” są obiektami materialnymi czy

nawet konstrukcjami mechanicznymi, to pozostaje przekonanie, że istnieje jednak dostatecznie

dużo przesłanek, aby jeszcze intensywniej zbierać sprawozdania o obserwacjach, i że należy
opracować   bardziej   doskonałe   metody   analizy   i   badań,   aby   w   końcu   uzyskać   prawdziwy

naukowy dowód.

Powróćmy   jeszcze   do   pozostającej   w   równym   stopniu   w   „krainie   fantazji”   wersji   o

planetarnym pochodzeniu „talerzy”. Argumentację zwolenników tego poglądu można uznać za
zupełnie słuszną w tym sensie, że rzeczywiście nie ma podstaw do twierdzenia, aby Ziemia

miała być jedyną zamieszkaną planetą. Człowiek dopiero obecnie rozpoczyna podróżować, ale
wydaje   się   prawdopodobne,   że   inne   „istoty”   mogły   rozwiązać   ten   problem   wcześniej   i

podróżować po kosmosie już od tysiącleci.

Logika tego rozumowania dowodzi, że nie można wykluczyć przyjazdu podróżników z innych

planet.   Życie   może   istnieć   na   tysiącach   czy   milionach   planet   naszej   Galaktyki,   w   wielu
przypadkach   proces   ewolucji   mógł   doprowadzić   do   powstania   istot   rozumnych,   o   wyższym

stopniu rozwoju aniżeli człowiek. Istoty takie wysyłałyby statki również w celu badania Ziemi.
Można   jedynie   rozważyć,   jaka   byłaby   szansa   na   spotkanie   planety   Ziemi   w   Układzie

Słonecznym   galaktyki   Drogi   Mlecznej.   Możliwość   taka   oczywiście   istnieje.   Nic   jednak   nie
wskazuje, aby ta argumentacja wiązała się ze zjawiskiem „latających talerzy”. Trudno doszukać

się   powiązań   między   przypuszczeniem,   że   mieszkańcy   dalekich   planet   są   istotami   wyższej
inteligencji, które rozwiązały problem oderwania się od swego globu i podróżują po kosmosie,

a   zjawiskiem   „talerzy”   widywanych   na   naszym   niebie.   Przede   wszystkim   nie   odbieramy
żadnych sygnałów radiowych, które można uznać za pochodzące z „talerzy”. Przekonywająca

natomiast   wydaje   się   opinia,   że   pierwsze   znaki   istnienia   inteligencji   we   Wszechświecie
powinniśmy   odebrać   właśnie   za   pomocą   fal   radiowych.   Innymi   słowy,   że   kontakt   radiowy

nawiążemy na długo przedtem, zanim nastąpi pierwsza wymiana „wizyt”.

Gdyby  jednak  było  inaczej, gdyby od  wielu  tysięcy lat  Ziemię  rzeczywiście  „wizytowały”

ciekawe istoty z innych światów, zdawałoby się, że powinny dawno zadecydować, czy pragną
nawiązać   kontakt   z   jej   mieszkańcami.   Jeśli   „latające   talerze”   miałyby   reprezentować   jakąś

wielką   wyprawę   odkrywczą,   należałoby   zastanowić   się,   czy   jakiekolwiek   istoty   inteligentne

- 39 -

background image

podróżowałyby miliony i miliardy kilometrów, aby po przybyciu do celu nie nawiązać kontaktu
ze   światem   istot   miejscowych.   Tutaj   trzeba   zaznaczyć,   że   niektórzy   wyznawcy   „talerzy”

twierdzą, że postępowanie takie może być najbardziej logiczne i dowodzi inteligencji działania
jedynie w celach badawczych i obserwacyjnych.

- 40 -

background image

MISTYKA CZY RELIGIA?

Poglądy Junga — Mistyka — Nowa religia

Książkę C.G. Junga „Nowoczesny mit o rzeczach widywanych na niebie”, poznałem dopiero

w   końcowym   etapie   mojej   pracy.   Mimo   to   wydaje   mi   się,   że   może   być   ona   jakimś

uzupełnieniem moich osądów. C.G. Jung psycholog, psychiatra, przyjaciel Freuda niewiele miał
wspólnego z naukami ścisłymi i historią nauki. Zajmuje się natomiast sprawami UFO z punktu

widzenia swoich zainteresowań. Toteż podejście jego jest krańcowo odmienne, nie rozpatruje w
ogóle   aspektów   technicznych   i   naukowych   możliwości   istnienia   „talerzy”   jako   przedmiotów

materialnych, jednak, jak zobaczymy później, nie wyklucza rozwiązań pośrednich. Wszystko
dzieje   się   wewnątrz   człowieka,   ale   pobudki   nie   znane   nam   jeszcze   pochodzą  od   wydarzeń

zewnętrznych.

Obszerna kilkudziesięciostronicowa przedmowa tłumacza książki C.G. Junga zawiera wielką

ilość informacji również o całym ćwierćwieczu, które upłynęło od czasu napisania książki do
chwili wydania i tłumaczenia polskiego. Tłumacz i autor przedmowy, Jerzy Prokopiuk, opisuje

dokładnie sylwetkę wielkiego szwajcarskiego psychologa, który swój „Nowoczesny mit” opubli-
kował w 1958 r.

Tłumacz   opisuje   wydarzenia   z   dziedziny   „ufologii”,   które   zaistniały   od   czasu   napisania

książki Junga. Powołuje się przy tym i przytacza cytaty z mej książki „Talerze latające”, podając

wielostronicowe   fragmenty.   Wspomina   poza   tym   o   powstałym   w   Warszawie   „Towarzystwie
Badań   Niezidentyfikowanych   Obiektów   Latających”,   wymienia   nazwiska   kilku   polskich

„ufologów” zajmujących się tymi badaniami.

Autor przedmowy podaje poza tym kilka różnych koncepcji pochodzenia UFO, lansowanych

w ostatnich dwóch dziesięcioleciach. Jedna z tych koncepcji przyjmuje, iż UFO wynurzają się z
morza. Nie są one pochodzenia pozaziemskiego ani nie przybywają z przyszłości, jak sądzą

niektórzy, natomiast są wytworem „wysoko rozwiniętej cywilizacji, która powstała na dnie mórz
dzięki wysiłkowi humanoidalnych istot wywodzących się ze wspólnego z nami pnia biologicz-

nego”. Dalsze koncepcje podaje w skrócie: tak na przykład „...niezrozumiały charakter UFO
spowodował,   że   znalazły   one   miejsce   także   we   współczesnym   folklorze   parareligijnym.   Dla

założyciela  towarzystwa  Eterius   1954  r.  UFO   to  pojazdy  kosmiczne  przybywające   do   nas  z
przedstawicielami białego bractwa z innych planet. Jego czołowymi przedstawicielami są Mistrz

Jezus   i   Budda   oraz   Kriszna   z   Saturna”.   Wszyscy   oni   przybywali   na   Ziemię   na   latających
talerzach, tak jak przybędzie z nimi Przyszły Mistrz, by podzielić ludzkość: część przesiedli na

planetę   niżej  stojącą  hierarchicznie  od  Ziemi.  Zwolennicy  tego   towarzystwa  zbierają  się   co
roku, by poddać się działaniu Kosmicznych Mistrzów. Jedna ze szkół współczesnego okultyzmu,

która wobec „talerzy” i ich roli w „drugim przyjściu Chrystusa” zajmuje stanowisko ostrożne
czy wręcz krytyczne, protestuje żywo przeciwko materialistycznej wizji Chrystusa zstępującego

z latającego „talerza” i nie cofa się przed podejrzeniem, że taki Chrystus nie jest prawdziwym
Synem Bożym, lecz fałszywym mesjaszem, czyli antychrystem.

Inni „ufolodzy” sformułowali prawo, które głosi, iż tajemnica UFO ma charakter podmiotowy

i symboliczny. Jego autorzy nie przeczą, że jest to zjawisko czysto fizyczne, twierdzą jednak,

że ten aspekt ma charakter podrzędny, a jego przyczyny należy doszukiwać się w pewnych
funkcjach mózgu. Drugie prawo zjawiska UFO przynosi takie przesłanie: „Człowiek znalazł się

na   krawędzi   katastrofy,   ponieważ   nasza   epoka   odmówiła   mu   prawa   do   magiczności   i
cudowności. Zniszczyła racjonalne więzy łączące go z naturą i innymi ludźmi. Nieświadomość

zbiorowa uwolni się zalewając świat i otwierając erę szaleństwa, przesądu i terroru.”

Jeszcze   inny   znawca   tematu   pisze:   „Doszedłem   do   wniosku,   że   jakaś   pozaziemska

inteligencja współdziała z ludzkością przez całą jej historię. Jest całkiem możliwe, że albo my,
albo   istoty   z   UFO   wywodzą   się   spoza   Ziemi,   i  nie   wykluczam,   że   UFO   mogą  być  naszymi

sąsiadami   zamieszkującymi   inne   »Continum«   czasowo-przestrzenne.   Mechanizm   wyobrażeń
stosowany przez UFO jest zawsze adekwatny do kontekstu czasowego, w jakim żyje świadek.”

Jung   opisuje   sny,   podając   ich   interpretację.   Ciekawa   jest   jego   ostateczna   konkluzja.

Opisując UFO, jako wyobrażenia senne i wizję, przyznaje, że wiele ludzi uważa je za obiekty

- 41 -

background image

materialne, ale co najciekawsze widzi jeszcze inne, trzecie rozwiązanie. Jung podał swoją tezę,
iż   na   widzenie   „talerzy   latających”   patrzeć   należy   z   perspektywy   psychologiczno-religijnej.

Wstępne założenia Junga sformułować można: „widuje się coś, ale nie wiadomo co”. Trudne i
prawie niemożliwe jest odtworzenie prawdziwego obrazu tych obiektów, albowiem zachowują

się nie jak ciała, ale jak nieważkie myśli: „Jak dotąd nie ma fizycznego dowodu istnienia UFO”.
Fizyczna   rzeczywistość   UFO   pozostała   w   ciągu   ostatnich   kilkunastu   lat   sprawą,   której   nie

można rozstrzygnąć jednoznacznie; im bardziej narastała niepewność, tym bardziej wzrastało
prawdopodobieństwo, że ten skomplikowany fenomen obok podstawy fizycznej zawiera również

istotną komponentę psychiczną. Chodzi tu o zjawisko pozornie fizyczne, które odznacza się
dużą   częstotliwością,   z   drugiej   strony   zaś   obcością   i   charakterem,   stawiając   pod   znakiem

zapytania jego fizyczną naturę.

Obiekt taki w najwyższym stopniu prowokuje świadomą i nieświadomą fantazję, która daje

początek   domysłom   i  kłamliwym   opowieściom.   Dostarcza  również   mitologicznego   tła,   które
łączy   się   z   tymi   podniecającymi   obserwacjami.   Tak   dochodzi   do   sytuacji,   w   której   mimo

najlepszej woli nie wiemy, czy pierwotne spostrzeżenie pociąga za sobą przywidzenia, czy też
odwrotnie,   pierwotna   fantazja   nieświadomości   zalewa   świadomość   złudzeniami   i   wizjami.

Cytuję dalej Junga: „Materiał, z którym zapoznałem się. przemawia za obiema interpretacjami:
raz realny, fizyczny proces daje podstawę towarzyszącemu mitowi, innym razem mit wytwarza

inną wizję. Do tych związków dodać można jeszcze trzecią wizję, mianowicie współzależność,
która od czasów Leibnitza i Schopenhauera często zajmowała umysły myślicieli. Jako psycholog

nie dysponuję środkami i sposobami, które pozwoliłyby mi wypowiedzieć się z pożytkiem na
temat fizycznych możliwości UFO. Dlatego też mogę jedynie zająć się ich aspektem psycholo-

gicznym. I dalej niemal wyłącznie analizować będę towarzyszące im zjawiska psychiczne.”

Dowodząc całą swoją książką, iż UFO są projekcją marzeń sennych i wyobrażeń mających

swe  źródło  w człowieku  i jego  psychice, dopuszcza jednak możliwość  jakiegoś pośredniego
rozwiązania, możliwość trzeciego wyjścia, którego opis podaję poniżej. Cytuję Junga: „Wydaje

mi się — ze wszystkimi koniecznymi zastrzeżeniami — że istnieje trzecia możliwość: UFO to
realne,   materialne   zjawiska   istności   nieznanej   natury,   które   przypuszczalnie   przybywając   z

kosmosu, być może już od dawna były widywane przez mieszkańców Ziemi, ale poza tym nie
mają żadnego rozpoznawalnego związku z Ziemią czy jej mieszkańcami. Jednakże w najnow-

szych czasach i w chwili, kiedy spojrzenia ludzi kierują się ku niebu, z jednej strony wskutek
ich fantazji odnoszących się do możliwych podróży kosmicznych, a z drugiej, symbolicznie, ze

względu na ich żywotnie zagrożoną egzystencję ziemską, treści nieświadomości uległy projekcji
na nie wyjaśnione zjawiska niebieskie, tym samym nadając im znaczenie, na które w ogóle nie

zasługują. Ponieważ po drugiej wojnie światowej zdają się one pojawiać częściej niż uprzednio,
przeto może tu chodzić o zjawisko synchronistyczne, tj. o pewną współzależność. Psychiczna

sytuacja ludzkości z jednej strony i fenomen UFO jako rzeczywistość fizyczna — z drugiej nie
pozostają między sobą w żadnym rozpoznawalnym związku przyczynowym, lecz, jak się zdaje,

zbiegają się w sposób sensowny.”

W innym miejscu opisuje pseudoreligijne ekstazy wielu grup wyznawców UFO i przytacza

wyjątki   z   książek   wydanych   w   Stanach   Zjednoczonych,   których   autorzy   traktują   UFO   jako
nowe   objawienie   jakiejś   istoty.   Objawienie   jak   najbardziej   religijnej   natury,   jak   jakieś

pośrednictwo pomiędzy Stwórcą a człowiekiem.

Po   przeczytaniu  tych  relacji  zdecydowałem  się  chociaż  z  pewnymi wątpliwościami  opisać

pokrótce nasze krajowe reakcje tego samego typu.

Za każdym razem po ukazaniu się mego artykułu w jakimś czasopiśmie na temat niezna-

nych   zjawisk,   a   specjalnie   „talerzy”   latających,   redakcja   otrzymywała   listy   adresowane   do
mnie, często z wyrazami uznania i propozycją dyskusji na wielki, wspaniały temat UFO, tak

ważny dla całego świata i przyszłości ludzkości.

Powtarzam nie zamierzałem o tym pisać, ale Jung opisując tak obszernie ludzi wierzących w

UFO,   jak   w   pewnego   rodzaju   objawienie   dla   ludzkości,   i   jako   objaw   porozumienia   się   ze
Stwórcą, przekonał mnie. Ostatecznie zdecydowałem się wybrać fragment z wielostronicowego

listu do mnie na ten właśnie temat. Na wielu stronach tych wypowiedzi adresaci nie podający
swego   nazwiska,  a  jedynie   pseudonimy,  przytaczają  cytaty   z  Biblii  i  wypowiedzi  uczonych:

Izaaka Newtona, Alberta Einsteina i innych. A oto list jednego z korespondentów.

„Szanowny   Panie!   Przeczytałem   Pana   artykuł   »Nieznane   obszary,   czyli   talerze   latające«.

Mam uznanie dla Pańskiego odcinka i uważam, że bardzo racjonalnie Pan do tego zagadnienia
podchodzi. Lecz jak Pan sam stwierdza pod koniec artykułu; »Wydaje się, iż próby porównań

prowadzą w kierunku uznania realności istnienia zjawisk, przede wszystkim jednak wskazują
nam prawdopodobieństwo jednolitego pochodzenia wszystkich tak pozornie różnych zjawisk i

objawów. Widzimy wyraźną jednorodność, jedno jakby pochodzenie wszystkich tych objawów.

- 42 -

background image

Oczywiście nie wiemy jednak absolutnie nic, nie mamy nawet zarysu jakiejkolwiek koncepcji
rozumienia, co i jak wywołuje paranormalne „wycieczki”.« Pisze Pan: »Można dojść do wniosku,

iż wszystkie irracjonalne zjawiska polegają na wtrącaniu się w świat i sprawy ludzkie jakiejś
„siły” z zewnątrz«. Drogi Panie, jest Pan blisko celu, lecz jednak, aby poznać absolutną prawdę

o tych zjawiskach, potrzeba jeszcze czegoś więcej, potrzeba bardzo, bardzo głębokiej wiedzy
biblijnej, a także astrofizycznej wolnej od wszelkich uprzedzeń i przesądów. Listy moje nie są

wymierzone przeciwko nikomu, ich zadaniem jest wykazanie absolutnej prawdy tej ostatecznej
Bożej. Kończę list wypowiedziami naprawdę mądrych uczonych:

»Poszukując dalszej drogi nie możemy liczyć na sukces nie naruszając równowagi pomiędzy

poglądami   oficjalnymi   a   heretyckimi«.   Uczeni   niepotrzebnie   trwonią   czas   na   poszukiwanie

fizycznego wytłumaczenia poszczególnych fenomenów obserwacyjnych. a to dlatego, iż mecha-
nika kwantowa prowadzi do poglądu, że fizyczna rzeczywistość jest w zasadzie niematerialna.

Dlatego  listy moje  będą  omawiały sprawy niematerialne, a aktualnie  istniejące, do których
zaliczamy zjawiska UFO.” (...) Cytowany list można uznać za typową reakcję mistyka.

- 43 -

background image

EWOLUCJA POGLĄDÓW

Do 1979 — Trudność badań — Hynek 1979 — Encyklopedia UFO

W   konsekwencji   wydania   w   1961   roku   moich   „Talerzy   latających”   ukazały   się   recenzje

pochlebne, ale również wiele krytycznych. Najostrzejszy był atak ze strony emigranta Rumuna

w książce wydanej w Holandii i tłumaczonej na francuski i angielski, która ukazała się pod
tytułem „Talerze latające w ZSRR i krajach bloku wschodniego”. Autor w rozdziale o Polsce

zajmuje się w dużej części moją książką jako napisaną na zlecenie propagandy komunistycz-
nej. Nie godzi się oczywiście z przedstawionym tam stanowiskiem, że wszystkie objawy UFO

tłumaczyć można w sposób naturalny. Całą moją argumentację uważa za sztucznie dopaso-
waną do wymagań ośrodków politycznych, które nie chcą dopuścić do wiadomości ogółu, że

jakiekolwiek pozanaturalne zjawiska mogą się zdarzać.

Takie   było   rzeczywiście   moje   ówczesne   stanowisko.   Pewne   późniejsze   zmiany   moich

poglądów najlepiej wyjaśnią przytoczone poniżej wypowiedzi późniejsze.

Kilkanaście   lat   po   „Talerzach   latających”   z   okazji   wydania   mojej   książki   o   podróżach

kosmicznych   „Człowiek   poza   Ziemią”   ukazał   się   w   popularnym   tygodniku   warszawskim
następujący wywiad:

Pytanie:  Przed  piętnastu  laty  opublikował  Pan  książkę  „Latające  talerze”,  pierwszą tego

typu pracę w krajach naszego bloku, podejmującą pasjonujący temat tak zwanych niezidentyfi-

kowanych obiektów latających (UFO). Stwierdził Pan tam, że wszystkie zjawiska UFO dają się
wytłumaczyć   w   sposób   naturalny,   jako   złudzenie   optyczne,   fatamorgana   i   przewidzenia,

natomiast   w   ostatniej   swej   książce   „Człowiek   poza   Ziemią”   w   rozdziale   poświęconym
„talerzom”,   dopuszcza   Pan   jeszcze   inne   możliwości   interpretacji.   Co   spowodowało   zmianę

stanowiska?

Odpowiedź:  Zajmując się problematyką ufologiczną zawsze stałem na gruncie zajmowa-

nym przez oficjalną naukę. Chciałbym jednak powiedzieć, że kiedy pisałem „Talerze latające”,
niełatwo było przekonać wydawcę, aby zaakceptował nawet tylko hipotezę o istnieniu „zjawisk

niewytłumaczalnych”. Zbyt wielka panowała obawa przed propagowaniem czegoś nadprzyro-
dzonego, zbyt wielki strach przed posądzeniem o szarlatanerię naukową. Książka rozeszła się

błyskawicznie   i   wywołała   wiele   nieprzychylnych   reakcji   ze   strony   entuzjastów   „mistyki
talerzowej”, wyznawców poglądu, iż „talerze” są najprawdopodobniej statkami spoza Ziemi.

Rzeczywiście moje poglądy uległy pewnej zmianie od czasu napisania tamtej książki. Zbyt

długo   musiałbym   mówić,   aby   szczegółowo   wszystko   wyjaśnić.   Ogólnie   mówiąc,   na   zmianę

moich poglądów wpłynęła zwiększająca się ilość wiarygodnych obserwacji oraz nowe poważne
komentarze   wielu   ludzi,   których   zdanie   cenię.   W   dalszym   ciągu   stwierdzam   jednak

kategorycznie brak bezspornych naukowych dowodów na istnienie zjawiska.

Pytanie: Jaka jest przyczyna tego stanu rzeczy?

Odpowiedź:  Badanie UFO jest niezwykle trudne nie tylko z tego powodu, iż badający ma

do dyspozycji prawie wyłącznie „naocznych świadków” i wszystko sprowadza się właściwie do

uznania stopnia wiarygodności ich relacji. Badania są trudne i z tego powodu, iż przynoszą
dość przykre konsekwencje dla badającego. Każdy, kto zajął się problematyką UFO, z trudem

może utrzymać zdobyty autorytet we własnej dziedzinie nauki, w swojej pracy zawodowej.

W środowiskach historyków nauki długie dyskusje poświęcono definicji prawdy naukowej.

Stale powracało twierdzenie, iż za prawdę naukową należy uznać to, co uznawane jest przez
większość środowiska. „Talerzy”, podobnie jak astrologii i innych nauk tajemnych, nie traktuje

się poważnie. Temat ten dyskwalifikuje pracownika nauki. Atrakcyjność i sensacyjność sprawę
dodatkowo utrudnia. Autorzy, którzy zajęli się poważnie zagadnieniem UFO, wszyscy zgodnie

podkreślają niebezpieczeństwo związane z ocenianiem ich działalności jako nastawionej wy-
łącznie na tanią sensację.

Pytanie:  Na Zachodzie pojawiły się  ostatnio  doniesienia o obserwacjach UFO  w naszym

kraju. Czy uważa Pan, że są to mistyfikacje?

Odpowiedź: Niekoniecznie. Znaną jest rzeczą, że w wielu krajach świadkowie zjawisk UFO

często nie zgłaszają swoich obserwacji obawiając się śmieszności i drwin względnie po prostu

- 44 -

background image

wątpliwej reklamy. Nie umiem powiedzieć, w jakim stopniu mogą występować podobne moty-
wy u nas.

A oto jeszcze inna wypowiedź:

Pytanie:  W   książce   Pana   znaleźliśmy   jeden   rozdział   poświęcony   „talerzom   latającym”.

Dlaczego   poruszył   Pan   ten   temat   w   książce,   która   mówi   o   postępie   techniki   w   podróżach
kosmicznych?

Odpowiedź:  W moim rozumieniu oba tematy w jakiś sposób wiążą się z sobą. Sprawami

kosmosu   pasjonuję   się   od   wczesnej   młodości.   Studiowałem   i   pracowałem   nad   tym   zagad-

nieniem w czasach, kiedy było ono jedynie nierealną mrzonką. „Talerzami” zajmuję się nie tak
dawno, ale również już lat kilkanaście.

Pytanie:  „Człowiek   poza   Ziemią”   jest   chyba   Pana   dziesiątą   książką   „kosmiczną”?   Co

spowodowało, iż zajął się Pan tym tematem z taką pasją?

Odpowiedź:  Wydaje mi się, że początkiem była przeczytana w dzieciństwie książka „Na

Srebrnym Globie” Żuławskiego, później chyba książki Jeansa. Pasjonowało mnie w tym czasie

zagadnienie  oderwania się od Ziemi. Studiowałem i pracowałem nad nim długo  przed jego
realizacją.

Z chwilą gdy podróże kosmiczne stały się rzeczywistością, zająłem się upowszechnianiem

tematyki   astronautycznej.   Oburzało   mnie   i   irytowało   panujące   powszechnie   niezrozumienie

zarówno zasad, jak i możliwości lotów poza Ziemią, a jeszcze bardziej sztuczne, mętne tyrady,
często po prostu brednie wygłaszane niezrozumiałym pseudonaukowym językiem.

Ambicją   moją   stało   się   wyjaśnienie   zasad   astronautyki   w   sposób   czytelny,   możliwie

codzienną i poprawną polszczyzną. Wydawało mi się ważne i godne wysiłku, aby upowszechnić

to   nowe   ludzkie   osiągnięcie   i   nie   poprzestać   na   terminach   technicznych,   liczbach   i   datach
upiększonych kilkoma wzorami.

Występowałem również publicznie przeciwko „wodolejstwu”, w którym autor stara się wyka-

zać swoją uczoność i myśli jedynie o zachowaniu „powagi naukowej”. Czasem zdarza się, że

autor   taki   opisuje   sprawy,   których   nie   przemyślał   i   których   nie   rozumie,   powtarza   jedynie
informacje przeczytane i zasłyszane. Wydawało mi się zawsze, iż zrozumienie, „jak coś działa

czy w jaki sposób się dzieje”, powinno być najważniejsze w procesie upowszechniania wiedzy o
świecie. Nie wiem, czy mi się to udało, w każdym razie poświęciłem temu zadaniu kilkanaście

książek.

Czy trwająca kilkadziesiąt lat psychoza wynika z przywidzeń tylu ludzi, w równej mierze

ludzi   niewykształconych   i   analfabetów,   jak   i   wybitnych   specjalistów,   techników,   lotników,
starych  i młodych,  ludzi wielu  ras i narodów?  Skąd  u wszystkich  prawie  identyczny rodzaj

przywidzeń i halucynacji? Ale wobec tego, dlaczego organizacje i osoby prowadzące badania od
wielu lat nie potrafiły zdobyć się na jednoznaczną odpowiedź lub przekonywający dowód w

jedną lub drugą stronę?

Pytanie: No właśnie. Jaka jest więc, zdaniem Pana, przyczyna tego stanu rzeczy?

Odpowiedź:  Zdałem sobie sprawę, że badanie zjawiska jest niezwykle trudne nie tylko z

tego   powodu,   że   badający   ma   do   dyspozycji   jedynie   i   wyłącznie   „naocznych   świadków”.

Powtarzam zawsze, że wszystko sprowadza się do uznania stopnia wiarygodności świadków.

Pytanie: Czy nie uważa Pan za możliwe, że cały problem powstaje w wyobraźni „naocznych

świadków”?
Odpowiedź: Moim zdaniem nie jest to prawdopodobne. Historia nauki znała podobne okre-

sy i reakcje. Gwałtowne, nagłe skoki w procesie poznawania i rozumienia świata zawdzięczamy
często   ludziom   uznanym   przez   współczesnych   im   uczonych   za   heretyków,   niedouków   i

szarlatanów.

W   naszych   czasach   również   przeżyliśmy   podobny   okres.   Trzydzieści   lat   temu   tematyka

podróży kosmicznych nie istniała dla ludzi nauki. Tylko jednostki, bez wyjątku ludzie w rodzaju
fanatyków, bez autorytetu w jakiejkolwiek dziedzinie, zajmowały się marzeniami o oderwaniu

od   Ziemi   i   podróżach   międzyplanetarnych.   Takimi   byli:   Ciołkowski,   Oberth,   Goddard.
Oczywiście   porównanie   można   jedynie   uznać   za   przybliżone.   Podróż   kosmiczna   wymagała

wielkich ulepszeń technicznych, niemożliwych w owym okresie, tak iż uznano ją za mrzonkę i
fantazję niedouków.

W   sprawie   „talerzy”   rozwiązanie   nie   wymaga   ulepszeń   techniki,   trudność   polega   na

umiejętności badania zjawisk, których, podobnie jak dawniej błyskawice, zorzę polarną i inne

znane obecnie zjawiska, nie można wyjaśnić na podstawie dzisiejszego stanu wiedzy.

Pytanie: Jaką widzi Pan drogę do rozwiązania zagadki „talerzy”?

Odpowiedź:  Wydaje mi się, iż niedostrzeganie przez uznane autorytety pewnych proble-

mów nie zawsze oznacza, iż te nie istnieją. Przypomnieć można słynną w historii nauki decyzję

- 45 -

background image

Francuskiej   Akademii   Nauk   sprzed   dwóch   wieków   wykluczającą   kategorycznie   możliwość
pozaziemskiego pochodzenia meteorytów.

W ostatnich czasach wiele się dyskutuje o pewnych prawidłowościach natury ludzkiej, które

przyjęto   określać   jako   „bloki   myślowe”,   co   w   wielkim   uproszczeniu   oznacza,   że   ludzie

wykształceni, często wielkiej wiedzy, z łatwością ulegają przyzwyczajeniu i rutynie. Oznaczać to
może, że umysł niezależny łatwiej znajdzie rozwiązanie problemu niż umysły uczone myślące

stereotypowo i w ustalony sposób.

Wyczerpującą   dokumentację   relacji   UFO   prowadzi   od   1976   roku  International   UFO

wydawany przez. Ośrodek Badań Ufologicznych (Center for UFO Studies) w mieście Evanston w
Stanach Zjednoczonych. Ośrodek jest organizacją prywatną, finansowaną ze składek, darów i

sprzedaży wydawnictw. Jako swego rodzaju „hasło wiodące” pisma zamieszczono wypowiedź
jednego z największych współczesnych fizyków, Duńczyka Nielsa Bohra:

„W   naszych   czasach   tylko   i   wyłącznie   przez   badanie   »obszarów   paradoksu«  oczekiwać

można jakiegoś skoku w postępie wiedzy o świecie”.

Ośrodek   ten   i   pismo   kierowane   przez   Hynka   uzyskały   największy   chyba   autorytet   w

sprawach ufologicznych. Oto dosłowna wypowiedź Hynka zamieszczona w pierwszym numerze

pisma w listopadzie 1979 r.:

„Cokolwiek   się   sądzi   na   tematy   UFO   w   cokolwiek   by   wierzyć,   co   dotyczy   ich   fizycznej

rzeczywistości — cokolwiek by przypuszczać na temat ich pochodzenia, jeden fakt pozostaje
bezsporny: na przestrzeni ostatnich 25 lat wiele ludzi całego świata, różnych narodów i różnych

zawodów   stale   donosi   o   coraz   nowych   spotkaniach   z   »talerzami«.   Treść   tych   relacji   jest
intrygująca i tajemnicza, silnie pobudza naszą wyobraźnię. Największy nawet sceptyk wyczuje

elementy dramatyczne w licznych sprawozdaniach świadków z bliskich spotkań z. »talerzami«.
Nieomal   każda   nowa   relacja   wykazuje   pewne   powiązanie   z   większością   z   poprzednich

sprawozdań i stanowi nowe wyzwanie dla naszej wiedzy o świecie. Wyzwanie stwarza również
jakby pewne zagrożenie dla naszego ustalonego spojrzenia na otaczający świat, dla naszego

dotychczasowego pojmowania rzeczywistości. Każda dokładnie sprawdzona relacja oznacza, że
zostały   wyeliminowane   wszystkie   możliwości   wyjaśnień   w   sposób   naturalny   i   racjonalny.

Czyżby miało to znaczyć, że nasz sposób patrzenia na otoczenie, które uważamy za rzeczywis-
tość, będzie musiał ulec zmianie, podobnie jak kiedyś uległo zmianie spojrzenie na świat fizyki

dzięki Einsteinowi? Wymagałoby to nowego spojrzenia na świat oraz ustępliwości w tematach
dotyczących spraw nie zbadanych. Każda epoka przynosi zmianę w naukowym widzeniu świata

i nie  wykluczam, że  zjawiska  »talerzowe«  torują drogę  do  następnej zmiany.  Jakiego  typu
byłaby zmiana, pokażą nam jedynie usilne badania. Pochopne domysły i pobożne życzenia nie

wystarczą   jedynie   poważnie   postawione   i   starannie   prowadzone   badania   mogą   w   końcu
przynieść   pożądaną   odpowiedź.   Coraz   wyraźniej   widać,   że   UFO   jest   czymś   więcej   aniżeli

złudzeniem wzroku czy majaczeniem pomyleńców. Co więcej wydaje się, że jest to zupełnie
nowa dziedzina wiadomości o świecie i jedynie umysł wolny od przesądów będzie mógł z nich

korzystać i wyjść naprzeciw wyzwaniu czegoś nowego, nieznanego.”

Wypowiedź   Hynka   uznać   należy   za   pewnego   rodzaju   deklarację   programową   ośrodka

amerykańskiego. Ośrodek utrzymuje kontakt z większością podobnych organizacji na całym
świecie.   W   styczniowym   numerze   „Reportera”   z   1978   roku   wymieniono   113   organizacji,

drukując   pełne   ich   nazwy   i   adresy.   Ośrodki   badań   UFO   powstały   w  następujących   krajach
(nawet kilkanaście w niektórych):

Francja

20 ośrodków

Wielka Brytania

19

Stany Zjednoczone

13

Kanada

10

Australia

7

Argentyna

6

Włochy

5

Szwecja

4

Brazylia

3

Dania

3

Meksyk, Hiszpania, RFN, Holandia, Nowa Zelandia po 2 ośrodki. Japonia, Finlandia, Jugos-

ławia, Portugalia, Chile, Urugwaj — po jednym.

Wszystkie organizacje, podobnie jak ośrodek amerykański, rejestrują, badają i komentują

zjawiska niewyjaśnione.

Najczęściej spotykane, najbardziej pospolite zjawisko to „talerze” widziane za dnia: Hynek

- 46 -

background image

opisuje 13 relacji, każda potwierdzona przez przynajmniej dwóch świadków. Oto jego tekst:

„Wybrałem 13 relacji, każda złożona oczywiście przez innych świadków, i na tej podstawie

próbowałem   wypracować   jakiś   wzór   prototypowy.   Większość   świadków   przesłuchiwałem
osobiście, nagrywając na taśmę rozmowy telefoniczne lub prowadząc korespondencję własno-

ręcznie. W każdym wypadku zostałem przekonany, iż mam do czynienia z ludźmi normalnymi,
w pełni władz umysłowych.”

Podajemy poniżej niektóre relacje z lat ostatnich, opierając się przede wszystkim na piśmie

„Reporter” i książce Hynka The UFO Experience.

Przytaczamy cztery relacje „talerzy dziennych”:

Relacja DD-1. 15 stycznia 1968 r. godz. 7.25, czas trwania — 10 minut, świadków 2.
„Jechałem samochodem z przyjacielem. Nagle odezwał się: »Czy widzisz to coś nad nami?«

Dziwaczny obiekt podobny do połówki pomarańczy wisiał nad nami: obaj nie mieliśmy pojęcia,
co to jest. Nadjechała ciężarówka, zatrzymała się i jeden z jadących zapytał, czy mamy kłopoty

z silnikiem. Odpowiedzieliśmy, że nie, i pokazaliśmy obiekt nad nami pytając, co o nim myślą.
Wtedy drugi powiedział: »To musi być jeden z tych latających talerzy«...

Cały dzień następny myślałem o tym i w końcu po południu zdecydowałem się zadzwonić do

wieży   kontrolnej   na   lotnisku,   aby   się   dowiedzieć,   czy   coś   o   tym   słyszeli.   Odpowiedzieli

negatywnie.”

Relacja DD-2. 21 października 1967 r. godz. 6.16, czas trwania 30 sekund, świadków 3.

„Żałuję, że nie zrobiłem zdjęć obiektu, jak zbliżał się do Ziemi, zdawało mi się jednak, że

należało obserwować go również gołym okiem, a nie jedynie przez wizjer.”

Relacja DD-3. 11 kwietnia 1969 r. godz. 18.30, czas trwania — 45 sekund, świadków 3.
„Jestem pilotem linii lotniczych od wielu lat, mam dobry wzrok i oczywiście stale obserwuję

różne   obiekty   w   powietrzu.   Zjawisko   nie   było   przelotnym   złudzeniem.   W   czasie,   kiedy
patrzyłem, nasunęło mi się wiele wyjaśnień, które z punktu odrzuciłem.”

Relacja DD-4. 24 marca 1967 r. godz. 8.45, czas trwania — 30 sekund, świadków 2.
„W   czasie   II   wojny   światowej   służyłem   jako   pilot   w   amerykańskim   lotnictwie.   W   czasie

całego   okresu  służby   nigdy   ani   w  dzień,   ani   w   nocy   nie   zauważyłem   w  powietrzu   niczego
niezwykłego.   Obecnie   mając   lat   43   zaobserwowałem   zjawisko,   którego   absolutnie   nie

rozumiem i które nie zgadza się z mym poczuciem rzeczywistości.”

Wróćmy   jeszcze   do   tych   świadków,   którzy   nie   mieli   żadnych   wiadomości   dotyczących

latających obiektów, jak wymienieni wyżej dwaj farmerzy. Jedynym określeniem obiektu, który
zauważyli, było stwierdzenie, iż wygląda jak połówka pomarańczy. Dwaj następni świadkowie,

którzy nadjechali ciężarówką, opisali obiekt następująco: koloru zielononiebieskiego, wyglądał,
jakby świecił, ale nie było to zwykłe światło. Powiedziałbym, iż wyglądało to raczej jak napisy

na autostradach, które mówią o odległości w kilometrach. Coś w rodzaju żółtego światła na
zielonym tle. Nie widać było odrębnych świateł na obiekcie, a świeciła całość.

Poza   tym   nadesłano   wiele   wysoce   przekonywających   relacji   zgłoszonych   jednak   przez

pojedynczych świadków. Można by sądzić, że powinny zostać włączone do relacji naocznych

świadków, gdyż są interesujące i odpowiadają zjawiskom określonym jako prototypy. Jednak
przyjęto we wszystkich kategoriach zasadę wielu świadków, tak że nie podano i nie zaliczono

jednoosobowych relacji.

Drugą kategorię relacji talerzowych spotkań trzeciego stopnia mówiących o „humanoidach”

podajemy przykładowo według „Reportera” (IUR 3/78):

„Dnia 1 czerwca 1976 r. o godzinie 13.30 trzy kobiety (imię. nazwisko, wiek) znajdowały się

w samochodzie na drodze polnej w odległości jednej mili na południe od miasta Staford. W
pewnej chwili pojazd talerzowy w kształcie kopuły pojawił się nad nimi i zniżył do poziomu

wierzchołków drzew w odległości około 100 m przed samochodem. Następnie zbliżył się do
samochodu   i   jakby   przejął   prowadzenie;   szybkość   zwiększyła   się   do   około   120   km/h   bez

naciśnięcia   pedału   gazu.   Następny   moment,   który   kobiety   mogą   sobie   przypomnieć,   to
powolna jazda z prędkością około 10 km na godz. do miasta położonego o około 12 km od

miejsca, gdzie po raz pierwszy zobaczyły talerz”.

Pozostała   część   relacji   pochodzi   z   wypowiedzi   kobiet   uzyskanych   w   stanie   hipnozy.

Wszystkie   trzy   podały   podobną,   prawie   identyczną   historię   porwania   i   uprowadzenia   do
pojazdu „talerzowego”.

Pani   H.   określiła   wielkość   pojazdu   jako   zbliżoną   do   „boiska   piłki   nożnej”,   pani   B.   jako

„wielkości dużego domu”.

Cała   kopuła   jaśniała   białym   światłem,   pośrodku   wiele   świateł   czerwonych,   a   od   dołu   4

- 47 -

background image

światła żółte. Postacie  „humanoidów” opisała jedna z kobiet jako  wysokich na jeden metr:
„wydali   mi   się   mali   i   ciemni”.   Wewnątrz   pojazdu   wszystkie   trzy   kobiety   poddane   zostały

badaniom medycznym, które określiły jako niezwykle bolesne i przykre. Podały następujące
objawy badań, które pozostawiły dziwne, nie spotykane ślady oparzenia na szyi u wszystkich

trzech kobiet, palenie i łzawienie oczu, poważny ubytek wagi ciała, uczucie palenia skóry przy
myciu twarzy i rąk, chwilowe rozregulowanie jednego zegarka (ruch przyspieszony), wyraźne

zmiany w psychice wszystkich trzech kobiet stwierdzone przez lekarzy w ciągu kilku miesięcy
po wydarzeniu.

Opracowana   i   wydana   w   Wielkiej   Brytanii   i   w   Stanach   Zjednoczonych   na   początku   lat

osiemdziesiątych   „Corgi”   Encyklopedia   UFO   gromadzi   na   kilkuset   stronach   dużego   formatu

wszystko, co na temat UFO powiedzieć można, poczynając od czasów Faraona Tutmosisa z XV
wieku p.n.e. do wydarzeń połowy lat osiemdziesiątych. Zgromadzono wiele tysięcy wiadomości

o wszystkim, co w przeszłości i obecnie wiąże się z pojęciem „talerzy latających” oraz setki
szczegółowych opisów ludzi zajmujących się tą tematyką, badaczy i „ufologów”.

Rozdział niniejszy piszę już po opracowaniu prawie całej książki. Maszynopis czytały osoby

interesujące się problemem UFO i zdarzało się, że spotykałem się z zarzutami, iż książka nie

daje „jasno sprecyzowanej tezy i stanowiska autora”. To prawda. Ja natomiast uważałem, że
brak postawienia kropki nad „i” jest właśnie największą zaletą mego opracowania. A oto, co

znalazłem we wstępie do Encyklopedii UFO. Pisze jej autor:

„Zainicjowałem korespondencję z autorami, badaczami, entuzjastami zarówno w Stanach

Zjednoczonych, jak i na całym świecie, na wszystkich kontynentach. Z radością napotkałem
masową i entuzjastyczną reakcję. Otrzymałem tysiące odpowiedzi. Przekonałem się, iż istnieje

w świecie ogromna ilość oddanych i zapamiętałych badaczy zjawiska UFO, niektórzy z nich
uważają się za »ufologów«. Zadaniem mej encyklopedii będzie, między innymi, zwrócić uwagę

opinii   światowej   na   ich   wysiłki   i   działalność,   jak   również   na   niektóre   fascynujące   opinie   i
poglądy. Ludziom chcącym utrzymać kontakt z najbardziej ważnymi i najnowszymi wydarze-

niami   z   dziedziny   »ufologii«   podaję   dużą   ilość   czasopism   oraz   wiele   setek   lokalnych   i
narodowych   organizacji   ufologicznych.   które   stale   informują   swoich   członków   o   ostatnich

wydarzeniach na polu »ufologii«”.

I   teraz   najbardziej   istotne   stwierdzenie   wstępu   do   encyklopedii:   „Linia   dzieląca   fakty

rzeczywiste od fikcji i fantazji jest bardzo trudna do określenia w świecie »ufologii«. Dlatego
też zdecydowałem się przedstawić cały ogrom danych o historii UFO bez wyrażania mej opinii i

oceny.   Chcę   pozostawić   czytelnikowi   wybór   oddzielenia   rzeczy,  w  które   można   wierzyć,   od
takich,   w   które   uwierzyć   na   pewno   nie   można.   Niech   czytelnik   mojej   encyklopedii   będzie

sędzią. Niech sam oceni, co może być rzeczywistością, a co fantazją, co zaś sygnałami ze
świata,   który   dopiero   poznamy   w   przyszłości”.   Wprowadzenie   do   materiału   zawartego   w

światowej encyklopedii obroniło moje poglądy.

- 48 -


Document Outline