background image

LISA JANE SMITH

POWRÓT O ZMIERZCHU

Pamiętniki wampirów 05

Kathryne Jane Smith

mojej świętej pamięci matce, z wielką miłością

background image

PROLOG

Stefano.

Elena była sfrustrowana. Nie potrafiła pomyśleć jego imienia, by zabrzmiało tak, jak 

chciała.

- Stefano   -   powtórzył   raz   jeszcze.   -   Czy   możesz   wypowiedzieć   moje   imię, 

najukochańsza?

Elena przyjrzała mu się z namysłem. Złamał jej serce swoją urodą, rzymskimi rysami i 

ciemnymi włosami opadającymi niesfornie na czoło. Chciała ująć w słowa uczucia, jakimi 

darzyła Stefano, ale zaćmiony umysł nie pozwalał.

O tak wiele spraw pragnęła go zapytać... i tyle mu powiedzieć. Ale nie mogła znaleźć 

właściwych słów. Nawet nie mogła mu przesłać myśli. Stefano odbierał tylko chaotyczne, 

pojedyncze obrazy.

Ale przecież to był dopiero siódmy dzień jej nowego życia.

Stefano opowiedział Elenie, że kiedy po raz pierwszy się obudziła po tym, gdy umarła 

jako wampirzyca, potrafiła chodzić, mówić i robić wiele rzeczy, których teraz nie pamiętała. 

Nie wiedział, dlaczego tak było - nie słyszał nigdy o nikim, poza wampirami, kto wróciłby po 

śmierci.

Elena była wampirzycą, gdy umierała, ale z pewnością nie teraz.

Stefano powiedział jej też, że bardzo szybko się uczyła. Przesyłała mu telepatycznie 

nowe obrazy, nowe słowa.

Chociaż łatwiej było się z nią porozumieć, raz trudniej, był pewien, że któregoś dnia 

Elena znów będzie sobą i zacznie zachowywać się jak młoda dziewczyna, którą jest. Nie 

będzie już osiemnastolatką z umysłem dziecka. Duchy najwidoczniej chciały, żeby dorastała 

jeszcze raz, poznając świat oczami dziecka.

Elena uważała, że nie było to miłe ze strony duchów.

A jeśli Stefano w tym czasie znajdzie sobie inną dziewczynę? Obawiała się tego.

To dlatego pewnej nocy, gdy Stefano się obudził, Eleny nie było w łóżku. Znalazł ją w 

łazience,   nachyloną   nad   gazetą.   Z   wielkim   przejęciem   wpatrywała   się   w   tekst,   próbując 

zrozumieć coś ze znaków na papierze, o których wiedziała, że są literami, które układają się 

w wyrazy, które kiedyś znała. Papier był wilgotny od jej łez. Nie potrafiła przeczytać żadnego 

słowa.

- Nie płacz, kochana. Nauczysz się znowu czytać. Po co ten pośpiech?

Powiedział   to,   zanim   zobaczył,   że   połamała   ołówek,  zaciskając   na  nim   dłoń  zbyt 

background image

mocno, i podarte papierowe serwetki. Próbowała przerysować litery i słowa. Może gdyby 

umiała pisać jak inni ludzie, Stefano przestałby sypiać w fotelu. Wiedziałby, że Elena jest 

dorosła, i kładłby się spać u jej boku.

Patrzyła, jak oczy Stefano napełniają się łzami. On jednak uważał, że mężczyźnie nie 

wolno płakać, więc obrócił się do niej plecami, by nie widziała jego łez.

A potem wziął ją na ręce i zaniósł do łóżka.

- Eleno, powiedz mi, co mam zrobić. Zrobię to, nawet jeśli wydaje się niemożliwe. 

Przysięgam. Tylko mi powiedz.

Wszystkie słowa, które chciała powiedzieć, tkwiły w jej głowie zaklinowane. Zaczęła 

płakać. Stefano bardzo delikatnie otarł jej łzy, jakby obawiał się, że może jej zrobić krzywdę.

Wtedy Elena uniosła twarz, zamknęła oczy i ułożyła usta do pocałunku. Ale...

- Masz umysł dziecka - powiedział Stefano łamiącym  się głosem. - Ni mogę tego 

zrobić.

Dawniej   porozumiewali   się   za   pomocą   znaków,   które   Elena   pamiętała.   Uderzyła 

palcami w szyję: raz, dwa, trzy razy.

To znaczyło, że czuła się źle. To znaczyło, że chce...

Stefano jęknął.

- Nie mogę...

Znów uderzyła trzy razy.

- Nie jesteś jeszcze sobą...

Jeszcze trzy razy...

- Kochanie, posłuchaj...

Kolejne   trzy   uderzenia.   Spojrzała   na   niego   błagalnym   wzrokiem.   Gdyby   mogła 

mówić,   powiedziała   by:   „Proszę,   zaufaj   mi   choć   trochę   -   nie   jestem   dzieckiem.   Proszę, 

posłuchaj tego, czego nie mogę ci powiedzieć”.

- Cierpisz. Bardzo cierpisz - szepnął czule Stefano. - Gdybym... tylko trochę...

I nagle pewnym ruchem uniósł jej głowę i obrócił pod takim kątem, jak trzeba, a 

potem Elena poczuła ukąszenie, które bardziej niż cokolwiek innego przekonało ją, że żyje i 

że nie jest już duchem.

Przekonało ją też, że Stefano kocha ją i nikogo innego, i że w końcu może się z nim 

porozumieć. Powiedziała, co czuje za pomocą okrzyków. Stefano słuchał oniemiały.

Elena uznała, że tak jest sprawiedliwie. Potem już zawsze spał obok niej, a ona zawsze 

była szczęśliwa.

background image

ROZDZIAŁ 1

Damon   Salvatore   właściwie   wisiał   w   powietrzu,   lekko   tylko   przytrzymywał   się 

gałęzi...

Kto zna nazwy drzew? Kogo obchodzi, co to za drzewo? Było wystarczająco wysokie, 

żeby zaglądać z niego do sypialni Caroline Forbes na piętrze, a o szeroki pień mógł oprzeć 

plecy.   Ułożył   się   wygodnie,   z   rękami   założonymi   za   głowę.   Jak   polujący   kot   czuwał   z 

przymkniętymi oczami.

Czekał   na   magiczną   godzinę   czwartą   czterdzieści   cztery,   tuż   przed   świtem,   kiedy 

Caroline odda się swojemu rytuałowi. Widział to już dwa razy i był podekscytowany Nagle 

ukąsił go komar.

To absurdalne, komary nie kąsają wampirów  - ich krew nie jest tak pożywna  jak 

ludzka. Ale to, co poczuł na karku, z pewnością przypominało ukąszenie komara.

Rozejrzał się, ale niczego nie zobaczył.

Igły sosny. Nic latającego. Żadnego owada przycupniętego na gałęzi.

W porządku zatem. To musiała być igła. Tak czy owak, ukłucie bolało coraz bardziej.

Pszczoła samobójca? Damon ostrożnie dotknął dłonią karku. Nie wyczuł żądła. Tylko 

mały pęcherzyk, który coraz bardziej bolał.

Przestał zwracać uwagę na ból, bo w sypialni Caroline coś się działo. Nie był pewien 

co,   ale   poczuł   nagły   przypływ   mory   wokół   śpiącej   dziewczyny,   jakby   buczenie   kabli 

wysokiego napięcia. Kilka dni temu właśnie to odczucie przyprowadziło go pod jej okno. Nie 

potrafił   jednak   ustalić   jego   źródła.   O   czwartej   czterdzieści   zadzwonił   budzik.   Caroline 

obudziła się, chwyciła zegar i rzuciła w kąt pokoju. Masz dziewczyno szczęście, pomyślał 

Damon   z   pewną   przekorą.   Gdybym   był   zwykłym   włamywaczem,   a   nie   wampirem, 

nastawałbym na twoją cnotę - zakładając, że jeszcze jej nie straciłaś: Aleja odpuściłem sobie 

dybanie na dziewice . pięćset lat temu.

Na ułamek sekundy uśmiechnął się, a potem jego czarne oczy znów stały się zimne jak 

lód. Spojrzał w otwarte okno.

Tak... Zawsze uważał, że jego młodszy brat idiota,  Stefano, nie doceniał Caroline 

Forbes.   Dziewczyna   była   niezłym   ciachem:   długie,   opalone   na   złoto   nogi,   wąska   talia, 

kasztanowe loki. No i jej umysł. Wynaturzony, spaczony. Po prostu wspaniały. Na przykład, 

jeżeli się nie mylił, nakłuwała laleczki wudu. Fantastycznie.

Damon lubił obserwować artystów przy pracy.

Jakaś   moc   wciąż   pulsowała   w   pokoju   Caroline,   a   on   nie   mógł   jej   rozgryźć.   Czy 

background image

dziewczyna była nią obdarzona? Na pewno me.

Caroline w pośpiechu sięgnęła po coś, co wyglądało jak garść jedwabnych pajęczyn w 

kolorze zielonym. Zdjęła koszulę nocną i - niemal zbyt szybko, by Damon to zauważył - 

włożyła seksowną bieliznę. Na co czekasz, dziewczyno? - zastanawiał się Damon.

Właściwie powinien zachować większą ostrożność. Nagle rozległ się trzepot skrzydeł; 

na ziemię upadło jedno hebanowe pióro, a na gałęzi siedział niezwykłych rozmiarów czarny 

kruk.

Ptak uważnie przyglądał się jednym okiem Caroline, która zrobiła krok do przodu, 

jakby kopnął ją prąd, z rozchylonymi ustami i wzrokiem wpatrzonym we własne odbicie.

Potem uśmiechnęła się, jakby z kimś się witała.

Damon zlokalizował źródło mocy. Było w lustrze. Nie w tym samym wymiarze co 

lustro, ale wewnątrz niego. Caroline zachowywała się... dziwnie. Odrzuciła do tyłu długie, 

kasztanowe włosy. Opadały na plecy, stanowiąc wspaniały widok. Zwilżyła językiem wargi i 

uśmiechnęła   się   znowu   -   scena   przypominała   spotkanie   kochanków   Kiedy   dziewczyna 

przemówiła, Damon słyszał ją bardzo wyraźnie.

- Dziękuję. Ale spóźniłeś się dzisiaj.

W sypialni Damon nie widział nikogo oprócz Caroline i nie słyszał, żeby ktoś jej 

odpowiedział. Ale odbite w lustrze usta Caroline otwierały się, mimo że dziewczyna miała je 

zamknięte.

Brawo! - pomyślał, zawsze doceniając każdego, kto robił ludziom takie psikusy.

Dobra   robota,   kimkolwiek   jesteś!   Czytając   z   warg   w   lustrze,   wyłapał   coś   jakby 

„przepraszam” i „uroczo'' .Pokiwał głową.

- ...nie musisz... po dzisiaj.. - mówiło dalej odbicie Caroline.

- A jeśli nie uda mi się ich oszukać? - zapytała Caroline.

- ...miała pomoc. Nie przejmuj się, odpocznij...

- Dobrze. I nikomu nie stanie się krzywda, tak? To znaczy nikt nie umrze?

- Dlaczego mielibyśmy..?

Damon uśmiechnął się w duchu. Ile razy słyszał już takie rozmowy? Sam doskonale 

znał tę strategię:  najpierw  osacza  się ofiarę, potem uspokaja się ją Zanim się zorientuje, 

można  skłonić  ją do wszystkiego,  aż nie  będzie  więcej  potrzebna.  . A wtedy - oczy mu 

zabłysły - szuka się kolejnej. Caroline nerwowo wyłamywała palce.

- Ale tylko dopóki... wiesz. Obiecałeś. Naprawdę mnie kochasz?

- ...zaufaj   mi.   Zajmę   się   tobą...   i   twoimi   wrogami   też.   Już   się   nimi   zajmuję. 

Dziewczyna przeciągnęła się - chłopcy z Liceum imienia Roberta E. Lee zapłaciliby dużo za 

background image

ten widok.

- Chcę to zobaczyć  - powiedziała:  - Mam już dość słuchania o tym,  że Elena  to, 

Stefano tamto... Teraz wszystko zacznie się od początku. .

Przerwała,   jakby,   uświadomiła   sobie;   że   ktoś   na   drugim   końcu   linii   odłożył 

słuchawkę.. Zmrużyła. oczy i zacisnęła wargi. Po chwili jednak się uspokoiła. Wciąż patrzyła 

w lustro. Jedną dłoń położyła delikatnie na brzuchu. Spojrzała na nią i jej twarz rozjaśniła się 

na moment. Potem pojawił się na niej wyraz zrozumienia i niepokoju zarazem.

Damon ani na chwilę nie oderwał wzroku od lustra. Zwykłe lustro. I nagle, kiedy 

Caroline się odwracała, zauważył czerwony błysk.

Płomień?   Co   tu.   się   dzieje?   -   pomyślał,   przyjmując   z   powrotem   postać   zabójczo 

przystojnego faceta leżącego na gałęzi drzewa. Istota z lustra na pewno nie pochodziła stąd. 

Ale zdaje się, że zamierzała sprawić kłopot jego bratu. Uśmiech zadowolenia pojawił się na 

ustach Damona.

Nic   nie   sprawiało   mu   takiej   przyjemności,   jak   widok   przemądrzałego, 

świętoszkowatego Stefano „jestem lepszy od ciebie, bo nie piję ludzkiej krwi” Salvatore w 

tarapatach.

Nastolatki z Fell's Church - i niektórzy dorośli - uważali opowieść o Stefano Salvatore 

i miejscowej piękności Elenie Gilbert za współczesną wersję Romea i Julii. Ona oddała życie, 

żeby   go   uratować,   kiedy   oboje   zostali   porwani   przez   psychopatkę,   a   potem   on   umarł   z 

tęsknoty. Krążyły nawet plotki, że Stefano nie był zwykłym człowiekiem, ale czymś innym. 

Demonem, dla którego odkupienia Elena się poświęciła.

Damon znał prawdę. Stefano rzeczywiście umarł, ale to było setki lat temu.

Naprawdę był wampirem, ale nazywanie go demonem to jakby powiedzieć o Sierotce 

Marysi, że jest uzbrojona i niebezpieczna:

Tymczasem Caroline wciąż mówiła do pustego pokoju.

- Tylko   poczekaj   -   wyszeptała,   podchodząc   do   biurka.   Długo   grzebała   w   stercie 

papierów i książek, aż znalazła miniaturową kamerę wideo. Zielone światełko wyglądało jak 

oko. Ostrożnie podłączyła kamerę do komputera i wpisała hasło.

Wzrok Damona był dużo lepszy niż jakiegokolwiek człowieka. Wyraźnie widział, jak 

opalone palce z długimi paznokciami wstukują „o bogini”. Bogini Caroline Forbes, pomyślał. 

Żałosne.

Dziewczyna obróciła się i Damon zobaczył łzy w jej oczach. Nagle zaczęła szlochać. 

Opadła na łóżko, chlipiąc i kiwając się w tył i w przód. Uderzała pięścią w materac, ale cały 

czas płakała. i płakała. Jej zachowanie zaskoczyło Damona. Po chwili obudził. się w nim 

background image

instynkt.

- Caroline? Caroline, mogę wejść?

- Co? Kto tu jest? - rozejrzała się nerwowo.

- Damon:   Mogę   wejść?   -   zapytał   z   fałszywym   współczuciem,   jednocześnie 

wywierając na nią nacisk telepatycznie.

Wampiry   mogą   kontrolować   ludzkie   umysły   Do   jakiego   stopnia,   zależy   od   wielu 

czynników: diety (jeśli żywią się ludzką krwią zyskują potężną moc), siły woli ofiary, relacji 

między   obojgiem,   pory   doby   i   tylu   innych   rzeczy,   że   Damon   nawet   nie   próbował   tego 

zrozumieć. Wiedział tylko, kiedy był bardzo silny. Teraz był.

- Mogę   wejść?   -   powtórzył   czarującym   głosem.   W   tej   samej   chwili   złamał   wolę 

Caroline, bo jego była o wiele silniejsza.

- Tak - odpowiedziała, ocierając łzy. Najwidoczniej nie widziała nic niezwykłego w 

tym, że wchodzi do niej przez okno. - Wejdź, Damonie.

W ten sposób zaprosiła go. Jednym zgrabnym ruchem wampir znalazł się w środku. W 

pokoju pachniało perfumami; mocnymi perfumami. Poczuł zew krwi. Jego górne kły zrobiły 

się dwa razy większe, a ich brzegi stały się ostre jak brzytwa To nie była właściwa pora na 

pogaduszki,   chociaż   zwykle   gawędził   z   ofiarami   -   czekanie   na   deser   stanowi   połowę 

przyjemności, jaką sprawia zjedzenie go. Teraz jednak odczuwał silny głód. Użył maksimum 

mocy, by zawładnąć umysłem Caroline i uśmiechnął się do niej promiennie. Podziałało.

Caroline otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć. Jej źrenice rozszerzyły się, a 

potem zwęziły.

- Ja... ja... - wykrztusiła. - Och... I była jego. Łatwo poszło:

Kły Damona wibrowały. Odczuwał ból, który sprawił, że zaatakował z prędkością 

kobry - zanurzył zęby w pulsującej żyle. Był głodny, piekielnie głodny. Jego ciało Ostrożnie, 

nie przestając patrzeć dziewczynie w oczy, uniósł jej głowę, aby odsłonić szyję. Pulsowanie 

krwi, ciepłej i słodkiej, odbierał wszystkimi zmysłami: czuł uderzenia jej serca i zapach krwi 

tuż pod powierzchnią gładkiej skóry Nachylił się.

Nigdy jeszcze nie był tak podekscytowany, tak spragniony...

Tak spragniony, że aż go to zdziwiło. Zastygł bez ruchu. W końcu każda dziewczyna 

smakuje równie dobrze. Co sprawiało, że Caroline wzbudzała w nim takie pragnienie? Co się 

z nim działo?

Nagle zrozumiał.

Odzyskałem kontrolę nad swoim umysłem, dziękuję. Myślał jasno i logicznie.

Zmysłowa aura, której uległ, zniknęła. Puścił podbródek Caroline i się wyprostował.

background image

Istota, która nawiedzała dziewczynę, o mało nie przejęła nad nim kontroli. Próbowała 

zmusić go do złamania obietnicy, którą dał Elenie.

Kątem oka znów dostrzegł czerwoną iskrę na lustrze. Tę istotę musiało przyciągnąć 

epicentrum   mocy,   które   znajdowało   się   w   Fell's   Church   -   był   tego   pewien.   Na   krótko 

zawładnęła jego umysłem, chciała, by wysuszył żyły Caroline. By wypił całą jej krew, by 

zabił człowieka - czego nie zrobił, odkąd złożył obietnicę Elenie.

Dlaczego?  Wściekły,   szukał  umysłem  intruza.   Powinien   wciąż   tu  być,  lustro  było 

portalem   pozwalającym   jedynie   na   przemierzanie   niewielkich   odległości.   W   dodatku 

nieznajomy na chwilę przejął nad nim kontrolę, nad Damonem Salvatore, więc musiał być 

bardzo blisko.

Damon   nikogo   nie   znalazł.   To   rozwścieczyło   go   jeszcze   bardziej.   Nieświadomie 

przykładając dłoń do karku, posłał w przestrzeń wiadomość: Ostrzegam cię tylko raz.

Trzymaj się ode mnie z daleka!

Wiadomość   wysłał   z   mocą;   która   w   jego   umyśle   zajaśniała   jak   błyskawica.   To 

uderzenie mocy powinno zabić kogoś na dachu, w powietrzu, na drzewie... może w domu 

obok. Gdziekolwiek był.

Tajemnicza istota powinna upaść na ziemię, a on powinien ją wyczuć.

Ale chociaż ciemne chmury zebrały się nad nim; a wiatr wyginał gałęzie, nikt nie 

upadł, nikt nie próbował go zaatakować.

Nie wyczuwał nikogo, kto byłby na tyle blisko, żeby wedrzeć się do jego umysłu, a 

ktoś znajdujący się daleko nie - mógł oddziaływać na Damona z tak potężną mocą:

Starszy brat Stefano bywał czasem próżny, ale w gruncie rzeczy miał trzeźwy osąd 

własnej osoby Był silny i wiedział o tym. Tak długo, jak długo dobrze się odżywiał i nie 

ulegał sentymentom, niewiele było istot, które mogły się z nim równać.

Dwie zjawiły się tutaj w Fell's Church, pomyślał, ale zaraz stwierdził, że z pewnością 

w okolicy nie było innych starych, potężnych wampirów jak on, bo wiedziałby o tym.

Być może były tu całe stada wampirów, ale żaden nie miał takiej mocy, by opanować 

jego myśli.

Damon był też pewien, że nie było tu nikogo innego, kto mógłby go pokonać.

Wyczułby go; tak jak wyczuwał strumienie dziwnych mocy, które krzyżowały się pod 

miasteczkiem.

Spojrzał jeszcze raz na Caroline, wciąż w transie, w który ją wprawił. Wyjdzie z niego 

powoli.

Potem obrócił się i ze zwinnością pantery wyskoczył przez okno na gałąź drzewa; a 

background image

potem zgrabnie zeskoczył na ziemię.

background image

ROZDZIAŁ 2

Damon musiał poczekać kilka godzin, by się pożywić - dziewczyny spały tak mocno, 

że nie mógł ich obudzić i nakłonić, by go zaprosiły do sypialni. Był wściekły. Głód, który 

wzbudziła w nim tajemnicza istota, był  realny,  nawet jeżeli Damonowi szybko udało się 

odzyskać kontrolę nad swoim umysłem. Potrzebował krwi i potrzebował jej już.

Dopiero   potem   pomyślał   o   dziwnym   gościu   Caroline:   demonie,   który   oddał   mu 

dziewczynę na pewną śmierć zaraz po tym, kiedy zawarł z nią układ.

Ranek   zastał   Damona   przejeżdżającego   główną   ulicą   miasta,   obok   antykwariatu, 

restauracji i sklepiku z pocztówkami.

Chwileczkę, tutaj otworzono nowy sklep z okularami przeciwsłonecznymi.  Damon 

zaparkował   i   wysiadł   z   samochodu   z   gracją   wyćwiczoną   przez   stulecia.   Spojrzał   w 

przyciemnianą szybę wystawową i uśmiechnął się do swojego odbicia. Świetnie wyglądam, 

pomyślał z zadowoleniem.

Gdy stanął w drzwiach sklepu, zaanonsował go dzwonek wiszący nad nimi. Za ladą 

stała bardzo ładna dziewczyna o zaokrąglonych kształtach, z brązowymi włosami zebranymi 

w kucyk i dużymi niebieskimi oczami.

Spojrzała w jego stronę i uśmiechnęła się nieśmiało.

- Dzień dobry - przywitała go. - Jestem Page. Damon patrzył na nią uwodzicielsko, po 

czym posłał jej czarujący uśmiech.

- Dzień dobry, Page - powiedział, przeciągając nieco sylaby.

Dziewczyna przełknęła ślinę.

- Czy mogę w czymś pomóc?

- O tak - przytaknął, nie pozwalając jej odwrócić wzroku. - Tak sądzę.

Znowu obrzucił dziewczynę taksującym wzrokiem i z poważną miną stwierdził:

- Powinnaś być damą dworu w jakimś średniowiecznym królestwie.

Page zbladła, po czym zarumieniła się - wyglądała jeszcze ładniej.

- Ja... ja zawsze o tym marzyłam. Ale skąd wiedziałeś? Damon tylko się uśmiechnął.

Elena spojrzała na Stefano szeroko otwartymi oczami w kolorze lapis - lazuli. Właśnie 

powiedział jej, że będzie miała gości! Odkąd wróciła z zaświatów, nie miała gościa.

Musiała się dowiedzieć, co to jest gość.

Damon   spędził   w   sklepie   z   okularami   piętnaście   minut.   Teraz   szedł   chodnikiem, 

pogwizdując, w nowych ray banach.

Page drzemała na podłodze. Później szef zażąda, żeby zapłaciła za skradzione okulary, 

background image

ale teraz czuła się obłędnie szczęśliwa. Do końca życia - miała zapamiętać ekstazę, którą 

przeżyła.

Damon zaglądał przez szyby do sklepów, choć niezupełnie w takim celu, w jakim 

zwykle   robią   to   ludzie.   Urocza   starsza   pani   w   sklepiku   z   pocztówkami...   nie.   Facet   w 

elektronicznym... nie.

Ale... coś ciągnęło go z powrotem do sklepu z elektroniką. Jakie wspaniałe urządzenia 

się teraz produkuje. Zapragnął mieć małą kamerę wideo. A Damon nie miał w zwyczaju 

odkładać zaspokojenia swoich pragnień. Podobnie jak wybrzydzać, gdy był głodny. Krew to 

krew nieważne, w czyich żyłach krąży.

Chwilę   po   tym,   gdy   sprzedawca   zademonstrował   mu   działanie   kamery,   Damon 

wyszedł ze sklepu z tym cackiem w kieszeni.

Spacer   sprawiał   mu   przyjemność,   chociaż   kły   znów   zaczęły   boleć.   To   dziwne, 

powinien już być nasycony. Ale z drugiej strony nie pił krwi poprzedniego dnia. To pewnie 

dlatego wciąż jest głodny. Poza tym zużył dużo mocy na uwolnienie się od demona w pokoju 

Caroline. Tymczasem napawał się tym, że odzyskał siły, a jego organizm funkcjonuje jak 

dobrze naoliwiony mechanizm, że każdy ruch sprawia mu rozkosz.

Przeciągnął   się   dla   czystej   zwierzęcej   przyjemności,   a   potem   przystanął,   żeby 

przyjrzeć   się   swojemu   odbiciu   w   witrynie   antykwariatu.   Trochę   potargany,   ale   zabójczo 

przystojny. No i dokonał dobrego wyboru: nowe okulary podkreślały jego urodę.

Właścicielką antykwariatu, wiedział o tym, była pewna wdowa, która miała bardzo, 

bardzo ładną siostrzenicę.

W środku sklepu panował półmrok i było chłodno.

- Czy wiesz  - zapytał  dziewczynę,   gdy podeszła   do niego  -  że  wyglądasz,   jakbyś 

marzyła o zwiedzaniu egzotycznych krajów?

Stefano wyjaśnił Elenie, że goście to jej przyjaciele, jej dobrzy przyjaciele. Powiedział 

też, że powinna chodzić ubrana. Nie rozumiała dlaczego. Było gorąco. Zgodziła się nosić 

koszulę nocną, ale w dzień było gorąco, no i nie miała koszuli dziennej.

Poza tym ubrania, które Stefano jej podał - jego dżinsy z podwiniętymi nogawkami i 

zdecydowanie za duża koszulka polo - były... złe. Kiedy dotknęła koszulki, zobaczyła obrazy 

kobiet w małych, ciemnych salach, pochylonych nad maszynami do szycia.

- Ze   sweat   shopu

1

  -   zapytał   zdumiony   Stefano,   kiedy   Elena   przesłała   mu 

telepatycznie te obrazy. - To? - Rzucił ubrania na podłogę.

1

 Sweat shopy to zakłady produkcyjne w krajach Trzeciego Świata, w których panują ciężkie warunki 

pracy. Zatrudniane w nich kobiety i dzieci są zmuszane do pracy przez wiele godzin za skandalicznie niską 
płacę, nie mają żadnych praw pracowniczych (przyp. red.).

background image

- A to? - Dał jej inną koszulkę.

Elena przyjrzała jej się uważnie, dotknęła ją policzkiem. Żadnego cierpienia, żadnej 

niewolniczej pracy.

- W porządku? - dopytywał się Stefano. Ale Elena nie słuchała. Podeszła do okna i 

wyjrzała przez nie.

- Co się stało?

Tym razem przesłała mu tylko jeden obraz. Rozpoznał go od razu.

Damon.

Stefano poczuł skurcz serca. Jego starszy brat utrudniał mu życie, jak mógł, od prawie 

pięciu wieków Za każdym razem, gdy Stefano udało się uciec, Damon znajdował go... Po co? 

Dla zemsty? Satysfakcji? Dawno temu, we Włoszech ery renesansu, zabili się nawzajem, gdy 

ich szpady niemal jednocześnie przebiły ich serca. Pojedynkowali się o wampirzycę, którą 

obaj kochali. Od tamtej pory było między nimi tylko gorzej.

Ale też kilka razy ocalił mi życie, pomyślał Stefano, sam zbijając się z tropu. I daliśmy 

słowo, że będziemy się o siebie troszczyć....

Spojrzał   na   Elenę.   To   ona   zmusiła   ich   do   złożenia   tej   obietnicy,   kiedy   umierała. 

Dziewczyna odwzajemniła spojrzenie. Patrzyła na Stefano niewinnymi niebieskimi oczami.

Musiał jakoś poradzić sobie z Damonem, który właśnie zaparkował swoje ferrari obok 

jego porsche przed pensjonatem.

- Zostań tu i nie podchodź do okna. Błagam - powiedział zdenerwowany do Eleny. 

Wybiegł z pokoju, zatrzasnął drzwi i zbiegł po schodach na dół.

Damon stał przy samochodzie i gapił się na zniszczoną fasadę budynku - najpierw 

przez ciemne okulary, potem bez nich. Wyraz jego twarzy sugerował, że widok był tak samo 

okropny.

Ale tym Stefano się nie przejmował, zaniepokoiło go co innego - aura wokół Damona 

i różnorodność zapachów, których człowiek by nie wyczuł, a co dopiero rozróżnił.

- Coś ty robił? - zapytał, zbyt zdenerwowany, by zdobyć się chociaż na zdawkowe 

powitanie.

Damon odpowiedział promiennym uśmiechem.

- Byłem na zakupach. Kupiłem kilka rzeczy. - Wskazał na skórzany pasek i okulary, 

po czym położył rękę na kieszeni z kamerą. - Nie uwierzyłbyś, ale w tej mieścinie trafiają się 

świetne okazje. Uwielbiam zakupy.

- Chcesz powiedzieć, że uwielbiasz kraść? Ale to i tak nie tłumaczy nawet połowy 

zapachów, które cię otaczają.  Umierasz  czy ci odbiło?  - Czasem,  kiedy wampir  zostanie 

background image

zatruty albo zaatakuje go jedna z tajemniczych chorób, na które zapadają wampiry, poluje jak 

szalony, bez opamiętania, na wszystko - wszystkich - w okolicy.

- Byłem po prostu głodny - wyjaśnił Damon uprzejmym tonem. - A co się stało z 

twoim dobrym wychowaniem? Przejechałem taki kawał drogi, a ty ani „Cześć, Damonie”, ani 

„Jak miło cię widzieć”. Zamiast tego słyszę „Coś ty robił?” Co by na to powiedział signore 

Marino, braciszku?

- Signore Marino - wycedził przez zęby Stefano, zastanawiając się, jak Damonowi 

udaje się za każdym razem wyprowadzić go z równowagi (tym razem przypominając mu ich 

dawnego nauczyciela etykiety i tańca) - zamienił się w proch setki lat temu, tak jak i my 

powinniśmy. Ale to nie ma nic wspólnego z naszą rozmową, bracie. Pytałem, co robiłeś, i 

wiesz, co miałem na myśli. Musiałeś wypić krew połowy dziewczyn w mieście.

- Dziewczyn i kobiet. - Damon, znacząco uniósł palec.

- Nie   powinniśmy   dyskryminować   kobiet,   to   niepoprawne   politycznie.   A   może   ty 

powinieneś zmienić dietę. Gdybyś pił więcej ludzkiej krwi, może wreszcie byś zmężniał.

- Gdybym pił więcej...? - Stefano przyszło do głowy kilka zakończeń tego zdania, ale 

żadne dobre. - Co za szkoda - wycedził do niższego od niego Damona - że ty nie urośniesz już 

ani milimetra, choćbyś nie wiem jak długo żył i jak dużo krwi wypił. A teraz może powiesz 

mi, co tu robisz. Jak cię znam, narobiłeś w mieście strasznego zamieszania.

- Przyjechałem po swoją skórzaną kurtkę.

- A   czemu   po   prostu   nie   ukradniesz   nowej...   -   Stefano   przerwał,   ponieważ   nagle 

poleciał do tyłu, a potem uderzył o ścianę pensjonatu.

- Nie   ukradłem   tych   rzeczy,   chłoptasiu.   Zapłaciłem   za   nie,   moją   własną   walutą. 

Snami, fantazjami i rozkoszą nie z tego świata. - Ostatnie słowa wypowiedział z naciskiem, 

bo wiedział, że najbardziej rozwścieczą Stefano.

Nie mylił się. Stefano miał jednak poważniejszy problem. Wiedział, że Damon był 

Ciekaw, co dzieje się z Eleną. To był powód do niepokoju. W dodatku dostrzegł dziwny błysk 

w oczach brata. Jego źrenice na moment zapłonęły czerwonym płomieniem. To, co Damon 

dzisiaj robił, nie było normalne. Stefano nie wiedział, co się dzieje, ale wiedział, że Damona 

nic nie powstrzyma.

- Wampir nie powinien płacić - wyzłośliwiał się Damon. - Jesteśmy uosobieniem zła, 

powinniśmy zamienić się w proch. Czy nie tak, braciszku? - Uniósł dłoń, na której nosił 

pierścień   z   błękitnym   kamieniem.   Ten   talizman   chronił   go   przed   spłonięciem   w   świetle 

słońca.

Kiedy Stefano  spróbował   się poruszyć,   dłonią  z  pierścieniem   przygwoździł  go  do 

background image

ściany. Stefano próbował się wyrwać, ale Damon był szybki jak kobra, nie, szybszy. Dużo 

szybszy niż zwykle i silniejszy dzięki ludzkiej krwi, którą wypił tego dnia.

- Damon, ty... - Stefano był tak wściekły, że na chwilę stracił panowanie nad sobą i 

próbował podciąć bratu nogi.

- Tak, to ja, Damon - syknął tamten jadowicie. - I nie płacę, kiedy nie mam na to 

ochoty. Po prostu biorę. Biorę, co chcę, i nie daję nic w zamian.

Stefano wpatrywał się w czarne jak węgiel oczy. Znów zobaczył  błysk płomienia. 

Próbował myśleć. Damon zawsze szybko atakował, nie dawał ofierze szans. Ale nie aż tak 

szybko.   Stefano   znał   go   na   tyle,   żeby   zorientować   się,   że   dzieje   się   coś   niedobrego. 

Wydawało się, że Damona trawi gorączka. Stefano użył swojej mocy jak radaru, próbując 

znaleźć przyczynę, która doprowadziła jego brata do takiego stanu.

- Zaczynasz coś rozumieć. - Damon uśmiechnął się z przekąsem. I zaatakował brata 

potężną falą mocy. Stefano miał wrażenie, że płonie.

Mimo   okropnego   bólu   musiał   zachować   zimną   krew.   Musiał   myśleć,   a   nie   tylko 

reagować   odruchowo.   Poruszył   się   nieznacznie,   obracając   głowę   w   bok   i   spoglądając   w 

stronę drzwi do pensjonatu. Oby tylko Elena go posłuchała i została w pokoju...

Stefano wciąż czuł uderzenia mocy Damona niby smaganie biczem. Oddychał szybko 

i ciężko.

- Tak jest - prychnął Damon. - My, wampiry,  bierzemy to, co chcemy.  To lekcja, 

której musisz się nauczyć.

- Damonie, obiecywaliśmy opiekować się sobą nawzajem...

- O, tak, teraz się tobą zaopiekuję. I Damon ugryzł brata.

I zaczął pić jego krew.

To bolało bardziej niż uderzenia mocy. Ugryzienie ostrymi jak brzytwa zębami nie 

powinno sprawiać mu aż takiego bólu, Damon jednak wykręcił szyję Stefano - trzymając go 

za włosy - w taki sposób, by zadać bratu jak największy ból.

A potem ból stał się nie do wytrzymania. Gdy wampir pije twoją krew wbrew twojej 

woli, cierpisz tortury. Czujesz, jakby wyrywano ci z ciała duszę. Było to największe fizyczne 

cierpienie, jakiego Stefano kiedykolwiek doświadczył. Po chwili łzy napłynęły mu do oczu i 

spłynęły po policzkach.

Dla wampira jeszcze gorsze od bólu było upokorzenie - to, że inny wampir traktuje cię 

jak człowieka, jak pożywienie. Stefano słyszał walenie swojego serca, kiedy wyrywał się, 

próbując uniknąć kłów Damona. Przynajmniej - dzięki Bogu - Elena posłuchała go i została w 

pokoju.

background image

Zaczynał się zastanawiać, czy Damon rzeczywiście oszalał i zamierza go zabić, kiedy 

tamten puścił go i odepchnął. Stefano potknął się, upadł, przewrócił na plecy i spojrzał w górę 

na stojącego nad nim Damona. Przycisnął palce do ran na szyi.

- A teraz - powiedział lodowatym tonem Damon - pójdziesz na górę i przyniesiesz mi 

moją kurtkę.

Stefano podniósł się powoli. Wiedział, że Damon rozkoszuje się jego upokorzeniem i 

opłakanym wyglądem - jego ubranie było pomięte i brudne. Usiłował je otrzepać z trawy i 

ziemi jedną ręką, podczas gdy drugą przyciskał ranę na szyi.

- Milczysz - zauważył Damon, oblizując wargi i mrużąc oczy z radości. - Żadnej ciętej 

riposty? Nawet słówka? Myślę, że powinienem częściej dawać ci taką lekcję.

Stefano z trudem zrobił krok w stronę wejścia do pensjonatu. Nagle zatrzymał się 

przerażony.

Elena wychylała się przez otwarte okno, trzymając w ręce kurtkę Damona. Wyraz jej 

twarzy świadczył o tym, że wszystko widziała.

To był szok dla Stefano, ale podejrzewał, że dla Damona również.

Elena zakręciła kurtką w powietrzu i rzuciła ją pod stopy Damona.

Ku zdumieniu Stefano jego brat pobladł. Podniósł kurtkę z miną, jakby wcale nie 

chciał jej dotykać. Cały czas wpatrywał się w Elenę, aż w końcu wsiadł do samochodu.

- Do widzenia, Damonie. Nie mogę powiedzieć, że miło było...

Bez   słowa,   z   miną   niegrzecznego   dziecka,   które   dostało   lanie,   Damon   przekręcił 

kluczyk w stacyjce.

- Zostawcie mnie w spokoju - powiedział beznamiętnym tonem i odjechał.

Kiedy Stefano zamknął za sobą drzwi, oczy Eleny błyszczały.

- On cię skrzywdził.

- On krzywdzi wszystkich. Chyba nic nie może na to poradzić. Ale dzisiaj było w nim 

coś dziwnego. Nie wiem co. Ale teraz mam to gdzieś. Proszę, ty układasz zdania!

On jest... Elena przerwała i po raz pierwszy, odkąd otworzyła oczy na polanie, na 

której   została   wskrzeszona,   na   jej   czole   pojawiła   się   zmarszczka.   Nie   mogła   znaleźć 

odpowiedniego obrazu. Nie znała odpowiednich słów. Coś w nim. Rośnie w nim. Jak... zimny 

ogień,  ciemne   światło   - wreszcie   sformułowała   myśl.   - Ale  ukryte.  Ogień,  który  pali  od 

środka.

Stefano próbował skojarzyć to z czymkolwiek, co znał, ale bez skutku. Wciąż czuł się 

upokorzony tym, co się stało, i tym, że Elena to widziała.

- Ja wiem tylko, że wypił moją krew. I krew połowy dziewczyn w mieście.

background image

Elena zamknęła oczy i pokręciła głową. A potem wskazała Stefano miejsce na łóżku 

obok siebie.

- Chodź - zażądała. Jej oczy wydawały się wyjątkowo piękne. - Pozwól mi... usunąć... 

ból.

Stefano stał bez ruchu, więc wyciągnęła do niego ramiona.

Podszedł do Eleny i musnął wargami jej włosy.

background image

ROZDZIAŁ 3

Caroline,   Matt   Honeycutt,   Meredith   Sulez   i   Bonnie   McCullough   rozmawiali   ze 

Stefano przez komórkę Bonnie.

- Lepiej przyjdźcie późnym popołudniem - mówił Stefano. - Po lunchu Elena zwykle 

ucina   sobie   drzemkę.   Uprzedziłem   ją,   że   wpadniecie.   Jest   bardzo   podekscytowana.   Ale 

pamiętajcie o dwóch rzeczach. Po pierwsze, ona wróciła dopiero siedem dni temu i nie jest 

jeszcze... całkiem sobą. Myślę,  że za kilka dni jak dawniej będzie sobą, ale na razie nie 

dziwcie się niczemu. Po drugie, nie mówcie nikomu o tym, co tu zobaczycie. Nikomu ani 

słowa.

- Stefano Salvatore! - krzyknęła urażona Bonnie. - Po tym wszystkim, przez co razem 

przeszliśmy, myślisz, że moglibyśmy coś chlapnąć? Stawiliśmy czoła zdziczałym wampirom, 

duchom, wilkołakom, pradawnym istotom, tajnym kryptom, seryjnym mordercom i nawet... 

nawet Damonowi. I czy kiedykolwiek pisnęliśmy choćby słowo?

- Przepraszam. Chodzi o to, że Elena nie będzie bezpieczna, jeżeli któreś z was wyjawi 

cokolwiek   choćby  jednej  osobie.   Takie   historie   zawsze   trafiają   do  prasy.   Natychmiast  w 

gazetach   pojawiłyby   się   sensacyjne   nagłówki:   „Dziewczyna   wraca   ze   świata   zmarłych”. 

Wszyscy będą chcieli ją zobaczyć, dotknąć, zasypią ją pytaniami. I co wtedy zrobimy?

- Rozumiem.   Ale   nie   musisz   się   obawiać   -   uspokoiła   go   Meredith.   Każde   z   nas 

przysięgnie, że nie powie nikomu ani słowa. - Spojrzała na Caroline.

- Muszę was zapytać  - Stefano wykorzystywał  teraz swoje umiejętności  z zakresu 

etykiety i dyplomacji, które nabył jako młody arystokrata żyjący w czasach renesansu - czy 

macie sposób na wyegzekwowanie przysięgi?

- Myślę, że tak. - Meredith tym razem spojrzała Caroline prosto w oczy. Dziewczyna 

zarumieniła się tak mocno, że jej policzki przybrały barwę szkarłatu.

- Czy ktoś chciałby jeszcze coś powiedzieć Stefano? - zapytała Bonnie, która trzymała 

telefon.

Matt, który dotąd milczał, teraz wypalił:

- Czy   możemy   porozmawiać   z   Eleną?   Tylko   się   przywitamy.   To   znaczy   już   cały 

tydzień...

- Chyba lepiej, żebyście porozmawiali z nią osobiście. Jak przyjedziecie, zrozumiecie 

dlaczego. - Stefano się rozłączył.

Byli w domu Meredith, siedzieli przy starym stole w ogródku.

- Przynajmniej możemy zanieść im coś do jedzenia - stwierdziła Bonnie, podnosząc 

background image

się z krzesła. - Bóg jeden wie, czym karmi ich pani Flowers, o ile w ogóle.

Matt również wstał.

- Obiecaliśmy coś Stefano - powiedziała cicho Meredith. - Najpierw musimy złożyć 

przysięgę. I wyrazić zgodę na poniesienie konsekwencji w razie jej niedotrzymania.

- Wiem, że chodzi ci o mnie - zaperzyła się Caroline. - Dlaczego po prostu tego nie 

powiesz?

- Masz   rację.   Miałam   na   myśli   ciebie.   Dlaczego   nagle   tak   bardzo   interesujesz  się 

Eleną? Skąd mamy mieć pewność, że nie rozpowiesz o niej po całym mieście?

- Dlaczego miałabym to zrobić?

- Dla rozgłosu. Uwielbiasz być w centrum uwagi. Opowiedzenie ludziom wszystkich 

ekscytujących szczegółów sprawiłoby ci rozkosz.

- Albo żeby się zemścić - dodała Bonnie, siadając z powrotem. - Albo z zazdrości. 

Albo z nudy. Albo...

- Dosyć! - przerwał jej Matt. - Tyle powodów chyba wystarczy.

- Jeszcze   tylko   jedno   -   powiedziała   Meredith,   wciąż   tak   samo   cichym   głosem.   - 

Dlaczego   tak   bardzo   ci   zależy,   żeby   ją   zobaczyć,   Caroline?   Nie   byłyście   w   dobrych 

stosunkach,   odkąd   Stefano   przybył   do   Fell's   Church.   Pozwoliliśmy   ci   wziąć   udział   w 

rozmowie z nim, ale po tym, co powiedział...

- Jeżeli naprawdę nie wiesz, dlaczego mi na tym zależy, po wszystkim, co się stało 

tydzień temu... cóż, sądziłam, że zrozumiesz sama! - Caroline utkwiła w niej zielone oczy 

Meredith wytrzymała jej spojrzenie z kamiennym wyrazem twarzy.

- W porządku! - wykrzyczała Caroline. - Zabiła go dla mnie. Czy wezwała go na sąd, 

czy cokolwiek z nim zrobiła. Tego wampira, Klausa. A po tym, gdy mnie porwał i... i używał 

jak zabawki... kiedy tylko chciał krwi... - Jej twarz wykrzywił grymas bólu.

Bonnie  zaczynała  jej  współczuć,  ale  jednocześnie  miała  się na baczności.  Intuicja 

podpowiadała jej, że coś tu nie gra. Zauważyła też, że chociaż Caroline mówi o Klausie, nie 

wspomina nic o drugim porywaczu, Tylerze Smallwoodzie - wilkołaku. Może dlatego, że 

Tyler był jej chłopakiem, zanim uwięzili ją z Klausem.

- Przykro mi - powiedziała Meredith. Brzmiała jakby naprawdę było jej przykro. - 

Więc chcesz podziękować Elenie.

- Tak. Chcę jej podziękować. - Caroline oddychała ciężko. - I chcę się upewnić, że z 

nią wszystko w porządku.

- Dobrze.   Ale   ta   przysięga   będzie   cię   wiązać   na   długi   czas   -   ciągnęła   spokojnie 

Meredith. - Możesz zmienić zdanie jutro, w przyszłym tygodniu, za miesiąc... Nie ustaliliśmy, 

background image

co będzie groziło za złamanie przysięgi.

- Meredith, nie możemy grozić Caroline - wtrącił się Matt.

- Ani skłonić kogo innego, żeby jej groził - dodała rozsądnie Bonnie.

- Nie, nie możemy - przyznała Meredith. - Ale... Tej jesieni będziesz się ubiegać o 

miejsce w żeńskim bractwie w college'u, prawda, Caroline? Zawsze mogę powiedzieć twoim 

„siostrom”,   że   złamałaś   obietnicę   dotyczącą   kogoś   bezbronnego,   kto   nie   mógłby   cię 

skrzywdzić i kto na pewno nie chciałby cię skrzywdzić. Jakoś podejrzewam, że nie byłyby 

szczególnie zachwycone twoją postawą.

Caroline znów się zarumieniła.

- Nie zrobiłabyś tego. Nie rozpowiadałabyś o tym w college'u...

Meredith przerwała jej ostro.

- Przekonaj się.

Caroline straciła pewność siebie.

- Nie   powiedziałam,   że   nie   złożę   przysięgi   albo   że   nie   zamierzam   jej   dotrzymać. 

Naprawdę nauczyłam się paru rzeczy tego lata.

Mam nadzieję. Nikt nie wypowiedział tych słów, ale wydawało się, jakby zawisły w 

powietrzu.  W minionym  roku dokuczanie  Stefano i Elenie Caroline traktowała jak swoje 

nowe hobby.

Bonnie zmieniła zdanie. Coś kryło się za słowami Caroline. Nie wiedziała, skąd to wie 

- musiał zadziałać szósty zmysł, którym była obdarzona. Ale może to miało coś wspólnego z 

tym, jak bardzo Caroline się zmieniła, z tym, czego się nauczyła. Bonnie tak próbowała to 

sobie tłumaczyć.

Tak często Caroline pytała ją o Elenę w ciągu tego tygodnia. Czy na pewno wszystko 

z nią w porządku? Czy może posłać jej kwiaty? Czy można ją już odwiedzić? Była natrętna, 

ale Bonnie nie miała serca, żeby jej to powiedzieć. Wszyscy czekali z niepokojem, żeby 

zobaczyć, jak Elena się miewa... po powrocie z zaświatów.

Meredith,  która  zawsze miała  przy sobie  długopis  i  kartkę  papieru, napisała  kilka 

słów.

- Co powiecie na to? - zapytała. Wszyscy nachylili się nad stołem.

„Przysięgam   nie   mówić   nikomu   o   jakichkolwiek   nadnaturalnych   wydarzeniach 

związanych ze Stefano i Eleną, chyba że otrzymam wyraźne pozwolenie od jednego z nich. 

Pomogę również ukarać każdego, kto złamie tę przysięgę, w sposób, który zostanie określony 

przez resztę grupy.  Przysięga ta obowiązuje na wieczny czas, a przypieczętuję ją własną 

krwią”.

background image

Matt pokiwał głową.

- ”Na wieczny czas”, doskonale. Brzmi dokładnie tak, jak powinno.

Potem uroczyście składali przysięgę. Każdy po kolei odczytał tekst i złożył pod nim 

swój podpis, po czym nakłuł czubek palca agrafką, którą Meredith wyciągnęła z torebki, i 

przypieczętował przysięgę kroplą krwi.

- Teraz to cyrograf - oznajmiła Bonnie tonem kogoś, kto wie, o czym mówi. - Nie 

radziłabym go zrywać.

I wtedy właśnie to się stało. Kartka z tekstem przysięgi leżała na środku stołu. Z dębu 

rosnącego na granicy ogródka i lasu sfrunął wielki kruk. Wylądował na stole, wydając z 

siebie przenikliwy skrzek. Bonnie zaczęła  krzyczeć.  Kruk przyjrzał  się po kolei czworgu 

ludzi,   którzy   w   popłochu   odsuwali   krzesła   od   stołu.   To   był   największy   kruk,   jakiego 

kiedykolwiek widzieli. Jego pióra opalizowały w promieniach słońca.

Kruk wpatrywał się w kartkę. Wydawał się czytać cyrograf. A potem zrobił coś tak 

szybko, że Bonnie ze strachu schowała się za plecami Meredith. Rozłożył skrzydła, pochylił 

się i zaczął gwałtownie uderzać dziobem w papier.

A potem odleciał z głośnym łopotem skrzydeł. Cała czwórka patrzyła za nim, aż stał 

się maleńkim punktem na niebie.

- Zniszczył naszą przysięgę - krzyknęła Bonnie zza pleców Meredith.

- Nie sądzę - odpowiedział Matt, który stał bliżej stołu.

Kiedy odważyli się podejść i spojrzeć na kartkę, Bonnie poczuła, jakby ktoś wysypał 

jej wiadro lodu na plecy. Serce zaczęło jej walić jak szalone.

Choć wydawało  się to niemożliwe,  ślady po wściekłym  dziobaniu  były  czerwone, 

jakby kruk podpisał się własną krwią. Układały się w ozdobne, delikatne litery: „D”

I poniżej:

„Elena jest moja”.

background image

ROZDZIAŁ 4

Z   podpisanym   cyrografem   leżącym   bezpiecznie   w   torebce   Bonnie   podjechali   pod 

pensjonat pani Flowers, w którym mieszkał Stefano. Szukali właścicielka, ale jak zwykle nie 

można jej było znaleźć. Weszli więc na górę po schodach przykrytych wytartym dywanem, 

wołając niecierpliwie:

- Stefano! Elena! To my!

Otworzyły się drzwi na samej górze i wychylił się zza nich Stefano. Wyglądał... jakoś 

inaczej.

- Musi być szczęśliwy - szepnęła Bonnie do Meredith.

- Myślisz?

- Oczywiście. Odzyskał Elenę.

- No, tak. Taką jak wcześniej. Widziałaś ją w lesie - powiedziała znacząco Meredith.

- Ale... to... och, nie! Ona znowu jest człowiekiem! Matt spojrzał na nie wymownie.

- Przestaniecie w końcu? Usłyszą nas.

Bonnie   nie   była   przekonana.   Oczywiście,   Stefano   mógłby   ich   usłyszeć,   ale   jeżeli 

miałaby się martwić  o to, co Stefano słyszy,  musiałaby też martwić  się o swoje myśli  - 

Stefano zawsze mógł odczytać ich sens, nawet jeżeli nie konkretne słowa.

- Chłopcy - syknęła. - To znaczy, wiem, że są absolutnie niezbędni i w ogóle, ale 

czasem po prostu niczego nie rozumieją.

- Poczekaj, aż będziesz miała do czynienia z dorosłymi mężczyznami - wyszeptała w 

odpowiedzi Meredith. Bonnie pomyślała o Alaricu Saltzmannie, doktorancie w college'u, z 

którym Meredith była, powiedzmy, związana.

- Mogłabym   powiedzieć   coś   na   ten   temat   -   dodała   Caroline   z   miną   znawczyni 

mężczyzn.

- Bonnie na szczęście na razie nie musi nic o tym wiedzieć. Ma jeszcze mnóstwo 

czasu - przerwała jej Meredith matczynym tonem. - Chodźmy do środka.

- Siadajcie, siadajcie - zapraszał ich Stefano, gdy wchodzili. Gospodarz idealny Ale 

nikt nie siadał. Wszyscy wpatrywali się w Elenę.

Siedziała po turecku przed otwartym oknem. Jej włosy znów miały odcień złota, nie 

były już białe jak wtedy,  gdy Stefano nieumyślnie zmienił ją w wampira. Wyglądała tak 

samo, jak zapamiętała Bonnie.

Poza tym, że unosiła się metr nad podłogą.

Cała czwórka wpatrywała się w Elenę bez tchu.

background image

- Ona   to   po   prostu   robi   -   powiedział   Stefano   niemal   przepraszającym   tonem.   - 

Obudziła się następnego dnia po naszej walce z Klausem i zaczęła lewitować. Jeszcze nie 

podlega siłom grawitacji.

Odwrócił się do Eleny.

- Spójrz, kto cię odwiedził - szepnął zachęcająco. Elena spojrzała z zaciekawieniem. 

Uśmiechała się do każdego po kolei, ale najwidoczniej nie rozpoznawała nikogo.

Bonnie wyciągnęła do niej ramiona.

- Elena?   To   ja,   Bonnie,   pamiętasz?   Byłam   tam,   kiedy   wróciłaś.   Tak   strasznie   się 

cieszę, że cię widzę.

- Eleno,   pamiętasz?   -   spróbował   jeszcze   raz   Stefano.   -   To   twoi   przyjaciele,   twoi 

dobrzy przyjaciele. Ta ciemnowłosa, wysoka piękna dziewczyna to Meredith, ta filigranowa 

ruda ślicznotka to Bonnie, a ten jakże amerykański przystojniał: to Matt.

Na dźwięk imienia Matt Elena drgnęła.

- Matt - powtórzył Stefana.

- A ja? Czyja jestem niewidzialna? - zapytała Caroline, stojąca w drzwiach. Udało jej 

się sprawić, że zabrzmiało to żartobliwie, ale Bonnie i tak wiedziała, że naprawdę zgrzyta 

zębami na sarn widok Eleny i Stefano.

- Oczywiście, przepraszam - odpowiedział Stefano i zrobił coś, na co nie mógłby sobie 

pozwolić żaden, osiemnastolatek, jeżeli nie chciałby wyjść na idiotę. Wziął dłoń Caroline i 

ucałował ją w sposób tak dystyngowany i szarmancki, jakby był arystokratą z renesansu. 

Którym zresztą był, pomyślała Bonnie.

Caroline nie mogła ukryć, że mile połechtał ją gest Stefano.

- Natomiast ta opalona piękność to Caroline - dokończył prezentacje, puszczając jej 

dłoń. Po czym dodał miękko, tonem, który Bonnie słyszała tylko kilka razy - Nie pamiętasz 

ich, najdroższa? Zaryzykowali dla ciebie życie.

Elena wciąż unosiła się w powietrzu, teraz w pozycji wyprostowanej, kołysząc się 

lekko na boki, jak boja na jeziorze.

- Zrobiliśmy to, bo cię kochamy - wyjaśniła Bonnie, jeszcze raz wyciągając ramiona 

do. Eleny. - Ale nie sądziliśmy, że cię odzyskamy. - Jej oczy napełniły się łzami. - Wróciłaś 

jednak. Nie pamiętasz nas?

Elena stanęła na ziemi tuż przed nią.

Nic nie wskazywało na to, że rozpoznaje przyjaciół, ale na jej twarzy pojawiły się 

spokój   i   błogość.   Promieniowała   radością   i   miłością.   Bonnie   zamknęła   oczy   i   głęboko 

odetchnęła. Czuła energię emanującą od Eleny jak słońce na twarzy,  jak szum oceanu w 

background image

uszach.   Prawie   się   rozpłakała   wzruszona   dobrocią,   którą   uosabiała   Elena   -   choć   słowa 

„dobroć” dziś prawie się nie używa, jednak są ludzie, uczynki po prostu niewyrażalnie dobre.

Elena była dobra.

A potem Elena lekko, dotknęła jej ramienia i pofrunęła w stronę Caroline. Wyciągnęła 

ręce, by ją objąć.

Caroline   się   spłoszyła.   Jej   policzki   i   szyja   zrobiły   się   purpurowe.   Bonnie   nie 

rozumiała, co się dzieje, ale zachowanie Eleny nie przeszkadzało jej. W końcu ona i Caroline 

były kiedyś przyjaciółkami - zanim pojawił się Stefano. To dobrze, że Elena postanowiła 

pierwszą uściskać Caroline.

Elena objęła Caroline i zanim ta zdążyła się odezwać, pocałowała ją mocno w usta. To 

nie był delikatny pocałunek. Elena objęła Caroline i całowała ją długo i mocno. Dziewczyna 

zamarła zszokowana, a potem zaczęła się wyrywać z uścisku Eleny tak gwałtownie, że tamta 

odfrunęła od niej, otwierając szeroko oczy.

Stefano chwycił ją pewnie jak bramkarz broniący strzału z dużej odległości.

- Co jest, do cholery? - Caroline zawzięcie ocierała usta wierzchem dłoni.

- Caroline! - zawołał  Stefano. - Tb nie ma nic wspólnego z tym,  co myślisz. Nic 

wspólnego z seksem. Ona po prostu próbuje cię rozpoznać, dowiedzieć się, kim jesteś.

- Pieski preriowe - powiedziała Meredith spokojnie, - Pieski preriowe całują się na 

powitanie. To działa właśnie tak, jak mówisz: pomaga im się zidentyfikować.

Caroline   była   jednak   zbyt   wstrząśnięta,   by   to   wyjaśnienie   mogło   ją   uspokoić. 

Ocieranie   ust   nie   było   dobrym   pomysłem   -   rozmazała   sobie   szkarłatną   szminkę,   więc 

wyglądała teraz jak bohaterka filmu Narzeczona Drakuli.

- Czy ty oszalałaś? Myślisz, że kim ja jestem? Że jakieś chomiki tak robią, to jest niby 

w porządku? - Poczerwieniała jeszcze bardziej, od ramion aż po czubek głowy.

- Pieski preriowe. Nie chomiki.

- Och, co za… - Caroline przerwała, nerwowo przeszukując torebkę, w końcu Stefano 

podał jej pudełko chusteczek. Sam otarł już ślady szminki Caroline z ust Eleny.

Caroline poszła do łazienki i zatrzasnęła za sobą drzwi.

Bonnie   i   Meredith   wymieniły   porozumiewawcze   spojrzenia   i   jednocześnie 

wybuchnęły śmiechem. Bonnie skrzywiła się, naśladując minę Caroline, i na niby otarła usta 

wyimaginowaną garścią chusteczek. A potem jeszcze jedną. Meredith z dezaprobatą pokręciła 

głową, ale ani ona, ani Matt i Stefano nie mogli przestać się śmiać. Nie tylko śmieszyła ich 

reakcja Caroline, musieli też rozładować napięcie - teraz, kiedy Elena znów była z nimi po 

sześciu miesiącach.

background image

Przestali, gdy z łazienki wyleciało pudełko po chusteczkach, niemal trafiając Bonnie w 

głowę. Wtedy dopiero zauważyli, że drzwi łazienki są otwarte, W łazience wisiało lustro. 

Bonnie zauważyła w nim wyraz twarzy Caroline.

Tak, Caroline widziała, jak się z niej śmiali.

Drzwi zamknęły się ponownie. Bonnie zaczęła nerwowo bawić się swoimi rudymi 

lokami, marząc, by podłoga pod nią rozstąpiła się i pochłonęła ją.

- Przeproszę ją. - Bonnie głośno przełknęła ślinę. Uniosła wzrok i zorientowała się, że 

wszyscy wpatrują się w Elenę, która wyglądała na bardzo zranioną tym, że została odrzucona.

Dobrze, że kazaliśmy Caroline podpisać cyrograf, pomyślała. I że podpisał go też 

wiecie - kto. Jeżeli jest jedna rzecz, na którą można było liczyć, jeśli chodzi o Damona, to 

była nią konsekwencja.

Bonnie   podeszła   do   przyjaciół   otaczających   Elenę,   która   się   wyrywała.   Stefano 

próbował ją przytrzymać. Matt i Meredith przekonywali Elenę, że wszystko jest w porządku.

Elena   przestała   się   szamotać.   Płakała   rzęsistymi   łzami.   Zamiast   szczęścia,   które 

emanowało   od   niej   wcześniej,   Bonnie   wyczuwała   teraz   poczucie   krzywdy   i   żal,   a   także 

zrozumienie.

- Nie mogłaś wiedzieć, że Caroline tak się zdenerwuje. Nie zrobiłaś jej nic złego. - 

Bonnie głaskała ją uspokajająco.

Łzy wciąż spływały po policzkach Eleny, a Stefano zbierał je chusteczką, jakby byty 

diamentami.

- Ona myśli, że Caroline spotkało coś złego - wytłumaczył im - i martwi się o nią. Nie 

rozumiem, o co chodzi.

Bonnie   uświadomiła   sobie,   że   Elena   może   się   przecież   porozumiewać   ze   Stefano 

telepatycznie.

- Ja   też   to   wyczułam   -   powiedziała.   -   Ból.   Ale   powiedz   jej...   to   znaczy...   Eleno, 

obiecuję, że przeproszę Caroline. Pokajam się.

- Wszyscy będziemy musieli się kajać - wtrąciła Meredith. - Ale wcześniej chciałabym 

się upewnić, że nasza zagubiona dusza rozpozna mnie.

Objęła Elenę i pocałowała ją.

Niestety,   w  tej  samej   chwili   Caroline   otworzyła   drzwi  łazienki.   Zatrzymała   się  w 

progu.

- Nie wierzę! - krzyknęła piskliwie. - Wciąż to robicie! To odra.

- Caroline - przerwał jej Stefano ostrzegawczym tonem.

Caroline - piękna, smukła, opalona - nerwowo wyłamywała palec.

background image

- Przyszłam zobaczyć się z Eleną. Z dawną Eleną. I co widzę? Ona jest jak dziecko, 

nie potrafi mówić. Unosi się w powietrzu jak jakiś szalony guru. Jak jakaś perwersyjna...

- Przestań! - przerwał jej cicho, ale stanowczo, Sterano. - Mówiłem wam, już za kilka 

dni powinna zachowywać się normalnie, sądząc po postępach, jakie zrobiła dotychczas.

Stefano rzeczywiście jest jakaś inny, pomyślała Bonnie. Nie tylko szczęśliwszy, że 

odzyskał Elenę. Jest… w jakiś sposób silniejszy.  Zawsze był  spokojny - odczuwała jego 

spokój jak taflę jeziora. Teraz odbierała emocje chłopaka jak tsunami.

Co mogło go tak bardzo zmienić?

Odpowiedź otrzymała natychmiast, chociaż w postaci kolejnego pytania. Elena wciąż 

była częściowo duchem, podpowiadała jej intuicja. Co się dzieje, kiedy wypijesz krew kogoś, 

kto jest pól duchem, pół człowiekiem?

- Caroline,   po   prostu   zapomnijmy   o   tym   -   zaproponowała   pojednawczo.   - 

Przepraszam, bardzo, bardzo przepraszam, wiesz. Źle zrobiłam i przepraszam.

- Och,   oczywiście,   przeprosiłaś   i   wszystko   w   porządku,   tak?   -   Głos   Caroline   był 

lodowaty jak płynny azot. Zdecydowanym ruchem odwróciła się do nich plecami. Bonnie 

zdążyła dostrzec w jej oczach łzy.

Elena i Meredith wciąż obejmowały się, a ich policzki były mokre od łez. Patrzyły 

sobie w oczy, a Elena znów jaśniała nieziemskim blaskiem.

- Teraz już zawsze cię rozpozna, Meredith - powiedział Stefano. - Nie tylko twoją 

twarz, ale także twoje wnętrze, twoją duszę. Powinienem o tym wspomnieć wcześniej, ale 

dotąd tylko mnie poznała w ten sposób i nie wiedziałem...

- Powinieneś był wiedzieć! - Caroline podeszła do niego wściekła.

- Pocałowałaś dziewczynę i co z tego? - wybuchła Bonnie. - Co, myślisz, że wyrośnie 

ci broda?

Gęstniejąca   atmosfera   w   pokoju   zadziałała   na   Elenę   jak   iskra   wzniecająca   pożar. 

Zaczęta   fruwać   po   pokoju   z   prędkością   kufi   armatniej,   W   jej   włosach   pojawiały   się 

elektryczne iskry za każdym razem, gdy nagle zatrzymywała się lub skręcała. Gdy mijała 

otwarte   okno,   Bonnie   pomyślała,   że   trzeba   natychmiast   zorganizować   jej   jakieś   ubrania. 

Spojrzała na Meredith i dostrzegła, że przyjaciółka uświadomiła sobie to samo. Tak, muszą 

znaleźć Elenie coś do ubrania. A zwłaszcza bieliznę.

Kiedy   Elena   zatrzymała   się   i   Bonnie   zbliżyła   się   do   niej,   tak   nieśmiało   jak   do 

chłopaka, z którym miała się całować po raz pierwszy w życiu, Caroline znowu wybuchnęła.

- Ciągle to robisz! - Teraz już prawie, skrzeczała. - Co jest z tobą? Nie masz wstydu?

Tb, niestety, wywołało u Bonnie i Meredith kolejny atak śmiechu, który próbowały 

background image

stłumić. Nawet Stefano się śmiał. Na nic się zdały jego dobre maniery. Poczucie obowiązku 

uprzejmego traktowania Caroline, która była jego gościem, przegrało z komizmem sytuacji.

Bonnie spojrzała na Elenę i zauważyła, że patrzy ona na Caroline z dziwnym wyrazem 

twarzy, Nie wyglądało to, jakby się jej bata, ale jakby bardzo bała się o nią.

- Wszystko w porządku? - wyszeptała Bonnie. Ku jej zaskoczeniu Elena skinęła, a 

potem   spojrzała   na   Caroline   i   pokręciła   głową.   Przyglądała   się   jej   uważnie   jak   lekarz 

badający bardzo chorego pacjenta.

Po czym podleciała do niej, wyciągając rękę. Caroline odsunęła się, jakby myśl o 

dotknięciu Eleny była  odrażająca. Nie, dotyk  Eleny nie budził w niej wstrętu, pomyślała 

Bonnie. Caroline bała się tego dotyku.

- Skąd mogę wiedzieć, co teraz, zrobi? - broniła się Caroline, ale Bonnie wiedziała, że 

to nie jest prawdziwy powód jej strachu. Co tu się dzieje? - zastanawiała się. Elena boi się o 

Caroline, Caroline boi się Eleny. Co to znaczy?

Bonnie   dostała   gęsiej   skórki.   Coś   było   nie   tak   z   Caroline.   Nigdy   wcześniej   nie 

spotkała się z czymś takim. A powietrze... powietrze wydawało się gęstnieć jak przed burzą.

Caroline odwróciła się, żeby nie patrzeć na Elenę. Stanęła za krzesłem.

- Po prostu trzymajcie ją, do cholery, z dała ode mnie, dobrze? Nie pozwolę, żeby 

jeszcze raz mnie dotknęła... - zaczęła, kiedy Meredith powiedziała cicho dwa słowa, które 

zmieniły sytuację.

- Co powiedziałaś? - zapytała zdumiona Caroline.

background image

ROZDZIAŁ 5

Damon jeździł po mieście bez celu, kiedy zauważył tę dziewczynę.

Była sama, szła chodnikiem, wiatr rozwiewał jej włosy, niosła torby z zakupami.

Damon zachował się jak dżentelmen. Zatrzymał samochód, poczekał, aż dziewczyna 

zrówna się z nim, wyskoczył z auta i otworzył drzwi od strony pasażera.

Miała na imię Damaris.

Po chwili ferrari pędziło z taką prędkością że włosy Damaris powiewały jak sztandar. 

Dziewczyna   zasługiwała   na   komplementy,   jakie   Damon   rozdawał   przez   cały   ten   dzień. 

Ucieszyło go to, bo zaczynało mu już brakować wyobraźni.

Schlebianie   tej   uroczej   istocie,   z   burzą   rudozłotych   włosów   i   mleczną,   cerą,   nie 

wymagało   wyobraźni.   Nie   spodziewał   się   z   jej   strony   żadnych   problemów   i   zamierzał 

zatrzymać ją na noc.

Veni, vidi, vici, pomyślał i uśmiechnął się do siebie. A potem poprawił się - no, może 

jeszcze nie zwyciężyłem, ale stawiam ferrari, że zwyciężę.

Zatrzymali się przy punkcie widokowym. Kiedy Damaris upuściła torebkę i schyliła 

się, by ją podnieść, Damon zobaczył jej odsłonięty kark, od którego bieli odcinały się rude 

włosy.

Natychmiast pocałował ją w. kark, bez zastanowienia. Miała skórę ciepłą i miękką jak 

niemowlę.   Nie   próbował   kontrolować   jej   reakcji   ciekaw,   czy   da   mu   w   twarz.   Ona 

wyprostowała   się   tylko   i   odetchnęła   głęboko,   ale   pozwoliła   mu   objąć   się   i   całować. 

Ciemnoniebieskie oczy drżącej dziewczyny wyrażały zarazem opór i zachwyt.

- Nie... nie powinnam była ci na to pozwalać. Chcę wrócić do domu.

Damon uśmiechnął się. Jego ferrari było bezpieczne.

Jej   ostateczna   kapitulacja   będzie   bardzo   przyjemna,   pomyślał,   kiedy   wracali   do 

miasta. Jeżeli nie zawiedzie jego oczekiwań, może nawet zatrzyma ją na. kilka dni, może 

nawet ją przemieni.

Teraz   jednak   dręczył   go  dziwny  niepokój.  Chodziło   o  Elenę   oczywiście.   Być   tak 

blisko   niej   i   nie   śmieć   się   zbliżyć   z   obawy   o   to,   co   mógłby   jej   zrobić.   Do   diabła,   co 

powinienem zrobić, zaklął w duchu. Stefano miał rację - coś było z nim nie tak.

Był  sfrustrowany tak bardzo, że nigdy się o to nie posądzał. To, co powinien był 

zrobić, to przewrócić swojego braciszka twarzą do ziemi, skręcić mu kark, a potem pójść na 

górę po wąskich skrzypiących schodach i zabrać Elenę, czyby tego chciała, czy nie. Nie zrobił 

tego z powodu jakiejś sentymentalnej bzdury, obawiając się jej protestów, gdy uniósłby jej 

background image

doskonały podbródek i zatopił opuchłe z głodu kły w białej jak lilia szyi.

Snucie fantazji przerwał mu jakiś hałas.

- ...nie sądzisz? - pytała Damaris.

Zirytowany   i   zbyt   pochłonięty   swoimi   myślami,   by   zastanawiać   się,   o   czym 

dziewczyna   mówi,   po   prostu   wyłączył   jej   umysł.   Damaris   była   śliczna,   ale   strasznie 

gadatliwa.

Siedziała   teraz   z   -   włosami   rozwiewanymi   przez   wiatr,   niewidzącymi   oczami, 

zwężone źrenice były nieruchome.

Wszystko na nic. Damon westchnął zrezygnowany. Nie potrafił wrócić do swojego 

snu na jawie. Nawet gdy w samochodzie panowała cisza, przeszkadzał mu wyimaginowany 

szloch Eleny.

Ale gdyby przemienił ją w wampira, nie szlochałaby, podpowiedział jakiś głos w jego 

głowie.   Damon   kiedyś   chciał   uczynić   ją   swoją   królową   nocy   -   dlaczego   nie   spróbować 

znowu? Należałaby do niego całkowicie. A że musiałby zrezygnować z jej ludzkiej krwi... 

cóż, teraz też jej nie pił, prawda? - ciągnął głos, Elena, blada i otoczona aurą mocy, z włosami 

niemal   srebrnymi,   w   czarnej   sukni   kontrastującej   z   jej   alabastrową   skórą.   Ta   wizja 

przyspieszyłaby bicie serca każdego wampira.

Pragnął   jej   bardziej   niż   kiedykolwiek   -   teraz,   gdy   była   dachem.   Nawet   jako 

wampirzyca zachowała dużo ze swojej natury. Mógł sobie to wyobrazić: jej światłość i jego 

mrok, jej miękka biel w jego muskularnych, odzianych w czerń ramionach. Zamknąłby te 

cudowne usta pocałunkami, okryłby nimi ją całą...

O czym on myślał? Wampiry nie całują ot tak, dla przyjemności - a już zwłaszcza nie 

całują innych wampirów. Krew, polowanie - tylko to się liczy Całowanie, jeżeli nie było 

konieczne do zdobycia, ofiary,  nie miało sensu. Do niczego nie mogło prowadzić. Tylko 

sentymentalni idioci jak jego brat zawracali sobie głowę takimi głupstwami. Para wampirów 

może dzielić się krwią śmiertelnika, atakując jednocześnie, wspólnie kontrolując jego umysł, 

sami połączeni umysłami. W tym tylko wampiry znajdują przyjemność.

Niemniej   Damon   był   podniecony   wizją   całowania   Eleny,   zmuszania   jej   do 

pocałunków, uczucia satysfakcji, gdy w. końcu złamie jej opór.

Może   wariuję,   pomyślał   Damon   zaintrygowany.   Nic   przypomina!   sobie,   żeby   coś 

takiego zdarzyło mu się kiedykolwiek wcześniej, ale pociągała go myśl o całowaniu Eleny. 

Od wieków nie był tak podniecony.

Tym lepiej dla ciebie, Damaris. Dotarli już do rogu skrzyżowania Sycamore Street i 

Old Wood. Dalej droga stawała się coraz bardziej kręta i niebezpieczna - Nie przejmując się 

background image

tym, obrócił się do dziewczyny, żeby ją obudzić. Z zadowoleniem zauważył, że wiśniowy 

kolor jej warg jest naturalny Pocałował ją delikatnie i czekał na reakcję.

Przyjemność. Widział, jak jej umysł się nią wypełnia.

Rzucił okiem na drogę przed sobą i spróbował jeszcze raz. Tym razem całował ją 

dłużej. Ucieszyła go jej reakcja, reakcje ich obojga. To było niesamowite. Musiało to się 

jakoś wiązać z ilością krwi, którą wypił - większą niż kiedykolwiek w ciągu jednego dnia - 

albo kombinacją....

Musiał przestać zajmować się Damaris i skupić uwagę na drodze. Jakieś niewielkie 

brunatne   zwierzę   pojawiło   się   ni   stąd,   ni   zowąd   przed   samochodem.   Damon   chwycił 

kierownicę obiema dłońmi, wbił w zwierzę zimne jak lodowiec oczy i nakierował samochód 

prosto na nie.

Nie było aż tak małe - samochód mógł podskoczyć.

- Trzymaj się - mruknął do Damaris.

Zwierzę uskoczyło w ostatniej chwili. Damon gwałtownie skręcił kierownicą, chcąc je 

dopaść, i znalazł się na skraju rowu. Tylko nadludzki refleks wampira - i precyzja układu 

kierowniczego bardzo drogiego samochodu - mogły go uratować. Na szczęście Damon miał 

jedno i drugie. Samochód obrócił się i zatrzymał z piskiem opon.

Ale nie podskoczył.

Damon wysiadł i się rozejrzał. Zwierzę jednak zniknęło równie tajemniczo, jak się 

pojawiło.

Dziwne.

Żałował, że jechał pod słońce - jasne popołudniowe Światło osłabiło jego wzrok, Ale 

udało mu się zobaczyć niedoszłą ofiarę z bliska, kiedy ją mijał - stworzenie miało dziwaczny 

kształt: wąski pysk i jakby wachlarz z tyłu.

No, cóż.

Wrócił   do   samochodu,   w   którym   histeryzowała   Damaris.   Nie   był   w   nastroju   do 

uspokajania kogokolwiek, więc znów ją uśpił. Opadła na fotel, a łzy powoli obeschły na jej 

policzkach.

Był   sfrustrowany.   Ale   przynajmniej   wiedział   już,   co   chce   dzisiaj   zrobić.   Chciał 

znaleźć jakiś lokal - obskurną i brudną knajpę albo wytworną i drogą restaurację - i innego 

wampira. Biorąc pod uwagę moce, jakie pulsowały pod Fell's Church, to nie powinno być 

trudne. Wampiry i inne stworzenia nocy ciągnęły do takich miejsc jak ćmy do światła.

A potem chciał walczyć. To nie byłaby uczciwa walka - Damon był najsilniejszym 

żyjącym  wampirem, a poza tym był  opity krwią najpiękniejszych  dziewcząt miasta Fell's 

background image

Church. Ale nie obchodziło go to. Miał ochotę wyładować na czymś swoją frustrację, a jakiś 

wilkołak,   wampir   albo   ghoul   byłby   w   sam   raz.   Może   nawet   więcej   niż   jeden   -   znów 

uśmiechnął się do siebie, a w jego oczach pojawił się groźny błysk - jeżeli uda mu się tyle 

znaleźć. A na deser - przepyszna Damaris.

Życie jest dobre. A nieżycie, pomyślał Damon, nawet lepsze. Nie zamierzał siedzieć i 

narzekać tylko dlatego, że nie mógł natychmiast mieć Eleny. Zamierzał rozerwać się i stać się 

jeszcze silniejszy A potem, któregoś dnia, niedługo, pójść do swojego żałosnego młodszego 

brata i zabierze ją.

Przez chwilę patrzył we wsteczne lusterko. Na skutek jakiegoś załamania światła, a 

może  wyładowania  w  atmosferze  przez  chwilę wydawało  mu  się, że dostrzegł  w swoich 

oczach czerwony płomień.

background image

ROZDZIAŁ 6

Powiedziałam „wynoś  się” - powtórzyła  Meredith, nie podnosząc głosu. - Mówisz 

okropne,   wstrętne   rzeczy.   Tak   się   składa,   że   to   Stefano   tuta   mieszka,   i   to   on   może   cię 

wyprosić.   Ja   robię   to   jednak   za   niego,   ponieważ   on   jest   zbyt   dobrze   wychowany,   by 

powiedzieć dziewczynie , żeby wynosiła się do diabła.

Matt odchrząknął. Wcześniej milczał, teraz zdecydował się powiedzieć, co myśli o 

zachowaniu Caroline.

- Znam cię zdecydowanie zbyt  długo, żeby owijać w bawełnę. Meredith mi rację. 

Jeżeli chcesz obrażać Elenę, i nas, wyjdź.  Ale zanim wyjdziesz,  chcę  ci jeszcze coś po-

wiedzieć. Niezależnie od tego, co Eleni robiła, kiedy... kiedy była tutaj wcześniej - jego głos 

załamał się na. chwilę; Bonnie wiedziała, że miał na myśli „tutaj, na Ziemi” - teraz jest tak 

podobna  do anioła,   jak  to  tylko   możliwe.  Teraz  jest...  jest...  całkowicie...  -  Zawahał  się, 

szukając odpowiednich słów.

- Niewinna jak dziecko - podpowiedziała Meredith.

- Właśnie   - przytaknął  Matt.  -  Niewinna,  wszystko,   co  robi,  jest  niewinne.  Twoje 

wstrętne słowa nie mogą jej splamić, ale my nie chcemy więcej słuchać wyzwisk.

Stefano wyszeptał: „Dziękuję”.

- Właśnie  wychodzę  -  wycedziła   Caroline   -  I  nie  praw  mi   kazań   o  niewinności   i 

czystości. Po tym wszystkim, co się tu stało! Pewnie chcesz sobie popatrzeć, jak dwie dziew-

czyny się całują. Pewnie...

- Dość - powiedział Stefano spokojnie, ale jakaś niewidzialna siła zwaliła Caroline za 

drzwi. Za nią podążyła torebka.

Potem drzwi zamknęły się cicho.

Włoski na karku Bonnie się zjeżyły. To była moc tak potężna, że dziewczyna stała jak 

sparaliżowana.   Przeniesienie   Caroline   w   ten   sposób   -   a   to   nie   była   mała   dziewczynka   - 

wymagało wielkiej mocy.

Może Stefano zmienił  się tak bardzo jak Elena.  Bonnie spojrzała  na przyjaciółkę. 

Niepokój o Caroline sprawił, że Światłość emanująca od Eleny przygasła.

Delikatnie dotknęła Elenę i pocałowała ją.

Elena   szybko   się   odsunęła,   jakby   bała   się   wywołać   kolejną   awanturę.   Ale   to 

wystarczyło, by Bonnie zrozumiała, co miała na myśli Meredith, mówiąc, że zachowanie 

Eleny nie ma nic wspólnego z seksem. To było... Bonnie miała wrażenie,. że jest badana 

przez kogoś, kto usiłuje ją poznać, używając wszystkich zmysłów: Kiedy Elena odsunęła się 

background image

od niej, promieniała światłem tak jak po pocałunku z Meredith. Wszystkie negatywne uczucia 

zostały... zniknęły. Bonnie poczuła, jakby światłość emanująca od Eleny objęła także ją. - Nie 

powinniśmy jej przyprowadzać - powiedział Matt do Stefana. - Przepraszam za to. Znam ją i 

wiem, że mogłaby obrzucać wyzwiskami Elenę jeszcze długo, sama by nie wyszła.

- Stefano się tym zajął - wtrąciła Meredith. - Czy to może Elena?

- To ja - przyznał Stefano. - Matt ma rację, a ja nie będę tolerował nikogo mówiącego 

źle o Elenie.

Dlaczego oni o tym rozmawiają? - zastanawiała się Bonnie. Meredith i Stefano byli 

najmniej skłonnymi do pogaduszek osobami, jakie znała. Wtedy uświadomiła sobie, że to 

powodu Matta, który podchodził wolno, ale z wyrazem determinacji do twarzy Eleny.

Bonnie podniosła się szybko. Minęła Matta, nie spoglądając w jego stronę. A potem 

włączyła  się do rozmowy Meredith i Stefano o tym.  co się stało. Nie było  dobrze mieć 

Caroline za wroga, zgodzili się. Nic też nie wskazywało na to, że kiedykolwiek nauczy się, że 

wszelkie ataki na Elenę w końcu obracają się przeciw niej. Bonnie mogłaby się założyć, że 

knuje coś nowego już teraz.

- Ona czuje się samotna.  - Stefano próbował usprawiedliwić Caroline.  - Chce być 

akceptowana przez każdego i w każdej sytuacji, ale jest... wyalienowana. Jakby nikt, kto ją 

dobrze pozna, jej nie ufał.

- W taki sposób próbuje się po prostu bronić - zgodziła się Meredith. - Ale można by 

się jednak spodziewać odrobiny wdzięczności. W końcu ocaliliśmy jej życie.

Jest w tym coś więcej, pomyślała Bonnie. Intuicja próbowała jej coś powiedzieć - co 

mogło się zdarzyć, zanim udało im się ją uratować - ale była zbyt zdenerwowana, z powodu 

Eleny, żeby się tym przejąć.

- Dlaczego ktoś miałby jej ufać? - zapytała Stefano. Obejrzała się dyskretnie. Elena 

miała odtąd rozpoznawać Matta, a on wyglądał, jakby miał zemdleć. - Caroline jest piękna, 

jasne, ale to wszystko. O nikim nie powiedziała jednego dobrego słowa. Stale prowadzi jakąś 

grę... Wiem, że też czasem to robimy, ale ona zawsze życzy ludziom źle. Oczywiście, potrafi 

uwieść   prawie   każdego   faceta   -   nagle   opanował   ją   niepokój   i   dokończyła   zdanie   dużo 

głośniej, żeby go odsunąć - ale jeżeli jesteś dziewczyną, to nie widzisz w niej więcej niż parę 

długich nóg i du...

Bonnie przerwała, bo Meredith i Stefano zastygli w bezruchu z identycznym wyrazem 

twarzy mówiącym „O Boże, tylko nie to”.

- Ma też dobry słuch - powiedział jakiś drżący ze złości głos za plecami Bonnie. Serce 

podeszło jej do gardła.

background image

Takie są skutki ignorowania instrukcji.

- Caroline...   -   Meredith   i   Stefami   próbowali   ratować   sytuację,   ale   było   za   późno. 

Caroline wkroczyła  do pokoju, podnosząc wysoko nogi, jakby nie chcąc dotykać  podłogi 

Stefano. Szpilki trzymała w rękach.

- Wróciłam po swoje okulary - powiedziała wciąż tym samym tonem. - Przy okazji 

usłyszałam dość, żeby dowiedzieć się, co moi tak zwani przyjaciele o mnie myślą.

- Mylisz się - spokojnie powiedziała Meredith. - Usłyszałaś tylko, jak zdenerwowani 

ludzie wyładowują złość po tym, gdy ich obraziłaś.

- Poza tym - Bonnie odzyskała głos - przyznaj, Caroline, że liczyłaś na to, że coś 

usłyszysz. Dlatego zdjęłaś buty. Stałaś za drzwiami, prawda?

Stefano zamknął oczy.

- To moja wina. Powinienem był...

- Nie, nie powinieneś - przerwała mu Meredith, i zwróciła się znowu do Caroline. - A 

jeżeli ty wskażesz mi jedno słowo z naszej rozmowy nieprawdziwe albo przesadzone, nie 

licząc może tego, co powiedziała Bonnie, bo Bonnie jest... po prostu Bonnie... W każdym 

razie, jeżeli wskażesz jedno słowo, które nie było prawdą, przeproszę cię.

Caroline nie słuchała. Grymas wykrzywił jej twarz, czerwoną z gniewu.

- Jeszcze  mnie  przeprosicie  - syknęła,  wskazując palcem każde  z nich  po kolei.  - 

Pożałujecie   swoich   słów.   A   jeżeli   jeszcze   raz   spróbujesz   na   mnie   tej   swojej   wampirzej 

sztuczki - zwróciła się do Stefano - to mam przyjaciół, prawdziwych przyjaciół, którzy się 

tobą zajmą.

- Caroline, złożyłaś przysięgę...

- I kogo to obchodzi?

Stefano się podniósł. Zrobiło się już ciemno, pokój oświetlała tylko nocna lampka. 

Bonnie spojrzała  na  cień  Stefano i szturchnęła  Meredith.  Cień był  zaskakująco  ciemny i 

niezwykle długi. Cień Caroline był przezroczysty i krótki - jak blada kopia przy oryginale.

Powietrze znów zgęstniało, jakby zbliżała się burza. Bonnie próbowała przestać się 

trząść, ale czuła się, jakby wrzucono ją do lodowato zimnej wody. Zimno przenikało ją do 

kości. Zaczynała się trząść coraz bardziej...

Coś działo się z Caroline: coś się z niej wydostawało, a może coś wchodziło w nią. A 

może  jedno i drugie. W każdym  razie to było  wszędzie  dookoła niej, i dookoła Bonnie. 

Napięcie było tak silne, że Bonnie miała wrażenie, że serce wyskoczy jej z piersi. Obok niej 

Meredith - zwykle opanowana - wierciła się niespokojnie.

- Co...? - zaczęła szeptem.

background image

Nagle, jakby wszystko zostało wyreżyserowane przez moce kryjące się w ciemności, 

drzwi zatrzasnęły się... lampa, zgasła.. stara roleta nad oknem rozwinęła się z łoskotem. W 

pokoju zapanowała absolutna ciemność.

Caroline zaczęła krzyczeć. To był przeraźliwy krzyk.

Bonnie też krzyczała. Nie mogła przestać, chociaż jej krzyk brzmiał co najwyżej jak 

echo imponującej arii Caroline. Dzięki Bogu Caroline szybko zamilkła. Bonnie udało się stłu-

mić kolejny okrzyk, ale trzęsła się jeszcze bardziej. Meredith objęła ją mocno, ale po chwili 

oddała ją Mattowi, który wydawał się tym zaskoczony i nieco skrępowany.

- Kiedy wzrok ci się przyzwyczai, nie jest aż tak ciemno - powiedział łamiącym się 

głosem, jakby zaschło mu w gardle. Ale tylko to przyszło mu do głowy, bo wiedział, że ze 

wszystkiego na świecie Bonnie najbardziej bała się ciemności. W mroku kryły się rzeczy, 

które tylko ona widziała. A potem oboje wstrzymali oddech..

Elena świeciła. I miała skrzydła.

- Czy ty widzisz to co ja? - wyjąkała Bonnie. Matt nie był w stanie wydobyć z siebie 

głosu.

Skrzydła poruszały się wraz z oddechem Eleny. Unosiła się w powietrzu w pozycji 

siedzącej..

Przemówiła. W języku. jakiego Bonnie nigdy me słyszała. Nie sądzili, żeby gdzieś 

ludzie mówili takim językiem. Słowa były ostre i jasne, jak okruchy kryształu spadające z 

wysoka.

Wydawały się Bonnie prawie zrozumiałe - jej parapsychiczne zdolności spotęgowała 

moc Eleny. Ta moc przeciwstawiła się ciemności i odpychała ją na bok... rzeczy, które kryły 

się w mroku, uciekały, skamląc, rozpierzchły się na wszystkie strony. Ostre jak brzytwa słowa 

podążyły za nimi, przepędzając je precz.

A   Elena...   Elena   była   niewyobrażalnie   piękna,   jak   wtedy  kiedy   byli   wampirem,   i 

wydawała się równie blada.

Caroline   też   przemówiła.   Wykrzykiwała   potężne   zaklęcia   czarnej   magii.   Bonnie 

wydało się, że wraz ze słowami z ust dziewczyny wydostaje się armia upiornych istot.

To był pojedynek czarnej i białej magii. W jaki sposób Caroline poznała te zaklęcia? 

Nie była nawet spokrewniona z czarownicami, jak Bonnie..

Do pokoju dobiegały dziwne dźwięki, przypominające odgłos lecącego helikoptera. 

Przerażały Bonnie.

Musiała   coś   zrobić.   Jej   przodkowie  byli   Celtami,   miała  zdolności  parapsychiczne, 

których   nie   mogła   się   pozbyć,   choćby   chciała.   Musiała,   pomóc   Elenie.   Powoli,   jakby 

background image

przedzierała się przez wichurę, podeszła do przyjaciółki i położyła dłoń na jej dłoni, aby ich 

moce się połączyły.

Z  drugiego boku Eleny, stanęła Meredith. Światło świeciło intensywniej. Stwory z 

ciemności uciekały przed nim, krzycząc i tratując się wzajemnie.

Bonnie   zauważyła,   że   Elena   się   potknęła.   Skrzydła   zniknęły.   Zniknęły   też   istoty 

mroku. Elena przegnała je, pokonała potężną mocą białej magii.

- Ona upadnie - wyszeptała Bonnie do Stefano. - Pojedynek z siłami ciemności ją 

wyczerpał...

W tym momencie nastąpiły wydarzenia tak szybko, jakby w pokoju zabłysły snopy 

stroboskopowego światła.

Błysk. Roleta podniosła się z hukiem.

Błysk. Zaświeciła lampa w dłoniach Stefano. Widocznie próbował ją naprawić..

Błysk, Drzwi do pokoju otworzyły się powoli, skrzypiąc,

jakby chciały zrekompensować wcześniejsze trzaśniecie.

Błysk. Caroline znalazła się na podłodze, na czworakach, oddychając ciężko. Elena 

wygrała...

Elena upadła.

Tylko ktoś o nadludzko szybkim refleksie mógł złapać ją, zanim uderzyła o podłogę. 

Stefano rzucił lampę Meredith i w mgnieniu oka znalazł się przy Elenie. A potem obejmował 

ją mocno.

- Do diabła - wykrztusiła Caroline. Tusz do rzęs spłynął po jej policzkach, zostawiając 

czarne   ślady.   Spojrzała   na   Stefano   z   nieskrywaną   nienawiścią.   Stefano   popatrzył   na   nią 

spokojnie - nie, surowo.

- Nie wzywaj diabła - ostrzegł. - Nie tutaj Nie teraz. Może usłyszeć i odpowiedzieć.

- Jakby   jeszcze   tego   nie   zrobił.   -   prychnęła   Caroline.   Wyglądała   żałośnie,   była 

pokonana, złamana. Jakby rozpętała coś, nad czym nie potrafiła zapanować,

- Caroline, co ty mówisz? - Stefano ukląkł przy niej. - Chcesz powiedzieć, że ty już... 

zawarłaś jakąś umowę?

- Ups - jęknęła Bonnie, rozładowując napięcie, jakie panowało w pokoju. Caroline 

połamała paznokcie, na  podłodze były ślady krwi. Bonnie, przejęta współczuciem, poczuła 

ból   w   palcach.   Kiedy   jednak   Caroline   machnęła   zakrwawioną   ręką   w  stronę   Stefano, 

współczucie przemieniło się w mdłości. - Chcesz polizać? zapytała Caroline. Jej twarz się 

zmieniła. - Nie udawaj, Stefano - ciągnęła drwiącym tonem. - Przecież pijasz ostatnio ludzką 

krew,   prawda?   Ludzką   czy   czymkolwiek   ta   dziewczyna   jest.   Latacie   teraz   razem   jak 

background image

nietoperze, co?

- Caroline - wyszeptała Bonnie. - Nie widziałaś ich? Skrzydeł...

- Jak   u   nietoperza   albo   wampira.   Stefano   przemienił   ją...   -   Ja   też   je   widziałem   - 

powiedział Matt. To nie były skrzydła nietoperza.

- Jesteście  ślepi?  Spójrzcie,  - Meredith  pochyliła  się  i podniosła z  podłogi długie, 

białe, błyszczące pióro.

- Może jest białym krukiem - nie ustępowała Caroline. - To by się zgadzało. I nie 

mogę uwierzyć, że wszyscy tak się przed nią płaszczycie, jakby była królową. Wszyscy cię 

uwielbiają, prawda Eleno?

- Przestań - rzucił Stefano,

- „Wszyscy” to jest słowo klucz. - Przestań.

- Kiedy ich całowałaś - Caroline teatralnie wzruszyła ramionami - przypomniała mi 

się...

- Przestań, Caroline,

- ...dawna Elena. - Głos Caroline ociekał jadem. - Każdy, kto cię zna, wie kim jesteś, 

byłaś, zanim Stefano zaszczycił nas swoją boską obecnością. Byłaś...

- Caroline, przestań natychmiast... - Dziwką! Tak! Tanią dziwką!

background image

ROZDZIAŁ 7

Na chwilę wszyscy zamarli. Stefano zbladł jak ściana, zacisnął wargi w wąską linię. 

Bonnie cisnęły się na usta słowa, wyjaśnienia, oskarżenia pod adresem Caroline, Elena może i 

miała tylu chłopaków, ile jest gwiazd na niebie, ale odkąd się zakochała, istniał dla niej tylko 

Stefano. Ale Caroline i tak by tego nie zrozumiała.

- I   co,   zatkało   was?   Nie   macie   nic   do   powiedzenia?   -   naigrywała   się   Caroline.   - 

Żadnych   ciętych   ripost?   Nietoperz   potknął   wam   języki?   -   Roześmiała   się,   ale   był   to 

wymuszony, sztuczny śmiech. Potem z jej ust padły słowa, których z pewnością nie powinno 

się   wypowiadać   publicznie.   Bonnie   pewnie   zdarzyło   się   użyć   ich   raz   czy   dwa,   ale   wy-

powiedziane przez Caroline tutaj i teraz tworzyły strumień jadowitej mocy.

Ta moc rosła, wydawało się, że pokój jest dla niej za ciasny. Coś się stanie.

Drgania, pomyślała Bonnie, gdy kaskady dźwięków nabierały mocy.

Szkło, podpowiedziała jej intuicja. Odejdź od szkła.

Stefano ledwie zdążył odwrócić się do Meredith i krzyknąć.

- Rzuć lampę!

Meredith,   która   miała   nadzwyczajny   refleks,   wycelowała   lampę   w   otwarte   okno. 

Ledwie lampa przeleciała przez okno, wybuchła.

Odgłosy pękającego szkła dobiegły ich także z łazienki. Kawałki lustra chyba musiały 

wbić się w drzwi.

W następnej chwili Caroline uderzyła Elenę, zostawiając na jej policzku czerwony 

ślad. Etena podniosła dłoń i dotknęła twarzy, miała bardzo nieszczęśliwą minę.

A   potem   Stefano   zrobił   coś,   co   Bonnie   uznała   za   najbardziej   zadziwiające   ze 

wszystkich wydarzeń tego dnia. Bardzo delikatnie poi ożył Elenę na podłodze, pocałował ją w 

czoło i zwrócił się do Caroline.

Położył dłonie na jej ramionach i przytrzymał ją mocno, zmuszając do spojrzenia mu 

w oczy.

- Caroline - powiedział. - Wróć. Przez wzgląd na przyjaciół, którym na tobie zależy, 

wróć. Przez wzgląd na rodzinę, która, cię kocha, wróć. Przez wzgląd na twą nieśmiertelną 

duszę, wróć. Wróć do nas!

Caroline patrzyła na niego butnie. Stefano odwrócił się w stronę Meredith.

- Nie za bardzo się do tego nadaję. To nie jest mocna strona wampirów - westchną! 

ciężko.

Potem zwrócił się do Eleny.

background image

- Kochana, możesz pomóc? - zapytał łagodnie. - Czy możesz jeszcze raz pomóc swojej 

przyjaciółce?

Elena podniosła się niepewnie, opierając się najpierw na poręczy fotela, a potem na 

ramieniu Bonnie. Chwiała się jak nowo narodzone żyrafiątko, a Bonnie - prawie o głowę niż-

sza - z trudem ją podtrzymywała.

Stefano zrobił krok w ich kierunku, ale Matt był szybszy.

Stefano obrócił Caroline twarzą do Eleny, trzymając ją mocno za ramiona.

Elena, podtrzymywana w pasie przez Matta i Bonnie, miała wolne ręce. Wykonała 

kilka dziwnych gestów, jakby malowała przed oczami Caroline kolejne obrazy, coraz szybciej 

i szybciej. Składała i rozkładała dłonie, wyginała palce. Wydawało się, że doskonale wie, co 

robi; ale Bonnie, Meredith i Matt nic z tego nie rozumieli. Caroline wodziła wzrokiem za 

dłońmi Eleny, ale wyraźnie nie podobało jej się to, co widziała.

Magia, pomyślała zafascynowana Bonnie. Biała magia. Ona wzywa anioły, tak jak 

Caroline wzywała demony. Ale czy jest wystarczająco silna, by wyrwać Caroline ze szponów 

mroku?

W końcu, jakby chciała dopełnić ceremonii, Elena pochyliła się i złożyła na ustach 

Caroline najniewinniejszy z pocałunków.

Wtedy rozpętało się piekło, Caroline jakoś wyrwała się Stefano i próbowała dosięgnąć 

twarzy Eleny długimi paznokciami. Przedmioty znajdujące się w pokoju zaczęły unosić się w 

powietrzu, choć nikt ich nie dotykał. Matt próbował złapać Caroline za rękę, ale uderzyła go 

w brzuch tak mocno, że upadł na podłogę. Kolejny cios w kark niemal go ogłuszył.

Stefano odciągnął więc Elenę i Bonnie na bezpieczną odległość. Założył, że Meredith 

da   sobie   radę   -   i   miał   rację.   Caroline   próbowała   ją   uderzyć,   ale   Meredith   była   szybsza. 

Złapała Caroline za rękę i mocno pchnęła. Caroline wylądowała na łóżku, ale natychmiast 

wstała i ponownie rzuciła się na Meredith, tym razem chwytając ją za włosy, Dziewczyna 

szarpnęła głową i w dłoni Caroline został pęk włosów. Zanim zorientowała się, co się stało, 

Meredith zadała jej potężny cios w szczękę, powalając na podłogę.

Bonnie ucieszyła się i postanowiła nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. Kiedy 

Caroline leżała zaskoczona, Bonnie zauważyła, że wszystkie jej paznokcie są w idealnym 

stanie - długie i błyszczące. Żaden nie był złamany.

To   musiała   sprawić   Elena.   Kilkoma   gestami   i   pocałunkiem   przywróciła   dłoniom 

Caroline poprzedni wygląd, Meredith tymczasem rozcierała swoją dłoń.

- Nie sądziłam, że tak bardzo boli ręka, gdy się kogoś uderzy - zdziwiła się. - Na 

filmach, gdy faceci się leją, nie okazują, że bolą ich ręce. Czy chodzi o to, że wiedzą, jak za-

background image

dawać ciosy, by bolało tylko tego drugiego?

Matt się zaczerwienił.

- Ja... hm, ja nigdy...

- Boli wszystkich, nawet wampiry - przyszedł mu z pomocą Stefano. - Czy wszystko 

dobrze, Meredith? Mam na myśli, że Elena mogła…

- Wszystko   w   porządku.   A   teraz   mamy   z   Bonnie   coś   do   zrobienia.   -   Skinęła   na 

przyjaciółkę. - My odpowiadamy za to, co wyprawiała Caroline. Powinnyśmy się domyślić, 

że wróci na górę. Przyjechała z nami, nie ma jak wrócić do domu. Pewnie zeszła na dół do 

telefonu i próbowała skłonić kogoś, żeby po nią przyjechał, ale nikt nie chciał, więc nie miała 

innego wyjścia, jak wrócić do nas. Musimy ją odwieźć. Stefano, przepraszam. Nie była to 

udana wizyta.

Stefano miał ponurą minę.

- Nie   przypuszczałem,   że   Elena   może   znieść   tak   wiele.   Teraz   wiem,   że   tak   - 

powiedział.

- Ja również mam samochód, ja powinienem odwieźć Caroline - wtrącił Matt.

- Może wrócimy jutro - zaproponowała Bonnie.

- Tak, myślę, że tak będzie najlepiej - przyznał Stefano. - Prawdę mówiąc, niechętnie 

ją wypuszczam stąd. Boję się o nią. Bardzo.

Bonnie była zaskoczona.

- Dlaczego?

- Myślę... jeszcze za wcześnie, żeby mieć pewność, ale myślę, że ona jest opętana. Ale 

nie mam pojęcia przez co. Ustalenie tego może zająć sporo czasu.

Dreszcz niepokoju przebiegł Bonnie po plecach. Lodowaty ocean strachu był bardzo 

blisko, mogła utonąć w nim w każdej chwili.

- Pewne jest tytko to, że zachowywała się dziwnie, nawet jak na nią - ciągnął Stefano. 

- Nie wiem, czy wy też to słyszeliście. Kiedy przeklinała, miałem wrażenie, że jakiś głos jej 

podpowiadał. A ty nie słyszałaś? - zwrócił się do Bonnie.

Bonnie   próbowała   sobie   przypomnieć.   Czy   słyszała   jakiś   inny   glos   oprócz   głosu 

Caroline? Najcichszy z szeptów...

- To, co tu się stało, może pogorszyć sprawę. Wyzwala diabła w chwili, gdy ten pokój 

był przepełniony mocą. Fell's Church leży na krzyżujących się liniach mocy: To poważna 

sprawa.   Przy   tym   wszystkim...   Żałuję   po   prostu,   że   nie   ma   tu   jakiegoś   dobrego 

parapsychologa. 

Bonnie wiedziała, że wszyscy myślą o Alaricu.

background image

- Spróbuję go ściągnąć - obiecała Meredith. - Ale może teraz być gdzieś w Tybecie 

albo w Timbuktu. To trochę potrwa, zanim w ogóle uda się z nim skontaktować.

- Dziękuję. - Stefano westchnął z ulgą.

- Jak powiedziałam, jesteśmy odpowiedzialni za to, co się tutaj stało - dodała cicho 

Meredith.

- Przepraszamy, że ją tu przyprowadziliśmy - powiedziała głośno Bonnie, z nadzieją, 

że może Caroline to usłyszy.

Pożegnali się z Eleną. Nie byli pewni, jak się zachowa. Ale ona tylko uśmiechnęła się 

do każdego i dotknęła ich dłoni.

Na szczęście Caroline się obudziła. Kiedy podjechali pod jej dom zachowywała się już 

rozsądnie,   choć   wciąż   była   nieco   oszołomiona.   Matt   pomógł   jej   wysiąść   z   samochodu   i 

odprowadził ją do drzwi. Otworzyła jej matka. Była to nieśmiała kobieta o zmęczonej, mysiej 

twarzy. Nie wyglądała na zaskoczoną tym, że jej córka jest w takim stanie.

Dziewczyny spędziły noc u Bonnie. Do późna rozmawiały o ostatnich wydarzeniach. 

Gdy Bonnie zasypiała, wciąż dzwoniły jej w uszach klątwy Caroline.

Kochany Pamiętniku,

Coś stanie się dzisiaj w nocy.

Nie   mogę   mówić   ani   pisać.   Nie   pamiętam,   jak   się   używa   klawiatury.   Ale   mogę 

przesyłać   moje   myśli   Stefano,   a   on   może   je   zapisywać.   Nie   mamy   przed   sobą   żadnych 

tajemnic.

Więc to jest teraz mój pamiętnik…

tego ranka znowu się obudziłam. Znowu się obudziłam! Za oknem wciąż było lato i  

wszystko było zielone. W ogrodzie zakwitły żonkile. I miałam gości. Nie wiedziałam, kim oni  

są, ale z trojga z nich emanuje silny jasny kolor. Pocałowałam ich, więc już ich nie zapomnę.

Czwarta   była   inna.   Widziałam   tylko   niewyraźny   kobr,   przybrudzony   czernią. 

Musiałam   użyć   potężnych   zaklęć   białej   magii,   by   powstrzymać   ją   przed   wprowadzeniem 

mrocznych sit do pokoju Stefano:

Robię   się senna.  Chcę  być  ze Stefano   i  chcę,  żeby mnie  obejmował.  Kocham   go. 

Oddałabym wszystko, by z nim zostać. Pyta mnie, czy nawet łatanie? Nawet latanie - żeby być  

z nim i chronić go. Wszystko, żeby był bezpieczny. Nawet życie.

Teraz chcę iść do niego.

Elena

Stefano  przeprasza za pisanie w nowym  dzienniku Eleny,  ale musi coś  dodać, bo  

pewnego dnia może będzie chciała to przeczytać, przypomnieć sobie. Zapisałem jej myśli w 

background image

postaci zdań, ale Elena nie przesyła ich w takiej formie. To tylko urywki myśli, jak sądzą. 

Wampiry   mają   wprawę   w   tłumaczeniu   ludzkich   myśli   na   pełne   zdania,   ale   myśli   Eleny  

wymagają więcej obróbki. Zwykle to tylko jasne obrazy i czasem pojedyncze słowa.

„Czwarta”   to   Caroline   Forbes.   Elena   znała   ją   prawie   od   dziecka  -  tak   mi   się   - 

wydaje.   To,   co   mnie   zdumiewa,   to   to,   że   dzisiaj   Caroline   zaatakowała   Elenę   na   niemal  

wszystkie wyobrażalne sposoby, a jednak przeszukując umysł Eleny, nie znajduję tam uczuć 

gniewu czy bólu. To niemal przerażające, że jest tak niewinna, tak doskonała.

To,   co   naprawdę   chciałbym   wiedzieć,   to   to,   co   się   stało   z   Caroline,   gdy   została  

porwana przez Klausa i Tylera. Czy to, co wyprawiała dzisiaj, zrobiła z własnej woli? Czy 

wciąż   tkwi   w  niej   okruch   nienawiści   Klausa?   Czy   może   mamy  w   Fell's   Church  nowego  

wroga?

I najważniejsze co mamy z tym zrobić?

Stefano, który jest właśnie odciągany ad kom...

background image

ROZDZIAŁ 8

Wskazówki staroświeckiego zegara pokazywały trzecią, kiedy Meredith obudziła się z 

niespokojnego snu.

Przygryzła   wargi,   tłumiąc   krzyk.   Jakaś   twarz   nachyliła   się   nad   nią.   Ostatnie,   co 

pamiętała z poprzedniego wieczoru, to to, że leżała na wznak w śpiworze i rozmawiała z 

Bonnie u Alaricu.

Teraz Bonnie nachylała się nad nią, miała zamknięte oczy. Klęczała przy poduszce 

Meredith i niemal dotykała jej twarzy nosem. Jeżeli dodać do tego dziwną bladość jej po-

liczków i krótki oddech, każdy - każdy, powiedziała sobie Meredith - by się przestraszył.

Czekała, aż Bonnie się odezwie, wpatrując się w nią ze zdumieniem.

Bonnie   wstała   i   tyłem   podeszła   do   biurka,   na   którym   leżała   komórka   Meredith. 

Podniosła ją i najwidoczniej włączyła nagrywanie wideo, bo zaczęła mówić i wykonywać 

jakieś gesty.

To było przerażające, Nie można było zrozumieć, co mówi. Wypowiadała słowa od 

tyłu. Chaotyczne, gardłowe albo piskliwe dźwięki miały tę intonację, jatą często słyszy się w 

horrorach. Ale człowiek nie mógł w ten sposób mówić. Meredith miała złe przeczucie, że coś 

próbuje zawładnąć ich umysłami.

Może   to   coś   żyje   wstecz,   pomyślała   Meredith,   próbując   nie   wsłuchiwać   się   w 

przerażające dźwięki. Może myśli, że my tak robimy. Może my się po prostu nie stykamy...

Nie mogła znieść tego dłużej. Wydawało jej się, że odróżnia słowa, nawet cale frazy. I 

nie brzmiały one przyjemnie. Proszę, niech to się skończy, niech się skończy natychmiast.

Jęki i mamrotania...

Bonnie zazgrzytała zębami. Zrobiło się cicho. A potem, jak na filmie puszczonym 

wstecz, podeszła tyłem do swojego śpiwora, uklękła i wczołgała się do niego z zamkniętymi 

oczami.

To była jedna z najstraszniejszych rzeczy, jakie Meredith kiedykolwiek widziała albo 

słyszała, a widziała i słyszała niemało.

Już nie mogła zasnąć.

Wstała, na palcach podeszła do biurka i zabrała telefon do drugiego pokoju. Tam 

podłączyła go do komputera, żeby puścić nagranie od tyłu.

Kiedy odsłuchała je raz i drugi, uznała, że Bonnie nigdy nie powinna tego usłyszeć. 

Oszalałaby ze strachu.

Nagrały   się   głosy   zwierząt,   pomieszane   z   tym   zniekształconym   głosem…   to   w 

background image

każdym razie nie był głos Bonnie. To nie był glos człowieka. Brzmiał teraz jeszcze straszniej, 

niż gdy słyszała go za pierwszym razem - co mogło znaczyć, że jego właściciel normalnie 

mówił wspak.

Pomiędzy jękami, zniekształconym śmiechem i głosami dzikich zwierząt, Meredith z 

trudem odróżniała ludzką mowę. Próbowała coś z  tego zrozumieć, chociaż dostała gęsiej 

skórki.

Dosłyszała coś takiego:

„Pszszszs... buz - buz... e.. - . Nie. Ben... nie.... Nagłeeeee... i szszsz.... ją... seeee. Ty... 

wi.... jama... simy… być.... amprz.. JEJ pszszsz... budzeniu.... Nie.

Ben... nie... nasssss... pszszszsz...jeeee - (a może to było „nie”? a może tylko jęk?).... 

puuuu....dź.... nie. Kto... nnnnnnn... esie.....tym....z - z - za... mnie”.

Meredith zanotowała to i próbowała zrozumieć. W końcu zapisała kilka zdań;

Przebudzenie będzie nagle i szokujące. Ty i ja musimy być tam przy jej przebudzeniu. 

Nie będzie nas przy niej później. Ktoś inny się tym zajmie.

Odłożyła długopis obok kartki z odszyfrowaną wiadomością.

A potem Meredith weszła do swojego śpiwora i długo leżała, wpatrując się w śpiącą 

Bonnie jak kot w mysią dziurę, aż w końcu błogosławione zmęczenie utuliło ją do snu.

- Co   powiedziałam!?   -   Bonnie   była   ogromnie   zdumiona,   kiedy   Meredith 

zrelacjonowała jej wydarzenia poprzedniej nocy Właśnie wyciskała sok z grejpfruta i sypała 

do misek płatki śniadaniowe. Meredith smażyła jajka.

- Mówiłam ci już trzy razy. Te słowa już się nie zmienią, mogę ci to obiecać.

- To jasne, że przebudzenie  dotyczy  Eleny,  to ona musi się przebudzić.  A ty i ja 

musimy tam być, gdy to nastąpi.

- Masz rację - zgodziła się Meredith.

- Musi sobie przypomnieć, kim naprawdę jest. A my musimy jej w tym pomoc!

- Nie! - zawołała Meredith. - To nie o to chodzi w wypowiedzianych przez ciebie 

słowach.   Zresztą,   nie   sądzę,   żebyśmy   mogli   jej   pomóc.   Możemy   ją   nauczyć   pewnych 

czynności, tak jak Stefano to robi. Jak wiązać buty. Jak czesać włosy, Ale z tego, co mówiłaś, 

przebudzenie będzie nagle i szokujące. I nie wspominałaś nic o tym, że w tym pomożemy. 

Powiedziałaś tylko, że musimy być przy niej, bo potem z jakiegoś powodu nas przy niej nie 

będzie.

Bonnie przez chwilę ponuro milczała.

- Nas nie będzie - powtórzyła. - To znaczy, nie będzie nas przy Elenie? Czy.. - czy w 

ogóle nas nie będzie?

background image

Meredith nagle straciła apetyt.

- Nie wiem.

- Sterano powiedział, że dzisiaj znowu możemy przyjść - - nalegała Bonnie.

- Stefano byłby uprzejmy, nawet gdyby ktoś właśnie wbijał mu kołek w serce.

- Mam   pomysł   -   krzyknęła   Bonie,   -   Zadzwońmy   do   Matta.   Możemy   odwiedzić 

Caroline...   o   ile   ona   będzie   chciała   się   z   nami   widzieć.   To   znaczy,   o   ile   cokolwiek   się 

zmieniło   od   wczoraj:   Potem   możemy   poczekać   do   popołudnia,   a   potem   zadzwonić   do. 

Stefano i zapytać, czy możemy odwiedzić Elenę.

Kiedy dotarli do domu Caroline, jej matka powiedziała im, że córka jest chora, leży w 

łóżku. Wrócili więc do Meredith. Bonnie całą drogę przygryzała wargi, Matka Caroline sama. 

wyglądała na chorą, miała podkrążone oczy. Gdy z nią rozmawiali, Bonnie czuła wielkie 

napięcie.

Bonnie i. Meredith zostawiły Matta przed domem. Chłopak zajął się swoim wciąż 

psującym się samochodem, a one poszły na gorę wybrać jakieś ubrania dla Eleny. Co prawda 

ciuchy Meredith będą na nią za duże, ale w ubrania Bonnie by nie weszła.

O   czwartej   po   południu   zadzwoniły   do   Stefano.   Tak,   mogą   przyjść.   Elena   nie 

pocałowała ich na powitanie - ku wyraźnemu rozczarowaniu Matta. Ale ucieszyła się bardzo 

z nowych ubrań. Unosząc się metr nad podłogą, ciągle unosiła je do twarzy i wąchała, po 

czym uśmiechała się do Meredith, chociaż gdy Bonnie wzięła do ręki jedną z koszulek, nie 

mogła wyczuć niczego poza płynem do płukania.

- Przepraszam. - Sterano bezradnie rozłożył ręce, gdy Elena zaczęła kichać, obejmując 

błękitną, bluzkę jak małe kocię. Meredith zapewniła .go, że miło jest, zostać docenionym w 

ten sposób. Sama była jednak nieco zakłopotana.

- Elena  potrafi  rozpoznać,  skąd ubrania  pochodzą - wyjaśnił  Stefano.  - Nie włoży 

niczego, co uszyto w sweat - shopie.

- Kupuję tylko w sklepach, o których wiem, że nie sprzedają takich rzeczy - zapewniła 

Meredith. - Bonnie i ja musimy coś ci powiedzieć - dodała. Kiedy Meredith opowiadała o 

tym, co stało się w nocy, Bonnie zabrała Elenę do łazienki i pomogła jej przebrać się w 

szorty, które leżały na niej jak ulał, i błękitną bluzkę, która była tylko trochę za długa.

Kolor bluzki podkreślał lekko potargane, ale wciąż piękne blond włosy Eleny. Kiedy 

jednak Bonnie próbowała nakłonić ją do spojrzenia w lusterko, Elena wydawała się skon-

sternowana, jakby nie rozumiała, co to jest i do czego służy. Bonnie trzymała lustro przed 

Eleną, a ona to spoglądała w nie, to chowała się za plecami Bonnie zafascynowana tym, że 

osoba w lustrze pojawia się w tym samym momencie. Bonnie odłożyła w końcu lusterko i 

background image

zajęła się jej włosami, z którymi Stefan o wyraźnie sobie nie radził. Kiedy wreszcie były już 

rozczesane, z dumą wprowadziła Elenę do pokoju.

I   natychmiast   pożałowała.   Meredith,   Mart   i   Stefano   byli   pogrążeni   w   ponurej 

rozmowie. Bonnie z wahaniem puściła rękę Eleny,  która natychmiast pofrunęła tu kolana 

Stefano, i sama dołączyła do przyjaciół.

- Oczywiście, że rozumiemy - tłumaczyła Meredith. - Nawet zanim Caroline urządziła 

przedstawienie, nie było innego wyboru. Ale…

- Jakiego   wyboru?   -   zapytała   Bonnie,   siadając   na   łóżku   obok   Stefano.   -   O   czym 

rozmawiacie?

Zapadła cisza. Meredith objęła Bonnie i powiedziała:.

- Rozmawiamy o tym, że Stefano i Elena muszą opuścić Fell's Church. Muszą odejść 

daleko stąd.

Bonnie zatkało. Kiedy odzyskała mowę, potrafiła wykrztusić tylko głupie pytanie.

- Odejść? Dlaczego?

- Widziałaś, dlaczego. Widziałaś, co tu wczoraj zaszło - wyjaśniła Meredith. W jej 

czarnych oczach malował się ból. Ale w tej chwili Bonnie nie mogła przejąć się niczyim 

cierpieniem poza własnym.

Nadciągało jak lawina rozgrzanego do czerwoności śniegu. Lodu, który parzył. Udało 

jej się opanować na tyle, żeby powiedzieć:

- Caroline nic nie zrobi. Podpisała przysięgę. Wie, że złamanie jej, zwłaszcza że sami - 

wiecie - kto ją podpisał...

Meredith musiała powiedzieć Stefano o kruku, ponieważ tylko westchnął i pokręcił 

głową,   delikatnie   odsuwając   Elenę,   która   próbowała   zajrzeć   mu   w   oczy.   Najwidoczniej 

wyczuwała, że jej przyjaciele są zmartwieni, ale z pewnością nie rozumiała dlaczego.

- Mój  brat jest ostatnią  osobą, która powinna się zbliżać  do Caroline.  - Stefano z 

irytacją odsunął włosy z czoła, jakby właśnie przypomniał sobie, jak bardzo są do siebie 

podobni. - Nie sądzę też, żeby Caroline przejęła się groźbą Meredith. Ona jest we władaniu 

ciemności.

Bonnie się trzęsła. Nie podobały jej się skojarzenia ze słowem ciemność.

- Ale... - zaczął Mart. Bonnie pomyślała, że Matt jest się tak samo oszołomiony jak 

ona.

- Posłuchajcie - przerwał mu Stefano - jest jeszcze jeden powód, z jakiego musimy 

stąd wyjechać.

- Jaki? - Matt był zaniepokojony. Bonnie nie mogła wydusić słowa. W jej głowie kryły 

background image

się jakieś myśli na ten temat, ale odsuwała je.

- Bonnie   chyba   już   rozumie.   -   Stefano   spojrzał   w   jej   stronę.   Odpowiedziała 

spojrzeniem oczu wilgotnych od łez.

- Pod Fell's Church - ciągnął Stefano - krzyżują się linie mocy. Nie wiem, czy ktoś 

celowo założył miasto w tym miejscu. Czy Smallwoodowie mieli z tym coś wspólnego?

Bonnie, Meredith ani Matt nie wiedzieli. W dzienniku Honorii Fell nie było żadnej 

wzmianki o tym, aby rodzina wilkołaków miała coś do powiedzenia przy zakładaniu miasta.

- Cóż,   jeżeli   to   był   przypadek,   to   nieszczęśliwy.   Pod   miastem,   właściwie   pod 

cmentarzem miejskim, krzyżuje się wiele linii mocy. Tb dlatego ściągają tu wszelkie istoty, 

złe i... nie tak bardzo złe. - Wyglądał na zakłopotanego. Bonnie zrozumiała, że mówi o sobie. 

- Tb mnie tu przyciągnęło. Podobnie jak inne wampiry, jak zresztą wiecie. Za każdym razem, 

gdy pojawia się tu ktoś mający moc, miasto przyciąga z większą siłą. Kolejne istoty ściągają 

tu jeszcze chętniej. Tb błędne koło.

- W końcu dowiedzą się o Elenie - powiedziała Meredith. - Pamiętajcie, to ludzie jak 

Stefano i Bonnie, ale pozbawieni zasad, Kiedy zobaczą Elenę...

Bonnie   niemal   wybuchnęła   płaczem   na   myśl   o   tym.   Wydawało   jej   się,   że   widzi 

chmurę białych piór opadających powoli na ziemię.

- Ale...   Elena   nie  była   taka   zaraz   po  powrocie  -  wtrącił  Matt,   -  Mówiła.  Myślała 

logicznie, zachowywała się racjonalnie. Nie fruwała.

- Mówi   czy   nie   mówi,   fruwa:   czy   chodzi,   ona   ma   moc   -   przypomniał   Stefano.   - 

Wystarczająco dużo mocy, żeby doprowadzić zwykłe wampiry do szaleństwa, do tego, by 

skrzywdziły ją, aby zdobyć tę moc. A Elena nie zabija ani nie rani. A w każdym razie nie 

mogę sobie wyobrazić, żeby to robiła. Mam nadzieję, że uda mi się zabrać ją w miejsce, w 

którym będzie... bezpieczna.

- Nie możesz jej zabrać - wykrztusiła Bonnie. Słyszała, że jej głos się łamie, ale nic nie 

mogła na to poradzić. - Meredith ci nie powiedziała? Elena się przebudzi, a Meredith i ja 

musimy przy niej być.

Bo nie będziemy przy niej później. Nagle zakończenie proroctwa stało się jasne. Nie 

było to takie złe jak nie być w ogóle nigdzie, ale wystarczająco złe.

- Nie zamierzałem jej stąd zabierać, dopóki nie będzie przynajmniej chodzić - wyjaśnił 

Stefano,   obejmując   załamaną   Bonnie.   -   .   To   było   jak   siostrzany   uścisk   Meredith,   ale 

silniejszy. - I nawet nie wiesz, jak się cieszę, że ona się przebudzi. I że będziecie przy niej.

- Ale... Ale te wszystkie potwory i tak przyjdą do Fell's Church? - pomyślała Bonnie. I 

nie będzie cię, żeby nas chronić?

background image

Uniosła wzrok i zobaczyła, że Meredith myśli o tym samym.

- Moim zdaniem - powiedziała Meredith - Stefano i Elena dostatecznie wiele przeszli, 

żeby ratować nasze miasto.

Cóż. Z tym nie można było polemizować. Ze Stefano również nie. Podjął już decyzję.

Rozmawiali   jeszcze   długo,   rozpatrując   różne   możliwości   i   scenariusze,   próbując 

zrozumieć   proroctwo   Bonnie.   Niczego   nie   postanowili,   ale   przynajmniej   mieli   kilka 

alternatywnych   planów.   Bonnie   nalegała,   by   wymyślili   jakiś   sposób   na   szybkie 

komunikowanie się ze Stefano. Miała już zażądać trochę jego krwi i kosmyka włosów, żeby 

móc odprawić rytuał przyzwania, ale przypomniał jej, że mają telefony komórkowe.

W końcu trzeba było się rozstać. Byli głodni, a Bonnie domyślała się, że Stefano też 

czuje głód. Był bardzo blady.

Kiedy żegnali się na schodach, Bonnie musiała powtarzać sobie, że Stefano obiecał, że 

Elena będzie z nią i Meredith, żeby im pomóc. Nie zabrałby jej, nie mówiąc im o tym.

To nie było ostateczne pożegnanie.

Więc dlaczego miała takie wrażenie?

background image

ROZDZIAŁ 9

Matt,   Meredith   i   Bonnie   odjechali.   Zanim   wyszła,   Bonnie   przebrała   Elenę   w   jej 

„koszulę nocną”. Zapadł już mrok - przyniósł ulgę oczom Stefano. Gorsze od bólu oczu było 

jednak uczucie, że się dusi z głodu. Szybko coś na to zaradzę, powiedział sobie. Kiedy Elena 

zaśnie, wymknie się do lasu i upoluje jelenia. Nikt ani nic me skrada się tak jak wampir, nikt 

ani nic nie mogło konkurować w polowaniu ze Sterano, I nawet gdyby trzeba było kilku je-

lenia by zaspokoił głód, żadnemu nie zrobi krzywdy.

Elena miała jednak inne plany. Nie chciało jej się spać. Gdy goście odjechali, zrobiła 

to, co zawsze robiła, gdy była w tym nastroju. Podfrunęła do Stefano, uniosła głowę, za-

mknęła oczy i dała mu usta do pocałunku.

Stefano zasunął roletę w oknie, chroniąc ich przed wzrokiem wścibskich kruków, i 

wrócił do Eleny. Siedziała w tej samej pozycji, lekko się rumieniąc. Wciąż miała zamknięte 

oczy. Stefano czasem myślał, że mogłaby tak siedzieć wiecznie, czekając na pocałunek.

- Naprawdę   nic   powinienem   tego   robić,   kochana.   -   Westchnął.   Pochylił   się   i 

pocałował ją lekko i niewinnie.

Elena zamruczała niezadowolona. Dotknęła nosem policzka Stefano:.

- Najukochańsza   moja   -   powiedział,   głaszcząc   ją   po   głowie.   -   Bonnie   udało   się 

rozczesać ci włosy? - Ale zaczynały go boleć górne zęby.

Elena jeszcze raz dotknęła go nosem. Pocałował ją nieco mocniej. Właściwie wiedział, 

że jest dorosła. Była starsza i dużo bardziej doświadczona niż dziewięć miesięcy temu, kiedy 

zatracili się w namiętnych pocałunkach. Ale ciągle czuł się winny i nie mógł przestać się 

martwić o to, że w tej chwili Elena nie wie, co oznaczają pocałunki.

Tym razem okazywała. irytację. Miała już dość. Przywarła do Sterano, zmuszając go, 

by ją przytulił. W tej samej chwili jej „proszę” zadźwięczało w jego umyśle jak uderzenie ły-

żeczką o szklankę.

To było jedno z pierwszych słów, które nauczyła się przekazywać telepatycznie. Czy 

była   aniołem,   czy   nie   -   doskonałe   wiedziała,   jaką   ma   władzę   nad   Stefano   dzięki   temu 

jednemu słowu.

Proszę?

- Och, kochanie - jęknął. - Moje śliczne kochanie... Proszę? Pocałował ją.

Zapadła cisza. Jego serce biło szybciej i szybciej. Elenę, swoją Elenę, która kiedyś 

oddała za niego życie, trzymał teraz w ramionach. Należała tylko do niego, a on należał do 

niej i nie chciał, żeby cokolwiek się zmieniło. Nawet szybko narastający ból zębów sprawiał 

background image

mu przyjemność dzięki ustom Eleny przywierającym do jego ust.

Czasem myślał, że jest najbliższa przebudzenia, kiedy na pół spała, tak jak teraz, Tb 

ona zawsze inicjowała takie sytuacje, ale on nie potrafił się jej oprzeć. Kiedy raz odmówił i 

nie pocałował jej, natychmiast przestała „rozmawiać” z nim i odfrunęła do rogu pokoju i 

szlochała. Nic nie mogło jej pocieszyć, chociaż ukląkł na podłodze i błagał ją, sam niemal 

płacząc. Szlochała, dopóki znów nie wziął jej w ramiona.

Obiecał sobie, że więcej nie popełni tego błędu. Ale wciąż miał poczucie winy.

W końcu Elena, oderwała usta od jego ust. Stefano mógł myśleć tylko o tym, że Elena 

znów jest z nim, tak podniecona, drżąca... Aż w końcu przestał się kontrolować.

Wiedział, że ból jego kłów sprawia jej tyle przyjemności co i jemu.

Elena tuliła się do niego. Ich umysły już połączyły się w jedność, Dwa zęby Stefano 

wydłużyły się i wyostrzyły. Gdy dotknął nimi dolnej wargi Eleny, ból pomieszany z rozkoszą 

niemal odebrał mu oddech.

Wtedy Elena zrobiła coś, czego nie robiła wcześniej, Delikatnie i ostrożnie chwyciła 

wargami kieł Stefano.

Świat zawirował.

Tylko dzięki miłości do niej i dzięki połączeniu ich umysłów, nie ugryzł jej. W jego 

żyłach wrzała krew.

Ale kochał ją i byli jednością. Jego kły nigdy nie były tak długie i ostre. Chociaż się 

nie poruszył, rozciął wargę Eleny. Krew spływała kropla po kropli do jego gardła. Krew 

Eleny, która zmieniła się, odkąd wróciła ze świata duchów. Kiedyś była wspaniała, tryskała 

energią.

Teraz... teraz to była klasa sama w sobie. Nie do opisania. Nigdy nie doświadczył 

niczego takiego jak krew ducha, który powrócił. Była nasycona, mocą.

Wampirom  picie krwi sprawiało nieopisaną  rozkosz. Człowiek takiej  rozkoszy nie 

doświadczał.

Serce Stefano biło tak mocno, że niemal wyskoczyło z piersi.

Elena delikatnie ugryzła jego kieł.

Czuł jej satysfakcję, kiedy ból zmieniał się w rozkosz, ponieważ była z nim związana i 

ponieważ należała do tych ludzkich istot, którym sprawia przyjemność karmienie wampira 

własną krwią. Należała do elity.

Przeszedł go dreszcz. Krew Eleny sprawiała, że świat wirował..

Elena oblizała wargę. Odchyliła głowę, nadstawiając mu szyję.

To było już za dużo, nawet dla niego. Nie mógł się oprzeć. Znał siatkę jej żył tak 

background image

dobrze jak rysy jej twarzy. A jednak...

W porządku. Wszystko jest dobrze... Elena przekonywała go telepatycznie.

Zatopił dwa obolałe kły w cienką żyłę Eleny. Byty tak ostre, że nie poczuła bólu. Jej 

krew wypełniła jego usta. Radość dawania wprawiła Elenę w ekstazę.

Istniało ryzyko, że Sterano wypije za dużo krwi albo nie odda jej dość własnej, by 

utrzymać  ją przy życiu.  On potrzebował jednak tylko  odrobinę, Obawy zniknęły,  doznali 

nieziemskiej rozkoszy.

Matt szukał kluczyków,  kiedy usadowili  się na przednim siedzeniu jego gruchota. 

Trochę wstydził się parkować obok porsche Stefano. Tapicerka na tylnym  siedzeniu była 

podarta, miała zwyczaj przyklejać się do pleców i pośladków każdego, kto tam usiadł. Na 

szczęście filigranowa  Bonnie zmieściła  się z przodu, pomiędzy Mattem i Meredith. Matt 

zerknął na nią, bo wiedział, że niechętnie zapina pasy. Wąska droga przez Stary Las, pełna 

ostrych zakrętów, była niebezpieczna, nawet jeśli akurat nie było na niej innych samochodów, 

które trzeba by wyminąć.

Dość   umierania,   pomyślał   Matt,   ruszając   z   parkingu.   Dość   cudownych 

zmartwychwstań. Widział już tyle cudów, że wystarczy mu do końca życia. Tak jak Bonnie 

chciał, żeby wszystko wróciło do normalności, żeby mógł żyć jak zwykły człowiek.

Bez Eleny, drwiąco szepnął jakiś głos w jego głowie. Poddajesz się bez walki?

Nie mógłbym pokonać Stefano w żadnej walce, nawet gdyby miał obie ręce związane 

za plecami i worek na głowie. Zapomnij. To skończone, chociaż mnie pocałowała. Teraz to 

tylko przyjaciółka.

Ale wciąż czuł na swoich wargach gorące usta Eleny, która nie wiedziała jeszcze, że 

przyjaciele się nie całują. Czuł też jej ciepłe i smukłe ciało.

Cholera, wróciła jako kobieta doskonała, przynajmniej z wyglądu, pomyślał.

- Kiedy myślałam, że wszystko już będzie w porządku. - Bonnie przerwała smętne 

rozmyślania Mata. - Kiedy myślałam, że wszystko się uda.

- To chyba niemożliwe - tłumaczyła jej Meredith. - Ciągle ją tracimy. Ale nie możemy 

być samolubni.

- Ja mogę - odparowała Bonnie.

Ja też, wyszeptał głos w głowie Matta. Stary, dobry Matt; Matt nie będzie miał nic 

przeciwko; dobry kumpel Matt. No cóż, tym razem stary dobry Matt ma coś przeciwko. Ale 

ona wybrała innego faceta, więc co mogę zrobić? Porwać ją? Zamknąć? Użyć siły?

Ta mysi podziałają jak kubeł zimnej wody. Matt otrząsnął się i skupił na drodze.

- Miałyśmy  razem iść do college'u - ciągnęła  Bonnie. - A potem wrócić do Fell's 

background image

Church. Do domu. Wszystko miałyśmy zaplanowane prawie od przedszkola, a teraz Elena 

znów jest człowiekiem i myślałam, że to znaczy, że wszystko będzie znowu tak, jak powinno 

być.   Ale   nigdy,   nigdy   już   tak   nie   będzie,   prawda?   -   Ostatnie   słowa   wyszeptała,   prawie 

płacząc. - Prawda? - powtórzyła, ale to właściwie nie było pytanie.

Matt i Meredith spojrzeli na siebie. Współczuli Bonnie, ale nie potrafili jej pocieszyć.

Bonnie, to tylko egzaltowana Bonnie, pomyślał Matt, ale on także nie mógł pogodzić 

się z tym, że choć Elena wróciła do świata żywych, nic nie jest tak jak dawniej.

- Wszyscy   na   to   liczyliśmy,   kiedy   Elena   wróciła   -   tłumaczył   Bonnie.   Kiedy 

tańczyliśmy w lesie z radości, dodał w myślach, - Spodziewaliśmy się, że ona i Stefano będą 

mogli żyć spokojnie gdzieś niedaleko i że będziemy się z Eleną przyjaźnić tak jak wcześniej, 

zanim Stefano...

Meredith pokręciła głową.

- Nie Stefano - powiedziała z naciskiem.

Matt zrozumiał, o co Meredith chodzi. Stefano przybył do Fell's Church, żeby pomóc 

ludziom, a nie, żeby zabrać pewną dziewczynę od jej bliskich.

- Oczywiście.   Chciałem   powiedzieć,   że   Elena   i   Stefano   mogliby   pewnie   znaleźć 

sposób, żeby żyć tutaj spokojnie. To wszystko wina Damona. To on przybył, żeby zabrać ją 

wbrew jej woli.

- A   teraz   Elena   i   Stefano   muszą   odejść.   A   kiedy   odejdą,   już   nigdy   nie   wrócą   - 

dokończyła za niego Bonnie. - Dlaczego? Dlaczego Damon to rozpętał?

- Z nudów. Stefano powiedział mi  kiedyś, że Damon wywołuje zamieszanie, żeby 

zabić nudę. Chociaż myślę, że tym razem kierowała nim nienawiść do Stefano ~ powiedziała 

Meredith. - Ale chciałabym, żeby wreszcie zostawił nas w spokoju.

- Co za różnica? - Bonnie teraz już płakała. - Więc to wina Damona. Nic mnie to nie 

obchodzi. Nie rozumiem tylko, dlaczego wszystko musiało się zmienić!

- Nie możesz wejść dwa razy tej samej rzeki. Albo nawet raz, jeżeli jesteś wampirem o 

wielkiej mocny - stwierdziła kwaśno Meredith. Nikt się nie roześmiał. Potem dodała łagodnie. 

- Pytasz niewłaściwą osobę. Może Elena umiałaby ci wytłumaczyć, dlaczego wszystko musi 

się zmieniać, jeżeli pamięta, co się z nią działo - tam.

- Nie chodziło mi o to, że musi się zmieniać...

- Ale musi. Nie rozumiesz? Nie ma w tym nic nadprzyrodzonego. To życie. Każdy 

musi dorosnąć...

- Wiem! Matt dostał stypendium sportowe, a ty jedziesz do college'u, a potem się 

pobierzecie! I będziecie mieli dzieci! - Bonnie udało się sprawić, że zabrzmiało to jak coś bar-

background image

dzo   nieprzyzwoitego.   -   Ja   utknę   w   szkole   do   końca   życia.   A   wy   oboje   dorośniecie   i 

zapomnicie o Elenie i Stefano... i o mnie - dokończyła bardzo cicho.

- Ej. - Matt  zawsze  stawał po stronie  skrzywdzonych  i przegranych.  Teraz,  mimo 

wspomnienia Eleny (zastanawiał się, czy kiedykolwiek zapomni o jej pocałunku), żal mu było 

Bonnie. - O czym ty mówisz? Po college'u wrócę do Fell's Church. Pewnie tu umrę. I będę o 

tobie pamiętał. Oczywiście, jeżeli ty nie będziesz miała nic przeciwko.

Bonnie zadrżała. Matt bez zastanowienia przytulił ją.

- Nie jest mi zimno - wyjaśniła, ale nie próbowała strącić jego ręki. - Jest ciepła noc. 

Ja.. .ja po prostu nie lubię, jak ktoś mówi o umieraniu... Uważaj!

- Matt, uważaj!

- Ooooo...  -  Mart  wcisnął   hamulec,  przeklinając  głośno.  Obiema  rękami  próbował 

utrzymać kierownicę. Jego samochód miał kilkanaście łat, nie by! wyposażony w poduszki 

powietrzne. W gruncie rzeczy jechali kupą złomu.

- Trzymajcie się! - krzyknął Matt, kiedy samochód z piskiem opon zaczął obracać się 

w miejscu. Uderzył w drzewo, tylne koła były w rowie.

Matt   powoli   wypuścił   powietrze   i   zdjął   ręce   z   kierownicy   Obrócił   się   w   stronę 

dziewczyn t się przeraził.

Bonnie leżała z głową na. kolanach Meredith, trzymając się jej kurczowo. Meredith 

siedziała wyprostowana, z nienaturalnie odchyloną głową.

Gałąź drzewa wybiła szybę i cudem nie przebiła Meredith jak włócznia.

Gdyby pas Bonnie nie pozwolił jej się obrócić; gdyby się nie schyliła; gdyby Meredith 

nie odrzuciła głowy do tyłu...

Mart zorientował się, że patrzy prosto na rozłupany, ostry koniec gałęzi. Gdyby pas 

nie przytrzymał go na miejscu, gdyby pochylił się na bok.

Słyszał   swój   ciężki   oddech.   Samochód   wypełnił   się   zapachem   igieł.   Czuł   nawet 

aromat żywicy, która kapała z drzewa.

Meredith bardzo powoli próbowała odsunąć gałąź, która wycelowana była w jej szyję 

jak strzała. Nie mogła. Matt usiłował jej pomóc, Ale gałąź nawet nie drgnęła.

- Muszę się wydostać - jęknęła Bonnie - zanim to mnie złapie. To chce mnie złapać.

Matt spojrzał na nią w zdumieniu. Otarł policzek o koniec gałęzi.

- To   nie   chce   cię   złapać.   -   Ale   gdy   chciał   odpiąć   pas,   poczuł   mdłości.   Dlaczego 

Donnie też ma wrażenie, że to nie gałąź, tylko coś żywego, co może jej zrobić krzywdę?

- Wiesz, że chce - wyszeptała Bonnie. Trzęsła się, Szamotała się, usiłując odpiąć pas.

- Matt,   musimy   jakoś   wydostać   się   z   samochodu   -   powiedziała   Meredith.   Wciąż 

background image

siedziała w tej samej pozycji, z głową odchyloną do tyłu. Ale oddychała z trudem. - To coś 

chce mnie udusić.

- To niemożliwe... - Ale on też to widział. Gałązki wyrastające z grubego konara, 

który przebił szybę, poruszyły się nieznacznie, ale wyraźnie było widać, że wyginają się w 

stronę szyi Meredith.

- Masz takie wrażenie, bo siedzisz w bardzo niewygodnej pozycji - próbował uspokoić 

Meredith, ale sam nie wierzy! w to, co mówił. - W schowku jest tatarka.

- Schowek jest zablokowany. Bonnie, dasz radę sięgnąć do mojego pasa?

- Spróbuje. - Bonnie przesunęła się do przodu, nie podnosząc głowy.

Z perspektywy Matta wyglądało co, jakby gałęzie zaciskały się wokół niej i wciągały 

ją do środka.

- Mamy tu cholerną choinkę. - Oparł czoło o szybę. Coś dotknęło jego karku. Drgnął 

nerwowo.

- Cholera, Meredith...

- Matt...

Matt był na siebie wściekły, że tak się przestraszył. Ale miał wrażenie, że coś go 

drapie.

- Meredith? - Przyjrzał się swojemu odbiciu w szybie. Meredith nie dotykała go.

- Matt... nie ruszaj się... w lewo. Tam jest długa ostra drzazga. - Meredith zachowująca 

zimną   krew   nawet   w   niezwykłych   sytuacjach,   tym   razem   wpadała   w   panikę.   Oddychała 

płytko i szybko.

- Meredith!   -   zawołała   Bonnie,   zanim   Matt   zdążył   odpowiedzieć.   Jej   głos   był 

przytłumiony.

- W porządku. Muszę to tylko... odsunąć, Nie martw się, nie zostawię cię.

Matt poczuł dotyk, wielu igieł na karku.

- Bonnie, przestani Wciągasz drzewo do środka! Wciągasz je na mnie i Meredith!

- Matt, zamknij się!

Matt się zamknął. Serce waliło mu jak oszalałe. Miał wrażenie, że konar się rozrasta, 

zajmując coraz więcej miejsca w samochodzie.

- Mam!  - powiedziała  Bonnie i usłyszeli  szczek odpinanego pasa. Potem drżącym 

głosem dodała. - Meredith, igły wbijają mi się w plecy.

- W   porządku,   Bonnie.   -   Meredith   mówiła   z   wysiłkiem;   -   Matt,   musisz   otworzyć 

drzwi.

- To nie tylko igły. To małe gałązki. Coś jak drut kolczasty. Ja... utknęłam... - ciągnęła 

background image

coraz bardziej przerażona Bonnie.

- Matt, otwórz drzwi!

- Nie mogę. Cisza.

- Matt?

Matt walczył z gałęzią, obiema dłońmi próbując ją odepchnąć, zapierając się nogami. 

Pchał z całych sił.

- Matt! - Meredith niemal krzyczała. - To zaraz podetnie mi gardło!

- Nic mogę otworzyć drzwi! Z tej strony też jest drzewo!

- Tam nie może być drzewa, to droga!

- Jak może tam rosnąć drzewo?

Znów cisza. Matt czuł, jak igry i drzazgi wbijają się w jego kark Jeżeli szybko się nie 

porusza nigdy nie otworzy tych drzwi.

background image

ROZDZIAŁ 10

Elena była szczęśliwa. Teraz jej kolej. Stefano zaciął się ostrym drewnianym nożem 

do papieru. Ib był najskuteczniejszy sposób zranienia wampira. Elena nie lubiła na to patrzeć, 

więc zamknęła oczy i otworzyła je dopiero, gdy na szyi Stefano pojawiła się krew.

- Nie powinnaś wypić dużo - wyszeptał Stefano. - Czy nie ściskam cię zbyt mocno?

On też się denerwował. Tym razem to ona pocałowała jego.

Wiedziała, jak dziwne mu się to wydawało i że jej pocałunków chciał bardziej niż 

tego, żeby wypiła jego krew. Śmiejąc się, odepchnęła go lekko, uniosła się nad podłogę i 

jeszcze raz musnęła wargami jego szyję. Była pewna,, że pomyśli, że wciąż się z nim droczy. 

Ale ona przywarła do jego szyi jak pijawka i zaczęta ssać tak łapczywie, aż zmusiła go do 

pomyślenia „proszę”. Nie przestała ssać, dopóki nie powiedział tego głośno.

Mattowi i Meredith ten sam pomysł przyszedł do głowy w tej samej chwili. Ona była 

szybsza, ale zawołali niemal równocześnie.

- Co za idiota ze mnie! Matt, gdzie jest dźwignia fotela?

- Bonnie, musisz znaleźć dźwignię i pociągnąć ją do góry. Wtedy Meredith będzie 

mogła odchylić fotel!

Głos Bonnie rwał się, jakby miała czkawkę.

- Moje ręce... one wbijają się w moje ręce...

- Bonnie   -   powiedziała   Meredith   ostro,   -   Wiem,   że   potrafisz   to   zrobić.   Matt,   czy 

dźwignia jest dokładnie pod siedzeniem?

- Tak, z brzegu. Na pierwszej, nic, na drugiej. - Brakło mu tchu, by wytłumaczyć 

dokładniej. Gdy na sekundę puszczał gałąź, ta mocniej naciskała na jego kark.

Nie ma wyboru, pomyślał. Odetchnął głęboko i zaczął mocować się z gałęzią. Słysząc 

krzyk Meredith, obrócił się. Ostre drzazgi raniły mu szyję, ucho i skroń. Przeraził się, widząc, 

że kolejne gałęzie wdarły się do samochodu i coraz ciaśniej osaczają troje ludzi.

Wszędzie było pełno igieł.

Nic   dziwnego,   że   Meredith   traci   nerwy,   pomyślał.   Dziewczyna   była   niemal 

przysypana   gałązkami.   Jedną   ręką   walczyła   z   czymś,   co   naciskało   na   jej   gardło.   Ale 

zauważyła, że się obrócił.

- Matt... twój fotel! Szybko! Bonnie, wiem, że ci się uda.

Matt schylił się  i  przez stertę igieł dokopał się do dźwigni regulującej oparcie, nie 

mógł jej jednak poruszyć. Owijały ją cienkie, ale bardzo mocne witki. Chwycił je i szarpnął 

gwałtownie.

background image

Oparcie jego siedzenia odchyliło się do tylu. Zanurkował pod wielką gałęzią - jeżeli 

wciąż zasługiwała na to miano, bo w samochodzie było już kilka grubych konarów. Gdy pró-

bował pomóc Meredith, jej fotel nagle też się odchylił prawie do poziomu.

Dziewczyna   zyskała   trochę   przestrzeni.   Przez   chwilę   leżała,   łapczywie   łykając 

powietrze. Potem przeczołgała się na tylne siedzenie, ciągnąc za sobą. Bonnie, w której ciele 

tkwiło mnóstwo igieł.

- Matt. Niech cię Bóg błogosławi... za to.., że masz taki łatwy w obsłudze samochód - 

wydusiła   Meredith   ochrypniętym   głosem.   Kopniakiem   podniosła  oparcie  fotela   do pionu. 

Matt zrobił to samo.

- Bonnie - wyszeptał.

Bonnie się nie ruszała. Mnóstwo cienkich witek owijało się wokół niej, wplątało we 

włosy, Po gałęziach zostały rany.

- Boże, to wygląda tak, jakby drzewo próbowało zapuścić w niej korzenie - stwierdził 

zszokowany Matt na widok obrażeń dziewczyny.

- Bonnie ? - Meredith wyplątywała gałęzie z jej włosów. - Bonnie? Spójrz na mnie.

Bonnie znów przeszły dreszcze, ale przy pomocy Meredith uniosła głowę,

- Nie sądziłam, że mi się uda.

- Ocaliłaś mi życie.

- Taksie bałam... Bonnie się rozpłakała.

Lampka   w   samochodzie   mrugnęła   i   zgasła.   Matt   dostrzegł   jeszcze   wyraz   oczu 

Meredith. Poczuł się jeszcze gorzej, jeśli to było możliwe. Rozejrzał się.

Samochód był szczelnie oblepiony igłami i gałęziami.

Mimo to i on, i Meredith bez słowa sięgnęli do klamek. Oboje drzwi udało się uchylić 

na centymetr, ale natychmiast zatrzasnęły się z powrotem.

Spojrzeli po sobie. Meredith zajęła się rozplątywaniem włosów Bonnie. Wyciągała z 

nich igły i gałązki.

- Czy to boli?

- Nie. Trochę,..

- Trzęsiesz się.

- Jest zimno.

Teraz było  zimno. Matt słyszał - przez to, co jeszcze chwilę temu było otwartym 

oknem,   ale   teraz   zostało   szczelnie   wypełnione   gałęziami   -   wycie   wiatru.   Słyszał   też 

skrzypienie   drzew,   zaskakująco   głośno   i   dochodzące   z   jakiejś   absurdalnej   wysokości. 

Wyraźnie zbierało się na burzę.

background image

- Co to, do cholery, było? - wybuchnął. - To, co próbowałem ominąć na drodze?

- Nie wiem. Miałam właśnie zamknąć okno - powiedziała Meredith. Tylko mi coś 

mignęło.

- Pojawiło się nagle na środku drogi. - Wilk?

- To było czerwone - wtrąciła Bonnie. - Wilki nie są czerwone.

- Czerwone? - Meredith pokręciła głową. - To było dużo za duże na. lisa.

- Chyba rzeczywiście było czerwone - zgodził się Matt.

- Wilki   nie   są   czerwone..:   a   wilkołaki?   Czy   Tyler   Smallwood   ma   jakichś   rudych 

krewnych?

- To nie był wilk - powiedziała Bonnie. - To było... tył do przodu.

- Tył do przodu?

- Miało głowę z niewłaściwej strony. A może miało głowy z obu stron.

- Bonnie, naprawdę mnie przerażasz.

Matt nie przyznałby się, ale też był przerażony. Wydawało mu się, że to, co zdążył 

zauważyć, miało dokładnie kształt opisywany przez Bonnie.

- Może po prostu widzieliśmy to coś pod dziwnym kątem - zasugerował jednak.

- To mogło być jakieś zwierzę wypłoszone lasu przez... - w tej samej chwili zaczęła 

Meredith.

- Przez co?

Meredith spojrzała w górę. Matt podążył za jej spojrzeniem. Powoli, trzeszcząc, dach 

się wyginał. Jakby opierało się o niego coś bardzo ciężkiego.

Matt zaklął pod nosem.

- Póki siedziałem z przodu, dlaczego po prostu nie wcisnąłem gazu...? - Popatrzył 

przed siebie, próbując dojrzeć między gałęziami stacyjkę. - Czy kluczyki jeszcze tam są?

- Matt, samochód wylądował tylnymi kołami w rowie. A poza tym, gdyby to mogło 

nam pomóc, powiedziałabym ci, żebyś to zrobił.

- Gałąź odcięłaby ci głowę!

- Tak - odpowiedziała krótko Meredith.

- Zabiłaby clę!

- Jeżeli wy dwoje byście się dzięki temu uratowali, kazałabym ci to zrobić. Ale ty 

patrzyłeś w bok i nie mogłeś się obrócić. Ja patrzyłam na wprost. One tam już były. Drzewa. 

Z każdej strony.

- To.,. nie jest... możliwe! - Matt uderzał pięścią w oparcie przed nim, podkreślając w 

ten sposób każde słowo, .

background image

- Czy to jest możliwe?

Dach znowu zatrzeszczał i wygiął się jeszcze bardziej.

- Przestańcie się kłócić! - zawołała Bonnie, ale głos jej się załamał.

Usłyszeli huk, jakby wystrzał z pistoletu, i samochód przechylił się do tyłu i na lewo.

- Co to było? Cisza.

- Opona   pękła   -   powiedział   w   końcu   Matt.   Nie   ufał   swojemu   własnemu   głosowi. 

Spojrzał na Meredith.

- Meredith,  gałęzie  wypełniają  przednie  siedzenia.  Ledwie widzę  światło  księżyca. 

Robi się ciemno.

- Wiem.

- Co teraz zrobimy?

Matt widział niezwykłe napięcie i frustrację na twarzy Meredith. Wydawało się, że 

cokolwiek odpowie, wycedzi to przez zaciśnięte zęby. Ale zamiast tego odpowiedziała cicho i 

łagodnie.

- Nie wiem.

Stefano wciąż drżał - Elena zwinęła się w kłębek jak kot na łóżku. Uśmiechnęła się do 

niego, a jej uśmiech był pełen miłości. Zapragnął chwycić ją w ramiona, całować i pić jej 

krew.

Doprowadziła go do szaleństwa. Wiedział aż za dobrze - z własnego doświadczenia - z 

jakim   niebezpieczeństwem   igrają.   Jeszcze   trochę   i   Elena   będzie   pierwszym   duchem 

wampirem, tak jak była pierwszym wampirem duchem, jakiego spotkał;

Ale spójrzcie na nią! Patrzył na nią z czułością, jego serce biło coraz mocniej. Włosy 

Eleny, żywe złoto, opadały jak jedwab na łóżko. Jej ciało w świetle jedynej małej lampki 

wydawało się również obwiedzione złotem. Jakby złota aura spowijała ją całą, jakby się w tej 

aurze unosiła, poruszała, spała w niej. To było przerażające. Dla wampira to było jakby miał 

słońce we własnym łóżku.

Powstrzymał ziewnięcie. Elena sprawiała, że ogarniała go senność. Jej krew dawała 

mu niesłychaną moc, ale też odprężała i błogo usypiała. Poczuł się rozkosznie senny. Uśnie 

teraz w jej ramionach.

Matt,   Bonnie   i   Meredith   już   prawie   nic   nie   widzieli.   Drzewa   zasłaniały   niemal 

całkowicie światło księżyca. Wołali o pomoc. Nic to nic dało, a poza tym, jak zauważyła 

Meredith, powinni zużywać jak najmniej tlenu, więc siedzieli w milczeniu.

Nie   wiedzieli,   co   robić.   Meredith   sięgnęła   do   kieszeni   dżinsów   i   wyciągnęła   pęk 

kluczy z miniaturowa, latarka. Włączyła ja. Światło dodało im otuchy. Taka mała rzecz, a tyle 

background image

znaczy, pomyślał Matt.

Czuli nacisk na przednie siedzenia.

- Bonnie, nikt nie usłyszy naszych krzyków - powiedziała Meredith. - Gdyby było 

inaczej, ktoś usłyszałby pękającą oponę i pomyślał, że to strzał i zawiadomił policję.

Bonnie pokręciła głową, jakby nie chciała tego słuchać. Wciąż wyciągała igły wbite w 

skórę.

Ma rację, pomyślał Matt. W promieniu kilku kilometrów nie ma nikogo.

- Tu jest coś bardzo złego - wyszeptała Bonnie, z trudem wypowiadając każde słowo.

Matt zbladł.

- Jak bardzo... złego?

- Jest tak złe, że... nigdy nie czułam niczego takiego. Nawet gdy zginęła Elena, ani 

przy Klausie, ani nigdy. Nigdy nie czułam niczego tak złego jak to. To jest takie złe... i takie 

silne. Nie pomyślałabym, że coś może być takie silne. To napiera na mnie i obawiam się...

- Bonnie - przerwała jej Meredith. - Wiem, że oboje myślimy o jedynym możliwym 

sposobie...

- Nic ma żadnego sposobu!

- Wiem, że się boisz...

- Kogo mam  wezwać?  Mogłabym  to zrobić.,.  gdybym  miała  kogo wezwać. Mogę 

wpatrywać się w twoją małą latarkę i wyobrażać sobie, że to płomień...

- Trans? - Matt spojrzał ostro na Meredith. - Nie powinna tego więcej robić.

- Klaus nie żyje. - Ale...

- Nikt mnie nie usłyszy! - krzyknęła Bonnie i zaczęła znowu płakać. - Elena i Stefano 

są zbyt daleko, poza tym pewnie śpią! A nikt inny nam nie pomoże!

Ale nie mieli wyboru. Gałęzie rozpychały się w samochodzie, zostawiając im coraz 

mniej miejsca i coraz mniej powietrza.

- Hm - chrząknął Matt. - Czy.. czy jesteśmy pewni?

- Nie - powiedziała ponuro Meredith. Ale w jej głosie była też nadzieja. Pamiętasz 

dzisiejszy poranek? Myślę, że on wciąż jest gdzieś tutaj.

Matt poczuł się gorzej. Meredith i Bonnie wyglądały blado w świetle latarki.

- A zaraz zanim to się zaczęło, mówiliśmy o tym, jak wiele...

- ...w zasadzie wszystko, co się stało i co zmieniło Elenę...

- ...jest jego winą.

- W lesie.

- Przy opuszczonej szybie. Bonnie wciąż płakała.

background image

Matt i Meredith zawarli milczące porozumienie ponad jej głową.

- Bonnie - zaczęła Meredith delikatnie będziesz musiała zrobić to, co powiedziałaś. 

Spróbuj wezwać Stefano albo obudzić Elenę, albo... albo przeprosić Damona. Obawiam się, 

że   tylko   Damon   może   nam   pomóc.   On   nigdy   nie   chciał   nas   uśmiercić,   poza   tym   musi 

wiedzieć, że Elena nigdy mu nie wybaczy, jeżeli pozwoli umrzeć jej przyjaciołom.

Matt był sceptyczny.

- Może i nie chce uśmiercić nas wszystkich, ale może też poczekać, aż ktoś z nas 

umrze i uratować pozostałych, Nigdy mu nie uf...

- Nigdy mu nie życzyłeś nic złego - przerwała mu Meredith.

Matt spojrzał na nią zaskoczony i zamilkł. Czuł się jak idiota.

- No więc, tu jest latarka - powiedziała Meredith. Mimo dramatycznych okoliczności 

jej glos był spokojny, wręcz hipnotyczny. Żałosne małe światełko było tak cenne. To jedyne, 

co rozświetlało absolutną ciemność,

Ale jeśli drzewa będą nadal zabierać coraz więcej przestrzeni, zabraknie im tlenu i 

zostaną zmiażdżeni, pomyślał Matt.

- Bonnie? - Meredith zapytała tonem, jakim starsza siostra mówi do młodszej, by ją 

uspokoić, gdy znajdzie się w niebezpieczeństwie, łagodnie, spokojnie. - Czy możesz udawać, 

że to płomień świecy... płomień świecy... i spróbować wejść w trans?

- Jestem w transie. - Głos Bonnie brzmiał jak echo odbite od drzew.

- Poproś o pomoc - powiedziała Meredith. Bonnie posłuchała.

- Proszę, pomóż  nam.  Damonie,  jeżeli mnie  słyszysz,  przyjmij  moje  przeprosiny i 

przyjdź nam na ratunek. Potwornie nas przestraszyłeś i jestem pewna, że zasłużyliśmy na to, 

ale pomóż, proszę, pomóż. To boli, Damonie. To boli tak bardzo, że aż chce się krzyczeć. Ale 

nie krzyczę. Całą energię zachowuję na skontaktowanie się z tobą. Proszę, proszę, proszę, 

pomóż...

Powtarzała to przez pięć, dziesięć, dwadzieścia minut, podczas gdy gałęzie wciąż się 

rozpychały, odurzając ich słodkim zapachem żywicy. Matt nie przypuszczał, że Bonnie może 

być w transie tak długo.

Potem latarka zgasła. Nie słychać było już nic poza szumem sosen.

Trzeba to było widzieć,

Damon   znów   wisiał   wysoko   nad   ziemią,   jeszcze   wyżej,   niż   kiedy   zaglądał   do 

Caroline. Wciąż nie miał pojęcia, jak się nazywają te drzewa, ale nie przeszkadzało mu to. Ta 

gałąź była jak loża, z której oglądał dramat rozgrywający się na dole. Zaczynał się jednak 

trochę   nudzić,   bo   nic   nowego   się   nie   działo.   Porzucił   Damaris,   kiedy   zaczęła   nudzić   o 

background image

małżeństwie i poruszać inne tematy, których wolał uniknąć. Jej męża, na przykład. Nuuuda, 

Odszedł, nie sprawdzając nawet, czy ją przemienił, ale tak mu się wydawało. Go to będzie za 

niespodzianka, kiedy mężulek wróci do domu! Uśmiechnął się na myśl o tym.

Dramat na dole osiągał punkt kulminacyjny.

Patrzył   i   podziwiał.   Polowanie.   Nie   miał   pojęcia,   czym   były   te   małe   stwory 

posługujące   się   drzewami,   ale   przekształciły   polowanie   w   sztukę,   jak   wilki   albo   lwy. 

Połączyły siły, żeby schwytać zdobycz zbyt dużą albo zbyt mocno opancerzoną, by poradzić 

sobie z nią w pojedynkę. W tym przypadku - samochód.

Sztuka   współpracy.   Nieszczęsne   wampiry   są   takimi   samotnikami,   pomyślał. 

Gdybyśmy współpracowali, świat byłby nasz.

Zamrugał sennie, po czym uśmiechnął się rozmarzony. Oczywiście, gdybyśmy mogli 

to   zrobić   -   na   przykład   opanować   jakieś   miasto   i   podzielić   się   mieszkańcami   -   szybko 

rzucilibyśmy się sobie do gardeł. Dosłownie. W ruch poszłyby kły, gwoździe i moc, aż nie 

zostałoby nic poza strzępami ciał na chodnikach spływających krwią.

Piękny   widok,   pomyślał   i   zamknął   oczy,   żeby   lepiej   go   sobie   wyobrazić.   Dzieła 

sztuki. Szkarłatne kałuże krwi, w magiczny sposób wciąż dość płynnej, żeby spływać po 

białych marmurowych schodach w... na przykład, w Kallimarmaron w Atenach. Całe miasto 

ciche, oczyszczone hałaśliwych, chaotycznych, obłudnych ludzi - Pozostaliby tylko niezbęd-

ni   wampirom   nieszczęśnicy:   kilka   arterii   dostarczających   słodkiej   czerwonej   cieczy. 

Wampirza wersja ziemi miodem i mlekiem płynącej.

Otworzył oczy zirytowany. Na dole zrobiło się głośno. Ludzie krzyczeli. Dlaczego? 

Po co? Królik zawsze piszczy, gdy zamykają się na nim szczęki lisa, ale czy kiedyś inny 

królik ruszył mu na ratunek?

Proszę, ludzie są równie głupi jak króliki, pomyślał, ale humor miał zepsuty. Próbował 

nie myśleć o sytuacji na dole, ale nie tylko ten hałas mu przeszkadzał. Miód i mleko to był ... 

błąd. To skojarzenie zaprowadziło go w niewłaściwym kierunku. Skóra Eleny była jak mleko, 

tej nocy tydzień temu, biała i ciepła, nawet w świetle księżyca. Jej jasne włosy w cieniu 

wyglądały jak rozlany miód. Elena nie byłaby zadowoloną, gdyby dowiedziała się o wyniku 

dzisiejszego polowania stworów z lasu. Płakałaby łzami, które wyglądają jak małe kryształki i 

pachną solą.

Nagle Damon zamarł. Wysłał niewielką falę mocy jak radaru.

Ale niczego nie znalazł poza drzewami. Cokolwiek tu było, było niewidzialne.

W porządku, pomyślał, spróbujmy tego: koncentrując się na krwi, której tak wiele 

wypił przez ostatnie dni, skierował we wszystkich kierunkach uderzenie mocy potężne jak 

background image

wybuch Wezuwiusza.

To wróciło. Niewiarygodne, ale pasożyt znów próbował dostać się do jego umysłu. 

Nie miał żadnych wątpliwości.

Próbował go uśpić, podczas gdy jego towarzysze zajmą się ofiarami w samochodzie. 

Damon rozwścieczony potarł kark. To coś podszeptywało, mu marzenia, brało jego własne 

mroczne myśli i oddawało je jeszcze mroczniejszymi, aby skłonić go do ruszenia znów w 

miasto i zabijania dla przyjemności.

Damon wpadł w furię. Wstał, rozprostował nogi i ramiona i zaczął szukać pasożyta za 

pomocą   fal  mocy   wysyłanych   jedna  po  drugiej.  On  musiał  gdzieś   tu  być;   drzewa  wciąż 

osaczały samochód. Ale Damon niczego nie znalazł, chociaż zastosował najskuteczniejszą 

metodę przeszukiwania, jaką znal: tysiąc uderzeń na. sekundę wysyłanych na oślep w każdą 

stronę. Powinien był natychmiast znaleźć zwłoki. Ale nie znalazł.

To rozwścieczyło go jeszcze bardziej, ale tez trochę podekscytowało. Chciał walczyć. 

Chciał zabić coś, co warto było zabić. A teraz, gdy spotkał godnego przeciwnika, nie mógł go 

zabić, bo nie mógł go znaleźć. Wysiał groźną wiadomość: Już raz cię ostrzegałem. Teraz cię 

wyzywam. Pokaż się - albo trzymaj się ode mnie z daleka!

Gromadził moc, spiętrzał ją, myśląc o wszystkich śmiertelnikach, dzięki którym ją 

zebrał.   Przytrzymywał   ją,   kształtował,   przygotowywał   do   zadania,   które   miała   spełnić. 

Wykorzystał wszystkie umiejętności, jakie nabył  w kilkusetletniej  karierze myśliwego. W 

końcu poczuł, jakby trzymał w dłoniach bombę atomową. I wtedy ją wypuścił. Fala eksplozji 

oddalała się od niego niemal z prędkością światła.

Teraz   na   pewno   powinien   poczuć   śmierć   czegoś   bardzo   potężnego   i   sprytnego   - 

czegoś, czemu udało się przetrwać poprzednie ataki.

Wytężył  zmysły,  czekając,  aż usłyszy albo poczuje, że coś zostało pokonane - że 

spada zakrwawione z gałęzi, z powietrza, skądkolwiek. Coś powinno spaść i uderzyć b ziemię 

albo   wbić   się   w   nią   wielkimi   pazurami   -   jakaś   istota   na   pół   sparaliżowana   i   zupełnie 

zgubiona, wypalona od środka, Ale chociaż słyszał wycie wiatru i widział, jak zbierają się nad 

nim   czarne   chmury,   wciąż   nie   mógł   wyczuć   żadnej   istoty   znajdującej   się   wystarczająco 

blisko, by wedrzeć się do jego umysłu.

Jak silne jest to coś? Skąd pochodzi?

Jakaś   myśl   zabłysła   w   jego   głowie.   Okrąg.   Okrąg   z   punktem   w   środku.   Okrąg 

oznaczał zasięg uderzenia mocy, ab punkt w środku byt jedynym, do którego uderzenie nie 

dotarło . Wewnątrz niego...

Nagłe   poczuł   uderzenie   w   głowę.   Oszołomiony   próbował   zebrać   myśli.   Myślał   o 

background image

uderzeniu mocy, tak? I że spodziewał się, że coś umrze i spadnie z dużej wysokości.

Do diabła, nie mógł dostrzec w lesie nawet zwykłych  zwierząt większych od lisa. 

Chociaż użył mocy tak, by zadziałała tylko na istoty mroku podobne do niego, zwierzęta tak 

się przestraszyły, że w popłochu uciekły. Spojrzał w dół. Hm, Zostały tylko drzewa wokół 

samochodu. Ale one nie polowały na niego. Poza tym to były szpony niewidzialnego zabójcy. 

Nie miały zmysłów.

Czy mógł się pomylić? Częściowo jego gniew kierował się przeciw niemu samemu - 

ponieważ był tak syty i pewny siebie, że zapomniał o ostrożności.

Syty... hej, może się upiłem, pomyślał i znów mimowolnie się uśmiechnął. Upiłem się 

i mam paranoję. Pijacka furia.

Oparł się o drzewo. Wiatr wył coraz głośniej i był coraz zimniejszy. Niebo wypełniło 

się   pędzącymi   czarnymi   chmurami,   które   zasłoniły   wszelkie   światło   księżyca   i   gwiazd. 

Uwielbiał taką pogodę.

Wciąż byt podenerwowany, chociaż nie widział powodu. Ciszę zakłócał tylko cichy 

płacz w samochodzie. To musiała być ta mała ruda ze smukłą szyją. Ta, która narzekała, że 

życie tak bardzo się zmienia.

Damon oparł się nieco mocniej o drzewo. Myślami powędrował w stronę samochodu, 

ze zwykłej ciekawości. Tb nie była jego wina, że złapał ich, kiedy rozmawiali o nim. Ale to z 

pewnością zmniejszało ich szanse na ratunek.

Zamrugał.

To dziwne, że zdarzył im się wypadek, niemal w tym samym miejscu, gdzie on prawie 

rozbił swoje ferrari. Dziwne, że i om, i on próbowali minąć jakieś zwierzę. Szkoda, że go nie 

zauważył, ale gałęzie drzew były zbyt gęste.

Ruda znowu płakała.

No co, teraz chcesz zmiany, mała wiedźmo? Zdecyduj się. Musisz ładnie poprosić.

A potem, oczywiście, ja zdecyduję, na jaką zmianę zasłużyłaś.

background image

ROZDZIAŁ 11

Bonnie nie mogła przypomnieć sobie żadnej modlitwy, więc powtarzała jak dziecko:

- Boże, zlituj się nad moją duszyczką...

Rozpaczliwie wzywała pomocy, ale bez skutku. Była już bardzo senna. Ból ustąpił, 

czuła  się otępiała.  Tylko  zimno  przeszkadzało  jej  usnąć. Ale temu  można  było  zaradzić. 

Mogła okryć się kocem, grubym, puszystym kocem. I już byłoby jej ciepło. Wiedziała to, 

choć nie wiedziała skąd.

Nie   poddała   się   tylko   dlatego,   że   mama   by   rozpaczała.   To   kolejna   rzecz,   którą 

wiedziała, nie wiedząc skąd. Gdyby tylko mogła przekazać mamie wiadomość, wyjaśnić, że 

walczyła  tak   długo,  jak  mogła,   ale  wyczerpanie   i  zimno   ją  pokonały.  I  że   wiedziała,  że 

umiera, ale to nie bolało, więc mama nie powinna płakać. A następnym razem Bonnie będzie 

mądrzejsza... następnym razem...

Damon miał, oczywiście, dramatyczne wejście. Gdy stanął na masce samochodu, na 

niebie pojawiła się błyskawica. Jednocześnie wysłał falę mocy w stronę drzew sterowanych 

przez   niewidzialnego   zabójcę.   Uderzenie   było   tak   mocne,   że   poczuł   reakcję   Stefano.   A 

drzewa..... wycofały się w mrok, odrywając dach samochodu jak wieko konserwy. To bardzo 

pomysłowe, stwierdził.

Potem zwrócił uwagę na Bonnie, tę rudą, która powinna teraz całować jego stopy i 

szeptać: „Dziękuję!”.

Ale   nie   robiła   tego.   Leżała   nieruchomo,   jakby   związana   przez   gałęzie.   Damon 

zirytowany sięgnął po jej dłoń, ale coś go poraziło. Zanim poczuł to na palcach, wyczuł 

dziwny zapach. Setki małych nakłuć, a z każdego cieknie krew. Igły sosen musiały pokłuć 

dziewczyny, aby wyssać jej krew albo raczej żeby wpompować do jej żył jakąś substancję. 

Coś znieczulającego, żeby nie ruszała się podczas... czegokolwiek, co było następnym etapem 

konsumpcji   ofiary.   Sądząc   po   dotychczasowym   zachowaniu   tych   istot,   nie   było   to   nic 

przyjemnego. Wstrzyknięcie soków trawiennych wydawało się najbardziej prawdopodobne.

A   może   to   było   coś,   co   miało   utrzymać   ją   przy   życiu,   jak   środek   zapobiegający 

zamarzaniu, pomyślał. Nieprzyjemnie zaskoczyło go, że była lodowato zimna, gdy dotknął jej 

nadgarstka. Spojrzał na pozostałych  dwoje ludzi, ciemnowłosą dziewczynę  o niepokojąco 

chłodnym wzroku i jasnowłosego chłopaka, który zawsze chciał się bić. Być może jednak 

trochę przedobrzył. Oboje wyglądali naprawdę źle. Ale tę rudą zamierzał uratować. Taki miał 

kaprys. Ponieważ wzywała pomocy tak żałośnie. Ponieważ te istoty, malaki, chciały zmusić 

go, by patrzył, jak umiera. Malak - to określenie istoty mroku: siostry lub brata mocy. Ale 

background image

Damon miał teraz wrażenie, że samo to słowo jest czymś złym, że wypowiadając je, trzeba 

szeptać bądź spluwać.

Nie   miał   zamiaru   pozwolić   im   wygrać.   Podniósł   Bonnie,   jakby   była   piórkiem   i 

przerzucił ją sobie przez ramię. Potem odleciał. Lot bez zmiany postaci był wyzwaniem, ale 

Damon lubił wyzwania.

Postanowił   zabrać   ją   do   najbliższego   miejsca,   gdzie   była   gorąca   woda,   czyli   do 

pensjonatu pani Flowers. Nie musi niepokoić Stefano. Wiedział,  że są tam puste pokoje. 

Stefano nie jest na tyle wścibski, by węszyć po cudzych łazienkach.

Jak się okazało, Stefano był nie tylko wścibski, ale też szybki. Niemal się zderzyli: 

kiedy Damon z nieprzytomną Bonnie mijał zakręt, z naprzeciwka nadjechał Stefano. Elena 

frunęła za samochodem jak weselne balony.

Rozmowa braci nie była ani dowcipna, ani błyskotliwa.

- Co ty robisz, do diabła? - zawołał Stefano.

- A   co   ty   robisz?   -   Damon   odpowiedział   pytaniem   na   pytanie,   zanim   zauważył 

niezwykłą   zmianę   w   Stefano.   I   niezwykłą   moc   Eleny.   Zszokowany   natychmiast   zaczął 

analizować sytuację, zastanawiając się, w jaki sposób Stefano stał się...

Na wrota piekielne. No nic, musi tak czy owak robić dobrą minę do złej gry.

- Wyczułem walkę - powiedział Stefano. - Odkąd to jesteś Piotrusiem Panem?

- Ciesz się, że to nie ty w niej uczestniczyłeś. A ja mogę latać, bo mam moc, chłopcze.

To była brawura. Chociaż w jego czasach do młodszego krewnego zwracano się per 

ragazzo, czyli „chłopcze”.

Ale czasy się zmieniły. Część umysłu Damona wciąż próbowała zrozumieć, co się 

stało. Widział  i czuł aurę Stefano, chociaż  nie mógł  jej dotknąć. Była...  niewyobrażalna. 

Gdyby nie stał tak blisko, gdyby sam tego nie doświadczył, nie uwierzyłby, że jeden wampir 

może mieć tyle mocy.

Chłodnie  i logicznie  ocenił  sytuację.  Stefano był  obecnie  znaczne potężniejszy od 

niego. Zrozumiał też, że brat wyruszył w wielkim pośpiechu i nie miał dość czasu albo dość 

rozsądku, by ukryć tę aurę.

- No, proszę, proszę - rzucił w końcu z sarkazmem. - Czy to zorza polarna? A może 

aureola? Zostałeś kanonizowany? Czy rozmawiam już ze świętym Stefanem?

Telepatyczna odpowiedź Stefano nie nadaje się do druku.

- Gdzie są Meredith i Matt? - spytał.

- Czy też - ciągnął Damon, jakby Stefano nie powiedział ani słowa - może należy ci 

pogratulować, że wreszcie opanowałeś sztukę iluzji i oszustwa?

background image

- I co robisz z Bonnie? - domagał się odpowiedzi Stefano, ignorując Damona tak jak 

on ignorował jego.

- Ale chyba wciąż masz problemy z rozumieniem słów dłuższych niż monosylaby. 

Wyjaśnię to najprościej, jak się da. To ty wszcząłeś walkę.

- Ja   wszcząłem   walkę   -   powtórzył   Stefano.   Zrozumiał,   że   Damon   nie   zamierza 

odpowiedzieć na żadne pytanie, dopóki nie usłyszy prawdy. - Dziękuję Bogu, że ty byłeś zbyt 

pijany albo zbyt szalony, żeby dostrzec, co się dzieje wokół ciebie. Nie chciałem, żebyś ty 

albo ktokolwiek inny dowiedział się, jaką moc daje krew Eleny.  Dzięki temu odjechałeś, 

nawet się na nią nie oglądając. I nie podejrzewając, że w każdej chwili mogłem cię zdeptać 

jak robaka.

- Nie przyszło mi do głowy, że piłeś jej krew. - Damon przypomniał sobie szczegóły 

ich bójki. To prawda, nie podejrzewał nawet, że Stefano tylko udawał i że mógłby w każdej 

chwili go pokonać i zrobić z nim, co by tylko chciał.

- A   to   twoja   czarodziejka   -   skinął   w   stronę   Eleny,   która   wciąż   unosiła   się   za 

samochodem, przywiązana, tak, przywiązana sznurkiem od prania do zderzaka. - Tylko nieco 

niżej od aniołów zasiada w glorii i chwale - rzucił, nie mogąc odwrócić od niej wzroku. Elena 

w oczach istoty obdarzonej mocą jaśniała blaskiem tak mocnym, że niemal oślepiała. - Ona 

chyba też zapomniała, co to znaczy zachowywać się dyskretnie. Świeci jak gwiazda pierwszej 

jasności.

- Ona nie umie kłamać, Damonie. - Było jasne, że gniew Stefano rośnie. - Powiedz mi 

teraz, co się stało i co zrobiłeś Bonnie.

Chęć, by odpowiedzieć: „Nic. A co, myślisz, że powinienem coś zrobić?”, była niemal 

nie   do   opanowania.   Niemal.   Ale   Damon   miał   teraz   do   czynienia   z   innym   Stefano   niż 

kiedykolwiek wcześniej. To już nie jest młodszy braciszek, którego z lubością wdeptuje się w 

ziemie, podpowiadał mu głos rozsądku. Posłuchał.

- Dwoje pozostałych ludzi - powiedział z obrzydzeniem przeciągając ostatnie słowo - 

jest w samochodzie. A Bonnie - nagle przybrał ton dżentelmena - zamierzałem odnieść do 

ciebie.

Stefano dotknął dłoni Bonnie. Krople krwi wypływające z nakłuć rozmazały się w 

jedną wielką plamę. Przestraszony uniósł dłoń do oczu. Damon o mało nie zaczął się ślinić, 

co byłoby bardzo nieeleganckim zachowaniem.

Zamiast tego skupił się na dziwnym zjawisku.

Księżyc w pełni świecił wysoko. A na jego tle Elena, ubrana w staroświecką koszulę 

nocną zapinaną wysoko pod szyję. I prawdopodobnie nic więcej. Widział w niej raczej piękną 

background image

dziewczynę, nie anioła.

Pochylił  głowę, aby lepiej dojrzeć zarys  jej sylwetki. Tak, zdecydowanie w takim 

oświetleniu   wyglądała  najlepiej.  Powinna  zawsze  prezentować   się  na  tle  jasnego   światła. 

Gdyby...

Cios.

Poleciał do tyłu. Uderzył  o drzewo, starając się osłonić Bonnie - mogłaby złamać 

kręgosłup. Oszołomiony opadł na ziemię.

Stefano stał nad nim.

- Ty...   -   wykrztusił   Damon.   Próbował   zachować   godność,   ale   krew   cieknąca   z 

rozciętych warg mu to utrudniała. - Niegrzeczny chłopcze.

- Zmusiła mnie. Dosłownie. Pomyślałem, że może umrzeć, jeśli nie wypiję trochę jej 

krwi. Jej aura była tak silna. A teraz powiedz mi, co się stało z Bonnie...

- Więc piłeś jej krew, pomimo swoich szlacheckich zasad...

Cios.

Kolejne   drzewo   pachniało   żywicą.   Nigdy   szczególnie   nie   zależało   mi   na   bliskiej 

znajomości z drzewami, pomyślał Damon, spluwając krwią. Nawet jako kruk siadał na nich 

tylko, gdy było to konieczne.

Stefano jakimś sposobem złapał Bonnie, zanim upadła na ziemię. Był teraz aż tak 

szybki. Niesamowicie szybki. Elena była nadnaturalnym zjawiskiem.

- Więc   teraz   możesz   się  przekonać,   co   sprawia   krew   Eleny.   -   Stefano   w   dodatku 

słyszał jego myśli. Damon nigdy nie unikał walki, ale teraz niemal słyszał, jak Elena szlocha 

nad   swoimi   ludzkimi   przyjaciółmi   i   poczuł   się   bardzo   zmęczony.   Bardzo   stary   i   bardzo 

zmęczony.

Ale   tak,   rzeczywiście.   Krew   Eleny   -   która   wciąż   unosiła   się   w   powietrzu,   to 

rozprostowując   nogi   o   ręce,   to   zwijając   się   w   kłębek   -   była   jak   paliwo   rakietowe   w 

porównaniu z wodą z cukrem płynącą w żyłach innych dziewczyn.

Stefano   chciał   walczyć.   Nawet   nie   próbował   tego   ukryć.   Miałem   rację,   pomyślał 

Damon. Dla wampira potrzeba walki jest silniejsza niż cokolwiek innego, nawet głód czy, 

jeżeli chodzi o Stefano - jak on to nazywał? - przyjaźń.

Damon myślał, jak ratować skórę. Nie miał wielu możliwości, bo Stefano przygniatał 

go do ziemi. Myśl. Język.

Skłonność   do   gry   nie   fair,   której   Stefano   jakoś   nie   potrafił   zrozumieć.   Logika. 

Instynktowna zdolność trafiania w spojenie przeciwnika...

Hm...

background image

- Meredith i... - Cholera, jak ten chłopak ma na imię? - jej eskorta już nie żyją, jak 

sądzę - powiedział niewinnie. - Możemy tu zostać i bić się, jeżeli tak chcesz to nazwać, biorąc 

pod uwagę, że nawet cię nie dotknąłem. Ale możemy też próbować ich ratować. Zastanawiam 

się, co ty na to.

Stefano uniósł się nad ziemią  i odleciał  do tyłu.  Gdy stanął na własnych  nogach, 

spojrzał po sobie w zdumieniu. Wyraźnie nie wiedział, co się z nim stało.

Damon natychmiast wykorzystał okazję, by powiedzieć, co miał do powiedzenia.

- To nie je ich skrzywdziłem. Spójrz na Bonnie - całe szczęście, znał jej imię - żaden 

wampir   nie   zrobiłby   czegoś   takiego.   Sądzę   -   dorzucił,   by   zrobić   większe   wrażenie   -   że 

zaatakowały ich malaki za pomocą drzew.

- Malaki? - Stefano szybkim spojrzeniem obrzucił zakrwawioną Bonnie. - Musimy jak 

najszybciej umieścić ich w wannie z gorącą wodą. Weź Elenę...

Och, cudownie. Oddałbym wszystko, naprawdę wszystko...

- ...i samochód. Zawieź Bonnie do pensjonatu. Obudź panią Flowers. Zrób, co tylko 

możesz dla Bonnie. Ja zajmę się Meredith i Mattem...

Właśnie! Matt. Gdyby tylko miał jakiś sposób, żeby to zapamiętać.

- Są blisko, tak? Stamtąd dobiegło pierwsze uderzenie twojej mocy.

- Uderzenie? Czemu nie nazwiesz tego - zgodnie z prawem - lekką bryzą?

A   tymczasem,   póki   jeszcze   pamiętał...   M   jak   małe,   A   jak   aroganckie,   T   jak 

tałatajstwo.   I   już.   Problem   w   tym,   że   pasowało   do   nich   wszystkich,   a   żadne   z   nich   nie 

nazywało   się   MAT.   Cholera,   czy   tam   powinno   być   jeszcze   jedno   T   na   końcu?   Małe, 

Aroganckie, Trudne - do - usunięcia Tałatajstwo?

- Pytałem, czy są blisko?

Damon wrócił do teraźniejszości.

- Tak, ale samochód jest zniszczony. Nie pojedzie.

- Pociągnę go za sobą w powietrzu. - Stefano nie żartował, stwierdzał fakt.

- Jest w częściach.

- Poskładam je. Daj spokój, Damon. Przepraszam, że cię zaatakowałem. Zupełnie źle 

zinterpretowałem to, co się dzieje. Ale Matt i Meredith mogą umierać, i przy całej mojej i 

Eleny mocy możemy nie zdążyć  ich ocalić. Podniosłem temperaturę ciała Bonnie o kilka 

stopni, ale nie odważę się zostać z nią tutaj i ogrzewać ją wystarczająco powoli. Proszę, 

Damonie. - Posadził Bonnie na przednim siedzeniu porsche.

Mówił jak Stefano, jakiego Damon znał. Ale teraz jego brat miał nie niesłychaną moc. 

Dopóki jednak uważał się na za mysz, był myszą. Koniec, kropka.

background image

Wcześniej Damon czuł się jak Wezuwiusz podczas erupcji. Teraz wydawało mu się, 

że stoi przy Wezuwiuszu, który zaraz wybuchnie. Na bogów! Naprawdę bał się Stefano.

Wziął się w garść.

- Pojadę. Do zobaczenia. Mam nadzieję, że ludzie jeszcze żyją.

Kiedy się rozchodzili, Stefano posłał wiadomość, w której wyrażał swoją dezaprobatę 

- tym razem nie było to uderzenie mocy jak wcześniej, gdy rzucił go o drzewo, ale dosadnie 

wyraził, co myśli o starszym bracie.

Damon odpowiedział w podobny sposób. Nie rozumiem, wysłał myśl, co jest złego w 

powiedzeniu, że mam nadzieję, że jeszcze żyją? Byłem w sklepie z kartkami, wiesz - nie 

wspomniał, że nie chodziło o kartki, tylko o kasjerkę - były tam działy: „Mam nadzieję, że 

wydobrzejesz” oraz „Kondolencje”, jak rozumiem na wypadek, gdy ta pierwsza kartka nie 

podziałała. Więc co jest złego w powiedzeniu „Mam nadzieję, że jeszcze nie umarli”?

Stefano nie zawracał sobie głowy odpowiedzią. Damon i tak uśmiechnął się do siebie, 

zawracając porsche i ruszając w stronę pensjonatu.

Spojrzał na Elenę frunącą nad samochodem. Unosiła się tuż na głową Bonnie, a raczej 

tym   miejscem,   gdzie   głowa  Bonnie   powinna   się   znajdować   -   dziewczyna   nie   tylko   była 

drobna, ale teraz ułożyła się w pozycji embriona.

- Witaj, księżniczko. Wyglądasz cudownie, jak zawsze.

To był chyba najgorszy tekst, jakim kiedykolwiek zdarzyło mu się zacząć rozmowę. 

Ale nie był sobą. Przemiana Stefano tak nim wstrząsnęła - stąd ten problem, pomyślał.

- Da... mon. - Głos Eleny był słaby i drżący... i przepiękny. Niemal ociekał słodyczą. 

Był   też   dużo   niższy,   tak   mu   się   wydawało,   niż   wcześniej.   Co   tylko   dodało   mu   uroku.. 

Wampirowi przywodził na myśl krew kapiącą ze świeżo otwartej żyły.

- Tak, aniele. Czy nazywałem cię kiedykolwiek wcześniej aniołem? Jeżeli nie, to tylko 

przez przeoczenie.

Kiedy to powiedział, uświadomił sobie, że to była kolejna nowa i wstrząsająca cecha 

jej głosu: czystość. Tak czyste mogą być tylko głosy serafinów. To powinno go zniesmaczyć, 

ale zamiast tego przypomniało mu jedynie, że Elenę trzeba traktować poważnie. Zawsze.

Traktowałbym cię, jak tylko byś chciała, poważnie czy nie. Pomyślał, gdybyś tylko 

nie była tak zakochana w moim braciszku.

Zwróciły się ku niemy dwa szafiry: oczy Eleny. Usłyszała jego myśli.

Pierwszy raz w życiu Damon był otoczony przez istoty przez istoty potężniejsze od 

niego. A dla wampira moc była wszystkim: bogactwem, pozycją społeczną, wygodą, seksem, 

pieniędzmi, powodzeniem.

background image

To było dziwne uczucie. Nie całkiem nieprzyjemne, jeżeli chodzi o Elenę. Lubił silne 

kobiety. Od stuleciu szukał jakiejś dostatecznie silnej.

Ale jej spojrzenie przypomniało mu o sytuacji, w jakiej się znajdowali. Zaparkował 

pod pensjonatem. Złapał Bonnie i pofrunął w kierunku pokoju Stefano. W łazience Stefano 

była wanna.

Napełnił   wannę   wodą,   która   była   cieplejsza   o   kilka   stopni   od   temperatury   ciała 

Bonnie.   Próbował   wyjaśnić   Elenie,   co   robić,   ale   nie   wydawało   się,   by   była   tym 

zainteresowana. Latała tam i z powrotem po pokoju jak ptak zamknięty w klatce.

Co za dylemat. Poprosić Elenę, żeby rozebrała i wykąpała Bonnie, ryzykując, że ją 

utopi? Czy poprosić ją, żeby to zrobiła i obserwować obie, ale nie dotykać - chyba że będzie 

grozić katastrofa? Poza tym ktoś musiał poprosić panią Flowers o gorące napoje. Napisać 

wiadomość i posłać Elenę? Za chwilę może u być więcej umierających ludzi.

Gdy zauważył wzrok Eleny, wszystkie skrupuły zniknęły. Wysłał jej myśl.

Pomóż jej. Proszę!

Wrócił do łazienki, położył Bonnie na podłodze i wyłuskał ją z ubrania jak krewetkę 

ze skorupy. Zdjął sweter i bluzkę, Potem stanik - miseczka A, zauważył z żalem, odkładając 

go i starając się nie patrzeć na Bonnie. Ale zauważył, że na całym ciele miała ślady ukłuć.

Rozpiął dżinsy i musiał się trochę nagimnastykować, żeby ściągnąć jej buty, skarpetki 

i spodnie.

Bonnie   została   tylko   w   różowych   jedwabnych   majtkach.   Podniósł   ją   i   ułożył   w 

wannie. Wampirom wanny kojarzyły się krwią dziewic, ale tylko najbardziej szalone z nich 

tego próbowały.

Woda natychmiast zabarwiła się na czerwono. Zostawił kran odkręcony, by napuścić 

więcej wody. Zastanawiał się, co zrobić. Drzewa wpompowały coś do żył Bonnie przez igły. 

Cokolwiek to było, zabijało dziewczynę. Więc trzeba to z niej wyciągnąć. Rozsądnie byłoby 

wyssać to jak jad węża, ale wolałby się najpierw upewnić, że Elena nie roztrzaska mu czaszki, 

gdy zobaczy, że metodycznie ssie rany na całym ciele Bonnie.

Trzeba   będzie   to   rozwiązać   jakoś   inaczej.   Czerwona   woda   nie   ukrywała   nagości 

dziewczyny, ale widać było tylko zarys jej ciała. Damon oparł Donnie o brzeg wanny i zaczął 

metodycznie wyciskać i masować rany na ramieniu.

Przekonał   się,   że   dobrze   rozumował,   gdy   poczuł   zapach   żywicy.   Substancja 

wypływająca z ran była tak gęsta i lepka, że nie zdążyła jeszcze rozpuścić się w krwiobiegu. 

Dzięki jego zabiegom trucizna wypływała teraz z ran. Ale czy to wystarczy, by dziewczyna 

nie umarła?

background image

Ostrożnie, obserwując drzwi i wyczulając zmysły na najdrobniejszy ruch w pokoju, 

podniósł   rękę   Bonnie   do   ust,   jakby   zamierzał   ją   ucałować.   Zamiast   tego   jednak, 

powstrzymując z pewnym trudem ochotę by ugryźć, zaczął ssać ranę na jej nadgarstku.

Prawie natychmiast  splunął. Usta miał  pełne żywicy.  Wyciskanie  z pewnością nie 

wystarczy. Ssanie również, choćby nawet zebrał tuzin wampirów, które obsiadłyby Bonnie 

jak pijawki.

Przykucnął o spojrzał na umierającą dziewczynę, którą przysiągł uratować. Dopiero 

teraz uświadomił sobie, że cały jest przemoczony. Ściągnął kurtkę.

Co mógł zrobić? Bonnie potrzebowała lekarstwa, ale nie miał bladego pojęcia jakiego. 

Nie wiedział, do jakiej wiedźmy się zwrócić. Czy pani Flowers posiada tajemną wiedzę? Czy 

to tylko zrzędliwa starsza kobieta? Czy jest jakieś uniwersalne lekarstwo dla ludzi, jak krew 

dla wampirów?

Mógłby zawieźć Bonnie do szpitala i pozwolić, żeby lekarze spróbowali ja odtruć. Ale 

została zatruta przez przybyszy z Tamtej Strony, z mroczniejszych miejsc, o których ludzcy 

lekarze nie mają pojęcia.

Odruchowo wycierał ręcznikiem dłonie i ramiona. Przyszło mu do głowy, że Bonnie 

należy się jednak odrobina prywatności.

Podniósł nieco temperaturę wody, ale to nic nie zmieniło. Bonnie sztywniała coraz 

bardziej.   Umierała.   Co   za   szkoda,   taka   młoda,   do   tego   jeszcze   dziewica   -   jako   wampir, 

wiedział to.

Otruto ją na jego oczach. Pułapka, atak, stado działające z niezwykłą koordynacją - te 

istoty zabijały ją, gdy on siedział i patrzył. Wręcz im kibicował.

Wezbrał  się w  nim gniew. Zacisnął  pięści,  gdy pomyślał  o zuchwalstwie  malaka, 

polującego na jego ludzi tuż pod jego nosem. Nie zastanawiał się nad tym, kiedy ta trójka 

stała się „jego” ludźmi - widocznie uznał, że byli ostatnio tak blisko, że to go niego należało 

decydowanie o ich losie, o tym,  czy będą żyć, czy nie, czy może ich przemieni. W jego 

oczach   zabłysły   iskry   wściekłości,   gdy   zrozumiał,   że   malak   manipulował   jego   myślami, 

skłaniając  go do snucia refleksji o śmierci,  podczas  gdy śmierć  była  zadawana pod jego 

nosem. Teraz iskra gniewu wybuchła wielkim płomieniem. To było nie do zniesienia...

...zadano śmierć Bonnie...

Bonnie, która nie skrzywdziłaby muchy.  Bonnie, która przypominała dokazującego 

kociaka. Z włosami koloru, który nazywał się coś tam truskawkowe, ale który wyglądał jak 

żywy płomień.  Z bladą, niemal  przezroczystą  cerą, z delikatnymi  fioletowymi  fiordami  i 

rzekami żył na szyi i po wewnętrznej stronie ramion. Bonnie, która ostatnio spoglądała na 

background image

niego z ukosa swoimi dziecięcymi oczami, wielkimi i brązowymi, spod rzęs jak gwiazdy...

Damona bolały szczęki i kły. Czuł, jakby jego usta płonęły od trującej żywicy. Ale nie 

zwracał na to uwagi, bo zaprzątała go tylko jedna myśl.

Bonnie prosiła go o pomoc przez prawie pół godziny, zanim się poddała.

Trzeba to było przyznać. Trzeba to było rozważyć. Bonnie wzywała Stefano, który był 

zbyt daleko i zbyt zajęty swoim aniołkiem, ale wzywała też Damona, błagając o jego pomoc.

A on zignorował jej błagania. U jego stóp trzech przyjaciół Eleny umierało, a on tylko 

się przyglądał. Nie wzruszyły go rozpaczliwe próby Bonnie.

Zwykle takie wydarzenia skłoniłyby go co najwyżej do wyjechania do innego miasta. 

Ale wciąż tu był i doświadczał gorzkich konsekwencji swojego postępowania.

Zamknął oczy, próbując odciąć się od obezwładniającego zapachu krwi i ... jeszcze 

jakiegoś zapachu.

Rozejrzał się zdziwiony. Czuł stęchliznę, ale łazienka lśniła czystością. A jednak czuł 

wyraźnie zapach czegoś, o stęchło.

W końcu sobie przypomniał.

background image

ROZDZIAŁ 12

Ciasne pomieszczenie z malutkimi oknami. Regały wypełnione książkami. Starymi 

książkami   o   charakterystycznym   zapachu   stęchlizny.   Był   w   Belgii   jakieś   pięćdziesiąt   lat 

temu. Zaskoczyło go, że istnieje jeszcze taka książka po angielsku. Ale stała tam. Zniszczona 

okładka, z której nie dało się odczytać tytułu książki ani nazwiska autora. Brakowało kilku 

stron. Był to zbiór zaklęć na różne okoliczności - zakazana wiedza tajemna.

Damon przypomniał sobie jedno z zaklęć: „Krwi wampirzej ili samfirzej jecno użyć 

przeciw wszelakiej słabości ciała zadanej przez te, co zabawiają się w lesiech we wzejściu”. 

Malak z pewnością zabawiał się w lesie i był właśnie miesiąc wzejścia, czyli - w dawnej 

mowie   -   letniego   przesilenia.   Damon   wiedział   już,   co   może   pomóc   Bonnie.   Wciąż 

przytrzymując  głowę  dziewczyny   ponad powierzchnią  ciepłej  czerwonawej   wody,   rozpiął 

koszulę. W pochwie przytroczonej do paska miał drewniany nóż. Wyciągnął go i jednym 

szybkim ruchem zaciął się u nasady szyi.

Pociekło sporo krwi. Teraz musiał coś wymyślić, żeby Bonnie ją wypiła. Schował nóż 

do pochwy, podniósł dziewczynę i usiłował przystawić szyję do jej warg.

Szybko doszedł do wniosku, że to kiepski pomysł. Znowu się wychłodzi, poza tym i 

tak nie przełknie krwi. Ułożył Bonnie z powrotem w wannie i pomyślał chwilę. Po czym 

wyciągnął nóż i zaciął się jeszcze raz, tym razem na nadgarstku. Rozciął żyłę wzdłuż, tak że 

krew   popłynęła   szeroką   strużką.   Drugą   ręką   uniósł   głowę   Bonnie   i   do   jej   ust   przyłożył 

rozcięty nadgarstek. Krew wyglądała pięknie, spływając do lekko rozchylonych warg. Co 

jakiś czas dziewczyna przełykała. Tliła się jeszcze w niej iskierka życia.

To jak karmienie pisklęcia, pomyślał, niezwykle  zadowolony ze swojej doskonałej 

pamięci, pomysłowości i w ogóle z siebie. Uśmiechnął się szeroko.

Oby tylko podziałało.

Usiadł wygodniej na brzegu wanny i odkręcił kurek z ciepłą wodą, cały czas trzymając 

Bonnie i karmiąc ją. Bawiła go ta sytuacja. Oto wampir nie żywi się człowiekiem, ale oddaje 

mu własną krew, żeby ocalić go przed śmiercią.

Więcej nawet. Damon zachowywał się bardzo taktownie i przyzwoicie. Musiał Bonnie 

rozebrać, ale przykrył ją ręcznikiem i nie wykorzystał tego, że była zupełnie bezbronna. Ku 

jego   zdumieniu   przestrzeganie   konwenansów   okazało   się   bardzo   podniecające.   Nigdy 

wcześniej nie zawracał sobie głowy dobrymi manierami.

Może dlatego Stefano tak bardzo kręcili ludzie. Chociaż nie, Stefano miał Elenę, która 

była człowiekiem, wampirem, duchem, a teraz w końcu aniołem, o ile anioły istnieją. Sama w 

background image

sobie dostarczała dość dużo atrakcji. Damon nie myślał o niej już od kilku minut. To mógł 

być rekord.

Chyba powinien zawołać Elenę, wyjaśnić, dlaczego rozebrał Bonnie i poił ją własną 

krwią, żeby nie zmiażdżyła  mu czaszki, gdy pojawi się w łazience i zastanie Damona w 

dwuznacznej sytuacji.

Nie zdążył tego zrobić, bo nagle drzwi do łazienki zostały otwarte kopniakiem przez 

Małe Aroganckie Tałatajstwo...

Matt   miał   ponurą   minę.   Podniósł   z   podłogi   różowy   stanik   Bonnie.   Oblał   się 

szkarłatem, rzucił stanik, jakby go parzył. W tej chwili do łazienki wszedł Stefano. Matt wziął 

stanik i podetknął go pod oczy Stefano. Damon obserwował tę scenę rozbawiony.

- Jak go zabić, Stefano? Wystarczy kołek? Czy możesz go potrzymać... krew! On 

karmi ją krwią! - Matt przerwał. Jego mina wskazywała, że zaraz rzuci się na Damona. Zły 

pomysł, stwierdził w duchu Damon.

Matt   wbił   w   niego   wzrok.   Stawiamy   czoła   potworowi,   pomyślał   Damon,   jeszcze 

bardziej ubawiony.

- Puść... ją... - wycedził chłopak, co przypuszczalnie miało brzmieć jak groźba, ale 

zabrzmiało, jakby sądził, że Damon jest psychicznie upośledzony.

Mały Umie Tylko Trajkotać, zaśmiał się w myślach Damon. Ale to dawało...

- Mutt - powiedział kręcąc głową.

- Mutt? Nazywasz...? Boże, Stefano, pomóż mi go zabić! On zabił Bonnie! - Potok 

słów   wyrzucił   z   siebie   na   jednym   oddechu.   Damonowi   coraz   bardziej   podobał   się 

mnemotechniczny zabieg.

Stefano starał się ratować sytuację. Chwycił Matta za ramiona i obrócił go w stronę 

drzwi.

- Idź do Eleny i Meredith - powiedział tonem, który nie zostawiał miejsca na sprzeciw, 

po czym zwrócił się do swojego brata. - Nie piłeś jej krwi. - To nie było pytanie.

- Żłopać truciznę? Nie jestem idiotą, braciszku. Kąciki ust Stefano zadrżały. Nic nie 

odpowiedział.

Damon przestał żartować.

- Mówię prawdę.

- Czy to będzie twoje nowe hobby?

Powinien zostawić Bonnie i wyjść. To byłoby najlepsze wyjście z tej sytuacji, ale...

Ale. To było jego pisklę. Wypiła tyle krwi, że jeszcze trochę i zostałaby przemieniona. 

A  jeżeli  taka  ilość   jeszcze   nie  wystarczyła,  żeby  ją  wyleczyć,   to  znaczy,   że  to   nie  było 

background image

właściwe lekarstwo. Poza tym Pan Cudotwórca przyszedł.

Zatamował krwawienie z nadgarstka i zaczął mówić...

Drzwi znowu otworzyły się gwałtownie.

Tym razem stanęła w nich Meredith. Trzymała  w rękach stanik Bonnie. Stefano i 

Damon skulili się. Meredith, pomyślał Damon, to przerażająca osoba. Przyjrzała się, czego 

nie zrobił Matt, rzeczom rozrzuconym na podłodze.

- Co z nią? - zapytała Stefano, czego Matt również nie zrobił.

- Będzie dobrze - odpowiedział. Damona zaskoczyło, że poczuł... nie ulgę, oczywiście, 

ale satysfakcję z dobrze wykonanej pracy. Poza tym dzięki temu mógł uniknąć śmierci z rąk 

Stefano.

Meredith odetchnęła głęboko i zmrużyła  swoje wzbudzające strach oczy. Jej twarz 

pojaśniała.   Być   może   się   modliła.   Damon   nie   robił   tego   od   stuleci.   Zresztą   żadna   jego 

modlitwa nigdy nie została wysłuchana.

Meredith otworzyła oczy.

- Jeżeli dolna część bielizny Bonnie - powiedziała powoli i z naciskiem - nie jest wciąż 

na niej, ktoś tu będzie miał kłopoty.

Stefano wyglądał na skołowanego. Jak może nie rozumieć problemu brakującej części 

bielizny? - zastanawiał się Damon. Jak można być takim... takim nierozgarniętym głupkiem? 

Czy   Elena   nigdy  nie   nosiła   bielizny?   Damon   znieruchomiał   pochłonięty   wizją  Eleny.   W 

końcu znalazł odpowiedź dla Meredith.

- Sprawdź sama - zaproponował, cnotliwie odwracając wzrok. Meredith podeszła do 

wanny, zanurzyła rękę w ciepłej, czerwonej wodzie i odsunęła ręcznik. Usłyszał, jak z ulgą 

wypuszcza powietrze.

Kiedy obrócił się do niej, w jej oczach znów pojawiła się groźba.

- Masz krew na wargach - wycedziła.

Damon   był   zaskoczony.   Czyżby   z   przyzwyczajenia   pożywił   się   krwią   Bonnie   i 

zapomniał? Na ratunek przyszedł mu Stefano.

- Próbowałeś wyssać truciznę, prawda? - Stefano rzucił mu ręcznik. Damon wytarł 

usta. Na ręczniku został krwawy ślad. Nic dziwnego, że wargi tak go piekły. Trucizna była 

naprawdę silna, nawet jeżeli na wampiry nie działała tak mocno jak na ludzi.

- Masz też krew na szyi - ciągnęła Meredith.

- Nietrafiony pomysł - wyjaśnił, wzruszając ramionami.

- Więc rozciąłeś nadgarstek. Głęboko.

- Głęboko dla człowieka. Czy konferencja prasowa już się skończyła?

background image

Meredith odpuściła. Uśmiechnął się do siebie. Hurra! Tak! Meredith zbita z tropu! 

Znał spojrzenie tych, którzy musieli ustąpić przed jego inteligencją.

- Co można zrobić, żeby wargi Damona przestały krwawić? Może dać mu coś do 

picia?

Stefano   wyglądał   na   oszołomionego.   Jego   problem   -   cóż,   jeden   z   wielu   jego 

problemów - polegał na tym, że uważał picie ludzkiej krwi za grzech. A nawet mówienie o 

tym.

Może   to   sprawiało   mu   przyjemność.   Ludzi   najbardziej   kręci   to,   co   uważają   za 

grzeszne. Nawet wampiry tak mają. Damon zadumał się. Czy da się wrócić do czasu, kiedy 

cokolwiek mogło mu się wydawać grzeszne? Zdecydowanie brakowało mu podniet.

Damon zaryzykował odpowiedź na pytanie, jak można mu pomóc.

- Napiłbym się ciebie, kochanie... ciebie, kochanie.

- O jedno kochanie za dużo - odparowała Meredith i zanim zdążył  zrozumieć, że 

chodzi jej tylko o kwestię językową, a nie o jego życie osobiste, wyszła z łazienki. Zabierając 

ze sobą rzecz wzbudzającą tyle emocji - różowy stanik.

Stefano starał się nie patrzeć na Bonnie. Tak wiele tracisz, matole, pomyślał Damon. 

Tego słowa szukał wcześniej. Matoł.

- Wiele dla niej zrobiłeś - stwierdził Stefano. Starał się także unikać wzroku Damona, 

gapił się więc na ścianę.

- Groziłeś, że się ze mną policzysz, jeżeli tego nie zrobię. Nie lubię, jak ktoś mnie bije 

- posłał bratu promienny uśmiech.

- Zrobiłeś więcej, niż musiałeś.

- Przy tobie,  braciszku, nigdy nie wiadomo,  jakie jest to minimum,  które musisz. 

Powiedz, jak wygląda nieskończoność?

Stefano westchnął.

- Przynajmniej nie należysz do tych łobuzów, którzy są odważni tylko wtedy, gdy 

mają do czynienia ze słabszymi.

- Proponujesz, żebyśmy wyszli na zewnątrz, jak to się mówi?

- Nie, dziękuję ci za uratowanie życia Bonnie.

- Nie sądziłem, że mam wybór. Jakim sposobem, skoro o tym mowa, Meredith i... i... 

ten chłopak wyszli z tego cało?

-   Elena   ich   pocałowała.   Nie   zauważyłeś,   że   zniknęła?   Gdy  ich   przywiozłem,   ona 

sfrunęła na dół, tchnęła powietrze w ich usta i w ten sposób ich uleczyła. Z tego co widzę, na 

powrót staje się człowiekiem.

background image

- Przynajmniej mówi. Niewiele, ale jednak. - Damon przypomniał sobie, jak jechał 

porsche, ze spuszczonym dachem i Eleną unoszącą się jak balon nad samochodem. - Ta mała 

ruda nie powiedziała ani słowa - dodał zrzędliwie. -Zresztą co za różnica.

-   Dlaczego,   Damonie?   Dlaczego   nie   chcesz   przyznać,   że   troszczysz   się   o   nią, 

przynajmniej na tyle, żeby nie pozwolić jej umrzeć, i to szanując jej prywatność i nie pijąc jej 

krwi? Wiedziałeś, że utrata krwi zabiłaby ją...

- To był eksperyment. - wyjaśnił Damon rzeczowo. I już się skończył. Bonnie się 

obudzi   albo   będzie   spała,   umrze   albo   przeżyje,   pod   opieką   Stefano,   nie   jego.   Był 

przemoczony i nie czuł się dobrze w obecności brata i jego przyjaciół. Był już głodny. Piekły 

go wargi. - Ty się teraz nią zajmuj. Ja znikam. Ty i Elena, i... Mutt możecie skończyć...

- On ma na imię Matt. To naprawdę nie tak trudno zapamiętać.

- Przecież nie możesz się interesować tym chłopakiem. W okolicy jest zbyt  wiele 

cudnych dziewcząt, żeby kwalifikował się na cokolwiek innego niż zapas na czarną godzinę.

Stefano uderzył pięścią w ścianę, krusząc tynk.

- Do diabła, Damon, ludzie to nie przekąski.

- Wszystko, o co ich proszę, to to, żeby nimi byli.

- Ty nie prosisz. W tym problem.

- To był eufemizm. To wszystko, czego od nich chcę, w takim razie. Wszystko, co 

mnie interesuje. Nie próbuj mnie przekonać, że warto zwracać uwagę na coś więcej. Nie ma 

sensu.

Pięść Stefano wystrzeliła do przodu. Damon nie mógł upuścić Bonnie, by się uchylić. 

Była nieprzytomna, mogłaby zachłysnąć się wodą.

Posłużył się więc mocą jak tarczą. Uznał, że może przyjąć cios - nawet od Nowego 

Silniejszego Stefano - nie puszczając dziewczyny, nawet gdyby Stefano miał mu wybić zęby.

Pięść Stefano zatrzymała się o milimetry od jego twarzy.

Braci spojrzeli sobie w oczy.

- Czy teraz to przyznasz?

- Co? - Damon był zdziwiony.

-   Ze   na   czymś   ci   zależy.   Wystarczająco   mocno,   żeby   raczej   oberwać,   niż   puścić 

Bonnie.

Damon spojrzał na dziewczynę w wannie, po czym się roześmiał. Nie mógł przestać.

- I ty pomyślałeś, że ja... że ja martwię się o tę małą...

- Więc  dlaczego  wysysałeś  truciznę  z jej  żył  i  oddałeś  jej  swoją krew?  - zapytał 

Stefano.

background image

- Kaprys. Mówiłem ci. Po prostu kap... - Damon ześlizgnął się z brzegu wanny.

Głowa Bonnie zanurzyła się pod wodę.

Obaj rzucili się na ratunek. Zderzyli się głowami.

Damon już się nie śmiał. Walczył jak lew, żeby wyciągnąć dziewczynę z wody. Tak 

samo Stefano. Ale było dokładnie tak, jak Damon wyobrażał sobie godzinę temu - żaden z 

nich nawet nie pomyślał o współpracy. Każdy chciał to zrobić sam i przeszkadzał drugiemu.

- Zejdź mi z drogi, brachu - warknął Damon rozwścieczony.

- Nie zależy ci na niej. To ty zejdź mi z drogi.

Nagle w wannie jakby wybuchł gejzer. Bonnie podniosła się z głośnym pluskiem. 

Wypluła wodę.

- Co się dzieje?

Patrząc na swoje przerażone pisklę, które instynktownie zacisnęło dłonie na ręczniku, 

z ognistymi włosami ociekającymi wodą i mrugające wielkimi brązowymi oczami, Damon 

poczuł... ulgę. Stefano wybiegł do pokoju przekazać przyjaciołom dobre wiadomości. Zostali 

sami. Damon i Bonnie.

- Smakuje obrzydliwie - skrzywiła się dziewczyna, wciąż plując wodą.

- Wiem - powiedział Damon, wpatrując się w nią.

- Aleja żyję! - zawołała Bonnie. Jej twarz rozjaśniła się radością. Damona rozpierała 

duma. On i tylko on zatrzymał ją na progu śmierci i uratował. Uleczył jej zatrute ciało. To 

jego krew pokonała truciznę, jego krew...

Damon miał wrażenie, że grobowiec, w którym była uwięziona jego dusza, zaczął 

pękać.

Chciało mu się śpiewać. Mocno objął Bonnie. To już kobieta, nie dziecko, pomyślał 

oszołomiony. Obejmował ją tak mocno, jakby od tego zależało z kolei jego życie albo jakby 

znajdowali się na środku rozszalałego oceanu i puszczenie jej miałoby oznaczać jej ostateczną 

i nieodwołalną utratę.

Zaraz miała nastąpić wybuch i Damon miał zostać uwolniony z grobowca. Był pijany 

dumą i... radością...

Bonnie odepchnęła go.

Wyraz  jej  twarzy zmienił  się  gwałtownie.  Teraz  jej mina  zdradzała  tylko  strach i 

rozpacz. I odrazę.

- Pomocy! Proszę, pomocy! - Brązowe oczy stały się jeszcze większe.

W   drzwiach   tłoczyli   się   Meredith,   Stefano   i   Matt.   Patrzyli   na   przerażoną   Bonnie 

kurczowo trzymającą ręcznik, próbującą się nim okryć, Damon klęczał przy wannie, z twarzą 

background image

pozbawioną jakiegokolwiek wyrazu.

- On słyszał, jak wołałam o pomoc, czułam, że słyszy, ale tylko patrzył. Stał i patrzył, 

jak   umieramy.   Chce,   żeby   wszyscy   ludzie   umarli,   żeby   nasza   krew   spływała   po   jakichś 

białych schodach. Proszę, zabierzcie go ode mnie!

Proszę. Mała wiedźma jest dużo bardziej utalentowana, niż podejrzewał. To nie jest 

trudne zauważyć, że ktoś odbiera twój przekaz, ale rozpoznać kto, wymagało nie lada talentu. 

W   dodatku   ewidentnie   potrafiła   usłyszeć   echo   niektórych   z   jego   myśli.   Zdolne   to   jego 

pisklę... nie, nie jego, nie kiedy patrzy na niego wzrokiem tak pełnym nienawiści.

Zapadła   cisza.   Damon   mógł   zaprzeczyć,   ale   po   co?   Stefano   i   tak   domyśliłby   się 

prawdy. Bonnie pewnie też.

Meredith podbiegła do wanny, chwytając jeszcze jeden ręcznik. Miała w ręku kubek z 

jakimś ciepłym napojem -kakao, sądząc po zapachu. Był dość gorący, by stanowić skuteczną 

broń. Damon nie uskoczyłby przed chluśnięciem, przynajmniej będąc tak zmęczony.

- Proszę - powiedziała do Bonnie. -Jesteś bezpieczna. Stefano tu jest. Ja tu jestem. 

Matt tu jest. Proszę, weź ręcznik, owinę cię nim.

Stefano, milcząc, wpatrywał się w brata.

- Wynocha - powiedział w końcu.

Wyrzucony jak pies. Damon rozejrzał się za swoją kurtką, podniósł ją, żałując, że z 

poczuciem humoru nie poszło mu równie dobrze. Twarze wokół niego wyglądały wszystkie 

tak samo -jak wykute z kamienia.

Ale nie był to kamień tak twardy jak ten, który znów przygniótł jego duszę. Łatwo 

było naprawić pęknięcia. Na starej warstwie położono nową - w taki sposób powstają perły, 

ale tu nie miało się pojawić nic równie pięknego.

Ludzie coś mówili, ale Damon nie rozróżniał słów. Wyczuwał zbyt dużo krwi. Każdy 

miał jakieś rany. Otaczał go ich zapach, zapach zwierzyny. Kręciło mu się w głowie. Musiał 

się wydostać stamtąd jak najszybciej, zanim rzuci się na pierwszą ofiarę z brzegu. Było mu 

gorąco... był spragniony.

Bardzo, bardzo spragniony. Zużył mnóstwo energii od ostatniego posiłku, a teraz był 

otoczony przez zwierzynę. Otoczony. Jak ma się powstrzymać przed rzuceniem się na jedno z 

nich? Czy ktoś naprawdę zdołałby go powstrzymać?

Za   drzwiami   czekała   Elena.   Zobaczyć   odrazę   na   jej   twarzy   -   to   będzie   bolesne, 

pomyślał.

Ale   nie   dało   się   tego   uniknąć.   Kiedy   wychodził   z   łazienki,   Elena   unosiła   się   w 

powietrzu wprost przed nim. Jego wzrok mimowolnie skierował się na to, czego nie chciał 

background image

widzieć: jej twarz.

Jednak nie malowało się na niej obrzydzenie. Elena wyglądała na zmartwioną.

Odezwała się nawet do niego, tą dziwną mową, która nie była całkiem jak telepatia, 

ale   w   niewytłumaczalny   sposób   pozwalała   jej   dotrzeć   zarówno   do   jego   uszu,   jak   i 

bezpośrednio do jego myśli.

Damon.

Powiedz o malaku. Proszę.

Damon uniósł brwi zaskoczony. Opowiedzieć o sobie temu stadu ludzi? Czy ona z 

niego drwi?

Poza   tym   malak   niczego   tak   naprawdę   nie   zrobił.   Rozproszył   go   na   chwilę,   to 

wszystko. Nie ma sensu go winić, skoro jedyne, co sprawił, to wyostrzenie myśli Damona. 

Zastanawiał się, czy Elena wiedziała, o czym Damon marzy.

Damon.

Widzę to. Wszystko. Ale proszę...

No, cóż, może duchy przywykły do widzenia wszystkich mrocznych myśli.

Elena nie odpowiedziała na to w żaden sposób, został więc sam w ciemności.

W ciemności. Do tego był przyzwyczajony, stamtąd pochodził. Każdy pójdzie teraz w 

swoją stronę, ludzie do swoich ciepłych, przytulnych domów, a on do ciemnego lasu. Elena 

zostanie ze Stefano, oczywiście.

Oczywiście.

- W tych okolicznościach nie powiem „Do zobaczenia” - powiedział, uśmiechając się 

do Eleny, która odpowiedziała smutnym spojrzeniem. - Powiem po prostu „żegnaj” i niech to 

wystarczy.

Nikt nie odpowiedział.

- Damon. - Elena zaczęła płakać. Proszę. Proszę.

Damon odszedł w mrok.

Proszę...

Szedł dalej, pocierając kark.

background image

ROZDZIAŁ 13

Było już późno, ale Elena nie mogła zasnąć. Powiedziała, że nie chce być zamknięta w 

wysokim pokoju. Stefano obawiał się, że chciała wyjść i tropić malaki, które zaatakowały 

samochód. Ale nie sądził, żeby potrafiła kłamać, nie teraz. Ciągle uderzała w okno, twierdząc, 

że potrzebuje trochę powietrza. Nocnego, świeżego powietrza.

- Musimy cię w coś ubrać.

Ale  Elena   była   uparta.  Jest  noc... a  to  jest  moja  nocna  koszula,  powiedziała.   Nie 

podobała ci się moja dzienna koszula. Znowu uderzyła  w okno. Jej „dzienna koszula” to 

zwykła niebieska koszula, która spięta paskiem tworzyła rodzaj krótkiej sukienki, sięgającej 

do połowy ud.

To, czego teraz się domagała, tak bardzo zgadzało się z jego własnym pragnieniem, że 

aż czuł się winny. Ale w końcu dał się przekonać.

Lecieli razem, trzymając się za ręce. Elena wyglądała jak duch albo anioł w swojej 

białej koszuli. Stefano, cały w czerni, niemal znikał na tle drzew przykrywających księżyc. 

Dolecieli   aż   do   Starego   Lasu,   gdzie   szkielety   uschłych   drzew   mieszały   się   z   żywymi 

gałęziami. Stefano wytężył swoje wzmocnione zmysły do granic możliwości, ale nie potrafił 

namierzyć niczego poza zwykłymi mieszkańcami lasu, którzy powoli i z wahaniem wracali, 

po   tym   gdy   wypłoszył   ich   wybuch   mocy   Damona.   Jeże.   Jelenie.   Lisy,   w   tym   jedna 

wystraszona lisica z dwojgiem młodych, z powodu których nie mogła uciec. Ptaki. Wszystkie 

te zwierzęta, które sprawiały, że las był tak wspaniałym miejscem.

Nic, co przypominałoby malaka albo coś równie groźnego.

Zaczął   się   zastanawiać,   czy   Damon   po   prostu   nie   zmyślił   istoty,   która   nim 

manipulowała. Był w końcu niezwykle przekonującym kłamcą.

Mówił prawdę, wtrąciła się w jego myśli Elena. Ale to albo jest niewidzialne, albo już 

odeszło. Z twojego powodu. Z powodu twojej mocy.

Elena   patrzyła   na   niego   z   mieszaniną   dumy   i   jakiegoś   innego,   trudnego   do 

zidentyfikowania, ale wyraźnie zauważalnego, uczucia.

Uniosła twarz. Światło księżyca podkreśliło jej klasyczne rysy.

Rumieniec zaróżowił jej policzki. Wydęła lekko wargi.

Och... do licha, pomyślał Stefano.

- Po wszystkim, co przeszłaś - zaczął i zrobił pierwszy błąd: objął ją. Jakiś rodzaj 

synergii pomiędzy jego mocą a jej zaczął unosić ich spiralnym ruchem w górę.

Poczuł jej ciepło. Słodką miękkość jej ciała. Wciąż czekała, z zamkniętymi oczami, na 

background image

pocałunek.

Możemy zacząć jeszcze raz, zaproponowała z nadzieją.

To   była   prawda.   Chciał   odpowiedzieć   jakoś   na   uczucia,   którymi   obdarzyła   go 

wcześniej.   Chciał   objąć   ją   jeszcze   mocniej.   Chciał   ją   całować.   Chciał,   by   omdlewała   z 

rozkoszy w jego ramionach.

I mógł to zrobić. Nie tylko dlatego, że będąc wampirem, nauczył się paru rzeczy o 

kobietach, ale dlatego, że znał Elenę. Ich serca, ich dusze były jednością.

Proszę?

Ale   była   teraz   taka   młoda,   tak   bezbronna   w   białej   koszuli,   z   rumieńcami   na 

policzkach. Nie mógł jej wykorzystywać.

Otworzyła oczy i spojrzała wprost na niego.

Czy chcesz... Powiedziała poważnym tonem, ale z przekorą w oczach... sprawdzić, jak 

wiele razy możesz mnie zmusić, żebym powiedziała proszę?

Boże, nie. Mówiła jak dorosła, świadoma swojej urody kobieta. Stefano poddał się i 

objął   ją   mocniej.   Pocałował   jej   jedwabiste   włosy.   Całował   całą   jej   twarz.   Kocham   cię, 

kocham cię. Zorientował się, że niemal miażdży jej żebra, próbował więc ją puścić, ale Elena 

trzymała go równie mocno.

Czy chcesz - zapytała niewinnie - sprawdzić, jak wiele razy ja mogę cię zmusić, żebyś 

powiedział „proszę”?

Stefano patrzył na nią przez chwilę w milczeniu. W końcu nie wytrzymał, wpił się 

niemal w jej usta i zaczął całować je zachłannie. Nie przestawał, dopóki nie zakręciło mu się 

w głowie. Dopiero wtedy ją puścił, nie pozwalając jednak, by odsunęła się na więcej niż 

centymetr, dwa.

Znów spojrzał w jej oczy. Każdy mógłby się w nich zatracić, utonąć w ich głębi. 

Stefano chciał się w nich zatracić. Ale jeszcze bardziej chciał czegoś innego.

- Chcę cię całować -wyszeptał jej do ucha. Tak. Nie miała co do tego wątpliwości.

- Aż zemdlejesz w moich ramionach.

Poczuł dreszcz przebiegający przez jej ciało. Zobaczył, jak jej oczy zachodzą mgłą. 

Ku swojemu zaskoczeniu otrzymał jednak odpowiedź.

- Tak - odpowiedziała Elena, bez wahania... i na głos. Tak też zrobił.

Całował   ją,   a   ona   drżała   spazmatycznie.   A   potem,   ponieważ   już   nadszedł   czas, 

paznokciem rozciął żyłę na swojej szyi.

Elena, która będąc człowiekiem, byłaby przerażona na myśl o piciu krwi innej osoby, 

przywarła ustami do otwartej rany z cichym jękiem radości. Poczuł jej ciepłe wargi. Jego 

background image

ukochana piła jego krew. Chciałby oddać jej całą duszę, całego siebie. Wiedział, że ona czuła 

to samo, gdy ofiarowała mu swoją krew. To była więź, która ich łączyła.

Czuł się, jakby byli kochankami od początków wszechświata, od zarania pierwszej 

gwiazdy   w   przedwiecznym   mroku.   To   było   coś   niezwykle   pierwotnego   i   głęboko 

zakorzenionego w jego duszy. Kiedy poczuł, jak krew spływa do ust Eleny, musiał wtulić 

twarz w jej włosy, żeby stłumić krzyk A potem szeptał jej szalone słowa o tym, jak bardzo ją 

kocha i że nigdy już się nie rozstaną. A potem zabrakło mu słów.

Wznosili się w górę w świetle księżyca. Zrównali się z czubkami najwyższych drzew.

To była bardzo uroczysta, bardzo intymna chwila. Byli zbyt odurzeni rozkoszą, by 

zważać na jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Ale Stefano upewnił się już wcześniej, że nic im 

nie grozi, i wiedział, że Elena zrobiła to samo. Las był bezpieczny, byli w nim sami, unosząc 

się w powietrzu, w świetle księżyca spływającym na nich jak błogosławieństwo.

Jedną z najbardziej pożytecznych rzeczy, jakich Damon ostatnio się nauczył - bardziej 

użyteczną niż latanie, chociaż to też się przydawało - była umiejętność całkowitego ukrycia 

się.

Musiał, oczywiście, opuścić wszystkie zasłony, które ktoś mógłby zauważyć, nawet 

przypadkiem. Ale to nie miało znaczenia, bo skoro nikt nie mógł go znaleźć, nikt nie mógł go 

zaatakować. Więc był bezpieczny.

Gdy wyszedł z pensjonatu, ukrył się w Starym Lesie.

To nie było tak, że obchodziło go choć trochę, co myślały o nim te ludzkie śmiecie. 

Przejmowanie się tym byłoby jak zastanawianie się, co pomyśli o nim kurczak, zanim ugotuje 

z niego rosół. A opinia jego brata była zdecydowanie na samym szczycie listy rzeczy, którymi 

się nie przejmował.

Ale była tam też Elena. I nawet jeżeli ona zrozumiała -i próbowała sprawić, by inni 

zrozumieli - to było zbyt upokarzające zostać wyrzuconym na jej oczach.

I dlatego wycofałem się, pomyślał gorzko, do jedynego miejsca, które mogę nazwać 

domem.   Chociaż   było   to   dość   irracjonalne,   skoro   mógłby   spędzić   noc   w   najlepszym 

(jedynym) hotelu w Fell's Church albo w domu jednej z wielu dziewcząt, które na pewno z 

chęcią przyjęłyby pod swój dach znużonego wędrowca. Odrobina mocy wystarczyłaby do 

uśpienia rodziców. Miałby dach nad głową i smaczną przekąskę.

Ale miał paskudny humor i chciał po prostu być sam. Trochę bał się polować. Nie 

potrafiłby teraz zachować nad sobą kontroli. Wszystko, o czym mógł pomyśleć, to cierpienie, 

jakie zadałby każdemu, kto znalazłby się w zasięgu jego kłów:

Tymczasem zauważył jednak, że zwierzęta wracają. Wystarczyły mu do tego zwykłe 

background image

zmysły   -   nie   używał   mocy,   by   nie   zdradzić   swojej   obecności.   Nocny   koszmar   już   się 

skończył, a zwierzęta mają krótką pamięć.

Nagle, kiedy właśnie kładł się na gałęzi, myśląc, że czułby się dużo lepiej, gdyby 

chociaż Mutt doznał jakichś poważnych i trwałych obrażeń, zobaczył ich. Pojawili się znikąd. 

Stefano i Elena, trzymający się za ręce, unoszący się w powietrzu jak para uskrzydlonych 

szekspirowskich kochanków. Jakby las był ich domem.

W pierwszej chwili nie mógł w to uwierzyć.

W następnej, kiedy już miał wylać na nich gorzkie morze swojego sarkazmu, zaczęła 

się ich wspaniała scena miłosna.

Na jego oczach.

Unieśli się nawet na jego wysokość, jakby chcieli, żeby nic mu nie umknęło. Całowali 

się, pieścili i...

Uczynili go mimowolnym podglądaczem, chociaż w miarę jak ich pieszczoty stawały 

się coraz bardziej namiętne, patrzył  na nich z coraz większą wściekłością. Kiedy Stefano 

rozciął sobie szyję, aby napoić Elenę, Damon zazgrzytał zębami. Miał ochotę krzyczeć, że 

kiedyś   ta   dziewczyna   mogła   należeć   do   niego,   kiedy   mógł   wypić   całą   jej   krew,   a   ona 

umarłaby szczęśliwa w jego ramionach, albo uczynić ją sobie posłuszną i dać jej rozkosz 

swojej krwi.

Którą obecnie dawał jej Stefano.

To było najgorsze. W zimnej furii wbijał paznokcie we wnętrze dłoni, patrząc, jak 

Elena owinęła się wokół Stefano jak długi, pełen gracji wąż i przywarła ustami do jego szyi. 

Stefano miał zamknięte oczy, odchylił głowę, kierując twarz ku gwiazdom.

Na miłość wszystkich demonów w piekle, czy oni nie mogliby już z tym skończyć?

Wtedy zauważył, że nie jest sam na swoim wygodnym drzewie.

Było tam coś jeszcze, siedziało spokojnie na gałęzi obok niego. Więcej niż jedno. 

Stworzenia   widocznie   pojawiły   się   tam,   gdy   był   pochłonięty   sceną   miłosną   i   własnym 

gniewem. Niemniej, jeżeli udało im się go podejść, musiały być naprawdę, naprawdę dobre. 

Nikomu się to nie udało od dwóch stuleci. Może nawet trzech.

Zaskoczyło go to tak bardzo, że z wrażenia ześlizgnął się z gałęzi.

Natychmiast   pochwyciło   go   jakieś   długie,   smukłe   ramię.   Gdy   spojrzał   w   górę, 

zobaczył parę złotych, śmiejących się oczu.

Kim ty jesteś do diabła? - zapytał. Nie obawiał się, że podniebni kochankowie usłyszą 

echo jego myśli. Nic, może poza smokiem lub bombą atomową, nie zwróciłoby teraz ich 

uwagi.

background image

Jestem piekielnym Shinichi, odpowiedział chłopiec. Miał najdziwniejsze włosy, jakie 

Damon   kiedykolwiek   widział.   Były   gładkie,   błyszczące   i   czarne,   z   końcówkami 

zabarwionymi na ciemnoczerwone To nie był jednak normalny kolor, wyglądał raczej jak 

żywy płomień otaczający jego głowę i kark. Dodawał wiarygodności sposobowi, w jaki się 

przedstawił: „piekielny Shinichi”. Chłopiec był bardzo przekonujący w roli diabła.

Z drugiej strony miał niewinne, złociste oczy anioła.

Większość ludzi nazywa  mnie po prostu Shinichi, dodał, ale błysk w jego oczach 

mówił, że to miał być żart. Teraz znasz moje imię, a kim ty jesteś?

Damon patrzył na niego w milczeniu.

background image

ROZDZIAŁ 14

Elena obudziła się następnego ranka w wąskim łóżku Stefano. Uświadomiła to sobie, 

zanim   całkiem   się   rozbudziła.   Mam   nadzieję,   że   usprawiedliwiłam   się   wczoraj   jakoś 

sensownie przed ciocią Judith, pomyślała. Wczoraj - to pojęcie wydało jej się niezbyt jasne. O 

czym  śniła, że to przebudzenie  wydało  jej się tak dziwne? Nie pamiętała.  Rany,  nic nie 

pamiętała!

Aż nagle przypomniała sobie wszystko.

Podniosła   się   z   impetem,   który   wystrzeliłby   ją   w   powietrze,   gdyby   zrobiła   to 

poprzedniego dnia. Zaczęła nerwowo przetrząsać wspomnienia.

Światło dnia. Przypomniała sobie światło, w którym stała - bez pierścienia na palcu. 

Spojrzała na obie dłonie. Nie ma pierścienia. Okno było odsłonięte i słońce świeciło prosto na 

nią,   ale   nie   czuła   bólu.   To   niemożliwe.   Wiedziała,   pamiętała,   miała   to   wyryte   w   każdej 

komórce  swojego ciała, że światło słoneczne zabija. Nauczyła  się tego, gdy raz tylko na 

moment wystawiła nieosłoniętą dłoń na żer słonecznych promieni. Nigdy nie zapomni tego 

bólu. Myślała też, że nigdy nie zapomni, że nie wolno jej nigdzie ruszać się bez pierścienia na 

palcu   -   pierścienia,   który   sam   w   sobie   był   piękny,   ale   jeszcze   piękniejszy   dzięki   swej 

ochronnej mocy. Bez tego mogłaby...

Och.

Och!

Ale przecież to już się stało, prawda?

Umarła.

Nie   tylko   wtedy,   gdy   została   przemieniona   w   wampira,   ale   umarła   naprawdę   i 

ostatecznie. Odeszła do krainy, z której nikt nie wraca. W jej własnym przekonaniu powinna 

była rozpaść się na miliony atomów albo trafić prosto do piekła.

Ale nic takiego się nie stało. Śniła o jakichś osobach, które dawały jej rodzicielskie 

rady,   i   o   tym,   że   bardzo   chciała   pomóc   ludziom,   których   nagle   tak   dużo   łatwiej   było 

zrozumieć.   Szkolny   łobuziak?   Nagle   widziała,   jak   jego   ojciec   alkoholik   noc   w   noc 

wyładowuje   na   nim   swoją   frustrację   i   gniew.   Ta   dziewczyna,   która   nigdy   nie   odrabiała 

zadania domowego? Musiała wyżywić troje młodszego rodzeństwa, podczas gdy jej matka 

cały dzień nie wstawała z kanapy. To zajmowało cały jej czas. Każde zachowanie, dobre czy 

złe, miało swoje przyczyny, które teraz dostrzegała.

Komunikowała się też z ludźmi poprzez ich sny. A potem w Fell's Church pojawiła się 

jedna z pradawnych istot. Wszystko, co mogła zrobić, to przeciwstawić jej się w snach i nie 

background image

uciec. Ludzie musieli zwrócić się o pomoc do Stefano - i Damon został również wezwany 

przez   przypadek.   Elena   pomagała   im,   jak   tylko   mogła,   nawet   kiedy   było   to   już   nie   do 

zniesienia, bo pradawne istoty wiedzą, jak działa miłość i jak manipulować ludźmi. I jak 

sprawić, by ich wrogowie robili to, czego one chcą. Ale walczyli z tym wrogiem i wygrali. A 

Elena, próbując uleczyć śmiertelne rany Stefano, w jakiś sposób w końcu stała się znowu 

śmiertelna: obudziła się naga, leżąc na ziemi w Starym Lesie, przykryta kurtką Damona, który 

zniknął, nie czekając na podziękowanie.

Przebudziły się  wtedy najprostsze  rzeczy:  jej  zmysły,  jej serce,  ale  nie jej  umysł. 

Stefano był dla niej taki dobry.

- A teraz? Kim jestem? - zapytała na głos, przyglądając się swoim dłoniom, swojemu 

ciału,   posłusznemu   siłom   grawitacji.   Powiedziała   przecież,   że   dla   Stefano   wyrzeknie   się 

nawet latania. Ktoś widać trzymał ją za słowo.

- Jesteś piękna - odpowiedział jej ukochany, nie poruszając się, pogrążony jeszcze w 

półśnie. Po ułamku sekundy podniósł się gwałtownie. - Ty mówisz!

- Wiem o tym.

- Do rzeczy!

- Dziękuję serdecznie.

- Całymi zdaniami!

- Zauważyłam.

- Proszę, powiedz coś dłuższego - nalegał Stefano, jakby nie wierzył w to, co słyszy.

-   Chyba   za   wiele   zadawałeś   się   z   moimi   przyjaciółmi.   Twoja   prośba   zdradza 

zuchwałość Bonnie, uprzejmość Matta i dociekliwość Meredith.

- Eleno, to ty!

Zamiast   kontynuować   ten   śmieszny   dialog,   odpowiadając   „Stefano,   to   ja!”,   Elena 

zamilkła i się zamyśliła. Powoli wstała z łóżka. Stefano pospiesznie odwrócił wzrok i podał 

jej szlafrok. Stefano? Stefano?

Cisza.

Kiedy   obrócił   się   po   odpowiednio   długiej   chwili,   zobaczył,   że   Elena   klęczy   na 

podłodze, w promieniach słońca wpadających przez okno, trzymając szlafrok w rękach.

- Elena? - Wiedziała, że wydawała mu się teraz bardzo młodym aniołem pogrążonym 

w medytacji.

- Stefano.

- Ty płaczesz.

-   Znowu   jestem   człowiekiem.   Niczym   mniej   i   niczym   więcej.   Zdaje   się,   że 

background image

potrzebowałam po prostu kilku dni, żeby tak się stało.

Spojrzała mu w oczy. Były zawsze zielone. Jak szmaragdy podświetlone od tyłu. Jak 

letni liść oglądany pod słońce.

Potrafię czytać w twoich myślach.

- Ale ja nie potrafię czytać w twoich, Stefano. Chwytam tylko ogólny sens, a i tego nie 

jestem pewna... nie możemy na to liczyć.

Eleno, mam w tym  pokoju wszystko, czego potrzebuję. Usiądź koło mnie, a będę 

mógł powiedzieć, że wszystko, czego potrzebuję, jest na tym łóżku.

Nie usiadła koło niego, ale wstała i rzuciła mu się w ramiona.

- Wciąż jestem bardzo młoda - wyszeptała, obejmując go mocno. - A jeżeli liczyć dni, 

to nie było za wiele takich...

-  Ja  wciąż   jestem  dla   ciebie  zdecydowanie  za   stary.  Ale  móc   na  ciebie   patrzeć   i 

widzieć, że ty patrzysz na mnie...

- Powiedz, że będziesz mnie zawsze kochał.

- Będę cię zawsze kochał.

- Cokolwiek się stanie.

- Eleno, Eleno, kochałem cię jako śmiertelną dziewczynę, jako wampira, jako ducha, 

jako dziecko podobne do anioła. Teraz znów kocham cię jako ludzką istotę.

- Obiecaj, że będziemy razem.

- Będziemy razem.

- Nie. Stefano, to ja. - Dotknęła czoła, jakby chciała podkreślić, że za piękną twarzą 

kryje się żywy i błyskotliwy umysł. - Znam cię. Nawet jeżeli nie mogę czytać w twoich 

myślach, potrafię czytać z twojej twarzy. Twoje dawne lęki wróciły, prawda?

Odwrócił wzrok.

- Nigdy cię nie opuszczę.

- Ani na jeden dzień? Ani na chwilę?

Zawahał się przez chwilę i spojrzał znowu na nią. Jeżeli tego naprawdę chcesz. Nie 

opuszczę cię, nawet na chwilę. Teraz przesyłał jej swoje myśli, wiedziała o tym, bo mogła je 

usłyszeć.

- Uwalniam cię od wszystkich obietnic.

- Eleno, ale one są szczere.

- Wiem. Ale kiedy już odejdziesz, chcę żebyś miał czyste sumienie.

Nawet bez nadnaturalnych zdolności potrafiła odczytać z twarzy Stefano każdy niuans 

jego myśli: Kaprysy. W końcu, dopiero się obudziła. Jest oszołomiona. Elenie nie zależało na 

background image

tym,   żeby   którekolwiek   z  nich   było   mniej   oszołomione.   To   dlatego   ugryzła   go  lekko   w 

podbródek, dlatego go całowała. Z pewnością, pomyślała, jedno z nas jest oszołomione...

Czas   wydawał   się   rozciągać   tak   bardzo,   że   w   końcu   się   zatrzymał.   Wszelkie 

oszołomienie zniknęło, wszystko stało się absolutnie jasne. Elena wiedziała, że Stefano wie, 

czego ona pragnie, i że chciał zrobić wszystko, o co ona go poprosi.

Bonnie   wpatrywała   się   w   cyfry   na   ekranie   swojego   telefonu.   Dzwonił   Stefano. 

Nerwowo przeczesała palcami włosy i odebrała.

To nie był Stefano, ale Elena. Bonnie zaczęła chichotać i mówić jej, żeby nie bawiła 

się zabawkami Stefano, bo one przeznaczone są dla dorosłych... aż w końcu do niej dotarło.

- Elena?

- Czy za każdym razem będę to słyszeć? Czy tylko od najbliższych mi osób?

- Elena?

- Elena. Całkiem przebudzona - wtrącił Stefano, pojawiając się na ekranie. -Jak tylko 

wstaliśmy, postanowiliśmy zadzwonić...

- Ele... ale jest południe! -wypaliła Bonnie.

- Byliśmy zajęci paroma  drobnymi  sprawami  - wyjaśniła  Elena.  Czyż  to nie  było 

cudowne, słyszeć, jak to mówi! Półniewinnie i z wielkim zadowoleniem z siebie, sprawiając, 

że masz ochotę objąć ją i błagać o wszystkie szczegóły.

- Elena. - Bonnie wciąż nie mogła się otrząsnąć. Oparła się o ścianę, a potem osunęła 

na podłogę. Z jej oczu pociekły łzy. - Elena, oni powiedzieli, że musisz opuścić Fell's Church. 

Odjedziesz?

Tym razem to Elena była w szoku.

- Co powiedzieli?

- Ze ty i Stefano musicie stąd odejść na zawsze.

- Nigdy w życiu!

- Kochanie moje... - zaczął Stefano, ale nagle przerwał i tylko otwierał i zamykał usta, 

nie mogąc wykrztusić ani słowa.

Bonnie  przyglądała   mu  się.  To  się  zdarzyło  poza  widokiem  kamery,  ale  mogłaby 

przysiąc, że „kochanie” właśnie uderzyło Stefano łokciem w brzuch.

- Spotykamy się o drugiej? - zapytała Elena.

Bonnie   wróciła   do   rzeczywistości.   Elena   nigdy   nie   dawała   nikomu   czasu   na 

zastanowienie.

- Jasne!

Elena - Meredith oddychała ciężko. - Elena! Elena!

background image

- Meredith. Nie zmuszaj mnie do płaczu, ta bluzka jest z czystego jedwabiu!

- Bo to jest moje sari z czystego jedwabiu! Elena wyglądała niewinnie jak anioł.

- Wiesz, Meredith, chyba sporo urosłam ostatnio...

-   Jeżeli   chcesz   powiedzieć   „więc   tak   naprawdę   na   mnie   leży   lepiej”   -   w   głosie 

Meredith   słychać   było   groźbę   -   to   ostrzegam   Cię,   Eleno   Gilbert...   -   Przerwała   i   obie 

dziewczyny wybuchnęły śmiechem, a potem płaczem. -Weź je sobie! Weź ją!

- Stefano? - Matt potrząsnął telefonem, najpierw delikatnie, potem dużo mocniej. - Nie 

widzę... - Przerwał i głośno przełknął ślinę. - E - le - na? - wykrztusił powoli, robiąc przerwę 

po każdej sylabie.

- Tak, Matt. Wróciłam.  Tu już wszystko  w normie.  -Przyłożyła  palec  do czoła. - 

Spotkasz się z nami?

Matt nachylił się nad swoim nowym, niemal sprawnym samochodem.

- Dzięki Bogu, dzięki Bogu - powtarzał.

- Matt? Nie widzę cię. Wszystko w porządku? - On chyba zemdlał.

- Matt? - wtrącił Stefano. - Elena naprawdę chce cię zobaczyć.

-   Tak,   tak.   -   Matt   podniósł   głowę   i   spojrzał   w   telefon,   wciąż   mrugając   z 

niedowierzaniem. - Elena, Elena...

- Tak mi przykro, Matt. Nie musisz przychodzić... Matt zaśmiał się krótko.

- Czy to na pewno Elena?

Ten uśmiech Eleny złamał już niejedno serce.

- W takim razie, panie Honeycutt, nalegam, żeby spotkał się pan z nami w wiadomym 

miejscu o drugiej. Czy to brzmi bardziej jak Elena?

- Prawie ci się udało. Władczy styl dawnej Eleny. -Teatralnie odkaszlnął i pociągnął 

nosem. - Przepraszam, jestem trochę przeziębiony. A może to alergia.

- Nie wygłupiaj się, Matt. Zachowujesz się jak dziecko. Ja zresztą też. Tak samo jak 

Bonnie i Meredith, kiedy do nich dzwoniłam. Ja płakałam już prawie cały dzień, więc muszę 

się naprawdę pospieszyć, żeby zdążyć z piknikiem. Meredith przyjedzie po ciebie. Weź coś 

do jedzenia albo picia. Pa!

Elena odłożyła telefon, oddychając ciężko.

- To nie było łatwe.

- On wciąż cię kocha.

- Wolałby, żebym została dzieckiem do końca życia?

- Może podobał mu się sposób, w jaki się witałaś i żegnałaś.

- Nie drocz się ze mną.

background image

- Nigdy w życiu - odpowiedział łagodnie Stefano. A potem chwycił jej dłoń. - Chodź, 

pójdziemy na zakupy. Potrzebujesz samochodu.

Pociągnął ją za rękę. Elena nagle wystrzeliła do góry tak gwałtownie, że musiał ją 

przytrzymać, żeby nie uderzyła o sufit.

- Myślałem, że podlegasz już siłom grawitacji!

- Ja też! Co mam zrobić?

- Spróbuj pomyśleć o poważnych, trudnych sprawach.

- A jeżeli to nie pomoże?

- Kupimy ci kotwicę!

O drugiej Stefano i Elena dotarli na cmentarz nowym czerwonym jaguarem. Elena 

owinęła  głowę szalem,  który ukrywał  jej włosy i dolną połowę twarzy.  Do tego włożyła 

ciemne   okulary   i   czarne   koronkowe   rękawiczki,   które   w   młodości   nosiła   pani   Flowers. 

Meredith uznała, że wygląda niezwykle malowniczo w tym wszystkim, w jej fioletowym sari 

i dżinsach. Razem z Bonnie rozłożyły przed chwilą koc, a mrówki zdążyły już skosztować 

kanapek, winogron i dietetycznej sałatki z makaronu.

Elena opowiedziała o tym, jak obudziła się tego ranka. Ilość pocałunków i uścisków, 

które  następnie  wymieniły  z  dziewczynami,  była  trudna   do zniesienia  dla  męskiej   części 

towarzystwa.

- Chcesz rozejrzeć się po lasach w tej  okolicy?  Sprawdzić,  czy są tam malaki?  - 

zapytał Matt Stefano.

- Lepiej, żeby ich nie było. Jeżeli las tak daleko od miejsca waszego wypadku też jest 

nawiedzony...

- To nie jest dobrze?

- To jest bardzo źle.

Mieli już odejść w stronę lasu, kiedy Elena ich zatrzymała.

- Przestańcie już być tacy męscy i opanowani - dodała. - Tłumienie uczuć nie jest 

dobre. Wyrażanie ich jest dużo zdrowsze.

-   Słuchaj,   jesteście   twardsze,   niż   myślałem   -   odpowiedział   Stefano.   -   Piknik   na 

cmentarzu?

-   Elenę   często   można   było   tu   zastać   -   wyjaśniła   Bonnie,   wskazując   na   pobliski 

nagrobek nacią selera.

-   To   grób   moich   rodziców.   Po   wypadku   zawsze   czułam   się   bliżej   nich   tutaj   niż 

gdziekolwiek   indziej.   Przychodziłam   tu,   kiedy   było   mi   źle   albo   kiedy   potrzebowałam 

odpowiedzi.

background image

- Dostawałaś je? - zapytał Matt, wyciągając korniszona ze słoika i podając słoik dalej.

- Wciąż nie jestem pewna. - Elena zdjęła okulary, szal i rękawiczki. - Ale zawsze 

czułam się lepiej po przyjściu tutaj. Dlaczego pytasz? Potrzebujesz jakiejś odpowiedzi?

- Tak, właściwie tak - powiedział Matt ku powszechnemu zaskoczeniu. Gdy zauważył, 

że znalazł się w ten sposób w centrum uwagi, zarumienił się. Bonnie obróciła się w jego 

stronę, Meredith i Elena, które leżały oparte na łokciach, usiadły. Stefano, który stał obok, 

oparty o jeden z grobowców, przykucnął.

- Jakiej, Matt?

-   Chciałam   powiedzieć,   że   nie   wyglądasz   dzisiaj   za   dobrze   -   wtrąciła   zatroskana 

Bonnie.

- Dzięki - odparował kwaśno.

W wielkich brązowych oczach pojawiły się łzy.

- Nie miałam na myśli...

Ale nie zdążyła skończyć. Meredith i Elena objęły ją, przysuwając się blisko i tworząc 

przyjacielska falangę. Przekaz był jasny: każdy, kto zadziera z jedną z nich, będzie miał do 

czynienia ze wszystkimi trzema.

Meredith uniosła brew.

- Sarkazm zamiast uprzejmości? Nie takiego Matta znałam.

- Bonnie tylko chciała być miła - wyjaśniła Elena. - To nie była ładna odpowiedź.

- Dobrze, dobrze! Przepraszam. Bonnie, naprawdę przepraszam. - Zwrócił się do niej 

zawstydzony. - Nie powinienem był tak zareagować. Wiem, że nie miałaś nic złego na myśli. 

Ja... ja po prostu nie wiem już, co mówię i robię. W każdym razie, chcecie się dowiedzieć, o 

co mi chodzi, czy nie?

Wszyscy chcieli.

- Dobra, już mówię. Poszedłem dzisiaj rano odwiedzić Jima Bryce'a. Pamiętacie go?

-   Jasne.   Chodziłam   z   nim   kiedyś.   Kapitan   drużyny   koszykarskiej.   Miły   chłopak. 

Trochę za młody, ale... -Meredith wzruszyła ramionami.

- Jim jest w porządku. - Matt przełknął ślinę. - Po prostu. .. nie chcę plotkować czy 

coś...

- Mów! - Trzy dziewczyny rozkazały mu chórem. Matt się skulił.

- Dobrze, dobrze! Miałem tam być o dziesiątej, ale byłem trochę wcześniej i zastałem 

Caroline. Właśnie wychodziła.

Dziewczyny wstrzymały oddech. Stefano spojrzał na Matta badawczo.

- Masz na myśli, że spędziła u niego noc?

background image

-   Stefano!   -   zaczęła   Bonnie.   -   Nie   tak   działają   płotki.   Nie   możesz   mówić   tak 

otwarcie...

- Nie - przerwała jej Elena. - Niech Matt odpowie. Pamiętam dość z ostatnich dni, 

żeby się niepokoić o Caroline.

- Rzeczywiście są poważne powody - dodał Stefano. Meredith skinęła głową.

- To nie jest plotka. To jest bardzo ważna informacja.

- W porządku - ciągnął Matt. - Tak właśnie pomyślałem. Jim powiedział, że przyszła 

wcześniej, żeby zobaczyć się z jego młodszą siostrą. Ale Tamra ma tylko piętnaście lat. Poza 

tym zarumienił się strasznie, jak o tym mówił.

Bonnie, Elena, Meredith i Stefano wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

- Caroline zawsze była... no, wiecie... - pierwsza skomentowała Bonnie.

- Ale nigdy nie słyszałam, żeby chociaż spojrzała na Jima - odpowiedziała Meredith.

Spojrzeli na Elenę, jakby spodziewali się, że wyjaśni im wszystko.

- Nie widzę żadnego powodu, żeby odwiedzała Tamrę. - Pokręciła głową i zwróciła 

się do Matta. - Poza tym nie skończyłeś. Co jeszcze się stało?

-   Coś   więcej   się   stało?   Pokazała   swoją   bieliznę?   -Bonnie   roześmiała   się,   ale 

natychmiast przestała, gdy zobaczyła rumieniec na twarzy Matta. - No, Matt, nam możesz 

wszystko powiedzieć.

Chłopak wziął głęboki oddech i zamknął oczy.

- No więc tak, kiedy Caroline wychodziła, to... to chyba postanowiła mnie poderwać.

- Co zrobiła?

- Nigdy...

- Co dokładnie zrobiła? - nalegała Elena.

- Kiedy Jim myślał, że ona już poszła, zszedł do garażu po piłkę. A wtedy Caroline 

nagle wróciła i powiedziała... Zresztą nieważne, co powiedziała. Chodziło o to, że woli futbol 

od koszykówki i czy ja zamierzam być sportowcem.

- I co ty na to? - Bonnie była wyraźnie zafascynowana.

- Nic. Tylko się na nią patrzyłem.

- I potem Jim wrócił? - podpowiedziała Meredith.

- Nie. Caroline odeszła, rzucając mi na pożegnanie spojrzenie, po którym było jasne, 

co miała na myśli. A potem przyszła Tami. - Twarz Matta była już purpurowa. -A potem... nie 

wiem, jak to powiedzieć. Może Caroline powiedziała jej coś o mnie, żeby ją do tego skłonić, 

bo ona...

- Matt. - Stefano odezwał się po raz pierwszy, odkąd zaczęli ten temat. Pochylił się do 

background image

przodu i mówił cicho i powoli. - Nie pytamy dlatego, że chcemy posłuchać plotek. Chcemy 

się dowiedzieć, czy w Fell's Church dzieje się coś naprawdę złego. Więc, proszę, powiedz 

nam, co się stało.

background image

ROZDZIAŁ 15

Matt pokiwał głową, ale zarumienił się aż po nasadę włosów.

- Tami... objęła mnie...

Urwał, a reszta zamarła w milczącym oczekiwaniu.

- Matt, czy masz na myśli, że cię uściskała? - zapytała w końcu Meredith. - Tak po 

koleżeńsku? Czy... -Nie skończyła pytania, bo Matt zaczął gwałtownie kręcić głową.

- To nie był niewinny uścisk. Byliśmy sami, staliśmy w drzwiach i ona... No, nie 

mogłem w to uwierzyć. Ona ma tylko piętnaście lat, a zachowywała się jak dorosła kobieta. 

To znaczy... nie, żeby dorosła kobieta kiedykolwiek zrobiła mi coś takiego.

Na jego twarzy zakłopotanie mieszało się wyraźną ulgą, że pozbył się tego ciężaru. 

Spojrzał po kolei na każdego ze swoich przyjaciół.

- No i co o tym myślicie? Czy to tylko przypadek, że Caroline tam była? Czy może 

coś powiedziała Tami?

-   To   nie   przypadek   -   odpowiedziała   bez   wahania   Elena.   -   To   byłoby   zbyt 

niewiarygodne: najpierw Caroline składa ci jakieś propozycje, a potem Tami zachowuje się w 

ten sposób. Znam... znałam ją. To miła, grzeczna dziewczynka. A przynajmniej była taka.

- Wciąż jest - dodała Meredith. - Mówiłam wam, spotykałam się kiedyś z Jimem. To 

naprawdę miłe dziecko, ani trochę nie za bardzo dojrzałe jak na swój wiek. Nie sądzę, żeby 

normalnie mogła zrobić cokolwiek niestosownego, chyba że... - Przerwała i zapatrzyła się w 

przestrzeń, po czym wzruszyła ramionami, nie kończąc zdania.

Bonnie wyglądała na poważnie zatroskaną.

- Ale  musimy  coś  z tym  zrobić  - powiedziała.  - Co jeśli zachowa  się tak  wobec 

chłopaka, który nie jest tak uprzejmy i nieśmiały jak Matt? To się może dla niej źle skończyć.

-   W   tym   cały   problem.   -   Matt   znowu   poczerwieniał.   -To   znaczy,   to   dość 

skomplikowane... Gdyby to była jakaś inna dziewczyna, z którą umówiłbym się na randkę... 

Nie żebym chodził na randki - dodał szybko, spoglądając na Elenę.

-   Ale   powinieneś   -   odpowiedziała   z   naciskiem.   -   Matt,   nie   oczekuję   od   ciebie 

wierności na wieki. Nic nie ucieszyłoby mnie tak, jak widok ciebie z jakąś fajną dziewczyną. 

-Jakby   przypadkiem,   rzuciła   spojrzenie   w   stronę   Bonnie,   która   właśnie   z   wielkim 

zaangażowaniem gryzła nać selera.

- Stefano, tylko ty możesz nam powiedzieć, co mamy zrobić.

Stefano zmarszczył brwi.

- Nie mam pojęcia. Na razie za mało wiemy, żeby coś wnioskować.

background image

- Więc co, będziemy czekać, co dalej zrobi Caroline? Albo Tami? - zapytała Meredith.

- Nie będziemy czekać. Musimy się dowiedzieć więcej. Powinniście mieć na nie oko, 

a ja spróbuję znaleźć jakieś wyjaśnienie.

- Cholera! -Elena uderzyła pięścią o ziemię. - Prawie... - Przerwała nagle, czując na 

sobie zdumione spojrzenia przyjaciół. Bonnie z wrażenia upuściła seler, a Matt zakrztusił się 

colą. Nawet Meredith i Stefano nie ukrywali zdziwienia. - Co?

Meredith pierwsza odzyskała mowę.

- Po prostu wczoraj... cóż, anioły nie klną.

- Czy tylko dlatego, że umarłam kilka razy, mam mówić „niech to kurczę kopnie” 

przez resztę życia? Nie ma mowy. Zamierzam być sobą, kimkolwiek jestem.

- Dobrze - zgodził się Stefano, całując ją w czubek głowy. Matt odwrócił wzrok. Elena 

tylko   poklepała   Stefano   po   ramieniu,   ale   w   myślach   przesłała   mu   głośne   „kocham   cię”. 

Wiedziała, że to usłyszy,  nawet jeżeli jej nie uda się odczytać  odpowiedzi. Udało jej się 

jednak - miała wrażenie, że wokół Stefano unosił się ciepły różany cień.

Czy to właśnie Bonnie nazywała aurą? Elena uświadomiła sobie, że przez cały dzień 

widziała wokół Stefano cień jasny, zimny, w kolorze zbliżonym do szmaragdu - o ile cień 

może być jasny. Teraz znów zieleń wracała, w miarę jak ustępował róż.

Rozejrzała   się   wokół,   przyglądając   się   pozostałym   przyjaciołom.   Bonnie   również 

otoczona była aurą w kilku bladych odcieniach różu. Meredith - głębokim, ciemnym fioletem. 

Matt - mocnym błękitem.

Przypomniało jej to, że aż do wczoraj - czy tylko do wczoraj? - widziała tak wiele 

rzeczy, których nikt inny nie widział. W tym coś, co ją wystraszyło.

Co to było? Wracały do niej fragmenty obrazów - drobne szczegóły, same w sobie 

dość straszne. To mogło być małe jak paznokieć albo rozmiarów muskularnego ramienia. 

Ciało pokryte czymś jakby korą. Czułki jak u owada, ale było ich bardzo wiele, były długie i 

poruszały   się   bardzo   szybko.   Było   w   tym   coś   odrażającego,   co   zawsze   czuła,   myśląc   o 

owadach. Więc to był jakiś robak. Ale robak zbudowany zupełnie inaczej niż jakikolwiek, 

którego   widziała.   Przypominał   bardziej   pijawkę   albo   kałamarnicę.   Miał   okrągły   otwór 

gębowy, otoczony ostrymi zębami i bardzo wiele macek, które poruszały się w powietrzu jak 

bicze.

To może się przyczepić do kogoś, pomyślała. Ale miała też przerażające przeczucie, 

że może zrobić dużo więcej.

Może stać się przezroczyste i wniknąć do wnętrza ciebie, a ty nie poczujesz nic poza 

ukłuciem.

background image

I co się wtedy stanie?

Zwróciła się do Bonnie.

- Czy sądzisz, że gdybym pokazała ci, jak coś wygląda, to potrafiłabyś to ponownie 

rozpoznać? Nie oczami...

- To zależy, jakie coś - odpowiedziała ostrożnie Bonnie. Elena spojrzała na Stefano, 

który nieznacznie skinął głową.

- Więc zamknij oczy - powiedziała.

Bonnie usłuchała. Elena dotknęła palcami wskazującymi jej skroni, a kciuki położyła 

delikatnie na jej powiekach. Próbowała uruchomić swoje moce. Wczoraj było to takie proste, 

a dziś wydawało jej się, że próbuje skrzesać ogień, uderzając o siebie dwoma kamieniami.

W końcu poczuła iskrę. Bonnie odsunęła się gwałtownie i otworzyła szeroko oczy.

- Co to było? - zawołała, oddychając ciężko.

- To, co widziałam wczoraj.

- Gdzie?

- W ciele Damona - odpowiedziała Elena powoli.

- Jak to? Czy on nad tym panował? Czy... czy... -Bonnie urwała, a jej oczy stały się 

jeszcze większe.

Elena dokończyła za nią.

- Czy to coś panowało nad nim? Nie wiem. Ale jedno, co wiem prawie na pewno, to 

to, że był pod wpływem malaka, kiedy zignorował twoje wezwanie.

- Pytanie brzmi: jeżeli nie Damon, to co kontrolowało tę istotę? - Stefano podniósł się 

niespokojnie. - Zobaczyłem obraz, który ci pokazała Elena. To nie jest coś, co ma własny 

umysł. Ktoś musi to kontrolować z zewnątrz.

- Na przykład inny wampir? - zapytała cicho Meredith. Stefano wzruszył ramionami.

- Wampiry zwykle je ignorują, bo potrafią same zdobyć wszystko, czego pragną. To 

musiała być bardzo potężna istota, skoro udało jej się użyć malaka do opanowania wampira. 

Potężna i zła.

- Ci tam - powiedział Damon ze swojego miejsca na gałęzi dębu - to właśnie oni. Mój 

młodszy brat i jego... przyjaciele.

- Cudownie - szepnął Shinichi. Usadowił się na gałęzi z jeszcze większą gracją i 

nonszalancją niż Damon. Nawet w tym zakresie rywalizowali ze sobą. Damon zauważył, jak 

oczy Shinichiego zabłysły raz i drugi na widok Eleny i na wzmiankę o Tami.

- Nawet mi nie mów, że nie masz nic wspólnego z tymi dziewczynami - dodał Damon. 

- Od Caroline do Tamry i dalej, taki jest plan, co?

background image

Shinichi pokręcił głową. Wpatrywał się w Elenę i zaczął nucić coś pod nosem. Coś o 

policzkach jak płatki róż i włosach jak złoto.

- Z tymi dziewczynami bym nie próbował. - Damon uśmiechnął się, chociaż wcale nie 

żartował. Zmrużył oczy. - To prawda, że wyglądają na mniej więcej równie mocne jak mokry 

papier toaletowy. Ale są dużo silniejsze, niż byś się spodziewał. Zwłaszcza jeżeli jedna z nich 

jest w niebezpieczeństwie.

- Mówiłem ci już, że to nie moja robota - powiedział Shinichi. Po raz pierwszy, odkąd 

się spotkali, wyglądał na zakłopotanego. - Ale możliwe, że znam sprawcę.

- Powiedz.

-   Czy   wspominałem   o   mojej   młodszej   siostrze   bliźniaczce?   Ma   na   imię   Misao.   - 

Uśmiechnął się szeroko. - To znaczy „dziewica”.

Damon natychmiast poczuł, jak rośnie jego apetyt, ale zignorował to. Było mu zbyt 

wygodnie, żeby myśleć teraz o polowaniu. Poza tym nie był pewien, czy można polować na 

kitsune - duchy lisy - do których Shinichi twierdził, że należy.

- Nie, nie wspominałeś - powiedział więc, drapiąc się po karku. Ślad po ukąszeniu 

zniknął, ale wciąż odczuwał swędzenie. - Musiało ci wylecieć z głowy.

- No więc ona gdzieś tu jest. Przybyła tu w tym czasie co ja, kiedy zobaczyliśmy 

rozbłysk mocy, jaki nastąpił przy powrocie... Eleny.

Damon był pewien, że Shinichi tylko udawał wahanie przed wypowiedzeniem imienia 

Eleny. Przechylił głowę, zrobił minę typu „nie myśl, że mnie oszukasz” i słuchał dalej.

- Misao lubi gry - powiedział krótko Shinichi.

- Och, tak? Szachy, warcaby, karty?

Shinichi zakaszlał teatralnie, ale Damon zdołał dostrzec czerwony błysk w jego oku. 

On   rzeczywiście   jest   nadopiekuńczy   wobec   niej,   pomyślał.   Posłał   mu   jeden   ze   swoich 

najjaśniejszych uśmiechów.

- Kocham ją - powiedział młody człowiek z czarnymi włosami, które wyglądały, jakby 

ich końcówki płonęły żywym ogniem. Tym razem w jego głosie słychać było otwartą groźbę.

- Oczywiście - odpowiedział Damon ugodowym tonem. - To widać.

- Ale, cóż, jej gry zwykle kończą się zniszczeniem jakiegoś miasta. Ostatecznie. Nie 

od razu.

Damon wzruszył ramionami.

- Nikt nie będzie żałował tej zabitej dechami dziury. Oczywiście, najpierw ja zabiorę 

stąd moje dziewczyny.

- Teraz to w jego głosie pojawiło się ostrzeżenie.

background image

-   Jak   sobie   życzysz.   -   Shinichi   wrócił   do   swojego   normalnego,   uległego   tonu. 

-Jesteśmy sojusznikami i dotrzymamy umowy. Inaczej szkoda by było tracić... to wszystko.

- Znów spojrzał w stronę Eleny.

- W każdym razie nie będziemy dyskutować o tym zgrzycie z twoimi malakami. Czy 

też jej malakami. Jestem pewien, że unicestwiłem przynajmniej trzy sztuki, ale jeżeli zobaczę 

jeszcze jednego, koniec naszej umowy. Nie chcesz mieć mnie za wroga, Shinichi. Uwierz mi.

Wyglądało na to, że na Shinichim zrobiło to wrażenie. Pokiwał grzecznie głową. Ale 

po chwili znów patrzył na Elenę i nucił swoją piosenkę o złotych włosach i mlecznobiałych 

ramionach.

- I chcę spotkać się z tą twoją Misao. Dla jej dobra.

- Wiem, że ona chce spotkać się z tobą. Jest teraz zajęta swoją intrygą, ale spróbuję ją 

oderwać na chwilę. - Shinichi przeciągnął się leniwie.

Damon przyglądał mu się przez chwilę, po czym też się przeciągnął.

Shinichi uśmiechnął się na ten widok.

Damona zdziwił ten uśmiech. Zauważył, że za każdym razem, gdy się uśmiecha, w 

oczach Shinichiego pojawiają się dwa małe szkarłatne płomienie.

Ale   był   zdecydowanie   zbyt   zmęczony,   by   teraz   o   tym   myśleć.   Zbyt   odprężony. 

Właściwie to czuł się senny...

-   Więc   będziemy   szukać   tych   malaków   u   dziewczyn   takich   jak   Tami   -   zapytała 

Bonnie.

- Właśnie takich jak Tami - przytaknęła Elena.

- I myślisz - wtrąciła Meredith - że Tami przejęła to jakoś od Caroline.

- Tak. Wiem, wiem, pytanie brzmi: skąd to się wzięło u Caroline? Tego nie wiem. Ale 

nie wiem też, nikt z nas nie wie, co się z nią działo, kiedy została porwana przez Klausa i 

Tylera Smallwooda. Nie mamy pojęcia, co robiła przez ostatni tydzień, poza tym,  że nie 

przestała nas nienawidzić.

Matt złapał się za głowę.

- I co potem zrobimy? Czuję się za to odpowiedzialny.

- Nie. Jimmy jest odpowiedzialny, jeżeli ktokolwiek. Jeżeli on... wiecie, spędził noc z 

Caroline, a potem pozwolił jej opowiedzieć o tym swojej piętnastoletniej siostrze... To nie 

czyni go jeszcze winnym, ale na pewno mógł być bardziej subtelny - powiedział Stefano.

- I tu się mylisz - zaoponowała Meredith. - Matt, Bonnie, Elena i ja znamy Caroline od 

lat i wiemy, do czego ona jest zdolna. Jeżeli ktokolwiek jest odpowiedzialny za to, co się 

dzieje, to my. I chyba powinniśmy wyciągnąć z tego wnioski. Proponujemy, żebyśmy do niej 

background image

pojechali.

- Popieram. - Bonnie westchnęła smutno. - Ale nie powiem, że nie mogę się doczekać. 

A jeżeli w niej nie siedzi jeden z tych malaków?

-   To   wtedy   trzeba   będzie   zbadać   sprawę   -   odpowiedziała   Elena.   -   Musimy   się 

dowiedzieć, kto stoi za tym wszystkim. To musi być ktoś wystarczająco silny, by wpływać na 

Damona.

- Cudownie. - Meredith miała ponurą minę. - A biorąc pod uwagę moc, jaka zbiera się 

pod tym miejscem, może to być w najgorszym razie... każdy w Fell's Church.

Pięćdziesiąt metrów na zachód i dziesięć do góry Damon próbował nie usnąć.

Shinichi przeczesał dłonią włosy. Spod zmrużonych powiek uważnie przypatrywał się 

Damonowi.

Damon chciał być równie uważny, ale czuł się po prostu zbyt senny. Powoli powtórzył 

gest   Shinichiego,   odsuwając   ze   swojego   czoła   kilka   czarnych   kosmyków.   Czuł,   jak  jego 

powieki stają się coraz cięższe. Shinichi wciąż się do niego uśmiechał.

- No to dobiliśmy targu - powiedział. - Misao i ja dostajemy miasto, a ty nie stajesz 

nam na drodze. Dostajemy prawa do linii mocy biegnących  pod nami. Ty zabierasz stąd 

bezpiecznie swoje dziewczyny i... masz okazję do zemsty.

- Na moim świątobliwym bracie i tym... tym Mutcie.

- Matcie - poprawił go Shinichi.

- Wszystko jedno. Nie pozwolę tylko, żeby coś stało się Elenie. Albo tej małej rudej 

wiedźmie.

- Ach, tak, słodka Bonnie. Nie wzgardziłbym taką jak ona, albo i dwiema.

Damon ziewnął.

- Nie ma dwóch takich, gdziekolwiek byś szukał. Jej też nie pozwolę skrzywdzić.

- A co z tą wysoką, ciemnowłosą pięknością... Meredith?

Damon się obudził.

- Gdzie?

- Nie obawiaj się, nie idzie tu - uspokoił go Shinichi. - Co ma się z nią stać?

- Och. - Damon się rozluźnił. - Niech idzie swoją drogą. Byle z dala ode mnie.

Shinichi również oparł się wygodniej.

- Z twoim bratem nie będzie problemu. Więc zostaje tylko ten chłopak na dole. - Ton, 

jakim to powiedział, nie zapowiadał dla Matta niczego dobrego.

- Tak. Ale mój brat... - Damon już niemal zasnął, dokładnie w takiej pozycji, jaką 

przyjął Shinichi.

background image

- Mówiłem ci, z nim nie będzie problemu.

- Mhm. To znaczy, dobrze.

- Więc umowa stoi?

- Mhm.

- Tak?

- Tak.

- Doskonale.

Tym razem Damon już nie odpowiedział. Spał. Śniło mu się, że anielsko złote oczy 

Shinichiego otworzyły się szeroko, żeby uważnie mu się przyjrzeć.

- Damon - usłyszał swoje imię, ale w jego śnie otwarcie oczu okazało się bardzo 

trudne. Zresztą i tak widział dobrze bez tego.

W  jego śnie Shinichi  pochylił  się nad nim,  przysuwając  swoją twarz  do jego tak 

blisko, że ich aury zmieszały się, podobnie jak zmieszałyby się ich oddechy, gdyby tylko 

Damon oddychał. Shinichi przyglądał mu się bardzo długo, jakby sprawdzał jego aurę, ale 

Damon wiedział, że dla nikogo z zewnątrz nie mogła ona być teraz zauważalna. Shinichi 

pozostał tak jednak przez chwilę, przyglądając się uważnie rysom jego bladej twarzy.

W końcu sięgnął ręką za jego głowę i dotknął miejsca po ukąszeniu komara.

- Dobrze ci idzie, co? - powiedział do czegoś, czego Damon nie mógł zobaczyć. Do 

czegoś wewnątrz niego. -Prawie udało ci się pokonać jego silną wolę, prawda?

Shinichi siedział przez chwilę w milczeniu, jakby obserwował kwitnące wiśnie, po 

czym zamknął oczy.

- Myślę - wyszeptał - że spróbujemy tego już niedługo. Bardzo niedługo. Ale najpierw 

musimy zdobyć jego zaufanie i pozbyć się jego rywala. Musi zostać taki, jak jest, wściekły, 

próżny, niezrównoważony. Musi ciągle myśleć o Stefano, o swojej nienawiści do Stefano, 

który zabrał mu jego anioła. Ja tymczasem zajmę się, czym trzeba. Potem zwrócił się do 

Damona.

- Sojusznicy, tak! - Zaśmiał się. - Nie, kiedy mam dostęp do twojej duszy. Czujesz, do 

czego mógłbym cię zmusić...

- Ale teraz - mówił znowu do czegoś wewnątrz Damona - mała uczta, żebyś urósł 

większy i silniejszy.

We śnie Shinichi odchylił się i ruchem ręki przywołał niewidoczne wcześniej malaki, 

żeby wdrapały się na drzewo. Zakradły się za głowę Damona i ukradkiem wślizgnęły do 

niego,   pojedynczo,   przez   jakąś   ranę,   o   której   nie   wiedział,   że   ją   ma.   Wrażenie,   jakie 

wywoływały ich miękkie, galaretowate ciała, było niemal nie do zniesienia...

background image

Shinichi znowu zaczął śpiewać.

We śnie Damon był wściekły. Nie z powodu tej historii z malakami. To było zbyt 

absurdalne. Był  wściekły,  bo wiedział,  że Shinichi ze snu obserwuje Elenę, która pakuje 

resztki   pikniku.   Obsesyjnie   śledzi   każdy   jej   ruch,   śpiewając   swoją   piosenkę   o   pięknej 

dziewczynie.

- Niezwykła kobieta ta twoja Elena - powiedział Shinichi. - Jeżeli przeżyje, to będzie 

moja na jedną noc, a może na kilka. - Delikatnie odsunął z czoła Damona kosmyk włosów. - 

Niewiarygodna aura, nie sądzisz? Dołożę starań, aby umarła pięknie.

Damon jednak pogrążony był w jednym z tych snów, w których nie można się ani 

poruszyć, ani odezwać.

Tymczasem sfora malaków nie przestawała wspinać się na drzewo i wpełzać przez 

kark do duszy Damona. Jeden, drugi, trzeci, dziesiąty, dwudziesty. Ciągle ich przybywało.

A Damon nie mógł się obudzić, chociaż czuł, że ze Starego Lasu nadciąga ich jeszcze 

więcej. Nie były ani martwe, ani żywe, nie miały płci, były tylko kapsułami mocy,  która 

pomoże Shinichiemu kontrolować umysł Damona z daleka.

Shinichi przyglądał się błyszczącemu szeregowi swoich sług. Wciąż śpiewał.

Damonowi śniło się, że słyszy słowo „zapomnij” szeptane przez setki głosów. A kiedy 

próbował sobie przypomnieć, o czym ma zapomnieć, ucichły.

Obudził się na drzewie sam. Całe jego ciało przeszywał ból.

background image

ROZDZIAŁ 16

Stefano zaskoczyła pani Flowers, która czekała na nich, kiedy wrócili z pikniku. Tym 

bardziej że miała im do powiedzenia coś, co nie dotyczyło jej ogródka.

- Na górze jest wiadomość dla ciebie - powiedziała, kiwając głową w stronę klatki 

schodowej. - Przyniósł ją jakiś ciemnowłosy młodzieniec, trochę podobny do ciebie. Nic nie 

chciał mi powiedzieć. Zapytał tylko, gdzie zostawić wiadomość.

- Ciemnowłosy młodzieniec? Damon? - zapytała Elena.

Stefano pokręcił głową.

- Czego on może chcieć?

Zostawił Elenę z panią Flowers i pobiegł na górę. Pod drzwiami znalazł kolorową 

kartkę   „Myślę   o   Tobie”,   bez   koperty.   Stefano   znał   swojego   brata   na   tyle   dobrze,   żeby 

wiedzieć, że na pewno za nią nie zapłacił - a przynajmniej nie pieniędzmi. Na odwrocie 

znalazł   słowa   napisane   czarnym   tuszem:   „Pomyślałem,   że   św.   Stefano   może   tego 

potrzebować. Spotkajmy się dziś w nocy przy drzewie, gdzie rozbili się ludzie. Nie później 

niż o 4.30. Mam nowiny.

D.”

To było wszystko... poza adresem internetowym.

Stefano miał już wyrzucić kartkę, ale powstrzymała go ciekawość. Włączył komputer 

i wpisał adres. Przez chwilę nic się nie działo. Potem na czarnym tle pojawiły się ciemnoszare 

litery. Człowiek z pewnością nawet by ich nie zauważył. Wampir musiał tylko trochę wytężyć 

wzrok.

Znudzony tym lapis-lazuli?

Chcesz wyjechać na wakacje na Hawaje?

Masz dość żywieniowej monotonii?

Przyjdź i odwiedź Shi no Shi.

Stefano miał już zamknąć stronę, ale coś przykuło jego uwagę. Wpatrywał się przez 

chwilę w niepozorną małą reklamę pod napisem, aż usłyszał, że Elena weszła do pokoju. 

Szybko   zamknął   stronę,   wyłączył   komputer   i   zabrał   od   niej   piknikowy   koszyk.   Nie 

powiedział nic o wiadomości ani o stronie internetowej. Ale w nocy myślał o tym cały czas.

- Stefano, połamiesz mi żebra! Udusisz mnie!

- Przepraszam. Po prostu muszę cię objąć.

- Cieszę się.

- Dziękuję, aniele.

background image

W   pokoju   z   wysokim   sufitem   było   całkiem   cicho.   Przez   otwarte   okno   do  środka 

wpadał blask księżyca, który wydawał się skradać po niebie, jakby nie chciał nikogo obudzić.

Damon się uśmiechnął. Wypoczął dobrze w ciągu dnia i zamierzał zabawić się przez 

noc.

Przedostanie się przez okno okazało się nie tak łatwe, jak na to liczył. Kiedy podleciał 

do niego pod postacią wielkiego kruka, miał zamiar usiąść na parapecie i tam zamienić się w 

człowieka. Okazało się jednak, że okno jest pułapką - niewidzialna nić mocy łączyła je z 

jedną z osób w pokoju. Damon zatrzymał się więc na parapecie, w zamyśleniu muskając 

piórka. Nie odważył się wlecieć do środka.

Nagle coś wylądowało obok niego. Takiego kruka na pewno nie widział nigdy żaden 

ornitolog.   Jego   pióra   były   wystarczająco   gładkie   i   w   większości   czarne,   ale   na   końcach 

zabarwione były na szkarłatno. A jego oczy były złote i błyszczące.

Shinichi? - zapytał Damon.

A kto inny? - odpowiedział cudowny kruk, wbijając w niego wzrok. Widzę, że masz 

problem. Ale da się go rozwiązać. Mogę ich uśpić tak głęboko, że pułapka nie zadziała.

Nie rób tego! Jeżeli tylko dotkniesz jednego z nich, Stefano...

Stefano to tylko chłopiec, pamiętasz? Zaufaj mi. Ufasz mi przecież, prawda?

Wszystko  zadziałało  tak, jak demonicznie  ubarwiony ptak zapowiedział.  Stefano i 

Elena zasnęli dużo mocniej. A potem jeszcze mocniej.

Chwilę później Damon zmienił kształt i znalazł się wewnątrz pokoju. Jego brat i... i 

ona... na którą zawsze musiał patrzeć... spała obok Stefano, obejmując go, a jej złote włosy 

spływały na poduszkę.

Z trudem oderwał od niej wzrok. Na biurku stał nieco przestarzały już komputer. 

Podszedł do niego i włączył go bez wahania. Stefano i Elena nawet się nie poruszyli.

Pliki...   aha.   Pamiętnik.   Jakże   oryginalna   nazwa.   Damon   otworzył   plik   i   przejrzał 

zawartość.

Drogi pamiętniku,

obudziłam się dziś rano i - cud nad cudami - znów jestem sobą. Chodzę, mówię, piję,  

moczę łóżko (no, tego nie zrobiłam, ale na pewno bym mogła).

Wróciłam.

Cóż to była za podróż.

Umarłam,   najdroższy   pamiętniku,   naprawdę   umarłam.   A   potem   umarłam   jako 

wampir. I nie oczekuj, że opiszę, co się działo po tamtej stronie - naprawdę, trzeba było to  

widzieć.

background image

Najważniejsze, że mnie nie było, ale wróciłam. Och, mój cierpliwy przyjacielu, który 

od lat przechowujesz moje sekrety... Jak się cieszę, że wróciłam.

Nie wszystko jest idealnie. Nigdy już nie będę mogła zobaczyć się z ciocią Judith ani z 

Margaret. Myślą, że „spoczywam w pokoju” z aniołami. Ale za to mam Stefano!

To   wystarczające   zadośćuczynienie   za   wszystko,   co   przeszłam.   Ale   nie   wiem,   jak 

odpłacić się tym, którzy dla mnie podążyli aż do bram piekła.

Jestem zmęczona i chcę spędzić noc z moim ukochanym.

Jestem bardzo szczęśliwa. Spędziliśmy przemiły dzień, śmiejąc się i całując, patrząc, 

jak po kolei moi przyjaciele przekonują się, że ja żyję! (I nie jestem szalona jak przez ostatnie  

kilka dni. Naprawdę nie wiem, dlaczego Wielkie Duchy nie mogły zrzucić mnie na ziemię w 

lepszym stanie. No cóż.)

Elena

Damon niecierpliwie przeglądał plik. Szukał czegoś trochę innego. O, tak, jest.

Najdroższa Eleno,

wiedziałem, że zajrzysz tu prędzej lub później. Miałem jednak nadzieję, że nie będziesz  

musiała. Jeżeli to czytasz, to znaczy, że Damon jest zdrajcą albo coś innego poszło strasznie  

źle.

Zdrajcą?   To   chyba   przesada,   pomyślał   urażony   Damon.   Czytał   jednak   dalej,  

niecierpliwiąc się, by zrealizować swój plan.

Wychodzę do lasu, żeby z nim porozmawiać. Jeżeli nie wrócę, będziesz wiedziała, 

kogo o mnie pytać.

Prawda jest taka, że nie wiem, o co chodzi. Dziś po południu zostawił mi kartkę z 

adresem internetowym. Znajdziesz ją pod poduszką.

Do licha, pomyślał Damon. Nie będzie łatwo wyciągnąć kartki, nie budząc Eleny. Ale 

będzie musiał to zrobić.

Eleno, wejdź na tę stronę. Będziesz musiała pogrzebać w ustawieniach jasności, bo 

strona przygotowana jest tylko dla wzroku wampirów. Jest tam napisane, że istnieje miejsce  

zwane Shi no Shi - dosłownie Śmierć Śmierci, gdzie mogą usunąć klątwę, która wisi nade mną 

od pięciuset lat. Używają magii i medycyny, by zmienić wampiry w zwykłych śmiertelników,  

mężczyzn i kobiety, chłopców i dziewczęta.

Jeżeli naprawdę mogą to zrobić, Eleno, to będziemy mogli być razem tak długo, jak  

długo żyją zwyczajni ludzie. Niczego więcej nie pragnę.

Chcę życz tobą jako zwykły, oddychający, jedzący człowiek.

Ale nie przejmuj się. Porozmawiam tylko o tym z Damonem. Nie musisz mi mówić, że  

background image

mam zostać. Nigdy nie zostawiłbym cię samej z tym wszystkim, co dzieje się w Fell's Church.  

Jest tu dla ciebie zbyt niebezpiecznie, zwłaszcza z twoją nową krwią i nową aurą.

Mam świadomość tego, że ufam  Damonowi bardziej niż powinienem. Ale jednego 

jestem pewien: ciebie nigdy by nie skrzywdził. Kocha cię. Co może na to poradzić?

Niemniej muszę się z nim spotkać na jego warunkach, sam w określonym miejscu w  

lesie. Zobaczymy, co będzie.

Jak już pisałem, jeżeli czytasz ten list, to znaczy, że coś poszło drastycznie źle. Broń  

się, kochana. Nie bój się. Zaufaj sobie i swoim przyjaciołom. Oni mogą ci pomóc.

Ja   ufam   w   opiekuńczość   Matta,   w   chłodny   umysł   Meredith,   w   intuicję   Bonnie.  

Powiedz im, żeby o tym pamiętali.

Mam nadzieję, że nigdy nie będziesz musiała tego przeczytać.

Kocham cię z całego serca i całej duszy,

Stefano

PS   Na   wszelki   wypadek   ukryłem   dwadzieścia   tysięcy   dolarów   w   studolarowych 

banknotach pod podłogą, po drugą deską od ściany, za łóżkiem. W tej chwili stoi na niej fotel.  

Jeżeli go przesuniesz, zobaczysz szparę.

Damon   ostrożnie   wykasował   list   Stefano.   Potem,   uśmiechając   się   przebiegle,   w 

milczeniu napisał nową wiadomość z nieco innym morałem. Przeczytał ją. Uśmiechnął się 

szeroko.   Zawsze   marzył   o   tym,   żeby   zostać   pisarzem.   Nie   miał   oczywiście   żadnego 

wykształcenia w tej dziedzinie, ale czuł, że ma talent.

Etap pierwszy został zrealizowany, pomyślał, zapisując plik ze swoim listem. Po czym 

bezszelestnie podszedł do łóżka.

Czas na etap drugi.

Powoli, bardzo powoli, wsunął rękę pod poduszkę Eleny. Czuł na dłoni jej włosy, 

połyskujące w świetle księżyca. Ból, który go przeszył, był bólem serca bardziej nawet niż 

kłów Przesuwając rękę pod poduszką, szukał kartki. Elena mruczała coś przez sen. Nagle 

obróciła się w jego stronę. Damon niemal odskoczył, ale jej oczy były zamknięte. Ciemne 

rzęsy odcinały się na bladych policzkach.

Teraz,   gdy   była   zwrócona   twarzą   do   niego,   można   by   się   spodziewać,   że   wzrok 

Damona przyciągną delikatne żyły widoczne na jej mlecznobiałej szyi. Zamiast tego jednak 

wpatrywał się obsesyjnie w jej nieznacznie rozchylone wargi. Były... Niemal nie mógł się im 

oprzeć. Nawet we śnie miały kolor płatków róży, były lekko wilgotne i rozchylone w ten 

sposób...

Mogę to zrobić bardzo lekko. Nigdy się nie dowie. Mogę, wiem, że mogę. Dziś jestem 

background image

niepokonany.

Kiedy pochylał się nad nią, jego palce dotknęły kartki.

Otrząsnął   się  ze   swojej   niemal   zrealizowanej   fantazji.   Co  mu   strzeliło   do   głowy? 

Ryzykować wszystko, wszystkie swoje plany i pragnienia dla pocałunku? Będzie mnóstwo 

czasu na pocałunki - i na wiele innych, ważniejszych rzeczy -później.

Bardzo ostrożnie wyciągnął kartkę spod poduszki i włożył ją do kieszeni, po czym 

przemienił się w kruka i odleciał.

Stefano już dawno opanował sztukę budzenia się o zamierzonej godzinie. Zrobił to 

również teraz. Rzucił okiem na budzik na stoliku nocnym i upewnił się, że jest czwarta rano.

Nie chciał budzić Eleny.

Ubrał się bezszelestnie i wyszedł tą samą drogą co jego brat, tyle że pod postacią 

sokoła. Gdzieś w nim czaiło się podejrzenie, że Damon jest manipulowany przez kogoś, kto 

używa malaków, aby uczynić z niego swoją marionetkę. Czuł, że ma obowiązek powstrzymać 

go, kimkolwiek był.

Wiadomość, którą zostawił Damon, polecała mu udać się pod drzewo, przy którym 

rozbili   się   ludzie.   Damon   widocznie   chciał   wrócić   w   to   miejsce,   żeby   wyśledzić   istotę 

kontrolującą malaki.

Stefano leciał jak na sokoła przystało, szybując wysoko i pikując od czasu do czasu. 

Raz o mało nie przyprawił niewinnej myszy o zawał serca, gdy przeleciał kilka centymetrów 

nad jej głową.

W końcu, gdy zobaczył wyraźne ślady wypadku, jeszcze w powietrzu przemienił się z 

potężnego   ptaka   w  młodego  człowieka   z  ciemnymi   włosami,  bladą  twarzą   i  intensywnie 

zielonymi oczami.

Opadł na ziemię lekko jak płatek śniegu. Rozejrzał się na wszystkie strony, wytężając 

wampirze  zmysły,  by zbadać teren.  Nie wyczuwał  żadnej  pułapki, żadnej  niechęci,  tylko 

niezatarte ślady okrutnej walki, która została tu stoczona. Wciąż w postaci ludzkiej wspiął się 

na jedno z drzew, wyczuwając, że to na tym siedział wtedy Damon.

Nie poczuł dreszczu, wspinając się na dąb, z którego jego brat w spokoju przyglądał 

się śmiertelnym zmaganiom. Stefano miał na to zbyt wiele krwi Eleny w żyłach. Zauważył 

jednak, że w tej części lasu panuje dziwny chłód, jakby coś rozmyślnie zaniżało temperaturę. 

Ale dlaczego? I co to było? I tak będzie musiało prędzej czy później się z nim skonfrontować, 

jeżeli chce pozostać w Fell's Church, więc na co czeka?

Wyczuł obecność Damona w pobliżu długo przed tym, kiedy zauważyłyby to jego 

zmysły sprzed przemiany Eleny. Wzdrygnął się instynktownie. Oparł się plecami o gałąź i 

background image

rozejrzał. Wiedział, że Damon pędzi w jego stronę, coraz szybciej i szybciej, coraz silniejszy, 

i że powinien stać już tam przed nim, ale wciąż go nie ma.

Zmarszczył brwi.

- Zawsze warto spojrzeć w górę, braciszku - doradził uprzejmy głos dochodzący z 

góry. Damon zeskoczył ze swojej gałęzi i wylądował obok Stefano.

Stefano milczał przez chwilę, przyglądając mu się tylko.

- Widzę, że jesteś w dobrym humorze - powiedział w końcu.

- Miałem wyjątkowo udany dzień. Mam je wymienić?  Ta dziewczyna  z kiosku z 

kartkami... Elizabeth i moja droga przyjaciółka Damaris, której mąż pracuje w Bronston, i 

młoda Teresa, wolontariuszka w bibliotece, i...

Stefano westchnął.

- Czasem mam wrażenie, że pamiętasz imię każdej dziewczyny, której krew wypiłeś, 

ale regularnie zapominasz moje.

- Bzdura... braciszku. Teraz, skoro Elena bez wątpienia wyjaśniła ci, co się stało, gdy 

próbowałem uratować tę twoją malutką wiedźmę, Bonnie, chyba należą mi się przeprosiny.

-   A   skoro   ty   wysłałeś   mi   wiadomość,   którą   można   odczytywać   jedynie   jako 

prowokację, mnie chyba należy się wyjaśnienie.

- Najpierw przeprosiny - upierał się Damon. A potem dodał cierpiętniczym tonem. - 

Wiem, że musisz żałować obietnicy złożonej umierającej Elenie, że będziesz zawsze się o 

mnie troszczył. Ale chyba nie pomyślałeś nigdy o tym, że ja musiałem przysiąc to samo, a ja 

nie jestem z tych, którzy lubią troszczyć się o innych. Teraz, skoro ona znowu żyje, może 

powinniśmy o tym zapomnieć.

Stefano westchnął ponownie.

-   W   porządku,   już   dobrze.   Przepraszam.   Myliłem   się.   Nie   powinienem   był   cię 

wyrzucić. Czy to wystarczy?

- Nie jestem pewien, czy przeprosiny były szczerze. Spróbuj jeszcze raz, z uczuciem...

- Damon, na Boga, co to była za strona internetowa?

- Och. Spodobało mi się to. Bardzo sprytne: ustawić takie kolory, żeby tylko wampiry, 

wiedźmy i tym podobne mogły to odczytać, podczas gdy ludzie zobaczą tylko pusty ekran.

- Ale jak się o tym dowiedziałeś?

- Zaraz ci powiem. Ale tylko pomyśl o tym, braciszku. Ty i Elena podczas cudownego 

miesiąca miodowego, po prostu dwoje ludzi w ludzkim świecie. Im wcześniej się tam udasz, 

tym szybciej się z tym ludzkim światem pożegnasz, skądinąd.

- Wciąż nie powiedziałeś, jak trafiłeś na tę stronę.

background image

-   W   porządku,   przyznaję,   era   technologii   w   końcu   dosięgła   i   mnie.   Mam   własną 

stronę. I pewien życzliwy młody człowiek skontaktował się ze mną, żeby sprawdzić, czy to, 

co   na   niej   wypisałem,   jest   szczere,   czy   może   po   prostu   jestem   sfrustrowanym   idealistą. 

Pomyślałem, że to ostatnie wyrażenie pasuje do ciebie.

- Ty? Stronę internetową? Nie wierzę. Damon zignorował to.

- Przekazałem ci tę wiadomość, bo sam już wcześniej słyszałem o tym miejscu, Shi no 

Shi.

- Śmierć Śmierci.

- Tak się to tłumaczy. - Damon posłał mu uśmiech tak promienny, że Stefano musiał 

w końcu odwrócić wzrok, nie mogąc tego znieść.

-   Skądinąd   -   kontynuował   Damon   -   zaprosiłem   tego   chłopaka,   żeby   sam   ci   to 

wytłumaczył.

- Co zrobiłeś?

-   Powinien   tu   być   dokładnie   o   czwartej   czterdzieści   cztery.   Nie   ja   wybrałem   tę 

godzinę, ale dla niego to ma duże znaczenie.

Nagłe,   z   niewielkim   szumem,   ale   bez   żadnego   poruszenia   mocy,   które   Stefano 

potrafiłby   zauważyć,   coś   wylądowało   na   gałęzi   nad   nim,   a   potem   zeskoczyło   na   ich 

wysokość, przybierając ludzką postać.

Był to rzeczywiście młody człowiek z ogniście czerwonymi końcówkami czarnych 

włosów i szczerym wyrazem złotych oczu. Stefano odwrócił się w jego stronę, gotowy do 

walki. Chłopak podniósł ręce w obronnym geście.

- Kim ty jesteś, do diabła?

-   Jestem   piekielnym   Shinichi   -   odpowiedział   beztrosko.   -   Ale,   jak   już   mówiłem 

twojemu bratu, większość ludzi nazywa mnie po prostu Shinichi. Ty rób, jak wolisz.

- I wiesz wszystko o Shi no Shi.

- Nikt nie wie wszystkiego. To miejsce oraz organizacja. Ja mam do nich słabość, bo, 

cóż, lubię pomagać ludziom - wyznał nieśmiało Shinichi.

- A teraz chcesz pomóc mnie.

- Jeżeli naprawdę chcesz zostać człowiekiem... znam pewien sposób.

- Może was zostawię, żebyście o tym porozmawiali. Trochę ciasno się zrobiło na tej 

gałęzi.

Stefano rzucił mu surowe spojrzenie.

- Jeżeli choćby przyszło ci do głowy zajrzenie do pensjonatu...

- Braciszku, zlituj się. Damaris na mnie czeka. Damon zmienił się w kruka, zanim 

background image

Stefano zdążył zażądać od niego przysięgi.

Elena obróciła się w łóżku, sięgając ręką, by objąć Stefano. Trafiła jednak na puste 

miejsce. Otworzyła oczy.

- Stefano?

Kochany. Byli tak mocno związani, że mogliby być jedną osobą. Zawsze wiedział, 

kiedy Elena się obudzi. Pewnie zszedł na dół po śniadanie - pani Flowers miała je już zawsze 

gotowe, gdy się zjawiał (kolejny dowód na to, że była dobrą czarownicą).

- Eleno - powiedziała do siebie, sprawdzając, jak brzmi jej stary - nowy głos. - Eleno 

Gilbert, dziewczyno, zjadłaś już za dużo śniadań w łóżku - poklepała się po brzuchu. Tak, 

zdecydowanie przydałoby jej się trochę ruchu.

- Dobra - kontynuowała monolog. - Może najpierw się podnieś. A potem trochę się 

porozciągaj. -Jak tylko Stefano wróci, pomyślała, możesz przerwać.

Ale   Stefano   nie   wracał,   chociaż   po   półgodzinnych   ćwiczeniach   położyła   się   z 

powrotem do łóżka. Nie słyszała go też na schodach.

Gdzie on jest?

Elena wyjrzała przez okno i zobaczyła na dole panią Flowers.

Jej   serce   zaczęło   bić   szybciej   podczas   ćwiczeń   i   teraz   wyraźnie   nie   zamierzało 

zwolnić.   Próba   nawiązania  rozmowy  z   panią   Flowers,  krzycząc  przez  okno,  była   z  góry 

skazana na porażkę, ale postanowiła ją jednak podjąć.

- Pani Flowers?

O dziwo, starsza pani przerwała wieszanie prania i spojrzała w górę.

- Tak, Eleno?

- Gdzie jest Stefano?

Wiatr   uniósł  jedno  z  prześcieradeł   tak,  że  zasłoniło   panią  Flowers. Gdy opadło  z 

powrotem, już jej nie było. Kosz z praniem stał jednak na miejscu.

- Proszę nie odchodzić! - zawołała Elena. Ubrała się szybko i zbiegła po schodach do 

ogródka.

- Pani Flowers!

- Tak, Eleno?

- Czy widziała pani Stefano?

- Nie dzisiaj.

- Nie?

- Wstałam o świcie, jak zawsze. Nie było już jego samochodu. Od tamtej pory nie 

wrócił.

background image

Serce Eleny biło rekordy liczby uderzeń na minutę. Zawsze bała się, że coś takiego w 

końcu nastąpi. Wzięła głęboki oddech i sprintem wbiegła z powrotem na górę.

Wiadomość...

Nie opuściłby jej bez słowa. Na poduszce Stefano nic nie leżało. Wsunęła dłoń pod 

swoją poduszkę, a potem pod jego. Bała się je podnieść, bo tak bardzo chciała, żeby się 

okazało, że leży tam jednak zostawiona przez niego kartka.

W końcu, gdy było już jasne, że pod poduszkami znajduje się tylko prześcieradło, 

podniosła je i przez chwilę wpatrywała się w puste łóżko. Potem odsunęła je od ściany, by 

sprawdzić, czy coś nie spadło.

Czuła, że jeżeli tylko będzie szukać wytrwale, w końcu coś znajdzie. Ściągnęła pościel 

z łóżka i przyjrzała jej się dokładnie.

Pomyślała, że to dobry znak- skoro nie ma wiadomości, to Stefano nie odszedł. Starała 

się, bardzo się starała nie widzieć, że jego część szafy jest pusta.

Zabrał wszystkie ubrania.

I wszystkie buty.

Nie żeby miał ich tak wiele. Ale wszystko, czego potrzebował, zniknęło. I on zniknął.

Dlaczego? Dokąd odszedł? Jak mógł?

Nawet jeżeli odszedł tylko po to, żeby znaleźć dla nich nowe miejsce do zamieszkania, 

jak mógł? Gdy wróci, dostanie burę swojego życia...

...o ile wróci.

Przerażona,   czując,   że   łzy   mimowolnie   spływają   po   jej   policzkach,   miała   już 

zadzwonić do Meredith i Bonnie, kiedy przypomniała sobie o ostatnim miejscu, którego nie 

sprawdziła.

Pamiętnik.

background image

ROZDZIAŁ 17

Przez pierwsze dni po jej powrocie z zaświatów  Stefano wcześnie kładł Elenę do 

łóżka, upewniał się, że jest jej ciepło, po czym pozwalał jej pracować z nim na komputerze, 

pisząc   pamiętnik   z   jej   myślami   o   wydarzeniach   ostatniego   dnia   i   jego   własnymi 

komentarzami.

W rozpaczliwym pośpiechu otworzyła teraz plik i przewinęła tekst do końca.

Znalazła wiadomość.

Najdroższa Eleno,

wiedziałem, że zajrzysz tu prędzej łub później. Mam nadzieję, że nastąpiło to prędzej.

Kochana,   wierzę,   że   potrafisz   teraz   sama   o   siebie   zadbać.   Nigdy   nie   widziałem 

silniejszej albo bardziej niezależnej dziewczyny.

A to znaczy, że już czas. Czas, abym odszedł. Nie mogę zostać dłużej, jeżeli nie chcę 

przemienić cię w wampira. Oboje wiemy, że nie możemy do tego dopuścić.

Proszę, wybacz mi. Proszę, zapomnij o mnie. Och, miłości moja, nie chcę odchodzić,  

ale muszę.

Jeżeli będziesz potrzebowała pomocy, Damon dał słowo, że będzie cię chronił. Nigdy  

by cię nie skrzywdził. Cokolwiek złego dzieje się w Fell's Church, przy nim będziesz na pewno 

bezpieczna.

Moja kochana, mój aniele, zawsze będę cię kochał...

Stefano

PS Żeby pomóc ci w nowym - starym życiu, zostawiłem pieniądze dla pani Flowers na  

opłacenie pokoju przez następny rok. Ponadto schowałem dwadzieścia tysięcy dolarów w  

studolarowych banknotach pod podłogą, pod drugą deską od ściany, za łóżkiem. Użyj ich, by  

zbudować sobie nową przyszłość, z kimkolwiek zechcesz.

Pamiętaj, jeżeli czegokolwiek będziesz potrzebować, Damon ci pomoże. Możesz mu 

zaufać, jeżeli będziesz potrzebowała rady. Och, najsłodsza moja, jak mam odejść? Nawet  

jeżeli to dla twojego dobra...

Elena skończyła czytać list.

Siedziała w bezruchu.

Po długim poszukiwaniu znalazła odpowiedź.

Nie wiedziała teraz, co ma zrobić. Chciała krzyczeć.

Jeżeli potrzebujesz pomocy, zwróć się do Damona... Możesz mu zaufać... Ten list nie 

mógłby bardziej schlebiać Damonowi, nawet gdyby sam go napisał.

background image

Stefano odszedł. Jego ubrania zniknęły. Jego buty też.

Zostawił ją.

Zacznij nowe życie...

W takim stanie zastały ją Meredith i Bonnie, zaniepokojone tym,  że przez  ponad 

godzinę nie odbierała telefonu. Nie mogły też dodzwonić się do Stefano - po raz pierwszy, 

odkąd pojawił się na ich prośbę, by zabić potwora. Ale ten potwór już nie żył, a Elena...

Elena siedziała przed szafą Stefano.

- Zabrał nawet buty - powiedziała głosem pozbawionym jakiegokolwiek wyrazu. - 

Zabrał wszystko. Ale zapłacił za pokój za następny rok. A wczoraj kupił mi nowego jaguara.

- Eleno...

- Nie widzicie?  - zawołała.  - To jest moje  przebudzenie.  Bonnie przewidziała,  że 

będzie niespodziewane i gwałtowne i że będę potrzebowała, żebyście były przy mnie. A co z 

Mattem?

- Nie był wymieniony w proroctwie - odpowiedziała ponuro Bonnie.

- Ale chyba będziemy potrzebowały jego pomocy - dodała Meredith.

- Kiedy Stefano i ja byliśmy razem, zaraz na początku, zanim zostałam wampirem, 

zawsze wiedziałam - szeptała Elena - że przyjdzie dzień, kiedy będzie próbował mnie opuścić 

dla mojego dobra. - Nagle uderzyła pięścią o podłogę, tak mocno, że mogła zrobić sobie 

krzywdę. -Wiedziałam to, ale miałam nadzieję, że będę miała szansę przekonać go, żeby tego 

nie robił. On jest taki szlachetny, taki skłonny do poświęceń... Odszedł...

- Tobie naprawdę jest wszystko jedno - powiedziała cicho Meredith, przyglądając się 

jej - czy zostaniesz człowiekiem, czy staniesz się wampirem.

- Masz rację, wszystko mi jedno! Dopóki jestem z nim, wszystko mi jedno. Kiedy 

byłam na pół duchem, wiedziałam, że nic mnie nie przemieni. Teraz jestem człowiekiem i 

jestem podatna na przemianę jak każdy inny człowiek. Ale to nie ma znaczenia.

- Może to jest przebudzenie - szepnęła Meredith.

-   Och,   może   to,   że   nie   przyniósł   rano   śniadania   jest   przebudzeniem!   -   zawołała 

wzburzona   Bonnie.   Wpatrywała   się   w   płomień   od   ponad   trzydziestu   minut,   próbując 

nawiązać   kontakt   ze   Stefano.   -   Nie   chce   albo   nie   może.   -   Dopiero   gdy   to   powiedziała, 

zauważyła, że Meredith gwałtownie kręci głową.

- Jak to „nie może”? - zawołała Elena, podnosząc się z podłogi.

- Nie wiem! Eleno, ranisz mnie!

- Czy coś mu grozi? Bonnie, pomyśl! Czy spotyka go krzywda z mojego powodu?

Bonnie   rzuciła   okiem   na   Meredith,   która   każdym   centymetrem   swojego   ciała 

background image

nadawała   jednoznaczny   komunikat:   „nie”.   Potem   spojrzała   na   Elenę,   która   domagała   się 

prawdy Zamknęła oczy.

- Nie jestem pewna.

Otworzyła oczy powoli, spodziewając się, że Elena wybuchnie. Ale ona nie zrobiła nic 

takiego. Po prostu zacisnęła mocno wargi.

-   Dawno   temu   przysięgłam,   że   będzie   mój,   choćby   miało   to   zabić   nas   oboje   - 

powiedziała po chwili. - Jeżeli wydaje mu się, że może po prostu mnie zostawić, dla mojego 

dobra czy z jakiegokolwiek innego powodu, to się myli. Pójdę najpierw do Damona, skoro 

Stefano tak bardzo na tym zależy. A potem będę go szukać. Znajdę jakiś trop. Zostawił mi 

dwadzieścia tysięcy dolarów. Wykorzystam je, by go odnaleźć. Jeżeli samochód się zepsuje, 

będę szła piechotą. Jeżeli nie będę mogła już iść, będę się czołgać. Ale znajdę go.

- Nie pójdziesz sama - zapewniła ją Meredith. -Jesteśmy z tobą, Eleno.

- A on, jeżeli zrobił to z własnej woli, pożałuje jak nigdy w życiu.

- Jak sobie tylko życzysz. Ale najpierw go znajdźmy.

- Wszystkie za jedną i jedna za wszystkie! - zawołała Bonnie. - Ściągniemy go z 

powrotem i damy mu nauczkę...

albo nie - dorzuciła szybko, widząc, że Meredith znów kręci głową. - Eleno, nie! Nie 

płacz! Elena zaniosła się szlochem.

- Więc Damon powiedział, że zajmie się Eleną, i to on przypuszczalnie ostatni widział 

Stefano   dziś   rano.  -   powiedział   Matt,   kiedy   dziewczyny   sprowadziły  go   do  pensjonatu   i 

wyjaśniły mu sytuację.

- Tak  - odpowiedziała  Elena  zdecydowanym  tonem.  -Ale, Matt, mylisz  się,  jeżeli 

myślisz, że Damon zrobiłby cokolwiek, żeby go zabrać ode mnie. Damon nie jest taki, jak 

wszyscy myślicie. On naprawdę próbował uratować Bonnie tamtej nocy. I naprawdę poczuł 

się zraniony, gdy zamiast wdzięczności zobaczył waszą nienawiść.

- Co dowodzi, że miał motyw - zauważyła Meredith.

- Nie, to dowodzi, że ma serce, że potrafi się troszczyć o ludzi - zaprotestowała Elena. 

- Nigdy nie skrzywdziłby Stefano. Z mojego powodu. Wie, jakbym się czuła.

- Więc czemu mi nie odpowiada? - zapytała Bonnie.

- Może dlatego, że ostatnim razem, gdy nas widział, wyglądaliśmy, jakbyśmy chcieli 

go rozszarpać - odparła zawsze sprawiedliwa Meredith.

- Powiedz mu, że go przepraszam - zaproponowała Elena. - Powiedz, że chcę z nim 

porozmawiać.

-   Czuję   się   jak   satelita   komunikacyjny   -   poskarżyła   się   Bonnie,   ale   oczywiście 

background image

wkładała w swoje zadanie całe serce i całą energię. Wyglądała już na wykończoną.

W końcu Elena musiała przyznać, że to na nic się zda.

- Może się opamięta i sam cię wezwie - spróbowała Bonnie. - Może jutro.

- Zostaniemy z tobą dziś w nocy - oznajmiła Meredith. - Bonnie, dzwoniłam do twojej 

siostry i powiedziałam, że będziesz u mnie. Zadzwonię teraz do taty i powiem, że jestem u 

ciebie. Matt, ty nie jesteś zaproszony...

- Dzięki - odpowiedział kwaśno Matt. - Czy mam wrócić do domu piechotą?

-   Nie,   możesz   wziąć   mój   samochód   -   zaoferowała   Elena.   -   Ale   przywieź   go   z 

powrotem wcześnie rano. Nie chcę, żeby ludzie zaczęli zadawać pytania.

Wieczorem trzy dziewczyny przygotowały się do snu. Pani Flowers dostarczyła im 

dodatkowych koców i prześcieradeł (nic dziwnego, że zrobiła dziś rano takie duże pranie - 

musiała się spodziewać dziewczyn, pomyślała Elena). Odsunęły meble pod ścianę i rozłożyły 

na podłodze śpiwory. Leżały z głowami zwróconymi do środka, jak szprychy w kole.

Więc to jest przebudzenie.

Uświadomienie sobie, że jednak mogę znów być sama. Och, jak jestem wdzięczna, że 

mam Bonnie i Meredith. Bardziej, niż da się to wyrazić.

Z   przyzwyczajenia   podeszła   do   komputera,   żeby   wprowadzić   kolejny   wpis   do 

pamiętnika. Ale po kilku pierwszy słowach znów zaczęła płakać. W duchu ucieszyła się, gdy 

Meredith niemal siłą odciągnęła ją od komputera i kazała wypić gorące mleko z wanilią, 

cynamonem i gałką muszkatołową. A potem Bonnie położyła ją do łóżka i trzymała za rękę, 

aż usnęła.

Matt został z nimi parę godzin. Kiedy wracał, słońce już zachodziło. Ścigam się z 

ciemnością,   pomyślał   nagle.   Nie   pozwalał   sobie,   by   rozpraszał   go   zapach   nowości   we 

wnętrzu jaguara. Nie mógł jednak powstrzymać się od rozważania tego, co się stało. Nie 

powiedział   nic   dziewczynom,   ale   miał   wrażenie,   że   coś   było   nie   tak   z   pożegnalną 

wiadomością Stefano. Musiał tylko upewnić się, że tego wrażenia nie wywołuje jego urażona 

duma.

Dlaczego Stefano w ogóle o nich nie wspomniał? O przyjaciołach Eleny, którzy byli 

przy niej zawsze i są także teraz. Można by się spodziewać, że przynajmniej wspomni o 

dziewczynach, nawet jeżeli pogrążony w bólu zapomniał o Matcie.

Czy to wszystko? Było w tym liście coś jeszcze niepokojącego, ale Matt nie mógł tego 

sprecyzować. Wszystko, co przyszło mu do głowy, to wspomnienie zeszłego roku w szkole 

i... tak, pani Hilden, nauczycielki angielskiego.

Nawet rozmyślając o tym  wszystkim,  uważnie przyglądał się drodze. Nie dało się 

background image

dojechać   z   pensjonatu   do   centrum   Fell's   Church,   omijając   Stary   Las.   Miał   się   więc   na 

baczności.

Mijając   zakręt,   zobaczył   przewrócone   drzewo.   Zdążył   zahamować   z   piskiem, 

zatrzymując samochód w poprzek drogi.

Musiał się teraz zastanowić.

Jego   pierwszą   instynktowną   reakcją   było:   wezwać   Stefano.   On   mógłby   po   prostu 

podnieść   to   drzewo   z   drogi.   Ale   szybko   przypomniał   sobie,   że   to   nie   wchodzi   w   grę. 

Zadzwonić do dziewczyn?

Nie mógł się do tego zmusić. Nie chodziło tylko o męską dumę, ale też o empiryczną 

rzeczywistość, w której przed nim leżało wielkie, stare drzewo. Gdyby nawet próbowali we 

czwórkę, i tak by go nie ruszyli.

Przewróciło się dokładnie w poprzek drogi, jakby umyślnie chciało odciąć pensjonat 

od miasta.

Ostrożnie   opuścił   szybę   po   stronie   kierowcy   Wytężył   wzrok,   próbując   dojrzeć 

korzenie drzewa. Albo jakikolwiek ruch, prawdę mówiąc. Ale nic nie zobaczył.

Nie dostrzegł korzeni, ale drzewo wyglądało na zdecydowanie zbyt zdrowe, żeby tak 

po prostu przewrócić się w słoneczne letnie popołudnie. Nie było wiatru, deszczu, błyskawic 

ani nawet bobrów. Ani drwali.

Rów po prawej stronie drogi wyglądał jednak na całkiem płytki, a korona drzewa nie 

sięgnęła do niego. Może dałoby się...

Coś się poruszyło.

Nie w lesie, ale na drzewie przed nim. Coś poruszyło jego gałęziami i nie był to wiatr.

Kiedy to zobaczył, wciąż nie mógł uwierzyć. To był pierwszy problem. Drugi był taki, 

że siedział w nowym jaguarze Eleny, a nie w swoim gruchocie. W panice próbując zamknąć 

okno, nie potrafiąc oderwać wzroku od tego czegoś, co właśnie zeskoczyło z drzewa, nie 

mógł znaleźć odpowiedniego przycisku.

Najważniejszy problem był jednak taki, że to coś było piekielnie szybkie. Dosłownie.

Zanim Matt się zorientował, próbowało już wskoczyć do środka.

Nie wiedział, co Elena pokazała Bonnie na pikniku. Ale jeżeli to, co widział, nie było 

malakiem, to co to było? Mieszkał niedaleko lasu przez całe życie i nigdy nie widział owada 

choć trochę podobnego do tego.

Bo to był owad. Jego skóra przypominała korę drzewa, ale to był tylko kamuflaż. 

Kiedy   odbiło   się   od   okna,   usłyszał   charakterystyczny   szczęk   chitynowego   pancerza. 

Stworzenie   było   długie   jak   jego   ramię   i   wydawało   się   latać   dzięki   okrężnemu   ruchowi 

background image

licznych macek - co nie powinno być możliwe.

Jeszcze raz spróbowało dostać się do środka, zanim Matt zdążył podnieść szybę do 

końca. Tym razem wcisnęło głowę oraz część macek i zaklinowało się.

Było zbudowane raczej jak pijawka albo kałamarnica niż owad. Długie, smukłe macki 

wyglądały trochę jak pnącza winorośli, ale były  grubsze od kciuka i zakończone dużymi 

ssawkami, w których znajdowało się coś ostrego. Zęby.

Jedna macka owinęła się wokół szyi Matta. Poczuł jednocześnie, jak traci oddech i jak 

małe zęby wgryzają się w jego kark.

Macka owinęła się trzy lub cztery razy i zaczęła zaciskać na jego szyi. Musiał chwycić 

ją i szarpnąć jedną ręką, drugą usiłował wypchnąć stworzenie z samochodu. Okazało się, że 

owad ma otwór gębowy, choć nie ma oczu. Jak cała bestia, otwór był okrągły. Otaczały go 

zęby. Głęboko w środku, co Matt zauważył, gdy paszcza stworzenia zaczęła zamykać się na 

jego ręce, znajdowała się para szczypców tak duża, by odciąć palec.

Boże, nie. Zacisnął pięść i spróbował wyrwać rękę.

Nagle podniesiony poziom adrenaliny dał mu dość siły, by oderwać mackę owiniętą 

wokół jego szyi. Ale wciąż nie udało mu się uwolnić ręki, która już po łokieć zniknęła w 

paszczy malaka, czy cokolwiek to było. Dłonią uderzył w jego korpus.

Musiał jakoś wyciągnąć rękę. Chwycił za brzeg otworu gębowego i pociągnął. Udało 

mu się tylko oderwać kawałek pancerza. Tymczasem owad próbował wcisnąć do wnętrza 

samochodu więcej macek, uderzając nimi o szybę. W którymś momencie wpadnie na to, że 

wystarczy, że przyciśnie je do ciała i będzie mógł cały wślizgnąć się do środka.

Coś ostrego zahaczyło o pięść Matta. Szczypce! Prawie całe jego ramię było już w 

paszczy stwora. Mimo  że interesowało go tylko  to, jak się uwolnić, pojawiła się w jego 

głowie myśl: gdzie to coś ma żołądek?

Jeżeli natychmiast czegoś nie zrobi, straci rękę.

Udało mu się odpiąć pas. Gwałtownie rzucił się w prawo, na miejsce pasażera. Czuł, 

jak zęby wbijają się w jego ramię. Widział krwawe ślady, które zostawiały. Ale to nie miało 

znaczenia. Najważniejsze było wyciągnąć rękę.

W   końcu   drugą   dłonią   sięgnął   do   przycisku   zamykającego   okno.   Wcisnął   go   i 

wyszarpnął pięść z paszczy owada. Szyba podniosła się do końca.

Matt spodziewał się chrzęstu chityny i czarnej krwi cieknącej po szybie, być może 

przeżerającej samochód jak kwas.

Zamiast tego robak rozpłynął się w powietrzu. Po prostu... stał się przezroczysty, a 

potem rozsypał się na tysiące jasnych drobin, które natychmiast zniknęły.

background image

Matt   miał   długie   krwawe   bruzdy   na   ramieniu,   rany   od   ssawek   na   szyi   i   kilka 

bolesnych zadrapań na drugiej dłoni. Ale nie tracił czasu na liczenie obrażeń. Musiał uciekać 

jak najszybciej. Coś znów poruszyło gałęziami i nie chciał sprawdzać, czy tym razem to tylko 

wiatr.

Była tylko jedna droga. Rów.

Uruchomił silnik i wcisnął gaz. Miał nadzieję, że rów nie jest za głęboki i że jaguar nie 

zahaczy kołami o drzewo.

Samochód nagle przechylił się do przodu. Matt aż przygryzł wargę. Potem usłyszał 

trzask gałęzi. Na chwilę samochód stanął w miejscu, ale chłopak nie zdejmował nogi z gazu. 

Po sekundzie ruszył, ślizgając się jednak na liściach. Mattowi udało się odzyskać kontrolę i 

wyprowadzić auto na drogę tuż przed tym, jak rów stał się znacznie głębszy.

Oddychał   szybko   i   płytko.   Pędził   krętą   drogą   z   zawrotną   prędkością,   ledwie 

przytomny. W końcu zobaczył przed sobą czerwone światło, jaśniejące w zapadającym mroku 

jak obietnica zbawienia.

Skrzyżowanie z Mallory. Zmusił się do wciśnięcia hamulca. Znów zapiszczały opony. 

Nie czekając na zmianę  światła,  skręcił ostro w prawo i wyjechał  z lasu. Będzie  musiał 

objechać kilkanaście osiedli, żeby dotrzeć do swojego domu tą drogą, ale przynajmniej będzie 

już z dala od śmiercionośnych drzew i zamieszkujących je istot.

Matt poczuł w końcu ból w ramieniu. Kiedy dotarł do swojego domu, był już na skraju 

omdlenia.   Zatrzymał   się   pod   latarnią,   ale   po   chwili   namysłu   odjechał   w   część   ulicy 

nieoświetloną latarniami. Nie chciał, żeby ktokolwiek go teraz widział.

Czy powinien już teraz zadzwonić do dziewczyn? Ostrzec je, żeby nie wychodziły z 

domu? Ze w lesie nie jest bezpiecznie? Ale to już wiedziały. Meredith nigdy nie pozwoliłaby 

Elenie zbliżyć się do Starego Lasu, nie odkąd Elena jest człowiekiem. A Bonnie nie zniosłaby 

nawet myśli o zapuszczaniu się w tak ciemne miejsce. Tym bardziej że Elena pokazała jej te 

stworzenia, które się tam czają.

Malaki. Nieprzyjemna nazwa odrażającej istoty.

To, co było teraz najważniejsze, to powiadomić odpowiednie służby o przewróconym 

drzewie, żeby jak najszybciej je usunięto. Ale nie w nocy. Nikt raczej nie będzie już tamtędy 

jechał   do   rana,   a   wysłanie   tam   kogokolwiek   byłoby   przypuszczalnie   równoznaczne   z 

wyrokiem śmierci. Zaraz z rana zadzwoni na policję. Wtedy odpowiednie służby zajmą się 

drzewem.

Było   ciemno   i   dużo   później,   niż   myślał.   Chyba   jednak   powinien   zadzwonić   do 

dziewczyn. Gdyby tylko mógł spokojnie się zastanowić. Rany piekły. Trudno było mu się 

background image

skupić. Może powinien chwilę odpocząć...

Oparł czoło o kierownicę. Ciemność zamknęła się wokół niego.


Document Outline