background image

Sadie Matthews 

 

Obietnice po zmierzchu

 

Z angielskiego przełożyła Patrycja Zarawska

 

 

background image
background image
background image

 

Dla 

 

J.T.

background image

Rozdział pierwszy

Siedzę w błyszczącym, luksusowym bentleyu, opierając się o

czarną skórzaną tapicerkę, i przez przyciemnioną szybę spoglądam
na zaśnieżone ulice Petersburga. Z przodu jadą kierowca i zwalisty
ochroniarz, obaj o szerokich karkach, krótko ostrzyżeni na jeża. 
Drzwi samochodu są zamknięte i zabezpieczone blokadą, guzik 
pod oknem tkwi zagłębiony w czarnym skórzanym obiciu. Przez 
chwilę wyobrażam sobie, że próbuję wyciągnąć go na siłę 
paznokciami, ale wiem, że to nie jest możliwe. Nie ma dla mnie 
ucieczki. Gdybym się nawet wydostała z wozu, dokąd pójdę? Nie 
znam tego miasta, nie mówię po rosyjsku i nie mam pieniędzy. 
Nawet mój paszport zamknięto w hotelowym sejfie. Ponadto 
ostrzeżono mnie, że to miejsce jest niebezpieczne, że ze względu 
na zagrożenia, dla mojego własnego dobra poza hotelem nie wolno
mi się nigdzie ruszać samej. Mam wprawdzie komórkę, ale nie 
wiem, do kogo mogłabym zadzwonić. Rodzice są daleko, w 
Anglii. Całym sercem pragnę być tam teraz z nimi, wejść do naszej
przytulnej kuchni, gdzie tato czyta gazetę przy filiżance herbaty, a 
mama krząta się, usiłując robić sześć rzeczy naraz, i przegania tatę,
żeby jej nie zawadzał. Na gazie gotuje się coś smakowitego, a 
radio nadaje jakiś koncert muzyki klasycznej. Obraz jest tak 
wyrazisty, że niemal czuję zapach potrawki, słyszę dźwięki 
muzyki. Chcę podbiec do rodziców, uściskać ich i powiedzieć, 
żeby się nie martwili. Ale oni się przecież nie martwią. Wiedzą, 
gdzie jestem. Są przekonani, że zadbano o moje bezpieczeństwo. I 
to prawda. Jestem bardzo dobrze strzeżona. Zbyt dobrze? Staram 
się stłumić drżenie, które lada chwila może wstrząsnąć moim 
ciałem.
 

Intensywnie niebieskie oczy. Wiem, że są we mnie utkwione,

nie muszę nawet zerkać na siedzącego obok człowieka. Czuję, jak 
jego laserowe spojrzenie pali mi skórę, i jestem aż nadto świadoma
obecności jego ciała, od którego oddziela mnie szerokość 

background image

środkowego siedzenia. Nie chcę, żeby się dowiedział o moim 
przerażeniu.
 

„Znów twoja bujna wyobraźnia!” – strofuję sama siebie. – 

„Kiedyś cię zgubi. Absolutnie nic ci nie grozi. Nie zatrzymamy się 
tutaj długo. Wyjeżdżamy pojutrze”.
 

Ta wycieczka powinna być dla mnie spełnieniem marzeń. 

Jestem tu, ponieważ mój szef Mark zachorował i nie może sam 
zająć się sprawami w Petersburgu. Mimo smutnych okoliczności, 
dla kogoś takiego jak ja to niesamowita okazja. Zawsze pragnęłam 
zwiedzić Ermitaż, znaleźć się w tej ogromnej skarbnicy dzieł 
sztuki. I oto właśnie tam jadę, nawet nie do sal wystawowych, 
tylko do samego serca galerii, na spotkanie z jednym z jej 
ekspertów. Tu, w Ermitażu, dokładnie zbadano zaginione i ostatnio
odnalezione malowidło Fra Angelica, które zakupił Andriej 
Dubrowski. Zaraz mamy się dowiedzieć, czy dzieło jest 
autentykiem. Taka wycieczka zdarza się raz na całe życie, 
powinnam więc być podekscytowana, upojona szczęściem.
 

„Nie bać się”.

 

Próbuję przygasić słowa, zanim mi zabrzmią w głowie. Nie 

boję się. Czego miałabym się obawiać? A jednak…
 

Wylądowaliśmy zeszłej nocy po podróży odbytej prywatnym 

odrzutowcem Dubrowskiego. Jak zwykle formalności na lotnisku 
załatwiono szybko i poufnie. Zastanawiałam się, jakby to było, 
gdybym musiała wystać się w kolejkach do kontroli dokumentów i
odprawy bagażowej oraz wędrować daleko w poszukiwaniu 
bramki swojego lotu. Tymczasem jestem traktowana jak VIP i jeśli 
nie będę na siebie uważać, zatracę kontakt z normalnym światem. 
Prosto z samolotu przeszliśmy do ogromnej czarnej limuzyny – 
nieco bardziej krzykliwej niż spodziewałabym się, znając gust 
Dubrowskiego, ale może w Rosji sprawy wyglądają inaczej – i 
pomknęliśmy drogą szybkiego ruchu do Petersburga.
 

– Jak ci się podoba Rosja? – zagadnął Andriej, kiedy wóz 

pędził, sprawnie wymijając inne samochody na szosie. 
 

Wbiłam wzrok w okno, ale nie było za bardzo nic widać. 

Daleko z przodu ciemność wydawała się zabarwiona 

background image

pomarańczowym odcieniem – na nocnym niebie kładła się łuna 
świateł wielkiego miasta.
 

– Trudno powiedzieć – odparłam. – Rano będę miała jakieś 

zdanie.
 

Andriej roześmiał się.

 

– Wiem, co wtedy powiesz. Że jest okropnie zimno. Uwierz 

mi, w porównaniu z Petersburgiem Londyn wyda ci się 
tropikalnym rajem.
 

Odpowiedziałam śmiechem i miałam nadzieję, że zabrzmiał 

on przekonująco. Już podczas lotu w moje emocje wkradł się 
zamęt. Andriej, dla którego pracuję od kilku tygodni, wyjawił, że 
wie o moim związku z Dominikiem oraz o naszym rozstaniu. 
Mimo to nie zadał sobie trudu, by oszczędzić mi przykrości, i 
poinformował, że jeżeli o niego chodzi, Dominic jest teraz jego 
wrogiem. A potem dodał te trzy słowa, które przewróciły mój świat
do góry nogami.
 

„Koniec z pogrywaniem”.

 

Dokładnie to samo powiedział do mnie mężczyzna, z którym 

kochałam się namiętnie w ciemności podczas imprezy w 
katakumbach. Wtedy myślałam, że to Dominic, lecz odkąd 
usłyszałam identyczne słowa w samolocie, zaczęłam się obawiać, 
że byłam tam jednak z Andriejem. Wspomnienia są niejasne, 
ponieważ niemal na pewno wcześniej na imprezie zostałam 
potraktowana jakimś narkotykiem. Najprawdopodobniej dosypała 
mi go do drinka Anna, obecnie była pracownica i ekskochanka 
Andrieja, której zaborcze uczucia względem Dominica sprawiły 
nam wiele kłopotów.
 

Na samą myśl o tamtej dziwnej podziemnej imprezie czuję, 

jak mi się coś przewraca w żołądku.
 

„Jeżeli kochałam się wtedy z Andriejem, nie byłam wierna 

Dominicowi, świadomie czy nie. A jeśli Andriej zalicza się do tego
rodzaju mężczyzn, którzy potrafią wykorzystać kobietę, podczas 
gdy ona nie jest sobą, do czego jeszcze będzie zdolny?”.
 

Zerkam szybko na niego. Na chwilę odrywa ode mnie wzrok,

pochyla się do przodu i mruczy coś po rosyjsku do ochroniarza. W 

background image

jego atrakcyjnym wyglądzie kryje się coś groźnego, pod ciemnym 
płaszczem rysują się szerokie ramiona, ręce są duże i silne. 
Idealnie skrojony czarny wełniany garnitur nie jest w stanie 
zatuszować charakteru muskularnego twardziela. W pobrużdżonej 
twarzy lśnią przeszywająco niebieskie oczy, pozbawione uśmiechu
usta i lekko wystająca dolna warga świadczą o uporze. Mimo że 
kocham Dominica, nieraz zdarza mi się poczuć bijącą od Andrieja 
magnetyczną siłę przyciągania. Nienawidzę siebie za to, ale nie 
mogę nic poradzić. Zapewne dlatego taką udrękę sprawia mi 
przypuszczenie, że to być może z nim kochałam się tak namiętnie, 
oparta o zimną kamienną ścianę jaskini – jakaś część mojej 
podświadomości wiedziała, że tego pragnę, choć próbowałam to 
sobie wyperswadować.
 

Gdyby to była prawda, nie mogłabym powiedzieć, że działał 

wbrew moim życzeniom. Zapytał, czy tego chcę, a ja niemal 
błagałam go, żeby mnie pieprzył jak najmocniej. Seks 
zdecydowanie odbył się za obopólną zgodą.
 

„Z wyjątkiem jednego, drobnego szczegółu: jego tożsamości.

Czy wiedział, że wzięłam go za Dominica?”.
 

Nie wyjaśnię tego w żaden sposób, jak tylko pytając go 

wprost, a na takie pytania jeszcze nie mam odwagi.
 

– Co jest, Beth? – Szorstki, niemal ochrypły głos Andrieja 

wdziera się w moje myśli. Wzdrygam się zaskoczona. Nie 
zdawałam sobie sprawy z tego, że wciąż na niego patrzę, w mojej 
głowie kłębią się oderwane, nie całkiem jasne wspomnienia 
ostatnich wydarzeń.
 

– N-nic – odpowiadam z zająknięciem. Jak najszybciej 

staram się odzyskać równowagę. – Czy już dojeżdżamy?
 

Zauważam, że zwolniliśmy i od kilku minut wleczemy się w 

ślimaczym tempie.
 

– Petersburskie korki – mówi krótko Andriej. – Tak się u nas 

jeździ, zwłaszcza gdy spadnie śnieg, czyli, jak sobie możesz 
wyobrazić, całkiem często. Ale rzeczywiście jesteśmy już blisko.
 

Nie ma jeszcze południa, lecz aura sprawia wrażenie 

zmierzchu – z nisko wiszących szarych chmur sypie się gęsty 

background image

śnieg. Wyglądam przez okno i widzę, że dojeżdżamy do szerokiej 
rzeki, wzdłuż której, na drugim brzegu, biegnie w dal ciąg 
niewiarygodnych budynków. Barokowe fasady spoglądają setkami 
połyskliwych okien, cisną się jedna obok drugiej, każda inna, a 
jednak tworzą dopasowaną grupę. Dominuje wśród nich pałac tak 
wielki i bogato zdobiony, że wygląda, jakby pochodził z baśni albo
filmu.
 

– Ermitaż – informuje z dumą Andriej. – Najpiękniejsze 

muzeum na świecie. Dostojny, okazały, wspaniały. – Wskazuje 
największą z budowli, najbardziej barokową, z rzędami białych 
kolumn o złoconych kapitelach odcinającymi się na tle 
zielonkawych ścian. – Mieści się w Pałacu Zimowym. Tu 
mieszkali carowie Rosji i stąd rządzili swoim imperium, 
zajmującym jedną szóstą powierzchni lądów Ziemi i 
zamieszkanym przez sto dwadzieścia pięć milionów dusz. Robi 
wrażenie, prawda?
 

Ma rację, widok jest imponujący. Przez chwilę wyobrażam 

sobie, że niczym Katarzyna Wielka zmierzam we wspaniałym 
powozie do swojej okazałej rezydencji pełnej niezwykłych dzieł 
sztuki, które kolekcjonuję, dokonując zakupów w całej Europie. 
Wtem przypominam sobie, jak musiał żyć zwyczajny Rosjanin, 
niemający praw do luksusów czy złoceń, a jedynie do tego, by 
trudzić się przy wznoszeniu znakomitych budowli i płacić podatki, 
z których władcy kupowali obrazy czy rzeźby nieprzeznaczone dla
oczu pospólstwa.
 

Lecz czasy się zmieniły. Pałace są teraz budynkami 

publicznymi, wszyscy mają do nich dostęp. Każdy może 
podziwiać piękno i skarby zamknięte w ich wnętrzu.
 

– Jak ci się podoba? – Andriej naciska na odpowiedź.

 

– Niesamowite. – Tylko tyle potrafię powiedzieć, tak jestem 

przytłoczona wrażeniami. 
 

Przejeżdżamy po moście i nabrzeżem zbliżamy się do Pałacu 

Zimowego, po czym zatrzymujemy przed zamkniętą bramą z 
kutego żelaza. Chwilę później podbiega do niej jakiś człowiek, 
otwiera i macha na nas, żebyśmy wjechali. Wtaczamy się na 

background image

pałacowy dziedziniec ze skwerem pośrodku. Teraz wszystko 
pokrywa śnieg, bezlistne drzewa wyciągają białe gałęzie. Brama 
zostaje za nami zamknięta.
 

– Kiedyś bawiły się tutaj córki Mikołaja II – mówi Andriej, 

podczas gdy samochód okrąża skwer i zatrzymuje się przed 
ozdobnymi frontowymi drzwiami. – Wyobraź sobie cztery 
księżniczki, jak biegają, śmieją się, rzucają śnieżkami w 
ochraniających je żołnierzy, nie wiedząc, jaki nieszczęsny los je 
czeka.
 

Kierowca już wysiadł i teraz otwiera drzwi po stronie 

Andrieja. Do ciepłego wnętrza wpada mroźne powietrze i drżę 
zarówno z zimna, jak i z przejęcia na myśl o śmierci carskich 
dzieci. 
 

Wkładam czapkę i rękawiczki, a tymczasem kierowca 

podchodzi z drugiej strony i otwiera moje drzwi. Pomaga mi wyjść
na oblodzoną dróżkę, po czym prowadzi mnie do miejsca, gdzie 
czeka Andriej.
 

– Prywatne wejście – oznajmia i na jego ustach pojawia się 

ślad uśmiechu. Śmieje się tak rzadko, lecz nawet taka nieznaczna 
próba nieco łagodzi jego ostre rysy i chłód lodowatego spojrzenia. 
– Te rzeczy da się załatwić.
 

„Zatem pałac nie jest taki znowu dostępny dla wszystkich. 

Pieniądze wciąż otwierają drzwi, które dla innych pozostają 
zamknięte”.
 

Przez główne wejście wychodzi do nas mężczyzna w 

średnim wieku. Jest ubrany w długi czarny płaszcz, futrzaną 
czapkę i wysokie buty. Uśmiecha się, mrużąc małe oczy za grubą 
czarną oprawą okularów. Śpieszy w stronę Andrieja i wita go 
wylewnie po rosyjsku. Rozmawiają przez chwilę, a ja próbuję 
ukryć fakt, że mimo ciepłego okrycia drżę z zimna. Zerkam 
zazdrośnie na kierowcę, który zdążył już wrócić do ciepłego 
samochodu.
 

Andriej nagle przechodzi na angielski i, wskazując mnie 

gestem, mówi:
 

– A to jest Beth, doradza mi w sprawach sztuki. Była przy 

background image

tym, kiedy kupiłem ten obraz. – Nie kłopocze się przedstawianiem 
swojego rozmówcy, ale domyślam się, że to ktoś ważny w tym 
muzeum.
 

– Madam Beth – odzywa się tamten po angielsku z rosyjskim

akcentem i składa mi powitalny ukłon. – Proszę do środka. Widzę, 
że pani zimno.
 

Wchodzimy za nim do pałacu. Natychmiast mam ochotę na 

głośne ochy i achy. Nikt oprócz mnie nie zwraca najmniejszej 
uwagi na otaczający nas splendor, obaj panowie są najwyraźniej do
niego przyzwyczajeni, ja jednak jestem oszołomiona bogactwem 
wystroju. Marmurowe posadzki, złocone lampy z kryształowymi 
kloszami, ozdobne zwierciadła, przykuwające wzrok obrazy w 
pozłacanych ramach – wszystko lśni, błyszczy, pyszni się kolorami
aż do przesady.
 

Idący przede mną mężczyźni znów rozmawiają po rosyjsku, 

a ja podążam za nimi, napawając się pięknem otoczenia. Oto 
jestem w Pałacu Zimowym w Petersburgu. Dokoła nie ma żywej 
duszy, zatem znajdujemy się zapewne w pomieszczeniach 
niedostępnych dla zwykłych zwiedzających. Co za uśmiech losu…
A jednak bez wyraźnego powodu wciąż jestem pełna obaw. 
Trafiłam w dziwne miejsce, do ogromnego pałacu, i nie wiem, 
dokąd zmierzam. Towarzysz Andrieja odwraca się do mnie z 
uśmiechem.
 

– To pani pierwsza wizyta u nas, madam Beth?

 

Kiwam głową. Wolałabym, żeby pominął zbędne 

uprzejmości, ale nie mam pojęcia, jak o to poprosić, nie narażając 
się na nietakt.
 

– Pałac jest duży, bezsprzecznie. Ma tysiąc pięćset pokoi oraz

sto siedemnaście klatek schodowych. Proszę się nie zgubić, nie 
byłoby łatwo panią znaleźć! – Śmieje się i znów zwraca się do 
Andrieja. 
 

Perspektywa zabłądzenia w tym labiryncie jakoś nie wydaje 

mi się tak zabawna jak jemu.
 

Idziemy dalej. Panowie poruszają się szybkim krokiem, nie 

mam więc zbytnio czasu, aby nacieszyć wzrok mijanymi pięknymi

background image

obrazami i innymi przedmiotami. Szerokie, ciemne dębowe schody
prowadzą nas na piętro, gdzie przemierzamy jeszcze kilka 
korytarzy, aż wreszcie docieramy do celu, to jest do dużych drzwi 
z polerowanego drewna, ozdobionych tarczą herbową. Nasz 
przewodnik sięga do wymyślnej mosiężnej klamki i zamaszystym 
gestem zaprasza nas do środka.
 

– Proszę wejść!

 

Wchodzimy do reprezentacyjnej sali, w której proste meble 

biurowe dziwnie kontrastują ze złoconym sufitem, potężnym 
żyrandolem i wielkimi oknami. Na obitych czerwonym jedwabiem
ścianach wiszą ogromne malowidła w złoconych ramach, 
doskonale wyeksponowane na takim tle. W kącie dostrzegam duże 
sztalugi, a na nich obraz zasłonięty kawałkiem zwykłej tkaniny.
 

Nasz przyjaciel zaczyna mówić po rosyjsku, lecz Andriej 

unosi rękę i, potrząsając głową, mówi:
 

– Nie, Nikołaj, po angielsku, proszę, dla mojej doradczyni.

 

– Oczywiście, oczywiście! – Nikołaj uśmiecha się do mnie, 

najwyraźniej chcąc się przypodobać. – Powinno być po angielsku. 
– Zachęca gestem, żebyśmy usiedli na prostych czarnych krzesłach
ustawionych przed szarym laminowanym biurkiem. – Proszę, 
rozgośćcie się.
 

– Nie jesteśmy tutaj w celach towarzyskich – przerywa mu 

oschle Andriej. – Wiesz, czego chcę.
 

Kustosz wolno zdejmuje swoją futrzaną czapkę, ukazując 

lśniącą łysinkę na czubku głowy. Kładzie papachę na biurku i 
zaczyna rozpinać płaszcz, lekko marszcząc czoło. Ściągając 
okrycie, oznajmia:
 

– Nie ukrywam, Andriej: to jeden z najbardziej 

skomplikowanych przypadków, z jakimi miałem do czynienia. Moi
eksperci wyjątkowo starannie przeprowadzili analizy.
 

– I? – wtrąca Dubrowski z ogromnym spokojem.

 

Zerkam na jego twarz. Usta ma mocno zaciśnięte, dolna 

warga wysuwa się w wyrazie uporu, a oczy płoną intensywnym, 
zimnym ogniem. Wiem, jak bardzo chce usłyszeć właściwą 
odpowiedź. To malowidło wzbudziło już wiele emocji. Sama się 

background image

niepokoję, serce bije mi głośno, chwilami tracę oddech. 
Uświadamiam sobie, że kurczowo zaciskam dłonie w kieszeniach 
płaszcza.
 

Nikołaj najwyraźniej lubi potrzymać słuchaczy w pełnej 

napięcia niepewności. Powoli wiesza swoje okrycie na oparciu 
krzesła, po czym przechodzi przez pokój do sztalug. Chwyta za róg
tkaniny okrywającej stojący tam obraz, zastyga na moment, po 
czym pociąga materiał, tak że ten wolno opada na bok. I oto w 
całej krasie ukazuje się nam lśniąca od złotej farby, cudowna 
scena, którą ostatnio widziałam w chorwackim klasztorze. 
Niebiańsko piękna Madonna siedzi w swoim wspaniałym ogrodzie
z Dzieciątkiem na kolanach, a wokół niej stoją pogrążeni w 
rozmowie święci i zakonnicy. Obraz jest znakomity i w momencie 
gdy widzę go po raz drugi, ponownie ożywa we mnie wiara w jego
autentyczność. „Nie jest podróbką. Na pewno. Czy byłby taki 
cudowny, gdyby nie wyszedł spod pędzla wielkiego mistrza?”.
 

Wtem ze zdziwieniem czuję nieoczekiwany przypływ 

smutku. Budzi się we mnie dogłębny żal na wspomnienie tego, co 
się zdarzyło w tamtym klasztorze – po długiej rozłące spotkałam 
Dominica i przypieczętowaliśmy to we wspaniały sposób. Wtedy 
wiedziałam, że to, co nas łączy, zapłonęło na nowo, z jeszcze 
większą mocą. Teraz znowu jesteśmy rozdzieleni i tym razem, 
obawiam się, nigdy nie pokonamy przepaści, która wyrosła między
nami.
 

Wciąż mam go przed oczyma – takiego, jaki był podczas 

naszego ostatniego spotkania. Wizja jest tak wyraźna i żywa, że 
biorę ostry, wstrzymywany wdech. Lecz na jego pięknej twarzy 
malują się gniew i strach, oczy mu płoną. Znów słyszę tamte 
słowa: „Chcę, żebyś uroczyście przysięgła, że między tobą a 
Dubrowskim nic się nie zdarzyło. No, dalej, Beth, przysięgnij”.
 

A ja nie mogłam przysiąc. Nie miałam pewności. I to nas 

rozdzieliło, a raczej rozdarło, zniszczyło bezcenne wzajemne 
zaufanie. Czy na zawsze?
 

„Nie, na to nie pozwolę. Zrobię, co w mojej mocy”.

 

Do teraźniejszości przywraca mnie głos Andrieja, szorstki i 

background image

niemal zgrzytliwy. Przepełnia mnie rozpaczliwa tęsknota za 
Dominikiem, pragnę być z nim, a nie tutaj, w tym dziwnym kraju, 
z człowiekiem, który sprowadził na nas kłopoty. To czyste 
szaleństwo.
 

– Daj spokój, Nikołaj. Jak brzmi odpowiedź?

 

Kustosz zakłada okulary i bacznie przygląda się malowidłu z 

bliska, cicho klikając językiem. W końcu zabiera głos:
 

– Pociągnięcia pędzlem znakomite, dobór odcieni absolutnie 

mistrzowski. Pasują dokładnie do tego, czego spodziewalibyśmy 
się po geniuszu Fra Angelica. Wszystko: kompozycja, perspektywa
linearna, styl… Niemal doskonałe dzieło.
 

– Niemal? – wtrąca Andriej.

 

Nikołaj ze smutkiem kiwa głową.

 

– Doskonały z jednym wyjątkiem. Analiza pigmentów i 

samego płótna wskazuje na to, że malowidło liczy nie więcej niż 
dwieście lat. To bardzo udany, zachwycający, niezwykle 
ekscytujący pastisz. Cudowne dzieło kogoś o wielkim talencie, ale 
nie Fra Angelica. – Spogląda wprost na Dubrowskiego, który stoi 
sztywno niczym posąg, z pobladłą twarzą. – Przykro mi, Andriej, 
ale nie ma co do tego wątpliwości. Twój obraz to falsyfikat.

background image

Rozdział drugi

Nieomal biegnę przez Pałac Zimowy, próbując dogonić 

Andrieja, który oddala się szybko wielkimi krokami. Mam 
nadzieję, że zna drogę do wyjścia, ponieważ ja zupełnie nie wiem, 
gdzie jestem. Przemierzamy nieskończenie długie korytarze i już 
co najmniej raz schodziliśmy po schodach. „Tysiąc pięćset pokoi. 
Jeśli on nie pamięta drogi, będziemy długo biegać po tym 
labiryncie, zanim znajdziemy wyjście”.
 

Lecz Andriej najwyraźniej wie, którędy się kierować, 

ponieważ idzie pewnie. Nie zwalnia przy tym zabójczego kroku, 
aż docieramy do drzwi, którymi weszliśmy do środka. Sięga do 
klamki.
 

– Andriej, proszę! – dyszę. – Zaczekaj!

 

Zatrzymuje się i odwraca. Ma straszny wyraz twarzy. Nigdy 

dotąd nie widziałam, by gniew wyrył się w czyichś rysach tak 
głęboko, a oczy ciskały błyskawice.
 

– Ja… no… Przykro mi! – udaje mi się wykrztusić. Wciąż 

walczę o oddech. – Wiem, ile ten obraz dla ciebie znaczył…
 

Jego usta wykrzywia nieprzyjemny grymas.

 

– Ty i twój przyjaciel naraziliście mnie na koszt dwóch 

milionów funtów – rzuca opryskliwie głosem bardziej szorstkim 
niż kiedykolwiek przedtem. Dotąd nie zwracałam uwagi na jego 
akcent; jeżeli brzmiał obco, to raczej z amerykańską nutą. Lecz 
teraz słowa zostały wymówione z rosyjskim brzmieniem, jak 
gdyby dla podkreślenia tego wszystkiego, co nas dzieli. – Chcesz 
to sobie przemyśleć, co?
 

Aż się cofam z wrażenia.

 

– Co masz na myśli?

 

– Jesteście moimi artystycznymi doradcami, tak? Ty i Mark, 

razem, nie? Polecieliście ze mną do Chorwacji, żeby mi doradzić 
przy zakupie Fra Angelica i to za waszą namową kupiłem ten 
cholerny obraz! Tyle, jeśli chodzi o waszą wiedzę.

background image

 

Wstrząs na chwilę odbiera mi mowę. To jawna 

niesprawiedliwość. Przed oczyma staje mi niezadowolona mina 
Marka. Nie chciał się wypowiedzieć w sprawie autentyczności 
malowidła, potrzebował czasu do oceny dzieła, ale Andriej upierał 
się i naciskał. Mark radził, żeby poczekać z zakupem, aż dokona 
pełnej ekspertyzy, ale Dubrowski nie słuchał. Znów słyszę, jak 
Mark wyraża obawę o swoją zawodową reputację, w razie gdyby 
obraz okazał się podróbką. „O Boże, Mark, to zrujnuje twoje dobre
imię!”.
 

Narasta we mnie wielki gniew. Andriej nie może rozegrać 

tego w ten sposób. Kupił ten obraz wbrew radom Marka, nie 
powinien teraz udawać, że było inaczej.
 

– Wiesz, że to nieprawda! – krzyczę. Gotująca się we mnie 

wściekłość sprawia, że głos mam mocny, pełen oburzenia. – Nie 
pozwolę, żebyś obwiniał o to Marka! Ostrzegał cię, mówił, że 
lepiej się wstrzymać, ale go nie słuchałeś. Nie chciał, żebyś 
kupował to malowidło, lecz tobie się śpieszyło. Był wobec ciebie 
taki lojalny, jak śmiesz zrzucać na niego winę?
 

Andriej nie odpowiada. Blednie tylko bardziej niż zwykle, 

brwi zlewają mu się w jedną linię, gdy uporczywie wbija we mnie 
wzrok.
 

Jestem teraz jeszcze bardziej rozogniona, mimo że gdzieś w 

głębi odzywa się głos rozsądku, podpowiadający, żeby zachować 
ostrożność.
 

– To twoja wina, wiesz o tym. Chciałeś wierzyć, że obraz jest

autentykiem, więc postąpiłeś dokładnie według własnych życzeń. 
Tak właśnie działasz? Rzucasz ludzi na pożarcie lwom, zamiast 
ponieść konsekwencje swoich decyzji? Miałam o tobie inne 
zdanie. Ale zaczynam sobie uświadamiać, że się co do ciebie 
myliłam, i to w niejednym punkcie.
 

Sama nie mogę uwierzyć, że to mówię. Żołądek skręca mi się

ze strachu. „O, nie, posunęłam się za daleko”.
 

Andriej zaciska zęby. Widać to po napięciu mięśni szczęki i 

pulsowaniu policzków. Wygląda, jakby chciał mnie zabić. Mija 
chwila dręczącej niepewności i rzuca krótko:

background image

 

– Wsiadaj do wozu. Już. – I wychodzi, nie oglądając się, by 

sprawdzić, czy posłucham.
 

Idąc za nim przez śnieg, przeklinam własną pochopność. 

Jestem przecież zupełnie zdana na jego łaskę. Nie pora na to, by 
mieć tego człowieka przeciw sobie. Jednak nie mogłam się 
powstrzymać. Jeżeli odpowiedzialność za tę sytuację spadnie na 
Marka i mnie, nasze zawodowe stosunki z bogatym Rosjaninem i 
tak dobiegną końca. Ale co wtedy, jeśli dane mi będzie poznać 
inne oblicze Andrieja Dubrowskiego? Widziałam go kulturalnego i
układnego, taktownego, a nawet uwodzicielskiego, wiem przecież 
jednak, że pod maską światowca kryje się chłopak z moskiewskich
ciemnych uliczek, wychowany w sierocińcu, zahartowany dzięki 
własnej determinacji i twardemu podejściu do rzeczywistości, 
dążący do celu bez względu na koszty.
 

„Do czego on z kolei może się posunąć, jeśli zapragnie 

zemsty?”.
 

Kierowca stoi obok samochodu i przytrzymuje dla mnie 

otwarte drzwi. Wsiadam, zastanawiając się, co mnie teraz czeka. 
Andriej siedzi obok. Nic nie mówi, ale wyczuwam jątrzący się w 
nim gniew. Instynkt podpowiada mi, żeby siedzieć cicho, nie 
pytam więc nawet, dokąd jedziemy. Rozpaczliwie chcę znaleźć się 
z powrotem w swoim pokoju hotelowym. Potrzebuję chwili 
samotności, żeby wszystko przemyśleć.
 

Samochód rusza, wytacza się przez bramę i znowu sunie 

wzdłuż rzeki. Jesteśmy na Newskim Prospekcie, głównej arterii 
Petersburga. Poruszamy się wolno po zakorkowanej jezdni, z 
boków przesuwają się wielkie okna wystawowe, usypane kupki 
śniegu i ciepło okutani przechodnie. Mijamy ozdobne domy 
towarowe, jasno oświetlone galerie handlowe, ogromne kościoły i 
piękne zabytki. Powinnam czuć dreszczyk emocji, a tymczasem 
przeciwnie – jestem zdenerwowana i nieszczęśliwa, a moje myśli 
krążą tylko wokół tego, co się teraz może wydarzyć.
 

Andriej nie odzywa się przez całą drogę do hotelu. Potem, 

kiedy idziemy przez marmurowy hol oświetlony ogromnymi 
kryształowymi lampami, oznajmia:

background image

 

– Będę w swoim pokoju. Zamów sobie na lunch, co 

zechcesz. Bądź gotowa do wyjścia o drugiej.
 

– Wracamy do domu? – ośmielam się spytać.

 

Rzuca mi szybkie, przenikliwe spojrzenie. Chyba dostrzega 

w mojej twarzy coś, co każe mu się wstrzymać od ostrych słów.
 

– Jeszcze nie – odpowiada nieco łagodniejszym tonem. – 

Wieczorem. Tymczasem mam jeszcze jedną rzecz do załatwienia. 
– Przez chwilę odnoszę wrażenie, że chce coś dodać, ale uściśla 
tylko sucho: – O drugiej. Punktualnie.
 

Wracam do pokoju wdzięczna losowi, że będę miała szansę 

otrząsnąć się trochę po porannym dramacie. Zamykam za sobą 
drzwi, opieram się o nie i wzdycham z ulgą. Potem zdejmuję buty, 
rzucam się na łóżko i patrzę w sufit.
 

– A więc obraz jest podróbką – mówię głośno. – Nie mogę 

uwierzyć. Po tym wszystkim.
 

Zastanawiam się, co teraz zrobi Andriej. Nie chciałabym być 

na miejscu opata z tamtego klasztoru, kiedy odbierze telefon od 
Dubrowskiego. Ale sama też muszę zadzwonić. Powinnam 
powiadomić Marka o ekspertyzie specjalistów z Ermitażu. 
Przypominam osobie ostatni raz, kiedy go widziałam, tuż przed 
wylotem do Rosji. Poszłam do niego, żeby zobaczyć, jak się 
miewa, i odebrać ostatnie wskazówki, a zastałam energiczną 
blondynkę, która przejęła dowodzenie w domu w Belgravii.
 

– To moja siostra Caroline – przedstawił ją Mark głosem 

słabszym niż kiedykolwiek dotąd. – Zatrzyma się tutaj i zajmie się 
domem.
 

– A ty? – spytałam, patrząc, jak Caroline sprawuje rządy. 

Stukając obcasami, wyszła na zewnątrz, by wydać instrukcje 
pracującym tam robotnikom, a jej donośny, patrycjuszowski głos 
odbił się echem od ścian. To hałaśliwe, pewne siebie zachowanie 
silnie kontrastowało ze spokojną, stonowaną elegancją Marka, aż 
trudno było uwierzyć, że te dwie osoby są rodzeństwem. – Czy o 
ciebie też zadba? – zapytałam. Wciąż nie mogłam się pogodzić z 
wiadomością o jego chorobie. Nie wiedziałam nawet, na ile jest 
ona poważna, ponieważ nie chciał mi zdradzić diagnozy. 

background image

 

– Oczywiście, że tak. Będę miał dobrą opiekę. Caroline 

znakomicie się na tym zna. – Mark uśmiechnął się i na ten widok 
zachciało mi się płakać. Uśmiech miał być radosny, ale wąskie usta
rozciągnęły się nienaturalnie, a koścista twarz zdawała się zastygła
w dziwnym grymasie. Uświadomiłam sobie, że jego zęby i oczy 
wydają się teraz nienormalnie, chorobliwie duże. 
 

„Jest naprawdę chory” – pomyślałam z niejakim 

zdziwieniem. Oczywiście, wiedziałam o jego chorobie, lecz 
przecież ludzie wychodzą z różnych dolegliwości. Zdarza się 
jednak, że stan pacjenta pogarsza się i pogarsza, aż… 
 

– Wiesz, Beth – odezwał się Mark i zrobił ruch, jakby się 

chciał nachylić ku mnie w poufny sposób, ale nie znalazł na to siły.
– Czy ci mówiłem, że jutro mam operację?
 

Pokręciłam głową, mając nadzieję, że nie zobaczy łez, które 

mi się zbierały w oczach.
 

– O, tak. Pierwszy w kolejce do teatru zwanego salą 

operacyjną i osiem godzin na scenie nazywanej stołem. Śpieszno 
im, bo jestem bliski śmierci, a jeszcze nie martwy. Cóż, obym 
tylko nie zagrał w tej sztuce nieboszczyka, nie o to chodzi w 
każdym razie. – Zakrztusił się, chichocząc ze swojego małego 
żartu. – Zatem gdy będziesz paradować po Petersburgu, pomyśl 
czasem o tym, jak wracam do zdrowia w szpitalnym łóżku. Ale nie
martw się, Caroline zadba o moją opiekę.
 

Rozmyślając o Marku, wpatruję się w sufit nad łóżkiem i 

nagle przyłapuję się na tym, że wciąż od nowa liczę lampki 
halogenowe. Operowano go zapewne wczoraj. Chodziło chyba o 
gardło, nie jestem więc pewna, czy będzie w stanie mówić, choćby
dać sygnał, jak się czuje. „O Boże, mam nadzieję, że operacja się 
udała”. Zdążyłam bardzo polubić Marka, jest dla mnie kimś 
znacznie więcej niż tylko pracodawcą, traktuję go jak przyjaciela i 
mentora, który inspiruje do piękniejszego życia.
 

Biorę komórkę i mój kciuk zatrzymuje się przez chwilę nad 

klawiaturą. Potem odkładam telefon na bok. Nie będę do niego 
dzwonić z tą wiadomością. Nie ma miłego sposobu, żeby 
przekazać nowinę o tym, że Andriej zamierza go pchnąć pod 

background image

pociąg. A może jeszcze uda mi się załagodzić sytuację. W końcu 
mamy przed sobą tajemniczą sprawę do załatwienia; postaram się 
przy tej okazji wywrzeć na Andrieja jakiś pozytywny wpływ.
 

„Tak, zdecydowanie muszę tego spróbować. Zrobię, co w 

mojej mocy, żeby odwołać się do jego życzliwości. Na pewno nie 
jest jej całkiem pozbawiony. I zanim cokolwiek przekażę 
Markowi, najpierw dowiem się, jak się miewa”.
 

Z tym postanowieniem siadam i zabieram się do zamawiania 

lunchu, żeby z nim zdążyć przed drugą.
 

Na wszelki wypadek stawiam się w holu hotelowym dziesięć 

minut przed czasem. Pięć minut po mnie z windy wychodzi 
Andriej ubrany w ciemnoniebieski płaszcz. Wszyscy od razu go 
spostrzegają, jedni zerkają ciekawie, inni się gapią otwarcie. Jego 
energia promieniuje na otoczenie i przyciąga uwagę. Poza tym 
przyjemnie się na niego patrzy – jest wysoki, dobrze zbudowany i 
niemal przystojny. Pobrużdżona twarz o ciężkich, twardych rysach,
z ustami zdradzającymi upór, ma w sobie coś niezwykłego dzięki 
płonącym niebieskim oczom.
 

Dziwnie jest przypomnieć sobie, że widziałam go, jak 

spogląda miękko oczyma zasnutymi mgiełką niczym letnie niebo, 
że te świadczące o zawziętości usta uśmiechały się tylko dla mnie. 
Jego szorstki głos słyszałam w zupełnie innych, łagodnych tonach, 
snujący obietnice i przewidywania, które poruszały we mnie 
nieznane struny nawet wtedy, kiedy od niego stroniłam.
 

– Jesteś. Dobrze – rzuca jak warknięcie.

 

„Też miło cię widzieć!”.

 

Właściwie wolę tego Andrieja. Umiem sobie poradzić z 

wybuchowym, egoistycznym, rozpuszczonym samolubem. 
Znacznie trudniej jest mi przestawać z jego czułą, wrażliwą, 
bardziej ludzką wersją.
 

„Przestań. Nawet tego nie próbuj. Nawet nie myśl”.

 

W tym momencie spostrzegam, że nie jest sam. Tuż za nim 

idzie jakaś kobieta ubrana w długi czarny płaszcz i okrągłą 
futrzaną czapkę – taką, jaką widziałam tutaj u wielu ludzi. Spod 
ciemnego futra wymykają się jasne kosmyki włosów, twarz jest 

background image

blada, pozbawiona wyrazu. Kobieta podtrzymuje ręką dużą 
skórzaną torbę, którą ma przewieszoną na pasku przez ramię. 
Zauważam, że jest nieco wyższa ode mnie.
 

„Nie idziemy sami?”. Serce we mnie zamiera. To będzie 

przeszkoda w moich planach porozmawiania o Marku. Andriej 
wskazuje gestem swoją towarzyszkę.
 

– Beth, to jest Maria. Dzisiaj moja asystentka. Chodź ze mną,

już wychodzimy.
 

Idę posłusznie za Marią, a ona za Andriejem. W takim 

porządku wychodzimy z hotelu, stanowiąc zapewne cokolwiek 
komiczny widok, gdy tak kroczymy od najwyższego do najniższej.
Samochód czeka przed wejściem i po chwili siedzimy w jego 
ciepłym wnętrzu. Drżę nawet po tym krótkim pobycie na zewnątrz.
Nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek w życiu była w równie 
zimnym miejscu jak Petersburg. Wypada się cieszyć, że Andriej 
nie pomyślał o wycieczce na Syberię.
 

Ruszamy. Andriej i Maria zaczynają rozmawiać i nie 

przestają przez całą półtoragodzinną jazdę – cały czas po rosyjsku, 
tak że niczego nie rozumiem. Przez chwilę próbuję się skupiać w 
nadziei, że zorientuję się, o co chodzi, ale to bezcelowe. 
Asystentka wyjęła ze swojej pojemnej torby duży notes i 
pośpiesznie zapełnia jego strony notatkami, które dla mnie są 
niezgłębionym szyfrem.
 

Opuszczamy reprezentacyjną część Petersburga i sceneria 

zmienia się, jakby przygasły światła. Zapada zmierzch, nagle czuję
się bardzo zmęczona. Opieram głowę o skórzany zagłówek i nie 
potrafię walczyć z narastającym znużeniem. Powieki mi ciążą, 
wnętrze zapada się w nieświadomość. Staram się nie zasnąć, ale po
prostu nie mogę.
 

Budzi mnie jakiś ruch. Widzę, że zatrzymaliśmy się na 

małym parkingu przed dużym, szarym budynkiem wyglądającym, 
jakby mieścił jakąś instytucję.
 

– Chodź, śpiochu – mówi Andriej, jak zwykle szorstko, ale 

bez nieuprzejmości. – Jesteśmy na miejscu. Nie martw się, to, co 
usłyszysz w środku, na pewno cię obudzi.

background image

 

Trochę oszołomiona potrząsam głową, by się pozbyć 

senności. Chwilę temu błądziłam w realistycznym śnie: byłam w 
domu i kłóciłam się o coś z mamą. O co? A, tak, kazała mi wracać.
„Wystarczająco długo cię nie ma” – mówiła surowo. – „Nie 
podoba mi się to, Beth!”. A ja z rozdrażnieniem próbowałam 
wyjaśnić, że nie mogę tak sobie po prostu wrócić, muszę czekać na
prywatny samolot Andrieja i…
 

– Wychodź, Beth! – rzuca ostro Andriej.

 

Kierowca przytrzymuje otwarte drzwi, wysiadam więc, 

owijając się w płaszcz najlepiej, jak się da. Zimno jest tu okrutne, 
wdziera się pod wierzchnie okrycie i ubranie, jakbym nic nie miała
na sobie. Muszę jak najszybciej wynieść się z tego mrozu; stopy 
mam już zdrętwiałe od lodowatego podłoża, ciało, pokryte gęsią 
skórką, protestuje przed postępującą utratą ciepła.
 

Andriej zmierza ścieżką do drzwi frontowych, a Maria i ja 

podążamy za nim, uważając, żeby się nie pośliznąć na oblodzonej 
powierzchni, śliskiej mimo że ją wysypano piaskiem. Z 
perspektywy głównego wejścia budowla wygląda jeszcze bardziej 
ponuro niż z parkingu – nad naszymi głowami wznoszą się cztery 
szare kondygnacje, okiennice są zamknięte i nigdzie nie ma znaku 
życia.
 

– Gdzie my jesteśmy? – nie potrafię powstrzymać się od 

pytania. 
 

– Zobaczysz – odpowiada krótko Andriej. Przyciska guzik z 

boku drzwi.
 

Zdaje się, że zza grubych drzwi dobiega jakiś dźwięk, coś 

jakby piskliwe zawodzenie. Chwilę później drzwi się otwierają i 
staje w nich krępa, siwowłosa kobieta w średnim wieku. Jej postać 
w prostej spódnicy i swetrze rysuje się wyraźnie na tle 
wypełnionego światłem prostokątnego wejścia. Na widok Andrieja
wyrywa jej się okrzyk zaskoczenia, oczy się rozszerzają, a na 
ustach pojawia się szeroki uśmiech. Zaraz potem kobieta wymienia
z Andriejem kilka ożywionych zdań po rosyjsku, a następnie – ku 
mojemu zdumieniu – obejmuje go mimo jego grubego płaszcza i 
ściska serdecznie. 

background image

 

Z głębi budynku dobiegają piskliwe głosy i inne dźwięki: 

pośpieszna paplanina, kroki małych stóp, szuranie krzeseł, tupot na
schodach. Przyszliśmy z wizytą do szkoły albo do…
 

Wchodzimy do środka. Siwowłosa kobieta wypuściła 

Andrieja z uścisku i teraz ciągnie go za rękę, a jednocześnie 
nawołuje głośno do ludzi w budynku. Maria stoi obok mnie, jej 
bladą, szpiczastą twarz rozjaśnia uśmiech. Teraz zaczynam się 
domyślać, gdzie jesteśmy. W dużym, jasno oświetlonym holu, 
cudownie ciepłym w porównaniu z mrozem panującym na 
zewnątrz, wiem już na pewno, co to za miejsce.
 

U stóp schodów zgromadziło się około sześćdziesięciorga 

dzieci. Wiercą się, mamroczą, szepczą do siebie, ale gdy się przy 
nich zatrzymujemy, zapada cisza i sześćdziesiąt par oczu wpatruje 
się w inną kobietę, stojącą przed nimi. Ta unosi ręce, odlicza i 
zaczyna dyrygować, podczas gdy dziecięce głosy śpiewają pieśń.
 

Nie rozpoznaję melodii ani nie rozumiem słów, lecz 

brzmienie jest przepiękne. Wydaje mi się, że ten śpiew ma coś 
wspólnego z Bożym Narodzeniem, może to dlatego, że korytarz i 
poręcz schodów są ozdobione domowej roboty łańcuchami z 
błyszczącego papieru. No jasne. Zbliżają się święta… Już 
grudzień.
 

Dzieci mają na sobie znoszone, podniszczone ubrania, ale ich

twarzyczki są jasne i czyste. Patrzę na najmłodszych – tych, którzy
chyba nie do końca pojmują słowa, ale śpiewają najlepiej, jak 
potrafią. Potem spoglądam na starszych, tych z pustymi miejscami 
po zębach mlecznych. Jedni skupiają się i z powagą wpatrują w 
nauczycielkę, innych rozprasza łokieć kolegi albo opadły koniec 
papierowego łańcucha. Dzieci są najróżniejsze: dziewczynki z 
mysimi ogonkami albo z błyszczącymi spinkami w 
rozpuszczonych włosach, dziewczynki w grubych okularach, 
dziewczynki w spodniach i dziewczynki w sukienkach. Chłopcy 
ostrzyżeni na jeża, chłopcy z kucykiem i chłopcy z fryzurą „czeski 
metal”. Chłopcy wyglądający jak aniołki i chłopcy z siniakami i 
zadrapaniami. Pucołowate grubaski i chude tyczki o kościstych 
policzkach. Wszyscy śpiewają.

background image

 

Zerkam na Andrieja i jestem zdumiona. Uśmiecha się w 

sposób, jakiego nigdy u niego nie widziałam: szeroko, otwarcie, z 
radością i dumą. Stoi, trzymając dłonie razem, i w takt piosenki 
lekko unosi się na palcach w przód i w tył. Wygląda jak 
zadowolony ojciec, którego dzieci właśnie dają koncert kolęd.
 

Więc to jest sierociniec Andrieja. Wspomniał mi w 

samolocie, że sponsoruje dom dziecka i chce, aby to miejsce było 
kolorowe, pełne radości, a nie takie ponure jak instytucja, w której 
sam dorastał. Rozglądam się dyskretnie. Tak, mimo funkcjonalnej 
szarości jest tutaj wiele kolorów. Mnóstwo. Na ścianach zdjęcia i 
inne obrazki, na krzesłach wesołe poduszki, na podłodze 
bezbarwne linoleum kryje się pod wzorzystymi dywanikami. 
Miejsce jest radosne, mimo że atmosfera nie sprawia wrażenia 
domowej.
 

Znowu patrzę na dzieci. Które z nich najbardziej 

przypominałoby małego Andrieja? Ten niebieskooki chłopczyk o 
okrągłej twarzy, wkładający w swój śpiew całe serce? Wtem 
dostrzegam chłopaka stojącego zupełnie z tyłu. Ma około 
dziesięciu lat i jest wyższy od pozostałych, może więc dlatego 
ustawia się tak, by nie rzucać się w oczy. Próbuje ukryć swój 
wzrost czy nie lubi śpiewać? Ledwie porusza ustami, jakby robił to
pod przymusem. Twarz ma pociągłą, może z powodu szybkiego 
dorastania, a minę nieokreśloną, trudną do przejrzenia. W pewnym
momencie jego spojrzenie wędruje na Andrieja i na twarzy chłopca
maluje się bezgraniczne uwielbienie dla bohatera.
 

Pieśń dobiega końca, dzieci zwracają ku Andriejowi przejęte 

twarze, a ja mrugam, żeby rozproszyć napływające do oczu łzy. On
za to wybucha gromkim śmiechem i klaszcze, mimo że jeszcze nie 
zdjął grubych zimowych rękawic. Mówi coś po rosyjsku, co 
wywołuje uśmiech dzieci – zapewne je pochwalił. Następnie, 
zdejmując rękawice, coś ogłasza. Podopieczni sierocińca reagują 
na to radosnym zdziwieniem i ożywionymi rozmowami. Włącza 
się siwowłosa kobieta, która nam otworzyła drzwi. Głośno wydaje 
polecenie i w ciągu kilku minut dzieciaki siedzą grzeczniutko na 
podłodze, a Andriej zabiera głos. Nie wiem, co ma im do 

background image

przekazania, widzę tylko, że czasami się śmieją albo zgłaszają do 
odpowiedzi. W miarę jak przemawia, twarzyczki im się rozjaśniają
i maluje się na nich coraz więcej szczęścia. W pewnym momencie 
słyszę: „Ooooch” i wszystkie spojrzenia kierują się na drzwi 
wejściowe. Te otwierają się, wpuszczając ogromną, już 
przystrojoną choinkę. Wnoszą ją ostrożnie dwaj mężczyźni w 
kombinezonach roboczych.
 

Dzieci śmieją się i klaszczą, a drzewko tymczasem sunie 

przez korytarz i trafia na honorowe miejsce. Ktoś wkłada wtyczkę 
do kontaktu, zapalają się migotliwe światełka i dzieci wzdychają z 
zachwytu. Choinka wygląda pięknie – zwieńczona złotą gwiazdą, 
obwieszona bombkami i czekoladkami.
 

Andriej siada na podsuniętym krześle i zaraz inny robotnik 

wnosi ogromny worek. Maria podpowiada, żeby go postawić obok 
Andrieja. Ja wycofuję się pod ścianę, gdzie siadam na wolnym 
krześle i przyglądam się z boku. To piękny czas, wspaniała scena 
do podziwiania. Andriej wywołuje dzieci po kolei i za każdym 
razem mały człowiek z przejęciem zrywa się na równe nogi, by 
podejść do niego i otrzymać prezent. Zebrani w holu wkrótce 
dzielą się na tych, którzy kurczowo zaciskają dłonie na podarkach, 
i tych, którzy pełni napięcia czekają na wywołanie. Każdy, od 
najmniejszego pulchnego trzylatka po najchudszego 
dziesięciolatka, przed wręczeniem prezentu zostaje o coś zapytany 
i zamienia z Andriejem kilka słów. Chłopak, który podczas 
śpiewania wpatrywał się w niego z uwielbieniem, teraz, kiedy 
przychodzi jego kolej, ledwie umie wykrztusić z siebie odpowiedź,
tak jest onieśmielony. Andriej ściska mu dłoń po męsku, klepie go 
po plecach i odsyła uszczęśliwionego na miejsce.
 

„A więc tym się zajmuje. Do pewnego stopnia zastępuje im 

ojca. Kogoś, kogo mogą kochać, uwielbiać, dla kogo warto się 
starać”.
 

Nigdy wcześniej nie widziałam Andrieja w takim wcieleniu. 

Uśmiecha się już od ponad godziny, to jakiś rekord. Rozkwita w 
towarzystwie tych pozbawionych rodzin dzieci. Zna je i rozumie, 
ponieważ sam był kiedyś kimś takim.

background image

 

Maria zaznacza na liście obdarowane dzieci i znów coś 

notuje. Po rozdaniu prezentów dzieci zostają odesłane na górę, 
gdzie przypuszczalnie będą mogły rozpakować swoje skarby. 
Andriej, Maria i ja przechodzimy dalej prowadzeni przez kobietę, 
która zapewne jest kierowniczką sierocińca. Siadamy w 
przyjemnym saloniku z ogniem na kominku i dostajemy do picia 
słodką herbatę w ozdobnych szklankach.
 

Są tu również inni pracownicy tego domu. Wszyscy bardzo 

grzeczni, uśmiechają się, kiedy napotykają mój wzrok, proponują 
więcej herbaty, częstują piegowatymi ciasteczkami. Toczy się miła 
rozmowa, z której nie rozumiem ani słowa. Widzę jednak, ile 
życzliwości i autentycznego ciepła otacza Andrieja, a przy tym 
czuję, że ja też – mimo wcześniejszych przeżyć – czerpię 
prawdziwą przyjemność z tego spotkania. Na pogawędce mija 
mniej więcej pół godziny, po czym Andriej wstaje, a zebrane 
towarzystwo idzie w jego ślady. Kierowniczka wygłasza krótką 
mowę i całuje dobroczyńcę w oba policzki. On z kolei dodaje kilka
słów od siebie i po chwili idą ramię w ramię do frontowych drzwi, 
w drugiej parze Maria ze mną, a za nami cała reszta.
 

Na zewnątrz panują egipskie ciemności. Tylko gwiazdy 

błyszczą na idealnie czarnym niebie. Ostatnie słowa pożegnania i 
płynący skądś łatwo rozpoznawalny zapach szkolnego obiadu. 
Więc w Rosji jest tak samo jak u nas. Wyobrażam sobie, jak 
wszystkie te dzieci zasiadają w sali jadalnej do obiadu, czekając na
gulasz z kluskami czy inną stołówkową potrawę, a każde ma przed
oczami wspaniały prezent, który czeka na nie na górze. Potem idę 
za Andriejem ścieżką do samochodu.
 

W drodze powrotnej Maria siedzi z przodu obok kierowcy, 

oddzielona od nas szklaną przegrodą.
 

– I jak? – pyta Andriej, gdy jedziemy z powrotem do 

Petersburga.
 

Uśmiecham się.

 

– To było urocze! Te wszystkie dzieci… Dałeś im tyle 

szczęścia!
 

– Odwiedzam je, kiedy mogę. Niezbyt często. Zawsze jestem

background image

w rozjazdach i nie mam czasu.
 

– To były bożonarodzeniowe prezenty?

 

– No, niezupełnie. Tu z Bożym Narodzeniem jest inaczej niż 

u was. Kiedy byłem mały, w czasach sowieckich, Boże Narodzenie
było zakazane, ale nawet nasza władza zrozumiała wartość 
kolorowego święta przypadającego w środku ciemnej zimy, 
dlatego przeniesiono obchody na Nowy Rok. I to właśnie wtedy do
dzieci przychodzi Dziadek Mróz, odpowiednik waszego Świętego 
Mikołaja. Mamy choinkę i wręczamy sobie prezenty. 
Powiedziałem dzieciom, że tym razem urządzimy sobie Nowy Rok
trochę wcześniej, to wszystko.
 

– Więc nie obchodzicie Bożego Narodzenia dwudziestego 

piątego grudnia? – pytam zaskoczona. Wiem oczywiście, że na 
świecie są różne świąteczne tradycje, ale trudno mi sobie 
wyobrazić, żeby świętowano w innym dniu.
 

– Obchodzimy Boże Narodzenie – Andriej uśmiecha się, gdy 

to mówi – tylko że dwudziesty piąty grudnia wypada u nas 
siódmego stycznia, ponieważ Cerkiew prawosławna trzyma się 
kalendarza juliańskiego.
 

– Och, rozumiem – odpowiadam, choć nadal jestem nieco 

skołowana. Przypominam sobie jednak radość malującą się na 
twarzyczkach sierot. – Te dzieci dużo ci zawdzięczają – 
zauważam.
 

Jego niebieskie oczy, mniej ogniste niż zwykle, krzyżują 

spojrzenie z moimi.
 

– Tylko tyle mogę zrobić. Mam mnóstwo pieniędzy, ale 

jestem bez dzieci. To słuszne i właściwe, żeby dać coś tym 
maluchom, które jak ja straciły rodziców.
 

Czuję, że z gardła zaraz wyrwie mi się szloch. Mimowolnie 

przypominam sobie własny ciepły, pełen miłości dom, jego 
bałaganiarską przytulność, chaotycznie przemieszane rzeczy moje 
i moich braci. Nie wyobrażam sobie życia bez mamy, do której 
zawsze mogę się zwrócić, ani bez wsparcia taty. Nie wiem, jakbym
się czuła ani kim byłabym bez ich bezwarunkowej miłości, zawsze
obecnej w życiu. Mam przed oczami jasne twarzyczki 

background image

śpiewających dzieci, szczere i niewinne, i nie potrafię znieść myśli,
że nikt ich nie tuli do snu, nie całuje w policzki ani nie mówi, że je 
kocha. Czuję w nosie pieczenie i mrowienie, a w oczach 
wzbierające łzy, przez które niewiele widzę. 
 

– W porządku? – pyta Andriej miękko.

 

– Tak – odpowiadam zduszonym głosem i mam nadzieję, że 

nie będzie mnie dalej wypytywał, bo mogłabym się rozkleić 
zupełnie. Czuję jego dłoń na swojej, przekazuje mi lekki uścisk.
 

– Nie smuć się – pociesza mnie spokojnie. – Naprawdę dzieci

są tam szczęśliwe. Widziałem dziś wiele nowych twarzy. To 
oznacza, że zwolniły się miejsca, czyli dużo dzieci odeszło do 
rodzin zastępczych albo zostało adoptowanych. Właśnie tym się 
zajmujemy: szukamy dla nich odpowiednich, wygodnych domów, 
w których będą kochane. Tymczasem kształcimy je i 
wychowujemy.
 

Jego duża, ciepła dłoń spoczywa na mojej. Zdumiewające, 

jak szybko i nieustannie zmieniam opinię o tym człowieku. Rano 
sądziłam, że pokazał mi swoje prawdziwe oblicze, obwiniając 
Marka i mnie o zakup falsyfikatu. Teraz myślę, że widziałam 
prawdziwego Andrieja, małego chłopca kryjącego się w ciele 
dorosłego mężczyzny. Życzliwą duszę, która niczego innego nie 
pragnie, jak tylko wcielać się w Świętego Mikołaja i dawać 
sierotom coś od siebie.
 

– Beth?

 

Podnoszę na niego wzrok. W półmroku trudno odgadnąć, co 

myśli. Oczy mu błyszczą, kiedy na mnie patrzy, i mimo że się nie 
uśmiecha, rysy twarzy wydają się miękkie, niemal łagodne.
 

– Tak?

 

– Cieszę się, że byłaś tam dzisiaj. Wiedziałem, że 

zrozumiesz.
 

Nie odpowiadam, tylko odwracam wzrok i wbijam go w 

ciemny krajobraz za oknem, ciągnący się ku odległym światłom 
Petersburga.

background image

Rozdział trzeci

W hotelu mam mało czasu, żeby pozbierać swoje rzeczy, 

ponieważ zaraz ruszamy na lotnisko. 
 

Maria nie pojawia się ponownie, toteż oprócz kierowcy 

siedzimy w samochodzie tylko Andriej i ja. Czuję, że to ostatnia 
okazja, bym powiedziała coś o podrobionym obrazie, ale nie 
jestem pewna, jak do tego podejść. Tak się cieszę z powrotu do 
domu, że nie chcę sprawiać żadnych kłopotów. Coś mi 
podpowiada, że powinnam teraz siedzieć cicho i pozwolić, żeby 
sprawy toczyły się własnym torem. Zaraz jednak widzę 
wymizerowaną twarz Marka, jego oczy wyrażające zaufanie, jakie 
pokłada we mnie i w Andrieju. Nie zniosę myśli, że mogłabym go 
zawieść.
 

Gdy tak dumam w rozterce, dojeżdżamy na lotnisko i nie ma 

już okazji do namysłu. Ktoś nas prowadzi do odrzutowca Andrieja 
i po krótkiej chwili wchodzimy na pokład. Przyjemnie jest znaleźć 
się na powrót w tym luksusowym wnętrzu. Śmieję się w duchu, 
uzmysławiając sobie, że ostatnie trzy razy, kiedy podróżowałam 
samolotem, była to prywatna i bardzo droga maszyna.
 

„Beth Villiers, dajesz się rozpieszczać!”.

 

Wiem jednak, że następną podniebną podróż odbędę tanimi 

liniami lotniczymi, wciśnięta w wąski fotel, i jak pozostali 
pasażerowie, będę popijać kiepską kawę. Warto więc cieszyć się 
luksusem, póki mogę.
 

Kiedy samolot odrywa się od ziemi, jestem wręcz upojona. 

Wracamy do domu. Tęsknię do normalności, do tego, by się 
wyrwać z dziwnej atmosfery, jaka powstała między Andriejem a 
mną. Przedtem, w drodze do Petersburga, bałam się, że on będzie 
próbował jakoś się do mnie zbliżyć, ale nie zrobił tego. Teraz 
przypuszczam, że ponieważ jest wściekły o ten falsyfikat, zbliżenia
w ogóle nie wchodzą w grę. Zapewne nie chce mieć ze mną więcej
nic wspólnego. 

background image

 

„Czemu więc zadał sobie trud, żeby mnie zabrać do 

sierocińca? Jak gdyby wciąż chciał wywierać na mnie wrażenie. 
Może po prostu nie umie się powstrzymać, musi się popisywać, a 
ja, chcąc nie chcąc, stałam się widownią”.
 

Zerkam na niego. Przez całą drogę z miasta na lotnisko 

rozmawiał przez telefon, wyłączył go dopiero tuż przed startem 
samolotu. Teraz wpatruje się we mnie nieprzeniknionym wzrokiem
spod przymkniętych powiek. „Od jak dawna tak patrzy?”.
 

Wiem, że mam niefortunną cechę – wszystko, o czym myślę, 

od razu maluje się na mojej twarzy. Tajemniczość nie jest moją 
mocną stroną.
 

– W porządku, Beth? – pyta Andriej. – Niedługo podadzą 

obiad, a za kilka godzin będziemy w Londynie.
 

– A co potem? – ośmielam się zapytać. – Po powrocie?

 

– Co masz na myśli?

 

Wlepiam w niego wzrok, nie bardzo wiedząc, jak zacząć. Nie

chciałabym nastawić go wrogo, chcę przemówić do jego serca, a 
nie wzbudzić w nim gniew.
 

– Niesamowite było widzieć cię dziś wśród tych dzieci – 

zaczynam. – Byłeś tak inną osobą… Okazywałeś dobroć, 
łagodność.
 

Leciutko unosi brew.

 

– Chyba niewielu ludzi ma szansę oglądać cię od tej strony – 

dodaję.
 

– Masz rację – mruczy. – Bardzo niewielu.

 

– To mi przypomniało o twojej pełnej współczucia naturze i 

dlatego chciałam porozmawiać z tobą o Marku. – Przerywam, z 
trudem przełykam ślinę, a potem mówię szybko, żeby nie stracić 
wątku. – Powiedziałam ci, że Mark jest chory, a ty odniosłeś się do
tego bardzo życzliwie. Chciałeś znaleźć mu najlepszych lekarzy, 
opłacić leczenie, zrobić, co w twojej mocy.
 

Andriej wciąż patrzy na mnie milcząco.

 

– Wtedy jednak nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak ciężki

jest jego stan. Widziałam się z nim tuż przed wyjazdem i 
zobaczyłam, że to naprawdę poważna choroba. Nie powiedział mi 

background image

dokładnie, co u niego wykryto, ale domyślam się, że to rak gardła 
albo w każdym razie usytuowany w szyi, to stamtąd usuwali mu 
jakiś guz. Poszedł do szpitala dzień przed naszym przyjazdem do 
Petersburga.
 

Andriej nadal patrzy bez słowa. Nie mam pojęcia, czy moja 

przemowa w ogóle cokolwiek osiągnie. Ale zaczęłam, pociągnę 
więc dalej. Pamiętam uśmiechniętego, roześmianego Andrieja z 
sierocińca. Muszę uwierzyć, że to ten sam człowiek, do którego 
zwracam się teraz. Biorę głęboki wdech.
 

– Nie powinnam była krzyczeć na ciebie tam w Pałacu 

Zimowym. Przepraszam za to. Naprawdę mi przykro. Ale muszę 
podtrzymać sens tego, co wtedy chciałam powiedzieć: Mark od lat 
pracuje dla ciebie lojalnie i w duchu na pewno przyznasz, że nie 
popierał natychmiastowego zakupu tamtego obrazu. Proszę cię… 
błagam… nie obwiniaj go o to. To zniszczy jego reputację, na 
którą pracował uczciwie przez wszystkie te lata. Ona znaczy dla 
niego najwięcej. Jego pozycja w świecie sztuki, jego wiedza i 
uczciwość zawodowa są najważniejsze. Jeżeli rzucisz na niego 
oszczerstwo, zranisz go tak głęboko, że może się z tego nie 
wydźwignąć.
 

Andriej przez cały czas trwa nieruchomo jak posąg, lecz 

teraz nachyla się w moją stronę.
 

– A ty, Beth? Ile to znaczy dla ciebie?

 

Waham się z odpowiedzią.

 

– Cóż… – Zbieram myśli. – Mnie to nie dotknie w ten sam 

sposób. Jestem tylko asystentką, ale wszystko, co zrani Marka, 
będzie dotyczyć również mnie. A jeśli on straci dobre imię i 
klientów, ja będę bez pracy.
 

– Bardzo jesteś oddana Markowi, prawda?

 

– Tak. To dobry człowiek. Ogromnie dla mnie życzliwy.

 

– Komu jeszcze jesteś oddana, Beth?

 

– Co przez to rozumiesz? Moją rodzinę?

 

– Nie. Jestem pewien, że jako dobra córka kochasz swoją 

rodzinę. Mam na myśli… siebie. Czy jesteś mi oddana? Czy byłem
dla ciebie życzliwy?

background image

 

Nie wiem, co odpowiedzieć. Zastawia na mnie jakąś 

pułapkę? Rozmyślam i szybko dochodzę do wniosku, że 
odpowiedź jest tylko jedna.
 

– Tak, ty też jesteś niewiarygodnie życzliwy. Dzięki tobie 

miałam okazję odwiedzić miejsca i zobaczyć rzeczy, które 
normalnie nigdy nie byłyby dla mnie dostępne. Chciałabym ci za 
to podziękować.
 

Uśmiecha się odrobinkę, unosząc jedynie kąciki ust.

 

– Przyjmuję podziękowanie. Ale czy mnie lubisz?

 

Nie pozwala mi wywinąć się od odpowiedzi. A odpowiedzieć

mogę tylko jedno.
 

– Oczywiście, że tak. Wiele razem przeszliśmy.

 

– Zdecydowanie. – Patrzy na mnie twardo, niebieskie oczy 

znów zamieniają się w lasery wywołujące dobrze mi znane 
uczucie: przewiercają mnie i widzą, co kryje się w środku.
 

– Ale prawda jest taka, że wciąż jesteś oddana Dominicowi, 

tak?
 

Aż mnie zatyka, tak jestem zaskoczona tym bezpośrednim 

pytaniem.
 

– Ja… cóż, noo… To skomplikowane. Ja… – zacinam się.

 

Andriej odchyla się z powrotem, splata palce i kładzie sobie 

dłonie na piersiach. 
 

– Nie musisz odpowiadać. Widzę to w twojej twarzy. Beth, 

powinnaś o nim zapomnieć. Nic ci po nim, ponadto zdradził mnie. 
 

„To nieprawda!” – chcę krzyczeć. – „Podobnie jak Mark, 

Dominic był twoim lojalnym przybocznym pracownikiem. Teraz 
zamierza robić coś samodzielnie. To nie jest zdrada!”. Nic jednak 
nie mówię. Chwila jest pełna napięcia, nie chcę go rozdrażnić. 
 

– Dominic nie jest mężczyzną, tylko chłopcem – ciągnie 

dalej Andriej. – Ma przed sobą jeszcze długie dorastanie i popełnił 
pożałowania godny błąd, gdy wybrał, abym z jego przyjaciela stał 
się wrogiem. Dopiero się przekona, że sfera moich wpływów jest 
znacznie szersza, niż przypuszczał. Jestem w stanie zniszczyć jego 
biznes jednym pstryknięciem palców. – Unosi rękę i składa palce 
jak do pstryknięcia. – Ale jeszcze nie zdecydowałem, czy mam to 

background image

zrobić, czy nie. – Kładzie dłoń z powrotem na piersi. – 
Zobaczymy. Lepiej trzymaj się od niego z daleka, Beth, mówię 
poważnie. Potrzebujesz nie chłopca, lecz mężczyzny. – Jego głos 
cichnie do pieszczotliwego pomruku, a oczy, kiedy patrzą na mnie,
spowija jakiś mrok. – Widzę w tobie potencjał, Beth. Od samego 
początku, od naszego pierwszego spotkania. Nigdy nie zapomnę 
tego momentu rano w klasztorze, gdy weszłaś taka pełna życia i 
energii, rozsiewałaś wokół siebie moc własnej zmysłowości.
 

Ja też pamiętam tamten poranek. W nocy Dominic obudził 

mnie do życia, rozpalił ogień w moim ciele, poruszył we mnie 
wszystko, kiedy uwielbiał mnie swoim ciałem. Andriej widział 
jedynie echa, odblaski tamtej nocy. Urzekło go to, co się wtedy ze 
mną stało, ale nie było to przeznaczone dla niego.
 

– Od tamtej chwili wiem, że jesteśmy dla siebie stworzeni. – 

Jego głos znów jest miękki, niemal hipnotyczny. Kiedy mówi w 
ten sposób, nie potrafię powstrzymać się od mimowolnej 
odpowiedzi na pociąg fizyczny. Przemawiają do mnie jego 
szerokie ramiona, muskularne ciało, magnetyczny urok. – Też byś 
to zrozumiała, Beth, gdybyś tylko pogodziła się z tym, że Dominic 
nie jest dla ciebie odpowiednim mężczyzną.
 

„Właśnie, że jest, jest, jest!”. Nagle czuję tak intensywną 

tęsknotę za Dominikiem, że mam ochotę krzyczeć. Tęsknię za siłą 
jego ramion, za niewiarygodnie pięknym zapachem jego skóry, 
smakiem jego ust… Ta myśl sprawia, że przetacza się przeze mnie 
fala silnego pożądania.
 

Andriej chyba ją wyczuwa. Nachyla się ku mnie i z 

płonącymi oczami mówi:
 

– Powinnaś mi pozwolić, żebym się z tobą kochał. Słowo 

daję, natychmiast zapomnisz o swoim dziecinnym zadurzeniu. 
Dowiesz się, jak to jest z prawdziwym mężczyzną.
 

Wlepiam w niego wzrok. Andriej sugeruje, że nie robiliśmy 

tego jeszcze. A to oznacza… Wyrzucam z siebie szybko:
 

– Jaskinie, katakumby, tamta nocna impreza…

 

Unosi pytająco brwi.

 

– Muszę cię o coś zapytać. Zabrzmi dziwnie, ale naprawdę 

background image

chcę wiedzieć. Ty… nie próbowałeś dotąd kochać się ze mną?
 

„I już. Powiedziałam. Wreszcie!”. Boję się teraz jego reakcji, 

serce mi wali, ramiona sztywnieją z napięcia. Andriej marszczy 
brwi, przez jego twarz przemyka rozbawienie.
 

– Mam nadzieję, Beth, że takie zdarzenie raczej byś 

zapamiętała.
 

Nie wiem, jak mu odpowiedzieć. Pamiętam, co się 

wydarzyło, ale nie jestem pewna, kto to był. 
 

– Byłam pod wpływem narkotyku, sądzę, że przez Annę – 

mówię w końcu. – Przypominasz sobie? Wspomniałam ci o tym w 
samolocie w drodze do Petersburga. Mam bardzo dziwne 
wspomnienia i nie wiem, czy są prawdziwe, czy nie.
 

– Anna przy jej psotnej naturze zapewne byłaby do tego 

zdolna – zauważa Andriej. – Pod wieloma względami na pewno 
nie będzie mi jej brakować, ale trzeba przyznać, że potrafiła 
ciekawie doprawić życie. – Uśmiecha się, jakby droczenie się ze 
mną sprawiało mu przyjemność. – No, no. Masz wspomnienie 
dotyczące nas dwojga. Interesujące. Chciałbym wiedzieć, czego 
ono dotyczy. Z przyjemnością dzieliłbym je z tobą.
 

Znów wprawia mnie w zakłopotanie. Czy to znaczy, że ma 

własne wspomnienia, czy wręcz przeciwnie? Tak daleko 
zabrnęłam. Powinnam mieć pewność, teraz albo nigdy.
 

– Andriej, z tamtej nocy pozostały mi tylko strzępki obrazów.

Muszę wiedzieć, czy w jaskiniach coś między nami zaszło, czy 
nie.
 

Wpatruje się we mnie, wyraźnie przeciągając moją udrękę. 

W końcu mówi:
 

– Beth, bardzo bym chciał, żeby między nami wtedy coś się 

wydarzyło, ale obawiam się, że do niczego nie doszło. Znalazłem 
cię zemdloną, a nie gustuję w nieprzytomnych partnerkach. 
Wyniosłem cię na powietrze, żebyś się ocknęła. A według ciebie, 
co mogło się zdarzyć?
 

– Nic. Po prostu musiałam się upewnić. – Zalewa mnie 

ogromna fala ulgi. Mam czyste sumienie. Nie zrobiłam niczego, co
mogło narazić na szwank mój związek z Dominikiem. „Dzięki 

background image

Bogu”. Natychmiast jednak ogarnia mnie straszny smutek. 
Gdybym tylko mogła mu to powiedzieć przedtem, kiedy mnie 
błagał o prawdę! Dlaczego nie zapytałam Andrieja wcześniej? W 
końcu nie było tak źle. „O mój Boże, naprawdę namieszałam. Jak 
mam teraz to wszystko naprostować?”.
 

Czuję nieprzepartą chęć, żeby natychmiast zadzwonić do 

Dominica i powiedzieć mu prawdę: że zawsze byłam mu wierna w
sercu, a teraz nie mam już wątpliwości, że dochowałam tej 
wierności również ciałem. Rzecz jasna, nie mogę tego zrobić przy 
Andrieju. Muszę ukrywać moje desperackie uczucie i pragnienie 
jak najszybszego powrotu do domu.
 

„Jeszcze tylko kilka godzin i będę wolna”.

 

Podnoszę głowę i widzę, że Andriej wpatruje się we mnie 

jakoś dziwnie intensywnie; prawie głodnym wzrokiem, jego oczy 
znowu zachodzą mrokiem, na ustach błądzi półuśmiech. Odzywa 
się niskim głosem, którego szorstkość przechodzi niemal w 
aksamitne brzmienie.
 

– Coś mogłoby się wydarzyć teraz, jeśli zechcesz, Beth. – 

Kieruje spojrzenie za siebie. – Za tamtymi drzwiami jest sypialnia, 
a w niej wygodne łóżko z jedwabną pościelą. Moglibyśmy tam 
pójść teraz i pokazałbym ci, że rzeczywistość wykracza poza 
najśmielsze wyobrażenia.
 

Oczy mi się rozszerzają, a ręce tężeją. „Jak to się stało, że 

znaleźliśmy się w takim punkcie?”.
 

Pochyla się i dociera do mnie piżmowy zapach jego wody 

kolońskiej. Nagle czuję się jak bezbronne zwierzątko, do którego 
ukradkiem zbliża się przebiegły tygrys, hipnotyzuje wdziękiem, a 
jednocześnie przyjmuje dogodną pozycję do skoku.
 

– Obiecuję, nie pożałujesz tego – mruczy. Zaraz wyciągnie 

rękę i dotknie mnie. – Wszystko, o czym marzyłaś, cokolwiek 
podobało ci się w twojej fantazji… możesz to mieć teraz, jeśli 
zechcesz.
 

Przed oczami natychmiast zjawia mi się zdradziecki obraz: 

jego szerokie nagie plecy, które obejmuję rękami, moja głowa 
odrzucona do tyłu, podczas gdy on się ze mną kocha…

background image

 

„O mój Boże, Beth, przestań! Nie, nie, nie”. On cię próbuje 

uwieść, nie wolno go słuchać. Wiem, kogo pragnę, kogo pożądam 
najbardziej na świecie, i nie jest to Andriej.
 

– I?

 

– Ja… – Potrząsam głową. – Nie, nie mogę. – Patrzę mu w 

oczy, ale trudno jest wytrzymać jego spojrzenie. Nie potrafię ukryć
zakłopotania, a nawet przerażenia.
 

Po dłuższej chwili Andriej wzdycha. Znika elektryczne 

napięcie, które wisiało w powietrzu.
 

– Widzę po twojej minie, że się denerwujesz. – Wygląda 

niemal smutno, gdy to mówi. – Nie martw się, cokolwiek możesz o
mnie myśleć, nie jestem gwałcicielem. Nie podniecają mnie 
niechętne kobiety, możesz mi wierzyć. – Jego głos nabiera 
intensywności. – Beth, chciałbym, żebyś przyszła do mnie pełna 
pożądania, gotowa i chętna. I zaczekam na to. Proszę tylko o 
szansę.
 

Nic nie mówię w nadziei, że nie będzie naciskał, bym 

odpowiedziała.
 

Ponownie opiera się plecami o oparcie skórzanego fotela i 

przygląda mi się w skupieniu.
 

– Chcesz, żebym ochraniał Marka. Dobrze. Będę chronił was

oboje. Mark to stary przyjaciel, cenię go i życzę mu jak najlepiej. 
Zrobię wszystko, co się da, aby mu pomóc w obecnym kłopocie. A
co do ciebie, Beth… tak jak powiedziałem, proszę tylko o szansę. 
Dasz mi ją?
 

„Szansę na to, żebyśmy się kochali? Nigdy tego nie zrobię. 

Moje serce należy do Dominica, tak samo jak ciało. A może chodzi
mu o szansę spędzania z nim czasu?”. Czuję, że pytanie jest 
wieloznaczne i odpowiedź też może być taka. Andriej właściwie 
mówi, że od mojej zgody zależy bezpieczeństwo Marka.
 

W tym momencie otwierają się drzwi i do kabiny wchodzi 

stewardesa.
 

– Obiad gotowy do podania – oznajmia radośnie. – Proszę 

pozwolić, że przygotuję dla państwa stół.
 

– Oczywiście. – Andriej nie odrywa ode mnie wzroku. 

background image

Bezgłośnie pyta: – Szansę?
 

Waham się jeszcze, po czym kiwam głową. Co innego mogę 

zrobić?
 

Jest bardzo późno, kiedy samochód zostawia mnie na mojej 

ulicy. Nie świeci się światło, Laura na pewno od dawna już śpi. 
Wchodzę, niosąc walizkę, żeby kółka nie hałasowały na podłodze, 
i idę do łóżka, martwiąc się układem, który zawarłam z Andriejem.
Nie wspomniał już o nim więcej, podczas obiadu rozmawialiśmy o
innych rzeczach. Na koniec podróży, zanim każde z nas udało się 
w swoją stronę, posłał mi jedno ze swoich intensywnych spojrzeń i
rzekł:
 

– Będę z tobą w kontakcie, Beth. Mam dla ciebie pracę.

 

„Co to, do licha, miało oznaczać?”.

 

Jestem wyczerpana, ale nie mogę zasnąć. Myśli galopują mi 

po głowie. Muszę odszukać Dominica i powiedzieć mu, co teraz 
wiem na pewno: w katakumbach między Andriejem a mną nic nie 
zaszło. To oznacza, że kochałam się tam z Dominikiem, a ta myśl 
napełnia mnie ciepłą ulgą. Najpierw jednak powinnam zobaczyć 
się z Markiem. Trzeba mu powiedzieć, co się wydarzyło w 
Petersburgu.
 

W pewnym momencie mój rozgorączkowany umysł zapewne

się rozluźnił i pozwolił mi zasnąć, ponieważ gdy budzik dzwoni o 
ósmej, budzę się półprzytomna ze zmęczenia.
 

– Dobry dzionek! – woła Laura z kuchni, widząc, że snuję się

korytarzem. – Jak wycieczka?
 

– Świetnie – odpowiadam, zmierzając pod prysznic. – Ale 

cieszę się, że jestem z powrotem.
 

– Podobał ci się Petersburg?

 

– Jest niesamowity. Najchętniej wróciłabym tam i 

pozwiedzała, jak należy. Oglądałam go właściwie tylko z tylnego 
siedzenia samochodu.
 

– Idę teraz do pracy. – Laura wychodzi z kuchni, żując 

ostatni kęs płatków śniadaniowych. Jest elegancko ubrana, gotowa 
na kolejny dzień w biurze. – Pogadamy wieczorem, okej?
 

– Tak, oczywiście. Miłego dnia. – Patrzę na nią z zazdrością. 

background image

Życie Laury w porównaniu z moim wydaje się bardzo proste: 
normalna praca w normalnym biurze. Wiem, że przyjaciółka 
pracuje ciężko i ma wyczerpujące obowiązki, ale przynajmniej nie 
napotyka na każdym kroku takich nieprzyjemnych niespodzianek 
jak ja.
 

Doprowadzam się do porządku i zastanawiam, czy iść od 

razu do szpitala, by się zobaczyć z Markiem. Chyba jednak zbyt 
wczesna pora na wizytę w szpitalu, postanawiam więc najpierw 
zajrzeć do jego domu w Belgravii. Może pod jego nieobecność 
pomogę w prowadzeniu biznesu. Drzwi otwiera mi pokojówka 
Gianna, a zaraz potem pojawia się Caroline, stukając obcasami na 
schodach.
 

– A, Beth! – woła. Wymawia to, siląc się na akcent z 

wyższych sfer, tak że moje imię brzmi raczej jak bath, co mnie 
bardzo śmieszy. – Uroczo, że do nas zajrzałaś. Jak podróż? Udana?
 

– Witaj, Caroline. Wycieczka była… interesująca. Powinnam 

powiadomić Marka o szczegółach.
 

Jej szeroka, zaróżowiona twarz przybiera poważny wyraz.

 

– Nie jestem pewna, czy to będzie możliwe, moja droga.

 

Narasta we mnie niepokój.

 

– Jak on się czuje? Jak się ma po operacji?

 

– Wycięli mu guza i przypuszczają, że zdążyli przed 

przerzutami, choć nie są tego absolutnie pewni. Problem jednak w 
tym, że musieli też odciąć kawałek języka i jakkolwiek od razu 
zrobili przeszczep mięśnia z innej części ciała, gojenie potrwa 
długo. Ból nadal jest trudny do zniesienia i obawiam się, że Mark 
nie będzie mógł mówić, przynajmniej przez jakiś czas.
 

– O, biedny!

 

– Jest bardzo chory. – Caroline wypowiada to z zasmuconą 

miną, lecz szybko ukrywa ją za stoickim wyrazem twarzy. – 
Jestem jednak pewna, że wyjdzie z tego. Wiesz, jest twardy i silny. 
Gdy trochę wydobrzeje po zabiegu, zamierzają leczyć go 
radioterapią, żeby od razu zlikwidować ewentualne przerzuty.
 

– Chciałabym się z nim zobaczyć.

 

– Nie teraz. – Caroline kręci głową. – Nie sądzę, by była to 

background image

odpowiednia pora. Wiem, że bardzo chcesz się z nim widzieć, ale 
on przez kilka dni potrzebuje pełnego wypoczynku, póki się nie 
upora z najgorszym bólem. A ja nie chcę, żeby się denerwował ani 
martwił, więc postarajmy się nie niepokoić go teraz, dobrze?
 

Kiwam głową.

 

– Oczywiście. Dostosuję się i zrobię, co tylko może mu 

pomóc.
 

– Dziękuję, moja droga. Tak jak my wszyscy.

 

Siedzę w pięknym okrągłym biurze Marka i czuję się bardzo 

przygnębiona. To on powinien tu być przy swoim imponującym 
biurku, śmiać się i żartować ze mną podczas porannego przeglądu 
poczty. Nie czuję się dobrze, zajmując orzechowe krzesło i 
otwierając koperty jego grawerowanym srebrnym nożykiem. Nie 
ma mowy, żebym mu mogła przekazać nowiny o podrobionym 
obrazie, nie teraz. Byłby w rozpaczy, a tego nie mogę ryzykować, 
kiedy jest taki chory.
 

Nagle uświadamiam sobie, że w końcu wpadłam jednak w 

pułapkę Andrieja. Nie mogłam przecież pozwolić, by rzucił Marka 
na pożarcie lwom, musiał się więc domyślić, że zgodzę się dać mu 
szansę.
 

To tyle, jeśli chodzi o hojnego dobroczyńcę sierot. I tak 

zawsze dostanie to, czego chce, nic mu nie przeszkodzi.

background image

Rozdział czwarty

Teraz, gdy wiem, że nie ma nadziei na spotkanie z Markiem, 

w moich myślach dominuje już tylko jedno. Muszę się zobaczyć z 
Dominikiem, odnaleźć go jakoś i powiedzieć mu, że w końcu ze 
spokojnym sumieniem mogę przysiąc. Andriej może i próbował 
manipulować mną, abym otwarła umysł na możliwość związania 
się z nim, ale też bezwiednie ofiarował mi najcenniejszy dar – 
zapewnienie, że dochowałam wierności człowiekowi, którego 
kocham.
 

Po skończeniu porannej pracy piszę mejla do Dominica:

 

Dominic, kochany,

 

bardzo mi przykro po tym, co wydarzyło się między nami 

tamtego wieczoru. To było głupie i bezsensowne, nie mogę 
uwierzyć, że Cię tak zraniłam. Pomiędzy mną a Andriejem do 
niczego nie doszło (uroczyście przysięgam) i nigdy nie dojdzie. 
Jestem Twoja i tylko Twoja, na pewno o tym wiesz. Był powód, dla 
którego nie mogłam wtedy przysiąc. Opowiem Ci o tym, kiedy się 
zobaczymy, obiecuję. Proszę, proszę, spotkajmy się. Muszę się z 
Tobą widzieć. Chcę, żebyś wiedział wszystko. Czy możemy umówić 
się w buduarze?

 

Uściski,

 

Beth

 

Kopiuję wiadomość do formatu SMS-a, a następnie 

wysyłam, aby poszła do Dominica zarówno mejlowo, jak i na 
telefon. Musi do niego dotrzeć w taki czy inny sposób.
 

Próbuję się skupić na codziennych zajęciach oraz nadrobić 

prace biurowe u Marka, ale nie potrafię się do niczego zabrać, 
gapię się to w skrzynkę odbiorczą, to w komórkę, czekając na 

background image

jakąkolwiek wiadomość.
 

Ale nic nie przychodzi.

 

„Dominic, proszę, odpowiedz! Błagam, daj nam szansę. Nie 

odrzucaj tak po prostu wszystkiego, co mamy. Nie zniosę tego, 
naprawdę…”. 
 

Moje telepatyczne wiadomości nie odnoszą żadnego skutku, 

podobnie jak elektroniczne. Nie mam od niego znaku życia i coraz 
bardziej narasta we mnie gorączkowy niepokój. Co mam zrobić? 
Nie mogę siedzieć z założonymi rękami i pozwolić mu, żeby 
zniknął z mojego życia. Nie dopuszczę do tego. Obiecałam sobie, 
że będę o niego walczyć, i dotrzymam słowa.
 

– Caroline! – wołam, biorąc płaszcz. – Wychodzę. Idę na 

Bond Street.
 

– Tak, moja droga, do zobaczenia – odpowiedź dobiega z 

sąsiedniego salonu.
 

– Przekaż pozdrowienia Markowi, kiedy go zobaczysz.

 

– Dobrze, przekażę.

 

Na zewnątrz jest bardzo zimno. Oczywiście nie tak mroźno 

jak w Petersburgu, ale zdecydowanie poniżej zera. Łapię autobus 
jadący na Hyde Park Corner, a następnie bocznymi uliczkami 
Mayfair zmierzam do Randolph Gardens. Nie mam 
sprecyzowanych zamiarów. Mimowolnie kieruję się do miejsca, 
gdzie ostatnio widziałam się z Dominikiem. Ponadto jedyne, co o 
nim wiem teraz na pewno, to adres stałego zamieszkania.
 

Stanowczym krokiem przechodzę obok portiera, po czym 

wyjeżdżam windą na piętro Dominica. Niemal biegnę korytarzem 
do drzwi jego mieszkania i głośno w nie pukam.
 

– Dominic! – wołam, dobijając się. – Jesteś tam? Dominic! 

Otwórz, proszę!
 

Wstrzymuję oddech i słyszę czyjeś kroki; zbliżają się od 

wewnątrz. Przepełnia mnie dzika radość. „Jest u siebie. Mogę z 
nim porozmawiać, powiedzieć mu o wszystkim, sprawić, żeby 
wysłuchał…”.
 

Drzwi otwierają się.

 

– Dominic, dzięki Bogu… Och.

background image

 

Patrzę nie w twarz, którą tak bardzo pragnę zobaczyć, tylko 

w brązowe oczy jakiejś pani w domowym dresie, trzymającej w 
ręce szmatkę.
 

– Tak? – odzywa się kobieta.

 

– Czy pan Stone jest w domu? – pytam słabym głosem, choć 

odpowiedzi mogę się domyślić.
 

Sprzątaczka potrząsa głową i mówi z silnym obcym 

akcentem:
 

– Nikogo nie ma. Sprzątam, ale nikogo nie ma.

 

– Nie wie pani, kiedy pan Stone wróci?

 

– A-a. – Znów kręci głową.

 

– Czy mogłabym wejść na chwilę?

 

Wpuszcza mnie niechętnie i wchodzę do mieszkania, 

niepewna, co mogłabym tu znaleźć. Po prostu chcę poczuć jego 
bliskość, ale w eleganckim salonie wydaje mi się, że oddalam się 
od niego bardziej niż kiedykolwiek. W tym miejscu wyraźnie 
zaznacza się nieobecność Dominica. Nie odnoszę wrażenia, jakby 
zaraz miał wyjrzeć zza drzwi, wręcz przeciwnie – wygląda na to, 
że się spakował i nieprędko zamierza wrócić.
 

Chodzę po pokoju, spoglądając na znajome przedmioty, i 

przypominam sobie czas, jaki spędziłam tutaj z Dominikiem. 
Zniknęło krzesło do chłosty – to, na którym kiedyś Vanessa 
wymierzała karę jakiemuś mężczyźnie, a ja go wzięłam za 
Dominica. Ciekawe, gdzie schował ten mebel.
 

Dostrzegam na stole jakąś broszurę i biorę ją do ręki. Na 

połyskliwym kredowym papierze widnieje napis „Finlay Venture 
Capital”, poniżej zdjęcia przedstawiające uśmiechniętych 
biznesmenów w eleganckiej sali zebrań, dalej notka reklamowa 
zachwalająca firmę, która lubi inwestować w przyszłość i 
odkrywać nowe wspaniałe sposoby zarabiania pieniędzy. Na 
samym dole wydrukowano dane kontaktowe. Firma mieści się 
gdzieś w City, gdzie ma swoje siedziby większość przedsiębiorstw 
finansowych.
 

– Czy mogę pani pomóc? – pyta sprzątaczka. Weszła za mną 

do salonu i obserwuje mnie, najwyraźniej zakłopotana tym, że 

background image

wpuściła obcą osobę.
 

Odkładam broszurę.

 

– Nie… nie. Dziękuję pani. Już wychodzę. Dziękuję za 

pomoc. 
 

„To szaleństwo. Co ja, do licha, wyprawiam?”.

 

Złapałam taksówkę na South Audley Street i jadę nią teraz na

wschód. Wyglądając przez okno, uświadamiam sobie, że Londyn 
przystroił się już w bożonarodzeniowe dekoracje. Wszędzie 
migoczą światełka, na wystawach sklepowych dominują śnieżynki 
i inne zimowe akcenty. Od świąt dzieli nas już tylko kilka tygodni. 
Jeszcze nie postanowiłam, co zrobię, ale nie wyobrażam sobie nic 
innego, jak spędzenia tego czasu z rodziną. Gdy tylko pomyślę o 
bliskich, bardzo za nimi tęsknię. Nie mogę się już doczekać, kiedy 
do nich pojadę i obudzę się w swoim starym pokoju, a w nogach 
łóżka znajdę ogromną skarpetę wypchaną upominkami. Mama 
wciąż dba o ten świąteczny szczegół, kiedy jesteśmy w domu, 
mimo że jej dzieci już dawno dorosły.
 

Wciąż patrzę w okno, podczas gdy taksówka skrótami i 

bocznymi uliczkami wydostaje się na New Oxford Street, a 
następnie główną arterią kieruje się na wschód. Mijamy Holborn i 
oto jedziemy już wśród wieżowców, gdzie za fasadami ze szkła i 
stali na niezliczonych piętrach dokonują się wielkie transakcje 
finansowe, maklerzy i inni profesjonaliści nadzorują przepływy 
ogromnych sum, a firmy zgarniają olbrzymie pieniądze za obsługę 
wszelkiego rodzaju kontraktów.
 

Nie zatrzymujemy się jednak przed żadną z imponujących 

nowoczesnych budowli ani przed dostojnymi zabytkowymi 
kamienicami. Taksówka toczy się przez niewiarygodnie wąskie 
uliczki i zatrzymuje się na niewielkim brukowanym placu, 
otoczonym ceglanymi domami z epoki wiktoriańskiej, które 
przekształcono w nowoczesne, sympatycznie wyglądające biura.
 

Kierowca zwraca się do mnie przez ramię.

 

– Jesteśmy na miejscu! Tanner Square.

 

– Dziękuję.

 

Płacę mu i wysiadam. Teraz zastanawiam się jeszcze 

background image

intensywniej, co ja właściwie tu robię. Chyba nie mam jednak nic 
do stracenia. Prostuję się i pewnym krokiem idę do wejścia z 
numerem 11.
 

W środku znajduje się połyskliwie biały kontuar recepcji z 

niebieskim napisem: „Finlay Venture Capital”.
 

– Czym mogę służyć? – zwraca się do mnie recepcjonistka.

 

Wlepiam w nią wzrok, nie wiedząc, co powiedzieć. 

Powinnam była zaplanować sobie działanie, zanim weszłam, ale 
teraz już trochę za późno. Kobieta marszczy brwi.
 

– Czy ma pani umówione spotkanie?

 

– Ja… nie… niezupełnie.

 

– Obawiam się, że będzie pani musiała wyjść, jeżeli nie jest 

pani z nikim umówiona. – Jej głos przybiera nieprzyjemnie 
chłodny ton.
 

– Nie, proszę, naprawdę muszę się z kimś zobaczyć… z 

kimś, kto tu…
 

– W czym problem? – Głęboki męski głos dobiega z mojej 

lewej strony. Obracam się i widzę młodego mężczyznę w 
okularach i z ciemnobrązową brodą. Jest ubrany w zwykłe dżinsy i
rozpiętą pod szyją koszulę ze swetrem na wierzchu. – Czy mogę w
czymś pomóc?
 

Ma przyjazne wejrzenie i podejmuję nagłą decyzję, żeby mu 

zaufać.
 

– Tak, mam nadzieję – odpowiadam. – Szukam Dominica 

Stone’a i zastanawiałam się, czy nie ma go tutaj.
 

Tamten wygląda na zaskoczonego.

 

– Dominica? Dziwne. Właśnie wyszedł, jakieś dwadzieścia 

minut temu.
 

– O, nie! – Wyrywa mi się okrzyk wielkiego rozczarowania. 

– Nie wie pan, dokąd poszedł?
 

Rzuca mi zaintrygowane spojrzenie.

 

– O co chodzi? Nie mogę tak po prostu podać komuś jego 

danych. Nie mam pojęcia, kim pani jest.
 

Patrzę na niego błagalnym wzrokiem. Nie chcę tutaj, w 

publicznym miejscu wyjaśniać mu swojej sytuacji. Ku mojej uldze 

background image

on najwyraźniej rozumie, ponieważ zaprasza mnie dokądś na bok.
 

– Proszę za mną.

 

Idę za nim do małego pomieszczenia biurowego pełnego 

nowoczesnych gadżetów i siadam na wskazanym mi krześle. 
Gospodarz zajmuje miejsce za biurkiem.
 

– Przy okazji, jestem Tom Finlay – przedstawia się. – A pani?

 

– Beth Villiers, przyjaciółka Dominica.

 

– Hmm. – Posyła mi rozbawione spojrzenie sponad 

okularów. – Szczególna przyjaciółka?
 

Policzki mi płoną.

 

– No… To skomplikowane. Ale tak, jesteśmy w 

szczególnych stosunkach. Naprawdę muszę się z nim zobaczyć, 
żeby coś wyjaśnić. Popełniłam błąd i tylko ja mogę to 
wyprostować.
 

– No, no. – Tom Finlay uśmiecha się do mnie. – Cieszę się, 

że chodzi o romans, a nie o jakąś finansową katastrofę, zważywszy
na to, że właśnie sporo zainwestowałem w firmę Dominica.
 

– Więc jego firma już działa? – pytam z zaskoczeniem.

 

Tom przytakuje skinięciem.

 

– Zdaje się, że wszystko było od dawna gotowe do rozruchu. 

Dominic czekał tylko na możliwość odejścia ze swojej starej pracy
i na zastrzyk gotówki potrzebnej do rozpoczęcia. Rusza od razu 
pełną parą.
 

Uśmiecham się. To do niego podobne. Ogarnia mnie 

tęsknota, chciałabym być z nim teraz. Być może widać to na mojej 
twarzy, ponieważ Tom mówi:
 

– Posłuchaj, Beth, normalnie nie udzieliłbym nikomu żadnej 

informacji o kliencie czy partnerze biznesowym, ale wyglądasz na 
zdesperowaną.
 

– Bo jestem! – wtrącam szybko. – Nie odpowiada na moje 

telefony ani mejle.
 

– O? – Tom marszczy brwi. – Czy bierzesz pod uwagę tę 

ewentualność, że może nie jest zainteresowany?
 

Z lekką paniką spostrzegam, że niechcący podsunęłam mu 

niewłaściwe przypuszczenie. Ten człowiek może pomyśleć, że 

background image

Dominic nie chce mieć ze mną nic wspólnego, a ja go nękam albo 
się narzucam.
 

– Nie, nie – zapewniam pośpiesznie. – On nie wie, co mu 

mam do przekazania. A chciałby wiedzieć, na pewno. Mówię 
szczerze, nie jestem szalona. Proszę mi powiedzieć, gdzie go mogę
znaleźć.
 

Tom zastanawia się, mruży oczy. Staram się przekonać go jak

najspokojniej.
 

– Daję słowo, wyświadczyłbyś mu przysługę. I mnie też.

 

Rozpiera się w swoim krześle i uśmiecha.

 

– Wiesz co? Nie wyglądasz na szaloną. A Dominic jest 

wystarczająco dorosły, żeby dać sobie radę. – Tom bierze pióro i, 
bawiąc się nim bezwiednie, mówi dalej: – Szuka inwestorów dla 
swojej firmy. Ma wspaniałe pomysły i potrzebuje pięciu czy 
sześciu ludzi, którzy je z nim zrealizują, przy czym każdy musi 
włożyć w to sporo pieniędzy. Dzisiaj udaje się do Paryża na 
spotkanie z mieszkającą tam pewną grubą rybą, którą spróbuje 
wziąć na haczyk.
 

– Do Paryża?

 

Tom kiwa głową.
– Właśnie. – Spogląda na zegarek. – Wspomniał, że wyrusza 

pociągiem odjeżdżającym o drugiej z St Pancras

1

. Jeśli się 

pośpieszysz, może go złapiesz na dworcu.
 

Myślałam, że ten dzień nie może być już bardziej szalony, ale

oto siedzę w kolejnej taksówce i tym razem jadę na północny 
zachód. Kierowca nie wydaje się nazbyt chętny, by pędzić 
bocznymi uliczkami tak jak poprzedni. Wręcz przeciwnie – wlecze
się wolno w stronę Old Street, jakby celowo chciał po drodze 
zaliczyć wszystkie czerwone światła, ustępuje każdemu 
napotkanemu autobusowi i przepuszcza nawet tych pieszych, 
którzy wykazują jedynie ślad chęci przejścia przez jezdnię. Mam 
ochotę gryźć sobie knykcie z frustracji. Wpatruję się w zegarek, 
próbując stwierdzić, ile mam czasu. Pociąg odjeżdża o drugiej, 
zatem Dominic musi się stawić do odprawy co najmniej pół 
godziny wcześniej. Od Finlaya wyszedł dwadzieścia minut przed 

background image

moim przybyciem, czyli możliwe, że dotarł na St Pancras, zanim ja
wybiegłam z Tanner Square. Jak każdy pasażer, musi przejść 
odprawę. Przypuszczalnie podróżuje klasą biznes, więc zapewne 
znajdę go w poczekalni dla biznesmenów. O ile z jakiegoś powodu
nie krąży po dworcu; wówczas będę go łapać przy bramce 
odprawy. Muszę się tam zjawić najpóźniej o wpół do drugiej, a 
teraz jest dziesięć po pierwszej.
 

Wreszcie wydostajemy się z ronda na Old Street i zmierzamy

w stronę King’s Cross, ale wciąż zatrzymujemy się na wszystkich 
możliwych światłach. Jakoś nie możemy się wstrzelić w zielone. 
Omal nie podskakuję na siedzeniu, tak rozpaczliwie pragnę, 
żebyśmy poruszali się szybciej. Wreszcie widzę sylwetkę dworca 
King’s Cross i imponującą neogotycką fasadę hotelu St Pancras. 
Dochodzi pierwsza dwadzieścia. Zastało mi tylko dziesięć minut. 
W udręce czekam, aż taksówka skręci w stronę wejścia „Eurostar”;
w końcu zatrzymujemy się tuż przed nim. Pośpiesznie wyjmuję 
pieniądze z portmonetki, płacę za kurs, po czym wyskakuję z 
samochodu i pędzę do środka. W wejściu na peron Eurostar tłoczy 
się pełno ludzi. Za godzinę odjeżdża pociąg do Brukseli i 
pasażerowie ustawiają się już do odprawy.
 

Gorączkowo szukam wzrokiem Dominica, ale nie widzę go 

w tłumie. Dlaczego miałby się przepychać w tej ciżbie, skoro może
siedzieć spokojnie w poczekalni dla klasy biznes? Czemu o tym 
nie pomyślałam? Zerkam w górę i widzę, że na tablicy odjazdów 
wyświetlono już odprawę pasażerów udających się do Paryża. 
Zostało tylko kilka minut. Lada chwila Dominic opuści Londyn i 
stracę go. Otwieram torebkę i sprawdzam wewnętrzną kieszeń. Jest
– mój paszport. Nie wyjęłam go po powrocie z Rosji. Podbiegam 
do automatów biletowych i – podjąwszy błyskawiczną decyzję – 
zaczynam wybierać pozycje na ekranie dotykowym. Wyciągam 
kartę kredytową i zesztywniałymi, nieposłusznymi palcami 
wstukuję na klawiaturze cyfry. 
 

– No, już, szybciej! – mruczę pod nosem, starając się nie 

krzyczeć. – No… proszę!
 

Zakup biletu jest w toku. Automat warczy, drukuje bilet i 

background image

wypluwa go na podajnik. Biorę karteczkę drżącymi rękami i mknę 
do bramki. Nie przykładam nawet biletu do czytnika, tylko 
wręczam go stojącemu obok inspektorowi, żeby mi otworzył 
barierkę i pozwolił biec do pociągu. Widzę, że z przodu stoi 
kolejka do kontroli bagażu. Czy zdążę wsiąść? Bądź co bądź, nie 
mam żadnej walizki, tylko torebkę. Inspektor sprawdza mój bilet, 
spogląda na tablicę odjazdów i w milczeniu wskazuje mi ją gestem
dłoni. Patrzę na wyświetlacz i widzę komunikat: „Odprawa 
zamknięta”.
 

– Za późno – informuje mnie ze smutkiem funkcjonariusz.

 

– Proszę, proszę mnie przepuścić! – błagam. – Proszę, tylko 

na minutkę.
 

Potrząsa głową.

 

– Nie mogę. To wbrew przepisom. Wpuszczę jedną osobę i 

cały tłum zażąda tego samego. Jeśli jedna minuta, to czemu nie 
dwie? Nie da rady. Przykro mi.
 

Wpatruję się osłupiała w swój bilet. Jest bezużyteczny. 

Właśnie wydałam trzysta funtów na kawałek papieru.
 

Inspektor patrzy na mnie ze współczuciem.

 

– Niech pani posłucha. Widziałem, jak kupowała pani bilet. 

Proszę podejść do głównego biura tam za rogiem i powiedzieć, że 
panią przysłałem. Spóźniła się pani na pociąg tylko minutę. Niech 
pani poprosi o zmianę godziny odjazdu. Pojedzie pani do Paryża 
następnym pociągiem.
 

„Ale czy w ciągu tej godziny odzyskam rozum?”.

 

Znów zerkam na bilet. W jedną stronę na Gare du Nord. 

Wkurza mnie, że pociąg wciąż stoi na peronie, Dominic jest tak 
blisko, a ja nie mogę do niego podejść.
 

„A co mi tam! Czy mam coś do stracenia?”.

 

Patrzę na inspektora.

 

– Gdzie jest to biuro, do którego mam podejść?

 

Z przepisanym na nowo biletem wsiadam do kolejnego 

pociągu Eurostar. Zajmuję miejsce i rozglądam się. Wagon 
zapełnia się szybko. Przypuszczam, że spory udział ma w tym pora
roku.

background image

 

Boże Narodzenie to dobry powód, żeby wyskoczyć za 

granicę na zakupy czy po świąteczne przekąski. Widzę wiele par, 
niektóre to starsi ludzie. Może świętują swoje rocznice lub 
wybierają się na romantyczny wypad do Paryża. Są też osoby w 
garniturach, najwyraźniej podróżujące w sprawach służbowych – 
już otwierają laptopy albo wpatrują się w tablety. Jest bardzo dużo 
Francuzów wracających do swojego kraju oraz niemało pasażerów,
którzy ewidentnie wybierają się dalej, w głąb Europy. Blisko mnie 
rozsiada się jakaś rodzina, młoda matka trzyma torebki z 
winogronami i ciasteczkami ryżowymi dla małych dzieci. 
 

Wyjmuję komórkę i dzwonię do Caroline. Nie odbiera, więc 

zostawiam wiadomość, że nie będę dziś w pracy po południu, a 
później zadzwonię, żeby zapytać, jak się czuje Mark. Potem 
wybieram numer Laury, a raczej jej biura.
 

– Mówisz, że gdzie jesteś? – pyta niedowierzająco, kiedy ją 

zawiadamiam o swoim zamiarze.
 

– W pociągu Eurostar na dworcu St Pancras, zaraz 

odjeżdżam do Paryża.
 

– Oszalałaś zupełnie? Czemu to robisz?

 

– Ponieważ Dominic będzie w Paryżu. Pojechał poprzednim 

pociągiem. W tej chwili przypuszczalnie jest gdzieś w Eurotunelu.
 

– I myślisz, że go znajdziesz? – Głos Laury jest pełen 

najwyższego sceptycyzmu. – Tak po prostu natkniesz się na niego?
W całym wielkim Paryżu akurat wpadniecie na siebie? Beth, zaraz 
wysiadaj z pociągu i ochłoń. Złożymy to na karb chwilowego 
szaleństwa.
 

– Nie – odpowiadam. – Znajdę go. Jestem pewna.

 

– Jak?

 

– Coś wymyślę.

 

– A kiedy wrócisz?

 

– Ostatni pociąg odjeżdża około dziewiątej, jak mi się zdaje –

mówię wymijająco. – Jeszcze nie sprawdzałam. Pewnie się nim 
zabiorę.
 

– Dobry Boże, Beth. Nad ranem przyleciałaś z Petersburga! 

Teraz zamierzasz się włóczyć po Paryżu o jakiejś nieludzkiej 

background image

nocnej godzinie! – Zaraz jednak dodaje tęsknie: – Zapowiada się 
świetnie. Szkoda, że nie mogę pojechać z tobą.
 

– Ja też żałuję! Ale będę cię informować na bieżąco, okej? 

Nie martw się o mnie, będzie dobrze.
 

– Beth, chciałabym być taka pewna jak ty. Uważaj na siebie.

 

– Będzie dobrze – powtarzam twardo. Prawie sama w to 

wierzę.
 

Po skończeniu rozmowy sprawdzam przez komórkę godziny 

odjazdu z Paryża. Jeśli nie uda mi się wrócić tego samego dnia, 
będę musiała zanocować, namierzam więc hotele w centrum 
francuskiej stolicy. Czuję dreszczyk podniecenia. To szaleństwo, 
ale stawia mnie przed różnymi możliwościami i napawa radością. 
Nie pozwolę, żeby Dominic odszedł z mojego życia przekonany, 
że go oszukałam. Powinien się dowiedzieć prawdy, nawet jeżeli 
nie zechce więcej się ze mną spotykać.
 

Nie mam przy sobie ładowarki, toteż wyłączam komórkę, 

żeby oszczędzać baterię, a otwieram kolorowy magazyn, który 
kupiłam wcześniej na dworcu. Nie bardzo wiem, czy mi się uda na 
tyle uspokoić, żeby cokolwiek zrozumieć z czytanego czasopisma. 
Zobaczymy. Za trzy godziny będę w Paryżu.
 

Będąc już w drodze, zaczynam odczuwać zmęczenie po 

ostatniej nocy i podczas gdy mkniemy przez pola Kentu, zasypiam.
Kiedy się budzę, jesteśmy już po stronie francuskiej, do Paryża 
zostało jeszcze pół godziny. Dopiero teraz, po drzemce i wypitej 
szklance wody, powoli dociera do mnie, co właściwie robię. 
Niedługo przyjedziemy na Gare du Nord – i co wtedy? Nie będę 
mieć pojęcia, dokąd się skierować.
 

Rozmyślam przez chwilę, po czym włączam telefon. Łapie 

francuską sieć komórkową, odbiera kilka SMS-ów, powiadamia, że
jestem za granicą, oraz zgłasza konieczność doładowania baterii. 
Znajduję w Internecie numer telefonu do Finlay Venture Capital i 
dzwonię tam. Recepcjonistka łączy mnie z Tomem Finlayem.
 

– Tutaj Beth. Rozmawialiśmy wcześniej o Dominicu.

 

– Tak, oczywiście, pamiętam cię. Udało się go złapać?

 

– Nie, przyjechałam na dworzec za późno. Wiem, że to 

background image

zabrzmi niemądrze, ale wsiadłam w następny pociąg do Paryża.
 

Śmieje się.

 

– O Boże, wiedziałem, że nie powinienem był ci pomagać. 

Czyste szaleństwo. Świetnie, Dominic na pewno mi za to 
podziękuje. 
 

– Nie ma co do tego wątpliwości – mówię szybko. – Na 

pewno się ucieszy. Ale mam pewien problem. Nie wiem, dokąd się
udał, a chciałabym zrobić mu niespodziankę. Czy jest jakiś sposób,
żebyś zdobył dla mnie więcej informacji?
 

– Czemu po prostu nie zadzwonisz do niego?

 

– Już mówiłam, nie odpowiada na mejle ani SMS-y.

 

– Tak, ale może by odebrał telefon?

 

– Może… Spróbuję. Mógłbyś mi jednak pomóc ze swojej 

strony? Proszę! 
 

– Dobrze, zrobię, co będę mógł. Czy mam mu powiedzieć, że

go szukasz?
 

– Nie, nie, wolałabym, żeby to była niespodzianka.

 

– Okej, zostaw to mnie. Czy jesteś pod mejlem?

 

– Tak. – Podaję mu swój adres elektroniczny i rozłączamy 

się.
 

Siedzę spokojnie, zadowolona z siebie. Jeżeli dobrze pójdzie,

nie będę marnowała czasu, wędrując po Paryżu w poszukiwaniu 
Dominica, tylko udam się wprost do niego.
 

Jesteśmy już na obrzeżach Paryża, kiedy przychodzi mejl od 

Toma. Wchodzę na swoją skrzynkę odbiorczą przez Internet.
 

Cześć, Beth

 

Zdaje się, że Dominic jest już na spotkaniu z tą wielką 

francuską szychą. Rozmawia o dwudziestu milionach dolarów, ma 
więc wyłączoną komórkę i nie sądzę, żeby się dał wywołać do 
telefonu stacjonarnego. Przypomniałem sobie, co mi mówił dziś 
rano: ma się spotkać z tym gościem w jego mieszkaniu gdzieś przy 
St Germain i sam zatrzyma się w okolicy, możesz się więc tam 
rozejrzeć. Dam ci znać, gdy się do mnie odezwie.

background image

 

Pozdrawiam,

 

Tom

 

„Dobra robota, Tom” – myślę. To irytujące, że Dominic nie 

odpowiada na moje sygnały, ale przynajmniej zawęziłam obszar 
poszukiwań do jednego bulwaru i jego okolic. Uświadamiam 
sobie, że potrzebna mi będzie ładowarka. Mój telefon długo już nie
pociągnie, jeśli będę korzystać z Internetu. To powinno być moje 
pierwsze zadanie, kiedy wysiądę na Gare du Nord.
 

Dwadzieścia minut później idę peronem w tłumie 

podróżnych, zmierzając do głównej hali dworca. Wcześniej byłam 
w Paryżu tylko raz na wycieczce szkolnej i od razu wracają 
wspomnienia tamtych chwil, przywołane muzycznym trelem 
poprzedzającym powiadomienia płynące z głośników. Nie 
rozumiem ani słowa po francusku, ale upaja mnie sam fakt, że tutaj
trafiłam. Znajduję bankomat i pobieram ze swojego konta trochę 
euro. Następnie namierzam kiosk i udaje mi się wytłumaczyć 
sprzedawcy, że potrzebuję ładowarki do telefonu. Po kilku 
minutach jestem dumną posiadaczką ładowarki z kontynentalną 
wtyczką. Pierwsza misja zakończona pomyślnie. W kolejnym 
kiosku, turystycznym, kupuję plan miasta z mapką metra. Robię 
duże postępy.
 

Siadam w zacisznym kąciku, w którym mogę przestudiować 

mapę. Z niewielką pomocą Internetu znajduję St Germain oraz 
najbliższą stację metra. Dobrze. Nie ma sensu zwlekać. Tam 
właśnie się udam.
 

Paryskie metro jest zupełnie inne od londyńskiego, ale 

pozwala na łatwą orientację. Postanawiam pojechać do stacji St 
Germain-des-Prés, bo wydaje się to najodpowiedniejsze. Idę więc 
do metra, w budce kupuję bilet, posługując się swoim okropnym 
szkolnym francuskim, i zmierzam do ciemnoróżowej linii 4, która 
po jedenastu przystankach ma mnie doprowadzić do St Germain-
des-Prés. Niemal natychmiast na peron wtacza się z hałasem 
kanciasty pociąg. Zastanawiam się, czy w oczach innych 

background image

pasażerów wyglądam na zbłąkaną owieczkę, chociaż właściwie 
nikt nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi. W uniesieniu czytam 
romantyczne nazwy kolejnych mijanych stacji – Château d’Eau, 
Châtelet, Cité… Wszystkie coraz bardziej przybliżają mnie do 
Dominica. Wysiadam na Germain-des-Prés i po wydostaniu się na 
powierzchnię uświadamiam sobie, że moje zadanie zostaje 
utrudnione, ponieważ tymczasem zapadł zmrok. Czas jest we 
Francji przesunięty o godzinę względem angielskiego, poza tym 
mamy już wczesny wieczór, lecz Paryż jest rzęsiście oświetlony, 
podobnie jak Londyn, ponadto wszędzie migoczą świąteczne 
dekoracje. Stoję na placu, nad którym dominuje duży kościół. 
Świetlista iglica wieży zdaje się przeszywać granatowoniebieskie 
niebo niczym wielka złotoszara strzała.
 

Podekscytowanie aż mi zapiera dech w piersi. Oto jestem w 

Paryżu! Na pięknym placu otoczonym jasnymi oknami kawiarni i 
barów, dokoła słychać rozmowy i czuje się niewiarygodnie 
francuską aurę. Teraz wystarczy już tylko odszukać Dominica. Czy
będzie trudno? Sprawdzam swój telefon. Nie ma nic od Toma. 
Pójdę do kawiarni, napiję się kawy i przemyślę sytuację, a przy 
okazji zobaczę, czy da się tam podładować komórkę.
 

Podchodzę do najbliższej kawiarni i natychmiast czuję się 

zbita z tropu. W środku siedzi pełno ludzi wyglądających na 
biznesmenów – popijają kawę albo wino zajęci swoimi telefonami.
Są też piękne panie, niektóre z maleńkimi pieskami wciśniętymi do
pojemnych torebek. Nieśmiałość na pewno nie pozwoli mi wejść 
do takiego lokalu. Idę więc nieco dalej, opuszczam plac i w 
bocznej uliczce trafiam na spokojniejsze, przytulne miejsce pod 
szyldem „Chez Albert”. Stoliki stoją na zewnątrz pod 
ogrzewaczami w kształcie parasoli. Zbieram się na odwagę i 
siadam przy jednym z wolnych stolików. Zaraz pojawia się kelner i
mówi coś szybko po francusku.
 

– Café au lait, s’il vous plaît – dukam i kelner idzie po moją 

kawę.
 

Minusem siedzenia na zewnątrz jest to, że nie podładuję 

telefonu. Mogłabym później przenieść się do środka, ale tutaj mam

background image

szansę dostrzec Dominica, gdyby właśnie przechodził. Wyobrażam
go sobie, jak rozmawia z tym ważnym człowiekiem w jego 
mieszkaniu, roztacza przed nim inspirujące wizje i zachęca, żeby 
zainwestował miliony dolarów w nową, prężną firmę.
 

„Kto jak kto, ale Dominic potrafi to najlepiej”.
Kelner wraca z czarną kawą i dzbankiem gorącego mleka. 

Stawia je przede mną od razu z rachunkiem. Zerkam na karteczkę. 
Pięć euro za jedną kawę? No, przypuszczam, że to jakby pójść na 
kawę do Knightsbridge

2

, wszystko na pewno jest drogie.

 

„Co zrobię, jeśli nie znajdę Dominica?”. To żaden problem, 

powtarzam sobie twardo. Pojadę ostatnim pociągiem do domu albo
w razie potrzeby przenocuję w hotelu. Nie wydaje mi się jednak, 
by konieczne było rozważanie innych możliwości. Coś mi 
podpowiada, że go odszukam. W tym momencie rozbłyskuje mój 
telefon, bliski zupełnego wyczerpania baterii. To mejl od Toma.

background image

Rozdział piąty

Siedzę w holu szykownego hotelu butikowego przy 

eleganckiej ulicy niedaleko od St Germain. Nie da się ukryć, że ta 
część Paryża jest bardzo droga. Ne odważyłam się jeszcze zapytać 
o cenę pokoju, wystarczy, że białe wino, które teraz sączę, 
kosztowało prawie dziesięć funtów. Tomowi udało się zdobyć 
nazwę hotelu, w którym zatrzymał się Dominic, a ja znalazłam to 
miejsce z pomocą aplikacji lokalizacyjnej. Odświeżyłam się nieco 
w toalecie i usiadłam w holu na bardzo wygodnej pasiastej sofie. 
Przeglądam swój magazyn, popijam wino i ukradkiem obserwuję 
wszystkich przewijających się przez recepcję ludzi. Miło się siedzi,
ale mam nadzieję, że Dominic zjawi się wkrótce, ponieważ nie 
jestem pewna, na ile lampek wina mogę sobie pozwolić – i 
finansowo, i fizycznie.
 

„A jeśli poszedł gdzieś na kolację i wróci późno? Jak długo 

pozwolą mi tutaj siedzieć? Poza tym umieram z głodu”.
 

Uświadamiam sobie, że właściwie przez cały dzień nic nie 

jadłam. Staram się nie myśleć o wspaniałych restauracjach, od 
których zapewne roi się w okolicy, każda serwuje pyszne 
francuskie dania… W brzuchu burczy mi tęsknie.
 

Nagle jedzenie odsuwa się na najdalszy plan. Wyczuwam go,

zanim się pojawi w zasięgu wzroku. Niczym zwierzę wietrzące 
burzę, jestem świadoma, że coś wisi w powietrzu; dostaję od tego 
gęsiej skórki. Wiem ponad wszelką wątpliwość, bez patrzenia, że 
chemia w pomieszczeniu uległa zmianie – dzieje się coś 
cudownego. Jakby hol hotelowy odetchnął niezwykłym zapachem 
albo jakby rozległy się nagle dźwięki boskiej muzyki. Czuję, jak 
od tego wrażenia przepełnia mnie radość.
 

„On tu jest. Wiem o tym”.

 

Odwracam głowę w stronę wejścia i zdaje mi się, że to ruch 

w zwolnionym tempie. Bez najmniejszej wątpliwości wierzę w to, 
co czuję. Reaguję na obecność człowieka, którego kocham 

background image

najbardziej w świecie, jak mogłabym się mylić?
 

„Dominic”.

 

Wchodzi frontowymi drzwiami, przemierza mały korytarz i 

idzie do recepcji po klucz, a przy tym cały czas rozmawia przez 
telefon. Jego widok przyprawia mnie o słabość i zawroty głowy. 
Widziałam go ostatnio wcale nie tak dawno temu, ale wydaje mi 
się, że minęła wieczność. Wtedy na jego twarzy malowały się 
gniew, zwątpienie i gorycz, teraz, słuchając swojego rozmówcy 
przez telefon, Dominic ma poważną, skupioną minę.
 

„Mój Boże, jest taki wspaniały…”. Tak atrakcyjny, że siła 

jego oddziaływania rozbraja mnie wciąż od nowa. Oliwkową skórę
nieco przyciemnia popołudniowy zarost, brązowe oczy są 
utkwione w podłodze, usta – piękne, lekko wygięte jak u 
szelmowskiego pirata – sprawiają, że mam ochotę skoczyć na 
równe nogi, podbiec i pocałować go. Wygląda cudownie w 
ciemnoszarym garniturze oraz w rozpiętej pod szyją białej koszuli, 
bez krawata.
 

Nie wiem, co zamierzałam zrobić na jego widok, lecz teraz i 

tak nic by nie było z tych planów – próbuję wstać, ale nogi uginają
się pode mną. Dominic bierze klucz, odwraca się w moją stronę i 
zaraz przejdzie obok sofy, na której siedzę. Za chwilę mnie minie i 
nawet nie zauważy, że tu czekam. Jest głęboko pogrążony w 
rozmowie i niczego nie dostrzega. Zbieram się na wysiłek, żeby się
podnieść z miejsca. Ręce mi drżą, żołądek aż się skręca. Jestem 
oszołomiona i odurzona, a zarazem triumfuję. Odnalazłam go, z 
pomocą Toma oczywiście, ale znalazłam!
 

Jest teraz tak blisko, prawie na wyciągnięcie ręki. Muszę się 

odezwać, bo przejdzie obok i zniknie.
 

– Dominic – mówię, ale brzmi to jak miękki szept, ginący w 

hotelowym gwarze. Nabieram więcej powietrza i odzywam się 
głośniej: – Dominic!
 

Słyszy mnie. Odwraca głowę i zauważa moją postać. Jego 

brązowe oczy spoglądają prosto w moje. Zatrzymuje się, patrzy ze 
zdumieniem, bezwiednie otwiera lekko usta, a ręka trzymająca 
telefon opada. 

background image

 

– Beth? – Jego mina wyraża jednocześnie radość i 

zaskoczenie.
 

– Przepraszam, że tak cię nagabuję bez uprzedzenia, ale 

musiałam się z tobą zobaczyć. Koniecznie powinniśmy 
porozmawiać!
 

Wciąż stoję, tkwiąc pomiędzy sofą a niskim stolikiem. 

Dominic opamiętuje się i unosi telefon do ucha.
 

– Richard, czy mógłbym oddzwonić do ciebie później? 

Wyskoczyło mi coś pilnego. Dzięki. – Wsuwa komórkę do 
kieszeni i wpatruje się we mnie nadal zszokowany. Radość znika z 
jego twarzy, na czole pojawia się bruzda. – Co tutaj robisz? 
Wiedziałaś, że tu będę?
 

Kiwam głową.

 

– Tak. Wiem, że to zupełna ostateczność, tak wyskakiwać na 

ciebie w hotelu, ale musiałam się z tobą zobaczyć. Proszę… 
możemy porozmawiać?
 

Po minie widać, że Dominic przypomina sobie, co się 

zdarzyło podczas naszego ostatniego spotkania.
 

– Nie chcę kolejnej kłótni, Beth. Myślę, że powiedzieliśmy 

już sobie wszystko w Londynie. Wiesz, jak się z tym czuję.
 

– Dominic – mówię żarliwie. – Wszystko się zmieniło. Daję 

słowo. Musisz mi uwierzyć.
 

– Muszę? – Zaczyna spoglądać na mnie wrogo. Powinnam 

szybko ratować sytuację, zanim będzie za późno.
 

– Tak. Wiem teraz rzeczy, które przedtem były niejasne.

 

– Jak na przykład to, czy zaszło coś między tobą a… – Nie 

jest w stanie wymówić imienia Andrieja.
 

– Tak. Tak. Wiesz przecież, że nigdy nie kłamię, pamiętasz, 

że zawsze mówię prawdę. Proszę, wysłuchaj mnie. Nie pozwól, 
żebyśmy przez jakieś głupie nieporozumienie stracili to, co mamy. 
– Patrzę na niego błagalnie. – Pięć minut. Proszę.
 

On z kolei wpatruje się w podłogę, jak gdyby toczył 

wewnętrzną walkę.
 

– Dobrze – zgadza się po chwili. – Masz pięć minut. Nie 

więcej.

background image

 

– Tutaj? – pytam, zerkając na boki. Ludzie kręcą się w 

recepcji i holu, a obsługa wyraźnie ma nas na oku.
 

– Nie. Pójdziemy do mojego pokoju – decyduje Dominic. – 

Chodź ze mną.
 

Idę pośpiesznie za nim po marmurowej podłodze, ledwie 

nadążając za jego długimi krokami. Chwilę później stoimy oboje w
windzie i jedziemy na trzecie piętro. Dominic nie patrzy na mnie, 
ale jest świadomy mojej obecności; widać to po napięciu jego 
ramion i po mocno zaciśniętych ustach. Ja zaś jestem kłębkiem 
nerwów. Staram się z całych sił, żeby go nie dotknąć. Pragnienie 
wyciągnięcia ręki staje się wręcz nieprzeparte. Marzę, aby 
przesunąć końcami palców po jego dłoni, przycisnąć usta do 
miękkiego miejsca na szyi pod uchem i wdychać ciepły zapach 
jego skóry. Czuję, jak moje ciało z rozkoszą reaguje na jego 
bliskość, jak się przygotowuje na przyjemność jego dotyku. Muszę
się uspokoić, powściągnąć własne wrażenia. Podczas gdy budzą 
się we mnie hormony, a zakończenia nerwowe niemal wibrują, 
mózg próbuje nad tym zapanować, powstrzymać podekscytowanie.
Nic nie jest pewne. Na razie.
 

Drzwi windy rozsuwają się i idziemy przez wyłożony 

chodnikiem korytarz do pokoju Dominica. On otwiera drzwi, 
włącza światło i ukazuje się eleganckie, wygodne wnętrze. 
Wchodzę do środka i zaraz Dominic zwraca się do mnie 
wyczekująco.
 

– Proszę. Pięć minut. Jestem zajęty, Beth. To dla mnie bardzo

ważny czas.
 

Patrzy chłodno. Nie cierpię takiego wzroku. Czy naprawdę 

czuje teraz do mnie co innego niż dawniej? Czy nigdy już nie 
zobaczę tamtego miękkiego spojrzenia, płonącego intensywnym 
pożądaniem? Nie wiem, czy to przeżyję, jeśli on przestanie mnie 
kochać. Myśl o tym, że nigdy nie zasmakuję kolejnego jego 
pocałunku, napełnia mnie fizycznym bólem. Mam pięć minut, 
żeby go odzyskać.
 

– Kiedy widzieliśmy się ostatnio, chciałeś wiedzieć, czy coś 

zaszło pomiędzy mną a Andriejem – zaczynam.

background image

 

– A ty nie umiałaś odpowiedzieć – wtrąca szorstko. – 

Pamiętasz?
 

– Tak, wiem, zachowałam się jak idiotka. Wiedziałam, że 

nigdy nie chciałam, żeby się coś zdarzyło. On kilka razy sugerował
mi, że moglibyśmy… że coś mogłoby… ale oczywiście wszystkie 
te aluzje odrzucałam. Ponieważ zawsze chciałam tylko ciebie, 
wiesz o tym. – Patrzę na niego błagalnie, ale jego oczy pozostają 
chłodne, a usta nie uśmiechają się. – Tamtego wieczoru podczas 
imprezy w katakumbach, kiedy poszedłeś tańczyć z Anną, 
przydarzyło mi się coś bardzo dziwnego. Ciebie z nami nie było, 
ale Anna podeszła do mnie i, wykorzystując moją nieuwagę, 
doprawiła mi czymś drinka. Nie mam pojęcia, co to było, ale na 
pewno jakiś narkotyk i jestem pewna, że to jej sprawka. Wiem, że 
posługuje się prochami, pewnie ci nawet o tym mówiła.
 

W jego oczach pojawia się mgnienie jakiejś reakcji, ale nie 

umiem powiedzieć, czy to zrozumienie, czy coś innego. Ciągnę 
dalej:
 

– Nie wiedziałam, że jestem pod wpływem narkotyku, 

wszystko wokół mnie zrobiło się jakieś dziwne. Bardzo mnie to 
skołowało, a kiedy próbowałam cię znaleźć, zgubiłam się w 
jaskiniach. Ale ty mnie znalazłeś, prawda? I kochaliśmy się tam. 
Jednak później wypadki tak się potoczyły, że wszystko mi się 
pomieszało. Byłam pewna, że kochałam się z tobą, ale pojawiła się
sugestia, że to mógł być ktoś inny. Całymi tygodniami dręczyły 
mnie strach i niepewność. Bałam się, że może niechcący nie 
dochowałam ci wierności. Że może przypadkowo pozwoliłam na 
to Andriejowi…
 

Dominic śmieje się gorzko.

 

– Przypadkowo! – mówi cicho.

 

– Tak. – Robię krok w jego stronę. – Proszę, musisz mi 

uwierzyć. Kiedy prosiłeś, żebym przysięgła, rozpaczliwie chciałam
to zrobić, bo wiedziałam, że w duchu zawsze byłam ci wierna, 
całkowicie oddana tylko tobie. Nie chcę nikogo innego, Dominic, 
wiesz o tym!
 

– Więc czemu po prostu nie zapytałaś mnie, czy to ze mną 

background image

kochałaś się w jaskiniach?
 

– Bo byłam w pułapce – przyznaję cicho. – Gdybym cię 

zapytała, a ty byś zaprzeczył, dowiedziałbyś się, że coś mi się 
przytrafiło z kimś innym… Nie zniosłabym tego. Nie umiem 
nawet wyjaśnić, jak czułam się tamtej nocy, wszystko było 
dziwaczne, zniekształcone. Całe moje postrzeganie zostało 
wypaczone. Nie rozumiałam, jak to się stało, dopóki nie 
uświadomiłam sobie, co zrobiła Anna.
 

Dominic wpatruje się we mnie. Jego ciemne oczy o 

miedzianych pobłyskach są niemal nieprzeniknione, ale chyba 
udaje mi się coś w nim poruszyć. Wyczuwam, że walczy sam z 
sobą. Domyślam się, że przez długi czas przekonywał sam siebie, 
że z nami koniec, ale nie umie przezwyciężyć swych uczuć, swego
pożądania.
 

Chcę błagać, aby im się poddał, chcę powiedzieć, że nie 

wolno mu zabijać tego, co do mnie czuje. Te uczucia są zbyt 
cenne, tak wiele dają nam obydwojgu.
 

– Chciałam być wobec ciebie uczciwa, nigdy nie skłamałam 

– mówię cicho. – Przedtem nie mogłam przysiąc, teraz mogę. 
Pomiędzy mną a Andriejem Dubrowskim do niczego nie doszło, 
przysięgam uroczyście.
 

– Skąd nagle taka pewność? – pyta szybko.

 

– Bo go zapytałam. I powiedział mi, że nic się nie wydarzyło.

 

Twarz Dominica wykrzywia straszny grymas, dłonie 

zaciskają się w pięści.
 

– Byłaś z nim.

 

– Oczywiście, wciąż dla niego pracuję. Teraz, gdy Mark jest 

chory, nie mam innego wyboru.
 

– A jakież to przytulne okoliczności sprawiły, że miałaś 

okazję zapytać Andrieja, czy cię nie pieprzył, podczas gdy byłaś na
haju? – Jego głos brzmi nieprzyjemnie, sardonicznie.
 

– Nie chciałam go o to pytać, ale nie miałam wyboru. 

Musiałam poznać prawdę ze względu na nas.
 

Dominic odwraca ode mnie twarz, patrzy w podłogę, na 

szczęce pulsuje mu mały mięsień. Wciąż z czymś walczy. Na 

background image

pewno nie może ścierpieć myśli, że mam cokolwiek do czynienia z
Andriejem. 
 

– On nic dla mnie nie znaczy – podkreślam. – Kocham cię. 

Wiesz o tym. Proszę, Dominic. Nie pozwól, żeby nas rozdzielił. 
Bardzo by mu to odpowiadało. A jeżeli będziemy ze sobą 
szczęśliwi, byłaby to nasza największa zemsta. 
 

Podnosi na mnie wzrok i niemal zapiera mi dech w piersi na 

widok bólu malującego się w jego oczach.
 

– Nie wiesz, jak było mi z tym ciężko – mówi cichym 

głosem. Podchodzi do jednego z foteli i opada na niego. – Beth, 
nikt do tej pory nie wyzwalał we mnie takich uczuć. Odkąd cię 
poznałem, podążam przedziwnymi drogami. Wszystko, nad czym, 
jak sądziłem, potrafię panować, przewróciło się do góry nogami. 
Musiałem zwątpić w to, co o sobie dotąd wiedziałem.
 

Podchodzę do niego i przyklękam na podłodze przed fotelem.

Biorę jego rękę w swoją i trzymam ją delikatnie, napawając się 
dotykiem ciepłej skóry. On pozwala mi na tę pieszczotę. Pragnę 
ucałować tę dłoń, ale się powstrzymuję.
 

– Zdawało mi się, że dużo wiem o miłości – mówi lekko 

schrypniętym głosem. – Ale nic nie wiedziałem. Myślałem, że 
chodzi o umowę, ustalenie granic i poddanie się mojej woli. 
Jednak z tobą miłość stała się chaotyczna, wymknęła się spod 
kontroli i zapragnąłem wyrzec się dominacji, a jednocześnie nadal 
z niej korzystać. Wiesz, jaka to dla mnie udręka…
 

Spogląda na mnie, jego brązowe oczy patrzą teraz miękko, 

jakby błagał o zrozumienie. Kiwam głową. Wiem, że nasza 
wspólna droga zaprowadziła Dominica do miejsc, które dla niego 
samego były zaskoczeniem. Próbował odrzucić pewne aspekty 
własnej osobowości, ale tłumienie ich kończyło się tak, że 
ukazywały się w innym miejscu. Przestał korzystać z narzędzi kary
podczas naszych miłosnych spotkań, ponieważ sądził, że go to 
ustrzeże przed pragnieniem dominacji, ale tego rodzaju cechy nie 
da się wygasić. Dominic nie zdołał tego zrobić, mimo że nawet 
sam się biczował.
 

– Kocham cię, kocham w tobie wszystko – mówię łagodnie. 

background image

Chcę dotykiem uleczyć ranę, która powstała w momencie naszego 
rozstania, pragnę przywrócić mu pewność siebie, aby znów stał się
sobą. – Nie musisz się zmieniać.
 

Głowa mu lekko opada. Rozpaczliwie tęsknię do jego ust, 

chcę je pocałować, otoczyć go ramionami, poczuć jego gorącą 
skórę na swojej. Przysuwam jego rękę do moich ust i przyciskam 
ją do warg. 
 

– Beth. – Głos mu się łamie. Podnoszę wzrok i widzę, że 

patrzy na mnie. – Nie wiem… Nie jestem jeszcze gotowy.
 

– Nie chcesz tego? – pytam miękko, po czym znowu całuję 

jego dłoń.
 

– Oczywiście, że chcę – jęczy. – Wiesz, jaką masz nade mną 

władzę. Ale… – Zamyka na sekundę oczy, a kiedy je otwiera, 
błyszczy w nich determinacja.
 

– Między nami chodzi nie tylko o seks. To coś ważniejszego, 

poważnego, dotyka naszych serc. Chcę cię pieprzyć, i to bardzo, 
straszliwie. Jednak gdy zaczynamy, musi to wynikać z 
prawdziwego uczucia. Jeszcze dziesięć minut temu byłem 
zdecydowany wykluczyć cię z mojego życia na zawsze. Nie mogę 
teraz kochać się z tobą tak po prostu, jakby tamto zostało 
odwrócone jednym pstryknięciem. Muszę to przemyśleć i zyskać 
pewność. Nie chcę ryzykować, że znów coś pójdzie nie tak. To 
zbyt bolesne.
 

Mam ochotę podskoczyć i wykrzyknąć radośnie: „Ale 

jesteśmy razem, nic nas już nie rozłączy!”. Nie robię tego jednak. 
Wiem, że to, co mnie się wydaje proste, dla niego wcale takie nie 
jest. Ja nigdy nie toczyłam takich wewnętrznych walk jak on. 
Mówię więc łagodnie:
 

– A gdyby pieprzący się ludzie nie byli nami?

 

Spogląda na mnie, marszcząc brwi.

 

– Co masz na myśli?

 

– Noo… To wcale nie muszą być Beth i Dominic. – Wstaję. –

Poczekaj chwilę.
 

Idę do łazienki i zaczynam zdejmować najpierw płaszcz, 

potem kolejne ubrania. Mam na sobie zwykłą czarną sukienkę, z 

background image

przodu rozpinaną od góry aż do pasa. Ściągam ją przez głowę, 
zerkając przy tym na własne odbicie w lustrze. Oczy mi płoną, 
policzki są zaróżowione. Rozpinam stanik i zdejmuję go, następnie
zsuwam rajstopy i majtki. Stoję naga w łazience hotelowego 
pokoju Dominica. Trochę to dziwne, ale wiem, co robię. Wkładam 
z powrotem sukienkę. Jestem teraz bosa, bez bielizny, w samej 
sukience.
 

Otwieram drzwi od łazienki i widzę, że Dominic siedzi w 

tym samym fotelu, czekając na mnie.
 

– Zostań tam – mówię. – Zamknij oczy.

 

Posłusznie wykonuje polecenie, a ja szybko przemykam 

przez pokój i wychodzę na korytarz. Narasta we mnie 
podekscytowanie. Nie mam pojęcia, czy to zadziała, może okaże 
się zbyt szalone, ale warto spróbować. Wszystko będzie zależało 
od tego, czy Dominic jest gotowy na taką próbę, czy nie.
 

Pukam do drzwi. Po chwili on je uchyla.

 

– Tak? – pyta, spoglądając przez szparę.

 

Świetnie. Nie powiedział: „Beth” ani „Co ty tu robisz?”. 

Otwiera się na eksperyment, bez względu na to, czy go przejrzał, 
czy nie. 
 

– Pokojówka, proszę pana – mówię cicho.

 

– Pokojówka?

 

– Nie wzywał pan pokojówki?

 

– Nie jestem pewien, ale skoro już jesteś, wejdź. – Otwiera 

drzwi szerzej i wchodzę do pokoju. Głowę trzymam schyloną, 
patrzę na swoje bose stopy, opuszczone ręce mam złączone przed 
sobą. – Kim jesteś? – pyta władczym tonem.
 

„Tak, mój kochany, tak trzymaj”.

 

– Mam na imię Rosa – odpowiadam. Właśnie mi to przyszło 

do głowy i wydaje się odpowiednie.
 

– Witaj, Rosa. – Dominic przygląda mi się, lecz ja na niego 

nie patrzę. – Jesteś więc moją pokojówką, czy tak?
 

– Tak, panie.

 

– Interesujące. Jaki masz zakres obowiązków?

 

– Wszystko, czego sobie zażyczysz, panie.

background image

 

– Wszystko?

 

Kiwam głową i dodaję:

 

– Tak, panie.

 

– Rozumiem. – Ton głosu Dominica świadczy o tym, że 

zaciekawił go ten scenariusz. Wiem, że go to podkręca, sama też 
czuję podniecenie, które wyczekująco narasta między moimi 
nogami.
 

– Cóż, wyglądasz na obiecującą pokojówkę, Rosa. Zdaje się, 

że jesteś chętna, i dobrze. Ale musimy sprawdzić twoje 
możliwości. Chciałbym, żebyś przygotowała łóżko.
 

– Tak, panie. – Podchodzę do dużego dwuosobowego łoża i 

zdejmuję z niego dekoracyjne poduszki, a następnie odsuwam 
ciężką adamaszkową narzutę, pod którą ukazuje się pościel.
 

– Zdejmij narzutę całkiem, proszę.

 

– Tak, panie. – Odciągam grubą kapę, aż spada na podłogę.

 

– O, nie. Co za bałagan, Rosa. Tak nie może zostać. Proszę, 

uporządkuj.
 

Zmagam się z ciężką, sztywną narzutą, a on obserwuje, jak 

sobie nie radzę.
 

– Musisz się jeszcze wiele nauczyć – stwierdza.

 

– Proszę o wybaczenie, panie – mówię i spuszczam głowę. – 

Niezdara ze mnie.
 

– Jesteś niezdarą, co? Wiesz, Rosa, podobasz mi się, ale 

myślę, że powinniśmy już teraz wyznaczyć granice. Nie będę 
tolerować niezdarności. Musisz się nauczyć porządnej służby. 
Podejdź tu.
 

Idę do niego, serce mi bije mocno w rozkosznym 

oczekiwaniu na ciąg dalszy. Czuję, jak sukienka ociera się o moją 
nagą skórę. Dominic siedzi na taborecie przy toaletce. Staję przed 
nim.
 

– Przełóż się przez moje kolana – mówi łagodnie. – Chyba 

potrzebujesz leciutkiego napomnienia. Moje pokojówki muszą 
spełniać najwyższe standardy. Nie zgodzę się na zaniżanie 
poziomu, rozumiesz?
 

Kiwam głową i przełykam ślinę. W gardle mam sucho, na 

background image

skórze czuję mrowienie. Przykucam i kładę się na jego kolanach. 
Niewygodnie mi, ponieważ stołek jest wysoki i w tej pozycji nie 
dosięgam kolanami podłogi, a muszę przy tym zgiąć nogi. Bardzo 
podoba mi się jednak, że pod piersiami czuję twarde, napięte 
mięśnie jego ud, a chwilę później nie myślę już o niewygodzie, 
tylko o jego dużej, gładkiej dłoni, która przesuwa moją sukienkę 
coraz wyżej. Dominicowi wyrywa się cichy okrzyk zaskoczenia, 
kiedy odkrywa, że nic nie mam pod spodem. Zaraz potem 
następuje gardłowy pomruk uznania. Delikatnie gładzi dłonią moje
pośladki, rozkoszując się ich pulchnymi kształtami i ciepłem.
 

– O, Rosa, masz piękny tyłeczek. Nie mogę się doczekać, 

kiedy będzie różowy i gorący. Mam nadzieję, że za bardzo cię to 
nie zaboli, ale powinnaś dostać nauczkę.
 

Drżę z niecierpliwości i już czuję, jak obficie wypływają ze 

mnie soki, z rozkoszą otwieram się na każdy dotyk. Chcę się 
przycisnąć do niego mocniej, napierać nabrzmiałą kobiecością na 
jego uda, ale powstrzymuję się jeszcze.
 

Dominic wymierza mi lekkiego klapsa. Nie sprawia mi to 

zbytniego bólu, ale i tak krzyczę:
 

– O panie, o, proszę, nie, to boli!

 

Na moją pupę spada drugi klaps.

 

– O to mi właśnie chodzi, Rosa.

 

Pacnięcie wywołuje mrowienie na tyle mocne, że rozchodzi 

się echem po moim ciele, ale nie sprawia prawdziwego bólu. Jest 
jak lekkie sparzenie pokrzywą, od którego skórę przebiega 
pobudzające drgnienie. Ledwie się umiem powstrzymać od 
wiercenia.
 

– Nie ruszaj się! – Spada kolejny klaps, nieco mocniejszy. 

 

Jęczę.

 

– O panie, to boli. Obiecuję, że będę grzeczna.

 

To sprowadza na mnie jeszcze trzy silniejsze, ostrzejsze 

uderzenia dłonią. Czuję, że pośladki w tych miejscach robią się 
gorące i czerwone.
 

– Myślę, że dość już na dziś, Rosa. To twój pierwszy raz, a 

radziłaś sobie nie tak źle. Niech to będzie przedsmakiem tego, co 

background image

cię czeka, jeśli się nie spiszesz.
 

– O, tak, panie, postaram się z całej mocy.

 

Dominicowi głos się zmienia.

 

– Co to jest? Co to jest, Rosa?

 

Przed chwilą rozchyliłam nogi, żeby mieć lepsze podparcie, a

teraz Dominic przesuwa palce w dół mojej pupy, do miejsca, gdzie
czekam na niego wyeksponowana, otwarta. Przebiera palcami w 
moich gorących sokach, a ja mimowolnie wzdycham.
 

– O, rozumiem. Spodobały ci się te maleńkie klapsy, tak? Nie

o to mi chodziło, ale teraz widzę, że moja kara pobudziła twoje 
zmysły. No, no…
 

Nie mam już siły dłużej podtrzymywać się nogami, osuwam 

się więc na podłogę i klęczę przed nim.
 

– Zobacz, co zrobiłaś: usmarowałaś mi palce swoimi sokami!

– Podsuwa mi przed twarz swoją dłoń, żeby mi pokazać. Biorę ją i 
zaczynam zlizywać do czysta, czując słonawy, lekko cierpki smak 
mojej kobiecości. On przygląda się temu i po przyśpieszonym 
oddechu poznaję, że silnie reaguje na dotyk mojego ciepłego, 
wilgotnego języka, który pieści jego palce i zasysa ich końce.
 

– Cieszę się, że oferujesz również osobistą obsługę – mruczy,

a jego głos staje się gardłowy od pożądania.
 

Wypuszczam jego rękę i łagodnie rozchylam mu kolana. 

Przysuwam się nieco, tak że moja twarz znajduje się blisko jego 
krocza. Widzę tam twarde wybrzuszenie i aż skręcam się 
wewnętrznie z podniecenia. Nie mogę się doczekać, kiedy 
zobaczę, wezmę do ręki i będę pieścić jego wspaniałego penisa, 
gdy znów będę go miała dla siebie.
 

Przechylam głowę, by na niego spojrzeć.

 

– Czy mogę rozpiąć ci spodnie, panie?

 

Patrzy na mnie z czułością.

 

– Tak, możesz.

 

Zaraz rozpinam rozporek i uwalniam penisa, by wyskoczył z 

bokserek. Jest piękny, tak jak go zapamiętałam. Nie mogę się 
powstrzymać, nachylam się i biorę go do ust; trzymam gorące, 
twarde prącie w dłoniach i przesuwam językiem po jego gładkim 

background image

czubku. Chciałabym wziąć go całego w usta, lecz jest na to o wiele
za duży i nabrzmiewa jeszcze bardziej, kiedy sunę wargami w górę
i w dół, jak najdalej sięgam. To wielka radość czuć go znowu w 
środku i kochać go ustami. Drugą rękę wślizguję pod spód i biorę 
w dłoń jego jądra, poruszając nimi łagodnie. On jęczy, kładzie mi 
rękę na głowie, przebiega palcami przez moje włosy i przyciąga 
delikatnie głowę do siebie, tak że napieram mocniej na jego 
twardego jak skała penisa. Ssę go i liżę z rozkoszą, nie chcę 
wypuścić z ust. Nie przerywam pieszczot, aż Dominic łagodnie 
odsuwa moją głowę i odchyla ją lekko w górę. Chwyta mnie za 
ręce i podnosi z klęczek, po czym otacza mnie ciasno ramionami i 
bierze w objęcia. Wreszcie jego usta odnajdują moje i całujemy się
gorączkowo, głęboko, jakbyśmy umierali z pragnienia 
wzajemnych pieszczot. Jego język bierze w posiadanie wnętrze 
moich ust, a ja odpowiadam na to całym ciałem. Ma boski smak, a 
spotkanie naszych warg jest jak niebiańskie spełnienie. 
Niemożliwe, żeby istniały lepsze pocałunki niż ten, tak idealny, tak
intensywny i dopasowany jak dwie łączące się połówki tej samej 
całości. Nie przerywając pocałunku, on ciągnie mnie na swoje 
kolana, tak że siadam na nich okrakiem. Z dzikim podnieceniem 
czuję, jak jego twardy penis naciska od przodu na moją kobiecość. 
Wypycham nieco biodra w przód, żeby prącie znalazło się 
dokładnie na łechtaczce, która jest teraz nabrzmiała i wyjątkowo 
wrażliwa. To cudowne wrażenie sprawia, że całuję go mocniej i 
zatapiam palce w jego włosach. On wie, jak na mnie działa, i 
przesuwa leciutko biodra, aby jego penis dawał mi jeszcze więcej 
przyjemności, ilekroć dotknie mojego czułego punktu.
 

Czuję, że mogłabym dojść w ciągu sekundy, wystarczy mi 

rozkosz płynąca z namiętnego pocałunku oraz oszałamiający 
zapach jego skóry. Nie mogę znieść nacisku jego penisa na 
łechtaczkę, zaraz przekroczę tę cieniutką linię, a przecież jeszcze 
tego nie pragnę. Nie chcę, aby ta rozkosz się skończyła, nie chcę 
szczytować, póki nie poczuję jego penisa głęboko w środku, 
dopóki Dominic nie wepchnie go aż po samą nasadę. Wiem, że on 
też tego pragnie.

background image

 

Unoszę się trochę i sięgam ręką do jego penisa. Przechylam 

go, by się skierował do mojego wejścia, po czym bardzo łagodnie 
opuszczam się, nasuwając się na niego. Wchodzi idealnie na 
miejsce – wiedziałam, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Z jękiem 
rozkoszy powoli wpuszczam go do swojego wnętrza, napawam się 
przyjemnością wypełnienia i otwieram się jeszcze bardziej, by 
przyjąć go całego. Dominic też jęczy i dyszy, gdy jego penis 
wciska się we mnie coraz głębiej.
 

– O, jak dobrze – mówi. Oczy mu płoną silnym pożądaniem, 

potem znów mnie całuje. Zaczynam poruszać biodrami, a on wbija
się głębiej i głębiej. – O… Rosa – mruczy między pocałunkami. 
 

Sięga w dół, zadziera moją sukienkę, ściąga mi ją górą i 

rzuca na podłogę. Pokrywa moje piersi płonącymi pocałunkami, 
raz za razem delikatnie skubiąc sutki. Ssie i pociąga jedną, podczas
gdy drugą gładzi palcami, a niewiarygodne wrażenia płyną 
rozpaloną ścieżką do moich pachwin. Odrzucam głowę do tyłu i 
wzdycham z rozkoszy, gdy jego zęby czule podszczypują wrażliwe
brodawki. Jego ręce suną w dół mojego brzucha, głaszczą 
pośladki, po czym chwytają mocno pupę, żeby tym mocniej 
dociskać mnie do penisa. Chcę mieć go w sobie całego, jak 
najgłębiej, jakbym nie mogła się nim nacieszyć i nigdy nie miała 
dość. Szaleńczą przyjemność sprawia mi świadomość, że jego 
ciało znów połączyło się z moim, podczas gdy tak się bałam, że już
więcej go nie dostanę.
 

Nagle czuję, że chwyta mnie pewniej i mocniej, uda mu 

twardnieją i oto wstaje, wciąż mnie trzymając, a jego penis ciągle 
jest w moim wnętrzu. Oplatam Dominica nogami i całuję dziko – 
jego usta, policzki, powieki – a tymczasem on niesie mnie przez 
pokój do łóżka, po czym kładzie ostrożnie na plecach, a ja 
rozkładam nogi jak najszerzej, żeby mógł się ułożyć między nimi, 
nie wychodząc ze mnie. Jedną ręką bierze mnie za nadgarstki i 
przytrzymuje je ciasno ponad moją głową, po czym zaczyna 
gwałtownie nacierać. Jego biodra poruszają się w stałym rytmie, 
kiedy tak wchodzi we mnie raz za razem z całą mocą.
 

Każde pchnięcie wydobywa z mojego gardła głośny okrzyk i 

background image

przy każdym Dominic popycha mnie nieco bliżej krawędzi 
szczytowania, napiera na łechtaczkę i dociska ją, jednocześnie 
drażniąc moją strefę rozkoszy.
 

– Jesteś taka piękna – mówi bez tchu, wpatrując się we mnie.

– Najwspanialej wyglądasz, gdy cię pieprzę. 
 

– Jeszcze, jeszcze – błagam, czując, że zbliża się szczęśliwe 

zakończenie. Narasta błogie rozkołysanie, uścisk na moich 
nadgarstkach jest mocny i ekscytujący. Rozciągnięta pod ciałem 
Dominica, czuję się na niego bezgranicznie otwarta, jego tors 
twardo uderza o moją pierś, moja kobiecość poddaje się 
pulsującemu rytmowi jego pchnięć.
 

Penis w moim wnętrzu nabrzmiewa i świadomość, że zbliża 

się jego orgazm, wywołuje we mnie dogłębne podniecenie. 
Wypycham biodra na spotkanie jego ruchom, a gdy on jęczy, 
czując zbliżające się szczytowanie, gdzieś w głębi mego ciała 
wyzwala się mój orgazm i bezradnie poddaję się ogarniającej mnie
fali rozkoszy. Sztywnieję i krzyczę pod naporem pochłaniających 
mnie wrażeń. Wyginam się w łuk i rzucam się, wciąż jęcząc. Nadal
rozpaczliwie pragnę przyjąć te ostatnie pchnięcia, które 
podtrzymają we mnie rozedrganą, rozkołysaną przyjemność. 
Czuję, że Dominic wygina plecy i sztywnieje, porwany 
gwałtownym orgazmem.
 

Zdyszani, pozostajemy w swoich ramionach. Dominic 

cudownie ciężko spoczywa na mojej piersi, sapiąc tuż obok 
mojego ucha. Ręce mam teraz wolne, więc przesuwam nimi po 
jego gładkich plecach. Z ulgą stwierdzam, że tym razem na skórze 
nie ma żadnych tajemniczych szram. Dominic powoli uspokaja 
oddech i zaczyna mnie całować, dłużej zatrzymuje się na moich 
ustach, a potem delikatnie muska moją szyję.
 

– To było piękne, Rosa – mruczy.

 

– Dziękuję, panie.

 

– Myślę, że zapowiadasz się bardzo obiecująco, moja 

pokojówko.
 

– Dziękuję. Zrobię, co w mojej mocy, żeby cię zadowolić, 

panie.

background image

 

– Jesteś bardzo słodka.

 

Przez chwilę leżymy w swoich ramionach, nic już nie 

mówiąc, tylko napawając się bliskością naszych ciał. Czuję, że 
nasze role zmieniają się, wracamy do swoich tożsamości. Zamiast 
panem i pokojówką znowu jesteśmy Dominikiem i Beth. 
Odegranie tej fantazji pozwoliło nam przywrócić nasze dawne 
relacje i teraz możemy leżeć w swoich objęciach w prawdziwym 
życiu. Kiedy Dominic odzywa się do mnie, znów mówi normalnie,
nie jest już srogim panem o karzącej ręce, lecz moim ukochanym 
mężczyzną o silnych, ciepłych ramionach i cudownie pachnącej 
skórze.
 

– Masz się gdzie zatrzymać? Możesz tu zostać na noc, jeśli 

chcesz. Ja wychodzę… Właściwie już muszę się zbierać. Jestem 
umówiony z ważnym klientem na kolację. Kiedy wracasz do 
Londynu?
 

– Rano. Na pewno bez problemu kupię bilet. – Moje 

uniesienie nieco opada. Dopiero wróciliśmy w swoje objęcia po 
rozłące i już rozmawiamy o rozstaniu. – Jakie masz plany?
 

– Nie wracam do Londynu. Będę w podróży przez może 

miesiąc. Muszę się spotkać z mnóstwem ludzi.
 

– A potem? – wpatruję się w niego błagalnie.

 

– Nie wiem, Beth. Nie pytaj jeszcze o zbyt wiele.

 

– Ale… – Wiem, że oczy mam już pełne łez. Właśnie 

kochaliśmy się tak słodko. Czy to się nie liczy? Czy nasz związek 
nie jest najważniejszy?
 

– Możesz na mnie zaczekać? – pyta łagodnie. – Wiesz, wciąż

jeszcze nie poukładałem sobie tego w głowie.
 

– Oczywiście, że mogę zaczekać, ale boję się, że znów cię 

stracę.
 

– Nie musisz się bać. – Całuje mnie w policzek. – Ale jeżeli 

mamy znowu zacząć, naprawdę chcę jednej rzeczy.
 

– Tak?

 

Patrzy na mnie tymi swoimi rozdzierającymi serce, pięknymi

brązowymi oczyma. Spogląda szczerze, intymnie, jakby chciał 
zajrzeć w moją duszę.

background image

 

– Beth, chcę, żeby życie twoje i Andrieja Dubrowskiego 

biegło zupełnie oddzielnymi torami. Nie chodzi tylko o moją 
zazdrość, martwię się o ciebie. Niezbyt mu się spodobało to, że 
stałem się jego rywalem, i jeśli się domyśli, ile my dwoje dla siebie
znaczymy, może spróbować jakichś paskudnych sztuczek, żeby mi 
się dobrać do skóry.
 

Patrzę na niego, starając się nie okazać, co czuję. „O, 

Dominic, to nie jest takie proste”. Nie mogę zwyczajnie 
powiedzieć Andriejowi, że nie chcę mieć z nim nic wspólnego. 
Obiecałam, że nadal będę z nim spędzać czas, a poza tym on ma w 
swoich rękach przyszłość kariery Marka.
 

– Rozumiesz, Beth? – pyta Dominic. Bierze mnie za rękę i 

gładzi ją kciukiem. – Będzie najlepiej dla nas obojga, jeśli ten 
człowiek zniknie z naszego życia.
 

Kiwam głową. Nie wiem, co odpowiedzieć. Nie mogę 

narażać naszego świeżo odrodzonego wzajemnego zaufania, naszej
na nowo odnalezionej intymności.
 

– Dobrze. – Całuje mnie w rękę. – Muszę już iść. Rozgość 

się tutaj. Wrócę później.

background image

Rozdział szósty

Siedząc w pociągu w drodze powrotnej do Londynu, 

spoglądam na przesuwający się za oknem krajobraz północnej 
Francji i chłodzę czoło o szybę. Wyjazd udał się lepiej, niż 
mogłabym sobie wymarzyć. Jestem obolała i przepełniona 
emocjami, lecz nie brakuje wśród nich błogiego szczęścia. 
Wieczorem spałam już, gdy Dominic wrócił, a rano, kiedy 
obudziliśmy się razem w łóżku, bez słowa zaczął się ze mną 
kochać. Jego penis, wzwiedziony silną poranną erekcją, wcisnął mi
się między nogi, zanim przypomniałam sobie, gdzie jestem. 
Przebudzenie z takim cudownym wypełnieniem było wspaniałym 
rozpoczęciem dnia. Kochaliśmy się szybko, z dogłębnym 
zaspokojeniem, a później Dominic wstał i poszedł pod prysznic.
 

Podczas śniadania panowała między nami dziwna atmosfera 

– intymna, lecz z pewnym dystansem. Znamy się nawzajem tak 
dobrze, a jednak czuło się, że w pewien sposób wciąż jesteśmy 
sobie obcy.
 

Zapytałam, czemu nie odpowiadał na moje wiadomości, ale 

nie zrozumiał, o co mi chodzi. Dopiero po chwili skojarzył, że 
wysyłałam SMS-y i mejle na nieistniejące numery i konta.
 

– Kiedy odszedłem od Dubrowskiego, wszystko wróciło do 

jego firmy – wyjaśnił Dominic. – Mam nowy telefon, numer i 
adres mejlowy. – Po czym podał mi aktualne namiary.
 

Teraz, w drodze do domu, uświadamiam sobie, że nadal nie 

wiem, na czym stoję. Dominic powiedział, że wyrusza do 
Czarnogóry, żeby się spotkać z jakimś multimilionerem na jego 
jachcie. Nie mógł lub nie chciał zdradzić, dokąd wybiera się 
później. Odnoszę wrażenie, jakby podobał mu się nasz związek, 
jeśli możemy udawać innych ludzi, ale nie jest całkiem gotowy, 
aby zaufać swojemu sercu.
 

„Ale teraz zna prawdę. Muszę mu dać czas na przemyślenie”.

 

Jestem pewna, że cudowne łóżkowe zajęcia, którym 

background image

oddawaliśmy się z radością, nie od razu ulecą z jego pamięci. Czy 
mógłby nie mieć ochoty na dalsze wspólne przeżywanie rozkoszy?
Na wspomnienie klapsów, które jego dłoń wymierzyła moim 
gołym pośladkom, przeszywa mnie lekki mrowiący dreszcz.
 

Przy pożegnaniu Dominic zachował się słodko, całował mnie

czule i obiecał, że będzie ze mną w kontakcie.
 

„Jak jednak mamy być razem, jeżeli on podróżuje po całym 

świecie?”.
 

Już teraz za nim tęsknię, odczuwam jego dogłębny, bolesny 

brak. Podczas gdy pędzący pociąg unosi mnie coraz dalej od niego,
zastanawiam się, jak będę w stanie znieść tę rozłąkę, skoro nie 
wiem nawet, jak długo ma potrwać.
 

W uszach dźwięczą mi ostatnie słowa, jakie skierował do 

mnie przy pożegnaniu:
 

– Nie zapomnij, Beth, musisz zerwać wszelkie więzy łączące 

cię z Dubrowskim, i to od razu. Powiedz Markowi, że nie możesz 
mieć z tym człowiekiem nic wspólnego.
 

Wiem, że Dominic potrzebuje takiego zapewnienia, zanim mi

znowu w pełni zaufa. Ale jak mogę złożyć i spełnić taką obietnicę, 
nie niszcząc reputacji Marka?
 

W porze lunchu jestem już z powrotem w Londynie. Ledwie 

mogę uwierzyć, że wczoraj o tej godzinie nie miałam nawet 
pojęcia o tym, gdzie się podziewa Dominic. Teraz wciąż czuję jego
usta na swoich wargach, a o naszych wspólnie spędzonych 
chwilach przypomina sztywność w całym ciele. Staram się stłumić 
odzywający się gdzieś w głębi świadomości głos, który zapytuje, 
dokąd właściwie zmierza nasz związek i jak mam zamiar pozbyć 
się Andrieja ze swojego życia. 
 

Z dworca St Pancras najpierw jadę do siebie, żeby się 

przebrać, a potem do domu Marka. Jest już późne popołudnie, 
Caroline właśnie wychodzi.
 

– O, witaj, droga Beth – mówi, nakładając robione na 

szydełku pomarańczowe rękawiczki. – Wybieram się z wizytą do 
Marka.
 

– Naprawdę? Czy mogłabym pójść z panią? Bardzo 

background image

chciałabym się z nim zobaczyć.
 

Patrzy na mnie przez chwilę, po czym zgadza się:

 

– Czemu nie? Na pewno ucieszy się na twój widok, a ja będę 

miała towarzystwo. Choćby szpital był wyjątkowo wygodny, takie 
miejsca mają w sobie coś przygnębiającego, nieprawdaż?
 

Macha ręką w stronę przejeżdżającej taksówki i samochód 

posłusznie zjeżdża na bok, żeby zatrzymać się dla nas przy 
krawężniku.
 

– Do Princess Charlotte Hospital, panie kierowco! – woła 

Caroline i otwiera drzwi. Wsiadamy obie i taksówka rusza, 
kierując się do Kensington. – Byłaś zajęta, Beth? – pyta Caroline, 
otulając się szczelnie płaszczem.
 

Kiwam głową.

 

– Opowiem o tym Markowi.

 

– Nie chciałabym niepokoić go teraz sprawami zawodowymi 

– mówi szybko jego siostra. – Mark dobrze się miewa, jest dziś 
znacznie bardziej radosny niż wczoraj, ale nie wolno go martwić.
 

– Rozumiem.

 

W tym momencie wibruje moja komórka, donosząc o 

odebraniu SMS-a. Wyjmuję ją z kieszeni i zerkam na wyświetlacz. 
To od Dominica, z jego nowego numeru.
 

Chciałbym znowu zobaczyć się z Rosą. Wspaniale się z nią 

pieprzyłem.

 

Mój żołądek wykonuje leniwe salto, a przez myśl przelatuje 

mi błyskawiczne przypomnienie orgazmu Dominica. Wzdycham 
głośno.
 

– Wszystko w porządku? – dopytuje się Caroline. – Żadnych 

złych wieści, mam nadzieję?
 

– Nie, nie, same dobre – odpowiadam i odpisuję szybko:

 

Rosa pragnie się z tobą spotkać. Chce być posłuszna. Kiedy 

to będzie możliwe?

 

Odpowiedź przychodzi niemal natychmiast:

 

Wkrótce. Powiedz Rosie, że jestem dobrym panem, jeśli 

background image

pokojówka okazuje się chętna i posłuszna.

 

Czytając to, przypominam sobie wczorajszą karę Rosy i 

sposób, w jaki gorąca dłoń Dominica pieściła moją pupę, po czym 
ześliznęła się w dół ku wilgotnej, oczekującej go kobiecości. Od 
razu czuję narastające pobudzenie.
 

„Przestań” – strofuję sama siebie. – „Nie możesz się napalać,

siedząc w taksówce z Caroline!”. Ona jednak nie zwraca na mnie 
uwagi. Spogląda przez okno na przesuwające się za nim wystawy 
drogich sklepów i świąteczne dekoracje.
 

Po jakimś czasie zatrzymujemy się przed prywatnym 

szpitalem i Caroline płaci taksówkarzowi. Wchodzimy do budynku
i od progu wita nas szpitalny zapach – cytrusowa woń środka 
dezynfekcyjnego, świadcząca o czystości i sterylności 
pomieszczeń. Ustawiona w holu duża choinka skrzy się od ozdób, 
ale jej radość wydaje się wymuszona.
 

W recepcji Caroline wpisuje nas obie do księgi wizyt, po 

czym prowadzi mnie do pokoju Marka. Nie jestem pewna, czego 
się mam spodziewać, i bardzo się przez to denerwuję. Tego rodzaju
miejsca na pewno nie kojarzyłabym z Markiem. Na co dzień jest 
taki elegancki, zadbany… Jakie wrażenie będzie sprawiał, leżąc w 
szpitalnym łóżku, choćby nie wiedzieć jak wygodnym?
 

Docieramy na jego oddział i meldujemy się u dyżurnej 

pielęgniarki. Na jej polecenie myjemy i dezynfekujemy ręce, po 
czym nakładamy na ubrania białe plastikowe kitle. Po tych 
przygotowaniach Caroline wiedzie mnie do drzwi pokoju Marka, 
puka i otwiera, a ja wchodzę za nią. Pokój jest dość przyjemny i 
dobrze umeblowany, ale fotele i telewizor nie maskują jego 
przeznaczenia. We wnętrzu dominuje duże szpitalne łóżko 
otoczone niezbędnym wyposażeniem i aparaturą: dokoła mrugają 
jakieś światełka, coś się wyświetla na monitorach, z zawieszonego 
na stojaku woreczka sączy się po kropelce płyn. Mark wygląda w 
tym otoczeniu wymizerowany i zagubiony. Na wpół siedzi oparty 
o białe poduszki i wydaje się drzemać. Przewód kroplówki kończy 
się igłą przyklejoną plastrem do wierzchu jego dłoni. Szyję owija 

background image

gruby opatrunek, okolica ust jest opuchnięta.
 

W momencie gdy wchodzimy, Mark natychmiast otwiera 

oczy i uśmiecha się słabo. Jestem wstrząśnięta jego smutnym 
stanem, zmęczeniem, wycieńczeniem.
 

– Witaj, staruszku! – Caroline z ożywieniem całuje go w 

policzek. – Jak się masz? Przyszła ze mną Beth, stęskniła się za 
tobą, biedactwo.
 

Podchodzę bliżej i uśmiecham się.

 

– Dzień dobry, Marku. Jak się czujesz? Caroline mówi, że 

operacja się udała.
 

Kiwa głową, po czym odzywa się niewyraźnie:

 

– Trudno mówić. – Słowa wychodzą tak bardzo 

zniekształcone, że raczej domyślam się ich znaczenia, niż 
rozumiem.
 

– Język ciągle spuchnięty? – pyta Caroline, opadając na 

stojący przy łóżku fotel.
 

Mark potakuje skinięciem.

 

– Boli?

 

Kiwa głową nieco bardziej energicznie. Potem wskazuje 

spojrzeniem kroplówkę i mówi:
 

– Cudowna morfina!

 

To rozumiemy doskonale i śmiejemy się wszyscy.

 

Mark patrzy na mnie i uśmiecha się – bardziej oczyma niż 

ustami.
 

– W porzo? – pyta tym swoim dziwnym nowym głosem. 

Ewidentnie stara się oszczędnie wypowiadać jak najmniej słów, ale
i tak wychodzi to dziwnie. Mark normalnie nigdy by nie użył 
takiego uproszczonego wyrażenia.
 

– Tak, świetnie. – Znów się uśmiecham, próbując przekazać 

w ten sposób, że nie ma powodu do zmartwień.
 

Mark mamrocze coś niewyraźnie i musi powtórzyć to kilka 

razy, zanim do mnie dociera, że pyta o Petersburg.
 

– O! Tak, ten wyjazd służbowy. – Wydaje się tak odległy w 

czasie, a minęły tylko dwa dni. Uśmiecham się do Marka i 
pośpiesznie zastanawiam się nad odpowiedzią. Przedtem 

background image

zamierzałam być wobec niego szczera i oznajmić, że obraz uznano
za falsyfikat, jednak teraz, w obliczu jego choroby, nie wiem, czy 
powinnam to zrobić. Od razu się zorientuje, co to za sobą pociąga. 
Bez względu na to, jak delikatnie przekażę nowinę, będzie ona 
oznaczała uszczerbek na jego dobrej reputacji, ponieważ Andriej 
wcześniej ogłosił już światu, że to Mark potwierdza autentyczność 
malowidła Fra Angelica, które teraz okazało się podróbką. Nie 
mogę mu tego powiedzieć, nie teraz, kiedy leży bezsilny w 
szpitalu.
 

– Obraz? – pyta Mark.

 

Kiwam głową, wciąż uśmiechnięta, i mam nadzieję, że 

jestem przekonująca.
 

– Tak, widziałam go. Nie wydali jeszcze ostatecznego 

oświadczenia, ale zapowiada się obiecująco.
 

Mark odpowiada skinieniem i rozluźnia się na poduszkach, 

najwyraźniej zadowolony.
 

– A teraz dość już pogawędek o pracy – upomina mnie 

Caroline i gestem nakazuje, żebym usiadła. – Porozmawiajmy o 
czymś innym. Beth, jedziesz do domu na święta?
 

Wychodzimy od Marka po niespełna godzinie. Szczerze 

ucieszył się z naszych odwiedzin, ale kiedy go opuszczamy, jest 
już wyraźnie wyczerpany. Martwię się i niepokoję. To oczywiste, 
że Mark jeszcze przez długi czas będzie dochodził do zdrowia. Jak 
mam wciąż taić przed nim prawdę? I czy powinnam?
 

Dzień się kończy i nie ma już większego sensu wracać do 

biura w Belgravii. Powinnam iść do domu i porozmawiać z Laurą, 
która regularnie wysyła do mnie SMS-y, żeby sprawdzić, czy 
wracam cała i zdrowa z Paryża. Jednak gdy przemierzamy 
szpitalny hol, dostaję wiadomość od Jamesa, mojego przyjaciela i 
dawnego pracodawcy.
 

Ratunku! Jestem w Travellers, na imprezie służbowej 

Erlenda. Nie znam tu nikogo. Przyjdź, napij się ze mną grzanego 
wina i uratuj mnie, jeśli możesz…

 

Doskonale. To właśnie zrobię. James na pewno znajdzie dla 

background image

mnie jakąś radę.
 

Jakieś dwadzieścia minut później przybywam do klubu 

Travellers, mieszczącego się przy ulicy Pall Mall. Nie jestem 
ubrana zbyt odpowiednio jak na choinkową imprezę, ale co mi 
tam. Wystarczy, że w taksówce nałożyłam błyszczyk na usta; nie 
mam zamiaru na nikim robić szczególnego wrażenia. Idę prosto do
biblioteki klubowej, gdzie w sali jest już pełno ludzi. Travellers to 
staroświecki klub dla dżentelmenów, ponadto wśród zebranych na 
jedną panią przypada około dziesięciu panów, co – jak 
przypuszczam – odzwierciedla naturę profesji Erlenda, który jest 
wziętym krawcem męskim. Niemal od razu dostrzegam Jamesa; po
pierwsze, jest bardzo wysoki, a po drugie, stoi sam, na uboczu, 
zapatrzony w gipsowy fryz zdobiący ściany przy suficie. 
Podchodzę i staję obok, również popatrując w górę, na klasyczne 
białe figury wyraźnie widoczne na koralowym tle.

– Bardzo imponujące – mówię. – Jak marmury Elgina

3

, tylko 

mniejsze.
 

James zwraca wzrok na mnie.

 

– Beth! – Na jego twarzy pojawia się uśmiech. – Hura, 

przybyłaś mi na ratunek. – Całuje mnie w oba policzki. – Co za 
radość. A tak, ten piękny fryz jest kopią marmurów Elgina. Być 
może tylko on nam pozostanie, jeśli Grecy odzyskają oryginał. 
Świetnie, że jesteś. Pozwól, że zamówię ci drinka. Erlend bez 
końca flirtuje z połową kolegów po fachu. My możemy przez ten 
czas zabawić się wzajemnie rozmową.
 

Chwilę później trzymam kubek gorącego wina hojnie 

doprawionego cynamonem, goździkami i pomarańczą i przekazuję 
Jamesowi najnowsze wieści. Czuję ogromną ulgę, zrzucając z 
barków ciężar tego, co się zdarzyło w Petersburgu. Mój przyjaciel 
od razu pojmuje złożoność sytuacji.
 

– Ojej! – wzdycha poważnie. – Biedny Mark. Niedobrze. 

Bardzo niedobrze.
 

– Nie umiem mu powiedzieć prawdy, kiedy jest taki chory. 

To ostatnia rzecz, jakiej potrzebuje.
 

James przytakuje z powagą.

background image

 

– Oczywiście. Ale kiedyś będzie się musiał dowiedzieć.

 

– Na pewno? Wiem, że to zabrzmi desperacko, ale może uda 

mi się namówić Dubrowskiego, żeby trzymał to w tajemnicy?
 

– W nieskończoność? – James kręci głową. – Nie widzę 

sposobu. Chyba że znasz jakieś nadzwyczajne środki perswazji. – 
Patrzy na mnie z zainteresowaniem. – Czy masz aż tak duży 
wpływ na rosyjskiego rekina? Czyżby nasz przyjaciel Dominic 
należał już do przeszłości? 
 

– Oczywiście, że nie – oburzam się. A po chwili wzdycham. 

– O, James, to takie skomplikowane.
 

– Nie wątpię. Ostatnio gdy się widzieliśmy, byłaś 

przekonana, że Dominic sypia z kokieteryjną Anną. Czy to się 
wyjaśniło?
 

Kiwam głową.

 

– Strasznie mi namieszała w głowie, i Dominicowi też. 

Próbowała nas skłócić. Jedno wciąż pozostaje dla mnie tajemnicą: 
nadal nie mam pojęcia, skąd wiedziała tak dużo o Dominicu i o 
mnie, skąd znała szczegóły dotyczące naszego związku. On 
przysiągł, że nic jej nie zdradził, i wierzę mu. Poza tym 
wyjaśniłam coś jeszcze: tamtej nocy w katakumbach to Anna 
dosypała mi czegoś do drinka, a mężczyzną, z którym się 
kochałam, nie był Andriej.
 

– Cóż, to spora ulga – stwierdza z uśmiechem James. – 

Cieszę się, że coś się rozstrzygnęło pomyślnie. Na ogół w twoich 
przygodach bywa wręcz przeciwnie. 
 

– Tak – mówię powoli – ale Andriej wyraźnie dał do 

zrozumienia, że nadal jest mną zainteresowany. Chce, żebym 
zapomniała o Dominicu i była z nim.
 

– Wiele dziewcząt na twoim miejscu skakałoby z radości – 

zauważa James. – Jest przystojny i niezmiernie bogaty.
 

– Nie obchodzi mnie to – odpowiadam. – Kocham Dominica 

i nic tego nie zmieni, wiesz o tym.
 

James uśmiecha się.

 

– Wiem. Równie dobrze jak z Dubrowskim mogłabyś być ze 

mną. Jesteś prawdziwą romantyczką, prawda? Miłość albo nic.

background image

 

– Zdecydowanie. Miłość albo nic! – odpowiadam z 

promiennym uśmiechem.
 

– Więc gdzie jest teraz boski Dominic?

 

– Za granicą, w rozjazdach służbowych. Nie będzie nam 

łatwo, ale jestem pewna, że uda się znaleźć sposób, żebyśmy mogli
być z sobą.
 

– Na pewno się uda – mówi James pocieszająco. – Wy dwoje

zawsze w końcu przyciągnięcie się nawzajem.
 

Sączę swoje grzane wino i rozmyślam. Nie jest to takie 

proste, jak zabrzmiało w moich ustach, ale mam nadzieję, że 
sytuacja wkrótce się poprawi. Tym razem kiedy Dominic i ja znów
się zejdziemy, nic nas już nie rozdzieli.

background image

Rozdział siódmy

Śpię tej nocy tak głęboko, że nie mam żadnych snów. Gdy 

budzik wyrywa mnie z sennego odrętwienia, mam wrażenie, że 
położyłam się przed chwilą. Najwyraźniej dają o sobie znać 
wydarzenia ostatnich kilku dni.
 

Biorę prysznic i ubieram się, po czym dołączam do Laury, 

która w kuchni przygotowuje sobie śniadanie. Zazwyczaj jadamy 
je na stojąco, opierając się o blat i wymieniając się nowinkami. 
Laura pałaszuje swoją granolę ze szczególnie radosnym wyrazem 
twarzy.
 

– Hej, panno Impulsanno! Dobrze cię widzieć w domu. Czy 

na dziś planujesz pobyt w kraju, czy raczej wyskoczysz na chwilę 
do Florencji? A może mały wypad na noc do Wiednia?
 

Śmieję się i zalewam swoją granolę mlekiem.

 

– Nie dziś. Może w przyszłym tygodniu, zobaczymy.

 

– Cóż, tak się składa, że nie tylko ty masz podróżnicze plany.

– Laura z podekscytowaniem wskazuje głową coś białego opartego
o toster. To koperta z wypisanym moim imieniem i nazwiskiem. – 
Otwórz.
 

Najpierw oglądam kopertę z zewnątrz i rozpoznaję charakter 

pisma Laury. Otwieram i znajduję w środku kartkę 
bożonarodzeniową.
 

– O, to urocze, dziękuję! – mówię zaskoczona. Normalnie nie

wręczamy sobie kartek świątecznych.
 

– Otwórz! – nalega przyjaciółka niecierpliwie.

 

Z wnętrza kartki wypada kawałek papieru. Podnoszę go i 

rozkładam. To wydruk ze strony internetowej, potwierdzenie lotu 
dwóch osób do Nowego Jorku. Wylot w najbliższy piątek, powrót 
w poniedziałek.
 

– To wycieczka, którą sobie przyrzekłyśmy, pamiętasz? – 

Laura dosłownie podskakuje w miejscu z ekscytacji.
 

− Oczywiście! – wpatruję się w wydruk. – Nasz babski 

background image

wypad do Nowego Jorku. Cudownie!
 

– Wczoraj postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce. Mój 

szef przypomniał mi, że mam kilka dni urlopu. Jeśli ich nie 
wykorzystam w tym roku, przepadną. Uda ci się wziąć wolne na te
dwa dni, co?
 

– Na pewno nie będzie problemu.

 

− Tak właśnie myślałam. A więc? – Laura uśmiecha się do 

mnie szeroko. – Jesteś zadowolona?
 

– Niesamowicie zachwycona – odpowiadam. – Nie mogę się 

doczekać.
 

Bo to prawda. Cudownie będzie wyrwać się z Laurą na 

dłuższy weekend. Czemu więc odczuwam leciutką niechęć na 
myśl o opuszczeniu Londynu choć na krótko? Nie dopuszczam jej 
do głosu. Przedświąteczna wycieczka do Nowego Jorku – czego 
można chcieć więcej?
 

Caroline jest wyraźnie uszczęśliwiona, kiedy ją proszę o 

kilka dni wolnego przed świętami. 
 

– Szczerze mówiąc, Beth, nie spodziewam się, żebyś przed 

Nowym Rokiem miała w biurze szczególnie dużo pracy. Mark 
zawsze twierdził, że to bardzo spokojny czas, o ile ktoś nagle nie 
postanowi kupić czegoś naprawdę cennego na prezent świąteczny. 
A zatem nie przejmuj się, tylko korzystaj z okazji i baw się dobrze.
Sądzę, że wszyscy wrócimy do pełni swoich zajęć dopiero na 
początku stycznia.
 

O ile sama się orientuję, ma rację. W biurze ostatnio 

wszystko zwolniło. Może ludzie wiedzą, że Mark jest chory, a 
może rzeczywiście rynek dzieł sztuki nieco wyhamował. Mając tak
niewiele do zrobienia, szybko mogę się uporać z wszystkimi 
administracyjnymi zadaniami. Jeżeli tak dalej pójdzie, może nawet
po powrocie z Nowego Jorku od razu pojadę na święta do domu. 
Zastanawiam się, jak długo Mark pozostanie w szpitalu i czy kiedy
wróci, będzie mnie potrzebował w pracy. Zapytam o to Caroline i 
ustalę najlepsze rozwiązanie.
 

Niespodziewanie dostaję mejla. Widzę, że to od Andrieja, i 

od razu czuję, jak odzywają się we mnie najgorsze obawy. 

background image

Wiedziałam, że jest tylko kwestią czasu, kiedy odezwie się do 
mnie znowu. Żegnając się ze mną po powrocie z Petersburga, 
zapowiedział, że ma dla mnie pracę. Nie ma sposobu, żeby mi 
pozwolił zniknąć ze swojego życia, nie po tym, co usłyszałam od 
niego w samolocie.
 

Wiem – udawałam sama przed sobą, że poradzę sobie z 

Andriejem Dubrowskim, że uwolnię się od niego łatwo, zgodnie z 
tym, co wydaje się Dominicowi. Prawda przedstawia się jednak 
inaczej: jestem uwikłana tak samo jak dawniej, a nawet bardziej, z 
powodu Marka.
 

Klikam mejla i czytam go:

 

Beth,

 

potrzebuję Cię dziś wieczorem. Bądź w Albany o siódmej na 

ważnym spotkaniu.

 

A

 

Jak zwykle jego ton doprowadza mnie do szału. Żadnego 

„proszę”, „dziękuję”, żadnych uprzejmości. Najwyraźniej Andriej 
nie jest zdolny do podstawowych grzeczności. Nadal zakłada, że 
ma mnie na każde skinienie.
 

„Problem polega na tym, że tak właśnie jest. Muszę się 

posłusznie stawić na jego wezwanie”. Odpowiadam mejlem, że 
będę punktualnie. Tyle dobrego, że nie mam innych planów.
 

Na Piccadilly unosi się jakiś szczególny bożonarodzeniowy 

nastrój. Może to zasługa staroświeckiego tła – okazałych 
zabytkowych kamienic mieszczących obecnie sklepy i galerie. 
Swój udział w budowaniu świątecznej atmosfery na pewno mają 
jasno oświetlone wystawy, na których błyszczą się i skrzą klejnoty,
srebra i wyroby ze skóry. Ważne obiekty, takie jak Ritz, są 
przystrojone bogatymi bożonarodzeniowymi dekoracjami, gmach 
Akademii Królewskiej i dom towarowy Fortnum and Mason 
zwracają uwagę pięknymi choinkami, w witrynach delikatesów 
kusząco prezentują się drogie smakołyki i napoje. Trudno się 

background image

oprzeć duchowi przedświątecznych zakupów, zwłaszcza że 
sprzyjają im mroźna aura i szybko zapadający zmrok.
 

A oto i Albany House, odsunięty nieco od głównej ulicy i 

oddzielony od niej małym prywatnym parkingiem. Codziennie 
mijają go tysiące ludzi, nie wiedząc, że za prostą, elegancką fasadą
kryją się dziesiątki luksusowych apartamentów, w których 
mieszkało i mieszka nadal wielu poetów, polityków i gwiazd 
filmowych. To właśnie miejsce Andriej wybrał sobie na swoją 
londyńską bazę – usytuowane w samym sercu wystawnej dzielnicy
Mayfair. Mury tego budynku zapewniają prywatność, co 
niewątpliwie jest ważnym atutem dla Andrieja. Z wyjątkiem 
mieszkańców i ich umówionych gości nikt tu nie może nawet 
zajrzeć. Głównego wejścia strzeże portier, a tylne, monitorowane 
kamerą, można otworzyć jedynie spersonalizowaną kartą 
magnetyczną. Nic dziwnego, że Dubrowski czuje się bezpiecznie i 
może zachować anonimowość w tym bastionie dla 
uprzywilejowanych.
 

Gdy wchodzę, portier rozpoznaje mnie i wita radośnie:

 

– Dobry wieczór, pani!

 

Nie tak dawno temu zjawiałam się tutaj codziennie, by 

katalogować dla Andrieja jego kolekcję dzieł sztuki, a następnie 
rozplanować ich rozmieszczenie w apartamencie. Mam wrażenie, 
jakby to było w poprzednim życiu.
 

Idę krytym przejściem do jego mieszkania, zastanawiając się,

czego ode mnie chce. Odczuwam lęk, ponieważ on nie tylko ma 
nade mną władzę, lecz także wie o tym. Nie jest typem człowieka, 
który by się cofnął przed drastycznymi rozwiązaniami, jeśli czegoś
zapragnie. Muszę mieć tylko nadzieję, że nie zabraknie mi 
wewnętrznej siły, żeby mu stawić czoło. Jeśli uda mi się od niego 
uwolnić, pozbędę się ostatniej przeszkody, która mi stoi na drodze 
do szczęśliwego związku z Dominikiem.
 

Stukam do drzwi mieszkania mosiężną kołatką w kształcie 

ryby. Natychmiast otwiera mi ochroniarz Andrieja. Słyszę 
dobiegający z salonu szmer głosów i zerkam na zegarek. Nie ma 
jeszcze siódmej, mimo to ważne spotkanie przypuszczalnie już się 

background image

rozpoczęło.
 

Ochroniarz, milczący jak zwykle, wiedzie mnie do salonu, 

otwiera drzwi i gestem zaprasza do środka. Wchodzę i widzę 
siedzących na sofie jakichś mężczyzn. Andriej, usadowiony 
naprzeciw nich na fotelu, wstaje na mój widok.
 

– A, Beth, dobrze, że jesteś. – Zwraca się do mężczyzn: – 

Panowie, pamiętacie Beth z naszej wizyty w klasztorze, kiedy po 
raz pierwszy zobaczyliśmy obraz Fra Angelica?
 

Przypatruję się lepiej jego gościom i uświadamiam sobie, że 

dwóch z nich już kiedyś widziałam. Jeden to opat z tamtego 
klasztoru – ubrany w marynarkę wygląda zupełnie inaczej niż w 
habicie. Drugim jest jeden z tamtejszych braci. Nie wiem, kim są 
pozostali dwaj, ale jeden z nich przygląda mi się dziwnie 
ciemnymi oczami. Przesuwam po nim wzrokiem, lecz go nie 
rozpoznaję.
 

– Podejdź, Beth, usiądź. Chciałem, żebyś była obecna, 

ponieważ sprawa dotyczy Marka, a zarazem ciebie. Mark, niestety,
nie może się stawić osobiście, dlatego Beth go reprezentuje.
 

Andriej wskazuje mi gestem krzesło, siadam więc, wciąż nie 

bardzo wiedząc, czego ode mnie oczekuje. Rosjanin znowu zabiera
głos:
 

– Przede wszystkim podkreślam, że chcemy to wszystko 

załatwić po cichu. Prawda, Beth?
 

Potakuję.

 

– Nie ma sensu nagłaśniać sprawy, narażać czyjejś reputacji 

ani wysuwać zarzutów o fałszerstwo czy działalność przestępczą. 
Obecny tu opat jest równie jak ja wstrząśnięty i przerażony faktem,
że obraz okazuje się falsyfikatem.
 

Zerkam na opata, ale nie wygląda na szczególnie 

wstrząśniętego czy przerażonego. Przeciwnie, wydaje się bardzo 
zadowolony, gdy kiwa głową na zgodę.
 

– Dlatego postanowiliśmy, że po prostu zrobimy wymianę. 

Klasztor zwróci mi pieniądze, a ja oddam malowidło. Dominikanie
zrobią z nim, co zechcą, pod warunkiem że nie będą usiłowali 
sprzedać go jako autentycznego dzieła Fra Angelica.

background image

 

– Rozumiem. – Znowu przesuwam wzrokiem po zebranych. 

Mężczyzna o ciemnych oczach wciąż wpatruje się we mnie z 
zaciekawieniem. – To brzmi satysfakcjonująco. Cieszę się, że tak 
łatwo osiągnięto porozumienie.
 

Jestem zadowolona, to zdecydowanie najlepsze rozwiązanie. 

Jeżeli obraz zostanie dyskretnie zwrócony, bez szumu, jest szansa, 
że nie odbije się to negatywnie na reputacji Marka. Może nawet 
uda się zorganizować jakieś oświadczenie, w którym Mark wycofa
swoje poprzednie rzekome potwierdzenie oryginalności dzieła, a 
Ermitaż dodatkowo to zatwierdzi. Znów budzą się we mnie bardzo
ciepłe uczucia względem Andrieja, załatwił to dla nas znakomicie. 
Ma dobre serce. Nadal jednak nie rozumiem, po co mnie tu 
wezwał. Ugoda odbyła się bez mojego udziału, po co więc chciał, 
żebym się zjawiła na spotkaniu? Wtem on spogląda na mnie i 
mówi:
 

– Beth, chciałbym, żebyś zorganizowała przepływ zwrotu 

pieniędzy.
 

– Ja? – pytam zaskoczona. Jestem tylko asystentką do spraw 

sztuki, nie bankierem.
 

Andriej wolno kiwa głową.

 

– Tak. Mark ci nie wspominał? To on zajmuje się finansami 

wszystkich moich kolekcjonerskich zakupów. Płaci ze swoich 
rachunków, a ja mu refunduję wydatki. Chciałbym, żeby teraz też 
tak się to odbyło, tylko w odwrotną stronę. Doradcy opata 
uzgodnią z tobą szczegóły. Pieniądze spłyną na konto Marka, a 
stamtąd na moje.
 

– Rozumiem. – Taki układ wydaje mi się raczej bezcelowy, 

ale Andriej i Mark muszą mieć jakieś powody. Jeżeli zawsze tak 
się dzieje, mój szef zapewne widzi w tym jakiś sens.
 

Andriej wstaje i uśmiecha się dość chłodno.

 

– Dobrze. Zostawiam was na chwilę. Muszę zadzwonić. 

Beth, podaj bratu Gregorowi niezbędne informacje, dobrze?
 

Wychodzi z pokoju, a do mnie zwraca się jeden z braci, ale 

nie ten, który mi się przygląda. Tamten nie spuszcza ze mnie 
wzroku, nawet kiedy wymieniam z bratem Gregorem adresy 

background image

mejlowe i omawiam z nim szczegóły przelewu. Po zakończeniu 
tych formalności zakonnik o ciemnych oczach podchodzi bliżej i 
krąży wokół mnie, najwyraźniej czekając na okazję do rozmowy. 
Kiedy brat Gregor wraca na swoje miejsce, ten przysuwa się do 
mnie.
 

– Proszę pani, chciałem z panią pomówić. Dowiedzieć się, 

czy ma pani jakieś wiadomości.
 

– Wiadomości? – Na dźwięk jego głębokiego, niskiego głosu 

budzą się we mnie dziwne wspomnienia. Brzmi znajomo. – Nie 
wiem, o czym brat mówi.
 

– Wiadomości o panu Dominicu Stonie. Nie było go w 

klasztorze od jakiegoś czasu.
 

Wymówione tak otwarcie imię Dominica sprawia, że coś 

mnie ściska w dołku.
 

– N-n-nie – odpowiadam, zacinając się. – On nie wróci. Nie 

pracuje już dla pana Dubrowskiego. 
 

Na twarzy zakonnika odbija się smutek.

 

– To znaczy, że… pani Anna…

 

– Anna? – powtarzam jak echo, słysząc jej imię padające z 

ust mnicha. Kiedy James wspomniał o niej zeszłego wieczoru, 
zastanawiałam się, co ona porabia po dość nagłym zwolnieniu z 
pracy u Andrieja. Wciąż dręczy mnie to, że nie odkryłam, skąd 
wiedziała o samobiczowaniu Dominica ani jak udało jej się poznać
nasze osobiste sekrety. Jednak dopóki będzie się trzymała od nas z 
daleka, mogę znieść tę niepewność.
 

– Czy pani Anna wróci? – pyta zakonnik z niepokojem.

 

Przed oczami staje mi jej piękna twarz: gładka cera, zielone 

kocie oczy, wspaniałe, wydatne usta i lśniące włosy. Nic dziwnego,
że braciszek jest rozczarowany jej nieobecnością. W społeczności 
żyjących w celibacie mnichów seksualne powaby Anny musiały 
wywoływać istne wstrząsy sejsmiczne.
 

– Obawiam się, że nie wiem. Nie sądzę, żeby się miała 

pojawić ponownie. – Dostrzegam, że na jego twarzy malują się 
rozżalenie i rezygnacja. – Przykro mi.
 

Odwraca się, by wrócić na swoje krzesło, a ja doznaję 

background image

przebłysku pamięci. Nie chodzi o jego twarz – jestem pewna, że 
nigdy jej nie widziałam. To głos, już go kiedyś słyszałam… Tylko 
kiedy? Nagle dociera do mnie: słyszałam, jak mówi do mnie przez 
drzwi. „Tak! To ten mnich, który prowadził mnie do Dominica 
tamtej nocy. Czy to on nauczył go samobiczowania, które ma 
wyzwolić pokutnika z jego pierwotnych pożądań?”.
 

Nie mogę o to zapytać przy wszystkich, ale jestem pewna, że 

to ten człowiek wiódł mnie przez ciemny klasztor tamtej nocy i 
dopomógł w moim intymnym spotkaniu z Dominikiem. Jak on ma 
na imię? We wspomnieniu słyszę roześmiany głos Dominica: „Czy
brat Giovanni nastraszył cię?”. Owszem, nastraszył. Zjawił się 
zakapturzony, z latarnią w ręce – wyglądał jak postać z horroru. 
Ten klasztor to zdecydowanie ciekawe miejsce. Nie tylko miał na 
sprzedaż dla Andrieja rzekome dzieło Fra Angelica, lecz także 
przebywali w nim oboje najbliżsi współpracownicy Dubrowskiego
– Dominic i Anna – wspólnie pracujący nad jego wielkimi 
transakcjami.
 

Spotkanie najwyraźniej dobiega końca. Zastanawiam się, czy

mogę już wyjść, czy powinnam zaczekać na Andrieja. Nagle 
odzywa się mój telefon, powiadamiając o przyjściu SMS-a. 
Wyjmuję komórkę z kieszeni i czytam wiadomość:
 

Pan Rosy chciałby się z nią zobaczyć dziś wieczorem.

 

Aż mi zapiera dech w piersi. Dominic! Co to znaczy? Jest w 

Londynie? Pośpiesznie pytam:
 

Gdzie?

 

Odpowiedź przychodzi natychmiast:

 

W buduarze o ósmej.

 

Spoglądam na zegarek. Już wpół do ósmej. Zdążę dotrzeć do 

buduaru na ósmą, jeżeli wyjdę stąd w porę. Tymczasem zaraz 
przychodzi kolejny SMS:
 

Gdzie jesteś?

background image

 

O Boże. Na to pytanie nie chcę odpowiadać. Jeśli odpiszę, 

gdzie jestem, od razu będzie wiedział, że przyszłam do Andrieja, a 
nie bardzo mam ochotę w tej chwili wyjaśniać mu ten problem.
 

Niedaleko. Niedługo będę u Ciebie.

 

W tym momencie do pokoju wraca Andriej, więc odkładam 

telefon do kieszeni. Rosjanin kieruje się do opata, dziękuje mu i 
żegna się z nim. Już po chwili ochroniarz odprowadza całą grupę 
zakonników do drzwi. Gdy zostajemy sami, Andriej zwraca się do 
mnie z uśmiechem:
 

– Cieszę się, że rozwiązaliśmy to bez większego kłopotu. A 

ty?
 

– Bardzo mi to odpowiada – mówię szczerze. – Dziękuję ci 

za załatwienie tej sprawy.
 

– To leży również w moim interesie. Daj mi znać, kiedy uda 

ci się dokonać przelewu, dobrze?
 

Kiwam głową. Rozpaczliwie pragnę się już stąd wydostać i 

pędzić do buduaru, ale nie chcę, żeby Andriej domyślił się mojego 
zniecierpliwienia.
 

– Jak się miewa Mark? – Gospodarz podchodzi do barku, 

otwiera go i wyjmuje butelkę wódki. Nalewa po miarce do dwóch 
kryształowych kieliszków, dokłada lód ze srebrnego kubełka oraz 
po plasterku cytryny. Podaje mi jeden kieliszek, mimo że nie 
prosiłam o drinka.
 

– Mamy nadzieję, że wraca do zdrowia – odpowiadam. – Nie

wiem, kiedy wyjdzie ze szpitala. Ciągle jest bardzo słaby, ale 
niedługo zacznie radioterapię.
 

Andriej kiwa głową i pociąga łyk wódki. Spogląda na mnie 

spod lekko przymkniętych powiek. Czuję się coraz bardziej 
nieswojo i niespokojnie. Dominic jest w Londynie. Nie wiem, 
dlaczego ani kiedy przyjechał, ale dał znać, że czeka, a ja nie 
potrafię walczyć z nieodpartą chęcią, by biec do niego jak 
najszybciej. 
 

– Wszystko w porządku, Beth? – zagaduje Andriej. – 

Wydajesz się podenerwowana.

background image

 

– Nic mi nie jest. Naprawdę.

 

– Myślę, że teraz sprawę obrazu Fra Angelica zostawimy za 

sobą. Mam kilka pomysłów związanych z naszą dalszą 
współpracą. Wspaniale się spisałaś tutaj, w moim londyńskim 
mieszkaniu. Ogromnie mi się to podoba. – Uśmiecha się do mnie.
 

Odpowiadam uśmiechem, choć wiem, że wychodzi mi słabo. 

W tej chwili mogę myśleć tylko o tym, że Dominic na mnie czeka 
– czy raczej na Rosę – i znajduje się zupełnie niedaleko. Trudno mi
znieść, że coś mnie zatrzymuje w miejscu.
 

– A więc… – Andriej porusza koliście szklaneczką, aż kostki 

lodu brzęczą o szkło. – Chcę, żebyś zrobiła to samo w moim 
mieszkaniu na Manhattanie. Wkrótce zakończy się tam remont. 
Dekoratorzy zadbali o wnętrza, ale chciałbym, żebyś to ty 
rozmieściła obrazy na ścianach. – Wpatruje się we mnie, 
obserwując moją reakcję. – Co o tym myślisz? Podoba ci się 
perspektywa spędzenia kilku tygodni w Nowym Jorku?
 

Próbuję ogarnąć tę nowinę. Kilka tygodni w Nowym Jorku? 

Dziwna sprawa. Zanim się zdążę opamiętać, odpowiadam:
 

– Lecę tam w przyszłym tygodniu.

 

On unosi brwi ze zdziwienia.

 

– Naprawdę? Co za zbieg okoliczności.

 

– Na weekend z przyjaciółką – wyjaśniam. – Babski wypad.

 

Na jego twarzy widać rozbawienie.

 

– Zakupy i koktajle? Bo chyba to masz na myśli, mówiąc o 

„babskim wypadzie”. – Posyła mi sardoniczne spojrzenie. – 
Bardzo pochwalam. Cóż, gdy już tam będziesz, koniecznie musisz 
odwiedzić moje mieszkanie i rozejrzeć się. Jeśli przyjmujesz pracę,
dobrze by było, gdybyś rozpoczęła jak najszybciej po Nowym 
Roku. Jeżeli chcesz w moim imieniu robić zakupy na aukcjach, 
masz moją zgodę. Jestem przygotowany na spore wydatki, o ile 
tylko znajdziesz odpowiednie dzieła sztuki. Wierzę w twój gust. 
Jestem pewien, że wybierzesz to, co mi się spodoba.
 

Wlepiam w niego wzrok. „O mój Boże, cudownie”. To 

wymarzona praca, ponadto taka nowina oznacza, że Andriej mimo 
wpadki z rzekomym malowidłem Fra Angelica chce zatrzymać 

background image

Marka jako swojego artystycznego doradcę. Wyobrażam sobie, jak
to będzie: zatrzymam się na kilka tygodni w Nowym Jorku, zajmę 
się tamtejszą kolekcją sztuki Andrieja i będę w jego imieniu robiła 
zakupy na aukcjach. Jego tutejszy, londyński zbiór składa się z 
prawdziwych klejnotów, więc jeśli tak samo jest z tamtym, 
zapowiada się niesamowita okazja…
 

„Czekaj. Nie wolno ci tego przyjąć”.

 

Nie mogę pozostać w otoczeniu Dubrowskiego. Dominic 

tego nie zniesie, bez względu na to, jaki byłby powód. Andriej 
jasno przedstawił swoje intencje i zamiary. Ta praca to 
przypuszczalnie część planu, który ma mnie wkręcić w jego orbitę.
Nie jestem nim zainteresowana w ten sposób i choćby zlecenie 
było nie wiedzieć jak wspaniałe, jeśli je przyjmę, zgodzę się tym 
samym na jego warunki oraz pozwolę, by zbliżył się do mnie na 
poziomie osobistym. Dam do zrozumienia, że chcę się z nim 
związać.
 

„Świetnie. Idealna dla mnie praca z ukrytym haczykiem”.

 

Już otwieram usta, by odmówić, gdy coś mnie powstrzymuje.

Widzę Marka leżącego na szpitalnym łóżku, chorego i słabego. Nie
mogę ryzykować, że Andriej obróci się przeciwko mnie, podczas 
gdy Mark wciąż potrzebuje ochrony. Za kilka tygodni, gdy stanie 
na nogi i poczuje się lepiej, będę się mogła w końcu wyswobodzić.
Do tego czasu jednak jestem zmuszona grać na zwłokę.
 

– Brzmi niewiarygodnie – mówię i nie muszę udawać, bo 

naprawdę tak myślę. – W trakcie swojej wycieczki rzucę okiem na 
mieszkanie. Powinnam też oczywiście porozmawiać z Markiem i 
upewnić się, czy pozwoli mi zostawić biuro na kilka tygodni.
 

Laserowe oczy Andrieja wciąż są we mnie utkwione, jestem 

pewna, że ten człowiek czyta w moich myślach. Zastanawia się, 
czemu nie skaczę z radości, dlaczego od razu entuzjastycznie nie 
zawołałam: „Tak!”. Po chwili takiego przenikliwego badania 
wzrokiem mówi:
 

– Może porozmawiamy o tym przy kolacji? Mam 

zarezerwowany stolik w Caprice, jeśli chciałabyś do mnie 
dołączyć.

background image

 

– Och… ja… nie mogę. Mam już plany.

 

– Plany?

 

Kiwam głową.

 

– Spotkanie z przyjacielem.

 

– Rozumiem. – Podchodzi do kominka i opiera się o jego 

obudowę. Znów patrzy na mnie. – Z przyjacielem, który właśnie 
przyjechał z Paryża, co?
 

Szczęka mi opada. Gapię się na niego oniemiała. „Skąd on, 

do diabła, wie o tym?”.
 

Odpowiada, jak gdyby rzeczywiście czytał w myślach:

 

– Ze względów zawodowych muszę wiedzieć, co robią 

niektórzy ludzie i gdzie się znajdują. Nie mogę spuścić z oczu 
nikogo, kto potencjalnie zagraża moim interesom. Na pewno to 
rozumiesz. – Odstawia drinka na kominek i podchodzi do mnie. – 
Myślałem, że już ci wyjaśniłem: on nie jest dla ciebie odpowiedni. 
Uwierz mi, wiem, co mówię, Beth. Nie możesz być zaangażowana 
i z jednym, i z drugim. Powiedziałem ci, że musisz dokonać 
wyboru, i uznałem, że zdecydowałaś się zostać przy mnie. – 
Posyła mi lodowate spojrzenie. – Nie możesz służyć dwóm panom.
 

Przed oczami staje mi Dominic i słyszę jego głos: „Powiedz 

Rosie, że jestem dobrym panem, jeśli pokojówka okazuje się 
chętna i posłuszna”.
 

Ale Dominic jest moim panem tylko w sypialni, gdzie 

obydwoje odgrywamy swoje role. W rzeczywistym życiu jesteśmy 
sobie równi. Tymczasem Andriej chce, żebym mu była posłuszna 
w każdym aspekcie mojego życia, a na to nie mogę się zgodzić. Co
za bezczelność.
 

„Ty draniu, jak śmiesz zmuszać mnie do takiego wyboru? 

Moje życie osobiste nie ma z tobą nic wspólnego. Mieszasz moją 
rolę zawodową z czymś zupełnie innym”. Dominic chce, żebym 
się wyrwała ze sfery wpływów Dubrowskiego, ponieważ pragnie 
mnie chronić. Andriej domaga się, żebym zostawiła Dominica, bo 
ma zamiar sam nade mną panować i manipulować moją osobą 
według własnej woli. Powinnam mu powiedzieć, żeby spadał do 
diabła, bez niedomówień. Ale nie mogę. Nie teraz.

background image

 

– Okej – mówię cicho.

 

– Okej? – Andriej wydaje się zaskoczony tym, jak łatwo mu 

się poddałam. Spogląda na mnie z ukosa. – Więc… Idziesz ze mną 
na kolację?
 

– Nie dzisiaj – odpowiadam twardo. – Muszę się z nim 

zobaczyć. Wyjaśnić.
 

Twarz Andrieja przybiera zimny, twardy wyraz.

 

– Nie chcę, żebyś wiązała się z tym wężem. Jest pieprzonym 

zdrajcą.
 

„Nie, Andriej, to ty jesteś zdrajcą. Jesteś też strasznym 

egoistą, który nie potrafi przyjąć żadnej odmowy, nawet jeśli 
lojalny pracownik wyjaśnia, że chce spróbować czegoś na własną 
rękę. Nie możesz znieść tego, że odrzucam cię, aby być z kimś 
innym”.
 

– Pozwól, że mu to powiem – proponuję. – Nie podoba ci się 

ten pomysł?
 

Waha się chwilę, po czym mówi:

 

– Podoba mi się… ale zaskakuje mnie, że jesteś gotowa 

zostawić go bez dalszej walki.
 

Rozważam to szybko.

 

– Dominic niczego mi nie obiecał. Nie mogę na nim polegać.

Ilekroć mamy jakiś problem, on znika. Poza tym jest popieprzony. 
Anna ci chyba o tym mówiła. Próbowałam dotrzeć do niego i 
pomóc mu, ale nic nie działa. Nie mogę mieć zobowiązań wobec 
kogoś tak niestałego.
 

„O mój Boże, to brzmi tak wiarygodnie. Nie miałam pojęcia, 

że mogłabym mieć względem niego takie odczucia. A 
mogłabym?”.
 

– W porządku – stwierdza Andriej i wygląda na 

zadowolonego. Może chce mi uwierzyć. – Lepiej dotrzymaj słowa.
Tak czy inaczej, mam oko na Dominica. W momencie gdy odszedł 
i zwrócił się przeciwko mnie, nie dał mi innego wyboru. Możesz 
mu o tym powiedzieć, jeśli chcesz. – Patrzy na mnie srogo. – Nie 
podoba mi się, że z nim jesteś. 
 

– Tym razem muszę się z nim zobaczyć. – Wytrzymuję 

background image

spojrzenie Andrieja bez mrugnięcia okiem.
 

Jego usta wykrzywia lekki grymas, jak gdyby niesmaku.

 

– Wobec tego idź. Miejmy to już z głowy.

 

Po wyjściu z Albany House zaczynam biec, wymijając 

slalomem przechodniów i przemykając przez jezdnie. Chcę jak 
najszybciej uciec od Dubrowskiego. „Jak to możliwe, że sprawy 
skomplikowały się jeszcze bardziej?”.
 

Na myśl o tym, że Andriej wie o powrocie Dominica do 

kraju, przenika mnie dreszcz. Czy jego sieć kontroli naprawdę 
działa aż tak sprawnie? Jak daleko może się posunąć, by śledzić 
poczynania ludzi, którzy go interesują? Z ukłuciem strachu 
zastanawiam się, czy ktoś za mną nie idzie. Rzucam okiem za 
siebie, ale nie widzę, żeby z tyłu ktokolwiek przepychał się przez 
tłum z takim desperackim pośpiechem jak ja.
 

Nie chcę niczego więcej, jak tylko być z Dominikiem. 

Odzywa się moja komórka i odczytuję wiadomość:
 

Rosa się spóźnia. Zostanie ukarana.

 

Dominic też mnie chce. A może woli się zobaczyć z Rosą? 

Jestem tą samą osobą co ona czy nie? Skóra mi cierpnie, kiedy 
sobie wyobrażam, co mój pan zamierza zrobić ze mną w buduarze.
Obchodzi mnie tylko to, że Dominic pragnie Rosy, i zamierzam 
mu ją dać.
 

– Wejdź.

 

Z ciemności panującej w korytarzu mieszkanka nazywanego 

przez nas buduarem dobiega miękki głos. Wpatruję się w mrok, 
dysząc po biegu. Nic nie widzę. Słyszę pacnięcie czegoś 
skórzanego o dłoń i aż mi zapiera dech w piersi.
 

– Spóźniłaś się. Musiałem czekać. Wiesz, jak tego nie lubię. 

– Głos Dominica jest niski, pieszczotliwy, ale pobrzmiewa w nim 
autorytarna groźba.
 

– Tak, panie. – Drżę już od pożądania i mrowiącego 

podniecenia wywołanego tym, że nie wiem, co się zaraz stanie. 
Ufam, że mój pan chce, abym doświadczyła rozkoszy bólu i bólu 
rozkoszy, oraz że na końcu nad tym wszystkim zatriumfuje czysta 

background image

przyjemność. Nie mam na imię Beth, jestem Rosą – chętną, 
pokorną, uległą pokojówką, która zniesie wszystko, cokolwiek jej 
pan dla niej przeznaczy.
 

– Uklęknij na podłodze.

 

Opadam na kolana, spuszczam głowę i zamykam oczy.

 

– Zdejmij płaszcz.

 

Posłusznie wykonuję polecenie. Wierzchnie okrycie 

ześlizguje mi się z ramion i opada na podłogę. Słyszę kroki – 
Dominic oddala się nieco ode mnie. Rozlega się cichy trzask i 
rozbłyskuje zapałka, a od niej zostaje zapalona świeca. W 
pomieszczeniu zaczynają pełgać chybotliwe cienie, ale mając 
pochyloną głowę, nie zwracam na nie uwagi.
 

– Teraz rozbierz się.

 

Nie wstając z klęczek, rozpinam bluzkę i zdejmuję ją, po 

czym ściągam obcisłą spódniczkę i zrzucam buty. Zostaję tylko w 
staniku i majtkach oraz ciepłych zimowych rajstopach.
 

Mój pan zbliża się do mnie, najwyraźniej napawając się 

widokiem pokojówki klęczącej przed nim na podłodze w samej 
bieliźnie. Miękkie światło świecy rzuca na moją skórę złociste 
refleksy. On podchodzi i klęka obok mnie. Ma w ręce nożyczki, 
widzę, jak pobłyskują w półmroku. Drugą ręką przesuwa po moim 
karku, gładzi mnie dłonią po ramionach i prześlizguje się w dół po 
plecach.
 

– Piękna Rosa – szepcze – jesteś cała moja, prawda?

 

Kiwam głową.

 

– Popatrz na swoje piersi, jak wypełniają ten biustonosz. 

Takie cudowne i pociągające. – Przykłada czubek nożyczek do 
mojego mostka. Nie tak mocno, żeby bolało, ale wystarczająco, 
abym sapnęła z zaskoczenia. – Nie denerwuj się, Rosa, nie 
skrzywdzę cię. Chcę zobaczyć twoje ciało. – Delikatnie 
przemieszcza czubek nożyczek niżej pomiędzy piersiami, a 
następnie sunie nim po mojej lewej piersi. Wrażenie na skórze jest 
wręcz elektryzujące. Dominic prowadzi szpic nożyczek po 
materiale stanika, zatacza kółko wokół sutka, a ten natychmiast 
twardnieje i odcina się wyraźnie pod miękką tkaniną. 

background image

 

– Taaak – mówi Dominic miękko. – Poddajesz się, Rosa. 

Widzę, że ci się to podoba. 
 

Wtem szybkim ruchem przecina ramiączko, miseczka opada 

i ukazuje jedną pierś. Dominic schyla się i bierze do ust sutek, ssie 
go mocno i skubie wrażliwy czubek. Potem wypuszcza pierś z ust i
mówi:
 

– Piękna, wspaniała. Mógłbym ssać twoje piersi przez cały 

dzień. Smakują jak miód.
 

Moja kobiecość pulsuje już pożądaniem, drży, nabrzmiewa 

wilgocią. Tymczasem Dominic przecina drugie ramiączko 
biustonosza, uwalnia prawą pierś i pieści ją tak samo jak przed 
chwilą lewą.
 

– Znacznie lepiej – stwierdza, odsuwając się ode mnie i 

patrząc na mokre od śliny sutki. – Ale trzeba zrobić coś jeszcze. 
Wstań z klęczek, Rosa.
 

Podnoszę się, świadoma, że mam na sobie grube czarne 

rajstopy. Kiedy je rano zakładałam, nie miałam pojęcia, że 
spotkam się dziś z Dominikiem. Gdybym wiedziała, ubrałabym się
w coś bardziej seksownego. On przygląda mi się, a ja wciąż mam 
schyloną głowę i ręce opuszczone wzdłuż ciała.
 

– Podoba mi się twoja bielizna – mówi miękko. – Bardzo 

odpowiednia dla ciebie, Rosa. Żadnych frywolności. Ale może 
zrobilibyśmy ją bardziej… dostępną.
 

Bierze nożyczki i przebiega ich czubkiem po moich biodrach.

Wrażenie jest wręcz nie do zniesienia – to łaskocząca udręka. Mam
ochotę rzucić się, szarpnąć, ale trwam bez ruchu, wiedząc, że on 
tego chce. Mimowolnie oddycham ciężko i drżę lekko, kiedy 
nożyczki skręcają i schodzą niżej, przesuwając się po wzgórku 
łonowym. Wyrywa mi się cichy jęk. Przebiegają mnie lekkie, 
mrowiące drgnienia. Przez żyły niczym lawa przetacza się 
pożądanie, aż cała wewnątrz płonę. Dominic wijącym ruchem 
przesuwa koniec nożyczek po moich biodrach. 
 

„O Boże, nie miałam pojęcia, że można wzbudzić takie 

zmysłowe wrażenie zwykłym domowym narzędziem…”.
 

Wtem ostrza nożyczek rozchylają się z cichym dźwiękiem, 

background image

Dominic odciąga pasek rajstop od mojej skóry i zaczyna je 
rozcinać stanowczym, regularnym ruchem. Dociera do uda, 
następnie skręca i ostrożnie tnie dookoła górnej części mojej nogi.
 

– Staranne wykonanie – mruczy i zaczyna od nowa, tym 

razem z drugiej strony. Kieruje nożyczki wokół mojego uda i 
odcina drugą nogawkę rajstop. Ich góra oraz klin zupełnie już 
zniknęły, a nogawki opadają do kolan. – Jeszcze nie skończyliśmy 
– mówi Dominic i wyczuwam, że się uśmiecha. Bierze odcięte 
pozostałości i odrywa z nich dwa pasma materiału, którymi 
kolejno obwiązuje mi uda. Mam teraz na sobie dwie 
zaimprowizowane podwiązki podtrzymujące „pończochy”, bo 
tylko tyle zostało już z rajstop. – Idealnie – stwierdza Dominic i 
najwyraźniej ogląda swe rękodzieło z zadowoleniem. – Tak jak 
chciałem. Ale… – Znowu bierze nożyczki i kieruje ich 
niebezpieczne ostrza w stronę moich majtek. – Wciąż coś domaga 
się mojej uwagi.
 

Czuję, że biała bawełna w kroku jest już przesiąknięta 

sokami, i jestem pewna, że on to widzi. Popycha czubek nożyczek 
w dół, nie na tyle, żeby mnie zabolało, ale wystarczająco, abym 
poczuła twardość na miękkich wargach sromowych pod ubraniem. 
Ten lekki nacisk ostrego narzędzia jest niewiarygodny. Ledwie 
mogę uwierzyć, że odpowiadam w taki sposób na ruch nożyczek, a
zarazem muszę się bardzo powstrzymywać, by nie rozchylić nóg z 
zachętą, aby wsunął narzędzie dalej. Łechtaczka napiera od 
wewnątrz na majtki, jakby błagała o uwagę. O, wow, to 
niesamowite…
 

Tym razem Dominic nie tnie już na mnie ubrań. Chwyta 

palcami mokry kawałek materiału, odciąga go nieco i zgrabnie 
odcina, trzymając ostrza daleko od mojej skóry.
 

– Nie wystarczy, nie widzę wszystkich twoich uroków – 

stwierdza i ponawia operację, aż w końcu usuwa całą tkaninę, 
która zakrywała moje krocze. Jestem dla niego w pełni odsłonięta. 
– Bardzo ładnie – mruczy i odchyla się, żeby się lepiej przyjrzeć. 
 

Czuję się niewiarygodnie. Po jego zabiegach zostaję w 

potarganej, pociętej na strzępy bieliźnie. Piersi i srom mam 

background image

wystawione na widok, grube czarne „pończochy” utrzymują się na 
udach dzięki poszarpanym „podwiązkom”, a jednak wydaje mi się,
że to jeden z najbardziej seksownych strojów, w jakie 
kiedykolwiek byłam ubrana. Aż drżę od mocy swego pobudzenia. 
 

– Rosa – szepcze Dominic. – Taka piękna. I taka 

nieposłuszna. Kazałaś mi czekać. Musisz się nauczyć, by tego 
więcej nie robić. – Sięga za siebie i podsuwa przed moje nogi 
dużą, twardą poduszkę. – Oprzyj się na tym – mówi.
 

Robię, jak sobie życzy – owijam ramiona wokół stojącej 

poduchy i powierzam jej swój ciężar.
 

– Wypnij pupę – komenderuje Dominic i posłusznie 

wypycham ją do góry. Nożyczki naciskają teraz na moje pośladki, 
a zaraz potem tną tył moich majtek. Czuję, że pupa jest już teraz 
naga. Z majtek niewiele zostało: gumka i strzępy bawełny. – Czas 
na twoją karę, Rosa.
 

Pierwszy dotyk jest miękki, łaskoczący, łagodny. 

Uświadamiam sobie, że na moje pośladki opadł długi bicz z włosia
i teraz kręci się na nich delikatnie. Wzdycham lekko. To 
przyjemne, subtelne doznanie, ale wiem, że zapowiada coś 
ostrzejszego. I rzeczywiście, włosiany dotyk znika, lecz tylko na 
moment. Chwilę później biczyk spada na nagą skórę z syczącym 
odgłosem. 
 

– Och! – wołam bardziej z zaskoczenia niż z bólu. Trochę 

piecze, ale nie robi mi krzywdy. Kolejne smagnięcie ląduje 
pośrodku mojej pupy. Rozsiewa po całym ciele lekkie ciarki i 
rozgrzewa skórę pośladków.
 

– Pokaż mi, że to działa, Rosa – rozkazuje mój pan.

 

Wypycham pupę w górę i mówię:

 

– Zasługuję na tę karę, panie.

 

Spada następny piekący raz i krzyczę:

 

– Au, au, panie, sprawiasz ból swojej Rosie!

 

– Robię to, bo ją kocham – odpowiada łagodnym tonem. – 

Rosa musi dostać nauczkę.
 

Trzask. Bicz z włosia uderza mocno, niektóre z włosów 

dosięgają gorących punktów na mojej mokrej kobiecości. Boli 

background image

bardziej, ale nic nie poradzę – bezwiednie odpowiadam na razy, 
przy każdym uderzeniu wyginam plecy w łuk. O raju, podnieca 
mnie to niewiarygodnie, mam ochotę przycisnąć nabrzmiałą 
łechtaczkę do poduszki i rozładować rozpaczliwe napięcie, jakie 
powstało mi między nogami.
 

Teraz Dominic przesuwa biczykiem po moich pośladkach. 

Robi to miękko i łagodnie, następnie gładzi moją zaczerwienioną 
skórę. Słodko, czule kreśli na skórze ósemkę, przerywa na chwilę, 
po czym – trzask! – znów smaga mnie ostro.
 

– Aaa – jęczę, ściskając mocniej poduszkę. Otrzymuję 

kolejne smagnięcie, i następne. Przesuwam nieco pupę, by ich 
uniknąć. Jęczę, choć ból nie osiągnął siły tortury. Przeciwnie, 
sprawia, że skóra staje się gorąca, a wargi sromowe pulsują 
podnieceniem.
 

Dostaję dziesięć takich dręczących, ekscytujących razów i 

przy każdym krzyczę głośno. Pomiędzy jednym a drugim 
smagnięciem napawam się miękkimi, kolistymi pieszczotami, od 
których robię się jeszcze bardziej mokra i spragniona tego, co 
jeszcze ma się wydarzyć.
 

Mój pan lubi słyszeć, jaki efekt wywiera kara. Wiem o tym, 

toteż błagam go, żeby nie krzywdził swej pokojówki, ponieważ 
ona chce go jedynie zadowolić, a kiedy dosięga mnie biczyk – 
krzyczę z bólu. Po dziesiątym smagnięciu Dominic mówi:
 

– Dobrze zniosłaś karę. Chyba czas na nagrodę.

 

Mój pan odwraca narzędzie kary i przyciska gruby skórzany 

uchwyt do mojego wejścia. Wzdycham i jęczę, gdy porusza nim 
wśród mojej wilgoci, przesuwa go w stronę łechtaczki, a potem 
przyciska mocno do wejścia, jakby miał zamiar wcisnąć go do 
środka i pieprzyć mnie tym twardym, szorstkim przedmiotem. 
Bezwiednie rozchylam nogi, dając mu lepszy dostęp. Chcę, żeby 
coś znalazło się we mnie, i to już. Poruszam biodrami, jakbym była
pieprzona, i wydaję niskie, gardłowe jęki pożądania.
 

Uchwyt jednak zostaje wycofany i uświadamiam sobie, że 

Dominic przysuwa się do mnie. Słyszę odgłos rozpinanego zamka.
„O, tak, proszę, daj mi go teraz”.

background image

 

Ku swojemu zachwytowi czuję gładką główkę jego penisa 

przy swoim wnętrzu. On zatrzymuje się na chwilę, aby sprawdzić, 
czy ma właściwą pozycję, po czym wpycha penisa do środka, 
wypełniając mnie całą jego długością. Jestem taka gotowa, 
wilgotna i otwarta, że wsuwa się w głąb z łatwością, wbija się 
jednym silnym ruchem. Właśnie tego chcę i pragnę więcej. Grzbiet
wygina mi się w łuk, gdy on dociera do końca, wycofuje się i znów
napiera. Po stymulacji biczykiem mam teraz ochotę na ostre 
pieprzenie. Dominic jedną ręką trzyma mnie pod brzuchem, a 
drugą obejmuje na wysokości piersi, co sprawia, że może się 
wsuwać jeszcze głębiej. Pieprzy mnie bardzo mocno, przy każdym
ruchu uderza biodrami o moje. Potem przemieszcza jedną rękę 
niżej, jego palce znajdują twardy punkt mojej łechtaczki i 
zaczynają się nią bawić. Jęczę głośno i zanim zdaję sobie sprawę z 
tego, co się dzieje, orgazm wybucha we mnie z niewiarygodną siłą.
Potrząsam głową, z trudem łapię oddech i drżę cała, podczas gdy 
ogarnia mnie porywające doznanie.
 

Dominic daje mi jeszcze kilka ostrych pchnięć, a potem 

nagle, ku mojemu zaskoczeniu, wycofuje się zupełnie. Ciężko 
dyszę, wciąż napawając się echem swego szczytowania, ale też 
zastanawiam się, co on robi.
 

– Doszłaś, Rosa – mówi. – Poszło ci tak szybko, na pewno 

dlatego, że spodobała ci się kara. Ale mam jeszcze dla ciebie sporo
przyjemności, zanim zaczerpnę jej sam.
 

Ogląda się za siebie przez ramię i widzę, że uśmiecha się, 

patrząc na mnie, a ja wciąż znajduję się pod nim – na czworakach, 
z rozłożonymi nogami i nagimi plecami.
 

Po chwili czuję, że do warg sromowych przyciska mi się coś 

twardego, chłodnego. Co to jest? Dildo? Czy znów będzie mnie 
pieprzył, tylko tym razem czymś innym? W przeszłości Dominic 
nieraz sprawiał mi przyjemność zabawkami albo stymulował mnie 
do granic podniecenia i nie pozwalał na szczytowanie. Czy znowu 
tak zrobi?
 

– Jesteś bardzo grzeczna, Rosa – mruczy. – To będzie dla 

ciebie coś nowego. Chcę, żebyś się rozluźniła i nic nie robiła. 

background image

Obiecuję, że ci się spodoba.
 

Obrotowym ruchem, powoli, z największą delikatnością 

wciska we mnie ten krótki przedmiot. Jestem tak dobrze nawilżona
po orgazmie, że to coś ślizga się we mnie. Jednak nie wyobrażam 
sobie, jak on miałby tego użyć. Wydaje się zdecydowanie za małe, 
za krótkie… 
 

Wtem Dominic przekłada tę niewielką chłodną rzecz z 

jednego mojego wejścia do drugiego. Nagle dociera do mnie, co 
zamierza zrobić, i wyrywa mi się okrzyk zaskoczenia. Nie jestem 
pewna, czy tego chcę. Nie gustuję w takich zabawach.
 

– Pozwól mi spróbować, Rosa – mówi przekonująco. – Jeśli 

ci się nie spodoba, po prostu powiedz. Daj jednak szansę…
 

Czy powinnam? To coś jest takie małe i krótkie, wydaje się 

niegroźne.
 

– Jeżeli ty tego pragniesz, panie – odpowiadam.

 

– Dziękuję. – W jego głosie słychać prawdziwą wdzięczność,

kiedy bierze dobrze nawilżony, niewielki korek i przymierza go do
mnie od tyłu. „Ojej, nie jestem pewna… Nie wiem…”.
 

Dominic delikatnie wciska we mnie zabawkę.

 

– Wysuń mu się naprzeciw, będzie łatwiej – mruczy. Zgodnie

z poleceniem wypycham lekko biodra w tył, bojąc się, że robię coś
niewłaściwego. – Tak, właśnie tak. Jesteś cudowna. Nie umiem 
powiedzieć, jak ten widok na mnie działa.
 

Przedmiot jest chłodny i gładki. Czuję, że wchodzi łatwiej, 

niż sobie wyobrażałam. Mimo to wyczuwany od środka okazuje 
się wielki, rozpycha mnie, ale to wcale nie boli.
 

– Tak, już jest na miejscu. Teraz, moja słodka, doznania będą 

jeszcze większe, daję słowo. 
 

Jego penis znów znajduje się przy moim wejściu i Dominic 

wprowadza go do środka, ale nie wpycha ostro w moje spragnione 
wnętrze jak poprzednio, tylko wsuwa cudownie powoli, a ja 
natychmiast wiem, dlaczego to robi w ten sposób. Korek, który 
mam w pupie, zwęził mój naturalny kanał – zrobiłam się w środku 
ciasna, a penis naciska od wewnątrz na tę dodatkową przeszkodę.
 

– Oooch – mimowolnie wydaję z siebie długi jęk, podczas 

background image

gdy on wciska się coraz głębiej i rozciąga mnie cudownie; nigdy 
jeszcze nie czułam się taka wypełniona.
 

– Tak, właśnie tak – mruczy gardłowo. – Podoba ci się, co?

 

– Tak – jęczę. − Ooo…

 

Penis dotarł w najodleglejszą głębię, jądra naciskają na srom,

biodra wspierają się niemal na moich pośladkach. Dominic 
zaczyna się poruszać w przód i w tył, wycofuje się zaledwie 
odrobinę i znowu wślizguje gładkimi, rytmicznymi pchnięciami, 
ale wrażenie jest niewiarygodne. Jak gdyby wypełniał mnie całą. 
Jego penis wydaje się trzy razy większy, gdy sięga do mojej 
najdalszej głębi.
 

– Ale mnie pieprzysz – dyszę. – O, nie wiem, nie mogę…

 

Każde pchnięcie zdaje się wyciskać ze mnie oddech, gdy 

główka penisa dotyka krańca pochwy, wywołując cudowną 
rozkosz graniczącą z bólem. Dominic nabiera szybkości, a ja 
bezwiednie wzdycham i jęczę. Moje wnętrzności zamieniają się w 
płynną żądzę, łechtaczka znowu ożywa, drży intensywnie, 
rytmicznie dociskana do poduszki. Najwyraźniej na nią też 
wpływa uczucie wypełnienia w pupie, jakby była stymulowana 
zarówno od przodu, z zewnątrz, jak i od środka.
 

Mój pan dyszy i niemal jęczy, gdy jego penis zagłębia się we 

mnie. Po chwili chwyta mnie mocno w talii, zdejmuje z poduszki i 
odwraca, kładąc przodem do siebie. Leżę więc przed nim z 
piersiami sterczącymi z pociętego stanika, z rozchylonymi nogami 
ubranymi w pozostałość rajstop. On spogląda z góry na moją 
wyeksponowaną kobiecość. W blasku świecy widzę, że oczy mu 
płoną pożądaniem, a na twarzy maluje się żądza. Wzwiedziony 
penis sterczy dumnie mokry od moich soków. Nagle Dominic 
znów jest na mnie, jego penis znowu bierze mnie w posiadanie. 
Napawam się cudownym ciężarem jego ciała, podczas gdy on 
całuje mnie gorąco po ramionach i szyi, by w końcu trafić na moje 
usta.
 

Całujemy się żarliwie, namiętnie, po czym on wbija się we 

mnie głęboko, jego biodra poruszają się w cudownym rytmie, za 
każdym razem wciskając penisa w moje ciasne wnętrze. Obydwoje

background image

jęczymy i całujemy się jednocześnie, a potem czuję, jak wszystko 
się we mnie gotuje, głębiej i intensywniej niż poprzednio. 
Nadchodzi gwałtowny orgazm i muszę się mu poddać, porywa 
mnie niczym tornado, wiruje we mnie i ze mną, wywołując 
kanonadę fajerwerków, które eksplodują gdzieś w moim wnętrzu. 
Tymczasem Dominic przyciąga mnie do siebie jeszcze mocniej i 
rozkołysany mocą własnego orgazmu, daje się ponieść impulsowi, 
tak że szczytujemy jednocześnie.
 

Później, gdy już uspokajamy oddech i powoli dochodzimy do

siebie, Dominic wyjmuje korek analny z mojej pupy – mały 
srebrzysty przedmiot, który stał się przyczyną tak niezwykłych 
wrażeń. Śmiejemy się z tego, że nie zostało na mnie zbyt wiele 
bielizny.
 

– Weź sobie coś z sypialni – proponuje Dominic.

 

– Masz na myśli skórzaną uprząż czy jedwabne majteczki 

bez kroku? – pytam i znowu chichoczemy. 
 

Kolekcja bielizny, którą Dominic dla mnie zgromadził, nie 

jest za bardzo praktyczna. W końcu jednak znajduję jedwabne figi 
i biustonosz, biorę prysznic i ubieram się. Pozostałości rajstop 
nadają się jeszcze do użytku, przynajmniej tak długo, jak będą się 
trzymać na zaimprowizowanych podwiązkach. 
 

Dominic otwiera butelkę wina i zasiadamy w salonie, sącząc 

schłodzone chablis.
 

– Co cię sprowadza do Londynu? – pytam. – Myślałam, że 

się wybierasz do Czarnogóry.
 

– Z tym gościem będę się mógł zobaczyć dopiero za dzień 

czy dwa, postanowiłem więc, że przylecę, żeby się z tobą spotkać. 
– Całuje mnie. – Czy raczej… z Rosą. – Uśmiecha się do mnie 
szelmowsko.
 

Cieszę się z istnienia Rosy. To dzięki niej udało się nam 

odbudować więzi, ale pojawia się we mnie ukłucie niepokoju. Czy 
Rosa nie zagości w naszym związku na stałe? A jeśli tak, czy będę 
umiała sobie z tym poradzić? Wiem, że zrobię wszystko, żeby być 
z Dominikiem, ale nie mogę bez końca udawać. Chcę, żeby się 
kochał ze mną, a nie z fikcyjną postacią. Teraz jednak wypieram z 

background image

umysłu obawy. Czuję, że jest na nie za wcześnie. Dopiero 
zabliźniają się rany po naszym ostatnim nieporozumieniu i 
rozstaniu. Jeżeli Rosa w tym pomaga, nie mam obiekcji.
 

– Muszę ci coś powiedzieć – odzywam się z wahaniem.

 

– Mmm? – Dominic spogląda na mnie.

 

Nie wiem, czy powinnam mu o tym mówić, lecz stawiam na 

uczciwość i chcę, aby między nami zapanowała szczerość. 
Dominic powinien znać prawdę.
 

– Dziś po południu… byłam u Andrieja.

 

Jak gdyby zatrzaśnięto okiennice – twarz Dominica zamyka 

się dla mnie, oczy stają się zimne.
 

– Rozumiem.

 

– Nie, czekaj, posłuchaj. Chcę ci wyjaśnić, dlaczego wciąż 

dla niego pracuję. To z powodu Marka.
 

Dominic kiwa głową i w milczeniu czeka na moje słowa.

 

– Tamten obraz Fra Angelica okazał się falsyfikatem i 

Andriej chciał oskarżyć Marka o to, że kupił podróbkę za jego 
namową. Nie mogłam na to pozwolić. Mark jest teraz poważnie 
chory. Bóg wie, jak mogłoby mu się pogorszyć, gdyby jego 
reputacja została zniszczona.
 

– To falsyfikat? – Dominic marszczy brwi. – Andriej zapłacił 

za niego miliony. Nic dziwnego, że jest wściekły.
 

Kiwam głową.

 

– To jego wina. Chciał mieć obraz od razu, nie czekał na 

ekspertyzę. A teraz potrzebuje kozła ofiarnego i miał nim zostać 
Mark. Apelowałam do jego lepszych uczuć i zgodził się chronić 
Marka, pod jednym warunkiem.
 

Przez twarz Dominica przemyka burzowa chmura.

 

– Niech zgadnę – mówi. – To ty jesteś tym warunkiem. – 

Zrywa się z miejsca i zaczyna nerwowo chodzić po pokoju. Boże, 
wygląda wspaniale, nawet gdy się złości. – Niech go szlag, jest 
bezlitosny! Nie dba o nic, musi mieć to, czego zechce.
 

– Spokojnie. Nie dostanie mnie. Nie w ten sposób. Ale 

naprawdę powinnam przez jakiś czas dla niego pracować. Dopóki 
Mark nie wydobrzeje. Musiałam ci powiedzieć. Chcę, żeby między

background image

nami wszystko było jasne. Żadnych sekretów.
 

Dominic zaciska zęby. Widzę, że stara się zapanować nad 

gniewem.
 

– Proszę – mówię łagodnie. – Uwierz mi, nie pozwolę, żeby 

do czegokolwiek doszło. I sądzę, że Andriej jest zbyt dumny, by 
coś wziąć siłą. Chce, żebym sama do niego przyszła, chętna i 
gotowa. A niech więc sobie czeka do świętego nigdy.
 

Zdaje się, że to w końcu przemawia do Dominica. Na jego 

twarzy nie bez oporów pojawia się uśmiech.
 

– Widzisz? – wołam triumfalnie. – Wiedziałam, że się umiesz

uśmiechnąć!
 

Uśmiecha się szerzej.

 

– Okej, okej. – Siada obok mnie na sofie. – Zabija mnie to, że

kręcisz się przy Dubrowskim, ale jeżeli musisz… Cóż, rozumiem.
 

– Dzięki – odpowiadam miękko. – Wiem, że nie jest ci łatwo 

to powiedzieć. Doceniam, że mi ufasz. A przy okazji, sam też 
powinieneś uważać.
 

– Naprawdę? – patrzy na mnie pytająco.

 

– Tak. Andriej wiedział, że przyjechałeś dziś do Londynu. 

Wygadał się, kiedy wspomniałam, że idę na spotkanie z 
przyjacielem.
 

Dominic znów ma surową minę.

 

– To mnie nie dziwi, ani trochę – stwierdza. – Mówiłem ci, 

jaki on jest. Jeśli chodzi o sprawy, które według niego dotyczą 
honoru, ociera się o patologię. Obsesja na punkcie wrogów to 
staroświecka ambicja upartego drania, ale w jego mniemaniu 
chodzi o męską dumę. Na pewno kazał mnie śledzić, bez dwóch 
zdań.
 

– Ale nie zrobi ci krzywdy, co? – pytam nagle zaniepokojona.

 

Potrząsa głową.

 

– Nie, fizycznie mnie nie skrzywdzi. Przynajmniej nie teraz. 

Ale jeśli chce monitorować moje ruchy, bez wątpienia sprawdzi, 
czy wykorzystuję kontakty, które nawiązałem, pracując u niego. 
Podejrzewa, że zechcę przywłaszczyć sobie inwestorów, 
przyciągnąć ich do mojej firmy. Jego prawnicy na pewno są 

background image

gotowi pozwać mnie, w razie gdybym spróbował czegokolwiek, co
wykracza poza klauzule mojej dawnej umowy o pracę.
 

– A ty? Przywłaszczyłbyś sobie te kontakty?

 

Posyła mi twarde spojrzenie.

 

– Nie pochwalam takich metod. Ale jeżeli sami do mnie 

przyjdą… cóż, to co innego.
 

– O Boże, musisz być ostrożny. – Ogarnia mnie strach. Nie 

chcę, żeby rozgniewał Andrieja i naraził się na jego odwet. Może 
być wtedy nieprzewidywalny.
 

– Nie boję się – odpowiada Dominic ze śmiechem. – Działam

zgodnie z prawem. Sam się do nich nie udam. Ale też nie odrzucę 
interesującej propozycji, jeżeli złoży ją ktoś z kontrahentów 
Dubrowskiego. Muszę się starać, żeby moja firma odniosła sukces.
Na to liczę.
 

– Wiem, wiem…

 

Odwraca się i patrzy mi prosto w oczy szczerym, jasnym 

spojrzeniem.
 

– Najbliższe tygodnie są dla mnie bardzo ważne, wiesz o 

tym. Dlatego nie możesz być teraz ze mną. Muszę działać w 
skupieniu. Ale gdy tylko dotrę tam, gdzie zamierzam, wrócę po 
ciebie, jeśli tego chcesz.
 

– Oczywiście że chcę – szepczę. – Bez ciebie nie mogłabym 

być szczęśliwa.
 

Gładzi mnie miękko po policzku.

 

– Tak się cieszę, że znowu jesteśmy razem.

 

– A jesteśmy? – pytam i kładę dłoń na jego ręce, 

przytrzymując ją przy swojej twarzy. – Znowu razem?
 

Uśmiecha się i kiwa głową.

 

– Myślę, że inaczej się nie da – odpowiada.

 

– Dość już sekretów – przypominam.

 

Pochyla się, całuje mnie i zapewnia:

 

– Zdecydowanie. Żadnych sekretów.

background image

Rozdział ósmy

Dominic wysyła mnie wieczorem do domu w wynajętym 

samochodzie z kierowcą. Wracam do mieszkania nieco po 
dwudziestej trzeciej. Jestem kompletnie wyczerpana wydarzeniami
tego tygodnia i marzy mi się leniwy weekend. Na szczęście Laura 
ma dokładnie takie samo pragnienie, toteż spędzamy te dwa dni w 
przytulnym mieszkaniu, snując plany na zbliżającą się wycieczkę 
do Nowego Jorku. Znajdujemy porządny hotel w śródmieściu i 
zaczynamy szukać przyjemnych barów i jadłodajni.
 

– Możemy tam zrobić całe świąteczne zakupy! – emocjonuje 

się Laura.
 

– Nie powinnyśmy zbytnio obciążać sobie bagażu – 

zauważam jak zawsze praktyczna w takich sprawach. – No i chyba
nie chcemy przez cały czas zastanawiać się, co kupić dla innych. 
To nasz babski wypad, pamiętaj!

Idziemy więc na kompromis i postanawiamy, że godzinę czy 

dwie spędzimy w Bloomingdale’s

4

, kupując prezenty dla bliskich. 

Resztę czasu poświęcimy na dogadzanie sobie, a ostatecznie jakieś
interwencyjne zakupy świąteczne zrobimy szybko po powrocie do 
Londynu.
 

– Wspomniałaś Dominicowi o tej wycieczce? – pyta Laura.

 

Powiedziałam jej, że ostatniego wieczoru widziałam się z 

Dominikiem i że najwyraźniej znowu jesteśmy razem.
 

– Tak, mówiłam mu, ale wyjaśniłam, że to wyłącznie babski 

wypad i nie powinien być zazdrosny.
 

– Spotykacie się w święta?

 

Potrząsam głową.

 

– Nie sądzę. On w okresie świątecznym będzie podróżował, 

nadskakiwał biznesmenom podczas służbowych imprez i namawiał
ich do swoich pomysłów, korzystając z dobrego nastroju wielkich 
bossów. Nie wiem, kiedy go znów zobaczę.
 

– Na pewno wkrótce po świętach – mówi pocieszająco 

background image

Laura. – To świetnie, że wszystko się między wami wyjaśniło i 
poukładało.
 

Mimowolnie uśmiecham się do niej promiennie.

 

– Wiem. To fantastycznie.

 

Przyjaciółka śmieje się z mojego wyrazu twarzy.

 

– Jesteś jak barometr – stwierdza. – Kiedy układa ci się z 

Dominikiem, siedzisz prosto i zachowujesz się dziarsko, a gdy coś 
pójdzie nie tak, więdniesz i przygasasz. Teraz barometr pokazuje 
wyż, to dobrze wróży przed wycieczką!
 

Laura ma rację – jestem szczęśliwa, i to nie tylko dlatego, że 

czuję się spełniona seksualnie. Przepełniają mnie nadzieje na 
przyszłość i z radością wyczekuję wycieczki do Nowego Jorku. 
Jednak kiedy wracam w poniedziałek do pracy, nietrudno mi 
zauważyć, że Caroline ma bardziej zatroskaną twarz niż 
zazwyczaj.
 

– Markowi się pogorszyło przez weekend – oznajmia. – 

Złapał infekcję i zupełnie go rozłożyła.
 

– O, nie – mówię przygnębiona. – Biedny Mark.

 

– Pompują w niego teraz antybiotyki. Nie jest z nim dobrze.

 

– Miałam nadzieję, że go dziś odwiedzę.

 

Caroline potrząsa smutno głową.

 

– Obawiam się, że to niemożliwe. Jest na to za słaby. Dam ci 

znać, kiedy będzie w stanie przyjąć wizytę.
 

Czuję się okropnie przez to, że sama zamierzam się dobrze 

bawić w najbliższy weekend, podczas gdy mój szef jest taki chory, 
ale Caroline rozprawia się z moimi obawami krótko:
 

– Nie bądź niemądra. Mark cieszyłby się, że miło spędzasz 

czas. Poza tym wiem, że sam często lata do Nowego Jorku. Jestem 
pewna, że uzna twój wypad za świetną okazję do poznania miasta.
 

Jest to jakieś pocieszenie, toteż przykładam się do pracy, 

żeby podczas wyjazdu nie narosły mi zaległości. W skupieniu 
przeszkadza mi jednak co innego: wiadomości od Dominica. 
Teraz, gdy mam jego nowe namiary, a nasza korespondencja nie 
jest przedmiotem szpiegowania jak wtedy, kiedy pracował dla 
Andrieja, mniej więcej co godzina przychodzą od niego mejle. 

background image

Dominic powiadamia mnie, gdzie przebywa i co planuje. 
Wspaniałe jest to poczucie nieustającej łączności. Odkąd się 
poznaliśmy, często się zdarzało, że znikał z mojego zasięgu i przez
długi czas nie miałam z nim żadnego kontaktu. Uświadamiam 
sobie, że teraz też spodziewam się czegoś podobnego. Dostaję 
jednak wiadomości wysłane z samochodu jadącego na lotnisko, z 
poczekalni dla VIP-ów, z samolotu… Zaledwie kilka słów o tym, 
gdzie się znajduje i co zamierza.
 

Nagle dociera do mnie – Dominic upewnia się, że znam jego 

plany. Być może śledzą go ludzie Andrieja, a on w ten sposób 
pozostawia dla mnie ślad. Na tę myśl dreszcz przebiega mi po 
plecach, ale przecież wiem, że Andriej w jakiś sposób wciąż 
namierza ruchy Dominica. Dlaczego nagle miałby przestać? 
Trudno mi wyzbyć się niepokoju, przypominam sobie jednak, jak 
Dominic roześmiał się, gdy wyraziłam swoje obawy. „Nie robi nic 
złego” – przekonuję sama siebie. – „Andriej nie może mu 
zaszkodzić”.
 

Z drugiej strony, pamiętam też ostrzeżenie, które dostałam od

Jamesa, gdy po raz pierwszy zetknęłam się z Dubrowskim. Mój 
były szef dał mi do zrozumienia, że Rosjanin doszedł do swojej 
fortuny w wyniku podejrzanych, być może nie całkiem zgodnych z
prawem działań. Według Jamesa powinnam być bardzo ostrożna, 
jeśli zamierzam współpracować z tym człowiekiem.
 

Przed oczyma staje mi obraz Andrieja – elegancki biznesmen

w skrojonym na miarę garniturze siedzi za kierownicą swego 
popielatego bentleya cabrio. Ma wyszukany gust, kocha swoją 
kolekcję sztuki i swoje piękne mieszkania, cieszy się 
najwspanialszymi rzeczami, na które łatwo może sobie pozwolić.
 

Lecz kiedyś był upartym sierotą z zapyziałych moskiewskich

uliczek i w jakiś sposób wywalczył sobie drogę na szczyt. Tego 
rodzaju chłopcy szybko stają się twardzi i uczą się bez mrugnięcia 
okiem pozbywać się rywali, ponieważ w przeciwnym razie sami 
mogą zostać wyeliminowani w jakimś ciemnym zaułku.
 

Jestem pewna, że nikt nie chce rozgniewać Andrieja. A teraz 

mężczyzna, którego kocham, staje się jego przeciwnikiem. Pragnę 

background image

być silna, tak silna jak Dominic, ale nic na to nie poradzę – 
martwię się mimo wszystko.
 

Kolejnych kilka dni mija szybko na przygotowaniach do 

wycieczki. Andriej przesyła mi mejlem namiary swojego 
nowojorskiego mieszkania i nadmienia, że gospodyni będzie się 
mnie spodziewać o dowolnej, pasującej mi porze. Sprawdzam jego
adres w Internecie. Nawet nie znając Nowego Jorku, domyślam 
się, że Central Park to bardzo prestiżowe miejsce. Może wybiorę 
się tam z Laurą, żebyśmy obie pozachwycały się mieszkaniem i 
rzuciły okiem na to, jak żyje się na Manhattanie, czego normalnie 
nie miałybyśmy okazji zobaczyć.
 

Mark nadal czuje się zbyt słabo, żeby przyjmować gości, ale 

Caroline zapewnia mnie w czwartek, że lekarze opanowali 
infekcję. Nie ma dalszego pogorszenia, nie trzeba się zbytnio 
martwić. To wielka ulga.
 

– Leć do Nowego Jorku i baw się dobrze – mówi siostra 

Marka z uśmiechem. – Tu w pracy i tak w tym tygodniu nic już się 
nie zdarzy.
 

– Dzięki, Caroline. Przekażesz Markowi pozdrowienia ode 

mnie?
 

– Oczywiście. A teraz ruszaj! Opowiesz mi wszystko we 

wtorek.
 

W czwartkowe popołudnie wychodzę z biura 

podekscytowana. Już jutro wylot! Będzie świetnie, wiem o tym. 
Gdyby tylko Markowi się polepszyło, byłoby cudownie.
 

„Z wyjątkiem…”.

 

W mojej głowie odzywa się głosik nielojalności. Próbuję go 

uciszyć, ale on mówi coraz głośniej: „Wolałabyś lecieć do Nowego
Jorku z Dominikiem”.
 

„Przestań! Będę się fantastycznie bawić z Laurą”.

 

„Tak, ale z Dominikiem byłoby romantycznie, z pocałunkami

i… seksem. Mnóstwo wspaniałego, oszałamiającego seksu…”.
 

„Seks to nie wszystko” – strofuję sama siebie. – Przyjaźń jest

też bardzo ważna, nie pamiętasz?”. Mówię sobie, że 
zaniedbywałam ostatnio Laurę, że winna jej jestem trochę 

background image

wspólnie spędzonego czasu. Ona jest singielką, a ja przez ostatnie 
miesiące nie byłam idealną przyjaciółką, moje myśli zajmował 
tylko Dominic… i Andriej. Teraz mam szansę jej to wynagrodzić. 
Poza tym nie mogę się już doczekać, kiedy będę sączyła 
cosmopolitana w jakimś modnym barze. Tyle że wieczór nie 
zakończy się feerią orgazmów, to wszystko.
 

Drżę na wspomnienie niezwykłej rozkoszy, którą ostatnio 

przeżyłam. Dominic, wykorzystując mały srebrzysty korek analny, 
poprowadził mnie ścieżką, której do tej pory nawet sobie nie 
wyobrażałam. Próbuję sobie przypomnieć, jaka byłam na początku
tego wyjątkowego roku – niedoświadczona dziewczyna z małego 
miasteczka, dla której znany od lat chłopak stanowił centrum 
wszechświata i która poważnie rozważała zamążpójście i 
ustatkowanie się u jego boku. Dzięki Bogu na scenę wkroczyła 
Hannah ze swoimi wielkimi piersiami! Gdybym nie przyłapała go 
z nią w łóżku, nigdy nie zerwałabym narzeczeństwa i do końca 
życia uprawiałabym nudny seks z Adamem.
 

Jadąc metrem do domu, zastanawiam się, gdzie w tej chwili 

może być Dominic. Rano dostałam od niego mejla z 
powiadomieniem, że spotkania w Czarnogórze poszły bardzo 
dobrze, ale wypadła mu nieoczekiwana podróż do Klosters, 
położonego w Szwajcarii drogiego ośrodka narciarskiego, w 
którym milionerzy lubią spędzać okres świąt. Dominic zatrzyma 
się w górskiej chacie znajomego i będzie na stokach nawiązywać 
ważne kontakty – namawiać potencjalnie zainteresowane osoby, 
żeby włożyły duże pieniądze w jego fundusz inwestycyjny. 
 

Zapowiada się niezła zabawa. Narty, après-ski i jeszcze 

potem après-après-ski. Ciężka praca, skarbie, ale znasz mnie, 
lubię się poświęcać (hmmm). Będę z Tobą w kontakcie. Baw się 
dobrze w Nowym Jorku z Laurą. Uważaj na siebie,

 

D

 

Wysyłam odpowiedź pełną emocji przed planowaną 

wycieczką i życzę mu, żeby się dobrze bawił na nartach. Dopiero 

background image

później, gdy wchodzę już do mieszkania, dopada mnie nagłe 
poczucie winy. Nie powiedziałam Dominicowi, że podczas pobytu 
w Nowym Jorku zamierzam zajrzeć do apartamentu Andrieja, ani o
tym, że Andriej zaproponował mi nowe zlecenie. Jestem zła sama 
na siebie – miało przecież nie być więcej sekretów! Obiecałam 
sobie i jemu, że będę teraz wobec niego otwarta i szczera. Nie ma 
sensu zatrzymywać takich informacji dla siebie, to tylko prowadzi 
do nieporozumień.
 

Ale tak naprawdę nie ma też w tym nic złego. Bądź co bądź, 

nie planuję spotkania z Andriejem. Rozejrzę się tylko po jego 
mieszkaniu, żeby go usatysfakcjonować. A jeśli mam być szczera, 
chcę je zobaczyć, poczuć ducha tych wnętrz, rzucić okiem na 
zgromadzone dzieła sztuki i pomyśleć, co można by z nimi zrobić, 
nawet jeżeli nie przyjmę tej pracy. Powiem o tym Dominicowi w 
następnym mejlu. Zdecydowanie.
 

Obie – Laura i ja – tego wieczoru dosłownie szalejemy z 

podekscytowania. Raz po raz sprawdzamy bagaże, upewniamy się,
że mamy spakowane paszporty, pieniądze, mapy i przewodniki, a 
także wszelkie niezbędne drobiazgi, od ładowarek po ochronną 
pomadkę do ust. Jesteśmy tak nakręcone, że aby to uczcić, 
otwieramy butelkę wina i wypijamy je szybko do kolacji. Sięgamy 
więc po drugą i trochę nietrzeźwe rozmawiamy sobie radośnie, aż 
ze zgrozą stwierdzamy, że jest już prawie północ, a powinnyśmy 
wstać o czwartej rano, żeby się zabrać taksówką na lotnisko. 
Sprzątamy szybko i kładziemy się do łóżek, ale długo nie mogę 
zasnąć.
 

To dziwne, ale ekscytuje mnie myśl o podróżowaniu w 

zwykły sposób. Podobały mi się luksusy, jakich zaznałam w 
świecie bogatych ludzi, jednak w moim umyśle nieodmiennie 
kojarzą się one z posiadaniem. Zyskałam dostęp do tego świata 
tylko dlatego, że pracowałam dla Andrieja, mogłam korzystać z 
luksusów wyłącznie na ustalonych przez niego warunkach. 
Obracałam się wśród wspaniałych rzeczy, ale nie należały one do 
mnie, zatem tak naprawdę było to jak przejażdżka w wesołym 
miasteczku, a później nastąpił powrót do normalności. Tymczasem

background image

mój bilet do Nowego Jorku, rezerwacja hotelowa i wszystkie plany
wycieczkowe są moje – sama za nie płacę własnoręcznie 
zarobionymi pieniędzmi. Jestem z tego dumna i dlatego zamierzam
się cieszyć tym wypadem milion razy bardziej niż darowanymi 
przelotami prywatnym odrzutowcem.
 

Nie wiem, o której godzinie zasypiam, ale gdy dzwoni 

budzik, wydaje mi się, że spałam może pięć minut. Z trudem 
podnoszę powieki, a potem zmuszam się do wstania. Zwlekam się 
z łóżka i sunę pod prysznic. Laura też ma zaczerwienione oczy i 
wygląda na równie zmęczoną jak ja.
 

– Nie powinnyśmy były wieczorem pić wina – stwierdza, 

zmierzając do łazienki.
 

– Teraz mi to mówisz! Taksówka będzie tu za piętnaście 

minut!
 

Myślałam, że będę się czuć okropnie, ale gdy tylko wskakuję

w dżinsy, obszerny T-shirt, ciepły żakiet i wygodne buty do 
połowy łydki, wraca mi dobre samopoczucie. Kilka łyków wody 
pomaga oczyścić głowę. Laura właśnie wynosi swoją torbę na 
korytarz, kiedy słyszymy klakson taksówki czekającej na nas przed
domem.
 

– Ruszamy, siostro! – mówi moja przyjaciółka, a oczy jej 

błyszczą z radości.
 

– Naprzód! – odpowiadam z uśmiechem. Już teraz jest 

wesoło. Zapowiada się wspaniała przygoda.
 

Docieramy na lotnisko z niezłym zapasem czasu, ponieważ 

drogi na obrzeżach Londynu są o tej porze prawie puste. Jesteśmy 
podekscytowane i mamy ogromną ochotę na kawę, ale 
postanawiamy najpierw zgłosić się do odprawy i kontroli, żeby 
mieć to za sobą i usiąść spokojnie w hali odlotów. Przed nami 
dobra godzina czekania – mnóstwo czasu, by zjeść śniadanie i 
pobuszować w sklepie wolnocłowym.
 

Przy stanowisku odpraw wręczamy urzędniczce swoje 

paszporty i pokazujemy bagaże. Kobieta sprawdza wszystko, 
wstukuje dane w komputer i skanuje nasze paszporty. Potem 
podnosi wzrok i oznajmia z uśmiechem:

background image

 

– Dobra nowina, drogie panie. Zostałyście przeniesione 

wyżej.
 

– Co?! – wykrzykuje Laura.
– Tak. Moje gratulacje. Lecicie na JFK

5

 pierwszą klasą.

 

– O, wow! – Moja przyjaciółka podskakuje z radości.

 

– Dlaczego? – pytam podejrzliwie.

 

Urzędniczka patrzy na mnie, najwyraźniej zaskoczona taką 

reakcją.
 

– Nie wiem – odpowiada. – Tak mi wyskakuje w 

komputerze. Teraz jesteście pasażerkami pierwszej klasy. Czekacie
na swój lot w poczekalni pierwszej klasy.
 

– Co z tobą? – pyta Laura, kiedy zmierzamy do poczekalni 

dla VIP-ów. – Nie cieszysz się, że nas przenieśli wyżej? Nigdy 
jeszcze nie podróżowałam pierwszą klasą.
 

– Jasne, że się cieszę – odpowiadam z całą serdecznością, na 

jaką mnie stać. Nie chcę jej psuć radości, tak naprawdę jednak 
trochę się denerwuję. Wyczuwam w tym czyjś podstęp, jakąś 
przynętę. Odnoszę wrażenie, że w moją prywatną wycieczkę ktoś 
wkroczył. Byłam dumna z tego, że zapłaciłyśmy za wszystko z 
własnej kieszeni. Teraz dostajemy nieoczekiwaną premię, na którą 
nie zapracowałyśmy ani za nią nie zapłaciłyśmy.
 

„A może to tylko łut szczęścia…”.

 

„Taak, na pewno!”.

 

W poczekalni pierwszej klasy jest bardzo miło. Jemy pyszne 

śniadanie i pijemy gorącą kawę, a potem siedząc wygodnie na 
kanapie z kolorowymi czasopismami pod ręką, czekamy na 
zapowiedź naszego lotu.
 

Następnie korytarzem wyłożonym czerwoną wykładziną 

dywanową zmierzamy do samolotu przed innymi pasażerami. Na 
pokładzie kierujemy się w lewo. W pierwszej klasie luksus ostro 
kontrastuje z ciasnotą klasy ekonomicznej. Wygodne, szerokie 
siedzenia można w dowolnej chwili przekształcić w łóżka; każdy 
pasażer otrzymuje pakiet przyborów toaletowych drogiej marki 
oraz kapcie, maseczkę do spania, a nawet jedwabną piżamę na 
wypadek gdyby ktoś chciał się jeszcze bardziej rozgościć. A to 

background image

dopiero początek. Zaraz zaczniemy się bawić naszymi osobistymi 
zestawami rozrywkowymi oraz do woli zamawiać napoje i 
przekąski z karty.
 

– Mogłabym tutaj mieszkać! – oznajmia Laura w upojeniu. – 

Nie mogę uwierzyć w nasze szczęście.
 

Jej rozpromieniona mina łagodzi moje wrogie uczucia wobec

osoby, która podjęła za nas tę decyzję. Może taki prezent od losu to
nic złego. Problem polega jednak na tym, że podejrzewam o tę 
hojność Andrieja i to psuje mi radość. Bogaty Rosjanin ma sposób 
na to, bym przyjmowała od niego rzeczy, których naprawdę nie 
chcę: noclegi w hotelach, drogie sukienki, biżuterię, a teraz przelot
pierwszą klasą.
 

„Wyluzuj – mówię sobie, kiedy samolot zaczyna kołować. – I

tak nic z tym nie zrobisz. A w Nowym Jorku będziesz daleko od 
Andrieja. Ciesz się chwilą”.

background image

Rozdział dziewiąty

Gdy lądujemy na JFK, nie ma jeszcze południa. Znów kipiąc 

energią, wysiadamy z samolotu, przechodzimy kontrolę 
paszportową i ruszamy na podbój Ameryki. Z jednej strony 
wszystko wydaje się znajome, wielekroć oglądane w filmach, a z 
drugiej – bardzo obce, do czego przyczynia się rozbrzmiewający 
zewsząd inny akcent i nietypowa aura. Nigdy nie czułam się tak 
brytyjsko jak teraz. Zamierzamy wsiąść do żółtej taksówki i 
pojechać na Manhattan, ale gdy tylko wychodzimy z hali 
przylotów, ze zdumieniem spostrzegam swoje nazwisko wypisane 
na kartonie trzymanym przez czarnoskórego mężczyznę w 
ciemnym garniturze i płaskiej czapce z daszkiem.
 

– Patrz, Beth. – Laura trąca mnie w tym samym momencie. –

Chodzi o ciebie!
 

– Panna Villiers? – Mężczyzna uśmiecha się do mnie. – Jak 

się pani miewa? Jestem tutaj, aby zabrać panią i pani przyjaciółkę 
do hotelu.
 

– Co? – pytam znów z wielką podejrzliwością. – Kto złożył 

zamówienie?
 

– Nie mam pojęcia, proszę pani – odpowiada uprzejmie. – 

Wykonuję tylko polecenia szefa.
 

– Beth – syczy mi Laura do ucha. – To przypuszczalnie część

usługi związanej z pierwszą klasą.
 

Nie jestem tego pewna. Skonsternowana wlepiam wzrok w 

kierowcę.
 

– Jak się nazywa pańska firma? Czy współpracuje z liniami 

lotniczymi?
 

– Z naszych usług korzysta mnóstwo firm, proszę pani. 

Zapewniam, że cieszymy się dobrą renomą. Proszę za mną, 
limuzyna czeka.
 

– Limuzyna? – Laurze rozbłyskują oczy.

 

Ja się jednak waham. Zapewne nie ma powodu do obaw. To 

background image

przypuszczalnie część usługi. Nie zaszkodzi skorzystać z 
przejazdu.
 

– Okej – zgadzam się niezbyt chętnie.

 

Kierowca bierze nasze bagaże i prowadzi nas do długiej, 

kanciastej limuzyny. Rozsiadamy się na skórzanej kanapce, nasze 
torby lądują w bagażniku i po chwili zmierzamy drogą szybkiego 
ruchu w stronę słynnych manhattańskich wieżowców. Staram się 
odsunąć od siebie negatywne odczucia i cieszyć się z 
ekskluzywnego przejazdu. Laura bez przerwy radośnie rozprawia o
naszych planach na ten dzień. Zapewne jestem niewdzięcznicą, 
skoro nie potrafię się cieszyć zsyłanymi przez los okruchami 
luksusu, ale nie umiem inaczej. Chcę, żeby ten ktoś – ktokolwiek 
to jest – odczepił się ode mnie i pozwolił mi żyć po mojemu.
 

Przejazd na Manhattan trwa około godziny, a przeprawa 

przez most wiodący na wyspę sama w sobie jest ekscytującą 
atrakcją. Niebo ma kolor zimnego, nieskazitelnego błękitu 
rozświetlonego słabo grzejącym słońcem. Panuje mróz, ale to tylko
przydaje miastu zimowego, bożonarodzeniowego charakteru. 
Limuzyna sunie, mijając słynne prostopadłe przecznice, a my 
wyglądamy przez okna, napawając się widokami ruchliwych ulic, 
których numery – zamiast nazw – przyprawiają nas o dreszcz 
podekscytowania. Po drodze raz po raz rozpoznajemy jakiś znany 
obiekt i pokazujemy go sobie z ożywieniem. 
 

Wybrałyśmy dość skromny hotel w śródmieściu – niezbyt 

drogi, ale usytuowany wystarczająco blisko miejsc, które 
zamierzamy odwiedzić. Dzięki temu wszędzie będziemy mogły 
dotrzeć pieszo. Z fotografii zamieszczonych w Internecie 
wywnioskowałyśmy, że to przyjemny, raczej staroświecki hotel, i 
zarezerwowałyśmy dla siebie mały dwuosobowy pokój, bo tylko 
tyle nam trzeba.
 

Jestem więc zaskoczona, gdy się zatrzymujemy na East 57th 

Street przed okazałą, elegancką budowlą strzelającą wysoko ku 
niebu. Do samochodu podchodzi portier i otwiera drzwi, ale ja – 
zamiast wysiąść – pochylam się i stukam w szklaną przegrodę 
oddzielającą nas od szofera. Kierowca opuszcza szybę.

background image

 

– O co chodzi, do licha? – pytam rozdrażniona. – To nie jest 

nasz hotel!
 

– To jest Four Seasons, proszę pani – odpowiada kierowca. – 

Dostałem polecenie, żeby tu panie przywieźć. Rozumiem, że 
macie rezerwację.
 

– Ależ skąd! – krzyczę. – Nasz hotel znajduje się przy 

Lexington Avenue. Proszę zabrać nas tam natychmiast.
 

Portier stoi skonsternowany, wyraźnie czekając, aż 

wyjdziemy z samochodu. Laura zdążyła już prawie wysiąść i teraz 
słucha moich słów z niepokojem w oczach.
 

– Czy dobrze rozumiem, proszę pani, że nie chcecie się 

zatrzymać w Four Seasons? – Szofer rzuca mi przez ramię kpiące 
spojrzenie. Na pewno myśli, że to czyste wariactwo.
 

– Właśnie. Mamy rezerwację w hotelu Washington przy 

Lexington Avenue.
 

– Beth… – Laura patrzy na mnie, a kierowca z 

niedowierzaniem potrząsa głową.
 

– Lauro, nie rezerwowałyśmy pokoju w Four Seasons i choć 

pewnie wydaje się to niesamowite, nie możemy udawać, że taki 
bonus należy do obsługi pasażerów pierwszej klasy. Nie sądzę, 
żeby w pakiecie był nocleg. Ktoś jest dla nas zbyt szczodry i nie 
podoba mi się to. Chcę pojechać do hotelu, który same 
wybrałyśmy.
 

Widzę po jej minie, że podziela moje zdanie, choć 

perspektywa luksusowego zakwaterowania jest bardzo kusząca. 
Laura wraca na swoje miejsce w limuzynie.
 

– Okej. Jedźmy do hotelu Washington.

 

– Dziękuję, może pan zamknąć drzwi! – mówię do 

zdezorientowanego portiera, a on posłusznie wykonuje polecenie, 
mimo że najwyraźniej nie bardzo wie, o co chodzi. Mam wrażenie,
że niewielu ludzi zareagowałoby gniewem na propozycję 
nocowania w Four Seasons.
 

Szofer z westchnieniem kieruje auto z powrotem na ruchliwe 

ulice Manhattanu i po kwadransie zatrzymujemy się przed 
znacznie mniejszym, skromniejszym budynkiem z czerwonej 

background image

cegły.
 

– Jesteśmy na miejscu, proszę pani – oznajmia. – Według 

pani życzenia, hotel Washington.
 

– Wygląda fantastycznie – zauważa stoicko Laura, choć 

wiem, że troszeczkę żałuje tamtego wystawnego hotelu.
 

– Właśnie tego nam trzeba i na to możemy sobie pozwolić – 

stwierdzam stanowczo. Zwracam się do kierowcy: – Dziękujemy, 
może nas pan tu wysadzić.
 

Kilka minut później stoimy przy kontuarze recepcji 

tradycyjnie wyglądającego hotelowego holu. Ne jest to może 
ostatni krzyk nowojorskiej mody, ale wygląda bardzo przytulnie, 
na podłodze leżą wzorzyste dywaniki, mosiężne lampy dodają 
wnętrzu ciepła. Recepcjonista ma mocno żelowane włosy i 
zadbane dłonie. Sprawdza naszą rezerwację.
 

– O. – Spogląda na monitor i marszczy brwi. – Dziwne, 

bardzo dziwne. Proszę chwileczkę zaczekać, sprawdzę to u 
kierownika.
 

Wymieniam z Laurą spojrzenia.

 

– Co teraz? – mruczy moja przyjaciółka. – Znowu pierwsza 

klasa?
 

– Ale nikt nie wie, że tu jesteśmy – odpowiadam. – Nikomu 

nie mówiłam, że zatrzymujemy się w tym hotelu. A ty?
 

Kręci głową.

 

Recepcjonista wraca z kierownikiem – człowiekiem o 

starannie przystrzyżonym wąsie oraz bladoniebieskich oczach. 
Uśmiecha się do nas.
 

– Dzień dobry, drogie panie, jak się miewacie? Jeśli chodzi o 

waszą rezerwację, dokonano zmiany.
 

„O, nie, znowu?” – jęczę w duchu.

 

– Obawiam się, że rezerwacja została anulowana.

 

– Co?! – wyrywa mi się okrzyk.

 

– Anulowana? – powtarza jak echo Laura. Na jej twarzy 

niepokój walczy z przerażeniem.
 

Kierownik poważnie kiwa głową.

 

– Tak, odwołana.

background image

 

– Więc proszę ją wznowić – silę się na władczy ton. – Nie 

wydałyśmy polecenia, aby ją odwołać. Mam tutaj wydrukowane 
potwierdzenie. Potrzebujemy tego pokoju!
 

– Obawiam się, że nie dam rady tego zrobić. Pokój został już 

rozdysponowany, nie mamy nic wolnego. W okresie świątecznym 
jest duże obłożenie. Na pewno panie rozumieją.
 

– Ale… – Nie mogę uwierzyć własnym uszom. Jak to 

możliwe? – Więc gdzie się mamy zatrzymać?
 

Kierownik skinieniem głowy wskazuje stojącego przy 

drzwiach człowieka.
 

– Zdaje się, że wszystko zostało zorganizowane. Wysłano po 

panie samochód.
 

Nieznajomy mężczyzna podchodzi i bierze nasze bagaże. 

 

– Pozwólcie, panie, za mną – mówi.

 

Wymieniam z Laurą bezsilne spojrzenia. Nie dano nam 

wyboru. Hotel Washington nie ma dla nas pokoju. Na zewnątrz 
czeka kolejna limuzyna, bardzo podobna do poprzedniej. 
Wsiadamy, a nowy kierowca wkłada nasze torby do bagażnika i 
znowu ruszamy. Jedziemy w przeciwnym kierunku niż przedtem, 
ale docieramy do innej części miasta. Ulice są tutaj luźniej 
rozmieszczone, daleko im do prostopadłej siatki Manhattanu.
 

– To Village – rozpoznaje Laura, wyglądając przez okno. – 

Zatrzymałam się tu podczas ostatniego pobytu. Zdecydowanie 
jedna z najciekawszych dzielnic, bardziej artystyczna i 
cyganeryjna niż Central Park.
 

– To chyba dobrze – mruczę, spoglądając na przesuwające się

za oknem budynki. Wciąż jestem zła o to, że ktoś w ten sposób 
wkroczył w nasze plany. Ale czemu, do licha, Andriej miałby 
rezerwować dla nas miejsce w Four Seasons, anulować rezerwację 
w Washingtonie, a potem zamówić pokój w jeszcze innym hotelu? 
Nie pojmuję.
 

– Wiem, nie jesteś zadowolona – rzuca beztrosko Laura. – To

chyba twój Rosjanin znowu wykazuje się hojnością, prawda?
 

Źle mi z tym. Z jej punktu widzenia szykowny hotel i 

limuzyny to wspaniałe dopełnienie wycieczki. Laura nie wie, że 

background image

Andriej najróżniejszymi sposobami próbuje mnie kontrolować, a ja
staram się, jak mogę, nie dopuścić, aby się wtrącał do mojego 
życia, mimo że jego gesty sprawiają wrażenie cudownych, 
szczodrych prezentów. Cóż, usiłowałam nie przyjąć tego 
podarunku, ale znów sprawia, że nie mam innego wyjścia.
 

– Przepraszam – mówię do przyjaciółki z uśmiechem. – 

Pewnie myślisz, że jestem starą, skwaszoną malkontentką. Chcę 
choć na chwilę uciec od hojności Andrieja, ale zdaje się, że on na 
to nie pozwala.
 

– Może to nie on – wysuwa przypuszczenie Laura. – Może 

Mark. Taka bożonarodzeniowa premia czy coś w tym stylu.
 

– To możliwe. Caroline mogła zmienić rezerwację. – 

Zastanawiam się. – Właściwie, gdy o tym pomyślę… 
Niewykluczone, że jej powiedziałam, gdzie się zamierzamy 
zatrzymać.
 

– No widzisz! – Laura rozpogadza się. – To pewnie Mark. I 

dobrze. Możemy korzystać z prezentu z czystym sumieniem, 
prawda?
 

Kiwam głową. Sama nie jestem przekonana, ale nie chcę jej 

psuć zabawy.
 

Kierowca zatrzymuje samochód przed modnie wyglądającym

hotelem. Strome schodki wiodą do niesamowitego holu.
 

– Soho Grand – oznajmia szofer.

 

– Wow! – wzdycha Laura, a oczy jej lśnią jeszcze bardziej 

niż przedtem. – Słyszałam o tym miejscu i zawsze tu chciałam 
przyjechać. Podobno jest wyjątkowe!
 

– Zdaje się, że nie mamy wyboru – zauważam sardonicznie.

 

Tymczasem portier i bagażowi śpieszą nam na pomoc i w ich

asyście wkraczamy do hotelowego holu. Chyba nie wyglądamy jak
goście z górnej półki, ponieważ recepcjonistka wita nas tyleż 
uprzejmie, co chłodno. Wszystko się jednak zmienia, gdy idealnie 
zadbanymi palcami wstukuje nasze nazwiska do ewidencji 
komputerowej. Oczy jej się rozszerzają, ale szybko ukrywa 
zdumienie, wlepia wzrok w ekran, po czym zwraca się do nas z 
promiennym uśmiechem.

background image

 

– Drogie panie, niezmiernie nam miło, że chcecie się u nas 

zatrzymać. Na pewno spodoba się wam Loft North, najwspanialszy
z naszych apartamentów.
 

– Apartament – szepcze bez tchu Laura, a jej twarz jaśnieje 

podekscytowaniem.
 

„Apartament” – myślę z gniewem. – „Nie zwyczajny pokój, 

tylko cholerny apartament. No i loft”. Bynajmniej mi to nie 
wygląda na styl Marka. Znacznie bardziej pasuje do człowieka, 
który zupełnie nie liczy się z kosztami i wciąż oczekuje od życia 
tego, co najlepsze.
 

„Cóż, w tej chwili nic na to nie poradzę”.

 

Hotel jest niewiarygodny. Kolorystyka i stylowe urządzenie 

wnętrz świadczą o dobrym guście łączącym współczesność z 
doskonale dobranymi antykami – od holu, w którym ustawiono 
sofy i fotele z turkusowej skóry, po industrialną klatkę schodową, 
kutym żelazem nawiązującą do epoki wiktoriańskiej. Nie możemy 
się powstrzymać od ciekawskiego rzucania okiem na modnie 
ubranych ludzi: rozmawiających na sofach w holu, sączących 
drinki przy barze, czytających w bibliotece. Wydają się idealnie 
pasować do wnętrz.
 

Bardzo uprzejmy boy hotelowy prowadzi nas do windy, którą

wyjeżdżamy na najwyższą kondygnację budynku. Następnie 
otwiera dla nas drzwi i pokazuje nam loft.
 

– O mój Boże – szepcze cichutko Laura. – Jakby ożyło moje 

wymarzone mieszkanie.
 

Ma rację. Apartament niemal w ogóle nie przypomina pokoju

hotelowego. Wygląda jak miejsce stworzone do zamieszkania. Jest 
nowoczesny, a zarazem ponadczasowy. Twórcy stylowego 
wystroju śmiało sięgnęli po różnego rodzaju materiały i teksturę: 
drewno, beton, marmur, skórę, zamsz i aksamit. Salon znakomicie 
urządzono wygodnymi sofami i fotelami, na których udrapowano 
kaszmirowe narzuty i położono pękate poduchy. Biurko 
wyposażono w Maca oraz iPada. Na stołach i półkach ustawiono 
ozdoby i książki, na ścianach zaś powieszono czarno-białe zdjęcia 
przedstawiające życie Nowego Jorku w latach pięćdziesiątych.

background image

 

– Tu mają panie w pełni wyposażony bar. – Boy prezentuje 

betonowy kontuar, pokryte skórą stołki barowe i spory zapas 
butelek. – Proszę pozwolić, że pokażę paniom sypialnie.
 

Prowadzi nas do głównej sypialni: ogromnej, utrzymanej w 

odcieniach taupe i popieli, z łaciatym podnóżkiem z cielęcej skóry.
Łazienka przy tym pokoju jest wyposażona w luksusową, głęboką, 
wolno stojącą wannę o opływowych kształtach oraz w ogromną 
kabinę prysznicową.
 

– Myślę, że ta sypialnia należy się tobie – mówi Laura i zerka

na mnie z ukosa.
 

– Nie będę się o to spierać – odpowiadam z uśmiechem. 

Postanawiam, że się wyluzuję i będę się cieszyć pobytem w tym 
niezwykłym miejscu. Z jednej strony, nie mam wyboru, a z 
drugiej, nie chcę psuć atmosfery zrzędzeniem. „Apartament jest 
niesamowity, nie da się zaprzeczyć…”.
 

Boy prowadzi nas przez salon do drugiej sypialni, nieco 

mniejszej niż pierwsza i również z osobną łazienką. Po powrocie 
do salonu nasz przewodnik oznajmia jeszcze:
 

– Oczywiście mają tu panie do dyspozycji telewizor z 

płaskim ekranem i systemem surround oraz wybór filmów. 
Całodobowo czynna jest usługa rezerwacji biletów i stolików 
restauracyjnych, wystarczy zgłosić zapotrzebowanie telefonicznie 
do recepcji. Pamięć w iPadzie załadowano informacjami o okolicy 
i jej atrakcjach. I naturalnie wyłącznie dla pań osobny taras. – 
Wskazuje gestem chyba najlepszą rzecz w tym apartamencie: 
ogromny prywatny taras z niezwykłym widokiem na dolny 
Manhattan aż po Empire State Building. – Na życzenie wystawimy
dla pań na zewnątrz grzejniki. – Uśmiecha się. – Czy coś jeszcze? 
Jakieś pytania, czy raczej wolą się panie teraz rozgościć?
 

– Na razie to wszystko, dziękuję – odpowiadam i 

przypominam sobie, że w Nowym Jorku daje się boyom napiwki. 
Wręczam mu więc banknot pięciodolarowy i mówię: – Damy znać,
jeśli będziemy czegoś potrzebować.
 

– Dziękuję. – Boy z uśmiechem wkłada pieniądze do 

kieszeni i kłania się. – Życzę miłego pobytu.

background image

 

Gdy tylko zamyka za sobą drzwi, Laura i ja gapimy się na 

siebie nawzajem, niezdolne uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. 
Trafiłyśmy do jednego z najlepszych pokoi w Nowym Jorku. 
Bierzemy się za ręce i zaczynamy podskakiwać w miejscu, 
piszcząc i śmiejąc się z niedowierzaniem.
 

– Jest tylko jeden problem – zauważa Laura, kiedy 

uspokajamy się na tyle, by móc rozmawiać.
 

– Jaki? – pytam zdziwiona. Co może być nie tak w tym 

cudownym miejscu?
 

– Ten pokój podoba mi się tak bardzo, że nie mam ochoty 

wychodzić. Grozi mi, że w ogóle nie pozwiedzam Nowego Jorku! 
 

Całe szczęście, że wcześniej sporo sobie zaplanowałyśmy, 

ponieważ rzeczywiście mogłoby się skończyć na tym, że nie 
ruszyłybyśmy się z naszego luksusowego apartamentu. Mamy 
jednak w harmonogramie wiele rzeczy do obejrzenia i zrobienia w 
tym zadziwiającym mieście.
 

Po rozgoszczeniu się w apartamencie i wypróbowaniu 

wszystkich jego udogodnień – włącznie z zamówieniem do pokoju
pysznego lunchu złożonego z sałatki krabowej i wędzonego łososia
– wyruszamy na miasto pieszo, aby zobaczyć jak najwięcej, zanim 
się ściemni. Na zewnątrz jest zimno, ale jesteśmy odpowiednio 
ubrane, a poza tym rozgrzewa nas ekscytacja. Jedziemy do 
centrum metrem i pierwszy planowany przystanek robimy w 
Metropolitan Museum of Art. Przez kilka godzin oglądamy 
zgromadzone tam arcydzieła sztuki, po czym kierujemy się do 
Central Parku. Powoli robi się ciemno, ale na obwoźnym stoisku 
kupujemy gorącą czekoladę i słone precle i mimo zapadającego 
zmroku spacerujemy, rozmawiając o tym, co mamy zamiar robić 
jutro i pojutrze. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu nie 
czuję na barkach przytłaczającego ciężaru. Ogarnia mnie beztroska
radość z tego, że jestem tu z przyjaciółką. Muszę się obyć bez 
romantycznych uniesień, ale z Laurą naprawdę dobrze się bawię.
 

Niepokoi mnie tylko to, że Andriej rzuca garściami duże 

sumy: na przelot pierwszą klasą, wynajęcie limuzyn i ten 
niesamowity apartament. Te wydatki dokładnie pasują do jego 

background image

ekstrawaganckiego gestu. Mark nigdy by nie wybrał takiego hotelu
jak Grand i zdecydowanie nie zarezerwowałby loftu. No i jeszcze 
to, że tajemniczy dobrodziej przewidział moje zachowanie – 
odmowę zatrzymania się w Four Seasons. To również wskazuje na 
spryt, do jakiego jest zdolny tylko Andriej. Nie podoba mi się, że 
swoimi drogimi prezentami wciąga mnie coraz głębiej w dług 
wdzięczności, a co gorsza, dokładnie wie, gdzie przebywamy. 
Nawet kiedy błądzimy po rozległej galerii albo spacerujemy o 
zmierzchu w Central Parku, mimowolnie zastanawiam się, czy 
ktoś nas nie śledzi. Co jakiś czas rzucam spojrzenie za siebie, ale 
nikogo nie dostrzegam. W końcu moja paranoja przygasa. Nic nie 
świadczy o tym, by ktoś za nami podążał. Powtarzam sobie, że nie 
ma możliwości, aby śledzono nas w metrze czy w muzeum. To 
tylko moja wyobraźnia.
 

Po powrocie do hotelu każda z nas bierze w swojej łazience 

długą kąpiel, po czym ubieramy się na wieczorne wyjście. 
Jesteśmy na nogach od wielu godzin, poza tym według naszego 
czasu mamy środek nocy, ale wciąż napędza nas radosne 
podniecenie. Informacje z iPada pomagają wybrać odpowiednie 
miejsce na stylową kolację, a recepcja hotelowa rezerwuje dla nas 
stolik w wybranej restauracji.
 

Zanim wyjdziemy w naszych wieczorowych kreacjach, 

sprawdzam jeszcze swoje konto mejlowe. Jest wiadomość od 
Dominica:
 

Hej, moja Cudna, dotarłaś do Nowego Jorku bez przeszkód? 

Dobrze się bawisz? Opowiedz mi o wszystkim. Nie mogę się 
doczekać, kiedy Cię znów zobaczę po powrocie.

 

D

 

Waham się przez chwilę, zanim napiszę odpowiedź. Czy 

mam mu donieść o tym, co zrobił Andriej? A jeżeli go wkurzę? Po 
co go denerwować?
 

„Żadnych sekretów” – przypominam sama sobie.

 

„Tak, opowiem mu o tym, ale nie w mejlu. Nie chcę mu 

background image

rujnować dnia ani psuć nastroju. Lepiej wyjaśnię wszystko przy 
spotkaniu”.
 

Odpisuję więc:

 

Cześć, Kochanie

 

Tak, dotarłyśmy bez przeszkód, ale z kilkoma interesującymi 

przygodami. Świetnie się bawimy, jednak nie mogę teraz napisać 
więcej, bo wychodzimy na kolację. Jutro zakupy, łyżwy w Madison 
Square Gardens i zwiedzanie Frick Collection. Zapowiada się 
niesamowicie.

 

Też czekam z utęsknieniem na nasze spotkanie,

 

B

 

Wpatruję się w swoją wiadomość i czytam ją raz za razem. 

Czy powinnam mu teraz opowiedzieć, co to były za przygody?
 

Wchodzi Laura. Cudownie wygląda w obcisłej czarnej 

sukience ze zwiewnymi rękawami oraz w połyskujących złotem 
butach.
 

– Chodź, Beth, bo się spóźnimy. Nasza rezerwacja zaczyna 

się za dziesięć minut.
 

– Idę, idę.

 

Waham się jeszcze przez sekundę nad treścią wiadomości, po

czym przyciskam „Wyślij”.

background image

Rozdział dziesiąty

Następne dwa dni w Nowym Jorku są dla nas pełne 

niezapomnianych wrażeń. Jest tyle do obejrzenia! Odwiedzamy 
miejsca związane z literaturą, tak wiele znaczące dla Laury, oraz ze
sztuką, przemawiające do mnie. Zaliczamy również typowo 
turystyczne atrakcje, jak wjazd windą na szczyt Empire State 
Building. Podziwiam zbiory znakomitej Frick Collection oraz 
nowoczesne dzieła sztuki zgromadzone w MOMA, chłonę 
wyszukaną atmosferę Village. Bliskość Bożego Narodzenia 
przydaje naszym zakupom dodatkowego blasku – w jedno 
popołudnie widzimy około dwudziestu mikołajów spacerujących 
po Fifth Avenue, nie możemy też sobie odmówić przejażdżki 
bryczką powożoną przez samego świętego.
 

Wspaniale się czujemy nie tylko w mieście, lecz także w 

lofcie, gdzie każde nasze najdrobniejsze życzenie zostaje 
spełnione, niemal zanim zdążymy je wypowiedzieć. Jednak mimo 
że cudownie spędzam czas z przyjaciółką i przy każdej okazji 
chichoczemy ze szczęścia, nie potrafię wyzbyć się tęsknoty za 
Dominikiem. Gdy razem z Laurą siedzę w bryczce, z kolanami 
opatulonymi w koce, nagle przenika mnie gorące pragnienie, aby 
tu ze mną był, otoczył mnie ramionami i całował łagodnie. 
Suniemy nieśpiesznie przez Central Park, dzwoneczki radośnie 
brzęczą przy uprzęży, mikołaj pokrzykuje raźno: „Ho, ho, ho, ho!” 
– wszystko dzieje się jak w najpiękniejszej baśni, brakuje tylko 
mojego ukochanego Dominica.
 

Kolejną wiadomość od niego odbieram na Macu w naszym 

apartamencie. Dominic życzy mi tylko dobrej zabawy i donosi, że 
pobił swój własny rekord na czarnej trasie, odpowiadam więc 
gratulacjami. Bądź co bądź, w poniedziałek wieczorem będę w 
domu, emocje opadną i wtedy opowiem mu o wszystkich 
dziwnych zdarzeniach, jakie się nam przytrafiły.
 

W poniedziałek rano, gdy obie jesteśmy zmęczone, ale mimo

background image

zarezerwowanego wieczornego lotu nadal nie chcemy jeszcze 
wracać, dostaję mejla. Od razu serce zaczyna mi walić i 
wilgotnieją mi dłonie. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak 
bardzo Andriej był obecny w moim umyśle przez cały ten 
weekend, dopóki nie ujrzałam jego imienia na ekranie.
 

Beth,

 

gospodyni mówi, że jeszcze nie byłaś w moim mieszkaniu. 

Zamierzasz się tam wybrać? Proszę, daj mi znać.

 

A

 

W radosny sen wkracza chłodna, twarda rzeczywistość. 

Zagubiłam się w świecie przyjemności i choć miałam świadomość,
że w domu czekają na mnie problemy, pozwoliłam sobie na chwilę
o nich zapomnieć. Ten mejl przypomina mi, że tak naprawdę nie 
mogę ich wyprzeć z pamięci.
 

Wołam do Laury, która w tej chwili robi na tarasie zdjęcia 

uwieczniające niewiarygodny widok. Wchodzi do ciepłego 
wnętrza z nosem zaczerwienionym od panującego na zewnątrz 
mrozu.
 

– O Beth, nie mogę uwierzyć, że to nasz ostatni dzień. Nie 

chcę wracać do domu!
 

– Ja też nie, tu przecież jest cudownie. Ale posłuchaj, nie 

pogniewasz się, jeśli zrobimy zmiany w planach na dzisiejszy 
dzień? Wiem, że o siódmej mamy być już w drodze na lotnisko, a 
zostało jeszcze trochę do obejrzenia, ale odebrałam mejla od 
Andrieja. Muszę zajrzeć do jego mieszkania. To nie potrwa długo i
jego tam nie będzie. Zgodzisz się?
 

Laura przysiada na podłokietniku mojego fotela i spogląda na

ekran.
 

– Żartujesz? Założę się, że jego mieszkanie jest niesamowite.

Bardzo chciałabym je obejrzeć.
 

Uśmiecham się do niej.

 

– Świetnie. Dam znać jego gospodyni, że wpadniemy tam 

background image

dzisiaj.
 

Mieszkanie Andrieja znajduje się na skraju Central Parku, w 

okazałej budowli wyglądającej jak neogotycki zamek z epoki 
wiktoriańskiej, ozdobiony wszelkimi typowymi dla tego stylu 
detalami architektonicznymi. Podchodząc bliżej, ledwie możemy 
uwierzyć, że dane nam będzie wejść do czegoś tak okazałego. 
Zgłaszamy odźwiernemu, że jesteśmy umówione w mieszkaniu 
pana Dubrowskiego, on sprawdza nasze nazwiska, po czym 
prowadzi nas łukowatym przejściem do ogromnego, imponującego
holu, gdzie czeka na nas portier w liberii ze złotymi 
szamerowaniami.
 

– Oczekuje nas gospodyni pana Dubrowskiego – oznajmiam 

wyniośle, siląc się na ton osoby przyzwyczajonej do przebywania 
w takich wnętrzach, choć w moim wydaniu zapewne brzmi to 
głupio. Laura trzyma się blisko mojego boku, a oczy ma 
rozszerzone, jakby się spodziewała, że zaraz nas wyproszą, i była 
gotowa do natychmiastowego odwrotu.
 

Portier zerka na listę, którą wydobywa spod swojego 

kontuaru, i kiwa głową.
 

– Tak, jesteście panie oczekiwane. Proszę na osiemnaste 

piętro.
 

Winda okazuje się niezwykła, wchodzi się do niej przez 

rozsuwane dwuskrzydłowe drzwi z kutego żelaza, w środku wisi 
wielkie lustro w złoconej ramie, a pod nim stoi czerwona 
aksamitna sofka. Przyciskam czarny guzik i kabina rusza gładko, 
by po chwili zatrzymać się na osiemnastym piętrze. Wychodzimy 
na korytarz wyłożony grubym dywanem i dokładnie naprzeciwko 
widzimy duże mahoniowe drzwi ze złotym numerem 755.
 

– To tu – mówię do Laury.

 

– Okej. – Moja przyjaciółka wygląda na przerażoną. Póki co, 

to najbardziej nieprzewidziane wrażenia podczas naszej wycieczki.
 

– Chodź. Miejmy to już za sobą.

 

Podchodzę do drzwi i pukam. Chwilę później otwiera je 

elegancko ubrana czterdziestokilkuletnia kobieta o włosach 
przyciętych na boba. Nic nie mówiąc, spogląda na nas pytająco.

background image

 

– Nazywam się Beth Villiers – przedstawiam się nieco 

speszona. – Pan Dubrowski powiedział, że powinnam obejrzeć 
mieszkanie.
 

Twarz kobiety natychmiast rozjaśnia się, gospodyni 

wpuszcza nas do środka.
 

– Tak, oczywiście – odzywa się zaskakująco przyjaznym 

głosem. – Dostałam pani wiadomość. Proszę wejść.
 

Wchodzę więc, a Laura postępuje tuż za mną. Od razu rzuca 

się nam w oczy niezwykła wystawność mieszkania – wszystko na 
wysoki połysk, drogie i w doskonałym guście, od marmurowej 
podłogi w biało-zieloną kratkę po polerowane hebanowe lampy. 
Podobnie jak apartament Andrieja w Albany, to miejsce nosi 
wyraźne znamię neoklasycyzmu, zwraca jednak uwagę zupełny 
brak obrazów na ścianach. Zdaje się, że to pole do popisu dla 
mnie.
 

– Oprowadzę panie – proponuje gospodyni i w pierwszej 

kolejności wiedzie nas do zachwycającego pokoju z cudownym 
widokiem na park. Jak okiem sięgnąć, z szerokich okien widać 
rozległy obszar zieleni obrzeżony wyniosłymi budynkami. W 
salonie koło okna stoi fortepian, są też zwrócone do siebie 
wygodne sofy oraz tapicerowane podnóżki, na których leżą stosy 
albumów o sztuce. 
 

– To salonik – wyjaśnia gospodyni i prowadzi nas przez 

kilkanaście kolejnych pomieszczeń, wśród których szczególne 
wrażenie robi prawdziwa sala balowa z przepiękną drewnianą 
podłogą i ogromnymi kryształowymi żyrandolami.
 

– Niewiarygodne – szepcze Laura, gdy podążamy za naszą 

przewodniczką z pokoju do pokoju. – Niesamowite. Wyobraź 
sobie, ile to musi być warte!
 

Sama nie mam nic do powiedzenia. Mieszkanie nie zaskakuje

mnie, bo przecież znam Andrieja. Nawet kiedy wspinamy się po 
schodach na wyższe piętro, mieszczące sześć luksusowych sypialni
– w tym pokój pana domu, kryjący marmurową, wpuszczaną w 
podłogę wannę – nie jestem zdumiona, ponieważ dokładnie tego 
się spodziewałam. Apartament jest niezwykły i bardzo drogi, lecz 

background image

czegoś w nim brakuje – prawdziwego serca, akcentów, które by 
świadczyły o pasjach i zainteresowaniach właściciela. Wiem, że on
chce, abym to ja stworzyła w tych wnętrzach odpowiednią 
atmosferę, zapełniając je dziełami sztuki. Pamiętam, jak chłodno 
wyglądało mieszkanie w Albany, zanim powieszono w nim obrazy.
Wspaniały portret dziewczyny autorstwa Fragonarda, który 
zakupiłam do tamtejszej łazienki, cudownie odmienił i ożywił 
pomieszczenie. Tego samego potrzebuje to miejsce.
 

Wracamy na niższe piętro i gospodyni zabiera nas do 

pierwszego pokoju, który widziałyśmy – przytulnego saloniku z 
widokiem na Central Park.
 

– Czy podać paniom kawę? – pyta. – Albo herbatę?

 

Zerkam na zegarek. Zostało nam już tylko kilka godzin do 

wylotu. Musimy jeszcze wrócić do hotelu, spakować się, złapać 
taksówkę i dotrzeć na lotnisko.
 

– Nie jestem pewna… – mówię.

 

– Tak, poproszę o kawę – wyrywa się Laura. Gdy gospodyni 

wychodzi, moja przyjaciółka trąca mnie żartobliwie i stwierdza z 
łobuzerskim uśmiechem: – Daj spokój! Jak często mamy okazję 
kręcić się po takich miejscach? To nasze ostatnie godziny w 
Nowym Jorku. Żyje się raz!
 

– Okej – odpowiadam. Nie chcę jej wyjaśniać, że nie czuję 

się najlepiej w tym miejscu. Przypomina mi ono o tym, na ile 
różnych sposobów Andriej chce mnie kontrolować. Ja zaś jestem w
stanie oddać się tylko komuś, kto mnie kocha i otacza czułą 
opieką. Bez tego nie ma mowy, żebym się komukolwiek 
podporządkowała. Sam pobyt w tym mieszkaniu uświadamia mi, 
że moje relacje z Andriejem w najmniejszym stopniu nie spełniają 
wspomnianego warunku.
 

Siedzimy w tym wspaniałym apartamencie, mając 

przedziwne wrażenie, że się unosimy nad parkiem. Gospodyni 
podaje nam kawę i orzechowe biszkopty, po czym zostawia nas 
same. Laura coś paple, a ja milczę, nie mogąc się doczekać chwili, 
kiedy stąd wyjdziemy.
 

– Dobrze się czujesz? – pyta moja przyjaciółka, pogryzając 

background image

ciasteczko. – Jakoś nic nie mówisz.
 

– Tak, dobrze się czuję… Ale chcę wrócić do hotelu – 

oznajmiam.
 

– Masz rację – zgadza się ze mną. Kończy swoją kawę i 

odstawia filiżankę na spodek. – Jest to wprawdzie czyjś dom, ale 
milion razy chłodniejszy i mniej przytulny niż nasz uroczy loft. 
Wracajmy i cieszmy się nim, póki możemy.
 

Gospodyni odprowadza nas do drzwi mieszkania.

 

– Zdaje się, że wkrótce będę widywała panią częściej, panno 

Villiers? – zwraca się do mnie, otwierając wielkie mahoniowe 
skrzydło.
 

– Być może – odpowiadam.

 

– A dziś wylatuje pani do domu? – pyta. – Wieczorem?

 

– Właśnie. Za kilka godzin mamy być na lotnisku – mówię. 

Chciałabym cieplej odnosić się do tej miłej, przyjaźnie nastawionej
kobiety, ale jakoś nie umiem. Nie mam ochoty zdradzać jej nic 
więcej.
 

– Przyjemnej podróży – życzy mi gospodyni. – Dla obu pań 

– dodaje, zwracając się do Laury.
 

– Dziękuję. Będzie przyjemna! – Moja przyjaciółka posyła 

jej szeroki, otwarty uśmiech. Zazdroszczę jej tego, że potrafi 
zaufać komuś, kto pracuje dla Andrieja Dubrowskiego.
 

– Do widzenia! – żegnam się, próbując ukryć 

zniecierpliwienie. – Chodź, Lauro, musimy już iść.
 

W taksówce oddycham z ulgą. W ogóle nie czułam się 

dobrze w tym mieszkaniu. Przez cały czas, jaki tam spędziłyśmy, 
miałam wrażenie, że jestem obserwowana. Podczas gdy Laura 
rozwodzi się nad wspaniałością tego apartamentu i nad tym, jakie 
będę mieć szczęście, pracując w takim otoczeniu, ja potrafię 
myśleć tylko o tym, jak się cieszę, że się z niego wydostałam, i jak 
bardzo nie chciałabym znaleźć się tam ponownie.
 

Smutno jest wrócić do naszego loftu z myślą, że trzeba go 

wkrótce opuścić. Cudownie się w nim zadomowiłyśmy, mimo że 
byłyśmy tu tak krótko. Laura zamawia sobie jeszcze masaż i 
podczas gdy zażywa tej pożegnalnej przyjemności, ja korzystam z 

background image

okazji i sprawdzam swoje konto mejlowe. Do tej pory na bieżąco 
powiadamiałam rodziców o wrażeniach z wycieczki i teraz chcę 
im wysłać jeszcze kilka zdjęć z podróży. Zaraz po zalogowaniu 
dostrzegam w skrzynce odbiorczej mejla opatrzonego symbolem 
„pilne”. Klikam go i otwieram, to od Caroline.
 

Droga Beth,

 

mam nadzieję, że ta wiadomość dotrze do Ciebie na czas! 

Dobre wieści! Mark wyszedł ze szpitala. Ostatnio znacznie mu się 
poprawiło, toteż lekarze stwierdzili, że być może wygodniej spędzi 
święta w domu. Wygląda o wiele lepiej, nie poznałabyś go. 
Powiedziałam mu, że jesteś w Nowym Jorku na maleńkim urlopie, 
a on bardzo się tym rozemocjonował. 

 

Wiem, że przypuszczalnie masz już swoje plany, ale na 

wypadek gdybyś odebrała tę wiadomość na czas, Mark chciałby 
wiedzieć, czy mogłabyś zostać w Nowym Jorku jeszcze przez kilka 
dni. Prosiłby Cię, żebyś reprezentowała go na paru spotkaniach i 
na wyprzedaży, która odbędzie się w Christie’s. Zapłaci za Twój 
nowy bilet powrotny i za pobyt w hotelu. Mogę to oczywiście 
załatwić. Daj mi, proszę, znać, co zamierzasz. 

 

Do szybkiego zobaczenia!

 

Z pozdrowieniami,

 

Caroline

 

Czytam tę korespondencję trzy razy, zanim dociera do mnie 

jej treść. Trudno mi ją jednak przyjąć do wiadomości i dopiero gdy
zjawia się Laura i zerka mi przez ramię, powoli rozumiem, o co 
chodzi.
 

– O, ty szczęściaro! – wykrzykuje moja przyjaciółka. – 

Zostajesz tutaj!
 

– A to oznacza, że ty lecisz do domu sama – mówię 

background image

przygnębiona. Cieszyłam się na myśl o wspólnym powrocie.
 

– Tak. – Ona też wygląda na przybitą. – Niezbyt szczęśliwie, 

ale nie martw się. Różnica czasu zupełnie mi nie służy, więc 
przypuszczalnie całą drogę prześpię. – Rzuca mi pełne zazdrości 
spojrzenie. – Dalej będziesz mieszkać w tym lofcie?
 

Śmieję się.

 

– Nie sądzę, aby budżet Marka mógł na to pozwolić. Nie 

znam ceny takich apartamentów, ale nie zdziwię się, jeśli koszt 
będzie rzędu kilku tysięcy dolarów za noc. Poza tym Caroline 
nadmienia, że mam znaleźć inny hotel.
 

Co prawda nie pisze o tym wprost, ale to oczywiste, że Mark 

nie powinien płacić za takie ekstrawagancje jak loft.
 

Laura milknie na chwilę.

 

– O tym nie pomyślałam – stwierdza po minucie, wyraźnie 

przejęta tym, jak drogi dostałyśmy prezent. – Nigdy nie zapomnę 
tego pobytu, na pewno. Nie martw się, że nie wracamy razem do 
domu. Naprawdę gdyby nie ty, ten wyjazd nie doszedłby do 
skutku. Zostań i baw się dobrze.
 

– Sama nie będę się już za bardzo bawić. No i mam pracę – 

zauważam.
 

– Zawsze to jednak Nowy Jork – odpowiada z uśmiechem i z

tym nie mogę się spierać.
 

Sprawy nabierają tempa, gdy Laura przygotowuje się do 

drogi powrotnej, a ja szukam innego pokoju. Zastanawiam się, czy 
zostać w tym samym hotelu, w którym spędziłam tak miłe chwile, 
ale chyba raczej przeniosę się w zupełnie inne miejsce. To 
zarezerwował Andriej i jeśli nie zmienię adresu, wciąż będzie miał 
na mnie oko. Wysyłam mejla do Caroline, prosząc ją o radę, a ona 
odpowiada, że znajdzie mi pokój w hotelu, w którym zazwyczaj 
zatrzymuje się Mark. Podaje mi namiary oraz listę spraw do 
załatwienia.
 

Okropnie się czuję podczas pożegnania z Laurą. Ściskamy 

się mocno.
 

– Do zobaczenia w Londynie – mówi moja przyjaciółka. – 

Było cudownie.

background image

 

– Wrócę pod koniec tygodnia – obiecuję.

 

– No, mam nadzieję! – Uśmiecha się do mnie.

 

– Przecież muszę być w domu na święta, nie? – Też się 

uśmiecham. – Spokojnej podróży!
 

Samochód odjeżdża i wtapia się w ruch uliczny, zabierając 

Laurę. Nic nie poradzę – czuję, jak mnie oczy pieką. Nagle 
odczuwam okropną samotność.
 

„Daj spokój” – przekonuję sama siebie. – „Jesteś silna. 

Poradzisz sobie. Pora na przeprowadzkę”.
 

Wymeldowuję się z hotelu Grand i jadę taksówką pod adres 

wskazany przez Caroline. To pełna zieleni, mieszkaniowa część 
miasta, zabudowana dużymi kamienicami z czerwonobrunatnego 
piaskowca, zwanymi tutaj brownstones. Hotel, w którym się 
zatrzymuję, wygląda jak prywatny dom, jeśli nie liczyć masztu 
flagowego oraz sześciu choinek umocowanych na frontonie ponad 
głównym wejściem.
 

Idę po schodach i otwieram ciężkie drzwi z polerowanego 

drewna. Wchodząc, uśmiecham się sama do siebie. To miejsce tak 
bardzo pasuje do Marka – przypomina elegancki klub dla 
dżentelmenów, gustownie urządzony, ze znakomitymi obrazami na
ścianach. Wnętrze jest stylizowane na nowoczesną wiejską 
rezydencję i mogę zrozumieć, dlaczego Mark tak chętnie się tu 
zatrzymuje.
 

Recepcjonista odnosi się do mnie przyjaźnie, lecz oficjalnie, 

bez nadskakiwania.
 

– Panna Villiers? Witamy. Boy zaprowadzi panią do pokoju. 

Proszę dać nam znać, jeśli będzie pani czegoś potrzebowała. Pan 
Palliser jest naszym bardzo dobrym znajomym, toteż dołożymy 
starań, by jak najbardziej uprzyjemnić pani pobyt.
 

Zostaję więc zaprowadzona do kolejnego hotelowego pokoju 

i znów daję napiwek boyowi, który przynosi mój bagaż. Zdaje się, 
że w ostatnich miesiącach odwiedziłam więcej hoteli niż w całym 
dotychczasowym życiu, i to nie byle jakich, ale najlepszych w 
świecie: w Petersburgu, Paryżu i Nowym Jorku.
 

Rozglądając się po swoim wygodnym nowym lokum, nie 

background image

mogę się oprzeć życzeniu, aby dzielił go ze mną Dominic.
 

Pracę dla Marka rozpoczynam od wtorkowego ranka. Bardzo

się cieszę, że Caroline dostarczyła mi szczegółowy plan zajęć i 
mapki, ponieważ gdy tylko schodzę z utartego turystycznego 
szlaku, Nowy Jork staje się dla mnie znacznie bardziej 
skomplikowany. Szukam teraz galerii sztuki usytuowanych w 
drogich, ale mniej znanych częściach miasta albo w bocznych 
zaułkach, namierzam biura mieszczące się w wieżowcach w 
centrum, kieruję się do drogich dzielnic lub nawet do Brooklynu, 
by znaleźć handlarzy w ich siedzibach.
 

W każdym takim miejscu przedstawiam się i w imieniu 

Marka rozmawiam o jego ostatnich odkryciach, pokazuję nasz 
katalog i oglądam prezentacje tamtejszych zbiorów, robię notatki o
bieżących wystawach i interesujących znaleziskach. Zaznaczam w 
terminarzu zbliżające się wyprzedaże i gawędzę o kolekcjonerach 
wykazujących szczególne upodobanie do jakiegoś wybranego 
artysty czy stylu. Nieustannie gryzmolę dla siebie przypominajki 
albo wypisuję na komputerze raporty, które następnie wysyłam 
mejlem do Marka, aby go szczegółowo informować o wszystkim. 
Po dniu spędzonym na takich zajęciach czuję się prawie jak 
rodowita mieszkanka Nowego Jorku – pewnym siebie gestem 
przywołuję taksówki, mknę do stacji metra, przepycham się przez 
przedświąteczne tłumy, sunę ulicami z kubkiem kawy na wynos i 
świeżym bajglem. Przyzwyczaiłam się do samotnych posiłków, ale
podczas gdy śniadanie i lunch mogę zaliczać w biegu, 
obiadokolację zamawiam wieczorami do hotelowego pokoju i 
zjadam ją w spokoju. Może to mało zabawne, ale nie umiem sama 
zejść do sali restauracyjnej. W pokoju mogę przynajmniej oglądać 
telewizję lub czytać, co zapewnia mi namiastkę towarzystwa.
 

Przy okazji wieczornych posiłków sprawdzam też mejle. 

Laura pisze, że bezpiecznie dotarła do domu, podróżując pierwszą 
klasą. Zastanawiam się, co na to Andriej, i moja ciekawość 
wkrótce zostaje zaspokojona. Mija pierwsza doba w nowym 
hotelu, kiedy przychodzi wiadomość:
 

Beth,

background image

 

czemu nie skorzystałaś z lotu powrotnego? Gdzie jesteś?

 

A.

 

Gapię się w nią przez chwilę, zadowolona, że w końcu udało 

mi się uciec spod obserwacji Andrieja. Przypuszczam, że dopóki 
mieszkałam w Soho Grand, doskonale wiedział, gdzie może mnie 
znaleźć. Teraz wyśliznęłam się z jego zasięgu i bynajmniej mu się 
to nie podoba.
 

Nie odpowiadam. Zamiast do niego, wysyłam mejla do 

Dominica.
 

Cześć, Skarbie!

 

Wiesz co, Mark poprosił mnie, żebym została w Nowym Jorku

trochę dłużej i popracowała dla niego!!! Tu jest niesamowicie, 
naprawdę mi się podoba, ale ciężko pracuję. Koniec zakupów i 
koktajli, doskonale bawiłam się z Laurą i na razie wystarczy. Będę 
w domu pod koniec tygodnia, a potem jadę do rodziców na święta. 
Gdzie jesteś? Co porabiasz? Kiedy możemy się spotkać? Brak mi 
Ciebie. TĘSKNIĘ za Tobą codziennie.

 

Całuję,

 

Beth

 

Następnego dnia przychodzi kolejna wiadomość od Andrieja:

 

Beth,

 

natychmiast podaj mi, gdzie jesteś.

 

A.

 

Śmieję się lekko do siebie. „Cha, cha, panie Kontrolerze. Nie

w smak ci to, prawda? Cóż, nie jestem twoją własnością ani ty 

background image

moim właścicielem”. Nie chcę jednak zbytnio drażnić tygrysa, 
ponieważ może stracić panowanie nad sobą i wyciągnąć po mnie 
pazury. Wysyłam krótką odpowiedź:
 

Andriej,

 

zatrzymałam się dłużej w Nowym Jorku.

 

B

 

Podoba mi się to – piszę równie treściwie i oschle jak on. 

Niestety, mejl od Dominica jest także skromny, zdecydowanie za 
krótki:
 

Moja Cudna,

 

to ekscytujące, że wciąż jesteś w Nowym Jorku. Gdzie się 

zatrzymałaś? Ja jeszcze nie ustaliłem swoich planów na Boże 
Narodzenie. Dam Ci znać w tej sprawie. Spotkamy się, gdy tylko 
będę wolny.

 

D

 

Wiem, że jest zajęty, ale i tak żałuję, że nie pisze do mnie 

choć trochę więcej. Odpowiadam, podając mój obecny adres 
pobytu, ale on nie odzywa się od razu. Pewnie znowu szusuje po 
stokach.
 

Pozytywną stroną mojego przedłużonego pobytu jest to, że 

praca okazuje się fascynująca. Bardzo mi odpowiada, że zgłębiam 
działanie międzynarodowego rynku sztuki i dowiaduję się, w jaki 
sposób Mark radzi sobie z konkurentami w biznesie, utrzymując z 
nimi dobre stosunki w tym przedziwnym świecie. Godziny 
przemykają niemal niepostrzeżenie i zanim się obejrzę, siedzę w 
domu aukcyjnym Christie’s. Podnoszę swoją paletkę z numerem, 
żeby zalicytować dzieło Chagalla i dosłownie aż muszę się 
uszczypnąć. Chagall w końcu zostaje sprzedany chińskiemu 
klientowi, który licytował telefonicznie, lecz mimo to jestem 

background image

niesamowicie podekscytowana tym, że znajduję się tu wśród tych 
wszystkich marszandów. Po aukcji piję kawę z kierownikiem 
działu sztuki dwudziestowiecznej, a potem wracam do hotelu na 
lunch, by zdążyć przed popołudniowym spotkaniem, które ma się 
odbyć w dzielnicy West Side, gdzie do tej pory nie byłam.
 

Wychodzę z hotelu i zauważam, że pogoda zmieniła się 

diametralnie. Jasne, błękitne niebo zniknęło za nisko wiszącą 
zasłoną szarych chmur grożących, że lada chwila sypną śniegiem. 
Temperatura spada jeszcze bardziej i po kilku minutach marszu 
czuję, że z zimna drętwieją mi nogi. Na biznesowe spotkania nie 
bardzo mogę chodzić ubrana w dżinsy i motocyklowe buty, toteż 
jestem zmuszona nosić jedyne cienkie czółenka, które zabrałam w 
podróż z myślą raczej o wieczornych wyjściach niż codziennej 
pracy. Nie miałam czasu, by sobie kupić coś stosowniejszego. Na 
szczęście dzięki kurtce nie czuję zimna od góry, ale nie osłania mi 
ona ud, a spódnica nie należy do zbyt ciepłych. Cóż, jeszcze tylko 
kilka przecznic i będę w metrze. Wciskam ręce głębiej w 
kieszenie, brodę kryję za postawionym kołnierzem i idę szybszym 
krokiem, by pobudzić krążenie.
 

Mimo to drżę z zimna i zagłębiam się w ciepłe wnętrze metra

z wielką ulgą. Na dole szukam peronu, z którego mam wyruszyć. 
Często miewam trudności z określeniem, gdzie się znajduję i w 
którą stronę jadę, choć system oznaczeń metra jest prosty. Kiedyś 
zeszłam na stację i nie zorientowałam się, że trafiłam na peron 
przeciwnego kierunku. Pojechałam w niewłaściwą stronę i 
zaczęłam realizować wyznaczoną drogę w lustrzanym odbiciu. 
Chwilę trwało, zanim sobie uświadomiłam pomyłkę. Teraz chcę 
wsiąść do pociągu, który zabierze mnie w rejon, gdzie zaczynają 
się ulice setne, zatem gdzieś na północny kraniec Upper West Side.
Podczas lunchu zerknęłam do mapy; adres dotyczy obszaru, 
którego nie zdążyłam jeszcze poznać, ale nie wydał mi się on 
zbytnio odległy. 
 

Na peron wtacza się z hałasem jakiś pociąg – sądzę, że to 

mój, wsiadam więc i zajmuję miejsce. Sięgam po mapę i 
przewodnik i natychmiast przeklinam w duchu własną 

background image

lekkomyślność. Przypominam sobie, że po lunchu położyłam je w 
pokoju na stoliku i nie wsadziłam z powrotem do torby. Wszelkie 
informacje mam wetknięte w przewodnik. Nie pamiętam nawet 
adresu marszanda, którego mam odwiedzić.
 

Wyjmuję telefon i przeglądam mejle, żeby odszukać 

szczegóły, które wcześniej dostałam od Caroline. Z wielką ulgą 
odnajduję wiadomość z adresem i wskazówkami dotyczącymi 
dojazdu. Dobrze. Kiedy wysiądę na końcu linii, powinnam 
rozeznać się w okolicy.
 

Po dłuższej chwili podnoszę wzrok i zaczynam sobie 

niejasno uświadamiać, że od jakiegoś czasu nie zatrzymaliśmy się 
wcale. Przeciwnie – pociąg na pełnej szybkości przemyka przez 
kolejne stacje bez przystawania. Co się dzieje? Dlaczego nie 
stajemy? Coś jest nie tak.
 

Żołądek mi się przewraca, gdy do mnie dociera, że pewnie 

przez pomyłkę wsiadłam do ekspresu, który pędzi na południe, 
pomijając wszystkie przystanki w śródmieściu. Czuję gwałtowny 
przypływ strachu. Wyobrażam sobie, jak pociąg sunie przez całą 
długość wyspy, tunelem pod rzeką i dalej, dokądś na przedmieścia,
a ja ląduję w jakimś odległym od centrum, zapomnianym punkcie. 
 

„Spóźnię się na spotkanie!” – myślę spanikowana.

 

Pociąg toczy się dalej, a ja próbuję zachować spokój. To 

przecież proste. Po prostu wrócę tą samą linią w przeciwnym 
kierunku. Nie ma powodu do niepokoju, będzie w porządku. 
Wagon jest teraz prawie pusty, gdzieniegdzie tylko siedzą poważni,
milczący nowojorczycy. Przez głowę zaczynają mi przelatywać 
przerażające historie o bezbronnych turystach zaatakowanych i 
poturbowanych w metrze.
 

„Nie bądź niemądra” – upominam sama siebie. – „Po prostu 

się uspokój, będzie okej”.
 

W końcu pociąg zatrzymuje się na jakiejś stacji. Biorę 

torebkę i wysiadam z miną, która ma świadczyć, że dokładnie tu 
chciałam dojechać. Bez namysłu wkładam bilet w czytnik bramki i
wychodzę ze stacji. Na górze zyskam dostęp do mejla, załaduję 
mapkę i będę się w stanie dowiedzieć, gdzie jestem.

background image

 

Na zewnątrz zrobiło się ciemno, a w skąpym ulicznym 

oświetleniu niewiele widzę. Blaski i światła Manhattanu zostały 
daleko w tyle. Nie mam pojęcia, gdzie się znajduję, wiem tylko, że
gdzieś w rejonie wyższych ulic setnych, bliżej dwusetnych. 
Klikam załączniki, które dostałam od Caroline. Może prędzej dotrę
na miejsce pieszo. Podczas gdy załączniki się ładują, próbuję 
otworzyć aplikację z mapą, żeby zlokalizować swoje położenie.
 

Czekam całe wieki. Klikam raz za razem, coraz bardziej 

tracąc cierpliwość. „Cholera! Czemu do niczego nie mam 
dostępu?”. Najwyraźniej jestem poza zasięgiem sieci komórkowej. 
Wyjmuję z telefonu baterię i wkładam ją z powrotem, lecz efekt 
jest ten sam – żaden. Nie mam dostępu do Internetu.
 

„Cholera, cholera, cholera!”.

 

Rozglądam się i widzę, że nieopodal sterczy bez celu jakiś 

człowiek. Stoi oparty o ścianę, z rękami w kieszeniach, 
odgradzając mnie od wejścia na stację. Właściwie nie patrzy w 
moją stronę, ale odnoszę wrażenie, że ma mnie na oku, może 
nawet obserwuje. A ja jestem tu sama i bawię się drogim 
telefonem. Co zrobię, jeśli mnie napadnie?
 

W pobliżu musi być jakaś kawiarnia albo bar, najlepiej z Wi-

Fi. Podejmuję nagłą decyzję, odwracam się i idę w kierunku 
centrum, jak mi się wydaje. W ruchu czuję się lepiej, choć poza 
stacją od razu zaczyna dokuczać mi zimno. Drżę i poruszam się jak
najszybciej, a jednocześnie wypatruję miejsca, w którym 
mogłabym usiąść i schować się przed mrozem. Najwyraźniej 
jednak wylądowałam w wybitnie mieszkaniowej dzielnicy – 
przecznica za przecznicą mijam same apartamentowce. 
Dostrzegam sklepy, ale żaden z nich nie wygląda na lokal, w 
którym można by usiąść i złapać dostęp do Internetu. Za każdym 
razem gdy widzę kolejny, postanawiam, że pójdę dalej. Ręce mam 
tak zgrabiałe z zimna, że ledwie mogę obsłużyć komórkę, która 
wciąż bezskutecznie ponawia próby nawiązania łączności. 
Lodowaty wiatr boleśnie smaga mi policzki, mróz sprawia, że 
prawie tracę czucie w stopach.
 

Nagle dociera do mnie, że człowiek, którego chcę zgubić, 

background image

podąża za mną. Spostrzegam go kątem oka i z okropnym 
przypływem strachu uświadamiam sobie, że nie idzie tędy 
przypadkiem. Rozpoznaję jego przygarbioną sylwetkę, ręce 
wciśnięte w kieszenie.
 

„O Boże, czy mnie zaatakuje?”.

 

Przyśpieszam kroku, lecz przemarznięte stopy nie chcą iść 

szybciej. Są tak zdrętwiałe, że się zaczynam potykać.
 

„Cholerny telefon!”. Nie mam śmiałości wyjąć go teraz z 

kieszeni, boję się, że z jego powodu mogę zostać napadnięta. 
Muszę wejść do sklepu, jakiegokolwiek. Lecz teraz, gdy się już 
zdecydowałam, nie widzę żadnego w zasięgu wzroku. Brnę przed 
siebie w coraz większej ciemności. Mówię sobie, że powinnam 
podejść do jakichś drzwi, obojętnie jakich, i zapukać albo 
zadzwonić. Ktoś mi na pewno pomoże. Ale nie umiem zebrać się 
na odwagę i zwrócić się o pomoc do nieznajomych. Powtarzam 
sobie, że wytrzymam, znajdę jakiś sklep.
 

Tamten mężczyzna zbliża się coraz bardziej. Jestem teraz 

naprawdę przerażona. Zgubiłam się w wielkim mieście, strasznie 
mi zimno i zaraz ten ktoś mnie napadnie. Słyszę jego kroki jeszcze
bliżej. Dogania mnie.
 

„To się nie zdarzy. Nie pozwolę, żeby mnie skrzywdził”.

 

Odwracam się na pięcie, żeby mu stawić czoło. W ciemności 

nie rozróżniam rysów jego twarzy. Staram się odezwać pewnym 
siebie głosem, ale z moich ust wydobywają się tylko drżące 
pytania:
 

– Czego chcesz? Mojego telefonu? O to ci chodzi?

 

On zatrzymuje się, ale nic nie mówi. Oczy mu błyszczą w 

mroku.
 

– No? Czemu za mną idziesz?

 

Nieznajomy bez słowa gestem wskazuje na drogę. Przy 

krawężniku tuż obok mnie zatrzymuje się wielki czarny samochód.
Z tyłu otwierają się drzwi i jakiś głos rozkazuje szorstko:
 

– Beth, wsiadaj natychmiast.

 

To Andriej Dubrowski.

background image
background image

Rozdział jedenasty

Na widok Andrieja czuję niewiarygodną ulgę, zwłaszcza że 

pozwala mi wejść do ciepłego wnętrza i schronić się przed 
mrozem. Mimo to nie umiem się powstrzymać od wybuchu 
gniewu.
 

– Co tutaj robisz? – krzyczę, wsiadając do samochodu.

 

Andriej przechyla się ponad moimi kolanami i zamyka za 

mną drzwi.
 

– Czemu mnie śledzisz? – ciągnę dalej. – To ty nasłałeś tego 

człowieka, żeby za mną łaził? Nie masz pojęcia, jak mnie 
nastraszyłeś!
 

Andriej wbija we mnie wzrok.

 

– Powinnaś być mi wdzięczna. Najwyraźniej kompletnie nie 

wiesz, gdzie jesteś, poza tym masz na sobie ubranie zupełnie 
nieodpowiednie na tę pogodę. Tak, ten człowiek pracuje dla mnie.
 

– Ale… – Kręcę głową z niedowierzaniem. – Skąd, do licha, 

dowiedziałeś się, gdzie jestem?
 

Spogląda na mnie płonącymi niebieskimi oczyma.

 

– Urządziłaś prawdziwy popis znikania ze sceny, co?

 

– O czym ty mówisz? – Patrzę na niego z oburzeniem. – 

Uważasz, że zniknęłam, bo ci nie powiedziałam, gdzie jestem? 
 

– Właśnie. – Mimo że ma włożone rękawiczki, zauważam 

zaciśnięte pięści. – Odrzuciłaś moją hojną propozycję zatrzymania 
się w Four Seasons. Potem wycofałyście swoją rezerwację w 
hotelu Washington i rozpłynęłyście się w powietrzu. Namierzyłem 
twój ślad, dopiero kiedy zjawiłaś się w moim mieszkaniu, ale nie 
chciałaś zdradzić swoich planów, gdy gospodyni zapytała cię o nie.
I nie poleciałaś do domu. Byłem niezmiernie zaniepokojony.
 

Spoglądam na niego, na zimne jak lód oczy i dolną wargę 

wystającą w grymasie uporu, a w mojej głowie wirują myśli.
 

„Odrzuciłam propozycję zatrzymania się w Four Seasons i… 

zniknęłam? W takim razie kto zarezerwował loft w Soho Grand? 

background image

Jeśli nie Andriej, to…”.
 

– Ale jak mnie potem znalazłeś?

 

– Bawiłaś się ze mną w głupie gierki, nie chcąc mi podać 

miejsca swojego pobytu – mówi szorstko. – Domyśliłem się, że 
zapewne zostałaś dłużej na polecenie Marka, więc porozmawiałem
z jego siostrą. Uprzejmie przesłała mi plan twoich zajęć. Posłałem 
człowieka, żeby czuwał nad twoim bezpieczeństwem, i 
postanowiłem, że spotkam się z tobą dziś wieczór. Jadasz kolacje 
sama w pokoju. Pomyślałem, że to trochę smutne.
 

– Jak słodko z twojej strony! – prycham sarkastycznie. 

Jestem wściekła o to, że uważa mnie za tak słabą i nieporadną, że 
aż wysyła osiłka, by mnie strzegł. Gdyby mnie nie przeraził 
rzeczony osiłek, bez najmniejszego problemu poradziłabym sobie 
sama. Byłam rozdrażniona, ale zgubienie się w cywilizowanym 
mieście to jeszcze nie koniec świata. – Czy dzięki temu czujesz się
jak silny mężczyzna? Po tym, jak uratowałeś mnie z sytuacji, którą
sam częściowo zaaranżowałeś? 
 

– Zachowujesz się bardzo dziecinnie – stwierdza. – Nie 

rozumiem, czemu nie chcesz przyjąć tego, co mam do 
zaoferowania. Dlaczego odrzuciłaś Four Seasons? Dokąd poszłaś?
 

Nie odpowiadam na to. Muszę najpierw przemyśleć sytuację,

bo sprawy przybrały trochę dziwny obrót.
 

– Dokąd jedziemy? – pytam. – Mam umówione spotkanie. 

Już jestem spóźniona.
 

– Odwołałem je.

 

– Co? – Wściekłość gotuje się we mnie. – Jak śmiałeś? To 

moja praca! Nie możesz się w nią mieszać!
 

– Mogę, też jestem twoim pracodawcą. Wyjaśniłem tamtemu 

handlarzowi, że zamiast dzisiaj po południu, spotkasz się z nim 
jutro rano. Jedziemy do twojego hotelu, żebyś zabrała swoje 
rzeczy. Przeniesiesz się do mnie.
 

– Co? Nie! Tak czy inaczej, jutro lecę do domu. Wylatuję 

wieczorem.
 

– Niekoniecznie – mówi Andriej beztrosko.

 

Robi się coraz dziwniej.

background image

 

– Co przez to rozumiesz?

 

– Nie musisz wracać liniami lotniczymi o jakiejś nieludzkiej 

porze. Możemy polecieć razem. – Uśmiecha się do mnie po raz 
pierwszy, ale jest to lodowaty uśmiech. – Mamy doskonałą okazję, 
by spędzić razem trochę czasu. To miasto jest uważane za bardzo 
romantyczne. Chcę ci pokazać niektóre aspekty tej 
romantyczności. – Nachyla się ku mnie i nic nie poradzę na to, że 
mimo wszystko czuję, jak mnie pociąga jego fizyczny magnetyzm.
– Beth, pozwól mi na to. Wciąż mnie odpychasz. Uwierz, oboje 
bawilibyśmy się znacznie lepiej, gdybyś przestała mnie odrzucać.
 

Wstrzymuję oddech, wiem, że oczy mi się rozszerzają. 

Andriej ma taką wielką moc, ponieważ nie boi się robić dokładnie 
tego, na co mu przyjdzie ochota. Nie wiem, jak zdołam się oprzeć 
jego niezwykle silnej woli. Czuję się jak zabawka albo czyjaś 
własność i nie podoba mi się to ani trochę. Żaden związek dwojga 
ludzi nie powinien się opierać na tego rodzaju zależności.
 

– Teraz jedziemy po twoje rzeczy, a potem zabieram cię na 

kolację – oznajmia Andriej i rozpiera się na kanapce. – Sprawa 
zamknięta, nie ma dyskusji.
 

Niewiele mogę zrobić w takiej sytuacji. Tak czy inaczej, 

muszę się dostać do centrum, a na dworze panuje mróz. Nie mogę 
udawać, że lepiej by mi było wracać do hotelu na własną rękę. 
Okej, niech sobie Andriej myśli, że postawił na swoim. Pójdę z 
nim na kolację, ale jutro wracam do domu publicznym samolotem 
bez względu na to, co zrobi.
 

Na środkowym Manhattanie ruch jest niemal szaleńczy, ulice

są zatłoczone, ludzie robią świąteczne zakupy, zdążają na 
przedstawienia i spotkania choinkowe. Panuje bożonarodzeniowa 
atmosfera, ze sklepów dobiegają świąteczne melodie, uliczni 
muzykanci śpiewają i grają kolędy. Szkoda, że nie ma tu ze mną 
Dominica. Tak bardzo za nim tęsknię. Chciałabym też zapytać go o
coś – o to, co naprawdę nie może już dłużej czekać.
 

W końcu podjeżdżamy pod mój hotel.

 

– Idź i spakuj się. Powiedz, żeby znieśli na dół cały twój 

bagaż – rozkazuje Andriej. – Zaczekam tutaj.

background image

 

Wychodząc z samochodu, posyłam mu prowokujące 

spojrzenie, ale posłusznie robię, jak powiedział. Czy naprawdę 
czeka mnie nocleg w tym jego chłodnym, pozbawionym 
osobowości mieszkaniu? Cóż, nie będzie mi przeszkadzało, o ile to
tylko na jedną noc, a drzwi sypialni dadzą się zamknąć na klucz. 
Jeśli Andriej uważa, że dopisało mu szczęście, w najbliższej 
przyszłości będzie to sobie musiał przemyśleć.
 

Piętnaście minut późnej wychodzę z hotelu, a za mną idzie 

portier z moim bagażem. Drzwi samochodu otwierają się i Andriej 
zaprasza mnie do ciepłego wnętrza, a bagażowemu wręcza 
pięćdziesiąt dolarów napiwku.
 

– Dobrze. – Patrzy na mnie z usatysfakcjonowaną miną, na 

jego pełnych uporu ustach pojawia się uśmiech. Postawił na 
swoim, więc nastrój mu się poprawia. Widać, że właśnie o to 
chodzi, by wszystko szło gładko po jego myśli.
 

„Dalej tą ścieżką nie pójdę” – postanawiam w duchu, lecz nic

nie mówię. Nie ma sensu rozdrażniać Andrieja już na początku 
wieczoru.
 

Gdy docieramy do okazałej neogotyckiej kamienicy na skraju

Central Parku, Andriej nuci sobie pod nosem, najwyraźniej bardzo 
z siebie zadowolony. Samochód wtacza się pod łukowatym 
zadaszeniem na prywatny dziedziniec i zaraz wchodzimy do 
budynku. Przez całą drogę milczę. Ostatecznie, kiedy chcę, też 
potrafię być bardzo uparta.
 

Winda wiezie nas na górę, gdy Andriej odzywa się do mnie:

 

– Renata zaprowadzi cię do twojego pokoju. Znajdziesz tam 

sukienkę i buty odpowiednie na dzisiejszy wieczór. Masz pół 
godziny, żeby się przygotować. Potem spodziewam się ciebie w 
sali balowej. Czy to jasne?
 

Otwieram usta, żeby zaprotestować, ale po szybkim 

przemyśleniu sprawy nic nie mówię. Mogę się na to wszystko 
wewnętrznie burzyć, ale wciąż potrzebuję Andrieja po swojej 
stronie. Jeżeli pragnie odgrywać rolę mojego dobroczyńcy, niech 
mu będzie. Jednak ja nie prosiłam o rzeczy, które mi podsuwa. Nie
jestem mu nic winna. Powinien zrozumieć, że umowę zawiera się 

background image

tylko wtedy, kiedy zgadzają się na to obie strony.
 

Gospodyni czeka w otwartych drzwiach mieszkania i wita 

nas obydwoje uprzejmie.
 

– Dobry wieczór, Renato. Proszę, zaprowadź pannę Villiers 

do białej sypialni, tak jak było ustalone – mówi Andriej. Z 
cienistego holu wynurza się lokaj i bierze od niego płaszcz. 
Andriej zwraca się do mnie: – Sala balowa. Za pół godziny. Nie 
każ mi czekać.
 

– To przecież przywilej kobiety – odpowiadam cierpko i 

uśmiecham się do niego słodko.
 

Wbija we mnie wzrok, na jego czole pojawia się malutka 

zmarszczka. Nie jest pewien, czy przekomarzam się z nim, czy nie.
 

– No… nie za długo – dodaje.

 

– Tędy, proszę pani – zwraca się do mnie gospodyni i idę za 

nią po wyłożonych grubym dywanem schodach na górne piętro.
 

Biała sypialnia zajmuje róg budynku; duże, zwieńczone 

łukiem okno wychodzi na ciemny park i rysujące się za drzewami 
wieżowce Manhattanu. Jak sugeruje nazwa, wszystko w tym 
pokoju jest białe, każde krzesło, poduszka i rama obrazu, nawet 
mały fortepian i towarzyszący mu stołek pokryty jaszczurczą 
skórą. Zerkam na piękny instrument i myślę, że raczej mi się nie 
przyda, ponieważ nie umiem zagrać nawet prostej gamy. To już 
drugi fortepian, jaki widzę w tym apartamencie. Ciekawe, czy 
Andriej gra.
 

– Przyjdę po panią za pół godziny – mówi uprzejmie Renata. 

– Za tymi drzwiami jest łazienka. Sukienka wisi w szafie. Jeżeli 
będzie pani czegoś potrzebować, proszę zadzwonić do mnie z 
telefonu, który stoi na szafce nocnej.
 

– Dziękuję – odpowiadam i gospodyni wychodzi, 

zostawiając mnie samą.
 

Rozglądam się po luksusowym pokoju, przez chwilę patrzę 

na wspaniały widok za oknem, po czym idę do łazienki, żeby 
wziąć prysznic.
 

Sukienka, którą Andriej kazał dla mnie przygotować, jest 

bardzo piękna i w odpowiednim rozmiarze. Czerwona – 

background image

najwyraźniej on lubi, kiedy mam ubrania w takim kolorze – 
dopasowana u góry i śmiało wycięta z tyłu, z drapowanymi 
rękawkami, skromna, ale dzięki głębokiemu dekoltowi prezentuje 
się ponętnie. Oglądając się w lustrze od tyłu, muszę przyznać, że 
wyglądam sexy. Zostaje mi jeszcze czas na rozczesanie włosów i 
upięcie ich w koczek oraz na zrobienie makijażu.
 

Rozlega się pukanie do drzwi i zaraz wchodzi Renata.

 

– Dobrze, że jest pani gotowa – mówi z uśmiechem. – Pan 

Dubrowski nie cierpi, gdy musi czekać. Wygląda pani bardzo 
ładnie.
 

– Dziękuję – odpowiadam.

 

Ubrana na czerwono, opuszczając bezpieczne schronienie 

białego pokoju, czuję się jak prowadzona na ofiarę przebłagalną 
dla jakiegoś gniewnego boga. „Ale nie jestem ofiarą i zamierzam 
postawić to jasno”.
 

Schodzę wraz z gospodynią do sali balowej, którą razem z 

Laurą widziałyśmy kilka dni temu – podłużnej, ozdobionej 
lustrami i żyrandolami. Te ostatnie nie są zaświecone, za to palą się
świece w wielkich złoconych kandelabrach rozmieszczonych na 
niedużych stolikach w całym pomieszczeniu. Na jednym z nich 
przy oknie widzę butelkę szampana chłodzącą się w kubełku z 
lodem, a obok dwa smukłe kieliszki. I ani śladu Andrieja.
 

„Typowe! Po całym tym bzdurnym wstępie to ja muszę 

czekać na niego!”.
 

Ostrożnie kroczę na wysokich obcasach po polerowanej 

drewnianej podłodze. Podchodzę do okna i podziwiam 
niesamowity widok. Szerokimi alejami toczą się powoli pojazdy; 
przednie i tylne światła z tej odległości sprawiają wrażenie 
świątecznych łańcuchów. Miasto migocze i błyszczy pod 
ciemnogranatowym niebem.
 

– Wyglądasz pięknie.

 

Odwracam się i widzę, że przez całą długość sali zmierza ku 

mnie Andriej, niezwykle przystojny w wizytowym garniturze oraz 
koszuli frakowej z lśniąco czarnymi spinkami w mankietach i 
czarną jedwabną muchą. Błyszczą idealnie wyglancowane buty, a 

background image

w powietrzu wyczuwam zapach cytrusowej wody kolońskiej.
 

– Doskonale ci ten kolor pasuje – stwierdza.

 

– Dziękuję. – Uśmiecham się. – Za to, że pożyczyłeś mi tę 

sukienkę. – Kładę leciutki nacisk na słowo „pożyczyłeś”, żeby 
wiedział, jak postrzegam tę sytuację.
 

Uśmiecha się do mnie i posyła mi znaczące spojrzenie. 

Niebieskie oczy mają miększe wejrzenie, zniknął z nich lód i znów
wyglądają na niemal ludzkie. Gdy Andriej postanowi posłużyć się 
własnym czarem, niewątpliwie robi wielkie wrażenie. Trudno nie 
dać się zauroczyć jego prezencji i charyzmie, jaką roztacza w tym 
wcieleniu, sile szerokich ramion i dużych dłoni czy 
przykuwającym oczom błyszczącym w atrakcyjnej, pobrużdżonej 
twarzy. 
 

– Mam dla ciebie coś jeszcze. Prezent. – Podchodzi do 

stolika, na którym chłodzi się szampan, i bierze wąskie czarne 
pudełeczko, którego przedtem nie zauważyłam.
 

Niepewnie ruszam w jego stronę. „Co znowu?”.

 

Nie podaje mi pudełeczka, tylko je otwiera. Wyrywa mi się 

cichy okrzyk. Na białej satynie spoczywa sznur wielkich 
popielatych, nieskazitelnie pięknych pereł.
 

– To nie jest do zwrotu – zastrzega stanowczo Andriej. – 

Odwróć się.
 

Robię w tył zwrot i uświadamiam sobie, że z powodu 

głębokiego wycięcia pokazuję mu prawie całe plecy. Na tę myśl 
leciutko drżę. Naszyjnik otacza mnie już od przodu, chłodne perły 
łagodnie lądują na moich obojczykach i Andriej pociąga za końce, 
żeby mi je zapiąć na karku.
 

– Proszę – mówi, puszczając zapięcie. – Pokaż się.

 

Odwracam się, a on patrzy na moją szyję z uśmiechem, który

unosi nieco kąciki jego ust.
 

– Bardzo dobrze. Przejrzyj się.

 

Podchodzę do jednego z wielkich luster w złoconych ramach 

i spoglądam na naszyjnik. Jest naprawdę piękny, perły wyglądają 
na skórze jak przydymione miniaturowe planety. W blasku świec 
lśnią księżycową poświatą. 

background image

 

– Cudowne – szepczę. Odwracam się do Andrieja, który 

zdejmuje opakowanie z butelki szampana. – Ale oczywiście nie 
mogę przyjąć takiego prezentu, jest o wiele za drogi.
 

Posyła mi niecierpliwe spojrzenie i wraca do odkręcania 

drucika przy szyjce.
 

– Wolałbym, żebyś nie wspominała co chwila o tym, ile co 

kosztuje. Nie spodziewałbym się po tobie takiego prostackiego 
zachowania.
 

– Ale to nakłada na mnie zobowiązanie – odpowiadam 

twardo. – Wiesz o tym tak samo jak ja. Gdybym mogła sobie 
pozwolić na równie kosztowny prezent dla ciebie, wówczas 
rozmowa o cenach byłaby prostacka. Ale nie stać mnie na takie 
wydatki, zatem nie świadczy to o moim braku wyrobienia, tylko o 
uczciwości.
 

– Tak czy inaczej, proszę, ani słowa więcej na ten temat, bo 

nie jestem zainteresowany. – Zręcznie otwiera szampana i rozlewa 
trunek do dwóch kieliszków. – Naszyjnik prezentuje się na tobie 
bosko i właśnie tego chciałem, abyś tak wyglądała. A teraz podejdź
tu.
 

Podchodzę i biorę szampanówkę, którą mi wręcza.

 

– Za naszą współpracę – mówi, delikatnie stukając swoim 

szkłem o moje.
 

– Za naszą… współpracę – powtarzam i oboje sączymy 

musujący napój, nie spuszczając z siebie nawzajem oczu.
 

– A teraz – Andriej odstawia swój kieliszek i uśmiecha się do 

mnie – skoro jesteśmy w sali balowej, pozostaje nam tylko jedno.
 

Na jego sygnał z ukrytych głośników zaczyna płynąć 

melodia walca – kryształowo czysta, jakby tuż obok grała orkiestra
kameralna. Andriej wyciąga do mnie rękę.
 

– Panno Villiers – mówi – czy mogę prosić o ten taniec?

 

Wlepiam w niego wzrok i dopiero po sekundzie odstawiam 

kieliszek.
 

– Tak – opowiadam wolno – możesz.

 

Bierze mnie w ramiona i przyciąga blisko do swojej piersi. 

Jedną ręką podtrzymuje mnie u dołu pleców, a drugą mocno 

background image

chwyta moją prawą dłoń. Czuję, jak spod koszuli bije ciepło jego 
ciała, on przyciska swoje uda do moich i zaczyna prowadzić mnie 
w tańcu. Dobrze, że tato wiele lat temu nauczył mnie kroków, 
dzięki temu wiem, jak się poruszać u boku partnera. Andriej 
okazuje się doskonałym tancerzem. Prawie w ogóle nie muszę 
myśleć o tym, co robię; sprawia, że bez wysiłku poruszam się 
razem z nim. W lustrach miga para w eleganckich strojach 
wieczorowych, kręcąca się z wdziękiem w takt muzyki. Perły 
błyszczą na mojej szyi, biała skóra lśni lekko w blasku świec. 
Wszystko dzieje się jak w idealnym śnie i czuję, że się powoli w 
nim zatracam. Widoczne przez okno miasto wydaje się oświetlone 
specjalnie dla nas. Na pewno tylko dla nas sala rozbrzmiewa 
muzyką, która porywa moją duszę i wywołuje wrażenie, jakbym 
leciała, unoszona przez Andrieja w walcu ponad piękną podłogą.
 

Nieoczekiwanie jego usta zbliżają się do mojego ucha.

 

– Wszystko to mogłoby być twoje – mruczy niskim głosem. 

– Chcę, żebyś dzieliła to ze mną. To mogłoby być nasze życie. 
Byłoby cudownie. Jesteś samotna i zagubiona, Beth, tak samo jak 
ja. Chcę mieć rodzinę, kogoś, kto tchnie w mój świat ducha, da mi 
prawdziwą radość. To ty jesteś tą osobą, wiem to od dawna. Twoja 
miłość jest warta wszystkiego, twój wdzięk, twoja uroda 
rozświetliłyby mój świat. Beth… proszę… Chcę, żebyś pomyślała 
o tym dzisiejszego wieczoru.
 

Próbuję się od niego odsunąć, ale on trzyma mnie w 

żelaznym uścisku.
 

– Nie mów teraz nic – ciągnie dalej. – Nie psuj chwili. Wiem,

że chcesz mi się opierać. Właśnie to utwierdza mnie w 
przekonaniu, że jesteś właściwą osobą. Pomyśl o tym. 
Porozmawiamy później.
 

Nie odzywam się więc, zmieszana po tym, co usłyszałam. 

Chcę z miejsca powiedzieć „nie”, wyjaśnić mu, że ulega złudzeniu,
ale wszystko odbywa się jak we śnie i ledwie mogę uwierzyć 
własnym uszom. Muzyka kończy się i stoję bez tchu, zapatrzona w
niego. On unosi moją dłoń do ust i całuje ją.
 

– Dziękuję, to było piękne. A teraz czeka na nas samochód.

background image

 

W holu gospodyni pomaga mi się ubrać we wspaniały 

kaszmirowy płaszcz. Wsuwam do kieszeni komórkę, a tymczasem 
lokaj podaje Andriejowi wierzchnie okrycie i rękawiczki. 
Następnie zjeżdżamy windą i przechodzimy do samochodu. Po 
niespełna dziesięciu minutach jazdy przybywamy do restauracji, w
której zwracają uwagę grube lniane obrusy, srebra, kryształy i 
gwar rozmów prowadzonych przez światowe osoby. Gdy 
przechodzimy przez salę, podążają za nami wszystkie oczy i 
słychać wymawiane szeptem nazwisko Andrieja. Oczywiście – 
zapewne jest sławny w tym mieście.
 

Zostajemy zaprowadzeni do stolika w honorowym miejscu i 

jesteśmy obsługiwani z wszelkimi grzecznościami i najwyższą 
atencją. Andriej składa dla nas zamówienie i podtrzymuje 
rozmowę – roztacza przede mną wizję swojego mieszkania w 
aspektach artystycznych. Mówi mi, że życzy sobie nowoczesnych 
dzieł sztuki i jak zwykle chce mieć znanych, wielkich twórców. 
Jeśli się trafi jakiś Picasso czy van Gogh, on jest poważnie 
zainteresowany. Słucham tego lekko oszołomiona, odpowiadając, 
kiedy trzeba. Kelnerzy podają nam zamówione dania, które 
okazują się wyśmienite – niewiarygodna klasyczna kuchnia 
francuska, a każdy półmisek wydaje się sam w sobie dziełem 
sztuki. Nie mam szczególnej ochoty na kolację, ale kiedy kosztuję 
tych pyszności, apetyt wręcz eksploduje we mnie. Smaki są tak 
intensywne, że podczas jedzenia mam wrażenie, jakbym się 
znalazła na innym poziomie życia. Kończymy już główne dania, 
gdy Andriej przestaje na chwilę mówić i wbija wzrok w obrus, a 
jednocześnie postukuje palcem w stolik. Patrzę na niego i gdzieś w
żołądku budzi mi się niepokój. Zdaje się, że nadchodzi TEN 
krytyczny moment. Zostałam zwabiona w pułapkę – czy teraz 
zapadka zatrzaśnie się za mną? Jak się stąd wydostanę?
 

– A więc, Beth – Andriej przerywa milczenie. Pociąga łyk 

czerwonego wina i z nagłym zaskoczeniem uświadamiam sobie, że
się denerwuje. – Słyszałaś, co ci powiedziałem w sali balowej. 
Chcę, żebyś wiedziała, że mam jak najbardziej poważne zamiary. 
Uważam, że moje przyszłe szczęście zależy od tego, czy będę cię 

background image

miał. Pragnę, byś twórczo urządziła moje domy i razem ze mną 
stworzyła rodzinę. Chcę, abyś była integralną częścią mojego 
życia.
 

– Cóż, to bardzo romantyczne – mówię, próbując się 

roześmiać i obrócić w żart to, co powiedział. – Powinni wziąć z 
ciebie wzór i przerobić przysięgę małżeńską: „Czy ty, Beth, 
zgadzasz się zostać integralną częścią mojego życia?”.
 

Andriej zastyga w bezruchu i patrzy na mnie roziskrzonymi 

oczami.
 

– Nie żartuj z tego, Beth. To bardzo ważne. Nigdy nie 

mówiłem poważniej.
 

Odpowiadam znaczącym spojrzeniem. Ręce mi lekko drżą, 

więc chowam je pod zwieszającym się ze stołu obrusem.
 

– Wiesz, że nie mogę tego zrobić. – Staram się, by mój głos 

brzmiał możliwie jak najbardziej stanowczo. – Doceniam to, co mi
powiedziałeś, ogromnie mi pochlebia… Ale nie jestem dla ciebie 
właściwą osobą, Andriej. Zasługujesz na kogoś, kto cię pokocha.
 

Andriej błyskawicznie opuszcza wzrok na obrus i zaciska 

szczęki. Znowu zaczyna stukać palcem.
 

– Mówisz tak, bo wciąż jesteś zadurzona w tym wężu, 

Stonie. Ale się mylisz. Pokochałabyś mnie, gdybyś mi dała szansę. 
Widziałaś mnie w sierocińcu. Wiesz, że mam czułe serce, jestem 
dobrym człowiekiem. Możesz mnie pokochać. I pokochasz.
 

– Nie wymusisz tego, Andriej, nie da się – tłumaczę łagodnie,

nagle przejęta współczuciem dla niego. – Nie możesz kazać 
komuś, żeby cię pokochał, ani kupić niczyjej miłości. To 
niemożliwe.
 

Podnosi wzrok i wbija go we mnie – nigdy jeszcze nie 

widziałam, by jego spojrzenie było zimniejsze czy bardziej 
zdeterminowane.
 

– To jest możliwe – odpowiada chrapliwie. – Sprawię, że 

takie będzie. Zobaczysz, życie ze mną stanie się dla ciebie jedyną 
opcją.
 

– Co masz na myśli? – W ton mojego głosu wkrada się nutka 

strachu. Wiem, że Andriej potrafi być bezlitosny. Do czego się 

background image

posunie, żeby wymóc na mnie to, czego chce?
 

– Przede wszystkim musisz wiedzieć, że Dominic Stone 

zostanie nieodwołalnie doszczętnie zniszczony. Wiem, co planuje, 
i zamierzam zaatakować go otwarcie wszelkimi dostępnymi mi 
środkami. Pozna potęgę moich prawników, moc moich 
znajomości, a jeśli się nie podporządkuje, również siłę moich 
pięści.
 

Wlepiam w niego oczy, po raz pierwszy w życiu czując 

prawdziwy strach przed tym człowiekiem. „Siłę moich pięści? To 
brzmi bardzo, ale to bardzo źle”.
 

– Jak możesz myśleć, że zwiążę się z tobą, jeśli zamierzasz 

zrobić coś takiego? – pytam, próbując zachować spokój i 
racjonalny tok myślenia.
 

– Jeżeli przystaniesz na moją propozycję, jestem gotów 

zaoferować Stone’owi amnestię. Możesz mu powiedzieć, że musi 
do końca roku wrócić do pracy u mnie na bardzo dogodnych 
warunkach i wszelkie urazy pójdą w zapomnienie. Później szansa 
będzie zaprzepaszczona na zawsze.
 

– Kuszące – mówię sarkastycznie. – Na pewno rozpaczliwie 

zapragnie znów pracować dla ciebie.
 

Dubrowski patrzy na mnie groźnie.

 

– Nie wiesz, co jest dla ciebie dobre, Beth. Nie umiesz 

uszczęśliwić samej siebie. A ja to potrafię. Dlatego jestem gotów 
dla ciebie przyjąć z powrotem Dominica. A także nadal otaczać 
ochroną Marka.
 

Sztywnieję cała. Mam wrażenie, jakby coś zimnego, 

oślizłego przebiegło mi po plecach.
 

– Co?

 

– Słyszałaś. Jeśli zostaniesz u mojego boku, będę chronił 

Marka do końca jego życia. Jeżeli się nie zgodzisz i będziesz trwać
w uporze, jestem gotów nie tylko zrujnować zawodową reputację 
twojego szefa, lecz także pozwać go do sądu pod zarzutem 
zaniedbania obowiązków i narażenia mnie na duże koszty. I daję 
słowo: nie spocznę, póki nie straci wszystkiego. Wyślę go nawet 
do więzienia. – Andriej przykuwa mnie zimnym spojrzeniem 

background image

niebieskich oczu i dodaje cicho: – I jak, Beth?
 

Brak mi słów. To nie do wiary. Sam przypomina mi, jaki jest 

dobry dla sierot, po czym za chwilę szantażuje mnie, żebym 
została jego partnerką życiową, i grozi, że zniszczy wszystko to, co
Mark pieczołowicie budował przez wiele lat. Chce bez namysłu 
zrujnować i niezasłużenie posłać za kratki mojego drogiego, 
lojalnego przyjaciela.
 

– To by go zabiło – szepczę, a usta odmawiają mi 

posłuszeństwa. – Wiesz o tym. To wyrok śmierci.
 

Andriej uśmiecha się do mnie chłodnym grymasem rekina.

 

– W takim razie zostań ze mną i wszyscy będą mieli z tego 

korzyści, a nade wszystko ty sama, Beth. Chcę, żebyś umiała to 
dostrzec. Spełnisz każdą swoją zachciankę. Czegokolwiek sobie 
zażyczysz, będzie twoje.
 

– Oprócz prawdziwej miłości – podsumowuję łamiącym się 

głosem. – Zapominasz o tym, Andriej. – Jakoś udaje mi się 
podnieść z miejsca. Rzucam serwetkę na stół. – Wybacz, proszę. 
Idę do toalety.
 

Odpowiada lekkim skinieniem, a ja jak najszybciej oddalam 

się od stolika, na ile pozwalają mi niebotyczne szpilki. Kelner 
gestem wskazuje mi drogę i wpadam do toalety, ostro popychając 
drzwi. W luksusowym zaciszu podbiegam do lustra i wpatruję się 
w swoje pełne przerażenia oczy i pobladłą twarz.
 

– Nie mogę uwierzyć, że to zrobi – mówię sama do siebie, a 

moja mina wyraża narastający strach. – Czy byłby do tego zdolny?
Naprawdę? O mój Boże!
 

A więc naprawdę jestem w pułapce. Czy mogę skazać Marka 

na zawodową hańbę, ruinę, a przypuszczalnie także śmierć? Czy 
mogę narazić Dominica na ataki prawników i zbirów Andrieja? A 
jeśli go zabiją?
 

– Nie! – szepczę. – Nie.

 

Do oczu napływają mi łzy. Dzisiejszy całodzienny stres 

okazuje się nie do zniesienia. Jestem wyczerpana, moje życie 
zamienia się w koszmar. Jak ja się znalazłam w takiej sytuacji? 
Czy to prawda, że im bardziej opieram się Andriejowi, tym 

background image

mocniej on jest przekonany, że jestem dla niego idealną kobietą? 
Jak, do licha, mam się z tego wyplątać? Próbuję zapanować nad 
emocjami, ale nie potrafię. Zaczynam szlochać i nie umiem już 
tego powstrzymać. Biorę świeży ręcznik i przyciskam go sobie do 
zalanej łzami twarzy.
 

Płaczę tak od dłuższej chwili, kiedy nagle czuję na ramieniu 

czyjąś rękę i słyszę łagodny głos.
 

– Hej, wszystko w porządku? Głupie pytanie, oczywiście, że 

nie w porządku. Mogę ci jakoś pomóc?
 

Podnoszę wzrok, wciąż pociągając nosem, i widzę dwoje 

przyjaźnie spoglądających brązowych oczu w ładnej, gładkiej 
twarzy. Kobieta ma może trzydzieści kilka lat, jest elegancka i 
bardzo zadbana, z prostymi, połyskliwie ciemnymi włosami. 
Patrzy na mnie z troską i współczuciem.
 

– Przepraszam – mówię wśród szlochów.

 

– Nie przepraszaj, przecież nie masz za co – odzywa się 

nieznajoma miękkim, melodyjnym głosem. – Jakiś problem?
 

– Jestem tu z mężczyzną – odpowiadam, czując ulgę choćby 

w tym, że mogę się zwierzyć ze swojego nieszczęścia. – Naciska 
na mnie, żebym z nim była, podczas gdy ja kocham kogoś innego. 
On wie o moich uczuciach, dlatego szantażuje mnie emocjonalnie, 
żeby wymusić to, czego chce. 
 

Kobieta jest oburzona.

 

– To okropne! – wykrzykuje. – Co za tyran! A co ten drugi 

mężczyzna myśli o tym?
 

– Jeszcze nie wie.

 

– Powinnaś mu zaraz powiedzieć!

 

– Nie wiem, gdzie teraz jest – zawodzę, znowu przygnębiona

beznadziejnością swojej sytuacji. – Brak mi go. Naprawdę tęsknię 
za nim i go potrzebuję. Ale to bardzo skomplikowane, nie umiem 
wyjaśnić. O Boże, nie wiem, co robić.
 

Nieznajoma przygląda mi się z determinacją i bierze mnie za 

rękę. Czuję jej pewny uścisk.
 

– Nie wolno ci pozwolić, żeby ten despota tak cię 

tyranizował. Pewnie się tylko odgraża, oni tak mają. Odejdź i nie 

background image

oglądaj się za siebie!
 

Kręcę głową i pociągam nosem, szloch ustępuje powoli.

 

– Nie rozumie pani. On jest zdolny do wszystkiego.

 

– Więc nie możesz do niego wrócić – mówi z ożywieniem. – 

Tym bardziej jeżeli jest niebezpieczny.
 

Teraz, kiedy się trochę uspokajam, uświadamiam sobie, co 

mi nie dawało spokoju, odkąd ta kobieta odezwała się do mnie. 
Wołam niemal odkrywczo:
 

– Jest pani Brytyjką!

 

– To prawda. – Uśmiecha się. – Tak jak ty. Musimy się 

trzymać razem. Posłuchaj, nie pozwalam ci wrócić do tego 
mężczyzny. Idziesz ze mną. I tak już wychodzę. Możesz zatrzymać
się u mnie, to niedaleko stąd.
 

– Ale wszystkie moje rzeczy zostały w jego mieszkaniu. 

Ubrania, paszport, przedmioty z pracy… – Patrzę na nią bezradnie.
Poza tym jeśli teraz zostawię Andrieja na lodzie, kto wie, czy nie 
rozzłości się do tego stopnia, by spełnić swoje groźby?
 

– Nie martw się o to – mówi stanowczo kobieta. – Wyślemy 

po nie mojego brata. Teraz jest na randce ze swoją dziewczyną, ale
gdy tylko wróci, powiem, żeby wydostał twoje rzeczy od tamtego 
gościa. Inaczej wezwiemy policję. Zobaczysz, że nie jest taki 
twardy, jak się wydaje. – Uśmiecha się do mnie. – Poważnie. Nie 
wolno ci do niego wracać. Jeżeli pozwolisz despocie na cokolwiek,
uzna, że mu się poddajesz, i będzie cię tyranizował przez całe 
życie. Chcesz tego?
 

Potrząsam głową.

 

– No właśnie – ciągnie dalej. – Jasne, że nie chcesz! A teraz 

chodźmy. Weźmiemy z szatni twój płaszcz, a ja podejdę do tego 
człowieka i wyjaśnię mu, że idziesz ze mną. Poczekasz na mnie w 
taksówce na zewnątrz. Bez dyskusji!
 

Czuję się zbyt zmęczona, by się z nią spierać. Chcę jej 

powiedzieć, że ten plan jest zbyt niebezpieczny, lecz w jej ujęciu 
brzmi tak cudownie prosto. Może powinnam pozwolić, żeby 
przejęła kontrolę i załatwiła sprawę, jeśli umie.
 

– Postanowione – oznajmia. – A teraz chodźmy. Musisz się 

background image

stąd wydostać jak najszybciej. Powiedz mi, przy którym stoliku 
siedzi ten mężczyzna i jak wygląda, a ja zaraz z nim 
porozmawiam.

background image

Rozdział dwunasty

Co ja robię? Czy to nie rozjuszy Andrieja? Nie skłoni go do 

spełnienia gróźb?”.
 

Siedzę na tylnej kanapce taksówki, która z włączonym 

silnikiem czeka na zewnątrz przed restauracją. Domyślam się, że 
samochód Andrieja jest zaparkowany gdzieś nieopodal. Drżę i 
otulam się ciaśniej czarnym kaszmirowym płaszczem.
 

„To szaleństwo! Nie mam nic. Nawet ubrania, w których 

spędzam wieczór, nie są moje!”.
 

Rozlega się stukanie wysokich obcasów na chodniku i zaraz 

drzwi taksówki otwierają się, a moja nowa przyjaciółka siada obok
mnie. Podaje kierowcy adres i ruszamy.
 

– Co mówił? – pytam.

 

Rzuca mi spojrzenie spod podkręconych czarnych rzęs.

 

– Nie powiedziałaś mi, że twój przyjaciel to Andriej 

Dubrowski.
 

– O… no tak… powinnam była. – Zapomniałam, że Andriej 

jest szeroko znany w tym mieście.
 

– Potrafi onieśmielić, a nawet zastraszyć… Wiele o nim 

słyszałam. Zaszła więc mała zmiana planów. Powiedziałam mu, że 
się rozchorowałaś w toalecie i że się tobą zaopiekuję. Oraz że cię 
odstawię do domu, gdy się poczujesz lepiej.
 

– Uwierzył?

 

Śmieje się.

 

– Nie jestem pewna. Ale musiał uwierzyć, nie pozostało mu 

nic innego. Poprosił, żebym cię odstawiła do jego mieszkania, i dał
mi swoją wizytówkę. Stwierdziłam, że powinnaś być teraz pod 
kobiecą opieką, i to mu odebrało argumenty. Ale nie zna mojego 
nazwiska ani adresu, zatem jesteś bezpieczna.
 

– Nie na długo – mówię zgaszonym głosem.

 

Będę musiała do niego wrócić, wiem o tym. Zaczynam sobie 

uświadamiać, że Andriej mnie osaczył. Nie mam teraz wyboru. 

background image

Postaram się jakoś to wytłumaczyć Dominicowi. Czuję, że serce 
mi pęknie. Właśnie teraz, gdy się nawzajem odnaleźliśmy, znów 
przyjdzie się nam rozłączyć, i tym razem na zawsze.
 

– Rano poczujesz się lepiej – pociesza mnie przekonującym 

tonem moja znajoma. – Nie martw się, na pewno znajdzie się na to
sposób.
 

W tym momencie mój telefon wibruje, oznajmiając przyjście 

SMS-a. Wyciągam komórkę z kieszeni i nieprzytomnie zerkam na 
wiadomość.
 

Rosa, gdzie jesteś? Twój pan cię potrzebuje.

 

Aż mi zapiera dech w piersi. „Dominic!”. Co to znaczy? 

Gdzie on jest? Nie odpowiadam od razu. W mózgu wirują mi 
najróżniejsze przypuszczenia. Czy to możliwe, że jest w Nowym 
Jorku? Co mam zrobić? Rozpaczliwie chcę mu opowiedzieć o 
wszystkim, co się wydarzyło, lecz nagle zastanawiam się, czy to 
mądre. Wiem, że Dominic roześmieje się na propozycję Andrieja. 
Przypuszczalnie zechce dosłownie wybić mu z głowy te pomysły, 
a to dla Marka mogłoby być wyrokiem śmierci. Gapię się przez 
chwilę na wyświetlacz, próbując podjąć jakąś decyzję. Przychodzi 
kolejna wiadomość.
 

Rosa, czy postanowiłaś służyć komuś innemu? Tak mam to 

rozumieć? Powiedziano mi, że dziś wieczorem zabrałaś swój bagaż
i wyszłaś z jakimś mężczyzną. Czy to oznacza, że straciłem moją 
Rosę?

 

„O mój Boże, on jest w Nowym Jorku?”. Biorę ostry wdech i

aż drżę z podekscytowania. Chcę do niego od razu zadzwonić, ale 
nie mogę tego zrobić tu, w taksówce, przy mojej nowej 
przyjaciółce. Ona zresztą przygląda mi się dyskretnie.
 

– W porządku? – pyta. – To chyba nie on, co? Nie grozi ci 

przypadkiem na odległość?
 

– Nie, nie – odpowiadam szybko. – To mój prawdziwy 

przyjaciel.
 

Pośpiesznie piszę do niego SMS-a:

background image

 

Panie, Rosa wielbi cię i pragnie służyć tylko tobie. Pokornie 

przeprasza i tęsknie wypatruje chwili, kiedy będzie z tobą.

 

Natychmiast przychodzi odpowiedź:

 

Gdzie jesteś, Rosa? Bezpieczna?

 

Wystukuję kolejną wiadomość:

 

Tak, bezpieczna, ale nie wiem, gdzie jestem. Dam ci znać, 

kiedy się dowiem, niedługo.

 

Telefon zaraz odzywa się znowu.

 

W porządku. Czekam na Twoją wiadomość.

 

Wygaszam komórkę, czując przypływ nadziei. Dominic musi

być w Nowym Jorku. O Boże, oby to była prawda! Tęsknię za nim
niewyobrażalnie. Jeżeli tylko będę mogła znów go zobaczyć i 
poczuć, na pewno wszystko się ułoży.
 

W tym momencie rozbrzmiewa telefon mojej przyjaciółki. 

Odbiera i słucha uważnie.
 

– O, dobrze – mówi do mnie po chwili. – To mój brat. Już 

jedzie, prawdopodobnie ze swoją dziewczyną. Możemy od razu 
wysłać go do Dubrowskiego po twoje rzeczy. – Wygląda przez 
okno. – I jesteśmy na miejscu, w domu.
 

Taksówka zatrzymuje się przed wysoką nowojorską 

kamienicą brownstone i wysiadamy. Moja opiekunka płaci za 
przejazd, a potem prowadzi mnie po wysłużonych schodkach do 
pomalowanych na biało frontowych drzwi.
 

– Nie ma to jak dom – mówi, otwierając.

 

Wchodzimy do przyjemnego korytarza w szykownym, lecz 

przytulnym mieszkaniu. Wnętrza są stylowe, z nowoczesnymi 
meblami o czystej linii, pełne książek i obrazów na ścianach. Na 
polerowanej drewnianej podłodze tu i tam leży porzucona para 
butów czy niedoczytana gazeta. Krzesła wyglądają, jakby często 
na nich siadano. To dla mnie wielka ulga znaleźć się w 
prawdziwym domu po tych wszystkich hotelach i bezdusznym 

background image

apartamencie Andrieja.
 

– Wchodź dalej – zachęca moja przyjaciółka i wiesza okrycie

na starodawnym stojącym wieszaku. – Rzucaj swoje rzeczy 
gdziekolwiek. Zdejmij buty, jeśli masz ochotę. Tam koło schodów 
leżą kapcie. Dam ci sweter, bo zamarzniesz w tej sukni. Piękna, ale
na pewno ciepła nie daje. – Prowadzi mnie do saloniku i po drodze
przedstawia się: – A, właśnie, mam na imię Georgina. Możesz mi 
mówić Georgie. A ty?
 

– Beth – odpowiadam, czując się milion razy lepiej w tym 

normalnym miejscu.
 

– Beth? – marszczy brwi. – Dziwne. – Potem reflektuje się. –

Napijesz się czegoś? Kawy, herbaty? Czegoś mocniejszego? Mam 
wino i whisky, w razie gdybyś nadal była w szoku.
 

– Z przyjemnością napiję się herbaty, dziękuję – mówię pełna

wdzięczności.
 

– Tak, dobrej angielskiej herbaty. Przywożę ją sobie z Anglii,

kiedy mam okazję. Tutaj po prostu nie potrafią jej zrobić.
 

Cieszę się, że mogę zdjąć wysokie szpilki i włożyć miękkie 

wełniane papucie obszyte futerkiem. Georgina bierze sweter, który 
wisi na oparciu krzesła, i podaje mi go. Znika, żeby przygotować 
herbatę, a ja tymczasem zakładam sweter i rozkoszuję się jego 
miękkością. Czekając na gospodynię, chodzę po pokoju, oglądam 
półki, grzbiety książek i rozstawione tu i tam zdjęcia.
 

Wieczór rozwija się zupełnie nie tak, jak się spodziewałam. 

Myślałam, że zamówię do pokoju kolację i wcześnie pójdę spać, a 
przed snem przygotuję się do lotu powrotnego i zrobię listę 
bożonarodzeniowych prezentów. Oto jednak jestem w domu 
nieznajomej osoby gdzieś w Nowym Jorku, ubrana w wieczorową 
suknię i pozbawiona własnego bagażu. Podnoszę niektóre stojące 
na półkach fotografie. Przedstawiają Georgie z przyjaciółmi na 
nartach, na plaży, podczas wygłupów oraz na uroczystych balach, 
przyjęciach czy weselach. Spłowiałe kolorowe zdjęcie pokazuje 
parę dorosłych i dwoje dzieci stojących na werandzie dużej, 
egzotycznie wyglądającej willi. Biorę fotkę do ręki i przyglądam 
się bliżej. Dzieci to dziewczynka i chłopczyk, ona nieco starsza od 

background image

niego, oboje ciemnowłosi, o ciemnych oczach. Dziewczynką jest 
Georgie, na pewno – widać to wyraźnie mimo oczywistych różnic 
między krótkowłosym dzieckiem o patykowatych nogach a 
elegancką kobietą po trzydziestce. Chłopczyk to zapewne jej 
młodszy brat – ma oczy takie same jak ona i podobną cerę. Oboje 
są smagli. Za nimi stoją rodzice: mężczyzna w urzędowym 
garniturze oraz kobieta w kwiecistej sukience i kapeluszu. 
Odkładam zdjęcie z powrotem na miejsce i podchodzę do 
kominka, gdzie wystawiono więcej fotek w srebrnych ramkach.
 

Georgie wraca z kubkiem parującej herbaty, którą stawia na 

stoliku kawowym.
 

– Proszę – mówi wesoło. – Usiądź i rozgość się.

 

– Dziękuję – odpowiadam. – Patrzę na twoje zdjęcia. Mam 

nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu.
 

– Oczywiście, że nie.

 

Pokazuję gestem fotkę z dwojgiem dzieci i rodzicami.

 

– Czy to ty? – pytam.

 

Georgie podąża wzrokiem we wskazanym kierunku.

 

– Tak, ja i mój brat z rodzicami. Oboje już nie żyją.

 

– Och… przykro mi. – Wydaje mi się bardzo młoda jak na 

osieroconą osobę.
 

– Tak, kiepsko wyszło, ale trudno było cokolwiek poradzić. 

Ojciec zbyt ciężko pracował, a matka za dużo piła. Była żoną 
dyplomaty i nudziła się jak mops na niekończących się 
przyjęciach, na których musiała się pojawiać, zwłaszcza kiedy 
mieszkaliśmy za granicą i rozpaczliwie tęskniła za krajem. W 
końcu jedyną pociechę znajdowała w koktajlach. – Na twarzy 
Georgie maluje się melancholia. – Aż ją zabiły. Miała zaledwie 
pięćdziesiąt lat.
 

– To takie smutne – mówię miękko.

 

Georgie uśmiecha się.

 

– Tak. Wciąż mi jej brakuje. Jeśli mam być szczera, ta strata 

sprawiła, że trochę zdziwaczałam na punkcie zdrowia. Ale to nie 
takie złe. Błędy naszych rodziców chyba mogą nas czegoś 
nauczyć.

background image

 

Zastanawiam się, czy ma partnera albo męża, który byłby dla

niej oparciem po stracie rodziców, ale nie widzę w mieszkaniu 
żadnego śladu mężczyzny, a pytać o to byłoby niegrzecznie. 
Przypominam sobie o drugim dziecku z fotografii.
 

– A twój brat też mieszka w Nowym Jorku?

 

Posyła mi smutne spojrzenie.

 

– Chciałabym – mówi. – Ale on ma zdecydowanie zbyt dużo 

energii, żeby za długo trwać w jednym miejscu. Uwielbiam go, 
jednak czasami nie daje się łatwo namierzyć. Aż do dziś nawet nie 
wiedziałam, że będzie w mieście. Spodziewałam się go dopiero na 
święta.
 

Wtem rozlega się dzwonek u drzwi i Georgie stwierdza:

 

– To pewnie on. Zaraz wracam.

 

Wychodzi, a ja znów patrzę na zdjęcia na kominku. Mój 

wzrok przyciąga duża fotografia bez ramki, oparta o inne portrety. 
Sięgam po nią. Z korytarza dobiegają słowa powitania:
 

– Cześć, bracie! Więc gdzie ona jest?

 

– Nie mogła przyjechać, niestety – odpowiada głęboki męski 

głos.
 

Właśnie zdejmuję zdjęcie z kominka, kiedy ten głos 

przeszywa mnie niczym strzała. Uświadamiam sobie, że wpatruję 
się w fotkę Georgie i Dominica – zetknięci głowami, oboje 
uśmiechają się szeroko. Są tacy do siebie podobni, mają oliwkową 
cerę i ciemne oczy. Teraz wiem ponad wszelką wątpliwość, że 
głos, który słyszę, należy do niego.
 

Oszołomiona z trudem łapię oddech, ale odwracam się i 

widzę, że w drzwiach pojawia się Georgie.
 

– Beth, to jest mój brat Dominic – mówi i w półobrocie 

wskazuje dłonią stojącego za nią mężczyznę.
 

A ja zamieram, z niedowierzaniem spoglądając na 

wysokiego, przystojnego Dominica, za którym tęskniłam bardziej 
niż za kimkolwiek innym w świecie. On też patrzy na mnie w 
zdumieniu, po czym na jego twarzy pojawia się szeroki uśmiech.
 

– Beth! – wykrzykuje i podchodzi do mnie szybko z 

otwartymi ramionami.

background image

 

Rzucam się w jego stronę i zatracam się w ciepłych 

objęciach. Na wpół śmieję się, na wpół płaczę, ale przede 
wszystkim ogarnia mnie radość i poczucie ulgi. Tak cudownie jest 
znaleźć się w jego ramionach; chciałabym, żeby nigdy mnie z nich 
nie wypuszczał.
 

– Niesamowite, że wciąż udaje ci się mnie zaskoczyć – mówi

Dominic łagodnie, całując mnie lekko w głowę. – Gdy myślę już, 
że cię straciłem, los sprowadza cię do mnie z powrotem. – Odsuwa
się, żeby mi spojrzeć w twarz. – Ale co ty tu robisz, do licha?
 

– Chwileczkę! – wtrąca się Georgie. Stoi z rękami na 

biodrach, kompletnie zbita z tropu.
 

– Chcesz mi powiedzieć, że to jest Beth? Twoja Beth, ta, z 

którą miałeś się dziś spotkać?
 

Dominic odwraca się do niej. Uśmiecha się całą twarzą, oczy

mu się iskrzą.
 

– Właśnie ta. Nie było jej w hotelu, kiedy tam dotarłem. 

Należała mi się nauczka, bo myślałem, że niespodzianka to dobry 
pomysł. Jak ją znalazłaś?
 

Georgie wygląda na zaniepokojoną, gdy mówi:

 

– Dom, pozwól na słówko.

 

Skinieniem wywołuje go na korytarz. Czuję, że Dominic 

wypuszcza mnie niechętnie, ale zgadza się:
 

– Jasne.

 

Wychodzi za swoją siostrą, a ja stoję w salonie upojona 

szczęściem i podekscytowana. Słyszę jednak, że rozmawiają o 
mnie:
 

– Dom, ta dziewczyna jest związana z Andriejem 

Dubrowskim! – syczy Georgie. – Znalazłam ją zalaną łzami w 
restauracyjnej toalecie, ponieważ on próbuje ją zmusić, żeby mu 
uległa! Czy wiesz, jakie to strasznie niebezpieczne? I tak nie 
układa ci się z nim za dobrze. Nie obejdzie się z tobą łaskawie, 
jeśli mu ukradniesz dziewczynę!
 

– Nikogo ani niczego nie kradnę – odpowiada Dominic 

spokojnie. – Beth i ja byliśmy ze sobą, jeszcze zanim poznała 
Andrieja.

background image

 

– Co? Jak to?

 

– Długa historia. Pewnego dnia wszystko ci opowiem.

 

– Ale Dubrowski ma rzeczy Beth. Miałam cię po nie wysłać, 

jednak teraz nie sądzę, żeby to był dobry pomysł.
 

– Myśli, że może ją mieć, jeśli zechce. Beth na to nie 

pozwoli, a tym bardziej ja. A teraz wróćmy i włączmy ją do 
rozmowy, bo nie podoba mi się, że mówimy o niej w ten sposób.
 

Wchodzą oboje do pokoju, Georgie ma zakłopotaną i 

zaniepokojoną minę, Dominic zaś wygląda na uszczęśliwionego i 
zadowolonego. Otacza mnie ramieniem.
 

– Zdaje się, że dzieje się jakieś szaleństwo. Czy Andriej 

znowu próbuje swoich starych sztuczek?
 

Kiwam głową, czując, jak z moich barków zsuwa się 

okropny ciężar, który przygniatał mnie od jakiegoś czasu.
 

– Zachowuje się gorzej niż zwykle.

 

– Chcę, żebyś mi wszystko opowiedziała. – Dominic 

uśmiecha się do mnie, jego brązowe oczy promienieją ciepłem i 
miłością. – Ale najpierw usiądźmy i trochę się sobą nacieszmy. 
Chciałem ci dziś wieczór zrobić niespodziankę, ale jak zwykle to 
ty zaskoczyłaś mnie bardziej i lepiej. Georgie, może zaparzysz mi 
herbatę? Brakowało mi tego, jak ją przyrządzasz – zwraca się do 
niej z uśmiechem.
 

Georgina potrząsa głową i wzdycha, jakby był 

beznadziejnym przypadkiem, ale nie może się oprzeć jego 
urokowi.
 

– Okej, Dom. Zaraz będzie herbata.

 

Zostajemy sami i Dominic przyciąga mnie do siebie.

 

– O Boże, tak dobrze jest mieć cię z powrotem – mówi 

gardłowo i zaczyna mnie całować, najpierw czule i delikatnie, a po
chwili namiętnie, gdy moje usta otwierają się dla niego. Kiedy po 
długim ociąganiu odsuwamy się nieco od siebie, Dominic 
wzdycha: – Dzięki Bogu, że jesteś cała i zdrowa. Bardzo się 
martwiłem, gdy przyjechałem do hotelu i dowiedziałem się, że z 
kimś wyjechałaś.
 

– Andriej kazał mnie śledzić – wyjaśniam, podczas gdy 

background image

Dominic prowadzi mnie do kanapy, na której siadamy razem ze 
splecionymi dłońmi. – I wywiera większe naciski niż kiedykolwiek
przedtem. Grozi, że zaszkodzi Markowi, i daje wyraźnie do 
zrozumienia, że chce, abym była z nim.
 

Oczy Dominica migoczą niebezpiecznie, gdy mówi:

 

– To już do tego doszło? Cóż, będzie musiał przyjąć do 

wiadomości, że taktyki oprycha spod ciemnej gwiazdy nie zawsze 
pozwalają dostać to, czego się zapragnie. Chce walki, więc będzie 
ją miał. Damy mu nauczkę.
 

Kładę drugą rękę na jego kolanie i napomykam z 

przestrachem:
 

– Proszę, Dominic, nie wiesz, jaki on jest… mówił takie 

rzeczy… Nie zniosłabym, gdyby cię skrzywdził.
 

– Przeciwnie – stwierdza Dominic. – Dokładnie wiem, jaki 

on jest i dlaczego tak się zachowuje. Chce ukrócić moje działania, 
ponieważ znam wszystkie jego słabości. Byłem gotów postępować
z nim honorowo i nie ujawniać sekretów, które mi powierzył, 
kiedy u niego pracowałem. Ale on pokazuje, że zamierza grać 
inaczej. Więc nie ma sprawy. Jeszcze pożałuje, że mi rzucił 
wyzwanie.
 

– Co chcesz zrobić? – pytam przerażona perspektywą tego, 

że Dominic miałby stawić czoło komuś o takich wpływach i 
władzy jak Andriej, ale on wygląda na silniejszego i bardziej 
pewnego siebie niż kiedykolwiek.
 

– Mam pewne pomysły – zapowiada tajemniczo – ale nie 

będziemy o nich teraz rozmawiać. Poczekaj, aż się znajdziemy w 
moim mieszkaniu.
 

– Twoim mieszkaniu? – powtarzam zaintrygowana.

 

Dominic potakuje.

 

– Wszystko się zmienia, Beth. Praca, jaką wykonałem w 

ciągu ostatnich tygodni, zaczyna przynosić owoce. Mam po swojej
stronie kilku wielkich inwestorów, a moja firma lada chwila stanie 
się poważnym graczem na światowym rynku kopalin i obrotu 
towarowego. Zakładam biura tutaj, w Nowym Jorku, i w 
Londynie. Dubrowskiemu nie spodoba się, kiedy zobaczy, kogo 

background image

mam wśród swoich partnerów, głównie dlatego, że są to ludzie, o 
których względy sam kiedyś bezskutecznie zabiegał. – Przyciąga 
mnie blisko do siebie. – Mój nowojorski asystent wynajął dla mnie
mieszkanie. Będę je zajmował do czasu, gdy kupię coś 
odpowiedniego po Nowym Roku.
 

Wpatruję się w Dominica. Jest teraz własnym szefem i 

odpowiada mu to. Uświadamiam sobie, że pragnął tego już wtedy, 
gdy go poznałam. Teraz wygląda jak lampart, który po 
przebudzeniu przeciąga się, rozprostowuje łapy i przygotowuje do 
polowania na własną rękę.
 

Georgie wraca do pokoju z dwoma kubkami herbaty. Stawia 

je na stoliku i siada w fotelu. Ma teraz nieco radośniejszą minę.
 

– Nie mogę się pozbierać – zagaduje, kręcąc głową. Spogląda

to na mnie, to na brata. – Kiedy mi powiedziałaś, że ci na imię 
Beth, pomyślałam, że to dziwne, ponieważ Dom miał się spotkać z
Beth, ale nie przyszło mi do głowy, że to możesz być ty!
 

– Rzeczywiście, dziwne – przytakuję, uśmiechając się do 

niej. Dominic wciąż mocno trzyma mnie za rękę. Rzucam mu 
spojrzenie. – Nigdy mi nie mówił, że ma siostrę!
 

Dominic marszczy brwi i mruczy wymijająco:

 

– Naprawdę?

 

– Nie mówiłeś!

 

Georgie podaje mu parujący kubek.

 

– Wiesz, Beth, nie dziwi mnie to ani trochę. Ja też aż do 

dzisiaj nie miałam pojęcia o twoim istnieniu. – Patrzy na brata z 
łagodnym wyrzutem. – Powinieneś choć trochę dzielić się 
nowinami z bliskimi.
 

– Postaram się – odpowiada Dominic z uśmiechem i bierze 

od niej kubek. – Dzięki za herbatę.
 

– Beth, musisz sprawić, żeby się trochę zmienił.

 

Uśmiecham się do niej. Cudownie jest widzieć Dominica w 

rodzinnej atmosferze. Teraz, gdy akceptuje mnie jego siostra, czuję
się z nim jeszcze mocniej związana. Zyskuję zapewnienie, że 
jesteśmy ze sobą jak normalna para. Ta myśl napawa mnie ciepłym
poczuciem szczęścia.

background image

 

– Georgie – zagaja Dominic – obawiam się, że nasza wizyta 

będzie nieco krótsza, niż planowaliśmy. Zabieram Beth do siebie.
 

– Wiedziałam, że to powiesz – odpowiada jego siostra bez 

najmniejszej urazy. – Cóż, spotkanie z tobą to prawdziwa gratka, 
nawet jeżeli wpadasz jak po ogień.
 

– W przyszłości znacznie częściej będę w pobliżu – 

zapowiada Dominic. – Praca wymaga, żebym połowę czasu 
spędzał w Nowym Jorku.
 

– O, to dobrze. – Georgie rozjaśnia się, wyraźnie 

uszczęśliwiona. – Tęsknię za młodszym braciszkiem, chciałabym 
widywać cię częściej. – Zwraca się do mnie: – A ty, Beth, gdzie 
mieszkasz?
 

– W Londynie – odpowiadam i nagle ogarnia mnie 

przygnębienie, gdy uświadamiam sobie, że przez sześć miesięcy w
roku nie będę widywać Dominica. Wtem czuję, że on obejmuje 
mnie ciaśniej.
 

– Na razie – dodaje łagodnie i uśmiecha się do mnie, a ja 

rozpromieniam się cała w przypływie szczęścia.
 

Pół godziny później mkniemy ulicami Nowego Jorku w 

stalowoszarym sportowym wozie.
 

– Twoja siostra jest bardzo miła. Zanim przyszedłeś, 

zaproponowała, żebym się u niej zatrzymała. Mam nadzieję, że nie
wyszłam przy niej na nieuprzejmą.
 

– Na pewno nie – mówi Dominic, nie odrywając oczu od 

drogi.
 

Milczę przez chwilę, po czym odzywam się cicho:

 

– Wiesz, nigdy mi nie mówiłeś wiele o sobie. Ani o Georgie, 

ani o waszych rodzicach. Przykro mi było usłyszeć, że oboje nie 
żyją.
 

Zapada cisza, Dominic wbija wzrok w drogę przed sobą, a 

potem wyjaśnia miękko:
 

– Zawsze mi było trudno zwierzać się z tych rzeczy. Ale 

cieszę się, że poznałaś Georgie, naprawdę. Będę wobec ciebie 
bardziej otwarty, obiecuję. 
 

Przepełnia mnie radość, nie chcę jednak teraz forsować tego 

background image

tematu, więc mówię tylko:
 

– Miło by było zostać trochę dłużej z Georgie i lepiej ją 

poznać.
 

– Mhy. – Dominic posyła mi znaczące spojrzenie. – Mam 

nadzieję, że rozumiesz: nie mogę robić z tobą tego, co zamierzam, 
w pokoiku gościnnym u mojej siostry. To naprawdę nie w moim 
stylu.
 

Czuję dreszcz niecierpliwego oczekiwania. Wieczór 

najwyraźniej zakończy się w sposób, jakiego nawet nie mogłam 
sobie wyobrazić, kiedy jeszcze niedawno szlochałam w 
restauracyjnej toalecie.
 

Dominic z wprawą prowadzi samochód przez Manhattan i 

nagle zjeżdża z ulicy do podziemnego parkingu. Zatrzymuje wóz i 
patrzy na mnie. Nie widzę jego twarzy, ponieważ spowija ją cień.
 

– Jesteśmy na miejscu – oznajmia miękko.

 

Puls mi przyśpiesza, serce łomocze głośno, po całym ciele 

rozpływa się adrenalina. Dominic wysiada, obchodzi samochód i 
otwiera drzwi z mojej strony. Podaje mi rękę, a ja wspieram się na 
niej i wydostaję się z nisko usytuowanego siedzenia. Nagle 
pociąga mnie ku sobie, tak że lecę wprost w jego ramiona. Trzyma 
mnie mocno, przesuwa dłonią po moich plecach i zatrzymuje ją na 
pupie. Patrzę mu w oczy i widzę płonące w nich pożądanie, a 
potem on opada swoimi ustami na moje i całuje mnie. Poddaję się 
mu całkowicie, chcę stanowić z nim jedno. Odchylam głowę i 
zapadam się w jego ramionach. Dominic przyciska mnie swoim 
ciałem, pod plecami czuję twardą zaokrągloną krawędź 
samochodowego dachu. Wsuwa kolano między moje uda i 
łagodnie rozchyla mi nogi. Czuję twarde wybrzuszenie w jego 
kroczu i wzdycham na ten dowód jego pożądania.
 

– Wziąłbym cię już tutaj – mówi cicho – ale… – Spogląda na

skierowaną w naszą stronę kamerę monitoringu. – Nie chcę, żeby 
ochroniarze zabawiali się sami ze sobą, patrząc na nas. Chodźmy 
na górę.
 

Z trudem przełykam ślinę i jakoś udaje mi się odzyskać 

równowagę. Byłam gotowa pieprzyć się z nim tu na parkingu, na 

background image

masce samochodu albo nawet na poplamionej olejem podłodze. On
jednak bierze mnie za rękę i prowadzi do windy. Jej drzwi 
otwierają się chwilę później i wchodzimy do lustrzanego wnętrza. 
Zerkam na ciemne oko kamery.
 

– Pieprzyć ich – mówi Dominic. – Chcę się z tobą całować.

 

Winda rusza w górę, a on stanowczym ruchem przyciąga 

mnie do siebie i całuje mocno. Jego język gorączkowo zagłębia się
w moich ustach. Jesteśmy tak nienasyceni, że nie potrafimy się od 
siebie oderwać. Zanurzam palce w jego włosach, przybliżam jego 
głowę do siebie. Ramiona Dominica oplatają mnie ciasno, jedna 
dłoń spoczywa na moim karku, gładząc wrażliwe miejsca pod 
uchem i na szyi. Chcę jęczeć i błagać, żeby mnie wziął tu od razu, 
choćby nie wiedzieć kto patrzył, ale nie odzywam się, porwana 
namiętnym pocałunkiem. Wiem, że już niedługo dostanę to, czego 
pragnę.
 

Wtem winda zatrzymuje się i drzwi się rozsuwają. Mrugam 

oszołomiona, jakbym się nagle ocknęła z intensywnie 
przeżywanego snu.
 

– Chodź – mruczy Dominic, biorąc mnie za rękę. Prowadzi 

mnie korytarzem do drzwi mieszkania, które otwiera kodem 
wstukiwanym na klawiaturce numerycznej.
 

Za drzwiami kryje się duży apartament z panoramicznym 

widokiem miasta roztaczającym się z okien sięgających od sufitu 
do podłogi. Wnętrza są pustawe, bez śladu zamieszkania, prawie 
nieumeblowane.
 

– Wynajęte – wyjaśnia Dominic, zamykając za nami drzwi. – 

Nie zatrzymam się tutaj długo, na razie wystarczy.
 

Odwracam się do niego i rozchylam płaszcz. Stoję przed nim 

w czerwonej koktajlowej sukience i butach na wysokich obcasach. 
On z uznaniem mierzy mnie wzrokiem.
 

– Wyglądasz olśniewająco – mówi. Nagle zauważa perły na 

mojej szyi. – Coś nowego? – pyta.
 

Sięgam do zapięcia i zdejmuję naszyjnik. Wsuwam go do 

kieszeni płaszcza i pozwalam okryciu opaść na podłogę. 
 

– Pożyczone stroje i ozdoby – odpowiadam. – Myślę, że o 

background image

północy znikną.
 

Spogląda na zegarek.

 

– Już prawie północ – zauważa.

 

– Dlatego pora na nie – stwierdzam. Odpinam zamek z boku 

sukni, a potem wiercąc się lekko, pozwalam, by jedwab zsunął się 
po mnie na podłogę. Wychodzę z leżącej sukienki i staję przed nim
tylko w biustonoszu i majtkach. Spojrzenie Dominica wędruje po 
mnie, a ja tymczasem zrzucam szpilki. – Proszę – mówię. – Czar 
prysnął.
 

– Jesteś wolna od zaklęcia – szepcze Dominic, wpatrując się 

we mnie znacząco.
 

– Zawsze byłam – odpowiadam. – Nigdy mu się nie udało 

zamknąć mnie w wieży, mimo że bardzo tego chciał.
 

Dominic robi krok w moją stronę.

 

– Beth…

 

Przeszywa mnie dreszcz, gdy to słyszę.

 

– Beth? – odzywam się łagodnie. – Nie… Rosa?

 

On uśmiecha się do mnie wspaniałym, lekko nierównym 

uśmiechem, na którego widok mój żołądek wykonuje radosne 
salta.
 

– Uwielbiam Rosę… Jest taka słodka, taka chętna, taka… 

uległa. Sprawia mi ogromną przyjemność, gdy mogę ją uczyć 
posłuszeństwa i pokazywać jej, do czego jest zdolna. Mam 
nadzieję, że w przyszłości będę miał okazję robić to wiele razy. – 
Znów zbliża się do mnie o krok, jego bliskość przyprawia moje 
zmysły o drżenie. – Rosa dokonała też czegoś bardzo ważnego. 
Sprowadziła mnie z powrotem do ciebie, Beth. – Teraz stoi tak 
blisko, że dosięga mnie ciepło bijące z jego ciała i napawam się 
jego zachwycającym zapachem. Czuję, jak od środka wypełnia 
mnie pożądanie. – Rosa jest towarzyszką moich zabaw, ale ty, 
Beth… jesteś moją miłością.
 

Muszę ostro zaczerpnąć powietrza. To wspaniałe, cudowne 

wyznanie. On mnie kocha! Wiedziałam o tym już wcześniej, ale 
słysząc to z jego ust, jestem oczarowana.
 

– Kocham cię – szepczę w odpowiedzi.

background image

 

Dominic wyciąga rękę i przesuwa nią delikatnie po moim 

ramieniu, a potem w dół klatki piersiowej. Opuszki jego palców 
znaczą płonący ślad na wypukłości moich piersi, które w miarę jak
przyśpiesza oddech, wznoszą się i opadają coraz szybciej. Jego 
dotyk rozpala mnie, ale jest w nim coś innego niż ostatnio. Dzisiaj 
nie jestem Rosą, a ten mężczyzna nie odgrywa mojego pana. Nie 
zamierzamy bawić się w karę, która ma na celu pobudzenie moich 
zmysłów i wzniecenie we mnie szaleńczego pożądania. Tym razem
dotyk jego dłoni przekazuje mi czułość – on upaja się miękkością 
mojej skóry i sprężystością piersi, tak samo jak ja napawam się 
jego męską urodą. Dominic chwyta mnie za rękę i prowadzi do 
sąsiedniego pokoju – mniejszego i ciemniejszego, bez wielkiego 
okna. Umeblowanie ogranicza się tu jedynie do łóżka, komody i 
lampy, której złociste światło kładzie się blaskiem na ścianie, 
podczas gdy reszta sypialni tonie w cieniu.
 

Gdy docieramy do łóżka, Dominic odwraca się w moją 

stronę, bierze mnie w objęcia, przyciska do siebie i całuje 
nieskończenie wolno i intensywnie. Zatracamy się w sobie 
nawzajem, pochłonięci ruchem swoich warg i języków, ogarnięci 
obsesją wzajemnego smakowania ust i podnieceniem narastającym
w okolicy pachwin. Uświadamiam sobie, jak bardzo lubię ten 
moment, gdy dreszcz niecierpliwego wyczekiwania i coraz 
większe pożądanie stwarzają cudowne wrażenie, że pragnienie już 
wkrótce się spełni. Nasze ciała odpowiadają na siebie wzajemnie: 
moje na jego twardą erekcję, a jego na miękkie, poddające się 
piersi oraz wspaniale otwierającą się dla niego kobiecość. Oboje 
wiemy, że jesteśmy w stanie dać sobie nawzajem najczystszą 
rozkosz. Możemy się poddać zmysłowej przyjemności, delektować
się naszą żądzą, robić, cokolwiek zechcemy, ponieważ łączy nas to
samo pożądanie, ten sam cel, a co najważniejsze – mamy w 
sercach to samo uczucie. Przyjemność, jaką dajemy sobie 
nawzajem, smakuje tak cudownie, dlatego że nie chcemy robić 
tych rzeczy z nikim innym. Kiedy jesteśmy razem, nie 
potrzebujemy nikogo innego. Tworzymy dla siebie cały nasz świat,
wszystko inne mogłoby nie istnieć.

background image

 

„I dziś” – przypominam sobie – „nie jestem Rosą”.

 

Zaczynam mu rozpinać koszulę – robię coś, czego Rosa 

nigdy by nie zrobiła bez wyraźnego polecenia. Dominic patrzy, jak
moje palce schodzą coraz niżej. Jego pierś wznosi się i opada nieco
szybciej, kiedy prawie docieram do końca i zsuwam ubranie z jego
muskularnych ramion. Zostawiam koszulę na przedramionach, tak 
że lekko krępuje mu ruchy i przytrzymuje jego ręce z tyłu. 
Przesuwam dłońmi po jego torsie, przeczesuję miękki zarost 
pomiędzy piersiami. Pochylam głowę i biorę do ust lewy sutek, po 
czym wodzę wokół niego językiem. Delikatnie chwytam go 
zębami, a jednocześnie palcem wskazującym i kciukiem 
podszczypuję prawy i leciutko go skręcam. Dominic cicho jęczy – 
wiem, że mu się to podoba. Sutki są już pobudzone, sunę zatem 
ustami wyżej, ku barkom, gdzie wdycham jego zapach i skubię 
wargami ramiona. Gładzę go po brzuchu i plecach, przeciągam 
paznokciami po skórze. Pieszcząc jego ciało ustami, językiem i 
palcami, wyczuwam, jak rośnie w nim pożądanie. Sama napawam 
się zarówno jego bliskością, jak i tym, jakie wywieram na nim 
wrażenie. Staję na palcach, by go całować w szyję, leciuteńko 
przygryzać, lizać i rozkoszować się jego smakiem, a jednocześnie 
podążać w stronę ust. Czuję, że desperacko pragnie pocałunku, 
lecz wciąż jest uwięziony w koszuli, której jeszcze nie pozwalam 
mu zdjąć.
 

Przyciskam się do niego, mój biust ociera się o jego nagi tors,

a materiał stanika stymuluje przy tym moje sutki. Wreszcie 
wyciągam ku górze głowę i muskam wargami jego usta, lecz 
cofam się, zanim przerodzi się to w pocałunek. Znów zbliżam 
wargi do jego ust, tym razem przesuwając po nich koniuszkiem 
języka. Dominic rozchyla nieco wargi, oddech przyśpiesza mu 
jeszcze bardziej, ale nie daję mu możliwości zwiększenia tempa. 
Chcę się rozkoszować tym niezwykłym wyczekiwaniem, które 
niesłychanie podkręca nas obydwoje. Przyciskam język z większą 
siłą, wsuwam go między jego wargi na tyle, by pomyślał, że się 
zanurzy cały, ale natychmiast go cofam i tylko muskam wargami te
pełne pirackie usta, które tak bardzo kocham. W końcu sama nie 

background image

mogę już dłużej czekać. Całuję jego usta z pasją, napawam się ich 
upajającym smakiem, a on reaguje z całą mocą. Ściągam z niego 
koszulę, uwalniając mu ręce, a on natychmiast bierze moją twarz w
dłonie, jak gdyby chciał mnie przybliżyć do siebie jeszcze 
bardziej.
 

Nie wiem, jak długo się tak całujemy. Zabawa językiem 

muskającym wargi rozpala nasze zmysły niemal nie do zniesienia. 
Nigdy dotąd nie rozkoszowałam się pocałunkami w taki sposób, 
nigdy też nie uświadamiałam sobie, jak bardzo narasta pożądanie, 
gdy usta są ze sobą złączone tak długo. W miarę jak nasz 
pocałunek staje się coraz głębszy, wręcz wszechogarniający, czuję, 
jakbym się unosiła coraz wyżej przez migoczącą przestrzeń.
 

Nagle dociera do mnie, że Dominic mnie rzeczywiście 

podnosi, a ja instynktownie oplatam go nogami. W ten sposób 
łatwo niesie mnie nad łóżko, po czym wolno opada na kolana i 
delikatnie opuszcza mnie na posłanie. Nasze usta wciąż są 
połączone i rozstają się dopiero w chwili, kiedy Dominic kładzie 
mnie na pościeli. Leżę na plecach, a on klęczy nade mną, patrząc 
na moje ciało ciemnymi, płonącymi oczyma. Wyciągam rękę i 
przesuwam dłonią po jego piersi, wodzę palcami po pięknie 
zarysowanych mięśniach, coraz niżej, aż do kręcących się 
czarnych włosów ponad linią talii. Tworzą ścieżkę, która prowadzi 
do czekającego na mnie skarbu. Patrzę mu w oczy, a moje dłonie 
tymczasem rozpinają jego pasek oraz guzik od spodni, 
wyczuwając bijące spod ubrania gorąco. Widzę pod materiałem 
wielkie wybrzuszenie, ale staram się go nie dotknąć – jeszcze nie. 
Pragnę jak najwolniej czerpać rozkosze płynące z naszego 
zbliżenia. Nie jest to noc przeznaczona na zabawy ani pośpieszne 
przyjemności, żadna z tych, kiedy bez tchu pędzimy przez 
doznania, zmierzając szybko do kresu. Ta noc ma być pełna 
powolnej, zmysłowej miłości tylko nas dwojga – Dominica i Beth, 
których ciała tak doskonale do siebie pasują.
 

On wpatruje się we mnie i lekko dyszy, kiedy ściągam mu 

spodnie, odsłaniając bokserki. Pod tkaniną wyraźnie rysuje się 
wzwiedziony penis – długi, twardy, pełen pożądania. Sięgam do 

background image

wnętrza bokserek i uwalniam go, tak że sterczy dumny i gotów do 
działania. Dominic lekko wzdycha, gdy go dotykam, ale 
natychmiast puszczam i tylko patrzę na niego z uwielbieniem. Jest 
taki piękny, na jego widok czuję pulsowanie pomiędzy nogami. 
Wiem, że moja kobiecość nie może się już doczekać, kiedy jej 
mokra głębia zostanie nim wypełniona.
 

Ale nie… jeszcze nie.

 

Najpierw chcę dać mu rozkosz. Pragnę go całować i lizać, 

wziąć do ust. Dominic wciąż klęczy przede mną, podnoszę się 
więc i chwytam go za biodra, żeby przesuwać językiem po całej 
długości penisa, od nasady po sam czubek. Dominic jęczy, kiedy 
mój język bawi się gładką główką, zatacza ósemki wokół małej 
dziurki, kreśli spirale i przyciska czubek. Następnie liżę wrażliwy 
napletek, wsuwam go sobie do ust, delikatnie przygryzam i szybko
poruszam językiem w dół do podstawy główki. Robię to jeszcze 
dwa razy, ociągając się na każdym etapie podróży w górę i w dół 
prącia.
 

Wiem, że Dominic ledwie to może znieść, ale jest to dla 

niego sprawdzian połączony z niezwykłą przyjemnością. Słyszę, 
że ciężko oddycha, patrząc, jak go ssę, jak pobudzam jego penisa 
ustami. Jego palce przesuwają się po mojej głowie, a kiedy trafiam
na wrażliwy punkt, przyciskają mnie leciutko do niego. Dominic 
jęczy, gdy go delikatnie dotykam zębami, za każdym razem 
wywołując efekt zaskoczenia.
 

– O Beth – mruczy – nie wytrzymam dłużej. Do diabła, co ty 

ze mną robisz…
 

Wypuszczam jego penisa i wolno opadam z powrotem na 

pościel. On wie od razu, co ma robić. Przekręca się i kładzie obok 
mnie, tak że jego penis znajduje się koło moich ust, a moja 
kobiecość – tuż przy jego twarzy. Dominic językiem i zębami już 
skubie moje uda. Wzdycham z rozkoszy. Tak bardzo go pragnę, 
moje usta szukają jego penisa, a łechtaczka wyczekuje dotyku jego
języka. Chcę obu tych rzeczy naraz i on doskonale to rozumie, 
gdyż pragnie tego samego. Jego penis przyciska się do moich ust, a
on tymczasem bawi się już językiem u mojego wejścia. Liże 

background image

wypływające soki, wolno pieści ustami wargi sromowe i przesuwa 
językiem ku stęsknionej za czułym dotykiem łechtaczce. Biorę do 
ust penisa, ile mogę zmieścić, ssę mocno, a on kryje twarz między 
moimi nogami i sprawia mi językiem nieopisaną przyjemność, od 
której moje ciało rozpływa się w rozkoszy.
 

Czuję narastające w środku podniecenie, moja kobiecość 

pulsuje. Za każdym razem, gdy jego język przyciska i 
niewyobrażalnie drażni mi łechtaczkę, przepływa przeze mnie 
rozedrgana fala. Moja kobiecość pragnie być głaskana i 
pieszczona, niestrudzenie i rytmicznie doprowadzana do 
szczytowania. Podczas gdy Dominic liże ją i całuje, ona otwiera 
się niczym kwiat, dostarczając mi coraz silniejszych cudownych 
doznań.
 

Ale ja nie chcę jeszcze kończyć. Nie teraz. Dopiero 

zaczęliśmy. Pragnę porozkoszować się bliskością.
 

Odsuwam się trochę od Dominica i on od razu wie, o co 

chodzi. Zmienia pozycję, kładąc się twarzą tuż przy mojej. Jego 
usta – mokre od moich soków – całują mnie, język wsuwa się 
między moje wargi, przekazując mi smak mojej kobiecości. Całuję
go żarliwie, pobudzona zapachem naszej fizycznej miłości.
 

Teraz już żadne z nas nie może czekać dłużej, nasze ciała nie 

chcą się więcej opierać przemożnemu pragnieniu połączenia się w 
jedno. Nawet gdybym chciała nieco dłużej przeciągnąć 
oczekiwanie, nie umiałabym się powstrzymać, musiałabym wziąć 
go w siebie. Ciężki oddech Dominica świadczy o tym, że on też 
jak najszybciej chce się znaleźć w moim wnętrzu. Gorący penis 
niecierpliwie napiera na moje wejście, a naturalne nawilżenie, 
które ze mnie wypływa, bardzo mu to ułatwia.
 

– O, tak! – krzyczę, otwierając się dla niego jak najszerzej.

 

– Chcesz tego? – pyta Dominic. – Czy tego właśnie chcesz?

 

– Chcę.

 

– Jest twój, cały… On i ja… Wszystko jest twoje.

 

Wsuwa się we mnie mocnym pchnięciem. Plecy wyginają mi

się w łuk, głowa odchyla się do tyłu. Chwytam go ręką za pośladek
i ściskam z całej siły, jakbym chciała wepchnąć go dalej i głębiej. 

background image

Drugą dłonią przesuwam po jego plecach i wbijam paznokcie w 
skórę, jakbym go poganiała, żeby mnie pieprzył jeszcze mocniej.
 

On spełnia to życzenie z całą gorliwością. Moje ponaglające 

dłonie i niecierpliwe usta sprawiają, że Dominic odnajduje ostry 
rytm, wsuwa penisa głęboko i wyciąga go całego, po czym wraca i 
robi to znów, i znów, w każdy ruch wkładając więcej erotycznego 
napięcia. Nie wiem, jak długo wytrzymam, zanim się poddam 
pierwotnej potrzebie szczytowania. Wychodzę naprzeciw każdemu
przeszywającemu pchnięciu, aby z miażdżącej siły jego ciała 
czerpać jak największą przyjemność. Za każdym razem wspinam 
się wyżej i wyżej, coraz bliżej swojego szczytu.
 

– O Beth – dyszy Dominic – czy jesteś blisko? Dojdź dla 

mnie, proszę, chcę cię widzieć… – Jego słowa wywołują we mnie 
drgnienie, które oznacza, że przekraczam krawędź. Nie 
powstrzymam tego. Nadchodzi. Moim ciałem wstrząsa orgazm 
przetaczający się wielkimi, drżącymi falami. Nic nie widzę, wiem 
tylko, że doświadczam wszechogarniającej przyjemności, która 
porusza mnie do najdalszej głębi. Chyba coś krzyczę, ale nie mam 
pojęcia co. Kiedy powraca świadomość, nadal drżę, poruszana 
ostatnimi rozkosznymi falami orgazmu. Uświadamiam sobie, że 
Dominic jeszcze nie szczytował, więc przygotowuję się na kolejną 
przyjemność – mocnego pieprzenia w śliskim, mokrym wnętrzu. 
Mogłabym leżeć tu całą noc, z radością otwierając się na cudowne 
ruchy jego penisa, ale wiem, że to nie potrwa tak długo. Dominic 
jest coraz bliżej, pchnięcia stają się gwałtowniejsze, moja fala 
rozkoszy wzbudziła w nim tak nieodparte pożądanie, że choćby 
chciał, nie zdołałby się opierać ani chwili dłużej. Czuję, że jego 
penis nabrzmiewa we mnie, porusza się wolniej, dźga mocniej i 
mocniej, aż w końcu Dominic szczytuje. Otwieram oczy i patrzę, 
jak sztywnieje, jego grzbiet wygina się w łuk, a orgazm wytryskuje
z niego silnymi falami.
 

– O Beth – jęczy bez tchu.

 

Obejmuję go ciasno, rozkoszując się tym męskim 

szczytowaniem oraz miłością, którą słyszę w jego głosie.

background image
background image

Rozdział trzynasty

Budzimy się równocześnie, kiedy zimowe słońce zagląda 

przez ogromne okna do apartamentu. Leżymy w swoich ramionach
na satynowej pościeli i nie odzywamy się przez chwilę, tylko 
napawamy swoją bliskością. Moja głowa spoczywa na klatce 
piersiowej Dominica – słucham spokojnego rytmu bicia jego serca.
Rozmyślam leniwie o tym, że choć pościel z satyny jest taka 
cudowna, znacznie bardziej wolę poczciwą bawełnę. Tkanina 
bawełniana może być ciepła lub chłodna, zależnie od tego, co nam 
odpowiada, a nie ryzykujemy, że się po niej ześliźniemy na 
podłogę, jak w przypadku satyny… Podczas gdy takie myśli krążą 
nieśpiesznie po mojej głowie, Dominic gładzi mnie po włosach i 
od czasu do czasu pociera dwoma palcami płatek mojego ucha.
 

– Musisz mi opowiedzieć o Andrieju – odzywa się w końcu. 

– Powinienem dokładnie wiedzieć, jak wyglądają teraz wasze 
układy.
 

Zaczynam więc mówić o tym, co się wydarzyło od momentu,

kiedy go pożegnałam w Paryżu. Jak Andriej na pozór 
zaakceptował sytuację nieautentycznego obrazu i jak załatwił 
porozumienie z opatem.
 

– Coś mi się przypomniało – dodaję. – Zdaje się, że wśród 

zakonników był twój znajomy brat Giovanni.
 

Dominic spogląda na mnie z lekkim zdziwieniem.

 

– Naprawdę?

 

Kiwam głową.

 

– Nie rozpoznałam go oczywiście po wyglądzie, ponieważ 

kiedy go spotkałam w klasztorze, było ciemno, ale ma 
charakterystyczny głos. I podszedł do mnie, żeby zapytać o ciebie.
 

Dominic zasępia się odrobinę.

 

– Rzeczywiście zapytał? – marszczy brwi. – Brat Giovanni 

miał na mnie ogromny wpływ, gdy przebywałem w klasztorze. 
Najwyraźniej wyczuł moje rozterki i stał się chętnym, 

background image

współczującym powiernikiem tajemnic. Okazał mi wiele 
zrozumienia i bardzo chciał pomóc. – Przytula mnie odrobinę 
mocniej i dotyk jego ciepłej skóry przyprawia mnie o lekki 
dreszcz. – Brat Giovanni wprowadził mnie w niektóre reguły 
swojego zakonu… Dominikanie uważają, że można się oczyścić 
poprzez odbycie kary.
 

Przechylam głowę, żeby patrzeć mu prosto w oczy.

 

– Domyślam się, że to przemówiło do ciebie – zauważam 

miękko.
 

Potakuje.

 

– Zdawało się tak niewiarygodnie dla mnie odpowiednie. 

Wciąż próbowałem jakoś pogodzić się z tym, co się wydarzyło 
między nami. Jak mogłem przekroczyć granicę, zabrać cię do 
lochu i zadać ci ból nie do zniesienia. Przedtem karanie ludzi 
sprawiało mi, podobnie jak im, ogromną przyjemność. Do 
momentu, kiedy poddałem cię karze, której nie chciałaś. 
Wydawało mi się sensowne, że jeżeli ukarzę sam siebie, będę się 
mógł oczyścić zarówno z poczucia winy, jak i z pragnienia, aby to 
zrobić ponownie. Tak długo byłem panem, a teraz zapanowanie 
nad samym sobą stanowiło dla mnie największe wyzwanie. Brat 
Giovanni wyjaśnił mi to i pomógł na każdym etapie. Pokazał, jak 
używać knuta do samobiczowania, i na jakiś czas przyniosło to 
efekty, naprawdę. Myślałem, że mogę wybić z siebie swoje 
pożądania. A przynajmniej to ukryte pragnienie, by cię krzywdzić.
 

– I udało ci się? – pytam szeptem. – Uwolniłeś się od tego?

 

Milczy przez chwilę i w jego pięknych brązowych oczach 

dostrzegam toczącą się walkę.
 

– Nie – odpowiada w końcu. – Niezupełnie. Ale ta próba 

nauczyła mnie wiele. Dowiedziałem się, że muszę się przestać bać 
miłości i zaakceptować, że to ona ma dominować nade mną. A 
także że jest mocniejsza od moich popędów i potrafię skierować ją 
na inne tory.
 

– Rosa? – podsuwam delikatnie.

 

Dominic uśmiecha się do mnie.

 

– Kochanie, Rosa to wspaniały pomysł. Jest łagodną, uległą 

background image

duszą, której mi czasem trzeba. Kiedy ją upominam i daję jej 
klapsy, przeżywam to bardzo głęboko. A gdy szczytuje z moją 
pomocą, sprawia mi to wyjątkową przyjemność. Ale ona istnieje 
tylko w sypialni, a ja dowiedziałem się, że moje alter ego nie 
zawsze musi być obecne. Są inne drogi życia i różne sposoby 
okazywania miłości.
 

Wzdycham szczęśliwa i mocniej wtulam się w jego pierś. 

Więc mroczne ekscytacje mojego życia z Dominikiem będą trwały 
nadal, kiedy oboje postanowimy wejść w świat erotycznych zabaw.
Bardzo się z tego cieszę. Potrafię poddać się przyjemnościom oraz 
podążać drogą uległości i rozkoszy, jakiej sama nie umiem sobie 
nawet wyobrazić. Wiem, że jesteśmy dopiero na początku podróży,
która zabierze nas do wielu urozmaiconych sposobów 
zaspokojenia, i że Dominic będzie dla mnie surowym, lecz czułym 
przewodnikiem, wymagającym, a zarazem zapewniającym 
ochronę. Drżę na myśl o tym, co czeka pokorną Rosę z rąk jej 
pana. A poza tym światem, na zewnątrz, są Beth i Dominic – 
dwoje kochających się ludzi, którzy wspierają się nawzajem i 
pielęgnują swoją miłość na równych prawach.
 

Gdyby nie zaborczość Andrieja, wszystko układałoby się 

wreszcie idealnie…
 

Ta myśl sprowadza na mnie uczucie strachu i gniewu.

 

– Dominic – mówię, siadając prosto – Andriej powiedział, że 

chce cię zniszczyć. Dał ci czas do Nowego Roku, żebyś przyjął 
jego propozycję powrotu do pracy u niego. Jeżeli tego nie zrobisz, 
zmiecie cię razem z twoim biznesem. Dał do zrozumienia, że jeśli 
mu nie ulegniesz, nie cofnie się przed przemocą.
 

Dominic reaguje lekceważeniem.

 

– To zbir. Nie przestraszy mnie w ten sposób. Jeżeli myśli, że

wrócę do niego, musi być niespełna rozumu. Nigdy już nie będę 
pracować dla Andrieja ani dla nikogo innego, jeśli o to chodzi. 
Sam sobie teraz rozkazuję i tak już zostanie.
 

Wiedziałam, że odpowie w ten sposób. Podziwiam jego 

nieskończoną pewność siebie i nieustraszoną postawę względem 
byłego szefa, mimo że się o niego boję. Wiem jednak, że Dominic 

background image

nie zmieni zdania, nawet ze względu na mnie.
 

– Jest coś jeszcze – dodaję. – Wczoraj wieczorem w końcu 

wyraźnie powiedział, czego ode mnie chce.
 

Dominic sztywnieje i spogląda na mnie pytająco.

 

– Tak?

 

– Chodzi o to, że… – waham się. Nie bardzo wiem, jak to 

wyrazić. Nic na to nie poradzę, że boję się jego reakcji. Nie będzie 
ona miła, jestem tego pewna. – Powiedział mi w wielu podniosłych
słowach, że chce, abym była jego życiową partnerką i miała z nim 
dzieci.
 

Dominic nieruchomieje.

 

– Co takiego? – pyta lodowatym tonem. – Czy to oznacza 

małżeństwo?
 

– Chyba tak – mówię udręczona. – To właśnie dał mi do 

zrozumienia. Że mogłabym dzielić z nim życie i założyć dla niego 
rodzinę.
 

Dominic śmieje się, lecz jest to zimny, chrapliwy dźwięk, w 

którym nie ma radości.
 

– Czemu, do licha, myśli, że za niego wyjdziesz?

 

– Mówi, że to będzie dla mnie najlepsza rzecz, nawet jeżeli 

sama o tym nie wiem.
 

Widzę w jego oczach jakby zalążek strachu.

 

– Ale ty nie chcesz, co?

 

– Oczywiście, że nie! – potwierdzam. – Kocham cię, wiesz o 

tym! A gdybym nawet nie żywiła do ciebie takich uczuć, nie 
kocham Andrieja i nigdy nie pokocham. Nie mogłabym za niego 
wyjść. 
 

– A więc dlaczego uważa, że to zrobisz?

 

Ogarnia mnie smutek na myśl o tym, co dokładnie 

powiedział Andriej.
 

– Próbuje mnie szantażować – wyjaśniam. – Stwierdził, że 

jeżeli się nie zgodzę, zniszczy Marka. Udowodni, że Mark 
poświadczył autentyczność malowidła, i wykorzysta to przeciw 
niemu. Wytoczy mu proces i zniesławi go przed całym światem.
 

Dominic rozmyśla ze zmarszczonymi brwiami. Po chwili 

background image

mówi:
 

– Oszczerstwo i zniesławienie… Właśnie tego rodzaju 

zachowania spodziewałbym się po Dubrowskim. A jednak coś tu 
nie gra. – Spogląda na mnie. – Według twoich słów opat był 
zadowolony, że dostał obraz z powrotem, i zwrócił pieniądze, tak?
 

Kiwam głową.

 

– Wyglądał na uszczęśliwionego.

 

– W tym właśnie sęk – mruczy Dominic.

 

– Wydaje się to trochę dziwne, że ty i Anna pracowaliście w 

tym samym klasztorze, w którym odkryto tak cenne dzieło sztuki –
dzielę się z nim przemyśleniami. – Zapewne spędziłeś tam sporo 
czasu, skoro zdążyłeś poznać brata Giovanniego.
 

Potakuje skinieniem.

 

– Zgadza się. Korzystaliśmy z tego odosobnienia, pracując 

nad wielkim kontraktem. Andriej kazał w jednym pomieszczeniu 
zamontować wszelkie udogodnienia komunikacyjne i spędziliśmy 
tam kilka tygodni z nielicznymi przerwami.
 

– A potem kupił Fra Angelica. – Przypominam sobie coś 

jeszcze: – Czy brat Giovanni miał dobre kontakty z Anną? O nią 
też pytał.
 

– Naprawdę? – Dominic zastanawia się przez sekundę. – Nie 

pamiętam, żeby w ogóle miał z nią coś wspólnego. Wszyscy 
trzymali się od niej z daleka. Może wyczuwali coś 
niebezpiecznego.
 

– Coś diabolicznego – dodaję z uśmiechem. Próbuję sobie 

wyobrazić wrażenie, jakie piękna, niezwykle seksowna Anna 
mogła wywierać na mieszkańcach klasztoru. – Chciał wiedzieć, 
czy ona wróci, i był rozczarowany, kiedy mu powiedziałam, że 
raczej nie.
 

Następuje chwila ciszy, w której Dominic przyswaja 

informacje, po czym odzywa się wolno:
 

– Więc Andriej zamierza zniszczyć Marka, w razie gdybyś 

nie podporządkowała się jego życzeniom. Rozumiem. Sprytny jak 
zawsze. Dla większości ludzi słabym punktem są drogie im, 
kochane osoby. A wszystko z powodu tego obrazu.

background image

 

Kiwam głową.

 

– Właśnie.

 

Dominic raptownie siada wyprostowany.

 

– Odlatujesz dziś wieczór?

 

– Tak.

 

– Wracam z tobą do Londynu. Chcę coś sprawdzić; coś, co 

może rzucić światło na gierki Andrieja. Wyruszamy, gdy tylko 
weźmiemy od niego twoje rzeczy.
 

– Więc mam go tak po prostu zostawić? – pytam na wpół 

podekscytowana, na wpół przestraszona. – Mimo jego gróźb?
 

– A jest jakiś wybór? – odpowiada pytaniem Dominic. Jego 

ciemne oczy poszukują moich. – Czy możesz wrócić do niego i 
powiedzieć, że jesteś gotowa być z nim do końca życia?
 

– Nie, jasne że nie!

 

– Masz swoją odpowiedź. Oczywiście, że go zostawisz.

 

– Ale ty… i Mark…

 

– Ja umiem o siebie zadbać. Tak się zresztą składa, że nie 

mogę się doczekać ostatecznej rozprawy z Dubrowskim. Zasłużył 
sobie na swój los. A co do Marka, nie sądzę, żeby Andriej zagrał 
już swoją atutową kartą. Gdyby to zrobił, nie byłoby powodu, dla 
którego miałabyś do niego wracać. Poza tym coś mi mówi, że ta 
sprawa nie jest taka prosta, jak się wydaje.
 

Też się podnoszę i siadam prosto. Czuję mrowienie z emocji.

 

– Więc jedziemy po moje rzeczy do Andrieja?

 

– I to jak najszybciej. – Dominic bierze mnie za rękę, wsuwa 

ją pod pościel i przyciska do wzwiedzionego penisa, który gorący i
twardy naciska na moją nogę. – Ale najpierw zajmiemy się tym… 
 

Godzinę później szary sportowy samochód mknie ulicami 

Manhattanu do neogotyckiej rezydencji, którą opuściłam zeszłego 
wieczoru.
 

Ochroniarz nie wpuszcza nas do środka, tylko dzwoni do 

mieszkania na górze. Po krótkiej rozmowie oznajmia:
 

– Tylko pani może wejść. Dżentelmen musi zaczekać na 

zewnątrz.
 

Dominic kiwa głową.

background image

 

– Okej – mówi. Ale gdy znajdujemy się już w korytarzu, 

stwierdza: – Niech mnie tylko spróbują zatrzymać.
 

Kładę rękę na jego ramieniu.

 

– Poczekaj, przemyśl to. Nie chcę patrzeć, jak wy dwaj 

walczycie o moją walizkę. Pozwól, że pójdę sama. Jeżeli nie wrócę
za dziesięć minut, przyjdziesz po mnie.
 

Spogląda na mnie i niechętnie przyznaje mi rację.

 

– Dobrze, rozumiem cię. Dziesięć minut, nie dłużej. Potem 

ruszam na górę.
 

– W porządku.

 

Jadę windą na piętro Andrieja i pukam do drzwi mieszkania. 

Otwiera mi Renata.
 

– Dzień dobry – wita się z kamienną twarzą. Cofa się o krok, 

by mnie wpuścić. – Spakowałam pani rzeczy. Są tutaj.
 

– Dziękuję. – Wchodzę do holu, gdzie czeka na mnie moja 

walizka.
 

– Czy to wszystko? – pyta gospodyni.

 

– Tak. Nie potrzebuję niczego więcej. Już wychodzę. – 

Sięgam po swój bagaż.
 

– Beth. – Słyszę Andrieja, który wychodzi z cienia i staje w 

plamie światła. Wygląda okropnie, twarz ma zmęczoną, oczy 
podkrążone, bez blasku. – Gdzie byłaś? Martwiłem się o ciebie. 
Kim była ta obca kobieta, z którą wyszłaś?
 

Wolno podnoszę na niego wzrok. Nie mogę znieść jego 

udręczonego spojrzenia. Mimo tego wszystkiego, co się 
wydarzyło, nie chcę go ranić.
 

– To po prostu ktoś, kto mi pomógł, gdy tego potrzebowałam.

Załamałam się po tym, co mi powiedziałeś wczoraj wieczorem. 
Później nie mogłam już z tobą zostać.
 

Renata zostawia nas samych. Andriej robi krok w moją 

stronę.
 

– Ale dlaczego? Zaproponowałem ci tylko moje życie i serce.

Czy zaraz musiałaś uciekać ode mnie, jakbym miał cię 
skrzywdzić?
 

– Przecież mnie zraniłeś! – wybucham. – Groziłeś ludziom, 

background image

którzy są mi drodzy! Próbowałeś szantażem wymóc na mnie 
związek z tobą! Nie dociera do ciebie, że kocham kogoś innego? 
Sprawiłeś, że teraz w ogóle nie jest możliwe, żebym przy tobie 
była. Nie mogę już dla ciebie pracować, musisz to zrozumieć.
 

Jego twarz wykrzywia się na moment, w niebieskich oczach 

błyska zaciętość.
 

– Co to ma znaczyć?

 

– To znaczy, że się z tobą żegnam, Andriej. – Wkładam rękę 

do kieszeni płaszcza i wyjmuję ciężki sznur pereł. Podaję mu go, 
robiąc krok naprzód. Andriej automatycznie wyciąga rękę i 
upuszczam naszyjnik prosto w jego nadstawioną dłoń. – Ubrania 
odeślę później – dodaję miękko, po czym odwracam się do 
odejścia.
 

– Beth! – głos mu się łamie z rozpaczy.

 

Zwracam się wolno ku niemu.

 

– Nie sądzę, żebyśmy mieli sobie coś więcej do powiedzenia.

Przykro mi, że to się kończy w ten sposób.
 

– Nie odchodź, proszę.

 

– Nie mam wyboru. Dałeś mi ultimatum i podjęłam decyzję.

 

– Mówiłem poważnie, Beth. Jeżeli teraz wyjdziesz, zrealizuję

wszystko, o czym ci wspomniałem.
 

– Spełnisz groźby i zaszkodzisz ludziom, których kocham? – 

Potrząsam głową. – Miałam cię za kogoś większego i lepszego.
 

W tym momencie otwiera się winda i wychodzi z niej 

Dominic. Widzę go przez otwarte drzwi wejściowe.
 

– Beth, jesteś tam? Wszystko w porządku?

 

– W porządku – odpowiadam pośpiesznie. – Wracaj do 

windy, Dominic. Już idę.
 

Twarz Andrieja tężeje, w oczach pojawia się przerażający 

błysk okrucieństwa.
 

– Co on tu robi, do diabła? To z nim spędziłaś noc?

 

– Nie powinno cię to obchodzić – stwierdzam. Biorę walizkę 

i zmierzam do drzwi.
 

Andriej wyprzedza mnie błyskawicznie.

 

– Czy to ty, Stone? Jak śmiesz się tu pojawiać? Zabieraj tyłek

background image

z mojej posesji, bo cię wyrzucę!
 

Dominic staje przed nim zwarty i gotowy do konfrontacji. 

Oczy mu płoną z wściekłości.
 

– Nie próbuj zgrywać przede mną twardziela, Andriej, to nie 

zadziała. Znam cię, pamiętasz? Najwyraźniej jednak zapomniałeś 
te lata, kiedy zdzierałem sobie tyłek, pracując dla ciebie i 
zarabiając twoje miliony. Zdaje ci się, że tylko ty możesz wymagać
lojalności. Nie przypominasz sobie, ile mi zawdzięczasz?
 

Andriej niemal prycha pogardliwie, gdy mówi:

 

– Ja zawdzięczam tobie? – Usta wykrzywiają mu się 

złośliwie. – Mieszają ci się pojęcia, przyjacielu.
 

– Przyjacielu? – Dominic spogląda na niego jednocześnie z 

pogardą i rozbawieniem. – Wręcz przeciwnie. Przyjaciele nie 
zachowują się tak jak ty, Andriej. Mogliśmy stanąć do pojedynku 
na równych prawach i współzawodniczyć ze sobą sprawiedliwie, 
okazując sobie wzajemnie szacunek, ale to nie w twoim stylu, 
prawda? Wolisz taktykę oprycha, tak? Jak dzieciak, który zasłania 
się przechwałkami i agresją, a w środku boi się, że świat odkryje, 
kim naprawdę jest: kolejnym pyskaczem, w duchu 
podejrzewającym, że niewiele sobą prezentuje.
 

Andriej zaciska pięści i wygląda, jakby się miał na niego 

rzucić. Dominic mierzy go wrogim spojrzeniem, po czym dodaje 
cicho:
 

– I myślisz, że możesz też zastraszyć Beth, co? Wiesz, jest 

takie przysłowie: dziewczyna nie pójdzie za draniem. Słyszałeś o 
nim?
 

– Trzymaj się od tego z daleka, Stone, ostrzegam cię – 

warczy Andriej. Zaraz straci panowanie nad sobą, widzę to 
wyraźnie. – Pozwól Beth podjąć samodzielnie decyzję.
 

– Tak zrobię – odpowiada Dominic z półuśmiechem. – Nie 

będę jej szantażował, żeby mnie wybrała. Zostanie ze mną, 
ponieważ sama tego chce.
 

– Ty pieprzona, podła kanalio – syczy wściekle Andriej; 

widać, że lada chwila wybuchnie i zrobi coś głupiego.
 

Nie chcę, żeby przerodziło się to w fizyczną przemoc, a 

background image

wiem, że jeśli do tego dojdzie, Dominic nie odpuści. Staję 
pomiędzy nimi i kładę dłoń na ramieniu Dominica.
 

– Nie tutaj – mówię szybko. – Chodźmy stąd, nie chcę teraz 

kłopotów.
 

Dominic krzyżuje z Andriejem spojrzenia i patrzą na siebie 

wściekle, w powietrzu wisi ciężka nienawiść. Stawiam walizkę w 
windzie i biorę Dominica za rękę. – Chodź już.
 

– Dobrze – zgadza się i rusza za mną. – Bicie przeciwnika 

naprawdę nie jest w moim stylu.
 

– Pożałujesz tego, Beth! – woła za mną Andriej. – Zmuszasz 

mnie do użycia siły, wiesz o tym!
 

Stoję z Dominikiem w windzie, drzwi zasuwają się, a ja 

rzucam ostatnie spojrzenie na twarz Andrieja – widzę gniewny 
grymas i lodowate niebieskie oczy.
 

– Chryste – odzywa się cicho Dominic. – Nigdy w życiu nie 

zdarzyło mi się, żebym chciał kogoś rozerwać gołymi rękami.
 

– Dobrze to ukryłeś. Andriej był bliski wybuchu, jakby miał 

zaraz naskoczyć na ciebie, ale ty wyglądałeś spokojnie.
 

– Musiałem sobie tylko przypomnieć, że nie chcę się zniżać 

do jego poziomu.
 

– Myślę, że zapaliłam lont – mówię drżącym głosem. – Nie 

sądzę, żeby cokolwiek było w stanie powstrzymać teraz eksplozję.
 

– Poczekaj. – Dominic otacza mnie ramionami. – Nie jest 

głupi. Wie, że nic więcej na ciebie nie ma. To jego ostatnia karta 
przetargowa. Nie zmarnuje jej, zobaczysz. – Potem całuje mnie 
namiętnie, jakby przez chwilę się obawiał, że znowu mnie straci.
 

Jedziemy z powrotem do mieszkania Georgie. Siostra 

Dominica wyraźnie odczuwa ulgę na nasz widok i zaprasza nas na 
lunch. Przebieram się – zmieniam koktajlową sukienkę na strój 
bardziej odpowiedni do podróży samolotem.
 

– Czy mogłabyś odesłać te rzeczy Dubrowskiemu? – pytam, 

kładąc na kupce starannie złożoną suknię i czarny płaszcz oraz 
buty.
 

– Jasne. – Georgie świetnie wygląda w zwykłych 

dopasowanych dżinsach i wyciągniętym szarobrązowym swetrze, 

background image

na którego tle pięknie się odcinają jej połyskliwe ciemne włosy. – 
Wszystko w porządku?
 

Dominic i ja wymieniamy spojrzenia.

 

– Tak. – Staram się to powiedzieć z jak największą 

pewnością w głosie.
 

Georgie wzdycha.

 

– Rozumiem, że nie opowiecie mi wszystkiego, ale mam 

nadzieję, że obydwoje wiecie, co robicie. Nie podoba mi się, że 
zadajecie się z tym gangsterem.
 

Dominic spogląda na mnie rozbawionym wzrokiem.

 

– W oczach mojej siostry ciągle mam osiem lat – mruczy. – 

Nadal nie wierzy, że potrafię sam przejść przez ulicę. 
 

– Oczywiście, że wierzę! – protestuje Georgie. – Ale 

Dubrowski jest niebezpieczny, wszyscy o tym wiemy. Nigdy mi się
nie podobało, gdy dla niego pracowałeś.
 

Patrzę na nią i z radością obserwuję, jak bardzo przypomina 

brata. Cieszę się też, że Dominic ma starszą siostrę, która się o 
niego martwi. Nie mogę się doczekać, kiedy dowiem się o nim 
więcej: o jego dotychczasowym życiu i rodzinie. 
 

Georgie zwraca się do mnie żarliwie:

 

– Beth, przemówisz mu do rozsądku, co?

 

– Zrobię, co w mojej mocy – odpowiadam z uśmiechem.

 

– Naprawdę musisz wracać do Londynu? – pyta Dominica. – 

Myślałam, że zostaniesz ze mną na święta. Zaprosiło nas 
kuzynostwo z Fairfield, będzie cudownie.
 

– Muszę lecieć – mówi poważnie Dominic. – Mam do 

załatwienia pewną sprawę. – Posyła mi spojrzenie, od którego 
dostaję gęsiej skórki. – Ale może uda mi się wrócić na święta. Dam
ci znać.
 

Odczuwam dziwne rozczarowanie, choć wiem, że sama 

zamierzam spędzić Boże Narodzenie z rodziną. Dlaczego Dominic
nie miałby świętować ze swoimi bliskimi? Próbuję się otrząsnąć ze
smutku, a tymczasem Georgie narzeka:
 

– Wszystko zostawiasz na ostatni moment. Nie mogę 

powiadomić cioci Florence, czy ma się ciebie spodziewać, czy nie.

background image

 

– Nic się nie stanie – stwierdza beztrosko jej brat. – Jeden 

gość więcej, jeden mniej nie robi zbytniej różnicy, zważywszy na 
to, że całe przygotowania i tak należą do obowiązków lokaja, 
sześciu pokojówek i czterech kucharzy.
 

Georgie śmieje się wbrew sobie.

 

– Daj mi znać jak najszybciej – prosi.

 

– Jasne. – Dominic odstawia pusty talerz po posiłku. – 

Chodź, Beth. Jedziemy na lotnisko.
 

Na zewnątrz czeka na nas elegancki czarny samochód z 

kierowcą w czarnym garniturze. Nie pytam Dominica, co się stało 
z szarym sportowym wozem. Odnoszę wrażenie, że wiele się 
zmieniło – on jest teraz ważną osobą, nie kłopocze się 
drobiazgami, ma od tego ludzi. Do tej pory zdążył wspomnieć co 
najmniej o dwóch asystentach, a w drodze z Manhattanu na JFK 
nieustannie wysyła wiadomości.
 

Zerkam za siebie na spektakularną linię horyzontu – sylwetki

słynnych wieżowców rysują się wyraźnie na tle bladego błękitu 
popołudniowego nieba. Zimowe słońce wisi już bardzo nisko. 
Kiedy tydzień temu jechałam w przeciwną stronę, nie miałam 
pojęcia, co mnie tutaj czeka. Przylatując z Laurą, nawet się nie 
domyślałam, że będę wracać z Dominikiem.
 

Odwracam się z powrotem i spoglądam w przyszłość. Mam 

tylko nadzieję, że nie rozpętałam biegu wypadków, które 
sprowadzą katastrofę na Marka, na mnie i Dominica.
 

„Pewnie dowiem się tego wkrótce”.

background image

Rozdział czternasty

Podróż powrotna okazuje się cudownie relaksująca, tym 

bardziej że znów lecę pierwszą klasą.
 

– Nasz babski wypad udał się wspaniale – mówię bez 

zastanowienia. – Laura była zachwycona. – Wtem przypominam 
sobie, że to Dubrowski zafundował nam dodatkowe luksusy, i 
gryzę się w język.
 

– Cieszę się, że ci się podobało – opowiada Dominic z 

szerokim uśmiechem. – To taki przyśpieszony bożonarodzeniowy 
prezent.
 

Wlepiam w niego wzrok.

 

– To ty!

 

Potakuje skinieniem głowy.

 

– Przelot pierwszą klasą? Myślałam, że to pomysł Andrieja.

 

– Odniosłem wrażenie, że tak pomyślałaś, kiedy nie 

wspomniałaś o Soho Grand, a ja wiedziałem, że się tam 
zameldowałyście.
 

– To też ty? Ale nie Four Seasons, to zdecydowanie 

zarezerwował Andriej. Był wściekły, kiedy nie zatrzymałyśmy się 
w tym hotelu. 
 

Dominic ma lekko zdezorientowaną minę.

 

– Four Seasons? – powtarza. – Nic mi o tym nie wiadomo.

 

Opowiadam mu więc, jak nas zabrano z lotniska i jak 

odrzuciłam pokój w Four Seasons. Mówię mu też, że nie 
przyjęłabym również pokoju w Soho Grand, gdyby nie to, że 
sprytnie anulował naszą rezerwację w hotelu Washington.
 

Dominic śmieje się.

 

– A więc odbyło się przeciąganie liny, a wy byłyście 

pośrodku: jedna strona ciągnęła was do Four Seasons, a druga do 
Soho Grand!
 

– Cieszę się, że to ty wygrałeś – odpowiadam miękko i biorę 

go za rękę.

background image

 

– Ja też. Myśl o tym, że płacę za pusty loft, nie byłaby ani 

trochę ekscytująca. – Oczy mu błyszczą z rozbawienia, gdy ściska 
moją dłoń. – Ale podoba mi się, że Andriej płacił za pusty pokój w 
Four Seasons.
 

Czuję się niesamowicie błogo, spędzając z nim cały 

siedmiogodzinny lot. Przez cały ten czas trzymamy się za ręce, co 
chwila zapewniamy o swoich uczuciach pieszczotliwym gestem 
lub szybkim pocałunkiem, a gdy oglądamy film, kładę głowę na 
ramieniu Dominica. Wolałabym, aby ten lot nigdy nie dobiegł 
końca, ponieważ wiem, że gdy tylko wylądujemy, powrót do 
rzeczywistości zaraz nas rozdzieli.
 

– Nie chcę się z tobą rozstawać ani na chwilę – mówię, kiedy

kapitan ogłasza, że podchodzimy do lądowania.
 

– Ja z tobą też nie – odpowiada Dominic. – Ale mam kilka 

rzeczy do załatwienia. Uwierz mi, to wszystko dla ciebie, żeby 
uporządkować ten nieszczęsny bałagan. Nie wierzę, by Andriej 
miał się zatrzymać. Nie spocznie, póki mnie nie zniszczy, a ty nie 
pożałujesz, że go odrzuciłaś. Dlatego zamierzam podjąć walkę… i 
wygrać.
 

– Dasz radę? – Na samą myśl o takim starciu przepełnia mnie

niepokój.
 

– Naprawdę musisz pytać? – Uśmiecha się do mnie i czuję, 

jak powraca mi wiara w jego możliwości. Wiem, że Dominicowi 
nie brakuje siły i środków, że jest w stanie dać odpór 
Dubrowskiemu. Przeraża mnie jednak myśl o tym, co się stanie, 
jeśli mu się nie uda.
 

Jest już późno, gdy przybywamy do Anglii. Na lotnisku 

czeka samochód, który ma nas zabrać do mieszkania Dominica w 
Mayfair.
 

– Drogi stary dom przy Randolph Gardens – wzdycham, 

spoglądając na majaczącą w mroku fasadę w stylu art déco, słabo 
oświetloną latarniami ulicznymi i blaskiem bijącym z kilku okien. 
– Myśl o tym miejscu za każdym razem napawa mnie szczęściem.
 

Dominic bierze mnie za rękę.

 

– Ten dom zawsze będzie mi bliski, ale zamierzam się 

background image

przenieść w inne miejsce.
 

– Naprawdę? – pytam zaniepokojona. Taka jestem 

przywiązana do jego apartamentu z widokiem na okna mojej 
starszej krewnej, u której mieszkałam w lecie, kiedy się 
poznaliśmy, a także do buduaru, który Dominic wynajął na 
jedenastym piętrze z myślą o naszych wspólnych zabawach. – 
Dokąd się przeprowadzasz? Nie opuszczasz chyba Londynu, co?
 

– Londyn zawsze pozostanie dla mnie ważny – odpowiada 

łagodnie. – Ale zamierzam sporo podróżować. Powinienem się 
zdecydować, gdzie zapuścić korzenie. Moja siostra mieszka w 
Nowym Jorku, a ja będę tam dużo pracować. Byłoby sensownie 
osiąść bliżej rodziny. 
 

– Tak, pewnie tak – zgadzam się z nim, ale czuję się 

okropnie. Rodzice Dominica już nie żyją, zatem to jasne, że chce 
być blisko siostry, bo tylko ją ma na tym świecie, jeśli nie liczyć 
kuzynostwa, które i tak, jak się okazuje, mieszka w Stanach.
 

Dominic uśmiecha się i całuje mnie czule.

 

– Nie martw się. Będziemy razem. Dopilnuję tego. – Pochyla

się do przodu i daje kierowcy wskazówki, jak ma mnie odwieźć do
domu. – Będę z tobą w kontakcie – mówi przy pożegnalnym 
pocałunku. – Ale załatwiając sprawy, mogę się przez jakiś czas nie 
odzywać, więc się nie zamartwiaj.
 

– Byle nie za długo – odpowiadam prosząco.

 

– Na pewno.

 

Wysiada, zamyka za sobą drzwi i macha mi na pożegnanie. 

Patrzę, jak idzie po schodach do budynku, i źle mi z tym, że nie 
mogę mu towarzyszyć. Tak bardzo chciałabym spędzić tę noc, 
podobnie jak każdą inną, w jego objęciach, wdychając piżmowy 
zapach i rozkoszując się bliskością jego ciała.
 

Jednak gdy docieram do domu, cieszę się, że wracam na 

swoje śmieci. Laura już mocno śpi i uświadamiam sobie, że 
dochodzi druga w nocy. Padam więc do łóżka i niemal od razu 
zasypiam.
 

Rano Laura radośnie wita mnie w domu i chce od razu 

usłyszeć o moich przygodach. Opowiadam jej sporo, ale 

background image

zatrzymuję dla siebie szczegóły pojawienia się Andrieja. Mojej 
przyjaciółce wystarcza historia o spotkaniu z Georgie i fakt, że 
okazała się ona siostrą Dominica. Laura jest rozemocjonowana i 
nie może się nacieszyć tym, że Dominic odnalazł mnie w Nowym 
Jorku. Spędzamy razem weekend, przygotowując się do wyjazdu 
na święta do naszych rodzin. Wyruszamy do centrum, żeby 
odważnie zmierzyć się z tłumami i zrobić ostatnie zakupy. 
Dzwonię też do mamy, a ona ogromnie się cieszy, że mnie 
wreszcie słyszy.
 

– Beth, kiedy wracasz? – pyta. – Nie zaczniemy świętować 

bez ciebie.
 

– Nie jestem pewna. Wigilia wypada w piątek, prawda? 

Wtedy już pewnie będę w domu, ale najpierw muszę odwiedzić 
Marka i dokończyć sprawy związane z pracą.
 

– Rozumiem. Mam nadzieję, że twój biedny szef wraca do 

zdrowia. Dasz mi znać, kiedy możemy się ciebie spodziewać, 
dobrze?
 

– Tak, oczywiście. Do zobaczenia, mamo.

 

– Do zobaczenia wkrótce, kochanie.

 

Odkładając telefon, rozmyślam nad tym, że co prawda moim 

największym marzeniem jest spędzanie czasu z Dominikiem, ale 
przecież dopisuje mi wielkie szczęście, ponieważ mam rodzinę, do
której jadę na święta.
 

W poniedziałek stawiam się wreszcie w pracy – niemal 

tydzień później, niż miałam w planach po powrocie z Nowego 
Jorku. W mieście naprawdę daje się teraz odczuć świąteczny 
nastrój, na ulicach i w sklepach trwa szaleństwo zakupów, 
pozostało już tylko kilka dni na przygotowania do świąt. Na 
połyskliwych czarnych drzwiach domu Marka wisi ogromny 
wieniec. Wygląda bardzo radośnie, ale ja pukam do drzwi z 
niejakim lękiem. Andriej ma nieco czasu na to, by się zastanowić 
nad wypadkami ostatnich dni. Dominic wprawdzie z wielką 
pewnością siebie twierdzi, że Dubrowski nie zrealizuje swoich 
gróźb, ale i tak jestem pełna obaw, że zastanę Marka 
przygniecionego złymi nowinami.

background image

 

Drzwi otwiera mi Caroline, bardziej zaróżowiona na twarzy 

niż zwykle, ale zadowolona z mojego przybycia.
 

– Czy dobrze się bawiłaś? – pyta, prowadząc mnie na dół, do 

oranżerii, której nie widziałam nigdy przedtem.
 

– Tak, było cudownie. Mam nadzieję, że Mark dostał moje 

raporty. Udało mi się załatwić prawie wszystko, o co prosił.
 

– Jest wielce usatysfakcjonowany. Tym bardziej że była to 

twoja pierwsza wizyta w Nowym Jorku. Mark przebywa tutaj na 
dole, ponieważ w oranżerii jest ciepło i miło, poza tym łatwo dało 
się wstawić łóżko… – Caroline wpuszcza mnie do wilgotnego, 
ciepłego wnętrza. 
 

Mark leży na wygodnej kanapie, jego szczupłe ręce 

spoczywają na kocu. Zwraca się do mnie, gdy wchodzę.
 

– Beth! – woła na powitanie, ale wymawia moje imię bardzo 

niewyraźnie.
 

– Wciąż ma bardzo spuchnięty język – wyjaśnia jego siostra 

ściszonym głosem. – Ale gdy się przyzwyczaisz, będziesz 
rozumiała, co mówi.
 

– Dzień dobry, Mark! – witam się radośnie i podchodzę, żeby

go pocałować w policzek. – Wspaniale, że jesteś w domu.
 

– Siadaj, siadaj! – odzywa się do mnie swoim nowym 

głosem. – Opowiedz mi o Nowym Jorku. Chcę znać wszystkie 
ploteczki.
 

Zdaję mu więc relację ze swoich przygód, starając się, żeby 

brzmiała jak najbardziej zabawnie i interesująco. Mark słucha 
uszczęśliwiony, oczy mu błyszczą i śmieje się, gdy opowiadam o 
czymś wesołym. Pokojówka przynosi nam kawę, a ja tymczasem 
przyzwyczajam się do zmienionej mowy Marka. Rozumiem, kiedy
wypytuje o konkretnych znajomych albo o dzieła sztuki. Nie 
wspominam mu o moim spotkaniu z Andriejem, ale gdy pyta, czy 
jest coś jeszcze, o czym powinien wiedzieć, waham się przez 
chwilę, aż domyśla się, że coś jest na rzeczy. 
 

– O co chodzi, Beth? – Na jego twarzy maluje się troska. – 

Powiedz, proszę.
 

Czuję się okropnie. Nie chcę zepsuć atmosfery radości ani 

background image

tym bardziej przeszkodzić Markowi w odzyskaniu zdrowia, ale 
muszę mu jakoś przekazać wieści z Petersburga.
 

– Chodzi o Fra Angelica – mówię z ociąganiem. – Eksperci z 

Ermitażu uważają, że to falsyfikat. Analiza płótna i farby 
wykazała, że obraz ma zaledwie dwieście lat. Tak mi przykro, 
Mark. Okazuje się, że nie jest to jednak arcydzieło.
 

Mark oniemiały wlepia we mnie wzrok, po czym z 

westchnieniem opada na poduszki.
 

– Bardzo się tego obawiałem – jego głos brzmi jak 

przytłumiony szept. – Chciałem, aby był autentykiem, ponieważ 
Andriej tego pragnął. Sądziłem jednak, że to mało 
prawdopodobne, by obraz tej klasy przebywał setki lat 
niezauważony w publicznym miejscu. – Jęczy cicho.
 

Caroline, siedząca obok mnie, wierci się, najwyraźniej 

obawiając się o brata. Wyciąga rękę i gładzi go delikatnie.
 

– Co na to Andriej? – pyta Mark.

 

– Początkowo nie był uszczęśliwiony – mówię oględnie. – 

Ale zawarł z klasztorem porozumienie. Zwraca malowidło, a 
zakonnicy oddają mu pieniądze i wszystkim odpowiada, że sprawa
zostaje załatwiona po cichu. 
 

– Cóż, to dobre rozwiązanie, jak sądzę. – Mark zdobywa się 

na słaby uśmiech i patrzy na mnie swymi błękitnymi oczyma. – 
Przypuszczalnie będziesz musiała załatwić to od strony 
finansowej. Andriej rozlicza się z zakupów artystycznych za 
pośrednictwem naszej firmy.
 

– Wiem. Zdaje się, że dokumenty czekają na mnie w biurze.

 

Następuje dłuższa przerwa, podczas której Mark rozważa 

zasłyszane nowiny. Wygląda na przygnębionego. Potem znów 
zwraca się do mnie:
 

– Wiesz, że nie chciałem, aby moje nazwisko kojarzono z 

poświadczeniem autentyczności tego obrazu. Zrobiono to wbrew 
mojej woli i nie byłem z tego zadowolony.
 

Kładę mu rękę na ramieniu.

 

– Wiem! Wiem i pamiętam o tym. Wyszło bardzo 

niesprawiedliwie.

background image

 

– Yhm – wzdycha Mark. – Zastanawiam się, czy to położy 

kres moim stosunkom z Dubrowskim. Przez długi czas doskonale 
się nam układało, ale mam przeczucie, że teraz to się zmieni. – 
Nagle wygląda na bardzo zmęczonego.
 

– Myślę, że dość już na dziś, Beth – oznajmia Caroline. – 

Mark powinien odpocząć. Od wielu dni nie mówił tak dużo.
 

– Tak, oczywiście. – Wstaję. 

 

– Mówią, że nie zaczną mojej radioterapii przed świętami – 

obwieszcza nagle Mark radosnym tonem. – Miło z ich strony, 
prawda?
 

Znów lekko dotykam jego ramienia.

 

– Bardzo miło. Ale wiesz, że jest potrzebna, żebyś zupełnie 

wyzdrowiał.
 

– Może. – Mark przymyka powieki i łagodnie wypuszcza 

powietrze.
 

– Do zobaczenia później – mówię i szybko, cicho wychodzę 

z oranżerii.
 

Cieszę się, że mam tę rozmowę za sobą, że powiedziałam 

Markowi o malowidle, ale bardziej niż przedtem boję się o to, co 
może teraz zrobić Andriej. Dostaję kilka mejli z jego biura 
dotyczących przepływu pieniędzy z klasztoru, ale nic od niego 
samego. Może nadal jest w Nowym Jorku, w swoim chłodnym 
pałacowym apartamencie. Pewnie już mu dostarczono paczkę z 
ubraniami. Wie, że na pewno do niego nie wrócę, a wkrótce 
oficjalnie odrzucę ofertę pracy w jego nowojorskim mieszkaniu. 
Przyjęcie tego zlecenia stało się niemożliwe.
 

Później tego samego dnia przychodzi wiadomość od 

Dominica:
 

Muszę na krótko wyjechać z kraju. Wracam przed świętami. 

Dam Ci znać, kiedy będę w domu. O nic się nie martw. Nie mogę 
się doczekać naszego spotkania.

 

D

 

Czytając te kilka zdań, nie potrafię się oprzeć melancholii. Z 

background image

jakiegoś powodu wiem, że życie z Dominikiem zawsze będzie 
takie. On jest nieustannie w ruchu, w rozjazdach, na spotkaniach, 
coś załatwia, dopina jakiś wielki kontrakt. Nie cierpię zostawać i 
czekać. Gdyby mnie brał ze sobą, jego wyjazdy w ogóle by mi nie 
przeszkadzały.
 

Chwilę później przychodzi nieco radośniejsza wiadomość:

 

Cześć, Beth

 

Jutro wieczorem mamy w naszej firmie spotkanie choinkowe i

Dominic zapewne do nas dołączy. Rozumiem, że znowu jesteście 
razem, więc proszę, jeśli masz ochotę, przyjdź i spędź z nami ten 
wieczór. Będzie nam bardzo miło, jeżeli razem z tobą wzniesiemy 
toast za nową, świetlaną przyszłość nas wszystkich. Szczegóły są 
załączone; odpowiedź zwrotną wyślij do mojej asystentki Grace.

 

Z pozdrowieniami,

 

Tom Finlay

 

Czytam to kilka razy i zaglądam do załącznika. Przyjęcie 

odbędzie się w eleganckim hotelu w rejonie Piccadilly. Zapowiada 
się bardzo sympatycznie, ale nie mam pojęcia, czy Dominic zjawi 
się na nim, czy nie. Może być za granicą, na swojej tajnej misji. 
Pod wpływem impulsu wysyłam do asystentki Toma mejla z 
pytaniem, czy mogę przyjść z przyjaciółką. Dostaję od niej zgodę i
zaraz piszę do Laury z zaproszeniem na jutrzejszą imprezę. 
Odpowiedź jest pełna entuzjazmu:
 

Hura! Przewietrzę wieczorowe łaszki. Zapowiada się nieźle. 

Do zobaczenia! 

 

L

 

Następnego dnia wciąż nie mam wiadomości od Dominica i 

wraca tak dobrze mi znane odczucie, że zostałam pozostawiona 
samej sobie. Tym bardziej jestem zdecydowana, aby wieczorem 

background image

mimo wszystko dobrze się bawić, biorę więc do pracy koktajlową 
sukienkę i buty, żeby się przebrać w biurze Marka.
 

Ubrana w prostą czarną suknię, przeglądam się w lustrze i 

przez moment tęsknie wspominam seksowną czerwoną kreację 
oraz szpilki i popielate perły, które miałam na sobie w Nowym 
Jorku, ale odsuwam od siebie te myśli.
 

„Cena była stanowczo zbyt wysoka, pamiętasz?”.

 

Żegnam się z Caroline i Markiem, a na zewnątrz wzywam 

taksówkę, żeby mnie zawiozła na Piccadilly. Laurę spotykam w 
pubie koło hotelu, w którym odbywa się przyjęcie Finlaya. 
Przyjaciółka czeka na mnie, stojąc przy barze. Wygląda bardzo 
ładnie w krótkiej sukience z migotliwego zielonego materiału oraz 
w szpilkach.
 

– Chwała Bogu, że jesteś! – wita mnie z ulgą. – Ludzie 

najwyraźniej są nakręceni imprezowo. Musiałam odprawić już 
trzech facetów.
 

– Nic dziwnego, wyglądasz fantastycznie – stwierdzam.

 

– Dzięki, ty też. Ale jesteś poza obiegiem, oczywiście! 

Zamówiłam ci drinka.
 

– Dziękuję. – Biorę od niej kieliszek i zaczynam sączyć białe

wino.
 

– O co chodzi z tym przyjęciem? – pyta Laura.

 

– To spotkanie choinkowe u biznesowego partnera Dominica 

– odpowiadam. – Myślę, że zaprosili mnie z grzeczności, na dobry 
początek wspólnych interesów.
 

– Świetnie. Każdy pretekst dobry, żeby poimprezować. 

Dominic też tam będzie?
 

– Raczej nie – mówię z żalem. – Zdaje się, że wyjechał.

 

Przyjaciółka patrzy na mnie ze współczuciem. Wiem, że 

uważa Dominica za ideał, jeśli nie liczyć jego nawyku znikania. 
 

– Chodzi o biznes – wyjaśniam usprawiedliwiającym tonem. 

– A kiedy to załatwi, będziemy mogli spędzać z sobą znacznie 
więcej czasu. – Co do tego jestem o wiele bardziej przekonana.
 

– To dobrze – stwierdza Laura. – Wiesz, że zależy mi tylko 

na tym, żebyś była szczęśliwa. Idziemy na tę imprezę?

background image

 

Finlay Venture Capital ma wynajętą salę na tyłach 

eleganckiego hotelu przy Albemarle Street. Obsługa pokazuje nam 
drogę i początkowo staję jak wryta, zaskoczona tym, jak mało 
zebrało się ludzi. Potem przypominam sobie niewielkie biuro przy 
Tanner Square. Odnoszę wrażenie, że firma w ogóle nie jest zbyt 
duża i przypuszczalnie zaproszono mnie, aby powiększyć tłumek. 
 

– Beth, jak cudownie cię widzieć! – Tom Finlay idzie ku 

mnie z uśmiechem, jego brązowe oczy spoglądają przyjaźnie zza 
ciemnej oprawy okularów. Jest niewysoki, krępej budowy, ale 
promienieje żywiołową energią, która nadaje mu sympatyczny rys.
Podoba mi się jego ciemny zarost i radosny uśmiech. – Czy 
Dominic jest z tobą?
 

– Nie dzisiaj – odpowiadam. – Nie ma go w mieście. Znowu.

 

– Ale nie wskoczysz zaraz do pociągu i nie będziesz go tropić

w Paryżu, co? – Tom śmieje się ze swojego żartu. – Byłem bardzo 
podekscytowany, odgrywając swoją maleńką rolę w waszym 
romansie. Dominic najwyraźniej nie ma mi za złe, że ci pokazałem
drogę do skarbu na jego mapie.
 

– Nie… zdaje się, że ostatecznie był bardzo zadowolony. – 

Uśmiecham się. – A, właśnie, poznaj moją przyjaciółkę Laurę.
 

– Cześć, Laura. – Tom kurtuazyjnie całuje ją w policzek. – 

Miło, że do nas dołączyłaś. Pracujesz z Beth?
 

– Och, nie – odpowiada Laura ze śmiechem, a ja 

mimowolnie uświadamiam sobie, jak świetnie dziś wygląda z 
jasnobrązowymi kręconymi włosami i twarzą rozświetloną lekkim 
imprezowym makijażem. – Ona obraca się w pełnym blasku 
świecie sztuki. Ja jestem tylko nudną konsultantką do spraw 
zarządzania.
 

– Spróbuj wykonywać zawód inwestora z kapitałem 

wysokiego ryzyka! – wykrzykuje Tom. – Ludzie zasypiają mi na 
ramieniu, kiedy zaczynam im przedstawiać swoje racje! A gdy 
wyjaśniam, o co chodzi, leżą już na podłodze w śpiączce. Ale nie 
macie drinków. Chodźcie, polecam wam Moscow Mule, są tutaj 
znakomite.
 

Podchodzimy z Tomem do baru i bierzemy sobie po koktajlu.

background image

On i Laura wkrótce rozmawiają jak starzy znajomi, a ja wdaję się 
w długą dyskusję z jego asystentką Grace o tym, czy lepiej 
mieszka się na północy czy na południu Londynu. Po tej 
pogawędce dołączam do grupy rozmawiającej o ulubionych 
świątecznych programach telewizyjnych. Jestem już przy trzecim 
koktajlu, kiedy udaje mi się wyrwać i odnaleźć Laurę. Nadal 
gawędzi z Tomem, lecz teraz siedzą obok siebie na skórzanej sofie,
zatopieni w rozmowie i oboje nieco zarumienieni po kilku 
drinkach.
 

„A więc to tak się sprawy mają”. Z radością patrzę na 

przyjaciółkę. Od jakiegoś czasu nie była z nikim w związku, a 
teraz ona i Tom najwyraźniej mają się ku sobie. Oby tylko nie 
okazało się to jednym z tych chwilowych, imprezowych 
zauroczeń. Dla Laury byłoby cudownie, gdyby związała się z kimś
na dłużej.
 

Robi mi się jednak trochę smutno. W moim życiu nie brakuje

romansu, a raczej nie brakowałoby, gdyby mój partner wciąż nie 
znikał.
 

Wychodzę do holu, żeby zerknąć na telefon. Nie ma nic: ani 

SMS-a, ani śladu mejla. Szybko wystukuję wiadomość:
 

Gdzie jesteś? Bardzo za Tobą tęsknię. Proszę, daj znać, kiedy

będziesz w domu. Nie mogę się doczekać spotkania. B

 

Wysyłam SMS-a i zwlekam jeszcze przez chwilę, kręcąc się 

po hotelowym holu. W pobliskiej sali odbywa się bardziej huczna 
choinkowa impreza, z głośną muzyką, śpiewami i zakropionymi 
alkoholem przytupami. Na przyjęciu Finlaya nadal toczą się 
ugrzecznione wymiany zdań, a Laura i Tom wciąż siedzą na sofie 
pogrążeni w rozmowie. Nawet stąd widzę, że mocno ze sobą 
flirtują, wszystko na to wskazuje. Nie chcę wracać na imprezę, na 
której nikogo nie znam. Nie mam ochoty na kolejną dyskusję o 
niczym ani na jeszcze jednego drinka.
 

Postanawiam, że przejdę się po okolicy. Świeże powietrze 

dobrze mi zrobi i pewnie rozwieje mgiełkę, w której brodzę po 
trzech koktajlach Moscow Mule, a zanim wrócę, Laura być może 

background image

będzie już myśleć o powrocie do domu. Biorę z szatni swój płaszcz
i wychodzę.
 

Na zewnątrz jest zimno, ale daje się odczuć nastrój 

świętowania. Wszędzie odbywają się jakieś przyjęcia, na 
chodnikach stoi mnóstwo ludzi w cienkich wieczorowych 
ubraniach – ćmią papierosy, nie bacząc na nocny chłód. Idę 
nieśpiesznie ulicą Albemarle, a następnie skręcam w Dover Street i
mijam pub wypełniony rozbawionym tłumem, który wylewa się na
zewnątrz. Naprzeciwko mnie ciągnie się rząd eleganckich 
georgiańskich kamienic. Ich okna lśnią światłem padającym z 
ozdobnych żyrandoli; widać, że w pokojach na górze poruszają się 
ludzie. Tam też goście bawią się na przyjęciu. Zatrzymuję się na 
moment i patrzę, po czym uświadamiam sobie, że to prywatny 
klub, jedno z tych efekciarskich miejsc, które wśród swoich 
członków wymieniają aktorów, modelki i dalszych kuzynów 
rodziny królewskiej.
 

Kiedy tak stoję, podjeżdża czarna taksówka i wysiada z niej 

jakaś kobieta. Od razu przykuwa wzrok – jest piękna, ma ostro 
zarysowane kości policzkowe i lekko skośne oczy, a do tego 
niesamowite ciało; idealne, długie nogi wspaniale się prezentują w 
krótkiej, obcisłej czarnej sukience. Gdy się odwraca, żeby zapłacić 
kierowcy, widzę ją lepiej i… z całych sił staram się powstrzymać 
okrzyk.
 

„To Anna! O mój Boże, co ona tu robi?”.

 

Patrzę, jak podchodzi do portiera i rzuca swoim 

charakterystycznym niskim głosem o wyraźnym rosyjskim 
akcencie:
 

– Jestem zaproszona na przyjęcie Barclaya.

 

– Drugie piętro, proszę pani – odpowiada odźwierny.

 

Anna wkracza do środka, przez szyby w drzwiach 

wejściowych widać, jak porusza biodrami, wspinając się po 
schodach.
 

Gapię się na nią i ledwie mogę uwierzyć własnym oczom. 

Nie widziałam jej od tamtego wieczoru w Albany, kiedy mi 
proponowała, abym dołączyła do niej i Andrieja w łóżku. Wkrótce 

background image

potem dostała od niego wymówienie, ponieważ, jak sam 
stwierdził, miała zwyczaj częstowania go narkotykami bez jego 
wiedzy.
 

Nie wiem, co mną kieruje, ale w następnej chwili przechodzę

przez ulicę i zmierzam w stronę klubu. Cieszę się, że mam na sobie
swoje najlepsze ubranie. Z wyniosłą miną zatrzymuję się przy 
odźwiernym i pytam:
 

– Przyjęcie Barclaya?

 

– Na drugim piętrze, proszę pani – odpowiada ze skinieniem 

i bez problemu wchodzę do budynku.
 

W środku widzę, że nie do końca to przemyślałam: trzeba 

podać swoje nazwisko w recepcji, gdzie sprawdzane jest na liście 
gości.
 

„O Boże, no i mam. Upokorzenie”.

 

Ruszam w stronę kontuaru recepcji, zastanawiając się, co 

powiedzieć, gdy nagle za mną zaczyna się jakiś ruch. Odwracam 
się i widzę, że przez drzwi wejściowe właśnie wkracza osoba o 
znajomej twarzy, otoczona tłumem ludzi cisnących się blisko niej. 
Przez sekundę próbuję sobie przypomnieć, skąd znam tę 
dziewczynę, aż dociera do mnie, że te pięknie rzeźbione rysy i 
jasne włosy są tak znajome, ponieważ należą do sławnej, 
oscarowej aktorki.
 

Natychmiast zwracają się ku niej wszystkie oczy, korytarz 

wydaje się drżeć od ekscytacji. Wykorzystuję zamieszanie i szybko
kieruję się ku schodom. Po drodze wręczam płaszcz szatniarzowi, 
który z opadłą szczęką wpatruje się w gwiazdę. Po chwili wspinam
się okazałymi schodami na drugie piętro. 
 

Ku mojej uldze w drzwiach sali bankietowej nikt nie 

sprawdza nazwisk. Na przybywających gości czekają tylko 
kelnerzy z tacami pełnymi drinków. Biorę lampkę szampana i 
wchodzę do sali. Trzymając kurczowo kieliszek i rozglądając się 
dyskretnie, przeciskam się przez tłum, brakuje mi jednak pewności
siebie. Dopiero po jakimś czasie spostrzegam, że większość ludzi 
skupia się wyłącznie na grupce, do której należy. Nikt nie zamierza
mnie legitymować ani nie jest zainteresowany moją osobą, 

background image

rozluźniam się więc nieco i próbuję namierzyć Annę, nie ściągając 
na siebie uwagi.
 

„Czemu tu jestem? Co jej powiem, kiedy ją znajdę?”.

 

Zaczynam żałować szalonego impulsu, który mnie 

przyprowadził w to miejsce. Już mam odstawić drinka i wyjść, gdy
ją zauważam. Stoi w rogu i żywo rozmawia z dwoma 
mężczyznami w garniturach. Obaj są nią wyraźnie oczarowani, i 
nic dziwnego, jeżeli się weźmie pod uwagę jej ożywienie i kocią 
zmysłowość. Popatruję na nią, starając się nie gapić zbyt otwarcie, 
i widzę, że wyciąga telefon. Zerka na niego, po czym przeprasza 
swoich rozmówców i wychodzi z sali bocznymi drzwiami. 
Stawiam swoją szampanówkę na stoliku i podążam za nią. Sunę 
przez tłum, docieram do drzwi i wchodzę do zacisznej czytelni. 
Anna właśnie znika po przeciwnej stronie pomieszczenia. Śpieszę 
jej śladem i z czytelni wychodzę na wyłożony dywanem korytarz. 
Anna stoi tyłem do mnie i rozmawia przez komórkę.
 

– Tak – mówi. – Jestem w klubie przy Dover Street. Wiesz, 

który to… Jestem na przyjęciu Barclaya. Tak, spotkam się z tobą, 
już się zgodziłam. Inna sprawa, czy ci powiem to, co chcesz 
wiedzieć. W porządku. Za dwadzieścia minut w barze na samej 
górze.
 

Gdy kończy rozmawiać, wślizguję się z powrotem do 

czytelni i pośpiesznie biegnę do sali bankietowej. Znajduję sobie 
kącik przy oknie i stąd obserwuję, jak Anna wraca do mężczyzn, z 
którymi poprzednio rozmawiała.
 

„Teraz wiem, że wkrótce się tutaj z kimś spotka. Nie mam 

najmniejszego pojęcia, kto to jest, więc dlaczego tak się boję?”.
 

Powinnam być w barze na najwyższym piętrze, gdy Anna 

uda się tam na spotkanie z tajemniczym nieznajomym. Idę zatem 
do toalety i czekam na stosowny moment, a tymczasem 
sprawdzam telefon. Jest SMS od Laury:
 

Gdzie jesteś? Pojechałaś do domu?

 

Odpowiadam:

 

Nie, poszłam się przejść. Przepraszam, powinnam była Cię 

background image

uprzedzić. Wszystko w porządku?

 

Odzew przychodzi natychmiast:

 

Jadę z Tomem taksówką. Odstawia mnie do domu. Mieszka 

we wschodnim Londynie.

 

Uśmiecham się. A więc zdecydowanie zaiskrzyło. Może to i 

lepiej, że mnie tam nie ma. Wysyłam do niej SMS-a:
 

Uważaj na siebie i baw się dobrze. Wrócę do domu później. 

Jestem niedaleko.

 

Potem spoglądam na zegarek. Anna zaraz zjawi się w barze. 

Wychodzę więc z toalety i idę schodami na górę. Łatwo znajduję 
bar i siadam przy niskim stoliku w ciemnym kącie. U kelnera 
zamawiam wodę mineralną z limonką.
 

Kilka minut przed umówionym czasem do pomieszczenia 

wchodzi mężczyzna. Zmierza prosto do baru i siada na jednym z 
wysokich stołków. Serce we mnie zamiera, pogrążam się w 
rozpaczy. Gdy tylko zobaczyłam na ulicy Annę, podejrzewałam 
nieprzyjemności. Teraz wsuwam się głębiej w cień, żeby Dominic 
mnie nie dostrzegł ze swojego miejsca. I rzeczywiście – nie widzi. 
Zamawia piwo i czeka na Annę.
 

Ona zjawia się zaledwie chwilę później. Uśmiecha się 

uwodzicielsko, idąc ku niemu z wdziękiem i elegancją, jak 
modelka. Siada na stołku barowym obok Dominica i widzę 
wyraźnie jej twarz; Dominic jest do mnie zwrócony tyłem. 
Rozmawiają swobodnie, słyszę jej śmiech i brzmienie jego głosu. 
Ogarnia mnie przemożna chęć, by podejść do nich, zażądać 
wyjaśnień i dowiedzieć się, o czym mówią. Co go skłania, żeby się
spotykać z Anną? Jej obsesja na jego punkcie i tak przysporzyła 
nam niemało kłopotów. Gotuje się we mnie wściekłość, 
mieszanina zazdrości i poczucia nadużytego zaufania. Dlaczego on
umawia się z nią bez mojej wiedzy?
 

Potem odzywa się we mnie inny głos, podpowiadający 

zachowanie spokoju. Dominic powiedział mi, że chce 

background image

uporządkować bałagan, którego narobił Andriej. Zapewne 
spotkanie z Anną jest częścią planu. Jeśli teraz wyskoczę na scenę, 
mogę zepsuć jego zamiary.
 

„Ufasz mu?”.

 

Przypominam sobie, że nigdy się nie dowiedziałam, skąd 

Anna zna sekrety mojego związku z Dominikiem. On 
zdecydowanie zaprzeczył, jakoby zdradził jej nasze tajemnice, ale 
tylko on jeden wiedział o szczegółach, a tymczasem Anna była 
poinformowana o wszystkim: od wydarzeń w lochu The Asylum, 
po świeże szramy na plecach Dominica. Próbowałam zapomnieć o 
zamęcie, w jakim znalazły się kiedyś moje myśli, lecz widok Anny
najwyraźniej przywrócił niedawne rozterki.
 

„Więc ufasz mu czy nie?”.

 

Zaglądam we własne serce. Myślę o wszystkim, co razem 

przeżyliśmy. Przywołuję w pamięci spoglądające na mnie oczy 
Dominica, wyrażające się w nich ból, czułość i miłość. Nie musi 
przede mną udawać tych uczuć. Zawsze wierzyłam w szczerość 
tego, co odczuwa. Wiem, że mnie kocha.
 

„Tak, ufam mu, na pewno”.

 

„Więc udowodnij to” – mówię sobie.

 

Znowu dobiega mnie ich śmiech. Wstaję cichutko i – przez 

nikogo niezauważona – kładę pieniądze obok swojego drinka, po 
czym wymykam się z baru. Szybko schodzę do szatni, biorę 
płaszcz i pośpiesznie opuszczam budynek, by na ulicy złapać 
taksówkę, która zawiezie mnie do domu.

background image

Rozdział piętnasty

Następnego ranka Laura wychodzi ze swojego pokoju, 

wyglądając wyraźnie nieświeżo. Oczy ma przekrwione, a włosy 
zmierzwione i sterczące na wszystkie strony.
 

– Dzięki Bogu, że już blisko święta i mało kto bywa teraz w 

biurze – jęczy. – W ogóle nie jestem w stanie pracować. Czuję się 
okropnie, fatalnie!
 

– Dobrze się bawiłaś z Tomem? – pytam z nutką 

samozadowolenia. Spokojnie kończę śniadanie, w ogóle bez 
objawów kaca.
 

Posyła mi znaczące spojrzenie i uśmiecha się.

 

– Yhm! – odpowiada.

 

– Odwiózł cię do domu, tak?

 

– Był bardzo miły, odprowadził mnie pod drzwi, a nawet do 

środka! – Laura śmieje się.
 

– Naprawdę? – Unoszę znacząco brwi. – Długo się 

zatrzymał? Chyba się chciał upewnić, że jesteś w pełni bezpieczna.
To znaczy utulił cię do snu i tak dalej.
 

– Nie, nie do snu – mówi moja przyjaciółka. – Ale 

powiedzmy, że siedzieliśmy jeszcze przez chwilę na sofie i… 
rozmawialiśmy.
 

Śmieję się.

 

– Było w porządku?

 

– Jasne, super! – Laura rozpromienia się nieco mimo 

strasznego kaca.
 

– Spotkasz się z nim jeszcze?

 

– Myślę, że tak. Zobaczę, czy się dziś do mnie odezwie. – 

Bierze z lodówki butelkę wody i nalewa jej sobie do szklanki. – 
Mam tylko nadzieję, że jakoś przetrwam w pracy.
 

– Jutro już ostatni dzień – przypominam. – Potem jedziemy 

do domów na Wigilię.
 

– Tak. – Laura łapczywie pije wodę. – Nie mogę się 

background image

doczekać. 
 

W drodze do pracy wysyłam SMS-a do Dominica:

 

Hej!

 

Dostałeś wczoraj moją wiadomość? Wróciłeś do Londynu? 

Naprawdę chcę się z Tobą zobaczyć. Niedługo jadę do domu na 
święta. Proszę, daj mi znać, gdzie jesteś. Pozdrawiam ciepło, B

 

Kiedy wyjeżdżam z metra na stacji Victoria, moja komórka 

sygnalizuje odbiór wiadomości. To od Dominica.
 

Przepraszam za spóźnioną odpowiedź. Dobre wieści, jestem 

w Londynie. Mam Ci coś do opowiedzenia. Możemy zobaczyć się 
później? D

 

Czuję przypływ radości. A więc postąpiłam właściwie. 

Zaufałam Dominicowi i udało mu się załatwić, co zamierzał. 
Zapewne ma mi do powiedzenia coś związanego z Anną. Odpisuję 
w SMS-ie, że chętnie spotkam się z nim po pracy. Już się nie mogę
doczekać.
 

Godzina schodzi mi na rozmowie z Markiem, który nadal 

spoczywa na kanapie w oranżerii. Na zewnątrz panuje mróz, ale w 
przeszklonym wnętrzu jest przyjemnie ciepło i miło, a mimo to 
Mark leży szczelnie opatulony w kilka koców i wstrząsają nim 
dreszcze.
 

Próbuję rozerwać go pogawędką, ale niepokoją mnie jego 

słabość i kruchość. Trudno sobie wyobrazić, że dobrze zniesie 
radioterapię. Wygląda, jakby zwyczajna aspiryna mogła mu 
poważnie zaszkodzić.
 

– Musisz jechać do domu i miło spędzić święta z bliskimi – 

mówi Mark, a obolały język wciąż zniekształca jego słowa. – Po 
Nowym Roku będę się czuć lepiej. Zerwiemy powiązania z 
Andriejem i rozejrzymy się za nowymi klientami. Co o tym 
myślisz?
 

– Wspaniały pomysł – cieszę się szczerze. – Nowy start.

 

– Zdecydowanie.

background image

 

Caroline wnosi na tacy buteleczki z lekarstwami i szklankę 

wody.
 

– Czas na tabletki, kochany! – oznajmia pogodnie.

 

Podnoszę się z miejsca.

 

– Spokojnych świąt, Mark. – Nachylam się i całuję go w 

policzek.
 

– Spokojnych i wesołych. Na biurku leży twoja świąteczna 

premia. Baw się dobrze z rodziną, zobaczymy się w styczniu. – 
Zdobywa się na uśmiech.
 

– Do widzenia, kochana – żegna się ze mną Caroline. – 

Gdybyśmy się już nie widziały, wesołych świąt.
 

– Do zobaczenia, Caroline. Spokojnych świąt.

 

Powinnam być teraz w radosnym bożonarodzeniowym 

nastroju, ale zmierzając po schodach do biura, ukradkiem ocieram 
łzy. Biedny Mark jest taki chory, że nie wyobrażam sobie, aby w 
styczniu miał się czuć lepiej. Może nawet nigdy nie wydobrzeje. 
Na tę okropną myśl z trudem przełykam ślinę, ale staram się 
zapanować nad smutkiem. Właśnie dla niego powinnam być silna i
prowadzić jego firmę najlepiej, jak umiem. Stawimy czoło 
wszystkiemu, co nas czeka.
 

Na biurku znajduję piękne bladoniebieskie pudełeczko 

przewiązane grubą białą wstążką. To pewnie premia, o której 
wspomniał Mark. Sądziłam, że chodzi mu o gotówkę albo talony 
zakupowe, a tymczasem on daje mi prawdziwy prezent. Jak miło z 
jego strony. Zastanawiam się, czy rozpakować upominek od razu, 
ale ostatecznie decyduję, że zrobię to w Boże Narodzenie. Znając 
Marka, można być pewnym, że to coś pięknego, samo otwieranie 
pudełka będzie wielką przyjemnością.
 

W stosie korespondencji przeważają kartki świąteczne 

adresowane do Marka. Dostał ich już dziesiątki, głównie od 
partnerów w biznesie i klientów z całego świata. Znajduję jedną 
kopertę zaadresowaną do mnie – w formalnym stylu, z adresem 
wydrukowanym na naklejce. „Dziwne, nigdy dotąd nie dostałam 
korespondencji na firmowy adres. Ciekawe od kogo”.
 

Rozcinam kopertę nożykiem Marka i wyjmuję kartkę z 

background image

prawosławną ikoną przedstawiającą Madonnę. Otwieram ją i na 
biurko wypada złożony kawałek papieru. W środku kartki 
świątecznej wydrukowano komputerowo: „Wesołych świąt i 
szczęśliwego Nowego Roku życzy Andriej Dubrowski”. Poniżej 
niewyraźnie nagryzmolono odręcznie: „Beth, Twój prezent 
bożonarodzeniowy. Andriej”.
 

Podnoszę złożoną kartkę i rozkładam ją. Przyglądam się 

dokumentowi i marszczę brwi, zastanawiając się, co to ma 
znaczyć. Mam w ręce notatkę datowaną na drugiego stycznia, 
zatem mniej więcej za tydzień. Tytuł głosi: „Komunikat prasowy z 
biura Andrieja Dubrowskiego, publikacja wstrzymana do dnia 2 
stycznia”. Zaczynam czytać:
 

Biuro Andrieja Dubrowskiego ogłasza swój zamiar pozwania

do sądu marszanda Marka Pallisera pod zarzutem zaniedbania 
obowiązków i nieudolnego prowadzenia spraw klienta. Decyzję 
podjęto, ponieważ ujawniono, że ten znany na całym świecie 
ekspert w dziedzinie sztuki niewłaściwie zidentyfikował pewien 
obraz jako dzieło mistrza florenckiego renesansu, Fra Angelica. 
Pan Dubrowski zapłacił za rzeczone malowidło ponad dwa miliony
funtów, później jednak eksperci z petersburskiego Muzeum 
Ermitażu ponad wszelką wątpliwość stwierdzili, iż obraz jest 
falsyfikatem. Pan Dubrowski był zdruzgotany tym orzeczeniem 
specjalistów i poczynił kroki w celu odzyskania pieniędzy, które 
stracił na tym zakupie. Kwestionuje się również sposób, w jaki pan
Palliser zajmował się finansowym aspektem transakcji pana 
Dubrowskiego. Prowadzone dochodzenie ma na celu rewindykację
sum, które biuro pana Pallisera może być winne klientowi.
 

Pan Dubrowski komentuje to następująco: „Jestem głęboko 

zasmucony zakończeniem mojej zawodowej współpracy z 
Markiem Palliserem. Niestety, jego chybione poświadczenie 
autentyczności obrazu kosztowało mnie dużo pieniędzy i 
zamierzam na drodze sądowej dochodzić odszkodowania za 
poniesione straty i koszty. Mam nadzieję, że sugestie dotyczące 
malwersacji finansowych okażą się bezpodstawne”.
 

Wszelkie zapytania dotyczące tej sprawy prosimy kierować 

background image

bezpośrednio do biura Andrieja Dubrowskiego.
 

Upuszczam kartkę i z przerażenia ledwie mogę oddychać. A 

więc nie blefował. Naprawdę zamierza to zrobić. Kryję twarz w 
dłoniach, próbując przetrawić to, co przeczytałam. Ale daje mi 
odroczenie. Mogę się tylko domyślać, że to ma oznaczać ostatnią 
szansę, żebym zmieniła zdanie i uratowała Marka.
 

Myślę o swoim przyjacielu, który taki słaby i chory leży na 

kanapie w oranżerii. Jestem pewna, że to go zabije. Biorę głęboki 
wdech, drżę cała i wybucham płaczem.
 

Dominic przysyła po mnie samochód i wsiadam do niego 

wdzięczna losowi za to, że będę odizolowana od zewnętrznego 
świata. Nie zniosłabym panującej na ulicach przedświątecznej 
radości, podczas gdy sama jestem taka przygnębiona. Nawet 
perspektywa spotkania z Dominikiem nie poprawia mi nastroju. 
Światła zamazują mi się przed oczyma, które zachodzą łzami na 
każde przypomnienie tego, w jakiej się znalazłam pułapce. 
Dominic przekonał mnie, że nie mam się czym martwić, ponieważ 
Andriej nie spełni swych gróźb, lecz teraz wygląda na to, że były 
one bardzo realne. Dubrowski jest gotów zniszczyć Marka, jeśli 
nie dostanie tego, czego chce.
 

Jadąc na umówione spotkanie, zastanawiam się – podobnie 

jak przez cały ranek i popołudnie – czy powinnam powiedzieć 
Dominicowi, że to koniec. Mogłabym urządzić prawdziwą scenę 
zerwania: wykrzyczeć, że go nie kocham, że wczoraj wieczorem 
widziałam go z Anną, i oskarżyć o wszystko, co mi przyjdzie do 
głowy, a potem wyjść, trzaskając drzwiami. Następnie poszłabym 
do Andrieja i jakoś zniosłabym życie z nim, mając świadomość, że
w ten sposób ratuję Marka i Dominica, o ile Andriej zostawiłby ich
w spokoju. Właśnie gdy podejmuję decyzję, że jedynym wyjściem 
będzie poddanie się żądaniom Dubrowskiego, samochód 
zatrzymuje się przed dużym domem o białej fasadzie. Rozglądam 
się i uświadamiam sobie, że jesteśmy w dzielnicy Marylebone, w 
rejonie Wimpole Street.
 

Kierowca wysiada i otwiera auto z mojej strony, gestem 

wskazując duże czarne frontowe drzwi z ustawionymi po bokach 

background image

drzewkami w donicach.
 

Podchodzę do wejścia i przyciskam otoczony mosiężną 

obudową guzik dzwonka. Po chwili drzwi się otwierają i staje w 
nich Dominic – przystojny, w ciemnych spodniach i 
bladoniebieskiej koszuli w kratkę, podkreślającej brązowy kolor 
jego oczu.
 

– Jesteś! – Dominic promienieje, wyciągając do mnie 

ramiona, a ja mimo podjętej przed momentem decyzji rzucam się 
w jego objęcia, rozpaczliwie pragnąc pocieszającej bliskości. – 
Hej, Beth, co się stało? – pyta, całując mnie w czubek głowy.
 

Próbuję się odezwać. W samochodzie przećwiczyłam sobie 

zaplanowaną kwestię, więc teraz powinnam ją wygłosić z 
przekonaniem. Mam mu powiedzieć, że z nami koniec i więcej się 
nie zobaczymy, ale będąc tak blisko niego, zupełnie nie potrafię 
wydobyć z siebie wyuczonych słów. Ogarnia mnie poczucie winy, 
ponieważ przez to, że nie potrafię się wyzbyć radości przebywania 
z Dominikiem, zniszczę Marka. Znowu do oczu napływają mi łzy i
szlocham wtulona w pierś Dominica. 
 

– Płaczesz? Co ci jest? – Wciąga mnie do środka i zamyka 

drzwi. Stoimy w wyłożonym marmurem holu pod ogromną 
mosiężną lampą. Podnoszę wzrok i patrzę w jego przepełnione 
troską oczy.
 

– Och, Dominic! Chodzi o Andrieja. Patrz! – Ocieram łzy, 

wyjmuję z torebki komunikat prasowy i wciskam mu go w ręce. 
On bierze ode mnie kartkę, rozkłada ją i szybko przebiega 
wzrokiem.
 

– Rozumiem – stwierdza ponuro.

 

– Co o tym myślisz? – Staram się nie zawodzić, ale głos mi 

się łamie, gdy mówię: – On mimo wszystko zniszczy Marka! Żeby
mnie dostać!
 

Dominic składa papier i podaje mi go z powrotem.

 

– Nie martw się – odpowiada. – Nie dojdzie do tego.

 

– Co masz na myśli? Przygotował się do ogłoszenia 

komunikatu w prasie. Wziął się do tego na poważnie. Wstrzymuje 
się na kilka dni, żeby mi dać ostatnią szansę do namysłu. – 

background image

Chwytam Dominica za rękę. – Nie zniosę tego!
 

On odpowiada mi uściskiem dłoni.

 

– Ten szantaż nie dojdzie do skutku, uwierz mi. Posłuchaj, 

mamy dziś umówionych gości. Potem wszystko stanie się jasne.
 

Potrząsam głową, jakbym się budziła ze snu.

 

– Gdzie jesteśmy? Co to za miejsce?

 

– Podoba ci się? To mój nowy dom.

 

– Co? – Próbuję objąć wzrokiem ogromny hol. – Twój nowy 

dom?
 

– Chyba. Jeszcze się nie zdecydowałem. Chciałem cię 

najpierw zapytać o zdanie. Co o nim myślisz?
 

Rozglądam się. Pomieszczenie wydaje się dziwne, ponieważ 

nie ma w nim mebli z wyjątkiem dwóch ustawionych daleko od 
siebie stolików, krzeseł i lamp.
 

– Uroczy – mówię. Potem spoglądam na Dominica. – Trochę 

inny niż Randolph Gardens!
 

Uśmiecha się.

 

– Tak. Trochę większy. Chcesz się rozejrzeć?

 

– Szczerze mówiąc, nie wiem. – Pociągam lekko nosem. – 

Nie jestem za bardzo w nastroju. Przepraszam.
 

Znów bierze mnie w ramiona.

 

– Hej, nie smuć się. Zobaczysz, wszystko się ułoży, daję 

słowo.
 

– Kiedy wróciłeś do Londynu? – pytam, wtulona w jego 

koszulę. 
 

– Wczoraj. – Odsuwa mnie nieco, żeby mi spojrzeć w twarz. 

– Nie chciałem ci mówić, na wypadek gdyby nie wypaliło to, co 
zamierzałem. Ale myślę, że wyszło dobrze, i przysięgam: nie 
pozwolę, by Andriej skrzywdził Marka… lub ciebie.
 

Wpatruję się w niego. „Powiesz mi teraz o Annie? O tym, co 

się zdarzyło między wami wczorajszego wieczoru?”. 
Przypominam sobie, jak się razem śmiali. Trudno uwierzyć, że 
kiedyś dzieliły ich animozje. Zastanawiam się, czy Dominic 
naprawdę jest w stanie powstrzymać Andrieja przed 
opublikowaniem oświadczenia i doprowadzeniem Marka do ruiny.

background image

 

– Chodź – namawia mnie łagodnie. – Pokażę ci dom. 

Naprawdę potrzebuję twojej rady.
 

– Okej – odpowiadam trochę niechętnie. – Rzucę okiem.

 

Dominic z entuzjazmem oprowadza mnie po domu. To 

zdecydowanie cudowne miejsce: pięć kondygnacji utrzymanych w 
pełnym wdzięku stylu regencji, z umiejętnie wpasowanymi 
nowoczesnymi wygodami i luksusami, takimi jak piękne łazienki, 
siłownia i sala kinowa. Gdy w końcu wracamy na parter, Dominic 
koniecznie chce usłyszeć moje zdanie. 
 

– No i…? Jak ci się podoba?

 

– Niesamowity dom – mówię szczerze. – Ale ogromny. To 

wszystko dla ciebie?
 

– Za duży? – pyta lekko stropiony.

 

– Jest bardzo okazały, ale… – Myślę o chłodnym pałacu 

Andrieja z widokiem na Central Park, a potem o przytulnym, 
pełnym życia mieszkaniu Georgie w brązowej kamienicy i wiem, 
gdzie wolałabym przebywać. – Może bardziej przypominałby 
miejsce do zamieszkania, gdyby go umeblować – dodaję z 
wahaniem.
 

Dominic zaczyna się śmiać.

 

– Co?

 

– Jesteś taka słodka i… masz rację. Poniosło mnie. Nie 

potrzebuję tego domu, w każdym razie jeszcze nie teraz. – Całuje 
mnie delikatnie w usta. – Może poszukamy czegoś razem? – pyta.
 

Aż mi zapiera dech w piersi. „Razem? Mielibyśmy 

zamieszkać razem?”. Ta myśl jest tak wspaniała, że mam ochotę 
zatańczyć z radości. Zaraz jednak strofuję sama siebie: „Nie, on 
nie może mieć tego na myśli. Pewnie potrzebuje mojej rady przy 
poszukiwaniach i tyle”.
 

– Bardzo cenię twoją opinię – ciągnie dalej Dominic. – I… 

chcę, żebyś, będąc ze mną, czuła się jak w domu.
 

– Z ogromną przyjemnością pomogę ci w wyborze – 

zgadzam się trochę niepewnie, nie chcąc źle zrozumieć jego 
intencji.
 

– Beth – mówi Dominic, biorąc mnie za ręce i przysuwając 

background image

się do mnie. – Chcę czegoś więcej. Chciałbym…
 

W pustym holu rozlega się głośne dzwonienie i aż 

podskakuję z wrażenia.
 

– A, przybył pierwszy gość – wzdycha Dominic. – Nie 

przestrasz się, Beth. Czekaj, patrz i słuchaj.
 

Podchodzi do frontowych drzwi i otwiera je. W wejściu stoi 

osoba o pięknej sylwetce, smukła i zgrabna, z charakterystycznymi
kośćmi policzkowymi. To Anna. Wyciąga szyję, żeby wymienić z 
Dominikiem kurtuazyjne pocałunki w policzek, po czym 
kołyszącym krokiem wchodzi do holu.
 

– Co za doskonały, urzekający dom – zwraca się głośno do 

Dominica. – Powiedz mi, że jest twój.
 

– Jeszcze się nie zdecydowałem – odpowiada, zerkając w 

moją stronę z ukosa.
 

Anna podchodzi do mnie i przykuwa mnie spojrzeniem lekko

skośnych zielonych oczu.
 

– Witaj, Beth. Jak się masz?

 

– Dobrze, dziękuję Anno. – Silę się na chłodny, wyważony 

ton. – A ty?
 

– Znaaakomicie – przeciąga zmysłowo głoski. – Jak zwykle. 

– Odwraca się na pięcie do Dominica. – Zaproponujesz mi coś do 
picia?
 

– Oczywiście. Szampana?

 

– Znasz mnie. Nie odmówię.

 

– Chodźmy więc.

 

Idziemy za Dominikiem na dół do wielkiej kuchni częściowo

wychodzącej na ogród i oddzielonej od niego szklaną ścianą. 
Minimalistyczny wystrój tworzą połyskliwe białe powierzchnie i 
polerowany beton. Dominic podchodzi do lodówki, wyjmuje 
butelkę i otwiera ją, po czym rozlewa trunek do czekających na 
ławie kieliszków.
 

Wciąż chcę usłyszeć, po co właściwie Anna tu przyszła, ale 

postanawiam nie wyciągać pochopnych wniosków. Ufam 
Dominicowi, na pewno wie, co robi. On tymczasem podaje nam 
pełne szampanówki i wznosi toast.

background image

 

– Za nasze wspólne przedsięwzięcie – mówi z szerokim 

uśmiechem. – I za sukces.
 

Anna podnosi swoje szkło i stuka o kieliszek Dominica.

 

– Za nasz sukces. – Zwraca się do mnie: – Beth, za sukces.

 

Pozwalam jej stuknąć w swoją szampanówkę, ale się nie 

odzywam. Nie mogę zapomnieć, że mi doprawiła drinka podczas 
imprezy w katakumbach, a potem próbowała sabotować mój 
związek z Dominikiem, żeby go mieć dla siebie.
 

We troje sączymy szampana; czuję, jak bąbelki łaskoczą 

mnie w język.
 

– Zatem, Anno. – Dominic przerywa ciszę. – Pamiętasz, o 

czym rozmawialiśmy wczoraj wieczorem. Czy podjęłaś decyzję i 
postanowiłaś, co zamierzasz?
 

– Gdybym tego nie zrobiła, nie byłoby mnie tu – odpowiada 

chłodno. – Wiesz o tym. Musimy być tylko pewni, że to zadziała. 
Nie możemy sobie pozwolić na porażkę.
 

– We troje sprawimy, że się uda – mówi stanowczo Dominic. 

– We troje mamy potrzebne informacje.
 

– Ale wam trzeba tego, co mam ja – zauważa Anna, 

kokieteryjnie przechylając głowę. – Mam klucz.
 

Dominic nachyla się ku niej z nagłym napięciem w oczach.

 

– I dasz mi ten klucz?

 

– Może. – Anna trzepocze do niego rzęsami, a ja czuję, jak 

rozkręca się we mnie zazdrość.
 

„Jest zupełnie bezwstydna. Stoję tu, a ona bezczelnie flirtuje 

z Dominikiem! Nie do wiary! Czemu muszę to znosić?” – Staram 
się zapanować nad sobą. – „Musisz to znosić dla Marka, on wart 
jest poświęceń”.
 

– Nic ci nie jestem winna – oświadcza nagle Anna chłodnym 

tonem.
 

– Nie – zgadza się z nią Dominic. – Ale nie chodzi o mnie, 

tylko o Andrieja.
 

Przez jej twarz przemyka gorzki grymas.

 

– Tak. – W głosie Anny znów brzmi przekonanie. – Andriej. 

Pożałuje tego, jak mnie potraktował. – Kieruje wzrok w moją 

background image

stronę. – Nie mam żadnego interesu w tym, aby pomagać tobie, 
Beth. Ale jeśli to część układu, niech będzie.
 

Wciąż milczę, wyczuwając, że sprawa jest delikatna i nie 

wolno zaburzyć kruchej równowagi.
 

– A więc – naciska Dominic. – Co możesz nam powiedzieć?

 

– Cóż, mogę powiedzieć wiele. Andriej doskonale wiedział, 

że malowidło nie jest autentykiem, i to na długo przed tym, zanim 
je kupił. 
 

Miałam się nie odzywać, ale wyrywa mi się cichy okrzyk i 

słowa wymykają się same:
 

– Wiedział o tym?

 

– Właśnie – potwierdza Anna, unosząc brew w moją stronę. –

Zapłacił ponad dwa miliony funtów za coś, co od początku miało 
się okazać fałszywką.
 

– Ale dlaczego? – Nie mogę wyjść ze zdumienia. – Co chciał 

przez to osiągnąć?
 

Anna śmieje się drwiąco.

 

– Moja droga, jesteś taka naiwna. Andriej pierze w ten 

sposób pieniądze, to jasne. Jest głęboko zaangażowany w 
działalność przestępczą. Doskonale wychodzi na handlu 
narkotykami i innych ciemnych sprawkach, a to ułatwia mu 
poruszanie się na polu wielkiego biznesu i przynosi dodatkowe 
zyski.
 

Patrzę na nią oszołomiona. Potem zwracam się do Dominica:

 

– Wiedziałeś o tym?

 

– Nie – odpowiada stanowczo. – Nic a nic.

 

– Nie wiedział – potwierdza spokojnie Anna. – Andriej 

powierzył to tylko mnie. Powinien był o tym pamiętać, kiedy mnie
odsuwał na bok, a właściwie wyrzucał. Ale chyba nie podejrzewał,
że wam powiem. I… – Wzrusza ramionami. – Zapłacił mi dużą 
odprawę. Zapewne myślał, że kupuje moje milczenie. – Nagle 
zwraca się do mnie. – Prawdziwe pytanie, Beth, brzmi: czy ty 
wiedziałaś?
 

– Ja? – pytam zszokowana. – Jasne, że nie. Skąd takie 

przypuszczenie?

background image

 

– Ponieważ właśnie ty przelewasz dwa miliony z powrotem 

przez konto Marka, podobnie jak przez wiele lat robił to Mark, gdy
Andriej za jego pośrednictwem kupował dziesiątki dzieł sztuki.
 

Aż mnie zatyka.

 

– Co przez to rozumiesz?

 

– Słyszałaś. Mark jest ważnym ogniwem całej operacji. 

Uprzejmie pozwala Andriejowi przepuszczać przez swoją firmę 
ogromne sumy.
 

Wybucha we mnie czysty gniew.

 

– Chcesz powiedzieć, że Mark jest przestępcą… że pierze 

pieniądze? – Nieświadomie podnoszę głos. – To absolutnie 
niemożliwe. Mark to na wskroś uczciwy człowiek. Nigdy by 
czegoś takiego nie zrobił.
 

Dominic wyciąga rękę w uspokajającym geście, ale ja z furią 

staję naprzeciw Anny. Ona jednak, nieporuszona moim wybuchem,
wzrusza ramionami.
 

– Może nie jest przestępcą, może jest niewinny. Ale 

umożliwiał pranie ogromnych kwot – stwierdza.
 

– Czyżby kolejny powód, dla którego Andriej chce zerwać 

więzi z Markiem? – mruczy Dominic.
 

Zwracam się do niego, ledwie wstrzymując łzy.

 

– Nie wierzysz chyba, że Mark jest winny, co? – pytam 

rozżalona.
 

– Nie – odpowiada łagodnie. – Jednak to, co mówi Anna, jest

prawdą. Twój szef został w to wmieszany, czy tego chciał, czy nie.
 

– A więc to znaczy, że jedynym sposobem, aby powstrzymać 

Andrieja przed zrujnowaniem reputacji Marka, jest ujawnienie 
jego działalności przestępczej… Ale to przecież i tak zniszczy 
Marka! – Wpatruję się wściekła w Dominica.
 

– Może wcale do tego nie dojść – słyszę w odpowiedzi.

 

– Nie rozumiem jak.

 

– Żadna z tych rewelacji może nie ujrzeć światła dziennego. 

Wszystko zależy od tego, jak Andriej zareaguje na nasz ruch, gdy 
mu przedstawimy, co wiemy – wyjaśnia Dominic. W jego oczach 
maluje się współczucie i domyślam się, że gdy będziemy sami, 

background image

powie mi więcej. Na razie zwraca się do Anny: – Jesteś 
zdecydowana?
 

– Tak – odpowiada z nagłym promiennym uśmiechem. – Jak 

najbardziej.
 

Wtem w pustawym holu na górze odbija się echem odgłos 

dzwonka u drzwi.
 

– A! – Dominic podnosi się z miejsca. – Zdaje się, że to 

twoja nagroda. Przepraszam na chwilę, drogie panie.
 

Idzie na górę i po kilku minutach wraca, prowadząc kogoś. 

Dostrzegam na schodach jakiegoś mężczyznę w ciemnym 
garniturze, a gdy nieznajomy pojawia się w polu widzenia, 
uświadamiam sobie, że już go gdzieś spotkałam. Szukam w 
pamięci, gdy nagle Anna zrywa się na równe nogi i pędzi w jego 
stronę, piszcząc:
 

– Giovanni!

 

Rzuca mu się w ramiona, a zakonnik przez chwilę stoi 

zdezorientowany i dopiero po chwili dociera do niego, że ma w 
objęciach piękną kobietę. Całują się namiętnie. Dominic 
podchodzi do mnie z uśmiechem.
 

– Oto ostatni fragment układanki – mówi. – Teraz wiemy, 

skąd Anna znała nasze sekrety. Jedyną osobą, której je 
powierzyłem, był brat Giovanni. Okazuje się jednak, że mój 
powiernik sam lubił się zwierzać. Zawsze wiedziałem, że Anna nie
jest typem kobiety wiernej jednemu mężczyźnie. Może i chciała 
mnie zdobyć, ponieważ odrzuciłem jej względy, ale zdaje się, że 
człowiek, który ślubował celibat, był dla niej znacznie większym 
wyzwaniem. Najwyraźniej cieszy się, że go widzi, nie sądzisz?
 

Patrzę na tę scenę, nie wiedząc, czy śmiać się, czy płakać.

 

– Och, Dominic!

 

Bierze mnie w ramiona i mocno przytula.

 

– Wyjdziemy z tego, daję słowo. Wszyscy.

background image

Rozdział szesnasty

Anna i Giovanni opuszczają nas szybko, zapewne chcąc 

nacieszyć się swoim spotkaniem na osobności. Zastanawiam się, 
czy Anna w końcu da sobie spokój z Dominikiem, czy po prostu 
bawi ją gra na zwłokę. Chyba powinnam przestać się tym 
przejmować i pogodzić się z jej zachowaniem, zważywszy na to, 
jak bardzo potrzebujemy teraz jej współpracy.
 

Dominic zamyka za nami drzwi wejściowe.

 

– Klucze jutro zostaną zwrócone do agencji nieruchomości – 

oznajmia. – To nie jest odpowiedni dom dla nas, tak?
 

Podnoszę na niego wzrok.

 

– Dla nas?

 

– W mojej przyszłości nie może cię zabraknąć – odpowiada, 

patrząc mi w oczy. – Czy to nie oczywiste? Nie chcę żyć bez 
ciebie.
 

Przepełnia mnie wielkie szczęście.

 

– Naprawdę? – szepczę.

 

– Naprawdę.

 

Nie umiem znaleźć słów. On najwyraźniej mówi, że drogi 

naszego życia są nierozerwalnie splecione ze sobą i nigdy się nie 
rozłączą. Ta myśl jest cudowna, aż trudno mi ją przyswoić. 
Dominic uśmiecha się na widok mojej miny.
 

– Mamy dużo do omówienia. Ale dziś jest już późno. Muszę 

cię odstawić do domu. – Wyjmuje telefon i wstukuje wiadomość. –
Mój kierowca będzie tu za minutę.
 

Patrzę na niego przez chwilę i rozmyślam, jak bardzo się 

zmienił od czasu, gdy go poznałam. Stał się człowiekiem, z którym
należy się liczyć, mającym moc i środki, aby się przeciwstawić 
Andriejowi Dubrowskiemu. Wtem pytam niespodziewanie dla 
samej siebie:
 

– Czy Markowi nic się nie stanie? Możesz mi to obiecać?

 

Bierze mnie za rękę.

background image

 

– Mogę ci dać słowo, że nie pozwolę, by Andriej szerzył 

kłamstwa i zrujnował jego reputację. Ale jeżeli Anna mówi 
prawdę, cóż… Wiem, że Mark jest niewinny, jednak być może 
będzie to musiał udowodnić przed sądem. – Ma bardzo poważny 
wyraz twarzy. – Cień padnie na wszystkich, którzy są w jakiś 
sposób związani z Dubrowskim. Każdy z nas będzie się musiał 
wytłumaczyć. Wierzę jednak, że jeśli jesteśmy uczciwi, nie mamy 
się czego bać.
 

Przy krawężniku zatrzymuje się wezwany samochód i 

Dominic pomaga mi wejść do środka.
 

– Ty nie jedziesz? – pytam.

 

Potrząsa głową.

 

– Chcę się przejść i oczyścić umysł. Mam dużo do 

przemyślenia. A ty powinnaś się przespać.
 

– Kiedy się zobaczymy? – Nagle ogarnia mnie panika na 

myśl, że może nie będzie okazji do spotkania przed moim 
wyjazdem do domu na święta. Trudno byłoby mi się z tym 
pogodzić, mimo radości z przebywania z rodziną.
 

– Jutro. – Uśmiecha się. – Mam coś zaplanowane. Dowiesz 

się w porę.
 

– Dominic… – Nie chcę tego, ale muszę zapytać. – Anna… i 

ty… nie…?
 

Całuje mnie delikatnie i mówi:

 

– Niepotrzebnie o tym wspominasz. Jasne, że nie. Jesteś dla 

mnie jedyna, tylko ty.
 

Wdzięczna losowi wracam do domu i śpię tej nocy głęboko, 

zmęczona wszystkim, co ostatnio przeżyłam. Czuję się 
bezpieczniej, wiedząc, że Dominic przejął dowodzenie w starciu z 
Dubrowskim, ale i tak mam dziwne sny, w których Andriej ściga 
mnie, odgrażając się i zapowiadając, że nigdy mu nie ucieknę, a 
jeśli się pogrąży, pociągnie mnie za sobą.
 

Po tak realistycznych snach cieszę się z przebudzenia we 

własnym łóżku. To ostatni dzień przed moim wyjazdem do domu i 
rozpoczęciem świąt. Zastanawiam się, czy Dominic zdąży ze 
swoim planem, zanim Andriej drugiego stycznia opublikuje swoje 

background image

oświadczenie.
 

Gdy zjawiam się w pracy, Caroline jest zaskoczona moim 

widokiem.
 

– Myślałam, że dziś jedziesz do domu – mówi. – Nie 

spodziewałam się ciebie.
 

– Przyszło mi do głowy, że wpadnę i sprawdzę, jak się 

sprawy mają – wyjaśniam. Prawda jest taka, że chcę zerknąć na 
dokumenty dotyczące współpracy Marka z Andriejem, na wypadek
gdyby były tam jakieś wskazówki. Uświadamiam sobie, że 
Caroline wygląda na zgnębioną. – Czy wszystko w porządku? – 
pytam.
 

– Mark źle się dzisiaj czuje – odpowiada smutno. – Ma 

podwyższoną temperaturę i chrapliwy oddech. Jeśli mu się nie 
poprawi, zabieram go do lekarza. – Spogląda na mnie życzliwie. – 
Jeżeli nie masz nic pilnego do zrobienia, powinnaś jak 
najwcześniej jechać do rodziny. Zacząć świętowanie. Tu będzie 
bardzo spokojnie.
 

– Dziękuję – mówię z wdzięcznością. – Pewnie tak zrobię.

 

Idę do biura i zaczynam przeszukiwać dokumenty mające 

jakikolwiek związek z Andriejem, ale na ile je rozumiem, 
wszystko jest proste, legalne i jasne, choć oczywiście teraz, gdy 
mam dodatkowe informacje, wydaje mi się niezwykłe, że Mark 
zgodził się na dziwny system zakupów i pokrywania wydatków 
klienta.
 

Cały czas czekam na wiadomość od Dominica. Dostaję ją 

dopiero po lunchu, gdy zbieram się już do wyjścia.
 

Rosa, jesteś potrzebna. Twój pan życzy sobie świątecznej 

radości. Bądź w buduarze za godzinę.

 

Oddech mi nieco przyśpiesza na takie zaproszenie. Tak 

bardzo pragnę uciec w przyjemności, jakie może mi dać mój pan. 
Na samą myśl czuję gdzieś w środku miłe zawirowania. Jeśli 
wymagana jest obecność Rosy, z ogromną chęcią zaspokoję tę 
potrzebę.
 

Przybywam na miejsce przed upływem godziny, lecz znając 

background image

wartość posłuszeństwa, czekam na wyznaczony czas i pukam do 
drzwi punktualnie. Dominic otwiera mi i cofa się, by mnie 
wpuścić. Korytarz tonie w mroku i po zamknięciu drzwi nic nie 
widzę w ciemności.
 

– Idź do sypialni, Rosa, wybierz to, co twoim zdaniem będzie

mi odpowiadało. Przyjdę za dziesięć minut.
 

Odkładam torebkę, zdejmuję płaszcz i idę krótkim 

korytarzykiem do sypialni. W środku wszystko jest na nowo 
poukładane i uporządkowane. Widzę białe skórzane krzesło do 
chłosty, na którym Dominic swego czasu doprowadzał mnie do 
najwyższej rozkoszy. Jest też szafka zawierająca duży wybór 
ekscytujących zabawek i narzędzi. A także szafa z najróżniejszymi 
pasującymi na mnie ubiorami i akcesoriami. Nigdy nie mogę być 
pewna, co tam znajdę. Podchodzę do niej i otwieram drzwi.
 

Mój pan życzy sobie świątecznej radości. Powinnam być dla 

niego prezentem, który mógłby rozpakować i cieszyć się jego 
widokiem. Wybieram stanik bez miseczek, opinający mi piersi 
szeroką wstęgą z czarnego jedwabiu, z przodu wiązaną na kokardę.
Do tego pasujące majteczki z kokardą z tyłu. Zakładam tę bieliznę,
a na wierzch narzucam czerwony jedwabny szlafroczek. Mój 
wzrok pada na buty z wysokim obcasem, wiązane rzemykami aż 
po uda. Bardzo atrakcyjne. Wkładam je i z ulgą znajduję z boku 
zamek, który zwalnia od mozolnego owijania łydek rzemykiem. 
Następnie biorę skórzaną obrożę i zapinam ją sobie na szyi – 
Dominic zawsze lubi widzieć u mnie ten znak posłuszeństwa. W 
końcu siadam na łóżku i czekam na niego.
 

Drzwi otwierają się dokładnie po dziesięciu minutach. 

Wchodzi Dominic. Jest elegancko ubrany w ciemne prążkowane 
spodnie, koszulę, krawat i kamizelkę. Podchodzi do skórzanego 
fotela stojącego w nogach łóżka, rozsiada się w nim i mierzy mnie 
poważnym spojrzeniem. W ręce ma kieliszek szampana.
 

– Wstań, Rosa.

 

Wykonuję polecenie, przytrzymując szlafroczek jak najbliżej 

siebie. Jego wzrok wędruje po moim ciele. Dominic dostrzega 
moje buty i kiwa głową.

background image

 

– Bardzo ładnie – mówi. – Podejdź, proszę.

 

Zbliżam się do niego i staję przed nim posłusznie, czekając 

na dalsze instrukcje.
 

– Usiądź mi na kolanach.

 

Odwracam się do niego tyłem i siadam ostrożnie. Czuję, jak 

jego ręka gładzi jedwab na moich plecach, sunie do góry i odsłania
mi włosy.
 

– Bardzo dobrze – szepcze Dominic na widok obroży. – 

Cieszę się, że znasz swoje miejsce, Rosa. Lubisz być pokorna, 
prawda?
 

– Tak, panie.

 

– Lubisz być mi posłuszna?

 

– Tak, panie.

 

– Jesteś dziś bardzo uległa, robisz wszystko bezbłędnie, jak 

kazałem. Czy to oznacza, że nie dostaniesz kary?
 

– Co tylko uznasz za stosowne, panie.

 

Śmieje się łagodnie. Naciskam leciutko pośladkami na jego 

kolana i wyczuwam twardość. Siadam pewniej i czuję, jak pode 
mną pulsuje jego penis. Wyciągam nogę, aby pokazać Dominicowi
piękny but, którego rzemyki oplatają mi łydkę i sięgają ponad 
kolano. Oddech mu przyśpiesza.
 

– Kusisz mnie – zauważa. – Co jeszcze zamierzasz zrobić?

 

Bez słowa wstaję, przeciągając przy tym końcami palców po 

jego spodniach. Rozluźniam szlafroczek i pozwalam, by opadł na 
podłogę. Pokazuję tym samym czarną kokardę umocowaną 
dokładnie pośrodku mojej pupy. Dominic znów się śmieje.
 

– Mój świąteczny prezencik. Zobaczmy, co za niespodzianka 

kryje się w środku.
 

Pociąga koniec wstążki i rozwiązuje kokardę, odsłaniając 

moją pupę – miękką i zaokrągloną. Biała skóra wspaniale 
kontrastuje z czarnymi rzemykami butów. Dominic gładzi moje 
pośladki, podziwiając ich zgrabne kształty.
 

– Odwróć się.

 

Robię w tył zwrot. On widzi teraz moją kobiecość zakrytą 

jedynie maleńkim skrawkiem jedwabiu, powyżej brzuch i wielką 

background image

czarną kokardę pod biustem. Unosi brwi.
 

– Kolejny prezent. Pochyl się, żebym mógł rozpakować.

 

Schylam się więc, tak że mój biust sterczy tuż przed jego 

twarzą. Dominic pociąga za koniec wstążki i ukazują się kuliste 
piersi z zaróżowionymi brodawkami. Mój pan jęczy z uznaniem.
 

– Wyglądasz przepysznie – mruczy. – Zbliż się.

 

Przysuwam piersi do jego twarzy. Dominic pociąga łyk 

szampana i bierze do ust czubek mojej prawej piersi. Wzdycham, 
gdy sutek pogrąża się w zimnym płynie. Czuję, jak bąbelki 
szczypią mnie lekko, a potem on zasysa mocno trunek i przełyka. 
Po zniknięciu szampana zostaję uwolniona.
 

– Wyśmienity – mówi Dominic z uśmiechem. Bierze kolejny 

łyk i robi to samo z lewym sutkiem. Następnie zanurza palec w 
trunku i przesuwa nim po moim brzuchu. Chłodna wilgoć kłuje 
mnie lekko w skórę. Potem Dominic dociera do kawałka jedwabiu 
kryjącego moją kobiecość, wsuwa pod spód palec i pociera mnie.
 

Jego podniecający dotyk przyprawia mnie o dreszcze. Czuję, 

jak w łechtaczce narasta mi lubieżne pragnienie, od którego cała 
moja kobiecość wzbiera pożądaniem. Dominic patrzy mi głęboko 
w oczy i odczytuje to w moich myślach. Sięga w dół i rozpina 
sobie spodnie, uwalniając pobudzonego, sterczącego penisa.
 

– Może usiądziesz znów? – zachęca. – Napiłabyś się 

szampana?
 

Posłusznie robię krok do przodu, a on zsuwa się nieco na 

krawędź fotela, żebym mogła położyć nogi po bokach jego bioder. 
Biorę penisa do ręki. Jest sztywny i gorący. Bez słowa staję tuż nad
nim, odsuwam zasłaniający moje wejście kawałek jedwabiu i 
opuszczam się wolno, biorąc w siebie całą długość prącia. Gdy je 
pochłaniam, Dominic na chwilę wstrzymuje oddech. Zaraz potem 
bierze kieliszek i pociąga duży łyk szampana. Następnie przybliża 
moją głowę do swojej i przyciska wargi do moich. Chłodny 
strumień trunku opuszcza jego usta i wlewa się do moich. 
Przejmuję go i piję, rozkoszując się ruchem smakującego 
szampanem języka w swoich ustach. Dominic bierze następny łyk i
powtarza to samo, przekazując musujący płyn z ust do ust. 

background image

Wrażenie jest cudowne i upajające na wiele sposobów.
 

Pijąc, poruszam się lekko. Zaciskam na gorącym penisie 

swoje wewnętrzne mięśnie i czuję, jak pęcznieje we mnie, staje się
grubszy i twardszy. 
 

– Zaspokajasz się, Rosa? – pyta Dominic niskim, ciężkim od 

pożądania głosem. – Czy to dlatego tak się na mnie wiercisz?
 

– Tak, panie – dyszę.

 

Spogląda w dół na oplatające go nogi, nadal ubrane w 

wysokie buty. Patrzy, jak siedzę na jego penisie. Moje piersi 
przyciskają się do niego, twarde różowe sutki błagają o jego 
uwagę, pokazując mu, jaka jestem gorąca. Jego oczy lśnią 
pożądaniem.
 

– Poruszaj się w górę i w dół – rozkazuje. 

 

Zaczynam wznosić się i opadać, opierając ciężar ciała na 

obcasach. Schodząc w dół, biorę w siebie całego penisa i jak 
najmocniej przyciskam się do niego.
 

– Właśnie tak – mówi mój pan. – Szybciej.

 

Kładzie ręce na moich biodrach, by wspomóc mój ruch 

jeszcze większą siłą. Uwielbiam to doznanie, gdy mnie wypełnia i 
czerpie ze mnie przyjemność. Oblizuję sobie wargi i pieszczę 
dłońmi piersi, szczypię sutki i leciutko je skręcam. Dominic patrzy 
na to z uznaniem.
 

– Biedna Rosa – mówi. – Wciąż mało ci rozkoszy. Nie krępuj

się i daj sobie to, czego pragniesz.
 

Przesuwam sobie dłonią po brzuchu, lekko muskając skórę, i 

podczas gdy druga bawi się piersiami, tę opuszczam tam, gdzie 
wdziera się we mnie penis. Ponad moim wejściem sterczy 
nabrzmiała łechtaczka. Dotykam ją palcem wskazującym i 
pocieram okrężnym ruchem.
 

– Właśnie tak. Pokaż mi, czego chcesz – szepcze Dominic i 

patrzy, jak mój palec porusza się coraz szybciej, wirując wokół 
łechtaczki.
 

Jego penis wbija się we mnie ostro. Podszczypuję sobie 

mocno sutek i wzdycham lekko, kiedy mój palec rozpala coraz 
silniejsze doznania w łechtaczce.

background image

 

– Zrób sobie dobrze – rozkazuje Dominic. – Teraz, chcę to 

widzieć.
 

Poddaję się rozkosznemu uczuciu, podczas gdy jego penis 

wwierca się we mnie od dołu. Własne palce doprowadzają mnie do
ekstazy, ponieważ sama doskonale wiem, jak sprawić, aby 
łechtaczka drżała i pulsowała pod moim dotykiem. Pocieram 
mocniej, a Dominic przyśpiesza rytm pieprzenia, oddycha ciężko, 
podniecony moimi ruchami.
 

– Oooch! – wołam, czując zbliżający się orgazm.

 

– Dojdź, Rosa, szczytuj! – Dominic ponawia rozkaz i zaraz 

sztywnieję, odlatuję, wstrząsana porywającym orgazmem.
 

Kończę, dysząc i wciąż mając w sobie jego sztywnego 

penisa.
 

– Cudownie było na to patrzeć – mruczy mój pan z 

uśmiechem. – Ale nie skończyliśmy jeszcze. – Nachyla się i 
szepcze mi do ucha: – Zamierzam pieprzyć cię mocno na tym 
fotelu, a potem na łóżku. Uwierz mi, znów będziesz szczytować, a 
ja po tobie. Lecz najpierw dostanę od ciebie rozkosz, jakiej pragnę,
moja słodka, uległa Roso.
 

Podnoszę wzrok i widzę, że jego oczy są zasnute żądzą. 

Znowu rozpala się we mnie ogień. Zaciskam mięśnie wokół jego 
penisa, nadal przewiercającego mnie do najdalszej głębi.
 

– Tak, panie – mówię miękko. – Czego sobie tylko 

zażyczysz.
 

Dominic dotrzymuje słowa i dwie godziny upływają nam na 

dogłębnym wzajemnym zaspokajaniu. Jest nienasycony, głodny, 
wdziera się we mnie raz za razem, a jego potężna erekcja wydaje 
się nie mieć końca. Kiedy szczytuje, jestem już obrzmiała i 
sztywna, po doznanych rozkoszach z przewrażliwieniem reaguję 
na każde muśnięcie. Czuję się wypompowana i wyczerpana 
długotrwałą intensywną przyjemnością. Razem bierzemy leniwą, 
przeciągającą się kąpiel, podczas której Dominic delikatnie 
pielęgnuje moje ciało, traktując je niczym drogocenny skarb i ze 
szczególną łagodnością obchodząc się z moją wrażliwą 
kobiecością. Następnie osusza mnie ręcznikiem i ubieramy się.

background image

 

Choć zażywaliśmy wspólnych rozkoszy przez kilka godzin, 

jest dopiero wczesny wieczór.
 

– Teraz pójdziemy na kolację – oznajmia Dominic. – I mam 

dla ciebie jeszcze jedną niespodziankę.
 

Jestem zaintrygowana, a przy tym strasznie głodna. Czuję się

lekko i radośnie, mimo że między nogami odczuwam bolesne 
obrzmienie. Nie da się przecenić cudownego wpływu, jaki udany 
seks ma na samopoczucie. Wiem, że w moim życiu czają się 
gdzieś ciemne sprawy, ale po wstrząsającym orgazmie, po 
przyjemnościach dotykania i smakowania ciała Dominica łatwo 
odpycham od siebie wszelkie cienie.
 

Gdy mam już na sobie ubranie, Dominic rzuca niedbałym 

tonem:
 

– A właśnie, w korytarzu jest coś dla ciebie.

 

– Naprawdę? Co?

 

Idę do przedpokoju i widzę na podłodze wielkie białe 

prostokątne pudło przewiązane czerwoną wstążką.
 

– Otwórz – mówi Dominic.

 

Podchodzę i pociągam za koniec wstążki. Rozwiązuje się 

łatwo i już po chwili podnoszę białe kartonowe wieko. W środku 
leży wspaniały czarny kaszmirowy płaszcz z czarnym futerkiem na
kołnierzu. Zapiera mi dech w piersi.
 

– Rewelacyjnie wyglądałaś w czarnym płaszczu w Nowym 

Jorku. Bardzo ci się podobał, a jednak zwróciłaś go bez namysłu. 
Chcę więc, żebyś miała własny.
 

– Piękny! – wzdycham oczarowana. Wyjmuję płaszcz z 

pudełka, a Dominic podtrzymuje go, podczas gdy wsuwam ręce w 
jedwabiste wnętrze rękawów. – Dziękuję, Dominic, cudowny 
prezent! – Ściskam go mocno i całuję w policzek.
 

– Cała przyjemność po mojej stronie – śmieje się Dominic. – 

Wesołych świąt.
 

W tej chwili robi mi się smutno.

 

– Ale ja nic dla ciebie nie mam!

 

Przesuwa palcem po moim policzku.

 

– O to się nie martw – mówi. – Właśnie dałaś mi 

background image

najwspanialszy świąteczny prezent, jaki mógłbym sobie 
wymarzyć.
 

Ubrana w swój nowy wspaniały płaszcz, jestem gotowa 

stawić czoło wszelkim chłodom. Trzymając Dominica pod ramię, 
idę z nim w zimowej scenerii przez Mayfair do restauracji, w 
której zarezerwował dla nas stolik. Wchodzimy, wita nas 
kierownik sali, a Dominic pyta:
 

– Czy drudzy państwo już są?

 

– Tak, już przybyli.

 

Zerkam na Dominica zaskoczona. Myślałam, że ten wieczór 

będzie tylko dla nas. Nagle zaczynam się obawiać, że tymi drugimi
gośćmi okażą się Anna i Giovanni. Akurat bez takiej niespodzianki
mogę się obejść.
 

Zostawiamy okrycia w szatni i nasz przewodnik prowadzi 

nas przez elegancką salę do przykrytego białym obrusem stołu, 
przy którym z daleka dostrzegam siedzącą inną parę. Gdy się 
zbliżamy, z radością rozpoznaję tamtą kobietę.
 

– Laura!

 

Moja przyjaciółka wstaje z szerokim uśmiechem i wita mnie 

serdecznie.
 

– A więc nareszcie mam okazję poznać słynnego Dominica! 

– mówi radośnie.
 

– Cała przyjemność po mojej stronie – odpowiada Dominic i 

kurtuazyjnie całuje ją w oba policzki. – Dziękuję, że przyszłaś z 
Tomem. Poprosiłem go, żeby spróbował zaprosić cię na to wspólne
spotkanie.
 

Po drugiej stronie stołu stoi Tom Finlay – uszczęśliwiony, a 

zarazem nieco speszony.
 

– Cześć, Dominic. Wiesz, gdyby nie twoje zaproszenie, i tak 

wybrałbym się dziś z Laurą w jakieś urocze miejce, gdyby tylko 
miała ochotę.
 

Laura śmieje się i rumieni lekko.

 

– Dobrze się wszystko złożyło, prawda?

 

Patrzę na Dominica z wdzięcznością. Wiedział, jak bardzo 

chciałam, aby poznał Laurę, i najwyraźniej nie puścił mimo uszu 

background image

mojej wzmianki o tym, że Tom się z nią zaprzyjaźnił. Fakt, że 
Dominic chce spędzić ten wieczór we czwórkę, oznacza, że uważa 
nas za prawdziwą parę, część realnego świata, w którym ludzie 
spotykają się z przyjaciółmi.
 

– Pomyślałem, że spodoba ci się taka niespodzianka – 

mruczy do mnie miękko z łagodnym uśmiechem.
 

– Cudowny pomysł, dziękuję!

 

Tom podchodzi do mnie, by się przywitać, i ze śmiechem 

wymieniam z nim cmoknięcia w policzek.
 

– Dobrze cię widzieć, Tom. Mam nadzieję, że ci się układa.

 

– Znakomicie, dzięki. – Zerka szczęśliwy na Laurę, a ona 

uśmiecha się do niego z błyszczącymi oczyma.
 

Zatem wygląda na to, że rzeczywiście zaiskrzyło. Bardzo się 

cieszę szczęściem przyjaciółki, a ponadto jej chłopak jest dobrym 
znajomym Dominica. Doskonale. 
 

Cudownie spędzamy wieczór przy smacznym jedzeniu i 

winie, czas upływa nam na beztroskich rozmowach i śmiechu. Gdy
opowiadamy o swoich świątecznych planach, wydaje się, że Boże 
Narodzenie już się rozpoczęło. Laura i ja wyjeżdżamy do swoich 
domów rodzinnych. Tom spędzi święta ze swoim bratem 
bliźniakiem i jego rodziną w Szkocji. Na końcu spoglądam 
pytająco na Dominica. Wygląda niesamowicie, na jego twarzy 
malują się szczęście, siła i pewność siebie. Odnoszę też wrażenie, 
że przygotowuje się wewnętrznie do czegoś, jak powołany do 
wojska żołnierz, który cieszy się ostatnim wieczorem wolności 
przed czekającą go bitwą.
 

– A co z tobą? – pytam, bawiąc się nóżką kieliszka. – Jak 

twoje bożonarodzeniowe plany?
 

– Późną nocą wylatuję do Stanów, do siostry w Nowym 

Jorku. – Posyła mi znaczące spojrzenie. – Mam tam też ważne 
spotkanie.
 

Domyślam się, o co chodzi. O Andrieja. Pora przedstawić mu

wszystko, czego się dowiedzieliśmy, odparować jego cios i 
zobaczyć, co z tego wyniknie. Nagle ogarnia mnie smutek. Nie 
chcę się rozstawać z Dominikiem. Nasze rozłąki zawsze są dla 

background image

mnie okropne, a tym bardziej teraz, w tym szczególnym okresie.
 

„Ale wyjeżdżasz do rodziny, to nie podlega dyskusji” – 

przypominam sama sobie. Wtem dociera do mnie, że w głębi 
duszy żywię cichą nadzieję – maleńką fantazję, w której zabieram 
Dominica z sobą do domu, przedstawiam go dumnie rodzicom, 
pokazuję mu miejsca, które wiele dla mnie znaczyły, kiedy byłam 
młodsza. Teraz to się nie zdarzy. Muszę stłumić westchnienie. „No,
dobrze, to mało prawdopodobne. Nie powinnam żądać od losu 
zbyt wiele. I tak ostatnio długo z nim przebywałam”. Ponadto 
wiem, że zbliżają się poważne decyzje, jeśli ma się dopełnić to, o 
czym ostatnio mówił Dominic – decyzje o tym, gdzie i jak 
będziemy mieszkać. To ekscytujące. Coś, o czym zawsze 
marzyłam. Uśmiecham się i z ożywieniem włączam się do 
rozmowy.
 

Wychodzimy z restauracji około jedenastej i w mroźnym 

nocnym powietrzu życzymy sobie wesołych świąt.
 

– Zabieram Beth do domu – mówi Dominic. – Podwieźć cię 

też, Laura?
 

Moja przyjaciółka potrząsa głową.

 

– Zostaję z Tomem. – Jest trochę onieśmielona, ale 

szczęśliwa. – Zobaczymy się rano, Beth.
 

– Do zobaczenia. – Całuję ją na pożegnanie i życzę Tomowi 

udanych świąt. Potem Dominic prowadzi mnie do czekającego 
samochodu i podaje kierowcy adres mojego mieszkania. Wtulam 
się w Dominica, patrząc, jak za oknem przemykają światła 
metropolii. Cieszę się jego bliskością i staram się nie myśleć o 
tym, że wkrótce rozstaniemy się na jakiś czas.
 

Mam nadzieję, że korki uliczne zatrzymają nas razem jak 

najdłużej, ale jezdnie są puste – najwyraźniej wielu ludzi już 
wyjechało na święta – przez co docieramy na miejsce dość szybko.
Samochód zatrzymuje się, wysiadamy i zmierzamy do drzwi 
wejściowych.
 

– Dziękuję ci za cudowny dzień, Beth. Każda jego chwila 

była dla mnie wspaniała. – Dominic obejmuje mnie i czule całuje 
w usta. Oboje przypominamy sobie przy tym rozkosze, jakich 

background image

zaznaliśmy wcześniej tego dnia.
 

– Nie chcę, żebyś mnie zostawiał! – mówię, nagle przejęta 

przygnębieniem.
 

– Wiem. Ja też nie chcę cię opuszczać. Ale tym razem to 

tylko na krótko. Niedługo wrócę, obiecuję, i wtedy zaczniemy 
nowe życie. – Przytula mnie i szepcze mi do ucha: – Mam dla 
ciebie prezent.
 

– Jeszcze jeden? Przecież dałeś mi ten piękny płaszcz.

 

– Tak, jeszcze jeden. Miałem go zachować na jakiś bardziej 

romantyczny moment, ale zdaje się, że właśnie przyszedł czas. 
Chcę, żebyś go wzięła, zanim pojadę. – Wyjmuje z kieszeni czarne
pudełeczko i wręcza mi je. – Otwórz.
 

Odmykam maleńkie zapięcie i ostrożnie unoszę wieczko. 

Moim oczom ukazuje się rządek niewielkich diamentów, które w 
świetle latarni ulicznych błyszczą niezwykłym blaskiem. 
Oszołomiona tym widokiem, przez chwilę nie wiem, co 
powiedzieć.
 

– Pierścionek – mówię w końcu zachwycona. 

 

Dominic wpatruje się we mnie, gdy podziwiam piękną 

platynową obrączkę gęsto wysadzaną diamencikami. Patrzę na 
niego pytająco. Nie jestem pewna, co to za pierścionek, a nie chcę 
niewłaściwie odczytać jego intencji. On, jak gdyby znając moje 
myśli, odzywa się miękko:
 

– Ten pierścionek to obietnica. Możesz go nosić, w jaki 

sposób chcesz.

Niemal wstrzymuję oddech, kiedy Dominic wyjmuje skrzący

się klejnocik z pudełka i trzyma go przede mną. Waham się przez 
chwilę i unoszę prawą dłoń

6

. On uśmiecha się i wsuwa pierścionek

na mój serdeczny palec. Pasuje idealnie i błyska do mnie, kiedy 
poruszam ręką.
 

– Pierścionek obietnica – mówię łagodnie, nie mogąc 

oderwać od niego oczu.
 

– Tak, moja obietnica. Jestem teraz twój i pragnę, żebyśmy 

byli razem. Gdy tylko będziesz się martwić albo mieć wątpliwości,
chcę, żebyś zerknęła na pierścionek i przypomniała sobie o mojej 

background image

obietnicy. Zrobisz tak?
 

Zarzucam mu ramiona na szyję, szlochając i uśmiechając się 

równocześnie.
 

– O, tak, Dominic. Oczywiście, że tak zrobię!

background image

Rozdział siedemnasty

Krajobrazy migają za oknem pociągu, który wiezie mnie 

coraz dalej od Londynu i od mojego życia. Dziwnie się czuję, 
jadąc do domu. Im bliżej jestem swojej starej rzeczywistości, tym 
bardziej ta obecna wydaje się nierealna. Jak gdybym przeżyła jakąś
wyśnioną fantazję i teraz wracała do normalności.
 

Tylko blask pięknego diamentowego pierścionka na prawej 

ręce przypomina, że to się zdarzyło naprawdę.
 

„Dlaczego wyciągnęłaś prawą rękę? Czemu nie lewą?”.

 

Patrzę na iskrzące się klejnociki i wiem, że dokonałam 

właściwego wyboru. Jak powiedział Dominic, ten pierścionek to 
obietnica. Zapewnienie, że czekają nas niesamowite wspólne 
przeżycia. On prosi mnie, abym przyjęła zobowiązanie, że 
będziemy się kochać i zobaczymy, jak będzie się nam układało 
życie – to prawdziwe, realne. Jeśli oboje zechcemy, zrobimy 
kolejny krok.
 

W tej chwili dzielą go ode mnie tysiące mil. Jest w Nowym 

Jorku i na myśl o tym, że stanie do konfrontacji z Dubrowskim, 
czuję, jak ogarnia mnie strach. Tamtego dnia, gdy starli się słownie
na progu apartamentu Andrieja, sprawiali wrażenie dwóch psów, 
które zaraz skoczą sobie do gardeł. Boję się nawet myśleć o tym, 
jak Andriej może zareagować na to, co Dominic ma mu do 
przekazania.
 

Przesuwam końcami palców po kamieniach pierścionka i 

modlę się w duchu, aby Dominicowi nic się nie stało. Nic więcej 
nie mogę już zrobić, jak tylko mieć nadzieję i czekać.
 

– Beth, o Bethy! – Mama bierze mnie w ramiona i zasypuje 

pocałunkami. – Tęskniłam za tobą!
 

– Ja też się stęskniłam. Cześć, tato! – Ściskam oboje 

rodziców, szczęśliwa, że się znalazłam w domu. – Wow, jak dobrze
jest wrócić.
 

Mama odsuwa się nieco i przygląda mi się.

background image

 

– Zmieniłaś się! – Marszczy brwi. – Nie wiem dokładnie, jak 

to określić, ale jesteś zdecydowanie inna.
 

– Dorosła – stwierdza smętnie tato.

 

– Kiedyś w końcu musiałam! – pokrywam to żartem, ale 

wiem, że jestem teraz odmieniona pod wieloma względami. 
Widziałam inne światy od tego, w którym dorastałam. 
Podróżowałam, pracowałam i odkryłam w sobie możliwości, o 
jakich kiedyś nie miałam pojęcia. A poza tym… rumienię się lekko
na tę myśl… Dowiedziałam się kilku niesamowitych rzeczy o 
miłości i seksie. Śmiesznie jest wręcz pomyśleć, jaka niewinna 
byłam, kiedy latem wyruszałam z domu do Londynu, a myślałam, 
że wiem już wszystko. Cóż, teraz wiem znacznie więcej, to pewne!
 

Mama zaczyna się krzątać wokół mnie.

 

– Chodź, zanieś bagaż do swojego starego pokoju, a ja 

tymczasem zaparzę ci herbatę i porozmawiamy w kuchni. Mam 
jeszcze tyle do ugotowania i zrobienia!
 

Czuję się, jakbym nigdy nie wyjechała. Dom jest dokładnie 

taki sam jak dawniej – mieszanina chaosu i przytulności. Jak 
zawsze przed świętami w powietrzu unosi się zapach pieczenia i 
smażenia, radio gra kolędy, w atmosferze małego zamieszania tato 
jest wysyłany na pośpieszne ostatnie zakupy do rzeźnika, do 
warzywniaka czy piekarni, a mama jak zwykle usiłuje zdążyć z 
wszystkim na czas. Moi dwaj starsi bracia, Jeremy i Robert, siedzą 
wyciągnięci przed telewizorem z otwartą paczką chipsów i 
puszkami piwa, najwyraźniej w oczekiwaniu na szykujące się 
świąteczne smakołyki. W saloniku stoi pachnąca lasem choinka 
przystrojona znanymi od lat błyskotkami, kominek ozdobiono 
gałązkami ostrokrzewu, dokoła wystawiono kartki świąteczne od 
bliskich, a pod choinką już położono prezenty. Wszystko wygląda 
tak samo.
 

W tym roku tylko ja jestem inna.

 

Wieczorem idziemy przez mroźne ulice na pasterkę. Kościół 

rozbrzmiewa starymi kolędami i dołączamy się do chóru, pełną 
piersią śpiewając: „Cicha noc, święta noc”. Kiedy przy dźwiękach 
dzwonów kościelnych wracamy do domu, przychodzi do mnie 

background image

wiadomość na komórkę:
 

Wesołych świąt, moja Cudna. Myślę o Tobie. Kocham Cię. D

 

Do oczu napływają mi łzy, ale wzdycham radośnie i 

uśmiecham się. Patrzę w czyste niebo usiane roziskrzonymi 
gwiazdami. Gdzieś tam, tysiące mil stąd, jest dzień – Wigilia, a on 
myśli o mnie.
 

– Wesołych świąt, Dominic – szepczę. Wsuwam telefon z 

powrotem do kieszeni, tak aby nikt się nie dowiedział o tym SMS-
ie. Jest przeznaczony tylko dla mnie.
 

Dzień Bożego Narodzenia okazuje się radosny i 

wyczerpujący. Po śniadaniu zbieramy się przy choince, żeby 
rozpakować prezenty. Kiedy wyciągam rękę po paczuszkę od 
Jeremy’ego, sokole oko mamy spostrzega błysk na mojej dłoni.
 

– Co to jest, Beth? – Mama bierze mnie za rękę i wpatruje się

w diamentową obrączkę na moim palcu. – Bardzo ładne. Kto ci to 
dał?
 

– O, to tylko sztuczna biżuteria – wyjaśniam niedbałym 

tonem. – Od przyjaciela.
 

Patrzy na mnie podejrzliwie, ale posyłam jej spojrzenie 

wyraźnie mówiące: „Nie chcę teraz o tym rozmawiać przy 
wszystkich, pogadamy później!”.
 

Mama wydaje się rozumieć, ale wypuszcza moją dłoń 

niechętnie, mrucząc pod nosem:
 

– Te diamenty wyglądają mi na prawdziwe!

 

Szkoda, że nie zdjęłam wcześniej pierścionka, wiem jednak, 

że w duchu nie zniosłabym tego. Ta diamentowa obrączka to moje 
połączenie z Dominikiem, otrzymana od niego obietnica. 
Przypomina mi o nim, dlatego chcę móc zerkać na ten klejnocik w 
każdej chwili.
 

Otwieramy prezenty, wymieniamy podziękowania i 

pocałunki. Wszyscy mamy przed sobą znajome zestawy 
upominków: whisky, kapcie i chusteczki dla taty, mydło i 
pachnidełka dla mamy, a dla pozostałych książki, filmy i płyty. 
Dostajemy je od osób, które kochamy, i czujemy się dobrze, 
wiedząc, czego możemy się spodziewać. Cieszę się, że wszystkim 

background image

podobają się drobiazgi, które przywiozłam z Nowego Jorku: 
srebrna bransoletka z Bloomingdale’a dla mamy, bejsbolowe 
bluzki dla braci i sweter J Crew dla taty.
 

– Chwileczkę – mówi tato i wyjmuje spod drzewka 

paczuszkę, którą położyłam tam poprzedniego wieczoru. – Dla 
kogo to? – Do białej wstążki doczepiona jest karteczka z napisem: 
„Dla drogiej Beth z życzeniami wesołych świąt i pozdrowieniami 
od Marka”. Tato wręcza mi bladoniebieskie pudełeczko i mówi: – 
Zdaje się, że to jakieś cacko od twojego szefa.
 

Biorę paczuszkę i otwieram ją wolno, a rodzina przygląda się

temu z zaciekawieniem.
 

– Wspaniała wstążka – szepcze mama. – Powinnaś ją 

zachować i użyć ponownie. 
 

Unoszę wieczko i odsuwam kryjącą się pod nim mięciutką 

bibułkę. Wstrzymując oddech, znajduję pod spodem kolejne 
pudełeczko, tym razem z granatowej mory. Otwieram je i moim 
oczom ukazuje się doskonałe miniaturowe malowidło w owalnej 
złotej ramce. Zapewne jest osiemnastowieczne – portret 
dziewczyny o pąsowych policzkach, z pąkami róż w 
upudrowanych włosach. Panna jedną rękę ma uniesioną do twarzy,
w drugiej zaś trzyma rozkwitłą różę. Spogląda na nas 
rozradowanymi niebieskimi oczyma, a na jej czerwonych ustach 
gości uśmiech.
 

Do prezentu dołączono bilecik z eleganckim odręcznie 

wykonanym napisem: „Na pamiątkę Twojego Fragonarda”. 
Zapiera mi dech w piersi. Czy to może być Fragonard? 
Zdecydowanie wygląda na jego styl, ale to chyba niemożliwe. 
Prawdziwa miniatura Fragonarda byłaby warta tysiące funtów. 
Nie, Mark nie mógłby mi dać takiego drogiego prezentu. Zapewne 
miniatura przynależy do szkoły mistrza, jest wykonana w jego 
stylu. Mark podarował mi ją na pamiątkę obrazu, który kupiłam 
dla Andrieja – zachwycającego portretu czytającej dziewczyny. 
Znów patrzę na zaróżowioną twarz modelki, idealnie oddaną 
mistrzowskimi pociągnięciami pędzla. Miniatura jest piękna, 
ogromnie mi się podoba.

background image

 

– Pozwól mi ją obejrzeć – dopomina się mama, wyciągając 

szyję. – O, bardzo ładne. Co za uroczy prezent! Widziałam coś 
takiego w sklepie z pamiątkami przy Muzeum Wiktorii i Alberta.
 

Wpatruję się w mój obrazek. Nie sądzę, żeby można go było 

znaleźć w przymuzealnym sklepie, ale może i lepiej, że rodzice tak
myślą. Nie byliby zadowoleni, gdybym przyjmowała zbyt drogie 
prezenty.
 

Myślę o Marku, który spędza te święta w domu z siostrą. Czy

udało się zbić gorączkę, czy czuje się lepiej? Postanawiam, że 
zadzwonię do niego później, żeby mu życzyć spokojnych świąt i 
podziękować za piękny prezent. 
 

Boże Narodzenie to u nas bardzo rodzinny dzień. Większość 

czasu spędzam w kuchni, pomagając mamie w przygotowaniu 
uczty. Po obfitym obiedzie, który ciągnie się godzinami, 
tradycyjnie całą rodziną gramy w różne gry i częstujemy się 
kolejnymi smakołykami: serem, ciasteczkami, czekoladą i 
świątecznym ciastem. Jest czas na szybki spacer po miasteczku i 
pogawędki ze spotykanymi znajomymi.
 

O zachodzie słońca wracamy do domu. Tato i bracia idą 

przodem, a ja trzymam mamę pod rękę i opowiadam jej o Nowym 
Jorku. Wiem, że umiera z ciekawości rozbudzonej moim 
pierścionkiem i już przymierzam się do tego, aby jej wspomnieć o 
Dominicu, gdy w polu widzenia pojawia się znajoma postać w 
grubej kurtce i wełnianej czapce, a razem z nią dziewczyna w 
obszernym puszystym białym płaszczu.
 

– Czy to Adam? – pytam mamę i mrużę oczy, by lepiej 

widzieć w zapadającym zmroku. – Och… Zdaje się, że tak. – 
Wlepiam w niego wzrok, nie bardzo wiedząc, jak zareagować na 
swego byłego chłopaka. Trudno uwierzyć, że kiedyś uważałam go 
za miłość swojego życia. Wygląda teraz dla mnie jak obcy: 
całkiem miły, ale nic szczególnego. W porównaniu z Dominikiem 
wydaje się nijaki i zwykły.
 

– Adam! – woła moja mama i macha, żeby zwrócić jego 

uwagę.
 

– Mamo! Czemu to robisz? – syczę, posyłając jej wzrokiem 

background image

gromy.
 

– Nie zaszkodzi pokazać mu, co odrzucił – mruczy mama i 

uśmiecha się z satysfakcją.
 

Adam oczywiście rozpoznaje nas i podchodzi bliżej, 

prowadząc ociągającą się towarzyszkę.
 

– Dzień dobry, pani Villiers! – wita się, gdy jest już w 

zasięgu słuchu. Patrzy na mnie. – Cześć, Beth. – Wskazuje swoją 
dziewczynę. – Pamiętasz Hannah.
 

Spoglądam na nią i przypominam sobie ostatni raz, kiedy ją 

widziałam: leżała pod Adamem z rozłożonymi nogami, a on 
poruszał się na niej rytmicznie w górę i w dół.
 

– Tak. Miło cię znowu widzieć – mówię.

 

Hannah zerka na mnie wilkiem i coś mruczy. Ręce ma 

wepchnięte głęboko w kieszenie na znak znudzenia sytuacją. 
Uśmiecham się do niej. Zawdzięczam jej, że zaczęła sypiać z 
moim chłopakiem i uwolniła mnie od niego.
 

– Jak leci, Beth? – pyta wesoło Adam. – Dobrze wyglądasz. 

Dalej jesteś z tym gościem, którego poznałaś w Londynie?
 

Mama spogląda na mnie z wysoko uniesionymi brwiami.

 

– Em… tak – odpowiadam odrobinę spłoniona. – Świetnie 

mi się układa, dzięki. A tobie?
 

Kiwa głową z entuzjazmem, aż drżą przy tym jego pulchne 

policzki. – Taak, bardzo dobrze. Hannah spodziewa się malucha. 
Bardzo się z tego cieszymy.
 

– O! – Znów patrzę na nadąsaną twarz jego dziewczyny. – 

Cudowna wiadomość. Gratulacje. Na kiedy macie termin?
 

– W marcu. – Adam uśmiecha się do mnie. – Nie mogę się 

doczekać, kiedy zostanę tatą.
 

Przez chwilę mam wizję: to ja stoję tu obok Adama, jestem w

ciąży i czeka mnie życie młodej mamy w miasteczku, w którym 
dorastałam. Czuję ulgę na myśl, że mnie to ominęło. To ścieżka 
odpowiednia dla Adama i Hannah, ale nie dla mnie.
 

– Fantastycznie. Powodzenia. Do zobaczenia, Adam – mówię

i razem z mamą idziemy dalej, za znikającymi za rogiem tatą i 
braćmi.

background image

 

– Masz kogoś w Londynie? – zagaduje mama dociekliwym 

tonem. – Chyba powinnaś mi o czymś opowiedzieć. – Zerka na 
mnie z ukosa. – I jeśli ten pierścionek jest sztuczny, to ja jestem 
Audrey Hepburn!
 

Śmieję się.

 

– Nie martw się, zaraz ci wszystko opowiem!

 

– Mam nadzieję. Zauważyłam, że się zmieniłaś. – Spogląda 

na mnie bystro, nie bez zadumy. – Jesteś inna, Beth.
 

– Usłyszysz o wszystkim. Czekam tylko na właściwy 

moment. Gdy chłopcy pójdą się myć, usiądziemy sobie przy 
kominku i nadrobię zaległości w nowinach.
 

W tym momencie odzywa się mój telefon. Wyciągam go, 

pewna, że to świąteczne pozdrowienia od Dominica. U niego jest 
teraz bożonarodzeniowy poranek, Dominic zapewne dzieli radość 
z Georgie i może też z kuzynostwem. Ciekawe, co w tej chwili 
robi: otwiera prezenty, sączy wino do śniadania?
 

Ale wiadomość jest inna:

 

Droga Beth, przykro mi, że właśnie dziś przekazuję ci takie 

wiadomości, ale myślę, że powinnaś wiedzieć. Zabrano Marka do 
szpitala. Poważnie mu się pogorszyło. Proszę, zadzwoń do mnie. 
Caroline.
 

Tato próbuje mi wyperswadować pomysł jazdy samochodem 

do Londynu, ale go nie słucham.
 

– Muszę się dostać do Marka – powtarzam uparcie na każdy 

jego argument.
 

– Jesteś zdenerwowana. Nie powinnaś w takim stanie siadać 

za kierownicą. Nietrudno o wypadek. 
 

– Tato ma rację – popiera go mocno wzburzona mama. – Nie 

możesz jechać, Beth, nie pozwalam ci. I tak nic nie pomożesz 
Markowi!
 

– Ale przynajmniej mogę przy nim być – upieram się. – On 

tyle dla mnie zrobił. Nie możecie mi zabronić, nie jestem 
dzieckiem.
 

– Mogę ci zabronić wziąć nasz samochód! – oznajmia mama 

i mierzy mnie gniewnym wzrokiem.

background image

 

Jeremy ciężko wzdycha i wstaje z kanapy.

 

– Ja ją zawiozę – mówi ospałym głosem. – Nie ma sprawy.

 

– Ale piłeś – sprzeciwia się zaniepokojona mama. – Wszyscy

jesteśmy po drinku!
 

Mój brat robi lekceważącą minę.

 

– Parę lampek wina do obiadu kilka godzin temu. 

Oszczędzałem się, żeby dziś wyjść do pubu. Ale chyba mogę 
podrzucić Beth do Londynu, jeśli tego tak bardzo chce.
 

Zalewa mnie fala ulgi.

 

– O, dziękuję, Jeremy! Będę ci winna przysługę.

 

– Oczywiście – kwituje to uśmiechem. – Chodź, lepiej 

ruszajmy od razu. W Boże Narodzenie nie powinno być ruchu na 
drodze.
 

Biegnę na górę po swoje rzeczy.

 

Podróż powrotna do Londynu trwa niespełna dwie i pół 

godziny. Jeremy ciśnie pedał gazu, zmuszając samochodzik mamy 
do prędkości, o jakich to autko przypuszczalnie dotąd nawet nie 
wiedziało. Podenerwowana patrzę na tabliczki milowe, które jak 
dla mnie migają za oknem zdecydowanie za wolno. Jazda wydaje 
się ciągnąć w nieskończoność, lecz w końcu docieramy do miasta. 
Kieruję brata przez splątaną sieć ulic wschodniego Londynu do 
centrum, gdzie wreszcie zatrzymujemy się przed Princess 
Charlotte Hospital. 
 

– Dziękuję, Jeremy. – Patrzę na brata z wdzięcznością. – 

Naprawdę bardzo to doceniam.
 

– Nie ma sprawy – odpowiada. – Zaczekać na ciebie?

 

Potrząsam głową.

 

– Nie trzeba. Nie wiem, kiedy będę wracać. Teraz już dam 

sobie radę. Chcę zostać z Markiem, jak długo się da. Potem mogę 
wezwać taksówkę.
 

– Okej, siostrzyczko. Przejdę się, rozprostuję nogi, napiję się 

kawy i pojadę do domu. – Uśmiecha się szeroko. – Może zdążę 
przed zamknięciem pubu.
 

W szpitalu wszystko wydaje się przygaszone. Nie ma ruchu, 

nie kręci się obsługa, można odnieść wrażenie, że gdzieś tam 

background image

odbywają się święta i wszyscy woleliby być gdzie indziej, nie 
tutaj. Sprawdzam komórkę, ale nie ma w niej nowych wiadomości.
Wysłałam do Caroline SMS-a z informacją, że przyjeżdżam, ale 
nie dostałam odpowiedzi.
 

Pielęgniarka w recepcji robi poważną minę, gdy jej 

oznajmiam, że przyszłam z wizytą do Marka.
 

– Jest na intensywnej terapii – mówi. – Może go pani 

odwiedzić, ale krótko.
 

– Co mu jest? – pytam przerażona. – Czy wyjdzie z tego?

 

– Infekcja rozwinęła się w zapalenie płuc. Walczy z nim 

dzielnie, ale nie sprzyja mu fakt, że jest bardzo słaby. – Patrzy na 
mnie współczująco. – Przykro mi.
 

Przykro? Czemu już teraz jest jej przykro? Przecież Mark 

żyje!
 

– Jakie ma szanse? – pytam drżącym głosem.

 

Następuje chwila ciszy i to jest chyba najgorsze.

 

– Robimy, co w naszej mocy, ale obawiam się, że przy takiej 

słabości… Nie zostało mu zbyt wiele siły. Nie chciałabym pani 
martwić, jednak w takich przypadkach stan pacjenta może się 
zmienić bardzo szybko. Proszę za mną, zaprowadzę panią do 
niego.
 

Caroline siedzi przy jego łóżku. Mark jest drobną, kruchą 

figurką, nic nie zostało z eleganckiego, pełnego energii człowieka, 
jakim był, kiedy go poznałam. Śpi w swoim ogromnym łóżku 
podłączony do urządzenia z monitorem i do kroplówki, w masce 
tlenowej na twarzy, z włączoną pompą, która dostarcza mu 
powietrze do płuc. Wygląda na bardzo chorego.
 

– Caroline? – mówię łagodnie, zbliżając się do niej.

 

Odwraca się do mnie z drgnieniem zaskoczenia.

 

– O Beth. – Oczy ma pełne łez, a twarz jeszcze bardziej 

zaróżowioną niż ostatnio. – Miałam ci powiedzieć, żebyś została 
przez święta z rodziną, ale nie umiałam. Cieszę się, że jesteś.
 

Podchodzę, obejmuję ją i ściskam, starając się pocieszyć. 

Jestem przerażona, kiedy zaczyna szlochać. Caroline, zawsze 
opanowana i spokojna, teraz płacze. Co to oznacza dla Marka?

background image

 

– Co mówią lekarze? – pytam, próbując ukoić jej żal.

 

Pociąga nosem i wyjmuje chusteczkę, by otrzeć sobie łzy.

 

– Mówią, że robią, co w ich mocy, ale to wymyka im się z 

rąk. Najbliższa doba będzie krytyczna. Widzisz, jest już tak 
strasznie słaby! Rak… Nie są nawet pewni, czy guz, który wycięli,
był ogniskiem pierwotnym. Guz pierwotny wciąż może gdzieś tam
być i teraz powoli go zabija. Beth, nie wiem, jak on przeżyje 
jeszcze zapalenie płuc! – Caroline szlocha do chusteczki.
 

Wpatruję się w kruche ciało Marka otoczone szpitalną 

aparaturą.
 

– Da radę – szepczę. – Wiem, że może się udać. I ma 

najlepszą opiekę.
 

– Tak, tak. – Siostra Marka spogląda na mnie 

zaczerwienionymi, załzawionymi oczyma. – Teraz możemy się już
tylko modlić.
 

Siadam razem z nią koło łóżka, a po chwili Caroline 

wychodzi po herbatę i do toalety. Zostaję z Markiem sama i czuję 
się bezsilna. Mogę jedynie mówić do niego, dać mu znać, że tu 
jestem, że wierzę w niego i w jego powrót do zdrowia.
 

– Mark – zaczynam, wychylając się w jego stronę. 

Zastanawiam się, czy mnie słyszy mimo szumu wydawanego przez
maszyny i rytmicznego syku pompy tlenowej. – Mark, to ja, Beth. 
Jestem z tobą. Z całego serca życzę ci, żebyś z tego wyszedł i 
wyzdrowiał. Słyszysz mnie, Mark? Musisz wrócić do zdrowia! 
Wszyscy bardzo cię potrzebujemy. – Chcę go uściskać, lecz nie 
śmiem nawet dotknąć. W jego dłoń, szczupłą i poszarzałą, jest 
wbita igła kroplówki, a ja nie chciałabym niczego zaburzyć. – 
Dziękuję ci za świąteczny prezent. Jest cudowny, bardzo mi się 
podoba. Prawdziwy skarb. Nie mogę się doczekać, kiedy znów 
zaczniemy razem pracować w nowym roku. Przed nami dużo 
dobrej zabawy. I nie będziemy już więcej tańczyć, jak nam zagra 
Andriej.
 

W gardle staje mi gula, gdy sobie przypominam to, co 

usłyszałam od Anny. Biedny, niewinny, uczciwy Mark. Dubrowski 
bez jego wiedzy wykorzystał go do prania brudnych pieniędzy. 

background image

Jego własna prostoduszność sprowadziła na niego kłopoty, 
ponieważ zaufał Andriejowi, uwierzył, że ten jest prawym 
człowiekiem, takim jak on, Mark. Próbuję wyobrazić sobie Marka 
w sądzie, jak walczy o oczyszczenie swego dobrego imienia, ale 
strasznie mnie to zasmuca. Nie mogę znieść tej myśli. Czy właśnie
taka czeka go przyszłość? Chciałabym mieć moc i środki, aby ją 
zmienić, ale nie leży to w moich możliwościach.
 

– O Mark – szepczę. – Tak mi przykro. Czuję się, jakbym to 

ja sprowadziła to wszystko na ciebie. Naprawdę nie chciałam. 
Zrobiłabym, co tylko trzeba, aby odwrócić sytuację. Proszę, 
proszę, wyzdrowiej, żebyśmy mogli walczyć z tym wspólnymi 
siłami.
 

Wydaje mi się, że słyszę dobiegające z jego strony jakby 

westchnienie, ale potem myślę, że to pewnie dźwięk urządzenia 
pompującego tlen. Aparatura wciąż popiskuje, a Mark leży 
nieporuszony, cichy, nieprzytomny, walczący o życie.
 

Ze snu budzi mnie pielęgniarka. Przez chwilę nie mogę się 

ocknąć, oszołomiona i zdumiona otoczeniem. Gdzie jestem? Wtem
przypominam sobie: w szpitalu. Zdrzemnęłam się na krzesłach w 
poczekalni, podczas gdy Caroline czuwa przy Marku. Zapewne 
mam ją zmienić, żeby się przespała na wysuwanym łóżku w jego 
salce.
 

– O co chodzi? – pytam, otrząsając się z resztek snu.

 

– Proszę ze mną, niezwłocznie – mówi poważnie 

pielęgniarka.
 

Natychmiast budzę się całkowicie i zrywam na równe nogi. 

Żołądek skręca mi się ze strachu, gdy idę korytarzem do pokoju 
Marka. Wchodzimy. Przy łóżku są dwie kolejne pielęgniarki, 
poprawiają coś przy maszynie i kroplówce, mrucząc do siebie 
liczby i statystyki. Caroline nachyla się nad bratem. Ściska go 
mocno za rękę.
 

– O Mark – szlocha. – Proszę, nie zostawiaj mnie. Proszę. 

 

Zwracam się do pielęgniarki:

 

– Czy…?

 

Spogląda na mnie smutno.

background image

 

– Obawiam się, że przegrywa bitwę. Niewiele możemy już 

zrobić.
 

– Nie! – krzyczę. Nie pozwolę, by to się stało. Mark nie 

może umrzeć, nie może! – Gdzie są lekarze? Nie możecie go 
operować? Dać mu więcej lekarstw? Zróbcie coś!
 

– Lekarz już tu był. Nie możemy nic więcej zrobić, jedynie 

jak najbardziej ulżyć mu w cierpieniach. – Kładzie mi dłoń na 
ramieniu. – Nie czuje bólu. Jest bardzo spokojny.
 

Zerkam na Marka. Skąd ona może to wiedzieć? Biedny 

oddycha tak ciężko, męczy się strasznie, jego pierś drży przy 
każdym wdechu i wydechu. A dźwięk, gdy jego chore płuca 
walczą o oddech, to najgorsze, co w życiu słyszałam. 
 

Podchodzę do Caroline. Zwraca się do mnie z zapłakaną 

twarzą.
 

– Tracimy go, Beth. Zostawia nas.

 

– Nie… O Caroline, nie!

 

Żal wzbiera w moim sercu jak występujący z brzegów 

strumień, przepełnia mnie i wylewa się wraz ze łzami, które płyną 
mi po policzkach. Pielęgniarka poleca drugiej, aby zwiększyła 
dawkę morfiny. Obejmujemy się z Caroline i szlochamy, lecz nagle
obie uspokajamy się nieco. Wciąż płaczemy, ale nie grozi już nam 
histeria. Zamiast niej pojawia się uczucie dziwnego pogodzenia z 
losem. Obie patrzymy na Marka, a jego twarz wydaje się zmieniać 
pod maską tlenową. Czoło jakby się wygładzało, twarz rozluźnia 
się, stopniowo znika z niej napięcie.
 

– Panno Palliser. – Pielęgniarka stojąca obok Caroline 

delikatnie kładzie jej dłoń na ramieniu. – Nie możemy już nic 
więcej zrobić. Czy mam zatrzymać pompę tlenową?
 

Caroline przygryza wargę. Nie potrafi wykrztusić 

odpowiedzi, ale kiwa głową. Maszyna zostaje zgaszona, rytmiczny
syk ustaje, a pokój jakby oddycha z ulgą. W ciszy jedna z 
pielęgniarek zdejmuje Markowi maskę. Teraz słychać już tylko 
jego powolny, świszczący oddech.
 

Wspaniale jest znowu widzieć jego twarz. Nadal jest 

szczupła i wymizerowana, ale wygląda, jakby zniknął z niej ślad 

background image

kłopotów, jak gdyby Mark już nie zmagał się z niczym, lecz z 
niezmąconym spokojem przygotowywał się do snu. Odmłodniał, 
na powrót stał się dobrze mi znanym uśmiechniętym Markiem, 
czarującym przyjacielem.
 

Wolno, z chrapliwym świstem wypuszcza powietrze. Mija 

długa minuta, nim zaczyna kolejny wdech, a wydech jest jeszcze 
wolniejszy. Caroline mocno ściska mnie za rękę. Czekamy na jego 
ostatni oddech. I oto jest – krótki, miękki, uchodzi z niego z 
długim, łagodnym westchnieniem.
 

I nic więcej. Wiem, że to było jego ostatnie tchnienie, Mark 

uwolnił się i już nie musi walczyć. Odszedł. Słyszę cichy szloch 
jego siostry i pochylam głowę.
 

„Żegnaj, drogi Marku. Żegnaj”.

background image

Rozdział osiemnasty

Kiedy nad ranem przyjeżdżam do mieszkania, jest w nim 

ciemno i zimno. Komórka milczy, wyłączona. Rozładowała się i 
nie miałam okazji jej naładować. Z niezwykłym spokojem siadam 
na sofie i podłączam telefon do sieci. A więc to koniec. Wkrótce 
będzie milion rzeczy do przemyślenia, lecz teraz mogę jedynie 
myśleć o swoim przyjacielu i o tym, że odszedł.
 

Komórka ożywa i zaczyna pobierać z sieci prąd. Po chwili 

odbiera SMS-y i powiadomienia o nieodebranych połączeniach. 
Kilkakrotnie dzwoniła mama, raz Laura. Jest też kilka 
nieodebranych telefonów od Dominica i parę wiadomości: 
pierwsza z życzeniami wesołych świąt i kolejne wyrażające coraz 
większe zaniepokojenie moim milczeniem.
 

Gdzie jesteś, Beth? Poważnie się martwię. Zadzwoń, bo 

inaczej wsiądę do pierwszego samolotu, żeby Cię szukać.

 

Sprawdzam czas. Tego SMS-a Dominic wysłał dwie godziny 

temu. Szybko wstukuję odpowiedź:
 

Bardzo przepraszam. Byłam w szpitalu z Markiem. Zmarł. 

Potrzebuję Cię. Zadzwoń, jak będziesz mógł.

 

Potem kulę się na sofce owinięta kocem, mimo że własne 

łóżko mam zaledwie kilka metrów dalej. Jakoś wydaje mi się to w 
tej chwili najwłaściwsze. Płaczę cicho, rozmyślając o przyjacielu, 
który odszedł, i wreszcie krańcowo wyczerpana zapadam w sen z 
komórką w ręce na wypadek, gdyby zadzwonił Dominic.
 

Budzi mnie odgłos pukania do drzwi. Znów zdezorientowana

nie mogę się odnaleźć w rzeczywistości: czemu leżę na sofie w 
ubraniu, i to w dzień? Spoglądam na zegarek. Jest prawie południe.
O której zasnęłam?
 

Znowu rozlega się pukanie, głośniejsze i bardziej stanowcze. 

Wstaję, otwieram drzwi, mrugam i w następnej chwili znajduję się 

background image

w ciepłych objęciach, zostaję uniesiona lekko w górę i przytulona 
do silnej piersi.
 

– Beth, tak mi przykro. O Chryste, tak przykro.

 

Głos Dominica rozbrzmiewa tuż przy moim uchu, oplatają 

mnie jego ramiona, jego ciało daje pociechę, której tak bardzo 
potrzebowałam przez ostatnie straszne godziny. Stoimy dość długo
ciasno objęci i nic nie mówimy, niezdolni do wypowiadania słów. 
Chcę się wypłakać, ale wylałam już wszystkie łzy. Przychodzi mi 
do głowy, jak okropnie muszę wyglądać ze spuchniętymi oczyma i
zmierzwionymi włosami, ale wiem, że dla Dominica nie jest to 
teraz ważne, i sama też się tym nie przejmuję. Tak bardzo 
potrzebuję w tej chwili jego silnych ramion… Z ulgą prowadzę go 
do salonu i siadamy obok siebie, nadal spleceni w uścisku.
 

– Jak się tutaj znalazłeś? – pytam. – Byłeś w Nowym 

Jorku…
 

– Nie odpowiadałaś, więc postanowiłem przylecieć.

 

– W Boże Narodzenie? Są jakieś przeloty w taki dzień?

 

Wzrusza ramionami.

 

– Wynająłem samolot czarterem. Wszystko da się załatwić. 

Musiałem cię znaleźć i cieszę się, że mi się udało. – Trzyma mnie 
mocno za rękę. – Biedny Mark. Czy możesz mi o tym 
opowiedzieć?
 

Zaczynam więc relacjonować wszystko, co się wydarzyło. 

Myślałam, że się już wypłakałam, ale opisując godziny spędzone 
w szpitalu i mówiąc o tym, jak Mark wydał ostatnie tchnienie, nie 
mogę się powstrzymać od łez.
 

– Widziałam, jak odchodził jego duch. – Ocieram oczy 

chusteczką. – Wiedziałam, że odpływa, a ciało, które zostało w 
łóżku, to już nie był Mark.
 

– Ciii – mruczy Dominic, przyciskając usta do moich 

włosów. – Mark już spoczywa w pokoju. Nic go nie może zranić.
 

– Chyba tak – mówię żałośnie. Podnoszę wzrok na 

Dominica, a on spogląda na mnie ze współczuciem. – Andriej nic 
mu już nie zrobi.
 

Dominic potrząsa głową.

background image

 

– Nie. Może co prawda wszcząć śledztwo, ale Mark nigdy się

już nie dowie, w co Andriej zamierzał go wmieszać i jak go 
wykorzystał.
 

– To jedyna pociecha w tym wszystkim – wzdycham.

 

– A co będzie z tobą?

 

– Ze mną?

 

– Pracowałaś u Marka.

 

Mrugam oczami.

 

– O mój Boże, nie wiem. Nie myślałam o tym… Wydaje się 

na to za wcześnie.
 

Nie mam pojęcia, jakie ustalenia poczynił Mark na wypadek 

swojej śmierci. Dominic znów mnie przytula.
 

– Nie martw się tym teraz. Dowiemy się we właściwym 

czasie.
 

Z nosem przyciśniętym do ciepłego swetra Dominica 

wdycham jego cudowny zapach.
 

– Naprawdę zostawiłeś dla mnie swoje świąteczne przyjęcie?

 

– Oczywiście. Szczerze mówiąc, nikt nie był nawet zbytnio 

zaskoczony. Mam opinię faceta z gorącą głową. Przykro mi było 
rozstawać się z Georgie, ale nie przeszkadzało mi, że zostawiam 
ciocię Florence i wszystkich śmiertelnie nudnych kuzynów. – 
Bierze mnie pod brodę i przechyla leciutko moją głowę. – Słuchaj, 
a może wrócisz ze mną? Obiecałem Georgie, że będę z nią na 
noworocznym balu w pewnym modnym miejscu. Wybierzmy się 
tam razem.
 

Z zaskoczenia ledwie łapię oddech. Nowy Rok w Nowym 

Jorku z Dominikiem? Brzmi niesamowicie.
 

– Ale – mówię – co z moją rodziną? Powinnam być w domu 

z rodzicami i braćmi. I co z Caroline? Nie chcę jej zostawiać w 
nieszczęściu.
 

– I tak teraz nic nie zrobisz – tłumaczy mi Dominic. – 

Caroline będzie cię potrzebować za kilka dni, gdy obie wyjdziecie 
z pierwszego szoku i będziecie musiały uporządkować sprawy w 
firmie. Jednak zapewne nie nastąpi to przed Nowym Rokiem. A 
jeśli chodzi o twoją rodzinę… jedźmy do niej teraz. Zabiorę cię do 

background image

domu. Tak czy inaczej, chcę poznać twoich rodziców, pora wydaje 
się odpowiednia. Mogę przy okazji zapytać ich, czy mi pozwolą 
porwać cię do Nowego Jorku.
 

Myślę o tym przez chwilę. Wydaje mi się niewłaściwe 

szykować się do zabawy po tym, co się wydarzyło.
 

– Nie wiem… Czy to nie będzie nielojalne wobec Marka?

 

– Mark zawsze ci mówił, żebyś korzystała z okazji i dobrze 

się bawiła. Nie chciałby cię widzieć przygnębionej. Powiedziałby, 
że życie jest krótkie i trzeba chwytać każdą ciekawą sposobność. – 
Dominic uśmiecha się do mnie łagodnie, a ja czuję, że ma rację.
 

– Okej – odpowiadam z uśmiechem. – Zróbmy tak.

 

Warto by uwiecznić minę mojej mamy, gdy podjeżdżamy 

pod dom luksusowym czarnym range roverem. Nie jestem pewna, 
gdzie Dominic trzyma te samochody, ale wydaje się, że ma dostęp 
do każdego rodzaju auta według swoich potrzeb, gdziekolwiek się 
znajdzie na świecie. 
 

– Beth, co u licha…? – dziwi się mama, wychodząc z domu i 

w biegu wycierając sobie ręce papierowym ręcznikiem.
 

Bracia są już na zewnątrz i podziwiają samochód, zanim 

nawet zdążyliśmy się zatrzymać. Tato zerka podejrzliwie na 
Dominica.
 

– Myślałam, że jesteś w Londynie! – woła mama.

 

– Wróciłam. – Uśmiecham się do niej. – Chcę, żebyś poznała

Dominica. To mój… chłopak.
 

Słowo raczej zbyt słabe i nieodpowiednie, aby opisać, kim 

jest dla mnie Dominic i ile znaczy w moim życiu, ale nic innego 
nie przychodzi mi do głowy.
 

Mój „chłopak” zwraca się do mamy ze swoim najbardziej 

czarującym uśmiechem.
 

– Dzień dobry, pani Villiers, bardzo mi miło panią poznać. 

Beth tyle mi opowiadała o swojej rodzinie… Mam wrażenie, że 
dobrze znam was wszystkich. 
 

– Mhm – mruczy lekko udobruchana mama. – A o tobie nie 

mówiła mi prawie wcale. Ale bardzo się cieszę, że mogę cię 
poznać. Wejdźcie, proszę.

background image

 

Kiedy idziemy do środka, otacza mnie ramieniem i 

przekazuje mi współczujący uścisk.
 

– Kochanie, tak mi przykro z powodu Marka. Dostaliśmy 

twoją wiadomość. Przez cały czas myślami byliśmy z tobą. Jaka 
szkoda, że tak się to potoczyło.
 

– Dzięki, mamo – szepczę.

 

– Ale… bardzo się cieszę, że przywiozłaś Dominica. – Zerka 

na niego przez ramię. – Zdaje się, że to od niego masz ten 
pierścionek i te nowe rumieńce, co?
 

Kiwam głową.

 

– Tak właśnie myślałam. Jest bardzo mile widziany. – Zniża 

głos do szeptu: – I niesamowicie sexy!
 

– Mamo!

 

– Mówię tylko, co widzę. Chodź, zrobimy herbatę i powiesz 

mi, na jak długo zostajesz.
 

Tak dziwnie jest widzieć Dominica w moim rodzinnym 

domu, jakby jakaś gwiazda filmowa pojawiła się w supermarkecie 
za rogiem albo sławna budowla wyrosła nagle przy bocznej uliczce
w sąsiedztwie. Wydaje się nie na miejscu, ale jakoś wbrew sobie 
myślę: „Czemu nie?”. Dominic najwyraźniej dobrze się tutaj czuje.
Chwali wszystko, od herbaty i świątecznego ciasta mamy po 
szopę, którą mój tato ma w ogrodzie, dokąd oczywiście nie 
omieszkał zaprowadzić gościa. 
 

Później, gdy mamy okazję być przez chwilę we dwoje, 

dziękuję mu za to, że bez reszty oczarował moją rodzinę.
 

– Zdaje się, że naprawdę cię polubili!

 

– I z wielką wzajemnością – odpowiada. – Masz uroczy 

dom… prawdziwy. To autentyczne szczęście. – Po czym dodaje z 
zadumą: – Nawet za życia rodziców nie mieliśmy takiego domu. 
Mieszkaliśmy w dyplomatycznych rezydencjach otoczonych 
wysokim murem i drutem kolczastym, a w budynku kręciło się 
mnóstwo służby i obcych ludzi. Zawsze chciałem mieć przytulny, 
pełen miłości dom, taki jak ten.
 

Obejmuję go, marząc o tym, żebym mogła mu dać wszystko, 

czego potrzebuje i pragnie. Potem przypominam sobie, co nad 

background image

nami wisi.
 

– Czy… umówiłeś się na spotkanie z Andriejem w Nowym 

Jorku?
 

Potakuje.

 

– To powód, dla którego muszę tam wrócić. Wyruszamy 

jutro, jeśli ci to pasuje.
 

– Oczywiście. Chcę tylko być z tobą.

 

– A ja z tobą. Kiedy to wszystko będzie już za nami, 

rozpoczniemy normalne życie, okej? – Wyciąga rękę i gładzi 
pierścionek na moim palcu. – Pamiętasz naszą obietnicę?
 

Kiwam głową i patrzę mu w oczy.

 

– Pamiętam.

 

Następnego dnia wszystko działa jak w zegarku, mimo że 

Dominic jedynie wysyła SMS-a czy dwa. Wyjeżdżamy z mojego 
domu rano i przybywamy na lotnisko, gdzie czeka kierowca, aby 
odprowadzić range rovera. Szybko przechodzimy przez odprawę i 
udajemy się do poczekalni dla pierwszej klasy, a po niedługim 
czasie jesteśmy już na pokładzie samolotu lecącego do Stanów.
 

– Jak ty to robisz? – pytam zdumiona.

 

– Mam swoje sposoby – odpowiada z uśmiechem i sadowimy

się do podróży. Czuję, że mogę się trochę rozluźnić i poukładać 
sobie w głowie to, czego się dowiedziałam ostatnio od Caroline. 
Oznajmiła mi, że pogrzeb Marka urządzi w pierwszym tygodniu 
stycznia, oraz poprosiła, abym stawiła się w pracy drugiego, 
żebyśmy się wspólnie zastanowiły nad tym, co dalej. Nie zdradziła
swoich zamiarów, toteż nie mam pojęcia, czy chce kontynuować 
działalność Marka. Możliwe, że zostanę bez pracy. To chyba 
najbardziej prawdopodobny scenariusz. Może nawet nie taki zły, 
jeżeli wyjdzie na jaw działalność Andrieja związana z praniem 
pieniędzy i firma Marka znajdzie się w kręgu śledztwa.
 

W drodze do Ameryki odpoczywamy, oglądamy filmy i 

rozmawiamy, a Dominic opowiada mi o swoich planach.
 

– Zatrzymamy się w moim wynajętym apartamencie, choć 

chcę w miarę możliwości jak najszybciej znaleźć jakieś 
odpowiedniejsze miejsce. Spotkanie z Andriejem jest umówione na

background image

dwudziestego dziewiątego i mam nadzieję, że tego dnia uda się 
wszystko rozwiązać. Rzecz jasna, teraz, gdy nie ma wśród nas 
Marka, nie śpieszy się z tym tak bardzo, ale i tak wolę, żeby mnie 
już zostawił w spokoju, i ciebie też. Potem będziemy się mogli 
trochę zrelaksować i pójść razem na ten sylwestrowy bal. Co o tym
myślisz?
 

– Brzmi świetnie – odpowiadam. „A jednak wszystko będzie 

zależało od tego, jak Andriej zareaguje na nasze argumenty”. 
Trudno mi też sobie wyobrazić, że będę się dobrze bawiła w 
sylwestra, wiedząc, że za kilka dni odbędzie się pogrzeb Marka. 
Teraz staram się jednak o tym nie myśleć. Przede mną jeszcze 
wiele miłych, długich chwil z Dominikiem, zmartwienia mogę na 
razie odłożyć na bok.
 

Mieszkanie Dominica jest takie samo, jak je zapamiętałam – 

puste i pozbawione wyrazu. Szkoda, że nie możemy wrócić do 
Georgie, gdzie czułam się miło i wygodnie, mimo że spędziłam 
tam niewiele czasu. Przypominam sobie, że to lokum jest tylko 
przejściowe. Może uda mi się namówić Dominica, żeby porzucił 
pałacowe przeszklone wnętrza na rzecz czegoś cieplejszego i 
przytulniejszego.
 

– Nie podoba ci się tu, prawda? – pyta, wstawiając nasze 

bagaże do sypialni. Tam też nic się nie zmieniło, umeblowanie 
ogranicza się do łóżka, komody i lampy.
 

Marszczę nos.

 

– Nie, naprawdę nie. Wionie chłodem.

 

Dominic rozgląda się.

 

– Wiem, co masz na myśli. Dobrze, nie zatrzymujmy się 

tutaj. Georgie, zdaje się, wciąż jest u cioci. Nie będzie nam miała 
za złe, jeśli skorzystamy z jej domu. Wolisz tam pojechać?
 

– O, tak – mówię radośnie. – Do domu!

 

Śmieje się.

 

– Tak, to rzeczywiście jest dom. Chodźmy.

 

Niecałe pół godziny później wchodzimy do przyjemnego 

mieszkania Georgie. Od razu się rozjaśniam na widok zdjęć i 
książek i rozsiadam się na wygodnej sofie z pękatymi poduchami.

background image

 

– Jesteś pewien, że twoja siostra nie będzie miała nic 

przeciwko temu? – wołam do Dominica, który wnosi nasze bagaże
do pokoju gościnnego.
 

– Jasne, że nie będzie – odkrzykuje gdzieś z dalszych 

rejonów mieszkania. – Zawsze marudzi, że powinienem u niej 
częściej bywać. Będzie zachwycona.
 

Wzdycham ze szczęścia, kiedy oboje siedzimy w saloniku, 

popijając angielską herbatę z kubków Georgie, na kominku płonie 
ogień, a w tle gra muzyka.
 

– Wiesz co – odzywa się Dominic z wahaniem, jakby 

niepewny, czy może poruszyć ten temat. – Może to dobry moment 
na nowy początek.
 

– Co masz na myśli?

 

– Oczywiście to straszne, że Mark odszedł. Ale zmiany 

wisiały już w powietrzu, a ja będę miesiącami pracował w Nowym
Jorku. Może pomyślałabyś, żeby tu do mnie dołączyć…?
 

Pociągam łyk herbaty i przez chwilę rozważam tę 

propozycję. Marzyłam, aby coś takiego usłyszeć, ale to nie może 
być takie proste, prawda?
 

– Jeśli przez sześć miesięcy w ciągu roku będziesz przebywał

w Nowym Jorku, to gdzie spędzisz pozostałe miesiące?
 

Wzrusza ramionami.

 

– Zapewne w Londynie. I w podróży. Zawsze tak będzie, na 

tym polega mój biznes.
 

– Zatem nawet jeśli się przeniosę do Nowego Jorku – 

zauważam roztropnie – i tak przez połowę roku nie będę cię 
widywać, więc co za różnica, jeżeli zostanę w Londynie?
 

– Masz rację – wzdycha Dominic. – Po prostu chcę, żebyśmy

byli razem możliwie jak najdłużej.
 

– Cóż, wygląda na to, że jedynym wyjściem byłoby, gdybym 

rzuciła pracę i podróżowała z tobą. Ale nie mogę tego zrobić. 
Muszę mieć własną osobowość. Jestem młoda i chcę pracować, 
rozwijać swoje zainteresowania i uczyć się o sztuce jak najwięcej. 
Kocham to i nie mogę z tego zrezygnować.
 

Dominic patrzy na mnie poważnie.

background image

 

– O to nawet bym cię nie poprosił. Ale pomyślmy o 

sposobach, które nam umożliwią wspólne spędzanie czasu. Chcesz
tego?
 

– Oczywiście, że chcę. Wiesz o tym.

 

– Okej. – Uśmiecha się do mnie. – W takim razie rozważmy 

nasze możliwości, dobrze? Na początek rozejrzę się za porządnym 
mieszkaniem, które ci się spodoba. Chciałbym też, żebyś mi 
pomogła znaleźć odpowiednie miejsce w Londynie. To będą nasze 
domy, nie moje.
 

Wychylam się ku niemu i całuję go.

 

– Dziękuję. Za wszystko.

 

Znów się uśmiecha.

 

– To dopiero początek.

 

Tej nocy w bardzo wygodnym gościnnym pokoju kochamy 

się delikatnie i czule. Dominic wie, że po śmierci Marka jestem 
przepełniona smutkiem i dźwigam nieopisany ciężar poczucia 
winy. Nie muszę nic mówić. Instynktownie rozumie, że dziś nie 
ma miejsca na odgrywanie fantazji. Gdy każde z nas osiąga swój 
orgazm, zaczynam płakać, a on pocałunkami osusza moje łzy i 
trzyma mnie w ramionach, aż się uspokajam i jestem w stanie 
stawić czoło temu, co nas czeka niebawem.
 

Następnego dnia Georgie wraca od cioci i na nasz widok 

wpada w ogromną radość. Wita mnie serdecznym pocałunkiem, a 
Dominicowi posyła udawane surowe spojrzenie. 
 

– Teraz, gdy sprowadziłeś Beth z powrotem, prawie mogę ci 

wybaczyć, że zostawiłeś mnie w święta samą z ciocią Florence – 
mówi.
 

Potem spędzamy razem miły dzień, spacerujemy po okolicy i

wstępujemy do miejscowej restauracji na obiad. Próbuję cieszyć 
się tym wszystkim, ale denerwuję się perspektywą jutrzejszego 
dnia. Wieczorem leżąc w łóżku w ramionach Dominica, nie mogę 
zasnąć.
 

– Hej, wiercipięto – ziewa Dominic. – Co cię gryzie?

 

– Boję się. Jutro będziesz się widzieć z Andriejem, tak?

 

Milczy przez chwilę, a potem przytakuje cicho.

background image

 

– Gdzie się spotykacie?

 

– W jego biurze w centrum.

 

– Będziesz bezpieczny? 

 

– Na pewno. Nie zrobi mi nic złego na swoim terenie. I wie, 

że wielu ludzi jest poinformowanych o tym, dokąd się wybieram. 
Poza tym będę mieć na sobie podsłuch, a mój kierowca pozostanie 
w pobliżu. Jest byłym komandosem i umie sobie radzić w trudnych
sytuacjach.
 

Podnoszę się na łokciu i patrzę na niego z niepokojem.

 

– Myślisz, że może dojść do walki?

 

– Jestem pewien, że nie dojdzie do tego, ale lubię być 

przygotowany na wszystko. – Uśmiecha się do mnie szeroko, białe
zęby błyszczą w półmroku, światło księżyca połyskuje na ciemnej 
skórze. – To dlatego byłem takim dobrym skautem.
 

Chce mi się z tego śmiać, ale nie mogę się zdobyć na śmiech.

Wiem, jaki niebezpieczny jest Andriej Dubrowski, i ani trochę nie 
wierzę, że wysłucha tego, co Dominic ma mu do przekazania, po 
czym potulnie niczym jagniątko zostawi nas w spokoju i zniknie ze
sceny.
 

– Beth, nie martw się. Andriej przede wszystkim jest 

biznesmenem. Działa zgodnie z własnym najlepiej pojętym 
interesem i kiedy widzi, że współpraca jest jedynym wyjściem, 
zgadza się na nią. Uwierz mi, znam go bardzo dobrze. – Znów 
ziewa. – Muszę się trochę przespać.
 

Leżę na plecach, wpatrując się w ciemność. Może i Dominic 

zna Dubrowskiego, ale nie był przy tym, kiedy ten składał mi 
propozycję. Pamiętam, jaka namiętność płonęła w jego oczach, 
gdy mówił, że moglibyśmy wieść wspólne życie. Wiem, że takiego
dumnego człowieka jak Andriej złożenie tego rodzaju oświadczyn 
musiało wiele kosztować. A odrzucenie zapewne było nie do 
zniesienia. To oczywiste, że teraz nienawidzi Dominica jeszcze 
bardziej, wiedząc, że były współpracownik nie tylko stał się jego 
rywalem na gruncie zawodowym, lecz także wygrał w walce o 
moje serce.
 

„Naprawdę źle się stało, że z jakiegoś powodu wybrał 

background image

właśnie mnie! Czy nie widzi, że nie jestem zainteresowana?”. 
Wiem jednak, że to właśnie mój brak zainteresowania jego 
bogactwem i wpływami sprawił, że stałam się dla Andrieja 
atrakcyjna. A ponieważ kocham Dominica, pokusa zdobycia tego, 
co trudno dostępne, stała się nie do odparcia.
 

„Cholerny instynkt współzawodnictwa”.

 

Bardzo chciałabym mieć jutrzejszy dzień już za sobą. Nie 

podoba mi się, że Dominic ma pójść do biura Andrieja zdany na 
jego łaskę. 
 

„Kto wie, co Andriej może dla niego planować?”.

background image

Rozdział dziewiętnasty

Dominic wychodzi wkrótce po śniadaniu. Wygląda 

niesamowicie w uszytym na miarę garniturze od Kilgoura i 
wielbłądzim płaszczu. Promienieje siłą i determinacją, a ponadto 
jest w wyśmienitym nastroju. 
 

– Długo na to czekałem – mówi, dopijając kawę, podczas 

gdy Georgie i ja jemy śniadanie przy kuchennym stole.
 

– Na litość boską, bądź ostrożny, Dom – zaklina go siostra. 

Starannie smaruje masłem grzankę. – Dubrowski to śliska sztuka. 
Nie zakładaj z góry, że go pokonasz. 
 

– Hej, nic mi nie będzie. Bułka z masłem! – ogłasza Dominic

i mruga do mnie łobuzersko, cmokając ją w policzek. – 
Zobaczymy się później – mruczy i całuje mnie na do widzenia. – 
Idź na zakupy, żeby oderwać od tego myśli. Będę z tobą w 
kontakcie i wrócę najszybciej, jak się da.
 

Po jego wyjściu wymieniam z Georgie pełne niepokoju 

spojrzenie, ale bez słów postanawiamy nie roztrząsać sprawy. Aby 
uprzyjemnić nam oczekiwanie, Georgie pokazuje mi zdjęcia w 
starym albumie i opowiada o dzieciństwie Dominica. Cudownie 
jest słuchać historyjek z przeszłości i wyobrażać go sobie jako 
małego chłopca, ale trudno mi się skupić. Po chwili wstaję, nie 
mogąc usiedzieć spokojnie.
 

– Przejdę się trochę. Nie przeszkadza ci to? – pytam.

 

– Oczywiście, że nie. Dasz sobie radę sama, czy wolisz, 

żebym poszła z tobą?
 

Kręcę głową.

 

– Dziękuję. Naprawdę chciałabym być przez chwilę sama. 

Niedługo wrócę.
 

– Dobrze. Przygotuję coś na lunch. A po południu może się 

wybierzemy razem na zakupy i poszukamy dla ciebie kreacji na 
noworoczny bal.
 

„Może. Ale jeśli do tej pory nie będzie wiadomości od 

background image

Dominica, nie ma mowy, żebym się zmusiła do robienia 
zakupów”.
 

Wkładam płaszcz i wychodzę. Na zewnątrz panuje zimowy 

chłód. Wiszące nisko niebo przypomina szary marmur, 
gdzieniegdzie prześwietlony odrobiną słońca – jakby 
odzwierciedlało mój nastrój. Z oczyma utkwionymi w chodniku 
idę wzdłuż szeregu brązowych kamienic, a myślami jestem gdzieś 
daleko stąd. Wbrew własnej woli nieustannie zastanawiam się, co 
w tej chwili dzieje się między Dominikiem a Andriejem. Spierają 
się ze sobą? Krzyczą? Przepychają się? A może mierzą się 
lodowatym wzrokiem ponad biurkiem, panując nad emocjami 
niczym najlepsi biznesowi gracze?
 

„To czekanie mnie zabija!”.

 

Po raz setny wyjmuję telefon, ale nie ma w nim ani śladu 

żadnej wiadomości. Chciałabym wiedzieć, jak długie czekanie 
mam przed sobą. Wtedy może znalazłabym dla swoich myśli 
jakieś zajęcie.
 

Spaceruję od jakiegoś czasu i wtem uświadamiam sobie, że 

bezwiednie szłam w stronę Central Parku i właśnie do niego 
docieram. Postanawiam wejść na jego teren i znaleźć miejsce, w 
którym będę się mogła napić kawy. Powinnam powiadomić 
Georgie, że jednak nieprędko wrócę.
 

Na niedużej polance widzę kawiarenkę i siadam przy jednym

ze stolików na zewnątrz. W okolicy nie ma zbyt wielu ludzi; może 
jest za zimno dla rodzin, a może mieszkańcy Nowego Jorku, 
podobnie jak londyńczycy, mają zwyczaj wyjeżdżać dokądś na 
święta. U kelnera zamawiam café latte. Dostaję ją po kilku 
minutach w styropianowym kubku, wokół którego natychmiast 
owijam dłonie, wdzięczna za odrobinę ciepła. Mając już nieco 
ogrzane palce, piszę wiadomość do Georgie – daję jej znać, gdzie 
jestem, i dodaję, że spóźnię się trochę na lunch.
 

– Mogę się przysiąść? – Słyszę szorstki, nieco zgrzytliwy, 

nietrudny do rozpoznania głos. Podnoszę wzrok i widzę, że 
wpatrują się we mnie bladoniebieskie oczy Andrieja 
Dubrowskiego.

background image

 

Z zaskoczenia aż mi zapiera dech w piersi i podnoszę się z 

miejsca.
 

– Co? Co tutaj robisz?

 

Siada na jednym z metalowych krzeseł, a jego elegancki 

ubiór ostro kontrastuje z otoczeniem.
 

– Chcę z tobą porozmawiać.

 

Nadal nie mogę się otrząsnąć ze zdumienia. Trudno mi 

wprost uwierzyć własnym oczom.
 

– Ale miałeś być teraz z Dominikiem! Gdzie on jest? – 

Rozglądam się w panice, jakbym miała zobaczyć Dominica 
walczącego w zaroślach ze zbirami Andrieja. Ten jednak 
odpowiada spokojnie:
 

– Nie martw się o niego. Jest w moim biurze, tak jak się 

umówiliśmy.
 

– Ale już mija kilka godzin. A ty nie jesteś na spotkaniu?

 

– Moi prawnicy dbają, żeby się nie nudził, podczas gdy ja 

odbędę z tobą pogawędkę. Wiem, że Dominic chce mi przekazać 
jakieś wieści, i coś mi podpowiada, że znam treść tej wiadomości. 
Chciałbym jednak najpierw usłyszeć ją od ciebie. Chcę, żeby padła
z twoich ust.
 

Gapiąc się na niego, opadam z powrotem na krzesło. Nie 

wiem, co powiedzieć. Nie jestem na to przygotowana. Jak, do 
licha, mogę takiemu człowiekowi jak Andriej wygarnąć w twarz, 
że go przejrzeliśmy i lada moment możemy wyjawić światu jego 
działalność przestępczą?
 

On patrzy na mnie uporczywie, jego oczy uważnie badają 

moją twarz. Uświadamiam sobie, że z ich mroźnej głębiny 
przebłyskuje coś jakby współczucie.
 

– Słyszałem o Marku – mówi Andriej. – Bardzo mi przykro.

 

– Czyżby? – pluję jadem. – Dostałam twoją uroczą karteczkę 

świąteczną. Tę z komunikatem prasowym, w którym zamierzasz 
wystawić Marka i przy okazji zupełnie zszargać jego imię. Przykro
ci, bo nie żyje czy może dlatego, że nie będziesz miał okazji zadać 
mu cierpień, na jakie miałeś nadzieję?
 

Twarz mu tężeje i staje się zimna jak kamień.

background image

 

– Oczywiście, że mi przykro. Byłem do niego przywiązany. 

Myślisz, że jestem zadowolony z jego śmierci? Uważasz mnie za 
potwora?
 

– Wiesz co? Nie mieści mi się to w głowie! Nie mam pojęcia,

co o tym myśleć, ale dołożyłeś starań, żeby mi pokazać, jaki 
potrafisz być zimny i bezlitosny, zaczynam więc wierzyć, że taki 
naprawdę jesteś!
 

– Wiem, czego chcę, i staram się to zdobyć. Nie życzę 

nikomu, by przy tym ucierpiał, ale czasami tak się zdarza – rzuca 
w odpowiedzi.
 

– Może zdarzałoby się rzadziej, gdybyś nie mieszał 

niewinnych ludzi w swoje pranie pieniędzy! – odparowuję.
 

Następuje chwila okropnej ciszy. Twarz Andrieja jest zimna 

jak głaz.
 

– A więc o to Dominic zamierza mnie oskarżyć.

 

– Wie o tym. I ja wiem. Posłużyłeś się Markiem jako 

kanałem. Wykorzystałeś jego ufną naturę, a potem byłeś gotów go 
zniszczyć. – Potrząsam głową z niedowierzaniem. – Chyba czas, 
żebyś przestał odgrywać scenki współczucia. Nie jesteś nikim 
innym, jak tylko egoistycznym draniem.
 

Andriej odchyla się w tył na małym metalowym krześle i 

splata dłonie na brzuchu.
 

– Zatem w to wierzysz.

 

– Oczywiście. Mamy wiarygodnego świadka, a jestem 

pewna, że niezbity dowód znajdzie się w dokumentach Marka.
 

– A ceną za milczenie w tej sprawie, jak rozumiem, ma być 

to, że zostawię ciebie i Stone’a w spokoju.
 

Kiwam głową.

 

– Chodziło również o spokój Marka, ale dla niego jest już za 

późno.
 

– Mam swoje sposoby, żeby was uciszyć. Ciebie i Dominica. 

I Annę, bo przypuszczam, że to ona jest świadkiem, o którym 
wspominasz.
 

– Tak, możesz się nas pozbyć. Zdaje się, że to masz na myśli.

Ale wszyscy złożyliśmy poświadczone zeznania, które w wypadku

background image

naszej śmierci zostaną przekazane policji. – To blef, mam jednak 
nadzieję, że zabrzmi poważnie.
 

Andriej znów przygląda mi się z nieprzeniknionym wyrazem 

twarzy. 
 

– Rozumiem. – Nachyla się ku mnie z nieoczekiwanym 

ponagleniem w oczach. – Beth, jeszcze nie jest za późno. Wciąż 
możesz od niego odejść i pójść ze mną. Obiecuję ci życie, jakiego 
nigdy nie będziesz mieć ze Stone’em.
 

– Wiem. – Uśmiecham się do niego chłodno. – I właśnie tego

się boję.
 

Krzyżujemy spojrzenia i wytrzymujemy ten pojedynek przez 

dłuższy czas. Potem Andriej wzdycha.
 

– Teraz wszystko rozumiem. Dominic jest w stanie mnie 

zniszczyć i zapewne bardzo go to cieszy. Nie musi mi tego mówić 
bezpośrednio i skorzystam ze swego miłego przywileju: nie dam 
mu okazji do wypowiedzenia się. Możesz mu przekazać, że macie 
mnie z głowy. Nie będę wam wchodził w drogę ani w życiu 
zawodowym, ani osobistym. Dokonałaś wyboru według własnej 
woli i szanuję to. Zostawiam cię z tym, co wiesz. Postąpisz, jak 
uznasz za stosowne. – Podnosi się z miejsca. – Szkoda, że sprawy 
nie potoczyły się inaczej.
 

Mimo wszystko czuję względem tego człowieka dziwną 

czułość. Wiele razem przeżyliśmy.
 

– Kiedyś mogło się potoczyć inaczej – mówię. – Ale w końcu

sam to uniemożliwiłeś, próbując mnie nagiąć do twojej woli.
 

Odpowiada krótkim śmiechem.

 

– Fatalna skaza tyrana. Życzę ci jak najlepiej, Beth. Czy ty 

życzysz mi tego samego?
 

– Oczywiście. Życzę ci wszystkiego, czego naprawdę chcesz 

w życiu. Życzę ci miłości.
 

Nagle Andriej robi się bardzo przybity, w jego niebieskich 

oczach pojawia się smutek.
 

– Ty już ją znalazłaś. Masz szczęście. Ja szukam jej przez pół

życia i wciąż nawet się do niej nie zbliżyłem.
 

Wstaję i wyciągam do niego rękę.

background image

 

– Żegnaj, Andriej – mówię. – Powodzenia.

 

Przez moment patrzy na moją dłoń, po czym podaje mi 

swoją. Uśmiecha się.
 

– Powodzenia, Beth. I żegnaj. Nie wiem, czy się jeszcze 

kiedyś spotkamy. Przypuszczam, że nie.
 

Nie dodaję nic więcej. Powiedzieliśmy sobie już wszystko. 

Patrzę, jak Andriej odwraca się do mnie tyłem i oddala się przez 
park. Zastanawiam się, co teraz zrobi. Wtem dociera do mnie, że to
już nie mój problem. Nagle odczuwam wielką lekkość w sercu. 
Wyciągam komórkę. Nadal nie ma nic od Dominica. Niewątpliwie 
prawnicy z zapałem marnują jego czas, przygotowując go na 
spotkanie, które nigdy nie nastąpi.
 

Zadzwoń do mnie, gdy tylko wyjdziesz.

 

Wysyłam do niego tę wiadomość i rozsiadam się na 

kawiarnianym krześle. Czekając na odpowiedź, błądzę wzrokiem 
po zimowej scenerii parku.
 

– Więc Andriej mimo wszystko chciał się z tobą zobaczyć? – 

Dominic wielkimi krokami chodzi po saloniku swojej siostry. Na 
jego twarzy maluje się zdezorientowanie przemieszane z 
wściekłością. – Godzinami siedziałem w jego pieprzonej sali 
konferencyjnej, czytając dokumenty i podpisując oświadczenia! A 
jego nie było nawet w tym cholernym budynku!
 

Georgie posyła mi ukradkowe spojrzenie, wzrusza 

ramionami i wznosi oczy ku niebu. Uśmiecham się do niej. Bardzo
ją lubię.
 

Dominic przestaje chodzić w kółko i zwraca się do mnie.

 

– Skąd, do licha, wiedział, gdzie jesteś?

 

– Zdaje się, że całkiem łatwo można mnie wyśledzić – 

odpowiadam prosto. – I zapewne nie jest żadnym problemem 
postawić kogoś pod domem twojej siostry.
 

Dominic kręci głową, a potem śmieje się.

 

– Muszę mu oddać sprawiedliwość: potrafi wywieść mnie w 

pole. Tak się cieszyłem na to, że mu utrę nosa. Powinienem był się 
domyślić, że nigdy na to nie pozwoli.

background image

 

Na prośbę Dominica szczegółowo zdaję mu relację ze swojej 

rozmowy z Andriejem i wspólnie ją analizujemy.
 

– Cóż, przynajmniej dokładnie zrozumiał, co na niego mamy 

– stwierdza Dominic. – Dobrze, że pomyślałaś o naszych 
poświadczonych zeznaniach. Powinniśmy to zrobić, żeby się 
zabezpieczyć, choć właściwie nie sądzę, żeby nam coś teraz 
groziło ze strony Dubrowskiego. Wie, że wymierzyliśmy w niego 
zbyt wiele broni. Jeśli wykona ruch, zaryzykuje wyjawienie 
swoich przestępczych powiązań, a ludzi z tego światka naprawdę 
nie należy denerwować, możesz być pewna.
 

– Zatem jesteśmy wolni? – pytam, ledwie w to mogąc 

uwierzyć.
 

– Wolni. – Dominic uśmiecha się do mnie.

 

– Czy nie mamy obowiązku zgłosić tego policji? – pytam, 

marszcząc brwi. – On pierze pieniądze. Pomaga gangom i wspiera 
ich działalność. Czy nie będziemy winni, jeśli pozwolimy mu robić
to dalej?
 

– Beth ma rację – odzywa się Georgie. – Nie macie 

właściwie wyboru. Andriej pierze pieniądze wszędzie, gdzie się 
znajdzie.
 

Dominic posyła mi poważne spojrzenie.

 

– Oczywiście, że tak byłoby zgodnie z prawem – mówi. – 

Lecz to oznacza, że dobre imię Marka zostanie unurzane w błocie. 
Ponadto Anna i ja, a nawet ty, Beth, będziemy musieli stanąć przed
sądem w charakterze świadków, co może być niebezpieczne. 
Powinnaś to sobie dobrze przemyśleć.
 

– Pomyślę o tym – odpowiadam wolno. – Zastanowię się, 

czego chciałby Mark i co będzie najodpowiedniejsze.
 

– Okej. – Dominic posyła mi uśmiech. – Ale nie śpieszmy się

z poważnymi decyzjami. Pojutrze sylwester, idziemy na bal. Czas 
pożegnać to, co stare, i rozpocząć nowe.
 

Odpowiadam uśmiechem. To był niewiarygodny rok w moim

życiu. A mam przeczucie, że następny będzie jeszcze bardziej 
zadziwiający.
 

Przed moimi oczyma roztacza się iście baśniowa scena. W 

background image

wielkiej marmurowej sali balowej pod ogromnymi żyrandolami w 
takt muzyki granej przez orkiestrę wirują dziesiątki tancerzy – 
powiewają spódnice, błyszczą polerowane buty. Stoję na balkonie i
z góry przyglądam się temu niezwykłemu widowisku. Chwilę 
temu sama niemal bez tchu krążyłam po tym parkiecie z 
Dominikiem, moja jedwabna szmaragdowa suknia poruszała się 
zwiewnie, kiedy prowadził mnie w tańcu podczas wspaniałego 
walca. Teraz podchodzi i podaje mi kieliszek szampana.
 

– Tu jesteś – odzywa się z uśmiechem. – Przyniosłem coś na 

orzeźwienie. Dobrze się bawisz?
 

– Cudownie – odpowiadam. – Stąd jest wspaniały widok.

 

– Wiesz co, już prawie północ. Chodź ze mną. – Prowadzi 

mnie z balkonu na korytarz, a następnie otwiera drzwi wiodące na 
niewielki taras z widokiem na miasto. Wychodzimy i otacza nas 
nocna aura. – Pomyślałem, że chciałabyś ostatni raz rzucić okiem 
na Nowy Jork, zanim jutro polecimy do domu.
 

– Widok jest niewiarygodny. I bal też – wzdycham. Nie 

potrafię się wyzbyć tkwiącego we mnie głęboko smutku. W 
przyszłym tygodniu odbędzie się pogrzeb Marka. Mój przyjaciel 
nie doczekał nowego roku… Bez względu na to, jakim kłopotom 
Mark musiałby stawić czoło, na pewno nie chciałby zamknąć 
firmy i odejść na spoczynek.
 

Dominic zdejmuje swój frak i okrywa mi nim ramiona. 

Całuje mnie lekko w usta.
 

– Chcę, żebyś mieszkała ze mną, Beth. Żebyśmy zawsze byli 

razem. Kiedy wrócimy do Londynu, zamierzam znaleźć miejsce, 
które spodoba się nam obojgu, odpowiednie, abyśmy mogli zacząć
w nim wspólne życie.
 

– Ja też tego pragnę – mówię łagodnie, chociaż na jego słowa

przenika mnie cudowny dreszcz. – Ale nie za cenę mojej kariery 
zawodowej.
 

– Rozumiem – odpowiada. – To może oznaczać, że czasami 

będziemy się musieli rozdzielić… Ale zawsze będziemy mieli 
wspólny dom, a nasze serca się nie rozłączą.
 

Kiwam głową. Otaczam go ramieniem i przyciągam do siebie

background image

blisko.
 

– Jestem taka szczęśliwa. Za nami ciężka droga, ale już ją 

przebyliśmy.
 

Dominic przytula mnie i stoimy przez chwilę, ciesząc się 

swoją bliskością. Potem mówi:
 

– Hej, zdaje się, że rozpoczyna się odliczanie. Lepiej już 

wróćmy, żeby się nie spóźnić na nadejście nowego roku!
 

Wchodzimy więc z powrotem do sali balowej. W dole 

orkiestra przestała grać, a tłum wpatruje się w wiszący na ścianie 
wielki zegar. Duża wskazówka jest coraz bliżej dwunastej. 
Wszyscy odliczają głośno:
 

– Pięć, cztery, trzy, dwa…

 

W momencie gdy po okrzyku „Jeden!” wybuchają wiwaty, 

Dominic całuje mnie. Odsuwa się ode mnie na chwilę i z 
błyszczącymi oczyma mówi:
 

– Szczęśliwego nowego roku, Beth.

 

– Szczęśliwego nowego roku!
Orkiestra intonuje pieśń Auld Lang Syne

7

, ale my nie 

przyłączamy się do chóru. Jesteśmy zaabsorbowani sobą i naszym 
prywatnym światem, zagubieni w przyjemności swojego 
pocałunku.

background image

Rozdział dwudziesty

Pogrzeb Marka gromadzi bardzo wiele osób. Ławki 

kościelne są pełne elegancko ubranych żałobników. Panowie 
przyszli ubrani w ciemne garnitury z kamizelkami, a panie, całe w 
czerni, mają na sobie żakiety i płaszcze z takimi dodatkami, jak 
diamentowe broszki czy sznury pereł. Niektóre założyły kapelusze 
lub toczki ozdobione kompozycją z miękkich czarnych piór.

Gdy wchodzę, wita mnie Caroline. Wygląda okropnie, 

zupełnie nie przypomina znanej mi zaróżowionej, zażywnej 
kobiety, ale jest opanowana i cieszy się na mój widok. Kieruje 
mnie do jednego z sidesmanów

8

 i uświadamiam sobie, że ten 

wysoki mężczyzna w okularach to James.
 

– Witaj, droga Beth – mówi cicho, kiedy się zbliżam. – 

Miałem nadzieję, że cię dzisiaj spotkam. Jak się masz? 
 

– W porządku – odpowiadam, zdobywając się na uśmiech. 

Widok lakierowanej trumny Marka – wystawionej pośrodku nawy 
w otoczeniu kwiatów – jest dla mnie bardzo bolesny. Znów jestem 
wewnętrznie roztrzęsiona i przygnębiona.
 

– Trzymaj się, dasz radę. – James współczującym gestem 

kładzie mi dłoń na ramieniu. – Biedny Mark. Odszedł znacznie 
szybciej, niż ktokolwiek z nas mógł się spodziewać.
 

– Myślisz, że to się musiało stać? – pytam z rozżaleniem.

 

– Z tego, co wiem, rak był znacznie bardziej zaawansowany, 

niż lekarze początkowo podejrzewali. Mark bardzo by się męczył, 
przechodząc radioterapię i kto wie, jakie jeszcze kuracje, a rezultat 
mógłby się okazać taki sam. Może to lepiej, że nie musiał znosić 
tego wszystkiego.
 

– Ale czy nie potrzebował więcej czasu?

 

James ma bardzo poważną minę.

 

– Znasz Marka. Kochał elegancję i piękno. Nie podobałoby 

mu się, że choroba tak go wyniszcza. Ani trochę.
 

– Pewnie masz rację.

background image

 

James pocieszająco klepie mnie po ramieniu, po czym 

wręcza mi kartkę z wydrukowanym porządkiem nabożeństwa.
 

– Proszę. Usiądź, gdzie masz ochotę. Czy Dominic jest z 

tobą?
 

Kiwam głową.

 

– Rozmawia przez telefon na zewnątrz. Zaraz tu będzie.

 

– Zawsze taki sam. Znajdę cię później podczas stypy. Chcę z 

tobą porozmawiać, kiedy będę już mieć te obowiązki za sobą.
 

– Oczywiście.

 

Idę do pustej ławki i zajmuję miejsce. Mam nadzieję, że 

wyglądam tak elegancko, jak życzyłby sobie Mark. Jestem ubrana 
w czarną garsonkę, buty na wysokich obcasach i kloszowy 
kapelusz z wpiętą diamentową strzałą. Czekając na Dominica, 
zapoznaję się z porządkiem nabożeństwa. Widzę, że będzie miało 
piękną staroświecką formę, i cieszę się, że znam wszystkie 
zaplanowane do odśpiewania hymny. Chór właśnie ma rozpocząć 
pierwszą pieśń, kiedy na miejsce obok mnie wślizguje się 
Dominic.
 

– Przepraszam – mruczy. – Dzwonił Tom, musiałem odebrać.

Zdumiewające: zniknęło kilka okoliczności, które stały mi na 
przeszkodzie do zakupu syberyjskiej rudy żelaza. – Posyła mi 
znaczące spojrzenie. – Zabawne.
 

– Ciii – uciszam go, marszcząc brwi.

 

Zaczynają grać organy, chór intonuje pieśń, a wierni wstają i 

przyłączają się do śpiewu.
 

Nabożeństwo jest przepiękne. Kiedy rozbrzmiewa psalm Pan

jest moim pasterzem, do oczu napływają mi gorące łzy. Jednak 
nade wszystko żegnamy Marka, wspominając jego życie i pracę. 
Przyjaciele zmarłego wstają, aby wspólnie wygłosić mowę, która 
jest zarazem zabawna i poruszająca. Caroline w krótkich słowach 
mówi o swoim bracie i o tym, jak bardzo będzie za nim tęsknić. 
Następnie odmawiamy modlitwy i śpiewamy kolejny hymn. Po 
końcowym błogosławieństwie patrzymy, jak trumna jest 
przenoszona przez całą nawę do czekającego na zewnątrz 
karawanu. Rodzina udaje się wraz z nią do spopielarni, a pozostali 

background image

kierują się pieszo do miejsca, w którym odbędzie się stypa – 
małego, pięknego pubu, tak wytwornego, jak tylko potrafią być 
puby w Chelsea.
 

– To było bardzo poruszające nabożeństwo – mówi Dominic, 

gdy wraz z innymi idziemy chodnikiem, a nasze czarne stroje 
przyciągają wzrok przechodniów. – Drogi stary Mark. Dobrze, że 
miał tak godne pożegnanie.
 

– To świadczy o człowieku, kiedy tak wielu ludzi przychodzi,

by go pożegnać, i ma o nim tyle miłego do powiedzenia – 
zauważam. – Miałam dużo szczęścia, że poznałam Marka.
 

– Bardzo cię lubił – stwierdza Dominic. – I nie bez powodu.

 

W pubie goście mają do wyboru pokrzepiające drinki, wino 

oraz napoje bezalkoholowe. Biorę dla siebie Krwawą Mary i sączę 
pikantny, rozgrzewający trunek, a jednocześnie rozglądam się za 
Jamesem. Gdy go dostrzegam, stoi przy kominku, gawędząc z 
Erlendem. Zostawiam Dominica, który rozmawia z jakimś 
znajomym, i idę do mojego dawnego szefa.
 

– O, jesteś, bardzo się cieszę, że mnie znalazłaś – wita się ze 

mną ponownie. – Erlend, proszę, przynieś mi drugiego drinka, 
będę ci bardzo wdzięczny.
 

Gdy jego przyjaciel się oddala, James zwraca się do mnie z 

pytaniem:
 

– Czy Caroline zamieniła z tobą słowo?

 

Potrząsam głową.

 

– Jeszcze nie. Byłam w biurze po powrocie do Anglii, ale 

powiedziała, że na razie nie chce ze mną niczego ustalać, będzie w 
stanie to zrobić dopiero po pogrzebie. Przypuszczam, że w 
poniedziałek rozpoczynamy pracę. A może ty coś wiesz? 
Rozmawiała o tym z tobą?
 

James potakuje skinieniem.

 

– Tak. Mark ustanowił ją i mnie wykonawcami swego 

testamentu. Zgodnie z jego ostatnią wolą mamy wznowić 
działalność firmy, o ile uznamy to za możliwe.
 

– O. – Jestem zaintrygowana. – Co to oznacza?

 

– Cóż, musimy to jeszcze przedyskutować, ale Caroline 

background image

wstępnie stwierdziła, że chce kontynuować zajęcie Marka i prosi, 
żebym jej w tym pomógł.
 

– Możesz to zrobić? I równocześnie prowadzić galerię?

 

Spogląda na mnie przenikliwie.

 

– Jeśli mi pomożesz, tak. Caroline pokazała mi twoje notatki 

z Nowego Jorku. Zdaje się, że wykonałaś tam kawał świetnej 
roboty: nawiązałaś kontakty i znalazłaś interesujące rzeczy. Pod 
względem finansowym firma stoi bardzo dobrze, Mark był w tym 
naprawdę dobry: kupował tanio, a sprzedawał drogo. Między nami
mówiąc, byłoby bardzo wskazane, gdybyśmy pociągnęli dalej jego
dzieło. A jeśli Caroline zechce w przyszłości sprzedać firmę, 
będzie miała do zaoferowania prosperujące przedsiębiorstwo. 
Ale… – James poważnieje jeszcze bardziej. – Jest jeden haczyk. 
Mark zawsze dużo czasu spędzał w Nowym Jorku. Amerykańskie 
kontakty były w jego biznesie bardzo ważne. Ja w ogóle nie mogę 
się zająć tą stroną interesu, muszę być tutaj, aby mieć oko na 
galerię. Nie podołam, jeśli przyjdzie mi krążyć tam i z powrotem. 
Musiałabyś się więc nastawić na okresowe przebywanie po drugiej
stronie oceanu. Dałabyś radę?
 

Patrzę na niego i w miarę jak docierają do mnie jego słowa, 

czuję, że oczy mi rozbłyskują.
 

– Byłoby cudownie!

 

James uśmiecha się.

 

– To dobrze.

 

Moja radość trochę przygasa, gdy sobie przypominam, że 

Dominic i ja jeszcze nie zdecydowaliśmy, czy wydać Andrieja 
policji. Jeżeli to zrobimy, przyszłość firmy Marka prowadzonej 
wspólnie przeze mnie i Jamesa może nie być taka świetlana, jak mi
się marzy.
 

– Wszystko w porządku? – pyta James.

 

– Tak, wszystko świetnie – odpowiadam.

 

Nie pora, by zaznajamiać Jamesa ze szczegółami. Wraca 

Erlend z dwoma kieliszkami szampana i jeden wręcza swemu 
przyjacielowi.
 

– Witaj, Beth – zwraca się do mnie swoim lekko śpiewnym 

background image

norweskim akcentem. – Jak się miewasz? Nabożeństwo było 
urocze, nieprawdaż?
 

– Tak, było naprawdę piękne – przytakuję. – Dokładnie takie,

jakiego by sobie życzył Mark.
 

Nagle wzrok Erlenda przesuwa się ku drzwiom.

 

– Wow – mruczy przyjaciel Jamesa. – Kto to jest? Nie 

zauważyłem jej w kościele.
 

Oglądam się za siebie i widzę… Annę. Wygląda 

oszałamiająco w obcisłej czarnej sukni i kapeluszu z osłaniającą 
pół twarzy woalką, poniżej której zwracają uwagę jaskrawo 
czerwone usta. Anna rozgląda się, szukając kogoś, a gdy dostrzega 
Dominica, rusza w jego stronę.
 

– Przepraszam – usprawiedliwiam się i zostawiam Jamesa z 

Erlendem, chcąc jej przeciąć drogę.
 

– Witaj, Anno!

 

Patrzy na mnie z lekko rozbawioną miną.

 

– A, Beth. Jak miło cię widzieć. Jeśli nie masz nic przeciwko 

temu, muszę porozmawiać z Dominikiem.
 

– Oczywiście. Chodźmy do niego razem.

 

Gdy tylko Dominic widzi, że się zbliżamy, przeprasza 

swojego rozmówcę i zabiera nas do niewielkiej bocznej salki.
 

– Witaj, Anno – pozdrawia ją uprzejmie. – Postanowiłaś do 

nas dołączyć?
 

– Tak. Chcę wychylić szklaneczkę za Marka, człowieka, 

który zawsze był dla mnie miły. Ale też mam ci do przekazania coś
ważnego. Moi znajomi donoszą, że Andriej zwija się stąd i z 
Ameryki.
 

– Co? – Dominic wpatruje się w nią ze zdumieniem.

 

Anna kiwa głową, aż jej faluje woalka.

 

– To prawda – dodaje. – Z jakiegoś powodu ogranicza swoją 

działalność i wynosi się z tego kraju i ze Stanów.
 

– Rozumiem – mruczy Dominic i posyła mi 

porozumiewawcze spojrzenie. – Sprytnie. Usuwa się z drogi. 
Nawet jeżeli złożymy na niego doniesienie, policja nic mu nie 
zrobi.

background image

 

– To znaczy, że znika z Wielkiej Brytanii?

 

– Właśnie. Zapewne jego ludzie dokładnie po nim 

posprzątają. – Dominic marszczy brwi. – Dziękuję za wiadomość, 
Anno. Ta nowina zupełnie zmienia kilka spraw. Wybaczcie, drogie 
panie, muszę zatelefonować.
 

Wychodzi, wyjmując z kieszeni telefon, a Anna i ja 

zostajemy same. Ona patrzy za nim, a potem zwraca się do mnie. 
Na jej czerwonych ustach igra uśmieszek.
 

– Zdaje się, że wy dwoje jesteście ze sobą bardzo szczęśliwi 

– zagaduje.
 

– Tak, jesteśmy szczęśliwi, dziękuję. – Moja odpowiedź 

brzmi sztywno, mimo że staram się zachować swobodę.
 

– To dobrze, dobrze. Ja też jestem szczęśliwa z Giovannim. 

Dajemy sobie tyle rozkoszy, że postanowił opuścić klasztor, tylko 
dla mnie. Czy to nie słodkie? A więc teraz nie będę ci w niczym 
przeszkadzać. Straciłam zainteresowanie Dominikiem, a szczerze 
mówiąc, i tak zaczynał mnie już nudzić. – Nachyla się do mnie z 
roziskrzonymi oczyma. – A przy okazji, czy dowiedziałaś się, co 
zaszło wtedy w jaskiniach?
 

– Dowiedziałam się, że mnie naćpałaś – odparowuję, 

rozgniewana na tamto wspomnienie, mimo że przed chwilą 
poczułam wielką ulgę, słysząc, że postanowiła dać spokój 
Dominicowi. – Wiem też, że nie kochałam się z Andriejem, więc 
mam czyste sumienie.
 

– A skoro nie z Andriejem, to z kim? – drażni się ze mną 

cichym głosem, w którym pobrzmiewa niebezpieczna nuta.
 

– Z Dominikiem, rzecz jasna – odpowiadam chłodno.

 

– Czyżby? – Śmieje się.

 

– Oczywiście. – Czuję ukłucie zimnego strachu. Czy Anna 

próbuje sugerować, że był w to zamieszany ktoś trzeci? Kiedyś 
niemal dałam się jej przekonać, że to ona uprawiała ze mną seks 
podczas imprezy w katakumbach, ale takie wyjaśnienie byłoby 
niemożliwe.
 

– Powiedziałaś Dominicowi, że kochałaś się z nim w 

jaskiniach. – Znów się śmieje.

background image

 

– Co w tym zabawnego? – pytam oschle.

 

– Musi mu naprawdę na tobie zależeć. Bo widzisz, on wie, że

nie kochał się wtedy z tobą.
 

– Jak to? – Dłonie mi wilgotnieją z przerażenia.

 

Anna potrząsa głową i spogląda na mnie litościwie zza 

woalki.
 

– To nie był on. Ale myśli, że kochałaś się z kimś innym. 

Więc widzisz… Pewnie naprawdę cię kocha.
 

Próbuję przyswoić tę wiadomość, lecz w głowie szaleje mi 

wir myśli.
 

– W takim razie… kto?! – krzyczę.

 

Anna odwraca się do wyjścia, lecz zatrzymuję ją ręką.

 

– Proszę, Anno… kto? Musisz mi powiedzieć.

 

Patrzy na mnie przez chwilę, a potem mówi chłodno:

 

– Nikt. Nie kochałaś się z nikim.

 

Nie mogę w to uwierzyć. Pamiętam tę noc, tamte wrażenia, 

zimną skalną ścianę dotykającą mojej rozgrzanej skóry, błogie 
uczucie, gdy mnie brał ostro mężczyzna, którego twarzy nie 
mogłam dostrzec…
 

– Nikt? – szepczę.

 

Anna przechyla głowę, przybliża ją do mojej i wyjaśnia 

cicho:
 

– Dałam ci bardzo silny seksualny stymulant. Wcześniej 

stosowałam go z powodzeniem u wielu ludzi o szczególnie 
lubieżnym charakterze i efekt zawsze był zaskakujący. Ten środek 
wywołuje seksualne halucynacje, które człowiek przeżywa, jakby 
były prawdziwe. Jak sen, w którym się szczytuje, ale tysiąc razy 
bardziej realistyczne. Jestem pewna, że to ci się właśnie 
przytrafiło, prawda, Beth? Wiem, że tak. – Zniża głos do szeptu. – 
Widziałam cię.
 

Posyła mi olśniewający uśmiech, odwraca się na pięcie i 

wychodzi, kołysząc biodrami, a ja gapię się na nią oniemiała.
 

Dominic znajduje mnie w tym samym miejscu kilka minut 

później.
 

– W porządku? Gdzie Anna? – Przygląda mi się bliżej. – 

background image

Wyglądasz, jakbyś się uderzyła w głowę. Nic ci nie jest?
 

– Tak… nie… W porządku.

 

Wciąż nie umiem poukładać sobie w myślach wszystkiego, 

co usłyszałam. Nagle uświadamiam sobie, że on nigdy mnie o nic 
nie oskarżył, nie domagał się wyjawienia prawdy o tym, co się 
zdarzyło w katakumbach. Zapewne się domyślił, że będąc pod 
wpływem narkotyku, nie mogłam odpowiadać za swoje czyny. 
Przypuszczalnie zrozumiał, że pieprzyłam się z kimś w jaskiniach, 
myśląc, że to on, ale postanowił nie robić mi awantury. Anna ma 
rację. On musi mnie kochać. Przytulam go mocno, doceniając teraz
bardziej niż kiedykolwiek przedtem.
 

– Hej – mówi ze zdziwieniem – na pewno nic ci nie jest?

 

Kręcę głową. Pewnego dnia powiem mu prawdę. Wkrótce, 

ale nie teraz.
 

– Rozmawiałem ze swoim prawnikiem w Stanach. Jego 

zdaniem, nie ma w tej chwili sensu ścigać Dubrowskiego. Skoro 
wycofuje się z kraju i ktoś po nim sprząta, tylko napytalibyśmy 
biedy sami sobie. Mój prawnik radzi, żeby nie drażnić licha, póki 
śpi.
 

– Więc Andriej jednak wyjdzie na swoje – mówię w nagłym 

przypływie złości.
 

– Niezupełnie. Traci więcej, niż zyskał. Poza tym… – 

Dominic muska moje usta swoimi. – Nie dostał tego, czego 
najbardziej chciał. Ciebie.
 

Bierze mnie w ramiona i rozluźniam się w jego objęciach. 

Potem patrzę mu prosto w oczy.
 

– A ty na pewno mnie chcesz? Po tym wszystkim?

 

Unosi moją dłoń i oboje spoglądamy na diamenty błyszczące 

na serdecznym palcu.
 

– To moja obietnica – przypomina miękko. – I wciąż ją 

nosisz. To jej właściwe miejsce. Oczywiście, że cię chcę. Kocham 
cię. I wielbię. – Całuje mnie, a ja rozkoszuję się namiętnością i 
słodyczą tego pocałunku.
 

– A Rosę? – pytam zadziornie, przyciskając usta do jego 

ucha.

background image

 

– Rosę też zawsze będę kochać – mruczy gardłowo w 

odpowiedzi. – Jest taka słodka i zawsze taka frywolna! A przy tym 
nieposłuszna. Nie wiem, czy kiedyś się czegoś nauczy… Ale 
przede wszystkim kocham ciebie, Beth. Moją cudowną, sprytną, 
zabawną, utalentowaną, seksowną Beth.
 

Śmieję się.

 

 – Ja też cię kocham. – A zaraz potem, całując go lekko w 

krawędź szczęki, dodaję szeptem: – Panie…
 

Nasze spojrzenia spotykają się i wymieniamy 

porozumiewawczy uśmiech. Mamy wspólne sekrety i wspólne 
pasje. Drżę lekko na myśl o czekających nas spotkaniach i o 
przyjemnościach, które Dominic przygotuje dla Rosy.
 

W sąsiedniej sali ktoś zaczyna wygłaszać mowę. Zebrani 

goście wznoszą toast za Marka jego ulubionym szampanem. 
Dominic bierze mnie za rękę i dołączamy do reszty.

background image

Epilog

Do biura przychodzi paczka na moje nazwisko, ale 

zaadresowana do Marka Pallisera.
 

– Jakby nadawca nie wiedział, że on nie żyje – narzeka 

James, wnosząc ciężką przesyłkę do biura. – Tak trudno to przyjąć 
do wiadomości? Klepsydry były zamieszczone we wszystkich 
gazetach. I rozesłałaś oficjalne powiadomienia, prawda?
 

Kiwam głową. Zamówiliśmy kartki wydrukowane na 

ozdobnym papierze marki Queen i nadałam je pocztą do 
wszystkich klientów Marka. W odpowiedzi dostaliśmy dziesiątki, 
jeżeli nie setki biletów z kondolencjami.
 

– Ale zaadresowana jest do mnie – zauważam. – Więc może 

to pomyłka.
 

– Otworzymy?

 

James bierze z biurka nożyczki i zaczyna ostrożnie rozcinać 

opakowanie. Pod papierem ukazuje się bąbelkowa folia, a pod nią 
drewniana kaseta zabezpieczona metalową taśmą. Potrzeba całej 
siły Jamesa, by się dostać do środka. W końcu mój przyjaciel unosi
drewniane wieko, pod którym rozpościera się warstwa delikatnej 
bawełny. Gdy ją odsuwa, aż mi zapiera dech w piersi.
 

To portret czytającej dziewczyny, który swego czasu kupiłam

do łazienki Andrieja w Albany. Znakomite arcydzieło samego 
Fragonarda, obraz tak pełen życia, jakby panna miała za chwilę 
przewrócić kartkę książki.
 

– Mój ty Boże – mówi James z cichym gwizdem. – Nie do 

wiary. Czy to jest to, co myślę?
 

Kiwam głową i czuję, jak oczy mi się rozszerzają.

 

– Ten Fragonard. Ale James… dlaczego Andriej mi go 

wysłał?
 

Mój przyjaciel śmieje się.

 

– Kto wie? Ale powiem ci, że to najlepszy prezent, jaki ci się 

może trafić w życiu!

background image

 

Wpatruję się w obraz i wciąż nie mam pojęcia, dlaczego 

Andriej mi go podarował, zamiast umieścić gdzieś w bezpiecznym 
miejscu. I czemu właśnie ten, ze wszystkich jego skarbów? Może 
dlatego, że to ja wybrałam dla niego to dzieło. Ciekawe, czy wie, 
że cała jego kolekcja sztuki zostanie mu odebrana, gdy w końcu 
dosięgnie go sprawiedliwość, choćby mocno spóźniona. 
 

Przypominam sobie miniaturkę, którą dostałam od Marka. 

Nagle dociera do mnie, że to maleńkie malowidło też jest 
prawdziwym Fragonardem. Z jakiegoś powodu Mark podarował 
mi autentyczne arcydzieło, warte tysiące funtów. Przychodzi mi do
głowy dziwna myśl. Czy Mark podejrzewał, że Andriej go 
wykorzystuje? Czy dając mi ten malutki, cenny portret, chciał go 
uchronić przed ewentualną konfiskatą? 
 

– Beth? W porządku?

 

Podnoszę wzrok.

 

– Tak, oczywiście. Nie jestem tylko pewna, co z tym zrobić. 

Powinno wisieć gdzieś w muzeum.
 

– Może. – James przechyla głowę i patrzy na obraz z ukosa. 

– Ale wiem, gdzie będzie się prezentować najlepiej. Co myślisz o 
tym przytulnym domu, który ty i Dominic zamierzacie kupić? Czy 
obraz nie wyglądałby zachwycająco w salonie?
 

Przypominam sobie uroczy domek, który znaleźliśmy w 

Chelsea. Portret znakomicie by się prezentował nad kominkiem. 
Za każdym razem, kiedy wyobrażam sobie nasz dom, zalewa mnie 
ciepłe uczucie podekscytowania.
 

– A może w waszym nowojorskim gniazdku? – podpowiada 

łobuzersko James. – Wybraliście już coś?
 

– Jeszcze nie – odpowiadam ze śmiechem. – Przez jakiś czas 

zatrzymamy się u Georgie, chociaż nie bardzo to odpowiada 
Dominicowi, który chce uchodzić za faceta z Park Avenue.
 

– Weź ją ze sobą do domu – nalega James, spoglądając na 

czytającą dziewczynę. – Jest twoja. Wiem, że bardzo ci się podoba.
 

Patrzę na odcienie lawendy i żółci na płótnie, na delikatną 

skórę panny i jej nienaturalnie wygięty mały palec.
 

– Czemu się opierasz? – James uśmiecha się. – Co by na to 

background image

powiedział Mark?
 

Odpowiadam uśmiechem.

 

– Dobrze, wezmę obraz. Może wisieć w domu i przypominać

mi, jakie miałam niewiarygodne przygody.
 

– Mądra decyzja. Zasługujesz na to dzieło. A teraz odłóżmy 

je na bok i bierzmy się do pracy. Chcę jeszcze raz sprawdzić listę 
twoich nowojorskich sprawunków.
 

Patrzę, jak James z powrotem zawija portret w bawełniane 

okrycie. Dziewczyna znika pod miękkim białym materiałem. 
Możemy ją przechować w podręcznym magazynku, gdzie Mark 
trzymał zapakowane obrazy i inne rzeczy czekające na wysyłkę 
albo na rozpakowanie. Podobnie jak pierścionek błyszczący na 
moim palcu, obraz Fragonarda wydaje mi się obietnicą.
 

Tylko jaką? Tego, choć bardzo chcę, nie potrafię określić.

E.H.

background image

Podziękowania

Jeszcze raz pragnę gorąco podziękować redaktorce 

prowadzącej, Harriet, oraz redaktorce tekstu, Justine. Jestem Wam 
ogromnie wdzięczna za Waszą ciężką pracę. Wyrazy wdzięczności 
składam również wszystkim w wydawnictwie Hodder, a zwłaszcza
wspaniałemu działowi produkcji, oraz Lucy – za działania 
marketingowe.
 

Dziękuję Lizzy i Harriet, mojej agentce i jej znakomitej 

asystentce, za wszystko, co robiły w moim imieniu. A także 
przyjaciołom i rodzinie za wsparcie; mężowi za to, że nie miał mi 
za złe, kiedy godzinami znikałam w innym świecie. Bez Was nie 
udałoby mi się.
 

Nade wszystko zaś chciałabym przekazać podziękowania 

cudownym czytelniczkom, które dzieliły się ze mną wrażeniami i 
zapewniały, jak bardzo im się podobają przygody Dominica i Beth.
Bardzo się cieszę, że mogłam przedstawić Wam moją opowieść 
oraz że otrzymałam od Was tyle słów zachęty na Twitterze. 
Dziękuję z całego serca!

background image
background image

 


Document Outline