background image

Dziewczyny z Buffalo, wyjdźcie dzisiejszej 
nocy...

Ursula K. Le Guin

- Spadłaś z nieba - powiedział kojot. 
Wciąż zwinięta w kłębek, leżała na boku, 
przyciskając się plecami do wiszącej 
nad nią skały i jednym okiem obserwowała 
kojota. Drugie oko zakrywała 
wybrzuszoną dłonią zwróconą grzbietem do 
pyłu podłoża. 
- Coś się wypaliło w niebie, o tam, nad skałą i 
stamtąd spadłaś - powtórzył 
cierpliwie kojot, jakby wiadomość ta stała się 
już cokolwiek przestarzała. - Czy 
coś ci się stało? 
- Czuła się całkiem dobrze. Siedziała w 
samolocie z panem Michaelsem i motor tak 
ryczał, że nie rozumiała, co do niej mówił nawet 
wtedy, gdy krzyczał, no i to, w 
jaki sposób wiatr tłukł o skrzydła, wywoływał w 
niej mdłości, ale poza tym 
wszystko było w porządku. Lecieli do 
Canyonville. 
Wróciła na ziemię. Kojot wciąż siedział w tym 
samym miejscu. Ziewnął. Był duży, 
dobrze odżywiony, a futro miał srebrzyste i 
gęste. Ciemna linia rozciągająca 
spojówkę podłużnego bursztynowego oka 
zaznaczała się tak wyraźnie jak u 

background image

dachowego kota. 
Dziecko powoli usiadło; ciągle przyciskało rękę 
do prawego oka. 
- Straciłaś oko? - zapytał kojot z 
zainteresowaniem. 
- Nie wiem - odparła. Nabrała w płuca powietrza 
i zadrżała. - Zimno mi. 
- Pomogę-ci go poszukać - obiecał kojot. - 
Wstawaj! Jak zaczniesz się ruszać, 
przestaniesz się trząść. Słońce już wzeszło. 
Zimna, niczym nie zakłócona jasność zalewała 
opadającą równinę - setki mil 
porośnięte bylicą. Kojot z ożywieniem dreptał to 
tu, to tam, węsząc pod kępkami 
trawy i zajęczego szczawiu, skrobiąc łapą pod 
skałami. 
- Nie będziesz szukać? - zapytał siadając nagle 
na tylnych łapach i zaprzestając 
poszukiwań. - Znałam kiedyś taką sztuczkę... -
teraz okazało się, że była to ona, 
kojocica, a nie on. - że mogłam rzucić swoje oczy 
wysoko w górę, na drzewo, 
wszystko stamtąd obejrzeć, potem zagwizdać i 
one wracały z powrotem do głowy. 
Ale skradł mi je ten cholerny facet-sójka i kiedy 
zagwizdałam, nic nie wróciło. 
Musiałam zamiast oczu włożyć sobie kulki z 
sosnowej żywicy, żeby w ogóle 
widzieć. Ty też mogłabyś spróbować. Ale 
właściwie jedno oko masz w porządku, to 
po co ci drugie? Idziesz, czy będziesz tu 

background image

zdychać? 
Dziecko przycupnęło, drżąc. 
~ Cóż, chodź jeśli masz ochotę... - rzekła 
kojocica. Znów ziewnęła, kłapnęła na 
pchłę, wstała, obróciła się i długim zboczem, 
które ciągnęło się daleko w głąb 
równiny leżącej w smugach długiego cienia 
krzaczków bylicy, potruchtała w dół, 
między rzadkie kępki szałwii i zajęczego 
szczawiu. Trudno było nadążyć wzrokiem 
za tym szczupłym, żółto-szarym zwierzęciem. 
Zniknęło, choć dziewczynka nie 
spuszczała -< zeń oczu. 
Dziecko z trudem podniosło się i - bez słowa, 
choć w duszy powtarzało sobie: 
"Zaczekaj , proszę, zaczekaj" - pokuśtykało za 
kojocicą. Mała cały czas 
przyciskała rękę do prawego oczodołu. Patrząc 
jednym okiem, nie widziała głębi, 
dlatego wszystko odbierała jak wielki, płaski 
obraz. Kojocica przysiadła nagle 
pośrodku tego obrazu i odwróciła się, by 
spojrzeć na dziewczynkę; miała otwartą 
paszczę i zmrużone, śmiejące się oczy. 
Dziewczynka nie czuła już takiego drżenia 
w nogach, i w głowie jej tak nie łomotało, ale nie 
opuszczał jej głęboki, 
mroczny ból. Już prawie zrównała się z 
kojocicą, gdy ta znów odbiegła. Tym razem 
mała przemówiła: 
- Zaczekaj, proszę! 

background image

~ Dobra - odparło zwierzę, ale biegło dalej. Mała 
szła za nim, schodząc w ten 
płaski obraz krokami, z których każdy miał 
głębię. Każdy z nich był inny, każdy 
krzaczek szałwii czuło się inaczej, a mimo to tak 
samo. Idąc śladem kojocicy, 
wyszła z cienia nawisowych skał i słońce stojące 
nad horyzontem oślepiło jej 
lewe oko. Jasne ciepło od razu przeniknęło jej 
mięśnie i kości. Powietrze, które 
całą noc z takim trudem wciągała w płuca, teraz 
okazało się słodkie i łagodne. 
Kępki szałwii wsysały w siebie cienie, a słońce 
rozgrzewało plecy dziewczynki 
idącej krawędzią żlebu za zwierzęciem. Po 
niedługim czasie kojocica przecięła 
ścięte zbocze, a dziecko mozolnie przedzierało 
się za nią - przez karłowate 
wierzby do wąskiego strumyka w szerokim 
piaszczystym korycie. Piła jedna i 
druga. 
Kojocica przeszła na drugą stronę strumienia; 
nie rzucała się niedbale w wodę i 
nie chlapała jak pies, nie. Stawiała nogę za nogą, 
cichuteńko, jak kot, i cały 
czas ogon miała nisko opuszczony. Dziewczynka 
zawahała się, wiedząc, że mokre 
buty nacierają na stopach pęcherze, a potem 
mozolnie przebrnęła przez wodę, 
robiąc najmniej kroków, jak tylko się dało. Od 
nieustannego trzymania ręki przy 

background image

oku bolało ją prawe ramię. 
- Potrzebny mi bandaż - powiedziała kojocicy. 
Zwierzę podniosło głowę, ale nie odezwało się 
słowem. Wyciągnęło przed siebie 
przednie łapy i leżało patrząc w wodę; kojocica 
odpoczywała, choć wciąż 
zachowywała czujność. Dziecko usiadło obok, na 
gorącym piasku, i próbowało 
poruszyć prawą ręką. Zaschnięta krew skleiła ją 
ze skórą wokół oka. Dziewczynka 
spróbowała delikatnie oderwać rękę i jęknęła, 
choć nie bolało aż tak bardzo; 
przestraszyła się. 
Kojocica podeszła do niej i wcisnęła swój 
szpiczasty pysk w twarz dziecka. Małą 
uderzył w nozdrza jej mocny, ostry zapach. 
Zwierzę zaczęło lizać tę straszną, 
obolałą ciemność. Czyściło ranę raz po raz 
podwiniętym, dokładnym, silnym, 
mokrym językiem, aż dziecko płaknęło sobie z 
ulgą, znalazłszy wreszcie ukojenie. 
Dziewczynka pochylała głowę tuż przy szaro-
żółtych żebrach samicy, widziała jej 
twarde sutki i białawe futro na brzuchu. Objęła 
kojocicę, głaszcząc jej ostrą 
sierść na grzbiecie i bokach. 
- No dobra - rzuciła tamta. - Idziemy! - ruszyła, 
nie oglądając się za siebie. 
Mała pozbierała się z trudem i poszła jej śladem. 
- Ale dokąd idziemy? - spytała. 
A kojocica, truchtając nad potokiem, odrzekła: 

background image

- Dalej, dalej w dół strumienia. 
Musiała zasnąć w trakcie marszu, bo był taki 
moment, kiedy miała wrażenie, że 
się budzi, ale wciąż szła, tyle że już jakby w 
innym miejscu. Nadal wędrowały 
wzdłuż strumienia, choć wąwóz niemal całkiem 
przeszedł w równinę i wciąż jak 
okiem sięgnąć majaczyły kępki bylicy. Oko, to 
dobre oko, było jak nowo 
narodzone. To drugie wciąż bolało, chociaż nie 
tak mocno, no i nie było sensu 
się nad tym zastanawiać. 
Ale, ale gdzie ten kojot?! Zatrzymała się. 
Otchłań zimna, w którą wpadł samolot, 
znów się pod nią otworzyła i dziewczynka 
zaczęła się zapadać. Stała, lecąc w 
dół, a w krtani jej narastał cichy skowyt. 
Odwróciła się. 
Zobaczyła zwierzę. Przeżuwało na wpół 
wysuszone truchło wrony; czarne wargi i 
wąską paszczę kojota oblepiały 
ciemnogranatowe pióra. Zobaczyła ogorzałą 
kobietę 
klęczącą przy ognisku; dorzucała szczyptę 
czegoś do stożkowatego naczynia. 
Słyszała, jak wewnątrz bulgocze woda, mimo że 
kobieta zestawiła już naczynie z 
ognia i oparła je o kamienie. Jej włosy były 
żółto-szare, związane sznurkiem na 
karku. Miała bose nogi. Podeszwy stóp 
twardością i kolorem przypominały zelówki 

background image

butów, ale jej stopa wysklepiała się wysoko, a 
palce tworzyły dwa schludne 
zaokrąglone rowki. Ubrana była w dżinsy i 
starą, białą koszulę. Spojrzała na 
dziewczynkę. 
- Chodź! Chodź na wronę! - zawołała. 
Dziecko powoli podeszło do niej i do ogniska, i 
ukucnęło. Dziewczynka przestała 
już spadać, czuła się bardzo lekka i pusta, a 
język miała sztywny i obcy niczym 
wetknięty w usta kołek. 
Kojota dmuchała teraz w garnek czy koszyk, 
czy co to tam było. Wsadziła do 
środka dwa palce i zaraz je wyciągnęła, 
otrzepując rękę i krzycząc: 
- O, jasna cholera! że też nigdy nie mam 
żadnych łyżek! - Odłamała uschniętą 
gałązkę bylicy, zanurzyła w garnku i oblizała. -
Mmm... Pycha! No chodź! 
Dziecko przysunęło się bliżej, odłamało gałązkę, 
umoczyło. Patyczek oblepiała 
grudkowata, różowawa papka. Dziewczynka 
wysunęła język. Papka miała głęboki i 
delikatny smak. 
- Co to takiego? - zapytała po dłuższej chwili 
maczania i oblizywania. 
- Żarcie. Papka z suszonego łososia - odparła 
Kojota. - Stygnie. -Jeszcze raz 
wetknęła dwa palce w garnek, tym razem 
zagarniając obficie, i zręcznie je 
wylizała. 

background image

Dziewczynka poszła w jej ślady i umazała sobie 
całą brodę. To było tak, jak z 
pałeczkami: wymagało praktyki. A więc 
ćwiczyła. Jadły, raz jedna, raz druga, aż 
nic nie zostało w garnku prócz trzech kamyków. 
Dziecko nie spytało, po co w 
garnku kamienie. Wylizały je do czysta. Potem 
Kojota wylizała wnętrze naczynia, 
przepłukała je raz w potoku i włożyła na głowę. 
Dobrze leżało, tworząc rodzaj 
stożkowatego kapelusza. Ściągnęła z siebie 
dżinsy. 
- Sikaj w ognisko! - zawołała i wysikała się w 
ogień, stając okrakiem nad 
paleniskiem. - Aaa, jakie miłe ciepło między 
nogami! 
Dziewczynka, cała zakłopotana, myślała, że i 
ona powinna zrobić to samo, ale nie 
chciała i nie zrobiła. Z obnażonym tyłkiem, 
Kojota tańczyła wokół zmoczonego 
ogniska, wyrzucając w górę długie, chude nogi i 
podśpiewując: 
Dziewczyny z Buffalo, wyjdźcie dzisiejszej nocy, 
Dzisiejszej nocy, dzisiejszej 
nocy. 
Dziewczyny z Buffalo, wyjdźcie dzisiejszej nocy 
Zatańczyć w świetle księżyca. 
Naciągnęła z powrotem dżinsy. Dziecko 
zasypywało resztki ognia piaskiem z 
potoku, z całą powagą formując z niego 
kopczyki, bo chciało zrobić to jak 

background image

należy. Kojota przyglądała się małej. 
- To ty? Dziewczyna z Buffalo? Co się stało z 
resztą!? 
- Z resztą? - Dziecko spojrzało na siebie z 
przestrachem. 
- Z resztą twoich. 
- A! Hm, mama zabrała Bobby'ego,to mój 
młodszy braciszek, razem z wujkiem 
Normem. Tak naprawdę to on nie jest moim 
wujkiem , ani nic w tym rodzaju. No a 
pan Michaels i tak miał tam jechać, więc miał 
mnie zawieźć do mojego prawdziwego 
taty, w Canyonville. Linda, moja przyrodnia 
matka, no wiesz, nie miała nic 
przeciwko temu. W każdym razie przez 
wakacje, a potem mieliśmy zobaczyć. No i 
ten samolot... 
W ciszy, która zapadła twarz dziewczynki stała 
się ciemno-czerwona, później 
szarobiała. Kojota patrzyła na nią, urzeczona. 
- Ach!- wyrwało się małej. - Ach! Ach! Pan 
Michaels... on na pewno... Czy on 
...? 
- Idziemy! - rzuciła Kojota i odmaszerowała. 
- Powinnam wrócić... - zawołało dziecko. 
- Po co? -zapytała Kojota. Zatrzymała się, 
obróciła, by popatrzeć na małą, a 
potem przyspieszyła kroku.- Chodź, 
Dziewczyno! - W jej ustach zabrzmiało to jak 
imię. Może to i było imię małej -miała na imię 
Myra - tyle że w języku 

background image

Kojoty...? 
Zrozpaczone dziecko nie wiedziało, co robić i 
znów zaprotestowało, ale mimo to 
podążyło jej śladem. 
- Dokąd idziemy? Gdzie my jesteśmy? 
- To jest mój kraj - odparła z godnością Kojota i 
długim, powolnym gestem ręki 
wskazała daleki horyzont. -Ja go stworzyłam. 
Każdą zasraną kępkę bylicy tu 
stworzyłam. 
I szły dalej. Kojota miała swobodny chód, nawet 
troszkę powłóczyła nogami, ale 
żwawo przemierzała teren; dziewczynka robiła 
wszystko, żeby nie zostać z tyłu. 
Spod skał i krzaczków znów zaczęły się 
wyciągać cienie. Zostawiwszy za sobą 
strumień, Kojota i dziecko szły teraz w górę 
długiego*" niewysokiego i 
nierównego zbocza, które kończyło się gdzieś 
hen, daleko, na tle nieba, wśród 
skał. Ciemne drzewa wyrastały to tu, to tam, 
jako coś, co ludzie nazywali 
jałowcowym laskiem, lasem pustynnym, takim, 
co to ma więcej miejsca między 
drzewami niż samych drzew. Każdy mijany 
przez nie jałowiec ostro pachniał - 
dzieci w szkole nazwałyby tę woń "kocie siki,, - 
ale małej się to podobało, bo 
zdawało się jej, że zapach ten idzie prosto do 
głowy, że jest silnie 
rozbudzający. Zerwała z krzaka jagodę 

background image

ipotrzymała w ustach, ale po chwili 
wypluła. Ból wracał wielkimi, ciemnymi falami i 
zaczęła się potykać. 
Zorientowała się, że siedzi na ziemi. Kiedy 
spróbowała wstać, okazało się, że 
nogi jej się trzęsą i odmawiają posłuszeństwa. 
Czuła się głupio i bała się. 
Zaczęła płakać. 
-Jesteśmy w domu! -wołała Kojota gdzieś z 
góry.Dziecko spojrzało na nią 
zapłakanym okiem i ujrzało bylicę, jałowiec, 
trawę i skały. Usłyszało krótki 
urywany okrzyk Kojoty rozmywający się hen, w 
gasnącym słońcu. 
U podnóża skał zobaczyła maleńkie miasteczko: 
kartonowe domki, szałasy, 
wszystkie niepomalowane. Znów usłyszała 
nawoływanie Kojoty. 
- Chodź no, kicia! Chodź, Dziewczyno, jesteśmy 
w domu! 
Nie mogła się podnieść, więc na czworakach 
usiłowała przejść tę daleką drogę pod 
górę aż do domków u stóp skał. Na długo zanim 
tam dotarła, jacyś ludzie wyszli 
jej naprzeciw. Z początku myślała, że to dzieci, 
ale wkrótce uświadomiła sobie, 
że większość z nich to dorośli, tyle że bardzo 
niskiego wzrostu; byli mali, 
krępi, grubi i mieli drobne, delikatne dłonie i 
stopy. Ich oczy spoglądały żywo 
i pogodnie. Jakieś kobiety pomogły się jej 

background image

podnieść i iść, wspierając miłym 
słowem: "Już niedaleko, zaraz będziesz na 
miejscu". W tym późnym zmierzchu 
bijące z drzwi i nieuszczelnionych spojeń w 
kartonach światło miało ostro żółtą 
barwę. W spokojnym powietrzu wisiał słodki 
zapach palonego drewna". Mali ludzie 
cały czas cicho ze sobą rozmawiali i śmiali się. 
"Gdzie ona się zatrzyma?", 
"Zakwaterujmy ją u Drozda; tam już wszyscy 
śpią!,,, "Och, może przespać się u 
nas". 
- Gdzie jest Kojota? - zachrypiała dziewczynka. 
- Poleciała zapolować - odparli. 
- Ktoś nowy w mieście? - zapytał czyjś głęboki 
głos. 
- Tak, mamy nową osobę - odpowiedział jeden z 
niedużych mężczyzn. 
Pomiędzy tym małym ludkiem właściciel 
głębokiego głosu swymi rozmiarami robił 
spore wrażenie. Był wysoki i barczysty, miał 
silne dłonie, dużą głowę oraz 
krótką szyję. Rozstąpili się przed nim z 
szacunkiem. On poruszał się spokojnie i 
też zachowywał wobec nich respekt. Spojrzał na 
dziecko. Miał zdumiewające oczy. 
Mrugnięcia jego powiek przywodziły na myśl 
przesunięcie ręki przed płomieniem 
świecy. 
- To ledwie pisklę - oznajmił. - Co dałaś sobie 
zrobić z okiem, nowa osobo? 

background image

- Nie wiem... Lecieliśmy... 
- Jesteś za młoda, żeby latać - rzekł swoim 
niskim, miękkim głosem. - Kto cię tu 
sprowadził? 
- Kojota. 
- Przyszła tu z Kojotą, Młody Sowo - potwierdził 
jeden z małych mężczyzn. 
- No to może powinna spędzić tę noc w domu 
Kojoty - zaproponował ten duży*. 
- Tam tak pusto i tylko te kości... -odezwała się 
niewielka kobieta o tłustych 
policzkach, ubrana w koszulę w paski. - Może 
pójść do mnie. 
To zdaje się przesądziło sprawę. Pucułowata 
kobieta poklepała dziewczynkę po 
ramieniu i zabrała ze sobą, wiodąc ją mimo 
kilku chat i szałasów do małego domku 
bez okien. Drzwi okazały się tak niziutkie, że 
nawet dziecko musiało mocno 
schylić głowę, żeby wejść do środka. Wewnątrz 
zaroiło się od ludzi; niektórzy 
już tam byli, a niektórzy wepchali się za 
pucułowatą gospodynią. W kącie, w 
skrzyneczkach- kołyskach, głębokim snem spało 
kilkanaścioro niemowląt. W chacie 
płonął porządny ogień i unosił się dobry zapach, 
jakby prażonego ziarna 
sezamowego. Dziewczynka dostała jedzenie i 
trochę zjadła, ale w głowie jej się 
kręciło i mrok prawego oka wciąż zachodził na 
lewy, tak, że przez chwilę nie 

background image

widziała w ogóle nic. Nikt nie spytał ją o imię, 
ani też nie powiedział, jak ma 
się do nich zwracać. Słyszała, że dzieci nazywają 
kobietę o tłustych policzkach 
Wiewiórką. Zebrała się wreszcie na odwagę i 
spytała: 
- Czy mogę się gdzieś położyć, pani Wiewiórko? 
- Jasne, chodź. O, tutaj - powiedziała jedna z 
córek i zaprowadziła dziewczynkę 
do pokoju na tyłach chaty. Pokój był tylko 
częściowo odgrodzony od zatłoczonego 
pomieszczenia głównego, ale panowała w nim 
ciemność, a i ludzi zdawało się tam 
być mniej. Rzędem przy ścianach stały duże 
półki z materacami. 
- Wdrap się do środka! - zachęcała jedna z córek 
Wiewiórki, klepiąc dziewczynkę 
w ramię we właściwy im wszystkim, dobrotliwy 
sposób. 
Dziecko wspięło się na półkę i wślizgnęło pod 
koc. Mała ułożyła głowę do snu. 
Nie umyłam zębów... - pomyślała. 
Obudziła się. Znów zasnęła. W sypialni 
Wiewiórki zawsze było duszno, ciepło i 
panował tam półmrok, dzień i noc, na okrągło. 
Ludzie wchodzili, spali, wstawali 
i wychodzili. Cały czas. Zapadała w drzemkę i 
zasypiała. Zeszła na dół, by ze 
stojącego we frontowym pokoju wiadra 
zaczerpnąć warząchwią wody i napić się. 
Potem wróciła na pryczę, żeby dalej drzemać i 

background image

spać. 
Siedziała na półce; nogi dyndały jej w 
powietrzu. Nie czuła się już źle, tylko 
sennie i słabo. Namacała kieszeń w dżinsach. W 
lewej przedniej tkwił mały 
grzebyczek i opakowanie po gumie balonowej; 
w prawej dwa banknoty jednodolarowe 
i dwie monety: dwadzieścia pięć i dziesięć 
centów. Do środka weszła Wiewiórka w 
towarzystwie bardzo ładnej, pulchnej, 
ciemnookiej kobiety. 
- Ha! Więc zbudziłaś się akurat na swój taniec! - 
powitała ją Wiewiórka ze 
śmiechem i usiadła koło niej, obejmując 
dziewczynkę ramieniem. 
- Sójek wydaje taniec dla ciebie -wyjaśniła 
ciemnooka. -Będziesz jak nowa. 
Musimy cię przygotować. 
Gdzieś tam, pod skałami, wytryskało źródło, 
które przechodziło tu w mulistą 
sadzawkę o porośniętych trzciną brzegach. 
Chlapiąca się w niej grupka 
hałaśliwych dzieciaków uciekła i na czas kąpieli 
dziewczynka z dwiema kobietami 
zostały same. 
Woda była ciepła na powierzchni, ale głębiej 
marzły w niej stopy i nogi. 
Zupełnie nagie, dwie śmiejące się kobiety o 
łagodnych głosach, krągłych 
brzuchach i piersiach, szerokich biodrach i 
pośladkach lśniących ciepłem w 

background image

późnopopołudniowym słońcu ochlapały 
dziewczynkę wodą, umyły i wygłaskały jej 
nogi, ramiona i włosy, skończenie delikatnie 
wyczyściły okolice jej prawego oka 
- kość policzkową i brew - podziwiając ją 
namydliły, spłukały i rozchlapując 
wodę, wygoniły na brzeg, gdzie wysuszyły małą i 
siebie nawzajem, ubrały się, 
ubrały małą, zaplotły jej włosy i nawzajem 
swoje własne, uwiązały piórka na 
końcach warkoczy, znów ją podziwiały, potem 
podziwiały siebie nawzajem, by 
wreszcie sprowadzić ją znów do maleńkiego 
miasteczka o rozsianych domkach, na 
jakieś podwórze, czy może ubity plac pomiędzy 
chatami. Nie było tam ulic, tylko 
ścieżki i pyląca się ziemia; żadnych ogródków 
ani trawników, tylko szałwia i 
kurz. Na placu zebrała się całkiem spora grupka 
ludzi; część z nich, wystrojona 
w kolorowe koszule, barwne sukienki, sznury 
korali i kolczyki, przechadzała się 
to tu, to tam. 
- Cześć, Wiewiórko ! Cześć, Biała Łapko! - 
wszyscy pozdrawiali obie kobiety. 
Na spotkanie wyszedł im mężczyzna w nowych 
dżinsach, w czystej, spranej, 
niebieskiej, roboczej koszuli 
podjaskrawoniebieską aksamitną kamizelką. 
Był 
bardzo przystojny, spięty i ważny. 

background image

- No dobra. Dziewczyno! - odezwał się ostro i 
głośno, co brzmiało zaskakująco na 
tle tych wszystkich jakże cicho mówiących ludzi. 
- Dziś wieczorem naprawimy ci 
to twoje oko! Ty sobie tu tylko usiądź i niczym 
się nie martw. 
Ujął jej nadgarstek - delikatnie mimo swego 
dyrektorskiego, szorstkiego sposobu 
bycia - i zaprowadził do utkanej maty, leżącej 
na zbrylonej ziemi prawie w 
centrum placu. Tam musiała usiąść, choć czuła 
się idiotycznie; przykazano jej 
się nie ruszać. 
Szybko pozbyła się wrażenia, że wszyscy na nią 
patrzą, gdyż nikt nie obdarzał 
jej więcej niż przelotnym spojrzeniem i tylko 
Wiewiórka i ciemnooka kobieta; 
bądź ich rodziny, posyłały jej krzepiące 
mrugnięcia. Co pewien czas Sójek 
podbiegał do niej i rzucał coś na kształt: "Będzie 
jak nowe!", po czym wracał do 
innych, by tam się rządzić, pokrzykując i 
wymachując długimi niebieskimi 
ramionami. 
Ktoś szczupły, ogorzały, swobodnym krokiem 
wspinał się na pagórek, zbliżając do 
placu i dziecko już zaczęło podskakiwać, gdy 
nagle przypomniało sobie, że ma 
siedzieć spokojnie, więc zamarło i cicho 
krzyknęło: 
- Kojota! Kojota! 

background image

Kojota przyszła, powłócząc nogami. Spojrzała 
na dziecko. Wyszczerzyła się w 
uśmiechu. 
- Nie daj się spieprzyć temu Sójkowi, 
Dziewczyno - rzuciła i niespiesznie poszła 
dalej. 
Dziecko odprowadziło ją pełnym bólu, 
stęsknionym wzrokiem. 
Zebrani usiedli teraz z jednej strony placu, 
tworząc nierówne półkole wciąż 
rozrastające się na końcach. Wreszcie powstał 
niemal pełen krąg ludzi, którzy 
siedzieli w kurzu wokół dziewczynki; byli 
oddaleni od niej o jakieś dziesięć czy 
piętnaście kroków. Wszyscy mieli na sobie ten 
rodzaj ubrania, do jakiego 
dziewczynka przywykła - dżinsowe spodnie i 
kurtki, koszule, kamizelki, 
bawełniane sukienki - ale wszyscy byli 
bosonodzy i wydawali się jej piękniejsi 
od ludzi, których znała; każdy na swój sposób, 
jakby każdy z nich stwarzał 
własny rodzaj piękna. Ale też niektórzy 
wyglądali bardzo dziwnie: szczupli, 
ciemni, lśniący, o szepczących głosach, a wśród 
nich znalazła się jakaś 
długonoga kobieta z oczami jak paciorki. Był 
tam również ten wielki mężczyzna 
zwany Młodą Sową; miał senny i godny wyraz 
twarzy, zupełnie jak sędzia McCown, 
właściciel rancza liczącego sobie sześćdziesiąt 

background image

tysięcy akrów. A koło niego 
siedziała kobieta, która zdaniem dziecka 
mogłaby być jego siostrą; podobnie jak 
on miała haczykowaty nos i duże, silne ręce, ale 
była chuda i ciemna, a w jej 
ognistych oczach czaiło się coś szalonego. Oczy 
miała bursztynowe, lecz okrągłe, 
nie skośne jak Kojoty/Była też i Kojota. Ziewała 
i drapała się z nudów pod 
pachą. 
Naraz w owym kręgu ktoś się pojawił - 
mężczyzna ubrany jedynie w coś w rodzaju 
szkockiej spódniczki i pelerynę malowaną, bądź 
wyszywaną koralikami w romb^. 
Tańczył w rytm grzechotki, którą potrząsał 
szybko i z furkotem. Miał grube, a 
mimo to prężne ciało tudzież kończyny, i 
miękkie, lejące się ruchy. Dziewczynka 
nie odrywała odeń wzroku, kiedy tak tańczył: to 
obok niej, to wokół niej i znowu 
obok. Kołatka w jego dłoni poruszała się tak 
szybko, że była niemal niewidoczna. 
W drugiej dłoni trzymał coś cienkiego i ostrego. 
Ludzie siedzący w kręgu zaczęli 
śpiewać. Śpiewali ledwie kilka dźwięków 
powtarzających się w rytm kołatki -cicho 
i bez melodii. 
Było to podniecające i nudne zarazem, obce i 
skądś jakby znajome. Grzechotnik 
coraz bardziej zacieśniał pętlę tańca wokół 
dziecka, co raz gwałtowniej 

background image

wysuwając przed siebie rękę. Za pierwszym 
razem dziewczynka zrobiła unik. 
Przestraszyła się jego nagłego wypadu w przód i 
płaskiej, zimnej twarzy o 
wąskich oczach. Później, poznawszy swoją rolę, 
siedziała już spokojnie. Taniec 
trwał nadal. Śpiew też. Aż wreszcie i taniec i 
śpiew uniosły ją gdzieś poza 
granicę nudy, gdzie kołysała ją jakaś fala, fala 
która mogłaby ją tak kołysać na 
wieki. 
Teraz do kręgu wkroczył Sójek i stanął obok 
niej. Nie umiał śpiewać, więc tylko 
pokrzykiwał tym swoim donośnym, szorstkim 
głosem :"Hej!Hej!Hej!Hej!".-Zewsząd 
odpowiadano mu tym samym, a spod skał, na 
kształt drugiej odpowiedzi, wracało 
echo. Sójek w jednej ręce dzierżył patyk 
zakończony czymś krągłym, a w drugiej 
coś, co przypominało szklaną kulkę. Patyk 
okazał się fajką. Sójek wciągał z niej 
dym do ust i wydmuchiwał go na cztery strony 
świata, w górę i w dół, a potem 
dmuchał na kulkę, za każdym razem 
wypuszczając jeden obłoczek dymu. Wtem 
grzechotanie ustało i na kilka oddechów 
wszystko zamarło. Sójek ukucnął i z 
głową przekrzywioną na jedną stronę 
intensywnie wpatrywał się w dziecko. 
Wyciągnął rękę w przód, mrucząc coś pod 
nosem w rytm znów narastającego 

background image

grzechotania i śpiewu. Teraz ludzie śpiewali 
jeszcze głośniej. Sójek dotknął 
prawego oka dziecka w samym środku 
mrocznego bólu. Dziewczynka cofnęła się, ale 
wytrzymała. Dotknięcie nie było delikatne. W 
jego dłoni ujrzała kulkę, matową 
żółtą gałkę jakby z pszczelego wosku. Potem 
zamknęła widzące oko i zacisnęła 
zęby. 
- Już! - krzyknął Sójek. - Otwieraj! No dalej! 
Po^każ nam! 
Zwarła szczęki jak imadło, otworzyła oboje 
oczu. Powieka prawego zaparła się i 
ciągnęła z tak rozdzierającym jaskrawym 
bólem, że niewiele brakowało, a 
dziewczynka zwymiotowałaby na oczach 
siedzącej w krąg widowni. 
- Hej, widzisz coś? No jak tam? Wygląda 
świetnie! - Sójek ponaglał ją, potrząsał 
za ramię. - No i jak się z tym czujesz? Widzisz? 
To, co widziała było niewyraźne, zamazane i 
żółtawe. Niebawem odkryła - a 
wszyscy kolejno do niej podchodzili, oglądali ją, 
z uśmiechem głaskali, 
poklepywali jej ręce i ramiona - że jeśli 
zamykała to bolące oko i patrzyła 
drugim, wszystko stawało się ostre i płaskie. 
Kiedy zaś patrzyła obojgiem oczu, 
świat jawił sie co prawda rozmazany i żółtawy, 
ale zyskiwał na głębi. 
tuż obok zobaczyła długi nos, wąskie oczy i 

background image

uśmieszek Kojoty. 
- co to jest. Sójek? - pytała Kojota, zaglądając w 
prawy oczodół. - Tym razem 
skradłeś jedno z moich? 
- To sosnowa żywica! - wykrzyknął Sójek 
wściekły. - Co ty sobie myślisz?! Że 
użyłbym jakiegoś głupiego, przechodzonego oka 
kojota? Ja jestem lekarzem! 
- No, no, no ... Lekarzem! -prychnęła Kojota. -
Jejej, ależ to dopiero 
brzydactwo! Dlaczego nie poprosiłeś Królika o 
jedno z jego miotu? To wygląda jak 
kawałek gówna! - Przysunęła swą chudą twarz 
jeszcze bliżej. Dziewczynka 
pomyślała, że ją pocałuje, tymczasem Kojota 
wysunęła cienki, długi język i znowu 
liznęła ją dokładnie w sam środek bólu, kojąc go 
i oczyszczając. Kiedy mała 
ponownie otworzyła oczy, świat wyglądał już 
całkiem nieźle. 
- Widzę zupełnie nienajgorzej - powiedziała. 
- Hej, wy tam! - wrzasnął Sójek. - Ona mówi, że 
nienajgorzej widzi! Udało się! 
Udało! Sama to powiedziała! Nie mówiłem 
wam? A nie mówiłem? - Odszedł, 
wykrzykując i wymachując ramionami. Kojota 
zniknęła. Wszyscy się rozchodzili. 
Dziecko wstało, zesztywniałe od długiego 
siedzenia. Zrobiło się niemal ciemno, 
jedynie odległy zachód utrzymywał głęboką, 
bladą poświatę. Na wschodzie, równiny 

background image

zatapiały się w noc W niektórych chatach 
zapłonęło światło. Gdzieś tam, na 
skraju osady piszczące skrzypeczki wygrywały 
tęskną, szczebiotliwą melodię. 
Ktoś podszedł do niej i cicho zapytał: 
- U kogo się zatrzymasz? 
- Nie wiem - odpowiedziało dziecko. Było 
przeraźliwie głodne. - Czy mogę 
zamieszkać z Kojotą? 
- Nieczęsto bywa w domu - odparła cicho 
kobieta. - Nocowałaś u Wiewiórki, 
prawda? A może zamieszkasz z Królikiem, albo 
z Zającem? Oni mają dzieci... 
- A czy pani ma dzieci? - zapytała dziewczynka, 
spoglądając na delikatną kobietę 
o łagodnym wejrzeniu. 
- Dwa jelonki - odrzekła z uśmiechem kobieta. - 
Ale do miasta ściągnęłam dopiero 
co, na taniec. 
- Naprawdę chciałabym zamieszkać z Kojotą - 
powiedziała po chwili dziewczynka, 
nieśmiało lecz z uporem. 
-Dobrze, w porządku. Tam jest jej dom.-Łania 
podprowadziła dziecko do 
rozpadającej się chaty na wyższym krańcu 
miasta. Ze środka nie dochodziło żadne 
światło. Przed wejściem walało się mnóstwo 
rupieci. Nie było schodka 
prowadzącego do wpół otwartych drzwi. 
Krzywo przybita, sponiewierana sosnowa 
deska informowała :"Chwilutka". 

background image

- Hej Kojota, jesteś tam? Masz gościa - zawołała 
Łania. Cisza. 
Łania otworzyła szerzej drzwi i zajrzała do 
środka. 
-Nie ma jej. Chyba poluje. Muszę już wracać do 
jelonków. Dasz sobie radę? Każdy 
tutaj da ci coś do jedzenia. Poradzisz sobie...? 
-Tak, tak. Dam sobie radę. Dziękuję pani - 
odrzekło dziecko. 
Łania odchodziła w perłowy zmrok. Była 
niezwykle elegancka w ruchach i drobiła 
małymi kroczkami niczym kobieta na wysokich 
obcasach - szybka, dokładna, lekka 
jak piórko. Dziewczyna odprowadziła ją 
wzrokiem. 
Wewnątrz "Chwilutki" panował zbyt wielki 
mrok, by dało się cokolwiek zobaczyć i 
tak tam było zagracone, że dziewczynka padała 
przy każdym kroku. Nie umiała się 
połapać gdzie i jak rozpalić ogień. Namacała 
coś, co zdawało się być łóżkiem, 
ale kiedy się tam położyła, zapach i to, co 
wyczuwała pod sobą, sprawiało raczej 
wrażenie sterty brudów. Coś gryzło ją w nogi, 
ręce, szyję i w plecy. Była 
okropnie głodna. 
Kierując się węchem, dotarła do czegoś, co 
musiało być śniętą rybą i zwisało z 
sufitu w rogu chaty. Po omacku zerwała zeń 
tłustą skórę i skosztowała. To był 
wędzony, suszony łosoś. Odrywała jeden 

background image

mięsisty kawałek po drugim, aż wreszcie 
poczuła się syta. Wylizała palce do czysta. Tuż 
przy otwartych drzwiach 
gwiaździsta poświata oświetlała wodę w jakimś 
naczyniu. Dziewczynka ostrożnie ją 
powąchała, ostrożnie spróbowała i wypiła tylko 
tyle, by ugasić pragnienie, 
bowiem woda miała błotnisty smak, była ciepła i 
stęchła. Potem wróciła na łoże z 
brudnych szmat i pcheł, i położyła się. Mogłam 
pójść do domu Wiewiórki, czy 
innych przyjaznych domostw - myślała leżąc 
samotnie na brudnym posłaniu Kojoty. 
Ale nie poszłam... Tłukła pchły tak długo, 
dopóki nie zapadła w sen. 
Gdzieś w środku nocy usłyszała czyjś głos... 
-Posuń się, kicia. 
... i tuż koło niej zrobiło się nagle ciepło. 
Śniadanie, jedzone na siedząco w zalanych 
słońcem otwartych drzwiach, składało 
się z papki ze sproszkowanego suszonego łososia. 
Kojota polowała dzień i noc, 
ale nie jadały świeżej dziczyzny tylko łososia, 
suchy proszek, i wszelkie 
sezonowe jagody. Dziewczynka nie pytała 
dlaczego. Wydawało jej się to logiczne. 
Chciała natomiast zapytać Kojotę, dlaczego 
spała w nocy, a czuwała w dzień, jak 
dwunożni ludzie, nie odwrotnie, jak to miały w 
zwyczaju kojoty. Kiedy jednak 
sformułowała już w myślach pytanie, 

background image

uświadomiła sobie, że po to jest dzień, żeby 
czuwać i noc, by spać. I to też było logiczne. Ale 
pewnego upalnego dnia jedno 
pytanie jednak zadała; akurat obie leżały, 
oganiając się od pcheł. 
- Nie mogę zrozumieć, dlaczego wyglądacie jak 
ludzie. 
- Jesteśmy ludźmi. 
- Nie, nie, myślę o takich ludziach jak ja, na 
dwóch nogach. 
- Podobieństwo tkwi w oku patrzącego - odparła 
Kojota. - A tak przy okazji, jak 
miewa się to twoje pokiereszowane oko? 
-Dobrze. Ale... No, że nosicie ubrania... i 
mieszkacie w domach, macie ogień no 
i to wszystko... 
- To ty tak myślisz. Gdyby ten pyskacz Sójek nie 
wmieszał się w całą sprawę, 
pokazałabym ci, co znaczy dobra robota. 
Dziewczynka już całkiem przywykła do tego, że 
Kojota nie lubiła trzymać się 
jednego tematu, za to lubiła się przechwalać. 
Pod niektórymi względami, Kojota 
przypominała wiele znanych dziewczynce dzieci. 
Pod innymi nie. 
- Chcesz powiedzieć, że to, co widzę tak 
naprawdę to nie istnieje? Że to nie 
jest prawdziwe? Że to taka telewizja, albo coś w 
tym rodzaju...? 
- Nie - odparła Kojota.-O, masz kleszcza na 
kołnierzu!-Wyciągnęła rękę, 

background image

strzepnęła kleszcza, podniosła jednym palcem, 
rozgryzła i wypluła resztki. 
- Łeee...- powiedziało dziecko. - No więc? 
- A więc dla mnie zasadniczo jesteś szaro-żółta i 
biegasz na czterech nogach. 
Dla tamtej reszty - tu machnęła lekceważąco 
ręką w stronę zbitych w gromadę 
małych domków u stóp wzgórza -jesteś 
podskakującym stworzeniem, co to ciągle 
wykrzywia nos. Dla Jastrzębia jesteś jajkiem, a 
może już obrastasz puchem? Sama 
widzisz... Wszystko zależy, jak się na co patrzy. 
Są tylko dwa gatunki ludzi. 
- Na dwóch nogach i na czterech? 
- Nie. Ci, którzy mówią: "Są dwa gatunki 
ludzi" i ci, którzy tego nie mówią. - 
Kojota pękała z dumy, tłukąc się po udach i 
chichocząc z radości, że tak się jej 
udał dowcip. Dziecko nie rozumiało go i czekało. 
- No dobra - zaczęła Kojota. - Więc są ci pierwsi 
ludzie, no i ta reszta. To 
właśnie te dwa rodzaje... 
- A ci pierwsi to kto? 
- My, zwierzęta... i tak dalej. Wszyscy ci starzy. 
No wiesz. I wy maluchy, 
dzieciaki, żółtodzioby. Wszyscy ci, co byli 
najpierw. 
-A... ci drudzy? 
- Oni - wyjaśniała Kojota. - No wiesz. Ci inni. Ci 
nowi. Ci, co przyszli. - Jej 
drobna, ostra twarz nabrała powagi, stała się 

background image

groźna. Z krótkotrwałą złotawą 
przenikliwością spojrzała wprost na dziecko; 
rzadko się jej to zdarzało. - 
Jesteśmy tu. Jesteśmy tu od zawsze - 
powtórzyła. - Jesteśmy tutaj od zawsze. Tam 
gdzie jesteśmy, jest "tutaj". Ale to teraz ich 
kraj. Oni tu rządzą... Szlag! 
Nawet mnie się to lepiej udawało! 
Dziecko dumało czas jakiś i podsunęło słowo tak 
często słyszane: 
- To są nielegalni imigranci. 
- Nielegalni! - parsknęła Kojota szyderczo i z 
pogardą. - Nielegalny może być 
podrzutek. Co to do cholery znaczy 
"nielegalny"? Chcesz od kojoty usłyszeć 
kodeks sprawiedliwości? Wydoroślej, dzieciaku! 
- Nie chcę. 
- Nie chcesz dorosnąć? 
- Stanę się tym drugim rodzajem, jak dorosnę. 
- Hm. No tak - rzekła Kojota i wzruszyła 
ramionami. - Takie jest życie. - Wstała 
i poszła za dom, a dziecko słyszało, jak sika na 
podwórku. 
Wiele było rzeczy trudnych do zniesienia w 
Kojocie-matce. Na czas, kiedy 
odwiedzali ją jej męscy przyjaciele, dziewczynka 
nauczyła się wychodzić z domu i 
spędzać noc u Królików, albo u Wiewiórki, 
bowiem Kojota i jej dobiegacz nie 
raczyli nawet zaczekać, aż znajdą się w łóżku, 
tylko zaczynali to robić już na 

background image

podłodze, a nawet od razu na podwórku. Kilka 
razy zdarzyło się, że Kojota 
wróciła późną porą z polowania ze swoim 
amantem i mała musiała wciskać się w 
ścianę, tam, razem z nimi, w łóżku, słysząc i 
czując, co robią tuż za jej 
plecami. Było to coś pośredniego między walką a 
tańcem i miało swój rytm, i nie 
przeszkadzałoby to jej zbytnio, tyle że nie 
bardzo dawało się przy tym spać. 
Którejś nocy zbudziła się czując, że bieżący 
przyjaciel Kojoty w jakiś oślizgły 
sposób głaszcze ją po brzuchu. Nie wiedziała, co 
zrobić, ale Kojota się 
obudziła, zorientowała, co tamten wyrabia, 
ugryzła go mocno i wykopała z łóżka. 
Noc spędził na podłodze, a następnego ranka 
kajał się, mówiąc: 
-Tam do licha, Ko! Zapomniałem, że jest z nami 
dzieciak! Myślałem, że to ty... 
Nieudobruchana Kojota wrzeszczała: 
- Myślisz, że jestem bez zasad?! Myślisz, że 
pozwoliłabym jakiemuś kojotowi 
zgwałcić dzieciaka w moim łóżku?! -Wyniosła 
go na kopach z chaty i do końca dnia 
na niego utyskiwała. Ale zaraz potem znów 
przyszedł tam na noc i razem z Kojotą 
robili to ze trzy czy cztery razy. 
Kolejną dość kłopotliwą sprawą było to, że 
Kojota sikała gdzie popadło, 
ściągając majtki w miejscach publicznych. Ale 

background image

większość tutejszych ludzi zdawała 
się tego nie zauważać. Tym, co dziewczynkę 
najbardziej zawstydzało, były chwile, 
gdy Kojota w dowolnym miejscu robiła coś 
grubszego, po czym odwracała się do 
tego i przemawiała. To było okropne. Zupełnie 
tak, jakby Kojota była - co często 
mogło przychodzić na myśl, a to przecież 
nieprawda - niespełna rozumu. 
Któregoś dnia, gdy Kojota spała, dziewczynka 
pozbierała wszystkie zeschnięte 
bobki walające się wokół domu i zakopała je w 
pewnym piaszczystym miejscu, dokąd 
na dłuższe posiedzenia chodziła i ona, i Ryś, i 
większość tamtejszych ludzi. 
Kojota zbudziła się, leniwie wywlokła się z 
"Chwilutki", ziewając czochrała swe 
gęste, jasne, szarawe futro i wystarczyło, że raz 
tylko rozejrzała się tymi 
swoimi wąskimi oczyma i natychmiast zapytała: 
- Hej! A gdzie one są? - A potem krzyknęła: - 
Gdzie jesteście!? Gdzie wy 
jesteście!? 
Dało się słyszeć słaby chórek dochodzący spod 
kupy piasku: 
- Tu jesteśmy, mamusiu! 
Kojota podbiegła tam truchtem, kucnęła, 
wygrzebała spod ziemi wszystkie bobki i 
długo potem do nich przemawiała. Wróciła do 
domu i nie odezwała się w tej 
sprawie słowem, ale czerwona na twarzy 

background image

dziewczynka powiedziała z bijącym sercem: 

- Przepraszam, że to zrobiłam. 
- Łatwiej jest, kiedy są w pobliżu - wyjaśniła 
Kojota, myjąc ręce. Mimo brudu 
panującego w domu, na swój sposób dbała o 
czystość osobistą. 
- Ciągle na nie nadeptywałam - tłumaczyło się 
dziecko, próbując usprawiedliwić 
swój uczynek. 
-Biedne małe gówienka...-skomentowała Kojota, 
ćwicząc jakiś taneczny krok. 
- Kojoto - zaczęło dziecko nieśmiało - czy ty 
kiedykolwiek miałaś dzieci? Mam na 
myśli prawdziwe szczeniaki. 
- Czy miałam dzieci?! Czy-miałam dzieci? 
Dobre sobie! Pamiętasz tego, który 
próbował cię podmacywać? Wiesz który? To był 
mój syn. Szmatławiec.... Posłuchaj, 
Dziewczyno, miej córki. Jak już musisz coś 
mieć, miej córki. One przynajmniej 
się zmywają. 
Dziecko myślało o sobie, że jest Dziewczyną, ale 
też czasem, że jest również 
Myrą. O ile wiedziała, była jedyną osobą w 
mieście o dwóch imionach. Musiała o 
tym myśleć jak również i o tym, co Kojota 
mówiła o dwóch rodzajach ludzi; 
musiała myśleć, gdzie jest jej miejsce. Niektórzy 
w mieście dawali jej jasno do 
zrozumienia, że jeśli o nich idzie, do ich 

background image

społeczności ona z pewnością nie 
należała. Na wskroś paliło ją wściekłe spojrzenie 
Jastrzębia, dzieci Śmierdziela 
robiły głośne uwagi na temat jej zapachu. I 
mimo, że Wiewiórka i Zajęczyca 
otaczały ją życzliwością, była to serdeczność 
dużych rodzin, w których jedna 
osoba mniej czy więcej nie czyni żadnej różnicy. 
Gdyby to jedno z nich, Zając 
czy Królik, znaleźli ją zagubioną i na wpół ślepą 
na pustyni, czy zatrzymaliby 
się przy niej tak, jak to zrobiła Kojota? To 
właśnie było to - szaleństwo, które 
nazywali szaleństwem Kojoty. Ona się nie bała. 
Mieszała się z obydwoma rodzajami 
ludzi, przechodziła od jednych do drugich. 
Kozioł i Łania wraz ze swymi pięknymi 
dziećmi bały się naprawdę, bo żyły w stałym 
zagrożeniu. Grzechotnik się nie bał, 
ponieważ sam był niebezpieczny. A może się 
jednak i bał, bo nigdy z nią nie 
rozmawiał i nigdy się do niej nie zbliżał. Żadne z 
nich nie traktowało jej tak, 
jak Kojota. Nawet wśród dzieci jej jedynym 
stałym towarzyszem zabaw był młodszy 
od niej, absurdalnie śmieszny i nieustraszony 
chłopiec zwany Dzieckiem Rogatej 
Ropuchy. Razem kopali i budowali za miastem 
pośród szałwii, i bawili się w 
polowanie, zbieranie, w dom i w tańce, we 
wszystkie te wspaniałe zabawy. 

background image

Blady, przycupnięty chłopiec o mocno 
zaznaczonych brwiach... Był pełnym rezerwy, 
a jednak oddanym jej przyjacielem; i dużo 
wiedział jak na swój wiek. 
- Nie ma tu nikogo takiego jak ja - powiedziała 
pewnego dnia dziewczynka, kiedy 
siedzieli nad sadzawką w porannym słońcu. 
- Takich jak ja nie ma specjalnie nigdzie - 
odparło Dziecko Rogatej Ropuchy. 
- No wiesz, co mam na myśli. 
- Uhm... Wydaje mi się, że kiedyś byli tu tacy 
jak ty. 
- Jak się nazywali? 
-No... ludzie. Tak jak wszyscy. 
- Ale gdzie mieszkają ci moi ludzie? Mają 
miasta. Kiedyś mieszkałam w mieście. 
Nie wiem, gdzie oni są i gdzie jest wszystko inne. 
Powinnam się dowiedzieć. Nie 
wiem, gdzie jest moja mama, ale tata jest w 
Canyonville. Właśnie tam leciałam, 
kiedy... . 
- Spytaj Konia - rzucił roztropnie chłopiec. 
Odsunął się od wody, której nie 
lubił i nigdy nie pił, i zaplatał sitowie. 
-Nie znam Konia. 
- Na ogół kręci się przy Sterczącym Wzgórzu. 
Czeka, aż się jego wuj zestarzeje, 
a wtedy da mu kopa i sam zostanie za wielkiego 
ogiera. Pan starszy i kobiety nie 
chcą go tymczasem oglądać. Konie są dziwne. 
Mniejsza z tym, to jego właśnie 

background image

trzeba zapytać. On dużo bywa i jego ludzie 
przybyli tu z tymi nowymi, w każdym 
razie tak mówią. 
Nielegalni imigranci - pomyślała dziewczynka. 
Posłuchała rady Dziecka Rogatej 
Ropuchy i któregoś długiego dnia, kiedy Kojota 
wybyła na jedną z tych swoich 
niezapowiedzianych i niewyjaśnionych eskapad, 
zabrała ze sobą sakiewkę pełną 
suszonego łososia i tak zwanych łososiowych 
jagód, i wyruszyła samotnie na 
południowy zachód, do Sterczącego Wzgórza, 
odległego o wiele mil od miasta. 
U stóp góry znajdowało się przepiękne źródełko, 
a przy nim ścieżka z mnóstwem 
czyichś śladów. Czekała pod wierzbą, obok 
przejrzystej sadzawki i już po chwili 
nadbiegł Koń. Był wspaniały, o 
miedzianoognistej skórze, długich, silnych 
nogach, szerokiej klatce, ciemnych oczach i 
czarnej grzywie, która biła go w 
biegu po grzbiecie. 
Zatrzymał się, zupełnie nie przestraszony, i 
spojrzawszy na nią, prychnął. 
-Kim jesteś? 
Nikt w mieście nigdy jej tego pytania nie zadał. 
Teraz wiedziała już, że to 
prawda: Koń przybył tu z innymi ludźmi, z 
ludźmi, którzy musieli wzajemnie się 
pytać, kto kim jest. 
- Mieszkam u Kojoty - odparła ostrożnie. 

background image

- A tak, słyszałem o tobie - rzekł Koń. 
Przyklęknął, by napić się z sadzawki. 
Pił długimi, głębokimi łykami, nurzając ręce w 
chłodnej wodzie. Kiedy się już 
napił, otarł usta, przysiadł na piętach i oznajmił: 
- Będę królem. 
- Królem koni? 
-Tak jest! Całkiem niedługo. Mógłbym już 
wykończyć Starego, ale co tam, 
zaczekam. Niech się nacieszy tym, co ma - 
powiedział Koń. Zarozumiały. 
Wielkoduszny. 
Dziecko wpatrywało się weń, zakochane na 
wieki. 
- Mogę ci uczesać grzywę, jeśli chcesz - 
zaproponowało. 
- Świetnie! - stwierdził Koń i usiadł, a ona stała 
za nim, ciągnąc z wysiłkiem 
swój kieszonkowy grzebyczek przez jego 
twarde, na jard długie, czarne, lśniące 
włosy. 
Długo trwało, zanim rozczesała wszystkie. Kiedy 
już była gotowa, związała je 
wierzbową witką w olbrzymi koński ogon. Koń 
nachylił się nad wodą, żeby 
podziwiać swe odbicie. 
- Wspaniale - pochwalił. -Naprawdę pięknie! 
- Czy czasem chodzisz tam... gdzie są inni 
ludzie? - zapytała cicho. 
Nie odpowiadał na tyle długo, że już myślała, iż 
wcale nie odpowie, lecz wtem 

background image

się odezwał: 
- Masz na myśli te miejsca z metalu? Ze szkła? 
Te dziury? Bywam w tamtych 
okolicach. Teraz tam same mury. Kiedyś nie 
było ich tak wiele. Babka mówiła, że 
dawniej w ogóle nie było murów. Znasz Babkę? 
- zapytał naiwnie< spoglądając na 
dziecko wielkimi, ciemnymi oczyma. 
-Twoją babkę? 
- No tak... Babkę, no wiesz... Tą, która snuje 
pajęczynę. No, wszystko jedno. 
Wiem, że trochę moich ludzi, koni, też tam jest. 
Widziałem ich za murami. 
Zachowują się po wariacku. Wiesz, 
sprowadziliśmy tu nowych ludzi. Nie doszliby 
tutaj bez nas, bo mają tylko dwie nogi i te 
metalowe pudełka. Mogę ci 
opowiedzieć całą tę historię. Król musi znać 
wszystkie historie. 
- Bardzo lubię różne historie. 
- Całe opowiadanie zajęłoby trzy noce. Co 
chcesz o nich wiedzieć? 
- Właśnie sobie myślałam, że może powinnam 
tam pójść. Tam do nich. 
- To niebezpieczne. Naprawdę niebezpieczne. 
Nie można się tam dostać. Złapią 
cię. 
- Chciałabym tylko znać drogę. 
- Drogę to ja znam - powiedział Koń i po raz 
pierwszy zabrzmiało to zupełnie 
dorośle i odpowiedzialnie. Wiedziała, że to 

background image

prawda. -Dla młodego konia to kawał 
drogi. - Znów spojrzał na nią. - Mam kuzynkę, 
która jedno oko ma w jednym 
kolorze, a drugie w innym - rzekł, przenosząc 
wzrok z prawego oka dziecka na 
lewe. - Jedno brązowe, a drugie niebieskie. Ale 
ona jest Paluzyjką. 
- To żółte zrobił mi Sójek - wyjaśniło dziecko. - 
Straciłam swoje własne. W 
tym... kiedy... Myślisz, że nie mogłabym się tam 
dostać? 
- A po co? 
- Jakoś tak czuję, że muszę. 
Koń kiwnął głową. Podniósł się. Dziewczynka 
stała bez ruchu. 
- Sądzę, że mógłbym cię tam zabrać - stwierdził. 
- Mógłbyś? Kiedy? 
- Myślę, że choćby i teraz. Jak już zostanę 
królem, nie będę mógł tak sobie 
odchodzić, rozumiesz sama. Trzeba chronić 
kobiety. No i z całą pewnością nie 
pozwoliłbym swoim ludziom zbliżać się do tych 
miejsc! - Dreszcz przeszedł przez 
całe jego wspaniałe ciało, a mimo to odrzucając 
głowę dodał: - Oczywiście, mnie 
nie daliby rady złapać, ale inni nie umieją tak 
biegać jak ja. 
- Ile czasu by nam to zajęło? 
Koń chwilę się zastanawiał. 
- Hm, najbliższe takie miejsce jest za 
czerwonymi skałkami. Gdybyśmy ruszyli 

background image

teraz, bylibyśmy z powrotem jutro koło 
południa. To tylko mała dziura. 
Nie wiedziała, co miał na myśli mówiąc 
"dziura", ale nie zapytała go o to. 
- Chcesz się tam wybrać? -spytał Koń, 
odrzucając w tył zebraną w węzeł grzywę. 
- Tak... - powiedziała dziewczynka, czując jak 
ziemia usuwa się jej spod nóg. 
- Umiesz biegać? 
Potrząsnęła głową. 
- Ale sama tu przyszłam. 
Roześmiał się, swobodnym, pogodnym 
śmiechem. 
- Wskakuj - rzucił i ukląkł, zginając wykręcone 
do tyłu ręce, by mogła mu wejść 
na barki jak przy pomocy strzemion. - Jak cię 
nazywają? - droczył się z nią, 
podnosząc się z łatwością i z miejsca ruszając 
biegiem. - Komar? Mucha? Pchła? 
- Kleszcz, bo nie dam się oderwać! - krzyknęła, 
ściskając wierzbową witkę, 
oplatającą czarną grzywę. Śmiała się ze 
szczęścia, że oto nagle urosła na osiem 
stóp i na podobieństwo trawy, nie kiwając 
palcem, gna przez pustynię jak wiatr. 
Była noc po pełni. Księżyc wstał, by oświetlić im 
równinę. Koń nieprzerwanie 
biegł przed siebie, zdawało się, że bez żadnego 
wysiłku. Głęboką nocą zatrzymali 
się w obozowisku Sowy Pigiriejki. Trochę 
podjedli i odpoczęli. Większość sów 

background image

udała się na polowanie, lecz pewna stara dama 
zabawiała ich przy ognisku 
opowiadaniem historyjek o duchu świerszcza i o 
wielkich niewidzialnych ludziach. 
Dziewczynka słuchała tych przypowieści, to 
zapadając w drzemkę, to na wpół 
budząc się i znów zasypiając, jak gdyby 
wplatała je we własne sny. Później Koń 
posadził ją sobie na grzbiecie i niemęczącym 
wolnym kroczkiem ruszyli w drogę. 
Księżyc chował się za ich plecami, a przed nimi 
niebo jaśniało już złotem i 
różem. Zniknął lekki, nocny wiatr, a powietrze 
było ostre, zimne i nieruchome. 
Pachniało, czy raczej niosło w sobie delikatny 
zapach spalenizny. Dziecko czuło, 
jak zmienia się krok Konia, jak staje się napięty, 
skrępowany. 
- Cześć, Książę! - odezwał się czyjś cienki, 
ganiący głos. 
Dziewczynce wydał się znajomy i połączyła go z 
osobą, jak tylko ją ujrzała. 
Tamta siedząca na jałowcu; schludnie ubrana, 
miała na głowie starą,, czarną 
czapkę. 
- Witaj, Sikoro! - odpowiedział Koń, 
podchodząc bliżej i zatrzymując się przy 
drzewie. Jeszcze w miasteczku Kojoty 
dziewczynka zauważyła, że wszyscy 
traktowali Sikorę z szacunkiem. Nie rozumiała 
dlaczego. Sikora zdawała się być 

background image

kimś najzwyklejszym w świecie; ruchliwa i 
gadatliwa jak większość małych ptaków, 
nie była tak przymilna jak Przepiórka, ani tak 
imponująca jak Jastrząb czy 
Wielka Sowa. 
- Wybierasz się gdzieś tą drogą? - zapytała 
Sikora Konia. 
- Mała chce zobaczyć czy mieszkają tam jej 
ludzie - odparł Koń, zaskakując tym 
dziewczynkę. Czy rzeczywiście tego chciała...? 
Sikora, jak to się jej często zdarzało, sprawiała 
Wrażenie niezadowolonej. W 
zamyśleniu zagwizdała kilka dźwięków - to też 
należało do jej przyzwyczajeń - po 
czym wstała. 
-Idę z wami. 
- Wspaniale - rzekł Koń z wdzięcznością. 
- Lecę na zwiad - oznajmiła Sikora i z niebywałą 
szybkością odleciała, 
wysforowując się przed nich, gdy tymczasem 
Koń wpadł w swój równy, długi krok. 
Kwaśny zapach w powietrzu przybrał na sile. 
Sikora zatrzymała się na niewielkim 
wzniesieniu, daleko przed nimi i zamarła w 
bezruchu. Koń zwolnił do kroku 
spacerowego i wreszcie stanął. 
- Jest - powiedziała cicho. 
Dziewczynka wypatrywała oczy. W dziwnym 
świetle i lekkiej mgle poprzedzającej 
wschód słońca nie widziała zbyt wyraźnie, a 
kiedy tak wytężała wzrok, zdawało* 

background image

się jej, że na lewe oko całkiem oślepła. 
- Co to takiego? - wyszeptała. 
-Jedna z dziur. Po drugiej stronie muru. 
Widzisz? 
Wyglądało to tak, jakby biegła tam jakaś prosta, 
urywana linia przeciągnięta 
przez równinę bylicy, a na jej odległym końcu... 
Nic? Czyżby to mgła? Coś tam 
się ruszyło... 
- To bydło! - zawołała. 
Koń stał w milczeniu, niepewny. Sikora już do 
nich wracała. 
- To ranczo. A tam jest płot i mnóstwo 
herefordów - powiedziała dziewczynka. 
Słowa te nabrały w jej ustach smaku żelaza, 
smaku soli. Nazwane przez nią rzeczy 
zachwiały się przed jej oczyma i rozpłynęły, nie 
zostawiając nic tylko dziurę w 
świecie, wypalone miejsce, jak popiół z 
papierosa. - Podejdź tam - ponaglała 
Konia. Chcę to zobaczyć. 
Jakby winien jej był posłuszeństwo, ruszył przed 
siebie. Był spięty, ale nie 
próbował z nią dyskutować. 
Podfrunęła do nich Sikora. 
- Nikogo nie ma - informowała swym cienkim, 
oschłym głosem - ale zbliża się 
jeden z tych obłych szybkich przedmiotów. 
Koń skinął głową, lecz nadal parł do przodu. 
Kurczowo trzymając się jego barków, 
dziewczynka wpatrywała się w pustkę. I naraz, 

background image

jakby słowa Sikory wyostrzyły jej 
wzrok, znów zobaczyła: rozsypane białe twarze - 
niektóre z nich spoglądały w ich 
stronę, przewracając niebieskawymi oczyma - 
ogrodzenia, na wzgórzu dach domu z 
kominem, i wysoką stodołę... Nagle, gdzieś w 
oddali coś się poruszyło, poruszyło 
się i zaczęło bardzo szybko biec, coraz szybciej i 
szybciej, zbyt szybko, 
pędziło nad ziemią, dokładnie na nich, z 
potworną prędkością. 
- Uciekaj! - wrzasnęła. - Uciekaj! Uciekaj! 
Koń zawrócił i jakby puściły wszelkie pęta, gnał 
maksymalnie wyciągnięty w 
powietrzu, wyrzucając nogi daleko przed siebie. 
Uciekał od słońca, od ogniście 
płonącego pojazdu, od zapachu kwasu, żelaza, 
śmierci. A Sikora frunęła przed 
nimi niczym popiół unoszony podmuchem świtu. 
- Koń?! - dziwowała się Kojota. - Ten kutas? 
Pierniczysz! 
Kojota była już w domu, gdy dziewczynka 
dotarła do Chwilutki, ale najwyraźniej 
nie martwiła się o dziecko, może nawet nie 
spostrzegła jego nieobecności. Miała 
paskudny nastrój i wszystko to, co dziewczynka 
usiłowała jej wyjaśnić, rozumiała 
opacznie. 
- Jeśli masz zamiar robić takie głupoty, w 
przyszłości rób je ze mną. Ja 
przynajmniej mam w tym wprawę - rzekła 

background image

ponuro, przygarbiona za drzwiami. Dziecko 
widziało, jak Kojota kuca, jak dźga patykiem 
stary, biały bobek i usiłuje 
nakłonić go do odpowiedzi na jakieś pytania. 
Bobek uparcie milczał. Później tego 
dnia dziewczynka zauważyła, że w pobliżu 
źródła snują się dwa kojoty. Jeden był 
młody, drugi stary, o dość parszywym 
wyglądzie. Kręciły się i spoglądały w 
stronę Chwilutki. 
Dziewczynka postanowiła, że dobrze będzie tę 
noc spędzić gdzieś poza domem. 
Wizja zatłoczonych pokojów Wiewiórki nie 
wydała się jej atrakcyjna. Znów 
zapowiadała się ciepła, księżycowa noc. 
Dlaczegóż by nie przespać się na dworze? 
Gdyby tylko mogła mieć pewność, że nie 
przyplącze się gdzieś w pobliże nikt w 
rodzaju Grzechotnika... Niezdecydowanie 
stanęła w połowie miasta, gdy nagle 
odezwał się oschły głosik: 
- Cześć, Dziewczyno. 
- Cześć, Sikoro. 
Schludna kobieta w czarnej czapce stała na 
progu swego domu, wytrzepując 
chodnik. Dom był równie uporządkowany i 
schludny jak ona sama. Po wyprawie na 
pustynię dziecko wiedziało już - choć nadal nie 
umiałoby tego ująć w słowa - 
dlaczego Sikora należała do osób Szanowanych. 
- Pomyślałam sobie, że może dziś będę spać na 

background image

dworze... - rzuciła niepewnie. 
- Niezdrowo - stwierdziła Sikora. - A od czego są 
gniazda? 
- Mama jest... trochę zajęta. 
- Hm! - prychnęła Sikora i z oburzeniem 
strzepnęła chodnik. - A ci jej mali 
przyjaciele? To są w każdym razie porządni 
ludzie. 
- Mały Rogaty Ropuch? Ma takich nieśmiałych 
rodziców... 
- No cóż. Skoro tak, to wejdź do środka i posil 
się - rzekła Sikora. 
Dziewczynka pomagała jej przygotować kolację. 
Wiedziała już, dlaczego w garnku 
są kamienie. 
- Pani Sikoro - zaczęła - wciąż tego nie 
rozumiem... Czy mogę spytać? Mama mówi, 
że to zależy od patrzącego, ale mimo to... Chcę 
powiedzieć, że skoro widzę, że 
nosicie ubrania tak jak my, ludzie na dwóch 
nogach, to jak to się dzieje, że 
gotujecie w taki sposób, w koszykach, rozumie 
pani... No i nie używacie takich 
rzeczy, jakie mają ci, u których byliśmy dziś 
rano z Koniem. 
- Nie wiem - odparła Sikora. We wnętrzu domu 
jej głos brzmiał całkiem ciepło i 
przyjemnie. - Wydaje mi się, że robimy 
wszystko tak, jak to robiliśmy dawniej, 
kiedy twoi ludzie i moi żyli razem, wiesz. I 
razem ze wszystkim dokoła. No 

background image

rozumiesz, z kamieniami, roślinami i tak dalej. - 
Spojrzała na koszyk z 
wierzbowych witek, korzenia paproci i żywicy, i 
na sczerniałe kamienie, które 
grzały się w ogniu. - Sama widzisz, jak to 
wszystko do siebie pasuje... 
- Ale macie ogień... To całkiem inaczej niż... ? 
- Ach! - rzuciła niecierpliwie Sikora. - Cóż wy 
ludzie właściwie sobie 
wyobrażacie? Zdaje się wam, że to wy 
wynaleźliście słońce? 
Wzięła drewniane szczypce i ująwszy rozgrzane 
kamienie, wrzuciła je do 
wypełnionego wodą koszyka; buchnęła para, 
rozległ się przeraźliwy syk i głośny 
bulgot. Dziecko wsypało do środka utłuczone 
nasiona i zamieszało. 
Sikora wyniosła kosz drobnych czarnych jagód. 
Usiadły na dopiero co wytrzepanym 
chodniku i jadły. Dziewczynka znacznie już 
udoskonaliła technikę nabierania 
jedzenia dwoma palcami. 
- Cóż, może pyłu nie wymyśliłam, ale jestem 
lepszą kucharką niż Kojota - 
odezwała się Sikora. 
Dziecko skinęło głową, nie przerywając 
jedzenia. 
- Nie wiem, dlaczego zmusiłam Konia, żeby mnie 
tam zabrał - powiedziała 
dziewczynka, kiedy już się najadła. - Kiedy to 
zobaczyłam, zlękłam się tak samo 

background image

jak on. Ale teraz czuję, że znów chciałabym tam 
wrócić. Ale też chcę zostać 
tutaj, z moimi przyjaciółmi, z Kojotą... Nic z 
tego nie rozumiem. 
- Kiedy mieszkaliśmy razem, wszystko to było 
jednym miejscem - zaczęła Sikora 
swym niespiesznym, domowym głosem. - Ale 
teraz ci inni, ci nowi ludzie, 
mieszkają osobno. I te ich miejsca są takie 
przytłaczające. Wpychają się na 
nasze tereny, wciskają, wyrywają je, wysysają, 
wyżerają je, wygryzają w nich 
dziury, przepełniają... Niewykluczone, że jeszcze 
trochę, a znów będzie tylko 
jedno miejsce, ich miejsce na ziemi. A z nas nikt 
tu już nie zostanie. Znałam 
kiedyś Bizona, tam za górami. Znałam 
Antylopę, mieszkała tutaj. O tam, na 
zachodzie byli też Niedźwiedź Grizzly i Szary 
Wilk. Nie ma ich już. Nikogo z 
nich nie ma. A ten łosoś, którego jesz w domu 
Kojoty... To jest bajkowy łosoś, 
to jest prawdziwe jedzenie. Ale ile takich jeszcze 
zostało? Gdzie są te rzeki, 
które aż czerwieniały na wiosnę? Kto teraz 
tańczy, gdy Pierwszy Łosoś składa 
siebie w ofierze? Kto tańczy nad rzeką? O! O to 
właśnie powinnaś zapytać Kojotę. 
Ona wie więcej ode mnie. Ale ona zapomina... 
Jest zupełnie beznadziejna, jeszcze 
gorsza od Kruka. Musi wciąż sikać na każdym 

background image

rogu, okropnie prowadzi dom - głos 
Sikory zabrzmiał ostro. Zagwizdała coś krótko i 
zamilkła. 
Po chwili dziecko zapytało cicho: 
- Kto to jest Babka? 
- Babka... - powtórzyła Sikora. Spojrzała na 
dziewczynkę i w zamyśleniu zjadła 
kilka jagód. Wygładziła ręką chodnik, na 
którym siedziały. - Gdybym rozpaliła 
ogień na chodniku, wypaliłabym w nim dziurę - 
zaczęła. - Zgadza się? A zatem 
ogniska budujemy na piasku, w pyle drogi... 
Wszystko jest ze sobą splecione. A 
więc tę, która jedno z drugim splata, nazywamy 
Babką. - Zagwizdała cztery 
dźwięki, wpatrując się w otwór w dachu, którym 
uchodził dym. - W końcu - dodała 
- być może całe to miejsce, może i inne miejsca... 
może wszystko to razem jest 
tylko jedną stroną tego, co się przędzie? Nie 
wiem. Umiem patrzeć raptem jednym 
okiem naraz, więc skąd miałabym wiedzieć, jak 
głęboko to sięga? 
Zawinięta w koc Sikory na podwórku za jej 
domem, dziewczynka słuchała szumu i 
zrywów wiatru w topolowym zagajniku w dole 
kotlinki. A potem, zmordowana 
minioną, jakże długą nocą, głęboko zasnęła. 
Góry na wschodzie nabrały barwy 
mglistej, ciemnej czerwieni, jakby podświetlało 
je z tyłu nisko zawieszone 

background image

światło podobne do tego, które widać przez dłoń 
trzymaną przed ogniem. Na 
tytoniowym poletku - jedynym rolniczym 
zajęciem, jakim ktokolwiek się tam parał, 
była drobna uprawa dzikiego tytoniu - 
Jaszczurka z Żukiem nuciły coś w rodzaju 
pieśni na szybsze wzejście zbiorów, bądź na ich 
błogosławienie. Brzmiało to jak 
ciepłe i cokolwiek chaotyczne hu-hu-hu-hu, hu-
hu-hu-hu, i leżąc tak zwinięta i 
rozgrzana na ziemi dziewczynka czuła, jak pod 
wpływem ich pieśni w ziemię tę 
wrasta, jak się na niej i w niej kołysze tak, że nie 
wiedziała już, gdzie kończą 
się jej palce, a zaczyna pył podłoża. Zupełnie 
jakby była martwa... Ale przecież 
żyła, była życiem tej planety! 
Wstała tańcząc, w gnieździe Sikory, na pustym 
już łóżku zostawiła elegancko 
zwinięty koc i tanecznym krokiem wspinała się 
na wzniesienie, do Chwilutki. W na 
wpół otwartych drzwiach zaśpiewała: 
Tańczyłem z dziewczyną w dziurawej 
pończosze, Dziurawej pończosze, dziurawej 
pończosze, jej kolana stukały, a pięty tupały, 
Tańczyłem w świetle księżyca! 
Wyszła Kojota. Rozczochrana, ledwie trzymając 
się na nogach, przyjrzała się 
dziecku spod zmrużonych powiek. 
- Cholera... -mruknęła. Wyssała coś spomiędzy 
zębów i skierowała się do czerpaka 

background image

przy drzwiach, by schlapać sobie wodą całą 
głowę. Otrząsnęła się; na wszystkie 
strony posypał się deszcz kropel. - Wynieśmy się 
stąd - rzuciła. - Mam tego 
dosyć. Nie wiem, co mnie napadło. Jeśli jestem w 
ciąży, w moim wieku... A niech 
to szlag! Wynośmy się z miasta. Potrzebuję 
jakiejś odmiany. 
W zatęchłym mroku chaty dziewczynka 
dojrzała co najmniej dwa głośno chrapiące 
kojoty; leżały rozciągnięte na łóżku i na 
podłodze. 
Kojota podeszła do starego, białego bobka i 
przykopała mu. 
- Dlaczego mnie nie powstrzymałeś?! - 
krzyknęła. 
- Mówiłem ci - odmruknął bobek, nadąsany. 
- Głupie gówno! - burknęła Kojota. - Chodź, 
Dziewczyno. Idziemy. 
- Dokąd? Nie czekała na odpowiedź. - Już wiem. 
Chodź! 
I ruszyła przez miasto tym swoim niby leniwym, 
wyciągniętym chodem, za którym 
tak trudno było nadążyć. Ale dziecko kipiało 
wigorem i szło za nią tańcząc, tak 
że i Kojota też zaczęła tańczyć i podskakiwać, 
kręcić piruety i wygłupiać się 
całą drogę w dół zbocza, aż do rozległych 
równin. Tam skręciła na północny- 
wschód. Końska Góra została za ich plecami, 
malejąc gdzieś w oddali. 

background image

Około południa dziewczynka powiedziała: 
- Nie wzięłam niczego do jedzenia. 
- Coś się znajdzie - uspokoiła ją Kojota. -Na 
pewno. I bardzo niedługo zboczyła 
z drogi, trafiając wprost do maleńkiego, szarego 
szałasu ukrytego za dwoma na 
wpół uschniętymi jałowcami i kępką zajęczego 
szczawiu. Cuchnęło tam okropnie. 
Napis u wejścia głosił: Lis. Teren prywatny. 
Obcym wstęp wzbroniony, ale Kojota 
jednym pchnięciem otworzyła drzwi, weszła i 
zaraz potem stamtąd wytruchtała, 
przynosząc połówkę niedużego, wędzonego 
łososia. 
- Nikogo w domu prócz nas nieboraczków - 
stwierdziła ze słodkim uśmiechem. 
- Czy to nie jest kradzież? - spytało dziecko, 
zaniepokojone. 
- Tak - odparła Kojota, nie zmieniając kroku. 
Przy wyschniętym potoku zjadły pachnącego 
lisem łososia, trochę się zdrzemnęły i 
ruszyły w dalszą drogę. Niedługo później 
dziecko poczuło ów kwaśnopiekący zapach 
i zatrzymało się. 
Dziewczynka miała wrażenie jakby czyjaś 
wielka, ciężka ręka naciskała jej na 
pierś, i jakby ją odpychała, a jednocześnie 
ogarnął ją jakiś silny i 
obezwładniający prąd, który ciągnął ją mocno 
do przodu. 
> - Hej, już się zbliżamy! - oznajmiła Kojota i 

background image

stanęła, żeby wysikać się pod 
uschniętym jałowcem. 
- Do czego? 
- Do ich miasta. Widzisz? - Wyciągnęła rękę w 
stronę nakrapianych szałwią 
pagórków. Między nimi rozciągała się 
przestrzeń szarawej pustki. 
-Nie chcę tam iść. 
-Nie wejdziemy do środka. Nie ma mowy! 
Podejdziemy tylko trochę i popatrzymy. 
Mówię ci, to prawdziwa zabawa! -obiecywała 
Kojota, przymilnie przechylając głowę 
w bok. - Oni tyle dziwnych rzeczy wyrabiają w 
powietrzu! 
Dziecko ociągało się. Kojota przybrała wyraz 
twarzy osoby odpowiedzialnej i 
znającej się na rzeczy. 
- Będziemy bardzo ostrożne - oznajmiła. - I 
będziemy się wystrzegać dużych psów, 
zgoda? Z małymi umiem dać sobie radę. No to 
co, już dobrze? Zatem w drogę! 
Kojota ruszyła i nie odwracając się, szła 
przodem. Pozornie była jak zwykle 
niedbała, wciąż powłóczyła nogami, ale głowę 
niosła wysoko, z napiętą 
czujnością, a w jej żółtych oczach pojawiły się 
równie spięte błyski. 
Dziewczynka poszła za nią. 
Ciśnienie wokół nich rosło. Było to tak, jakby 
samo powietrze na nie napierało, 
jakby czas biegł zbyt szybko, zbyt gwałtownie, 

background image

jakby nie płynął, a ciężko 
łomotał, coraz szybciej, mocniej, aż wreszcie 
zaczął terkotać jak kołatka 
Grzechotnika. "śpieszcie się, śpieszcie!" - 
mówiło wszystko wokół. "Śpieszcie 
się, nie ma czasu!,, - wołało. Coś mijało je 
pędem, z krzykiem i dreszczem. Coś 
odwracało się, błyskało, ryczało, cuchnęło, 
znikało. W polu widzenia pojawił się 
jakiś chłopiec, zupełnie nagle, pojawił się ,tyle że 
nie na ziemi, nie, poruszał 
się parę cali nad nią, bardzo szybko wyginając 
nogi w bok w Jakimś szalonym, 
kołyszącym się tańcu... Pojawił się i naraz... 
zniknął. Dwadzieścioro dzieci 
siedziało rzędami w powietrzu i piskliwie 
śpiewało, gdy wtem przywaliły je 
ściany. Koszyk, nie, garnek, nie, to metalowy 
pojemnik, pojemnik na śmieci 
wypełniony łososiem o cudownym zapachu, nie, 
cuchnący jelenimi skórami i 
zgniłymi kapuścianymi głąbami... Trzymajcie 
się od tego z dala! Kojota! Gzież 
ona jest? 
- Mamo! - krzyknęło dziecko. - Mamo! - wołało, 
stojąc przez moment u wylotu 
zwykłej uliczki małego miasta, opodal stacji 
benzynowej, a już w następnej 
chwili pogrążając się w przerażającej ciemności, 
wśród niewidocznych murów, 
okropnych zapachów, napierającego ciśnienia, 

background image

wszechogarniającego porywu Czasu, 
który po prostu toczył je bezradne niczym 
gałązkę ścigającą się z wodospadem. 
Dziewczynka spięła się w sobie i trwała tak, 
usiłując utrzymać równowagę. 
- Mamo! 
Kojota znalazła się przy dużym koszu z 
łososiem. Zbliżała się doń ostrożnie, ale 
była na odkrytej przestrzeni, w pełnym słońcu, 
na pełnym wietrze! Tymczasem z 
długiego, porośniętego szałwią stoku wzniesienia 
na tyłach stacji schodzili 
chłopiec i mężczyzna. Szli pod wiatr. Obydwaj w 
czerwonych kapeluszach, obydwaj 
mieli strzelby. Myśliwi. Był czas zabijania. 
- Ty, spójrz no tylko na tego cholernego kojota! 
W biały dzień, no! Wielki jak 
dupsko mojej żony!- powiedział mężczyzna, 
odwiódł kurek, wymierzył i strzelił. 
Tymczasem Myra puściła się z wrzaskiem pod 
prąd ogromnego, zatapiającego 
wszystko strumienia. Kojota minęła ją w pędzie, 
krzycząc: 
- Wyrywaj stąd! - Odwróciła się i już jej nie 
było. 
Daleko od miasta, niewidoczne, bo ukryte w 
małej kotlince między niskimi 
wzniesieniami, siedziały i łapały ogromne, 
rozdzierającymi płuca hausty 
powietrza. Upłynęło sporo czasu, nim mogły 
oddychać bez trudu. 

background image

- Mamo, ależ to było głupie! - powiedziało z 
wściekłością dziecko. 
- Rzeczywiście - zgodziła się Kojota. - Ale czy ty 
widziałaś to żarcie? 
- Nie jestem głodna - rzekła dziewczynka 
markotnie. - Nie chcę jeść, dopóki stąd 
daleko nie odejdziemy. 
- Ale przecież to twoi ludzie! - zaczęła Kojota. - 
Cali twoi! Z krwi i kości! 
Kuzyni i pociotkowie! Pif! Paf! O, jest Kojota! 
Pif! Wielka jak dupsko mojej 
żony! Paf! O, tam coś się rusza! Pif! Pif! 
Strzelaj, stary! Paf! Paf! 
- Chcę do domu - oznajmiło dziecko. 
- Jeszcze nie - rzekła Kojota. - Muszę się wysrać. 
- Zrobiła, co miała zrobić, a 
potem odwróciła się do świeżego bobka i 
nachyliła nad nim. - Mówi, że mam tu 
zostać - relacjonowała z uśmiechem. 
- Nic nie mówi! Słuchałam! 
- Ty akurat wiesz, co rozumieć! I tak wszystko 
słyszysz, panno Gumowe Ucho? 
Patrzcie no tylko, wszystko słyszy, wszystko 
widzi tym swoim kaprawym, gumowym 
okiem... 
- Ty też masz oczy z żywicy! Sama mówiłaś. 
- To bujda - warknęła Kojota. - Nie umiesz 
nawet poznać, kiedy usłyszysz jakąś 
bzdurę. Wiesz co? Rób, co chcesz! To wolny 
kraj. Ja tu zostaję na noc. Lubię, 
jak coś się dzieje. - Usiadła na ziemi i zaczęła 

background image

wystukiwać w kurzu jakiś 
cichy-rytm w tempie na cztery czwarte. Nuciła 
pod nosem jedną z tych 
niekończących się pieśni tocz melodii, które 
zwalniały bieg czasu, wplatały się 
w korzenie drzew, w krzaki, paprocie i w trawy, 
tworząc pajęczynę, która 
przytrzymywała strumień w należnym mu 
korycie, i skałę na właściwym miejscu, a 
wszystko to razem łączyła z ziemią. A dziecko 
leżało, słuchając. 
- Kocham cię... - powiedziała dziewczynka. 
Kojota śpiewała. 
Słońce skryło się za ostatnim wzgórzem na 
zachodzie i zostawiło za sobą 
bladozieloną jasność nad pustynnymi 
pagórkami. 
Kojota zamilkła. Pociągnęła nosem. 
- Hej! -Ożywiła się. - Kolacja. ~ Wstała i 
pobiegła wzdłuż małej kotlinki. - No! 
-zawołała cicho, odwracając głowę. - Rusz się! 
Sztywno, bowiem lodowaty strach jeszcze nie 
rozpuścił się w jej stawach, 
dziewczynka podniosła się i podeszła do Kojoty. 
Jakby na przedłużeniu zbocza 
najbliższego pagórka widać było jedną z tych 
linii-- ogrodzenie. Nie patrzyła 
tam. Nic im nie zagrażało. Znajdowały się po 
jego zewnętrznej stronie. 
-Spójrz tylko! 
Na niedużej macie z cedrowej kory leżał 

background image

wędzony łosoś, najprawdziwszy łosoś z 
^ór Skalistych! 
- Ofiara! Niech skonam! - Na Kojocie zrobiło to 
takie wrażenie, że nawet nie 
zaklęła. - Od lat nie widziałam czegoś takiego! 
Myślałam, że już zapomnieli! 
- Dla kogo ta ofiara? 
- Dla mnie! Dla kogóżby innego? O rany, spójrz 
tylko na to! 
Dziecko podejrzliwie przyglądało się łososiowi. 
-Dziwnie pachnie. 
- Jak to dziwnie? 
- Jakby był spalony. 
-Jest wędzony, głupia ty! No to już! 
- Nie jestem głodna. 
- Bardzo dobrze. I tak to nie twój łosoś, tylko 
mój. Ofiara dla mnie! Hej, wy 
tam! Ludzie! Ludzie, słyszycie? Kojota wam 
dziękuje! Trzymajcie tak dalej, a 
może i ja odpłacę wam kiedyś czymś dobrym! 
-Nie wydzieraj się tak, mamo! Nie mogą być aż 
tak daleko. 
- Teraz oni wszyscy są moimi ludźmi - oznajmiła 
Kojota, zataczając ręką szerokie 
półkole. Potem usiadła ze skrzyżowanymi 
nogami, odłamała duży kawałek łososia i 
zjadła. Wieczorna Gwiazda jarzyła się na 
czystym niebie niczym jasna sadzawka 
wody. Tymczasem, bliźniacze wzgórza 
przyoblekły się w niewyraźną poświatę, jakby 
we mgle. Dziecko oderwało od nich wzrok i 

background image

znów spojrzało na gwiazdę. 
- O, szlag by to! - jęknęła Kojota. - O cholera! 
- Co się stało? 
-To nie było zbyt sprytne... Nie powinnam... Ten 
łosoś... -skarżyła się Kojota, 
a potem chwyciła się nagle za brzuch i zaczęła 
trząść się, wrzeszczeć i dławić. 
Oczy uciekały jej w tył głowy, wyrzucała przed 
siebie swoje długie nogi i 
ramiona i wymachiwała nimi w powietrzu, a 
spomiędzy zębów ściekała jej piana. 
Jej ciało wygięło się straszliwym łukiem w tył, a 
gwałtowne skurcze wszystkich 
członków odepchnęły dziewczynkę, która 
usiłowała przytrzymać zwierzę. Dziecko 
wdrapało się nań z powrotem, chciało znów 
przytrzymać Kojotę, lecz ciało 
zwierzęcia nadal podrygiwało w skurczach, 
nadal skręcało się i drżało. Wreszcie 
znieruchomiało. 
O wschodzie Kojota była już zimna. Aż do tej 
pory pod tym brązowym futrem tyle 
było ciepła, iż dziewczynka myślała, że Kojota 
może-jeszcze żyje, że może jeśli 
tylko ją tak trzymać i ogrzewać, Kojota 
podniesie się, wydobrzeje. Dziecko 
przytulało się mocno, nie patrząc na jej czarne 
wargi, na obnażone zęby, ani na 
białka oczu. Ale gdy przez futro przeniknęło 
zimno, kiedy poczuła to świadectwo 
niechybnej śmierci, dziewczynka wypuściła z 

background image

ramion szczupłe, sztywne zwłoki i 
zostawiła je na ziemi. 
Przeszła na bok i w kamiennym piasku kotlinki, 
wykopała dziurę, niewielkie, 
płytkie wgłębienie. Ludzie Kojoty nie grzebali 
swoich zmarłych, wiedziała o tym. 
Ale jej ludzie to robili. Przeniosła drobne ciało 
do dołka, ułożyła je w nim i 
przykryła swoją biało-niebieską chustą. Chusta 
nie była dość duża; wystawały 
spod niej cztery sztywne łapy. Dziewczynka 
usypała nad ciałem kopczyk z piasku i 
kamieni, kępek bylicy i z traw i docisnęła 
wszystko większymi kamieniami. 
Później z pyłu ziemi i skałek usypała jeszcze 
jeden kopczyk, nad szczątkami 
zatrutego łososia. A potem wstała i nie oglądając 
się wstecz, odeszła. 
Na szczycie wzniesienia stanęła i ponad kotlinką 
spojrzała w stronę mglistego 
blasku świateł miasta, leżącego w dolinie między 
bliźniaczymi wzgórzami. 
- Mam nadzieję, że wszyscy umrzecie w bólach - 
powiedziała na głos. Odwróciła 
się i zeszła w dół, na pustynię. 
To Sikora spotkała ją drugiego dnia, wieczorem, 
na północ od Końskiej Góry. 
- Nie płakałam - rzekło dziecko. 
- Nikt z nas nie płacze - odparła Sikora. - Chodź 
teraz ze mną, tędy. Pójdziemy 
do domu Babki. 

background image

Jej dom znajdował się pod ziemią, ale był 
bardzo duży, ciemny i duży, a sama 
Babka siedziała pośrodku, przy swoim tkackim 
warsztacie. Robiła chodnik czy koc 
ze wzgórz i czarnego, i białego deszczu, 
przeplatając to błyskawicami. 
Rozmawiała, nie przestając tkać. 
-Witaj, Sikoro. Witaj, Nowa Osobo. 
- Dzień dobry. Babko - powitała ją Sikora. 
- Nie jestem jedną z nich - oznajmiło dziecko. 
Oczy Babki były małe i zamglone. Uśmiechnęła 
się i tkała dalej. Czółenko 
przedzierało się przez osnowę. 
-A zatem. Stara Osobo - poprawiła się Babka. -
Wracaj lepiej do siebie. Wnuczko. 
Tam, gdzie mieszkasz. 
- Mieszkałam z Kojotą. Kojota nie żyje. Oni ją 
zabili. 
- Och, nie przejmuj się Kojotą! - rzekła Babka, 
wydając z siebie krótki, nieco 
rozdrażniony śmieszek. - Ciągle ją zabijają. 
Dziecko stało bez ruchu. Patrzyło na 
niekończącą się tkaninę. 
-No to... Czy mogłabym wrócić do domu... do jej 
domu? 
- Nie sądzę, żeby to się miało udać - stwierdziła 
Babka. -Aty, Sikoro? 
Sikora w milczeniu potrząsnęła głową. 
- Będzie tam teraz ciemno, pusto, pełno pcheł... 
Wypadłaś z czasu swoich ludzi i 
znalazłaś się u nas, ale myślę, że Kojota chciała 

background image

cię zaprowadzić z powrotem. Na 
swój sposób, rozumiesz... Jeśli wrócisz teraz, 
jeszcze będziesz mogła z nimi 
żyć. Czy nie mieszka tam twój ojciec? 
Dziecko kiwnęło głową. 
-Szukali cię. 
- Szukali? 
- O, tak. Od chwili, kiedy spadłaś z nieba. 
Mężczyzna nie żył, ale ciebie przy 
nim nie było, więc szukali. 
- Dobrze mu tak. Dobrze im tak wszystkim - 
odparła dziewczynka. Zakryła dłońmi 
twarz i zaczęła strasznie płakać. Płakała bez łez. 
- Odwagi, maleńka, no, no. Wnuczko - 
uspokajała Pajęczyca. - Nie bój się. Będzie 
ci się z nimi dobrze żyło. I wiesz, ja też tam 
będę. W twoich snach, w 
wyobrażeniach, ciemnych zakątkach piwnicy. 
Nie zabijaj mnie, bo ściągnę deszcz. 
- I ja zajrzę - zapewniła Sikora, - Przygotuj dla 
mnie ogrody. 
Dziewczynka wstrzymała oddech, zacisnęła 
dłonie, aż wreszcie łkanie ustało i 
pozwoliło jej mówić. 
- Czy zobaczę jeszcze kiedyś Kojotę? 
- Nie wiem - odpowiedziała Babka. 
Dziewczynka przyjęła to w milczeniu. Po chwili 
spytała: 
- Czy mogę zatrzymać oko? 
-Tak. Zatrzymaj swoje oko. 
- Dziękuję ci, Babko - rzekła. Odwróciła się i 

background image

wyruszyła w górę nocnego wzgórza, 
w stronę kolejnego dnia. Długi czas prowadził ją 
w brzask poranka maleńki, 
lekkoskrzydły ptaszek w ciemnej czapeczce.