background image

Juliusz Verne

Mateusz Sandorf

CZ

ĘŚĆ

 I 

I

Sło

ń

ce chyliło si

ę

 ju

ż

 ku zachodowi, rzucaj

ą

c ostatnie gor

ą

ce promienie na 

ę

kitne fale Adriatyku i białe domy Triestu pi

ę

trz

ą

ce si

ę

 na stromych 

zboczach wybrze

ż

a. W porcie był ruch nieznaczny. Kilka statków stało w 

niewielkiej odległo

ś

ci od brzegu, a kilkana

ś

cie łodzi rybackich drzemało w 

przystani.
Gor

ą

ce sło

ń

ce odp

ę

dziło ludzi od roboty, zmuszaj

ą

c ich do szukania chłodu i 

cienia pod dachami domów i winiarni. Pusto było w porcie, pusto na ulicach. 
Na długim kamiennym molu wchodz

ą

cym gł

ę

boko w morze, stało dwóch 

ludzi. Jeden, smukły, zgrabny, o 

ś

niadej twarzy i, pomimo ciemnego koloru 

skóry, uderzaj

ą

cej pi

ę

kno

ś

ci, miał ruchy nerwowe, niespokojne, zdradzaj

ą

ce 

background image

jednak dobre wychowanie i obycie w lepszym towarzystwie. Drugi, typowy 
włócz

ę

ga włoski, zaniedbany w ubraniu, o ruchach leniwych, wpu

ś

cił obie 

r

ę

ce gł

ę

boko w kieszenie spodni i sennymi oczami patrzał na morze.

–  Chod

ź

my ju

ż

, Sarcany –  odezwał si

ę

 znudzonym głosem. –  Ju

ż

 mnie nogi 

bol

ą

 od tego ła

ż

enia bez celu.Chce mi si

ę

 w

ś

ciekle je

ść

, a ty latasz jak wariat 

po brzegu.
–  Ciekawym, dok

ą

d pójdziemy?

–  W ka

ż

dym razie nie b

ę

d

ę

 patrzył ci

ą

gle na to morze. Chod

ź

my do miasta. 

Mi

ę

dzy lud

ź

mi łatwiej nam si

ę

 trafi okazja zjedzenia 

ś

niadania.

–  Ciekawym, czym za to 

ś

niadanie zapłacisz?

–  Ja nie zapłac

ę

, ale ty masz stosunki z bankiem wielmo

ż

nego pana 

bankiera Silasa Toronthala, to ci łatwiej o flot

ę

.

–  Ju

ż

 ci mówiłem i raz jeszcze powtarzam, 

ż

e mi si

ę

 nic z banku nie nale

ż

y i 

nie mog

ę

 liczy

ć

 na ich łaskawo

ść

.

–  No, a te drobne tajemnicze usługi, co

ś

 im oddawał?

–  To s

ą

 stare dzieje. Silas teraz bardzo zm

ą

drzał i nie daje si

ę

 tak łatwo 

nabra

ć

 na pieni

ą

dze.

–  W ka

ż

dym razie ja tu dłu

ż

ej nie zostan

ę

. Sam widok tej wody przyprawia 

mnie o mdło

ś

ci.

Zeszli z mola i pocz

ę

li si

ę

 pi

ąć

 w

ą

skimi uliczkami ku górnemu miastu. Patrz

ą

na nich, nietrudno si

ę

 było domy

ś

le

ć

ż

e zetkn

ę

ła i poł

ą

czyła ich ze sob

ą

 

bieda, ale kim byli, jak

ą

 mieli przeszło

ść

, do czego byli zdolni, trudno by 

zgadn

ąć

. Sarcany mówił o sobie, 

ż

e pochodzi z Tunisu. Ojczyzn

ą

 Zirona była 

podobno Sycylia. Jakie okoliczno

ś

ci przyniosły ich obu do Triestu, tego nie 

mówił ani jeden, ani drugi.
Wspinali si

ę

 wolno pod gór

ę

, zm

ę

czeni głodem i upałem.

–  Patrz, Sarcany tam, na wie

ż

yczk

ę

 ko

ś

cioła! Widzisz tego goł

ę

bia? Co

ś

 mu 

si

ę

 stało. Nie mo

ż

e lecie

ć

. Patrz, spada!

–  Bardzo to szcz

ęś

liwie dla nas. B

ę

dziemy mieli 

ś

niadanie.

W kilka chwil pó

ź

niej Zirone ze zr

ę

czno

ś

ci

ą

 zawodowego goł

ę

biarza 

pochwycił spadaj

ą

cego ptaka.

–  Ukr

ę

c

ę

 mu łeb i zanios

ę

 do tej garkuchni na rogu. S

ą

dz

ę

ż

e nam nie 

odmówi

ą

 i upiek

ą

.

–  Zaczekaj –  odezwał si

ę

 Sarcany –  przypatrzmy si

ę

 goł

ę

biowi. To nie jest 

naturalne, 

ż

eby ci w biały dzie

ń

 spadał goł

ą

b na głow

ę

. Co

ś

 mu si

ę

 stało. –  

Obejrzał ptaka uwa

ż

nie. Na prawej nodze miał on metalow

ą

 obr

ą

czk

ę

 z 

literami A. T. Był to niew

ą

tpliwie goł

ą

b pocztowy. Oddychał z trudno

ś

ci

ą

Widocznie przebył dalek

ą

 drog

ę

. Sarcany odchylił skrzydełko goł

ę

bia.

–  A co, nie mówiłem! Poka

ż

 no, mały, co ci tu kazali transportowa

ć

!

Pod skrzydłem ptaka była przymocowana kartka, zło

ż

ona kilkakrotnie. 

Sarcany rozchylił j

ą

 ostro

ż

nie.

–  Zirone, wyjmij no z mojej kieszeni ołówek i kartk

ę

 papieru ł pisz co ci 

podyktuj

ę

. A uwa

ż

aj, 

ż

eby

ś

 si

ę

 nie omylił.

Sycylijczyk spełnił rozkaz towarzysza bez protestu. Podczas paromiesi

ę

cznej 

włócz

ę

gi nauczył si

ę

 ceni

ć

 rozum i do

ś

wiadczenie swego nowego przyjaciela. 

Przekonał si

ę

 bowiem wielokrotnie, 

ż

e Sarcany z. niejednego pieca chleb jadł 

i wiedział wiele rzeczy, o których Zirone nawet nie słyszał.
–  Uwa

ż

aj jaka jest wielko

ść

 kartki, a teraz pisz, tylko w takim samym 

porz

ą

dku, jak tu napisane.

hk

ę

w sarw zzg

ć

yre

ś

sio

background image

łno

gik

ela

Ido

pei

wos    day

nat

swo

pyc

zsw

ust

ire

ż

yt

nad

ka

ź

na

ń

ewg

oto

okt

–  Co to znaczy? Nic nie rozumiem –  mruczał Zirone, kre

ś

l

ą

c mozolnie 

dyktowane litery.
–  Ja te

ż

 nie rozumiem, mój stary –  odparł Sarcany –  ale mam nadziej

ę

ż

zrozumiem. Takie rzeczy przynosz

ą

 czasem dobre pieni

ą

dze, tylko wymagaj

ą

 

cierpliwo

ś

ci. A teraz pu

ść

my naszego listonosza. Ju

ż

 odpocz

ą

ł tyle, 

ż

eby 

trafi

ć

 do domu.

Sarcany podrzucił goł

ę

bia w gór

ę

 i obaj z Zironem 

ś

ledzili bacznie lot ptaka. 

Serca biły im niespokojnie. A nu

ż

 ptak wyleci z miasta i zniknie im z oczu. 

Stali z zadartymi głowami, nie spuszczaj

ą

c oczu ze srebrnopiórego posła

ń

ca. 

Ale goł

ą

b wzbił si

ę

 wysoko, jakby si

ę

 chciał zorientowa

ć

 w miejscowo

ś

ci, 

kołował czas jaki

ś

 nad dachami domów i wreszcie spadł na wie

ż

yczk

ę

 

ustronnej willi, któr

ą

 zasłaniały stare, rozło

ż

yste drzewa, i znikł patrz

ą

cym z 

oczu.
Bystry wzrok Sarcany'ego dostrzegł na dachu wie

ż

yczki jedynie blaszan

ą

 

chor

ą

giewk

ę

 w kształcie smoka, ale ani ulicy, ani domu nie mógł rozpozna

ć

II

Hrabia Mateusz Sandorf pochodził ze starej w

ę

gierskiej rodziny. Po 

ś

mierci 

ojca odziedziczył rozległe dobra na południowych stokach Karpat i, maj

ą

c lat 

trzydzie

ś

ci kilka, był jednym z bardziej znanych i cenionych członków 

arystokracji w

ę

gierskiej. Wiede

ń

 bacznie i ostro

ż

nie 

ś

ledził słowa i czyny 

hrabiego Sandorfa. Jego nienawi

ść

 do wszystkiego co niemieckie i niech

ęć

 

do dworu panuj

ą

cego, a jednocze

ś

nie wpływy i powa

ż

anie, jakim si

ę

 cieszył 

na W

ę

grzech, robiły ze

ń

 człowieka niebezpiecznego dla panuj

ą

cej dynastii, a 

nawet cało

ś

ci austro– w

ę

gierskiej monarchii. Hrabia nie był zaczepnego 

usposobienia. Łatwo darował uchybienia i urazy, o ile dotykały jego osoby. 
Natomiast nie darował krzywdy uczynionej komu

ś

 z jego przyjaciół i gotów był 

w ich obronie posun

ąć

 si

ę

 do ostatecznych granic.

Wysoki, silnie zbudowany, od dzieci

ń

stwa nawykły do ruchu, sportu i konia 

przedstawiał doskonały typ Madziara.
W obej

ś

ciu był ujmuj

ą

cy, miły, serdeczny, ale pomimo to wzbudzał zawsze 

szacunek i podziw.
Po 

ś

mierci 

ż

ony, któr

ą

 bardzo kochał, zamkn

ą

ł si

ę

 z mał

ą

 dwuletni

ą

 córeczk

ą

 

Ilon

ą

 w starym zamku Artenek i oddał si

ę

 z zapałem pracy umysłowej.

Był z wykształcenia lekarzem, z zamiłowania chemikiem, a jego liczne prace z 
tej dziedziny wyrobiły mu gło

ś

ne imi

ę

 w 

ś

wiecie naukowym.

Ilon

ą

 opiekowała si

ę

 pani Rozena Lenky, 

ż

ona plenipotenta hrabiego. 

Pokochała ona całym sercem male

ń

k

ą

 i starała si

ę

ż

eby dziecko nie odczuło 

braku matki.
Mijały miesi

ą

ce i hrabia Sandorf, ochłon

ą

wszy z ci

ęż

kich wspomnie

ń

 i my

ś

li o 

ukochanej 

ż

onie, pocz

ą

ł si

ę

 interesowa

ć

 wypadkami, które wstrz

ą

sn

ą

wszy 

Europ

ą

, mogły zawa

ż

y

ć

 na losach jego ojczyzny.

Wojna francusko włoska 1859 wzruszyła w posadach pot

ę

g

ę

 pa

ń

stwa 

background image

austriackiego. Kl

ę

ska pod Sadow

ą

 w 1866 wydała nie tylko Austri

ę

 ale i 

W

ę

gry na łup Niemcom.

Nadeszła chwila działania. Sandorf miał przyjaciół w osobie hrabiego 
Władysława Zathmara i profesora Stefana Bathary'ego. Obaj mieszkali w 
Trie

ś

cie, gdzie hrabia Zathmar posiadał mał

ą

 will

ę

, ukryt

ą

 w cienistym 

ogrodzie, z daleka od gwaru i ruchu portowego, a profesor zajmował skromne 
mieszkanie na Corso Stadion, w tej samej dzielnicy.
Policja daleka była od przypuszczenia, 

ż

e w cichej willi hrabiego Zathmara 

schodziły si

ę

 wszystkie nici konspiracyjnego zwi

ą

zku powsta

ń

czego, 

ogarniaj

ą

cego całe W

ę

gry i 

ż

e goł

ę

bie, fruwaj

ą

ce nad niskim dachem, 

przynosz

ą

 mieszka

ń

com domu wie

ś

ci z ojczyzny.

Hrabia Sandorf, wezwany nagl

ą

cymi sprawami, wyjechał do Artenak, a dwaj 

jego przyjaciele oczekiwali z niecierpliwo

ś

ci

ą

 na wiadomo

ś

ci od niego.

W kilka dni po przybyciu goł

ę

bia, którego tajemnic

ę

 posiedli

Sarcany i Zirone, hrabia Zathmar i Bathary zaj

ę

ci byli układaniem nowego 

pisma szyfrowego, którym posługiwali si

ę

 w listach do zwi

ą

zkowych. 

Tajemnica polegała na tym, 

ż

e do czytania szeregu liter, uło

ż

onych pozornie 

bez sensu, u

ż

ywano małej papierowej szachownicy, której kwadraty, 

odpowiednio wyci

ę

te, pozwalały czyta

ć

 te litery, które składały dany wyraz, 

zasłaniaj

ą

c jednocze

ś

nie litery, przeznaczone do odczytywania w innym 

układzie tablicy i listu.
Poniewa

ż

 wszystkie listy palono natychmiast po przeczytaniu, spiskowcy byli 

pewni, 

ż

e nikt ich tajemnicy nie posiada.

Po wyje

ź

dzie Sandorfa na W

ę

gry, liczba goł

ę

bi, przybywaj

ą

cych do willi 

hrabiego Zathmara, znacznie si

ę

 wzmogła. Co wieczór przychodził profesor 

Bathary i długo w noc obaj przyjaciele prowadzili tajemnicze rozmowy. 
Oczekiwali z niecierpliwo

ś

ci

ą

 powrotu Sandorfa. Zjawił si

ę

 pewnego wieczoru, 

przynosz

ą

c im radosn

ą

 wiadomo

ść

ż

e W

ę

gry gotowe s

ą

 do akcji zbrojnej i 

tylko czekaj

ą

 na hasło, 

ż

eby chwyci

ć

 za bro

ń

.

–  Wszystko gotowe –  mówił Sandorf –  Buda i Peszt b

ę

d

ą

 zaj

ę

te w ci

ą

gu 

jednego dnia, a nowy rz

ą

d mo

ż

e w ka

ż

dej chwili rozpocz

ąć

 prace.

–  A jaki

ż

 nastrój panuje w

ś

ród ludno

ś

ci? –  zapytał Bathary.

–  Profesorze, czy

ż

 znajdzie si

ę

 na W

ę

grzech serce, które by nie zabiło 

rado

ś

nie na widok chor

ą

gwi Korwina? Co do tego, b

ą

d

ź

my spokojni. A có

ż

 tu 

nowego słyszeli

ś

cie w Trie

ś

cie?

–  Ano, buduj

ą

 arsenały i port wojenny. Miasto protestowałoby, gdyby si

ę

 nie 

bało odwetu. Robotnicy pracuj

ą

 niech

ę

tnie. S

ą

dz

ę

ż

e sprzyjaliby naszej 

sprawie, bo równie

ż

 maj

ą

 do

ść

 austriackich rz

ą

dów.

–  A wi

ę

c jutro b

ę

d

ę

 w banku –  odezwał si

ę

 Sandorf. –  W rozmowie z 

Toronthalem poleciłem, 

ż

eby miał przygotowan

ą

 cał

ą

 gotówk

ę

, gdy

ż

 lada 

dzie

ń

 b

ę

dziemy zmuszeni j

ą

 podj

ąć

.

10
Hrabia Zathmar i profesor przyj

ę

li t

ę

 uwag

ę

 w milczeniu. Obaj nie posiadali 

kapitałów i mogli ofiarowa

ć

 ojczy

ź

nie tylko siebie i swoj

ą

 prac

ę

. Natomiast 

hrabia Sandorf zebrał wszystkie pieni

ą

dze, zaci

ą

gn

ą

ł olbrzymi

ą

 po

ż

yczk

ę

 na 

swe podkarpackie dobra i sum

ę

 około dwóch milionów florenów zdeponował 

w banku Silasa Toronthala, by mie

ć

 cał

ą

 kwot

ę

 do rozporz

ą

dzenia w chwili, 

kiedy ojczyzna jego b

ę

dzie w potrzebie.

ź

nym wieczorem profesor odprowadzał hrabiego Sandorfa do hotelu. 

Kilkakrotnie zdawało im si

ę

ż

e jakie

ś

 postacie ludzkie posuwaj

ą

 si

ę

 za nimi w 

nieznacznej odległo

ś

ci. Pocz

ę

li zwraca

ć

 na przechodniów baczniejsz

ą

 uwag

ę

background image

Hrabia Sandorf zatrzymał si

ę

 nawet i, dostrzegłszy jaki

ś

 cie

ń

 ukryty za 

drzewami parku, skierował si

ę

 ku niemu. Ale cie

ń

 znikn

ą

ł, jakby si

ę

 rozpłyn

ą

ł 

we mgle.

Bankier Silas Toronthal był uwa

ż

any za jednego z bogatszych ludzi w 

Trie

ś

cie. Jego operacje giełdowe i olbrzymi kredyt, jaki posiadał nawet poza 

granicami monarchii au– stro– w

ę

gierskiej, czyniły ze

ń

 powag

ę

 finansow

ą

 tak 

wielk

ą

ż

e ze zdaniem jego liczono si

ę

 na giełdzie i w mie

ś

cie. Podobno był 

bardzo bogaty. Mieszkał wraz z 

ż

on

ą

 we wspaniałej willi na Ac

ą

uedotto. Miał 

liczn

ą

 słu

ż

b

ę

 i powóz. Wprawdzie szeptano sobie do ucha, 

ż

e wojna 

francusko– włoska nadszarpn

ę

ła jego interesy, a kl

ę

ska pod Sadow

ą

 była 

równie

ż

 i kl

ę

sk

ą

 domu Toronthala, ale wiadomo

ś

ci te mogły by

ć

 powtarzane, 

czy te

ż

 zgoła wymy

ś

lone przez ludzi zło

ś

liwych, albo takich, którym zale

ż

ało 

na podkopaniu kredytu Toronthala. Urz

ę

dnicy banku zauwa

ż

yli wprawdzie, 

ż

szef ich bywał cz

ę

sto zamy

ś

lony albo rozdra

ż

niony, co mu si

ę

 dawniej nie 

zdarzało. Znano go jako człowieka bardzo zarozumiałego i pyszałkowatego, 
nie cieszył si

ę

 te

ż

 sympati

ą

 ludzk

ą

. Gdyby mu interesy nie dopisały, albo 

gdyby miał powa

ż

ne kłopoty finansowe, nie mógłby liczy

ć

 na współczucie 

podwładnych i znajomych. Opowiadano sobie po cichu, 

ż

e bankier prowadzi 

jakie

ś

 bardzo dochodowe, ale i ryzykowne interesy na południu. Podobno w 

Tunisie praw

ą

 jego r

ę

k

ą

 był niejaki Sarcany, posta

ć

 do

ść

 niejasna, ale jakiego 

rodzaju były to interesy, równie

ż

 nikt dokładnie nie wiedział. Firma miała 

opini

ę

 ustalon

ą

, co te

ż

 skłoniło hrabiego Mateusza Sandorfa do ulokowania 

wszystkich swoich pieni

ę

dzy w banku Toronthala. Cała suma miała by

ć

 

wypłacona hrabiemu z dwudziestoczterogodzinnym wymówieniem.
W par

ę

 dni po wy

ż

ej opisanych wypadkach Sarcany wszedł do banku Silasa 

Toronthala i, nie pozwalaj

ą

c si

ę

 wo

ź

nemu meldowa

ć

, otworzył drzwi do 

prywatnego gabinetu bankiera. Na widok Sarcany'ego Silas zerwał si

ę

 z 

fotela.
–  Co? Jeszcze pan tu jeste

ś

? Przecie

ż

 posyłaj

ą

c panu pieni

ą

dze wyra

ź

nie 

zaznaczyłem, 

ż

e to s

ą

 pieni

ą

dze na drog

ę

. Ani grosza wi

ę

cej nie dam! Na co 

pan jeszcze czekasz?
–  Przede wszystkim na to, 

ż

eby

ś

 si

ę

 pan uspokoił. Nie mog

ę

 mówi

ć

 o 

interesach z człowiekiem, który nie panuje nad sob

ą

 i jest podniecony.

–  

Ż

adnych interesów z panem nie miałem i mie

ć

 nie b

ę

d

ę

.

–  Mija si

ę

 pan z prawd

ą

, panie bankierze, miewali

ś

my wspólne interesy. 

Pieni

ą

dze, które otrzymywałem z banku, nie były zapomog

ą

, ani wsparciem, 

a tylko zapracowan

ą

 pensj

ą

 maklera i agenta.

–  Nigdy nie uwa

ż

ałem pana za urz

ę

dnika banku. Ubli

ż

yłbym tym swoim 

pracownikom. Płaciłem panu za drobne usługi i nic wi

ę

cej.

–  No, nie były one tak drobne, jak si

ę

 panu zdaje, panie bankierze.  Drobne  

usługi  nie 

ś

ci

ą

gn

ę

łyby  panu na głow

ę

 du

ż

ych przykro

ś

ci i mo

ż

liwego zatargu 

z prokuratur

ą

.

–  To s

ą

 puste słowa mój panie. Wiesz najlepiej, 

ż

e pomimo gró

ź

b i 

straszenia nie mogłe

ś

 nic donie

ść

 prokuraturze.

–  Co panu nie przeszkadzało płaci

ć

 mi za milczenie, panie Toronthal. Ale po 

co mówi

ć

 o przeszło

ś

ci. Jestem panu niesko

ń

czenie wdzi

ę

czny za ostatni

ą

 

rat

ę

, która mi si

ę

 diabelnie przydała, i przyszedłem do pana w pewnej 

sprawie.
–  Nie mam ochoty słucha

ć

 pana, a tym bardziej rozmawia

ć

 o interesach.

–  Mam nadziej

ę

ż

e ta sprawa pana zajmie, ale czy jeste

ś

 pan pewien, 

ż

background image

nikt nas nie słyszy?
–  Có

ż

 to za nadzwyczajne sprawy, wymagaj

ą

ce a

ż

 tak wielkiej tajemnicy?

–  Rozumie si

ę

Ś

ciany maj

ą

 uszy. Otó

ż

 jestem na tropie sprzysi

ęż

enia. 

Jeszcze nie wiem jaki jest cel tego zwi

ą

zku, ale jestem przekonany, 

ż

e jest to 

spisek polityczny.
–  A có

ż

 ja mog

ę

 mie

ć

 za interes ze spisku politycznego?

–  Owszem. Mo

ż

esz mie

ć

 pan zysk.

–  A to jakim sposobem?
–  Zdradzaj

ą

c go.

Na tłustej twarzy bankiera znikł ironiczny u

ś

miech. Spojrzał uwa

ż

nie na 

Sarcany'ego, jakby go po raz pierwszy widział, i z wielk

ą

 uwag

ą

 wysłuchał 

historii złapania goł

ę

bia i tajemniczej kartki.

–  Gdzie si

ę

 znajduje ten dom i do kogo nale

ż

y? Sarcany wymienił ulic

ę

 i 

numer domu.
–  Byłe

ś

 pan wewn

ą

trz?

–  Nie. Dom jest pilnie strze

ż

ony przez starego słu

żą

cego, który nikogo 

obcego na próg nie wpuszcza. Ale wiem, kto bywa u hrabiego Zathmara i 
przesiaduje z nim do pó

ź

nej nocy.

–  Widziałe

ś

 pan tych ludzi?

–  Widziałem profesora Bathary'ego i hrabiego Sandorfa.
Na d

ź

wi

ę

k tego nazwiska brwi Toronthala zsun

ę

ły si

ę

 na chwil

ę

. Nie uszło to 

jednak uwadze Sarcany'ego.
–  Widzi wi

ę

c pan –  ci

ą

gn

ą

ł dalej –  

ż

e nie staram si

ę

 pana wprowadzi

ć

 w 

ą

d. Proponuj

ę

 panu spółk

ę

. B

ę

dziemy działali wspólnie i podzielimy si

ę

 

zyskiem.
–  Uwa

ż

am, 

ż

e ma pan za mało danych, 

ż

eby spraw

ę

 mo

ż

na było powa

ż

nie 

traktowa

ć

 –  odparł pogardliwie Silas.

–  Za mało? A to? Czy to równie

ż

 nic nie znaczy –  zawołał Sarcany, 

wyci

ą

gaj

ą

c z kieszeni kartk

ę

 skopiowan

ą

 z tajemniczego listu.

Silas obejrzał kartk

ę

 uwa

ż

nie.

–  Czy wiesz, co to znaczy?
–  Nie wiem, ale b

ę

d

ę

 wiedział. W 

ż

yciu swoim miałem niejedn

ą

 depesz

ę

 

szyfrowan

ą

 w r

ę

ku i wiem jak si

ę

 do tego zabra

ć

. O ile si

ę

 nie myl

ę

, ta do 

odczytania b

ę

dzie wymagała siatki albo szachownicy.

–  Zgoda. Ale o ile wiem, nie posiadasz pan ani siatki, ani szachownicy.
–  Nie mam, ale b

ę

d

ę

 miał.

–  Jakim sposobem?
–  Jeszcze nie wiem, ale wiem, 

ż

e b

ę

d

ę

 posiadał.

–  No, to ja na pana miejscu nie zadawałbym sobie tyle fatygi.
–  A co by

ś

 pan zrobił?

–  Powtarzam: na pana miejscu poszedłbym do policji tu, w Trie

ś

cie, i 

zadenuncjowałbym cały spisek. Zapewne policja wypłaci panu pewne 
wynagrodzenie pieni

ęż

ne.

–  To nie dla mnie. Musz

ę

 najpierw si

ę

 dowiedzie

ć

, jakiego rodzaju jest to 

sprzysi

ęż

enie i co zawiera ta kartka.

–  Có

ż

 panu z tego przyjdzie?

–  B

ę

d

ę

 wiedział, czy zarobi

ę

 wi

ę

cej denuncjuj

ą

c, czy staj

ą

c po stronie 

spiskowców.
Silas spojrzał na mówi

ą

cego i co

ś

, jakby podziw, malowało si

ę

 w jego małych 

oczkach. Zdawało si

ę

ż

e nabiera szacunku dla Sarcany'ego, ale był zbyt 

dobrym finansist

ą

ż

eby tak szybko zagra

ć

 z przeciwnikiem w otwarte karty. 

background image

Chciał go wybada

ć

 i zmierzy

ć

 si

ę

 z nim. W gł

ę

bi duszy wolałby cał

ą

 spraw

ą

 

zaj

ąć

 si

ę

 sam i nie potrzebowa

ć

 dzieli

ć

 zysków z Sarcanym.

–  Wszystko to bardzo ładnie, mój panie –  odezwał si

ę

 powoli, zapalaj

ą

cygaro –  ale dlaczego zwraca si

ę

 pan z tym do mnie? Có

ż

 ja mog

ę

 zrobi

ć

 w 

zwi

ą

zku z cał

ą

 spraw

ą

?

–  Licz

ę

 na to, 

ż

e pan przy swoich stosunkach, potrafi mi ułatwi

ć

 wej

ś

cie do 

domu hrabiego Zathmara. Jest mi oboj

ę

tne w jakim charakterze, ale musz

ę

 

by

ć

 w tym domu, gdy

ż

 inaczej nie dowiem si

ę

, jakim kluczem nale

ż

y ten 

szyfrowany list przeczyta

ć

. Od tego wła

ś

nie zale

ż

y powodzenie naszych 

interesów.
–  Jak to naszych? 

Ż

adnych wspólnych interesów nie mamy i mie

ć

 nie 

mo

ż

emy.

–  Owszem. Ja w tej chwili potrzebuj

ę

 pieni

ę

dzy i pan musi mi je da

ć

.

–  Nie musz

ę

 i nie dam.

–  Niech si

ę

 pan tylko znowu nie unosi. Mówmy spokojnie. Zapewne i pan 

odczuwa w tych ci

ęż

kich czasach brak gotówki. Prosz

ę

 wi

ę

c sobie 

uprzytomni

ć

ż

e z trzech spiskowców, dwóch jest biednych jak myszy 

ko

ś

cielne, ale hrabia Sandorf jest bardzo bogaty, a gdyby chciał nam za 

milczenie zapłaci

ć

, nasz kryzys pieni

ęż

ny min

ą

łby bezpowrotnie.

–  A ja panu powiem, 

ż

e najlepiej by

ś

 zrobił opuszczaj

ą

c natychmiast ten 

pokój.
–  Ani mi si

ę

 

ś

ni.

–  Wyjd

ź

 natychmiast!

–  Nie wyjd

ę

.

Nagle u drzwi rozległo si

ę

 dyskretne pukanie i wo

ź

ny wszedł do gabinetu 

bankiera.
–  Ja

ś

nie wielmo

ż

ny hrabia Sandorf prosi o chwil

ę

 rozmowy z panem.

–  A to jednak znamy si

ę

 z hrabi

ą

 –  szepn

ą

ł Sarcany.

–  Dlaczego

ś

 mi pan tego nie powiedział?

–  Sarcany wyjd

ź

 natychmiast –  sykn

ą

ł bankier.

–  Nie wyjd

ę

! Posłucham, jakie to tajemnice macie ze sob

ą

 do omówienia. A 

mo

ż

e i pan bankier do sprzysi

ęż

enia nale

ż

y. Zaraz si

ę

 dowiemy.

To mówi

ą

c, jednym skokiem ukrył si

ę

 w pokoju przylegaj

ą

cym do gabinetu 

Toronthala i szczelnie zasun

ą

ł portier

ę

.

W par

ę

 chwil pó

ź

niej hrabia Sandorf wchodził do gabinetu bankiera.

Silas zerwał si

ę

 na jego widok i przywitał uni

ż

onym ukłonem.

–  A có

ż

 za miły i niespodziewany go

ść

 –  wołał, podsuwaj

ą

c hrabiemu fotel. –

Nie s

ą

dziłem, 

ż

e pan hrabia ju

ż

 zd

ąż

ył powróci

ć

. Jak

ż

e si

ę

 udała podró

ż

?

–  Dzi

ę

kuj

ę

 panu. Pilno mi było podzi

ę

kowa

ć

 panu za przechowanie mojego 

depozytu i uwolni

ć

 pana od kłopotu opiekowania si

ę

 nim.

–  Mam zaszczyt zwróci

ć

 uwag

ę

 pana hrabiego, 

ż

e dzi

ś

 czasy s

ą

 ci

ęż

kie i 

trudno jest o pieni

ą

dze, które by nie pracowały, a le

ż

ały bezczynnie w banku.

–  Jak to? Przecie

ż

 składaj

ą

c w pana banku wiadom

ą

 nam sum

ę

, wyra

ź

nie i 

kilkakrotnie zastrzegłem, 

ż

e jest to tylko czasowy depozyt, który zamierzam 

podj

ąć

 w najbli

ż

szej przyszło

ś

ci!

–  Czy

ż

by pan hrabia był niezadowolony z wysoko

ś

ci procentu? Mo

ż

emy go 

podnie

ść

. A czasy s

ą

 tak niespokojne, mo

ż

na si

ę

 spodziewa

ć

 jak najgorszych 

rzeczy...
–  Jak to? Czy

ż

by si

ę

 na co

ś

 zanosiło? Czy mówi

ą

 o czym

ś

? Oczy Silasa 

badały uwa

ż

nie twarz hrabiego.

–  Nie. Nie słyszałem nic konkretnego. W ka

ż

dym razie interesy pana 

background image

hrabiego były i b

ę

d

ą

 zawsze dla mnie spraw

ą

 najwa

ż

niejsz

ą

.

–  Dzi

ę

kuj

ę

 panu. Chciałbym w tych dniach podj

ąć

 cał

ą

 sum

ę

, gdy

ż

 mam 

zamiar wróci

ć

 do domu. Musz

ę

 tylko uporz

ą

dkowa

ć

 pewne sprawy.

–  Czy nie mógłbym by

ć

 w czym pomocny?

–  Nie zdaje mi si

ę

. Chocia

ż

 gdyby pan znał odpowiedniego człowieka, 

byłbym panu bardzo zobowi

ą

zany. Potrzebuj

ę

 sekretarza, który byłby 

jednocze

ś

nie biegłym rachmistrzem i znał si

ę

 na prowadzeniu ksi

ę

gowo

ś

ci. 

Przysłano mi w tych dniach całe stosy zaległych spraw i rachunków z moich 
dóbr. Nie mam czasu tym si

ę

 zaj

ąć

. Jest to robota na par

ę

 tygodni.

–  Czy pan hrabia potrzebuje swej sumy zaraz?
–  Owszem, zgłosz

ę

 si

ę

 po ni

ą

 za kilka dni.

–  B

ę

dzie do dyspozycji pana hrabiego. Hrabia Sandorf podniósł si

ę

 i 

przeprowadzony przez kłaniaj

ą

cego si

ę

 bankiera, opu

ś

cił pokój.

Po paru minutach Silas powrócił do gabinetu. Zastał tam ju

ż

 Sarcany'ego.

–  W przeci

ą

gu dwóch dni musz

ę

 by

ć

 wprowadzony do domu hrabiego jako 

sekretarz.
–  Tak –  odparł wolno Silas –  zdaje mi si

ę

ż

e to jest konieczne.

IV

W dwa dni pó

ź

niej Sarcany wchodził do domu hrabiego Zathmara, gdzie miał 

pracowa

ć

 jako prywatny sekretarz Mateusza Sandorfa. Poprzedniego 

wieczora był u Toronthala, gdzie zawarł z bankierem umow

ę

 o podziale 

zysków w razie, gdyby sprawa im si

ę

 udała. W zamian zmuszony był 

pozostawi

ć

 w r

ę

ku bankiera szyfrowan

ą

 kartk

ę

. Silas nie podejmował si

ę

 

spraw niepewnych bez dostatecznej gwarancji.
Robota Sarcany'ego polegała na uporz

ą

dkowaniu rachunków z  dóbr 

hrabiego.  Była to praca łatwa i nawet do

ść

 przyjemna. Pokój, w którym 

Sarcany siedział, był du

ż

y i widny i miał okna wychodz

ą

ce na ogród. Nikt mu 

nie przeszkadzał, bo hrabia Sandorf we dnie bywał w willi rzadko, a hrabia 
Zathmar pracował w s

ą

siednim pokoju i z Sarcanym prawie si

ę

 nie spotykał. 

Jak si

ę

 łatwo domy

ś

le

ć

, uwaga sekretarza zwrócona była przede wszystkim 

na papiery, które miał w r

ę

ku. Ale pomimo najstaranniejszego przegl

ą

dania 

szuflad, teczek i kopert, nie znalazł nic, co by rozwi

ą

zywało zagadk

ę

 

tajemniczego listu. Niepokoił si

ę

 i niecierpliwił coraz bardziej, bo za dwa dni 

miał sko

ń

czy

ć

 swoj

ą

 prac

ę

 i wiedział, 

ż

e bezpo

ś

rednio potem hrabia Sandorf 

wyjedzie na W

ę

gry, a wst

ę

p do cichej willi b

ę

dzie dla Sarcany'ego zamkni

ę

ty. 

Tymczasem w przeddzie

ń

 wyjazdu hrabiego Sarcany pozostał sam i 

porz

ą

dkował reszt

ę

 papierów  i  rachunków.   Pracował ju

ż

  par

ę

  godzin,  

kiedy uderzyła go cisza panuj

ą

ca w całym domu. Pocz

ą

ł nasłuchiwa

ć

. Z 

podwórza doleciał go głos Borika, starego słu

żą

cego hrabiego Zathmara. 

Gaw

ę

dził z kim

ś

 i nie spieszył si

ę

 na gór

ę

. Za 

ś

cian

ą

, w prywatnym gabinecie 

hrabiego, nie słycha

ć

 było szelestu kartek ani skrzypu pióra, które przez tyle 

dni dra

ż

niły nerwy sekretarza. Sarcany wstał i na palcach zbli

ż

ył si

ę

 do drzwi. 

Zajrzał przez dziurk

ę

 od klucza. Nikogo. Błyskawicznym ruchem si

ę

gn

ą

ł do 

kieszeni i wydobył p

ę

k kluczy i wytrychów. Otworzył drzwi i w paru krokach był 

ju

ż

 przy biurku, które stało przy oknie. Otwierał kolejno szuflady i skrytki. Nie 

znalazł nic szczególnego. Troch

ę

 listów i fotografii. Pocz

ą

ł otwiera

ć

 skrytki. 

Nagle w niewielkiej, bocznej szufladzie, pod stosem kartek, dostrzegł mał

ą

 

background image

tekturow

ą

 szachownic

ę

. Uj

ą

ł j

ą

 w dr

żą

ce r

ę

ce. Nareszcie! Poło

ż

ył j

ą

 na 

czystej kartce papieru i dokładnie skopiował. Miała kształt kwadratu 
pokratkowanego na 36 drobniejszych kwadracików. Kwadraciki były czarne, 
ale w pierwszym rz

ę

dzie trzy z nich były wyci

ę

te, w drugim rz

ę

dzie jeden. 

Potem znów jeden, nast

ę

pnie dwa, jeden i jeden. Razem pustych było 9. Na 

jednym z boków kwadratu wyryso– wany był czarny krzy

ż

yk. Sarcany 

skopiował wszystko, odło

ż

ył tabliczk

ę

 na miejsce, zamkn

ą

ł szuflad

ę

, pokój i 

usiadł przy swoim biurku. W kilka chwil pó

ź

niej za drzwiami rozległy si

ę

 

powolne kroki i przez pokój przesun

ą

ł si

ę

 Borik, rzucaj

ą

c niech

ę

tne i 

podejrzliwe spojrzenie na młodego sekretarza. Pó

ź

nym wieczorem do drzwi 

Toronthala zadzwonił Sarcany.
–  Mam tabliczk

ę

! Mo

ż

emy si

ę

 zabra

ć

 do odczytania.

–  Jak

ż

e

ś

 pan j

ą

 dostał?

–  To ju

ż

 moja rzecz. Teraz zabierajmy si

ę

 do roboty.

Ale sprawa nie poszła tak łatwo. Obaj wspólnicy przykładali szachownic

ę

 do 

kartki. Wypadały im pojedyncze litery, które 

ż

adnego zwi

ą

zku ze sob

ą

 nie 

miały.
–  Do licha –  kl

ą

ł Sarcany –  musiałem si

ę

 widocznie omyli

ć

. Sam diabeł nic 

tu nie wyczyta.
–  Powoli, powoli. Jeszcze si

ę

 nic nie stało. Dawaj no pan to, co

ś

 przeczytał.

Sarcany podsun

ą

ł bankierowi kartk

ę

, na której wypisał kolejno litery, które 

wyczytał. Był to jednak szereg wyrazów bez sensu.
–  "Pszt, wure, nmb i t. d." Czy to mo

ż

e cokolwiek znaczy

ć

?

Pisz pan to jeszcze raz.
Ale i to nie dało 

ż

adnego rezultatu.

Sarcany bawił si

ę

 nerwowo piórem, i podczas kiedy bankier przygl

ą

dał si

ę

 

uwa

ż

nie wypisanym literom, pocz

ą

ł na czystej kartce wypisywa

ć

 kolejno 

wszystkie litery, które widział przez wyci

ę

te kratki. Otrzymał znów długi rebus, 

który wygl

ą

dał tak:

"hazrsKreig

ę

w

ćś

ołgeldopeinoiklawod

ą

natswopycsyzzswu– 

tseirtzynadkanzanewotogoktsyzsw''.
Bankier spojrzał na jego prac

ę

 i nagle zawołał:    

–  Czekaj no, czekaj, co to jest?
Podniósł kartk

ę

 do 

ś

wiatła lampy i odwróciwszy ja. lew

ą

 stron

ą

 przeczytał 

półgłosem:
"Wszystko gotowe na znak dany z Triestu wszyscy powstan

ą

 do walki o 

niepodległo

ść

 W

ę

gier Ksrzah".

–  A co, jednak mamy ich w r

ę

ku. Ten Ksrzah, to jaki

ś

 pseudonim, ale to 

mniejsza. Daj no mi pan t

ę

 kartk

ę

 –  odezwał si

ę

 Sarcany. –  Id

ę

 zameldowa

ć

 

o tym do tajnej policji.
–  Prosz

ę

 tylko, 

ż

eby moje nazwisko nie figurowało w denuncjacji. Ładnie by 

wyszedł mój kredyt, gdyby si

ę

 ludzie dowiedzieli, 

ż

e wtr

ą

cam si

ę

 w 

przekonania polityczne moich klientów.
–  B

ą

d

ź

 pan spokojny. Nagrod

ę

 w policji odbior

ę

 sam. Prosz

ę

 tylko, 

ż

eby 

połowa przypadaj

ą

ca mi z sumy Sandorfa była za tydzie

ń

 do mojej 

dyspozycji.
Drzwi si

ę

 za nim zamkn

ę

ły. A Silas Toronthal rozparł si

ę

 wygodnie w fotelu i 

zaci

ą

gn

ą

ł wonnym dymem cygara.

W dwie godziny pó

ź

niej kapitan 

ż

andarmerii na czele 6 uzbrojonych 

ż

ołnierzy 

dzwonił do cichej willi hrabiego Zathmara. Podobny oddział wkroczył do 
pokoju hotelowego, w którym spał hrabia Sandorf, a trzeci aresztował 

background image

profesora Bathary'ego, wyrywaj

ą

c go przemoc

ą

 z obj

ęć

 szlochaj

ą

cej 

ż

ony i 

małego synka.
W niespełna godzin

ę

, wi

ę

zienna karetka, otoczona przez silnie uzbrojony 

oddział 

ż

andarmów, uniosła trzech aresztowanych spiskowców za bramy 

miejskie, kieruj

ą

c si

ę

 do twierdzy le

żą

cej na szczycie skały, niedaleko granicy 

włoskiej.
Podczas całej podró

ż

y, trwaj

ą

cej do 

ś

witu, przyjaciele nie mogli przemówi

ć

 do 

siebie ani jednego słowa. Dwóch 

ż

andarmów stało na stopniach karety i nie 

spuszczało oczu z uwi

ę

zionych. W godzin

ę

 po przybyciu do twierdzy, stawieni 

byli przed s

ą

d wojenny. Przedstawiono im kartk

ę

 i szachownic

ę

, oczywiste 

dowody winy.
Pocz

ą

tkowo hrabia Sandorf chciał cał

ą

 win

ę

 wzi

ąć

 na siebie i ocali

ć

 

towarzyszy, ale obaj zaprotestowali gor

ą

co. Szczycili si

ę

 tym, 

ż

e pracowali dla 

ojczyzny i mieli w jej imieniu zgin

ąć

. Bo wyrok s

ą

du wojennego, przed którym 

stali, był łatwy do przewidzenia. Za zdrad

ę

 stanu groziła im natychmiastowa 

kara 

ś

mierci. Wysłuchali spokojnie długiego i zawiłego aktu, który pr

ę

dkim i 

monotonnym głosem odczytał im przewodnicz

ą

cy. Po upływie czterdziestu 

o

ś

miu godzin mieli by

ć

 rozstrzelani w obr

ę

bie twierdzy. Ostatnie dwa dni 

wolno im było sp

ę

dzi

ć

 we wspólnej celi.

Hrabia Sandorf poprosił jeszcze o pozwolenie zabrania głosu i w gor

ą

cych 

słowach prosił s

ę

dziów, 

ż

eby Borik i Sarcany nie byli poci

ą

gni

ę

ci do 

odpowiedzialno

ś

ci. Chodziło mu szczególnie o Sarcany'ego, któremu nie 

chciał za jego parotygodniow

ą

 prac

ę

 odpłaci

ć

 wci

ą

ganiem do procesu, który 

mógł go skompromitowa

ć

 i utrudni

ć

 znalezienie zaj

ę

cia. R

ę

czył słowem 

honoru, 

ż

e młody sekretarz nie nale

ż

ał do spisku. S

ę

dziowie przyj

ę

li jego 

o

ś

wiadczenie w milczeniu, po czym wi

ęź

niów odprowadzono do naro

ż

nej 

baszty, w której mieli sp

ę

dzi

ć

 ostatnie chwile. Dozorca, patrz

ą

cy na nich ze 

współczuciem, przyniósł na pro

ś

b

ę

 profesora papier i przybory pi

ś

mienne i 

wyszedł z celi. Zostali sami. Profesor zacz

ą

ł pisa

ć

 list do 

ż

ony. Zathmar do 

starego Borika, a Sandorf chodził zamy

ś

lony po celi. Nie miał do kogo pisa

ć

Jego Ilonka była zbyt mała, 

ż

eby wiedzie

ć

, co si

ę

 z jej ojcem dzieje, a 

wszystkie sprawy i korespondencje załatwił przed przyjazdem do Triestu. 
Chodził po celi, pogr

ąż

ony w zadumie. Sprawa wyzwolenia jego ukochanej 

ojczyzny znowu usuwała si

ę

 na dalszy plan. Kto wie, kto teraz b

ę

dzie miał 

odwag

ę

 rzuci

ć

 hasło powstania. Całe szcz

ęś

cie, 

ż

e inni spiskowcy nie zostali 

ujawnieni. Hrabia zbyt był ostro

ż

ny, 

ż

eby narazi

ć

 sprzymierze

ń

ców. I tak dwa 

ż

ycia niepotrzebnie zgasn

ą

. Ale kto mógł przewidzie

ć

ż

e tajemnica szyfru 

zostanie zdradzona. Tylko oni trzej j

ą

 znali. Sandorf zatrzymał si

ę

 przy oknie i 

spojrzał w dół. Przed jego oczami otwierała si

ę

 niezgł

ę

biona przepa

ść

.

Zamek Pisino, który został pó

ź

niej przerobiony na twierdz

ę

, był zbudowany 

na stromym cyplu skalnym, wisz

ą

cym nad szumi

ą

cym wartkim potokiem 

Foriba.
Nagle do uszu hrabiego dobiegły urywki rozmowy.
Rozejrzał si

ę

 uwa

ż

nie. Głosy dobiegały z okna, które było umieszczone o 

par

ę

 łokci ni

ż

ej, w gładkiej 

ś

cianie twierdzy.

–  Skoro ci mówi

ę

ż

e po egzekucji b

ę

dziesz wolny, to mo

ż

esz mi zaufa

ć

.

–  Je

ż

eliby

ś

 chciał da

ć

 drapaka to ci

ę

 znajd

ę

 nawet pod ziemi

ą

 –  odparł drugi 

głos, który wydał si

ę

 znajomy.

–  Nie mam zamiaru ucieka

ć

. A swoj

ą

 sum

ę

 odbierzesz za dwa dni. 

Konfiskacie ulegn

ą

 tylko maj

ą

tki ziemskie i zamek.

–  Pami

ę

taj, 

ż

e ja si

ę

 nie pozwol

ę

 oszuka

ć

.

background image

–  No, któ

ż

 by tam potrafił oszuka

ć

 pana Sarcany'ego.

–  Ja tylko zapowiadam, 

ż

e gdyby

ś

 pan próbował, to chocia

ż

 jeste

ś

 bogatym 

panem Toronthalem, potrafi

ę

 odebra

ć

 swoje.

Głosy ucichły, zamkn

ę

ły si

ę

 jakie

ś

 drzwi, a hrabia Sandorf stał jak 

skamieniały.
A wi

ę

c to oni! Ta para łotrów spod ciemnej gwiazdy. Dzi

ę

ki ich machinacjom 

W

ę

gry pozostan

ą

 nadal w niewoli. Dzi

ę

ki nim ginie Zathmar i Bathary. O 

sobie hrabia nie my

ś

lał. Wiedział tylko, 

ż

e nie umrze, zanim nie wymierzy 

sprawiedliwo

ś

ci.

VI

Twierdza Pisino, w której uwi

ę

ziono trzech spiskowców, była dawnym 

zamkiem obronnym, uczepionym na stromym cyplu skalnym. Wydawało si

ę

ż

ś

ciany wyrastały bezpo

ś

rednio z kamiennego podło

ż

a. Warowne mury 

otaczały j

ą

 z trzech stron. Z czwartej otwierała si

ę

 bezdenna przepa

ść

, na 

której dnie toczyła wartkie fale Foriba.
Dziwy sobie o tej rzece opowiadali ludzie. Podobno 

ż

adna łód

ź

 nie mogła na 

niej płyn

ąć

. W mgnieniu oka rozbijały si

ę

 b

ą

d

ź

 o skaliste poszarpane brzegi, 

b

ą

d

ź

 o podwodne skały. Okr

ą

gły rok z rykiem i szumem przelewały si

ę

 

spienione wody, zasilane 

ś

niegami z s

ą

siednich gór. A co najdziwniejsze, 

ż

w pewnym miejscu Foriba znikała z powierzchni ziemi. Wpadała w jak

ąś

 

szczelin

ę

 skaln

ą

 i 

ś

lad po niej gin

ą

ł. Nic wi

ę

c dziwnego, 

ż

e władze wi

ę

zienne 

nie uwa

ż

ały za potrzebne ustawianie stra

ż

y z tej strony fortecy, skoro sama 

przyroda dostatecznie j

ą

 strzegła.

Hrabia Sandorf stał przy oknie celi i rozwa

ż

ał słowa, które go doleciały z 

s

ą

siedniego okna. Nale

ż

ało działa

ć

 nie trac

ą

c czasu. Porozumiał si

ę

 z 

towarzyszami i uzyskawszy ich zgod

ę

, zabrał si

ę

 do pracy. Trzeba było 

usun

ąć

 kraty w oknie. Na szcz

ęś

cie nie tkwiły zbyt mocno w starym murze i, 

przy zjednoczonych wysiłkach, dały si

ę

 usun

ąć

. Zbli

ż

aj

ą

ca si

ę

 burza i coraz 

cz

ę

stsze i gło

ś

niejsze grzmoty głuszyły szamotanie si

ę

 ludzi z 

ż

elaznymi 

pr

ę

tami i szelest osypuj

ą

cych si

ę

 kamieni i kawałków tynku. Sandorf wychylił 

si

ę

 daleko za okno, chc

ą

c si

ę

 rozejrze

ć

 w jaki sposób i w którym kierunku 

nale

ż

ało ucieka

ć

. Niestety, ciemno

ś

ci nie pozwalały nic dojrze

ć

, a huk 

piorunów i szum deszczu zlewał si

ę

 z rykiem Foriby. Nagle przy 

ś

wietle 

błyskawicy dojrzał 

ż

elazny pr

ę

t przytwierdzony do 

ś

ciany. Według wszelkiego 

prawdopodobie

ń

stwa był to pr

ę

t od piorunochronu. Był umocowany 

ż

elaznymi 

klamrami, ale dok

ą

d prowadził, czy si

ę

 gdziekolwiek nie zerwał, któ

ż

 mógł 

odgadn

ąć

. W ka

ż

dym razie trzej przyjaciele nie mieli czasu i ochoty na 

namysł. Lada chwila mógł przyj

ść

 dozorca i ostatnia sposobno

ść

 ratunku 

byłaby im odj

ę

ta.

–  Ja wyjd

ę

 pierwszy –  odezwał si

ę

 hrabia Sandorf do towarzyszy. –  

Gdybym spadł, b

ę

dziecie wiedzieli, 

ż

e droga jest niebezpieczna i nie 

b

ę

dziecie si

ę

 na pró

ż

no nara

ż

ali. W przeciwnym razie, niech Bathary wyjdzie 

po upływie dziesi

ę

ciu minut, a Zathmar w dziesi

ęć

 minut po profesorze. 

Uwa

ż

ajcie tylko, 

ż

eby si

ę

 mocno trzyma

ć

 pr

ę

ta. Mam wra

ż

e– i nie, 

ż

e jest 

dobrze umocowany, ale nie wiem, czy wam siły dopisz

ą

.

–  Mój drogi –  odparł Zathmar –  czy nas 

ś

mier

ć

 spotka o dwadzie

ś

cia godzin 

ź

niej czy wcze

ś

niej, to ju

ż

 wszystko jedno. A nigdy by

ś

my sobie nie 

background image

darowali, 

ż

e nie spróbowali

ś

my szcz

ęś

cia.

–  No, to w imi

ę

 Bo

ż

e –  szepn

ą

ł Sandorf i wysun

ą

ł si

ę

 przez okno.

Uchwycił si

ę

 mocno pr

ę

ta i pocz

ą

ł wolno zsuwa

ć

 na dół, opieraj

ą

c si

ę

 nogami 

ś

ciany. Nie była to jednak rzecz tak łatwa, jak si

ę

 pozornie zdawa

ć

 mogło. 

Silna wichura szarpała jego ubraniem, deszcz zalewał oczy, a pr

ę

t dygotał w 

dziwny sposób. Zdawało si

ę

ż

e mnóstwo ostrych szpileczek kłuło w r

ę

ce, a 

nogi raz po raz ze

ś

lizgiwały si

ę

 po gładkiej powierzchni muru. Zm

ę

czony, 

zlany potem, zatrzymał si

ę

 hrabia na framudze jakiego

ś

 okna i z bij

ą

cym 

sercem pocz

ą

ł nasłuchiwa

ć

 czy profesor zdołał ju

ż

 si

ę

 wysun

ąć

 z okna. Jako

ż

 

niebawem drut pocz

ą

ł silniej drga

ć

, widocznie pod ci

ęż

arem Bathary'ego, i na 

głow

ę

 Sandorfa pocz

ę

ły si

ę

 sypa

ć

 okruchy muru. Po upływie kilku minut, 

m

ę

cz

ą

cych i niesko

ń

czenie długich, Bathary zawisł tu

ż

 nad głow

ą

 Sandorfa. 

Hrabia pocz

ą

ł si

ę

 zsuwa

ć

 na dół. Szum rzeki był coraz gło

ś

niejszy i obu 

zbiegów owion

ą

ł chłód przepa

ś

ci. Bathary spogl

ą

dał raz po raz w okno, które 

o

ś

wietlały błyskawice, ale hrabiego Zathmara nie było. Nagle z góry doleciał 

jego rozpaczliwy głos:
–  Pr

ę

dzej, pr

ę

dzej, na miło

ść

 Bosk

ą

, uciekajcie pr

ę

dzej!

Po czym dały si

ę

 słysze

ć

 krzyki, strzały i grad kul przeleciał ze 

ś

wistem nad 

Sandorfem i Batharym. Przylgn

ę

li obaj do 

ś

ciany, gdy nagle piorun uderzył w 

piorunochron na dachu fortecy i iskry z sykiem przesun

ę

ły si

ę

 błyskawicznie 

po drucie, za który uczepieni byli obaj zbiegowie. Bathary krzykn

ą

ł bole

ś

nie, 

pu

ś

cił pr

ę

t i spadł w przepa

ść

. Sandorf, który dziwnym i szcz

ęś

liwym trafem 

nie dotykał w tej chwili drutu tylko stał, trzymaj

ą

c si

ę

 wystaj

ą

cego kamienia w 

ś

cianie, skoczył na ratunek przyjacielowi. Spadł w wartkie fale Foriby, a 

poniewa

ż

 był znakomitym pływakiem, opanował wkrótce pr

ą

d wody i pocz

ą

ł 

płyn

ąć

, szukaj

ą

c towarzysza.

Widocznie zimna woda otrze

ź

wiła profesora, bo odpowiedział na wołanie 

Sandorfa. Wkrótce hrabia zrównał si

ę

 z Batharym. Nieszcz

ęś

liwy profesor 

miał opalone dłonie i nie mógł płyn

ąć

. Sandorf obj

ą

ł go lew

ą

 r

ę

k

ą

, a praw

ą

 

płyn

ą

ł, a raczej kierował tylko, bo pr

ą

d stawał si

ę

 coraz szybszy i silniejszy. 

Ciemno

ś

ci nie pozwoliły dojrze

ć

 brzegów, ale widocznie Foriba toczyła swe 

wody gdzie

ś

 w przepa

ść

. Sandorf pocz

ą

ł traci

ć

 siły, gdy

ż

 profesor ci

ąż

ył mu 

na ramieniu. Nagle złapał si

ę

 r

ę

k

ą

 za jak

ąś

 gał

ąź

, podsun

ą

ł bli

ż

ej i dostrzegł, 

ż

e był to strzaskany pie

ń

 drzewa, który woda niosła ze sob

ą

. Hrabia, nie 

namy

ś

laj

ą

c si

ę

 długo, d

ź

wign

ą

ł towarzysza na pie

ń

, sam usiadł obok i 

pozwolił si

ę

 unie

ść

 pr

ą

dom. Mógł ju

ż

 odpocz

ąć

, a poniewa

ż

 zaczynało 

ś

wita

ć

rozejrzał si

ę

 wokoło. Rzeka płyn

ę

ła w w

ą

skiej szczelinie górskiej. Niebotyczne 

skały pozwalały dojrze

ć

 tylko skrawki szarzej

ą

cego nieba. Nagle przed 

oczyma Sandorfa stan

ę

ła 

ś

ciana skalna, jakby wyrosła z wody, a fale Foriby 

pocz

ę

ły z szumem i rykiem wpada

ć

 w w

ą

sk

ą

 szczelin

ę

, która była o jakie

ś

 pół 

metra pod powierzchni

ą

 wody. Sandorf zd

ąż

ył jeszcze poło

ż

y

ć

 si

ę

 

błyskawicznym ruchem na pniu obok Bathary'ego, kiedy wpadli w tunel 
skalny. Ogarn

ę

ły ich nieprzebyte ciemno

ś

ci, woda pocz

ę

ła si

ę

 przelewa

ć

 

przez głowy. Sklepienie tunelu dotykało w wielu miejscach powierzchni wody. 
Sandorf trzymał si

ę

 kurczowo pnia, rozumiej

ą

c dobrze, 

ż

e bez tej 

zaimprowizowanej łodzi nie dałby sobie rady w podziemiu. Musiał te

ż

 

podtrzymywa

ć

 profesora, który dawał słabe oznaki 

ż

ycia. Nagle sklepienie 

jakby si

ę

 odsun

ę

ło i kilkana

ś

cie metrów przed oczami Sandorfa błysn

ę

ło 

ś

wiatło dzienne. Jeszcze chwila, a Foriba wyniosła rozbitków na otwart

ą

 

przestrze

ń

. Wody jej pocz

ę

ły płyn

ąć

 leniwiej, jakby wypoczywały po trudach, i 

rzeka rozlała si

ę

 szeroko pomi

ę

dzy ł

ą

kami. W dali błysn

ę

ło morze. Sandorf 

background image

skierował belk

ę

 ku brzegowi i wkrótce mógł si

ę

 wydosta

ć

 na l

ą

d. Wyci

ą

gn

ą

ł 

towarzysza i uło

ż

ył go w cieniu krzaków. Sam upadł na piasek i zasn

ą

ł 

kamiennym snem.

VII

Sło

ń

ce chyliło si

ę

 ku zachodowi, kiedy Sandorf otworzył oczy. Obok niego 

siedział Bathary. Blady był i zm

ę

czony, ale u

ś

miechał si

ę

 do Sandorfa, który 

zerwał si

ę

 na równe nogi.

–  Ale zaspałem, te nocne wzruszenia tak mnie sennie usposobiły –  zawołał. 
–  Jak si

ę

 czujesz, profesorze?

–  Mój przyjacielu, gdyby nie twoje po

ś

wi

ę

cenie i odwaga, ju

ż

 bym dawno nic 

nie czuł. Ale teraz mam nadziej

ę

ż

e nie b

ę

d

ę

 ci zawad

ą

 w naszej dalszej 

drodze i da Bóg, odpłac

ę

 za to, co

ś

 dla mnie zrobił.

–  Zrobiłby

ś

 to samo na moim miejscu, kochany profesorze, a teraz powiedz 

mi, jak dawno czuwasz nade mn

ą

 i czy

ś

 nie dostrzegł czego

ś

 podejrzanego?

–  Nie. Ockn

ą

łem si

ę

 koło południa i, nie ruszaj

ą

c si

ę

 z miejsca, rozgl

ą

dam 

si

ę

 po okolicy. Zdaje mi si

ę

ż

e w pobli

ż

u musi by

ć

 jaka

ś

 osada rybacka, bo 

słysz

ę

 nawoływania ludzkie i widziałem łodzie wpływaj

ą

ce z morza do rzeki.

–  A ludzi nie widziałe

ś

?

–  Owszem, przeszedł koło nas jaki

ś

 człowiek, s

ą

dz

ą

c z ubrania, musiał to 

by

ć

 robotnik. Obejrzał nas dosy

ć

 uwa

ż

nie, ale poniewa

ż

 nie odezwał si

ę

 do 

mnie, wnosz

ę

ż

e musiał nas wzi

ąć

 za włócz

ę

gów i wolał nie zaczepia

ć

. Co 

prawda nasze zmoczone ubranie nie wzbudza zaufania.
–  W ka

ż

dym razie lepiej jest zmieni

ć

 miejsce pobytu –  odparł Sandorf. –  

Gdyby si

ę

 tylko mo

ż

na było dowiedzie

ć

, w jakiej miejscowo

ś

ci jeste

ś

my.

Powstali z ziemi i skierowali si

ę

 ku osadzie le

żą

cej nad brzegiem morza. Szli 

ostro

ż

nie, rozgl

ą

daj

ą

c si

ę

 bacznie, ale drogi były puste. Zapukali do pierwszej 

z brzegu chaty. Otworzył im stary rybak i obrzucił badawczym spojrzeniem.
–  Czy nie mogliby

ś

my przenocowa

ć

 u was mój dobry człowieku? –  zapytał 

Sandorf.
Gospodarz odwrócił si

ę

 do drzwi prowadz

ą

cych do s

ą

siedniej izby, i zawołał:

–  Mario,  mamy   go

ś

ci,   przynie

ś

  co

ś

  przygotowała  na wieczerz

ę

.

Do izby weszła młoda, nadzwyczajnej pi

ę

kno

ś

ci dziewczyna i, spojrzawszy na 

przybyszów, zamieniła znacz

ą

ce spojrzenie z ojcem.

Bez słowa wyszła do kuchenki i po chwili przyniosła zimne mi

ę

so, gotowan

ą

 

ryb

ę

, chleb i dzbanek wina.

Podró

ż

ni nie dali si

ę

 długo prosi

ć

. Zasiedli do stołu i w mgnieniu oka 

pochłon

ę

li wszystko, co Maria przed nimi postawiła. Tymczasem gospodarz 

wyszedł z chaty i rozgl

ą

dał si

ę

 bacznie, czy kto nie nadchodzi. Po pewnym 

czasie wrócił do domu i rzekł:
–  Mario, zaprowad

ź

 panów do izdebki od ogródka, ale nie zapalaj 

ś

wiatła. 

Nie trzeba, 

ż

eby si

ę

 tu kto

ś

 ciekawy wcisn

ą

ł.

–  Co mówicie gospodarzu –  zapytał Sandorf –  czy

ż

by

ś

cie wiedzieli, kto 

jeste

ś

my?

–  Ach panie –  u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 rybak –  nietrudno si

ę

 domy

ś

le

ć

ż

e to was 

szukaj

ą

 tu od 

ś

witu. Na rynku i na wszystkich rogach ulic rozlepiono plakaty 

opisuj

ą

ce wasz

ą

 ucieczk

ę

 z twierdzy. Naznaczono nawet nagrod

ę

 5 tysi

ę

cy 

florenów dla tego. kto was odnajdzie, no i wieczyste ci

ęż

kie roboty dla tego, 

background image

kto by wam pomógł, czy was ukrywał.
–  Jak to i wy, wiedz

ą

c o tym, przyj

ę

li

ś

cie nas?

–  Panie, kto pod mój dach wszedł, jest moim go

ś

ciem. A dopóki 

ż

yj

ę

mojemu go

ś

ciowi włos z głowy spa

ść

 nie mo

ż

e. Spijcie spokojnie. B

ę

dziemy 

kolejno z Mari

ą

 czuwali. A gdyby, bro

ń

 Bo

ż

e, co

ś

 wam miało zagra

ż

a

ć

uciekajcie przez okno. Zaraz za ogródkiem jest morze i moja łód

ź

 uwi

ą

zana u 

brzegu. Uciekajcie i niech was Bóg strze

ż

e.

Sandorf i Bathary u

ś

cisn

ę

li gor

ą

co r

ę

k

ę

 szlachetnego Ferrata, tak si

ę

 bowiem 

nazywał rybak, i udali si

ę

 na spoczynek.

Ale widocznie nie było im s

ą

dzone sp

ę

dzi

ć

 noc spokojnie. Około północy 

zbudziła ich rozmowa, prowadzona przed domem. Rozpoznali głos Ferrata. 
Kto

ś

 drugi krzyczał i groził Ferratowi.

–  Gdy ci

ę

 prosiłem o r

ę

k

ę

 Marii, to byłem za n

ę

dzny na zi

ę

cia. Zobaczymy 

teraz jak mnie b

ę

dziesz jeszcze prosił, 

ż

ebym si

ę

 z ni

ą

 o

ż

enił.

–  Radz

ę

 ci Carpena, 

ż

eby

ś

 si

ę

 poszedł przespa

ć

. Je

ż

eli jeste

ś

 pijany, nie 

zaczepiaj spokojnych ludzi.
–  Czy jestem pijany, czy nie, to si

ę

 poka

ż

e, a tymczasem wybieraj, albo dasz 

mi Mari

ę

 za 

ż

on

ę

, albo zawiadomi

ę

 

ż

andarmów, 

ż

e ukrywasz zbiegłych 

kryminalistów, a wiesz czym to pachnie. Pójdziesz do wi

ę

zienia, a ja zostan

ę

 

panem i twojej chałupy, i twojej córki.
–  Id

ź

 spa

ć

 Carpena i przesta

ń

 wykrzykiwa

ć

 przed moim domem, bo to nie 

jest karczma.
–  Tak? Ano zobaczymy!
W tej chwili rozległo si

ę

 ostre gwizdni

ę

cie. Widocznie Carpena dawał zna

ć

 

ż

andarmom, bo prawie jednocze

ś

nie rozległ si

ę

 t

ę

tent koni i słycha

ć

 było, jak 

kilkunastu je

ź

d

ź

ców otoczyło domek Ferrata.

Sandorf i Bathary zerwali si

ę

 z posłania i wyskoczyli do ogrodu. Pocz

ę

li biec 

ku morzu, kiedy nagle za nimi rozległy si

ę

 strzały i grad kul obsypał drzewa 

ogródka.
Odpowiedział im j

ę

k profesora, któremu kula strzaskała rami

ę

.

–  Co ci Bathary? –  skoczył ku niemu Sandorf. –  Ranili ci

ę

? Oprzyj si

ę

 na 

mnie, ju

ż

 widz

ę

 łódk

ę

. Pr

ę

dzej! Ale profesor osun

ą

ł si

ę

 na ziemi

ę

 i wyszeptał:

–  Nie, nie mog

ą

 biec. Zostaw mnie. Uciekaj! Na miło

ść

 Bosk

ą

, uciekaj! Zrób 

to dla mnie. Ja postaram si

ę

 zatrzyma

ć

 ich przy sobie, a ty uciekaj. 

Ż

egnaj!

Sandorf rozejrzał si

ę

 wokoło. Ze wszystkich stron biegli ku niemu 

ż

andarmi. 

Rzeczywi

ś

cie nie miał ani chwili do stracenia. Jednym skokiem był przy łodzi, 

ale nie zd

ąż

ył rozplata

ć

 ła

ń

cucha, którym była przywi

ą

zana. Kilku 

ż

andarmów 

skierowało si

ę

 w jego stron

ę

, ale Sandorf nie mógł pozwoli

ć

 wzi

ąć

 si

ę

 

ż

ywcem. Nie namy

ś

laj

ą

c si

ę

 długo, skoczył do wody i pocz

ą

ł płyn

ąć

. Rozległy 

si

ę

 krzyki, strzały, paru 

ż

ołnierzy wsiadło do łodzi, strzelaj

ą

c raz za razem za 

zbiegiem, ale wysokie fale pocz

ę

ły podrzuca

ć

 łodzi

ą

 i przelewa

ć

 si

ę

 przez 

głow

ę

 uciekaj

ą

cego, który zgin

ą

ł 

ż

andarmom z oczu. Musieli wi

ę

c powróci

ć

 z 

niczym, pocieszaj

ą

c si

ę

 tylko my

ś

l

ą

ż

e na pełnym morzu fale s

ą

 jeszcze 

wi

ę

ksze i jeden bezbronny człowiek im si

ę

 nie oprze. Czekali przez dwa dni, 

a

ż

 woda wyrzuci zwłoki hrabiego Sandorfa, ale wiatr wiał stale ku morzu i 

zwłok nie znaleziono.
Profesora Bathary'ego odwieziono do fortecy Pisino i rozstrzelano razem z 
hrabi

ą

 Zathmarem. Zwłoki ich pogrzebano w obr

ę

bie fortecy.

Rybak Ferrato, za pomoc okazan

ą

 zbiegom, skazany został na do

ż

ywotnie 

ci

ęż

kie roboty, Carpena za

ś

 otrzymał 5 tysi

ę

cy florenów za denuncjacj

ę

 i 

pomoc w złapaniu przest

ę

pców. Nie

background image

cieszył si

ę

 jednak długo swoim tryumfem, gdy

ż

 Maria Ferrato nazajutrz po 

aresztowaniu ojca opu

ś

ciła dom i schroniła si

ę

 do pobliskiego klasztoru, a 

cała osada, nawet cała okolica na dziesi

ą

tki kilometrów wokoło, pocz

ę

ła go 

nazywa

ć

 "zdrajca Carpena". Ludzie odwracali si

ę

 na jego widok i spluwali z 

obrzydzeniem i pogard

ą

. Dzieci biegły za nim wołaj

ą

c "Judasz, Judasz". 

Nawet miejscowy szynkarz, którego Carpena uwa

ż

ał za przyjaciela i który mu 

cz

ę

sto kredytował, wyrzucił go za drzwi i zabronił przychodzi

ć

, nie chc

ą

c, 

ż

eby zdrajca wystraszał mu go

ś

ci z sali. Carpena rozpił si

ę

 z rozpaczy i po 

paru tygodniach nie miał ju

ż

 ani grosza z otrzymanych 5 tysi

ę

cy i jak ostatni 

n

ę

dzarz musiał opu

ś

ci

ć

 okolic

ę

.

CZ

ĘŚĆ

 II

I

Pi

ę

tna

ś

cie lat min

ę

ło od wy

ż

ej opisanych wypadków. Dnia 24 maja 1882 roku 

obchodzono w Raguzie odpust i doroczne 

ś

wi

ę

to. Mała portowa mie

ś

cina 

przybrała uroczysty wygl

ą

d. Tłumy ludzi wyległy za miasto, gdzie na du

ż

ej 

ł

ą

ce, tu

ż

 nad brzegiem morza stały szeregi kramów, a w

ę

drowni kupcy gło

ś

no 

zachwalali przywiezione towary. Opodal ci

ą

gn

ę

ły si

ę

 budy w

ę

drownych 

teatrów, kuglarzy i sztukmistrzów. A ka

ż

dy wolał, zach

ę

cał, obiecywał 

niewidziane cuda, a wszystko razem miało kosztowa

ć

 tylko par

ę

 groszy, byle 

tylko widz dał si

ę

 skusi

ć

 i wszedł do wn

ę

trza. Ale ludziom nie chciało si

ę

 

jeszcze wchodzi

ć

 do ciemnych tajemniczych wej

ść

 namiotów i bud, 

wymalowanych jaskrawo w przeró

ż

ne arabeski, dzikie zwierz

ę

ta i jeszcze 

dziksze postacie ludzkie. Tłum przygl

ą

dał si

ę

 wszystkiemu. Gwar i 

ś

miech 

rozlegały si

ę

 zewsz

ą

d. Nie zwracano te

ż

 zbytniej uwagi na mały czerwony 

namiot, przed którym stało dwóch ludzi, ubranych w jaskrawe trykoty, 
naszywa– ne błyszcz

ą

cymi cekinami, jakich zwykle u

ż

ywaj

ą

 jarmarczni 

linoskoczkowie. Jeden, rosły, wysoki, o byczym karku i olbrzymich muskułach, 
o twarzy dzieci

ę

co łagodnej i dobrych oczach, patrzał spokojnie na mijaj

ą

cych 

go ludzi i u

ś

miechał si

ę

 dobrotliwie. Drugi, mały, szczupły, o ostrych, 

nerwowychrysach i 

ż

ywych, biegaj

ą

cych oczach, kr

ę

cił si

ę

 niespokojnie i raz 

po raz wołał:
–  Niebywale! Niesłychane! Jedyne w swoim rodzaju! Najwi

ę

kszy siłacz 

ś

wiata! Nowoczesny Herkules! Wej

ś

cie pól korony. Dzieci płac

ą

 połow

ę

Nigdy nie pokonany! Stu 

ś

miałków mo

ż

e si

ę

 z nim zmierzy

ć

, a wielki i silny 

Matifu nie da si

ę

 poło

ż

y

ć

 na łopatki.

Ale ludzie nie spieszyli stan

ąć

 do walki 

ż

 niepokonanym Matifu, wiec mały 

człowieczek, odpocz

ą

wszy chwil

ę

, wołał znowu:

–  Panie i panowie, niebywałe zjawisko! 

Ż

onglowanie 

ż

ywym człowiekiem. 

Wej

ś

cie tylko pół korony. Najzr

ę

czniejszy skoczek 

ś

wiata. Niezrównany 

Pescada! Jedyny w swoim repertuarze. Chodzi na r

ę

kach, nogach i głowie! 

Przedstawienie zaraz si

ę

 rozpocznie.

Ale i to wołanie pozostało bez echa.
–  Widzi mi si

ę

 Matifu, 

ż

e dzi

ś

 znowu pójdziemy spa

ć

 bez kolacji.

Łagodny olbrzym u

ś

miechn

ą

ł si

ę

:

–  Zdaje mi si

ę

ż

e tu robimy od dwóch tygodni. No i obiadu nie mieli

ś

my ju

ż

 

background image

dwa dni. Ja to wytrzymam, ale z ciebie, biedaku, to nic nie zostanie.
–  B

ę

dzie ci l

ż

ej 

ż

onglowa

ć

 moj

ą

 chud

ą

 osob

ą

. Gorzej b

ę

dzie, je

ż

eli ty 

stracisz siły, a potem byle chłopak wiejski ci

ę

 pokona.

–  Jak dot

ą

d, nikt si

ę

 nie kwapi do walki ze mn

ą

. Patrz jak si

ę

 pusto zrobiło na 

placu. Dok

ą

d

ż

e ci ludzie poszli?

–  Pewnie do portu. Słyszałem, 

ż

e dzi

ś

 maj

ą

 spuszcza

ć

 na wod

ę

 now

ą

 łód

ź

 

ż

aglow

ą

. Ma to by

ć

 co

ś

 bardzo du

ż

ego. Jaka

ś

 szkuna, czy co

ś

 w tym rodzaju.

–  No, to chod

ź

my i my. Nic tu nie wystoimy, a nasz pałac mo

ż

e si

ę

 nie 

obawia

ć

 złodziei.

–  Ano chod

ź

my.       

Po chwili obaj przyjaciele stali nad brzegiem morza. Dziwna to była para. 
Poznali si

ę

 przed kilku laty i odt

ą

d pracowali razem. Kochali si

ę

 jak bracia, 

znosz

ą

c bez szemrania ci

ęż

ki los artystów jarmarcznych, w

ę

druj

ą

c od miasta 

do miasta wzdłu

ż

 brzegów Morza 

Ś

ródziemnego. Obaj pochodzili z 

południowej Francji i obaj marzyli, 

ż

eby zebra

ć

 tyle pieni

ę

dzy, aby kiedy

ś

 

powróci

ć

 do ojczyzny. Ale tymczasem o pieni

ą

dze było coraz trudniej, a do 

ojczyzny coraz dalej.
–  Patrz Matifu. widzisz ten statek? Podejd

ź

my bli

ż

ej. Za par

ę

 minut zdejm

ą

 

mu ła

ń

cuchy i skoczy sobie do morza.

–  A mo

ż

e popłynie do naszej słonecznej Francji –  westchn

ą

ł Matifu. –  

Chod

ź

my bli

ż

ej.

Po chwili stali tu

ż

 przy statku. Była to du

ż

a łód

ź

 rybacka. Kr

ę

ciło si

ę

 koło niej 

kilkunastu robotników, zdejmuj

ą

c liny i ła

ń

cuchy, którymi była umocowana do 

ż

elaznej belki, wbitej w przystani. Tłum ciekawych cisn

ą

ł si

ę

 ze wszystkich 

stron, chc

ą

c zobaczy

ć

 chwil

ę

, kiedy zdejm

ą

 ostatni ła

ń

cuch i 

ś

wie

ż

ochrzczona "Stella" zakołysze si

ę

 na fali.

Ju

ż

 jeden z robotników zacz

ą

ł odwija

ć

 ła

ń

cuch, ju

ż

 tysi

ą

ce ciekawych oczu 

ś

ledziło jego ruchy, gdy nagle rozległy si

ę

 ogłuszaj

ą

ce sygnały stra

ż

portowej, dzwonienie i ryk syreny. Ludzie spojrzeli przera

ż

eni na morze. Jaki

ś

 

maty statek wpływał pełn

ą

 par

ą

 do portu, kieruj

ą

c si

ę

 wprost ku "Stelli".

Robotnicy zrozumieli, 

ż

e nale

ż

ało za wszelk

ą

 cen

ę

 zatrzyma

ć

 jeszcze kilka 

chwil "Stell

ę

" na brzegu, gdy

ż

 w przeciwnym razie oba statki wpadn

ą

 na 

siebie. Pocz

ę

li si

ę

 tłoczy

ć

 do ła

ń

cucha, krzycze

ć

, ale niestety było ju

ż

 za 

ź

no. Ci

ęż

ar łodzi poci

ą

gn

ą

ł ich ze sob

ą

. Ła

ń

cuch wymykał im si

ę

 z r

ą

k i ju

ż

ju

ż

 "Stella" miała wpa

ść

 do morza, kiedy Matifu jednym skokiem znalazł si

ę

 

przy ła

ń

cuchu. Złapał go obu r

ę

kami, okr

ę

cił kilkakrotnie wkoło 

ż

elaznej belki, 

z której si

ę

 ła

ń

cuch zsun

ą

ł, i wparł si

ę

 z całej siły nogami w ziemi

ę

. Ła

ń

cuch 

napr

ęż

ył si

ę

. Drgn

ę

ła olbrzymia łód

ź

, ale nie ruszyła z miejsca. Ludzie zamarli 

w niemym podziwie i przera

ż

eniu. Olbrzymowi 

ż

yły wyst

ą

piły na czoło i twarz 

pokryła si

ę

 potem. Ale nie ruszył si

ę

 z miejsca. Dopiero po upływie kilku 

minut, kiedy jacht przybił do brzegu, olbrzym pu

ś

cił ła

ń

cuch, który z brz

ę

kiem 

potoczył si

ę

 po kamieniach. ,,Stella'' drgn

ę

ła i posun

ę

ła si

ę

 naprzód. Po chwili 

kołysała si

ę

 na spienionych falach zatoki.

W tej chwili okrzyk wydarł si

ę

 z kilkuset piersi: Niech 

ż

yje! Niech 

ż

yje! A to 

siłacz! A to bohater!
Ciekawi cisn

ę

li si

ę

 do Matifu, który rozgl

ą

dał si

ę

 zdziwiony, za co spotyka go 

taki zaszczyt. U

ś

miechał si

ę

, wycieraj

ą

c skrwawion

ą

 r

ę

k

ę

, i powtarzał:

–  Ale có

ż

 si

ę

 stało nadzwyczajnego? Przecie

ż

 to drobiazg. A szkoda by było 

tak 

ś

licznego jachtu.

Ale tłum był widocznie innego zdania, bo okrzykom i wiwatom nie było ko

ń

ca. 

Nagle do zawstydzonego Matifu zbli

ż

ył si

ę

 wysoki, siwy m

ęż

czyzna w ubraniu 

background image

kapitana statku.
–  Musz

ę

 panu serdecznie podzi

ę

kowa

ć

 za ocalenie mnie i mojej załogi od 

powa

ż

nej katastrofy –  rzekł, podaj

ą

c zmieszanemu olbrzymowi r

ę

k

ę

. –  

Dzi

ę

ki pa

ń

skiej odwadze i po

ś

wieceniu, no i sile, unikn

ę

li

ś

my pewnej 

ś

mierci. 

Jestem wła

ś

cicielem jachtu, który niespodziewanie wjechał do portu. Czym 

mógłbym si

ę

 panu odwdzi

ę

czy

ć

?

–  Doprawdy nie wiem, co tak wielkiego zrobiłem –  b

ą

kn

ą

ł zawstydzony 

Matifu. –  Naprawd

ę

 nie warto o tym mówi

ć

.

–  Panie kapitanie –  wtr

ą

cił si

ę

 nagle Pescada, który stał dot

ą

d przy swoim 

przyjacielu i a

ż

 pobladł z wra

ż

enia na widok bohaterskiego czynu swego 

towarzysza –  Matifu, gdyby umiał mówi

ć

 lepiej, powiedziałby, 

ż

e wystarczy 

mu fakt, 

ż

e mu pan sam dzi

ę

kuje. To bardzo porz

ą

dny chłop ten mój 

przyjaciel, ale przyznam si

ę

ż

e dzi

ś

 nawet mnie wprawił w zdumienie. Nawet 

nie my

ś

lałem, 

ż

e jest tak silny. Ju

ż

 mu nigdy nie b

ę

d

ę

 dokuczał, bo gotów 

mnie tr

ą

ci

ć

 pi

ą

tym palcem i ju

ż

 b

ę

dzie po mnie.

Kapitan u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 na ten potok wymowy małego człowieczka i odparł:

–  Bardzo mi b

ę

dzie przyjemnie, je

ż

eli obaj panowie zechc

ą

 jutro przyby

ć

 na 

pokład mojej "Sawareny". Zjemy razem 

ś

niadanie i pogadamy. Mam 

wra

ż

enie, 

ż

e omówimy kilka spraw bardzo wa

ż

nych dla nas trzech. A 

tymczasem 

ż

egnam panów i prosz

ę

, nie zapomnijcie, 

ż

e łódka b

ę

dzie na 

panów czekała o godzinie dwunastej w południe.
Podał obu przyjaciołom r

ę

k

ę

 i miał si

ę

 wycofa

ć

 z tłumu, który otaczał ich 

zwartym pier

ś

cieniem, kiedy wzrok jego padł na starego, otyłego pana, 

stoj

ą

cego opodal w towarzystwie młodej, 

ś

licznej panny. Oczy kapitana wpiły 

si

ę

 na jedn

ą

 chwil

ę

 w tłust

ą

, czerwon

ą

 twarz i nieznaczny, ale wyra

ź

ny 

grymas pogardy wykrzywił jego usta. Po chwili znikn

ą

ł w tłumie.

Młoda panna nachyliła si

ę

 tymczasem do swojego towarzysza i szepn

ę

ła:

–  Ojcze,  czy  nie  mo

ż

na by  wynagrodzi

ć

  tych  ludzi?

Wygl

ą

daj

ą

 tak biednie!

–  Moje dziecko –  odparł zagadni

ę

ty –  nie nale

ż

y dawa

ć

 pieni

ę

dzy 

włócz

ę

gom. Ka

ż

dy człowiek powinien uczciwie pracowa

ć

. Chod

ź

my ju

ż

 do 

domu. Gor

ą

co tu, a matka czeka na nas ze 

ś

niadaniem.

Panienka westchn

ę

ła i bez słowa pod

ąż

yła za ojcem. Skin

ę

ła tylko na 

po

ż

egnanie główk

ą

 w stron

ę

 obu przyjaciół, za co otrzymała serdeczny 

u

ś

miech od Matifu i szarmancki ukłon od Pescady.

II

Nazajutrz o wpół do dwunastej obaj przyjaciele byli w porcie. Szcz

ęś

ciło im 

si

ę

 od wczoraj. Rozentuzjazmowany tłum pod

ąż

ył do namiotu Matifu i 

Pescady i obaj przyjaciele sze

ść

razy z kolei musieli powtarza

ć

 widowiska. Rozumie si

ę

ż

e ani jeden 

ś

miałek 

nie stan

ą

ł do walki z siłaczem i sztuki ograniczyły si

ę

 do d

ź

wigania ci

ęż

arów, 

łamania podków i 

ż

onglowania Pescad

ą

, który nie skakał, ale fruwał w 

powietrzu, fikaj

ą

c nadprogramowo kozły i 

ś

miesz

ą

c publiczno

ść

 swymi 

dowcipami. A dzi

ś

?... Dzi

ś

 s

ą

 zaproszeni na 

ś

niadanie do jakiego

ś

 kapitana, 

który jest jednocze

ś

nie wła

ś

cicielem 

ś

licznego jachtu. Ju

ż

 si

ę

 zbli

ż

a łódeczka, 

w której siedz

ą

 dwaj wio

ś

larze. To po nich. Po nich, biednych, jarmarcznych 

skoczków.

background image

Dziwne s

ą

 zaiste drogi, którymi kroczy przeznaczenie!

Tymczasem łódka przybiła do brzegu i nasi przyjaciele wsiedli do niej. 
Poniewa

ż

 twarze wio

ś

larzy były wesołe i wzbudzaj

ą

ce zaufanie, Pescad

ą

 

odwa

ż

ył si

ę

 na pytanie:

–  Czy nie mogliby

ś

my si

ę

 od panów dowiedzie

ć

, jak si

ę

 nazywa kapitan 

statku, do którego jedziemy?
–  Nasz pan nazywa si

ę

 doktor Antekirt.

–  A jakiej jest narodowo

ś

ci?

–  Tego nikt nie wie.
–  A sk

ą

d pochodzi, gdzie si

ę

 urodził, gdzie mieszka?

–  Tego równie

ż

 nikt nie wie. Mieszkamy zawsze na statku. Nawet kiedy 

zawijamy do portu. W tej chwili "Sawarena" stoi o półtora kilometra od brzegu.
–  A nie przykrzy si

ę

 panom takie 

ż

ycie? Obaj marynarze roze

ś

mieli si

ę

 na 

głos.
–  To tylko szczurom l

ą

dowym mo

ż

e si

ę

 zdawa

ć

ż

e na morzu człowiekowi si

ę

 

przykrzy.
–  "Sawarena" to najładniejszy statek na 

ś

wiecie, a nasz kapitan jest 

najdzielniejszy i najlepszy spomi

ę

dzy wszystkich kapitanów na morzu.

W kilka chwil pó

ź

niej Matifu i Pescad

ą

 mogli si

ę

 przekona

ć

 naocznie, 

ż

zachwyty wio

ś

larzy nad "Sawarena", nie były przesadzone. Był to 

ś

liczny, 

mocny jacht, zbudowany według ostatnich wymaga

ń

 techniki i komfortu. 

Błyszcz

ą

cy, elegancki,

wy

ś

wie

ż

ony, a jednocze

ś

nie zna

ć

 było, 

ż

e ostoi si

ę

 niejednej nawałnicy, a w 

szybko

ś

ci prze

ś

cignie niejednego współzawodnika. Mały chłopak okr

ę

towy 

wybiegł na spotkanie go

ś

ci i zaprowadził ich do kajuty kapitana. Doktor 

przywitał ich serdecznie i raz jeszcze podzi

ę

kował Matifu za ocalenie statku 

od niechybnej katastrofy. Po czym usiedli do 

ś

niadania.

Obaj przyjaciele byli tak onie

ś

mieleni, 

ż

e nie wiedzieli, jak si

ę

 maj

ą

 zachowa

ć

Tym bardziej, 

ż

e Matifu obawiał si

ę

 o cało

ść

 kryształów i szklanek z cienkiego 

szkła, których musiał dotyka

ć

, a Pescad

ą

 miał wielk

ą

 ochot

ę

 do gadania, ale 

nie 

ś

miał, rozumiej

ą

c dobrze, 

ż

e on, mały Pescad

ą

, dostał si

ę

 tu tylko dzi

ę

ki 

swemu du

ż

emu przyjacielowi. Ale po pół godzinie przekonali si

ę

ż

e z 

kapitanem mo

ż

na było mówi

ć

 bez obawy. Jego uprzejmo

ść

, łatwo

ść

 w 

obcowaniu i wielka dobro

ć

 wygl

ą

daj

ą

ca z ciemnych, smutnych oczu 

rozwi

ą

zała j

ę

zyki obu przyjaciół. W niespełna godzin

ę

 dowiedział si

ę

 doktor 

Antekirt dokładnie wszystkiego, co tyczyło ich 

ż

ycia, przygód, ci

ęż

kich 

czasów, i posłyszał najskrytsze marzenie, które wyrwało si

ę

 Matifu:

–  Ach, 

ż

eby móc wróci

ć

 do ojczyzny.

–  A wi

ę

c panów nic nie ł

ą

czy z Raguz

ą

 i mogliby

ś

cie wyjecha

ć

?

–  Rozumie si

ę

. W

ę

drujemy z miasta do miasta, a poniewa

ż

 teraz czasy s

ą

 

ci

ęż

kie, zap

ę

dzili

ś

my si

ę

 tak daleko w nadziei zysku. Nie mo

ż

emy wraca

ć

 do 

Francji bez pieni

ę

dzy, bo z czego by

ś

my tam 

ż

yli. A tymczasem trudno jest 

co

ś

 odło

ż

y

ć

 na czarn

ą

 godzin

ę

.

–  A dlaczegó

ż

 nie we

ź

miecie si

ę

 do innego zawodu?

–  Ba, kiedy nic innego nie umiemy. A zreszt

ą

, któ

ż

 by przyj

ą

ł do pracy takich 

włócz

ę

gów jak my? Nie mamy ani domu, ani przyjaciół, którzy by za nas 

zar

ę

czyli. A przy tym nie mogliby

ś

my by

ć

 zawsze razem. Bo, jak pan kapitan 

widzi, struktura nasza jest tak odmienna, 

ż

e nie mogliby

ś

my pracowa

ć

 razem 

ani na przykład w ku

ź

ni, jakby to 

ś

licznie robił Matifu, ani jako kominiarze, co 

mnie nie przyszłoby przecie

ż

 z trudno

ś

ci

ą

.

–  A czy nie zgodziliby

ś

cie si

ę

 pracowa

ć

 u mnie? Potrzebuj

ę

 uczciwych i 

background image

rozumnych ludzi, przy tym silnych i zr

ę

cznych.

–  Jak to, pan by chciał? Przecie

ż

 pan nas nie zna?

–  Moi drodzy, czasem człowiek ma wi

ę

cej wypisane w oczach i na czole, ni

ż

 

w najlepszej legitymacji. O ile wi

ę

c zgadzacie si

ę

, otrzymacie mieszkanie, 

ubranie i jedzenie na statku. Pensj

ę

 tak

ą

, jak

ą

 otrzymuj

ą

 moi ludzie, aktora 

wiem, 

ż

e nie jest mała. A jak sko

ń

cz

ę

 tu swoje sprawy, wypłyniemy na pełne 

morze i najdalej za kilka miesi

ę

cy wyl

ą

dujecie we Francji. Na po

ż

egnanie 

otrzyma ka

ż

dy z was sum

ę

 równaj

ą

c

ą

 si

ę

 rocznej pensji mojego marynarza. 

S

ą

dz

ę

ż

e to wystarczy na kupienie małej osady, albo sklepu w małym 

miasteczku. No có

ż

, zgadzacie si

ę

?

–  Czy si

ę

 zgadzamy! Ale

ż

 panie kapitanie –  zawołał Pescada –  

ż

ebym tylko 

ś

miał, fikn

ą

łbym tu zaraz dwadzie

ś

cia kozłów z rado

ś

ci. Rozumie si

ę

ż

e si

ę

 

zgadzamy. ... No, odezwij

ż

e si

ę

 Matifu.... Z nim to tak zawsze, panie 

kapitanie. Cieszy si

ę

 milcz

ą

co. Martwi si

ę

 te

ż

 milcz

ą

co. Mo

ż

e za to tak go 

kocham, 

ż

e mi nie przeszkadza gada

ć

.

–  Kiedy mamy si

ę

 stawi

ć

 do słu

ż

by i co pan ka

ż

e nam robi

ć

?

–  Mo

ż

ecie zacz

ąć

 chocia

ż

by dzi

ś

 wieczorem. Czy macie co

ś

 do załatwienia 

na l

ą

dzie?

–  Musieliby

ś

my tylko zwin

ąć

 nasz teatr. Niewiele to nam zajmie czasu, a 

kostiumy pozwoli nam pan mo

ż

e zabra

ć

 ze sob

ą

. W wolnych chwilach 

mogliby

ś

my uczy

ć

 załog

ę

 gimnastyki i walki francuskiej.

–  A wi

ę

c dobrze –  u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 doktor, 

ż

egnaj

ą

c swoich go

ś

ci. –  

Czekamy was dzi

ś

 wieczorem. A od jutra rozpoczniemy prac

ę

. Mam nadziej

ę

ż

e dobrze nam b

ę

dzie ze sob

ą

. 38

III

Nast

ę

pnego dnia Pescada miał dług

ą

 rozmow

ę

 z kapitanem, po czym 

przebrany w elegancki cywilny garnitur, odpłyn

ą

ł łódk

ą

 do brzegu. Co par

ę

 dni 

zjawiał si

ę

 na statku i serdecznie witał Matifu, ale wiadomo było, 

ż

e mieszka 

w Raguzie. Co tam robił, tego nie wiedział nawet jego du

ż

y przyjaciel.

Natomiast w kilka dni po wy

ż

ej opisanych wypadkach doktor Antekirt wysiadł 

w przystani i rozgl

ą

dał si

ę

, jakby kogo

ś

 szukał. Po czym zbli

ż

ył si

ę

 szybko do 

siwego, zgarbionego staruszka i rzekł:
–  Oczekujecie na lekarza. Jestem doktorem Antekirtem.
Chod

ź

my do waszej pani.

Zdumienie odbiło si

ę

 na twarzy starego sługi.

–  Sk

ą

d

ż

e na miło

ść

 bosk

ą

, domy

ś

lił si

ę

 pan, 

ż

e to mnie przysłano po pana?

Doktor u

ś

miechn

ą

ł si

ę

.

–  Nie przyszło mi to z trudno

ś

ci

ą

. Ale chod

ź

my do waszej pani, bo spieszno 

mi bardzo.
Stary sługa poszedł przodem i po kilkunastu minutach wprowadził doktora do 
małego, skromnego domku przy ulicy Marinella.
Na spotkanie go

ś

cia wyszła wysoka, siwowłosa kobieta,

ubrana w ci

ęż

k

ą

 

ż

ałob

ę

.

–  Wszak mam przyjemno

ść

 mówi

ć

 z doktorem Antekirtem? Jestem wdow

ą

 

po Stefanie Batharym. Przepraszam bardzo, 

ż

e pozwoliłam sobie prosi

ć

 pana 

do siebie, ale dowiedziałam si

ę

 wczoraj, 

ż

e statek pana przybił do portu. 

Pierwsz

ą

 moj

ą

 my

ś

l

ą

 było uda

ć

 si

ę

 na pokład "Sawareny", ale obawiałam si

ę

background image

ż

e to by zwróciło uwag

ę

 ludzk

ą

. W tak małym mie

ś

cie jak Raguza, nic nie 

uchodzi oczu ludzkich, a pragn

ę

łam, 

ż

eby nasza rozmowa nie miała 

ś

wiadków.

–  Niech mi pani wierzy –  odparł doktor –  

ż

e nawet nie czekaj

ą

c wezwania 

pani, uwa

ż

ałbym za obowi

ą

zek odwiedzenie wdowy po tak wybitnym 

człowieku, jakim był profesor Bathary.
–  Czy pan znał mojego m

ęż

a?

–  Miałem zaszczyt by

ć

 jego przyjacielem.

–  Zna pan zapewne szczegóły jego 

ś

mierci?

–  Owszem. Wiem, 

ż

e nale

ż

ał do spisku i zgin

ą

ł jak bohater w walce o 

niepodległo

ść

 swojej ojczyzny. Wiem, 

ż

e był rozstrzelany razem z hrabi

ą

 

Zathmarem. Trzeci organizator spisku, hrabia Sandorf, skonał w falach 
Adriatyku.
–  Widz

ę

, doktorze, 

ż

e znasz te smutne szczegóły równie dobrze, jak ja. Wi

ę

mo

ż

e wiesz, kto zdradził tych szlachetnych ludzi?

–  Niech mi pani wierzy, 

ż

e sprawiedliwo

ś

ci stanie si

ę

 zado

ść

 i winni b

ę

d

ą

 

ukarani. Tym zbrodniarzom Bóg nie przebaczy. Nale

ż

y wi

ę

c czeka

ć

, a

ż

 wybije 

ich godzina.
Zaległo ci

ęż

kie milczenie. Po zbolałej twarzy profesorowej stoczyło si

ę

 kilka 

du

ż

ych łez. Ale opanowała si

ę

 nadzwyczajnym wysiłkiem woli i podniosła 

oczy na go

ś

cia.

–  Mam wielk

ą

 pro

ś

b

ę

 do pana, panie doktorze. Nie chciałabym zrobi

ć

 panu 

przykro

ś

ci, ale prosz

ę

 o zabranie tych pieni

ę

dzy, które był mi pan łaskaw 

przysła

ć

 kilka lat temu.

Doktor zerwał si

ę

 z fotela.

–  Jak to, pani te pieni

ą

dze ma w domu? Przysłałem je na wychowanie i 

wykształcenie pani syna. Byłem tak serdecznym przyjacielem profesora, 

ż

uwa

ż

ałem za swój obowi

ą

zek pami

ę

ta

ć

 o jego dziecku.

–  Zapomniał pan –  u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 wdowa –  

ż

e dziecko to miało matk

ę

która była młoda i mogła na nie pracowa

ć

. Jałmu

ż

na ofiarowana nawet w tak 

delikatnej i serdecznej formie, nie przestaje by

ć

 jałmu

ż

n

ą

. A nie chciałam, 

ż

eby mój Piotru

ś

 miał oprócz mnie co

ś

 komu

ś

 do zawdzi

ę

czenia.

–  Jak

ż

e dała pani sobie rad

ę

? –  zawołał doktor. – Wiem, 

ż

e pani syn 

sko

ń

czył studia politechniczne. Przecie

ż

 po 

ś

mierci m

ęż

a została pani bez 

ś

rodków do 

ż

ycia.

–  Byłam młoda, zdrowa. Mogłam pracowa

ć

. Du

żą

 pomoc

ą

 był mi stary Borik, 

który po 

ś

mierci hrabiego Zathmara zamieszkał u nas. Traktujemy staruszka 

jak przyjaciela.
–  Czy pani syn mo

ż

e ju

ż

 zarabia

ć

 na siebie?

–  Owszem. Miał kilka propozycji, ale nie chce wyjecha

ć

 z Raguzy, a tu na 

miejscu nic jeszcze odpowiedniego mu si

ę

 nie trafiło. Obecnie wyjechał do 

Triestu, gdzie mu proponowano obj

ę

cie kierownictwa w jakiej

ś

 fabryce. 

Powróci jutro.
–  Czy nie mógłbym prosi

ć

ż

eby pani syn odwiedził mnie pojutrze na 

pokładzie mojego statku?
–  Owszem, b

ę

dzie u pana. A tymczasem raz jeszcze serdecznie dzi

ę

kujemy 

panu za jego dobro

ć

 i prosz

ę

 o zabranie tego tysi

ą

ca florenów, które ju

ż

 tyle 

lat czekaj

ą

 na wła

ś

ciciela.

Nie pomogły pro

ś

by ani perswazje. Doktor musiał zabra

ć

 z powrotem 

pieni

ą

dze, które przed kilku laty przysłał wdowie. Nazajutrz czytelnicy 

miejscowego pisma znale

ź

li w dziale ofiar skromn

ą

 notatk

ę

: "Bezimiennie na 

background image

najbiedniejszych zło

ż

ono w naszej redakcji tysi

ą

c florenów".

IV

W par

ę

 dni pó

ź

niej Piotr Bathary wchodził na statku "Sawarena'' do gabinetu 

doktora Antekirta. Ciemne zasłony na lampach rzucały cie

ń

 na cały pokój i 

młody in

ż

ynier widział niewyra

ź

nie wysok

ą

 posta

ć

 gospodarza, który powstał 

na powitanie go

ś

cia.

Uderzył go tylko lekko dr

żą

cy głos, jakby stłumiony wzruszeniem:

–  Witam pana, panie Bathary, jest pan tak podobny do ojca, 

ż

e trudno by si

ę

 

było omyli

ć

. Byłem wielkim przyjacielem profesora.

Młody człowiek u

ś

cisn

ą

ł serdecznie wyci

ą

gni

ę

t

ą

 r

ę

k

ę

.

–  Wiem od mojej matki, 

ż

e pana i ojca mego ł

ą

czyła wielka przyja

źń

. Ciesz

ę

 

si

ę

 niezmiernie, 

ż

e okoliczno

ś

ci pozwoliły mi osobi

ś

cie podzi

ę

kowa

ć

 panu za 

jego 

ż

yczliwo

ść

 dla nas.

–  Pozwoli pan, 

ż

e powołuj

ą

c si

ę

 na za

ż

yło

ść

, jaka mnie ł

ą

czyła z pana 

ojcem, nie b

ę

d

ę

 si

ę

 bawił w ceremonie i od razu przyst

ą

pi

ę

 do rzeczy. Mówiła 

mi matka pana, 

ż

e je

ź

dził pan do Triestu. Có

ż

, czy to oznacza, 

ż

e obejmie 

pan tam proponowan

ą

 posad

ę

?

–  Nie. Nie mog

ę

 si

ę

 zdecydowa

ć

. Musieliby

ś

my sprzeda

ć

 nasz domek w 

Raguzie i wynie

ść

 si

ę

 st

ą

d zupełnie.

–  Czy pana matka nie chce wyje

ż

d

ż

a

ć

 z Raguzy?

–  O, moja matka pojechałaby ze mn

ą

 na koniec 

ś

wiata.

–  A wi

ę

c to pan nie chce opu

ś

ci

ć

 tego miasta. Czy wolno zapyta

ć

 dlaczego?

Młody człowiek zmieszał si

ę

.

–  Mam nadziej

ę

ż

e z czasem otrzymam jak

ąś

 posad

ę

 w Raguzie, ale na 

razie nie mog

ę

 w 

ż

aden sposób wyjecha

ć

.

–  Ale dlaczego?
–  Prosz

ę

 pana, dot

ą

d nikomu o tym nie mówiłem i naprawd

ę

 pan b

ę

dzie 

pierwsz

ą

 osob

ą

, któr

ą

 wtajemniczam w swoje prywatne sprawy. Nawet moja 

matka nic o tym nie wie. Nie mog

ę

 wyjecha

ć

 z Raguzy, nie rozmówiwszy si

ę

 z 

osob

ą

, któr

ą

 kocham. Musz

ę

 mie

ć

 pewno

ść

ż

e b

ę

dzie na mnie czekała, a

ż

 

otrzymam posad

ę

, która mi pozwoli stan

ąć

 wobec jej rodziny w roli 

powa

ż

nego konkurenta.

–  Czy to kto

ś

 bardzo zamo

ż

ny?

–  Bardzo. To jest córka jednego z bogatszych ludzi w Raguzie. Nigdy bym 
nie pomy

ś

lał o mo

ż

no

ś

ci po

ś

lubienia jej. gdyby nie pewno

ść

ż

e mi sprzyja.

–  Oho! –  u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 doktor. –  Widz

ę

 młodzie

ń

cze, 

ż

e ju

ż

 poczyniłe

ś

 

pewne kroki. Ka

ż

dy z nas był młodym. Dam ci tylko rad

ę

. Nie zra

ż

aj si

ę

 

drobnymi przeciwno

ś

ciami. Jestem pewien, 

ż

e twój ideał zasługuje w 

zupełno

ś

ci na twoje uczucia. Miej tylko cierpliwo

ść

, a dopniesz swego.

–  O dzi

ę

kuj

ę

 panu za słowa otuchy –  zawołał Piotr. –  Dzi

ę

kuj

ę

 serdecznie. 

Jest pan jedynym człowiekiem, z którym szczerze mówi

ę

 o swoich 

nadziejach. A Bóg mi 

ś

wiadkiem, 

ż

e ogarnia mnie cz

ę

sto zw

ą

tpienie. Nie 

wiem, czy rodzice jej zgodz

ą

 si

ę

 na nasz zwi

ą

zek i czy pozwol

ą

 jej czeka

ć

 na 

mnie tak długo.
–  Czy bywasz pan w tym domu?
–  Nie, ale widuj

ę

 t

ę

 panienk

ę

 co niedziel

ę

 w ko

ś

ciele. Wiem na pewno, 

ż

e mi 

sprzyja. Ale rozumie pan, 

ż

e wyjecha

ć

 z Raguzy nie mog

ę

. Nie b

ę

d

ę

 miał ani 

background image

jednej chwili spokojnej. Przy czym nie widzie

ć

 jej, to ponad moje siły.

–  No, pomy

ś

limy jeszcze o tym. Nie wyjad

ę

 tak pr

ę

dko z Raguzy i postaram 

si

ę

 jeszcze raz odwiedzi

ć

 pana matk

ę

. Tymczasem 

ż

egnam ci

ę

 młodzie

ń

cze i 

prosz

ę

, b

ą

d

ź

 dobrej

my

ś

li.

–  

Ż

egnam pana –  skłonił si

ę

 młody in

ż

ynier, 

ś

ciskaj

ą

c

serdecznie r

ę

k

ę

 doktora.

–  Ale, ale, czy nie mógłbym si

ę

 dowiedzie

ć

 imienia pa

ń

skiego ideału? Mo

ż

uda mi si

ę

 co

ś

 zrobi

ć

 dla pana.

–  Jest to panna Sawa Toronthal. Mieszka w du

ż

ym pałacu niedaleko 

naszego domku.
–  Jak to! –  krzykn

ą

ł doktor, a głos jego zabrzmiał dziwnie tragicznie. –  Pan 

kocha pann

ę

 Toronthal?

–  Tak, có

ż

 w tym dziwnego? Jest to osoba nadzwyczajnej urody, a przy tym 

nad wyraz dobra i szlachetna.
Ale doktor nie znalazł słów na odpowied

ź

. Usiadł ci

ęż

ko w fotelu i głosem 

jeszcze przytłumionym, ale ju

ż

 spokojnym powiedział:

–  Nic, nic. Co

ś

 mi si

ę

 przypomniało. B

ą

d

ź

 zdrów młodzie

ń

cze. Zobaczymy 

si

ę

 niedługo.

Kiedy za go

ś

ciem zamkn

ę

ły si

ę

 drzwi, doktor 

ś

cisn

ą

ł skronie obu r

ę

kami i 

wyszeptał:
–  Biedne, biedne dzieci. I jak mu tu powiedzie

ć

ż

e kocha córk

ę

 mordercy 

swego ojca. Ale do tak potwornego mał

ż

e

ń

stwa nie mog

ę

 dopu

ś

ci

ć

. Mo

ż

e ta 

Sawa to najidealniejsze stworzenie na 

ś

wiecie, ale jej miejsce nie jest przy 

boku tego biednego chłopca. Trudno! Ran

ę

 serca mo

ż

na przebole

ć

. Jak go 

st

ą

d zabior

ę

, powiem mu cał

ą

 prawd

ę

, a jestem pewien, 

ż

e mnie zrozumie.

Chwile siedział jeszcze w milczeniu, po czym nacisn

ą

ł elektryczny dzwonek. 

Na progu stan

ą

ł Matifu.

–  B

ę

dziesz mi potrzebny mój kolosie. Czy Pescada wrócił?

–  Czeka od godziny.
–  Powiedz załodze, 

ż

e za kwadrans odpływamy. Czy s

ą

 depesze z eskadry 

"Electric"?
–  Oto one.
Doktor rozwin

ą

ł papier i przeczytał:

"Łód

ź

 podwodna "Electric 2" czeka o pół godziny drogi od portu. Wszystko w 

porz

ą

dku".

–  Dobrze –  odezwał si

ę

 po chwili zastanowienia. –  Przygotuj si

ę

 na kilka dni 

ż

ycia na l

ą

dzie, mój stary. Pewno ci si

ę

 sprzykrzyło to wieczne kołysanie 

statku?
–  O, do tego przywykłem ju

ż

 panie kapitanie –  u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 olbrzym. –  

Tylko chciałbym ju

ż

 co

ś

 robi

ć

. Mi

ęś

nie mi tłuszczem obrastaj

ą

, a nic jeszcze 

dla pana nie mogłem zrobi

ć

.

–  Przyjdzie i na to czas. Id

ź

 ju

ż

 i zawołaj mi Pescad

ę

.

Rozmowa z małym linoskoczkiem nie trwała długo. W kilka chwil pó

ź

niej 

po

ż

egnał on znowu swego starego przyjaciela i mał

ą

 łódeczk

ą

 odpłyn

ą

ł do 

brzegu, a "Sawarena", wykonawszy zr

ę

czny półobrót, wypłyn

ę

ła cicho z portu 

i znikła w mgle wieczornej, równie tajemniczo jak przybyła.

V

background image

Piotr Bathary wysiadł z łódki, która go przywiozła do brzegu, i pocz

ą

ł szybko 

i

ść

 ku domowi. Głowa mu pałała. Doktor swym serdecznym przyj

ę

ciem i kilku 

słowami zach

ę

ty otworzył przed biednym zakochanym młodzie

ń

cem nowe 

horyzonty. A mo

ż

e naprawd

ę

 uda mu si

ę

 uzyska

ć

 posad

ę

 w Raguzie. Mo

ż

dojdzie do maj

ą

tku i wtedy bez trwogi b

ę

dzie mógł stan

ąć

 przed gro

ź

nym 

obliczem bogatego eksbankiera i poprosi

ć

 o r

ę

k

ę

 jego córki. Wzajemno

ś

ci 

Sawy był pewien. Widywali si

ę

 przecie

ż

 ka

ż

dej niedzieli w ko

ś

ciele i widział 

zawsze na 

ś

licznej twarzyczce dziewcz

ę

cia ten radosny u

ś

miech, którym go 

witała, i smutne spojrzenie ciemnych oczu, kiedy wychodziła z ko

ś

cioła.

Czy tu potrzeba du

ż

o słów.

Wiedział, 

ż

e pi

ę

kniejszej i lepszej nie znajdzie. Przechodził wła

ś

nie koło 

pałacu Toronthala i jak zawsze podniósł oczy na ostatnie okno pierwszego 
pi

ę

tra. Firanka uniosła si

ę

 leciutko i 

ś

liczna główka przesłała mu u

ś

miech i 

spojrzenie. Uchylił kapelusza, firanka opadła i zjawisko znikło. Ale 
zakochanemu młodzie

ń

cowi to wystarczyło. Szedł dalej wolno, pogr

ąż

ony w 

radosnym zamy

ś

leniu. Nic wi

ę

c dziwnego, 

ż

e nie zauwa

ż

ył starej Cyganki, 

ż

ebraczki, która szła za nim od portu i pomimo siwych włosów i staro

ś

ci 

mogła nad

ąż

y

ć

 za jego szybkimi krokami. Przed pałacem zatrzymała si

ę

 

równie

ż

 i patrzyła równie bacznie w ostatnie okno pierwszego pi

ę

tra. Po czym 

zawróciła wolno ku miastu i w kilka chwil pó

ź

niej wchodziła do urz

ę

du 

pocztowego. Zatrzymała si

ę

 przed okienkiem, gdzie przyjmowano depesze, i 

spod ciemnej, brudnej chusty wyj

ę

ła kilka gotowych, napisanych depesz. 

Ogl

ą

dała je uwa

ż

nie i odczytywała z trudno

ś

ci

ą

. Nareszcie wybrała jedn

ą

, na 

której było napisane "Wracaj natychmiast" i podała j

ą

 urz

ę

dnikowi.

Ten spojrzał na star

ą

 Cygank

ę

 uwa

ż

nie, ale bez słowa wydał jej kwit i zgarn

ą

ł 

pieni

ą

dze.

Tymczasem noc zapadła ciemna, bezksi

ęż

ycowa i "Sawarena'' pocz

ę

ła 

zwalnia

ć

 szybko

ść

. Nagle stan

ę

ła i po chwili od jej kadłuba pocz

ę

ła si

ę

 

oddala

ć

 wolno mała łódeczka, w której siedziało dwóch m

ęż

czyzn. Nietrudno 

si

ę

 było domy

ś

li

ć

ż

e był to doktor Antekirt i Matifu.

–  Spojrzyj Matifu uwa

ż

nie. "Electric 2" powinien by

ć

 w pobli

ż

u.

–  Widz

ę

 niedaleko od nas dwa niebieskie 

ś

wiatełka.

–  To oni.
Tu doktor przyło

ż

ył do ust 

ś

wistek i zagwizdał dono

ś

nie. Odpowiedziało mu 

ciche, dwukrotnie gwizdni

ę

cie.

–  Wszystko w porz

ą

dku. Wracajmy stary do brzegu –  rzekł do Matifu. –  

Tylko pami

ę

taj, nie wpływaj do portu, a kieruj łódk

ę

 do tej wioski na północ od 

miasta.
Matifu uj

ą

ł wiosła w swe pot

ęż

ne dłonie i łódka pomkn

ę

ła jak ptak. Cicho 

min

ę

ła port i skierowała si

ę

 ku nadbrze

ż

nym skałom, o par

ę

 kilometrów na 

północ. Kierowana wprawn

ą

 r

ę

k

ą

, wpadła do cichej, ustronnej zatoki i przybiła 

do brzegu.
Doktor i Matifu wysiedli i skierowali si

ę

 ku przedmie

ś

ciu Raguzy.

Matifu obejrzał si

ę

 za siebie.

–  

Ż

eby tylko tej łódki nikt nie zauwa

ż

ył –  szepn

ą

ł na wpół do siebie.

–  Nie bój si

ę

. Ludzie z "Electricu" zabior

ą

 j

ą

 za pół godziny.

Po dwudziestu minutach marszu obaj podró

ż

ni wchodzili w w

ą

skie, brudne 

uliczki przedmie

ś

cia Raguzy.

Zatrzymali si

ę

 przed skromn

ą

 ober

żą

 i zaj

ę

li w niej dwa malutkie pokoje na 

pi

ę

trze.

background image

–  Trzeba si

ę

 poło

ż

y

ć

 spa

ć

 Matifu. Jutro czeka nas ci

ęż

ki dzie

ń

.

Po chwili z izdebki, któr

ą

 zaj

ą

ł olbrzym, rozległ si

ę

 jego równy, spokojny 

oddech. Natomiast 

ś

wieca przy łó

ż

ku doktora paliła si

ę

 długo w nocy, on za

ś

 

siedział na krze

ś

le i nad czym

ś

 długo i powa

ż

nie rozmy

ś

lał.

Pomysł porwania i uwi

ę

zienia Piotra Bathary'ego z Raguzy był 

ś

miały i jedyny, 

je

ż

eli chodziło o usuni

ę

cie młodego człowieka od zwi

ą

zku, który przecie

ż

 

byłby dla niego katastrof

ą

 moraln

ą

, ale nasuwały si

ę

 tysi

ę

czne trudno

ś

ci, 

które nale

ż

ało spokojnie rozwa

ż

y

ć

 do najdrobniejszych szczegółów i pami

ę

ta

ć

o ka

ż

dym.

VI

Bankier Silas Toronthal od lat czternastu mieszkał w Raguzie. Opowiadano 
sobie o nim, 

ż

e miał kiedy

ś

 przed wojn

ą

 dom bankowy w Trie

ś

cie, 

ż

dorobiwszy si

ę

 znacznego maj

ą

tku, przyjechał na odpoczynek do cichej 

Raguzy, kupił sobie 

ś

liczny pałacyk, miał du

ż

o słu

ż

by i nie zajmował si

ę

 ani 

polityk

ą

, ani sprawami finansowymi. Nikt si

ę

 te

ż

 nie domy

ś

lał z jakiego 

ź

ródła 

pochodziły pieni

ą

dze szanowanego pana bankiera. Policja w Trie

ś

cie nie 

uwa

ż

ała za potrzebne rozgłaszanie spraw tak tajnych, jak szczegóły spisku 

politycznego, o którym mało kto wiedział, a je

ż

eli nawet słyszał, nie uwa

ż

ał za 

bezpieczne gło

ś

no si

ę

 nad nim zastanawia

ć

. A sam bankier Toronthal, 

podzieliwszy si

ę

 z Sarcanym i Zironem pieni

ę

dzmi hrabiego Sandorfa, 

postanowił jak najpr

ę

dzej rozsta

ć

 si

ę

 ze swymi wspólnikami i jak najrzadziej o 

nich my

ś

le

ć

. Przeniósł si

ę

 z 

ż

on

ą

 i córk

ą

 do Raguzy.

Pani Toronthal wiedziała o roli jak

ą

 odegrał jej m

ąż

 w sprawie odkrycia 

spisku. Ale pomimo szlachetno

ś

ci i prawego charakteru była tak przez m

ęż

zahukana i tak słabej woli,

ż

e nie 

ś

miała w niczym mu zaprotestowa

ć

. Bała si

ę

 go, jak ognia. Oddała si

ę

 

cał

ą

 dusz

ą

 wychowaniu małej Sawy. Kochały si

ę

 bardzo i rozumiały, a 

ż

pani Toronthal była W

ę

gierk

ą

 i gor

ą

c

ą

 patriotk

ą

, nic wiec dziwnego, 

ż

e i Sawa 

czciła pami

ęć

 bohaterów, którzy zgin

ę

li  za ojczyzn

ę

.  Nie obce jej  były 

nazwiska Sandorfa i Bathary'ego. Cicha a pełna szacunku i uwielbienia 
miło

ść

 młodego in

ż

yniera Bathary'ego pozyskała łatwo jej  przychylno

ść

.  

Oprócz  uroku  osobistego,  był on opromieniony niedol

ą

 m

ę

cze

ń

stwa ojca. 

Młodzi ludzie spotykali  si

ę

  tylko  na ulicy  i  w ko

ś

ciele.   Ukłony  i  u

ś

miechy 

zamieniane z daleka były jedyn

ą

 form

ą

, w której wypowiadali swe uczucia. 

Ale na razie nic im wi

ę

cej nie było potrzeba. Pewnego  dnia pani  Toronthal,  

zebrawszy  si

ę

  na  odwag

ę

, próbowała mówi

ć

 z m

ęż

em o mo

ż

liwo

ś

ci 

zwi

ą

zku miedzy Saw

ą

 i Piotrem. Spotkała si

ę

 jednak z takim gwałtownym 

sprzeciwem ze strony m

ęż

a, z tak

ą

 w

ś

ciekło

ś

ci

ą

 i gro

ź

bami, 

ż

e cofn

ę

ła si

ę

 

przera

ż

ona. Nie pomogły łzy i pro

ś

by Sawy. Obie kobiety dowiedziały si

ę

 ku 

swemu najwi

ę

kszemu przera

ż

eniu, 

ż

e r

ę

ka Sawy jest ju

ż

 dawno obiecana i jej 

przyszły m

ąż

 przyjedzie niebawem do Raguzy. Człowiekiem tym był Sarcany.  

Nazwisko  to  nic jej   nie  mówiło.   Miała  do  niego uprzedzenie ju

ż

 cho

ć

by z 

tego powodu, 

ż

e nie był Piotrem Batharym. Natomiast rozpacz pani Toronthal 

nie miała granic. Do wszystkich nieszcz

ęść

 i upokorze

ń

 przybywało jeszcze 

jedno. Ale bankier był nieubłagany. Podobno obiecał Sarcany'emu, 

ż

maj

ą

tek Sawy b

ę

dzie kiedy

ś

 jego własno

ś

ci

ą

. Ze słów bankiera przebijało 

wyra

ź

nie, 

ż

e nie ch

ęć

 dotrzymania danego  słowa,  ale  strach  przed  

background image

Sarcanym  zmusza go  do spełnienia obietnicy. Jako

ż

 w par

ę

 dni po wy

ż

ej 

opisanych wypadkach, Sarcany wysiadł w porcie Raguzy. Czekała na

ń

 stara, 

tajemnicza 

ż

ebraczka i powitała rado

ś

nie.

–  Najwy

ż

szy  czas,  

ż

eby

ś

  tu ju

ż

  był –   szepn

ę

ła mu w narzeczu arabskim.

–  Otrzymałem twoj

ą

 depesz

ę

, Namir. Dobrze si

ę

 spisała

ś

. Czy zaszło co

ś

 

nowego?
–  Jak dot

ą

d nic, ale ten młody za bardzo si

ę

 kr

ę

ci pod oknami. Widuj

ę

 go 

codziennie.
–  Niech si

ę

 kr

ę

ci. Nie b

ę

dzie si

ę

 ze mn

ą

 mierzył.

–  Tak, ale ona mu sprzyja. Wiem od słu

ż

by, 

ż

e rozmawiała ju

ż

 z ojcem.

–  Ojciec nie zrobi nic bez mojej zgody. A jak mi si

ę

 amory tego młokosa 

sprzykrz

ą

, sprz

ą

tn

ę

 go pr

ę

dzej ni

ż

 komara lub much

ę

.

–  Wiem, wiem synku –  za

ś

miała si

ę

 stara. –  Ale kazałe

ś

 mi pilnowa

ć

, wi

ę

pilnowałam.
–  S

ą

dz

ę

ż

e za jakie

ś

 dwa tygodnie b

ę

dzie ju

ż

 wszystko gotowe i b

ę

dziesz 

mogła odpocz

ąć

. Wrócisz sobie do Tunisu.

–  Do

ść

 mam rado

ś

ci i wypoczynku, kiedy ci

ę

 moje oczy ogl

ą

daj

ą

. Strze

ż

 si

ę

 

tylko, bo jestem pewna, 

ż

e nas kto

ś

 

ś

ledzi. Sarcany za

ś

miał si

ę

 szyderczo.

–  Ten, który miał ochot

ę

 nas 

ś

ledzi

ć

, dawno ju

ż

 ziemi

ę

 gryzie. Ale nie bój si

ę

jestem ostro

ż

ny. Jeszcze si

ę

 taki nie urodził, kto by Sarcany'ego oszukał.

Rozmawiaj

ą

cy zatrzymali si

ę

. Stara Namir nie mogła i

ść

 szybko pod gór

ę

Przy czym od dłu

ż

szego czasu jaki

ś

 tragarz pocztowy szedł za nimi, 

d

ź

wigaj

ą

c du

ż

y worek na plecach. Prawdopodobnie towarzyszył im ju

ż

 od 

wyj

ś

cia z portu, ale nie zwracali na niego uwagi, zaj

ę

ci rozmow

ą

. Zreszt

ą

 

rozmawiali narzeczem, którego nikt w Raguzie nie znał. Robotnik min

ą

ł ich 

wolno, po czym skr

ę

cił w boczn

ą

 uliczk

ę

 i wszedł do bramy. Po kwadransie, 

kiedy Sarcany'ego i Namir nie było ju

ż

 na ulicy, wyszedł z bramy. Rozejrzał 

si

ę

 uwa

ż

nie i szybkim krokiem skierował ku przedmie

ś

ciu. Gdyby mały 

Pescada go spotkał, zawołałby bez w

ą

tpienia:

–  Matifu, co tu robisz? –  Ale Pescady nie było i nikt nie zdradził nazwiska 
olbrzyma.

VII

W dwa dni pó

ź

niej miejscowe pisma zamie

ś

ciły zawiadomienie o zar

ę

czynach

panny Sawy Toronthal z panem Sarcanym. Spoza grubych murów pałacu 
niełatwo przenikały wiadomo

ś

ci, tote

ż

 nikt nie wiedział o rozpaczy i łzach 

ż

ony 

i córki bankiera, kiedy im Silas zakomunikował, 

ż

e Sarcany przyjechał i 

ż

e za 

dwa tygodnie w miejscowym ko

ś

ciele odb

ę

dzie si

ę

 jego 

ś

lub z Saw

ą

.

Natomiast w Piotra Bathary'ego wie

ść

 ta uderzyła jak grom. Nie krył si

ę

 ju

ż

 

przed matk

ą

 ze sw

ą

 rozpacz

ą

. Całe dnie sp

ę

dzał zamkni

ę

ty w swoim pokoju 

albo snuł si

ę

 po ulicach miasta, nie poznaj

ą

c znajomych i nie widz

ą

c nic koło 

siebie. Zapami

ę

tał si

ę

 w swym bólu, nie zwracaj

ą

c uwagi na matk

ę

, która 

wylewała gorzkie łzy nad nieszcz

ęś

ciem swego jedynaka i całe dnie sp

ę

dzała 

na modlitwie, prosz

ą

c Boga o ratunek dla swego dziecka. Za dwa dni miał si

ę

 

odby

ć

 

ś

lub. Piotr od rana wyszedł na miasto i bł

ą

kał si

ę

 po wybrze

ż

u.

O zmroku do cichego domku pani Bathary zadzwoniło kilku ludzi. Borik 
otworzył drzwi i okrzyk 

ś

miertelnego przera

ż

enia wydarł si

ę

 z jego piersi. 

Ludzie ci otaczali nosze, na których le

ż

ało skrwawione ciało Piotra. Nagle 

background image

drzwi od dalszych pokoi otworzyły si

ę

 i stan

ę

ła w nich pani Bathary. Rzuciła 

si

ę

 ze szlochaniem na ciało syna. Piotr otworzył oczy i wyszeptał:

–  Matko przebacz!
Uło

ż

ono rannego na łó

ż

ku i Borik wybiegł po lekarza. Ale wezwany chirurg 

kr

ę

cił głow

ą

, mówił o przebitych płucach, o krwotoku wewn

ę

trznym i nie robił 

ż

adnej nadziei utrzymania chorego przy 

ż

yciu.

Rozpocz

ę

ły si

ę

 ci

ęż

kie dni dla biednej wdowy. Z ka

ż

d

ą

 godzin

ą

 Piotr tracił 

siły. W gor

ą

czce wołał Saw

ę

, zaklinał, by na niego czekała, szarpał kołdr

ę

chciał biec do pałacu bankiera, po czym opadał bezsilny na poduszki i le

ż

ał 

jak martwy. W kilka dni po wypadku, pó

ź

nym wieczorem, drzwi od pokoju 

chorego uchyliły si

ę

 i stan

ą

ł w nich doktor Antekirt. Podszedł cicho do łó

ż

ka 

Piotra, nachylił si

ę

 nad nim i dotkn

ą

wszy r

ę

k

ą

 rozpalonego czoła, szepn

ą

ł:

–  U

ś

nij Piotrze, u

ś

nij. Do

ść

 cierpie

ń

 zaznałe

ś

. U

ś

nij! Czas jaki

ś

 wpatrywał si

ę

 

uwa

ż

nie w twarz chorego, po czym bez słowa wyszedł z pokoju. Pani Bathary 

patrzyła szeroko otwartymi oczami na doktora, ale nie ruszyła si

ę

 z miejsca. 

Mo

ż

e te

ż

 wej

ś

cie doktora snem jej si

ę

 wydało, a mo

ż

e nie miała ju

ż

 sił, aby 

powsta

ć

 na powitanie go

ś

cia. Spojrzała uwa

ż

nie na twarz syna, która stawała 

si

ę

 coraz bledsza. Zdawało si

ę

ż

e usypia, ale snem wiecznym. Oddech słabł, 

a

ż

 ustał zupełnie i głowa ci

ęż

ko osun

ę

ła si

ę

 na ziemi

ę

. Matka podniosła si

ę

 z 

krzesła, nachyliła nad synem i domy

ś

liwszy si

ę

 strasznej prawdy, padła 

zemdlona na podłog

ę

.

Wiadomo

ść

 o samobójstwie zrozpaczonego młodzie

ń

ca obiegła szerokim 

kołem całe miasto. Wiedzieli i mówili o nim wszyscy. Tylko mury pałacu 
Toronthala nie przepu

ś

ciły tych wiadomo

ś

ci do uszu Sawy i jej matki. W 

pałacu czyniono pospieszne przygotowania do 

ś

lubu bankierówny z 

Sarcanym. 

Ś

lub miał si

ę

 odby

ć

 za dwa dni. Nast

ę

pnie pa

ń

stwo młodzi mieli 

wyjecha

ć

 za granic

ę

. Słu

ż

ba szeptała sobie po k

ą

tach dziwy o pannie Sawie i 

jej matce. Ale widocznie rozpacz ta nie miała 

ż

adnego wpływu na bieg 

wypadków, bo w dwa dni po 

ś

mierci Piotra Bathary'ego wspaniale zaprz

ęż

ony 

powóz bankiera oczekiwał na pann

ę

 młod

ą

, która w towarzystwie rodziców 

miała uda

ć

 si

ę

 do ko

ś

cioła. Sawa w białej atłasowej sukni otoczona mgł

ą

 

ś

lubnego welonu zaj

ę

ła miejsce w karecie obok matki i ojca. Otwarto bram

ę

 i 

powóz wytoczył si

ę

 na ulic

ę

. Nagle wo

ź

nica 

ś

ci

ą

gn

ą

ł z całych sił szarpi

ą

ce si

ę

 

konie i skr

ę

ciwszy zaprz

ą

g, zatrzymał si

ę

 przy chodniku. 

Ś

rodkiem ulicy 

przechodził pogrzeb. Sawa spojrzała oboj

ę

tnie. Naraz 

ź

renice jej rozszerzyły 

si

ę

 przera

ż

eniem. Wychyliła si

ę

 z okna karety, chc

ą

c si

ę

 przekona

ć

, czy j

ą

 

wzrok nie myli. Za trumn

ą

 post

ę

powała pani Bathary w 

ż

ałobie i zgarbiony, 

płacz

ą

cy Borik. Sawa podniosła r

ę

ce do skroni i krzykn

ę

ła głucho. Pani 

Bathary odwróciła głow

ę

 i spojrzała na dziewczyn

ę

. Nagle twarz jej 

zmartwiała, oczy cisn

ę

ły błyskawice i wyci

ą

gaj

ą

c r

ę

k

ę

 w stron

ę

 Sawy, 

zawołała gło

ś

no:

–  Za 

ś

mier

ć

 mojego syna b

ą

d

ź

 przekl

ę

ta!

Po czym, opieraj

ą

c si

ę

 na ramieniu Borika, min

ę

ła powóz bankiera i pod

ąż

yła 

za trumn

ą

.

Ale wyrazom jej odpowiedział j

ę

k bole

ś

ci, który wyrwał si

ę

 z piersi młodej 

dziewczyny, i Sawa bez zmysłów opadła na poduszki karety.
Musiano wróci

ć

 do pałacu. Nieprzytomn

ą

 dziewczyn

ę

 poło

ż

ono na łó

ż

ku. 

Wezwano lekarzy, ale ci z trudem tylko zdołali przywróci

ć

 chorej 

przytomno

ść

. J

ę

czała i nie poznawała nikogo. Wieczorem przyszła silna 

gor

ą

czka i wywi

ą

zało si

ę

 zapalenie mózgu.

Sarcany, po długiej rozmowie z bankierem, postanowił czeka

ć

 i zaj

ą

wszy 

background image

apartament w eleganckim hotelu, grał najpoprawniej rol

ę

 kochaj

ą

cego i 

zaniepokojonego narzeczonego. Przysyłał codziennie kwiaty i dowiadywał si

ę

 

o zdrowie chorej. Ale ani stan zdrowia Sawy nie pozwolił na okre

ś

lenie w 

przybli

ż

eniu bodaj daty 

ś

lubu, ani ostro

ż

ny Sarcany nie mówił o tym z matk

ą

 

narzeczonej.

VIII

Pogrzeb Piotra Bathary'ego odbył si

ę

 cicho i pr

ę

dko. Pomimo współczucia z 

jakim mówiono o zmarłym, niewiele osób poszło za jego trumn

ą

. Pogrzeb 

cichy i skromny nie daje ciekawym tematu do rozmów ani widowiska dla oczu. 
Przyjaciół i znajomych miała pani Bathary niewielu. Wstawiono trumn

ę

 do 

murowanego grobu, zasuni

ę

to kamienn

ą

 płyt

ę

, a poniewa

ż

 wieczór zapadał, 

Borik nachylił si

ę

 nad szlochaj

ą

c

ą

 matk

ą

 i szepn

ą

ł:

–  Chod

ź

my do domu. Pó

ź

no ju

ż

. Chod

ź

my. Przyjdziemy tu jutro.

Wdowa bez oporu dała si

ę

 wyprowadzi

ć

. Cmentarz opustoszał i stró

ż

 kołatk

ą

 

zawiadomił, 

ż

e za kilka minut zamknie bram

ę

 cmentarn

ą

. Sło

ń

ce ju

ż

 zapadło 

za góry i mrok ogarn

ą

ł ziemi

ę

. W pa

ń

stwie umarłych cicho było i spokojnie. Z 

dala dolatywał gwar miasta, ale na cmentarzu tylko wietrzyk poruszał li

ś

cie 

drzew.
Nagle zza wysokiego murowanego grobowca wysun

ę

ły si

ę

 dwie postacie i 

pocz

ę

ły wolno zbli

ż

a

ć

 ku 

ś

wie

ż

o zamkni

ę

tej mogile.

Stan

ą

wszy przy płycie grobowej, jeden z ludzi pocz

ą

ł przy

ś

wieca

ć

 latark

ą

, a 

drugi schylił si

ę

 i jednym szarpni

ę

ciem uniósł kamienn

ą

 płyt

ę

. Po czym, 

poszeptawszy z tym, który mu przy

ś

wiecał, wsun

ą

ł si

ę

 do grobu i pocz

ą

ł cicho 

i ostro

ż

nie odbija

ć

 wieko trumny.

Człowiek stoj

ą

cy nad grobem nachylił si

ę

 i szepn

ą

ł:

–  Pami

ę

taj Matifu, 

ż

eby

ś

 nie dotkn

ą

ł do lewego boku, bo wywołasz krwotok.

–  Pami

ę

tam, panie kapitanie. Wezm

ę

 go jak dziecko na r

ę

ce. Jest tak 

szczupły i mizerny, 

ż

e jedn

ą

 r

ę

k

ą

 dałbym sobie rad

ę

. No ju

ż

 gotowe.

Z otworu grobu wyłoniło si

ę

 ciało Piotra, które doktor Antekirt uło

ż

ył na du

ż

ym 

mi

ę

kkim płaszczu, rozpostartym na ziemi. W par

ę

 chwil pó

ź

niej pot

ęż

ne barki 

Matifu wyłoniły si

ę

 spod ziemi i olbrzym stan

ą

ł obok swego kapitana. Zasun

ą

ł 

płyt

ę

, poukładał wianki i wi

ą

zanki kwiatów i podniósł Piotra. St

ą

paj

ą

c lekko i 

cicho skierowali si

ę

 do małej furtki w murze, niedaleko głównego wej

ś

cia.

Matifu zakwilił jak sowa. Odpowiedziało mu podobne kwilenie i drzwi uchyliły 
si

ę

 lekko. Mały Pescada przepu

ś

cił obu towarzyszy, po czym zamkn

ą

ł 

starannie furtk

ę

 i wszyscy trzej skierowali si

ę

 ku wybrze

ż

u.

–  Panie kapitanie –  szepn

ą

ł Pescada –  ju

ż

 widz

ę

 dwa 

ś

wiatełka. Zejd

ź

my t

ą

 

ś

cie

ż

k

ą

. –  Po chwili byli w łodzi, która cicho i pr

ę

dko odbiła od brzegu, 

unosz

ą

c doktora, jego wiernych towarzyszy i ciało Piotra w nieznan

ą

 dal.

IX

Tymczasem w pałacu bankiera Toronthala dnie płyn

ę

ły cicho i jednostajnie. 

Sawa poczynała wstawa

ć

 z łó

ż

ka, ale nie opuszczała swego pokoju. Godziny 

całe sp

ę

dzała przy szez– l

ą

gu, na którym le

ż

ała jej matka. Zdrowie bowiem 

background image

pani Toronthal pocz

ę

ło słabn

ąć

 z tak

ą

 gwałtowno

ś

ci

ą

ż

e lekarze byli 

przera

ż

eni, nie mog

ą

c pomóc chorej, której 

ż

ycie ulatywało z ka

ż

d

ą

 chwil

ą

Nie skar

ż

yła si

ę

 na nic, ale wida

ć

 było, 

ż

e do osłabienia fizycznego, 

spowodowanego chorob

ą

 serca, przył

ą

czyło si

ę

 jakie

ś

 cierpienie moralne i z 

tym wła

ś

nie cierpieniem ani organizm, ani medycyna nie mogły walczy

ć

Le

ż

ała cicha i blada, słuchaj

ą

c czytania Sawy, ale wida

ć

 było, 

ż

e cz

ę

sto nie 

słyszy nawet głosu córki.
Bankier odwiedzał 

ż

on

ę

, okazywał jej nawet współczucie, ale pewnego dnia, 

kiedy byli sami w pokoju, do uszu Sawy, siedz

ą

cej w s

ą

siednim gabinecie, 

doleciał cichy, rozełkany głos matki, która widocznie gor

ą

co m

ęż

a o co

ś

 

prosiła, a w chwil

ę

 potem podniesiony, gniewny głos bankiera:

–  Nigdy, słyszysz, nigdy!
Po czym nast

ą

piło stukni

ę

cie gwałtownie zamykanych drzwi i bankier powrócił 

do swoich apartamentów.
Sawa wbiegła do pokoju matki. Zastała j

ą

 we łzach. Ale 

ż

adne pro

ś

by i 

zakl

ę

cia nie pomogły. Nie mogła, czy nie chciała, zwierzy

ć

 si

ę

 córce ze swego 

cierpienia. Min

ę

ły jeszcze dwa dni. Pani Toronthal nie opuszczała ju

ż

 łó

ż

ka, a 

siły jej gasły z ka

ż

d

ą

 godzin

ą

. Pó

ź

nym wieczorem zdawała si

ę

 usypia

ć

 i 

poprosiła Saw

ę

ż

eby si

ę

 udała na spoczynek. Córka wahała si

ę

, nie chc

ą

zostawia

ć

 matki bez opieki, ale chora nalegała tak usilnie, mówi

ą

c, 

ż

e b

ę

dzie 

spała, 

ż

e młoda dziewczyna zdecydowała si

ę

 poło

ż

y

ć

 do łó

ż

ka.

Mijały godziny. Gdzie

ś

 daleko na zegarze wie

ż

owym wybiła dwunasta. Pani 

Toronthal podniosła si

ę

 na posłaniu. Pocz

ę

ła si

ę

 gor

ą

czkowo ubiera

ć

nasłuchuj

ą

c, czy nikt nie nadchodzi. Nogi uginały si

ę

 pod ni

ą

, ale spieszyła 

si

ę

, jakby ka

ż

da chwila była jej drog

ą

. Na suknie narzuciła długi ciemny 

płaszcz i osłoniła głow

ę

 czarn

ą

 koronkow

ą

 chustk

ą

. Po czym, st

ą

paj

ą

c jak 

mogła najciszej, wyszła z pokoju i skierowała si

ę

 ku schodom. Trzymała si

ę

 

mocno por

ę

czy, boj

ą

c si

ę

 upa

ść

. Chwil

ę

 mocowała si

ę

 z ci

ęż

kimi drzwiami 

wej

ś

ciowymi, gdy

ż

 dr

żą

ce, osłabione r

ę

ce nie mogły przekr

ę

ci

ć

 klucza, ale po 

chwili znalazła si

ę

 na ulicy.

Cicho było i pusto wokoło. Pani Toronthal pocz

ę

ła i

ść

 wolno w gór

ę

 ulicy, 

opieraj

ą

c si

ę

 raz po raz o 

ś

ciany domów. Serce biło jej w piersiach, a nogi 

odmawiały posłusze

ń

stwa. Zegar wydzwonił kwadrans, a potem wpół do 

pierwszej. Chora zrobiła jeszcze kilkana

ś

cie kroków i zatrzymała si

ę

 przed 

małym domkiem pani Bathary. Si

ę

gn

ę

ła r

ę

k

ą

 do dzwonka, ale nagle jakby si

ę

 

rozmy

ś

liła. Wyj

ę

ła z kieszeni list i wsun

ę

ła go w szpar

ę

 miedzy drzwiami a 

progiem, po czym, upewniwszy si

ę

ż

ż

adnego skrawka papieru z zewn

ą

trz 

nie wida

ć

, zawróciła wolno ku domowi. Ale widocznie przerachowała si

ę

 z 

siłami, czy te

ż

 poczucie dokonanego przedsi

ę

wzi

ę

cia nadszarpn

ę

ło 

ostatecznie zw

ą

tlone jej siły. Szła coraz wolniej. Przystawała coraz dłu

ż

ej u 

ś

cian mijanych domów. Wreszcie blada, bez tchu, z czołem zroszonym 

potem, zatrzymała si

ę

 przed drzwiami swego pałacu. Nacisn

ę

ła ci

ęż

k

ą

 

klamk

ę

, przest

ą

piła próg i osun

ę

ła si

ę

 zemdlona na ziemi

ę

.

Słu

żą

cy znalazł j

ą

 rano i zaalarmował cały dom. Sawa zbiegła przera

ż

ona na 

dół. Wezwano lekarzy i przeniesiono chor

ą

 do jej pokoju. Bankier, 

powiadomiony przez słu

żą

cego, zjawił si

ę

 w pokoju 

ż

ony, ale chora zdawała 

si

ę

 go nie widzie

ć

. Trzymała r

ę

k

ę

 Sawy i oczami prosiła, 

ż

eby pozostawiono 

j

ą

 w spokoju. Kiedy lekarze i słu

ż

ba usun

ę

li si

ę

 z pokoju, skin

ę

ła na Saw

ę

 i 

ledwo dosłyszalnym głosem szepn

ę

ła:

–  Sawo, dziecko drogie, chc

ę

 ci co

ś

 powiedzie

ć

. Bóg widzi, 

ż

e łami

ę

 

przysi

ę

g

ę

, ale On mnie zrozumie i wybaczy. Nie zgadzaj si

ę

 dziecko na 

background image

mał

ż

e

ń

stwo z Sarcanym. To by było zbyt potworne. Pami

ę

taj, nikt nie ma 

prawa ci

ę

 zmusi

ć

. Pami

ę

taj. Nie jeste

ś

 córk

ą

 Silasa Toronthala. Twój ojciec... 

–  ale tu głos jej si

ę

 zarwał, twarz pokryła si

ę

 

ś

mierteln

ą

 blado

ś

ci

ą

 i bez 

ż

ycia 

upadła na poduszki. Sawa rzuciła si

ę

 ku niej, ale zbielałe usta nieszcz

ęś

liwej 

kobiety zamkn

ę

ły si

ę

 na zawsze.

W par

ę

 dni pó

ź

niej odbył si

ę

 wspaniały pogrzeb. Sawa usun

ę

ła si

ę

 od ojca i 

narzeczonego i szła sama za trumn

ą

, która kryła drogie jej zwłoki. Wiedziała, 

ż

e zmarła kobieta nie była jej matk

ą

, ale była dla niej zawsze tak dobr

ą

 i 

wyrozumiał

ą

 opiekunk

ą

. Przy tym była jej jedyn

ą

 przyjaciółk

ą

, a teraz została 

biedna Sawa zupełnie sama na 

ś

wiecie. Zrozumiała teraz dlaczego z tak

ą

 

stanowczo

ś

ci

ą

 i tak nieubłaganie popychał j

ą

 bankier do mał

ż

e

ń

stwa z 

nienawistnym Sarcanym. Był najzupełniej oboj

ę

tny na łzy i pro

ś

by obcej mu 

dziewczyny. W stosunku do rodzonego dziecka nie okazywałby tyle 
okrucie

ń

stwa. Wida

ć

 było, 

ż

e tych dwóch ludzi ł

ą

czyły jakie

ś

 interesy, a ona, 

Sawa, miała by

ć

 ofiar

ą

 ich machinacji. Czysta duszyczka Sawy skurczyła si

ę

 

z przera

ż

enia na widok takiej podło

ś

ci. Dot

ą

d, wychowana przez dobr

ą

łagodn

ą

 pani

ą

 Toronthal, nie domy

ś

lała si

ę

 nawet, 

ż

e ludzie mog

ą

 by

ć

 tak 

ź

li. 

Po 

ś

mierci swej przybranej matki pozostała nie tylko bez opieki, ale we 

władzy złych ludzi i nara

ż

ona na tysi

ą

ce niebezpiecze

ń

stw. Ale przy całej 

łagodno

ś

ci Sawa poczuła nagle taki przypływ energii i stanowczo

ś

ci, tak była 

pewna, 

ż

e nie ulegnie w walce, 

ż

e zupełnie spokojnie wracała z cmentarza. 

Wiedziała, 

ż

e za chwil

ę

 czeka j

ą

 rozmowa, od której zale

ż

e

ć

 b

ę

d

ą

 jej przyszłe 

losy.
Jako

ż

 nie omyliła si

ę

. Bankier kazał j

ą

 prosi

ć

 do gabinetu, gdzie ju

ż

 czekał 

Sarcany.
–  Chcieli

ś

my pomówi

ć

 z tob

ą

, moje dziecko, o twoim 

ś

lubie –  zacz

ą

ł 

łagodnie Toronthal. –  Wobec 

ż

ałoby trzeba b

ę

dzie go odło

ż

y

ć

, ale s

ą

dz

ę

ż

za par

ę

 miesi

ę

cy mo

ż

e si

ę

 odby

ć

 cichy 

ś

lub. Nieprawda

ż

?

Sawa podniosła na mówi

ą

cego spokojny, chłodny wzrok.

–  Mówiłam ju

ż

 panu niejednokrotnie, 

ż

e mał

ż

e

ń

stwo moje z tym panem jest 

niemo

ż

liwe i nigdy si

ę

 nie odb

ę

dzie.

–  Co ty mówisz –  zerwał si

ę

 bankier. –  Zmusz

ę

 ci

ę

...

–  Pan nie ma prawa mnie zmusza

ć

, poniewa

ż

 nie jest moim ojcem –  

brzmiała spokojna odpowied

ź

.

–  Co! Co? Co to znaczy?
–  To znaczy, 

ż

e wiem wszystko i nie pozwol

ę

 si

ę

 zmusi

ć

.

–  Co? Czy

ż

by moja 

ż

ona o

ś

mieliła si

ę

...

–  

Ż

ona pa

ń

ska jest ju

ż

 na boskim s

ą

dzie. A tymczasem ja przysi

ę

gam panu, 

ż

e nie zostan

ę

 

ż

on

ą

 twojego wspólnika i przyjaciela. Nic nie zdoła zmieni

ć

 

mego postanowienia.
Z tymi słowy podniosła si

ę

 z krzesła i wyszła z pokoju.

Bankier opadł bez siły na fotel.
–  Zdradziła mnie! I to kto? 

Ż

ona! A zdawało si

ę

ż

e słówka nie powie.

–  Ładnie pan kierujesz moimi sprawami –  odezwał si

ę

 ironicznie Sarcany. –  

Ale ze mn

ą

 

ż

artów i wykr

ę

tów nie b

ę

dzie. Za długo byłem nieobecny i 

zapomniałe

ś

 pan o tym, 

ż

e ja tu decyduj

ę

 i rz

ą

dz

ę

. Ładnie

ś

cie wychowali t

ę

 

dzierlatk

ę

. No dalej, rusz si

ę

 pan i zabieraj do roboty. Najlepiej zrobimy, je

ż

eli 

wyjedziemy z Raguzy. Za du

ż

o tu znajomych i ciekawych. Wyjedziesz pan 

razem z Saw

ą

, a potem spotkamy si

ę

 w Monte Carlo. O, tam ja si

ę

 

zaopiekuj

ę

 t

ą

 hard

ą

 panienk

ą

, a

ż

 zmi

ę

knie i nabierze rozumu, a z panem 

spróbujemy szcz

ęś

cia w ruletce. Diablo dawno nie miałem pieni

ę

dzy na t

ę

 

background image

mił

ą

 zabaw

ę

. Tymczasem 

ż

egnam. A pami

ę

taj pan, 

ż

e ze mn

ą

 

ż

artów nie 

ma. Za dwa dni zamykasz swoj

ą

 bud

ę

 i wyje

ż

d

ż

asz z córeczk

ą

. A ja 

przył

ą

cz

ę

 si

ę

 do was za tydzie

ń

.

Sarcany wyszedł, rzucaj

ą

c hała

ś

liwie drzwiami. W wielkim, pustym gabinecie 

pozostał tylko bankier i szeroko otwartymi, przera

ż

onymi oczami patrzał na 

drzwi. O jak

ż

e dobrze znał ten drwi

ą

cy głos Sarcany'ego! Jak bardzo czuł 

władz

ę

 i obecno

ść

 tego człowieka. Był bezbronny i słaby w jego r

ę

kach. Ten 

łotr wiedział tak du

ż

o o znanym i szanowanym bankierze i tak umiał korzysta

ć

 

z tych wiadomo

ś

ci. Toronthal wiedział dobrze, 

ż

e Sarcany nie posiadał ju

ż

 

pieni

ę

dzy i 

ż

e on, Toronthal, b

ę

dzie musiał ze swoich dawa

ć

 i wci

ąż

 dawa

ć

a

ż

 zostanie zupełnie bez grosza i nigdy, nigdy nie uwolni si

ę

 od tego 

strasznego i pot

ęż

nego wspólnika.

X

Po pogrzebie syna pani Bathary wyjechała na jaki

ś

 czas do Triestu. Wzywały 

j

ą

 tam rozmaite sprawy, które teraz po stracie jedynego dziecka musiała 

sama załatwia

ć

. Towarzyszył jej wiemy Borik, ale starowinka niewiele mógł jej 

pomóc. Po tragicznej 

ś

mierci Piotra stracił reszt

ę

 sił i zniedoł

ęż

niał zupełnie. 

Pobyt pani Bathary przeci

ą

gał si

ę

, dopiero po upływie trzech tygodni wróciła 

do Raguzy. Wchodz

ą

c do mieszkania dostrzegła od razu kopert

ę

 le

żą

c

ą

 pod 

progiem. Si

ę

gn

ę

ła po ni

ą

 i, spojrzawszy na nieznane pismo kobiece, poło

ż

yła 

list na stole. Nic jej nie mówiło to obce pismo. Krewnych i bliskich nie miała. 
Od nikogo nie spodziewała si

ę

 wiadomo

ś

ci. Czekało j

ą

 jeszcze tyle spraw w 

domu, a przede wszystkim odwiedziny u syna. Przecie

ż

 ju

ż

 trzy tygodnie nie 

była na grobie swego dziecka. Poleciwszy wi

ę

c Borikowi opiek

ę

 nad rzeczami 

i doprowadzenie mieszkania do porz

ą

dku, poszła na cmentarz. Cicho tam 

było, jak zawsze, i tak dobrze, tak spokojnie.
O z jak

ż

e wielk

ą

 ch

ę

ci

ą

 i rado

ś

ci

ą

 spocz

ę

łaby biedna kobieta obok 

ukochanego dziecka. Nic j

ą

 z 

ż

yciem i 

ś

wiatem nie ł

ą

czyło. Gdyby te

ż

 dobry 

Bóg wysłuchał jej modłów i zabrał j

ą

 do siebie, a nie kazał tak długo czeka

ć

 

na poł

ą

czenie si

ę

 z m

ęż

em i synem. Mijały godziny, a biedna kobieta nie 

mogła oderwa

ć

 si

ę

 od ukochanego grobu. Pocz

ę

ło zmierzcha

ć

. Trzeba było 

wraca

ć

. Borik b

ę

dzie niespokojny. Podniosła si

ę

 wolno i okr

ąż

aj

ą

c groby 

pocz

ę

ła dłu

ż

sz

ą

 drog

ą

 wraca

ć

 do domu. Nagle wzrok jej padł na 

ś

wie

żą

 

mogił

ę

, któr

ą

 okrywały kwiaty. Rzuciła oboj

ę

tnym okiem na krzy

ż

 i bezwiednie 

prawie przeczytała: "Maria Toronthalowa", po czym nast

ę

powała data 

ś

mierci 

sprzed tygodnia. Obce i nienawistne nazwisko samym wspomnieniem 
rozkrwawiło serce biednej kobiety i raz jeszcze przypomniało w całej 
okropno

ś

ci jej własne nieszcz

ęś

cie. Ale po chwili wrodzona dobro

ć

 przemogła 

i przyszło współczucie.
–  Biedna kobieta! Niedługo cieszyła si

ę

 szcz

ęś

ciem swojej

córki.
Po czym spokojna ju

ż

 wróciła do domu.

Wieczorem przypomniała sobie list znaleziony na podłodze. Si

ę

gn

ę

ła po 

niego i otworzyła kopert

ę

. Nagle straszny krzyk wydarł jej si

ę

 z piersi. Zerwała 

si

ę

 jak nieprzytomna. Przera

ż

ony Borik wpadł do pokoju. Rzucił si

ę

 ku swojej 

pani, ale nie mógł zrozumie

ć

, co si

ę

 stało. Staruszka szeptała co

ś

 szybko, z 

kim

ś

 rozmawiała, a oczy miała zupełnie nieprzytomne i widocznym było, 

ż

background image

umysł jej doznał jakiego

ś

 okropnego wstrz

ą

su. U

ś

miechała si

ę

 przy tym i 

nagle, zwracaj

ą

c wesołe, u

ś

miechni

ę

te oczy na starego sług

ę

, rzekła:

–  Spiesz si

ę

, Boriku, jeszcze nic nie gotowe, a za chwile b

ę

dzie 

ś

lub 

Piotrusia z pann

ą

 Ilonk

ą

 Sandorf.

CZ

ĘŚĆ

 III

I

Łód

ź

 podwodna "Electric 2", do której wsiadł doktor Antekirt z Matifu, 

d

ź

wigaj

ą

cym ciało Piotra Bathary'ego, mkn

ę

ła szybko i cicho. Nie wida

ć

 było 

ludzi obsługuj

ą

cych pot

ęż

n

ą

 maszyn

ę

, nie odczuwało si

ę

 kołysania ani 

wstrz

ą

sów. Doktor uło

ż

ył Piotra na wygodnej kanapce w kajucie, usiadł obok i 

pocz

ą

ł wolno rozciera

ć

 dłonie młodzie

ń

ca. Patrzał przy tym uwa

ż

nie w jego 

zamkni

ę

te oczy, a zsuni

ę

te brwi znamionowały ogromny wysiłek woli i 

skupienie my

ś

li. Zdawało si

ę

ż

e chce sw

ą

 dusz

ę

 przela

ć

 w le

żą

cego. Matifu 

siedział w k

ą

ciku i na wpół z uwielbieniem, na wpół z trwog

ą

 patrzał na 

doktora. Miał on go zawsze za cudotwórc

ę

, ale to co spodziewał si

ę

 

zobaczy

ć

, przechodziło naj

ś

mielsze jego marzenia. Po długiej chwili powieki 

Piotra zadrgały. Usta poruszyły si

ę

 i lekki, ledwo dostrzegalny oddech pocz

ą

ł 

podnosi

ć

 jego piersi.

–  Piotrze, obud

ź

 si

ę

 –  szepn

ą

ł doktor. –  Obud

ź

 si

ę

. Ju

ż

 nie 

ś

pisz!

Powieki młodzie

ń

ca uchyliły si

ę

 lekko.

–  Poznajesz mnie?
–  Doktorze! Co si

ę

 stało? Gdzie ja jestem?

–  Pomówimy potem o wszystkim. Teraz powiedz mi czy bardzo boli ci

ę

 rana?

–  Nie. Tylko nie mam zupełnie sił.
–  Nic dziwnego. Wracasz z tak dalekiej drogi, 

ż

e mogłe

ś

 si

ę

 zm

ę

czy

ć

. Ale 

mam nadziej

ę

ż

e za par

ę

 tygodni b

ę

dziesz ju

ż

 zupełnie zdrów.

Doktor przyrz

ą

dził choremu lekarstwo, po którym Piotr wpadł w mocny, 

pokrzepiaj

ą

cy sen. Nie słyszał te

ż

, jak "Electric 2" przybił do brzegu. Nie czuł, 

jak go Matifu wzi

ą

ł znowu na r

ę

ce i niósł. Obudził si

ę

 dopiero nazajutrz i a

ż

 

zmru

ż

ył oczy przed o

ś

lepiaj

ą

cym, wesołym sło

ń

cem, które wraz ze 

ś

wie

ż

ym 

podmuchem wiatru, wpadało przez otwarte okna du

ż

ego, jasnego pokoju. 

Le

ż

ał na wygodnym łó

ż

ku. W gł

ę

bokim fotelu, przysuni

ę

tym do łó

ż

ka, siedział 

doktor Antekirt i patrzał na swego pacjenta.
–  No, nareszcie obudziłe

ś

 si

ę

 –  u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 na widok otwartych oczu 

Piotra. –  Dostaniesz, moje dziecko, lekkie 

ś

niadanie i, je

ż

eli temperatura i 

puls pozwol

ą

, pogadamy troch

ę

.

Jako

ż

 po godzinie Piotr, po 

ś

niadaniu i opatrunku, wyci

ą

gn

ą

ł r

ę

k

ę

 do doktora i 

rzekł:
–  Nie bardzo wiem, co si

ę

 ze mn

ą

 działo. Ale czuje, 

ż

ż

ycie swe 

zawdzi

ę

czam panu. Nie wiem, kto pan jeste

ś

, sk

ą

d przybyłe

ś

 i jakim 

sposobem ja tu si

ę

 znalazłem. Ale s

ą

dz

ę

ż

e nie b

ę

dzie pan trzymał mnie 

dłu

ż

ej w tej nie

ś

wiadomo

ś

ci.

Doktor u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 i odparł:

–  Postaram si

ę

 zaspokoi

ć

 twoj

ą

 ciekawo

ść

. Dowiesz si

ę

 wszystkiego. 

Pami

ę

taj tylko, 

ż

e to, co ci powiem, pozostanie mi

ę

dzy nami. Jeste

ś

my sobie 

background image

bardzo bliscy, bo obaj nale

ż

ymy do tamtego 

ś

wiata. Obu nas wykre

ś

lono z 

listy 

ż

yj

ą

cych. Jestem Mateusz Sandorf.

–  Jak to, przyjaciel mojego ojca! Ten, który uton

ą

ł...

–  Tak! Tak samo jak ty spoczywasz teraz na cmentarzu w Raguzie.
–  Nic nie rozumiem...
–  Wła

ś

nie chciałem ci to wszystko wytłumaczy

ć

. Słyszałe

ś

 zapewne od 

matki, 

ż

e kiedy twój ojciec został raniony i odwieziony do fortecy, Mateusz 

Sandorf rzucił si

ę

 do morza. Tak było w rzeczywisto

ś

ci. Pod gradem kul 

wskoczyłem do morza i pocz

ą

łem szybko płyn

ąć

. Fale uniosły mnie daleko od 

brzegu, a były tak du

ż

e, 

ż

e nie miałem sił zawróci

ć

 i wyl

ą

dowa

ć

 na jakim

ś

 

cyplu skalnym. Poleciłem si

ę

 wi

ę

c Bogu. Płyn

ą

łem tak do pó

ź

nego wieczora. 

Poczynałem ju

ż

 traci

ć

 siły, kiedy do uszu moich doleciał ogłuszaj

ą

cy szum 

wody i hałas, jaki zwykle robi

ą

 statki w pełnym biegu. Podniosłem głow

ę

Zobaczyłem o jakie

ś

 pół kilometra przed sob

ą

 kadłub parowca. Stan

ą

ł wprost 

na mnie. Wołanie na niewiele by si

ę

 przydało. Z całych sił zacz

ą

łem ucieka

ć

 

na bok, nie chc

ą

c, 

ż

eby ten olbrzym mnie zatopił. Ale fale, rozbijaj

ą

c si

ę

 o 

dziób statku, odrzuciły mnie, zakr

ę

ciły i ju

ż

, ju

ż

 pocz

ę

ły mi si

ę

 przelewa

ć

 

przez głow

ę

, kiedy r

ę

ka moja uderzyła o ła

ń

cuch wlok

ą

cy si

ę

 za statkiem. 

Zrozumiałem, 

ż

e to jest mój ratunek. Uchwyciłem si

ę

 go z całej siły. Po chwili, 

korzystaj

ą

c z ciemno

ś

ci, pocz

ą

łem si

ę

 wspina

ć

 wzdłu

ż

 ła

ń

cucha, a

ż

 

wynurzyłem si

ę

 z wody. Nie była to wygodna jazda. Okr

ę

ciłem si

ę

 ła

ń

cuchem 

i wparłem nogi w 

ś

cian

ę

 statku. Zawsze było to lepiej ni

ż

 płyn

ąć

 w wodzie. 

Noc była ciemna. Nie dostrze

ż

ono mnie z pokładu. Godziny mijały i ju

ż

 

poczynało 

ś

wita

ć

, kiedy statek zacz

ą

ł zbli

ż

a

ć

 si

ę

 do brzegu. Gwizdano i 

dzwoniono. Z portu odpowiedziały równie

ż

 sygnały. Nie wiedziałem ani jaki to 

statek, ani dok

ą

d płynie. Rozumiałem tylko, 

ż

e w tak oryginalny i niezwykły 

sposób nie mogłem wje

ż

d

ż

a

ć

 do portu. Kiedy wi

ę

c zobaczyłem, 

ż

e od brzegu 

dzieli nas jeszcze par

ę

 kilometrów, skorzystałem z mgły, która pocz

ę

ła si

ę

 z 

wody podnosi

ć

, pu

ś

ciłem ła

ń

cuch i wsun

ą

łem si

ę

 z powrotem do wody. 

Rozumie si

ę

ż

e nie wpłyn

ą

łem do portu. Skierowałem si

ę

 ku nadbrze

ż

nym 

skałom i wypełzłem na brzeg. Rozło

ż

yłem ubranie na sło

ń

cu, a sam, ukryty w 

zaro

ś

lach, przespałem o wieczora.

Dzi

ę

ki poczciwemu rybakowi Ferrato miałem troch

ę

 pieni

ę

dzy. W ostatniej 

chwili wsun

ą

ł mi w r

ę

k

ę

 kilkadziesi

ą

t florenów, ukrytych w blaszanym pudełku 

po tytoniu. Ubrawszy si

ę

 wiec w wysuszone ubranie, mogłem ju

ż

 

ś

mielej 

zapuka

ć

 do drzwi jakiej

ś

 skromnej ober

ż

y. Wzi

ę

to mnie widocznie za 

robotnika, bo bez trudu dostałem izb

ę

 i posiłek. Nazajutrz dowiedziałem si

ę

 z 

pism o przebiegu wypadków. Ojca twego wraz z Zathmarem rozstrzelano, a 
poniewa

ż

 ciała mego nie znaleziono, uznany zostałem za zmarłego i 

wykre

ś

lony z listy 

ż

yj

ą

cych. W par

ę

 dni pó

ź

niej wypłyn

ą

łem z Brindizi na 

statku, który si

ę

 udawał do Azji Mniejszej. Nie wiedziałem jeszcze, co tam 

b

ę

d

ę

 robił. Natomiast miałem pewno

ść

ż

e nie spotkam tam znajomych i nikt 

mnie nie b

ę

dzie 

ś

ledzi

ć

. Wiesz, 

ż

e jestem lekarzem z wykształcenia. 

Postanowiłem wi

ę

c osi

ąść

 gdziekolwiek na wschodzie i leczy

ć

. Poszło mi to 

nadspodziewanie dobrze.  Kilka wypadków,  w których udało mi  si

ę

 pomóc 

pacjentom, rozniosły moj

ą

 sław

ę

. Stałem si

ę

 znanym i poszukiwanym. 

Rozumie si

ę

ż

e wtedy nie wyst

ę

powałem pod starym nazwiskiem. Mateusza 

Sandorfa ju

ż

 nie było. Figurował doktor Antekirt. Pewnego dnia wezwano 

mnie do bogatego kupca w Homs, w północnej Syrii. Człowiek ten imieniem 
Faz Rhat był chory od wielu lat. Leczył si

ę

 u najrozmaitszych lekarzy i 

m

ę

drców, ale bezskutecznie. Podobno miał ofiarowa

ć

 połow

ę

 swego maj

ą

tku 

background image

w zamian za wyleczenie. Ale nikt mu nie mógł pomóc. Przybyłem na miejsce. 
Zastałem go rzeczywi

ś

cie powa

ż

nie chorego, ale po upływie dwóch tygodni 

pacjent mój wyzdrowiał dzi

ę

ki kuracji, któr

ą

 mu przepisałem. Chciał mi 

ofiarowa

ć

 naprawd

ę

 olbrzymi

ą

 sum

ę

 za wyleczenie, ale odmówiłem i 

przyj

ą

łem zwykłe swe honorarium. Powróciłem do Damaszku, gdzie wówczas 

mieszkałem, i pracowałem dalej. W niespełna dwa lata pó

ź

niej dowiedziałem 

si

ę

ż

e Faz Rhat zgin

ą

ł podczas polowania na tygrysy. Okazało si

ę

ż

e cały 

swój olbrzymi maj

ą

tek zapisał mi w testamencie. Stałem si

ę

 posiadaczem 

ogromnej fortuny. Kupiłem wtedy t

ę

 malutk

ą

 wysp

ę

 na Morzu 

Ś

ródziemnym, 

nazwałem j

ą

 Antekirt

ą

 i zabrałem si

ę

 do fortyfikowania mojej nowej 

posiadło

ś

ci. Kiedy b

ę

dziesz zdrów, obejdziemy cał

ą

 wysp

ę

 i poka

żę

 ci, czym 

wła

ś

ciwie jest. Tymczasem uwa

ż

am, 

ż

e dostatecznie ci

ę

 dzi

ś

 zm

ę

czyłem 

swym opowiadaniem. Jako lekarz zalecam ci bezwzgl

ę

dny odpoczynek. 

Gdyby

ś

 czego potrzebował, masz dzwonek pod r

ę

k

ą

, a Pescad

ę

 i Matifu w 

s

ą

siednim pokoju.

II

Nazajutrz Piotr czuł si

ę

 daleko silniejszy i znowu po 

ś

niadaniu czekał na 

doktora. Jako

ż

 doktor Antekirt przyszedł w południe i siadł przy łó

ż

ku 

pacjenta.
–  Panie doktorze –  zacz

ą

ł nie

ś

miało Piotr. –  Mówiła mi matka, 

ż

e pan miał 

córeczk

ę

. Co si

ę

 z ni

ą

 stało? Twarz doktora pokryła si

ę

 

ś

mierteln

ą

 blado

ś

ci

ą

.

–  Czy s

ą

dzisz, 

ż

e gdyby 

ż

yła, zgodziłbym si

ę

 nie mie

ć

 jej przy sobie? Z 

chwil

ą

 kiedy tylko dorobiłem si

ę

 pewnego maj

ą

tku i mogłem bezpiecznie 

komunikowa

ć

 si

ę

 z Europ

ą

, wysłałem pewnych i zaufanych ludzi do mego 

zamku Artenak. Niestety wiadomo

ś

ci, jakie stamt

ą

d otrzymałem, były 

okropne. W niespełna rok po moim uwi

ę

zieniu dziecko zgin

ę

ło w dziwny i 

niewytłumaczony sposób. Bawiło si

ę

 pod okiem piastunki w ogrodzie w 

pobli

ż

u potoku, który przepływał przez park. Mo

ż

e wpadło do wody, bo nad 

brzegiem znaleziono jej kapelusik. Ale ciała, pomimo najstaranniejszych 
poszukiwa

ń

, nie wyłowiono. Dzieci wiejskie opowiadały, 

ż

e j

ą

 pewnie porwała 

banda Cyganów włócz

ą

ca si

ę

 po okolicy. Ale nikt temu nie dawał wiary. Po 

konfiskacie mego maj

ą

tku cz

ęść

 przypadaj

ą

ca na Ilonk

ę

, została wydzielona i 

miała jej by

ć

 wr

ę

czona po doj

ś

ciu do pełnoletno

ś

ci. Słyszałem, 

ż

e obecnie 

rz

ą

d opiekuje si

ę

 t

ą

 sum

ą

, zanim nie minie dwadzie

ś

cia lat od chwili jej 

znikni

ę

cia. Ale to s

ą

 ju

ż

 dla mnie drobiazgi bez znaczenia. Posiadam sam 

znacznie wi

ę

cej ni

ż

 dawniej. A nie mam dziecka, któremu bym to zostawił. 

Pomagam wi

ę

c ile mog

ę

 ludziom, a z wyspy Antekirta chc

ę

 utworzy

ć

 koloni

ę

 

ludzi, którzy byli bardzo nieszcz

ęś

liwi, albo biedni, a obecnie zaznaj

ą

 troch

ę

 

dobrobytu i szcz

ęś

cia pod moj

ą

 opiek

ą

.

–  Czy ja mam by

ć

 te

ż

 zaliczony do tych ludzi? –  u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 Piotr.

–  Rozumie si

ę

. Ale poniewa

ż

 jeste

ś

 młody i wykształcony, postaramy si

ę

ż

eby

ś

 wyzyskał swe umiej

ę

tno

ś

ci jako budowniczy i pomógł nam w pracy. O 

ile rozumie si

ę

 nie pozwolisz si

ę

 opanowa

ć

 znowu my

ś

li o samobójstwie.

–  O samobójstwie? Jak to, czy pan my

ś

li, 

ż

e ja sam chciałem si

ę

 zabi

ć

?

–  Tak wszyscy s

ą

dzili.

–  Ale

ż

 doktorze! Czy

ż

bym ja mógł my

ś

le

ć

 o odebraniu sobie 

ż

ycia, dopóki 

ż

yła moja matka i dopóki czułbym, 

ż

e Sawie mógłbym by

ć

 potrzebny?

background image

–  Wi

ę

c co si

ę

 stało? Przyniesiono ci

ę

 z przebit

ą

 piersi

ą

.

–  Ten, który mnie pchn

ą

ł sztyletem, zrobił to w taki sposób, 

ż

e nikt nie 

wiedział o jego udziale w zbrodni. Ulica była pusta, ciemno ju

ż

 było. Ale go 

poznałem. Za dobrze pami

ę

tam jego posta

ć

ż

eby si

ę

 myli

ć

.

–  Ale na Boga! Któ

ż

 to był?

–  Narzeczony Sawy, Sarcany.
–  Sarcany! Jeszcze on! –  krzykn

ą

ł doktor.

–  Czy pan go zna?
–  Moje dziecko, znam a

ż

 nadto dobrze szczegóły 

ś

mierci twego ojca i jego 

towarzyszy. Otó

ż

 tym, który odcyfrował list, który podst

ę

pnie wszedł do domu 

Zathmara i który o wszystkim doniósł policji, był Sarcany.
–  Jak to? Ten łotr! I jeszcze 

ż

yje! Ale miał chyba wspólników.

–  Owszem. Miał pot

ęż

nego wspólnika, który si

ę

 z nim podzielił pieni

ę

dzmi 

skazanych.
–  Któ

ż

 to był?

–  Bankier Silas Toronthal.
Twarz Piotra zbielała. Opadł bez siły na poduszki.
Doktor uj

ą

ł go za r

ę

k

ę

.

–  Widzisz, moje dziecko, 

ż

e mał

ż

e

ń

stwo twoje nie mogło doj

ść

 do skutku. To 

by było zbyt okropne. Chciałem ci

ę

 zabra

ć

 z Raguzy. Wypadki zrz

ą

dziły, 

ż

znikn

ą

łe

ś

 dla 

ś

wiata na zawsze. Ale przysi

ę

gam ci, 

ż

e znajdziemy i ukarzemy 

winnych. A ty mi b

ę

dziesz pomoc

ą

.

III

Doktor, pomimo 

ż

e mieszkał na swej wysepce i cały był oddany 

piel

ę

gnowaniu chorego Piotra, nie zrywał tajemniczych nici, wi

ążą

cych go ze 

ś

wiatem. Depesze przychodziły na wysp

ę

 cz

ę

sto, a ich szyfrowana tre

ść

 

widocznie du

ż

o mówiła doktorowi, bo długie godziny sp

ę

dzał samotnie w 

gabinecie.
W par

ę

 tygodni po wy

ż

ej opisanych wypadkach, doktor zszedł do ogrodu, w 

którym siedział Piotr. Młody in

ż

ynier był ju

ż

 zupełnie zdrów i tylko blado

ść

 i 

smutek na twarzy mówiły o przebytej chorobie.
–  Piotrze, za par

ę

 dni wyruszamy w 

ś

wiat. Otrzymałem niepokoj

ą

ce wie

ś

ci z 

Raguzy.
–  Czy

ż

by moja matka...

–  Matka twoja wyjechała z Borikiem. Jeszcze nie wiem dok

ą

d. Ale mam 

nadziej

ę

ż

e si

ę

 dowiemy. Ale Toronthal z córk

ą

 i Sarcanym wyjechali 

równie

ż

–  Czy wie pan w jakim kierunku?
–  Prawdopodobnie do Monte Carlo. Nie powinni nam zgin

ąć

 z oczu. Trzeba 

jednak działa

ć

 ostro

ż

nie, 

ż

eby si

ę

 nie domy

ś

lili, 

ż

e s

ą

 

ś

ledzeni.

Po południu udał si

ę

 doktor w towarzystwie Piotra do portu. Stało tam kilka 

łodzi podwodnych, znany nam ju

ż

 jacht "Sawarena" i du

ż

y mocny statek 

"Ferrato".
–  Tym pojedziemy. Moja wysepka le

ż

y w tak szcz

ęś

liwym, czy 

nieszcz

ęś

liwym miejscu, 

ż

e ilekro

ć

 wypływam, czy wracam, czeka, nas 

niechybnie burza. Oszcz

ę

dza mi to wizyt nieproszonych i ciekawych go

ś

ci. 

Natomiast moja załoga dobrze si

ę

 zawsze napracuje.

background image

–  Zdaje mi si

ę

ż

e przyjechałem tu podwodn

ą

 łodzi

ą

.

–  Tak. Mam ich pi

ęć

. Szybko

ść

 ich i wytrzymało

ść

 jest niezrównana. Nie 

mog

ę

 jednak zabra

ć

 na nie tylu ludzi ile b

ę

dzie mi potrzeba.

–  Czy tym razem zabierze pan wi

ę

cej marynarzy?

–  Mój kochany, musz

ę

 niestety walczy

ć

 nie tylko z Sarcanym i Toronthalem. 

Ta para łotrów czerpie jeszcze dochody z innego 

ź

ródła, które udało mi si

ę

 

odkry

ć

. Słyszałe

ś

 zapewne i czytałe

ś

 w pismach o stałych napadach 

rozbójniczych na Sycylii. 

Ż

aden statek nie jest bezpieczny od tych bandytów. 

Mam pewne wie

ś

ci, 

ż

e głównym organizatorem jest tam niejaki Zirone.

–  Czy zna go pan?
–  Nie. Ale wiem, 

ż

e to przyjaciel i prawa r

ę

ka Sarcany'ego. To mi wystarcza.

–  Czy s

ą

dzi pan, 

ż

e Sarcany b

ę

dzie z nim razem?

–  Tego jeszcze nie wiem. Ale po nitce dojdziemy do kł

ę

bka. Tymczasem 

zrobimy wycieczk

ę

 na Etn

ę

. Nie znasz jeszcze tej góry i nie widziałe

ś

 krateru. 

B

ę

dziemy udawa

ć

 Anglików podró

ż

uj

ą

cych dla przyjemno

ś

ci.

–  Czy zabiera pan Pescad

ę

 i Matifu?

–  Matifu pojedzie z nami. A Pescada jest ju

ż

 od tygodnia nieobecny.

–  Czy wysłał go pan do Raguzy?
–  Pescada od czterech dni jest członkiem bandy Zirona i prawdopodobnie 
napadnie na nas podczas naszej wycieczki. Piotr spojrzał na mówi

ą

cego ze 

zdumieniem.
–  Doprawdy im dłu

ż

ej przygl

ą

dam si

ę

 temu, co pan robi, tym wi

ę

cej si

ę

 

dziwi

ę

 i... mniej rozumiem.

–  Widzisz, mój kochany, łatwo jest walczy

ć

, kiedy si

ę

 ma za sob

ą

 prawo, 

pomoc i nie trzeba si

ę

 kry

ć

. A ja musz

ę

 dosi

ę

gn

ąć

 swoich przeciwników, nie 

odwołuj

ą

c si

ę

 ani do wojska, ani do policji, ani do opieki prawnej. Ale wierz

ę

 

mocno, 

ż

e prawda i sprawiedliwo

ść

 zatriumfuj

ą

. Tymczasem gotuj si

ę

 do 

drogi, bo jutro o 

ś

wicie wypływamy.

IV

"Ferrato" mkn

ą

ł szybko i pod wieczór przybił do brzegów Sycylii. Doktor i Piotr 

wysiedli. Towarzyszył im Matifu. Udali si

ę

 na nocleg do ober

ż

y, sk

ą

d rankiem 

mieli si

ę

 uda

ć

 do Casa Inglese, schroniska na zboczu Etny.

O kilkana

ś

cie kroków od hotelu zaczepił ich jaki

ś

 oberwany 

ż

ebrak utykaj

ą

cy 

silnie na lew

ą

 nog

ę

. Wyci

ą

gaj

ą

c r

ę

k

ę

 zacz

ą

ł gło

ś

no i płaczliwie wylicza

ć

 

wszystkie choroby i nieszcz

ęś

cia, jakie go spotkały.

–  Uno soldo signore! Uno soldo! Jestem kaleka od urodzenia.
A

ż

 nagle szepn

ą

ł cichym, ale wyra

ź

nym głosem w samo ucho doktorowi:

–  Zbieraj

ą

 si

ę

 o dwa kilometry od Casa Inglese. Po czym znowu zacz

ą

ł 

j

ę

cze

ć

:

–  Uno soldo, uno soldo! B

ę

dzie ich przeszło trzydziestu. Uno soldo! Sam 

Zirone dowodzi.
Nagle zatrzymał si

ę

, przeliczył pieni

ą

dze, które mu doktor podał i zawołał 

półgłosem do mijaj

ą

cego go Matifu:

–  A nie zastrzel mnie przypadkiem, mój stary, bo nie miałby

ś

 kim 

ż

onglowa

ć

.

I zgin

ą

ł w bocznej ulicy.

Nazajutrz doktor zwiedzał okolice Etny, ale wej

ś

cie na gór

ę

 odło

ż

ył do dnia 

nast

ę

pnego. Nikt te

ż

 nie widział, jak oddział składaj

ą

cy si

ę

 z dwudziestu 

background image

dobrze uzbrojonych marynarzy, pocz

ą

ł si

ę

 wspina

ć

 na zbocza góry. Ciemno 

było, a ludzie ci, przebrani w ludowe sycylijskie stroje, nie ró

ż

nili si

ę

 na 

pierwszy rzut oka niczym od wie

ś

niaków, wracaj

ą

cych od roboty. Szli te

ż

 po 

dwóch, trzech. Nie dochodz

ą

c do Casa Inglese znikli w załomach skalnych, 

jakby si

ę

 w ziemi

ę

 zapadli.

Nast

ę

pnego dnia doktor, Piotr i Matifu wyruszyli na Etn

ę

. Towarzyszyło im 

dwóch przewodników i par

ę

 poganiaczy mułów. W porcie i w ober

ż

wiedziano, 

ż

e go

ś

cie s

ą

 bardzo zamo

ż

ni, 

ż

e przyjechali własnym statkiem i 

nie 

ż

ałuj

ą

 pieni

ę

dzy. Ostrzegano ich nawet, 

ż

e niebezpiecznie jest puszcza

ć

 

si

ę

 w góry bez opieki wi

ę

kszej ilo

ś

ci mulników, ale doktor 

ż

artował sobie z 

tych ostro

ż

no

ś

ci. Ten i ów wiedział, 

ż

e doktor obiecał hojn

ą

 nagrod

ę

 

przewodnikom za dobre i r

ą

cze muły. Mała karawana ruszyła w gór

ę

. Widok 

był prze

ś

liczny. Dzie

ń

 jasny i niezbyt gor

ą

cy.

Pod wieczór miano si

ę

 zatrzyma

ć

 w schronisku Casa Inglese.

Nagle Piotr, jad

ą

cy obok doktora, rzekł:

–  Czy pan zauwa

ż

ył, 

ż

e ten wie

ś

niak mija nas ju

ż

 trzeci raz? Nie rozumiem 

jak on to robi, ale jestem pewien, 

ż

e si

ę

 nie myl

ę

. Doktor spojrzał na 

wskazanego:
–  Masz słuszno

ść

. Ja go równie

ż

 zaobserwowałem. Ale mamy jeszcze czas. 

–  Po czym spojrzał na niebo i zwrócił si

ę

 do starszego przewodnika:

–  S

ą

dz

ę

ż

e za pół godziny b

ę

dziemy na miejscu.

–  Tak, wielomo

ż

ny panie, czeka nas tylko trudna przeprawa o jakie

ś

 sto 

kroków od Casa Inglese. Woda po ostatnim deszczu zniszczyła drog

ę

 i trzeba 

b

ę

dzie przej

ść

 kawałek piechot

ą

.

–  Ano, to trudno –  odparł doktor. –  Pójdziemy, Mamy jeszcze dobre nogi.
Jako

ż

 po upływie niespełna pół godziny karawana zatrzymała si

ę

 i podró

ż

ni 

musieli pozsiada

ć

 z wierzchowców. Droga była rozmyta, zarzucona głazami i 

klocami drewna.
Nagle, gdzie

ś

 z wysoka, pocz

ę

ły si

ę

 toczy

ć

 drobne kamienie. Zakwilił orzeł i 

rozległ si

ę

 wystrzał. Doktor chwycił rewolwer ukryty w kieszeni. Piotr i Matifu 

poszli za jego przykładem. Przewodnik, 

ś

miertelnie blady, skoczył do doktora 

i pocz

ą

ł

szepta

ć

:

–  Panie, to ich znak. Bro

ń

 nas panie, bo nie ujdziemy z 

ż

yciem.

Jako

ż

 zza skał pocz

ę

li si

ę

 wysuwa

ć

 ludzie uzbrojeni w strzelby i otacza

ć

 ze 

wszystkich stron mał

ą

 karawan

ę

. Doktor, nie trac

ą

c ani na chwil

ę

 zimnej krwi, 

oparł si

ę

 plecami o skał

ę

 i, patrz

ą

c uwa

ż

nie w gór

ę

, gwizdn

ą

ł przeci

ą

gle. 

Nagle stała si

ę

 dziwna rzecz. Jeden spomi

ę

dzy zbli

ż

aj

ą

cych si

ę

 bandytów, 

powtórzył to hasło z tak nadzwyczajn

ą

 sił

ą

ż

e echo powtórzyło je dono

ś

nie i 

w tej

ż

e chwili zza bandytów pocz

ę

ły si

ę

 wysuwa

ć

 postacie uzbrojonych 

wie

ś

niaków. Na dany znak rzucili si

ę

 na nie przygotowanych na t

ę

 napa

ść

 

bandytów. Wywi

ą

zała si

ę

 za

ż

arta walka, która pier

ś

cieniem otoczyła 

podró

ż

nych. Napadaj

ą

cy zostali napadni

ę

ci i to w sposób tak nagły i 

nieoczekiwany, 

ż

e stracili zupełnie głowy. Pocz

ę

li strzela

ć

 na o

ś

lep, a 

poniewa

ż

 nie zdawali sobie sprawy w jakiej sile i liczbie jest nieoczekiwany 

wróg, szeregi ich załamały si

ę

 i raz po raz który

ś

 z nich usiłował przemkn

ąć

 

niespodziewanie i uciec w góry. Ale celne strzały wie

ś

niaków z jednej strony, 

a doktora i jego towarzyszy z drugiej, kładły g

ę

sto trupem bandytów. Jeden 

spomi

ę

dzy nich, mały i dziwnie zr

ę

czny, pocz

ą

ł si

ę

 szybko zsuwa

ć

 ku 

miejscu, gdzie stał doktor. Wtedy herszt bandy, który jeden nie tracił zimnej 
krwi i bronił si

ę

 zajadle, dostrzegł go i z dzikim, w

ś

ciekłym okrzykiem pocz

ą

ł 

background image

go goni

ć

. Dopiero w tej chwili zrozumiał, 

ż

e ten mały włócz

ę

ga, który 

zaci

ą

gn

ą

ł si

ę

 do jego bandy, a którego nikt nie znał, musiał go zdradzi

ć

.

Mały Pescada, bo on to był, czuł niebezpiecze

ń

stwo i szybkimi, 

ś

miałymi 

skokami uciekał pod opieku

ń

cze skrzydła doktora. Nagle nó

ż

, rzucony 

wprawn

ą

 i siln

ą

 r

ę

k

ą

, ugodził go w plecy i mały linoskoczek z j

ę

kiem potoczył 

si

ę

 pod stopy Matifu. I wtedy stało si

ę

 co

ś

 dziwnego. Łagodny olbrzym, z 

którego wszyscy 

ż

artowali, 

ż

e nigdy muchy nie zabił, przeistoczył si

ę

 w dzikie 

zwierz

ę

. Jak szalony rzucił si

ę

 na gór

ę

. Jednym skokiem dopadł Zirona, 

uchwycił go za kołnierz, d

ź

wign

ą

ł i cisn

ą

ł ze skały. Ciało zatoczyło łuk i znikło 

w bezdennej przepa

ś

ci.

Mały Pescada był pomszczony. Matifu obejrzał si

ę

 nieprzytomnym wzrokiem i 

dopadł nast

ę

pnego bandyt

ę

. A

ż

 nagle doleciał go z dołu głos doktora.

–  Bierz 

ż

ywcem Matifu! Nie zabijaj!

Oprzytomniał. Złapał je

ń

ca za kołnierz. Jednym strzepni

ę

ciem wyrzucił mu 

ż

 z r

ę

ki, podniósł jak psiaka i pocz

ą

ł wolno schodzi

ć

 na dół, walka ju

ż

 si

ę

 

sko

ń

czyła. Bandyci, pozbawieni herszta, poddali si

ę

 i pozwolili zwi

ą

za

ć

 

ludziom doktora Antekirta. Marynarze otoczyli ich zwartym kołem i 
odprowadzili na dół, ku miastu. Tam zostali oddani do dyspozycji 
miejscowych władz i zamkni

ę

ci w wi

ę

zieniu.

Doktor tymczasem z pomoc

ą

 Piotra opatrywał ran

ę

 Pescady. Na szcz

ęś

cie 

ż

 poranił tylko mi

ęś

nie, nie uszkodziwszy płuc ani serca. Pescada otworzył 

oczy:
–  Nic mi nie b

ę

dzie, doktorze. Boli jeszcze troch

ę

, ale to drobnostka. –  

Doktor u

ś

miechn

ą

ł si

ę

.

–  Je

ż

eli Matifu zawsze tak si

ę

 b

ę

dzie m

ś

cił za krzywd

ę

 tobie wyrz

ą

dzon

ą

, nie 

chciałbym mie

ć

 z nim porachunków.

–  Poczciwy mój grubas. Ale gdzie on si

ę

 obraca?

–  Trzyma jeszcze jednego je

ń

ca. Gdybym go nie odwołał, powrzucałby ich 

wszystkich jak gruszki do przepa

ś

ci. No, mam nadziej

ę

ż

e starczy ci sił na 

dojechanie do portu. Bo zaraz wracamy na dół. Wycieczk

ę

 na Etn

ę

 zrobimy 

innym razem.
Doktor podszedł do Matifu. Olbrzym troch

ę

 zawstydzonym wzrokiem patrzał 

na swego kapitana.
–  Bardzo pana przepraszam, 

ż

e si

ę

 uniosłem –  zacz

ą

ł nie

ś

miało. –  Wiem, 

ż

e panu zale

ż

ało na zasi

ę

gni

ę

ciu informacji od Zirone. Ale kiedy zobaczyłem 

mojego biednego Pescad

ę

, czerwono mi si

ę

 zrobiło w oczach i sam nie 

wiedziałem co robi

ę

. Ale mo

ż

e ten drugi łotr b

ę

dzie co

ś

 mógł powiedzie

ć

.

Tu podniósł skr

ę

powanego człowieka, który jak bezwładny le

ż

ał na ziemi, i 

postawił go przed doktorem. Ale ten na widok dzikiej twarzy bandyty drgn

ą

ł i 

zawołał:
–  Tego na razie nie szukałem. Ale widocznie s

ą

dzone mi było, 

ż

ebym go 

dostał w r

ę

ce. Strze

ż

 go Matifu jak najpilniej. Odstawisz go do wi

ę

zienia i 

polecisz jak najstaranniejszej opiece dyrektora wi

ę

zienia. Zapowiedz te

ż

ż

niedługo b

ę

d

ę

 u niego i zło

żę

 zeznania. A teraz ruszajmy na dół.

W par

ę

 dni po wy

ż

ej opisanych wypadkach doktor przyjmował na swym 

statku go

ś

ci. Przybył prefekt, dyrektor wi

ę

zienia i liczni przedstawiciele miasta 

i wsi. Chcieli pozna

ć

 osobi

ś

cie sławnego lekarza i podzi

ę

kowa

ć

 mu za 

uwolnienie okolicy od gro

ź

nych bandytów. Mówiono, rozumie si

ę

, o przebiegu 

wypadków i o złapanych rozbójnikach.
–  Oddał nam pan rzeteln

ą

 przysług

ę

, zabijaj

ą

c tego Zirone –  odezwał si

ę

 

prefekt. –  Oszcz

ę

dzili

ś

my sobie trudnego i zawiłego procesu, bo podobno 

background image

ten ptaszek był wszech

ś

wiatowej sławy bandyt

ą

 i miał licznych towarzyszy 

poza granicami pa

ń

stwa.

–  S

ą

dz

ę

,  

ż

e  lepiej  by  było  mie

ć

  go  

ż

ywego  w  r

ę

ku

–  u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 doktor. –  Ale niestety nie zd

ąż

yłem powstrzyma

ć

 mojego 

towarzysza, który w tak gwałtowny i dora

ź

ny sposób pom

ś

cił ran

ę

 przyjaciela.

–  A jak

ż

e si

ę

 sprawia ten osobnik, którego doktor polecił specjalnej opiece 

pana? –  zapytał prefekt dyrektora wi

ę

zienia.

–  Nie odpowiada na pytania i w ogóle wypiera si

ę

 wszelkiego udziału w 

napadzie. Wiem tylko, 

ż

e si

ę

 nazywa Carpena i od niedawna jest w tej 

okolicy.
–  Prosiłem pana o opiek

ę

 nad tym wi

ęź

niem –  odezwał si

ę

 doktor –  gdy

ż

 

mam wra

ż

enie, 

ż

e człowiek ten jest bardzo wra

ż

liwy na hipnoz

ę

. Podczas 

mego pobytu na wschodzie, studiowałem specjalnie t

ę

 gał

ąź

 wiedzy, która, 

jak pa

ń

stwo wiedz

ą

, ma miedzy szamanami i znachorami wielkie 

zastosowanie. Chciałem wi

ę

c sprawdzi

ć

, czy si

ę

 nie myl

ę

.

–  Jak to –  zdziwił si

ę

 prefekt –  czy s

ą

dzi pan, 

ż

e mo

ż

na by z nim zrobi

ć

 

do

ś

wiadczenie?

–  Jestem tego pewien.
–  A to by było ciekawe. Słyszałem i czytałem o tym wiele, ale nigdy nie 
miałem sposobno

ś

ci naocznie si

ę

 przekona

ć

.

–  Wobec tego spróbujemy jutro. B

ę

d

ę

 na pana czekał przed wi

ę

zieniem o 

godzinie dwunastej w południe. Zobaczy pan tego człowieka, a wieczorem 
zrobimy eksperyment.
–  Jak najch

ę

tniej. Prosz

ę

 wszystkich tu obecnych, aby byli łaskawi przyj

ść

 do 

mnie o ósmej wieczorem. Je

ż

eli doktor pozwoli, poprosimy te

ż

 kilka pa

ń

Jestem przekonany, 

ż

e moja 

ż

ona b

ę

dzie bardzo zainteresowana tym 

do

ś

wiadczeniem.

–  O jedno tylko prosz

ę

 –  odezwał si

ę

 dyrektor wi

ę

zienia

–  

ż

eby mój Carpena nie uciekł podczas eksperymentu. Wiem, 

ż

e niejedna 

zbrodnia ci

ąż

y na jego sumieniu i jestem za niego odpowiedzialny.

–  R

ę

cz

ę

 panu –  odparł doktor –  

ż

e nie b

ę

dzie my

ś

lał o ucieczce.

–  On sam mo

ż

e nie. Ale ma wspólników i przyjaciół. Ju

ż

 od wczoraj kr

ę

ci si

ę

 

koło wi

ę

zienia jaka

ś

 stara 

ż

ebraczka i chce go zobaczy

ć

. Podaje si

ę

 za jego 

matk

ę

.

–  Czy rozmawiał kto

ś

 z ni

ą

?

–  Ja nie. Ale miałem dzi

ś

 raport starszego dozorcy. Podobno chciała go 

przekupi

ć

 i uzyska

ć

 widzenie.

–  I có

ż

 dalej?

–  Kazałem j

ą

 bacznie 

ś

ledzi

ć

, a przy wi

ę

zieniu podwoiłem

stra

ż

.

–  No wi

ę

c nie mamy si

ę

 czego obawia

ć

. A dozorcy mog

ą

 przecie

ż

 i

ść

 w 

pewnej odległo

ś

ci i uwa

ż

a

ć

 na je

ń

ca.

Go

ś

cie po

ż

egnali doktora i wrócili na brzeg.

Nazajutrz w południe doktor w towarzystwie prefekta i dyrektora wi

ę

zienia 

wchodził do celi Carpeny. Wi

ę

zie

ń

 na widok nieoczekiwanych go

ś

ci podniósł 

si

ę

 z tapczana i stan

ą

ł. nie podnosz

ą

c głowy.

Prefekt zadał mu par

ę

 pyta

ń

, na które nie otrzymał odpowiedzi. Nagle 

Carpena podniósł oczy i spojrzał na doktora. Nie wymówił ani słówka, tylko 

ź

renice jego rozszerzyły si

ę

 i przybrały t

ę

py, nieprzytomny wyraz. Doktor 

patrzał wprost w oczy wi

ęź

nia, po czym podniósł r

ę

k

ę

, jakby czyni

ą

c jaki

ś

 

nakaz, i wyszedł z celi. Carpena rozejrzał si

ę

 nieprzytomnym wzrokiem po 

background image

celi, podszedł do tapczana i najspokojniej –  w 

ś

wiecie poło

ż

ył si

ę

 na siennik i 

usn

ą

ł. Prefekt i jego towarzysz patrzyli na to ze zdziwieniem. Wyszli na 

korytarz, gdzie oczekiwał ich ju

ż

 doktor.

–  Co si

ę

 stało doktorze? Nic nie rozumiem.

–  Zdaje mi si

ę

ż

e trafili

ś

my na wyj

ą

tkowo wra

ż

liwy organizm. Reszt

ę

 

zobacz

ą

 pa

ń

stwo dzi

ś

 wieczorem w salonach szanownego pana.

Tu skłonił si

ę

 w stron

ę

 prefekta.

–  Ale co nast

ą

pi?

–  Otó

ż

 ten bandyta wejdzie najspokojniej do pana salonu i we

ź

mie pana za 

panuj

ą

cego nam króla, b

ę

dzie prosi

ć

 o łask

ę

. No i mo

ż

e jeszcze o order za 

zasługi.
–  Jak to! On si

ę

 o

ś

mieli?

–  Rozumie si

ę

. Przecie

ż

 nie b

ę

dzie wiedział, co robi. A potem wróci 

najspokojniej do wi

ę

zienia.

–  Ale uprzedzam, 

ż

e po

ś

l

ę

 za nim w pewnym oddaleniu dwóch dozorców –  

odezwał si

ę

 dyrektor wi

ę

zienia.

–  Ale

ż

 rozumie si

ę

 –  u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 doktor. –  Lepiej si

ę

 zabezpieczy

ć

. A 

tymczasem 

ż

egnam panów, bo musz

ę

 jeszcze wyda

ć

 par

ę

 rozporz

ą

dze

ń

 

swoim ludziom. Dzi

ś

 w nocy odpływamy.

–  Niech

ż

e si

ę

 pan tylko nie spó

ź

ni, panie doktorze –  prosił prefekt. –  

Ogromnie mnie zaciekawia to do

ś

wiadczenie.

V

Na statku wiedziano ju

ż

 o podró

ż

y. Marynarze gotowali si

ę

 do drogi i 

"Ferrato" był pod par

ą

. Doktor zawołał Matifu i odbył z nim cich

ą

 i krótk

ą

 

rozmow

ę

.

Po kwadrancie mała łódka rybacka odbiła od statku i pod

ąż

yła ku brzegowi. 

Siedziało w niej trzech rybaków, z których jeden, wyj

ą

tkowo du

ż

ego wzrostu, 

wiosłował. Dwaj inni ogl

ą

dali now

ą

 sie

ć

, przygotowuj

ą

c si

ę

 widocznie do 

nocnego połowu.
O wpół do ósmej doktor Antekirt w towarzystwie Piotra wchodził do salonu 
gubernatora. Liczni zgromadzeni go

ś

cie powitali go owacyjnie.

Wszyscy mówili o maj

ą

cym si

ę

 odby

ć

 do

ś

wiadczeniu i, jak zwykle, zdania 

były podzielone. Otoczono doktora, prosz

ą

c go o bli

ż

sze szczegóły i 

informacje. Zegar wydzwonił ósm

ą

.

–  Nasz pacjent wychodzi z wi

ę

zienia –  odezwał si

ę

 doktor.

Zdumienie ogarn

ę

ło go

ś

ci. Pocz

ę

li spogl

ą

da

ć

 to na doktora, to na drzwi. Po 

kwadransie zabrzmiał znowu spokojny głos doktora:
–  Carpena wchodzi na schody. W tej samej chwili wpadł do salonu 
zmieszany lokaj i, podbiegłszy do prefekta powiedział mu co

ś

 szeptem.

–  Wpu

ść

cie go –  odparł prefekt.

Nagle drzwi, pchni

ę

te siln

ą

 r

ę

k

ą

, otworzyły si

ę

 i na progu stan

ą

ł człowiek w 

ubraniu wi

ęź

nia. Wolnym krokiem zbli

ż

ył si

ę

 do prefekta i ukl

ą

kł przed nim.

–  Czego chcesz i kto jeste

ś

? –  zapytał prefekt.

–  Jestem Carpena. Prosz

ę

 ci

ę

 najja

ś

niejszy panie o łask

ę

 i darowanie win.

–  Owszem darowuj

ę

 ci twe winy –  odparł prefekt. –  Czy masz jeszcze jakie

ś

 

ż

yczenie?

–  Za zasługi, jakie oddałem ojczy

ź

nie, prosz

ę

 o nagrodzenie mnie krzy

ż

em.

background image

Prefekt zrobił ruch, jak gdyby odpinał krzy

ż

 ze swej piersi i podał go 

kl

ę

cz

ą

cemu. Carpena natomiast zrobił ruch r

ę

kami, jak gdyby krzy

ż

 do piersi 

przypinał. Po czym powstał i wolnym, automatycznym krokiem wyszedł z sali.
Prefekt, doktor i cz

ęść

 go

ś

ci pod

ąż

yła za nim. Wyszedł z pałacu i pocz

ą

ł i

ść

 w 

kierunku wi

ę

zienia. Dwaj dozorcy post

ę

powali za nim w pewnej odległo

ś

ci. 

Nagle, niedaleko wi

ę

zienia, Carpena skr

ę

cił w ciemn

ą

 boczn

ą

 uliczk

ę

 i 

podwoił szybko

ść

. Prefekt, doktor i dozorcy pod

ąż

yli za nim.

–  Co si

ę

 stało? –  zapytał prefekt.–  Dlaczego on nie wraca do wi

ę

zienia?

–  W ka

ż

dym razie 

ś

pi –  odparł doktor –  a nie ucieknie nam z pewno

ś

ci

ą

.

–  Uliczka ta prowadzi do morza. Zamyka j

ą

 skała, na której postawiono 

kiedy

ś

 mocn

ą

 krat

ę

, bo brzeg tu jest stromy i wyj

ą

tkowo wysoki. Obawiano 

si

ę

 wypadków.

Carpena tymczasem ju

ż

 nie szedł, ale biegł kłusem. Na dany przez prefekta 

znak, dozorcy pod

ąż

yli spiesznie za nim.

Nagle wi

ę

zie

ń

 dobiegł do kraty, o której mówił prefekt, wspi

ą

ł si

ę

 na ni

ą

 z i

ś

cie 

małpi

ą

 zr

ę

czno

ś

ci

ą

 i skoczył do morza.

Dozorcy zatrzymali si

ę

, nie wiedz

ą

c co robi

ć

. Przepa

ść

 była tak gł

ę

boka, a 

ś

ciana skalna tak gładka i stroma, 

ż

e nie było mowy, 

ż

eby zbieg jeszcze 

ż

ył. 

Je

ż

eli nie rozbił si

ę

 o wyst

ę

py skalne, uton

ą

ł w morzu.

–  Co si

ę

 stało, doktorze? –  zapytał prefekt.

–  S

ą

dz

ę

ż

e mój pacjent uległ chwilowo atakowi obł

ę

du i dlatego wola jego 

wyłamała si

ę

 spod mojego wpływu. Przykro mi tylko, 

ż

e zagmatwałem 

spraw

ę

. Czy dyrektor wiezienia nie b

ę

dzie miał z tego powodu przykro

ś

ci?

–  Ale

ż

 bynajmniej. Przede wszystkim byłem sam 

ś

wiadkiem tego, co zaszło. 

A je

ż

eli łotr ten sam sobie, chocia

ż

 bezwiednie, wymierzył sprawiedliwo

ść

, nie 

widz

ę

 znów w tym wielkiego nieszcz

ęś

cia. Oszcz

ę

dził nam tylko fatygi 

przygotowania mu szubienicy.
–  W takim razie pozwol

ę

 sobie ju

ż

 po

ż

egna

ć

 panów –  rzekł doktor. –  

Dzi

ę

kuj

ę

 serdecznie za miłe i go

ś

cinne przyj

ę

cie. Mam nadziej

ę

ż

e si

ę

 

jeszcze zobaczymy.
–  Ale to my winni

ś

my panu podzi

ę

kowa

ć

 za ciekawe do

ś

wiadczenie, 

którego

ś

my byli 

ś

wiadkami. No i za t

ę

 nieocenion

ą

 przysług

ę

, jak

ą

 nam pan 

oddał, uwalniaj

ą

c nas od bandy Zirona. Niech

ż

e pan w swych podró

ż

ach nie 

zapomina o Sycylii.
Po wymianie grzeczno

ś

ci i po

ż

egnaniu, doktor w towarzystwie Piotra wrócił 

na pokład "Ferrata". Czekał na

ń

 ju

ż

 Matifu.

–  No, jak

ż

e wam poszło? –  spytał doktor.

–  Bardzo dobrze panie kapitanie, wyłowili

ś

my go natychmiast. 

Ś

pi ci

ą

gle z 

otwartymi oczami. Nic nie słyszy i nie odpowiada na pytania. Zamkn

ę

li

ś

my go 

w ostatniej kajucie.
–  To  dobrze.  Dzi

ś

  wracamy  na Antekirt

ę

,  dok

ą

d  odwieziemy nasz

ą

 

zdobycz. A za kilka dni wyruszamy znowu. Zaczynaj

ą

 si

ę

 dla nas ci

ęż

kie 

czasy mój stary. Rozpoczynamy polowanie na najgrubsz

ą

 zwierzyn

ę

.

–  Bylebym tylko miał co do roboty, panie kapitanie, a dam sobie wszystkiemu 
rad

ę

. Musz

ę

 teraz popracowa

ć

 za dwóch, bo chciałbym, 

ż

eby Pescada 

odpocz

ą

ł.

W nocy "Ferrato" podniósł kotwice i skierował si

ę

 na południe.

VII

background image

W kilka dni pó

ź

niej doktor kazał prosi

ć

 do siebie Piotra. Młody in

ż

ynier, 

staraj

ą

c si

ę

 wywdzi

ę

czy

ć

 swemu zbawcy i opiekunowi, zabrał si

ę

 gorliwie do 

pracy. Pod jego kierunkiem fortyfikowanie Antekirty posuwało si

ę

 szybko 

naprzód. Dnie całe sp

ę

dzał przy robotnikach. Na wezwanie doktora 

pospieszył skwapliwie.
–  Czeka nas nowa podró

ż

, mój chłopcze. Ale tym razem b

ę

dziesz w niej 

głównym zainteresowanym.
–  Czy jedziemy po Sarcany'ego? Doktor podał mu depesz

ę

, któr

ą

 trzymał w 

r

ę

ku. Piotr spojrzał na ni

ą

 i pobladł. Przeczytał: "Bor. i pani Bath. w 

Syrakuzach. N

ę

dza. Pani chora umysłowo".

–  Co si

ę

 stało. Nic nie rozumiem –  wyszeptał młodzieniec.

–  Nie chciałem ci

ę

 niepokoi

ć

 –  odparł doktor –  ale wiedziałem ju

ż

 dawno, 

ż

matki twojej nie ma w Raguzie. Byłe

ś

 sam jeszcze chory i osłabiony. Kazałem 

wi

ę

c swoim ludziom szuka

ć

 jej i dopiero dzi

ś

 otrzymałem odpowied

ź

. Co si

ę

 

tyczy jej zdrowia przeszła tyle cierpie

ń

ż

e młodsze i zdrowsze organizmy 

uległyby, a strata syna musiała j

ą

 ostatecznie złama

ć

. Zabierzemy j

ą

 na 

Antekirt

ę

. Mo

ż

e pod wpływem kuracji i opieki nerwy jej si

ę

 uspokoj

ą

, wtedy 

popróbujemy j

ą

 wyleczy

ć

. Tymczasem dzi

ś

 jeszcze pojedziemy po ni

ą

 do 

Syrakuz.
Wieczorem "Ferrato" zabrał znów na swój pokład podró

ż

nych. Nazajutrz 

wysiedli w Syrakuzach. Wysłani ludzie przynie

ś

li w kilka godzin pó

ź

niej 

wiadomo

ść

ż

e w małym domku na przedmie

ś

ciu, u pewnej ubogiej szwaczki, 

mieszka pani, która przyjechała niedawno i która jest chora umysłowo.
Piotr w towarzystwie doktora udał si

ę

 pod wskazany adres. Przed progiem 

n

ę

dznej lepianki stary Borik łupał małe drewka. Piotr na widok starego sługi 

zatrzymał si

ę

 i zawołał półgłosem:

–  Borik!
Stary obejrzał si

ę

 i drzewo wypadło mu z r

ę

ki.

–  Wszelki duch Pana Boga chwali! A to mi si

ę

 przywidziało!

–  Nie przywidziało ci si

ę

 stary, to ja, Piotru

ś

. Czy nie poznajesz mnie?

–  O Bo

ż

e, nie do

ś

wiadczaj mnie –  j

ę

kn

ą

ł stary sługa. –  Czy ja te

ż

 

zwariowałem?
–  Uspokójcie si

ę

 –  odezwał si

ę

 doktor, wyst

ę

puj

ą

c naprzód. –  Przecie

ż

 

mnie poznajecie. Pan Piotr był tylko chory. Ale ju

ż

 wyzdrowiał. Przyjechali

ś

my 

po was. Gdzie jest pani Bathary?
Borik zbli

ż

ył si

ę

 nie

ś

miało.

–  To pan doktor! Bogu niech b

ę

d

ą

 dzi

ę

ki. Tak si

ę

 modliłem, 

ż

eby pana raz 

jeszcze zobaczy

ć

. Paniczu drogi –  zwrócił si

ę

 do Piotra. –  Moja stara głowa 

widocznie nie mo

ż

e wszystkiego zrozumie

ć

. Ale od tych nieszcz

ęść

 ju

ż

 si

ę

 

rozum m

ą

ci

ć

 mo

ż

e. Chwała Bogu, 

ż

e panowie przyjechali. Chod

ź

cie do 

naszej biednej pani. Nie poznaje nikogo. A wci

ąż

 mówi o 

ś

lubie panicza z 

jak

ąś

 panienk

ą

, ale nie znam takiej.

Wprowadził obu do izdebki, gdzie na fotelu pod oknem siedziała pani 
Bathary. Nie spojrzała na wchodz

ą

cych, zda si

ę

 nie dostrzegła. Piotr rzucił si

ę

 

ku matce. Ale staruszka spojrzała na niego i szepn

ę

ła:

–  Trzeba si

ę

 spieszy

ć

 na 

ś

lub Piotrusia, bo b

ę

dzie za pó

ź

no.

Młodzieniec płakał jak małe dziecko, obejmuj

ą

c i całuj

ą

c siw

ą

 głow

ę

 matki i jej 

białe, niemal przezroczyste r

ę

ce. Doktor rozejrzał si

ę

 po izbie. Pod drugim 

oknem stała wysoka, szczupła kobieta, trzymaj

ą

c rozpocz

ę

t

ą

 robot

ę

 w r

ę

ku. 

Była to widocznie wła

ś

cicielka mieszkania. Twarz jej wydała si

ę

 doktorowi 

background image

znajoma.
–  Musimy pani serdecznie podzi

ę

kowa

ć

 za opiek

ę

 nad t

ą

 biedn

ą

 chor

ą

Zabierzemy j

ą

 st

ą

d i oszcz

ę

dzimy pani kłopotu.

–  O, nie był to znów tak wielki kłopot. Ta biedna kobieta musiała du

ż

o w 

ż

yciu przecierpie

ć

. Przypadkiem spotkałam jej starego słu

żą

cego na ulicy i 

zaproponowałam mieszkanie u siebie. Nie chciano im nigdzie wynaj

ąć

 

mieszkania. Ludzie boj

ą

 si

ę

 chorych.

–  A pani si

ę

 nie bała?

–  Nie. Mieszkam tu sama. Miło mi było mie

ć

 go

ś

ci. Niestety nie mogłam im 

da

ć

 wielkich wygód.

–  Przepraszam pani

ą

 za 

ś

miałe pytanie, ale zdaje si

ę

ż

e spotkali

ś

my si

ę

 ju

ż

 

kiedy

ś

 w 

ż

yciu. Przypominam sobie pani twarz, chocia

ż

 to musiało by

ć

 bardzo 

dawno.
–  By

ć

 mo

ż

e. Ale ja pochodz

ę

 z tak daleka, 

ż

e nie wiem, czy si

ę

 pan nie myli. 

Nazywam si

ę

 Maria Ferrato.

–  Córka rybaka z Rowigno?
–  Czy pan znał mego ojca?
–  Ojcu pani jestem winien 

ż

ycie i pieni

ą

dze. Dlaczego przeniosła si

ę

 pani a

ż

 

tak daleko?
–  Ojciec mój umarł w wi

ę

zieniu. Byłam czas jaki

ś

 w klasztorze, gdzie si

ę

 

nauczyłam szy

ć

. Czekałam a

ż

 mój mały braciszek, który był wówczas w 

ochronce klasztornej, sko

ń

czy szkoł

ę

. Obecnie mieszkamy razem. Ludwik 

pracuje w fabryce, a ja zarabiam szyciem. Brat miał tu lepsz

ą

 płac

ę

, a ja 

wolałam by

ć

 jak najdalej od miejsca, w którym tyle nieszcz

ęść

 nas spotkało.

–  Poniewa

ż

 jestem bezpo

ś

rednim sprawc

ą

 tych nieszcz

ęść

, obowi

ą

zkiem 

moim jest chocia

ż

 w cz

ęś

ci pani za to wszystko wynagrodzi

ć

. Mam nadziej

ę

ż

e brat pani nie b

ę

dzie protestował, je

ż

eli zabior

ę

 was oboje na swoj

ą

 wysp

ę

Towarzystwo pani b

ę

dzie wielk

ą

 pociech

ą

 dla tej biednej pani Bathary. Brat 

pani b

ę

dzie miał takie zaj

ę

cie, jakie sobie wybierze a ja pozostan

ą

 waszym 

wieczystym dłu

ż

nikiem.

–  Ale na Boga, kto pan jest? Nie rozumiem za co nas tyle dobrodziejstw 
spotyka.
–  Niech pani sobie przypomni jedn

ą

 noc. Dawno ju

ż

, pi

ę

tna

ś

cie lat temu, i 

posiłek, i nocleg ofiarowany tak, z dobrego serca. I szlachetny post

ę

pek 

swego ojca, który musiał tak drogo okupi

ć

, a zrozumie pani, 

ż

e tyle dobroci 

nie mogło zgin

ąć

 bez 

ś

ladu:

–  Czy

ż

by pan był?...

–  Tym, któremu ojciec pani ocalił 

ż

ycie, a który teraz pragnie zwróci

ć

 chocia

ż

 

w cz

ęś

ci swój dług jego dzieciom.

VII

W tydzie

ń

 pó

ź

niej pani Bathary siedziała w towarzystwie Marii Ferrato na 

tarasie pałacu Antekirta. Niestety stan jej nie poprawił si

ę

, pomimo ró

ż

nych 

ś

rodków przepisanych przez doktora. Była zawsze cicha, łagodna. Ale na 

wszystkie pytania odpowiadała niezmiennie: "Trzeba si

ę

 spieszy

ć

 na 

ś

lub 

Piotrusia".
Maria Ferrato okazała si

ę

 najcierpliwsz

ą

, najłagodniejsz

ą

 opiekunk

ą

 chorej. 

Od doktora dowiedziała si

ę

ż

e m

ąż

 nieszcz

ęś

liwej kobiety przebywał razem z 

background image

doktorem ostatniej nocy
pod dachem jej ojca, i to jeszcze silniej przywi

ą

zało szlachetn

ą

 dziewczyn

ę

 do

niej. O los brata była spokojna, gdy

ż

 doktor wysłał chłopca do szkoły 

technicznej, co było zawsze marzeniem młodego Ludwika, a na co skromne 

ś

rodki mu nie pozwalały. Maria miała pozosta

ć

 na zawsze przy pani Bathary, 

ewentualnie miała na Antekircie zabezpieczony byt i spokojn

ą

 staro

ść

. Nic 

wi

ę

c dziwnego, 

ż

e czuła ogromn

ą

 wdzi

ę

czno

ść

 dla doktora i w miar

ę

 sił 

starała si

ę

 by

ć

 mu pomocn

ą

. W par

ę

 dni pó

ź

niej doktor wezwał do siebie 

Piotra.
–  Mój drogi chłopcze, wypróbowałem wszelkich 

ś

rodków jakie medycyna zna, 

aby ul

ż

y

ć

 twojej matce. Widz

ę

ż

e ma do

ść

 silny i odporny organizm, a 

dzisiejsza jej choroba spowodowana jest jakim

ś

 faktem, o którym nie wiemy. 

Postarajmy u

ż

y

ć

 ostatniego 

ś

rodka. Mo

ż

e b

ę

dzie silny, ale mam nadziej

ę

ż

skuteczny. Matka powinna si

ę

 dowiedzie

ć

ż

e ty 

ż

yjesz. Obmy

ś

liłem sobie 

wszystko. Potrzebuj

ę

 jeszcze twojej pomocy.

–  Wiesz, doktorze, 

ż

e jak najch

ę

tniej spełni

ę

 ka

ż

de twoje 

żą

danie.

Doktor wtajemniczył Piotra w swój plan. Omówiono kilka drobniejszych 
szczegółów i w kilka dni pó

ź

niej, kiedy zmierzch zapadł, Borik uj

ą

ł pani

ą

 

Bathary pod r

ę

k

ę

 i wolnym krokiem skierował si

ę

 w szerok

ą

 cienist

ą

 alej

ę

 

parku. Doktor z Pescad

ą

 i Matifu pod

ąż

ył za nimi w pewnym oddaleniu. Borik 

prowadził chor

ą

 do miejsca, gdzie doktor kazał wymurowa

ć

 grób i ustawi

ć

 

tablic

ę

 z napisem: "S.P. Piotr Bathary. Zgasł w 24 wio

ś

nie 

ż

ycia". Chodziło o 

przypomnienie mo

ż

liwie dokładnie tego zak

ą

tka na cmentarzu w Raguzie, 

gdzie biedna kobieta pogrzebała wszystko, co miała najdro

ż

szego na 

ś

wiecie. 

Doktor słusznie przypuszczał, 

ż

e wstrz

ą

s nerwowy, jakiego chora dozna, 

wytr

ą

ci j

ą

 z martwoty, w której si

ę

 pogr

ąż

yła. Rozległ si

ę

 d

ź

wi

ę

k dzwonu 

pogrzebowego. Borik zatrzymał si

ę

 u stóp krzy

ż

a i szepn

ą

ł:

–  Prosz

ę

 poło

ż

y

ć

 naszemu Piotrusiowi par

ę

 kwiatów.

Ale chora odsun

ę

ła podawane ró

ż

e i głosem zm

ę

czonym, ale do

ść

 

wyra

ź

nym, odparła:

–  Piotru

ś

 nie umarł. Nie mógł umrze

ć

. Powinien si

ę

 spieszy

ć

 na swój 

ś

lub.

Słysz

ą

c te słowa Piotr, na znak dany przez doktora, wysun

ą

ł si

ę

 z ukrycia i 

ukl

ą

kł obok matki. Uj

ą

ł delikatnie jej r

ę

k

ę

 w swe dłonie i powiedział:

–  Masz racj

ę

, mateczko, nie umarłem. Jestem tu obok ciebie.

Chora spojrzała na mówi

ą

cego. Błysk 

ś

wiadomo

ś

ci zaja

ś

niał w jej oczach.

–  Piotrusiu –  j

ę

kn

ę

ła i rozpłakała si

ę

 rzewnie.

Doktor rzucił si

ę

 na ratunek. Przeniesiono chor

ą

 do powozu. Była osłabiona, 

ale patrzyła przytomnie i zdawała si

ę

 budzi

ć

 po silnej gor

ą

czce.

ź

no w nocy otworzyła oczy i spojrzała na siedz

ą

cego u jej łó

ż

ka syna.

–  Musiałam by

ć

 bardzo chora, moje dziecko. Prawda? Tak dawno ci

ę

 nie 

widziałam a tak chciałam ci powiedzie

ć

ż

e powiniene

ś

 jak najpr

ę

dzej 

po

ś

lubi

ć

 Sawe.

–  Czy mama mówi o Sawie Toronthal?
–  To nie jest córka Toronthala. To dziecko Mateusza Sandorfa. Nazywa si

ę

 

naprawd

ę

 Sawa Ilona Sandorf.

–  Jak to –  zawołał Piotr, zrywaj

ą

c si

ę

 z miejsca. –  Sk

ą

d ta wiadomo

ść

?

Pani Bathary opowiedziała synowi o li

ś

cie, jaki znalazła w domu po powrocie 

z podró

ż

y. Pani Toronthalowa ostatnim wysiłkiem woli napisała t

ę

 wa

ż

n

ą

 

wiadomo

ść

, przytaczaj

ą

c dokładn

ą

 dat

ę

 porwania dziecka. I znów nazwisko 

Sarcany'ego było wmieszane w t

ę

 spraw

ę

. Czuj

ą

c zbli

ż

aj

ą

c

ą

 si

ę

 

ś

mier

ć

 

postanowiła złama

ć

 przysi

ę

g

ę

 milczenia, jak

ą

 na niej wymusił m

ąż

 i pragn

ę

ła 

background image

ratowa

ć

 swe przybrane dziecko od okropnego mał

ż

e

ń

stwa. Prosiła o pomoc 

panie Bathary.
List gdzie

ś

 zagin

ą

ł, ale wiadomo

ść

, jak

ą

 Piotr usłyszał, wstrz

ą

sn

ę

ła nim do 

ę

bi. Długo tłumiona miło

ść

 do uroczej dziewczyny wybuchła ze zdwojon

ą

 

gwałtowno

ś

ci

ą

. Dzi

ś

 nic mu ju

ż

 nie mogło broni

ć

 marzenia o niej. Ale teraz 

nale

ż

ało j

ą

 przede wszystkim wyrwa

ć

 L r

ą

k dwóch niebezpiecznych łotrów. 

Nie bacz

ą

c na pó

ź

n

ą

 godzin

ę

, Piotr zostawił matk

ę

 pod opiek

ą

 Marii i zapukał 

do gabinetu doktora.
Ale ten równie

ż

 nie spał. Siedział przy biurku pogr

ąż

ony w ci

ęż

kiej zadumie. 

Piotr przypadł mu do kolan i ujmuj

ą

c serdecznym ruchem obie dłonie doktora, 

powtórzył mu wielk

ą

 nowin

ę

 zasłyszan

ą

 przed chwil

ą

 od matki.

Doktor zerwał si

ę

. Był blady i r

ę

ce mu dr

ż

ały.

–  Mój Bo

ż

e, i ja widziałem j

ą

 tyle razy \ nie poznałem. Bogu niech b

ę

d

ą

 dzi

ę

ki 

za to, 

ż

ż

yje, 

ż

e j

ą

 zobacz

ę

. Mam dla kogo 

ż

y

ć

 Piotrze. Jedziemy zaraz po 

ni

ą

.

Piotrowi nie trzeba było dwa razy tego samego powtarza

ć

. Wezwano Matifu i 

Pescad

ę

 i w godzin

ę

 potem łód

ź

 motorowa "Electric 4" sun

ę

ła ku brzegom 

Riwiery.

VIII

Doktor Antekirt, a wła

ś

ciwie, jak go ju

ż

 słusznie nazywa

ć

 mo

ż

emy, hrabia 

Mateusz Sandorf, miał pewne wiadomo

ś

ci od swoich agentów, którzy go 

zawiadomili, 

ż

e bankier Toronthal i Sarcany pojechali do Monte Carlo. 

Natomiast Sawa gdzie

ś

 znikła i nikt nie wiedział, gdzie przebywała. 

Najwa

ż

niejsz

ą

 wi

ę

c rzecz

ą

 było zmusi

ć

 obu wspólników do zdradzenia 

miejsca jej pobytu. Po przybyciu do Monte Carlo, na brzeg wyszedł tylko 
Pescada. Ubrany elegancko, zatrzymał si

ę

 w jednym z najwyk– wintniejszych 

hoteli i tego

ż

 samego dnia udał si

ę

 do domu gry. Spacerował po salach, 

przegrał tu i ówdzie kilkana

ś

cie franków, a tymczasem bacznie przygl

ą

dał si

ę

 

graj

ą

cym. Nareszcie przy jednym ze stołów dostrzegł bankiera. Za jego 

krzesłem stał Sarcany. Ale sam nie grał. Natomiast wida

ć

 było, 

ż

e szcz

ęś

cie 

nie dopisuje bankierowi. Blady, z zaci

ś

ni

ę

tymi ustami, dawał stawki i nagle 

wstał od stołu i chwiejnym krokiem wyszedł z sali. Sarcany pod

ąż

ył za nim. 

Pescada, przygl

ą

daj

ą

cy si

ę

 im od dłu

ż

szego czasu, usłyszał koło siebie 

szmer współczucia dla nieszcz

ęś

liwego gracza. Podobno w przeci

ą

gu 

tygodnia przegrał cały swój maj

ą

tek, a dzi

ś

 chciał si

ę

 odegra

ć

, lecz fortuna 

odwróciła si

ę

 od niego.

–  Pewnie palnie sobie w łeb –  odezwał si

ę

 jaki

ś

 Anglik.

–  Albo po

ż

yczy i znowu b

ę

dzie gra

ć

 –  odpowiedział s

ą

siad.

–  Niewielu dzi

ś

 ch

ę

tnych do po

ż

yczania. Szczególnie takim pechowcom.

–  Ten czarny, jego towarzysz, tak go ubrał –  za

ś

miał si

ę

 kto

ś

 trzeci. –  Sam 

nie grał, a tylko przygl

ą

dał si

ę

 grze i namawiał.

Pescada wysun

ą

ł si

ę

 niepostrze

ż

enie do parku otaczaj

ą

cego dom gry. 

Szybkim krokiem dogonił bankiera i Sarcany'ego, a widz

ą

c, 

ż

e zamierzaj

ą

 

usi

ąść

 w zacisznej, kamiennej grocie, wdrapał si

ę

 na skały, z których grota 

była zrobiona. Niebawem doleciały go urywki rozmowy.
–  Daj mi spokój, Sarcany. Nie b

ę

d

ę

 wi

ę

cej grał. Nie mam ani grosza.

–  Masz przecie

ż

 jeszcze troch

ę

 na rachunku w banku.

background image

–  Ale

ż

 to moje ostatnie pieni

ą

dze. Je

ż

eli przegram je, zostan

ę

 n

ę

dzarzem.

–  Ale

ż

 przepowiadam ci, 

ż

e jutro nam si

ę

 poszcz

ęś

ci. Mam nawet pewn

ą

 

kombinacj

ę

...

–  Daj mi spokój ze swoimi kombinacjami. Daleko mnie one zaprowadziły. 
Zabrałe

ś

 mi wszystko. Id

ź

 sobie i raz na zawsze zapomnij o mnie.

–  Nie tak gwałtownie, mój kochany. Spróbujesz jeszcze szcz

ęś

cia jutro. A 

potem...
–  Nie b

ę

d

ę

 grał!

–  B

ę

dziesz, mój kochany, b

ę

dziesz. Wiesz dobrze, 

ż

e t

ą

 drog

ą

 niedaleko 

zajdziesz. Mam ci

ę

 w r

ę

ku.

–  Wol

ę

 sobie w łeb paln

ąć

, ni

ż

 by

ć

 w tym twoim r

ę

ku.

Z tymi słowy bankier wyszedł szybko z altany i skierował si

ę

 w gł

ą

b ogrodu. 

Biegł prawie, nie ogl

ą

daj

ą

c si

ę

 za siebie.

Pescada jak cie

ń

 pod

ąż

ył za nim. Sarcany pozostał w altanie. Widocznie był 

bardzo pewny siebie i wiedział, 

ż

e ofiara jego nie b

ę

dzie miała dosy

ć

 odwagi, 

by wprowadzi

ć

 w czyn swoje gro

ź

by. Bankier biegł coraz szybciej. Widocznie 

pod wpływem silnego zdenerwowania chciał by

ć

 jak najdalej od swego 

prze

ś

ladowcy. A chocia

ż

 nie miał zamiaru odbiera

ć

 sobie 

ż

ycia, chciał by

ć

 

przez chwil

ę

 sam, by móc zastanowi

ć

 si

ę

 spokojnie nad swoim poło

ż

eniem.

Nie zwa

ż

ał te

ż

 bardzo na drog

ę

, któr

ą

 uciekał. Nie wiedział, 

ż

e wiodła go na 

skaliste wybrze

ż

e. Upadł na wystaj

ą

cy cypel skalny i pozostał bez ruchu. Nie 

słyszał jak gdzie

ś

 w pobli

ż

u zakwilił orzeł skalny. Odpowiedział mu pisk mewy. 

Jakie

ś

 kroki rozległy si

ę

 w pobli

ż

u. I nagle ciemna płachta spadła mu na oczy, 

a jakie

ś

 silne r

ę

ce schwyciły go, skr

ę

powały i podniosły. Stało si

ę

 to tak 

szybko, 

ż

e nie tylko nie zorientował si

ę

 sk

ą

d został zaskoczony, ale nie mógł 

zrozumie

ć

, co si

ę

 z nim dzieje. Poczuł, 

ż

e kto

ś

 go niesie, potem kładzie na 

dno łodzi. Jakie

ś

 ciche rozkazy, szepty. Do jego uszu doleciało tylko pytanie, 

zadane widocznie jego prze

ś

ladowcy:

–  No, a ten drugi?
–  Niestety uciekł, panie kapitanie. Strzelił do nas i znikł w zaro

ś

lach.

–  Nie gonili

ś

cie go?

–  Mieli

ś

my rozkaz nie wchodzi

ć

 do miasta.

–  No trudno! A tego do celi nr 3.

IX

Bankier otworzył oczy. Znajdował si

ę

 w małej celi. Okrato– wane okienko 

wpuszczało troch

ę

 

ś

wiatła, ale było umieszczone tak wysoko, 

ż

e nie sposób 

było przez nie wyjrze

ć

. Tapczan, stołek i stół przymocowany do 

ś

ciany, to 

było całe umeblowanie nowego mieszkania bankiera.
Na stole stał dzbanek z wod

ą

 i kawałek chleba. Toronthal w głow

ę

 zachodził 

w czyim r

ę

ku si

ę

 znajduje.

Mijały godziny. Nagle drzwi od celi otworzyły si

ę

 i stan

ą

ł w nich człowiek 

olbrzymiej postawy. Spojrzał na bankiera i odezwał si

ę

 łagodnym głosem:

–  Prosz

ę

, niech pan pozwoli za mn

ą

.

Ten łagodny ton sprawił, 

ż

e bankierowi przybyło odwagi.

–  Przede wszystkim chciałbym wiedzie

ć

, jakim prawem wi

ę

zicie mnie tutaj? 

Nie wiem, kto jest ten 

ś

miałek, ale uprzedzam, 

ż

e srodze b

ę

dzie tego 

ż

ałował.

Olbrzym, jak gdyby nie słyszał słów bankiera, powtórzył spokojnym głosem:

background image

–  Prosz

ę

 i

ść

 za mn

ą

.

–  Nie pójd

ę

 –  krzykn

ą

ł bankier.

Nagle stała si

ę

 rzecz, której Toronthal w 

ż

adnym razie nie oczekiwał. Olbrzym 

przyst

ą

pił do niego i jednym pot

ęż

nym ruchem r

ą

k uniósł małego bankiera, 

kr

ę

puj

ą

c mu jednocze

ś

nie r

ę

ce i nogi, jak to czyni

ą

 czasem nia

ń

ki 

niegrzecznym dzieciom, i wyniósł z celi. Przeszedł długi korytarz, otworzył 
jedne drzwi, potem drugie, min

ą

ł jakie

ś

 schody, znowu korytarz i nagle stan

ą

ł 

w du

ż

ym, jasno o

ś

wietlonym pokoju. Tu pu

ś

cił swego je

ń

ca i wyprostował si

ę

Pod oknem siedział wysoki starzec, obok znajdowało si

ę

 jeszcze par

ę

 osób.

–  Panie Toronthal –  odezwał si

ę

 starzec –  prosz

ę

 o 

ś

cisłe, a przede 

wszystkim zgodne z prawd

ą

 odpowiedzi. Gdzie zostawiłe

ś

 pan Saw

ę

 Ilon

ę

 

Sandorf?
Na to nieoczekiwane pytanie bankier zdumiał si

ę

. Spojrzał na mówi

ą

cego.

–  Przede wszystkim prosz

ę

 o uwolnienie mnie z wi

ę

zienia –  odparł hardo. –  

Nikt nie ma prawa trzyma

ć

 mnie tutaj wbrew mojej woli.

–  Owszem, jest kto

ś

, kogo pan uwi

ę

ził wbrew jego woli i który tym samym 

panu odpłaca. Nie poznaje mnie pan. Jestem pana klientem sprzed pi

ę

tnastu 

lat.
Bankier drgn

ą

ł. Spojrzał rozszerzonymi oczami na mówi

ą

cego.

–  Pan byłby

ś

...

–  Tak. Mateuszem Sandorfem. A mo

ż

e jeste

ś

 ciekaw zobaczy

ć

 drug

ą

 swoj

ą

 

ofiar

ę

. Piotrze, przywitaj pana bankiera.

Toronthalowi omal oczy z przera

ż

enia nie wyskoczyły. Przed nim stał Piotr 

Bathary. Ten sam, którego Sarcany, za wspólnym porozumieniem, zabił, na 
którego grobie bankier był osobi

ś

cie, gnany ciekawo

ś

ci

ą

, tak cz

ę

sto 

spotykan

ą

 u zbrodniarzy, których wola bezwiednie kieruje na miejsce zbrodni.

Poczuł, 

ż

e mu si

ę

 zaczyna m

ą

ci

ć

 w głowie i 

ż

e prawdopodobnie nie ma ju

ż

 

dla niego ratunku. Ale w ostatnim, bezsilnym porywie w

ś

ciekło

ś

ci postanowił 

milcze

ć

, nie chc

ą

c w niczym dopomóc swoim prze

ś

ladowcom. Sarcany był 

wolny, to prawda. On Silas odpokutuje za dwóch, ale nie zdradzi miejsca 
pobytu Sawy.
–  Odpowiadaj pan –  powtórzył hrabia. –  Gdzie Sawa?
–  Nie powiem nic. Nie wiem.
–  Po raz trzeci pytam. Gdzie jest moja córka? Silas nie otworzył ust. Nagle 
pot

ęż

na dło

ń

 Matifu uj

ę

ła jego r

ę

k

ę

.

–  Czy nie słyszysz, o co ci

ę

 pytaj

ą

? No, gadaj pan!

Tu pot

ęż

ne palce Matifu zacisn

ę

ły si

ę

 koło r

ę

ki bankiera. Poczuł straszny ból 

w stawach. R

ę

ka zdr

ę

twiała i zwisła bezwładnie.

–  O, pu

ść

 mnie! Pu

ść

. Ju

ż

 powiem.

–  Matifu, co robisz? –  zapytał doktor.
–  Panie  kapitanie,   to  niechc

ą

cy.   Ja  nie  chciałem  tak mocno.

–  No dobrze, ju

ż

 dobrze. U

ż

yjemy twego 

ś

rodka, o ile pan bankier b

ę

dzie 

milczał.
–  Powiem wszystko, ale pod warunkiem, 

ż

e mnie wypu

ś

cicie i ten wielkolud 

nie b

ę

dzie mnie dotyka),

–  Gdzie jest Sawa?
–  W Tripolisie, u Sarcany'ego.
–  Jak mamy jej szuka

ć

? U kogo jest ukryta? Bankier milczał. Ale r

ę

ka Matifu 

podniosła si

ę

 na wysoko

ść

 jego ramienia. Przera

ż

enie mign

ę

ło w oczach 

bankiera.
–  Powiem, ale za to mnie zwolnicie. Jest u starej Namir, w domu Sidi 

background image

Hazana.
–  Dok

ą

d udał si

ę

 Sarcany?

–  Z Monaco mieli

ś

my jecha

ć

 na jego 

ś

lub z Saw

ą

.

–  Dosy

ć

 na dzi

ś

. Matifu, odnie

ś

 go z powrotem do celi. Ale Silas na widok 

ramion olbrzyma zawołał:
–  Pójd

ę

 sam. Prosz

ę

, niech on mnie nie dotyka. Kiedy zamkn

ę

ły si

ę

 za nimi 

drzwi, skin

ą

ł na Piotra.

–  Czeka nas najtrudniejsza sprawa, ale mam w Bogu nadziej

ę

ż

e j

ą

 

wygramy. Trzeba si

ę

 tylko spieszy

ć

, bo ka

ż

da chwila droga. Kiedy Matifu 

powróci, powiedz mu, 

ż

e za godzin

ę

 wyruszamy do Tripolisu. Niech przedtem 

przyjdzie do mnie z Pescad

ą

.

X

23 wrze

ś

nia na ulicach Tripolisu gwarno było i rojno. W dzielnicy zamieszkałej 

przez ludno

ść

 mahometa

ń

sk

ą

 w

ą

skie, ciasne uliczki zapchane były gwarnym, 

rozbawionym
tłumem. Obchodzono doroczne 

ś

wi

ę

to bocianów, na które mieszka

ń

cy miasta 

cieszyli si

ę

 od dawna. Na placach i wzdłu

ż

 

ś

cian domów kramarze rozło

ż

yli 

towary. Przekupnie ze słodyczami i wod

ą

 do picia nawoływali hała

ś

liwie. 

Kuglarze, sztukmistrze, zaklinacze w

ęż

y, wró

ż

bici obiecywali ciekawym 

niewidziane cuda. Tłum ró

ż

nobarwny, roze

ś

miany tłoczył si

ę

ś

miał, gapił, 

oczekuj

ą

c wieczora, który miały u

ś

wietni

ć

 wy

ś

cigi je

ź

d

ź

ców i iluminacja 

miasta. W gwarnym tłumie trzej m

ęż

czy

ź

ni w białych burnusach, jakie nosz

ą

 

krajowcy, zatrzymali si

ę

 na rogu placyku.

Jeden z nich, mały i szczupły, szepn

ą

ł:

–  Panie kapitanie, znalazłem. To ten du

ż

y dom na rogu placu. O, widzi pan, 

ten, który jest otoczony wysokim murem. Wida

ć

 tylko gał

ę

zie akacji rosn

ą

cej 

pod 

ś

cian

ą

.

–  Byłe

ś

 tam wczoraj?

–  Do 

ś

rodka nie sposób si

ę

 dosta

ć

. S

ą

 tylko jedne drzwi, a wszystkie okna 

wychodz

ą

 na podwórze.

–  Dowiedziałe

ś

 si

ę

 czego?

–  Dowiedziałem si

ę

, ale nic dobrego. Gadałem z lud

ź

mi na targu. Umiem 

troch

ę

 mówi

ć

 tym narzeczem. Pilnuj

ą

 jej bardzo. Jest zamkni

ę

ta we dnie i w 

nocy. Ta Namir nie odchodzi od niej.
–  A Sidi Hazam?
–  Wła

ś

nie liczymy na to, 

ż

e on obchodzi uroczy

ś

cie 

ś

wi

ę

to. Od rana ju

ż

 si

ę

 

kr

ę

ci po ulicach i słu

ż

bie pozwolił te

ż

 si

ę

 bawi

ć

.

–  A gdzie Sarcany?
–  Wła

ś

nie to najgorsze, 

ż

e Sarcany dzi

ś

 odprawia wart

ę

 w domu Sidi 

Hazama. Podobno pojutrze ma si

ę

 odby

ć

 jego 

ś

lub z pann

ą

 Saw

ą

. Tylko si

ę

 

ś

wi

ę

to sko

ń

czy.

–  Jak to?
–  Podobno Sarcany jest te

ż

 mahometaninem, je

ż

eli ten łotr jeszcze 

jak

ą

kolwiek religi

ę

 uznaje. I pojutrze ich mułła, czy jak go tam nazywaj

ą

, da 

mu 

ś

lub.

–  Nie dopu

ś

cimy do tego.

background image

–  Wła

ś

nie dzi

ś

 jest najodpowiedniejsza chwila, panie kapitanie. Niech nam 

pan pozwoli działa

ć

. Prosz

ę

 tylko, 

ż

eby pan i pan Bathary byli w pobli

ż

u. No, i 

rozumie si

ę

, uzbrojeni.

–  Co zamierzasz robi

ć

?

–  Nie mog

ę

 panu dokładnie tego powiedzie

ć

, bo sam jeszcze nie obmy

ś

liłem 

z Matifu szczegółów. W ka

ż

dym razie dostan

ę

 si

ę

 tam do 

ś

rodka.

–  Ja pójd

ę

 z tob

ą

 –  zawołał Piotr.

–  Ale nie t

ą

 sam

ą

 drog

ą

 –  u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 Pescada. –  Tymczasem 

ż

egnam 

panów, bo roboty jeszcze mamy du

ż

o. Za godzin

ę

 prosz

ę

 by

ć

 na tym placu.

Mały akrobata znikn

ą

ł a doktor i Piotr pocz

ę

li si

ę

 wolno posuwa

ć

 w zwartym 

tłumie. Doktor, władaj

ą

cy biegle kilkoma narzeczami arabskimi, mógł si

ę

 z 

łatwo

ś

ci

ą

 porozumie

ć

 z otaczaj

ą

cymi go lud

ź

mi. Piotr milczał, zbyt był bowiem 

wzruszony, by móc o czym innym my

ś

le

ć

 i mówi

ć

 ni

ż

 o głównym celu swojej 

wyprawy do Tripolisu.
W godzin

ę

 pó

ź

niej stan

ę

li na placu w pobli

ż

u domu Sidi Hazama. 

Zgromadziły si

ę

 tu ju

ż

 tłumy ludzi, które zwartym kołem otaczały par

ę

 

linoskoczków popisuj

ą

cych si

ę

 na 

ś

rodku placu. Jeden z nich, olbrzym o 

nadzwyczajnej sile, wprowadzał w podziw widzów, d

ź

wigaj

ą

c ci

ęż

ary, łami

ą

podkowy lub podnosz

ą

c po kilku m

ęż

czyzn, ciekawych nowych wra

ż

e

ń

D

ź

wigał ich jedn

ą

 r

ę

k

ą

, pozwalał stawa

ć

 na ramionach i głowie, mocował si

ę

 

z nimi, kład

ą

c zawsze swych przeciwników na obie łopatki. Ale zachwyt tłumu 

dosi

ę

gn

ą

ł zenitu, kiedy podniósł dr

ą

g, na którego ko

ń

cu wisiał uczepiony 

mały, zgrabny człowieczek. Olbrzym był ju

ż

 tylko podstaw

ą

, oparciem, 

estrad

ą

, na której akrobata wykonywał najtrudniejsze łama

ń

ce. Dosłownie 

latał, znikał, zjawiał si

ę

 znowu. Olbrzym oparłszy dr

ą

g na swej pot

ęż

nej piersi, 

zbli

ż

ał si

ę

 stale, chocia

ż

 nieznacznie, do muru okalaj

ą

cego dom Sidi 

Hazama. Dr

ą

g si

ę

gał prawie do gał

ę

zi akacji. Mały akrobata, uczepiony jedn

ą

 

r

ę

k

ą

, wykonywał jakie

ś

 zawiłe łama

ń

ce, gdy nagle z przeciwnej strony placu 

rozległy si

ę

 krzyki, strzały i wiwatowanie. Nadci

ą

gał oddział je

ź

d

ź

ców, który 

miał si

ę

 popisywa

ć

 zr

ę

czno

ś

ci

ą

 i odwag

ą

. Tłum na widok nowej zabawy 

poci

ą

gn

ą

ł za nimi. Olbrzym wykonał jeszcze kilka kroków, po czym rzucił dr

ą

na ziemi

ę

 i zmieszał si

ę

 z tłumem. Gdzie si

ę

 podział linoskoczek, nikt 

dokładnie nie wiedział. Zapadaj

ą

cy zmrok utrudniał przygl

ą

danie si

ę

 

ć

wiczeniom na tak znacznej wysoko

ś

ci.

XII

Pescada, wywijaj

ą

c kozły na ko

ń

cu dr

ą

ga, rzucał raz po raz spojrzenie w gł

ą

podwórza Sidi Hazama. Dostrzegł akacj

ę

 rosn

ą

c

ą

 tu

ż

 przy 

ś

cianie i w lot 

zrozumiał, 

ż

e po jej gał

ę

ziach mo

ż

na b

ę

dzie zsun

ąć

 si

ę

 na dół. Dostrzegł 

galeri

ę

 obiegaj

ą

c

ą

 naokoło całe podwórze i, co najwa

ż

niejsze, ani 

ś

ladu 

człowieka. Widocznie na bazarze dobrze go dzi

ś

 poinformowano. Jednym 

zr

ę

cznym, 

ś

miałym skokiem przerzucił si

ę

 z dr

ą

ga na akacj

ę

 i zawisł na 

gał

ę

zi. Obejrzał si

ę

 wokoło, namacał nó

ż

, schowany za ubraniem, i pocz

ą

ł 

cicho zsuwa

ć

 si

ę

 w dół. Wkrótce stan

ą

ł na por

ę

czy galerii. Lekko jak duch 

zeskoczył i pocz

ą

ł si

ę

 skrada

ć

 wzdłu

ż

 

ś

cian. Min

ą

ł jedno załamanie, potem 

drugie. Z ciemnych małych okien nie wymykał si

ę

 najdrobniejszy promie

ń

 

ś

wiatła. Nagle posłyszał skrzyp otwieranych drzwi. Przypadł do 

ś

ciany i 

rozpłaszczył si

ę

 dosłownie na murze. O kilka kroków przed nim otworzyły si

ę

 

background image

drzwi i stan

ę

ła w nich Namira, któr

ą

 Pescada widywał w Raguzie. Zataił dech 

w piersi. Cofn

ąć

 si

ę

 nie miał ju

ż

 czasu. Ale Namira skr

ę

ciła w przeciwn

ą

 

stron

ę

 i weszła do dalszych pokoi. Jednym skokiem znalazł si

ę

 Pescada na 

progu izdebki, z której wyszła stara Arabka. Mrok panuj

ą

cy nie pozwolił mu 

rozró

ż

ni

ć

 dokładnie sprz

ę

tów. Ale po chwili dostrzegł w k

ą

cie du

ż

y stos 

dywanów, a na nich le

żą

c

ą

 Saw

ę

. Dziewczyna miała zamkni

ę

te oczy. Mo

ż

spała, a mo

ż

e nie chciała patrze

ć

 na wchodz

ą

cego Pescad

ę

. Wzi

ę

ła go mo

ż

za star

ą

 czarownic

ę

, która ju

ż

 tyle jej nadokuczała. Pescada lekko, na 

czubkach palców, podsun

ą

ł si

ę

 do le

żą

cej i szeptem cichym, ale wyra

ź

nym, 

odezwał si

ę

 po w

ę

giersku:

–  Prosz

ę

, niech pani nie krzyknie. Niech si

ę

 pani nie porusza. Przysłał mnie 

tu pan Piotr Bathary.
Sawa zerwała si

ę

 i siadła na posłaniu. Opanowała si

ę

 jednak i nie zdradziła 

krzykiem. Spojrzała bacznie na stoj

ą

cego przed ni

ą

 człowieczka, ubranego w 

dziwaczny kostium akrobaty.
–  Kto pan jeste

ś

?

–  Stary znajomy. Spotkali

ś

my si

ę

 kiedy

ś

 na wiosn

ę

 na placu w Raguzie. 

Prosz

ę

, niech mi pani zaufa. Uciekajmy. Pan Bathary czeka na pani

ą

.

–  Jestem gotowa. Chod

ź

my.

–  Zaraz, zaraz. Czy to stare babsko wróci tu jeszcze?
–  Powinna niedługo wróci

ć

. Poszła do kuchni po kolacj

ę

 dla mnie.

–  Aha! Wi

ę

c mamy przed sob

ą

 jakie

ś

 kilka minut. Czy pani zna rozkład tego 

domu?
–  Nie. Nie wychodziłam z tego pokoju.
–  No, to trudno. Spróbujemy szcz

ęś

cia.

Sawa podała posłusznie r

ę

k

ę

 akrobacie i wyszli na galeri

ę

. Posuwali si

ę

 lekko 

i cicho, sun

ą

c wzdłu

ż

 

ś

cian domu. Co par

ę

 chwil stawali, nadsłuchuj

ą

bacznie. Nareszcie doszli do schodów, prowadz

ą

cych na podwórze. Pescada 

miał zamiar dotrze

ć

 do drzwi i złama

ć

 zamek no

ż

em. Liczył te

ż

 na pomoc z 

zewn

ą

trz. Ju

ż

 tylko niewielka przestrze

ń

 dzieliła ich od upragnionego celu. 

Nagle na pi

ę

trze stukn

ę

ły jakie

ś

 drzwi raz i drugi, rozległy si

ę

 szybkie kroki i 

gło

ś

ny krzyk:

–  Sarcany, Sarcany! Uciekła! Zatrzymaj Saw

ę

!

Sawa i Pescada stan

ę

li jak wryci. Nagle na dole otworzyły si

ę

 drugie drzwi i 

wypadł z nich Sarcany. Rzucił si

ę

 na schody. Na ten widok Sawa zawróciła i 

pocz

ę

ła szybko ucieka

ć

. Pescada pod

ąż

ył za ni

ą

. Młoda dziewczyna wróciła 

na galeri

ę

 i rzuciła si

ę

 w kierunku swego pokoju. Pescada zatrzymał si

ę

Czy

ż

by chciała dobrowolnie wróci

ć

 do wi

ę

zienia? Ale tymczasem stała si

ę

 

rzecz zgoła nieoczekiwana. Sawa biegła wprost na Namir

ę

, która, 

rozło

ż

ywszy r

ę

ce, gotowała si

ę

 pochwyci

ć

 zbiega. Nagle młoda dziewczyna 

odepchn

ę

ła z tak

ą

 sił

ą

 Namir

ę

ż

e stara, nie spodziewaj

ą

c si

ę

 ciosu 

wymierzonego młod

ą

, siln

ą

 r

ę

k

ą

, zachwiała si

ę

 i upadła. Sawa tymczasem 

dopadła miejsca, gdzie galeria tworzyła wystaj

ą

cy balkon, jednym skokiem 

przesadziła mur i znikn

ę

ła. Teraz dopiero Pescada ochłon

ą

ł i zrozumiał. Na 

wie

ść

ż

e Piotr 

ż

yje, Sawa otrz

ą

sn

ę

ła si

ę

 z apatii i postanowiła broni

ć

 si

ę

 z 

całych sił. Widz

ą

c, 

ż

e jej odebrano mo

ż

no

ść

 ucieczki, wolała 

ś

mier

ć

, ni

ż

 

mał

ż

e

ń

stwo z Sarcanym. Namira ochłon

ą

wszy ze zdumienia i upadku, 

zerwała si

ę

 na równe nogi i pobiegła za Sawa. Widz

ą

c jednak, 

ż

e dziewczyna 

przeskoczyła mur, zawróciła i pobiegła w stron

ę

 schodów. Spotkała si

ę

 z 

Sarcanym. W kilku oderwanych słowach opowiedziała co zaszło. Sarcany 
podał jej klucz do bramy i zawołał:

background image

–  Biegnij na dół. Sprz

ą

tnij zaraz ciało. Ja id

ę

 po strzelb

ę

. Spiesz si

ę

.

Na to czekał Pescada. Pomkn

ą

ł jak duch za star

ą

 Arabka i w chwili, kiedy 

wkładała klucz do bramy, zarzucił jej na usta szal, którym stara była okryta, 
zakneblował usta, wyrwał klucz z r

ę

ki i odepchn

ą

ł z całych sił. W mgnieniu 

oka otworzył drzwi, skoczył i znikł w ciemno

ś

ciach.

W par

ę

 chwil pó

ź

niej nadbiegł Sarcany. Stara oswobodziwszy si

ę

 z 

kr

ę

puj

ą

cych j

ą

 wi

ę

zów pocz

ę

ła lamentowa

ć

, tłumaczy

ć

 si

ę

 i usprawiedliwia

ć

Ale Sarcany, widz

ą

c, 

ż

e skutkiem jej niezaradno

ś

ci dał si

ę

 jakiemu

ś

 

nieznanemu osobnikowi wywie

ść

 w pole, 

ż

e stracił Saw

ę

, wpadł we 

w

ś

ciekło

ść

. Z głuchym przekle

ń

stwem rzucił si

ę

 na Namir

ę

 i podnosz

ą

zaci

ś

ni

ę

te pi

ęś

ci uderzył j

ą

 z całych sił w głow

ę

. Stara z cichym j

ę

kiem 

osun

ę

ła si

ę

 martwa na ziemi

ę

. Tak si

ę

 odwdzi

ę

czył za jej psie przywi

ą

zanie i 

miło

ść

, któr

ą

 dla niego 

ż

ywiła.

XIII

Matifu, rozstawszy si

ę

 w troch

ę

 dziwny sposób ze swoim koleg

ą

, nie 

przestawał kr

ąż

y

ć

 koło domu Sidi Hazama. Obliczał sobie dokładnie ile czasu 

musiał zu

ż

y

ć

 jego mały przyjaciel na rozejrzenie si

ę

 w polu działania. 

Przyło

ż

ył ucho do 

ś

ciany. Doleciał go skrzyp otwieranych drzwi, a w jaki

ś

 czas 

ź

niej krzyk i tupot biegn

ą

cych nóg. Przeczuwaj

ą

c, 

ż

e to Pescada ucieka, 

pocz

ą

ł biec równolegle z nim, tylko z zewn

ę

trznej strony muru. Dostrzegł 

wystaj

ą

cy balkon. Jednym skokiem był pod nim i spojrzał w gór

ę

. Jaka

ś

 

posta

ć

 zarysowała si

ę

 na szczycie muru i skoczyła na dół. Matifu wparł si

ę

 

mocno nogami w ziemi

ę

 i rozstawił szeroko r

ę

ce, jak to zwykł czyni

ć

, kiedy 

ż

onglował swym małym przyjacielem i zachwycał widzów zr

ę

czno

ś

ci

ą

. Nawet 

si

ę

 nie zachwiał, kiedy w ramiona spadła mu kobieta. Postawił j

ą

 lekko na 

ziemi i odezwał si

ę

 

ż

artobliwie:

–  Jest pani niewiele ci

ęż

sza od Pescady. Mam nadziej

ę

ż

e si

ę

 pani nic nie 

stało.
Sawa spojrzała przytomnie.
–  Panie, uciekajmy! Goni

ą

 mnie.

–  Zaraz to zrobimy. Ale musz

ę

 zabra

ć

 z tego przekl

ę

tego domu jeszcze 

jedn

ą

 mał

ą

 osóbk

ę

. Prosz

ę

, niech si

ę

 pani poł

ą

czy z tymi dwoma panami a 

ja...
Nagle nadstawił uszu i jak strzała pomkn

ą

ł do przeciwległej 

ś

ciany, w której 

mie

ś

ciły si

ę

 małe drzwi. Zza muru doleciał go jaki

ś

 hałas i szamotanie. Nagle 

drzwi otwarły si

ę

 z impetem i wybiegł z nich Pescada, a za nim Sarcany. Mały 

linoskoczek pocz

ą

ł ucieka

ć

, klucz

ą

c jak zaj

ą

c. Sarcany natomiast zatrzymał 

si

ę

 o kilka kroków przed domem i, podniósłszy strzelb

ę

 do ramienia, wzi

ą

ł na 

cel uciekaj

ą

cego.

Na ten widok krew zawrzała w Matifu. Jak lwica, broni

ą

ca swe małe, skoczył 

do Sarcany'ego. Jednym pot

ęż

nym uderzeniem wytr

ą

cił mu strzelb

ę

 z r

ę

ki i z 

całych sił uderzył go pi

ęś

ci

ą

 w pier

ś

. Sarcany j

ę

kn

ą

ł i padł zemdlony na 

ziemi

ę

. Nagle obok Matifu stan

ą

ł Mateusz Sandorf.

–  Co robisz Matifu? Miałe

ś

 go wzi

ąć

 

ż

ywcem.

Olbrzym oprzytomniał. Bez słowa nachylił si

ę

 nad le

żą

cym. D

ź

wign

ą

ł go na 

r

ę

ce i, owin

ą

wszy w długi płaszcz, pocz

ą

ł i

ść

 za doktorem. Po chwili poł

ą

czyli 

si

ę

 z Piotrem i Saw

ą

. Mały Pescada ju

ż

 przebrany, a wła

ś

ciwie zawini

ę

ty w 

background image

długi burnus, opowiadał Piotrowi swoje przej

ś

cia.

Noc ciemna pozwoliła im wyj

ść

 niepostrze

ż

enie z miasta. A w godzin

ę

 pó

ź

niej 

łód

ź

 podwodna unosiła wszystkich w kierunku Antekirty.

XIV

Czy s

ą

 w j

ę

zyku ludzkim wyrazy, którymi mo

ż

na by opisa

ć

 pełni

ę

 szcz

ęś

cia 

ludzkiego. Kto zdoła wypowiedzie

ć

 dr

ż

enie serca, wezbranego wdzi

ę

czno

ś

ci

ą

 

do Boga, za doznane dobrodziejstwa. Kto opisze blask oczu promieniuj

ą

cych 

rado

ś

ci

ą

 i łzami wesela? Kto zdoła wypowiedzie

ć

 my

ś

li tłocz

ą

ce si

ę

 w głowie. 

Tyle, tyle rzeczy prze

ż

ytych, przebolałych, a nale

żą

cych ju

ż

 szcz

ęś

liwie do 

przeszło

ś

ci.

Mijały dnie za dniami, a Sawa nie mogła oprzytomnie

ć

 z nadmiaru przebytych 

wra

ż

e

ń

. Miała ojca, ona, biedne, bezbronne dziecko, z którym los obchodził 

si

ę

 tak nielito

ś

ciwie. Miała ojca dzielnego, rozumnego, gor

ą

cego patriot

ę

człowieka, którym si

ę

 mogła szczyci

ć

. Ona, która tak niedawno uwa

ż

aj

ą

c si

ę

 

za córk

ę

 Toronthala, wstydzi

ć

 si

ę

 musiała za czyny tego człowieka.

Przy boku swym miała narzeczonego, kochanego i kochaj

ą

cego. Nie groziło 

jej mał

ż

e

ń

stwo ze zbrodniarzem. W pani Bathary odnalazła drug

ą

 matk

ę

pełn

ą

 serdeczno

ś

ci i miło

ś

ci. Wokół siebie twarze 

ż

yczliwe, u

ś

miechni

ę

te. A w

przyszło

ś

ci 

ż

ycie pełne szcz

ęś

cia, wolne od trosk i zmartwie

ń

. Tote

ż

 młoda 

dziewczyna chodziła, jak we 

ś

nie, nie rozumiej

ą

c cz

ę

stokro

ć

, co do niej 

mówiono. Ojciec nie rozstawał si

ę

 z ni

ą

 ani na chwile. Narzeczony dnie całe 

sp

ę

dzał przy niej, a wszyscy starali si

ę

 odsun

ąć

 od niej jak najdalej smutne 

wspomnienia. Nic te

ż

 dziwnego, 

ż

e nie wiedziała nic o losie swoich 

prze

ś

ladowców. Nie pytała o nich. Zdawało si

ę

ż

e nie pami

ę

tała zupełnie, 

ż

kiedy

ś

 istnieli.

Natomiast doktor i Bathary my

ś

leli cz

ę

sto o losie swoich je

ń

ców. Sarcany 

przywieziony do podziemi zamku Antekirta, został umieszczony w celi 
s

ą

siaduj

ą

cej z cel

ą

 bankiera i Car– peny. Natomiast 

ż

aden z nich nie wiedział 

o drugim. Godziny spacerów i posiłków były tak rozło

ż

one, 

ż

e ka

ż

dy my

ś

lał, 

ż

e jest sam tylko wi

ęź

niem pot

ęż

nego doktora. Dozorcy nie odpowiadali na 

zadawane im pytania i nic nie mówiło wi

ęź

niom, jaki los ich czeka.

Tymczasem mijały tygodnie i zbli

ż

ał si

ę

 dzie

ń

 

ś

lubu Sawy Ilony Sandorf z 

Piotrem Batharym. Pewnego wieczora poprosił doktor par

ę

 narzeczonych do 

swego gabinetu.
–  Moje dziecko –  zwrócił si

ę

 do córki –  za kilka dni odb

ę

dzie si

ę

 wasz 

ś

lub. 

Wszelkimi kwestiami finansowo– prawnymi, zwi

ą

zanymi z odzyskaniem dla 

ciebie spadku, zajmie
si

ę

 Piotr. S

ą

dz

ę

ż

e nie b

ę

dziecie mnie na długo ani cz

ę

sto opuszczali. Wiesz 

przecie

ż

ż

e ze swej kochanej wyspy nie rusz

ę

 si

ę

 do 

ś

mierci. Ale mam 

jeszcze do uregulowania jedn

ą

 spraw

ę

, w której chc

ę

 zasi

ę

gn

ąć

 twojej rady. 

Znasz dobrze szczegóły spisku, aresztowania i 

ś

mierci moich dwóch 

najlepszych przyjaciół. Poniewa

ż

 ja jeden unikn

ą

łem strasznej 

ś

mierci, 

postanowiłem odszuka

ć

 winnych i ukara

ć

 ich tak, jak na to zasługiwali. 

Widocznie zamierzenia moje nie sprzeciwiały si

ę

 wyrokom Opatrzno

ś

ci, skoro 

dzi

ś

 jestem stokrotnie przez Stwórc

ę

 wynagrodzony i za wszystkie moje 

cierpienia otrzymałem zado

ść

uczynienie. A ponadto wszystkich trzech 

zdrajców mam w swym r

ę

ku. Nadszedł dla nich czas kary. Gdybym si

ę

 

background image

odwołał do s

ą

dów, wznowił raz jeszcze spraw

ę

, poruszył stare, zapomniane 

dzieje, jestem pewien, 

ż

e dosi

ę

głaby tych trzech zbrodniarzy karz

ą

ca r

ę

ka 

sprawiedliwo

ś

ci. Poza spraw

ą

 zdradzenia spisku, maj

ą

 tyle zbrodni na 

sumieniu, 

ż

e nie unikn

ę

liby szubienicy. Ale nie chc

ę

 s

ą

dów ludzkich. Za 

ś

mier

ć

 moich dwóch przyjaciół, za moj

ą

 tułaczk

ę

, wreszcie za cierpienia, 

których ty, moje dziecko, doznała

ś

, postanowiłem ukara

ć

 ich sam. Chodzi 

tylko o wymiar i rodzaj kary. Nie chc

ę

 by

ć

 stronniczym. Powiedz na jaki rodzaj 

pokuty zasłu

ż

yli według ciebie ci ludzie?

Ilona podniosła na ojca swe promienne oczy.
–  Moje cierpienia i doznane przykro

ś

ci s

ą

 drobnostk

ą

 w porównaniu z tym, 

co

ś

 ty, ojcze, przecierpiał, i biedna pani Bathary. Wasz głos byłby w tej 

sprawie decyduj

ą

cy. O jedno ci

ę

 tylko ojcze poprosz

ę

. Nie skazuj ich na 

ś

mier

ć

.

–  Dlaczego?
–  Mam wra

ż

enie, 

ż

e dopóki człowiek 

ż

yje, mo

ż

e si

ę

 jeszcze poprawi

ć

. Mo

ż

e i 

w tych sercach przemówi sumienie.
–  Jak

ż

e to, moje dziecko? Mam ich pu

ś

ci

ć

 wolno? Przecie

ż

 tacy ludzie, nie 

mog

ą

c szkodzi

ć

 nam, nie przestan

ą

 by

ć

 szkodliwi dla społecze

ń

stwa. Czy 

s

ą

dzisz, 

ż

e Sarcany nie zorganizuje nowej szajki bandytów, a Carpena nie 

b

ę

dzie mu w tym pomagał? Czy my

ś

lisz, 

ż

e Toronthal nie zacznie znowu 

nadu

ż

ywa

ć

 zaufania łatwowiernych ludzi?

–  By

ć

 mo

ż

e, ojcze. Ale pobyt w wiezieniu nie poprawi ich. Daj im jak

ąś

 prac

ę

Antekirta jest przystani

ą

 tylu nieszcz

ęś

liwych. Znajdzie si

ę

 miejsce i dla nich.

–  Antekirta jest mieszkaniem ludzi wolnych, Tych trzech musiałbym strzec 
nieustannie.
–  A gdyby posia

ć

 ich na Imale –  odezwał si

ę

 Piotr, przysłuchuj

ą

c si

ę

 w 

milczeniu całej rozmowie.
–  Jak to, a nasz skład prochu i amunicji?
–  Prosz

ę

 pana, nasza prochownia jest tak ukryta w podziemiach, a dost

ę

p do 

niej tak trudny, 

ż

e kto

ś

 nie znaj

ą

cy planu, nigdy do niej nie trafi.

–  Co to jest Imała? –  spytała Ilona.
–  Widzisz dziecko, ze wzgl

ę

du na bezpiecze

ń

stwo An– tekirty i jej 

mieszka

ń

ców, kazałem przenie

ść

 prochowni

ę

 i składy amunicji na mał

ą

 

wysepk

ę

, która równie

ż

 do mnie nale

ż

y, a jest oddalona o 5 kilometrów od 

Antekirty. Nie była

ś

 jeszcze w zachodniej cz

ęś

ci wyspy. Tam z niewysokiego 

pagórka wida

ć

 dokładnie drzewa i krzewy na Imali. Zało

ż

yli

ś

my tam du

ż

ogród. Zbudowałem kilka domków dla ogrodnika i jego pomocników.
–  Piotr ma słuszno

ść

, ojcze –  odparła Ilona. –  Przenie

ś

 ich na t

ę

 wysp

ę

Pozwól im pracowa

ć

 w ogrodzie. Jestem pewna, 

ż

e samotno

ść

 i obcowanie z 

przyrod

ą

 pozwol

ą

 im zastanowi

ć

 si

ę

 gł

ę

biej nad ich przeszło

ś

ci

ą

. A z czasem 

wykierujesz ich na obywateli godnych zamieszkania na Antekircie.
–  Mo

ż

e masz słuszno

ść

, dziecko. Jutro nasi wi

ęź

niowie b

ę

d

ą

 odwiezieni na 

Imale. Poprosz

ę

 ci

ę

 Piotrze, 

ż

eby

ś

 był łaskaw dopilnowa

ć

ż

eby im niczego 

na nowym gospodarstwie nie brakowało. Niech si

ę

 zabior

ą

 do uczciwej pracy.

XV

Na drugi dzie

ń

 rano wyprowadzono wi

ęź

niów z cel. Dozorca przyniósł im 

nowe ubrania, płaszcze i wr

ę

czył ka

ż

demu z nich kuferek z niezb

ę

dn

ą

 

background image

bielizn

ą

 i ubraniem. Po czym trzy łodzie, płyn

ą

ce w znacznym oddaleniu od 

siebie, przewiozły Sar– cany'ego, Toronthala i Carpen

ę

 na mał

ą

 wysepk

ę

. Tu 

ka

ż

demu z nich dozorca wskazał mały domek, zaopatrzony we wszystko co 

człowiek pracuj

ą

cy na roli potrzebowa

ć

 mo

ż

e. Pokazał kawałek ogrodu, który 

wi

ę

zie

ń

 miał uprawia

ć

 i zapowiedział, 

ż

e raz na tydzie

ń

 b

ę

dzie przyje

ż

d

ż

a! 

kto

ś

 z Antekirty. Plony zebrane przez wi

ęź

niów mogły by

ć

 w dowolnej ilo

ś

ci 

zu

ż

yte na ich własne potrzeby, reszta sprzedana dozorcy. Pieni

ą

dze 

uzyskane w ten sposób miały stanowi

ć

 kapitał, który zostanie wr

ę

czony 

wi

ęź

niowi wtedy, kiedy oka

ż

e si

ę

 godny zamieszkania na Antekircie.

Skazani rozmaicie wysłuchali tego dziwnego wyroku. Nie wiedzieli nawzajem 
o swoim istnieniu. Nie wiedzieli równie

ż

ż

e za jak

ąś

 godzin

ę

 spotkaj

ą

 si

ę

 na 

wysepce. Carpena nie zrozumiał wiele z przemowy dozorcy. Jasnym mu tylko 
było,

ż

e go nie zabij

ą

 ani zamkn

ą

 w ciemnym lochu, a b

ę

dzie mógł przebywa

ć

 

na 

ś

wie

ż

ym powietrzu i pracowa

ć

 tak, jak to robił w młodo

ś

ci. Przyj

ą

ł wi

ę

swój wyrok z u

ś

miechem. Tornthal przygn

ę

biony wysłuchał oboj

ę

tnie 

wszystkiego, co mu powiedział dozorca, i milcz

ą

c skierował si

ę

 w stron

ę

 

małego domku, który miał by

ć

 odt

ą

d jego mieszkaniem. Natomiast Sarcany 

rozgl

ą

dał si

ę

 bacznie na wszystkie strony. Za

ś

miał si

ę

 ironicznie słuchaj

ą

słów dozorcy i odparł, wzruszaj

ą

c ramionami:

–  Grubo si

ę

 mylicie, s

ą

dz

ą

c, 

ż

e b

ę

d

ę

 pracował na waszego doktora.

Po czym skierował si

ę

 w gł

ą

b wysepki, postanawiaj

ą

c zbada

ć

 jej poło

ż

enie i 

skombinowa

ć

 plan ucieczki.

Na Antekircie tymczasem wszyscy odetchn

ę

li, pozbywszy si

ę

 wi

ęź

niów. 

Pocz

ę

to robi

ć

 wielkie przygotowania do 

ś

lubu. Doktor bowiem pragn

ą

ł, 

ż

eby 

w tej uroczysto

ś

ci wzi

ę

li udział wszyscy mieszka

ń

cy szcz

ęś

liwej wyspy.

W tydzie

ń

 pó

ź

niej w małym jasnym ko

ś

ciółku ksi

ą

dz poł

ą

czył stuł

ą

 r

ę

ce Piotra 

Bathary'ego i Sawy Ilony Sandorf. Wkrótce potem młoda para wyjechała na 
krótki czas na W

ę

gry, gdzie Piotr Bathary pocz

ą

ł dochodzi

ć

 praw 

maj

ą

tkowych swojej młodej 

ż

ony.

Na wyspie pozostał w zamku Mateusz Sandorf, pani Bathary, Maria, Borik, 
Matifu i Pescada. Pewnego dnia doktor wezwał obu przyjaciół do siebie.
–  Moi drodzy! Min

ą

ł ju

ż

 rok jake

ś

my si

ę

 zwi

ą

zali dobrowoln

ą

 umow

ą

. Nie 

miałem lepszych i bardziej oddanych sobie przyjaciół i sprzymierze

ń

ców. Ale 

nadeszła godzina porachunków. Pami

ę

tam, 

ż

e chcieli

ś

cie obaj wróci

ć

 do 

Francji. Przygotowałem wi

ę

c dla obydwóch umówion

ą

 sum

ę

. Chciałem tylko 

wiedzie

ć

, kiedy chcieliby

ś

cie wyjecha

ć

 i czy nie mógłbym w czymkolwiek 

jeszcze wam pomóc?
Obaj przyjaciele nie odpowiedzieli ani słówka. Matifu, czerwony jak burak, 
mi

ą

ł czapk

ę

 w r

ę

ku, przest

ę

puj

ą

c z nogi na nog

ę

. Natomiast Pescada pocz

ą

ł 

si

ę

 kr

ę

ci

ć

 niespokojnie i raz po raz tr

ą

cał w bok swego przyjaciela.

–  No gadaj

ż

e, przecie

ż

 to twoja sprawa. Doktor na ten widok u

ś

miechn

ą

ł si

ę

.

–  Có

ż

 si

ę

 stało Matifu? Czy

ż

by tak odwa

ż

nemu chłopakowi zabrakło tym 

razem 

ś

miało

ś

ci?...

–  Bo ja... bo ja... –  j

ą

kał olbrzym. –  Niech Pescada powie. Jemu to przyjdzie 

łatwiej.
–  Powiedz, Pescado –  zach

ę

cał doktor.

–  No pewnie, 

ż

e powiem, ale nie s

ą

dziłem, 

ż

e ten Matifu taki niedoł

ę

ga. Nic 

beze mnie nie potrafi. Otó

ż

, prosz

ę

 pana, Matifu wcale nie ma ochoty wraca

ć

 

do Francji. Przeciwnie, chciałby dosta

ć

 w dzier

ż

aw

ę

 działk

ę

 ziemi, która 

przylega do zamku od południowej strony, a która jest bez uzytku.Chciałby 
wybudowa

ć

 sobie domek i... i...

background image

–  No i có

ż

?

–  I o

ż

eni

ć

 si

ę

, prosz

ę

 pana.

–  Z kim?
–  Z Mari

ą

, prosz

ę

 pana. Ale je

ż

eli on tak zawsze b

ę

dzie milczał, to pewnie ja 

si

ę

 b

ę

d

ę

 musiał za niego o

ś

wiadczy

ć

, a mo

ż

e i o

ż

eni

ć

.

–  To, to ju

ż

 sam zrobi

ę

 –  b

ą

kn

ą

ł Matifu. –  Prosz

ę

 pana, Maria dawno mi 

sprzyjała. Tylko nie chciała opu

ś

ci

ć

 pani Bathary i pana. Dlatego nie 

wiedziałem, co mam robi

ć

.

–  Ale

ż

 naturalnie, zosta

ń

, mój kochany chłopcze. Spraw

ę

 ziemi załatwimy 

dzi

ś

 jeszcze. Na razie mo

ż

esz mieszka

ć

 w pałacu, a domek wybudujemy za 

miesi

ą

c. Zostaniesz obywatelem Antekirty. No a ty, Pescada, kiedy 

zamierzasz wyjecha

ć

?

Bezgraniczne zdumienie odbiło si

ę

 na twarzy małego linoskoczka.

–  Jak to wyjecha

ć

? Ja bez Matifu? Ja zostaj

ę

 z Matifu. Znajdzie on w swoim 

domku pokoik dla mnie. A pracuj

ę

 w warsztatach i nie b

ę

d

ę

 mu ci

ęż

arem.

–  No, to chwała Bogu –  za

ś

miał si

ę

 doktor. –  Spadł mi ci

ęż

ar z serca. Bo 

przyznam si

ę

 wam, 

ż

ż

al by mi było rozstawa

ć

 si

ę

 z wami.

–  Tote

ż

 nigdy to nie nast

ą

pi, panie kapitanie –  odparł Matifu. –  B

ę

dzie pan 

miał w nas zawsze oddanych ludzi.
–  No, a powiedzcie mi, co si

ę

 dzieje na Imali. Zdaje mi si

ę

ż

e ostatnio Matifu 

je

ź

dził na wysp

ę

 z dozorc

ą

.

–  Owszem byłem –  odparł olbrzym. –  Ale prosz

ę

 pana, diabła to nawet anioł 

nie poprawił. Widziałem tylko Carpen

ę

. Troch

ę

 pracuje, ale to pró

ż

niak i 

naprawd

ę

 to woli si

ę

 wylegiwa

ć

 na sło

ń

cu ni

ż

 zabra

ć

 si

ę

 do pracy. 

–  No, a dwaj inni?
–  Bankier nie robi nic. A Sarcany grozi, 

ż

e ich wszystkich własnor

ę

cznie 

zadusi. Mówi, 

ż

e gdyby nie oni, nigdy by nie wpadł w pana r

ę

ce. Kłóc

ą

 si

ę

 

podobno cały dzie

ń

.

–  Czy niczego im nie brak?
–  Ale, bro

ń

 Bo

ż

e. Pan Piotr zaopatrzył ich obficie we wszystko, czego dusza 

zapragnie. To bogata i urodzajna wyspa. Ogrodnik, który tam mieszkał, a 
teraz przeniesiony został do pałacowego parku, nie mo

ż

e od

ż

ałowa

ć

 

mieszkania na Imali.
–  No i 

ż

yczy tym łotrom pr

ę

dkiej i gwałtownej 

ś

mierci –  wtr

ą

cił z u

ś

miechem 

Pescada.
Doktor zamy

ś

lił si

ę

. Po

ż

egnał obu przyjaciół i pocz

ą

ł zastanawia

ć

 si

ę

, czy 

jego wymiar sprawiedliwo

ś

ci osi

ą

gnie upragniony cel Sawy.

Ale widocznie ciche 

ż

yczenie ogrodnika z Imali miało jak

ąś

 nadzwyczajn

ą

 

sił

ę

,  bo pewnej  nocy  mieszka

ń

cy Antekirty zbudzeni zostali ogłuszaj

ą

cym 

hukiem. Nie ulegało w

ą

tpliwo

ś

ci, 

ż

e prochownia na Imali wyleciała w 

powietrze. Od strony bowiem wysepki nadci

ą

gn

ą

ł ci

ęż

ki obłok gryz

ą

cego 

dymu. Ze wzgl

ę

du na bezpiecze

ń

stwo swoich ludzi, doktor nie pozwolił jecha

ć

 

nikomu na wysepk

ę

 wcze

ś

niej ni

ż

 w kilka godzin po wybuchu. O 

ś

wicie łód

ź

 z 

kilkoma marynarzami  i Matifu skierowała si

ę

 na Imal

ę

. Straszny widok 

przedstawił si

ę

 ich oczom. Z podziemia, gdzie była mała prochownia i skład 

broni,  nie  pozostało  ani   

ś

ladu.   Gł

ę

boka  wyrwa  w  ziemi wskazywała 

tylko dokładnie miejsce, gdzie nast

ą

pił wybuch. Szcz

ęś

ciem, 

ż

e siła wybuchu 

została skierowana w stron

ę

 morza i wypiel

ę

gnowany ogród, a przede 

wszystkim mieszkanie ogrodnika, uległy tylko drobnym uszkodzeniom. 
Wypadły szyby i zarysował si

ę

 mur w oran

ż

erii. Natomiast nie znaleziono ani 

ś

ladu owych trzech wi

ęź

niów. Widocznie zgin

ę

li przy wybuchu. Czy był to 

background image

przypadek, który wprowadził ich na 104

ś

lad prochowni, czy piekielna zemsta Sarcany'ego, trudno odgadn

ąć

. W 

ka

ż

dym razie mieszka

ń

cy Antekirty zostali raz na zawsze oswobodzeni od 

swych niemiłych s

ą

siadów, a ogrodnik jeszcze tego

ż

 wieczora powrócił do 

piel

ę

gnowania pn

ą

cych ró

ż

, które powinny były zakwitn

ąć

 na przywitanie 

Sawy Ilony i które staruszek ochrzcił nazw

ą

 "Sawa la bella".